Issuu on Google+

NR 5

4 VIII 2011 r.

SPIS TREŚCI: Robię kino osobiste, żeby uporać się ze sobą

UWAGA!!! ZMIANA W PROGRAMIE

wywiad z Pawłem Jóźwiakiem-Rodanem....................2-3 Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach......................4

Kino Morena - 4 sierpnia (czwartek), godz 19 Disney w najlepszej formie..............................................5 zamiast filmu „Rammbock” wyświetlony zostanie Klincz we Włodowie...........................................................6 „Hadewijch” w reżyserii Bruno Dumonta

Miał być „lincz”, a nie ballada o Zaranku.....................7-9 Rzeczywistość trzeba prowokować. Rozmowa z Maciejem Cuske.......................................10-11 Pamiętajcie: plaża, nóż, morderstwo Warsztaty filmowe z Maciejem Cuske.............................11

Sonda wśród uczestników warsztatów dokumentalnych Macieja Cuskego......................................11 Marzenia kawalera, czyli rzecz o cyckach......................12 Za siedmioma kempingami........................................12-13 Muzyka na dobranoc........................................................13 Jesteś jak luty, który nastał w kwietniu.........................14 Rodzina to jest siła.........................................................15 Krótka historia o artystycznej klapie.............................15

Dzisiejsze spotkania: Kino Morena ul. Przybrzeżna 1 tel. 91 441 75 00 „Jaskinia zapomnianych snów” ul. Poprzeczna 1 (budynek szkoły) Klub Festiwalowy Restauracja „Srebrna Rybka” (koło Kina Morena)

• 16.00 Po projekcji filmu Niebo piekło spotkanie z reżyserem David Čálek (Czechy) • koncert The Band Stargard Katalog ILF Koszulka Kubeczek Książka „Gdzie woda czysta”: - w miękkiej oprawie - w twardej oprawie

5 zł 25 zł 5 zł 16 zł 22 zł


OFICJALNY DZIENNIK 38. ILF Aneta Staszewska, Dominika Kolanowska

Robię kino osobiste, żeby uporać się ze sobą Wywiad z Pawłem Jóźwiakiem-Rodanem Aneta Staszewska, Dominika Kolanowska: Chciałyśmy się dowiedzieć jak zaczęła się twoja pasja kręcenia filmów. Widziałyśmy w Agnieszki tu nie ma, że twój tata kręcił home movies. Czy to od tego się zaczęło? Od pożyczania kamery od ojca? Paweł Jóźwiak-Rodan: Tak. Tata kupił kamerę VHS na duże kasety, jak miałem dziesięć lat. Wcześniej miał kamery na taśmę, ale posprzedawał gdzieś. Byłem strasznie zafascyno-

wany kamerą i komputerami, ogólnie technologią. Miałem Amigę, przed nią jeszcze Atari. Wcześniej miałem już styczność z kamerą, chyba jako siedmio- czy sześciolatek. Wprawdzie to nie była kamera ojca, ale jego przyjaciela. Ojciec sobie kupił taką samą w Peweksie. Pamiętam dzień, kiedy jechał po nią. Dzwonił do mnie – byłem wtedy mały – i mówił, że w jednym Peweksie w Łodzi nie ma i chyba jadą gdzieś do jakieś miejscowości… do Sieradza. Potem pojechali do Skierniewic i tam nie było. W końcu kupił kamerę w Warszawie. To był osiemdziesiąty dziewiąty rok. Oj-

STRONA 2

ciec czasem pozwalał mi kręcić. On kupił ją, żeby kręcić jakieś rodzinne wyjazdy. Tak jak to miał w zwyczaju, filmując jeszcze na szesnastce wcześniejsze swoje dzieci. Dawał mi tę nową kamerę i ja strasznie byłem zaintrygowany tym urządzeniem. Pamiętam, jak potem z kolegami zaczęliśmy kręcić swoje filmy. Był to okres fascynacji filmami karate, więc głównie z chłopakami kręciliśmy takie i jakieś tam ninja. Kiedyś opanowaliśmy trick znikania, przez włączenie i wyłączenie kamery.

A.S., D.K.: Taki trick meliesowski? P.J.R.: Tak. I to zostało, kiełkowało we mnie i cały czas chciałem robić filmy. Potem oglądałem dużo filmów na VHS-ie, bo to były lata, kiedy nie istniały prawa autorskie w Polsce, na bazarach można było dostać kasety. Kupowało się jedną, po czym można było ją wymienić na inną. Później weszły wypożyczalnie. Miałem wtedy dwanaście czy trzynaście lat, zapisałem się i tam codzienne chodziłem, oglądałem filmy. Jakoś chyba pod koniec podstawówki moim marze-

niem było zostanie reżyserem. Także dość wcześnie. A.S., D.K.: Faktycznie wcześnie. A skąd fascynacja pociągami? Bo temat pociągów w twoich filmach się przewijał. P.J.R.: Chciałem być szlabanistą. Myślałem, że będę zamykał i otwierał szlabany. Pamiętam, że jak kiedyś zabrali mnie rodzice do teatru, to chciałem być z kolei kurtyniarzem – odsłaniać i zasłaniać kurtynę. To była jakaś dziecięca fascynacja ruchem. W końcu film to też ruch. Może dlatego potem chciałem być reżyserem. Zdawałem do łódzkiej Filmówki, ale tam się nie dostałem i Piotr Szulkin powiedział mi, że jestem „zamknięty w klatce własnego natchnienia z niemożnością do otworzenia się na rzeczywistość”. Powiedziałem, że przyszedłem do szkoły, żeby otworzyli tę klatkę, a on: „Jest pan jeszcze na to za młody”. I rzeczywiście, potem sobie pomyślałem, że faktycznie byłem za młody i poszedłem na kulturoznawstwo. Na trzecim roku miałem dosyć oglądania filmów i postanowiłem znowu zdawać do szkoły filmowej, ale tym razem stwierdziłem, że spróbuję do Katowic, chcąc się wyrwać ze swojego rodzinnego miasta. I tam dostałem się za pierwszym razem. A.S., D.K.: Udało nam się dotrzeć do Itaki. Jak namówiłeś Katarzynę Figurę, by w nim zagrała? P.J.R.: Ona generalnie lubi wspierać studentów. Podobał jej się scenariusz i stwierdziła, że zgodzi się mi po-


INSKIE POINT móc. Praktycznie nie wzięła żadnych pieniędzy. Zwróciliśmy tylko koszt dojazdu. Trochę pomógł też los, bo akurat grała spektakl na Śląsku. My mieliśmy zdjęcia, a ona dzień później miała spektakl, więc przyjechała wcześniej. Tylko, że Figura jest tam postacią epizodyczną i występuje przez niecałą minutę. A.S., D.K.: A skąd zainteresowanie tematyką dzieci i młodzieży? Poruszasz ją w Osiem9 i w Itace... P.J.R.: To jest trochę tak, że robię filmy o sobie. Do pewnego okresu swojego życia trzeba mieć dystans; kiedy robiłem film drugoroczny, Itaka, największy dystans miałem do okresu dzieciństwa. W tamtym okresie generalnie robiłem głównie filmy i ćwiczenia o dzieciakach… z dziećmi… z udziałem dzieci. Można powiedzieć, że było to trochę niedojrzałe emocjonalnie, później przekształciło się to w dojrzałość emocjonalną okresu nastoletniego. Mam tyle lat, ile mam, czyli dwadzieścia osiem. Akurat Osiem9 było robione, kiedy miałem dwadzieścia siedem, więc postanowiłem zrobić film o nastolatkach. Teraz jestem starszy i mogę o tym opowiedzieć historię. Kiedyś może będzie czas na film o studentach. Idę stopniowo. Opowiadam o sobie w pewnych etapach swojego życia, od dzieciństwa aż do dojrzewania, teraz nadszedł czas na studia. A.S., D.K.: Praca z dziećmi chyba nie należy do najłatwiejszych? P.J.R.: Powiem wam, że chyba łatwiej się pracuje z dziećmi niż z zawodowymi aktorami. Dzieci są bardzo pojętne i traktują grę jako zabawę i fajnie się wkręcają w temat i w film. Można trafić na perełki, które naprawdę świetnie zagrają. A.S., D.K.: Dlaczego w twoich filmach pojawia się tematyka

osobista, m.in. w Mama, tata, Bóg i Szatan oraz w Agnieszki tu nie ma? Dlaczego zdecydowałeś się robić filmy o sobie, swojej rodzinie? To na pewno nie jest łatwe. P.J.R.: Każdy z moich filmów jest osobisty pod jakimś względem, te fabularne również. Jeżeli chce się robić kino autorskie, to trzeba opowiadać o sobie. Kiedyś dość długo myślałem, że film powinien być rozrywką i chciałem robić film rekreacyjny. Długo siedziałem w fantastyce, fantasy, grach fabularnych i byłem odrealniony. Chciałem takie kino robić. Po to się w to angażowałem, żeby nie myśleć o tym, co mnie otacza, że rodzice się rozwodzą, że nie zgadzają się ich światopoglądy. Wtedy wcale się nad tym nie zastanawiałem, tylko od tego uciekałem. Kiedy zrozumiałem, że zaczyna mnie kręcić kino realistyczne, dotarło do mnie, że poprzez dokument można zrozumieć rzeczywistość, nauczyć się jej i zrobić z niej fabułę, a to, że zdecydowałem się na tak osobiste kino znaczy, że chciałem się trochę uporać z samym sobą. Dla mnie kamera jest czymś w rodzaju broni do walki z rzeczywistością i z sobą. Żeby być kompletnie szczerym, to przy filmie Mama, tata, Bóg i Szatan stwierdziłem, że bohaterowie są interesujący. To był pierwszy punkt wyjścia do realizacji tego filmu. Drugim było to, że dzięki temu mogłem jakoś zrozumieć siebie, a trzecim to, że może spróbuję spotkać się z rodzicami i zobaczyć ich razem. Chciałem załatwić pewne osobiste sprawy przez sztukę i myślę, że to jest najfajniejsze. Kiedy można zmieniać coś w rzeczywistości, zmieniać w sobie, zrozumieć siebie, gdy używa się do tego natchnienia. A.S., D.K.: Czyli nadal masz zamiar kręcić takie bardzo osobiste filmy?

