Page 1

#61 maj

ISSN 1732-9302 www.ipewu.pl

w numerze:

PRACODAWCA VS. STUDENT

W KOLEJCE PO ELEGANCJĘ


Rozkład Juwenaliowy jUWenalia 2013 - 11 maja 2013 MEGAWAT 2013 - 9 maja 2013 @ul. Kartezjusza 1 * Michał Łoniewski * AKCENT * D-BOMB * EFFECT * MIG

Maxxxymalne APSurdalia 10 maja 2013 @ OsiedlE Akademickie „Przyjaźń” na warszawskich Jelonkach * Bas Tajpan * Junior Stress * Clock Machine

jUWenalia 2013 - 10 maja 2013 @ ul. Krakowskie Przedmieście 26/28 * Te-Tris * Małpa * Fokus * Rahim * Vavamuffin * Grubson

@ ul. Krakowskie Przedmieście 26/28 * Rooster * Mama Selita * Chemia * Luxtorpeda * KULT

Majowe Wibracje - 15 maja 2013 @ al.gen. AChruściela 103 * Dj Abdool + Wujek Samo Zło * Farben Lehre * Zabili Mi Żółwia * TBA

Juwenalia PW - 17/18 maja 2013 @ Stadion Syrenki * Gooral * Jamal * Frog n Dog * Grass Dillers * Diurawej Pół Czekolady * Farben Lehre * Dżem

Wielka Parada Studentów 18 maja 2013 Plac Defilad - ul. Marszałkowska pl. Konstytucji - ul. Waryńskiego stadion Syrenki


Spis Treśc Porno studentki Ranking filmów Hitchcocka (Naga) prawda o karnawale... Dobra i talent twoją walutą Pracodawca vs. student W kolejce po elegancję Urban market vol. 3

Student mama CERN

Redaktorzy prowadzący nr:  Damian Drewulski

Lembas - przepis

Redaktorzy:  Justyna Czerwieniec, Jacek Kułak,

Katarzyna Zając, Monika Borowik, Dominika Sawicka, Adam Gaafar, Ariana Stelęgowska, Damian Drewulski, Magdalena Kozułko

Dział graficzny:  Adrianna Graszka, Karol Dreszer

strona 8 strona 9 strona 10 strona 12

strona 15 strona 16 strona 18

Couchsurfing czyli kanapowy autostop Redaktor Naczelny:  Damian Drewulski

strona 6

strona 14

Gdzie kończy się nauka

Fotoreportaż - strona 23

strona 4

strona 20 strona 22

Polecamy w numerze:

Fotografia:  Monika Borowik, Katarzyna Zając, Dominika Sawicka

Korekta:  Katarzyna Szczepaniak, Aleksandra Lech Administrator strony www:  Michał Tryniecki Wydawca:  Samorząd Studentów Politechniki Warszawskiej

Ranking filmów Hitchcocka strona

Adres korespondencyjny: Centrum Ruchu Studenckiego ul. Waryńskiego 12, 00-631 Warszawa, z dopiskiem „i.pewu” tel/fax: (022) 234 91 05

e-mail: redakcja@ipewu.pw.edu.pl www.ipewu.pl

Pracodawca vs. student strona

10

6


studenci

Porno

studentki

N 4

Na początku było słowo. i słowo stało się ciałem… A ciało było na sprzedaż Chcesz mieć nowe lepsze życie – musisz stracić stare. Nie ma łagodnego przejścia, dorabiania się. Trzeba się zeszmacić, żeby odbić się od dna. Tylko wtedy już przeważnie nie ma się siły na odbijanie. I trwa się w tym zeszmaceniu do końca. Taka jest cena sukcesu… Tak mówili, ale Anna1 nie chciała o  tym pamiętać. Klasyczny przypadek. Młoda, naiwna, z marzeniami o lepszej przyszłości, na swoje nieszczęście niebrzydka. – Pierwsze kroki na studiach to był dla mnie szok. Większość ludzi z roku kilka razy w tygodniu chodziła na imprezy do najlepszych warszawskich klubów. Kawki w sieciówkach, wypady na zakupy do galerii – tak się teraz nawiązuje znajomości. Ja nie byłam stąd. Nie pasowałam, chociaż bardzo chciałam. Za bardzo… Anna pochodzi ze średniej wielkości miasta na południu Polski. Jak mówi, nie jest ważne, co studiuje i skąd jest, bo mentalność nie ma pochodzenia. Ale stwierdza też, że pewnie wcześniej by upadła, gdyby była ze wsi. Nie wytrzymałaby presji pieniądza, a  raczej jego braku. Zaczęło się niewinnie. Podczas jednego z  galeryjnych wypadów, gdy po raz kolejny przymierzała i odkładała tę samą sukienkę (cena 140 zł), podszedł do niej facet i  powiedział, że za nią zapłaci, jak pójdzie z nim na kawę. – Pomyślisz, że jestem tępą idiotką, że wiedziałam w  co się pakuję, ale on naprawdę chciał tylko pogadać. Zresztą, nie wiem co bym zrobiła, gdyby chciał seksu. Pewnie bym uciekła. Może gdybym tak zrobiła, miałabym dalej swoje naiwne marzenia. To wszystko jego wina. Zdecydowanie miałam zbyt łatwy początek. Ta sukienka do dzisiaj wisi w jej szafie. Stała się symbolem lepszego życia. Życia, które ją wkręciło. Anna mówi, że cały czas ma nad nim kontrolę. Ale wie też, że wszystko ma swój kres. Początkowo była tylko dziewczyną na wieczór, raczej do rozmowy niż do łóżka, ważne było okazanie zainteresowania, zwykłe dowartościowanie 1. Imię zostało zmienione na prośbę bohaterki.

JUSTYNA CZERWIENIEC faceta. Przeważnie trafiali się tacy po 40tce, przechodzący pierwszy kryzys, z nadmiarem wolnego czasu i kasy, dorastającymi dziećmi i gderającą żoną. Dla nich była uosobieniem siły młodości i mądrości, czasem rozmawiali z nią o sztuce czy polityce. Taki nowy trend – zamiast papierosa „po”, rozmowa na poziomie. – Wtedy mnie zauważyli ludzie z roku. Zaczęłam chodzić na imprezy. Dodatkowo dużo się uczyłam, więc znajomość ze mną była opłacalna. Zresztą, cały czas pamiętam, że nauka jest najważniejsza. Rodzice m to powtarzali. i  mieli rację... Czy wiedzą? Jaja sobie ze mnie robisz, ich córeczka pracuje w sklepie odzieżowym w znanej galerii – wszyscy sąsiedzi to słyszeli. Nawet się ucieszyli, że mają zaradną córkę i mogą mi mniej kasy wysyłać. To wcale nie jest tak, że Anna nie ma za co żyć. Że to walka o przetrwanie. Poradziłaby sobie bez tych pieniędzy, ale tak jest szybciej. Jak ktoś łatwo je zarobi, choćby raz, będzie chciał więcej. Więcej i łatwiej. To jest normalna kolej rzeczy. Zresztą, teraz myśli o  przyszłości – odkłada na konto, inwestuje w siebie, opłaca kursy językowe. Kiedyś wszystko szło na ubrania i kosmetyki. Jak mówi, faceci nie będą umawiać się z pierwszą lepszą. Trzeba wyrobić sobie markę. Na czym ona polega? – No wiesz, to zależy od tego, czego oni chcą. Teraz granica wieku spada w  dół i  tym lepiej dla mnie. Zawsze przyjemniej z młodszym... Ale młodszy też ma większe wymagania. Z tymi poniżej 30-tki chodzi na imprezy, często wystawne bankiety (bo gej, a szef kazał przyjść z dziewczyną, z samotności czy po ludzku, by odegrać się na eks), „bywa” w wielu miejscach, o których wcześniej nawet nie marzyła, ale za to później wymagają od niej większego łóżkowego zaangażowania. Coś za coś. –  Mimo młodego wieku, to są faceci na poziomie. Tylko życia sobie jakoś jeszcze nie ułożyli. Pracują po 12 godzin w korporacjach, stawiają na karierę, kiedy mają umawiać się z kobietami? Do tego przecież trzeba czasu. Tak właściwie to Anna ich rozumie.


studenci

Sama przecież robi podobnie – zarabia na swoją przyszłość. A że ciałem, to nie ma żadnego znaczenia. Próbowała normalnej pracy, ale nikt nie chce zatrudnić dziennej studentki na dobry etat, a jak wyżyć w Warszawie za niecałe 1 000 zł (i to przy wielkim szczęściu) z  dorywczej pracy? No właśnie. W jej przypadku to też „inwestycja”. Seks nie jest już dla Anny tematem tabu, ale zaznacza, że nadal jest czymś intymnym i  jak kiedyś znajdzie tego właściwego, skończy z tym wszystkim. Czasem tylko boi się, czy nie upomni się wtedy o nią dawne życie. w końcu Warszawa to też wiocha, tylko trochę większa. Zawsze może spotkać jednego ze swoich „byłych” – może to być kumpel czy ojciec jej faceta. Nie chce spieprzyć sobie życia przez ten epizod. Chce być szczęśliwa, jak każda dziewczyna w jej wieku. –  Nie marzę o  wielkiej miłości. To dobre dla romantycznych laleczek z liceum, chociaż wiem, że takie przypadki żyją jeszcze na studiach, ale później i tak zostają same, bo nie trafił się ten ideał. Nie trafił się, bo nie istnieje. Czym wcześniej każda to zrozumie, tym lepiej.

