Issuu on Google+


Prawa autorskie

‘Tajemnica Złotego Świata. Edynburskie bajki dla dzieci i dorosłych’, tom 1, ‘Alec i Złoty Pan’ ‘The Golden World Mystery. Edinburgh’s fairy tales for children and adults’, volume 1, ‘Alec and the Golden Man’

Published by Isaac Jacobovsky

Copyright © by Isaac Jacobovsky, 2012 Illustration copyright © by Anna Janas, 2012 Digital Publishing by Artur Abato Janas, 2012 All rights reserved. No parts of this publication may be reproduced, stored in a retrieval system, or transmitted in any form or by any means, electronic, mechanical, photocopying, recording or otherwise, or adapted to the needs of the media - without the prior written permission of the Authors of novel, illustrations and animations i


Dedykacja Pradziadkom, Dziadkom, Rodzicom, Niwce, Dadzie, Alexowi, Abato, Aniołowi, Ani, Adze, Dzieciom i Dorosłym Motto: Jeżeli ta historia mogła wydarzyć się w jednym z najbardziej tolerancyjnych miast - Edynburgu – to o ile bardziej na podobne niebezpieczeństwo narażone są inne miasta świata.

Dedykacja: Książkę tę dedykuję moim Przyjaciołom, którzy swoją dobrocią, otwartym sercem troszczyli się o mnie i o moje dzieci zarówno w dobrych, jak i trudnych chwilach, służąc pomocą duchową, jak i materialną oraz wiedzą i doświadczeniem, bez czego ta książka by nie powstała – a w specjalny sposób Rabinowi Davidowi Rose oraz Maryli i Edwardowi Green, a także Hilary i Arnoldowi Rifkind, Andrei i Malcolmowi Cowan, Rebecyn Gitcie i Rabinowi Pinny Weinman, Anicie i Davidowi Mendelssohn oraz Avril i Normanowi Berger, Sandrze i Sidney Caplan, Judy i Anthony Gilbert, Lordowi Julianowi Goodman of L.B., (spóźniona) Myrnie Kaplan, Morrisowi Kaplan, Jonathanowi Kish, Marianne Laszlo, Francese Morgan, Margaret i Peterowi Phillips, Robinowi Samuelowi Spark, Jackie i Raymondowi Taylor.

ii


Podziękowania:

Pragnę bardzo gorąco podziękować Arturowi Abato, Annie i Agnieszce Janas, Jonathanowi Kish, a także Idze Bożyk, Carol Butters, Erinowi Smith, Magdzie Brodzie i Anne Wilson za

goldenworldmystery.co.uk

krytycyzm i zarazem życzliwość. Chcę podziękować zarówno za uwagi do pierwszej wersji książki, jak i za pomoc przy próbach tłumaczenia Tajemnicy Złotego Świata.  Edynburskie bajki dla dzieci i dorosłych, tom 1, Alec i Złoty Pan na język angielski. –

Facebook

Śmiało mogę powiedzieć, że właśnie dzięki Wam książka uzyskała obecny kształt. Bez Waszej dociekliwości i cennych wskazówek czas udostępnienia Czytelnikom tej książki byłby zapewne nadal bardzo odległy. Jesteście wspaniali!

Edynburg, Erev Pesach 14th Nisan 5772 – 6 kwietnia 2012

iPhone

autor

iii


Rozdział Pierwszy

Złoty Pan na Randolph Place


Przy Randolph Place, nieopodal reprezentacyjnej Princes Street

Hmm... Ciekawe, po co Złoty Pan przychodził? Mama chłopca

znajdował się sklep inny od wszystkich sklepów w Edynburgu.

rzeczywiście nie była do końca pewna, po co to robił. Ceny w tym sklepie

Ktokolwiek odważył się wejść do środka, mógł zobaczyć dziwy, tajemnice,

były stanowczo za wysokie! Sklep nie miał prawie wcale półek z

a może nawet czary. Mało kto o tym wiedział, że od czasu do czasu

towarami, a za to wszędzie stały zagadkowe papierowe torebki. Były na

przychodził tutaj sam Złoty Pan. Tak, tak! Choć nie wiadomo, kiedy

nich naklejki z informacją, co zostało w środku schowane, lecz tam nic

kolejnym razem zatrzyma się przed wielką witryną sklepu.

nie było. One były puste. Przy każdej zwisała kolorowa karteczka. To instrukcja, co należy zrobić, żeby w torebce coś było. Ale najpierw trzeba zapłacić. I to dużo. Za dużo. Z pewnością nikt nie miał tyle pieniędzy.

Mama Aleca nie mogła się zdecydować, czy brawurowo, gwałtownie skręcić w lewo i uciec autem z nieznośnego korka, czy też przeciwnie, czekać cierpliwie w niekończącej się kolumnie samochodów na przejazd,

‘A czy w torebkach są cukierki?’ - chłopiec wcale nie przejął się

opowiadając jednocześnie swojemu synowi o otaczających go zewsząd

poprzednią uwagą mamy, nadal zajęty swoją ulubioną gierką.

tajemnicach. ‘Znowu mnie nie słuchałeś... Ależ niesamowity tłok! Jak tak dalej pójdzie, ‘A kto to jest ten Złoty Pan?’ - zapytał Alec, który słuchał mamy

to nie zdążymy dojechać do babci i co wtedy będzie?’ - zmarszczyła czoło

nieuważnie, zajęty gierką.

mama.

‘Gdybyś mnie słuchał, jak każdy grzeczny chłopiec, to wiedziałbyś, o

Jednego była jednak prawie pewna, bo dowiedziała się o tym od

czym cały czas ci mówiłam i na pewno nie miałbyś teraz pomalowanych

znajomych. Klientom sklepu najbardziej podobała się torebka z ciepłym

całych spodni’ - mama była trochę zamyślona, trochę rozbawiona, a

wiatrem znad Morza Czerwonego. To bardzo rzadki towar w sklepie.

wszystko przez to malowanie wielkiego obrazu, w którym Alec wziął

Każdy myślał przecież o czymś zupełnie innym, gdy na torebce

dzisiaj udział.

odczytywał naklejkę. Co można myśleć o ciepłym wietrze znad Morza Czerwonego? Czy różnił się on od wiatru znad Morza Czarnego? Znad

5


Morza Białego? Albo Żółtego? Jeśli to w ogóle był taki zwykły wiatr... Jak

naprawdę bardzo lubił, gdy jego mama zwracała się ze swoimi

ten, który wczoraj porywał w Edynburgu kapelusze i łamał parasolki.

problemami wprost do niego.

‘Mamo! A nad Morzem Zielonym woda jest niebieska, czy zielona?’ -

‘Właściwie nie wiadomo, jak to jest z tymi lodami. Jeśli możemy kupić

zaciekawił się Alec.

białą czekoladę, to powinniśmy móc kupić również białe lody czekoladowe’ - mówiąc to rozglądała się na wszystkie strony, teraz już całkowicie zablokowana na środku ulicy w gigantycznym codziennym

‘Co ty pleciesz, jakie Morze Zielone. A wiesz, podoba mi się ta nazwa.

korku. - ‘Może są w tym zaczarowanym sklepie?’ - mama Aleca zapytała

Morze Zielone. Ładne musiałoby być takie morze, z niebieską wodą,

samą siebie.

zielonym niebem i żółtym słońcem. Z białymi lodami czekoladowymi’ rozmarzyła się mama. Na czym to ona skończyła? Aha, ceny! Gdyby nie wysokie ceny, jak świeże bułeczki kupowane byłyby gwiazdki z nieba. Torebka z jedną ‘Ja chcę dzisiaj na deser białe lody czekoladowe!’ - zażądał chłopiec.

gwiazdką posiadała zaświadczenie, że to gwiazdka jak najbardziej prawdziwa, z takim to a takim numerem, no i gdzie w ogóle należy szukać jej na niebie. Bez mapy ani rusz, bo człowiek gubił się już na

‘Przecież nie ma białych lodów czekoladowych’ - odparła rozbawiona jego nową zachcianką mama.

samym początku. Jeszcze dziwniejsze były torebki z dwiema gwiazdkami. Na naklejce widniała informacja, że to gwiazdy podwójne. Takie związane ze sobą cienkim niewidocznym sznurkiem i kręcące się wokół siebie, a do tego każda jak wielki bączek. Te torebki były najciekawsze.

‘Dlaczego?’ - dopytywał malec. Alec nie dawał mamie spokoju. Słyszał dokładnie, że mama mówiła o

‘Może tam są lody, w tym dziwnym sklepie? Ja chcę lody!’ - Alec

białych lodach czekoladowych. Najwyraźniej miał podzielną uwagę i

przypomniał sobie, na czym mu zależało najbardziej.

mógł usłyszeć wszystko, co chciał, jeśli tylko chciał to słyszeć. Tak 6


Był zwolennikiem największych na świecie porcji lodów, bez względu na

Trudno jej było pogodzić się z myślą, że Alec mógłby przegapić opowieść

smak i kolor. Ale sztuką było zachęcenie mamy do zakupów.

o zagadkowym zapachu kawy w zaczarowanym sklepie, odwiedzanym czasami przez wyjątkowego ten piękny zapach

No nie! Całkiem wyleciało jej z głowy, że nie powinna wspominać o lodach, bo teraz Alec będzie ją o nie męczył do nocy. Z drugiej

gościa. - No tak! To na pewno kazał przychodzić Złotemu Panu do sklepu, bo cóż

strony ona sama chętnie zjadłaby coś słodkiego lub

innego mogłoby to

napiła się czegoś. Najchętniej dobrej kawy.

być? Kiedy klienci

Przypomniało jej się, że od rana aż do południa w

czekali na niego w

tym tajemniczym sklepie pachniało kawą.

wielkim ścisku od rana

Właśnie kawą, a nie herbatą. Jeśli

do południa,

przechodzień zatrzymał się przed witryną i

sprzedawczyni

nie miał znowu kataru, to wcale nie mógł

zaczynała opowiadać

odejść. Zapach kawy był silniejszy, niż

b a j k i , ż e by i c h

jakiś tam zwykły klej. Taka kawa

czymś zająć. To

super glue. I w sklepie robiło się nagle

by ł y

tak ciasno, że nie można było

najprawdziwsze

pomieścić wszystkich chętnych. Był

bajki dla

po prostu za mały. Niełatwo

małych dzieci.

wypijało się w nim pięknie

Lecz w tym

pachnącą kawę.

czasie większość dzieci bawiła się w przedszkolu lub

‘Czy ty w końcu przestaniesz grać, Alec?’ -

uczyła w szkole.

zapytała mama.

7


Czy to możliwe, że w sklepie o tej porze nie było ani jednego dziecka?

‘A czy on ma jakieś imię?’ - gra skończyła się i malec nie był

Może panował w nim zbyt duży ścisk i żaden rodzic nie chciał narażać

zdecydowany, czy rozegrać kolejny mecz.

swojej pociechy na duchotę? To całkiem możliwe, choć mama Aleca nie była pewna, dlaczego dorośli zajmowali się bajkami dla małych dzieci. Wsłuchani w nie zapominali o całym świecie. A czas tak szybko płynął.

‘Hmmm… Wiesz, tego akurat nie wiem. Muszę zapytać panią

Nim spostrzegali się, było już południe. I nagle wszyscy biegli, każdy

sprzedawczynię’ - mama delikatnie musnęła palcem jego nos. - ‘Zaraz

przed siebie, każdy w swoją stronę. Na jezdniach powstawały korki. Za to

będziemy mijali Randolph Place. Tam jest ten sklep. Nie przegap. Po

w sklepie robiło się teraz luźno. Z rzadka ktoś zajrzał do środka, by

prawej stronie. W głębi uliczki’ - precyzyjnie instruowała syna. - ‘Alec,

upewnić się, że także i tego dnia nie stać go na gwiazdkę z nieba.

przestań już grać w tę grę, bo stracisz okazję i wszystko przegapisz!’ ‘Ale ja nie gram. Tylko nie wiem, która to strona. Powiedz mi, mamo!

‘Mamo, pojedziemy zaraz do tego sklepu? Ja chcę spotkać tamtego pana!’

Czy to ta?’ - rozłożył szeroko jednocześnie obie ręce.

- ucieszył się Alec. ‘Będziemy obok przejeżdżać, to pokażę ci, gdzie jest ten sklep. Ale babcia

‘Tam, po prawej, tylko ta jest prawa’ - mama chłopca nie mogła

czeka. Nie możemy nigdzie skręcać’ - mama uśmiechała się łagodnie,

powstrzymać się od śmiechu.

jakby miała gotowy plan, żeby tam nie pojechać.

Alec zawsze miał kłopot z ustaleniem, która to lewa, a która prawa. I ‘Ja chcę zobaczyć tego pana ze złota!’ - uzasadnił swoją prośbę Alec.

bardzo lubił, kiedy mama śmiała się głośno.

‘Od kiedy to ty wierzysz w bajki? Poza tym ten pan nie jest ze złota, tylko

Tak! Mama chłopca miała rację… Prawa strona, o tam! Randolph Place

nazywa się Złoty Pan. Tak jak ty nazywasz się Black’ - wyjaśniła mu

była po prawej. Szeroka, krótka uliczka w centrum wielkiego miasta.

trochę zagadkowo mama.

Przed tajemniczym sklepem zatrzymał się olbrzym. Jego głowa sięgała wysokich dachów. Prawdziwy olbrzym! Ubrany w marynarkę i sukienkę. 8


Miał śmieszne, bardzo gładkie nogi. Proste jak kołki. To chyba ten Złoty Pan, bo miał taką świecącą się, żółtą twarz. Z kieszeni jego marynarki cały czas wychodzili jacyś ludzie. Najpierw schodzili ostrożnie po długiej drabinie, a potem rozglądali się, zaciekawieni, dookoła. Na jezdni i chodnikach było ich tak dużo, że żaden samochód nie mógłby tam wjechać.

Tymczasem po podobnej drabinie ustawionej z drugiej strony Złotego Pana w górę wchodzili inni ludzie. Dzięki temu na ulicy było troszeczkę luźniej.

‘Mamo, a ile Złoty Pan ma tych ludzi w swoich kieszeniach?’ - malec długo dotykał kieszonek własnych spodni, jakby chciał się upewnić, że nie zmieści w nich ani jednego człowieka.

‘Zaraz będziemy u babci, jeszcze tylko na światłach prosto, potem trochę dalej w lewo, i w dół. Przez rzekę’ - mama chłopca była coraz bardziej przejęta gigantycznym ulicznym korkiem, który zablokował dosłownie całe centrum miasta.

‘Czy ty nie widzisz, tam stoi Złoty Pan?! Mamo, patrz, patrz!’ - Alec pokazał olbrzyma palcem. 9


‘Alec, ja prowadzę samochód,

to nie jest zabawa.

Już sześć razy miałam wypadek, wystarczy’ mama była zajęta wyczekiwaniem na dalszą

Potem zamyśliła się nad czymś, a Alec wiedział, że w takich chwilach nie powinien mamie przeszkadzać. Pod samym domem, w którym mieszkała babcia, mama dodała.

jazdę, korkiem, światłami, babcią i nie wiadomo, czym jeszcze. ‘Ludziki mają swoje imiona, jak to ludziki, jak ty i każdy.’ Czuła, że jeśli nie w tej chwili, to już nigdy nie uda się jej wydostać z tego nieznośnego korka. W końcu samochód drgnął, przyśpieszyła, minęła Randolph Place i skręciła w trzecią w lewo.

‘Ja tylko chciałem pokazać ci tego Złotego Pana. I różnych kieszonkowych ludzi’ wyjaśnił Alec. - ‘Mamo, on chyba jest żółty, ten pan, i powinien nazywać się Żółty Pan. A ci ludzie z kieszeni jego marynarki to jak się nazywają?’

‘To ja też jestem taki ludzik z kieszeni tego Złotego Pana?’ - Alec niewiele z tych wyjaśnień rozumiał, a przecież powinien wiedzieć coś więcej, bo był już duży.

Zastanawiał się, co też dzieje się teraz na tej dziwnej Randolph Place? Pewnie było tam nadal tak ciasno, jak przed południem w sklepie. A sprzedawczyni przeciskała się pomiędzy ludźmi i dolewała im do filiżanek gorącą kawę, której zapach Alec czuł nawet tutaj, w mieszkaniu babci. A Złoty Pan? Być może rozglądał się uważnie po całej okolicy,

‘Złoto ma kolor żółty. A czasami, lecz rzadziej, biały’ - odpowiedziała mama, znowu tak trochę zagadkowo.

podziwiając spadziste dachy kamienic, las kominów i uśmiechające się do mew szyby starych okiennic. 10


Rozdział Drugi

Pościg przy kaskadzie wodnej na Water of Leith


Jedno z okien pokoju dziennego wychodziło wprost nad rzekę.

‘Ciiii!’ - babcia szybko szła ścieżką wzdłuż brzegu rzeki w kierunku

Nieustanny szum wody z pobliskiej kaskady wypełniał każdy zakamarek

kaskady, zupełnie nie dbając o słuszne uwagi wnuka na temat psa i

babcinego mieszkania. Ze zgiełku Princes Street nie pozostało ani śladu.

jedzenia.

Słychać było jedynie niewyraźny szum, podobny do odgłosów przelewającej się w oddali wody, pełnej milczących, spoglądających zagadkowo na świat ryb. Babcia zachowywała się trochę dziwnie, bo

Po drodze minęli wielkiego czarnego wilczura, który ciągnął za sobą

zamieniła tylko kilka słów z mamą Aleca, a zaraz potem zabrała swojego

chudego, przygarbionego niewidomego. Niewidomy ledwo nadążał za

wnuka na spacer. I to bez suczki Tango. I bez prowiantu. A co z

węszącym nie wiadomo co psem. Zmuszony prawie biec za

obiadem?

czworonogiem zupełnie nie radził sobie z długą smyczą i tempem spaceru, a opukiwanie białą laską drogi stało się bardzo trudne.

‘Babciu, a co z obiadem? Gdzie idziemy?’ - dopytywał się Alec.

Babcia zwolniła nagle i powiedziała coś do psa. Wrrrrrr... A wilczur nie wiedzieć czemu zatrzymał się, skulił łeb, schował pod siebie ogon, przysiadł do czasu, aż niewidomy właściciel zdołał zrównać się z nim.

‘Ciiii!’ - babcia syczała cichutko, przytykając tajemniczo palec do swoich ust.

Potem ostrożnie ruszył przed siebie, chroniąc swojego podopiecznego przed niebezpiecznym skrajem ścieżki przy samej wodzie.

‘A dlaczego nie wzięliśmy na spacer Tango? Ona zrobi w domu kupę i będzie brzydko pachnieć, jak wczoraj, a ja nie będę sprzątał, bo jestem głodny’ - Alec czuł, jak w jego brzuchu robiło się coraz więcej miejsca na smaczny obiad i deser.

12


‘Babciu, co powiedziałaś temu psu? Czy ja też mogę tak mówić do

Byli już blisko kaskady, gdy stało się coś, co w końcu spowodowało jej

piesków? Babciu, naucz mnie tak wrrrrrr...czeć!’ - spostrzegawczość

wyraźną reakcję.

Aleca pozwoliła mu natrzeć na babcię z całą siłą. ‘Ja widziałem dzisiaj Złotego Pana, a ty nie...’ - Alec szukał jakiegoś ‘Ciiiii!’ - babcia nie chciała jednak porozmawiać z nim poważnie.

punktu zaczepienia, by zatrzymać wreszcie babcię.

Kontynuowała szybki marsz w kierunku wodnej kaskady, jakby sama była

‘Ciiii! Mówię ci cały czas! Ciiii! O tym nie wolno nam głośno mówić!!!’ -

strasznym wilczurem, a jej wnuk takim młodym, nic nie widzącym

babcia wydawała się czymś naprawdę przestraszona.

podopiecznym. Rozglądała się na wszystkie strony, przygotowana na atak zbrojnej armii Alec był coraz bardziej głodny. I zły. Na babcię. Na mamę. Na Tango. I

potworów. I to potworów wcale nie z gierki Aleca. Tylko tych

na wszystkich. Widział Złotego Pana, a mama nawet nie wiedziała, jak

najprawdziwszych.

Złoty Pan miał na imię, a babcia zachowywała się jakoś podejrzanie, bo zamiast jeść smaczny obiad biegła ścieżką, ciągnęła go za sobą i zaraz razem mogli wpaść do rzeki. Tymczasem on tylko trochę umiał pływać. I to tak niezbyt dobrze, chociaż nikomu o tym nie mówił, bo i po co?

Nastraszyła malca, nie ma co. Widocznie to nie żarty, sprawa była poważna, bo przecież babcia to babcia, wie, co mówi. Alec przyglądał się jej uważnie. A wzrok babci świdrował całą okolicę. Głównie gęstwinę drzew i krzewów po drugiej stronie rzeki. I naraz przykucnęła,

‘Babciu, a jak wpadniemy do wody, to ja będę pływał, dobrze?’ - wnuczek

przyciągnęła go do siebie i porozumiewawczo kiwnęła głową, jakby

dopytywał się babci, lecz perspektywa zimnej kąpieli zamiast obiadu i

końcem nosa zakreślała w powietrzu małe kółka lub próbowała

smacznego deseru nie zatrzymała babci choćby na jedną chwilkę.

pochwycić bałwany morskie w czasie sztormu.

13


‘Są tam’ - szepnęła mu do ucha. - ‘Wyraźnie wyczuwam ich pot. Muszą

‘Ciiii! Jeśli to wielkoludy, musimy bardzo uważać’ - wyszeptała babcia.

być bardzo spoceni, śmierdzą okropnie’ - szeptała nadal, nie zważając na wciskającego się w nią bardziej i bardziej Aleca, który był już bliski płaczu.

‘Babciu, one są ogromne, jak Złoty Pan. I jest ich coraz więcej. Ale są ubrane w jakieś szmaty. Nie mają marynarek. Ani spódniczek. I chyba są trochę dziurawe, bo mają takie dziwne dziury w brzuchach albo trochę

‘Babciu, ja się boję’ - wykrztusił w końcu.

wyżej, albo z boku. Kim są te dziurawe ludy, babciu?’ - dopytywał się cichutko Alec.

‘Ciiii! Czuć ich wyraźnie, ale to dziwne, bo ich nie widzę. Gdzieś tu muszą być. Jeszcze chwilkę, poczekajmy jeszcze, dobrze? Cierpliwości’ -

‘Ciiii!’ - babcia jakby kurczyła się stopniowo od tego wpatrywania w

babcia była całkowicie pochłonięta wypatrywaniem czegoś po drugiej

gęstwinę i słuchania sprawozdania wnuka.

stronie rzeki.

Stali bez ruchu. Babcia długo obserwowała okolicę. Potem chyba dostrzegła to, co już od dawna widział Alec. Przytuliła go do siebie

‘Oni są tam, po tamtej stronie. O, tam!’ - Alec wyciągnął nieśmiało swoją drobną dłoń.

Bał się strasznie. Nie czuł wstydu. Jego ręka trzęsła się cała. I on. On też dygotał cały ze strachu. Aż nie mógł zaczerpnąć powietrza. ‘O tam, pod tym wzgórzem! Tam są! Jakieś takie wielkie ludy...

mocno. Czuł, że i ona drży cała. Wolno przyłożyła mu do ust rękę i delikatnie przycisnęła. Oboje oddychali z trudem. Wsłuchiwali się w szum wodnej kaskady.

‘Ciiii! Już dobrze, dobrze, Alec!’ - szeptała babcia, kiwając się miarowo, jak trzcina poruszana delikatnym ruchem fal w stawie. - ‘Tylko nie wolno krzyczeć, pamiętaj. Dobrze? Zgoda?’

wielkoludy!’ - chłopiec poprawił się szybko.

14


Alec kiwnął porozumiewawczo głową, wytrzeszczając oczy i marszcząc gładką skórę czoła. Babcia zdjęła rękę z jego ust, by znów mógł swobodniej oddychać. Tymczasem wielkoludy szykowały się do kąpieli. Nie zważały na zielone gałęzie drzew i trzciny. Rośliny jęczały pod ich ciężarem.

kilka kroków w kierunku ławeczki, ustawionej przy dróżce. Usiedli na niej oboje i przytuleni wpatrywali się w gęstą zieleń, we wnętrzu której odpoczywała cała zgraja niebezpiecznych wielkoludów. Babcia opowiadała dalej. Bywało i tak, że wielkoludy kradły ludzi, a potem ich gubiły lub odsprzedawały na

Dopiero teraz babcia zdecydowała się opowiedzieć

targowisku za złoto. I wówczas niektórym ludziom

Alec’owi nieco więcej. Wielkoludy zajęte były

udawało się powrócić do swoich domów. Nie potrafili

przygotowaniami do pościgu. Ścigały Złotego Pana.

już jednak żyć tak, jak żyją inni i jak oni sami żyli

Chciały porąbać go na kawałeczki. Myślały tylko o

przedtem. Zachowywali się trochę dziwacznie. Robili

złocie, z którego podobno zbudowany był Złoty Pan.

różne rzeczy, których zwykli ludzie po prostu nie

Starannie ostrzyły wielkie siekiery. Czyściły z rdzy

rozumieli, bo większości z nich nic nie obchodziły

długie piki, na które chciały nadziać swoją ofiarę.

jakieś tam wielkoludy.

Planowały morderstwo Złotego Pana. Ścigały go od najdawniejszych czasów. Jeśli człowiek spotkałby ich na swojej drodze, powinien zatrzymać się natychmiast i stać nieruchomo, bo inaczej mogą zauważyć go i to będzie dla niego koniec, zniknie na zawsze. Porwą go i już po nim.

‘To dlaczego ich nie złapiemy? Babciu, trzeba zawołać szeryfa, antyterrorystów, panią policjantkę z naszej ulicy. Oni ich szybko

‘Ale dlaczego one tak śmierdzą?’ - Alec czuł coraz większy smród, wstrętny, gorszy od różnych zapachów w łazience w jego

aresztują, a wtedy Złoty Pan nie będzie musiał uciekać.’

przedszkolu. ‘Oni zaraz będą się myli w rzece. Cały czas musimy być

Chłopiec szeptał do ucha babci w nadziei, że może

bardzo ostrożni’ - babcia wyprostowała się powoli, cofnęła o 15


pomóc Złotemu Panu, chociaż cały czas nie bardzo podobały mu się takie

Przy samej kaskadzie jeden z nich zszedł tuż nad taflę wody, postawił w

trochę zbyt proste nogi Złotego Pana. No i spódniczka, która nie była ani

rzece lewą stopę i wielką dłonią zaczął zmywać z niej brud, wcierając w

kiltem, ani tym bardziej

czarną od kurzu skórę wodę. Wielkolud stał tak blisko ławeczki, że Alec

spodniami. Fajne były tylko te drabiny i

zagadkowe kieszenie marynarki, mieszczące w sobie aż tylu ludzi naraz.

mógł dokładnie przyjrzeć się dziurze przebijającej na wylot wielki brzuch. Głowa tego czyścioszka sięgała gałęzi nadrzecznych drzew. W jego powolnych ruchach i rysach twarzy z łatwością można było dostrzec

‘Babciu, trzeba koniecznie pomóc Złotemu Panu’ - śmiało zadeklarował

zmęczenie.

Alec. Wielkolud wyglądał dosyć łagodnie. Był to jednak zgubny pozór. Kiedy Zamiast pochwalić odwagę wnuka, jego babcia wolała opowiedzieć, skąd

bowiem umył już obie nogi, ramiona, twarz, dziurę i cały tułów, w

wziął się u wielkoludów ten nieprzyjemny zapach. Prawdopodobnie myły

powietrzu zaświszczał wielki topór, przecinający przestrzeń swoim

sie one bardzo, ale to bardzo rzadko. Być może dlatego śmierdziały

srebrnym, chłodnym blaskiem. Wielkolud zanurzył jego ostrze w rzece,

niemiłosiernie. Wprawdzie brzydko mogło pachnieć też każde dziecko, o

odłupał skalny nawis i starannie naostrzył nim straszną broń. Potem

ile zaniedbało prysznic i mycie zębów, no i codziennie nie zakładało

zaczął przeglądać się w wodzie, skąpał w niej długie siwoblade włosy,

czystych, wypranych majtek czy skarpetek. Lecz tylko wielkoludy

splątane wiatrem i brudem. Wydawało się, iż w lustrze wodnym dostrzegł

śmierdziały tak strasznie. One nie tylko nie myły się, ale również

kogoś siedzącego obok na ławeczce. Wyglądało na to, że zaczął czegoś

nieczęsto prały swoją skąpą odzież. Zwykle robiły to w rzece

szukać na samym dnie rzeki, lecz tak naprawdę przygotowywał starannie

przepływającej nieopodal Edynburskiego Zamku. Wierzyły, że woda w

atak na śmiałków, którzy bezkarnie przyglądali się jego wieczornej

Water of Leith jest najwyższej jakości, dzięki czemu mycie się nie będzie

kąpieli.

konieczne przez wiele kolejnych dni. Wielkoludy nie zdawały sobie sprawy z tego, że do odpowiedniej higieny ciała potrzebna była nie tylko czysta woda, lecz także codzienne mycie się w niej. Dzisiaj jednak właśnie zaczęły się już kąpać, bo woda w rzece znacznie przybrała, zwolna zmieniając kolor na brunatny. Robiło się jej więcej i więcej. Tyle samo, ile zaraz po długim deszczu.

‘Alec, musimy uciekać, on nas chyba zobaczył!’ - szepnęła nagle babcia, a Alec aż podskoczył z wrażenia. - ‘Ciiii!!!! Jeszcze nie! Zaraz! Jeszcze nie... Zaraz! Już!’ - i w jednej chwili porwała go ze sobą tak sprawnie, jak porywa się lekkie ptasie piórko, choć przecież był już całkiem dużym 16


chłopcem, a nie jakąś tam fikcyjną postacią z kreskówek, nic nie ważącą,

‘Mamo! Mamo, a co będzie na deser?’ - zapytał natychmiast, tuląc się do

o ile tylko miała właśnie nic nie ważyć.

mamy bardzo mocno, najmocniej, mocno jak nigdy przedtem.

Nie było teraz czasu, by zastanawiać się nad tym, jak to w ogóle możliwe, że babcia miała tyle siły? I że zaraz zdobędą drużynowe mistrzostwo świata w biegach wzdłuż rzeki.

Ani Alec, ani babcia do wieczora nie odezwali się choćby jednym słówkiem na temat wielkoludów. Oboje nie mogli jednak przestać myśleć o tym, że całkiem niedaleko, właściwie tuż obok mieszkania babci

‘Szyyyyyyyy.....bciej! Szybbbbbb...ciej!’ - Alec darł się, a babcia pędziła, jakby właśnie wczoraj zdobyła złoty medal na dwieście metrów z przeszkodami na letniej olimpiadzie.

Ledwo zdążyli. Jeszcze moment, a wielkolud złapałby ich. Tak się jednak nie stało. Wyłącznie dzięki zimnej krwi babci i jej codziennej gimnastyce, długim spacerom, a także częstej jeździe na rowerze.

Najdziwniejsze jednak było zachowanie mamy i Tanga, którzy wyglądali, jakby w ogóle nie byli zainteresowani, gdzie i po co babcia i Alec wyruszyli bez zjedzenia obiadu. I dlaczego tak pędzili w drodze powrotnej do domu? ‘Ciiii!’ - babcia spojrzała badawczo na Aleca.

wielkoludy kąpały się kolejno w rzece, zajmując swoim obozem ogromną przestrzeń, aż do polany, gdzie Water of Leith wyginała się w napięty łuk, a nad nią wznosiło się wzgórze, na które prowadziły strome kręte schodki. Wprost do muzeum sztuki współczesnej.

To w tym muzeum tydzień temu Alec oglądał słoneczny zegar i z wielkiego brązowego rożka jadł pyszne lody.

Nieustanny szum wodnej kaskady czasami przerywały nieznane odgłosy. Było je słychać w mieszkaniu babci. Choć były niewyraźne, a czasami trochę nieprzyjemne, to jednocześnie niezwykle charakterystyczne. Alec wiedział teraz o nich więcej, niż wszyscy ludzie na świecie. To wielkoludy ostrzyły swoją śmiertelną broń, by ruszyć zaraz w dalszy pościg za Złotym Panem.

Dwa razy nie musiała powtarzać. Chłopiec wiedział, że to, co mu pokazała, warte było dozgonnej tajemnicy. Takiej prawdziwej. 17


Rozdział Trzeci

Atak wielkoludów


Nie dość, że na deser nie było lodów, to jeszcze Tango nie zdążyła wybiec

dawna uważał siebie za prawie dorosłego. W ubiegłym tygodniu w takim

na trawę i trzeba było szybko sprzątać cały korytarz. Alec nie lubił

największym szkockim muzeum sam kierował ogromną, prawdziwą

takiego sprzątania.

wyścigówą. Okrążył Edynburski Zamek. Całą drogę przejechał w dwie minuty! Siedząc na babcinych kolanach.

‘Babciu, a czy ty lubisz sprzątać kupę po pieskach?’ - był prawie pewny, że babcia także nie lubi sprzątać czegoś takiego.

Ale babcia mówiła, że w Edynburgu nie ma drogi, po której właśnie razem jechali. Więc co to była za ulica, którą widział na wielkim ekranie plazmy? Czy taka, jak w jego

‘Możemy nie lubić sprzątać, a jednak chcemy,

gierce? Znał się na gierkach, a co więcej był

by wokół nas było czysto. Dlatego, rad nie

zwycięzcą wszystkich, jakie aktualnie posiadał.

rad, sprzątamy’ - odpowiedziała za babcię

Niedawno wyprzedził nawet najszybszego

mama. - ‘A teraz wrzuć tę foliową torebkę

kierowcę świata formuły pierwszej i to właśnie

do śmietnika. O, tam! Idź ostrożnie’ -

bolid Aleca miał najlepszy czas na mecie.

mama otworzyła szeroko drzwi do ogrodu i pokazała ręką chodnik prowadzący do pojemników na różne odpady.

‘Wcale nie jesteś taki mały. Podstaw sobie pod nogi tamtą ogrodową skrzyneczkę, tę pustą, po sadzonkach, to dosięgniesz’ - mama nie

‘Ale ja nie dosięgnę. Jestem jeszcze mały’ Alec zaprotestował, choć nie lubił

rezygnowała ze swojego pomysłu, by jej syn wziął czynny udział w sprzątaniu po Tango.

przyznawać się do tego, że był wciąż małym chłopcem. ‘A dlaczego pieski same nie sprzątają, jak zrobią coś takiego?’ - Alec szukał Tak naprawdę to już od

jeszcze dla siebie ratunku, czuł 19


jednak, że jego pytanie jest trochę niemądre.

‘Babciu, a ja też nie lubię gryźć skórki od chleba, tak, jak Tango’ - Alec wdrapywał się właśnie na babcine kolana, nie zważając ani na psa, ani na gazety, ani nawet na samą babcię.

Oczywiście wrzucenie woreczka z nieczystościami do śmietnika nie stanowiło dla niego najmniejszego problemu. Wybiegł z domu, chodnikiem dotarł do pojemników na śmieci, wdrapał się szybko na starą

‘Tak? To powiedz szybko, co wystraszyło cię tak bardzo przy śmietniku?’ - babcia zaskoczyła go celnym pytaniem.

drewnianą skrzyneczkę, odchylił pokrywę pojemnika na śmieci i… Cały znieruchomiał. Ze strachu. Z głębi śmietnika patrzyły na niego wielkie, straszne oczy jakiegoś stwora.

Alec już wcześniej chciał opowiedzieć o śmietnikowych oczach, ale tak jakoś nie było okazji.

Zatrzasnął pokrywę i z wrzaskiem wrócił do domu, cały czas ściskając w ręku worek z miękką zawartością. ‘Tam były takie wielkie, straszne oczy!’ - chłopiec przywarł kurczowo do szyi babci, a jego drobne ciało całe trzęsło się ze strachu. ‘A to co znowu?’ - dopytywała się mama, zdezorientowana nieco jego krzykiem. - ‘Po co przyniosłeś z powrotem ten woreczek? Przecież zaraz będzie tutaj brzydko pachnieć. Jeśli tak bardzo nie chcesz tego zrobić,

‘Nic to, Alec, nic. Nie ma się czego bać. Coś ci się przywidziało -

trudno… Daj mi go, proszę!’ - i zanim Alec zdołał zaczerpnąć tchu, by

uspokajała go babcia. - ‘Wystraszyłeś się, nie ma co. Już dobrze, już

opowiedzieć, co się stało, jego mama podeszła do śmietnika, otworzyła

dobrze. To ty nie wiesz, że strach ma wielkie oczy?’

pokrywę i po kłopocie. Babcia przez cały wieczór siedziała w swoim ulubionym fotelu. Przeglądała kolejno wszystkie gazety. Przy jej nogach leżała spokojnie

‘Ale one tam były. Były! Naprawdę. Ja je widziałem!’ - wnuczek upierał się

stara suczka. Tango miała ponad piętnaście lat. Babcia wykąpała ją już

przy swoim.

dzisiaj, nakarmiła, dała lekarstwa. Alec bardzo lubił, gdy babcia własnymi rękoma wkładała jedzenie głęboko do pyska Tango. Wiedział, że jedzenie musi być dobrze rozdrobnione, bo Tango nie ma siły gryźć. 20


‘Więc dobrze, pójdziemy tam razem i przekonasz się, że wszystko jest w

Nie wiedział, czy inni chłopcy lubili się myć przed snem. Jeśli tak, to byli

najlepszym porządku, dobrze? Chcesz się przekonać?’ - zaproponowała

jacyś dziwni, bo on nie lubił. Pamiętał tylko o szczotkowaniu zębów, żeby

babcia.

zawsze były czyste. Chętnie trzymał w ręku szczoteczkę z pastą.

Chłopiec trochę chciał, ale tak jakoś bardziej nie chciał. Chociaż był już prawie, prawie dorosły, łzy zaiskrzyły na jego małych policzkach.

‘No cicho, cicho! Babcia nie pozwoli cię skrzywdzić’ - przytuliła go.

Alec lubił, kiedy tak do niego mówiła. Była wtedy bardzo blisko i on przez chwilkę stawał się takim naprawdę malutkim chłopcem. ‘No, Alec! Czas do łóżka. Dzisiaj zostaniecie z mamą u mnie. W okolicy kręcą się ci, no wiesz, kto. Poza tym jest już późno.’

‘A czy ja muszę się myć? Bo jestem zmęczony i mi się nie chce’ - chłopiec próbował wykorzystać całe to dzisiejsze zamieszanie, by wyprosić zgodę na położenie się do łóżka bez uprzedniej wizyty w łazience.

21


W przedszkolu pastą do zębów namalował nawet bardzo ładny obraz. W

na trawie, która też cała jest zielona. Ja to muszę szybko poprawić,

łazience. Na kafelkowej ścianie. Przed jej umyciem pani zdążyła zrobić

babciu’ - wnuczek podkreślił bardzo poważnie.

komórką zdjęcie, które potem wysłała mamie.

