Issuu on Google+

5 VIII 2011 r.

SPECJALNE WYDANIE O SALI SAMOBoJCOW


OFICJALNY DZIENNIK 38. ILF

W związku z dyskusją, która rozgorzała wśród członków redakcji i uczestników festiwalu po obejrzeniu Sali samobójców postanowiliśmy wydać numer specjalny poświęcony filmowi. Pragniemy w nim przedstawić Państwu różnorodne stanowiska dotyczące obrazu Jana Komasy.

Redakcja „Ińskie Point”

Dominika Kolanowska

100 DNI ZATRACENIA, CZYLI CIERPIENIA MŁODEGO WERTERA W DOBIE CYFROWERJ Dominika poznajemy na niewiele ponad sto dni przed maturą. Chłopak ma w ręku same asy. Na studniówkę zaprasza go najładniejsza dziewczyna w szkole, jest lubiany i pewny siebie. Rodzice są z niego dumni, rozpieszczają jedynaka najlepszymi gadżetami, możliwością nauki w prywatnym liceum, osobistym kierowcą na każde zawołanie. Zajęci pracą i romansami nie silą się jednak na zrozumienie własnego dziecka. Karmią je pustymi frazesami: jak to są z niego dumni i jaka to przed nim stoi kariera. Wydaje im się, że pieniądze są lekarstwem na wszystko. Okazuje się,

samobójstwa. Zauroczony tajemniczą buntowniczką, Dominik również ogranicza swoje życie do czterech ścian. Jak uda mu się uchronić Sylwię przed samobójstwem, kiedy zrezygnowani rodzice odłączą Internet? „Witam Cię w Sali samobójców, Dominik” – takimi słowami intrygująca nieznajoma zaprasza bohatera do wirtualnego świata. Chłopak z ciekawości przyjmuje zaproszenie, nie spodziewając się jednak, jak trudne okaże się opuszczenie tej wciągającej, choć nierealnej przestrzeni. Nietrudno dostrzec eskapistyczny wymiar Internetu, nie tylko

że ich wizja świata nie przystaje do tej reprezentowanej przez młodsze pokolenie. Zmierzywszy się z porażką i poniżeniem, Dominik zamyka się w świecie wirtualnym. Tego zwyczajnego chłopaka zwabia tam bardzo niezwyczajna dziewczyna. Sylwia ma różowe włosy, jej twarz zdobią kwiatowe ornamenty oraz dziwna maska. Kontaktuje się ze światem przez Internet, od trzech lat nie opuściła swojego pokoju, zaś jej największym marzeniem jest popełnienie

jako sposobu dostarczania rozrywki, ale modelu spędzania czasu w ogóle. Eskapizm tym bardziej oddziałuje na młodzież, która szukając akceptacji, próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie: Kim jestem?. Spotykając się z porażką w prawdziwym świecie, nastolatkowie kreują samych siebie jako bohaterów Internetu. W końcu tam są anonimowi, mogą wcielić się w dowolnego awatara, nie liczy się ich wygląd, czy jak duża pewność siebie ich cechuje. Na przykład jeden z bohate-

STRONA 2

rów Sali samobójców jest kaleką, podczas gdy jego wirtualny odpowiednik to wielki, silny, przypominający Minotaura stwór. Internet daje zatem to, czego dać nie potrafi świat realny. Dlatego też tak wciąga, by w końcu stać się jedynym istniejącym światem. Zamknięta w czterech ścianach pokoju Sylwia twierdzi, że jest wolna. Czy rzeczywiście? Czy uwolnienie się od własnych słabości i kompleksów jest tak łatwe? Chyba nie, skoro dziewczyna wciąż pragnie popełnić samobójstwo. Poza tym, w świecie wirtualnym również obowiązuje ustalona hierarchia, zaś bohater, który się jej przeciwstawił zostaje brutalnie wyrzucony z Sali samobójców. Jan Komasa prezentuje Internet jako fenomen współczesności. Popularność portali społecznościowych zostaje ukazana poprzez szybkie tempo montażowe oraz fast motion. Fakt, że wszyscy znajomi Dominika mają konto na filmowym odpowiedniku Facebooka nie dziwi, w końcu każdy z nas takowe posiada na tym rzeczywistym. Co więcej, Internet tak bardzo stał się częścią naszego życia, że trudno przetrwać chociażby jeden dzień bez niego. Dlatego też Sala samobójców jest filmem aktualnym i ważnym w polskiej kinematografii. Poza Samotnością w sieci Witolda Adamka nie jestem w stanie wymienić żadnego innego polskiego filmu poruszającego problem Internetu. Dzięki Komasie z ukrycia wychodzi także kultura Emo do tej pory traktowana z ironicznym uśmiechem, jak w Wojnie polsko-ruskiej Xawerego Żuławskiego. Sala samobójców pokazuje, że samookaleczanie się oraz próby samobójcze stanowią współcześnie istotny problem. Owszem, są one sposobem na zwrócenie na siebie uwagi, jednak wystarczy drobne niedopatrzenie, by, jak Benigno w Porozmawiaj z nią Pedra Almodóvara, skończyć na cmentarzu. Poza tym, Sala samobójców ukazuje trudne relacje międzypokoleniowe.