poczywam od rodzinnych tematów, ale niewykluczone, że wrócę do nich. Za jakiś czas. A.S., D.K.: Czyli możliwe, że postanie jakiś jeszcze film o Agnieszce? P.J.R.: O Agnieszce raczej nie. O moich rodzicach może jeszcze coś powstanie. Może fabuła. A.S., D.K.: Gdyby nie powstał film o Agnieszce, mogłoby wcale nie dojść do spotkania. Nie żałujesz trochę tego, że straciłeś kontakt, że może ten film przyczynił się do zerwania tych relacji? P.J.R.: Nie żałuję, że film powstał, chociaż wiem, jakie są reakcje. Ludzie lubią Agnieszkę i w jakimś stopniu jej współczują. W tym filmie wychodzi ona najpozytywniej ze wszystkich bohaterów. Ja, tak jak i ojciec raczej jesteśmy w tym filmie, jak to mówię, bad characters. Ona jest protagonistą i jest taka szczera i nieskazitelna. Ja też nie zrobiłem tego filmu przeciwko Agnieszce, natomiast to, że Agnieszka przerwała kontakt z nami, mnie męczy, a jak coś kogoś męczy to będzie chciał to naprawić, więc na pewno spotkam się z nią. Wszystko jest do naprawienia. Wierzę, że wszystko będzie dobrze. Teraz potrzebuje czasu, by oswoić się z myślą, że ma ojca. To podświadomie powoduje w niej chęć powrotu do swojego świata, który jej zniszczyliśmy mówiąc o tym, że jest ojciec. I chce wrócić do swojego świata, tylko jej się to nie uda. Też jest tak, że widz odnajduje w tym swoją historię. Bo ja robię to dla ludzi, dla takich ludzi, którzy mają podobne relacje rodzinne, żeby też coś moje filmy niosły. A.S., D.K.: Dziękujemy i niecierpliwie będziemy wyczekiwać kolejnego filmu.

P.J.R.: Myślę, że tak, ale na pewno nie tak często jak teraz. Na razie od-

STRONA 3


OFICJALNY DZIENNIK 38. ILF Dominika Kolanowska

Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach Agnieszki tu nie ma to niezwykle osobisty film, opowiadający historię smutną i przejmującą. Gorzko– słodkie uczucie musiało towarzyszyć Pawłowi Jóźwiakowi-Rodanowi przy jego realizacji. W końcu wziął na warsztat temat bardzo ważny i bolesny, gdyż dotyczący jego własnej rodziny. Agnieszkę, swoją przyrodnią siostrę, reżyser poznał dopiero podczas kręcenia dokumentu. Zanim jednak do tego doszło, dotarł do domowych wideo autorstwa swego ojca, na których widniała jako dziewczynka. Do konsolidacji rodziny nie doszło od dwudziestu dziewięciu lat. Czy nie jest za późno na spotkanie? Takie pytanie wydaje się zadawać sobie ojciec reżysera, z niechęcią zapatrujący się na spotkanie z Agnieszką. Do spotkania ostatecznie dochodzi, obawy wciąż pozostają. Czy po tak długim czasie geny są silniejsze od rozłąki, czy też okaże się, że rodzina to obecnie obcy sobie ludzie? Mówienie o problemach najbliższych niezaprzeczalnie wymaga ogromnej odwagi oraz przysparza niezliczonych problemów. Balansując na granicy obowiązków zawodowych i rodzinnych, Jóźwiak-Rodan dochodzi do momentu, w którym zastanawia się nad zaniechaniem dokończenia filmu. Jednak zobowiązania zostały już podpisane, producent nalega: projekt musi być ukończony. Jak przyznał reżyser podczas poprojekcyjnego spotkania z publicznością, Agnieszki tu nie ma powstało ze względu na producencki przymus. Z punktu widzenia widza jest to bezsprzecznie prawidłowa decyzja, dla rodziny Jóźwiaka-Rodana – nie wiadomo. Faktem pozostaje, iż ponownie nawiązany kontakt z Agnieszką został zerwany po tym, jak kobieta dowiedziała się,

STRONA 4

że spotkanie uwarunkowała chęć nakręcenia filmu. Reżyser twierdzi, że gdyby nie pomysł na stworzenie owego projektu, prawdopodobnie zabrakłoby mu odwagi do nawiązania kontaktu z siostrą. Z drugiej strony, możliwe, że jeżeli konsolidacja rodziny nie odbyłaby się na oczach kamery, jej rezultaty byłyby trwałe. Użyłam słów: „prawdopodobnie” i „możliwe”, które wskazują na domysł. Czy sytuacja wyglądałaby inaczej – powtórzę nie wiadomo. Nie sposób nie wyczuć szczerości, jaka przemawia przez film Pawła Jóźwiaka-Rodana. Chcąc pokazać widzowi, co tak naprawdę się wydarzyło, reżyser włączył do ostatecznego dzieła materiały, podczas których jest obrażany przez ojca, czy ma problemy z nawiązaniem kontaktu z siostrą. Co więcej, by chronić intymność kobiety, ekipa filmowa towarzyszyła im tylko przez dwie doby, podczas reszty dni zdjęciowych (około dwa tygodnie), Rodan kręcił sam. Najbardziej osobistą scenę spotkania ojca z córką na łódzkim lotnisku zarejestrował zaś z dystansu, jak gdyby z ukrycia, pozwalając odsłonić bohaterom prawdziwe emocje. Całkowicie inaczej zachował się Marcin Filipowicz tworząc dokument Mój tata Lazaro. Bohaterka, która, również nie pamięta swego rodzica, w chwili rekonsolidacji jest śledzona w bliskich planach przez kamerę. Być może stanowi to powód niemożności okazania uczuć przez tytułowego Lazaro. Najważniejszym problemem, jaki zostaje poruszony zarówno w Agnieszki tu nie ma jak i w Moim tacie Lazaro jest kwestia genów skontrowana z brakiem kontaktu. Bohaterki obu filmów zdają się zadawać sobie pytanie: „czy bycie czyimś dzieckiem wystarczy by trakto-

wać go jak rodzica”. Odpowiedź jest niestety przecząca. Żaklina, postać z filmu Filipowicza, nie potrafi nawiązać relacji z ojcem, dzieli ich także bariera językowa. Długo wyczekiwany tata okazuje się być obcym człowiekiem, wobec którego kobieta czuje jedynie strach. W końcu udaje się jej go przytulić, choć śmiem wątpić w trwałość nawiązanej relacji. Agnieszka z filmu Jóźwiaka-Rodana, z kolei, mimo, iż podkreśla, że obraz ojca nigdy nie istniał w jej głowie, idealizuje mężczyznę, zakochuje się we własnym wyobrażeniu jego osoby. Dopiero, gdy ponownie poznaje go bliżej, świadomie odsuwa się od niego. Na podstawie tych filmów można wywnioskować, że rodziny nie tworzą geny, lecz relacje. W tegorocznej edycji festiwalu mocno ugruntowaną pozycję zajmują dokumenty o tematyce autobiograficznej czy rodzinnej (prócz Agnieszki tu nie ma widzieliśmy także Daleko od miasta Macieja Cuskego). Do tego zestawu można dołączyć także niewchodzące w repertuar 38go ILF filmy Marcina Koszałki z Jakiego pięknego syna urodziłam na czele. Przykłady można mnożyć, co wskazuje, że trend ten łączy wiele filmów dokumentalnych. Od kilku lat mamy do czynienia z nie tyle inspirowanymi osobistymi wydarzeniami dokumentami, lecz wiernymi obrazami życia samych reżyserów. Te niezwykle odważne filmy pozostają na długo w pamięci widzów ze względu na przekazywaną prawdę. Agnieszki tu nie ma jest dziełem, o którym nie zapomnę i do którego chętnie powrócę.


