Issuu on Google+

13. VIII. 2010

Numer 6

Spis r zeczy Sztuka to szczęście ............ 2 Gra Boski Arti; SKA-liance .... 6 Stary nowy Disney; Mistrz i uczeń .................. 7 „Moja miłość to kino” - Wrzeciono czasu ............ 8 Dagur Kári w wydaniu amerykańskim; O języku, tożsamości i narodzie ........ 9 Z gówna bata nie ukręcisz...10 Na kiepskim przyjęciu ...... 11

„Docieramy do tego widza, do którego naprawdę chcemy dotrzeć, to nie jest wyrafinowany, zwykły odbiorca galerii, tylko człowiek, który czasami po raz pierwszy spotyka się z takim wariatem, z czymś takim, jak sztuka performance i to jest chyba najcenniejsze.”

Biuro Ińskiego Lata Filmowego Kino Morena ul. Przybrzeżna 1 tel. 091 5623084

• Kasa biletowa • katalog 37. ILF-u - 5 zł • książka Gdzie woda czysta... Ińskie Lato Filmowe 1973 2007 - 25 zł

Klub Festiwalowy Restauracja „Srebrna Rybka” ul. Przybrzeżna 1

Wywiad z Artim Graboswkim, s. 2

Aktualności: • 14 sierpnia, godz. 11.00, Kino Morena, film Nad morzem • 14 sierpnia, godz. 13.00, Gabinet Doktora Caligari, filmy W drodze oraz Poza zasięgiem


Sztuka to szczęście Z Artim Grabowskim rozmawia Magda Januszkiewicz

tego widza, do którego naprawdę chcemy dotrzeć, to nie jest wyrafinowany, zwykły odbiorca galerii, tylko człowiek, który czasami po raz pierwszy spotyka się z takim wariatem, z czymś takim, jak sztuka performance i to jest chyba najcenniejsze. Przemek Sanecki [jeden z polskich performerów] powiedział, że jest fajnie, jeśli informacja o festiwalu performance’u nie jest szeroko puszczona w świat, jeśli przychodzą ludzie, którzy się koło tego kręcą, bo kiedy przyjdą ludzie z ulicy to nie za bardzo zrozumieją, o co chodzi i to nie jest fajne.

Magda Januszkiewicz: Jak ci się podoba występowanie na festiwalu filmowym w Ińsku, poza przestrzenią typową dla sztuki współczesnej? Arti Grabowski: Jestem zagorzałym zwolennikiem znajdowania się w takich sytuacjach. Tak szczerze mówiąc, choć jestem kojarzony raczej z galeriami, takimi white cube’ami, to są to miejsca w których najgorzej się czuję; dobrze mi jest w sytuacjach wiejskich, a już niekoniecznie salonowych. Salonowe wymagają trochę innej postawy, takiej bardziej sztucznej, wyprostowanej, trochę innego ubioru, innego języka. A wiem, że pozostali koledzy, koleżanki mają jakieś dziwne własne jurysdykcje narzucone, że to musi być biennale sztuki, tylko galeria z przydomkiem zniechęta. A ja wręcz przeciwnie, kontekst przypadkowy, który się pojawia w różnych miejscach, różnych, nawet kotletowych sytuacjach weselnych – jak najbardziej. To mnie tak naprawdę cieszy. Docieramy do

Może akurat Przemek uprawia taką sztukę, która nie trafia do wszystkich, może tak asekuracyjnie odpowiedział. Powiem ci tak, a’propos tych festiwali performance’u, to jest pewne nieporozumienie, bo na festiwalach tych nie ma publiczności. Ci, którzy stoją dookoła, to są artyści i ich koledzy, jakiś tam krytyk i to tyle. Jest to gęsty, czasami smaczny sos, ale z reguły… jakieś nieporozumienie. Lubię przebywać w tej sekcie, bo to jest miłe, sympatyczne jak się zna wszystkich, spotykasz się z nimi, z tymi samymi twarzami w różnych zakątkach świata, prześcigamy się w różnych pomysłach. Człowiek czuje się dobrze w czymś takim, jak w rodzinie. Ale myślę, że te festiwale to pewna obłuda. Próbujemy to zmienić. Widzę, że od paru lat często pojawia się w tych środowiskach to, że kurwa no sorry, że już się po prostu męczymy sami ze sobą. Trzeba by było to jakoś zmienić, jakąś nową strukturę stworzyć. To jest w ogóle bardzo głęboki problem tkwiący u podstaw tego, że te festiwale organizowane są przez kuratorów będących artystami, a tak być nie powinno.

2

Sam teraz zostałem zaproszony do kuratorowania Interakcji w Piotrkowie Trybunalskim. I będziesz kuratorem? I będę kuratorem. Aczkolwiek chcę zaprosić jakieś grono osób, z krwi i kości organizatorów, takich kuratorów do pomocy, którzy będą myśleli nie tylko o artystach i ich funflach, tylko właśnie o odbiorcy – żeby program był ciekawy, miał swoją dramaturgię, żeby pomyśleć o tym, bo artyści, którzy są zaproszeni do kuratorowania, zwykle tego nie robią. Najczęściej myślą... teraz to już się trochę zmieniło, ale kiedyś tak myślano, że kumpel tego kumpla. Nawet myślałem, żeby ten festiwal nazwać Kumplostwo, Chlejewostwo, Kumplostwo po prostu. Ale trochę się zmieniło, zaczęli kombinować, teraz wymyślają, choć też już trochę za późno na to, pomysły, hasła, tematy festiwalowe, na przykład festiwal feminizujący albo festiwal czterech kultur albo czterech Ameryk. Ale nie myślą o finale, najważniejszym, tym, co następuje po brawach. Odbiorcę wypuszczamy i nie pytamy. A przejadamy i przepijamy właśnie jego pieniądze, tego, który wyszedł po oklaskach. Czyli można powiedzieć, że właśnie taki cel ci przyświeca w udziale w akcjach w rodzaju SpokoAkademii, które mają za cel nauczyć ludzi obcować ze sztuką? Nie mam ambicji, żeby nauczyć, aczkolwiek jestem nauczycielem w wielkich, prestiżowych uczelniach. Tu chodzi o oswajanie, bo nie ukrywajmy, to jest cudowna rzecz obcować ze sztuką, ten dystans, to spozieranie na rzeczywistość w trochę inny sposób wydaje mi się aspiryną na życie. I czym większej ilości osób to sprzedamy, siebie, kojarzenie, patrzenie na to w inny


