Issuu on Google+


Spójrzcie na to biedne ciało! Jego cierpienie i pożądanie ta biedna dusza tłumaczyła sobie – tłumaczyła jako morderczą rozkosz i pożądanie szczęśliwości noża. To rzekł Zaratustra, tłum. Zdzisław Jaskuła, Sława Lisiecka, Warszawa 1999 FRYDERYK NIETZSCHE,


Wejście 2013

– PRZY PIERWSZYM CIOSIE TAK ,

potem już nie. Pewno po temu dziabałem ich tyle razy – mówi Jędrek. – Pewno myślałem, że znów coś poczuję, a tu nie. Tylko za pierwszym ciosem – powtarza, zwieszając ciężką głowę. Niebieska bluza opina się na szerokich barkach. Zawsze ubierał się na niebiesko. Mówił, że to kolor wojownika. Siedzimy naprzeciw siebie przy brązowym stole, na prostych szarych krzesłach. Dwa okna na przeciwległym końcu sali widzeń kojarzyłyby mi się ze sklepikiem na stołówce zakładowej, gdyby nie kraty i strażnik pod bronią. Więźniowie rozmawiają z żonami, rodzicami, kochankami, dziećmi. Ktoś płacze. Jakiś berbeć lgnie do wytatuowanej dłoni, mówi, że pani w sądzie nie chciała, żeby przyszedł. Mówi, że popełni jakieś straszne przestępstwo, aby być razem z tatusiem. Jestem zdziwiony, bo Jędrka odwiedzam od lat i opowiedział mi o tym, co zrobił, i dużo więcej, ale nigdy się nie zająknął, jak mu z tym było, tam, w środku. – Dobrze, że przyszedłeś – mruczy Jędrek i zaraz pyta: – Jak ojciec? – Nie wiem, o kogo mu chodzi, więc dopowiada: – Jak mój kochany stary? Mówię, że nic się nie zmieniło. Pan Ryszard siedzi w Toruniu z nową rodziną. Ma dwoje dzieci, jedno już chodzi do szkoły. Zniknął z radaru i ludzie o nim nie rozmawiają. Jędrek znów kiwa głową: szare policzki zjeżdżają ostro do pełnych ust i cofniętego podbródka z nastroszoną szczeciną. Gdy tutaj trafił, ledwo zarastał. – A matka? – dopytuje. Teraz przynajmniej wiem, kogo ma na myśli. Przedwczesna emerytura pchnęła panią Hanię w trzecią już pustkę. Pani Hania jeździ na działkę. W samotnym mieszkaniu w Fordonie przyjmuje psy, nieraz głuche i ślepe, próbując znaleźć dla nich nowy dom. Jest sucha i blada jak trup znaleziony w zamieci. Niedługo zapisze się na uniwersytet trzeciego wieku i powybija okna w piwnicach, żeby koty miały się gdzie schronić. Zostawiam tę myśl dla siebie i mówię Jędrkowi, że z jego matką wszystko w porządku. Nie wierzy mi. – A reszta? Co z resztą? – chce wiedzieć. Jego ciemne oczy przypominają jamy oblepione błotem, w jego głosie próżno szukać żalu, a jednak te imiona nie przejdą mu przez gardło. Nigdy nie przeszły. Mógłbym opowiedzieć mu o cierpieniu i obojętności, o człowieku, który runął na pysk i leży od osiemnastu lat w gównie


rozcieńczonym przez łzy, i o kobiecie, która nim się opiekuje, bo tak trzeba, bo opieka przynosi ulgę i zapomnienie. Osiemnaście lat, dłużej, niż żył ich syn. Opowiedziałbym o Beatce zakotwiczonej w Warszawie, jej dzieciach, o prywatnym przedszkolu i dwupoziomowym mieszkaniu na starym Mokotowie. O matce, która straciła jedyną córkę. Dodałbym: niektórym się udaje, chciała, to ma. Lecz wolę inaczej. Odpowiadam po prostu, że oni akurat jakoś się poskładali. Mówię też, że niedługo przestanę jeździć na Jasną. Jędrek wzrusza ramionami. – Twój tatko, jak się ma? – zagaduje. Nie odpowiem. Jędrek zawsze zadaje te same pytania, zawsze odpowiadam tak samo, to jedno puszczając mimo uszu. – Dobrze, żeś do mnie znów zajrzał, no. Tyś to nigdy na Jasną nie pasował. – Prostuje się na krześle, opuszcza dłonie na stół, splata palce i trze kciukiem o kciuk. Blizna jest niemal niewidoczna. – U ciebie w porządku, co nie? Tak, u mnie w porządku. Widzenie zaraz dobiegnie końca. Opowiadam Jędrkowi o rzeczach, które nigdy nie będą do niego należały. Na Dworcowej, blisko Gdańskiej, machnęli apartamentowiec jak ta lala i będę tam mieszkał, na drugim piętrze, a strażnik przegoni nieproszonych gości. Strażnik ma niebieski mundur i wąsy zażółcone od papierosów. Zamówiłem meble na wymiar, chcę mieszkać jak człowiek, ale stolarz ociąga się z wykonaniem. Jeżdżę do niego do Raciniewa i poganiam. Gdy wracam, parkuję na prywatnym parkingu w podziemiach budynku. Mój volkswagen jetta ma już sześć lat i chciałbym kupić coś nowego, tylko czasu brakuje – wciąż te wyjazdy. Nie wybrałem nawet telewizora. Chciałbym usiąść i być sobą u siebie. – To dobrze – mówi Jędrek. – Dobrze, że się poukładało. Podnosi się ociężale, jakby wielkim wysiłkiem odrywał się od krzesła. Z pierwszym krokiem odzyskuje dawną sprężystość, a gdy staje przed zakratowanymi drzwiami, czekając, aż go wpuszczą, przyjmuje tę pozę, którą dobrze pamiętam z czasów, gdy bujaliśmy się razem. Nogi w lekkim rozkroku, łopatki ściągnięte, pofałdowany kark, ramiona ugięte w łokciach i powolny ruch palców, jakby miętoszących coś niewidzialnego.


A to, co mam wrzesień 1995

1. JĘDREK SIEDZI PRZY STOLE NAPRZECIWKO OJCA.

Trzyma dłonie na kolanach i patrzy w telewizor wyświetlający Prawników z miasta aniołów. Nad nimi wisi lawendowa Matka Boska z bezbronnym wężem zaplątanym w stopy. Meblościankę wypełniają kieliszki, karafki, szklanki w koszyczkach i książki oprawione w płótno. Ojciec pyta, czy Jędrek czuje się przygotowany, ale nim uzyskuje odpowiedź, z kuchni wyłania się matka. Niesie patelnię z jajecznicą. Wraca jeszcze po chleb, już posmarowany masłem, i słoik z powidłami, których nikt nie ruszy. Rozkłada jajecznicę i kromki na trzech talerzach, każdemu po równo. Ojciec gasi telewizor. Ojciec Jędrka przypomina chudego szaropiórego ptaka. Na drobnym przedramieniu błyszczy bransoletka. Pan Ryszard przełyka drobny kęs i pyta syna, jakie ma dziś przedmioty. Jędrek, który właśnie popchnął chlebem tłustą żółtą papkę w głąb ust, musi poczekać z odpowiedzią. – Polaka, towaro, matmę i wuef dwie godziny, tatuś – mówi. – Ale matmy pewno nam nie zrobią, babka była chora wczoraj. Więc może nam te wuefy przesuną na wcześniejszą. Podobno czasem tak przesuwają. Pan Ryszard duma nad tym, co usłyszał. W tym czasie matka, pani Hania, zdąży poprawić kosmyk na głowie syna. Może weźmie kurtkę? Lato już się przecież skończyło. Jędrek kiwa głową – tak, weźmie – a pan Ryszard przypomina, że zawsze może zadzwonić do szkoły i zapytać, czy syn jest na lekcjach. – Pytaj, tatuś – odpowiada Jędrek. Bierze łyk herbaty. Pan Ryszard zmienia temat i wspomina Lecha Wałęsę, który niedawno ogłosił się biednym i zapowiedział powrót do stoczni, w robotniczych butach. Zdaniem pana Ryszarda to zagrywka pod publiczkę, Wałęsa odegrał swoją rolę i teraz czas na mądrzejszych, otrzaskanych w świecie. Uważa, że były prezydent czeka, aż tępy lud przypełznie doń na klęczkach. Gdy pani Hania, szara i sucha jak gnat, rzuca parę słów o kłopotach rozstawania się z władzą, bierze ostatnią kromkę, nazywa Wałęsę tłukiem i wyraża życzenie, by syn nie poszedł jego śladem. Pyta Jędrka, co będzie robił po szkole. Jędrek posyła mu znudzone spojrzenie. – Praktyki, tatuś. Zejdzie do piątej jak nic, jeśli nie dłużej. Przed siódmą zajadę, jakoś tak.


Odkłada widelec i nieruchomieje. Słyszy, że w takim razie powinien być w domu przed szóstą, ale jak chce tę siódmą, niech ma, tylko siódma punkt, żeby nie było. Chłopak kiwa głową. Matka dojada ostatnia, podrywa się i sięga po talerze. Pan Ryszard kładzie jej dłoń na przedramieniu: w tym tygodniu kolej na Jędrka. Pani Hania przypomina, że już późno, chłopak spóźni się do szkoły. Pan Ryszard jest jednak zwolennikiem zasad, a Jędrek wcale nie zamierza się kłócić. Sprząta ze stołu, podwija rękawy niebieskiej bluzy i bierze się do zmywania. Garbi się, nie chce uderzyć skronią w okap. Pani Hania opiera się o framugę bez drzwi i patrzy, jak gąbka w rękach syna ślizga się po talerzach. Przed wyjściem Jędrek zagląda do swojego pokoju. Na białych półkach meblościanki stoją kaktusy, miniwieża Edyta z odczepianymi kolumnami, ale kaset jest niewiele – kilka składanek o kolorowych grzbietach, Ace of Base i Dr. Alban. Niżej trochę gazet o sporcie i samochodach. Ścianę naprzeciwko złożonego łóżka zdobi plakat filmu Predator: Arnold wyłania się z dżungli, usmarowany czarną mazią, i mierzy karabinem prosto w pana Ryszarda, który wyjmuje z plecaka Jędrka kolejny zeszyt, otwiera, sprawdza i wkłada z powrotem. – Och, tato! – mamrocze Jędrek. Robi krok, pochyla się do przodu, jakby chciał wyrwać ojcu plecak, ale rezygnuje. Pan Ryszard wstaje, oddaje synowi, co jego. Jędrek zakłada buty już na zewnątrz, w zabudowanym korytarzyku, który dzielą z sąsiadami. Zerka za siebie. Widzi ojca, wiążącego krawat przed lustrem. 2. Matula prosi, żebym poszedł po chleb na śniadanie dla siebie i ojca. Ona nie zje, bo musi już do magla. Tatko, jak wstanie, zaraz będzie głodny. Teraz leży zagrzebany w pościeli, wystaje tylko stopa. Łóżko jest dla niego za małe, walnął się skosem i chrapie, oddychając przez nos. Podnoszę spodnie, wyciągam skarpetki z nogawek. Pójdą do kosza na brudy, razem z koszulą flanelową, za to katana jest jeszcze w porządku i trafia na wieszak. Na klatce schodowej zawsze mamy zaćmienie słońca. Poręcz się chybocze, przeskakuję przez strzaskane szkło i po chwili jestem na Jasnej. Jasna ciągnie się prawie od Brdy. Zaraz przy rzece mają zakład usług chłodniczych, ale od jakiegoś czasu kręcą się tam tylko goście od wyklepywania samochodów zza Odry, migiem pchanych przez Bug. Dalej, po obu stronach ulicy, kruszą się jednopiętrowe rudery. Niektóre dawno straciły barwę, inne trzaśnięto na róż, inne, jak nasza, straszą pstrokacizną. W nich siwe głowy, wytatuowane ramiona na parapetach, koty i twarze staruszek. W wąskich gardłach wiodących na podwórka gęsto rozwieszone pranie. Mijam zaparkowane samochody. Obracam monety w kieszeni.


Idę do Grunwaldzkiej i po drodze zrównuje się ze mną Darek. Mieszka dwie kamienice dalej i jest w porządku, tylko chyba za bardzo chce być lubiany. Ma jasne włosy i twarz dziewczynki. Mamy tyle samo lat, a przewyższam go o głowę. Przybijamy piątkę i Darek zaraz zaczyna gadać o siłowni. Szuka kogoś, kto chciałby z nim poćwiczyć. Chyba rzeczywiście powinien przybrać, bo wygląda jak nieszczęście. Nosi podróbki reeboków, jakie sprzedają na Chemiku, wytarte dżinsy i flanelową koszulę w kratę naciągniętą na golf. Zaraz wsiądzie w autobus i pojedzie na Kruczą, do sześćdziesiątki dwójki, ja się cofnę kawałeczek, na Śląską. Najpierw jednak zakupy. Darek nawija o tej siłowni, jakby przybierał masy od samego paplania. Zna już podstawowe ćwiczenia i nazwiska kulturystów, brakuje mu jednak towarzystwa. Mówi, że na Czarneckiego starsze chłopaki złączyły kilka piwnic i cisną stal, da się wytrzymać, choć duchota i goły kran bez kibla. Biorą trzydzieści złotych za miesiąc, można chodzić do woli. Zaraz pytam, skąd ma takie pieniądze i czy mu nie szkoda: odpowiada, że rodzice dadzą, jeśli będzie im przynosił piątki, poza tym jest poważnym człowiekiem i ma własne źródła dochodu. Własne źródła dochodu to jest coś, myślę sobie, próbuję pociągnąć temat, lecz Darek milczy. Żegnamy się pod sklepem. Jego uścisk dłoni raczej nie kojarzy się ze stalą. Rozglądam się po sklepie. Wszędzie podwójna cena, aktualna i sprzed denominacji. Na ścianie reklama lodów Magnum i kalendarz z zeszłego roku. Widząc mnie, pan Docent podnosi się ospale, lecz czujnie, niby strażnik zaczarowanej wieży pełnej słodkości. Jasna koszula w prążki, ta co wczoraj, opina mu się na brzuchu. Pyta, czego mi trzeba. Zaraz wyjmuję pieniądze, żeby się nie złościł bez potrzeby. Podchodzę, patrzę sobie na chipsy z tazo Star Wars, na Hubbę Bubbę, chrupiące Kukuruku i słodki napój w kolorowym woreczku. Proszę o chleb, delmę w małym pudełku, dwadzieścia deko mortadeli, kilo ziemniaków i trochę boczku. Wysypuję monety na ladę i oczy pana Docenta zwężają się, jakby właśnie spojrzał w światło. Udaje, że przelicza, i pcha złotówkę w moim kierunku. Wolę lizak Hip o smaku toffi, za złoty dwadzieścia. Pan Docent protestuje, tylko po to, by zaraz zmięknąć. Siadam na skraju stopnia do sklepu, tak by nikomu nie przeszkadzać. Mój lizak jest ciemny i bardzo słodki. Zawsze obiecuję sobie, że zjem go powoli, i nigdy mi się nie udaje. Rozgryzam tę cukrową masę chemiczną, aż wchodzi mi między zęby, potem oblizuję słodki patyk, czując twardość plastiku. Wstaję i widzę Darka. Siedzi na przystanku i notuje coś w czarnym zeszycie, który zawsze nosi ze sobą, nawet jeśli nie chodzi do szkoły. W domu ojciec przewrócił się na brzuch i już nie chrapie. Odkrywam zadrapanie na jego ramieniu. Drażni mnie sam ten widok, naciągam kołdrę aż na czerwone uszy mojego tatusia i zmykam do kuchni, zrobić nam kanapki. Mortadelę kroję cienko, lecz i tak schodzi cała, za to mam kopiasty


talerz kromek we wszystkich jasnościach brązu. Część zanoszę ojcu, dwie kromki składam, zawijam w folię i chowam do plecaka. Rano nie bywam głodny. Reszta zostaje na stole. Matka siedzi po staremu, trzyma się za łokcie i patrzy za okno, na magiel, gdzie tak się spieszyła. Przeprasza. Niepotrzebnie. Przecież się na nią nie gniewam. 3. Jędrek siedzi na podłodze wyłożonej terakotą i głaszcze Safonę. Safona jest czarną kotką o krótkich łapkach, wiecznie sterczącym ogonie i płaskim pyszczku wyrażającym jakąś pretensję. Doskonale wie, jak jej dogodzić. Drapie pod brodą, za uchem, przejeżdża otwartą dłonią po miękkim futerku i drapie po grzbiecie, na wysokości tylnych łap. Safona mruczy i przewraca się na bok, odsłaniając pękaty brzuch. Wkrótce zostanie mamą. Ściany cukierni pokrywa olejna lamperia. Dół drzwi obito blachą, a w oknach są kraty. Jędrek ma na sobie roboczy fartuch i foliowy czepek. Pieści Safonę i słucha, jak Bolo rozmawia z Marchewą o grach. Bolo nosi lewisy pięćset jeden i mówi niewyraźnie ze względu na zajęczą wargę. Opowiada o swojej konsoli PlayStation, o Tomb Riderze i zabawnej strategii o górnikach i potworach. Przyoszczędził na karcie pamięci i każdą grę musi przechodzić od początku. Chwali się, że rodzice na urodziny kupią mu nowy telewizor. Marchewa kiwa głową. Jego tłuste włosy wyłażą spod czepka, a sam Marchewa roztacza delikatną woń przepoconych ubrań. Z plecaka wyjmuje pudełko dyskietek: pierwszy Quake, Blood, Dungeon Keeper. Ta ostatnia gra podoba mu się najbardziej. Mówi o księżulku od salezjanów, bardzo życzliwym młodzieży. Księżulo ma komputer i pozwala czasem pograć u siebie, nie oczekując niczego w zamian. Tylko chłopaki rwą się do tego komputera, cała ulica Śnieżna i pół Lawinowej jak nic, więc Marchewa musi czekać na swoją kolej. Safona ociężale podnosi się i człapie za przesiewacz. Marchewa próbuje wysondować, czy Bolo pozwoli mu pograć na PlayStation. Ten ratuje się, jak może, i pyta Jędrka, co ten woli: komputer czy konsolę. – Nie gram na niczym – odpowiada Jędrek i patrzy za kotem. – Nudzi mnie to. Obaj praktykanci robią identyczną zdziwioną minę, na wardze Bola zawisa pytanie, które nigdy nie padnie, bo w drzwiach staje pani Wanda i rozpoczyna wykład o obsłudze pieca trzykomorowego. Czarne włosy spięła w wysoki kok, w uszach ciążą jej złote kolczyki, wielkie i masywne. Jej krótkie, grube przedramiona mogłyby należeć do mężczyzny. Chłopcy wstają jednocześnie. Pani Wanda porusza się, kołysząc pękatym tyłkiem. Po kolei otwiera wszystkie trzy komory. Z ostatniej wyjmuje blachę i pokazuje,


w jaki sposób należy nasmarować ją tłuszczem. Nerwowym głosem opowiada o nagrzewaniu. Ciasto drożdżowe wymaga dwustu stopni, a taki pączek o pięćdziesiąt mniej. Zapowiada, że teraz będzie o czyszczeniu pompki tłoczącej i nalewaczki, gdy jej wzrok pada na Safonę, rozłożoną w najlepsze za przesiewaczem. Głos pani Wandy robi się miękki. Z czułością pyta Safonę, co tutaj robi i jak, do diabła, weszła. Patrzy po chłopcach. Bolo mówi, że już ją tu zastał, Marchewa milcząco przytakuje, a Jędrek nie robi nic. Pani Wanda usiłuje wydobyć kota zza przesiewacza, ale nie potrafi. Ledwo przyklęka, wyciąga krótkie ramię i dyszy. Jędrek sprężystym krokiem melduje się przy niej i zręcznie chwyta Safonę. Kotka ufa mu, zaczyna lizać łokieć i przymyka oczy. Sterczą jej łapki. Pani Wanda kwituje tę scenę uśmiechem. Prosi Jędrka, żeby wyniósł Safonę poza cukiernię, od strony podwórka, broń Boże nie od frontu, bo tam samochody, złe dzieci, pijani rowerzyści. 4. Po szkole zastaję ojca, jak szykuje sobie warsztat pracy. Siedzi na złożonym tapczanie, umyty i ogolony. Jego palce u stóp przypominają smocze zęby. Tatko cieszy się na mój widok, ściska, mówi, że dużo zarobi, i pyta, czy mu pomogę. Ustawiamy dwa krzesła plecami do siebie, po obu rogach tapczanu. Tatko kładzie na nich ochlapane farbą drzwi, te same, które trzyma obok meblościanki, i wyjmuje papierosa. Na drzwiach pojawiają się gazety, na gazetach farbki w małych metalowych puszeczkach, żyletka, skalpel, dwie linijki, lupa, pędzle ułożone od najmniejszego do największego, cienkie paski kartonu, kleje modelarskie, rozpuszczalnik i almanach lotnictwa otwarty na czarno-białym zdjęciu spitfire’a. Pytam zaraz, czy to wszystko będzie nam dzisiaj potrzebne, skoro nie wyjdziemy poza wnętrze kadłuba, a tatko ze śmiechem odpowiada, że prawdziwy artysta musi być gotowy na każdą ewentualność i kto wie, może dzisiaj popracujemy do świtu. Na drzwiach pojawia się spitfire do sklejenia. Kosztuje może siedemdziesiąt złotych, tatko sprzeda go za trzysta albo i więcej. To konkretne zamówienie, stwierdza, otwiera pudełko, sięga po skalpel, wykrawa kolejne części i układa obok siebie. Nie patrzy w instrukcję. Zapewnia mnie, że tego akurat spitfire’a mógłby skleić z zawiązanymi oczami, sztuka leży w doborze kolorów i w szczególe. Rzeczywiście, skleja jak błyskawica, gada, oczy mu błyszczą. Mówi, że ze spitfire’ami był poważny problem. Kamuflaż różnił się najwyżej kolorem, nie rozkładem barw, i byłoby cholernie nudno, gdyby nie rozporządzenie pozostawiające dowolność dla samolotów rozpoznawczych, słowem, poszczególne jednostki malowały samoloty, jak tylko chciały, nawet na różowo. Wesoły


Fido mógłby latać takim samolotem, mówię. Ojciec wybucha śmiechem i dodaje, że ktoś taki jak Fido może latać, czym chce, a my tutaj zrobimy wersję maltańską, z górą w panterkę khaki i niebieskim spodem. Końcówki śmigła zaznaczy na żółto. Tato wskazuje na książkę. Autorzy pominęli ten szczegół, ale on to wie. Siedzę na samym brzegu tapczanu, tak by nie znaleźć się w zasięgu łokci i zarazem pozostawać do dyspozycji. Mój czarodziejski tatuś miesza kolory w garnku dla krasnoludków. Zanurza papierek i sprawdza pod światło, czy osiągnął właściwy efekt. Cierpliwie powtarza tę czynność aż do skutku. Na jego palce spada srebrna kropla. Za chwilę będzie ich więcej. Podaje mi kartonik i pyta, czy tym razem trafił we właściwy odcień. Zwlekam z odpowiedzią. Tatko śmieje się i prosi, żebym odsłonił firankę. Tak robię i siadam na tapczanie, już bliżej. Słońce spowija nasz dom. 5. Jędrek nie ma kluczy do mieszkania w Fordonie. Zdejmuje buty na progu i dzwoni. Otwiera mu ojciec w rozpiętej koszuli i sztruksowych spodniach, cofa się i wpuszcza syna do środka. Pyta, o której to się przychodzi, a Jędrek nic z tego sobie nie robi, próbuje tylko minąć ojca bez dotykania i przeciska się przez przedpokój obity boazerią. Ojciec mówi, że czekają z kolacją i są bardzo głodni. – Jest tylko dziesięć po siódmej – przypomina Jędrek i ściąga bluzę. Zostaje w białym podkoszulku. Ciska plecak na łóżko w swoim pokoju, obmywa sobie twarz w łazience, zostawiając otwarte drzwi. Ochlapuje siebie i kafelki. Ojciec zastanawia się głośno, czemu Jędrek zawsze te dziesięć minut przechyla w jednym tylko kierunku, dlaczego nigdy nie przyjdzie dziesięć minut wcześniej. Jędrek przyciska ręcznik do policzków. – Nie wiem, tatuś. Z ojca uchodzi powietrze. Po chwili siedzi zadowolony przy stole i pałaszuje kanapki z wędliną i marynowanymi grzybami. W telewizorze przemawia marszałek Zych, lecz nie słychać, co ma do powiedzenia. Odbiornik chodzi bez dźwięku. Pan Ryszard woła żonę, ale jest zajęta wycieraniem podłogi pod umywalką, a potem zasuwa do kuchni, by wrócić z herbatą i sokiem. Stawia na stole. Otacza syna ramieniem i pyta, jak było w szkole, czy praktyki przebiegły gładko i czy nie zdarzyło się nic niepokojącego. – Wszystko dobrze, mamuś. Jędrek kończy kolację pierwszy, czeka, zerkając na nieme usta marszałka Zycha i zasłuchany tłum posłów w źle dopasowanych garniturach. Gdy rodzice również kończą jeść, podrywa się z krzesła i chce iść do swojego pokoju. Ojciec mówi, że powinien zostać. W telewizji poleci


Dzika banda, a to dobry film, w każdym razie lepszy od tych bzdur, które Jędrek kiedyś przynosił na magnetowid, pożyczanych od chłopaków jeszcze głupszych od niego. Dawno niczego razem nie oglądali. Jędrek powinien polubić takie kino, mocne, męskie, mądre i dobrze nakręcone. – Aha. – Jędrek drapie się w głowę. – Tylko że trochę nam zadali. Ojciec macha ręką, przypomina, że Jędrek chodzi tylko do zawodówki, gdzie nikt się nie uczy, gdzie chodzą tylko ci, którzy na naukę nie mieli ochoty. Wskazuje wolny fotel. Jędrek siada, ojciec usadawia się obok i włącza dźwięk. Wspomina czasy, kiedy całą rodziną chodzili do kina. Takie wieczory przywołują czar tamtych dobrych dni. Pyta Jędrka, co o tym sądzi, ale ten milczy. Matka siada na krześle. Wytrzymuje do pierwszej strzelaniny i wycofuje się do kuchni. 6. Tatuś pracuje na pełnych obrotach równo do siódmej. Przed sobą ma otwarty kadłub samolotu, obok leży kabina pilota, częściowo zmontowana. Tatko bierze ją w pęsetę i obraca pod światło. Nie jest zadowolony. Wciąż siedzę na brzegu tapczanu, a po mieszkaniu krąży matka, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Siada na mojej amerykance i pyta, jak nam idzie. Włącza telewizor i zaraz wyłącza, bo przeszkadza w pracy. Pyta, czy czegoś nie zjemy. Chce wiedzieć, kiedy zwolnimy tapczan. Tatuś odpowiada, że w ten sposób nie dojdziemy do niczego. Oczy tatusia robią się szkliste. Czyści nadmiar kleju z kadłuba, wspomina, że pod sam koniec zrobimy tutaj dziury po kulach i plamy po oleju. Skalpel drży mu w dłoni. Nieoczekiwanie zagaduje o moje plany. W tym roku skończę podstawówkę i warto by wiedzieć, co dalej. Nie zastanawiałem się nad tym. Jakoś to będzie. Chciałbym szybko zarobić pieniądze. Chciałbym mieć rower i własny pokój. Kupiłbym u pana Docenta wszystko, co chcę. Muszę jednak coś odpowiedzieć. Zastanawiam się i mówię, że mógłbym zostać cukiernikiem. Tacie podoba się ta odpowiedź, odkłada skalpel i wygłasza przemowę o zawodach. Mechanik niedługo straci pracę, bo auta nie nadają się już do naprawiania, trzeba ciągle kupować nowe. Lekarze nie cieszą się już szacunkiem. Na prawnika się nie nadaję, choć syn adwokat by mu odpowiadał. Ale cukiernik to fach jak trzeba. Ludzie zawsze będą jedli słodycze, nawet jeśli braknie im na chleb. Ciastka są potrzebne staruszkom i na weselach. Zawsze będą wesela i jacyś staruszkowie, prorokuje tatko i garbi się nad spitfire’em. Mama słucha. Jej zdaniem powinienem wiedzieć, w co się pakuję. Ponieważ zabraliśmy krzesła, mogłaby usiąść tylko na mojej amerykance, ale woli stać. Tatko prosi, by nie zasłaniała światła, więc robi krok do tyłu. Mówi, że syn sąsiadów ma kuzyna, który uczy się na cukiernika. Podobno


fajny chłopak, tylko trochę cichy. Mama zorganizuje spotkanie, na pewno się polubimy. Nie odpowiadam, bo nie wiem, czy chcę być cukiernikiem. Mama nalega, żebym odpowiedział, a tatko stwierdza, że jeszcze nie ma co się spieszyć, i zaczyna opowiadać o tym, jakie życie jest ciężkie, niezależnie od tego, jaki zawód sobie wybierzemy. Nie zdołamy przewidzieć wszystkiego, co nas czeka, tak jak tatko nie przewidział Balcerowicza z bandą ubeków, zdrady kleru spasionego na krwi Popiełuszki i Niemców rozdrapujących nasz kraj po kawałku. Mama macha ręką na takie gadanie, odbierając ojcu zapał. Tatuś się poci. Drżące są dłonie tatusia, mokry papieros. Tatuś prosi o kawę, lecz nim ją dostanie, wsadza w przygotowaną farbę jeszcze jeden kartonik. Unosi ku lampie. Porównuje z poprzednim. Stwierdza, że chyba się nada, i zaraz zmienia zdanie: spieprzyliśmy sprawę. Dodaje, że to nie moja wina, czasem w słońcu kolor wydaje się inny, niż jest. Proponuję, żebyśmy namieszali na nowo, tatuś jednak wie lepiej. Te farby są do niczego i pójdzie po nowe. Jest dwudziesta. Tatuś gramoli się z tapczanu, niebezpiecznie przechyla stół. Ratuję model w ostatniej chwili, tymczasem tatko jest już w przedpokoju i zakłada kurtkę. Mama zaraz pyta, gdzie go gna, słyszy odpowiedź i tłumaczy nerwowo, że sklepy modelarskie są już zamknięte. Tatko chce jednak odwiedzić znajomego modelarza – ten sprzeda, co trzeba, po taniości. Mama nie daje za wygraną: model może poczekać, do pracy wrócimy jutro z nowym zapałem. Tatko się wścieka, mówi, że nikt nie szanuje jego starań. Kto zostawia rozgrzebaną robotę? Czerwienieje. Trzyma kurtkę, ale dalej tkwi w przedpokoju. Będę języczkiem u wagi, zawrócę kijem Wisłę. Idę do przedpokoju, obejmuję tatusia i proszę, żeby został z nami. Niech nie idzie już po farbki. Ustępuje. Prowadzimy go przedpokojem jak przez śnieżycę. Nogi mu się gną. Puszczam się przodem, odsuwam krzesła wraz z drzwiami, robię miejsce. Dyszenie tatusia przechodzi w charkot, gdy pomagam mu ułożyć się na tapczanie. Ściągam mu mokrą koszulę przez głowę. Włączam telewizor. Tatuś nie trafia palcami w klawisze pilota, wścieka się i rezygnuje. Mama nastawia wodę na herbatę. Ostrożnie przenoszę narzędzia modelarskie do szuflady w meblościance. Zamykam farby. Chowam spitfire’a do pudełka i kładę na parapecie. Siadam przy tacie. Tato dziękuje i jest już spokojny. 7. Fordon ciemnieje wcześnie. Latarnie znajdują się tylko przy głównych ulicach, niektórym utrącono głowy, pozostałe nie palą się jeszcze z innego powodu. Droga łącząca dzielnicę z resztą Bydgoszczy również bywa


nieoświetlona. Jest jeszcze ciepło, więc wina wciąż pija się pod chmurką. Nie ma tutaj knajp. Nie ma tutaj bibliotek, kin, pubów z bilardem, nie ma klubów tanecznych ani ogniska kulturystycznego, nie ma placów zabaw ani kwiaciarni, nie ma kręgielni, pływalni czy hali do koszykówki. Salonów z flipperami również nie ma, podobnie jak działek. Są tylko niewielkie ogródki, do których schodzi się po brązowych schodach z pierwszych pięter bloków. Bloki te ciągną się w nieskończoność czy jeszcze dalej, do morza, osadzone na zielonych wzgórzach i wrosłe w kotliny, czteropiętrowe i dziesięciopiętrowe, przedzielone przez parkingi, przedszkola, podstawówki tysiąclatki i dyskonty spożywcze o dachach pokrytych blachą falistą. W chaszczach Fordonu chrumkają dziki. Kuny skaczą po gałęziach. Lis myszkuje w śmietniku. Piszczą opony – młodzi jeżdżą za osiedlem tam i z powrotem w swoich oplach i polonezach. Szarpią kierownicami i piją kujawiaka za złoty sześćdziesiąt dziewięć. Ulica Wincentego Gordona jest krótka i nie wyróżnia się niczym. Przez skwerek, między blokami biegną krzyżujące się ścieżki wydeptane w trawie. Jedna prowadzi do sklepu monopolowego Źródełko, druga do bliźniaczej budki, gdzie znajduje się fryzjer i warzywniak. W bloku numer cztery, na drugim piętrze Jędrek siedzi i słucha, jak rodzice szykują się do snu. Ojciec szoruje zęby i przepłukuje gardło, wydając z siebie bulgotanie. Matka już leży w łóżku i ogląda telewizję. Dzika banda dawno się skończyła. Wszyscy poginęli. Matka prosi ojca, żeby przyniósł jej szklankę wody, tylko nie z lodówki. Jędrek siedzi na brzegu łóżka, w ciemności, wkłada dłonie między nogi i ściska, jakby chciał je sobie zmiażdżyć kolanami. Słyszy, jak ojciec niezdarnie porusza się po kuchni, odkręca wodę, nalewa i człapie do pokoju. Drewno jęczy, gdy pan Ryszard zwala się do łóżka. Niebawem dom zamilknie. Jędrek dalej siedzi, trzymając dłonie między kolanami, i patrzy prosto przed siebie na ścianę i ciemny prostokąt plakatu. Okno tłumi większość dźwięków Fordonu. Czasem odezwie się autoalarm, czasem ktoś wrzaśnie. Jędrkowi jest to obojętne. Jego łopatki zbiegły się ku sobie, brzuch jest wciągnięty, klatka piersiowa naprężona, łydki też. Plecy rozłożyły się w kołnierz. Jędrek podkurcza palce. Niedługo położy się spać, ale jeszcze nie teraz, jeszcze przez chwilę posiedzi w ciszy. 8. Rodzice leżą na tapczanie, ja na amerykance pod meblościanką. Patrzę na śmieci na półce: parę figurek GI Joe, ruska gra elektroniczna bez baterii. Dawno już bym to sprzedał, gdyby starczyło czasu. Przy stopach mamy te ojca wydają się drobne, niemal dziecięce. Zawsze dziwię się, że ma takie małe stopy. Tatko się kręci. Zerkam na swój zegarek, mrużę oczy, żeby coś dostrzec. Minęła pierwsza.


Piętnaście minut później ojciec rozumie już, że prędko nie zaśnie, i ciężko wzdycha. Bardzo powoli przewraca się na drugi bok. Nie chce obudzić mamy. Tej nie zerwałby nawet nalot dywanowy, za to mnie przeszkadza każdy szmer. Tato znów się kręci, mamrocze coś do siebie i pochlipuje. Siada na brzegu łóżka. Z twarzą ukrytą w dłoniach i sterczącymi łopatkami przypomina mi cmentarnego aniołka. W samych tylko majtkach wlecze się do kuchni. Trzask zapalniczki. Dym papierosa dochodzi aż tutaj. Po chwili staje nade mną z tym swoim chudym owłosionym brzuchem i bladymi udami. Wybiera jakąś książkę z półki, patrzy na mnie i łamiącym głosem mówi, żebym spał smacznie, żebym nim się nie przejmował. Ani mi to w głowie. Tatuś, ożywiony anioł, kudłata rzeźba nagrobna, idzie z powrotem do kuchni. Nie muszę wstawać, żeby wiedzieć, że popija melisę i odpala papierosa od papierosa. Przed trzecią wraca do łóżka pełen nadziei na dobry sen. W półśnie słyszę, jak szepcze, że chce umrzeć. Szamocze się w pościeli, wygraża Bogu. Obraca się na bok i widzę, jak bije się po brzuchu zaciśniętą pięścią w sekwencji ruchów szybkich i krótkich jak ciosy skrytobójcy. Cały ten cyrk kończy znajome pochlipywanie. Tatko dyszy. Zamykam oczy i wiem, co dalej się podzieje. Pojęczy do świtu i zaśnie, jakby oberwał przez łeb. Poleży do pierwszej, drugiej, zje śniadanie, które mu zostawię, poczeka, aż wrócę ze szkoły, i razem zabierzemy się do spitfire’a. 9. W sobotę po południu idziemy z mamą do Darka spotkać się z tym chłopakiem z zawodówki cukierniczej. Przez całą drogę mama strofuje mnie, żebym zachowywał się jak należy, co trwa krótko, bo Darek mieszka dwie kamienice od nas. Budynek wygląda dużo lepiej niż nasz – mają domofon, fasadę odnowiono, ocalała nawet gablota ze spisem lokatorów. U wylotu korytarza prowadzącego na podwórko wisi karteczka podpisana przez Administrację Domów Miejskich: TRZEPANIE W OKNACH I NA BALKONACH ZABRONIONE. Śmieję się pod nosem, żeby mama nie słyszała. Otwiera siostra Darka, Beata. Ma minę, jakby ostatni zjedzony rozum właśnie podchodził jej z powrotem do gardła. Puszczam mamę przodem i trochę chowam się za nią. W dużym pokoju, przy stole i na kanapach, rozsiadła się reszta towarzystwa. Darek zaraz wyrywa się do mnie. Pan Artur, jego ojciec, przycupnął na brzegu krzesła, jakby zaraz miał się zerwać i polecieć przed siebie. Prowadzi biuro doradztwa finansowego w centrum miasta. Rodzice mówią, że urodzaj ma głównie wiosną, kiedy wszyscy rozliczają podatki. Przez resztę roku robi różne dziwne rzeczy i czasem mu się wiedzie, a czasem wprost przeciwnie. Pani Krysia, jego żona, nawet nie próbuje kryć znudzenia. Za to państwo Boruccy przypominają


poselstwo jakiegoś bogatego księstwa przybyłe do Murzynowa: on w garniturze, ze złotym zegarkiem, ona błyszcząca jak świeżo pomalowany płot. Rozwalili się na kanapie, jedzą ciastka, pan Ryszard opowiada o trudach pracy miejskiego geodety, święcie przekonany, że wszystkich to interesuje. Jest i on, w prostych dżinsach i bluzie Adidasa z trzema paskami na ramionach. Zabrakło dla niego miejsca na kanapie, więc stoi oparty o drzwi balkonowe i próbuje się uśmiechać. Matula pcha mnie przed sobą na środek pokoju i przedstawia. Kuzyn Darka podchodzi do mnie, mierzymy się wzrokiem, podajemy sobie dłonie. Drapie się w głowę przystrzyżoną po żołniersku i mówi: – Jędrek. Siedzimy gdzie bądź: na kanapie, przy stole, na krzesłach przyciągniętych z kuchni. Na kaloryferze pod oknem suszą się ręczniki. Dostajemy z Jędrkiem po ryczce i szklance soku. Milczymy. Darek kursuje między nami a siostrą. Pyta jej, czy czegoś nie potrzebuje, wyraża gotowość zrobienia jeszcze jednej herbaty, Beata dziękuje mu wymuszonym uśmiechem. Nie mam ochoty na ciasto. Pan Borucki opowiada o smogu w Bydgoszczy. Narzeka, że ludzie palą węglem i ładują śmieci do pieców, cała energetyka też na węglu stoi, co jego zdaniem powinno się zmienić, jeśli kiedykolwiek mamy dogonić Europę. Uważa, że Polak jest jak człowiek po wylewie: musi nauczyć się mówienia, chodzenia, mycia się i wszystkiego innego od początku. Darek ciągnie mnie i tego Jędrka do swojego pokoju. Zapowiada, że niedługo się przejdziemy. Na ścianie wisi ze trzydzieści kolorowych proporczyków, a każdy inny. Proporczyki pasują mi do Darka, ale poza tym pokój wygląda, jakby należał do kogoś innego. Przy łóżku leżą stare numery „Flexa”, a obok hantelki. Darek przyczepił do nich odważniki, obwiązał szmatami, bielizną i taśmą klejącą. Pokój to straszna klita, ale zdołał w nim zmieścić rower i worek treningowy. Teraz nie ma gdzie się podziać i stoi przy tym worku, drobny, z dziecinnym spojrzeniem. Jędrek siada na łóżku i zwraca się do mnie: – Jak ci mogę pomóc? Chcę go przeprosić. Wygląda na kogoś pochłoniętego swoimi sprawami, kogoś, kto już coś widział i coś wie. Mówię, że rodzice martwią się moją przyszłością i tego cukiernika wymyśliłem na szybko, chcąc ich zadowolić. Może będę kimś innym, nie mam pojęcia kim. Jędrek mruży oczy, śle porozumiewawczy uśmiech, jakbyśmy znali się lata. – Jak wylądowałem w zawodówce, myślałem, że stary mi głowę urwie. W pale mu się to nie mieściło: taka dobra rodzina. Ale przynajmniej mam luz. W ogóle, chłopie, czym ty się przejmujesz? Szkoła jak szkoła, w zawodówce mniej głowę zawracają, no nie? Darek się zgadza. Mówi, że jego siostra poszła w tym roku do ogólniaka i trudno pojąć, co tam jej kładą do głowy. W jego głosie brzmi troska i miłość.


Jędrek przymierza się do worka bokserskiego. Ugina nogi, przechyla tułów do przodu i zaczyna walić. Ledwie dotyka pięściami skórzanej powierzchni, mimo to sapie. – Szkoła to tam chuj, wszędzie te same pierdolniki. – Ściera pot z czoła. – Praktyki to co innego, szczaj na budę i wybierz se dobre miejsce na praktykowanie. Ja tam trafiłem nieźle, znaczy baba to ropa, ale mam materiały, warsztat, wiem, co jest grane, i mogę się naumieć. Powiem tam o tobie, jak chcesz. Ale szkoła chuj – powtarza, ściszając głos. – Chujów sto! Cisnę, pytam, czy lubi tę naukę. Jędrek ociera czoło. – Trzeba coś w życiu lubić, no nie? Rozważam jego słowa, tymczasem Darek proponuje, żeby się przejść. Ma rację – dzień jest ciepły, a niedługo nadejdzie jesień i będzie można skisnąć w chałupie. Darek pyta, czy Beata mogłaby się z nami zabrać, i leci do niej, nie czekając na odpowiedź. Beata przygląda się Jędrkowi i pewno myśli, że nikt tego nie widzi. Staje na tym, że wychodzimy we trzech. Pan Artur życzy nam pomyślnych wiatrów, natomiast pan Ryszard nie może się powstrzymać i sadzi monolog poświęcony Wesołemu Fido. Słyszę, że nie wolno nam rozmawiać z nieznajomymi ani przyjmować prezentów. Ta, jasne – takie rzeczy powtarzali nam już w przedszkolu. Tata Jędrka przypomina, że faceci w typie Wesołego Fido najchętniej przebywają właśnie w parku koło dworca, dokąd idziemy. Akurat nie ma racji, bo Wesoły Fido ze swoją radosną kompanią obciągaczy całe dnie przestaje pod mostem na Focha, o czym wiedzą nawet dzieci. Zwłaszcza one, śmieję się do własnych myśli. Jędrek zawiązał już buty. Prostuje się w przedpokoju. – Nie martw się, tatuś! – woła. – Jak Fido mnie zaczepi, urwę mu fajfusa i będzie spokój! Pan Ryszard łapie powietrze, jakby mu głos odebrało, za to pan Artur wybucha śmiechem. Gospodyni podrywa się, proponuje więcej ciasta, i tylko Beata siedzi przy stole odklejona, najwyraźniej nie rozumiejąc, co zaszło. 10. W parku rozmowa natychmiast schodzi na Wesołego Fido, na to, kim jest i co robi, wyjąwszy bieganie ze wzwodem od przedszkola do Opola. Darek nie ma za wiele do powiedzenia na ten temat i dziwi się tylko, jakim cudem jeszcze go nie zamknęli. Mówię, co słyszałem: Fido jest synem ważnej figury w mieście, może posła z AWS albo samego prezydenta, i dlatego nikt nie zrobi mu krzywdy. – Otóż nie – odzywa się Jędrek. – Fido nie nazywa się Fido, tylko zupełnie inaczej. Ma wielką firmę w Warszawie. Gość sra forsą i ma zdjęcie z


papieżem, a przyjeżdża do nas, żeby, no wiecie, życie poczuć, złożyć się do chłopczyka. Nikt go nie ruszy, bo szasta dolarami, no nie? Darek, oszołomiony tą wiedzą, próbuje zdobyć nas informacją, że jakaś starowina na Królowej Jadwigi, a więc niedaleko, otworzyła domek z pięterkiem, gdzie można dupić się z babami. Używa właśnie takich słów. Opowiada o domku i pięterku pełnym małych pokoi. Zaraz chcemy wiedzieć, czy widział to na własne oczy. Darek truchleje, a Jędrek w śmiech. – U nas po Fordonie włóczy się taka Malwina. Weźmie do ręki za dziesięć, do buzi za dwadzieścia, a za trzydzieści pięć całą resztę, czy jakoś tak, w każdym razie taniej niż Aneta Gorące Usta, co jest w gazecie, albo babeczki w hotelu Brda. Pytam go, czy płacił Malwinie albo odwiedził hotelowy dancing. Darek nadstawia uszu. Jędrek podnosi się z ławki i idzie na łączkę, ku wydeptanej trawie i bramkom zrobionym z koszy na śmieci. Odwraca się. Widzę, że moja szczerość mu odpowiada. – Jeszcze nie – mówi. – Ale ją wytarmoszę, jak będę miał chwilę. Chciałbym mieć to już z głowy. Rżniemy w piłkę na wrześniowej trawie; pełno tu kretowisk, puszek i ciemnych butelek po nalewkach spirytusowych. Buty ślizgają się na pudełkach po carmenach i caro, lecz to nie przeszkadza: piłka jest jedna i bramka też. Darek przebiera krótkimi nóżkami, kiwam go lekko i gnam ku bramce, gdzie czai się Jędrek w pozie jak bramkarz z japońskiej kreskówki: nogi szeroko rozstawione i ugięte, cały pochylony, rozczapierzone palce na wysokości kolan. Kopię z całych sił i tak jak jestem pewien, że wejdzie gładko, tak też gładko nie wchodzi. Jędrek rzuca się, chwyta i spada ciężko na ziemię. Sekundę później jest już na nogach, kopie w kierunku Darka, który koncertowo marnuje swoją szansę – szmata toczy się prosto pod reeboki Jędrka. Ten wybucha krótkim śmiechem pozbawionym wesołości. Zmieniamy się zgodnie z ruchem wskazówek zegara: wskakuję na miejsce Jędrka, a ten wraz z Darkiem próbują strzelić mi gola. Potem na bramce staje Darek i tak w kółko. Przepocone bluzy zwisają z gałęzi, piłka wali w pień i płoszy ptaki siedzące na konarach. Ślizgam się po trawie, gubię krok i plączę stopy swoich przeciwników. Jestem w środku zielonej bombki rozgrzanej wieczornym ciepłem, gdzie wszystko pachnie niewinnością ciała i ziemi. Czuję spodnie lepiące się do tyłka, patyk w bucie i obtarte kolano. Ukosem podaję do Jędrka, ten rozpoznaje zmyłkę i ignoruje moje zamierzenia, wyciąga nogi, cwałując prosto na Darka, który strzela oczami na prawo i lewo. Kopie i pada na trawę, pada też Darek, trafiony w splot słoneczny, mówi, że nie było, Jędrek wrzeszczy, że był, a ja nie chcę tego rozsądzać. Kolejna zmiana. Łapię oddech na bramce. Darek prędko zostaje w tyle, próbuje nie wejść Jędrkowi w drogę, a Jędrek nie potrzebuje pomocnika. Zachodzi z boku, mokry i skupiony. Próbuje mnie zmylić, lekko popycha piłkę i nagle kopie, mocno, lecz nie dosyć. Klnie.


Przekręcamy się na łące. Uda mi spuchły, oczy szczypią od potu. Biegnę razem z Jędrkiem. Nie pamiętam o Jasnej, o ojcu i o tym, że niedługo zostanę cukiernikiem, po prostu frunę nad trawą i nieszczęsny Darek znów nie ma szans. Zatrzymałem się, lecz frunę nadal. Jeszcze raz na bramce. Darek zwiesił głowę i dyszy. Czuję się, jakby ktoś poprzetrącał mnie w środku i dopiero teraz, przed chwilą, kości poukładały się we właściwym porządku. Ciemnieje zielona bombka, czerwienieje torowisko, Darek zwala się na trawę, a Jędrek, podbijając piłkę, nadciąga w moim kierunku. Wiem, że strasznie chce wbić mi tego gola i nie pójdzie do domu, póki tego nie zrobi. To świetnie, mówię sobie. Zostańmy jeszcze trochę, ale nie zostajemy, bo pan Artur i moja mama wołają nas: dzieci, do domu. 11. Po kolacji Jędrek nalewa ciepłej wody do miski, skrawa trochę szarego mydła i pierze bluzę, półnagi i pochylony nad wanną. W progu pojawia się pan Ryszard, cmoka, kręci głową i wycofuje się do pokoju. Jędrek szoruje starannie, zwracając szczególną uwagę na pachy i plecy. Matka siada na brzegu wanny. Pyta, czy dobrze się bawił. – Było w porządku. Krzysiek też okej – szoruje miarowo, tymczasem matka przypomina mu, że mają pralkę. – Dziękuję, mamuś – odpowiada Jędrek. – Ale w pralce bluza się zniszczy. Szkoda takiej bluzy, no nie? Matka zgadza się z Jędrkiem i martwi się tylko, żeby nie zaspał do szkoły. Bluza może poczekać do jutra. – Umówiliśmy się na rowery w piątek po szkole – mówi Jędrek. Chcemy pojechać do Myślęcinka. – Nie mam praktyk. Matka natychmiast się zgadza. Dodaje, że Darek to fajny chłopak, do tego rodzina, a i ja zrobiłem całkiem dobre wrażenie. Cichy i spokojny. W drzwiach łazienki znów melduje się ojciec i mówi, że rowery to świetny pomysł, tylko ktoś taki jak Krzysiek Hoppe na pewno nie ma roweru. Dodaje, że cała ta rodzina to niezłe ziółka i lepiej, aby Jędrek znalazł sobie inne towarzystwo. Mówi coś jeszcze, niepomny, że przez szum wody do Jędrka dochodzi co trzecie słowo, zresztą Jędrek zna na pamięć takie przemówienia. Dopiero gdy wspomina o dołach społecznych, pasożytach i nierobach, pani Hania prosi, aby nie oceniał ludzi po pozorach. Pan Ryszard wznosi oczy ku niebu i przypomina, że ich syn, i tak niezbyt otrzaskany z kulturą, zaczął gadać coś o fajfusach, gdy tylko poznał nowego kolegę. Pani Hania radzi mężowi, aby posłuchał siebie samego. Pan Ryszard twierdzi, że to już za wiele i nie życzy sobie takich porównań. Tak rozmawiają. Pani Hania mówi coraz głośniej i szybciej, pan Ryszard starannie dobiera słowa. Jędrek płucze bluzę, wykręca i wiesza na sznurku. Ojciec wskazuje na pralkę.


– Oszczędzam, tatuś – mówi Jędrek. Idzie do siebie. Siada na łóżku i patrzy na ciemny plakat, ale bardzo krótko. Zwala się do łóżka i natychmiast zasypia na wznak, z zadartą brodą. Faraon Fordonu. Później, gdy pogasną już światła, matka zagląda do jego pokoju. Nakrywa go kołdrą. Siada na łóżku, jak on wcześniej. 12. Pan Ryszard Borucki, geodeta z Wojewódzkiej Inspekcji Geodezyjnej i Kartograficznej, ten, co zrobił jednego syna i miał jedną kobietę, przyjaciel Wólczanki i Vistuli, stały czytelnik tygodników opinii, a przede wszystkim facet zdolny do pokonania trasy z Fordonu na Konarskiego trzema różnymi autobusami bez spoglądania komukolwiek w oczy, ma co do mnie odrobinę racji. Nie posiadam roweru i nie wiem, skąd go wziąć. Kumpli na Jasnej niewielu i też cienko przędą, kolegów z klasy wstyd prosić, matula rozkłada ręce i obiecuje, że pomyśli o rowerze na Gwiazdkę lub urodziny. Przyszedłem na świat w styczniu, Gwiazdka wypada wiadomo kiedy. Komu wtedy po głowie chodzi rower? Tatko na mój dylemat ma tylko pomruk. Garbi się, nanosząc ślady po kulach na spitfire’a. Myślę sobie, że gdybym odkładał codziennie złotówkę, gdybym nie kupował owocowych mentosów i lizaków Hip o smaku toffi, jakoś zebrałbym te dwieście pięćdziesiąt złotych, akurat na przyszłą wiosnę. Chodzi jednak o najbliższy piątek. Śmieciarze mogliby pomóc. Jeżdżą od świtu i wypatrują rowerów pozostawionych na noc. Tną zapięcia, ładują do swojej kolubryny, pozostawiając na chodniku przecięty łańcuch. Akcja zajmuje może pół minuty. Przy dobrych wiatrach rower sprzedaliby i za pięćdziesiąt złotych. Co, jeśli pedałując do Myśla, natknę się na właściciela? Nie upadłem na głowę. Jest czwartkowe popołudnie, kręcę się chwilę po Jasnej i drałuję przez nasze podwórko do magla, do pani Teresy. Magiel mieści się w piwnicy na Chełmińskiej, obok Jasnej. Znam skrót. Przecinam podwórko na skuśkę, dla zabawy plączę się w rozwieszonej pościeli, odginam siatkę i zeskakuję na betonową ścieżkę obok zaniedbanego ogródka, gdzie wokół drewnianej budki wylegują się koty. Na klatce schodowej – czystszej, ale i ciemniejszej niż nasza – pachnie wybielaczem. Schodzę po betonowych stopniach, pcham wzmacniane drzwi i zaraz siedzę przy stole pokrytym folią, jem ciastka domowej roboty, popijam herbatę i patrzę na wały wielkie jak pnie drzew, obracające poszewki i zasłony. Pani Teresa sama przypomina drzewo, zwłaszcza teraz, gdy nosi zielony fartuch. Ma twarz płaską jak sęk, siwe kręcone włosy, proste kolczyki i fioletowe dłonie o bardzo białych paznokciach. Pytam, czy mogę pomóc. Pani Teresa macha dłonią. Słyszę, że mam siedzieć spokojnie, że jeszcze się w życiu napracuję. Czekam cierpliwie i


jem ciastka. Pani Teresa kończy taniec z firanką, przynosi sobie spodeczek do filiżanki, zapala papierosa i pyta, co mnie sprowadza. Wstydzę się powiedzieć. Przychodzi mi do głowy, że mógłbym nająć się do magla. Tak odpracowałbym rower. Pani Teresa strzepuje popiół do salaterki i powtarza swoje pytanie. Mówię, w czym rzecz. Roweru potrzebuję tylko na jedno popołudnie. Odprowadzę go w sobotę rano lub nawet w piątek wieczór, jeśli tak trzeba. Będę bardzo uważał. Na pewno nie zniszczę. Pani Teresa ma mnóstwo dorosłych dzieci i hordy wnuków, które być może nie potrzebują już swoich rowerów, poza tym ludzie przynoszą do magla różne rzeczy na sprzedaż. Pani Teresa trzyma je w pomieszczeniu gospodarczym, zamkniętym na klucz. Z tego tak naprawdę żyje. Mógłbym nawet odpracować tę pożyczkę, ale pani Teresa śmieje się i mówi, że w ten sposób pozbawiłbym pracy własną matkę. Spokojnie czekam na odpowiedź. Pani Teresa, jak każdy o gołębim sercu, broni się, zwlekając z odpowiedzią. Kręci głową, nastawia wodę na kolejną herbatę, pyta o mojego ojca i stwierdza, że jestem dzielnym młodym człowiekiem. Nie potrafi tego uzasadnić. Powraca do poprzedniej pozycji: papieros nad salaterką, piersi falujące pod fartuchem. Zobaczy, co da się zrobić. Niczego nie obiecuje, ale doradza, żebym zajrzał do niej w piątek przed szkołą. Brak obietnicy jest najlepszą obietnicą. Mam ochotę wyściskać panią Teresę, lecz tylko się kłaniam. Pani Teresa ujmuje mnie za rękę i zastanawia się głośno, czemu życie rozdaje karty tak nierówno. Kiedyś dobre życie fundowała uczciwa praca. Teraz już nie wiadomo. Pyta, dokąd pojadę na tym rowerze i z kim. Odpowiadam. Pani Teresa zauważa, że Darek to porządny chłopak i ma bardzo mądrą siostrę. Nic dziwnego, że tak się jej trzyma. Siostra Darka zrobi wszystko, żeby wyjechać z Bydgoszczy, i ma rację. Tu tylko nędzarze i złodzieje. Nim pójdę, pani Teresa pakuje trochę ciastek dla mamy, dorzuca biały ser, wędlinę i dobre słowo: mam już nie zawracać jej głowy. Wracam tą samą drogą, przez dziurę w siatce, a lecę tak szybko, że koty pryskają na wszystkie strony. Wkręcam się w pranie na podwórku. Wyobrażam sobie, że jestem duchem i materializuję się dokładnie przed tatusiem, który, z rękami w kieszeniach i z siatką zawieszoną na nadgarstku, dziarsko maszeruje w stronę domu. Roztacza wokół siebie mocny zapach wody kolońskiej i obwieszcza radosną nowinę: spitfire zszedł za okrągłe trzy stówki, nabywca się cieszy i może zamówi coś jeszcze. Opowiadam o obietnicy pani Teresy. Dzielimy się radościami, ojciec i syn. Tatko drapie się w nos, a siatka zjeżdża mu aż do kanciastego łokcia. Głośno wyraża żal, że wcześniej nie podzieliłem się swoim rowerowym marzeniem. Wydaje mi się to dziwne, bo każdy chłopak chce mieć rower, no ale tatuś nie jest taki jak wszyscy. Obiecuje pomyśleć o rowerze i macha ręką. Co tam, w sobotę pójdziemy do Rometu i jakiś kupimy, należy mi się za samą pomoc przy


spitfirze. Deszcz się nasila. Tatuś prosi, żebym zawsze mówił mu, czego potrzebuję. Promieniuje energią. Razem wracamy do domu. 13. Biuro pani Wandy wypełniają zdjęcia dzieci. Stoją na biurku, parapecie, ciągną się przez ścianę. Zasłaniają książki na półce. Pani Wanda ma również wielki kalkulator i stos numerów „Przeglądu Piekarskiego i Cukierniczego” ułożony niedbale na samym skraju blatu. Wiszą też dyplomy. Na widok Jędrka pani Wanda uśmiecha się i wstaje z fotela. Proponuje, żeby usiadł. Jędrek spuszcza głowę i zaciska dłoń na nadgarstku. Przypomina oskarżonego zasłuchanego w surowy wyrok. Podchodzi do pani Wandy. Nie siada. Pani Wanda pyta, czy czegoś się napije. Jędrek kręci głową. Pani Wanda składa dłonie jak do modlitwy. Na każdym palcu ma pierścionek. Pyta, jak Jędrkowi podoba się na praktykach. – Bardzo, proszę pani – odpowiada Jędrek i podnosi wzrok. Na biurku pojawiają się czekoladki. Pani Wanda także cieszy się z Jędrka, uważa, że tak zdolny praktykant zdarza się raz na pięć lat, może na dziesięć. Jej zdaniem Jędrek będzie kiedyś wielkim cukiernikiem. Żałuje tylko, że tak mało o nim wie. Pyta o rodziców, chce wiedzieć, dlaczego Jędrek wybrał ten akurat zawód. Jędrek przełyka ślinę. – Bo nauka mi nie szła, proszę pani. Pani Wanda zachęca Jędrka, by wziął czekoladkę. Świdruje go wzrokiem. Mówi, że jej zdaniem Jędrek mógłby się uczyć dobrze, gdyż w lot pojmuje wszystko, co się do niego mówi. Potrafi słuchać, a to rzadka cecha. Życzy sobie, aby wytrwał, nie rozmyślił się, nie zaniedbał praktyk. Wówczas może zostanie przyjęty na stałe. Chce wiedzieć, co go najbardziej interesuje. Pyta i zjada czekoladkę. – Ja bym chciał robić ładne rzeczy – wyznaje Jędrek – na przykład zamki z cukru. W opinii pani Wandy nie mógł trafić lepiej. Ktoś taki bardzo jej się przyda. Opowiada przez chwilę o cukiernictwie jako o sztuce. Szkoda, bo ludzie bardzo rzadko myślą w ten sposób. Wstaje zza biurka, ujmuje Jędrka pod ramię i przyznaje, że jest zakłopotana. Ma problem, z którym nie wie, co zrobić. Potrzebuje pomocy kogoś zaufanego. Zastanawia się głośno, czy Jędrek jest takim człowiekiem. – Tak, proszę pani – mówi Jędrek. Pani Wanda uśmiecha się znowu i prowadzi go na podwórko. 14.


Punkt czwarta czekam na rogu Jasnej i Grunwaldzkiej oparty o kierownicę. Mój rower to bezimienny góral wyróżniający się niebieską ramą przechodzącą w szeroki błotnik. Pierwszy raz widzę coś podobnego i idę o zakład, że jakiś podpity dziadzio sprzedał to dziwadło w maglu za butelkę. Przerzutki są zdarte, opony wyłysiały, ale robię rundkę po ulicy i śmiga, aż miło. Po chwili zjawia się Darek, pedałując zawzięcie na czarnym BMX-ie. Rower ma barwę i blask karawanu, wydaje się odlany z jednej mocnej bryły, kierownica rozwidla się wysoko, nad siodełkiem. Darek się zasapał. Wygląda na jeszcze mniejszego, niż jest w rzeczywistości. Zsiada z BMX-a, zaraz sięga po wodę i mówi, że Jędrek jak zwykle się spóźnia i nie można na niego liczyć. Nie mam czasu odpowiedzieć, bo Grunwaldzką popycha Jędrek na składaku kolorowym jak kalejdoskop. Dosłownie jaśnieje na tle szarości i beżu. Na Jędrku łopocze flejers z wściekle pomarańczową podpinką. Dzwonią klaksony, a Jędrek skręca ostro w Jasną tuż przed czerwonym frontem gwałtownie hamującego autobusu i staje przy nas, wzbijając w powietrze chmurę pyłu. Gęba mu się śmieje, przybijamy sobie piątkę jak młodzi gangsterzy na filmach sensacyjnych, Darek podsuwa mu bidon pod czerwoną gębę, Jędrek pociąga zdrowo, jeszcze zdrowiej spluwa i woła: – Wio, chłopaki, żeby uda nie ostygły! Jestem pewien, że myślał nad tym tekstem przez całą drogę. Zjeżdżamy Jasną i zaraz prujemy przez tereny kolejowe, kamienistą ścieżką, koło piaskowych budynków pełnych dziur, między zapadnięte dachy i grubych kolejarzy trzymających szlugi w krótkich palcach. Tu Darek radzi sobie doskonale, skręca, balansując ciałem, i wkrótce wysuwa się na prowadzenie, które straci ledwo na moście przez Brdę. Daję z siebie wszystko, żeby nadążyć – oni regularnie jeżdżą na rowerach, ja nie, i wkrótce widzę tylko czarną kurtkę Darka i flejers łopoczący wokół plecaka. Rozpędzam się z mostu, stopy gubią pedały i hamuję dopiero na Dworcowej, zwanej Aleją Lombardów, gdzie na mnie czekają. Przez moment nie mają siły udawać. Darek złożył głowę na kierownicy, Jędrek obwiązuje flejersa wokół bioder i sapie. Dworcową wali popołudniowy tłum, szyldy zapraszają do ciucholandów, na hamburgera, do salonu gier. Lombardy można rozpoznać po kratach, witrynach ze zbrojonego szkła i złotych literach informujących o skupie wszystkiego. Gromadzą się przed nimi potężni faceci z wąsami i płetwą opadającą na kark. Noszą adidasy do marynarek, bransoletki z ruskiego złota i koszulki polo nieprzepuszczające powietrza. Hipisi z naręczami korali, zarośnięci, o poczerwieniałych uszach, sprzedają pocztówki dla niewidomych sierot czy kogoś takiego. Dolę dzielą błyskawicznie, do dwóch osobnych kieszeni. Środkiem ulicy człapie grubas przebrany za bociana. Rozdaje ulotki informujące o błyskawicznym kredycie.


Ruszamy dalej, wzdłuż muru cmentarza, tym razem już spokojniej. Skręcamy, mijamy niedokończoną budowlę z pustaków, armaty i czołgi z muzeum wojskowego i już jesteśmy na Gdańskiej. Trzeba zwolnić. Pedałujemy gęsiego, Darek na przedzie, unosząc mokry tyłek, ja na ogonie, a i tak wypluwam płuca, żeby nadążyć. Ciąg bloków naprzeciw stadionu Zawiszy przesuwa się nazbyt wolno. Jasny dym unosi się nad ogródkami działkowymi. Do Myśla już niedaleko, wjeżdżamy do lasu. Mijają nas piesi i rowerzyści, objuczeni baniakami z wodą. Niektórzy targają nawet po sześć. Objuczone, wściekłe bachory wloką się za przygarbionymi rodzicami. Przy Źródełku, studni artezyjskiej, wije się ogonek na trzydzieści osób. Zaciskają pięści, sapią, rozglądają się lub stoją jak kołki – strużka tak wolno cieknie. Zasuwamy dalej, za pętlą rozwidlenie i Jędrek, który nie oddał prowadzenia, wybiera skręt w prawo. To dłuższa trasa, pewno chce nas zmęczyć. Darek zwalnia, by zaraz przyspieszyć. Za drewnianym barem strumieniem leją rozcieńczonego kujawiaka. Ojcowie moczą w pianie wąsy, a ich dzieci wirują na poniemieckich karuzelach lunaparku. Pilnuje ich drewniana sowa. Szkraby wirują na konikach, kotłują się w chińskim basenie, zgrzyta stal, zderzają się elektryczne samochodziki. Starsi stoją w kolejce do zjeżdżalni wysokiej na dwa piętra, a wszyscy, mali i więksi, co chwilę zawracają do baru po drobne, by tatusiowie mogli dalej pić w spokoju. Od strony miniaturowego zoo daje łajnem, a Darek uznaje za słuszne pokazać nam wszystkim, gdzie raki zimują. Niemal staje na swoim BMX-ie, wypina tyłek i pedałuje co sił. Gładko omija Jędrka i jeszcze przyspiesza. Wołam, żeby dali sobie spokój, na próżno. Jędrek pochyla się i gna przed siebie, plecak sterczy jak garb. Mijają się ze dwa razy, aż tracę ich z oczu. Natychmiast zwalniam. W kolanach pulsuje mi krew, kusi mnie, żeby stanąć. Wtedy jednak nie ruszę. Jak babcia pod górkę, pedałuję dalej, unosząc tyłek. Droga jest prosta, a jednocześnie stroma, wściekam się na siebie, na kolegów, na rower i panią Teresę, aż moim oczom ukazuje się skręt do parku i zasmarkany Darek, pod rowerem, na ziemi. Pomagam mu wstać. Cały się krztusi. Opowiada, że nie wyrobił na zakręcie, upadł, zdarł skórę do mięsa, a Jędrek obejrzał się i popedałował dalej. Obciera śpik i obwieszcza powrót do domu. Sami możemy sobie jeździć po Myślu. Zapewne oczekuje, że wrócę z nim. Proszę, żeby pokazał mi tę straszną ranę, chcę zyskać w ten sposób na czasie. Zadziera nogawkę. Cóż, skóra ledwo czerwona, brud zagnieździł się w zadrapaniu. Mówię, żebyśmy poszli to przemyć. Zapytamy o jodynę w budce z hamburgerami. Dodaję, że nie zamierzam wcinać się między niego a Jędrka i niech załatwią to między sobą. Zostawiam go z tą myślą. Prowadzę rower. Darek bierze swój i zrównuje się ze mną. Nie zahaczamy o żadne hamburgery. Przed


nami rysuje się polana i sitowie, jeziorko przesłania nam Jędrek z plecakiem przerzuconym przez ramię, mokry i dumny ze zwycięstwa. 15. Wciąż ciepło, ale tu nie wolno pływać. We trzech ściągamy koszulki. Jędrek zwala się na trawę, pokazując włochate pachy. Darek ma bicepsy jak śliwki, zarys kwadracików na brzuchu i płaską klatkę piersiową. Cały czas zerka na swoje ramiona. Z plecaka wyjmuje termos i pognieciony pakunek. Dostajemy pić i po kawałku biszkopta. Pałaszuję natychmiast, a Jędrek przygląda się swojej porcji. Gryzie ostrożnie, jakby spodziewał się pułapki. Dałbym głowę, że jego plecak się poruszył. – Całkiem do rzeczy – mówi, nie odrywając wzroku od ciastka. – Mógłbyś zrobić takie dziurki, o, tu i tu – pokazuje gdzie – potem dajesz marcepan czy tam jakiś kremik i masz buszejkę. No, ale niezłe i tak, nie? Podziękuj mamie ode mnie. Darek kiwa głową, że tak postąpi. Słyszymy śmiech jakiejś bandy popijającej daleko, za szuwarami. Darek nie wie, co powiedzieć, więc mówi byle co: zauważa, że chyba nie miałem roweru, a jednak na jakimś przyjechałem. Nigdy nie widział takiej ramy. Wzruszam ramionami. Nie było roweru, rower jest, to wszystko, co powinien wiedzieć. Znajdujemy krótkie molo osuwające się w brązową wodę. Zdejmujemy buty i siadamy na przegniłych deskach. Mącę toń paluchem. Nogi Darka są za krótkie i bujają się w powietrzu. Nad nami krążą ciężkie ważki. Pośrodku jeziorka stoi przekrzywiona łódka i nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś sobie w niej przysnął. Rybki trzepoczą się przy dnie, obok porośniętych mchem butelek. Darek mówi, że może mi pomóc z kasą. Popołudniami dorabia sobie, myjąc samochody pod Blankami na Mostowej, starsze chłopaki, co tym trzęsą, są właściwie w porządku i potrzebują ludzi. Czasem jakiś kierowca się wścieknie, warto zadbać o cegłę pod ręką, poza tym da się żyć. Milknie i zagaduje Jędrka, czy on też by chciał. Jędrek grzebie w plecaku. Podnosi głowę. – Na chuj mi to? – W jego głosie brzmi szczere zdziwienie. – Całe życie będę robił, teraz wolę pojeździć na rowerze. Rzucam, że fajnie byłoby porobić we trójkę, taka praca to nie praca. Jędrek włada rękę do plecaka po łokieć. – Nawet nie wiem, co miałbym robić z tą flotą – mówi. – Patrzajcie lepiej na to, jakie śmieszne są, no nie? Na molo kładzie worek podobny do takiego, w którym w pierwszych klasach nosiliśmy buty. Jędrek rozwiązuje węzeł. Z worka gramoli się kotek, maleńki, o posklejanych jeszcze oczach i futerku. Ledwo stawia kroki i zaraz przewala się na bok. Za nim wyłazi kolejny, jakby bardziej


ogarnięty, o zielonym spojrzeniu i nieśmiało podniesionych uszkach. Sunie z noskiem przy ziemi. Trzeci wtarabania się w swoich poprzedników, przewraca się miękko i liże sobie łapkę. Popiskują. Jest najsłabszy, nie potrafi się podnieść i tylko kiwa głową na wszystkie strony, jakby poszukiwał czegoś, o co mógłby się oprzeć. Gromadzimy się wokół tych pociech. Darek podsuwa palec i zielonooki, najbardziej kumaty, natychmiast zaczyna ssać opuszkę. Pytam Jędrka, skąd je wytrzasnął i po co targał je ze sobą aż do Myśla. Mogły zdechnąć w plecaku z gorąca. – Tak ciepło to znowu nie jest – zauważa Jędrek. Pozwala, by pierwszy z kotów, burasek, lizał mu wierzch dłoni. – Jakby zdechły, tobym nie miał zmartwienia. Cukiernica kazała mi coś z nimi zrobić. Darek zaraz chce wiedzieć, czemu padło na Jędrka. Ten drapie kota za uchem. – A bo ja wiem? Zastanawiamy się z Darkiem, jak rozwiązać ten kłopot. Wypuścimy je, to zginą. Proponuję, żeby każdy wziął po jednym i problem z głowy. Darek stwierdza, że matka prześwięci go, jak tylko zamelduje się z kotem. Faktycznie, tatko zareagowałby podobnie, zresztą i tak ledwo mieścimy się na tych dwudziestu metrach. Najsłabszy z kotków mieści mi się na ręce. Rozkraczają mu się łapki. Przypominam sobie, że gdzieś, chyba na Grunwaldzkiej, mają schronisko dla zwierząt. Pojedziemy zaraz. Tam zajmą się kotami. – Akurat. – Jędrek bawi się, wsadzając mały palec kotku do pyszczka. – Dadzą je do uśpienia, i tyle. Cukiernicy chyba biegało o coś takiego. Pozostawia palec w kocim pyszczku, drugą ręką sięga do plecaka po nóż sprężynowy. Matowe ostrze wysuwa się z cichym szczęknięciem. Jędrek kciukiem naciska blokadę i obraca nóż w dłoni. – Jak jechaliśmy tutaj, to chciałem je potopić, niby tak się robi, no nie? Ale teraz mi świta, że to o kant dupy pomysł. Męczyć się będą, a jeszcze ktoś je znajdzie. Ja bym tam wolał, żeby mnie zadźgano, niż utopiono. Zerkam na bladego Darka i nim zdążę coś powiedzieć, Jędrek delikatnie bierze kota za kark. Zwierzątko piszczy i przebiera dolnymi łapkami. Jędrek ze trzy razy trąca brzuch czubkiem noża, jakby chciał wypróbować jego ostrość, i szybkim ruchem wbija je w gardło tak, że wychodzi z drugiej strony. Kotek więdnie natychmiast, jak kwiat na przyspieszonym filmie, który kiedyś puszczali w telewizji. Pozostałe wciąż pełzają po molo, nieświadome niebezpieczeństwa. Na skupionej twarzy Jędrka miga coś na kształt zdziwienia. Wyjmuje nóż, gnie kota jak gąbkę i wyciera ostrze o futerko. Truchło ląduje w szuwarach. Jędrek przekłada nóż, tak że niknie mu w dłoni. Kciuk zamyka się na końcówce rękojeści. Jędrek pada na czworaki, oparty na przedramieniu. Słońce opada dokładnie za jego plecami. Sitowie trąca mu bark. Wygląda, jakby pełzł przez tunel o ścianach z zieleni i światła. Pochyla głowę. Widzę tylko jego głodne oczy. Kątem oka


dostrzegam Darka unoszącego dłoń do ust. Ruch Jędrka jest szybki, nóż spada zza głowy i wbija się w miękki kręgosłup pełzającego kotka. Zwierzątko rozczapierza wszystkie łapki, wydaje z siebie przejmujący pisk i gaśnie. Sprawę kończy plusk, kręgi na wodzie biją o słupy podpierające molo. Trzeci kotek wciąż leży na boku. Jędrek unosi go za płat skóry na karku, podsuwa Darkowi pod twarz, zawiesza mi przed nosem. Pyta: – Chcesz? W drugiej dłoni podsuwa mi nóż. Nic nie odpowiadam. Zastanawiam się tylko, jak bym się z tym czuł. Zwierzątko i tak jest skazane na śmierć. Kotek pełza na różowej dłoni. Być może gdybym to zrobił, poczułbym się spokojniejszy. Ale nigdy nie widziałem tak bezbronnego stworzenia. Milczę. Jędrek odkłada nóż. Ujmuje główkę kota w dwa palce i przekręca szybkim ruchem. Czyści nóż o trawę, składa i chowa do plecaka razem z workiem. Darek gapi się w wodę i mówi, że zrobiło się późno i pora wracać. Zastanawiam się, czemu Jędrek zrobił to przy nas i dlaczego ich jednak nie utopił. Pojeździłbym jeszcze trochę, bo jutro rano muszę oddać rower, ale nie mam ochoty na przepychanki, zwłaszcza że Jędrek wstał i szykuje się do drogi. Proponuję, żebyśmy zrobili jeszcze kółko po parku, i tak rzeczywiście się dzieje. Jadę obok Jędrka. Darek zostaje daleko za nami. 16. Jędrek wraca do domu. Zapiął flejersa, łokcie rozstawił na boki, pochyla głowę i bierze ostre zakręty. Przez Zamczysko jedzie tak szybko, że ledwo zauważa kilku nastolatków, trochę młodszych od nas, którzy podpierają przęsło, najwyraźniej czegoś oczekując. Ignoruje skrzyżowanie i prosto na niego wyjeżdża star. Hamują jednocześnie, pół metra od siebie. Ze stara wyskakuje kierowca w czapce z daszkiem i niebieskiej koszulce Pepsi. Idzie prosto na Jędrka i krzyczy, że go zapierdoli. Spogląda w jego oczy, milknie i wraca do samochodu. Lasem kolibie się zabytkowy tramwaj z tablicą JAZDA PRÓBNA na przedzie. Jędrek nie ma światła i pruje prosto przez ciemność wąską ścieżynką. Zakochani uskakują między drzewa. Gdzieś z głębi dochodzi krótki, urwany wrzask, a za nim piosenka – chłopy śpiewają, kopiąc kogoś, kto leży na ziemi. Jędrek pedałuje co sił. Podskakuje na kamieniach i korzeniach, rozchlapuje kałuże. Zjeżdża z górki, unosi wysoko nogi i pędzi, wpadając prosto między bloki Fordonu. Taranuje płotek, ale nie spada z roweru. Wycofuje się, tratując kwiaty. Zatacza pętle na osiedlowych dróżkach, a matki wołają dzieci do domów, kulawi psiarze szarpią obroże swych kundli. Rower zamyka w piwnicy. Czeka, aż serce się uspokoi, idzie na górę i dzwoni do drzwi. Tym razem ojciec nie patrzy na zegarek. Już w progu


podaje synowi szklankę wody, pyta, czy nie jest głodny. Jędrek zaprzecza ruchem głowy. Zdejmuje koszulkę i myje się pod pachami. Ojciec chce wiedzieć, czy fajnie było na rowerach i z kim pojechał. Jędrek wyciera się ręcznikiem. – Z Krzyśkiem Hoppe, tatuś – odpowiada. Ojciec pociąga nosem. Prześwietla Jędrka wzrokiem i mówi, żeby go nie nabierał. Pojechał tylko z Darkiem. Przecież Krzysiek nie ma nawet roweru. Jędrek nie odpowiada. Zakłada czystą koszulkę i chce iść do swojego pokoju. Ojciec przypomina, że dziś, jak co piątek, będą czytać książki. Jędrek reaguje westchnieniem, ale nic nie mówi. Ojciec zasiada w pokoju, przy stole, zakłada okulary, ślini palec i przewraca stronę Forsytha w grubej czerwonej oprawie. Matka podnosi nos znad różowego tomu CourthsMahlerowej. Jędrek bierze z półki pierwszą lepszą książkę. Siada przy mamie. Otwiera mniej więcej w środku. Przysuwa sobie lampkę i czyta. 17. Pierwszy stopień naszej klatki schodowej okupuje inny miłośnik książek. To tatko przysnął z ręką pod głową. Kolanami ściska pustą reklamówkę i opiera czoło o opróżnionego bełta. Próbuję go przekroczyć bez dotykania, lecz wybudza się gwałtownie, wybałusza oczy i szarpie mnie za nogawkę. Chce, żebym z nim został i go posłuchał. Ani mi to w głowie. Nie chce puścić. Chwytam się chybotliwej poręczy, drugą nogą odpycham się od tatusia i cwałuję na piętro odprowadzany przez jego skomlenie. Matula czeka w kuchni. Pali nad szklanką z fusami na dnie. Witam się i zasuwam do łóżka, ale mama ma sprawę. Dopytuje o tatę. Odpowiadam zgodnie z prawdą. Zmarznie i wróci w środku nocy. Mama szarpie się za policzek i prosi, żebym zaciągnął go na górę, bo co ludzie powiedzą. Moim zdaniem może leżeć tak do świtu, poza tym cała Jasna doskonale wie, kim jest pan Bogdan. Mamusia uważa inaczej, ciśnie, głos jej drży, a ja kapituluję. Przytuliłbym ją, ale nigdy tego nie robię. Po prostu stoję w kuchni i patrzę w okno. Mama idzie do pokoju rozścielić mężowi łóżko. Tatko śpi w najlepsze i nie sposób go ruszyć. Szarpię za kurtkę, klepię po twarzy, proszę, żeby do nas wrócił. Na klatce pachnie szczyną, pyłem i trutką na szczury. Tatuś opiera się na łokciach i mruga. Butelka po bełcie stacza się ze stopnia. Tato każe mi spierdalać. Mówi, że jestem małym potworem, że piętnaście lat temu powinien zawiązać sobie chuja na supeł. Wszyscy go ostrzegali: nie żeń się z tą bzibzią, a przynajmniej nie rób dzieci. Powtarzam moją prośbę. Pomogę mu wstać. Ojciec boksuje na oślep, zwala się na stopień i znów zasypia. Mama siedzi na brzegu wersalki. Mówię, że próbowałem i trudno, mam w czterech literach i idę spać. Przed oczyma przesuwają mi się koty. Robię


sobie kromkę z mortadelą, popijam wodą z kranu, myję zęby i rozścielam sobie amerykankę. Mamusia ani drgnie. Kładę się na wznak. Przed oczyma przesuwają mi się koty rozprute w półmroku klatki schodowej. Trochę to trwa. Mama rzuca na ścianę potężny cień. Wstaję, zakładam buty. Biorę koc i idę okryć tatusia. Siadam przy nim na chwilę, słucham płytkiego oddechu, przyglądam się ciemnym dłoniom i rozchylonym ustom. Pomarańczowy prostokąt drzwi przecina postać w kurtce bombce i z reklamówką w dłoni. To Wesoły Fido maszeruje opustoszałą Jasną i pogwizduje.


Pocałuj noc listopad 1995

1. z procy tak pięknie. Siedzimy we trzech w zardzewiałym zaporożcu bez kół, jakieś pięć metrów od śmietnika z pustaków. To ten najfajniejszy model zaporożca, z kieszeniami, które ktoś chciał urwać, a tylko wypatroszył. Darek wychyla się przez przednie okno z siedzenia kierowcy. Przycupnąłem z przodu i mam Jędrka za plecami. Na cegłówkach pod śmietnikiem stoi rząd butelek z grubego szkła. Mamy też procę z drewna i pasma gumy wyciętego z rękawiczki. W kubełku leżą nazbierane kamienie. To pierwszy słoneczny dzień w listopadzie. Zaczyna Darek. Wciąż wychyla się przez okno i chyba udaje bandytę ostrzeliwującego się przed radiowozem lub na odwrót. Trzęsie się, jakby nasz samochód pędził po wybojach. Porywa kamień, naciąga i pudłuje. Tak raz za razem. Kamyki dzwonią o blaszany dach śmietnika, a gdy trafiają w pustak, wzbijają chmurkę gruzu, jak w filmowej strzelaninie. Butelki stoją, jak stały. Nadchodzi moja kolej. Napinam najmocniej, jak umiem, mrużę oko. Dwa pierwsze kamienie idą za wysoko, trzeci przelatuje bokiem, czwarty trąca szyjkę. Butelka chwieje się i roztrzaskuje pod śmietnikiem. Piąty, ostatni pocisk znów nie sięga celu. – Wierzysz w duchy? – pyta Jędrek i przejmuje procę. Starannie wybiera pięć kamieni. Napina gumę. Żyły pulsują mu na przedramieniu. Mruży oko, nos ociera się o wierzch dłoni. Zwalnia palce. Kamień śmiga nad butelką. Jędrek, nie spuszczając wzroku z celu, sięga po kolejny kamień. Gumkę ustawia nieco niżej, biedzi się z tym, przygryza wargę. Tym razem kamień niemal muska butelkę. Jędrek rozmasowuje palce od nasady po paznokcie, a dalej wypadki przebiegają błyskawicznie. Proca wyrasta z dłoni jak złamana kość. Jędrek bierze głęboki oddech. Dwie butelki pękają, trzecia ledwo się chwieje, ale w jej środku widnieje dziura na wylot. Jędrek wypuszcza powietrze, oddaje procę Darkowi i pyta: – Wierzycie w duchy? Zaprzeczam. Jedyne duchy to takie, które tatuś widzi na dnie butelki. Darek nie ma zdania. Znów wyjmuje swój zeszyt i notuje niebieskim długopisem jednorazowym parę linijek. Jędrek próbuje mu zabrać ten notatnik, mocują się chwilę w maleńkim samochodzie, próbuję ich JESZCZE NIKT NIE STRZELAŁ


rozdzielić. Awantura kończy się wybuchem śmiechu i tylko Darek, z nosem na kwintę, chowa notatnik do plecaka. – Jest dom w Łochowie, gdzie nie idzie wytrzymać – mówi Jędrek. – Coś tam jęczy, śpiewa, takie rzeczy. Światła się zapalają same z siebie. Raz przyjechał tam taki waryjot, co wody pod ziemią szuka, takim kijkiem, i ten kijek mu się normalnie do dołu wygiął. Facet speniał i uciekł. Pół miasta gada o tej chałupie. Podobno tam kogoś zabili czy coś. Kości w piwnicy. Fajnie, co nie? Mina Darka świadczy o tym, że nie bardzo widzi się w roli łowcy duchów. Nic jednak nie mówi. Dopytuję Jędrka, o co mu właściwie chodzi, po diabła to Łochowo i jak właściwie sobie to wyobraża. Jędrek bawi się procą. – Normalnie. Pojedziemy na wieczór, wrócimy rano. Chyba że peniacie jak ten facet od kijka. Gramolę się z samochodu. Zaczyna siąpić. Patrzę po firankach w bure kwiaty. Między nimi marszczą się szare twarze, zapalają papierosy. Na wyszczerbionych dachówkach gołębie chowają głowy w skrzydłach. Kot szoruje grzbietem o rynnę. Przychodzi mi do głowy, że Bydgoszcz ma własnych duchów od metra i nie musimy wozić się do Łochowa. Darek chce wiedzieć, co powiemy rodzicom. W życiu go nie puszczą do nawiedzonego domu. – Ja mam luz ze starymi, łażę, gdzie chcę – kłamie Jędrek. – Powiecie, że śpicie u mnie, i cześć, nie będzie im się chciało węszyć. Ja, tak czy inaczej, jadę. Pytam go jeszcze, czym tam pojedziemy, to dwadzieścia kilometrów jak nic. Jędrek już grzebie w śmietniku za nowymi butelkami i nie ma czasu na pierdoły. W bramie majaczy okropna figura – bezdomny w dziurawych butach, w kurtce nałożonej na płaszcz, z brodą jak futro z psiego zada drobi kroczki i czegoś tu szuka. Jędrek podnosi głowę znad kosza. – Może ten mądrala fundnie taksę? Darek, co ty robisz z całą tą forsą z myjni? Darek blednie, Jędrek wybucha śmiechem i rzuca: – Autobusem, no bo czym? Śmiech Jędrka ucina się jak zerwana taśma. Ani ja, ani Darek nie chcemy już strzelać do butelek. Jędrek wspina się na dach samochodu, siada po turecku i napina procę. Brzęczy szkło. Tym razem przestrzelił dwie butelki bez rozbijania. Od bramy dochodzi szloch. Bezdomny zobaczył, co się święci, i leci ratować butelki. Przez dziury w butach wystają brudne skarpetki. Bezdomny omija rozwalony samochód, kierując się na śmietnik. Jędrek obraca się w miejscu i mierzy do niego z procy. Ten pojednawczo unosi ręce. Wycofuje się tyłem, nie odrywając wzroku od Jędrka. Stopa natrafia na kamień, bezdomny pada na plecy, obraca się i na czworakach zasuwa przed siebie, i nas przeklina. Gdy dociera do bramy, Jędrek


rozluźnia palce. Kamień śmiga koło włochatego ucha. Bezdomny wydaje z siebie kwik i przepada w korytarzu. Jędrek mógł trafić go bez kłopotu, ale tego nie zrobił. 2. Listopad jest jak sen o sztucznych światłach: autobusy stoją w korkach, zacina bury deszcz, a o poranku na Jasnej można zobaczyć kałuże o brzegach żółtych jak pudełeczka w jajkach niespodziankach. Dalekie domy spowija mgła, której pasma, niby otępiałe duchy, wkręcają się między nagrobki cmentarza Starofarnego. Rowery stoją już w piwnicach, woda tryska spod kół śmieciarki, przechodnie nastawili kołnierze, naciągnęli na uszy czapki, ale chłód i tak wwierci się pod ortalionowe kurtki i prochowce. Golfy pod puchówkami nasiąkają potem. Wstaję pełen sił i cieszę się czystym mieszkaniem. Nauczyciele chorują i w poniedziałek wracam trzy godziny wcześniej. Robię pomidorową dla siebie i mamy. Jemy w milczeniu. Talerze zmywam w wyczyszczonym zlewie i odstawiam na ociekacz. Matula swoim zwyczajem zostaje przy stole. Szkoda mi dnia. Zabieram się do wykańczania pokoju. Półki już przetarte, książki poukładane według autorów, zabawki, niepotrzebne, poupychałem do szuflad. Nastawiam pranie z pościelą, a ponieważ proszek się skończył, wlewam pół butelki ludwika. Będzie bardzo dobrze. Gdy trzepię narzutę na podwórku, mam wrażenie, że matka mi się przygląda przez szybę. Najważniejsze zostało na koniec. Nalewam wody do wiadra, zagęszczam ludwikiem i usiłuję zmyć czarny ślad po ojcu. Tę plamę po brudnych kudłach. Nie bardzo chce schodzić. Robią się szare smugi, jakby mój tatko chciał rozlać się po mieszkaniu. Nie pozwolę. Wymieniam wodę na czystą, szoruję znowu i co chwilę cofam się pod meblościankę, żeby ocenić efekt swojej pracy. Ciągle coś nie leży i nim się połapię, nad łóżkiem widnieje jasny okrąg. Jakby świeżo malowane. Właśnie malowanie wydaje mi się nie najgorszym pomysłem. Zasuwam do kuchni, żeby zainteresować tym mamę. Wystarczy przepchać meble na środek i już. Sam się tym zajmę, obiecuję, tylko potrzebuję pieniędzy na farby. Mama słucha mnie w skupieniu, dziękuje za ostatnie dni i prosi, żebym wreszcie poszedł poszukać ojca. Ani myślę. Tatko poszedł w długą i gdzieś się zawieruszył. Mówię mamie, że wróci, jak mu się znudzi, jak go pobiją albo przemarznie na kość w jakiejś bramie. Przywlecze się i będzie płakał. Matka doskonale to wie i nie wie jednocześnie. Powtarza swoją prośbę tak długo, aż mięknę. Wyjmuje trochę drobnych i zamyka mi je w dłoni. Jeszcze się ociągam.


Bydgoszcz to duże miasto. Mama jest nieugięta. Głos jej drży. Zakładam buty. Moje zadanie kojarzy się z szukaniem gluta w kupie gnoju. 3. Najpierw zachodzę na róg, do sklepu, i natychmiast łapię trop. Pan Docent mówi, że tatko przyszedł dwa dni temu, nawalony jak szpak, i błagał o rabat na nalewkę spirytusową. Opowiadał też, jaki jest nieszczęśliwy. Poszedł i zaraz wrócił, bo dożebrał brakującą złotówkę, domyśla się pan Docent i dodaje, że i tak nie sprzedał mu nalewki ze względu na mnie oraz niespłacony zeszyt. Zazwyczaj w takich sytuacjach tatko dostawał szału, lecz tym razem posmutniał i powlókł się Grunwaldzką, w deszcz. Pan Docent nie widział go więcej. Kupiłbym sobie snickersa. Nie starczy. Poza tym potrzebuję forsy na coś innego. Automat telefoniczny mieści się w żółtej budce. Szyba jest rozbita, opluta, walają się niedopałki i w gruncie rzeczy dziwię się, że tu nie nasrali. Zaczynam od Żłobka, czyli izby wytrzeźwień na Przemysłowej, gdzie tato jest doskonale znany. Dawno go tam nie widzieli. Zabieram się do obdzwaniania szpitali, automat żre monety jak smok, a przed budką rośnie ponura kolejka. Mokną. Przestępują z nogi na nogę. Elegancka pani wznosi oczy ku niebu, wymoczek w zielonym płaszczyku kręci się wokół własnej osi i coś tam mamrocze. Niech czekają. Parę lat temu tatko poszedł do biblioteki i nie wrócił przez dwa dni. Znalazł się w szpitalu na Jurasza z okropnie rozkrwawioną ręką: przełaził przez płot i nadział się na śrubę czy coś takiego, sam dokładnie nie pamiętał. Teraz o nim nic nie wiadomo, ani na Jurasza, ani gdziekolwiek indziej. Zmarnowałem monety. Wymoczek w ostrych słowach wyłuszcza mi zasadę „jeden człowiek – jedna rozmowa”, starsza pani prosi, by mogła wejść przed nim, ma króciutką sprawę, dosłownie dziesięć sekund. Wymoczek odmawia, blokując ciałem wejście do budki. Odchodzę odprowadzany odgłosami kłótni tych dwojga. Sprawdzam znajome bramy na Jasnej, Granicznej, Śląskiej i Kanałowej, zachodzę nawet na Czarną Drogę i w piwnice dworca, gdzie tatko kiedyś miał kumpla i szarpał się z sokistami. Zdrowo go wtedy stłukli. Zaglądam do piwnic służących mu za dom, łazienkę i restaurację jednocześnie. Przypominam sobie jego ulubiony murek w podworcu kamienicy na Chełmińskiej. Zazwyczaj dużo opowiada, a jego koledzy się śmieją. Tym razem go nie ma. Pytam o niego dwóch pijaczków. Podobno tatko wpadł wczoraj na murek, poopowiadał, jakiego ma fajnego syna, i już nie wrócił. Bez większych nadziei odwiedzam cmentarz Starofarny. Tatko uwielbia to miejsce, w lecie potrafi przesiedzieć tu całą noc, mamy jednak listopad. Woda błyszczy na katafalkach, marmurowy Chrystus przyjął pozę, jakby puszczał przodem jakąś ładną dziewczynę. Pozieleniały, smutny aniołek


opiera się o krzyż. Dużo wypalonych zniczy, zwiędłych kwiatów, potłuczone szkło. Wyobrażam sobie ojca śpiącego w trumnie, na wzór Drakuli, jak leży sobie na plecach i uśmiecha się przez sen. Podnosi się gwałtownie. We włosach ma pajęczyny i liście, w uszach wosk, a na rękach krew. Otrząsam się. Nie ma tu nikogo, tylko mokre wrony drepczące wśród liści. Wszystko robi się beznadziejne. Na koniec zaglądam do Kapliczki, tuż obok cmentarza. Knajpa nazywa się inaczej, ale ludzie mówią na nią właśnie tak. Szanse na sukces są marne, bo tatko rzadko stołuje się w lokalach. Na blatach pokrytych ceratą stoją miękkie blaszane popielniczki. Pod laurem Polonii Bydgoszcz wisi plakat z Roberto Baggio. Stara ruda barmanka leje do kufla tanie wino z kegi. Kostropate głowy, jedna po drugiej, obracają się ku mnie, w końcu barmanka też podnosi wzrok i pyta, co mnie tu przywiało. Odpowiadam, że szukam ojca, pana Bogdana Hoppe. Och, najdroższy Boguś! Chłopy natychmiast tracą zainteresowanie moją osobą. Barmanka stwierdza, że potraktuje mnie jak dorosłego i powie prawdę: noga mojego ojca nie postanie w Kapliczce, póki ona tu pracuje, a pracuje prawie od siedmiu lat i bardzo to sobie ceni. Życzy mi dobrze, więc nie chce, aby mój ojciec się odnalazł. 4. W sklepie z militariami Major pierwsze, na co Jędrek zwraca uwagę, to manekin w pełnym wojskowym rynsztunku. Ma mundur bez maskowania, hełm z siatką i jasnozielone buty. Na skomplikowanie poskręcanych pasach wisi granat, nóż, manierka i atrapa pistoletu w czerwonej kaburze. Manekin, drobny, z chłopięcą twarzą, kojarzy się raczej z harcerzem niż współczesnym wojownikiem. Sprzedawca spogląda na swojego klienta znad gazety. O ladę, między zieloną skrzynką a saperką, opiera się panzerfaust, najpewniej rozbrojony. Wyżej ciągnie się cały rząd hełmów, w tym jeden rycerski, z osłoną na nos i kolczugą chroniącą kark. Sprzedawca powolnym ruchem zdejmuje okulary, pozwalając im zawisnąć na sznurku, Jędrek skręca i zanurza dłonie między wojskowe kurtki i spodnie, stłoczone na wieszaku. Patrzy na plecaki i ogląda but o wysokiej podeszwie, jakby zamierzał go założyć. Zerka w stronę drzwi. Sprzedawca odkłada gazetę i pyta, czy może jakoś pomóc. Jędrek natychmiast melduje się przy nim. – Pokaże pan mi noże? Jędrek chowa obie dłonie do kieszeni flejersa. Sprzedawca zmęczonym ruchem spełnia jego życzenie, rozkłada noże jak karty i opowiada o nich. Jest smith & wesson z krótkim symetrycznym ostrzem oraz blokadą, na którą trzeba uważać, ratowniczy master cutlery, który ponoć błyskawicznie się składa, letherman, trochę podobny, wyróżniający się uchwytem przy


rękojeści, i jeszcze kilka innych. Jędrek kładzie portfel pod nosem sprzedawcy. Dotyka wszystkich noży po kolei. – Który jest najlepszy? No i żeby drogo nie było. Sprzedawca tłumaczy, że nie ma noży tak po prostu. Zależy, do czego będzie potrzebny. Pokazał Jędrkowi tylko tanie i dobre noże, tak zaznacza, i zaraz powtarza to, co powiedział wcześniej. Chce wiedzieć, po co mu ten nóż. – Mieszkam w Fordonie – odpowiada Jędrek. Widzi, że sprzedawcy daleko do śmiechu, i dodaje: – Kumple w szkole też mają, to nie będę gorszy. – Zerka na stary numer „Komandosa”, na atrapę kałacha zwisającą z kraty po lewej, na zimnego panzerfausta, na hełmy, czapki i okulary sprzedawcy, grube, złączone drucikiem. – Powalczyłbym trochę. Chcę na żołnierza. Chcę i już. Starsze chłopaki migają się przed wojem, a ja nie mogę się doczekać. Zostanę komandosem. Komandosi zawsze się przydają, no nie? Sprzedawca przygląda się jego krępej sylwetce i stwierdza, że z tą nauką walki dobrze wykombinował, bo wojsko odpuszcza takie rzeczy. Trening trwa długo, nikomu się nie chce, a potem zwiadowcy giną jak przedszkolacy pędzeni przez pole minowe. Bierze lethermana, tak że ostrze wystaje od strony kciuka, macha w górę ku prawej i błyskawicznie opuszcza w lewą stronę. Już po sercu i oku, zapewnia. Opowiada o precyzji, szybkości, prostocie i o tym, że walcząc nożem, nie można myśleć. Walka przypomina oddychanie, dodaje, i pyta, czy Jędrek ma jakiś model, czy już sobie zrobił choćby z worka nabitego szmatami. – No jasne, że se zrobię. Ten, co pan tak nim wywija, jest bardzo okej. Bo ja mam tylko sprężynowca, co się nie nada, nie? Już sięga po portfel. Sprzedawca zostawia lethermana, zgarnia pozostałe noże i dokłada jeszcze jeden, czarny, wykonany z miękkiego plastiku. Podsuwa go Jędrkowi i mówi, że sprzeda mu lethermana, ale na początek poleca ten. Nie tacy twardziele ranili się na pierwszych treningach. Oczy, otoczone przez pomarszczone cienie, zaczynają mu błyszczeć. Plastikowy nóż to jego zdaniem najtrafniejszy wybór dla początkującego, a przy tym mnóstwo uciechy. Można trenować z przeciwnikiem, nie robiąc mu krzywdy, a model treningowy tak prędko się nie zniszczy. W cenie lethermana Jędrek mógłby wziąć dwa plastikowe, podarować bratu czy tam komuś i razem by się uczyli. Nie ma czego się wstydzić. Najtwardsi zaczynali w ten sposób. Tak właśnie mówi. Kładzie dwa noże obok siebie i splata ręce za plecami. Palce Jędrka krążą wokół obu rękojeści, ale przy jednej zatrzymują się na dłużej. 5.


