__MAIN_TEXT__
feature-image

Page 1

mgFoto m

Rozmowy: Marcin Kwarta Paweł Horąży Marcin Kania Wspominamy Mieczysława Cybulskiego

nr 2/2021 (11) ISSN 2657-4527

a

g

a

z

y

Empatia Anety Więcek-Zabłotnej Pozytywnie o „Pozytywie” Łowcy Talentów na tropie…

n


Modelka: Oliwia Konieczna Fotograf: Janusz Żołnierczyk Stylizacja: Agata Ciećko


OD REDAKCJI Wiosna! Powoli wracamy do dawnego życia. Trochę ten powrót jeszcze potrwa, straciliśmy bowiem wielu przyjaciół i znajomych, straciliśmy też sporo sił, czasu, nadziei oraz marzeń. Pandemia stała się doświadczeniem zbiorowym, traumatycznym przeżyciem, które pragnęlibyśmy rychło zapomnieć, choć to niewykonalne. A rzeczywistość wzywa, wzywa życie, czas płynie tak samo, jak zawsze — konsekwentnie do przodu. Zatem: ruszamy! Będzie i spontanicznie i ostrożnie, będzie  rozważnie i emocjonalnie, będą wielkie spotkania, pamiętne powroty, spory oraz szukanie winnych (Świat, a zwłaszcza Europa, znają to z autopsji). W końcu jednak galerie sztuki zapełnią się odwiedzającymi, artyści wrócą do rytmu swoich spotkań, kluby, stowarzyszenia i grupy znów będą prowadziły dawne dysputy oraz spory, znów będzie normalnie/nienormalnie. Taki oto urok naszych lat dwudziestych, tego dwudziestolecia bis, które przyszło nam oglądać zza przył-

bicy, zza maseczki, z okna mieszkania lub szpitala… I jeśli tylko znów coś nie zagrzmi, jeśli coś nie zgrzytnie na horyzoncie — dostaniemy jako ludzkość kolejną szansę aby błądzić… Część fotografów już ruszyła na plenery. Kilka obiecanych materiałów nie dotarło zatem na czas, bo autorzy pojechali to tu, to tam, słowem: wyrwali się — w przestrzeń, w trasę, w drogę. Trudno się dziwić! Musimy zatem poczekać na relacje ich autorstwa do kolejnego wydania. Tymczasem za nami 10 numerów „mgFoto Magazynu”, w  planach: kolejne dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści… Tyle, na ile życie i  siły pozwolą. Jak zawsze głos oddajemy fotografom, grupom fotograficznym oraz historykom badającym dzieje tej aktywności artystycznej człowieka. Nadal jesteśmy dostępni całkowicie bezpłatnie na platformie ISSUU, dzięki czemu w błyskawiczny sposób docieramy do odbiorców na całym świecie. Zapraszamy do współpracy wszystkich, którzy kochają fotografię. Nasze pismo ma ich łączyć…

NUMER ZAWIERA Fotograficzny rollercoaster. Rozmowa z Marcinem Kwartą . . . . . . . . . . . 5 Zdzisław PUCHAŁA, „Mieciu” — wspomnienie o Mieczysławie Cybulskim . . . . . . 15 Witold TURANT, Fotografia jest sztuką trudną… [o Stowarzyszeniu „Pozytyw”] . . . 17 Grażyna i Marek Gubałowie: Łowcy Talentów. Część 3: Ingrida Urbonaviciene . . . 23 Agnieszka Antosiewicz-Mas, Empatia [o fotografii Anety Więcek-Zabłotnej] . . 31 Fotografia jest Fajna! Rozmowa z Pawłem Horążym . . . . . . . . . . . . . 35 Słowa i obrazy. Rozmowa z dr. Marcinem Kanią . . . . . . . . . . . . . 41 Marek TOMASZUK, Czerń i biel . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 51 Jan R. PAŚKO, Pięćdziesiąt lat temu polskie czasopisma fotograficzne donosiły... . . . . . 55 „mgFoto Magazyn”, Pismo Myślenickiej Grupy Fotograficznej, nr 2/2021 (11), ISSN 2657-4527 ● MARCIN KANIA — redaktor naczelny, STANISŁAW JAWOR — zastępca redaktora naczelnego, GRAŻYNA GUBAŁA, PAWEŁ STOŻEK, LILIANNA WOLNIK, PAWEŁ BOĆKO — redakcja ● Egzemparz bezpatny ● Znajdź nas na mgFoto.pl oraz ISUU

[3]


Marcin Kwarta (foto Robert Pawłowski)

[4]


Fotograficzny rollercoaster Rozmowa z Marcinem Kwartą Marcin Kania: Jest Pan artystą fotografem związanym z Fotoklubem RP oraz Fundacją „Foto Pozytyw” w Radomsku. W jakich okolicznościach zaczęła się Pana „przygoda” z fotografią? Marcin Kwarta: Fotografuję od roku 1997, czyli od czasów szkoły podstawowej. Wychowałem się na fotografii analogowej. Jako młodzieniec brałem udział w konkursie harcerskim OPAL, na którym zająłem jedno z czołowych miejsc. Fotografia przedstawiała kwiat sosny i wykonana została w technice makro starym sowieckim Zenitem z pierścieniami pośrednimi. Później, z większymi lub mniejszymi sukcesami, stawałem w szranki z fotografami z Polski i zagranicy. Czytałem, uczyłem się, słuchałem innych. Zawsze czułem to „coś” w środku. Kiedyś, udzielając wywiadu, powiedziałem że „drzewa do mnie mówią”… Reakcja rozmówcy na te słowa była interesująca! W roku 2001 wstąpiłem w poczet członków Towarzystwa Fotograficznego im. Edmunda Osterloffa w Radomsku, gdzie od 2009 do 2014 roku pełniłem obowiązki prezesa. W tym okresie byłem też asystentem zarządu ds. fotografii w  Stowarzyszeniu Twórców i Sympatyków kultury przy Komendzie Wojewódzkiej Policji w Poznaniu (KWP). Uczestniczyłem ponadto w plenerach i warsztatach we Wrześni. Poza tym prowadziłem zajęcia fotograficzne podczas warsztatów Fundacji Pomocy Wdowom i Sierotom po Poległych Policjantach w  Warszawie oraz inicjowałem działania fotograficznie w KWP w Łodzi. Od roku 2010 stałem się członkiem rzeczywistym Fotoklubu RP, a siedem lat później założyłem Fundację „Foto Pozytyw”, która edukuje i inspiruje młodych twórców. Pracujemy także z seniorami.

W jaki sposób godzi Pan obecność w różnych organizacjach fotograficznych? Kiedy znajduje Pan czas na pracę artystyczną? Dobre pytanie! Pracując zawodowo, jako koordynator turystyki w Powiecie Radomszczańskim, mam zatem możliwość „pracować aparatem”. Jednak działalność społeczna (pragnę zauważyć, że nie czerpię z niej korzyści finansowych) jest wymagająca. Zmusza do planowania i trzymania się terminów oraz uważnego rozliczania się pozyskanych gratów. Chciałbym zauważyć, że uczestniczę w różnych, niekoniecznie zwianych z fotografią organizacjach pozarządowych, w których doradzam lub realizuje różnego typu prospołeczne i ekologiczne wydarzenia. Jak do tej pory udało mi się sprawnie zarządzać organizacjami fotograficznymi, które stały się znane własnie dzięki konsekwentnej realizacji zaplanowanych działań. Wracając do pytania — pracuję głównie wieczorami i nocą, tak aby nie uszczuplać czasu zarezerwowanego dla najbliższych. Dzielenie doby na pracę zawodową, społeczną i rodzinę to trudna sztuka. Dlatego też staram się tak planować projekty artystyczne aby dawały mi satysfakcję z tworzenia oraz wpisywały się ściśle w dzienny harmonogram. Obecnie pracuje nad projektami Fotografie przypadkowe oraz Historie nie do końca oczywiste. Wszystko dzieje się powoli, cały proces twórczy musi mieć swój czas i miejsce w moim życiu. Czy jako fotograf spotkał Pan swoich mistrzów, przewodników po krainie fotografii? „Odkrył” mnie mój przyjaciel Józef Lempart. To on w szkole średniej pomógł mi zgłębiać tajemnice fotografii analogowej. Jako instruktor koła fotograficznego nauczył mnie zagadnień technicznych, ale również wskazywał błędy w piśmiennictwie na temat fotografii (a czytałem sporo). Później na swej [5]


drodze spotkałem Mieczysława Cybulskiego i Małgorzatę Dołowską… Oj, to była szkoła życia! Taki fotograficzny rollercoaster! Jednak konstruktywna krytyka i chęć słuchania rad zaczęła przynosić efekty. Wiedziałem jakie tematy chcę fotografować. Mietek i Gosia „szlifowali” mnie tak, abym w przyszłości mógł stać się dojrzałym, niezależnym artystą. Wiadomo, że ile osób oglądających prace — tyle głosów negatywnych lub pozytywnych. Z szacunkiem słucham jednych i  drugich. A powracając do moich mistrzów — jest ich wielu: Jan Buhłak, Edmund Osterloff, Mieczysław Cybulski, Artur Tabor, Paweł Pierścińki, ojciec Sofroniusz z  prawosławnej pustelni (skitu) na Podlasiu, Robert Pawłowski i kilka innych ikon fotografii krajowej i zagranicznej. Lubię oglądać dobrą i różnorodną fotografię. Porozmawiajmy o fotograficznych inspiracjach... Gdzie ich Pan szuka? Z inspiracjami jest trudno. Lubię przygotowywać reportaż. Wymaga on skupienia, obserwacji, przewidywania. Chętnie fotografuje ludzi przy codziennych obowiązkach. Szybko nawiązuje kontakt i skracam dystanse, co jest pomocne przy fotografowaniu. Bardzo chętnie uwieczniam przyrodę. Jest ona wdzięczną modelką. Chętnie zaglądam też do świata makro, aby dokładniej przyjrzeć się temu, co niewidoczne na co dzień. Dla mnie inspiracje są wszędzie. Jeśli coś mi „wpadnie” do głowy — natychmiast zapisuję w postaci hasła i odkładam do późniejszej realizacji, w odpowiednim miejscu i  czasie. Projekt Żywioły (modelki w odsłonach czterech żywiołów) realizuję już prawie cztery lata. Panie dają sobie radę znakomicie, to bardziej fotograficy z naszego zespołu, muszą się dopasowywać. Na jakich zagadnieniach najchętniej skupia Pan spojrzenie obiektywu? Czy w Pana [6]