INSKIE POINT Problem ten to oczywiście nihil novi zarówno w polskiej, jak i światowej kinematografii, jednak wciąż nie stracił on na swej aktualności. Komasa obnaża płytkość relacji dzieci z rodzicami, opartych na sile pieniądza. Reżyser zdaje się zadawać pytanie, dlaczego musi dojść do tragedii po to, by dorośli, którzy obejrzą film zrozumieli swoje pociechy. Komasa nieco zbyt jednoznacznie obarcza winą dorosłych, którzy zbyt zadufani w sobie oraz zaślepieni własnymi karierami zapominają czym jest ciepło domowego ogniska. Koło się zamyka. Pozbawione ciepła domu rodzinnego dzieci szukają go w Internecie, wśród innych ludzi, którzy, jak twierdzi Dominik, są dla niego jak rodzina. Po raz pierwszy w polskim kinie fabularnym za sprawą Jana Komasy animacje stały się pełnoprawną częścią fil-

mu. Dokonał on tego, czego nie potrafił zrobić między innymi holenderski reżyser Nic Balthazar, kręcąc w 2007 roku Bena X. To niezwykle podobne, w sensie tematycznym, do Sali samobójców dzieło operuje animacjami w sposób bardzo ograniczony, jako przerywnikami czy wstawkami do filmu, znajdującymi się gdzieś w tle podstawowej akcji. Komasa tworzył swoje obrazy komputerowe rok, zależało mu, by nie tylko dopowiadały one coś do filmu, lecz by stanowiły zasadniczą historię. Przypominające swą stylistyką świat Second Life animacje nie zachwycają jednak. Sprawiają one wrażenie niedopracowanych, zapóźnionych technologicznie. Czy wkroczyłabym ponownie do Sali samobójców? Chyba nie. Bez wątpienia nie jest to lekkie kino, a po projekcji ma się ochotę wyrzucić komputer przez

okno. Mimo to, warto zgłębić meandry Sali samobójców, gdyż jest to niezwykle ważna, jeżeli nie przełomowa produkcja w kinie polskim. Film ten mówi o młodych, zwraca uwagę na ich problemy i rozterki, a to dzięki osadzeniu akcji we współczesności. Tego właśnie potrzebowała polska kinematografia, gdyż znów poza Wojną polsko-ruską, takich filmów po prostu się nie robi. Szkoda tylko, że ten istotny temat został potraktowany w tak pretensjonalny i nużący sposób. Przemiana bohatera jest całkowicie nieautentyczna, bo potraktowana zdawkowo. Postaci są generalnie schematyczne, animacje niedopracowane, a dialogów ledwo da się słuchać. Szkoda, Panie Komaso, że zmarnował Pan potencjał Sali samobójców.

Paweł Ciołkiewicz

MISTYCZNY POZIOM ZNIESMACZENIA Rozbudzić żądze, budzić nadzieję, rozniecić ogień pragnienia posiadania czegoś, tylko po to, by później nie zaspokoić oczekiwań, to chyba najgorsze, czego możemy w życiu doświadczyć. Niełatwe to zadanie i tylko nieliczne produkcje filmowe są w stanie osiągnąć ten niemalże mistyczny poziom zniesmaczenia widza i wytworzenia poczucia zawiedzenia, a wręcz zażenowania z oglądanego obrazu filmowego – reżyserowi Sali samobójców udało się to idealnie. Stworzył wspaniały produkt marketingowy, który genialnie prezentuje się na plakatach, nęci misternie skonstruowanymi spotami reklamowymi i zwiastunami, rozbudza naszą wyobraźnię, by pozbawić nas pieniędzy i czasu, poświęconych na seans, pozostawiając jedynie rozczarowanie. Sala samobójców to film, który wprowadza wiele innowacji w świat polskiej kinematografii. Szczerze przyznam, że na seans udałem się nastawiony nad wyraz pozytywnie, spragniony niecodziennej uczty dla zmysłów i duszy – wszystkie pozytywne emocje uleciały w mgnieniu oka, by mogły zastąpić je: absolutne znudzenie i nieprzejednana chęć opuszczenia sali, w której, wbrew racjonalności, jednak pozostałem w nadziei na zniwelowanie negatywnego wrażenia… Jak bardzo się myliłem, licząc na optymistyczny scenariusz, przekonywałem się z każdą kolejną minutą filmu. Wydaje się, że nie tylko ja byłem ciekaw spójnego po-