sposób tym... nie chcę używać wielkich słów, że uratujemy, ale… Ale w pewnym sensie tak. No tak, dokładnie. Zatem uwielbiam i nie unikam najbardziej zwariowanych sytuacji i zaproszeń. Jeden z moich najcudowniejszych występów był w Strzelewie, na takiej wiosce zabitej dechami, gdzie zresztą sam organizowałem często festiwale i różne artystyczne eventy na zaproszenie Zygmunta Halandy i Teatru Brama. On jedną ze swoich stodół przerobił na teatr. To była piękna sytuacja, pojechaliśmy na wakacje na wioskę, w której się okazało, że jest organizowany plener, festiwal, warsztaty i powstał tam performance, druga czy trzecia część Poczytaj mi mamo, czyli Stary człowiek a może.. i morze.. a może.. Wiem, że jakiś cel miałem w przekręceniu tego tytułu. I to było naprawdę bardzo zacne, proste żywiołowe wydarzenie, bez żadnej sztucznej otoczki. Jednak w małej miejscowości, ludzie nie są przyzwyczajeni do tego typu zdarzeń, nie mają narzędzi do odbioru takiej sztuki. Bo nikt im tego wcześniej nie dawał, nie mają takiej możliwości. Tutaj ludzie borykają się z kosztem czasami złoty pięćdziesiąt, żeby wsiąść do autobusu i pojechać do Szczecina, to są zupełnie inne realia. Do tych ludzi trzeba naprawdę dotrzeć, może nie wejść z butami do domu, ale jak najbliżej się do nich przytulić. Może jednak nauczyć?

trzeba

ich

Nie możemy, jeśli oni tego nie chcą. My możemy im podsunąć pewną książkę czy pomysł, spróbować. Moim zdaniem, nie możemy ich nauczać czy naprawiać. Dyktatura się nam wtedy kroi. Musimy jedynie upowszechniać i dać łatwy dostęp

do kultury, ale nie powinniśmy w nich tego wbijać. Czyli pozostaje kwestia występowania w miejscach małych, takie jak Ińsko No tak. Wiadomo, że nigdy nikogo nie zadowolimy w stu procentach, człowiek się poci, ale i tak 30-40 osób wyszło. Jesteśmy na festiwalu filmowym, gdzie oglądamy dzieła zarejestrowane, a ty uprawiasz sztukę bardzo ulotną… Tak. …a we wrześniu zeszłego roku odbyła się twoja wystawa we Wrocławiu pt. After Party, dokumentująca twoje działania performatywne. Sprowokował to oczywiście Paweł Jarodzki [dyrektor BWA Awangarda we Wrocławiu], parę lat temu pytając: ty, performerek, a jakby ci ktoś wystawę zaproponował, to, co byś ty pokazał? Nie wiedziałem, co powiedzieć. Powiedziałem: kurde, szkicownik mam. No i oczywiście dwa lata później od Pawła padła propozycja. To była jedyna wystawa tak naprawdę, jedyna i od razu retrospektywna, dziesięć lat podsumowująca.

3

Śmiałem się, że kolejna odbędzie się już pośmiertnie. Ale oni chcieli sprawdzić, jak to pójdzie, stąd też zaproszenie Sędzin Głównych, Przemka Kwieka i Zośki Kulik, żeby spróbować złamać ten mit, że można w dzisiejszych czasach nawet słowo wystawić, powietrze. Coś eterycznego ukształcić i postawić w galerii, że można pokazać pustą galerię… A takie dokumentacje filmowe jak np. 7 łatwych utworów Mariny Abramović, która została sfilmowana w MOMA podczas wykonywania swoich wybranych dzieł? To była dokumentacja, choć tu jest też kilka podziałów – działań dokamerowych, performance’u dokamerowego, samego dokumentu. W przypadku Abramović zależy też, na ile ona miała wpływ na efekt finalny – montaż i tak dalej. Faktem jest, że mnie tego nauczył profesor Porczak, do którego trafiłem na drugim roku studiów na Wydziale Rzeźby, który bardzo nie lubił performance’u, ale powiedział: rób sobie, skoro cię to cieszy, bawi, ale o jedną rzecz zawsze dbaj – bo ja nie będę przychodził na te twoje performance’y, nie mam na to czasu, nie chce mi się – masz mi przynieść dobrze skonstruowany trailer swojego wystąpienia i


rzetelną, rzeczową dokumentację. Zaszczepił mi to i bardzo mocno o to dbałem. Zacząłem potem się bawić w tym, jak zmienia się sama struktura pracy po brawach, kiedy obdzierasz ją z tego, co najistotniejsze, czyli zapachu, bezpośredniej konfrontacji z czasem, z miejscem i tak dalej. Ale potem oglądasz, mając to w zamkniętym pudełku i możesz tym manipulować trochę na inny sposób, powstaje zupełnie inna wartość i czemu jej nie używać?

wychodzi bardzo szybko. Ale jestem orędownikiem, żeby jak najwięcej kamer i jak najwięcej obiektywów rejestrowało to, po prostu. Choćby, żeby kiedyś w przyszłości po to sięgnąć. Można z tym różne rzeczy robić, kto wie, co w przyszłości będziemy mogli z tych cyfrowych materiałów wyciągać.

frajdę. I to było absolutnie cudowne. Ten numer z wystawą impresjonistów w Krakowie, w Muzeum Narodowym, gdzie po raz pierwszy w historii tego miasta cały Kraków ustawił się w czterokilometrowej kolejce po bilety. Bodzianowski stał przez cały dzień w tej kolejce, jak dochodził do pierwszego

A nie uważasz, że czasem mamy do czynienia z przerostem dokumentacji nad samym dziełem? Gdyby nie te dokumentacje, o wielu artystach byśmy się w życiu nie dowiedzieli. Na przykład Jan Ader Bas, ten Holender, który przez trzy lata performerował, potem zginął gdzieś na morzu, bo sobie wymyślił samotny rejs najmniejszą łódką… Nikt o nim nie słyszał, nikt o nim nie wiedział. Po dwudziestu czy piętnastu latach odkryli jego dokumentacje, gdzie na przykład... Kojarzysz tę pracę z grawitacją? Nie. Graveyard. Piękna. To wszystko jest nagrane w latach 1971-1973. Szesnastomilimetrową kamerą, czarno-białą gdzieś w samotności, w lesie, najwyższa gałąź drzewa i wisi jak najdłużej potrafi. Koło 18 minut, potem spada. Albo chyba najbardziej znany, jego The Fall Nr 1. – siedzi na dachu willi na krześle, na samym środku i wiatr nim tak kołysze i kołysze i nagle się przechyla i spierdala z tym krzesłem z tego dachu. Jak jakaś szmata totalna. Gdyby nie te dokumentacje, nigdy byśmy nie usłyszeli o wartościowych pracach. To się wyczuwa, jesteśmy na tyle dostrzegającymi ludźmi, że wyczuwamy pewne fałszerstwo. Ktoś sobie myśli, że to robi tylko pod to oko kamery i od tego zaczyna myślenie – to

