Page 1

ISSUU ▶ 01 ▶ | 18 | 01 | 2013

OPEN ▶ POLISH MAGAZINE

Fot: Na fotografii Radosław Zapałowski

“(...) artykuły pisane są w koszmarny sposób, ale również ich wartość merytoryczna i intelektualna jest zatrważająco niska. Dodatkowo polskie media w UK przejmują za to najgorsze wzorce „portalozy” i tabloidów, z których zresztą czerpią pełnymi garściami przedrukowując najbardziej bzdurne i absurdalne treści. Reportaż nie istnieje. Publicystyka jest kulawa.

To nie fizyka kwantowa a kryzys!


Fot: Na fotografii Radosław Zapałowski

“(...) artykuły pisane są w koszmarny sposób, ale również ich wartość merytoryczna i intelektualna jest zatrważająco niska. Dodatkowo polskie media w UK przejmują za to najgorsze wzorce „portalozy” i tabloidów, z których zresztą czerpią pełnymi garściami przedrukowując najbardziej bzdurne i absurdalne treści. Reportaż nie istnieje. Publicystyka jest kulawa.

To nie fizyka kwantowa a kryzys! OPEN POLISH MAGAZINE Redaktor Naczelny | Damian Biliński ip.openscotland@gmail.com Tel: 07923378062 Reklama i Marketing | Małgorzata Bilińska mb.openscotland@gmail.com Skład i Grafika | Małgorzata i Damian Bilińscy Wydawca | Interactive Publishing Tel: 07923378062 www.openscotland.pl

Poglądy zawarte w felietonach, opiniach i komentarzach są osobistymi przekonaniami autorów i nie zawsze pokrywają się z poglądami redakcji Open Polish Magazine. Redakcja nie odpowiada za treść ogłoszeń i reklam. Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych i zastrzega sobie prawo do skracania i przeredagowywania tekstów. Publikowanie zamieszczonych tekstów oraz zdjęć bez wyraźnej zgody redakcji jest niezgodne z prawem.

| Str. 20 |

Stawiam na Szkocję Z reguły wyczuwam, że miejsce w którym przebywam ma potencjał, że za chwile coś się wydarzy..., - O Street Photography z Tomaszem Świeściakiem rozmawia Damian Biliński

| Str. 35 |

Wena przywilejem wybrańców A kimże pozostaje artysta pozbawiony natchnienia? Czy pisarz, który utracił pasję tworzenia staje się grafomanem? Felieton Hanny Łąckiej

| Str. 36 |

Katarzyna, erotyk i bajki

„Kiedyś napisałam erotyk, zapisałam go w programie, ale nie zamknęłam; odeszłam dosłownie na chwilę od komputera i mój młodszy syn Radek, przeczytał”. – Z Katarzyną Campbell, rozmawia Damian Biliński

OPEN ► 20 ► WYWIAD OPEN ► 41 ► POEZJA

Rozmowa z Radosławem Wieczorkiem z Londynu, właścicielem firmy budowlanej, „kryminalistą”

OPEN ► 36 ► KULTURA

Czy uciekać z Polski

OPEN ► 35 ► FELIETON

| Str. 08 |

Fot: DAMIAN ŚWIĄTEK

Rozmowa z Arkadiuszem Kotem, inżynierem z Londynu, który woli inwestować na Białorusi niż w ojczyźnie.

Fot: HANNA ŁĄCKA

ISSUU ▶ 01 ▶ | 18 | 01 | 2013

Polska to dziki kraj

Fot: KATARZYNA CAMPBELL

| Str. 05 |

OPEN ▶ POLISH MAGAZINE

Fot: TOMASZ ŚWIEŚCIAK

SPIS TREŚCI ► 02


REKLAMA ► 03

OPEN POLISH MAGAZINE Czytelniku!

Fot: Fotolia

Zapraszamy w każdy piątek!

Zapraszamy w każdy piątek!

Open Polish Magazine to tygodnik ukazujący się tylko i wyłącznie w formie elektronicznej. Tygodnik przeznaczony jest dla osób poszukujących informacji, publicystyki, kultury i rozrywki. Open Polish Magazine to także miejsce na profesjonalną i skuteczną reklamę. Open Polish Magazine to miejsce, a raczej przestrzeń dla ludzi pozytywnie nastawionych, kreatywnych, ale przede wszystkim otwartych na człowieka, rzeczywistość oraz nowe technologie.

Czytelniku! Open Polish Magazine to tygodnik ukazujący się tylko i wyłącznie w formie elektronicznej. Tygodnik przeznaczony jest dla osób poszukujących informacji, publicystyki, kultury i rozrywki. Open Polish Magazine to także miejsce na profesjonalną i skuteczną reklamę. Open Polish Magazine to miejsce, a raczej przestrzeń dla ludzi pozytywnie nastawionych, kreatywnych, ale przede wszystkim otwartych na człowieka, rzeczywistość oraz nowe technologie.


Welcome to... Czytelniku!

Serwis informacyjny Open Scotland.pl, a także biznesowy Open eBusiness.biz oraz tygodnik online Open Polish Magazine to miejsca dla osób poszukujących informacji, publicystyki, kultury i rozrywki. To także miejsca na profesjonalną i skuteczną reklamę. To miejsca, a raczej przestrzeń dla ludzi pozytywnie nastawionych, kreatywnych, ale przede wszystkim otwartych na człowieka, rzeczywistość oraz nowe technologie.

SŁÓW KILKA ► 04

ulubionym zwierzęciem. Można chcieć dużo więcej, bo można, ale niektórym należy przypomnieć, że jeszcze nie tak dawno można było tylko chcieć. Ale polityka jest nudna, przynajmniej do czasu, kiedy nie wchodzi nam w drogę. A propos drogi. Redakcja serwisu informacyjnego Open Scotland.pl, serwisu biznesowego Open eBusiness.biz oraz Open Polish Magazine też obrała drogę. Tą drogą jest człowiek, z jego wadami, ale przede wszystkim zaletami, które w informacyjnym szumie giną. Chcielibyśmy – i to jest nasza misja -, aby Wasz głos dotarł we właściwe miejsce, żeby doleciał tam, gdzie powinien – do drugiego człowieka. Być może, kiedy usłyszymy się nawzajem, świat, choć trochę stanie się lepszym? A życie znośniejsze.

Chciałbym napisać w tym miejscu o serwisie, o idei, o gazecie i o misji, chciałbym napisać coś mądrego; napisać życiowe motto, złotą myśl zaczerpniętą z książki, gazety lub z rozmowy z człowiekiem. Ale wiem, że życiowe motta nie działają, a przynajmniej nie na dłuższą metę, wszak życie różne figle płata. Oczywiście można być upartym i trzymać się zasad; rozsądku, etyki, moralności albo zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Można mieć filozofię i chadzać własną ścieżyną lub dla odmiany nie posiadać żadnej idei i żyć dniem dzisiejszym; żyć słońcem, wiatrem, powietrzem, żyć tak, aby nie żałować. Bo koniec końców, życie mamy jedno, albo... to filozofia?

Chciałbym w tym miejscu napisać więcej i nieco mądżej, napisać życiowe motto, złotą myśl zaczerpniętą z książki, gazety lub z rozmowy z człowiekiem, ale wiem, że życiowe motta nie działają, a pszynajmniej nie na dłuższą metę. I chciałbym, tak zupełnie na koniec powiedzieć w imieniu własnym i całej redakcji, że każdy popełnia błędy, ale mądrzej piszemy nie tylko przez „rz”, ale wtedy, gdy piszemy uczciwie, rzetelnie i wiarygodnie; czego sobie, redakcji i współpracownikom, a czytelnikom owoców tejże pracy życzę. Kurtyna...

Możliwości jest wiele, a wszystkich nie sposób wymienić, bowiem w dzisiejszej płynnej nowoczesności jak nazywa współczesny świat wybitny socjolog Zygmunt Bauman, możliwość to chcenie, które zrealizować się może za wyciągnięciem ręki lub karty kredytowej i co najważniejsze natychmiast. Rzecz jasna złudna to filozofia i wielce szkodliwa wyjaśnia socjolog Bauman i trzeba niejako z rozsądku przyznać mu rację.

Chciałbym w tym miejscu podziękować wielu osobom: Małgorzata, Slihoo, Sławek, Aga!, Adrian, kolegom i koleżankom, JPC, oraz wielu innym, za wsparcie, nieocenioną pomoc, cierpliwość i wyrozumiałość. Dziękuję! I zapraszam!

Chcieć można dom z ogródkiem lub samochód, pralkę, telewizor, lodówkę; dobrą pracę, pracodawcę i jak się poszczęści czas na ryby albo na spacer z OPEN ► 04 ► SŁÓW KILKA

Redaktor Naczelny Damian Biliński


Polska to dziki kraj

BIZNES ► 05

Fot: Fotolia

OPEN ► 05 ► BIZNES

 Rozmowa z Arkadiuszem Kotem, inżynierem z Londynu, który woli inwestować na Białorusi niż w ojczyźnie.

Chciał pan w Polsce otworzyć biznes i ulokować pieniądze zarobione w Anglii… - Chciałem, ale już nie chcę. Teraz myślę o tym, jak wrócić i żyć, przynajmniej tak, jak przeciętny Brytyjczyk. Ale dlaczego? Przecież Polska to kraj otwarty, przyjazny, ziemia prawie za darmo dla wracających…

- Ja nie chciałem nic za darmo, ani za złotówkę, chciałem kupić względnie, wydzierżawić. Może byłem naiwny, ponieważ liczyłem na to, że każdy, kto się tam pojawi z kasą w garści, będzie mile witany. Tak przynajmniej twierdziła oficjalna propaganda. Zdaje pan sobie sprawę, że pańskie słowa mogą zadziałać zniechęcająco na tych, którzy chcieliby osiąść w Polsce i zainwestować zarobione za granicą pieniądze.

- Zdaję sobie. Przestrzegano mnie wiele razy przed powrotem do kraju, ale ja te wszystkie przestrogi kładłem na karb typowo polskiego malkontenctwa, szukania dziury w całym. Patrzyłem też na to tak: wszyscy narzekają, ale jakoś żyją, biznesy się rozwijają, lista miliarderów się wydłuża. Ja tam nie miałem wielkich ambicji, nie myślałem o miliardach, chodziło mi tylko o to, żeby zaoszczędzone pieniądze spożytkować tam, gdzie się urodziłem.


Nie tylko żyć sobie dobrze, ale pomóc innym, by też żyli sobie dobrze. I jak pan chciał tego dokonać? - W bardzo prosty sposób – zainwestować w ojczyźnie. Konkretnie w co? - Jestem z wykształcenia inżynierem ochrony środowiska. Poszedłem na te studia z dwóch powodów. Pierwszy, to był bardziej ideologiczny, a drugi, że w niedalekiej przyszłości, będę mógł na tym zarobić, bo wierzyłem, że Polska w krótkim czasie, dołączy do krajów cywilizowanych i fachowcy od szeroko pojętej ekologii będą potrzebni, by zmniejszyć dystans od innych krajów. No dobrze, skończył pan studia i co? - Jak to co, próbowałem znaleźć pracę. I jak znam życie, nie udało się, bo bez układów i tym podobnych nie da się… - Proszę nie kpić, udało się bez problemu, ale nie w swoim zawodzie, bo w moim zapotrzebowania nie było. Tu dodam, że skończyłem Politechnikę Warszawską, a nie jakąś prowincjonalną „sorbonkę”. I?