Anna nie ma dużych wymagań, myśli ekonomicznie. Facet ma jej jedynie zapewnić stabilną finansowo przyszłość. Ale nie może być tylko sponsorem. Ma być z nią, nie tylko z jej ciałem. Wątpi w facetów, gdy widzi jak ci „porządni” chcą się umówić na szybki seks, ale zaznacza, że takim z  góry odmawia. Dlaczego? Zdrada jest dla niej niewybaczalna, no i zna swoją wartość. Poza tym zaczyna odstawiać tę pracę. Jest na 5 roku, ciągle przychodzą nowe młodsze dziewczyny, chętne „pracować” za mniejszą kasę. Sama marka powoli już nie wystarcza. No i kiedyś w końcu czas zacząć normalne, nudne życie. Liczy na to, że w  końcu zdobędzie wystarczającą wiedzę, skończy wszystkie kursy, studia i  dostanie dobrze płatną pracę. Nie chce, żeby jej dzieci musiały martwić się o  przyszłość. –  Z czasem normalne życie staje się cholernie trudne. Tydzień – dwa jest ok, ale potem czujesz się jak narkoman na odwyku. Kasa się kończy, ale wiesz, że możesz ją łatwo zdobyć. W końcu nie wytrzymujesz. Idziesz na spotkanie. Tylko, żeby było na czynsz. Później widzisz wymarzone buty i od

nowa zaczyna się jazda w dół. Budzisz się już na dnie, jak masz dość siebie i swojego zakłamania. Anna jest i  tak na wygranej pozycji, bo zdaje sobie sprawę ze swojego uzależnienia. Niektóre tego jeszcze nie widzą. a jak nie zauważasz problemu, to z nim nie walczysz. Anna przynajmniej próbuje. Pytanie tylko, czy starczy jej sił. w końcu zawsze znajdzie się jakiś rachunek do zapłacenia... –  Na początku myślałam, że oszukam wszystkich, cały świat. Gdy dotarło do mnie, że to życie mnie oszukuje, tłumaczyłam sobie, że to tylko na chwilę, to taki przystanek po drodze do lepszego życia. Ale ta chwila trwa do tej pory, a  lepszego życia jak nie było, tak nie ma… Dziewczyn takich jak Anna jest wiele. Mijamy je na ulicy, na uczelni, mamy je wśród znajomych. Nie rozpoznamy jednak żadnej z nich, bo pozornie niczym się nie wyróżniają. Ale jest coś, co je łączy – są wypalone od środka. Życie dało im szansę na łatwy zarobek, zabierając przy tym złudzenia i  nadzieję, a  bez tego ciężko jest się podnieść. Samo słowo ma już niewielką wartość…

5


studenci

Ranking JACEK KUŁAK

filmów

Alfreda Hitchcocka

Dzisiejszy ranking jest wyjątkowy. Przedstawia go dla Was Alfred Hitchcock, mistrz suspensu, Absolutny geniusz kinowego ekranu. Postanowiłem całe zestawienie poświęcić jednemu reżyserowi, ale każdy, kto widział któryś z niżej wymienionych filmów, wie, że Hitch jest tego wart. a teraz, Drogi Czytelniku, powiedz mi, kto tym razem był zabójcą? i  uczyni kołem zamachowym akcji. Możemy domyślić się, że w  1945 roku było to o  wiele bardziej zaskakujące, niż jest obecnie, niemniej warto prześledzić trzymającą w napięciu grę, mającą miejsce w klinice psychiatrycznej. Usiądź wygodnie w  fotelu i  daj się zahipnotyzować Gregoremu Peckowi i Ingrid Bergman. Ps. Ujęcie z perspektywy rewolweru w  jednej z  finałowych scen filmu jest naprawdę fenomenalne.

8 6

10

Marnie [1964]

Czasem postępujemy nielogicznie. Dlaczego? Ponieważ jesteśmy tylko ludźmi, zamiast zaufać naszej racjonalnej ocenie, kierujemy się emocjami. Jesteśmy ciekawi tego, co się stanie, gdy zignorujemy sygnały wysyłane przez nasz mózg i będziemy czekać na rozwój wypadków. Ilu z Was po rozpoznaniu złodziejki w swojej firmie zamiast zadzwonić na policję zaczęłoby niebezpieczną grę, polegającą na obserwacji i próbie zrozumienia motywów kobiety? A co, gdybym dodał, że jest to kobieta o nieprzeciętnej urodzie? Sean Connery nie mógł się oprzeć. A Ty?

9

Rebeka [1940]

Pierwszy film Hitchcocka zrealizowany w Ameryce jest opowieścią o  tym, jak ciężko uwolnić się od przeszłości. O osobowości i wpływie niektórych osób mówi się „bigger than life” - tak jest również w przypadku Rebeki, zmarłej

Urzeczona [1945]

W czasach, kiedy teorie psychoanalizy Freuda nie były nawet w połowie tak popularne jak dziś, Hitchcock postanowił zrealizować film, który umieści je w  centrum uwagi

żony Maxima. To, co robiła, jaką była osobą i jak się zachowywała sprawiło, że wciąż towarzyszy mężczyźnie, pozostając w jego umyśle i działając destrukcyjnie na jego nowy związek. Ciekawe studium psychologiczne z tajemnicą w tle.

7

Ptaki [1963]

Wiele osób ma awersję do ptaków. Ja na przykład nie lubię gołębi. Najchętniej powybijałbym je wszystkie z wiatrówki. Jeżeli też za nimi nie przepadasz, lepiej nie oglądaj tego filmu. Oprócz niechęci na ich widok pojawi się także strach. Cisza… Przechodzisz obok gromady ptaków siedzących i  wlepiających w  Ciebie wzrok. Zaatakują czy pozwolą Ci przejść? Przez chwilę się wahasz. Zacząć biec? A  może lepiej zwolnić krok. Zabiły już niejedną osobę,


studenci miasteczko nie potrafi im się przeciwstawić. Nagle słyszysz przeraźliwy skrzek. W tym momencie wiesz, że był to sygnał. Za chwilę będziesz padliną, głównym daniem ptasiej uczty. Co za atmosfera. Nie trzeba pisać nic więcej.

6

Północ – północny zachód [1959]

Nie zadzieraj ze szpiegami obcego wywiadu. Nigdy. Przenigdy. Nawet, gdy nie mają racji. Nawet, gdy biorą Cię za kogoś, kim nie jesteś. By Cię zabić użyją wszystkich znanych im sztuczek. Jeżeli im się skończą, wymyślą nowe. Sfingują Twoją śmierć, odurzą Cię narkotykami, a jeżeli będzie trzeba wyślą samolot z prawdziwą bronią, żeby Cię zabił (to trzeba zobaczyć na własne oczy!). Nieoczekiwane zwroty akcji, poczucie humoru, intensywne ujęcia i Cary Grant na pokładzie. Gdzie jest Oskar?

nuacji, ale wymagało też ogromnego profesjonalizmu ze strony aktorów i ekipy). Był to także pierwszy kolorowy film Hitcha.

3

Psychoza [1960]

Już sam tytuł mówi wiele o klimacie tego dzieła. Jest to jedna z najbardziej inspirujących historii w dziejach kina. Do dziś na głównym motywie filmu wzoruje się wielu twórców, chociażby popularnych seriali (zob. szósty sezon Dextera i  postać Travisa). Nie będę pisał o  scenie pod prysznicem, którą wszyscy doskonale znają. Nie jest to oczywiście jedyny moment, w którym można się przestraszyć. Przerażająca muzyka idealnie pasuje do wydarzeń na ekranie. a zakończenie? Otwarta szczęka, uczucie niepokoju, dziwności i  inne podobne objawy, jakie u  Ciebie wystąpią podczas oglądania napisów końcowych, nie powinny Cię zaskoczyć.

2

Okno na podwórze [1954]

Każdy z nas lubi podglądać. Nie każdy się jednak do tego przyznaje. Voyeurism znany był już w starożytności, przez lata ewoluował, a  do naszych czasów przybył w  formie Big Brothera i filmów xxx dla dorosłych. Złamana noga i brak komputera w pokoju to dobry argument, aby rozpocząć obserwację swoich sąsiadów. Tym bardziej, że Jeff jest przekonany, że wpadł na trop zbrodni, która rozegrała się naprzeciwko jego okna. W  swoje śledztwo wciąga kobietę, która się nim opiekuje. Czy własne oczy mogą kłamać? Przekonajcie się sami.

5

Nieznajomi z pociągu [1951]

Raymond Chandler autorem scenariusza. Alfred Hitchcock reżyserem. Właściwie w tym momencie mógłbym skończyć dalszy opis Nieznajomych z pociągu. Wspaniała, złożona fabuła daje do myślenia od samego początku. Niektóre z naszych życzeń mogą się spełnić, choć wcale tego nie chcemy. Zupełnie przypadkowa osoba może okazać się psychopatą, choć w ogóle się tego po niej nie spodziewaliśmy. Kiedy ktoś oczekuje od nas, że zabijemy drugiego człowieka w  rewanżu za zbrodnię popełnioną dla nas, robi się naprawdę niebezpiecznie. Ucieczka nie wchodzi w grę.

