Issuu on Google+

Czy tylko Horton słyszy ktosia? ....................2 Ujawniamy najskrytsze Sekrety .......................2, 4, 6 Jaki film nie powinien trafić Na przemiał? .............3 Zwiedzamy Sierociniec ......3 Wspomnienie o Jadwidze Żukowskiej .....4 Wszystko o Wszystkim .......... 5 Gdzie znajdują się Nowe granice Europy? ......... 6

Drodzy Czytelnicy! Z drżeniem rąk i serc składamy na Wasze ręce pierwszy numer oficjalnej gazetki festiwalowej. Ińskie Lato Filmowe ma już 35 lat. My, czyli sympatycy i członkowie Koła Naukowego Filmoznawców Uniwersytetu Łódzkiego, jesteśmy tu po raz pierwszy. Mamy nadzieję, że razem z Wami przeżyjemy wiele niezapomnianych kinowych wrażeń, a także będziemy mogli ucieszyć serca i ciała rozkoszami oferowanymi przez czyste wody ińskich jezior. Tylko czy nasze miejskie płuca wytrzymają taką dozę czystego powietrza? Głęboki wdech… Zapraszamy do lektury!


Słoń, który słyszał głosy To nie jest film dla dzieci! Po pierwsze, otwiera go inseminacyjna sekwencja przedstawiająca kolczaste nasienie bezbożnie gwałcące niewinne kwiaty i dziewicze plechy. Po drugie, film prezentuje wizję świata nijak mającą się do propagowanego obecnie kreacjonizmu – bo czyż możliwe jest, aby w pyłku mieścił się cały Wszechświat? Predylekcja Hortona do bycia obrońcą wyimaginowanego nano-świata jawi się jako pomysł zgoła donkiszotowski. Wiatraki zastąpiła drobina kurzu, a Sanczo Pansę – niebieska mysz, Morton. W istnienie świata równoległego nie mogą uwierzyć pozostali, małoduszni mieszkańcy dżungli. Szkoda, bo to idealna społeczność rządzona przez neurotycznego burmistrza. Nazywa się Leon i jest ojcem 96 córek i należącego do subkultury emo syna, Jojo. Mamy więc paralelność szaleństwa głównych bohaterów. Przyznacie Państwo sami – czyż może być coś mądrego w tak naiwnej fabule? Atmosferę wybitnie niesprzyjającą percepcji owego tekstu kultury przez niewinnych, małoletnich odbiorców wzmacnia nieustanne gloryfikowanie postaci negatywnych.

Autorzy porzucają funkcję pedagogiczną na rzecz postmodernistycznej miałkości – ani odpowiedzialna za traumy Hortona Kangurzyca, ani też wysłany w ślad za dzielnym słoniem rosyjski najemnik, nie zostają przykładnie ukarani. Ale na tym nie koniec! Epatowanie pokładami pornograficznej, rozpustnej symboliki nie ma końca! Falliczne wzgórze górujące nad krainą Hortona swoją demonstracyjną i prowokacyjną formą i jej oczywistymi konotacjami urąga elementarnej ludzkiej przyzwoitości – w każdym wymiarze! Wszelkie wyżej wymienione argumenty przemawiają za tym, by wszyscy z Państwa chronili swe pociechy przed tym porno-liberalnym, łżeprzyrodniczym (jednoczesne występowanie słoni i kangurów – absurd!), quasi-familijnym wykwitem katatonicznej, imperialistycznej fantazji Zachodu. Tekst autorstwa anonimowego ośmiolatka. Prosimy o kontakt – w redakcji czekają nagrody! PS Sęp był z Rosji.