łączenia płaszczyzny realnego życia bohaterów z wplecioną w nią animacją komputerową. Uczciwie muszę przyznać, że akurat ten element filmu wypadł, zaraz obok muzyki, zdecydowanie najlepiej. Animacja wydaje się być relatywnie interesująca, choć jej obecność można by ograniczyć

sna i dobrze komponuje się z tematyką i klimatem przedstawionego filmu. Gdyby całość pozostała na takim poziomie jak płaszczyzna muzyczna, wówczas prezentowałaby się całkiem przyzwoicie. Niezaprzeczalnie, twór Jana Komasy porusza tematykę niezwykle istotną,

do poziomu ciekawego dopełnienia, stylistycznej ciekawostki filmu. Duży nacisk na ten aspekt, to jednak zapewne świadomy i arbitralny wybór reżysera, który w pełni szanuję. Muzyka wykorzystana w Sali samobójców jest bardzo współcze-

potrzebną i z utylitarystycznej perspektywy korzystną społecznie… Co z tego, gdy zawarte w nim obrazy reżyser przedstawia w sposób tak banalny i przerysowany, że oglądanie ich wręcz mierzi widza. Pierwotnie wyobrażałem sobie, że siła

STRONA 3


OFICJALNY DZIENNIK 38. ILF oddziaływania owego filmu będzie porównywalna do kultowego Requiem dla snu, który to bezprecedensowym sposobem ukazania życia bohaterów, bezgranicznie oddających się narkotykowemu upojeniu, działał na wyobraźnię widza, zmuszał do głębokiej refleksji, miał w pewnym stopniu wymiar dydaktyczny, acz silnie emocjonalny. Natomiast to, co oferuje nam Sala samobójców, to postać głównego bohatera, Dominika (Jakub Gierszał), uczęszczającego do prywatnego i prestiżowego liceum, który to wskutek skandalu z niekontrolowaną ejakulacją w czasie walki z kolegą staje się obiektem drwin i żartów. Postać Dominika jest banalna i płytka, trudno się z nim utożsamiać, a nawet współczuć mu. Jego cierpienie sprawia wrażenie zwykłej pozy, z tak ogromną dozą sztuczności i przemyślanej symulacji, że jego zachowanie nie pozwala poczuć absolutnie żadnego napięcia emocjonalnego. Przedstawione w filmie próby samobójcze, samookaleczanie czy napady złości i przeciwstawiania się rodzicom są tak nienaturalne, że wzbudzają śmiech zamiast skłaniać do refleksji, co – zdaje się – było pierwotnym zamysłem reżysera. Od strony fabularnej film w ogromnym stopniu przypomina amerykańskie produkcje stworzone z niebywałym rozmachem, gdzie postaci i wydarzenia są ekstremalnie skontrastowane ze sobą i bezsprzecznie rozpoznawalne, by każdy widz, bez względu na intelektualne zaplecze i kompetencje samodzielnej oceny filmu, był w stanie zrozumieć i zakodować morał wynikający z opowieści. Niezmiernie smutne jest, że Sala samobójców, z którą wiązałem tyle nadziei, zamiast skupiać się na emocjonalnie rozbudzających

subtelnościach i niuansach, postanowiła iść w stronę prostej opowiastki dla najmłodszych. Reżyser stara się nas wzruszyć losem idealnego chłopca z nieograniczonymi możliwościami i ogromnym potencjałem na przyszłość, odrzucającym swoje dotychczasowe życie, by dołączyć do grona internetowych nieudaczników, którym brak odwagi, by odebrać sobie życie. Chciałoby się, by opowiedziana historia potrafiła poruszyć nas niczym Dogville Larsa von Triera, oddziałującego prostotą formy i ładunkiem emocjonalnym zawartym w relatywnie nieskomplikowanej fabule, w którym w efekcie całość spędzała na wiele nocy sen z powiek, każąc zastanawiać się nad wielowymiarowością i nieprzewidywalnością ludzkiej natury. Świat przedstawiony w Sali samobójców od początku do końca wydaje się tworem nierzeczywistym i nieprzekonującym. Sporo scen zostało zrealizowanych niczym współczesne teledyski – szczegółowo dopracowane, nakręcone bardzo dynamicznie i widowiskowo, z doskonałym podkładem muzycznym – co z pewnością ułatwi dotarcie do młodszej widowni, dla której film jest stworzony. Bohaterowie Komasy są próżni, egocentryczni, a ich życie pełne jest przepychu, kłamstw, manipulacji, dbania o dobry wizerunek. Wszystko to oczywiście zorientowane na zdobycie społecznie pożądanych dóbr, takich jak władza, prestiż czy bogactwo. W ten sposób można było naprawdę doskonale obnażyć naturę współczesnego establishmentu, gdyby tylko zamiast wyręczania widza, pozostawić mu jakieś elementy do samodzielnej interpretacji. Gdy jednak przedstawiony obraz jest tak jednoznaczny, widzowi pozostaje jedynie zaakceptowanie lub od-