W domu Alec musiał solennie przyrzec, że już więcej nie będzie malował po ścianach. Zdjęcie to następnego dnia mama pokazała takiej bardzo ważnej pani malarce i zaraz potem Alec został zaproszony do wspólnego malowania wielkiego obrazu. Prawdziwego. Prawdziwymi farbami pani malarki.

‘Babciu, czy ja bardzo popsułem ten wielki obraz?’ - malec patrzył babci prosto w oczy, w napięciu czekając na odpowiedź.

‘Dlaczego myślisz, że zniszczyłeś obraz? Mama opowiedziała mi wszystko. Inni malarze bili ci brawo. Gdybyś coś zepsuł, z pewnością rozległyby się gwizdy, a nie brawa. Twoje malowanie jest więc w porządku!’ - zapewniła go babcia.

‘Ale babciu, ja chciałem namalować coś, tylko nie wiedziałem dokładnie, co. No i namalowałem jakoś tak... Nie tak, jak chciałem. Powinienem zmienić kolory tych drucianych koników. Bo one są całe zielone. I stoją

22


‘Na pewno namalowałeś wszystko jak najlepiej. Jutro rano odbędzie się

Właśnie babcia mówiła coś o wędrówce Złotego Pana. Alec chciał bardzo

uroczysty pokaz obrazu. Na zmiany jest już za późno, Alec’ - wyjaśniła

pomóc Złotemu Panu, więc wstał cichutko z łóżka i z uchem przytulonym

babcia. - ‘Czy mama mówiła ci, że to największy obraz na świecie? I że

do szparki w drzwiach wsłuchiwał się w rozmowę dorosłych.

namalowany został aż przez dziewięćdziesiąt dziewięć osób?’

‘Alec widział dzisiaj coś w śmietniku. Czy mogłabyś mi wyjaśnić, co to

‘A ile to osób?’ - chłopiec dopytywał, bo liczenie lubił sprowadzać do

było?’ - mama ściszyła głos, ale nie tak bardzo, by Alec nie usłyszał

dodania do siebie dwóch porcji dużych lodów. - ‘Czy to więcej niż dwa?’

pytania.

‘Więcej, dużo, dużo więcej’ - zaśmiała się głośno babcia.

‘Sama się zastanawiam. Prawdę mówiąc nie mam najmniejszego pojęcia. Na pewno to nie był któryś z tych ohydnych wielkoludów, bo Alec nie miałby żadnych szans’ - wywód babci był jak zwykle rzeczowy i jasny. ‘I ty tak spokojnie o tym wszystkim mówisz?!’ - mama zapomniała

Nie był tym wcale zachwycony. Dużo, dużo więcej, niż dwie osoby starało

najwidoczniej o ciszy nocnej i prawie krzyczała. - ‘Co to znaczy, że Alec

się namalować tamten wielki obraz, a on wszystko po prostu popsuł. To

nie miałby żadnych szans? Co masz na myśli?’

go bardzo martwiło. Bez słowa położył się do łóżka, lecz nie mógł zasnąć. Malowanie obrazu, spotkanie Złotego Pana, ucieczka przed wielkoludem, sprzątanie po Tango, oczy w śmietniku… Za dużo tego wszystkiego, jak

‘Kochanie, nie oczekuj ode mnie zbyt dużo. Wiem niewiele więcej, niż ty.

na jeden dzień.

Teraz najważniejsze jest bezpieczeństwo nas wszystkich. I oczywiście bezpieczeństwo Złotego Pana’ - odpowiedziała spokojnie babcia.

Z sąsiedniego pokoju dochodziła go rozmowa mamy i babci. Nie wszystko zdołał usłyszeć. Nie wszystko rozumiał. Wiedział, że

Alec siedział w pidżamie wprost na podłodze. Skulony, prawie

podsłuchiwanie cudzych rozmów było obrzydliwe. Ciekawość jednak

niewidoczny, czuł się coraz bardziej zmęczony wsłuchiwaniem w

zwyciężyła.

rozmowę. Oparty o framugę drzwi z wolna usypiał.

23


24


‘Ja w takim razie pakuję Aleca i uciekam stąd jak najdalej!’ - wybuchnęła znowu mama.

‘Proszę Cię o rozwagę, kochanie. Wiesz przecież bardzo dobrze, że emocje są naszym najgorszym doradcą’ - w głosie babci słychać było pojednawczy, rzeczowy ton.

‘Jak długo mamy to wszystko cierpliwie znosić? No powiedz, jak długo? Przecież oni głośno i wyraźnie mówią, co chcą z nami zrobić! I w końcu nas wszystkich…’ - w tym momencie mama znowu rozpłakała się na dobre.

‘Zrobisz, jak zechcesz, ale musisz wiedzieć, że dla nas najbezpieczniej jest tutaj. W Edynburgu. Nie ma na świecie bezpieczniejszego miejsca ani dla ciebie, ani dla Aleca, ani dla mnie!’

W tym momencie okno sypialni otworzyło się z hukiem. Wielka ręka pochwyciła sprawnie pościel z łóżka i wyciągnęła na dwór. Gdyby Alec spał w łóżku, co byłoby jak najbardziej normalne, a nie pod drzwiami na podłodze, zostałby właśnie porwany przez wielkoludy.

25


Rozdział Czwarty

Ucieczka wprost w pułapkę


Babcia z mamą rzuciły się do drzwi sypialni. Otwierając je przesunęły

‘A co ty właściwie robisz w pidżamie na podłodze? I do tego pod ścianą,

śpiącego malca pod samą ścianę. Nie zauważyły tego jednak wcale.

za drzwiami? Może powiesz nam, co takiego tutaj się wydarzyło?’ -

Podbiegły do otwartego na oścież okna. Uliczna latarnia ubogo oświetlała

zapytała babcia.

przydomowe krzewy.

‘Ale... Ale ja...’ - jąkał niepewnie Alec. - ‘Bo ja tylko chciałem coś wiedzieć o tym Złotym Panu. Przy drzwiach było lepiej słychać. Ja chciałem

‘Gdzie jesteś, Alec?’ - krzyknęła przerażona mama.

troszeczkę pomóc... I to dlatego...’ - chłopiec nie umiał kłamać, ale trudno było mu teraz wytłumaczyć, że jego zdaniem nie zrobił nic złego.

‘Mamo! Babciu! Dlaczego zabrałyście z łóżka pościel? Jak ja teraz będę spał? Ja chcę do łóżka!’ - odezwał się spod ściany, wciśnięty za otwarte drzwi Alec. - ‘Ja już nie chcę siedzieć na podłodze, ja chcę spać!’

No proszę, po co to całe podsłuchiwanie? Nie zapamiętał nic takiego, co naprawdę byłoby do czegokolwiek przydatne. Za to bolały go całe plecy. Podłoga u babci była bardzo twarda. No i do tego wszystkiego zapodziała się gdzieś jego pościel. Chyba wstyd jej było, że on podsłuchiwał pod drzwiami... I dlatego uciekła przez okno w

Alec bardzo nie lubił wstawać zbyt

ciemną noc.

wcześnie. A cóż dopiero w środku nocy. Jakie to straszne! Jak to teraz naprawić? Alec nie miał najmniejszego pojęcia. Tymczasem mama z babcią nie dawały mu spokoju. ‘O, Alec! Jesteś tutaj! Jak to dobrze! Syneczku, nic ci się nie stało, prawda?’ - mama przytuliła go bardzo mocno, tak bardzo, bardzo mocno.

27


‘Alec, dosyć tego wszystkiego! Co stało się z pościelą, mów prędko, czy to

Po chwili bujał się w starym babcinym fotelu. Mama głośno wzdychała,

ty wyrzuciłeś kołdrę i poduszkę przez okno?’ - mama miała trochę

jakby chciała w ten sposób powiedzieć coś ważnego. Raz po raz sięgała

rozbawioną, a jednocześnie trochę srogą minę.

po kolejną chusteczkę do nosa.

Chłopiec takiej miny nie lubił, bo zaraz potem mama zwykle płakała. A

Do wielkiej skórzanej torby pośpiesznie pakowała ubrania. W torbie

wtedy on też płakał.

rzeczy lądowały w zupełnym nieładzie. Alec nigdy jeszcze czegoś takiego nie widział. Żeby mama zrezygnowała z układania wszystkiego starannie i równiutko?

‘Daj mu spokój, przecież to niemożliwe’ - szybko wzięła go w obronę babcia. - ‘Nie widzisz, że całe zamknięcie okna jest wyrwane?’ ...No, no, no. Babcia także kiwała znacząco głową. Wróciła właśnie z dworu. Wprawdzie nie przeszkadzała mamie w pakowaniu, ale chyba nie ‘Ja nie... Ja tylko siedziałem tam, przy drzwiach, to nie ja. Ja nie będę więcej podsłuchiwał. Ja nic nie wiem. O Złotym Panu nie wiem nic, bo nie pamiętam...’ - malec dłużej już nie potrafił powstrzymać łez. - ‘I jak ja teraz pomogę Złotemu Panu?’

Mamie też łzy zaiskrzyły w oczach. W takich chwilach Alec stawał się tyci, tyci, najmniejszy na świecie. I gdyby nie babcia, rozpłakałby się na

chciała, by mama to robiła. ‘Pościel zniknęła. To może oznaczać tylko jedno. Dlatego nie powinnaś robić nic pochopnie, kochanie’ - zwróciła się do mamy chłopca.

Alec ponownie zasypiał, delikatnie huśtany, otulony ciepłym, puszystym pledem.

dobre. ‘Ale ja tak nie mogę!’ - wybuchnęła głośno mama. - ‘Jutro będzie jeszcze gorzej. Musimy natychmiast uciekać, bo nie wiadomo, jak to wszystko może się skończyć...’ 28


Hałas nie pozwolił Alec'owi zasnąć. Obudził też Tango. Stara suczka

‘Syneczku, ubierz szybko spodnie, buty i kurtkę. Ja znoszę rzeczy do auta.

zwlokła się nieśpiesznie z plecionego posłania, wyraźnie zaskoczona

Wracamy do domu. Natychmiast!’ - głos mamy drżał niespokojnie od

pobudką. Rozglądnęła się wokół, pyskiem pchnęła niedomknięte drzwi

przełykanych co chwila łez.

sypialni i podeszła do okna. W mieszkaniu rozległo się ciche warczenie. Tango starannie obwąchiwała okno, teraz prowizorycznie przymknięte. W końcu zawyła przeraźliwie. Aż dreszcze przeszły wszystkim po plecach. ‘Nie boję się, wcale się nie boję’ - szeptał do siebie Alec, tak dla dodania otuchy.

Alec'owi zrobiło się smutno. Właśnie znowu zachciało mu się spać, gdy tymczasem zamiast zasypiania miał się ubierać i jechać taki kawał drogi do domu. U babci było mu dobrze. W bujanym fotelu mógłby huśtać się aż do śniadania. A tu klops! Pozwolił się jednak ubrać.

Babcia zrobiła to tak sprawnie, że nawet nie zauważył, kiedy był gotów do drogi. Po chwili siedział obok mamy w samochodzie. Auto ruszyło szybko i za parę minut wjechali do centrum miasta. Wtedy malec przypomniał sobie, że przecież przejeżdżać będą blisko Randolph Palce. ‘Mamo, ja chcę zobaczyć Złotego Pana! Czy on jest tam jeszcze? W nocy? Na tamtej ulicy?’ ‘Alec, zaśnij, proszę cię, to nie jest czas na miłe bajki. O tej porze na ulicach nie ma tłoku, więc zaraz będziemy w domu. A jeśli chcesz, to na miejscu pozwolę ci położyć się do łóżka bez mycia...’

Do czego to doszło. Alec słyszał o dzieciach, które zamykały mocno oczy i w jednej chwili zamieniały się w króla albo w rycerza. Albo w księżniczkę, jeśli to były dziewczynki. A z czego cieszyły się najbardziej? No z czego? 29


W jego przedszkolu wszystkie dzieci cieszyły się, jeśli nie musiały sprzątać

Mama skręciła z piskiem opon w lewo i dodała gazu. Alec co chwila

kredek po rysunkach i zjadać do końca drugiego śniadania.

podskakiwał razem ze swoim samochodowym fotelikiem wysoko w górę. Całe auto kiwało się w jedną stronę i w drugą, jakby jechali trasą z przeszkodami. Najgorsze było to, że jego mama cały czas milczała. To

‘Mamo, wiesz, a w domach to dzieci nie myją uszu, nie szorują rąk szczotką z mydłem, potem mają brudne szyje’ - Alec nie był pewien, czy to, co mówił teraz swojej mamie było bardzo ważne, czy nie... - ‘Ja mogę się myć, wiesz? Ale za to chciałbym być rycerzem. Największym na całym

nie było normalne. ‘Maaa...mo! Szyyyyy...bciej!’ - syn pomagał swojej mamie w ucieczce, jak tylko mógł.

świecie...’ - dodał cichutko. Pędzili po Princes Street. Prawą stroną. Pod prąd. Na szczęście ulica była ‘Śpisz już?’ - zapytała mama.

zupełnie pusta. Jedynie po dachach Galerii biegł szybko jakiś człowiek. Był wielki, jak tamte wielkoludy, lecz jakiś taki inny. W sukience. Alec od razu dostrzegł, że to Złoty Pan. Ale czy nie zawali się pod nim dach Galerii? I nie ulegnie zniszczeniu obraz, który Alec rano malował z takim

Nie spał. Wpatrywał się w półmrok ulicy. Wierzył, że znowu spotka

zapałem?

Złotego Pana. A wtedy powie mu o wielkoludach znad rzeki, o strasznych oczach w śmietniku. Powie też o kradzieży kołdry i poduszki z sypialni babci.

‘Mamo, mamo, widziałaś? Tam pobiegł Złoty Pan! O tam, tam!’

Pomimo półmroku Alec wyraźnie widział, jak Złoty Pan zręcznie ‘Mamo, mamo! Tam nie ma Złotego Pana, tylko te wielkoludy! Spójrz

przeskoczył bardzo wysokie kamienice Starego Miasta.

tam!’ - Alec krzyknął głośno i pociągnął mamę za rękaw swetra. - ‘Te same. Widzieliśmy je dzisiaj z babcią nad rzeką...’ ‘Ciii...’ - wyszeptała mama, zupełnie tak samo, jak wcześniej, nad rzeką, babcia.

30


Princes Street przejechali w mistrzowskim tempie. Przy hotelu ostry skręt

przedostał się na jej fotel i po chwili stał już przy drzwiach auta. Wokół

w prawo i już byli przed North Bridge.

czuć było brzydki zapach. Obrzydliwie brzydki.

Ale przejazd przez most okazał się niemożliwy. Dalszą drogę swoim

‘Ciii, Alec...’ - mama szeptała mu prosto do ucha. - ‘Ten wielkolud chyba

wielkim, dziurawym cielskiem blokował jeden z wielkoludów. Mama

śpi... Tutaj są jego stopy, a tam, po drugiej stronie głowa... Ależ on

Aleca zahamowała tak mocno, że całe auto odwróciło się i tam, gdzie

śmierdzi...’

przed chwilą znajdował się przód, teraz był tył samochodu. Szybko wyłączyła silnik i wszystkie światła. ‘Ale tamte wielkoludy... one idą tutaj, prosto do nas, mamo!’ - Alec ścisnął rękę swojej mamy najmocniej, jak potrafił. ‘Ciii... syneczku... ciii...’ - szeptała. - ‘Musimy wyjść z samochodu. W tej chwili!’

Jej głos drżał. Ze strachu. Alec też się bał. Bardzo.

‘Mamo, ale czy ty nie widzisz, że oni idą do nas z tamtej strony...? Oni są wszędzie...’ - Alec mówił najciszej, jak tylko potrafił. - ‘Czy oni już nas złapali?’

Mama na chwilkę przyłożyła rękę do jego ust. Potem ostrożnie rozpięła fotelikowe szelki, uchyliła drzwi samochodu i cichutko wyszła na jezdnię. Przykucnęła. Była teraz prawie taka mała, jak dziecko. Alec z trudem 31


Rozdział Piąty

Kryjówka przy North Bridge


Wielkoludy szły środkiem ulicy wprost na North Bridge. Alec ze swoją

Dzisiaj to co innego. Nie dość, że było już później, niż bardzo późno i że

mamą znaleźli się w sytuacji bez wyjścia. Widzieli, jak jeden z olbrzymów

Alec'owi nie chciało się wcale spać, to jeszcze w środku miasta właził

dokładnie przeszukiwał każde napotkane auto. Wielkoludy były pewne, że

właśnie pod jakiś wielki samochód. A czy od tego niespania nie urośnie?

uciekinierzy ukryli się właśnie gdzieś tutaj.

Bo mama mówiła mu często, że dzieci rosną tylko w czasie snu. Szybciutko. Jak ogórki i melony.

‘Alec! Wchodzimy pod sąsiedni samochód. On ma duże koła i wysoko podwozie, więc oboje zmieścimy się pod nim’ - mama malca stopniowo

‘Alec, niech ci teraz przypadkiem nic innego nie przyjdzie do głowy!

ściszała głos. - ‘Ale uważaj na ten ostry kawałek blachy, nie skalecz się!’ -

Chowaj się szybko!’ - upomniała go mama.

dodała bardzo, bardzo cichutko. ‘Ale mamo! Czy to jest dobra kryjówka?’ - malec wiercił się straszliwie na Chłopcu nawet do głowy nie przyszło, żeby zadawać jakieś pytania. A tak

twardych kamieniach pobocza jezdni. - ‘Mamo! Zaczepił mi się rękaw i

lubił wszystko dokładnie wiedzieć! I pytał bez przerwy, dosłownie o

zaraz rozedrę kurtkę.’

wszystko. Mógł godzinami wysłuchiwać wyjaśnień, o ile były ciekawe. ‘Nie możemy tak hałasować! Wyjmij rękę z rękawa, bo jak oni zauważą Chociaż niekiedy warto było czegoś po prostu nie usłyszeć, bo potem

twoją kurtkę, to nas znajdą, a wtedy…. i wtedy…’ - cierpliwie tłumaczyła

Alec miał więcej czasu na swoje własne sprawy. Mama i babcia

chłopcu mama.

wyobrażały sobie zawsze, że tylko dorośli mają ważne rzeczy do zrobienia, jakby on nie miał nawet ważniejszych spraw. Najważniejszych w życiu! Bardzo lubił długo się bawić i uważał, że to niesprawiedliwe, gdy

Alec zaczął wiercić się jeszcze bardziej, próbując wydostać rękę z rękawa

trzeba nagle iść spać, natychmiast, bez dyskusji. Czasami to

mama i

swojej ulubionej kurtki. Jednak nie było to wcale takie łatwe. Rozpią�� więc

babcia być może miały troszeczkę racji, ale tylko wtedy, gdy on i tak sam

szybko guziki i w końcu udało mu się wyciągnąć rękę. Niestety tę drugą.

zasypiał nad zabawkami.

Mama przysunęła się trochę bliżej, by pomóc mu uwolnić się od nieszczęsnego rękawa. Właśnie do ich auta podszedł jeden z wielkoludów 33


i to była ostatnia chwila! Stwór gwałtownie otworzył przednie drzwi

nogi, aż cały most zadygotał groźnie. Alec słyszał, jak kamień, do którego

samochodu, wyrwał fotel i wyrzucił na środek jezdni. Rzęził przy tym

przytulił swoje ucho, otarł się o inny kamień i cichutko pękł.

wściekle i chrypiał. Wyrwany ze snu, wściekły wielkolud dźwignął jedno z zaparkowanych Spod samochodu nie było prawie nic widać. Tylko olbrzymie stopy

tutaj aut i rzucił nim w rozbawionych kompanów, wywołując tym

wielkoluda, a potem jego pulchną, owłosioną dłoń, którą włożył pod auto

wrzaski, brawa i śmiech. Pozostałe wielkoludy natychmiast wymyśliły

w nadziei schwytania zbiegów. Szybko pochwycił uwięziony rękaw kurtki

zabawę. Rzucały w siebie tym, co miały pod ręką, aż cały North Bridge

i gwałtownie szarpnął. Kurtka wyleciała w górę i poszybowała wprost na

zaczął się kołysać. Murowane barierki mostu pękały i kruszyły się.

nos śpiącego w poprzek mostu kompana. Mama próbowała skorzystać z zamieszania, by oczyścić siebie i Aleca z Alec został w samej koszuli. Mama długo jeszcze trzymała mocno jego

obrzydliwej mazi. Cała jezdnia pod autem lepiła się od tego świństwa.

głowę. Tak mocno, że z trudem mógł złapać oddech. Gdyby nie mama, już by ich znaleźli… ‘Mamo, tutaj jest mi zimno! I śmierdzi. I chce mi się siusiu’ - poskarżył się Alec. - ‘Ja już nie chcę nigdzie uciekać, bo muszę do łazienki.’ ‘Ciiii, na razie jest dobrze! Ciiii…’ - wyszeptała drżącym głosem, starając się uspokoić chłopca. Nagle powietrze poruszyło się gwałtownie, jego podmuch uderzył wprost w twarz malca, pozostawiając na niej śliską cuchnącą maź. Wielkolud kichnął ponownie, zrzucając z nosa łaskoczącą go kurtkę. Przez to

‘Zaraz stąd wyjdziemy, wytrzymaj jeszcze trochę’ - zachęcała mama. - ‘A jeśli już naprawdę nie możesz, to spróbuj zrobić siusiu na leżąco, tutaj, nie wychodząc spod samochodu.’

kichanie cała jezdnia oblepiona była śmierdzącą galaretą. Zaroiło się od wielkoludów, rozbawionych widokiem budzącego się śpiocha. Jeden z nich kopnął po koleżeńsku leżące cielsko. Wielkolud zerwał się na równe

‘Ale ja się pobrudzę, ja chcę umyć ręce, bo one są pomazane tą kichaną galaretą!’ - Alec był prawie pewny, że siusianie na leżąco, a do tego w 34


centrum miasta, pod cudzym samochodem nie jest najlepszym

tylko dużo, dużo większy. I to dokładnie w miejscu, gdzie miał zaraz

rozwiązaniem.

siusiać.

‘Trudno. Zamknij oczy i udawaj, że wszystko jest w porządku’ - poradziła

‘Może uda nam się przejść tym kanałem. W tej sytuacji to jedyny w

mu mama. - ‘Wyobraź sobie, że jesteś w domu, w łazience. Zobacz, obok

miarę rozsądny plan działania. Co ty na to, Alec? Musimy przedostać

nas jest pokrywa kanału, a w niej sporej wielkości otwór, więc śmiało

się na tamtą stronę mostu. Ale przejdziemy pod ziemią, bo górą nie

możesz tam nasiusiać. Spójrz. O, tutaj…’

możemy’ - mama szeptała, nie przerywając swojej pracy.

Alec nie zawsze mył ręce przed siusianiem, chociaż pani w przedszkolu

‘Babcia mówi, że w życiu najważniejszy jest dobry plan’ -

pilnowała wszystkie dzieci. Pewnego razu dostał nawet pochwałę, a do

powiedział bardzo serio Alec, powtarzając słowa babci,

tego prawdziwy wielki dyplom. Mama i babcia bardzo się cieszyły. To

jakby był papugą. - ‘Mamo, ale ja nie rozumiem, co to

wszystko podobno za to, że on zawsze mył ręce przed i po, ale to przecież

znaczy…’

nieprawda. Lecz nie przyznał się nikomu, że czasami nie chciało mu się, no i nie mył rąk, ani przed, ani po. ‘Ucieczka przez kanalizację ściekową, przez podziemną sieć kanałów. To jest w tej chwili nasz dobry plan! Przecież ty też Za ten dyplom zaraz dostał w domu największy na świecie deser złożony

miałeś w tym pomyśle swój udział’ - mama Aleca pierwszy raz

z owoców i czekoladowych lodów. Teraz jednak bardzo chciałby umyć

od tak dawna odezwała się do niego nieco łagodniejszym, ciepłym

ręce. Nawet bez nagrody.

głosem.

‘Mamo, co ty robisz?’ - malec kątem oka widział, jak mama przewraca się

Wielkoludów coraz bardziej nudziła zabawa. Jeszcze rzucały

na brzuch i próbuje wyrwać z jezdni wielki krążek, podobny do funciaka,

jakąś niebieską poduszką, z której wysypywało się drobne pierze. W końcu resztki poduszki wylądowały tuż przy aucie, pod którym 35


ukrył się z mamą Alec. Na środku materiału wyhaftowany był piękny

Jego mama tylko na to czekała. Uniosła nieco kanałową pokrywę,

latawiec z dedykacją ‘Latawiec Aleca’.

wcisnęła pod nią pozostałość po poduszce i wolniutko, kawałek po kawałku, przeciągnęła pokrywę poza otwór kanału. Okazało się przy tym, że śliska powierzchnia jezdni, wybrudzona po wstrętnym kichaniu,

‘Mamo, mamo, zobacz, to moja poduszka. Z moim latawcem!’ - Alec

ułatwiła jej bardzo pracę.

szarpał za ramię mamę, zajętą wydłubywaniem z jezdni wielkiej metalowej pokrywy kanału. - ‘Widzisz, że to nie ja wyrzuciłem pościel przez okno… Ja mówiłem prawdę.’

Po chwili oboje mogli zajrzeć do prawdziwej, ulicznej dziury, łączącej świat nadziemny ze światem, o którym większość ludzi miała bardzo skromną wiedzę. Alec próbował wyobrazić sobie ten inny świat jak

‘Tak, tak. Alec, przecież nikt nie twierdził inaczej. A teraz

najmilej, lecz nie bardzo potrafił. A ponieważ dziura znajdowała się obok

powoli wciągnij tę poszewkę pod samochód, ona nam się

samochodu, a nie pod jego podwoziem, byłoby zbyt niebezpiecznie

przyda. Położę na niej tę pokrywę, żeby żelazo nie

dokładniej sprawdzić, co kryje się w jej tajemniczym wnętrzu. Mama

hałasowało przy przesuwaniu.’

pozwoliła mu popatrzeć w jej głąb tylko raz i zaledwie przez jedną chwileczkę.

Alec już sięgał po swoją własność, gdy nagle pięta olbrzymiej stopy wielkoluda przygniotła pół poduszki. Całe auto zaskrzypiało pod cielskiem, które oparło się o blaszaną

‘Mamo, a czy tam głęboko są siusiania dzieci i kupa?’ - zaciekawił się Alec.

karoserię. Wielkolud mruczał coś pod nosem i postękiwał. Najwidoczniej było mu niewygodnie, bo po chwili odszedł i Alec wciągnął w końcu poduszkę pod auto. A właściwe wciągnął to, co z niej zostało.

‘Nie, to jest kanalizacja deszczowa, tędy odpływa z jezdni woda, gdy w Edynburgu pada deszcz’ - wyjaśniła zwięźle mama.

‘Mamo, a czy tam głęboko są szczury?’ - pytał dalej Alec. 36


‘Syneczku, większość zwierząt boi się człowieka. Małe myszki też się boją’ - uspokajała go mama.

‘Mamo, ale czy są tam pająki? Czy pająki też nas się boją?’ - Alec poczuł, jak skóra cierpnie mu na rękach. - ‘Bo ja boję się pająków. I to bardzo.’

Mama Aleca milczała przez chwilę.

‘Mamo, a ty boisz się pająków? Bo w przedszkolu to wszystkie dziewczynki boją się, bardzo, i pani też się boi’ - Alec nie dawał mamie spokoju.

Tym razem jego mama nie odpowiedziała. W ogóle nagle gdzieś ‘Nam nie wolno bać się pajączków. To tylko małe zwierzątka, nic więcej’ -

zniknęła. Chłopiec ze strachu nie mógł się poruszyć, by rozejrzeć się

zapewniła go mama.

wokół i odnaleźć swoją mamę.

‘Ale ja już nie boję się tych małych. Ja boję się jeszcze tylko tych większych’ - Alec rozglądał się niepewnie, nie będąc w pełni przekonanym, że można przestać się bać dużych pająków, zwłaszcza tych

Łzy stawały się nieznośne. Przez łzy malec prawie nic nie widział. Jakoś

ogromnych…

tak same leciały i leciały. A on chciał tylko do mamy. Gotów był oddać wszystko, co ma, nawet swoje największe skarby, byle tylko usłyszał głos mamy. Pragnął przytulić się do swojej mamy. Tak mocno, bardzo, bardzo mocno. Tak, jak to lubił najbardziej! 37


Nie chciał tutaj leżeć. W nocy, pod cudzym samochodem, na jezdni pełnej śmierdzącej mazi, w otoczeniu złych wielkoludów. Nie mógł już tego dłużej wytrzymać. Zaraz zacznie głośno krzyczeć! Najgłośniej, jak tylko potrafił, żeby usłyszała go mama.

Próbował nabrać dużo powietrza, by krzyknąć tak głośno, jak to umieli robić dorośli. Nie zdążył. Strach znów odebrał mu wszystkie siły. Jeden z wielkoludów stanął tuż przy samochodzie. Auto uniosło się nagle wysoko ponad głową Aleca i po chwili upadło z łoskotem. Poczuł, jak coś twardego otarło się o jego ramię. Wrzasnął z bólu, zapominając, że przecież nie wolno mu było hałasować. Samochód znowu poruszył się niebezpiecznie i Alec nie miał już innego wyboru. Przysunął się szybko do otworu, przez który mama chciała z nim stąd uciec.

Co robić? Czy miał jeszcze trochę poczekać na swoją mamę, czy powinien natychmiast zejść tą dziurą pod ziemię? A może jego mama już tam zeszła, a on był po prostu zwykłą gapą i tego nie zauważył? Nie wiedział, co zrobić. Gdyby mama była przy nim, to co innego, wtedy na pewno by wiedział. Ale teraz, kiedy był sam, jak dać sobie ze wszystkim radę? To już koniec. Koniec kryjówki. Jakaś włochata łapa wyciągnie go w końcu spod tego auta i wielkoludy uduszą go jeszcze tej nocy, albo tuż przed śniadaniem… Chyba, że zaraz wskoczy do kanału, tak jak zaplanowała mama.

38


Rozdział Szósty

Dwa podziemne kanały


Bał się jednak strasznie, bo w kanale na pewno było pełno wody. A on

wskoczyć i potem odnajdzie mamę. A jeśli tego dna w ogóle nigdy nie

nawet nie wiedział, czy już umie pływać, czy jeszcze nie za bardzo.

było i nikomu nie wolno tam wchodzić? No nie, przecież mama mówiła

Spojrzał w głąb ciemnej dziury. Nic nie było widać. Tylko powietrze tak

co innego.

jakoś trochę nieładnie pachniało. Chłopiec nachylił się jeszcze bardziej nad otworem. Nadal próbował ‘Mamo! Mamusiu!’ - szepnął w głąb kanału.

zorientować się, gdzie było dno kanału. Ręką sięgnął więc jeszcze głębiej. I jeszcze troszeczkę głębiej. Ale to już było za głęboko i cały wpadł do środka.

Nie może dać się złapać tym mordercom, bo już nigdy nie zobaczy ani mamy, ani w ogóle nikogo. Pamiętał, co o wielkoludach mówiła mu babcia. Dlatego powinien wejść do tego kanału. Teraz. Już!

‘Maaamooo!’ - krzyk Aleca odbił się o ciemne ściany kanału.

Ciemna dziura kanału kojarzyła mu się z czarną, gęstą czekoladą,

Na samym dnie czekała go zimna kąpiel. Bardzo zimna. W głębokiej,

wypełniającą ogromnych rozmiarów filiżankę. Gdyby nie kanałowy,

śmierdzącej sadzawce. Niestety nie zdążył zatkać nosa, żeby nie

wstrętny fetor, to pomysł z gorąca czekoladą bardzo by mu pomógł w

zakrztusić się wodą. Dławił się przez to i z trudem oddychał. Bolały go

podjęciu szybkiej decyzji. A tak… wciąż się wahał.

całe plecy. Musiał uderzyć nimi trochę o betonowe dno kanału. Usiłował ustać na nogach, ale nie potrafił. Woda pchała go w stronę silnego nurtu, który przepływał przez sam środek sadzawki, pędząc gdzieś w dół, dalej i

Włożył rękę, by sprawdzić, jak ta dziura była głęboka. Jeśli tam siedziały

głębiej.

węże albo pająki, to trudno. Chyba, że teraz spały, bo przecież była noc. Jeśli spały, to nic mu nie zrobią. Alec nie potrafił przestać o tym myśleć. Ostrożnie dotknął ściany kanału. Była zimna i śliska. Cofnął rękę z

W końcu woda zwyciężyła i porwała go ze sobą. Podziemna rzeka

obrzydzeniem. Chciał dotknąć dna kanału, ale nie dosięgnął. Może dno

pędziła, jak szalona. Na szczęście koryto nurtu wkrótce zrobiło się płytkie,

było tylko odrobinę niżej? Jeśli tak, to on wtedy będzie mógł śmiało tam

dzięki czemu Alec zdołał nabrać trochę więcej powietrza. Krztusił się 40


41


nadal, przez co nie od razu usłyszał piski szczurów, które płynęły szybko

do dziury. Tutaj w kanale było jasno. Był oświetlony szeregiem ściennych

w jego kierunku.

lamp.

Woda niosła go w głąb i w głąb. A potem nurt stał się łagodny. W kanale

Piski szczurów były tak głośne, że zaczęły zagłuszać hałas opadającej w

zaczęło robić się coraz widniej. Teraz dopiero mógł zobaczyć na własne

dół wody. Przybywało ich coraz więcej i więcej. Te największe próbowały

oczy, jak ogromnym podziemnym tunelem płynął w dół, w nieznane.

wdrapać się na chodnik. Niektóre przeszkadzały sobie nawzajem,

Mógł też dowiedzieć się wreszcie, skąd pochodziły dokuczliwe piski.

rozpychając się i wszczynając szczurze awantury, dzięki czemu Alec miał

Towarzyszyła mu bowiem gromada głodnych szczurów, których małe

trochę więcej czasu na ucieczkę. Szedł tak szybko, jak tylko był w stanie,

główki wystawały nad powierzchnią wody i szybko zbliżały się do niego.

wzdłuż oświetlonego chodnika. Wszystko go strasznie bolało, ale nie miał się komu poskarżyć.

‘Mamo! Mamusiu!’ - Alec wydał z siebie krzyk rozpaczy, w nadziei na znalezienie pomocy.

Szybko się zmęczył. Jego przemoczone ubranie było bardzo ciężkie, chociaż w kieszeniach nie miał żadnych kamieni. A do tego ten chodnik! Mokry i śliski. Chłopiec starał się iść jak najostrożniej. Bardzo się bał, że

Odpowiedział mu coraz głośniejszy szum wodospadu. Tuż przed nim

ktoś go dostrzeże i że to nie będzie wcale jego mama. Że to będzie ktoś

woda skręcała łukiem wprost do ogromnej, czarnej dziury i rozbijała się

zły. Jakiś wielkolud lub ogromny żarłoczny pająk. Albo głodny wąż. Albo

gdzieś głęboko o twarde betonowe dno. Alec chwycił ręką, najmocniej,

szczury. Musiał bardzo uważać, żeby nie wpaść ponownie do wody. Na

jak tylko potrafił, za jakiś metalowy uchwyt, wystający ze ściany kanału.

chwilkę zatrzymał się i oparł o zimną ścianę kanału. Nie dostrzegł, że po

Wielki szczur otarł się o niego, szarpiąc nogawkę spodni. Alec ruszał

jej powierzchni pełzały jakieś grube robale. Musiał zebrać myśli,

rozpaczliwie nogami, aż w końcu udało mu się pozbyć napastnika.

zdecydować, co robić dalej. Przyjrzał się nieco dokładniej kanałowi. Nikt

Podciągnął się najwyżej, jak tylko mógł. Udało mu się wdrapać na

mu wcześniej nie mówił, że głęboko pod miastem ludzie budują tak

posadzkę czegoś, co przypominało chodnik ciągnący się wzdłuż rzeki.

ogromne tunele, jak ten, dla szczurów i pająków.

Chodnik kończył się właśnie w miejscu, w którym woda wpadała nagle

42


Właśnie o tym rozmyślał, gdy pierwszym szczurom udało się wydostać z wody. Potem kolejnym. I kolejnym. Kiedy ustały bijatyki i szczury w zgodzie zajęły już całą szerokość chodnika, ruszyły w jego kierunku. Alec rzucił się do ucieczki. W jednej chwili zapomniał o bólu, o ciężkim ubraniu, o śliskiej posadzce. Dobiegł do miejsca, którego wcześniej nie zauważył. Spotykały się tutaj dwa podziemne tunele. Chciał to miejsce minąć i biec dalej wzdłuż podziemnej rzeki, lecz nagle zorientował się, że również z przodu, z oddali nadbiegała druga grupa szczurów.

Chłopiec znalazł się w szczurzej pułapce. Gryzonie były teraz zarówno za nim, jak i przed nim. Na szczęście znajdował się obok jakiegoś mniejszego, bocznego kanału, choć trochę słabiej oświetlonego ściennymi lampami, to przypuszczalnie bez szczurów. Przynajmniej na razie… Bez wahania skręcił w ten dodatkowy tunel, biegnąc najszybciej, jak potrafił.

W poprzek tunelu rozciągnięte były misternie utkane pajęczyny. Całe

Przez kratę do środka kanału wpadało świeże powietrze. I prawdziwe

mnóstwo pajęczyn. Bez trudu dostrzegł pająki, małe i duże, poruszające

słoneczne światło.

się bezszelestnie po

suficie i posadzce. Wyciągnął przed siebie ręce i

rozcinał nimi pajęczynę. Wkrótce oblepiony był nią od stóp do głowy. Biegnąc strącał z twarzy pająki. Słyszał, jak za nim do tunelu z impetem wbiegają szczury. Były tuż, tuż, ale ku jego zdziwieniu zatrzymały się nagle. On biegł dalej. A choć piski szczurów wkrótce ucichły, nie odważył się zatrzymać. Biegł aż do samego końca… A na końcu był początek kanału. Zamknięty żelazną kratą.

Pchnął kratę z całej siły. Żelazo poruszyło się, jakby było z miękkiej plasteliny, którą w przedszkolu tak chętnie lubią bawić się dzieci. Rdza opadła na ziemię. W końcu krata zachwiała się i pękła. Żelazo było za słabe, by mogło dłużej dźwigać samo siebie.

43


Alec spróbował jeszcze raz. Płat kraty rozpadł się, pozostawiając po sobie

mostu wielki hotel. Nie miał wątpliwości, że przed nim jest Princes Street,

wolne przejście. Chłopiec mógł wreszcie wybiec z kanału na piękny,

a za jego plecami stare miasto.

zadbany trawnik. Długo patrzył w stronę mostu. Tam ostatni raz widział swoją mamę. Tam Od słonecznego światła bolały go trochę oczy. Nie dbał o to. Rozejrzał

też zdołał uwolnić się od wielkoludów. Był niemal pewny, że zaraz znów

się. Trawnik był ostrzyżony i suchy. Wyjątkowo, jak na Edynburg, nie

zobaczy wstrętne cielsko któregoś z nich. Nikogo jednak nie zobaczył. Ani

padało. Słońce jaśniało wysoko na niebie. Pani z przedszkola mówiła

na moście, ani gdziekolwiek indziej. Wyglądało na to, że w całej okolicy

dzieciom, że jeśli latem świeciło dokładnie nad naszymi głowami,

był tylko on. Sam jeden.

oznaczało to samo południe, a wówczas dzieci mogły przygotowywać się do drzemki. Ale jemu wcale nie chciało się teraz spać. Tylko pić. I to bardzo.