Zdaniem Darka robotę na parkingu Pod Blankami mam murowaną, jeśli czegoś nie zawalę. Czarna Owca przyjmuje wszystkich, ale warto zarobić u niej trochę punktów, przynosząc własne narzędzia pracy. Wybieramy stację benzynową koło ATR-u. Między dystrybutorami stoi stary polonez, a dalej blaszana budka z zakratowanymi oknami. Sprzedają tam olej, śmieszne naklejki na tylną szybę i kasety wideo z pornolami. Nocą pół Bydgoszczy przychodzi tutaj po piwo i papierosy, pieniądze podaje się przez okienko. Teraz jednak można wejść do środka. Wywiązuje się kłótnia o podział ról: proszę Darka, żeby wziął to na siebie, oddam mu dniówkę, lecz on nie chce nawet o tym słyszeć. Zaczyna żałować, że mnie wprowadził, więc macham ręką. Obiecuję sobie: to pierwszy i ostatni raz. Rozdzielamy się po drugiej stronie ulicy. Maszeruję Bernardyńską z duszą na ramieniu. Darek przecina ulicę i znika za drzwiami stacji benzynowej. Ledwo go widzę. Wiem, że spaceruje między półkami, dotyka cukierków, żelków, zerka na kasety wideo, udając niezdarnego złodzieja. Zbliża się do kasy, trącając towar koniuszkami palców. Przecinam Bernardyńską. Kierowca poloneza, ubrany w dżins chłopak z wąsem i płetwą, z niepokojem gapi się na litry śmigające na liczniku. Spokojnie biorę wiadro, płyn do szyb i myjkę. Maszeruję, jakbym kierował się do własnej wypasionej fury, i puszczam się biegiem już za dystrybutorami. Woda ochlapuje mi nogawki, mało nie upadnę, upuszczam butelkę z płynem, zawracam, ciskając przerażonym wzrokiem w stronę stacji. Gość od poloneza stoi tak, jak stał. Drzwi zamknięte i ciche, no to lecę dalej, Chrystus z krzyża przy kościele Świętego Andrzeja Boboli spogląda na mnie bezlitosnym wzrokiem. Zwalniam dopiero na Długiej. Bydgoszcz już wie o moim ojcu, o maglu, o kotach w Myślu, wie, że w zeszłym roku podpaliłem śmietnik i czasem trzepię sobie nocą, z kołdrą w zębach, żeby rodzice nie usłyszeli, jak dyszę. Nadciąga Darek. Kupił paczkę mamby, podsuwa pod nos. Cieszy się, że gładko poszło. Mam wiadro i myjkę, Darek ma myjkę, Darek ma mambę, mam i ja. Nim dojdziemy Pod Blanki, poznaję zasady gry. Pracujemy w rytmie zmianowym, z trzech chłopaków myje, reszta wypatruje strażaków miejskich albo policji. Najczęściej nie sprawiają kłopotów, chyba że im się cholernie nudzi. Wtedy dzwonią po rodziców albo nawet ciągną na Policyjną Izbę Dziecka. Najczęściej nudzi im się właśnie w listopadzie. Koledzy są w porządku, najlepiej jednak nie mówić za wiele o sobie. Nie zatrzymam wszystkich pieniędzy – trzydzieści procent idzie do Czarnej Owcy, której lepiej nie pyskować. Pod Blankami widzę długi parking przylegający do zdewastowanych kamieniczek. Czarna Owca ma jakieś dwadzieścia lat, w każdym razie jest cholernie stara. Nosi martensy do leginsów, wojskową kurtkę i koszulę w czarno-fioletową kratę. W uszach mnóstwo kolczyków, rzadkie, farbowane na rudo włosy spięła z tyłu, bez przerwy pali i pluje. Darek ciągnie mnie do


niej, przedstawia i mówi, że się nadam. Czarna Owca patrzy na moje wiaderko i przyznaje mu rację. Każdy się nada, w końcu piramid tutaj nie budujemy. Na początek siadam z Darkiem na krawężniku pod słupem pełnym ogłoszeń o fantastycznych kredytach, patrzę, jak inni sobie radzą, no i wyglądam policji. Robi tutaj takich dwóch, na których wołają Bliźnięta, choć dzieli ich przynajmniej pięć lat i pół metra wzrostu. Młodszy, w trampkach i polarowej bluzie, ledwo sięga szyb samochodowych, natomiast stary to drań pełną gębą, w przetartych spodniach dżinsowych i wysokich butach. Podwinięte rękawy bundeswehrki odsłaniają białe blizny na przedramieniu. Mówi, że dorobił się ich w wypadku motocyklowym. Nieustannie tańczy wokół brata, wypłukuje mu gąbkę, pokazuje, co i jak, wyręcza, gdy temu się znudzi. Mały się o to ciska, ale zaraz potem śmieje. Pucuje reflektory audicy i odwraca się do brata. Pyta, czy dobrze, i stuka w okno, prosząc o pieniądze. Między nimi, jak zagubiona wróżka, krąży dwunastoletnia dziewczynka w butach na koturnie, różowym sweterku i płaszczu przeciwdeszczowym. Pod Blankami parkuje fiat punto zachlapany błotem. Młoda jest już przy nim, tamci podnoszą oczy znad wiadra. Mniejszy brat się wścieka, większy tłumaczy, że wszyscy tutaj jedziemy na jednym wózku, tymczasem dziewczynka lukrowanym głosem pyta zdezorientowanego kierowcę, czy nie umyć mu samochodu. Odchodzi z dychą w kieszeni, nie dotykając nawet gąbki. Tak to trwa. Gadam z Darkiem, strzelając oczyma na boki. Darek nie dziwi się, że Jędrek odpuścił. Jego zdaniem on po prostu taki jest, trudno go do czegoś nakłonić. Myślę chwilę i mówię, że to trochę dziwny gość. Wiadomo, chodzi o popołudnie w Myślęcinku, ale żaden z nas nie śmie przywołać tamtego dnia. Darek odpowiada, że zawsze wydawał mu się zupełnie zwyczajny i w gruncie rzeczy niewiele o nim wie. Na moje z kotami przeszarżował, a z drugiej strony nie każdy poradziłby sobie z takim zadaniem. Na Jasnej nieraz widziałem, jak starsze chłopaki podpalają gołębie, myślę sobie, ale nic nie mówię, bo przysiada się do nas taki jeden. Krępy, malutki, ma może dwanaście lat. Zaraz wyjmuje z tylnej kieszeni krótkiego caro, zapala i cmoka filtr. W palcach obraca rdzawy gwóźdź. Przychodzi moja kolej. Chłopak ciska papierosa i wypruwa do przodu, ruszamy za nim – ja z wiadrem, Darek z myjką. Wypatrujemy parkujących samochodów i na początek mam trochę szczęścia. Facet z astry nawet na nas nie spojrzy, tylko życzy powodzenia i pędzi w stronę Długiej. Jego następca, wożący się nowiutką corsą, wrzeszczy z miną, jakby zaraz miał się schylić po kamień. Wyzywa nas od złodziei i obiecuje, że jeśli na samochodzie będzie choćby rysa, zaciągnie nas wszystkich do więzienia. Trafia mi się jeszcze zagubiona w czasie baba z apaszką zawiązaną na głowie, za kierownicą bordowego cinquecento. Ledwo zapytam, czy umyć, a Darek już odgina wycieraczki. Baba gramoli się ze swojego krążownika


szos i pyta mnie, ile mam lat i czemu nie siedzę w szkole. Mówię, że lekcje się skończyły, a ja muszę mieć na książki i zeszyty. Wali przemowę o tym, jak to dzieciństwo powinno być radością, przygodą i beztroską, utyskuje na zdrajców z „Solidarności” i wręcza piątaka, wyrażając nadzieję, że cinquecento będzie lśnić, gdy wróci. I tyle. Pół godziny tylko śmignie. Wracam na swoje miejsce i patrzę, jak koleś z papierosem w ustach leje złocistym moczem na maskę corsy. Tylko Czarna Owca nie garnie się do pracy. Najczęściej siedzi na chodniku i się nam przygląda. Dopiero gdy na parking zajeżdża jakieś lepsze auto – mercedes, renault albo chociaż peugeot – Czarna Owca strząsa popiół, pozostawia peta na krawędzi chodnika i idzie, uśmiechając się czarująco. Chłopcy stoją. Zabiera pierwszemu lepszemu wiadro z myjką i czeka, aż zjedzie szyba, a chłodne spojrzenie napotka wzrok kierowcy. 6. Przed siódmą zwijamy interes, ulica przestaje należeć do nas, przechodząc na własność kogoś innego, kto przejmie nad nią pieczę aż do świtu. Wyszczerbiły się karteczki z ogłoszeniami o tanich kredytach. Światła nielicznych latarni kleją się do brudnych szyb, do okien zapełnionych kartonem i pustakami. Liczę, że Czarna Owca pochwali mnie albo opieprzy, ale tylko bierze swoją dolę i odchodzi bez słowa. W połowie Blanek przystaje i próbuje zapalić papierosa, najpierw jedną, potem kilkoma zapałkami. Nic z tego. Gdy już ma się poddać, z Trybunalskiej wyłania się potężny facet w skórzanej kurtce zapinanej na guziki. Błyska zippo. Czarna Owca przekazuje facetowi kilka banknotów, za forsą leci buziak i maszerują objęci, z głową tuż przy głowie. Poznałem Czarną Owcę, znam też Czarnego Barana – z taką informacją melduje się Darek, któremu muszę podziękować. W kieszeni brzęczy trzydzieści złotych – to kupa forsy. Darek macha ręką na moją wdzięczność i zaprasza na lody wodne i puszkę coli. Mówi, że zna jeszcze inne sposoby zarobienia pieniędzy i powie mi, jeśli tylko będę chciał, w odpowiednim czasie. Zagadywany, milknie. Maszerujemy w cieniu potężnej fasady budynku sądowego, a mnie zaczyna strasznie boleć brzuch. 7. Do sprzątania Jędrek słucha składanki kupionej w budce. Jest na niej Ace of Base, Dr. Alban, Gloria, Los Del Río i 2Pac. Jędrek umieszcza kolumny swojej edyty w progu pokoju, na dwóch stołkach, i nastawia tak głośno, by muzyka przebijała warkot odkurzacza. Rusza się jednak, jakby sprzątał w ciszy. Dokładnie czyści rogi i nadproża. Zmienia szczotkę. Robota zajmuje


mu godzinę. Gdy kończy, natychmiast schodzi z workiem do śmieci, ładuje odkurzacz na pawlacz i chwyta za mop, akurat gdy wybrzmiewają ostatnie dźwięki Tonite’s Tha Night Kris Kross. Jędrek przekłada kasetę, puszcza jeszcze raz to samo, tylko ścisza. Myje podłogi. Wyrusza zawsze spod okna i wycofuje się z kuchni i pokojów. Przedpokój zostawia na sam koniec. Podłoga w mieszkaniu jest mokra. Jędrek zakłada buty, wychodzi do korytarza dzielonego z sąsiadami i startuje z robotą. Ledwo się rozkręcił, a drzwi do mieszkania obok otwierają się i ze środka wyskakuje zaaferowana głowa pani Miłki. Pani Miłka ma jakieś trzydzieści pięć lat, piękne oczy i bibliotekarski kok. Pyta Jędrka, czy coś się stało i czy mógłby ściszyć te wrzaski. W jej sympatycznym głosie przebrzmiewa pretensja. Pani Miłka staje w korytarzyku, obok butów i parasoli. – Przepraszam. Nie pomyślałem. – Jędrek wpycha mop do wiadra i pokonuje drogę do swojego pokoju w kilku długich susach. W ten sposób zniszczy jak najmniej pracy. Pani Miłka tłumi śmiech. Patrzy na plecy Jędrka, nie widzi więc jego warg przygryzionych do białości. Muzyka milknie, Jędrek wraca w ten sam sposób. Wypręża pierś i salutuje. Pani Miłka zauważa, że zablokował sobie drogę do domu, i zaprasza do siebie. Po chwili siedzą przedzieleni owalnym blatem. Jędrek zanurza wzrok w herbacie, a pani Miłka opowiada o książkach. Ma ich cały pokój – przez dwie ściany biegną półki ze sklejki, książki znajdują się po obu stronach łóżka i na parapetach. Wszystkie o niewyraźnych kolorach, jakby za długo leżały na słońcu. Jędrek przenosi wzrok na gospodynię. Zauważa całkiem obfity biust ukryty pod sweterkiem i dłonie, które chyba nigdy nie podnosiły niczego ciężkiego. Pani Miłka chce wiedzieć, co Jędrek lubi czytać. – Mi to z książkami nie bardzo po drodze. Tata czasem chce, żebyśmy razem poczytali, tylko że mi się zaraz wszystko plącze, nic nie wiem, no i idę spać. – Bierze łyk herbaty. – Tata też chyba tak naprawdę nie lubi czytać, tylko chce, żebyśmy byli razem. Cała rodzina robi coś wspólnie, te rzeczy. Zasypia nad tym czytaniem i tyle z tego jest. Wierci się na krześle, zerka po książkach. Pani Miłka przechyla się przez stół, tak że bursztynowe korale dotykają blatu. Wyznaje, że w wieku szesnastu lat była dokładnie taka jak Jędrek i nawet groziła jej dwója z polskiego na półrocze. Puszcza szelmowskie oko, jak nastolatka, i pyta Jędrka o filmy. Chłopak osusza filiżankę. – Bo to na filmy czas jest? Życzenie śmierci całkiem fajne, to znaczy myślę, że to dobry film. Właściwie mają ich kilka, ale jedynka najlepsza. Jeszcze znam Bezlitosny cień, taki sensacyjny. I drugi, horror niby, tylko się nie bałem. Koszmar nad… nad czymś koszmar, w każdym razie. – Podrywa się z krzesła. – Wie pani co, dziękuję za tą herbatę. Jestem, jak to gadają, człowiek czynu.


Wypruwa z pokoju. Pani Miłka zatrzymuje go w kuchni. Podsuwa książkę. To Dzień Szakala. Czarną okładkę zdobi głowa mężczyzny w celowniku. Mówi, że ta powieść bardzo przypomina filmy, o których wspominał, tylko daje dużo więcej detali. Są całe strony o broni, można się dowiedzieć, jak ustawić celownik optyczny, poczytać o pracy wywiadów i zabójcy na zlecenie. Zauważa, że książka Forsytha i film z Charlesem Bronsonem wcale tak bardzo się nie różnią. Opowiadają o powodach, dla których zabijamy. – To pani widziała Życzenie śmierci? – pyta Jędrek. Bierze książkę, lecz nawet na nią nie spogląda. Gapi się na wodę stojącą w zlewie. – Coś się zatkało? Pani Miłka odpowiada, że mąż od czterech dni zabiera się do tego zlewu i zabrać się nie może, a Życzenie śmierci lubi, i to bardzo. Jędrek wyrasta przy zlewie, wsadza palec w wodę, pompuje otwartą dłonią i daje do zrozumienia, żeby mu nie przeszkadzać. Klęka, gmera przy rurze, wypruwa na korytarz i powraca z wiadrem. Podwija rękawy. Nagle wyostrzają mu się rysy twarzy. Szybkim ruchem spuszcza wodę i wkłada palce w rury, tak że jego policzek przylega do zlewozmywaka. W wiadrze ląduje zgniły groszek, kukurydza, makaron. Lustro wody obniża się gwałtownie. Jędrek podrywa się i woła: – Zrobione! Pani Miłka nie zdąży nawet podziękować, bo w przedpokoju pojawia się jej córka, z plecaczkiem przerzuconym przez ramię. Ledwo zwraca uwagę na Jędrka i jego umorusane przedramiona, zajęta rozsznurowywaniem butów. Kręcone mysie włosy opadają jej przy tym na czoło. Dagmara całuje mamę w policzek i dopiero teraz dostrzega Jędrka, zlew i wiadro pełne brudnej wody, a na niej unoszące się napuchnięte ziarna groszku. Ze śmiechem stwierdza, że strasznie tutaj nabałaganili i trzeba było poczekać na ojca. Jędrek niedbale wyciera dłonie o ścierkę. – Cześć – mówi. Ale Dagmara już wypakowuje plecak w pokoju, rozkłada zeszyty i książki. Jędrek sięga po Forsytha brudnymi palcami, zabiera wiadro i zamyka za sobą drzwi. Podłoga jeszcze nie wyschła. Jędrek opiera się o ścianę i czeka wpatrzony w okładkę książki, w mężczyznę wziętego na cel. 8. Zguba się znalazła, śmierdzi i chrapie. Mówię matuli, że w sobotę będę spał u Jędrka, a tatuś leży na wznak, w kurtce i rozchełstanej koszuli. Dżinsy na kroczu są wyraźnie ciemniejsze. Tatko pachnie bełtem, orzechami i gównem. Mamrocze coś przez sen. Pytam mamy, czy zamierza go tak


zostawić, powtarzam kłamstwo o nocy w Fordonie, ale mama ma dla mnie tylko wzruszenie ramion. Wygląda bardzo staro, starzej od pani Teresy. Tatuś mamrocze, gdy ściągam mu buty. Teraz kolej na spodnie. Próbuje się ode mnie opędzić. Członek mojego tatusia jest malutki, jakby próbował uciec do wnętrza brzucha. Sadzam tatusia na łóżku. Patrzy takim dziwnym wzrokiem, jakby mnie nie rozpoznawał. Zdejmuję mu kurtkę i koszulę, a on wybucha płaczem i obejmuje mnie brudnymi ramionami. Przeprasza za to, że jest. Pomagam mu wstać i pytam mamy, czy jeśli umyję ojca, pozwoli mi spać u Jędrka. W łazience tatuś prześlizguje mi się przez ramiona i ciężko siada na dnie wanny. Próbuje się pozbierać. Widzę jego biały zadek i strupy na łydkach. Polewam go wodą. Tatuś jęczy, to, że za zimna, to znów, że gorąca. Prosi, bym go zostawił w spokoju. Mówi, że nie zasłużył na takiego dobrego syna, jest zerem i śmieciem. Powinien umrzeć, zniknąć. Powinny rozerwać go konie. Słucham tego wszystkiego i podaję mu mydło. Niech umyje się sam. Tatuś smarka w gąbkę i niesłychanie powoli naciera swoje ciało, jakby się go brzydził. Szoruje podeszwy stóp. Szampon spływa mu po karku. Odkrywam świeżą bliznę na czubku jego głowy. Nie potrafi wyjść z wanny i mówi, że tu zostanie. Wszędzie dobrze, ale w wannie najlepiej. Muszę go z niej wyciągnąć. Przewraca się na łóżku. Pościel zachowała jego zapach. Matula przewędrowała do kuchni i siedzi między brudnymi naczyniami. Nie potrafię znaleźć sobie miejsca. Zalegam na amerykance i myślę o duchach. Wracam do kuchni, pytam, co z tym Jędrkiem. Zrobię obiad i posprzątam mieszkanie, jeśli matula się zgodzi. Nie mogę się doczekać odpowiedzi, więc zaczynam myć te gary. Ostatni talerz trafia na ociekacz, a w kuchni melduje się nagi tatko i mówi, że niepotrzebnie się męczę, zrobiłby to za mnie, tylko wystarczyło powiedzieć. 9. Pan Ryszard jest jak wąż i długo trawi pytania. Starannie odkłada gazetę. Spogląda na Jędrka zza okularów. Zaczyna masować sobie skronie, czoło mu się marszczy. Przełyka ślinę i bierze głęboki oddech, jakby namysł nad prośbą Jędrka sprawiał mu wielki wysiłek. Okulary kładzie obok gazety i uroczystym tonem oznajmia, że się nie zgadza. Jędrek jest jeszcze za młody i nie ma żadnego powodu, aby nocował u Darka. Przypomina Jędrkowi, że ma dom, a dom to nie hotel. Dlaczego Darek nie prześpi się raz w Fordonie, pyta pan Ryszard. Kąciki ust unoszą mu się w łagodnym uśmiechu. Pan Ryszard zna odpowiedź. Rodzice Darka to przyzwoici ludzie i nigdy nie zgodziliby się na coś takiego. Pan Ryszard odrywa wzrok od Jędrka, zakłada


okulary i sięga po gazetę. Jędrek stoi przed ojcem i zerka błagalnie na matkę. Nogi ma złączone. Panią Hanię stać na wzruszenie ramion i boleściwe westchnienie. Zanurza nos w krzyżówce. Pan Ryszard przypomina Jędrkowi, żeby nigdy nie próbował niczego ugrać przez matkę, bo przecież rodzice zawsze mówią jednym głosem. Tak powinno być. Jędrek wciąż stoi na baczność. Kiwa głową, po wojskowemu, robi w tył zwrot i odmaszerowuje, by rzucić już sprzed drzwi: – Jak sobie chcesz, tatuś, bo ja pójdę i tak. Pan Ryszard ciska gazetę, głos ma jednak spokojny. Przypomina Jędrkowi, gdzie jest jego miejsce, mówi, że powinien się uczyć, a jeśli go nie posłucha, konsekwencje będą bardzo bolesne. Jędrek idzie na ojca. Wygląda, jakby ciągnął za sobą czarną chmurę. – Co mi zrobisz, tatuś? Twarz pana Ryszarda robi się purpurowa. Zaczyna od tego, że Jędrek jest na jego łasce. Je jego jedzenie, myje się w jego wodzie, a jego dom daje mu schronienie przed deszczem: dach nad głową i kibel pod dupą. Chcesz iść na ulicę, to precz. Pan Ryszard ostrzega Jędrka, że będzie z nim chodził do szkoły jak z małym chłopcem. Obetnie kieszonkowe. Da szlaban. Koniec z powrotami o dziewiętnastej, ostrzega i wpatruje się w rosnącą sylwetkę syna, w jego ciemne oczy. – Co mi zrobisz? Co mi zrobisz? – powtarza Jędrek. Pan Ryszard przełyka ślinę, już inaczej niż wcześniej. Jak kulkę kurzu, coś, co nie chce przejść przez gardło. Pani Hania podrywa się znad krzyżówki i próbuje wcisnąć się między męża i syna. – Co mi zrobisz? Co mi zrobisz? – pyta dalej Jędrek. – Mamuś, ja tylko jestem ciekaw, co on mi zrobi. Wysuwa ręce przed siebie i wykonuje szybki ruch, jakby pchał coś niewidzialnego. Wielkie dłonie zatrzymują się jakieś dwadzieścia centymetrów przed pobladłą twarzą pana Ryszarda. Pan Ryszard wciska się w fotel. Szybko mruga powiekami, jego oddech robi się świszczący. Jędrek wrzuca na luz, opuszcza ręce i idzie do swojego pokoju. Brakuje tylko, by zaczął pogwizdywać. Pan Ryszard mokrymi palcami sięga po gazetę, ale nie potrafi jej utrzymać. 10. Bydgoszcz rozwadnia się za oknem autobusu. Kamienice, pościskane w centrum jak gołębie podczas ulewy, rozluźniają się z każdym kolejnym przystankiem. Ich okna robią się mniejsze, bramy zieją czernią i pyłem. Między nimi wyrastają czteropiętrowe bloki, plomby, mokre ogródki i place zabaw z rdzewiejącymi zjeżdżalniami. Błyska stalowa tafla Brdy. Pojawiają się zaniedbane wille ze sztucznymi kwiatami na parapetach i wiejskie


domki, pobielane, o czerwonych dachówkach. Są też szare kloce, bliźniaki, gdzie każde okno i drzwi są inne, obsypane przez anteny satelitarne, z gałęziami i liśćmi na dachach. Pasażerów jest mniej z każdym kolejnym przystankiem. Stają się do siebie podobni. Znikają studenci w płaszczykach trzy czwarte, przepadają licealiści w grubych, ciepłych koszulach, jakie noszą chłopaki z Machine Head, ostatnia zadbana kobieta wysiada bodaj na Lisim Ogonie, unosząc torebkę o błyszczącym uszku, nabitą jak piłka do rugby. Zostają babiny w chustach, jak wymyślone. Stary dryblas z wąsem zawisł na uchwycie. Rękaw w podróbce Adidasa zsunął się po łokieć, odsłaniając plątaninę sznytów i więziennych tatuaży. Wali od niego wódą i wodą kolońską. Są jeszcze jakieś szczyle, głupie synki, ciągną redbulla i klną. No i my. Darek z nosem przy szybie i plecakiem na kolanach ma minę, jakby autobus wiózł go na własny pogrzeb. Jędrek fajny, mocny, z nogą założoną na nogę. Przycupnąłem na tylnym siedzeniu i gapię się na wszystko, co zostaje za nami. Wjeżdżamy na pętlę, czyli plac z wiatą i dyżurką. Nieliczni pasażerowie rozłażą się we wszystkich kierunkach, tylko smarkateria leci watahą przed siebie, tam gdzie drzewa, gdzie wiejskie domy i gdzie pójdziemy także my. 11. Za przewodnika służy nam strona z „Expressu Bydgoskiego” z artykułem ozdobionym zdjęciem. Fotografia przedstawia podniszczony budynek ze spadzistym dachem, przesłonięty przez gałęzie. Takich tutaj od groma. Przekazujemy sobie gazetę z rąk do rąk, próbując coś wykombinować. Pociemniało, jest siódma, a Darek marudzi, odkąd tylko wysiedliśmy z autobusu. Uważa, że żadną miarą nie znajdziemy domu, że ktoś nas pobije i powinniśmy wracać. Już sobie udowodniliśmy, jacy jesteśmy odważni. Patrzę na te ciemne budynki, na grupkę pijaczków koczujących przy sklepie przemysłowym, na chudego kota przemykającego poboczem i zastanawiam się, czy Darek nie ma racji. Ale Jędrek wie lepiej. Wyrywa do przodu i rzuca przez ramię: – Jak chcesz, to wracaj! Zapytałbym o drogę, tylko odwagi brakuje. Jędrkowi chyba to nie przyjdzie do głowy. Ciągnie nas głębiej, w wieś. Droga opada. Otaczają nas ziemiste zbocza najeżone kamieniami. Gdzieś niedaleko szumi strumień. Od czworaków niesie się wrzask. Za drewnianym płotem ujada pies. Jego właścicielka ma zimny wzrok jaszczurki. Darek powtarza swoją prośbę. Trzeba wracać, póki jeszcze jeżdżą autobusy. Wlecze się na samym końcu i mamrocze, a Jędrek staje niespodziewanie, wskazuje palcem i mówi: – To tu.


Pierwszym, co rzuca się w oczy, jest pochylone drzewo o guzowatym pniu i koronie z poskręcanych gałęzi. Opiera się o pordzewiałe ogrodzenie. Tabliczka z nazwą ulicy jest już nieczytelna, ocalał tylko numer domu i drewniana plakietka ostrzegająca przed złym psem. Trzy wykrzykniki podkreślają jeszcze grozę zwierzęcia, którego już nie ma: wyjechało lub zdechło. Za ogrodzeniem, między badylami, walają się stłuczone butelki, paczki po radomskich, supermocnych i klubowych. Leży wózek dziecięcy bez kół. Żadna ścieżka nie wiedzie do poszarzałych drzwi. Budynek to szary klocek o oknach dużych i brudnych. Szyby ocalały, co wydaje mi się dziwne – dzieciaki powinny ciskać w nie kamieniami. Na pierwszym piętrze loggia. Dach jest płaski, więc jakby go nie było. Jego obecność sygnalizuje tylko powyginana antena. Z rynną też niedobrze: rdzawa i dziurawa, wygina się przy końcu w znak zapytania. Przysiągłbym, że frontowa ściana również nachyla się troszeczkę, gotowa runąć i pogrzebać naszą trójkę. Palec Jędrka mierzy w okno. – Podobno chłop zadusił tutaj babę kablem od żelazka, no i teraz kibluje. Nie ma komu dbać o chałupę. A w tamtym oknie, o, czasem można zobaczyć tę babkę. Stoi, chlipie i się gapi. Normalnie, ma szyję siną jak gołąbek. Furtka ani drgnie, więc Jędrek lekko nad nią przeskakuje i nawołuje nas spomiędzy badyli. Darek ma problem z osadzeniem stopy, but mu się ślizga. W końcu podciąga się na obu rękach, przełazi, szorując brzuchem, i ciężko ląduje po drugiej stronie. Przełażę i ja. Wszystko mokre. Gęsiego maszerujemy w stronę domu, a dom puchnie, czernieje, wypełnia sobą przestrzeń. Nieruchome dotąd powietrze zaczyna drżeć. Gwałtowny wiatr zasieka słabym deszczem. Mówię, tak pod Jędrka, że to trochę dziwne. Jeszcze na drodze pogoda była całkiem do rzeczy. Jędrek macha na to ręką i zabiera się do otwierania drzwi. Pcha, próbuje z buta, nic. W końcu szarpie i otwierają się gwałtownie. Jędrek traci równowagę, ślizga się po stopniach, uchwycony klamki. Wygląda to tak, jakby coś w środku go popchnęło. Wnętrze domu bije wilgocią, zapachem kurzu, brudu i przegniłych ubrań. Zastanawiam się, czy duchy pachną, a jeśli tak, to czym. Darek unosi głowę i nie patrząc nam w oczy, oświadcza, że nie idzie dalej. Prosi, byśmy wracali. Jego zdaniem posunęliśmy się za daleko. – Jak chcesz, to wracaj. Ja idę, nawet sam. Darek nie ma ochoty na samotny spacer przez wieś i oczekiwanie na autobus. Pyta, co ze mną, czy zachowałem resztki rozumu. Nie wiem, co odpowiedzieć. Spoglądam w oczy Jędrka, ciemne jak okna nad nami. Ten nie zachęca, nie przegania, po prostu stoi w tej swojej pozie, na lekko ugiętych nogach, z palcami nerwowo miętoszącymi powietrze. Dmie coraz mocniej. Decyzja zapada, przepraszam Darka i mówię, że powinniśmy się trzymać umowy. Idziemy we trzech, spędzamy noc, i tyle. Darek cały się


trzęsie – może z zimna, może z innego powodu. Podajemy mu ręce i już go nie ma – pędzi drogą, nie oglądając się za siebie. 12. Z sieni możemy pójść w dwie strony: do mieszkania na parterze lub po schodach wiodących na piętro. Zaczynamy od dołu. W korytarzu leży rozwalona szafka, stołek i kilka butów, każdy nie do pary. Nad zlewem sterczy urwany kran, szafkom brakuje drzwiczek. Lodówka leży na drzwiach. Ktoś próbował ją wynieść, ale zrezygnował. Żartuję, że w środku można by schować trupa. Jędrek nie zwraca na mnie uwagi, zajęty oglądaniem wyrwanego gniazdka elektrycznego. W ustępie zastajemy tylko cuchnącą rurę, kafelki w łazience są potrzaskane. W pierwszym pokoju, przy kanapie podziurawionej przez papierosy, walają się butelki, trochę ubrań i puszki po konserwach. Są też książki, głównie tygryski. Lokator miał najwyraźniej trochę wspólnego z moim oczytanym tatusiem. Poruszamy się w ciszy, patrząc cały czas pod nogi. Drugi pokój był kiedyś sypialnią małżeńską. Szerokie łóżko rozpruto, na ścianie pozostały gwoździe i plamy po zdjęciach, ze stołu ocalał tylko ciężki blat – resztę pewnie spalono. Pod sufitem plotą się pajęczyny, tłusty szczur umyka pod rozwalone klepki. Uwagę Jędrka przykuwa szafa w rogu. Mówię, żeby jej nie otwierał, lecz jest już za późno. Na podłogę wypada kłąb ubrań przeżartych przez mole, kij od szczotki i rura od odkurzacza. Jędrek odskakuje zgrabnie, jakby tańczył, i zanurza obie dłonie we wnętrzu szafy. Staję za jego plecami i dałbym głowę, że z samego rogu łypią na mnie ślepia jakiegoś oburzonego zwierzęcia. Momentalnie gasną, bo Jędrek schyla się jeszcze, łapie za coś i woła: – Facet, patrz, co mam, ale jaja, ale jaja! Trzyma żelazko, takie stare, z pokrętłem pod uchwytem i prążkowanym kablem. Zaraz okręca go sobie wokół szyi, napręża na wyciągniętym ramieniu i wywala język na brodę. Proszę, aby przestał, to nie jest śmieszne. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek był taki zadowolony. Rozpadało się na dobre. Szybą suną szare strugi. Jędrek zaczyna charczeć i w końcu wzbudza moją wesołość. Odrzuca żelazko. Nic tu po nas. Ruszamy na pierwsze piętro, w narastający łoskot deszczu bijącego o blaszany dach. Układ mieszkania jest taki jak na dole. Po kiblu nie została nawet rura. W pierwszym pokoju potykam się o biurowe krzesło na kółkach, plączę się w kable, a Jędrek kopie pustą obudowę po pececie. W ekranie monitora zionie dziura. Dyskietki trzeszczą pod butem. Zerkam przez okno na parcelę i dziwnie pochylone drzewo. Pierwszym światłem, jakie rzuca mi się w oczy, jest neon stacji benzynowej, kawał drogi stąd. Rozprostowuję


zadrukowaną kartkę. Faktura na piłę do cięcia drewna, widnieje nazwa firmy, numer się zgadza. Mówię, że ktoś tutaj zajmował się budowlanką, ale Jędrka trapi coś innego. Dostępu do pomieszczenia z loggią bronią drzwi zamknięte na kłódkę. Otwierają się na zewnątrz. Kopniak nie pomoże. Jędrek szarpie się z klamką. Grzebie w śmieciach zdewastowanego pomieszczenia biurowego. Rozprostowuje znaleziony spinacz i próżno gmera w zamku. Próbuje zajrzeć przez dziurkę od klucza. Wraca do zabawy spinaczem, wali pięścią w drzwi i się odsuwa. – Masz, ty spróbuj. – Podaje mi spinacz. Przez parę minut bezowocnie mocuję się z zamkiem. Jak przez mgłę przypominam sobie filmy o włamywaczach i coś mi świta, że potrzebujemy dwóch spinaczy, nie jednego. Trudno, mówię, tam nie wejdziemy. Jeśli duch siedzi akurat tam, to nici z rozrywki. Jędrek stracił zainteresowanie tajemnicą zamkniętego pokoju. Siada na monitorze i gapi się w ścianę. Nim do niego dołączę, uderza mnie pewien drobiazg. W tym domu wszystko rozpada się i gnije. Ale kłódka jest nowa i lśni. 13. Deszcz przestał padać i nastała cisza. Dom powinien trzeszczeć, lecz tego nie robi. Przerzucam papiery, ale jest za ciemno, by czytać. Jędrek podświetla ekranik na zegarku elektronicznym. Opiera głowę o ścianę, czeka. Wstaję. Zastanawiam się, czy zdołałbym coś stąd ocalić. Jeśli znalazłbym dobrą płytę główną i twardy dysk, jakoś dozbierałbym na resztę. Miałbym komputer. Obracam pustą obudowę. Karta muzyczna trzaska pod butem. Obracam w palcach kość pamięci i chowam ją do kieszeni. Mówię, że trochę szkoda tego Darka. We trzech byłoby raźniej. – Czego żeś się spodziewał? – zagaduje Jędrek. Odpowiadam, że nie znam Darka zbyt dobrze, ale wydaje mi się fajnym chłopakiem. Uczynnym. Chciałbym tylko wiedzieć, co notuje w tym zeszycie. – Pewno wierszyki dla siostrzyczki – słyszę. – Toż do niej tak popędził, wyszczać się bez niej nie może. Powtarzam: nie znam go tak dobrze, a siostry prawie wcale. Jędrek pochyla się do przodu. Usadzony na rozwalonym monitorze, w rogu pomieszczenia, potracił kształty i kolory. Jest tylko niewyraźną chmurą z zegarkiem na przegubie. – To się lepiej przypatrz – radzi mi Jędrek. – Lata za nią jak z piórkiem, jakby, normalnie, jedną nerkę mieli. Gdzie ona, tam i on. Zawsze tak było, odkąd pamiętam, tylko jak podrosła, jemu już bije na dekiel. Tornister by za nią nosił, gdyby tylko mógł. A ona jest, wiesz, cwaniara, ciągnie z tego, ile może, choć pewno czasem jej głupio. Zakochany frajer, normalnie. Powiedz


mi, on dostaje kasę od starych, robi na myjni, coś tam jeszcze dłubie, ciekawe swoją drogą co. Obrotny gość. Na co wydaje te wszystkie pieniądze? Na siostrzyczkę! A ona fajna jest – dorzuca pospiesznie i opiera się o ścianę. Dla hecy mówię, że jakby nie byli kuzynami, to kto wie, Jędrek miałby teraz pannę i nie bujał się z chłopakami. Jędrek macha ręką. – Przejdźmy się lepiej do tej Malwiny. Bierze dosłownie parę złotych. Niektórzy gadają, że wytrzepie ci za snickersa. Zastanawiam się, co odpowiedzieć. Nie umiem sobie tego wyobrazić: siebie maszerującego przez Fordon, z batonikiem w kieszeni, do jakiegoś nieznanego mieszkania. Boję się spojrzenia tej Malwiny i jej ciała też się boję. Pułapek tam poukrywanych. Odpowiadam, że zmarnowaliśmy ten wieczór. Mogliśmy kupić parę puszek hammera albo kujawiaka, to czas mijałby szybciej. Ale Jędrkowi ani to w głowie. – A jak się spierdoli, co zrobisz? Po pijaku dasz chodu? E, to nie dla mnie. Ja chyba nigdy się nie napiję. Swoje widziałem w Fordonie. Mówi to z naciąganym znawstwem. Mógłbym podzielić się z nim swoim doświadczeniem. Za płotem terkocze silnik. Mały fiat kolibie się po wybojach. Światło z jedynego reflektora na przedzie rozsupłuje się i niknie w ciemności. Na wysokości domu samochód zwalnia. Jędrek, nie odklejając nosa od szyby, zanurza dłoń w plecaku. Maluch przyspiesza i Jędrek odkłada plecak na parapet. – Chodźmy lepiej do Malwiny. W sumie ciekawi mnie, jak to jest. I pomyśl se, jak potem przygruchasz sobie jakąś laskę, będziesz wiedział, co i jak, żadnej wtopy. Dziwi mnie, dlaczego taki super facet jak Jędrek musi dawać snickersy jakiejś Malwinie. Tacy mają dziewczyn na pęczki, wystarczy, że pójdą do Savoya na dyskotekę. Tego nie powiem, zdradzam jednak swój sekret. Bardzo chciałbym uskładać na rower, potem komputer by się przydał i nie mogę tak po prostu szastać snickersami na prawo i lewo. Jędrek wydaje się to rozumieć i w milczeniu siada na monitorze. Ale duch Malwiny zostaje z nami. Snuje się na parterze, a jej bose stopy nie dotykają ziemi. Mokre ubranie przylega do białego ciała. Widmo rozchyla usta, rozkłada się na kanapie i rozchyla nogi w dżinsach. Powietrze robi się mokre i parne jak w słoneczny dzień. 14. Duch Malwiny rozwiewa się dobrze przed dziesiątą, pozostawiając inny rodzaj upiora, nudę. Nawet Jędrek nie usiedział na monitorze – klapnął po turecku i przegląda szmelc z podłogi, zbiera te dyskietki, segregatory, połamane długopisy i zwala na stosik pod ścianą. Darek dobrze zrobił z


innego powodu. Tu nic się nie stanie. Przesiedzimy tak do pierwszego autobusu, w kurtkach naciągniętych pod nos. Dom nieogrzewany, okna nieszczelne, a będzie jeszcze gorzej. Pytam Jędrka, skąd wiedział o tej kobiecie uduszonej kablem od żelazka. – Gadają o tym, i tyle. – Jędrek znalazł trochę folii pakunkowej i strzela z bąbelków. Poprosiłbym, żeby dał mi kawałek, ale to głupie. – Ludzie mówią różne rzeczy, jak im się nudzi. Słyszałem, że było jeszcze trochę inaczej, że ta babka po prostu przepadła. Jej facet mówił, że z kimś uciekła, a tak naprawdę załatwił ją tym kablem i zamurował w piwnicy. Oszalał potem od tego, przez ducha. I nie jest w żadnym więzieniu, tylko polazł w kaftan, do Świecia. Przesuwa się na następny kawałek podłogi, ku poplątanym kablom. Wyjmuje jeden po drugim. Pytam, czy on tak serio, czy tylko próbuje mnie przestraszyć. Zwleka z odpowiedzią. Powtarzam swoje pytanie. Jędrek odkłada kabel i wbija wzrok w podłogę. Męczy się z każdym słowem: – Ja za głupi jestem na takie rzeczy. Nie mówię, że w ogóle jestem głupi, tylko do myślenia o takich sprawach się nie nadaję. Takich duchów, co chodzą po cmentarzach, na pewno nie ma. Ktoś by sfilmował, no nie? Ale chyba są inne duchy, wiesz, takie, co żyją w człowieku obok tych naszych dusz, zwyczajnych. I czegoś tam sobie chcą. Niektóre są ciche, inne głośne. Wrzeszczą, hałasują. To jest nie do wytrzymania. Znaczy, tak mi się wydaje, że z takim duchem w środku strasznie ciężko żyć, zwłaszcza jak on chce czegoś, na co ty nie masz ochoty. Wraca do swoich śmieci. Wygląda teraz jak człowiek, który przegląda rzeczy kogoś bliskiego, kto niedawno umarł. Chciałbym zapytać, czy wódka jest takim duchem. Jędrek gwałtownie pochyla się do przodu. Unosi stalowy pręt, długi na pół metra. Prawdopodobnie pochodzi z ogrodzenia. Nim pojmę, co się dzieje, Jędrek jest już na nogach i idzie do drzwi zamkniętych na kłódkę. Zawraca tylko po to, żeby zabrać swój plecak. 15. Omijam rozwaloną kłódkę, jakby cuchnęła, i ładuję się za Jędrkiem do zamkniętego pokoju. Jest tam duszno i czysto. Pod oknem stoi biurko z lampką, a obok akumulator i fotel obrotowy. Półki regału są puste, jeśli nie liczyć kilku albumów na zdjęcia ustawionych tak wysoko, że musiałbym się wspiąć na palce, żeby tam sięgnąć. Na złożonej kanapie znajduję koc i poduszkę bez poszewki. Ściany pachną świeżością. Zapalam lampkę, tymczasem Jędrek zasuwa ku loggii i morduje się z drzwiami. Gdy ustępują, kręcę się po pokoju, usiłując odkryć jego przeznaczenie. W szufladzie biurka znajduję plik papierów z umową kredytową na wierzchu. Firma pożyczkowa Fortuna powierza siedem


tysięcy złotych niejakiemu Wacławowi Korczyńskiemu i w długich akapitach tłumaczy zasady spłaty. Pewno glejt od zbójców wygląda przy tym jak list miłosny. Jędrek w tym czasie kręci się po loggii. Opiera się o kolumnę i patrzy w noc. Dziwnie delikatny, jakby zaraz miał się rozpłynąć w powietrzu. Odkładam umowę na miejsce. W pozostałych szufladach nic nie ma. Wokół łóżka walają się paczki chusteczek higienicznych, cała masa zalega w koszu, zużytych i posklejanych. Pod kołdrą, wciśnięty w zagłębienie, leży olejek aloesowy w butelce z miękkiego plastiku. Nie umiem tego ogarnąć, wołam Jędrka, lecz ten ani drgnie. Zostały tylko albumy ze zdjęciami. Zdejmuję pierwszy, otwieram. Tym razem Jędrek przybiega natychmiast. Chłopcy. W naszym wieku, często młodsi, poupychani starannie za folię. Półnadzy podczas zajęć gimnastycznych albo w kąpieli. Powycinani z zachodnich gazet. Na końcu znajduję samotną fotografię zrobioną polaroidem, z góry. Mój rówieśnik leży na poduszkach, w kolorowej pościeli. Oczy ma jak brudna woda, uśmiech – pełen napięcia. To ostatnia strona. Jędrek przejmuje album, siada na kanapie i przegląda. Przybliża twarz do zdjęć i mruży powieki, jakby chciał wypatrzyć każdy detal: wystające żebra i meszek na podbrzuszu. Pokój zaczyna wirować, zaraz ściany zacisną mi się na głowie. Na schodach brzmią kroki. 16. Przysiągłbym – olbrzym. Tak tupie. Dopadam drzwi balkonowych. Jędrek leniwie podnosi głowę. Odkłada album na kanapę. Bierze plecak i w nim gmera. Stoi do mnie tyłem, więc nie wiem, co z niego wyciągnął – choć jednak wiem, tylko wolę nie wiedzieć. Wypadam na loggię i oceniam wysokość. Na dole krzaki. Dźwięk kroków narasta. Ktokolwiek przyszedł, dotarł już na piętro i zaraz, za moment zobaczy otwarte drzwi do swojej samotni. Syczę na Jędrka. Świszczę, żebyśmy uciekali, ale on ani drgnie. Przecież go nie zostawię. Nie chcę być jednak świadkiem tego, co nastąpi. Wpadam do pokoju, szarpię Jędrka za rękaw. Odwraca się gwałtownie. Odsłania zęby, minę ma, jakby mnie nie poznał. Trwa to tylko chwilę. Obciąża plecak, zapina i razem przeskakujemy przez balkon, dokładnie wtedy, gdy w progu staje jakiś facet w skórzanej kurtce, z papierosem i nabitą reklamówką. Skaczę prosto w badyle i ani się obejrzę, a Jędrek gna do bramy. Lecę za nim. Niemal przefruwam przez ogrodzenie. Dopiero na drodze pozwalam sobie na spojrzenie wstecz. Pan Korczyński upuścił już siatkę. Zaciska palce na barierce loggii, drugą pięść unosi w bezsilnej złości, ale jego twarz pozostaje niewidoczna, stopiona w jedno z nawiedzonym domem.


Nie zatrzymujemy się nawet na pętli, tylko jakiś kilometr dalej. Zarośla dają nam schronienie. Chwytam się pnia, dyszę, Jędrek także się zasapał. Nie wiem, co powiedzieć, więc mówię co bądź. Natychmiast, od razu – policja. Niech go zgarną. Jędrkowi nawet nie chce się gadać, tylko kręci głową, spluwa, pochyla się, opierając dłonie o uda. Trwamy tak kilka minut, para leci nam z ust. Dochodzi nas szum silnika, na drodze migają światła samochodu. Ktokolwiek nim jedzie, nogę ma lekką. Przywieramy do ziemi, a światła mijają nas pomalutku. Nie mogę dostrzec, kim jest kierowca, nie rozpoznaję marki samochodu. Następne ciężkie chwile spędzamy w kucki, skryci za drzewami, aż Jędrek daje znak do odejścia. Nawet nie spojrzy za siebie. Idziemy w kierunku Bydgoszczy w ciemności i ciszy. Za każdym razem, gdy słyszymy samochód, dajemy nura w chaszcze lub na jakieś podwórko. Wymieniamy spojrzenia, słuchamy własnych oddechów. Chciałbym się schować za Jędrka. Zniknąłbym w jego ogromie, ale i broniłbym go, gdyby zaszła potrzeba. Na początku Jędrek idzie zgarbiony, na miękkich nogach. Gdy łuna miasta rozsypuje się na mrowie świetlnych punkcików, na autobusy nocne, stacje benzynowe i okna nocnych marków, krok Jędrka odzyskuje sprężystość. Już nie chowamy się na poboczu, bo Jędrek jest mocny i żadna siła nie zawróci go z drogi. 17. Dochodzi trzecia. Jędrek żegna się, wyskakuje z nocnego i szybkim krokiem drałuje przez Fordon, nie spoglądając pod nogi. Cisza nawiedzonego domu przywędrowała aż tutaj. Jędrek pochyla głowę i jeszcze przyspiesza. Na Gordona dociera truchtem tylko po to, by zwalić się na ławkę. Wbija wzrok w okno własnego pokoju. Zapina kurtkę. Próbuje naciągnąć kołnierz na zmarznięte uszy, lecz w ten sposób odsłania brzuch. Wpycha więc bluzę do spodni. Zamiast na górę, do siebie, wybiera schody prowadzące do piwnicy. Dostępu do niej bronią stalowe drzwi, których Jędrek nie potrafi otworzyć. Szarpie za klamkę. Siada w przedsionku, pod wysokim okienkiem. Alarm w zegarku elektronicznym ustawia na siódmą. Kładzie dłonie pod głowę i natychmiast zasypia. 18. Myślę tylko o śnie, ale tatko ma inne marzenia. Siedzi na brzegu łóżka, na bosaka, w dżinsach i dopija bełta. Wcale nie dziwi go mój widok, przeciwnie – cieszy się, że przyszedłem. Prosi, żebym usiadł i z nim porozmawiał. Odpowiadam, że jestem bardzo zmęczony, i zabieram się do rozkładania


amerykanki. Zdaniem ojca pięć minut mnie nie zbawi. Mówi, że więź między nami straciła na sile, mijamy się przez tę moją naukę i nowych kolegów. Cały czas się włóczę, zostawiając go z wszystkimi problemami. Jak matka ma to udźwignąć? Matula wybyła do kuchni i wcale nie wygląda na przytłoczoną przez obowiązki. Nie mam mu nic do powiedzenia. Powtarzam, że chciałbym się wyspać, i boję się trochę, bo tatko może zapytać, dlaczego wróciłem w środku nocy, czy coś u Jędrka mi nie odpowiadało. Tatuś ma to jednak w czterech literach i gapi się na butelkę zdziwionym wzrokiem, jakby jej zawartość ulotniła się w jednej chwili i bez jego udziału. Przynajmniej takim zastaję go, wróciwszy z łazienki. Tatuś stwierdza, że jestem prawie dorosły i musi pogodzić się z moimi wyborami. Podobno nawet pracuję, co bardzo go cieszy. Sam uważa się za bardzo pracowitego człowieka, tylko życie mu się nie udało. Jego zdaniem inny, gorszy ojciec oczekiwałby, abym łożył na swoje utrzymanie, ale on taki nie jest. Prosi tylko o drobną pożyczkę. Odpowiadam, że zbieram na rower. Tatuś odstawia butelkę i strzela piękną przemowę, jak nie mam pojęcia, ile co kosztuje: woda, prąd, gaz, jedzenie. Spółdzielnia mieszkaniowa to bandyci, a my jesteśmy bezbronni. On, mój tatko, wciąż walczy, tylko sił jakby mniej. Dziesięć złotych uczyni go mocnym, dwadzieścia niezniszczalnym, a pięćdziesiątka chyba przemieni w półboga. Udzielam tej samej odpowiedzi. Chcę kupić rower i nie mam pieniędzy. Tatko kiwa głową, jakby godził się z tą wiadomością. Wstaje i ściąga mnie z amerykanki. Wyrywam się, idę do kuchni, on za mną. Mówi, że teraz na własnej skórze przekonam się, jak ciężkie jest życie. Zobaczę, do czego go doprowadziłem. Nie potrafię się ruszyć. Tatko ciska mi buty pod stopy i zakłada swoje. Runąłby przy tym, gdyby nie ściana. Coś mamrocze o zmarnowanych latach i próżnym wysiłku. O dobrych dzieciach i miłości synowskiej. Stoję i mu się przyglądam. Tatko toczy długą i nierówną walkę ze sznurowadłami. Wrzeszczy, żebym się ruszył, i rzeczywiście, natychmiast rzucam się na swoje buty. Na progu kuchni, niczym skruszone widmo, materializuje się mamusia w koszuli nocnej. Wyraźnie chce coś powiedzieć, ale nie mówi nic. 19. Mój tatko, znawca obu wojen światowych, arcymistrz modelarstwa i najlepszy kumpel naszej dzielnicy, jakimś cudem nie zlatuje ze schodów i opuszcza kamienicę, popychając mnie przed sobą jak surowy pan Murzyniątko. Wleczemy się Jasną. Czwarta rano, zimno jak diabli, pochowały się psy, pijaki i koty. Niebo jak denaturat, popękany asfalt, mży. Morda się tatusiowi nie zamyka. Mówi, że dla swojego ojca zrobiłby


wszystko, choćby ten był kawał skurwiela. Nigdy mnie nie uderzył, przypomina, wbijając mi palec między łopatki. Uważa, że wyciągnął wnioski ze swojego nieszczęśliwego dzieciństwa i stanął na głowie, bym miał dzieciństwo szczęśliwe, tylko ja tego nie chcę. Pastwię się nad nim, nienawidzę. Na rogu Jasnej i Grunwaldzkiej tatko przystaje, podpierając się pod boki. Grunwaldzką śmigają taksówki, poza tym, jak okiem sięgnąć – nikogo. Jest mi zimno, oczy się zamykają. Tatko wykonuje półobrót, chwieje się, rozkrzyżowuje ramiona i odzyskuje pion. Naprzeciw jego pomarszczonej gęby rysują się zakratowane drzwi do sklepu pana Docenta. Prócz stali dostępu broni kartonowa reklama EB: wyblakły od słońca Jean Reno zanurza usta w pianie. Tatuś też by sobie zanurzył. Szarpie za kłódkę, bredzi coś o skurwysynach i zasuwa kaczym krokiem na tył sklepu. Pośrodku niewielkiego podwórka stoi trzepak. Pod ścianą zalegają kartony, foliowe worki i kraty po piwie, ale tatkę interesuje głównie gerda broniąca dostępu do magazynowej części sklepu. Wali w nią z buta, napiera barkiem, drzwi ani drgną. Przychodzi mi do głowy, że to moje drugie włamanie tej nocy. Z niepokojem wypatruję ciekawskich twarzy w ciemnych oknach. Tatko ponawia swój wysiłek z podobnym efektem i ryczy w moją stronę, że jestem bezużyteczny. Pyta, czy zdaję sobie sprawę, do czego go doprowadziłem: musi kraść, byśmy mieli na jedzenie. Przeze mnie trafi do więzienia, a matka będzie głodować. Jak we śnie krążę po podwórku, wypatrując czegokolwiek, co by się nadało, ale świat to zlewka bez konturów, bez jednej wyraźnej barwy. Nawet nie wiem, o co się potykam, ponaglany przez ryk tatusia. Od tego wrzasku drży powietrze. Podwórko, domy i rozbełtane niebo załamują się, jakby osuwały się w otchłań pod moimi stopami. Pochylam się – tam jednak nie otchłań, lecz srebrna felga samochodowa. Lecę z nią do tatusia. Cieszy się, jakbym przytargał złoto w sztabkach. Napierdala tą felgą w gerdę, aż dom się trzęsie. Szybko opada z sił i bierze się na sposób: wciska felgę między drzwi i framugę. Próbuje zrobić dźwignię, ale felga się gnie. Ciska mi ją pod nogi. Wrzeszczy, że jestem do niczego, że chciałem, by się nie udało. Chciałem, żebyśmy byli głodni. Chciałem, żeby zrobił sobie krzywdę, żeby mu rany pootwierały się w dłoniach. Słucham tego niezdolny do uniesienia ramienia. Ryk tatusia przechodzi w niezrozumiały skrzek. Tatko chwyta cegłówkę i wali w drzwi na oślep, znad głowy, raz za razem. Odpryski wypalonej gliny strzelają na boki. Na drzwiach pojawiają się brązowe rysy. W końcu cegłówka pęka mu w dłoni. Tatko wydaje z siebie stłumione przekleństwo. Gapi się to na drzwi, to na resztki cegłówki. Osuwa się na ziemię. W jego oczach dostrzegam pierwszy przebłysk trzeźwienia. 20.


Przekrwione oczy tatusia spoglądają na mnie spod brudnych włosów. Wyciąga rękę, prosi, żebym podszedł. Wmurowało mnie w podwórko. Tatuś mówi, że doskonale mnie rozumie, że sam by do siebie nie podszedł. Zaczyna szlochać, i to tak, że jego słowa stają się niezrozumiałe. Coś o byciu potworem, o niezasługiwaniu na litość, takie rzeczy. Stoję tak, jak stałem. Tatko wyciera nos w rękaw. Mówi, że wie, jak bardzo przesadził. Nie ma nic na swoje usprawiedliwienie. Jest okropnym, słabym człowiekiem, który zawiódł wszystkich. Nie wie, co w niego wstąpiło. A może wie. Zaczyna pełznąć w moim kierunku, jakby właśnie wygrzebał się z ziemi. Błaga mnie o wybaczenie. Nie zdziwi się, jeśli odejdę. Powinienem go zostawić, mówi. Powinienem powiedzieć o wszystkim dobremu panu Docentowi i zaraz zadzwonić na policję. Tak gada i lezie ku mnie na czworakach. Klękam naprzeciw niego, próbuję podnieść, ale nie mogę. Tatko przytula mnie mocno i płacze. Czuję jego łzy i jego smród. Tatko szepcze mi w ucho najróżniejsze cudowności. Już nigdy więcej się nie napije. Pójdzie na odwyk, jeśli tylko go poproszę, a jeśli nie, spróbuje dać radę samemu. Pomoże mi w odrabianiu lekcji. Posprzątamy razem mieszkanie, a w weekend to dopiero się podzieje: pójdziemy do kina, a potem po rower. Ma jakieś dojścia w Romecie. A jak nie ma, no to co? I tak kupi. Obiecuje, że zrobi dla mnie wszystko. Na moje wybaczenie poczeka, aż sobie zasłuży. Moje wybaczenie jest dla niego najważniejsze na świecie. Mówię, że mu wybaczam, a on znowu się maże. Już świta. Wracamy do domu, tatko wsparty na moim ramieniu. 21. Jędrek otwiera oczy pięć minut przed dzwonkiem budzika. Siada. Rozmasowuje kark, a gdy niezdarnie podnosi się do pionu, krzywi się z bólu. Utyka, więc robi kilka rundek po przedsionku, żeby rozruszać nogę. Przegląda się w szybie, otrzepuje spodnie, kurtkę i idzie na górę. Głowę trzyma nisko i może dlatego nie zauważa Dagmary wiążącej buty na wspólnym korytarzu. Trąca dziewczynę, przytomnieje. Dagmara podnosi się i obcina Jędrka znudzonym spojrzeniem. Jędrek jest siny. Policzki mu się zapadły, ma brudne spodnie i dłonie. Dagmara pyta, czy coś się stało, czy wszystko w porządku. Jędrek zwleka z odpowiedzią, wreszcie mówi: – Biłem się na pięści, w klatce. Pięć rund. W końcu zwyciężyłem, ale ciężko było. – Unosi pięść. – Za nogi go wyciągnęli, tak go walnąłem. Dagmara wydaje z siebie pogardliwe prychnięcie. Natychmiast spuszcza głowę, jakby naprawdę się wstydziła. Mówi Jędrkowi, aby na siebie uważał. Wielu dobrych chłopaków się zmarnowało. Ona nie może patrzeć, jak się biją, nawet na filmach. Zarzuca na ramię kolorowy plecak i zbiega po


schodach. Jędrek odprowadza ją wzrokiem i idzie do siebie. Drzwi otwiera bardzo cicho, jakby liczył, że wszyscy jeszcze śpią. Ojciec siedzi przy stole, nad gazetą. Matka rozkłada talerze, musztardę, chrzan i chleb. Jędrek wita się z rodzicami i mówi, że zaraz usiądzie, tylko chciałby wziąć prysznic. Pan Ryszard nic nie odpowiada, tylko patrzy na zegarek i kręci głową. Jędrek znika w łazience, rozbiera się i wchodzi pod prysznic. Nie potrafi określić temperatury wody, nie wie, czy jest ciepła, czy zimna. Mydli się w pośpiechu. Woda zalewa mu twarz. Jędrek wyciera się niedbale, owinięty ręcznikiem pędzi do swojego pokoju. Chwilę później zasiada z rodzicami. Różową dłonią sięga po chleb. Na twarzy pana Ryszarda pojawia się coś miękkiego, jakby topił się od środka. Pan Ryszard cieszy się z powrotu syna i ma nadzieję, że ten dobrze się bawił. Tak właśnie mówi i sięga po parówkę. Jędrek wstaje i mocno obejmuje ojca. Ten jest tak zaskoczony, że nie odwzajemnia uścisku. Jędrek szepcze: – Boję się, tata. Co ze mną będzie?


Czas przypływu listopad 1995

1. Tatko kręci się w rozbebeszonej pościeli, skomle o szklankę wody i zaraz później woła o kawę. Zasypuje ją cukrem. Brązowe fusy osiadają mu na wąsach. Jego zdaniem dzień będzie po prostu kapitalny. W łazience zatrzaskuje się niemal na godzinę. Słyszę jednostajny szum wody i wyobrażam sobie ojca, jak polewa sobie głowę zimnym strumieniem. Wychodzi tylko w slipach, roztaczając wokół siebie mocny zapach perfum Vanilla Fields. Jego ciało jest kościste i pełne blizn. Na łokciach czernią się strupy. Tatko klęka, wyrzuca rzeczy z szafy, poszukując czystych spodni i koszuli. Wszystko ma zmięte, ale w końcu dopina swego. Siada na tapczanie, zwiesza głowę i mruży podkrążone oczy. Matka przynosi mu kolejną kawę, nie mówiąc ani słowa. Tatko grzebie w portfelu i staje się jasne, że o żadnym rowerze nie ma już mowy. Portfel tatusia, wykonany z brązowej skóry, ma grubość dowodu osobistego i taki też urok. Tatuś czochra mi czuprynę i mówi, że będzie po prostu super. Prosi, żebym ładnie się ubrał. Wkładam polarową bluzę i tę kurtkę co zwykle – bombera kupionego na placu. Tatko wbił się już w dżinsy. Z półdługimi włosami przypomina gitarzystę jakiegoś zapomnianego zespołu rockowego. Wychodzimy na Jasną, a klęska emanuje z każdego jego ruchu. Jak gdyby nigdy nic zachodzimy do sklepu pana Docenta. Pan Docent podnosi się na widok tatusia, a ten uśmiecha się promiennie i mówi, że na razie może oddać jakieś piętnaście złotych. Kładzie pieniądze na ladzie, demonstracyjnie odwraca wzrok od półki z alkoholem i wsadza nos pomiędzy płachty „Expressu Bydgoskiego”. Sprawdza, co grają w kinach, pyta mnie, na co mam ochotę, a pan Docent postękuje zza lady. Nie potrafię wybrać filmu, tytuły nic mi nie mówią, więc decyzję podejmuje tatuś. Odkłada gazetę. Nieoczekiwanie pan Docent żali się, że w nocy drzwi mu prawie rozpierdolili, i zagaduje, czy czegoś o tym nie wiemy. Tatko zasypuje go nawałnicą pytań: kiedy, czy bardzo, jak to możliwe. Zostawiamy pana Docenta z konkluzją, że na Jasnej mieszkają same skurwysyny. Idziemy przed siebie. Wieje. W rejonach Jackowskiego tatko opada z sił i ledwo podnosi nogi. Nieustannie zostaje w tyle i gdy docieramy na Gdańską, traci równowagę, omal nie wpadając pod tramwaj. Łapię go, DLA TATUSIA PORANEK ZACZYNA SIĘ W POŁUDNIE.


odciągam, a on giba się nad krawężnikiem, ze zdziwieniem gapiąc się na czerwony kadłub. Mówię, że mogliśmy pójść do kina Orzeł na Marcinkowskiego, bo bliżej. Tatko uważa ten pomysł za karygodny, jeśli już kino, to najlepsze w Bydgoszczy. Kładzie mi rękę na głowie i zapewnia, że wszystko jest w porządku. Spod zapachu Vanilla Fields przebija się woń przetrawionego alkoholu. Pomorzanin to szary kloc z rzędem małych okien pod samym dachem. Tatuś samodzielnie pokonuje ciemny pasaż i tłumaczy bileterce, że przysługuje mi bilet ulgowy. Wyjaśnia, że nie skończyłem jeszcze dwunastu lat, ale bileterka jest niewzruszona. W końcu tatko płaci. Portfel wepchnięty w tylną kieszeń przypomina garść pozlepianych liści. Idziemy do wielkiej, ciemnej sali. Myślę o tych olbrzymich kinach z amerykańskich filmów, gdzie dzieciaki w kolorowych ciuchach żrą popcorn i piją colę z wielkich papierowych kubków. Puszczają Wodny świat. Jesteśmy prawie sami. To dobrze, bo zapach tatusia zrobił się przykry. Tatko nieustannie się wierci, podpiera brodę zaciśniętą pięścią, rusza nogami i maca się po twarzy. Tylko Kevin Costner, poobijany i w łachmanach, wygląda gorzej od niego. W końcu zaczyna chrapać na całe kino, z głową odgiętą do tyłu. Mruczy, więc chyba coś mu się śni. Film jest nudny i głupi. Zazdroszczę tatusiowi. 2. Tatuś wraca na jawę równo z napisami końcowymi i pyta, jak podobał mi się film. Odpowiadam zgodnie z prawdą. Tato kręci głową, stwierdza, że prawdziwe filmy kręcono w latach siedemdziesiątych, teraz to kolorowy chłam na Murzynów, perkal i paciorki dwudziestego wieku, dawane pod nos, żeby jakoś wysiedzieli w getcie. Niemniej wypad do kina uznaje za słuszny i wart powtórzenia. W przyszłą sobotę wybierzemy lepszy film. Wystarczy poczytać recenzje. Zresztą, jego zdaniem, największy cud ekranu odpada w przedbiegach przy książce. Postawiony przed wyborem ciastka albo lodów wybieram te drugie. Tatko kręci głową i powiada, że nikt o zdrowych zmysłach nie jada lodów w listopadzie, ale to moje święto, mój dzień i ja decyduję. Cieszy się, bo lodziarnia jest tuż obok, przy Gdańskiej. Drałuje raźniej, kołysze się na boki. Mówi, że lody, na które chodził z ojcem, to chyba jedyne dobre wspomnienie związane z tym człowiekiem. Cukiernia mieści się w przesmyku. Tatko teatralnym gestem puszcza mnie przodem. Współczucie w oczach tęgiej sprzedawczyni niezbyt mi się podoba. Lody sprzedają w waflu, musimy jeść na zewnątrz. Tatuś słabującym głosem prosi, żebym wybrał sobie smaki, i zaznacza, że lepsze byłyby dwie gałki, a nie trzy, co czyni decyzję boleśnie kłopotliwą. Smaków jest zresztą tylko sześć. Nad ladą


zastanawiam się tak długo, że sprzedawczyni zaczyna się niecierpliwić. Wybieram i zaraz zmieniam zdanie. Sprzedawczyni zerka to na mnie, to w „Claudię” rozłożoną za ladą. Decyduję się na bakalie i czekoladę. Sprzedawczyni bełta łyżką w naczyniu z wodą, gdzie mieszają się kolory. Z rosnącym niepokojem patrzę, jak nabiera lody: zetrze ich nadmiar z łyżki czy nie? Często w ten sposób próbują przyoszczędzić. Jednak nie – do wafla trafiają dwie grudy, potężne i pyszne. Sprzedawczyni przejmuje pieniądze, wydaje resztę i wyraża nadzieję, że będzie mi smakowało. Mówi to takim głosem, że lody zmieniają się w breję z cukrem. Jem powoli. Przesmyk osłania nas przed wiatrem. Tatuś gapi mi się w wafla i rozsmarowuje skronie. Nieoczekiwanie mówi, że to popołudnie mogło być lepsze, gdyby tylko wczoraj tak się nie umordował. To jego wina, odczuwa wstyd. Ale najdłuższa nawet droga zaczyna się od małego kroku, a on, mój ojciec, zamierza ich zrobić jeszcze bardzo dużo, aż staniemy się prawdziwą rodziną. Za tydzień wymyśli jakieś nowe atrakcje. Może cyrk przyjedzie do Bydgoszczy? Zjadam końcówkę wafla, a on nie przestaje mówić. Dowiaduję się, że jestem dla niego bardzo ważny i od lat czekał, byśmy zaczęli wspólnie wychodzić. Chciałby, abym mówił mu o swoich problemach. Wygląda dnia, kiedy przedstawię mu swoją pierwszą prawdziwą dziewczynę, i nieoczekiwanie zaczyna gadać o mamie. Spotkali się jak dwa piękne motyle nad bagnem. Nie widzieli poza sobą świata. Tatko wspomina dobre lata i twierdzi, że gdybyśmy nie żyli w Polsce, nasz los potoczyłby się zupełnie inaczej. Tu dobrze mają tylko politycy i biskupi. Skończyłem jeść już chwilę temu, ale tatuś dopiero teraz rusza z miejsca i idzie w kierunku ulicy. 3. Wracamy do domu. Tatko zauważa, że jest ciepło jak na listopad, i proponuje powrót piechotą. Jeszcze na Gdańskiej wpycham podkoszulek do spodni i zapinam kurtkę pod szyję. Myślę o wezwaniach wysyłanych na nasz adres z Zarządu Dróg Miejskich i Komunikacji Publicznej. Na takim po raz pierwszy zobaczyłem swoje nazwisko w druku. Leżą w grubym pliku na najwyższej półce naszej meblościanki, razem z pismami ze spółdzielni mieszkaniowej, od straży miejskiej, policji, ze Żłobka i z sądu grodzkiego. Układają się w wielką księgę smutków naszej rodziny. Tatko twierdzi, że nie można się tym przejmować, a życie to wielka walka z potworami rządzącymi tym światem. Każdy uczciwy obywatel to święty Jerzy współczesności, tylko smoków jakby więcej. Pewnego dnia je pokona. Pewnego dnia wyśle te papiery w wielkiej skrzyni do Jacka Kuronia, ale jeszcze nie teraz.


Na zbiegu Dworcowej i Gdańskiej tatko przystaje, ugina nogi i szoruje chudym zadem o mur, zupełnie jak kotka w rui. Mówi, że kiszki już nie te, że zaraz mu przejdzie, tylko musi chwilkę poczekać. Próbuję osłonić ojca przed wzrokiem przechodniów i wyobrażam sobie, co to się podzieje, gdy zwieracz jednak puści. Tatuś robi się coraz bardziej nerwowy i zaczyna się rozpaczliwie rozglądać. Jego wzrok pada na hotel Pod Orłem. Chce, abym mu pomógł. Rozumiemy się bez słów. Odpicowanego boya hotelowego mijamy, nim zdąży powiedzieć słowo. Schody przykryte grubym, czerwonym dywanem prowadzą do części hotelowej, lecz tatuś wybiera drogę ku restauracji. Kelnerka w białej bluzce, z grubym, słowiańskim warkoczem przerzuconym przez ramię, pyta, czy jesteśmy tylko we dwóch, i już chce wskazywać stolik. Tatuś wyjaśnia, że nażarliśmy się w Muzycznej, przeprasza, lecz z dziećmi nigdy nic nie wiadomo, i chciałby tylko, abym skorzystał z toalety. W Muzycznej nie karmią tak dobrze, jak ludzie mówią, śmieje się mój tatuś. Przestępuję z nogi na nogę. Po chwili jesteśmy w łazience. Tatko rzuca się na klopa, zatrzaskuje za sobą drzwi, ale jestem pewien, że odgłos jego wypróżniania się słyszą goście w restauracji, a może nawet ruskie w pokojach na górze. Tatuś wydaje z siebie sapnięcie przepełnione ulgą. Potem długo myje dłonie. Mówi, że świetnie sobie poradziliśmy. Mamy iść. Zerkam w głąb lokalu, a tam siedzi Jędrek z rodziną. Pan Ryszard rozparł się na ławie, ma na sobie niebieską koszulę z białym kołnierzem, przegub oplata mu bransoletka z ciemnego złota. Pani Hania w białej bluzce z trójkątnym dekoltem kojarzy mi się z Alexis Colby, tylko jest bardziej zniszczona. Jędrek gniecie się w swojej marynarce. Powinienem odpuścić, ale nazbyt cieszę się na jego widok. Wołam jego imię, nim ojciec zdoła mnie powstrzymać. 4. Na widok tatusia pan Ryszard podnosi się z ciężkiego krzesła. Wraz z jego zwalistym ciałem ku górze idą również kąciki ust i gdy trzeba uścisnąć sobie ręce, jego uśmiech rozjaśnia restaurację. Witam się z panią Hanią i mówię Jędrkowi, jak fajnie tak wpaść na siebie. Jędrek milczy. Goście odwracają głowy. Kelner przestępuje z nogi na nogę. Tatko gnie się w ukłonach, wyrzucając z siebie mnóstwo przypadkowych słów. Wynika z nich, że nie ma większego szczęścia nad przypadkowe spotkanie kogoś z rodziny. Pan Ryszard, wciąż uśmiechnięty, zaprasza, byśmy usiedli. Pyta, czy często tutaj bywamy i co chcemy zjeść. Ręka tatusia nerwowo błądzi przy kieszeni z portfelem. Tatko powtarza kłamstwo o wcześniejszym obiedzie i dodaje, że wpadliśmy tutaj tylko na kawę i sok. To właśnie zamawiamy.


W szkole pan od plastyki pokazywał nam średniowieczne obrazki, gdzie ludzie różnili się od siebie rozmiarami. Król był większy od szambelana, święty od króla. Mój tatko jakby skurczył się przy panu Ryszardzie. Pan Ryszard jest tak ciekawy, gdzie jadamy, że pyta i nie czeka na odpowiedź. Tutaj przyszli po raz pierwszy. Wcześniej jeździli do Ostromeckiej. Ta restauracja to otoczone podmiejską zielenią królestwo dobrego smaku. Tłok taki, że trzeba rezerwować miejsca, zwłaszcza w niedzielę. Pan Ryszard opowiada o gęsich wątróbkach podawanych z cebulką, jabłkami i żurawiną, wspomina jeszcze o pizzy w Romie, zalecając wyłącznie cienkie ciasto. Usta tatusia układają się w wąską kreskę. Bąka, że na pewno sprawdzi te wszystkie restauracje, ale na razie jest skupiony na kupnie nowego samochodu, więc musiał zawiesić swoją miłość do pizzy i drobiu. Nabiera powietrza, zerka w moim kierunku, przysiągłbym – puścił oko. Na stole jest już kawa i mój sok. Jędrek trąca mnie pod stołem i chyba przeczuwa, że coś się święci. Tatko wrzuca do filiżanki cztery kostki cukru, bełta i zaczyna rozwodzić się nad smakiem słodkich bułeczek anpan nadziewanych pastą z czerwonej fasoli. Wspomina suszoną rybę bonito polewaną specjalnym alkoholem, którego nazwa wylatuje mi z głowy, gdy tylko zostaje wypowiedziana. Mówi o twardych serach, winie i chrupiących bagietkach mieszających się w czystą rozkosz pod słońcem Alzacji. Uświadamia zbaraniałemu panu Ryszardowi, jak trudno o potrawy staropolskie z prawdziwego zdarzenia, choćby o rybę niekrojoną, upieczoną w środku i przysmażoną w rejonach głowy, podawaną z tłustą potrawką. Jadł taką ponad miesiąc temu i wciąż czuje smak pod językiem. Opowiada o sarmackim jesiotrze ze świeżą pietruszką i masłem i kończy dokładnie w chwili, gdy pan Ryszard dostaje pod nos kotleta z frytkami. Tatuś unosi filiżankę z kawą i się uśmiecha. Mały palec dłoni odstaje mu w bok. Pan Ryszard z widocznym wysiłkiem odwraca wzrok od jego zadowolonej twarzy i wbija widelec w kotlet. Jędrek strzela z palców i mówi: – Tatuś, smacznego! 5. Wychodząc z hotelowej restauracji, tatko rechocze. Drałuję za nim przez deszcz i nie mogę dopędzić. W końcu odwraca się i czeka wsparty o barierkę odgradzającą nas od wody. Jesteśmy jak mali chłopcy. Chce mi się śmiać, to się śmieję. Pytam go, skąd zna te wszystkie potrawy, skoro od lat nie ruszył się z Bydgoszczy. Tatko robi łobuzerską minę i odpowiada, że mógłbym choć raz go posłuchać. Naprawdę warto czytać książki. Teraz jednocześnie wybuchamy śmiechem. Tatko czochra moje mokre włosy, ale tym razem ani trochę mi to nie przeszkadza. Otacza mnie ramieniem i idziemy razem, spokojni i zadowoleni, w stronę Jasnej. Tatko nawet


pogwizduje. Pod jedną z kamienic rzuca mi się w oczy Wesoły Fido. Stoi pod przęsłem mostu w swojej kurtce bombce i luźnych dżinsach. Pali papierosa, chowając żar wewnątrz dłoni, jakby chciał pozostać niezauważonym. 6. Darek z niewiadomych przyczyn nie zjawia się Pod Blankami. Umówiliśmy się, a jego nie ma. Pracuję razem z Bliźniętami, Księżniczką i młodym bandytą. Ten pali po staremu i pilnuje się, by wypowiadać nie więcej niż trzy słowa na godzinę. Za to Bliźnięta mają ciche dni. Młodszemu napuchła twarz od płaczu, Starszy jakiś chmurny. Staram się nie patrzeć w ich kierunku. Przydzielono mnie do nich ze względu na nieobecność Darka. Przerwę spędzam na krawężniku, rozmawiając z Czarną Owcą. Ma jakieś kłopoty, ale nie chce o nich mówić. Bez przerwy poprawia swoje rzadkie włosy i pali papierosa za papierosem. Nieoczekiwanie dla samego siebie wyznaję jej, że chciałbym kiedyś opuścić Jasną, a potem Bydgoszcz. Ludzie wyjeżdżają do Holandii i Norwegii na truskawki, w miesiąc można zarobić na rok życia. Czarna Owca strzepuje popiół pod nogi i pyta, czy jestem niezadowolony z mycia samochodów. Odpowiadam, że nie, tylko przecież nie zawsze będę to robił. Natychmiast ogarniam ogrom własnej pomyłki, bo w oczach Czarnej Owcy dostrzegam pewność, że nasze miejsce, moje i jej, znajduje się właśnie tutaj, Pod Blankami. Wrośniemy w parking jak samochody bez kół. Czarna Owca dodaje, że znała wielu, którzy wyjechali. Chcieli porzucić dawne życie, ale zabrali ze sobą ich istotę, czyli samych siebie. Nie zdają sobie z tego sprawy i trudno im zrozumieć, dlaczego z każdym kolejnym wyjazdem są coraz bardziej rozczarowani i zrozpaczeni. Nikt nigdy do mnie nie mówił w ten sposób, takich słów mi oszczędziła nawet pani od polskiego. Czarna Owca dodaje jeszcze, że tam, na Zachodzie, wszystko jest wielkie i obce. Kształty i kolory wydają się sztuczne, a ludzie żyją tylko dla siebie. Mam wrażenie, że chce powiedzieć coś jeszcze, jednak milknie. Na parking podjeżdża czarny mercedes w124. Młody bandyta i Księżniczka pucują akurat fiata punto, więc Czarna Owca ogłasza koniec smęcenia. Mam robotę. Mercedesem, pięknym jak statek kosmiczny, mógłby jeździć Bond albo Erich Honecker. Fotel kierowcy okupuje jednak tęgi gość w golfie i błękitnej marynarce. Na czoło opada mu kosmyk siwych włosów, a zamiast normalnego podgardla ma wór pomarszczonej skóry. Na mój widok kokosi się na zewnątrz. Pytam jak zwykle, czy mam umyć samochód, a biznesmen idzie na mnie, tocząc przed sobą własny brzuch. Nie da skończyć i wrzeszczy coś o kryminalistach i złodziejach. Jego zdaniem niszczymy samochody. Przyjeżdża tutaj codziennie i jeszcze nigdy nie daliśmy mu


spokoju. Dziwię się, bo widzę go po raz pierwszy. Mówię, że to nieprawda. Otwarta ręka biznesmena przelatuje mi nad głową. Kopie moje wiadro i woda z mydlinami rozlewa się po asfalcie. Bliźnięta już lecą w naszym kierunku, podnosi się Czarna Owca z młodym bandytą. Starszy dopada biznesmena i pcha w pierś otwartą dłonią. Biznesmen traci oddech, opiera się plecami o samochód i chyba nie wierzy w to, co się dzieje. Starszy kłuje go palcem i radzi, żeby nie chojrakował, bo widział już nie takich cwaniaków i dobrze zna ich koniec. Bierzemy biznesmena w półkole. Młody bandyta kopci, jak to on, i patrzy wyzywająco. Trzymam się z boku. Czarna Owca podchodzi jako ostatnia i miękkim ruchem wsuwa się między Starszego a biznesmena. Facet próbuje poprawić marynarkę i nawet stojąc kilka kroków od niego, czuję zapach potu. Czarna Owca mówi mu, że wszystko jest w porządku i nie ma o co się kłócić. Wystarczyłoby, aby odmówił umycia samochodu. Niedopałek młodego bandyty leci w kałużę, cofamy się. Biznesmen, zataczając się, wsiada do merola, a Czarna Owca przygląda się temu wszystkiemu z fałszywym uśmiechem. Biznesmen odpala silnik. Hamuje przy wyjeździe z parkingu i ryczy przez szybę opuszczoną na dwa palce, że wreszcie się doigraliśmy i załatwi nas wszystkich. Koniec interesu. Wylądujemy w poprawczaku albo w więzieniu, obiecuje i odjeżdża z piskiem opon, zakłóconym przez dźwięk kamienia spadającego na tylną szybę jego samochodu. Trzęsę się. Nie wiem, czego boję się bardziej: utraty pracy czy zakładu poprawczego. Zdaniem Czarnej Owcy takie awantury zdarzają się co jakiś czas i nic z nich nie wynika. Bez przekonania opieprza młodego bandytę za ten rzut kamieniem, Bliźnięta są zgodni – zapamiętali sukinsyna i dadzą mu kiedyś w kość. Podnoszę gąbkę, pompuję wodę do wiadra. Czarna Owca mówi, że jeśli chcę, mogę dziś nie pracować. Podzieli się swoją dniówką. Odmawiam po chwili wahania, wracam pod mur i wyglądam samochodów, tymczasem od strony budynku sądowego nadciąga czarnowłosa czterdziestolatka w płaszczyku. Targa reklamówkę. Na jej widok Starszy i Młodszy podrywają się z krawężnika, lecą jeden przez drugiego, biorą w ramiona, całują w policzki. Matka przygląda im się z troską. Z reklamówki wyjmuje jedzenie owinięte w przetłuszczony papier, zerka jeszcze w naszym kierunku i odchodzi, zgięta, jakby w siatce nie ubyło ciężarów. Bliźnięta rozwijają papier na blaszanym parapecie zniszczonej kamienicy. Coś szepczą i Młodszy woła w naszym kierunku. Czarna Owca zdaje się nie słyszeć, młody bandyta wzrusza ramionami, podchodzimy więc z Księżniczką. Na papierze leżą kanapki z pastą jajeczną, pasztetem i mortadelą, do wyboru. Trochę tego mało. Starszy ujmuje chleb w swoje brudne, pokryte bliznami dłonie, łamie i daje mi połowę. 7.


Tego dnia kończę pracę wcześniej i zaraz lecę do Darka opowiedzieć mu o przygodzie z biznesmenem. Otwiera mi pan Artur z miną, jakbym przeszkodził mu w jakiejś niecnej czynności. Mówi, że Darek poszedł z siostrą do drogerii na Łokietka, trochę im zejdzie, ale mogę poczekać, aż wróci. Odsuwa się pod ścianę, zaprasza do mieszkania i pyta, czy jestem głodny. Nie jestem, napchałem się kanapką. Wycofuję się na klatkę schodową. Pan Artur wysuwa się za mną, kiwa ręką. W jego oczach dostrzegam nieznośną troskę. Twierdzi, że jestem fajnym chłopakiem, a moja przyjaźń z Darkiem sprawia mu radość. Jestem twardy i bardzo, bardzo dzielny, lecz nawet tacy silni chłopcy czasem potrzebują pomocy i rozmowy. Gdyby coś się działo, on, pan Artur, udzieli pomocy. Wystarczy, żebym przyszedł i powiedział, w czym rzecz. Pan Artur chce jeszcze, abym mu obiecał, że tak zrobię, ale to już za wiele: dziękuję nieswoim głosem i zbiegam po schodach. Muszę przebiec truchtem aż do Śląskiej, żeby się uspokoić. Między kamienicami na Łokietka co parę kroków otwierają się wyrwy pełne badyli i pokruszonego szkła. Jedną z nich zamyka ściana z czerwonej cegły, bez drzwi i okien. Słupy elektryczne stoją przekrzywione, jakby trzymały się na samych tylko kablach. Mijam niewielki placyk z kanciastymi budyneczkami w głębi. Murek, broniący dostępu do garaży, ma ledwo metr wysokości. Ktoś całkiem niedawno wymazał na nim napis: A WY ŻYDY GDZIE? Poniżej widnieje krzywa tarcza z literą Z w środku i data: 1946. Mam nadzieję, że natknę się na Darka. Ulicą Łokietka walą tylko dzieciaki, stare baby i chłopy z puszkami w poczerwieniałych łapach. Samochody mogą minąć się wówczas, gdy jeden wjedzie na chodnik. Spoglądam przez szybę wystawową drogerii, w większości zakrytą reklamą szminek i zdjęciem Claudii Schiffer, i dostrzegam Beatę z Darkiem. Beata przystaje i grzebie w kosmetykach, o których nic nie umiem powiedzieć. Przerzuca różowe pojemniczki, zdejmuje zakrętkę z dezodorantu i fuka w jej dno, psika sobie w nadgarstek, rozsmarowuje i daje Darkowi do powąchania. Ten niucha, ale z wyrazu jego twarzy mogę wyczytać tyle, że chciałby już wrócić do domu. Nikną mi z oczu. Przesuwam się ku drzwiom, kusi mnie, by wejść do środka. Kosmetyki – dezodorant i coś, czego nie potrafię nazwać – leżą już przy kasie, Beata robi miejsce bratu, który wysupłuje pięćdziesiątkę ze szmacianego portfela ozdobionego wizerunkiem samochodu, podaje sprzedawcy i czeka na resztę. Jej usta układają się w niemy wyraz podziękowania. Ze ściany przygląda się temu puszysty miś Coccolino, rozkosznie wtulony w butelkę płynu do płukania tkanin. Na mój widok Darek robi krok w tył. Jego siostra zauważa mnie w ostatniej chwili. Wita się jednym słowem, chyba nie pamięta mojego imienia. Sprzedaje bratu buziaka, dziękuje raz jeszcze i mówi, że zostawia nas z naszymi męskimi sprawami. Darek spogląda to na nią, to na mnie, to


na swoje sznurówki i pyta, co tutaj robię. Spod drogerii ruszamy, dopiero kiedy sylwetka Beaty zleje się z drzewem, kamienicą i słupem trakcyjnym. 8. Darek opiera się o wystawę, zasłaniając sobą cyce Claudii Schiffer. Próbuje żartować. Beata z dobrego serca pomaga mu zdobyć wiedzę o kosmetykach. Właśnie się dowiedział, jakie prezenty najlepiej kupować koleżankom. Już wie, czego kobiety od niego oczekują, ja za to nie mam pojęcia, co to za dziewczyny i skąd Darek je bierze. Przestępuje z nogi na nogę i jest cały czerwony. Przypomina mi się Malwina, o której opowiadał Jędrek, i jej duch straszący w Łochowie. Zaraz przychodzą i inne duchy. Teraz obaj próbujemy trzymać fason. Rzucam lekko, że jak Darek ma jakieś koleżanki, to moglibyśmy się pobujać we czworo. Mam to jak w banku, słyszę, i ruszamy na Jasną, inną drogą, wzdłuż Brdy. Nad rzeką siedzą faceci w beretach i w wojskowych kurtkach. Moczą kije i popijają wódeczkę. Opowiadam o kłopotach z biznesmenem. Wydaje mi się to ważne, nie wiem dlaczego. Darek powtarza słowa Czarnej Owcy: takie rzeczy dzieją się cały czas i tylko dzieci się nimi przejmują. Przystaje. Rozmyły się światła na wodzie, a Darek wyznaje, że chyba już nie pojawi się Pod Blankami, w każdym razie nieprędko. Mycie samochodów raczej nie jest dla niego. Wędkarz podrywa się ze składanego stołka i wrzeszczy coś w stronę motorówki. Idziemy dalej. Rzeka znika za drzewami, niedługo dotrzemy na tyły zakładu usług chłodniczych, gdzie na pniu przebijają numery silników samochodowych. Darek bez przerwy gubi tempo; zwalnia, by wypruć naprzód, dokładnie w chwili, gdy się z nim zrównuję. Opowiada o siłowni na Czarneckiego. Starsze chłopaki super urządziły to miejsce. Połączyli cztery piwnice, mają bramkę, ławeczkę, modlitewnik i worek bokserski. Ojciec jednego pracuje w odlewni na Zygmunta Augusta, tam gdzie produkują klocki hamulcowe dla pociągów. Na lewo zrobił im talerze, hantle, sztangi. Dwadzieścia złotych za miesiąc to nie pieniądze, zapewnia Darek, i dodaje, że fajnie byłoby ćwiczyć razem. Robimy łuk wzdłuż muru zakładu usług chłodniczych. Rozważam ofertę Darka. Zastanawiam się też, dlaczego wyskoczył z nią akurat w tej chwili. Może ma rację? Powinienem trochę przybrać. Byłbym mniej gnojkiem, a bardziej mężczyzną. Nigdy nie widziałem kulturysty o twarzy chłopca. Wszyscy mają przynajmniej czterdzieści lat. Od Jasnej dochodzi niezrozumiałe wołanie. Pytam Darka, skąd ma pieniądze na siłownię, słodycze i jeszcze kosmetyki. Przecież nie od Czarnej Owcy. Darek przystaje. Pyta, czy umiem dochować tajemnicy, a ja przytakuję ruchem głowy. Darek przypomina, jak opowiadał mi o innej robocie, dobrej


robocie, robocie za prawdziwe pieniądze. To wciąż aktualne, tylko morda w kubeł. Nie powie mi, o co chodzi, może za to pokazać, pod dwoma warunkami. Przejdę się z nim na siłownię. Pracę mogę przyjąć albo odrzucić, gdy się dowiem, o co chodzi. Ale nie wolno mi powiedzieć o niej nikomu pod żadnym pozorem. Wymusza tę obietnicę i skręca w Jasną. Ja za nim. Pytam, dlaczego to ważne. Chcę wiedzieć, czy pakuję się w coś nielegalnego. Darek odpowiada z uśmiechem, że nie, po prostu praca jest tak dobrze płatna, że wszyscy by chcieli. Jasna jest najciemniejsza wczesnym wieczorem. Palą się nieliczne latarnie, kopię jedną, żeby się porządnie rozpaliła. Po chwili pojawia się przy nas pani Krysia. Obejmuje syna, który nie odwzajemnia uścisku, i mówi, że Beata wróciła już dawno do domu, a Darek nie. Martwiła się. Na ulicę wygnał ją bezsensowny matczyny strach. Pani Krysia sądziła, że jej syna spotkało jakieś nieszczęście. 9. Z Jędrkiem ustawiam się w budce z flipperami na Warszawskiej, niedaleko dworca. Wiem, co to flipper, ale tak nazywamy też automaty z grami komputerowymi. Gry nie pasują mi do Jędrka i dziwię się, że chciał tam przyjść. Chyba nudziło mu się w Fordonie. Budka ma rozmiar baraków stawianych na obrzeżach miasta, do których, jak chce mój tatko, wyrzucą nas Oleksy z Cimoszewiczem. Nad stalowymi drzwiami namazano w wielu kolorach SALON VIDEO, przed wejściem kręci się kilku starszych chłopaków. Palą papierosy i o czymś dyskutują. Wkładam rękę do kieszeni i chwytam za portfel. Na uboczu Jędrek we flejersie obserwuje przejeżdżające samochody. Ściska mi rękę i zaraz ciągnie do środka. Chcę pogadać. Historia z biznesmenem zrobiła się jakby mniej straszna, nie boję się już nawet poprawczaka, a utraty pracy tylko troszeczkę. Opowiadam ją trochę po łebkach. Jędrek mówi po prostu: – Jesteś facet albo nie jesteś. Jego stanowczość bardzo mi się podoba, muszę się nauczyć myślenia w ten sposób. Jędrek powtarza, żebyśmy poszli zagrać, jakby nie chodziło o żadną frajdę. Przypomina kogoś, kto czeka w kolejce do dentysty i chce mieć już ból za sobą. Wewnątrz jest ciemno i duszno. Na bokach automatów widnieją postacie z gier: muskularny komandos lekko unosi karabin większy od siebie; mięśnie straszliwego Scorpiona z Mortal Kombat zaraz rozsadzą żółte wdzianko; rycerz w błękitnej zbroi miażdży głowę węża, a dwie następne wysuwają ku niemu ostre języki. Budkę wypełnia huk ciosów, cięć i wystrzałów. Na jednego grającego przypada czterech patrzących. Pocisnąłbym w Donkey Konga. Międlę portfel w kieszeni. Gra


kusi, ale pieniądz wydany na taką zabawę wydaje się zmarnowany. Jędrek przepycha się do automatu ze Street Fighterem. Jego postać to Sagat, muskularny olbrzym o pięściach obwiniętych bandażami. Pierwszy przeciwnik, chłopak, który przed chwilą mordował się z kosmicznym flipperem, wybiera karatekę i przegrywa, runda po rundzie, trzy walki z rzędu. Przyglądam się temu ja, parę dzieciaków i chudy synek z wąsem, w różowej bluzie dresowej, wyższy ode mnie o głowę. Jest może ze dwa lata starszy ode mnie i chyba zna się na rzeczy. Wygrywając, Jędrek puszcza drążki, kładzie dłonie na krawędziach automatu i uśmiecha się szeroko. Jędrek prawie się nie uśmiecha, poza sytuacjami takimi jak obecna. Rozkłada czterech przeciwników jednego po drugim. W końcu odwraca się do mnie. – Zagrasz, młody? Nie potrafię odmówić. Kupuję trzy żetony po złotówce i chowam portfel z powrotem do kieszeni. Chciałbym zagrać Blanką, ale Blanka w tej części nie występuje. Mój wybór pada na punka z żółtym czubem, w dżinsowej kamizelce. Nadgarstki łączy mu łańcuch przyczepiony do dwóch obręczy. Zaczynamy grać. Przez pierwszą rundę Jędrek pozwala mi poznać ruchy. Moja postać jest niezbyt szybka, ma niezły cios z ręki i potężny kopniak. Jędrek wygrywa pierwszą rundę. W drugiej pozwalam mu atakować, w odpowiedniej chwili zasadzam kopa i Sagat pada na deski raz za razem. Jędrek wali pięściami w bok automatu, wrzeszczy. Zrobił się cały czerwony. Żyły wyszły mu na szyję. Boję się, że przywali mi z łokcia. Oczywiście tego nie robi. Widzę, jak mu zależy. W trzeciej rundzie wznawiam ataki, przegrywam minimalną liczbą punktów, walka należy do Jędrka i Jędrek jest zadowolony. Moje miejsce zajmuje wąsaty koleś w różowym. Wybiera białego karatekę i natychmiast staje się jasne, że z tym facetem nie ma co gadać, Jędrkowy Sagat dosłownie fruwa po ekranie, niezdolny do wyprowadzenia ciosu. Jędrek jakby pęcznieje. Szarpie gałki coraz szybciej. Gdy jest po wszystkim, wali pięściami w automat i klnie. Domaga się rewanżu, który przebiega dokładnie w ten sam sposób. Trzeci podobnie. Jędrek zabiera mi jeden żeton, z najwyższym trudem wygrywa jedną rundę, lecz pada w dwóch pozostałych. Kopie automat. Nie poznaję go. Wąsacz przygląda mu się z drwiącym uśmiechem. Zaprasza mnie do gry. Mam jeden żeton i żadnych szans. Ponownie wybieram niebieskiego punka. Prawą dłonią obejmuję gałkę, lewą walę w przyciski. Wąsacz przystępuje do ataku. Numer z nogą sprawdza się średnio – leżę na tle ruin rzymskiego Koloseum. W drugiej rundzie okładam drania, ile wlezie, jego ciosy ledwo sięgają celu. Jestem zdziwiony, że tak szybko mi poszło. Trzecie starcie rozstrzygnie o całości. Wyprowadzam kopa, poprawiam z piąchy i znów noga jest w robocie. Karateka wąsacza cofa się i wywraca, nie zadając ani jednego ciosu. Zaraz go rozłożę. Czuję ekscytację. Będę lepszy niż


Jędrek, to jest coś! Mój punk wyskakuje w powietrze, but zaraz wyląduje na mordzie przeciwnika. Nagle coś się dzieje. Wąsacz puszcza drążek, szarpie się, chce uciec od automatu, tylko nie może. Ma rękę w mojej kieszeni, już na portfelu, a Jędrek trzyma go za nadgarstek. Odsuwam się. Wąsaty szarpie ramię i w końcu udaje mu się uwolnić. Jędrek wali go w skroń otwartą dłonią, chce poprawić pięścią w brzuch, lecz wąsacz momentalnie niknie za murem kolegów. Inne chłopaki odwracają głowy od swoich automatów. Milkną strzały, beczka rzucona przez Donkey Konga sięga celu. Jędrek rzuca się do walki, próbuje przebić się przez tych gości, żeby dostać wąsacza. Staram się go odciągnąć. Szarpią się, ale nie leją. Z kantorka wypada facet w łańcuchu narzuconym na czarny golf, za nim leci jego kumpel. Rozdzielają nas i pytają, co tu się, kurwa, wyprawia. Tłumaczę, że próbowano mnie okraść, wskazuję na wąsacza. Nikogo to nie interesuje, mamy spierdalać. Nawet Jędrek nie myśli fikać. Kątem oka widzę, jak chłopak od flippera zakrada się do kantorka i kradnie garść żetonów. 10. Jędrek mówi, że nie ma ochoty i będzie się tylko przyglądał. Wolałby zostać na zewnątrz. Zanurzamy się w sieni kamienicy, pachnie tu pyłem i farbą olejną. Brama otwiera się na zarośnięte podwórko i ceglany mur, ale my skręcamy w lewo, tam gdzie stalowe drzwi i betonowe schody, na których rozłożono trutkę na szczury. Siłownię urządzono w dwóch połączonych piwnicach, nie czterech, jak mówił Darek. Na haku przytwierdzonym do sufitu czterema grubymi śrubami wisi worek treningowy. Obok stoi ławeczka zakończona modlitewnikiem. Bramka z dwoma wyciągami niemal opiera się o ścianę. Na wybrzuszonej wykładzinie leżą hantle różnych ciężarów i gołe gryfy. Z dwukasetowego jamnika gra ostra muzyka. Obok walają się zakurzone magazyny kulturystyczne i kasety Biohazard, Machine Head, Pantery i Flapjacka. Tym miejscem zarządza dwóch facetów w koszulkach Lonsdale’a i Pit Bulla. Lonsdale to wyżyłowany bandyta o niepasującym doń łagodnym spojrzeniu i sporej diastemie. Pit Bull to sympatyczny grubasek z eską Sepultury wytatuowaną na włochatym ramieniu. Darek mówił mi wcześniej, że Lonsdale, owszem, wygląda na niebezpiecznego, ale to sympatyczny Pit Bull jest dużo groźniejszy. Bije się pod stadionem Zawiszy i na Kapuściskach, pod budynkami socjalnymi. Rzeczywiście, ma strupy na kłykciach. Ściskamy sobie ręce. Lonsdale wyjaśnia zasady: dostaniemy klucz do piwnicy, który mamy natychmiast dorobić i odnieść. Do naszych obowiązków należy kupowanie wody gazowanej, sześć butelek w miesiącu.


Woda należy do wszystkich. Jeśli wpuścimy tu obcych, zapalimy papierosa, otworzymy piwo albo przywleczemy jakąś dupę, wylatujemy bez prawa powrotu. Lonsdale dodaje, że warto ustalić sobie godziny treningów, żebyśmy się nie dublowali. Pit Bull mieszka na górze i ma na wszystko oko. Inkasuje od nas po dwadzieścia złotych. Tylko Jędrek nie daje. Mówi: – Przyszedłem z kolegami. Popatrzę chwilę i będę spadał. Mi tam siłka niepotrzebna, no nie? Lonsdale odpowiada, że spoko, Pit Bullowi niezbyt to się podoba i mówi, że teraz wszystko w porządku, ale następnym razem już nie. Jędrek wycofuje się z siłowni i staje w korytarzu, krzyżując ramiona na piersi. Zdejmujemy kurtki i bluzy. Będziemy ćwiczyć w dżinsach i podkoszulkach. Lonsdale z Pit Bullem idą przed kamienicę na papierosa, a Darek mówi mi, żebym nie przesadził z ciężarem na pierwszy raz. Doradza najmniejsze hantle i pusty gryf. Ciało musi się przyzwyczaić. Kładę się na ławeczce i nie potrafię utrzymać sztangi, kołyszącej mi się na miękkich ramionach. Z uginaniem ramion jest podobnie. Darek stoi nade mną i pogania wzrokiem, aż się pali się do ćwiczeń. Nakłada dwie piętnastki, wyciska, dodaje po piątce i wyciska znowu. Muszę za nim stanąć. Pomagam od ósmego ruchu, Darek robi jeszcze trzy. Ledwo daje radę, a co ja mam powiedzieć? Bardzo się spieszy, pozwala sobie tylko na krótkie przerwy. Poci się. Powtarzam jego ćwiczenia, tylko bez obciążeń. Z progu przygląda się nam obojętny Jędrek. Między seriami, podrzutami i sapnięciami, w duchocie i piwnicznym pyle, Darek obwieszcza, że pakowanie się opłaca. Dziewczyny lubią muskularnych i on sam, odkąd przybrał w bicu, cieszy się większym powodzeniem. Jędrek wzdycha. Pytam Darka, ile bramek ma już za sobą, Darek uśmiecha się tajemniczo i wyciska sztangę zza głowy, aż robi się cały czerwony. Mówi, że całował się z trzema różnymi koleżankami. Jedna pozwoliła się złapać za cycki. Miała sutki jak orzeszki, wyznaje Darek, pytam więc: takie twarde czy takie brązowe? Zamiast odpowiedzi dowiaduję się, jak to posiadaczka orzechowych sutków masowała Darka przez spodnie. Próbuję wyobrazić sobie to, co przeżył, ale nie potrafię. Nie wiem, jak smakują czyjeś usta, jak języki trącają się i plączą, o masowaniu krocza nie wspominając. Daruś o twarzy aniołka staje się w moich oczach mężczyzną, nieustraszonym podróżnikiem w głąb tajemnic kobiecego ciała, seksonautą wszechświata zmysłowości. Za to Jędrek odwraca głowę, jakby nie chciał mieć z tym nic wspólnego. Darek robi brzuszki w poprzek ławeczki. Cały przy tym czerwienieje. Skończył i dyszy. Unosi koszulkę. Bada swoje ciało. Jego dłoń jedzie przez brzuch, klatkę piersiową, by zamknąć się na ramieniu. 11.