INSKIE POINT Anna Sobolewska

Disney w najlepszej formie

Postaci księżniczek z animowanych produkcji wytwórni Disney przechodzą ostatnimi czasy interesującą metamorfozę. Mogliśmy to zaobserwować już podczas ubiegłorocznej edycji Ińskiego Lata Filmowego przy okazji projekcji filmu Księżniczka i żaba. W tym roku przyszła kolej na Zaplątanych. Podobnie jak wspomniany wcześniejszy hit Disneya, również Zaplątani są interesującą reinterpretacją klasycznej baśni. Któż z nas nie zna historii Roszpunki o długich złotych włosach, uwięzionej na szczycie wysokiej wieży przez złą czarownicę? O ile jednak w pierwowzorze jest uległą, bezwolną istotą wyczekującą księcia z bajki, o tyle bohaterka filmu Disneya jest jej uwspółcześnioną wersją – energiczną, twórczą, by nie powiedzieć: cierpiącą na syndrom ADHD. Nie spędza też dni na wypatrywaniu oczu za księciem z bajki – co więcej, gdy ten się pojawia (może nie do końca książę, ale jednak młody atrakcyjny mężczyzna), zamiast być wdzięczną, z miejsca atakuje go... patelnią. Podobno baśń o Roszpunce była jedną z pierwszych, jakie pragnął

zekranizować Walt Disney (osoba, nie wytwórnia), jednak uniemożliwiła mu to ówczesna technika, nieudolna przy animacji włosów ludzkich. Powinniśmy się z tego cieszyć, gdyż kilkadziesiąt lat później, dzięki cudowi współczesnej techniki komputerowej, efekty są powyżej oczekiwań. Zwłaszcza że w wersji baśni zaprezentowanej przez wytwórnię Disneya włosy nie ograniczają się tylko do roli „drabinki” dla złej czarownicy oraz domniemanego wybawcy. Pomijając fakt, że są magiczne, świecą w ciemności i mają moc odmładzania i uzdrawiania, trzeba na własne oczy zobaczyć, jaki potencjał jeszcze w nich drzemie. Również postać męska, Flynn Rider, nijak się ma do większości swoich poprzedników z innych disneyowskich filmów. Nie jest księciem o nieposzlakowanej opinii, ale najzwyklejszym złodziejem, choć uroku osobistego oraz dowcipu z pewnością nie można mu odmówić. Nie pojawia się też na wieży w celu uratowania zaginionej księżniczki, a wskutek najzwyklejszego zrządzenia losu (czy, jak to bywa w bajkach, przeznaczenia), gdy po kradzieży królewskiej korony szuka dogodnej kryjówki. Zarówno Roszpunka jak Flynn są bohaterami na wskroś współ-

czesnymi, nieszablonowymi (ich przodkowie z klasycznych produkcji, jak choćby Królewna Śnieżka, wypadają wyjątkowo blado i nijako). Widać to przede wszystkim w języku, jakim się posługują (a dialogi i ich wykonanie w polskiej wersji dubbingowej są wręcz fenomenalne – owacje na stojąco dla Macieja Stuhra w roli Flynna. Tym, co niezmienne i wszechobecne we wszystkich animacjach wytwórni Walta Disneya, są piosenki. W tym filmie również nie mogło ich zabraknąć, pojawiają się w dużej ilości, są chwytliwe i zapadają w pamięć. Podsumowując, Zaplątani są dziełem godnym polecenia. Dostarczą rozrywki nie tylko dzieciom, ale również ich rodzicom, na przemian rozśmieszając (przeważnie) i szczerze wzruszając, oraz – co najważniejsze – wzbudzając tęsknotę za światem baśni u widzów w każdej grupie wiekowej. Bardzo budujące, że w erze komputerów i Internetu wciąż jeszcze jest w nas miejsce na zaczarowane księżniczki oraz szlachetne czyny.

STRONA 5


OFICJALNY DZIENNIK 38. ILF Przemek Glajzner, Sylwia Witkowska

Klincz we Włodowie Krzysztof Łukaszewicz w fabularnym debiucie powraca do przerażających zdarzeń, które miały miejsce we wsi Włodowo w lipcu 2005 roku, gdzie 60-letni recydywista, terroryzujący kobiety i dzieci, został śmiertelnie pobity przez sfrustrowanych sytuacją mieszkańców. Wydarzenia odbiły się szerokim echem w opinii publicznej, temat wielokrotnie pojawiał się na pierwszych stronach gazet, a przebieg rozprawy sądowej oraz jej ostateczny efekt – winni skorzystali z aktu łaski prezydenta RP – do dziś wzbudzają wiele kontrowersji. Jakie było rzeczywiste źródło konfliktu? Czy można było wcześniej zareagować? Czy mieszkańcy musieli posunąć się do morderstwa? Gdzie przebiega granica pomiędzy obroną konieczną a samosądem? Wciąż mnożone pytania pozostają bez odpowiedzi. Zastąpione są sprawnie poprowadzoną konstrukcją gatunkową, w której możemy doszukać się głównie elementów thrillera i... westernu. Jury na festiwalu debiutów filmowych w Koszalinie – film otrzymał tam główną nagrodę – było wyraźnie oczarowane hollywoodzkim anturażem produkcji. Jednak dostrzeżenie w Linczu Łukaszewicza wyłącznie fascynacji kinem gatunków byłoby pewnym uproszczeniem. Film pretenduje do miana obrazu zaangażowanego społecznie, dlatego żonglerka elementami kina gatunków jest jedynie narracyjnym urozmaiceniem, a nie głównym walorem filmu. Choć obraz Łukaszewicza miał być kinem na miarę głośnego Długu, to z dziełem Krzysztofa Krauzego łączy go jedynie rozgłos, który wynika ze strategii promocyjnej dystrybutorów i producentów, zakładającej nieustanne podkreślanie związku z rzeczywistymi, tragicznymi i kontrowersyjnymi wydarzeniami. Oba filmy oparte są na prawdziwych, medialnych zdarzeniach, które znacznie łatwiej wypromować aniżeli dzieło stricte fikcjonalne. Film zdradza pozycję samych

STRONA 6

twórców wobec problemu. Dokładna wiwisekcja prawdziwych postaci zastąpiona została podziałem bohaterów na złych i dobrych. Trudno jednak pominąć fakt, że każda postać w filmie odgrywa niejako rolę ofiary. Polemika nad moralnością czynów bohaterów jest trudna do rozstrzygnięcia, ponieważ Łukaszewicz, w miarę postępowania akcji, zmienia relację ofiary i kata. Innymi słowy, próba rozwiązania tego sporu zdaje się jałowa, ponieważ odnosi się wyłącznie do indywidualnych sądów widza, pomimo tego, że reżyser zajmuje stanowisko po stronie braci. Postać grana przez Wiesława Komasę jest upiorna i diaboliczna – doskonała kreacja aktorska, jakich niewiele w polskim kinie. Józef Ciechanowicz (filmowy Zaranek) na wolności czuł się bezradny. Nie miał środków do życia, gdyż nigdy nie nauczył się pracować. Łagodność systemu prawnego spowodowała poczucie bezkarności recydywisty. Instynkt przetrwania zmuszał go do terroryzowania sąsiadów. Jego nieprzystosowanie było wynikiem doświadczeń wyniesionych z zakładów karnych. To, że został wypuszczony na wolność, stanowiło jego największą niewolą – co podkreśla również sam reżyser. W filmie brakuje jednak zaznaczenia takiej perspektywy. Z zarzutami spotkał się sposób ukazywania Zaranka, nazbyt jednostronny. Łukaszewicz tworzy potwora, który samym wyglądem zewnętrznym przeraża i odpycha widza. Dopiero kluczowa scena linczu paradoksalnie czyni go ofiarą. Bracia, dokonując wyboru, walczą o przetrwanie w imię sprawiedliwości. Reszta społeczności wiejskiej solidaryzuje się z nimi, dzięki czemu znajdują się w uprzywilejowanej sytuacji. Zbiorowość wyparła niewygodną jednostkę. Podobnie dzieje się w przypadku policjanta, który także czuje się ofiarą w momencie, gdy jego przełożeni pozostawiają go samemu sobie. Lincz krytykuje instytucje państwowe, podkreślając, że nie są one

w stanie zapewnić odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa. Ważne znaczenie dla całości historii odgrywa policja (być może tutaj należy upatrywać źródła dramatu), choć i ona jest bezradna. Gdy mieszkańcy zgłaszają problem, jest piątek i nie ma już z kim rozmawiać na komendzie głównej – dodatkowo jedyny radiowóz pojechał obstawić festyn. Podobnej krytyce zostały poddane miejskie placówki, lekceważące mieszkańców wsi. Niemożność podjęcia kroków przez służby porządkowe zmusza mieszkańców do działania na własną rękę. Słowa: „Co wy, z dziadkiem sobie nie umiecie poradzić?”, wypowiadane przez jednego z funkcjonariuszy dodatkowo zaogniają frustrację mieszkańców, co w rezultacie wiąże się z podjęciem decyzji o pościgu i zorganizowaniu zasadzki na starca. Wykorzystanie plenerów, elementy charakteryzacji postaci, muzyka ilustracyjna, sprawnie poprowadzony montaż sprawiają, że film ogląda się z zaciekawieniem podobnym do tego, które towarzyszy w przypadku amerykańskich produkcji, a takich filmów nadal w rodzimej kinematografii brak. Dzięki temu wszystkiemu dzieło sprawia wrażenie pełnego sprzeczności, co stoi w opozycji do tradycyjnie pojmowanego kina zaangażowanego społecznie, które nie posługuje się gatunkowymi kliszami. Niemniej to, co odczytywać można jako zarzut wobec reżysera, może również zostać uznane za zaletę. Lincz jest osobliwym przykładem filmu, w którym ścierają się dwie skrajne estetyki: kina gatunków oraz dokumentalnej rejestracji. Stąd wielu widzów może mieć problem z ustosunkowaniem się do dzieła, a ostateczna ocena może ocierać się o pewną tendencyjność. Gdzieś na granicy pomiędzy filmową konwencją a scenariuszem Linczu skrywa się prawdziwość przerażających zdarzeń we Włodowie.