- Poszedłem do pracy w hurtowni komputerowej. Tam poznałem swoją przyszłą żonę. Po pewnym czasie uznaliśmy, że nie ma dla nas przyszłości. Skoro w Warszawie nie mogłem znaleźć pracy w swoim zawodzie, to na prowincji tym bardziej. Trzeba było wyjechać z tego kraju i zacząć żyć godnie. Ale w Anglii też się nie udało, bo gdyby było inaczej, to nie próbowałby pan otwierać biznesu w Polsce. - Właśnie, że się udało i to nawet, w pewnym sensie, w swoim zawodzie. Pracowałem jako hydraulik, później jako szef ekipy hydraulików, a jeszcze później jako właściciel firmy wodnokanalizacyjnej. ??? - Jestem inżynierem ochrony środowiska i urządzeń sanitarnych, podłączę panu wodę i kibel. Te usługi, jak wiadomo, sporo na Wyspach kosztują. Ale mnie ciągnęło do Polski. Ubzdurałem sobie, że zacznę uprawiać rzepak i wierzbę, czyli najkrócej mówiąc paliwa ekologiczne oraz otworzę fabrykę brykietów. Na początek 30 miejsc pracy.

I co? - Ano nic, okazało się, że jest problem z wykupem ziemi, czy nawet wydzierżawieniem, ponadto urzędnicy wymagają podpisywania umów z wybranymi klientami, bo podobno Unia Europejska tego wymaga. Główny jednak problem to czas, a raczej jego brak. To znaczy mnie czasu brakuje, ale polscy urzędnicy mają go bez liku. Na wszystko musi być decyzja, a na nią się czeka – ZUS, biuro rachunkowe, opłaty administracyjne, a to w zależności od sprawy – 14, 30 dni, a jak coś jest nie tak, to zażalenia, odwołania… a jeszcze ten cały bandytyzm podatkowy. Z polskich przepisów wynikało na przykład, że zwrot VAT może nastąpić… nigdy, chyba, że Naczelny Sąd orzeknie inaczej, ale izby skarbowe i tak tych orzeczeń nie respektują. Ten Rychu, czy Zdzichu miał rację – Polska, to dziki kraj, szkoda tylko, że to dopiero, gdy jemu się do tyłka dobrali. Czyli? - Chyba lepiej inwestować na Białorusi niż w Polsce. Rozmawiał: Janusz Młynarski

Fot: Fotolia

OPEN ► 06 ► BIZNES

BIZNES ► 06


Czy można być bliżej klienta? Z Nami można!

OPEN POLISH MAGAZINE

OPEN ► 07 ► REKLAMA

Fot: Fotolia

REKLAMA ► 07


Czy uciekać z Polski?

BIZNES ► 08

 Rozmowa z Radosławem Wieczorkiem z Londynu, właścicielem firmy budowlanej, „kryminalistą”

Jakoś tak się składa, ostatnimi czasy, że robię wywiady z samymi uciekinierami z Polski. - Są uciekinierzy i „uciekinierzy”

- Pierwsi to ci, którzy ukrywają się, bo dokonali jakichś przestępstw i chcą uniknąć odpowiedzialności, a drudzy to tacy, którzy chcieli żyć w godnych warunkach, albo móc się rozwijać. Ani jedno, ani drugie nie jest w Polsce możliwe – emigracja daje taką szansę szaremu człowiekowi. Tak, czy inaczej z Polski trzeba uciekać. Niewiele brakowało, a zaliczałbyś się do tej pierwszej grupy.

- No tak, spędziłem w areszcie pół roku. Fot: Fotolia

Nie bardzo rozumiem.

Czyli jednak kryminalista? - To, że ktoś przebywa w areszcie nie oznacza, że jest przestępcą, a w Polsce, gdzie każdego człowieka można praktycznie zgarnąć ulicy lub wywlec z mieszkania na podstawie domniemań i to lichych, to niestety norma. I z tobą tak właśnie było.

- I w zasadzie dalej jest, bo moja sprawa nadal nie jest zakończona. Niedawno zwrócono mi paszport, dzięki czemu mogłem przyjechać do UK, a nieco wcześniej zwrócono mi część kaucji, ale sprawa nie jest zakończona i w każdej chwili mogę być zgarnięty.


BIZNES ► 09

OPEN ► 09 ► BIZNES

Dlaczego wyemigrowałeś? - To mój drugi wyjazd. Najpierw wyjechałem do USA, gdzie przebywałem osiem lat. To było w latach 90. Pracowałem, jako zwykły „fizyczny” – jak widać – moje studia na AWF przydały się do czegoś. Zarobiłem całkiem sporo pieniędzy, ale wtedy dolar był w Polsce sporo wart. Teraz wystarczyłoby to na kilka dobrych imprez. Założyłem firmę handlową, zajmującą się eksportem i importem. Handlowałem wszystkim – od owoców po materiały budowlane i

wych nie znaleźć ani jednego dowodu?

zwrotu, jedyne co i tu kolejna zmora – nierychli-

Czy to nie jakaś paranoja?

wość skarbówek. Kilka słów na ten temat. W poprzedniej kadencji rząd Tuska postanowił

A co ci zarzucono?

dokręcić jeszcze bardziej śrubę prywatnym przedsiębiorcom, i od tego czasu kiedy tylko przychodzi

- Działanie w zorganizowanej grupie przestępczej

do zwrotu jakiejś większej kwoty tytułem podatku

wyłudzającej VAT.

VAT, natychmiast w firmie pojawia się kontrola ze skarbówki, a oni zawsze mają prawo wejść, ale

Wyłudzałeś?

wtedy termin zwrotu się odwleka i biegnie dalej dopiero po zakończeniu kontroli, np. trzy miesiące.

- Nie odpowiem, bo to bez sensu, moje słowa się

stałem się lokalnym potentatem…

nie liczą, ważne są dowody, a tych nie ma. Zarzu-

Dodam jeszcze, że jak jest kontrola w jakiejś firmie,

cono mi fikcyjny eksport, że niby tylko dokumenty

to kontrahenci uciekają, przed tą firmą jak przed

I wszystko było dobrze dopóki…

wyjeżdżały za granicę, a towar zostawał w kraju,

zarazą. I nawet jak nie ma negatywnych efektów,

a ja odzyskując VAT, za rzekomo nie wyeksportowa-

to już trudno partnerów odzyskać.

- Dobrze nie było, bo ci co w Polsce prowadzą wła-

ny towar, popełniłem przestępstwo.

sny biznes wiedzą, jaka to gehenna. Kiedy opowiadam o tym Anglikom, to nie wierzą własnym uszom. Wiadomo, ciągłe kontrole, bez przerwy trzeba dawać w łapę. Co ci będę mówił – wszyscy wiemy, jak jest. Pewnego dnia zostałem wezwany przez policję w charakterze świadka. Poszedłem i już nie wyszedłem – zawieziono mnie do aresztu, który dwukrot-

Wyjeżdżał ten towar z kraju, czy nie wyjeżdżał?

To, czy uciekać z Polski? Tak, tak i jeszcze raz tak. W swojej firmie budow-

- A skąd ja mogę wiedzieć. To nie moja sprawa.

lanej zatrudniam właśnie kilku kolegów z Polski, których załatwił tamtejszy fiskus, poszli z torbami,

Jak to?

choć nic nie zawinili, kontrole wykazały, że wszystko jest ok, ale oni stracili płynność finansową i w

nie mi przedłużono.

- Tak to, ostatnim ogniwem w eksporcie są celni-

rezultacie zbankrutowali, a do 43 osoby straciły

cy. Ja jeździłem z importerami na każdą odprawę

pracę. Tak wygląda ta „zielona wyspa”. A Wielka

Pod jakim zarzutem?

do agencji celnej. Tam plombowano samochód z

Brytania, to naprawdę kochane miejsce, owszem,

towarem. Ja dostawałem papiery, potwierdzające

biurokracji też tu nie brakuje, ale jeśli chodzi o

Dokładnie, to ja sam nie wiem i podejrzewam, że

dokonanie odprawy i to wszystko. O tego momentu

robienie biznesu, to jest to miejsce niesłychanie

to, co dzieje się z towarem, przestawało mnie inte-

przyjazne. Nawet nie zauważyłem, kiedy założyłem

resować, bo już nie był mój. Ja natomiast miałem

działalność gospodarczą. Do dziś nie chce mi się

podstawy do zwrotu VAT.

wierzyć, że poszło to tak błyskawicznie i gładko.

prokuratorzy również, a świadczy o tym fakt, że choć minęło już równo 10 lat, to do sądu nie wpłynął akt oskarżenia. Wniosek jest chyba jednoznaczny – po tylu latach śledztwa prowadzonego przez armię policji, prokuratorów i urzędników skarbo-

I przyznam, że wcześniej nie miałem z tym problemu w tym znaczeniu, że kwestionowano postawę

Rozmawiał Janusz Młynarski


OPEN POLISH MAGAZINE jesteśmy dostępni w zasięgu... dłoni!

*

Nie piszemy małymi literkami! NASZA OFERTA DOSTĘPNA JEST PRZEZ CAŁY ROK!

OPEN ► 13 ► REKLAMA

Fot: Fotolia

REKLAMA ► 13


OPEN ► 14 ► WYWIAD

WYWIAD ► 14 “(...) artykuły pisane są w koszmarny sposób, ale również ich wartość merytoryczna i intelektualna jest zatrważająco niska. Dodatkowo polskie media w UK przejmują za to najgorsze wzorce „portalozy” i tabloidów, z których zresztą czerpią pełnymi garściami przedrukowując najbardziej bzdurne i absurdalne treści. Reportaż nie istnieje. Publicystyka jest kulawa. Z Radosławem Zapałowskim, publicystą i felietonistą, który publikuje w NIE, Coolturze, Przeglądzie, PiZGU, Emigrancie i na portalach internetowych.

Fot: Na fotografii Radosław Zapałowski

rozmawia Damian Biliński

TO NIE FIZYKA KWANTOWA A KRYZYS!


WYWIAD ► 15

Damian Biliński: Niezależnie od tego, którą otworzę szafę, szufladę, lodówkę lub zerknę na strych albo do bagażnika samochodu, wszędzie widzę Radosława Zapałowskiego. Czy to fizyka kwantowa?

RZ: Zależy o jakiego dziennikarza chodzi. Czy mówimy o przeciętnym publicyście, dziennikarzu newsowym krajowego dziennika, dziennikarzu pisma lokalnego, dziennikarzu z telewizji czy mówimy o reporterze?

Radosław Zapałowski: Nie. To konsekwencja kryzysu w mediach. Będąc wolnym strzelcem, bez etatu i jakichkolwiek szans na stałe zatrudnienie, aby się utrzymać muszę produkować artykuły niemal taśmowo i wyrabiać wierszówkę. To jak praca na taśmie w fabryce.

DB: Pytam w gruncie rzeczy o stan rzeczy, umysłu, świadomości.

DB: Gdybym napisał w ilu mediach publikujesz, ile redakcji przedrukowuje twoje materiały, ilu potencjalnie masz odbiorców wyszłaby dość kosmiczna liczba. Czy próbowałeś to kiedyś zliczyć? RZ: Nie sądzę, abym docierał do jakiejś oszałamiającej liczby czytelników. Natłok informacji i autorów jest dziś tak duży, że moje artykuły giną w medialnym zgiełku. Są zagłuszane przez informacyjny szum, który przypomina dworzec kolejowy, gdzie wszystkie głośniki mówią jednocześnie o czymś innym, a do tego niewyraźnie. Mam świadomość, że jestem zwykłym wyrobnikiem, średnim mediaworkerem bez możliwości wpływania na rzeczywistość, a mój głośnik skrzeczy, trzeszczy i znajduje się daleko od medialnego dworca głównego. Ale się staram mimo, że nadaję z prowincjonalnego, mało uczęszczanego peronu (śmiech). DB: Skoro operujemy nieco kosmiczną terminologią to, czy zastanawiałeś się jaka odległość dzieli przeciętnego czytelnika od dziennikarza?