rzucenie wizji reżysera, bez możliwości interaktywnego oddziaływania i w konsekwencji czerpania przyjemności z obrazu filmowego. Każdy, kto film traktuje jako rozrywkę czysto intelektualną będzie czuł się zawiedziony faktem, że Komasa wyręcza nas we wszystkim i prowadzi przez historię niemalże za rękę. Niewiele jest w filmie działań, które wzbudzałyby ciekawość dzięki konstruktom fabularnym, gdyż reżyser preferuje raczej korzystanie z licznych efektów specjalnych. Elementem, który obnażył pewną tendencję polskiego, ale także światowego kina – do absolutnej komercjalizacji bez względu na wartość artystyczną i estetyczną jest szeroko rozumiana promocja. Wydaje się, że odpowiedni nakład finansowy może przyciągnąć dużą liczbę widzów do kin, a co przerażające, przekonać ich o wartości tak stworzonego produktu. Jeśli analizować aspekt opłacalności i intratności takowego przedsięwzięcia, to Sala samobójców rzeczywiście spisała się rewelacyjnie, szkoda, że nam, widzom, nie dała nic w zamian, poza sztucznie wpojonym i bezmyślnie przekazywanym przekonaniu o atrakcyjności filmu. Film stał się ofiarą komercjalizacji, homogenizacji kultury i dostosowania przekazu do tego, by każdy widz był w stanie pojąć pozorne zawiłości fabuły i czerpać z tego pseudo-wysiłku namiastkę intelektualnej satysfakcji – jeżeli taki był zamysł twórcy, to w pełni udało się go osiągnąć.

Anna Sobolewska, Kamil Jędrasiak

TO NIE JEST FILM DLA WSZYSTKICH LUDZI Podczas 38. ILF miałem okazję obejrzeć ten film po raz drugi. W związku z tym, opinię na jego temat już dawno sobie wyrobiłem. Z przyjemnością udałem się na niego ponownie, choćby po to, by przekonać się, czy pierwsze wrażenie sprzed kilku miesięcy nie uległo zmianie. Poza tym, warto było skonfrontować swoją opinię z ocenami redakcji „Ińskie Point”. Nasza recepcja Sali samobójców – bo o tym filmie mowa – wśród naszych redaktorów odzwierciedla w dużej mierze odbiór filmu przez widzów w ogóle.

STRONA 4

A jest on skrajnie zróżnicowany, ponieważ obok peanów (na przykład mojego i Ani) pojawiają się zdania zdecydowanie krytyczne. [KJ] W naszym odczuciu, wiąże się to z pierwszą dużą zaletą tego filmu, jaką jest fakt, że trudno przejść obok dzieła Komasy obojętnie. Nie sądzimy, by wynikało to jedynie z komercyjnego sukcesu Sali samobójców. Zarówno bowiem problemy poruszone w tym utworze, jak i sposób ich ukazania, są na tyle wyraziste, że potrafią budzić skrajne odczucia. Na pewno odnotować należy, że Jan Komasa dokonał swoim filmem pewnych przełomów

w polskim kinie. Jeden z nich dotyczy fabuły. Mamy w niej do czynienia z tematyzacją istotnych problemów współczesności. Wiąże się z tym fakt, że jest to pierwszy przykład w polskiej kinematografii, w którym tak wyraźnie zaprezentowane zostaje życie współczesnych nastolatków oraz – co ważniejsze – jedną z jego głównych grup docelowych stanowi właśnie młodzież. Póki co, w naszym przemyśle filmowym istnieje niewiele przykładów tego typu. Nie oznacza to jednak, że obraz nie jest adresowany również do starszych widzów – sonda przeprowadzona po seansie dowodzi,