twórczości pojawiają się tematy dominujące lub te, które powracają? Lubię konkretny, mocny fotoreportaż. Taki, który o p o w i a d a, i który można czytać i czytać. Zależy mi na emocjach, reakcjach pomiędzy obiektem sfotografowanym a widzem. Lubię też street foto. Moim zdaniem jest to wymagająca dziedzina fotografii, w  której należy zgrać wiele czynników. Obecnie dominują u mnie projekty związane z  pracą, czyli dokumentowanie przyrody, opracowywanie tras i wycieczek turystycznych. W tych projektach ważne jest, aby posiadać dobre zdjęcia, które posłużą jako ilustracje w folderach, albumach oraz na stronach internetowych. Jest Pan inicjatorem i założycielem Fundacji „Foto Pozytyw”, zajmującej się promocją fotografii polskiej. Jak, według Pana, należy promować fotografię w dobie nowych mediów? Czasy są dziwne… Pandemia spowodowała, że jesteśmy nieufni, izolujemy się od siebie, szukamy miejsc na wyłączność. Promocja fotografii jest trudna, każdy, kto ma telefon komórkowy lub aparat, może publikować swoje zdjęcia i zdobywać polubienia. Na pewno ważnym elementem są media społecznościowe. To one dają nam największą liczbę odbiorców. Należy też wychodzić do ludzi, bo to ludzie są głównymi naszymi ambasadorami. W dobie pandemii, analizując wszystkie za i przeciw, postanowiłem jako eksperyment poprowadzić warsztaty pięcioosobowe. Dzieliliśmy grupy zawsze tak, aby były cztery osoby plus instruktor. I to się sprawdzało. Ważnym elementem w działaniach PR jest też posiadanie dobrych relacji z lokalną prasą. Po każdym naszym wydarzeniu wszystkie portale internetowe, gazety oraz lokalna telewizja i radio informowały swoich odbiorców o naszych działaniach. Był okres, że w  każdy ponie-


[7]


[8]


działek „szliśmy” o poranku jako news dnia. Ludzie zmęczeni byli pandemią, siedzeniem w domach, potrzebowali pozytywnych emocji. Więc jako fundacja karmiliśmy ich emocjami, dostarczając za pośrednictwem mediów do ich domów krajobrazy, architekturę, ludzi. Widoki z bliska i/lub daleka. Osiągnęliśmy to właśnie na warsztatach. Zawsze otrzymywaliśmy informację zwrotną. Oczywiście statystki „szalały” dzięki współpracy z  mediami lokalnymi. Zawsze przy organizacji dalszych plenerów proponujemy jedno miejsce dziennikarzom. Każdorazowo, podsumowując działania, dbamy o podziękowania dla mediów, które promują nas jako fundację. To tworzy ważne relacje. Zapowiedzi wydarzeń tzw. „open” każdorazowo zamieszczamy z wyprzedzeniem na fanapgu FB oraz prosimy o to naszych wszystkich podopiecznych oraz uczestników warsztatów o rozpowszechnianie naszych treści. Buduje to też poczucie więzi. Działania PR są bardzo rozlegle, współpracujemy barterowo z jedną z galerii handlowej oraz lokalnymi przedsiębiorcami. Zależało mi na takim poziomie jakości fotografii, aby móc się stać członkiem zbiorowym Fotoklubu Rzeczypospolitej Polskiej, czyli znaleźć się w  elitarnej grupie fotografików. Aby uczestnicy naszych działań mieli poczucie, że się rozwijają i w przyszłości dzięki talentowi i pracy będą mogli zostać Artystą Fotografem Fotoklubu Rzeczypospolitej Polskiej. Rekomendowaliśmy już trzy osoby dwie uzyskały tytuł AFRP, trzeci został członkiem nadzwyczajnym. Te wszystkie elementu układanki są istotne w dzisiejszym promowaniu fotografii, fotografii, która stała się medium masowym. Pełni Pan obowiązki wiceprezesa Fotoklubu RP — instytucji, która od ćwierć wieku łączy artystów fotografów. Czy jest to organizacja o charakterze monolitu, czy może idzie z duchem czasu i otwiera się na zmiany?

Fotoklub Rzeczypospolitej Polskiej Stowarzyszenie Twórców ma już 25 lat. To dużo i mało zarazem. Ale jego bardzo ważna cechą jest fakt, że zrzesza oraz reprezentuje elitarną grupę fotografów z całej Polski. Trzeba zaznaczyć, że w tak dużym stowarzyszeniu, skupiającym tak dużą liczbę ludzi o różnorodnych zainteresowaniach twórczych, wszelkie działania są przemyślane, zaplanowane, przedyskutowane i przeanalizowane. Uważam, że gmach przyszłości można budować na fundamencie przeszłości, wszystko małymi krokami, ale cały czas do przodu, systematycznie. Obecny zarząd zaplanował dużo działań artystycznych na lata 2019–2020. Cześć z nich anulowała pandemia i obostrzenia rządowe, cześć przeniesiono na inne terminy. Niebawem wiele z nich zostanie zrealizowanych. Wraz z przystąpieniem do Fotoklubu autorzy otrzymują tytuł Artysty Fotografa RP. Co on oznacza to wyróżnienie? Czy zostaje anulowane wraz z odejściem z organizacji? Poruszył Pan bardzo trudny, a nawet nieco kontrowersyjny temat. Zacznijmy może od początku. Posiadamy pasje, w tym wypadku  — pasję fotografowania. Pasja ta daje nam dużo satysfakcji, swoimi pracami dzielimy się z przyjaciółmi i Internautrami. Jedni nas chwalą, inni wyrażają swoje zastrzeżenia. Fotografujemy jednak dalej, wchodzimy na wyższy poziom naszego zaangażowania, nabywamy umiejętności. Zaczymany brać udział w konkursach fotograficznych, zdobywamy wiedzę, poszerzamy horyzonty myślowe, uczymy się, podglądamy lepszych od siebie i w naszej głowie kiełkuje myśl, aby się zrzeszyć z ludźmi o podobnych zainteresowaniach. Zazwyczaj wstępujemy do lokalnych stowarzyszeń artystycznych. Pokazujemy nasze prace i po akceptacji stajemy się członkiem danej organizacji pozarządowej (NGO). Zanim jednak to nastąpi musimy się zapoznać z obowiązującym statutem, którego następnie [9]


winniśmy strzec i przestrzegać (jak przepisów drogowych). Jeździmy na plenery, uczestniczymy w warsztatach i wykładach, czytamy specjalistyczną literaturę, specjalizujemy się w określonej fotografii. Część z nas dochodzi do wniosku, że może iść poziom wyżej; rozgląda się zatem za organizacjami o ogólnopolskim zasięgu, które dają nam coś więcej niż te lokalne. Na drodze spotykam Fotoklub Rzeczypospolitej Polskiej Stowarzyszenie Twórców. Składa przed kapitułą prace i po akceptacji staje się Artystą Fotografem Rzeczypospolitej Polskiej, w skrócie AFRP. Bycie członkiem rzeczywistym daje nam wiele możliwości. Część osób, pisząc podania o grant lub wsparcie z Ministerstwa Kultury, za przynależność do Klubu otrzymuje dodatkowe punkty. Pamiętajmy, że tzw. sito kapituły powoduje, że stajemy się częścią zamkniętego klubu fotografików, w którym nie ma [10]

osób przypadkowych. Członkowie rzeczywiści lub zbiorowi mogą występować o patronaty FRP na organizowane wydarzenia. Możemy też uczestniczyć w konkursach FIAP. Jak widać — dostajemy duży pakiet przywilejów do naszego artystycznego dossier. Każdy członek po przystąpieniu do FRP zapoznaje się z obowiązującym statutem i go świadomie oraz dobrowolnie akceptuje. Zawarty tam jest też zapis o  opłaceniu składek członkowskich. Tak działają niemal wszystkie zarejestrowane organizacje pozarządowe  — od tych najbardziej lokalnych po te krajowe i  międzynarodowe. Świadomie podejmujemy decyzję o  przynależności i przestrzeganiu praw danej organizacji. W roku 2020 podjęliśmy jako Zarząd decyzję o usunięciu w styczniu 2021 tych członków, którzy nie stosowali się do zapisów statutowych Fotoklubu, w tym punktu o obowiązkowym płaceniu składek. Wielu twór-


ców skontaktowało się z nami i  opowiedziało o  swoich problemach. Jeśli nadal wyrażali wolę pozostania w Klubie — pomogliśmy im w tym. Wystarczyła j e d n a rozmowa, j e d e n list… Mam świadomość, że decyzja o  pożegnaniu się z kilkoma artystami może wydawać się drastyczna, ale gdybyśmy tego nie zrobili narazilibyśmy się na uzasadnioną krytykę tych Autorów, którzy uczestniczą w  życiu Klubu oraz są na bieżąco ze wszystkimi względem niego obowiązkami, także tymi finansowymi. Nikt jednak nie zabrania nikomu określać się mianem artysty fotografa. Tymczasem tytuł Artysty Fotografa Fotoklubu RP (AFRP) jest zarezerwowany dla członków naszej roganizacji. Tak jak np. tytuł profesora uczelnianego nadaje rektor danej uczelni. Osoba, która posiada tytuł doktora habilitowanego może otrzymać tytuł/stanowisko profesora szkoły wyższej na czas zatrudnienia.