Sekrety kobiety Zarówno w kinie, jak i w literaturze czeskiej, kobieta zajmuje miejsce szczególne. Wystarczy przypomnieć tryskającą życiem hrabalowską panią Piwowarową z filmu „Postrzyżyny”. Znane są doskonale dwa typy kobiet, które nagminnie przedstawiają nam czescy twórcy – mężczyźni. Za młodu to kwitnący obiekt pożądania: beztroska, kusicielsko wstydliwa, bezpruderyjnie ujawniająca swą seksualność właścicielka bujnych, długich włosów lub kształtnej pupy. Na starość to zrzędząca matka gotująca obiad, zmieniająca pieluchy i dybiąca z wałkiem nad głową męża beztrosko pijącego piwo. Rzadko jednak narracja prowadzona jest z kobiecej perspektywy. W ostatnim filmie Alice Nellis takie obrazy kobiety odchodzą w niepamięć. Bohaterką „Sekretów” jest Julia (Iva Bittová) – dojrzała mieszkanka nowoczesnej Pragi. Mężatka z 20-letnim stażem, matka dorastającej córki (Marta Issová), wymarzona kochanka. Nellis udało się pokazać kobiecość dojrzałą, wrażliwą, naturalnie piękną, bez zbędnego podkreślania jej makijażem czy pretensjonalnym ubiorem. To Julia decyduje o osobistych sprawach, jak ciąża, kochanek (Ivan Franek), niewierny mąż (Miloslav König), które w innych okolicznościach byłyby prześwietlone przez społeczność czy mężczyznę – nadzorcę. Nie ma w tym napuszonej niezależności, jest nostalgiczny spokój, głęboko ukryty smutek, rzeczywista radość: to wszystko, co stereotypowo stanowi esencję czeskości. Całość okraszona jest zaskakująco

zaaranżowaną muzyką, która ilustruje stany głównej bohaterki. Wszelkie wyciszenia Julii, chwile zadumy i samotności, zastępują muzyczne i choreograficzne improwizacje. Reżyserka przenosi na ekran swoje zainteresowania sztuką, od fascynacji światem dźwięków, przez labirynty słów, języków i tłumaczeń, po malownicze zdjęcia. Światło komponuje się z trudnymi przeżyciami i delikatnymi drgnieniami duszy bohaterki. Jest to film wyjątkowo osobisty, pełen intymnych zauroczeń i doświadczeń autorki. Czasem nużący, częściej zaskakujący. Stworzony przez kobietę, o kobiecie, ale nie tylko dla kobiet. Dzieło zdobywczyni Czeskich Lwów podoba się również mężczyznom, którzy z pewnością wiele dowiadują się o wrażliwości płci przeciwnej. To ciepłe, pełne subtelnego humoru kino, które pozwala podejrzeć mieszkańców czeskiej stolicy. W przeciwieństwie do tradycyjnych konwencji, styl Nellis pozwala na operowanie niedomówieniem, ukazanie samotności i sekretów, ale też pobudza empatię widza. Jednak tę wolność opanowują wartości zakorzenione, szczere i pewne – pełne miłości, oparte na długoletnich doświadczeniach, jakby przelotność doznań była jedynie motywacją do życiowej rewitalizacji.


Islam i kartony Film Mahmouda Al Massada opowiada historię Abu Ammara, ubogiego muzułmanina, którego głównym źródłem dochodu jest dostarczanie na przemiał znalezionej na śmietnikach makulatury. Reżyser towarzyszy bohaterowi podczas jego codziennych podróży samochodem, zabaw z dziećmi, filmuje rozmowy na temat polityki prowadzone w domu jednego ze znajomych swojego bohatera. Cykl Planete Doc Review przyzwyczaił nas do tematów bardzo współczesnych, wydarzeń dziejących się niemal równocześnie i na ekranie, i na pierwszych stronach gazet. Tak jest i tym razem. Bohater zmaga się z osobistymi problemami dnia codziennego, ale jego życie przesiąknięte jest polityką, toczącym się od lat konfliktem na linii Zachód – świat islamu. W pierwszej części „Na przemiał” wypowiedzi bohatera są bardzo krytyczne, stanowcze. Jako były ochroniarz mudżahedinów, Ammar jest niezwykle lojalny wobec islamskich fundamentalistów. On i jego sąsiedzi nie mieszkają