‘Maaamooo! Maaamooo!’ - Alec nie chciał zgodzić się na to, że był nadal sam, bez mamy. - ‘Mamo, mamo, proszę cię, gdzie jesteś?’ - łkał coraz ciszej, dławiąc się wielkimi łzami.

Od wydarzeń na North Bridge czas minął jakoś tak bardzo szybko. Alec'owi zdawało się, że za szybko. Nie był pewny, jak długo trwała jego ucieczka przez kanały. Do dziury w jezdni z pewnością wpadł w samym

Wokół nic się nie działo. Dlaczego był tutaj sam jeden? W taką piękną

środku nocy. Potem wszystko działo się tak błyskawicznie, że nie miał

pogodę… Dlaczego po jezdni nie jeździły auta i tramwaje? Gdzie

czasu pomyśleć, co i jak. A tu nagle środek dnia? I nie chce mu się spać?

podziali się ludzie z zakupami na Princes Street? I uliczni grajkowie? I

Trochę to dziwne.

sprzedawcy gazet? Coraz mniej się to chłopcu podobało. Bo on lubił ludzi. Lubił, jak siedzieli w parku na ławkach, pili pomarańczowy sok lub gorącą czekoladę, biegali boso po trawie, czasami grali w warcaby. A

Rozejrzał się jeszcze raz. On znał to miejsce! Tutaj często przychodził z

najbardziej lubił, gdy wszyscy jedli lody, bo wtedy on także dostawał od

babcią na spacery. Tam dalej była przecież Galeria, ta sama, w której

babci dużą porcję. Podwójną. Z bitą śmietaną i chrupiącymi rurkami.

wczoraj rano malował wielki obraz, a w nocy po jej dachu biegł Złoty Pan. No tak! Po drugiej stronie bez trudu rozpoznał North Bridge. I obok 44


Czy dobrze zrobił, wołając głośno mamę? Co będzie, gdy jednak pojawią

przy której wsiadał czasami z babcią do takiego śmiesznego piętrusa, bez

się zaraz wielkoludy? Nie wiadomo, czy przypadkiem to nie one

dachu, by lepiej poznać swoje miasto. Najpiękniejsze!

zabroniły ludziom przychodzić tutaj. A czy jemu wolno było tak stać na trawniku? Przy wejściu do kanału? Bo te pająki i wściekłe szczury mogły sobie przypomnieć o nim. Gęsia skórka pojawiła się natychmiast na ciele

Dobrze by było wdrapać się gdzieś wyżej, żeby więcej zobaczyć. Alec był

chłopca. Dopiero w tej chwili dotarło do niego, że skóra piekła go w kilku

już prawie dorosły, ale nadal trochę mały, jak to wśród przedszkolaków.

miejscach. Lecz na razie nie miał czasu na zawracanie sobie tym głowy.

Na North Bridge nie chciał wracać za nic na świecie. Z kolei budynki Galerii i stare kamienice były tak wysokie, że nawet dorosły pan murarz zawsze musiał ustawić specjalne drabiny i rusztowania, żeby dostać się na

Ubranie Aleca było w strasznym stanie. Nie dość, że mokre i poplamione

górę. A poza tym skąd Alec miałby wziąć teraz drabiny?

jakąś czarną mazią, to jeszcze oblepione pajęczyną. No trudno. Potem coś wymyśli. Najpierw trzeba się stąd ruszyć. Tylko dokąd pójść? Może na Princes Street? Albo na stare miasto, do takiej jednej malutkiej galerii

Może udałoby mu się wejść nieco wyżej po schodkach, które znajdowały

witrażu, do której czasami z babcią chodził przez kładkę na Dworcu

się w środku tego największego pomnika przy Princes Street? One

Waverley? Żeby było szybciej. Lubił ten skrót, bo uwielbiał patrzeć na

podobno były bardzo wąziutkie i pewnego dnia jeden pan miał troszeczkę

odjeżdżające pociągi. No tak - ale gdzie podział się kolejowy dworzec?

za duży brzuch, no i jakaś pani również była troszeczkę duża, więc gdy ta pani schodziła, a pan wchodził, to oboje nie mogli się długo ruszyć ani w górę, ani w dół, tak tam było ciasno… Alec zapamiętał tę historię z

Dopiero teraz zrozumiał, że okolica nie była dokładnie taka sama, jak ta,

przedszkola, bo pani kucharka opowiedziała ją raz bardzo głośno i nie

którą znał ze spacerów z babcią. Wprawdzie wszędzie wokół niego

mogła przestać się śmiać. Ale to chyba nie było wcale takie zabawne,

wylegiwały się w słońcu piękne trawniki, jak zawsze tutaj. Lecz tym

prawda? Tak czy inaczej Alec nie musiał matrwić się o gruby brzuch, bo

razem z jednej strony sięgały one aż do kamiennych ścian starego miasta.

od dawna nic nie jadł. - Gdyby więc drzwi do korytarza były otwarte,

Z drugiej zaś strony normalnie, do tych starych pomników i wielkich

wówczas na pewno odważyłby się wejść na sam szczyt pomnika, by

sklepów przy Princes Street. Poza tym nigdzie nie było ani pociągów, ani

obejrzeć z góry całe miasto.

kolejowych torów. Zniknęła gdzieś cała stacja Waverley. Zniknęła jezdnia,

45


Lubił ten pomnik dlatego, że tuż obok czasami kręciła się karuzela.

I chciałby dostać nowe buty. I koniecznie nowe spodnie z koszulą, bo

Kolorowa i bardzo wysoka. Taka sięgająca do samych chmur. Raz babcia

wszystko, co miał na sobie nadawało się do wyrzucenia.

chciała zabrać go na przejażdżkę, ale on bał się troszeczkę, tak tylko odrobinkę, no i babcia odłożyła wszystko na później. Do czasu, gdy Alec będzie starszy.

Na ulicy nie było jednak ani jego mamy, ani w ogóle nikogo. Sklepy ktoś zamknął na łańcuchy z błyszczącymi kłódkami. Wystawy zniknęły, zasłonięte drewnianymi płytami. Jezdnia była całkowicie pusta. Alec nie widział ani jednego auta, choć jeszcze wczoraj rano nie mógł z mamą

Gdyby dzisiaj karuzela stała na swoim miejscu, wsiadłby do niej bez płaczu. Ale karuzeli nie było. Pozostało wdrapać się na schody pomnika.

spokojnie rozmawiać, taki hałas robiły w tym miejscu samochody. W okolicy nie było też żadnych wielkoludów, co akurat wcale chłopca nie zmartwiło, choć cały czas spoglądał badawczo w stronę skrzyżowania obok tego wielkiego hotelu. Tak na wszelki wypadek.

Ruszył zdecydowanie w tamtą stronę. I była to naprawdę dobra decyzja. Z kanału na trawnik zaczęły bowiem wypełzać brunatnogranatowe i szarobrązowe, śliskie robale. Były wprawdzie nieduże, ale nic nigdy nie wiadomo. Skóra na rękach i plecach piekła Aleca coraz bardziej. Nie zatrzymywał się jednak. Chciał jak najszybciej dotrzeć do Princes Street.

W końcu zatrzymał się przy największym pomniku. Było przy nim trochę chłodnego, miłego cienia. Babcia mówiła, że ten pomnik zbudowano taki duży i piękny, ponieważ ludzie chcieli zawsze pamiętać o jakimś bardzo ważnym panu. Czy myśleli o Złotym Panu? Tego niestety Alec nie wiedział.

Może w którymś ze sklepów mama właśnie teraz robiła dla niego zakupy? To możliwe. Jego mama uwielbiała zakupy. W przeciwieństwie do niego. Malca to strasznie nudziło. Ale żeby mu się nie nudziło, jego mama kupowała mu zawsze smaczne lody. Czekoladowe, a czasami zielonkawe, pistacjowe. W tej chwili też chętnie zjadłby podwójną porcję lodów pistacjowo-czekoladowych lub wypił szklankę schłodzonego, pomarańczowego soku.

Okazało się, że drewniane drzwi prowadzące do wewnętrznych schodów pomnika były zamknięte. Z tej przyczyny całkiem niezły plan Aleca wdrapania się na szczyt był nierealny. Pozostało wspiąć się po schodach zewnętrznych, prowadzących do rzeźby. Jeśli uda mu się po nich wejść, to na pewno będzie wszystko lepiej widział i może przy okazji będzie mógł przyjrzeć się dokładniej 46


47


rzeźbie mężczyzny, który siedział na podwyższeniu. Alec świetnie pamiętał, jak wyglądał Złoty Pan. Może to właśnie on miał ten wspaniały pomnik? I każdy, kto zdoła wdrapać się tam, będzie mógł

Alec odwrócił się w stronę jezdni. Podziwiał piękno najważniejszej ulicy miasta. Wokół panowała zupełna cisza. A potem ktoś zza jego pleców zadał mu trochę dziwne pytanie.

ze Złotym Panem osobiście porozmawiać…

‘Hej, chłopcze!’ - głos był silny i groźny. ‘Czy ty jesteś tutaj obcy?’

Im wyżej chłopiec wspinał się po schodach pomnika, tym serce kołatało w

Alec z przerażenia nie był w stanie odwrócić głowy, by zobaczyć, kto za

nim coraz głośniej. Na drugim stopniu przeszedł pod grubym łańcuchem

nim stoi.

zagradzającym dalszą drogę. Jeszcze tylko pięć kolejnych schodków i będzie na miejscu. Lecz stopnie były bardzo wysokie, prawie tak duże, jak duży był Alec. Malec szybko tracił resztkę sił. Do tego przez całą wspinaczkę czuł nieznośny ból ramion i pleców. Starał się sobie pomóc. Przez zaciśnięte zęby wydawał jakieś - nie bardzo wiadomo jakie syczące dźwięki. W ten sposób próbował zagłuszyć dokuczliwe pieczenie skóry. I nie myśleć o pozdzieranych kolanach.

W końcu dotarł na samą górę. Zadarł wysoko głowę, by przyjrzeć się kamiennej rzeźbie. Mężczyzna trzymał w ręku książkę. Obok niego leżał wielki pies. Rzeźba była cała z kamienia, więc to nie mógł być Złoty Pan, bo Złoty Pan był przecież żywy.

48


Rozdział Siódmy

Żywe pomniki


Alec stał bez ruchu. Wstrzymał oddech. Był bezsilny. Czuł się tak, jak

Alec nie rozumiał, dlaczego miałby być pijakiem. Czy gdziekolwiek na

gdyby inny człowiek wszedł do środka jego głowy i nie pozwalał mu

świecie istniały restauracje lub bary dla przedszkolaków? Nigdy o czymś

spokojnie pomyśleć, co należy teraz zrobić… W końcu jednak będzie

takim nie słyszał. Odwrócił się ostrożnie. Z ogromnego kamiennego

musiał nabrać powietrza. I to za chwilkę, a właściwie już, natychmiast!

postumentu schodził do niego mężczyzna. Był dosyć wysoki, ale z

Wiedział, że trzeba to zrobić absolutnie niepostrzeżenie. Ale czy on

pewnością nie tak duży, jak wielkoludy. Najnormalniejszy dorosły

będzie umiał nabrać powietrze bez oddychania?

człowiek. Alec poczuł ulgę. Wprawdzie nie wiedział, gdzie podziała się kamienna rzeźba pana, któremu przyglądał się przed momentem, ale to w tej chwili było najmniej ważne. Nareszcie był przy nim ktoś dorosły!

W bajkach w takich sytuacjach dzieci po prostu znikały. Czary-mary. I już. Były, ale za chwilkę już nie. To takie proste, prawda? Lecz Alec cały czas stał w tym samym miejscu i nie wiedział, czy ktoś wciąż był za jego

Z radości chciał już rzucić się nieznajomemu na szyję, tak bardzo ciesząc

plecami, czy może już sobie poszedł. Chłopiec przeczuwał, że zaraz

się ze spotkania, gdy z góry skoczył nagle w dół pies. Wielki i włochaty.

wielkolud chwyci go swoją śmierdzącą łapą i urwie mu głowę. Tym razem

Pies stanął przy malcu i zaczął go obwąchiwać. Od stóp do głowy.

ucieczka nie będzie możliwa. A gdyby nawet była możliwa, to uciekać stąd po prostu nie było dokąd. ‘Do nogi!’ - krzyknął mężczyzna. - ‘Siad!’ Alec nie miał prawie wcale siły, by znowu gdzieś szybko biec. I nie było przy nim nikogo, kto by go obronił. Ani mamy, ani babci, ani nawet starej

Pies posłusznie usiadł. Był tak duży, że jego pysk sięgał wyżej głowy Aleca.

poczciwej suczki Tango.

‘No więc… Czy ty jesteś obcy? Co chłopcze masz mi na ten temat do ‘Czy ty jesteś pijak, że nie odwracasz się, gdy ktoś do ciebie mówi?’ - ten

powiedzenia?’ - mężczyzna przyglądał się badawczo uciekinierowi.

sam głos nie dawał chłopcu spokoju. - ‘Zadałem ci pytanie, a ty nadal stoisz odwrócony do mnie tyłem!’

50


‘A co to znaczy, że ktoś jest obcy? Bo moja mama mówi, że dzieciom nie

‘Ale ja nie chodzę do szkoły’ - usprawiedliwił się Alec. - ‘Ja chcę, ale

wolno rozmawiać z kimś obcym. Ale pan nie jest obcy, prawda?’ -

muszę chodzić do przedszkola. Bo nie jestem jeszcze trochę większy.’

odważnie zapytał Alec.

Mężczyzna zaśmiał się nerwowo. Zrobiło się nieprzyjemnie. Chłopiec czuł, że powiedział coś złego. Ale to niemożliwe, żeby powiedział coś złego, bo przecież jego mama i babcia bardzo często mówiły mu, że trzeba unikać rozmów z osobami, których się nie zna. Zwłaszcza wtedy, gdy przedszkolak jakimś zdarzeniem losu przebywałby bez odpowiedniej opieki.

‘Cóż za bezczelność, chłopcze!’ - mężczyzna nie próbował nawet ukryć oburzenia. - ‘Ja jestem najsławniejszym pisarzem w Szkocji! Jestem prawie jak król, a nawet więcej. Kto ma pomnik wspanialszy od mojego? No, kto? Nikt!’ ‘Ale ja nie chciałem, proszę pana….’ - nieśmiało wyjąkał Alec. - ‘I chce mi się pić. Bardzo!’

‘Nie chciałem… Nie chciałem… Po cóż to niemądre stwierdzenie?’ mężczyzna nadal był oburzony. - ‘Czy w szkole nie uczą was o Sir Walterze Scott’cie?’

51


Sir Walter Scott westchnął ciężko. Potem machnął znacząco ręką i

Alec nic nie rozumiał. Ten pan pisarz chyba nie pisał bajek, bo tak jakoś

zamyślił się. Zapadła kłopotliwa cisza. Chłopiec starał się być grzeczny.

dziwnie rozmawiał. Ale - jeśli nie pisał bajek, to co pisał? Może książki

Tak, jak pani uczy dzieci w przedszkolu. I o co zwykle prosi go babcia. I

kucharskie? Babcia miała kilka bardzo ogromnych i ciężkich książek, z

mama.

których uczyła się piec smaczne ciasta. Te książki nazywały się kucharskie, bo były dla pana kucharza. Alec bardzo lubił pomagać babci w kuchni, gdy piekła dla niego ciasto. Palce lizać!

‘Proszę pana. Czy widział pan moją mamę? Lub może babcię? Lub Złotego Pana?’ - Alec cały czas wierzył, że jego mama, babcia i Złoty Pan są gdzieś bardzo blisko.

‘Ja piszę książki historyczne. Książki o tym, jak ludzie żyli dawno, dawno temu… Rozumiesz?’ - Sir Walter Scott przerwał miłe wspomnienia Aleca.

‘Znam wszystkich’ - odpowiedział bez namysłu Sir Walter Scott. - ‘Od wielu, wielu lat siedzę tam na górze. Widzę ludzi. Słyszę ich rozmowy. Mogę ci w zaufaniu powiedzieć, że piszę o tym bardzo interesującą

‘A dzieci mogą czytać takie książki?’ - dopytywał chłopiec. - ‘Bo ja już

książkę.’

próbuję sam czytać bajki. Lecz tylko takie z dużymi literkami.’

‘A czy pisze pan bajki dla dzieci? Bo ja bardzo lubię, jak mama czyta mi

Strasznie zaczęły go piec plecy. Jakby koszula była wykonana z gorącego

bajkę na dobranoc’ - Alec'owi spodobało się, że będzie mógł osobiście

żelaza. Swędziały go też całe ramiona, od góry aż do końca porwanych

porozmawiać z autorem bajek dla dzieci.

rękawów.

‘Ja piszę o najważniejszych sprawach’ - stwierdził z dumą szkocki pisarz,

‘Ty nadal nic nie rozumiesz, chłopcze!’ - odparł zrezygnowanym tonem

nie odpowiadając wcale na zadane przez malca pytanie.

Sir Walter Scott. - ‘Bajki są dla dzieci, a tymczasem ja piszę tylko poważne książki.’

52


‘Moja mama mówi, że najważniejsze są bajki dla dzieci’ - Alec stanął w

I wtedy Alec znowu strasznie się przestraszył. Zobaczył na własne oczy,

obronie bajek.

jak posąg poruszył się. Okazało się, że wcale nie był z kamienia. To żywy człowiek. Zeskoczył na trawę, wygładził nogawki spodni, prężnym krokiem podszedł do pomnika Sir Waltera Scotta i szybko pokonał

‘Znalazł się mądrala… Mówisz, jakbyś był samym Harrym Potterem’ -

schody prowadzące na górę. Żywe pomniki Alec często widywał na High

zaśmiał się szkocki pisarz.

Street, czasami po kilka naraz. Może więc i teraz nie powinien się bać kolejnego przebierańca?

‘Ja nie jestem Harry Potter. Ja jestem Alec Black!’ - oburzył się chłopiec.

‘To ja jestem Black! Adam Black!’ - powiedział głośno przybysz. - A pan, Mama opowiadała Alec'owi, że Harry Potter, to taki czarodziej, uczeń ze

drogi panie, pan nie jest wcale Black! Ja pana po prostu nie znam!’

szkoły czarodziejów, który walczył ze złymi ludźmi i niczego się nie bał. Raz mama trochę mu czytała o tym czarodzieju przed snem, ale chłopiec nic nie zapamiętał, bo szybko zasnął. Podobno był jeszcze trochę za mały, ale to przecież nieprawda! Bo on też lubił zmieniać się w niezwyciężonego czarodzieja. Zwykle tuż przed snem zamykał oczy, przykrywał głowę poduszką, a pod poduszką mieścił się cały zaczarowany świat.

‘Nazywasz się Black?’ - Sir Walter Scott nabrał w buzię dużo powietrza i

Jeszcze nikt nigdy nie mówił do Aleca w taki sposób. Malec był z tego bardzo dumny. Ktoś zwrócił się do niego jak do dorosłej osoby. Nie podobało mu się tylko to, że ten żywy pomnik miał taką wykrzywioną ze złości twarz i że jego nos był taki za bardzo czerwony.

‘A właśnie, że tak! Ja jestem Alec Black!’ - chłopiec upierał się przy swoim.

jego policzki były teraz jak dwie wielkie bańki. - ‘Szanowny panie Adamie

‘Dobrze! Niech mi pan powie zatem, jak nazywa się pańska matka?’ -

Black! Czy słyszał pan tę nowinę?’ - zawołał głośno w stronę sąsiedniego

zapytał podchwytliwie Adam Black.

pomnika, na którym stał kamienny posąg człowieka.

53


‘Moja mama nazywa się Mama!’ - Alec był bardzo zdziwiony, że ktoś

Alec zacisnął mocno zęby. Cała skóra swędziała go i piekła, a on nie

dorosły może zadać tak niemądre pytanie.

chciał być niegrzeczny i drapać się podczas rozmowy z dorosłymi.

Obaj mężczyźni wybuchnęli śmiechem, aż pies Sir Waltera Scotta

‘Ja, Adam Black, jestem politykiem. Do usług’ - Adam Black ukłonił się

pomerdał ogonem.

pięknie przed Alec'iem. - ‘Drogi panie, musi pan zapamiętać na całe życie, że jeśli nie jest pan kimś bardzo, ale to bardzo ważnym, na przykład ministrem albo członkiem parlamentu, tak, jak ja, to nigdy nie

‘Proszę pana, a czy widział pan moją mamę?’ - Alec nie zapomniał, że

będzie miał pan pięknego pomnika.’

najważniejszą rzeczą na świecie jest odnalezienie jego mamy. ‘Co za głupstwa!’ - zaprotestował Sir Walter Scott. - ‘Chłopcze, nie ‘A czy pana matka jest ważną osobą?’ - zaciekawił się Adam Black. - ‘Czy

słuchaj szanownego pana Adama Blacka, bo to po prostu jest nieprawda.’

jest ministrem? Ambasadorem? Członkiem parlamentu lub Rady Edynburga? Bo z pewnością nie jest królową…’ Alec znowu nie wszystko rozumiał. Właściwie, to nie rozumiał zupełnie nic. Nie przyznał się jednak do tego. Gdyby się przyznał, to wtedy ten ‘Ja nie wiem, proszę pana’ - śmiało odpowiedział Alec. - ‘Ale moja mama

pan Adam Black mógłby przestać traktować go jak dorosłego. I chłopiec

tak zawsze to nie jest królową. Tylko czasami jest królową, a ja królem.’

znów byłby tylko małym dzieckiem. A poza tym i tak nie zdołałby w tej chwili nic powiedzieć, ponieważ pomiędzy mężczyznami doszło do głośnej sprzeczki.

‘Chyba małym księciem! Bo na króla jesteś trochę za mały’ - zażartował Sir Walter Scott. ‘Szanowny panie! Ja jestem pisarzem, a mam najprawdziwszy pomnik!’ oburzył się szkocki pisarz. - ‘Co tam pomnik, ja mam monument! A nie

54


jakiś tam kawałek kamienia rzucony pod nogi’ - tryumfalnie podkreślił

świństwa! Zaraz coś na to poradzimy!’ - zakomenderował szkocki pisarz.

swoją przewagę Sir Walter Scott. Od słowa do słowa i mężczyźni pogniewali się na siebie i na wszystkich. Pies skomlał żałośnie, jakby to on spowodował tę nieprzyjemną rozmowę. Alec skorzystał z okazji i zdjął koszulę. Właściwie nie była to już koszula,

Sir Walter Scott zbiegł na trawnik, wyszukał dwa niewielkie kamienie i po chwili był z powrotem na górze.

a zaledwie to, co z niej zostało. Postrzępiona, podarta, oblepiona pajęczyną, wybrudzona czarną mazią. I do tego krwią. Chłopiec nie miał ‘Niech pan, szanowny panie Adamie Black, przytrzyma mocno chłopca,

wątpliwości. Na koszuli była krew.

a ja niezwłocznie przystąpię do niezbędnego zabiegu’ - rozkazał Sir Walter Scott. Nic dziwnego. Z jego ramion i pleców sączyła się czerwona wydzielina. Teraz dopiero zrozumiał, dlaczego

Adam Black bez trudu pochwycił Aleca i unieruchomił. Malec chciał się

skóra piekła go tak nieznośnie.

wyrwać, był jednak za słaby, by poradzić sobie z silnym, dorosłym

Całe ramiona oblepione były

człowiekiem. Próbował więc przynajmniej krzyczeć, lecz Adam Black

niewielkimi

swoją ogromną dłonią zamknął mu usta.

brunatnogranatowymi i szarobladymi

robalami, które

płasko przylegały do ciała.

‘Spokojnie, chłopcze, spokojnie! Jeśli nie chcesz być żywcem zjedzony, to

Próbował je strząsnąć, ale

pozwól nam działać!’ - uspokajał go Sir Walter Scott.

robale trzymały się mocno, jak pijawki. Mężczyźni natychmiast przerwali niemądrą dyskusję.

Malec nie uspokoił się jednak. Zabieg usuwania robali polegał na zgniataniu ich dwoma kamieniami bezpośrednio na jego ciele. Alec'owi wydawało się, że miażdżone zwierzęta piszczały i próbowały się bronić.

‘Nie ruszaj się, chłopcze! Nie dotykaj tego 55


Twarde kamienie zmieniły swoją barwę na czerwoną. Z rozgniatanych

to opisać w mojej książce. To fantastyczne zdarzenie. I, co najważniejsze,

robali wyciekała krew. Czy to była krew robali, czy jego własna?

prawdziwe!’

Nagle plecy zapiekły go tak mocno, że aż nogi ugięły się pod nim z bólu.

Alec był tak oszołomiony, że nawet nie podziękował. Brudną koszulą

Tam też zapewne siedziały takie same krwawe pijawy, a może jeszcze

starał się zetrzeć z ramion resztki śliskiej mazi, ale jego skóra stawała się

większe, niż te z ramion.

przez to jeszcze brudniejsza, niż dotychczas. A koszula zaczęła brzydko pachnieć. To znaczy śmierdzieć. I był to taki sam smród, jak ten, który wydobywał się z cielska śpiącego na North Bridge wielkoluda.

‘Teraz te duże, z pleców!’ - krzyknął Sir Walter Scott. - ‘Szybko, bo zaraz zaatakują i będzie za późno!’ ‘Czy tutaj przychodzą takie wielkie śmierdzące stwory?’ - przez to usuwanie robali Alec'owi trochę się wszystko poplątało, ale poprawił się szybko. - ‘No, te wielkoludy, które ścigają Złotego Pana i moją

Alec znów poczuł potworny ból.

mamę. I babcię. I mnie…’

Plecy ruszały się same, jakby były czymś niezależnym od jego ciała.

Dorośli popatrzyli na niego, jakby powiedział coś

Lecz z czasem ból zaczął ustawać,

niewłaściwego.

pieczenie skóry zmieniło się w swędzenie. Chyba było po wszystkim, bo Adam Black uwolnił go z uścisku. Wszyscy byli

‘Co pan plecie, mój panie?’ - wycedził przez

wymazani krwią. Najwięcej sam malec.

‘No to sprawa załatwiona! Będziesz, chłopcze,

zęby Adam Black. - ‘Jakie wielkoludy?’

żył!’ -

powiedział z nie skrywanym zadowoleniem Sir Walter Scott. - ‘Muszę

56


Rozdział Ósmy

Żyrafy


Alec'owi nie podobała się ta odpowiedź. Jak to możliwe, żeby dorośli nie

‘To ty nie widziałeś ich nigdy wcześniej? Tam, za zakrętem? Stoją już od

wiedzieli o wielkoludach? Może ci dwaj nie mówili mu prawdy? Może

jakiegoś czasu na chodniku’ - odpowiedział mu sławny szkocki pisarz.

myśleli, że był jeszcze za mały, żeby rozmawiać o najważniejszych sprawach? Pani w przedszkolu wyjaśniała dzieciom, dlaczego czasami dorośli nie mówią przedszkolakom o pewnych sprawach. A to wszystko przez jakieś ważne tajemnice, które dzieci niepotrzebnie chciałyby poznać. Ale dzieci też miały swoje różne sekrety, choć mama i babcia Aleca chyba wcale nie chciały poznać jego największej tajemnicy.

‘Wielce szanowny Sir Walterze Scott! Szanowny panie Alecu Black, czy jak tam pan się nazywa!’ - odezwał się Adam Black. - ‘Proszę spojrzeć w tamtą stronę! Czy to są owe wielkoludy?’

Od strony Leith Street środkiem ulicy dostojnie szły dwie żyrafy. Kiwały się całe w lewo i w prawo, przestępując powoli z nogi na nogę. Alec'owi wydawało się, że ich głowy bez trudu mogą dotknąć drobnych białawych chmurek na słonecznym niebie. Albo nawet samej tarczy słońca. Jedna z żyraf była wyższa od tej drugiej. Alec zastanawiał się, czy to mama ze swoim dzieckiem, czy może pan i pani Żyrafowie? A może dwóch panów? Coś jednak nie podobało mu się w tych żyrafach. One były chyba takie trochę za duże. ‘Dlaczego one są takie za duże?’ - chłopiec wprost zapytał o to Sir Waltera Scotta. 58


Alec pamiętał dwie żyrafy. Lecz były one znacznie mniejsze. I wcale nie

‘Czy ty, kochanie, słyszysz, co też ci ludzie o nas wygadują?’ - odezwała

były prawdziwe. Ustawiono je przed wielkim oszklonym kinem, w którym

się głośno jedna z nich.

z babcią oglądał kilka filmów. I w którym zjadł mnóstwo prażonej kukurydzy. Sir Walter Scott i Adam Black nie mieli pojęcia, czy to, co właśnie usłyszeli, to jakiś sen, czy jednak wcale nie sen? Patrzyli jeden na ‘Ale tamte żyrafy są przecież metalowe. To jest taka rzeźba zrobiona z

drugiego, a ich miny zdradzały zaskoczenie. W końcu obaj spojrzeli

odpadów. Ze starego samochodu’ - pochwalił się swoją wiedzą. - ‘Babcia

pytająco na Aleca.

mówi, że one są zrobione ze śmieci. Ale ja bardzo lubię te samochodowe żyrafy!’ - dodał.

‘W jakim pan świecie żyje, mój panie!?’ - z wyrzutem odezwał się do niego Adam Black. - ‘Jeszcze nigdy nie słyszałem nic bardziej niedorzecznego… Blaszane żyrafy. Coś takiego! No, żeby takie, po prostu

‘Czy te żyrafy rozmawiają?’ - malec wybrnął z sytuacji uprzedzając ich własnym pytaniem.

‘Hmm, hmm… No więc, hmm…’ - Sir Walter Scott nie mógł wykrztusić z siebie słowa.

głupstwa mówić w biały dzień…’ Chłopcu zrobiło się bardzo przykro, że ten pan Black z pomnika nie

‘Choć to zadziwiające, muszę potwierdzić’ - powiedział szybko Adam

uwierzył mu. Choć właściwie to dlaczego ktoś, kto jest dorosły miałby mu

Black. - ‘Te żyrafy rozmawiają. I to ludzkim głosem… Ale to przecież

uwierzyć, skoro oba długonogie zwierzęta szły sobie całkiem żywe

absolutnie niemożliwe! Ja chyba śnię!?’

środkiem ulicy? Malec sam już zaczął tracić pewność, jak to z tymi żyrafami było naprawdę. One właśnie ich mijały. Z dołu nie wyglądały na zainteresowane

Alec przypomniał sobie, że tego lata widział jeszcze inne żyrafy. W

rozmową ludzi na ich temat. Gdyby Alec miał przy sobie latawiec, to

telewizji. I w zoo. Ale tamte na pewno nie rozmawiały ludzkim głosem,

puściłby go jeszcze wyżej, niż sięgały głowy tych żyraf. Najwyżej.

bo zapamiętałby to dobrze. Aha! I kilka dni temu jeden z panów malarzy namalował dwie żyrafy na tym największym na świecie obrazie. To działo 59


się bardzo blisko stąd, o tam, w tamtej Galerii. Namalował je na tym

‘A ten znowu z tymi wielkoludami! Najpierw rozmawiające zwierzęta, a

samym płótnie, na którym nieco później Alec malował zielone druciane

teraz brunatne trawniki’ - wycedził Sir Walter Scott. - ‘I te trawniki

koniki.

ruszają się. Idą do nas!’ Poderwał się lekki ciepły wiatr. Od strony trawników niósł nieprzyjemny

Tymczasem żyrafy pochyliły długie cienkie szyje i zajrzały do środka Monumentu Sir Waltera Scotta.

zapach. Alec'owi przypominał on smród wielkoludów. Ale wielkoludów nadal nie było widać. Był sam ich zapach.

‘Zamiast robić niemądre miny… Uciekajcie, póki nie jest za późno!’ - z wyższością odezwała się niższa żyrafa. - ‘Czy nie widzicie, co dzieje się za

‘Czy czujecie, moi drodzy, ten nieprzyjemny zapach?’ - zapytał Sir Walter

waszymi plecami?’

Scott. - ‘Czy nie jest on podobny do zapachu pijawek, które zdjęliśmy niedawno ze skóry chłopca, drogi panie Adamie Black?’

‘Ha, ha, ha…’ - zaśmiała się tryumfalnie druga, ta wyższa. - ‘Chodźmy, kochanie, nic tutaj po nas.’

‘Ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego… Mnie proszę w nic nie mieszać!’ - wybuchnął nagle Adam Black. - ‘Ja jestem politykiem i muszę być poza wszelkimi podejrzeniami. Choćbym miał zawsze przytakiwać większości!’

Żyrafy odeszły, cały czas skarżąc się głośno na swój ciężki żyrafi los. Adam Black niepewnie przechadzał się w tą i z powrotem, gorączkowo ‘Panowie, proszę spojrzeć w stronę starego miasta’ - krzyknął Adam

wymachując rękoma. Zachowywał się, jakby zaatakowały go

Black. - ‘Czy również i tym razem widzicie to, co ja?’

rozdrażnione osy.

‘Ja nic nie widzę, bo jestem trochę nie za duży’ - odrzekł Alec. - ‘Czy tam

‘Umiejętnie przytakiwać większości’ - dodał.

są wielkoludy, proszę pana?’

‘Czy nawet wtedy, gdy większość to źli ludzie? Oto cała prawda o naszych politykach’ - bardzo smutnym głosem skomentował to Sir Walter Scott. 60


‘Prawda stara jak świat. A tymczasem te brunatne pijawy zaraz tutaj

Tutejsze ptaki, które uwielbiały przesiadywać całymi godzinami na

będą… I co im powiemy?’

pomniku pisarza poderwały się nagle, widocznie nie mogąc już dłużej oglądać malca w tak bardzo opłakanym stanie.

Alec zdołał wreszcie przejść na drugą stronę postumentu. Tą, z której można było podziwiać stare miasto. Stąd wszystko dokładnie widział.

‘Ja nie chcę być zjedzony’ - choć powiedział to bardzo cicho, obaj

Otworem kanału, tym samym, którym niedawno wyszedł na trawnik

mężczyźni zrozumieli, że trzeba Alec'owi natychmiast pomóc.

wydostawały się ogromne ilości robali. Ich śliskie powłoki świeciły ponurym blaskiem. Robale potrzebowały niewiele czasu, by zająć całą powierzchnię ogromnego trawnika. A im więcej ich pełzało po trawie,

‘No więc dobrze… Niech pan biegnie zaraz do

tym smród stawał się coraz bardziej nieznośny.

któregoś z tych niskich budynków, o tam’ - Adam Black wyciągnął rękę w kierunku pobliskiej Galerii. - ‘Najlepiej proszę wejść do tego

‘Drogi chłopcze, drogi chłopcze!’ - zawołał za Alec'iem Sir Walter Scott. -

drugiego, bo tam na dole mogą być

‘Obawiam się, że natychmiast trzeba stąd uciekać. Bo te pijawy zaraz cię

jakieś zapasy jedzenia.’

pożrą żywcem, jak nic…’ ‘Tak, proszę pana’ ‘Ale ja nie mam gdzie pójść, proszę pana’ - chłopiec zaczął cichutko

wyjąkał Alec.

szlochać. ‘I pamiętaj, drogi Podszedł do obu mężczyzn. Czuł się teraz bardzo mały, jeszcze mniejszy,

ch łopc ze! Spraw dź ,

niż kiedykolwiek. Niż najmniejszy. Przez łzy wszystko wyglądało tak

proszę, czy na dole są

inaczej. Jak przez szybę okna w deszczowy wieczór.

dokładnie zamknięte takie wielkie szklane 61


drzwi od strony trawników, bo inaczej… Sam wiesz’ - dodał Sir Walter

Niestety - również tutaj drzwi były zamknięte. Nie pomogło ani walenie

Scott. - ‘Mój drogi, już, już, śpiesz się, nie ma ani chwili do stracenia!’

pięściami, ani uderzanie butem.

Alec'owi z trudem udało się zejść na chodnik. Na szczęście ostało się bez złamanej nogi czy rozbitej głowy. Siedem wysokich stopni pokonał samodzielnie, nie angażując dorosłych, którzy w obawie przed inwazją robali zdążyli już wrócić na swoje ulubione pomnikowe miejsca. Malcowi nie udało się z nimi nawet pożegnać.

Chłopiec narzucił na siebie to, co pozostało z jego koszuli.

Szerokim

chodnikiem ciągnącym się wzdłuż Princes Street szybko pobiegł w stronę Galerii. To muzeum było jego ulubionym. Dobrze znał oba budynki. Uwielbiał przychodzić tutaj z babcią i przyglądać się ludziom, obrazom, rzeźbom. Zawsze po takiej wizycie były lody lub wielkie ciastko z kremem. Dzisiaj rano w Galerii miał być pokaz największego obrazu na

‘Ja nie chcę być zjedzony! Ja nie chcę być zjedzony!’ - Alec wiedział, że jeśli szybko czegoś nie wymyśli, to jednak zostanie wkrótce pożarty. Żywcem.

Znowu zaczął płakać. Płacząc podbiegł do barierki oddzielającej Galerię od trawników. Teren opadał tutaj stromo aż do wielkiej ściany, całej ze szkła. Chłopiec przypomniał sobie, co powiedział Sir Walter Scott. A więc dobrze! Jeżeli szklane drzwi były uchylone, to będzie uratowany. Zbiegł po schodach w dół. Trawnik nadal zapełniał się robalami. Gdzie są drzwi? Tutaj! Są!

świecie, malowanego także przez Aleca. A w nocy po dachach tych

Drzwi do Galerii były tylko przymknięte. Alec ruszył przez trawnik, po

dwóch budynków biegł nie kto inny, jak sam Złoty Pan.

drodze depcząc śmierdzące robale.

W pierwszym budynku Galerii drzwi były zamknięte. Niewiele myśląc Alec zdjął z nogi but i z całej siły uderzał nim w wejściową bramę. Ani drgnęła. Pobiegł więc do drugiej części muzeum. Do budynku, w którym

‘Aaaaaaa!!!!!’ - krzyczał przy tym najgłośniej, jak potrafił, by dodać sobie

wczoraj malował koniki. I w którym podobno mają być zapasy ciastek, a

odwagi.

może nawet czekoladowe lody. Był już bardzo, bardzo głodny. Solidna porcja obiadu, na potem deser na pewno przydałyby się. I koniecznie coś do picia.

62


Rozdział Dziewiąty

Ogród


Wszędzie śmierdziało wielkoludami. W chwilę po tym, gdy wbiegł do

‘Brrrr…’ - chłopiec z trudem otrząsnął się z tej myśli, aż dreszcz

wnętrza Galerii i dokładnie zamknął za sobą drzwi, na trawniku nie było

przeszedł po jego poranionych plecach.

już ani skrawka wolnego miejsca. A warstwa robali stawała się coraz grubsza i grubsza. Wkrótce największe z nich wpełzły na szklaną ścianę budynku, aż na wysokość głowy malca.