RZ: Ta świadomość jest różna w zależności od tego jaką rolę w redakcji pełni ten “przeciętny” dziennikarz. I w jakim miejscu pracuje. Kiedy zaczynałem przygodę z tym zawodem pracowałem w dzienniku lokalnym i większość dnia spędzałem na ulicach, rozmawiając z mieszkańcami i pytając ich o dziury w jezdniach, krzywe chodniki, ceny zabawek, opinie o publicznym transporcie itp. Dziś siedzę głównie za biurkiem i kontaktu z ludźmi już takiego nie mam. Lepiej jednak rozumiem procesy społeczne i polityczne. Teoretycznie odległość między mną a czytelnikami jest większa, ale w praktyce to różnie wygląda. Kiedyś tylko podtykałem dyktafon a mieszkańcy wylewali żale i złość. Dziś wiem, że przysłowiowa dziura w jezdni to często efekt budżetu lokalnego, priorytetów, infrastruktury itp. Nie sądzę żeby odległość między przeciętnym dziennikarzem a odbiorcą się zwiększała. Jest chyba nawet odwrotnie. Dziennikarze pasożytują na społecznych obawach, frustracjach i emocjach. Nie tłumaczą rzeczywistości z jej złożonością i odcieniami. Są więc blisko ludzi, ale niekoniecznie robią dobrą robotę. Stali się stojakami na mikrofony. Z wszelkimi tego konsekwencjami. DB: To jest oczywiście sprawa względna, ale dzisiejszy przeciętny odbiorca pozyskuje wiedzę z mediów. Czyli od dziennikarza/publicysty.

RZ: To nie jest sprawa względna. To oczywista oczywistość. Zdecydowana większość informacji jakie uzyskujemy i to zarówno w kwestii przyszłości jak i możliwych przyszłości pochodzi bezpośrednio bądź pośrednio z mediów. Od pogody i kursów walut, po analizy trendów politycznych, społecznych i gospodarczych, a od informacji jakie uzyskujemy zależą decyzje jakie podejmujemy. Strumień faktów, opinii i komentarzy, który płynie z mediów to jednak nie tylko informacje, to także najważniejsze i najsilniejsze spoiwo społeczne. To przez media buduje się wspólnota wiedzy o świecie, społeczna mapa poglądów i więzy łączących nas emocji. Media są różne i mają różne treści, ale bez względu na to, jakie reprezentują opcje, włączają nas do wspólnoty. Problem w tym, przy pomocy jakich emocji to robią i do wspólnoty czego. Nie chodzi przecież tylko o wspólnotę wiedzy. Media tworzą także wspólnotę kultury, nie tylko jako kanał dostępu do sztuki, muzyki czy filmu, ale też jako przestrzeń, w której odbywa się istotna część kształtowania relacji międzyludzkich. Media, od kiedy stały się głównym narzędziem masowej komunikacji, mają bardzo istotny udział w propagowaniu stylów myślenia oraz wzorców zachowań. Tylko, że współcześnie różnie z tym bywa. Już Samuel Huntington ostrzegał, że załamanie się elitarnej kontroli nad mediami stanowi zagrożenie nie tylko dla kultury i relacji społecznych, ale też dla demokracji. Zanik takiej kontroli prowadzi bowiem do konfrontacyjnej kultury medialnej i politycznej. Zwłaszcza w krajach śródziemnomorskich, wschodnioeuropejskich i w USA. Dziś problem polega na tym, że same informacje schodzą na poboczny tor. Dziennikarze i publicyści zajmują się dziś głównie generowaniem emocji. Bo łatwiej i taniej je produkować. Problem jest też taki, że średnio dziennikarze nie są dużo mądrzejsi od odbiorców. To jest jeden z powodów,


WYWIAD ► 16 OPEN ► 16 ► WYWIAD

ta forma się wyczerpała. Polonijne media nie mogą już być tylko poradnikami. Starają się znaleźć nową, inną formułę, ale to im nie za bardzo wychodzi. Z wielu względów.

Fot: Na fotografi Radosław Zapałowski

DB: Czy rozproszenie polskich mediów nie jest jedną z przyczyn słabej integracji polskiego społeczeństwa jako drugiej największej grupy społecznej na Wyspach? Pytanie jest również takie, czy my Polacy takiej integracji potrzebujemy?

dla których ci odbiorcy nie bardzo szukają kontaktu z mediami. Od mediów oczekują więc głównie rozrywki. Jeśli ludzie chcą poważnej wiedzy i informacji, to nie szukają ich w mediach. DB: Zatem zejdźmy teraz na ziemię i porozmawiajmy o „dwóch prędkościach”. Przeglądając internet doszukałem się co najmniej 40 polskojęzycznych stron internetowych - z pewnością jest ich więcej - które z mniejszym lub większym sukcesem dostarczają polskiemu emigrantowi informacji. Jaka jest kondycja polskich mediów w Wielkiej Brytanii?

RZ: Liczba polonijnych mediów w Wielkiej Brytanii robi wrażenie. W samym Londynie wychodzi kilka tygodników, a niemal każda miejscowość na Wyspach, gdzie jest większe skupisko Polonii ma swoją małą gazetkę albo portal. Ilość nie przechodzi jednak w jakość. Polonijne media są jak przysłowiowy komentarz na onecie: kiepskie. Na początku, gdy ruszyła wielka fala emigracji, wykonywały świetną robotę, informując o podstawowych rzeczach. Jak znaleźć prace, do którego urzędu się udać, jak zaaplikować na zasiłek itp. Dziś, kiedy Polacy nieco się zaaklimatyzowali, ustabilizowali swoją sytuację zawodową, materialną i społeczną

RZ: To nie jest rola mediów. I nie sądzę, żeby ich rozproszenie miało jakikolwiek wpływ na słabą integrację nowej emigracji. Ja sam nie jestem wielkim apologetą mitycznego zjednoczenia narodu Polskiego, o czym marzy duża liczba publicystów, zarówno w kraju jak i tutaj. Bo na czym takie ewentualne zjednoczenie i integracja miała by polegać? Na wyznawaniu tych samych wartości i poglądów? To społecznie szkodliwe. Różnorodność tworzy ferment. Pobudza intelektualnie. Uczy tolerancji i szacunku dla “innego”. Problemem nie jest brak integracji Polonii, ale nieumiejętność kooperacji, współpracy. Patologiczny indywidualizm, o czym ciągle przekonuje Janusz Czapiński. Problem Polaków to specyficzny dalekowschodni familizm. Ludzie czują się tam związani głównie z różnymi zamkniętymi grupami. Robert Putnam odkrył, że taki kapitał społeczny ograniczający poczucie wspólnoty do jakiejś zamkniętej grupy jest w perspektywie społecznej szkodliwy. Bo tworzy mury między taką wspólnotą a resztą społeczeństwa. Ten patologiczny indywidualizm jest jednak tak mocno zakorzeniony w polskiej psychice, że uwolnienie się od niego jest prawie niemożliwe. Na emigracji rodzi problemy przy zetknięciu się


WYWIAD ► 17

z przedstawicielami innych kultur i narodowości. I tutaj dopiero pojawia się rola polonijnych mediów, które powinny oswajać emigrantów z nową rzeczywistością. Tłumaczyć inne, kulturowe kody. Objaśniać złożoność problemów społecznych i politycznych. Informować o odmiennej kulturze. Problem polega na tym, że tego nie robią. DB: Dlaczego polonijne media nie dają rady objaśniać rzeczywistości w UK? RZ: Głównie ze względu na amatorszczyznę i braki finansowe. Nie chodzi mi jednak o przychody, a raczej wydatki. Zespoły redakcyjne tygodników liczą zaledwie kilka osób. A małe redakcje nie są, fizycznie, w stanie produkować wartościowych treści. Posiłkują się więc często przypadkowymi naturszczykami i grafomanami gotowymi pisać za mityczne „wypromowanie nazwiska”. W efekcie panuje totalna, obezwładniająca amatorszczyzna. Nie tylko artykuły pisane są w koszmarny sposób, ale również ich wartość merytoryczna i intelektualna jest zatrważająco niska. Dodatkowo polskie media w UK przejmują za to najgorsze wzorce „portalozy” i tabloidów, z których zresztą czerpią pełnymi garściami przedrukowując najbardziej bzdurne i absurdalne treści. Reportaż nie istnieje. Publicystyka jest kulawa. Dział kulturalny sprowadza się do przepisywania PRowych notek podsuwanych przez dystrybutora filmu bądź wydawcy książki. Debat o procesach społeczno politycznych w Wielkiej Brytanii, ani nawet na temat tego, co się dzieje w Polsce, nie ma. Tak jak i recenzji spektaklów z brytyjskich teatrów, wystaw, wydawnictw itp. Najsmutniejsze jest jednak to, że chociaż polonijna prasa jest komercyjna bo utrzymuje się z reklam, to jednak nie jest uzależniona od sprzedaży, gdyż zdecydowana większość gazet rozdawana

jest za darmo. Może więc być ambitna, nowatorska, poszukująca. Woli jednak brukową treść i prostacki styl. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest wspomniana przez ciebie wcześniej atomizacja i rozproszenie polonijnych mediów. Być może potrzebujemy w UK silnej, dominującej na rynku gazety polonijnej, która miałaby środki i chęci, żeby zbudować dużą redakcję i wyłowić z rynku ludzi kompetentnych. DB: Problem nie jest banalny. Dobrze wiemy, że gdyby media wałkowały tematy kulturalne w szerokim oczywiście znaczeniu, to miałby problem z oglądalnością, a w konsekwencji wizją upadku. RZ: Wpisanie kultury w logikę oglądalności czyli rynku to myślowa aberracja. Oczywiste jest, że gdy dwaj poeci usiądą w zadymionym, ciemnym pomieszczeniu i zaczną napawać się swoją egzaltacją lub gdy socjologowie rozpoczną dyskusję o postmodernizmie w ujęciu dekonstrukcji ponowoczesności, albo gdy telewizja pokaże panel poświęcony temu „Czy zdajemy sobie sprawę z nużących paroksyzmów żeńskiej dojrzałości w ustabilizowanym społeczeństwie, które pod kolorem swobody i wolności jednostkowej skrywa normy kanalizujące próby niestandardowych samorealizacji” (analiza tekstów Deleuze’a i Guattariego) to przed telewizorem wytrzyma tylko garstka. Dlatego właśnie kulturę, a także przy okazji także politykę, należałoby uwolnić z więzów komercyjnych. Tymi dziedzinami powinny zajmować się silne, niezależne zarówno od polityków jak i fanaberii rynkowych, media publiczne. DB: Gdyby tak się stało, to media publiczne w pewnym sensie miałby monopol na obowiązującą ‘prawdę’, a media komercyjne zajmowałby się tylko szeroko rozumianą rozrywką.