Po treningu drałujemy po jogurt do pobliskiego sklepu Bydgoskiej Spółdzielni Spożywców. Darek musi przyjąć trochę białka, inaczej całe to machanie sztangą pójdzie na marne. Jędrek wlecze się z nami w milczeniu i chyba coś kombinuje. Sprzedawczynie w fartuszkach spoglądają niechętnie w naszym kierunku. Kujawiak po złoty sześćdziesiąt dziewięć jednoczy pokolenia: do koszyków ładują go młodzi w płaszczykach i grubych koszulach, pijacy i emeryci. Narzekają, że poniewiera ekstra klasa, tylko potem łeb napierdala. Darek bierze dwa jogurty z Osowy i pyta Jędrka, czy coś chce. Jędrek jednak milczy. Tego dnia, choć słonecznie, niemiłosiernie wieje. Jogurty chcemy zjeść na plantach nad Starym Kanałem Bydgoskim. Siadamy na ławeczce i patrzymy, jak rudawe fale uderzają o zamkniętą śluzę. Od wody dzieli nas tylko asfaltowa ścieżka. Darek zdejmuje foliowe wieczko z jogurtu i ugniata w zaimprowizowaną łyżeczkę. Próbuję zrobić to samo, ale niezbyt mi wychodzi. Przechylam swój jogurt. Zimne, pozbawione smaku kulki białka wpadają mi do gardła. Darek pyta Jędrka, czy ten był już z dziewczyną. Jędrek siedzi, wciskając dłonie między kolana, i mówi: – Nie, ale mogę być w każdej chwili. – Wstaje. – To co, kulturyści, składamy się na rękę? Kubek po jogurcie leci w stronę kanału. Chłopcy klękają po obu stronach ławki: Darek na asfalcie, Jędrek w mokrej ziemi. Patrzą sobie w oczy. Splatają dłonie, opierając się łokciami o ławkę. Sprawdzam uchwyt, pytam, czy są gotowi. Daję sygnał, puszczam. Darek momentalnie napina się, przygina Jędrka, lecz jakoś nie może wykończyć. Jędrek odbija się trochę i znowu słabnie. Tak w kółko. Darek zaczyna naciskać ciałem, choć nie wolno. Zwracam mu uwagę, co ignoruje. Cały swój ciężar zrzuca na rękę Jędrka, a Jędrek nic. Wierzch jego dłoni balansuje kilka centymetrów nad ławką. Darek już poczerwieniał, dyszy i trochę nie dowierza. Druga dłoń zjeżdża mu z karku. Ręka Jędrka zaczyna wędrować ku górze, powoli i konsekwentnie, łamiąc słabnący opór. Już są w pozycji wyjściowej. Darek atakuje szarpnięciami. Wygląda to, jakby próbował się wyrwać z uścisku. Jędrek nic sobie z tego nie robi, pcha dalej, niespiesznie, bawiąc się własną siłą, ale i słabością przeciwnika. Darek parska, a jego ręka uderza o ławkę, walka dobiegła końca. Jędrek, zwycięski i piękny, podrywa się z klęczek, unosząc pięść nad głowę. – Tak to bywa, jak się bujasz tylko z dziewczynami! Darkowi nie jest do śmiechu. Siedzi i rozmasowuje sobie dłoń. Najwyraźniej nie umie się pogodzić z przegraną. Mówi, że był przetrenowany, poza tym Jędrek oszukiwał. W jaki sposób, tego nie chce zdradzić. Doradzam, by się nie wygłupiał, rzucam kilka żartów i wracam do swojego jogurtu. Póki siedzimy na ławce, atmosfera jest gęsta, ale gdy


ruszamy przez most na Wrocławskiej, za którym rozjedziemy się do domów, Darek się odpręża. Znów opowiada o siłowni i dziewczynach. 12. Cieszę się, że niedługo będę miał to za sobą, choć sam sposób załatwienia sprawy niezbyt mi odpowiada. Urwaliśmy się ze szkoły. Siedzimy w pokoju stołowym u Jędrka, jego rodziców nie ma i prędko nie wrócą. Miętoszę dwadzieścia złotych i zastanawiam się głośno, czy nie golnąć sobie kielicha na odwagę. Jeszcze nigdy nie piłem alkoholu. Boję się, że strzeli mi wędzidełko. – E tam. – Jędrek macha ręką. – Chłopy robią to na trzeźwo cały czas i nikomu nic się nie dzieje. Malwina ma płaską, okrągłą twarz i półdługie włosy. Ubrana jest na chłopaka, w bluzę, ciemną kurtkę i jasne dżinsy. Jej nogi wyglądają na proste i bardzo umięśnione. Stoi na progu wspólnego korytarza i ma minę, jakby nie była pewna, czy dobrze trafiła. Jędrek leci do niej i mało nie zderza się z Dagmarą, która akurat wychodzi z mieszkania. Zerka na Malwinę, na Jędrka i zaraz łapie, co jest grane, poprawia plecaczek i prześlizguje się koło Malwiny, jakby ta była brudna. Pewno powie swojej matce, jej matka pójdzie do ojca Jędrka, ten doniesie na Jasną i spalę się ze wstydu. Powinienem być w szkole, myślę, a Jędrek bierze Malwinę za rękę i prowadzi w głąb mieszkania. We troje zajmujemy miejsca przy stole. Malwina zdejmuje bluzę, pod spodem ma seledynową koszulkę z cekinami. Nie chce nic jeść ani pić, tylko siedzi z dłońmi splecionymi na blacie. Jędrek milczy, więc pytam, czy trafiła bez problemu, czy wszystko jest w porządku, czy czegoś jej nie trzeba. Malwina mówi przez nos, bardzo krótkimi zdaniami, i gapi się na mnie jak na wariata. Zaznacza, że ma tylko godzinę, bo umówiła się ze swoim chłopakiem pod jednostką wojskową na Warszawskiej. Patrzymy z Jędrkiem po sobie. Malwina mówi, że nie ma co się bać, inkasuje trzy dychy i znika z Jędrkiem w jego pokoju. Zamykają za sobą drzwi. Dochodzi mnie skrzypienie materaca. Malwina wydaje z siebie głębokie westchnięcie, mogące wyrażać tak zachwyt, jak i rozczarowanie. Wychodzę do łazienki, puszczam wodę. Wracam. Teraz jęczą oboje, ona głośniej, on jakby ją naśladuje. Włączam telewizor i podkręcam dźwięk. Na jedynce leci Słoneczny patrol, krople wody lśnią na włochatej klacie Davida Hasselhoffa. Przeskakuję na inny kanał. Jędrek i Malwina tłuką się, jakby walili głowami w ścianę, a Wiktor Zin opowiada o polskich kapliczkach. Piotr Fronczewski tłumaczy synowi, dlaczego Marcin niekoniecznie ma rację. Co tam w Słonecznym patrolu? Gapię się przez chwilę, nie mogąc skupić się na akcji, i po chwili Malwina wychodzi z pokoju. Ma na sobie tylko majtki i bluzkę


nałożoną na lewą stronę. Jej udo szpecą siniaki. Zatyka sobie usta. Za nią wysuwa się Jędrek. Zapina swoje big stary i siada półnagi przy stole. – Zasuwaj, stary – mówi i gapi się na Słoneczny patrol. Czekam, aż Malwina wyjdzie z łazienki, nie śmiem się odezwać. Malwina staje w drzwiach pokoju i kiwa na mnie zalotnie. Gdy przychodzę, już leży na łóżku, podciąga bluzkę. Ma trójkątne piersi o ciemnych sutkach, ale gdy biorę je w usta, nie czuję smaku orzecha ani spodziewanej twardości. Malwina bada moje plecy. Mówi, że jestem spięty. Niepotrzebnie, zaraz mnie rozluźni. Całujemy się. Jej wargi są jak ciało obce. Spodnie zjeżdżają w dół. Malwina rozmasowuje mojego fiuta, bierze w usta. Tylko sam czubek. Zaklinam go, żeby się poderwał. Malwina spluwa mi na fiuta i bierze czubek w dwa palce. Przymykam oczy. Wyobrażam sobie teraz dziewczyny, które widziałem w gazetkach pornograficznych, o cyckach okrągłych jak globusy, wielkich ustach i starych dłoniach. Coś wreszcie się dzieje: fiut podrywa się jak rakieta i nim zdążę zaprotestować, jest po wszystkim. Zdziwiona Malwina patrzy na nasienie cieknące po jej przedramieniu. Mówię, że to nic, zaraz będę gotowy, ale ona wyjmuje chusteczkę, wyciera się, wkłada spodnie i znika w łazience. Po chwili już jej nie ma. Przez okno widzę, jak maszeruje w stronę przystanku. Jędrek zdążył się ubrać. Pyta mnie, jak było. Mówię mu prawdę. Chcę, żeby Fordon rozstąpił się i mnie pochłonął. Malwina opowie o moim upokorzeniu i cała szkoła będzie miała ubaw. Chcę za nią pobiec. Zaproponowałbym dodatkowe pieniądze za kolejną szansę. Nie mogę znaleźć dla siebie miejsca. Wyobrażam sobie drwiące twarze i złośliwe napisy na murze pod moim oknem. – Nie masz czego żałować – mówi Jędrek. – To nic takiego. Takie tam, ledwo coś poczułem. Nie mam pojęcia, czemu chłopom tak to jebanie się na łby rzuca. Naprawdę, naprawdę. Poza tym, co się łamiesz, rączką też się liczy, no nie? 13. Na Jasnej sąsiad wyskoczył z pierwszego piętra. Próbował się zabić, pijany w dym. Teraz siedzi i wrzeszczy na gapiów, rękaw koszuli ma cały we krwi. Wykrzywiło mu stopę. Próbuje wstać, wyje z bólu i siada z powrotem. Na nosie ma okulary o oprawkach pozlepianych taśmą klejącą. Wszyscy się tu zbiegli: tatko, matula, pani Teresa. Od strony Grunwaldzkiej nadlatuje pan Docent. Nadjeżdża pogotowie, a sąsiad dostaje szału. Próbuje uciekać. Pełznie przez Jasną, zostawiając za sobą rudawy ślad. Wrzeszczy, że łapiduchy zabijają ludzi. Pielęgniarze zachodzą go z dwóch stron, chwytają pod pachy, ciągną do karetki. Wyłamana stopa uderza o krawężnik. Facet gubi okulary, gdy próbuje ugryźć jednego z pielęgniarzy. Błaga wszystkich,


żeby go ratowali. Przeczuwam, że coś się stanie, jakaś sprawa wisi w powietrzu. Na skraju zieleńca przy Focha rozwalają żółtą skodę. Wokół samochodu zgromadzili się anarchiści w papach i wojskowych kurtkach z mnóstwem agrafek. Są grunge’owcy w swetrach i paru hardcorowców w wełnianych czapkach naciągniętych niemal na brwi. Zjawiła się telewizja, radio, dziennikarka „Expressu Bydgoskiego” oraz ksiądz. Z plakatu ustawionego na koziołku dowiaduję się, że jedno uderzenie dziesięciokilogramowym młotem kosztuje piątaka. Imprezę zorganizowała Polska Federacja Anarchistyczna i bydgoski oddział Partii Zielonych. Skoda jest wielkim wrogiem środowiska naturalnego. Zabawa akurat się zaczyna. Grunge’owcy zbierają na swoje uderzenie, do młota wyrywa się facet w płaszczyku i z teczką, podobny do Stana Tymińskiego. Odkłada teczkę, płaci, chwyta za młot i bierze zamach zza głowy. Przednia szyba rozpryskuje się na kawałki, rozbrzmiewają oklaski. Na rynku gra facet z zespołu Tarpany. Ma na sobie lśniący garnitur i perukę opadającą na czoło. Ufarbował sobie wąsy. Śpiewa, że pije za zdrowie pań, i kołysze biodrami. Za jego plecami chłopak w dresie pilnuje beatu i wali w klawisze parapetu rozczapierzoną dłonią. Pod sceną stoi może kilkanaście osób. Stare baby klaszczą, a żołnierze palą papierosy. Zastanawiam się, czy wśród nich jest chłopak Malwiny. Boję się, że mnie wyśmieje lub pobije, nie wiadomo, co gorsze. Facet z zespołu Tarpany chce wiedzieć, jak się bawią, i dziękuje prezydentowi za zaproszenie. Odchodzę w kierunku parkingu odprowadzany przez pierwsze takty tanecznej wersji Siała baba mak. Pod Blankami zastaję Czarną Owcę z papierosem w ustach. Bez słowa pokazuje mi żelazną kratę wzniesioną wokół studzienki. Przez pręty ledwo ręka przejdzie, wiadra nie postawisz. Nie ma już Bliźniaków, młodego bandyty ani Księżniczki, za to dwóch strażników miejskich stoi sobie nieopodal, pilnując, żeby już nikt tutaj nie mył samochodów. 14. Siedzę pod kopią obrazu Matki Boskiej Ostrobramskiej, czekam na Jędrka i rozmawiam z Beatą, która chyba wolałaby spędzać czas w inny sposób. Beata ma klapki na grubym koturnie, a we włosy wpięła dwa kolorowe motylki o metalowych czułkach. Trąca je palcem, poprawia. Między nami, na stole, leżą brązowe andruty średnicy talerza. Beata łamie kawałek wielkości opłatka i wkłada do ust. Tak w kółko. Twierdzi, że Darek bez przerwy o mnie opowiada. O mnie i o Jędrku. Dziwi się, bo jego zna od dziecka, ze mną się mijał, a zakumplowaliśmy się dopiero niedawno. Cieszy się, że zacząłem chodzić z nim na siłownię, choć


w opinii Beaty to zajęcie równie sensowne co zbieranie puszek i breloków, czemu Darek oddawał się chwilę temu. Mówi surowo, jakby chodziło o kogoś obcego. Uważa, że jej brat musi się jeszcze wiele nauczyć, i chyba ma nadzieję, że powtórzę mu te informacje. Wbijam wzrok w niebieskie skoroszyty z kolejnymi numerami „Świata Wiedzy” i myślę nad odpowiedzią. Beata dalej drobi andruta. Ułamuję sobie solidny kawał, jem, krusząc sobie na kolana, i mówię, że Darek wie, co robi. Jest niski i drobny, próbuje zadbać o siebie. Beata przestaje jeść. Przyznaję natychmiast, że Darek bywa dziecinny i czasem mamy z nim pod górkę, ale wyjdzie na ludzi. Skończy szkołę, zdobędzie zawód i wyniesie się z Jasnej. Beata wznawia zabawę z andrutem i mówi, że w tym tkwi kłopot. Po drugiej stronie Brdy wciąż znajduje się Bydgoszcz. To samo można powiedzieć o Fordonie, tak Starym, jak i Nowym. Do Bydgoszczy przynależą również Osowa Góra, Janowo, Las Gdański i Myślęcinek. Dalekie Łęgnowo, a nawet Wykopaliska również są częścią tego przeklętego miasta, na zgubę tamtejszych mieszkańców. Beata wypowiada te nazwy bardzo spokojnie, chrupiąc andruta. Jej zdaniem Darek jest za cienki w uszach, by opuścić Bydgoszcz, choć właśnie to powinien zrobić. Szanse i prawdziwe życie znajdują się w Warszawie lub jeszcze dalej, w wielkich i pięknych miastach Europy Zachodniej. Ona tam pojedzie, Darek zostanie tutaj. Na Jasnej, po drugiej stronie Brdy, jaka różnica? – zastanawia się Beata, zgarniając okruszki ostatnim kawałkiem andruta. Pytam, skąd to wie. Warszawa kojarzy mi się z szerokimi ulicami, sznurami samochodów i dachem budynku sejmowego przypominającego cyrk. Beata mówi, że jest uważna. Zbiera informacje, szuka i próbuje być w czymś dobra. Myśli o marketingu. Po tym zawsze będą pieniądze. Ludzie bardzo potrzebują menedżerów. Zda na SGH i wyjedzie do Warszawy. Wynajmie sobie pokój z jakąś koleżanką. Będzie się uczyć i poznawać ludzi, prawdziwych ludzi w normalnych ubraniach, mówiących w normalny sposób i oblatanych w normalnym świecie, gdzie latarnie nie rozpalają się od kopniaka. Zrobi wszystko, aby wyjechać. Zdobędzie dobrą pracę. Jej wargi unoszą się drapieżnie, gdy o tym opowiada. A jak już będzie ta dobra praca, mieszkanie i samochód, nigdy nie wróci do Bydgoszczy. Jej noga nie postanie w tej dziurze. Dopytuję, czy na pewno mówi poważnie i czy chce zostawić rodziców oraz brata. W tej samej chwili drzwi otwierają się i w przedpokoju staje Darek, a za nim Jędrek. Beata obraca głowę, jakby dostała w policzek. Motyl sfruwa z jej włosów i spada na podłogę. 15. Darek chce jechać autobusem, ale szkoda mi pieniędzy na bilet, a nie uśmiecha mi się, żeby Darek mi go kupował. Z Jasnej wychodzimy na


Grunwaldzką, gdzie mijamy reklamy materaców i magnetowidów, a małe i duże fiaty rozchlapują wodę, prując przez pofałdowany asfalt. Między pasami, na dawnym zieleńcu, przycupnął spasiony kundel i gapi się na mijające go światła. Oczy mu błyszczą. Wyczekuje na odpowiedni moment, przemyka na skuśkę, otrzepuje się i drepcze zadowolony wzdłuż muru cmentarza Starofarnego. Przebiegamy i my. Jędrek leci przodem, nawet się nie rozglądając. Na wysokości ulicy Świętej Trójcy usiłuję podpytać Darka, na czym polega to nowe zajęcie. Darek zapewnia, że nie ma czego się obawiać. Sami widzimy: robi i żyje. Dodaje, że zawsze czekają na mnie Pod Blankami. Wskazuje na stację benzynową, skąd mogę zabrać sobie wiadro z myjką. Nie zna prawdy. Idziemy dalej. Przed nami kościelna wieża z czerwonej cegły. Po drugiej stronie ulicy sterczy jeszcze jedna, przyklejona do rogu kamienicy, gdzie na parterze wyrabiają pieczątki. Do Ronda Kujawskiego mamy spory kawałek. Żałuję, że jednak nie wziąłem biletu, za to Jędrek zachowuje się jak rasowy odkrywca – rwie się ku nieznanej przygodzie, nawołuje, żebyśmy się pospieszyli. Przystaje dopiero na Poznańskiej. Odwraca się do nas i za plecami ma zajmującą całą ścianę kamienicy błękitną reklamę PralChemu: skuteczne czyszczenie odzieży, usługi dla ludności. Na Wełnianym Rynku nie ma żywego ducha, za to sklep wędkarski wciąż pomalowany jest w biało-czerwone pasy. W Brdzie moczą kije sami patrioci, mówię, ale nikt się nie śmieje. Darek chce pójść prosto, w stronę Wałów, ale Jędrek odwraca się i rzuca, nawet nie przystając: – Tędy, koledzy, przelecimy migiem, nie? Idziemy ulicą Terasy, która otwiera się na dziesięciopiętrowce pomazane sprejem. Czytam, że Małolat to chuj, a wierność to wartość znana nielicznym. Są tarcze Zawiszy i wezwanie do jebania policji. Mi tam policjanci nic złego nie zrobili. Za rzadko bywają na Jasnej. Po drugiej stronie robotnicy w poplamionych ubraniach zrobili sobie przerwę od rozbierania budynku. Siedzą wśród gruzów i zapijają bułki kujawiakiem. Na Lenartowicza Jędrek traci zapał i zrównuje się z nami. Pozwala, by wiatr nadymał mu flejersa, przez co wygląda jeszcze potężniej. Darek zbiera się w sobie i mówi mu, że mieliśmy iść tylko we dwóch, ja i on. Jędrkowi zaufał na kredyt i pragnie, by zostało to docenione. To kwestia męskiego zaufania. Chce mu pomóc. Jędrek na niego nawet nie spojrzy. Macha ręką. – Dobra, dobra. Darek milknie. Przypomina teraz zdrajcę z amerykańskich filmów, wiodącego przyjaciół w śmiertelną pułapkę. Na Lenartowicza nie rosną żadne drzewa, dachy domów są płaskie. Na parterze jednego z nich przez kraty w oknie przeciska się psiak. Staje na parapecie, ujadając w naszym


kierunku. Jędrek schyla się, jakby chciał sięgnąć po kamień. Nie robi tego, tylko się śmieje. 16. Z labiryntu łuszczących się budynków, spomiędzy krzywo przybitych szyldów i samochodów poznaczonych sztucznymi śladami po kulach wychodzimy wprost na pustynię. Rondo Kujawskie to pas nagiej ziemi, a równomiernie porozstawiane słupy latarni kojarzą mi się z nadajnikami wysyłającymi sygnał w kosmos. Na jednym z bilbordów, bardzo starym, zauważam kij do bejsbola i podpis: SŁUŻY DO GRANIA, NIE DO ZABIJANIA. Jędrek sprzedaje mi kuksańca. – Słyszałeś, żeby kiedyś ktoś grał na kiju bejsbolowym? Parskam śmiechem. Jędrek jest niby taki ponury, a ma fantastyczne poczucie humoru. Darek chyba tego nie usłyszał. Ciągnie nas przez pasy w stronę nieużywanego przejścia podziemnego. Mówi, że zbudowano je dawno temu. Schodzę za nim po stopniach, w ciemność, depczę szkło i kondomy, a Jędrek zaciska pięści, rozglądając się na boki. Docieramy do długiego korytarza. Nie ma tu nikogo. Pod ścianami leżą pudła i resztki sprzętów niewiadomego przeznaczenia, przegniłe koce, karton, który przestał służyć za dom. Darek wysuwa się naprzód i wygląda na to, że doskonale zna drogę. W korytarzu znajdują się drzwi z grubej stali. Mają przerdzewiałą klamkę, a dziurka od klucza jest wielka jak dziupla. Słychać łoskot przejeżdżających nad nami samochodów. Darek zagłębia palce z boku framugi i coś parę razy naciska. Odsuwa się o krok. Stoimy za jego plecami. Drzwi otwierają się, czuję smród alkoholu i słyszę nowy kawałek Scatmana. Brodacz, który staje przed nami, poznaje Darka i zaprasza nas do środka. Zerka na korytarz i zamyka za nami drzwi na kłódkę. 17. Ten betonowy labirynt musiał kiedyś służyć robotnikom pracującym przy budowie przejścia podziemnego i parkingu. Mijam wejścia do niewielkich pomieszczeń. Niektóre są przesłonięte przez koce albo nieprzeźroczystą folię do zabezpieczania podłóg, inne nie. Widzę rozkraczone fotele, stare łóżka, gołe materace zawalone skołtunioną pościelą, a także kosze na ubrania i regaliki pełne książek. Palą się lampki. Lokatorzy zajęci spaniem, drzemaniem, przepierką w misce, wsuwaniem zupki chińskiej albo lekturą nie zwracają na nas uwagi. Boję się, że mnie wyśmieją. Albo że będę musiał zrobić coś, na co nie mam ochoty. – Ale się tutaj fajosko urządzili! – zauważa Jędrek.


Muzyka narasta. Scatman John przechodzi w Fantasy Mariah Carey. Z szerszego korytarza po lewej wychodzi facet w klapkach, owinięty w ręcznik. Jego mokre ciało pokrywają tatuaże, ale takie prawdziwe, z salonu: tribale, smoki, czaszki, gęby z horrorów. Niesie reklamówkę. Zatrzymujemy się, by go przepuścić, a on zerka na nas, jakby znał jakąś tajemnicę, której nawet nie przeczuwamy. Zderza się zaraz z tłustą, malutką dziewczyną. Ta niesie ręcznik i kosmetyczkę. Ma na sobie tylko majtki i koszulę, tak że widzę jej grube uda i pryszcze na obu półdupkach. Pod sufitem biegną grube rury ciepłownicze. Podłoga jest mokra. Zaraz za prysznicami i łazienką urządzono salę do ćwiczeń. Nie ma tam okien, chodzą dwa wiatraki biurowe. Draby, spocone, w szortach i podkoszulkach, podciągają się, machają hantlami, robią przysiady z obciążeniem i tłuką w worek, ale większość po prostu gada oparta o ścianę. Ich mięśnie są inne niż u kulturystów: napięte i żylaste, jakby w ogóle nie osłaniała ich skóra. Zerkam za siebie. Brodacz, który nam otworzył, zniknął. Korytarz kończą podwójne żelazne drzwi. Otwiera je Darek i już jesteśmy w dyskotece. Muzyka idzie z dwóch głośników ustawionych w rogach pomieszczenia. Puszcza ją przystojny chłopak o długich włosach, z mnóstwem koralików na przegubach. Gdy tylko zmieni kawałek, klaszcze i strasznie się cieszy. Pod sufitem wisi nieruchoma kula dyskotekowa, a na podłodze rozłożono dywany. Ale jazda! Bezdomni podskakują sobie razem z hipisami i anarchistami. Obok kolibie się facet w zielonym garniturze i błyszczących butach, łysy, z kosmykiem jasnych włosów opadającym na kark. Najlepszy jest jednak chłop przebrany za babę, w kwiaciastym fartuchu, z bluzką wypchaną w miejscu biustu i z różem na policzkach. Podpiera się pod boki, kołysze biodrami, pogwizduje. Piwo i jabcoki schodzą wprost z krat. Popielniczka jest wszędzie. Brzmią pierwsze dźwięki Gangsta’s Paradise. Tańczący zmierzają ku sobie i się obejmują. Darek prowadzi nas przez ten tłum, do jakichś drzwi. Tam też korytarz, tylko krótszy. Mijają nas ludzie jak duchy, z woreczkami kleju, z papierosami i ziołem w drewnianych lufkach. Inni śpią pod ścianami. Dostępu do kolejnych drzwi broni muskularny mężczyzna w podkoszulku bez rękawów. Na ramieniu ma wytatuowany łeb chińskiego smoka. Poznaje Darka i odsuwa się bez słowa. Staje pod przeciwległą ścianą i ostentacyjnie gapi się w stronę drzwi od sali tanecznej. Trochę mi głupio. Darek naciska klamkę. Pokój przypomina nieco kantorek wuefistów u nas w szkole, tylko brakuje okien i wszystko jest nowe. Na ścianie wisi kalendarz z półnagim lekkoatletą. Papiery na biurku ułożone są w równą kupkę. Na wieszaku dynda czarna kurtka bombka. Regał jest prawie pusty, jeśli nie liczyć kilku książek i znajomego albumu ze zdjęciami. Wesoły Fido podnosi się z wąskiego tapczanu.


18. Wesoły Fido ma na sobie prążkowaną koszulę i luźne spodnie zapięte pod samym pępkiem. Jest nieforemny: ma krzywe nogi i wystający brzuch. Podchodzi do drzwi. Zerkam za siebie. Mężczyzna z chińskim smokiem na ramieniu nawet nie spojrzy. Jędrek, pierwszy raz, odkąd go znam, wygląda na zaskoczonego. Wesoły Fido mówi, że nie ma żadnego przymusu, możemy odejść, jeśli chcemy. Nie zrobi nam krzywdy. Przeciwnie – chodzi o przyjemność. Dodaje, że jesteśmy dorośli. Traktuje nas jak mężczyzn, nie chłopców. Obcina wzrokiem najpierw mnie, potem Jędrka. Z tylnej kieszeni spodni wyjmuje pękaty portfel. Ma w nim gruby plik dwudziestozłotówek i pięćdziesięciozłotówek. Nigdy jeszcze nie widziałem tylu pieniędzy. Wesoły Fido pyta, czy podjęliśmy decyzję, a jeśli nie, chętnie pokaże, o co chodzi. Prosi Darka, żeby podszedł, ale Darek ani drgnie. – No to do roboty! – śmieje się Jędrek i popycha kuzyna. Ten spogląda za siebie, a Wesoły Fido przymyka drzwi, pozostawiając jednak szparę, ujmuje go za rękę i prowadzi w stronę tapczanu. Nie zamierzam na to patrzeć. Wycofuję się w stronę drzwi prowadzących do dyskoteki, opieram się o ścianę i krzyżuję ręce na piersi tak jak ochroniarz z tatuażem. Jędrek wsadza nos w szparę i widzi, jak Fido klęka przed Darkiem i mu trzepie. Gdy jest po wszystkim, Darek wstaje i zapina spodnie, a Fido dalej klęczy na dywanie. Wreszcie wstaje. Wyciąga z portfela dwadzieścia złotych i pyta Jędrka, czy jednak nie wejdzie do środka. 19. Aż do Świętej Trójcy idziemy w milczeniu. Dopiero między dwoma wieżami – kościelną i tą nad zakładem z pieczątkami – Darek mówi, że to żadne pedalstwo, bo pedalstwo jest wtedy, gdy chłop pruje chłopa w dupę albo przynajmniej obciąga. A on nie obciągnął. Nawet nie wytrzepał, jemu wytrzepano. To jak walenie konia samemu sobie, tylko lepiej, bo za pieniądze. Nie wiem, co o tym myśleć. Darek wygląda, jakby zaraz miał prosić nas o przebaczenie. Naprawdę się boi, że komuś się wygadamy. Jędrek patrzy na Darka i mówi: – Zróbmy coś. Nie chce mi się wracać na Fordon. Zastanawiam się co. Jest już ciemno. Nici z rowerów, nie pogramy w piłkę, bo nie ma gdzie. Na flippery już nie wolno. Darek proponuje, żebyśmy poszli na coś słodkiego. Postawi, w końcu ma pieniądze. Słyszał też o innych flipperach, na Mińskiej, koło domu starców. Kupmy sobie petardy i poodpalajmy. Możemy też wyskoczyć do kina albo posiedzieć nad Brdą. W Bydgoszczy jest moc rzeczy do roboty.


– A ten chuj, co wam bruździł? – pyta Jędrek. Darek nie wie, o co chodzi. Opowiadam o biznesmenie i o tym, co stało się Pod Blankami. Do Darka chyba niewiele dociera. Jego ręce nie mogą znaleźć sobie miejsca. Mówi, że martwi się o Czarną Owcę i innych. Gdy stajemy na światłach na rogu Focha i Grunwaldzkiej, Jędrek mówi: – Naprawdę chcecie tak to zostawić? Poszukajmy tego samochodu. Skoro facet zrobił awanturę Pod Blankami, zapewne parkuje gdzieś w pobliżu. Jędrek nie powiedział, do czego jest nam potrzebny ten samochód, ale Darek zapala się do pomysłu. Chce, żebyśmy szukali teraz, natychmiast. Prosi, abym opisał mu auto. Leci naprzód, jak Jędrek wcześniej, i nawołuje, żebyśmy szli za nim. 20. Mercedesa znajdujemy na Krętej, koło Prymasowskiego Instytutu Kultury. Stoi w cieniu, roztaczając wokół siebie aurę lepszego świata, gdzie są laptopy, pagery i telefony komórkowe. Wyglądam zza rogu. Ochroniarz gasi papierosa na raty: gniecie końcówkę w palcach, wykruszając żar, i dusi zimny filtr pod butem. Wchodzi do budynku, a Jędrek z Darkiem już lecą przez ulicę, by zniknąć za mercedesem. Gdy dołączam do nich, siedzą oparci plecami o maskę. Darek pyta, co dalej. Jędrek wyjmuje nóż sprężynowy, pokazuje, jak go otworzyć, zamyka i podaje Darkowi. Darek trzyma nóż w otwartej dłoni i robi głupią minę. – Chyba tego tak nie zostawisz? – mówi Jędrek. Markuje dłonią cios w oponę. Darek potrząsa głową, chce wstać, ale Jędrek kładzie mu dłoń na ramieniu, dociska. – Nie zostawisz tego, co nie? Roztrzęsiony Darek mówi, że to dla niego za dużo. Nie chce mieć żadnych kłopotów. Boi się więzienia i innych strasznych rzeczy, które zrobi mu właściciel mercedesa. – Dla Owcy i innych nie zrobisz? – pyta Jędrek i zamyka mu dłoń na nożu. Darek zwalnia blokadę, ostrze wysuwa się jak żądło, ale Darek wciąż kuca za mercedesem i opiera nadgarstek o pobrudzone kolano. Jego oczy szukają ratunku. Niedbale odtrącam to spojrzenie, zajęty obserwowaniem nielicznych przechodniów. Z Prymasowskiego Instytutu Kultury wychodzą dwie baby w jasnych garsonkach i natychmiast zaczynają palić. Nieopodal hamuje cinquecento. Rosły dziad wyrywa wrzeszczącego wnuczka z samochodu. Nikt nas nie widzi. – Jeśli to zrobisz, sprawy nie będzie. Zapomniane jak bum-cyk-cyk i nikt słowa nie powie nawet dla jaj. Słowo, normalnie. Poważna rzecz – zapewnia Jędrek. Darek wygląda, jakby chciał się rozpłakać, tylko nie potrafi. Przytakuje. Jędrek cofa się, robiąc mu miejsce. Darek zerka ponad dach mercedesa, obraca nadgarstek i wbija w oponę ostrze po rękojeść. Po chwili mercedes osiada, przechylając się na


prawą stronę. Darek przebija drugą oponę. Przesuwa się wzdłuż boku samochodu jak jakiś partyzant prowadzący zwiad w zrujnowanym mieście, a gdy ostatnia opona mięknie z sykiem, oddaje nóż i szybkim krokiem oddala się w stronę Podwala. Dopiero na Grodzkiej zaczynamy biec. 21. Na Grunwaldzkiej Jędrek zabiera swój nóż i wskakuje w autobus. Wracamy z Darkiem każdy do swojego domu i nic nie mówimy, bo i nie ma co powiedzieć. Nim skręcimy w Jasną, Darek daje do zrozumienia, że chciałby jeszcze wstąpić do pana Docenta. Wskazuje na drzwi sklepu, obok których zaparkował policyjny polonez. Gliniarze często tutaj zachodzą. Poszedłbym dalej sam, ale moją uwagę przykuwa jakaś szamotanina wewnątrz. Ktoś rzuca się i z kimś szarpie. Darek natychmiast rezygnuje z zakupów. Drzwi się otwierają. Proszki do prania, zwalone ze stojaka, leżą w rozlanym piwie, które już kapie po schodach, na zewnątrz. Wala się szkło. Pan Docent tylko mi miga, ale tatusia, ciągniętego przez dwóch gliniarzy do samochodu, widzę całkiem dobrze.


Kiedy powiem sobie dość marzec 1996

1. Zatrzymujemy rowery przy Dworcowej, żeby popatrzeć. Pozrzucały ciężkie płaszcze i kurtki, paradują w miniówach, w dżinsowych kurteczkach i na wysokich obcasach. Powkładały różowe bluzy odsłaniające jedno ramię, leginsy i płaszczyki z kołnierzami podbitymi sztucznym futrem. Niekiedy pokazują brzuchy brązowe od solarki. Mają mnóstwo spinek we włosach, a w uszach kolczyki w kształcie obręczy. Noszą małe torebki, rozmawiają głośno i często się śmieją. Uświadamiam sobie, że wcześniej ich nie widziałem, ale teraz – widzę. Na czarnej ziemi wokół bloków wciąż zalega mokry śnieg. Przecinają go ścieżki szerokie na metr. Znać, którędy przebiegają rury ciepłownicze. Śnieg widzimy również w Lesie Myślęcińskim. Pobocze to jedna wielka kałuża. Trzeba uważać, żeby się nie ochlapać, ale i tak nogawki mam mokre. Zimno mi w dłonie i policzki. Na łące koło jeziora trawa jeszcze nie wyrosła i Darek mówi, że to kwestia paru dni, ale na razie ziemia ma barwę ołowiu. Prowadzimy rowery na sam brzeg. Na środku jeziora krąży łabędź. Darek próbuje rzucić kamieniem w jego kierunku. Bierze ogromny zamach, podskakuje przy rzucie, lecz kamień spada zaledwie kilkanaście metrów od nas. – Nie tak. – Jędrek wygrzebuje z ziemi kolejny kamyk. – Źle to robisz. Rzucasz z nadgarstka, kapujesz? Jak kończysz zamach, robisz nadgarstkiem tak o, do przodu, i gra gitara. Zobacz! Kamień spada tuż obok łabędzia i ptak gwałtownie podrywa się do lotu. Jędrek znajduje jeszcze jeden kamień i wkłada Darkowi między palec wskazujący, środkowy i kciuk. Ćwiczy z nim ruch na sucho, odsuwa się, Darek bierze zamach, a kamień leci daleko, tak, że mam problem z dostrzeżeniem kręgów rozchodzących się na wodzie. Rozochocony Darek rzuca kolejne kamienie. Jędrek się śmieje, jak nie on. Wracamy w pośpiechu, żeby zdążyć przed nocą. NADEJŚCIE

2.

WIOSNY

OGŁASZAJĄ

DZIEWCZĘTA.


Liczę, że na flipperach przy Warszawskiej już o nas zapomniano. Tym razem idziemy we trzech. Słyszałem, że mają tam nowy automat, taki z prawdziwymi karabinami. Można strzelać do robotów i maszyn kroczących. Darek jeszcze tam nie był i nie potrafi ukryć podekscytowania. – Tylko miej oko na portfel – radzi mu Jędrek. Flippery zastajemy nieczynne. Na stopniu siedzi facet w golfie i złotym łańcuchu. Wygląda, jakby mu się świat zawalił. Pali papierosa i klnie. Zwraca na nas uwagę, dopiero gdy próbujemy dostać się do środka. Nie poznaje mnie ani Jędrka. Strzela niedopałkiem i mówi, że w nocy mieli włamanie. Ktoś rozpieprzył zamki i dostał się do kantorka, a ponieważ nie znalazł pieniędzy, zalał wodą wszystkie automaty. Użył butelki po wódce i musiał się nieźle namęczyć, bo najbliższy kran znajduje się ze sto metrów dalej. Facet ze złotym łańcuchem siada na stopniach i przygląda się uważnie każdemu z nas. Mówi, że możemy mieć pretensje tylko do siebie. Nie podobało się, to nie ma grania. 3. Do kina idziemy na Jumanji z Robinem Williamsem, choć Jędrek wolałby coś bardziej odjechanego. Film ogląda w skupieniu. Bez przerwy żuje gumę. Oczy Darka dosłownie wychodzą z orbit. Ładuje nadgarstki w szpary między fotelami przed sobą. Otacza nas dzieciarnia, gnojki po dziesięć lat. Krzyczą, piszczą, komentują wszystko, co się dzieje na ekranie. Podłoga na strychu zmienia się w ruchome piaski. Bohater grany przez Williamsa zanurza się po pas w jakiejś brei, walczy o życie. Dziewczyny próbują go wyciągnąć za pomocą wieszaka na płaszcze, a po ekranie zaczynają tańczyć czerwone punkty laserów. Towarzyszą temu śmiechy i przekleństwa wypowiadane cienkim głosem. Jędrek odwraca głowę: – Jebnąć ci? Lasery gasną. Dzieciarnia pryska z kina jeszcze na napisach końcowych. Idziemy Gdańską i Darek mówi, że chciałby przeżyć coś takiego. Niekoniecznie przygodę w dżungli, po prostu gra przenosząca do innej części świata byłaby zajebista. – Bo ja wiem? Mieli z tym kupę jebania – zastanawia się Jędrek. – Dobra, gdzie chcielibyście się przenieść? Darek przygryza górną wargę i wyznaje, że najchętniej do Rio, koniecznie w czasie karnawału. Kobiety tańczą tam ubrane tylko w kwiaty, gra muzyka, leje się wino. Jeśli gra zachowałaby swoje zasady, mógłby przywieźć sobie taką dziewczynę, z płaskim brzuchem i czarnymi włosami. Zauważam, że za panienką mogliby wyskoczyć Brazylijczycy, muskularni i z pistoletami. Jędrek rzuca:


– Daj facetowi spokój. Też bym tak chciał. Przychodzi moja kolej. Właściwie nie wiem, co powiedzieć. Dżungla jest w porządku. Albo jakiś ciepły kraj. Mówię, że najchętniej zagrałbym w planszę śródziemnomorską. Wziąłbym ciepły wiatr, lazurową wodę i nagrzany słońcem piasek. W Polsce cały czas pada i jest zimno. Zimą nie ubierałbym się na cebulkę, spałbym pod samym prześcieradłem i nie musielibyśmy wydawać tylu pieniędzy na ogrzewanie. Darkowi bardzo podoba się ten pomysł. Zagaduje Jędrka, czego ten by chciał. – A w czasie można się przemieszczać? Wiecie, do przodu i do tyłu – pyta, a gdy się zgadzamy, mówi dalej: – To ja bym mógł nawet być tutaj, tylko dużo wcześniej. Wiecie, żeby Bydgoszczy nie było, ani niczego. Nikogo, łapiecie. Jakieś zwierzęta może. Ale nie ludzi, bo właśnie o to mi chodzi, żeby ludzi nie było, no. 4. Tatusiowi pogorszyło się parę dni temu. Zwalił się na wyro dobrze po piątej i teraz śpi twarzą do dołu. Na czubku jego głowy pojawił się łysy placek. Musi mu się śnić coś nieprzyjemnego, bo mruczy i drapie w materac połamanymi paznokciami. Przewracam go na bok i nakrywam kołdrą. Podnoszę kurtkę z podłogi w przedpokoju i daję na wieszak. Zbieram drobne rozsypane od drzwi wejściowych aż do łóżka i spłukuję niedopałki w toalecie. Gdy kończę, matka zrywa się z kuchennego krzesła i przygotowuje mi śniadanie. Słońce jeszcze nie wstało. Mama cieszy się, że mamy co jeść. Nie każdy tutaj, na Jasnej, może to o sobie powiedzieć. Stoją w długim ogonku przed kuchnią u albertynów na Konarskiej i moczą w mleku skrawki chleba wygrzebane po śmietnikach, mówi matula, smarując kromkę margaryną. Kroi ogórka i pasztetową. Kończy, siada, zapala papierosa. Dym unosi się nad moim talerzem. Mam co jeść, to jem. Mama pyta o szkołę i o Jędrka, a ja chcę wiedzieć, czy tak będzie zawsze, czy istnieje sposób, żeby tacie jakoś pomóc. Matka spogląda na mnie jakoś inaczej, jak na dorosłego, i wyraża nadzieję, że z nikim na ten temat nie rozmawiałem. Takie sprawy powinny zostać w rodzinie, inaczej ludzie zaczną mówić i bardzo nam zaszkodzą. Będziemy na widelcu, jak rozwodnicy, a nawet gorzej, choć w wyobraźni mojej mamy nie istnieje nic gorszego nad rozwodnika. Wydaje mi się to dziwne, bo tatko łazi nawalony po całej dzielnicy i mamy wiele szczęścia, że pan Docent nie wniósł skargi. Matka sięga po papierosa. Słyszę, że nie powinienem się wypowiadać na temat pana Docenta. To wielki wróg naszej rodziny, pijawka wysysająca pieniądze, paskudny skąpiec. Paskudny


skąpiec to najostrzejsza obelga, jaką posługuje się moja mama. Jej zdaniem pan Docent próbuje zniszczyć nas wszystkich. Słucham tego i jem kanapkę. Mama dodaje jeszcze, że wychowują mnie najlepiej, jak mogą, i z pewnością nie zdaję sobie sprawy z dramatów, jakie przeżył tata. Nie wiem, co przeżył w dzieciństwie, bo sam nigdy nie byłem bity. Z pokoju zaczyna dochodzić miarowe chrapanie. Zaglądam do ojca. Leży na plecach, więc przekręcam go na bok. Tatko budzi się, patrzy, jakby widział mnie po raz pierwszy w życiu, i zasypia ponownie. 5. Jędrkowi wydaje się, że spada. Jakby materac gwałtownie osunął się parę metrów. Wrażeniu towarzyszy bezdech i nagły łomot serca. Jędrek rozgląda się po pokoju. Siada na brzegu łóżka. Sięga po zegarek. Dochodzi szósta. Słyszy, jak ojciec z matką kręcą się po domu. Sprawdza plan lekcji, choć zna go na pamięć. Zapisuje kilka liczb na karteluszku. To godziny z minutami. Przygląda się temu przez chwilę, mnie kartkę i chowa do kieszeni. Zgodnie z dyżurem przygotowanie śniadania należy dziś do Jędrka. Wkłada spodnie dresowe i błękitną koszulkę Nike. Nastawia wodę w czajniku. Kroi chleb, przekłada świeżą kostkę masła do maselniczki. Układa sery, szynkę i salami na talerzu. Zanosi wszystko do dużego pokoju, gdzie czekają rodzice. Pani Hania dziękuje mu wylewnie, pan Ryszard tylko skinieniem głowy. Jędrek przygotowuje herbatę i siada z rodzicami. Telewizor bez głosu nadaje relację z marszu milczenia w Warszawie. Zastrzelono jakiegoś studenta. Młodzi ludzie idą spod Politechniki, niosąc transparenty z napisem STOP PRZEMOCY . Pan Ryszard mówi o aferze Olina. Jest zdania, że w normalnym kraju nigdy nie doszłoby do czegoś takiego. Akta bezpieki należałoby spalić bez czytania, bo inaczej zawsze będą służyć szantażystom w zakulisowych rozgrywkach politycznych. Mówi, używając właśnie takich słów. Przeklina Macierewicza i Korwin-Mikkego, którzy cztery lata temu zaczęli ten niedorzeczny cyrk z lustracją. Spotkała ich zasłużona kara: wylecieli z polityki i nigdy nie wrócą, a jeśli wrócą, będzie to oznaczało koniec Polski. Pyta Jędrka, co o tym sądzi. Jędrek odpowiada: – Naprawdę nie wiem, tatuś. Jędrek je szybko, wielkimi kęsami, co nie podoba się ojcu. Oczyszcza swój talerz i patrzy wyczekująco na rodziców. Telewizor pokazuje twarz zastrzelonego Wojtka, kwiaty i znicze ułożone na Lwowskiej w Warszawie. Pan Ryszard pyta, o której zaczynają się lekcje. Jędrek kłamie, że o ósmej i bardzo nie chce się spóźnić. Pani Hania mówi, że Jędrek mógłby pójść, skoro tak się denerwuje, ale ojciec nie chce o tym słyszeć. Gdyby wcześniej zrobił śniadanie, wszystko byłoby w porządku.


Pani Hania sprząta ze stołu i zabiera się do zmywania. Jędrek wraca do swojego pokoju, zamyka za sobą drzwi. Z szuflady, spomiędzy ubrań, wyjmuje dwa noże. Komandoski letherman znajduje miejsce w plecaku. Sprężynowca wsadza w kieszeń bluzy na brzuchu. Sprawdza w lustrze, czy go nie widać przez bawełnę. Wychodząc, ostrożnie ściska się z ojcem, tak by ten nie poczuł twardego przedmiotu w kieszeni. 6. Mam trochę czasu do wyjścia, więc sprzątam. Zbieram książki z podłogi i układam na półce, opróżniam popielniczkę i porządkuję farbki rozsypane na parapecie. Pod łóżkiem tatusia znajduję talerz z wyschniętymi ziemniakami i nadgryzioną bitką. Jest też butelka po winie Wiśniowy Dzban i zmiażdżona puszka. W łazience przecieram lustro i szoruję klozet. Na dnie wanny widać żółte plamy. Chciałbym coś z nimi zrobić, ale teraz nie dam rady. Zaczynam zamiatać przedpokój, a matka zrywa się z krzesła i bierze się do zmywania. Nerwowo szoruje talerze. Zalewa patelnię wodą z ludwikiem. Zapewniam, że zaraz się tym zajmę, próbuję nawet wyrwać myjkę, matula jednak się broni. Mówi, że bardzo się staram i ona to docenia, ale domem zajmujemy się przecież wspólnie. Powinienem mieć dzieciństwo. Szczęśliwe dzieciństwo. To najlepsze lata mojego życia. Niedługo się skończą, ustępując miejsca pracy, wychowywaniu dzieci i innym udrękom. Mogę sobie myśleć, co chcę, ale sam zobaczę, co będzie. Siadam przy śpiącym ojcu i pakuję książki do szkoły. 7. Fordon o poranku jest szary jak gołąb. Dalekie bloki zlewają się z zachmurzonym niebem, w bliższych rozpalają się światła, które z trudem przebijają się przez mgłę. Pod budką fryzjerską przycupnęła jakaś sylwetka w kożuchu i wełnianej czapie. Przypomina pogańskie bóstwo zagubione w betonowej pustyni. Kobiety z pustymi siatkami, pijaczkowie w dresowych bluzach i zmęczeni bezrobotni oczekują na otwarcie spożywczaka. Jest za piętnaście siódma. Jędrek zdąża w stronę przystanku autobusowego. Naciągnął kaptur na czoło, dłonie wbił w kieszenie flejersa. Z ramienia zwisa mu plecak. Chłopak patrzy prosto przed siebie i unika wymiany spojrzeń z ludźmi, którzy go mijają. Dzieci drałują z tornistrami. Mężczyźni wyprowadzają na spacer małe pieski i kopcą krótkie papierosy bez filtra. Gruba matka pcha wózek z niemowlęciem. Wszystko otacza delikatna mgła, jakby coś się paliło.


Sto trójka przyjeżdża o czasie. Jędrek spogląda na zegarek, na zmiętą kartkę, chowa ją do kieszeni dżinsów i wsiada. Podróż spędza na ostatnim siedzeniu, próbując dostrzec cokolwiek przez usmarowaną czymś szybę. Światła samochodów są mętne, jakby widziane przez brudną wodę. Jędrek bada podłużny kształt w swojej kieszeni. Z każdym kolejnym przystankiem w autobusie gęstnieje zapach bydgoskiego poranka: kawy, papierosów, ledwo przetrawionej wódy, kiełbachy i topionego sera zjedzonego z wczorajszym chlebem. Dezodorant Rexona i woda kolońska Old Spice przegryzają się z wonią swetrów przesiąkniętych dymem i przedwczorajszych podkoszulków. Jędrek poprawia kaptur. Wokół niego gęstnieje tłum, a ludzie rozpadają się na części. Widzi tylko fragmenty: kawałki nieznanej sobie układanki. Włochate dłonie zamknięte na poręczach, sfatygowaną szyję i podkrążone oczy zerkające spod wełnianej czapki. Przed Jędrkiem siedzi kobieta z kilkuletnią dziewczynką. Mała tłucze w cymbałki. Nawet nie próbuje odtworzyć jakiejś melodii, po prostu uderza bezładnie, jakby chciała rozwalić instrument. Jędrek obserwuje, jak pasażerom zaciskają się usta, a spojrzenia wędrują w górę. Opiera głowę o brudną szybę i zamyka oczy. Rękę wciąż trzyma w kieszeni. Dziewczynka przestaje tłuc. Słychać pomruk zadowolenia, a mama dziewczynki prosi, żeby zagrała jeszcze coś ładnego. 8. Przed wyjściem całuję mamę i mówię, że ją kocham. W odpowiedzi uśmiecha się smutno, wstaje i poprawia mój strój. Zapina kurtkę na wszystkie guziki, naciąga mi czapkę na uszy i prosi, żebym wyprostował sobie nogawkę. Przygląda mi się jeszcze i mówi, że wyrośnie ze mnie przystojny facet. Podobno tatko w swoim czasie również dawał radę, choć teraz trudno w to uwierzyć. Jędrek wysiada pod dworcem głównym. Taksówkarze opierają się o dachy swoich opli, polonezów i audic, palą papierosy. Jędrek mija ich i skręca w Zygmunta Augusta. Jest tylko jednym z drabów kręcących się tu o tej porze. Draby stoją w niewielkich grupach, rozpijają energizery i trzymają bojowe psy na krótkich smyczach. Niektórzy spoglądają za Jędrkiem, ale większość nie zwraca na niego uwagi. Między parkiem a terenem kolejowym biegnie nierówna, kręta ścieżka. Jest tak wąska, że Jędrek, szeroki w barach, musi obrócić się bokiem za każdym razem, gdy się z kimś mija. Twarz zwraca zawsze do torów. Na drzewach pojawiły się pierwsze pączki – z zielonej bulwy wystaje żółtawy czubek. Chude źdźbła traw penetrują mokrą ziemię, a poniżej, w plątaninie alejek, krążą uczniowie z workami na buty i nieogoleni mężczyźni zbierający okruchy wczorajszego dnia.


Idę przez ciemność mojej klatki schodowej: znam każdy chwiejny stopień i wiem, gdzie może leżeć szkło. Od strony podwórka dochodzi odgłos trzepanego materaca. Świta. Mrużę oczy, bo wszystko jest takie nierzeczywiste, jakby Bóg, w którego nigdy nie uwierzę, zaspał, a teraz gorączkowo próbował ulepić naszą ulicę. Jędrek dociera do mostku przez Brdę i tam przystaje na chwilę. Znajduje kamień i ciska go do rzeki. Próbuje ocenić głębokość brudnej wody, ale nie potrafi. Obserwuje rozchodzące się kręgi, poprawia plecak i idzie dalej. Zbiega po schodkach, rozgląda się – wokół nikogo. Pod zakładem usług chłodniczych stoją zaparkowane samochody, brama jest jednak zamknięta. Jędrek dociera już na Jasną i widzi mnie, drałującego ulicą, już blisko skrętu w Śląską, gdzie mieści się moja szkoła. Rozpoznaje mnie natychmiast. Ja mam wątpliwości. Postać nadchodząca od strony rzeki wygląda znajomo: plecak, flejers… Wzrost także się zgadza. Co Jędrek miałby robić u nas ledwo po siódmej rano? Przystaję i próbuję ocenić. Zawołać go? Może jednak nie. On czy nie on? Tak sobie dumam i w końcu odpuszczam. Skręcam w Śląską i tracę go z oczu. 9. Darek otwiera drzwi ubrany w dżinsy wildcat i kraciastą koszulę nałożoną na czarny golf. Zdziwiony widokiem Jędrka, nie bardzo kwapi się z wpuszczeniem go do środka. Pyta, co tutaj robi. – Ustawiłem się z Krzyśkiem – odpowiada Jędrek. – Mają u nas w budzie dni otwarte czy coś, to chciałem go wziąć, żeby se popatrzył, no nie? Ale polazł. Pewno zapomniał. Mogę? Zmarzłem jak chuj, zrobiłbyś herbaty? Jędrek wchodzi. Zdejmuje plecak i wiesza flejersa w przedpokoju. Darek odpowiada, że ma tylko chwilkę. Wszyscy wyszli, a on spieszy się do szkoły. Jędrek mówi: – Spoko, spoko. Klapnę sobie i się zagrzeję. Siada na kanapie w dużym pokoju i spogląda w kierunku drzwi balkonowych, za którymi rysuje się podwórko. Na kaloryferze suszą się ręczniki. Darek pakuje plecak i zagaduje Jędrka, co tam u niego. Natychmiast zaczyna opowiadać o sobie, o tym, że martwi się wynikami w szkole, bo trochę się opuścił, nie potrafi jednak zabrać się do nauki. Na domiar złego zbliżają się egzaminy do technikum. Nie wyobraża sobie, jak to będzie. – Jakoś będzie – zapewnia go Jędrek. Noga mu chodzi, ręce nie mogą znaleźć sobie miejsca. Siedzą jeszcze chwilę, a Darek mówi, że musi wyjść, inaczej się spóźni. – Jasne, jasne – odpowiada Jędrek.


Są w przedpokoju. Darek zagaduje, czy wyskoczą w weekend na rowery albo do kina. Jumanji całkiem mu się podobało. Sprawdzi, co grają w Pomorzaninie, chyba że Jędrek znajdzie czas i sam to zrobi. Jędrek wydobywa z siebie tylko stłumione chrząknięcie. Darek przyklęka na jedno kolano, żeby zawiązać but. W Jędrku otwiera się nowa para oczu. Nie jest tym zaskoczony, ma raczej wrażenie naturalności tej sytuacji. Przed sobą widzi szafkę na obuwie, wieszak obciążony przez kurtki, parasol postawiony w rogu i Darka, jak sznuruje białego adidasa. Druga para Jędrkowych oczu zawisa pod sufitem. Spoglądają na cały przedpokój i samego Jędrka, który wydobywa z kieszeni bluzy nóż sprężynowy. Ostrze wysuwa się ze szczęknięciem. Darek przerywa wiązanie butów i chce odwrócić głowę. Na to jest już za późno. Jędrek kilkukrotnie wbija mu nóż w wypięte plecy, tuż pod łopatkami. Ostrze zagłębia się na całą długość, a ciało Darka przygina się ku ziemi, jakby nagle wskoczyła na niego jakaś niewidzialna postać. Koszula nasiąka ciemną krwią. Darek wydaje z siebie okrzyk, w którym ból miesza się z zaskoczeniem. Błyskawicznie przekręca się na jednej nodze, napiera na kuzyna i teraz to Jędrek jest bardzo zdziwiony. 10. Darek uderza Jędrka głową w brzuch. Chwyta go, jakby chciał się przytulić. Nóż upada na podłogę. Jędrek próbuje się wyzwolić z uścisku, bije Darka po plecach, aż w końcu ładuje palec w ranę. Darek wrzeszczy, puszcza. Stoją naprzeciw siebie. Twarz Darka jest blada i bardzo piękna. W jego oczach niedowierzanie miesza się z wściekłością. Jędrek rozgląda się w poszukiwaniu sprężynowca, ale Darek jest szybszy. Zgrabnie podnosi nóż z podłogi, jednak zadawanie ciosów nie wychodzi już tak dobrze. Ręka nie chce go słuchać. Nogi się chwieją. Na podłogę padają tłuste krople krwi. Jędrek rusza do przodu, próbując odebrać sprężynowiec. Jest skupiony, pewny siebie i ostrożny. Jak mądre, doświadczone zwierzę. Potężny drapieżnik, półbóg, lśniący potwór. Darek tnie na oślep, raz za razem, ręka Jędrka wystrzeliwuje do przodu i Darek trafia – ostrze rozcina skórę pomiędzy kciukiem i palcem wskazującym. Jędrek ledwo to rejestruje, chwyta chłopca za nadgarstek i przejmuje nóż. Ciało Darka zaczyna falować, a krótkie ostrze kilkukrotnie zagłębia się w jego brzuchu i klatce piersiowej. Wchodzi bardzo łatwo, ciało niemal samo się otwiera. Krew Darka miesza się z krwią Jędrka. Darek mruga przy każdym uderzeniu. Macha rękami, jakby opędzał się od ptaków. Jędrek wykonuje miarowe ruchy, a nóż wydaje się sprzęgnięty z jego ciałem. Są


jednym, jaśnieją. Jędrek zadaje cios za ciosem i obserwuje samego siebie z perspektywy sufitu – potężną postać skupioną na swoim zadaniu. Pod Darkiem uginają się nogi. Pada na kolana i rozkrzyżowuje ramiona. Mruga, jakby właśnie wybudził się z głębokiego snu. W tej pozycji Jędrkowi trudniej go uderzyć, na szczęście nie ma takiej potrzeby, bo Darek wali się na podłogę twarzą do dołu. W rozchylonych ustach pękają różowe pęcherzyki. Widziany spod sufitu wydaje się jeszcze mniejszy niż zwykle. To tylko kukiełka o ramionach z patyków i papierowym korpusiku. 11. Jędrek siada na podłodze, podciąga kolana pod brodę i ociera czoło rękawem bluzy. Przygląda się ranie w złączeniu palców. Rana jest płytka, ale boli i krwawi obficie. Jędrek odkłada nóż i drugą dłonią wyjmuje z tylnej kieszeni spodni paczkę chusteczek higienicznych. Syczy, gdy przykłada jedną z nich do rany. Przygląda się jej uważnie. Druga para oczu, rozbujana pod sufitem, widzi, że Darek odzyskał przytomność i pełznie w stronę dużego pokoju, gdzie czekają drzwi prowadzące na balkon. Darek przemieszcza się na rękach, ciągnąc za sobą bezwładne nogi. Dlatego idzie to bardzo powoli. Jęczy przy każdym ruchu. Jędrek ciężko podnosi się z podłogi. Kopie sprężynowca pod same drzwi i wyjmuje lethermana z plecaka. Obraca go w dłoni, zżywa się z jego ciężarem, czeka, aż on i nóż staną się jednym. Gdy tak się dzieje, rusza za Darkiem, który dotarł już do dużego pokoju. I idzie za nim, sunąc jednocześnie pod samym sufitem. Widzi turecki dywan w motywy kwiatowe i pełznącego Darka. Od drzwi balkonowych dzieli go może półtora metra. Darek przekręca głowę, spogląda na kuzyna wybałuszonymi oczami. Jest w nich dziki strach, nic więcej. Jędrek staje w szerokim rozkroku, pochyla się i dziurawi Darka nożem komandoskim. Darek rozpłaszcza się na dywanie i można pomyśleć, że ostrze przebiło go na wylot i przygwoździło do podłogi. Przy każdym ciosie rusza się wolniej. W końcu tylko kiwa głową, jakby próbował coś strącić sobie z czoła. Usta ma rozchylone. Zamyka oczy przy każdym uderzeniu i otwiera je, dopiero gdy Jędrek wyszarpuje nóż. Wstrząsają nim drgawki. Przytula policzek do mokrego dywanu i nieruchomieje. 12. Jedna minuta jest jak roboczy dzień – Jędrek dyszy, serce mu wali, cały się spocił. Wygląda, jakby miał upaść. Opiera się o ścianę, nóż wysuwa mu się z dłoni. Podnosi go i kładzie w przedpokoju, obok sprężynowca, żeby nie


zapomnieć. Pochylony, chce przytrzymać się ściany zakrwawioną dłonią. Powstrzymuje się w ostatniej chwili. Białe szafki wiszące w kuchni rozjechały się nieco pod wpływem ciężaru. Na stole pozostał talerz z resztkami śniadania. Tego dnia Darek zjadł jajko na twardo i grzanki z plasterkiem wędliny. Jędrek pochyla się nad zlewem i starannie myje dłonie. Różowa woda tańczy w odpływie. Oddech Jędrka się wyrównuje, serce bije już spokojniej. Jędrek robi minę, jakby właśnie sobie o czymś przypomniał. Wraca do przedpokoju po nóż. Darek leży tak jak wcześniej, z policzkiem na boku. Jędrek klęka obok niego, unosi bezwładną głowę za włosy i przejeżdża nożem po gardle. Drugi uśmiech otwiera się z sekundowym opóźnieniem, jakby sam z siebie, a czerwień lśni niczym drogie kamienie w rozpadlinie skalnej. Wypływa oleista krew, Darek nawet nie drgnie, a druga para oczu opada spod sufitu, by rozpłynąć się w ciele Jędrka. Jędrek stoi oszołomiony. Patrzy na martwe dziecko i nóż w swojej dłoni. Trwa to tylko moment. Szybkim krokiem wraca do kuchni, myje oba noże, owija je w ścierkę i wsadza do plecaka. Szoruje dłonie i przedramiona. Rana przestała krwawić, ale na szarych kuchennych kafelkach widnieją czerwone krople. Jędrek nie wie, do kogo należy krew. Zza szafki wyjmuje mop, pod zlewem znajduje wiadro i płyn. Myje podłogę, wycofując się w stronę przedpokoju. Gdy kończy, wylewa wodę do klozetu, przystaje i patrzy na lśniącą podłogę. 13. W łazience znajduje się umywalka, pralka, kosz na brudy oraz plastikowa etażerka. Kosmetyki leżą też pod lustrem, na którym widnieją kropki po paście do zębów. Jędrek ledwo się tutaj mieści. Obraca w palcach kredkę do oczu Miss Sporty i bawi się chwilę elektryczną golarką. Włącza, przybliża sobie do podbródka, ale nie dotyka. Przetrząsa szafy w pokoju Beaty. Pełno tam dżinsów, bluz i sweterków w intensywnych kolorach. Na półce stoją książki Williama Whartona i Jonathana Carrolla, płyty Boyz II Men, Whitney Houston i Pretenders. Obok nich szczerzy się goły troll o nastroszonych intensywnie zielonych włosach. Jędrek spogląda jeszcze na zabałaganione biurko, po kolei otwiera wszystkie szuflady. Znalezione trzydzieści złotych po chwili wahania chowa do kieszeni. U Darka siedzi najkrócej. Pospiesznie przetrząsa szuflady, półki, szuka za łóżkiem i między magazynami kulturystycznymi. Zeszyt znajduje się dopiero w plecaku, z którym Darek zamierzał iść do szkoły. Zabiera się do czytania, co znów trwa tylko chwilę. Przerzuca strony coraz szybciej, kręci głową i kartkuje dalej, uważając na zranioną rękę. Zeszyt trafia z powrotem do plecaka. Jędrek wkłada kurtkę, pakuje noże, naciąga kaptur aż na sam


nos i otwiera drzwi balkonowe. Zerka jeszcze na Darka. Zawraca, rozpina mu rozporek i ściąga spodnie, tylko trochę, tak że widać pasek białych slipek, zawraca i wyskakuje przez balkon na podwórko. 14. Pada zimny deszcz. Jędrek przechodzi przez barierkę, zawisa na zdrowej dłoni i już jest na ziemi. Rdzewiejący trzepak przed nim przechylił się na lewo, pod ceglaną ścianą stoi wybebeszona pralka, ruski telewizor z rozwalonym kineskopem, krzesła i stoły bez nóg, przemoczone palety. W dziurach i załomach czają się gołębie i koty. Tylko jeden drapichrust, stary i mokry, buszuje między stalowymi śmietnikami. Ciągną się rzędy okien. Żadnych twarzy. Siny dzień. Ściany noszą wspomnienia wielu kolorów. Jędrek naciąga kaptur i biegnie w stronę garaży, rozchlapując wodę. Nie ogląda się za siebie. Pędzi wzdłuż garaży i drzew. Wykonane sprejem bazgroły znaczące cały ciąg drzwi i ścian przypominają rysunki naskalne. Opowiadają historie, dla których zabrakło słów. Zadbana kobieta po sześćdziesiątce próbuje wyjechać z garażu lśniącym renault 19. Skręca zbyt szybko i drzwi samochodu ocierają się o framugę. Kobieta wypada z renówki, przygląda się rysie, klnie. Mężczyzna urzędujący dwa garaże dalej nawet nie podnosi głowy. Siedzi na skrzynce po piwie i popija ciemnego heweliusza. Otaczają go narzędzia, puszki po farbie i sprzęt wędkarski ułożony na ręcznie skleconych półkach. Jędrek zerka w jego kierunku, zasłaniając twarz kapturem. Przenosi wzrok na napis zdobiący bok ostatniego z garaży: ZŁE ŻYCIA KOŃCZĄ SIĘ ŚMIERCIĄ. Jędrek idzie dalej, niewidzialny, schowany w dłoniach deszczu, Bydgoszczy i szczęśliwego losu. Przechyla się przez poręcz mostu przez Brdę, dokładnie w tym miejscu, w którym stał pół godziny wcześniej. Staje na palcach, patrzy w nieprzeniknioną toń. Z plecaka wydobywa noże. Szmatką czyści obie rękojeści. Rozgląda się i ciska sprężynowcem tak jak kiedyś kamieniem, tak jak nauczył Darka. Letherman leci za nim. Zostają po nim kręgi na wodzie, a wkrótce znikną i one. Jędrek jeszcze raz przygląda się swojej dłoni. Krwawiącą ranę owija chusteczką i sycząc z bólu, chowa rękę do kieszeni. Zarzuca plecak na ramię i raźnym krokiem kieruje się na autobus, który zawiezie go na praktyki. 15. Niedaleko cukierni Jędrek znajduje ciemną bramę. Kuca tam, wyjmuje kartkę i podpala. Patrzy na ogień pożerający palec i czarne motyle opadające na zakurzony asfalt. Rana już nie krwawi. Zmienia chusteczkę.


Dostrzega kilka rdzawych plam na piersi i rękawie bluzy. Wyrzuca ją do śmietnika i wkłada nową. Bluzy Jędrka niemal zawsze są niebieskie. Przed drzwiami cukierni kręci się Safona. Ociera się o nogi Jędrka i mrucząc, prosi, żeby wpuścić ją do środka. Jędrek bierze ją na ręce, głaszcze. Kotka próbuje odkryć, cóż to kryje się pod chusteczką, liże nadgarstek i wierzch dłoni. Jędrek odkłada ją, otwiera drzwi, a Safona próbuje wbiec do środka. Chwyta ją ponownie i ciska kilka metrów od wejścia. Safona upada miękko i natychmiast posyła mu obrażone spojrzenie. W szatni Bolo i Marchewa rozmawiają o Diablo. To nowa, wspaniała gra, nie było wcześniej nic takiego, prawdziwy wygrzew i ciemność, jakiej świat nie widział. Jędrek przebiera się bardzo powoli. Gdy pójdą, pędzi do apteczki i zakleja rękę plastrem. Wokół rany pojawiła się czerwona opuchlizna. Naciska ją delikatnie i idzie do pracy. Bolo i Marchewa nie przestają gadać o Diablo. Wymieniają nazwy toporów, tarcz i hełmów. Wszystkie są bardzo długie i brzmią jak zaklęcia. Grę należy zaczynać kilka razy, by zbudować swoją postać. Bolo woli grać czarodziejem, Marchewa wojownikiem, a Jędrek zabiera się do produkcji herbatników. Przesiewa cukier przez sito, przepuszcza obok biegunów elektromagnesu i mieli na puder, używając mikromłynu młotkowego. Dodaje tłuszcz i mleko. Wraca do mikromłynu, mieli i przesiewa kolejno cynamon, goździki i gałkę muszkatołową. Oddech łapie dopiero przy mieszaniu ciasta. Tego dnia pani Wanda nie opuszcza swojego gabinetu. Po praktykach Jędrek zabiera trochę jajek, dwie paczki cukru, syrop skrobiowy i tyle proszku do pieczenia, ile zmieści się w plecaku. Zjada kanapkę. Pani Wanda zagląda do niego i pyta, czy wszystko w porządku. Jej zdaniem Jędrek wygląda na smutnego i zagubionego. Jędrek reaguje wzruszeniem ramion i słabym uśmiechem. Przy wyjściu znów spotyka Safonę. Kotka ociera się o jego nogi, wspina się na goleń i drapie pazurami w uda. Jędrek odpycha ją delikatnie, ale kotka idzie za nim, aż do przecznicy. Między łapkami kołysze jej się potężny brzuch i gdy Jędrek wyrzuca całą zawartość plecaka do śmietnika, orientuje się, że Safona znowu będzie miała młode. 16. Niedoszły samobójca sprzed paru dni zgromadził kilkunastu ciekawskich. O czwartej, kiedy wracam ze szkoły, jest ich chyba setka i wciąż nadciągają nowi. Gadają ze sobą i pokazują palcami. Jak spod ziemi wyrastają kolejne brzdące i ciągną ku kamienicy, w której mieszka Darek. Rodzice próbują je


odsunąć, niektórzy biorą swoje maluchy na ręce i niosą do domu, zasłaniając im oczy. Dwie karetki, policyjnego volkswagena i sukę oraz jeden nieoznakowany czarny samochód otacza tłum gapiów. Baby zadzierają głowy, ściskając między nogami siatki pełne zakupów, lumpy kręcą kudłatymi głowami. Mężczyźni palą, rozprawiając o tym, co właściwie zaszło. Inni próbują przepychać się do przodu. Podchodzę bliżej, jeszcze nie przeczuwając, co mnie tam czeka. Twarze policjantów broniących dostępu do wejścia są nieobecne. Przed nimi kotłują się dziennikarze z wielkimi aparatami fotograficznymi. Jeszcze nigdy nie widziałem ich tak wielu, a ciągle napływają nowi. Wśród nich wyróżnia się facet niby muszkieter albo hrabia, w wielkim kapeluszu, czarnym garniturze i z muszką pod szyją. Ludzie zadają sobie pytania, szepczą, trącają się nawzajem i tylko on jeden stoi nieruchomo, jakby już wiedział, co się wydarzyło. Za grubymi szkłami ścina się twarz smutnego błazna. Dostrzegam samochody z logo „Expressu Bydgoskiego” i „Dziennika Bydgoskiego”, jest telewizja regionalna i Radio PiK. Stoi też biały hyundai pony z policyjną radiostacją w środku. Jestem ogłupiały i gdy potrąca mnie rozpędzony wielkolud z torbą Rozgłośni Harcerskiej, tracę równowagę. Podtrzymują mnie czyjeś mokre dłonie. Ktoś pyta, czy wiem, co się stało, czy znam kogoś z tego domu. Lecę przed siebie. Im bliżej kamienicy, w której mieszka Darek, tym mocniej brzmią pytania, płacze i krzyki. Od Grunwaldzkiej nadjeżdża błękitny mercedes, hamuje gwałtownie. Wysiada jakiś spocony brodacz w dopasowanym garniturze. Na przegubie błyszczy mu złoty zegarek. Za nim zasuwa drugi, młodszy, przyciska do piersi jakąś teczkę. Brodacz został rozpoznany i zgromadzeni robią mu miejsce, dzięki czemu widzę pana Artura siedzącego pod kocem, na stopniach karetki. Jakiś mężczyzna szepcze mu coś do ucha. Obok pani Krysia łka w chusteczkę i ja już wiem, wiem na pewno. Dużo więcej niż inni. Kamienicę podpiera Beata, wygląda, jakby ktoś właśnie wytrzaskał ją po twarzy. Rozmawia z policjantem. Szczypie się w policzki, w uszy i usta. Tłum się zstępuje i zasłania mi widok. Mógłbym po prostu iść do domu, ale coś mi podpowiada, że powinienem zachować się tak jak inni. Zachodzę z boku i przepycham się przez tłum. Słyszę strzępki rozmów, że to niemożliwe, nie u nas, nie tutaj – takie rzeczy dzieją się tylko w Ameryce. Zatrzymuje mnie policjant. Beata wciąż rozmawia z jego kolegą w cywilu. Szarpie guzik kurtki. Spogląda w moim kierunku, robi krok do przodu i mówi tylko, że to ona go znalazła. Jej twarz jest pozbawiona wyrazu, ale po policzkach suną dwie ciężkie łzy. Chce jeszcze coś powiedzieć. Milknie, bo wynoszą ciało. W ciemnym korytarzu dostrzegam blade plecy sanitariusza, a tłum zaczyna buczeć i się kotłować. Sanitariusze trzymają nosze, na których leży kształt przykryty białym kocem. Pan Artur podrywa się, lekarz usadza go z


powrotem na stopniach karetki. Pani Krysia leci do syna, lecz gubi krok i przelewa się przez ramiona policjantów. Beata sztywnieje i odwraca głowę ku ścianie. Ktoś z tłumu krzyczy, że wymierzymy sprawiedliwość. Ktoś inny pyta policjantów, gdzie byli. Jak wypełniają swoje obowiązki? Baby płaczą. Mocna ręka spada na moje ramię, szarpie w tył. Tatko mówi, że nie powinienem oglądać takich rzeczy, i ciągnie mnie do domu. 17. Tatko przez moment sprawia wrażenie naprawdę załamanego. Siada na brzegu tapczanu, w butach i kurtce, chowa twarz w dłoniach. Stwierdza, że coś takiego mogło się przydarzyć każdemu, nawet mnie. Nikt nie jest bezpieczny, dodaje i z wewnętrznej kieszeni wydobywa flaszkę gorzkiej żołądkowej. Matula unosi oczy ku niebu i pyta tatusia, czy ma zamiar jeszcze wychodzić z domu. Tatko gwałtownie zaprzecza i mówi, że nigdy już nigdzie nie pójdzie, bo będzie nas bronił. Zaciska pięść na dowód swojej siły, a mamusia drepcze do kuchni po kieliszek i spodek służący za popielniczkę. Siedzę w kucki na amerykance. Tatuś przeprasza za swoje zachowanie, ale w takiej sytuacji mężczyzna po prostu musi się napić. Wodzi palcem po brzegu kieliszka, wali banię i wyznaje, jak bardzo jest przerażony. Przecież zamiast Darka mogłem to być ja. Matula siada na przeciwległym krańcu tapczanu. Wyglądają teraz jak dwa stare ptaki. Tatko polewa sobie, tak że w kieliszku robi się menisk, piekli się na policję i zaczyna wspominać Darka. To dobry chłopak był, jego zdaniem. Prawdziwa pociecha. Rozpacza nad losem rodziców. Nie wierzy, że podniosą się po takiej stracie. Pan Artur to jeszcze, ale Krysia – w życiu. Musimy być przy nich, oznajmia, cała ulica, nawet ten skurwiały złodziej, pan Docent. Patrzy pytająco na mamę. Matula zapala papierosa i mówi, że w to wszystko nie wierzy. Po paru kolejkach tatko zauważa, że na Jasną padło nieprzypadkowo, bo przecież nasza ulica nikogo nie obchodzi. Widziałby ktoś takie nieszczęście na Długiej albo Dworcowej? Zboczeńcy, kanibale doskonale wiedzą, gdzie mogą sobie pofolgować. Dobrzy, uczciwi, biedni ludzie nadają się na ofiary jak mało kto. Mordercą musiał być ktoś obcy, najpewniej z Fordonu. Kamienieję na amerykance, a tatko opiera dłonie na kolanach, tak że łokcie sterczą mu na boki, i stwierdza, że jednak to żaden Fordon. Ktoś obcy przyjechał pociągiem, zrobił, co swoje, i jest już w drodze do domu. Wybucha płaczem. W Bydgoszczy mieszkają sami dobrzy ludzie, nikt zdolny do czegoś takiego. Drapie się w głowę, rozważając sens własnych słów. Stwierdza, że się pomylił, zrywa się z kanapy i leci zabić Wesołego Fido. Z matulą usadzamy go z powrotem, a oczy tatusia pląsają, jakby rozpadał się od środka.


Gorzkiej zostało na dwa palce. Zapadł zmrok. Tatko bije się w piersi, krzycząc o wielkiej winie nas wszystkich. Zatraciliśmy poczucie wspólnoty, przestaliśmy być prawdziwymi sąsiadami. Darka zgubiły kolory: czerwień coca-coli, błękit firmowych dżinsów i milion barw w nowych telewizorach. Wybraliśmy blichtr Zachodu i teraz umieramy. Daliśmy się oszukać, obwieszcza mój tatuś, a gorzka spływa mu po nadgarstku. Niepotrzebnie zaufaliśmy Wałęsie i Mazowieckiemu. Natychmiast zaprosili tego diabła, Balcerowicza. Nad Polską rozpostarł się złowrogi krzyż, ale i pejsaty cień Adama Michnika. To oni zabili Darka, nikt inny, a gdyby Jacek Kuroń wygrał wybory, Darek z pewnością by żył. Ale Kuroń nie mógł wygrać, bo był za dobrym człowiekiem i nie grał w brudne gry na górze. Tatko znów szlocha, nie wiadomo – nad Darkiem, sobą, wyborczą klęską Jacka Kuronia czy osuszoną flaszką. Wyznaje, że bardzo chciałby się do nas przytulić. Otacza matkę ramieniem. Siadam z drugiej strony. Składam swoją głowę przy jego. Tatuś mamrocze, że rodzina jest największym szczęściem, choć łatwo o tym zapomnieć. Nie doceniamy siebie nawzajem i trzeba nieszczęścia, byśmy sobie o tym przypomnieli. Ściska mnie mocno, próbuje jeszcze pocałować mamę, zwiesza głowę i zaczyna chrapać. Uwalniam się z uścisku. Kładziemy go na łóżku. Matula rozpina mu koszulę, a ja rozsznurowuję buty. 18. Następnego ranka Jasną ciągną rodzice odprowadzający dzieci do szkoły. Ci z klas pierwszych idą za rękę. Starsi, niekiedy prawdziwe draby, wyrywają się do przodu, marudzą niezadowoleni z takiego towarzystwa. Dorośli mają płaszcze z kołnierzami postawionymi na sztorc, wojskowe kurtki i skórzane marynarki. Niosą teczki i szmaciane siatki, w których mają drugie śniadanie zawinięte w papier. Widać, że ubierali się w pośpiechu i teraz spieszą się nawet bardziej. Co chwila Jasną przejeżdża samochód z dzieciakiem na tylnym siedzeniu. Kierowca ciśnie gaz, ochlapuje przechodniów, tylko po to, by wyhamować na skrzyżowaniu ze Śląską, gdzie zaczyna się korek. Idę, trzymając ojca pod rękę. Tatko oblał się wodą kolońską i umył zęby. Potyka się o wystające płyty chodnikowe. Nic nie mówi, tylko opiera się o mnie. Idziemy. Do szkoły mamy kawałek, Śląska jest szersza od naszej ulicy, ale samochody zatkały ją zupełnie. Parkują na wąskich chodnikach, wzbudzając wściekłość pieszych, i próbują zawracać. Kierowcy wyciągają zdezorientowane potomstwo z tylnych siedzeń. Dobiegają mnie strzępy pouczeń: nie rozmawiaj z nieznajomymi. Czekaj w świetlicy, aż przyjdę. Na przerwie nie wychodź na zewnątrz.


Rodzice wpychają dzieci w otwartą bramę, machają na pożegnanie, patrzą na zegarek, znów machają i zostają, żeby pogadać, choć przecież tak strasznie się spieszą. Tatko mnie puszcza i leci prosić o ogień. Powoli podążam za nim. Słyszę, że policja powołała brygadę specjalną, by złapać mordercę, czyli sprawa poważna. Nie wiedzą, kto to zrobił. Tatuś krztusi się pierwszym dymkiem. Pojawia się pomysł trójek osiedlowych: dorośli będą patrolować miasto po zmroku. Tatko stwierdza, że to doskonały pomysł, i zgłasza swoją kandydaturę, czego nikt nie bierze poważnie. Ktoś napomyka o kobiecie zamordowanej kilka miesięcy temu, ktoś jeszcze wspomina matkę, która udusiła trzyletnie dziecko, a ciałko wrzuciła do wody przy wyspie Świętej Barbary. To narastało, mówią, to rosło w nas wszystkich. Tragedię zapowiadały znaki. Gęstnieje papierosowy dym i wyją klaksony. Między dorosłymi krążą dzieci parę lat ode mnie młodsze. Pokazują sobie tazo z Gwiezdnych wojen, które można znaleźć w chrupkach, a przede wszystkim gonią się, biją i kopią. Zdzierają z siebie czapki i kurtki, szarpią za tornistry, na chodnik wypadają kredki, podręczniki, pod moje stopy leci zeszyt z bohaterami Beverly Hills, 90210 na okładce. Podnoszę, oddaję jakiemuś smarkaczowi. Mój ojciec znów się krztusi. Smarkacz odbiega. Poleciałbym za nim, poganiał się, poszarpał, ale już nie mogę. Już mi nie wolno. 19. Przez ponad tydzień Darek jest na pierwszych stronach gazet. Już wszyscy wiedzą, że to Beata znalazła ciało, około pierwszej. Na ciele wyszczególniono dziewiętnaście ran. Rzecznik policji sugeruje motyw seksualny sprawcy, nie tłumacząc dlaczego. Dyrektor podstawówki Darka nie może wyjść z szoku. Stwierdza, że był to miły chłopiec, który nikomu nie wadził. Koledzy i koleżanki sądzą podobnie. Komendant wojewódzki policji powołał specjalną grupę celem rozwiązania tej sprawy. Na pierwszej stronie „Expressu Bydgoskiego” widzę numer, pod który ma zadzwonić każdy, kto wie coś o morderstwie. Kilka stron dalej znajduję wielki artykuł o satanistach. Widzę współczesnego czarownika, w turbanie, jak unosi nóż. Myślę nad tym, jak to się łączy. Wracam do pierwszej strony. Patrzę na ten numer. Mnę gazetę i wyrzucam do kosza. Wyjmuję z kosza. Idę na podwórko i palę ją przy śmietniku. Policja przepytuje naszą rodzinę, a wizyta na komisariacie jest dla mnie jak sen. Młody funkcjonariusz stuka dwoma palcami w maszynę do pisania. Poucza mnie, że jeśli coś przemilczę, mogę mieć kłopoty. Opowiadam o siłowni, o wyprawach rowerowych i o tym, jak Darek bardzo kochał swoich rodziców i siostrę. Trochę przy tym płaczę. Nie mówię nic o kotach w Myślęcinku, o wizycie w nawiedzonym domu, a o Jędrku mówię jak


najmniej. Młody funkcjonariusz podsuwa mi zeznanie, pyta, czy się zgadza i czy chciałbym coś jeszcze dodać. Mój podpis to koślawe literki. Dowiaduję się, że na pewno będę jeszcze potrzebny. Marsz przeciw przemocy wygląda inaczej niż w telewizji. Idziemy spod podstawówki na Kruczej pod dom Darka. Trzymam się z tyłu, bo mniej tłoczno. Przede mną młodzi ludzie unoszą transparenty z imieniem mojego kolegi, datą urodzenia i śmierci. Na rozpostartym prześcieradle czerwone litery układają się w słowa: MAMY PRAWO ŻYĆ . Obok mnie idą draby o płaskich twarzach, jakaś dzieciarnia, studenci, starzejące się matki i tłusty starzec, unoszący pod pachą ręcznie pisaną kronikę miasta. Idziemy środkiem ulicy. Samochody robią nam miejsce, a reporterzy cykają zdjęcia. Brzęczy jak w ulu. Szepczemy między sobą, bo cisza byłaby nieznośna. Niektórzy już widzieli mordercę – miał długie uszy i wilcze spojrzenie. Każdy znał Darka. Każdy go lubił. Przez pierwsze dni pod bramą prowadzącą do mieszkania Darka płoną znicze. Ludzie znoszą kwiaty, krzyże i zabawki, kręcą się stare baby, które można zobaczyć na każdym pogrzebie. Nocą, gdy spojrzę w dół ulicy, widzę ciemnopomarańczowy ogień z wielu świec, przefiltrowany przez grube kolorowe szkło. Kładzie się na murze, błyszczy w szybach okien na parterze. Noc po nocy jest coraz mniejszy, aż zanika zupełnie. Kwiaty więdną i gniją. Sprzątać nie ma komu. Część zniczy zostaje rozkradziona. Tydzień po morderstwie na całej Jasnej walają się szklane odłamki. 20. Pan Artur ma szkliste oczy, pewnie bierze jakieś leki. Ściska się z panem Ryszardem i słucha słów pocieszenia. Pani Hania rzuca mu się na szyję i trwa tak, aż pan Artur nie zacznie przebierać nogami. Jędrek wchodzi do mieszkania jako ostatni, ze spuszczoną głową. Kurtkę wiesza w przedpokoju, nad białymi adidasami, które nosił Darek. Prawą dłoń ma ukrytą w rękawie bluzy. Drzwi od pokoju Darka są zamknięte. W pokoju dziennym nie ma już dywanu. Zniknęły ręczniki z kaloryfera. Jędrek chwyta się za pasek od spodni, ukrywając w ten sposób drżenie ręki. Nikt nie zwróciłby na to uwagi. Pojawia się pani Krysia, ma oczy czerwone od płaczu, zaprasza do kuchni, tam usiądą. Jędrek, dla którego brakuje miejsca, staje oparty o futrynę. Bez przerwy się rozgląda. Pani Krysia przygotowuje herbatę, ale filiżanki lecą jej z rąk. Gdy pani Hania przychodzi z pomocą, pani Krysia osuwa się na krzesło i tak już zostaje. Pan Ryszard zapewnia wszelką możliwą pomoc i przypomina, że są rodziną. Mówi inaczej niż zwykle, miękko i trochę ciszej. Miesza herbatę. Pan Artur pochyla głowę, przykłada splecione dłonie do ust, przez co jego


głos robi się niewyraźny. Chciałby się stąd wyprowadzić i liczy na pomoc od miasta. Przydałby się hotel, choć na parę tygodni. Tu nie można spać ani jeść, dodaje, wychodzi bardzo wcześnie i wraca bardzo późno, a pani Krysia potwierdza ruchem napuchniętej głowy. Z pana Artura wylewa się strumień słów. Mówi o rzeczach, które przypominają mu syna, o śladach, które zostawił – własnoręcznie przerobionych hantelkach, puszkach, proporczykach. Pani Krysia bierze go za rękę, a pan Ryszard proponuje panu Arturowi, żeby na jakiś czas zamieszkali u nich w Fordonie. Pan Artur dziękuje za propozycję i obiecuje się zastanowić. W progu kuchni staje Beata, niemal zderzając się z Jędrkiem. Włosy ma w nieładzie, lecz twarz nie nosi śladu łez. Wita się ze wszystkimi, przyjmuje uściski. Jędrek delikatnie otacza ją ramieniem i wyprowadza. Usadza Beatę na kanapie w jej pokoju i sam zajmuje miejsce na krześle. Z półki spogląda na nich troll o jaskrawych włosach. Biurko zostało uprzątnięte. – Po prostu nie wiem, co powiedzieć – odzywa się Jędrek. – Brakuje mi słów. Ale gdybyś czegokolwiek potrzebowała, to sama wiesz, jestem na każde wezwanie. Cokolwiek, kiedykolwiek, rozumiesz? Beata dziękuje i mówi, że znalezienie martwego brata było najstraszliwszą chwilą w jej życiu i nikt nie powinien doświadczyć czegoś podobnego. Brzmi to, jakby czytała. Nie wyobraża sobie życia bez niego. Był takim dobrym człowiekiem. Jędrek przechyla się ku niej i pyta: – Macie jakieś pojęcie, kto mógł to zrobić? Beata odpowiada, że nie ma pojęcia, bo Darek nie miał wrogów. Jej myśli krążą wokół kogoś obcego, kto wtargnął do domu pod byle pretekstem. Wspomina o skradzionych trzydziestu złotych. Nie chodzi jej o same pieniądze, ale o fakt, że ktoś je znalazł i zabrał, a także o to, że dostała je od brata. Jej dłoń szuka dłoni Jędrka. Gdy się splatają, z Beaty dobywa się krótki, urwany płacz. Szlocha, że Darek znaleziony na podłodze, pośrodku dywanu, cały we krwi, był do siebie niepodobny, taki mniejszy, kanciasty, jakby uszło z niego powietrze po tym, jak opuściła go dusza. – Tak – mówi Jędrek. – To całkiem możliwe. Nigdy nie wiadomo, jak z tymi duszami jest. 21. Matula nie chce słyszeć, żebym wyszedł sam z domu. Wiercę dziurę w brzuchu, aż zmienia zdanie, dorzucając warunek: musi widzieć mnie z okna. Rzeczywiście, gdy jestem już na podwórku, jej twarz przykleja się do szyby. Przede mną stoi Jędrek. Tym razem nie ma na sobie flejersa, tylko czarną kurtkę wizytową. Witamy się. Zawsze miał mocny uścisk, ale teraz


tylko muska moje palce i chowa dłoń z powrotem do kieszeni. Przyglądam mu się uważnie, jakbym chciał się upewnić. Oczy ma jasne. Usta stworzone do uśmiechu. Stoi jak prostoduszny żołnierz, wysuwając jedną stopę do przodu. Nie wiem, od czego zacząć, więc mówię, że życie na Jasnej stanęło na głowie, i pytam, czy podobnie dzieje się w Fordonie. Jędrek tylko wzrusza ramionami. Niezręcznie. Nie mamy gdzie usiąść ani o co się oprzeć. Matka lampi się z góry. Przestępuję z nogi na nogę. Plecy mi się pocą. Zagaduję o jego rodziców, czy bardzo przeżywają śmierć Darka. – Tatuś jakoś to przerobi – odpowiada Jędrek. Pewnie dla takich chwil stworzono papierosy. Mogę tylko ugniatać własne palce. Nie śmiem o nic zapytać, więc mówię o sobie, o tym, jak się czuję, i że Darek nie zasłużył. Powtarzam banały po innych. Jędrek świdruje mnie wzrokiem, a ja unikam jego spojrzenia. W końcu zagaduję go, czy o tym myślał. Dlaczego ludzie robią takie rzeczy? Jędrek krzyżuje ręce na piersi, zręcznie naciąga rękaw na prawą dłoń. – Nie wiem. Ja sobie myślę, że w każdym drzemie coś takiego, tylko w jednym się budzi, a w drugim nie budzi, i tyle – mówi. – Inna dusza się budzi. A może diabeł. Chętka, by zabić, i już. Wiesz, co myślę? Że ten facet ledwo to pamięta. Tak samo jak ty nie wiesz, co jadłeś na śniadanie tydzień temu. Może nawet myśli, że to nie on, że mu się śniło czy coś. Na pewno dziwnie mu, gdy musi gadać o tym mordowaniu. Pewno się boi, że go złapią i będzie musiał patrzeć innym w oczy. Zdziwiłbym się, gdyby żałował. – Milknie, ociera usta rękawem. Zerka w stronę Jasnej i pewno chce już iść. Mówi dalej, jeszcze wolniej niż przedtem. – To każdy mógłby być. Taki traf, i już, no nie? Zwijam się, ojciec czeka. Zejdziemy się jakoś po piątku? Odpowiadam, że bardzo chętnie, ale musimy poczekać, aż starzy się uspokoją i wrzucą na luz. Pójdziemy do kina. Zaczną się rowery. Będzie jak zwykle, tylko bez Darka. Twarz Jędrka rozjaśnia uśmiech i wygląda teraz jak mały chłopiec. Wyciągam rękę na pożegnanie. Jędrek podwija rękaw bluzy na nadgarstek, odsłaniając czarnego strupa długości jakichś trzech centymetrów, pomiędzy kciukiem i palcem wskazującym. Pozwala, bym się napatrzył. Dłoń podaję ostrożnie, żeby nie zrobić mu krzywdy. 22. Z okazji pogrzebu tatko się ogolił, umył włosy i zaczesał je do tyłu na żelu. Wbity w ślubny garnitur przypomina oszusta sprzedającego turystom mosty zwodzone i pomniki w parkach. Idziemy w pewnym oddaleniu za małą białą trumną, w kolumnie żałobników ciągnącej się przez cały cmentarz. Tatko sądzi, że zjawiło się przynajmniej pięćset osób. Mama twierdzi, że o połowę mniej.


Darka chowają na cmentarzu Najświętszego Serca Jezusa. Na śnieżnobiałej kolumnie stoi Chrystus w czerwonej szacie. Między grobami, w świeżo wyrosłej trawie, buszuje wiewiórka. Zazieleniły się krzaki i kasztanowce. Ptaki wiją już gniazda i wszystko wychodzi spod ziemi, a Darek zaraz się w niej zagłębi. Staję z boku kolumny. Pan Artur podtrzymuje żonę, choć sam wymaga wsparcia. Garnitur pana Ryszarda niewątpliwie uszyto na miarę. Jędrek idzie za ojcem, w tej samej kurtce co wczoraj, i wciąż trzyma rękę w kieszeni. Drewniana kapliczka wygląda jak domek chiński. Zmieściła się w niej tylko rodzina, delegacja ze szkoły i paru ważniaków z urzędów. Zostajemy na zewnątrz. Mój tatko marszczy czoło, jakby rzeczywiście rozważał tajemnice życia i śmierci. Przez głośniki idą smutne śpiewy i głos księdza opowiadający o tym, że wszystko, co nas spotyka, ma sens, który odsłania się dopiero po latach. Bóg nie zapomina o swoich sługach i pragnie, by każda dusza powróciła do niego. Całe nabożeństwo trwa krótko, Jędrek wychodzi jako jeden z pierwszych. Gdy trumna znika w ziemi, pan Artur osuwa się na kolana i zaczyna szlochać. Przeklina ludzi i Boga. Potem tylko wyje. Pan Ryszard z drugim facetem wykręcają mu ręce, żeby nie rozdrapał sobie policzków. Żona i córka stoją jak wmurowane. Dopiero gdy pan Artur się uspokoi, pani Krysia ociera mu twarz i długo, długo coś tłumaczy. Grób błyskawicznie niknie pod kwiatami. Wstęga ufundowana przez dyrektora szkoły jest tylko trochę mniej okazała niż ta, którą przyniósł pan Ryszard. Tatko kładzie chryzantemy. Przychodzi czas składania kondolencji. Jędrek obejmuje zapłakanego pana Artura, jego żonę i córkę. Staje z boku, czeka na rodziców. Jego wzrok wydaje się błądzić między kwiatami. Przysiągłbym, że widzi więcej i dalej niż inni. Tatko mówi panu Arturowi, że będzie na każde jego wezwanie, mama wyraża współczucie, a ja nie mówię nic, bo nie wiem, co powiedzieć. Gdy wracamy, zaczyna wiać lekki wiatr, zieleń pożera groby, przerzedza się tłum żałobników, a Jędrek nie idzie z nami, bo musi pozostać na stypie. Takim go pozostawiam: jest wielki, bardzo samotny i przerażający.


Wszystko się może zdarzyć marzec 1996

1. policjanci zajeżdżają na Rondo Kujawskie. Za nimi, jak kolorowe duchy, parkują wozy telewizyjne. Przejście podziemne barwi się na ciemnoniebiesko, otwierają się drzwi. Dzicy lokatorzy zrywają się ze swoich łóżek i barłogów, ale jest już za późno. Niektórzy po prostu stoją, inni szukają schronienia za resztkami mebli, jeszcze inni biegną w głąb betonowych korytarzy, choć wiedzą, że innego wyjścia stąd nie ma. W powietrze lecą butelki i cegłówki. Brzmi pisk nagich kobiet wywlekanych spod pryszniców. Między nogami policjantów przemykają psy i koty. Na siłowni trwa zaimprowizowana obrona. Kilku żylastych drani tarasuje wejście ławeczką i workiem bokserskim. Chwytają gołe sztangi i kije bejsbolowe, ciskają ciężkimi talerzami. W odpowiedzi lecą czarne puszki i siłownię wypełnia dym, przecinany przez żółtawe światła ekipy uderzeniowej. Chłopy leją się na oślep, ale walka trwa krótko. Sztanga z hukiem upada na podłogę. Kajdanki trzaskają na żylastych, pokrytych bliznami nadgarstkach. Opadają karki i chłopy wloką się opornie do głównego korytarza, ciągnięci przez policjantów. Tam mieszają się z hipisami, dziewczynami owiniętymi w ręczniki, ze stadem bezradnych, otumanionych mężczyzn, kobiet, ich dzieci oraz zdziwionym nastolatkiem, któremu z dłoni wysuwa się woreczek z butaprenem. Drzwi prowadzące do dyskoteki padają z łoskotem, a z podłogi podrywają się śpiący rycerze w śmierdzących papierosami ubraniach, roztrącając butelki. Młody bandyta o klatce piersiowej zawodowego pływaka, za to pozbawiony oka, zasłania własnym ciałem swoją kobietę. Rwie się z pięściami. Wykręcają mu nadgarstki i przygniatają do ziemi, a dziewczyna rzuca się z pazurami na najbliższego policjanta. Krzyczy, że im go nie da, ale jej głos niknie w zawierusze. Z samego kąta podnosi się mężczyzna w seledynowym garniturze i spokojnie patrzy na to wszystko. Poprawia resztki włosów, idzie na środek pomieszczenia i machnięciem drobnej dłoni strąca srebrną kulę dyskotekową wiszącą pod sufitem. Kopniakiem posyła ją w najbliższego policjanta, woła, że skończyło się babci sranie, i daje się skuć. W korytarzu za dyskoteką schronili się ostatni lokatorzy. Miotają gruz i przekleństwa. Znów gęstnieje dym. Jakiś oficer prosi o spokój, a za jego głosem podążają policjanci zbrojni w tonfy, osłaniani przez hełmy i tarcze. O SZÓSTEJ RANO W DNIU POGRZEBU


Leją na oślep, ciągną ludzi po podłodze. Na zewnątrz gromadzą się reporterzy. Lokatorzy stoją pod ścianą głównego korytarza, a policja bierze szturm na drzwi kryjówki Wesołego Fido, zabarykadowanej od środka. W ruch idzie żelazny taran. Ze środka wypada wytatuowany ochroniarz, wymachując długim nożem; przypomina muskularnego upiora wyrwanego z grobu. Ostrze przejeżdża po plastikowej osłonie na hełmie i ślizga się po tarczy, szukając drogi do serca i brzucha. Ale jest za późno. Trzech policjantów zwala się na ochroniarza, nóż leci w kąt, ochroniarz zbiera kopniaki. Latarki rozświetlają pomieszczenie. Jest biurko, papiery i klaser pełen zdjęć, ale nie ma Wesołego Fido. Powyżej, na rondzie, zaspani kierowcy krążą w swoich sprowadzonych z Niemiec samochodach, a czerwony autobus kolibie się do przystanku, gdzie marzną spóźnieni pasażerowie. Niektórzy z nich spoglądają w stronę policyjnych suk i telewizyjnych furgonetek, ale większość się nimi nie interesuje. Po mokrej trawie ganiają wesołe psy. Ich właściciele grzebią w kieszeniach pełnych paprochów w poszukiwaniu zapalniczek i odpalają szlugi. Smętna kioskarka sprzedaje bilety, caro, carmeny i duńskie crafty. Wróbelek urządza drybling między dziobami gołębi, unosząc kawałek chleba. Przynajmniej tak to sobie wyobrażam. Wyobrażam sobie również, że jest bardzo cicho. 2. Nad głową pani Wandy wisi dyplom za zajęcie trzeciego miejsca w rozgrywanym w Toruniu Wielkim Konkursie Małego Głoda. Rama jest wykonana ze sztucznego złota. Obok, na specjalnie wygospodarowanym kawałku ściany, dynda fotografia dumnej szefowej cukierni ściskającej dyplom obok nagrodzonej pracy. To brązowy tort z misiem o oczkach jak węgielki. Miś ma koło siebie kwiatek, na kolanach bezę, a pani Wanda promienieje z dumy. Ktokolwiek wykonał misia, znalazł się poza kadrem. Na biurku pani Wandy leży wczorajszy numer „Expressu Bydgoskiego”. Tłuste białe litery układają się w pytanie: PSYCHOPATA SPRAWCĄ ZABÓJSTWA NA JASNEJ? Pani Wanda ma na sobie beżową prążkowaną bluzkę z poduszkami. Głośno miesza kawę. Przed nią stoi Jędrek w roboczym fartuchu. Pani Wanda kończy mieszanie, splata dłonie nad gazetą i oznajmia, że wie. Jędrek to zrobił, nikt inny, więc niech lepiej się przyzna. Konsekwencje będą mniejsze. – Nie wiem, o czym pani mówi – odpowiada Jędrek. Splata ręce za plecami, a pani Wanda wyznaje, że zawsze go lubiła i tym bardziej jest zaskoczona. Dobrzy ludzie czasem robią złe rzeczy i pani Wanda doskonale to rozumie. Człowieka poznajemy nie po błędach, lecz po tym, jak je


naprawia. Powtarza swoją prośbę: jeśli Jędrek się przyzna, postara się mu pomóc. – Do czego mam się przyznać? – pyta Jędrek. – Czy pani musi się pastwić nade mną? Dobrotliwy wyraz na twarzy pani Wandy ustępuje miejsca zaciętości, by natychmiast wrócić na swoje miejsce. Pani Wanda przybiera belferski ton i dodaje, że w jakiś sposób rozumie Jędrka. W jego rodzinie zdarzyło się wielkie nieszczęście, którego nie sposób pojąć ani zrozumieć. Młodzi odreagowują w różny sposób, do czego mają prawo, lecz kradzież pozostaje kradzieżą bez względu na okoliczności. Pani Wanda jest tak skupiona na wypowiadanych słowach, że nie zauważa, jak Jędrek się odpręża: opuszcza dłonie, wysuwa nogę do przodu. – Niczego nie ukradłem, proszę pani. Kto takie bzdury gada? Pani Wanda podnosi się zza biurka niczym królowa dźwigająca wyjątkowo ciężką koronę. Stwierdza, że ze względu na ostatnie wydarzenia wybacza Jędrkowi jego bezczelność, a nawet pragnie odpuścić o wiele więcej. Daje czas do jutra. Rano Jędrek musi oddać to, co zabrał – jajka, cukier, syrop, proszek do pieczenia – i przyznać się przed wszystkimi. Wówczas jego wina zostanie zmazana. Pani Wanda patrzy mu prosto w oczy i mówi, że przecież w jego domu nie ma biedy, a jak jest, to ona powinna o tym wiedzieć. To zmieniłoby postać rzeczy. Jeśli jednak biedy nie ma, a Jędrek się nie przyzna, pani Wanda zadzwoni do jego rodziców. Wspólnie wyciągną konsekwencje. Upewnia się, czy Jędrek zrozumiał. Jędrek przytakuje żołnierskim ruchem głowy. – Ja rozumiem, a pani to co? – pyta i wychodzi. Na korytarzu odwraca się i pokazuje zamkniętym drzwiom, gdzie to się zgina dziób pingwina. Jego twarz jaśnieje pięknym uśmiechem i jest to pierwszy uśmiech od bardzo wielu dni. 3. Nie poznaję swojego ojca. Budzę się, a jego połowa łóżka jest już pusta. Mama śpi opatulona pod brodę. Z łazienki dochodzi szum wody i śpiew. Tatko szoruje swoje zmaltretowane ciało i zawodzi, tym razem nie ludzi, lecz piosenkę: Zabiłem byka, cóż to dla mnie byk! Krew z niego sika, siku siku sik! Kroję mortadelę na cienkie plasterki, a tatuś wpada do kuchni, żywiołowy, jakby wykąpał się w kawie. Dżinsy chyba ma nowe, koszulkę na pewno. Na twarz wróciły mu żywe kolory, mokre włosy lśnią. Tatko


całuje mnie w środek czoła, wyrywa nóż i sam zaczyna kroić. Mówi, że jestem dzieckiem i powinienem mieć dzieciństwo. Skrawa mortadelę w hojne plastry, dokłada jeszcze pomidora i martwi się, że zabrakło cebulki. Cebulka, jak sądzi, jest potrzebna chłopakowi w okresie dojrzewania. Klepie mnie po plecach i dodaje, że niedługo będzie i na cebulę. W kuchni pojawia się mama, podzwaniając brudnymi naczyniami. Tatko wyrywa jej kubki i talerze, ciska do zlewu i zaprasza na śniadanie. Jem, zasłuchany w plany tatusia. Tatko napycha sobie usta i opowiada o remoncie, do którego się zabierze, gdy tylko zrobi się cieplej. Wyrzucimy meblościankę, wymalujemy wszystko, wymieni się bojler nad zlewem, a jeśli będzie naprawdę dobrze, weźmiemy na kredyt japoński telewizor z ekranem przynajmniej dwadzieścia pięć cali. Powieki matuli opadają jak liście, a tatko obiecuje jej nową sukienkę i perfumy Channel 5. Nie wiem, gdzie o nich usłyszał. Wspominam o rowerze. Tatuś dopycha kanapkę palcem i gra starą taśmę z wizytą w Romecie: już niedługo, jak tylko weźmie pierwszą wypłatę. Gdy kończymy jeść, porywa talerze i zabiera się do zmywania. Mama kładzie mu obie dłonie na biodrach. Dawno nie widziałem u nich takiej czułości. Mówi, żeby zostawił, bo spóźni się do pracy, ale tatko tylko potrząsa schnącą głową. Miejskie wodociągi zafundowały mu bilet miesięczny. Odkręca wodę i zmywa, pogwizdując. W przedpokoju leży plecak z roboczym ubraniem. W nim stare spodnie i ukochana kurtka dżinsowa tatusia. 4. Jędrek stoi nad śmietnikiem i trzeci raz w ciągu ostatnich dni opróżnia swój plecak. Do kosza trafiają zeszyty, podręczniki, piórnik, podniszczona gąbka do wykrawaczek i słoik kleju spożywczego. Zostawia sobie tylko kanapki. Gapi się w śmietnik. Zarzuca plecak na jedno ramię i idzie na autobus, który zawiezie go do Śródmieścia. Miejsce obok niego jest wolne, nikt nie chce tam usiąść. Bydgoszcz zerwała się już do życia i Jędrek wysiada z trudem, przebijając się przez tłum pchający się do autobusu na Focha. Mężczyzna w garniturze dopasowanym jak kostium kąpielowy rozmawia przez telefon komórkowy wielkości futerału na okulary. Podobne aparaty wiszą na paskach informatyków, pracowników sklepów z elektroniką i kierowców samochodów dostawczych, którzy krążą po mieście w poszukiwaniu właściwego adresu bądź miejsca do parkowania. Farbowani górale rozkładają się z oscypkami i bundzem. Muskularny chłopak w pomarańczowych spodniach i białej bluzie szarpie się z psem bojowym. Jędrek dociera nad Brdę dokładnie w chwili, gdy spod mostu wyłania się Wesoły Fido w kurtce bombce i z papierosem. Wyraźnie kogoś wypatruje.