4

Lina [1948]

Lina jest wyjątkowa z wielu względów. Każe zastanowić się nad nietzscheańską koncepcją nadczłowieka, tym, czy jest w  niej jakiś sens, czy jednostki wybitne powinny być w  jakiś sposób uprzywilejowane w  społeczeństwie. Podejmuje też tematy zbrodni doskonałej i różnych postaw wobec niej. Wątpliwości i  wyrzuty sumienia mogą zrujnować nawet najbardziej perfekcyjny plan. Czy tak będzie i w tym przypadku? Dociekliwy profesor i zwłoki znalezione w miejscu, gdzie odbywa się przyjęcie nie wróżą niczego dobrego. Wyjątkowość filmu podkreślona jest też przez fakt, że został nakręcony jedynie przy użyciu dziesięciu ujęć (daje to niesamowite wrażenie konty-

1

Zawrót głowy [1958]

Jak pisze Roger Ebert w swojej recenzji filmu: ,,Alfred Hitchcock wziął zwykłe emocje, takie jak strach, wina czy pożądanie i umieścił je w przeciętnych bohaterach, a następnie rozwinął je w obrazach, które są czymś więcej niż słowami. Najczęściej występująca w  jego filmach postać niewinnego, niesłusznie oskarżonego mężczyzny, przyczyniła się do o wiele głębszej identyfikacji z nim widza, niż dzieje się to w przypadku powierzchownych kreacji supermanów w dzisiejszych filmach akcji”. Siłą tego obrazu są subtelne szczegóły, brak zbędnych ujęć i  znakomita gra aktorska (przed wszystkim Jamesa Stewarta zmagającego się z własnymi lękami). Przyjemność daje każda sekunda, która zbliża nas do rozwikłania tej niezwykłej tajemnicy.

7


studenci

(Naga) prawda o karnawale KATARZYNA ZAJĄC

na Kanarach

Co takiego miał w sobie karnawał na Wyspach Kanaryjskich, że generał Franco zabronił jego organizacji? Prohibicja trwała 40 lat.

J 8

Jeśli chcesz poznać sedno kanaryjskiej mentalności, odkryć jedno z największych wydarzeń kulturalnych roku i dać się ponieść rytmowi salsy, Gran Canaria oferuje to wszystko na początku lutego przez ponad dwa tygodnie. Wyspy Kanaryjskie składają się z siedmiu wysp. Najsłynniejsze karnawały, porównywane do tego w Rio de Janeiro, odbywają się na Gran Canarii i Teneryfie. Tradycja balu maskowego na Gran Canarii sięga już XVI wieku. O dziwo, jego twórcami nie byli rdzenni mieszkańcy wysp, lecz Włosi, którzy znaleźli się tam w wyniku konkwisty. Karnawał rozpoczyna się pokazem pracochłonnych i długo przygotowywanych kostiumów projektowanych przez najsławniejszych twórców mody. Zrobione z najlepszej jakości kreacje pełne ozdób, piór i błyskotek zachwycają swoim kunsztem i precyzją. Nic dziwnego, że gala „Queen Show” jest

jednym z najbardziej oczekiwanych wieczorów festiwalu. Na karnawale nie brakuje akcentów politycznych. Murgas, czyli grupy artystyczne, wykonują piosenki, które są ironicznym komentarzem i humorystyczną krytyką społecznych i politycznych wydarzeń. Słowem – każdy znajdzie coś dla siebie. Najważniejszym punktem karnawału jest wybór królowej – Drag Queen Gala. Uczestnikami (uwaga!) są przeważnie… mężczyźni. Zuchwałe i bez zahamowań przedstawienie łamie wszelkie konwenanse. Stroje i tańce przygotowywane są przez cały rok. Dla powściągliwej publiczności polecam raczej konkurs malowania ciała. Dzień po Drag Queen Gala odbywa się największa parada karnawału. Uczestnicy dają się porwać tłumowi i na udekorowanych samochodach lub powozach, w maskach i przebraniach ruszają uli-

cami miasta. Szalona zabawa, wolność, dziki taniec – tymi słowami można zobrazować przedostatni dzień karnawału. Uroczystością kończącą zabawę jest… pogrzeb sardynki. Sardynka zrobiona jest z papieru lub drewna. W nocy jest niesiona przez tłum żałobnic (oczywiście ubranych w kuse spódniczki i kabaretki) nad brzeg oceanu, gdzie jest palona. Ten zwyczaj można porównać z naszym topieniem marzanny – symbolicznym pożegnaniem z  „mroźną” zimą (na Gran Canarii temperatura zimą nie spada poniżej 18 stopni) i powitaniem wiosny. Karnawał – bezpruderyjny pokaz nagości, seksualności i  witalności – jednych zawstydza i szokuje, innych fascynuje i dodaje energii. Generał Franco z pewnością należał do pierwszej grupy. Jedno jest pewne – i jedni, i drudzy, chociaż na chwilę dadzą się porwać rytmowi pulsującego miasta.


studenci

Dobra i talent

twoją walutą

MONIKA BOROWIK

N

Niedziela. Na warszawskie Koło jeżdżę od kiedy pamiętam. Tam sprzedałam swoją dziecięcą sukienkę za psie pieniądze, szukałam Mamy w rudym futrze, kupiłam lampę, na którą nie było mnie stać. Planowałam sprzedaż pastelowych abstrakcji i podbój rynku szklanymi bransoletkami. Koło ma swoją pchlą atmosferę. Co tydzień można coś tu znaleźć. W większości niewiele warte starocie. Mam wrażenie, że nie chodzi się tam z przypadku. Ludzie się znają, rozmawiają, zaczepiają. Jest brudno, jest błoto, jest tłok. Depcze się fajans, potyka o PRL, kupuje zegary. Idziesz, bo wiesz. Historia kołem się toczy. Ludzie się zmieniają. Nie chciałabym być złośliwa, ale na Woli mogą Cię zgnieść. A lepiej gnieść się w masie sobie podobnych. Raźniej.

Młodzi w Warszawie działają. Dużo się dzieje, jeżeli wiesz, gdzie szukać. W lecie powstało Miasto Cypel ze swoim niedzielnym Flea Marketem. Co pewien czas organizowana jest Garażówka. Byłam. Sprzedałam. Zarobiłam. Ideą tych wydarzeń jest promowanie zasady trzy R: reduce, reuse, recycle, czyli redukować, ponownie użytkować lub naprawić i na końcu poddawać recyklingowi. Czy tak jest? Możesz sprzedać, kupić, wymienić lub oddać w dobre ręce. Przychodzisz z czym chcesz. Są rzeczy stare i nowe. Za stołem przykrytym białym obrusem zasiada para staruszków i nie wiesz, czy możesz im przeszkadzać. Obok młody projektant prezentuje swoją najnowszą kolekcję. Kucharze-amatorzy zapraszają na kanapki, ciasta i zupy. Po traw-

niku chodzą mopsy. Są dzieci, bo są zabawki. W Stanach otwierają swoje garaże, a my w Warszawie wolimy wybrać się nad Wisłę. Kiedyś popularne były tzw. „wystawki”. Ludzie wystawiali przed swoje kamienice, bloki, domy zbędne rzeczy. Inni je zabierali. I to wszystko przed ekologami! Jest i opcja dla leniwych i cierpliwych – Thingo.pl. Jest to portal, na którym użytkownicy wymieniają się między sobą dowolnymi przedmiotami czy usługami. Naprawdę wszystkim. Są ciuchy, buty, książki, sprzęt, meble, rowery, kolacje, obiady, masaże, wróżenie, twórczość własna... Zasada jest prosta. Rejestrujesz się, wstawiasz rzeczy, które proponujesz innym. Nie ma obowiązku wymiany.

9


studenci

Pracodawca vs Student rodzaje umów o pracę JUSTYNA CZERWIENIEC

Podczas studiów młodzi ludzie zwykle podejmują pierwszą pracę. Wyzwaniem jest zarówno jej znalezienie, jak i podpisanie korzystnej umowy. Jaka umowa jest najlepsza dla studenta i dlaczego?

I 10

Istnieją różne typy umów, nie ma jednak dowolności w ich wyborze. Musi być dobrana do specyfiki konkretnego zajęcia. Błędem jest wymienne traktowanie umowy zlecenia i  umowy o  pracę, bo podlegają one innym podstawom prawnym. Co ważne, podpisywanie umowy innej niż zakres pełnionych obowiązków jest wykroczeniem. Nie wszyscy pracodawcy chcą jednak zatrudniać legalnie. Firmy nie podpisują umowy, by zaoszczędzić na podatkach albo żeby nie zatrudnić osoby, która się nie sprawdzi. Studenci wykonują pracę bez umowy, bo w ten sposób zyskują wyższe wynagrodzenie. Jest to duże ryzyko, bo mogą wcale nie otrzymać pensji, gdyż jedynym gwarantem wypłaty jest uczciwość pracodawcy. Nie mają też prawa do urlopu, nie dostaną zwrotu podatku, nie mają składek na przyszłą emeryturę, a w razie choroby mogą stracić pracę. – Tylko wtedy, gdy student ma umowę o pracę, jest chroniony przez kodeks pracy. Wszelkie profity, które z tego wynikają, dotyczą zarówno wymiaru czasu pracy, urlopów wypoczynkowych i sprawy zachowania wynagrodzenia, jak też rozwiązania stosunku pracy, żeby nie było to wypowiedzenie bezprawne ani nieuzasadnione – mówi Mariusz Obrębski, aplikant adwokacki z Akademickiej Poradni Prawnej UW. Wszystko przemawia za podpisywaniem umowy. Wtedy pojawiają się kolejne pytania. Jaką umowę należy wybrać?