RZ: Myślę, że media komercyjne i publiczne raczej by się uzupełniały. I niekoniecznie doszłoby do ostrego podziału na czysto rozrywkową komercję i „obowiązującą rzeczywistość”. W Wielkiej Brytanii BBC absolutnie dominuje na medialnym rynku w tym sensie, że wytycza standardy i dba o interes publiczny. Nie ma jednak informacyjnego monopolu. Komercyjne stacje na tym polu również działają i przedstawiają odmienne opinie. Silne media publiczne nawet według dyrektywy UE powinny robić to, czego nie robią prywatne. Ich przekaz ma być skierowany przede wszystkim do grupy niekomercyjnej, czyli ludzi, którzy nie żyją w wielkich miastach, nie są wyedukowani, nie zarabiają dobrze, nie są w wieku około 16–40 lat. Media publiczne powinny po prostu propagować treści istotne dla interesu publicznego. A żeby tak było muszą być uwolnienie od logiki rynku. DB: Tymczasem logika rynku spowodowała zupełnie inny efekt, niż ten o którym mówisz. Porozmawiajmy zatem o „drugiej prędkości”. Niedawno w Polsce rozgorzała dyskusja po tym, jak Grzegorz Miecugow z TVN24 zaproponował taką oto interpretację, że to nie media są słabe, a odbiorca. Jaka jest kondycja polskiego czytelnika? RZ: TVN 24 to świetny przykład na postępujący kryzys i degrengoladę medialną. Stacja miała być w zamyśle polskim odpowiednikiem CNN a skończyła jako coś na kształt Murdochowego FOX NEWS – populistycznej, tabloidalnej telewizji produkującej informacyjną rozrywkę niskiego sortu. Dwa wydarzenia ukształtowały tę stację i stały się fundamentem jej funkcjonowania oraz sposobu


Fot: Na fotografi Radosław Zapałowski

OPEN ► 18 ► WYWIAD

WYWIAD ► 18

myślenia. Najpierw zamachy na World Trade Center z 11 września, a potem afera Rywina. Oba w olbrzymiej mierze bazujące na emocjach, a przy okazji łatwe w „obróbce”. Zwłaszcza afera Rywina stała się informacyjnym tasiemcem, newsową operą mydlaną, która przy okazji przeorała świadomość medialną i polityczną w Polsce. Jak słusznie zauważył Jacek Żakowski, ta nieco operetkowa aferka stała się najpoważniejszą w skutkach aferą III RP, bo uwolniła trzeszczące w wielu miejscach

napięcia polskiej polityki i wyzwoliła negatywne społeczne energie, które od dawna rosły, nie mogąc znaleźć ujścia. Liczyła się intensywność spektaklu transmitowanych obrad komisji śledczej. Drobne nieścisłości, niezręczności, niekonsekwencje w zeznaniach świadków żyły własnym życiem i działały osobno. Powstał aferalno - rozrywkowy przemysł łączący reporterów, publicystów, komentatorów, prezenterów, reżyserów, wydawców, producentów, nadawców, polityków, partyjny personel, ekspertów

i doradców. A epicentrum tego medialnego wybuchu była TVN 24, która osiągnęła perfekcję w generowaniu afer i emocji z byle czego oraz w nadawaniu niebywałych znaczeń kompletnie nieistotnym detalom i zdarzeniom. To wszystko zamieniło polską politykę z mechanizmu rozwiązywania problemów i zarządzania państwem w mechanizm omijania problemów i zarządzania emocjami ludności. Zmieniło też media informacyjne, które stały się dominującym producentem emocjonalnych, niskich treści. Miecugow ma trochę racji twierdząc, że odbiorcy z chęcią tę medialną papkę przeżuwają, ale jest to konsekwencją tego, że takich widzów TVN 24 w jakiś sposób ukształtował. Media, a zwłaszcza telewizja kreują obraz świata, który utwardza się w głowach odbiorców. Ludzie szybko przyzwyczają się do ogólnej narracji. A dodatkowo w Polsce nie mają większego wyboru, gdyż wszystkie inne media naśladują TVN. Dlatego tak ważna jest rola mediów publicznych, które powinny równoważyć szaleństwo stacji komercyjnych. Powinny, zwłaszcza w czasach infotainmentu, charakteryzujących się wypłukiwaniem wszystkiego, co wartościowe w komunikacji zbiorowej przez rozrywkę, dostarczać rzetelnej informacji i wzorców kulturowych. A w kraju nie mogą, bo od lat są systematycznie i z premedytacją osłabiane przez polityczny establishment. DB: BBC też zdarzają się wpadki i to całkiem poważne. Afera podsłuchowa w Wielkiej Brytanii też przewartościowała obraz medialny w UK. Niestety, proces komercjalizacji mediów chyba jest nie do odwrócenia. Czy zatem czytelnik, a nawet dzisiejsze pokolenie, ma szansę na normalną, poważną debatę?


WYWIAD ► 19

RZ: Rzeczywiście ostatnie miesiące dla BBC były ciężkie. O ile jednak afera pedofilska, choć medialne nośna i wzbudzająca społeczne oburzenie z rzetelnością dziennikarską publicznego nadawcy nie miała nic wspólnego, o tyle insynuacje jakoby zasiadający w Izbie Lordów Alistair McAlpine również był pedofilem już jak najbardziej. Ten drugi przypadek uzmysłowił, że nawet dbająca o standardy rzetelności, stawiana za wzór do naśladowania wszystkim studentom dziennikarstwa, najpoważniejsza instytucja medialna na świecie czasem używa tabloidalnej narracji. Podkręcając informację, aby zwiększyć efekt. Publiczna telewizja wpadła tutaj w pułapkę współczesności. Ciągła rywalizacja na oglądalność z prywatnymi mediami, którą odczuwają dziennikarze BBC potęguje presję na newsa. Różnica między rynkiem medialnym w Polsce a w Wielkiej Brytanii polega jednak na tym, że na Wyspach afery i skandale stają się kołem zamachowym zmian. Są szokową terapią, która poprawia stan rzeczywistości. Reforma BBC to kwestia czasu. Zaś konsekwencją afery podsłuchowej było nie tylko zatrzymanie triumfalnego pochodu Ruperta Murdocha, który musiał zrezygnować z całkowitego przejęcia BSkyB czyli pozycji monopolisty na rynku rozrywki telewizyjnej, ale również ograniczenie jego politycznych wpływów na brytyjskie elity. Do tego jeszcze powołano komisję Levesona, która niedawno zaproponowała rewolucyjne regulacje rynku medialnego. I wywołała przy okazji zarówno polityczną debatę w rządzącej koalicji jak i spory na Fleet St. W konsekwencji w Wielkiej Brytanii mamy dziś, mimo postępującej komercjalizacji, poważną, rzeczową dyskusję na temat mediów, polityki i samej demokracji.

DB: Spora część twojej publicystyki to analiza i krytyka rzeczywistości medialno-politycznej. Czy przeciętny współczesny polski odbiorca na Wyspach, dodam, odbiorca, który w/g różnych statystyk językiem angielskim posługuje się niewystarczająco, czy ów czytelnik potrzebuje takiej treści? Nie pytam o treść twoich artykułów, ale o treść w ogóle? RZ: Zajmuję się głównie polityką, społeczeństwem i mediami, bo chociaż to niby oddzielne kwestie to jednak tworzą wspólnie praktycznie całą układankę współczesnej demokracji. Są trójkątem pochłaniającym niemal w całości rzeczywistość. Do tego wzajemnie na siebie oddziałują i inspirują. Dobrym przykładem obrazującym ten mechanizm była kwestia „papierowych małżeństw” zawieranych w Wielkiej Brytanii, którą wałkowano kilka miesięcy temu. Problem nielegalnej emigracji do UK to po prostu społeczny fakt. Media mogą jednak informować o tym w różny sposób. Albo w tabloidalnym stylu strasząc obcymi i piętnując nielegalne działania czyli grając na emocjach i prostych instynktach. Albo przekazując maksymalny obraz rzeczywistości. Z całą jej złożonością i różnymi odcieniami szarości. Rola rządzących polega zaś na prowadzeniu polityki. Polityki rozumianej nie jako gry pozbawionej treści, wartości i wpływu na życie realnie istniejących ludzi bazującej na emocjach, ale jako mechanizm rozwiązywania społecznych problemów. Gdy jednak dominuje tabloidalna narracja medialna, polityka również staje się tabloidalna. Jałowa, pusta i przede wszystkim nieskuteczna. Co z tego, że premier ogłosi program „zero tolerancji dla nielegalnych” skoro ewentualna deportacja ponad siedmiuset tysięcy niezarejestrowanych imigrantów zajęłaby Wielkiej Brytanii 34 lata i kosztowała

dziewięć miliardów funtów? I Polak na Wyspach, zwłaszcza ten, który nie najlepiej radzi sobie z angielskim i który wiedzę o UK paradoksalnie czerpie z mediów w Polsce, siłą rzeczy upraszczających rzeczywistość i posługujących się stereotypami, tym bardziej powinien mieć możliwość poznania szerszego kontekstu. Bo w końcu jest nas tutaj oficjalnie prawie 800 tys. i uczestniczymy bądź już wkrótce zaczniemy uczestniczyć w brytyjskim życiu społeczno – politycznym. A żeby funkcjonować tutaj świadomie musimy być wyposażeni chociaż w podstawowe kulturowe i społeczne kompetencje. DB: Słupki w mediach rosną na widok krwi, śmierci, bijatyk, niekiedy na widok chamstwa albo po prostu, gdy temat jest lekki i strawny. Z kolei poważna publicystyka trafia do kilku zaledwie procent. Niektórzy z tego powodu rozpaczają, podnoszą lament, ale być może zawsze tak było? RZ: Krwawe spektakle zawsze przyciągały większą liczbę gapiów niż dysputy uczonych. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Zaś debata o mediach toczy się co najmniej od 1833 roku, kiedy to w Stanach Zjednoczonych pojawił się New York Sun – pierwszy w historii brukowiec. Wcześniej prasa skierowana była głównie do arystokracji i wyższych klas społecznych, gdzie pojawiały się tylko i wyłącznie zawiłe, długie eseje opisujące świat polityki, nauki oraz wysokiej kultury kompletnie niezrozumiałe i nieinteresujące dla większości społeczeństwa. Pojawienie się „penny press” w jakimś sensie rozbiło informacyjny monopol kładąc nacisk raczej na interes ogółu, a nie uprzywilejowanych klas społecznych. Na łamach prasy codziennej pojawiły się lokalne morderstwa, lokalna polityka,


WYWIAD ► 20 OPEN ► 20 ► WYWIAD

cję i w dłuższej perspektywie kończy się kryzysem. Cała sztuka polega na znalezieniu balansu. Społeczno – medialno – politycznej równowagi. To istna kwadratura koła. Dlatego, wbrew powszechnej opinii, uważam, że polityk to niezwykle wymagający i niewdzięczny zawód. Wymagania olbrzymie, krytyka permanentna, możliwości małe. Nic dziwnego, że w historii świata tak niewielu było prawdziwych mężów stanu.

klęski żywiołowe czy teksty opisujące borykanie się tzw. zwykłego człowieka z codziennymi problemami. Krew, śmierć, bijatyki, pijaństwo i chamstwo. Ale z drugiej strony to była rewolucja. Informacyjne wykluczenie zdecydowanej większości społeczeństwa dobiegło końca. Prasa brukowa sama w sobie nie jest problemem. O wiele większe obawy powinien, bowiem budzić fakt, że tabloidalne wzorce przejmują media głównego nurtu, a brukowa kultura z obrzeży współczesności triumfalnie wkracza do samego centrum debaty publicznej, stając się jej kołem zamachowym. Jednak dominujący elitaryzm jest równie niebezpieczny społecznie.