Chłopak w pomarańczowych spodniach owija smycz wokół dłoni i schodzi po stoku, nawołując innych. Ludzie spostrzegli już Wesołego Fido. Odrywają się od kiosków, samochodów. Mężczyźni pozostawiają swoje kobiety i lecą, zaciskając pięści. Nawołują się nawzajem, pytają głośno, kogo właśnie widzą i co należy z tym kimś zrobić. Jędrek przystaje obok mostu. Patrzy na rozwój akcji. Wesoły Fido późno dostrzega zagrożenie. Idzie na niego kilkanaście osób, młodzi i starzy, dobrze i źle ubrani, a wszystkim błyszczą oczy. Ciska papierosa i próbuje coś powiedzieć, rezygnuje i puszcza się biegiem z powrotem pod most, lecz druga grupa już wyłania się zza przęsła. Wesoły Fido jest okrążony. Leci pierwszy kamień. Chłopak w pomarańczowych spodniach krzyczy coś o zboczeńcach i mordercach pierdolonych i spuszcza pitbula ze smyczy. Pitbul gna, pochylając łeb, a Wesoły Fido rozgląda się rozpaczliwie w poszukiwaniu czegoś do obrony. Rozpędzony pies uderza Wesołego Fido w kolano i obala na ziemię. Wesoły Fido chroni ramieniem gardło, drugą ręką odgania rozjuszone zwierzę, cofając się w stronę rzeki. Ludzie już zwolnili. Półokrąg się zacieśnia, a Jędrek przechyla się przez most, żeby lepiej widzieć. Pies szarpie nogawkę, jego właściciel zagrzewa do czynu, a Wesoły Fido gorączkowo tłumaczy, że nigdy nikogo nie skrzywdził i nie ma nic wspólnego z morderstwem na Jasnej. Patrzy na cegłówki, kije i zaciśnięte pięści, na rozjuszone oczy psa tarmoszącego mu spodnie, i próbuje wstać. Nad jego głową przelatuje kamień. Wesoły Fido sprzedaje psu niezdarnego kopniaka, pokazuje plecy i rzuca się w Brdę. Kurtka bombka rozdyma się, Wesoły Fido łapie powietrze i niezdarnie wiosłując ramionami, płynie na drugi brzeg. Wokół niego spadają cegły i kamienie, tłum klnie na brzegu, ujada pies i tylko chłopak w pomarańczowych spodniach wrzeszczy, żeby pędzić mostem, że jeszcze go dojadą. 5. Wejście na dworzec kolejowy owiewa chmura papierosowego dymu. Pasażerowie przechodzą przez ciężkie drzwi, przetrząsają kieszenie, proszą o ogień i zapalają szlugi. Między nimi krąży dwóch sprężystych drani o pociągłych twarzach. Chcą drobnych, papierocha, paru złotych na jedzenie. Dystyngowana pani z walizką na kółkach próbuje rozwiać dym parasolką. Pasażerowie opierają się o ciężkie walizy bądź trzymają plecaki między nogami. Z czterech kas pracuje jedna, rozkład jazdy nad przejściem podziemnym furkocze i trzeszczy. Jędrek przekłada portfel i paszport do wewnętrznej kieszeni kurtki. Jego niespokojny wzrok skacze po menelach leżących pokotem pod przeciwległą ścianą, omiata spacerujące spokojnie gołębie i zatrzymuje się na piegowatym obliczu kasjerki, wokół którego


sterczą rude włosy. Przychodzi jego kolej. Kasjerka zagradza okienko karteluszkiem z napisem PRZERWA i podnosi się z krzesła. Jędrek stuka w szybę. Kasjerka sapie jak stary kot i tłumaczy, że przecież się zmienia. – W co się pani zmienia? – pyta Jędrek. Kasjerka pąsowieje, z wściekłością porywa kubek po kawie i przepada w białym korytarzu. Jednocześnie z okienka obok jej koleżanka nawołuje, żeby podchodzić, i kolejka natychmiast rusza. Ostatni stają się pierwszymi, kotłuje się środek, ktoś tłumaczy, że musi już biec na peron, ktoś inny mamrocze coś o kurewstwie, reszta tupie i buczy. Jędrek przygląda się temu spokojnie. Pociąg do Trójmiasta odchodzi dopiero za godzinę. 6. Jędrek, otoczony przez mewy, wgryza się w cheeseburgera. Sosy szybko przesączają się przez papier i ciekną mu po palcach, spływają do rękawa bluzy. Mięso, pomidor, cebula, plaster roztopionego sera stają się w jego ustach papierową masą pozbawioną smaku. Nie czuje nawet przypraw. Przeżute kule wolno spływają do ściśniętego głodem żołądka. Jędrek siedzi przy plastikowym stoliczku, pod gołym niebem, i je coraz szybciej. Dopycha mięso garścią frytek. Spogląda na ostatni kawałek bułki, zażółcony majonezem, i ciska go do kosza, gdzie już pełno takich. Dwupasmówką przy dworcu Sopot Kamienny Potok śmigają samochody, dalej węższa ulica wije się w dół, do parków i domów letniskowych. Jędrek idzie w tamtym kierunku. Sopot nie wybudził się jeszcze z zimowego snu. Okiennice na wyższych piętrach potężnych domów są pozamykane, kurz przysiadł na szyldach pensjonatów, pod którymi nikt jeszcze nie parkuje. Budy, gdzie w sezonie sprzedaje się smażone ryby, stoją zamknięte, a im bliżej morza, im głębiej w park, tym mniej ludzi krąży po alejkach. Od Bałtyku wieje chłodny wiatr. Wzdłuż plaży ciągną się budynki niby bunkry wyczekujące inwazji z północy. Sprawiają wrażenie opuszczonych. Prowadzą do nich drewniane podesty ułożone na piasku. Jędrek zapuszcza się jednym z nich. Mija łodzie odwrócone do góry dnem i podest, na którym latem odbywają się tańce, teraz obrobiony przez mewy. Mnóstwo ptaków krąży w powietrzu. Po piasku gonią się dwa psy, spacerują nieliczni zakochani. Dwoje starych sopocian, wspartych o laski i o siebie nawzajem, odbija przed Jędrkiem na ścieżynkę wzdłuż wydmy, gdzie czeka restauracja czynna cały rok. Piach ma barwę mielonego szkła. Im bliżej wody, tym mocniej śmierdzi. Białe języki Bałtyku trącają kupy wodorostów, w które zaplątały się kiście gnijących małży. Jędrek idzie wzdłuż morza, pozwalając, by fale opłukiwały mu podeszwy. Słońce spada na mokry piasek. Obserwowany z daleka, Jędrek musi wyglądać, jakby spacerował po wodzie, potężny i lekki


jednocześnie. Za jego plecami rysuje się cypel, najeżony przez kominy i stoczniowe żurawie. Znajduje przystań między wydmami. Kładzie plecak na piasku, siada, podciąga kolana pod brodę i patrzy w stronę kontenerowców przesuwających się po linii horyzontu. Od Sopotu zasłaniają go chaszcze na wydmach, widziany znad brzegu będzie tylko plamą, sennym tobołem. Siedzi, tak jak wielokrotnie wcześniej w swoim pokoju, z Bałtykiem w miejscu Arnolda Schwarzeneggera. W jego śnie psy ujadają głośniej, zakochani spacerują bliżej, jest ich też o wiele więcej, a żelazny cypel zmienił się w łuk, zagarniając kontenerowce w pobliże brzegu. Brzęczą rozmowy, trzeszczą hutnicze maszyny, dochodzi też coś, co może być zarówno szumem fal, jak i rykami wystraszonej czymś załogi. Jędrek ma wrażenie, że ludzie przekraczają go jak próg. Mówią o nim. Zastanawiają się głośno, co będzie. Od strony lądu Bydgoszcz zjada Trójmiasto, Sopot staje się Fordonem. Z kontenerowców prosto na plażę rozładowują czteropiętrowe bloki i dyskonty, a ciało martwego morskiego księcia obija się o drzwi szkoły tysiąclatki. 7. Pani Teresa ma dzisiaj dużo pracy i wzywa mnie na pomoc. Zgadzam się, bo chciałbym znów pojeździć na rowerze. Chwytam belę prania, jest zbyt ciężka, ciągnę jej koniec po ziemi. Pani Teresa podrywa się zza stolika, chce krzyknąć, lecz nie krzyczy i kieruje mnie do innej roboty. Rozprostowuję firankę, wygładzam zgniecenia, a pani Teresa pokazuje mi, jak skropić ją wodą. Wspólnie pakujemy materiał do prasowalnicy. Ostrzega mnie, że maszyna rozgrzewa się do dwustu stopni i wielu poparzyło sobie palce. Dużo bardziej boję się, że zmiażdży mi rękę. Widziałem kiedyś horror o morderczej maglownicy. Pani Teresa zatrzymuje wałki, przechodzi na drugą stronę i uruchamia je ponownie. Nigdy nie słyszała o takim wypadku. Z tej pracy to tylko żylaki i ból w dole kręgosłupa, dodaje. Powietrze w maglu jest suche. Mama siedzi na obrotowym stołku i przygląda mi się takim wzrokiem, jakbyśmy byli w domu. Wały magla teraz gniotą pościel. Nieoczekiwanie pani Teresa wyraża żal, że nie ma takiego magla do ludzi. Wpełzałby pomięty, wypełzał prosty, oczyszczony, wiadomego przeznaczenia, taki, jakiego nikt by się nie wstydził. Jak na zawołanie do magla wchodzi mój blady ojciec i pyta o klucze do domu. Matka daje mu komplet, lecz tatko siada i sięga po papierosa pani Teresy. Między kolanami stawia sobie śmierdzącą torbę. Mówi, że zaraz pójdzie, tylko wypali. Pani Teresa wycofuje się do pomieszczenia gospodarczego, gdzie trzyma swoje skarby. Tatko kopci i ma minę, jakby właśnie urwał się pod nim szubieniczny sznur.


Nawet nie muszę pytać, jak minął pierwszy dzień w pracy. Samodzielnie próbuję umieścić w maglu ciężką zasłonę, a tatko opowiada o okropnościach, których doświadczył pod willą na Sielance. Liczniki mieszczą się w piwnicach i kanałach. Brodził w smrodzie i widział szczury wielkości bobrów. Trafił do jaśnie państwa na przedmieściach, chałupa jak u cygańskiego króla: złoto, łuki, nowe samochody. A w piwnicach cuchnąca breja, syf, przegniłe meble. Tatko pokazuje, jak odkręcał zawory, jak wracał autobusem w roboczym ubraniu, przeklina zimny prysznic na bazie, tymczasem moja zasłona jest nazbyt szeroka. Magiel zasysa jeden koniec, miętosząc drugi. Wstyd mi przed panią Teresą. Mój ojciec pokrzepia się myślą, że pierwszy dzień jest zawsze najgorszy i będzie lepiej. Gdy podpisze umowę na stałe, dostanie robocze ubranie, przydzielą mu lepsze rejony miasta, no i otrzyma ubezpieczenie. Zatrzymuję magiel. Próbuję wyciągnąć zasłonę, lecz nie potrafię. Mama przejmuje od ojca papierosa. Wydobywam zasłonę szarpnięciami. Idzie, tylko ciężko. Tatuś pyta, czy śmierdzi od niego. Umył się dokładnie, lecz wciąż czuje się brudny. Wspomina kolegów z pracy. To złe towarzystwo. Piją, jedzą brudnymi rękami i wciągają biały proszek, żeby utrzymać się na nogach. Ojciec nie ma pojęcia, co to takiego. Mordęga z zasłoną dobiega końca i próbuję włożyć materiał ponownie, tym razem ostrożniej. Matka oznajmia, że świetnie sobie radzę, a tatko trafnie stwierdza, że obaj mamy dzisiaj nieudany dzień. Uruchamiam magiel i latam wzdłuż wałów, upychając tkaninę. Idzie mi dobrze i gdy pani Teresa powraca z zaplecza, nie kryje zadowolenia. Skarb, nie chłopak, mówi i chce wiedzieć, skąd się taki wziąłem. Tatko podnosi się ze stołka i natychmiast siada – tak na niego spojrzała. Pani Teresa wypowiada o mnie jeszcze kilka miłych słów. Czuję się z tym dziwnie. W domu, do nocy, jeszcze w łóżku zachodzę w głowę, czy naprawdę tak uważa, czy tylko zadrwiła. 8. Morze rozciągające się przed Jędrkiem jest inne – to lazurowa tafla czochrana przez rozbrykane bałwanki. Z wody sterczą płaskie skały, a brzeg opada stromo. Jędrek spogląda na wodę, na czerwone ściany, szeroki luft w dachu, przez który mrugają gwiazdy, i na własne dłonie, które jednak nie należą do niego. Na dłoni wciąż widnieje rana, a gdy Jędrek próbuje choćby złączyć palce, nie potrafi tego zrobić. Palce sięgają do drewnianej misy pełnej bakalii. Daktyl pęcznieje od nadzienia. Dłoń Jędrka posypuje go solą i wrzuca do garnka z cieczą, która wygląda jak gotujący się miód. W pomieszczeniu panuje półmrok. Światło kaganków kładzie cienie na ścianach. Jędrek zwraca twarz ku morzu i nagle siada między wydmami, w pełni rozbudzony.


Noc. Cykają światła dalekich statków. Od morza bije chłód, piasek jest bardzo zimny i nim Jędrek opuści plażę, klekoczą mu zęby. Plecak obija się o kolano. Skręca do parku i wkrótce stoi w ciemności, nie wiedząc, którędy iść. Przemieszcza się z ręką wysuniętą przed siebie. Rozprostowuje i zaciska palce. Buty grzęzną w mokrym piasku, roztrącają plastikowe butelki i pogniecione puszki. Wokoło nie ma nikogo, ale gdy wreszcie dociera do ulicy, jego wzrok krzyżuje się ze spojrzeniem lochy otoczonej ruchliwymi warchlakami. Stoją tak chwilę, by odejść – dziki między drzewa, Jędrek pod górę, w kierunku dworca. 9. Tego poranka prysznic zajmuje tatusiowi zaledwie kilka minut, a ja nie mogę przygotować śniadania, bo tym zajmuje się mama, obłożona przez deseczki do krojenia, noże, talerze, ser, mielonkę i margarynę. Mamusia nieustannie poprawia włosy i skrawa plastry sera tak cienkie, że przebiłoby je poranne słońce, gdyby akurat nie lało. Tato wyłania się z łazienki owinięty ręcznikiem i na widok bałaganu w kuchni reaguje westchnieniem. Mamusia ma w odpowiedzi smutny uśmiech. Tatko ubiera się w pokoju, radzi matce, by się pospieszyła, i zaczyna przegląd narzędzi. Czyści latarkę. Sprawdza, czy łom do otwierania kanałów jest dobrze wyważony. Otwiera zeszyt, w którym wpisuje odczyty, wodzi palcem po rzędach cyfr, a ja podaję mu kawę. Niemal się nią dławi. Prosi o kolejną i mówi, że jestem dobrym chłopcem. Mamusia uporała się już z serem, rozłożyła na kanapkach i teraz nożem do smarowania próbuje wykroić środek papryki. Nasiona sypią się pod nogę tatusia, która chodzi jak tłok. Tatko upycha zeszyt i narzędzia w torbie. Kanapki wreszcie trafiają na stół. Jemy we dwóch, bo mama zajmuje się pakowaniem tatusiowi jedzenia do pracy. Cztery podwójne kromki owija w papier i wsadza kolejno w dwa worki foliowe. A my z tatusiem gadamy sobie spokojnie o tym, jak idzie żużlowcom Polonii Bydgoszcz i że warto by się przejść na stadion, bo to emocje jak mało co. Tatko mówi, że czytał w gazecie o prezentacji niezwykłego wynalazku. Filmy teraz będą puszczane z płyty, podobnej trochę do kompaktowej, tylko mniejszej. Będą napisy w kilkudziesięciu językach i sam film ładniejszy niż w kinie, co trudno sobie wyobrazić. Pod nos podsuwa mi płachtę „Gazety Pomorskiej”. Zachował ją specjalnie dla mnie. Czytam. W hotelu Pod Orłem będą puszczali taką płytkę na specjalnym urządzeniu, jakie mają tylko cztery na świecie. Czytam dalej, na głos, krztusząc się ze śmiechu, bo taki aparacik mają we Francji, w Stanach, trzeci podróżuje po świecie, a czwarty skradziono. Tatko, gdy to słyszy, mało nogami się nakryje. Rechoczemy razem. W tle brzmi coś jak radosna czkawka: to śmieje się mama.


10. O świcie zaczyna wiać. Jędrek ociera czoło, podciąga mokre rękawy i opiera głowę o pień. Wgryza się w ostatnią kanapkę z plecaka, suche kęsy z trudem przechodzą przez gardło. Orientuje się, że nie jest sam. Obok dwóch robotników sezonowych złożyło kostropate głowy na stelażowych plecakach. Mają mnóstwo siatek. Zzute buty przewiązali wokół nadgarstków i chrapią prosto w kaptury płaszczy przeciwdeszczowych. Jędrek przetrząsa kieszenie. Paszport wciąż tkwi na swoim miejscu. W portfelu zostały osiemdziesiąt dwa złote. Rozchyla gałązki wierzby i spogląda na świat. Widzi samochody zaparkowane byle jak na żwirowym parkingu. Cały czas podjeżdżają nowe, najczęściej zapchane po dach: fiaty i mazdy, polonezy, ople, maluchy, poobijane fordy oraz busiki zwożące pracowników z całego kraju. Trwa nerwowe przepakowywanie. Wybudzone brzdące próbują biegać, przelewają się przez ramiona zaspanych matek i wrzeszcząc, domagają się zabawek zagrzebanych na dnie bagażników. Pojawiają się parujące termosy i papierosowe świetliki. Dalej, pomiędzy samotnym dziesięciopiętrowcem a rudymi ramionami żurawi, rozciąga się spowity przez mgłę budynek terminalu bałtyckiego. Za plecami Jędrka trwa poruszenie. Robotnicy już wstali. Jeden rozebrał się do koszuli i szarych slipek, a drugi obkłada go kartonami Marlboro light. Po cztery na każdą rękę, osiem na nogi, korpus przyjmie i ze dwadzieścia. Robotnik wygląda teraz jak papierosowy superbohater z lat pięćdziesiątych. Z powrotem wkłada workowate spodnie, bluzę z kapturem i marynarską kamizelkę. Zrobił się cały kanciasty, z rękawa wystaje biały róg. Kolega bierze zamach i leje obwiązanego ile sił. Kanty znikają, obwiązany mięknie i Jędrek rusza na prom dokładnie w chwili, gdy przemytnicy przystępują do zamiany ról. Im bliżej terminalu, tym tłoczniej. Każdy ma swój tobół i zapach. Większość wymachuje biletami. Za podwójną szybą, daleko, rysuje się biały dziób promu z niebieskim napisem STELLA TRAVEL. Od czasu do czasu ktoś wypada z kolejki i idzie na bok, odprowadzany przez dwóch mundurowych. Jędrek próbuje ocenić odległość od bramek do drzwi, poprawia plecak i przesuwa się do przodu. Tłum wlewa się w strumień kolejki, Jędrek ustawia się bokiem i niemal taranuje sobą młodą kobietę w granatowym mundurze. Czuje nerwowe oddechy na karku. Można pomyśleć, że to arka, nie prom. Kobieta prosi go o bilet i paszport. Jędrek wyjmuje dokument. – A bilet to chcę kupić. Mówi, że to niemożliwe, bo bilet kupuje się w kasie. Pokazuje gdzie i prosi Jędrka, żeby się pospieszył. Inaczej popłynie dopiero jutro. Jędrek tylko spuszcza głowę i przepycha się przez kolejkę, jej szepty, sapnięcia,


pomruki i miękkie brzuchy. Depcze buciki przedszkolaka, szoruje torsem o czyjś biust i już stoi naprzeciwko siwego mężczyzny w okularach antyrefleksyjnych. Pcha osiemdziesiąt złotych przez okienko. Mężczyzna ma minę, jakby chciał je od siebie odsunąć, i pyta, na co te pieniądze. – Na bilet do Karlskrony. Bez samochodu. Mały, zdobiony złotym sygnetem palec przesuwa banknoty z powrotem do Jędrka. Bilet kosztuje sto dziesięć złotych, trzeba było sprawdzić, poucza mężczyzna i poprawia okulary. Jędrek rozczapierza palce na szybie. – Proszę pana, ja nie muszę siedzieć. Ja mogę całą drogę na pokładzie spędzić, nie będę nikomu przeszkadzał, co to, to nie. – Patrzy mężczyźnie prosto w oczy, a ten próbuje strącić to spojrzenie. – Mogę odpracować czy coś. Silny jestem. Ja wam się przydam, tylko wie pan, ja naprawdę muszę popłynąć. Pan na pewno kiedyś był w takiej sytuacji, co nie? Mężczyzna uwalnia się od Jędrkowego wzroku. Nie może zobaczyć drugiej dłoni, zaciśniętej w mokrą pięść pod okienkiem. Mówi, że bardzo mu przykro, a jego głos jest jak żwir. Trzeba było pomyśleć wcześniej. Nic tu nie zależy od niego. Mógłby mieć nieprzyjemności. – Ja pana błagam – skomle Jędrek. Mężczyzna przełyka ślinę, zdejmuje okulary, żeby je przetrzeć, i nie zakłada ich z powrotem. Mruga niewidzącymi oczyma i ostrzega, że jeśli Jędrek natychmiast sobie nie pójdzie, to on wezwie ochronę. 11. Facet pewno nie przekroczył sześćdziesiątki, ale wygląda dużo starzej. Brzuch mógłby zwalić na taczkę i popchać przed sobą. Nie potrzebowałby wtedy laski. Mimo wsparcia drobi, ledwo odrywając stopy od alejki. Ubrany jest w spodnie z placu, niemodny prochowiec i ma prawie dwa metry wzrostu. Jędrkowi kojarzy się z trzeciorzędnym bokserem, który przyjął nazbyt wiele ciosów. Jędrek stoi w cieniu topoli i patrzy, jak facet wytęża siły, by dotrzeć do ławeczki. Siada, a ze skórzanej torby wyjmuje kanapki, książkę i w połowie pełnego kubusia. Natychmiast pociąga łyk. Sok leci mu po rzadkiej brodzie. Gdy przestaje pić, ma przed sobą Jędrka ściskającego kamień. – Portfel, dziadek. Na przyspieszeniu. Facet odpowiada uśmiechem zmęczonego drapieżnika. Ostrożnie odstawia kubusia. Nie ma portfela, lecz czarny pulares. Pyta Jędrka, czy może go sam otworzyć. Uzyskuje zgodę i chlusta bilonem na otwartą dłoń. Same grosze, parę dwuzłotówek. Oddaje bilon, wywraca kieszenie i pyta spokojnie, czy mógłby zatrzymać pulares. Nie ma innego, a żona zabiera mu wszystkie pieniądze. Jest doktorem na Uniwersytecie Gdańskim i ma dwoje dorastających dzieci. Nie wątpi, że Jędrkowi w jego zbójeckim


zawodzie wiedzie się lepiej niż pracownikom naukowym, i pyta, czy to już wszystko. Jędrek wsypuje pieniądze do kieszeni. – Bardzo pana przepraszam – mówi i odbiega w labirynt parku Oliwskiego. Błądzi. Spogląda za siebie. Nerwowo przelicza pieniądze i znów zaczyna krążyć. Strumień opływa obłe kamienie i chlapie na drewniany mostek. Nastroszyły się żywopłoty. W kanale krążą niecierpliwe kaczki. Między kwitnącymi drzewami majaczy piaskowa fasada seminarium, a samotna, ładna kobieta siedząca na ławce ma na sobie kurteczkę z brązowej skóry narzuconą na białą bluzkę. Pali papierosa, patrząc na łabędzie. Jędrek marudzi i rusza, dopiero gdy kobieta kieruje się ku głównej alejce prowadzącej do wyjścia. Zachodzi ją od przodu, pcha w żywopłot. – Nie chcę zrobić pani krzywdy – mówi spod kaptura. – Dwie dychy i pani sobie pójdzie. Z torebki wypadają szminki, kredki, lusterko, cienie do powiek. Kobieta w końcu znajduje portmonetkę. Dłonie nie chcą jej słuchać. Męczą się z zamkiem błyskawicznym. Kobieta wypluwa z siebie jakieś słowa i wyjmuje zwitek banknotów, za to Jędrek obrywa w nerki i ląduje na ziemi. Cofa się na łokciach. Mężczyzna ma błękitną koszulę rozpiętą pod szyją, poluzowany krawat i barki zawodowego zapaśnika. Wyrósł z nicości, lecz kop zasadzony w nery jest jak najbardziej prawdziwy. Jędrek próbuje się poderwać i obrywa w brzuch. Twarz mężczyzny mogłaby należeć do greckiego posągu, gdyby nie nozdrza, ruchliwe jak u zwierzęcia. Mężczyzna zapowiada, że da Jędrkowi nauczkę, a Jędrek leci na czworakach, skosem alejki, ku krzakom. Słyszy, żeby wstał i walczył. Podnosi się powoli, a cios otwartą dłonią natychmiast posyła go w zarośla. Lśniący but z kanciastym czubem kopie go w brzuch. Jędrek osuwa się na kolana, obrywa jeszcze w głowę, splot słoneczny i brzuch ponownie. Mocne dłonie ciskają go z powrotem na asfalt. Kobieta woła, że już dosyć, że wystarczy, bo jeszcze będą kłopoty. Mężczyzna obraca Jędrka na plecy, spluwa mu w twarz i wyraża nadzieję, że ta lekcja nie pójdzie w zapomnienie. Obejmuje swoją dziewczynę i odchodzą, z perspektywy asfaltu podobni ożywionym górom drżącym w skwarze. 12. Kamień wielkości pięści roztrzaskuje szybę palmiarni i wpada do środka. Brzęk szkła miesza się z krzykiem. Jędrek rzuca jeszcze kilka kamieni, z których tylko jeden sięga celu, i leci na oślep, w zarośla, byle dalej. Zatrzymuje się między drzewami, kuca, zaciska zęby na szelce od plecaka i wrzeszczy. Boksuje się z sosną, wyrywa gałęzie i kopie mech. Napiera barkiem na młody świerczek, pada razem z nim i toczy się po zboczu, pod sam potok. Tam otrzepuje się, myje twarz i ochlapuje kark lodowatą wodą.


Przez park Oliwski prowadzi wiele ścieżek, a każda zaklęta – strzegą jej babiny z chlebem dla łabędzi, zakochane pary i grupki gówniarzy zbrojne w tanie wina. Jędrek kluczy, zmienia kierunki, cofa się na widok każdej większej grupy. Dziewczyny są dwie. Siedzą na ławce pośrodku pustej alejki. Jedna, w workowym swetrze, wygląda, jakby przedawkowała słuchanie Kurta Cobaina. Uszy purpurowieją jej od kolczyków. Na kolanach trzyma wojskowy plecak z mnóstwem czarnych naszywek. Druga ma długie czarne włosy indyjskiej księżniczki, dżinsową spódnicę i koszulę wykończoną frędzelkami. Rozmawiają, patrząc na siebie. Trzymają zgaszone papierosy. Jędrek zachodzi je z boku. Napręża mięśnie lewego ramienia i gdy już jest przy ławce, gdy ocenia odległość pomiędzy własną ręką i szczupłą szyją czarnowłosej, ta odwraca się, spogląda na niego bez zaskoczenia i pyta, czy przypadkiem nie ma ognia. Ramię Jędrka opada, jakby właśnie roztopiły się w nim stawy. – Sorry, nie palę – odpowiada. Na jego gwałtownie poczerwieniałej gębie pojawia się głupkowaty uśmiech. Czarnowłosa mówi, że dawno nie widziała tak fajnego, nieśmiałego chłopaka. Teraz chłopcy już się nie czerwienią. 13. W Nowej Soli chodziły do jednego ogólniaka, ale były w różnych klasach i zaprzyjaźniły się dopiero w Trójmieście, gdzie przyjechały na studia i wynajmują razem mieszkanie. Madzia liczy, że psychologia pomoże jej się uporać ze sobą lepiej niż kolejne dziurki w uszach, listki aviomarinu i papierosy gaszone na przedramionach. Czarnowłosa Ania poszła na medycynę namawiana przez rodziców, małżeństwo lekarzy, ale tak naprawdę chce być aktorką. Uczy się w policealnym studium dramatycznym i ma nadzieję, że jak skończy, wreszcie przyjmą ją do filmówki w Łodzi. Śmieje się, gdy o tym opowiada. Mówi, że bez marzeń człowiek jest nikim. Jej problem to zbyt duże dziąsła lub, jak kto woli, za nisko osadzone zęby. Wyszczerza się do Jędrka. Niedobrze. Jędrek patrzy uważnie i mówi: – Zawsze możesz się uśmiechać z zamkniętymi ustami. – Łapie powietrze i dodaje: – To jest, chciałem powiedzieć, że to nie powinien być problem, to znaczy, talent się liczy, co nie? Twoje zęby są w porządku, naprawdę w porządku. Ania z Madzią wybuchają śmiechem. Pytają Jędrka, czy jest z Trójmiasta, a jeśli nie, to po co przyjechał. – Wpadłem do kumpla z wojska, ale mnie wystawił – wyjaśnia Jędrek. – No to się bujam, co zrobić.


W alejce pojawia się dwóch byczków kopcących szlugi i Madzia natychmiast biegnie w ich kierunku. Ania chce wiedzieć więcej o wojsku. Gdzie służył, czy to prawda, co mówią o fali, i czy ma jakieś zabawne historie. Madzia w podskokach wraca z papierosem i daje Ani żaru, tak że ich bezchmurne czoła stykają się ze sobą. – O, tam, na Helu służyłem – kłamie Jędrek. – Fala jak fala, różne rzeczy gadają, a przecież siedzę tu z wami i nic mi nie jest. To się liczy, no nie? Miałem całkiem spoko, bo robiłem na kuchni. Mieliśmy świnie, wiecie? Dwanaście świń. Wszystkie reglamentowane. No i jak przyszedłem służyć, to zaraz starszyzna wymyśliła, żeby te świnie mnożyć i sprzedawać na lewo, interesik, jak to w syfie, rozumiecie, nie? Tośmy je namnożyli, biznes się kręcił. Niby wszyscy na jednostce wiedzieli, a nikt się nie czepiał. Aż nagle przyleciał kumpel, że inspekcja w drodze i musimy coś z tymi świniami zrobić. Ja nie wiedziałem co. Pół roku w jednostce, no i lubię zwierzęta. A ci starsi wyprowadzili te świnie, dwanaście zagnali do chlewu, a resztę trach, obuchem przez łeb. – Zerka na zasłuchane dziewczyny. – Ja bym wtedy tak nie zrobił, ja te świnie lubiłem. Wojsko to wojsko. Tak tam właśnie jest. No i mieliśmy taki nasyp żwirowy i żeśmy tam te świnie zagrzebali, byle szybciej, bo już inspektory nadchodziły. Madzia pali papierosa i patrzy w kolorowe klomby po drugiej stronie alejki. Ania siedzi bokiem, z ramieniem przerzuconym przez oparcie ławki i słucha. – Staliśmy na baczność, inspektorstwo łaziło po obejściu i już mieli się rozchodzić, gdy nagle, wyobraźcie sobie, kwik i szuranie. Świnia wygrzebała się spod żwiru i poleciała prosto na nas, ogłupiała ze strachu i od tego chyba, że oberwała w łeb. – Jędrek dłońmi pokazuje, jak świnia wydostaje się na słońce i leci przed siebie. – Czarna, umorusana, do tego największa ze wszystkich. A inspektory w kwik jeszcze większy! Myślały chyba, że to diabeł. Myśmy nie wiedzieli, czy się śmiać, czy w gacie robić. Starsi naprawdę za to beknęli, no a ja musiałem odsłużyć miesiąc dłużej z kawałkiem. Skończył. Zwiesza głowę. Anka wybucha śmiechem, Madzia obraca się zdumiona i już wie, o co chodzi. Gasi papierosa i pyta, co teraz. Siedzą tutaj od rana, wypada coś począć z życiem i wiosną. Anię interesuje jednak służba wojskowa Jędrka, jego stopień i to, czy nie uważa tych lat za stracone. – Jeszcze pójdę służyć. Złapię oddech i się zapiszę. Pojechałbym do Serbii. Albo Gruzji czy Afryki. Dobre pieniądze. Facet, co unika wojska, to nie facet. Mina Anki świadczy o tym, że dziewczyna zgadza się z każdym jego słowem. Dochodzi południe, można by pójść nad morze z plecakiem specjala i odrobinę dać w palnik. Jędrek ruchem głowy daje do zrozumienia, że nie ma nic przeciwko temu. Gdy naciąga kaptur, Anka


dostrzega bliznę na dłoni i pyta, skąd się wzięła. Jędrek wbija wzrok w czarny strupek. Podważa paznokciem. Przestaje dopiero na prośbę Anki i mówi: – Nożem się dziabłem. Jestem kucharzem. Mówiłem wam, no nie? Anka prosi, by opowiedział jeszcze o wojsku. Chce wiedzieć, czy ruszał się z Helu, jakich miał kolegów, jaki stopień uzyskał i czy to prawda, że każdy żołnierz musi brać amfetaminę. I rzeczywiście trzeba czyścić kible szczoteczką do zębów? Jaką broń dają? A ostrą amunicję? Jaka była najlepsza chwila, a jaka najgorsza? Przed bramą parku zniża głos i pyta, czy kiedyś kogoś zabił. 14. Matula coraz częściej przysypia w ciągu dnia. Po szkole znajduję ją na zaścielonej kanapie, w podomce, skarpetkach, z Kenem Follettem pod głową. Przez sen gmera sobie rękami po brzuchu. Rozpakowuję plecak najciszej, jak mogę, a matka siada gwałtownie, jak wampir w trumnie i patrzy po pokoju półprzytomnym wzrokiem. Pyta, która godzina, i idzie do łazienki. Obieram ziemniaki, gotuję, zalewam śmietaną, zjadam i zmywam naczynia, tymczasem mama wciąż nie wyszła spod prysznica. Chcę siku, pozwala wejść – kuca za zasłoną. W telewizji leci Drużyna A i matula prosi, żeby przełączyć na Jeden z dziesięciu. Trochę się kłócimy, w końcu stawiam na swoim. Zmieniła podomkę na ręcznik. Jej ramiona są miękkie, jakby pozbawione kości, na nogach ma żylaki. Matula kładzie się na kanapie, zaciąga koc pod brodę i prosi, żebym podał jej carmeny. Popiół strząsa na talerzyk, wkrótce zapomina o papierosie i gapi się na pułkownika Hannibala, na jego cygaro i uśmiech jasny jak nasza ulica. Dzwonek do drzwi wywołuje w niej drżenie. Strząsa popiół, podciąga koc pod nos i prosi, żebym zobaczył, kogo diabli nadali. W judaszu okrągli się zafrasowany pan Ryszard w szarym płaszczu i pod krawatem. Na dźwięk jego imienia mamusia wpada w popłoch. Prosi, żebym go zatrzymał na parę minut, pakuje koc do kanapy, rzuca się do okna i je otwiera, płucze talerzyk w zlewie, na pełnym gazie porywa jakieś ciuchy z szafy i znika w łazience. Stopa pana Ryszarda bada grunt w przedpokoju, jakby spodziewał się wnyków albo mokrych piasków. Proszę, by nie zdejmował butów. Pyta, gdzie mógłby powiesić swój płaszcz, szary i mięciutki. Wskazuję wieszak, pan Ryszard uśmiecha się smutno i siada w pokoju z płaszczem na kolanach. Mówi, że to z lamy. Proponuję coś do picia, lecz nie chce. Zagaduje mnie o szkołę, o plany życiowe, chce wiedzieć, czy uprawiam jakieś sporty. Trąca te wszystkie tematy, o które dorośli zagadują dzieci. Z


łazienki wypada mama, już ubrana. Tak przeprasza, że aż kolczyki jej się trzęsą. Pan Ryszard zapewnia, że wszystko w porządku, przyszedł z pilną sprawą bardziej do mnie niż do niej. Jędrek zniknął. Nie pojawił się w szkole ani na praktykach, nie wrócił do domu. Odzywał się do mnie? Mówił o swoich planach? Zaniepokojony pan Ryszard kojarzy mi się z jaszczurką na pękających jajach. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że nic nie wiem. Parę dni temu zniknął mi z radaru. Mamusia chciałaby pomóc, tylko nie może. Gadzi wzrok pana Ryszarda lustruje każdy kąt. Mówi, że jest bardzo zaniepokojony, i zbiera się do wyjścia. Matula pyta, czy może jakoś pomóc, przykłada rękę do ust i dzieli się swoim straszliwym podejrzeniem: co, jeśli Jędrek padł ofiarą mordercy? Twarz pana Ryszarda zdradza, że nie brał pod uwagę takiej możliwości. Prosi o zaufanie, bo sprawa dotyczy jego rodziny. Dzwonili z cukierni. Wydało się, że Jędrek wyniósł trochę produktów spożywczych. Prawdopodobnie kradł od jakiegoś czasu i umknął w obawie przed konsekwencjami. Pan Ryszard zaznacza, jak bardzo mu przykro z tego powodu, bo starał się syna otoczyć miłością i długo pracował na wzajemne zaufanie. Każdy może popełnić błąd. Mężczyznę od chłopca odróżniamy po gotowości ponoszenia konsekwencji, dodaje pan Ryszard i wyraża nadzieję, że już coś o tym wiem. W końcu jestem najlepszym przyjacielem jego syna. Na pewno go nie widziałem? Pan Ryszard opowiada o tym, jak telewizja i kolorowe gazety demoralizują dzisiejszą młodzież. Najgorszy jest Owsiak ze swoim „róbta, co chceta”. Kiedyś młodzi znajdowali radość wyłącznie w spełnianiu swoich powinności. Potrzeba wielkiego wysiłku rodzicielskiego, aby się temu przeciwstawić. Słuchamy w milczeniu. Jeszcze na progu pan Ryszard prosi o kontakt, gdybym tylko zobaczył Jędrka albo zmienił zdanie. Zamykam za nim drzwi, a matka natychmiast osuwa się z powrotem na kanapę. Koc, papieros, talerzyk. Zagaduję, chcę wiedzieć, co sądzi o panu Ryszardzie i zaginięciu Jędrka, ale mama tylko prosi, żebym włączył telewizor. Piotr Gembarowski komentuje sytuację bieżącą, na dwójce Don Johnson podwija rękawy marynarki. Mama zdaje się zapadać w kanapie. Myślę o Jędrku, o tym, gdzie jest, lecz nie umiem się martwić, bo serce kołacze mi się od słów: najlepszy przyjaciel, najlepszy przyjaciel. 15. Piwo Specjal smakuje jak woda zagęszczona cukrem. Jędrek wlewa w siebie pół butelki naraz, ociera usta wierzchem dłoni i czeka, aż coś się podzieje. Czuje tylko ciężar w żołądku i Ankę opartą o swoje ramię. Za nim drzewka o pokręconych pniach wczepiają się korzeniami w wydmy, między którymi wije się alejka. Przy płotku z bali ludzie podskakują, wytrzepując piasek z


sandałów, półbutów i skarpetek nieprzepuszczających powietrza. Ławki okupują młodzi w czapkach z daszkiem, w bluzach z grubej flaneli i za dużych szturmówkach. Kręcą blanty. – Normalnie to nie piję. – Jędrek osusza drugą połowę butelki i natychmiast sięga po następną. Strąca kapsel zapalniczką. – Paru kumpli pochowałem przez wódę. Poza tym facet musi być czujny. Specjal spływa do żołądka, syrop o trudnej do przełknięcia słodyczy, ulep, maź. Dziewczyny ledwo napoczęły swoje. Gwar z ogródków działkowych niesie się aż tutaj, na plażę, łoskot wody ze szlauchów miesza się z szumem fal. Jakiś mężczyzna chrapliwym głosem wieszczy klęskę tego miejsca. Działkowiczów mają wysiedlić i zrobić park rozrywki dla bogatych i bezbożnych skurwysynów. Bałtyk zlewa się złotem z jaskrawoniebieskim niebem, ludzie zapędzają się nad samą wodę, zdejmują buty, podwijają nogawki, pozwalają, by piana opływała im blade stopy. Ania pyta, dlaczego należy być czujnym, czego obawia się Jędrek. – A mało to rzeczy się dzieje? Właśnie o to mi biega: nie wiesz, co będzie, to lepiej uważaj. Ania zaraz chce wiedzieć, czy Jędrek obawia się także jej. Pije piwo małymi łykami i długo trzyma w ustach, jakby chciała, by się ogrzało. Gdy kończy pierwszą butelkę, Jędrek już osuszył trzecią, ale jedyną zmianą, jaką w sobie znajduje, jest lekka senność. Brązowawy kundel wygrzebał spod piasku kawał folii i ciągnie za sobą ten furkoczący płaszcz. Dzieci szukają skarbów i ryją koryta słonym rzekom w głąb lądu, jest ciepło jak w lecie. Madzia bez przerwy pali. Jędrek to bardzo fajny chłopak, stwierdza Ania, prosty w najlepszym sensie tego słowa, szczery, no i swoje przeszedł w życiu. O kolegach z roku nie można tego powiedzieć. Zagaduje Madzię, oczekując potwierdzenia, a gdy je dostaje, składa głowę na barku Jędrka. Ten otacza ją ramieniem, rzuca: – Czasem trzeba się wyluzować. Madzia ma minę dziecka odstawionego do kąta. Co jakiś czas wspomina, że pójdzie się przejść, ale ciągle siedzi z nogami pod brodą i butelczyną w poharatanych palcach. Ania opowiada, jak nudne i męczące są jej studia, a to dopiero początek. Specjalizacja, Lekarski Egzamin Państwowy. Prawdziwym lekarzem będzie po trzydziestce. Do niedawna nie wierzyła, że ludzie tak długo żyją. – Zawsze możesz odpuścić. Rób, co chcesz – radzi Jędrek. Pije ostatnie, piąte piwo. Senność odeszła. Mógłby obiec ogródki działkowe, kopiąc po drodze każdego kundla, i wróciłby do dziewczyn bez zadyszki. Po kawałku odrywa etykietkę ze specjala i słucha o tym, co przydarzyłoby się Ance, gdyby rzuciła studia. Ojciec płacił za korepetycje i kto wie, może uruchomił jakiegoś kumpla z Akademii Medycznej w Gdańsku. Jeśli rzuci studia, rodzice odwrócą się, a co gorsza, odetną od pieniędzy. Wtedy słońce zmieni się w wypalony węgiel, a w ziemi pootwierają się piekielne jamy.


– To twoje życie – odpowiada Jędrek. – Starzy pojęczą, pojęczą i przełkną. Ja tam żyję, jak chcę, i każdemu życzę, żeby też tak robił. Mój ojciec to nie chciał słyszeć o wojsku, żem go omal nie walnął, tak truł dupę, a teraz siedzi cicho, bo widzi, jak się pomylił. Na te słowa Madzia podnosi się z piasku. Otrzepuje nogawki i mówi, że ma dosyć gadania o pierdołach. Anka skończy medycynę. Jędrek nie pojedzie do żadnego Afganistanu, za to kiszki wygrywają Czajkowskiego i pora coś wrzucić na ruszt. Kupią sobie frytki z mrożonek. Śmieje się, że na piwo i papierosy zawsze znajdą się pieniądze, za to z jedzeniem już gorzej. Jędrek pomaga wstać Ance. Już nie wypuści jej ręki. Opromieniony słońcem wygląda jak heros, który właśnie wyszedł z morza. Mówi: – Zobaczymy, co da się zrobić. 16. Plecak ze specjalem i sophią leży na ciężkim blacie kuchennego stołu. Ania natychmiast otwiera dwa nowe piwa, dla siebie i Jędrka. Okno o popękanej framudze wychodzi na pusty plac, bliznę po rozebranej kamienicy. Północ, światła wpada więc niewiele. Obok zapełnionego zlewu stoi okopcony toster. Na lodówce magnesy przyszpiliły zdjęcia: Ania z koleżankami w Pradze, w Malborku, Madzia wśród podobnych sobie obdartusów rozpala ognisko przed namiotem. Dziewczyny rwą się do zmywania, ale to Jędrek zakasuje rękawy i walczy z talerzami. Szoruje długo i starannie odkłada je na ociekacz. Myje dokładnie zlew, przejeżdża drucianą szczoteczką między palnikami kuchenki i dokonuje inspekcji sztućców w szufladzie. Nim otworzy lodówkę, spąsowiała Ania dodaje, że niewiele mają, a Madzia wspomina, jak to podróżując stopem, nie jadła przez trzy dni. – Damy radę, nie bójta żaby – mówi Jędrek. Sprawdza wszystkie półki. Wyjmuje pół główki czosnku, siatkę pociemniałych cebul, w głębi za pustymi reklamówkami znajduje zapomniany kęs goudy i masło w kostce. Sprawdza, czy jest coś jeszcze, ale nie ma. Z tekturowego pudełka nad zlewem wyciąga torebki z przyprawami, w chlebaku znajduje cztery bułki jak cegłówki, starannie myje ręce. Ściąga łopatki, strzela z palców. – Trochę to potrwa, ale będzie gites. – Z trzaskiem otwiera szufladę, unosi cienki nóż o drewnianej rączce. – Tępy, szlag. Twarz Jędrka się zwęża, a oczy zaczynają błyszczeć, gdy śmiga nożem po ostrzałce. Ania się śmieje i zatyka uszy. Jędrek obraca nóż w dłoniach, przejeżdża palcem po krawędzi i sprawdza czubek. Sięga po deseczkę, obiera cebulę, a jego czarodziejskie ręce zrastają się z nożem i zaczynają tańczyć. Stal i drewno wybijają rozbujany rytm, Jędrek zapala gaz, wrzuca


do garnka kostkę masła, czeka, aż się rozpuści, i zamaszystym ruchem strąca skrojoną cebulę. Nakłada pokrywkę. Woła radośnie: – Kuchnia jest dla cierpliwych! Spieszyć to się może spaniel do gówna. Madzia ciężkim sapnięciem daje do zrozumienia, że nie tylko spanielom kiszki marsza grają, a trzydniowy rajd o pustym brzuchu przynależy do licealnych legend. Podkręca radio i rusza biodrami do Macareny. Butelki idą w górę, Jędrek ciągnie, że hej, jak impreza, to impreza. Miesza. Dodaje cukru, czeka, aż cebula zbrązowieje. Sypie przypraw, garbi się nad ząbkami czosnku. Sieka je bardzo drobno. Specjal zmienia się na białą sophię. Madzia zębami zrywa folię z szyjki, z pomocą zapalniczki wbija korek do środka i rozlewa do trzech kubków. Stukają się, Ania bierze głęboki łyk i wpada w szał wraz z Edytą Bartosiewicz. Jędrek udaje, że zna słowa, wlewa resztę wina do garnka i czeka, aż alkohol odparuje. – Koniak by się przydał – mówi, a dziewczyny w śmiech. Koniak w tym domu? Jędrek dorzuca kostkę rosołową. – Przydałby się prawdziwy kurczak, ale dobre i to. Kombinujmy jak za okupacji, co nie? Tym razem śmieje się tylko Ania. Jędrek zderza ze sobą suche bułki. Wydają dźwięk jak orzechy. Przekrawa, ładuje w okopcony toster i wyjmuje otłuszczone naczynie żaroodporne. Wykonuje obrót na czubkach palców godzien łyżwiarza albo czarodzieja. Radio przestawia się na Polskę, Anka trąca Madzię barkiem, klaszcze i śpiewa razem z Kazikiem: O kurwy wędrowniczki O prosty, jasny, piękny świat O kurwy wędrowniczki O prosty jasny świat. Jędrek przelewa zupę do naczynia żaroodpornego i przykrywa podgrzanymi połówkami bułeczek, na które sypie ser. Ładuje do nagrzanego piekarnika i klaszcze. Na stół wraca specjal. Jędrek siada, otwiera zapalniczką trzy butelki, pcha je do dziewczyn po blacie, jak barman w londyńskim pubie. Zderza się szkło, wybrzmiewa piosenka: A kurwom wędrowniczkom Popioły, zgliszcza, pył i gruz A kurwom wędrowniczkom Popioły, zgliszcza, gruz. – Z octem balsamicznym byłoby jeszcze lepsze. Albo z kieliszkiem sherry – mówi Jędrek, a jego żołądek nasiąka trującym cukrem. –


Przydałyby się pory, szczypior. W chlebie to też podają, wiecie? Jak byłem w Szwecji, cały pluton się zajadał. Ania wciąż klaszcze, lecz Madzia już nie, tylko gapi się w otwór butelki. Zapada chwila milczenia, zakłócona przez świszczący głos Muńka i śmiech Anki. Anka stwierdza, że uwielbia takie dni pełne niespodzianek. Zawsze marzyła o własnym kucharzu, i to z muskułami. Jędrek co chwila zagląda do piekarnika. Wreszcie chwyta dwie ściereczki, wyciąga naczynie żaroodporne, czubkiem drewnianej łyżki unosi grzankę i sięga po miseczki. Ciągnie się zarumieniony ser. Stawia przed dziewczynami dymiące jedzenie, podsuwa łyżki, a minę ma jak chłopczyk, który przyniósł piątkę i oczekuje pochwały. Ania próbuje pierwsza. W jej oczach zachwyt miesza się z niedowierzaniem. – Wiecie, po czym poznać, że kucharz jest kucharz? – Jędrek oblizuje łyżkę z sera i przygląda się dziewczynom z szerokim, szczerym uśmiechem. Twarz jak nie jego, promienista. – Byle frajer, jak kupi schab po czterdzieści złotych, to może przyrządzić po łebkach, i tak będzie smakowało. Sztuka to ugotować smacznie za pięć złotych, i jeszcze tak, żeby człowiek się najadł. Dziewczyny wywijają sztućcami, policzki im czerwienieją. Zapominają nawet o specjalu. Jędrek przełamuje bułkę, bierze małe kęsy gęstej, papierowej zupy, a w radiu Kasia Kowalska wyznaje, że w słodkim winie topi łzy. Gdy pada prośba o dokładkę, uśmiecha się tak, jak tylko on potrafi. Wydrapuje z dna naczynia resztkę zupy, nakłada na wylizane talerze, swój odkłada, siada na powrót i patrzy, jak jedzą. Madzia oświadcza, że ma dosyć, przywaliła w trupa i pora się położyć. Dziękuje Jędrkowi za cudowne popołudnie i dobre jedzenie, lecz w jej głosie próżno szukać wdzięczności. Z przedpokoju dobiega jej głos, na granicy płaczu. Życzy dobrej zabawy. 17. Gdyby matkę wystawić na zewnątrz, zmieniłaby się w mokry pomnik żony udręczonej. Don Johnson dawno ustąpił miejsca Panoramie z Krystyną Czubówną. Mamę niewiele obchodzi proces oficerów w sprawie masakry w grudniu, dwadzieścia sześć lat temu, sukcesy młodego, nieznanego nikomu skoczka nazwiskiem Małysz ani kometa omiatająca ogonem naszą nietrzeźwiejącą planetę. Przysypia, by wybudzić się dopiero na Krainę łagodności. Rozkładam już amerykankę. Mama poprawia się na kanapie i dzieli się swoim zmartwieniem. Ojca znów wcięła amba, powinienem go poszukać. Oblekam świeżą pościel i udaję, że nie słyszę. Matka mówi, że ten dzień ją wykończył, wizyta pana Ryszarda dała w kość. Sama by poszła, lecz nie może. Po prostu nie potrafi. Chyba nie chcę, żeby ojcu stała się krzywda?


Rzadko mnie o coś prosi, więc powinienem posłuchać. Odpowiadam, że tatko zna drogę do domu, poza tym nawet jeśli nie wiemy, gdzie go szukać, to doskonale wiemy, co teraz robi. Matka próbuje wstać, lecz rezygnuje. Prosi, bym nie oskarżał ojca bez żadnych dowodów. Naprawdę się stara. Może spadł z drabinki i woła o pomoc połamany w kanale? Jakim jestem synem? Przyznaję, że okropnym, zostawiam pościel i zakładam buty. Już w kurtce, zawracam. Matka ułożyła się na boku, z ręką pod głową. Pali i patrzy w telewizor. Pytam, co zrobi, jeśli dopadnie mnie morderca, i zostawiam ją z rozwartymi ustami. 18. Ta trasa jest jak koryto wyschniętej rzeki, jak kanion pełen schronów dla pijaków. Pod sklepem pana Docenta nie znajduję nikogo. Dostępu od zaplecza prócz drzwi broni krata i nalepka z logo firmy ochroniarskiej Spartakus. Wokoło leżą niedopałki. Przychodzi mi do głowy, że mógłbym tu przycupnąć. Poczekam godzinkę, wrócę i powiem mamie, że taty nigdzie nie ma. Zastanawiam się, gdzie jest Jędrek. Podzwoniłbym do szpitali, lecz ktoś napierdalał słuchawką tak mocno, że ze skrzynki aparatu pozostała miazga. Dyndają kable. Nie szkodzi, bo jeśli tatko trafił do szpitala albo, co pewniejsze, leżakuje w Żłobku, i tak nic mi nie powiedzą. Za wcześnie. Opieram się o zmasakrowaną ścianę budki i czekam, aż przestanie wiać. Przegania mnie dopiero bezdomny, opatulony w płaszcze i szaliki, obciążony siatkami, z kartonem pod pachą. Odchodząc, widzę, jak przerabia budkę na jednonocny dom. W piwnicach dworca straż miejska przerywa jego kolegom spokojny sen. Dwóch funkcjonariuszy trąca kudłate kopce rozłożone na ławkach i pod ścianami. Niektórzy się kulą, inni patrzą obojętnie. Starzec, brodaty jak prorok, tłumaczy cierpliwie, że tutaj po prostu mieszka i może to udowodnić. Ma przecież koc i poszewkę od poduszki napchaną ubraniami. Pachnie rozpuszczalnikiem. O tej porze ciemność w bramach jest oleista. Krucze skrzydła pozlepiane ropą. W lochy na Granicznej, Śląskiej i Kanałowej wstępuję zawsze tak samo, jakby był to jeden korytarz przedzielony popękanym chodnikiem i mrugającym światłem latarni. Sunę przy chropowatej ścianie, z ręką szukającą włącznika światła, który nigdy nie działa. Później, na podwórku, czekam, aż oczy przyzwyczają się do ciemności, i sprawdzam, czy cienie palet, kubłów na śmieci i chaszczy ułożą się w sylwetkę mojego tatusia. Koty podnoszą świecące spojrzenia. Kapliczka jest już zamknięta. Przyciskam twarz do szyby i widzę tylko krzesła na stołach, uśpionego jednorękiego bandytę oraz nogę Dino Baggio posyłającego piłkę w ciemność. Ciemność panuje też na cmentarzu


Starofarnym, gdzie dostaję się jak zwykle, przeskakując przez murek. Zimne znicze, nieczęste kopczyki ściętych kwiatów, cienie aniołów, krzyży i attyk, nocą zawsze bezimiennych. Na płytach śpi kilku bydgoskich rycerzy, otulonych w śpiwory i koce, z butami pod głową. Pachną jak kwaśny deszcz. Jeden z nich prostuje się, gdy go mijam, przeciera oczy i bada przestrzeń przed sobą. Wzdycha i znów zapada w sen. Żeby było jeszcze lepiej, z góry dochodzi sowie pohukiwanie, księżyc odnalazł drogę przez chmury i posrebrza moje dłonie oraz, sprawiedliwie, żywych i pogrzebanych, leżących pokotem na cmentarzu Starofarnym. 19. Ania mówi, że potrzebuje dużo czułości. Aby zagrało, musi zostać odpowiednio rozruszana, dodaje, prowadząc Jędrka przez pokój w stronę materaca ułożonego pod kaloryferem. Na ciężkim biurku rozrzucono książki. Z szafy, otwartej i potężnej, wysypują się ubrania i kostiumy teatralne. W tafli wysokiego na dwa metry lustra Jędrek dostrzega samego siebie, wędrującego za Anią. Trzyma ją za rękę, próbuje sięgnąć tyłka, wciąż wciśniętego w dżinsową spódniczkę. Udaje mu się to dopiero, kiedy Ania kuca nad wieżą ustawioną na podłodze. W kupce płyt znajduje debiut Tricky’ego, a palce Jędrka jadą w górę jej ud. Rozbrzmiewa muzyka, Ania i Jędrek klękają na materacu i zaczynają się całować. Przelatuje utwór za utworem, rozkołysane w smole. Drętwiejący język Jędrka świdruje usta Ani, ręce szukają drogi pod bluzkę, napotykając miękki, stanowczy opór. Serce bije spokojnie. Jędrek zsuwa ramiączko bluzki, całuje biały bark, pieści plecy. Ugniata młody tłuszcz. Tricky buja i buja, w końcu bluzka jedzie w górę i odsłaniają się piersi umoszczone w błękitnym staniku bazarowym. Jędrek wciska twarz między nie, jeździ językiem po dużych, jasnych sutkach. Bierze w usta, ssie. Ugniata brzuch. Czuje tylko lekki ból karku i drętwienie w nodze. Trwa to, aż wybrzmi cały Tricky. Ania puszcza płytę od początku, mrucząc, kładzie się na plecach i prosi, by jeszcze ją całował. Niedługo będzie gotowa. Jędrek, klęcząc, wsuwa język tak głęboko, jak może. Raz na kilka minut przerywa i wbija dwa palce, pieszcząc wewnętrzną ściankę. Bierze głęboki oddech. Próbuje inaczej ułożyć zdrętwiałą stopę, rozgląda się za czymś, co mógłby podłożyć pod kolano. Tak to trwa. Ania zapomniała o muzyce, jej jęk idzie w ciszę, przerywaną tylko szumem samochodów za oknem i sapaniem Jędrka. Prosi, żeby jeszcze troszkę. Jędrek podwaja wysiłki, rozchyla płatki kciukiem i palcem wskazującym, całuje w środku, czołem ocierając o czarną kreskę blizny na dłoni. Drętwieje mu szczęka. Język robi się cierpki. Ania mówi, że wreszcie jest gotowa. Nie może się doczekać. Klęka. Rozpina spodnie Jędrka, zsuwa bokserki na sterczące kolana. Fiut


wisi jak flaga pokonanego państwa. Mija kilka minut jej miarowych ruchów i podnosi się do zwycięstwa. W ostatniej chwili Ania wyślizguje się spod Jędrka i przetrząsa szuflady w poszukiwaniu kondomów. Teraz leży pod Jędrkiem twarzą w twarz. Ma szeroko otwarte oczy, jakby każde pchnięcie budziło w niej głębokie zdziwienie, a Jędrek przygryza wargi i patrzy na półkę z książkami, którą ma przed sobą, na rzędy nazwisk, które nic mu nie mówią. Zamyka oczy i próbuje je powtarzać: Grotowski, Osterwa, Artaud. Ania zaczyna krzyczeć. Wpija palce w jego plecy. Wkrótce wtula się cała i mówi, że już nie musi, że może skończyć, bo na pewno jest zmęczony. Zdejmuje kondoma, robi obręcz z dwóch palców. To już dzieje się szybko, jakby poza Jędrkiem – w oszołomieniu spogląda na mleczną strużkę między piersiami dziewczyny. Ania idzie po papier toaletowy. Obejmuje Jędrka i mówi, że jest cudowny. Bardzo piękny. Jędrek układa się na plecach, krzyżuje ramiona pod głową. Przypomina filmowego kochanka, tylko twarz ma pustą jak kubeł. Ania kładzie się z boku, oplata go nogą, ramieniem. Powtarza, że tacy mężczyźni jak on to rzadkość. Jest inny niż wszyscy, wyjątkowy. 20. Wejście do pubu na Przyrzeczu sugeruje jakąś modną knajpkę w angielskim stylu: futryna z drewna, ciężkie drzwi, złote logo Guinnessa na czarnym tle. W środku leją jednak Leżajsk, EB, Luksusową i wino z kegi, prosto w półlitrowe kufle. W dwóch przestronnych salach stoją ciężkie drewniane stoły koloru miodu. Trwa gra w bilard. Z głośników dobiega miarowe łupanie, Be my lover. Naprzeciwko baru, przy długim stole, otoczony przez kumpli kanalarzy siedzi mój tatko i peroruje, jak to kiedyś, w młodości, zdzielił majstra w pysk i co z tego wynikło. Próbuje przekrzyczeć muzykę, więc ryczy, ile może, a koledzy trzęsą się od zabarwionego podziwem śmiechu. Przed nimi stoi kilka półlitrówek, lecz tylko jedna pełna. Mają też słone paluszki, orzeszki i talerze po czymś tłustym, chyba po golonce. Tatko dziś ucztuje. Ślady po smakołykach zapaskudziły mu koszulę. Na mój widok tatko milknie i mruży oczy, jakby nie mógł mnie rozpoznać przez dym. Podrywa się z krzesła i woła do wszystkich, że zaraz poznają jego wspaniałego syna. Krzysiek to jest gość. Kiwa, żebym podszedł. Zachowuję odległość i mówię, że pora wracać do domu. Matka się niepokoi. Tatko zauważa, zresztą słusznie, że jego stara już dawno śpi. To takie nieodpowiedzialne, że wysłała mnie tutaj, jeszcze w ten straszny czas. Teraz mną się zaopiekuje. Trąca kumpla, prawdziwego borsuka ze sterczącymi bokobrodami, i prosi, by zrobił mi miejsce. Woła o soczek. Pyta, czy chcę coś zjeść. Odmawiam. Siadam i pytam, kiedy pójdziemy do domu.


Tatuaż barmana wygląda na przeniesiony z celtyckiego nagrobka, ale jego oczy emanują całkiem słowiańskim współczuciem. Powiada, że jakbym czegoś potrzebował, mam walić jak w dym, tatko coś pruje się do niego i zaraz milknie, przygwożdżony spojrzeniem. Gdy barman odchodzi, tatko mówi już ciszej. Obiecuje, że niedługo pójdziemy do domu, lecz jeszcze jest wcześnie, a on przecież ma nową pracę i wypada świętować. Jakim byłby człowiekiem, gdyby nie odpłacił dobrym ludziom, którzy go przyjęli? Dobrym ludziom pety sterczą z kostropatych pysków. Pod oczyma wory grube jak powieść o samotnych babach. Łapy popękane, pod paznokciami czarne półksiężyce. Borsuk z bokobrodami przesuwa się o krzesło, za nim ruszają inni. Siadam przy ojcu. Dostaję sok i pałaszuję orzeszki. Nie mogę przestać. Tatko podsuwa mi szklankę z paluszkami, wali pięćdziesiątkę i obwieszcza towarzystwu, że jest człowiekiem spełnionym, bo ma takiego wspaniałego syna. Uczę się dobrze. Zostanę cukiernikiem. Znajdę dobrą kobietę i przynajmniej trzy kochanki. Dam pociechę i utrzymanie na starość, gdyż on, mój ojciec, stracił doszczętnie zdrowie, wychowując tak kłopotliwego bachora. Czochra mi włosy, śmieje się i zapewnia, że żartował. Borsuk sprawdza mi muskuły. Inni zagadują: jakie teraz są dziewczęta, łatwe czy niełatwe? Wiedzie ci się z nimi, chłopczyku? Barman zerka w naszym kierunku i podkręca dźwięk. Borsuk klepie mnie po plecach, pyta, czy zapalę. Nigdy nie miałem papierosa w ustach, co budzi szacunek Borsuka. Chwali tatusia, jak to dba o potomstwo, i wlewa mi zawartość kieliszka do soku jabłkowego: pij, chłopczyku! Brew mojego tatusia podnosi się. Przypomina Borsukowi, że mam czternaście lat, a ten w odpowiedzi snuje opowieść o tym, jak chlał, będąc młodszym, jak chlali wszyscy i wyrośli na ludzi. Lepiej, aby to ojciec nauczył mnie odpowiedzialnego picia. Inaczej koledzy sprawią, że będę pił nieodpowiedzialnie. Tatusiowi trafia to do przekonania. Jego rechot rozchodzi się na cały stół. Informuje mnie, że dziś stanę się mężczyzną. Walnę banię z nim, z tatusiem. Jego własny ojciec nie dopełnił nawet tego obowiązku. Wkłada mi szklankę w dłonie, unosi kieliszek i czeka, co zrobię. Moja ręka jest mokra. Zerkam za siebie w poszukiwaniu ratunku i ratunek rzeczywiście nadchodzi. Barman zabiera mi szklankę, jednym spojrzeniem usadza tak tatusia, jak i Borsuka. Prosi, żebym poszedł z nim. 21. Barman ma na imię Michał, ale prosi, żebym go nazywał Svarta. Prowadzi mnie do przeszklonej lodówki i pozwala wybrać dowolne lody, za darmo. Nie wiem które, tyle tego! Są niebieskie smerfy na patyku, leni z czekoladą w środku i dwukolorowe wodne twistery. Ma lodowe marsy i snickersy,


których nigdy nie jadłem, oraz ogromne wspaniałe magnum w białej bądź brązowej polewie. Magnum jest jednak najdroższy. Zerkam na Svartę, na loda i Svartę ponownie. Potwierdza dowolność wyboru i pozwala mi sięgnąć po magnum, co natychmiast czynię. Sadza mnie po swojej stronie baru. Bujam nogami w powietrzu. Odwijam papierek, tylko trochę, odsłaniając sam czekoladowy czubek. Najpierw ogryzam czekoladę. Kruszeje pod delikatnym naciskiem zębów i zaraz zalewa mi usta. Szkoda, że tak szybko. Wargami zbieram lody, miękkie i twarde jednocześnie. Ich smak jest jak słońce prosto w oczy. Pożarłbym w dwóch kęsach, lecz staram się jeść jak najwolniej. Przede mną rozciąga się panorama pierwszej pijackiej wieczerzy w tym gronie, z tatusiem rozdającym łaski i przymilnym Borsukiem. Tatko patrzy na mnie i unosi kieliszek. Kawałek czekolady spada mi na dżinsy. Podnoszę i błyskawicznie wkładam go do ust. Zbieram się na odwagę i pytam Svarty, co oznacza jego imię. Svarta porzuca czyszczenie kufli, siada obok, kładąc żylaste dłonie równolegle na blacie. Dowiaduję się, że imię ma wiele wspólnego z czernią i wybrał je dla siebie dawno temu w wyjątkowo trudnym momencie. Dlatego doskonale mnie rozumie. Michałem nazwano go na chrzcie. To imię narzucone, jak stygmat albo numer w Oświęcimiu. Tego właśnie chce polski Kościół: abyśmy zapomnieli naszych własnych imion, przyjmując w zamian cudze. Abyśmy stali się kimś innym, niż jesteśmy. Nigdy wcześniej nie słuchałem o takich rzeczach. Mój tatko maszeruje do klopa, a Svarta dodaje, że wybierając nowe imię, przekreślamy wszystko, czym byliśmy wcześniej. Rodzimy się na nowo. Jesteśmy jak niezapisana karta. Stoimy bez bagażu, bez rodziny na rozstaju dróg. Warto, abym o tym pamiętał. 22. Jędrek siedzi w półmroku, na brzegu materaca. Odbija się w wysokim lustrze. Ma grube łydki i żylaste uda, między którymi śpi sobie penis. Rowek pośrodku klatki piersiowej zwęża się przy każdym oddechu. Jędrek ma twarz upiora i oczy jak rozgrzane kamienie. Za nim, w skłębionej pościeli, chrapie Ania. Za oknem autobusy wyruszają na pierwsze kursy. Ubiera się bezgłośnie. Przez chwilę przygląda się śpiącej Ani. Dziewczyna sprawia wrażenie, jakby toczyła jakąś ważną rozmowę. Marszczy czoło i brwi, porusza wargami. Za to Madzia w swoim pokoju śpi jak trup, twarzą do dołu. Kołdra zsunęła się z piegowatych pleców. Jej pokój wypełniają plakaty. Wokół jamnika Panasonic walają się kasety magnetofonowe, szafę oblepiono naklejkami, na których pełno połamanych swastyk i kolorowych deskorolek. Jędrek pochyla się nad Madzią i strzela z palców koło ucha. Nic.


Przetrząsa szuflady, lecz znajduje tylko lekarstwa, książki, z którymi nie ma co robić, i walkmana otoczonego taśmą klejącą. Odkłada go na miejsce. Z kurtki zawieszonej na oparciu krzesła wyjmuje kilkanaście złotych, przetrząsa jeszcze spodnie i torebkę i wraca do pokoju, w którym miał spędzić noc. Tylna kieszeń dżinsowej spódnicy skrywa pięćdziesięciozłotówkę wsadzoną za obwolutę legitymacji studenckiej. Na półce leży discman Sony z płytą Kaczmarskiego w środku. Znika w plecaku. Jędrek wygrzebuje z naczyń nóż i starannie myje go nad zapełnionym zlewem. Ania wciąż rozmawia przez sen, ale zdążyła obrócić się na bok. Jędrek ostrożnie przyciska czubek noża do własnej opuszki. Klęka. Odgarnia włosy z twarzy dziewczyny, odsłania szyję obsypaną pieprzykami, z prętem tętnicy pod białą skórą. Układa nóż w dłoni. Markuje ruch. Bierze rękojeść w obie ręce, wciąga powietrze i wykonuje zamach zza głowy. 23. Tatko zamawia następną butelkę. Svarta spełnia jego prośbę z najwyższą niechęcią. Wyjaśnia, że niedługo zamyka. Tatuś zapewnia, że nie sprawi najmniejszych kłopotów. Poprawia włosy i chwiejnym krokiem powraca do swoich. Flipper jest starszy niż te na Warszawskiej, gra nazywa się Contra. Przypada mi rola żołnierza wędrującego w prawo, w gradobiciu kul, przeciwko hordom przeciwników. Nim zacznę, Svarta odsuwa mnie delikatnie, otwiera drzwiczki i coś przekręca w bebechu maszyny. Mówi, że teraz mogę grać do woli, i to za darmo. Nim zdążę mu podziękować, już ziewa za barem, a ja pcham żołnierza w stalowe burze. Most trzaska mi pod nogami, przeciwnicy nikną w obłokach ognia i dymu, a ja skaczę na ruchome wyspy i strącam stalowe ramię demona. Borsuk zwiesza łeb, a tatko trąca go w bok i dalej gada. Dwaj pozostali kumple gapią się przed siebie, a flaszka nie chce się skończyć. Teraz, z Contrą, mogą siedzieć sobie do świtu. Svarta ma jednak inne zdanie. Grzebie przy sprzęcie grającym. Pub wypełnia jakiś łomot, gitarowy jazgot wciśnięty w perkusyjną kanonadę. Mój tatuś próbuje to przekrzyczeć, lecz wokalista jest głośniejszy. Tatko drze się, co to ma być, że on sobie nie życzy, a Svarta tylko pogłaśnia i szczerzy pysk. Nim wyjdziemy, dziękuję mu za wszystko i chciałbym coś dla niego zrobić. Odpowiada, że nie powinienem. Wdzięczności domagają się tylko chrześcijanie. Prowadzę ojca pod rękę przez opustoszały rynek, przez pogrążoną w ciemnościach Wyspę Młyńską i dalej, przez most na Focha, pod którym tym razem nikogo nie ma. Tatko szura butami i milczy. Gdy przymykam oczy, na czarne okna kamienic i samochody zaparkowane na


przyblokowych trawnikach, na pomywaczkę sunącą Grunwaldzką nakłada się intensywna zieleń Contry, mocna figura żołnierza i czerwone torsy jego przeciwników. Bydgoszcz jest dwuwymiarowa, widziana z boku, a wszystko można strącić jednym pociągnięciem spustu. Brakuje wybuchów i mostu obracającego się w nicość. Być żołnierzem, mieć karabin. Tatuś wyrywa się z mojego uścisku, leci na róg Jasnej i leje słusznym strumieniem na próg sklepu pana Docenta. Staję obok. Tatuś strzepuje każdą kropelkę i mało przy tym nie runie. Gdy odwraca się do mnie, robi dziwną minę, jakbym właśnie sfrunął z fioletowej chmury. Mówi, że jestem bękartem. Ryczy, żebym wypierdalał. 24. Czubek ostrza zawisa nad szyją śpiącej Ani. Dziewczyna leży nieruchomo, a Jędrek wpycha sobie pięść do ust, tłumiąc jęk. Nóż wraca na ociekacz. Jędrek odkłada discmana na półkę, bilon wsypuje na powrót do kieszeni kurtki, a pięćdziesiątkę wsuwa w koszulkę legitymacji studenckiej. Klęka nad starą wanną z ciemną obwódką na wysokości górnego odpływu. Polewa sobie kark lodowatą wodą, bije się pięściami po brzuchu i nie spogląda w lustro. Z zeszytu znalezionego u Ani wyrywa kartkę. Pisze parę słów, targa i wpycha w kieszeń. Znów pisze i znów rozdziera. Drzwi wejściowe zamyka za sobą bardzo powoli, żeby nikogo nie obudzić. Opuszczając kamienicę, powłóczy nogami, ale jego krok odzyskuje sprężystość jeszcze przed światłami skrzyżowania. Tak idzie człowiek, który się uwolnił, nie uciekinier. Kieruje się znajomą już drogą, w stronę bezładnie rozsypanych bloków i ogródków działkowych. Mijają go grupy imprezowych maruderów, barmani i ochroniarze drałują, jak mogą, nawoływani przez ostatnią setkę i poduszkę. Wszyscy schodzą Jędrkowi z drogi, a on nie ustępuje nikomu. Z postoju rozjeżdżają się komety taksówek, pozostawiając za sobą ogony świateł, niedopałków i butelek po wodzie gazowanej Ostromecko. Domki działkowe zlały się w jeden kształt z krzakiem i drzewem przygiętym przez wiatr, ścieżkę przecina lis, a nogi Jędrka grzęzną w piasku. Narasta szum i wkrótce między chaszczami rysuje się Bałtyk, nad którym błyszczą lampy dalekich okrętów i dźwigów stoczniowych. Plaża jest pusta, lśni mokry piach. Jędrek znajduje znajome miejsce między wydmami. Rozgląda się na wszystkie strony. Nikogo. Rozbiera się, nie odrywając wzroku od morza. Flejers przygina gałązkę do koszuli i dżinsów złożonych w kostkę. Na wierzchu leżą skarpetki zwinięte w kulkę i rozprostowane białe bokserki. Obok jeszcze plecak obsypany piaskiem i buty ze sznurówkami włożonymi do środka. Na ciele Jędrka nie ma ani grama tłuszczu. Plecy układają się w


trójkąt, brzuch jest płaski, klatka piersiowa przypomina tarczę, a łydki i żylaste mięśnie ud napinają się, gdy Jędrek rozpoczyna marsz w stronę morza. Jeszcze na brzegu trzęsie się z zimna. Wchodzi po kolana do lodowatej wody, przystaje i zerka za siebie. W oknach dalekich bloków rozpalają się pierwsze światła. Rusza i przystaje ponownie, gdy woda ochlapuje mu krocze. Jego oddech jest szybki i płytki, jakby płuca gwałtownie się skurczyły. Posiniał, szczęka mu klekocze. Krzyżuje ręce na piersi, idzie dalej chwiejnym krokiem i zaczyna płynąć, dopiero kiedy brudna fala zastuka o jego serce. Nie sznur dla niego, nie skok z dachu, ale sen w głębinie. Odpycha się nogami, układa dłonie w strzałkę i zanurza głowę, by zaraz rozgarnąć wodę mocnymi ramionami. Nigdzie się nie spieszy, lecz też nie marudzi. Grunt szybko znika spod stóp, podobnie jak chłód. Nie spogląda za siebie. Mięśnie jeszcze nie czują zmęczenia. Światła statków rozszczepiają się w zalewanych wodą oczach, a sól wdziera się do ust. Coraz dalej. Miarowo i spokojnie. Przed Jędrkiem otwiera się Bałtyk. Wciąga, nawołuje. Czas znika zupełnie jak na flipperach, a jednak inaczej – Jędrek nie liczy już ruchów i nie ma przed sobą żadnego przeciwnika. Statki są tak małe jak wcześniej, widziane z brzegu. Zimno promieniujące z głębi ledwie ociera się o jego ciało. Poniżej płynie coś jeszcze, coś nieposiadającego nazwy ani kształtu – lodowata skóra skrywająca mięso, sunąca pod stopami, które kopią wodę, wolna od pulsu czy oddechu. Na wodzie powinny się teraz kołysać twarze Darka, pana Ryszarda, pani Hani, lecz nie ma niczego takiego, tylko czarna tafla jaśniejąca z wolna na horyzoncie, gdzie świt rozkleja swoje cyklopie różowe oko. Ból spływa z mięśni i stawów w kości. Przeżera szpik. Jędrek płynie dalej, choć świat się rozkołysał, okręty, dźwigi portowe wirują w krzyku mew. Jędrek wyrywa głowę spod wody z rosnącym trudem i tylko na momencik. Fala wlewa mu się do ust. Kaszle, próbując nie zwalniać. Ramiona i nogi opuszczają go. Słabną same dla siebie. Jeszcze kilkanaście ruchów, może trochę więcej – płynie z zamkniętymi oczyma, wydrążony, pchany przez ciało, które przestaje należeć do niego. Ramiona wykonują pół ruchu, nogi się gubią i głowa Jędrka znika pod wodą. Wyłania się jak boja, w której błyszczą rozszerzone ze strachu oczy. Ramiona z nową energią uderzają w wodę. Jędrek zawraca i walcząc o utrzymanie głowy nad powierzchnią, płynie do brzegu. Z początku szybko, chaotycznie, jakby ktoś lub coś, to zimne ciało, próbowało wciągnąć go w głębinę. Ale zaraz wolniej. Oszczędza siły. Fale przychodzą mu z pomocą. Kładzie się na plecach, łapie oddech, patrzy na blednące gwiazdy i płynie znowu. Łapie grunt pod nogami. Na płyciźnie pada na czworaki i pełznie w stronę wydm, gdzie zasypia natychmiast – z plecakiem pod głową, otulony w kurtkę i z solą w ustach.


25. Gdy tatuś złości się na mnie, czerwienieje, krzyczy i macha rękami. Wściekły na mamę nieruchomieje i tylko cedzi okrutne słowa, które zawsze trafiają w środek tarczy. A gdy złości się na świat, zaczyna puchnąć. Mieszkanie staje się dla niego za małe. Wywraca kubek z kawą, potyka się o krzesło i po drodze do łazienki zaplątuje we własne spodnie. Zaraz zapala papierosa, po którym czuje się jeszcze gorzej. Kaszle, oczy mu łzawią. Pije wodę gazowaną, beka przy każdym łyku i ma minę, jakby właśnie rozpruł mu się brzuch. Mama przynosi talerz z kanapkami, inicjując przepychankę, którą znam aż za dobrze: zjedz, Boguś, chociaż jedną, musisz mieć coś w żołądku. Tatko odpycha od siebie jedzenie, coś tam buczy, mama naciska, i tak w kółko. Efekt jest zawsze podobny. Ojciec przeklina piętnaście lat małżeństwa, prawi o nieodwołalnie zaprzepaszczonym lepszym życiu i pałaszuje jedną kanapkę, pozostawiając sierp ogryzionej skórki. Domaga się kawy i idzie pod prysznic, narzekając, że przez nas spóźni się do roboty. Gdybyśmy mieli zegar, wybiłby szóstą rano. Przez szum wody przebija się łoskot wypróżniania. Tatko powraca nagi, a zieleń jego ciała zdążyła przejść w biel. Obija się o ściany. Zawadza stopą o tapczan. Ubrany, chucha na parującą kawę i składa usta w dzióbek, żeby się nie poparzyć. Zaczyna nas przepraszać, zwłaszcza mnie. Chciałby sobie wybaczyć nocną eskapadę, ale nie potrafi. Wie, że jest okropny. Jest śmieciem, zerem, które nie zasłużyło na miłość. Syn go szukał po knajpach, w domu czekała wierna żona. Błaga, żebyśmy mu wybaczyli. Mama mówi, żeby dał sobie spokój, a ja nie mówię nic, zajęty pakowaniem narzędzi i ubrań na zmianę. Podczas wkładania spodni tatko traci równowagę. Wciskam mu reklamówkę w trzęsącą się rękę. Tatuś dziękuje. Powtarza, że nie zasłużył, i przysięga to co zawsze w takich chwilach. Rozumie, jeśli odwrócę się od niego. Zasłużył na wszystko, co najgorsze. Ściska mnie i wychodzi. Ostrożnie zstępuje stopień po stopniu, zawieszony na rozchwianej barierce. 26. Do posklejanych powiek dobija się słońce, do nerek zaś coś zupełnie innego. Jędrek przeciąga się, jakby obudził się we własnym łóżku. Kaszel pionuje go natychmiast. Jest środek dnia. Flejers zakrywa Jędrka od kolan do brzucha, poza tym jest nagi. Patrzy na młodą trawę obrastającą wydmy, na spacerowiczów urzędujących po plaży, na Bałtyk pogodnie błękitny, by zatrzymać wzrok na dwóch policjantach, z których jeden trzyma notes, a


drugi trąca go w bok czubkiem tonfy. Chcą wiedzieć, co robi tu taki pijak i czy naprawdę uważa, że trafił na plażę nudystów. – Ja bardzo panów przepraszam. Ja tylko chciałem popływać – mówi pospiesznie Jędrek. – Ja tylko się ubiorę i sobie pójdę. Ja nie chciałem sprawiać panom kłopotów. Policjanci pozwalają mu wstać. Jędrek zasłania się kurtką. Wkłada ubranie, wzuwa buty i sięga po plecak. Otrzepuje się jeszcze. Policjant z tonfą prosi go o dokumenty. Jędrek zezuje na prawo i lewo. Nie ma dokąd uciec. Podaje legitymację szkolną. Policjant czyta, podaje koledze. Pyta, co uczeń z Bydgoszczy robi w Trójmieście i czy rodzice wiedzą. Nie czeka na odpowiedź. Zaprasza do radiowozu. Pojadą do policyjnej izby dziecka. Jędrek spuszcza wzrok. – Ja bardzo panów proszę. Ja zaraz pójdę na pociąg do domu. Mam, to jest miałem dziewczynę w Gdańsku. Na Przymorskiej. Ania. Ania Maruszeczko. Z medycyny. I mówiłem jej, że jestem starszy i że jestem żołnierzem i służę w jednostce, i wczoraj sprawa się rypła, to znaczy wydała, bo zobaczyła tę legitymację i zaraz krzyknęła, że nie chce mnie znać. Ja tłumaczyłem, że ją kocham i dlatego kłamałem, a ona swoje. Wyrzuciła mnie. Nie miałem co ze sobą zrobić, to żem tu przyszedł. A taki byłem zły i smutny, że umyśliłem sobie popływać, żeby się uspokoić trochę, i zapędziłem się w wodę, i myślałem, że będzie po mnie, i jak wróciłem, to zaraz padłem, sił nie miałem. Teraz tobym w życiu tak nie postąpił, panie oficerze, naprawdę. Ja chcę tylko zapomnieć i wrócić do domu. Policjant z tonfą przygląda się jeszcze legitymacji. Próbuje rozsmarować pieczątkę, a jego kolega gada coś do szczekaczki. Brzmi nazwisko Jędrka, potem następuje cisza i zagłuszony komunikat. Padają porozumiewawcze spojrzenia. Policjant z tonfą tłumaczy Jędrkowi, że jest bardzo głupi. Mógł utonąć. Żadna kobieta nie jest warta życia mężczyzny. Oddaje Jędrkowi legitymację i mówi, że nie jest poszukiwany. Może odejść. 27. Na polach zalega woda, nad którą krążą drapieżne ptaki. Spomiędzy traw ulatuje ciężka przepiórka, a koń obraca ku niej łeb jak młot. Gniazdo na słupie trakcyjnym wciąż wyczekuje bociana. Poniżej stoi polonez truck zżerany przez rdzę, tuż obok pięknie odstrzelone alfa romeo. Domy o ceglanych ścianach, domy o ścianach pobielonych wapnem i domy otynkowane na szaro zbiegają się ku czerwonej wieży wiejskiego kościółka. Wieś wpada w rzekę, a rzeka w ścianę lasu, gdzie doły przemieniły się w kałuże, a rude sosny wznoszą chude gałęzie do słońca.


Na rogach miast stoją zniszczone wieże ciśnień. Za nimi widnieją kominy pomalowane na biało-czerwono. Zaczynają się rzędy bloków, przedzielone pasami młodej zieleni. Bliżej widać garaże o odrapanych drzwiach i stare kamienice czynszowe, w oknach których odpoczywają koty, a starzy ludzie o tłustych ramionach spokojnie spoglądają na pociągi. Przy przejściach kolejowych rośnie sznur samochodów, piesi, nieraz objuczeni, ze starymi walizkami na kółkach, przygięci przez siaty, czekają z boku szlabanu, żeby ruszyć, gdy tylko przeleci skład. Im bliżej centrum, tym budynki stają się niższe, połączone sznurami na bieliznę, obrośnięte hubami anten satelitarnych. Migają szyldy sklepów spożywczoprzemysłowych, pasmanterii, lombardów i składów starych ubrań. Po co to wszystko? Przejście dla pasażerów wiedzie górą, peron pokrywają papiery i niedopałki. Wsiadają żołnierze na przepustce, pozapinane pod szyję studentki i ich koledzy z roku w czarnych golfach, targający żarcie od mamy w ciężkich plecakach. Ostrzyżona na krótko kobieta prosi, żeby dać jej walizkę na górę. Jędrek pomaga i znów patrzy przez okno. Te same pola i miasta, poprzedzielane przez jeziora i zalewy, przez kolejowe nieużytki i budki dróżników, przez tunele i zbocza wzgórz. Gdy pociąg bierze zakręt, Jędrek widzi żwirowy nasyp, na którym walają się rzeczy wyrzucone przez podróżnych: puszki, potrzaskane butelki, papiery. Przykłada twarz do szyby. Przy policzku śmigają mu słupy trakcyjne. Stukot pociągu niektórych ukołysałby do snu, lecz jego nie potrafi. Pasażerowie spuszczają wzrok, gdy na nich spogląda, więc tego nie robi, pozwala, by Polska przesuwała się jak niemy film, jak coś, co zaplanowane, lecz niedokończone. Pociąg się zatrzymuje. Jędrek zabiera swój plecak, wysiada. Przechodzi przejściem podziemnym, przecina chmurę papierosowego dymu i idzie na autobus, który zawiezie go do Fordonu.


Im więcej ciebie, tym mniej wiosna 1997

1. SZMATKA, LUDWIK, KUBEŁ, CIEPŁA WODA.

Pucuję szyby, zapraszając słońce w nasze skromne progi. Matula pierze zasłony w wannie, a czarna woda wiruje radośnie w odpływie. Zdejmuję rzędy książek, odkurzam każdą, przecieram półkę mokrą ścierką i ustawiam je ponownie, jakoś tak z sensem, podług rozmiaru i koloru grzbietu. Flaszeczka, zapomniany sekret tatusia, ląduje w koszu. Mama ładuje zasłony do kosza i targa do magla. Gdy wraca, wspólnie rolujemy dywan i podnosimy kanapę. Tam – przeszłość rozrzucona w kawałeczkach. Pogniecione puszki, osuszone małpki, blade kiepy i powieść Alistaira MacLeana w pomiętej okładce. Książka znajduje miejsce na półce, reszta trafia tam gdzie butelczyna. Podtrzymuję kanapę, żeby mamusia mogła wjechać odkurzaczem. Trzepanie dywanu jest jak walenie konia na wspomnienie dobrego pocałunku. Jestem rycerzem. Jestem wojownikiem. Stoję na naszym zagraconym podwórku, okładam trzepaczką dywan, owiewają mnie tchnienia kurzu, a szczęście ogrzewa mi plecy słonecznym wiatrem. Narzucam sobie na bark zrolowany dywan i nie jest on ciężki, wcale nie – mógłbym z nim pobiec. Mógłbym skakać po pagórkach i rwać gwiazdy jak wiśnie z niebieskiego drzewa. Jeszcze kuchnia z łazienką. Mamusia rozmraża lodówkę: wyjmuje jakiś keczup, otwarte szproty i zeschnięty kalafior. Poza tym tylko lód. Matula otwiera drzwi na oścież i rozkłada na podłodze chyba wszystkie szmaty, jakie trzymamy w domu. Pomógłbym, lecz mam swoje zajęcia. Wymiatam śmieci spod stołu, klękam na stole i szoruję okno. Niech słońce zajrzy także tu. Wysupłujemy z mamusią po dwadzieścia pięć złotych, każde ze swoich zaskórniaków. Trochę trudno rozstać się z taką forsą, ale podobna okazja nie zdarza się często. Myślę sobie, że pan Docent bardzo się zdziwi, gdy przyjdziemy na takie zakupy, ale on stoi zupełnie obojętny i nawet się nie uśmiecha. Bierzemy filety z kurczaka, karton soku, ciasto z galaretką, ptasie mleczko, chipsy, mrożone frytki oraz colę w dwulitrowej butelce. Tę chciałbym wypić od razu. Mamusia macha ręką i pozwala mi jeszcze wziąć pepsi w puszce, prosto z lodówki. Wypijam, nim zapłacimy, co niezbyt się podoba panu Docentowi. Patrzy na nasze zakupy, podlicza i przypomina o


długu zapisanym w zeszycie. Nawet to nie ściera uśmiechu z twarzy mamy, no ale sok i chipsy muszą wrócić na półkę. W domu mama zabiera się do gotowania. Naciera kurczaka przyprawami i czosnkiem, smaży, a ja żywcem nie mogę sobie znaleźć miejsca. W telewizji nie nadają niczego ciekawego. Nie ma nic nudniejszego od książek. Niedługo będziemy mieć nowy telewizor, może nawet odłożymy na PlayStation i wreszcie pójdziemy do tego Rometu po rower, choć właściwie mógłbym sam go sobie kupić za uskładane pieniądze od pani Teresy. Krąż�� po mieszkaniu. Poprawiam książki. Odsuwam amerykankę i sprawdzam, czy coś nie zawieruszyło się za meblościanką. Otwieram okno i wystawiam głowę na ulicę, jak stary człowiek. Od Jasnej niesie się warkot silników i miarowy odgłos piłki odbijającej się od muru. 2. Tatko przychodzi jak zwykle o piątej i jest tak zmordowany, że niczego nie rejestruje. Mówi, że czuje się brudny, choć wziął prysznic na bazie, i znika w łazience. Wymieniamy z mamusią porozumiewawcze spojrzenia. Błyskawicznie przenosimy stół z kuchni do pokoju. Na blacie ustawiam szklanki i colę, matula usypuje kopczyki frytek obok parujących filetów z kurczaka, na parapecie kładę ciasto i ptasie mleczko, tak by tatko natychmiast docenił rozmach przyjęcia. Wychodzi w samych majtkach i baranieje. Teraz śmiejemy się we troje, tatuś z zaskoczenia, a my z niespodzianki, jaką zdołaliśmy mu sprawić. Prosi, by mógł się ubrać, nim zasiądzie do najpiękniejszego obiadu w całym swoim życiu. Gdy go obejmuję, orientuję się, jak bardzo schudł. Stukamy się szklankami z colą. Kurczak jest miękki i rozpływa się w ustach. Czuję w nim czosnek, ale i bazylię, oregano, zlane w przepyszną całość. Frytki trzeszczą w zębach tak, jak powinny. Rodzice są dopiero w połowie, a ja już wylizałem talerz. Siedzę obok tatusia i tylko czekam, aż stół się oczyści, kiedy zrobi się miejsce na ptasie mleczko i ciasto. Na to trzeba poczekać. Tatko czyni honory, odnosi talerze, a mama prosi, by wreszcie jej pokazał – inaczej nie uwierzy. Trudno stwierdzić, czy tatuś naprawdę nie wie, o co chodzi, czy tylko się droczy. Z plecaka wyjmuje teczkę, a z teczki kartki spięte zszywaczem. Podsuwa mamusi pod nos. Czytam jej przez ramię i niewiele rozumiem. Ważne jest tylko jedno: z dniem dzisiejszym Bogdan Hoppe uzyskał zatrudnienie w miejskich wodociągach na czas nieokreślony. Mama starannie składa umowę i chowa w szufladzie przygotowanej specjalnie na tę okoliczność. Tatko narzeka, że przesiąkła zapachem kanału, a my jednym głosem odpowiadamy, że nic nie szkodzi, ważne, że jest.


Ptasie mleczko znika nazbyt szybko, a tatuś odpływa w krainę marzeń. Opowiada, jak to on, co dobrego nas spotka. Odremontujemy mieszkanie tylko po to, by łatwiej zamienić je na większe. Zdobędzie trzy pokoje na Kapuściskach albo Szwederowie. Każdy będzie miał swój. Rozważa nawet zapewnienie mi jakiegoś życiowego startu. Chciałby, żebym miał garnitur i kąt, bym mógł sprowadzać dziewczyny. Pytam go, jak chce to wszystko załatwić. Dziubie ptasie mleczko i poucza, że konsekwencja i upór stanowią klucz do sukcesu. W soboty płacą podwójnie, postara się na to załapać. Są i inne możliwości – mógłby na przykład postróżować w niedzielę. Jest tyle miejsc do pilnowania. Pyta, czy zjem jego kawałek ciasta, a gdy odmawiam, stwierdza, że dotąd nie żył naprawdę i to pierwszy dzień, kiedy czuje, że jest. A wszystko dzięki nam. Po ptasim mleczku zostało puste pudełko, po cieście okruszki. Mama prosi, żebym nie pił tyle coli, bo nie będę mógł zasnąć, a tatko macha na to ręką: w końcu takie święto nie zdarza się codziennie, niech młody żłopie, ile chce. Zalegam na kanapie między rodzicami. Chłonę ich ciepło. W telewizji leci jakaś stara komedia o dziewczynie z dobrego domu. Wszystko kiedyś było inne, mniej pospieszne, eleganckie. Ludzie mówili wolniej. Pytam mamy, co o tym myśli, lecz odpowiada mi tylko mruczenie. Musi być bardzo zmęczona. Jacek Fedorowicz straszy premiera Pawlaka, wyskakując zza rogu sejmowego korytarza, a tatko stwierdza, że dosyć tego dobrego. Pomaga mamie wstać i zaczyna rozścielać łóżko. Noc, widziana przez umyte okna, jest taka jak zawsze. Pomarańcz zmieszany z brązem, daleki skowyt i brzęczące szkło. Leżę na plecach i wyobrażam sobie życie w dawnych czasach, kiedy wszystko było czyste, a ludzie wolni od tajemnic. Mama miała rację z tą colą, ale nie ja jeden walczę z brakiem snu. Tatko dyszy w pościeli. Bije się po brzuchu i mamrocze przekleństwa. Wstaje, drży. Unosi się nade mną, chudy jak trup, i wybiera książkę z półki. Poprzekładałem je, nie może znaleźć tej właściwej. Klnie. Kopie amerykankę. Człapie do kuchni, zapala papierosa i łka. 3. Pan Ryszard uważa, że zaniedbali rodzinę z Jasnej i pora na wizytę ku pokrzepieniu serc. W drodze na fordoński przystanek autobusowy tłumaczy Jędrkowi, jak powinien się zachować. Należy ich traktować z szacunkiem, normalnie, lecz i powściągliwie. Żadnych pytań. Nawet jak się czują. Nie wolno wspominać imienia Darka, chyba że sami zaczną mówić. Jędrek nie odpowiada. Poprawia rękaw marynarki. Blizna na dłoni zdążyła poblednąć. Pan Artur postarzał się o dekadę. Sweter na nim wisi. Spogląda na pana Ryszarda z rodziną, jakby ich nie rozpoznawał. Dopiero pani Krystyna


zaprasza ich do środka. Jędrek klęka na jedno kolano i rozsznurowuje buta. Zerka do pokoju Darka. Tam wszystko po staremu: worek bokserski, hantelki obciążone odważnikami, rower pod ścianą. Pan Ryszard syczy na syna i Jędrek musi spuścić głowę. Piją kawę i herbatę. Jędrek dostaje wysoką szklankę soku. Noga mu chodzi, dłoń nie może znaleźć sobie miejsca. Wciska ją między kolana. Trwa wymiana uprzejmości. Pan Artur narzeka na nadmiar pracy. Trwa rozliczenie podatków. Musi pracować po szesnaście godzin na dobę i niewiele śpi. Ale to dobrze, ma się czym zająć, i jeszcze zarobi. Krysi lepiej, bo zaczęła udzielać korepetycji, uczniów ma całkiem sporo. Niedługo matury, biologia to trudny przedmiot. Ale pani Krysia nie sprawia wrażenia przepracowanej. Z rumianą cerą i martwym uśmiechem przypomina młodszą siostrę własnego małżonka. Pali cienkiego papierosa i milczy. Beata, która wychodzi ze swojego pokoju, wygląda najzdrowiej. Zmieniła kolor włosów i pomalowała paznokcie. Zamiast dżinsowej kurtki ma na sobie czarną bluzeczkę. Kolczyki są mniejsze, błękitne, zakręcone jak ślimak. Wita się, siada z boku i milczy. Nieoczekiwanie pan Artur wyznaje, że o niektórych sprawach nie sposób zapomnieć. Liczył, że czas przyniesie ulgę, lecz tak się nie stało. Jest pełen wspomnień i codziennie pojawiają się nowe. Darek na pierwszych wakacjach, kiedy rozwalił sobie nogę, zbiegając po kamienistym stoku. Darek na odpuście, w pogoni za balonikiem. Darek zapłakany, bo upadły mu lody w waflu, wystane w długiej kolejce. Pan Artur wciska sobie pięść do ust, a Jędrek pyta: – Jeszcze go nie złapali, prawda? Czy policja coś wie? Pan Artur zaprzecza ruchem głowy, zaś pani Krysia wyznaje, że niekończące się wizyty na komendzie były najtrudniejszymi chwilami w jej życiu i nie chce tego przechodzić ponownie. Dowiedziała się wiele o swoim synu. To rzeczy dziwne i straszne, którym nie daje wiary, ale w niej siedzą. Czasem chce, by morderca pozostał na wolności. Boi się zeznawania w sądzie i ponownego przeżywania wydarzeń z wiosny minionego roku. – Ja sobie tego nawet nie wyobrażam – mówi Jędrek. – Po prostu bardzo brakuje mi Darka. Tak bardzo, że czasem wytrzymać nie idzie. Kuli się pod wzrokiem swego taty. Pan Artur wciąż gryzie pięść, a pani Krysia przeprasza i wybiega do kuchni. Pani Hania patrzy pytająco na męża, uzyskuje milczącą zgodę i idzie za nią. Pan Ryszard warczy na syna i przesiada się bliżej pana Artura. Szepcze mu słowa pocieszenia. Pan Artur uspokaja się trochę i mówi, że Jędrek to dobry chłopak i sama myśl o nim stanowi dla niego wielkie pocieszenie. Pracowity, uczynny. Zawsze traktował Darka jak młodszego brata i on, pan Artur, myśli o nim trochę jak o synu. Jędrek wstaje. Spaceruje po pokoju, choć ojciec prosi go, żeby przestał.


– To trudne dla nas wszystkich, tatuś – odpowiada Jędrek, a pan Ryszard zgadza się z nim, dodając, by w takim razie nie utrudniał, żeby coś ze sobą zrobił. 4. Na parkowej polanie w piłkę rżną już inne chłopaki. Grają inaczej niż my kiedyś, spokojniej, jakby im nie zależało. Szmata puszczona byle jak mija bramkę zbudowaną z opon. Pod drzewem leżą bluzy, kurtki i butelki z wodą. Ludzie szukają siebie po alejkach. Schodzą się w grupki, przynoszą sobie słowa, butelki z ciemnego szkła i białe kubeczki jednorazowe. Wiosna jest tłusta, rozbuchana. Jędrek i Beata siedzą na dwóch skrajach zielonej ławki i patrzą na grających. W domu na Jasnej trwa przykra rozmowa. Beata dziękuje Jędrkowi, że przyszli, i prosi, by się nie przejmował. Narzeka na szkołę – do tej pory traktują ją jak dwugłowe ciele, jakby to ona roznosiła śmierć. Pragnie tylko normalności. Chce żyć, zachowując pamięć o tych, których już nie ma, i wyczekuje dnia, kiedy będzie mogła rozmawiać o czymś innym. O muzyce. O ciuchach i chłopakach, jak inne dziewczyny. To się nie stanie, póki będzie tutaj, w Bydgoszczy. – Jesteś bardzo dzielna. Ja bym tak nie umiał – mówi Jędrek. W odpowiedzi dostaje wzruszenie ramion. Co Beata miałaby zrobić? Popełnić samobójstwo czy pójść drogą ojca, w samoudręczenie? Opowiada, jak pan Artur zawracał głowę księżom i psychologom. Nie znalazł jednak pomocy. Beata podziwia swoją matkę, która zdołała w sobie upchać to wszystko. Wcisnęła tę śmierć pod skórę, wprasowała w kości i żyje, może smutniej, lecz jednak – w końcu to nie ją zadźgali. – Mam coś dla ciebie – mówi Jędrek. Podaje niewielki pakunek. W środku jest dezodorant Fa, mydełko Luksja i szminka Miss Sporty owinięta w osobny pasek kolorowego papieru. Gdy Beata sprawdza, co to, Jędrek nie odrywa wzroku od jej twarzy. Czeka na uśmiech. Dziewczyna tylko unosi brwi, mówi, że trafił. Używa właśnie takiego odcienia. Dziękuje i pyta, skąd to wiedział. – Darek mi mówił – kłamie Jędrek i wpada w farbowany smutek. – Przepraszam, nie wiedziałem, wypsło się. Beata macha ręką. Patrzy na grających i nagle wyznaje, że chciałaby się podzielić czymś, czego nikomu jeszcze nie mówiła, poza policjantami. Jej głos jest jak szum autostrady. To ona znalazła Darka. Leżał na zakrwawionym dywanie ze spuszczonymi majtkami. Gdy go zobaczyła, poszła do kuchni i nastawiła wodę na herbatę. Robiła to co zawsze. Dopiero po paru minutach wróciła do pokoju. Pobiegła do sąsiadki i razem zadzwoniły tam gdzie trzeba. Beata była spokojna wtedy i jeszcze wiele dni później. Dopiero tydzień po pogrzebie zrozumiała, co się stało, że naprawdę


widziała trupa i że brat już nie wróci. Wyznaje, że przez ten czas udawała smutek ze względu na rodziców, a potem smutek przyszedł naprawdę i był nie do wyobrażenia. Teraz jest już dobrze, tylko z tym dobrze tak niedobrze – źle się czuje, bo już nie cierpi. Jędrek wykonuje gest, jakby zasznurowywał sobie usta. – Chciałbym, żeby go nie złapali. Tego mordercy. Bo ja go znajdę i zabiję. Gołymi łapami. Bo jak go psy capną, to wypuszczą, nie wiesz, jak jest? Nie ma kary dla takich, no nie ma, i tyle. Beata patrzy na niego inaczej niż wcześniej. Mówi, że nie dałby rady. Jest za dobrym człowiekiem. Jędrek spuszcza głowę. – Może i tak. Może łatwo się tak gada. Głos Beaty jest spokojny. Opowiada o sąsiadce, która w tamten fatalny poranek słyszała jakieś krzyki. Ale wrzaski na Jasnej to codzienność. Nie zwróciła uwagi i niewiele pomogła. Darka zabił ktoś, kogo znał. Przecież otworzył drzwi. Beata przywołuje Wesołego Fido. Przez długi czas wszyscy myśleli, że to on, lecz okazało się inaczej, a sam Fido przestał się pokazywać. Policja dalej penetruje jego otoczenie. Jędrek trawi te słowa. – Fido? No ale jak? Toż bym coś wiedział, nie, że Darek trzymał z parówami? Beata prostuje się na ławce. Jej nic do tego. Jej brat był dobrym człowiekiem i takie wspomnienie o nim zachowa. Jednak coś z tym Fido jest na rzeczy. Jędrek siedzi, jakby czekał na uderzenie młotem, a Beata starannie pakuje kosmetyki do torebki i dziękuje mu za wszystko. Poprawia włosy. Drapie się po szyi. Odchodzi i odejść nie może. Stoi pośrodku alejki. – Jakbyś czegoś potrzebowała, wal jak w dym – mówi Jędrek. – Sorry, że trochę odpadłem, ale tato, wiesz, jaki on jest. Twierdził, że trzeba zostawić was w spokoju. 5. Tatko powinien przyjść koło piątej, akurat na obiad. Ziemniaki jeszcze są twarde, kiedy słyszę pukanie do drzwi. Jestem pewien, że tatko po prostu zapomniał klucza. Na wycieraczce stoi jednak Borsuk i miętosi czapkę w dłoniach. Matka natychmiast podnosi się z krzesła i chce wiedzieć, czy zdarzyło się jakieś nieszczęście. Borsuk nie przestępuje progu. Ma na sobie robocze ubranie i śmierdzi jeszcze gorzej niż tatuś. Stwierdza, że nie nazwałby tego nieszczęściem. Tatko spadł z drabiny w kanał i złamał nogę w goleni. Teraz składają go na Jurasza i pewno traktują jak śmiecia, na co przecież nie zasłużył. Nieruchomieje z czapką przyciśniętą do brzucha, za to matula wpada w szał, zakłada byle co i już drałuje po stopniach. Pan Borsuk nawet się nie obejrzał. Mówi, że mnie pamięta, i pyta, czy może zająć mi pięć minut.


