Page 106

jednocześnie. Za jego plecami rysuje się cypel, najeżony przez kominy i stoczniowe żurawie. Znajduje przystań między wydmami. Kładzie plecak na piasku, siada, podciąga kolana pod brodę i patrzy w stronę kontenerowców przesuwających się po linii horyzontu. Od Sopotu zasłaniają go chaszcze na wydmach, widziany znad brzegu będzie tylko plamą, sennym tobołem. Siedzi, tak jak wielokrotnie wcześniej w swoim pokoju, z Bałtykiem w miejscu Arnolda Schwarzeneggera. W jego śnie psy ujadają głośniej, zakochani spacerują bliżej, jest ich też o wiele więcej, a żelazny cypel zmienił się w łuk, zagarniając kontenerowce w pobliże brzegu. Brzęczą rozmowy, trzeszczą hutnicze maszyny, dochodzi też coś, co może być zarówno szumem fal, jak i rykami wystraszonej czymś załogi. Jędrek ma wrażenie, że ludzie przekraczają go jak próg. Mówią o nim. Zastanawiają się głośno, co będzie. Od strony lądu Bydgoszcz zjada Trójmiasto, Sopot staje się Fordonem. Z kontenerowców prosto na plażę rozładowują czteropiętrowe bloki i dyskonty, a ciało martwego morskiego księcia obija się o drzwi szkoły tysiąclatki. 7. Pani Teresa ma dzisiaj dużo pracy i wzywa mnie na pomoc. Zgadzam się, bo chciałbym znów pojeździć na rowerze. Chwytam belę prania, jest zbyt ciężka, ciągnę jej koniec po ziemi. Pani Teresa podrywa się zza stolika, chce krzyknąć, lecz nie krzyczy i kieruje mnie do innej roboty. Rozprostowuję firankę, wygładzam zgniecenia, a pani Teresa pokazuje mi, jak skropić ją wodą. Wspólnie pakujemy materiał do prasowalnicy. Ostrzega mnie, że maszyna rozgrzewa się do dwustu stopni i wielu poparzyło sobie palce. Dużo bardziej boję się, że zmiażdży mi rękę. Widziałem kiedyś horror o morderczej maglownicy. Pani Teresa zatrzymuje wałki, przechodzi na drugą stronę i uruchamia je ponownie. Nigdy nie słyszała o takim wypadku. Z tej pracy to tylko żylaki i ból w dole kręgosłupa, dodaje. Powietrze w maglu jest suche. Mama siedzi na obrotowym stołku i przygląda mi się takim wzrokiem, jakbyśmy byli w domu. Wały magla teraz gniotą pościel. Nieoczekiwanie pani Teresa wyraża żal, że nie ma takiego magla do ludzi. Wpełzałby pomięty, wypełzał prosty, oczyszczony, wiadomego przeznaczenia, taki, jakiego nikt by się nie wstydził. Jak na zawołanie do magla wchodzi mój blady ojciec i pyta o klucze do domu. Matka daje mu komplet, lecz tatko siada i sięga po papierosa pani Teresy. Między kolanami stawia sobie śmierdzącą torbę. Mówi, że zaraz pójdzie, tylko wypali. Pani Teresa wycofuje się do pomieszczenia gospodarczego, gdzie trzyma swoje skarby. Tatko kopci i ma minę, jakby właśnie urwał się pod nim szubieniczny sznur.

Inna dusza lukasz orbitowski  
Advertisement