Kulturowa, polityczna i intelektualna dyktatura, społeczny imperatyw elit, którego nie można kwestionować, niezmienność zasad, reguł i brak podważania dogmatów doprowadziła w końcu do ostatniego kryzysu. Zarówno w Polsce jak i w Wielkiej Brytanii przez całe lata 90 polityczno-ekonomicznym kanonem, religią niepodlegającą żadnej dyskusji wyznawaną przez wszystkie obozy polityczne, elity i media głównego nurtu był prostacki neoliberalizm, którego efektem była społeczna katastrofa i wyrzucenie poza społeczny nawias olbrzymiej liczby ludzi. Taki elitaryzm powoduje myślową gnuśność, konserwuje stary porządek, wspiera stagna-

RZ: Zaletą bycia wolnym strzelcem jest to, że człowiek pracuje kiedy chce. Wadą, że w praktyce cały czas jest w pracy. Większość czasu spędzam na czytaniu, absorbowaniu informacji i ich przetwarzaniu. Dzień pracy zaczynam od lektury brytyjskiej prasy. Najpierw Guardian potem Times. Dalej serwis internetowy BBC, strony rządowe, portale partyjne, komunikaty think tanków. Jeśli zdecyduję się na jakiś poważny temat odwiedzam uniwersytecką bibliotekę i przeglądam publikacje naukowe. Staram się też chodzić na otwarte wykłady, panele dyskusyjne, konferencje i debaty. Samo pisanie to ostatni etap tego całego procesu. I wbrew pozorom wcale nie najprzyjemniejszy. Po skończeniu tekstu zamiast satysfakcji mam poczucie ulgi. I zabieram

Koniec I części Na drugą zapraszamy za tydzień.

Fot: Na fotografi Radosław Zapałowski

DB: Jak wygląda dzień pracy Radosława Zapałowskiego? Czy liczba wypalonych papierosów, ilość spożytej kofeiny, stresu z powodu upływającego czasu przekłada się na zadośćuczynienie? Bo jak sam wspomniałeś o etat w dzisiejszym mediach trudno.


Fot: Fotolia

OPEN ► 21 ► REKLAMA

REKLAMA ► 21


Fot: Tomasz Świeściak

OPEN ► 22 ► WYWIAD

WYWIAD ► 22

Stawiam na Szkocję

Z reguły wyczuwam, że miejsce w którym przebywam ma potencjał, że za chwile coś się wydarzy, że brakuje tylko jednego elementu aby nacisnąć spust migawki, wtedy po prostu czekam, rozglądam się, poszukuję. Niekiedy trwa to nawet godzinę. - O Street Photography

z Tomaszem Świeściakiem rozmawia Damian Biliński


OPEN ► 23 ► WYWIAD

WYWIAD ► 23 sisz tylko uchwycić decydujący moment. Czasami na taki moment trzeba czekać bardzo długo, ale bywa i tak, że robisz 5 ciekawych zdjęć w ciągu 15 minut.

Fot: Tomasz Świeściak

D.B: Chwileczkę. Chcesz mi powiedzieć, że w restauracji czy w parku można spędzić kilka godzin, aby zrobić dobre zdjęcie? Czy mógłbyś przybliżyć swój warsztat?

Damian Biliński: Uchwycenie codzienności często niezauważalnej, zwykłej, szarej, pospolitej, ale i pięknej w swojej prostocie, nie należy do łatwych zadań. Tym bardziej, jeśli w okolicy naszego świata pędzą samochody, autobusy, rowery, biegają ludzie, ale przede wszystkim ucieka czas. Czym jest Street photography? Tomasz Świeściak: Jest kilka czy nawet kilkanaście definicji w Internecie. Można je łatwo odnaleźć. Oficjalnej definicji nie ma. Dla mnie jest to jeden ze sposobów na spędzanie wolnego czasu. Cała sztuka polega na tym, żeby wychodząc z domu zabrać ze sobą aparat. W głowie możesz mieć co najwyżej miejsca jakie odwiedzisz, ale nie wiesz jakie zdjęcia zrobisz i komu je zrobisz. Odpowiadając

na twoje pytanie, można by powiedzieć, że fotografią uliczną rządzi przypadek. Celem, jest uchwycenie momentu. Trzeba być w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. D.B: Zawodowcy i amatorzy fotografują niemal wszystko: naturę, obiekty, uroczystości rodzinne, w formie analogicznej lub cyfrowej utrwalają moment narodzin, a nawet śmierci. Fotografia uliczna, którą się zajmujesz jest pewnego rodzaju podglądaniem życia w takim momencie, w którym nikt się tego nie spodziewa. Masz ulubione miejsca „podglądania”? T.Ś: Nie. Moim zdaniem w każdym miejscu można zrobić dobre zdjęcie, blisko centrum handlowego, w rynku, w restauracji, w parku czy w pracy. Mu-

T.Ś: Street Photography polega na ciągłym szukaniu kadru, obrazu, jakiegoś ciekawego momentu, zdarzenia, sytuacji. Z reguły wyczuwam, że miejsce w którym przebywam ma potencjał, że za chwile coś się wydarzy, że brakuje tylko jednego elementu aby nacisnąć spust migawki, wtedy po prostu czekam, rozglądam się, poszukuję. Niekiedy trwa to nawet godzinę. Nigdy nie opuszczam danego miejsca, dopóki się nim nie znudzę, a jeśli pojawia się znużenie, wtedy idę dalej, miasto jest duże, jest wiele miejsc, w których może być ciekawiej. Gdy wychodzę z aparatem na miasto, najczęściej obieram sobie tylko kierunek, lub jakiś punkt, do którego zamierzam dotrzeć. Wracam zazwyczaj inną drogą, czasami nawet dwukrotnie dłuższą. Wychodzę na dwie, trzy, niekiedy na cztery, a nawet 5 godzin, w zależności od tego ile mam czasu. Najczęściej fotografuję sam, ale zdarza mi się też “streetować” ze znajomymi. Kilka razy wychodziliśmy grupą pięciu, sześciu osób. Można się wtedy wiele nauczyć, zobaczyć jak fotografują inni, wymienić się doświadczeniami. Staram się mieć aparat zawsze przy sobie, w drodze do pracy, do sklepu. Fotografuję małymi aparatami tradycyjnymi, więc noszenie ich ciągle przy sobie nie sprawia mi problemu. Zdjęcia, których szukamy są cały czas obok nas, kadry otaczają nas 24 godz. na dobę. Street jest dokumentacją codzienności, dlatego warto mieć aparat zawsze przy sobie.


WYWIAD ► 24 D.B: Generalnie w technice Street photography rejestrowanym obiektem jest człowiek. Nie sądzę, aby wyrażał zgodę na sfotografowanie swojej twarzy w nietypowej sytuacji, ba, niekiedy nawet nie wie, że jest obserwowany i fotografowany. Jak odnosi się do tego prawo?

Najczęściej ludzie wiedzą, że zostali sfotografowani. Wtedy wystarczy się uśmiechnąć, a odwzajemniony uśmiech jest przeze mnie traktowany jako zgoda na publikację. Jeżeli ktoś od razu wyraża swoje niezadowolenie, to po prostu nie publikuję zdjęcia.

T.Ś: W Polsce możesz fotografować ludzi w miejscach publicznych, czyli praktycznie wszędzie, ale nie możesz publikować tych zdjęć bez ich zgody. Taka jest teoria. Wszyscy znani mi fotografowie uliczni zazwyczaj publikują w Internecie, lub tworzą odbitki czy wydruki swoich zdjęć nie pytając w większości przypadków o zgodę osób znajdujących się na tych zdjęciach. Taka jest praktyka. Jeżeli zdjęcie, które decyduję się opublikować nie ukazuje człowieka w złym świetle, nie obraża jego i nie krzywdzi, to ja nie doszukuję się tutaj problemu.

D.B: Czy pamiętasz szczególny uśmiech lub sytuację odmowy lub niezadowolenia ze strony fotografowanej osoby? Czy często ludzie protestują przeciwko twojej technice? T.Ś: Bywają tacy, którzy są zdziwieni. Zastanawiają się, o co chodzi, dlaczego ktoś robi im zdjęcie, oglądają się za siebie z myślą, że to może nie o nich chodzi. Po chwili wracają do tego, czym zajmowali się wcześniej lub też ruszają dalej w swoją drogę. Tak to czasami wygląda. Najczęściej nawet się nie

OPEN ► 24 ► WYWIAD

zatrzymują ani nie zwalniają kroku, jakby nie dopuszczając do siebie myśli, że to o nich chodziło. Reakcje ludzi, którzy protestują są czasami śmieszne, bo przecież mam prawo robić im zdjęcia, czy tego chcą czy nie. Ludzie tego nie rozumieją, unoszą się, krzyczą i nie dają mi dojść do słowa, żeby wytłumaczyć, o co chodzi. W takich sytuacjach po prostu odpuszczam i idę gdzie indziej. Ci, którzy protestują po prostu z góry zakładają, że jak ktoś robi im zdjęcie to po to, żeby zrobić im krzywdę. Słyszałem kiedyś o przypadku, kiedy sfotografowana osoba podeszła do fotografa i poprosiła o skasowanie zdjęcia gdyż była osobą poszukiwaną. Słyszałem o przypadkach pobicia czy kradzieży sprzętu. Niestety fotografia uliczna jest sztuką wyboru. To od nas zależy czy zdecydujemy się fotografować, np. w niebezpiecznej dzielnicy, czy pokażemy na naszych zdjęciach sceny, które mogą kogoś kompromitować itd. Nie chciałbym tutaj nikogo straszyć ani zniechęcać do fotografii ulicznej, ponieważ najczęstsze reakcje ludzi, z jakimi się spotykam są albo pozytywne albo nie ma ich w ogóle. D.B: Wspomniałeś, że fotografia uliczna jest sztuką wyboru. Jakie są twoje ulubione kadry? Czego oczekujesz od fotografii ulicznej? T.Ś: Nie mam ulubionych kadrów. Nic by z tego nie wyszło, gdybym szukał na ulicy kadrów, które mam w głowie. Zrobiłaby się z tego fotografia reżyserowana, przemyślana i w jakimś sensie wcześniej przygotowana, a przecież street jest fotografią spontaniczną. Kadry mają nas zaskakiwać, powinny być za każdym razem inne, nowe. Gdy robisz zdjęcie, rzadko masz czas na to by ewentualnie odwzorować jakiś ulubiony kadr, dokładnie przemyśleć, co oprócz głównego motywu powinno się na tym zdjęciu znaleźć. Czasami możesz przesunąć kadr lekko w prawo,

Fot: Tomasz Świeściak


WYWIAD ► 25

Fot: Tomasz Świeściak

OPEN ► 25 ► WYWIAD

szości przypadków aparat mieści się w kieszeni. To podstawowe zalety. W takich aparatach nie ma także świecących ekranów LCD i 25 niepotrzebnych nikomu przycisków. Warto tu dodać, że niezależnie od tego czy fotografujemy lustrzanką cyfrową, aparatem m4/3, czy analogowym systemem Leici musimy dysponować odpowiednim obiektywem. Początkujący często sięgają po obiektywy Tele o ogniskowej powyżej 85mm. Powstają wówczas np. zdjęcia starszej Pani wykonane z odległości 100 metrów. Tutaj powiedzmy sobie jasno, że taka praktyka nie ma nic wspólnego ze streetem. Nie o to tutaj chodzi. Trzymajmy się raczej zasady Roberta Capy, który podpowiada by być jak najbliżej akcji: „If your pictures aren’t good enough, you’re not close enough”. Polecam obiektywy szerokokątne 28 lub 35mm oraz standardowe 40 lub 50mm. Temat wyboru sprzętu jest bardzo szeroki, a zarazem bardzo ciekawy. W miarę możliwości najlepiej spróbować wszystkiego i w ten sposób samemu sprawdzić, jaki typ aparatu będzie dla nas odpowiedni.

w lewo w górę czy w dół, aby lepiej skomponować zdjęcie, ale momenty, na które oczekujesz mijają bardzo szybko i zazwyczaj masz tylko jedną czy dwie sekundy by uchwycić to, co interesujące. Dodatkowo musisz obserwować otoczenie, próbować przewidywać przyszłość i być w pełnej gotowości. Jeśli coś przegapisz, drugiej szansy już nie będzie. Poza tym, każde wyjście na streeta jest pewnego rodzaju wyzwaniem. Myślę, że oczekiwania w zależności od doświadczenia są różne. Ja po każdym moim wyjściu oczekuję, że wrócę do domu przynajmniej z jednym dobrym zdjęciem, chociaż bywa i tak, że wracam z niczym. Chodzi przede wszystkim o satysfakcję, a ta jest ogromna, jeśli trafiasz idealnie w decydujący moment i utrwalasz jakąś ciekawą chwilę, która przecież już nigdy się nie powtórzy, nigdy nie będzie taka sama.