INSKIE POINT Przemek Glajzner i Sylwia Witkowska

Miał być „lincz”, a nie ballada o Zaranku Z reżyserem filmu Lincz Krzysztofem Łukaszewiczem rozmawiają Przemek Glajzner i Sylwia Witkowska. Przemek Glajzner, Sylwia Witkowska: Lincz to pana debiut fabularny. Wziął pan bardzo trudny temat na warsztat. Nie obawiał się pan, że jako debiutant może mieć pan kłopot z ukazaniem tego rodzaju historii? Krzysztof Łukaszewicz: Miałem poczucie, że trzeba spróbować zrobić ten film. Także z racji tego, że zapoznając się z całą sytuacją, miałem do niej określony stosunek. Taki stosunek, który wyrażał się poniekąd w ocenie tej historii przez opinię publiczną. Odczuwałem gniew, gdyż najpierw pozostawili tych ludzi samym sobie. Natomiast cały mechanizm sądowniczo-śledczy dodatkowo się po tych osobach przejechał, zamiast uznać swoje błędy i wesprzeć skazanych. To był t odruch, żeby krzyknąć: „Nie!”, pierwszy impuls do zainteresowania się tą sprawą oraz do podjęcia próby napisania scenariusza o tej historii. P.G., S.W.: Czy pierwotny scenariusz bardzo ewoluował do momentu produkcji filmu? Czy z czasem, kiedy zdystansował się pan do poruszanego tematu, odczuł pan potrzebę ukazania go bardziej neutralnie, skłaniając się ku rejestracji? K.Ł.: Do pewnego momentu to się rzeczywiście udawało. Kiedy pojechałem pierwszy raz do Włodowa, rozmawiałem z mieszkańcami – z uczestnikami linczu oraz z ofiarami recydywisty. Oczywistością jest, że pojawił się ich

obraz i punkt widzenia. Najbardziej oberwało się policjantowi, który nie wysłał radiowozu i nie udzielił pomocy – jego całkowicie zjechałem. Prowadzi sklep, czuje się rozgoryczony, że został pozostawiony przez swoich przełożonych. Później zrozumiałem, że nie miał fizycznej możliwości przyjść im z pomocą. Uznałem, że on również jawi się w pewnym sensie jako ofiara. Strona prokuratorska nie pojawia się tutaj w pozytywnym świetle. Niemniej należało przekazać jej racje, że istnieją pewne paragrafy, które to, co się tam wydarzyło opisują. Jest takie, a nie inne prawo i według takiego prawa ten czyn strona prokuratorska mierzy. Stąd też zamieszczenie w filmie sceny z mową prokuratora podczas rozprawy sądu drugiej instancji. Widz mógł usłyszeć tę wykładnię prawną i zrozumieć, że gdyby z drugiej strony nic się nie zrobiło, puszczając tych ludzi wolno, to byłby to sygnał zapraszający do wzięcia sprawiedliwości w swoje ręce. Tak też do końca nie można zrobić. Lincz jest także niejako historią o klinczu, czyli o sytuacji bez wyjścia, w której znalazły się wszystkie strony dramatu. P.G., S.W.: Powiedział pan, że wszyscy bohaterowie filmu są w sytuacji całkowitej bezradności. Bracia nie mogą polegać na policji. Ta zaś nie może interweniować, ponieważ radiowóz pojechał na festyn. Natomiast osoba, która jest tutaj główną postacią negatywną nie jest w stanie pracować. Jest przypadkiem socjopatycznym, który mimo wszystko nie nauczył się pracy. Jego agresja wyraża się

poprzez instynkt przetrwania i bez tego nie byłby w stanie funkcjonować. K.Ł.: Tak, usłyszałem sporo zarzutów mówiących, że nie ma sceny, która pokazuje go w inny sposób. Tylko, że on nie był podmiotem, a przedmiotem. Miał być przykładem zła lub patologii, która występuje na wsiach. Wydaje mi się, że on walczy w imię instynktu przetrwania. Podbiera emerytury, pasożytuje na bezbronnych, starszych osobach. Myślałem, że jest to w tym filmie oczywiste, niestety okazuje się, że nie dla każdego. P.G., S.W.: Czy postać Zaranka była rzeczywiście tak diaboliczna, tak przerażająca? K.Ł.: Jemu akurat mieliśmy okazję lepiej się przyjrzeć, ponieważ strona tzw. ofiar to bohater zbiorowy. Nie jesteśmy w stanie przyjrzeć się im wszystkim bliżej z uwagi na ich liczebność. Natomiast druga strona, czyli ofiara linczu, to jest ten jeden człowiek. Widz swoją uwagę koncentruje przede wszystkim na nim. Łatwiej jest też wtedy ukazać jego wszystkie cechy. Z racji tego, że on jest jeden, do tego wyrobiony aktorsko. Jest bardziej wyrazisty dla widza i znacznie więcej rzeczy można w nim wyłowić, niż pośród zbiorowego bohatera i społeczności wiejskiej, czyli ofiar i świadków linczu. W związku z czym okazuje się, że łatwiej jest wydobyć ze złej postaci diaboliczność. Zaranek ma w sobie coś takiego, że można się nim nawet zafascynować. Cechuje go pewność siebie granicząca z bezczelnością. Potem niejako został ograbiony, ale absolutnie panuje nad sytuacją.

STRONA 7


OFICJALNY DZIENNIK 38. ILF Przysłoniła ona, jak gdyby, całość i upodmiotowiła tę postać. Stąd uważało się także, że aby lepiej wykreować tego bohatera, należy pokazać, że był on biedny i nie miał co jeść. Jednak to nie o tym miał być film. Natomiast okazało, że jeśli się napisze postać wystarczająco mocno i wyraziście, to jest ona w stanie przysłonić cały film. Tak też się stało. Z Panem Komasą mieliśmy więcej możliwości pracy nad rolą, więc na tych scenach skupiliśmy się szczególnie. Sekwencje z udziałem zbiorowości wiejskiej były dla nas prostsze aktorsko. Nie było tam aż tak dużo do zagrania – ci bohaterowie nie byli zbyt wyraziści. Dlatego w historii tej zaburzyły się proporcje. Nie miała to być ballada o Zaranku tylko lincz. P.G., S.W.: Zastanawia nas jeszcze motyw zbiorowości w Linczu. Kiedy bohaterowie są zjednoczeni, udaje im się przezwyciężyć wszelkie przeciwności. Natomiast rozwarstwienie tej zbiorowości sprowadza na bohaterów kłopoty. Czy zależało panu, aby to było przesłanie filmu? K.Ł.: Myślę, że akt solidarności ze strony wsi był budujący. Ci ludzie zostali surowo osądzeni przez prawo

jako współwinni mordu lub też można powiedzieć wprost – nazwano ich mordercami. Natomiast wieś uważała, że to są ich obrońcy i wystąpili w jej obronie. Z tego powodu zawiązał się akt solidarności ze skazanymi. Oni do dzisiaj uważają, że tak naprawdę, w ich obronie kilku ludzi podłożyło głowy i wciąż ponoszą konsekwencje, aby tylko uwolnić wieś od recydywisty, który pewnie jeszcze wiele lat by na tej wsi grasował. Zresztą, on doskonale sobie funkcjonował nie tylko w tej wsi, lecz w kilku innych.

ler lub western. Jednak zwyciężyła we mnie chęć zachowania uczciwości wobec tych ludzi i zrobienia filmu w ich sprawie. Filmu, który w oczach opinii publicznej zamknie niejako sprawę Włodowa i pokaże, jakie mechanizmy doprowadzają do tego, że w ciągu pół dnia ludzie, którzy nie mieli do tej pory żadnych zatargów z prawem stają się mordercami. Ukazanie tego mechanizmu, w moim odczuciu niejako usprawiedliwia, a może nawet oczyszcza tych ludzi w oczach opinii publicznej.

P.G., S.W.: Elementy gatunkowe, których dopatrują się krytycy – thrillera czy westernu – to był pana cel i zamierzenie od samego początku?

P.G., S.W.: Bohaterowie widzieli ten film?

K.Ł.: To też jest tak, że można było film pchnąć albo w stronę thrillera czy westernu albo dramatu społecznego. Wtedy odszedłby od prawdy, która miała być przedstawiona w imię uczciwości wobec ludzi, którzy są wciąż zainteresowani tą sprawą i żyją z piętnem linczu. Szczerze mówiąc, dla mnie to chyba było złe podejście od strony reżysera, że w imię wartości artystycznej powinno się to kopnąć w którąś stronę i zrobić z tego thril-

K.Ł.: Tak, widzieli. Po pięciu minutach filmu żona jednego z braci zaczęła płakać podczas sceny aresztowania. Wtedy pomyślałem sobie, że przyjeżdżam, aby im pokazać skrót z ich największego koszmaru, o którym dawno chcieliby zapomnieć. Ale po zakończeniu projekcji filmu uznali, że Lincz popiera ich stanowisko i niejako zamyka sprawę we Włodowie. P.G, S.W.: Czy w związku z tym, że był to pański debiut, nie miał pan do pewnego stopnia oporów etycznych? K.Ł.: Nie, ponieważ miałem intencje takie, a nie inne. Uznałem, że warto zabrać głos. P.G., S.W.: Jakie były reakcje widzów? Pamiętam wywiad z panem, gdzie powiedział pan, że na jednym z pokazów widzowie zaczęli bić brawo podczas sceny linczu. K.Ł.: Tak, to było na festiwalu w Kijowie. Ukraińcy są pewnie jeszcze bardziej temperamentni od nas, w związku z czym taka żywiołowa reak-

