Page 142

nie zrobimy sobie czegoś, i idzie na górę, a Pit Bull chce wiedzieć, czy potrafimy ćwiczyć. W końcu łatwo sobie zrobić krzywdę. Trening w wykonaniu Pit Bulla to suche komendy o tym, jak się ruszać i który mięsień kiedy pracuje. Stoję na brudnej wykładzinie w dresie i podkoszulku, macham hantelkami, a on chwyta mnie nad łokciem i tłumaczy, że powinienem ruszać tylko samym przedramieniem. Doradza zmniejszenie ciężaru, zapowiada jutrzejsze zakwasy i nieustannie strofuje. Sztanga wywija moimi rękoma, choć powinno być dokładnie na odwrót. Gdy wyciskam zza karku, ciężar zwycięża i hantle z hukiem uderzają o podłogę. Pit Bull poprawia, manipuluje moim łokciem, wbija pięść w dół kręgosłupa, wreszcie wycofuje się pod ścianę. Tam zamiera z muskularnymi ramionami skrzyżowanymi na piersi i chwali raz na jakiś czas: będzie dobrze, wujek. Nie podoba mi się ta zabawa. Jest jak boksowanie się z rzeką. Gdzieś między wypychaniem, wyciskaniem i ściąganiem do dołu gubię własne ciało. Ciężar szarpią mięśnie, które nie istnieją. Jędrek to co innego. Najpierw wali się kilka razy po pysku otwartymi dłońmi, tak żeby ruszyć z adrenaliną. Rozstawia nogi, ugina je w kolanach, wypina pośladki i wyciska sztangę pod sam sufit, zachowując pełną kontrolę ruchu: w górę szybko, w dół powoli, bo tak najciężej. Nawet Pit Bull patrzy na niego z podziwem: klasa, wujek, będą z ciebie ludzie. Wygłasza pochwałę systematyczności i przypomina, że w dzień treningowy lepiej odpuścić sobie alkohol, inaczej białka się nie zwiążą. Życzy pomyślnych wiatrów i znika, by zaraz powrócić z informacją, że dwa, trzy piwka nie zaszkodzą. Tak słyszał od prawdziwych kulturystów, których już nie ma. Bez Pit Bulla natychmiast tracę entuzjazm. Siadam na brzegu ławeczki, leniwie podnoszę ciężarek, a potem już tylko się na niego gapię. Jędrek ćwiczy ze stoperem, robiąc minutowe przerwy na przyspieszonym oddechu. Nie mogę zrozumieć, po co mu to, przecież rok temu nabijał się z Darka, że ćwiczy właśnie z takim zapałem. Chcę zapytać. Jędrek prostuje ramiona na modlitewniku i muszę mu pomóc. Odejmuję parę kilo w dwóch ostatnich ruchach. Razem odkładamy sztangę. – Ty, a widziałeś ostatnio Wesołego Fido? – dyszy. – Coś wcięło sukinsyna. Mówię, że wiem to co wszyscy. Ukąpany w Brdzie Wesoły Fido popędził na komisariat, gdzie zgłosił skargę, prosił o ochronę czy coś takiego. Gliniarze wysłuchali tych jęków i zawlekli biedaczynę na dołek, gdzie przesiedział parę tygodni. Nie wiadomo, czy znalazł sobie alibi, czy to legendarnie pełny portfel wyciągnął go z tej kabały, w każdym razie zarzuty oddalono i Fido wyrwał się z ula. Zniknął z radaru, nic o nim nie wiadomo. Niektórzy mówią, że zaszył się w jakiejś dziurze, ktoś tam widział go w Białymstoku, też w kurtce bombce, z petem i plikiem dwudziestozłotówek.

Inna dusza lukasz orbitowski