Co czeka Fotoklub RP w roku 2021? W jaki sposób Stowarzyszenie radzi sobie w niełatwym okresie pandemii? 28 kwietnia, a zatem zaledwie kilka dni temu,

odszedł do Wieczności nasz Prezes i Założyciel Mieczysław Cybulski. Czeka nas obecnie niełatwy czas i zmiany. Musimy uporządkować sprawy administracyjne oraz nadgonić miesiące stracone przez pandemię. Nie będzie to łatwie zadanie, ale Klub musi nadal istnieć — takie jest jego powołanie i tego sobie życzył Mieczysław. Pogrążeni w żałobie z odwagą patrzymy w przyszłość. Mieczysław nauczył nas, by nie bać się przeszkód i wyzwań… Jeszcze pytanie ostatnie: co według Pana jest ważne w życiu? Działanie i konstruktywny dialog. [11]


[12]


[13]


[14]

(Foto Marek Tomaszuk)


„Mieciu” — wspomnienie o Mieczysławie Cybulskim (1933–2021) Zdzisław Puchała

Mówi się często, że przyjaźń wymaga wysiłku i pracy, ale jeżeli przyjacielem jest Mieczysław Cybulski, w powiedzeniu tym nie ma krzty prawdy. Przyjaźń z Nim to tak bardzo naturalne i spontaniczne doświadczenie, że właściwie trudno mi uchwycić moment, w którym moja znajomość z Mieciem przerodziła się w przyjaźń. Był bisko, gdy czuł się potrzebny czy pomocny, dawał znać, gdy sam potrzebował wsparcia, nie było tygodnia abyśmy nie mieli ze sobą kontaktu. Można Go było obdarzać pełnym zaufaniem, cieszył się z sukcesów kolegów, rozumiał i wspierał ich w trudniejszych chwilach. Bez wielkich słów, znaczącym uśmiechem, gestem, pomagał uwierzyć w sens podejmowanego wysiłku. Cenił szczerość, otwartość, chęć działania. Mieciu miał też szczególną zdolność dostrzegania możliwości i potencjału drugiego człowieka i (co najważniejsze) potrafił ten potencjał uruchamiać. Nie raz zdarzało się, że pośród gorącej dyskusji o naszej wspólnej pasji, jaką jest fotografowanie, prawie niezauwa-

żalnie przerywał moje teoretyzowanie i mówił: „Zrób to, po prostu to zrób i w praktyce przekonaj się, czy masz rację. Jak trzeba będzie — pomogę”. Tak powstało nasze wspólne dzieło: Sandomierskie Towarzystwo Pasjonatów Fotografii. Mieciu to człowiek czynu. Jeżeli był przekonany o słuszności jakiejś idei, dążył do jej urzeczywistnienia, nawet wtedy, gdy wymagało to podjęcia walki. Sam, z głową pełną pomysłów, planów i zamierzeń, był w ciągłym ruchu, w trakcie tworzenia i zarażał tym innych. W moim postrzeganiu Mieciu to artysta i w życiu, i w sztuce, od niego uczyłem się, jak realizować się w życiu, spełniać swoje marzenia, realizować pasje, nie tracąc przy tym nic z doświadczania uroków tego życia, na co dzień i od święta. Choroba i śmierć zastała go w pełni sił twórczych. W ostatniej rozmowie snuliśmy wspólne plany. Miecio, tak jak ja, wyrażał pogląd, że nie należy dopuszczać, by tradycyjna fotografia — wykonywana na kliszy, wywoływana tradycyjnymi metodami — odeszła w niebyt. Zwykł był mawiać: „Nowoczesne metody są niezbędne, gdy trzeba nacieszyć oko, ubarwić rzeczywistość, ale tam, gdzie trzeba uruchomić wyobraźnię odbiorcy, oddać klimat, potrzebne jest kadrowanie, dobór oświetlenia, czas, cierpliwość i oko”. Niewiele zostało do ukończenia naszego zamierzenia, jakim było otwarcie pracowni twórczej. Ale cóż… Mieczysław, jak prawdziwy mistrz, nakreślił plany, rozdzielił zadania, tylko, że bez Jego wiedzy i doświadczenia, umiejętności pokonywania problemów, bez Jego entuzjazmu, wiary i spokoju, a przede wszystkim bez N i e g o, radość z ukończenia pierwszego etapu realizacji nie będzie dla mnie pełna, bo nie będę mógł dzielić jej z moim przyjacielem i usłyszeć jego: „Dobra robota, Zdzichu, tylko musimy jeszcze…” Postaram się Mieciu. Tylko łatwe to nie będzie… [15]


Stowarzyszenie pomaga swoim członkom w organizowaniu wystaw i wernisaży (Fotografie w tekście pochodzą z archiwum „Pozytywu”)

[16]


Fotografia jest sztuką trudną… Witold Turant

...ale każdy może próbować w niej swoich sił. Zapożyczyłem ten tytuł z ostatniej strony dawnego „Przekroju”, albowiem w dzisiejszych czasach wyrafinowanego sprzętu fotograficznego i aparatów z obiektywami wysokiej klasy w telefonach komórkowych wydawać by się mogło, że nie ma nic łatwiejszego, niż zrobienie dobrego zdjęcia. A jednak ośmielam się zaprzeczyć tej tezie. Owszem, możliwość wykonania fotografii technicznie poprawnej przestała być przywilejem nielicznych, ale droga do poziomu zasługującego na miano sztuki jest jeszcze bardzo długa i wyboista. Tak więc zdjęcie policjanta okładają-

cego pałką młodą kobietę jest z pewnością wstrząsające, ale to jeszcze nie fotografia reportażowa. Bezdomny tulący psa na chodniku na zdjęciu wykonanym przez nas w drodze do sklepu nie całkiem spełnia rolę fotografii społecznej, a urocza sąsiadka utrwalona na dysku naszego aparatu w chwili, gdy wychodzi z wanny, to jeszcze nie akt. Co zatem trzeba uczynić, by nasze działania fotograficzne wzniosły się na poziom sztuki? Hemingway, zapytany co trzeba zrobić, by napisać powieść, odpowiedział, że po pierwsze usiąść na d*pie i pisać. A zatem trzeba fotografować i raz jeszcze fotografować. I mieć świadomość, iż jesteśmy na pierwszym szczeblu bardzo wysokiej drabiny. O fotografii trzeba rozmawiać, dyskutować, odkrywać konteksty, dzielić się doświadczeniem i — last but not least — uczyć się od najlepszych. Nic zatem dziwnego, że pasjonaci łączą się w grupy i stowarzyszenia. Taka właśnie potrzeba wspólnoty i spotykania się, choćby jedynie na gruncie towarzyskim, była matką chrzestną Stowarzyszenia Fotograficznego „Pozytyw”. Stowarzyszenie powstało w  pewnym sensie jako nawiązanie do tradycji Gliwickiego Towarzystwa Fotograficznego, które skupiało takie znakomitości, jak: Zofia Rydet, Jerzy Lewczyński, Bogdan Kułakowski, i gdzie szlifowali swój talent Jerzy Gaś czy Maciej Kaliszan, ale także wielu amatorów i hobbystów. Były to osoby, zajmujące się najróżniejszymi rodzajami fotografii. Bogdan Kułakowski wspomina pana, który zajmował się makrofotografią i z wypiekami na twarzy relacjonował, jak udało mu się uchwycić parę komarów in flagranti. „Pozytyw” działa już niemal od dwudziestu lat, a lista jego statutowych celów jest tak długa, że muszę ograniczyć się jedynie do niektórych najistotniejszych, jak organizowanie wydarzeń fotograficznych, czyli wystaw i festiwali, promowanie twórców fotografii, co przekłada się na wsparcie ich udziału w  imprezach poświęconych fotografii, jak np. Fe[17]


stiwal Fotografii w Rybniku, pomoc w organizowaniu wystaw indywidualnych i zbiorowych, pomoc w publikowaniu dorobku w postaci książek, jak to niedawno miało miejsce w przypadku albumu zdjęć autorstwa Karoliny Sałajczyk. Bardziej doświadczeni członkowie Towarzystwa prowadzą nieodpłatnie warsztaty i szkolenia w domach kultury i innych instytucjach. Ważną formą działania „Pozytywu” są pokazy multimedialne, m.in. typu slide show, również internetowe, co ma znaczenie zwłaszcza w czasach ograniczeń narzuconych przez pandemię. Wewnętrzne relacje członków stowarzyszenia są mniej formalne i bardzo często sprowadzają się do uczestnictwa w plenerach, wspólnych wypraw do ciekawych krajobrazowo miejsc, jak Jura Krakowsko-Częstochowska, czy spotkań wyłącznie towarzyskich, gdzie nie używa się aparatów, natomiast nieodmiennie powracającym tematem rozmów i dyskusji jest fotografia. Początek istnieniu „Pozytywu” dały przemyślenia dwu wybitnych fotografów i pedagogów: Marcina Liberskiego i nieżyjącego już Witolda Cichockiego, którzy prowadzili szkołę fotografii. Często zapraszali do współpracy Bogdana Kułakowskiego, z którym pewnego dnia podzielili się ideą stworzenia takiego stowarzyszenia. Bogdan, który akurat po wieloletniej współpracy z redakcjami i agencjami przeszedł na emeryturę, ideę tę podchwycił i zaproponował niezwykle interesującego fotografa, choć nie zawodowca, Tomasza Zdulskiego, który do dziś prezesuje Stowarzyszeniu. Zdulski uczestniczył w wielu prestiżowych wystawach. Warto tu wspomnieć, że ma on na swoim koncie wspaniałą serię zdjęć ukazujących surowe piękno gór Alaski oraz wstrząsający i pełen empatii fotokast z domu opieki społecznej. Nie tylko jednak artyzm jego zdjęć zadecydował o prezesurze; jest znakomitym organiztorem i administratorem. Następnie zaczęli pojawiać się kolejni członkiwie, hobbyści, poważni adep[18]