INSKIE POINT że dojrzalsza publiczność była równie poruszona, jak młodsi widzowie. Ważnymi wątkami Sali samobójców są m.in. wyalienowanie głównego bohatera, uzależnienie od Internetu i społeczności sieciowych, po raz pierwszy w polskim kinie tak wyraźnie zaakcentowany został również wątek homoseksualny. Nie są to może tematy odkrywcze na arenie kinema-

z czym obydwa światy, w których rozgrywa się akcja, przenikają się nawzajem i uzupełniają. Warto zaznaczyć, że animacje użyte w filmie stoją na światowym poziomie (podkreślmy choćby na animowanie bohaterów drugoplanowych), a uproszczone modele postaci, zbudowanych z niewielkiej ilości wielokątów, nadają specyficznego szlifu, upodabniając

tografii światowej (wystarczy wspomnieć Słonia Gusa Van Santa, niedawną Naszą klasę czy azjatyckie romanse o gejach), ale na tle rodzimych produkcji wypadają świeżo i odważnie. Warto też wspomnieć, że pojawiający się niekiedy zarzut o przewidywalności fabuły uważamy za nietrafiony, jako że nie jest to film, który ma zaskakiwać. Sala samobójców działa nieco inaczej – ma wzbudzać napięcie widza poprzez śledzenie losów i pogarszającej się kondycji psychicznej głównego bohatera na drodze ku nieuniknionemu. Kolejnym krokiem milowym poczynionym przez Komasę było zastosowanie animacji komputerowej jako środka wyrazu równorzędnego z tradycyjnym aktorstwem. Zabieg ten nie jest bowiem pozbawiony swojej funkcji, wręcz przeciwnie – w sposób integralny wynika z fabuły i uzupełnia ją. Relacje w świecie wirtualnym są dla Dominika, głównego bohatera Sali..., równie prawdziwe (jeśli nie prawdziwsze), jak w „realu”. Znajomości nawiązane w sieci wpływają na jego życie w bardzo – nomen omen – realny sposób, w związku

Salę... do takich wirtualnych środowisk, jak Second Life. Znacznie lepiej, niż w tym ostatnim, prezentuje się natomiast przestrzeń świata tytułowej Sali. Poza wspomnianym novum technologicznym, zwracają uwagę interesujące zabiegi montażowe. Film nabiera dzięki nim dynamiki, co sprawia, że trudno byłoby poczuć się znużonym podczas projekcji. Sala samobójców generalnie prezentuje się bardzo dobrze pod względem estetycznym, zarówno jeśli chodzi o warstwę wizualną (wyłączając plakat, który na poły żartobliwie uznać można za największą wadę obrazu), jak i ścieżkę dźwiękową. Uświadczymy tu wiele wysmakowanych ujęć, a dialog muzyki z warstwą wizualną przywodzi niekiedy na myśl estetykę wideoklipu, co policzyć należy utworowi na plus. To skojarzenie jest tym silniejsze, że utwory wykorzystane w filmie są niezwykle różnorodne i odkrywcze w porównaniu do tych obecnych w naszych mediach. W efekcie, soundtrack tego obrazu wyróżnia się znacząco na tle soundtracków innych polskich produkcji.

Pozytywne wrażenia związane są również z aktorstwem w Sali samobójców. Niemalże wszyscy aktorzy spisali się na medal, w sposób przekonujący wcielając się w postaci nakreślone w scenariuszu Komasy. Warto zwrócić uwagę przede wszystkim na odtwórcę głównej roli, Jakuba Gierszała, dla którego jest to pierwsza w dorobku kreacja pierwszoplanowa. Poza tym, na uznanie zasługują Roma Gąsiorowska-Żurawska (filmowa Sylwia) i Agata Kulesza (wcielająca się w matkę Dominika). Gorzej wypada Krzysztof Pieczyński (ojciec głównego bohatera), którego postać wydała nam się nieco przerysowana, jednoznaczna i stereotypowa. Winić za to należy jednak nie tylko aktora, ale i sposób, w jaki jego rola została napisana. Inni bohaterowie także reprezentują określone, typowe postawy (warto zaznaczyć, że są to nad wyraz „prawdziwe” role, a takie osoby można spotkać w prawdziwym życiu), ale ich charaktery nie wydają się już tak jednowymiarowe i możliwe do jednoznacznej oceny; przy wnikliwym odbiorze nawet w najbardziej „klarownych” sylwetkach odnaleźć można pewną wieloznaczność. W efekcie trudno o postać, z którą moglibyśmy w sposób zdecydowany sympatyzować. Nawet Dominik jawi się jako rozpieszczony dzieciak z dobrze usytuowanej rodziny, co jednak nie umniejsza jego tragedii i nie sprawia wcale, że nie można mu współczuć. Moglibyśmy rozwodzić się znacznie dłużej nad Salą samobójców, by wskazać więcej zalet tego filmu. Z pewnością znalazłoby się też kilka pomniejszych zarzutów. Najważniejsze jest jednak to, że ogólne wrażenia po projekcji są jak najbardziej pozytywne (choć po wyjściu z kina nastroje mieliśmy dość zszargane, co uznać można za kolejną zaletę utworu, bowiem był on w stanie wpłynąć na nas tak intensywnie [na mnie zresztą po raz wtóry – dop. KJ]. Czy nie o to chodzi w dobrym kinie?).