w okolicy o wysokim standardzie, niemniej na każdym dachu zamontowana jest antena satelitarna do odbioru tuby propagandowej, jaką jest AlDżazira. Wraz z rozwojem wypadków (m.in. wiadomość o ciąży żony), bohater zmuszony zostaje do ubiegania się o wizę amerykańską, bowiem nie widzi już szansy na poprawę swojego losu w rodzinnym kraju. Reżyser i jednocześnie operator nakręcił interesujący stylistycznie materiał. Zróżnicowane ustawienia kamery pozwalają na urozmaicenie nieco monotonnego krajobrazu, bądź co bądź rodzinnych stron jednego z największych współczesnych terrorystów Al-Zarkawiego (kult tej postaci również jest elementem lokalnego kolorytu). „Na przemiał” ma wolne tempo. Ukazanie dramatów bohatera nie zostało zrealizane najlepiej - jednak film pozostaje ciekawie opowiedzianą historią – historią, która pokazuje świat islamu w całej jego złożoności.

Horror z punktu widzenia neurotyka Nie zwykłem oglądać horrorów, szczególnie w kinie. Mam na tyle słabe nerwy, że nawet niektóre thrillery potrafią czasem na kilka godzin wyprowadzić mnie z równowagi. Stan moich wewnętrznych neuroz jest na tyle duży, że nie widzę sensu w pogłębianiu ich kinowymi wizjami. Na „Sierociniec” wybrałem się raczej z ciekawości filmoznawcy, niż z masochistycznej potrzeby poniewierania własnej psychiki. Rzadko na ekranach polskich kin, w dodatku w szerokiej dystrybucji, pojawiają się hiszpańskie filmy. Ostatnio takimi względami cieszył się „Labirynt Fauna”, wyreżyserowany przez Guillermo del Toro, głównego producenta „Sierocińca”. Rychło przyszło mi pożałować mało odpowiedzialnej decyzji obejrzenia „Sierocińca”, gdyż już w połowie filmu dostałem drgawek i ogarnęła mnie przemożna chęć opuszczenia sali kinowej i zażycia świeżego powietrza, a także odrobiny toksyn w płynie, tak dla uspokojenia. Po projekcji pocieszałem się, że nocuję w szkolnej sali katechetycznej z wielkim krzyżem i portretem Benedykta XVI na ścianie. Jakkolwiek nie jestem wielbicielem ani znawcą tego, wątpliwie dla mnie przyjemnego gatunku, muszę przyznać, że „Sierociniec” jest filmem zrealizowanym znakomicie. Reżyser Juan Antonio Bayona, debiutant, cały czas trzyma rękę na pulsie widza, nie pozwalając, by tętno opadło. Film opowiada historię o duchach, jak to dość często się zdarza, z perspektywy dziecka i kobiety. Przez wzgląd na to film budzi skojarzenia choćby z „Innymi” Alejandro Amenábara. W tym momencie muszę zaznaczyć, że moje lękliwe serce szczególnie wrażliwie reaguje na atmosferę filmu. Bardziej niż odcięte kończyny, zmasakrowane ciała i wyszukane narzędzia tortur

(vide „Piła” i „Hostel”), przerażają mnie ciemne schowki, tajemnicze jaskinie i groźnie szumiące morze. Atmosferę w „Sierocińcu” budują znakomite zdjęcia Oscara Faury, przedstawiające tchnące chłodem, lecz piękne krajobrazy oraz mroczne wnętrza niegdysiejszego sierocińca. Świetny jest także montaż, klarownie łączący kolejne sceny bez zbędnych dłużyzn, lecz z szacunkiem dla klimatu filmu. Przypadła mi do gustu także rewelacyjnie zrealizowana czołówka. Patrząc jednak na chłodno, w gruncie rzeczy dostajemy film w ciekawym „opakowaniu”, ale „w środku” posługujący się ogranymi kliszami. Jak na horror przystało, bohaterka sama sprawdza źródło hałasu, choć mieszka w domu na kompletnym odludziu. Jak już wspomniałem, film wpasowuje się w schemat opowieści o dziecku i kobiecie, które mają kontakt ze światem duchów. Zaiste zastanawiające, dlaczego według filmowców mężczyzna nigdy nie doświadcza takich przygód. Osobiście wolałbym ich, oczywiście, nie doświadczać, ale może lepiej bym się poczuł, gdyby reżyserowie wreszcie przestali gnębić w ten sposób dzieci, każąc im chodzić w worku na głowie i robić „hrr-hrr”. Pomijając wymienione wady, wynikające z bezrefleksyjnego wykorzystywania rekwizytów i sytuacji charakterystycznych dla tego gatunku (przecież gdyby bohaterka poszła z mężem, byłoby mniej strasznie), „Sierociniec” jest filmem dobrym, z interesującym scenariuszem i, co najważniejsze, naprawdę strasznym.