Siada w kuchni na miejscu mamusi. Nie chce herbaty. Splata dłonie i wygląda jak ktoś, kto boryka się z jakąś ponurą tajemnicą. Wyznaje, że spodobałem mu się od pierwszego wejrzenia. Nie jestem już chłopcem, ale mężczyzną, i zasługuję, by potraktować mnie jak dorosłego. Choć dorosłość to nic miłego. Borsuk pracuje w kanałach od osiemdziesiątego czwartego i widział już wszystko. Zna się na ludziach i nie ma wątpliwości, że tatuś specjalnie złamał sobie nogę, żeby już nie przychodzić do pracy. 6. Tatko leży na rozłożonym tapczanie. Lewą nogę ma w gipsie aż po udo i nieustannie jęczy, jak bardzo go boli. Przynoszę mu herbatę. Domaga się jedzenia, bo inaczej się nie zrośnie – tak powiedzieli mu w szpitalu. Dowiedział się, że ma bardzo słabe kości i coś takiego powinno się wydarzyć już dawno temu. Woła o szprotki, sardynki i mleko. Chce, bym codziennie wyprowadzał go na słońce. Potrzebuje witaminy D. Jak na złość zapada zmrok. Tatko wierci się i przeklina swój los. Opowiada o niedopasowanych butach, śliskiej drabince i smrodzie odbierającym zdolność oceny sytuacji. Od dawna był taki przemęczony. Przecież nie robił tego dla siebie, tylko dla nas. I proszę, jak to się skończyło. Piweczko by pomogło. Tak bardzo cierpi. Ketonalu nie wziął, bo niewykupiony. Wychodzę do kuchni odprowadzany przez jęk. Przynoszę herbatę. Chlipie, że został sam. Przez rok zapewniał mi lepsze jutro, brodząc w gównie, i jak to się dla niego skończyło? Patrzę na niego, jak siedzi i obejmuje się ramionami, z których alkohol wypłukał mięśnie. Patrzę na jego stopę porośniętą przez rzadkie, lecz grube włosy, na małpie paznokcie i ta szczególna myśl po raz pierwszy pojawia się w głowie. Właśnie teraz. Nie, kiedy potykałem się o ojca na schodach, nie gdy przelewał mi się przez ręce ani przeklinał mnie, obsmarowany własnym gównem od ud do potylicy, ale właśnie teraz, kiedy kuli się w pościeli i żebrze o magnum very strong. Myśl dopiero nabierze konkretu. Teraz nie ma twarzy. Jest jak rana otwarta wewnątrz serca. Jak ludzka sylwetka widziana we mgle. Muszę usiąść. Dłonie mi się pocą. Dzwonek dochodzi do mnie stłumiony i sunę do drzwi jak przez bagno, a na progu szczerzy się człowiek, z którym wiąże się ta nowa myśl. Jędrek. – Byliśmy u Żerańskich, to pomyślałem, że wpadnę. – Zdejmuje buty, zagląda do pokoju, przesyła tacie ukłon. – Dzień dobry panu. Tatko kokosi się na łóżku. Siada, naciąga koc pod brodę i próbuje wyglądać godnie. Pyta Jędrka o duperele związane z cukiernią. Tylko tyle o nim wie. Tłumaczę, co się stało, jak tatko ciężko pracował i zleciał ze śliskiego szczebla drabiny.


– Przejebane, panie Bogdanie – zgadza się Jędrek. Proponuję mu herbatę. Znikam w kuchni, a ponieważ woda jest jeszcze ciepła, nie ma mnie tylko chwilę. W tym czasie tatko mruga na Jędrka, daje znaki jak Indianin, któremu wyrwano język. Jędrek siada obok niego, a tatko mówi, jak to bardzo go sobie ceni, gdyż się przy nim podciągnąłem. Zrobiłem się męski i coraz mniej we mnie chłopca. Nie dosyć, markotnieje i przechodzi do konkretu. Wciska Jędrkowi dziesięć złotych i prosi o trzy piwa od pana Docenta. Albo małpkę Lodowej. Jak starczy, to małpka i piweczko. Jestem jeszcze za mały, pan Docent nie sprzeda. Tatko unosi dłoń z dziesiątką, a ja wchodzę właśnie w tej chwili. Tatuś chowa się jak szczur w kanał. Trudno powiedzieć, czy na mój widok, czy przegnany przez pogardę bijącą z oczu Jędrka. 7. Przycupnęliśmy na murku, w rogu podwórka, bo straszliwie wieje. Zbieram się w sobie i mówię o moim tacie. Nie znam słów. Nie wiem, jak to się robi. A Jędrek słucha. Gdy miałem parę lat, był potworem spod łóżka. Wypadałem mu z rąk. Mówię o niezliczonych dniach, kiedy z mamą czekaliśmy na niego, czy wróci, o której, w jakim stanie. O przedmiotach, które ginęły z domu, o smrodzie i o tym, co najgorsze. Niech pije, lecz nie przeprasza. Niech robi pod siebie, ale nie próbuje wszystkiego odkręcać. Niech wrzeszczy, lecz nie całuje. Niech kradnie i nocuje na izbie, jego rzecz. Chcę tylko, żeby mnie już nie zabierał do kina i na lody, żadnych niedzielnych spacerów i rodzinnego sklejania modeli. Żadnych marzeń. Jak gnój, to gnój. Mówię, że sam zleciał z drabinki i teraz dostanie rentę. Jędrek kiwa głową. Dodaję, tak niezdarnie i nieśmiało, że zrobiłbym wszystko, by to się skończyło. Głośno zastanawiam się, co mogłoby to być. Wyznaję, że czuję się bezradny jak moja własna stara. – Też mam przejebane – odpowiada Jędrek tonem człowieka doświadczonego. – Mniej niż ty, no i w inną stronę. – Chciałbym, żeby na mnie spojrzał, ale tego nie robi. – Wiesz, co mi chodzi po głowie? Za parę latek będzie spokój. Będziemy dorośli. Ja natychmiast idę do woja i tobie też radzę. Wyfruniemy z domów i zapomnimy o tych patafianach, no nie? Nie łam się, będzie dobrze. Milknie. Przykłada dłonie do policzków i patrzy przed siebie. Zastanawiam się, czy ma rację. Martwię się o mamę. Za trzy lata będę dorosły. To bardzo długo. Jędrek jest o rok starszy, więc łatwo mu mówić. Odwraca się do mnie, chce coś powiedzieć. Słyszymy wrzask dobiegający z kamienicy. Wiadomo kto. Zrywam się i mało nie padnę, bo Jędrek chwyta mnie za ramię.


– Na luzie – mówi. – W dupie miej to, no. W mrok klatki schodowej zachodzimy więc krokiem spacerowym. Na półpiętrze, w plamie słońca, wije się mój tatuś, niby wampir przygwożdżony promieniami, i skomle. Próbował sam pójść do pana Docenta i zleciał ze schodów. Spokojnie zdążamy na półpiętro. Bierzemy bełkoczącego tatusia pod pachy i ciągniemy do mieszkania. Zagipsowana noga uderza o stopnie, więc tatko drze koparę pod niebiosa, a sąsiedzi lampią się przez szpary w uchylonych drzwiach. Na przedpokoju tatuś próbuje się wyrwać, lecz jest żałośnie słaby. Układamy go na łóżku. – Waruj – mówi wspaniale Jędrek i tatko natychmiast milknie. Znów się zasmarkał. Jędrek siada naprzeciwko łóżka, cichy strażnik o niewzruszonym spojrzeniu, a ja lecę do budki, żeby zadzwonić po pogotowie. 8. Na zmaltretowanej twarzy pana Artura maluje się zdziwienie. Pan Artur zapuszcza żurawia w głąb klatki schodowej. Wypatruje pana Ryszarda, ale jego nie ma. Jędrek przyszedł sam. – Byłem u Krzyśka, wujek, i pomyślałem, że zajrzę. Jak przeszkadzam, to zaraz sobie pójdę. Na te słowa pan Artur wciąga go do środka, prosi, żeby nie ściągał butów, ale Jędrek i tak to robi. Siadają w dużym pokoju, a pani Krysia zaraz zaczyna obskakiwać gościa. Mówi, jak bardzo się cieszy z jego wizyty, i pyta, co podać. Wspomina, że jej córka bardzo ucieszyła się z kosmetyków. To naprawdę miłe, że o niej pamiętał. Jej zdaniem Beata czuje się opuszczona. – To dzielna dziewczyna, proszę cioci – mówi Jędrek. – Ja tylko zastanawiam się, co mógłbym dla cioci i wujka zrobić. Bo ja dużo rzeczy już umiem, a jak nie umiem, to chętnie się uczę. Pani Krysia dziękuje – przecież Jędrek już pomaga. Przyszedł. Fajnie, że poświęcił czas Beacie, i niech przychodzi częściej, jeśli tylko ma ochotę. Siedzą tak i rozmawiają. Jędrek popija sok. Zerka na kaloryfer i wodzi wzrokiem po gołej podłodze. Pan Artur mówi, że sezon podatkowy dobiegł końca, ludzie się rozliczyli i teraz można złapać oddech. – Ja bardzo chętnie pomogę. Ciocia i wujo cały czas pracują. Mogę zrobić zakupy, powiecie tylko co. Albo coś naprawię. Obiad chętnie zrobię, dla całej rodziny. Długo o tym myślałem, wiecie, i tak jak mówi mój ojciec, trzeba się razem trzymać. Mogę ściany pomalować czy tam posprzątać. Mam dużo czasu, to też się liczy. Na taką przemowę pani Krysia ma tylko nieśmiały uśmiech i wyraźne życzenie: niech Jędrek wypije sok i zje kawałek ciasta, tylko tego chcą, to będzie miłe z jego strony. Pan Artur uważa inaczej. Przypomina o


samochodzie, którym prawie nie jeżdżą i który wymaga umycia, więc stoi nieruszany od zimy. Wywiązuje się cicha małżeńska sprzeczka. Pani Krysia syczy, że się nie godzi, pan Artur sądzi, że chłopak sam chciał pomóc. Spór rozstrzyga Jędrek. Zdejmuje bluzę, prosi o wiadro, przynajmniej dwie szmaty, jakiś płyn, no i kluczyki. Będzie pucował, aż samochód zalśni jak klejnoty koronne. Dostaje wszystko, o co prosił. Pani Krysia dorzuca butelkę mineralnej i patrzy na męża z wyrzutem. Samochód to stara biała skoda z wgniecionym zderzakiem. Jędrek wchodzi do środka, dokręca wszystkie szyby i trzaska każdymi drzwiami tak, że pół Jasnej się trzęsie. Zaczyna od dachu. Brakuje mu centymetrów i niemal kładzie się na skodzie. Potem boki, przód i tył, najpierw mokrą, potem suchą szmatką. Koła zostawił na koniec. Przeciera felgę za felgą, miejsce w miejsce, aż żyły wychodzą mu na przedramiona. Teraz jego twarz mogłaby należeć do rzeźbiarza z dawnych wieków, modelującego akurat dłonie świętego, złączone w modlitwie. Chlusta wodą do kratki ściekowej i wraca na górę. – Jak przyuważycie na podwórku taką funkiel nówkę furę, odpicowaną, to jest wasza – mówi do pana Artura, oddaje wiadro i idzie do łazienki. Siada na brzegu wanny. Pociąga za spłuczkę. Odkręca kurek, ale nawet nie moczy rąk. Pan Artur i pani Krysia czekają w przedpokoju. Chcą coś dla niego zrobić. Wiedzą, jak bardzo przyjaźnili się z Darkiem. Jędrek to ich zdaniem twardy chłopak i milczy o własnych uczuciach. Pragną, by porozmawiał z nimi szczerze, gdy tylko nabierze ochoty. Pani Krystyna podaje mu pudełko z proporczykami, które zbierał Darek. Mówi, że jej syn bardzo je lubił, więc może i Jędrkowi sprawią odrobinę radości. Jędrek spogląda na pudełko, jakby spoczywała w nim odrąbana głowa, a pan Artur przynosi jeszcze hantle. Ledwo je targa. Przypomina wszystkim, jak Darek wstydził się własnego wzrostu i marzył o pięknym ciele. Stare numery „Flexa” kładzie na proporczykach. 9. Zdecydowanym ruchem Jędrek zdziera ze ściany Arnolda Schwarzeneggera. W tym miejscu farba jest bielsza niż gdzie indziej. Bierze deskę długą na metr, garbi się nad nią z linijką i ołówkiem, wbija gwoździe co pięć centymetrów. Przykłada ją w miejsce plakatu, próbuje ocenić, czy trzyma się prosto i na właściwej wysokości, ale dopiero gdy dziurawi ścianę, do pokoju wpada pan Ryszard. – Dostałem po Darku – tłumaczy Jędrek. – Chciałbym, tatuś, je uszanować. Na takie słowa pan Ryszard nie pozostaje obojętny i przystępuje do pracy. Przystawia deskę do ściany, prosi syna, by powiedział, co sądzi,


następuje zmiana i tak pracują, ojciec i syn. Zdaniem pana Ryszarda zwykły gwóźdź nie utrzyma takiego ciężaru, co nagle, to po diable, Polska stała na byle czym i z tej prowizorki mieliśmy zabory, Berezę Kartuską i Adolfa Hitlera. Zaznaczają dwa miejsca powyżej dziury, którą zrobił już Jędrek. Pan Ryszard sprawdza detektorem, czy w tym miejscu nie idą kable, i zaraz wraca z wiertarką. Trochę późno na takie hałasy, ale nie szkodzi, tak rzadko mają okazję razem popracować. W jego ruchach pojawia się luz, błyszczą oczy. Pierwszą dziurę wierci sam i przekazuje wiertarkę w ręce syna. Razem wkręcają kołki rozporowe. Deska umiejscowiona. Pan Ryszard zabiera się do rozwieszania proporczyków. Najmniejsze daje z boku, większe bliżej siebie, podłużny olbrzym upamiętniający sukcesy szczecińskich cyklistów wysuwa się z samego środka jak zielony język. – Nie tak, tatuś – protestuje Jędrek, odsuwa ojca i zaczyna zmieniać. Cykliści na brzeg, Ruch Chorzów bliżej środka. Wygląda to, jakby układał puzzle znane już na pamięć. Pan Ryszard poczerwieniały na gębie mówi, że to bez sensu, będzie źle wyglądało. Jędrek robi swoje i nawet nie spojrzy na tatę. Kończy, cofa się, marszczy czoło, zamienia miejscami jeszcze dwa proporczyki. – Ja wiem, że tatuś ma rację, ale tak wisiały u Darka, to niech i u nas tak sobie powiszą, te proporce, co nie? Jeśli nawet pan Ryszard sądzi, że umarli to sprawa umarłych, robaków, ziemi i miłosiernego Stwórcy, zatrzymuje tę opinię dla siebie. Mruczy tylko, jak ważna jest pamięć o tych, których już nie ma, lecz i z nią, jak ze wszystkim, nie można przesadzić. Jędrek siada i patrzy na ich wspólne dzieło. Zostaje sam. Czeka tak, aż zapadnie ciemność, a proporczyki stracą kolory, zlewając się w rząd czarnych zębów. Wówczas zapala nocną lampkę i zaczyna czytać o ćwiczeniach. Niektóre notuje w zeszycie. Markuje ruchy na sucho, cały czas zerkając na zdjęcia zamieszczone we „Flexie”. Zdejmuje koszulkę i sięga po hantle. 10. W piwnicy na Czarneckiego wszystko jest po staremu. Może ławeczka przetarła się trochę na rogach, bramka wygięła się w łuk, kasety leżą w nieładzie, i to tyle. Przeobrażeniu poddali się za to dwaj gospodarze. Lonsdale, wcześniej żylasta chudzina, przytył i wygląda teraz, jakby wlano weń wiadro wody. Przy każdym kroku kołysze się na boki i opowiada coś o maści na odparzenia i otarcia, którą musi wcierać w wewnętrzną stronę napuchniętych ud. Kłykcie Pit Bulla wciąż zdobią strupy, a ich właściciel odnosi się do nas z niechęcią. Daje do zrozumienia, że nie można przychodzić i odchodzić. Albo ćwiczymy, albo nie. Da nam jednak szansę. Oponę ma tak jak wcześniej, za to rozrósł się w barkach i wyłysiał. Płacimy, ile trzeba, dostajemy kluczyk do dorobienia, Lonsdale wyraża nadzieję, że


nie zrobimy sobie czegoś, i idzie na górę, a Pit Bull chce wiedzieć, czy potrafimy ćwiczyć. W końcu łatwo sobie zrobić krzywdę. Trening w wykonaniu Pit Bulla to suche komendy o tym, jak się ruszać i który mięsień kiedy pracuje. Stoję na brudnej wykładzinie w dresie i podkoszulku, macham hantelkami, a on chwyta mnie nad łokciem i tłumaczy, że powinienem ruszać tylko samym przedramieniem. Doradza zmniejszenie ciężaru, zapowiada jutrzejsze zakwasy i nieustannie strofuje. Sztanga wywija moimi rękoma, choć powinno być dokładnie na odwrót. Gdy wyciskam zza karku, ciężar zwycięża i hantle z hukiem uderzają o podłogę. Pit Bull poprawia, manipuluje moim łokciem, wbija pięść w dół kręgosłupa, wreszcie wycofuje się pod ścianę. Tam zamiera z muskularnymi ramionami skrzyżowanymi na piersi i chwali raz na jakiś czas: będzie dobrze, wujek. Nie podoba mi się ta zabawa. Jest jak boksowanie się z rzeką. Gdzieś między wypychaniem, wyciskaniem i ściąganiem do dołu gubię własne ciało. Ciężar szarpią mięśnie, które nie istnieją. Jędrek to co innego. Najpierw wali się kilka razy po pysku otwartymi dłońmi, tak żeby ruszyć z adrenaliną. Rozstawia nogi, ugina je w kolanach, wypina pośladki i wyciska sztangę pod sam sufit, zachowując pełną kontrolę ruchu: w górę szybko, w dół powoli, bo tak najciężej. Nawet Pit Bull patrzy na niego z podziwem: klasa, wujek, będą z ciebie ludzie. Wygłasza pochwałę systematyczności i przypomina, że w dzień treningowy lepiej odpuścić sobie alkohol, inaczej białka się nie zwiążą. Życzy pomyślnych wiatrów i znika, by zaraz powrócić z informacją, że dwa, trzy piwka nie zaszkodzą. Tak słyszał od prawdziwych kulturystów, których już nie ma. Bez Pit Bulla natychmiast tracę entuzjazm. Siadam na brzegu ławeczki, leniwie podnoszę ciężarek, a potem już tylko się na niego gapię. Jędrek ćwiczy ze stoperem, robiąc minutowe przerwy na przyspieszonym oddechu. Nie mogę zrozumieć, po co mu to, przecież rok temu nabijał się z Darka, że ćwiczy właśnie z takim zapałem. Chcę zapytać. Jędrek prostuje ramiona na modlitewniku i muszę mu pomóc. Odejmuję parę kilo w dwóch ostatnich ruchach. Razem odkładamy sztangę. – Ty, a widziałeś ostatnio Wesołego Fido? – dyszy. – Coś wcięło sukinsyna. Mówię, że wiem to co wszyscy. Ukąpany w Brdzie Wesoły Fido popędził na komisariat, gdzie zgłosił skargę, prosił o ochronę czy coś takiego. Gliniarze wysłuchali tych jęków i zawlekli biedaczynę na dołek, gdzie przesiedział parę tygodni. Nie wiadomo, czy znalazł sobie alibi, czy to legendarnie pełny portfel wyciągnął go z tej kabały, w każdym razie zarzuty oddalono i Fido wyrwał się z ula. Zniknął z radaru, nic o nim nie wiadomo. Niektórzy mówią, że zaszył się w jakiejś dziurze, ktoś tam widział go w Białymstoku, też w kurtce bombce, z petem i plikiem dwudziestozłotówek.


Zagaduję, czemu interesuje go ten cały Fido. Jędrek ćwiczy, zaciska zęby, wreszcie odpowiada: – A tak jakoś, po prostu. Ciekaw jestem, co teraz porabia ten przychlast. Nastawia stoper. Najwyraźniej stracił ochotę do rozmowy. Siedzi nieruchomo i gapi się w ścianę, jak to on. Jego ciało pulsuje, otwiera się na siłę. Wykonuje jeszcze kilka serii, na koniec rozciąga się prawie jak Van Damme w Krwawym sporcie. Siada i starannie bada swoje mięśnie. Przypomina mi się Darek nad jeziorem i później, w tej piwnicy, ale nie mogę za długo o tym myśleć, bo Jędrek mnie pogania. Lecimy do dyskontu po jogurt. 11. Jedynak pulsuje handlem pod okiem Hery i Ateny. W ciasnych boksach na piętrze sprzedają skórzane kurtki, płaszcze i garsonki. Chłopaki tłoczą się przed rzędami butów w sklepie sportowym. Przymierzają, dyskutują, lecz nikt nic nie kupuje. Naprzeciwko, u Dr. Martensa, tęga nastolatka o niemal zrośniętych brwiach zachwyca się błękitnymi glanami sięgającymi kolan, a gdy patrzy pytająco na ojca, jest jednocześnie zbuntowaną smarkulą i słodką dziewczynką. Klitka napchana koszulkami z nazwami zespołów pulsuje dźwiękami Bruk. Jędrek nawet nie spojrzy w tamtym kierunku, zjeżdża windą i bierze wózek sklepowy. Zerka za siebie. Upewnia się, że chodziło właśnie o to. Słowacy rozdają zielone ulotki. Łamaną polszczyzną opowiadają o cudownym specyfiku na odchudzanie, przybieranie masy i poprawę krążenia. Wypłukuje nawet kamienie żółciowe. Sklep komputerowy oferuje na raty wielkie monitory. Nad głową sprzedawcy ciągnie się rząd gier w wielkich papierowych opakowaniach. Są jak pudła po biovitalu na szafie staruchy. Drugi Quake, Sanitarium. Plakat Fallouta przedstawia człowieka w dziwacznym kasku, od którego odchodzą rurki, na tle miasta strawionego ogniem. Rozpala wyobraźnię, lecz Jędrek nie zwraca na niego uwagi. Puszcza panią Krysię przodem i wchodzi za nią do marketu. Pani Krysia bardzo się spieszy. Narzeka, że będą kolejki, że tyle jest do zrobienia i niepotrzebnie tutaj przyszli. Jędrek tylko się uśmiecha i pcha wózek tak wolno, jak tylko może. Sunie między półkami, jakby brnął przez kisiel. Pani Krysia ogląda dokładnie każdy towar, sprawdza datę ważności i cenę. Odkłada na półkę słoik oliwek. Jędrek śmieje się i na jej oczach ładuje oliwki z powrotem do koszyka. To samo dzieje się przy serach i na stoisku mięsnym. Z każdą kolejną kaszą, herbatą Tetley i wiązką makaronu krok pani Krysi staje się bardziej sprężysty, a nim dojdą do ubrań w koszach, jej twarz zdąży odmłodnieć, powróci na nią uśmiech. Wybiera spodnie dla męża, pyta Jędrka, czy będą dobre, i zaraz wybiera drugą parę, tym razem


dla niego. Chce, aby Jędrek miał coś z tej wyprawy, lecz ten nie chce o tym słyszeć. W domu pani Krysia siada, łapie oddech i zaraz zaczyna rozpakowywać. Jędrek delikatnie odsuwa ją od siatek. Nastawia wodę na herbatę i sam opróżnia siatki, dzieląc ich zawartość pomiędzy szafkę, lodówkę i stół, na który kładzie wszystko, co przyda się na obiad. Rozpala gaz na kuchence, wybiera wąski, długi nóż, oczyszcza kurczaka ze ścięgien i błon. Jednocześnie przysmaża cebulę i kroi mięso. Kawałki są jak kostki do gry. Po chwili bielą się już na oliwie, a ruchy Jędrka szatkującego warzywa stają się szybsze, mechaniczne – pani Krysia nie może oderwać wzroku od żył na jego dłoniach, od purpurowego paznokcia opierającego się o trzonek. Do stołu zasiadają razem z panem Arturem, który przywlókł się z biura, i Beatą, wściekłą, że nie może zjeść w pokoju. Kurczak z warzywami dymi z patelni. Każdy nabiera z talerza tyle ryżu, ile chce. Do picia woda i sok. Pan Artur opowiada o pracy i głupich ludziach, z którymi musi się użerać, pani Krysia chwali nowego pomocnika, a Beata wbija w talerz piegowaty nos. Z każdym kolejnym kęsem rozmowy cichną, by zamilknąć zupełnie. Jędrek jaśnieje na swoim krześle, tak że reszta rodziny zmienia się w cienie. Każdy bierze dokładkę. Siedzą teraz z ciepłym ciężarem w żołądku. Jędrek ociera usta i ma oczy jak gwiazdy, a pana Artura przechodzą dreszcze. Po raz pierwszy od roku siedzą przy tym stole we czworo. 12. Proporczyki zasłania teraz worek bokserski zawieszony pod sufitem. Pod oknem stoi czarny bmx. Jędrek podniósł siodełko, ale rower i tak jest za mały. Kupiono go dla kogoś dużo niższego. Nawoskowany, błyszczy się jak kwarc. Opony dokładnie wyczyszczono. Jędrek siedzi nieruchomy na łóżku, spogląda na worek oskrzydlony przez proporczyki. Pomarańczowe światła Fordonu odbijają się w ramie roweru. Za ścianą pan Ryszard odpowiada na zew prostaty i wraca do łóżka. Zapada wyczekana cisza. Jędrek na palcach idzie do przedpokoju, powoli przekręca zamki i jest już w korytarzu dzielonym z rodziną Dagmary. Zerka za siebie. Spomiędzy starych ubrań, spod butów, bamboszy i kaloszy wydobywa pudło z odżywką Megabull. Niesie je przed sobą jak marynarz w reklamie Baltony. Zamyka drzwi, znika w pokoju. Biały proszek sięga najwyżej do połowy ogromnego pudełka. Jędrek nabiera trochę do miarki i sunie do kuchni niczym muskularny upiór. Być może mieszkają w nim duchy dawnych wojowników; coś na pewno mieszka. Choć blender jest na wyciągnięcie ręki, Jędrek wlewa do szklanki mleko i miesza tak, by miarka nie uderzała o ściankę. W mleku rosną bladożółte grudy. Megabull ma smak waniliowy, dla Jędrka jest jak piach. Przełyka


szybko, płucze szklankę i już jest u siebie. Rozgląda się po pokoju. Próbuje upchać odżywkę w szafie, lecz drzwi nie chcą się domknąć. Za kanapą się nie zmieści. Chce odnieść megabulla na korytarz, lecz z sypialni rodziców dochodzi mamrotanie i pogarbiony Jędrek wycofuje się spod samych drzwi. Ostatecznie odżywka trafia w głąb kanapy; rano przykryje ją pościelą. Siada i spogląda przed siebie, jakby ściana miała zmienić się w drzwi, przez które wyjdzie na wolność. 13. Listonosz to granatowy jeździec przynoszący zarazę w kopertach pokrytych pieczątkami. Jego drobna sylwetka widziana przez judasza zwiastuje szczury wezwań komorniczych, szarańczę zaległych rachunków, wężowiska firm windykacyjnych. Wyłączą prąd, pospadają elektryczne gwiazdy i pomrzemy w ciemnościach. Kroki tego posłańca rozpoznaję jeszcze na schodach. Dudnienie jak łomot w grobową deskę. Trzymam się nadziei, że wybiera się na wyższe piętro, a gdy słyszę go w naszym korytarzu, proszę boga wszystkich dłużników, by zwiastował nieszczęście sąsiadom, a nie nam. Próżny trud. Kroki zamierają przed naszym progiem, brzmi stukanie, bo dzwonek nie działa. Nieruchomieję. Nie chcę, by zdradził mnie nawet najlżejszy szmer. Może diabeł odstąpi? Lecz tatko podnosi się na łokciach i każe mi otworzyć. Listonosz nigdy nie przyniósł niczego dobrego, tato jednak ma pewność, że tym razem będzie inaczej, że los się odmienił. Gdy listonosz pyta o ojca, odpowiadam, że jest, lecz raczej nie podejdzie. Niewesoły los kanalarza z Jasnej pozostaje wiadomy naszemu listonoszowi. Patyczkowata dłoń nurkuje w torbie, słyszę, że mam coś podpisać, i nim połapię się, co jest grane, stoję na progu, ściskając osiem stówek i garść bilonu, i patrzę na granatowe plecy malejące w korytarzu. Jak żyję, nigdy nie trzymałem tylu pieniędzy naraz. Stówki są grube, wypukłe. W dotyku przypominają ludzką skórę. Nim się zastanowię, już jestem przy ojcu i rozkładam wachlarz królów. Tatko natychmiast przejmuje pieniądze, pewno zaraz wepchnie je w kieszeń, lecz tak się nie dzieje. Mówi, żebym zatrzymał bilon. Przelicza setki i zatrzymuje jedną. Pozostałe muszę dać pod wazon, na meblościankę. Niech mama się nimi zaopiekuje. Tę ósmą tatko miętosi w paluchach. Przesuwa się na brzeg łóżka. Wręcza mi banknot i prosi, bym natychmiast leciał do Modelarza na Wąską. Tak, zdaniem mojego tatusia, powinno się postępować. Pieniądze pójdą na życie, poza tą stówką. Tę stówkę zainwestujemy! Biegnąc Jasną, wpadam na naszego listonosza. W słonecznym świetle wygląda inaczej, ma rumianą cerę i dobrotliwie pomarszczone czoło.


Macham do niego i wołam, tak by wszyscy słyszeli: dobrego dnia, panie doręczycielu! 14. Grób Darka widać z daleka, obłożony kwiatami i wysokimi zniczami. Gdyby nie attyka z piaskowca, można by pomyśleć, że pochowali go wczoraj. Inne nagrobki wyglądają jak ubodzy krewni, zresztą nikną w wiosennej trawie. Nad Darkiem pochyla się wierzba płacząca, w strugach jej liści figlują sobie ptaki i wiewiórki. Im bliżej grobu, tym bardziej plącze się krok pani Krysi. Jędrek podąża za nią, gotów, by podtrzymać. Targa torbę pełną zniczy, płyn, szmatkę i zmiotkę z drewnianą rączką. Nad grobem pani Krysia mówi, co i jak, a Jędrek spełnia jej polecenia. Więdnące kwiaty wynosi na górę śmieci przy alejce obok. Dzieli lampki podług wytopionych wkładów – do zapełnienia, do wyrzucenia. Świeże kwiaty i wciąż palące się znicze przenosi na podmurówkę, zamiata, sięga po płyn i ścierkę. Pani Krysia chce mu je wyrwać – tylko ona wie, jak to zrobić. Gwałtownie przyklęka, podpiera się na rękach i walczy o oddech. Jędrek pomaga jej się podnieść. – Ja wszystko zrobię, ja chcę to robić, ciociu, bo tyle tylko można, nie tak? Pani Krysia stoi jak pośrodku kry niesionej ospałym nurtem, za to Jędrek szoruje grób, wydobywa błysk. Ludzie zdążający ku swoim trupom odwracają głowy w stronę tej dwójki: tak, to ta kobieta nieszczęsna, nigdy się nie podniesie, ja nie przeżyłabym takiej straty. Pani Krysia wyznaje głęboką wdzięczność Jędrkowym plecom. Męża nie może tutaj zaciągnąć, bo pan Artur płacze i ucieka z cmentarza. Ma sny. Martwy Darek woła go z grobu. Martwy Darek chce się z nim bawić. Martwy Darek zadaje pytania, na które nie ma odpowiedzi. A ona sama nie da rady dobrze posprzątać, choć się stara. Jędrek już skończył. Kwiaty ułożone, płoną wymienione wkłady. Jędrek staje przy cioci, robią znak krzyża. Podają sobie modlitwę, słowo za słowem. 15. Pod Blankami czuwa teraz żylasty chłopak o niezdrowej cerze, z fioletową plamą oplatającą oko. Przepadła Czarna Owca. Zamiast Księżniczki, Bliźniąt i młodego bandyty auta pucują inni młodzi, zaniknął też podział pracy. Kostropata banda leci jeden przez drugiego w stronę świeżo wyklepanego opla, wymijając w ostatniej chwili Jędrka i Beatę. Beata unosi ramiona, jakby bała się, że zostaną przetrącone, i mówi, że z tą zbieraniną powinno się coś zrobić. W prawdziwych miastach tacy ludzie są nie do pomyślenia.


– Co jest w prawdziwych miastach? – pyta Jędrek. – Byłaś w którymś? Wódz Fioletowa Plama drze się na swoje plemię, żeby myli jakoś składniej i nie wszyscy naraz, na miły Bóg. Zostawiają go za plecami. Beata mówi, że odwiedziła dwukrotnie Warszawę, raz z wycieczką szkolną, raz była u cioci, i niedługo pojedzie ponownie, do koleżanki. Ale Warszawa to nie prawdziwe miasto, choć może kiedyś nim będzie. Na pewno jest lepsza niż Bydgoszcz. W prawdziwych miastach nie znajdziesz cuchnącej bramy, tylko sklepy, kawiarnie i restauracje. Ludzie noszą tylko nowe ubrania i piją wino do obiadu. Skręcają w prawo i już są na Długiej, obrośniętej w pizzerie i składy tanich ciuchów. – Ja tam sobie myślę, że wszystko przyjdzie z czasem. A taka dziewczyna jak ty to sobie poradzi wszędzie na mur-beton. Przystają. Beata przygląda się Jędrkowi, trzepocząc rzęsami. Zauważa, że bardzo się zmienił, kiedyś był szczylem, a teraz to co innego. Pyta, czy chodzi na siłownię, na co Jędrek spuszcza wzrok, pąsowieje od jej śmiechu. Ruszają Długą, a Beata chce wiedzieć, co go tak przemieniło, dopytuje, czy z kimś się umawia. – No trochę działam sobie, tu i tam – wyznaje Jędrek, nie podnosząc głowy. – Tylko jakoś ogarnąć tego nie umiem, raz tak, raz siak. Przejdę się z dwoma koleżankami, to jedna się na drugą złości, a dla mnie są strasznie miłe. Potem, jak widzimy się solo, no to mi się obrywa. Jak się staram, źle. Nie staram się, też nie najlepiej, tylko wiesz, z koleżankami jest mi okropnie fajnie i nie chcę z tego rezygnować. No wybacz, że tak o tym mówię, kogo mam się radzić, jak nie siostrzyczki? Beata próbuje się nie roześmiać, co wychodzi jej średnio. Mówi do Jędrka, że niewiele wie o dziewczynach. Nie spodziewała się tego po nim, myślała, że jest bardziej zaradny, pewny siebie. Kierują się w stronę rynku. Beata postanawia wyznać Jędrkowi wielki sekret. Dziewczyny są różne, ale każda bez wyjątku najbardziej na świecie pragnie mieć chłopaka. – A ty masz? – pyta Jędrek. Idą obok siebie przez płytę rynku. Beata zostaje trochę z tyłu. Mówi, że ciągle czeka, a to dlatego, że w Bydgoszczy nie ma porządnych chłopaków. W prawdziwych miastach są. – No, ja to bym chciał, żebyś jedno wiedziała: że jesteś bezpieczna. Póki ja jestem, nikt ci krzywdy nie zrobi. – Milknie, wciąga policzki i rzuca: – Siądziemy na chwilę? Na białych obrusach stoją popielniczki z logo Żywca na dnie. Ściany pokrywa ciemne drewno, czerwona twarz kelnera tryska z nakrochmalonego kołnierzyka, zaś Beata nie chce nic jeść, a jeśli już, to tylko ciastko. Dziewczyny niewiele jedzą, jej zdaniem Jędrek na pewno to zauważył. Jędrek kiwa głową, materializuje się kelner, podsuwa kartę i czeka, aż wybiorą. Beata nie może się zdecydować.


– Może dwie kostki brzoskwiniowe – proponuje Jędrek – i po kieliszku wina. – Kelner robi minę, jakby zamierzał poprosić o dowód, lecz w końcu tego nie robi. Odchodzi krokiem człowieka zmaltretowanego. Jędrek kładzie dłonie na stół. – Kostkę brzoskwiniową okropnie trudno zrobić, no ale jak się uda, normalnie niebo w gębie. Zdziwienie utrzymuje się na twarzy Beaty do momentu, gdy kelner stawia przed nimi napełnione kieliszki i talerzyki z deserem. Dziewczyna ledwo moczy usta, następny łyk jest głębszy i przywołuje rzadko widziany uśmiech. Mówi, że to wcale nie było potrzebne, choć jest jej bardzo miło. Jeszcze nigdy nie piła wina w restauracji. – Ja tam mogę siedzieć w Bydgoszczy – Jędrek podejmuje poprzedni temat i śmieje się z pełnymi ustami: – Kto cię tam będzie doglądał w prawdziwym mieście? Mi dobrze, jak jest, skończę szkołę i pójdę na żołnierza. Co, źle? Lubię rower i siłownię. W ogóle sport lubię. Zbieram trochę proporczyki sportowe, tylko ostatnio nie bardzo mi się chce. Chyba wyrosłem. W sumie to nie wiem, czego chcę. W piłkę bym pograł, tylko nie ma z kim. Jeszcze wina? Zamawia drugi kieliszek dla Beaty, sam zostaje przy jednym. Beata je ciastko małymi kęsami. Bardzo jej smakuje. Mówi, że czuje się zaskoczona, Jędrek jest taki niezależny, w końcu mało kto w jego wieku odwiedza restauracje. Jej brakuje właśnie niezależności. Chciałaby mieć więcej forsy. Chciałaby wychodzić, kiedy chce i z kim chce, rodzice nawet by ją puścili, ale w domu jest różnie. Ojciec czasem przynosi dużo, a czasem mało pieniędzy. Nie może się doczekać, aż sama pójdzie do pracy. Kupi sobie czas, kupi wszystko, czego potrzebuje. Tylko musi jeszcze poczekać. Czekanie jest trudne, miesiąc wlecze się jak rok. – Poczekaj – prosi Jędrek. Schyla się do plecaka. Na koniuszkach palców rozprostowuje bluzeczkę z frędzelkami u dołu, na której widnieje amerykańska flaga. – To, żebyś miała na ten swój wielki świat, kuzyneczko! Beata mówi, że nie przyjmuje takich prezentów, ale nie może oderwać oczu od bluzki. 16. Ojciec jest zdania, że cały kult Sucharskiego z Westerplatte to pic na wodę, fotomontaż, bo chłop zwariował ze strachu, chciał się poddać, więc poleciał na dołek, skąd wyszedł tylko po to, by odbierać gratulacje od Niemców za pseudobohaterstwo. Tymczasem generał Abraham, który w pierwszych dniach wojny wdarł się na teren Rzeszy, jakoś nie ma pomników. Tatko oburza się z tego powodu, garbi się i wycina z ramki jasnobrązowe podwozie czołgu Sherman. Urywanie takich części to częsty błąd, mówi, a także sposób na rozróżnienie prawdziwego modelarza od amatora. Piłuje


wypustki po złączeniach, trze papierem ściernym i podsuwa mi pod nos. Wskazuje na linię cienką jak włos, biegnącą wzdłuż krawędzi. Teraz ją wyrównamy, zniwelujemy błąd niedbałego producenta. Pytam, czy to dlatego, żeby części dobrze się skleiły. Wzrok taty daje mi do zrozumienia, że jeszcze wiele muszę się nauczyć. Linia zniknie między kadłubem a podwoziem, lecz on, mój tatuś, będzie wiedział, że ona tam jest. Siedzę obok i manewruję lampką nocną, z której ściągnięto klosz. Tatko tłumaczy, jak powinienem się ustawić, żeby zapewnić odpowiednie światło. Wydłużają się cienie. Tato opieprza mnie z miłością, ujmuje za nadgarstek, ustawia, a mnie robi się głupio ze względu na niedawne myśli. Tak nie można. Musiałem być bardzo zmęczony. Dowiaduję się, że Sherman to bardzo popularny model i na pewno widziałem go w jakimś filmie wojennym. Tatko wykrawa kolejny fragment i pyta, czy wiem, czym właściwie był czołg dla żołnierzy. Otumaniony, chory ze wstydu, tylko kręcę głową. Tatuś odkłada skalpel i obraca głowę w moim kierunku. Cienie kładą się mu w oczodołach, pogrubiają zmarszczki. Otóż żołnierze spali w czołgu, jedli w czołgu i sraliby w nim, gdyby tylko mogli. W takim shermanie gniotła się ich piątka. Prosi, żebym spróbował to sobie wyobrazić, a potem wrzucił granat w środek tego wyobrażenia. Pancerny sherman fajczył się jak stóg siana. Żołnierze gotowali puszki przy rozgrzanych rurach wydechowych i trzymali wino w lukach na amunicję. Hodowali żywe kury w wieżyczkach. Tato pyta, czy już zrozumiałem, nie czeka, aż odpowiem, i wyjaśnia. Czołg był domem. Szlifuje kolejną część i kładzie obok poprzednich. Nabiera klej na wykałaczkę, a jego roztrzęsiona dłoń uspokaja się, gdy tylko wacik dotknie plastiku. Smaruje i gada o tym, że nikt sobie domu nie wybiera, przecież mało kto pchał się do takiego czołgu, gdzie śmierdziało gazem prochowym. Po prostu przyjął go jak swój dom i żył w nim, troszcząc się o kolegów. Tak jest z każdym domem, uważa mój ojciec, dopasowując części poharatanymi dłońmi, nie można go zmienić, ale ulepszyć – owszem. Ci sami żołnierze, którzy przeklinali długie miesiące spędzone w czołgu, spotykali się po wojnie i wspominali tamten czas z rozrzewnieniem. Zauważam, że tak robili tylko ci, co przeżyli. Zdumienie na twarzy tatusia gładko przechodzi w uśmiech. Przyciąga mnie ku sobie, prosi, bym poświecił tu i tu. Dodaje, że czasy są inne i domy już nie płoną. 17. Jędrek ogląda nóż przed bramą do nawiedzonego domu. Rdzawa rynna, wcześniej wygięta, teraz przylega do ziemi, pochylone drzewo również się pogarbiło. Z szyb na pierwszym piętrze zostały szklane kły, przez ścianę


frontową biegnie gruba rysa, w drzwiach balkonowych na pierwszym piętrze tańczy promyk świecy. Nóż to zwyczajny sprężynowiec o ostrzu długim na palec. Jędrek zwalnia blokadę, sprawdza ostrość czubka i nóż wraca do kieszeni. Przeskakuje przez siatkę. Szkło chrzęści pod wojskowym butem. Jędrek niknie w cuchnącej sieni i zaraz kieruje się na piętro. W ciemności tupta jeż, płoszy się wiewiórka. W pokoju wciąż wala się obudowa komputera, monitor, dyskietki, ale na drzwiach prowadzących dalej teraz brakuje kłódki. Jędrek naciska klamkę i jest już w środku. Na biurku zawalonym papierami płonie świeca. Klaser zniknął z regału, za to półki zapełniają puszki z fasolą i trochę książek. Z kanapy obłożonej kartonami, butelkami po piwie i papierowymi talerzami z resztkami jedzenia zrywa się Wesoły Fido i błaga Jędrka, aby nie robił mu krzywdy. Szeleszczący czarny dres, który ma na sobie, raczej nie pasuje do rozciągniętego swetra i brudnego kołnierza koszulki polo. Jej właściciel zarósł i bardzo schudł. Wymachuje łapami o długich, brudnych paznokciach. Powtarza swoją prośbę i cały się trzęsie. Jędrek wyjmuje z kieszeni gołe dłonie i unosi przed siebie. – Ja pana nie skrzywdzę. Ja tylko chciałem pana odwiedzić. Oczy Wesołego Fido mogłyby należeć do starca. Wskazuje Jędrkowi krzesło, sam zwala się z powrotem na kanapę. Przeprasza, bo powinien zaproponować coś do jedzenia, do picia, lecz niczego nie ma. Skończył się highlife, zdechło dolce vita. Mówi, że został zaszczuty i opuszczony. Przysięga, że nie zabił tego chłopca z Jasnej ani nikogo innego. W ogóle nikogo nie skrzywdził, nigdy, żadnego dziecka, co to, to nie. Lubi chłopców. Młodych dorosłych, ale nie dzieci, tak się zarzeka. Nie należy do tych zboczonych skurwysynów. Po twarzy płyną mu łzy. Przecież nastolatki marzą tylko o seksie. Dziewczyny w ósmej klasie podstawówki mają starszych chłopaków i nikt się temu nie dziwi. Płacze, że nigdy nikogo nie zgwałcił, nawet nie pozwolił się dotykać, choć niektórzy wręcz chcieli. Dawał pieniądze, dawał odrobinę przyjemności, to wszystko, a teraz jest znienawidzony. – Ja pana nie wydam – mówi Jędrek. – Ani policji, ani tym, co pana wrzucili do Brdy. Wesoły Fido sięga po wygazowane piwo i wyznaje, że się nie boi. Psy wpierdoliły mu na dołku, odstępując jednocześnie od zarzutów. Bydgoszczanie zapomnieli. Nic nie obchodzi ich już chłopiec z Jasnej, a jego, Wesołego Fido, ścigają dużo groźniejsze demony. Prosi, by Jędrek pogrzebał w papierach. Niech przeczyta którykolwiek z nich. Jędrek najpierw musi sięgnąć po świecę. Czyta jeden dokument, potem kolejny. Już wie. Listy komornicze i pisma od firm windykacyjnych, monity z banków, upomnienia, wezwania sądowe, wyroki i odmowy umorzenia kierowane do Wacława Korczyńskiego. Niżej leżą umowy kredytowe zawarte z


bankami, kasami pożyczkowo-oszczędnościowymi i zwykłymi lichwiarzami, których ogłoszenia można znaleźć na każdym słupie w Bydgoszczy. Jędrek przerzuca te papiery, próbuje liczyć, a Wesoły Fido rechocze ze swojej kanapy: próżny trud, to pętla, która musi się zacisnąć. Przynajmniej przez moment żył jak człowiek. A teraz wylądował tu. Rozkrzyżowuje ramiona i pokazuje swoje ostatnie, przedśmiertne królestwo. – Więc to tak – mówi Jędrek, ściskając plik wezwań i umów kredytowych. – A myśmy myśleli, że pan jesteś syn posła albo milioner z Warszawy. Wesoły Fido szyderczo rechocze, lecz błysk w jego oku zdradza, że miał swój udział w powstaniu tych plotek. Śmiech milknie, gdy Jędrek odkłada umowy i idzie przez pokój, mocny jak cyborg, w bawełnianej bluzie i dżinsach opinających masywne uda. Fido aż siada na ten widok, mówi, że dobrze, że tak chyba być musi, lecz głos mu się łamie. – Nie bój się pan – mówi łagodnie. – Naprawdę nic panu z tej kasy nie zostało? Bo ja bym dwie dychy przytulił, jak się da. Mija chwila, nim Wesoły Fido zrozumie, o co chodzi. Unosi swoją głowę wygłodniałego zwierzęcia i wbija w Jędrka mokre oczy. Jego dłonie buszują po kieszeniach telepane lękiem, że te dwadzieścia złotych gdzieś się zapodziało. Wyjmuje zmaltretowany banknot. Zsuwa się na brzeg kanapy i czeka, pogarbiony, z zadartą głową. Jędrek machinalnie wpycha forsę w big stary, bierze głęboki oddech i rozpina pasek. Blask świecy spada mu na kark i może przez to właśnie jego twarz jest zupełnie czarna. 18. Jest późno. Bloki jak rozsypana ciemność. Właściciele psów zaprowadzili do domów swoich podopiecznych, młodzi zdążyli się spić i wkrótce nastanie ich pora. Jedzą mentosy kupione na spółę i pokazują, jak chuchać, jeśli rodzice nabiorą podejrzeń. Dmuchają w dłonie cierpkim powietrzem, a inni, starsi, którym wolno więcej, rozpijają browara po skończeniu półlitrówki. Będą zionąć piwem, a nie wódką, jedno piweczko piłem, tatku, nie więcej. Przy śmietnikach kręcą się lisy i kuny, koty wypełzają z piwnicznych okienek i buszują w ogródkach ogrodzonych niskim płotem, rozstawionych przy blokach. Jędrek nadciąga od strony przystanku, przy którym zatrzymuje się nocny, i pruje przed siebie, jakby Fordon nie istniał. Gwałtownie skręca przed zaparkowaną nyską, jakby zobaczył ją w ostatniej chwili. Przeskakuje płotek i tratuje kwiaty. Jego krok jest krokiem maszyny, zaprojektowanej w jednym celu i niemożliwej do zatrzymania. Kieszenie flejersa pęcznieją od zaciśniętych pięści. Nie ogląda się za siebie.


Jak zawsze zdejmuje buty we wspólnym korytarzu, powolutku przekręca zamek i próbuje wśliznąć się do środka, gdzie paraliżuje go światło. Rodzice, oczekujący w pokoju dziennym, są niczym skład sędziowski, który wydał wyrok, nim nawet doprowadzono skazanego. Pan Ryszard pyta syna, czy mimo późnej pory znajdzie czas na krótką rozmowę. Jędrek w milczeniu rozbiera się do podkoszulka i staje po drugiej stronie stołu, choć wskazano mu krzesło. Pani Hania kręci głową i głośno wspomina trud włożony w wychowanie tak krnąbrnego chłopca. Widzi, jak on, jej syn, się stara, a jednak czasem opadają ręce. Jakieś piwko, papieros na klatce schodowej by jeszcze zrozumiała. Ale sterydy? Kim on chce zostać? Tępym Schwarzeneggerem? Przecież tak go kocha i wie, że jest dobrym chłopcem. Z niemałym wysiłkiem pani Hania stawia na stole potężne opakowanie megabulla i trajkocze o tym, że wątroba sterydziarzy osiąga rozmiary płodu w dziewiątym miesiącu i wysiada przed trzydziestką. Po co ci to, synuś? Chcesz mieć większą trumnę? Tak dziękujesz za miłość? Pani Hania płakała od piątej po południu, kiedy znalazła tę truciznę w tapczanie. Zna i inne konsekwencje: zwiększoną agresję, brak snu, zniszczony żołądek. I kontakty z przestępcami sprzedającymi ten biały jad. Jędrek spuszcza głowę. – To tylko odżywka, mamuś. Ze sklepu. Pani Hania ma swoje zdanie na ten temat. Niedawno w Bydgoszczy złapano chłopaka, który fałszował recepty na sterydy i sprzedawał kujawskim Arnoldom. Pan Ryszard wydyma policzki, jakby trzymał w nich wrzątek, a pani Hania dzieli się z synem wewnętrzną rozterką: chciała sama wyrzucić to świństwo, lecz lepiej będzie, jak zrobi to Jędrek. – Dobrze, mamuś. – Jędrek przejmuje opakowanie. Rodzice przyglądają się, jak wysypuje jego zawartość do muszli klozetowej. – No to teraz szczury kanałowe se popuchną. – Śmieje się, spuszcza wodę. – Mogę już iść? Miękka figura ojca tarasuje wyjście z ubikacji. Pan Ryszard wymachuje numerem „Flexa”. Na okładce mężczyzna spalony jak skwarek pręży gigantyczne muskuły. Pan Ryszard obwieszcza, że wie, skąd u Jędrka zainteresowanie tym chorym sportem, skąd pociąg do trucizn. Gazetę dał mu pan Artur albo ktoś inny z tej nieudanej gałęzi rodziny. Własnego syna nie upilnował, to teraz bierze się do Jędrka, nieudacznik, dureń. Jędrek spokojnie słucha, a pan Ryszard wydziera się, że wie wszystko. Po co wizyty na Jasnej? Czemu spotkania z Beatą? Poczerwieniały, opiera się o framugę i krzyczy, że Jędrek swoją rodzinę ma tutaj, nigdzie indziej, nie każdy, kto należy do ich rodziny, sobie na to zasłużył. Najpierw ten nieuk i tuman Krzysiek Hoppe, a teraz oni. Czy Jędrek musi poszukiwać wzorców wśród gorszych, a nie lepszych od siebie? Pan Ryszard rozpościera ramiona, opierając dłonie o framugi, i podsuwa jedyne możliwe rozwiązanie. Kontakty z panem Arturem, jego żoną i córką muszą się skończyć, dość wizyt na Jasnej. Wtedy Jędrek mówi po prostu:


– Nie. Stoi naprzeciw ojca, ściskając puste opakowanie po megabullu. Pan Ryszard ze śmiechem informuje, że Jędrek nie ma tutaj nic do gadania i musi podjąć jedyną słuszną decyzję. Inaczej nawet nie wyjdzie z łazienki. Podkreśla, jak to się zawiódł na synu, na wyborze szkoły i złym towarzystwie, mówi coraz szybciej, w końcu wraca do krzyku, a Jędrek wali go w głowę opakowaniem po odżywce. Nim pani Hania pojmie, co się dzieje, pan Ryszard trzęsie się, dociśnięty do ściany. Próbuje coś powiedzieć, lecz nie może, bo dłonie Jędrka ściskają mu gardło. Pan Ryszard wybałusza oczy, próbuje rozerwać uchwyt, obłapia nadgarstki. Równie dobrze mógłby mocować się z niedźwiedziem. Jędrek wypełnia sobą cały przedpokój, a światło z ubikacji układa się na jego plecach w skrzydła. Tak musiało właśnie być, ten blask i aureola opromieniające najsilniejszych. Syn wymierzający sprawiedliwość. Za Jędrkiem piętrzą się cienie zaszczutych chłopców, którym zabrakło tej odwagi: główki o postrzępionych włosach, utkane z cieni. Przyciskają do ust czarne piąstki. Wśród nich jestem też ja i widzę to wszystko: głowę pana Ryszarda czerwoną jak wrzód, wyrastającą z kołnierza zaciśniętych dłoni. Pani Hania wrzeszczy na Jędrka. Próbuje rozluźnić uchwyt. Kopie syna w kostkę, bije po szerokich plecach, błaga, by się opamiętał, lecz ten nawet na nią nie spojrzy. Rozluźnia uchwyt i pan Ryszard opada na cztery łapy, pies, nie człowiek, odpełza i szczeka charkotem. Teraz stoją naprzeciw siebie, matka i syn. Pani Hania próbuje coś powiedzieć, lecz nie potrafi. Rozchodzą się jednocześnie. Jędrek siada na łóżku u siebie, pani Hania nalewa sobie wody i gapi się przez kuchenne okno. Jej mąż leży na kanapie i próżno woła pomocy, a dzieci, miliony dzieci rozpływają się w półmroku korytarza. 19. Jędrek wygląda, jakby pełnił wartę. Spaceruje od ściany do ściany, zaplata ręce na plecach. Zerka do jasnego wnętrza sklepu, kręci głową, a potem się śmieje. Beata co chwila wyłania się spomiędzy rzędów ubrań, pokazuje spodnie, bluzkę, sukienkę, kiwa na niego, żeby podszedł, lecz Jędrek ani myśli się ruszyć. Zmienia zdanie, dopiero kiedy Beata staje przed kasą. Błyskawicznie rusza przed siebie, chwytając za portfel. – Ja to normalnie nie mogę wytrzymać na takich zakupach, rozumiesz, siostra, co nie? Wielki świat to występ krakowskiego kabaretu, choć Beata ma wątpliwości, czy Kraków jest prawdziwym miastem, czy może jednak nie. Siadają w półmroku. Na skąpo oświetlonej scenie chuda blondynka wyjękuje pieśni miłosne. Jej czarnowłosa koleżanka wycina na skrzypkach,


facet w cylindrze opowiada dowcipy, a jego wysoki kolega z wielką brodą śpiewa z taśmy, mechanicznie ruszając ustami. Wszyscy są bardzo kolorowi, spowici dymem. Nad sceną unoszą się balony, a aktorzy kłaniają się publiczności, brawom nie ma końca. Jędrek puszcza Beatę przodem. Idą obok siebie, na tyle daleko, by nie mogli chwycić się za ręce. – Tę blondynę to widziałem w telewizji – przypomina sobie Jędrek. – W tym takim przedstawieniu, co są strażacy i taki jeden ksiądz. No tam nie było tak smętnie, co to, to nie. Jędrek idzie posłusznie za Beatą między półki drogerii na Łokietka. Dziewczyna co chwila bierze coś do ręki: farbę do włosów, tusz do rzęs, perfumy. Odwraca się, pyta, czy może, i ładuje do koszyka. Przy kasie przeprasza, bo tak dużo wyszło, próbuje odłożyć rexonę z powrotem na półkę, ale Jędrek powstrzymuje ją zdecydowanym gestem – przecież przyszywana siostrzyczka musi wyglądać najpiękniej. 20. Pan Artur wciąż nie potrafi wejść do pokoju swojego syna, więc to pani Krysia pokazuje, co i jak. Musimy opróżnić szafy i półki. Książki i zabawki pójdą do piwnicy, chyba że Jędrek pragnie coś zatrzymać. Ubrania zaniesiemy do Caritasu – w ten sposób będą znów potrzebne. O szesnastej śmieciarze przyjadą po meble, więc musimy się wyrobić. Zapewne nie zdążymy do zmroku z pierwszym malowaniem. Jędrka widzę po raz pierwszy od paru tygodni. Uświadamiam sobie, jak bardzo się zmienił, jak bardzo się stęskniłem. Wypiętrzyła mu się klatka piersiowa, mięśnie ramion przypominają kule bilardowe, posypał się zarost. Rusza się pewniej, jakby ćwiczył każdy skłon, każde wyciągnięcie ręki. Książki z półek lądują w kartonowych pudłach. Wziąłbym coś dla ojca, lecz nie śmiem spytać. Jędrek chce opróżnić szafy jak najprędzej. Zbieram się na odwagę, grzebię w ubraniach. Dżinsy, spodnie dresowe na pewno są za krótkie, ale w białą bluzę pumy jakoś bym się wcisnął. Myślę o kurtce zimowej, sweterku. Takich rzeczy zawsze brakuje. Worki na ciuchy zapełniają się coraz wolniej, Jędrek orientuje się, w czym rzecz, i mówi: – Bierz se, no pewnie, co się będziesz szczypał. Pingwiny zaraz pogonią to do szmateksów. Nie mogę. Bluzę wkładam do worka, na kurtkę nawet nie patrzę. Jędrek wynosi ubrania do przedpokoju, wraca z sernikiem i kakao – musimy odsapnąć, bo się zarżniemy. Nawet nie wiem, co słodsze, ten sernik czy kakao. Łączę te smaki, wcieram językiem w podniebienie. Tymczasem Jędrek już pochłonął swoją porcję i nie ma nic przeciwko zarzynaniu. Z dna szafy, zza mebli, spod łóżka wyjmujemy skarby i ich odłamki. Znajduję


paczkę caro z jednym brakującym papierosem, karteluszek z imieniem dziewczyny i numerem telefonu. Są samochody z gum Turbo, komiksy o Spidermanie i Lobo, wydane w cienkich zeszytach, polskie podróbki figurek z serii o He-Manie. Szkieletorowi odpadła ręka, zgubił się miecz. Jędrek wydobywa plik gazet spod materaca. Ze śliskich okładek „Catsa”, „Fantasy”, „Twojego Weekendu” spoglądają półprzytomne dziwki o sztucznych biustach. Nim zdążę coś powiedzieć, Jędrek ładuje wszystko do plecaka. – Na prostych dłoniach – powtarza, gdy idziemy po schodach. – Na prostych dłoniach, na prostych, inaczej się zajebiesz. Najpierw targamy pudła. Jędrek nałożył sobie trzy, ja przy dwóch się chwieję. Przez otwarte drzwi widzę panią Krysię ładującą worki z ubraniami do samochodu. W piwniczce zalegają wspomnienia po pomysłach pana Artura: pudła pełne kaset magnetofonowych, których już nikt nie chce kupić, elektroniczna maszyna do pisania, siatka do sitodruku. Pytam, co z tym szajsem, a Jędrek ciska pudła pod ścianę. – Coś ty, głupi? Meble już stoją oparte o mur kamienicy, a mnie bolą ręce, choć je prostowałem. Jędrek zdążył zabezpieczyć framugi i parapet, przykrywa podłogę folią. Pani Krysia stoi nad nim i prosi, by dał sobie chwilę wytchnienia. Jędrek nawet nie zwalnia. Lecę mu pomóc. Pokazuje mi, w jaki sposób powinienem przymocować folię do nadproży, i wstaje dopiero, gdy praca jest skończona. Pani Krysia natychmiast znajduje się przy nim. Podaje mineralną, ostrożnie dotyka plamy na plecach. Jędrek odsuwa jej rękę, jednocześnie ją przytrzymując. – Jak poznasz prawdziwego malarza? – pyta. – Nie potrzebuje folii, bo nic mu z wałka nie skapnie. Ja bym nie rozkładał, no ale robimy we dwóch, tak że dajesz, młody. Malowanie to nic trudnego, tak myślę. Mam śmieszną czapkę z gazety, śmigam wałkiem po suficie, potem po ścianach i zaraz robi się biało. Jędrek zabawnie wygląda ze swoim pędzelkiem. Kuca i jeździ nim po framudze, jakby odnawiał jakiś średniowieczny ołtarz. Machnąłem cały sufit, on ciągle bawi się z drzwiami. Śmieję się – rzeczywiście porobimy do nocy. Przechodzi na drugą stronę framugi, potem do okna. Już skończyłem, zostały drobiazgi. Sunę pędzlem po nadprożu, a Jędrek wydaje z siebie ojcowskie westchnięcie, kuca koło mnie, mówi: – I gdzie się spieszysz? Robota albo porządna, albo żadna. Pamiętaj, dla kogo pracujemy. Rogiem szmatki ściera nacieki, które narobiłem. Przejmuje pędzel, przeciąga krechę nad całą listwą i nawet kropla nie spłynie. Przygląda się moim ścianom, zerka na sufit, pokazuje, co źle, a co jeszcze się nada. Przejmuje wałek. Ledwo trąca nim farbę i zabiera się do poprawiania. Muska ścianę, jakby ją pieścił, a we mnie wzbiera złość. Mam ochotę przypomnieć, że doskonale wiem, dla kogo pracujemy, kto tutaj mieszkał,


co się z nim stało i za czyją sprawą. Podejdę, wysyczę mu to w ucho. Za drzwiami pani Krysia przygotowuje kolację. Zbliżam się dokładnie w chwili, gdy Jędrek odstawia wałek, rozkrzyżowuje ramiona i śmieje się jak rzadko kiedy: – W sumie świetnie ci poszło jak na pierwszy raz! I wszystko gra, i razem się brechtamy w pokoju naszego martwego przyjaciela, a pani Krysia ciągnie nas do stołu. Wędlina pokrojona grubo, aż głupio jeść, świeży chleb, sok. Milczę, bo Jędrek i pani Krysia nie dają mi dojść do głosu. Pan Artur próbuje coś dopowiadać, w końcu bezszelestnie odstawia krzesło i znika. Spotykam go później, wychodząc. Stoi w pokoju swojego syna. Nie myślę nad tym, co to może znaczyć. Zbiegam po schodach. Pięćdziesiąt złotych przyjemnie grzeje kieszeń. 21. Nad arkadkami migocze czerwony neon SAVOY . Potężni mężczyźni w skórzanych kurtkach opierają się o samochody. Papierosy zwracają żarem do wnętrza dłoni. Przed wejściem do klubu palą również dziewczyny w miniówach, w bluzeczkach z misiem, w kamizelkach z kołnierzami podbitymi futrem. Do chudych bioder dociskają skórzane torebunie. Między nimi kręci się paru nastolatków o włosach postawionych na żel. Beata mówi, że czuje się nieco skrępowana, ale cieszy się, że Jędrek się zabrał. Inaczej ojciec kazałby jej zostać w domu. Bramkarze to dwa drągale w czarnych golfach. Siedzą na wysokich stołkach, a zza ich pleców dochodzi stłumiony huk. Obcinają Beatę, patrzą na buty Jędrka, inkasują po piątce i nabijają pieczątki na nadgarstki. Dwóch chłystków w ortalionowych bluzach czekających za nimi nie ma już tyle szczęścia. Odchodzą, przegonieni jednym mruknięciem. Jędrek prowadzi Beatę przed sobą. Szatnię odpuszczają. Mijają grających w strzałki. Przed nimi otwiera się rozświetlona laserami sala. Majaczy prosty kształt konsolety, wiruje srebrny glob, stroboskop wychwytuje drobinki kurzu i wydobywa stare blizny. Czarne bluzeczki odsłaniają brzuch. Szeleszczą ortaliony, a nieśmiertelniki kołyszą się na gołych klatach. Jędrek prowadzi Beatę na parkiet, ale dziewczyna chce do baru, chociaż na jednego. Wokalista Scootera wyje Break It Up i Jędrek musi krzyczeć: – Nie chcę, by to się stało na mojej zmianie! Dziewczyna mówi, że wszystko wypoci, ma mentosy, a bania doda sił. W drinku to prawie nie alkohol. Szarpie go, kłuje pod żebro i Jędrek w końcu przebija się przez tłum czekający do baru, by powrócić z tatanką dla niej i sokiem jabłkowym dla siebie. Piją w milczeniu. Break It Up przechodzi w Coco Jambo, Beata pije szybko, kołysząc tyłeczkiem, odstawia szklankę i


pędzi tańczyć, ciągnąc Jędrka za sobą. Bujają się blisko, wśród mężczyzn o lśniących, nastroszonych włosach, ze złotymi łańcuszkami wypuszczonymi na cienkie golfy. Beata pyta, co jest, czemu Jędrek nie może się rozruszać, piosenka za piosenką odpycha ich od siebie, łoskoty gromów i bębny z Ibizy, aż wreszcie Rhythm Is a Dancer oddziela ich zupełnie. Jędrek kołysze się w miejscu, sam dla siebie. Spogląda na swoje dłonie, w tym świetle białe i żylaste. Na ubraniu dostrzega mnóstwo rozjarzonych paproszków i próbuje je strącać. Nie traci z oczu Beaty. Dziewczyna co chwila wyrzuca dłonie wysoko w powietrze, a chłopcy zmieniają się przy niej kawałek za kawałkiem. Wyrasta przed nim kruszynka z czarnymi włosami do ramion. Body w panterkę lepi się do ciała. Bliżej i dalej, jakby tańczyła na lodzie. Z pierwszymi taktami As Long As You Love Me zarzuca mu ręce na szyję i przesłania parkiet, tak że Jędrek traci z oczu Beatę. Uwolniony przepycha się, roztrąca tańczących. Beata, złowiona promieniem lasera, natychmiast rozpływa się w powietrzu. Ludzie zaczynają skakać, przesłaniają widok, gra: Jolka Jolanta, nie miała amanta Ja też nie miałem nikogo, ona była moją połową. Jędrek dociera prawie pod konsoletę, zawraca i sunie bokiem, gdzie na ławach siedzą pigularze z rozszerzonymi źrenicami; odpalają szluga od szluga i pocą się jak myszy. U stóp leżą im niedopałki i puste kufle. Zwala jednego prosto w ten szajs, wskakuje na ławę i patrzy ponad głowami tańczących. Skacze w tłum, nim zachwycony pigularz pozbiera się z ziemi. Jolka Jolanta nie miała amanta Chodziliśmy razem do Molo mówiła do mnie „mój kolo”. Beata stoi w kolejce do ubikacji. Jędrek napiera plecami na ścianę i próbuje odepchnąć nażelowanego chłopaka w białych dżinsach i ciemnych okularach, który klei się do jej bioder. Wali go w pysk, tak że okulary idą w drzazgi, facet pada na podłogę. Jędrek ujmuje Beatę za dłoń. – Nic ci nie zrobił? Idziemy… Zacina deszcz. Taksówką ruszają na pełnej kurwie. 22. Jędrek zastaje pana Artura w progu pomalowanego pokoju. Siedzi na stołku i coś kreśli w notatniku. Nie może się zdecydować: biurko przy ścianie czy


pod oknem? A regał gdzie? Muszą wejść przynajmniej dwa fotele, jeden wygodny, drugi niekoniecznie. Jędrek przejmuje zeszyt, ogarnia gryzmoły. – No, jak biurko przy oknie, to ciocia będzie miała albo słońce w plecy, albo ucznia za tymi plecami, no nie, wujek? Nie lepszy stół i dwa krzesła po jednej i drugiej stronie? Pan Artur gapi się, jakby nie rozumiał. Może pokój powinien zostać taki, jaki był? Pan Artur czuje się czasem, jakby deptał po grobie, i w życiu nie mógłby tutaj pracować, ale jego żona potrzebuje miejsca, by udzielać korepetycji. Twierdzi, że trzeba ruszać dalej, lecz teraz ma drobną prośbę. Córka wraca z Warszawy wieczornym pociągiem, co martwi pana Artura. Chciał sam wyjść na peron, ale może Jędrek się wybierze, skoro tak dobrze się dogadują? – Ja żem do wujka przyszedł, coby pomóc, pomyśleć, no ale dobra, czemu nie? – Jędrek kiwa głową na znak zgody. – Kiedyś Beatka na amen zostanie w tej Warszawie, jak nie, jak tak? Pan Artur zapewnia, że życzy córce jak najlepiej, ale stolica wywietrzeje jej z głowy, jak tylko zda na studia w Bydgoszczy. I tak dom jest pusty, ale on musi myśleć o czymś konkretnym, o miejscu pracy dla Krysi i cieszy się z tego przymusu. Nie przypuszczał, że będzie do tego zdolny. Otacza Jędrka ramieniem i mówi, że ma dla niego niespodziankę. Zobaczą Leona Zawodowca i zamówią pizzę jak w Ameryce. Magnetowid połyka kasetę. Trochę oglądają, a trochę rozmawiają. Pan Artur uważa, że w prawdziwym świecie nie ma takich gości jak Gary Oldman czy ta mała dziewczynka. Ludzie są bardziej pospolici. Rozwalił się na kanapie, założył nogę na nogę. Jędrek siedzi zgarbiony z prawą dłonią wciśniętą między kolana. – Wolałbym, wujek, jakby się więcej strzelali. Jak w Liberatorze czy czymś podobnym. Rozlega się dzwonek do drzwi i pan Artur idzie otworzyć, a następnie nakrywa do stołu. Poprawia obrus, rozkłada talerze. Pośrodku stawia rozwarty karton z grubym kawałem ciasta i szynką konserwową zatopioną w serze. Jędrek natychmiast pałaszuje swój kawałek i sięga po kolejny. Jean Reno podaje Gary’emu Oldmanowi zawleczkę. – Fajnie było, wujek, no ale ja się muszę zbierać, żeby na ten pociąg zdążyć. Ja się bardzo cieszę, że mogę do wujka przychodzić. Pan Artur idzie za Jędrkiem do przedpokoju i wyznaje, że także dla niego każda wizyta Jędrka jest wielką radością. A ciocia to dopiero się rozpływa! Rozjaśnił im świat. Promyk przebił mrok. Jędrek sznuruje buta, nie podnosząc głowy, a pan Artur proponuje, by wyjechali razem w lipcu, choćby na parę dni. Wakacje bez Darka były bardzo ciężkie. Jędrek wstaje. Ściskają sobie ręce. – Wujek nawet nie ma pojęcia, jak bym chciał.


23. Na peronie pachnie papierosami, tłuszczem i przepoconą tkaniną. Babiny gniotą się na nielicznych ławkach, ściskają nogami siatki i zerkają w stronę grupy rezerwistów z mieszaniną lęku i pogardy. Rezerwiści doją wódę z gwinta i śpiewają o wolności, swobodzie i dziewczynie młodej. Jędrek stoi z boku i łypie. Po kwadransie na peron wtacza się pociąg z Warszawy. Próbuje wypatrzyć Beatę. Ta stacza się ze stalowego stopnia i wpada na rezerwistów. Ma na sobie dżinsową kurteczkę i bluzkę z amerykańską flagą. Rezerwiści biorą ją w luźny półokrąg, pytają, co taka dama robi tutaj sama, czy pokaże im Bydgoszcz i czy wie, co jest grane. Jędrek ich roztrąca, bierze Beatę pod ramię, a ta obrzuca go półprzytomnym spojrzeniem. – Ta pani jest ze mną – mówi Jędrek. Żołnierze się rozstępują, a Beata mija ich uwieszona na Jędrku. Nim opuszczą dworzec, złoży głowę na jego ramieniu. Dziewczyna zauważa, że Jędrek jest prawdziwym mężczyzną, i pyta, czy wypiłby królewskie na spółkę. Chyba jeszcze jedna puszka została w torebce. Odpowiada jej milczenie. Na skraju parku Beata zaczyna się rozwodzić nad pięknem Warszawy, gdzie wszystko jest wielkie i poukładane. Nim gdziekolwiek dojdziesz, to się zasapiesz, Europa! W Ground Zero można dostać darmowego drinka, a chłopcy mają zadbane dłonie. W kinie chyba dziesięć sal, a w każdej wyświetlają coś innego. Jej zdaniem Jędrek pasuje do Warszawy. Park jest ciemny. Wokół nikogo. Zamiast księżyca musi starczyć mrugająca latarnia. Beata chce wiedzieć, dlaczego Jędrek robi to wszystko. Pytanie zadaje, obejmując go i łowiąc jego rozbiegane spojrzenie. Pachnie perfumami i piwem. Jędrek duka: – No, tak na początku to myślałem, no nie, że wypada jakoś być, jakoś pomóc, bo rodzina, bo coś. Ale zaraz okropnie polubiłem was wszystkich. Jesteśmy rodziną, nie no? Głupiś ty, mówią oczy Beaty, usta nie powiedzą, bo składają się do pocałunku. Język Beaty rozchyla Jędrkowe wargi i wsuwa się do środka. Dziewczyna obejmuje go mocniej, wyciąga dłoń ku jego twarzy, a Jędrek chwyta Beatę za nadgarstek i odpycha z wściekłością. Dziewczyna omal nie pada, trzyma się za twarz, a Jędrek ciągnie ją alejką, nie zważając na protesty. Beata się szarpie, on wciąż trzyma. Nogi jej się plączą, torebka spada z ramienia na łokieć. Tak docierają na Jasną. W oknach tylko migają zaciekawione twarze. Beata płacze, coś próbuje mówić, lecz nieubłagany Jędrek wpycha ją w ciemną bramę. Leci Jasną, Grunwaldzką i dalej. Za sobą zostawia sznur zerwanych lusterek samochodowych. 24.


Gdy wracam ze szkoły, moim oczom ukazuje się widok znajomy, lecz niemal zapomniany. Tatko siedzi na brzegu łóżka w samych majtach, ogląda Szansę na sukces i podśpiewuje, dyrygując niewidzialną orkiestrą. Jeśli miałbym wskazać na przyczynę tego dobrego humoru, byłaby to półlitrówka, którą ściska dłoni. Zagipsowaną nogę wyłożył na krzesło i ani myśli wstać na moje powitanie. Niemniej strasznie się cieszy. Mówi, że bardzo czekał i zaraz sobie razem poświętujemy. Prosi, bym go uściskał, i na zachętę unosi łapę z butelczyną. Zakręcam do kuchni, gdzie mama pali papierosa i słucha radia na cały regulator. Pytam, co jest grane, skąd tatko wziął butelkę. Mamusia ścisza radio, odkłada papierosa, bierze mnie za ręce i ściąga uwagę poważnym spojrzeniem. Słyszę, że życie bywa trudniejsze, niż wydaje się nastolatkom. Poszła i kupiła. Ojciec bardzo cierpiał i był nie do wytrzymania, nie dalibyśmy sobie z nim rady, a teraz przynajmniej na parę godzin zatonie w swoim świecie. Pośpiewa sobie i zaśnie. Rano wstanie potulny i taki pozostanie przynajmniej do wtorku. A we wtorek się zobaczy. Przecież tatko zmaga się ze straszliwą chorobą i jesteśmy mu winni odrobinę zrozumienia, zwłaszcza że przecież na co dzień się stara. Mamusia mówi jeszcze dużo rzeczy, lecz już ich nie słyszę, znów jestem małym chłopcem i dławi mnie płacz – w kuchni, na korytarzu i gdy biegnę przez podwórko. Pani Teresa sadza mnie na krześle, daje wody, herbatnika i szuka pocieszenia. Jej zdaniem z każdym rokiem będzie mi łatwiej i ani się obejrzę, a będę dorosły. Wtedy zarobię własne pieniądze i zrobię z nimi, co zechcę. Zawieszona nade mną przypomina mądrą sowę. Słyszę, że nasze czasy oferują możliwości większe niż kiedykolwiek wcześniej. Ludzie mogą wszystko. Ja też będę mógł wszystko i tylko jednego mi nie wolno, gdyż umrę; nie śmiem ciągnąć za sobą mamusi i tatusia, tej dwójki skurwieli. 25. Jędrek bierze pierwszy kęs i podrywa się na dźwięk dzwonka. Pomruk pana Ryszarda sugeruje, że tylko cham ze wsi dobija się w porze kolacji. Na progu stoi Dagmara z karteluszkiem, równie niezadowolona co pan Ryszard, i mówi, że matka przysłała ją w sprawie wspólnego korytarza. Należałoby, zdaniem mamy, coś z nim zrobić, wynieść graty, a potem sprzątać na zmianę. Pyta Jędrka, co o tym sądzi. Ten wygląda, jakby właśnie zerwał się z pościeli. Dagmara pyta, czy ogłuchł, Jędrek tylko mruga. Dagmara powtarza jeszcze raz to samo, tylko wolniej, i wciska mu kartkę w silne paluchy. To wstępna rozpiska dyżurów od mamy, pod dyskusję. Jędrek kiwa głową, próbuje coś powiedzieć, ale dziewczyna znika za drzwiami swojego mieszkania, kołysząc mysim warkoczem.


Pan Ryszard odkłada kromkę, wyciera dłonie w szmacianą chusteczkę i w sekwencji powolnych gestów zmienia okulary. W tych wygląda jak rzecznik prasowy Komitetu Wojewódzkiego. Masuje nasadę nosa, czyta, wzdycha z niesmakiem i mówi, że sąsiedzi śmiecą i to oni powinni się tym zająć. Niestety, sąsiadów się nie wybiera, podobnie jak rodziny. Niemniej trzeba coś z tym zrobić. Pomyśli nad tą rozpiską, naniesie poprawki. Co za ludzie, co za ludzie. – Miałeś rację, tatuś – odzywa się Jędrek, i to takim tonem, że okulary pana Ryszarda zjeżdżają na czubek nosa. – Tatuś miał rację, jak mówił o wujku Arturze i reszcie.


Niepokonani luty–sierpień 1998

1. po stokach Fordonu, omijając wyspy najeżonych chaszczy. Osiedle, widziane przez okno, przeplata biel z czernią i szarością. Siwe kolce straszą na dachach budynków. Gołębie szukają sobie miejsca na zaśnieżonych antenach, kocie łapki odcisnęły się na puchatych pokrowcach samochodów, chodniki odmieciono kosztem żywopłotów, a hen, daleko Brdą sunie kra. Biel zieleńców przecinają ciemne ścieżki w miejscach, gdzie pod ziemią idą rury ciepłownicze. Drzewa zakwitły lodem, psom z pysków idzie para, a Jędrek wali skronią w okap kuchenny. Mokry talerz wypada mu z rąk i roztrzaskuje się na podłodze. Jędrek odwraca głowę od okna i patrzy na podłogę, nie rozumiejąc, co właściwie zaszło. Spod zlewu wyjmuje szufelkę ze zmiotką, zagarnia szkło. Dłoń o podłogę opiera tak nieszczęśliwie, że musi ścierać krew. Nie zakłada opatrunku. Wkłada rękę pod kran, osusza papierem toaletowym, znów moczy i tak na przemian. Potem dokładnie zamiata podłogę i wraca do zmywania. Szoruje zlew ostrą ścierką, otwierając przy tym świeże skaleczenie. Papier toaletowy, kran. Jędrek nie bardzo radzi sobie z ociekaczem, talerze opierają się o siebie, nie potrafi ich naprostować. Bije się po twarzy otwartą dłonią, polewa kark. Przeciera stół na sucho i mokro, przeciera również słoiki ustawione poniżej i uderza potylicą w blat. Pani Hania pojawia się w chwili, gdy jej syn próbuje połączyć kij od mopa z miotłą. Natychmiast odkłada siatki i dotyka mu czoła. Zimne. Pyta, czy dobrze się czuje, chce wiedzieć, czemu ma takie czerwone policzki i dlaczego nie użyje odkurzacza. Głaszcze go po głowie, kładzie dłoń na piersi. Jej kochany syn. – A opyla się odkurzacz wyciągać tylko na kuchnię? Zawsze tańczę z miotłą i jest jak trzeba. Pani Hania nie daje się zbyć. Każe Jędrkowi usiąść, daje termometr i nastawia wodę na herbatę. Dopiero wtedy idzie się rozebrać. Gdy wraca do kuchni, zastaje syna na krześle, spoglądającego za okno. Zaczęło prószyć. Jędrek nie ma gorączki. Wierci się, milcząco protestuje, bo matka zagląda mu w gardło. Szczypiąc w dżinsy, sprawdza, czy ma na sobie kalesony. Wreszcie stwierdza, żeby dał sobie spokój z dyżurem. Kuchnia wygląda jako tako. DZIECI ZJEŻDŻAJĄ NA SANKACH


– Toż mama wie, że ojciec będzie się pieklił – odpowiada Jędrek. Wstaje. Musi się podtrzymać. Żyła przepoławia mu czoło. Pani Hania mówi i mówi, wciąż to samo. Jej zdaniem zdrowie jest najważniejsze. Jędrek nakręca miotłę, wykonuje jeden obrót za dużo, trzaska gwint. Bezużyteczny kij leci w kąt, Jędrek krzyczy: – No i co mama narobiła?! 2. W cukierni panuje półmrok. Zielonkawe maszyny odsunęły się od siebie, twarz zapracowanego Marchewy jest ciemnoszara, za małym okienkiem leży śnieg. Z okratowanej lampy pada zamglone pomarańczowe światło. Jędrek bezgłośnie przesuwa się wzdłuż ściany i staje przed mieszarką. Wsypuje cukier, dodaje tłuszcze, jajka i całą resztę. Miesza, aż żyła znów pojawi się na czole. Marchewa chce pomóc i zostaje odepchnięty. W cieście, śliskim i gładkim, zaczynają się pojawiać pęcherzyki. Pachną drożdże. Jędrek chwyta oddech na krzesełku, ociera czoło rękawem. Błądzi w poszukiwaniu torebek z sodą oczyszczoną. Zamiera nad mieszarką, jego wargi liczą. Usypuje trochę sody, odkłada woreczek na miejsce i znowu siada ze zwieszoną głową. Gdy zabiera się do mieszania, robi się jeszcze ciemniej. Pracuje z bioder, z barków, wykonując miarowe ruchy. Oczy otwiera dopiero na niepowtarzalny dźwięk głosu pani Wandy. Pani Wanda stoi przy mieszarce i pyta Jędrka, co on właściwie wyrabia. – Wyrabiam ciasto – odpowiada Jędrek, zadzierając brodę. Pani Wanda wyraża wielką radość z tego powodu i zauważa, że pewne sprawy potoczyły się źle. Nabiera na palec odrobinę ciasta. Jest żółte i smakuje ługiem. Jej zdaniem Jędrek dodał za dużo sody oczyszczonej i cała partia poszła w jasną cholerę. – Na moje to dobrze dałem – mówi Jędrek. Pani Wanda do kogokolwiek innego nie miałaby pretensji, ale do niego ma. Jest przecież piekielnie zdolny, mało tego, drzemie w nim Paganini cukiernictwa artystycznego. Ktoś inny mógł się pomylić, lecz nie on. Przecież to prosta robota, uczył się jej dwa lata temu. Pani Wanda nie ma wątpliwości: Jędrek specjalnie zepsuł ciasto. Tylko dlaczego? Nie była dla niego dość dobra? Jest jednak pewna, że to się nie powtórzy. Da mu popalić tak, że popamięta. Wypruwa z pomieszczenia, machając rękami. Marchewa zapuścił bródkę na wzór muzyków grających amerykański hard core i raczej już nie interesuje się grami komputerowymi. Mówi Jędrkowi, żeby się nie łamał, pani Wanda to pizda, ale ciepła pizda, zaraz się rozchmurzy. Jędrek nawet na niego nie spojrzy. – Trzeba stąd wypierdalać.


Marchewa żywo reaguje: to właśnie wywinął Bolo! Ich wspólny kumpel nie wrócił po świętach do pracy. Skończył osiemnastkę i prysnął do Legii Cudzoziemskiej. Przyjmują tam każdego poza zboczeńcami i mordercami. Za pięć lat Bolo będzie ustawiony, z francuskim obywatelstwem i sutą odprawą. Każde wojsko go przyjmie z pocałowaniem dupy, więc jeśli Jędrkowi źle w Bydgoszczy, niech zasuwa do Marsylii. Marchewa powiedziałby coś jeszcze, lecz na to wpada pani Wanda i prosi go pięknie, żeby zabierał swoje cztery litery. Marchewa wstaje, a pani Wanda siada przy Jędrku i wyznaje, że mogła postąpić pochopnie. Roztacza wokół siebie delikatną woń pianki do włosów. Zaznacza, że nie odstąpi od wyciągnięcia konsekwencji, to byłoby nieuczciwe. Ale Jędrek to dobry chłopak. Pan Ryszard jest powszechnie szanowany. Pyta Jędrka, czy nie ma jakichś kłopotów. Choroba w domu? Nieszczęśliwa miłość? Nie daj Boże, narkotyki? Zaznacza, że nie ocenia go źle, wręcz przeciwnie, lecz dilerzy polują na najlepszych. – Ja panią bardzo przepraszam – wykrztusza Jędrek. – Ja naprawdę byłem złośliwy. Nie wiem, co mi do głowy strzeliło, chyba żem się chciał popisać. Pewno przed chłopakami. To już się na bank nie powtórzy, proszę pani. Dłoń o czerwonych paznokciach delikatnie przesuwa się po Jędrkowym barku. Pani Wanda mówi, że tutaj wszyscy są jak rodzina i mogą mówić sobie o własnych problemach, a także wyrażać pretensje. Jeśli Jędrek ma do niej jakiś żal, powinien się podzielić. Zostawia go z tą myślą. Jędrek leci do łazienki. Klęka, wymiotuje wodą. 3. Na Fordońskiej mokry śnieg zmienia się w puchate błoto, a pasażerowie nie mieszczą się pod wiatą. Ścierają płatki z czerwonych policzków i marszczą nosy. Co chwila ktoś przechyla się na krawężniku, ale autobus nie wyłoni się zza zakrętu od samego patrzenia. Dagmara czyta powieść Jonathana Carrolla, ściśnięta na wąskiej ławeczce. Z lewej napiera na nią siwa buka w kożuchu, z prawej krogulec w prochowcu. Trącają ją łokciami, uderzają w okładki. Dagmara prycha. Nikt na siebie nie patrzy. Na przystanek wjeżdża autobus ze śladami soli na kołach. Kuszą wolne miejsca. Pasażerowie lecą ku drzwiom, jakby wiali przed łapanką. Dagmara zostaje z tyłu, autobus zapełnia się błyskawicznie, człowiek przy człowieku. Starucha gramoli się na stopnie, poganiana przez pomruki oczekujących. W lusterku miga obojętna twarz kierowcy. Dagmara stoi zrezygnowana, a do autobusu wskakuje Jędrek. Tarasuje przejście. Takiemu nikt nie fiknie. – Daga, wskakuj, porywam cię z Fordonu!


Twarze wciskają się w pachy, w kurtki i między łopatki. Po kilku przystankach Dagmara stoi przy tylnej szybie, w wolnej przestrzeni odgrodzonej przez ramię Jędrka i jego szerokie plecy. Na szybie zalega brudny śnieg, więc dziewczyna zerka na grzbiet powieści. Nie podnosząc wzroku, mówi Jędrkowi, że to bardzo miłe z jego strony, ale trochę niewłaściwe. Inni też chcieli wsiąść. Teraz ludzie będą patrzeć na nią wilkiem. – E tam, gadanie – śmieje się Jędrek. – Grunt, że jedziemy. Dokąd to? Dagmara wypuszcza powietrze przez nos. Ze spiętymi włosami, w prostym płaszczyku przypomina bibliotekarkę. Przyznaje, że chce oddać książki, a potem wybiera się do Miejskiego Ośrodka Kultury na dyskusję poświęconą postmodernizmowi. Pyta, czy Jędrek wie, co to takiego, i wydyma wargi. Chce wiedzieć, jak długo będzie miała przyjemność jechać w jego towarzystwie, i zaraz zagaduje o plany. Co tacy ludzie jak Jędrek pragną zrobić ze swoim życiem? – Ja koniecznie do wojska chcę – odpowiada. Głos ma zadowolony, oczy podkrążone. – Potem to się zobaczy, może podoficerka, albo studium jakie. Ja to czasem sobie myślę, że takie plany na całe życie to jakaś głupota jest. Bo skąd mam wiedzieć, co ze mną się podzieje? Może coś nawywijam albo ktoś mnie ustrzeli? W zmęczonym spojrzeniu Dagmary można odczytać, że sama by chętnie szarpnęła za spust. Unosi książkę do piersi i zastanawia się głośno, co takiego fajnego jest w wojsku, że chłopcy tak się pchają. Czy Jędrek choć raz przyglądał się pijanym rezerwistom? Przecież takim chłopakom wydaje się, że w wojsku staną się prawdziwymi mężczyznami, jak tylko sobie trochę postrzelają. Wracają po musztrze i mają się za twardych, a przecież nie są. Twardość dzisiaj na czym innym polega: na wierności, oddaniu, trwaniu porozumienia dusz. – No jasne, tylko może to się jakoś zgrywa, nie? Też taka prawda, że ja z tobą się zgadzam na sto procent. – Jędrek napręża się, broniąc Dagmary przed naporem wysiadających, a wsiadających zwłaszcza. – Bo polskie wojsko to syf i trumna. Nauczą kraść, palić, pić, takich rzeczy nauczą. Ja jestem poważny człowiek i jadę na West. Wrócę, zakręcę Polską i będę rządził! W odpowiedzi Dagmara życzy mu powodzenia. Zapada milczenie. Jędrek gapi się w czarny śnieg, Dagmara opiera się o szybę i próbuje czytać. Jędrek napręża się jeszcze, robiąc jej więcej miejsca, pasażerowie się złoszczą, a śnieg gęstnieje. Autobus sunie przez Bydgoszcz jak kot z przetrąconym kręgosłupem, czka przez korki, leniwie hamuje na światłach. Na przystanku przy Jagiellońskiej Dagmara dziękuje Jędrkowi za pomoc i dziwi się, że wysiadają w tym samym miejscu. Wyraźnie nie ma ochoty, by dalej jej towarzyszył.


– Podjechałem z tobą kawałek, żeby cię nie pognietli – śmieje się Jędrek. – Ja tam po coś do Majora idę, cofnę się trochę i ciul. Nie bój nic, złego diabli nie biorą, nie drażnij lwa, bo lew to ja! Dagmara idzie przed siebie z nosem w książce. Płatki śniegu wsiąkają w papier. 4. Farelka nie działa i ścianę siłowni, tę z oknem, pokrył szron. Z ust Jędrka idzie para. Lonsdale i Pit Bull ćwiczyli w bluzach, ale teraz ich nie ma. Jędrek rozebrał się do koszulki, zdjął buty. Obciąża sztangę, czym tylko może, kładzie się na ławeczce, bierze trzy głębokie oddechy i wyciska. Ostatnie powtórzenia idą słabo. Mokre dłonie ślizgają się po stali. Jędrek zsuwa się z ławki, przyciska dłoń do piersi, liczy do piętnastu i robi kolejną serię. Tak kilkakrotnie, aż sztanga opada mu na pierś i za żadne skarby nie chce powędrować w górę. Zmienia uchwyt na węższy. Walczy o powietrze. Przechyla gryf, talerze niezabezpieczone zaciskami walą z łoskotem o podłogę. Uwolniony, zsuwa się z ławeczki i obciąża sztangę na nowo. Teraz podciąganie. Brakuje drążka i Jędrek zawiesza się na nadprożu, nad pobazgranymi drzwiami. Podkurcza nogi, podciąga się tak, że czubkiem głowy muska sufit. Żyły i ścięgna prężą się pod cienką skórą przedramion. Każdy kolejny ruch kosztuje go więcej wysiłku. Ślizgają się palce. Jędrek wybija się ze stopy i opuszcza pomalutku, a gdy nie może nawet tego, zamiera oparty o drzwi. Widnieją na nich koślawe sylwetki muskularnych mężczyzn naniesione niezmywalnym pisakiem i napis: SZANUJ SPRZĘT. PAMIĘTAJ, ILE MOGLIBYŚMY ZA NIEGO WYPIĆ . Na szarą twarz Jędrka wypełza nieśmiały uśmiech. Jędrek chwyta za nadproże i unosi się pod sam sufit. Jeszcze przysiady. Przenosi ławeczkę pod okno, gryf kładzie na podpórkach, tak wysoko, jak się da. Nakłada po czterdzieści kilo z każdej strony, dałby i więcej, lecz nie ma. Bierze sztangę za kark, robi krok w tył i kuca. Tak raz za razem, w rytmie wdechów i wydechów. Chwieje się w kolanach. Stopy nie mogą znaleźć sobie miejsca na nierównej podłodze. Gryf się gnie. Na twarzy Jędrka pulsują purpurowe plamy, powietrze przeciska się przez zaciśnięte wargi, po paru słabszych i oszukanych przysiadach Jędrek bierze głęboki i nie może wstać. Dyszy. Próbuje przesunąć nogę i pada pod sztangą, w straszliwym huku. Leży na podłodze, twarzą do dołu, przywalony gryfem i się drze. Z góry zlatuje Pit Bull w starym dresie i koszulce Pantery z obciętymi rękawami. Zaraz chwyta sztangę. Coś ty, wujek, nawywijał? Jędrek pełznie, uwolniony spod ciężaru, przewraca się na plecy i chwyta powietrze. Pit Bull pomaga mu wstać i nawija o tym, że właśnie tego tylko potrzebował, trupa


w piwnicy. Czy Jędrek ochujał do reszty? Przecież mógł podskoczyć na górę, poprosić o asystę, a teraz jest za późno, teraz niech wypierdala. Jędrek sięga po kurtkę i znów omal nie runie. Pit Bull przygląda mu się badawczo, złość z niego uszła. Chce wiedzieć, czy stało się coś złego, czy Jędrek się nie pochorował, bo to straszna głupota, ćwiczyć z gorączką. Jędrek zapina flejers, sięga po adidasy. – Nigdy nie czułem się lepiej. 5. Pani Miłka uważa, że Jędrek jest dobrym duchem ich bloku. Najpierw pomógł jej córce w długiej i niebezpiecznej jeździe autobusem, a teraz targa zakupy, choć przecież nie musi. Pod beretem pani Miłki pęcznieje kok. Ciężki płaszcz z brązowej wełny nosi lekko i zwiewnie, jak letnią sukienkę. Nie idzie, lecz śmiga po chodniku i bez przerwy ogląda się na Jędrka, objuczonego siatami. Śnieg przestał padać, za to mróz szczypie w policzki. W kryształowym powietrzu widać wyraźnie niekończące się bunkry bloków, sznur unieruchomionych samochodów i czapy lasów na wzgórzach Fordonu. Słońce jak prześwietlony kryształ. Krążą czarne ptaki, a zasypane skwerki pokrywają ślady łap, stóp i żółte kanionki zamarzniętego moczu. – Ja tam zawsze lubię pomóc – sapie Jędrek. – Zwłaszcza że z tym korytarzem, z tym dyżurem, znaczy, to nie bardzo nam idzie, co nie? Lód trzeszczy pod butami. Pani Miłka stwierdza, że ludzie mogą mieszkać obok siebie nadobnie i pięknie. Wystarczy odrobina dobrej woli, o którą jednak trudno. Jędrek, jej zdaniem, jest chlubnym wyjątkiem. Zaczyna opowiadać o Dagmarze. To cicha, skryta dziewczyna, ale nie ulega wątpliwości, że bardzo lubi Jędrka. Po prostu nie przyznaje się do takich rzeczy. Wyrasta wśród książek, co należy uznać za wyjątkowe zrządzenie losu. Mogłaby jednak częściej wychodzić. Prawie nie ma koleżanek i z nikim się nie umawia. Pani Miłka mruga do Jędrka i wyznaje w zaufaniu, że za młodu była zupełnie inna. Miała apetyt na życie! Ale teraz też jest dobrze. Każdy, kto ocalił okruch ze starych marzeń, może mówić o wielkim szczęściu. Wchodzą w ciepło klatki schodowej. Jędrek stawia siatki przed drzwiami, na wspólnym korytarzu, chce odejść, lecz pani Miłka chwyta go za rękaw. Wierzchem dłoni bada temperaturę czoła i policzków. Zauważa podkrążone oczy i pyta, czy nie jest chory. Pół Bydgoszczy ma grypę, młodzi to najwięcej. Chodzą porozpinani, bez czapek. – Ja nie jestem rozchełstany – odpowiada Jędrek. Pani Miłce najwyraźniej coś ciąży na sercu. Szepcze, że w bloku mówią różne rzeczy,


którym nie zawsze należy dawać wiarę. Ale gdyby Jędrek zechciał kiedyś coś wyznać, w nią to jak w studnię. Niektórymi tajemnicami trudno się podzielić, ale potem człowiek czuje wielką ulgę. Jakby ubyło mu dwadzieścia lat. Jędrek kładzie dłoń na klamce swoich drzwi. – Naprawdę? A jakie pani ma tajemnice? 6. Monotonny słowotok o niczym. Pierdololo pełne nieznanych nazwisk, imion, łańcuszków między nimi. Strzępki zdań i słowa bez związku, podobne do tych, które słyszymy czasem przez telefon, gdy w słuchawce przebija echo czyjejś rozmowy. Jędrek leży na wznak i trzyma dłonie na kołdrze. Oczy wbija w sufit, liczy oddechy, a słowa, które słyszy, słowa bez związku i znaczenia, są jak kuksańce pod żebro. Ojciec w pokoju obok bezgłośnie wciąga powietrze przez zakatarzony nos. Za oknem szaleje milcząca zawierucha i niemo brzęczy autoalarm. Jędrek zaczyna szeptać do siebie, sam nie wie co. Próbuje zagłuszyć tę mowę, ale nie potrafi. Przekręca się na bok i sprawdza godzinę. Wbija zmęczony wzrok w ścianę, na której kiedyś wisiały proporczyki. Worek bokserski zniknął, więc Jędrkowi pozostały pompki. Robi je, póki nie padnie. Kładzie się na brzuchu, wstaje na raz, robi wyskok i wraca do parteru. Bierze gorący prysznic, ale jego skóra wciąż jest sucha i brudna, jakby serce pompowało szlam. Wraca do łóżka, żeby się powiercić. Jędrek z książką to rzadki widok. Zabrał Jamesa Curwooda z ojcowskiej półeczki. Czyta bardzo powoli, ruszając ustami. Nie słyszy samego siebie, bo oni wciąż gadają. Próbuje ich zdusić Curwoodem i powoli traci siły. Nie wiadomo już, czy czyta książkę, czy powtarza słowa mówiących, czy może różnica między jednym a drugim całkiem się zatarła. Zasypia na wznak, z książką otwartą na piersi. Śni mu się, że jedziemy we trzech do Myśla, ale zamiast parku czeka na nas kopalniany loch ze złotem i szaleńcem na dnie. Śnią mu się też inne rzeczy, pozbawione nazwy, bez kształtu i zapachu. Za oknem rozpalają się światła, kierowcy nerwowo czyszczą samochody ze śniegu. Za chwilę pan Ryszard przyjdzie powiedzieć, że już późno, że czas do szkoły. 7. – Tatuś, mogę dostać kawy? Okulary pana Ryszarda zjeżdżają na koniec nosa tylko po to, by wrócić na miejsce. Jędrek to duży chłopak, może pić tyle kawy, ile tylko chce, pod warunkiem że sam ją sobie zrobi. Pan Ryszard wraca do jajecznicy,


tymczasem Jędrek człapie do kuchni i wraca z parującym kubkiem. Oczy ma jak ziemiste jamy. Skrawa trochę żółtej papki z boczkiem, wkłada do ust i popycha zrolowanym chlebem. Pani Hania pyta, czy wszystko w porządku. Nie wygląda najlepiej. Jest dziwny od paru dni. – Nie czuję się dobrze – wyjaśnia Jędrek i pije kawę. Pan Ryszard żuje po królewsku, marszczy czoło i w końcu pyta Jędrka, czy boli go głowa. – Nie, tatuś. Pan Ryszard ociera usta i mości się wygodniej na krześle. Zadaje następne pytania. Chce wiedzieć, czy Jędrek ma gorączkę. Czy coś sobie złamał. Czy boli go gardło, kolano, serce, brzuch, czy boli go cokolwiek. Czy ma trudności z oddychaniem. Jędrek zaprzecza ruchem głowy. Pan Ryszard radzi mu, aby się nie mazgaił. Źle, tak sam z siebie, to może czuć się starzec, a nie on, młody byczek. Zdaniem pana Ryszarda Jędrek mówi tak, bo chce być bardziej dorosły. Przed wyjściem Jędrek zamyka się w swoim pokoju. Siada plecami do drzwi, żeby nikt nie widział, czemu się przygląda. Nóż to prosty wojskowy sprężynowiec z nierdzewnym ostrzem długim na dwanaście centymetrów. Rączka, wykonana z drewna i stali, nasuwa skojarzenia z kałachem, zresztą cały nóż przypomina bagnet. Jędrek sprawdza ostrość czubka, kładzie ostrze w poprzek dłoni i już wie, że dosięgnie serca. 8. W autobusie kładzie na kolanach plecak, a na nim głowę. Ktoś mógłby pomyśleć, że jedzie do szkoły prosto z balangi. Staruszki wiszą nad nim jak sępy. Ledwo znikną, a w autobusie pojawia się mamusia z siedmioletnim książątkiem. Malec staje przy Jędrku i teatralnym głosem pyta, gdzie będzie siedział. Potem garbi się na niewidzialnej lasce. Udaje starca. Matka przygląda się temu zrezygnowana. Prosi syna, żeby odsunął się od tego pana. Ten pan może być niebezpieczny. Jędrek nawet nie podnosi głowy. Przy przesiadce brodzi w śniegu, daje się pchać nerwowym pasażerom. Opiera się o zewnętrzną część wiaty. Chucha w dłonie, bez przerwy poprawia plecak. Buty nasiąkają roztopionym śniegiem. Jędrek smętnie patrzy na wachlarz brudnobeżowych kamienic i człapie za kiosk, żeby się wysikać. Wraca na przystanek, odprowadzany przez przekleństwa kioskarki. Brodzi przez rozmokłe gazety, paczki po papierosach, niedopałki. Autobusem jedzie rozpłaszczony na drzwiach. Plecak buja się zawieszony na jednym palcu. Na krawężnikach przy Grunwaldzkiej zalega błoto. Wzdłuż niskich kamienic ciągną się nici taśmy klejącej rozwieszone na pachołkach. Na tekturowych tablicach wypisano ostrzeżenie – można dać głowę pod sopel.


