Page 120

Rzadko mnie o coś prosi, więc powinienem posłuchać. Odpowiadam, że tatko zna drogę do domu, poza tym nawet jeśli nie wiemy, gdzie go szukać, to doskonale wiemy, co teraz robi. Matka próbuje wstać, lecz rezygnuje. Prosi, bym nie oskarżał ojca bez żadnych dowodów. Naprawdę się stara. Może spadł z drabinki i woła o pomoc połamany w kanale? Jakim jestem synem? Przyznaję, że okropnym, zostawiam pościel i zakładam buty. Już w kurtce, zawracam. Matka ułożyła się na boku, z ręką pod głową. Pali i patrzy w telewizor. Pytam, co zrobi, jeśli dopadnie mnie morderca, i zostawiam ją z rozwartymi ustami. 18. Ta trasa jest jak koryto wyschniętej rzeki, jak kanion pełen schronów dla pijaków. Pod sklepem pana Docenta nie znajduję nikogo. Dostępu od zaplecza prócz drzwi broni krata i nalepka z logo firmy ochroniarskiej Spartakus. Wokoło leżą niedopałki. Przychodzi mi do głowy, że mógłbym tu przycupnąć. Poczekam godzinkę, wrócę i powiem mamie, że taty nigdzie nie ma. Zastanawiam się, gdzie jest Jędrek. Podzwoniłbym do szpitali, lecz ktoś napierdalał słuchawką tak mocno, że ze skrzynki aparatu pozostała miazga. Dyndają kable. Nie szkodzi, bo jeśli tatko trafił do szpitala albo, co pewniejsze, leżakuje w Żłobku, i tak nic mi nie powiedzą. Za wcześnie. Opieram się o zmasakrowaną ścianę budki i czekam, aż przestanie wiać. Przegania mnie dopiero bezdomny, opatulony w płaszcze i szaliki, obciążony siatkami, z kartonem pod pachą. Odchodząc, widzę, jak przerabia budkę na jednonocny dom. W piwnicach dworca straż miejska przerywa jego kolegom spokojny sen. Dwóch funkcjonariuszy trąca kudłate kopce rozłożone na ławkach i pod ścianami. Niektórzy się kulą, inni patrzą obojętnie. Starzec, brodaty jak prorok, tłumaczy cierpliwie, że tutaj po prostu mieszka i może to udowodnić. Ma przecież koc i poszewkę od poduszki napchaną ubraniami. Pachnie rozpuszczalnikiem. O tej porze ciemność w bramach jest oleista. Krucze skrzydła pozlepiane ropą. W lochy na Granicznej, Śląskiej i Kanałowej wstępuję zawsze tak samo, jakby był to jeden korytarz przedzielony popękanym chodnikiem i mrugającym światłem latarni. Sunę przy chropowatej ścianie, z ręką szukającą włącznika światła, który nigdy nie działa. Później, na podwórku, czekam, aż oczy przyzwyczają się do ciemności, i sprawdzam, czy cienie palet, kubłów na śmieci i chaszczy ułożą się w sylwetkę mojego tatusia. Koty podnoszą świecące spojrzenia. Kapliczka jest już zamknięta. Przyciskam twarz do szyby i widzę tylko krzesła na stołach, uśpionego jednorękiego bandytę oraz nogę Dino Baggio posyłającego piłkę w ciemność. Ciemność panuje też na cmentarzu

Inna dusza lukasz orbitowski  
Advertisement