Ze światłem. Wspomnienie o Jadwidze Żukowskiej „Odeszła tak, jak odchodzą ludzie młodzi. Jadwiga kochała i była kochana. Nagle straciliśmy wszyscy jakąś piękną cząstkę miłości” – powiedział o Jadwidze Żukowskiej Wojciech Ziembicki, członek Zarządu Głównego SFP. 8 stycznia br. zginęła wybitna autorka filmów dokumentalnych, montażystka i scenarzystka Jadwiga Żukowska. Pozostawiła po sobie około 40 filmów. W roku jej śmierci organizatorzy Ińskiego Lata Filmowego postanowili uhonorować reżyserkę, wielką przyjaciółkę festiwalu, organizując retrospektywę jej twórczości. Jadwiga Żukowska urodziła się 11 listopada 1926 roku w Toruniu, jednak była związana głównie z łódzkim środowiskiem filmowym. Ukończyła Wydział Reżyserii Filmówki, przez lata pracowała w Wytwórni Filmów Oświatowych w Łodzi. W latach pięćdziesiątych WFO przeżywała poważny kryzys: Żukowska stała się jedną z wybawczyń tejże instytucji. Jej „Moje nie dam” czy „Skąd się biorą dzieci” odświeżyły formułę filmu oświatowego. Filmy nowych współpracowników WFO, w tym Żukowskiej, podobały się nie tylko widowni, doceniono je także na licznych festiwalach filmów krótkometrażowych. Nagradzano filmy Żukowskiej z zakresu psychologii rozwojowej dziecka, chociażby „Lustro i ja” z 1963 roku, który poruszał temat poznawania swojego odbicia w lustrze. Uznanie uzyskały filmy „Nie ma go za co chwalić” i „Malowanie palcami” z 1965 roku, poświęcone metodom leczenia dzieci nerwowo i psychicznie chorych za pomocą seansów, podczas których dzieci swobodnie malują palcami. Dzieci i ich świat stanowiły temat wielu filmów Żukowskiej. Filmy „Zazdrość”, „Ja sam”, „Moje, nie dam”, „Mali rekruci” czy też „Skąd się biorą dzieci” w mistrzowski sposób portretowały zachowania małych bohaterów. Żukowska realizowała też filmy dla dzieci. „Darek Dziedzich” pokazuje losy siedmioletniego mieszkańca Zakopanego; kamera towarzyszy chłopcu, gdy ten zjeżdża na nartach z Kasprowego Wierchu. „Kolorowe piórka” są zabawną opowieścią o walce pomiędzy dwoma kogutami