STRONA 8


INSKIE POINT

cja sprawia, że nasuwa się przypuszczenie, że jednak doszło do pewnej manipulacji widzem, skoro inni nie zareagowali w ten sposób. P.G., S.W.: To oznacza, że film przekazuje bardzo silne emocje. K.Ł.: Przekazuje. Niemniej, przecież powinien przekazywać emocje, żeby widz mógł wyrobić sobie jakiś stosunek do niego. Dlatego ten film został zrobiony takimi mocnymi środkami wyrazu w zakresie inscenizacji czy muzyki. Nie unikaliśmy też drastycznych scen. Był w nim jednak pewnego rodzaju obiektywizm. Każda z tych postaci jest pokazana jako tragiczna. Każda ze stron znajduje się w sytuacji bez wyjścia. P.G., S.W.: Jednym ze środków wyrazu było zaburzenie chronologii. Czy myślał pan o tym, aby poprowadzić fabułę linearnie? Pokazać rozwijanie się tej sytuacji i narastanie konfliktu w estetyce bliższej stylowi zerowemu? K.Ł.: Prowadząc konflikt liniowo,

miałbym naszych bohaterów, czyli braci i recydywistę „za daleko” od siebie. Oni coś o nim wiedzieli, słyszeli , że się pojawia we wsi, wiedzieli, jaka się wiąże z nim legenda, ale on nigdy na ich podwórko, tak naprawdę, nie wchodził. Wszedł dopiero za swoją ofiarą, czyli za Jagodą, graną przez Izę Kunę. Dopiero w tym momencie mieli punkt styczny. Niemożliwe byłoby opowiedzenie tej historii w sposób liniowy. Tutaj też się przyznam do tego, że mógłbym mocniej, bardziej wyraziście i z większą konsekwencją poprowadzić ten zabieg, o którym mówiliśmy, tzn. aby odwrócić relację ofiary i kata. Na początku pokazałem tych ludzi w punkcie zerowym. Recydywista, starszy człowiek, jest w urzędzie, załatwia jakąś sprawę. Po drugiej stronie drwale pracują w lesie. Nic nie zapowiada dramatu. Później okazuje się, że oni są zamieszani w morderstwo, a ten starszy człowiek nie żyje. Był też taki zamiar, aby poprzez odkrywanie zła, jakie niósł za sobą ten człowiek dla społeczności, ludzie nabierali nie tyle sympatii, co zrozumienia dla tego, co zrobiły osoby, które dokonały na nim samosądu. Tutaj przyznam, że gdybym dwie sceny w trochę inny sposób poprowadził, byłoby to dużo bardziej wyraziste. Do tego doszła mocna muzyka, która nie daje widzowi zapomnieć o tym, że nie jest to film dokumentalny, tylko fabularny. Tutaj z pełną świadomością możliwych konsekwencji, podjęliśmy ryzyko, że zostaniemy ocenieni tak, a nie inaczej. Natomiast myślę, że w dwóch punktach tę muzykę bym pominął, ponieważ okazało się, że jej liryczność bardzo narzucała sposób widzenia bohaterów na samym początku. Myślę, że tutaj popełniłem błąd. To obraz powinien więcej mówić o bohaterze, aby tak szybko się nad nim nie rozckliwiać. Proces przekształcania się ofiary w kata i na od-

wrót byłby bardziej wyrazisty. P.G., S.W.: Czy odbyły się inne pokazy zagraniczne, poza tym wspomnianym w Kijowie? K.Ł.: Niedługo kroją się jakieś festiwale. Jadę do Trzyńca, do Miszkolca, do Zagrzebia, do Wilna i do Talina. P.G., S.W.: Jakie są pana odczucia po spotkaniu z ińską publicznością?

K.Ł.: Myślałem, że widzowie trochę bardziej mnie „zjadą”. Słyszałem o ińskiej publiczności, że pojawia się od lat na festiwalu, jest w jakiś sposób wyrobiona i wierna temu festiwalowi. Z podobnym gatunkiem publiczności spotkałem się podczas Prowincjonaliów. Było tam parę osób, które miały ochotę zmierzyć się polemicznie. Przedstawiły sporo zarzutów wobec filmu. Po tych wszystkich spotkaniach jestem już przygotowany. Wiem mniej więcej, jakie będą pytania. Jestem też przygotowany na odpowiedzi, więc byłem gotowany na to. Reakcje publiczności były pozytywne, pozostaje mi się z tego tylko cieszyć. P.G., S.W.: Jakie by pan polecał filmy wyświetlane przez ostatni rok w polskim kinie? K.Ł.: Młyn i krzyż [reż. Lech Majewski], nad którym pracowałem [jako drugi reżyser].

STRONA 9


OFICJALNY DZIENNIK 38. ILF Michał Dondzik

Rzeczywistość trzeba prowokować. Rozmowa z Maciejem Cuske Michał Dondzik: Jest pan członkiem Zespołu Paladino, który zdaniem krytyków wprowadził ożywczy powiew do polskiego dokumentu. Co was łączy, jak narodził się projekt stworzenia zespołu? Maciej Cuske: Zespół Paladino był dla mnie zwieńczeniem kilkunastu lat pracy nad swoim rozwojem. Zawsze marzyłem, żeby stworzyć grupę przyjaciół, którzy robią filmy. Zespół miał łączyć ludzi podobnie czujących kino. Nie było to nic zobowiązującego, bardziej przyjacielski zespół. Szczęście, że miałem takiego przyjaciela jak Marcin Sauter. Kręciliśmy filmy czasem razem, czasem osobno, kształtowaliśmy się wzajemnie. Zespół przeżywa teraz transformację: okazało się, że mamy inne priorytety, tak pewnie powinno być. Czy

M.D.: Jest pan absolwentem Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy, później zrealizował pan dwa dokumenty o słynnym reżyserze. Z jednej strony pełne ciepła, z drugiej odważne i prześmiewcze. Jakie relacje łączą pana z twórcą Popiołu i diamentu? M.C.: Andrzej Wajda bardzo mnie zaskoczył, gdyż nie chciał ingerować w to, co robiliśmy, dał nam wolną rękę, zaufał nam. Powstały dwa filmy: jeden to jego propozycja na tak zwany making of z planu zdjęciowego, mający zachęcić ludzi do oglądania filmu Katyń. Jeżeli chodzi o Portret mistrza, który mu zaproponowaliśmy, to była jedyna taka okazja. Wajda się zgodził i w nic nie ingerował, to nas zaskoczyło. Pozwalał sobie dawać mikroport nawet w intymnych czy nerwowych sytuacjach. To był dla nas trudny film, bo trzeba było zmierzyć się z mistrzem, co nie było proste, bo ten mistrz nie jest pomnikiem, ma wady, takie, które najbardziej lubi kino. Trudny film, ale cieszę się, że pan Andrzej był tak bardzo otwarty. M.D.: W swoich dokumentach nie stroni pan od inscenizacji czy też przełamywania tradycyjnego modelu dokumentu. W najnowszym filmie Daleko od miasta to pan sugerował tematy rozmów głównym bohaterom. Czy przez stosowanie takich zabiegów nie obniża pan wiarygodności opowiadanej

grupa będzie się tak nazywać, czy będzie grupą, czy będziemy kolegami, którzy się wspólnie spierają, ma to dla mnie mniejsze znaczenie. Póki robimy filmy, zespół istnieje, może w innej formie czy pod inną nazwą.

STRONA 10

historii? M.C.: Ja nic nie odkrywam, ani nie robię niczego, co nie jest dokumentem, bo nie wiem, czy w ogóle istnieją czyste dokumenty. Nie umiem sobie takich wyobra-

zić. Lepiej się czuję bardzo mocno siedząc w rzeczywistości, tylko ta rzeczywistość sama nie podchodzi pod kamerę. Staram się ją obserwować i na jej podstawie budować film prawie fabularny. Rzeczywistość trzeba prowokować. Jeśli pokażę widzom, że ja narzucam tematy, czasami, a może zawsze mówię, o czym mają rozmawiać, to czy widz przestanie wierzyć w te rzeczy, o których mówią? Łudziłem się, że tak nie jest i łudzę się nadal. M.D.: W ramach cyklu Dekalog po Dekalogu zdecydował się pan na wiwisekcję swojego życia rodzinnego w Pamiętaj abyś dzień święty święcił. Pokazał pan w nim nie tylko tylko żonę i syna, ale i rodziców. Dodatkowo, w filmie można odnaleźć antyklerykalne fragmenty. Czy nie ma pan poczucia przekroczenia pewnych granic? M.C.: Dla mnie to nie jest film o religii. Absolutnie nie jestem przeciw religii, Kościołowi, czy Komunii Świętej. Biorę to w nawias, staram się obrócić w żart to, że nie umiem sobie poradzić z problemem Komunii. To miał być film o rodzinie, o zwyczajnym życiu. Nie widziałem filmu o moim pokoleniu, więc pomyślałem, że jest okazja. M.D.: Czy nie czuje pan, że jednak zbyt mocno obnażył pan rodzinę? M.C.: Najpierw największy dylemat miałem z żoną, ale później się okazało, że ona chciała tego filmu. Następnie pojawił się problem z rodzicami, którzy w ogóle mnie nie zrozumieli. W tym filmie też się trochę rozliczam z rodzicami. Rodzice nigdy mnie nie rozumieli, moich potrzeb, zawsze jest problem pokoleń. Z tym chciałem się rozliczyć. Myślałem, że choć rodzice znowu mnie nie rozumieją, nie oznacza to, że mam się teraz zgasić i nie pokazać niczego. Na szczęście mama mi zaufała, mama bardzo lubi ten film. Tata jakoś nie był przekonany, nie przepada za oglądaniem samego siebie. Pierwszą jego reakcją była chęć pokazania tego proboszczowi i pozo-


