Page 1

11. VIII. 2010

Numer 4

Zbrataliśmy się ................ 2 Za śniegami za lasami ........ 3 PGR w wielkim mieście ...... 4 Warszawy nie zapamiętam .. 5 Nie przyjaźnię się z komputerami................ 6 Mój przyjaciel wampir; Krwiopijcy w natarciu ....... 8 „Ja, Śmierć jestem twoja” – Mleczna droga................ 9 Męskie wyznania; Nawet Święty Mikołaj chodzi do sauny .............10 Bangkok w sosie słodkosłonym........................11 Islandzkie uwięzienie ..... 13 Licząc ziarnka piasku ......14 Historia pewnej wsi ........15

Biuro Ińskiego Lata Filmowego Kino Morena ul. Przybrzeżna 1 tel. 091 5623084

• Kasa biletowa • katalog 37. ILF-u - 5 zł • książka Gdzie woda czysta... Ińskie Lato Filmowe 1973 2007 - 25 zł

ERRATA: Klub Festiwalowy Restauracja „Srebrna Rybka” ul. Przybrzeżna 1

We wczorajszym numerze popełniliśmy błąd w nazwisku reżysera Macieja Michalskiego. W imieniu całej redakcji serdecznie przepraszamy.


Zbrataliśmy się W poniedziałek na 37. Ińskim Lecie Filmowym wyświetlono długo oczekiwany film młodego reżysera Michała Marczaka pod tytułem Koniec Rosji. Po projekcji odbyło się krótkie spotkanie z reżyserem, na którym każdy z widzów mógł zadać twórcy pytanie bądź podzielić się z nim wrażeniami. Publiczności film spodobał się niezwykle, a jego dość „egzotyczna” tematyka wzbudziła ogólną ciekawość. Okazało się, że Marczak zainspirował się myślą Kapuścińskiego – w ZSRR nie było nawet łyżek, bo wszystko szło na druty kolczaste. Młody reżyser postanowił sprawdzić, jak dziś wygląda sytuacja obrony na peryferiach mocarstwa. Bardzo możliwe jest, że niebawem Koniec Rosji dokumentować będzie historyczny już fakt, ponieważ Rosja nosi się z zamiarem całkowitej likwidacji owych baz pograniczników pośrodku niczego (tym bardziej, że w żadnej z nich nigdy nie doszło do jakiejkolwiek konieczności użycia siły czy chociażby najmniejszej interwencji, co nadaje sprawie jeszcze bardziej absurdalny charakter). Reżyser opowiadał również, że przez rok starał się o pozwolenie na kręcenie filmu w bazie wojskowej, a gdy już je otrzymał, w ostatniej chwili je cofnięto, przez co musiał podjąć dość radykalne środki. Postanowił wynająć opuszczoną już bazę i ściągnął tam 7 pograniczników, którzy właśnie skończyli służbę w innych tego typu punktach strategicznych. Ktoś mógłby powiedzieć, że przez ten zabieg Koniec Rosji przestał być dokumentem, jednak twórca zapewniał, że nie było scenariusza i pogranicznicy robili to, co robić się podczas służby powinno, a pięcioosobowa ekipa filmowa uwieczniała rzecz na taśmach. Kolejnym argumentem na to, że film jest niezwykle

Edyta Janiak

autentycznym obrazem, może być przytoczona anegdota. Otóż pewnego razu do bazy przybył pilot, który helikopterem na co dzień dostarcza prowiant dla pograniczników. Na miejscu przebywał dwie godziny w towarzystwie żołnierzyaktorów i nie miał pojęcia, że jest to zainscenizowany plan filmowy. Widzów ciekawiły też inne aspekty pracy w tak nietypowych warunkach, jednak reżyser zapewniał, że pół roku spędzone w Rosji bardzo mu się podobało, panujące tam ujemne temperatury (nawet do minus 40stu kilku stopni!) nie przeszkadzały mu zbytnio i że była to prawdziwie męska przygoda jego życia. Marczak okazał się bardzo ciepłym i otwartym człowiekiem, przez co spotkanie odbywało się w przyjemnej i luźnej atmosferze (organizator musiał wręcz zainicjować jego zakończenie, ponieważ prawdopodobnie trwałoby ono kilka godzin, podczas gdy nadszedł już czas kolejnej projekcji). Zresztą dobrym potwierdzeniem moich słów jest fakt, że na odważne pytanie jednej z Pań o legendarne już rosyjskie picie i siłę tamtejszego samogonu, pan Michał z rozbrajającym uśmiechem i szczerością przyznał: „no cóż… zbrataliśmy się”. Edyta Janiak: Na początek chciałabym zapytać o dwa projekty, którymi się Pan teraz zajmuje. Widzowie Końca Rosji byli tego bardzo ciekawi. Michał Marczak: Mogę opowiedzieć tylko o jednym. Wolałbym nie nagłaśniać jeszcze drugiego, ponieważ mogłoby mieć to wpływ na jego realizację. Dobrze, przyjmijmy zatem, że jeden projekt jest ściśle tajny. Co z drugim?

2

Razem z moim przyjacielem Łukaszem Grudzińskim nagrywamy teraz dokument o grupie porno-eko-aktywistów, którzy działają od 5 lat. Założyli stronę internetowa fuckforforest.com i zamieszczają tam swoje filmy pornograficzne, niekiedy bardzo hardcore’owe, na łonie natury. Dostęp do materiałów na ich stronie kosztuje 15$ miesięcznie, mają oglądalność rzędu 1000– 15000 osób miesięcznie, co w skali roku daje około 100 000$. Za te pieniądze grupa wykupuje lasy w Ekwadorze i Brazylii, po czym oddaje akty własności rdzennym mieszkańcom pod warunkiem, że ci nie sprzedadzą go żadnej korporacji. Grupę założyli Szwedka, Niemka i Norweg, którzy żyją ze sobą. Oprócz misji ekologicznej propagują też wolność, otwartość na cielesność i kontakty seksualne, eksperymentują z szamańskimi narkotykami… Brzmi to jak przekonania dziecikwiatów. Można ich nazwać neohipisami, z naciskiem na neo. Skąd pomysł na taki dokument? Przyjaciel mi go podrzucił. Był o nich duży artykuł w meksykańskim „Playboyu” i „Hustlerze”, sama Yoko Ono przyznała, że to, co oni robią, to godne następstwo performance’ów jej i Johna Lennona przeciwko wojnie w Wietnamie. Kiedy będziemy mogli zobaczyć ten dokument? Brzmi bardzo zachęcająco. Nie wiem, mamy dopiero dwa tygodnie zdjęć. Zimą jedziemy z nimi do Brazylii i Ekwadoru i bardzo możliwe, że właśnie tam skończymy.


A nie boi się Pan, że będą jakieś problemy z cenzurą? Że nikt nie będzie chciał tego puścić? Nie, nie boję się. Polacy w ogóle bardzo się boją, strasznie dużo ludzi robi dobre filmy, ale podobne do siebie, mało jest jakichś osobowości. Może i ten film nie wyjdzie mi, ale dzięki temu eksperymentowi i otwarciu się na nowy temat możliwe, że kolejny będzie lepszy. Może trzeba czasem zrobić dwa kroki wstecz, żeby można było zrobić trzy do przodu? Od kiedy w ogóle interesuje się Pan się filmem? Czy ja wiem? Od dawna… już w wieku piętnastu lat nagrywałem z kumplami pierwsze amatorskie filmy.

A jak to było rzucić się na głęboką wodę? Początkowo nagrywał Pan teledyski, krótkie formy, reklamy, a Koniec Rosji jest już „prawdziwym”, pełnometrażowym filmem. Czy to była jakaś znacząca zmiana dla Pana? W pewnym momencie zmęczyły mnie te teledyski, reklamy, programy telewizyjne, zmęczyło mnie robienie takich efemerycznych dzieł, które są marnowaniem energii, bo lecą kilka razy w telewizji i znikają. Chciałem włożyć pracę w coś, co będzie trwalsze i mnie rozwinie, coś co będzie po prostu. Zawsze chciałem robić filmy, a reklamy i teledyski to była droga do tego, zdobywanie warsztatu.