Umowa o dzieło

Najważniejszy jest efekt wykonywanej pracy. Jest ona korzystna dla studenta, bo wynagrodzenie nie jest zmniejszane o składki ZUS. Do opłacenia pozostaje tylko podatek, który można zmniejszyć, wliczając w koszty uzyskania przychodu prawa autorskie. Możliwe jest otrzy-

manie wyższej kwoty niż w przypadku innych umów. Umowa dotyczy wykonania konkretnej pracy w  określonym czasie, więc opóźnienia mogą skutkować obniżeniem lub brakiem wynagrodzenia. Nie można też liczyć na wolne podczas sesji lub wynagrodzenie za czas choroby. Pracującego na umowę o dzieło nie należy zgłaszać do ubezpieczenia i opłacać za niego składek na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne. Inaczej jest, gdy ktoś pracuje na umowę o pracę i dodatkowo zawiera umowę o dzieło – odprowadzanie składek na ubezpieczenia emerytalne, rentowe, chorobowe i wypadkowe, jest wtedy obowiązkowe.

Umowa zlecenie

Podpisywana jest, gdy przyjmujący zlecenie zobowiązuje się wykonać określone czynności dla dającego zlecenie. Osoba zatrudniona nie ma prawa do urlopu i nie jest chroniona przed zwolnieniem, ale otrzymuje wyższe wynagrodzenie netto. Z tego powodu wielu studentów wybiera umowę zlecenie, a nie kosztowniejszą dla pracodawcy umowę o pracę. – Jeśli chodzi o  sam aspekt wynagrodzenia, jest to rzeczywiście bardziej korzystne, ale trzeba pamiętać, że ogólną korzyścią jest wypadkowa. Z jednej strony będzie to wynagrodzenie, z drugiej strony stabilność stosunku pracy, uprawnienia związane z czasem pracy, urlopami. To też jest bardzo ważne – zaznacza Mariusz Obrębski. Studenci do 26 roku życia nie są objęci obowiązkiem ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych. Mogą płacić składki dobrowolnie, ale musi to też robić zleceniodawca. Wyjątkiem jest sytuacja, gdy student ma równocześnie zawartą ze zleceniobiorcą umowę o pra-


studenci cę. Wtedy pracodawca jest zobowiązany do opłacania składek od łącznego przychodu z obu umów. Jeśli umowa zlecenie jest jedynym tytułem do ubezpieczenia społecznego, to opłacanie składek na ZUS jest obowiązkowe. Składkę emerytalną i rentową finansują po połowie zleceniodawca i  zleceniobiorca. Ubezpieczenie wypadkowe jest obowiązkowe, należy też potrącić składkę zdrowotną i na Fundusz Pracy. Należy pamiętać, że po ukończeniu 26 lat studenci podlegają ubezpieczeniom na zasadach ogólnych, jak wszyscy zleceniobiorcy.

Umowa o pracę tymczasową  Umowa korzystna dla studenta, bo umożliwia dopasowanie godzin pracy do planu na uczelni. Studenci zatrudniani są na część etatu, co pozwala na zdobycie doświadczenia w wielu branżach, a jednocześnie daje świadectwo pracy, które może być cenne przy poszukiwaniu pracy po studiach. – Najlepszą formą umowy jest zawsze umowa o pracę – wtedy student staje się pracownikiem. Wiele osób mylnie sądzi, że pracując na umowę zlecenie lub umowę o dzieło są pracownikami, a są tylko stroną stosunku cywilno-prawnego jako równorzędna strona – podkreśla Mariusz Obrębski z AKP UW. Zaletą tej umowy jest opłacanie wszystkich składek przez pracodawcę. Pozwala ona na wzięcie dwóch dni wolnego w skali każdego miesiąca niezależnie od stażu pracy, a za niewykorzystanie urlopu, jak też za przebywanie na zwolnieniu lekarskim (L4) przysługuje ekwiwalent pieniężny.

Umowa o pracę na czas określony

To umowa, która wygasa z datą ustaloną przez pracodawcę i pracownika. Stosuje się ją często jako pierwszą umowę. – Studenci mogą nie wiedzieć, że nie może być zawarta trzy razy z tą samą firmą umowa na czas określony. Trzecia, jeśli jest zawarta w czasie miesiąca od zakończenia poprzedniej, automatycznie przekształca się w  umowę na czas nieokreślony, niezależnie od tego czy pracodawca lub pracownik w  ogóle brali to pod uwagę – mówi Mariusz Obrębski. Przy podpisywaniu umowy warto sprawdzić, czy w dokumencie znajduje się zapis o terminie wypowiedzenia. Bez tego nie można zerwać umowy, zwolnienie możliwe jest jedynie za porozumieniem stron. Umowa ta jest dobrym rozwiązaniem dla studentów zaocznych, podczas sesji może skomplikować życie studenta dziennego.

Umowa o pracę na czas nieokreślony

Jest marzeniem większości Polaków, ale nie zawsze jest najlepsza dla studenta. Podpisanie kontraktu bezterminowego zobowiązuje pracodawcę do opłacania wszystkich składek, przez co obniża się wartość wynagrodzenia netto. Dobrze jest już podczas studiów odkładać pieniądze na koncie emerytalnym, jednak inne składki są dla studenta bezużyteczne. Długotrwałe wykonywanie obowiązków uniemożliwia wzięcie urlopu na czas sesji lub wakacyjnego wyjazdu. Umowa ta nie sprawdza się w przypadku studentów dziennych, którzy nie są wystarczająco dyspozycyjni.

Umowa na okres próbny

Może być zawarta maksymalnie na trzy miesiące, można też podpisać kilka takich umów, których łączny czas trwania nie przekracza kwartału. Obowiązuje wtedy wypowiedzenie wynoszące minimum 3 dni, a maksymalnie 2 tygodnie. Pracodawca nie musi podawać powodu zwolnienia. Umowa na okres próbny ma zalety zarówno dla pracodawcy, który sprawdza umiejętności pracownika, jak i  dla studenta, bo umożliwia mu zapoznanie się z  firmą i  zdobycie doświadczenia. Jest szansą na zdobycie stałej pracy. Jaka umowa jest zatem najkorzystniejsza dla studenta? Oczywiście taka, która zapewni mu największe wynagrodzenie za wykonywaną pracę. Najczęściej to pracodawca decyduje, na jaki typ umowy nas zatrudnia i nie ma przy tym całkowitej dowolności wyboru. Warto jednak sprawdzić, czy ta umowa rzeczywiście odpowiada charakterowi wykonywanej przez nas pracy i jakie daje nam prawa. Sejm chce w najbliższym czasie wprowadzić składki ZUS od wszystkich typów umów. Zlikwidowane mają być sytuacje, w których ktoś pracuje w dwóch miejscach: na etat i na umowę zlecenie, i płaci składkę do ZUS tylko z jednego tytułu. Nowe przepisy prawdopodobnie nie obejmą jednak pracujących studentów i ich umowy nadal nie będą „ozusowane”. A Ty, czy dobrze planujesz swoją przyszłość zawodową?

11


studenci

W kolejce po elegancję DOMINIKA SAWICKA

Poniedziałek, piąta rano. Pod drzwiami biura BEST-u w Gmachu Głównym Politechniki pojawiają się pierwsi studenci. O 5.30 jest ich już kilka grupek. Trzech chłopaków rozkłada karty i żetony – zaczynają grać w pokera. Są przygotowani, że na korytarzu posiedzą co najmniej do ósmej. Co sprawia, że studenci zamiast przewracać się z boku na bok w ciepłym łóżku, wstają grudniowym zimnym świtem i stawiają się na uczelni?

12

K

- Karnavauli to niecodzienne wydarzenie. Na balu panuje niesamowita atmosfera, nieczęsto mamy okazję wziąć udział w tak wyjątkowej imprezie - mówi Mateusz, który wraz z  Kasią, Tomkiem i  Adamem czeka na otwarcie sprzedaży biletów od 5.45. - Idę już trzeci raz i  wiem, że warto wstać wcześnie, albo wcale się nie kłaść, jak ja. Przynajmniej mamy pewność, że dostaniemy bilety. Rzeczywiście, na liście umieszczonej na drzwiach, Mateusz, mimo że przyszedł bardzo wcześnie, jest 32. Sprzedaż rozpocznie się o  ósmej, a  każdy, kto jest na liście, może kupić bilet dla siebie i trzech innych osób. Wojtek, który przyniósł ze sobą zestaw do pokera, jest trzynasty. - Idziemy w tym roku na bal dużą grupą, więc musieliśmy zorganizować

kilkanaście osób kupujących bilety. Bez sensu, żeby wszyscy przyjeżdżali tu o piątej rano. Mieszkamy z chłopakami w Rivierze, więc wstaliśmy, zapisaliśmy znajomych na liście i gramy w pokera. Dołączą do nas, kiedy otworzy się sprzedaż. Nie wszyscy są tu zdobywać miejsca na liście dla zorganizowanych grup znajomych. Kasia przyszła o  szóstej, żeby kupić bilet dla siebie i  swojego chłopaka. - Jestem na piątym roku studiów, zawsze chciałam pójść na ten bal i nigdy nie mogłam się zebrać. To już ostatnia okazja – mówi – ale wstać było ciężko. Chociaż słyszałam, że niektórzy przyszli tu już o czwartej! Okazuje się jednak, że nie wszyscy uznają koniec studiów za koniec chodzenia na

Karnavauli. Ryszard przyszedł chwilę po szóstej i czyta książkę na podłodze przy kaloryferze. - Jestem tu co roku od pierwszego balu – mówi. – Tradycyjnie kupuję dziś bilety dla siebie i żony. Zapytany, czy nie przeszkadza mu, że musi wstawać wcześnie i czekać tak długo odpowiada: - Przyzwyczaiłem się. Myślę, że sprzedaż przez Internet nie sprawdziłaby się. Serwery tego nie wytrzymają. Co do tego zaskakująco zgadza się większość oczekujących. Choć w pierwszym momencie bez namysłu mówią, że wygodniej byłoby kupować bilety przez Internet, po chwili zastanowienia dodają – nie wiadomo, czy nie byłoby przeciążeń serwerów. Paweł, który wybiera się na bal po raz pierwszy, dodaje: - W sumie system jest dobry – kto pierwszy ten lepszy.