STRONA 5


OFICJALNY DZIENNIK 38. ILF Kamila Rusiecka

POBAWMY SIĘ W UmIERANIE Recenzję tę piszę z pozycji osoby, która nie lubi nowych polskich filmów. Tak, chodzę na nie dość często, bo odczuwam chorą satysfakcję, widząc po raz kolejny, jak można spieprzyć dobre pomysły, zarżnąć dramaturgię i męczyć do bólu dwóch, trzech aktorów, mających mimikę drewna. Powiedzmy sobie szczerze: mamy do wyboru albo kino „artystyczne”, albo „crap”, przy czym często pierwsze jest równoznaczne z drugim. Tymczasem idę na film z cudownie słabym zwiastunem, biedną animacją, kijowym plakatem, w dodatku o kulturze emo, a dostaję dobry kawałek mainstreamu. Dobry, jak na standardy światowe, nie tylko polskie. Niezły mindfuck.

minik nie trafia najlepiej, bo – jak sama nazwa wskazuje – to miejsce spotkań ludzi, którzy planują się zabić. No cóż, trudno oczekiwać pomocy od kogoś, kto nie potrafi pomóc sami sobie, więc nikogo nie powinno dziwić zakończenie. Pierwszy plus – już na poziomie scenariusza – to świetnie scharakteryzowane postaci. Aleks jest cynicznym gówniarzem, który chyba sam nie ma pewności co do swojej orientacji seksualnej, nie przeszkadza mu to jednak szydzić z innych. Sylwia, dziewczyna Dominika, jest charyzmatyczną psychopatką, która byłaby dobrym guru dla którejś z samobójczych sekt rozsianych w USA. Szkoda, że zagrała ją Roma Gąsiorowska, bo zupełnie nie po-

Dominik jest rozpieszczonym bachorem, któremu się w dupie poprzewracało, bo mamusia jest szefową w agencji reklamowej, a tatuś pracuje u ministra. To wrażliwy osiemnastolatek, który przedkłada czytanie Hamleta nad muzykę popularną. Niby ma znajomych, ale nie ma przyjaciół, niby ma rodziców, ale tak naprawdę nigdy ich nie widuje. Przygotowuje się do matury, laski na niego lecą i wszystko jest ok, dopóki nie pojawią się problemy. Przez przypadek okazuje się, że Dominika podniecają faceci, zwłaszcza jeden – Aleks, jego kolega z klasy. Oczywiście, dzięki quasi-Facebookowi wszyscy się o tym natychmiast dowiadują, a bohater nie ma pojęcia, jak sobie poradzić z tym faktem (ludzie w liceum potrafią być prawdziwymi chujami). Wszystko to sprawia, że chłopak odkrywa mroczną stronę Internetu. Co prawda, nie jest to 4chan, tylko Sala samobójców, wciąż jednak Do-

radziła sobie z rolą. Jej internetowy awatar zagrał lepiej. Matka chłopaka, Beata (niesamowita Agata Kulesza), jest wredną, zimną suką, która hołduje zasadzie „po trupach do celu”, za to ojciec to polityczny przydupas, podnoszący głos tylko w domu. Tym, których odstrasza tematyka, śpieszę donieść, że oprócz designu, główny bohater ma niewiele ze stereotypowego emo: nie przyjaźni się z żyletkami, nie myśli obsesyjnie o śmierci, raczej odbija mu szajba, kiedy uświadamia sobie, że nic tak naprawdę nie musi, a zamknięcie się w pokoju to sposób (dobry jak wszystkie inne) na poradzenie sobie z życiem. Raził mnie trochę jego wiek, bo zabawa w nastoletni bunt to bardziej domena gimnazjum, ale biorąc pod uwagę fakt, że Dominik jest wychuchanym jedynakiem, a chłopcy dojrzewają później, można przymknąć na to oko. Plus numer dwa – to nie jest film cha-