Napisy powoli rozpływają się w śniegu. Pan Docent, w kożuszku i z fajeczką, oczyszcza stopnie prowadzące do sklepu. Jędrek mija go w kapturze naciągniętym nisko na twarz, zresztą pan Docent nie podnosi oczu, pochłonięty pracą. Dmie wiatr. Jędrek chowa się w bramie. Przekłada nóż z plecaka do kieszeni i idzie Jasną. 9. Otwieram od razu na oścież. Stoi na progu, biały, o zapadniętych policzkach, z czarnymi obwódkami wokół oczu. Gdyby nie flejers, byłby jak ci fani szatana, którzy malują sobie twarze i robią groźne miny. Albo jak wampir. Nie wejdzie do środka bez zaproszenia. Podaje mi rękę, drugą trzyma w kieszeni. Wiem, dlaczego przyszedł, a i tak pytam. – Lekcje mi odwołali – łże pięknie, jak tylko on umie – to wpadłem, może i ty nie musisz iść? Dałoby się herbaty czy coś? Mam tylko chwilę. Prowadzę go do kuchni. Zrzuca plecak, lecz nie zdejmuje kurtki, siada. Poci się, nawet uszy mu lśnią. Nastawiam wodę. Pytam, czy chce coś jeść. – E, na chwilę wpadłem. Zagrzać się chcę. Nie spuszczam z niego wzroku. Jest odrobinę niższy ode mnie, za to szerszy w barach, masywny. Siedzi w tej kuchni jak zwierzę. Nie wiem, z czym walczę, ze strachem czy myślą, że Jędrek by mi tego nie zrobił. Kto wie, może Darek też tak się zastanawiał? Zagaduję, tak głupio, czy się ze mną przejdzie, to sobie pogadamy. Jędrek podrywa półprzytomny łeb. – Jasne, jasne. Przygotowuję rzeczy do szkoły – podręczniki i jeden gruby zeszyt, w którym robię notatki do wszystkich przedmiotów. Druga para Jędrkowych oczu otwiera się na jego karku i wolno wzlatuje pod sufit. Jędrek widzi czubek mojej głowy, podłogę, na której walają się kapsle i papierki, buty czekające na założenie. Powinienem przyklęknąć, lecz ani myślę tego robić. Po prostu stoimy naprzeciw siebie, a Jędrek spogląda na mnie spod gołej żarówki. Robię drobny krok w jego kierunku. Chcę uderzyć nisko i obalić na ziemię. Jędrek wydyma wargi. Jak drapieżnik, którego nie okiełzna miasto, rower ani kolacja rodzinna. Jest pięknym zwierzęciem, nawet w tej chwili. Strach kotłuje się we mnie z palącą potrzebą uległości. Niechże mnie dziabnie, skoro taka wola. Skoro mu ulży. Skoro przez minutę poczuje się lepiej. Jestem polnym gryzoniem w oczach jastrzębia. Jestem taki drobny i chudy z perspektywy sufitu. Ot, wielki łeb nasadzony na wąskie barki. Jędrek obraca dłoń w kieszeni, można pomyśleć, że urodził się z nożem, a z pokoju wyłazi mój stary, cuchnący i ufurmaniony, w majtach żółtych na kroczu i przepoconym podkoszulku. Oczy spod lampy płoszą się jak ptak.


Tatko wyraża radość z powodu wizyty tak drogiego gościa i nawet proponuje herbatę, pod warunkiem że zrobię ją ja. Bardzo powoli drapieżny grymas ust zmienia się w przymilny uśmiech. Tatko narzeka, że ostatnio nie ma na nic czasu, nie spodziewał się gościa i dlatego jest taki rozchełstany. Człapie do kuchni. Owiewa mnie cierpka chmura jego woni. Jędrek drapie się w nos. – To ja panu nie będę przeszkadzał – mówi. – Krzysiek, przejdziemy się? Ani mi to w głowie. Za to tamta przerażająca myśl wraca. Jej intensywność odbiera mi dech. Proste słowa i zamysł najprostszy. Nie umiem ich jednak wypowiedzieć. Mniej boję się noża skrytego w kieszeni niż tej jednej myśli. Dukam, że nie ma mowy, mam szkołę, zajmuję się domem i nie idę nawet na korytarz. Jędrek kiwa głową. Zdejmuje flejersa i rzuca na ziemię, bo wieszaka u nas brak. Nóż został w kurtce. Nie muszę nawet sprawdzać. Głos Jędrka jest mocny jak cios młotem. – A teraz da radę się przejść? 10. Otacza nas półmrok sieni. Siadam na pierwszym stopniu, ulubionym legowisku tatusia. Jędrek opiera się o mur. Mówię mu, żeby tego nie robił, cały się pobrudzi. Wygląda jednak na to, że czyste plecy są ostatnim zmartwieniem mojego przyjaciela. Spuszcza głowę. Zaczyna się trząść. – Ten twój ojciec to niezły kawał gara, co nie? – mówi obojętnym głosem. – Chujówka. Odpowiadam, że tatuś miewa dni lepsze i gorsze. Jest jak pogoda: czasem słońce, czasem deszcz. Ostatnio jednak żyję w wyjątkowo deszczowym kraju. Jędrek udaje, że rozumie. Jest tylko czarną sylwetką na tle okna. – No ja nie mam porównania, wiesz, ale u mnie też nie ma lekko. To znaczy, mój stary jest totalnie inny niż twój. Żem nigdy go nie widział na ostrym gazie. Zdarza mu się chlapnąć z umiarem na sylwestra czy tam imieniny. Ale wiesz, czasem bywa i tak, że bym wolał, żeby mnie sprał czy coś. Nie masz czasem tak, że ktoś jest taki, rozumiesz, na maksa obcy, jak mur albo Chińczyk? Tak bardzo, kurwa, obcy, że nie dajesz rady o nim cokolwiek powiedzieć? Słucham zdumiony, bo Jędrek nigdy wcześniej nie mówił takich rzeczy, nigdy też tak nie drżał, nie łamał mu się głos. Mówi dalej. Bije pięścią w otwartą dłoń. – I ciągle czegoś chce, i zawsze coś mu nie leży, takiemu po prostu nie dogodzisz. Wie najlepiej, i cześć. Czasem sobie myślę, że powinienem mieć brata i ten brat byłby jeszcze gorszy i głupszy ode mnie, no to wtedy tatulek by się tym bratem moim zajmował, a mnie dałby spokój.


Osuwa się przy ścianie i siada koło mnie skulony, jakby właśnie oberwał w brzuch. – Może ten sen? Sen by się przydał, bo ja, wiesz, nie umiem już spać. Oduczyłem się normalnie, jakbym gadania zapomniał, czy czegoś takiego. Nic, tylko w sufit się gapię, a potem nie mogę jeść, nie mogę spać, nic se nawet nie pomyślę, plącze mi się wszystko. Non stop widzę czarne płatki, jakby obok coś się paliło, choć przecież nawet nie mogę się ogrzać. Chłód tylko. I to siedzi we mnie, i siedzi, i puścić nie może, a ja bym chciał, żeby ktoś mnie zabrał i wyleczył. Niech wyjmie ze mnie to straszne coś. – Spogląda na mnie przerażony. – Co ja ci gadam? Co ja ci gadam? Ja muszę iść. Ja sobie pójdę, Krzysiek, a ty się zajmij, czym chcesz. – Podrywa się z tego całego stopnia i leci na zewnątrz. Jego potężna sylwetka nieruchomieje w prostokącie światła. – Nie bój się mnie – mówi. – Już nie musisz się bać. Znika. Minie chwila, nim zorientuję się, co tak naprawdę usłyszałem. Jeszcze nie jest za późno. Gnam na górę i zaraz cwałuję za Jędrkiem, ściskając flejers z nożem w kieszeni. 11. W połowie marca topnieją śniegi, Brdą idzie kra, a mój tatko daje tak w palnik, że mieszają mu się zmysły. Zbudzony łomotem widzę gołego ojca ze skurczonym członkiem, jak strząsa książki z półek. Lecą na amerykankę, zaczytany egzemplarz Dnia Szakala uderza mnie w głowę. Siadam przejęty i rozbudzony. Zaspana matka pyta, co się stało. Tatulek ze zgrzytem wypuszcza powietrze z przepalonych płuc, kuca i gmera wśród tych książek, rozdziela na lepsze i gorsze, a w końcu ciska o ścianę Kluczem do Rebeki. Mama woła, żeby się uspokoił. Co znów wyczynia tam po ciemku? Niech lepiej wraca do łóżka. Tatuś ma jednak inny pomysł na spędzenie nocy. Staje na amerykance, jakby mnie wcale tam nie było, i próbuje zdjąć telewizor z półki. Chwyta za boki, szarpie, wysuwa. No, jak tym w łeb oberwę, naprawdę nie będzie wesoło. Wstaję, mama zrywa się, ale jest już za późno: tato lezie przez pokój z naszym rubinem, za nim ciągną się kable. Mówi, że ma wszystkiego dosyć. Telewizja nas ogłupia. Przestaliśmy ze sobą rozmawiać właśnie z tego powodu, więc telewizor trzeba sprzedać. Kabel wylatuje z gniazdka, tatuś robi jeszcze jeden chwiejny krok i telewizor wali o podłogę. Kineskop pęka, a można pomyśleć, że to kamienica się wali. Tatko pada na kolana, a minę ma taką, jakby właśnie ktoś umarł mu na rękach. Rozkrzyżowuje ramiona i zaczyna szlochać, za to matka dopada go, potrząsa, bije po plecach i pyta, czy wie, co nawyczyniał. Przyglądam się temu z kąta. Kolana mam pod brodą.


Teraz dzieje się to, co nie nastąpiło jeszcze nigdy wcześniej. Tatko podskakuje jak z rozżarzonych węgli i zamierza się na matkę. Czyni to na tyle ospale, że matula chwyta go za nadgarstek i tak nieruchomieją wokół siebie – pomniki kocmołuchów nad trupem ruskiego grata. Twarz mamusi, przysięgam, obsuwa się jak hałda piasku i można pomyśleć, że na ojca spojrzała po raz pierwszy w życiu. Tatko próbuje wyrwać rękę, zapiera się i w końcu odnosi sukces. Kuli się teraz pod ścianą, niedaleko mnie. 12. Dziś świta na niebiesko. Wraz z brzaskiem do domu wchodzi trzech mundurowych. Przedzierają się przez rozsypane książki, kable, dywan z paprochów i potrzaskany telewizor, aż do kącika, gdzie siedzi mój zbaraniały ojciec. Matula, w dresowej bluzie i bufiastych spodniach, opowiada, co się wydarzyło, a ja dla odmiany nie mówię nic, bo podkulone kolana dociskają mi szczękę. Przysiągłbym, że całe życie tak przesiedziałem. Policjanci stają nad tatusiem. Ten wyciąga dłonie przed siebie niczym święty osaczony przez pogańskich barbarzyńców, tłumaczy, że to wszystko nieprawda, i zaraz zaczyna przepraszać. Nie próbował uderzyć żony. Nigdy już nie spróbuje jej uderzyć. Telewizor niósł do naprawy. Wcale nie ruszał żadnego telewizora. Kwili i szlocha. Nie potrafię odróżnić policjanta od policjanta. Jeden z nich pyta, czy tatko raczy samemu się ubrać, czy też może potrzebuje pomocy w tym trudnym zadaniu. Ojciec mój kiwa czerwonym łbem, wstaje, naciąga spodnie i koszulkę. Gliniarze pokazują, gdzie ma iść, i tatko zaczyna wrzeszczeć. Bosy, ciska się przed siebie. No to go biorą, łapią za ręce, próbują we dwóch, lecz w korytarzu pomieści się jeden. W życiu bym nie pomyślał, że tatuś ma tyle siły. Nie mogą obalić go na podłogę. Drze się i szarpie. Gliniarz wykręca mu rękę na plecach, tatko ciągnie go do przodu, wali głową o drzwi, obraca się wokół własnej osi, kłapie paszczą, rozwierając oczy potwora. Nim gliniarz pojmie, co się święci, wrzeszczy i trzyma się za nos. Krew bucha mu spomiędzy palców. Tatko już gna korytarzem. Policjanci przeskakują drącego się towarzysza i lecą za moim tatusiem, który zaraz ułatwia im zadanie. Dobiega mnie krótki okrzyk, a za nim znajomy odgłos ciała toczącego się po stopniach na półpiętro. 13. Mieszkanie Boruckich obrasta w dobra. Na półce z książkami stoi wieża Philips. Czarna i masywna, kojarzy się z miniaturą czteropiętrowego parkingu. Obok rzędem ustawiono zbiorowe wydania nagrań Bacha, Mozarta, Beethovena i innych dawno zgasłych kompozytorów. Część jest


zafoliowana. Brzmią pieśni Schuberta. Pan Ryszard mówi, że dawno temu w każdym porządnym domu gościł przynajmniej kwartet smyczkowy, potem pojawiły się patefony, a teraz mamy to. Muzyka klasyczna, w jego opinii, każdego czyni lepszym. To nie jedyna zmiana. Na wysokim kryształowym półmisku stoi tort czekoladowy, w który wbito osiemnaście świec. Są porcelanowe talerzyki, srebrne łyżeczki i biały obrus. Na prążkowaną koszulę pana Ryszarda wylał się szeroki krawat. Pani Hania krąży między pokojem i kuchnią w białej bluzeczce zapiętej pod szyję. Przynosi soki, pasztet na zimno i półlitrówkę. Jędrek siedzi przy stole ze zwieszoną głową. Każą mu się podnieść i biorą w ramiona. Pani Hania życzy mu, żeby był szczęśliwy i znalazł porządną dziewczynę. Wspomina, jak sama wchodziła w dorosłość. Znała dla siebie jedną drogę, lecz teraz świat kusi ogromem możliwości. Jędrek jest dobrym chłopakiem i może zostać, kim chce. Pan Ryszard ma bardziej konkretne życzenia. Chciałby, aby Jędrek skończył zawodówkę, poszedł do technikum, zdał na prawdziwe studia i podjął pracę, też prawdziwą. Żeby głupoty wywietrzały mu z głowy. Robią misia, pan Ryszard klepie syna po plecach, zauważa, jaki z niego byczek, i szeptem dodaje, że z tą jedyną, dobrą dziewczyną wcale nie musi się tak spieszyć. Życzy mu nawet paru mniej dobrych dziewczyn. Byleby tylko nie zrobił dzieciaka. Jędrek, uwolniony z uścisku, gasi świeczki jednym dmuchnięciem. Schubert zmienia się w fortepian Chopina, zwiastując czas prezentu. Pani Hania niesie przed sobą miękki pakunek. Jędrek nie radzi sobie z jego otworzeniem, nie może przerwać wstążki, aż sięga po nóż do ciasta. Pan Ryszard wzdycha, jego żona się śmieje. W środku znajduje się granatowy garnitur, jasna koszula i krawat. Jędrek przygląda się temu jak ciału, które właśnie wypłynęło spod lodu. Pani Hania prosi, żeby przymierzył, na co Jędrek przystaje bez słowa. Gdy wraca z pokoju, witają go brawa. Pan Ryszard rozpina mu dolny guzik w marynarce. Mówi, że w ten prosty sposób można odróżnić chłopaka z kindersztubą od wiejskiego chama. Zresztą, jakiego chłopaka? Jędrek stał się mężczyzną i czeka go jeszcze jedna, prawdziwie męska przyjemność. Pan Ryszard stawia na stole dwa kieliszki z zadymionego srebra. Jeden przed Jędrkiem, drugi przed sobą, półlitrówka sterczy między nimi. Pan Ryszard opowiada, że miał kiedyś wielkiego przyjaciela, z którym się pokłócił, co teraz już nie ma znaczenia. Osiemnaście lat temu ów kumpel, złotnik, ofiarował mu te kieliszki właśnie z myślą o tym dniu. Żeby ojciec i syn napili się jak faceci. Pan Ryszard stroni od alkoholu, wyjąwszy takie okazje, i ma nadzieję, że Jędrek przejmie po nim przynajmniej tę cnotę. Prosi syna, by ten przyjrzał się kieliszkom. Na jednym jest monogram ojca, na drugim – syna. Kielichy godne Boruckich, zauważa pan Ryszard. Nalewa i ociera łzę.


Stukają się i walą na raz. Pan Ryszard lekko czerwienieje, wydyma policzki i zaraz zalewa gardło sokiem pomarańczowym. Jędrek odstawia kieliszek. Nawet go nie otrzepało. Pani Hania pyta z troską w głosie, czy pił już wódkę. Jędrek małpuje śmiech. – Mamuś, a skąd! Toż to smakuje jak woda! 14. Moje życie to karawan nerwowego sprzątania i ponownego zalegania w gnoju, wieczny powrót gówna, stajnia Augiasza, do której nie przyszedł Herkules. Mycie okien i czekanie na powrót czerni. Wynoszenie flaszek, choć przecież zaraz będą nowe. Tym razem będzie inaczej, zapewnia matula. Zostaliśmy we dwoje. Tym razem oczyścimy się na dobre. Wymieciemy ślady po tatusiu. Zaczynamy od książek. Część być może zasługuje na ocalenie, lecz mama jest bezlitosna. Kupimy sobie nowe, które sam zechcę czytać. Nieśmiało proponuję, że poszedłbym z nimi w niedzielę na Chemika i spróbował sprzedać. Wózek pożyczę od pani Teresy. Mama nie chce o tym słyszeć, bo na pewno wszystkiego nie pogonię. Zawsze w domu zostanie jakaś jego książka. Spieram się trochę, choć wiem, że walczę o przegraną sprawę. Lata temu, podobno, tatko handlował na Chemiku, tam spotkał złych ludzi i wciągnął się w butelkę. Źli ludzie wciąż mogą się tam kręcić z nowymi butelkami. Antykwariusz, który wpada do nas, też chyba za kołnierz nie wylewa. Z puchatego kołnierza sterczy czerwony nochal. Antykwariusz wchodzi jak do siebie. Ocenia księgozbiór, targuje się z mamą o cenę, a ja już rozumiem, czym różni się od innych, okazjonalnych gości. Nie obchodzi go, jak żyjemy. Nie ocenia. Nie zwraca uwagi, bo widział już domy, przy których nasza kawalerka to pałac cezarów. Przyszedł tylko po książki. Myślę o nim ciepło. Mama wymiata śmieci spod mebli. Zbiera flaszki, niedopałki, łachy cuchnące tatusiem. Mógłbym tańczyć w rytm jej kroków, lecz mam inne zajęcie: wybieram ojcowskie duperele z dolnych półek meblościanki. I tu zaplątała się półlitrówka. Natrafiam na klaser ze znaczkami. Tatuś zbierał Generalną Gubernię i Trzecią Rzeszę. Przyglądam się rzędom różnokolorowych Hitlerów trafionych z profilu, są żołnierze brnący przez śnieg i kobieta w chuście, tuląca do piersi maleństwo. Sprzedałbym te znaczki, ale mama mówi, że tatko obskoczył z tym klaserem wszystkich filatelistów z Bydgoszczy. Niekompletne serie, podklejki, zerwane ząbki – tatko gromadził nic niewarty nazistowski szajs. Gromada Adolfów ląduje na deklu od śmietnika. Może ktoś jednak weźmie. Może komuś się spodoba.


Głębiej natrafiam na plik czarno-białych zdjęć. Małoletni tatko ma twarz w kształcie serca i jasne, ufne oczy. Ciut starszy, z gęstymi puklami, wspina się na słup trakcyjny i wygląda na to, że ma na sobie tę samą kurtkę dżinsową, która właśnie poleciała do kosza. Przeglądam dalej. Tatko śmieje się otoczony przez kumpli. Stoi na głowie. Wynurza się z jeziora. Unosi mamę na rękach. Rety, jakie miał kiedyś muskuły! Oglądałbym tak dalej, tylko matula wyrywa mi fotografie i zaraz porywa plik kopert przewiązanych czerwoną wstążką. Mówi, że sama opróżni meblościankę. Mam się zająć czyszczeniem szafy. Ubrania ojca nie sprawiają kłopotu: rozplątuję te zbite kule i sprawdzam, czy nie zawieruszyło się coś mojego albo mamy. Wywlekam podziurawione dżinsy, hawajskie koszule ze sztucznego tworzywa i sprany podkoszulek grupy Budgie z obciętymi rękawami. Tyle tego, że brakuje worków. Wchodzę do szafy, wyjmuję skarpetki zwinięte w kulki, nieuprane majty, przynajmniej trzy małpki po wiśniówce, zapomnianą, zafoliowaną ramkę popularnych i skarb zagrzebany pod tą górą śmiecia. To szara teczka zabazgrana rysunkami czołgów, żołnierzy i wybuchów. Tatko robił zbyt wiele kresek, jakby chciał zamazać to, co narysował. W środku znajduję plik kartek zapisanych na maszynie. Przejeżdżam wzrokiem po szeroko rozstrzelonych wersach, po poprawkach, naniesionych ręcznie ogonkach do polskich liter, po białych plamach korektora. Na górze pierwszej strony trzaśnięto dużą czcionką: BOGDAN HOPPE, SIDŁA LISA PUSTYNI. I jeszcze data. Tatko napisał książkę. Rok przed moim narodzeniem. Świat znika, jakby Bóg zacisnął go w pięści. Siedzę na dnie szafy i trzymam kartki w plamie słońca. Z czytaniem nigdy nie szło mi dobrze. Grzęznę w akapitach. Tatko pisze coś o polskim agencie we włoskiej armii, o ofensywie egipskiej, o bitwie w Cyrenajce, rozwodzi się nad chłodem nocnej Sahary i rozgrzaną skórą dziwek w wojskowych burdelach. Tyle imion, rodzajów broni, stopni oficerskich. Płoną światła nocnych obozowisk. Do spoconych twarzy walczących przylepia się piach. Przerzucam strony coraz szybciej, a w drzwiach szafy staje matka i pyta, dlaczego tak się guzdrzę. Robota czeka. Wiem, co zaraz nastąpi, próbuję ukryć książkę, lecz matula wydziera mi ją z rąk. Przerzuca pospiesznie. Mówi, żebym pilnował swojego nosa. Myślała, że jestem mądrzejszy. Wybiega na korytarz, trzaskając drzwiami. Przez okno widzę, jak ciska książkę tatusia do śmieci i chowa twarz w dłonie, oparta o mur. Czyścimy do nocy. Radość przepadła i gdy siadam naprzeciwko pustej meblościanki, gdy patrzę na miejsce, gdzie stał telewizor, odnoszę wrażenie, że nasze mieszkanie zrobiło się nagle dwa razy większe. Moglibyśmy zamieszkać z nosorożcem. Mama mnie obejmuje. Mówi, że albo wyrzucamy wszystko, albo nic. Człowiek, który wyszorował się od stóp do głów, zapominając o jednym paznokciu, dalej będzie brudny. Niedługo kupimy sobie nowy telewizor. Kupimy, co tylko chcemy.


Długo wiercę się w pościeli. W spóźnionym śnie widzę książki tatusia ułożone w pudłach na zapleczu antykwariatu. Wzbijają się do lotu. Trzepoczą okładkami. Roztrzaskują okienną szybę i fruną przez uśpioną Bydgoszcz do swoich starych półek. Szukam ich zaraz po przebudzeniu. Nie tylko ja. Mama zrywa się z pościeli, narzuca płaszcz na pidżamę i pędzi w klapkach przez podwórko, tam gdzie świeżo opróżnione kubły. Spóźniła się parę minut. Robi jeszcze kilka kroków, macha i krzyczy, ale śmieciarka bierze powolny zakręt i znika z naszej ulicy. 15. Pan Ryszard powoli odstawia kieliszek, zdejmuje okulary i przeciera czoło. Słabym głosem wyraża nadzieję, że się przesłyszał, tymczasem pani Hania nie ma wątpliwości. Zasłania usta i zaczyna szlochać. – Ja inaczej nie mogę – mówi Jędrek. – Ja się poduszę w tym Fordonie. Zdania nie zmienię. No i będę kimś. Wy ze mnie dumni będziecie. Na te słowa pani Hania płacze jeszcze głośniej. Mówi, że go tam, w tej Legii, po prostu zabiją. Rozerwie go mina. Padnie z wycieńczenia. Przecież jest ich jedynym synem. Nigdy nie rozstawali się na dłużej niż kilka dni. Co z jego pokojem? Jak tak może, przecież tak nie wolno. Jędrek próbuje ją przytulić. Pani Hania drży. – Ja będę pisał do was, mamuś – obiecuje Jędrek. Kieliszek wraca do rąk pana Ryszarda, a okulary na jego nos. Pan Ryszard nalewa jeszcze po jednym i pyta, co Jędrkowi strzeliło do głowy. Sam był w wojsku i doskonale go rozumie. Chce włożyć żołnierski but, droga wolna. Legia to lepszy pomysł niż polskie wojsko. Ale do skończenia szkoły pozostało kilka miesięcy. Głupio to zmarnować. Służba potrwa pięć lat, więc pół roku nie zrobi różnicy. Jędrek podejmuje pierwszą dorosłą decyzję w życiu. Wypada, by była przemyślana. – Ja bardzo o tym myślałem, tato. I ja chcę być żołnierzem, a nie cukiernikiem. Pani Hania ujmuje dłonie syna i pyta, czy wie, co robi jej sercu. Pan Ryszard zaczyna kursować między ścianą a oknem, zastanawiając się głośno, czemu właściwie jeden zawód wyklucza drugi. Kucharz zawsze rządzi na jednostce. Najlepiej będzie, jeśli zacznie służbę jesienią. Jędrek wstaje. Obejmuje najpierw ojca, potem matkę. – Ja bardzo wam dziękuję i za ciasto, i za piękny prezent. I ja bardzo przepraszam, tak mi przykro, tylko ja z tym już nic nie mogę zrobić. Ja tego naprawdę potrzebuję. I dziękuję wam za wszystko, jeszcze raz. – Przygryza wargę. Wyślizguje się z ojcowskich objęć, rzuca na odchodnym: – Ja kocham was najbardziej na świecie.


Zamyka za sobą drzwi. Kładzie się na łóżku w samych slipkach i nowej koszuli. Krzyżuje ręce na piersi, spogląda w sufit i słucha, jak matka płacze, a ojciec próbuje ją pocieszać. Młodzi często wymyślają takie głupoty. Sądzą, że zdobędą świat w kwadrans. Porozmawia z panią Wandą, by przyjęła go z powrotem, jakby co. Niech Jędrek jedzie do tej Marsylii. Przecież go nie wezmą. 16. Skręcamy z Długiej w Przyrzecze, w to wąskie gardło prowadzące nad kanał, a Jędrek patrzy na ceglany dom za wodą, jakby nie planował tutaj wrócić. Opowiadam Jędrkowi, jak zmieniło się moje życie. – Tatko co porabia? – pyta Jędrek. – Wyszedł? Cóż, tatuś przepadł. Siedzi albo i nie. Nie pojawił się na Jasnej. Nie widziałem go w pobliżu i ani myślę szukać. Czeka na sprawę. Pewno wlepią mu sporo za ten odgryziony nos. Mówiąc to, odwracam głowę od bram wjazdowych w kamienicach, gdzie kręcą się menele. Od kanału bije chłód. Czarny stok opada do samej wody. Niedługo drzewa zaczną kwitnąć. – Na moje prędko go nie puszczą – mówi Jędrek tonem znawcy. – A jak puścili, spieprzył z Bydgoszczy, mówię ci. Co tu po nim? A po mnie co? Idziemy dalej, ku Farnej. Przed nami odsłania się rynek, który chcemy przeciąć jak najszybciej, ale naszego rynku cholernie trudno uniknąć. Pochłania nas kolejne wąskie gardło, uliczka Malczewskiego. Ludzie krzyczą na siebie przez otwarte okna, a z Grodzkiej wytacza się maluch pomazany sprejem. Cztery tęgie chłopy tak go dociążyły, że ledwie się kolibie. Błyskawicznie uskakuję na chodnik. Jędrek odsuwa się w ostatniej chwili. Zbieram się na odwagę i pytam, dlaczego właściwie to robi. Udaje, że nie słyszy. Pruje przed siebie. Doganiam go dopiero na Podwalu. Wyjął z plecaka litrową colę i pociąga z gwinta. Opieram się o mur. Patrzę na zamurowane okienka naprzeciwko, na znak drogowy owinięty czarnym workiem. Przejmuję butelkę i zaraz w żołądku rośnie mi balon. Powtarzam pytanie. Dlaczego tam jedzie? Potrzebuje pieniędzy, przygody? Jędrek przeciera szyjkę rękawem kurtki. – Weź tak nie przeżywaj – radzi i rechocze. – Kartkę ci wyślę. Oni mają forty w Afryce, to se je pozwiedzam. Wiesz co, ja już sobie pójdę. Nie ma co, stary. Nie ma co stać tutaj bez sensu. Mówi tak, ale nie idzie, tylko tkwi z tą colą w obu dłoniach. Zza kamienicy wyłania się znajomy już maluch. Z głośnika jakiś facet prosi, żeby pokazać mu mózg. Pyta, czy słowa przypadkiem nie są za małe. Auto skręca opornie i toczy się z powrotem w stronę Grodzkiej – pstrokata plamka w szarości, malowany ptak.


– Ja bardzo się boję, że jakbym tu został, to coś się podzieje. – Jędrek gniecie butelkę. – Coś bardzo strasznego, z czym sobie rady nie dam, bo i jak? I pomyślałem, że taka Legia jest dla takich jak ja, łapiesz, rozumiesz? Będę żołnierzem. Gdzieś mnie tam wyślą. Powalczę. I tak o. Postrzelam. Tak o. Ja tu, Krzysiek, po prostu nie mogę zostać, mi tu zostać nie wolno. No, to cześć. Nawet nie wiem – objął mnie czy tylko uścisnął. Stoję dalej pod murem i patrzę na jego malejącą sylwetkę. Nogi stawia szeroko. Flejers czyni go jeszcze potężniejszym, niż jest. Myślę, czy jeszcze go zobaczę. Jak mu tam będzie. Czy go nie zabiją. Bo złamać to się nie da. Rozpieprzyłbym pięścią tę zieloną ścianę, a Jędrek odwraca się, unosi dłoń i woła: – Trzymaj się ramy, to się nie posramy! 17. Na zaścielonym łóżku leżą dwie pary białych slipek, skarpetki, koszulka i zapasowa bluza. Pani Hania uważa, że to stanowczo za mało – Jędrek powinien wziąć jeszcze jakieś dżinsy, sweter, koniecznie pidżamę, kurtkę przeciwdeszczową, takie rzeczy. Niech zabierze torbę podróżną zamiast plecaka. Mówi to wszystko z chusteczką przy twarzy. – Mamuś, i tak mi wszystko tam wezmą. Dostanę nowe ciuchy. Pani Hania idzie w kuchni przygotować kanapki. Ma nadzieję, że Jędrek nie odmówi przynajmniej tego. Co właściwie jedzą w tej Legii? Jeszcze zniszczy sobie żołądek. Przy synu siada nieogolony pan Ryszard i klepie go po plecach. Jędrek garbi się pod jego dłonią. Kaktusy na parapecie, miniwieża Edyta, kasety magnetofonowe i stosik czasopism sportowych wyglądają na bardzo stare, jakby wygrzebano je spod ziemi. Należą do świata, który przestał istnieć. Pan Ryszard drżącym głosem mówi, że doskonale rozumie swojego syna. Gdy był młody, bardzo chciał podróżować. Kupował atlasy i kolekcjonował pocztówki z całego świata. Wieczory spędzał w pokoju bardzo podobnym do tego, w którym teraz siedzą. Punkt dziewiąta światło musiało być zgaszone, więc dawał nura pod kołdrę z latarką. W niespokojnym świetle dopasowywał widokówki do miejsc na mapie i wyobrażał sobie, że kiedyś to wszystko zobaczy. Uważał, że podróże zmienią go w mężczyznę. Jędrek, jego zdaniem, chce tego samego. Zdejmuje rękę z pleców syna i garbi się tuż przy nim. Mówi dalej, przez zasłonięte usta. Uważa, że w jakiś sposób Jędrek ma rację i Legia zmieni go w faceta. Z pewnością nauczy pokory. Jędrkowi przyda się taka lekcja, ale pozostaje pytanie, czy jest na nią gotowy. Prosi Jędrka, żeby nie dał sobą pomiatać. W jednostce spotka różnych facetów, często starszych i bardziej doświadczonych. Ludzie, którzy uciekają przed własną przeszłością, są


twardzi i bezlitośni. Spróbują się wyżyć na młodziaku i Jędrek nie może na to pozwolić. W pokoju stołowym Renata Przemyk kieckę zadziera – to pani Hania włączyła radio w nowej wieży. Pan Ryszard mówi coraz wolniej, jakby na gasnących bateriach. Przypomina, że koledzy to jedno, ale Jędrek nie może pyskować przełożonym, choć będzie miał na to ochotę. Niech Jędrek trzyma gębę na kłódkę i się słucha. Jeśli się postawi, tylko oberwie. Twardy wobec kolegów, posłuszny wobec zwierzchników, taki powinien być, a na pewno da sobie radę. Jest dzielnym facetem, dodaje i wstaje z wersalki. – Dziękuję, tatusiu – odpowiada Jędrek. Ojciec pochyla się nad synem. Biorą się w ramiona. Jędrek przyciska twarz do piersi pana Ryszarda, a pan Ryszard patrzy w okno, ponad jego głową. Chwilę później kładzie dłoń na klamce, zamiera i mówi, że mężczyznę poznajemy także po sposobie, w jaki radzi sobie z niepowodzeniami. Wie, że Jędrek da z siebie wszystko w tej Legii. Ale służba może go przerosnąć. Może się okazać czymś, do czego nie został stworzony. Lew nie pofrunie. Jastrząb nie dźwignie antylopy. Mężczyzna wie, kiedy odpuścić. Mężczyzna rozpoznaje sytuację, w której nie powinien tkwić. Jeśli Jędrek odejdzie z Legii przed czasem, niech nie widzi w tym swojej klęski, tylko kolejne doświadczenie. Jest kochany. Zawsze może wrócić do domu, gdzie czeka na niego obiad i dobre słowo. Powiedziawszy to, pan Ryszard chce zadać jeszcze jedno, najważniejsze pytanie. Widać po jego twarzy, że o tym myśli: dlaczego uciekasz, mój synu? Cóżeś ty uczynił? Opuszcza pokój. Muzyka z wieży cichnie, gaśnie górne światło, zapala się lampka nocna. Jędrek siedzi zgarbiony, jakby wciąż ściskał ojca w mocnych rękach. 18. Jędrek zamyka za sobą drzwi. Z mieszkania obok wychodzi Dagmara, więc puszcza ją przodem, szczerząc się jak wodzirej. Dziewczyna wciąż nosi swój płaszczyk, ale zamiast książki trzyma różowy skoroszyt pełen różnokolorowych kartek, z których sterczą paski samoprzylepnych zakładek. Gdy schodzą po schodach, nieustannie ogląda się za siebie. Na parterze Jędrek wyprzedza ją gładko i znów otwiera drzwi. Pada deszcz ze śniegiem. Dagmara marszczy nos. Drogę na przystanek przebywają wspólnie, metr od siebie, tak że Jędrek brodzi w rozmakającym śniegu. Spod czarnej ziemi nieśmiało przebija trawa. Po bałwanach pozostały kopczyki jak kretowiska. Dagmara pyta, dokąd właściwie Jędrek jedzie, bo przecież nie chodzi do żadnej szkoły. Wygląda, jakby wybierał się na wakacje.


– Zaciągnąłem się. – Jędrek pęcznieje z dumy. – Za pół roku będę walczył w Afryce! Mina Dagmary zdradza, co dziewczyna sądzi na ten temat. Nic jednak nie mówi. Na przystanku siada i kładzie skoroszyt na kolanach. Szarpie róg okładki. Jędrek stoi oparty o wiatę i wypatruje autobusu. Przestępuje z nogi na nogę, bez przerwy przełyka ślinę. Zerka w stronę bloków Fordonu. Pasażerów jest niewielu. Dagmara pyta, czy także tym razem będzie miała przyjemność jechania z Jędrkiem do centrum. Jędrek potrząsa głową. Dziewczyna życzy mu powodzenia i prosi, żeby uważał na siebie. Gdy już stoi na stopniach autobusu, Jędrek woła: – Hej, Daga! Wrócę za pięć lat, w mundurze, i się z tobą ożenię! 19. Jędrek jedzie na pace samochodu. Słońce pada na zamknięte powieki, więc Jędrek widzi tylko czerwień, która łagodnie przechodzi w peron na dworcu kolejowym w Ulm czy czymś podobnym. Wszystkie niemieckie dworce są takie same: gotyckie litery, piaskowe budynki i kostka brukowa. Wtacza się skład osobowy, Jędrek sprawdza, czy wochen-ticket wciąż spoczywa w tylnej kieszeni, a samochód podskakuje na wyboju, wybijając go ze snu. Jędrka otaczają inni rekruci. Nikt nic nie mówi. Słychać nierówny szum silnika. Wokoło ciągną się kamieniste wzgórza o łagodnych szczytach pokrytych brązowiejącą trawą. Jędrek spuszcza głowę i już jest na białej ulicy Marsylii, gdzie ludzie jedzą lody i piją wino w ogródkach kawiarnianych, osłonięci przez kolorowe parasole. Jędrek krąży między nimi, powtarzając jedno pytanie: – Leżjon entrete? Kolega z paki trąca go i mówi, że właśnie tam jedzie. Jędrek kiwa głową, zamyka oczy i już jest gdzie indziej: siedzi na krześle razem z innymi rekrutami, wciąż w swojej bluzie, z plecakiem na kolanach. Na ścianach wiszą wielkie zdjęcia żołnierzy w kepi, niektóre czarno-białe, inne nie. Jest też mapa Europy i telewizor wyświetlający film o dokonaniach legionistów. Minuty stają się godzinami i gdy Jędrka wreszcie proszą na testy, auto bierze zakręt i przed Jędrkiem odsłania się kompleks budynków ułożony na zboczu wzniesienia. 20. Brama wyrasta z dwóch eleganckich prowansalskich murków. Można by sądzić, że prowadzi do jakiegoś luksusowego pensjonatu, gdyby nie wielki napis: LÉGION ÉTRANGÈRE. QUARTIER VIÉNOT. Jędrek siedzi na pace ciężarówki, plecak trzyma na kolanach. Za nim rozciąga się kordon wapiennych skał.


Między falami krzaków, kwitnących w pasmach żółci i czerwieni, rosną śródziemnomorskie sosny i seledynowe eukaliptusy. Słońce grzeje jak wściekłe. Mijają piaskową wartownię i niski budynek aresztu. Żołnierze przy kantynie nawet nie zerkną w stronę ciężarówki, która powoli skręca w lewo i wspina się na stok. Jędrek zeskakuje z paki jako jeden z pierwszych, staje na baczność, pręży pierś. Reszta też próbuje trzymać fason. Wciągają brzuchy. Obok Jędrka stoi kulturysta jak z „Flexa”, o dorżniętych mięśniach, ze smoczą głową na bicepsie. Dwóch Anglików koło trzydziestki wygląda na niezłych zawodników. Stoją blisko siebie, jakby próbowali coś zasłonić. Włochaty Węgier mógłby za to uczyć informatyki w jakimś dobrym liceum. Głowę trzyma wysoko, gryzie wargi. Uwagę Jędrka zwraca Polak w spodniach moro i białym podkoszulku. Żylasty, z cofniętym zgryzem i ogromnymi przedramionami przypomina Popeye’a, marynarza z kreskówki. Zachowuje się, jakby znał to miejsce. Jako jedyny nie zerka na pozostałych. Kapral nazywa się Nicodème, ale tutaj wołają na niego Nico. Stoi w rozkroku, przez co wydaje się jeszcze mniejszy, niż jest. Nosi okulary w okrągłych oprawach i bez przerwy mruży oczy. Po francusku mówi, że wszyscy tutaj, jak stoją, nie są mężczyznami. Nie nadają się nawet na mężczyzn, a co dopiero na legionistów. Trzeba ich rozebrać na części i poskładać. Wszyscy ściągają usta i tylko Popeye pozwala sobie na drwiący uśmiech. Pod palącym słońcem słuchają godzinnej tyrady w niezrozumiałym języku. Mogą zostawić sobie bieliznę i przybory toaletowe. Jędrek rozbiera się i wypróżnia plecak. Potem golenie głów. W samej bieliźnie Węgier wygląda jak osaczony mamut. Kulturysta sprawia wrażenie, jakby doskonale się bawił. Jędrek tylko zerka w lusterko, robi zawadiacką minę, a Nico mówi, żeby sobie niczego nie wyobrażali. Nie są nawet ludźmi. Nie mają prawa nawet się odezwać do prawdziwego człowieka. Jędrek dostaje czysty znoszony dres i buty. Są za małe. Utykając, wchodzi do sali, gdzie spędzi pierwszą noc. 21. O czwartej nad ranem na terenie pierwszego regimentu cudzoziemskiego w Aubagne panuje przenikliwy chłód. Jędrek, wyrwany ze snu, nawet nie wie, kiedy znalazł się na zewnątrz. Węgier przeciera zaspane oczy, Anglicy trzymają się blisko siebie, kulturysta gubi krok. Stoją tak we dwudziestu przed budynkiem koszar. Niektórzy próbują drzemać oparci o mur. Gdy zjawia się Nico, Węgier koniecznie musi wiedzieć, na co tutaj czekają, i natychmiast dostaje odpowiedź. Pompki do upadłego, dla niego i całej kompanii. Za głupie pytanie jednego cierpią wszyscy. Początkowo


Węgier jeszcze sobie radzi. Chwilę później rozpłaszcza się na ziemi, a Nico trąca go czubkiem buta i ryczy coś po francusku. Jędrek bez pośpiechu robi swoje, za to Popeye prostuje ramiona bez żadnego wysiłku, jakby zimna ziemia sama odpychała go od siebie. Przegania go tylko kulturysta, stworzony do tej czynności. Nad wzgórzami niebo różowieje, z wolna ślepną gwiazdy. Pompki skończone. Węgier kuli się pod wzrokiem Nico, jakby spodziewał się ciosu. Przed szóstą grupa krzepnie, Anglicy robią się rozmowni i nawet zagadują dwóch legionistów kręcących się przy budynku. Nieoczekiwanie Popeye szepcze do Jędrka, że oni odpadną jako pierwsi. Nie mają charakteru, a on zna się na takich rzeczach. – Ja tam przejmuję się sobą – mówi Jędrek. – Na moje każdy tak powinien. Odpowiedź bardzo podoba się Januszowi, bo w rzeczywistości tak nazywa się Popeye. Ma już trzydzieści dwa lata i zna to miejsce. Zaciągnął się na początku lat dziewięćdziesiątych. Ledwo to zrobił, mama mu umarła. Musiał wracać do Ustki, żeby ojciec nie utonął w butelce. Poza tym służył na Helu i pływał trochę na statkach. Woli jednak wojsko. Odsuwają się od innych. Janusz mówi, że teraz to przedszkole jakieś, a nie Legia. Kiedyś Nico wytrzaskałby takiego Węgra po pysku. Kaprale w typie Nico są, zdaniem Janusza, najgorsi. Do niczego się nie nadają. To ciecie zesłani tutaj za karę. Wkurwieni, wyżywają się na rekrutach. Nim Jędrek zdąży się zgodzić, Nico gwizdkiem oznajmia, że czas na bieg. Biegną dwójkami. Za mały but obciera piętę, piach idzie w powietrze. Wzgórza czerwienieją od słońca. Kark Jędrka ogrzewa się od oddechu kulturysty. Droga wije się wśród krzewów, między kamieniami. W oddali czerwone dachy miasteczka wspinają się ku kamiennej wieży, a kulturysta potyka się o kamień, upada ciężko, przeklina, zrywa się na nogi i zrównuje z innymi. Robią kółko i zachodzą koszary od drugiej strony, gdzie znajduje się drążek i sześciometrowa lina. Purpurowy z wysiłku kulturysta jest w swoim żywiole. Jędrek podciąga się pięć razy. Mógłby i piętnaście, oszczędza jednak siły. Anglicy nie radzą sobie ani z jednym, ani z drugim. Nico po francusku tłumaczy wszystkim, co sądzi o matkach tej spedalonej dwójki. Na stołówce oczy Węgra markotnieją na widok bagietki z dżemikiem. Najwyraźniej rozgląda się za kimś, komu mógłby się poskarżyć na śniadanie i skórę zdartą podczas wspinania się po linie. Z pewnością nie poleci do Nico. Janusz spogląda na swoje śniadanie i stwierdza półgłosem, że wiele się zmieniło, lecz nie wszystko. Siedzą przy osobnym stole. Żaden z mundurowych nawet nie zerknie w ich kierunku. Wszyscy jedzą to samo. Janusz ociera serwetką brzydkie białe wargi i informuje Jędrka, że zaraz zaczną się testy, a przede wszystkim rozmowa z gestapo, od której zależy niemal wszystko.


22. Gestapo to dwóch wojskowych usadzonych za prostym drewnianym stołem. Pierwszy – kanciasty knypek w grubych okularach – jest starszą wersją Nico, drugi przypomina urzędnika zdolnego zniszczyć życie jednym podpisem. Knypek zanurza nos w papierach i pyta spokojnie, po polsku, co kierowało Jędrkiem, że się zaciągnął. Jędrek siedzi prosto, patrzy mu w oczy. – Zawsze chciałem być żołnierzem. Skończyłem osiemnastkę i zaraz żem się zaciągnął. Knypek skrobie parę linijek w kajeciku, tymczasem urzędnik przechyla się przez stół i patrzy na Jędrka. Dziwi się, że dziewczyna go puściła. Jędrek to w jego opinii kawał przystojnego chłopaka i na pewno podobał się panienkom. Chyba że jest ciepłym Czesiem. Jesteś Czesiem, Jędruś? – Za mundurem panny sznurem – odpowiada Jędrek. – Jak mówię, od dziecka żem wiedział, wojsko albo nic. Knypek się śmieje. Polszczyzna urzędnika dźwięczy Lublinem, lasami wschodu. A jak było w szkole? Jak Jędrek się uczył? Często lali się po lekcjach? Co może powiedzieć o swoich rodzicach, ich zawodach i poglądach politycznych? Właśnie, sprawy wielkiego świata: co o nich sądzi taki rekrut jak Jędrek? Knypek notuje, wysuwając końcówkę języka, a urzędnik rechocze i pyta Jędrka, czy zabił swoją dziewczynę. Jędrek nawet nie mrugnie. – Jedną? Trzy zajebałem, tak się o mnie biły! 23. Jednostkę okala wysoki mur, za którym rosną drzewa. Nico urządza testy sprawnościowe, a rekrutów zostało czternastu. Podciągnięć ma być przynajmniej dziesięć. Węgra oblewa zimny pot, kulturysta pyta, czy można jedną ręką, i cała grupa ciśnie pompki do upadłego. Nico przygląda się temu, spacerując z dłońmi złączonymi na plecach. Po podciąganiu przychodzi czas na linę. Jędrek nie rozumie po francusku. Janusz mówi mu, że nie wolno używać nóg. Jędrek wspina się powoli, krótkimi szarpnięciami, dbając o oddech. W teście Coopera muszą przebiec trzy kilometry w dwanaście minut i Jędrek kończy dwie minuty przed czasem. Lepszy jest tylko Janusz, który znów twierdzi, że tamta Legia to było coś, teraz wylądowali w szkole dla dziewczynek, co daje Jędrkowi szansę na kontrakt wojskowy. Mówiąc to, klepie go po plecach, a kulturysta opiera dłonie o muskularne uda i wymiotuje ze zmęczenia. Gwizdek Nico zapowiada kolejny bieg i kulturysta


rozdziawia gębę jak dziecko. Słońce stoi wysoko, powietrze nagrzewa się jak para, drżą w nim liście, poskręcane gałęzie, ptaki. Biegną z plecakami, w pełnym obciążeniu. Jędrek zapomniał o zbyt małych butach. Usta mu wyschły, jakby zarył żuchwą w piach. Nico coś wykrzykuje, a oni próbują odpowiadać. Przed Jędrkiem chwieje się potężna postać kulturysty. Ptaki na niebie wydają się odległe jak duchy: pierzaści goście z innego świata. Chwieje się horyzont, nogi pęcznieją od krwi. Spod stóp pryskają brązowe jaszczurki. 24. Jędrek popija bezalkoholowe piwo w wojskowej kantynie. Podwinął rękawy munduru. Na pagonie widnieje zielona wypustka. Ci, co mają czerwoną, mogą kupić sobie prawdziwy browar, a nawet butelkę wina produkowaną przez weteranów w pobliskim Puyloubier. Podchodzą do Jędrka, częstują papierosami. Jędrek odmawia, za to Janusz kopci jak smok. Nagle stali się widzialni – zyskali imiona, ciała, można im ścisnąć grabę. Od rana leje, ryk smoków niesie się od wzgórz. Szyby spływają deszczem. Ciemno jak w nocy. Jędrek i pozostałych ośmiu rekrutów siedzi na podłodze w swojej sali. Każdy w mundurze z zieloną wypustką na pagonie. Słuchają wrzasków Nico. Skręcają i rozkręcają karabiny, po dziesięć, dwadzieścia, pięćdziesiąt razy. Najpierw należy odłączyć magazynek, potem pokrywę komory zamkowej, sam zamek, za którym idzie łoże, nakładka i rura gazowa. Jędrek jakoś nie może się zmieścić w dwudziestu sekundach, Anglicy są jeszcze gorsi, za to Węgier chyba miał spluwę w kołysce zamiast grzechotki. Jego palce tańczą wśród stalowych części. Kulturysta, któremu dziś wszystko leci z rąk, próbuje pyskować. Po pompkach zadyszany Janusz mówi Jędrkowi, że nie jest to takie głupie. Chodzi o pamięć ciała. Składanie karabinu ma wejść w krew jak dłubanie w nosie. Czemu Jędrek sobie tak nie radzi? Wojsko niczego go nie nauczyło? – Nigdy nie byłem w wojsku – mówi Jędrek. Janusz prycha w odpowiedzi. Nico wywraca niezaścielone łóżka i wyrzuca rzeczy z szafek. Jędrek zna już parę słów po francusku i rozumie, że ubrania muszą być ułożone w kostkę, trzydzieści na trzydzieści centymetrów. Ten test kulturysta zaliczył jako jedyny. Stoi samotnie – pomnik muskularnego zadowolenia ponad uwijającymi się żołnierzami. Dziś tylko mży. Stal zalała niebo, budynek koszar pociemniał i przypomina schron. Jędrek przesuwa się z miotłą po placu apelowym. Zamiata wodę. Nie ma tu ani drobinki kurzu, jednego paprocha, niedopałka. Mokry plac jest jak lustro. Jędrek kręci głową i gryzie wargi. Przeklina Nico, który stoi pod daszkiem i gwiżdże na Jędrka, żeby się nie


ociągał. Później, przed snem, Janusz opowiada, jak to się namęczył, szorując podłogę w kuchni. Tak właśnie jest na początku służby – dostajesz szmatę ze zmiotką zamiast karabinu. Jędrek wstaje, masuje się po krzyżu i kuca ponownie. Obrywa zeschłe liście z żywopłotu. Od strony kantyny dochodzą go wesołe głosy. Popijawa trwa. Z niepokojem zerka na słońce. Przesuwa się odrobinę, kolejna garść brązowych liści ląduje w blaszanym kuble. I znów kawałek dalej. Wypatruje Nico. Ten facet jest jak widmo, wyrasta za plecami w najmniej spodziewanym momencie. Jędrek wali pięściami o uda, znów gryzie wargi, wykrzywia twarz. Jakiś mundurowy wyłania się zza żywopłotu. To nie Nico, lecz Janusz. Wsadza dłoń między liście. Opuścił jeden brązowy! Żeby to jeden, masa tego. Tutaj. I tu. I jeszcze tu. 25. Wypustka na pagonie Jędrka zmieniła kolor na czerwony. Magazynier mierzy mu klatkę piersiową, ramiona i szerokość w pasie. Jędrek dostaje cztery mundury bojowe, do tego paradny i na wartę. Jeszcze nie zasłużył na kepi. Twarz mu jaśnieje na widok oryginalnych dresów Adidasa, zielonych w czerwone pasy. Przymierza na długość, czy dobre. Gładzi materiał. Jaki miękki. – U nas to musiałbym chyba miesiąc zapieprzać na takie dresiwo – mówi Januszowi. Janusz gratuluje mu hartu ducha – sam chciałby znów być młody i cieszyć się takimi pierdołami. Adidas od lat szyje rzeczy dla Legii, co w tym dziwnego? Siedzą razem z Węgrem, Anglikami i resztą w wojskowej kantynie. Wszyscy piją prawdziwe piwo, tylko Jędrek zadowala się bezalkoholowym. Węgrowi muzyka nie przeszkadza, szwargoli coś po swojemu, nikt nic nie rozumie, lecz śmieją się wszyscy. Między żołnierzami kręci się Nico, teraz brat łata z papierochem w pysku i butelką w krótkich paluchach. O świcie Jędrek i siedmiu skacowanych facetów ląduje na pace ciężarówki i sunie w stronę słońca. Wszyscy trzymają głowy nisko, tylko Jędrek wodzi wzrokiem po bieli wzgórz i seledynowych eukaliptusach. W miasteczku żółte i niebieskie domy wyłażą wprost na drogę, zdają się tańczyć. Winnica oplata stok. Ciężarówka sunie pod górę, przejeżdża przez łukowatą bramę i zatrzymuje się pod piaskowym dwupiętrowym budynkiem z krępymi wieżyczkami po bokach. Okiennice są otwarte, dostępu do bram na dole bronią kraty. Na stołówce starzy, żylaści mężczyźni jedzą jajecznicę. Dom weterana to ostatnia przystań dla żołnierzy, którzy nie odnaleźli się w cywilu. Legia zawsze dba o swoich. Goście rozsypują się między stołującymi i Jędrek


zostaje sam. Okna o grubych drewnianych framugach dają niewiele światła, być może dlatego twarze weteranów wydają się do siebie bardzo podobne, o pewnych siebie oczach i wysuszonych policzkach. Niektórzy nie mają palców i dłoni. Półślepi, o poparzonych twarzach, bez żuchw, bez nóg, z wgniecionymi czaszkami – bezpańskie psy, które zamieniły emeryturę na budę i ciepły posiłek w przytułku. Francuski miesza się z niemieckim. Dwóch markuje pojedynek na noże, używają jednak widelców. Na przedramieniu Jędrka ląduje silna dłoń pokryta plamami wątrobowymi. Błękitne oczy starca rozszerzają się gwałtownie. Mężczyzna musi mieć z osiemdziesiątkę. Od zdeformowanego ucha, poprzez policzek, aż po kołnierz koszuli biegnie blizna po oparzeniu. Różowa, jakby powstała niedawno. Jej właściciel pyta Jędrka po niemiecku, czy jest jego synem. Jędrek zaprzecza ruchem głowy. Starzec chwilę trawi tę wiadomość i pyta, czy Jędrek chce z nim usiąść. Proponuje karty albo szachy. Jędrek po prostu zwala się na stołek. Niemiec opowiada Jędrkowi coś o jakiejś bitwie w Ardenach, o krwi wsiąkającej w czarne mundury i pogrzebanych kolegach. Walczył potem w Indochinach, w Algierii, Bejrucie, bił się o Kanał Sueski. Jędrek rozumie co trzecie słowo. Gdy wstaje, Niemiec nie chce go puścić. Opowiada, jak leżał na śniegu i spoglądał na siebie z góry. Był sobą i obcym jednocześnie. To akurat Jędrek rozumie doskonale. Wstaje gwałtownie. Niemiec tylko pieści jego dłoń, oczy ma mokre: Ich weiß! Du bist nicht mein Sohn! Du bist ich! 26. Na podpis Jędrka składają się koślawe drukowane litery, które mogłoby postawić dziecko, ale nikomu to nie przeszkadza – kontrakt, choć wstępny, jest ważny. Jędrek płynie przez korytarz, ściskając papiery. Ściany rozsuwają się przed nim. Szeroko jak w markecie. Przez okna wpada chłód pustyni i nim Jędrek się obejrzy, już siedzi w kantynie z kuflem piwa w łapie. Wszystko, co może zrobić, to pić je powoli. Jest odosobniony w tym zamierzeniu, bo każdy, łącznie z Nico i kulturystą, demoluje sobie łeb. W kantynie stoją talerze z mięsem, warzywami i ziemniakami. Sałaty tyle, że można w niej się schować. Wina też jest zatrzęsienie i cały czas donoszą nowe. Węgier wlewa sobie dwie butelki naraz w gardło i pada na krzesło. Anglicy dla hecy leją się po pyskach. Z głośników lecą stare piosenki, chłopy próbują śpiewać swoje, legijne. Obejmują się, obiecują przyjaźń. Rozpalają się papierosy. Jędrek siedzi na skraju ławy. Przyjmuje uściski, lecz nie spieszy się z nimi. Obejmuje, ale nie wpada nikomu w ramiona. Patrzy przed siebie, jakby to nie działo się naprawdę. Jakby nie ruszył się ze swojego pokoju. Dopiero gdy posiwieje powietrze w kantynie, wychodzi na


zewnątrz. Idzie przed siebie, aż feta ucichnie. Siada, spuszcza głowę, żeby nie widzieć gwiazd. 27. Do Castelnaudary jadą pociągiem, w beretach i mundurach polowych. Jędrek jako jedyny nie ma kaca. W przedziale unosi się zapach potu i trawionego alkoholu. Jędrek błąka się po korytarzu i gapi się na przedmieścia Tuluzy, wystawiając łokcie za okno. Słoneczny żar walczy z chłodnym powiewem wokół rozpędzonego wagonu. Janusz staje obok z papierosem w pysku. Kiepuje wprost na podłogę. Radzi, by Jędrek nie trzymał się na uboczu. Jeszcze inni pomyślą, że się wywyższa albo ma jakieś tajemnice. Castelnaudary to małe miasteczko nad wodą. Tutejsze kamieniczki mogłyby spokojnie stanąć w Bydgoszczy. Tak samo odrapane, oślepione, lecz mniejsze – jednopiętrowe kruszynki, przed którymi przy brzegu kanału tłoczą się jachty. Bóg mógłby rozciąć sobie palec o szpic kościelnej wieży. Jędrka pędzą przez wąskie i strome uliczki aż do piaskowego budynku ogrodzonego murem. Tutaj, jak obwieścił Nico, spędzą najcięższe cztery miesiące swojego życia. Kompania, do której trafia Jędrek, ma kolor czerwony. Będzie służył z nim jeszcze kulturysta oraz Janusz. Kulturysta schudł, ale i zhardział. Na apelu stoi z zaciętym wyrazem twarzy i słucha, jak kapral Josef z mocnym czeskim akcentem tłumaczy, co i jak. Nico wrzeszczał, on dudni – od takiej mowy marszczy się woda w kanale i płoszą się skorpiony. Spać będą w ośmiu, na łóżkach polowych. Mają aż cztery umywalki i dwa prysznice, a miejsca tyle, że można by w kosza zagrać. Jędrek wybiera sobie posłanie, zapełnia szafkę i siada po swojemu, z dłońmi między kolanami. Nie reaguje, gdy Janusz pyta, skąd ma tę bliznę koło kciuka. Przez otwarte okno wpadają motyle i wilgotne powietrze od kanału. Budzą go o piątej i pędzą pod prysznic. Jędrek czeka na swoją kolej – nikt nie spieszy się ani do golenia, ani do prysznica. Apel jest o szóstej, w zimnych promieniach świtu. Przy śniadaniu Janusz dosiada się do Jędrka i opowiada, jak to jeszcze w technikum wchodził po piorunochronie do żeńskiego akademika. Je przy tym małymi kęsami, wyciera sobie usta chusteczką. Chciałby wiedzieć, czy teraz jest podobnie, czy młodzi się tak pierdolą. Ma pewność, że Jędrek wie to i owo na ten właśnie temat. Dodaje, że właściwie nie jest głodny. Oddaje mu swoją bagietkę. Jędrek zjada ją dopiero wtedy, gdy Janusz znika z kantyny. 28.


Nocny marsz zaczyna się o trzeciej. Każdy maszeruje z pełnym obciążeniem. Jędrek ściąga policzki i wypina pierś za każdym razem, gdy poczuje wzrok kaprala Josefa. Oprócz własnego plecaka taszczy przenośną radiostację. Obciążony, chwieje się, jakby kolana zmieniły mu się w masło. Castelnaudary miga gdzieś w dole, nie ma księżyca ani gwiazd. Nie widać nawet własnych stóp, ci z tyłu idą po cudzych śladach. Obawiają się kamieni. Gdzieś ze środka kolumny dochodzą przekleństwa kulturysty. Zmieniają się w mamrotanie, by wkrótce ucichnąć. Kilometr za kilometrem, z bąblami jak orzechy włoskie, w chłodzie, pod ciężarem. Jędrek maszeruje na samym końcu, obok Janusz – niewidoczny, słychać tylko jego oddech. Buty nagle zrobiły się całkiem wygodne, stopy zaledwie mrowią. Radiostacja nie waży prawie nic. Pomaga w marszu, jest jak stalowe skrzydła. Kark Jędrka owiewa ciepłe tchnienie, choć przecież nikogo za nim nie ma. Ciepło. Coś szepcze w ciemności. Zatrzymuje się, pozwala odejść kolegom i czeka, aż ucichną kroki. Rusza przed siebie, nie znając kierunku, pchany przez rozgrzany wiatr, jakby właśnie teraz dotarł doń podmuch płonącego świata, który porzucił. Przyjemny kokon mroku jest jak woda życia, przywraca siłę mięśniom, uspokaja głowę, przypomina sercu właściwy rytm. Tu wszystko jest znajome niby dziecinny pokój. Jędrek zatacza się i rozprostowuje ramiona, jakby tańczył w ciepłym deszczu. Jest niezwyciężony i nieśmiertelny. Jest jak skała wędrująca przez kosmos, obojętny świadek wypalania się gwiazd i konania galaktyk. Robi się jeszcze ciemniej, a mocna ręka szarpie go ku sobie. Janusz pyta, co on właściwie sobie wyobraża. Jeszcze wszyscy będą przez niego cierpieć. 29. Widziana z daleka, farma przypomina górski ośrodek wypoczynkowy. Chlewik przylega do dużego kamiennego domu, dalej rozciąga się łąka i pierścień lasu. Z kamiennego stoku wyrastają spłachetki zbrązowiałej trawy. Na dole wiją się nitki rzek, dróg, domki przyprószyły dolinę. Wszystko niewyobrażalnie dalekie. Jędrek dowiaduje się, że spędzą tutaj trzydzieści dni w odosobnieniu. Niezawodny Janusz dookreśla sprawę: albo go zajebią i zakopią, albo zdarzy się fajna przygoda. W jego oczach przysnęła złość. Pokoje są mniejsze niż cela w karcerze. Jędrek błyskawicznie rozkłada swoje rzeczy w szafce i melduje się na apelu. Kapral Josef ogłasza dwa kilometry szybkiej przebieżki. Rusza ostrożnie. Kilometry rozrastają się do pięciu, potem do siedmiu. Po południu strzelanie. Trawa jest ciepła, pachnąca, na plecy spada słońce, dmie chłodny wiatr. Cele to drewniane tarcze i kukły ze słomy.


Uwadze Janusza nie umyka, że tu nikt nie szczypie się z amunicją. W polskim wojsku rozliczał się z każdego naboju, a teraz może zabrać i po pięć magazynków. Kulturyście trzęsą się ręce. Nie trafia w drewniane cele. Im bardziej się stara, tym gorzej mu wychodzi. W Węgrze szarpiącym spust jest coś z rozbrykanego dzieciaka i tylko Jędrek nie wystrzelał nawet jednego magazynka. Długo celuje, zbiera się, odpuszcza. I znów celuje. Janusz zaraz chce wiedzieć, czemu tak się guzdrze. Jędrek, nim odpowie, unosi karabin. – Ja tam nie lubię pośpiechu. Ja lubię obserwować cel. 30. Po całodniowym marszu Jędrek odpływa, przyłożywszy głowę do poduszki. Nie przeszkadza mu ani światło, ani szum pryszniców, ani gadanina Węgra. Śpi może pięć minut. Wybudzony, siada na łóżku i rozgląda się, jakby nie miał pojęcia, gdzie jest. Kapral Josef coś wrzeszczy. Ci, co znają francuski, wypadają z koszar, więc Jędrek leci za nimi, w samych tylko slipach. Stoi na baczność. Zęby mu klekoczą. Kapral Josef informuje, że tej nocy, dzięki pewnemu koledze, przećwiczą alarm przeciwpożarowy – muszą wynieść z koszar wszystko jak najszybciej. Jędrek rusza jako pierwszy. Rozgrzeje się w ruchu. Ludzie potykają się o siebie, zderzają w drzwiach, wyrywają talerze, plecaki, karabiny. Na placu rośnie stos ubrań, mebli i jedzenia. Śmigają półnagie chłopy. Gwizdek kaprala Josefa przerywa tę zabawę. Kapral Josef wskazuje na szlauchy. Skoro pożar, to gasimy! Jędrek wraz z Węgrem ściskają niesfornego węża, kierując strumień najpierw na dach, potem jadą po ścianach. Woda wlewa się przez otwarte okna. Jędrek musi przyklęknąć i dopiero gwizdek podrywa go na nogi. Kapral Josef wrzeszczy, że pożar na kwaterze już opanowano, płonie za to sterta ubrań na środku placu apelowego. Jędrek oblewa własne ciuchy. Wciąż jest w samych slipach i dygocze, jakby właśnie wyskoczył z przerębli. Gdy stoją na apelu, niebo przecina złota łezka meteoru, a kapral Josef oznajmia, że wypowie teraz życzenie, które z pewnością się spełni. Otóż na poranny apel, o szóstej, wszyscy mają się stawić w suchych ciuchach. Tak mówi i pozwala się rozejść. Węgier pyta kolegów, czy na pewno dobrze usłyszał. Słońce jeszcze nie wzeszło. Brakuje żelazek. Można by jakiś ogień rozpalić czy co? Janusz chce wiedzieć, czy Węgier przypadkiem nie walnął się w głowę. Mieli pożar na niby, to teraz prawdziwy się przyda. Poza tym na żołnierzu schnie najszybciej. Zanurza dłonie w mokrych łachach i szuka swojej bluzy. Jędrek idzie za jego przykładem. 31.


Obozują na polanie pofałdowanej jak ucho, pełnej głazów narzutowych, rozciętej lodowatym strumieniem. Węgier podgrzewa mięso z kapustą, inni szykują menażki, obmywają sobie twarze i oglądają bąble na stopach. Jeden tylko kapral Josef wyciągnął się na trawie i ćmi szluga z wolnym ramieniem pod głową. Mięso skwierczy, paruje, Węgier ukrawa sobie solidny kawał na spróbowanie i zaraz jeszcze jeden, żeby się upewnić. Z podwiniętymi rękawami i miękkim podgardlem wygląda jak kucharz z jakiejś komedii frontowej. Do gara ustawiła się kolejka. Jędrek jest jednym z ostatnich. Ściska menażkę. Dostaje kawałek mięsa i kopiec kapusty, Węgier chce mu dać, jak każdemu, plastikowy nóż z widelcem, ale Jędrek nie bierze. Rozgląda się i siada na kamieniu, w oddaleniu od reszty. Nabiera kapusty na palec, wkłada sobie do ust i popija z manierki. Na pobliskim głazie lokuje się Janusz, który dopiero co przepłukał sobie dłonie w strumieniu. Kładzie menażkę na kolanach, wyjmuje sztućce i odkrawa niewielki kawałek mięsa. Żuje i gapi się na Jędrka. W końcu radzi mu, by jadł jak człowiek, bo trochę wstyd. Rzuca w jego stronę drugi komplet sztućców. Jędrek wstaje, odkłada menażkę. Ignoruje widelec i z trawy podnosi nóż o krótkim białym ostrzu. Na takie łatwo natrafić w taniej jadłodajni. Już jest przy Januszu. Ten otwiera usta, lecz się nie osłoni. Ramię Jędrka zmienia się w smugę. Nóż uderza pod uchem, pęka, Jędrek dociska. Januszowi starczy sił, by go odepchnąć. Klęka. Skowyczy. Krew ciurka mu przez palce. Boi się puścić, bo nie wie, jak głęboka jest rana, dokąd dotarł nóż. Jędrek stoi nad nim, ściskając połamany kawałek plastiku, a ku nim lecą wszyscy. Kapral Josef próbuje uspokoić jęczącego Janusza, rozczapierza jego zaciśnięte palce. Krew ciurka jak wcześniej. W szyi tkwi kawałek noża. Kapral Josef stwierdza, że to tylko płytkie skaleczenie. Odwraca się do Jędrka. Patrzy na niego inaczej niż wcześniej. Prawdziwy nóż odesłałby Janusza w zaświaty, mówi. I zaraz dodaje, że takich tępaków jak Jędrek w Legii nie potrzebują. 32. Zniknęły zasłony, a okna są otwarte na oścież. Każdy mebel przywędrował skądinąd, ale przynajmniej wyglądają na nowe. Zamiast amerykanki mam teraz tapczanik zdobyty na przecenie w salonie meblowym Bodzio. Sofę dostaliśmy od pani Teresy, stolik i regał po taniości sprzedał nam pan Docent. Kuchnia wciąż czeka na swoją kolej. Mama chciałaby wymienić lodówkę i bojler, przydałyby się też nowe krzesła i stół. Jednak nie wszystko naraz. Dla dobrych ludzi każdy dzień jest świętem, lecz dziś mamy szczególny powód do radości. Zaczyna się od łomotu w drzwi. Pędzę z nadzieją, że to Jędrek wrócił – takie walenie jest bardzo w jego stylu. Zamiast niego widzę


czerwoną twarz matuli. Sapie i jeszcze się śmieje. Dźwiga telewizor Sanyo, wielki jak pół fiata. Natychmiast chwytam z drugiej strony, mama prosi, żebym przestał, bo jakoś przytaszczyła go od Grunwaldzkiej. Czemu sama? Bo niespodzianka! Wspólnie targamy ten wspaniały ciężar do pokoju. Ledwo usuwam palce. Zaraz bym podpinał, ale mama zwala się na sofę i prosi o szklankę wody. Przynoszę. Pytam, skąd wytrzasnęła takie cudeńko. Matula nie od razu chce mówić, śmieje się i macha ręką – tak jakoś się do niej przykleił. Nie odpuszczam. W końcu mamusia opowiada mi o takim panu Zbyszku, co jeździ na dryndzie i chyba jest porządnym człowiekiem. Mieszka zaraz obok, na Grunwaldzkiej, i dobrze zna się z panem Docentem. Akurat kupił sobie nowy telewizor i nie miał co z tym zrobić. Dał z dobrego serca, taki jest miły, mówi moja mama i ociera sobie kącik ust. Dowiaduję się, że pięć lat temu pan Zbyszek stracił żonę i odtąd mieszka sam. Ma takiego starego owczarka, chodzi z nim po parku. Może ich kiedyś widziałem? Cały ten pan Zbyszek niewiele mnie obchodzi, za to instalacja telewizora szalenie. Zaraz sprawdzam, czy ma odpowiednie wejście – podepnę do niego konsolę, jak już będę ją miał. Razem z mamą wtykamy antenę i podnosimy, bardzo ostrożnie. Po chwili już stoi, a ja ustawiam kanały. Piegowata dziewczyna z mnóstwem drewnianych bransoletek wybiera kota w worku: samochód przepadł, będzie mikrofala. Zygmunt Chajzer uśmiecha się jak przekrojony ziemniak. Na jedynce dwóch dziennikarzy katolickich szepcze coś o Bogu i dałbym głowę, że każdy ma mokrą rybę w kieszeni. I tak się na nich gapię: na żywy brąz ich marynarek, błyszczącą obrączkę ślubną, bajkowy błękit stolika, bruzdy na twarzy. Tego nie widziałem na naszym starym rubinie. Przełączam na kanał lokalny – jakiś facet tłumaczy sytuację baryczną na tle mapy województwa. Dzwonek do drzwi zgrywa się z zapowiedzią deszczu. Otwiera mama. Zerkam jej przez ramię. Na progu stoi pani Teresa. Dziwnie ją widzieć poza maglem. Myślałem, że już się zrosła z nakrochmaloną belą, papierosem i taboretem: królowa oderwana od odwłoka, w naszym korytarzu. Mama zaraz by ją wciągnęła do środka, ale pani Teresa nie chce. Posyła mi taki uśmiech, że chcę się schować, i mówi, że niechętnie wchodzi między wódkę i zakąskę. Czasem jednak trzeba. Mój tatko kręcił się przy maglu. Trzeźwy, powiedział, że nie pije. I pyta, czy mógłby porozmawiać z mamą. Prosi tylko o pięć minut, tak rzekł. Pani Teresa ma minę, jakby oczekiwała na ścięcie, mówi jeszcze, że naprawdę nic jej do tego. Nie kładzie się palca, gdy maszyna idzie. 33.


Tatko zamiast wódą pachnie mocnymi perfumami, którymi skropił swoje natarte szarym mydłem ciało. Mięsa mu przybyło, na policzkach pojawił się słaby rumieniec. Przyciął włosy. Ogolony jak na przysięgę ściska wielki bukiet, a drugą rękę trzyma za plecami. Tak sobie stoimy. Przecież nie rzucę mu się na szyję. Tatko pyta, czy może wejść, i uzyskuje zgodę. Zerka w głąb mieszkania. Wręcza kwiaty ogłupiałej matuli, mnie duży pakunek, zdejmuje buty na wycieraczce i próg przekracza boso. Siedzę z nim chwilę sam, bo mama dogląda obiadu. Tatko nie może uwierzyć, jak odpicowaliśmy mieszkanie. Nalega, żebym rozpakował prezent. Nogi mu chodzą. Dostałem podróbkę niebieskich lewisów ze stadionu Chemika, ale adidasy Pumy wyglądają już na oryginalne i nawet pasują. Na dnie pudełka leżą jeszcze Przygody dobrego wojaka Szwejka. Tatuś mówi, że to jedna z jego ukochanych książek, od niej zaczął przygodę z czytaniem. Nie wiem, co o tym myśleć, pewno nie stać go na PlayStation, no ale od lat tyle mi nie kupił. Zadaje mnóstwo pytań, chce wiedzieć, co u mnie. Dziwi się, że Jędrek wylądował w Legii, i ma nadzieję, że mnie podobne pomysły nie chodzą po głowie. Nim zdążę odpowiedzieć, mama stawia przed nami paprykarz z ziemniakami i kompot. Rodzice siedzą po przeciwległych krańcach stołu. Ja między nimi. Tatuś je łapczywie. W ośrodku, gdzie siedzi, karmią gotowanymi warzywami. Macha widelcem i opowiada, jak to z nim było. Mógł pójść do pudła albo na leczenie. Zaraz wybrał to drugie. Na początku ośrodek wydawał mu się gorszy od więzienia i minęło trochę czasu, nim zrozumiał, dlaczego tam jest. Ale jak zrozumiał, to tak do spodu. Musiał policzyć każdą przepitą złotówkę i każdy zmarnowany dzień. Zobaczył straty, które spowodował. Był dla nas jak przemarsz wojsk, jak bomba atomowa. To właśnie zrozumiał. Zrozumiał też, że jeśli wróci do starego życia, to niedługo umrze. A bardzo nie chce umierać. Śmierci boi się niemal tak jak utraty najbliższych, dodaje i natychmiast zmienia temat. Teraz może już wychodzić, pod warunkiem że wróci na noc do ośrodka. Potrwa to jeszcze pół roku. Trochę pracuje: czyści groby na cmentarzu komunalnym. Trochę porobił przy szpitalu. Sprzątał na mieście. Zaglądał przy tym do bram, gdzie pił. Pierwszy raz trzeźwy. Taki wstyd. Teraz mama opowiada o mnie. Dobrze się uczę, tylko za dużo siedzę w domu. Właściwie nie wie, co porabiam, bo całe dnie spędza w maglu i ma jeszcze dwie kamienice do sprzątania. Pani Teresa pomogła, to wielki przyjaciel domu. Ojciec skończył już jeść i słucha, patrząc w przestrzeń. Mówi, że płacą mu najniższe stawki, a trzy czwarte tego, co zarobi, oddaje do ośrodka. Długo składał na moje spodnie, buty i książkę. Łapie coraz więcej fuch. Cenią go jako pracownika. Liczy, że z miesiąca na miesiąc będzie lepiej, każdy zatrudni abstynenta, a jemu niewiele trzeba. Karmią, ubranie dali, jest biblioteka. Dlatego zacznie nam pomagać, nie oczekując niczego w zamian. Spłaci przynajmniej cząstkę swojego długu, choć wie, że


dług jest nieskończony, a każda cząstka nieskończoności to też nieskończoność. Matula spokojnie słucha tego wszystkiego. Gdy chce zbierać talerze, tatko podrywa się, chce wyręczyć, lecz ona nie pozwala. Idzie do kuchni, a tatuś wykorzystuje tę chwilę, by sprzedać mi mądrość: skoro zawiódł, teraz mnie przypadła rola głowy rodziny. To wielka odpowiedzialność, żałuje, że ją na mnie zrzucił. Mama wraca do pokoju, a tatuś obwieszcza, że będzie się zbierał. Dość się zasiedział jak na pierwszą wizytę. Mamusia zachęca go, aby został jeszcze godzinkę albo dwie. I tak nie mamy żadnych planów, pooglądamy telewizję. Tatuś przypomina jednak, że musi wrócić do ośrodka. Zapina marynarkę, a mama całuje go w policzek. Ja poprzestaję na uścisku dłoni. Patrzę na ojca znikającego na klatce schodowej. Działa jedna żarówka. Przysiągłbym, że wziął głęboki oddech tam, za kręgiem światła. Parę dni później, po kolejnej wizycie, idę z tatusiem na przystanek. Pokazuje mi jakieś zaświadczenie, dzięki któremu nie musi kasować biletów. Kary przestaną przychodzić. Naprawił kolejny drobiazg. Drobiazgi składają się w wielki remont życia. Nim wsiądzie w autobus, bierze mnie w ramiona i kocha, aż żebra trzeszczą. Wsiada. Wydaje się narysowany na brudnej szybie, taki nierzeczywisty. Robię kółko aż do parku przy torach kolejowych. Siadam na ławce i próbuję sobie to wszystko poukładać. Po zielonym placku, tam gdzieśmy rżnęli w piłę, zatacza kółka facet w skórzanej kurtce. Obok wlecze się stary owczarek. Pan Zbyszek odpala papierosa od papierosa i smutno zerka w stronę Jasnej. 34. Pani Hania nie może oderwać się od Jędrka. Obsypuje go całusami, maca po barkach i brzuchu, szczypie w uda – takie grube. Jędrek stoi wrośnięty w przedpokój, przestępując ze stopy na stopę. Głębiej, niczym smutny diabeł kokoszący się w dziupli, tkwi pan Ryszard ze złotym sygnetem na palcu. Jakoś odkleja matkę od syna i próbuje go objąć. Mówi, że czekał spokojnie, bo wiedział, że Jędrek wróci. Pyta, czy czegoś mu nie trzeba, ale Jędrek milczy. Wrzuca zawartość plecaka do pralki. Bierze długi prysznic. Stare ubrania – dres, niebieska bluza – ujawniają skalę zmiany. Poleciał z dziesięć kilo, spuchły mu przedramiona, rozrosły się barki. Siedzi tyłem do drzwi i bez przerwy zerka za siebie. Je drobnymi kęsami. Pani Hania martwi się, że tak mało. Podsuwa pieczone kiełbaski owinięte plastrami boczku, pcha talerz serów i pyta, czy podgrzać bigos. Pan Ryszard się oburza: weź jeszcze widelec i karm chłopaka. Przecież jest skonany. Jędrek nie odpowiada, je jednak coraz szybciej. Przełyka, zamykając oczy. – Ja jestem bardzo zmęczony – duka. – Pójdę się położyć.


Po chwili siedzi na brzegu rozścielonego łóżka. Na krześle obok leżą bluza i spodnie dresowe, poskładane w kwadrat o boku trzydziestu centymetrów. Brzmi pukanie. Pan Ryszard czeka, aż syn pozwoli mu wejść. Jędrek wydaje z siebie głośne mruknięcie i ojciec jest już w środku. Siada na krześle, splata dłonie i mówi, że słyszał trochę o żołnierzach powracających z takich miejsc jak Castelnaudary. Czasem potrzebują profesjonalnej pomocy i on ją opłaci, jeśli tylko Jędrek będzie chciał. Jędrek kręci głową. Przecież nie jest wariatem. Pan Ryszard przygryza wargi. Przez cały czas zastanawiali się z mamą, jak się Jędrkowi wiedzie, ale o nic nie zamierza pytać. Chciałby tylko, aby jego syn jak najszybciej wrócił do normalnego życia. Już rozmawiał z panią Wandą – ta wprost nie może doczekać się powrotu Jędrka. Wszystko będzie dobrze. Tylko jedna rzecz nie daje spokoju panu Ryszardowi. Dlaczego Jędrek się zaciągnął? Uciekał przed czymś? Pan Ryszard nie ma żadnych wątpliwości: cokolwiek się stało, dadzą sobie radę. Jędrek siedzi przed nim w samych bokserkach. Żyły kłębią się pod skórą klatki piersiowej. – Tatuś – mówi – przecież jakbym coś zrobił, tobym nie wrócił.


Kto śmie traktować cię źle jesień 1998

1. Swoim zwyczajem siedzi w kuchni i spogląda za okno. Ma na sobie podomkę w wypłowiałe kwiaty. Siwiejące włosy związała w nieforemny kok, a minę ma, jakby przypominała sobie po kolei wszystkie nieszczęśliwe dni. Złości mnie jej smutek, bo tyle mamy do zrobienia. Mamusia wyjmuje carmena z miękkiej paczki, a ja nożem do chleba oskrobuję z lodu drzwi lodówki. Topniejące drobinki zagarniam szmatą do wiadra. Mamusia zaciąga się kilkukrotnie, starannie wykrusza żar i odkłada papierosa na bok. Carmen ma teraz długość zatyczki do najtańszego długopisu. Drzwi od lodówki ciągle nie chcą się domknąć. Szoruję mocniej tym nożem. Wydłubuję lód z rowka w uszczelce. Pakuję tam palec. Udało się! Zaglądam jeszcze do zamrażarki, ale odpuszczam i zabieram się do ścierania plam z podłogi. Gdy wkładam dłonie pod lodówkę, na palcach osiada mi mokry kurz. Mamusia zdradza rosnące zainteresowanie drugą połową papierosa. Trzask, i wypalona zapałka ląduje obok mojej stopy. Mamusia ostatnio kładzie się coraz wcześniej. Jeszcze przed zmrokiem mówi tylko o śnie, monotonnym, nużącym głosem. Patrzy w telewizor, który już niedługo wróci do pana Zbyszka, albo wystaje w oknie, wyraźnie oczekując powrotu tatusia, jakby nie rozumiała, że to się nie zdarzy. Tatko powróci w środku nocy, nie wcześniej. Na przemian wścieka się o tę nieobecność i martwi się, czy nic mu nie będzie. Koło ósmej ląduje na kanapie i gapi się w telewizor. Mówi, że inni ludzie są bardzo dziwni. Prawdziwe życie jest gdzie indziej, a my wszyscy zostaliśmy zapomniani. Potem pyta, czy pomogę jej się położyć. No jasne, matulu. Pomagam wstać, rozścielam, a mamusia prosi, żebym nie patrzył za siebie, bo się przebiera. Stoję więc i gapię się w ścianę, gdzie widnieje nie jeden, lecz dwa ślady po brudnych głowach. Wreszcie mogę się odwrócić. Mamuś moja wygląda jak stary, ogolony szczur. Pytam, czy mogę jeszcze trochę pooglądać telewizję. Zgadza się, ale chwilę później prosi, żebym wyłączył. Znam tę rozmowę i wiem, że nic nie zwojuję. Rzucam się na tapczan, zaczynam czytać. Mamusia nie może wytrzymać z lampką nocną, więc gaszę. Zabieram komiks o Punisherze, zamykam za sobą drzwi, siadam w kuchni i włączam cichutko radio. To, a jakże, gra zbyt głośno jak na tę późną porę, zaś światło bijące spod drzwi i MAMUSIA ZAPALA PAPIEROSA.


przez mleczną szybę okazuje się nie do wytrzymania. Punisher nie zdążył nawet wyjąć spluwy. Myślę o zbliżającej się dorosłości i o tym, czy zdołam się uwolnić, o miejscach, które mógłbym odwiedzić, i o pracy, którą dane będzie mi podjąć. Cieszy perspektywa posiadania własnych pieniędzy. Niedługo skończę elektryka, może coś zarobię. Albo pójdę do technikum. Potem co? Zachodzę w głowę, jak to jest mieć życie. Moi rówieśnicy chodzą po knajpach i na koncerty. O czym rozmawiają? Jaka rozbrzmiewa muzyka? Zza okna dobiega miarowy łoskot piosenki Loony, a księżyc szuka sobie drogi między ciemnymi latarniami. Dochodzą mnie i inne dźwięki: mamusia świszczy i szepcze, zaś sofa jęczy pod jej wiercącym się ciałem. Wpadam w łoskot wewnętrznego głosu, bezładnej szeptaniny, gdzie kotłują się koty, noże, kino Pomorzanin, żywi i martwi przyjaciele. Sunę po tej pochyłej spirali, zapadam w sen i się z niego wynurzam. W tej ciszy kroki na schodach wybrzmiewają, jakby tatko maszerował w środku mojej głowy. Nogi mu się lekko plączą. Idzie coraz wolniej. Podnosimy się jednocześnie, mamusia oraz ja. Jest piąta pięćdziesiąt rano. Tatko napiera na drzwi całym ciałem, mało klamki nie urwie, i już jest w środku. Zdziera z siebie kurtkę i jak zawsze pyta, czemu nie jesteśmy w łóżkach. Cały rozpoczynający się dzień będziemy chodzić nieprzytomni. Chłepcze wodę wprost z czajnika i śmierdzi potem, mimo dezodorantu. Zmachał się, biedaczyna, maszerując aż z Szajnochy, gdzie pracuje w dziale AGD. 2. Gabinet pani Wandy doczekał się odnowy. Ściany, wciąż zapełnione zdjęciami, dyplomami i wycinkami z gazet w zdobionych drewnianych ramach, mają teraz barwę lukrowego różu. Biurko zyskało lekkość za sprawą miękko wygiętych nóg, za to obciążają je plastikowe rynny na dokumenty i wielki posążek uśmiechniętego grubasa, uważanego powszechnie za Buddę. Stoi również drzewko szczęścia. Za szkłem regału ciągną się rzędy książek poświęconych cukiernictwu, o nieskazitelnie gładkich brzegach. Właśnie o ten regał opiera się Jędrek. Splata dłonie na brzuchu, opuszcza głowę, a pani Wanda spogląda na niego leniwie spod powiek pokrytych jasnoniebieskim cieniem. – Ja bardzo panią przepraszam – mówi Jędrek. – I chciałbym prosić, żeby pani dała mi jeszcze jedną szansę. Będę bardzo się starał, nie będę marudził i zrobię wszystko, o co pani poprosi – dodaje, zaciskając szczęki i wbijając wzrok w gładką wykładzinę. Pani Wanda zachowuje na moment nieodgadniony wyraz swej kremowej twarzy i prosi Jędrka, żeby choć


przez moment był poważny. Odszedł z dnia na dzień, pojechał nie wiadomo dokąd, do Afryki czy gdzieś, a teraz chce, by przyjęła go z powrotem. – Naprawdę nie wiem, co mi strzeliło do głowy – szepcze Jędrek. – Pani wie, że jak się postaram, to… Pani Wanda podrywa się z fotela i woła, żeby przestał. Przecież sama też kiedyś była młoda i pamięta, co to takiego, ten zew przygody. Więcej nawet! Gdyby Jędrek się nie szarpał, nie próbował czegoś w życiu, uznałaby, że się co do niego pomyliła. Jest przecież niezwykłym chłopakiem, a tacy chodzą własnymi drogami. Dokąd? Nieważne. Ważne, że wracają. Pani Wanda wygląda, jakby chciała go objąć, lecz Jędrek stoi nieporuszony. Słyszy, że zawsze zostanie przyjęty z powrotem, bo tacy pracownicy są na wagę złota. – Ja bardzo pani dziękuję – odpowiada Jędrek. Pani Wanda siada za biurkiem, lecz zaraz znów wstaje. Jeśli Jędrek skończył kurs, porozmawiają o zatrudnieniu na stałe. I może się nie obrazi, jeśli będzie musiał postać za ladą, ze dwa popołudnia w tygodniu. Teraz byle kogo nie można dopuścić do pieniędzy. A i owszem, prowadzą sprzedaż detaliczną. Nie widział odpicowanej kawiarenki? Jędrek kręci głową i duka: – Dlaczego pani robi to wszystko? Dłoń pani Wandy przesuwa się delikatnie po jego ramieniu. Cukiernia to nie zwykły zakład pracy, nie miejsce dla wyrobników. Wszyscy są rodziną, więc nie wolno nikogo odrzucać. Pani Wanda delikatnie popycha Jędrka w stronę drzwi. Mało, a klepnie się w czoło. Prawie zapomniała – KujawskoPomorska Izba Rzemiosła i Przedsiębiorczości organizuje konkurs cukierniczy. Czasu niewiele, konkurencja ostra, ale co to dla nas, mówi pani Wanda, co to dla naszej rodziny. 3. – Zaczniemy od tych spichrzy – obwieszcza Jędrek. – Potem kościoły, potem sam nie wiem, coś się zobaczy. Siedzimy po drugiej stronie Brdy, blisko mostu. Jędrek patrzy na spichrze, a ja na Jędrka. Niemal go nie poznaję. Ledwo kontroluje swoje ruchy, jakby rozsadzany od środka radosną, nieokiełznaną siłą. W kółko podnosi się i siada. Trzy wzniesione na drewnianym szkielecie białe budynki pochylają się ku sobie. Do wysokości pierwszego piętra nieśmiało wspina się rusztowanie. Jędrek z plecaka wyjmuje czarne etui, a z niego mały aparat fotograficzny Olympus Mju, takiego też koloru. Przesłona odchodzi z boku. Jędrek przymierza się do zdjęcia, lecz nie naciska spustu migawki.


– Musiałem umęczyć ojca, żeby dał, bo dopiero co go kupił. No, ale za film i zdjęcia sam bulę. Cykniemy raczej z bliska. Aparat powraca do futerału, a w rękach Jędrka pojawia się szkicownik. Ołówek już tańczy nad kartką. Z mocnych ciemnych kresek wyłania się bryła trzech naszych spichrzy, naniesiona dokładnie, lecz pospiesznie. Tylko czarne smugi wystrzeliwują poza obręb budynków. Sam w życiu bym tak nie narysował, lecz Jędrek się złości. Zerka na szkic, na spichrze i ponownie na szkic. – E, dajmy z tym spokój. Chodźże lepiej do tego Marcina, to zaraz obok. Nim zdążę się podnieść, Jędrek już leci. Zrównuję się z nim i proszę, żeby tych spichrzy łatwo nie odpuszczał. Wszyscy je znają, wiadomo. Dobrze zrobione wygrają konkurs jak nic. Jędrek tymczasem puka się w głowę. – Toż się walą, dziadostwo kompletne. Kiedyś było ich pięć, teraz mamy trzy, a zaraz, szast-prast, będzie jeden. Rusz głową, co? Tam każdy zrobi te młyny, co nie? I jak przyjdą dyrektory-dżurory, to będą miały młyn na młynie, tak, a jak wymyślisz coś ekstra, wygrasz samym sprytem! – Stuka palcem w skroń i zaraz wali się w wielki biceps. – Trzeba mieć tu, a nie tu! Przechodzimy przez most i już jesteśmy przy Świętym Marcinie. Z bliska widać zmurszałe cegły. Dach osiadł, a prócz rusztowania mur podpiera trzech robotników w granatowych uniformach. Gdy Jędrek unosi aparat, jeden reaguje wrzaskiem. Nie wolno, jego zdaniem, fotografować nieskończonej roboty. Jędrek naciska migawkę i gdy robotnik dociera w zasięg jego pięści, ma już wolne dłonie. – Pan da spokój. Do szkoły potrzebuję. Uczyć się muszę, nie? Idziemy dalej, przez zaułki Grodzkiej, gdzie na wystawie u złotnika zalega masa ciemnych pierścionków, obrączek i bransolet. Są też srebrne misy, widelce i grube łańcuchy, o których marzą muskularni młodzi dorośli. Krata zrolowana. W ciemnym wnętrzu mruga brodaty gospodarz. Myślę sobie, że gdybym walnął z łokcia i porwał ze dwie garście, stary nie zdołałby mi przeszkodzić. Wyobrażając sobie własne, ufundowane na kradzieży bogactwo, docieram aż na Twardowskiego, gdzie dzieci biją się pod kruszejącym murem. Pytam Jędrka, czy zastanawiał się poważnie nad rysowaniem. Poszedłby do szkoły plastycznej, na jakiś kurs. – No co ty – słyszę. – Tam same mądrale, no i chyba trzeba maturę mieć. Tak se nabazgrałem tylko, nic wielkiego. Siadamy na trawniku przed kościołem Świętego Zbawiciela. Jędrek rysuje spokojniej, oddając detale. Kościół to ceglana bryła pełna ostrych kątów, ze spadzistym dachem i kanciastą wieżą. Białe ornamenty w górnej części okien przypominają zęby, szyby są jednak ciemne. Robi jeszcze dwa szkice, od wejścia i od tyłu, kombinuje najlepszy kadr dla zdjęcia. Złości się na dwa baraszkujące psy i pastora machającego miotłą przed wejściem. – Tak pracują zawodowcy – obwieszcza. – Szkic, fotografia, projekt, tort!


Znów mnie zostawia – pędzi przez bramę na Warszawską. Pod długim blokiem zyskuje nową perspektywę: kościelna wieża zdaje się torować sobie drogę między gałęziami drzew. Cyka jeszcze jedno zdjęcie, a potem już tylko stoi, zadowolony z siebie, z aparatem w ręce i szkicownikiem pod pachą. Coś mówi do siebie, jakby już mieszał masę, wlewał do formy, kształtował detale albo nawet odbierał nagrodę. Nim do niego dotrę, markotnieje. – To jest wyzwanie – mówi. – Ja pierniczę, kupa roboty. Poszukajmy jeszcze. Jem mniej niż Jędrek i brakuje mi sił. Nie chcę wyjść na słabeusza. Zawracamy w kierunku Brdy. Powstaje szkic zabytkowej wieży ciśnień i murów miejskich, które do niczego się jednak nie nadają. Jędrek długo i uważnie przygląda się naszej malutkiej Wenecji – to budynki spiętrzone nad wodą, różnej barwy, otynkowane, zdarte do gołej cegły, pokryte jednak tym samym pyłem. Pną się jeden na drugi, tak że można po nich skakać. Balkoniki wysunięte niemal nad zielone lustro rzeki wyglądają, jakby czekały na strącenie. Po raz pierwszy Jędrek gubi się w nawałnicy kątów, mnie kartkę i zakreśla nową. Cyka kilka zdjęć i liczy klatki pozostałe w aparacie. Przed nami jeszcze ratusz. Jędrek tkwi jednak na ławce, zaciskając palce na jej brzegach. – Kiedy to zrobię, wszystko będzie dobrze, kapujesz? Nie stanie się nic. Niczego nie będzie. Będę cukiernikiem. Będę robił piękne rzeczy i ludzie zachwycą się tymi moimi pięknymi rzeczami – mówi ze wzrokiem utkwionym w wodę, gdzie ścielą się wodorosty. – Tylko muszę się sprężyć, żeby ten tort był na tip-top, żeby frajerom gacie pospadały. Nie inaczej, Krzysiek. Zostaną bez spodni, a ja będę cukiernikiem, będę robił piękne rzeczy i nie stanie się nic. Przed ratuszem wszystko powtarza się raz jeszcze. Jędrek rysuje, krąży wokół budynku, szukając miejsca dla zdjęcia zdolnego spełnić jego wyśrubowane wymagania. Dorzucił mi sześćdziesiąt groszy, więc siedzę na ławeczce, pałaszuję batonik i czekam. Wpada mi do głowy, że chciałbym coś mieć, tak jak on. Choćby dłoń, zawsze pewną, w każdej sytuacji, albo odwagę i cel. Odpędzam od siebie tę myśl, chwytam byle jaką: ratusz najlepszy ze wszystkiego, decydują ludzie z ratusza, Jędrek zwycięży, a frajerzy zostaną ze spodniami przy kostkach. – Zwijamy się, co? Podskoczysz ze mną na przystanek? No pewnie, że podskoczę. Przecinamy Długą i parking Pod Blankami, gdzie tego popołudnia panuje bezkrólewie wywołane przez parę strażników miejskich spacerującą ruchem wahadłowym. Jędrek znów musi się spieszyć. Założę się, że myśli tylko o wywołaniu zdjęć i przeglądaniu szkiców. I nagle staje. Wali mnie po plecach i zaczyna się śmiać. – Stary, ja cię kręcę! Patrzajże! Przecież to jest to!


Przed nami wznosi się, świeżo liźnięty przez wieczorne słońce, budynek sądu rejonowego. 4. Za ladą ciągną się torciki wedlowskie, pączki z różą i marmoladą, eklerki, bezy i napoleonki, drożdżówki z budyniem, rogale świętomarcińskie i rogaliki presburskie, kremówki i równe porcje ciasta truflowego. Na ścianie wisi tablica z ofertą tortów na wesela, urodziny i chrzciny. Odziany w białą koszulę Jędrek wyczekuje kolejnego zamówienia. Wygląda, jakby bardzo potrzebował snu. Staruszka ma płaszczyk tak długi, że aż kładzie się na czubkach podniszczonych butów. Nie radzi sobie z drzwiami i musi pomóc sobie laską, żeby wejść. Przy ladzie długo przygląda się ciastkom. Nie może się zdecydować. Pyta, które jest dobre i ile kosztuje. Dłubie palcem wewnątrz portmonetki. Ma ostry nos i wargi niezdarnie pomazane czerwienią. W uszach błyszczą przedwojenne kolczyki z brylantami, ale gdy chlusta bilonem w otwartą dłoń Jędrka, ledwo starcza na biszkopt z galaretką. Staruszka dopytuje jeszcze o eklerka, chciałaby bitej śmietany, jeśli się da w ramach ceny. Jędrek odkrawa podwójny kawałek biszkopta i zanosi do stolika. Dekoruje bitą śmietaną. – Dziś promocja dla szanownej pani! Pomaga zdjąć płaszcz. Staruszka zostaje w jasnoniebieskiej bluzce. Mówi, że takich dobrych ludzi to ze świecą szukać. Kroi ciastko na cienkie plastry, ostrożnie wkłada widelczyk do ust i przymyka oczy. Im mniej na talerzyku, tym wolniej je. Jędrek zerka, czy pani Teresa nie kręci się po zapleczu, wybiera tłustego eklerka i stawia przed staruszką. Ta pyta, czy to nie pomyłka, a Jędrek szepcze w brylant: – Tylko cicho sza, bo mnie wyrzucą! Pomarszczona dłoń zawisa nad blizną na jego dłoni. Jędrek nie pozwala się dotknąć. Zajmuje miejsce za ladą dokładnie w chwili, gdy do cukierni wbija się Dagmara w pasiastej koszulce, ciągnąc za sobą dwie koleżanki. Na widok Jędrka przechodzi ze stanu stałego w ciekły i daje do zrozumienia, jak bardzo się cieszy z niespodziewanego spotkania. Nie wiedziała, że Jędrek tutaj pracuje. Koleżanki wyraźnie peszą się, gdy Jędrek zaprasza do wybierania ciastek. Śmieją się i szepczą do siebie, tak że to Dagmara musi podjąć decyzję za całą trójkę. Wybór pada na trzy ciastka wiśniowo-czekoladowe, kawę dla niej i koktajle truskawkowe dla dziewczyn. Dagmara patrzy, jak Jędrek nakłada ciastka, i zauważa, że przecież powinien być w wojsku. Cóż się stało? Czemu wrócił? – Walczę teraz o dobry smak bydgoszczan! – odpowiada Jędrek.


Dziewczyny śmieją się, siadają możliwie najdalej od staruszki. Jędrek przynosi ciastka, kawę i koktajle, choć przecież nie musi tego robić. Dagmara dziękuje zdawkowo, koleżanki wylewnie, lecz Jędrek nie ma ochoty zostać. Staruszka mruga do niego porozumiewawczo. Fajny chłopak! A jakie ma powodzenie! Dagmara z pełnymi ustami uspokaja koleżanki, że matura to nic strasznego. Wszyscy zdają, promil przepada i tylko półdebile chodzą teraz bez matury. Jędrek zagłusza tę mowę wodą, a gdy się odwraca, rozmowa dotyczy już tortur związanych z depilacją. Staruszka znów zbliża się do lady. Oddaje oba talerzyki, szeptem radzi Jędrkowi, żeby się nie przejmował, i rusza do wyjścia. W drzwiach zderza się z wysokim młodzieńcem w zamszowej marynarce i spodniach ze sztruksu. Młodzieniec cofa się na zewnątrz i ją przepuszcza. Na palcu lśni mu srebrny różaniec i zapewne należy do tych gości, którzy golą się dwa razy dziennie i klęczą na grochu, prosząc Boga o zarost. Na jego widok Dagmara podnosi się z krzesła. O, Romek przyszedł! Romek wita się ze wszystkimi, zamawia czarną kawę, a gdy siada przy stoliku, rozmowa momentalnie schodzi na Sylvię Plath i Virginię Woolf. Jędrek strzyże uchem. Romek studiuje polonistykę, jest na czwartym roku. Ma nie tylko temat pracy magisterskiej, ale i doktoratu. Poznali się w szkole, gdzie prowadził praktyki. Dlatego tak się rozgląda – nie chce, aby przyuważyli go z byłymi uczennicami. Czy dziewczyny mają ochotę na jeszcze jedno ciastko? Wszystkie by chciały, rzecz idzie o wagę. Romek każdą przekonuje, że wcale nie jest gruba, i rusza do Jędrka. Przygląda się rogalom, kremówkom, całej reszcie. Jędrek mówi: – Czekaj pan moment, mam dla was coś specjalnego. Do stolika wam przyniosę. – Znika na zapleczu i zaraz powraca z kartonowym pudełkiem. Kładzie na ladzie, kroi, rozdziela na talerzyki i podaje. Dagmara pozostaje niewzruszona. – Wanilia, galaretka z bakaliami, kruchy biszkopcik. Ktoś zamówił, nie odebrał, a myśmy się postarali. Macie na koszt firmy, zapraszam smacznie, jak to mówią w wielkim świecie, no nie? Nieruchomieje z dłońmi splecionymi na plecach. Łyżki unoszą się powoli, obciążone jego wyczekującym wzrokiem. Romek jako pierwszy stwierdza, że ciasto jest przepyszne. Na twarzy Dagmary pojawia się rzadko widziany wyraz czystego zachwytu. Dziewczyna przyznaje Jędrkowi rację – to deser z prawdziwego zdarzenia. Pyta, czy sam go zrobił, i łowi jego spojrzenie. – A skąd! – odpowiada Jędrek. – Młodsi praktykanci, przyuczani. Ja to już poważny cukiernik jestem! 5.