Czyli podobają ci się performance’y, takie jak np. Bodzianowskiego, który nie stara się nawet postawić w kontekście sztuki. Tak, i to jest cudowne. Ja Czarka uwielbiam, mimo że tylko raz go spotkałem. Ten facet jest dla mnie, mimo że generalnie przez wielu artystów, performerów w szczególności, krytykę, jest nielubiany, to jest taki przykład absolutnego szczęścia. Dla mnie w tej chwili słowo sztuka i szczęście to jest właściwie to samo. Facet wygrał kiedyś w toto-lotka. I od tego czasu uprawia sztukę. Od tego czasu ma taki komfort, że uprawia sztukę i mało tego, uprawia sztukę dla siebie, żeby czerpać z tego jak największą

4

miejsca, to zamieniał się z osobą z ostatniego. Cały dzień poświęcił na to. Nie dokumentował tego, bo wtedy akurat nie było jego żony, która wszystko nagrywa zawsze. To jest niezwykła forma dokumentu – legenda, pewna historia, plotka. On istnieje w sferze plotki. Artystą, o którym się plotkuje i to jest coś tak cudownego, tak absurdalnego, że… On na nic nie liczył, nie chciał żadnego poklasku, nie chciał żadnych gaży, nie chciał być zauważonym, po prostu sobie stał. Stał i zrobił coś, co jest najważniejsze w performance’ie – fizyczność, konceptualizm, psychofizyczność i tak dalej. To wszystko mieści się w kryteriach performance’u, chociaż nie spełnia ich w stu procentach, nie ma działań bezpośrednio przed publicznością.. To jest dla mnie rewelacja absolutna. Zobacz, gdyby nie te dokumentacje, które żona z namaszczeniem oddała, to nie mielibyśmy okazji


poznać faktów. Chociaż dla mnie wystarczy, że Czarek istnieje w sferze plotki. Tak naprawdę, widziałem go raz w życiu w cztery oczy, a jego prac tak naocznie tylko dwie dokumentacje wyłącznie. Ale jestem olbrzymim zwolennikiem i orędownikiem tego człowieka. Można postawić tezę, że z chęcią występowania między zwykłymi ludźmi, jakkolwiek śmiesznie to brzmi, łączy się czerpanie zjawisk z kultury masowej, jak Zbigniew Nowak czy szmirowata literatura. Ponieważ to właśnie jest to, co ludzi dotyka na co dzień, oni to oglądają. Tak, dokładnie. To jest jedyne, co możemy wdrożyć w te nasze idee, ten lekki kontekst naprawiania poprzez sztukę, krytyczne nastawienie. To jeden z tych wymogów, który warto, żeby artysta spełniał oprócz tego, że ma bawić, że ma być cudownie i tak dalej. To jest jedno z tych kryteriów, które dla mnie przez wiele lat było w przodzie. Jeszcze przed tym, że sztuka ma przynosić szczęście. Teraz tak ogłupiałem, że nic mnie nie interesuje. Kiedyś to było dla mnie bardzo istotne. Ktoś wpisał mnie w jakąś książkę, w podsumowania XX wieku, że uprawiałem, jak to się mówiło...? Że byłem jednym z ostatnich artystów nurtu krytycznego. Kiedyś miałem zupełnie inną misję, rzeczywiście. A teraz oskarża się ciebie, że jesteś lekki, łatwy i przyjemny. Super, krzyż na drogę. Ja przestałem się nadymać i strasznie jest mi z tym dobrze. Ktoś mówi, że jestem artystą – ja jestem projektantem, uprawiam projekty, proszę bardzo. Jest mi z tym wygodniej, lepiej, super. Nie chcę nikomu zawadzać. Jak czyta się wywiady z artystami Artura Żmijewskiego, który postuluje, że trzeba mieć misję i mówić bardzo ważne rzeczy o

społeczeństwie… Niech sobie ma. Tacy ludzie też są potrzebni. Gdyby wszyscy ludzie byli jak Grabowski, to cały kraj byłby kabaretem, którego i tak jest za dużo. Fajnie, że jest tak wiele możliwości. Ważne, żeby to wszystko dostrzegać i doceniać. To tak, jakbyś budowała menu na wesele, fajnie sobie dobrać takiego Bodzianowskiego jako przystawkę, Żmijewskiego jako główne danie, na deserek Grabowskiego. Super, że mamy taką paletę możliwości, to jest cudowne. 2001 rok był takim

przełomem, wtedy wybuchło, wylało, absolutna rewelacja. Jak myślisz, 2001?

czemu

akurat

Dobre pytanie. Cholera wie… Akurat w przypadku tej naszej generacji, jeśli chodzi o performance, to 2001 był bardzo istotny dla Polski. Został zorganizowany przez Guzka i Bałdygę pierwszy i ostatni festiwal, przegląd sztuki młodego performance’u w Zamku Ujazdowskim, gdzie Polska usłyszała o Sędzinach, o Dawidzkim, o Bąkowskim,

5

Grabowskim, jeszcze parę osób było… Wiesz co, chyba nastały takie komfortowe czasy, że i tematy były niewyczerpywalne, o pewnych można było wreszcie mówić, mnóstwo tabu zniknęło, a nowe się pojawiły. To był bardzo dynamiczny okres, tak mi się wydaje. Sytuacja się polepszyła z wysypem Rastrów, Ha-Artów, galerii, przeglądów, kuratorów i tak dalej. To wszystko do kupy skutkowało fajnym boomem. Tak mi się wydaje, że teraz trochę to przygasło. Pojawiła się możliwość dotowania małych stowarzyszeń, fundacji i tak dalej. To się działo wcześniej niż 2001, ale są jakby trzy etapy tego progresu: zaczęło się w 1988, kiedy po raz pierwszy pojawiały się takie nazwiska jak Libera, Żmijewski, Kozyra i tak dalej. Kowalnia Grzegorza Kowalskiego jest bardzo istotna, bo tego sukcesu nigdy później nie udało się powtórzyć. Ten jeden rocznik, Althamer, Kozyra… kto tam jeszcze był, pięć nazwisk było przecież… To był cud. Jeszcze jedną rzecz chciałem powiedzieć. Oczywiście nic odkrywczego, ale artysta tworzy, reprodukuje to, co się wokół niego dzieje, odtwarza. Ja od paru lat jestem szczęśliwym człowiekiem. Dlatego sztukę?