studenci

O ósmej na liście jest ponad 120 nazwisk, przez korytarz koło siedziby BEST-u w zasadzie nie da się przejść, a tłum studentów z wyczekiwaniem patrzy na każdą osobę wychodzącą z  biletami. Kupujący wchodzą parami. Około 9.45 wchodzi dopiero dwudziesta osoba. Wielu kupujących pożegnało się już z obecnością na wykładzie, dzwonią do pracy z informacją, że się spóźnią albo szukają kogoś, kto stanie za nich w kolejce. W biurze sprzedaż obsługują trzy osoby. Jedna wprowadza dane do systemu, druga księguje wpłaty, trzecia wypisuje imienne zaproszenia. Wojtek Szkamruk, jeden z organizatorów, opowiada: - Ten system sprzedaży biletów obowiązuje już od dwóch lat i jest zmieniany w zależności od aranżacji sali. Na razie tego się trzymamy, może w kolejnych latach wprowadzimy nowe rozwiązania. Na pytanie o możliwość wprowadzenia sprzedaży internetowej odpowiada: - Jeszcze nie w tym roku. Nie jesteśmy w stanie tego wprowadzić właśnie ze względu na wypracowaną już specyfikę obecnego systemu. Nie mamy osoby, która miałaby czas się tym zająć. To duży projekt. Organizatorzy nastawili się na sprzedaż biletów przez trzy dni. - Biletów na bal jest w  sumie 800, z tego część otrzymują uczelnie współorganizujące bal. Dyżury mamy rozpisane do środy, ale jesteśmy gotowi przedłużyć sprzedaż. Patrząc na tłum na korytarzu, można wątpić, czy będzie taka potrzeba. - Tak duże obłożenie pierwszego dnia sprzedaży jest co roku, bo studentom bardzo zależy na miejscach na auli i te bilety rozchodzą się znacznie szybciej niż miejsca na krużgankach. Wiele osób uważa, że są bardziej prestiżowe - komentuje Wojtek. Jeszcze tego samego dnia o 17.20 na profilu Karnavauli na Facebooku pojawia się oficjalna informacja, że bilety z puli Politechniki Warszawskiej zostały wyprzedane. O tym, co niezwykłego jest w balu, który wyciąga studentów z łóżek w środku nocy oraz jak wyglądają przygotowania, rozmawiamy z  odpowiedzialną za promocję tegorocznej edycji balu Agnieszką Dybałą. i.pewu: Bilety na Karnavauli roze-

szły się w tym roku w osiem godzin. Jak sądzisz, skąd takie zainteresowanie? AD: To już dziewiąta edycja balu, który z roku na rok cieszy się coraz większą popularnością. Wydaje mi się, że opinie osób, które bawiły się w  poprzednich latach są bardzo pozytywne i przyciągają znajomych. Staramy się też z  roku na rok współpracować z coraz większą liczbą uczelni, żeby to był bal studencki, a nie tylko politechniczny. W tym roku organizują go wraz z  nami SGGW, Akademia Obrony Narodowej, SGSP i Akademia Leona Koźmińskiego. i.pewu: Co takiego daje uczestnikom bal, za który muszą zapłacić 140180 zł, czego nie znajdą, idąc ze znajomymi na imprezę w klubie? AD: Przede wszystkim jest to impreza prestiżowa i elegancka. Na jednym parkiecie spotkają się władze, grono profesorskie oraz studenci warszawskich uczelni. Muzyka na żywo, dopasowane dekoracje oraz liczne atrakcje sprawiają, że wydarzenie jest niezapomniane. Wiele osób, które przychodzą na bal wraca do nas za rok.

i.pewu: Podczas tegorocznej edycji nie zabraknie atrakcji – bal uświetnią występy akrobatów i popisy tancerzy ze Szkoły Tańca Riviera, zaplanowaliście też pokaz mappingu 3D. Którą z  nich uważasz za najciekawszą? AD: Myślę, że pokaz mappingu 3D może zrobić furorę. Jest to pierwsze tego typu przedstawienie na Politechnice. Z tego, co mówią graficy przygotowujący pokaz to będzie prawdziwe show. Jest specjalnie przygotowane w nawiązaniu do motywu przewodniego balu – Ojca Chrzestnego. i.pewu: Skąd wziął się pomysł, aby to właśnie Ojca Chrzestnego wybrać na temat tegorocznego Karnavauli? AD: Podczas przygotowań do balu padało wiele różnych propozycji, spotykaliśmy się kilkakrotnie na bardzo

burzliwych dyskusjach. Ostatecznie, metodą odrzucania kolejnych pomysłów, doszliśmy do porozumienia i stwierdziliśmy, że Ojciec Chrzestny do tej edycji pasuje najlepiej. i.pewu: Zorganizowanie tak wielkiej imprezy to wielkie przedsięwzięcie. Kiedy zaczęliście przygotowania? AD: Pracę nad balem zaczęliśmy już w czerwcu – odbywaliśmy pierwsze rozmowy z uczelniami, szukaliśmy atrakcji i  pomysłów na prowadzącego. Ważne było też kontaktowanie się od samego początku z Samorządem, ponieważ oni nam bardzo dużo pomagają. i.pewu: Zatem prace nad balem trwają około siedmiu miesięcy. Który etap jest najtrudniejszy? AD: Najcięższym okresem jest październik i  listopad, kiedy zaczynają się naprawdę ostre przygotowania. Wiele rzeczy musi być wtedy dopiętych, przede wszystkim sponsorzy i patroni medialni. Umowy z Samorządem powinny być już podpisane, a plakaty i zaproszenia wysłane do druku. Także to jest najgorętszy okres. Chwila oddechu i przed samym balem jest czas na ostatnie dopieszczenia. i.pewu: Wróćmy jeszcze do imponującego tempa wyprzedaży biletów. W poniedziałek już od piątej rano pod drzwiami BEST-u koczowali studenci. O ósmej, w chwili rozpoczęcia sprzedaży, przez korytarz w  tym miejscu prawie nie dało się przejść, a  na liście osób stojących w kolejce do kupna było zapisanych ponad 100 osób. Macie jakieś pomysły na zmianę tej sytuacji? AD: Z roku na rok staramy się usprawniać sprzedaż biletów. W przyszłym roku chcemy zwiększyć ilość stanowisk, żeby wszystko szło sprawniej, a studenci krócej czekali. Cały czas rozwijamy nasz system sprzedaży. Dzięki niemu mamy stały podgląd stanu biletów na innych uczelniach i wiemy, gdzie w razie czego kierować naszych studentów, którzy nie załapali się na te przydzielone Politechnice. Na razie nie planujemy wprowadzenia możliwości kupowania przez Internet. Ten system, który mamy, dobrze sprawdza się we współpracy z  innymi uczelniami, a ich samorządy również go sobie chwalą.

13


studenci

Urban

14

H

Hipsterskie - zazwyczaj w soboty - 1500 m2, tym razem zamieniło się w targowisko kulinarnej rozpusty. Trzecia edycja wydarzenia organizowanego przez my’o’my i made with love znowu odniosła sukces i  zgromadziła prawdziwe tłumy zgłodniałych Warszawiaków. Po części ciągle jeszcze hipsterskich. w  porównaniu do dwóch poprzednich odsłon miejski targ prezentował zdecydowanie więcej stoisk, zarówno tych związanych z  designem czy modą, jak i bezpośrednio z jedzeniem. Można było ucztować. Dyskutować. Warsztatować. Kupować. Próbować. Słuchać. Oglądać. Program był naprawdę bogaty. Poza oczywistą strefą food marketu do dyspozycji zwiedzających było także kino, strefa mody, designu, kącik dla mleczaków, wykłady i warsztaty oraz grill i grzaniec na patio. Można było także zrobić sobie zdjęcie w ramach projektu Marty Pruskiej Album Rodzinny. Niekoniecznie z jakimś krewnym. Pojawiły się warszawskie restauracje, te już otwarte, jak i dopiero otwierane; ale przede wszystkim królowali niezależni kucharze. Nie zabrakło producentów wędlin, chleba, serów czy konfitur. Świeżo przygotowywane potrawy można było zjeść od razu, siedząc, nie do końca wygodnie, na kanapach i  leżakach ustawionych pośrod-

market vol.3 MONIKA BOROWIK skie pączki) od słodkokwaśna.pl oraz konfitury od Luks Pomada (rabarbar, zielony pomidor i czarny bez to prawdziwe cuda!). z targu wyszłam z dwoma „potwornymi” muffinami. Ich akurat nie polecam. Chociaż oczy chciały jeść, podniebienie miało decydujący głos w tym pojedynku. Żałuję, że nie kupiłam słoiczka z magicznym rabarbarem. Na szczęście wiem, gdzie mogę go znaleźć. Zabrakło mi świeżych produktów, warzyw, owoców, których po takim targu automatycznie oczekiwałam. Ceny też nie wydawały mi się zbyt promocyjne. Tłum, hałas, zdeptane buty, ciastko na podłodze, wylana herbata... No cóż. Tak żyje targ. Polecam kolejną edycję wiosną! Mam nadzieję, że wtedy oczy i  podniebienie każdego będą już grały całkowicie w jednej drużynie. ku hali lub po prostu zabrać do domu szczelnie opakowane w srebrną folię. Można się też było czegoś nauczyć. Warsztaty kuchni egipskiej czekały na miłośników bliskowschodnich dań. Falafel. Sałatka z bakłażana. Hummus. Prawdziwy kebab, czyli mięso na patyku, a nie jakaś tam bułka! Kalafior w cieście. Rodzice mogli dowiedzieć się, jak udekorować ściany dziecięcego pokoju, a najmłodsi z zapałem rysowali i malowali uśmiechnięte marchewki. Nie zapomniano też o kinomanach. Dwa filmy El Buli. Kuchnia to sztuka oraz Yes-Meni naprawiają świat zachęcały do chwili odpoczynku. Tak jak i  kolorowe książki oraz nowo wychodzące magazyny kulinarne, od których trudno było odwrócić wzrok i zabrać ręce. Często już przecież nie najczystsze po licznych degustacjach. Tłumy gromadziły się już przed wejściem. Nie bez powodu. Zaparkowane przed budynkiem mobilne bary zrobiły furorę. Zapiekanka Snack Bar przebiła wszystkich. Nie byłabym w stanie zliczyć ile razy tego dnia krzyknięto DUŻA POPULARNA! A wieczorem wielki after. Niestety już bez magicznych gwiazdek Milky Way’a. Ja spróbowałam nem rán i  bánh rán ngot (w Polsce znane raczej jako sajgonki, podobno mylnie! i wietnam-


