Page 136

widziała trupa i że brat już nie wróci. Wyznaje, że przez ten czas udawała smutek ze względu na rodziców, a potem smutek przyszedł naprawdę i był nie do wyobrażenia. Teraz jest już dobrze, tylko z tym dobrze tak niedobrze – źle się czuje, bo już nie cierpi. Jędrek wykonuje gest, jakby zasznurowywał sobie usta. – Chciałbym, żeby go nie złapali. Tego mordercy. Bo ja go znajdę i zabiję. Gołymi łapami. Bo jak go psy capną, to wypuszczą, nie wiesz, jak jest? Nie ma kary dla takich, no nie ma, i tyle. Beata patrzy na niego inaczej niż wcześniej. Mówi, że nie dałby rady. Jest za dobrym człowiekiem. Jędrek spuszcza głowę. – Może i tak. Może łatwo się tak gada. Głos Beaty jest spokojny. Opowiada o sąsiadce, która w tamten fatalny poranek słyszała jakieś krzyki. Ale wrzaski na Jasnej to codzienność. Nie zwróciła uwagi i niewiele pomogła. Darka zabił ktoś, kogo znał. Przecież otworzył drzwi. Beata przywołuje Wesołego Fido. Przez długi czas wszyscy myśleli, że to on, lecz okazało się inaczej, a sam Fido przestał się pokazywać. Policja dalej penetruje jego otoczenie. Jędrek trawi te słowa. – Fido? No ale jak? Toż bym coś wiedział, nie, że Darek trzymał z parówami? Beata prostuje się na ławce. Jej nic do tego. Jej brat był dobrym człowiekiem i takie wspomnienie o nim zachowa. Jednak coś z tym Fido jest na rzeczy. Jędrek siedzi, jakby czekał na uderzenie młotem, a Beata starannie pakuje kosmetyki do torebki i dziękuje mu za wszystko. Poprawia włosy. Drapie się po szyi. Odchodzi i odejść nie może. Stoi pośrodku alejki. – Jakbyś czegoś potrzebowała, wal jak w dym – mówi Jędrek. – Sorry, że trochę odpadłem, ale tato, wiesz, jaki on jest. Twierdził, że trzeba zostawić was w spokoju. 5. Tatko powinien przyjść koło piątej, akurat na obiad. Ziemniaki jeszcze są twarde, kiedy słyszę pukanie do drzwi. Jestem pewien, że tatko po prostu zapomniał klucza. Na wycieraczce stoi jednak Borsuk i miętosi czapkę w dłoniach. Matka natychmiast podnosi się z krzesła i chce wiedzieć, czy zdarzyło się jakieś nieszczęście. Borsuk nie przestępuje progu. Ma na sobie robocze ubranie i śmierdzi jeszcze gorzej niż tatuś. Stwierdza, że nie nazwałby tego nieszczęściem. Tatko spadł z drabiny w kanał i złamał nogę w goleni. Teraz składają go na Jurasza i pewno traktują jak śmiecia, na co przecież nie zasłużył. Nieruchomieje z czapką przyciśniętą do brzucha, za to matula wpada w szał, zakłada byle co i już drałuje po stopniach. Pan Borsuk nawet się nie obejrzał. Mówi, że mnie pamięta, i pyta, czy może zająć mi pięć minut.

Inna dusza lukasz orbitowski  
Advertisement