D.B: Jakim sprzętem łapać chwile, o których opowiadasz? Czy może być to jakikolwiek aparat, czy jednak lepiej posługiwać się czymś bardziej odpowiednim? T.Ś: Oczywiście, że lepiej posługiwać się czymś odpowiednim. Może to być iPhone, najnowszy model kompaktowy Canona czy stary Nikkormat z lat 60-tych ubiegłego wieku. W tej chwili na rynku jest tyle sprzętu, że naprawdę jest w czym wybierać. Generalnie jest to pytanie z gatunku tych o wyższości swiąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy. Czy lepszy jest sprzęt analogowy czy cyfrowy? Osobiście stawiam na fotografię tradycyjną, czyli sprzęt analogowy, w szczególności małe aparaty dalmierzowe. Jest to sprzęt, który nie rzuca się w oczy, migawka pracuje bardzo cicho i w więk-

D.B: Muzyka, film, sztuka, albo religia, literatura czy filozofia; na wielu płaszczyznach ludzie doszukują się idoli, przewodników, autorytetów. Czy w Street photography można wskazać wiodącą osobę, która jest niekwestionowanym liderem ulicznej fotografii? T.Ś: Twórcą decydującego momentu jest francuski fotograf Henri Cartier Bresson. Jego zdjęcia przeszły do historii, są powszechnie znane, a jego samego można nazwać ojcem fotografii ulicznej. Ale czy jest niekwestionowanym liderem? Na pewno nie. Jest wielu innych fotografów, których prace równie mocno ukształtowały fotografię uliczną jak np. Joel Meyerowitz, Elliot Erwitt, Vivian Maier, Bruce Gilden. Jest ich tak wielu, że nie sposób wszystkich teraz wymienić.


Ich zdjęcia z pewnością inspirują każdego fotografa ulicznego. Obecnie istnieje kilkanaście grup, stowarzyszeń zrzeszających fotografów ulicznych. Warto tu wspomnieć o In-Public, czy polskim Un-Posed. Grupy te organizują wystawy fotograficzne, warsztaty i zajmują się ogólną promocją fotografii ulicznej. Internetowe portale fotograficzne takie jak flickr są również doskonałym źródłem inspiracji. Ogólnie dobrego materiału streetowego jest sporo. Jest od kogo się uczyć.

T.Ś: Różnic w sposobie fotografowania raczej nie ma. Niezależnie od miejsca, w jakim jesteś, zabawa polega cały czas na tym samym. Sposób i technika, jaką robiłem zdjęcia np. w Maroku czy w Portugalii nie różnił się od tego jak fotografuję na co dzień w Polsce. Jednak, co kraj to obyczaj, warto więc dowiedzieć się jakich reakcji ludzi w danym miejscu możemy się spodziewać. W niektórych krajach fotografowanie ludzi bez ich zgody jest niemile widziane. Można też spotkać się z żądaniem opłaty za zrobione zdjęcie. Również kwestia religii wchodzi tu w grę. Niektórzy np. wierzą, że fotograf robiąc zdjęcie, coś im zabiera, mówi się, że kradnie im duszę. Zawsze warto zachować szacunek dla miejscowej ludności. Pomijając tego typu aspekty, inny kraj, to często także inne światło i inne kolory. Warto to uwzględnić i przygotować sobie odpowiednie filmy lub dobrać specjalne filtry, szczególnie jeśli fotografujesz aparatami analogowymi. Nowe miejsca, inna kultura i inni ludzie stwarzają nowe możliwości, zachęcają do fotografowania, ale zdarza się, że na początku w nowym miejscu czujesz się niepewnie. Doświadczyłem czegoś takiego w Marrakeszu. Na początku robienie tam zdjęć sprawiało mi trudność. Czułem się jakbym pierwszy raz wy-

OPEN ► 26 ► WYWIAD

D.B: Jednak najlepszym nauczycielem jest praktyka. Robiłeś zdjęcia w wielu miastach. Czy dostrzegasz różnice między Polską a innymi krajami?

szedł na ulicę z aparatem. Ale w Afryce wszystko jest po prostu inne. Fotografując w Europie nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem. D.B: Jakie są twoje plany na przyszłość? Czy są miejsca, które szczególnie chciałbyś sfotografować? Może Szkocja? Tutejsza wielokulturowa ulica obfituje w nietuzinkowe twarze. T.Ś: Cały czas myślę o Wielkiej Brytanii. Chciałem polecieć na wyspy w tamtym roku, ale się nie udało. Jednak w tym roku nie odpuszczę, mam nadzieję, że przynajmniej na kilka dni uda mi się wyjechać i pobiegam trochę z aparatem po szkockich i po angielskich ulicach. Oglądam dużo zdjęć i bardzo podobają mi się te z Edynburga, z Londynu

czy z Cardiff. Szczególnie nocne życie wygląda interesująco. Daleko idących planów fotograficznych raczej nie mam. Oczywiście jest kilka idealnych miejsc do street photography, o których śni mój obiektyw; znajdują się one na końcu świata. Po pierwsze Nowy Jork, po drugie Hongkong. Niestety w najbliższym czasie tak daleko nie wyjadę, więc stawiam na Szkocję! D.B: Trzy rady dla początkującego fotografa street photography? T.Ś: Nie zwracać zbyt dużej uwagi na sprzęt. Oglądać zdjęcia innych. Fotografować jak najwięcej. Dziękuję za rozmowę.

Fot: Tomasz Świeściak

WYWIAD ► 26


REKLAMA ► 27

Serwis informacyjny Open Scotland.pl zaprasza do współpracy osoby przebojowe i dynamiczne, oraz takie które nie boją się wyrażać własnego zdania.

Jeśli uważasz, że to ogłoszenie jest dla Ciebie nie zawahaj się zgłosić swojej kandydatury. Może czekamy właśnie na Ciebie?! Buduj swoje dziennikarskie portfolio z serwisem Open Scotland.pl! Współpraca z serwisem Open Scotland.pl odbywa się na zasadach tzw. dziennikarstwa obywatelskiego i jest bezpłatna.

Fot: Fotolia

Wyślij swoje CV i próbny tekst na adres: ip.openscotland@gmail.com

Serwis informacyjny Open Scotland.pl oraz Open eBusiness.biz zaprasza do współpracy osoby z doświadczeniem w sprzedaży powierzchni reklamowej. Oczekujemy: - Doświadczenia w sprzedaży powierzchni reklamowej - Samodzielności oraz bardzo dobrej organizacji pracy - Sprawnego posługiwania się Internetem - Sprawnej obsługi programów pakietu MS Office - Znajomości języka angielskiego na poziomie komunikatywnym - Kreatywności i sumienności Oferujemy: - Współpraca w profesjonalnym zespole - Poznanie najnowszych technologii - Udział przy nowych rozwojowych projektach - Wysoką prowizję od sprzedaży powierzchni reklamowej Jeśli uważasz, że to ogłoszenie jest dla Ciebie nie zawahaj się zgłosić swojej kandydatury. Zarabiaj z Nami! Wyślij swoje CV oraz list motywacyjny na adres: ip.openscotland@gmail.com

OPEN ► 27 ► REKLAMA

Oferujemy: - Możliwość zdobycia doświadczenia w pracy dziennikarskiej na zasadach non-profit - Współpraca w profesjonalnym zespole - Poznanie najnowszych technologii - Promocję własnej osoby - Oferujemy certyfikat poświadczający współpracę. - Serwis nie wyklucza zatrudnienia (okres próbny 6 miesięcy) Oczekujemy: - Umiejętności posługiwania się poprawną polszczyzną - Znajomości języka angielskiego na poziomie komunikatywnym - Zainteresowania szeroko pojętą tematyką kulturalno-społeczną - Sprawnej obsługi programów pakietu MS Office - Kreatywności, zaradności i zapału do pracy - Sumienności i rzetelności - Lekkiego pióra


OPEN ► 28 ► GALERIA

OPEN GALERIA

GALERIA ► 28

Street Photography by Tomasz Świeściak

Fot: Tomasz Świeściak


OPEN ► 29 ► GALERIA

GALERIA ► 29

Fot: Tomasz Świeściak

Fot: Tomasz Świeściak


OPEN ► 30 ► GALERIA

GALERIA ► 30

Fot: Tomasz Świeściak

Fot: Tomasz Świeściak


OPEN ► 31 ► GALERIA

GALERIA ► 31

Fot: Tomasz Świeściak

Fot: Tomasz Świeściak


OPEN ► 32 ► GALERIA

GALERIA ► 32

Fot: Tomasz Świeściak


OPEN ► 33 ► GALERIA

GALERIA ► 33

Tomasz Świeściak mieszka we Wrocławiu. Pracuje w branży IT. Swoją przygodę z fotografią rozpoczął 5 lat temu. Od tamtego czasu próbuje swoich sił głównie w fototografii ulicznej. O swojej pasji mówi wprost - „Staram się pokazywać zwykłą codzienność w sposób niezwykły. Szukam decydującego momentu na wrocławskich ulicach. Fotografuję aparatami analogowymi, głównie dalmierzami. Negatywy czarno białe wywołuję sam. Materiały kolorowe zanoszę do labu. Wywołane klisze skanuję, a najciekawsze klatki publikuję na swoim blogu”. www.tomekswiesciak.wordpress.com. Fot: Tomasz Świeściak


OPEN ► 34 ► REKLAMA

REKLAMA ► 34

Świat jest złożony... Tak się skłda, że My też...


 A kimże pozostaje artysta pozbawiony natchnienia? Czy pisarz, który utracił pasję tworzenia staje się grafomanem? Czy kompozytor bez weny tworzy tandetę? A kim jest malarz świadomy swej chwilowej beznadziejności? Felieton ► Hanna Łącka

OPEN ► 35 ► KULTURA | FELIETON

Przychodzi kiedy chce, bezpardonowo wali do drzwi domagając się natychmiastowego wpuszczenia, a gdy przypadkiem zwlekasz z otwarciem się na nią, zniecierpliwiona przystępuje do ataku. Nie ma już mowy o błogim śnie, obronie przed nią, gdyż wciska się przez szczeliny i pory anatomii człowieczej, siada okrakiem na mózgu (a może na mięśniu sercowym?) i z upiornym uśmiechem zwycięzcy zabiera się do rządzenia. Tobą. Twoimi zmysłami. Nigdy nie wiesz jak długo gość twój zabawi. Kwadrans? Rok? I nieważne kim jesteś, czym się zajmujesz, jakie masz plany. Teraz masz być artystą. Tworzyć dzieło. Bo ona tak chce. Wena, która nawiedza tylko wybranych. Starożytni Grecy uważali, że to zamieszkujący Parnas Apollo, będący patronem poezji i sztuki, zsyła na artystów natchnienie. On i towarzyszących mu

Fot: Hanna Łącka

Zarówno Nikifora jak i porównywaną z nim francuską malarkę Seraphine Louis, pochłonęła pasja malowania. Oddali się niej, narażając przy tym na pośmiewisko innych i uzyskując przydomek dziwaków.