Za śniegami, za lasami…

A dlaczego dokumentalny?

akurat

film

Ten gatunek zawsze mnie interesował i interesuje. Jeżeli będę chciał kręcić fabuły, to będę musiał się czuć bardzo spełniony w dokumencie. Chcę dotrzeć do granicy tego gatunku. Na zakończenie proszę mi powiedzieć, jak Pana film trafił na Ińskie Lato Filmowe i co według Pana sprawia, że festiwal ten może wyróżniać się na tle innym przedsięwzięć tego typu? Przemek Lewandowski zaprosił mnie, bo widział wcześniej mój dokument. Bardzo się cieszę. A co wyróżnia to miejsce? Jest tu pięknie, można sobie odpocząć nad jeziorkiem, pozwiedzać okolicę, a po południu obejrzeć naprawdę dobre i wyselekcjonowane filmy.

Martyna Urbańczyk Koniec Rosji to kolejny, po Białym szaleństwie, obraz prezentowany na tegorocznej edycji Ińskiego Lata Filmowego, rozgrywający się w zimowych plenerach, co zważywszy na fakt, jaką porę roku mamy obecnie, wydaje mi się dość intrygujące. Jest to film dokumentalny o rosyjskich pogranicznikach, pokazujący ich życie i codzienne funkcjonowanie w trudnych warunkach środowiskowych jednej z baz na dalekiej północy tego kraju. Jedyny problem polega na tym, że ich praca jest w zasadzie bezcelowa, dlatego też tego rodzaju obiekty wojskowe są powoli likwidowane. Film sam w sobie nie wyróżnia się szczególnie na tle podobnych produkcji, co niestety powodować może, iż nie dotrze on do publiczności większej niż pasjonaci dokumentu jako gatunku, którzy gromadzą się na branżowych festiwalach. Być może Koniec Rosji zaciekawiłby mnie bardziej, gdyby nie bijąca od niego nuda.

Bohaterowie wykonujący swoje zwyczajne, codzienne czynności nie znajdują się niestety na szczycie mojej listy obserwacji wartych zainteresowania. Zwłaszcza, że pozbawione są one jakiegokolwiek komentarza ze strony twórców. Dlatego też widz podczas seansu skazany zostaje na długie minuty w oczekiwaniu, aż wydarzy się coś więcej. Niestety, poza opuszczeniem bazy przez jednego z bohaterów nic szczególnego się właściwie nie dzieje. Moich odczuć w odniesieniu do Końca Rosji nie zmienił nawet sprawiający miłe wrażenie reżyser, którego wypowiedzi mieliśmy okazję wysłuchać po zakończeniu seansu. Z recenzenckiego obowiązku muszę jednak przyznać, że moja opinia o tym filmie jest całkowicie subiektywna. Możliwe również, że jest niesprawiedliwa, bo przecież znajdzie się wiele osób, dla których forma czystego zapisu codzienności w filmie dokumentalnym wydaje się nieco

3

bardziej ekscytująca. Nie wydaje mi się jednak, by tego typu film był w stanie w jakiś sposób zmienić coś w świecie. Sama prezentacja bo tylko tym dla mnie jest Koniec Rosji, codziennego życia żołnierzy w nikomu niepotrzebnych bazach nie wskazuje na żaden istotny dla społeczeństwa problem, który należałoby czym prędzej rozwiązać. Nie dotyczy biedy, głodu ani niesprawiedliwości. Gdyby zajrzeć głębiej, być może okazałoby się, że oprócz prezentacji film ten jest też wypowiedzią na temat absurdów starego systemu. Reżyser jednak w rozmowie z widzami zaprzeczał wymowie politycznej filmu. Niestety, pozostaje mi dalej czekać na film, który wzbudziłby we mnie niezaprzeczalny zachwyt.


PGR w wielkim mieście

Uczestnicy Ińskiego Lata Filmowego mieli okazję obejrzeć zdobywcę tegorocznego Złotego Lajkonika, dokument Karoliny Bielawskiej i Julii Ruszkiewicz pod tytułem Warszawa do wzięcia. Film zrobił furorę na krakowskim festiwalu, tam też pojawił się pomysł, aby miał on swoją projekcję w Sejmie (co ma mieć miejsce w najbliższym czasie). Opowiada on o społecznym problemie, jakim jest dysfunkcja kolejnego pokolenia mieszkańców terenów po byłych PGR-ach. Cechuje ich społeczny marazm, który przekłada się na brak zdecydowania w kwestii wyboru drogi życiowej. W filmie mamy do czynienia z trzema młodymi kobietami, które dzięki programowi realizowanemu przez organizacje społeczne mają szansę wyrwać się z miejsc malowniczych, w których nie mają jednak żadnych perspektyw na mieszkanie i zarobek, a chwilami wydaje się nawet, że na szczęśliwe życie. Mogą wyrwać się i to nie byle jak, bo od razu do największej polskiej metropolii (co ostatecznie wydaje się podstawowym błędem programu). Bohaterki dokumentu są różne, mają odmienne motywacje

do wyjazdu – Ania chciałaby zostać fryzjerką, a ogłoszenie w Urzędzie Gminy znalazła przypadkiem. Gosia pragnie usamodzielnić się w mieście i wyrwać z dwupokojowego mieszkania które dzieli z rodzicami i ośmioma braćmi (jest najbardziej zdeterminowaną bohaterką, o możliwym powrocie na wieś mówi jako o swojej porażce). Ilona właściwie nie chce wyjeżdżać, ale ulega matce, która zdaje sobie sprawę z potrzeby samodzielności życiowej córki. Niektóre z nich marzą o posiadaniu stałej pracy, inne o mężu, który pozwoli im na pozostanie w domu i gotowanie mu obiadów (o czym mówi wprost jedna z bohaterek). Dziewczyny zamieszkują w bursie, która funkcjonuje niczym internat dla panien z dobrych domów, w którym uczą savoir-vivre’u. Okazuje się, że program, który w teorii miał pomóc aktywizować mieszkanki terenów zapomnianych przez system, w praktyce wyrządza im krzywdę – Karolina Bielawska opowiadała na spotkaniu z widzami o przykrościach i upokorzeniach doznawanych przez mieszkanki bursy Na Skarpie od „wychowawców”. Mimo pozyty-

4

Magda Januszkiewicz wnych założeń projektu, ponosi on jednak porażkę w przypadku wszystkich trzech bohaterek. Jedna rezygnuje z powodu adoratora ze znajomością języka angielskiego, pozostałe mają problem ze znalezieniem stałego zatrudnienia. Po niepowodzeniu w realizacji celów programu, absolwentki nie potrafią więcej zaufać innym programom pomocowym. Dziewczyny chciałyby usamodzielnić się w wielkim mieście, lecz nie mają ku temu odpowiednich umiejętności. Nie mają bowiem odpowiedniego wykształcenia, ani nawet odpowiednich narzędzi do jego nabycia. Nie potrafią zdefiniować swoich życiowych celów, swoich zalet i wad. Mają problemy z praktycznymi umiejętnościami, jak rozmowa kwalifikacyjna w sprawie pracy, a w dużym mieście czują się gorsze. Jak określiła to jedna z bohaterek, „tutaj poznają, że jesteś ze wsi po tym, jak się zaciągasz”. Tytuł jest, jak przyznała na spotkaniu po filmie jedna z reżyserek, nawiązaniem do kultowego filmu Janusza Kondratiuka o trzech dziewczętach z prowincji marzących o przygodzie w wielkim mieście. Już na początku pojawia się parafraza sceny z filmu Kondratiuka, kiedy dziewczęta rozmawiają o urokach życia w mieście, bo i Pawła Małaszyńskiego na ulicy spotkać można, i nawet do sklepu pójść. Zamiarem reżyserek było sportretowanie owej mentalności czterdzieści lat później, osadzając ją w konkretnych warunkach społecznych. Autorkom wydawało się, że mają idealny materiał na historię z happy endem, rzeczywistość jednak jak zwykle przechytrzyła ich szlachetne plany. W rezultacie otrzymujemy historię o efekcie dwudziestoletniej niezborności systemu, który nie jest w stanie pomóc ofiarom przemian gospodarczych dostosować się do nowych warunków funkcjonowania w społeczeństwie.


