Page 137

Siada w kuchni na miejscu mamusi. Nie chce herbaty. Splata dłonie i wygląda jak ktoś, kto boryka się z jakąś ponurą tajemnicą. Wyznaje, że spodobałem mu się od pierwszego wejrzenia. Nie jestem już chłopcem, ale mężczyzną, i zasługuję, by potraktować mnie jak dorosłego. Choć dorosłość to nic miłego. Borsuk pracuje w kanałach od osiemdziesiątego czwartego i widział już wszystko. Zna się na ludziach i nie ma wątpliwości, że tatuś specjalnie złamał sobie nogę, żeby już nie przychodzić do pracy. 6. Tatko leży na rozłożonym tapczanie. Lewą nogę ma w gipsie aż po udo i nieustannie jęczy, jak bardzo go boli. Przynoszę mu herbatę. Domaga się jedzenia, bo inaczej się nie zrośnie – tak powiedzieli mu w szpitalu. Dowiedział się, że ma bardzo słabe kości i coś takiego powinno się wydarzyć już dawno temu. Woła o szprotki, sardynki i mleko. Chce, bym codziennie wyprowadzał go na słońce. Potrzebuje witaminy D. Jak na złość zapada zmrok. Tatko wierci się i przeklina swój los. Opowiada o niedopasowanych butach, śliskiej drabince i smrodzie odbierającym zdolność oceny sytuacji. Od dawna był taki przemęczony. Przecież nie robił tego dla siebie, tylko dla nas. I proszę, jak to się skończyło. Piweczko by pomogło. Tak bardzo cierpi. Ketonalu nie wziął, bo niewykupiony. Wychodzę do kuchni odprowadzany przez jęk. Przynoszę herbatę. Chlipie, że został sam. Przez rok zapewniał mi lepsze jutro, brodząc w gównie, i jak to się dla niego skończyło? Patrzę na niego, jak siedzi i obejmuje się ramionami, z których alkohol wypłukał mięśnie. Patrzę na jego stopę porośniętą przez rzadkie, lecz grube włosy, na małpie paznokcie i ta szczególna myśl po raz pierwszy pojawia się w głowie. Właśnie teraz. Nie, kiedy potykałem się o ojca na schodach, nie gdy przelewał mi się przez ręce ani przeklinał mnie, obsmarowany własnym gównem od ud do potylicy, ale właśnie teraz, kiedy kuli się w pościeli i żebrze o magnum very strong. Myśl dopiero nabierze konkretu. Teraz nie ma twarzy. Jest jak rana otwarta wewnątrz serca. Jak ludzka sylwetka widziana we mgle. Muszę usiąść. Dłonie mi się pocą. Dzwonek dochodzi do mnie stłumiony i sunę do drzwi jak przez bagno, a na progu szczerzy się człowiek, z którym wiąże się ta nowa myśl. Jędrek. – Byliśmy u Żerańskich, to pomyślałem, że wpadnę. – Zdejmuje buty, zagląda do pokoju, przesyła tacie ukłon. – Dzień dobry panu. Tatko kokosi się na łóżku. Siada, naciąga koc pod brodę i próbuje wyglądać godnie. Pyta Jędrka o duperele związane z cukiernią. Tylko tyle o nim wie. Tłumaczę, co się stało, jak tatko ciężko pracował i zleciał ze śliskiego szczebla drabiny.

Inna dusza lukasz orbitowski  
Advertisement