INSKIE POINT stawienie mu decyzji. W Dekalogu po Dekalogu nie miałem zamiaru rozliczać się z Kościołem, lecz z moim pokoleniem, które ma problem z religią, w jakiś sposób się zawiodło. Nieważna jest Komunia, tylko ta otoczka wokół niej stanowi problem: organizacja imprezy, rodzina, garniturek – do tego wszystkiego podchodzę sarkastycznie. Przeraża mnie to święto. M.D.: Czy pojęcie „etyka dokumentu” jest dla pana czymś ważnym? M.C.: Wśród wszystkich dokumentalistów, jakich znam i szanuję, jest coś takiego. Każdy ma tą granicę rozciągniętą w jakąś stronę, zgodnie z własnym sumieniem. Ja też się tego bardzo trzymam. Największy problem miałem z bohaterem Na niebie na ziemi, który szuka UFO. Nie był typem człowieka, którego szanuję i cenię. Jedyne, za co go bardzo szanowałem, to jego pasja, której się oddaje w stu procentach. Gdybym miał wyjść poza nią, nie potrafiłbym zrobić o nim filmu. Mogłem go bardzo łatwo ośmieszyć i pokazać jego ciemną stronę. Ale wolałem, żeby widz mu współczuł. To było najsilniejsze: uczucie, jakim mogłem obdarzyć jego i ewentualnie widza. Gdyby to się udało, byłbym szczęśliwy. Mógłbym zrobić taki film, jak Marcin Koszałka i zebrać materiał z ciemnych stron życia, ale mnie to w ogóle nie interesuje. Wolę oglądać te jaśniejsze. Stąd ta moja granica może czasami jest przesunięta aż za mocno, może czasami przez to robię krzywdę, ale chcę widzieć lepiej bohaterów. M.D.: Powstała o pana dokumentach praca magisterska, prowadzi pan warsztaty, uczy innych dokumentu. Czy czuje się pan już dojrzałym filmowcem? M.C.: Powiem szczerze: to jest jak z nagrodami. One się pojawiają tak rzadko, że każda miło łechcze. Tak samo jak każdy artykuł, nawet ten, który tu przeczytałem z niepokojem, sprawił mi przyjemność. W życiu dokumentalisty nie ma wielu takich prac magisterskich i artykułów. Może to i dobrze, bo palma nie odbija i nie wznosi się człowiek za szybko na szczyt, to jest zdrowe.

Michał Dondzik

Pamiętajcie: plaża, nóż, morderstwo

Warsztaty filmowe z Maciejem Cuske Jak co roku w ramach Ińskiego Lata Filmowego odbywają się warsztaty filmowe. Podczas obecnej edycji nad edukacją młodych filmowców czuwa dokumentalista Maciej Cuske. Jak sam przyznaje, bardzo lubi prowadzić warsztaty i zaiste nie są to czcze przechwałki. Nawet w przerwach pomiędzy ćwiczeniami można usłyszeć motywujące: „pamiętajcie: plaża, nóż, morderstwo”. To z tych elementów ma zostać zbudowana filmowa intryga. Oczywiście, jeżeli ktoś ma pomysł na inny film, może go swobodnie realizować, w grupie panuje w tej kwestii pełna wolność. Prócz kręcenia filmów uczestnicy biorą udział w

projekcjach urozmaicanych dyskusjami i wspólną nauką. Spotkania odbywają się w luźnej atmosferze i są to najlepsze warunki do rozwoju i zdobywania nowych umiejętności. Z pewnością cennym pomysłem na nakręcenie tegorocznych etiud jest aktywizacja mieszkańców Ińska. To również oni będą bohaterami nowych filmów. Końcowy efekt zmagań trzynastu śmiałków pod opieką artystyczną Macieja Cuskego będziemy mieli okazję zobaczyć i ocenić na zamknięciu festiwalu, co sprawia, że tym bardziej warto na nim pojawić.

Michał Dondzik

Sonda wśród uczestników warsztatów dokumentalnych Macieja Cuskego Jak wam się podobają warsztaty, jakie macie po nich oczekiwania? •

Warsztaty podobają mi się bardzo, dobrze się bawię i przy okazji uczę się rzeczy, które mogą być później przydatne, chociaż niekoniecznie.

Podobają mi się, jest dużo zabawy przy robieniu filmów. Przy okazji można się nauczyć czegoś nowego.

Podobają mi się. Powtarzam sobie to, czego się nauczyłem, a później chciałbym się dostać do szkoły filmowej.

Warsztaty mi się podobają. W sumie dopiero zaczynamy porządną pracę, wcześniej to były ćwiczenia, teraz zabieramy się za wymyślenie fabuły i pracujemy nad filmem dokumentalnym. Myślę, że jest to ciekawa przygoda, której warto skosztować.

Zapisałem się, żeby miło spędzić czas. Nigdy nie byłem na warsztatach, więc nie wiem, czego oczekiwać.

Warsztaty są ogólnie fajnie prowadzone. Oczekiwań nie miałam żadnych, bo co roku robimy film. To wszystko zależy od prowadzącego. Kręciliśmy dokument i krótką fabułę.

Jestem tu trzeci rok na Ińskim Lecie Filmowym. Myślałam, żeby być na warsztatach wcześniej, ale nie skorzystałam. Z racji na to, że nie było ciekawej pogody do plażowania, zdecydowałam się przyjść. Jestem mile zaskoczona – możemy realizować własne pomysły. Fajne jest to, że nie musimy być w ramówkach naszego pana Macieja.

Warsztaty są całkiem fajne uczymy się na nich filmowania i trochę gry aktorskiej. Chciałem po prostu fajnie spędzić czas w grupie.

Bardzo mi się podobają. Można się tu trochę rzeczy nauczyć, można też się dowiedzieć, co sądzi grupa na temat danego filmu czy ujęcia. Myślę, że spełniają moje oczekiwania, ale myślę też, że będzie jeszcze fajniej.

STRONA 11


OFICJALNY DZIENNIK 38. ILF Dominika Kolanowska

Marzenia kawalera, czyli rzecz o cyckach Prochy ojca przechowywane są w pudełku po cygarach. Wszak denat uwielbiał palić kubańskie specjały. Niedługo spocznie z dala od znienawidzonej Arizony, jak zapowiada jego syn. Ojciec piątki dzieci, mąż trzech kobiet. Na koncie miał wygrany proces sądowy i kilka skandali. W zasadzie normalny obywatel, z wyjątkiem faktu, że kręcił świńskie filmy… Stephen Apostolof urodził się w Bułgarii, skąd uciekł w latach czterdziestych ubiegłego wieku. Ostatecznie dotarł do Stanów Zjednoczonych, gdzie osiedlił się na stałe, by rozpocząć karierę reżyserską. Dużo kłamał, nawet swoim żonom, miał wybujałą wyobraźnię. W latach sześćdziesiątych postanowił rozpocząć kręcenie filmów z gatunku sexploitation (obrazy ukazujące goliznę, niebędące pornografią), co zainaugurowała Orgia Śmierci (nomen omen znajdująca się na liście Stu najzabawniejszych i źle zrobionych filmów w historii prowadzonej przez Johna Wilsona, pomysłodawcę nagrody Złotej Maliny). Założenie było jedno: ukazać jak największą ilość cycków. Po swoim debiucie w branży erotycznej wyreżyserował takie filmy, jak, m.in. Marzenia kawalera, Dziewczyny z college’u czy Tajemnice

przedmieść. Apostolof czy A.C. Stephen, jak zwykł nazywać samego siebie, nigdy nie osiągnął sukcesu kasowego, zwykle kolejny film spłacał kredyty zaciągnięte w trakcie poprzedniego. Paradoksalnie, sexploitation cieszyło się ogromną oglądalnością. Śmierć tego gatunku zapowiedziała premiera kinowa filmu Deep Throat Gerarda Damiano z 1972 roku. Jak przytaczają bohaterowie Tata kręcił świńskie filmy, na ów pierwszy dopuszczony do oficjalnej dystrybucji film pornograficzny chodziło się masowo. Kina odwiedzali kolejno małżonkowie, samotni mężczyźni, a także purytańskie gospodynie domowe. Popularność Deep Throat rozpoczęła okres dominacji przemysłu pornograficznego nad, tak bogobojnym w porównaniu, sexploitation. Zyski z filmów xxx zwielokrotniło upowszechnienie magnetowidów i kaset wideo. Moment ten stał się także gwoździem do trumny dla samego reżysera. Niedługo potem zbankrutował, osiadając wraz z rodziną w Arizonie. Cierpiał na depresję, w końcu zmarł w 2005 roku. A.C. Stephen to fascynująca i zadziwiająca postać. Moim zadaniem jest jednak ocena filmu Jordana Todorova Tata kręcił świńskie filmy, ten zaś prezentuje się co najwyżej średnio. Po pierwszych

scenach dokument zapowiadał się świetnie. Pomysł, by narracja była prowadzona z punktu widzenia nieżyjącego reżysera, który przemawiał głosem wygenerowanym komputerowo okazał się strzałem w dziesiątkę. Ponadto, atutem filmu było usytuowanie jego punktu wyjścia już po śmierci głównego bohatera. Zabieg, przypominający ten wykorzystany choćby w Bulwarze Zachodzącego Słońca Billy’ego Wildera, zaciekawił i trzymał w napięciu. Gorzej z wykonaniem… Mniej więcej w połowie Tata kręcił świńskie filmy rozpoczął proces natarczywego zanudzania publiczności. Przemienił się w dokument gadających głów, ograniczający coraz bardziej ilość materiałów archiwalnych. A szkoda, gdyż te, jak można się domyślić, były bardzo ciekawe. Mimo tych wad, film należy zaliczyć do względnie udanych. Rozwój psychologiczny postaci A.C. Stephena, który zawdzięczamy wypowiedziom rodziny i współpracowników, został przeprowadzony dogłębnie i konsekwentnie. Gdyby został uzupełniony o większą ilość materiałów archiwalnych, jak już wspomniałam, byłby świetnym dokumentem. W swojej obecnej wersji jest – przy całej swej nieprzyzwoitości – jedynie przyzwoity.