ci sztuki fotograficznej, jak też utytułowani zawodowcy, jak Piotr Jaxa-Kwiatkowski, fotograf i operator filmowy, współpracownik wielu wybitnych reżyserów, m.in. Krzysztofa Kieślowskiego, członek Szwajcarskiej Akademii Filmowej. Członkiem honorowym Stowarzyszenia jest Stanisław Jakubowski, jeden z najwybitniejszych polskich fotoreporterów, laureat wielu nagród i wyróżnień międzynarodowych, m.in. World Press Photo. Oto jak początki Stowarzyszenia wspomina Marcin Liberski: „Mógłbym powiedzieć, że takim pierwszym impulsem była nuda, ale to oczywiście żart. Było to już dość dawno temu. Miałem wtedy sporo wolnego czasu i chciałem zrobić coś, co wykraczałoby poza kursy fotograficzne, które prowadziliśmy ze  ś.p.  Witkiem Cichockim w Katowicach. Miała to być taka grupa ludzi, których łączy zamiłowanie do fotografii, a także sympatyczne związki towarzyskie. Było z nami wtedy kilkoro uczestników naszych kursów. Chodziło nam także o to, żeby uwrażliwiać ludzi na to, co w fotografii kryje się za sprawami technicznymi, żeby pokazać im, jak zdjęciami przekazywać pewną opowieść i głębszą refleksję. Cieszyło nas także i to, że możemy w miłej, właśnie takiej pozytywnej atmosferze spotykać się. I tak to trwa od lat. W  tym czasie dołączyło do nas wiele interesujących osób, jak m.in. Piotr Wójtowicz, znakomita portrecistka Natalia Loch czy Karolina Sałajczyk. Obecnie rzadziej się spotykamy, ale pozostajemy w stałym kontakcie i jesteśmy gotowi wspierać się zarówno artystycznie, jak i towarzysko”. „Fotografia daje mi inne spojrzenie na świat. Dla mnie wszyscy ludzie są piękni”. — Mówi Anna Gozdek. — „Staram się tak ich fotografować, żeby każdy był piękniejszą wersją samego siebie. W każdym człowieku widzę coś pięknego i interesującego i chciałabym, żeby ten człowiek też to dostrzegł. Z  wykształcenia jestem fotografem, ale nie pracuję w swoim zawodzie i nigdy jako foto-


Czonkowie „Pozytywu” razem wieszają wystawy

Wernisaż fotografii Natalii Loch

[19]


graf nie pracowałam. Wykonuję zawód informatyka, ale fotografia jest moją pasją i w stowarzyszeniu mogę się jako fotograf realizować. Moich przyjaciół z «Pozytywu» poznałam podczas kursów prowadzonych przez Marcina Liberskiego i Witolda Cichockiego i nauki w Technikum Fotograficznym. Bardzo się zaprzyjaźniliśmy i dzięki stowarzyszeniu ta znajomość nadal trwa”. Marek Janicki, autor wstrząsających zdjęć pacyfikacji kopalni „Wujek”, jest żywym przykładem na to, że odległość nie stanowi przeszkody dla uczestników przedsięwzięć stowarzyszenia (mieszka bowiem w Jeleniej Górze). Można powiedzieć więcej: dzięki niemu istnieje możliwość wymiany doświadczeń pomiędzy „Pozytywem” a Jeleniogórskim Towarzystwem Fotograficznym. Marek mówi: „«Pozytyw» działa na Śląsku i jest nastawiony na fotografię społeczną oraz reportażową. Ma w tej dziedzinie spore doświadczenia i  osiągnięcia. My tutaj, z uwagi na charakter regionu, nastawieni jesteśmy bardziej na pejzaż. Uważałem, że nasza współpraca i wymiana doświadczeń może dać bardzo dobre efekty. Nasze kontakty zaczęły się właśnie od reportażu z kopalni „Wujek”. Kiedy już mogłem przyznać się do autorstwa tych zdjęć, zaproszono mnie do „Pozytywu”. Łączy nas poszukiwanie w fotografii głębszych znaczeń, ukrytego sensu, prawdziwej opowieści. Poza tym, nie ukrywam, że podoba mi się niezwykle sympatyczna atmosfera, jaką tworzą niezwykli ludzie w śląskim stowarzyszeniu. Ano właśnie; sympatyczna atmosfera to jest coś, co dziś wydaje się szczególnie atrakcyjne. Nie tylko wydaje się, ale jest — konkurujemy ze sobą, zabiegamy o czyjeś względy, stajemy się zawistni o osiągnięcia i rzadko się zdarza, by można było się spotkać, zwłaszcza na gruncie tej samej dziedziny działalności, bez poczucia konieczności konkurowania, bez negatywnych uczuć spowodowanych przez cudze osiągnięcia. „Pozytyw” pokazuje, że można. Jak to osiągnąć? Pewien prak[20]

tyk rewolucji społecznej w przypływie dobrego humoru stwierdził, że kadry decydują o wszystkim. Przekładając to na bardziej ludzki język, chodzi o to, że wszystko zależy od ludzi. Do tego tematu jeszcze powrócimy, a na razie oddajmy głos kolejnej osobie, która nie tylko usatysfakcjonowana jest atmosferą i charakterem kontaktów w stowarzyszeniu, ale niewątpliwie ma wpływ na ich jakość. Natalia Loch specjalizuje się w fotografii portretowej. Na moje pytanie, czy woli fotografować mężczyzn czy kobiety, odpowiada: „Kobiety łatwiej otwierają się przed obiektywem, łatwiej okazują swoje emocje. Zajęłam się fotografią portretową, ponieważ interesuje mnie, mówiąc najogólniej, ludzka twarz, mimika, sposób wyrażania uczuć. Staram się, by twarze, które fotografuję, wyrażały autentyczne emocje. Staram się zatrzymać te emocje w obiektywie mojego aparatu. Uczestnicząc w działalności „Pozytywu” chcę podzielić się swoją pasją, a także nauczyć się czegoś nowego od moich kolegów. Nie tylko znalazłam się w towarzystwie znakomitych fotografów, ale także natrafiłam na świetne koleżanki i kolegów, tworzących przyjacielską grupę, w której stosunki są niemal rodzinne”. Dodam jeszcze, że pani Natalia sama przygotowuje swoje modelki do zdjęć, począwszy od dobrania dla nich nakryć głowy, poprzez fryzury i makijaż, na stylistyce skończywszy. Natomiast Karolina Sałajczyk jest muzykiem, pianistką. Fotografia, mimo że prace pani Karoliny osiągnęły wysoki poziom artystyczny, jest jej drugą pasją, jak sama mówi, uzupełnieniem wrażliwości muzycznej. „W  moim odczuciu, zarówno muzyka, jak i fotografia są artystyczną formą wypowiedzi człowieka (niekoniecznie Artysty)”. — Mówi pianistka. — „Obie dziedziny są jak język, którym możemy się posłużyć do wyrażania swoich uczuć i emocji oraz opisywania otaczającego nas świata. Dla mnie, muzyka jest medium wpływającym bardziej na


Piotr Jaxa-Kwiatkowski podczas spotkania w Kazimierzu

sferę emocjonalną, natomiast fotografia pobudzającą sferę intelektualną, co oczywiście nie wyklucza również wpływu na wrażenia emocjonalne”. Jak już wspominałem, do stowarzyszenia należą także profesjonaliści najwyższej klasy, jak Piotr Jaxa-Kwiatkowski. Zapytałem Piotra czy świadomość obcowania z mistrzami obiektywu nie onieśmiela w jakiś sposób pozostałych członków stowarzyszenia, zwłaszcza początkujących fotografów. „Nie sądzę, żeby tak było. Dla mnie jest to możliwość dzielenia się tym, co mam. Jestem w tej grupie zawodowym fotografem i chciałbym pozostałych zainspirować do nowych poszukiwań, aby nie ograniczali się do powtarzania tego, co już było. Wiem, że dla nich fotografia to tylko dodatkowa działalność. Chciałbym przekazać im coś z moich doświadczeń, ale niekoniecznie namawiać ich do pójścia w moje ślady, bo to także kwestia sprzętu, sposobu patrzenia... Dotychczas brałem

udział dopiero w jednym spotkaniu w Kazimierzu, ale wspominam je jako niezwykle udane i sympatyczne, i sądzę, że należy to kontynuować”. Przez wszystkie moje rozmowy przewijał się wątek wspaniałej atmosfery, przyjacielskiego podejścia, pozytywnego stosunku do siebie i swojej pasji. Można się zastanawiać nad przyczyną takiego stanu rzeczy, ale sądzę, że nawet jeśli jest ich kilka, to najważniejszą, co zresztą podkreślał w naszych rozmowach Bogdan Kułakowski, jest zdrowy, nieco zdystansowany stosunek do rzeczywistości (kto zna Bogdana, ten nie będzie zaskoczony) oraz właściwa ocena ludzkich charakterów, co w praktyce wyraża się tym, iż do Stowarzyszenia „Pozytyw” nie można się zapisać; można jedynie zostać zaproszonym. Tu nie ma formalnych procedur, okresów aplikacji i temu podobnych. To działa tak, jak nawiązywanie przyjaźni: albo kogoś zapraszamy, albo nie. Tylko tyle i aż tyle. [21]


[22]


Łowcy Talentów Grażyna i Marek Gubałowie Celem naszego cyklu jest odkrywanie ukrytych talentów oraz promowanie ich twórczości. Są to zazwyczaj ludzie skromni, ale obdarzeni wielką pasją, którzy — mimo, że nie nazywają siebie artystami — tworzą dzieła aspirujące do miana wybitnych. Chcielibyśmy, aby poprzez publikację w  naszym Magazynie ich twórczość dotarła do jak największej liczby odbiorców. Wasze wrażenia i opinie ślijcie na adres: magazyn@mgfoto.pl. Przekażemy je Autorom, a najciekawsze opublikujemy na łamach czasopisma.