Warszawy nie zapamiętam Miłosz Michałowski W poniedziałek mieliśmy okazję obejrzeć wielokrotnie nagradzany dokument autorstwa Karoliny Bielawskiej oraz Julii Ruszkiewicz pod tytułem Warszawa do wzięcia. Dokument dwóch reżyserek śledzi losy trzech młodych dziewczyn: Ilony, Gosi i Ani, biorących udział w realizowanym przez Caritas i Agencję Nieruchomości Rolnych programie „Przystań Na Skarpie”. Program ten daje młodym kobietom z biednych regionów wiejskich szansę na zdobycie pracy i usamodzielnienie się w Warszawie. Po przyjeździe do stolicy uczestniczki programu przez pół roku mogą mieszkać w bursie i jednocześnie szukać sobie pracy. Po tym okresie przychodzi czas na ostateczne usamodzielnienie. W latach 20022008 w programie wzięło udział ponad 800 kobiet, ponad połowa z nich znalazła pracę w stolicy. Nie wiadomo jednak, jakie były ich dalsze losy. Czy im się powiodło? Dokument Bielawskiej i Rutkiewicz nie przynosi odpowiedzi na to pytanie, przynajmniej nie w całości. Kobiety, które poznajemy w filmie łączy młody wiek, pochodzenie, różne są ich motywacje oraz podejście do programu i wyjazdu do Warszawy. Reżyserki ukazują nam rozterki bohaterek, ich obawy i nadzieje. Filmują je w

środowisku domowym, ukazują ich pobyt w stolicy, poszukiwanie pracy, wreszcie samą pracę i próby usamodzielnienia we własnym mieszkaniu. Obserwować możemy szok (niemal kulturowy), którego doznają bohaterki w zetknięciu z wielkim, przytłaczającym je miastem i samotnością. Ich historie toczą się różnymi ścieżkami, różna jest także ich dynamika. Niestety, każda kończy się podobnie. Warszawa do wzięcia jest bardzo porządnie zrealizowanym dokumentem. Mimo, że momentami kamera zdaje się wkraczać w intymne sfery życia bohaterek, ukazując ich płacz, kłótnie z bliskimi, wyczuć możemy życzliwy stosunek realizatorek wobec trzech dziewczyn.

5

Co z tego filmu wynika? Wydaje mi się, że niewiele. Oczywiście, nie sposób wymagać od filmowców, aby naprawili niewydolność instytucji publicznych, można jednak od nich wymagać głębszego zbadania problemu. Omawiany dokument przypomniał mi znany film dokumentalny Arizona, który również poruszał kwestię biedy popegeerowskiej wsi. Na szczęście film Bielawskiej i Rutkiewicz w przeciwieństwie do Arizony charakteryzuje się większą delikatnością wobec filmowanych ludzi, nie odczłowiecza bohaterek, stara się przybliżyć ich problemy publiczności. Arizona szokowała, aby unaocznić problem, ale sposobem realizacji dystansowała widza od bohaterów. Warszawa do wzięcia jest dokumentem przyjemnym dla widza, w trakcie seansu można się wzruszyć, przejąć, a nawet życzliwie zaśmiać wraz z bohaterkami. Szkoda jedynie, że zaraz po projekcji można łatwo o nim zapomnieć. W mojej pamięci utkwiła tylko jedna scena, w której Ilona dowiaduje się od szefowej, dlaczego zostanie zwolniona z pracy. Tym, co mnie uderzyło, jest zupełna obojętność bohaterki, która mnie zaintrygowała. Wynika ona przecież ze środowiska, w którym ta młoda dziewczyna się wychowała. Powtarzam, nie wymagam od autorek rozwiązania problemu biedy na wsi, ale mogły one podążyć za miną Ilony, za jej unikaniem spojrzenia szefowej... Drążenia tego tematu zabrakło mi w filmie. Może przy następnym projekcie…


Nie przyjaźnię się z komputerami Rozmowa z Moniką Kuczyniecką, laureatką nagrody Offowego Odkrycia Roku 2009, która w Ińsku prowadzi Plastelińsko – warsztaty z dziećmi.

z komputerów i robiłam wszystko, co w mojej mocy, aby je omijać. Teraz żałuję, bo bym się nauczyła wiele rzeczy.

Malwina Czajka, Anna Sobolewska: Jak się robi warsztaty z dziećmi? Monika Kuczyniecka: Tutaj mam dwie grupy – takie małe chrabąszcze i nieco starsze. Z tymi małymi po prostu bawimy się w domowe przedszkole: lepimy. Ze starszymi już zaczęłam animację. Dwie, trzy dziewczyny bardzo aktywnie animowały krowę. Przygotowałam wcześniej wiersze dla dzieci, wybrali sobie całą grupą jeden z nich. Jedno albo kilkoro dzieci będzie czytać wiersz, a w tle będzie lecieć ta krótka etiuda, którą nakręcimy. Zobaczymy ją na zakończeniu festiwalu. Mam nadzieje, że zdążymy. Ile zajmuje Ci stworzenie jednego filmu z plasteliny? To zależy. Oprócz wideoklipu dla Czesława, czyli Ucieczki, robiłam teledysk dla FOX-a. Animowałam i tworzyłam scenografię, a reżyserem była firma, która mi to zleciła. To było około trzech intensywnych tygodni nad trzyminutową animacją. Chociaż to oni wszystko montowali, pracy rzeczywiście było dużo. A w porównaniu z animacją komputerową? Nie wiem. Nidy nie robiłam animacji komputerowej. Nie jestem zaprzyjaźniona z komputerami [śmiech]. Skończyłaś ASP w Poznaniu, na jakim wydziale? To był Wydział Komunikacji Multimedialnej, specjalność film animowany. Miałam zajęcia

Pomyślałam, że fajnie by było to ożywić kiedyś. Dwa lata musiałam poczekać, żeby się jakoś otworzyć, bo nie zdradzałam się, że lubię w plastelinie grzebać. Jakoś tak się potoczyło, że zostałam w tej materii. Ale nie wykluczam innej techniki. Ostatnio myślę, aby spróbować czegoś innego, dla oddechu i wpuszczenia świeżego powietrza w moją twórczość. Jakieś plany na przyszłość?

Czyli tylko plastelina? Tak, właściwie tak. Pierwszy i drugi rok tak, jak nam nakazano, każdy musiał przejść przez rysunek, a później już tylko plastelina. Wydaje mi się, że rysunek jest bardziej czasochłonny i wymaga większej cierpliwości. Z drugiej strony rysownicy myślą to samo o plastelinie. Próbowałaś tworzyć w innych materiałach? Na studiach mieliśmy zajęcia zapoznawcze z różną materią: były wydzieranki, sól sypana, rysunek, piksilacja czyli animacja człowieka, też poklatkowo, ale to człowiek jest kukiełką. Kiedy zdecydowałaś się na plastelinę? Jeszcze przed studiami? Jak szłam na studia, nie wiedziałam co mnie czeka. Bardzo mało wiedziałam o filmie animowanym. Ale interesowało mnie to, bo dużo robiłam w plastelinie i modelinie. A i wtedy zaczęła się moja fascynacja Nickiem Parkiem.

6

Dziś się nad tym nie zastanawiam, jakbyś mnie o to spytała na studiach, to może bym Ci powiedziała. Może nie, żyję z dnia na dzień, ale to się na bieżąco rozwija, nowe pomysły przychodzą, niektóre odchodzą. Opowiesz nam o jakimś swoim nowym projekcie? Za dużo nie opowiem bo ja mam taką zasadę, że dopóki nie skończę, to nie lubię o tym rozmawiać, nawet rozrysowywać. Czar pryska i ja już nie mam takiej weny, zacięcia. Mogę tylko powiedzieć, że to będzie klip muzyczny. Tak jak z Ucieczką, która była moją inicjatywą, projektem autorskim, żeby mieć zgodę na muzykę. To będzie taka wymiana jak z Czesławem trochę: on mi dał muzykę, ja ubrałam jego piosenkę. Chciałabym skończyć we wrześniu, wtedy być może pokażę go w Semaforze na festiwalu. Czyli z Ucieczką to była Twoja inicjatywa? Do Czesława sama się odezwałam. Dwa lata temu wystrzelił z debiutem. Usłyszałam Ucieczkę jako pierwszą jego piosenkę. Posłuchałam jego muzyki i stwierdziłam, że muszę coś z nim zrobić. Napisałam maila, który dojrzewał przez parę miesięcy, bo on wtedy miał apogeum


swojej popularności. W zeszłym roku znalazłam się w momencie, w którym mogłam pozwolić sobie na poświęcenie trochę czasu na

Tak było też z Tramwajem i świnką, o której opowiadałaś w filmie na rozpoczęciu festiwalu dotyczącym Twojej twórczości?

rysować. Nie jestem jednak tak poukładana i zorganizowana, żeby robić scenopis od początku do końca, krok po kroku.

film. I stwierdziłam, że teraz jest odpowiedni czas. Napisałam kolejnego maila, po piętnastu minutach odpisał, że właśnie jest w Poznaniu, że możemy się spotkać, poznać, porozmawiać o filmie. Taki trochę, może nie zbieg okoliczności, ale los mi trochę dopomógł na pewno. Śpieszyłam się na Animatora, aby zdążyć przed festiwalem i móc go tam pokazać. Miałam ponad dwa tygodnie na to i nic innego do roboty, więc zamknęłam się w swoim pokoju, jak w jaskini. Właściwie jak robię jakiś film, to wyłączam się na tyle, że dzień zlewa mi się z nocą. Nie ma ani sprzątania, ani przyjaciół. Jest tylko czas na sen i pamięć, aby coś zjeść.