Aneta Staszewska

Za siedmioma kempingami peryferia, by znaleźć się pośród przyczep mierza drogę ze Stuttgartu aż na islandzkie minut później Ruperta (Daniel Brühl) przeRysunkowa postać prezentowanego kilka zrozumienia, kogo będzie dotyczyć historia. animowaną czołówką, która daje nam do dóttir rozpoczyna się krótką, lecz uroczą do końca. Obraz w reżyserii Valdís Óskarsnak przykuwa uwagę widza od początku zawiera gwałtownych zwrotów akcji, jedeuropejska koprodukcja nie szokuje ani nie technicznych, ale warto było zaczekać. Ta niła się o dwadzieścia minut z powodów Projekcja filmu Parking królów opóź-

STRONA 12

kempingowych lokalnej społeczności miasteczka, ironicznie nazwanej „parkingiem królów”. Ironicznie, gdyż jego mieszkańcom daleko do arystokracji, nie mówiąc o rodzinie królewskiej. Wspomniany bohater nie bierze czynnego udziału w przedstawionych wydarzeniach. Jest kimś w rodzaju obserwatora, jedynie od czasu do czasu wtrącającego się do akcji, a jego obecność to tylko narracyjny pretekst do analizy życia tamtejszej ludności. Podróżuje razem ze swoim znajomym, nazywanym przez wszystkich Juniorem, rodowitym Islandczykiem. Pierwszą osobą,

którą poznaje jest taksówkarz (będący także dzierżawcą wszystkich „rezydencji” i uznający się za przedstawiciela władzy), kursujący po okolicznych terenach, żądający horrendalnych sum za przewóz. Bohater oczekuje widoku osiedla willowego. Rozczarowany jest faktem, że zamiast tego przybywa do wsi zabitej dechami, w której dziwni mieszkańcy patrzą na niego podejrzliwie. Szukając rodziny Juniora, mijają parę outsiderów, którzy przez cały film mają do powiedzenia niewiele poza oklepanym „Peace!”. Trafiają wreszcie pod właściwy adres. Jak się okazuje, ojciec Juniora prowadzi podejrzane


INSKIE POINT interesy i nie chce znać syna, a swoją partnerkę Sally notorycznie ignoruje. Babcia, reprezentująca starszyznę rodu, wszędzie chodzi z wypchaną foką i popala skręty ze wspomnianymi już peaceowcami. Osiedle zamieszkuje także para – Önni i Rósa. On, ciągle marzy o karierze muzycznej (swoją drogą wykonywana przez niego piosenka Mdli mnie z miłości wywołuje uśmiech na twarzy) i ostro popija z kumplami. Ona, w zaawansowanej ciąży, wytrwale wierzy, że jej ukochany kiedyś się zmieni. Ten jarmark wariatów zamykają, zupełnie do siebie niepodobni, bracia bliźniacy Ray i Davis. Pierwszy jest pod silnym wpływem brata i wciąż marzy o poznaniu matki. Drugi pilnuje jedynego przejścia dla pieszych w okolicy (wymyślając absurdalne zasady przejazdu) i zbiera papierowe serwetki. Obcowanie z tą zgrają jest bardzo przyjemne dla widza, w szczególności, że całość została pięknie zilustrowana przez autora zdjęć – Bergsteinna Bjőrgŭlfssona i wypełniona klimatyczną muzyką Lay Low. Wspaniałe plenery wulkanicznej Islandii oraz genialnie prowadzona narracja pozwalają na leniwe rozkoszowanie się historią. Brak wartkiej akcji jest kolejną zaletą, gdyż w przeciwnym wypadku obraz skomplikowa-

nych relacji łączących mieszkańców mógłby zostać zatracony. Finał jest dość zaskakujący, choć może sprawiać wrażenie niedokończonego; wydaje mi się, że niedopowiedze-

medii obyczajowych będą zachwyceni. Po kilkunastu salwach śmiechu na sali, śmiało można stwierdzić, że dla innych też znajdzie się coś ciekawego. Odradziłabym ten film fa-

nie dalszego ciągu jest miłym ustępstwem na korzyść widzów. Jedynym minusem jest, niekiedy nachalna, obecność product placement – ogromny automat z Coca-Colą regularnie przewija się przez ekran. Doskwiera również maniakalna obecność innych marek, jak Carlsberg Beer (które wciąż popija Önni)czy Camel. Wrażenia wyniesione z sali kinowej są zdecydowanie pozytywne. Wielbiciele ko-

nom kina akcji, ponieważ szczerze mówiąc, na ekranie nie dzieje się zbyt wiele. Jest to po prostu urzekająca historia o zwykłych ludziach, którzy każdego dnia mierzą się ze swoją codziennością.

Michał Kwiatkowski

Muzyka na dobranoc Jak to jest, że festiwal nierozerwalnie związany z Ińskiem, miastem, którego niepodważalnym atutem są urokliwe scenerie, ustawia muzyków na parkingu przy knajpie, z blokami w tle? To nie był dobry setting dla muzyki tak mocno stawiającej na wymagający skupienia sposób odbioru i nastrojową atmosferę. Szkoda, że zaniedbano wizualną stronę, w innej scenerii zespół prezentowałby się znacznie lepiej, tutaj nie dano chłopakom takiej szansy. Ale więksi od nich występują pod Tesco czy innym Carrefourem; ze sceny Twilite widzieli pewnie jezioro, więc i tak mieli lepiej. Klimat zbudowano stawiając nieźle komponujące się z muzyką pochodnie. Ognisko jak zwykle pasowało do gi-

tar. Ale wyobraźcie sobie ten koncert nad jeziorem... Jest przecież Kino w plenerze, jest tam prąd, da się pociągnąć kabel, podłączyć mikrofony i jakiś wzmacniacz. Więcej nie było potrzebne. To jedna z zalet zespołu z dwoma muzykami: ze swoimi akustycznymi gitarami mogą zagrać w środku lasu i na dnie jaskini, daliby radę w każdych warunkach. Wyglądali na takich, którzy co mimo młodego wieku niejedne struny zerwali, wrażliwi twardziele. Już teraz zapowiedzieli się na przyszły rok jako widzowie festiwalu. Nie potrafię specjalnie obiektywnie odnieść się do warstwy muzycznej. Uczciwie przyznaję, że gatunek,

w którym poruszają się Twilite nie należy do mocno przeze mnie eksplorowanych. Ale szanuję tego rodzaju twórczość, rozumiem na przykład, dlaczego ludzie lubią Damiena Rice’a. O tym, że bycie wrażliwym jest ok wiadomo nie od dziś. Kompozycyjnie wszystko było poprawne, gitary grały nieźle – i ze sobą nawzajem, i dobrze komponując się z głosami muzyków. Może w małym ciasnym klubie, jesienią. Nie latem, nie na parkingu. To była muzyka na dobranoc, ale my nie chcemy spać. Innym razem, Twilite.

STRONA 13


OFICJALNY DZIENNIK 38. ILF Malwina Czajka

Jesteś jak luty, który nastał w kwietniu Ekscentryczni bohaterowie są główną zaletą Parkingu królów Valdís Óskarsdóttir. Ich przywary i sposób bycia nadają filmowi charakteru. Ludzie żyjący w „sanktuarium przyczepowym”, jak to określił jeden z bohaterów, to postaci w gruncie rzeczy smutne i niepotrafiące poradzić sobie z życiem. Na błotnistym parkingu z dala od cywilizacji żyją odszczepieńcy – tytułowi „królowie”. Przyczepy kempingowe są ich jedynym domem. Z jednej strony mamy kobiety, które kurczowo trzymają się toksycznych związków. Ich mężczyźni ignorują je i pomiatają nimi, zakochani jedynie w sobie. Rósa, będąc w ciąży, nie potrafi uwolnić się od partnera, który jej nie szanuje.

na parking, bo bał się konsekwencji swoich malwersacji i kobieta, która poświęca się dla niego, decydując się żyć na tym pustkowiu czekając, aż on odnajdzie swoje wewnętrzne „ja” i będą mogli wrócić do miasta. Obie pragną normalnego życia. Dla ich partnerów jest to swoista odskocznia od bycia nieudacznikami. Jeden z nich cierpi na oktofobię (nie uznaje liczby osiem) i nieporadnie okrada ludzi, drugi jest alkoholikiem. Co ciekawe, cała społeczność oddaje się ekscentrycznym rozrywkom, a nie typowemu bezmyślnemu zatopieniu się w ekran telewizora. Jedyne, co ogląda jedna z bohaterek, to puszczane z wideo, stare opery mydlane. Jeden z bra-