STRONA 6

rakteryzujący moje pokolenie, choć niewiele mu brakuje. Rodzice, którzy nie używają Internetu i nie rozumieją, że po drugiej stronie monitora też są żywi ludzie? Done. Przesunięcie środka ciężkości związków międzyludzkich z „reala” do „netu”? Done. Brak oporów przed całowaniem się z osobami tej samej płci? Done. Powszechna wiedza na temat działania dowolnych prochów w połączeniu z alkoholem? Done. Wyścig szczurów? Done. Gdyby ten film wszedł do kin dwa, trzy lata wcześniej, zrobiłby furorę. Teraz co najwyżej przypomina, że kiedyś tam, w odległych czasach, mignęło takie coś, jak emo. Numer trzy – oprawa wizualna. Film jest po prostu estetyczny. Zawiera ładne sceny seksu, ładne sceny chłopców pod prysznicem, ładne sceny studniówkowego poloneza, ładne sceny w operze. Radosław Ładczuk robi dobrą robotę ze zdjęciami. Jan Komasa, jak na reżyserskiego szczeniaka, wychodzi obronną ręką. Trochę mi głupio, że szydziłam z biednej animacji, gwałcącej oczy w trailerach. Początkowo myślałam, że to polska, wyjątkowo chujowa wersja Second Life’a, po głębszym zapoznaniu się, doszłam do wniosku, że to raczej metafora forum internetowego sprzed epoki Facebooka i Twittera. Można było zrobić lepiej, fakt, ale ze względów jak low budget, zacisnę zęby i przeżyję to estetycznie. Największy minus? Zakończenie idące w banał. Jest spójne i logiczne, ale nastawione na wyciskanie łez. Ja tego nie kupuję, ludzie, którzy byli trzy, cztery lata temu emo, dziś ścięli włoski i zapierdalają w garniaku na uczelnię. Albo plują sobie w brodę, że wszystko zaprzepaścili, ale nic z tym nie robią, bo nauczyli się niczego nie oczekiwać i przyjmować świat taki, jakim jest. Spoko jest robić filmy na aktualne tematy, tyle że dzisiejsze aktualności jutro są starociami i lepiej podłubać w czymś uniwersalnym, jak w Made in Poland, bo emo przeminęli, a wkurwieni będziemy zawsze.


INSKIE POINT Maja Nowakowska

MŁODY WERTER W DOBIE KOMPUTERÓW Jan Komasa szybko został obwołany najbardziej obiecującym wśród młodych twórców. Stało się tak przede wszystkim za sprawą użycia w Sali Samobójców animacji 3D. Reżyser zwraca jednak uwagę na mniej spektakularny wymiar swojego filmu, którym jest kondycja psychiczna współczesnego człowieka. Komasa wiąże modę na neoromantyzm z zanikiem emocji i dobrobytem materialnym obecnego świata. Stwierdza, że ludzie poszukują bólu, ponieważ ich życie stało się zbyt łatwe. Niektórzy zarzucają Komasie moralizowanie. Odpowiedzią na ten zarzut może być wypowiedź reżysera, w której stwierdza, że nie ma prawdziwego kina bez określonego świata wartości, wobec tego film musi nieść za sobą wątek moralizujący, choćby głęboko ukryty. Dominik jest młodym, wrażliwym, osamotnionym i nierozumianym chłopakiem. Wydawałoby się, że ma wszystko, a przede wszystkim, bogatych rodziców, zajętych swoją karierą, zapełniających pozalekcyjny czas syna co do minuty. Nikt nie wyobraża sobie innej drogi życiowej dla tego dobrze zapowiadającego się młodzieńca niż schemat: świetnie zdana matura, dobre studia i oczywiście kariera. Chłopak miał powielić model rodziców, co ostatecznie nigdy nie nastąpi. Bo jakie jest życie jego rodziców? Pełne blichtru, pieniędzy, chwilowych uciech z kochanką

lub kochankiem – puste. W chwili, gdy bohater poznaje przez Internet Sylwię, uznaje ją za swoją pokrewną duszę. Dominik pod jej wpływem dołącza do wirtualnego klubu – Sali samobójców, której członkowie sprzeciwiają się systemowi wartości w ich otoczeniu. „Świat nie ma miłości” – mówi Sylwia. Samobójstwo wydaje się jedynym prawdziwym protestem. Jakub Gierszał w roli Dominika bardzo wiarygodnie oddaje emocje bohatera. Dzięki przekonującej grze aktorskiej, widz współczuje chłopakowi. Na uwagę zasługuje również gra Agaty Kuleszy, która wcieliła się w matkę głównego bohatera. Aktorka z powodzeniem stworzyła niejednowymiarową postać. Matka Dominika z początku idealnie dostosowuje się do reguł otaczającej ją rzeczywistości. Jest kobietą niepozwalającą sobie na chwile słabości. Jednak cierpienie syna całkowicie rozbija jej życie. Reżyser odkrywa to, co znajduje się pod piękną, lukrowaną powierzchnią. Pokazuje bohaterów w niewygodnych sytuacjach, bolesnych, niczym w Blue Velvet Davida Lyncha. Nietypowe zachowanie Dominika nie jest tylko wybrykiem rozpuszczonego dzieciaka z bogatego domu. Bohater traci kontrolę nad swoim życiem. Stwierdza, że otaczająca go rzeczywistość jest bezwartościowa. Czy nie brzmi to jak urzeczywistnienie jednego z najgorszych