To było jeszcze coś innego. Film dyplomowy to była jednak jakaś presja. Chciałam się zamknąć w terminie, nie przedłużając studiów. Miałam zajawkę na tramwaj, bo tam dużo ludzi się spotyka. Co ma być dokładnie, w którym kierunku ma jechać ten tramwaj, nie wiedziałam. To się klarowało po drodze. Miałam chwilę zwątpienia w trakcie pracy, ale na szczęście od rezygnacji powstrzymali mnie moi promotorzy. Nie było scenopisu, więc nie tworzyłam chronologicznie. Jedna scenka rodziła następną.

Chcesz robić filmy dla dzieci? W końcu pracujesz w plastelinie, materiale kojarzonym z dziećmi?

A skąd czerpiesz inspiracje? Ze wszystkiego, najlepszą inspiracją jest życie, to, co się dookoła dzieje.

Pracujesz bardzo spontanicznie, bez planu? Można powiedzieć, że tak, chociaż… Nie wiem, czy to nie jest kwestia niedojrzałości. Od jakiegoś czasu zaczęłam myśleć poważniej, rozrysowywać niektóre ważniejsze sceny, aby bardziej konsekwentnie

7

Ucieczka nie jest dla dzieci, Tramwaj tym bardziej. Nie myślałam nigdy o tym. Zresztą dzieci są chyba najtrudniejszą grupą odbiorców. Może kiedyś. Myślę, że jak urodzę własne dziecko, to będę bardziej myśleć o tym. Wtedy życie mi dostarczy inspirację. W takim razie życzymy dalszych sukcesów i dziękujemy bardzo za rozmowę. Dziękuję również.


Mój przyjaciel wampir Pozwól mi wejść w reżyserii Tomasa Alfredsona, na podstawie scenariusza Johna Ajvide’a Lindqvista (który jest adaptacją powieści Lindqvista pod tym samym tytułem) jest dowodem na to, że nawet ograne i klasyczne tematy filmowe można przedstawić w całkowicie nowy sposób. W tym wypadku mamy do czynienia z nowatorską, niespotykaną w hollywoodzkich produkcjach, realizacją motywu wampirycznego. Film opowiada historię dwunastoletniego Oskara, który mieszka z matką na jednym ze sztokholmskich blokowisk. Cichy i zamknięty w sobie, jest kozłem ofiarnym dla szkolnej bandy. Wszystko zmienia się, gdy do sąsiedniego mieszkania wprowadza się Eli – dziwna, tajemnicza dziewczynka, która

opuszcza mieszkanie wyłącznie po zapadnięciu zmroku. Oboje jednakowo samotni, po raz pierwszy poznają smak przyjaźni z drugim człowiekiem. Bycie wampirem w tym skandynawskim filmie nie wiąże się z posiadaniem nadnaturalnych mocy lub potęgi, jak ma to miejsce np. w Wywiadzie z wampirem (ekranizacji pierwszego tomu cyklu Kroniki wampirów autorstwa Anne Rice). Tak naprawdę, oglądając film Alfredsona, możemy nabrać współczucia względem Eli – bo, co prawda, umarła i krwiożercza, jest jednak przede wszystkim samotną, nieznającą podstawowych zabaw i rozrywek dziewczynką, która nigdy wcześniej nie miała przyjaciela. Pozwól mi wejść nie jest typowym horrorem, to raczej dramat obyczajowy „ubrany”

Krwiopijcy w natarciu Dla zmęczonych błyszczącymi w słońcu, bladolicymi bożyszczami nastolatek dobra wiadomość – nadeszło wytchnienie! Pozwól mi wejść wnosi filmy o wampirach na wyższy poziom artystyczny. Na szczęście dla entuzjastów „mrocznych klimatów” nie ma w nim miejsca na piski nastolatek. Nie jest to też tkliwa historyjka rodem z melodramatycznych seriali dla młodzieży o trudnych związkach. Film Tomasa Alfredsona stawia sobie o wiele ambitniejsze zadanie – jest wspaniale zrealizowaną opowieścią o odrzuconych. Omawiane dzieło to historia 12-letniego chłopca Oskara i Eli, tajemniczej dziewczynki z sąsiedztwa, która okazuje się wampirzycą. Łączy ich osobliwa więź – chłopiec jest ofiarą prześladowań ze strony kolegów w szkole, Eli jest skazana na życie poza społeczeństwem ze względu na to, kim jest.

Anna Sobolewska

Martyna Urbańczyk

Interesująca fabuła nie jest jedyną zaletą filmu. Warstwa wizualna Pozwól mi wejść może niejednego widza olśnić. Wysmakowane, stonowane zdjęcia nadają filmowi specyficzną atmosferę – pełną chłodu, dobrze komponującego się z alienacją bohaterów. Na uwagę zasługuje również ścieżka dźwiękowa, idealnie stapiająca się z obrazem. Po jednokrotnym seansie pozostawia widza z uczuciem, że właściwie niczego nie słyszał. Jej ponowne odkrycie pozwala czerpać jeszcze więcej przyjemności z filmu Alfredsona w kolejnych odsłonach. Mocną stroną filmu jest zdecydowanie swoisty realizm historii. Wampirzyca mieszkająca razem z ludźmi na osiedlu wydaje się stworzeniem równie realnym, jak prześladowania w szkole. Wampiryzm w Pozwól mi wejść przypomina bardziej nieuleczalną

8

w konwencję kina grozy. Mimo kilku krwawych scen, autorzy nie kładą nacisku na wątek wampirzych morderstw, ale na pozbawioną nadprzyrodzonych aspektów relację głównych bohaterów – samotnego chłopca i równie, jeśli nie bardziej, samotnej krwiopijczej dziewczynki. Trzeba podkreślić formalne zalety filmu, który zachwyca pięknymi kadrami o małej głębi ostrości, co sprawia, że detale „wyłaniają się” z rozmytego tła. Kolejną mocną stroną Pozwól mi wejść jest piękna muzyka, liryczna i ambientowa, która wprawdzie całkowicie „gryzie się” z klimatem klasycznego horroru, jednak w przypadku tego akurat filmu pasuje idealnie. Pozwól mi wejść to piękne i delikatne dzieło o samotności i potrzebie przyjaźni, na pewno warte obejrzenia.

chorobę, z którą przychodzi żyć bohaterce, niż klątwę. Krew jest oczywiście nieodłącznym elementem historii z motywami wampirycznymi, jednak tutaj jest bardziej prawdziwa – naprawdę brudzi i nie znika po wszystkim, jak gdyby nigdy nic. Jak na horror, film Alfredsona jest jednak mało straszny. Nie ma w nim zbyt wielu typowych dla tego gatunku chwytów potrzebnych, by przerazić widza. Pozwól mi wejść jest filmem nie tylko dla fanów horrorów o wampirach. Bliżej mu raczej do dramatu niż typowej „rzeźni”, przez co widzowie spragnieni kontaktu z ambitniejszymi przedstawicielami gatunku nie poczują się zawiedzeni. Ze względu na liczbę nagród, jaką otrzymał na wielu festiwalach filmowych na całym świecie, jest pozycją właściwie obowiązkową dla wszystkich, którzy lubią poczuć satysfakcję z obejrzanego właśnie filmu.