To marchewka, a to pietruszka. Na papierowych torebkach Alec oglądał kolorowe rysunki pięknych warzyw. To rzodkiewka. I sałata. O! Nasionka stokrotki. Ale stokrotka to kwiat. Stokrotka chyba nie nadawała się na

Co stanie się, jeśli szyba nie wytrzyma ciężaru robali i pęknie? Chłopiec

drugie śniadanie? I cebulki tulipana. Tulipan chyba też nie był do

nie mógł pozbyć się tej myśli. Siedziała mu w głowie i nie dawała spokoju.

jedzenia. A róże? Czerwone? Albo żółte?

Co będzie? A skąd on może to wiedzieć? Zamknie się gdzieś na górze i będzie czekał na mamę. Gdyby Alec miał grządki, to zaraz urządziłby mały ogródek. W przedszkolu dzieci miały taki ogródek. Malutki. I bardzo ładny. Mieścił Czuł dotkliwy głód. Na razie nie znalazł jednak ani ciastek, ani lodów, ani

się w kilku glinianych naczynkach. Jeśli jemu udałoby się znaleźć

w ogóle żadnego deseru. Nic. Za to na podłodze leżały worki z ziemią,

odpowiednie miejsce, to urządzi własny ogródek. Pierwszy w życiu.

takie same, jakie babcia kupowała dla swoich domowych kwiatków. A na półkach, zamiast czekolad i batonów leżały torebki z obrazkami roślinek. Podobne babcia wiosną układała w kuchni na stole. A potem wyjmowała

Wkrótce Alec zrozumiał, że w tym miejscu nie znajdzie ani ciastek, ani

z nich małe kuleczki i sadziła w ogródku. Te kuleczki, to nasionka. Alec

lodów… W ogóle nie było tutaj nic do jedzenia. Tylko picie. Woda

takie rzeczy wiedział, bo był już całkiem duży.

mineralna. W małych plastikowych buteleczkach. Jaka smaczna! Wydała się chłopcu smaczniejsza, niż wszystkie smakołyki świata. Wypił łapczywie całe dwie butelki. Na raz. Przestał, gdy poczuł, że więcej już w siebie nie

Skąd wzięły się tutaj nasionka małych roślinek? Czy przyniosła je babcia?

zmieści. Brzuch miał teraz wielki jak bania. Prawie nie mógł się ruszyć od

Raczej nie. Teraz nie było przecież wiosny. A jeśli te roślinki miały coś

tej wody mineralnej.

wspólnego z wielkoludami? Wówczas on byłby całkowicie bezbronny.

64


W końcu zaczął rozglądać się za jakimś miejscem na ogród. Był przecież

Z garnkami, czyli z doniczkami nie było problem. Tyle tylko, że

w posiadaniu prawdziwych nasionek. Wprawdzie nie wiedział, czyje one

wszystkie, jakie chłopcu udało się znaleźć miały już swoich roślinnych

tak naprawdę są, uznał jednak, że ich właściciel nie będzie miałby nic

mieszkańców. Były nimi przeróżne duże i bardzo duże krzaki.

przeciwko temu, by Alec je zasadził. ‘A czy one nadają się na śniadanie?’ - Alec zwrócił się z zapytaniem do Wystarczy mieć trochę czarnej wilgotnej ziemi. Najlepiej w glinianych

nie wiadomo kogo.

garnkach. Albo w plastikowych. Chłopiec wiedział, że takie garnki nazywały się doniczki. I że zamiast nich można używać do tego celu drewnianych skrzynek.

Wiedział, że nie wolno wyrzucić z doniczek żadnej roślinki. Pani w przedszkolu pokazywała dzieciom, jak kwiatki poruszały się, odwracały listki do słońca. One żyły, tak samo, jak ludzie. Tylko nie chodziły. Ale

Widział takie kiedyś w telewizji, w filmie rysunkowym na dobranoc.

żyły. I nigdy nie wolno ich niszczyć.

Chyba to była bajka z Kłapouchym i Tygryskiem, którzy chcieli mieć własny ogródek, ale Tygrysek tylko skakał i skakał na ogonie, zamiast sadzić kwiatki. Aż zrobiło się bardzo późno. Tak późno, że bajka się skończyła bez kwiatków. No to co on miał w tej chwili zrobić? Wdrapał się na worki z ziemią i Alec musiał się pośpieszyć. Im szybciej powstanie ogródek, tym szybciej z

wyjął z szafy bufetu puste szuflady. Napełnił je czarną pulchną ziemią z

jego roślinek będzie mógł zrobić coś na obiad. Rozumiał, że marchewka

worków. Dla każdej roślinki przeznaczył osobną szufladę. Nasionka z

nie urośnie w ciągu kilku minut. Hmmm… No tak, ale jak długo trzeba

torebek zakopał w małych ziemnych norkach. W końcu oblał wszystko

czekać, żeby roślinka była już duża? I smaczna? Czy tak długo, jak długo

wodą mineralną. Ogródek gotowy!

musi rosnąć człowiek, żeby był dorosły? Chyba jednak znacznie krócej. Przecież te roślinki będą maleńkie, gdy urosną, a nie tak duże, jak on. Alec był strasznie zmęczony. I jednocześnie szczęśliwy. Jego pierwszy ogródek. Teraz trzeba trochę poczekać. I wreszcie będzie mógł coś zjeść! 65


Najpierw, jak zawsze przed obiadem, powinien się dokładnie umyć, bo

jednak malec musiał zająć się sprawą dużo bardziej ważniejszą. Musiał

ręce miał czarne, jak czarna była ziemia. Może potem odnajdzie go

być pewny, że w innych częściach Galerii nie ma jakichś niebezpiecznych

mama? Lub babcia? Na pewno będą z niego bardzo dumne, gdy pokaże

stworów, które też mogłyby mieć ochotę na jego marchewkę. Albo na

im swój przepiękny ogród.

niego samego.

Znów spojrzał z niepokojem na trawnik. Góra robali była nieco większa, niż przedtem. Co robić? Co robić? Usiadł na worku z ogródkową ziemią. Jego powieki stawały się coraz cięższe i cięższe. Tak ciężkie, jakby zrobił je ktoś z babcinych pokrywek na garnki. A do tego wszystkiego nie miał już siły, by dłużej obserwować, co za szklaną ścianą wyprawiały śmierdzące robale.

‘Zamknę teraz oczy’ - wyszeptał sam do siebie. - ‘Ale tylko na jedną chwilkę. Chociaż na jedną chwilkę.’ Jego ręce nie chciały się jednak odmyć w samej wodzie mineralnej, bez mydła i szczoteczki do rąk. Dopiero teraz przypomniał sobie, że babcia przed pracą w ogródku zakładała na dłonie gumowe rękawiczki. Ale tutaj

Zmęczenie zwyciężyło. Nie powinien wstydzić się, że usnął. Był przecież

nie było takich rękawiczek. A nawet gdyby były, to i tak byłyby one

tylko małym chłopcem.

bardzo, ale to bardzo za duże. Raz dla zabawy Alec założył sobie jedną z nich na głowę. Zrobił z niej wielką, śmieszną czapkę. ‘Nie śpij! Z roślinkami trzeba jak najwięcej rozmawiać, to szybciej urosną…’ Trudno... Umyje się dokładniej po powrocie do domu. Poprosi babcię i ona szybko poradzi sobie z czarnym brudem za paznokciami. Teraz 66


Alec uniósł zaspaną głowę. W odbiciu wielkiej szyby dostrzegł sylwetkę

najgrzeczniejszego przedszkolaka pod słońcem. I zupełnie nie rozumiał,

chłopca, przebiegającego obok jego warzywnego ogródka.

dlaczego komukolwiek nie wolno byłoby się z nim choć troszeczkę pobawić. Nie pozostało nic innego, jak szybko dowiedzieć się wszystkiego. Bardzo szybko. Bez ociągania.

‘Samuel! Natychmiast wracaj! Słyszysz?’ - rozległ się mocny, kobiecy głos, dobiegający z góry Galerii. ‘Przecież już idę, idę!’ - wrzeszczał wybiegający z pomieszczenia żartowniś.

Okazało się to jednak nie takie proste. Malec opadł zupełnie z sił, był strasznie zmęczony i wciąż głodny. Chciało mu się siusiu. Wszystko go straszenie bolało. Każda kosteczka. Dosłownie każda. Pamiętał, że miał ich bardzo, bardzo dużo. To ciekawe, że małe dzieci posiadały tyle samo kości, co duży człowiek. Tak opowiadała pani w przedszkolu. A babcia

Niektóre z tych słów Alec zrozumiał. A niektórych nie, bo były jakieś takie

powiedziała Alec'owi, że to najprawdziwsza prawda i że każdy człowiek

nieco przekręcone i brzmiały dziwacznie. On sam bardzo lubił wszystkie

miał tyle samo kości, ile było dni w roku. Czy to dużo? Tego niestety nie

dziwaczne słowa. Często spacerował wokół domu babci i mówił jakimś

wiedział.

tajemniczym językiem, którego wcale nie rozumiał, a jeśli rozumiał, to tylko troszeczkę. Wtedy cały świat wokół niego był jeszcze piękniejszy i bardzo tajemniczy.

A może powinien wiedzieć, ile dni miał rok? Pamiętał sztuczne ognie wystrzeliwane w Nowy Rok. Ale cały rok to przecież więcej dni, niż jeden dzień

Alec mógł być pewny tylko jednego. Tutaj są inni

Nowego Roku. Alec był już na tyle dużym przedszkolakiem, że wiedział takie

ludzie i ktoś szukał właśnie jakiegoś chłopaka.

rzeczy. W Nowy Rok dostawał

Tego samego, który zaczepił go przed chwilą. Ale

od mamy różne prezenty, a

kto szukał? I dlaczego? Czy temu

o d b a b c i d u ż ą p o rc j ę

jakiemuś tam Samuelowi nie

pysznych lodów. Nie mógł

wolno było się z nim bawić? Alec uważał siebie za

jednak zrozumieć, 67


dlaczego mama miała swój Nowy Rok później, niż babcia.

Ta myśl dodała mu tyle siły, że wstał, poprawił resztki zniszczonego ubranka i ruszył ostrożnie w stronę schodów. Do łazienki było za daleko. Na szczęście dostrzegł na podłodze pusty słoik, w sam raz do siusiania. To

Babcia miała jesienią, gdy drzewa w Edynburgu bywają wciąż zielone.

był znakomity pomysł. O, jak dobrze!

Zieleń, to lody pistacjowe. Malec uwielbiał lody pistacjowe. Tymczasem mama swój Nowy Rok obchodziła dopiero zimą, gdy w mieście wiał zimny wiatr i padał deszcz. A czasami spadał z nieba bielutki śnieg. Śnieg

Przecież pewnych rzeczy nie powinno się robić na ścianę czy podłogę.

przypominał Alec'owi bitą śmietanę. Mniam, mniam! W taki oto sposób

Chociaż... Całkiem niedawno mama zachęcała go do siusiania wprost do

miał on nie jeden raz, ale dwa razy w roku Nowy Rok.

kanału. Na ulicy! No, ale w nocy i pod samochodem było jednak trochę inaczej, niż tutaj.

Ale dlaczego? Czy każdy człowiek obchodził swój własny Nowy Rok? Jeśli tak, to ciekawe, kiedy w końcu także i Alec będzie miał swój? Może takie

Z wypełnionym co nieco słoikiem Alec dotarł w końcu do windy.

święto otrzymuje się w prezencie?

Zatrzymał się na chwilę, by przygotować jakiś plan. Plan działania był dla niego najważniejszy. Jechać na górę windą czy wchodzić wolniutko krętymi schodami? Wiedział, że trzeba zachowywać się cichutko, jak

‘Samuel! Dłużej nie będę czekała.’ - w holu słychać było kolejne

mała myszka. Lepiej więc będzie skradać się, stopień po stopniu krętą

nawoływania kobiety.

klatką schodową.

Skończył się czas na marzenia. Alec powinien natychmiast wstać i

Szedł wolniutko do góry. Jeszcze kilka stopni… I w końcu zobaczył

sprawdzić, co takiego wydarzyło się w Galerii na wyższej kondygnacji.

znajomy hol Galerii. Był teraz na parterze budynku. Lubił bardzo to

Najpierw jednak siusiu, i to już. Prawdę mówiąc nie mógł się w ogóle

miejsce. Stąd można było wyruszyć nie w cztery strony świata, lecz aż w

ruszyć. Czy to było możliwe, żeby wszystkie kości bolały go w jednej

sześć! W dół, skąd właśnie przyszedł. W górę, schodami na piętro, gdzie

chwili? I to właśnie teraz, gdy chciało mu się iść do łazienki? I gdy

niedawno oglądał z babcią bardzo stare obrazy. Na zewnątrz Galerii,

pojawiła się szansa na odnalezienie mamy? I babci? Albo chociaż Tango?

przez te same wielkie drzwi wejściowe, których nie udało się mu dzisiaj 68


otworzyć. W prawo, gdzie siedział zwykle taki chudy pan, który był

Może jednak gdzieś tutaj zostało cokolwiek, choćby na ząb? Babcia często

bardzo mądry i wiedział wszystko! O malarzach i ich obrazach. I o

powtarzała, że na cuda codziennie nie można liczyć, choć trzeba wierzyć,

rzeźbiarzach i ich rzeźbach. Pozostałe strony świata prowadziły do

że w wielkiej potrzebie nam się przydarzą.

ogromnych sal wystawienniczych na parterze. Alec znowu przypomniał sobie o lodach. Gdy przychodził tutaj z babcią, to nie bez ważnego powodu najchętniej wybierał kierunek w dół, do kawiarni. To tam właśnie zajadał się wszystkimi smakami lodów. Ale dzisiaj po lodach nie pozostał najmniejszy ślad.

Za to właśnie na dole zbudował swój pierwszy w życiu ogródek.

‘Gdzie ty w końcu jesteś? Samuel…! Samuel…!’ - nawoływała kobieta.

Chociaż w holu nie było żywego ducha, światła były włączone. To dobrze, bo Alec wszystko widział. Ale też źle, bo widać było także i jego. Gdyby umiał być niewidzialnym, zniknąć, czułby się znacznie lepiej.

Czas ruszyć przed siebie! Pamiętał, że w wielu salach Galerii stało dużo wygodnych kanap. Jeżeli tylko będzie mógł, to położy się cichutko na jednej z nich i trochę odpocznie. Przydałoby się też cokolwiek do jedzenia. Nie chciał pogodzić się z myślą, że na obiad nie ma co liczyć. 69


Rozdział Dziesiąty

Hannah i Samuel


Skargi na niejakiego Samuela bardzo irytowały Aleca. Kobiecy głos coraz

zadowolony. Zupełnie inaczej zareagowała kobieta. Chyba była bardzo

donośniej nawoływał chłopca, podobno bardzo nieznośnego. Co to

zła, bo w mgnieniu oka pochwyciła obu chłopców za ramiona i

znaczy, że ktoś jest nieznośny? Tego Alec dokładnie nie wiedział. Ruszył

rozdzieliła.

ostrożnie przed siebie. ‘Dlaczego tak robisz? Zostaw mnie!’ - napastnik próbował wyrwać się z ‘Stój! Zatrzymaj się! Nie ruszaj!’ - nagle, nie wiadomo skąd, wyskoczył na

jej mocnego uścisku i ponownie pochwycić Aleca, ale to przecież nie

niego ten nieznajomy chłopiec. - ‘Mam cię, szpiegu!’ - krzyczał groźnie,

miało żadnego sensu, gdyż także Alec był całkowicie obezwładniony.

przewracając Aleca na zimną i strasznie twardą posadzkę Galerii.

Malec próbował ratować się przed upadkiem. Niestety nie miał siły, by przeciwstawić się atakowi kogoś większego od niego. Słoik z uryną wypadł mu z ręki i rozbił się

niefortunnie, rozpryskując na obu całą

swoją zawartość. Szamotanina nie trwała zbyt długo. Po chwili Alec został całkowicie obezwładniony, z boleśnie wykręconymi rękami.

‘Zostaw mnie! Puść! Raaatuuunkuuu! Mamuuusiu! Baaabciu!’ - darł się, jakby go ze skóry obdzierano. - ‘Ja jestem mały! Nie wolno bić małych dzieci! Słyszysz? Nie wolno!’ Kątem oka Alec dostrzegł postać biegnącej do nich kobiety. Napastnik wydał tryumfalny pomruk. Musiał być z siebie bardzo

71


‘Samuel! Co ty wyprawiasz?’ - odezwała się groźnie kobieta. - ‘Co to

Alec uspokoił się trochę. Nabrał nieco więcej powietrza, jakby

wszystko ma znaczyć?’ - patrzyła raz na chłopca, raz na Aleca, z miną

przygotowywał się do nurkowania. Dzięki temu nie rozpłakał się

osoby, która już dłużej nie wytrzyma złego zachowania dzieci.

ponownie.

‘To szpieg! Szpieg!’ - wydarł się Samuel. - ‘Hannah, złapałem szpiega!’

‘Proszę pani, on kłamie! Ja nie jestem żaden pieg’ - Alec mówił wolno i stanowczo. - ‘Ja tylko uciekam przed wielkoludami i robalami. I ja szukam mamy, i babci, i Tango... I chce mi się jeść, proszę pani...’

Alec płakał cichutko, skulony i przestraszony. Chciał do mamy, do babci. Chciał do domu. Ci ludzie tutaj mówili tak jakoś dziwnie, przekręcając słowa. Nie rozumiał, czego od niego chcieli. Na twarzy kobiety, tej Hannah, widział tylko gniew. Bardzo nie lubił takiej twarzy. Bo taka twarz sama krzyczała, nawet wtedy, gdy człowiek nic nie mówił. A do tego ta Hannah była trochę już stara, choć nawet może wcale nie brzydka, ale jakoś dziwnie ubrana.

Hannah z zanadrza swojej obszernej sukni natychmiast wyjęła skórkę chleba. Zastanawiała się nad czymś chwilę. Potem podzieliła jedzenie na trzy części, jeden kawałek podała Alec'owi, drugi Samuelowi, a ostatni ponownie schowała do sukni. Milczała. Chłopcy wolno gryźli suche kawałeczki skórki od chleba. Alec'owi łzy znów ciekły po policzkach. Skąd on miał tyle łez? Ciągle ciekły i ciekły. Nie wycierał ich, bo nie miał już rękawów, a ręce były tak brudne, jakby umoczył je w czarnej farbie. Miał ochotę poskarżyć się na Samuela za napad. Bo to była przecież zwykła napaść większego na mniejszego. A tak nie wolno! Więksi powinni

‘Mówię ci, że to szpieg! Najprawdziwszy z prawdziwych! Jeszcze żywy’ -

pomagać mniejszym, a nie ich bić. Pani w przedszkolu mówiła, że jeśli

wykrzykiwał Samuel, podejmując kolejną próbę przekonania do swojej

dzieci będą sobie pomagać, to nie będą się niczego bać.

opinii Hannah.

Ostatecznie nie naskarżył na Samuela. Cieszył się wspaniałym smakiem ‘Dość tych głupstw, Samuel!’ - Hannah prawie krzyczała, nie kryjąc

wysuszonej skórki chleba. Nie przypuszczał, że coś takiego może być

oburzenia. - ‘Co tutaj tak śmierdzi? A ty przestań się już mazać, mały’ -

najsmaczniejsze na świecie. Może z wyjątkiem jego ulubionych lodów

starała się doprowadzić wszystko i wszystkich do jako takiego porządku. -

czekoladowych.

‘No więc... Czyj ty jesteś i skąd się tutaj wziąłeś?’ 72


‘Ja... Ja chcę do mamy, proszę pani... Ja jestem Alec’ - powiedział

znowu za jakiś czas zachce mu się siusiu, a może nawet dodatkowo

cichutko. - ‘Alec Black’ - przedstawił się.

kupę... Co wówczas?

Hannah milczała.

Malcowi było bardzo ciężko. Hannah słuchała opowieści w milczeniu,

‘Ja już niedługo pójdę do szkoły. Ale w nocy zgubiłem mamę i... A teraz jestem sam...’ - Alec głośno zaszlochał.

Tak już chyba musiało zawsze być, że dzieci głośno płakały, gdy zgubiły mamę. Tak, jak teraz on. Płakał, choć bardzo starał się przestać. On wcale nie był beksa lala. Tylko nie chciał, żeby ten Samuel później śmiał

kiwając głową usianą siwymi pasemkami włosów. Samuel nie szarpał już Aleca. Stał ze spuszczoną głową i widać było, że bardzo wstydził się tego, co zrobił.

‘Z załatwieniem się musisz wytrzymać jeszcze trochę, dobrze?’ - Hannah uspokoiła Aleca. - ‘A powiedz mi, co to znaczy, że nie jesteś obcy?’

się z niego, że on ciągle płakał i płakał. ‘No, już dobrze, dobrze... Opowiedz, co się stało, dlaczego ty i twoja

‘Ja nie wiem, proszę pani’ - wyznał z zakłopotaniem Alec.

mama musieliście uciekać?’ - Hannah przyglądała się Alec'owi uważnie, a choć twarz miała już łagodną, nie uśmiechała się. Malec nie lubił, gdy dorośli wypytywali go o rzeczy, o których nie miał najmniejszego pojęcia. Bardzo chciał wiedzieć wszystko. Albo jeszcze Alec opowiedział o wszystkim. O Złotym Panu w centrum Edynburga, o

więcej. I strasznie wstydził się, gdy czegoś nie wiedział. W przedszkolu

wielkoludach nad Water of Leith, o pościgu i ucieczce, o szczurzych

bez trudu odpowiadał na pytania pani. Oczywiście chwalił się tym potem

kanałach pod miastem, o dwóch panach z pobliskich pomników, o

mamie i babci licząc na pyszny czekoladowy deser. Niekiedy to on sam

robalach i żyrafach, o ulubionych lodach, o malowaniu największego na

lubił zadawać różne pytania i pani z przedszkola nie zawsze odpowiadała

świecie obrazu właśnie tutaj, wczoraj, w tej Galerii. I że siusiu robił do

na nie. Czasami uśmiechała się tylko i głaskała Aleca po głowie, zamiast

słoika, ale przed chwilą słoik rozbił się w drobny mak. I stąd teraz ten

powiedzieć, co to deszcz i wiatr? I dlaczego w Edynburgu tak często

brzydki zapach. I że nie miał drugiego słoika, a to niedobrze, bo gdy 73


padało i wiało? Gdy jutro rano Alec znów pójdzie do przedszkola, to tym

‘I te robale tutaj nie weszły, proszę pani... Hannah’ - szybko poprawił się

razem z pewnością zapyta panią, co to znaczy być kimś obcym?

Alec.

‘A co ty tutaj robisz? Jak dostałeś się do Galerii?’ - Hannah wypytywała dalej Aleca. - ‘Przecież tutaj nie można wejść ot tak, zwyczajnie!’

Chłopcy wpatrywali się w podłogę Galerii, jakby chcieli złowić wzrokiem jakieś zaczarowane ryby. Od czasu do czasu przyglądali się sobie

‘Ja wszedłem przez tamte drzwi, na dole. One były otwarte, proszę pani’ wyjaśnił rzeczowo Alec. - ‘Ale ja je szybko zamknąłem, i robale tutaj nie wejdą, proszę pani.’

ukradkiem. Samuel był od Aleca o głowę wyższy. Na pewno chodził już do prawdziwej szkoły. Alec zazdrościł mu tego, choć sam też miał niedługo pójść do szkoły, ale kiedy dokładnie, tego nie wiedział. Lubił słuchać, gdy mama opowiadała mu o ciekawych lekcjach, o wycieczkach do edynburskich muzeów, nawet do tego pod ziemią, w którym dzieci mogą oglądać wybuchy wulkanów i trzęsienia ziemi. Alec uwielbiał

‘Dlaczego ciągle mówisz do mnie proszę pani? Ja jestem Hannah. Nie

wybuchy wulkanów i trzęsienia ziemi, bo w jego ulubionej gierce musiał

jestem żadną panią’ - Hannah pierwszy raz uśmiechnęła się do Aleca. -

omijać także i takie przeszkody.

‘Samuel! Kto otworzył szklane drzwi? Sama wszystko sprawdzałam i były zamknięte... Czy to nie ty przypadkiem je otworzyłeś? ‘Obaj natychmiast do domu! Bez dyskusji! Samuel!’ - zadecydowała Hannah. - ‘I masz opiekować się Alec'iem, słyszysz?’ ‘Hannah, przepraszam!’ - Samuel był zawstydzony bardziej, niż przed chwilką. - ‘Chciałem zobaczyć, kto wali głośno w drzwi Galerii. A na trawie były tylko śmierdzące robaki. Próbowałem kilka złapać. I wtedy on zbiegł nagle po trawie w dół i wszystko popsuł. I... Ale on zamknął tamte drzwi, na pewno zamknął, ja widziałem!’

‘Dobrze, Hannah’ - zgodził się chętnie Samuel. - ‘Idziemy! No już, chodźmy! Ja jestem Samuel. A ty Alec, czy tak?’ - Samuel wyciągnął pojednawczo rękę w stronę Aleca i mruczał coś niepewnie pod nosem. Alec przetarł dłoń o resztki ubrania i podał ją Samuelowi. Jak dorosły dorosłemu. Na dobry początek. Z trudem uśmiechnął się do niego. 74


Znowu poczuł przeszywający całe plecy ból. Jakby nadal siedziały na nim

‘Co wy tutaj jeszcze robicie?’ - Hannah podbiegła do chłopców, chwyciła

wstrętne robale. Cały czas był strasznie zmęczony. Z trudem ruszył za

ich za ręce i pociągnęła za sobą.

Samuelem. Szedł najwolniej, jak tylko mógł, bo wówczas mniej bolało. Samuel chyba to rozumiał. Nie popędzał go i sam szedł wolniutko. Biegli szybko w głąb Galerii. Zatrzymali się dopiero w ostatniej sali. Alec bardzo ją lubił. To tutaj przychodził z babcią najczęściej. Odwiedzali to Pierwszy raz w życiu Alec nie miał siły podziwiać w Galerii pięknych

muzeum przede wszystkim dla kilku obrazów namalowanych dawno

obrazów. Przechodząc przez kolejną salę chłopcy przystanęli na chwilę.

temu przez jednego pana artystę. Alec pamiętał, że ten pan nazywał się

Nasłuchiwali. Z oddali dochodziło do nich miarowe dudnienie. W całym

pan Rembrandt, czy jakoś tak. I że na pewno był bardzo dobrym

budynku wielkie lampy poruszyły się nieznacznie, drżąc. Najpierw

człowiekiem, bo przecież dzieci nie mogłyby lubić obrazów kogoś, który

troszeczkę. Potem, kolejny raz, nieco mocniej. Kolejny. I jeszcze... Po

nie byłby bardzo dobry.

chwili piękne żyrandole trzęsły się niczym liście, na które kapią miarowo wielkie krople letniego deszczu. Dudnienie szybko zbliżało się do nich. Słychać je było coraz wyraźniej. Przypominało Alec'owi hałas wielkich

‘Proszę pani... Hannah!’ - poprawił się szybko Alec. - ‘Nie ma jednego

młotów z

obrazu! O, takiego małego. Zawsze był tutaj...’

fabryki. W telewizji oglądał kiedyś film o hucie, w której

panował straszny hałas, paliły się w niej ogromne piece i podobno było tam bardzo gorąco.

Uderzenia były coraz głośniejsze i coraz bliższe. Im dłużej to trwało, tym mocniej huśtały się wielkie lampy. I także zawieszone na ścianach obrazy! W końcu chłopcy usłyszeli zgrzyt pękającego sufitu Galerii. Jeden z żyrandoli spadł z trzaskiem na posadzkę i rozpadł się cały. Ściany zaskrzypiały niebezpiecznie. Na ich gładkich, zadbanych powierzchniach pojawiły się ślady długich pęknięć. Po chwili cały budynek rytmicznie drżał, poddając się sile dudnienia.

Alec podbiegł do popękanej ściany, rozdzielonej od sufitu do podłogi szeroką szczeliną. Bardzo szeroką. Tak szeroką, że z łatwością mógł przez nią przejść nawet dorosły człowiek. Dopiero teraz, gdy stał blisko, po drugiej stronie szczeliny zobaczył uliczkę i w dali dziedziniec jakiejś wielkiej budowli.

75


‘Szybko! No, szybciej, przechodzimy!’ - krzyknęła Hannah. - ‘Alec, jeśli chcesz, idź za nami.’

Hannah i Samuel prześlizgnęli się zwinnie przez szczelinę i po chwili zniknęli Alec'owi z oczu w głębi tajemniczego dziedzińca zniknęli Alec'owi z oczu.

76


Rozdział Jedenasty

Nauka czytania


Wszystko działo się bardzo szybko. Zbyt szybko. Alec stał bezradny, nie

Przecież prawie nic nie pił. Oprócz dwóch butelek wody mineralnej.

wiedząc, co ze sobą zrobić. Gdyby była mama, nie musiałby zastanawiać

Zamiast lodów. Z siusianiem nie mógł już dłużej zwlekać, bo skończyłoby

się nad niczym, bo mama zawsze wiedziała, co i jak. Teraz, bez mamy i

się to tak samo, jak kiedyś w przedszkolu na spacerze, gdy mocne

babci, sam wśród walących się na głowę rzeźb, żyrandoli, tynku... Chyba

zaciskanie nóg nic nie pomogło.

nie miał innego wyboru. Musiał uciekać przez tą dziwną dziurę w ścianie. Jakoś nie wstydził się tego, co przed chwilą zrobił. A przecież postąpił ‘Poczekajcie! Poczekajcie na mnie! Proszę pani... Hannah, Samuel! Ja już

bardzo nieładnie. Teraz przecież nie było tak samo, jak nocą pod

idę...’ - malec krzyczał najgłośniej, jak tylko mógł.

samochodem. Terz mógł poszukać łazienki. Albo po prostu rozejrzeć się za jakimś nowym słoikiem. Może był jednak zbyt zmęczony? Albo było mu już wszystko jedno?

Błyskawicznie przecisnął się przez szczelinę. Spojrzał za siebie. Tumany kurzu wypełniły całą dziurę. Po chwili gruz zasypał przejście. Po tej stronie panowała cisza. Nie było widać ani ludzi, ani wielkoludów, ani

‘Gdzie jesteś, mamusiu?’ - malec wykrztusił cichutko.

wstrętnych robali. Nic nie dudniło, nie waliło się na głowę. Alec czuł, że nareszcie znalazł się w bezpiecznym miejscu. Gdyby tylko nie to zmęczenie, nie ten ból. I gdyby znowu nie chciało mu się do łazienki.

Płakał. Stał na kamiennej ulicy, na której nie było ani chodników, ani przystanków autobusowych. Nie było na niej znaków drogowych i przejść dla pieszych, drzew i trawy. Trochę przypominała mu wąskie przesmyki

‘Nie zostawiajcie mnie samego!’ - chłopiec poskarżył się na swój los, ale

edynburskiego starego miasta. W miarę, jak malec oddalał się od miejsca,

chyba nikt go nie słyszał.

w którym przedostał się tutaj przez tajemniczą dziurę w ścianie Galerii, otaczające go domy stawały się coraz większe i piękniejsze. Okoliczne mury domów zakryły w końcu prawie całe niebo, ograniczając dostęp

Nikt mu nie odpowiedział. Został zupełnie sam. A niech tam. Skorzystał z

światła. Było gorąco i duszno. Na kamiennych występach gzymsów czaiły

okazji i szybciutko zrobił siusiu. Wprost na pokryty kurzem gruz

się kolorowe jaszczurki.

zasypanego przejścia. Nie miał pojęcia, dlaczego znowu mu się zachciało. 78


Ulica kończyła się czymś, co wyglądało jak miejski rynek lub wielki plac z

bramami, zza których wydobywały się jakieś tajemnicze dźwięki. Każda z

wysokimi kolumnami, podcieniami i bramami. Z oddali Alec nie widział

bram miała furtę, wprawdzie niezbyt dużą, ale odpowiednią nawet dla

zbyt dobrze tego miejsca. Miał tylko nadzieję, że nie spotka go tam nic

dorosłego człowieka. Drewniana połać jednej z nich była uchylona i nieco

złego. I że odnajdzie Hannah i Samuela. I że może właśnie za którąś z

więcej oświetlona. Pomarańczowy blask rzucał na przeciwległą ścianę

bram czeka na niego mama?

wielkie, migoczące cienie. Włosy na głowie malca zjeżyły się i sterczały, jakby były posmarowane żelem. Czy za tą otwartą furtą mieszkały wielkoludy?

‘Czy mogę do was przyjść?’ - chłopiec dopytywał się niepewnie, choć tutaj nikogo nie było. ‘Ciiii....’ - chłopiec uspokajał sam siebie, zupełnie tak samo, jak wczoraj nad rzeką uspokajała go babcia. Szedł ostrożnie. Nigdy nic nie wiadomo... Przecież już tyle razy wydawało mu się, że będzie bezpiecznie. A jak bardzo się mylił! Teraz znów znalazł się w trudnej sytuacji, bo był calutki widoczny, jak na dłoni. Każdy, kto

Wstrzymał oddech. Bał się, że bijące w nim głośno jak młot serce zdradzi

tylko chciał, mógł bez trudu dostrzec go i zrobić coś niedobrego. Porwać

jego obecność i nie zdąży stąd uciec. Będzie po nim. Już nigdy nie

go albo obciąć mu głowę. Brrrrr... Tymczasem on sam niewiele widział.

zobaczy go ani mama, ani babcia, ani Tango. Porwą go wielkoludy. I tak

Miejsce, do którego teraz szedł wypełniał mrok, a w ciemnościach można

to wszystko się skończy. Alec trwał więc bez ruchu. W końcu jednak

spotkać wszystko. Właściwie nie wiadomo, co.

musiał nabrać powietrza, żeby się nie udusić. Zachowywał się bardzo cicho, stał i stał, ale nic się nie działo. Kiedy opanował strach, najpierw ukucnął, a potem pomalutku, ostrożnie, tuż przy ścianie, na czworakach

‘Czy jest tam ktoś?’ - Alec znowu zdobył się na odwagę, by krzyknąć. -

doczołgał się do uchylonej furty i zajrzał do środka.

‘Mamo! Mamusiu!’ Za bramą było jasno. Na kamiennych kolumnach paliły się pochodnie. Cisza. Zupełna cisza. Podszedł już całkiem blisko. Nadal nie wyglądało to

Ludzie przechodzili w różnych kierunkach, co chwilę szeptali coś do

zbyt dobrze. Stał przed placem otoczonym obszernymi ciężkimi

siebie, podnosili wysoko ręce, gestykulowali. Cienie przesuwały się wraz z 79


nimi, tworząc na ścianach dziwne wzory. Niektóre osoby przystawały i

większe, na niego dużo za duże. Alec uwielbiał przebierać się w różne

rozmawiały w mniejszych lub większych grupkach. Były dziwacznie

rzeczy. Pewnego razu w domu przymierzał nawet wysłużony, stary

ubrane. Alec uświadomił sobie, że również Hannah i Samuel mieli takie

zimowy kubraczek uszyty specjalnie dla suczki Tango...

trochę niezwykłe stroje. Wyglądali zupełnie inaczej, niż dzieci i dorośli, których spotykał wcześniej, czy to w przedszkolu, czy na spacerach z babcią. W końcu chłopiec przypomniał sobie, że takie dziwne ubrania widział w największym w Szkocji muzeum, oddalonym od Galerii o jakieś pół godziny drogi spacerkiem. Nawet wkładał tam podobne ubrania na siebie, ale tylko te mniejsze, niezbyt ładne. Bardziej podobały mu się inne,

Po obu stronach bramy wzniesiono szeregi tak wysokich kolumn, że nie można było dojrzeć ich szczytów. Alec na próżno zadzierał głowę. Pomiędzy kolumnami stały bardzo niskie i grube filary. Wokół pełno było ścian, ścianek, tarasów, podcieni. Wszystko to połączono krętymi lub prostymi kamiennymi schodami.

Na ustawionych wzdłuż ścian ciężkich ławach siedzieli ludzie. Większość z nich czytała, a pozostali spali. Ściany ktoś pięknie ozdobił barwami żółci i brązu. Alec przypomniał sobie, że podobne kolory miało ubranie Złotego Pana. ‘Hann....!’ - malec zobaczył w oddali Hannah i Samuela.

Chciał do nich krzyknąć, lecz właśnie w tym momencie tuż pod jego nosem pojawili się uzbrojeni w lśniące miecze ludzie. Wszyscy mieli czarne, rude lub siwe brody. Nieśli niewielkie tarcze. Jedni szli boso, inni w sandałach. Wielu miało pomazane na czerwono twarze, plecy, ramiona, ręce, nogi. To była krew.

80


Niektórzy żołnierze ze zmęczenia słaniali się na nogach. Innych, tych lżej

na siwe. Chyba przed chwilą czytała coś z dużej kartki papieru, lecz teraz

rannych, mogących iść o własnych siłach, cały czas wspierali silniejsi,

właśnie ją zwinęła w rulon i rozglądnęła się wokół. Czy martwiła się o

młodsi, sprawniejsi. Ciężko rannych niesiono na krzesełkach utworzonych

Aleca?

z dwóch par skrzyżowanych dłoni. Ten zwinięty kawał papieru zawiązała bardzo ładną złotą opaską. Może Czy ich również napadły wstrętne robale? Na samą myśl o tym Alec aż

to wszystko miało coś wspólnego ze Złotym Panem? Ciekawe, czy na tej

zadygotał z obrzydzenia. Czy może oni walczyli przed chwilą z

kartce były jakieś obrazki? Alec bardzo lubił, gdy w książkach mógł

wielkoludami? A więc tutaj też były wielkoludy? Czy on już nigdy się od

oglądać kolorowe obrazki. Wszystkie dzieci lubiły piękne ilustracje. Czy

nich nie uwolni?

lubił je oglądać także Samuel? Malca zastanawiało, dlaczego Samuel ma tak śmiesznie, wysoko obciętą grzywkę. Czy przypadkiem trochę nie za wysoko?

Chłopiec postanowił poczekać na okazję, by móc szybko przebiec przez dziedziniec. Z oddali przyglądał się uważnie Hannah i Samuelowi.

Uzbrojeni ludzie szli i szli, utrudniając chłopcu obserwację.

Kobieta siedziała na twardej ławie, a Samuel klęczał z boku, tuż przy jej kolanach. Po drugiej stronie stała laska, zakończona niewielką gałką. Wyglądało na to, że Hannah używała laski, choć jeszcze nie tak dawno biegła z Samuelem i Alec'iem szybciej, niż najszybciej. Jak to możliwe? Tego malec nie wiedział.

Samuel ubrany był w trochę przydługą marynarkę, całą lśniącą ciemnymi złoceniami. Wcześniej Alec tego nie dostrzegł, choć przecież lubił kolorowe rzeczy. I uwielbiał je malować. Już wcześniej, w Galerii zauważył ten dziwny kołnierz, sterczący, jakby go ktoś specjalnie postawił do góry. I dziwny pasek, ładnie ułożony na kołnierzu, kłócący się z

Hannah nosiła czarny szal, którym przykryła sobie głowę i ramiona.

rudymi włosami.