Tego poranka kroki tatusia na korytarzu brzmią nieco donośniej, jakby wskoczył w drewniaki albo znowu nawalił się jak szpak. Wtarabania się do środka przy jęku zawiasów, odstawia coś ciężkiego, sapie i zdejmuje buty. Mama nasunęła kołdrę na twarz. Ja idę do przedpokoju. Tatko przytargał wielkie pudło. Zasłania je swym chudym ciałem, a jednocześnie wskazuje. Droczymy się trochę. Przepychamy. Boksujemy nawet, a ja już wiem, o rety, o w mordeczkę – to telewizor! Technics, czterdzieści cali! Tatko siada w kuchni, zapala szluga i oznajmia, że jego winy niepoliczone, ale przynajmniej tę jedną odkupił. Proponuję, żeby go natychmiast podłączyć, lecz tatusiowi niezbyt podoba się ten pomysł. Mama musi się wyspać. Ledwo wybrzmiały te słowa, a matula już stoi w przedpokoju, ściskając się za brzuch. Chce wiedzieć, od kiedy stać nas na takie luksusy. Tatce duma aż nie pozwala usiedzieć. Mówi, że od dwóch miesięcy wyrabia nadgodziny. Nie puścił pary z gęby. Przygotowywał niespodziankę, w końcu kupił i przyniósł na własnych plecach, bite siedem kilometrów, aż z Szajnochy. Był jak repatriant targający dobytek życia spod Nowogródka. Jak górnik z biedaszybu, jak niewolnik pchający kamienny blok ku piramidzie. Mamusia docenia jego poświęcenie, lecz wciąż ma wątpliwości. Nie wyrobiłby z nadgodzin na taki telewizor. Tatko tylko prycha w odpowiedzi. Pokaże, nie objaśni. Prosi, bym pomógł mu przenieść ten radosny ciężar na środek pokoju. Siada, bosy, i zabiera się do rozrywania pudła, nie wyjmując papierosa z pyska. Podsuwam mu popielniczkę i też morduję się z tekturą. Telewizor jest wspaniały. Ekran jak nocne niebo, z którego skasowano gwiazdy. Tatuś, zamknięty w pierścieniu ze strzępów, owiany kłębami dymu, tłumaczy, że telewizor ma wadę. To plamka tak mała, że trudno ją dostrzec. Pokazuje, gdzie ona, lecz nie ma pewności. Taki telewizor dla firmy nie przedstawia żadnej wartości, więc sprzedają go pracownikom za pół ceny. Wystarczyły nadgodziny. Teraz tatko próżno próbuje rozbawić mamusię. Mówi, że kiedyś dzikusy pracowały za towar: michę, łachman, ogryzek sznurka. Oto wróciliśmy do stanu pierwotnego! Telewizor ustawiamy na półce, w brzasku poranka, niby barbarzyńcy. Nie lubię szelmowskiego wzroku taty – zwiastuje zbyt wiele niespodzianek. Mógłby należeć tak do urwisa z procą, jak i do dobrotliwego dziada z kieszeniami pełnymi cukierków. Daje do zrozumienia, że na telewizorze niespodzianki się nie kończą. Chce, bym zgadł, co jeszcze naszykował. Ani mi to w głowie. Męczy mnie perspektywa nazbyt długiej soboty. Rzucam na rybkę, że magnetowid, półkę na książki, karnet do kina, coś takiego. Tatko macha ręką i człapie w stronę porzuconego plecaka, podobny do olbrzyma przedzierającego się przez zbyt ciasny tunel. Garbi się nad nim, a moje rozdrażnienie znika w wybuchu radości: tatuś unosi przed sobą konsolę PlayStation niby urodzinowy tort. Pyta, czy podpinamy teraz, czy wolałbym trochę poczekać. Stawia konsolę pod telewizorem, niby


od niechcenia, i dorzuca kilka gier: drugie Resident Evil, trzeciego Tekkena i Castlevanię. Wziąłby więcej, ale nadgodzin już nie starczyło. Moment później śmieje się szczerze, ze mną uwieszonym u szyi. Sobota jak błysk, jak miękki grom – siedzę na poduszce pośrodku pokoju, przemierzam średniowieczne korytarze i strzelam do zombie. Nie mogę oderwać wzroku od ekranu. Są drzwi, które mogę otworzyć, i bramy, w których wolno mi się zagłębić. Każdy korytarz skrywa tajemnicę. Zdobywam magiczne zwoje. Pluję piorunami kulistymi, jestem wszechmocny, a gdy polegnę – to jest najlepsze – zawsze mogę powrócić do punktu kontrolnego. Na świat wyrywam się z trumny. Tatko zagrzewa do walki albo udaje, że się boi potwora czyhającego za węgłem. Wlewa w siebie mnóstwo kawy i odpala szluga od szluga. Mówi, że to strasznie głupia zabawa, lecz cieszy się, że sprawił mi radość. Proponuję, by sam spróbował. Niech zmierzy się ze mną, a co! Droczy się ze mną, wreszcie ustępuje. Odpalam Tekkena i nagle tatko okazuje się bezradny jak karzeł bez rączek. Leję go równo mimo nieśmiałych protestów. Pokazuję, tłumaczę, a on znowu leży. Zmienia postać, znów to samo. Aż pet zgasł mu w ustach. Na koniec stwierdza, że jestem mistrz nad mistrzami, i zdradza swoją skrytą obawę: chciałby jeszcze kiedyś mecz zobaczyć. Telewizor jest darem dla całej rodziny. Jasne, tatusiu kochany, ale nie dzisiaj, dobrze? Daj mi ten jeden dzień. Wrzucam na nowo Castlevanię, nie czekając na odpowiedź, i już pędzę po schodach czarodziejskiej biblioteki. Ledwo słyszę, jak ojciec mości się na łóżku. Strzęp mamy, zwisający z krzesła, dostrzegam ledwo, kątem oka. 6. Pokój dzienny uległ eleganckiemu przeobrażeniu. Miejsce odrapanych półek ze sklejki zajęły białe, robione na miarę. Książki stoją podług rozmiaru i tematu. Pojawiło się biurko z szufladą na klawiaturę i wysuwaną podstawką pod myszkę. Obok, na specjalnie wydzielonym kawałku ściany, wisi dyplom za trzecie miejsce w wojewódzkiej olimpiadzie polonistycznej. Barczysty Jędrek z pudełkiem pełnym ciast przypomina niedźwiedzia w salonie. – Te sam żem przygotował, nie żaden tam Marchewa – oznajmia. – Przyniosłem, bo byle kto ich nie doceni, poza tym przecież jesteśmy sąsiadami! Delikatne dłonie pani Miłki przejmują pudełko. Pani Miłka zachwyca się konsystencją galaretki. Wisienka kojarzy się jej z kamykiem zatopionym w bursztynie. Znika w kuchni, żeby nałożyć ciasta na talerzyki. Dagmara wierci się na obrotowym fotelu. Dziękuje Jędrkowi za pamięć i miłą


niespodziankę. Cukiernicy, mówi, są trochę rzemieślnikami, a trochę artystami. Dają ludziom radość. Radość jest ważna. Ważni też są ludzie. Pani Miłka wraca z czterema talerzykami na tacce. Siadają. Czwarte miejsce przy stole jest puste. Dagmara kroi małe kawałki i długo obraca w ustach, podczas gdy pani Miłka rozpływa się w zachwytach nad córką. Nie chodzi nawet o wyniki w nauce, bo poziom w szkołach jest teraz taki, że szympans dałby sobie radę, ale o zapał, pęd do wiedzy i jakąś podskórną dobroć, taki brak wywyższania się. Zarumieniona Dagmara prosi mamę, by przestała, pani Miłka jednak jest zdania, że należy chwalić każdego, kto na to zasłużył. Chce wiedzieć, co Jędrek sądzi na ten temat. – A bo ja wiem? – odpowiada, wsuwając ciasto. – Ludzie to chyba sami wiedzą, ile są warci. Pani Miłka ośmiela się nie zgodzić. Widziała wielu fajnych, wrażliwych młodych ludzi, których rodzina wdeptała w błoto. Słyszeli tylko złe rzeczy. Nigdy nie byli chwaleni. Jędrek może tego nie wiedzieć, bo ma dobrych, kochających rodziców. A skoro już przy chwaleniu, to ciasto jest godne cezarów. Jędrek ma wielki talent. W pokoju pojawia się trzeci smakosz. Roman zzuł już buty i leci się przywitać z panią Miłką. Dłoń Dagmary muska przez stół i jest wyraźnie zdziwiony mocą Jędrkowego uścisku. Mówi, że chyba pamięta go z cukierni, a pani Miłka spieszy z wyjaśnieniami: mieszkają drzwi w drzwi i są prawie jak rodzina. Dlatego też Jędrek przyniósł ciasta dla nich wszystkich. Roman, tym razem odziany w sztruksową koszulę i płócienne spodnie, zaraz chwyta za widelec i oczywiście rozpływa się w zachwytach. Opowiada o swoim szacunku dla rzemiosła, dla uczciwej pracy rąk, niestety rzadko spotykanej wśród ludzi wykształconych. Jędrek spuszcza głowę, zaś pani Miłka zauważa, że to nie jedyna wada dzisiejszych intelektualistów. Arthur Conan Doyle pojedynkował się i był harpunnikiem. Hemingway polował i poszedł na wojnę. Teraz inteligenta poznasz po garbie i wątłych ramionach. Mogliby się czegoś od Jędrka nauczyć. – W takim razie mamy tutaj jednego kompletnego chłopa – mówi Jędrek i próżno czeka na śmiech. – No dobrze, w takim razie ja ślicznie dziękuję i pójdę już. Podrywa się z krzesła, lecz pani Miłka delikatnie obejmuje jego nadgarstek i prosi, żeby jeszcze został. Niepotrzebnie się speszył. Wszyscy przecież go bardzo lubią. Roman aż wyrywa się z wyrazami sympatii. Jeszcze raz chwali ciasto, ale Jędrek jest nieubłagany i dopiero gdy Dagmara dołącza do próśb, zaczyna się wahać. Patrzy jeszcze na tych troje, wykonuje głęboki ukłon i wycofuje się do przedpokoju. 7.


W cukierni zjawia się równo z panią Wandą. Przebiera się szybko i układa na blacie zdjęcia i szkice. Odmierza szerokość drzwi wejściowych i tych prowadzących do chłodni. Cały czas gryzie ołówek. Wybiera podstawę. Kreśli raz jeszcze budynek sądowy. Długość każdego boku, wieżyczki i okna określa w milimetrach. Mocne palce bębnią w kalkulator. Drukowanymi literami wyłuszcza, co będzie potrzebne: ile mleka, ile jajek, a ile marcepanu. Na to wszystko przychodzi Marchewa i aż rwie się do pomocy. Jędrek nawet na niego nie spojrzy. Pani Wanda zapewnia Jędrka, żeby się nie martwił. Dostanie wszystko, o co poprosi. Kupiła już dłutka i barwniki, będzie na każde jego skinienie. Teraz on jest szefem. Jędrek zaczyna od ciasta na biszkopty. Zerka na kartkę i odmierza proporcje. Ubija białka, dodaje żółtek, proszku do pieczenia i zalewa stopionym masłem. Wlewa na formę. Tarcza szybko brązowieje i Jędrek może przygotować kolejną. Ociera sobie usta, bez przerwy mruga i krąży wokół pieca, jakby unosił się w powietrzu: duch z krwi i kości, muskularny cudotwórca. Biszkopty leżą gotowe. Jędrek rozrywa srebrną folię z napisem Gelita, wyjmuje listki żelatyny i wrzuca do misy z zimną wodą. Teraz krem pâtissière. Podwija rękawy, uciera żółtka z cukrem, miesza z mąką i wlewa do gotującego się mleka. Miesza, wykonując powolne, okrągłe ruchy. Żyły wychodzą mu na przedramiona. Nadyma policzki. Wciąga powietrze głęboko i wypuszcza ze świstem. Próbuje wyregulować płomień pod garnkiem. Ten, jak na złość, jest albo zbyt mały, albo za wysoki. Dłonie Jędrka chodzą coraz szybciej. Nogi przestają go słuchać. Miesza i manipuluje płomieniem. Zerka ku półkom, gdzie pęcznieje żelatyna, z wielkim trudem zdobyta przez panią Wandę. Masa w garnku przypomina krem do golenia. Marchewa pozwala sobie zauważyć, że praca wre, i pyta, jak może pomóc. Jędrek odwraca głowę. – Spierdalaj! Marchewa zaciska pięści i znika. Jędrek przelewa krem do dzieży i łączy z żelatyną. Płyn momentalnie twardnieje. Jędrek opiera się o ścianę, sapie i zaraz wraca do roboty. Ubija, zerkając cały czas na zegarek. Poprawia metalową tacę, naciera tłuszczem i rozpoczyna taniec-przekładaniec. Na tarczę biszkoptu chlusta kremem, rozsmarowuje i dociska kolejną tarczą. Niech się mury pną do góry! Wykonuje długie kroki, jakby przechodził przez rozpadlinę, i nawet nie zauważa, że Marchewa przyciągnął panią Wandę i żali się, jak go obrażono. Pani Wanda słucha spokojnie, dopytuje się, czy na pewno padło to jedno, szczególne słowo. Marchewa potwierdza. Tak, usłyszał, że ma spierdalać. Pani Wanda skubie podbródek i mówi, że skoro Jędrek kazał spierdalać, to co Marchewa tu jeszcze robi? 8.


Każda rzecz wywołuje jakiś skutek. Drobiazgi nadają sens całości. Bałagan w naszym mieszkaniu zaczynał się od jednego rozlanego piwa. Od niedopałka ciśniętego poza popielniczkę. Nagle brodziłem w popiele i szkle, a przedmioty traciły swoje kształty i kolory, tracąc tym samym nazwy i użyteczność. Moje ręce zawsze były brudne, ubrania śmierdziały nawet po wyjęciu z pralki. Odkąd jednak tatko przyniósł telewizor z konsolą, nastała wielka czystość. Podłoga lśni, wyjąwszy wytarte miejsca pod kanapą. Mógłbym jeść z parapetu i nawet w niespodziewanie odrodzonej ojcowskiej biblioteczce zapanował porządek. Tatko zresztą bez przerwy czyta, popijając kawę po turecku, bez cukru. Na widok Jędrka podnosi się z kanapy, otrzepuje spodnie i podaje mu rękę. – Teraz to pałac u was, normalnie – mówi Jędrek. – Żeście się poogarniali, aż miło. Mówię, że to wszystko zasługa taty. Tatko stwierdza, że rodzina jest najważniejsza. Mężczyznę poznajemy po stosunku do kobiet i dzieci. Prosi jeszcze, byśmy nie hałasowali, i wraca do lektury, przewracając strony czubkiem małego palca. Rozpiera mnie radość, nie tylko dlatego, że Jędrek wreszcie przyszedł. Mam coś, czym mogę się podzielić. Siadamy na podłodze, odpalam konsolę. Tatko burczy, żeby ściszyć. Podsuwam Jędrkowi gry pod nos. Chciałby to czy tamto? Wzrusza ramionami, więc wybieram Tekkena. Pociśniemy we dwóch, choćby i do zmroku. – Coraz trudniej o chwilkę na pierdoły – zauważa Jędrek, sięgając po pada. – Ubrałem się w to ciasto, ledwo dycham. Ale warto, wiesz? To będzie coś, mówię ci. Coś wielkiego. Miałeś kiedyś tak, że czekałeś na coś przez całe życie? Każdy wybiera swoją postać. Nie bardzo wiem, co odpowiedzieć. Biorę Ryu, Azjatę w białym wdzianku. Jędrek stawia na Kinga – mężczyznę z tygrysią głową i ogonkiem bijącym o muskularne uda. Na początku nie wie, jak grać – to jego pierwszy raz z konsolą. Szybko odkrywa potężny kopniak i cios z łokcia. Celny cios wzbija obłoczek krwi. Padam, oddaję, pięści szukają drogi, co przychodzi bez kłopotu, bo Jędrek w ogóle nie blokuje, tylko bije jak wściekły, by zaraz przyjąć kilka ciosów. Wygrywam pierwszą rundę, Jędrek drugą, a podczas trzeciej zaczynam rozumieć. Na to właśnie czekałem. Na czysty dom, trzeźwego tatę i nawalankę z przyjacielem na mojej własnej konsoli. Z walki na walkę Jędrek staje się coraz lepszy. Naciskam przyciski byle jak, szarpię gałkę, a on kombinuje, łączy ciosy i trafia bezbłędnie zawsze, gdy biorę oddech. Od dziesiątego starcia padam regularnie. Twarz Jędrka rozjaśnia się odrobinę, a przy dwudziestym zwycięstwie mój druh śmieje się w głos. Matko z córką, ale mnie leje! Nie wiem nawet, jak go trafić, jakby był pancerny. Tatko zagrzewa mnie do boju. Prosi, bym się nie poddawał, i mówi, że popełnił kolejną pomyłkę w swoim życiu. My z tą idiotyczną


rozrywką jesteśmy dużo ciekawsi niż mecze, a nawet filmy z Clintem Eastwoodem. 9. Jędrek blokuje drzwi chłodni i ostrożnie wyprowadza tort. Budowla to kanciasty sześcian zwieńczony niezdarną wieżyczką zbudowaną z ringów. Dłonie muskające jego powierzchnię mogłyby należeć do rzeźbiarza, gdyby nie były takie wielkie. Wie, co skrywa bryła. Musi to tylko odsłonić. Przygotowuje warsztat pracy: rozkłada szkice i zdjęcia. Pani Wanda wsadza głowę do pracowni tylko po to, by natychmiast wycofać ją z powrotem. W szufladzie znajdują się noże, ranty i narzędzia do modelowania, każde umieszczone w osobnej przegródce. Jędrek podnosi je po kolei. Sprawdza ostrość, wodzi opuszką po czubku. Jest tutaj nóż do tortów, wielki jak maczeta, i drugi, falisty, o miękkiej rączce, znalazł też wygięty skalpel i łopatkę do ciast. Bawi się szpatułą. Sprawdza, jak sprężynuje. Wybiera obustronny nożyk, zabiera skalpel i znacznik tortowy. Podwija rękawy. Pierwsze cięcia są szybkie. Żadna para oczu nie spogląda z sufitu. Jędrek błyskawicznie usuwa nierówności. Jego ruchy stają się powolne i precyzyjne, a przedramiona drżą, jakby dźwigały wielki ciężar. Przygląda się dokładnie każdej ścianie. Przykłada szpatułę, by sprawdzić pion. Ścina trochę z góry. Gapi się w zdjęcie. Zaznacza miejsce, w którym pojawią się drzwi, i zaczyna ścinać dach, oszczędzając ciasto nad planowanym wejściem głównym i przy wieżyczce. Jest spocony, jakby przerzucał węgiel. Zagruntowany tort przypomina embrion budynku, owinięty błoną płodową, wyglądający narodzin. Pani Wanda pyta, dokąd tak leci, a on pokazuje jej plecy i wypruwa z cukierni. Bydgoszcz jest nierzeczywista jak malunek na szkle – byle jakie domy, ludzie byle jacy i słońce nasmarowane na niebie. W jego promieniach tańczy świetlisty kurz. W spożywczaku zaduch i mrok, mydło przygniata powidło. Małe torebki chipsów z tazo z Gwiezdnych wojen leżą obok ciastek Hit opakowanych we wściekle czerwony rulon. Skrzynki kujawiaka nikną wśród wież z winami Biały Patyk, Mamrot i Aramis. Waga na ladzie pamięta czasy, kiedy mieli tu tylko ocet. Jędrek opiera się o blat. Można by pomyśleć, że przyszedł po haracz. Wydłubuje dwadzieścia złotych z kieszeni. Do cukierni wraca z butelką luksusowej w kieszeni fartucha. Pani Wanda jakoś nie może znaleźć sobie miejsca. Kręci się po korytarzu. Mówi, że chyba Jędrek upadł na głowę. Ma specjalne względy tutaj, lecz lepiej niech nie przeciąga struny. Jędrek wytrzeszcza oczy. Pani Wanda radzi mu, aby poczekał, aż wygra konkurs – wtedy poświętują sobie jak dorośli. W odpowiedzi Jędrek wali się w czoło otwartą dłonią.


– O rety, no! To ja będę musiał z tą wódką coś innego zrobić! Wraca do pracowni. Pani Wanda idzie za nim. Jędrek z hukiem stawia flachę obok tortu. Ubija masło do białości, miesza z cukrem pudrem, odbija flaszkę i wlewa ze dwie setki. Reszta wódy znika w odpływie zlewu, a Jędrek zabiera się do gruntowania. Pani Wanda obraca w palcach zimnego papierosa. Łagodnie pyta, czy mogłaby tutaj postać. Nie będzie przeszkadzała. Chce po prostu popatrzeć na Jędrka. Podglądanie prawdziwego artysty przy pracy nie zdarza się często. – Cóż pani opowiada! – śmieje się Jędrek. – Ja to dopiero będę artystą! Pani jeszcze się przekona! Pani Wanda głośno daje do zrozumienia, że nie ma żadnych wątpliwości – Jędrek zostanie kiedyś naprawdę wielkim cukiernikiem. Bydgoszcz będzie dla niego za mała, Polska także. Wyjedzie do Nowego Jorku albo do Paryża, a ona, pani Wanda, będzie oglądała go w telewizji. Jędrek przerywa gruntowanie, blady jak rybi brzuch. Mówi: – To ja pani mogę obiecać, że co by nie było, zostanę z panią w tej cukierni! Pani jest dla mnie dobra, to ja się odwdzięczę, jak tylko da radę, naprawdę, i już. Pani Wanda ociera łzę wzruszenia i oferuje pomoc przy przeniesieniu tortu do chłodni. Chwytają tacę i przenoszą tacę na srebrny wózek. Razem jadą do chłodni, pani Wanda trzyma drzwi, a Jędrek wprowadza tort do środka. Po wszystkim otrzepuje dłonie. – Ja bym sobie poczekał te dwie godzinki, aż grunt chwyci, a potem biorę się za marcepany. Pani Wanda wyznaje, że ceni sobie jego zapał i charakter, sprawa jednak nie jest prosta. Najlepiej byłoby to obgadać przy kawie. Brakowało jej tych rozmów, kiedy Jędrek był w wojsku. Już w gabinecie nalewa sobie koniaku, a jemu wody, i pyta, jak Jędrek wyobraża sobie przyszłość. – A chyba nie nadzwyczajnie. Chciałbym kurs skończyć i zostać tutaj, jeśliby się dało. Jak tata i mama się zestarzeją, trzeba będzie pomagać. Poza tym wiadomo: meczyk, rower, okrutnie sport lubię, proszę pani. Pani Wanda stwierdza, że z tym sportem nigdy nie miała wątpliwości. Jędrek wygląda jak ten, no, Stallone, i na pewno podoba się kobietom. Właśnie, nie chciałby się ożenić? Ma już dziewczynę? Jędrek skubie wargę i rzuca: – E, ja trudny facet jestem. Żadna ze mną nie wytrzyma, więc nie chcę się zawieść, proszę pani. Zdaniem pani Wandy wiele dziewczyn chciałoby mieć takiego chłopaka jak Jędrek. Może kiedyś zakochał się nieszczęśliwie albo po prostu jest nieśmiały? Wydaje się ciekawy, inny niż wszyscy. Kobiety uwielbiają mężczyzn z tajemnicą. Pani Wanda wyznaje, że znają się już dość długo i chyba może pozwolić sobie na szczerość. Jeśli Jędrek wpadnie w tarapaty


albo po prostu poczuje potrzebę rozmowy, ona zawsze znajdzie dla niego czas, wysłucha, poradzi. Przecież są rodziną. – Myślałem, że będziemy gadać o tych marcepanach – odpowiada Jędrek. Pani Wanda robi zdziwioną minę, by zaraz wybuchnąć szczerym śmiechem. No tak, oczywiście. Lubi Jędrka także za takie wypowiedzi. Jest mądry i zdolny, ale nie wie wszystkiego. Im później tort zostanie wykończony, tym mniej trzeba będzie poprawiać przed konkursem. Ona sama, za dawnych lat, stawiała się o świcie, żeby jeszcze coś poprawić, na ostatnią chwilę. Inaczej tort się skiepści, jak każde ciasto. Jędrek dopija wodę, wstaje. – Jak pani tak z tym świtem, to ja na noc przyjdę, coby się wyrobić! 10. Noc zaczyna się o siódmej trzydzieści. Pani Wanda wita Jędrka już w płaszczyku. Przekazuje wyselekcjonowane klucze: do szatni, do samej cukierni i do kawiarenki, bo tam stoi ekspres. Jędrek może zrobić sobie kawę. Niech zje, co chce. Pani Wanda wsuwa mu w dłoń karteczkę z domowym numerem telefonu, obdarza długim ciepłym spojrzeniem i rzecze, że takiego chłopaka to ze świecą szukać. Życzy powodzenia i idzie w stronę zamówionej taksówki. Jędrek, już w fartuchu, przenosi ciasto z wózka na blat. Naznoszone lampy ustawia wokół tortu. Wkłada głowę pod zimną wodę i kilkukrotnie uderza się w policzki. Czerwony na twarzy, z oczami jak trzmiele zaczyna ugniatać marcepan. Dodaje barwnik kakaowy, bełta, rozwałkowuje i nagle zastyga, jakby zwątpił we własne siły. To trwa tylko moment. Wyrywa się do tortu, oblepia marcepanem. Lampy grzeją. Pot leje się z rozpędzonych dłoni, na plecach rośnie mokra plama, co gorsza, ciasto mięknie. Jędrek próbuje wyłączyć lampki. Jedna, podprowadzona z biurka na zapleczu, uderza o ziemię. Jędrek popycha butem szkło pod ścianę i wraca do marcepanu. Zegarek zdejmuje, nie rozpinając paska, i układa w rogu blatu. Marcepan musi przygotować dwukrotnie. Ten ciemniejszy przykryje dach. Przez okienko pod sufitem wchodzi chłodne nocne powietrze, ale Jędrek pracuje w samych slipkach. Światło lamp wykrawa w nim ostre cienie. Pulsuje tarcza klatki piersiowej, puchną węzły ramion, tańcują dłonie sztukmistrza. Kładzie ostatnią garść, wygładza szpatułą i aż musi oprzeć się o ścianę, poza kręgiem światła, by natychmiast powrócić. Garbi się niczym lalkarz nad swoim teatrem marionetek, potrząsa niewidzialnym sznurkiem, sprawdza, czy grunt trzyma. Minęła północ i Jędrek kładzie się


na podłodze, twarzą do góry, Natychmiast zapada w sen. Spod pleców sączy się krwawa strużka – trafił na szklany drobiazg ze stłuczonej żarówki. Zbudzony dwie godziny później natychmiast pędzi pod kran. Wali się po twarzy. Odkrywa skaleczenie na plecach, pospiesznie zakłada buty i już jest przy zestawie dłutek cukierniczych. Tort zyskał kształt budynku sądu rejonowego. Jędrek przycina marcepan w miejscach, gdzie jest go zbyt dużo. Zapala jedną lampę, kieruje na środkową część tortu, klęka i dłubie dłutkiem w miejscu, gdzie powinny się znaleźć drzwi. Zaznacza framugi okien, modeluje podwyższone części fasady, biedzi się z półbasztami i przechodzi do wieży głównej. Z masy tortowej wyłaniają się wykusze, wyrasta szpiczasty daszek zdobny kopułą. Wirują dłutka. Jędrek tylko przesuwa lampę, cały czas klęcząc na jednym kolanie. Wstaje dopiero, gdy musi się zająć drugą ścianą. Zdziwiony podnosi rękę ku ustom. Ściera krew z rozgryzionej wargi. Brakuje już tylko okien. Tych ciągną się dwa rzędy, jak chce zdjęcie – duże na dole i malutkie pod dachem. Lodowata woda na kark, klaskanie o gębę. Jaśnieje za oknem. Z obtartymi kolanami, skaleczeniem na plecach i pękniętą wargą Jędrek wygląda, jakby uwalniał się z własnej skóry. Dreszcze idą przez piękny, płaski brzuch. Żałuję, że mnie tam nie ma. Żałuję, że wszystko zostaje w niedopowiedzeniu i nie widzę Jędrka, który karmelizuje izomalt w garnku, wylewa na silikonową podkładkę i rozprowadza szpatułą. Znów na kolanach, lecz z innego powodu. Walczy o oddech. Szczypie się w oczy i wstaje. Chwyta skalpel i wycina formę okien ze stygnącego izomaltu. Teraz pozostaje wyglądać tylko ponurego prokuratora otwierającego drzwi, twarzy oskarżonych smętnie spozierających przez słodkie okienka oraz kolorów tu i ówdzie. Poranek wdarł się do cukierni, a Jędrek jednocześnie bandażuje rozcięty palec i rozgląda się za aerografem. Znów zostawia za sobą ślad. Wybiera barwnik spożywczy, nabija aerograf, barwi brzeg dachu i szczyt wieżyczki. Wyłączony aerograf wciąż trzyma w opuszczonej dłoni. Obchodzi tort, ogląda z każdej strony. Tu i ówdzie pryska gęstą chmurkę barwnika. Unosi aerograf, kreśli w powietrzu czarny okrąg i zaczyna tańczyć. Raz za razem kuca i wyskakuje pod sufit, w końcu osuwa się przy ścianie i zapada w krótki, płytki sen. Budzi go dopiero nerwowy głos Marchewy. Marchewa przyjechał pomóc w transporcie ciasta. Czy stało się coś złego? Jego zdaniem Jędrek wygląda, jakby kogoś zabił. 11. Ostatnie dni przesypiam jak dziecko. Moje sny są kolorowe niczym ogród botaniczny, pełne niespotykanych barw, korytarzy wydrążonych przez błękit, zieleń i szkarłat. Tam nawet matula i Jędrek są z pikseli. Zasypiam


późno i śpię długo, jeśli tylko nie muszę iść do szkoły. Nie przeszkadzają mi poranne powroty tatusia. Cokolwiek wyło we mnie wcześniej, zostało zasznurowane. Łomot wybija mnie właśnie z takiego elektronicznego snu. Najpierw sądzę, że ten hałas jest jego częścią. Strząsam z siebie to spanie do przedpokoju. Szósta rano, okrutnie wcześnie, ale i dziwacznie późno. Tatuś powinien już chrapać, poza tym ma klucze. Boję się, że zrobił to co zawsze, że znów nie wytrzymał. Rozżalona mama nawołuje z pościeli. W okienku judasza niebiesko, mundurowo. Policjantów jest trzech. Ładują się do środka i pytają o ojca. Mówię, że sam chciałbym wiedzieć, gdzie polazł, domagam się nakazu od prokuratora albo samego Pana Boga – taki dureń ze mnie. Popychają mnie w stronę pokoju: dwa draby i jeden taki mięciutki, o wężowych oczkach za zaparowanym szkłem. Zaraz wiedzą, gdzie spojrzeć, lecz jestem szybszy. Zasłaniam sobą telewizor i konsolę. Krzyczę, że nic im do tego, to nasze, domowe. Sam się boję tego krzyku, lecz oni mają to za nic. Mama milczy i tylko łypie z pościeli. Jeden gliniarz zajmuje się właśnie nią, dwóch pozostałych przesuwa mnie jak przedmiot, zapłakanego i bezwolnego. Sprawdzają numery seryjne, coś notują. Wyjmują kable z gniazdek, a ja znowu się drę. Policjant o wężowych oczach odstępuje od czynności służbowych. Chce wiedzieć, czy mam jaja. Czy jestem dzieciakiem, czy może mężczyzną. Wolałbym to pierwsze, wybieram drugie i słyszę, że mężczyźni muszą czasem ponieść konsekwencje cudzych złych uczynków. Tatko nie wyrobił żadnych nadgodzin, tylko z Borsukiem po nocy szabrowali magazyny. Dureń, liczył, że się nie rypnie. Te rzeczy, mówi policjant o wężowych oczach, nie należą do nas i muszą zostać zwrócone. 12. Jędrek szoruje się nad umywalką. Mydli jedną stopę, podskakując, spłukuje, potem drugą. Przychodzi czas na wnętrze ud, klejnoty koronne, klatkę piersiową i plecy. Wyciera się w koszulkę i wkłada garnitur, który dostał na osiemnaste urodziny. Pani Wanda dobija się do łazienki we właściwej chwili. Pomaga mu zawiązać krawat, całuje w oba policzki. Jędrek olśniewa męskim urokiem, a tort jest po prostu wspaniały. Zwycięstwo mają w kieszeni. To nie tylko opinia jej, lecz i Marchewy. Pani Wanda zasłania się oczekującą taksówką – pojedzie wcześniej, żeby przygotować grunt. Marchewa, odziany w białą koszulę i dżinsy, rozpływa się w zachwytach, lecz w oczach płynie kra. Razem z Jędrkiem pchają tort ku tylnemu wyjściu, gdzie oczekuje wynajęty na tę okoliczność samochód chłodniczy. Kierowca popija kawę z termosu i ani myśli ruszyć się zza


kółka. Marchewa przepchałby kółka przez wysoki próg. Jędrek jest innego zdania. Na umówiony sygnał unoszą wózek i drobią kroczki. Wieża chybocze się groźnie. Marchewa narzeka, że musiał wcześnie wstać, że tort jest tak ciężki, jak on, Marchewa, zmęczony. Bardzo ostrożnie wkładają tort do samochodu. Jędrek składa wózek, ładuje obok i pędzi do cukierni. Do plecaka wrzuca podręczny zestaw ratunkowy: dłutka, barwniki, trochę marcepanu. Sadowi się z tyłu, bo Marchewa zajął już przednie siedzenie. Przez okienko zerka na tort. – Ale kierowniku, powolutku, jakby własną matkę pan wiózł! Kierowca szczerzy się spod zbrązowiałych wąsów i oświadcza, że gdyby miał jechać ze swoją ukochaną mamusią, tort zmieniłby się w mamałygę jeszcze przed pierwszym skrzyżowaniem. Marchewa na te słowa aż krztusi się dymem z camela. Kierowca zwalnia na zakrętach i tam, gdzie droga popsuta, zwalnia bardzo często, a Jędrek gryzie wargi i zaciska palce na klamce za każdym razem, gdy wjadą w koleinę albo podskoczą na wertepie. Samochód chłodniczy wtacza się na Kijowską. Sunie wzdłuż siatki i szpaleru drzew, zza których prześwituje bladoróżowy budynek zasadniczej szkoły zawodowej. Staje przed wejściem, znów odkręca termos i życzy powodzenia. Marchewa rozgląda się za panią Wandą i zapala kolejnego camela. Jędrek toruje sobie drogę między zgromadzonymi. Praktykanci i nauczyciele zapewne widzą w nim goryla, którego ktoś ogolił i wypuścił z klatki. Jędrka frasują tylko wysokie schody prowadzące do podwójnych, otwartych drzwi. Wchodzi po nich i schodzi, by wejść ponownie. Rozgląda się za kimś, kogo mógłby zapytać, lecz widzi, jak dwóch praktykantów tarabani się po stopniach z wielką tacą, na której leży ręcznik, a pod nim coś, co jest pyszne i ukryte. – Jak spierdzielisz, to cię zatłukę – mówi Jędrek do Marchewy. – Dasz radę na tych schodach? Jak nie, to kogoś poproszę. Marchewa momentalnie ciska peta pod obcas i melduje się w radosnej gotowości. Toczą wózek pod stopnie. Marchewa podwija rękawy. Wyciera dłonie o spodnie, pochyla się, a plecy ma proste jak stół. Jednocześnie podnoszą tacę. Tempo nadaje Jędrek. Ustawiony tyłem, wstępuje na stopnie. Z każdym krokiem garbi się coraz bardziej, zaś Marchewa pionuje. Marchewa oddycha przez usta, poszerzając złośliwy uśmiech. W spojrzeniu kra wesoło uderza o krę, grożąc katastrofą. Im Marchewa jest weselszy, tym tort wędruje wyżej, aż wreszcie stoi bezpiecznie pod ścianą szkolnego przedsionka. Konkurs odbywa się w sali gimnastycznej, do której wiedzie szeroki korytarz zamknięty przez wysokie drzwi. Sprawnie stawiają tacę z tortem na wózku. Pchać mógłby jeden, pchają we dwóch: Jędrek z przodu, Marchewa na ogonie. Widzą już konkursowiczów, jury moszczące się za zielonym blatem i napis ułożony z powycinanych liter: III KONKURS CUKIERNICZY O P CHAR WOJEWODY KUJA SKO-POMORSKIEGO. Na ten widok Jędrek


rozdziawia usta, jakby się zasapał albo zrozumiał powagę sytuacji, za to Marchewa skręca gwałtownie i uderza wózkiem we framugę. Smakowity budynek przekrzywia się lekko, a wieża spada jakby strącona cukrowym pociskiem wystrzelonym z karmelowej armaty. Marchewa unosi dłonie i woła, jak bardzo mu przykro, tak straszliwie nie chciał, tak potwornie przeprasza. Jędrek błyskawicznie ocenia rozmiar straty. Obchodzi wózek, unosząc pięści. Dostrzega panią Wandę zamiatającą korytarz połami płaszczyka. Przenosi wzrok na Marchewę. – No idź mi stąd! Już! Już! Spierdalaj w podskokach! Chwyta za wózek. Kółko rozjeżdża to, co zostało z wieży. Jędrek poprawia plecak skrywający zestaw ratunkowy i skręca przed salą gimnastyczną, pędząc w stronę zaplecza. 13. Na jury Trzeciego Wojewódzkiego Konkursu Cukierniczego składają się siwy grubas w szarej marynarce wciśniętej na wściekle czerwony golf, jego wysuszony rówieśnik w identycznej marynarce i czarnej koszulce polo oraz dryblas o strachliwych oczach, który wygląda, jakby ostatni raz najadł się zaraz po wyzwoleniu z obozu koncentracyjnego. Czarny garnitur i uniesiona brew upodabniają go do grabarza. Nad ich głowami prócz szczerbatego napisu tkwi obręcz do koszykówki. Przez całą długość sali gimnastycznej wzdłuż drewnianych drabinek ciągną się stoły przykryte białymi obrusami. Na stołach leżą wspaniałości, za nimi stoją ich zaambarasowani twórcy. Brakuje tylko jednego. Pani Wanda zerka na zegarek i śle błagalne spojrzenia w kierunku komisji. Za nią tkwi pobladły Marchewa ze wzrokiem wbitym w podłogę i miną, jakby właśnie usłyszał wyrok śmierci. W rogu kłębią się śmiertelnie znudzeni przedstawiciele władz i prasy oraz fotografowie. Jędrek ma wyczucie chwili. Zjawia się w sali, dokładnie gdy juror w czarnym garniturze daje do zrozumienia, że nie mogą dłużej czekać. Wchodzi po królewsku, pod pięknym krawatem, pchając przed sobą tort zwieńczony odrestaurowaną wieżą. Z uśmiechem od ucha do ucha przystępuje do przeniesienia swojego majstersztyku. Sąd rejonowy, na srebrnej tacy, na białym obrusie, aż prosi się o marcepanowych podsądnych, lecz uśmiech Jędrka blednie. Dostrzega stojącą obok miniaturę bydgoskich spichlerzy, odwzorowaną jak ze zdjęcia. Biała czekolada przecina się z czarnym marcepanem. Zaznaczono nawet fakturę drewnianych wsporników i cegieł na dachu, co gorsza, ściany wydają się proste jak deska. Toż prawdziwe spichrze nie są takie proste! Jędrek stoi, swoim zwyczajem, w lekkim rozkroku. Ściąga łopatki, ugina ramiona i miętosi powietrze palcami. Milczy. Pierwsza runda należy do


fotografów, którzy suną wzdłuż stołów, robiąc zdjęcie każdej pracy. Gdy stają przed miniaturą budynku sądowego, pani Wanda delikatnie szarpie Jędrka za marynarkę. Jędrek oczyszcza kadr z siebie samego, a pani Wanda mówi, że to w dobrym tonie. Na zdjęciu powinna być tylko praca. Podchodzą jurorzy. Chudzielec uważnie ogląda tort Jędrka, jak i jego samego, zerka jednak obok. Wszyscy trzej coś notują i już ich nie ma. Garbią się nad spichrzami. Juror w czerwonej koszulce niemal kładzie się na stole, tak bardzo chce widzieć każdy szczegół. Chudzielec poprawia okulary, notuje, patrzy i znów coś kreśli. Komisja zasiada już za zielonym stołem. Porównują notatki. Juror w koszulce polo najwyraźniej chce mieć to już za sobą, dyskretnie wskazuje w stronę spichlerzy, za to chudzielec zaczyna się kłócić. W końcu ten w koszulce daje znak, że mu wszystko jedno. Jego kolega próbuje jeszcze coś ugrać i ostatecznie wzrusza ramionami. Uwolniony tym gestem chudzielec wyrusza z bezpiecznego krzesła na salę, zbrojny w nożyk i łyżeczkę, a w Jędrka wstępuje życie. Kłania się, gestem dłoni zaprasza do częstowania. Nóż wkrawa się głęboko w ciasto. Chudzielec równie dobrze mógłby pałaszować żwir. Pozwala sobie stwierdzić, że tort jest przyzwoity, choć oczekiwał czegoś lepszego. Pochylony nad spichrzami chudzielec pozwala sobie na chwilę wahania. Jego autorzy, dwóch czerstwych chłopaków w niedopasowanych marynarkach naciągniętych na tanie podkoszulki, robią się wyraźnie spięci. Wybór chudzielca pada na środkowy budynek. Nóż nie chce się zagłębić i zjeżdża po ścianie, odsłaniając białą płaszczyznę, bynajmniej nie spożywczą. Do odkrojonego kawałka czekolady przywarły białe kulki styropianu. A Jędrek przyjmuje gratulacje. Ściska ręce jurorów i wzruszoną panią Wandę. Nawet pozwala, by Marchewa poklepał go po plecach. Fotografowie znów gromadzą się wokół jego ciasta. Pani Wanda mówi parę słów do mikrofonu. Uczestnicy zaczynają się zwijać, a Jędrek po prostu stoi, inaczej niż zwykle, na miękkich nogach i z wypuszczonym brzuchem. Rozgląda się po sali i kieruje się do wyjścia. Zostawia za sobą panią Wandę i nadgryziony tort. Schodzi po stopniach na zewnątrz, podtrzymując się barierki, i już sunie Kijowską, zamknięty w miękkiej bańce, pchany przez gorący wiatr. 14. Tatko zjawia się w godzinie duchów. Wyrzuty sumienia tak go udręczyły, że nawalił się w dym. Ledwo przekracza próg i natychmiast osuwa się przy ścianie, w tej swojej spranej kurtce i rozsznurowanych butach. Chce je zzuć bez zsuwania i znowu leży. Drze się, byśmy mu pomogli. Ani myślę się ruszyć. Siedzę na swoim tapczanie, mama okupuje krzesło, owinięta w koc.


Tata w końcu wygrał z grawitacją i sunie do pokoju, ciągnąc za sobą reklamówkę. Sadowi się na brzegu rozłożonej wersalki i najwyraźniej nie może znieść pustego miejsca po telewizorze, bo szuka pokrzepienia w małpce wódki Absolwent. Nie potrafi rozpocząć przemowy bez papierosa, ale jak kopci, gęba mu się nie zamyka. Żali się, że na komendzie potraktowali go gorzej niż bandytę. Nikt nie zwrócił uwagi na jego dobre intencje. Jest bardzo ciekaw, czy do takiej francowatej celi, bez jedzenia i wody, wsadziliby takiego Lewatywę czy też innego bandytę z wielkimi pieniędzmi. Ma pewność, że nie. Nawet spać nie dali i jeszcze będzie sprawa. Za co? Za to, że chciał być dobry dla swojej rodziny. Chciał zobaczyć uśmiechy na naszych twarzach. Przecież w tym magazynie mają tysiąc takich telewizorów, pięć tysięcy konsol, myślał, że nikt nie zauważy. Wielkie firmy gnębią maluczkich. Płacili grosze, a teraz wyrzucili. A przecież już w Biblii stoi, że można chleb ukraść! Mama zwraca uwagę, że telewizor z chlebem ma niewiele wspólnego. Pyta, czemu ukradł. Odwykłem od jej głosu. Brzmi jak szept spod podłogi. Dalej wypadki biegną szybko. Tatko zrywa się z sofy i ryczy, że chciał dobrze i nikt tego nie docenił. Chciał dobrze dla nas, przez nas przekiblował na dołku i pewno przez nas zostanie skazany. Otwarte usta mamusi zamyka twardą pięścią. Wcześniej nigdy nie bił. Matka spada z krzesła, a ja już jestem przy ojcu. Chcę trafić w grdykę, lecz tatko podbija mi przedramię, wali w twarz i chwyta za bluzę. Moje nogi bujają w powietrzu. W życiu bym nie pomyślał, że jest taki silny. Zionie we mnie wódą. Dyszy, bo jednak trochę ważę, a ja próbuję go kopnąć w kostkę, trafić pod bok. Mówi, że wreszcie się doigrałem. Zbyt długo mnie znosił, a jego dobroć spotkała się z bolesnym niezrozumieniem. Teraz i ja dowiem się paru rzeczy o bólu. Lecę. Góra miesza się z dołem, mama miga mi pod oknem. Upadek niemal odbiera mi przytomność i dokonuje się w trzasku. Oszołomiony myślę, że kość mi pękła. Nie. To tylko sofa. Leżąc w żlebie pośrodku pogruchotanego mebla, wołam do ojca, że pożałuje. Ma jedną sprawę, będą kolejne. Zaraz pójdę na policję i będzie musiał mnie zabić, żebym tego nie zrobił. Staje nade mną, strach na wróble i bagienny troll. Pokazuje wolną drogę. Leć, gówniarzu, kapusiu, folksdojczu. On z przyjemnością pójdzie siedzieć, a gdy wyjdzie, natychmiast zabije nas oboje. Tak właśnie zrobi, bo już mu wszystko jedno. Doprowadziliśmy go do rozpaczy. I jeszcze rozpieprzyłem wersalkę, więc jeśli mam donosić, ani myśli mnie zatrzymywać. Spod okna dobiega szept. To mama prosi, żebym został w domu. 15.


Do cukierni wróciła Safona, niewidziana tak długo, że wszyscy zdążyli o niej zapomnieć. Siedzi przed wejściem i strzyże postrzępionym uchem. Jędrek bierze ją na ręce. Głaszcze po głowie i szczypie w brzuszek. Safona liże mu prawą dłoń w miejscu, gdzie kciuk zbiega się z palcem wskazującym. Bierze się do gryzienia. Jędrek delikatnie dziabie ją palcem, tarmosi brudne futro, daje się nawet podrapać. – Ej, skubana ty! Gdzieżeś się włóczyła? Kto cię tak poharatał? Głupia ty, głupia! Źle ci u nas było? W odpowiedzi Safona przejeżdża pazurem po jego przedramieniu i natychmiast podstawia łepek pod głaskanie. Jędrek pieści ją jeszcze chwilę, odstawia i wchodzi do cukierni. Safona korzysta z okazji, czmycha mu między nogami i leci korytarzem, którym sunie Marchewa z płachtą „Expressu Bydgoskiego” pod pachą. Safona omija go i znika w szatni. Na widok Jędrka Marchewa promienieje. Macha gazetą i mówi, że stali się sławni, a wszystko dzięki niemu. Podania dłoni nie da się uniknąć. Przystają pod drzwiami gabinetu pani Wandy, na których wisi informacja o palącej konieczności badań okresowych. Marchewa otwiera „Express Bydgoski”. Strasznie się cieszy. Na czwartej stronie zamieszczono oszczędną relację z konkursu cukierniczego i wielkie zdjęcie pracy Jędrka. Tort pyszni się na srebrnej tacy, nie widać jednak jego autora. Notatka poniżej informuje, że nagrodzoną pracę wykonano w cukierni Delikates Wandy Szekalskiej i nic więcej. Jędrek czyta napis, zgłębia relację, próżno szukając siebie. Mnie gazetę i ciska w wesołego Marchewę. Zaciska pięści. Podnosi gazetę, rozprostowuje, czyta raz jeszcze, upuszcza. Zawiesza wzrok na drzwiach gabinetu. Kopnąłby, lecz Marchewa prosi, by tego nie robił. Przecież nic się nie stało. Najważniejsze, że wygraliśmy. – Mazak – mówi Jędrek. – Mazak mi daj. Mina Marchewy świadczy, że zrobiłby wszystko, by zniknąć z korytarza. Jędrek zostaje sam z mazakiem w dłoni. Mazak jest czarny i niezmywalny. Jędrek przygląda się wezwaniu na badania okresowe i bazgrze pod nim, na pięknych, drewnianych drzwiach. Duże, kulawe litery układają się w napis: A JA MAM AIDS! Safona ociera się o jego nogi. Nie ma szans wywinąć się od buta. 16. Pani Wanda zjawia się w szatni zaraz na początku przerwy śniadaniowej, ubrana w bladoróżową bluzkę, w której niknie sznur korali. Jędrek akurat żuje bułkę z pasztetem. Pani Wanda wyraża swoje rozczarowanie – myślała, że są dorośli, a zachowują się jak dzieci. Mówi, że tego nie spodziewała się po Jędrku, a Marchewa wydaje z siebie westchnienie przepełnione ulgą. Jędrek wgryza się w kanapkę. Pani Wanda przypomina, że takie drzwi


kosztują tyle co miesięczna pensja, lecz przecież nie chodzi tutaj o pieniądze, tylko o brak szacunku i zawiedzione zaufanie. Trudno stwierdzić, co boli bardziej. A przecież tyle zrobiła dla Jędrka. Przyjęła z powrotem do pracy i jeszcze wystawiła do konkursu cukierniczego. Jak on się zachowuje? Nawet teraz napycha sobie gębę zamiast stać z opuszczoną głową. I Jędrek wstaje. Głowę jednak trzyma wysoko. – Mam cię zapierdolić? – pyta. Robi krok w stronę pani Wandy i powtarza, coraz głośniej: – Mam cię zapierdolić? Mam cię zapierdolić? Niedowierzanie na twarzy pani Wandy przechodzi w zdumienie, a zdumienie w czysty strach. Pani Wanda cofa się przed Jędrkiem, aż napiera plecami na kant otwartych drzwi. Wysuwa dłonie przed siebie. Próbuje coś powiedzieć, lecz nie może. Z kąta Marchewa prosi Jędrka, żeby wrzucił na luz. Jędrek wrzeszczy już na całą cukiernię, a jego wielka dłoń opiera się na drzwiach. Jędrek pochyla się nad struchlałą panią Wandą, powtarza pytanie raz jeszcze, szeptem, prosto w ucho obciążone złotem, i wychodzi z szatni, nie czekając na odpowiedź. 17. W przedpokoju czeka na Jędrka surowy komitet powitalny. Pan Ryszard ma oczy sowieckiego komisarza, twarz pani Hani zdradza, że płakała. Jędrek ledwo ich zauważa. Zdejmuje kurtkę i chce zniknąć u siebie w pokoju. Gra pieśń Schuberta, a telewizor, włączony bez głosu, nadaje relację z inauguracyjnego kongresu Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Pan Ryszard informuje syna, że tak łatwo się nie wywinie. Zaprasza do pokoju na krótką rozmowę. Pan Ryszard zasiada za stołem, przeciera okulary i ujmuje dłoń żony. Jędrek stoi przed nim na baczność, zezując tylko w stronę drzwi swojego pokoju, gdzie czeka wolność, ciemność i ściana, przed którą można posiedzieć. Pan Ryszard mówi, że dzwoniła pani Wanda. Podobno Jędrek zniszczył drzwi, a potem groził jej śmiercią. Pan Ryszard chce wiedzieć, czy to prawda, lecz Jędrek milczy. Nie po to, mówi pan Ryszard, wypruwał sobie żyły, nie po to poświęcił osiemnaście lat, by jego syn zachowywał się jak cham, jak wiejski chuligan. Na szczęście pani Wanda jest wyrozumiała i wciąż lubi Jędrka. Sprawa zostanie zapomniana. Jędrek pójdzie jutro do cukierni z wielkim bukietem kwiatów, największym, jaki można dostać w Bydgoszczy. A teraz chwyci za telefon i pięknie przeprosi. Natychmiast, póki pani Wanda jest w pracy. – Nie – odpowiada Jędrek. Dłoń pana Ryszarda zamiera w połowie drogi między stołem a oprawą okularów. Czy Jędrek naprawdę chce zniszczyć życie sobie i swojej rodzinie? Tak został wychowany?


– Jestem dorosły. Sam wiem, co dobre. Nie przeproszę i nic ojcu do tego. Pani Hania spogląda na syna z mieszaniną zaskoczenia i podziwu. Na moment twarz ojca robi się bezmyślna jak u małpy, potem tężeje, a pan Ryszard wstaje i zaczyna krzyczeć, że Jędrek jest, owszem, dorosły, lecz tylko na papierze. Jego postawa nie ma bowiem nic wspólnego z dorosłością. Człowiek dorosły wie, kiedy robi błąd, i potrafi się przyznać do porażki. Choć w pewien sposób pan Ryszard rozumie Jędrka. Gdyby Jędrek miał się przyznać do każdej porażki, załamałby się dokumentnie i spłonął ze wstydu, jeśli oczywiście ma jakieś resztki przyzwoitości. Jego życie jest wielką klęską, gigantycznym niepowodzeniem, ale też i kpiną. Właściwie trudno określić: śmieszniejszy ten Jędrek czy może bardziej nieudany? On sam, pan Ryszard, nie potrafi się zdecydować. Stwierdza, że właściwie Jędrek nie musi przepraszać ani pani Wandy, ani matki, ani własnego ojca, bo jego ciąg niepowodzeń jest tak długi, że nikt nie zauważy kolejnego ogniwa w łańcuchu. Jędrek słucha tego w milczeniu. Spuszcza głowę dokładnie tak, jak chciałaby tego pani Wanda. 18. Do śniadania zasiadamy we troje: tatko na brzegu połamanej sofy, ja na podłodze. Mama przynosi z kuchni talerz kanapek. Dla nas jest herbata, dla tatusia kawa po turecku, z dwiema łyżeczkami cukru, zamieszana tak, jak lubi. Mama siada na krześle lekko zgarbiona i próbuje włożyć kromkę do opuchniętych ust. Prawe oko wygląda jak ślimak. Tata zachęca ją do jedzenia i mówi, że od dzisiaj wszystko będzie lepiej. Ustaliliśmy nowe porządki. Przypilnuje ich przestrzegania. Tak mówi i głaszcze mnie po głowie. Rzeczy wokoło tracą kształty i kolory. Książka nie jest książką, a ściereczka ściereczką, tylko czymś innym, wolnym od nazwy i przeznaczenia. Tatko zaczyna opowiadać. O rozdzieleniu obowiązków i wsparciu dla niego w nadchodzących trudnych dniach. O tym, że musimy okazywać mu szacunek. Jest mężem, ojcem, głową rodziny. Mama musi wrócić do magla, bo adwokaci kosztują. Ja powinienem znaleźć sobie pracę. Choćby w weekendy. Przecież nie mam pojęcia, jakie życie jest drogie. Nie wiem też, ile wycierpiał. Dobrze, tatusiu, będzie tak, jak sobie życzysz, mówię, a myśl, ta powracająca, bardzo szczególna, jedyna w swoim rodzaju, pojawia się w mojej głowie ze straszliwą jasnością. Jakbym spojrzał słońcu w gorejące oko. Wcześniej rozproszona, teraz jawi się rozsądna i klarowna. Myśl ma imię, ja mam cel i dobrze wiem, co robić.


Ja wysiadam wiosna 1999

1. KARTĘ TELEFONICZNĄ,

z którą biegam do automatu na Grunwaldzkiej, zdobi wizerunek Jana Pawła II wiszącego na pastorale. Umęczone oczy Ojca Świętego kierują się ku dołowi, jakby spoglądał na wiernych zgromadzonych u jego stóp. Cud rozmnożenia impulsów, o który prosiłem, jednak nie nastąpił. W maglu skrzypią drzwi, wytarł się drewniany próg. Jasną i okoliczne ulice obiegła wiadomość, że pani Teresa może się wystarać o dobre miejsca na bydgoskim lotnisku, gdzie papież odprawi mszę. Wali do niej tłum. Stare baby, dostojni wąsacze, podlotki i flamy o duszach ciężkich od grzechów dobijają się do magla, zainteresowani zdobyciem kawałka ziemi blisko ołtarza. Każdy sektor ma swoją barwę i pani Teresa stała się królową pięciu kolorów: niebieskiego, czerwonego, bieli, żółci i zieleni. Bierze pieniądze, ale niczego nie obiecuje. Proponuje również wędkarskie krzesełka, których cała kupa wala się na zapleczu. Plotka – w której rozpowszechnianiu mam poważny udział – głosi, że nabycie krzesełka zwiększa szansę na dobre miejsce podczas nabożeństwa. Ludzie kupują. Wieczorami pani Teresa zamyka swój interes, zapala papierosa i liczy pomięte banknoty. Podśpiewuje przy tym Panie dobry jak chleb. Daje mi parę groszy, reszta pieniędzy ląduje w kasetce. Kasetka – nie wiem gdzie. Pielgrzymującym do magla pątnikom niekiedy ukazuje się niezwykły widok. Pośrodku podwórka stoi wysoki facet podobny nieco do stracha na wróble, z łbem jak spalona miotła, w spranej kurtce dżinsowej i dziurawych butach. Tatko ściska butelczynę i wrzeszczy, żeby zawracali, gdyż za wszystkie nieszczęścia naszego kraju, a Bydgoszczy zwłaszcza, odpowiada właśnie ten jebany Wojtyła i jego armia chciwych katabasów. Zabrali najlepszą ziemię. Dobrych ludzi wyrzucili na bruk. Żerują na wdowim groszu staruszków. Gdzie są te wielkie pieniądze? W kieszeniach katechetów, kapelanów i księży zatrudnionych w szpitalach. Jednemu nawet mordę obił, chwali się mój tatuś. Ryczy, że papież powinien przeprosić za zniszczenie socjalizmu, ustroju, który oferował równość biednym i bogatym. Ludzie mijają go bez słowa, a ja świetnie wiem, co go trapi. Miasto zapowiada prohibicję i ojcu nie podoba się takie pogwałcenie praw obywatelskich. Na drzwiach sklepu pana Docenta pojawił się wielki


plakat z papieżem. Sam pan Docent obwieścił, że daruje nam wszystkie długi z wyjątkiem tych zaciągniętych na alkohol. W centrum miasta rozwijają się języki nawiezionej trawy. Niedaleko lotniska trwa gorączkowa praca nad budową kładki, którą wierni dotrą na mszę, nie nadkładając drogi. Na lotnisku żołnierze powoli wznoszą ołtarz. Bezrobotni malują pobliskie parkany. W oknach pojawiają się portrety, krzyże, kwiaty i żółto-białe proporczyki. Ludzie zaczęli się żegnać, wsiadając do autobusów i mijając kościoły. Radio gra pieśni religijne na zmianę z kawałkami Kasi Kowalskiej, Urszuli i Erica Claptona. Gazety drukują żywoty świętych i artykuły o opętaniach i egzorcystach. Nim Bydgoszcz ugnie się pod białym nalotem, władzę przejmują studenci. Nocą ich ryki niosą się tak, że zapominam o ojcu. W dzień grzmi muzyka. Z taśmy leci Małgośka, sobowtór Krzysztofa Krawczyka śpiewa jego najsłynniejsze szlagiery. Na scenie plenerowej króluje najprawdziwszy wampir w czarnym płaszczu z czerwoną podpinką. Zapowiada kolejne piosenki i robi groźne miny. Wkrótce dołącza do barwnego korowodu maszerującego w stronę mostu Staromiejskiego. Dziennikarz „Expressu Bydgoskiego” przeprowadza wywiad z czterema dziewczynami, które przebrały się za tramwaj, a Brdą ścigają się kajakarze. Radni kłócą się o złagodzenie koncesji na sprzedaż alkoholu. Miasto zyskało kolory i drży, jakby w oczekiwaniu na coś ekscytującego. 2. Pani Miłka wychodzi z mieszkania o siódmej trzynaście. Nieco wcześniej niż zwykle, a i tak się spieszy. W otwartych drzwiach rzuca parę nerwowych słów i biegnie korytarzem, wymachując torebką ze sztucznej skóry. Skręca z gracją zawodowej łyżwiarki, zstępuje na stopień i znika z widoku. Jędrek odsuwa się od dziurki od klucza. Zerka na zegarek. Notuje w zeszycie imię, dzień, godzinę. Dagmara wychodzi dokładnie dwadzieścia jeden minut później. Włosy ma podcięte i rozpuszczone. Ma na sobie bawełnianą żółtą bluzę Fruit of the Loom ze ściągaczem. Trochę w niej tonie, za to dżinsy w różnokolorową kratę pozwalają stwierdzić, że prócz sporej biblioteki ma również ładny tyłek i proste nogi. Wydaje się wyższa za sprawą butów na koturnie. Plecak niesie niedbale, na jednym ramieniu. Zamyka za sobą drzwi i wychodzi ze wspólnego korytarza. Przy schodach zatrzymuje się, zdejmuje plecak, wydyma usta i marszczy nos przekonana, że nikt jej nie widzi. Gmera w kieszeni na ślepo, maca. Na próżno. Przeklina, zwala plecak na parapet i wypakowuje. Kupkę książek i skoroszytów wieńczą kolorowy piórnik i walkman ze słuchawkami o pomarańczowych gąbkach. Nie tego jednak szukała. Tupie i zaciska wargi.


Starannie pakuje wszystko z powrotem i zawraca. Klucze lecą jej z rąk. Spogląda na zegarek. Nie ona jedna. Rozsznurowanie butów zajmuje sporo czasu, więc Dagmara zdejmuje tylko jeden, stawia na progu i znika w głębi mieszkania, podskakując. Wraca, ściskając półprzezroczystą kosmetyczkę. Chowa ją do plecaka, wiąże but i pędzi przez korytarz. Kroki stawia dokładnie tak jak mama. Zatrzymuje się jeszcze raz. Zakłada słuchawki. Włącza walkmana i zbiega po schodach. Cała operacja z powrotem po kosmetyczkę zajęła jej dokładnie trzy minuty i czterdzieści sześć sekund. Jędrek nanosi liczby w odpowiednią kolumnę i dalej patrzy przez dziurkę od klucza. Siedzi na stołku przyniesionym z kuchni i popija wodę. Mógłby się gapić przez judasza, ale wówczas musiałby stać. Czeka jeszcze pół godziny, czy któraś nie wróci. Tak jednak się nie dzieje. Jędrek odnosi stołek, siada u siebie i gapi się w zeszyt. Jedną kolumnę poświęcił Dagmarze, drugą pani Miłce. Linijek jest dużo, bardzo dużo. 3. Tego poranka promienie słońca są jak zatopione w szkle. Między zaciągniętymi firankami przesmykuje się taki jeden figlarz i trąca złotym noskiem naszą meblościankę dokładnie w miejscu, gdzie do niedawna leżało PlayStation. Na podłodze stoją dwie butelki – jedna pusta, w drugiej są niedopałki. Niedopałki walają się też na dywanie i parapecie, podobnie jak skórki od chleba, słoiki po majonezie, zasmarkane chusteczki higieniczne oraz, a jakże, zmięta powieść Wilbura Smitha. Uświadamiam sobie, że nie pamiętam, kiedy widziałem tatusia z nosem w książce. Teraz kokosi się na połamanej sofie. Mruga, jakby nie mógł uwierzyć, że już nastał dzień. Podpiera się na łokciach. Wysuszony taki, można by go przeciąć moczem w najgrubszym miejscu. Zresztą daje od niego właśnie uryną. Oczy ledwo otworzył i już wrzeszczy o jedzenie. Trochę to dziwne, bo ludzie jego pokroju śniadają najczęściej we wczesnych godzinach popołudniowych. Co mi tam. Jasne, co byś zjadł, tatusiu? Życzysz sobie herbatę czy kawę? Tatko odpowiada, że nada się cokolwiek. Żołądek przykleił mu się do kręgosłupa, tak twierdzi i charczy we własną otwartą dłoń. Kroję chleb i mortadelę. Smaruję margaryną. Na wierzch daję plasterek ogórka kiszonego. Niech ma. Podczas gdy przygotowywałem śniadanie, tatko zdążył zmienić pozycję. Siedzi na ziemi w samych majtach i grzebie wśród niedopałków, usiłując wybrać taki, który najbardziej nadaje się do palenia. Najpierw jednak przekąsi. Pakuje sobie kanapkę do ust, dopycha


palcem i gdy przełknie, zaczyna mnie pouczać, bym nigdy nie kopcił na głodniaka, bo straszliwie szkodzi. Wóda to inna para kaloszy. Tatko wygrzebuje małpkę z czeluści połamanej sofy. Zostało może na dwa palce. Cóż to dla mojego tatusia! Sięga po kolejną kanapkę. Rysy mu miękną. Przez nieogoloną gębę żegluje bezmyślny uśmiech. Siadam i mu się przyglądam. Urżnął się tą odrobiną. Tato też patrzy na mnie, wybałuszając jedno oko. Kanapki bardzo mu smakują. Docenia, że tak się postarałem, choć przecież przechodzimy trudny okres. Relacje między nami nie są, jak by to powiedzieć, modelowe. Tatuś zna jednak życie i nie przewidział niczego innego. Przechodzę okres buntu, mocuję się ze światem, jak to nastolatek, w każdym widzę wroga, a w nim, w moim ojcu – największego. Tatko kokosi się, przekazując mi tę mądrość. Siada teraz po turecku i przyznaje, że do ideału trochę mu brakuje, lecz wychowanie chłopaka jest zadaniem, które każdego przerasta. Z tego nikt nie dostanie piątki z plusem. Jeśli kiedyś stanę się prawdziwym mężczyzną, będzie to jego zasługa. Spojrzę wstecz i zrozumiem. Siedzę naprzeciw niego uśmiechnięty, słucham. Niech mówi. 4. Stalowe litery nad wejściem układają się w słowa BYDGOSKI KLUB SPORTOWY CHEMIK . Wygięte są w łuk. Dalej, pod namiotami w biało-zielone pasy, zwisają wędkarskie kamizelki, workowate spodnie i podrabiane bluzy znanych marek. Na stołach leżą skarpetki pakowane po trzy albo pięć sztuk, majtki i podkoszulki sportowe fabrycznie zawinięte w folię. Świeci majowe słońce, ale sprzedawcy wyglądają, jakby marzli. Przestępują z nogi na nogę, obejmują się własnymi ramionami i popijają parującą herbatę z plastikowych kubków. Przy wejściu kręci się też paru synków w czapkach z daszkiem, ortalionowych dresach i kapturach. Stoją po dwóch, po trzech. Niby gadają ze sobą, ale każdy zerka w stronę alei Wojska Polskiego, czy coś się nie święci. Przed Jędrkiem rozstępują się gładko, jak zabrudzona woda. Jest ciasno. Jędrek idzie z rękami w kieszeniach. Staruszki, raszple i lampucery odwracają nosy od kolorowych bluzek, lśniących torebek i sznurów korali. Wzdychają, parskają, klną na młodzież i unoszą oczy ku Najświętszej Panience. Im dalej, tym gęściej. Nad stoiskami wiruje papierosowy dym. Skwierczy kiełbacha przypiekana na grillu, krąży letnia wóda, syczą puszki kujawiaka i EB. Mieszają się dźwięki płynące z głośników ustawionych na stoiskach z kompaktami. Każdy chce być słyszany. Gitara Santany wplata się w zabójczą samotność Britney Spears. Cher pyta o wiarę w potęgę miłości. Warszafski Deszcz szeleści aluminium. Kto otuli Shazzę, gdy jest jej źle, a na domiar złego zgubi czas? Gość w błękitnym garniturze niknie na chwilę w grupie młodych przechodniów.


Kiedy znikają, przetrząsa kieszenie w próżnym poszukiwaniu portfela. Na chudym nadgarstku kołysze się zegarek z ruskiego ciemnego złota. Naj nanana naj ło ho! Na stołach leżą pirackie płyty DVD – Pulp Fiction, Titanic, Armageddon i Szeregowiec Ryan – w pudełkach jakby przeżutych przez zaślinione zwierzę. Są też kasety wideo, ale już niewiele. Pod białym namiotem trwa żywiołowa rozmowa na temat przerabiania konsol na piraty. Dzieciak kładzie PlayStation na składanym stole, ostrożnie, jak okręt w butelce, a chuda, blada dziewczyna tłumaczy mu, co i jak. Najpierw wkładamy specjalną płytkę, czekamy, aż się wgra, potem zmieniamy na kopię zapasową i można cisnąć do woli. Jędrek utknął w alejce, więc tego słucha. Zanurza się w głąb targowiska, tam gdzie odżywki dla kulturystów, buty i ubrania sportowe. Przygląda się adidasom i mówi: – Jakąś dużą torbę bym chciał. Sprzedawca pokazuje mu trzy. To tęgi chłop z wąsem, uciekinier z cygańskiego teledysku w swetrze, na który wylewa się złoto. Cały czas przebiera krótkimi paluszkami. Jędrek przygląda się torbom, sprawdza szwy i uchwyty. Potrząsa. W końcu wybiera największą, niebieską, o wzmocnionych naszyciach. – Jakaś folia by się nie znalazła? – Jędrek podaje mu stówkę i widać, że nie zamierza czekać na resztę. Sprzedawca robi zdziwioną minę, ale folia zaraz się znajduje. Odcina trochę z rulonu i wkłada do torby. Jędrek bierze, co jego, i przepycha się do wyjścia. Ludzie schodzą mu z drogi, garbią się, jakby bili pokłony, gównażeria syczy, ale jego nie obchodzi to nic a nic: stalowy człowiek przepoławia sobą świat. Rodzice jeszcze nie wrócili z pracy. Jędrek zdejmuje buty w korytarzu i leci do swojego pokoju. Folia ląduje za łóżkiem. Jędrek rozbiera się do majtek i koszulki. Wchodzi do torby. Podkula nogi i znika w niej cały. Próbuje zapiąć się od środka. Zaciąga zamek, tak że zostaje tylko miejsce na dłoń. Leży tak chwilę – przedmiot z człowiekiem w środku. Próbuje się wygramolić, co idzie mu trochę gorzej. Wygląda, jakby usiłował wydostać się z trzęsawiska. Przygląda się jeszcze torbie i chowa ją w szafie, na samym dnie. 5. Ojciec pyta, czy nie skoczyłbym mu po wódkę, i aż rozdziawia gębę, gdy słyszy, że się zgadzam. Wstaje z barłogu, podnosi dżinsy spod okna i przetrząsa kieszenie. Błoto wgryzło się w dół nogawek. Tatko wygrzebuje zmiętą dychę, do tego parę monet. Liczy na otwartej dłoni, podaje wyraźnie zmartwiony, że nie starczy na pół litra. Parę złotych więcej i wieczór byłby z


głowy, tak to wraz ze zmrokiem w progi naszego domu zawita smutek niedopicia. Dorzucam piątaka. Żaden problem, tatusiu! Pan Docent w życiu nie sprzeda mi wódki, nie zrobią też tego w sklepie na Grunwaldzkiej. Drałuję aż przez kanał, na Dolinę, gdzie mają taką jamkę z alkoholem. Tam sprzedaliby spirytus przedszkolakowi. Jest ciepło, trawa pachnie przyjemnie, drzewa rozkwitły. W jamie otacza mnie szkło. Biorę pół litra Luksusowej, sprzedawca nawet na mnie nie spojrzy, a i ja nie wiem, jak wygląda. To jeden z tych ludzi za szybą przy kasie, bez twarzy, bez głosu, o zwinnych dłoniach. Zastaję tatusia spacerującego od ściany do ściany. Przynajmniej wskoczył w spodnie dresowe. Patrzy na mnie, jakbym zamiast flaszki miał smoczą głowę przytroczoną do pasa. Zasiada na brzegu barłogu, nalewa sobie do szklanki i się delektuje. Mówi, że jestem dobry chłopak i może na mnie liczyć. Jeszcze będą ze mnie ludzie. Ma fioletowe dłonie o długich paznokciach, oczy zagłodzonego psa i kudłaty tors. Włosy mu odrastają. Tłuste strąki przylepiły się do karku. Sterczą łopatki. Patrzę na niego i się uśmiecham. Biorę książkę w twardej oprawie. Rozkładam na niej zeszyt. Mówię, że muszę odrobić lekcje. Piszę na stronie ze środka, którą łatwo wyrwać. Nazywam się Krzysiek Hoppe, mam prawie 18 lat i jeśli to czytacie, pewno już nie żyję. Zabił mnie Jędrzej Borucki, 19 lat, który mieszka w Fordonie, Wincentego Gordona 4/7. Jędrzej Borucki trzy lata temu zamordował swojego kuzyna, Dariusza, zamieszkałego na ulicy Jasnej. Widziałem go, to jest Jędrzeja Boruckiego, na Jasnej tego dnia i o tej godzinie, kiedy zamordowano mojego kolegę Darka. Gdy po tym morderstwie spotkałem się z Jędrzejem Boruckim, zobaczyłem też ranę na jego ręce. Chował tę ranę. Myślę, że Darek go skaleczył, zanim sam zginął. Wcześniej Jędrzej zabił jeszcze trzy koty w Myślęcinku, choć nie musiał tego robić. Widziałem, jak zabijał te koty, i Darek też to widział. W lutym zeszłego roku Jędrzej Borucki próbował zabić mnie. Przyszedł do domu z nożem w kurtce i byłby to zrobił, gdyby nie ojciec, który był w domu. Jędrzej Borucki zobaczył mojego tatę i zrezygnował z zabijania mnie. Piszę o tym, bo się boję, że znów spróbuje to zrobić. Ja myślę, że z tego powodu pojechał do Legii, żeby zabijać. On będzie zabijał. Proszę bardzo z tym coś zrobić i powstrzymać Jędrzeja Boruckiego od dalszego zabijania. Krzysztof Hoppe Zamykam zeszyt i patrzę na swojego ojca. Zawsze gdy pił, próbowałem coś robić. Włączałem telewizor. Wychodziłem na dwór. Słuchałem krynicy mądrości z ust jego. Przecież nie będę czytał książek. Mój ojciec to


wszystkie książki świata, zmielone i strawione. Teraz jednak patrzę, jak pije i rusza ustami, lecz jego słowa nie docierają do mnie, jakby dzieliła nas tafla grubego szkła. Nalewa sobie hojnie i pije, składając usta w dzióbek. Szczypie sobie skórę na przedramionach. Drapie się w łydkę, dłubie w uchu. Popija coraz wolniej, aż zapadnie noc. Niedługo wróci mama. Teraz tatko pełznie po podłodze. Szuka czegoś, co rzekomo mu upadło. Szuka czegoś, co nie istnieje. Gramoli się z powrotem na barłóg, trzymając szklankę w wyciągniętej dłoni. Nie czuję wstydu ani żalu. Jedynie ulgę, że to niedługo się skończy. Z ust ojca bucha struga wodnistych wymiocin. Zdziwiony, ociera sobie wargi, dopija flaszkę i zapada w sen. Wyrywam kartkę z zeszytu, składam na czworo i piszę na wierzchu, żeby przeczytali, co tam jest, dopiero po mojej śmierci. Jak bohater jakiegoś filmu. Ale to nie jest film. Chciałbym, żeby był. Kartkę chowam do mojej szuflady. Tam na pewno zajrzą, jakby co. Dobranoc, tatusiu. 6. Przy śniadaniu pan Ryszard dzieli się z rodziną swoją opinią o Janie Pawle II. Jego zdaniem papież odegrał doniosłą rolę historyczną, lecz nie można go oceniać w jednoznaczny sposób. Cofnął Kościół do średniowiecza i nie rozumie współczesności. Pan Ryszard zna się na wielkich sprawach tego małego świata i jest jak najdalszy od krytykowania figury tego formatu co Ojciec Święty. To mierni pochlebcy odgradzają papieża od niewygodnych informacji. Grubo smaruje kromkę masłem i pyta, czy Wojtyła wie o księżach wyciągających ostatni grosz z najbiedniejszej nawet gminy na tę nieszczęsną wizytę. Mówi to, nie patrząc na żonę ani na syna. Nie widzi też, że Jędrkowi trzęsą się ręce. Jędrek bierze małe kęsy i długo żuje. Na brzegu szklanki z herbatą zostawia biały półksiężyc. Chopin w głośnikach gra coraz piękniej, rozkręca się też pan Ryszard: czy Jan Paweł, ten skromny ksiądz, wie o ołtarzu w Łowiczu ważącym, bagatela, osiemdziesiąt pięć ton? W Pelplinie postawili krzyż wysoki na trzydzieści trzy metry, metr na rok życia naszego Zbawiciela. Bóg wyliczony w centymetrach. Ktoś poinformował o tym Ojca Świętego? Pan Ryszard ma pewność, że nikt. Wymachując widelcem, zastanawia się, ile dobrego można by zrobić za te pieniądze, wylicza napełnione brzuszki głodnych dzieci i pobudowane sierocińce. Przypomina, że jesteśmy biednym krajem i nie stać nas na taką rozrzutność pielgrzymkową. Wszyscy powinni pracować. Nie ma Polski bez modlitwy, ale modlić się trzeba wyłącznie w niedzielę. Po śniadaniu pan Ryszard przypomina Jędrkowi, że jest na jego utrzymaniu i wciąż czeka na trzysta złotych za zeszły miesiąc. Tak dalej nie będzie. Jędrek, skoro nie pracuje, musi łożyć na swoje utrzymanie. Chciał


być dorosły, więc on, jego ojciec, traktuje go jak dorosłego. Przypomina, że dzisiaj jego równolatkowie zdają maturę. Zdobędą przynajmniej średnie wykształcenie. Będą niemal ludźmi. Jędrek przytakuje w milczeniu. Oczyszcza stół, zmywa i idzie do siebie. Przez uchylone drzwi przygląda się, jak w przedpokoju matka wiąże ojcu krawat. Jędrek masuje dłoń pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym. Pan Ryszard przypomina mu, że powinien posprzątać mieszkanie, i namawia na wizytę w pośredniaku. Puszcza żonę przodem. Prosi Jędrka, by zamknął za nimi drzwi. Jędrek spogląda na zegarek. Szósta trzydzieści. Siedzi w pokoju przez piętnaście minut, nieruchomy, ze wzrokiem wbitym w ścianę. Sięga za łóżko. Rozkłada folię na podłodze w przedpokoju. Z szafy wyjmuje torbę, otwiera i kładzie na łóżku. Przetrząsa kieszenie kurtki. Wreszcie znajduje. Tym razem to nóż skautowski z krótkim, grubym ostrzem i rękojeścią z miękkiego plastiku, w którą wbudowano kompas. Zamyka go i otwiera kilkukrotnie. Kładzie na szafce w przedpokoju, obok telefonu. Obmywa sobie twarz, nie patrząc w lustro, i już jest w kuchni, nad szufladą pełną sztućców. Nóż do krojenia mięsa, nóż do chleba. Trąca czubkiem opuszkę. Odkłada. Wybiera tłuczek do mięsa. Drewno oprawione w metal. Kręci nim, podrzuca. Podchodzi do drzwi. Spogląda przed judasza, zaciskając palce na tłuczku. 7. Straciłem swój tapczan. Zajmuję teraz koc rozłożony na oczyszczonym kawałku podłogi. Pod głową mam jasiek. Budzę się wcześnie i nawet nie wiem, która jest godzina. Ciemne zasłony wróciły na okna i nie wpuszczają światła. Bolą mnie plecy i kark. Nastawiam wodę na herbatę. Otwieram kuchenne okno i cieszę się świeżym powietrzem. W oknach sąsiadów pojawiły się krzyże, żółto-białe flagi i portrety zafrasowanego Ojca Świętego. Chyba tylko w naszych nie ma nic. Odmieniło się oblicze tej ziemi, nie całe jednak i nie całkiem. Pyrka osmalony czajnik. Zalewam sobie sagę i wracam do pokoju. Tatuś śpi, swoim zwyczajem twarzą do dołu. Mój tapczan zajmuje teraz mama. Owinęła się kołdrą, podkurczyła nogi. Siadam na swoim kocu i słucham jej oddechu. Wydaje mi się płytszy niż zwykle, taki rwany, jakby w płucach pootwierały się dziury przepuszczające powietrze. Zsuwam kołdrę z twarzy, żeby matuli oddychało się lepiej. Odgarniam z oka siwy kosmyk. Od nosa do ust idą głębokie bruzdy. Pomarszczyło się jej podgardle, z cieni pod oczami wychodzą kurze łapki. Skóra jak zmięta kartka, i jeszcze te dłonie o grubych żyłach, palce jakby ucięte, pomarszczone, błądzą po kocu nieobleczonym w poszewkę.


Mama oddycha przez rozchylone usta. Jej oczy drżą pod cienkimi powiekami. Co tam widzisz, mamusiu? Kładę się obok, tylko na chwilę, a ona przekręca się na bok, twarzą do ściany. Gardło jej świszczy. Ostrożnie dotykam jej szyi i czoła. Jajka można by smażyć. Za to stopy zimne. Odkręcam się ku kuchni. Na parapecie, od strony Jasnej, zdrzemnął się kot. Także na boku, z podkurczonymi łapkami. Zalega, jakby ważył tonę. Mam ochotę otworzyć okno i go zrzucić, ale tego nie robię. Moczę kawałek gazy, wracam do pokoju i przykładam go mamie do czoła. Otwiera oczy. Kokosi się na tapczanie jak na dziurawej tratwie, której los już się dopełnia. Pyta, co się stało, dlaczego ją budzę. Mówię, że chciałem tylko otrzeć jej czoło. Śpij dalej, matulu. Tymczasem ze żlebu w sofie gramoli się żywy trup, radość i podpora każdej podstawowej komórki społecznej, król odwyku i brat łata, tatuś mój. Woła o wodę. Krzyczy, że jest nieszczęśliwy, i już wiadomo, że mama nie zaśnie. Zostań w łóżku, mamusiu. Odpocznij. Czajnik już gwiżdże. Staję nad ojcem z herbatą w jednej i wodą w drugiej dłoni. Tatko sięga po plastikową butelczynę, żłopie i zaraz miętosi własny brzuch. Odbija mu się wódą i salcesonem. Stawiam herbatę przy barłogu, chcę iść, ale tatko siedzi jak z krzyża zdjęty i wyciąga te swoje sine ramiona, aż mnie w nich nie zamknie. Przytula mocno. Duchota, smród. Mówi, że mnie bardzo kocha. Jestem najlepszym synem na świecie. Bóg przemienił jego spermę w ósmy cud świata. Inny chłopak dawno porzuciłby takiego niezgułę, śmiecia, pijaczynę. Obejmuję go. Zerkam na szufladę, gdzie czeka kartka złożona na czworo. Wyobrażam ją sobie gorącą jak czoło mamusi, spowitą drżącym czerwonym światłem. 8. Strój pani Miłki obwieszcza wiosnę. Pani Miłka ma kusą kurteczkę ze sztucznej skóry, zieloną sukienkę i buty na obcasie. We włosy wpięła szpilkę ze sztucznym kwiatem i tylko siatka jest taka jak zwykle, czarna i pełna książek. Pani Miłka zachowuje się trochę, jakby wiedziała, że ktoś ją obserwuje. Mieszkanie opuszcza bardzo powoli, w korytarzu robi półobrót na jednej stopie i zawraca, żeby jeszcze coś powiedzieć córce. Jędrek nic nie słyszy, ale chyba się kłócą. Pani Miłka unosi ręce nad głowę i wypuszcza powietrze z płaskiej piersi. Można pomyśleć, że idzie się bić z całym światem. Dziś czeka ją jednak coś innego. Jędrek stoi z twarzą przy drzwiach. Spogląda przez judasza. Przypomina rzeźbę albo manekina wciśniętego w luźne spodnie dresowe i bawełnianą bluzę. Na nogach ma klapki i wciąż ściska tłuczek. Krople potu spływają po trzonku. Jędrek przekłada tłuczek do drugiej ręki i wyciera dłoń o spodnie, a z mieszkania wychodzi Dagmara w znajomej bluzie Fruit of the Loom.


Spodnie w kratę zamieniła na niebieskie dżinsy Lee. Szyję oplatają jej słuchawki. Zamyka drzwi na klucz i natychmiast włącza walkmana. Jędrek ostrożnie naciska klamkę i rezygnuje, bo Dagmarze chyba nie podoba się piosenka. Sięga do plecaka po długopis. Nadziewa nań kasetę, kręci, przewija. Taśma ląduje na swoim miejscu. Dagmara zakłada słuchawki, poprawia plecak i naciska play. Jędrek wychodzi z mieszkania. Sunie ku niej jak duch, z tłuczkiem schowanym za plecami, a druga para oczu gwałtownie podrywa się do lotu i krąży nad ich głowami niczym księżyc wokół martwego słońca żarówki. Jędrek jednocześnie widzi plecy Dagmary i jej nieśmiały uśmiech. Piosenka w słuchawkach podoba się dziewczynie. Lampa oświetla wnętrza butów ustawionych w rzędach pod ścianą i brud kołnierza zimowego kożucha, dyndającego na wieszaku. Na kartonach w rogu zalega kurz. Obok wycieraczki państwa Boruckich zaplątała się urwana sznurówka. Jędrek widzi także siebie, jak idzie krótkim korytarzem, bierze zamach i wali Dagmarę tłuczkiem w czubek głowy, strącając słuchawki. Powinna runąć, lecz tak się nie dzieje – Dagmara potrząsa jasną chmurą włosów, odwraca się chwiejnie i spogląda Jędrkowi w twarz. W jej jasnych oczach maluje się pewność, że to nie dzieje się naprawdę. Tylko jej się zdaje. Teraz Jędrek widzi samego siebie. Ostre linie policzków, zaciśnięte usta, pionowa żyła dzieląca białe czoło na równe połowy. Bije ponownie, nad skronią. W powietrze wzlatują czerwone drobinki, a pod Dagmarą gną się kolana. Dziewczyna próbuje uderzyć Jędrka, lecz ten jest szybszy. Znów uderza tłuczkiem, a ruch idzie z nadgarstka. To krótkie, błyskawiczne ciosy. Jest jak grecki atleta, jak rzemieślnik spowity słonecznym blaskiem, sprzężony w jedno ze swoim narzędziem. Jaśnieje. Oczy ma jak skały ogarnięte ogniem. Dagmara próbuje go odepchnąć, lecz brak już sił. Trafiona po raz kolejny pada obok plecaka. Walkman roztrzaskuje się o podłogę. Z perspektywy sufitu widać jej drobną sylwetkę. Gdyby nie plama krwi, można by sądzić, że zasnęła w oczekiwaniu, aż ktoś otworzy jej drzwi. Podkurcza drobne nóżki, splata dłonie, rozchyla usta, zastyga. Jędrek spogląda spod sufitu na swoje plecy. Mokra bluza przylepiła się do ciała. Kuca nad Dagmarą w rozkroku i wali tłuczkiem w jej głowę raz, pięć, dziesięć razy. Ramię tańczy w powietrzu, jakby urodziło się tylko dla tego ruchu. Wreszcie nieruchomieje. Jędrek łapie powietrze. Oczy wirują wokół lampy jak oszalały ptak. Jędrek wpycha tłuczek w kieszeń, chwyta Dagmarę za nogi i ciągnie na folię, do przedpokoju. 9.


Dagmara leży na plecach, z dłońmi ułożonymi wzdłuż ciała. Ma zamknięte oczy i jest bardzo mała. Jędrek myje tłuczek w łazience i odkłada na miejsce. Przemywa twarz i ręce, po czym rozbiera się do podkoszulka. Przygląda się sobie i bluzie. Napełnia wiadro wodą z ludwikiem, chwyta za mop i wraca na wspólny korytarz. Krwi zostało niewiele. Druga para oczu ślizga się nad podłogą. Jędrek szoruje solidnie, miejsce w miejsce, podnosi nawet buty. Obmywa dokładnie nogi wieszaka i wykręca mop. Czarna woda spływa do wiadra. Jędrek ociera sobie czoło. Druga para oczu wiruje teraz wokół niego. Trąca nos, wwierca się w nastroszone włoski na przedramionach. Jędrek dyszy. Opiera się o mop, bierze głęboki oddech i wraca do mieszkania, gdzie zastaje Dagmarę zawieszoną na słuchawce telefonu. Stoi oparta o ścianę. Na włosach schnie jej rdza. Jedną dłoń przyciska do chudej piersi, drugą właśnie odrywa od tarczy telefonu. Na widok Jędrka jej oczy robią się wielkie. Zerka na czarny aparat, jakby to mogło w czymkolwiek pomóc. Robi słaby krok w tył. Jędrek rusza w jej kierunku. Sięga po nóż, a ostrze wyskakuje z cichym szczękiem. Sygnał oczekiwania w słuchawce przechodzi w trzask. Brzmi głos pani Miłki. Jakim cudem, suka jedna, tak szybko zameldowała się w tej swojej bibliotece? Chce wiedzieć, kto to dzwoni. Mamo, ratuj, szepcze Dagmara, a Jędrek przerywa połączenie. Żółta bluza zyskuje nowy kolor. Dagmara próbuje się osłaniać, a ostrze kaleczy jej palce. Przy każdym uderzeniu rozdziawia usta, jakby próbowała chwycić haust powietrza, tylko zapomniała, jak to się robi. Przecież to nie może się dziać, choć właśnie w tej chwili, gdy Jędrek otwiera jej ciało, w tej jednej chwili żyje naprawdę. Łączy dłonie jak do modlitwy, opada na kolana, chwyta Jędrka za podkoszulek i przyciska twarz do jego brzucha. Próbuje unieść głowę. Ciosy spadają teraz na jej plecy, między łopatki i żebra. Druga para oczu krąży od ściany do ściany, wkręca się we włosy, nurkuje i śmiga nad marszczeniami folii, w których zbiera się krew. Jędrek uwalnia się z uścisku, cofa się, a Dagmara pada jak ścięty pieniek. Jest tak lekka, że prawie nie słychać odgłosu upadku. Jędrek opiera głowę o ścianę. Patrzy na swój kark, na własne plecy. Czeka, aż oddech mu się uspokoi, i idzie umyć się do łazienki. Nalewa sobie szklankę wody, wypija duszkiem i unosi za włosy bezwładną Dagmarę. Wyjmuje mopa, podstawia wiadro i otwiera jej gardło jednym płynnym ruchem. Nogi dziewczyny biją o podłogę. Jędrek płucze nóż i osuwa się, oparty o drzwi. Krew dociera niemal do jego stóp, więc siada po turecku. Druga para oczu zatacza powolne kręgi, wzbija się i jest już nad Fordonem. Na dachach kręcą się gołębie i leżą butelki. W trawie tkwią klapy studzienek kanalizacyjnych, a w chaszczach obok bloków zalegają hałdy śmieci. Dach tysiąclatki zdobi mokry, przegniły plecak. Oczy unoszą się jeszcze i Jędrek spogląda na Bydgoszcz, na jasnobeżowe alejki podchodzące pod zagajnik


przy Dolinie Śmierci, zakurzone auta sunące Fordońską i hałdy piachu między domami, na smętną breję rzeki, na ludzkie kropki, ciemne pomimo słońca, na zatkaną Nowotoruńską, na siny placek dachu pierwszego hipermarketu, na spiżową płytę rynku i mrok Wyspy Młyńskiej, na brudny dach Savoya i na brud Jasnej. Kot, który spał na moim parapecie, przeniósł się na dach. Jędrek widzi go, lecz nie może zobaczyć mnie, jak siedzę skulony z twarzą w dłoniach. Widzi drabów kręcących się za siatką przed zakładem wulkanizacyjnym i mojego tatusia proszącego przechodniów o drobne. Wszystko ma barwę starej kliszy filmowej i jest równie rzeczywiste jak ona. Narysowane miasto, bajka o mieszkańcach, piosenka o kolorach niezapadających w pamięć. Tylko jedna barwa ożywia to niepotrzebne miasto, ten zamek bezsensu i cierpienia. Czerwień wysącza się z bloku na Gordona, rozlewa się na ulice, obmywa ludziom buty i koła samochodów, miesza z wodą Wisły i Brdy, sprawiając, że miasto, na tę jedną chwilę, pulsuje lśniącym życiem. 10. Jędrek przeciera folię papierem toaletowym i zabiera się do ciała. Bluza schodzi przez głowę. Rozpięte spodnie ściąga, unosząc nogi na wysokości swojej piersi. Skarpetki mają chyba tysiąc kolorów. Teraz top i bielizna. Wszystko to ładuje do czarnego worka na śmieci. Po chwili wahania wrzuca tam również nóż i walkmana. Przygląda się nagiemu ciału. Stoi spokojnie i wodzi wzrokiem po drobnych piersiach, bladym, płaskim brzuchu, bieli wewnętrznej strony ud, nieśmiałej kępce włosów między nimi. Klęka. Podnosi dziewczynę bardzo ostrożnie, jakby była ze szkła. Dagmara nie bardzo chce wejść do torby. Raz sterczy dłoń, raz stopa. Jędrek splata wykręcone ręce na plecach, podkurcza jej nogi i zapina zamek. Na próbę spaceruje z torbą po swoim pokoju. Odkłada ją tam, gdzie była. Ujmuje folię za rogi, unosząc w taki sposób, by jak najmniej krwi wyciekło na zewnątrz. Składa ją, roluje i pakuje do torby. Rusza się płynnie, jakby tańczył. Opróżnia wiadro i je płucze. Nalewa świeżej wody z ludwikiem. Długo trzyma mopa pod prysznicem. Szoruje podłogę w przedpokoju i odstawia wiadro na miejsce. Poprawia telefon. Na czworakach bada każdą klepkę w podłodze, osusza butelkę mineralnej i staje pod prysznicem. Gorąca woda zalewa mu twarz. Przebiera się w bawełniane spodnie dresowe i bluzę z kapturem. Siada w pokoju i patrzy przed siebie. Dochodzi ósma. Wstaje jak na rozkaz. Zakłada buty i już sięga po torbę, gdy ktoś uderza w drzwi wejściowe. Na progu stoi pani Miłka w zielonej sukience. Siatka z książkami gdzieś się zapodziała. Pani Miłka zapuszcza żurawia w głąb mieszkania i pyta Jędrka, czy przypadkiem nie widział Dagmary. Jędrek


otwiera drzwi na oścież i opiera się o framugę na wyprostowanej dłoni, blokując wejście. Podłoga za nim lśni. – No, wyszła tak z godzinę temu. Patrzyłem przez okno. Szła z koleżanką, no, w stronę przystanku. Spieszyły się, gnało je coś chyba, tak myślę – mówi, a pani Miłka natychmiast chce wiedzieć, co to za koleżanka. Jędrek na to: – Tak dokładnie to się nie przypatrzyłem, pani rozumie, tylko rzuciłem okiem. Chyba jej wzrostu była, w każdym razie nie odróżniała się jakoś specjalnie od Dagi. A coś się stało? Może bym pomógł? Pani Miłka ma minę, jakby najbardziej na świecie chciała wziąć go w ramiona. Wspomina o dziwnym telefonie. Ktoś zadzwonił z prośbą o ratunek. Zaraz przerwało połączenie. Pani Miłka jest prawie pewna, że głos należał do Dagmary. Rzuciła wszystko i biegła do domu, choć może powinna pojechać do Pomorzanina, na poranny seans. Cała klasa tam poszła z okazji matur. Zasypuje Jędrka pytaniami. Prosi, by opisał tę koleżankę, przynajmniej przywołał jakiś szczegół. Jędrek drapie się po czubku głowy. – Może, proszę pani, u tego swojego chłopaka jest? – sugeruje. Pani Miłka odpowiada, że już tam dzwoniła. Dagmara nigdy jej nie okłamała. Nie wiedziałaby, jak ją okłamać. – Proszę pani, to ja mam pomysł: ja pani pomogę i poszukam jej w Fordonie. A pani pojedzie sprawdzić w tym Pomorzaninie. Na pewno się znajdzie, a ten telefon, proszę pani, to musiał jakiś głupi kawał być. Strasznie się wszystkim nudzi w tym całym Fordonie. Wzrok pani Miłki emanuje ciepłem. Jędrek to taki dobry chłopak, pani Miłka nie chce go kłopotać. Zna siebie, jest starą histeryczką. Dagmarze na pewno nie przydarzyło się nic niedobrego. Odgarnia kosmyk z czoła. W tym geście przypomina Dagmarę. 11. Im bliżej przystanku, tym gorzej z panią Miłką. Nie może wytrzymać na chodniku, zapuszcza się między bloki i nawołuje Dagmarę jak psa. Jędrek podąża za nią. Z bloków wyłaniają się młodzi w garniturach, nieraz odprowadzani przez przejęte matki i zafrasowanych ojców. Zbierają lekkie kopniaki na szczęście i szybkim krokiem idą na przystanek. Pani Miłka wygląda na gotową pytać każdego po kolei, czy nie widzieli jej córki. – Naprawdę, niech pani sprawdzi w tym całym kinie – mówi spokojnie Jędrek. – Na moje wszystko z nią w porządalu. Pani Miłka słucha go jednym uchem. Mówi, że nigdy wcześniej nie przydarzyło się jej nic podobnego. Ten telefon był taki jakiś inny, naprawdę przerażający. Co chciała z tym „mamo, ratuj?”. Co jej groziło? – Niepotrzebnie tak pani się męczy. Ja jej tutaj poszukam – zapewnia Jędrek.


Pani Miłka patrzy na niego z wdzięcznością. Stoi pośrodku trawnika. Słychać ją na pół ulicy. Mówi, że Jędrek ma na pewno mnóstwo rzeczy do zrobienia i nie chce mu zawracać głowy. Jest tylko znerwicowaną matką. Nie potrafi pogodzić się z tym, że jej córka dorosła. Jędrek pomaga pani Miłce znaleźć przejście w żywopłocie. Ujmuje ją pod ramię i odprowadza na przystanek. Po drodze pani Miłka bez przerwy przystaje, wodzi wzrokiem za każdym przechodniem i wyławia ludzkie plamy spomiędzy drzew. Gnębi ją coś jeszcze: jeśli Jędrek znajdzie Dagmarę, w jaki sposób zdoła ją o tym poinformować? Będzie przecież w kinie. Właśnie, kino! Powinna prosić o przerwanie seansu? Czy może wyciągnąć nauczycielkę? Naprawdę nie wie. Nigdy nie była w takiej sytuacji. Obiega wzrokiem wszystkich pasażerów czekających na przystanku. Pyta, czy nie widzieli takiej a takiej dziewczyny. – Ja ją widziałem z godzinę temu – przypomina Jędrek. – Toż nie ma siły, pojechała gdzieś. Ale niechże pani jedzie, naprawdę jej poszukam. Zdaniem pani Miłki Jędrek jest najlepszym chłopakiem na świecie. Rozsypałaby się, gdyby nie on. Wszystko przez brak snu. Tak, Dagmara na pewno jest w mieście, tłumaczy sama sobie. Ociera policzki. Próbuje żartować, ale i tak Jędrek musi wepchnąć ją do autobusu. Patrzy, jak odjeżdża, uśmiechnięty, z uniesioną dłonią. 12. Przed dziewiątą robi się ciepło jak w środku lata. Nad zieleńcami Fordonu brzęczą tłuste muchy i unoszą się chmary żółtych motyli. Ganiają się kundle, a ich właściciele siedzą na ławkach, palą krótkie papierosy i pociągają z buteleczek. Dzieci bawią się w wojnę – dwie kilkuosobowe piegowate armie ostrzeliwują się z plastikowej broni, przedzielone żywopłotem. Samotny smark odziany w spraną bluzę kopie piłkę w ścianę garażu. Piłka odbija się, on kopie ją znowu, tak w kółko, aż piłka mija jego nogę, leci przez ulicą i wtacza się pod samochód. Malec natychmiast biegnie za nią, a jego matka wrzeszczy przez okno, że zdurniał do reszty. Okno znajduje się na parterze. Obok z klatki schodowej wyłania się Jędrek z torbą w obu rękach. Idzie wolno, kołysze się na boki. Wypuszcza powietrze kącikami ust. Próbuje nieść torbę z boku, w jednej tylko dłoni. Zmienia uchwyt. Zmienia i rękę. Zarzuca sobie torbę na plecy i maszeruje z tym sztucznym garbem w stronę przystanku. Co chwila musi robić sobie przerwę. Torba uderza o ziemię, a Jędrek kuca, jakby chciał na niej usiąść. Malec wygrzebał już piłkę spod samochodu i teraz drze się, prowadzony przez matkę za ucho. Jędrek wstaje. Podnosi torbę jak sztangę, na prostych plecach.


Zmienia zdanie i zamiast w stronę przystanku kieruje się na róg ulic Bartłomieja i Teski, gdzie parkują taksówki. Drynda to czarne daewoo lanos na toruńskich blachach. Kierowca pali szluga bez filtra, osadzonego w osmolonej tutce, i biedzi się nad krzyżówką. Na widok Jędrka zatrzaskuje zeszyt. Z okładki uśmiecha się goła baba. Dryndziarz wytacza się z samochodu. Mimo ciepłej pogody nosi nylonową koszulę wpuszczoną w spodnie i skórzaną kurtkę z frędzlami na rękawach. Otwiera bagażnik, chce przejąć torbę od Jędrka, lecz ten nie puszcza i w końcu wkładają ją razem. Taksówkarz pyta, cóż to za ciężary, całe prosię? – Żeby pan wiedział, no tak. Grilla robimy z rodzinką. Kuzyn przyjedzie – odpowiada Jędrek. Taksówkarz mówi, że doskonale zna się na grillowaniu. Jego zdaniem nie ma nic lepszego nad piwo pod karkóweczkę, choć kumpel ostatnio przyrządził oscypek z żurawiną. Coś wspaniałego. Tylko o oscypek trudno w Bydgoszczy, taki prawdziwy, z owczego mleka, bo to, co sprzedają, z krowy jest. Wsiadają. Dryndziarz wali drzwiami i pyta dokąd. – Nadrzeczna, tam do Brdy. Dryndziarz się śmieje. No jasne, jak grill, to tylko tam. Ruszają. Taksówkarz pogłaśnia radio. Górniak z Mietkiem Szcześniakiem śpiewają Dumkę na dwa serca i taksówkarz stwierdza, że taki Mietek ma głos całkiem do rzeczy, jakby nie urodził się w Polsce, tylko na Harlemie. Wyznaje, że nawet żona się z niego śmieje, bo słucha muzyki młodzieżowej. A jego zdaniem to fajne rzeczy są. Zwłaszcza babeczki. Taka Christina Aguilera ma kawał głosu, tylko brakuje jej kompozycji. Dokładnie na odwrót jest z Britney Spears, a i tak wszystkich przebija nowa gwiazda, Shakira. Szkolony głos, bez dwóch zdań. A jak się rusza! Taksówkarz ma nadzieję, że Shakira się nie osunie w mierność. Jędrek słucha tego wszystkiego z policzkiem przyciśniętym do szyby. Na miejscu dryndziarz oferuje, że pomoże zanieść tę torbę na miejsce. Tak z dobrego serca, nie chce żadnych pieniędzy. Jędrek wyłuskuje trzydzieści złotych z kieszeni i czeka na resztę. Dryndziarz podaje kilka drobnych monet z plastikowego rozdzielnika, który nosi w kieszeni na piersi, życzy Jędrkowi smacznego i odjeżdża, wzniecając tumany kurzu. Jędrek zostaje sam. Przed nim, daleko, rozciągają się bloki. Z tyłu kręta ścieżka opada między krzakami i biegnie w stronę matowej Brdy. Po obu stronach drogi walają się wspomnienia po dobrej zabawie: jednorazowe grille, szare worki po węglu drzewnym, połamane sztabki podpałek, puszki, butelki, puste ramki fajek i kulki folii. Jest nawet fotel z kanapą. Dalej, zza krzaków i siatki, prześwitują budki ogródków działkowych. Jędrek targa torbę ku rzece, ciągnie ją po piasku. Droga zmienia się w plac łysej ziemi, otoczony przez chaszcze i butelki. Przy brzegu rośnie sitowie. Jędrek buja torbą, bierze zamach, rezygnuje. Za płytko.