Ingrida Urbonaviciene: Cześć! Jestem malarką i fotografem z Litwy. Jeśli chodzi o sztukę, to ukończyłam szkołę artystyczną i  obecnie uczę się w klasie mistrzowskiej u fotografki Annie Leibovitz. Stworzyłam sportowe logo dla brytyjskiej szkoły, za które otrzymałam nagrodę. Najbardziej lubię portrety ludzi. Do ich tworzenia wykorzystuję wiedzę z malarstwa i psychologii. Niezmiernie się cieszę, że mogę swobodnie tworzyć i  dzielić się moimi pracami z Wami! Ingrida Urbonaviciene: Hello! I am a painter, a photographer from Lithuania. As far as the arts are concerned, I have graduated from art school and am currently studying Masster class with photographer Annie Leibovitz. I have created a sports logo for a British school. I like to take portraits of people the most. I turn to painting and psychology to create portraits. I am extremely happy to be able to create freely and touch my work with you! [23]


[24]


[25]


[26]


[27]


[28]


[29]


Aneta Więcek-Zabłotna, Zamiana miejsc

[30]


Empatia

Agnieszka Antosiewicz-Mas Greckie słowo „empátheia” oznacza: „cierpienie”. Sformułowanie to w psychologii odnosi się do zdolności zauważania i współodczuwania stanów emocjonalnych innych ludzi, lecz można też rozszerzyć ten termin na „współodczuwanie świata”. Umiejętność postawienia się w sytuacji odmiennej od naszej lub przyjęcia innego sposobu myślenia jest ważna w kontekście interakcji społecznych. Jedną z istotnych cech fotografii Anety Więcek-Zabłotnej jest podejmowanie tematów ważnych społecznie i tworzenie sytuacji artystycznych, w których wizualnie ciekawie skonstruowany obraz stanowi komentarz do żywotnych problemów współczesnego świata. W cyklu Zmiana miejsc autorka proponuje odwrócony punkt widzenia i usytuowanie odbiorcy w mniej wygodnej pozycji. Autorka

wciela się w przeróżne role, będące wyrazem pozycji ofiary. Może to być zarówno perspektywa klatki dla zwierząt lub dusznego akwarium dla ryb, jak i kobiety poddanej patriarchatowi mężyczny bądź Kościoła. Te z pozoru różne wcielenia są próbą przetransformowania odczuwania u widza, zwrócenia uwagi na pozycję, jaką człowiek próbuje sobie rościć w stosunku do świata natury, którego przecież jest częścią. Rzeczywistość karmi nas pozorami, stawia ludzkość ponad wszystkim, a po spotkaniu z fotografiami z cyklu Zmiana miejsc w umyśle odbiorcy utarty schemat myślenia zostaje brutalnie przerwany. Cechą fotografii Anety Więcek-Zabłotnej jest uniwersalność przekazu oraz wielość interpretacji, która zdaje się być istotnym punktem wyjścia do refleksji i szukania odpowiedzi. Minimalizm formalny obrazu i wyraz plastyczny fotografii powodują, że wypowiedzi autorki są niezwykle czytelne i mocne oraz pozwalają odbiorcy poszukiwać własnych odniesień.

[31]


[32]


[33]


Paweł Horąży

[34]


Fotografia jest fajna! Rozmowa z Pawłem Horążym

Marcin Kania: Jest Pan fotografem oraz popularyzatorem fotografii. Kiedy i w jakich okolicznościach zainteresował się Pan tą formą twórczego wyrazu? Paweł Horąży: Moja przygoda z fotografią rozpoczęła się jeszcze w szkole podstawowej. Ojciec, gdy zobaczył, że „garnę się” do aparatu, wysłał mnie na kółko fotograficzne. Za pierwszą pensję kupiłem swój własny aparat fotograficzny — Zenita TTL, z którym przez następne lata nie rozstawałem się. W sumie to przez całe życie jakiś aparat stale mi towarzyszy. Zmieniają się ich modele, ale miłość do fotografii pozostaje ta sama. Czy miał Pan swoich nauczycieli, przewodników po świecie obrazów? Kim byli? Edward Hartwig, Ryszard Horowitz, Ansel Adams — trzech fotografów, trzy różne poetyki… Zwłaszcza Horowitz przez wiele lat był dla mnie niedoścignionym wzorcem. Marzyłem by w i d z i e ć jak On i by moja wyobraźnia była w stanie w y k r e o w a ć rze-

czy, których nie ma, a które można stworzyć z niczego. To dzięki Niemu rozpocząłem studia na kierunku: grafika komputerowa na Politechnice Warszawskiej. Nigdy ich nie skończyłem, ale miłość do tworzenia obrazów pozostała we mnie. Ansel Adams natomiast — ten perfekcjonista światła i pejzażu, mistrz tradycyjnej obróbki ciemniowej — cały czas nadaje kierunek mojemu fotografowaniu krajobrazów. Oczywiście było jeszcze wielu fotografów, od których czerpałem i nadal czerpię wiedzę i inspiracje, ale ci wymienieni są najważniejsi. Pana program na kanale YouTube pt. Fotografia jest Fajna śledzi bardzo duża liczba Internautów. Z pisemnych opinii wnioskuję, że cieszy się ich akceptacją. Co skłoniło Pana do stworzenia tego cyklu? W roku 2018 współorganizowałem warsztaty fotograficzne dofinansowane ze środków Ministerstwa Kultury. Projekt nosił tytuł: Fotografia jest Fajna. Już pod koniec jego realizacji Dorota Milerowicz, z którą wspólnie tworzymy kanał na YouTube, stwierdziła, że szkoda tak dobrej nazwy i że musimy ją wykorzystać do większego projektu. Właśnie wtedy zaproponowałem założenie kanału na YouTube pod nazwą Fotografia jest Fajna. I jakoś poszło! Pozostaję pod wrażeniem dyscypliny merytorycznej Pana wypowiedzi. Jak długo przygotowuje się Pan do nagrania każdego odcinka? [35]


To zależy. Czasem pomysł „chodzi” mi pogłowie kilka miesięcy, a czasem ustalimy jakiś temat i następnego dnia go nagrywam. Jeden film to przeważnie dwa lub trzy dni pracy. Zaczyna się od wybrania tematu, następnie trzeba zebrać zdjęcia, czasem poszukać konkretnych informacji, sprawdzić, czy to, co wypowiem, jest zgodne z prawdą (każdy ma prawo się pomylić!), następnie musimy dokonać wyboru miejsca nagrania i samego nagrania. Czasem pójdzie szybko, czasem jednak nie jestem zadowolony z efektu finalnego i trzeba wykonać całą pracę od nowa. Dzięki wsparciu Patronów kupiłem lepszy sprzęt i teraz mam dużo mniej technicznych „wpadek” (dla widza są one niewidoczne, ale dla mnie tak) oraz oszczędzam czas na postprodukcji. Później trzeba jeszcze zmontować materiał, niekiedy wstawić jakąś animację, jakieś zdjęcie lub rysunek poglądowy, co zajmuje kolejnych kilka godzin. Później pozostaje już tylko optymalizacja filmu zgodnie z wymaganiami YouTube i gotowe. [36]

Fotografia jest fajna! — to wiemy. A promowanie jej? Czy przynosi satysfakcję porównywalną z samymi poszukiwaniami artystycznymi? Bez promocji nie da się wystartować. Można robić świetne zdjęcia, nagrywać rewelacyjne filmy i zginąć w oceanie Internetu. Ja od dawna mam zwyczaj planowania tego, co będę robił za pięć czy dziesięć lat. Tworząc zatem kanał na YouTube w takich kategoriach trzeba myśleć. Pierwsze wyniki przyjdą po roku i będą mizerne, ale jeśli mój cel ma zostać osiągnięty np. za trzy lata, to mnie one nie zrażają. Nie zraziło mnie to, że po roku pracy przychód z YouTube wyniósł 100  zł miesięcznie brutto, bez policzenia kosztów. Mój cel istnieje dalej. Ja wyznaczyłem sobie konkretne zadanie: w ciągu trzech lat stworzyć na YouTube najpopularniejszy kanał o  fotografii w języku polskim. Pierwszy film ukazał się 29 listopada 2018 roku, w kwietniu 2020 r. w statystykach oglą-


dalności osiągnąłem pierwsze miejsce — na chwilę, ale od października 2020 co miesiąc kanał Fotografia jest Fajna lokuje się na pierwszym miejscu oglądalności. Czuję satysfakcję, gdy na pytanie: „Co robisz?” mogę odpowiedzieć znajomemu (tak od niechcenia): „Prowadzę najpopularniejszy kanał o fotografii w języku polskim na YouTube!” Jak, według Pana, mądrze promować wiedzę o fotografii, zwłaszcza współcześnie, w dobie hyde parku zwanego Internetem? Trudne pytanie, nie jestem bowiem specjalistą od promocji. Jestem fotografem, który lubi fotografię i lubi uczyć. Co roku powstaje kilka kanałów o fotografii, niektóre świetnie nagrane, profesjonalnie zmontowane i udźwiękowione, które jednak po kilku odcinkach znikają. Ich autorzy nie dają rady utrzymać dyscypliny filmów z jednoczesnym wysokim poziomem nagrań. Przekonują się, że YouTube to nie są pieniądze, które leżą na ziemi i wy-

starczy się po nie schylić. YouTube to praca, ciężka praca! Musisz samodzielnie wymyślić temat, stworzyć aranżację, nagrać i zmontować materiał. Mnie jest łatwiej, bo mam pomoc. Ja jestem „twarzą” kanału, ale wsparcie Doroty, zwłaszcza w aspekcie najtrudniejszym, czyli ustalaniu tematów filmów, jest bezcenne. Nam się udało, mamy wierną publiczność, jakieś przychody i dużą satysfakcję. Dlaczego? Nie wiem, ale to nie kwestia promocji. Znam kanały, które mają dużo lepszą promocję, a mimo to mniejszą oglądalność. Opowiada Pan o fotografii cyfrowej, ale też o analogowej. W jakich okolicznościach sięga Pan po fotografię tradycyjną? Wychodząc z domu na zdjęcia, które robię dla własnej przyjemności, zabieram plecak fotograficzny, a w nim, obok cyfrowego korpusu, obiektywów, drugiego korpusu do nagrywania filmów i wykonywania timelapsów, jest miejsce na tradycyjny aparat na film. Zabie[37]