studenci

GDZIE KOŃCZY SIĘ NAUKA, czyli felieton wizji Konstantyna poświęcony ADAM GAAFAR Konstantyn Wielki miał być pierwszym chrześcijańskim cesarzem rzymskim, który przeszedł na nową wiarę za sprawą domniemanej wizji krzyża na niebie. Według relacji apologety Laktancjusza ukazał mu się on przed ważną bitwą, a wizji towarzyszyły słowa: z tym znakiem zwyciężysz. Nie będę się jednak rozwodzić nad poszczególnymi teoriami dotyczącymi tego zagadnienia. Chciałbym przedstawić jedną, która przykuła ostatnio moją uwagę i poruszyć pewną wartą dyskusji kwestię. Siedząc pewnego wieczoru przed telewizorem, znowu natknąłem się na program znanych mi uczonych, którzy za każdym razem wywołują ironiczny uśmiech na mojej twarzy. Tym razem postanowili opowiedzieć o swoich spostrzeżeniach na temat wizji cesarza Konstantyna. Pewnie od razu bym ów program przełączył w przekonaniu, że niczego nowego w tym temacie już nie usłyszę. Ale nie w przypadku tych uczonych. Ich nieszablonowość polega bowiem na tym, że są specjalistami od kosmitów i zjawisk paranormalnych. Teorie o widzeniu cesarza, które padły w programie, sprowadzić można do kilku słów, które padły z ust jednego z uczonych: „Wielu ludzi, którzy spoglądają na niebo, może odnieść wrażenie że samoloty swym kształtem przypominają krzyż. Możliwe zatem, że cesarz ujrzał tak naprawdę pojazd latający należący do pozaziemskiej cywilizacji”. Iście wyrafinowane deus ex machina! W tym miejscu kończy się jednak prawdziwa nauka. Na czym polega podstawowy problem metodologiczny? Przede wszystkim – istnienia kosmitów nie da się obecnie jednoznacznie udowodnić. Teorie twórców programu były tym samym poza naukowym poznaniem. Program ów zmusił mnie jednak do pewnej refleksji, która przyczyniła się do napisania tego felietonu. Mianowicie zacząłem się zastanawiać nad tym, jakie są właściwie cele badań naukowych i czy rozważania na temat wizji cesarza naprawdę są potrzebne. Przypomniało mi się wówczas trafne stwierdzenie, że wiary nie należy udowadniać nauką. I tutaj właściwie tkwi sedno całej tej sprawy. Wśród badaczy zajmujących się wizją Konstantyna są osoby różnych wyznań, w tym ateiści. Problem zaczyna się wówczas, kiedy nasze własne przekonania dotyczące wiary zaczynają stanowić podstawę prowadzonych badań. Nauka ma być bowiem sama w sobie obiektywna. Wiara nacechowana jest zaś bardzo emocjonalnie, co zaprzecza postawie obiektywnej. Jaki powinien być zatem złoty środek, który pozwoliłby rzetelnie zbadać wizję cesarza? Wydaje mi się, że odpowiedź jest tylko jedna – takowy nie istnieje. Skoro zaś nie istnieje, to kwestia ta nie powinna być poddawana badaniom. Pewnie wiele osób, w tym uczeni, którzy zajmowali się tą kwestią, nie zgodzi się ze mną. Pamiętajmy jednak, że najważniejszy w nauce jest zawsze cel, do którego do-

chodzi się poprzez badania. Nie jest zatem ważne czy owa wizja była prawdziwym cudem, czy też zjawiskiem halo – to już jest kwestia wiary. Czy wiara, której nie należy udowadniać nauką, powinna podlegać badaniom? Wnioski nasuwają się same – nie potrzeba rozważań nad tym, czym wizja Konstantyna była, lecz co z niej wynikało.

15


studenci

Student

Mama

ARIANA STELĘGOWSKA

16 Marzysz o miłości swojego życia? Chcesz, by ktoś kochał Cię bezgranicznie i z wzajemnością? Czy zrobisz wiele, by osiągnąć szczęście? Jeżeli odpowiedź na przynajmniej dwa pytania jest twierdząca, to bez wahania możesz starać się o dziecko. To wystarczające powody, by być rodzicem. Reszta i tak zawsze jakoś się ułoży. Najważniejsze to być kochanym. Jednak nie do końca. To jednak trochę za mało, by być odpowiedzialnym za drugiego człowieka i go wychowywać. Bo czy niedojrzała 17-latka może świadomie chcieć dziecka? Jeżeli tak, co wtedy nią kieruje? Ten problem stara się pokazać film „Bejbi blues”, który od niedawna można oglądać w kinach. Natalia ma dziecko, bo fajnie jest je mieć, ale czy tylko dlatego? Czy za odważną decyzją nie kryje się coś zupełnie innego? Może odpowiedź jest dużo prostsza – chce mieć dziecko, żeby w końcu ktoś ją naprawdę pokochał, żeby sama miała kogoś do kochania. Nie znając sytuacji młodych matek, ocenia się je, nierzadko krzywdząco. „Dziwka”, „małolata z brzuchem” – to niektóre z określeń, jakimi społeczeństwo obdarza młode matki. Ale kto zastanawia się nad ich losem? Nie ma jasnych sytuacji i prostych odpowiedzi. Niewielu patrzy na ten aspekt szerzej i myśli o tym w inny, niestereotypowy sposób. Często jedynym sposobem, by wyrazić siebie, jest dla młodych matek Internet. Na forach można znaleźć wypowiedzi nastolatek, które spodziewają się dziecka lub już je urodziły. Tu mogą otrzymać wsparcie, jakiego nie daje im rodzina, ojciec dziecka, środowisko, znajomi i szkoła. W życiu kobiety ciąża to trudny okres, w którym spokój i poczucie bezpieczeństwa są niezbędne.

A czy studentki będące w ciąży też są tak postrzegane? Nie myśli się o nich podobnie, nie wyklucza się ich ze znajomych? Bo przecież studia, nauka, przyszłość… A jednak dziecko krzyżuje plany, ogranicza, nie daje pełnej swobody. Owszem, to prawda. Ale co to jest w porównaniu z tym, co można zyskać? Każdy sam zna odpowiedź. Mamy-studentki to silne kobiety, którym ciąża, poród i wychowanie dziecka nie przeszkadzają w studiowaniu. To jeszcze większe wyzwanie dla młodych ludzi, których nowa sytuacja skłania do innych decyzji. Przecież życie nie zawsze jest usłane różami. Uczelnie starają się wyjść naprzeciw kobietom w takiej sytuacji. Specjalne pokoje dla matek z dzieckiem, możliwość indywidualnego toku studiów, zapomogi – to tylko niektóre z udogodnień. Nic jednak nie usunie ostracyzmu społecznego, który często wyklucza młode kobiety z ich środowiska. Co w takich sytuacjach daje siłę? Uśmiech dziecka, jego obecność i wyciągane rączki do mamy. Miłość w najczystszej i najprostszej postaci jest ogromną siłą. Mimo to niektórych niepokoi wczesne macierzyństwo. Według GUS co roku w Polsce prawie 20 tys. nastolatek rodzi dzieci. W 2010 r. dziewczęta w wieku 15-19 lat stanowiły 4% wszystkich rodzących. To spora liczba, choć w porówna-


studenci niu do Wielkiej Brytanii odsetek nastoletnich ciąż jest niewielki. Mimo to młode kobiety w ciąży muszą pokonać wiele przeciwności, by móc cieszyć się z bycia mamą. Chęć bycia dorosłym, utożsamiana z posiadaniem dziecka, a dorosłe życie, różnią się od siebie. Brutalna rzeczywistość weryfikuje piękne wizje. Mimo tego młode matki radzą sobie, bo mają dla kogo. Bo z drugiej strony młode macierzyństwo niesie wiele korzyści. Dłużej można cieszyć się z bycia rodzicem. Także z czysto praktycznego punktu widzenia – w dojrzałym wieku można zająć się sobą, bo dziecko odchowane, nie potrzebuje mamusi na każdym kroku. Grunt to miłość i akceptacja bliskich. Największym sukcesem jest to, by po latach spoglądając dziecku w oczy, widzieć w nich miłość i dumę z wspaniałej matki i ojca. Tak niewiele, a znaczy tak wiele. Przekonała się o tym Agata, dziś już trzydziestoletnia pani psycholog i mama dziesięcioletniego Filipa, której dziecko wywróciło poukładany świat do góry nogami. To fragment rozmowy z mamą-studentką.