Spod szala wystawała biała bluzka, a spod bluzki sięgająca po same stopy

Po dłuższej obserwacji chłopiec był prawie pewny, że Samuel coś szybko

suknia z czerwonego aksamitu. Na nogach kobieta miała czerwone

mówił, a Hannah słuchała go cierpliwie, a czasami zdejmowała złotą

kapcie, jakieś takie zbyt delikatne w porównaniu z resztą ubioru. Hannah

opaskę, rozwijała rulon i pozwalała mu przez chwilkę zajrzeć do środka.

była już bardzo dorosła, choć jej jasne włosy nie wyglądały z tego miejsca

Czy on nauczył się na pamięć wierszyka i teraz głośno powtarzał? W 81


przedszkolu pani uczyła dzieci wierszyka o mamie i o książkach, ale w tej

ubranych do tych tutaj. Nawet więcej! Na obrazie pan malarz namalował

chwili Alec nie mógł sobie przypomnieć, jak zaczynała się pierwsza

przede wszystkim małego chłopca i kobietę z książką - bardzo podobnych

zwrotka. Teraz ważniejsze dla niego były te dziwne ubrania. Coś chodziło

do Hannah i Samuela!

i chodziło po głowie malcowi, ale co? Nie bardzo wiedział, co. Ale to przecież niemożliwe, żeby namalowani ludzie wyszli z ram obrazu Te dziwne stroje nie dawały mu spokoju! Aż w końcu zrozumiał, że jego

i naprawdę żyli. Lub żeby można było wejść do środka obrazu i zobaczyć

ulubiony obraz, niewielki obrazek pana malarza Rembrandta, czy jakoś

także to, co nigdy nie zostało w nim namalowane.

tak, ten sam, który zniknął z Galerii, przedstawiał ludzi podobnie A może jednak to wszystko działo się naprawdę? Kto wie? Tyle już nieprawdopodobnych rzeczy Alec widział ostatnio. Kto wie...

Przerwał rozmyślania, gdy uzbrojeni ludzie zniknęli mu z oczu. Wstał, wyprostował się, rękoma przetarł z kurzu pozdzierane kolana, wygładził strzępy ubrania i pobiegł do Hannah i Samuela.

‘Proszę pani! Proszę pani! Hannah!’ - poprawił się. - ‘To ja, Alec. Już jestem. Trochę się spóźniłem, bo musiałem zrobić... No...’ - chłopiec przerwał jednak, nieco

zawstydzony. - ‘No, to... Tego, no... Ale ja

przyszedłem bardzo szybko, prawda?’ - zwrócił się z pytaniem do Samuela.

82


Nie odezwali się. Nawet nie spojrzeli na niego. Jedynie Hannah

podobnych do tych, jakie Alec znał ze swoich czytanek z bardzo dużymi

przyłożyła lewą dłoń do ust, dając w ten sposób znać, że w tym miejscu

literkami.

obowiązywała Aleca całkowita cisza. Zaraz potem rozwinęła rulon papieru. Samuel zaczął coś czytać z niego cichutko. Pomagała mu, przesuwając po kartce palcem z prawej strony ku lewej, a on czytał raz

Raz próbował czytać bajkę z zamkniętymi oczami, lecz nic z tego nie

wolniej, innym razem nieco szybciej. Czasami przeciągał słowa, jakby

wyszło. A czytanie od tyłu, to już w ogóle bardzo trudna sprawa. Babcia

chciał je wydłużyć. Może nie był pewny, czy je właściwie wymawiał? Alec

mówiła mu wprawdzie, że wszystkiego można się nauczyć, a nawet

też to robił, gdy uczył się czytać bajkę z takimi największymi literkami.

trzeba, ale jego mama nie chciała, żeby uczył się czytać od tyłu. On

Ale czytał zawsze od lewej strony kartki do prawej, a nie tak, jak robił to

trochę chciał, bo był ciekawy, no i babcia chciała. I babcia odpowiadała

ten dziwacznie ubrany chłopak, który sprawiał w tej chwili wrażenie,

zwykle mamie, że czytanie od tyłu było tak naprawdę czytaniem od

jakby miał zamiar sobie pośpiewać, a nie czytać.

przodu, a od przodu było od tyłu... Ale Alec gubił się w tym, niewiele rozumiał i nie chciał, żeby mama z babcią rozmawiały podniesionymi głosami, czasami nawet krzycząc na siebie. Po takich sprzeczkach obie

Alec nie rozumiał ani jednego słowa. Choć niektóre wydawały mu się

płakały. A wtedy on też zaczynał płakać. I potem nie mógł przestać.

trochę znajome, nie bardzo wiedział, co oznaczają. Lecz gdy Samuel

Często nie pomagała nawet największa porcja jego ulubionych lodów.

zakrył nagle swoje oczy dłonią i zaczął coś czytać bardzo uroczyście -

Czekoladowych.

malec już wiedział, że to były te same słowa, które słyszał u babci. Słyszał je zazwyczaj rano. I czasami także późnym wieczorem, jeśli kładł się spać prawie w nocy.

‘Dobrze, Samuel! Ale musisz więcej ćwiczyć, więcej i więcej’ powiedziała Hannah, gdy jej podopieczny doczytał do końca. - ‘Nie możesz tłumaczyć się, że jest ci ciężko, zapamiętaj to raz na zawsze!’ -

Tym nowym odkryciem malec był bardzo zaskoczony. Przecież jego babcia też czytała w taki niezwykły sposób, zasłaniając na chwilę oczy. Robiła to tylko wtedy, gdy otwierała pewną bardzo starą książkę, którą czytało się od tyłu, a nie od przodu. I w tej książce nie było wcale literek

dodała tonem nie znoszącym sprzeciwu. ‘Ale jak mam ćwiczyć, jeśli cały czas jestem głodny?’ - Samuel odezwał się bardzo ostrym tonem.

83


‘Posłuchaj mnie uważnie choć ten jeden raz! Zawsze można powiedzieć,

czas temu. Nie ma już chleba na ulicy Piekarskiej. I trudno o czystą

że są ciężkie czasy, że jesteśmy okrążani, więzieni i zagładzani... Ale nie

wodę, bo w cysternach pozostało samo błoto’ - powiedziała cichutko i

zwalnia to nikogo z nas z obowiązku nauki! Pamiętaj!’

zamyśliła się na chwilę. - ‘Może lepiej by było, gdybyś został w tamtej Galerii, przy tamtym malutkim ogródku, który tak pięknie urządziłeś? Oglądałam twój ogródek, on jest naprawdę...’ - Hannah urwała w pół

‘Ja się uczę, ale muszę pomagać na murach i roznosić rozkazy’ - odparł

zdania i znów zamyśliła się nad czymś.

Samuel. - ‘I wtedy nie mam zupełnie czasu. Zrozum, proszę!’ ‘Ale ja nie mogę wrócić do Galerii, bo zawaliło się przejście, gruz zasypał ‘Samuel, nie podnoś głosu! Co to ma znaczyć? Co pomyśli sobie o nas

je o... taaak wysoko’ - Alec uniósł nad głowę rękę, wspiął się na palce i w

Alec’ - oburzyła się Hannah.

powietrzu próbował zaznaczyć jak najwyżej poziom, do którego sięgał gruz. - ‘A czy tutaj można zasadzić w ogródku roślinki, żeby było coś do jedzenia?’

‘On nic nie rozumie, przecież on jest jeszcze mały’ - bronił się Samuel. ‘Nasze ogrody zostały podstępnie spalone. Zapasy rozkradzione. Albo Alec nie lubił, gdy inni mówili o nim, że był mały. Bardzo nie lubił, gdy tak mówili dorośli, a jeszcze bardziej, jeśli mówiły tak o nim dzieci.

zniszczone przez robactwo. Wkrótce będziemy musieli opuścić miasto, bo inaczej pomrzemy z głodu i od chorób’ - Hannah zmrużyła oczy, przymknęła je wolno, a kiedy ponownie spojrzała na malca, jej twarz zmieniła się, kobieta zacisnęła mocno zęby i znowu przymknęła powieki.

‘Ja nie jestem wcale taki za mały, tylko jeszcze trochę nie za duży’ - malec wtrącił się do rozmowy. ‘Prawda, prawda’ - uśmiechnęła się Hannah. - ‘Musisz zatem wytrzymać

‘Nigdy nie oddamy im miasta!’ - oświadczył Samuel. - ‘Przenigdy! Choćby oblężenie miało trwać tysiąc lat! Musimy walczyć!’

z nami tutaj, co na pewno nie będzie łatwe! Przykro mi to powiedzieć, lecz my niestety w tej chwili wcale nie mamy jedzenia, skończyło się jakiś 84


‘Może masz rację, Samuel… I może musimy się więcej modlić, to zostaniemy ocaleni’ - Hannah patrzyła daleko przed siebie, a jej słowa znikały gdzieś wysoko w starych murach tej wielkiej, wspaniałej budowli. - ‘Poczekajcie tutaj na mnie, tylko popytam trochę o jedzenie i natychmiast do was wracam!’

Pośpiesznie odeszła w stronę rozmawiających w pobliżu mężczyzn. Alec rozglądał się niepewnie. Zdziwił się bardzo, że wcześniej nie zauważył ogromnej ilości długich i krótkich bród, obecnych nie tylko na twarzach żołnierzy. Wszyscy mężczyźni, których mógł ze swojego miejsca dostrzec byli brodaci. Dlaczego każdy z nich miał brodę? Alec nawet nie próbował zgadywać. Może zapyta o to Samuela?

85


Rozdział Dwunasty

Ja i on, my i oni


W pobliżu miejsca, gdzie przystanęła właśnie Hannah, do ogromnej

Nikt im nie odpowiadał. Jedynie pył wzbił się w powietrze, zawisł

ściany przymocowana była czarna, kamienna tablica. Jej zwieńczenie

nieruchomo i nie chciał opaść, przysłaniając wszystko przed wzrokiem

znikało wysoko w górze, w potężnym sklepieniu pomieszczenia.

Aleca.

Rzeźbiarz wykuł na niej jakieś napisy, których Alec z takiej odległości dokładnie nie widział. Środek tablicy pionowo przecinał kamienny słup, z wijącym się wokół niego wężem. Wąż musiał być bardzo głodny, bo miał

Pył długo nie opadał. Alec'owi cały czas brakowało świeżego powietrza.

niebezpiecznie szeroko otwartą wielką paszczę. Od czasu, kiedy malec

Było mu duszno. Oglądał już kiedyś w telewizji wielkie bitwy w kosmosie

zobaczył w telewizji film przyrodniczy o wężach i dowiedział się, że one

i pod wodą wojnę potworów. W kreskówce. Jego mamy nie było wtedy w

wcale nie jedzą na śniadanie owsianki na mleku, nie lubił, gdy węże były

domu. Gdyby była, to nie mógłby oglądać, bo mama nie pozwalała

głodne.

włączać kanałów z niektórymi filmami. Zapamiętał tamtą kreskówkę na całe życie. Teraz przypomniał sobie dokładnie, jak potwory otoczyły miasto. Jedne wybijały dziurę w wysokim murze. Inne wchodziły na górę

W pewnej chwili całe pomieszczenie zakołysało się niebezpiecznie. Alec

po drabinach. A małe ludziki broniły się przed nimi, zrzucały z murów

dobrze pamiętał, że wcześniej tak samo trząsł się budynek Galerii. I

ciężkie kamienie i podpalone beczki z czarną mazią. Przez wydobywający

zobaczył, jak nagle wielka czarna tablica pękła z trzaskiem. Ogromne

się z beczek gęsty dym chwilami w ogóle nie było nic widać.

płyty granitu oderwały się od ściany i rozbiły z przeraźliwym hukiem na posadzce. Rozmawiający z Hannah tuż przy tablicy trzej mężczyźni zniknęli chłopcu z oczu, przysypani zwaliskiem.

Chłopiec przypomniał sobie też, że po tym filmie nie mógł spokojnie spać przez trzy kolejne noce. Jednak czegoś takiego, jak to, co działo się tutaj nigdy wcześniej nie przeżył. Zapadła prawie całkowita ciemność. Bardzo

‘Hannah! Hannah!’ - Samuel i Alec przekrzykiwali się nawzajem,

długo nie można było dostrzec dosłownie nic, co znajdowało się

biegnąc szybko na miejsce katastrofy. - ‘Gdzie jesteś, Hannah? Odezwij

troszeczkę dalej, niż na odległość wyciągniętej ręki. Zawiesina gęstego

się!’

pyłu ani nie opadała, ani nie unosiła się wyżej, nie pozwalając normalnie oddychać. Alec dusił się z braku powietrza. Zewsząd zbiegło się mnóstwo ludzi. Do uszu chłopca docierały ich skargi i krzyki. Rozpoznawał tylko te osoby, które stały najbliżej, tuż obok niego. Ich twarze ukryte były pod 87


białymi chustami. On nie miał chusty, by chronić się przed gryzącym

Hannah podczas czytania kiwała miarowo głową. Alec już widział gdzieś

kurzem, przez co kasłał i słabł coraz bardziej. W głowie kręciło mu się

ludzi, którzy tak właśnie się kiwali, nie mógł sobie jednak w tym

mocniej i mocniej. Jakiś człowiek przebiegł zbyt blisko, potrącając go

momencie przypomnieć, gdzie to było. Mieszało mu się wszystko - może

boleśnie. Malec przewrócił się i nie miał siły wstać. Pomyślał tylko o

przez to światło, które migotało kolorowo przed oczyma, a może przez

mamie. I o tym, co jego mama zrobi, gdy jego już nie będzie.

kurz. Do czego może służyć takie kiwanie podczas czytania?

Udusiłby się albo zadeptaliby go za chwilę ludzie, gdyby nie silna ręka, która pochwyciła go za ramię i wyniosła z tego strasznego miejsca. Gdy Alec otworzył ponownie oczy, Hannah obmywała mu twarz. To było bardzo przyjemne. Uśmiechała się łagodnie. Potem przytknęła mu do ust miseczkę z wodą, a on pił ją bardzo, bardzo długo. Samuel dolewał mu co chwilę z dzbana nową porcję. To dopiero była uczta! Najprawdziwsza, przepyszna chłodna woda. Smakowała bardziej, niż jego ulubione lody. Kto by pomyślał...

‘Czy tutaj są wielkoludy?’ - malec zapytał nieśmiało.

‘Nie, to nie wielkoludy nas atakują, choć ludzi tych moglibyśmy tak nazwać’ - Hannah pogłaskała Aleca po głowie, po czym rozwinęła rulon z literkami i skupiła się na czytaniu.

88


���To są barbarzyńcy, rozumiesz?’ - przerwał jego rozważania Samuel. -

Nigdy nie było to jednak nic poważnego, ponieważ wszystkie dzieci

‘Oni chcą nas wszystkich zamordować, posiekać toporami, siekierami,

znowu spotykały się kolejnego dnia w przedszkolu i zaczynały od

mieczami. Na kawałeczki. Oni mówią, że jesteśmy inni’ - Samuel

śniadania. Wszystkie. Ale czy w przedszkolu byli jacyś ci barbe...? Nie

wpatrywał się w Aleca, próbując ocenić, czy wystarczająco jasno mu to

miał najmniejszego pojęcia, kto to są te barbe...

wytłumaczył. - ‘Tylko dlatego chcą nas zamordować, że jesteśmy inni, rozumiesz? Że nie jesteśmy tacy sami, jak oni.’ ‘A czy te wielkoludy, które ścigają Złotego Pana, to są barbe....?’ - Alec nie był pewien, jak to słowo należy wymówić. Malec nie był pewny, czy wszystko zrozumiał. Troszeczkę jednak zrozumiał i tak się wystraszył, jakby za chwilę miały go zewsząd obsiąść wstrętne robale. Natychmiast przypomniał sobie, co o wielkoludach

‘Bar-ba-rzyń-cy’ - przesylabował Samuel.

mówiła mu wczoraj nad rzeką babcia. One również chciały posiekać Złotego Pana. Na kawałeczki. ‘No właśnie’ - zgodził się malec. Wiedział bardzo dobrze, co to znaczyło, że każde dziecko może być inne, chociaż w jego przedszkolu dwie dziewczynki były takie same. I nikt nie potrafił ustalić, która z tych dziewczynek umyła już ręce przed śniadaniem, a która jeszcze nie, która z nich zjadła owsiankę, a która zostawiła całe pół miseczki. Alec zawsze zjadał dużo owsianki, ale jedna dziewczynka w ogóle nie chciała jeść i ostatnio wypluła wszystko na talerz. Zaraz przyjechała po nią jej mama i natychmiast wróciły do

Hannah przerwała czytanie. Zwinęła kartkę w rulon, związała złotą opaską i ucałowała. Przecież tak samo robiła rano i wieczorem babcia malca, gdy kończyła czytanie tej starej książki! A nawet po południu i w nocy, bo w babcinej książce były podobno zapisane specjalne literki i najważniejsze słowa, dlatego babcia zaglądała do niej kilka razy dziennie.

domu, bo ta dziewczynka różniła się od grzecznych dzieci. Ona była taka trochę inna. A gdy z kolei Alec pomazał pastą do zębów ścianę w łazience, to też musiała przyjechać po niego jego mama i zabrać z przedszkola, bo był trochę, ale tylko troszeczkę inny niż grzeczne dzieci.

‘Musicie pamiętać, obaj, i ty, Samuel, i ty, Alec!’ - Hannah wzięła w swoje mocne dłonie drobne ręce chłopców i przyciągnęła je do siebie. - ‘Cały 89


świat ukryty jest w literkach, w tych samych, z których układamy potem wyrazy. Rozumiecie?’

Alec bardzo się starał zrozumieć, ale nic nie rozumiał. Często bawił się klockami. Lubił układać z nich autostrady z ciężarówkami i wielkie pałace, w których ukrywał skarby. I to jakie skarby! Dwa stare znaczki pocztowe, jeden malutki niebieski kamyk, bardzo ciekawy zardzewiały gwóźdź i jeden pieniążek. Tych skarbów nie zamieniłby na nic innego. Co chwilę wyjmował je z pałacowych kryjówek, umieszczał na ciężarówkach i przewoził autostradami wokół całego dywanu, leżącego na środku jego pokoju. Potem ponownie ukrywał je w pałacach, żeby były bezpieczne.

Z pewnością Hannah mówiła teraz coś ważnego. Coś najważniejszego, bo nie zwracała wcale uwagi na okrzyki i nawoływania biegających w jedną i drugą stronę, zawodzących i zrozpaczonych ludzi, którzy musieli się czegoś bardzo bać. Ciekawe, co takiego znowu ich wszystkich wystraszyło?

‘Jeśli ludzie złożą słowa nieodpowiednio, źle, wówczas z takiego składania powstanie zły świat’ - kontynuowała Hannah. - ‘Powstanie świat, w którym barbarzyńcy, mordercy, wielkoludy będą niszczyć wszystko, co 90


dobre. Czy teraz rozumiecie?’

jest dla nich jak jakaś wielka przepaść, która dzieli ludzi na lepszych i gorszych, na tych, którzy mają prawo żyć, i na tych, którzy muszą umrzeć.’

Chłopcy kiwali potakująco głowami, choć obaj zaczynali się trochę wiercić, trochę rozglądać dookoła, może nawet trochę nudzić. ‘Czy wielkoludy wiedzą o tych słowach? Bo wielkoludy gonią mamę i mnie, i chcą nas złapać. Ja ich kiedyś nauczę o tych dobrych słowach! ‘Zawsze musicie o tym pamiętać! I to już, od tej chwili!’ - Hannah

Gdy będę już całkiem duży’ - oświadczył nie proszony o to Alec. - ‘Czy

krzyknęła, widząc, co się święci. - ‘Nigdy nie wolno wam o tym

one wtedy przestaną nas gonić?’

zapomnieć! Pamiętajcie, ważnych jest kilka słów, dosłownie dwa króciutkie dźwięki: a oraz i. Jeśli powiemy ja i on, my i oni, to powstanie dobry świat ze szczęśliwymi ludźmi. W takim świecie nikt nie będzie

‘Alec, widzisz, to jest bardzo trudne, ale dobrze, że chcesz tak zrobić’ -

lepszy lub gorszy. Czy to jest dla was jasne?’

powiedziała Hannah. - ‘Czy pozwolisz mi jednak teraz dokończyć? Dobrze?’ - zapytała grzecznie i mówiła dalej. - ‘Zapamiętajcie obaj! I jest jak most, mocny i wygodny. Dźwięk i łączy ze sobą różnych ludzi, nas

Chłopcy zdążyli tylko popatrzeć jeden na drugiego, bo Hannah wcale nie

wszystkich, by każdy mógł żyć i stawać się coraz lepszym.’

czekała na ich odpowiedź. ‘Lecz jeśli ludzie powiedzą ja a on, my a oni, to świat wypełni zło i nieszczęście. Wydawać im się będzie, że ja, to ktoś lepszy od innych, że my to ci lepsi od jakichś ludzi. I że jakiś on i jacyś oni, to ci gorsi. Gorsi,

Hannah westchnęła, uśmiechnęła się do Samuela i Aleca. A widząc ich zmęczone twarze, zapytała.

inni, obcy, czyli ci, których ma spotkać za to niewola, którzy będą okradani, skazywani na wygnanie, niszczeni, a w końcu mordowani. Rozumiecie? Tylko za to ma ich spotkać śmierć, że są inni.’ - Hannah znowu przerwała i wpatrywała się uważnie w obu chłopców, chcąc w ten

‘No, dobrze! A czy wy jesteście dobrymi, grzecznymi chłopcami, czy może trochę niegrzecznymi?’

sposób zmusić ich do skupienia się i pilnego słuchania. - ‘To drobniutkie a 91


‘Ja zawsze będę grzeczny!’ - zadeklarował Alec, choć właśnie

Samuel także chciał odpowiedzieć. Już otwierał usta, gdy mury zatrzęsły

przypomniał sobie siusianie na ulicy i nie był pewny, czy po takim

się mocniej, niż poprzednio i cała sąsiednia ściana runęła z hukiem.

zachowaniu wolno mu myśleć o sobie jako o kimś grzecznym.

Ludzie znowu płakali, nawoływali się. Wszędzie słychać było przeraźliwe piski szczurów, które pozbawione zostały swych odwiecznych kryjówek. Malec cały pokrył się gęsią skórką. Przypomniały mu się przeraźliwe nocne hałasy szczurów, których cała zgraja próbowała go zjeść w podziemnych kanałach Edynburga.

Hannah musiała mocniej przytrzymać obu chłopców za ręce, by nie zgubili się w takiej chwili. Gdy krzyki trochę ucichły, odezwała się do Samuela i Aleca.

‘Ukucnijcie przy tej ławie i nie ruszajcie się stąd nawet na jeden krok!’ zakomunikowała ostrym tonem. - ‘Szczurów nie musicie się bać, to one boją się ludzi’ - przekonywała obu chłopców, choć przecież powinna pamiętać niedawną relację malca o jego ucieczce podziemnymi kanałami.

Dla Aleca było oczywiste, jak należy myśleć o szczurach. Kto, jak kto, ale on dobrze wiedział, że w kanałach duża grupa szczurów może gonić człowieka bardzo długo. Zwłaszcza wówczas, gdy są głodne.

92


Alec dłońmi zatkał sobie uszy, by nie słyszeć przeraźliwych pisków. Szczurów należy się wystrzegać! ‘One wcale się nas nie boją, a mnie to chciały zjeść. Ja nie chcę, żeby one mnie zjadły, ja nie chcę! Słyszysz, Hannah? Ja się boję...’ - krzyczał za oddalającą się Hannah.

‘Alec, wskakujemy na ławę, szybko!’ - zakomenderował zrozpaczony Samuel. - ‘Ich jest tutaj pełno! Są wszędzie. Uciekajmy na górę!’

Obaj chłopcy wystrzelili w górę jak z procy, wdrapali się na oparcie wielkiej ławy i plecami przylgnęli do chłodnej szorstkiej ściany. Lecz tylko przez chwilkę byli tam bezpieczni. Szczury wbiegały bowiem z łatwością także na ławy i wspinały się nawet jeszcze wyżej, na gzymsy i płaskorzeźby. Piszczały przy tym strasznie głośno i wysoko podnosiły drobne główki, nawołując się nawzajem. Alec'owi wydawało się, że zwołują całą resztę, by ich obu zaraz zjeść.

93


Rozdział Trzynasty

Szczury


Chłopcy nie mieli innego wyjścia, jak uciec stąd jak najdalej. I to bez

‘Trzeba ratować czerwoną jałówkę! Trzeba ratować czerwoną jałówkę!’ -

ociągania się! Ale dokąd iść? Gdzie Hannah? Co robić?

przekrzykiwali się ludzie.

Runęły kolejne wysokie ściany. Gruz znowu przygniótł ludzi. Ponury

Z ust do ust przekazywali sobie wiadomość, która wydawała się Alec'owi

grzmot ocierających się o siebie kamiennych bloków zagłuszał ludzkie

bardzo dziwna.

jęki, a nawet szczurzy pisk. Samuel wspiął się trochę wyżej, opierając stopy o mały ścienny występ. ‘Zaprowadźcie ją do Świętego Świętych! Tam będzie bezpieczna!’ Mężczyźni pobiegli przez gruzowisko i naraz Alec zobaczył ‘Hannah! Hannah! Gdzie jesteś, Hannah? - Samuel krzyczał najgłośniej,

najprawdziwszą, całkowicie czerwoną krowę.

jak tylko potrafił. Wszyscy zamilkli, a po chwili powietrzem wstrząsnął szloch, płacz, Z oddali słychać było miarowe, tępe uderzenia. Ściany i potężne kolumny

zawodzenie, jakiego wcześniej świat nie słyszał. Chłopiec spojrzał

podtrzymujące sufit trzęsły się coraz bardziej. Na szczęście stopniowo

pytająco na towarzysza swojej niedoli. Samuelowi ciekły po policzkach

opadał wszechobecny pył. Posadzkę oświetliły promienie słońca.

wielkie łzy. Alec nic z tego nie rozumiał. Chciał zapytać Samuela o tę

Zburzone mury odsłoniły kawałek błękitnego nieba. Światło wyszukiwało

krowę i o cały ten płacz, ale w tym momencie nie mógł. Może zapyta

dla siebie najdogodniejszego miejsca, przebijało się przez warstwę kurzu,

później. Dlaczego wszyscy ludzie płaczą na widok najzwyklejszej

migocąc nieustannie. Chłopcom łatwiej było oddychać. Ludzie zadzierali

czerwonej krowy? Takich krów on sam widział całe stada, gdy był kiedyś

do góry głowy i zamyśleni patrzyli w łagodne niebo. A na niebieskim

na wycieczce na wsi. Alec lubił krowy i inne kolorowe zwierzęta, a

niebie wysoko, wysoko szybowały niezliczone ilości wielkich, drapieżnych

najbardziej lubił małe zielone koniki, te same, które wczoraj namalował

ptaków.

na prawdziwym ogromnym płótnie w edynburskiej Galerii. Ale czerwonych krów jeszcze nie malował.

95


‘Alec, to nie jest zwykła krowa’ - Samuel uprzedził jego pytanie.

Samuel wzruszył bezradnie ramionami.

‘A jaka? Czy ktoś ją pomalował na czerwono? Ja wolę malować koniki! Na zielono!’ - przechwalał się Alec.

‘Jaki ty jesteś niemądry... Ty nic nie wiesz’ - powiedział z wyrzutem w głosie Samuel. - ‘Czerwonej krowy nikt nie pomalował. Ona urodziła się cała czerwona. Każdy najmniejszy włos z jej sierści jest czerwony. I gdyby choć jeden nie był czerwony, to i cała krowa nie byłaby czerwoną jałówką. To jest dziewiąta taka czerwona jałówka od początku świata, rozumiesz?’

‘Co ty, Alec?’ - jego pytanie ginęło w ogólnym hałasie.

Wokół panował straszny bałagan i Alec nie mógł pozbierać myśli. Co robić? Jak się stąd wydostać? Z jednej strony gruzowisko zwalonej ściany tej tajemniczej, ogromnej budowli, z drugiej niezliczone ilości szczurów… Chłopiec zatrzymał wzrok na jednym z nich, największym, zapewne najsilniejszym i najniebezpieczniejszym ze wszystkich. Szczur stał na tylnych łapach, rozglądał się uważnie, od czasu do czasu piszcząc coś

‘Uhm...’ - mruknął Alec, który nie chciał się przyznać do tego, że jak zwykle nic z tego wszystkiego nie zrozumiał.

W końcu obaj zamilkli, przyglądając się tłumowi, który przeprowadzał czerwoną jałówkę przez gruzowisko, szlochając głośno, płacząc, wznosząc błagalne okrzyki. Malec był tym wszystkim trochę wystraszony.

niewyraźnie. Alec wsłuchiwał się w to jego popiskiwanie i po chwili zaczął odróżniać słowa, a nawet całe zdania. Czy to możliwe, żeby on, mały chłopiec, rozumiał mowę szczurów?

‘Naszym zadaniem jest uratowanie tego mniejszego chłopca’ - wielki szczur instruował pozostałe, które ucichły i słuchały go uważnie. ‘Postępujemy zgodnie z planem. Staramy się nie dopuścić do niego żadnych paskudztw, a jeżeli będzie robił coś nie tak, musimy go trochę poszarpać za nogawkę spodni, żeby się wystraszył i ominął pułapki.’

‘Hannah, gdzie jesteś? Mamo, mamusiu! Gdzie jesteś? Mmmmamusiu! Samuel, ja chcę już do mamy, słyszysz?’ - Alec patrzył na swojego nowego kolegę, oczekując konkretnej informacji o jego mamie lub babci. Lub przynajmniej o ukochanej suczce Tango.

Alec przypomniał sobie, jak w kanale pod North Bridge jakiś szczur chwycił go za nogawkę, no i jedynym ratunkiem było wydostanie się z 96


wody. A działo się to tuż przed głęboką czarną dziurą, do której wpadała

tresowany zwierzak z cyrku i ludzie mogli mu wydawać rozkazy? I czy

z kanału podziemna rzeka i do której on sam mógł z łatwością wpaść i już

gdzieś tutaj cały czas była jego mama, albo jego babcia, która potrafiła

nigdy stamtąd nie wyjść.

przecież dogadać się nawet z wielkim wilczurem? Przez dłuższą chwilę malec nie mógł opanować własnych myśli. Czy ten

‘W tej chwili czeka nas sprawdzenie, czy górne przejście jest bezpieczne, bo to jest jedyna sensowna droga, którą można stąd uciec’ - dodał wielki szczur i zatrzymał swój wzrok wprost na Alecu, tak, że malcowi aż ciarki przeszły po plecach.

wielki szczur wiedział, że jego słowa rozumiał także i on, Alec? Czy wiedział to? Tak, czy nie? I co to znaczy, że jakieś szczury miały za zadanie uratowanie małego chłopca? Czy ten wielki szczur to był jakiś tresowany zwierzak z cyrku i ludzie mogli mu wydawać rozkazy? I czy

gdzieś tutaj cały czas była jego mama, albo jego babcia, która potrafiła przecież dogadać się nawet z wielkim wilczurem?

‘Po upewnieniu się, że chłopiec jest bezpieczny ruszamy na ul. Piekarską, bo w jednej z komór ukryto dużo chleba. Połowa tych zapasów jest dla nas! Ale tylko połowa, pamiętajcie! Po krótkim posiłku natychmiast kierujemy się w stronę całkowicie wyludnionego centrum miasta, gdzie czeka na nas bardzo dużo jedzenia.

By tam dotrzeć będziemy musieli iść śladami tego chłopca. Czy wszystko jasne?’ - retorycznie zapytał wielki szczur. - ‘No, to do roboty!’ - wydał krótką komendę i zniknął pomiędzy innymi szczurami. Przez dłuższą chwilę malec nie mógł opanować własnych myśli. Czy ten wielki szczur wiedział, że jego słowa rozumiał także i on, Alec? Czy wiedział to? Tak, czy nie? I co to znaczy, że jakieś szczury miały za zadanie uratowanie małego chłopca? Czy ten wielki szczur to był jakiś

97


‘Babciu, mamo!’ - Alec znowu zaczął wierzyć, że nie tylko babcia i mama,

Schody były niedaleko, przy sąsiedniej ścianie. Pobiegli tam i wkrótce

ale także jego ukochana suczka Tango jest gdzieś bardzo, bardzo blisko, że

znaleźli się w widnym i długim korytarzu na piętrze, skręcającym łagodnie

najbliżsi malca są w pobliżu, tuż obok niego, dosłownie na wyciągnięcie

w stronę kamiennych murów miasta. Korytarz wypełniały obszerne okna,

ręki.

z których rozpościerał się widok na okoliczne wzgórza, dachy niższych budowli i stojący w oddali ogromny zamek. Malec nigdy wcześniej nie widział ani tak pięknych budynków, okiennic i dachów, ani tak dużego

Zamiast mamy, babci lub Tango zza rumowiska wybiegła Hannah. W tym

zamku. To były prawdziwe dziwy nad dziwami. Przez chwilę wydawało

samym czasie szczury rzuciły się jak na komendę w stronę stromych

mu się, że korytarz cały zawisł w powietrzu, choć w rzeczywistości całe

schodów i szybko zniknęły gdzieś na piętrze budowli.

przejście podparte zostało wielkimi słupami i niczym most łączyło ze sobą dwie części wielkiej budowli. Szczurów nie było tutaj ani widać, ani słychać. Tylko podłoga od

‘Musimy stąd uciekać! Jak najdalej! - Hannah krzyczała do chłopców

czasu do czasu drżała niespokojnie, jakby ją ktoś chciał rozbić

ochrypłym głosem. - ‘Rozpoczęli już ostatni atak. Uciekajmy stąd

na drobne kawałeczki.

natychmiast! No już! Tutaj zaraz wszyscy zginą!’ - i zwinnie zdjęła obu chłopców z drewnianej ławy.

‘Teraz jest trochę bezpieczniej, ale nie możemy się zatrzymywać’ - Hannah trzeźwo oceniła sytuację. ‘Najpierw jednak muszę się zorientować, do

‘Hannah, Hannah! Najlepiej uciekać tą samą drogą, którą pobiegły szczury. Tamtymi schodami’ - zaproponował Alec, który dobrze pamiętał, co przed chwilą głośno mówił wielki szczur.

jakich pomieszczeń prowadzi ten korytarz’ - i wyjrzała przez jedno z okien, wypatrując odpowiedzi na swoje pytanie. -

‘A o

czym beze mnie rozmawialiście tam, na dole?’ - zaciekawiona zwróciła się po

‘A wiesz, Alec, świetny pomysł! Zresztą… To chyba w tym momencie

chwili do chłopców.

jedyna droga ucieczki! - pochwaliła malca Hannah.

98


‘ H a n n a h , o n ch c e n a m a l ow a ć

Hannah zaśmiała się głośno. Śmiały się jej oczy i usta. Kręciła głową,

czerwoną jałówkę’ - wykrzyczał

rozbawiona pomysłem Aleca.

oskarżającym tonem Samuel. ‘Hannah, czy on naprawdę jest tylko takim zwykłym, małym chłopcem?’ ‘Bo ja namalowałem już dwa zielone koniki’ - szybko usprawiedliwił się Alec.

- Samuel wspiął się na palce i szeptał Hannah do ucha, zupełnie ignorując Aleca. - ‘On jest jakiś taki dziwny. Opowiadał nam o Złotym Panu, pamiętasz?’ - mówił z coraz większym przejęciem.

‘Widzieliśmy te twoje koniki. Tam, w Galerii. Są bardzo ładne, ale trudno je zobaczyć, bo ich

‘Co w tym dziwnego?’ - zapytała głośno Hannah.

prawie nie widać w zielonej trawie. I są takie malutkie, jakby to były kucyki. Czy to są kucyki?’ - dopytywała Hannah.

‘No, no... Przecież wiesz, że taki mały chłopiec nie może zobaczyć Boga!’ - Samuel szeptał drżącym głosem.

‘A czy cyki są ładniejsze, niż konie?’ - Alec zaczął się martwić, czy przypadkiem jego koniki nie były jakimiś cykami, a nie prawdziwymi konikami. - ‘Ja namalowałem malutkie druciane koniki z ogrodu naszych największych przyjaciół, ale w tamtym ogrodzie one nie są wcale zielone i

‘Co to za pomysły? Czy ty już zdążyłeś zapomnieć, że Bóg nie był, nie jest i w ogóle nigdy nie będzie ani człowiekiem, ani zwierzęciem, ani rośliną, ani jakąkolwiek rzeczą?’ - Hannah nie potrafiła ukryć przed chłopcami rozdrażnienia i zdenerwowania.

złodzieje mogą je przez to ukraść’ - prawie jednym tchem wyrecytował, dodając. - ‘A teraz, gdy pomalowałem je na zielono, to nikt ich nie ukradnie, bo w zielonej trawie ich nie widać. Jeżeli będę mógł, to na tym

Nagle odwróciła Samuela plecami do Aleca i ostro skarciła go. Zrobiła to

wielkim płótnie domaluję jeszcze tę krowę, dobrze? Obok zielonych

jednak na tyle cicho, że Alec usłyszał tylko piąte przez dziesiąte i nie

koników…’

potrafił poskładać niczego w sensowną całość. Widział jedynie, jak jego nowy kolega spuścił głowę, wyraźnie zawstydzony reprymendą. W końcu 99


Hannah odwróciła go przodem do Aleca. Znowu przyglądała się uważnie

Nowa kamienna kula uderzyła z taką siłą, że korytarz zawalił się z jednej

obu chłopcom.

strony i Hannah zniknęła chłopcom z oczu.

‘Alec, powiedz mi, czy widziałeś już wcześniej takie literki, jak te tutaj?’ -

‘Poczekaj! Hannah, poczekaj na nas!’ - Alec krzyczał za nią, ale z powodu

jej oczy były bardzo poważne, twarz nadal napięta.

kurzu słowa grzęzły mu w gardle.

‘U mojej babci. Babcia ma dużo książek z takimi literkami’ - wyjaśnił

Po chwili pojawił się kolejny kamień i druga strona korytarza zachwiała

Alec.

się, jakby była małą roślinką, poruszaną wiatrem. W końcu i po tej stronie

‘Hannah! Hannah, przecież on jest...’ - Samuel nie dokończył zdania.

wszystko

zawaliło się z łoskotem, zamykając chłopców w pułapce.

Hannah zza góry gruzu nie było ani widać, ani słychać. Zniknęła na dobre. Samuel płakał jak małe dziecko. Nawet nie krył się z tym przed młodszym od niego Alec'iem. Jednak płacząc rozglądał się na wszystkie

Hannah w ostatnim momencie odciągnęła go sprzed okna. Z boku ze

strony, szukając jakiegoś wyjścia z pułapki.

świstem nadleciał ogromny głaz. Wpadł z hukiem przez okno, przeleciał nad posadzką i wypadł przez drugie okno z przeciwnej strony korytarza.