uprawiasz

szczęśliwą

Dokładnie. Kiedyś pewnie nastąpi, że tragedie się pojawią w życiu, odbiją się tak mocnym echem, że przez ten wylew, zlew będzie kapało, wypływało. Ale na chwilę obecną… Dalej jestem wierny temu, że sobie tę rzeczywistość przekuwamy. Wybudowałem dom, stąd ten performance dokamerowy Sędzia boczny, bo akurat przez rok czasu siedziałem w betoniarce. Wcześniej odkrywałem takie sytuacje, jak polskość, patriotyzm, narodowość, nacjonalizm, stąd cały ten cykl Made In Poland. Dzięki za rozmowę.


Gra Boski Arti Przyznam się, że ze wszystkich atrakcji na Ińskim Lecie Filmowym, najbardziej czekałam na występ Artiego Grabowskiego. Jest to jeden z najciekawszych polskich artystów z obszaru działań performatywnych, wykłada w krakowskiej ASP w Katedrze Intermediów, był kuratorem na takich przeglądach jak Videokonotacje w Norymberdze czy też Festiwal Sztuki Akcji „Interakcje”. Występuje na licznych festiwalach na całym świecie (Europa, obie Ameryki, Azja), w rodzimych galeriach i w zaskakujących przestrzeniach, do których śmiało mogę zaliczyć plac przed kinem Morena. Tutaj mieliśmy okazje zobaczyć go w dwóch projektach, jednym z serii Poczytaj mi mamo, pod tytułem Polowanie na Czerwony Październik, drugim było CV. Obie realizacje pozwalają nabrać widzowi pojęcia o tym, jaka jest sztuka Grabowskiego. Jest to artysta korzystający z poetyki dosłowności (choćby balon w pierwszej z zaprezentowanych realizacji jako ukazanie skutków działania zbyt wysokiego ciśnienia) oraz mocno inspirujący się rzeczywistością

SKA-lians

Magda Januszkiewicz

(tutaj można przywołać w zasadzie w całości CV, które jest wciąż rozrastającą się akcją, w miarę dopisywania przez życie nowych wydarzeń). Grabowski bada granice wytrzymałości ludzkiego ciała – wystarczy wspomnieć o ustawiających się na nim ludziach czy też potężnej ilości napojów energetycznych spożytych przed wykonaniem performance’u. Cielesność wydaje się obśmiana i skarykaturyzowana. Publiczność w działaniach artysty pełni rolę świadka, mimo iż czasem zaprasza on pojedyncze osoby do uczestniczenia z nim w określonych działaniach. Jego sztuka jest mocno nacechowana odwołaniami do współczesnej kultury masowej – korzysta z popularnych powieścideł, czy też ogólnie znanych symboli, jak BMW czy MGR. Bardzo chętnie korzysta z konwencji żartu, stosuje elementy autoironiczne, absurd i groteskę, dystansuje się do siebie jako artysty. Pozwala to publiczności, nawet tej mniej zorientowanej w działaniach artysty, na dobrą zabawę. Widz, który tego nie chce, nie musi czuć się przytłoczony sztuką przez duże S.

Ińskiej publiczności szalone akcje Artiego Grabowskiego przypadły do gustu, szczególnie Polowanie na Czerwony Październik, które faktycznie wydaje się łatwiejsze w odbiorze dla mniej obeznanej ze sztuką współczesną publiczności – ma łatwe do zweryfikowania konteksty, nie wspominając już o parakabaretowej formule. CV w moim przekonaniu jest projektem o wiele lepszym, choć reakcje widowni świadczyłyby o czymś innym. Możliwe, że monotonia życia Artiego (widza?) okazała się jednak zbyt przytłaczająca dla publiczności, która musiała się z nią zmierzyć. Typowe fakty, znane i przeżywane przez każdego, przetworzone przez dyskurs artystyczny, okazują się dla niektórych niestrawne. Czyżby widz nie chciał spojrzeć sam na siebie? Czy też problemem okazały się możliwe do odczytania konteksty religijno-narodowe? Dziwna, martwa cisza, która zapadła w momencie pojawienia się napisu INRI była zaiste frapująca, świadcząc o tym, że Grabowskiemu udało się dotknąć jakiejś istotnej sfery wspólnego życia.

Edyta Janiak

Ludu Ińska, Festiwalowicze, pokłońmy się miłościwie nam panującemu Dyrektorowi Artystycznemu Festiwalu, Przemkowi Lewandowskiemu! On to bowiem wpadł na pomysł, by zaprosić do Ińska zespół Alians. Chłopcy i dziewczyna z Piły dali fantastyczny koncert. Zgromadzona publika mimo porywistego wiatru (10 w skali Beauforta?) i późniejszej ulewy bawiła się znakomicie. Zespół pieścił uszy zgromadzonych

kojącymi dźwiękami reggae i ska (które ma ten sam rytm, co disco polo, dlatego tak łatwo wpada w ucho i świetnie się do niego tańczy). Jedyne, na co mogę narzekać, to brak szumnie zapowiadanego postpunkowego uderzenia, jednak skłonna jestem Aliansom to wybaczyć. Ogromnym powodzeniem cieszył się utwór Bomby domowej roboty (grupa grała go 2 razy – drugi raz na bis, bo domagali się go ludzie) i nic dziwnego, bo oparty był na

6

przeboju Guns of Brixton. To, co dobre w Aliansach to prostota. Ich niewyszukane teksty trafiają do serca i działają na wyobraźnię, wszak według wielu prosty przekaz to najlepszy przekaz. Na uwagę zasługuje też członek zespołu ubrany w kilt i grający na akordeonie. Jego niemalże akrobatyczne popisy były doskonałym tłem dla energetycznej muzyki zaserwowanej przez kapelę. DZIĘKUJĘ i proszę o więcej tego typu uciech!