dziewięć Muz miało decydować kogo obdarzyć weną twórczą, a kogo nie. Wybrani zaś przez nich nieszczęśnicy toczyć zmuszeni byli na ziemi swój nędzny żywot, odtrąceni przez współczesnych im, częstokroć uznani za szaleńców. Przytoczę tu choćby postać Nikifora z Krynicy, malarza prymitywistę, którego przez długi czas uznawano za chorego psychicznie kalekę. Żyjący w nędzy, wiecznie tułający się żebrak malował na czym tylko się dało, na skrawkach papieru lub tektury, używając w tym celu naturalnych barwników roślinnych. Zarówno Nikifora jak i porównywaną z nim francuską malarkę Seraphine Louis, pochłonęła pasja malowania. Oddali się niej , narażając przy tym na pośmiewisko innych i uzyskując przydomek dziwaków. Ich dzieła obroniły się same, dzisiaj są żywym dowodem na istnienie prawdziwego powołania. Poetom zdarza się zapisywać wiersze na zasmarkanej chusteczce, malarzom szkicować na knajpianych serwetkach lub własnym ciele, a muzykom słyszeć dźwięki pomimo kompletnej głuchoty. Wena może dopaść artystę w każdym momencie i w każdym momencie może go opuścić. A kimże pozostaje artysta pozbawiony natchnienia? Czy pisarz, który utracił pasję tworzenia staje się grafomanem? Czy kompozytor bez weny tworzy tandetę? A kim jest malarz świadomy swej chwilowej beznadziejności? No właśnie. Bóg Apollo miewa swoje humory, czyni z człowieka artystę, po czym porzuca go zwykłym śmiertelnikom na pożarcie. Doskonale ujął to Fryderyk Chopin: „U każdego twórcy są chwile, kiedy natchnienie opada i zaczyna się mózgownicy tylko robota. Wziąwszy nuty w rękę, można nawet palcem takie miejsca pokazać. Chodzi o to, żeby natchnienia najwięcej, najmniej roboty było”. Hmm…„mózgownicy robota”? Czy przypadkiem nie mamy tu do czynienia z definicją szmiry?

Wena przywilejem wybrańców

KULTURA | FELIETON ► 35


Katarzyna, erotyk i bajki

KULTURA ► 36

 „Kiedyś napisałam erotyk, zapisałam go w programie, ale nie zamknęłam; odeszłam dosłownie na chwilę od komputera i mój młodszy syn Radek, przeczytał”. – Z Katarzyną Campbell, autorką wierszy nie tylko dla najmłodszych, rozmawia Damian Biliński.

Katarzyna Campbell: Lubię wszystkie bajki. Nigdy z nich nie wyrosłam. Czytali mi je moi rodzice, później ja czytałam swoim dzieciom. Moją ulubioną bajką z dzieciństwa jest bajka o Czerwonym Kapturku, chętnie do niej wracam. Kiedyś napisałam swoją wersję z dobrym zakończeniem, no i oczywiście z dużą dawką humoru. Jednakże do dzisiaj nie lubię czerwonych czapeczek. Boję się również wilków, szczególnie takich drzemiących w ludziach. D.B: Czy to właśnie lęk przed wilkami spowodował, że podjęłaś decyzję, aby wyjechać do Szkocji?

K.C: Tak, miałam problemy w Polsce, ale o tym nie chciałabym rozmawiać. Było, minęło. Nie warto rozdrapywać starych ran. Na szczęście w Szkocji mieszkam już ponad sześć lat. Pierwszy raz przyjechałam na zaproszenie mojego przyjaciela. Dzięki niemu zwiedziłam kawał Szkocji; byłam pod wielkim wrażeniem: woda, góry, zabytki i ta przepiękna przyroda. Na pewno to wszystko miało duży wpływ na podjętą przeze mnie decyzję, o związaniu swoich losów z tym Krajem. D.B: W dużym uproszczeniu morał z Czerwonego Kapturka płynie taki, aby nie rozmawiać z nieznajomymi, bowiem mogą wykorzystać pozyskane informacje w złym celu, ba, mogą nawet taką osobę zjeść. Wydaje się jednak, że ty nie masz najmniejszych oporów i chociaż nie rozmawiasz z wilkiem to z przyjemnością przed wilkiem przestrzegasz dzieci. Skąd wziął się pomysł, aby pisać bajki?

OPEN ► 36 ► KULTURA

Damian Biliński: Życie różne bajki pisze: Kopciuszek, Królewna Śnieżka, Piękna i Bestia, Jaś i Małgosia, Brzydkie Kaczątko, Czerwony Kapturek, a to tylko niektóre z najsłynniejszych bajek na świecie. Jaka jest twoja ulubiona bajka?

 Fot: Damian Biliński


KULTURA ► 37 K.C: Moja przygoda z poezją zaczęła się około trzech lat temu. Początkowo pisałam utwory tylko dla dorosłych. Zafascynowana byłam pisaniem, odkrywałam coraz to nowe style. Swoje wszystkie utwory wystawiałam na portalu poetyckim, przychylne opinie utwierdzały mnie w tym, aby uczyć się pisać, doskonalić warsztat pisarski. Korzystałam z opinii i rad tych, którzy mieli już doświadczenie w pisaniu. Małymi kroczkami zyskiwałam na tym portalu popularność. Kiedyś napisałam erotyk, zapisałam go w programie, ale nie zamknęłam; odeszłam dosłownie na chwilę od komputera i mój młodszy syn Radek, przeczytał. Dostał oczywiście burę! Prawiłam mu morały, że jest dzieckiem i nie wszystkie utwory są przeznaczone dla niego, wtedy on poprosił mnie o napisanie wiersza takiego specjalnie dla niego. Napisałam jeden, drugi, były następne, Radek był moją inspiracją do pisania. Bajeczki, wierszyki podobały się zarówno dzieciom jak i dorosłym. Za namową koleżanki wysłałam kilka wierszowanych bajeczek do wydawnictwa i o dziwo dostałam pozytywną odpowiedz - to był rok 2011. Kilka miesięcy trwały prace nad redakcją, korektą. Ilustracje do książki zrobiła córka mojej koleżanki. Książka ukazała się na jesieni, wydana przez Warszawską Firmę Wydawniczą. W styczniu 2012 podpisałam pierwszy kontrakt. Do tej pory napisałam ponad dwadzieścia książek, większość z nich jest już wydana, część przygotowywana do druku. Mam dalsze zamówienia i wkrótce ukażą się następne. D.B: Pisanie bajek to chyba dość radosne zajęcie. Aby napisać dramat lub poważne dzieło literackie inspirację zazwyczaj czerpie się z życia i to takiego, w którym główną rolę odgrywają problemy natury moralnej, egzystencjalnej lub po prostu cierpienie. A bajki? Czy możesz przybliżyć nam swój warsztat?

K.C: Dla mnie pisanie bajek dla dzieci to prawdziwa przyjemność, można puścić wodze fantazji, przenieść się do tego lepszego i prostszego świata, gdzie białe jest białym, a czarne czarnym. Jestem pogodną osobą, staram się, aby takie były moje utwory: ciepłe i wesołe. Zapewniam w swoich książkach odpowiedni nastrój; miły, przyjazny dla dziecka, używam prostego języka, aby móc bezpośrednio dotrzeć do odbiorcy. Dbam o zachowanie rytmu, każdy utwór ma swoją melodię a przesłanie płynące z bajki, zachęca małych czytelników do przemyśleń. Czy pisanie dla dzieci jest trudne? Na pewno nie każdy potrafi. Na napisanie tekstu do książeczki, potrzebuję zazwyczaj kilku dni. Jest pomysł, temat, obmyślam akcję, szukam odpowiednich rymów, łączę to wszystko w jedną całość. A napisany tekst czytam i czytam; dokonuję poprawek, liczę sylaby, wygładzam. Przed wysłaniem do wydawnictwa, sprawdzam pierwsze reakcje odbiorców: syn, siostrzeniec, koleżanki. Czasami, aby napisać utwór, muszę wcześniej zebrać materiały - tak było z serią książek o pojazdach, bo przecież ważne jest to, aby dać prawdziwe informacje. Po przeczytaniu bajki „Betoniarka”, dziecko musi wiedzieć, do czego ona służy, gdzie się ją wykorzystuje. Pisanie dla dzieci sprawia mi olbrzymią frajdę! Jest to zabawa słowem, ciut matematyki, odrobina psychologii i muzyka. Czyli to wszystko, co lubię!

Fot: Damian Biliński

Po pierwsze trzeba określić grupę wiekową, do jakiej kieruje się utwór. Aby napisać wiersz, bajkę dla dzieci, nie mogę operować nie zrozumiałym słownictwem dla dzieci. Nie mogę tego małego czytelnika, przestraszyć OPEN ► 37 ► KULTURA


KULTURA ► 38 D.B: Chcesz mi powiedzieć, że podczas pisania bajek słuchasz piosenek w rodzaju „Puszek Okruszek”, „Pieski małe dwa” czy „Kaczka Dziwaczka”?

Nie ma żadnych gotowych wzorów. Niestety! Matematykę używam podczas liczenia sylab. Aby wiersz miał melodię, rytm, trzeba trzymać się pewnych zasad.

K.C: No, nie do końca, choć bardzo często podczas pisania wierszowanych bajeczek słucham muzyki. Uwielbiam muzykę poważną (Beethoven, Mozart, Bach, Vivaldi, Chopin) ona mnie wycisza, pobudza moją wyobraźnię, relaksuje, jest balsamem dla mojej duszy. Myślę, że poezja i muzyka mają z sobą dużo wspólnego; rytm, treść, nastrój. Różnica jest tylko w sposobie zapisu. Ale to nie znaczy, że nie słucham muzyki rozrywkowej. Lubię każdy rodzaj muzyki, no, może nie jest bliski memu sercu Hard Rock.

D.B: Muzykę i psychologię rozumiem, ale nie rozumiem matematyki. W jakim celu wykorzystujesz matematykę podczas pisania? Czy istnieją jakieś matematyczne wzory, gotowe rozwiązania, dzięki którym, że tak się wyrażę: słowo ciałem się staje? K.C: Nie, nie ma żadnych gotowych wzorów. Niestety! Matematykę używam podczas liczenia sylab. Aby wiersz miał melodię, rytm, trzeba trzymać się pewnych zasad. W każdym wersie musi być ta sama ilość sylab. Ważna jest również średniówka. Średniówka dzieli wers na części i ważne jest, aby w każdym z wersów padała ona na tą samą sylabę. Np. w 11 głoskowcu będzie ona między piątą a szóstą sylabą. Ja piszę dla dzieci wiersze ośmiogłosowe, więc średniówka będzie w połowie wersu, czyli między czwartą, a piątą sylabą.

D.B: Wspomniałaś o psychologii. K.C: Tak. Po pierwsze trzeba określić grupę wiekową, do jakiej kieruje się utwór. Aby napisać wiersz, bajkę dla dzieci, nie mogę operować nie zrozumiałym słownictwem dla dzieci. Nie mogę tego małego czytelnika, przestraszyć, czy nie daj Boże zniechęcić do czytania, czy słuchania. Muszę, szczególnie w utworach dla dzieci dbać o to, aby bohater się dobrze kojarzył, żeby prawidłowo postawić granice pomiędzy dobrem a złem. W bajkowej scenerii przemycić treści, które skłaniałyby młodego czytelnika do przemyśleń, ocen zachowania w poszczególnych sytuacjach. Pisząc bajki nie mogę punktować nie odpowiedniego zachowania. Przykładowo, kiedyś pisałam wierszyk o okularkach, jest to historia małej dziewczynki, z której wyśmiewają się dzieci, że nosi okulary. Dziewczynka przestaje je zakładać, ma problemy z czytaniem i pisaniem. Dzieciom trzeba tłumaczyć, że nie liczy się wygląd człowieka, a jego wnętrze.