sennych koszmarów? Pisząc o Sali Samobójców, trzeba wspomnieć o animacji, która wywołała nie lada poruszenie. Osobiście nie jestem miłośniczką japońskiego anime, ani sieciowych gier MMO typu World of Warcraft, na których wzorowane były efekty. Należy jednak docenić pracę ludzi odpowiedzialnych za tę część filmu, nadzorowaną przez Adama Torczyńskiego, jak i dbałość reżysera o odpowiednie współgranie świata wirtualnego i rzeczywistego. Komasa podkreśla, że zależało mu na tym, aby przygody w sieci były wręcz kiczowate. Pomimo faktu, że oba światy dopełniają się, zarysowana zostaje między nimi wyraźna granica. Hasłem filmu jest przecież: „Nick to nie imię, świat to nie Matrix. Życie to nie gra, nie daj się wylogować”. Komasa porusza problem na czasie, który wielokrotne sprowadzany był do banału. Reżyserowi udało się jednak stworzyć nietuzinkowy obraz. Udana gra aktorska, dopracowanie każdej warstwy filmu z zachowaniem dbałości o detale i rzetelne przygotowanie, polegające na obserwacji (a raczej, żeby uniknąć owego klinicznego terminu, na uczestnictwie w życiu warszawskich licealistów). Wszystko to sprawia, że Sala samobójców jest dla mnie filmem udanym i przemyślanym.

Maja Nowakowska, Anna Sobolewska

SALA SAMOBÓJCÓW - SONDA Redakcja „Ińskie Point” postanowiła zapytać widzów o wrażenia po obejrzeniu Sali samobójców, oto rezultaty: Film jest wstrząsający i poruszający, aż mnie głowa rozbolała. Bardzo się podobał, aż mózg ryje. Film bardzo fajny, świetna rola młodego aktora. Bardzo mnie zdenerwował, nie dlatego, że był zły, ale poruszający. Moje nastoletnie dzieci mnie namówiły, żebym obejrzała ten film, żeby zrozumieć ich problemy i to, czym się zajmują. Problemy są wciąż te same, ale pojawił się kolejny wróg – Internet. Film jest bardzo ważny, niezbędny dla rodziców, żeby zrozumieć swoje dzieci,

poza tym prezentuje nienajgorszy poziom artystyczny. Film mi się podobał, fajna forma, i poruszony został ważny problem uzależnienia młodzieży od Internetu, tylko bohater wydał mi się infantylny, jak na maturzystę. Film porusza ważne problemy: uzależnienie od Internetu, brak zainteresowania rodziców. Film poruszający, pozostawia wewnętrzny ślad. Moim zdaniem był całkiem dobry, ale bez rewelacji, odniósł sukces głównie dzięki reklamie, nie rozumiem tego szumu medialnego. Nie uważam, że jest to jakiś wybitny film – ani artystycznie, ani tematycznie.

Widać było po frekwencji, że jest to coś dobrego, nowe kino polskie. Pokemony były lepsze. Krzyk, który powinien być lekturą obowiązkową dla wszystkich pokoleń. Jest to film świetny, dla rodziców przede wszystkim. Jestem nauczycielem i znam sporo takich przypadków, kiedy dziecko pochodzi z tak zwanego „dobrego domu”, ale rodzice są zapracowani i nieobecni, a dziecko jest skazane samo na siebie. Świetny film, jestem pod wrażeniem. Genialna rola Gierszała, cała obsada jest dobrze dobrana. Film ten nie wyglądał na polską produkcję, której nie jestem fanem.

STRONA 7


Kino Morena ul. Przybrzeżna 1 tel. 91 441 75 00 „Jaskinia zapomnianych snów” ul. Poprzeczna 1 (budynek szkoły) Klub Festiwalowy Restauracja „Srebrna Rybka” (koło Kina Morena)

Katalog ILF Koszulka Kubeczek Książka „Gdzie woda czysta”: - w miękkiej oprawie - w twardej oprawie

5 zł 25 zł 5 zł 16 zł 22 zł

KONTAKT Z REDAKcja:

(WNIOSKI, ZAŻALENIA, KRYTYKA) INSKIE.POINT@GMAIL.COM

REDAKCJA w składzie:

Ala Błaszczyńska Paweł Ciołkiewicz Malwina Czajka Michał Dondzik Przemysław Glajzner Arkadiusz Jaworek Kamil Jędrasiak Karolina Krajewska Dominika Kolanowska Michał Kwiatkowski Joanna Macias Maja Nowakowska Maks Nowicki Dagmara Rode Kamila Rusiecka Anna Sobolewska Aneta Staszewska Martyna Urbańczyk Sylwia Witkowska


Special Edition_2011