Page 141

następuje zmiana i tak pracują, ojciec i syn. Zdaniem pana Ryszarda zwykły gwóźdź nie utrzyma takiego ciężaru, co nagle, to po diable, Polska stała na byle czym i z tej prowizorki mieliśmy zabory, Berezę Kartuską i Adolfa Hitlera. Zaznaczają dwa miejsca powyżej dziury, którą zrobił już Jędrek. Pan Ryszard sprawdza detektorem, czy w tym miejscu nie idą kable, i zaraz wraca z wiertarką. Trochę późno na takie hałasy, ale nie szkodzi, tak rzadko mają okazję razem popracować. W jego ruchach pojawia się luz, błyszczą oczy. Pierwszą dziurę wierci sam i przekazuje wiertarkę w ręce syna. Razem wkręcają kołki rozporowe. Deska umiejscowiona. Pan Ryszard zabiera się do rozwieszania proporczyków. Najmniejsze daje z boku, większe bliżej siebie, podłużny olbrzym upamiętniający sukcesy szczecińskich cyklistów wysuwa się z samego środka jak zielony język. – Nie tak, tatuś – protestuje Jędrek, odsuwa ojca i zaczyna zmieniać. Cykliści na brzeg, Ruch Chorzów bliżej środka. Wygląda to, jakby układał puzzle znane już na pamięć. Pan Ryszard poczerwieniały na gębie mówi, że to bez sensu, będzie źle wyglądało. Jędrek robi swoje i nawet nie spojrzy na tatę. Kończy, cofa się, marszczy czoło, zamienia miejscami jeszcze dwa proporczyki. – Ja wiem, że tatuś ma rację, ale tak wisiały u Darka, to niech i u nas tak sobie powiszą, te proporce, co nie? Jeśli nawet pan Ryszard sądzi, że umarli to sprawa umarłych, robaków, ziemi i miłosiernego Stwórcy, zatrzymuje tę opinię dla siebie. Mruczy tylko, jak ważna jest pamięć o tych, których już nie ma, lecz i z nią, jak ze wszystkim, nie można przesadzić. Jędrek siada i patrzy na ich wspólne dzieło. Zostaje sam. Czeka tak, aż zapadnie ciemność, a proporczyki stracą kolory, zlewając się w rząd czarnych zębów. Wówczas zapala nocną lampkę i zaczyna czytać o ćwiczeniach. Niektóre notuje w zeszycie. Markuje ruchy na sucho, cały czas zerkając na zdjęcia zamieszczone we „Flexie”. Zdejmuje koszulkę i sięga po hantle. 10. W piwnicy na Czarneckiego wszystko jest po staremu. Może ławeczka przetarła się trochę na rogach, bramka wygięła się w łuk, kasety leżą w nieładzie, i to tyle. Przeobrażeniu poddali się za to dwaj gospodarze. Lonsdale, wcześniej żylasta chudzina, przytył i wygląda teraz, jakby wlano weń wiadro wody. Przy każdym kroku kołysze się na boki i opowiada coś o maści na odparzenia i otarcia, którą musi wcierać w wewnętrzną stronę napuchniętych ud. Kłykcie Pit Bulla wciąż zdobią strupy, a ich właściciel odnosi się do nas z niechęcią. Daje do zrozumienia, że nie można przychodzić i odchodzić. Albo ćwiczymy, albo nie. Da nam jednak szansę. Oponę ma tak jak wcześniej, za to rozrósł się w barkach i wyłysiał. Płacimy, ile trzeba, dostajemy kluczyk do dorobienia, Lonsdale wyraża nadzieję, że

Inna dusza lukasz orbitowski