‘Alec, widzisz tamten płaski dach? Na trzy, cztery skaczemy tam przez

Okienne szkło rozsypało się w drobny mak.

okno! Gotowy? Trzy, cztery, start!’ - Samuel mówił przez łzy. ‘Nie! Samuel! Zaraz... Za chwilkę, bo... bo ja się boję skakać z okna...’ malec nie był pewny, czy skakanie z takiej wysokości to dobry pomysł.

‘Później, Samuel. Porozmawiamy później! Ten kamień wyrzucono z katapulty. Zaraz nadlecą kolejne, uciekajmy stąd!’ - Hannah ruszyła przed siebie, nie zastanawiając się, w którą stronę powinni uciekać.

‘Słuchaj! Ja też się boję. Nie możemy teraz myśleć, że skaczemy z okna. Raz! Dwa! Trzy! I czte...ry! Skaczemy!’ - Samuel skoczył i zniknął Alec'owi z oczu.

100


Więc jednak zrobił to! Skoczył. Sam. Bez Aleca. Malec nie wierzył

‘No i przed chwilą te szczury, one przecież też rozmawiały, i to przy

własnym oczom. Lecz czuł, że takie skakanie z okna - to absolutnie nie

tobie…’

dla niego. Nim jednak zdążył zastanowić się, czy można zejść na dół bez skakania, nagły podmuch powietrza wyrzucił go przez okno, jakby był drobnym piórkiem. Razem z nim w dół poleciała ogromna kamienna

‘Kłamiesz, bo to niemożliwe! Kłamca!’ - Samuel położył się na plecach i

kula. Chłopiec spadł na dach tuż obok Samuela i był zaskoczony tym, że

odwrócił głowę w bok, by nie patrzeć na Aleca.

już po wszystkim. W odległości zaledwie metra od miejsca, gdzie znaleźli się obaj chłopcy kula wybiła w dachu wielką dziurę. ‘To prawda! To prawda!’ - malec krzyczał przez łzy. ‘No widzisz, wcale się nie bałeś!’ - pochwalił go Samuel.

Obaj milczeli przez chwilę. Chłopiec próbował zebrać myśli, żeby Samuelowi jakoś udowodnić, że mówił najszczerszą prawdę. Lecz jak

Alec nie przyznał się, że wyleciał przez okno całkowicie niechcący. W

mógł to zrobić siedząc na dachu? Gdzieś nie wiadomo gdzie? No właśnie!

milczeniu rozcierał siniaka na nodze i był bardzo dumny, że siedział na

Alec nie rozumiał do końca, gdzie tak naprawdę teraz był i jak tutaj trafił.

najprawdziwszym dachu.

Oczywiście pamiętał drogę przez dziurę w ścianie Galerii, w miejscu po

‘Alec, powiedz w końcu, kto wymyślił bajeczkę o jakichś wielkoludach,

niewielkim obrazie przedstawiającym Hannah i Samuela.

gadających pomnikach i przemądrzałych żyrafach? Bo to jest przecież

Cały czas męczyło go też inne pytanie. Czy Samuel, z którym znalazł się

niemożliwe, żeby coś takiego było prawdą’ - znienacka zapytał Samuel.

na tym dachu, to Samuel z tamtego obrazu?

‘Tego nikt nie wymyślił! To jest prawda! Najprawdziwsza! One żyją i

‘Kłamca i już!’ - ponownie odezwał się Samuel.

mówią. Złoty Pan żyje. Gonią go śmierdzące wielkoludy. One też są żywe. Ja wiem, bo ja wszystko sam widziałem! I rozmawiałem nawet. Ale tylko z pomnikami. Tymi, które stoją przy Princes Street.’ - Alec odpowiedział bardzo zdecydowanie, ale czuł, że zaraz zacznie płakać. -

Alec nie wytrzymał. Rzucił się na Samuela z pięściami. Przetaczali się obaj w jedną i drugą stronę po dziurawym dachu, siłując się i wykrzykując coś na temat gadających żyraf i szczurów. Nad ich głowami 101


przelatywały kolejne kamienne kule, dalej niszcząc strop. W końcu budynek zakołysał się i dach w jednej chwili runął cały, a wraz z nim obaj szamoczący się chłopcy.

102


Rozdział Czternasty

Kłopoty Samuela


Alec poczuł w ustach słodkawy smak krwi. Miał rozcięte obie wargi. Nie

‘To nie są fale, tylko robaki, te same, które goniły cię na trawniku! Te

bardzo wiedział, co się dzieje. Przez długi czas leżał nieruchomo,

same, które oblepiły całą szybę na dole Galerii! Pamiętasz je?’ - Samuel

oszołomiony kolejnym upadkiem. Wokół panowała błoga cisza. Wszystko

trząsł Alec'iem bez opamiętania, przerażony jego dziwnym

wydawało się jakieś bardzo delikatne, jakby było zrobione z aksamitnej

zachowaniem.

sukienki jego mamy. Tej kawowej, lekko błyszczącej w słońcu. On bardzo lubił patrzeć na swoją mamę, gdy ozdobiona tą suknią przeglądała się w wielkim domowym lustrze. Jego mama była najpiękniejsza na świecie!

Malec nie bronił się. Nim dotarło do niego, o co chodzi, Samuel prowadził go już przed sobą w stronę wielkiej balustrady, odgradzającej ich od miejsca, z którego dochodził powiew świeżego powietrza. Dopiero

W końcu malec przypomniał sobie o Samuelu i ich gwałtownej bójce.

przy balustradzie Alec zdał sobie nagle sprawę z tego, że

Gdzie Samuel? Czy wreszcie został przez niego pokonany? Czy

najprawdopodobniej stoi właśnie na dachu Galerii... Tej samej, w której

odwrotnie? Alec poruszył ostrożnie oczyma. Najpierw w lewo, następnie

dzisiaj rano urządził swój pierwszy w życiu ogródek warzywny. Skąd

w drugą stronę. Wszędzie tylko ta aksamitna sukienka, rozłożona na całej

mógł to wiedzieć? Malec bez trudu rozpoznał długie, strome schody,

otaczającej go powierzchni, delikatnie poruszana od dołu lekkim

którymi nie raz przechodził z babcią, idąc na High Street.

wiatrem, bo przecież niczym innym. Ale skąd ten wiatr? Nie było jednak czasu na rozważania, jak to możliwe, że znalazł się ‘Alec, wstawaj! Słyszysz? Szybko wstawaj, bo te robaki nas zjedzą’ -

akurat na tym dachu, i to na dodatek z Samuelem. Z tym samym

Samuel wyrósł przed nim nagle jak spod ziemi, otrzepując z siebie

Samuelem, którego podejrzewał o dziwną rzecz. O to, że pochodzi

kawowy pył.

wprost z obrazu starego pana malarza Rembrandta. ‘Alec, ja już nie mam siły, trudno mi oddychać... Ja już nie mogę’ -

‘Samuel, ale ja nie wiem, co to za fale, o tam, co to za fale...’ - mamrotał

wyjęczał nagle Samuel, zachwiał się i osunął na plecy młodszego kolegi.

Alec, przypatrując się ze zdumieniem Samuelowi, jakby był on jakąś zjawą z zaświatów.

104


Od zbyt dużego ciężaru Alec przewrócił się z krzykiem i obaj znaleźli się

‘A więc ty nie możesz być tylko namalowany na tamtym obrazie, bo ty

na pokrytym grubą warstwą kurzu dachu Galerii. Samuel leżał na

masz normalną krew’ - Alec podsumował nowe odkrycie.

brzuchu. Jego płuca kurczowo wdychały powietrze, nozdrza poruszały się nienaturalnie szybko. Malec natychmiast zrozumiał, jaki był powód nagłego zasłabnięcia Samuela. Całe jego plecy stały się siedliskiem

Samuel nie zareagował. Był nieprzytomny i nie mógł słyszeć, co do niego

olbrzymiego robala, wysysającego z ciała krew.

mówił Alec. Tymczasem robal wcale nie rezygnował z pożarcia swojej ofiary. Rad nie rad, malec zmuszony był podjąć kolejną akcję ratowania Samela.

Alec natychmiast przystąpił do akcji ratunkowej. Dobrze wiedział, co trzeba zrobić. Gołymi rękoma nie mógł nic zdziałać. Przypomniał sobie, że pan pisarz z pomnika,

pan Scott odrywał robale przy pomocy

Im bardziej druciana lina dziurawiła obrzydliwą, śliską powłokę robala,

kamieni. Tutaj jednak nie było szans na znalezienie choćby jednego. Za

tym głośniejszy pisk wydobywał się z jego wnętrza. W końcu, po wielu

to przy

balustradzie leżała gruba, metalowa lina, zbudowana z wielu

próbach oderwania napastnika od pleców jego ofiary - Alec'owi udało się

cienkich, poskręcanych w warkocz drucików. Malec sprawdził, jak była

przecisnąć linę tuż przy skórze Samuela, by po chwili mocno pociągnąć,

długa. Okazała się być w sam raz, by użyć jej do obrony przed

jednocześnie z obu stron. Robal w jednym momencie został przecięty na

krwiopijczym intruzem.

dwie części. Obie one poruszały się jeszcze przez chwilkę, a potem równocześnie odpadły od pleców, pozostawiając po sobie wielką otwartą ranę.

Nie wahał się. Jednym uderzeniem przebił drutem skórę robala. Trysnęła krew. To była krew Samuela. Alec cofnął się o kilka kroków. Nie przypuszczał, że w Samuelu mogło być aż tyle krwi. Chyba, że to nie była

Alec nie miał nic, co mogłoby posłużyć za opatrunek. Potrzebny był

prawdziwa krew, lecz farba pana malarza? - Alec wiedział jednak dobrze,

lekarz i karetka pogotowia, ale czy możliwe było wezwanie pomocy, gdy

że do namalowania małego obrazu nikt nie mógł użyć tak wielkiej ilości

dookoła szalały ogromne, bardzo niebezpieczne robale?

farby, i to farby jednego koloru. Czerwonej.

105


‘O, Alec! Co się stało?

i Black’iem. Tak mogły śmierdzieć tylko robale. To właśnie one falowały

Dlaczego mnie tak

na całej powierzchni dachu Galerii, zbliżając się do obu chłopców. Malec

strasznie bolą plecy?’

zdał sobie sprawę, że znowu są uwięzieni.

- Samuel ocknął się, usiadł i chciał wiedzieć, co się z nim działo.

‘Alec, zobacz! Zobacz tam! O tam!’ - Samuel miał zaciekawioną, a zarazem trochę wystraszoną minę. - ‘Co to jest? To wielkie, co tak świeci?’

‘Siedź ostrożnie! Nie dotykaj o nic plecami... Bo masz tam teraz wielką ranę’ - odpowiedział zatroskany o niego Alec. ‘Samuel, co ty, nie widziałeś Princes Street? To słońce odbija się w szklanych ścianach sklepów’ - Alec przyglądał się uważnie Samuelowi. ‘Czy to dlatego, że się przewróciłem?’ - dopytywał Samuel. ‘Aha, no tak, ja tak daleko nigdy nie wychodziłem... Wiesz, Alec, ten ‘Nie, nie dlatego. Przewróciłeś się, bo robal wypił ci za dużo krwi. On

widok jest po prostu przepiękny!’ - Samuelowi zaiskrzyły w oczach łzy.

siedział na twoich plecach. I był najogromniejszy na świecie! Tam leżą jego dwie połówki, o tam, widzisz?’ - opowiadał przejęty całym wydarzeniem Alec. ‘Tamto wielkie świństwo...? Ohyda, brrr...’ - Samuel zatrząsł się z obrzydzenia. - ‘Czy to ten robal tak śmierdzi?’ - dopytywał malca.

Alec dopiero teraz poczuł narastający intensywny smród, taki sam, jaki czuć było od strony trawników podczas jego spotkania z panami Scottem

‘To zwykłe sklepy, restauracje, kawiarnie. Jest ich tutaj pełno. Jak tylko odnajdę mamę, to zabiorę cię na zakupy. No i na pewno na lody – wyjaśnił bardzo poważnym tonem Alec. - Ale teraz nie ma nic ważniejszego, niż dobry plan! Uciekajmy stąd, Samuel!

Od strony starego miasta rozpościerał się piękny trawnik. Edynburska Galeria była bardzo wysoka. Na jej dachu, tuż przy ochronnej 106


balustradzie zbudowano wąskie zadaszenie, chroniące przed deszczem

Alec nie odpowiedział. Co też ten Samuel sobie wyobrażał? Czy nie

wielkie kamienne kolumny, ozdabiające budynek. Zadaszenie to w tej

dotarło do niego, że zejdzie drugi? Ten Samuel to był jakiś dziwny, bo

chwili było zniszczone, a rozbite kolumny leżały na trawie lub opierały się

najpierw kłócił się, że nie było gadających żyraf i w ogóle, a nawet nie

o ścianę Galerii, nienaturalnie przechylone. Właśnie zaczął kropić

widział sklepów na Princes Street. A teraz wymądrzał się, że pójdzie

drobniutki deszczyk, zmywając z dachu kawową zawiesinę,

pierwszy. Z tą wielką raną na plecach? No i w końcu Samuel na własnej

przykrywającą niezliczone ilości nieustannie przesuwających się w stronę

skórze przekonał się o tym, że robale mogą napaść na człowieka.

chłopców robali. Strużki deszczowej wody ściekały w dół po powierzchni pochylonych kolumn. Chmury zakryły słońce. Zrobiło się ponuro i smutno.

‘Ty też wejdź już na balustradę, bo inaczej one znowu cię złapią i zjedzą, a ja już nie będę mógł wejść po ciebie z powrotem na górę’ - powiedział rzeczowo Alec.

‘Czy damy radę zejść po tej kolumnie na trawnik?’ - zastanawiał się głośno Alec. ‘Dobrze. Masz rację’ - Samuela zaskoczyła uwaga Aleca, który był przecież małym dzieckiem, a powiedział to jak ktoś dorosły. ‘Po której? Po tamtej? Nie mamy innego wyjścia. To jest teraz nasza jedyna droga ucieczki’ - powiedział Samuel. - ‘Kto próbuje zejść pierwszy?’

Obaj usiedli okrakiem na balustradzie. Była śliska i pod ich ciężarem niebezpiecznie ugięła się. Alec przełożył nogę na zewnątrz. Potrzebna była ostateczna decyzja, by skoczyć w dół, opaść na pochyloną, opartą o

‘Ja pójdę pierwszy, dobrze? Bo ty możesz spaść. Przez te twoje poranione

ścianę Galerii kolumnę i ześliznąć się po niej na trawnik. Malec zacisnął

plecy’ - wyjaśnił Alec.

zęby i skoczył nogami w dół, odwrócony twarzą do ściany.

‘A dasz radę?’ - Samuel miał zmartwioną minę. - ‘Jeśli się boisz, to ja pójdę pierwszy!’ 107


Szczęśliwie udało mu się utrzymać równowagę, gdy uderzył całym ciałem o kolumnę. Krzyknął coś niewyraźnie i w ekspresowym tempie zjechał na brzuchu na sam dół, lądując bezpiecznie na trawie.

‘Alec, wszystko w porządku?’ - dopytywał go Samuel.

‘To łatwe! Kolumna jest cała mokra i śliska. Zjeżdża się po niej, jak w rurze w aqua parku. Tylko, że tutaj wszystko jest odwrócone. Chyba się nie boisz, Samuel?’

Alec potem żałował, że to powiedział. Nie wolno być złośliwym. Babcia mówiła mu, że złośliwi ludzie nigdy nie poznają całego pięknego świata. Stało się jednak... Samuel mógł trochę dłużej poczekać. Przygotować się solidniej do skoku. Robale były jeszcze dobry kawałek drogi od balustrady. Nie musiał natychmiast skakać. Ale szybko skoczył.

Na początku zjeżdżał w dół, jak należy, lecz w połowie drogi zsunął się ze ślizgawki i runął na ziemię. Na nieszczęście w tym miejscu leżał fragment innej, rozbitej kolumny. Samuel uderzył o nią obiema nogami i o własnych siłach nie mógł się już stamtąd ruszyć.

108


Nie rozpaczał. Płakał tylko cichutko.

spod Galerii w górę, na stare miasto. Alec był przekonany, że tylko w tym kierunku mogli dalej uciekać, by uwolnić się od robali.

‘Alec, co teraz będzie? Powiedz, co ja teraz zrobię?’ - pytał zasmucony. ‘Strasznie bolą mnie plecy’ - Samuel poskarżył się cichutko. ‘Samuel, co ci jest? Nie możesz wstać? Wstawaj! Dasz radę!’ - malec nie tracił nadziei, że wszystko się jakoś ułoży, i to ułoży jak najlepiej.

‘To ci przejdzie, nie martw się. Może musimy trochę poczekać, żebyś mógł znowu chodzić?’ - zaproponował Alec.

Próby poruszenia nogami nie powiodły się. Samuel nie czuł bólu. Ale też nie czuł w ogóle nic od pasa w dół. Nie czuł, że ma nogi.

‘Tego nie wiem’ - łzy znowu płynęły Samuelowi po policzkach, jakby był malutkim chłopcem, młodszym od Aleca.

Alec nie wiedział, że można nie czuć, że się ma nogi. Widział ludzi, którzy nie mogli chodzić, a tylko jeździli na specjalnych fotelach, które

Alec bardzo chciał mu pomóc. Był wprawdzie od niego niższy, no i może

miały dwa wielkie koła i dwa malutkie kółeczka. Mama mówiła mu, że

troszeczkę słabszy, ale tylko troszeczkę. Chociaż... W sytuacji, gdy Samuel

takie osoby zawsze będą potrzebowały pomocy i zawsze w sklepie lub na

nie był w stanie wstać, to przecież Alec był od niego i wyższy, i silniejszy!

chodniku będą miały pierwszeństwo przed ludźmi mającymi dwie zdrowe

Dlatego musi dać radę. Musi poradzić sobie z chorym Samuelem, z

nogi. Mama nie powiedziała mu jednak, że można nie czuć swoich

robalami, z wielkoludami. Ze wszystkimi niebezpieczeństwami. Nie

własnych nóg.

bardzo wiedział jednak, co robić.

Na trawniku nie było ani fotela na kółkach, ani w ogóle niczego, co

‘Samuel, nie możemy tutaj zostać! Trawa jest śliska, więc będę cię ciągnął

pomogłoby Samuelowi w dalszej uciecze. A nawet gdyby cokolwiek

za ręce, dobrze?’ - zaproponował w końcu malec.

takiego było, to on i tak nie pokonałby stromych schodów, prowadzących 109


‘Nie dasz rady’ - odpowiedział Samuel.

‘Ja dam radę! Bo ja jestem silny! Zaraz zobaczysz!’ - Alec wyrzucił z siebie groźnie trzy krótkie zdania.

I nie czekając na zgodę chwycił Samuela za kołnierz tego trochę dziwnego ubrania. Szarpnął najmocniej, jak tylko potrafił. Samuel odepchnął się rękoma, by mu pomóc. W ten sposób Alec powolutku przeciągnął go najpierw pod zniszczone ogrodzenie, a następnie aż na chodnik, do podnóża stromych schodów.

‘No i co teraz ze mną będzie?’ - Samuel nie potrafił powstrzymać płaczu. - ‘Czy ty pomożesz mi, Alec?

110


Rozdział Piętnasty

Porywacze


Alec dyszał ciężko. Milczał. Nie dlatego nic nie mówił, żeby nie chcieć

‘Zaraz coś wymyślę, zobaczysz! I ty też coś wymyśl!’ - nie poddawał się

pomóc. Bardzo chciał, ale sytuacja była beznadziejna. Tak naprawdę to

Alec.

on był przecież małym chłopcem, chyba za małym, by mógł Samuelowi pomóc. Sprawa wyglądała rzeczywiście bardzo źle. Schody ciągnęły się wysoko w górę. Ile miały stopni? Kiedyś babcia mówiła Alec'owi, ale zapomniał. Na ‘Samuel, ale... Ale ja jestem trochę mały... Ja nie mam siły, żeby cię

domiar złego były strome. Jak je pokonać?

zanieść po tych schodach na górę’ - Alec cichutko poskarżył się na bezsilność. Chłopcy potrzebowali kogoś dorosłego do pomocy. Obaj rozglądali się niepewnie. ‘No to ty dalej uciekaj już sam, ja nie chcę cię zatrzymywać. Przeze mnie razem możemy być pożarci przez robaki’ - Samuel przestał płakać i powiedział to bardzo poważnie, tak poważnie, że Alec poczuł

‘Może jest gdzieś w pobliżu Złoty Pan?’ - zastanawiał się głośno Alec. -

nieprzyjemny dreszcz na całym ciele.

‘Na pewno tutaj jest i zaraz nam pomoże!’

‘Nigdy cię nie zostawię! Chcesz, żeby cię zjadły jakieś wstrętne robale?

‘Złoty Pan… Ten twój Złoty Pan... Czy on naprawdę istnieje?’ - zapytał

Nie pozwolę na to!’ - malec był zły na Samuela za takie dziwne gadanie.

Samuel.

‘Ale zobacz sam... Jak mnie tam wciągniesz, na górę? No, jak?’ - Samuel

‘Samuel! Kiedy w końcu zrozumiesz, że ja nie kłamię?’ - z wyrzutem w

upierał się przy swoim zdaniu.

głosie odpowiedział mu Alec.

112


‘Zobacz tam! O tam, wysoko nad tamtymi dachami! Tam unosi się ciemny dym!’ - Samuel wyciągnął rękę w kierunku kamienic starego miasta. - ‘I lecą wielkie kule. Przeźroczyste!’

‘Właśnie w tamtą stronę w nocy uciekł Złoty Pan... Ale te kule, to chyba są balony’ - zauważył Alec. - ‘Samuel! Czy w którymś z nich może być Złoty Pan?’ - zastanawiał się Alec.

‘To są wielkie balony! Alec, wiesz, może masz rację? Przecież one muszą być ogromne, bo tam... Popatrz! Tam leci w środku jakiś człowiek!’ Samuel był tym widokiem tak bardzo podekscytowany, że zapomniał na chwilę o paraliżu nóg.

‘Aha!’ - malec patrzył długo na coraz to więcej balonów łagodnie lecących w górę, wysoko, wysoko ponad chmury.

Wszystkie balony były przeźroczyste. A w środku, w ich wnętrzach leżeli jacyś ludzie. Nie ruszali się, jakby zasnęli albo zamyślili się nad czymś.

113


‘Samuel, patrz! O tam!... Tam w balonie leci Tango, moja suczka Tango!’

‘Mamusiu! Babciu! Samuel, ja chcę do mojej mamy! Samuel, czy ty

- krzyknął naraz Alec, pokazując na najbliższy balon, we wnętrzu którego

słyszysz? Ja chcę do mamy!’ - Alec usiadł na pierwszym schodku, wtulił

leżał kudłaty pies.

twarz w czarne od brudu kolana i płakał.

‘Zawołaj do niego. Zobaczymy, czy cię usłyszy’ - zaproponował Samuel.

‘Cicho, Alec! Z tamtej ulicy słychać jakieś głosy!’ - Samuel szturchnął głowę malca.

‘Pewnie, że usłyszy!’ - oburzył się Alec. - ‘Taaaangooo! Taaaangooo!’ krzyczał głośno, najgłośniej, ale pies nie poruszył się.

‘Czy to Złoty Pan?’ - Alec starał się już nie płakać, chociaż mu to nie wychodziło.

‘Wiesz, Alec... Chyba ci, z tych balonów nikogo nie usłyszą... Ani ciebie, ani mnie, ani kogokolwiek…’ - po dłuższej obserwacji stwierdził smutnym

‘Bądź cicho, słyszysz...’ - Samuel przyłożył palec do ust. - ‘Cicho! Alec,

tonem Samuel. - ‘Nie płacz, to już nic nie pomoże, Alec.’

przestań!’ - ostrzegł go szeptem. - ‘Wskakuj w te krzaki za furtką, szybko! Schowaj się... Tak na wszelki wypadek!’

Ale malec nie potrafił nie płakać. Jego największy przyjaciel, jego Tango, poczciwa suczka, najukochańsza, najmądrzejsza na świecie. Co on teraz

Potem mocno chwycił Aleca za włosy i potrząsnął nimi nieprzyjemnie.

powie babci i mamie? One będą pytały, dlaczego nie uratował Tango,

Malec nie odezwał się słowem. Zagryzł tylko zęby, a potem odepchnął

dlaczego pozwolił, żeby pies poleciał gdzieś w środku dziwnego balonu

ręce Samuela. Furtka była tuż przy schodach. Dawniej prowadziła stąd

wysoko, wysoko... By w końcu zniknąć za dymem i chmurami. Co

ścieżka wzdłuż torów kolejowych, ale teraz rosły tam tylko drzewa i

odpowie? Że był za mały? A jeśli jego babcia też poleciała w jednym z

krzaki. Tory zupełnie zniknęły.

tych balonów? I jego mama?

114


Choć niechętnie, chłopiec posłuchał jednak rady Samuela. Przeszedł na

Samuel płakał. Przez łzy patrzył w stronę krzaków, za którymi ukrył się

czworakach za furtkę i ukrył się przy krzakach. Stamtąd zobaczył, jak po

Alec. To jego szukali... A więc mały chłopiec mówił prawdę, że jest

schodach zbiegali w dół jacyś ludzie. Głośno krzyczeli coś do siebie. Alec

ścigany. Ale jego goniły podobno jakieś wielkoludy, no i robaki. Co z nimi

usłyszał język, którego nie znał.

mieli wspólnego ci dwaj zwyczajni ludzie? Choć Samuel nie mógł połapać się w tym wszystkim, wiedział, że w tej chwili nie może przyznać się do najważniejszej rzeczy. Nie może im powiedzieć, że nie był

Malec szybko zrozumiał, że to nie był wcale Złoty Pan. Dwaj mężczyźni

Alec'iem, lecz Samuelem.

zatrzymali się na dole. Jeden z nich chwycił bezbronnego Samuela za ramiona i próbował postawić na nogi. Lecz on osunął się bezwładnie, jakby był workiem wypełnionym do połowy ciężkim piachem. Na szczęście zdążył zasłonić głowę ręką, by nie rozbić jej o kamienną płytę chodnika.

‘Aaaa! Mój łokieć!’ - Samuel krzyknął z bólu, rozcierając zdrową ręką czerniejący łokieć.

Niższy mężczyzna, strasznie gruby, z wielką, pulchną twarzą, złośliwie kopnął go w zakrwawione plecy. Samuel zawył z bólu. ‘Gdzie jest złoto, Alec? Mów natychmiast, bo inaczej pożałujesz!’ - grubas krzyczał do Samuela zrozumiałą angielszczyzną. ‘Gadaj szybko, słyszysz?’ - warknął ten drugi, wyższy. - ‘Mówię po dobremu, więc gadaj prędko!’

Za krzakami Alec wszystko dobrze słyszał. Nie wierzył własnym uszom. Bo niby kim on był, że ci dwaj wymienili jego imię? I co on miał wspólnego z jakimś złotem? On nic przecież nie wiedział o złocie... 115


Chyba, że dorośli szukali skarbów piratów! Ale Alec nigdy nie był

Samuel milczał. Głowa zwisała mu w dół, kiwając się w lewo i w prawo.

prawdziwym piratem, on tylko bawił się w przedszkolu i w domu.

Widział tylko plecy i nogi człowieka, który go niósł. I co chwilę kolejny stopień schodów.

Teraz w napięciu wpatrywał się w twarz Samuela. Nie wiedział, co stanie się za chwilę. Od tego Samuelowego udawania, że jest on właśnie nim,

‘Mówię po dobremu, więc gadaj prędko!’ - ponowił żądanie mężczyzna z

Alec’iem - malec ze strachu zrobił się taki, taki tyci, bardzo malutki,

pulchną twarzą. - ‘To całe złoto może być tylko dla nas, rozumiesz? Pod

jeszcze mniejszy, niż malutki. Dosłownie wrósł w trawę. Bardzo bał się

warunkiem, że oni nie dowiedzą się pierwsi, gdzie jest!’ - przekonywał

chwili, gdy Samuel opowie, że zmyślił to wszystko dla żartów... I że wcale

Samuela. - ‘A co do ciebie… Tylko dzięki nam ty może będziesz żył...’

nie był Alec'iem, tylko najprawdziwszym Samuelem. A wtedy bandyci złapią jego, prawdziwego Aleca i skąd on weźmie dla nich jakieś złoto?

A potem z całej siły uderzył Samuela w plecy, aż człowiek, który niósł chłopca, z wrzaskiem przewrócił się na schody. Potem zaczął coś krzyczeć

Mężczyźni zajęci byli rozmową. Chłopcy nie wiedzieli, o czym ci ludzie

do grubego w tym ich innym języku. Samuel nie rozumiał ani słowa.

rozmawiają, ponieważ znowu używali jakiegoś nieznanego języka. Widać

Leżał znowu na schodach. Jego plecy krwawiły. Głośno płakał. Upadł

było, że naradzali się nad czymś i nie mogli dojść do porozumienia. W

prosto na brzuch i nie miał siły usiąść. Wszystko go strasznie bolało.

końcu ten wyższy, chociaż bardzo chudy i kościsty na twarzy, schylił się

Nagle porywacze zamilkli. Zrobiło się cicho. Samuel słyszał tylko swoje

nad Samuelem, szarpnął nim mocno i zarzucił go sobie na plecy. Chwilę

własne pochlipywanie. A potem poczuł ostry, śmierdzący zapach. Odniósł

potem ruszył po schodach.

wrażenie, że coś dużego obwąchuje najpierw jego głowę, plecy i nogi, a nieco później nogi chudego bandyty, który jeszcze przed chwilą wydzierał

‘Ale co z naszym złotem? - dopytywał ten drugi. - ‘Mów, pętaku, gdzie jest

się na grubego, a teraz nie odzywał się wcale. Drżały mu za to łydki,

złoto, bo będzie źle!’ - po angielsku krzyczał do Samuela niski, gruby

jakby chodnik podskakiwał podczas trzęsienia ziemi. Ale to nie było wcale

mężczyzna, z trudem wchodząc po schodach.

trzęsienie ziemi.

‘Zaraz będzie gadał, zaraz będzie śpiewał!’ - warknął chudy, wyższy, idąc

Samuel nie mógł widzieć, co działo się nad jego plecami, bo leżał twarzą

coraz wolniej i sapiąc coraz głośniej z powodu ciężaru chłopca.

do ziemi. Co innego Alec. On obserwował wszystko bardzo dokładnie. Widział, jak dwaj porywacze wchodzili po schodach i ten gruby uderzył Samuela w plecy. Widział, jak potem chudy z Samuelem upadli na chodnik. A wówczas zza budynku Galerii wybiegł ogromny pies. Był 116


wielki. Prawie tak ogromny jak słoń, którego Alec zapamiętał z kreskówki,

Grubas zdążył tylko jęknąć. Zawisł wysoko w powietrzu. Pies odwrócił się

z telewizji.

i po chwili zniknął za budynkiem Galerii, sprawnie unosząc w pysku zdobycz.

Pies stanął na dole, tuż przed pierwszym stopniem schodów. Z łatwością dosięgnął stąd pyskiem ludzi, chociaż byli już prawie w połowie drogi.

‘Dlaczego? Co on takiego zrobił?’ - wściekle syczał pod nosem ten chudy,

Swoim brązowym nosem zaczął dotykać ich ubrań. Wszystko

gdy po chwili i on otworzył oczy, by zobaczyć, co stało się z jego

obwąchiwał, jak to zazwyczaj lubiły robić psy. Samuel miał na sobie

kompanem.

zaledwie strzępy pięknego niegdyś ubrania, więc Alec zastanawiał się, co też taki pies może wąchać, jeśli tak naprawdę nie było już czego wąchać... Gdyby tutaj była jego suczka Tango, to natychmiast przepędziłaby każdego psa. Nawet tak dużego, jak ten! Nie tylko Samuel nie widział psa. Dwaj mężczyźni też nie patrzyli na to, co robił ten wielki czworonóg. Mieli mocno zaciśnięte powieki. Nie chcieli nic widzieć. Ze strachu. Jeden z nich, ten gruby wyglądał, jakby zaraz musiał biec do łazienki, bo inaczej... Może narobić w majtki! Skulił się i trząsł nerwowo. To super! On też bał się tego psa! Alec był wyraźnie zadowolony, gdy zrozumiał, że obaj porywacze, i ten niższy, i ten wyższy, wystraszyli się na dobre. W końcu gruby nie wytrzymał i otworzył oczy, by zobaczyć, co się dzieje. Wtedy pies błyskawicznie capnął go za tułów, jakby chciał przegryźć zbyt ciekawskiego człowieczka na dwie części. Mocno zagryzł szczęki.

117


Rozdział Szesnasty

Straszny plan chudego bandyty


Samuel odwrócił się w końcu i zdołał usiąść na schodku. Zastanawiał się,

‘A więc twierdzisz, że nie jesteś Alec'iem, tylko Samsonem, tak?’ - zapytał

gdzie poszedł drugi porywacz? Czy szukał Aleca? A jeśli udało mu się go

cicho Samuela.

odnaleźć? Byłoby bardzo źle. Patrzył niespokojnie na mruczącego coś po nosem bandytę. ‘Ja jestem Samuel. Samuel, a nie Samson czy Alec’ - odpowiedział Samuel. ‘A gdzie jest pana kolega?’ - Samuel zapytał nieśmiało chudego bandytę. ‘Teraz rozumiem, szukaliśmy dwóch szczeniaków, jakiegoś Aleca i kogoś ‘On zginał! I to przez ciebie, Alec! On zginął przez ciebie!’ - warknął

drugiego, a złapaliśmy tylko jednego. To dlatego oni nasłali na nas tego

chudy i zaczął okładać Samuela pięściami.

wielkiego psa!’ - głośno zastanawiał się porywacz. - ‘W końcu pozabijają nas wszystkich...’

‘Ja jestem Samuel! Samuel, a nie Alec!’ - chłopiec nie mógł już dłużej wytrzymać strasznych uderzeń i w końcu wykrzyczał z bólu całą prawdę.

Samuel bał się, że znowu oberwie. Nie rozumiał, o jakiego psa chodzi temu bandycie. Gdyby widział to, co przed chwilą zza krzaków oglądał Alec, to dopiero miałby się czego bać.

‘Jeszcze chcesz mnie oszukać! Tak?!’ - sapał zdyszany mężczyzna i mocniej okładał swą ofiarę pięściami. ‘Trudno, nic już nie można zmienić. Za późno’ - chudy mężczyzna patrzył groźnie na bezbronnego chłopca. - ‘No, to gdzie jest ten W końcu przestał znęcać się nad swoim więźniem i zrobił taką minę,

prawdziwy Alec? I kim on jest, że jest taki ważny? Mów, bo jak nie, to cię

jakby w głowie zaświtało mu coś ważnego. Podrapał się po kościstej

tutaj zaraz, na tych schodach, zakatrupię!’ - dodał chłodno, zaciskając z

brodzie.

wściekłości zęby.

119


Alec ich rozmowę trochę słyszał, a trochę nie, dotarły do niego zaledwie

‘Ty mały oszuście! Ty podły kłamczuchu!’ - wydzierał się bandyta. - ‘Czy

jakieś fragmenty, bo był trochę za bardzo oddalony. Ostatnie pytania

ty mnie masz za głupca? Skąd wiesz, jak ma na imię, jeśli go nie znasz?’ -

bandyty usłyszał jednak w całości, bardzo wyraźnie. I co teraz będzie? Co

chudy mocno chwycił Samuela za włosy i szarpał nimi z całej siły.

odpowie bandycie Samuel? Malec świetnie rozumiał, że musi natychmiast zmienić kryjówkę, bo ta za krzakami za chwilę może zostać odkryta. Chłopiec nie miał się jak obronić, więc tylko jęczał głośno z bólu. Rozglądał się za swoim pięknym niegdyś kołnierzem równie pięknego Dobrze znał się na zabawie w chowanego. W przedszkolu potrafił

stroju, przypominającego teraz strzępy pstrokatego worka na starocie. Nie

schować się tak, że nikt nie umiał go znaleźć. Nawet jego pani czasami

pamiętał, kiedy doszło do zniszczenia ubrania. Może podczas schodzenia

nie wiedziała, gdzie się podział. Ani pani kucharka. Tylko mama

z dachu Galerii?

odgadywała jego kryjówki, bo przynosiła ze sobą wielki kubek lodów, no i Alec nie mógł pozwolić na to, by jego czekoladowe lody roztopiły się całkowicie.

‘Jego chyba pożarły te robaki!’ - Samuel krzyczał głośno, mając nadzieję, że kolejne kłamstwo będzie lepsze od poprzedniego. - ‘On tam został na dachu! No i zjadły go tam takie śliskie robaki!’ - ciągnął swoją opowieść, a

Tym razem to nie była żadna zabawa. Jedyną rozsądną drogą ucieczki

chudy wyraźnie łagodniej szarpał go za włosy. - ‘I on krzyczał, że jest

było wspinanie się pod górę, wzdłuż schodów, chowając się cały czas w

Alec'iem, jak był zjadany, ale ja stamtąd uciekłem, bo się bardzo bałem, a

nowych miejscach za krzakami. W drugą stronę Alec nie mógł pójść,

potem spadłem z dachu i nie mogę chodzić.’

ponieważ na trawnikach zapewne cały czas czekały na niego śmierdzące robale.

‘A... To możliwe, możliwe!’ - mężczyzna wyjął ręce z czupryny chłopca, oczyścił dłonie z ogromnej ilości włosów, wyrwanych z głowy Samuela. ‘No, to zbieramy się!’

‘Ja nic nie wiem! Naprawdę! Ja nie kłamię!’ - kłamał w żywe oczy Samuel. - ‘Na dachu był jakiś Alec, ale ja go nie znam’ - zapędził się w kłamstwie, z którego nie było już odwrotu.

120


‘Przynajmniej dostanę za ciebie trochę pieniędzy i kupię sobie rower’ wyjawił głośno powód, dla którego musiał się tak strasznie męczyć, dźwigając więźnia na własnych plecach. - ‘Jeżdżąc na rowerze będę mógł złapać więcej takich jak ty, a wtedy kupię sobie samochód, i to koniecznie z przyczepą, rozumiesz? Z przyczepą!’ - podkreślił mężczyzna. - ‘W dużej przyczepie można zmieścić nawet sto takich śmieci jak ty. Razem z tym jakimś tam Alec'iem!’

‘Ludzie nie są śmieciami!’ - zaprotestował odważnie Samuel.

‘Niektórzy są!’ - wrzasnął porywacz. - ‘Wszyscy tacy jak wy!’

Samuel nie powinien w taki sposób rozmawiać z bandytą. Postąpił źle. Bardzo źle. Mężczyzna zrzucił go nagle ze swoich pleców wprost na kamienny stopień schodów. Chłopiec znowu potłukł się boleśnie i głośno płakał. Z tyłu głowy rozciął sobie skórę. Rana broczyła krwią. Po chwili miał czerwone, zlepione w kołtuny włosy. Krew ciekła i ciekła. W miejscu, gdzie leżał, chodnik także stawał się czerwony. W tym samym czasie Alec zdołał wdrapać się już na tyle wysoko, że znowu mógł obserwować Samuela wnoszonego na górę przez bandytę. Porywacz wchodził po kolejnych stopniach schodów dużo wolniej, niż za pierwszym razem. I jeszcze bardziej sapał i stękał.