Stary nowy Disney

Mistrz i uczeń

Miłosz Michałowski

Michał Sobczyński

Księżniczki, zwierzęta mówiące ludzkim głosem, trochę magii i piosenek. Księżniczką i żabą Disney powraca do tradycyjnej animacji. Mimo najszczerszych chęci, najnowsza produkcja Disneya nie jest w stanie dorównać takim klasykom, jak Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków czy Dumbo (nawet jeśli jedna ze scen w Księżniczce nawiązuje do słynnej, surrealistycznej sceny z tańczącymi słoniami). Z drugiej strony nie można powiedzieć, że najnowsze dzieło Disney’owskich tradycjonalistów, Rona Clementa i Johna Muskera (odpowiedzialnych za takie hity jak Mała syrenka, Aladdyn, Herkules, Planeta skarbów) jest filmem nieudanym. Choć Księżniczka nie dorównuje Małej syrence, to na pewno jest krokiem naprzód w porównaniu z niezbyt udanymi Herkulesem i Planetą skarbów, która była ostatnią animacją 2-D ze studia Disneya. Księżniczka i żaba jest adaptacją debiutanckiej powieści The Frog Princess E.D. Bakera. Twórcy filmu przenieśli akcję powieści do Nowego Orleanu lat dwudziestych XX wieku. Tiana (pierwsza afroamerykańska bohaterka w animacji Disneya – efekt Obamy?) jest ciężko pracującą dziewczyną. Zbiera ona pieniądza na otwarcie restauracji, co było także marzeniem jej zmarłego ojca. Mimo, że brakuje jej niewiele do osiągnięcia celu i już dogadała się ze sprzedawcami odpowiedniej nieruchomości, Tiana musi zmierzyć się z okrutną rzeczywistością. Nikt nie traktuje jej marzenia poważnie, a agenci nieruchomości zamierzają sprzedać ją komuś innemu, kto płaci gotówką. Zrezygnowana bohaterka idzie za radą koleżanki, bogatej i rozpieszczonej Charlotte, i składa życzenie pod gwiazdą (kolejny ukłon w stronę Disney’owskich klasyków). Nagle

przemawia do niej aksamitny głos księcia Naveena, który okazuje się należeć do... żaby Książę szybko tłumaczy Tianie, że został zamieniony przez szamana voodoo Doktora Faciliera, zwanego Człowiekiem Cieniem. Gdy Tiana da się w końcu przekonać do pocałowania Naveena, aby przemienić go z powrotem w księcia, wydarzy się najmniej spodziewane... Nie można oczekiwać od Księżniczki jakiejś rewolucji w świecie filmów animowanych, chyba że za rewolucyjny uznamy sam sposób animacji i staroświecką historię księżniczki i księcia, którzy muszą pokonać liczne przeszkody w drodze do happy endu. Niewątpliwie jednak, film ten posiada urok i elegancję dawnych kreskówek Disneya i w tym sensie stanowić może antidotum na cynicznego Shreka. Księżniczka i żaba jest w istocie anty-Shrekiem, próbą rewitalizacji animacji 2-D, którą wielu spisywało już na straty. Okazuje się, że nawet w dzisiejszych, cyfrowych czasach można stworzyć ciepłą, zabawną i pouczającą, lecz nie moralizatorską bajkę. Po reakcjach dzieci obecnych na seansie i po wynikach finansowych filmu, śmiem wnosić, że animacja 2-D nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Myślę, że klasycznie animowany film przy odpowiednim scenariuszu może śmiało konkurować z postmodernistycznymi animacjami 3-D typu Shrek. Życzyłbym sobie, aby tradycyjna animacja powróciła na dobre do kin. Obawiam się jednak, że pozostanie ona domeną klasycystycznych opowieści o księżniczkach i miłości, które Disney będzie wypuszczał co jakiś czas jako odmianę dla głównego nurtu 3-D.

7

Dagur Kári to islandzki reżyser, który zyskał sławę dzięki takim filmom jak Noi Albinoi czy Zakochani widzą słonie. Wspólnym mianownikiem filmów reżysera jest zainteresowanie ludźmi żyjącymi na pograniczu marginesu społecznego. Dobre serce to pierwszy amerykański film reżysera oraz, nie ukrywajmy, ciężka próba, jakiej poddawani są europejscy reżyserzy w konfrontacji z obcą, oderwaną od własnego podwórka, rzeczywistością. Dobre serce opiera się na nieustającej konfrontacji dwóch całkowicie różnych postaci. Młody, naiwny i zupełnie nieprzystosowany do życia w wielkomiejskiej nowojorskiej dżungli, bezdomny Lucas, koncertowo zagrany przez Paula Dano (znanego z takich filmów jak Aż poleje się krew, Mała Miss) wzrusza i rozczula. Przeciwieństwem tej postaci jest Jaques (w tej roli Brian Cox – Zodiak, Wszystko gra, 25. godzina), podstarzały, w miarę zamożny właściciel staroświeckiego baru, o zgorzkniałym usposobieniu. Cyniczny, złośliwy i nieufny, na każdą niedogodność reaguje zawsze tak samo – frontalnym atakiem pełnym wulgaryzmów i bezlitosnych drwin. Obaj bohaterowie spotykają się w szpitalu; pierwszy po nieudanej próbie samobójczej, drugi po piątym już zawale. Tę dziwną parę połączy przyjaźń i specyficzna zależność, rozwijająca się po opuszczeniu szpitala. W układzie tym Jacques nie kryje swojej bezinteresowności, widząc w Lucasie swojego następcę, który poprowadzi jego bar, gdy go zabraknie. Co, przy dość nieunormowanym trybie życia (Jacques pali i pije na umór) i cholerycznych atakach, według lekarzy powinno nastąpić niebawem.