[38]


ram go, bo lubię ten dreszczyk niepewności, który towarzyszy naciskaniu spustu migawki aparatu, w którym znajduje się celuloidowy negatyw. Nie da się sprawdzić na wyświetlaczu, czy wszystko ustawiłem dobrze i czy zdjęcie zostało wykonane prawidłowo. Tu muszę zaufać sobie i albo wszystko zrobiłem dobrze, albo chwila, którą chciałem zapisać na filmie, przepadła bezpowrotnie. Nie ma jej i nie powtórzy się już. Naciskanie spustu aparatu analogowego to jest właśnie ten moment, w  którym można poczuć magię fotografii. Zauważyłem, że bardzo chętnie zabiera Pan aparat fotograficzny w plener… Czy fotografia przyrodnicza/krajobrazowa to jedyny rodzaj fotografii, którą Pan uprawia? Kiedyś fotografowałem ludzi. Nawet mówiłem o sobie, że jestem portrecistą. Przyszedł jednak moment przesilenia i zachciało mi się wszystko rzucić, wszystko zmienić, zacząć fotografować coś innego. W fotografii jest fajne to, że wystarczy zmienić temat, aby od niej odpocząć; nie trzeba jej porzucać dla np. wędkarstwa, czy górskich wspinaczek. Po portretach zainteresowałem się fotografią architektury, później były fotomontaże, zdjęcia makro, a w 2000 roku wstąpiłem (za namową Doroty) do Polskiego Związku Fotografów Przyrody, którego członkiem jestem do chwili obecnej. To był czas, w którym spróbowałem fotografii krajobrazowej. Ten rodzaj obrazowania jest niedoceniany. Wydaje się prostym zajęciem, ale im bardziej się w nią człowiek angażuje, to okazuje się, że wymaga dużej wiedzy o świetle, kompozycji, estetyce. Później uczyłem się fotografii studyjnej, którą bardzo lubię (zwłaszcza martwe natury), ale która jest bardzo czasochłonna. W pewnym momencie doszła fotografia gwiazd. Dziś w  mojej twórczości dominuje miks krajobrazu, makro, gwiazd, fotografii miasta oraz studyjnej. Po prostu imam się wszystkiego, co jest związane z fotografią.

Ostatnie pytanie: co według Pana jest w życiu ważne? Miłość, pasja oraz szansa, aby robić to, co się lubi. Ważniejsza od pieniędzy jest satysfakcja z wykonanej pracy. [39]


Marcin Kania (na stronie 1 okładki: Wędrowiec u kresu)

[40]


Słowa i obrazy

Rozmowa z dr. Marcinem Kanią Sylwia Kępa: Dlaczego dopiero teraz zdecydowałeś się na naszą rozmowę? Marcin Kania: Dziesięć opublikowanych numerów „mgFoto Magazynu”, czyli 600 zredagowanych i opracowanych graficznie stron to dorobek, który pozwala mi zabrać głos na temat czasopisma. Podczas prac nad pierwszym zeszytem towarzyszyły nam przede wszystkim emocje, po wydaniu numeru piątego poczułem, że przedsięwzięcie powoli stabilizuje się merytorycznie i formalnie, a po ukazaniu się kolejnych pięciu numerów zrozumiałem, że „mgFoto Magazyn” wpisał się w działalność Myślenickiej Grupy Fotograficznej oraz zyskał grono stałych autorów i  czytelników  — w kraju oraz na Świecie (dzięki obecności na portalu ISSUU). Nade wszystko zaś  zyskał własną h i s t o r i ę, która zobowiązuje redaktora naczelnego oraz redakcję do jeszcze bardziej wytężonej pracy, zarówno nad zachowaniem wypracowanych ram formalnych, jak i nad nieustannym aktualizowaniem formuły kwartalnika… Kiedy i w jakich okolicznosciach zaczęła się Twoja działalność na niwie wydawniczej? Trzy dekady temu. Już jako uczeń Szkoły Podstawowej nr  33 im. Stefana Batorego w  Krakowie wydawałem gazetkę klasową. Makieta powstawała w warunkach całkowicie „analogowych” — przy użyciu pożyczonej maszyny do pisania, kalek, długopisów, pisaków, nożyczek, zszywacza oraz białego, upiornie brudzącego korektora z  pędzelkiem (wcześniej błędy na czystopisie usuwało się żyletką). Całość powielaliśmy w punktach ksero, które w latach 90. ubiegłego wieku przeżywały okres prosperity. Pamiętam, jak do jednego z  nich, zlokalizowanego przy Placu Inwalidów (czyli we-

dług dawnej nomenklatury Placu Wolności), musiałem stać w kolejce aż na ulicy. Ale to działało mobilizująco! Mobilizująco działało na mnie także „stukanie” na maszynie do pisania Erika 50/60 z lat 70. ubiegłego wieku. Dostałem ją od Rodziców po wygraniu konkursu literackiego na legendę o Krakowie (napisałem wówczas opowiadanie pt. Dwa księżyce). Jako laureat poszedłem z Tatą do komisu, zlokalizowanego wówczas u zbiegu ulic Karmelickiej i Rajskiej, gdzie wybraliśmy to białe, nieduże urządzenie biurowe. Na tej maszynie w kolejnych latach „wytłukłem” sporo utworów prozą i wierszem, w tym kolejne nagrodzone opowiadanie pt. Operator. Co było dalej? Po ukończeniu Szkoły Podstawowej zostałem uczniem Zespołu Szkół Poligraficzno-Księgarskich w Krakowie (nadmienię, że rozpoczynałem naukę w zabytkowym budynku przy ul. Podwale 2, skąd następnie przeniesiono nas do Nowej Huty). Szkoła księgarska to był świadomy wybór — kochałem literaturę (piękną i popularną), interesowałem się filmem oraz sztukami plastycznymi. W nowym miejscu znalazłem doskonały grunt, aby zaspokoić te fascynacje oraz nabyć wiedzę z zakresu produkcji oraz sprzedaży książek. Wtedy też zetknąłem się po raz pierwszy z typografią, czyli — jak pisał Jan Kuglin — „techniką graficzną uprawianą przy pomocy czcionki”1. Poznałem podstawy księgarstwa i  drukarstwa, zdążyłem ponadto zapoznać się z odchodzącym wówczas do lamusa składem tradycyjnym (ręcznym i maszynowym), a także podejrzeć raczkujący skład komputerowy i pierwsze edytory tekstu (sam sporo pisałem w programie TAG). Prowadzone na bardzo wysokim poziomie zajęcia z języka polskiego oraz historii przygotowały mnie natomiast do studiów polonistycznych na Akademii Pedagogicznej. 1 

J. Kuglin, Poligrafia książki, Wrocław 1964, s. 86.

[41]


Czyli zapragnąłeś zostać nauczycielem języka polskiego… Tak, ale nim nie zostałem. Jesienią 2004 r., jako słuchacz piątego roku studiów, związałem się z uczelnianym kwartalnikiem „Konspekt”, najpierw na umowę zlecenie, później zaś jako etatatowy pracownik. Zadecydował o tym przypadek. Bartosz Ochoński, również student polonistyki oraz wydawca znakomitego artzinu „Furioso”, poinformował mnie, że dr  Stanisław Skórka — nowy redaktor naczelny kwartalnika — szuka pomocników. Poszliśmy na rozmowę i  w  taki sposób na kolejne trzynaście lat związałem się z  pokojem numer  7p, znajdującym się w tzw. przyziemiu (stąd owo „pe”) budynku przy ul.  Podchorążych 2. To były wspaniałe lata. Praca w „Konspekcie”, a nade wszystko kontakt z  wybitnymi naukowcami i  artystami  — pracownikami naszego Uniwersytetu — była dla mnie prawdziwą szkołą życia oraz sposobem na uzupełnienie wiadomości z wielu dziedzin nauki. W  grudniu 2009 r. zostałem redaktorem naczelnym pisma. Przez następne lata co trzy miesiące prezentowałem czytelnikom nowe wiadomości z dziedziny nauki, kultury i sztuki. Projektowałem też numery tematycznie; w ten sposób powstały zeszyty: „filozoficzny”, „polonistyczny”, „historyczny”, „bibliotekoznawczy”, „biologiczny”, a  nawet jeden „fotograficzny”, którego gościem specjalnym został Stanisław Markowski. Prowadziłem także stronę pisma w  mediach społecznościowych, wspomagałem merytorycznie studenckie Radio „Spektrum” oraz pismo Samorządu Studenckiego „Studens Scribit”. W redakcji odbywały się praktyki przyszłych edytorów i dziennikarzy… A po godzinach opracowywałem doktorat. Kiedy zatem miałeś czas zajmować się fotografią? Właśnie w „Konspekcie”. Pismo, aby było atrakcyjne, nieustannie potrzebowało ma[42]