Ptaki zachowywały się nerwowo, przeskakując z gałęzi na gałąź w poszukiwaniu ciszy. Alec nie mógł przyjacielowi pomóc. Zza krzaków widział, jak Samuel bardzo cierpiał. Bał się, że cała krew wypłynie z rany 121


i on po prostu umrze. Ale malec musiał siedzieć w kryjówce bardzo cicho,

kieszeni płaską butelkę z jakimś płynem. - ‘Masz! Ale tylko dwa łyki!’ - i

by bandyta również i jego nie zechciał sprzedać za pieniądze.

podał Samuelowi odkręconą butelkę.

A cóż to za pomysł? Od kiedy to można sprzedawać ludzi? I kto chciałby

Samuel zapomniał słowa ‘dziękuję’. Łapczywie pił wodę. A gdy

kupować dzieci? Alec wiedział już jednak, że takie rzeczy mogą robić

mężczyzna odwrócił się od niego na chwilę - rzucił butelkę za krzaki, za

wielkoludy. Ale żeby robili to również normalni ludzie?

którymi ukrywał się Alec.

‘Chce mi się pić!’ - poskarżył się głośno Samuel.

‘Jak śmiesz?! Co ty robisz?! Skąd ja teraz wezmę wodę?! Czy ty wiesz, ile od dzisiaj kosztuje woda?!’ - porywacz wydzierał się i kopał biednego Samuela z całej siły, gdzie popadło. - ‘Zapłacisz mi za to, zobaczysz!

‘No proszę! Jeszcze czego?’ - nerwowo zaśmiał się porywacz. - ‘Tobie już

Zapłacisz mi za to.’

nic nie jest potrzebne.’ ‘Tam nie było już wody! Butelka była pusta!’ - chłopiec próbował bronić Alec'owi aż pociemniało przed oczami, gdy usłyszał prośbę Samuela. Pić! Piiiiić! Jeśli Samuel dostanie coś do picia, to malec natychmiast wyjdzie z kryjówki i też się napije! Chociaż łyczek, jeden łyczek! Już dłużej nie wytrzyma... Nie wytrzyma! Musi się napić czegokolwiek! A potem niech w końcu będzie, co ma być.

‘No dobrze, już dobrze. Dam ci trochę wody, bo jak zdechniesz, to mogą mi za ciebie nie zapłacić...’ - bandyta zmienił nagle decyzję i wyjął z

się przed kolejnymi ciosami. ‘Ty wstrętny kłamco, ty paskudny dzieciaku!’ - chudy wydzierał się znowu, ale chyba nic więcej nie mógł zrobić, bo zza Galerii ponownie wyszedł wielki czworonóg.

Pies przyglądał się scenie bicia chłopca. Samuel zobaczył go po raz pierwszy. Nie wiedział, czy to właśnie o tego psa chodziło bandycie, gdy rozpaczał nad strasznym losem grubasa. Prawdopodobnie był to ten sam 122


pies, bo mężczyzna, zamiast wspiąć się na płot, przeskoczyć krzaki i

W środku nic nie było. Dosłownie jedna kropelka. Zrozpaczony rozejrzał

odnaleźć butelkę - bez słowa zarzucił sobie na plecy Samuela. Patrzył

się wokół. W miejscu, w którym upadła butelka, było mokro. Cała woda

jeszcze przez moment na wielkiego psa, potem na krzaki, za którymi

wyciekła na trawę. Alec niewiele myśląc przyłożył wargi do ziemi i długo,

musiała leżeć jego butelka i ruszył w dalszą drogę.

bardzo długo ssał drobne listki, próbując odzyskać choć troszeczkę życiodajnego płynu. Nigdy nie przypuszczał, że trawa i malutkie roślinki mogą być aż tak chłodne i wilgotne! I nawet bardzo smaczne.

Alec tylko na to czekał. Podczołgał się do butelki, by nareszcie napić się upragnionej wody. Był bardzo wdzięczny Samuelowi za wspaniałą niespodziankę. Za to, że Samuel pamiętał o nim. I za to, że nie bał się

Po tej najdziwniejszej uczcie musiał się śpieszyć, jeśli chciał dogonić

wcale, jeśli zdecydował się przerzucić butelkę z wodą ponad płotem i

chudego i pilnować Samuela. Nie mógł już wprawdzie liczyć na kolejną

krzakami. Najważniejsza była jednak woda... Pić! Pić jak najwięcej! Alec

porcję wody, ale może będzie potrzebny, by w odpowiedniej chwili pomóc

przyłożył szybko butelkę do ust. Przechylił.

biednemu Samuelowi w ucieczce? Choć nie wiedział, w jaki to niby sposób mógłby być pomocny, szedł za Samuelem z przekonaniem, że to będzie całkiem możliwe. Że on, mały chłopiec będzie w stanie odebrać niebezpiecznemu mężczyźnie chorego Samuela. I że nawet zwycięży wielkiego psa, jeśli to będzie naprawdę konieczne!

Na szczęście wielki pies odszedł za róg Galerii. Bandyta dotarł ze swoim więźniem na górę i obaj zniknęli za pomnikiem stojącym przy skrzyżowaniu ulic. Poszli drogą prowadzącą w górę, na stare miasto. Z drugiej strony tego narożnego pomnika inna ulica biegła prosto w dół, równolegle do Princes Street, znikając gdzieś w czeluściach ogromnego tunelu.

123


Alec wysunął głowę przez płot i patrzył w stronę nie oświetlonego podziemia. Czy to oznaczało, że sławne centrum sztuki, w którym z babcią nie raz oglądał piękne obrazy i cudowne rzeźby, znajdowało się teraz w jakimś tunelu, przykryte ziemią i trawnikiem?

Przez niewielką dziurę w płocie malec szybko przedostał się na ulicę. Rozprostował zmęczone kości. Popatrzył w lewo i w prawo. Całkowity spokój.

‘Samuel! Samuel! Gdzie jesteś?’ - wyrwało mu się nagle z gardła, chociaż dobrze wiedział, że nie wolno było tego robić.

Już chciał ruszyć ulicą pod górę, by odszukać porwanego kolegę, gdy bezpośrednio nad sobą usłyszał złowrogie warczenie. Schodami wbiegł na chodnik przeogromny pies wielkoludów.

124


Rozdział Siedemnasty

Uliczna walka psów


Alec spojrzał nieco wyżej. Nad jego czołem miarowo kiwała się głowa psa. Niebieskie, szkliste oczy przyglądały się uważnie chłopcu. Pod malcem zakołysała się cała ulica. Ale nie było to wcale trzęsienie ziemi. Teraz to on sam nie potrafił opanować drżenia łydek. Strasznie bał się tego psa. Pamiętał, z jaką łatwością czworonóg złapał niedawno w pysk grubego bandytę.

‘Wrrrrrrr...’ - warczenie psa stawało się coraz bardziej natarczywe. Wielki brytan chyba zdawał sobie sprawę z zamiarów Aleca, przybliżał bowiem coraz bardziej pysk do jego głowy. Chłopiec nie przestawał patrzeć psu prosto w oczy.Nagle ten nierówny pojedynek spojrzeń przerwał hałas. Oboje odwrócili głowy. Z prawej strony dochodziło ich groźne szczekanie jakiegoś pieska. Lecz jeszcze nie było wiadomo, co to za piesek i dlaczego tak głośno szczeka?

Pies jednak wcale nie atakował Aleca. Jedynie warczał i wpatrywał się w jego oczy, jakby chciał z nich wyczytać myśli chłopca. A może tylko próbował bawić się swą kolejną zdobyczą? Może czekał na moment, gdy ten niewielki człowieczek zechce uciec? A wtedy cap!

‘Wrrrrrrr...’ - wargi psa podskakiwały od nieustannego warczenia.

Do dziury w płocie było ze dwa metry. Tylko dwa metry. Czy to dużo? Alec nie zastanawiał się nad takimi rzeczami. Nie w tej chwili. Choć myślami był już z powrotem w kryjówce za krzakami - jego nogi cały czas stały na chodniku. Wydawało się, że ugrzęzły tutaj na zawsze. Lecz to nieprawda! On zaraz ucieknie, zaraz ukryje się za płotem, za chwileczkę...

126


Wszystko wyjaśniło się chwilkę później, gdy na jezdnię wbiegł maleńki

Gdyby tutaj była mama lub babcia... Nie musiałby co chwilę uciekać i

szczeniak. Miał śliczną czarną sierść i nieproporcjonalnie dużą głowę.

chować się w jakichś beznadziejnych kryjówkach. Tam, na North Bridge,

Zabawnie stawiał na ziemi krótkie grube łapy. Chociaż był nie za duży,

to było co innego, tam wszystko skończyło się tak źle na pewno wyłącznie

jego głos wydawał się być z każdą chwilą coraz mocniejszy. Alec znał

z jego winy. Wiercił się pod samochodem, chciało mu się siusiu, cały czas

świetnie jazgot powodowany szczekaniem starej suczki Tango. To

przeszkadzał. Chłopiec nie mógł teraz uwierzyć, że można być aż tak

nieprawdopodobne, ale ten mały piesek szczekał teraz głośniej i groźniej

niemądrym. Przecież ostatniej nocy powinien przez cały czas pomagać

od Tango.

swojej mamie, a nie przeszkadzać!

Szczeniak pędził wprost na wielkiego psa, zmuszając go do porzucenia

Szczeniak zatrzymał się tuż przed nosem ogromnego czworonoga.

swojej aktualnej ofiary. Brytan odwrócił się szybko, nisko pochylił łeb i

Zwierzęta stały ze zjeżoną sierścią, gotowe do walki. Alec nie miał

czekał spięty, przygotowany do obrony. Alec nie zwlekał już ani chwili

najmniejszych wątpliwości, jaki będzie wynik potyczki. Gdzie i kiedy

dłużej. Wykorzystując chwilowe zamieszanie, kroczek po kroczku szybko

mały zwierzaczek dał radę dużemu? Nigdy i nigdzie. Chociaż podobno

dotarł do dziury. Wielki pies dobrze widział jego zuchwałą ucieczkę, nie

raz było inaczej. Babcia opowiadała mu taką

mógł jednak nic zrobić. Całą swoją siłę musiał skupić na

niezwykłą historię, która miała wydarzyć się

niespodziewanym ataku szczeniaka. W taki oto sposób Alec'owi udało się

bardzo dawno temu, gdy żyły największe na

przejść z powrotem przez dziurę w płocie i ukryć za krzakami.

świecie zwierzęta. Wtedy jeszcze nie istniały nawet dinozaury, o których życiu Alec dowiedział się z filmów przyrodniczych.

Malec kolejny już raz wyszedł zwycięsko ze śmiertelnej pułapki! Jakie to szczęście, że ten hałaśliwy piesek przybiegł właśnie w tym momencie. Czy przybył mu na ratunek? A może był jakimś kolejnym potworem, tyle

Babcia opowiedziała mu o

tylko, że małym?

najstraszniejszym ze wszystkich prastarych potworów. O Letawianie... Latatanie... Jak to było...? Aha! Chyba chodziło o Lewiatana! Był on tak duży i silny, że nie bał 127


się żadnych innych potworów. Mieszkał pod wodą, a swoim cielskiem

To Złoty Pan biegł szybko przed siebie. A skacząc ponad krzakami wpadł

okrążał cały ocean. Ale oprócz niego w tym samym oceanie mieszkała

jedną nogą wprost na grzbiet brytana. Alec od razu wiedział, że to biegł

całkiem malutka rybka, której ten największy potwór bardzo się bał. Ta

właśnie Złoty Pan. To nie mógł być przecież nikt inny! Ten sam ubiór, ta

tycia, tycia rybka nigdy nie pozwalała Lewiatanowi zachowywać się

sama sylwetka. Chłopiec chciał zawołaćZłotego Pana jeszcze raz, gdy

niegrzecznie...

naraz wokół zadudniły kroki wielkoludów.

‘Wrrrrrrr... Wwwwrrrrr…’ - oba psy szykowały się do walki na śmierć i życie, warcząc na siebie coraz wścieklej.

Czy ten zadziorny szczeniaczek był teraz dla wielkiego psa tym, czym niegdyś mała rybka dla największego z potworów? Piesek rzucił się właśnie prosto na miękki nos brytana i gryzł go boleśnie, zaciskając mocno drobne ząbki. Ogromny czworonóg zaskomlał z bólu, potrząsnął energicznie głową i odrzucił szczeniaka na kilkanaście metrów. Alec aż jęknął, gdy mały psiak spadł na twardy asfalt jezdni. Potwór skoczył prężnie w tamtą stronę i już chciał łapą zmiażdżyć drobne ciało intruza, gdy nagle sam zachwiał się gwałtownie i runął na ziemię. Jakaś potężna stopa przez sekundę oparła się o jego kark.

A więc nie tylko Alec musiał stale uciekać. Malec stracił zupełnie nadzieję na ratunek. Zawiedziony ukucnął przy krzakach i kiwał się jednostajnie, jakby w swoim życiu nie oczekiwał już niczego więcej od całego świata.

‘Ratunku! Tuuutaaaj! Ratuuunkuuu!’ - malec próbował zwrócić na siebie uwagę i zaczął krzyczeć najgłośniej, jak tylko mógł.

128


Wielkoludy nie zatrzymały się przy psie. Biegły szybko, przekrzykując się

Najpierw dojdzie na High Street, pod pomnik jednego takiego bardzo

nawzajem bardzo brzydkimi słowami. Złoty Pan już dawno zniknął za

mądrego pana. Babcia mówiła, że to był bardzo ważny pan, bo cały czas

starymi kamienicami miasta, a pościg był dopiero tutaj...

myślał. Myślał i myślał... Zupełnie jak mama i babcia Aleca. I dalej chłopiec będzie musiał pójść prosto tą samą ulicą, najpierw obok nowego hotelu, a potem aż za budynek, w którym babcia wypożyczała książki do

‘Szybciej! Szybciej, bo nam ucieknie!’ - krzyczał jeden z wielkoludów.

czytania.

‘Dalej, dalej! Nie ociągać się, tym razem musimy go schwytać!’ - darł się

Dalsza droga, to już łatwizna, bo tam, po jednej stronie ulicy musi minąć

największy, wyglądający na dowódcę. - ‘Pamiętajcie o nagrodzie!

taką kawiarnię ze różnymi słonikami, w której bardzo lubił zajadać się

Pamiętajcie o złocie! A ty tam, z samego końca! Natychmiast zanieś

pysznymi lodami czekoladowymi. Po przeciwnej stronie było muzeum.

naszego psa do lekarza, bo z nim jest coś nie tak!’ - rozkazał maruderowi,

Dzieci je uwielbiały. Tam to dopiero będzie kryjówka! Alec znowu

biegnącemu na końcu grupy.

wsiądzie do prawdziwej wyścigówy formuły pierwszej!

Ostatni z wielkoludów zatrzymał się przy jęczącym brytanie. Z trudem

Chłopiec był prawie pewny, że w końcu uda mu się odnaleźć Samuela. A

podniósł go z jezdni. Pies ledwo trzymał się na łapach. Po chwili osunął

do tego po drodze spotka mamę i babcię. Może nawet Tango, o ile balon,

się na asfalt. Wielkolud nie miał innego wyjścia, jak wziąć go na ręce.

którym suczka poleciała tak wysoko opadnie zaraz na ziemię. A

Potem schodami zszedł z brytanem w stronę Princes Street. W tym

najważniejsze, że malec wkrótce spotka Złotego Pana, który obroni ich

samym momencie zniknęły też za fasadą starych kamienic wielkoludy,

wszystkich nawet przed najstraszniejszymi bandytami!

pędzące co sił w nogach za Złotym Panem.

Alec przestał rozpaczać, podniósł się, rozprostował kości. Czuł, że znowu może wyjść na ulicę. A nawet więcej! Za chwilę może być całkowicie bezpieczny. Musi tylko przejść nieco dalej, za tamte wysokie, stare domy.

‘Yyyiiii... Yyyiiii…’ - Alec usłyszał przejmujący jęk szczeniaka.

‘Piesku! Piesku! - chłopiec zapomniał o własnym bezpieczeństwie i natychmiast podbiegł do skomlącego nieboraka. - ‘Piesku, co ci jest? 129


Powiedz mi, piesku!’ - prosił szczeniaka, ale ten nie poruszył się ani

Piesek otworzył szeroko oczy, rozejrzał się, lizał przez chwilę swoje

trochę, tylko jęczał przez nos.

grubiutkie łapki ciemnoczerwonym językiem. Strasznie długim. Tak długim, że oczy Aleca zaiskrzyły uśmiechem. A potem szczeniak zaczął lizać ręce chłopca. Strasznie to łaskotało, ale malec nie wzbraniał się.

Psiak miał bardzo miękką, delikatną sierść. Malec przyłożył swój policzek

Pierwszy raz od nie wiadomo jak dawna był tak szczęśliwy. Uśmiechnął

do jego nieproporcjonalnie dużej głowy. Szczeniak drgnął, otworzył oczy,

się. Bardzo potrzebował silnego, mądrego przyjaciela, choćby właśnie

uniósł nieco łeb. Najwyraźniej zaakceptował chłopca, bo nie warknął na

nawet takiego!

niego, a jedynie kolejny raz zaskomlał. Widać było, że obaj czują się ze sobą szczęśliwi. Mały człowiek i mały pies. Mały uciekinier i jego odważny obrońca. Alec miał w oczach łzy.

‘Jak masz na imię?’ - Alec zapytał cichutko. - ‘Powiedz, jak na ciebie mam wołać?’

‘Nie zasypiaj! Słyszysz mnie!? Nie zostawiaj mnie samego’ - chłopiec prosił psa, jakby od dawna znali się i świetnie rozumieli.

‘Oauuuhoooou’ - szczeniak ziewnął i stanął na czterech łapach.

‘Yyyiiii... Yyyiiii…’ - zajęczał znowu szczeniak.

‘Już ci lepiej, widzisz! Ja mam na imię Alec. Pamiętaj’ - przedstawił się chłopiec.

‘Piesku! Pieseczku, jesteś taki dobry’ - Alec przytulił szczeniaka delikatnie i płakał. - ‘Mógłbyś pomóc mi odnaleźć Samuela, słyszysz?’ - szeptał psu

Szczeniak przyglądał się uważnie twarzy i dłoniom malca. Czy rozumiał

do ucha. - ‘I moją mamę, i babcię, i suczkę Tango… Dobrze?’ - dodał

go? Chyba tak. Jak każdy mądry pies.

jeszcze ciszej. ‘Ja mam suczkę Tango. W domu. Ale nie wiem, czy ona tutaj wróci, wiesz...’ - Alec popatrzył na niebo. - ‘Zobacz, piesku! Moja suczka Tango 130


poleciała takim dziwnym balonem, jak tamte! Widzisz je? Tam! Wysoko!’

Znowu mógł z kimś porozmawiać. Wprawdzie pies to nie Samuel, ale z

- chłopiec wyciągnął rękę w stronę Calton.

psem przynajmniej nie pokłóci się, a z Samuelem bywało różnie.

Z zabytkowego, pięknego wzgórza leciało w górę mnóstwo pękatych

‘Jak mam na ciebie wołać, co?’ - Alec przypomniał sobie, że nie zna

balonów, wznosząc się wysoko, aż pod chmury. Część balonów wiatr znad

imienia psa. - ‘Wiesz? Na razie będę się do ciebie zwracał bez imienia.

Zatoki zepchnął w kierunku Galerii. Z balonami nadleciał drobny deszcz,

Dobrze? Zgadzasz się?’ - zaproponował. - ‘A potem coś razem

pachnący ciepłą ziemią, rano rozgrzaną słońcem, a teraz zmoczoną

wymyślimy...’

wilgotną mgłą. Pies wyglądał już na całkiem zdrowego. Stał mocno na krótkich łapach, Alec wyraźnie czuł w ustach smak śmietankowych lodów, które niedawno

nosem obwąchiwał jakieś niewidoczne ślady na jezdni. Warczał przy tym,

jadł na Calton w wilgotne popołudnie. W tej chwili nie lody były jednak

jakby zaraz miał się zmierzyć z kolejnym brytanem. Malec nasłuchiwał

najważniejsze.

zaniepokojony. Na szczęście prócz nich nie było tutaj nikogo. Ci, którzy fruwali nad nimi w balonach, ani im nie przeszkadzali, ani nie pomagali. Wyglądało na to, że tym razem nikt i nic nie zdoła pokrzyżować planów

Również i teraz zobaczył bowiem z bliska ludzi śpiących wewnątrz

Aleca, by odnaleźć Złotego Pana i Samuela, a przede wszystkim mamę i

powietrznych baniek. Wydało mu się bardzo zagadkowe, że wszyscy oni

babcię, a może nawet Tango.

spali, że nikt z nich nie zechciał machać gapiom na powitanie, nikt nie podziwiał z góry miasta. Najpiękniejszego ze wszystkich! Edynburga! Dlaczego oni tak wszyscy naraz spali? A jeśli Samuel nie mylił się, że już

‘Piesku, czy możemy już iść? - chłopiec zwrócił się do szczeniaka, a ten

nigdy tutaj nie wrócą?

ruszył pełen nowych sił w stronę stojącego u zbiegu ulic pomnika, a zaraz potem pod górę, w stronę High Street. - ‘Poczekaj! Wolniej! Troszeczkę wolniej!’ - chłopiec ledwo nadążał za znów żwawym psem.

‘Czy naprawdę tak musi być, piesku? Może ty coś o tym wiesz?’ chłopiec zapytał szczeniaka. 131


Wkrótce weszli na Bank Street. Szczeniak dawał sobie świetnie radę, ale

Malec szybko wskoczył na niewielki schodek i próbował otworzyć bramę

chłopcu brakowało sił. Był głodny. Chciało mu się pić. Widok ulicy nie

wejściową najbliższej kamienicy. Lecz ciężka, oszklona brama nawet nie

wróżył nic dobrego. Cała była zaśmiecona i przez to bardzo brzydka.

drgnęła. Przejście było zamknięte.

Wiatr roznosił po niej czarne skrawki papieru. Budynek banku, niegdyś wytworny, straszył dziurą, wielką na całą ścianę. Spalone strzępy mebli tarasowały chodnik. Ostra woń pogorzeliska wierciła w nosie tak mocno, że malec nie potrafił powstrzymać się od kichnięcia.

Śliczny zegar sklepu spod numeru 20 zatrzymał się na godzinie wpół do trzeciej. Alec potrafił odczytywać wskazania zegarów. Dlatego było mu bardzo przykro, że większość ulicznych czasomierzy była popsuta i mieszkańcom Edynburga wskazywała zawsze tę samą godzinę, na każdej ulicy miasta inną.

‘Wrrrr...’ - ostrzegawczo zawarczał szczeniak.

Alec błyskawicznie zareagował na ten sygnał. Znowu groziło mu niebezpieczeństwo. A jeszcze większe temu odważnemu pieskowi, który na pewno nigdy wcześniej nie spotkał ani jednego robala i tym razem może nie umieć się obronić, gdyby one zaatakowały go jednocześnie z dwóch stron. Trzeba się zatem pośpieszyć, by uniknąć nieszczęścia.

132


Rozdział Osiemnasty

Szajka rabusiów


Chłopiec dopiero teraz zorientował się, że po przeciwnej stronie jacyś ludzie plądrowali sklep. Ten sam sklep, w którym kilka razy był z mamą i babcią. Mama chciała kupić coś ładnego. Dla babci. Jakiś najpiękniejszy prezent na świecie. Pasujący do zielonej bluzki babci. To była złota

‘Ale która strona jest która?’ - znowu nie pamiętał. ‘S-n-i-w-d-o-o-g-...coś tam...-1’ - chłopiec powoli wydukał ze sklepowego szyldu wszystkie literki, a nawet trochę więcej, choć nie wszystko.

brosza. Z dużymi, błyszczącymi w słońcu kamyczkami. Nieprzypadkowo mama zamówiła prezent w tym sklepie. To był sklep takiego pana, którego Alec czasami spotykał w ogrodzie przy małych drucianych

Kompletnie nie rozumiał nazwy sklepu. Była jakaś dziwaczna. Co mogła

konikach.

oznaczać taka niezrozumiała dla nikogo nazwa? Ciekawe.

Jakże teraz zmarniał ten przepiękny sklep. Witryny wystawowe zostały

‘Hej! Ty! Mały! Tak, tak! Czy ty mnie słyszysz? Szybko choć do pomocy,

zupełnie zniszczone, a szyby powybijane. Drzwi ktoś wyważył. Leżały na

bo mamy duże opóźnienie! Sami nie zdążymy ze wszystkim!’ - krępy siwy

chodniku tuż przed wejściem do sklepu. Na środku ulicy stało piękne

mężczyzna nie wyglądał na kogoś, kto będzie tolerował nieposłuszeństwo.

krzesło z rozprutym skórzanym oparciem. Dlaczego ktoś je zniszczył?

- ‘Zaraz masz tutaj przyjść! Słyszysz! Marsz do roboty!’ -

Alec nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Z miejsca, z którego na to

zakomenderował groźnie.

wszystko teraz patrzył widać było ludzi zajętych rozkręcaniem mebli i rozpruwaniem ostrymi nożami kanap, krzeseł, dekoracji, podłogi, dosłownie wszystkiego, co wpadło im w ręce. Szukali czegoś... Ale czego?

Alec nie mógł udawać, że nie rozumie, co się do niego mówi. Kolejne

Może pięknych brosz, takich, jak prezent mamy dla babci?

osoby wyszły przed sklep, gapiły się na niego i nerwowo paliły papierosy. Czy ci ludzie byli niebezpieczni? Alec musiał zaryzykować. Zresztą! Nie miał innego wyjścia, jak tylko grzecznie podejść do wszystkich, przywitać

Nigdy wcześniej Alec nie próbował przeczytać nazwy tego sklepu. Jak to

się najuprzejmiej. Jeśli będzie grzeczny, to może dostanie coś do picia. I

się robi? Czy czytanie trzeba zacząć od lewej strony, czy od prawej?

do jedzenia... Tylko żeby pieska mu nie zabrali. Żeby szczeniaka nie zabrali, bo to przecież jego przyjaciel.

134


‘A co on tutaj robi? Sam? Z tym kundlem?’ - zaciekawiła się brzydka

dzieciaków’ - rzuciła niedbale kobieta w brzydkich spodniach. - ‘Z

kobieta, ubrana w brunatne spodnie. - ‘Nie słyszysz, co się do ciebie

głodnego pomocnika nie masz robotnika!’ - z triumfalną miną wyjaśniła

mówi? No, już!’ - wtórowała siwemu mężczyźnie.

swoją decyzję, a pozostali klepali ją z aprobatą po ramieniu. - ‘Ale zaraz wracaj, mały, to powiem ci, co będziesz robił!’

‘Proszę pani, ale ja idę do mamy i jestem trochę głodny’ - Alec bezczelnie patrzył jej w oczy, podchodząc posłusznie do dorosłych. - ‘Ja mam na

Alec własnym uszom nie wierzył. Stał jak jakiś słup, co to ani nie widzi,

imię Alec i jestem już prawie całkiem duży, więc bardzo chętnie będę

ani nie słyszy, ani nie mówi, ani nie chodzi... To dlaczego jest tak strasznie

pracował’ - dodał szybko, bojąc się jakichkolwiek pytań.

głodny? Podobnie, jak wcześniej Samuel, teraz także i on zapomniał słowa ‘dziękuję’. Rzucił się pędem w głąb sklepu, nie zwracając uwagi ani na rozdeptane róże, niegdyś zapewne pięknie pachnące w kryształowym

‘A co ty tutaj właściwie robisz z tym psem? Czy nie wiesz, że od dzisiaj nie

wazonie, ani na mijanych po drodze dorosłych, których szturchał i

wolno trzymać w mieście żadnych zwierząt?’ - wypytywała go ta brzydka

potrącał bez opamiętania.

kobieta. - ‘Chyba, że na zupę!’ - wykrzyczała ochrypłym głosem, poprawiając nie dopasowane spodnie, a po chwili wszyscy dorośli wybuchnęli gromkim śmiechem.

Zatrzymał się dopiero w pomieszczeniu z lodówką i stołem, na którym stały filiżanki z ciemną cieczą, dwa kolorowe dzbanki, jedna wysoka szklanka. Wokół czuć było zapach parzonej kawy.

‘Później! Później!’ - krztusił się ze śmiechu siwy mężczyzna. - ‘Teraz wracamy do roboty, a wyjaśnienia w sprawie tego przybłędy później...’ splunął żółtą cieczą wprost pod nogi Aleca i nie czekając na innych wrócił

Bez namysł wdrapał się na drewniane krzesło i przyjrzał wszystkim

do sklepu.

skarbom. W jednym z dzbanków była jeszcze gorąca, czarna kawa. Alec nie był zachwycony tym odkryciem. Na szczęście w drugim była czysta, chłodna woda. Spragniony malec niczego innego nie potrzebował.

‘No dobra, chodźmy! A ty, mały, idź na zaplecze i weź sobie kawałek sera, no i napij się z kubka kawy, bo nic innego nie mamy tutaj dla takich 135


Pił długo. Najpierw wprost z dzbanka. Łapczywie, wielkimi haustami. Po

‘Piesku! Piesku! Co ty wyprawiasz? Oni nie

chwili woda wyciekała mu z ust na brodę, szyję, brzuch. Nie mieściła się

wiadomo co z nami zrobią, jak zobaczą

już w nim. Dzbanek przechylał się niebezpiecznie na boki, nazbyt ciężki

zjedzoną kiełbasę’ - najciszej, jak tylko potrafił,

dla Aleca. Chłopiec nie zrezygnował jednak z wlewania w siebie

chłopiec wykrzyczał psu straszną prawdę.

kolejnych porcji życiodajnego płynu, starając się nie myśleć o bólu brzucha, jaki nie tak dawno męczył go po wypiciu jedna po drugiej dwóch butelek wody mineralnej w Galerii. Odstawił jedynie dzbanek i pił

Szczeniak zapewne niewiele się tym

wolniutko ze szklanki. Odprężył się troszeczkę.

przejął, bo sprawnie chwycił całe pęto i czmychnął wprost do obszernej sali jubilerskiego sklepu. Alec'owi nie

Przez to picie wkrótce zachciało mu się siusiu. Wizyta w łazience musiała

pozostało nic innego, jak zacisnąć

jednak poczekać, bo malec właśnie poczuł zapach wędzonego jedzenia. Z

z bezsilności zęby. Nawet nie

pewnością to nie był zapach kawy. Może tak pachniał ser, o którym

chciał myśleć, co zaraz stanie

powiedziała mu tamta kobieta? Wędzony żółty ser... Pycha! Ale sera nie

się z nimi przez tak

było nigdzie widać. Zamiast niego Alec czuł coraz bardziej intensywny

nieg rzeczne zachowanie

zapach wędzonego kurczaka. Gdzieś tutaj musiało być dobre jedzenie, ale

małego pieska.

gdzie? Nie wydarzyło się jednak nic, Jakie było jego zaskoczenie, gdy za kuchennymi szafkami zamiast sera

co uniemożliwiłoby chłopcu

odkrył szczeniaka, zajadającego w najlepsze kawał długaśnej, wędzonej

rozejrzenie się za obiecanym serem. Najpierw jednak umoczył koniuszek

kiełbasy!

języka w gorącej kawie. Feee… Owszem, kawa pachniała przyjemnie, ale dlaczego nie miała ulubionego przez Aleca smaku gorącej czekolady? W tej sytuacji świeża woda była sto razy lepsza od tego, co tak lubią pić dorośli.

136


Czas na żółty ser! A po zjedzeniu sera pójdzie w końcu do toalety.

szklanka nadawała się do tego celu w sam raz. Po wszystkim otworzył ostrożnie drzwi prawie pustej lodówki. Na najwyższej półce coś leżało, ale nie było wiadomo, co dokładnie, ponieważ ktoś owinął to coś w gruby,

Siusiu nie chciało jednak czekać. A łazienki Alec nie mógł szukać, bo było

zadrukowany papier.

na to dużo za późno. I było przecież bardzo niebezpiecznie. Umycie rąk nawet mu nie przyszło do głowy. Nie namyślał się długo... Wysoka Malec nie miał najmniejszych szans, żeby zobaczyć, czy to przypadkiem nie jest ser. Ten sam ser, który on miał prawo zjeść jeszcze przed podjęciem pracy w złodziejskiej szajce. Tak, tak! W złodziejskiej szajce! Kimże bowiem byli ci ludzie, jeśli nie zwykłymi złodziejami, próbującymi obrabować znajomego mamy i babci?

Nagle nad głową Aleca pojawiła się twarz tej brzydkiej kobiety. Teraz jednak wcale nie wydała mu się aż taka brzydka. Złodziejka bez słowa zdjęła z górnej półki lodówki opakowany w papier ser, rzuciła pakunek na stół, wydała z siebie jęk zniecierpliwienia i szybko wyszła. Chłopcu pozostało zamknąć pustą lodówkę. Przedtem jednak schował do niej szklankę pełniutką pewnego płynu, żeby kuchni nie zamieniać w toaletę. W końcu podszedł z zaciekawieniem do wystającego z opakowania sera. Ser był zwykły, twardy, jak to żółty ser. Ale ten papier! To nie był normalny papier... Na nim było zdjęcie jego suczki Tango!

137


Najszybciej, jak to możliwe, Alec rozprostował tajemnicze opakowanie.

Alec nie chciał, żeby jacyś złodzieje oglądali tę ulotkę. Złożył więc papier

Wyglądało na to, że ktoś opakował żółty ser w sporych rozmiarów ulotkę.

w ten sposób, by ukryć wydruk i wsunął pod strzępy koszuli. Potem jedną

Czy jednak była to zwyczajna ulotka reklamowa? Chyba raczej nie.

ręką chwycił dzban z wodą, w drugą wziął cały kawał żółtego sera. Już mógłby podjąć próbę ucieczki, ale dotarło do niego, że przecież nie miał żadnego dobrego planu, jak to zrobić. No i do tej pory nie zjadł jeszcze

Oczywiście były na niej wydrukowane różne litery, słowa, zdania. Obok

niczego.

dużych napisów widniały mniejsze lub całkiem małe, a do tego wykrzykniki, trupie czaszki w balonach. Pod tym wszystkim jakiś podpis. W samym środku ulotki wydrukowane zostało zdjęcie Tango. Czy to na

Ugryzł szybko spory kawałek sera, zmiażdżył zębami na drobniutkie

pewno jego suczka? Pod ślicznym pyskiem psa był napis, którego, tak jak i

cząsteczki, lecz nie mógł połknąć jedzenia. Z braku miejsca. Wszędzie

pozostałych, chłopiec niestety nie rozumiał.

Postanowił więc przeczytać opis zdjęcia, by dowiedzieć się czegoś więcej. Znowu jednak nie był pewny, czy czytanie ma zacząć od prawej, czy od lewej strony słowa?

‘O-g-n-a-t - y-n-a-w-i-k-u-z-s-o-p’ - malec wydukał, nie wiedząc zupełnie, co te dwa słowa miałyby znaczyć.

‘O-gnat’ - przesylabował pierwsze słowo. - ‘To bardzo ładne imię dla psa. Podoba mi się’ - chłopiec stwierdził głośno, bardzo z siebie zadowolony. ‘Ale to drugie słowo nie nadaje się do niczego. Żaden pies nie chciałby mieć takiego brzydkiego imienia.’ 138


królowała woda i każda próba połknięcia sera spotykała się z odmowną

stołu. Całe szczęście, że przynajmniej tam siedział cichutko, jak mysz pod

reakcją żołądka.

miotłą.

Plecy malca od szyi do ramion pękały z bólu, utrudniając mu oddychanie

‘Ognat! Co się dzieje? Coś ty zrobił?’ - Alec pierwszy raz nazwał

i poruszanie się. Przez zbyt wypełniony wodą żołądek. U Aleca było to

szczeniaka prawdziwym psim imieniem.

jak najbardziej normalne. Jeśli z łakomstwa zjadł lub wypił czegoś za dużo, zawsze go wszystko bolało. Dosłownie wszystko. Wyglądało na to, że Ognat dobrze rozumiał, co się stało. Obu ich obowiązywała absolutna cisza, bo inaczej będzie po nich. - Ale tylko ‘Wrrrrr!...Hrrrrr!...Grrrrr!’ - naraz chłopiec usłyszał pisk szczeniaka

Ognat wiedział, ile wielkich brytanów przybiegło za nim do tego sklepu.

przeplatający się z wściekłym warczeniem brytana.

Jeden? Dwa? Czy może jeszcze więcej?

‘Co to bydle tutaj robi? Uwaga na to bydle! Co ty robisz? My pracujemy

Alec znowu zaczął przebierać nogami. Do tego na siłę wepchnął w siebie

dla nowego rządu! Na co ty sobie pozwalasz!?’ - w sklepie któryś ze

sporo żółtego sera. Od nieustannego dławienia się nim łzy ciekły mu z

złodzei wykrzykiwał przerażonym głosem. - ‘Tutaj nie masz prawa tego

oczu. Z wielkim trudem zdołał powstrzymać kaszel. Zimnym dzbankiem

robić, rozumiesz!? Nie masz pr...’ - i jego głos zamilkł w pół zdania.

delikatnie masował obolały brzuch. Woda kołysała się i chlupotała, mocząc brudne, pozdzierane do krwi kolana chłopca. W sklepie kolejne osoby broniły się przed pochwyceniem w uścisk psich kłów, by zaraz po

‘Nieeee! Nieeee! To nie nasza wina, że tutaj nie ma żadnego złota!!!’ -

tym zamilknąć.

krzyczała przerażona kobieta. Płacz, złorzeczenia, krzyk, protesty nie pozwalały uporządkować myśli. Ludzie, którzy szukali w sklepie złota, płakali i ze strachu błagali o litość.

Malec zdawał sobie sprawę z tego, jaki los może spotkać złodziei, jeśli

Szczeniak wpadł tymczasem wprost na Aleca, a potem za tylną nogę 139


wielkoludom nie spodoba się ich praca. Nie wiedział tylko jednego. Co

‘Pilnuj tego, jak oka w głowie! Nie zgub! Ja wrócę po to, pamię...!’ - i

zaraz stanie się z nim samym?

zawył z bólu, gdy szczęki czworonoga ścisnęły mocniej jego nogi.

‘Ja nieeee chcęęę...’ - krzyczał któryś ze złodziejaszków, próbując schować

Najważniejsze, że nie zdradził obecności Aleca. Chłopiec przeczuwał, że

się przed brytanem na zapleczu sklepu.

złodziej nic więcej już nie mógł zrobić, że po porstu przestał cokolwiek widzieć i słyszeć. Za moment nieszczęśnik zniknął wystraszonemu malcowi z oczu, niesiony sprawnie w pysku bezwzględnego brytana.

Uciekając niefortunnie zahaczył o wyłamaną, sterczącą z podłogi deskę. Runął na sam próg drzwi, całkiem niedaleko miejsca, gdzie stał Alec. ‘Wrrrrrr!.....’ - pies nie zaakceptował zuchwałej ucieczki złodzieja.