Kári zgrabnie wpisuje się w estetykę amerykańskiego kina niezależnego. Nie od dziś wiadomo, że film kocha proste historie o wrażliwych nieudacznikach. Schemat ten zawsze wypada dobrze. Niebanalne zestawienie dwójki kontrastowych bohaterów wpisuje się znakomicie w relacje uczeń-mistrz, oparte na prawdziwej męskiej przyjaźni, której nie jest w stanie zaburzyć nawet nagle pojawiająca się stewardesa April (w tej roli Isild Le Besco). Dzięki sprytnie przeprowadzonym zabiegom fabularnym, film bardzo dobrze się ogląda. Na szczególną uwagę zasługuje kameralna wrażliwość autora, widoczna już w Zakochani widzą słonie oraz umiejętność tworzenia fabuły z małych, pozornie nieprzystających do siebie epizodów. Atutem Dobrego serca jest zaraźliwy (naruszający wszelkie tabu), sarkastyczny humor. Nieustanne eksplozje złości Jacquesa i pełne czarnego humoru docinki raz po raz prowokują prawdziwe salwy śmiechu na widowni. Aktor zawłaszczył dla siebie całą uwagę widzów. Odtwórcy drugoplanowych ról również zaprezentowali się bardzo dobrze. Cała klientela baru Jacques’a (kominiarz, śmieciarz, żigolak i, jak sam siebie nazywa, „stymulator”) jest naprawdę wyśmienita. I to właśnie aktywnie współtworzy intymną, rodzinną atmosferę, która najlepiej definiuje cały film. W oryginalny sposób przedstawiona historia, ze względu na kreacje aktorskie i niebanalne podejście do tematu, zasługuje na miano wartej obejrzenia.

„Moja miłość to kino” Wrzeciono czasu Michał Dondzik

Pierwsza część trylogii gzowskiej, czyli Cztery pory roku to obraz, którego, podobnie jak Dziury w ziemi, niestety nie zobaczymy podczas tegorocznego przeglądu Andrzeja Kondratiuka. Mieliśmy za to szansę zobaczyć Wrzeciono czasu, drugie ogniwo tryptyku stanowiącego podsumowanie dotychczasowej twórczości reżysera. Ostatnią część, Słoneczny Zegar, będziemy mieli okazję zobaczyć dzisiaj. Cykl ten charakteryzuje się zdecydowanie osobistą refleksją autora na temat życia, sztuki i celu, do którego każdy z nas dąży. Reżyser odcina się od komercyjnego świata, którym rządzą pieniądze i chęć odniesienia sukcesu za wszelką cenę, w którym, jak stwierdza, „jedyna sztuka, jaka się liczy, to sztuka robienia pieniędzy”. Sam pisze scenariusz i dialogi, reżyseruje, realizuje zdjęcia, projektuje scenografię i obsadza się w jednej z głównych ról. Wrzeciono czasu to powrót po 10 latach do tematyki podjętej w Czterech porach roku. Gdy twórca zbliża się do sześćdziesiątki, postanawia ponownie zmierzyć się z dręczącymi go pytaniami i obsesjami. Film ten charakteryzuje brak linearnej fabuły, na ekranie obserwujemy splot luźno powiązanych epizodów, impresji, których punktem wspólnym jest subiektywna wizja Kondratiuka. Metodę tę można scharakteryzować słowami samego autora: „artysto spójrz na siebie i zobacz jak wyglądasz”. Nastrój ten potęguje doskonała muzyka Jerzego Satanowskiego. Najwidoczniejszymi motywami, ważnymi dla reżysera i szczególnie rzucającymi się

8

w oczy we Wrzecionie czasu są mijający nieubłaganie czas oraz ludzkie życie, jego początek i kres. Pomimo powierzchowności i pozornego truizmu pytań, odpowiedź reżysera wcale nie jest prosta ani banalna. Diagnoza Kondratiuka jest głęboko pesymistyczna: „wszystko, co ludzkie jest mi głęboko obce”, wyznaje w jednej z kwestii. Świat wartości, swoją prywatną arkadię odnajduje w prostocie obcowania z naturą i jej kontemplacji. Bez oglądania się na to, co robią inni, w tym najbliżsi, jak brat Janusz, nieznajdujący czasu na przebywanie i towarzyszenie w jego przedsięwzięciach. Andrzej Kondratiuk pisze swój własny, prywatny pamiętnik, nie tuszuje w nim niczego, ani swoich atutów, ani wad, do których należy m.in. obsesja na punkcie młodej, atrakcyjnej kobiety (Katarzyna Figura), pozującej mu do aktów, wbrew ostrzegającej go przed tą złudną fascynacją partnerce (Iga Cembrzyńska). Migawki z życia, luźne refleksje, anegdoty i obserwacje to prawdziwe, niewymuszone odpowiedzi, jakie proponuje nam twórca, w opozycji do wydumanych replik, proponowanych przez innych reżyserów. To właśnie otwarcie na widza i pełne zawierzenie w jego wrażliwość bezsprzecznie wyróżnia Wrzeciona czasu wśród dzieł rodzimych artystów. Twórczość Andrzeja Kondratiuka to fenomen w historii kina polskiego. Gzowski tryptyk, a zwłaszcza Wrzeciono czasu jest jak sen, który chcielibyśmy bez ustanku śnić, co noc. Można jedynie liczyć na to, że nie tylko w kinie będzie dane nam tak mądrze i pięknie myśleć i marzyć.


Dagur Kári w wydaniu amerykańskim Sylwia Witkowska Najnowszy film Dagura Káriego Dobre serce jest trzecim filmem pełnometrażowym islandzkiego reżysera. Tym razem akcja nie toczy się w odległych regionach Islandii (Noi albinoi) czy Kopenhadze (Zakochani widzą słonie), lecz w Nowym Jorku. Mimo dużego zaludnienia metropolii, w której rozgrywa się film, samotność jest jednym z głównych jego tematów. Ponownie w centrum zainteresowania twórcy znaleźli się outsiderzy, odmieńcy – ludzie odepchnięci lub sami odpychający społeczeństwo. Również w tym filmie, podobnie jak we wcześniejszych projektach Káriego, kobieta pełni funkcję katalizatora zmian w życiu głównego bohatera. Tym razem zresztą mamy nie jednego, a dwóch głównych bohaterów – Lucasa i Jacquesa. Pierwszy jest naiwnym bezdomnym, pozwalającym nieustannie wykorzystywać się innym. Przeciwwagę dla niego stanowi postać Briana Coxa, starca, który jest tak wredny i oziębły, że nawet klienci jego baru mogą się czuć wyróżnieni, mając wstęp do lokalu. Historia rozpoczyna się w szpitalu. Lucas próbował popełnić samobójstwo. Nie uważa się za członka rasy ludzkiej, tylko za zwierzę żyjące poza granicami społeczeństwa. Jacques natomiast dostaje piątego już zawału serca. Podczas odpoczynku od codziennego życia wytwarza się między nimi nić porozumienia i sympatii. Zgorzkniały starzec postanawia przygarnąć bezdomnego młodzieńca, ponieważ zdaje sobie sprawę, że sam lada dzień może umrzeć. Chłopak całkowicie pozbawiony asertywności i lepszych perspektyw spełnia jego prośbę. Jacques przyucza go do zawodu barmana, aby mieć godnego następcę i właściciela baru. Tylko