– Głupie pytanie, ale o czym myślałaś, gdy dowiedziałaś się o ciąży? – To był dla mnie szok, z resztą jak dla każdej młodej dziewczyny. Byłam przerażona, ale gdy nerwy opadły, uświadomiłam sobie, że chce urodzić to dziecko. Miałam

w dupie opinie innych, choć i tak bolało. Najbardziej było mi żal mamy, która na co dzień znosiła uwagi sąsiadek i koleżanek. Ale dałam radę, to najważniejsze. – To przyspieszony kurs dorosłości dał Ci taką siłę? Myślisz, że przez to patrzysz na świat inaczej? – Wiesz, na pewno. Filip był niespodziewanym szczęściem, mimo to zmienił moje życie. Nigdy też nie byłam jakąś zwariowaną studentką, miałam Jacka, który obecnie jest moim mężem. Wszystko było normalne. Dziecko zmienia zawsze, ale chyba bardziej to odczułam, gdy byłam na studiach. (Agata jest też mamą dwuletniej Jagody). Ten maluch stworzył mnie na nowo, stałam się lepsza, bardziej kochana i to przez siebie. – Agata, co mogłabyś powiedzieć dziewczynom, które teraz znajdują się w podobnej sytuacji jak Ty, 10 lat temu? – Nie wiem. Nie chcę się żalić, ale kiedyś było trudniej chodzić na uczelni z piłeczką przed sobą, zwłaszcza jak piłka rosła i rosła… Myślę, że najważniejsze to zdać sobie sprawę, że wszystko robimy dla dziecka. Trzeba kochać i tyle. Banalne? Niezupełnie. Bo przecież o to chodzi w życiu: o miłość. Gdy przychodzi nagle, jest trudniej, ale nadal to miłość. Niech bejbi blues będzie przyjemną melodią, a każdy niech usłyszy ją, gdy będzie na to gotowy.

17


studenci

CERN

DAMIAN DREWULSKI

Zapewne myśląc o statystycznym Polaku w Unii Europejskiej widzimy się gdzieś na szarym końcu i pewnie w większości przypadków mamy rację. Żaden to powód do dumy. Z drugiej strony, jeśli z czegoś może być dumna Unia Europejska, to na pewno jest to CERN – naukowe centrum, oczko w głowie. Nie ma tam raczej statystycznego Polaka. Nasz kraj jest tam jednak najsilniej reprezentowany, jeśli chodzi o liczbę młodych naukowców, a to bezapelacyjnie jest powodem do dumy.

18

Europejskie centrum

Kiedy w 1953 roku ruszyły pierwsze prace nad stworzeniem europejskiego centrum badań naukowych, nie istniały jeszcze teorie, których potwierdzenia naukowcy szukają obecnie w powstałych wówczas laboratoriach. Na początku lat ‘90 właśnie pod Genewą narodził się standard WWW. Można więc przyjąć, że pierwsza strona internetowa pochodzi właśnie stamtąd. Obecnie mieszczący się pod Genewą CERN jest naukowym centrum Europy, a jeśli chodzi o badanie cząstek elementarnych – stanowi wiodący ośrodek międzynarodowy. Trudno o bardziej medialne miejsce dla nauki, zwłaszcza po 2008 roku, w którym do użytku oddano Wielki Zderzacz Hadronów. W ośrodku tym nad najbardziej zaawansowanymi badaniami pracuje 2 400 pracowników stałych i 1 500 pracowników tymczasowych. Praca Centrum nie mogłaby również istnieć bez rzeszy studentów nazywanych tutaj technical students.

Na początku…

CERN umożliwia kilka rodzajów współpracy. Od pełnego wymiaru godzin, przez prace dorywcze, aż do programów doktoranckich. Nas jednak najbardziej interesować będzie oferta nazwana technicalstudents. Właśnie w ramach tego programu do Genewy wybrali się Tomek i Marta. Oboje są studentami wydziału Elektroniki i Technik Informacyjnych i postarają się opowiedzieć o CERN.

Czy było trudno się dostać? Aby zostać Technical Student w CERN przede wszystkim trzeba trochę dobrej woli – zaczyna Marta. Na początku do wypełnienia jest aplikacja, która w dosyć szczegółowy sposób sprawdza, jakie są nasze umiejętności i motywacje. Następnie trzeba przedstawić wykaz ocen i dwa listy polecające. Na tym kończy się pierwsza część rekrutacji. Aplikacje przeglądane są przez pracowników CERN, którzy poszukują potencjalnych podopiecznych. Jak widać wstępny etap jest prosty. Co dalej dzieje się z kandydatem opisuje Tomek: Po wypełnieniu formularza i dostarczeniu opinii czeka się na posiedzenie Komisji Wyboru. Komisja spotyka się dwa razy w roku: w kwietniu i w listopadzie. W ciągu paru dni od posiedzenia komisji dostaje się odpowiedź, czy jest się dalej branym pod uwagę, czy też nie. Tak oto w dwóch krokach albo zostajemy studentami w CERN, albo nie, ale przynajmniej nie plujemy sobie w brodę, że nie spróbowaliśmy. Otuchy dodaje Marta: Powodzenie w rekrutacji jest silnie zależne od tego czy profil danego kandydata pasuje do chwilowego zapotrzebowania. Ponieważ składając aplikację nie ma możliwości poznania tego zapotrzebowania, trudno przewidzieć rezultat.

Po lepszej stronie nauki

Skoro się już dostaliśmy, warto przemyśleć, co można robić w tak wielkim ośrodku naukowym. Zaczyna Marta:


studenci Wszystko zależy od tego, do jakiej grupy dany student trafi, a nawet do jakiego projektu. Tomek kontynuuje: Dostaje się albo jeden duży projekt na czas trwania całego kontraktu, albo pojedyncze zadania i przykładowo co dwa tygodnie robi się coś innego. Marta dodatkowo wyjaśnia: Pracę tę można nazwać po prostu praktykami. Na pewno w trakcie jej trwania można się wiele nauczyć, ale ogólnie jest to normalna praca. W zależności od projektu może być ona bardziej, bądź mniej innowacyjna. Zawsze można jednak poprosić o zmianę obowiązków, jeśli coś nam bardzo nie odpowiada. Gdyby sama możliwość studiowania w tak dużym ośrodku badawczym nie wystarczyła, są też inne plusy. Zdaniem Marty: Szczególnymi atutami tej pracy jest atmosfera. Nie odczuwa się presji czasu, a ludzie wokół są pozytywnie nastawieni, zawsze gotowi pomóc. Do pracy przychodzi się z przyjemnością, a nie z obowiązku. Jak wynika z wypowiedzi Tomka, można również rozwinąć się w innych dziedzinach niż dokładnie to, czym zajmujemy się w ramach naszego projektu: W godzinach pracy można chodzić na różne szkolenia, kursy i wykłady, np. lekcje francuskiego, wykłady o fizyce akceleratorów czy szkolenie z programowania. Praca wśród najtęższych umysłów w tak ważnym dla nauki miejscu może onieśmielać. Jak wypada zetknięcie studenckiej wiedzy z wymaganiami bardzo rozwiniętego ośrodka naukowego? Czuć klimat bycia w prestiżowym miejscu. Nie oznacza to jednak atmosfery nadęcia, jest wręcz przeciwnie. Wielka nauka, wielkie osobistości świata nauki, świadomość pracy w największym europejskim laboratorium bardzo ciekawie łączy się z normalnym życiem. Przykładowo w wielu miejscach w CERN są telewizory, gdzie wyświetlane są parametry wiązki w LHC, widać statusy wszystkich eksperymentów. Czuć że tam, w tej chwili, dochodzi do kolizji cząstek w wyniku których powstają nowe cząstki, szuka się bozonu Higgsa, poszukuje odpowiedzi na fundamentalne pytania nurtujące fizy-

ków, a jednocześnie je się obiad i rozmawia ze znajomymi o planach na wieczór. Tak CERN wspomina Tomek. Lekko odmienne zdanie ma Marta: Pracując w IT, zajmuję się jedynie utrzymaniem infrastruktury sieciowej, która jest bardzo istotna do umożliwienia pracy innym, ale nie mam bezpośredniego dostępu do przeprowadzanych eksperymentów. Wszystkie wydarzenia związane z akceleratorami wydają się raczej abstrakcyjne i odległe, chociaż gdzieś w podświadomości cały czas tkwi informacja, że znajduję się blisko tak ważnych dla nauki wydarzeń.

Bozony to nie wszystko

Ewentualne wątpliwości na temat czasu poza nauką rozwiewa Tomek: Podczas pierwszego dnia pracy jest spotkanie wszystkich nowoprzyjętych studentów, podobnie jest ze trzy tygodnie później. Co tydzień są UN drinks – wyjścia do pubu organizowane przez stażystów genewskiego ONZ. Często wybiera się tam liczne przedstawicielstwo CERN, jest to okazja do poznania wielu nowych ludzi. Ponadto co jakiś czas w CERN organizowane są imprezy, koncerty, wystawy i inne wydarzenia. CERN posiada mnóstwo klubów tematycznyc, łączących miłośników różnych dziedzin. Przykładowo jest to klub narciarski organizujący wspólne wyjazdy w sezonie zimowym, kluby sportowe, kluby muzyczne, gdzie można pograć z innymi. Zarówno Tomek, jak i Marta w trakcie pobytu w CERN stawiają nacisk na aktywne spędzanie czasu. Marta: Po pracy można aktywnie spędzać czas, uprawiając sporty, jeździć rowerem albo chodzić po górach. Do obydwu tych sportów warunki wokół są idealne. Można także spędzać czas z przyjaciółmi, szczególnie że w Genewie, choć nie jest bardzo imprezowym miastem, zawsze można znaleźć jakieś ciekawe propozycje na wieczorne wyjście. Tomek natomiast wątek rozrywek w trakcie pracy jako technical student kwituje: Po godzinach można robić to samo co w Polsce, w Warszawie.