– białym i czarnym. Dzieci przepędzają czarnego przybysza, zaś swojego białego malują na kolorowo. Przeciwnik nie rozpoznaje go, a kolorowy kogut rządzi na podwórku aż do pierwszego deszczu. Ważnym tematem twórczości Żukowskiej była sztuka. „Gdańska sztuka kuźnicza” to impresja filmowa przedstawiająca historię kowalstwa artystycznego od Średniowiecza po nowoczesną sztukę kowalską Stanisława Skury. Komentarz filmowy ogranicza się jedynie do trzech zdań. Wielką miłością Jadwigi Żukowskiej był balet. Film „Duet” jest rejestracją procesu powstawania choreografii do widowiska „Karłowicz – interpretacje” w reżyserii Adama Hanuszkiewicza. Na tle twórczości reżyserki wyróżnia się film „Ze światłem” z 1996 roku. Jest on swego rodzaju impresją, której bohaterem jest światło świecy. Reżyserka zestawia dwa ciągi sekwencyjne, którym towarzyszy muzyka Józefa Rychlika i śpiew Olgi Szwajgier. Pierwszy z nich pokazuje kolejne etapy starodawnego sposobu lania świec woskowych. Drugi prezentuje uroczystości religijne związane ze świętem Ofiarowania Pańskiego i inne obrządki, w których światło świec odgrywa ważną rolę. połączenie obydwu wątków następuje w sekwencji końcowej, gdzie ukazane są przyozdobione zniczami tablice nagrobne męża reżyserki Witolda ŻukaŻukowskiego oraz jej syna, operatora Jacka Żukowskiego. Ostatni film Żukowskiej, „Nie wyobrażam sobie życia bez tańczącego świata”, poświęcony został Tadeuszowi Zlamalowi, wybitnemu tancerzowi baletowemu. Jak twierdzą jej znajomi i współpracownicy, filmy, które realizowała Jadwiga Żukowska, były odzwierciedleniem jej niezwykłego spojrzenia na świat – spojrzenia, które upiększało najdrobniejszy nawet element rzeczywistości, nadając mu wagę i piękno dzieła sztuki. „Jadwiga była twórcą i muzą w jednej osobie. W jej towarzystwie wszystko wydawało się ładniejsze, lepsze i radośniejsze”, jak powiedział o reżyserce Wojciech Ziembicki.

Jazz, królik i kobiece sekrety Inaugurujący 35. Ińskie Lato Filmowe pokaz filmu „Sekrety” Alice Nellis bardzo mile mnie zaskoczył. Spodziewałem się kolejnej sztampowej opowieści o narastającej frustracji i rozkładzie małżeńskiego stadła. Tymczasem obejrzałem subtelną, kameralną historię o nieoczekiwanych zmianach, ulotnym pięknie codzienności, radościach i troskach pozornie niezależnych kobiet i tajemnicach ukrytych w fortepianowych koncertach. Julia (absolutnie i bezapelacyjnie zachwycająca Iva Bittová) ma wszystko, co jest uważane przez plotkarskie magazyny za Himalaje szczęścia każdej niewiasty:

bogatego męża, luksusowy apartament, niewstydzące się za matkę dziecko, królicę Ludmiłę i przystojnego kochanka. Wszystko to jednak przestaje być istotne w chwili, gdy bohaterka dowiaduje się, że jest w ciąży. Cały świat Julii staje na głowie. Reżyserka zgrabnie i z wdziękiem uniknęła pułapki sztampowego przedstawienia wewnętrznej walki Julii. Zamiast ponurych, bergmanowskich tonacji, rozterki czeskiej tłumaczki ukazane są w ciągu onirycznych, genialnych choreograficznie wizji taneczno-baletowych. Julia zrywa z mizoginicznym kochankiem. Decyduje się


kupić pianino, co okazuje się zadaniem bynajmniej nieprostym. Przy okazji poznaje cierpiącego na syndrom Gburcia-Chmurcia muzyka. Odtąd panika bohaterki ustępuje miejsca spokojnemu namysłowi nad swoim życiem i próbie ponownego zdefiniowania w nim rzeczy ważnych. Odtąd również rozpoczyna się leczniczy proces, prowadzący większość bohaterów ku wzajemnemu zrozumieniu i wybaczeniu. Niewątpliwym atutem filmu Nellis jest odejście od ksenofobicznego portretu Słowaków. Traktowani w Czechach głównie jako tania siła robocza, w „Sekretach” przedstawieni zostali jako pełnoprawni obywatele, ciężką pracą dochodzący do finansowych sukcesów (agentka nieruchomości i przyjaciółka Julii, właścicielka sklepu z meblami). Na uwagę zasługuje również niezwykła staranność w doborze utworów muzycznych, ilustrujących najważniejsze sceny. Muzyka w tym filmie sięga warstw znacznie głębszych, niż można by sądzić. Wiadomość o śmierci Niny Simone wstrząsa Julią. Być może autorka w ten sposób chce zasugerować, że taki sam szok bohaterka odczuje decydując się na przerwanie ciąży?