teriałów ilustracyjnych. Nie ma nic gorszego niż periodyk zapełniony samym tekstem, choćby nawet tym najwyższej próby. Zacząłem zatem fotografować. Pojawiałem się na uroczystościach uczelnianych, konferencjach naukowych, spotkaniach okolicznościowych, portretowałem rozmówców i autorów. Uważnie jednak przyglądałem się zdjęciom swojego autorstwa. Byłem z nich jednak b a r d z o niezadowolony. Zacząłem w Internecie szukać wiedzy z zakresu fotografii, podpatrywać mistrzów, inwestować w sprzęt oraz literaturę fachową. Każdą wolną chwilę poświęcałem na ćwiczenia. Przełomem mentalnym stał się dla mnie wspaniały wywiad z Tadeuszem Rolkem, opublikowany na łamach portalu Szeroki Kadr. Obejrzałem ten materiał kilkanaście, jeśli nie kilkadzisiąt razy. Zrozumiałem wówczas, że fotografii należy się uczyć, należy ją poznawać, ale trzeba też o  niej umieć opowiadać, aby następował transfer wiedzy między pokoleniami. Stąd też w każdym numerze „mgFoto Magazynu” obecny jest wywiad, czasem nawet kilka. Naszymi rozmówcami byli dotychczas m.in. Tadeusz Rolke, Tomasz Sikora, Tomasz Tomaszewski, panowie Plewińscy, Chris Niedenthal, Wacław Wantuch, Piotr Jaxa-Kwiatkowski, a zatem fotografowie cenieni w Polsce i poza jej granicami. Ich doświadczenie, przemyślenia oraz spostrzeżenia stanowią dla wielu czytelników asumpt do podnoszenia kompetencji oraz temat do dysput. Mam też nadzieję, że za kilkadziesiąt lat lub dekad wypowiedzi te posłużą dziejopisom do uzupełnienia w annałach hasła: fotografia polska początku XXI stulecia. Jak doszło do założenia czasopisma fotograficznego? Po likwidacji „Konspektu” w grudniu 2017  r. czułem rozżalenie, rozczarowanie oraz niedosyt pracy wydawniczej. Miałem jednak czas, aby skupić się wyłącznie na fotografii. Od marca następnego roku zacząłem pojawiać się


[bez tytułu] II miejsce w konkursie Lubelskiego Towarzystwa Fotograficznego, październik 2018 r.

[43]


Mat czasowi z cyklu Wariacje szachowe

na spotkaniach Myślenieckiej Grupy Fotograficznej. Uczestniczyłem w wernisażach, warsztatach, dyskusjach (pierwszą z wystaw był Caravaggio wielokrotnie Krzysia Ciszewskiego). 24 września 2018 r. w klubie studenckim UP „Bakałarz” udało mi się zorganizować ekspozycję fotografii członków mgFoto pt. Być człowiekiem. Jej kuratorem została Prorektor ds. Studenckich prof. Katarzyna Potyrała. Przebywając wśród niezwykle kreatywnych ludzi pomysł stworzenia czasopisma zrodził się właściwie sam. Na rynku wydawniczym jest wiele inte[44]

resujących periodyków — naukowych, jak np. znakomity „Dagerotyp”, oraz popularyzatorskich, jak m.in. miesięcznik „Digital Camera”. Ja chciałem stworzyć czasopismo popularnonaukowe, które wypełniałoby oświeceniową maksymę: docere et delectare i docierało do jak najbardziej zróżnicowanego grona odbiorców. A także takie, które stałoby się miejscem wymiany poglądów pomiędzy licznymi stowarzyszeniami fotograficznymi w  Polsce. Tytułem, w  którym instytucje te mogłyby prezentować swoją bieżącą działalność i plany na przyszłość.


Obywatel pod lupą z cyklu Wariacje szachowe

I udało się!

Szata graficzna to Twój projekt?

Na razie wydaliśmy jedynasty numer. Wszystkie są dostepne w Internecie na platformie ISSUU, całkowicie za darmo. Niestety, nie pozyskaliśmy środków na drukowanie choćby sygnalnej liczby egzemplarzy. Dobrego pisma artystycznego nie da się powielić na ksero za złotówkę. Takie przedsięwzięcie wymaga nakładu czasu, pracy oraz pieniędzy. Niestety, sytuację w ich pozyskiwaniu skomplikowało pojawienie się pandemii.

Tak. Od roku 2007 projektuję publikacje książkowe, byłem też wykładowcą edytorstwa oraz nauczycielem przedmiotów zawodowych w moim byłym technikum. Umiejętności w zakresie DTP szlifowałem pod okiem Tomasza Zacharskiego z Domu Wydawnictw Naukowych oraz Ewy Bednarskiej-Gryniewicz — redaktor związanej z Instytutem Języka Polskiego Polskiej Akademii Nauk. Składu uczyłem się na programach: Corel Ventura [45]


W stronę Słońca

[46]


(1 i  10) oraz InDesign CS1 i CS2, a debiutanckie okładki przygotowywałem jeszcze w  aplikacji Corel Draw 5.0. Już wówczas fascynował mnie związek pomiędzy słowem a  obrazem. Z uwagą śledziłem napięcia, powiązania oraz kontrasty pomiędzy tymi formami przekazu. Jako DTP-owiec miałem kontakt z  fotografami. Spędzałem z nimi czas nad makietami publikacji. To były bardzo konstruktywne rozmowy. Z wielkim zainteresowaniem śledziłem też działalność mistrzów „czarnej sztuki”. Napisałem m.in. artykuł o  Jakubie Żegocie-Wywiałkowskim — krakowskim drukarzu-patriocie, który próbował wdrożyć polski słownik pojęć fachowych, interesowały mnie ponadto dzieje i  zastosowanie takich drobiazgów typograficznych, jak np. finaliki czy linia przypisu dolnego2. Jako projektant mam swoje przyzwyczajenia, ale staram się być na bieżąco z trendami w tej dziedzinie. Mistrzowie obiektywu, których cenisz, to… Trudno wymienić wszystkich fotografów, których prace oglądam i podziwiam. Cieszę się, że na łamach „mgFoto Magazynu” możemy pisać o działalności takich tytanów jak: Henryk Rogoziński (zm. 2004), Wiktor Wołkow (zm. 2012), Paweł Pierściński (zm. 2017), Mieczysław Wielomski (zm. 2017). Niestety, nie było mi dane poznać ich osobiście. Mimo to czuję z nimi więź, być może dlatego, że sam fotografuję niemal wyłącznie Polskę i piękno tej ziemi chcę uwieczniać. Z wielkim zaangażowaniem oglądam prace przyjaciół: Lilianny Wolnik, Grażyny i Marka Gubałów oraz Janusza Żołnierczyka. Szczególnie pilnie śledzę działalność artystyczną redakcyjnego kolegi Stanisława Jawora. Stanisław ostatnio zajął się z powodzeniem fotografią kolodio2 

M. Kania, Jakub Żegota Wywiałkowski — krakowski drukarz, uczestnik wydarzeń z roku 1863, „Konspekt” 2013, nr 4, s. 136–140; tenże, Pod kreską. Kilka uwag o linii przypisu dolnego, „Konspekt” 2013, nr 2 (47), s. 86–90.

nową (zbudował w tym celu własny aparat wielkoformatowy), czekam zatem na wystawę jego prac. Jestem pełen uznania dla twórczości i działalności Jolanty Rycerskiej, Katarzyny Łaty, Zbigniewa Podsiadły, Andrzeja Juchniewicza. Cieszę się, że mogłem opublikować wywiady z tymi artystami. Jako redakcja utrzymujemy też kontakt z Muzeum Historii Fotografii w Krakowie. Prowadzisz ze studentami zajęcia z fotografii. Jakie lektury im polecasz? Przyznaję się — jest ich sporo. Za kanon uważam książki: Urszuli Czartoryskiej Przygody plastyczne fotografii (1965), Susan Sontag O fotografii (1977), Rolanda Barthesa Światło obrazu (1980) oraz monografię Anny Potockiej Fotografia (2010). A przecież to tylko wierzchołek tego parnasu, zwanego teorią i historią tej dziedziny. Zaraz za nimi idą następne pozycje, takie jak Oko cyklopa Henryka Latosia, Fotografia i sztuka Alfreda Ligockiego, Wobec fotografów i Wobec fotografii Jerzego Buszy czy Szkoła widzenia Sławomira Magali. Na polskim rynku wydawniczym są obecnie dostępne świetne książki autorów zagranicznych, takich np. jak: Henry Caroll, David DuChemin, François Soulages. W tłumaczeniach celuje Wydawnictwo Universitas, któremu przewodzi dr Andrzej Nowakowski  — fotograf, gość numeru  10 naszego Magazynu. Studentom polecam by śledzili też wywiady publikowane przez Szeroki Kadr, a także cykle: Foto Kawka i Fotografia jest fajna. Zachęcam ich nadto do czytania wywiadów-rzek z fotografami. Sam z przyjemnością poznałem rozmowy z Tadeuszem Rolkem i Tomaszem Sikorą. Wielkie wrażenie wywarł na mnie zbiór wywiadów Jerzego Olka pt. Nie tylko o fotografii. I na koniec: co jest w życiu ważne? Miłość odwzajemniona. Ona potrafi przenosić góry i zawracać nurty rzek. [47]


Obecność (wyróżnienie w konkursie im. H. Rogozińskiego Taki Pejzaż)

[48]


[49]


[50]


Marek Tomaszuk

Czerń i biel Od ponad 40 lat zajmuję się zawodowo fotografią techniczną i naukową. Jestem absolwentem Wyższego Studium Fotografii Narodowego Centrum Kultury, członkiem rzeczywistym Fotoklubu Rzeczpospolitej Polskiej Stowarzyszenia Twórców, członkiem Kapituły Fotoklubu RP, biegłym sądowym z zakresu fotografii i praw autorskich, przewodniczącym sądu Koleżeńskiego w Białostockim Towarzystwie Fotograficznym, konsultantem w zakresie wymiany międzykulturowej na linii Polska– –Białoruś. Współpracuję z Fotoklubem Grodno i tamtejszymi instytucjami kultury. Uczestniczyłem w ponad 100 wystawach indywidualnych i zbiorowych. Obecnie interesuje mnie fotografia w podczerwieni.