„Ja, Śmierć jestem twoja” – Mleczna droga Michał Dondzik Motyw śmierci i przemijania jest jednym z często podejmowanych przez filmowców tematów. Pomimo to w historii kina światowego powstało stosunkowo niewiele obrazów, którym udaje się uchwycić jego istotę. Co znamienne, na gruncie kina polskiego wszystkie wybitne filmy o tej tematyce można by wymienić na palcach jednej ręki. Jednym z tych, o którym nie sposób zapomnieć, jest Mleczna droga Andrzeja Kondratiuka. Powstały w 1990 roku film zalicza się do późniejszych obra zów w dorobku reżysera, nakręconych po jego przeprowadzce do Gzowa. Zmiana ta odcisnęła się nie tylko na życiu prywatnym artysty, ale doprowadziła do gruntownego przedefiniowania dotychczasowej stylistyki jego prac. Najważniejszą ich cechą stał się prywatny, autorski charakter. Kondratiuk w kolejnych realizacjach przejmuje coraz więcej ról, zajmuje się nie tylko reżyserią czy produkcją, ale staje się również odpowiedzialnym za zdjęcia, dialogi, scenografię, kostiumy, a nawet podejmuje się zadań aktorskich. Mleczna droga to opowieść o starcu (Ludwik Benoit), który pragnie znów być młody i z tym zamiarem udaje się do chaty Wiedźmy (Iga Cembrzyńska), która po długich namowach obiecuje przywrócić mu młodość poddając go szeregowi zabiegów. Stary zostaje wychłostany przez Wiedźmę, aby w ten sposób wygnać

z niego starość, musi też wyrwać swoje stare zęby. Po powrocie z zabiegu pyta zażenowany, czemu „takie piękne kobiety zostają dentystkami?”. Gdy starania nie przynoszą efektów, kobieta zaleca głodówkę, w której dopuszczalne jest jedynie picie wody źródlanej. Finałem odmładzającej kuracji jest pojenie starca mlekiem,

podawanym wprost z piersi karmiącej niewiasty. Te i inne niezwykłe przygotowania powodują, że mężczyzna czuje się znów młody i krzepki. Chcąc sprawdzić swoje możliwości, Stary kokietuje piękną blondynkę (Katarzyna Figura), ta zwodzi go jednak, uświadamiając jednocześnie, że mężczyzna ma do czynienia ze Śmiercią. Niewzruszony tym Stary uwodzi Śmierć, a ta w zamian obiecuje mu, że przez długi czas nie będzie go odwiedzać. Baśniowa konwencja złamana zostaje przez pytanie, które pada z ust Śmierci: „A co, jeżeli będę brzemienna?”. „Będę ci płacił alimenty”, odpiera bez chwili zastanowienia Stary.

9

„Jesteś tak piękna, że chce być z tobą do grobowej deski”, mówi później. Po czym w onirycznej scenie znikają wśród kwitnących pól. W Mlecznej drodze Kondratiuk podkreśla znaczenie poszczególnych scen długimi, kontemplacyjnymi ujęciami. Paradokumentalny autentyzm uzupełniany jest przez pełne skupienia zdjęcia koncentrujące się na śledzeniu przedmiotów, przeradzające się wręcz w studium szczegółów i detali. Fotografie plenerów potęgują wrażenie stopienia z przyrodą, rejestracji niepowtarzalnego rytmu zmian pór roku, przemijania tak bliskiego naszym wspólnym doświadczeniom natury. Te osobiste wizje reżyser podkreśla szeregiem symboli i metafor. Całość uzupełnia niezwykle udana, pełna subtelności muzyka skomponowana przez Igę Cembrzyńską i Andrzeja Kondratiuka. Mleczna droga to jeden z bardziej dojrzałych i sugestywnych obrazów reżysera, dający możliwość skonfrontowania się nie tylko z Faustowskim dylematem, ale również z Kondratiukiemmyślicielem i filozofem. Niezwykłe jest to, że tak mądry i prawdziwy efekt osiągnięto skromnymi, czasami wręcz chałupniczymi metodami. W tym przypadku jednak prostota formy i skromność budżetu w najmniejszym stopniu nie przeszkadza w uznaniu Mlecznej drogi za jeden z najlepszych filmów w dorobku reżysera.


Męskie wyznania Widziałem dzisiaj dobry film. Co prawda przez pomyłkę, ale to też się zalicza na moje konto. Tytuł Para do życia zasugerował mi, że jest szansa, aby obejrzeć na tym festiwalu dobre kino sensacyjne: tańce, hulanki, swawole, dużo się dzieje i krew się leje. Wszyscy dobrze wiemy, co jest przecież w kinie najlepsze. Pierwszych kilka scen rozwiało moje wątpliwości co do tematu filmu. Byłem bliski wyjścia z kina, kiedy okazało się, że najczęściej powtarzającym się elementem w obrazie jest męski penis. Nie obawiajcie się przyjaciele – nie był to jeden z seansów pornograficznego kina gejowskiego, wręcz przeciwnie – aktywność bohaterów ograniczyła się do rozmawiania. Tyle tylko, że nago w saunie. Postanowiłem jednak nie opuszczać projekcji, bo wytrwałość jest, a przynajmniej powinna być, jedną z najważniejszych cech prawdziwego mężczyzny. Jak coś rozpoczynasz, musisz doprowadzić to do końca – tak mawiał pewien

Rafał Pniewski

bosman do majtka, który właśnie zaokrętował się na jego statku. Jak się po chwili okazało, mężczyźni z filmu, którzy tak dumnie prezentują się ze swoim przyrodzeniem, to Finowie. Przeciętny Fin zawsze kojarzył mi się z mrukiem. Kto miał przyjemność oglądania skoków narciarskich w polskiej telewizji wie dobrze, o czym mówię. Ogromny wysiłek rysujący się na twarzy po każdym otworzeniu ust i ciągle te same odpowiedzi na pytania dziennikarzy sportowych: „tak”, „nie” lub „miałem słaby skok, bo wiatr był dziś za silny”. Słyszałem, że Finowie rodzą się z genetyczną nieśmiałością i dlatego tak dużo piją, bo jest im to niezbędne, żeby się w ogóle komunikować. Dlatego też połowa z nich to alkoholicy, a pozostali to depresanci bądź samobójcy. Byłem naprawdę zdziwiony, kiedy okazało się, że tak naprawdę to stać ich na to, żeby rozmawiać dłużej niż przysłowiowe pięć minut, tyle tylko, że potrzebują do tego sauny.

Potrzeba ta jest na tyle duża, że gdzie tylko znajdzie się Fin, tam też musi być i sauna: w namiocie wojskowym, w przyczepie kempingowej, w kombajnie i w przydrożnej budce telefonicznej. Tematyka „parnych” rozmów jest bardzo rozległa: od udzielania rad związanych z jak najbardziej satysfakcjonującym zaspokajaniem partnerek, do bardzo osobistych wspomnień dotyczących utraty bliskich. Samcom alfa najprawdopodobniej dziwnie się to wszystko ogląda, bo rozmowy te w niczym nie przypominają typowych samczych dysput. Jeden mężczyzna opowiada swoją historię, a pozostali słuchają go uważnie i co najwyżej potakują głową. Żadnej rywalizacji, chęci pochwalenia się przed znajomymi i prześcigania się w tym, kto ma ciekawsze rzeczy do opowiedzenia. Fińskie rozmowy przypominają bardziej spowiedź na golasa niż walkę na scenie, tylko zamiast księdza siedzą najbliższy przyjaciele i wszyscy razem popijają zimne piwo.

Nawet Święty Mikołaj chodzi do sauny Michał Sobczyński Sauna to jedyne fińskie słowo, które jest zrozumiałe na całym świecie. W dzisiejszych świeckich społeczeństwach sauny stanowią pozostałości dawnych kultów – ich historia sięga niemal 3,5 tysiąca lat wstecz. Są miejscem oczyszczania ciała i ducha, w którym czas ulega zawieszeniu. Fiński film Para do życia, wyreżyserowany wspólnie przez Mika Hotakainena i Joonasa Berghalla, zdobył nagrodę Millennium Award w konkursie głównym 7. edycji festiwalu filmów dokumentalnych Planete Doc Review w Warszawie. Bohaterami dokumentu uczynili fińskich mężczyzn, którzy wykorzystują wspólny pobyt w saunie do prowadzenia pełnych emocji i wrażliwości rozmów o życiu.

Wszechobecny kult sauny w Finlandii dotyczy różnych warstw społecznych. Nie liczy się wiek, pochodzenie czy status finansowy. Wszyscy i tak spotkają się w saunie. Jest to (w końcu) miejsce, gdzie każdy może być sobą i gdzie nie zwraca się uwagi na ograniczające konwenanse. W kraju rozległej tajgi i reniferów nawet Święty Mikołaj chodzi do sauny, by zwierzać się innym, jak potrafią postępować z nim w okresie Świąt Bożego Narodzenia. Fińscy żołnierze stacjonujący w Afganistanie również mieli na wyposażeniu saunę. Osobnym bohaterem filmu jest perfekcyjnie sfotografowana natura. Finlandia to jedno

10

z niewielu miejsc na ziemi, gdzie nadal ma się wrażenie, że to człowiek jest dopełnieniem naturalnego krajobrazu, a nie na odwrót. Przepełnione spokojem zdjęcia lasów, jezior, wszechobecnej wody, harmonii człowieka z naturą (nasuwającą na myśl skojarzenia z rytuałem oczyszczenia), kontrastują z emocjonalnymi wypowiedziami bohaterów. Dla mężczyzn tych sauna staje się konfesjonałem. Wyznają swoje najbardziej intymne historie. Poprzez swoją (wręcz szokującą) szczerość i niespotykaną swobodę, łamią stereotyp, że fińscy mężczyźni nie potrafią mówić wprost o swoich uczuciach.