Oboje – piosenkarka i płód – są Julii tak samo obcy, a jednocześnie: jakże bliscy – dziecko przez pokrewieństwo krwi, czarnoskóra piosenkarka przez muzyczne pokrewieństwo dusz. Oczywiście, „Sekrety” mają również pewne niedociągnięcia, wśród których bodaj największym pozostaje niezbyt klarowne zakończenie. Małżonkowie wybaczają sobie wzajemne romanse, Julia ostatecznie decyduje się na urodzenie drugiego dziecka. Nie wiemy nic na temat dalszych losów Iwana i Julii (choć możemy przypuszczać, że ich przyjaźń nie przerodzi się w nic zakazanego), ani też – gdzie ma miejsce ostatnia scena pojednania Julii i jej skruszonego męża. Jednak są to błahostki, niewpływające na zdecydowanie pozytywną ocenę filmu Alice Nellis.

Wszystko ...czyli co? „Wszystko” jest fabularnym debiutem tworzącego w Polsce francuskiego reżysera Gillesa Renarda. Został on zrealizowany w ramach programu „30 minut”. „Wszystko” (adaptacja groteskowej prozy Jarosława Sokoła) opowiada historię starszego mężczyzny, który za otrzymane po sprzedaży auta pieniądze próbuje wyłamać się z dotychczasowego życia – wynajmuje prostytutkę. Na szczególną uwagę zasługują w filmie konstrukcje bohaterów. Niezależnie od tego, kim jest dana postać – czy to alfons, dziwka czy staruszek – każdy zostaje przez reżysera potraktowany z dobrocią i wyrozumiałością. Sylwetki bohaterów pozbawione są jednoznaczności. Rosyjska prostytutka nie jest wyuzdaną, bezmyślną i pozbawioną marzeń kobietą: sama z telewizji nauczyła się języka polskiego. Nawet sutener, dzięki swym zabawnym kwestiom, nie wydaje nam się człowiekiem do końca złym. Na tle chociażby „Placu Zbawiciela”, reżyser wydaje się wyjątkowo wyrozumiały względem ludzkich błędów i słabości. Twórca, rezygnując z drastycznych ujęć, sprawia, iż widz wychodzi po seansie z kina spokojny. Chociaż „Wszystko” jest filmem krótkometrażowym, reżyserowi udało się w 25 minutach opisać historię, do której trudno byłoby coś jeszcze dodać. Każdy kolejny wątek mógłby prowadzić do zmącenia spójnej całości. Większa ilość dialogów mogłaby skutkować przegadaniem materiału. Gilles Renard zachował w swym filmie równowagę, która jest wielką zaletą filmu.

...a konkretnie? Jedna, ostatnia noc z życia starego, zniszczonego mężczyzny. Być może w jakiś sposób świadomy zbliżającej się śmierci, postanawia on po raz ostatni, a może pierwszy i jedyny, wziąć życie w swoje ręce, zaplanować dokładnie chociaż jeden moment, zabawić się. Z pełną determinacją, choć nie bez strachu, realizuje kolejne etapy planu. Wynajmuje pokój w hotelu, zamawia prostytutkę, mierzy sobie ciśnienie. Ale czego naprawdę oczekuje? Czym jest dla niego owo „wszystko”, którego żąda od opłaconej towarzyszki wieczoru? Na początku był tom opowiadań Jarosława Sokoła, podsunięty reżyserowi przez życzliwego człowieka. Wśród nich „Wszystko”, nowela pierwotnie groteskowa, którą Gilles Renard znacznie zmodyfikował w scenariuszu. Odzieranie z groteski ma często fatalne skutki, tym razem jednak udało się ukazać inny wymiar sytuacji – która rzeczywiście kryje w sobie znaczny potencjał absurdu – nie popadając przy tym w sentymentalizm. W polskim kinie często wybijają się dwa rodzaje filmów: ładne, ciepłe, urocze i odwrotnie, epatujące cierpieniem i brzydotą. Tak niewiele jest obrazów stonowanych, i nie chodzi o nastrój, ale rozważne użycie środków. „Wszystko” jest formalnie i fabularnie wyważone. Warszawa nie przypomina tu ani metropolii na miarę Nowego Jorku, ani brazylijskich slumsów. Wygląda jak Warszawa. Reżyserowi (notabene – Francuzowi) udało się wyłuskać kiczowate elementy tkwiące w naszej codziennej rzeczywistości, takie jak reprodukcja obrazu Leonarda da Vinci „Leda z łabędziem” na ścianie hotelu, który czasy świetności dawno ma już za sobą, czy reklamy usług erotycznych w prasie („namiętna Sonia i jej wibrujące otwory”). Uchwycenie w kadrze podwaja ich komiczność, ale nie przerysowuje. Choć Renard, jak przyznał, jako tła muzycznego zwykle używa dzieł klasycznych, tym razem zrezygnował z nich na rzecz pozbawionej dodatkowych konotacji, specjalnie skomponowanej muzyki Christophe’a Voise. Dzięki temu nie zatraca uchwyconego kiczu, ale też nie skłania się ku karykaturze. Dzięki Bogu twórcy w tych dwudziestu pięciu minutach pokazali wiele, ale nie wszystko.