ktoś o tak łagodnym usposobieniu jak Lucas jest w stanie znieść niewybredne komentarze swojego przełożonego. Jednak młody pracownik okazuje się nie do końca posłuszny szefowi... Trzeba przyznać, że streszczenie fabuły brzmi wręcz banalnie; nie dajmy się jednak zwieść. Odbiorca wielokrotnie

gdyż dostarcza ogromnej dawki czarnego humoru oraz nadaje tempa całemu filmowi. Dagur Kári zwraca uwagę na wytwory cywilizacji oraz przyjęte przez nią normy jako zbiór sprzeczności i obłudy. Reżyser zdaje się także mówić, że buntownicy mają więcej szczęścia od tych, którzy działają według reguł. Dobre serce zawiera przesłanie o drugiej szansie, która, jak się okazuje, ma słodko-gorzki posmak. Podobnie może być z odbiorem filmu, dla mnie jednak słodycz przeważa nad goryczą.

O tożsamości, języku i narodzie Olga Olak

zostaje wciągnięty w grę, w której sugeruje mu się potencjalne rozwiązania różnych wątków. Dla widzów, którzy widzieli chociażby jeden film reżysera, nieco przekorne zakończenie nie będzie zaskoczeniem, Kári bowiem często w swojej twórczości odwołuje się do niesprawiedliwości losu, bezsensu czy przypadku. Nie inaczej jest i tym razem... Dobre serce łączy w sobie elementy dramatu oraz czarnej komedii – gatunków „z natury” przeciwstawnych, tak jak główni bohaterowie. Kreacja Briana Coxa jako bezdusznego barmana zasługuje na szczególną uwagę,

9

Oberschlesien - kołocz na droga to niezwykle przejmujący dokument, traktujący o problemie tożsamości. Reżyser Michał Majerski koncentruje swoją uwagę na konflikcie, jaki istnieje między Górnym Śląskiem a Niemcami i resztą Polski. Nie od dziś wiadomo, że Śląsk traktowany jest trochę jak dziwna kraina, gdzie czas zatrzymał się dawno temu, a do rodowitych Ślązaków nie pod-chodzi się poważnie choćby dlatego, że mówią niezrozumiałą gwarą. Majerski przedstawia całą sytuację z wielu perspektyw, pokazuje Śląsk nie jako zabitą dechami dziurę, ale jako miejsce, które ma duży potencjał, tylko nie został on nigdy należycie spożytkowany. Ludzie w Oberschlesien mówią o Śląsku z niesamowitą miłością do tego miejsca, widać, jak są przywiązani do tradycji i kultury. I właśnie to mnie najbardziej w tym filmie urzekło.


Jestem warszawianką i zawsze wydawało mi się, że mój patriotyzm lokalny jest naprawdę silnie rozwinięty, jednak po projekcji Oberschlesien popadłam w kompleksy. Bohaterowie filmu opowiadają z tak niespotykanym przejęciem i szczerością o tym, skąd pochodzą, że zaczynam mieć wątpliwości co do mojej postawy wobec stolicy. Być może wynika to z faktu, iż większość Ślązaków ma problem z określeniem swojej narodowej przynależności, bieg historii wpłynął na to, że nie uważają się oni ani za Niemców, ani za Polaków, są po prostu Ślązakami i mają do tego całkowite prawo.

Ich język, kultura, zwyczaje nawiązują bardziej do kultury Niemiec niż Polski, ale ponieważ Śląsk po II Wojnie Światowej został poddany polonizacji, pojawiły się problemy tożsamościowe. Majerski porusza jeszcze jeden ważny problem. Ślązacy dążą do autonomii. Nie chcą być tak radykalni, jak np. Baskowie czy Katalończycy, jednak marzą o tym, aby ich język był pielęgnowany, a tradycja i kultura przetrwała jeszcze długie wieki. Państwo polskie nie sprzyja im, niestety, nikt tak naprawdę nie interesuje się zbytnio południowo -zachodnim rejonem Polski. Mimo wszelkich

starań mieszkańców krainy hut i kopalń, sprawa Śląska nadal wzbudza niewielkie poruszenie. Oberschlesien - kołocz na droga to dokument o bezgranicznym oddaniu. Wydawać się może z pozoru, że miłość zaprezentowanych postaci zahacza o pewnego rodzaju fanatyzm. Majerski pokazał wszystko w taki sposób, że nabiera się wielkiej sympatii do bohaterów i kibicuje im, aby ich starania o zachowanie kultury Śląska zostały doprowadzone do końca. Ja na pewno bardziej zainteresuje się tą sprawą i namawiam do tego samego i Was.

Z gówna bata nie ukręcisz Monika Goździkowska, Rafał Pniewski

O tej maksymie chyba zapomniał reżyser filmu Pokój w duszy Vladimir Balko, podejmując się próby ekranizacji scenariusza autorstwa Jiriego Krizana. Niespójne związki przyczynowoskutkowe, źle scharakteryzowane i nierozbudowane postacie, nierozwinięte, a raczej niedorozwinięte wątki oraz powtarzające się do znudzenia sceny, które nic nie wnoszą do fabuły i „drewniana” intryga. To wszystko powoduje, że film nie nadaje się do oglądania.

Tono – główny bohater słowackiej produkcji, wychodzi z więzienia po pięcioletniej odsiadce. Chce zmienić swoje życie, ale skruszonemu skazańcowi nie jest lekko, zwłaszcza, iż kłody (dosłownie) pod nogi rzucają mu również najbliżsi. Musi zmierzyć się z brakiem konta w banku, półtoramilionowym długiem, zasiłkiem dla bezrobotnych, hipoplazją jąder (bezpłodnością) oraz polowaniem na jelenia – całym wachlarzem absurdalnych pomysłów scenarzysty. Pokój w duszy posiada kilka polskich akcentów. Muzykę do filmu skomponował ceniony kompozytor, Michał Lorenc, który ma w dorobku wiele ciekawszych produkcji (Psy, Symetria, Cztery noce z Anną). Ciekawym dla widzów Ińskiego Lata Filmowego może być fakt, iż jest on także autorem ścieżki dźwiękowej do innych filmów pokazywanych na tym festiwalu – Kołysanki oraz Różyczki. Ten ostatni tytuł łączy z filmem Balka odtwórca jednej z drugoplanowych ról – Robert Więckiewicz (w Pokoju w duszy jako Peter – przyjaciel głównego bohatera).