Bangkok w sosie słodko-słonym

Z początku założeniem festiwalu Kino w Pięciu Smakach było przybliżenie widzom wietnamskiej kultury, aby nie kojarzyli największej mniejszości narodowej stolicy Polski wyłącznie z budkami z często podejrzanym jedzeniem czy bublem sprzedawanym na bazarach. Jednak wraz z rozwojem festiwalu do programu zaczęto włączać produkcje pochodzące z innych krajów azjatyckich. Prezentowany w tym roku na trzeciej już edycji Kina w Pięciu Smakach, Sawasdee Bangkok to film składający się z czterech nowelek twórców wyłącznie tajlandzkich. Zaznaczyć w tym miejscu trzeba, że kinematografia tajska obecnie bardzo prężnie się rozwija oraz zdobywa coraz większe uznanie na arenie międzynarodowej. Sawasdee Bangkok jest swoistą symfonią miejską pokazującą, jak różnorodne i nieprzewidywalne może być tytułowe miasto. Nowelowa struktura sprzyja pokazaniu miasta z wielu różnych perspektyw, a to, iż reżyserzy związani są niemal przez całe życie z Bangkokiem sprawiło, że film stał się bardziej intymny i szczery. Pierwsza nowela zatytułowana Sightseeing w reżyserii Wisita Sasantienga to historia niewidomej dziewczyny mieszka-jącej pod mostem, żyjącej z dnia na dzień ze sprzedaży kuponów na loterię. Los tak chciał, że nigdy nie miała możliwości zobaczenia Bangkoku na własne oczy, a kupujący u niej ludzie

nigdy nie wyrażali się o mieście w sposób pochlebny. Jednak pewnej nocy w wyniku dziwnego zbiegu zdarzeń przychodzi do niej Anioł, który proponuje, że oprowadzi ją następnego dnia po mieście. Zabiera dziewczynę w magiczną podróż przez ulice zatłoczonego i brudnego Bangkoku, ukazując miasto jako raj, miejsce całkowitej szczęśliwości. Momentami wybujała wyobraźnia anioła może zdawać się trochę infantylna, a całkowita wiara dziewczyny w każde jego słowo wręcz dziecinnie naiwna. Sasantieng chce jednak pokazać, że Miasto Aniołów (Bangkok w języku tajskim oznacza Miasto Aniołów) ma ukrytą w sobie magię, nie jest tylko wielką, śmierdzącą, brudną metropolią. Bangkok Blues wyreżyserowane przez Adityię Assarata porusza w sposób humorystyczny problemy związane z relacjami damsko-męskimi. Dwójka przyjaciół i dwa różne podejścia. Dodatkowo dwa różne miasta, Bangkok i Nowy Jork, obraz i dźwięk. Sposób, w jaki reżyser opowiada historię zdaje się trochę chaotyczny, może dlatego mnie osobiście fabuła noweli nie zachwyciła. Przekonał mnie jednak poruszony przez twórcę temat dźwięku, który jest raczej mało spotykany. Assarata podkreśla, jak ważny jest dźwięk; odgłosy, jakie wydaje miasto to również coś, co kształtuje dane miejsce.

11

Olga Olak

Trzecia nowela opowiada o kobietach lekkich obyczajów z szemranej okolicy Sanam Luang Park. Reżyser Kongdej Jaturanrasmee przedstawia historię jednej nocy pewnego chłopaka z dziewczyną. Z początku opowieść może się wydawać trochę schematyczna. Ona prostytutka, on chcąc zapomnieć o byłej dziewczynie szuka pocieszenia w uciechach cielesnych. Spędzają ze sobą noc, jednak w chwili, gdy już spodziewamy się pięknego, szczęśliwego zakończenia, reżyser daje nam pstryczka w nos, mówiąc przy tym: „Nic z tego, małe głuptaski, w życiu wcale nie jest tak kolorowo jak myśleliście”. Ten zwrot w zupełnie inną stronę sprawia, że film otrzymuje poruszającą puentę i tym samym zdecydowanie zyskuje na wartości. Ostatnia i, w mojej opinii, najlepsza ze wszystkich czterech nowel to Silence w reżyserii Peneka Ratanaruanga. Jest na swój sposób zabawna, ale i wzruszająca zarazem. Najlepiej pokazuje różnorodność Bangkoku, reguły, jakimi to miasto się rządzi. Może wydawać się, że Ratanaruanga nie zrobił nic nowego. Pokazał zderzenie dwóch światów, jakże skrajnych, a jednak nieustająco przeplatających się ze sobą: świata bogatych i świata biednych. Prostą moralizatorską historyjkę o tym, żebyśmy docenili to, co mamy. reżyser ujął w tak niezwykły sposób, że film zupełnie nie wydaje się sztampowy. Jest co prawda mocno przewidywalny, nie przeszkadza to jednak zupełnie i nadal przyciąga uwagę. Sawasdee Bangkok jest pewnego rodzaju hołdem złożonym miastu. Każda nowela jest inna, zupełnie odmienna od poprzedniej, tak jak odmienne i różnorodne są ludzkie historie. Bangkok jest jak wielki kocioł, gdzie wszystko to miesza się ze sobą, łączy i przeplata.


Islandzkie uwięzienie Malwina Czajka

Islandia to państwo specyficzne, w którym kultura filmowa odgrywa znaczącą rolę. Ze względu na surowy, mroźny klimat oraz ciemności, jakie panują na wyspie przez pół roku, co nie sprzyja rozrywkom na świeżym powietrzu – naród ten pokochał filmy. Islandczycy są najczęstszymi bywalcami kin na świecie. Ze względu na wielkość tego kraju, zajmują także pierwsze miejsce w statystykach biorących pod uwagę liczbę wyprodukowanych filmów na jednego mieszkańca. W Islandii żyje tylko około trzysta dwadzieścia tysięcy osób, więc jeżeli powstaje tam średnio pięć filmów rocznie to jest to spora liczba. Dla porównania: aby w tej statystyce Amerykanie mogli dogonić Islandczyków, musieliby wyprodukować 5000 filmów, a w Bollywood trzeba by było zrealizować ich aż 20 000! W Ińsku mogliśmy zobaczyć film najbardziej znanego dziś współczesnego islandzkiego reżysera Baltasara Kormákura Białonocne wesele. Za swój głośny debiut 101 Reyjkiavik otrzymał nominację do Oskara. Białonocne wesele to jego trzeci film, który luźno nawiązuje do poprzednich dzieł. Głównego bohatera gra ten sam aktor, co w 101 Reyjkiavik. Tym razem jednak poznajemy problemy pokolenia czterdziestolatków. W jego pierwszym filmie stykamy się z przedstawicielem pokolenia X, mężczyzną koło trzydziestki nadal mieszkającym u mamusi, który zajmuje się nic-nierobieniem. Zafascynowany popkulturą i konsumpcjonizmem, korzysta z życia pełną parą imprezując do rana. Nie ma pomysłu na siebie, a kobiety traktuje jak kolejne hamburgery do przeżucia. Jest pesymistą w ciągłej depresji, który nienawidzi swojego miasta i kraju, w którym czuje się jak

wyrzutek, z dala od prawdziwego życia. Rozczarowanie egzystencją uwydatnia się w każdym jego słowie. W Białonocnym weselu bohater to mężczyzna w średnim wieku, który zrezygnował z życia

w mieście przeprowadzając się na małą wyspę Flately, decydując się na jeszcze większą prowincjonalność. Wybór ten nie zadowala go: „Czasami mam wrażenie, że się duszę” – mówi. Podobnie jak jego poprzednik do związków z kobietami podchodzi egoistycznie. W skorupie dojrzałego mężczyzny schowany jest zimny, nieczuły i niepotrafiący kochać facet. Mechanicznie, bez cienia czułości opiekuje się chorą żoną. Nie daje jej poczucia bezpieczeństwa, narzeka na jej fanaberie, podkreślając zniewolenie przez chorobę. Wszystko co robi, każdy jej spontaniczny gest, jest dla niego przejawem problemów psychicznych. To kolejny pesymista niezadowolony z życia, którego obrazuje reżyser. Postacie w filmach Baltasara Kormákura to ludzie