19


studenci

Couchsurfing,

czyli

kanapowy autostop

MAGDALENA KOZUŁKO

20 Siedzisz znudzony w domu i marudzisz, że nie stać cię na podróż życia? Znajomi po raz kolejny chwalą się na Facebooku zdjęciami z wyjazdu na Majorkę, Teneryfę czy choćby do Wąchocka. Zastanawiasz się, skąd wzięli na to kasę. A co powiesz na darmowy nocleg w Paryżu, Londynie, Oslo albo w Zakopanem? Brzmi nieprawdopodobnie? Dla couchsurferów to norma! Kiedy w 2002 roku Amerykanin Casey Fenton założył stronę internetową couchsurfing.org, nie wiedział jeszcze, że stanie się ona takim hitem. Z początku zaglądali na nią tylko jego znajomi i znajomi znajomych. Dziś w serwisie zarejestrowanych jest trzy miliony użytkowników z prawie 250 krajów. Tworzą społeczność złożoną z podróżników, lu-

dzi ciekawych świata i zwykłych życzliwców, którzy proponują sobie nawzajem noclegi zupełnie za darmo. Couchsurfing, obok autostopu i carpoolingu, uznawany jest za jeden z najlepszych sposobów na niedrogie podróżowanie. Dołóżmy do tego bilet lotniczy z jakiś tanich linii i mamy początek podroży życia. Grunt to się odważyć!

Serfowanie po kanapach

Couchsurfing to nic innego jak użyczanie komuś swojej kanapy na kilka dni. W zamian inni zaoferują ci to samo. I nieważne, czy marzy ci się Frankfurt, czy Pekin. Wszędzie znajdą się ludzie, którzy zupełnie za darmo przenocują cię u siebie i jeszcze pokażą ci miasto. Uważasz, że to oszustwo? Przecież nikt normalny nie wpuści do domu obcego człowieka! Błąd. Wszyscy couchsurferzy używają własnych nazwisk, podają telefony i adresy, czasem przesyłają zdjęcia mieszkań. Piszą jasno, co proponują i czego chcą w zamian. Poza noclegiem często oferują wspólne zwiedzanie miasta, w którym mieszkają i pokazywanie miejsc, do których nigdy byś nie trafił z przewodni-


studenci

kiem turystycznym. Często też podają przydatne wskazówki. Są nastawieni przyjacielsko i chcą poznać nie tylko ciebie, ale i twoją kulturę. − Fajnie jest przyjmować takie obce osoby do siebie. Wiem, to brzmi strasznie, ale Ci ludzie mają swoje profile na CSie i maja też referencje – opowiada mi Marzena, od której usłyszałam o całym projekcie. Użytkownicy są oceniani przez innych, zupełnie jak uczestnicy aukcji na Allegro, tak więc nietrudno dowiedzieć się, jakie inni mieli wrażenia i czy dany couchsurfer jest uczciwy, czy nie.

Jak się za to zabrać?

Wygląda to tak – logujesz się na stronie, podajesz wiarygodne dane i masz dostęp do bazy, z której według własnych preferencji wybierasz osobę i jej mieszkanie. Wszystko w dużej mierze przypomina Facebooka i nie jest tak straszne, jak może się wydawać. Po prostu kontaktujesz się z couchsurferem, którego propozycja cię interesuje lub ogłaszasz się jako potrzebujący. − Z początku podchodzi się do tego nieufnie, ale później człowiek nie wyobraża już sobie innego typu podróżowania – twierdzi Agnieszka, którą poznałam przez portal. W zeszłym roku przyjęła u siebie cztery osoby. Nie jest za dobra w angielskim, ale zawsze jakoś się dogaduje. W końcu to nie problem pokazać coś na migi.

Gdzie jest haczyk?

Wspaniała idea, która brzmi dość nieprawdopodobnie – to nasuwa się jako pierwsze, gdy słyszy się couchsurfingu. Gdzieś jednak musi być jakiś haczyk! Zaczęłam go szukać i powiem szczerze – nie znalazłam.

Wszyscy „serfujący kanapowcy”, z którymi rozmawiałam, mieli bardzo pozytywne wrażenia. Ale czy nikt mnie nie oszuka? − pytałam zawzięcie i w końcu ktoś wspominał mi o warszawskich imprezach couchsurferów, na które może przyjść każdy, kto tak jak ja jest zarejestrowany na portalu i trochę się boi. W ten sposób można poznać ludzi, pogadać w cztery oczy, usłyszeć na własne uszy i uwierzyć. − Jeśli chodzi ci tylko o darmowy nocleg, to odpuść sobie! – usłyszałam któregoś razu od osoby, która chyba źle mnie zrozumiała. Może właśnie to jest haczyk? Większość couchsurferów oczekuje czegoś więcej niż tylko gościa hotelowego. Chce się czegoś dowiedzieć o tobie, twoim kraju i poznać twoje zwyczaje. Dlatego ludzie, którzy chcą jedynie kimnąć na czyjejś kanapie, nie są raczej mile widziani. − Nie, nie dajemy pieniędzy za nocleg. Wystarczy rozmowa, zrobienie komuś na kolację jakiejś polskiej zupy albo coś takiego – wyjaśnił mi Marek, który już jakiś czas jeździ po świecie.

Sedno sprawy

Po zakończeniu mojego małego śledztwa doszłam do wniosku, że w couchsurfingu chodzi głównie o zmianę podejścia do świata − z nieufnego i zamkniętego na otwarte i świeże. Dla związanej z portalem społeczności liczy się przekraczanie własnych barier, wymiana międzykulturowa i poznawanie ludzi, a nie tylko korzyści materialne płynące z faktu, że ktoś przenocuje nas za darmo. Oczywiście one też są ważne i często na początku decydują o uczestniczeniu w tym nieco szalonym projekcie. Okazuje się jednak, że poza pieniędzmi zyskujemy coś jeszcze – pewność siebie i nową, bardziej globalną perspektywę.

21


studenci

LEMBAS

22

LEMBAS, czyli chlebek elficki

przepis

Przepis nie jest autorski. Nie został wymyślony przeze mnie, przez moją prababcię, babcię ani mamę. Nie jest rodzinną tajemnicą przekazywaną z pokolenia na pokolenie i nie króluje na stole w każde święta. Przepis pochodzi z Kukbuka. Ale jest sprawdzony przeze mnie i zachwycił wszystkich. Razem z babcią. Ciasto miało być na święta. Nie dotrwało. A ja potrafię zepsuć każde ciasto. Nawet to z proszku. W Kukbuku pojawił się przedpremierowo. Myślę, że Peter Jackson nie odmówiłby mu dokładki. Szkoda, że w kinie nie wypada jeść ciasta. Unosząca się wszędzie woń popcornu mogłaby zepsuć efekt. Dlatego wybierzcie kanapę i kino domowe. Poza tym przywilej rozdzielania lembasów należy wyłącznie do królowej. Król też przejdzie. A jak zrobić to na sali pełnej obcych ludzi? Przepis jest naprawdę prosty, mało pracochłonny, względnie niedrogi (to już zależy od bogactwa królestwa). Musi się udać.

MONIKA BOROWIK

SKŁADNIKI:

– 2 jajka – 2/3 szklanki brązowego cukru (nie wydaje mi się, że ten zwykły coś popsuje) – 100 g roztopionego masła – 3 łyżki waniliowego serka homogenizowanego – 1 szklanka mąki – 1 łyżeczka proszku do pieczenia – 1/4 łyżeczki sody – 100 g czekolady gorzkiej (na niej nie warto oszczędzać, lepiej kupić sprawdzony smak) – i bakalie (tu jest pole do popisu dla Was i Waszego skarbca! w przepisie proponują 1/3 szklanki wiórków kokosowych, 2 łyżki kandyzowanej skórki pomarańczowej, garść moreli, garść orzechów włoskich, 100 g orzechów laskowych, płatki migdałowe)

WYKONANIE:

Wykonanie jest bajecznie proste! Jajka ucieramy z cukrem. Dodajemy roztopione masło, a następnie serek waniliowy (cały czas miksując). Mąkę mieszamy z proszkiem i sodą. Składniki sypkie dodajemy do masy jajecznej w dwóch turach i mieszamy mikserem. Na koniec dodajemy wszystkie bakalie i połamaną czekoladę. Łączymy za pomocą łyżki. Ciasto przekładamy do formy (najlepiej keksowej), wyrównujemy, wierzch możemy posypać jeszcze orzechami i płatkami migdałowymi. Pieczemy w 180 stopniach przez około 40-50 minut. Ciasto jest gotowe, kiedy zanurzona w cieście wykałaczka jest sucha po wyjęciu.

Smacznego!


"Wydmy w Maspalomas, plaża na Półwyspie Bol, surferzy z Las Palmas, znikająca za horyzontem Teneryfa". Podróże rowerem, stopem, promem, pieszo. Podróże zaskakują, zmieniają nasze spojrzenie, obalają stereotypy. Podróże to sposób na życie. Zachęcam do zastąpienia zimowej aury planami wakacyjnymi i ruszenia przed siebie." - K.Zajac


Ps ID

o u K P nY z N i żKow E  

IK IMPERIUM

KO B I E T

# 61 iPewu  

Najnowszy numer Miesięcznika Kulturalnego Studentów PW