Page 127

trójkąt, brzuch jest płaski, klatka piersiowa przypomina tarczę, a łydki i żylaste mięśnie ud napinają się, gdy Jędrek rozpoczyna marsz w stronę morza. Jeszcze na brzegu trzęsie się z zimna. Wchodzi po kolana do lodowatej wody, przystaje i zerka za siebie. W oknach dalekich bloków rozpalają się pierwsze światła. Rusza i przystaje ponownie, gdy woda ochlapuje mu krocze. Jego oddech jest szybki i płytki, jakby płuca gwałtownie się skurczyły. Posiniał, szczęka mu klekocze. Krzyżuje ręce na piersi, idzie dalej chwiejnym krokiem i zaczyna płynąć, dopiero kiedy brudna fala zastuka o jego serce. Nie sznur dla niego, nie skok z dachu, ale sen w głębinie. Odpycha się nogami, układa dłonie w strzałkę i zanurza głowę, by zaraz rozgarnąć wodę mocnymi ramionami. Nigdzie się nie spieszy, lecz też nie marudzi. Grunt szybko znika spod stóp, podobnie jak chłód. Nie spogląda za siebie. Mięśnie jeszcze nie czują zmęczenia. Światła statków rozszczepiają się w zalewanych wodą oczach, a sól wdziera się do ust. Coraz dalej. Miarowo i spokojnie. Przed Jędrkiem otwiera się Bałtyk. Wciąga, nawołuje. Czas znika zupełnie jak na flipperach, a jednak inaczej – Jędrek nie liczy już ruchów i nie ma przed sobą żadnego przeciwnika. Statki są tak małe jak wcześniej, widziane z brzegu. Zimno promieniujące z głębi ledwie ociera się o jego ciało. Poniżej płynie coś jeszcze, coś nieposiadającego nazwy ani kształtu – lodowata skóra skrywająca mięso, sunąca pod stopami, które kopią wodę, wolna od pulsu czy oddechu. Na wodzie powinny się teraz kołysać twarze Darka, pana Ryszarda, pani Hani, lecz nie ma niczego takiego, tylko czarna tafla jaśniejąca z wolna na horyzoncie, gdzie świt rozkleja swoje cyklopie różowe oko. Ból spływa z mięśni i stawów w kości. Przeżera szpik. Jędrek płynie dalej, choć świat się rozkołysał, okręty, dźwigi portowe wirują w krzyku mew. Jędrek wyrywa głowę spod wody z rosnącym trudem i tylko na momencik. Fala wlewa mu się do ust. Kaszle, próbując nie zwalniać. Ramiona i nogi opuszczają go. Słabną same dla siebie. Jeszcze kilkanaście ruchów, może trochę więcej – płynie z zamkniętymi oczyma, wydrążony, pchany przez ciało, które przestaje należeć do niego. Ramiona wykonują pół ruchu, nogi się gubią i głowa Jędrka znika pod wodą. Wyłania się jak boja, w której błyszczą rozszerzone ze strachu oczy. Ramiona z nową energią uderzają w wodę. Jędrek zawraca i walcząc o utrzymanie głowy nad powierzchnią, płynie do brzegu. Z początku szybko, chaotycznie, jakby ktoś lub coś, to zimne ciało, próbowało wciągnąć go w głębinę. Ale zaraz wolniej. Oszczędza siły. Fale przychodzą mu z pomocą. Kładzie się na plecach, łapie oddech, patrzy na blednące gwiazdy i płynie znowu. Łapie grunt pod nogami. Na płyciźnie pada na czworaki i pełznie w stronę wydm, gdzie zasypia natychmiast – z plecakiem pod głową, otulony w kurtkę i z solą w ustach.

Inna dusza lukasz orbitowski