12

niepotrafiących zmierzyć się z rzeczywistością. Depresyjnym pesymistą po przejściach jest również bohater Bagna, drugiego filmu reżysera. Jednak nie tylko to łączy go z oglądanym przez nas w Ińsku filmem. Tym, co je wyróżnia, to eksperymenty z czasem filmowym. Reżyser stosuje klasyczną metodę retrospekcji, nieznacznie tylko zmieniając paletę barw. Nie od razu orientujemy się, że mamy do czynienia z przesunięciami czasowymi. Tym samym poruszamy się po filmie jak po labiryncie, w którym stopniowo odnajdujemy odpowiedzi na zadane pytania. Być może z tych samych powodów (ciemno i zimno), dla których Islandczycy ukochali filmy, cechą charakterystyczną ich kinematogafii jest czarny humor. Tym razem reżyser wykorzystuje absurdalne wydarzenia do wyrazistego ukazania relacji uczuciowych między bohaterami, widać to chociażby w scenie potrącenia łabędzia przez żonę głównego bohatera. Reżyser stosuje strategię mylenia widza dla wywołania efektu humorystycznego. Pierwsza scena okazuje się jedynie próbą zaślubin, choć kadrowanie na półzbliżeniu nie pozwala odgadnąć, że panna młoda stoi przed ołtarzem w czerwonych bawełnianych podkolanówkach. Ten fragmentaryczny sposób kadrowania wywołuje efekt zaskoczenia. Sentymentalna scena gry na fortepianie wśród przyrody okazuje się przewozem instrumentu na furmance. Białonocne wesele zadaje trudne pytania, ukazując złożoność ludzkiego życia. Reżyser dojrzał wraz ze swoim kinem, po drodze gubiąc jednak specyficzny, ironiczny humor, którym krytykował współczesny świat. Pokierował swoją twórczość w stronę kameralnego dramatu psychologicznego, gdzie Islandia jawi się jako kraj pełen szaleństwa i nieszczęść, ukazany poprzez puste monotematyczne kadry.


Wyrolowany Artur – wyrolowany widz? Sylwia Witkowska, Agnieszka Piąstka

Wtorkowa projekcja Artura i zemsty Maltazara wprowadziła niemałe zamieszanie w programie Ińskiego Lata Filmowego. Zamiana kolejności wyświetlanych bajek (Księżniczka i żaba najprawdopodobniej zostanie wyświetlona w czwartek 12 sierpnia) spotkała się przynajmniej ze strony dziennikarzy z dużym rozczarowaniem. Niestety, również na początku recenzji musimy zdradzić, że nie widziałyśmy pierwszej części Artura i Minimków, a zapowiedziana na przyszły rok trzecia część, po ińskiej projekcji, z pewnością podzieli los pierwszej. Luc Besson bardzo sprytnie (w sensie stricte komercyjnym) postanowił zawiesić akcję drugiej części, której rozwiązanie nastąpi dopiero w Arturze i wojnie dwóch światów. W efekcie nic się nie wyjaśnia, a wcześniej rozwinięte wątki nie kończą się, ani nie posuwają akcji do przodu. Pozostawia to pewien niedosyt i rozczarowanie, a także nieprzyjemne odczucie, skłaniające do wniosków, że film jest niedokończony i niedopracowany. Zabieg ten, zdaniem reżysera, był konieczny dla zaciekawienia widzów oraz podania im choć jednego powodu,

aby chcieli dalej śledzić przygody Artura i Minimków. Skuteczność tego zabiegu wydaje się wątpliwa, zwłaszcza zważywszy na fakt, że w czasie pokazu niektóre osoby wychodziły zrezygnowane i rozczarowane projekcją. Sequel rozpoczyna się przygotowaniami Minimków do przybycia tytułowego Artura (granego przez Freddiego Highmore’a, znanego z takich filmów jak Marzyciel czy Charlie i fabryka czekolady). W filmie przeplatają się sekwencje zrealizowane za pomocą animacji komputerowej z elementami filmu fabularnego. Rozmaite zapożyczenia z popkultury mają śmieszyć, ale wprawiają jedynie w zażenowanie. Gapowate zachowania bohaterów pokazane w poetyce burleski, wypadają nie tylko sztucznie i mało zabawnie, ale przede wszystkim bezsensownie. Szczególnie irytująca jest rola rodziców Artura, którą można by uznać za swoisty triumf głupoty i niedorzeczności. Podobnie rzecz ma się w przypadku dialogów. Skierowane przede wszystkim do dzieci, podczas projekcji rzadko wywoływały rozbawienie. Sceny, które mają bawić, wprawiają w zażenowanie.

13

W filmie pojawia się kilka retrospekcji, które zostały potraktowane przez Bressona jako streszczenie już zaistniałych sytuacji. Najbardziej irytuje to w chwili ujawnienia intrygi Maltazara. Opowiadając punkt po punkcie, jak zwabił Artura do świata Minimków, objaśnia sprzeczności zaistniałe w fabule. Widza jedynie wybija to z rytmu odwracając uwagę od porwanej Seleni, niepotrzebnie pozbawiając scenę napięcia i zawieszając akcję. Artur i zemsta Maltazara jest filmem zdecydowanie nieudanym. Namawia małych widzów do szanowania przyrody oraz przypomina, że człowiek jest częścią ekosystemu. Najwyraźniej miało to być głównym przesłaniem filmu. Brak w nim natomiast innych pozytywnych wartości, a wręcz przeciwnie, zdarzają się sceny przemocy, zupełnie absurdalne i niezrozumiałe. Odnosimy wrażenie, że dzieci zostały potraktowane w filmie Luca Bessona jako nic nierozumiejące istoty, które „wszystko kupią”. Film wydaje się nam naiwny, prostolinijny i niedoszlifowany, a fabuła pozostawia wiele do życzenia. Nie brak w nim błędów, co sprawia, że niestety nie zachwyca i nie przyciąga młodych widzów. Nie musimy się długo zastanawiać, by móc stwierdzić już teraz, że osobiście nie zabrałybyśmy naszych dzieci na taki film, czego i innym nie polecamy.


Licząc ziarnka piasku Historia nowego filmu Mike’a Newella sięga roku 1989. Wówczas to ukazała się popularna gra Książę Persji. Film, który obejrzeliśmy w ramach tegorocznego Ińskiego Lata Filmowego jest adaptacją tejże gry komputerowej. Pierwsze plany przeniesienia tytułu na ekran sięgają początku lat dziewięćdziesiątych. Projekt udało się zrealizować dopiero po ponad dwudziestu latach od ukazania się gry, gdy prawa do jej ekranizacji nabyła korporacja Walta Disneya. Jako reżysera zaangażowano Mike’a Newella. Natomiast wśród potencjalnych odtwórców głównej roli, postaci księcia Dastana, rozpatrywano m.in. Orlando Blooma (trylogie: Piraci z Karaibów, Władca Pierścieni). Mike Newell upierał się jednak, aby zaangażować Jake’a Gyllenhaala (Donnie Darko, Bracia), którego zna odkąd Jake skończył siedem lat. Do obsady dołączyli także dwaj wybitni aktorzy: sir Ben Kingsley i Alfred Molina. Następnie z budżetem przekraczającym 100 milionów dolarów przystąpiono do realizacji. Po końcowym efekcie widać, że nie żałowano środków na efekty specjalne i... promocję. Oczywiście nie ma sensu udawać, że za omawianym tu filmem kryje się jakakolwiek historia: autora, czy reżysera wiedzionego artystyczną potrzebą ekranizacji wybitnego materiału. Książę Persji to po prostu typowy summer blockbuster, czyli letni przebój, film powstały w jednym celu, a mianowicie dostarczenia widzom lekkiej, bezmyślnej rozrywki w okresie wakacyjnym oraz zarobienia ogromnych pieniędzy dla producentów. W przypadku tego rodzaju filmów fabuła jest kwestią drugo-, a wręcz trzeciorzędną. Najważniejsza jest bowiem gwiazdorska obsada

Miłosz Michałowski

prezentująca swoje wdzięki na tle oszałamiających efektów specjalnych wygenerowanych za pomocą technologii zwanej CGI, która w większym, bądź mniejszym stopniu jest dziś obecna w większości filmów. Jeśli więc oceniać Księcia Persji jako summer blockbuster, to należy uznać, że jest to blockbuster całkiem udany.