10

Polska reprezentacja w Pokoju w duszy nie ratuje tego filmu. Czy w takim razie jest coś, co możemy powiedzieć na jego obronę? Na tle tak skrytykowanej przez nas fabuły „względnie” wiarygodnie ukazano życie w małej górskiej miejscowości. Kamera pokazuje „zmęczone piciem” twarze mieszkańców, wychwytuje charakterystyczny dla słowackiego państwa konflikt w skali mikro pomiędzy rodowitymi mieszkańcami a Cyganami (np.: niepisany zakaz wstępu mniejszości romskiej do karczmy), a także pokazuje świat bez perspektyw, z którego trudno jest się wydostać. Twórcy filmu zwracają uwagę widza na słowackie dobra narodowe: piękne górskie krajobrazy oraz lejącą się tu strumieniami śliwowicę, tradycyjny napitek. Jak ironicznie zauważa Peter, nic tu się bez picia nie da załatwić, co w polskim widzu utwierdza istniejącą niewątpliwie nić porozumienia ze słowiańskimi braćmi. Trochę szkoda, że producent nie zadbał o degustację słynnej śliwowicy przed projekcją. Może wtedy udałoby się nam lepiej ocenić film.


Na kiepskim przyjęciu Miłosz Michałowski

Te pasaże pod górkę „byciadwojgiem-ludzi” Fragment Il sogno Jacka Dehnela Wszyscy inni to trzeci film (po Bene Nine i The Forest For The Trees) niemieckiej reżyserki i scenarzystki, Maren Ade. Jest to w pewnym sensie dramat w trzech aktach na dwóch aktorów, z niewielkimi rolami drugoplanowymi. Przedmiotem zainteresowania autorki jest kryzys związku Chrisa i Gitti, spędzających wakacje na włoskiej Sardynii. Film rozpoczyna się sielankowo, bohaterowie wspaniale się dogadują, mają udany seks, wszystko wydaje się w porządku. Niemniej pojawiają się pierwsze zgrzyty: agresywne riposty, nieporozumienia. Początkiem końca jest wspólna kolacja naszej pary z Hansem, nielubianym przez Chrisa kolegą po fachu oraz jego żoną Saną. Między Hansem a Gitti dochodzi bowiem do kłótni, w której broni ona swojego chłopaka. W podzięce Chris... wstydzi się za jej zachowanie. Kolejnym punktem, drugim aktem jest wspólna wycieczka bohaterów, w trakcie której ponownie dochodzi do spięcia. W trzecim akcie Chris i Gitti zapraszają do siebie Hansa i Sanę (pytanie: po co?). Tym razem mamy do czynienia z (jak się początkowo wydaje) momentem przełomowym. Otóż Chris oprowadza gości po domu swoich rodziców. Wycieczka zatrzymuje się w pokoju jego matki, pełnym rożnych bibelotów, z których goście się naśmiewają. Postawa Chrisa w tej scenie jest trudna do określenia. Wydaje się, że jest mu głupio bronić (sentymentalizmu) swojej matki, z drugiej strony sam prowokuje Hansa, choćby puszczając sentymentalną piosenkę, której najwyraźniej słuchała jego matka. Pośrodku

tego wszystkiego jest Gitti, można odnieść wrażenie, że jest jej żal matki Chrisa, ponieważ sama utożsamia się z jej postawą, w tym z sentymentalną i trochę ckliwą piosenką. Wydaje się, że dziewczyna zrozumiała w końcu to, co dla widzów było jasne od początku, a mianowicie, że ona, ekspresyjna, spontaniczna i introwertyczny Chris po prostu do siebie nie pasują. Kolejne sceny zapowiadają rychły koniec ich związku... Rozpisałem ten film na trzy akty, ponieważ wymienione powyżej sceny wydają mi się najbardziej znaczące w świetle całej fabuły. Tym bardziej, że pozostałe, a w zasadzie wszystkie, sceny – krótsze czy dłuższe, nie posiadają żadnej pointy, ani nie wiążą się logicznie (jeśli już, to psychologicznie) z innymi scenami. Dlatego też zakończenie filmu można interpretować dowolnie. Wszyscy inni stanowią swego rodzaju studium związku, dekompozycji, która wynika tyle z niedobrania się partnerów, co z braku komunikacji między

11

nimi. Trudno właściwie powiedzieć, który czynnik jest decydujący. Niejasność sytuacji wynika z tego, że żadna scena, żaden wzrost napięcia między bohaterami nie kończy się jakąś kulminacją, wybuchem złości, żalu czy gniewu. Kiedy tylko widzom wydaje się, że zaraz coś się stanie, akcja przenosi się w kolejne miejsce i czas. Jakby w międzyczasie wszystkie emocje rozeszły się po kościach albo w nich skumulowały. Dlatego też odbieram film Ade jako swego rodzaju moralitet, w którym reżyserka ukazała wybrane sceny z życia postaci. Sami bohaterowie również wyglądają jak personifikacje elementów pewnej hipotezy. Chris jest bohaterem negatywnym, zamkniętym w sobie. Odpycha on od siebie zakochaną w nim, romantyczną Gitti. Ona sama także wydaje się przerysowana i trudno się z nią utożsamiać, tudzież jej kibicować. Celem reżyserki było najwyraźniej zdystansowanie widza wobec filmu. Niewątpliwie udało jej się to osiągnąć. mnie w trakcie seansu nie opuszczało wrażenie, jakbym znajdował się na bardzo kiepskim przyjęciu, na którym nie klei się żadna rozmowa. Przyjęcie takie, choć przykre, nie stanowi jednak traumy, nie pobudza do refleksji, wreszcie, nie zostaje w pamięci. Podobnie jak Wszyscy inni.


„Ińskie Point” wyprodukowało: Koło Naukowe Filmoznawców Uniwersytetu Łódzkiego

Malwina Czajka Michał Dondzik Monika Goździkowska Edyta Janiak Magda Januszkiewicz Arkadiusz Jaworek Marta Madejska Miłosz Michałowski Olga Olak Agnieszka Piąstka Rafał Pniewski Dagmara Rode Michał Sobczyński Anna Sobolewska Martyna Urbańczyk Sylwia Witkowska


Ińskie Point Nr 6