Marta Madejska


Sekrety i kłamstwa „Czeski film” stereotypowo kojarzony jest przez polską publiczność z komedią pełną słownych żartów, gagów i pomyłek. Ci jednak, którzy spodziewali się po filmach „Sekrety” oraz „Niedźwiadek” scen wywołujących napady śmiechu, mogli poczuć się nieco rozczarowani. Otwierający festiwal film Alice Nellis jest gorzką, choć niepozbawioną uroku, historią dojrzałej kobiety. Tytułowym sekretem, który odbiera bohaterce radość życia, jest niechciana ciąża, będąca wynikiem małżeńskiej zdrady. Życie Julii dalekie jest od ideału. Zdradzona i zdradzająca, zagubiona w meandrach codzienności kobieta snuje się po Pradze w poszukiwaniu pianina – przedmiotu kojarzącego się jej z dzieciństwem. Świat Julii pełen jest dźwięków. Przypadkowe sytuacje przeobrażają się w jej umyśle w muzyczno-taneczne inscenizacje. Warstwa dźwiękowa jest niewątpliwym atutem filmu, rozładowuje napięcie, harmonizuje ze stanami emocjonalnymi kobiety. W pewnym sensie jest jednym z bohaterów filmu. W zdecydowanie bardziej realistycznej poetyce utrzymany jest drugi spośród wyświetlanych dotychczas czeskich filmów – „Niedźwiadek”. Nadal jednak, jak to ma miejsce w przypadku „Sekretów”, w centrum wydarzeń znajduje się rodzina, właściwie nie jedna, a trzy rodziny

głównych bohaterów. Ivan, Jiří, Roman to przyjaciele z lat szkolnych. Wszyscy trzej są żonaci i dla wszystkich rodziny, zamiast radości, stanowią źródło kłopotów. Zdrady, nieślubne dzieci, bezpłodność, podwójne życia, kłopoty finansowe – wszystko to sprawia, że tzw. „podstawowa komórka społeczna” ulega na oczach widzów dekonstrukcji. Reżyser Jan Hřebejk kolejny raz po „Pupendo”, odsłania kulisy życia, w którym model 2+1 niekoniecznie stanowi ideał egzystencji. Oba filmy, których otwarcie komediami nazwać nie można, nie są jednak pozbawione uroku i humoru. Czeska mentalność nie pozwala zupełnie serio traktować życia. Julia ucieka w świat muzyki. Bohaterowie Hřebejka znajdują sposób na wspólną egzystencję. Ich życie koncentruje się teraz wokół kawiarni, w której produkowane są tytułowe „niedźwiadki” – wyśmienite torty receptury Anny, żony Romana. Nieco bajkowe zakończenie filmu, choć mało wiarygodne, napawa optymizmem i wiarą w siłę przyjaźni. Wprawdzie ich marzenia nie do końca się spełniają, lecz ostatecznie rozczarowanie ustępuje miejsca akceptacji. Widzowie natomiast opuszczali salę kinową z pogodą w sercach i uśmiechem na ustach.