Önni pije na potęgę i roztacza przed nią wizję przyszłej kariery muzyka, podczas gdy nie znajduje (lub nie chce znaleźć) pracy. Kolejny związek tworzy mężczyzna, który uciekł

ci bliźniaków kolekcjonuje serwetki. Dwójka hippisów całymi dniami przesiaduje w zadymionym od jointów aucie, słuchając muzyki. Starsza pani zawzięcie pilnuje swo-

STRONA 14

jej martwej foki, którą traktuje jak najukochańszego pupila i wyprowadza na spacer. Foka w tym filmie jest swoistym MacGuffinem wypchanym pieniędzmi z defraudacji. Babcia, mimo że chętnie przesiaduje w „narkotycznym samochodzie”, zdaje się doskonale znać problemy społeczności. Jej słowa „zawsze może być gorzej, więc ciesz się tym, jak jest” można swobodnie nazwać mottem „królów parkingu”. Ich aktywność sprowadza się do szukania sobie bezsensownego zajęcia. Skrajnym przykładem są bracia bliźniacy, którzy sami siebie mianują strażnikami ruchu drogowego. Ray i Davis pilnują, aby każdy samochód zatrzymał się na jedynym przejściu dla pieszych, stosując zasadę, że dopiero gdy nadjeżdża auto, można przejść na drugą stronę ulicy. Pretekstem do ukazania tej dziwnej społeczności jest przyjazd dwóch młodych chłopaków z Niemiec. Jeden z nich przyjechał do ojca po pieniądze, które ten przestał mu przesyłać, ponieważ ma dług u drugiego za narkotyki. Obcy nie są jednak dobrymi obserwatorami społeczności. Junior i Rupert szybko zaczynają zachowywać się jak pozostali mieszkańcy – zajmując się „nicnierobieniem”. Duża dawka absurdalnego humoru i spiętrzenie dziwolągów to jednak za mało, aby zrobić dobry film, który chce się oglądać wielokrotnie. Rozwiązanie akcji jest de facto kolejnym nonsensownym epizodem, po którym równie dobrze mógłby nastąpić kolejny. Żonglowanie wysokim stężeniem niedorzeczności to specjalność kinematografii skandynawskiej, jednak tym razem zawodzi, a film nie zachwyca.


INSKIE POINT Maksymilian Nowicki

Rodzina to jest siła

Osiemdziesięcioletni, hulaszczy casanova z pasjami artystycznymi, z rubasznym wzrokiem zawieszonym na ponętnej pielęgniarce, umiera w szpitalu. Ta jedna scena wystarczy, żebyśmy wiedzieli, że oglądamy tragikomedię. Braćmi patrzącymi na śmierć ojca będą Nicola – starszy, bogaty biznesmen i Braco – młodszy, biedujący nauczyciel. Jak szybko się okaże, obaj stronią od monogamicznych praktyk, ale bardziej zadowolony z życia będzie pierwszy z nich. Z tego by wynikało, że do szczęscia potrzebne jest dużo pieniędzy i mniej więcej tyle samo stosunków. Nicola ma jeszcze coś, czego brakuje bratu – naprawdę kochające go niewiasty: „Masz dwie czekające na ciebie kobiety, a ja ani jednej”. Użalający się i niestroniący od alkoholu Braco, często wypomina, że ojciec poświęcał mu mniej uwagi. „Pieprzę cię i twój kapitalizm”, mówi mu niejeden raz, ale zawsze wraca do brata po pożyczkę. Okazyjnie próbuje naprawić relacje z byłą żoną, która opuściła go z powodu jego rozwiązłości. Jednak nawet żywot Nicoli nie będzie zupełnie wolny od łapiszcz niepokoju – nieuchronnie nadciągająca starość i problemy z erekcją symbolicznie ujawnią się przy kupowaniu choinki: „Nie chcę tej. Za mała, poproszę większą”. Biologia chyba nie

przewiduje większej ilości plemników dla większych penisów, ale nie przeszkadza to męskiej urażonej dumie w zaznaczaniu swojej obecności. Mimo widocznych starań reżysera o – w miarę równy – podział doli i niedoli ,przypadającej na jednego bohatera, płci pięknej dostaje się od losu bardziej i nie ukrywając, dzieje się to przez seksualne zawirowania braci. Fakt ten będzie nieco kontrastował z ogólną wymową filmu, o której nieco więcej napiszę na końcu. Chorwacki reżyser sięga do niewyszukanej struktury, polegającej na podziale filmu na prezentacje kolejnych postaci, do czego podchodzimy obojętnie. Forma po prostu nie przeszkadza, podobnie jak rzucane tu i tam – nieco na siłę – nawiązania do popkultury w stylu: „Jan Paweł II nie żyje, Messi przegrywa mecz”. W tej wspólnocie każdy spał z każdym, a jeśli jeszcze nie, to niedługo to zrobi. Braco powie do żony brata, kładąc rękę na jej kolanie: „Zostaw go i weźmy ślub”. Sperma dwóch głównych bohaterów miesza się w różnych konfiguracjach i pod wieloma kątami, czego najwyraźniejszym przykładem pozostanie pijany Braco, ejakulujący w pojemnik do in vitro żony swojego brata. Pod tym karkołomnym czynem kryje się zamaskowana, niesamowicie

silna więź łącząca dwóch mężczyzn – Braco wszak chce pomóc bezpłodnemu starszemu bratu. Sam Nicola też nie uważa, by moralne kajdany narzucane przez społeczeństwo szczególnie go krępowały. Ma dzieci z trzema kobietami, odwiedzając i kochając się po kryjomu z jedną, zostawia w innym domu drugą. W tym dziwnym układzie daruje sobie trzecią, wspaniałomyślnie zostawiając coś dla Braco. „Rodzina to jest siła!”, jak śpiewała Kayah. Zarówno uśmiech umierającego na początku, wyuzdanie prowadzącego się seniora, jak końcowa wypowiedź Marty idącej cmentarzem: „Te kości oszukały tamte kości. No i co z tego?”, są nie tyle apologią, co świadectwem stanu ludzkich charakterów. Oddajemy swoje ciała, zapominamy się, mnożymy moralnie dwuznaczne sekrety. Tylko po to, by nad ranem wziąć prysznic, wrzucić jajka na patelnię, skłamać bez mrugnięcia okiem i wrócić do budowania swojego życia. PS. W ramach wątpliwej prawdy psychologicznej obecnej w filmie, warto zaznaczyć, że wszystkie kobiety reagują z entuzjazmem na wzmiankę o spermie na swoich piersiach.

Alicja Błaszczyńska

Krótka historia o artystycznej klapie Gwiazdy animacji lalkowej, amerykańscy twórcy Stephen i Timothy Quay po raz kolejny po Ulicy krokodyli, sięgnęli do polskiej literatury. Tym razem podjęli próbę interpretacji Maski Stanisława Lema. Film współprodukowany przez łódzki SeMa-For okazał się kontrowersyjny, choć przegadany. Opowiadanie Lema to historia kobiety-potwora, stworzonej w celu omotania i zabicia Króla. Jest to także historia miłości spełniającej się tylko w śmierci. Bracia Quay w swoim charakterystycznym stylu nie tylko adaptują prozę polskiego autora. Idą dalej, interpretują i improwizują, nadając przy tym historii zupełnie nowe znaczenia. Niestety, Maska jest dla wielu

wielbicieli talentu tych twórców animacji dużym rozczarowaniem. Film przygniata zbędnym nagromadzeniem awangardowych środków wyrazu. Plastycznie fantastyczne lalki i scenografie giną w przekombinowanej koncepcji. Bliźniacy mylnie założyli, że atmosferę można zbudować tylko i wyłącznie przy użyciu dziwacznego montażu, muzyki Pendereckiego i poszatkowanej narracji. Quayowie nie wykorzystali potencjału, jaki dało im światło, skupiając się na wydumanych efektach wykreowanych w postprodukcji, takich jak świetlne pulsacje i zaciemnienia. Właściwa dla tworzących w Wielkiej Brytanii artystów mroczna metafizyka i opresyjny biologizm zwyczajnie tracą na wyrazie. Jest to nie-

zwykle zasmucające, zwłaszcza dla widzów znających poprzednie obrazy tych twórców. Ulica krokodyli, luźno inspirowana rozdziałem Sklepów cynamonowych Bruno Schulza, inaczej niż Maska, zachwyca swoją bezpretensjonalnością i wizualną finezją. Wydaje się, że bracia Quay osiedli na laurach, bazując tylko na swojej sławie i rozpoznawalności. Na swą niezwykłą estetykę nałożyli płaszcz przegadanych, pseudoartystycznych środków. Jako wielbicielka talentu tych twórców animacji, mogę tylko mieć nadzieję, że kiedyś moi idole wrócą do formy.

STRONA 15


KONTAKT Z REDAKcja:

(WNIOSKI, ZAŻALENIA, KRYTYKA) INSKIE.POINT@GMAIL.COM

REDAKCJA w składzie:

Alicja Błaszczyńska Paweł Ciołkiewicz Malwina Czajka Michał Dondzik Przemysław Glajzner Arkadiusz Jaworek Kamil Jędrasiak Karolina Krajewska Dominika Kolanowska Michał Kwiatkowski Joanna Macias Maja Nowakowska Maksymilian Nowicki Dagmara Rode Kamila Rusiecka Anna Sobolewska Aneta Staszewska Martyna Urbańczyk Sylwia Witkowska


IńskiePoint_nr5_2011