Dopiero teraz można było sprawdzić, dlaczego ten złodziej tak bardzo chciał tutaj wrócić. Na podłodze leżał sporej wielkości woreczek, uszyty z cienkiego materiału. Podobny do woreczków, w jakie niektóre dzieci chowały swoje kapcie, by same one przypadkiem nie poszły sobie gdzieś

Brutalne zwierzę sprawnie chwyciło ostrymi zębami stopy mężczyzny i

na spacer bez przedszkolaków. Tak, tak, bo czasami kapcie potrafiły

ciągnęło go z powrotem na środek sklepu. Złodziej rękoma

schować się, jeśli dzieci nie dbały o nie, zwłaszcza gdy wychodziły w nich

przytrzymywał się framugi drzwi. Nie trwało to zbyt długo. Ból

na przedszkolny trawnik lub kopały nimi skórzaną piłkę.

powodowany coraz mocniejszym zaciskaniem na jego nogach żółtych kłów odbierał mu siły. Patrzył błagalnie na małego chłopca, oczekując od

Alec nie potrafił schylić się po woreczek. Czuł, że jego brzuch zaraz

niego ratunku. Alec milczał, zaskoczony zdarzeniem. Ze strachu nie mógł

pęknie z hukiem od nadmiaru pożywienia. Ciekawość zwyciężyła jednak

ruszyć się z miejsca. Stał nieruchomo, nie mogąc w tym momencie

- w końcu powoli ukucnął i stękając jak stary parowóz podniósł złodziejski

udzielić złodziejowi żadnej pomocy. Mimo to mężczyzna nie zdradził go

łup.

przed wielkim psem. Nim jednak pozwolił brytanowi odnieść zwycięstwo - jedną ręką sięgnął do kieszeni marynarki, wyjął z niej coś i rzucił pod nogi malca.

Wewnątrz było coś drobnego. Pod opuszkami palców czuł nieduże kuleczki, jakby to był groch. W przedszkolu dzieci bawiły się czasami 140


poduszeczkami wypchanymi właśnie grochem. Zamiast

otworzyć

zawiniątko, Alec rzucił nim przed siebie. Miał niezłą wprawę! Trafił wprost za kuchenne szafki. Potem kolejny raz zrobił siusiu, bo nie mógł dłużej wytrzymać. Tym razem do jednej z pustych filiżanek. Po wszystkim pełne naczynie schował do lodówki.

Ognat przyglądał mu się i zapewne bardzo dziwił, dlaczego siusiu trafiło do lodówki? Chłopiec wyciągnął psa spod stołu, gdyż taka kryjówka wydała mu się za mało bezpieczna.

We dwoje schowali się z boku szafki ustawionej w najdalszym kącie pomieszczenia. Szczeniak zachowywał się teraz spokojnie. Czy to oznaczało, że byli już uratowani? Malec przytulił go. Przymknął powieki. Ze sklepu nie dochodziły już żadne odgłosy. Wyglądało na to, że wielkoludy porwały wszystkich członków złodziejskiej szajki. To ci dopiero... Trafili bandyci na bandytów!

141


Rozdział Dziewiętnasty

Wiec wielkoludów na starym mieście


Ale co on, mały chłopiec miał w tej sytuacji zrobić? Jeśli ulicy pilnował

piesku, mój przyjacie...’ - nagle słowa zaczęły znikać z powrotem w jego

straszny brytan lub jacyś źli ludzie, to lepiej będzie zostać na zapleczu

buzi.

sklepu. Z wodą w dzbanku, żółtym serem, a nawet z dzbankiem nie wypitej kawy dla mamy i babci, jeśli jakimś cudem odnajdą go niebawem...

No i z tym dziwnym workiem! Co takiego wartościowego mogło w nim być, że złodziej, zamiast ratować własne nogi, ratował przed wielkim psem worek na kapcie? Czy zamiast grochu w worku czekała na szczęśliwca chałwa, czekoladki i jeszcze inne łakocie?

Co robić? Co robić? Poczuł się senny. Ognat był ciepluteńki, mięciuteńki, a chłopcu było z tym tak dobrze, że zaczął powoli zasypiać, zapominając o wszystkich zagadkach świata.

Przed sklepem gromadzili się jacyś ludzie. Uśmiechnięci, eleganccy, ubrani odświętnie. Nad ich głowami, wysoko ponad ulicą baletnica tańczyła na cienkiej, z dołu zupełnie niewidocznej linie. Zebrani bili brawo, zachwalając głośno odwagę i kunszt akrobatki.

Nawet, jeśli tak było, to przecież Alec raczej nie był właścicielem tego wszystkiego. A może jednak teraz był prawdziwym właścicielem? Tak czy inaczej - sprawdzi wszystko dokładnie.

‘Teraz orkiestra zaprezentuje najwspanialsze fragmenty muzyki klasycznej!’ - do mikrofonu darł się pan ubrany w czarny uniform, z cylindrem na głowie. - ‘Nasi prześwietni zwycięzcy zachwycą

‘Zaraz rozwiążemy ten supełek, zgoda? I zaplanujemy poszukiwania Samuela, dobrze, Ognat?’ - malec cichutko

się muzyką tak potężną, że góry poruszą się od niej, mury rozpadną, by powstały nowe, piękniejsze, na całe tysiąclecia!’

wypytywał szczeniaka o radę. - ‘No, i mamy. I koniecznie babci. I oczywiście Tango! Zaraz, za chwileczkę, dobrze, Ognat? Mój

143


Szyby w oknach zadygotały, szkło z trzaskiem zaczęło pękać, rysując zniszczenie. Dźwięk poderwał wszystko, co żyje, na równe nogi. Alec zmuszony był natychmiast wybiec z ukrycia wprost na chodnik, bojąc się, że zaraz zawali się na niego cała kamienica.

Na ulicy od głośnej muzyki wszystko trzęsło się jeszcze bardziej. Dosłownie rozrywała ona gzymsy domów. Tynk, cegły, kurz leciały wprost na głowy gapiów, zapatrzonych w cyrkową tancerkę. Ludzie nie przejmowali się tym, robiąc sobie z niebezpieczeństwa zabawę. ‘Brawooo! Brawooo!’ - elegancko ubrana, dystyngowana pani nagradzała tancerkę oklaskami.

‘Patrzcie tam... O tam! Patrzcie! Patrzcie! W stronę skrzyżowania z High Street!’ - krzyczał do mikrofonu pan konferansjer. - ‘Nadchodzą nasi szanowni goście! Brawa, proszę o gromkie brawa dla naszych najwspanialszych dobroczyńców!’

‘Brawa dla naszych wybawców!’ - krzyknął inny pan ubrany w podobny uniform.

144


‘Brawa dla wybawców! Brawa dla wybawców!’ - krzyczeli inni panowie,

skrzyżowania, vis a vis nowoczesnego hotelu. Zupełne szaleństwo! Tak

ubrani podobnie do tamtego.

nie wolno, bo można spaść i połamać sobie wszystkie kości! W żadnym

Ludzie zaczęli się przekrzykiwać, wychwalając grupę wielkoludów, nadchodzących od strony biblioteki przy George IV Bridge. Tylko Alec

razie tego nie powinny widzieć małe dzieci. One mogłyby pomyśleć, że tak można, a tak nie można! Co innego Alec, bo on był już prawie duży,

zachowywał się cichutko. Był bardzo wystraszony. I zmartwiony. Czy udało się uciec Złotemu Panu, który niedawno pobiegł przecież w tamtą stronę? I czy gdzieś tam był teraz Samuel? Jeśli bandyci uwięzili ich obu, to czy zrobili im jakąś krzywdę?

Chłopcu aż dech zaparło z wrażenia. We wszystkich oknach tego samego budynku, do którego nie tak dawno nie potrafił otworzyć drzwi, by schować się przed rabusiami jubilerskiego sklepu, stali muzycy, grając na różnych instrumentach. Pan, który mówił do mikrofonu, urzędował w wielkim oknie tuż nad wejściem do kamienicy. Obok niego, po każdej ze stron w wąskich okienkach stali trębacze, ubrani w kolorowe szarfy, naciągnięte na czarne uniformy.

Widać było, że człowiek stojący pośrodku, ten z mikrofonem, pełnił jakąś ważną funkcję, ponieważ wszyscy słuchali go i wykonywali jego polecenia. A gdy chłopiec spojrzał jeszcze wyżej, na dachu domu zobaczył orkiestrę! Muzycy siedzieli wzdłuż rynien, ich nogi zwisały swobodnie nad ulicą... To samo działo się na dachu pięknego domu po drugiej stronie 145


więc on mógł popatrzeć, ale tylko troszeczkę, króciutko, żeby nie

‘Och! Jacy oni są piękni! Jacy silni!’ - wielkoludami zachwycała się głośno

zakręciło mu się w głowie.

dama w wytwornym kapeluszu. - ‘Jacy bezpieczni!’ - krzyknęła nieco ciszej, po czym z nadmiaru emocji osunęła się bezwładnie na jezdnię, gniotąc kapelusz i brudząc koronkowe rękawiczki.

Malec przeciskał się w kierunku High Street, licząc na to, że właśnie tą drogą uda mu się wydostać z tłumu. Niefortunnie od strony High Street szły tutaj wielkoludy. Alec innego sposobu ucieczki jednak nie widział.

Powstał niewielki zamęt. Ludzie chcieli pomóc omdlałej kobiecie. Szybko

Wydawało mu się, że akurat w tej chwili na wykonanie planu była świetna

pojawił się lekarz. Pochylił się nad nią i sprawdził tętno.

okazja, ponieważ pozostali ludzie zajęci byli hucznym wiwatowaniem na cześć wielkoludów. ‘Proszę się odsunąć, nasza pacjentka musi mieć trochę świeżego powietrza! Jestem doświadczonym lekarzem. Bardzo państwa proszę!’ ‘Nie rozpychaj się, mały!’ - nakrzyczał na niego pan w czarnych

apelował do ludzi, ale niewiele z tego wyszło, ponieważ każdy chciał na

rękawiczkach, gdy Alec nadepnął mu niechcący na nogę. - ‘Bezczelny

własne oczy zobaczyć, kto dokładnie zemdlał z wrażenia.

szczeniak! Nie znasz słowa przepraszam?’ ‘Co to!? Co to!? - krzyknęła młoda dziewczyna, kucając obok lekarza na Chłopiec ani myślał przepraszać, chociaż to nie było z jego strony

środku jezdni.

grzeczne i dobrze o tym wiedział. Wolał jednak jak najszybciej zniknąć temu panu z oczu, aniżeli wdawać się w rozmowę z nie wiadomo kim. Dopiero teraz zorientował się, że nie ma przy nim Ognata. Lecz na

Jej zachowanie było bardzo dziwne. Podnosiła z asfaltu małe szkiełka.

poszukiwania pieska nie mógł sobie w żadnym razie pozwolić. Gdzie on

Szarpała nogawki spodni panów i długie suknie pań, żądając

się podział? Bardzo go pokochał i nie chciałby nigdzie chodzić bez niego.

natychmiastowego odsunięcia się, ponieważ ich buty zasłaniały

Ale musiał iść przed siebie, jeśli jak najszybciej chciał wydostać się z tego

powierzchnię jezdni.

miejsca. Aha! Nie ma też przy sobie woreczka z tajemniczym grochem... I co powie temu złodziejowi, jeżeli jutro wpadnie w jego wstrętne łapy? 146


‘Niech się pani odsunie, słyszy pani, co do pani mówię!’ - zaczepiła

Alec próbował iść w ustalonym kierunku, ale nie bardzo mógł, takie

staruszkę, podpierającą się laską.

powstało zamieszanie i harmider. W końcu dostał się tuż pod ścianę

‘Ludzie! Ludzie! Zobaczcie, co ona zbiera! Tutaj są diamenty!’ tajemnicę młodej dziewczyny odkrył starszy pan. - ‘Prawdziwe diaaaameeeentyyyy!’

kamienicy, z której od czasu do czasu spadał na chodnik fragment gzymsu. Ryzykując rozbitą głowę chłopiec przedzierał się jak najszybciej w stronę High Street. Jaka była jego radość, gdy tuż przed skrzyżowaniem pojawił się przy nim Ognat. Szedł grzecznie przy nodze chłopca, jakby nic złego się nie stało. W pysku trzymał worek na kapcie, z którego wysypywały się od czasu do czasu małe świecące kamyczki. Takie

‘To moje! Wszystkie one są moje, co do jednego, rozumiecie!?’ -

same, jakie były na broszy babci.

zaprotestowała dziewczyna. - ‘Ja je znalazłam! Zgodnie z prawem są tylko moje!’ - starała się obronić swój skarb. A więc to tak! To taka była zawartość tajemniczego woreczka na kapcie! Diamenty... Alec przytulił szczeniaka, połaskotał za uszami i odebrał Ale ludzi zupełnie nie interesowały jej wyjaśnienia. Z pewnością w ogóle

woreczek. Z niewielkiej dziury wysypywały się cały czas świecidełka.

nie słyszeli, co mówiła. Kogo mogło to obchodzić? Najważniejszy był teraz skarb! Diamenty! Prawdziwe! Leżały sobie na ulicy, dosłownie wszędzie, więc należało schylić się i szybko odnaleźć, a potem schować do kieszeni, ale żeby nikt nie widział, do której... Wszyscy, którzy zorientowali się, o co chodzi, przystąpili do poszukiwania bogactwa. Powstał zgiełk, który zagłuszył nawet samego ważnego pana przy mikrofonie. Ludzie przepychali się, kłócili, obrażali, szarpali. Pomiędzy

‘No i co my teraz zrobimy, piesku? Nie powinieneś zębami przedziurawiać tego woreczka, wiesz?’ - malec głaskał szczeniaka po lśniącej sierści, uśmiechając się do niego, trochę zadowolony z tego, co się stało.

poszukiwaczami diamentów zaczęło dochodzić do bijatyki. Wielkoludy były już bardzo blisko Bank Street. Stanęły na skrzyżowaniu. ‘Ciszaaaa! Spooookóóóójjjj!’ - żądał konferansjer, lecz nikt go nie słuchał, skuszony wizją wielkiego majątku.

Bez słowa przyglądały się bójkom, krzykom i całemu temu ulicznemu szaleństwu. Nie potrzebowały dużo czasu, by dostrzec w rękach ludzi świecące kamyki. 147


‘Te wszystkie diamenty należą do nas! Wyłącznie do nas!’ - zawołał jeden

‘Ach! Jak wszystko pięknie pachnie, prawda?’ - wrzeszczała ta sama

z nich. - ‘Od dzisiaj tylko nasz wielki wódz jest właścicielem złota,

dziewczyna, która na jezdni pierwsza znalazła diamenty. - ‘Czy też

diamentów i w ogóle wszystkiego. Opamiętajcie się!’

czujecie ten najpiękniejszy ze wszystkich zapachów świata?’

Ludzie podnosili się ociężale z asfaltu, zmuszeni do rezygnacji z

‘Tak! Ten zapach jest najdelikatniejszy, najwspanialszy!’ - gorliwie

cudownych marzeń o bogactwie. Ci, którzy mieli szczęście coś znaleźć,

podchwycił jej zachwyt ważny pan konferansjer. - ‘Rozkoszujmy się

teraz oddawali diamenty wielkoludom. Zebrani uspokoili się, poprawili

wszyscy obecnością władców świata! Niedoścignionych twórców

swoje odświętne ubiory, otrzepali z kurzu dłonie.

malarstwa, muzyki i poezji.’

‘Dziękujemy niezwyciężonemu wodzowi zwycięzców za wspaniałe

Alec nie bardzo rozumiał, czym ci ludzie się zachwycili. Czuł bowiem

zwycięstwo! Odnalezione diamenty należą tylko do wodza zwycięzców!’ -

wyłącznie coraz intensywniejszy smród. Wiedział, że tak śmierdziały nie

zakomunikował konferansjer. - ‘Ludzie! Jeżeli znajdziecie złoto lub inne

tylko wielkoludy. Rozglądał się wystraszony - z obawy przed ukrytymi

kosztowności, to natychmiast musicie je oddać naszym wyzwolicielom!

gdzieś w pobliżu robalami. Doskonale pamiętał ich obrzydliwą woń i

Pamiętajcie o tym!’

podstępne metody ataku. Chłopiec zastanawiał się, jak coś, co niemiłosiernie śmierdziało można było pomylić z zapachem świeżych róż z pokoju jego mamy?

Alec nie miał pewności, czy oddać diamenty. Przecież zapytają go, w jaki to sposób znalazł się w posiadaniu całkiem sporego woreczka wypełnionego świecącym drobiazgiem. Potem oddadzą go strasznemu

Nagle muzyka ucichła. Jeden z wielkoludów stanął blisko konferansjera i

brytanowi i wtedy... Ciach, koniec. Chłopiec nie był zainteresowany

zaczął gwizdać. Ludzie musieli zakrywać rękoma uszy, żeby im głowy nie

spotkaniem z psem wielkoludów. Poza tym nie miał zamiaru zrezygnować

popękały od tego gwizdania. Piszczeli przy tym, jakby ich ktoś czymś

z poszukiwania mamy, babci, Samuela, Złotego Pana. Musiał iść prosto

bardzo mocno nastraszył.

do celu, bo inaczej zawsze już będzie sam na świecie. Zupełnie sam.

148


‘Ciiiiiiszaaaaa!’ - jeden z wielkoludów zażądał w końcu,

by ludzie

przestali hałasować.

babcię i Tango. To ich ogromne psy potrafiły robić straszne rzeczy, najstraszniejsze, jakie chłopiec widział w swoim życiu. Czy dorośli, bijący w tej chwili brawo mogli nie

‘Proszę wszystkich o absolutną ciszę!’ - wtórował mu konferansjer. ‘Przemówi do nas bowiem sam wielki wódz najwspanialszych

wiedzieć tego, co on, w końcu przecież tylko przedszkolak wiedział od

zwycięzców!’

dawna?

‘Zwyciężyliśmy! Zwyciężać będziemy zawsze i wszędzie!’ - rozpoczął

‘Nasi wrogowie nie mogą spać spokojnie, dopóki my żyjemy! -

swoje wystąpienie wódz wielkoludów.

kontynuował wódz wielkoludów. - ‘Obcy byli, są i zawsze będą dla nas największą przeszkodą! Przeszkodą w budowie nowej, tysiącletniej ojczyzny, która jest naszym historycznym wyzwaniem!’ - wielkolud

‘Cześć wodzowi! Cześć wodzowi!’ - przerwały mu okrzyki panów w

przerwał wywód i sam przez chwilę bił brawo, aż trzęsła się cała ulica. -

czarnych uniformach. - ‘Cześć i chwała!’ - inni ludzie również krzyczeli,

‘Wy też musicie raz na zawsze zapamiętać, że od tej chwili tylko my

bijąc brawo.

będziemy decydować, co dla kogo jest dobre, i tylko od nas będzie zależeć, kto będzie żył szczęśliwie!’

‘Każdy, kto ośmieli się stanąć nam na drodze, zostanie zmiażdżony tą ręką!’ - wielkolud groził, wymachując w powietrzu pięścią. - ‘Tysiącem

‘Brawooo! Brawooo!’ - krzyczały zgromadzone panie, nie kryjąc

takich rąk! Milionem takich rąk!’

fascynacji wodzem wielkoludów.

Zebrani znowu przerwali przemówienie, klaszcząc w dłonie. Alec patrzył

Ludzie klaskali, rozradowani, szczęśliwi, uśmiechnięci. Starszemu panu

na to widowisko z wielkim zdziwieniem. Wiedział, na co stać wielkoludy.

łezka zakręciła się w oku. Zapanowała euforia. Wszyscy cisnęli się, by

To one ukradły jego poduszkę i kołdrę. To przez nich zgubił mamę, 149


choć dotknąć wielkiego wodza wielkoludów. On pozwalał na takie akty

znowu sam zaczął bić sobie brawo. - ‘Od tej chwili na całej wyspie nie

zuchwałości, wyraźnie zadowolony.

będzie już miast, jakie znaliście do dzisiaj. Zapomnijcie o nich

‘Tylko my jesteśmy w stanie zbudować nową, wspaniałą ojczyznę, sięgającą od jednego krańca świata do drugiego!’ - wódz wielkoludów

natychmiast! Lecz w Edynburgu...’ - wielkolud przerwał przemówienie, przyłożył dwa palce prawej ręki do nosa i zaczął wydmuchiwać z niego brunatną, śmierdzącą maź, którą po chwili zrzucił z palców wprost na stojących wokół niego ludzi.

Ludzie z namaszczeniem dotykali cuchnącej wydzieliny, rozcierając ją sobie na dłoniach i wąchając. Alec nie mógł patrzeć na to wszystko. Jako grzeczny przedszkolak od dawna wiedział, że każda wydzielina z nosa, nawet taka najbardziej brzydka, powinna trafić w papierową chusteczkę do nosa, a potem prosto do kosza, a nie na dłonie. Czy ci ludzie nigdy nie używali chusteczek lub kremu do rąk?

‘Tutaj, w Edynburgu, tutaj będzie nasza stolica!’ - kontynuował wódz wielkoludów. - ‘Rękoma naszych odwiecznych wrogów i przy waszej pomocy na Arthur’s Seat wzniesiemy najpiękniejszy pałac świata! Cieszmy się! Muzyka!’ - wielkolud wyciągnął ręce w stronę dachów, na których czekała na ten znak orkiestra. - ‘Grać na cześć naszego nowego, pięknego świata!’

Muzycy chwycili za instrumenty. Gdy zebrani przestali wiwatować i ucichły oklaski, wokół rozległy się ciężkie akordy muzyki, za którą Alec 150


nie przepadał. Dźwięki utworu ponurego i tak naprawdę strasznie nudnego. Lepiej by było, gdyby malec natychmiast mógł stąd odejść. Jak najdalej.

W uszach cały czas dzwoniły mu słowa wielkoluda o obcych. Zapamiętał też jego my i oni. Chłopcu, w odróżnieniu od dorosłych, przemówienie to wcale się nie spodobało.

151


Rozdział Dwudziesty

Drabina Złotego Pana


Alec przeciskał się mozolnie przez skrzyżowanie, cały czas podjadając

‘Dzisiaj rano została aresztowana królowa i cała jej rodzina, by nikt z was

żółty ser. Ludzie nie zwracali na niego uwagi, zapatrzeni w niebo.

nie ośmielił się choćby pomyśleć, że ktokolwiek może być ważniejszy od

Komentowali między sobą to nowe, nieznane doświadczenie.

naszego wielkiego wodza!’ - dodał po chwili i zaczął klaskać w ogromne dłonie, po czym mówił dalej. - ‘Wraz z najważniejszymi politykami z całej wyspy zostali oni właśnie osadzeni w budynku szkockiego parlamentu,

‘Naprawdę! Oh! Naprawdę przepiękna uroczystość!’ - spotkanie z

który od dzisiaj pełni funkcję głównego więzienia naszego imperium!’

wielkoludami entuzjastycznie ocenili młodzi ludzie, chłopiec z dziewczyną, przytuleni do siebie. - ‘Kochanie. I te balony. Te balony. Jak piękną ideą są one wypełnione!‘

Alec nie był pewny, co dokładnie wielkolud mówił, ale ludzie na moment nieco ucichli, a na ich twarzach można było dostrzec zawahanie. Tę dziwną w tym miejscu ciszę szybko przerwali panowie ubrani w czarne

Nad High Street i Bank Street pojawiły się niezliczone ilości

uniformy,

przypominając zebranym, jak należy wiwatować na cześć

przeźroczystych balonów ze śpiącymi ludźmi. Wielkoludy klaskały,

wielkiego wodza wielkoludów.

wymownie wskazując dłońmi na nieboskłon. ‘Hurrra! Hurrra! Niech żyje imperium! Niech żyje wielki wódz!’ ‘Czy wy to widzicie!? Wprawdzie brakuje miejsca, by ich wszystkich

krzyczeli głośno, zachęcając do tego wszystkich ludzi.

pomieścić... Ale nasi geniusze dniami i nocami pracują nad usprawnieniem systemu!’ - ogłosił inny wielkolud. - ‘Już wkrótce zapanuje na świecie ostateczny, jedyny i słuszny porządek. Nasz porządek!’

‘Z nowego więzienia przy Horse Wynd królowa będzie mogła podziwiać piękno i potęgę naszej nowej, światowej siedziby!’ - wielkolud zrobił ukłon w stronę swojego wodza, a potem obaj zaśmiali się nieprzyjemnie. -

Zebrani zadzierali wysoko głowy, pokazując sobie nawzajem balonową

‘Budowa pałacu rozpocznie się już jutro!’

chmurę, utworzoną z tysięcy przeźroczystych baniek, unoszących w kierunku zatoki śpiących ludzi.

153


Czy to mogło oznaczać, że królowa jest w niewoli? Malec nie wierzył własnym uszom… Dobrze pamiętał, że mama i babcia bardzo lubiły królową. I mówiły mu, że królowa była bardzo dobra i bardzo ważna! Lecz Alec zapomniał, co to dokładnie znaczyło. Za to sam lubił, gdy w telewizji

pokazywano piękną koronę na głowie królowej i potem

uśmiechniętą twarz bardzo miłej pani. Czy wielkoludy właśnie okradły ją z królewskiej korony, pałacu i karocy?

Chłopiec przypomniał sobie, że całkiem niedawno oglądał królewską koronę na Edynburskim Zamku, ale niestety nie mógł jej przymierzyć, bo była zamknięta w wielkiej szklanej klatce. Obok korony leżał długi miecz i prawdziwy kamień, na który król i królowa musieli stanąć, jeśli chcieli powiedzieć coś najważniejszego. Lecz co najważniejszego mieli w takiej chwili do powiedzienia? Alec tego nie wiedział.

I co te wielkoludy zrobią teraz z tą piękną królewską koroną? Czy też ją ukradną? Razem z mieczem? Tak nie wolno!

Gdyby malec miał po ręką rycerskiego rumaka, z pewnością natychmiast uwolniłby królową i został jej najdzielniejszym rycerzem! Niestety, tak naprawdę, to on nigdy nie miał ani prawdziwego rumaka, ani ciężkiej, żelaznej zbroi, ani wielkiego miecza, lśniącego w promieniach słońca…

154


‘Brawooo! Brawooo!’ - ludzie znowu klaskali, śmiali się, wiwatowali na

‘Ciszeeejjj! Proszę cię… Uspokój się, kochanie, to przecież ser głodnego

cześć nowego więzienia i przyszłej siedziby wielkoludów na Arthur’s Seat,

dziecka!’ - najwidoczniej mężczyzna nie miał ochoty na odebranie

głośno wychwalając odwagę i wyczyny wielkoludów, a nawet zachęcając

chłopcu jedzenia.

ich do jeszcze gorszych rzeczy od tych, które Alec widział na własne oczy. ‘Ty tchórzu! Ty słabeuszu! Nie widzisz, że to może być szczeniak obcych ‘Chcemy publicznej egzekucji! Na Gross Market chcemy egzekucji!’ -

ludzi?’ - wydarła się na cały głos kobieta. - ‘Musimy wezwać któregoś z

krzyczało coraz więcej osób.

naszych wyzwolicieli! On pokaże ci, jak być zdecydowanym, twardym, wspaniałym... A nie takim mięczakiem, jak ty!’

Chłopiec był przekonany, że dzieje się tutaj coś bardzo złego. Ale nie rozumiał do końca, czego ci wszyscy ludzie chcą teraz od biednej

‘Nie rób tego, kochanie, to przecież tylko dziecko... Uspokój się, proszę

królowej. I tak w ogóle, to już nie chciał dłużej słuchać, co oni

cię, uspokój się!’ - prośba mężczyzny nie pomogła jednak ani trochę,

wykrzykują. Niektóre ze słów dobrze rozumiał i czasami były dla niego

raczej jeszcze bardziej rozzłościła kobietę.

zbyt straszne. Z pewnością nie mogły być one przeznaczone dla malca, który wprawdzie czuł się dorosły, lecz tak naprawdę był trochę nie za duży. - Babcia mówiła mu czasami, że niektórzy ludzie woleli

Alec zastanawiał się, jak podać jej ser, by uspokoić ją choć troszeczkę. Stał

zrezygnować z samodzielnego myślenia i kierować się w życiu

strasznie smutny i chciał tylko jednego. Ciszy. Potrzebny był spokój, żeby

nienawiścią, czyniąc innym zło, lecz chłopiec nie do końca był pewny, co

gapie nie przyglądali się mu tak złowrogo. A wszystko przez ten ser.

to dokładnie znaczyło.

Gdyby szybciej go jadł, nikomu innemu nie przyszłaby na niego ochota i może udałoby mu się niepostrzeżenie dotrzeć do Meadows, a tam, w tak rozległym parku na pewno byłoby bezpieczniej, niż przy głównej ulicy

‘Zobacz, ten szczeniak ma smaczny ser!’ - wciąż podjadającego ser Aleca

starego miasta.

dostrzegła naraz jakaś pani z bladym, śmiesznie zadartym nosem. ‘Zabierz mu ten ser! No, zabierz! Ja mam ochotę na ten ser, słyszysz!’ mówiła coraz głośniej do mężczyzny, którego trzymała za rękę. 155


Zrobiło się bardzo nieciekawie, bo awanturę o ser dostrzegł jeden z

‘Tam! Tam, na skrzyżowaniu, na chodniku, po drugiej stronie pomnika

wielkoludów. Patrzył teraz w kierunku chłopca, z góry widząc wszystko

tego zuchwałego, filozofującego głupca!’ - wielkolud dawał zebranym

dokładnie. Alec obserwował go z rosnącym niepokojem. Martwił się, że

ścisłe wskazówki. - ‘I pies! Pies! Złapcie też tego psa!’

wielkoludowi z pewnością od razu nie spodoba się pewien mały, bardzo kochany piesek. Tymczasem podobno już od rana nie wolno było mieć w mieście żadnych zwierząt, ani psów, ani kotów, ani nawet śpiewających

Ci, którzy od dawna widzieli Aleca i jego poczciwego towarzysza niedoli

kanarków. No i w końcu on sam. Mały chłopiec, bez opieki mamy i babci,

nie potrzebowali żadnych wskazówek. Mały stał przed nimi i nie miał

w samym centrum miasta, na domiar wszystkiego z psem... Co on tutaj

gdzie uciec, ponieważ za jego plecami była już tylko kamienna balustrada

robił? On też nie bardzo pasował do tego miejsca, zwłaszcza w czasie

edynburskiego pałacu ślubów. Podobno właśnie w tym budynku spotkali

uroczystego wiecu, podczas którego świętowano powstanie nowego,

się bardzo dawno temu jego rodzice, by wziąć ślub!

zdecydowanie za brzydko pachnącego imperium wielkoludów.

Wyglądało na to, że także Ognat zna to miejsce - i to wcale nie z ‘Zatrzymać tego małego chłopca! Natychmiast zatrzymać go! To

opowiadań. Szczeniak wskoczył bowiem na balustradę, stanął na niej na

rozkaz!!!’ - wielkolud wydarł się na cały głos, zagłuszając orkiestrę.

dwóch tylnych łapach i zawył długo, a do tego tak donośnie, tak strasznie, że aż przedzierające się przez tłum wielkoludy zatrzymały się w pół drogi.

W tłumie zrobił się straszny zamęt. Ludzie nie wiedzieli, o jakim on mówił chłopcu, ponieważ większość z nich w ogóle nie widziała żadnego

‘Szpieg! Ten kundel, to szpieg naszych odwiecznych wrogów! Nie

dziecka.

pozwólcie mu uciec!’ - zażądał wódz wielkoludów. - ‘Kto go złapie, na pewno dostanie nagrodę! Obiecuję!’

Wszyscy wokół byli jak najbardziej dorośli. Tutaj nie było żadnego dziecka i w ogóle nie powinno być! Zwłaszcza po najnowszym, porannym

Ale ludzie nie rzucili się na psa. Zamiast ruszyć do łapanki, wszyscy

zarządzeniu wielkoludów, o którym Alec nic nie wiedział.

przyglądali się czemuś, czego prawdopodobnie nigdy wcześniej nie widzieli. Z dachu nowego włoskiego hotelu przy George IV Bridge 156


zeskoczył olbrzym, taki sam wielki, jak wielkoludy, ale w bardzo pięknym

szlachetnym deszczem. Tłum zawył z zachwytu. Nikt nie chciał myśleć o

stroju, znacznie różniącym się od śmierdzących ubrań obecnych tutaj

jakichś psach czy szpiegach. Kolejny raz szansa na lepsze życie otworzyła

wielkoludów.

się przed tłumem, spadając prawdziwym bogactwem wprost na głowy ludzi.

Wszyscy rzucili się na skarby. Rozpychając się, popychając

nawzajem, okładając pięściami. Wyli z obawy, że nie pochwycą dla siebie Tajemniczy przybysz oparł się nogami na

choćby jednego świecidełka. Ludzie kompletnie zapomnieli, że zgodnie z

budynkach znajdujących się po obu

nowym prawem wszystkie diamenty należały wyłącznie do wielkoludów.

stronach ulicy. Jedną nogą stanął na balkonie, zbudowanym tuż nad wejściem do pałacu ślubów. Drugą oparł o kamienny

‘Na górę! Wchodź! Teraz!’ - krzyknął Złoty Pan.

parapet w oknie hotelowego pokoju. Z kieszeni jego marynarki wysunęła się długa drabina. Wprost pod nogi osaczonego Aleca.

Alec wskoczył na drabinę, wdrapał się po kilku pierwszych szczeblach i przystanął, by zabrać ze sobą Ognata. Nie miał zbyt dużo czasu.

‘Ognat! Ognat! To Złoty Pan! Słyszysz! To Złoty Pan przyszedł nam na

Wielkoludy biegły w jego stronę, nie dbając

ratunek!’ - krzyknął szczęśliwy malec.

o ludzi, rozdeptywanych i odsuwanych nogami na boki.

‘Rozrzuć na ulicy zawartość tego woreczka... Rzuć im diamenty pod nogi!’ - poprosił Złoty Pan. Drabina zaczęła unosić chłopca. Złoty Pan wciąż stał nad ulicą, ale Chłopcu nie trzeba było dwa razy powtarzać. Palcami mocno rozerwał workową dziurkę, wygryzioną wcześniej przez Ognata. Potem całym

pozostało mu już bardzo mało czasu, by zdążył schować drabinę i zdołał stąd uciec.

mnóstwem diamentów zakreślił w powietrzu łagodny łuk, iskrzący 157


‘Skacz, Ognat! Skacz na drabinę! Skacz!’ - malec nie wyobrażał sobie, że

‘Trzymaj się mocno, Ognat! Nie gryź tak tej nogawki, bo ją rozerwiesz!’ -

może zostawić tutaj swojego nowego przyjaciela.

pomimo dramatycznego położenia malec starał się pomóc swojemu przyjacielowi.

Zszedł więc z powrotem na najniższy stopień drabiny. Ognat skoczył najwyżej, jak tylko potrafił. Miał szczęście, bo udało mu się chwycić

Chłopiec sam ledwo trzymał się szczebelka i słyszał, jak cała drabina

zębami resztki rozdartej nogawki spodni chłopca. Drabina wolniutko

trzeszczała, najwyraźniej zbyt krucha, by spokojnie przetrzymać tak

dźwigała ich obu wysoko nad George IV Bridge. Wielkoludy przedarły

karkołomne akrobacje. Tymczasem Złoty Pan dotarł już wysoko nad

się w końcu do skrzyżowania i Złoty Pan nie mógł czekać, aż drabina z

Victoria Street i z pięknej wieżyczki India Buildings przeskoczył na dach

uciekinierami schowa się elegancko do kieszeni jego marynarki.

nowego hotelu. Drabina cały czas wsuwała się do kieszeni jego

Natychmiast musiał znaleźć się wysoko, bardzo wysoko, na samym dachu

marynarki, dzięki czemu Alec był coraz wyżej i mógł teraz oglądać

hotelu, by nie zostać schwytanym.

panoramę Edynburga, od zatoki aż do Arthur’s Seat, a nawet znacznie dalej.

‘Trzymaj się mocno, Alec! Nie spadnij!’ - Złoty Pan zdążył jeszcze krzyknąć w stronę malca i natychmiast odepchnął się jedną nogą, drugą

Jego oczom ukazały się spalone domy, zniszczone ulice, sterty gruzu i

wskoczył na krawędź dachu pałacu ślubów, odbił się jeszcze raz, i jeszcze,

śmieci. Niezliczone ilości balonów wiatr gnał nad miastem w stronę

i już był na dachu starego India Buildings.

Queensferry. Niżej pod nadzorem strasznych brytanów duże grupy ludzi pracowały przy budowie muru, który otaczał już obszerną część miasta, począwszy od Arthur’s Seat, aż po Meadow Park.

Wystająca z kieszeni jego marynarki drabina huśtała się, jakby była największą huśtawką na świecie. A z drabiną kołysali się również Alec i Ognat. Obaj przyczepieni do jej najniższego szczebelka.

‘Ognat, czy widzisz to, co ja?’ - malec zapytał szczeniaka, chociaż nie do końca było wiadomo, czy zwracanie się z tym pytaniem do psa miało sens. - ‘Myślisz, że tam w powietrzu unoszą się prawdziwe konie?’

158


Szczeniak ledwo trzymał w zębach nogawkę spodni, a Alec

Silny wir powietrza pochwycił strzępek oderwanej drabiny i uniósł

szczebel rozpadającej się drabiny, a jednak obaj podziwiali

wysoko ponad miasto. Razem z Alec'iem i jego największym

niecodzienny widok. W kierunku grani, na łagodnym wzniesieniu

przyjacielem Ognatem.

pod samym szczytem Arthur’s Seat, po skale galopowało stado koni. Nie spadały jednak ze skały na złamanie karku, lecz w ostatniej chwili otwierały rozłożyste skrzydła i odlatywały w górę, w stronę słońca. Chłopiec zastanawiał się, czy ktoś oprócz nich dwóch widział wcześniej tak niesłychanie cudne zwierzęta. Nie

Koniec tomu pierwszego

przypominał sobie, by były hodowane w zoo. Chciałby mieć takiego latającego konia-przyjaciela! Dzisiaj pofrunąłby spokojnie na jego grzbiecie, zamiast uczyć się akrobacji z udziałem całkiem rozklekotanej drabiny.

goldenworldmystery.co.uk

Tylko o tym pomyślał, a drabina pękła i zaczęła rozpadać się na dwie części. Odrywający się kawałek dyndał w powietrzu, coraz słabiej

Facebook

złączony ze Złotym Panem, szybko biegnącym po dachach kamienic w stronę Edynburskiego Zamku. Czy zajęty ucieczką wiedział o beznadziejnej sytuacji malca i szczeniaka?

A oni? Za moment wpadliby w łapy wielkoludów, gdyby nie nagły

iPhone

autor

podmuch wiatru, wywołanego ruchem potężnych skrzydeł czarnego pegaza, przelatującego nad głowami ulicznych gapiów w stronę Arthur’s Seat.

159


160


Tajemnica Złotego Świata, t.1, Alec i Złoty Pan