Jak to w takich przypadkach bywa, fabuła jest wręcz fantastycznie bzdurna. W swoistym prologu widzimy, jak młody włóczęga imieniem Dastan (Gyllenhaal) zostaje adoptowany przez króla Persji, Sharamana. Po piętnastu latach jako dorosły książę bierze on, wraz z braćmi, Grasivem i Tusem, udział w oblężeniu świętego miasta Alamut. Szpieg pracujący dla Nazima, brata i doradcy króla, doniósł, że Alamut wspierało wrogów Persji dostarczając im broń (czyżby aluzja do CIA wspierającego niegdyś Talibów

14

walczących przeciw ZSRR?). Po otrzymaniu tej wiadomości bracia Dastana, jak i on sam są zdeterminowani najechać święte miasto i to mimo sprzeciwu ze strony króla, który przed wyjazdem stanowczo im tego zakazał. Grasiv i Tus przygotowują plan ataku, tymczasem Dastan, który nie może pogodzić się z tym, że został odsunięty od dowodzenia atakiem, zbiera swój oddział złożony z podobnych jemu nieokrzesanych, lecz dzielnych uliczników. Udaje mu się przeprowadzić skuteczny atak, dzięki któremu Persowie zdobywają święte miasto. Podczas ataku Dastan pokonuje strażnika pięknej księżniczki Taminy, który to strzegł mitycznego Sztyletu Czasu. Dastan, nieświadomy magicznych właściwości tej broni, zabiera sztylet jako pamiątkę z bitwy. Kiedy król Sharaman zostaje zamordowany w trakcie świętowania zwycięstwa podejrzenia o zabójstwo padają na nieszczęsnego Dastana, który ratuje się dramatyczną ucieczką (na szczęście niczym Spider-Man potrafi on skakać po najwyższych nawet murach). W trakcie niebezpiecznej podróży Dastan odkrywa właściwości Sztyletu, za pomocą którego można zmieniać samą tkankę Czasu. Młody książę oraz towarzysząca mu wbrew woli Tamina muszą powstrzymać plan przejęcia kontroli nad światem. Za całą intrygą stoi geniusz zła, którego tożsamość przyjdzie odkryć bohaterom. Jak widać, scenariusz zawiera wszystkie ulubione przez widownię składniki: młodego chłopaka o złotym sercu, który ze społecznych nizin awansował do elity, odwieczny pojedynek dobra ze złem oraz niezbyt emocjonujący wątek miłosny. Dastan musi zmierzyć się z wszelkimi przeciwnościami losu, wszakże jest poszukiwany nie tylko


przez perskie wojska, ale także przez wszelkich rzezimieszków łasych na nagrodę za jego głowę. Ponadto, po tym gdy odkryje faktycznego zabójcę króla, nikt nie zechce mu uwierzyć. Mamy tu zatem do czynienia z wielopiętrowym dramatem psychologicznym... Przepraszam, żarty na bok. Mamy tu do czynienia z porządnie zrealizowanym kinem rozrywkowym. Książę Persji (dopiero drugi po trylogii Piratów z Karaibów film z wytwórni Walta Disneya) dostał w USA kategorię PG-13: mogą go zatem oglądać dzieci od 13. roku życia (pod okiem rodziców). Wszystkie inne filmy Disneya mają kategorię „bez ograniczeń wiekowych”. Myślę, że właśnie w tej wiekowej klasyfikacji kryje się wskazówka dla widzów, a sama kategoria wyznacza w tym przypadku górną granicę wieku widza. Scenariusz, postaci, rozwiązania fabularne, wreszcie poczucie humoru skrojone są zdecydowanie pod widza dziecięcego. Nie znaczy to jednak, że dorośli nie mogą się dobrze bawić. Wystarczy tylko, że wyłączą myślenie, aby odkryć w sobie dziecko, którym kiedyś byli, które zachwycało się Indianą Jonesem. Jeśli ktoś potrafi dokonać w sobie takiej regresji mentalnej, to na pokazie Księcia Persji nie będzie zgrzytał zębami. W przeciwnym razie pozostaje opuszczenie seansu albo liczenie wygenerowanych komputerowo ziarenek piasku. Zawsze to jakaś alternatywa dla tych dwóch godzin wyjętych z życia.

Historia pewnej wsi Sylwia Witkowska Akcja filmu Dominika Matwiejczyka Czarny z 2008 roku rozgrywa się w podwrocławskiej wsi Rogoż, znanej widzom z Ugoru i Rzeźni numer jeden. Fabuła czerpie z prawdziwych wydarzeń z zamierzchłej przeszłości tej wioski. Podstawowym problemem, nawiązującym do osobistych doświadczeń reżysera (wychował się w małej miejscowości Jelcz-Laskowice), jest obłuda małomiasteczkowego polskiego społeczeństwa. Pokaźna liczba wątków tworzy skomplikowaną i obszerną fabułę, która nadawałaby się bardziej do telenoweli niż trwającego 105 minut filmu . Do miasteczka przyjeżdża tytułowy bohater Czarny (w tej roli Michał Żurawski). Powrót do rodzinnej mieściny spowodowany jest próbą napisania pracy doktorskiej. Zdawałoby się, że odpoczynek od miasta będzie trafnym pomysłem. Jednak okazuje się, że w niegdyś opuszczonej przez niego wsi dorastała jego przyrodnia siostra Ola (grana przez Marię Niklińską). Czarny z początku przyjmuje nowinę z dużym dystansem, ale w niedalekim czasie między przyrodnim rodzeństwem wytwarza się specyficzna więź, stanowiąca pożywkę dla plotkarskich zapędów miejscowych. W filmie wielokrotnie jesteśmy świadkami bezrefleksyjnych wywodów oraz zachowań bohaterów słuchających wyznawczo niedzielnych kazań księdza. Ciężkostrawny temat, zwłaszcza dla katolickiej części polskiego społeczeństwa, został nieco złagodzony poprzez przejaskrawienie dialogów oraz postaci (zauważalne zwłaszcza w kreacji Mateusza Damięckiego w roli Kania). Wyraźne

15

zaznaczenie warstwy formalnej poprzez liczne transfokacje czy chwiejne ruchy kamery pozbawia sytuację dramatyzmu. Całość powoduje, że historię traktujemy z przymrużeniem oka. Jednakże odbiór filmu psuje zaburzony rytm następujących po sobie scen. Niektóre ciągną się bez końca, nie niosąc przy tym głębszych treści, inne są wprost przeładowane informacjami (nierzadko zbytecznymi). Innym zarzutem, jaki nasuwa się podczas oglądania filmu, jest słabe rozwinięcie wielu wątków, którymi jesteśmy bombardowani niemal do samego końca. Również momentami reżyser w nazbyt dosadny sposób ukazuje ułomność wiejskiej społeczności. Za przykład niech posłuży jedna z ostatnich scen, czyli wyjście wiernych z kościoła po niedzielnej mszy, która nie wnosi nic, czego Matwiejczyk nie przedstawiłby wcześniej. Czarny, choć porusza ciekawy temat, czyni to w sposób pobieżny. W filmie bardzo dużo się dzieje, co bywa męczące. Dialogi, co prawda, mają wydźwięk ironiczny, ale w połączeniu z przeciętną grą aktorską nieco bledną. Zakończenie niesie przewidywalne przesłanie, że będąc odmieńcem trzeba się liczyć z brakiem akceptacji ze strony otoczenia (zwłaszcza tego posługującego się stereotypami). Rozwiązaniem tego konfliktu według reżysera jest podporządkowanie się lub opuszczenie zbiorowości, co nie wydaje się ani odkrywcze, ani pokrzepiające.


„Ińskie Point” wyprodukowało: Koło Naukowe Filmoznawców Uniwersytetu Łódzkiego

Malwina Czajka Michał Dondzik Edyta Janiak Magda Januszkiewicz Arkadiusz Jaworek Marta Madejska Miłosz Michałowski Olga Olak Agnieszka Piąstka Rafał Pniewski Dagmara Rode Michał Sobczyński Anna Sobolewska Martyna Urbańczyk Sylwia Witkowska

Ińskie Point Nr 4  

Biuro Ińskiego Lata Filmowego Nie przyjaźnię się z komputerami................ 6 Kino Morena ul. Przybrzeżna 1 tel. 091 5623084 Mój przyjaci...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you