D.B: Zapomnijmy na chwilę o matematyce. Za tobą gorące lato w Polsce, spotkania z publicznością, jesienna promocja wierszy w Wielkiej Brytanii i być może równie intensywny nowy rok. Innymi słowy, wzmożona aktywność promocyjna?

Fot: Damian Biliński

K.C: Tak. Spotkałam się z dziećmi w Gorzowie Wlkp, Strzelcach Krajeńskich, Drezdenku, Międzyrzeczu, Dobiegniewie, Starym Kurowie, Trzebiczu, OPEN ► 38 ► KULTURA


KULTURA ► 39 Cielicach. Odwiedziłam również szkockie dzieci w szkole, do której uczęszcza mój syn w Dunoon. Promocja wierszy miała także miejsce w Edynburgu podczas kiermaszu książek, na który zostałam zaproszona przez Polish Community in Scotland, a konkretnie zaprosił mnie pan Marek Sołtysiak. Pod koniec października odwiedziłam dzieci w Sobotniej Polskiej Szkole w Coatbridge. Od listopada współpracuję z Gazetą Polonijną w której to redaguję stronę dla dzieci. W listopadzie Pani Małgorzata Bugaj- Martynowska przeprowadziła ze mną wywiad który ukazał się w Dzienniku Polskim. Z kolei w grudniu byłam w Birmingham na wydarzeniu po-

D.B: Trzeba przyznać, że pisanie bajek to nie tylko miłe rymowanki ale i ciężka praca promocyjna. A zatem, jak zapowiada się rok 2013?

Obecnie poezję dla dorosłych piszę sporadycznie, ponieważ tworzenie dla dzieci zaabsorbowało cały mój wolny czas. Oprócz pisania mam przecież rodzinę, pracuję, opiekuje się dzieckiem, zajmuję się domem. Może kiedyś będę mogła na nowo powrócić do tworzenia „poważnej poezji”.

etycko - muzycznym „Piękni Ludzie” gdzie miałam możliwość zaprezentowania swojej twórczości oraz spotkania się z członkami londyńskiej grupy PoEZja Londyn, do której od kilku miesięcy należę. Także w grudniu moje książki zrecenzował Jerzy Granowski - dziennikarz, poeta, grafik. Recenzje ukazały się między innymi na portalu Wiadomości 24.pl, na stronie Poetycka Strefa Jerzego Granowskiego. Koniec grudnia, a dokładnie 28 grudnia został wyemitowany ze mną wywiad w polsko-angielskiej audycji w radiu BBC Poles Apart, który przeprowadziła ze mną Bożena Wilson, więc jak widać rok 2012 był dość intensywny i pomyślny.

K.C: Chyba równie ciekawie. 13 stycznia brałam udział w WOŚP w Glasgow, bawiłam się i czytałam dzieciom moje książki. Przekazałam na licytację kilka swoich egzemplarzy, które zostały zlicytowane podczas tej imprezy. Zdaje się, że w lutym nieco ochłonę, ale już w marcu będę uczestniczyła w Międzynarodowych Targach Książki dla Dzieci i Młodzieży w Poznaniu. Dostałam również propozycję prowadzenia warsztatów poetycko-teatralnych w Birmingham, przede mną spotkanie w Londynie na prapremierze Piękni Ludzie - Światowy Dzień Poezji UNESCO, które odbędzie się w marcu 2013 roku. Mam nadzieję, ze rok 2013 będzie dla mnie równie przychylny i owocny jak miniony. D.B: Oczywiście redakcja Open Polish Magazine trzyma za ciebie kciuki. Ale chciałbym zapytać jeszcze o inną sprawę. Przeciętnemu czytelnikowi wydawać by się mogło, że pisanie bajek to dość prosta sprawa. Ot, usiąść i napisać. Tymczasem okazuje się, że to dość złożony proces. A Morsztyn, Leśmian, Poświatowska? Czy oprócz bajek tworzysz poważniejszą poezję? K.C: Obecnie poezję dla dorosłych piszę sporadycznie, ponieważ tworzenie dla dzieci zaabsorbowało cały mój wolny czas. Oprócz pisania mam przecież rodzinę, pracuję, opiekuje się dzieckiem, zajmuję się domem. Może kiedyś będę mogła na nowo po-

Fot: Damian Biliński

OPEN ► 39 ► KULTURA


KULTURA ► 40 wrócić do tworzenia „poważnej poezji”. Początkowo pisałam utwory kierowane do osób dorosłych. Była to liryka i erotyki, Próbowałam się sprawdzić w każdej dziedzinie. Bardzo lubię pisać fraszki i limeryki. Oczywiście, bardzo lubię erotyki Leśmiana. Lubię czytać poezję różnych autorów, czytając Innych można się wiele nauczyć. Ale bardziej niż Leśmiana, przypadają mi do gustu erotyki Kazimierza Przerwa – Tetmajera. Lubię też poezję Marii Pawlikowskiej Jasnorzewskiej; zaczytywałam się w jej wierszach jak byłam jeszcze nastolatką. D.B: Na koniec wróćmy do początku naszej rozmowy. Wspomniałaś, że twoją ulubioną bajką był „Czerwony Kapturek”. Pod koniec bajki do chatki przychodzi odważny leśniczy. Celuje w wilka i strzela. Po chwili wszyscy są cali, zdrowi i szczęśliwi. Czy Katarzyna Campbell znalazła swojego leśniczego w Szkocji, który uwolnił ją od strasznego, głodnego wilka?

Katarzyna Campbell Autorka książek dla dzieci, wywodząca się ze Strzelec Krajeńskich. Swoje życie związała ze Szkocją, od ponad 6 lat mieszka w Dunoon. Przygodę z poezją zaczęła około 2,5 roku temu. Od dwóch lat, piszę utwory dla dzieci, do których tworzenia zinspirował ją syn Radek. Książki ukazują się od 2011r. w wydawnictwach: Warszawska Firma Wydawnicza, Arystoteles i Jafi, z którym obecnie współpracuje. Są to wierszowane bajeczki, edukacyjne, pełne humoru, chętnie czytane i oglądane przez najmłodszych czytelników i ich rodziców. Przyczyniły się do tego przepiękne ilustracje Marka Szala, Macieja Mazura i Igi Martynow. Chętnie uczestniczy w spotkaniach autorskich. Ma bardzo dobry kontakt z najmłodszymi czytelnikami. Twierdzi, że : uśmiech dziecka jest dla niej największą zapłatą!

D.B: Jak rozumiem, ta bajka kończy się szczęśliwie? K.C: Tak! A czy los dopisze część drugą tej bajki i z jakim zakończeniem czas pokaże.

Fot: Damian Biliński

K.C: Mój wilk nie był, aż taki straszny i nie potrzebowałam pomocy leśniczego. Sama rozprawiłam się z wilkiem, wszakże jestem dzielną i nieustraszoną dziewczyną. Nie boję się ciemnego lasu, a na wilki mam swoje sposoby. Jestem po szkole hodowlanej, więc mam trochę praktyki jak postępować ze zwierzyną. Ale owszem, tu w Szkockim lesie poznałam pewnego przerośniętego Elfa. I jak to w bajkach bywa - weselisko się odbyło i wszystko dobrze się skończyło.

OPEN ► 40 ► KULTURA


A ty nakryjesz mnie,

jedną z tych „ostatnich szans” Wiersze ► Damian Świątek

Wiatr był taki wiatr dużo starszy ode mnie szpetny i złośliwy żonglował chuderlawym ptactwem rozbawiony a gdy oknem wpadł szarpał za włosy marzenia płosząc śmiał się do łez mówiąc że nie urosnę i zawsze do pięt będę aby i o ciebie też pytał pytał dlaczego wyszłaś mi bokiem i gdzie bym się nie skrył tam był całym swym chłodem czekał pełen trudnych myśli wciąż pytał czemu nie ufam

OPEN ► 41 ► KULTURA

*** (I tak wrócę) I tak wrócę. Ten sam – jak ostatnio. Zawinięty we wczorajszą gazetę. Drugiej świeżości. Truchło, na chłodnym blacie. A ty nakryjesz mnie, jedną z tych „ostatnich szans”. Fot: Damian Świątek

KULTURA ► 41 Częstochowski okultyzm turystyczny Pamiętaj abyś dzień święty święcił!- wyje stary dzwon. Z wierzy kościelnej spłoszył rozwiązłe ptactwo. Na gzymsie katedry białe, witraże lepione przez „gruchgruch”. Gastryczny artyzm analny. Skośnookie plemię obwieszone amuletami fotograficznymi. Odmawia swoje „pstryk”. A stonoga pełzła na kolanach, krwawiąc drogi płatkami piwonii i róż. Hosanna! Chaos-anna! Abba ojcze! Tram trach! Fanatyk uszami klaszcze. Hołd cieśli z Nazaretu składa. Abba ojcze, abba! A może haba, haba? Karty wspomnień Na mych wspomnieniach, układam domek z kart. Każda z kart- Joker, z szyderczym uśmiechem, Jadowitym spojrzeniem... Los drwił z przeznaczenia? Czy przeznaczenie drwiło z losu? Kanarek w klatce głupoty, Tyle z wolności... Pamięć falochrony złudzeń strzegą marzeń falochrony pragnień studzą zmysły falochrony pieśni potępionych pieszczą oddech we włosach zakazanych kontrastem czerwonych ust spływając z kropelkami złotego potu po tablicach dziesięciu spraw oczywistych


OPEN ► 42 ► ROZRYWKA

ROZRYWKA ► 42

► WYSTAWA John Bellany | A Passion for Life DO 27 stycznia 2013 Academy (Scottish National Gallery) | £7 (£5) Edynburg John Bellany, urodzony w 1942 roku w Port Seton, na wschód od Edynburga, jest jednym z najwybitniejszych współczesnych artystów szkockich. Aby uczcić 70-lecie urodzin artysty, wszystkie dzieła z jego kariery, trwającej ponad pięćdziesiąt lat, zostały zebrane w tej retrospektywnej wystawie. Możemy podziwiać obrazy, akwarele, rysunki i grafiki, z których wiele rzadko, jeśli w ogóle, były wystawione.

► WYSTAWA BP Portrait Award 2012 DO 27 stycznia 2013 Scottish National Portrait Gallery | Wstęp wolny Edynburg, 1 Queen Street BP Portrait Award prezentuje najlepsze współczesne dzieła malarstwa portretowego z całego świata.W ciągu 33 lat, z czego ostatnie 22 były sponsorowane przez BP, wystawa ewoluowała wraz z wprowadzeniem do prac różnych stylów i zapisuje się corocznie jako wielkie wydarzenie artystyczne.

► WYSTAWA Turner in January 2013 DO 31 stycznia 2013 Gallery, Room 7 (Scottish National Gallery) | Wstęp wolny | Edynburg William Turner (1775-1851) był chyba najbardziej płodnym i innowacyjnym brytyjskim artystą. Tuner in January prezentuje trzydzieści osiem akwarel artysty, zapewniając niezwykły przegląd wielu z najważniejszych aspektów jego kariery. Jest to niezwykła podróż wraz z artystą po wzniosłych, górzystych krajobrazach Walii, Szkocji czy Alp. Inspiracje czerpał ze światła i sztuki w Wenecji.


Wielkość i cena modułu

OPEN POLISH MAGAZINE

420 x 297 120 funtów na tydzień + VAT


Wielkość i cena modułu

205 x 145

205 x 297 60 funtów na tydzień + VAT

30 funtów na tydzień + VAT

100 x 145 15 funtów na tydzień + VAT


Jesteśmy otwarci! A Ty?

Open Polish Magazine  
Open Polish Magazine  

Informacje, publicystyka, rozrywka, kultura

Advertisement