Martyna Gajda

Nowe granice Europy Dokument „Schengen – dwie granice” został zrealizowany przez Józefa Herolda, znanego dziennikarza i publicystę, redaktora naczelnego bydgoskiego wydania „Gazety Wyborczej”. Reżyserski debiut opowiada o wstąpieniu Polski do strefy Schengen i jego konsekwencjach dla Polaków, Niemców i Ukraińców. Historyczny moment ukazany jest w dwóch odrębnych „rozdziałach” filmu. Pierwsza część (nakręcona na taśmie barwnej) mówi o zniesionej właśnie granicy polskoniemieckiej, a druga (czarno-biała) o granicy polskoukraińskiej. Józef Herold przeciwstawia radość Polaków wynikającą z diametralnej zmiany sytuacji na granicy (znikają wielokilometrowe kolejki do odprawy, każdy może przekroczyć granicę w dowolnym momencie) smutkowi dominującemu po ukraińskiej stronie. W pierwszej części Herold prezentuje wiele ciekawych i różnorodnych wypowiedzi ludzi mieszkających w niemieckiej strefie przygranicznej. Oddaje głos młodym, którzy bawią się na imprezie z okazji otwarcia granic. Wypowiadają się jednak także starsze osoby, które patrzą na to wydarzenie w szerszym kontekście historycznym, sięgając pamięcią czasów drugiej wojny światowej, PRLu oraz NRD. Reżyser prezentuje argumenty zarówno Niemców przychylnie nastawionych do idei rozszerzenia strefy Schengen, jak i tych, którzy wyrażają obawy związane z napływem „nietolerancyjnych Polaków”. W drugiej części twórca konfrontuje tę szczęśliwą wizję z koszmarem na granicy polsko-ukraińskiej, która stała się obecnie granicą „Europy”. Pokazana jest nie tylko

zwyczajna frustracja oczekujących na odprawę, ale także prawdziwy dramat ludzi, którzy nie mogą zarabiać na życie tak jak do tej pory. Ich sytuację komplikuje zarówno unijne prawo, jak i powszechna na granicy korupcja i wpływy ukraińskiej mafii. „Schengen – dwie granice” Józefa Herolda to bardzo udany dokument, konfrontujący dwa zupełnie różne spojrzenia na zastaną sytuację. Zarzutem, który można postawić filmowi, jest brak wyrazistych bohaterów. Dodatkowo, o ile jeszcze w pierwszej części mamy polskoniemieckiego tłumacza, który porusza temat współistnienia i przenikania się kultur, o tyle w części „ukraińskiej” brakuje już jednej postaci, która byłaby w stanie tak klarownie i rzeczowo opisać sytuację. Należy się zgodzić z uwagą Gillesa Renarda, że w „Schengen – dwie granice” słowo stanowczo zbyt mocno dominuje nad obrazem. Nie oznacza to, że film jest przegadany – ale dynamiki dodałaby mu większa liczba ujęć, a także ciekawskość i ruchliwość kamery. Trochę za dużo tu publicystyki, za mało filmowości. Nieco wątpliwości wzbudza także decyzja o zastosowaniu w epizodzie „ukraińskim” czarno-białych ujęć. Wbrew zamierzeniom, zamiast uwypuklać brzydotę i odmienność od polskoniemieckiej granicy, zgrabnie tę różnicę maskują. Jednak „Schengen – dwie granice” jest sprawnie zrealizowanym filmem. W sposób delikatny i pozbawiony zbędnej ideologizacji przedstawia problem przemieszczających się granic.

naczelne Ewa Ciszewska, Dagmara Rode, korektor Maciej Robert, składacz Tomasz Nowak, fotograf Piotr Ochocki, skrybowie Agnieszka Cytacka, Michał Dondzik, Martyna Gajda, Piotr Klonowski, Krzysztof Kujda, Marta Madejska, Monika Marlicka, Anna Miller, Katarzyna Paszyn, Maciej Rzepecki, Tatiana Wasilewska, Maja Zielińska


Ińskie Point 1/2008