Rozbiera się do majtek. Ubranie składa starannie, jak wtedy, nad morzem, i wchodzi do Brdy. Nie widzi nawet dna. Stopy stawia ostrożnie. Chwieje się na butelkach. Tam, w dole, panuje chłód. Jędrek szybko zanurza się po pierś. Zostawia szuwary za sobą. Torba unosi się na wodzie. Popycha ją przed sobą. Stopa ląduje w pustce. Jędrek z trudem utrzymuje równowagę. Od strony ogródków działkowych niesie się echo rozmów, na drugim brzegu brzmi gwizd pociągu. Jędrek odpycha torbę jak najdalej od siebie. Niebieski kształt utrzymuje się jeszcze chwilę na powierzchni i zanurza się powoli, niesiony spokojnym nurtem. Rzeka przyjmuje Dagmarę i toczy powoli, ku spotkaniu z Wisłą. 13. Nie ma jeszcze południa, a Jędrek bierze trzeci prysznic tego dnia. Tym razem myje się szybko. Naciera muskularne ciało mydłem, spłukuje, by zaraz wskoczyć w dżinsy i stary podkoszulek Benettona. Dzwoni do drzwi pani Miłki. Odpowiada mu cisza. Włącza pralkę. Pozostała jeszcze jedna rzecz do zrobienia. Zabiera worek z ubraniem Dagmary, tłuczkiem, nożem i walkmanem. W pierwszym odruchu zachodzi pod najbliższy śmietnik, lecz nieruchomieje i gapi się na kubły. Wydaje się człowiekiem, który zapomniał, gdzie jest i co robi. Wycofuje się i maszeruje przez Fordon. Czarny wór majta mu się u nogi. Zachodzi aż na sąsiednie osiedle. Wybiera murowany śmietnik, wynajduje opróżniony kubeł i raźnym krokiem rusza w kierunku domu. Teraz można by pomyśleć, że dowiedział się czegoś miłego albo zrzucił z pleców jakiś przykry ciężar. Przed blokiem natyka się na panią Miłkę, która nie radzi sobie ze sforsowaniem drzwi do klatki schodowej. Nie trafia kluczem, upuszcza ich cały pęk. Jędrek schyla się, podaje. Pani Miłka pyta, czy coś wie. – Kręciłem się, no ale nic – odpowiada Jędrek. – Właśnie wracam, no żem myślał, że już się znalazła nam zguba. Wystarczy spojrzeć na panią Miłkę, by wiedzieć, że nic takiego nie nastąpiło. Jędrek otwiera drzwi, chce puścić ją przodem, lecz pani Miłka stoi nieruchomo. Mówi, że była w kinie. Nikt nie widział Dagmary. Nikt z nią nie rozmawiał, ale koleżanki po seansie opowiadały, jak to cieszyła się na film. Wszyscy jej teraz szukają. Rozmawiała też z Romkiem, mieli się zobaczyć po południu. Rzucił wszystko i sprawdza knajpy w centrum miasta. Jej córka? W knajpie? Pani Miłka łapie się za głowę, a Jędrek bierze ją w ramiona. – Ludzie to mają masę tajemnic. Sam wiem, jak rodzicom kłamałem – zapewnia.


Prowadzi ją po schodach. Pokazuje, jak pokonywać stopnie, i słucha pytań, na które nie ma odpowiedzi. Dokąd jeszcze Dagmara mogła pójść? Czy znał jakąś jej tajemnicę? Opowiadała o koleżankach, o jakimś innym koledze? Wychodził z nią gdzieś? Mieli swoje miejsca? Dokąd by poszedł, gdyby był Dagmarą? Przy drzwiach prowadzących do wspólnego korytarza zaczyna płakać i upuszcza klucze. Schylają się jednocześnie. Jędrek musi popchnąć panią Miłkę, by znalazła się w środku. Sąsiadka opiera się o ścianę i przetrząsa torebkę w poszukiwaniu chusteczek. Rozrywa folię i chusteczki upadają na podłogę jak wielkie, konające motyle. Pani Miłka wzdycha. Tym razem klęka szybciej niż Jędrek. Zbiera chusteczki i nagle przestaje płakać. Minę ma, jakby przypomniała sobie jakiś ważny szczegół. Dotyka podłogi otwartą dłonią, wącha, obraca się do Jędrka i pyta, czy ktoś ją umył. Przecież nigdy tego nie robili. Jędrek rzuca nieswoim głosem: – No dzisiaj, ja. Prawie się z Dagą minąłem. Mama mi głowę suszyła o ten korytarz, to stąd. Pani Miłka stwierdza, że to bardzo miło z jego strony. Patrzy na Jędrka jakoś inaczej. Unika dotyku. Dziękuje raz jeszcze za pomoc. Na pewno da znać, gdy Dagmara wróci, i zatrzaskuje za sobą drzwi. 14. Niektóre rzeczy odwlekamy, jak tylko możemy. Myślę o tym, idąc na przystanek. Pal sześć, gdy w grę wchodzi termin, na przykład klasówka. Wówczas trzeba się pouczyć choćby dzień wcześniej. Ale czasem zdarzy się coś, co musi być zrobione, lecz niekoniecznie jutro lub pojutrze. Po prostu musi się wydarzyć, prędzej lub później. Pan Docent obiecuje sobie remont sklepu i wciąż tego nie robi. Pani Teresa planuje zamknięcie magla, przecież oszczędziła dosyć i jest stara jak wszechświat, a jednak magiel wciąż działa. Też byłem takim człowiekiem. Myślę o mojej mamie, o pijanym ojcu, o Jędrku i tym, co muszę zrobić. Po raz pierwszy siadam na przystanku z nadzieją, że będę musiał długo czekać na autobus. Bo jak to będzie? Przyjdę do Jędrka. Na pewno się zdziwi. Dawno go nie odwiedzałem. Poprosi, bym wszedł do środka, zaproponuję jednak spacer. Udał się ten początek maja. Przejdziemy się tam, gdzie są ludzie, i wtedy powiem, że musimy pogadać. Wiem, co Jędrek zrobił. Nie wydałem go przez trzy lata i dalej nie zamierzam tego robić. Potrzebuję tylko przysługi. Jędrek także czegoś potrzebuje. Woła go krew bliźniego i ja mu dam tę krew. Zabij mojego tatę, Jędruś. Podziuraw jak Darka albo i lepiej, potem poderżnij gardło, żeby skurwysyn nie wstał. Zresztą, twoja rzecz. Zrób to po swojemu, kiedy chcesz, w sposób, który


będzie dla ciebie najbardziej dogodny, najprzyjemniejszy. Daję ci czas do końca lata. Dłużej nie wytrzymam. Obok mnie siada młoda matka z dwojgiem dzieci. Bardzo wysoka, w zielonym płaszczyku. W wózeczku śpi maleństwo, obok dokazuje rudowłosy gnojek. Zasypuje mamę gradobiciem pytań. Musi wiedzieć, kiedy przyjedzie autobus, jak długo pojadą, na którym przystanku wysiądą. Matka odpowiada spokojnie, choć jest zmęczona, jakby mieszkała na Jasnej. Właśnie, Jędruś! Zabiłbyś tych troje? Wiem, że tak. Dlatego lepiej byłoby, gdybyś zamordował kogoś bardzo złego. Zrobiłbyś w ten sposób dobry uczynek. Życie moje i mojej mamy stanie się lepsze i twoje także, Jędrek. Twój nóż, zamiast niszczyć, posłuży do naprawiania świata. Czubkiem ostrza wydłubiesz brud z jątrzącej się rany, o to tylko proszę, o nic więcej, bo wiem, że i tak będziesz zabijał, skoro wszystkie próby zawiodły, skoro nie wyszło z rodziną Darka, z Legią, z cukiernią, więc jeśli musisz, zabij mojego tatusia zamiast tej mamy tutaj, zamiast kogoś dobrego. I ta krew będzie na mnie, nie na tobie, Jędruś. Jesteś, jaki jesteś, i tego nie zmienisz. Piękne z ciebie zwierzę, wiesz? A ja uwalniam cię od krwi. Gdy to zrobisz, gdy zabijesz mojego tatusia, wszystko będzie dobrze. Przejedziemy się na rowerach. Pogramy na konsoli, bo będę znów miał konsolę. Albo skoczymy na piwo, jak mężczyźni. Zachowam tylko dla siebie twoją tajemnicę i wszystkie inne, które przyniesiesz mi w przyszłości. I błagam, nie złość się na mnie. Jestem twoim przyjacielem. Zawdzięczam ci najpiękniejsze chwile w życiu i nie prosiłbym cię o to, byś zabił mojego tatusia, gdybym miał jakieś wyjście. Nie mam żadnego, więc dlatego napisałem karteczkę o tobie. Schowałem ją w bezpiecznym miejscu. Nigdy jej nie znajdziesz. Spalę ją na twoich oczach, gdy tylko mój tatuś pójdzie w piach. Nie złość się o to, proszę. Na pewno rozumiesz, po prostu wolę, żebyś zabił mojego ojca, a nie mnie, nie tę panią, nie tego chłopczyka. Powtarzam te słowa w kółko. Wyobrażam sobie twarz Jędrka, gdy je usłyszy. Chłopczyk ciska się po wiacie. Matka prosi, żeby się uspokoił, a przyjazd autobusu przyjmuje z wyraźną ulgą. Prosi syna, by chwycił ją za rękę. Chętnie pomogę z wózkiem. Razem targamy go przez wysokie stopnie. Pasażerowie rozstępują się, mrucząc. Malec kręci się po pojeździe. Rozżalonym głosem pyta, gdzie będzie siedział. Matka nie zwraca na niego uwagi, tylko stoi zgarbiona nad wózkiem. Ledwo ruszamy, a mija nas suka policyjna na sygnale. Za nią mknie nieoznakowany samochód. Nic mnie to nie obchodzi. Jadę na Fordon. 15.


Na Wyspie Młyńskiej mrok panuje nawet wczesnym popołudniem. Korzenie drzew dawno rozpruły asfaltowe alejki, w budynkach dawnych spichlerzy pustka, po bujnej trawie, omijając szkło, gania stary pies. W bujnych, niemal leśnych chaszczach rozpalają się szklane ludki. Menele rozpijają wina. Na trawie, na ławkach i schodach prowadzących do wody siedzą maturzyści. Chłopcy źle czują się w garniturach. Luzują krawaty, starannie składają marynarki i podwijają rękawy koszul. Dziewczyny chętnie rozpinają górne guziczki bluzek i podwijają sukienki do połowy uda. Parno. Rozmawiają o pytaniach maturalnych, o tym, czy sprawdziły się przecieki. Piją piwo, palą. Między nimi snuje się wystraszony chłopak w bluzie z kapturem. Próbuje wyglądać naturalnie, choć każdy się domyśli, że przyszedł tu w interesach. Chce sprzedać. Nikt jednak nie kupuje. Przy brzegu, obok poniszczonych ławek, kręci się dziad z wózkiem. Zbiera puszki i butelki pozostawione w nocy przez młodych pijących. Puszki zgniata. Przygląda się każdej butelce i podejmuje decyzję. Część ląduje w pudle na dwukołowym wózku, reszta trafia do rzeki. Maturzyści okazują mu niespodziewaną życzliwość – oddają puste flaszki, częstują papierosami i przepędzają, gdy chce się dosiąść. Nikt nie zauważa niebieskiego kształtu sunącego środkiem kanału. Pofałdowana, naznaczona pęknięciami ścieżka prowadzi do śluzy, gdzie dwóch robotników zrobiło sobie przerwę. Siedzą nad kanałem, jedzą kanapki i popijają kujawiaka. Udzielił się im luz maturzystów. Jeden patrzy w stronę przystani Zawiszy, tam gdzie drzewa przesłaniają niszczejący biały budynek, drugi gapi się na własne zachlapane farbą buty. Obaj milczą. Na schodach obok śluzy leżą narzędzia, wiadro z farbą i plecak. Robotnik zainteresowany przystanią Zawiszy dopija kujawiaka i gniecie puszkę. Jego kolega ciska papierosa w fale bijące o śluzę i nieruchomieje. Na wodzie unosi się duża niebieska torba. Pokazują ją sobie. Po chwili są już przy brzegu. Kijem ściągają torbę ku sobie i sprawdzają jej zawartość. 16. Pan Ryszard ledwo wrócił do domu, a zaczyna mówić o Dagmarze. Podobno szuka jej pół osiedla. Odkłada teczkę, wiesza marynarkę na oparciu krzesła i zachodzi do kuchni z pytaniem, czemu jeszcze nie ma obiadu. W garnku gotuje się woda. Jędrek naciera kurczaka czosnkiem. – Łaziłem za nią przez pół dnia, tatuś – mówi. – Pani Miłka u nas była. Na dźwięk imienia sąsiadki pan Ryszard wydyma usta. Jego zdaniem nie ma czemu się dziwić – było jasne, że nie upilnuje córki. Jedna podobna do drugiej, harpie takie, stara i młoda. Ani myśli ruszyć się z kuchni. Zauważa, że Jędrek jest jakiś nieswój. – No przecież mamy kłopot z tą całą Dagą. Każdy by się martwił, no nie?


Pan Ryszard nie wygląda jednak na zmartwionego. Tylko noga mu chodzi. Śledzi ruchy noża w dłoni syna. Jędrek, obrócony tyłem, sprawnie kroi warzywa i wrzuca wraz z kurczakiem na patelnię. Pan Ryszard poci się, bez przerwy ociera twarz dłonią, a Jędrek spokojnie przekłada jedzenie do garnka, żeby się poddusiło. Posypuje przyprawami. Soli wodę na ryż. Czeka. Obiad jest gotowy akurat na przyjście pani Hani. Ta zaraz pyta, czy wiedzą coś o Dagmarze. Zaczynają jeść. Tym razem pan Ryszard zapomniał o muzyce. Przełyka w pośpiechu. Nie może wytrzymać nad pustym talerzem, bawi się nożem do masła, pyta, czy wszystkim wszystko smakuje. Pani Hania chce wiedzieć, czy dobrze się czuje. Pan Ryszard próbuje się uśmiechnąć i mówi, że jakoś tak po ludzku przejął się losem Dagmary. Dziewczyna z pewnością wróci. Poszła do chłopaka albo dała nogę z koleżanką. Widziałeś ją, synku? Więc właśnie. Pan Ryszard wstaje i zaczyna spacerować po pokoju, głośno sapiąc. Zachodzi w głowę, co też musi przeżywać pani Miłka. Źle wychowała córkę, to tak ma. Jędrek wstaje od stołu, ale pan Ryszard dopada go i prosi, żeby poczekał jeszcze chwilę. Przypomina sobie te straszne dni, kiedy Jędrek uciekł z domu. On, pan Ryszard, nie mógł spać ani jeść, tylko siedział, wpatrując się w telefon. Ubłagał policjantów, żeby rozesłali telegramy. Opowiada o własnej głowie napchanej przez najczarniejsze scenariusze, o głodnym, pobitym Jędrku, o Jędrku rozjechanym przez samochód, o trupie ze strzykawką wbitą w przedramię. Pani Hania dodaje, że najbardziej bała się tego mordercy, który zabił Darka, a pan Ryszard ucisza ją jednym spojrzeniem. Po chwili milczenia pani Hania proponuje, żeby wszyscy, jak na dobrych sąsiadów przystało, poszukali Dagmary. – Chciałbym chwilę klapnąć u siebie – odpowiada Jędrek. – Jestem bardzo zmęczony. Dostaje milczącą zgodę. Pani Hania sprząta ze stołu. Jędrek zamyka za sobą drzwi i siada na brzegu łóżka, wyprostowany, z dłońmi opartymi na kolanach. Słyszy, jak ojciec otwiera drzwi, ale nie patrzy w jego kierunku. Pan Ryszard pyta, czy może usiąść. Tkwią teraz na dwóch krańcach łóżka, jeden ze wzrokiem wbitym w ścianę, drugi, śledząc ptaki ścigające się na majowym niebie. Pan Ryszard mówi, że zaledwie przeczuwa cierpienie matki Dagmary, ale i swoje własne. Serce rodzica bije zawsze odmiennym rytmem. Ociera sobie twarz i wspomina, jak dawno temu ukradł kołowrotek swojemu przyjacielowi. Mieli po dwanaście lat i najbardziej na świecie lubili łowić ryby. Ten kolega, którego imienia pan Ryszard nawet nie pamięta, dostał piękny kołowrotek od wujka ze Szwecji. Wszystkim chwalił się, jakie ma szczęście i ile ryb złowi. Rzeczywiście, miał branie jak mało kto, aż pewnego dnia przestał mieć, bo pan Ryszard wziął mu ten kołowrotek z szuflady. Na początku nie mógł się nacieszyć. Chodził na ryby po kryjomu. Wkrótce jednak zamęczyło go sumienie. Kolega rozpaczał po kołowrotku, lecz za nic


nie podejrzewał swojego przyjaciela. Wkrótce pan Ryszard przestał sypiać. Uwierzył, że złapał zatrute ryby i umrze wraz z całą rodziną. Znajdą ich martwych, o wzdętych białych brzuchach. W końcu oddał kołowrotek i przyznał się do kradzieży. Nie uzyskał wybaczenia, ale poczuł wielką ulgę. Cieszył się życiem bez tajemnic. Tajemnice niszczą człowieka bardziej niż konsekwencje złych uczynków. To był naprawdę wspaniały kołowrotek, wspomina pan Ryszard, siedząc obok nieruchomego syna. Lekki, grafitowy, z aluminiową szpulą, płynnie się kręcił na sześciu łożyskach, do tego przepiękny, w czerni i srebrze, niby sportowe auto. Przyjemnie trzymało się go w dłoni. Delikatnie terkotał przy braniu i zawsze trzymał żyłkę jak należy. Pan Ryszard wspomina te nieliczne dni, kiedy moczył kij nad rzeką, podekscytowany, ale i przejęty, że zostanie zauważony z czymś, co nie należy do niego. Woda w tamtych czasach była czysta i pełna raków, które łowiło się gołymi dłońmi, błyszczące wielkie ważki śmigały nad ławicami bezbronnych kijanek, a na drugim brzegu łopiany opadały ciężkimi liśćmi ku kamieniom oszlifowanym przez nurt. Potok słów pana Ryszarda mąci dopiero dzwonek do drzwi. Pan Ryszard podnosi się ciężko. Jędrek blokuje mu drogę. – Chyba ja muszę, tatku, otworzyć, co nie? 17. Autobus opuszczam mokry, z walącym sercem. Wszystko jakieś takie dziwne w tym Fordonie. Ludzie zataczają koła, zamiast chodzić tak jak zwykle, i kogoś nawołują. Pies uciekł czy co? Ci, którzy nie uczestniczą w poszukiwaniach, żywiołowo o czymś dyskutują. Matki trzymają mocno wyrywające się dzieci. Idę szybko. Chciałbym, aby ten dzień już się skończył. Ledwo zostawiam przystanek za sobą, a już opadają mnie wątpliwości. Co, jeśli nie zastanę Jędrka? Wolałbym drugi raz nie zbierać się do takiej rozmowy. Ludzie w Fordonie wydają mi się podejrzani. Dziwnie zerkają w moim kierunku. Ten chłopina w niebieskiej koszuli, zapięty pod szyję, może być policjantem pracującym pod przykrywką. Po prostu spaceruje między samochodami i zerka na boki, frajer jeden. Jakaś starsza pani w rozpiętym sweterku prześwietla mnie wzrokiem i nagle ogarnia mnie strach, że oni wszyscy wiedzą. Jakimś cudem przejrzeli moje zamierzenie, zaraz poleci puszka, za puszką kamień i okrzyk: ojcobójca! Przyspieszam. Lecę na skuśkę, przez trawnik, i już jestem na Wincentego Gordona. Przed blokiem Jędrka stoi policyjna nyska i nieoznakowany volkswagen. Trzej funkcjonariusze czekają na dole. Staję. Udaję chłopaka z osiedla włóczącego się bez celu, zresztą na całej długości Gordona już gromadzą się gapie. Kiedyś tłoczyli się wokół stosu i gilotyny, teraz przebierają nogami na


chodniku. Zachodzę od drugiej strony, kucam przy samochodach. Mówię sobie, że wcale nie musi chodzić o Jędrka, ale ten właśnie wychodzi z klatki schodowej, prowadzony przez cywila i dwóch mundurowych. Ma ręce skute na plecach. Ściągnął łopatki, wypiął pierś i zadziera głowę ku słońcu, jakby próbował na zapas nacieszyć się jego widokiem. Jednocześnie spieszno mu do suki. Powietrze wokół niego wydaje się drżeć, a ja mam wrażenie, że mógłby rozerwać te kajdanki, chwycić pierwszego gliniarza jak maczugę i zatłuc nim pozostałych. Przez moment patrzy w moim kierunku. Zobaczył czy nie? Chciałbym, aby wiedział, że tu jestem. Jędrek nie bardzo radzi sobie z wsiadaniem do samochodu. Kajdanki przeszkadzają. Policjanci pchają go brutalnie. Znika w samochodzie, a ja już rozumiem, że za długo zwlekałem ze swoją prośbą, albo i on nazbyt się pospieszył: nie wolno mi jednak czekać. Idę. Biegnę. Pędzę. Byle szybciej do domu. Muszę zniszczyć swój list.


Długość dźwięku samotności lato 1999 i potem

1. MÓJ TATKO UMYŁ SIĘ, OGOLIŁ I PRZYODZIAŁ,

dając w ten sposób wyraz swojemu oburzeniu. Pozostawił swój barłóg zakryty dziurawym, przypalonym kocem, siedzi w kuchni nad szklanką bez gazu i peroruje. Jest jak cielę z dwoma głowami, jak duch, jak statek kosmiczny lądujący na podwórku: powinien zniknąć, a jednak trwa. Bandaże na powrót krępują lodówkę, okno jest szare od kurzu, pyrka osmalony czajnik, a mój ojciec, znawca życia, rozbiera Jędrka i jego rodzinę na czynniki pierwsze. Jest zdania, że to wszystko można było przewidzieć. Wystarczyło spojrzeć na tego chłopaka. Niby się uśmiechał, a oczy zawsze miał zimne. Mówił to, co inni chcieli usłyszeć, i nigdy się nie odsłaniał. Zapalonego papierosa trzyma po żołniersku, skrywając żar we wnętrzu dłoni. Pociąga ze szklanki i zachodzi w głowę, jakim cudem niczego się nie domyśliłem. Spędziliśmy razem tyle czasu. Odpowiadam, że Jędrek zawsze był trochę skryty, ale gdy myślałem o śmierci Darka, w ogóle nie brałem go pod uwagę. Przecież chodziliśmy na flippery i jeździliśmy do Myśla na rowerach. Teraz tatuś świdruje mnie wzrokiem, któremu wóda nadaje pozór przenikliwości. Twierdzi, że nie nadaję się na detektywa, rechocze i czochra mi włosy. W kuchni pojawia się drugi duch. Stawia drobne kroki, suwając nogami po podłodze. W podomce narzuconej na gołe ciało wygląda równie staro co pani Teresa. Skóra zwisa z policzków, powieki niby pajęczyna. Patrzy, jakby nas nie poznawała. Chce zaparzyć sobie herbatę, więc wstaję, żeby ją wyręczyć. Mama stoi pośrodku kuchni z opuszczonymi dłońmi i świszczy. Tatko koniecznie musi poznać jej zdanie na temat ostatnich wydarzeń. Słyszałaś, matka, że mieliśmy w Fordonie Hannibala Lectera? Bywał u nas, jadł, pił i bujał się z Krzyśkiem. Mama chyba nie bardzo wie, o co chodzi. Robię jej miejsce. Zwala się na krzesło ze zwieszoną głową, a jej wychudzona pierś faluje, jakby coś próbowało wydostać się ze środka. Tatko wydmuchuje dym na swoją zmaltretowaną ślubną i sprowadza swój wywód na pana Ryszarda i jego żonę. Niby tacy światli, porządni, a jak wychowali syna? W nosie pana Ryszarda kłębi się więcej much niż nad wiejskim klopem. Teraz pewno wyfruną. Ciekawe, czy dalej będzie taki ważny, po tym wszystkim. Pani Hania niewiele lepsza. Skromna i cicha, a jednak jędza. Wystarczy spojrzeć. Tatuś bardzo współczuje mamie


Dagmary, niemniej sądzi, że taka nauczka przyda się panu Ryszardowi i tej francy. Gasi papierosa w filiżance po kawie i głośno wyraża radość z faktu, że wyrosłem na ludzi. To jego zasługa. Nie ma wykształcenia ani dobrej pracy, lecz w odróżnieniu od pana Ryszarda zawsze znajdował dla mnie czas, słuchał mnie i się mną interesował. Wiedział, kiedy być surowy, kiedy okazać serce, a wszystkie popełnione błędy wynikały z trudnego życia i zbytniego zaangażowania. Tak właśnie mówi mój tatuś i wytrzepuje kolejnego papierosa z miękkiej paczki. Nim wybrzmią jego słowa, mama podnosi się i podpierając ściany, sunie do pokoju. Tatko wciąż opowiada o własnej wspaniałości. Rozprostowanie zaciśniętych dłoni idzie opornie, jakby nie należały do mnie. Dopadam mamy. Uwiesza się na mnie. Szepcze, że jestem dobrym chłopcem. Odkładam ją na tapczan, przykrywam i pytam, czy zgasić światło, ale mamusia jeszcze nie chce spać. Naciąga kołdrę pod brodę. Tylko sobie poleży. 2. Przed Jędrkiem otwierają się drzwi na znajomy, wspólny niegdyś korytarz. Jędrek ma na sobie spodnie dresowe i niebieską bluzę, a kajdanki na lewym przegubie łączą go z potężnym policjantem. Tych jest jeszcze czterech, w tym jeden w cywilu. Notują. Robią zdjęcia aparatem analogowym. Jędrek wchodzi do mieszkania, w którym tym razem nikt na niego nie czeka, a policjant w cywilu znika za drzwiami pani Miłki. To dzieje się ponownie, odgrywane powoli, jak na próbie teatralnej. Jędrek spogląda przez judasza, a policjant, wąsaty blondyn w taniej bluzie dresowej, pojawia się na korytarzu, udając Dagmarę. Jędrek zachodzi go od tyłu, bardzo skupiony, jakby chciał się jak najwierniej wywiązać z powierzonego mu zadania. Bierze głęboki oddech, markuje uderzenie nieistniejącym tłuczkiem i funkcjonariusz ostrożnie osuwa się na ziemię. Trzaska migawka aparatu. Jędrek pokazuje, jak ciągnął dziewczynę, udaje zmywanie podłogi, a gdy wraca do mieszkania, zastaje policjanta przy telefonie. Policjant nie mówi nic. Dłoń Jędrka zaciśnięta na nożu, którego już nie ma, wykonuje kilka szybkich ruchów, zatrzymując się jakieś dziesięć centymetrów od ciała nieumundurowanego policjanta. Napręża się łańcuszek między obręczami kajdanek. Policjant już leży w przedpokoju. Jędrek uderza dalej, a potem pokazuje, jak wpakował ciało do torby. Cykają zdjęcie za zdjęciem. Spojrzenia wszystkich śledzą każdy ruch Jędrka, więc uśmiech nie schodzi z jego twarzy. Oczy błyszczą, rusza się lekko, jakby zaraz miał porwać któregoś z mundurowych do tańca. Twarz Jędrka jaśnieje jeszcze bardziej na widok tłumu zgromadzonego przed blokiem. Mężczyźni i kobiety, dzieci oraz starcy przybyli, żeby życzyć


mu śmierci. Krzyczą do policjantów, żeby wydali więźnia. Już zrobią z nim porządek. Powieszą na trzepaku. Wszyscy tutaj ściągnęli. Pan Docent wygraża Jędrkowi zaciśniętą pięścią. Inni muszą go trzymać, tak się wyrywa. Woła, że pamięta tego skurwysyna. Kupował chipsy i colę, a on, pan Docent, od początku czuł, że to kawał drania. Jak mógł to zrobić? Oby zdechł! Obok pani Teresa stoi dumnie, mamrocze coś o śmierci i wskazuje na trzepak. Jej zdaniem Jędrek powinien wisieć tak długo, aż zostanie sam szkielet obgryziony przez kruki i wrony. Nigdy nie zostanie pogrzebany. Ziemia jest dla ludzi, nie dla potworów. Za to pani Wanda szlocha. Próbuje coś krzyknąć i na nowo wybucha płaczem. Unosi dłoń pełną pierścieni, tryska śliną i przebiera nogami w miejscu. Znała tego bydlaka, lecz przelotnie. Zaraz rozpoznała, co to za ziółko. Wyrzuciła go ze swojej cukierni. Zjawili się Pit Bull z Lonsdale’em, obaj w sportowych ciuchach i zdrowo urżnięci. Zapraszają Jędrka na jeszcze jeden trening. Z ogromną ochotą pokazaliby mu parę sztuczek z ciężarkami. Pit Bull ryczy, że powinien spróbować się z nim albo z kolegą. Zabił dziewczynę, jak skończony tchórz. Tak krzyczą i piją redbulla na spółkę. Tłum teraz zachęca tę dwójkę do czynu – niech podlecą i mu wpierdolą. Gdzieś za nimi kręci się umiarkowanie oburzony Marchewa. Przekrzykując innych, opowiada Svarcie o tym, jak to praktykował z Jędrkiem. Chłopak zawsze był dziwny i nie interesował się tym co wszyscy. No ale kto by przypuszczał, że taki diabeł w nim siedzi? Z pewnością nie łagodny Marchewa. Svarta słucha tego z ramionami skrzyżowanymi na piersi, zerkając w dekolt Czarnej Owcy. Nie krzyczy, jako jeden z nielicznych. Wśród zgromadzonych, ledwo widoczny od strony bloku, stoi zdruzgotany pan Artur, wsparty na mocarnym ramieniu mojego tatusia. W trampkach, dresie i pomiętej koszuli wygląda, jakby przyleciał tutaj oderwany od jakieś pilnej roboty. Wybałusza oczy, szarpie za guziki i tłumaczy mojemu ojcu, że to jakaś straszna pomyłka. Jędrek nie zrobiłby czegoś takiego. Musieli go z kimś pomylić. Tatuś waży te słowa, otacza pana Artura ramieniem i radzi, by przygotował się na najgorsze, zaś on, Bogdan Hoppe, pomoże mu przejść przez najtrudniejsze chwile. Dzieci się przyjaźniły, więc czas na dorosłych. Pan Artur gryzie wargi, kręci głową, przyciska dłonie do skroni i osuwa się na kolana. Do szyb okiennych przykleiły się ciekawskie twarze. Sąsiedzi wylegli na balkony. Piją kawę, kujawiaka, pałaszują bułki i z pełnymi ustami grożą Jędrkowi śmiercią. Zjawił się nawet Wesoły Fido, zmieniony nie do poznania. Poleciał z wagi, zgolił wąsy i obciął się na krótko. Kurtkę bombkę zamienił na beżowy garnitur z różową kamizelką i pasiastym krawatem, buty mu lśnią. Miota się, wymachując ramionami, jakby walczył z niewidzialnym przeciwnikiem. Najchętniej zobaczyłby Jędrka zwisającego z latarni. Powinniśmy wsadzić mu szyję w widły i popędzić do Brdy,


obrzucając gnojem. Jędrek miażdżył młode życia. Nie ma gorszej zbrodni. Wesoły Fido wyrywa się przed szereg, wyje, że zabije Jędrka teraz i tutaj, gołymi dłońmi. Pyta policjantów, co mu za to zrobią. Poślą do pudła, za takiego bydlaka? Gdzie byli, kiedy ginęła Dagmara? I kiedy umierał Darek, dziecko przecież, słodkie i niewinne? Z boku, na trawniku, stoją pani Krysia z panią Miłką. Przypominają uschnięte drzewa przeznaczone do wycięcia. Wściekłość tłumu narasta, w miarę jak Jędrek zbliża się do samochodu policyjnego. Sąsiedzi walą w parapety i poręcze balkonów. Lonsdale ciska puszkę po redbullu. Jej śladem lecą kamienie, lecz żaden nie sięga celu. Pan Artur wciąż klęczy, pani Wanda płacze, Wesoły Fido nie przestaje się miotać, a Jędrek, na moment przed zniknięciem w suce, kłania się wszystkim i pozdrawia uniesieniem dłoni. 3. Gazety piszą tylko o Jędrku i nawet ja muszę przeganiać dziennikarzy spod drzwi. Ostatnie słowa Dagmary wytłuszczono w nagłówkach. „Wyborcza” nazywa mojego przyjaciela Skorpionem, podkreśla jego doskonały nastrój po aresztowaniu, jak i wprawę w zacieraniu śladów. Mógł zabijać dłużej. Do Darka przyznał się z własnej woli, jakby chciał się pochwalić. Autor artykułu, podpisany inicjałami, zachodzi w głowę, czy ofiar nie było więcej. Jego kolega z „Expressu Bydgoskiego” garbi się w próżnym wysiłku zgłębienia tajemnicy dwóch morderstw pozbawionych motywu, jakby wszystko dało się wyjaśnić w paru zdaniach. Czytam jak o kimś obcym, z dalekiego kraju. Koleżanki i nauczyciele ze szkoły Dagmary mówią, że łzom nie było końca, a sąsiad Jędrka opowiada, jaki to był chłopak, grzeczny i porządny. Artykułom towarzyszą zdjęcia zniczy płonących przed klatką schodową. W rzędach nekrologów przewija się znajome imię. Dziennikarze, których przegoniłem, znajdują chętnego rozmówcę w osobie mojego tatusia. Ten z przyjemnością obskoczyłby wszystkie redakcje u nas i nawet pojechałby do Warszawy, gdyby tylko uskładał na bilet. Zamiast tego podpiera mur i zagaduje każdego, kto ma aparat fotograficzny albo wygląda na takiego, co umie się podpisać. Mówi, że zna całą sprawę i chętnie się podzieli za drobnym wynagrodzeniem. Morderstwa wykończyły go psychicznie. Stracił pracę, bo próbował ocalić swojego syna, tak mówi. Opowiada o długich dniach spędzonych ze mną i Jędrkiem, jak robił nam obiad i galaretki z mandarynką w środku. Jego zdaniem Jędrek zawsze siadał przodem do drzwi, w kącie pomieszczenia, jakby chciał mieć wszystko pod kontrolą. Nosił przy sobie długi nóż i bez przerwy opowiadał o amerykańskich horrorach. Na marszu przeciw przemocy trzymam się z boku. Ruszamy z Wyspy Młyńskiej, gdzie znaleziono ciało. Przodem idzie prezydent miasta,


komendant policji i inni ważniacy. Za nimi uczniowie niosą zdjęcie dziewczyny. Nad moją głową dwóch nastolatków rozwinęło napis „ŚMIERĆ ZA ŚMIERĆ”. Są i inne: „STOP PRZEMOCY”, „ZA MŁODA, ŻEBY ZGINĄĆ”, „ŻEGNAJ, DAGMARO”. Tak opuszczamy Wyspę, tłum rozlewa się na chodniki i puchnie. Dołączają baby z zakupami, grupki uczniów w kraciastych koszulach i buntownicy w starych kurtkach skórzanych, ze znaczkiem anarchii lub pięścią miażdżącą swastykę na plecach. Chłopak w bluzie z logo Soulfly unosi znak podobny do drogowego, tylko na drewnianym kiju. Do czarnej tarczy przykleił znajomą fotografię. Poważne twarze odbijają się w kałużach. Nieoczekiwanie znajduję się w kleszczach. Duszę się uwięziony przez przeciwników przemocy. Trzymają siatki pełne zniczy, kwiaty i rozpychają się łokciami. Jest inaczej niż trzy lata temu, kiedy zginął Darek. Cisza wisi w powietrzu. Próbuję się wydostać akurat w chwili, gdy marsz przystaje. Ktoś przez megafon opowiada, że taka tragedia nigdy już nie może się powtórzyć. To zależy od nas wszystkich tutaj zgromadzonych. Przeciskam się między ludźmi. Dziennikarz pyta prezydenta, jak się czuje z tym, do czego doszło. Prezydent czuje się fatalnie. Przecisnąwszy się przez tłum, łapię głęboki oddech, a tuż obok materializuje się dziennikarz i mierzy we mnie mikrofonem. Nie wie, kim jestem. Pyta, jak moim zdaniem możemy zwalczyć przemoc. Stoję z opuszczonymi dłońmi, a dziennikarz próżno czeka na odpowiedź. 4. Gdyby Jędrek zabijał co tydzień, tatko stałby się ucieleśnieniem schludności. Krąży po mieszkaniu, wbity w garnitur, wyspany i trzeźwy. Wrzeszczy na mamusię, żeby wreszcie ruszyła dupę, bo inaczej się spóźnimy. Mama jeszcze nie podniosła się z tapczanu. Mruży zmęczone oczy, odpędza się od ojca jak od muchy. Moim zdaniem Dagmarę pochowają i bez naszego udziału. Tatko jednak wie lepiej. Zrywa kołdrę i niemal wpycha matulę do łazienki. Prysznic w opinii tatusia trwa nazbyt długo. Mama się pluska z czystego draństwa. Tatko bije pięściami w drzwi i woła, żeby się pospieszyła. Chce, żebym coś zrobił. Wreszcie mama wychodzi niezdarnie owinięta ręcznikiem, który zaraz ląduje na podłodze. Tatuś na chybił trafił wybiera ubrania z szafy i ciska w kierunku mamy. Odwracam wzrok od jej nagości. Wrzaski ojca mieszają się z oddechem, świszczącym i płytkim. Gdy jest prawie gotowa, tatko zmienia front. Całuje mamę, próbuje objąć, przeprasza. Mówi, że bardzo przeżywa tę tragedię i nie wie, co się z nim dzieje. Próbuje być dobrym człowiekiem. Mamusia składa brodę na jego


ramieniu. Spogląda przed siebie obojętnym wzrokiem, a gdy prowadzę ją korytarzem, szepcze mi w ucho, że jest bardzo zmęczona. W tak piękny dzień chowają tylko dobrych ludzi. Z nieużytków na Jasnej strzelają zielone czapy, za nami mocne drzewo pochyla się, jakby zaraz miało ułożyć się wygodnie, w poprzek ulicy. Krzaki przeciskają się przez siatkę, źdźbła traw torują sobie drogę między pęknięciami w płytach chodnikowych, na drutach rozpiętych między kamienicami kokoszą się ptaki o kolorowych podgardlach, a spod okapu, dokładnie nad naszą bramą, zwisa gniazdo jaskółki. Na rogu, już po drugiej stronie Grunwaldzkiej, oko cieszy szyld nowego sklepu monopolowego. Dagmarę chowają na Lotników i mama pyta, czy złapiemy jakąś taksówkę. Tatko śmieje się w odpowiedzi. Tak piękny dzień zachęca do spaceru, a ponieważ mamusia zamarudziła, teraz musimy się pospieszyć. Smolisty asfalt wydaje się tak miękki, że można by zanurzyć w nim palec. Słońce mruga do mnie z lusterek samochodowych. Tatuś wypina pierś i prowadzi mamę pod rękę. Ta gubi krok, musi ją ciągnąć, więc się wścieka. Próbuję pomóc, podtrzymuję, lecz matula nie potrzebuje mojego ramienia. Wolną dłonią ociera sobie czoło, by zaraz pomiętosić sukienkę. Przecinamy Grunwaldzką. Nad śluzą mamusia nawet nie prosi o chwilę przerwy, tylko wyrywa się ojcu i zawisa na barierce, wpatrując się w leniwy nurt. Na bladej twarzy pojawiają się czerwone plamki. Tatko zaczyna tupać, gdy tylko słyszy prośbę o coś do picia. Ostrzega, że tego nie wytrzyma. Oszaleje. Mamusia kiwa głową, odrywa się od barierki. Mówię, żeby szli pomalutku, polecę do pana Docenta po wodę. Zaraz ich dogonię. Tatuś wypuszcza z siebie powietrze na znak zgody. Mama wyjmuje portmonetkę i monety wysypują się na asfalt. Rozpędzona dwuzłotówka ląduje w kanale, nim zdołam ją złapać. Pan Docent nie wybiera się na pogrzeb ani nie raczy się ze mną przywitać. Pewno przez tę przyjaźń z Jędrkiem. Myślę, że tatko nie mylił się co do niego. Pan Docent jest nikim więcej jak złośliwym chciwcem upojonym tą odrobinką władzy, którą dają liczby zanotowane w zeszycie. Nóż cię ominął, a szkoda, skurwysynu jeden. Proszę o dużą butelkę wody niegazowanej, ciskam pieniądze na ladę i już mnie nie ma. Przysiągłbym, że pan Docent pożegnał mnie fuknięciem. Pędzę. Koszula lepi mi się do pleców. Tymczasem rodzice pokonali już Nakielską i są na Stawowej. Mama pije długo, zwilża sobie skronie i smutno spogląda w stronę szarego budynku poradni zdrowia psychicznego. Ruszamy dalej. Tatko bez przerwy spogląda na zegarek i pali, nie wyjmując papierosa z ust. Można by pomyśleć, że sam papież wpadł z wizytą na cmentarz Świętej Trójcy. Żałobnicy gromadzą się od bramy po kaplicę. Stoją między grobami. Opierają się o pnie drzew, wyrastają z krzyży i zieleni. Im dalej, tym ciaśniej. Tatko każe się przepychać. Pruje naprzód, ściskając mamę za nadgarstek. Ta obija się o ludzi, bez przerwy przeprasza. Głos księdza


trzeszczy w głośniku, za to śpiew chóru z liceum salezjańskiego brzmi dźwięcznie i czysto. Gdyby anioły istniały, tak by właśnie płakały, myślę sobie, a gdy staję na palcach, widzę małą sosnową trumienkę wynurzającą się z kaplicy. Jej szczyt zdobi bukiet białych róż. A jednak – spóźniliśmy się na nabożeństwo. Za trumną idzie pani Miłka podtrzymywana przez jednego z żałobników. Dalej człapią figury znane z marszu przeciw przemocy – prezydent, komendant i biskup, w otoczeniu poważnych radnych. Biznesmeni w błyszczących butach przynieśli bukiety większe od siebie. Uczniowie niosą przepyszny wieniec z białych chryzantem. Z kaplicy wyłania się też pan Ryszard. Opuszcza czerwoną głowę i garbi się lekko, jakby spodziewał się, że oberwie kamieniem. Pani Hania pokazuje mu, w którą stronę trzeba iść. Nikną w tłumie. Mój tatuś przetrząsa kieszenie i strzela oczami. Dopiero teraz połapał się, że nie mamy kwiatów ani zniczy. Na widok trumny niknącej w ziemi pani Miłka chwieje się i zawisa na najbliższym mężczyźnie. Pod moją mamusią również nogi się gną. Zamilkł już chór z liceum salezjańskiego. Dagmarę żegna trąbka tak dźwięczna, jakby mogła przeciąć powietrze na pół. Grób niknie w kwiatach i tylko my stoimy z pustymi dłońmi. Zapewne z tego powodu tatuś nie wyrywa się do kondolencji, zadowalając się rolą obserwatora. Pani Miłka odzyskała pion, lecz wygląda, jakby właśnie otrzymała potężny cios. Takie ma oczy półprzytomne. Przyjmuje wyrazy współczucia z obojętnym wyrazem twarzy. Ożywia się dopiero na widok pana Artura i pani Krysi. Obejmują się czule i wczepialiby się w siebie aż do nocy, gdyby nie nadszedł kolejny żałobnik. Pcham się ku trumnie, by widzieć lepiej. Pan Ryszard na klęczkach nie zdarza się codziennie. Całuje dłonie pani Miłki, pana Artura i jego żony. Przysięga, że o niczym nie wiedział. Pan Artur pomaga mu wstać. Jego zdaniem pan Ryszard jest dobrym człowiekiem. Za to pani Miłka nie potrafi wykrztusić z siebie ani słowa. Trumna zniknęła już pod kwiatami, za panem Ryszardem rośnie kolejka żałobników. Pan Ryszard jeszcze raz całuje dłonie pani Miłki i przysięga jej, że zrobi wszystko, by jego przeklęty syn nigdy nie wyszedł z więzienia. 5. Matula prosi, byśmy poczekali, aż tłum opuści cmentarz. Bardzo zmęczyło ją stanie wśród ludzi. Usiadłaby w cieniu. Protest tatusia ogranicza się do głębokiego westchnięcia, a ja rozglądam się za ławeczką. Solidny, szary Pan Jezus rozkłada dłonie na wysokości mojej twarzy. Jego łagodne oczy nie obiecują żadnej odpowiedzi. Znajduję ławeczkę pod brzozą i prowadzę ku niej mamę. Dłoń ma mokrą i chłodną. Tatko siada obok i pali. Mówi, że


cmentarze emanują spokojem nawet w takie dni. Dobrze czasem posiedzieć i podumać. Dumanie szybko nudzi się ojcu. Namawia, byśmy wreszcie wracali. Mama zdaje się tego nie słyszeć, więc tatko ją trąca i przypomina, że nie mamy całego dnia na zmarnowanie. Mamusia opornie odkleja się od ławki i wpada na pierwszy lepszy grób. Cichutko przeprasza. Nie wie, co się stało. Bardzo chciałaby już być w domu. Bardzo chciałaby się już położyć. W powietrzu wirują zielone drobinki, wiewiórki skaczą między gałęziami, tuż przy nas, alejką spaceruje ciekawski kos. Żałobnicy odpływają ku bramie, pod którą podjeżdżają taksówki. W końcu mama podejmuje decyzję: trzeba iść. Zastanawia się, gdzie też podziała wodę. Wściekły tatko pogania nas, stojąc pod wysokim czarnym krzyżem, ale nawet on dostrzega, że mamie jest słabo. Ujmuje ją za ramię, delikatnie jak na niego, i prowadzi poza cmentarne mury. Narzuca jednak swoje tempo. Wolną dłonią próbuje zapalić sobie papierosa. Odpuszcza. Przygląda się drzewom, grobom i żałobnikom, jakby byli jednym i tym samym. Ględzi, że tylko takie nieszczęścia jak śmierć Dagmary pozwalają ludziom się zjednoczyć. Żyjemy osobno, każdy dla siebie, chyba że jakiś małolat pójdzie pod nóż. Wówczas następuje łzawe zgromadzenie. To dobrze, ale kiedyś było zupełnie inaczej, ludzie razem pracowali, razem bawili się i wspólnie wychowywali dzieci. Pomagali sobie i pilnowali się nawzajem. Czy ktoś za komuny słyszał o seryjnych mordercach? Kapitaliści wsadzili między ludzi swoje zakrwawione dolary, a tacy jak Jędrek – tatuś wymawia to imię ściszonym głosem – ganiają z siekierą, bo im się nudzi, no i nie wiedzą, co jest grane. Za bramą ostre słońce przebija się zza drzew. Trwa wyścig do taksówek – wygrywa ten, kto pierwszy szarpnie drzwi. Z daewoo na toruńskich blachach leci piosenka Shakiry. Tatuś wybiera drogę z dala od samochodów, a mama nagle staje, opiera czoło o cmentarny mur i osuwa się na ziemię. Ojciec krzyczy, żeby przestała się wydurniać i nie ma mowy, by płacił za taksówkę. Potrząsa moją mamusią. Pochyla się, znów wrzeszczy, żeby nie udawała. Nie mogę się ruszyć. Patrzę tylko, jak tato tyrpie mamę ostrzej i ostrzej. Wreszcie przekręca ją na plecy. Gęba mu się zamyka. Mamusia wytrzeszcza oczy, jakby coś utknęło jej w gardle. Z ust sterczy naprężony język. Drgawki rozbiegają się po ciele. Brzmi stukanie. To głowa matuli bije o bruk. Tatko klęka, próbuje ją ująć. Pyta, co się dzieje. Bardzo chciałby pomóc. Unosi sztywniejące ciało mamusi, przyciska do piersi, woła na mnie, żebym coś zrobił, cokolwiek – wezwał karetkę, poleciał po taksówkarza. Nogi mamy sztywnieją i gdy wracam z taksówkarzem, tym samym, który tak lubi Shakirę, zastaję ojca we łzach, z nieruchomą mamusią na rękach. 6.


Odzyskałem swój tapczan w najboleśniejszy z możliwych sposobów i pewno dlatego sen nie chce przyjść. Tatko również ma z nim kłopoty. Słyszę, jak kokosi się na swym barłogu pod kołdrą o zapachu popielniczki. Pochlipuje, przeklina siebie, ledwo przyśnie, budzi się z krzykiem. Leżę nieruchomo na plecach, wpatrując się w sufit. Rozmyślam o zmarłych i o tym, co zabierają na drugą stronę, jeśli taka istnieje. Wieczność wśród własnych przykrych wspomnień musi być doświadczeniem wolnym od wszelkiej nadziei. O czwartej podrywa nas dźwięk budzika. Tatko wstaje, przeklinając Boga, ludzi, a zwłaszcza siebie samego. Mówi, że mogę poleżeć jeszcze trochę. Znika w łazience. Jego szloch przebija się przez szum wody. Wychodzi w samych majtkach i przygotowuje kanapki na cały dzień. Donośnym głosem wymienia dobra pakowane między kromki: mortadela, gouda, pomidor, ogórek. Nie chce, żebym był głodny. Pragnie pokazać, jak bardzo się troszczy, skoro zostaliśmy we dwóch. Przełykam z trudem. Resztę kanapek wkładam do plecaka. Tatko ubiera się w garnitur z czarną opaską na ramieniu. Bierze stołek, a ja wędkarskie krzesełko pożyczone od pani Teresy. Świt nieśmiało zagląda na Jasną. Z bram wyłaniają się nam podobni, ziewający nieszczęśnicy z Bogiem w sercu i krzesełkiem pod pachą. Nieufnie patrzą w niebo, gdyż siąpi. Niosą siatki i aktówki pęczniejące od bułek. Idziemy oddaleni od siebie, ojciec wyrywa się naprzód. Przy wjeździe na Wrocławską zaparkowała suka. Tłum gęstnieje dopiero na Szubieńskiej. Brzmią religijne pieśni, w dłoniach coraz częściej pojawiają się różańce. Im kto starszy, tym prędzej leci. Mijają nas taksówki i autokary. Tatko mój – wdowiec, znawca murków i podwórek, ośrodków zamkniętych i twórczości Kena Folletta – woli jednak iść pieszo. Przed wejściem na sektor dostajemy dwa egzemplarze Śpiewnika pielgrzyma. Tatuś natychmiast musi go przekartkować. Wspomina, jak mama cieszyła się na spotkanie z papieżem. Nie może uwierzyć, że jej już nie ma. Chlipie w modlitewnik, a łzy mieszają się z kroplami deszczu. Prowadzę go na nasze miejsca, ostrożnie, jak starca. Ta czynność niedługo stanie się znajoma. Już jasno. Tylko ciągle leje. Za plecami mam dmuchaną makietę bram miasta. Na wprost rysuje się żółty ołtarz o szerokich schodach wyłożonych szkarłatem. Przed nami wiele godzin czekania, lecz tatuś ciska krzesełko precz, pada na kolana i wali się w piersi, jakby chciał sobie żebra pokruszyć. Ludzie śpiewają Godzien jesteś i Pod Twoją obronę. Nad moją głową rozciąga się transparent z napisem STOWARZYSZENIE WSPIERANIA POWOŁAŃ KAPŁAŃSKICH. Rozkładam krzesełko wędkarskie. Pomodliłbym się razem z tatusiem, tylko nie wiem jak. Rozbudzona religijność mojego taty zwraca uwagę gęstniejących zgromadzonych. Staruszki patrzą na niego z szacunkiem. Migają mi znajome twarze. Pani Teresa przemieszcza się krokiem królowej. Ma


miejsce z przodu, wśród rodzin policyjnych. Zjawiła się Czarna Owca z Czarnym Baranem. Wesoły Fido przyciska śpiewnik do piersi. Jest też pani Wanda z gromadką potomstwa, Lonsdale i Pit Bull z rodzicami oraz samotny, wyniosły pan Docent z włosami zaczesanymi do tyłu, na brylantynie. Wąs lśni mu po hrabiowsku. Rozsypują się wokół mnie, szepczą modlitwy, śpiewają i żują. Dzieci bawią się żółtymi chorągiewkami. Pytają, czemu Ojciec Święty nie może się pospieszyć i czy Bóg odwoła deszcz. Koło ósmej Stwórca interweniuje w sprawie pogody i przestajemy moknąć, a przed dziewiątą tłum ciągnie się jak okiem sięgnąć. Tatko nie ma o tym pojęcia, gdyż wciąż klęczy, przepraszając Boga za swoje straszne grzechy. Następuje poruszenie. Ludzie podrywają się z krzeseł. Widzę sznur czarnych samochodów z jednym białym pośrodku. Pasem zieleni między sektorami pędzą fotoreporterzy, a z głośników dobiega metaliczny głos księdza. Jest! Przyjechał! Podnieśmy chusty, podnieśmy ręce, niech każdy podniesie, co tylko tam ma. W górę serca! Ogarnia mnie trudna do opanowania wściekłość. Zapytałbym o miejsce Jędrka w Bożym planie. O śmierć mojej mamy. Połamałbym ojcu ręce, żeby już nie bił się po klacie. Przecież to nie pomoże. Już nigdy nie wydarzy się nic. Papamobile przejeżdża przez dmuchaną bramę Bydgoszczy. Obok truchtają ochroniarze. W niebo wzlatuje stado białych gołębi. Na widok papamobile tatko mój zaczyna wyć. Rozkłada szeroko ramiona, tak że trąca brudnym paznokciem twarz staruszki rozmodlonej obok. Prosi Boga, żeby go ukarał, lecz oszczędził najbliższych. Wszyscy wiwatują, machają chustami i chorągiewkami. Tatuś spuszcza głowę i mówi, że nie jest godzien, by nawet spojrzeć na Ojca Świętego. Ten mija nasz sektor, odprowadzany przez śpiew i oklaski – zgarbiona, smutna sylwetka oddzielona od świata pancernym szkłem. Krąży między sektorami. Niedługo później widzę go, w czerwonej szacie, usadzonego w tyle ołtarza. Słucha o sobie, o tym, że wreszcie odwiedził czcigodny gród nad Brdą. Nieustannie brzmią pieśni. Jakaś diwa, wyjąc, prosi o błogosławieństwo, a Jan Paweł II wbity w szatę jak w skafander wywija wielką księgą oprawioną w złoto. Dziękuje, że znalazł się w Bydgoszczy, największym mieście w diecezji. Wita biskupa i biskupów pomocniczych. Pozdrawia kardynałów. Przerywają mu brawa. Wówczas może złapać oddech. Dziękuje świętemu Wojciechowi za to, że umarł, i przechodzi do innych umierających. Wspomina o masowych rozstrzelaniach na początku wojny i Dolinę Śmierci w Fordonie. Męczeństwo jest największą próbą dla człowieka. Rozgrywa się przed oczyma Boga, ale i świata. Mówi nam o Chrystusie, jego cierpieniu i miłosierdziu, o tym, jak umarł w imię sprawiedliwości. Wszyscy go opuścili. Stał się pośmiewiskiem. Błogosławiony był, gdy ludzie mu urągali. Błogosławiony był, gdy miotali


kłamstwa. Prześladowanie otwiera jednak bramy do królestwa wiecznego. Tak twierdzi Ojciec Święty. Zapomina jednak o bramach więzienia o zaostrzonym rygorze. Po ołtarzu krąży ławica młodych księży, a na schody wstępuje procesja mężczyzn w czarnych garniturach. U papieskich stóp składają krzyże, obrazy, puszki, płaskorzeźby i pateny. Papież podnosi się i odprawia Eucharystię. Tatko umordował się rykiem i tylko cichutko łka. Zrobił się fioletowy od przeżyć religijnych. Płacze też pani Wanda z panią Teresą. Poupuszczały chorągiewki. Wokoło walają się papierki po kanapkach. Wesoły Fido, Lonsdale, Czarna Owca, Pit Bull i inni bydgoszczanie biją się w piersi, klęcząc. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. 7. Dni i noce zlewają się w wielki monolog. Tatko otwiera gębę zawsze, gdy tylko mnie widzi. Zasypiam ukołysany jego mądrą mową, wstaję w rytm treli o samotności, przegranym życiu, ale i niezwykłym uczuciu, które połączyło ojca i syna. Żleb, w którym dotąd sypiał, nieodwołalnie się rozstąpił: tatuś kima teraz na kołdrze, przykryty kocem. Narzeka, że mu zimno. Jakaś część mnie czuje wdzięczność za to, że zostawił mi tapczan. Nowy regał runął pod tatusiem, chwilowo grzebiąc moje spanie. Przeciągam połamany mebel pod ścianę i tam zostawiam. Lodówki już nie można otworzyć. Nad kupą garów w zlewie wirują tłuste muchy, a w ścianie widnieje spore wgłębienie – tatuś wywijał bowiem stołkiem. Pod oknem leży zerwany karnisz, więc słoneczko może zaglądać do nas od rana do wieczora. Wszędzie walają się kubki pełne niedopałków. Zastanawiam się, skąd tatuś bierze wódkę. Nie widziałem, aby wychodził z domu. Czasem prosi, żebym przyniósł papierosy. Domaga się jedzenia ze szkolnej stołówki. Radzę mu, żeby pofatygował się na Koronowską, do albertynów, lecz przypomina mi, że trzeba tam stać na zewnątrz, a on nie zniósłby takiego upokorzenia. Zaczyna mnie przepraszać za to, kim jest i co robi. Próbował inaczej, ale nie wyszło. Czegoś zabrakło, w nim albo w świecie. Chciałby kiedyś jeszcze usiąść ze mną w czystym mieszkaniu. Skleilibyśmy model. Tego wieczoru tatuś je ziemniaki polane śmietaną. Popija wprost z butelczyny. Przyglądam się temu z tapczanu. Nie umiem wyjść na zewnątrz. Nie umiem czytać. Nie umiem oglądać telewizji. Potrafię tylko słuchać i patrzeć przed siebie. Tatko mój wyraża głęboki żal, że nie jestem młodszy. Gdybym miał dziesięć lat, musiałby się dla mnie postarać. Wytrzeźwiałby. Moja młodość by go ocaliła. Tymczasem za moment wyfrunę z domu. Zacznę swoje życie. On nie będzie mi już do niczego potrzebny.


Tatko zwala się ze stołka, nie wypuszcza jednak flaszki. Pełznie ku mnie, jak beduin z manierką. Spogląda mi w oczy i prosi, żebym o nim zapomniał, jak tylko odejdę. Muszę skreślić go z życia. W ten sposób wymierzę mu sprawiedliwość. Ujmuje moją twarz w dłonie i powtarza tę prośbę dziesięć, dwadzieścia razy. Żebym tylko odszedł. Żebym tylko nie powtórzył jego losu. Alkohol to demon, zwierza się tatulek i doi z butelczyny. Rozkraczony na podłodze drapie się po brudnych kudłach i znów zaczyna szlochać. Mówi, że Jędrek powinien zabić jego, a nie Dagmarę, i połyka łzy. W środku nocy budzi mnie łomot dochodzący z łazienki. Następnie rozbrzmiewa potworny ryk – tatko zawodzi, jakby ściekożyj użarł go w części rozrywkowe. Słyszę, jak obija się o wannę. Szafka spada z trzaskiem. Podrywam się i lecę, z trudem torując sobie drogę przez śmieci i resztki mebli zalegające na podłodze. W łazience zastaję zapłakanego tatusia i rozpieprzony kibel. Tylko brudna rura sterczy z podłogi. Czyś ty, tatuś, zdurniał do reszty? Coś nawyrabiał, idioto jeden?! Chwytam go, potrząsam. Jest bezwładny. Ty chuju pijany, teraz będziemy do rury srali. Co ci przeszkadzał dobry klop? Nawet to musiałeś zniszczyć? Pcham go. Wpada do wanny. Nie zwraca uwagi na to, co mówię, tylko użala się nad sobą. Przysuwa sobie rękę do twarzy i zaraz oddala. Mówi przerażony, że jeszcze przed chwilą widział dobrze. Teraz wprost przeciwnie. Tylko zamazane kształty, kolory. 8. Najchętniej nie szedłbym na proces, ale wiem, że Jędrek mnie potrzebuje. Powinien zobaczyć jedną życzliwą twarz wśród zgromadzonych. Sądzą go w tym wielkim budynku na Wałach Jagiellońskich, niedaleko ulicy Pod Blankami. Z okna widzę znajomy parking i grupkę małych łajdaków czatujących z gąbkami na samochody. Przed salą sądową czekają dziennikarze ze swoimi kamerami i aparatami fotograficznymi. Adwokat, starszy mężczyzna o aparycji hitlerowskiego urzędnika, zapewnia, że będzie swojego klienta bronił do końca i bez żadnych uprzedzeń. W każdym człowieku znajduje się dobro. Należy o nie zawalczyć. Oto i jest: w zielonej bluzie Nike i jasnych spodniach, ostrzyżony na żołnierza, sprawia wrażenie nieco onieśmielonego. Uśmiecha się, gdy robią mu zdjęcia. Zatrzymałby się nawet, ale policjant, z którym pozostaje skuty, ani myśli czekać. Ciągnie go w głąb sali. Stoję z boku, więc Jędrek dostrzega mnie w ostatniej chwili. Unosi kciuk i puszcza oko. Zdjęcie z tym gestem pojawi się jutro w gazetach. Chcę usiąść z przodu, żeby mnie dobrze widział i poczuł się lepiej, jednak te miejsca zarezerwowane są dla świadków i członków rodzin. Sadowię się


pod samą ścianą. Dłonie mi się pocą. Sędzina, stara rura, zerka na Jędrka z mieszaniną lęku i obrzydzenia. Nawet tego nie mogła mu oszczędzić. Bez przerwy się kokosi na tym swoim podwyższeniu. Z kolei prokurator zaraz eksploduje z nienawiści. Tacy jak on kiedyś wieszali kłusowników w klatkach na rozstajach dróg i zapędzali dzieci do komór gazowych. W innym życiu byłby kanarem albo esesmanem, skurwysyn jeden. Opowiada o zdemoralizowaniu oskarżonego. Jego zdaniem oskarżony zabijał z czystej przyjemności. Obie zbrodnie dokładnie przygotował. Jędrek słucha tego spokojny, luźny po męsku, jak dojrzały człowiek. Dopiero gdy słyszy, że pozostawiony na wolności zabijałby dalej, czerwienieje nieco i spuszcza głowę. Sędzina pyta, czy chciałby coś powiedzieć. Jędrek mówi: – Ja bardzo wszystkich przepraszam. Ja się do wszystkiego przyznałem i nie chciałbym zajmować czasu pani sędzi i panu prokuratorowi. Sędzina z prokuratorem, a także zafrasowany adwokat mają jednak inne zdanie. Przywołują kolejnych świadków. Pan Artur nie może powstrzymać płaczu, podobnie pani Miłka. Mówią o swoich dzieciach same dobre rzeczy. O Jędrku mogliby podobnie, gdyby nie zdarzyło się to, co się zdarzyło. Zawsze był miły, uczynny, wesoły. Nikt niczego nie podejrzewał. Za to Beata wyraża odmienną opinię – jej zdaniem z Jędrkiem zawsze było coś nie tak. Włóczył się za nią, obsypywał prezentami, jakby próbował zastąpić Darka. Była bardzo szczęśliwa, gdy wreszcie dał jej spokój. Kąciki ust Jędrka jadą w górę przy tych słowach, a Beata aż trzęsie się z oburzenia. Zabił i jeszcze się śmieje! Tak to trwa. Przed sądem pojawia się pani Krysia, twarda jak bicz wypalony słońcem. Zdradza, że serce matki zrodziło pewne słuszne podejrzenia, lecz jakaś inna jej część nie pozwalała myśleć w ten sposób. Mówi to, ze wszystkich sił starając się nie spojrzeć na Jędrka. Pani Wanda opowiada o wielu niepokojących sygnałach, które obserwowała w cukierni. Przypomina sobie, jak lata temu dała mu kocięta, aby zaniósł je do schroniska. Nie ma pojęcia, co z nimi zrobił, ale wie, że nigdzie nie zostały dostarczone. Wspomina awanturę o ciasto na konkursie cukierniczym. Jej zdaniem Jędrek miał skandalicznie niskie poczucie sprawiedliwości. Tu pani Wanda robi ukłon w stronę pana Ryszarda. Dodaje, że Jędrek był zawsze bardzo miły, ale skrywał w sobie coś tajemniczego, niepokojącego. Twarze przewijają się jak w kisielu. Przedzierają się przez zasłony koszmarnego snu na jawie, gdzie Jędrek na zawsze, nieodwołalnie wymyka mi się z rąk. Próbuję złowić jego wzrok. Tak bardzo pragnę być widzianym, lecz on ślizga się po zgromadzonych, omijając ostatni rząd, jakby bał się skazić mnie swoim spojrzeniem. Wciśnięty między dwóch policjantów wierci się, zmienia pozycję. Opiera głowę na dłoniach, by zaraz oprzeć się o krzesło. Wówczas sprawia wrażenie, jakby zmagał się z sennością. Nie ożywia się nawet na widok adwokata przystępującego do czynu. Starzec, niezbyt zachwycony rolą, która mu przypadła, zwraca uwagę, jak łatwo jest


dzisiaj kogoś potępić. Przypomina, że jego klient sam przyznał się do zabicia Darka, opisał swoje postępowanie i oszczędził pracy policjantom. Wiemy, że zabił. Nie wiemy dlaczego. Przygarbiony, z okularami zsuniętymi na nos, usiłuje wyciągnąć od Jędrka, co nim kierowało. – Nie wiem. – Jędrek prostuje się na krześle. Wygląda na dużo starszego, niż jest. – Coś mi po prostu kazało to zrobić, coś we mnie i nie we mnie jednak, tak to widzę. Bardzo trudno mi to wytłumaczyć, ale wiem, że musiałem to zrobić. Zwiesza głowę nad blatem, tymczasem adwokat obwieszcza, że z pomocą biegłych psychiatrów rozwikłał tę szczególną tajemnicę. Wyjmuje z teczki kilka kartek pokrytych pismem maszynowym i pełnych pieczęci. Jędrek ma zanik kory mózgowej w płatach czołowych. Nie wie, co to miłość i oddanie, nie rozumie okrucieństwa, cały świat uczuć wyższych został przed nim zatrzaśnięty w pierwszych latach życia. Nie jest temu winien. Można go nawet uznać za jeszcze jedną ofiarę. Gdy prawnik mówi te słowa, przez salę idzie szmer oburzenia, a ja mam ochotę wrzasnąć, że to przecież nieprawda, że doskonale znam Jędrka i spłaszczyć go nie pozwolę. Nie zmienicie mi go w małpę, w psychola! Stoję tylko z zasznurowanymi ustami i wtedy, po raz pierwszy, Jędrek na mnie spogląda. Usadza jednym mrugnięciem. Widzę wreszcie, że na blade policzki wylały mu się spod oczu głębokie cienie, że zaplata jedną dłoń na drugiej, żeby ukryć jej drżenie, i nade wszystko pragnie, aby to już się skończyło. Rozjaśnia sobie spojrzenie, naciąga maskę z uśmiechu i już jest taki, jak widzą go wszyscy. Stracił możliwość wyboru. 9. Do Olsztyna dojeżdżam pociągiem, przesiadam się w autobus i przed zmrokiem ląduję w małym pokoju niedaleko Barczewa. Mam niemal przedszkolne łóżeczko, stolik i szafę wbudowaną w ścianę, gdzie chowam plecak i kurtkę. Kładę się w butach, krzyżuję ręce pod głową i słucham innych lokatorów. Matka uspokaja kilkuletnią córeczkę, chłopy za ścianą walą wódę i rżną w tysiąca. Wszyscyśmy tutaj z tego samego powodu. Wstaję jeszcze w nocy, po paru godzinach niespokojnego snu, i przed szóstą docieram pod ciemnoczerwoną bramę pośrodku szarego muru, nad którym ciągną się linie drutu kolczastego. Na skraju wyrosła pobielana wieżyczka strażnicza, za to dach budynku w głębi mógłby wieńczyć stajnię albo stary magazyn części samochodowych. Mgła podnosi się spomiędzy drzew, od jeziora bije wilgoć i chłód. Przebieram nogami. Wokół gromadzą się inni odwiedzający. Nie wiem, czy się uda. Kto pierwszy, ten lepszy. Moje życie dowodzi, że ostatni nigdy nie będą pierwszymi.


Idę długim białym korytarzem. Mury są grube od starości. Strażnikowi podaję dowód osobisty. Jest pierwszym człowiekiem, który go otworzył. Pyta, do kogo przyszedłem, i chce poznać moją relację z osadzonym. Odpowiedź, że Jędrek Borucki jest mi przyjacielem, niezbyt przypada mu do gustu. Obok czekają żony, dzieci, bracia, rodzice. Sprawdza w dokumentach, czy Jędrek życzy sobie mnie widzieć. Trwa to długo i zaczynam się niepokoić. Stwierdza, że wszystko się zgadza. Każe przejść dalej, do poczekalni. Siadam na krześle. Tych wstawiono osiem. Większość oczekujących gapi się przez kraty albo podpiera ścianę. Dzieci krążą w obłokach papierosowego dymu. Matka, znana mi zza ściany, klęczy przed córeczką i tłumaczy, że zostali skrzywdzeni przez bardzo złych ludzi i teraz muszą się męczyć. Są bardzo dzielne, mówi, dziewczynka zwłaszcza. Nadejdzie dzień, kiedy tatuś do nich wróci. Dwóch chłopów spod ściany śmieje się w odpowiedzi. Ich zdaniem jeszcze trochę sobie poczekają. Matka bierze córkę na ręce i prosi, by nie palili przy dziecku. W tle brzęczą słowa o wyrokach i paragrafach, trwa narzekanie na wysokie ceny w kantynie. Ściany są wilgotne. Strażnik prowadzi nas do dyżurki. Zabiera mój dowód osobisty, prześwietla wykrywaczem metali i wyjaśnia, że podczas widzenia Jędrek nie może otrzymać prawie nic. Numery „Muscle and Fitness”, „CKM-u” i „Playboya” zamiast w ręce Jędrka trafiają do szafki. Próbuję protestować, tłumaczę, że przyjechałem z daleka, ale strażnik jest bezlitosny. Doradza wysłanie czasopism pocztą. Na dobrą sprawę Jędrkowi mogę dać tylko kartę telefoniczną i trochę pieniędzy. Jędrek na pewno się ucieszy, gdy wspólnie zrobimy zakupy w kantynie. Nie protestuję. Strażnik prosi, żebym chuchnął. Nie piłem. Nigdy się nie napiję. Strażnik zatrzymuje moich sąsiadów, tych od butelki i gry w tysiąca. Każe chuchnąć, zawraca. Chłopy najpierw zaprzeczają, potem tłumaczą, że walnęli wczoraj tylko po kielichu, a gdy idąc dalej, zerkam przez ramię, dostrzegam ich wściekłych, bezradnych, ze spuszczonymi głowami. Zajmuję miejsce przy jednym z prostych, niemal szkolnych stolików ustawionych pod beżową ścianą. Inni robią to samo. Dłuży im się to oczekiwanie, lecz ja jestem spokojny. Przywykłem do siedzenia bez gazety, bez telewizora czy rozmowy. Zaprzyjaźniłem się z ciszą. Przy wejściu stoi dwóch strażników, trzeci kręci się w pobliżu kantyny, wszyscy czujni przez znudzenie. Powoli pojawiają się więźniowie. Spodziewałem się bandytów o wytatuowanych twarzach i pociętych przedramionach, ale to faceci, jakich spotykamy na ulicy. Kupują bułki w sklepie i podsadzają dzieci na zjeżdżalnię. Brzuchaci, w okularkach, w sweterkach i rozciągniętych spodniach siadają naprzeciw swoich bliskich i zapewniają, że wszystko u nich w porządku.


Jędrek rozrósł się pod celą, jakby bez przerwy ćwiczył albo ciemność rozpychała go od środka. Ledwo mieści się w swoim dresiku. Dostrzega mnie i jego twarz natychmiast staje się twarzą dziecka. Siada przy stoliku. Wielkie, pokryte strupami dłonie krążą nad blatem. Chodzi noga. Garbi się, jakby próbował się pomniejszyć. – Dzięki, żeś przyszedł. Co tam dobrego? Mówię, że skończyłem zawodówkę i od września zaczynam dwuletnie technikum informatyczne. Myślę nawet o studiach, jeśli kasa pozwoli. Chcę spędzić wakacje w Anglii na budowie, tylko muszę znaleźć kogoś dla ojca. Półślepy pijak to żałosne i kłopotliwe stworzenie. Jędrek nie wiedział nawet, że umarła moja mama. – Och, stary, masz do wiwatu. Przywiozłeś mi coś do czytania? „Flex” by się przydał. Opowiadam o kłopotach ze strażnikiem. Przywiozłem plecak gazet. Nie pozwolili ich wnieść, zresztą z „Flexem” lipa, przestał wychodzić. Jędrek robi zdziwioną minę, ale nie komentuję. Obiecuję, że zrobię mu paczkę. Chcę wiedzieć, jak się czuje, jak mijają dni za kratami. Zbywa mnie machnięciem dłoni. – Z tym „Flexem” to straszna szkoda, co nie? Tyle dobrych gazetek kiedyś było, a teraz wszystko chuj. Próbuję wyciągnąć, jak mu tutaj jest. Czy doświadcza niesprawiedliwości? Nie wątpię, że ustawił innych więźniów, lecz może dokucza mu samotność. Może klawisze się na nim wyżywają? Chodzi na siłownię czy ćwiczy w celi? Słyszałem, że teraz likwidują siłownie w więzieniach. Pytam, czy mogę coś dla niego zrobić. Proponuję zakupy w kantynie. Drogo jak diabli. Oszczędzałem na tę wizytę. – Mam wszystko, czego trzeba – odpowiada Jędrek. Milczy, skazując mnie na mówienie. Pani Teresa wreszcie zamknęła magiel i jest teraz zasuszoną staruszką. Zaczęła nawet chodzić do kościoła i niedługo zobaczymy ją odzianą w czerń, jak drobi paciorki różańca. Jędrek słucha, jakby go to obchodziło, a ja zbieram się na odwagę i pytam, po co to wszystko było. Dlaczego tak pokierował swoim życiem? Jędrek mruży oczy – to czarne szparki bez dna, pognieciony mrok. – Wpadaj do mnie, brachu, a ci opowiem. Nie wszystko naraz, dobra? Przychodź – powtarza. – To ci opowiem. Będę przychodził, obiecuję, i tak rzeczywiście się stanie. Co miesiąc, przez piętnaście lat i dłużej. Tak długo, jak będzie żył. Wysłucham jego historii. Rozmawiamy jeszcze chwilę, aż strażnik daje do zrozumienia, że widzenie dobiega końca. Jędrek miękko zrywa się z krzesła i odchodzi, jakby koniec spotkania przyniósł mu ulgę. Świat wciąż się przed nim rozstępuje; strażnicy to kłosy pod mocną dłonią. Jędrek, idąc, kołysze się na boki, ugina ramiona: zwierzę, które zgodziło się na poskromienie. W


drzwiach odwraca się jeszcze, unosi rękę i śmieje się, tak jak potrafi tylko on. Jego słowa duszą wszelki dźwięk w sali widzeń: – Słusznie, że tu trafiłem, co nie?


Zejście 2014

1. czuję lekki zawrót głowy. Wrażenie mija wraz z przekroczeniem progu i powraca, kiedy przyklękam, żeby zzuć buty. Zdejmuję granatowy garnitur od Kenzo i wieszam w rozsuwanej szafie. Błękitna koszula ląduje w koszu na brudy. Nim wskoczę pod prysznic, poświęcam chwilę uwagi własnemu odbiciu. Mam miękkie ciało z wyraźnie zarysowanym brzuszkiem i kępkami czarnych włosków porozrzucanych bez większego sensu wokół obwisłych sutków. Ale nogi i przedramiona są ciągle w porządku. Powinienem zapisać się do klubu albo, jeszcze lepiej, zacząć biegać, jak wszyscy teraz. Od jutra, od kiedyś. Spłukuję z siebie dzień, nazbyt długi i krótki jednocześnie. Przez szum wody przebija się dźwięk, chyba telefonu. Nie mam pewności i nie chcę jej mieć. Wskakuję w bawełniane spodnie i bluzę polarową. Nalewam wodę do garnka i wrzucam ryż. Siadam na chwilę przy komputerze. Mój gabinet to dość duże pomieszczenie z balkonem i półkami robionymi na wymiar, gdzie planowałem postawić książki. Na razie leżą tam faktury, trochę gazet, ale i rzeczy, które lubię. Nóż przywieziony z Turcji parę lat temu, figurka z kości słoniowej i kolorowy kubek ofiarowany przez kolegów z pracy na jakąś tam okazję. Jeżdżę kursorem po monitorze. Oglądam trochę zabawnych obrazków. Klipy na YouTubie wyłączam po minucie. Sprawdzam parę profili, przeglądam nowe filmy do ściągnięcia, wybieram te, które chciałbym kiedyś zobaczyć, i kolejkuję do przepełnionych katalogów. Za mną znajduje się sypialnia z wielkim łóżkiem. Lustro wprawione w sufit zna tylko moje odbicie. Kuchnię od salonu oddziela jedynie wyspa z czarnym, błyszczącym blatem. Nalewam sobie szklankę soku. Przedwczoraj był kurczak w warzywach, wczoraj makaron z tuńczykiem i brokułami, więc dziś czas na łososia. Rozgrzewam naoliwioną patelnię, rzucam dwa tłuste dzwonka, sypię sól, a gdy sięgam po pieprz, telefon rozbrzmiewa ponownie. Mam tłuste ręce. Czy on musi zawsze dzwonić w takiej chwili? Odkładam pieprz, wycieram dłonie w ścierkę, odbieram. Ze ściśniętym gardłem pyta, czy ze mną wszystko w porządku, i nim zdążę odpowiedzieć, mówi, że nie radzi sobie i natychmiast muszę przyjść. Słucham tego, gryząc wargi, nawet nie mam jak mu przerwać. W końcu się wcinam. Niech da mi pięć minut, to przyjdę z tym łososiem zasranym. Ale nie, teraz, natychmiast, bo on nie WYSIADAJĄC Z WINDY,


wie, co robić, i zaraz oszaleje. Ledwo zdążam wyłączyć płytę grzewczą pod patelnią. Mieszkamy drzwi w drzwi. Witają mnie obłoki dymu i zapach spalenizny, a on stoi w samych gaciach i lamentuje. Nie ma co pytać. Bez pudła zasuwam do mikrofali. Tatko próbował przyrządzić sobie mrożone frytki, nie wyjmując ich nawet z opakowania, a teraz tylko się trzęsie, jęcząc, że wszyscy spłoniemy. Mówi, że niepotrzebnie kupowałem dwa mieszkania, skoro mielibyśmy najprawdziwszy dom za te same pieniądze. Piętrowy! Siedziałbym na górze, on na dole i byłoby akurat. Otwierając mikrofalę, uwalniam czarny obłok. W środku leży coś osmalonego i pofałdowanego. Chwytam przez rękawicę, ciskam do śmietnika, tymczasem mój ojciec zawisł na oknie i próbuje je otworzyć. Ciągnie klamkę ku sobie, a przecież trzeba ją przekręcić. Odsuwam go delikatnie, pokazuję, co i jak. Tatko chwyta książkę i wachlując, próbuje rozgonić dym. Na jego mieszkanie składa się pokój z aneksem kuchennym i malutka ubikacja z uchwytami przy klozecie i prysznicu. Podobny uchwyt znajduje się również przy łóżku, tylko że zwisa na nim książka. Książki leżą również na podłodze, przy zlewie i na parapecie, tylko na regale, o którym tak marzył mój tatuś, trochę ich brakuje. Ojciec przestawia je nocami, układa w sobie tylko znanym porządku, raczej na dotyk, nie wzrok. Bada ich grubość, sprawdza rodzaj papieru, szoruje nosem po okładce, próbując coś dostrzec, aż wreszcie się zniechęca. Prowadzę go do stołu, wyrywa się, bo chce umyć ręce, czyścioszek jeden. Znika w łazience. Nie słyszę szumu wody. Wraca i obwieszcza, że teraz może jeść. Przynoszę łososia z ryżem. Siadamy. Tato pochyla się nad talerzem, niemal trze brodą o stół. Do ust zgarnia wielkie kawałki; ledwo wezmę parę kęsów, a jego talerz jest pusty. Zostawiam go. Układam książki. Zbieram brudne ubrania. Wygrzebuję ze zlewu kawałki szkła. Obwieszczam, że będę się zbierał, i następuje rytualny spór, rozstrzygnięty, nim padnie pierwsze słowo. Ojciec żali się na długi, samotny dzień. Odpowiadam, że mam dużo pracy i powinienem choć trochę zadbać o siebie. Jego zdaniem doskonale dbamy o siebie nawzajem, zresztą to jego ostatnie dni, pewnikiem umrze jeszcze tej wiosny. Czuje się bardzo słaby. Nie mam siły mu przypominać, że jest połowa sierpnia. Siada na łóżku. Dłonie opiera na prostych nogach i spogląda przed siebie. Pytam, co mu mam poczytać. Cokolwiek, syneczku, to co wczoraj może? Nawet nie wiem, czy jego głos brzmi wewnątrz, czy na zewnątrz mojej głowy, tak samo jak nie mam pojęcia, jaką książkę przerabialiśmy wczoraj. Sięgam po Harlana Cobena, którego cały stosik leży na półce, w zasięgu ręki. To tania powieść o zaginionej studentce, przesycona detalami pracy policyjnej. Czytam na głos kolejne drewniane strony, zwilżając gardło sokiem. Pytam ojca, czy nie za głośno. Odpowiada, że nie. A może za szybko? Też nie. Jeszcze czy na dzisiaj dosyć? Czytaj, synuś. Przewracam


kolejne kartki, za oknem dawno zapadł zmrok, a ojciec wciąż siedzi na łóżku i wodzi po pokoju swoim biednym wzrokiem. Półdługie, czyste włosy zaczynają się za potylicą. Policzki mu się zapadły, podgardle zwisa, podobnie jak skóra na ramionach wypłukanych z mięśni. Bose stopy mogłyby należeć do orangutana. Nawet przebiera nimi po małpiemu. Koło dziesiątej mnie wysiada gardło, a tatusia zaczyna morzyć sen. Zwiesza głowę, mruczy. Przypomina teraz siebie sprzed lat. Odkładam Cobena z myślą, że ojciec nigdy nie dowie się, kto zabił. Próbuję wyciągnąć pościel spod taty, zaś on wybudza się gwałtownie, rozwiera oczy i mogę przysiąc, że przynajmniej w tej chwili widzi mnie jasno i wyraźnie. Rozbiera się sam. Przygotowuję spanie. Poprawiam poduszki pod głową, przykrywam go kołdrą. Tatko prostuje się miękko, chwyta moją dłoń i przyciska sobie do warg. Godzina dla siebie, przed zaśnięciem, schodzi na niczym. Przełączam kanały, rozwalony w fotelu jak miliony samotnych mężczyzn w tej chwili. W ten sposób – i tylko w ten – jestem częścią czegoś większego. Mój telewizor jest ogromny jak dywan, jak pole golfowe, jak pas lotniska. Wyświetla migawki z dalekich krajów, gdzie słońce wisi nisko, a rzeki płyną szerokie. Sławni ludzie przebrani za innych sławnych ludzi śpiewają szlagiery przed zachwyconą publicznością. Przełączam kolejne programy i zatrzymuję się dopiero na historii pięknego mordercy z Miami. To jeden z tych seriali, o których wszyscy mówią. Mam go na dysku i kiedyś zobaczę od początku do końca. Facet z wyglądu jest marzeniem każdej matki i wszyscy bardzo go lubią, bo zabija złych ludzi pozostających poza zasięgiem policji. Ma na rękach więcej krwi niż doktor Mengele, a jednak jest kochany tak, jak ja nigdy nie będę. Myślę o nim, patrząc w telewizor, i długo później też, przed samym zaśnięciem. Nie potrafię tego zrozumieć. Ludzie tak bardzo lubią zabijanie i wiedzą o nim tak niewiele. 2. Sobota zapowiada się pięknie, więc wybieramy się na Stary Rynek. Ojciec ubierze się sam, tylko muszę przygotować mu rzeczy i pomóc z sandałami. Zakłada lniane spodnie. Zastanawia się, czy podwinąć rękawy białej koszuli. Prowadzę go do windy. Idziemy przez podwórko, koło budki stróża, i już jesteśmy na Dworcowej. Części fasad kamienic w dalszym ciągu nie odnowiono, za to nowoczesność przejęła partery. W barze, obok naszej bramy, podają dietetyczne śniadania. Zamknięci w pomarańczowych ścianach, przy białych stolikach siedzą brodaci młodzi mężczyźni. Odsłaniają bezwłose klaty, zdobne w kolorowe tatuaże. Ich koleżanki mają podgolone głowy i koszulki w paski. Naprzeciwko znajduje się pizzeria, dalej ciągną się banki,


poprzedzielane przez sieciowe sklepiki spożywcze. Małpki i żabki mnożą się w naszej Bydgoszczy. Bilbordy wypełniają każdy kawałek wolnego muru. Na dachu małego fiata umocowano ofertę skupu złota. W oknach, tam gdzie kiedyś widniały portrety papieskie, można zobaczyć białą płachtę z napisem DO SPRZEDANIA i numer telefonu. Idziemy w stronę Gdańskiej, mijając wiklinowe fotele wylewające się z restauracji, drzewka w betonowych donicach i rencistów w czerwonych uniformach, którzy rozdają ulotki parabanków. Hotel Pod Orłem stoi na barkach atletów. Poniżej parkują luksusowe samochody, rosyjski miesza się z niemieckim, a nieco dalej, przed bramą empiku, łysy ochroniarz wysłuchuje tłumaczeń drapichrusta, który schował w spodniach grę komputerową. Mój ojciec ożywia się i wspomina, jak często chodziliśmy tędy w dawnych czasach – do Pomorzanina, na lody, do Jedynaka. Brakuje mu tamtych dni, tęskni za utraconym zdrowiem i liczy, że kiedyś odzyska swoje oczy. Robimy krótki test. Wie, gdzie jesteśmy, rozpoznaje hotel, ale nie potrafi wskazać numeru na przodzie czerwonego tramwaju. Na Mostowej zaczyna się szarpać. Wyrywa do przodu i nie wolno mi go puścić – gotów jest taranować przechodniów. Tak przecinamy Brdę, nad którą zawisł szary linoskoczek. Na wyspie Świętej Barbary nastroszyły się drzewa, a mocne słońce spada na czerwonawe ściany katedry innych świętych, Marcina i Mikołaja. Ojca jednak bardziej interesuje restauracja grecka przy Grodzkiej. Bardzo chciałby już przycupnąć na kawusi. Jest taki zmęczony. Tłumaczę, że Węgliszek niedaleko i tam siądziemy jak dwaj królowie, na powietrzu, pod parasolem. Mimo odnowionych kamienic, mimo lśniącego kremową świeżością budynku biblioteki miejskiej i majestatu ratusza nasz rynek sprawia wrażenie pozostającego w ciągłej budowie. Wielki goły plac wyraźnie na coś czeka: na rzeźbę, na kramy, na koncert, na cokolwiek, co uczyni go kompletnym. Tatusiowi może i wysiadł nerw w oku, ale stoliki przed Węgliszkiem widzi doskonale. Siadamy pod parasolem Żywca, bo Kujawiaka dawno już nie ma. Tatuś zakłada nogę na nogę, mości się w wiklinie, a do kelnerki zwraca się, używając słów w stylu „kierowniczko” albo „rączki całuję”. Zamawiam latte, on podwójne espresso. Nie może się doczekać, aż przyniosą. Pije i narzeka, że bardzo gorące. Po chwili chce jeszcze jedno. Poczekaj, tatusiu. Przy stoliku obok usadowiło się młode małżeństwo z dzieckiem w nosidełku. Jej luźne ubrania nie pasują do szczupłej sylwetki. Musi się wstydzić pociążowego ciała. On wygląda na podstarzałego uciekiniera z jakiegoś koncertu punkowego: szturmówki, glany, siwiejący płaski irokez. Bez przerwy zerkają na dziecko. Za nimi dwóch chłopaków rusza do boju z kacem. Jeden to muskularny drab w dresie i podkoszulku z bazgrołami, drugi wyniósł swój garnitur z opery londyńskiej czy czegoś podobnego. Palą brązowe papierosy i bez przerwy się śmieją. Wśród zmysłów, które


wysiadają tacie, z pewnością nie ma węchu. Nim mu przeszkodzę, drepcze w kierunku tej dwójki i wraca z wysępionym szlugiem. Paląc, odchyla głowę i cmoka, delektuje się zakazaną przyjemnością. Gra zdartą taśmę o starych, dobrych czasach, kiedy mężczyźni mieli mocne, spracowane dłonie, a kobiety szerokie biodra i piersi jak arbuzy. Martwi się przyszłością młodego pokolenia, dorastającego bez wzorców, bez szacunku dla starszych i słowa pisanego, a ja siedzę, piję kawę i przyglądam się Marsjanom goszczącym na naszym ryneczku. Starzejący się punk popija piwko i pochyla się nad swoim dzieciątkiem, a jego żona patrzy na tych dwoje z miłością przerastającą zmęczenie. Dziadyga, pewnikiem stary ubek, ciągnie za sobą staruchę w płaszczu do kostek. Piękni jak rozwieszone pranie, kłócą się o przeszłość. Małżeństwo czterdziestolatków je lody, spacerując za ręce. On miękki i tłusty, ona porcelanowa, spokojni i przyjemnie sobą znudzeni. Z holenderskiego baru wytaczają się świeżo poznani kochankowie, wielki chłop z malutką, krótko ściętą panną, niezdarnie objęci i pijani w dym. Pewno poznali się wczoraj i chleją na umór od rana, by choć trochę uporządkować to, co wybuchło między nimi. Są i koledzy, jak tamtych dwóch od papierosów. Obgadują innych kumpli, bredzą o dziewczynach – dwa języki splecione w bliźniacze supły. Muskularny bydlak opowiada dwóm jeszcze większym skurwielom, jak kopał chłopa pod klubem tanecznym Brodway. Tamci rechoczą i chwalą dzielnego kolegę. Od strony Jana Kazimierza nadciąga rodzina trzypokoleniowa, czyli dwoje zahukanych młodych z paroletnim dzieckiem i wytworni rodzice w odprasowanych ciuchach. Dziecko rwie się do lodów, młodzi lecą za nim, babcia – stara kwoka z cycem do kolan – wrzeszczy, żeby poczekali. Dziadek obraca głowę w stronę holenderskiego baru. Ci ludzie przybyli z Marsa, z innych, nieznanych mi wszechświatów, do których nigdy nie zyskam wstępu. Są jak piękne modelki spacerujące po wybiegu w ciuchach jakiegoś cholernie znanego projektanta. Siedzę na widowni, łowię szczegóły w pamięci, mogę nawet robić zdjęcia, ale nigdy nie będę miał ani takich ubrań, ani takich modelek. Maluch przy stoliku obok obudził się i wrzeszczy. Tatko, który skończył już palić, kokosi się na fotelu. Prosi o jeszcze jedną kawę. Wyrażam zgodę. Najchętniej wypiłby ich piętnaście, a potem padł na serce, tak tęskno mu za odurzeniem. Obraca głowę za kelnerką, dziecko wciąż się drze i nim zdążę zrobić cokolwiek, tatko podrywa się i, czerwony na gębie, z wybałuszonymi oczyma krzyczy, żeby natychmiast uciszyli tego francowatego bachora. Sterczy tak, naprężony jak fiut po viagrze, z pięściami zaciśniętymi do białości. Stary punkowiec też wstaje i zaprasza mojego ojca do tanga. Niech tylko podejdzie, to sobie porozmawiają. Jego żona prosi, aby się uspokoił. Ryk taty zagłusza skowyt dziecięcia. Mój na wpół ociemniały tatuś oświadcza, że takich chojraków zjada na śniadanie, weź nie pajacuj, fircyku jeden. Wyrastam między nim a starym punkowcem. Tłumaczę temu


ostatniemu, że ojciec jest starym człowiekiem, i znacząco stukam się w głowę. Ja przyszedłem z dziadem, pan z żoną i maleństwem. Może damy sobie spokój? Punkowiec ma oczy łagodne i zmęczone, pozwala, by żona go odciągnęła, a ja ciskam pieniądze na stół i zabieram ojca z Węgliszka. Wierzga. Przypomina o zamówionej kawie. Obiecuję, że wypijemy ją po drodze. Najpierw go ciągnę, później pcham przed sobą. 3. Na bydgoskim dworcu niespodziewanie nawiedza mnie myśl, że wszystko, co ważne, przydarzyło mi się wiosną roku 1999 lub wcześniej. Opuszczam pierwszą klasę intercity z Warszawy i zaraz na peronie sprawdzam, czy niczego nie zapomniałem. Laptopa i dokumenty mam w torbie. Bilet schowałem w wewnętrznej kieszeni celem późniejszego rozliczenia. Przechodzę przez poczekalnię i zanurzam się w przejście podziemne, niezmienne, odkąd pamiętam, i tam właśnie uświadamiam sobie, że ostatnie piętnaście lat, odpowiednio ściśnięte, przeciekłoby mi przez palce, pozostawiając tylko wilgoć na dłoniach. Tamte lata, czas z Jędrkiem, pamiętam bardzo wyraźnie. Znam ówczesne nadzieje, smaki, kolory. W kasie dworcowej można już płacić kartą, ale kolejka nie skróciła się ani o jednego człowieka. Nikt nie pali już przed wejściem, za to taksówkarze mają się dobrze. Wciąż gadają ze sobą, oparci o dachy swoich samochodów. Gdybym poszedł prosto, po dziesięciu minutach znalazłbym się w domu. Skręcam w Zygmunta Augusta i maszeruję wzdłuż terenów kolejowych w stronę znajomego parku, gdzie graliśmy w piłkę, a Jędrek poznał smak niechcianego pocałunku. Zawsze gdy wracam z delegacji, wybieram tę drogę, choć ojciec złości się, że tak długo mnie nie ma. A może właśnie dlatego? Idąc znajomą ścieżką, kilkukrotnie muszę schodzić z drogi młodym obwiesiom. Park w dole jest ciemny i cichy. Pośrodku mostu zatrzymuję się i spoglądam na Brdę, zastanawiając się, czy nóż, od którego zginął Darek, wciąż zalega gdzieś w mule, zardzewiały, ze zgniłą rękojeścią. Mógł też spłynąć ku Wiśle albo wyłowili go policjanci. To tajemnicze sprawy. Naprawdę nie wiem, jak z tymi nożami bywa. Przede mną otwiera się Jasna, ze znajomym centrum wulkanizacyjnym, z zielenią pustostanów, zamknięta ciągiem samochodów sunących Grunwaldzką. Tu zmieniło się akurat niewiele. Ze sznurów między domami wciąż zwisa ciężkie pranie, ale brzdące, miast ganiać, stukają w ekrany dotykowe. Tłuści staruszkowie łapią słońce usadowieni w oknach. Na ich ramionach bledną tatuaże. Trwa nerwowy rozładunek z czerwonego samochodu dostawczego. Dom, w którym mieszkałem, przeznaczono do wyburzenia.


Koniec

Kopenhaga–Kraków–Wrocław–Warszawa Skończyłem w Wigilię świąt Bożego Narodzenia 2014 roku


Podziękowania

Książki powstają wśród ludzi, dzięki ludziom i im są dedykowane. Wyliczenie wszystkich, którzy – najczęściej nieświadomie – przyczynili się do powstania Innej duszy, jest niemożliwe. Ograniczę się do tych, których pomoc okazała się, jak by to powiedzieć, najbardziej wymierna. Joasia Mika poświęciła wiele czasu na pracę redakcyjną. Tak, wzięła za to pieniądze, ale jej oddanie i miłość do tekstu najzwyczajniej w świecie nie znajdują ceny. Mam pewność, że Inna dusza obrobiona przez innego redaktora byłaby dużo gorszą powieścią. Koledzy po piórze – Jacek Dukaj, Wit Szostak i Szczepan Twardoch – przeczytali tekst w wersji surowej, a ich uwagi przysłużyły się książce. Podobną życzliwość wykazali Bartosz Cieślak, Daria Gosek i Andrzej Fiderkiewicz. Wasze zdrowie! Łukasz Mojsiewicz i Patryk Sobieraj wykonali mrówczą pracę, tropiąc błędy związane z topografią Bydgoszczy i realiami życia w tym mieście w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Grzegorz Bobrowicz zechciał się podzielić tajnikami pracy cukiernika. Jacek Komosiński poświęcił pół dnia, opowiadając barwnie o swoich latach w Legii Cudzoziemskiej. Anna Gacek rzutem na taśmę udzieliła rzetelnej i drobiazgowej konsultacji muzycznej. Wszyscy ci ludzie pomogli mi za darmo, oczekując jedynie podziękowań. Oto i one. Dziękuję.


Spis treści

Wejście • 2013 A to, co mam • wrzesień 1995 Pocałuj noc • listopad 1995 Czas przypływu • listopad 1995 Kiedy powiem sobie dość • marzec 1996 Wszystko się może zdarzyć • marzec 1996 Im więcej ciebie, tym mniej • wiosna 1997 Niepokonani • luty–sierpień 1998 Kto śmie traktować cię źle • jesień 1998 Ja wysiadam • wiosna 1999 Długość dźwięku samotności • lato 1999 i potem Zejście • 2014 Podziękowania


Tytuły rozdziałów pochodzą z następujących piosenek:

Kasia Kowalska, A to, co mam, sł. Kasia Kowalska, Koncert inaczej, Izabelin Studio 1995 Varius Manx, Pocałuj noc (Do Ciebie), sł. Anita Lipnicka, Elf, Zic Zac 1995 Edyta Bartosiewicz, Czas przypływu, sł. Edyta Bartosiewicz, Szok’n’Show, Izabelin Studio 1995 O.N.A., Kiedy powiem sobie dość, sł. Agnieszka Chylińska, Bzzzzz, Sony Music Entertainment Poland 1996 Anita Lipnicka, I wszystko się może zdarzyć, sł. Anita Lipnicka, Wszystko się może zdarzyć, Pomaton EMI 1996 Natalia Kukulska, Im więcej Ciebie, tym mniej, sł. Ryszard Kunce, Puls, Universal Music Poland 1997 Perfect, Niepokonani, sł. Bogdan Olewicz, Geny, PolyGram 1997 Kult, Kto śmie traktować cię źle, sł. Kazik Staszewski, Ostateczny krach systemu korporacji, S.P. Records 1998 Anna Maria Jopek, Ja wysiadam, sł. Magda Czapińska, Jasnosłyszenie, Universal Music Poland 1999 Myslovitz, Długość dźwięku samotności, sł. Wojciech Powaga, Miłość w czasach popkultury, Sony Music Entertainment Poland 1999


Zarys fabuły książki Inna dusza jest oparty na prawdziwych zdarzeniach. Trzeba jednak pamiętać, że tekst nie jest reportażem, tylko dziełem fikcji literackiej. Nie należy go traktować jak dokumentu. Wypowiedzi i myśli bohaterów, ich charakterystyka, a także opisy szczegółów miejsc i wydarzeń nie mogą stanowić źródła wiedzy o faktach.

Wydawnictwo OD DESKI DO DESKI Sp. z o.o. ul. Chocimska 35/26, 00-791 Warszawa oddeskidodeski.com.pl © Copyright for this edition by Od Deski Do Deski, Warszawa 2015 © Copyright for the text by Łukasz Orbitowski 2015 Zdjęcie na okładce © Bruno Ehrs/Corbis. All rights reserved.

REDAKTOR PROWADZĄCY Marcin Malesiński REDAKCJA Joanna Mika KOREKTY Redaktornia.com PROJEKT GRAFICZNY SERII manukastudio.pl SKŁAD IT WORKS / itworks.net.pl KONSULTACJA HISTORYCZNA I TOPOGRAFICZNA DOTYCZĄCA BYDGOSZCZY Łukasz Mojsiewicz PRZYGOTOWANIE WYDANIA ELEKTRONICZNEGO 88em

Czytelniku, korzystaj legalnie! Nad książką ciężko pracował autor i wiele innych osób. Uszanuj ich trud i korzystaj z książki w legalny sposób. Dzięki temu będziemy mogli sobie pozwolić, by przygotować dla Ciebie kolejne znakomite lektury. ISBN: 978-83-65157-02-7


dotychczas w serii NA F/AKTACH ukazał się

Hubert Klimko-Dobrzaniecki Preparator Przebieracz i obmacywacz trupów, zimny doktor, preparator, czyli ten, kto przygotowuje zwłoki przed pochówkiem. Praca, którą

para

się główny

bohater powieści, otrzymała

różne

eufemistyczne nazwy, bo stanowi tabu. Ktoś musi ją wykonywać, ale ludzie nie chcą o tym na co dzień pamiętać, brzydzą się. Tytułowy preparator dobrze wie, że jest naznaczony społecznym piętnem – i coraz bardziej popada w osamotnienie. W świecie, w którym żyje, każdy nosi w sobie złość. Wycofany ojciec, zrzędliwa matka z wiecznymi pretensjami, apodyktyczna siostra, nieszczęśliwa w małżeństwie żona. Na życie składają się żal, poczucie straty, niezadowolenie. Gdzieś tam rodzi się zło…


w przygotowaniu kolejna powieść w serii NA F/AKTACH W październiku 1991 Polskę obiegła tragiczna wiadomość. Andrzej Zaucha, popularny piosenkarz i muzyk, zginął zastrzelony pod krakowskim Teatrem STU. Jego towarzyszka Zuzanna Leśniak umiera w chwilę potem w karetce pogotowia. Strzelał mąż Zuzanny. Zabójstwo genialnego polskiego muzyka jazzowego stało się inspiracją do stworzenia opowieści o miłości, rozpaczy i zazdrości. Historii o tym, jak miłość może doprowadzić do zbrodni. Książka Janusza Leona Wiśniewskiego to opowieść, jak silne mogą być emocje i do czego może się posunąć zraniony człowiek.


Inna dusza lukasz orbitowski