[51]


[52]


[53]


[54]


50 lat temu polskie czasopisma fotograficzne donosiły Jan R. Paśko

Czwarty numer „Fotografii” z roku 1971 rozpoczyna się artykułem Urszuli Czartoryskiej pt. Próby zintegrowania fotografii z  plastyką. Autorka zwraca w nim uwagę na dwa problemy: (1) wykorzystanie przez malarzy fotografii jako „matrycy” obrazu oraz (2) „posługiwanie się fotografią nie z powodu jej własnych wartości, ale dlatego, że jest bezosobowym dokumentem, który ma udostępnić widzowi wyobrażenie tych dzieł plastycznych, które są zbyt oddalone lub przemijające”. W  dalszej części tekstu autorka przedstawia poglądy artystów takich jak: Richard Hamilton (który wtapiał fragmenty zdjęć w  kompozycje malarskie), Andy Warhol i Snow. Henryk Latoś w artykule Album policmajstra i polskie „Cartes de visite” przedstawia znajdujący się w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie album zdjęć fotograficznych policmajstra Płatona barona Fredericksa, w  którym oficer ten umieszczał zdjęcia odebrane aresztowanym albo znalezione podczas rewizji lub rekwirowane w zakładach fotograficznych. Album zawiera zdjęcia ludzi i sytuacji związanych z działalnością antycarską od roku 1861. Niestety, zdjęcia te były odrywane od oryginalnych kartoników, przez co trudno ustalić ich autorstwo. Autor poświęca tro-

chę miejsca na opis prac, będących ujęciami grupowymi powstańców. Szczególnie zwraca uwagę na fotografię Msza polowa, o której pisze między innymi: „Może ono być jednym ze zdjęć Walerego Rzewuskiego, wykonanym w obozie powstańczym w Goszczy”. W artykule jest też wspomniany album lwowskiego księdza Zerewicza. W zbiorze tym wiele zdjęć pochodzi z zakładu W. Rzewuskiego, jak np. portret Adama Asnyka. Na zakończenie wymienieni zostali autorzy innych zdjęć zamieszczonych w albumie, co pozwala na ustalenie, jakie zakłady fotograficzne wtedy działały. Jerzy Lewczyński wspomina zmarłego w 1969 r. Członka ZPAF Pawła Trocha. Piszący podkreśla, że zmarły, chociaż był fotografem zawodowym, potrafił tworzyć ujęcia artystyczne. Jego prace były nagradzane na wielu wystawach krajowych i zagranicznych. Z kolei ww poradach technicznych znajduje się informacja o tym, w jakiej kolejności i dlaczego należy rozpuszczać składniki wywoływacze. W majowym numerze „Fotografii” na okładce zamieszczone jest barwne zdjęcie autorstwa Edwarda Hartwiga zatytułowane Ślizgawka. Na uwagę zasługuje artykuł Antoniego Dzieduszyckiego Fotografia nieartystyczna, który zaczyna się słowami: Plener plastyczny „Osieki 70” był widownią ostrej teoretycznej walki, stoczonej o tak podstawowe zagadnienie, jak korelacja między sztuką a rzeczywistością, a raczej [o tendencję do] „roztapiania” sztuki w rzeczywistości.

Autor szerzej omawia dwa wystąpienia Jerzego Ludwińskiego pt. Sztuka w epoce postartystycznej, w których autor postawił między innymi tezy dotyczące: dewaluacji oryginału dzieła, wyeliminowania za sztuki przedmiotu materialnego, powstawania nowych, innych niż dotychczas zapisów dzieła sztuki, skomplikowania relacji artysta–dzieło sztuki– –publiczność, rozpadu struktury dzieła sztuki (zarówno przestrzennej, jak i czasowej). [55]


Na okładce fotografia autorstwa Edwarda Hartwiga

[56]


Drugim omawianym referatem jest wstąpienia Zdzisława Jurkiewicza Sztuka w poszukiwaniu istotnego, w którym autor podkreśla konieczność innego kontaktu sztuki z rzeczywistością, niż miało to miejsce dotychczas. W dalszej części autor omawia działania niektórych artystów, takich jak: A. Warhol, Michael Heizer oraz Christo (tj. Christo Wladimirow Jawaszew), nie zapominając o Polskich twórcach: Natalii Lach-Lachowicz i Zbigniewie Dłubaku. Prace wykonane na tym plenerze eksponowane były na wystawie Sztuki Pojęciowej w Galerii „Pod Moną Lisą”. W  artykule zamieszczono 24 fotografie, wykonane przez Andrzeja Lachowicza. Na uwagę zasługuje także artykuł Felicity Ashbee pt. William Carrick — pionier fotografii w Rosji (tłum. A. Proppe). Autor przedstawia w skrócie życie i działalność fotografa z XIX wieku. Jego najwybitniejszymi pracami stały się zdjęcia prostych ludzi, które nazwał Typy rosyjskie. W 1862  r. car Mikołaj ofiarował twórcy w dowód uznania brylantowy pierścień. Fotograf zmarł w 1878 r. W zakończeniu artykułu autor pisze: Jego ukochana siostra Jessie wyszła za mąż za Anglika i wyjechała z Rosji w 1868 roku. William wysyłał jej prawie wszystkie swoje prace. Dzięki temu wiele z nich zachowało się w Anglii, podczas gdy negatywy i ogromna większość odbitek Williama zaginęły w czasie rewolucji.

Juliusz Garztecki w artykule Potrzeba nowego spojrzenia (napisanym na przykładzie działalności Gorzowskiego Towarzystwa Fotograficznego) dochodzi do wniosku, że jest duża grupa ambitnych fotografujących, których pracę są na wysokim poziomie i „umieszczenie ich wszystkich pod jednym szyldem z napisem «fotoamator» nie odpowiada istniejącemu stanowi faktycznemu”. Z nowinek technicznych warto wspomnieć o perełkach ze „stajni” Hasselblada. Była to obudowa do zdjęć podwodnych o ulepszonej konstrukcji. Modele 500 C i 500 EL miały być

produkowane z wymienną matówką. Ciekawostką jest magazynek, umożliwiający wykonanie 500 zdjęć na trzydziestometrowej błonie 70 mm, perforowanej obustronnie. Dużym udogodnieniem miał być celownik pryzmatyczny ze światłomierzem CdS do lepszego pomiaru oświetlenia. W czerwcowym numerze „Fotografii” Urszula Czartoryska przedstawia artykuł Czego fotografowie poszukują. Zjawisko fotografii poszukującej nie jest obce rodzimym autorom, a  jego początki pisząca ustala na drugą połowę lat 40. XX wieku. W artykule padają takie nazwiska jak: Zbigniew Łagocki, Wojciech Plewiński, Wacław Nowak. W obszernym tekście autorka opisuje i komentuje prace fotografików pokazywane na różnych wystawach. W omawianym numerze znalazła się obszerna polemika Wojciecha Tuszki z Tadeuszem Cyprianem, odnosząca się do recenzji Tuszki, napisanej na temat ostatniego wydania książki Fotografia — technika i technologia. W cyklu „Mały leksykon fotografii” przedstawiona została biografia Adama Lenkiewicza (1888–1941) — fotografika ze Lwowa. Artysta pełnił wiele funkcji, w tym prezesa Lwowskiego Towarzystwa Fotograficznego. W fotografii interesowały go głównie pejzaż i architektura. Interesował się także plastyką, filmem i turystyk. Z jego dorobku zachowało się niewiele prac, a ocalałe rodzina w 1945 r. przewiozła do Krakowa. O roli fotografii w procesie edukacji dowiadujemy się z artykułu Haliny Słominskiej Zakład nowych technik nauczania Politechniki Gdańskiej, w którym autorka przedstawia zakres problemów, którymi zajmowała się wspomniana jednostka. Z rubryki „Wystawy” dowiadujemy się, że w Krakowie, w Domu Kultury „Tamel”, można było oglądać ekspozycję prac współpracowników „Gazety Krakowskiej”, zaś w Klubie Dziennikarza „Pod gruszą” — wystawę prac Edwarda Kamińskiego Na azjatyckim szlaku. [57]


Stanisław Jawor, [bez tytułu], technika mokrego kolodionu

[58]

Profile for mgFoto Magazyn

„mgFoto Magazyn” 2/2021 (11)  

Fotografia jest fajna! Przekonujemy się o tym codziennie, przemierzając z aparatem ulice, ostępy leśnie lub szlaki turystyczne. Przekonuje n...

„mgFoto Magazyn” 2/2021 (11)  

Fotografia jest fajna! Przekonujemy się o tym codziennie, przemierzając z aparatem ulice, ostępy leśnie lub szlaki turystyczne. Przekonuje n...

Advertisement

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded