Page 1

9. VIII. 2010

Numer 2

O początkach, zmianach i tym, co najważniejsze ....... 2 “To nie ja tu jestem kosmitą, ty jesteś” ........................ 4 Scenki z życia codziennego.... 5 Hydrozagadka, czyli superbohater w PRL ........... 6 Smutny los Wietnamczyka; Proszę Państwa, mamy zakalec!; Mukaffir z Taliwood ........... 7 Ty szarpiesz, ja szarpię ...... 8 Z jak Zatoka ................... 9 D jak Delfin.................... 10 Bezsens wojny i inne nieszczęścia............11

“Poza poszerzaniem wiedzy o filmie, była tu jeszcze niesamowita więź miedzyludzka. Myśmy czekali na to Ińsko nie tylko ze względu na filmy, na to, że przyjedzie reżyser, aktor. My spotykamy tu przyjaciół.” Wywiad z Bohdanem Kowalskim, str. 2

Biuro Ińskiego Lata Filmowego Kino Morena ul. Przybrzeżna 1 tel. 091 5623084

• Kasa biletowa • katalog 37. ILF-u - 5 zł • książka Gdzie woda czysta... Ińskie Lato Filmowe 1973 2007 - 25 zł

Aktualności: Klub Festiwalowy Restauracja „Srebrna Rybka” ul. Przybrzeżna 1

• po filmie Warszawa do wzięcia (g. 16.00) spotkanie z reżyserką Karoliną Bielawską • po filmie Czarny (g. 19.00) spo-tkanie z reżyserem Dominikiem Matwiejczykiem • jutro, g. 10.00, Spotkanie z Tomaszem Karolakiem, Klub Festiwalowy


O początkach, zmianach i tym, co najważniejsze Marta Madejska Rozmowa z panem Bohdanem Kowalskim, inicjatorem Festiwalu Marta Madejska: Pierwsze pytanie jest dość proste i odpowiadał Pan na nie już wielokrotnie: jak i od kogo to się zaczęło? Bohdan Kowalski: Było to w 1973 roku, idea Ińskiego Lata Filmowego narodziła się w Łagowie. Ja jestem ze Stargardu od 1945 roku, pracowałem jako nauczyciel języka polskiego i akurat w tym czasie, przez pierwsze dwa lata, w latach 1971-1972 byłem kierownikiem Wydziału Kultury Wojewódzkiej Rady Narodowej w Stargardzie. Mając oficjalne podstawy i prowadząc jednocześnie ruch studyjny w Stargardzie, wystąpiłem do władz, do Wydziału Kultury Powiatowej i do Wojewódzkiego Zarządu Kin, bo to się wówczas tak nazywało. Pracował tam mój znajomy, później przyjaciel Doland Paszkiewicz – działacz kulturalny, którego popiersie wisi tutaj od 30. Ińskiego Lata. Propozycja zorganizowania festiwalu w Ińsku padła, ponieważ znałem powiat, znałem miejscowości gminy, w których kultura rozwijała się aktywnie. Ińsko należało do czołówki. Ale sama geneza: dlaczego nie w Łagowie. Jako działacz kina studyjnego byłem powołany na początku lat 70. do tak zwanej Koordynacyjnej Rady Artystycznej Kin Studyjnych w Warszawie, tzw. KRAKS. Będąc w Ińsku zauważyłem, że są tu odpowiednie warunki: jest piękne jezioro, jest hotel. Bo nie wiem, czy Pani wie, ale tutaj między kinem a „Rybką”, gdzie teraz są mieszkania prywatne, był piękny hotel. Mówiąc krótko: w Ińsku dostrzegłem warunki do zorganizowania letniego festiwalu, takiego, jaki miał Łagów, który jest o rok starszy od Ińska (Ińsko poza Łagowem jest naj-

starszym festiwalem filmowym w Polsce). Pierwszą koncepcją było organizowanie przeglądu komedii. To było takie oczywiste, bo miejscowość wczasowa, jednak repertuar bardzo szybko się wzbogacił. Zaczęliśmy wprowadzać filmy studyjne. Wtedy był bardzo bogaty repertuar studyjny, to były inne czasy - wszystko było centralnie kierowane i nie zawsze to było złe. Zaczęli przyjeżdżać działacze ruchu studyjnego z całego województwa, a potem z Polski. Oglądali filmy, mieli spotkania z reżyserami, jakieś seminarium... przynosili swoje doświadczenie, wiedzę, przeżycia, do swoich kin, które były rozsiane po całej Polsce. To trwało bardzo długo. Zmieniali się główni organizatorzy, zmieniali się burmistrzowie w samym Ińsku. Przetrwaliśmy wszelkie burze polityczne. Mówiło się, że to jest impreza apolityczna, odbyła się nawet w stanie wojennym, jak przypuszczam, gdyż zarząd wojewódzkich ZMS-ów objął, ale nie z po-wodów politycznych. Młodzi ludzie z tej organizacji byli pasjonatami kina i, ponieważ była taka szansa, żeby festiwal przetrwał, wzięli to w swoje ręce. To było centralnie sterowane, więc i pieniądze zdobyte były centralnie i oczywiście akredytacja, to, co wpłacili uczestnicy. Częściowo odpowiedział Pan już na pytania, które chciałam teraz zadać. A jak Państwu udało się przez 37 lat utrzymać taką inicjatywę w ciągłości? Było pewne zawirowanie, kiedy zmienił się burmistrz. Nowy zafascynowany był młodym rynkiem, chciał zrobić taką imprezę, żeby można było zarobić. I wtedy Ińskie Lato przekształciło

2

się w kino wczasowe, było bardzo dużo projekcji, ale koncepcja ta mu nie wyszła. Myśmy się wtedy przenieśli do Domu Kultury w Nowogardzie i o tyle to było owocne, że w jakimś sensie żeśmy tam „zapłodnili”, że się tak brzydko wyrażę, miejscowe środowisko. Był problem, jak to nazwać, by pogodzić tradycję Ińskiego Lata z nową i powstało Lato z Muzami. Impreza ta trwa do dzisiaj. Tradycja Ińskiego Lata była silna. Wszyscy, którzy tu przyjeżdżali, stali uczestnicy, taka rodzina, która się spotykała rok w rok. Teraz jest inaczej, dużo młodzieży. Kiedy zmieniły się władze, myśmy tamtą imprezę rozkręconą zostawili i wrócili do Ińska. Przed 30. edycją odszedł Doland [zm. 2003] i w kolejnym roku stanęliśmy przed dylematem: co dalej z imprezą? Wtedy festiwalem zainteresowała się Stopklatka, Przemek Lewandowski i Adam Bortnik. Podjęliśmy próbę połączenia tradycji z nowoczesnością. Przemek Lewandowski został Dyrektorem Artystycznym i cudownie to do dzisiaj prowadzi. Zmienił się trochę charakter, to jest dla mnie taki symbol przemijania, bo wiele osób już odeszło. Część z uwagi na wiek i choroby już nie przyjeżdża, ci co mogą są nadal, przykładem tu siedzący (śmiech). To jest impreza, która będzie trwała jeszcze na pewno wiele lat, może zmieni swoją formułę... Dla mnie osobiście, ale to jest perspektywa wieku już, bardzo cenny jest kontakt z ludźmi. Uważam, że jeśli chodzi o filmy, to prędzej czy później gdzieś ten film dorwę, a jak nawet go nie obejrzę, to świat się nie zawali. Najważniejszy jest kontakt z ludźmi. I ta wspaniała, luźna atmosfera. Wszystko jest na luzie, wakacyjnie, co nie znaczy, że to jest amatorszczyzna.


A które z tych interakcji międzyludzkich najbardziej zapadły Panu w pamięć? Z tych, które pamiętam, to niewątpliwie dyskusja z Grzegorzem Królikiewiczem, który przez bardzo wiele lat przyjeżdżał do Ińska. Jest to twórca bezkompromisowy i kontrowersyjny, który fantastycznie potrafi zorganizować dyskusję pod swoje dyktando, uprawiał tu psychodramy (śmiech). Szczególnie utkwiła mi w pamięci dyskusja na temat Pekosińskiego, mówimy o tym kalece z Zamościa, którego Królikiewicz zatrudnił w filmie. Pekosiński to takie dziecko bez nazwiska, wyrzucone przez matkę gdzieś tam za drut obozu koncentracyjnego, postać autentyczna. Pytaniem powracającym w czasie dyskusji było: na ile można czyjeś kalectwo, czyjąś chorobę wykorzystać w filmie? (mnie przecież Królikiewicz nazywał „ten moralista z Ińska”) I on nie mógł wytrzymać do końca z jakąś puentą, trzy razy chciał wychodzić z sali. W końcu powiedział, że właśnie dzięki temu, że Pekosiński został zatrudniony w filmie, a tam chodziło jeszcze o nałóg alkoholizmu, on stanął na nogi, stał się innym człowiekiem. I Królikiewicz mówi: ja się zastanawiam, co on w tej chwili robi, a nie co wy macie do powiedzenia. Potem była znajomość, on się jakoś do mnie przekonał. Zrobiłem z nim bardzo ciekawy wywiad, w hotelu nad brzegiem, którego już nie ma. Jako jedno z pierwszych, zadałem mu pytanie: czy to jest moralne, że oglądamy film o wojnie, cierpienie ludzkie, a potem zakładamy slipki i idziemy na plażę? Czy to nie jest fałsz? On wtedy odpowiedział mi: no to traktujmy filmy jakby były snem, przecież gdy pan śni, to pan nie kradnie; pan może nawet złe rzeczy robić, ale to jest sen. W pierwszych latach było niesamowicie, najpierw przyjeżdżała mama z córką, potem przyjeżdżała

dojrzała mama z córką, a ta ze swoją córeczką. Potem babcia już nie przyjeżdżała, ale córeczka rosła i wciąż przyjeżdżała. To było takie z pokolenia na pokolenie, coś niesamowitego, trwałe wartości. Poza poszerzaniem wiedzy o filmie, była tu jeszcze niesamowita więź międzyludzka. Myśmy czekali na to Ińsko nie tylko ze względu na filmy, na to, że przyjedzie reżyser, aktor. My spotykamy tu przyjaciół. To było bardzo ludzkie, że się wyżalimy, opowiemy o swoich losach, o smutkach i radościach. Teraz się to trochę pozmieniało, napłynęła młodzież, mniej jest starszych, ale historia właściwie... [przeszkodził nam niechcący znajomy pana Bohdana, który podszedł, pocałował mnie w rękę i zażądał przedstawienia] I wie Pani... Zgubiłem wątek przez niego... Mówimy o tym, że Ińsko się zmienia. Ale rodzą się przecież i nowe tradycje, nasza gazeta festiwalowa gości tu już trzeci rok, to już jest jakiś kawałek tej historii. Tak. Ja mocno to w tej ostatniej książce zaakcentowałem, że to jest nowy akcent. Takim była też młodzież z ruchu studyjnego, wolontariusze, no ale wy jesteście takim mocniejszym akcentem. Jeżeli mogę czegoś żałować, to tego, że jesteście zapracowani jako redaktorzy na festiwalu. Ja bym najchętniej widział w formule Ińskiego Lata spotkanie z wami jako studentami, chociaż żeby porównać, jak wyglądały studia dawniej i dziś. Dla mnie to by było cenniejsze niż obejrzenie dwóch, trzech filmów. To nam ucieka. Spotykamy się przy wywiadach, ale wasza grupa też mnie interesuje. Ja mam takie szczęście, dar dogadywania się z młodzieżą. Potwierdzeniem tego

3

jest dla mnie to, że mam kontakt z moimi byłymi uczniami. Z mojej ostatniej książki Obrazy pamięci... mój były uczeń przeczytał rozdział i mówi: to musimy wydać. I dzięki niemu wyszła. Dzięki jego energii, znajomości przepisów i umiejętnościom dotarcia do sponsoringu. Jest jaka jest, ale w środowisku mojego miasta, starszych ludzi, udało mi się pobudzić do wspomnień. Dzwonią do mnie, opowiadają historie, proszą mnie o korektę, narobiłem sobie roboty (śmiech). Piękne jest też to, że tę książkę kupiło ponad 200 osób, bo była to pierwsza, która weszła na rynek jako towar. Pan Bohdan wspomniał również spotkania z Zanussim i małżeństwem Kolskich i gdyby czas pozwolił, mógłby przywołać jeszcze dziesiątki opowieści. Wiele z nich można przeczytać w jego książce Obrazy pamięci i wcześniejszej Gdzie woda czysta... Ińskie Lato Filmowe 1973-2007. Osobiście zachęcam do bezpośredniej interakcji z autorem. Każda historia, którą może opowiedzieć, każdy fragment jego pamięci, którym zechce się podzielić, warte są zachowania. Pod koniec naszego spotkania (nie ostatniego) nachylił się i konspiracyjnym szeptem spytał: „A co jadąc do Ińska pakuje się w pierwszej kolejności?” – „Płaszcz przeciwdeszczowy?” – Pokręcił głową i wyjął z torby latarkę – „Nie pozwoliliśmy wybetonować i postawić latarni...” Koło Naukowe Filmoznawców UŁ jeszcze raz składa podziękowania za podarowanie egzemplarza książki Obrazy pamięci, która niebawem zasili zbiory biblioteki naszego Instytutu.


„To nie ja tu jestem kosmitą, ty jesteś” Marta Madejska W ciągu ostatnich 24 godzin przespałam w sumie około czterdziestu minut z przerwami, które przypadały na te fragmenty wieczornego filmu, kiedy dźwięki były na tyle głośne, by mnie obudzić. Od dwóch dni pracujemy na wysokich obrotach, w oparach lekkiej „początkowofestiwalowej” tremy i terpentyny używanej przez artystów z Klubu Plastyka Impresja sąsiadującego obecnie z naszą redakcją. Być może jest to kontekst, którego nie powinnam przywoływać na początku recenzji filmu przeznaczonego dla najmłodszych, chciałabym jednak zarysować Państwu te warunki środowiskowe, gdyż mogą one ewentualnie wyjaśnić specyfikę mojego postrzegania. Skłonna jestem przypuszczać, że przebywając z Państwem na tym samym seansie, nie oglądam wcale tego samego filmu. Pełnometrażowa animacja Planeta 51 rozpoczyna się niepokojąco. Miasteczko kosmitów z czułkami ucharakteryzowane zostało na Amerykę lat 50. (plus pierwsze dzieci-kwiaty). Stylizowane otoczenie, szczegółowo odwzorowane stroje, przy osobliwej tendencji, którą nazywam „disneyowskim syndromem kaczki” – osobniki odmiany żeńskiej odziane są od stóp do głów, osobniki odmiany męskiej – wyłącznie od pasa w górę (fenomen „gołego kupra” pozbawionego wszelkich oznak cech płciowych pozostaje jednak tematem na osobne opracowanie). Miasteczko, w którym gładkie, zielone stwory w spiczastych okularach i fryzurach z epoki Eisenhauera, żyją w rytmie Lollypop, Oh Dana i Deszczowej piosenki... Recenzent rozpaczliwie wtapia się w fotel z poczuciem, że trudno będzie przeżyć i napisać cokolwiek, co nie obrazi

twórców. Okazuje się jednak, że to tylko początek dość misternego zestawienia amerykańskich wyobrażeń, stereotypów i kultowych tekstów kultury. Pewnego dnia w ten idylliczny świat spada statek kosmiczny – kapsuła amerykańskiego NASA, z której wybiega kosmonauta (wedle tamtejszych norm kosmita). Wybiega i sam sobie nucąc melodię Straussa (kojarzącą się najbardziej z Odyseją kosmiczną Kubricka), w zwolnionym tempie osadza na „zdobytej” ziemi ojczystą flagę... W stabilnym świecie grillujących zielonych obywateli wybucha panika: uruchomione zostają służby cywilne, patrole, instrukcje postępowania w razie inwazji obcych oraz retoryka „szpieg-imperium-zdrada”. Paranoja rodząca karykaturalne, komiksowe wyobrażenia aliens i olbrzymich zmutowanych mrówek. Paranoja, którą Amerykanie doskonale znają. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam

4

lepszego przepracowania tego doświadczenia. Smaku dodają drobne, bardziej współczesne wstawki i nawiązania, jak makarena czy Gwiezdne Wojny. Film jednak nie jest ani grą cytatów, ani wyłącznie zestawem zabawnych ripost, to, co bawi najbardziej, wynika z szerszego kontekstu. Odpowiednia jest również waga poruszanych problemów: stosunku do inności i obcości, stereotypu, relacji wykluczony-znaturalizowany, a nawet nauki na usługach władzy i zabijania w imię zdobywania wiedzy. Oczywiście, na końcu całe przesłanie otwartości zostaje wyłożone dosłownie i odpowiednio podlane sentymentalnym sosem, ale wciąż z odpowiednim ironicznym przymrużeniem oka. Planeta 51 podobała mi się niezwykle. Niepokoi mnie jedynie poczucie, że byłam najgłośniej śmiejącą się na sali osobą.


Scenki z życia codziennego Roy Andersson jest specyficznym twórcą. Jego filmy cechują się długimi ujęciami oraz nietypowym sposobem prowadzenia narracji. W latach siedemdziesiątych nakręcił dwa filmy, w tym jeden z nich – Historie miłosne – nagrodzony został na wielu europejskich festiwalach (m.in. w Berlinie). Okrzyknięty został wówczas talentem na miarę Bergmana. Reżyser zamilkł jednak na ponad dwadzieścia lat, realizując w tym czasie tylko krótkie metraże i komercyjne filmy reklamowe dla międzynarodowych firm, m.in. dla Volvo i Air France (Bergman nazwał jego reklamy najlepszymi na świecie). W 2000 roku powrócił Pieśniami z drugiego piętra – film zdobył nagrodę specjalną jury w Cannes oraz był nominowany do Złotej Palmy. W 2007 roku wziął udział w wystawie zdjęć Fransson odgarnia śnieg. Odbiła się ona echem w Szwecji i była szeroko komentowana, gdyż burzyła stereotyp Szwecji jako kraju neutralnego i nieobciążonego udziałem w drugiej wojnie światowej. Andersson swój udział w projekcie komentował tak: „Nigdy nie mieliśmy wątpliwości co do uczestnictwa Szwecji w Holokauście. Na czym polegał ten udział? Na milczeniu i obojętności”. W 2007 pojawił się kolejny film Anderssona, Do ciebie człowieku. Jego premiera odbyła się na festiwalu w Cannes, gdzie od publiczności dostał kilkuminutową owację na stojąco. Realizowany przez kilka lat – tak długi kres był związany przede wszystkim z pieczołowitym opracowywaniem poszczególnych scen. Przed każdą z nich wykonywano około dziesięciu zdjęć próbnych z różnymi aktorami, dialogami, a nawet z różną kolorystyką kadrów. W każdym z nich kamera jest ustawiona pod tym samym kątem,

a przez cały film nieruchoma – nie ma żadnych zbliżeń ani jazd kamery. Zastosowano oświetlenie eliminujące powstawanie cieni. Paleta barw użytych w filmie ogranicza się do odcieni szarości, niebieskiego, brązów i zieleni, przy czym wszystkie one jawią się wypranymi z koloru. Kadry cechują się konsekwentną ascezą w stosowaniu dekoracji. Wypada zauważyć że wszystkie ujęcia były kręcone w studiu. W rezultacie otrzymano surrealistyczny efekt, który wydaje się inspirowany malarstwem Margritte’a (np. przepiękny kadr z ludźmi chowającymi się przed burzą pod wiatą przystanku, czy też tłoczących się w windzie). Film jest niekonwencjonalny w sposobie opowiadania – składa się z serii epizodów. Łączą się one ze sobą pojawiającymi się w nich postaciami, które reprezentują raczej pewne typy ludzkie niż określone jednostki. Właściwie nie ma w tym filmie fabuły ani głównych bohaterów. W epizodycznej strukturze filmu widzimy doświadczenie lat pracy w reklamie; kilkudziesięciosekundowe sceny potrafią nam przekazać mnóstwo emocji i zmusić do refleksji – jak chociażby jedno z początkowych ujęć, gdy staruszek ciągnie za sobą spętanego smyczą psa, a nikt ze świadków nie reaguje. Jako ciekawostkę warto zauważyć, że za warstwę muzyczną filmu odpowiada Benny Anderson, szerzej znany jako jeden z członków legendarnej ABBY. Zresztą muzyka wydaje się istotnym elementem filmu – w poszczególnych epizodach bohaterami są muzycy, często wykonując swój repertuar, pojawia się nawet numer w konwencji musicalowej, który skierowany jest bezpośrednio do widza

5

Magda Januszkiewicz

Film, według słów reżysera, miał być „farsą o współczesnej ludzkiej kondycji”. Poszczególne epizody, zachwycające malarską kompozycją kadru można uznać za współczesne sceny rodzajowe, odmianę społecznej satyry. Film rozpoczyna się cytatem z Goethego, który w kontekście całego filmu można potraktować jako ironiczny komentarz do świata, w którym ludzie pogrążają się w swoich lękach, obsesjach i walce z codziennością zamiast cieszyć się chwilą. Reżyser ukazuje samotność i alienację jednostki w otoczeniu innych ludzi (niczym refren w filmie pojawiają się postacie powtarzające, że nikt ich nie rozumie). Oglądamy samolubny świat, który został jednak przedstawiony w bardzo zabawny sposób – widz w pierwszej chwili ma daną możliwość dużego uśmiechu, później wszakże on ginie w smutnej refleksji nad współczesnym światem. Film ociera się bowiem o trudne tematy: wojna i nazizm, rasizm współczesnego społeczeństwa, niemożność porozumienia się z drugim człowiekiem – i nie wymieniam tu wszystkich poruszonych kwestii Krytycy nazywają Roya Anderssona mistrzem filmowego surrealizmu. Reżyser często posługuje się groteską i absurdalnym humorem, łączy elementy komiczne z tragicznymi, skupia się na specyficznych postaciach. Do ciebie człowieku to doskonały przykład stylu reżysera. Jeśli ktoś nie zetknął się jeszcze z twórczością wybitnego Szweda, to jest świetny moment, dla widzów zaznajomionych i gustujących w kinie Anderssona jest to pozycja nie do przegapienia w programie festiwalu.


Hydrozagadka, czyli superbohater w PRL Michał Dondzik Kolejny dzień retrospektywy Andrzeja Kondratiuka upłynął pod znakiem Hydrozagadki (1970), jednego z lepszych i z całą pewnością najpopularniejszego z filmów reżysera. Obraz, obok Rejsu Marka Piwowskiego i Misia Stanisław Bareji, uznawany jest za najlepszą polską komedię i nie jest to bynajmniej opinia na wyrost. Hydrozagadka jest drugim filmem w dorobku Kondratiuka. Debiut to Dziura w ziemi (również 1970), której niestety nie zobaczymy na tegorocznym przeglądzie, stworzona pod wpływem francuskiej nowej fali frapująca historia o poszukiwaniach nafty przez grupę geologów. Opowieść zrealizowana w konwencji socjalistycznego produkcyjniaka, w rzeczywistości jest przewrotnym obrazem piętnującym PRLowską rzeczywistość i postawy komunistycznych decydentów. Podobną metodą posłużył się Kondratiuk w Hydrozagadce. Fabuła to błaha historyjka o rozszyfrowaniu zagadki wyparowywania wody w Warszawie, którą usiłuje ukraść bogaty szejk z arabskiego państewka. Osią akcji jest pojedynek maharadży, wspieranego przez szalonego naukowca doktora Plamę, z herosem Asem. Postać ta to na pozór zwykły pracownik laboratorium, który w razie zagrożenia czyhającego na mieszkańców Warszawy, zamienia się w obdarzonego nadludzkimi mocami superbohatera. Naturalnie nasuwające się skojarzenia z amerykańskimi postaciami, takimi jak Batman i Superman, są złudne. W praktyce, ostrze ironii Kondratiuk wymierza w rodzimych bohaterów wykreowanych w komunistycznej rzeczywistości,

jak kapitan Żbik i kapitan Sowa, czyli persony mające zastąpić Polakom superbohaterów z Zachodu. W praktyce postacie te stanowiły jedynie marny i nazbyt dydaktyczny ekwiwalent swoich pierwowzorów. Zamysł władz, by zmanipulować i zindoktrynować społeczeństwo, szczególnie widoczny był w dialogach, z których można się dowiedzieć było np. o obowiązku stosowania przepisów BHP czy usłyszeć wezwanie do higieny pracy. Dialogi te bezlitośnie parodiuje i wykpiwa reżyser Hydrozagadki. I to właśnie humor, zarówno ten najbardziej oczywisty, jak i budowanie szeregu bardziej wyrafinowanych dowcipów i aluzji, jest niezaprzeczalnym atutem filmu. Przerysowanie postaci, wyolbrzymienie dialogów oraz samoświadomość stosowania przez twórcę tych elementów powoduje, że Hydrozagadkę można traktować, jako prekursorski przykład kampu w kinie polskim. Ta odważna stylistyka zestawiona jest z paradokumentalnym obrazem rzeczywistości epoki Gomułki: nowoczesność lotnisk i dróg zderzona zostaje z ciasnotą i klaustrofobicznymi przestrzeniami biur projektowych. Poza niezaprzeczalnym humorem oraz interesującym obrazem epoki, Hydrozagadka to także doskonali aktorzy w najwyższej formie. Duża cześć z nich zagrała również w Dziurze w Ziemi, a ich kreacje to nawiązania do debiutu Kondratiuka. Obsadzenie Józefa Nowaka w roli Asa vel Jana Walczaka to dyskusja z jego filmowym wizerunkiem. Aktor ten odgrywał najczęściej role prostodusznych i niezbyt skomplikowanych postaci, taki sam jest

6

kondratiukowski superbohater. Podobnie rola Wiesława Gołasa to nawiązanie do wspominanego już serialu Kapitan Sowa na tropie. Na uwagę zasługują również inni aktorzy: Roman Kłosowski jako książę maharadża Kaburu, z ust którego pada słynna kwestia – rozkaz „Achtung Herman” podczas próby zgładzenia Asa przy pomocy tresowanego przez Niemców krokodyla. Równie dobrze prezentuje się drugi ciemny charakter, diaboliczny i przebiegły doktor Plama grany przez Zdzisława Maklakiewicza. Warto również zwrócić uwagę na postacie Wiesława Michnikowskiego, Igi Cembrzyńskiej i Franciszka Pieczki. Reasumując, Hydrozagadkę można odbierać wielopoziomowo, i gdy poznamy już na pamięć wszystkie dialogi i wyłowimy najlepsze teksty i powiedzonka, można skupić się nad pozostałymi elementami; rozsmakowywać się w odkrywaniu kolejnych warstw i kontekstów, a tych z pewnością wystarczy jeszcze na wielokrotne obejrzenie jednego z najśmieszniejszych filmów w historii kina polskiego.


Smutny los Wietnamczyka Krótkometrażowy film Katarzyny Klimkiewicz, absolwentki Wydziału Reżyserii łódzkiej filmówki powstał w ramach konkursu na najlepszy scenariusz, organizowany przez Telewizję Kino Polska „Młode kadry – debiutanci”. Hanoi-Warszawa porusza zwykle marginalizowany problem trudnej sytuacji Wietnamczyków, nielegalnie przedostających się przez granicę w próbie zapewnienia sobie lepszego bytu. Jak się okazuje, nie jest to droga usłana różami, a rzeczywistość jawi się jako zimna suka, wymierzając mocne uderzenie w policzek,

pozbawiając resztki złudzeń i nadziei. Przekonujemy się o tym, śledząc losy głównej bohaterki Mai Anh, która odbywa wstrząsającą, pełną bólu, strachu i upokorzeń podróż do Warszawy, gdzie czeka na nią jej chłopak, pracujący jako tania siła robocza na Stadionie Dziesięciolecia. Sytuacja komplikuje się, gdy trafia on do aresztu. Dziewczyna bez znajomości języka i grosza przy duszy, sama musi zadecydować, co robić dalej. Ta pesymistyczna historia w pełni oddaje dramat ludzio o podobnych doświadczeniach, uka-

Proszę państwa, oto zakalec! Edyta Janiak Reżyser/producent/scenarzysta Patryk Vega promował CIacho jako „wreszcie prawdziwą komedię”… Otóż, z całym szacunkiem było to, eufemistycznie mówiąc, ogromne nadużycie z jego strony. Film jest wręcz koszmarny. Nie pomogło mu nawet zgromadzenie przed kamerą całej Drogi Mlecznej większych i mniejszych polskich gwiazd, jak Karolak, Małaszyński, Bosak, Liszowska, Kot czy ŻmudaTrzebiatowska. Nie ma chyba żadnej pozytywnej rzeczy, którą mogłabym o filmie powiedzieć... Nawet fabuła, którą na upartego da się nazwać zawikłaną i nieco sensacyjną (bracia odbijają z więzienia niesłusznie osadzoną tam siostrę i dążą do rozwiązania zagadki, kto ją w to wrobił) nie broni się w żaden sposób, zdominowana przez „ozdobniki” (a raczej ohydniki). Dialogi i gagi to chyba najgorsze, co temu filmowi

się przydarzyło. Wydaje się, że Vega wyciągnął z popkultury to, co najgłupsze i najbardziej tendencyjne, przetrawił to, wydalił, a następnie po upieczeniu zaserwował w swoim Ciachu. Irytująca jest też moda, dominująca we współczesnej polskiej kinematografii, której niestety uległ Vega, a mianowicie robienie z filmu jednego wielkiego wideoklipu. Niemal każdej scenie towarzyszy jakiś znany i bez maglowany przez radiostacje przebój... Ale na litość Boską, jesteśmy w kinie czy na wiejskiej dyskotece?! Jeżeli czytacie tę recenzję z nadzieją, że na zakończenie powiem o filmie choć jedno ciepłe słowo, to niestety, przeliczyliście się. Powiem więcej – jeżeli ta estetyka „komedii” utrzyma się i przyjmie, to nie pozostanie mi nic innego, jak otrucie się arszenikiem (który z pewnością będzie bardziej strawny niż owo Ciacho).

7

Agnieszka Piąstka zuje ich desperację i bezsilność. Szczególne wrażenie robią zdjęcia, które nadają filmowi depresyjny, nieco psychodeliczny nastrój, potęgowany przez ponurą scenerię i doskonale komponującą się z obrazem muzykę. Autorka niemal zrezygnowała z dialogów, przekaz odbywa się poza, czy też między słowami, w obrazach, głęboko przejmujących i chwilami zachwycających. Zachęcam do obejrzenia tego zaledwie trzydziestominutowego filmu, ponieważ wzrusza i daje do myślenia.

Mukaffir z Taliwood Michał Sobczyński Mukaffir - w islamie czyn, w wyniku którego muzułmanin zostaje niewiernym. George Gittoes wraz ze swoim pakistańskim asystentem byli w samym środku przemian społecznych oraz walki o wolność wypowiedzi. Australijczyk nakręcił swój dokument w Pakistanie, zapisując tamtejsze warunki życia oraz twarde rządy Talibów, uznających film i muzykę za największe zło, które trzeba jak najszybciej wyplenić. W tym celu niszczą sklepy z płytami, pozbawiając wiele rodzin środków do życia i mordują sprzedawców. Stosowana przez nich forma cenzury i ucisku porównywana jest przez reżysera do tej z hitlerowskich Niemiec. Ludzie są ciemiężeni i zastraszani, a ultrakonserwatywne reguły społeczne powodują, iż w Pakistanie mało kto ma powody do uśmiechu. Niemniej twórca wskazuje także na hipokryzję Talibów, która ujawnia się w propagandowych hasłach typu „teologia nie oskarża technologii, tylko sposób jej użycia”.


A jednak w Peshawarze (do którego Gittoes przyjeżdża z Islamabadu) funkcjonuje spory przemysł filmowy (nazywany wręcz „naszym małym Hollywood”), który wspierając się tanimi odtwarzaczami dvd pochodzącymi z przemytu, wypuszcza mnóstwo pół-profesjonalnych, kiczowatych produkcji, pełnych agresywnych mężczyzn z karabinami, lejącej się strugami krwi, motywów okrutnych zemst, niewyszukanego humoru oraz kobiet, które pomimo tak silnych restrykcji odważyły się pokazać twarz. Ze względu na swoją działalność, wyzwoleni i twórczy ludzie z Taliwood określani są przez radykalnych wyznawców islamu jako Mukaffir. Produkcja filmów w Pakistanie nie jest droga, nakręcenie dwugodzinnego filmu fabularnego kosztuje około 4.000 dolarów, dlatego też przemysł jest w stanie

funkcjonować w ogarniętym biedą kraju, mimo dających się we znaki restrykcji Talibów. Te kiczowate na pozór filmy, które w Europie czy Stanach Zjednoczonych spotkałyby się z niezrozumieniem lub zostały po prostu wyśmiane, pełnią niezwykłą rolę w rozwoju życia kulturalnego w Pakistanie. Dają ludziom rozrywkę, jedyną, na jaką mogą sobie pozwolić. Oparte są w pewnym stopniu na tym, co spotyka mieszkańców na co dzień, czyli konflikcie pomiędzy różnymi światopoglądami. Twórcy wplatają często wątki romantyczne zakończone happy endem, co pozwala chociaż na chwilę oderwać się od konfliktów toczonych na ulicach. Niewierni z Taliwood to z jednej strony dokumentalny zapis tragicznych warunków życiowych mieszkańców Pakistanu oraz niezrozumiałej dla zachodniego

Ty szarpiesz, ja szarpię W sobotni wieczór w klubie festiwalowym „Srebrna Rybka” zagościł Kabaret Szarpanina, wcześniej doceniony na festiwalu PAKA, na którym zajął II. miejsce w konkursie festiwalowym oraz otrzymał Nagrodę Publiczności. W skład grupy wchodzi trzech młodych, błyskotliwych mężczyzn ze Szczecina: Marek, Czesiek i Szpaku. Chłopaki zagrali kilka niebanalnych skeczy, które dotykały kwestii dotyczących głównie polityki i problemów współczesnego społeczeństwa. W ich repertuarze były między innymi żarty o Wałęsie, emigracji, Szczecinie, przemycie na granicy, świadkach Jehowy. Twórcy dzięki urokowi osobistemu i kreatywnym pomysłom błyskawicznie podbili serca widzów. Ich występ nie pozwalał publiczności na nudę. Widownia zanosiła się ze śmiechu, także za sprawą ekspresyjnych

Agnieszka Piąstka

gestów i min, które towarzyszyły wygłaszanym kwestiom. Panowie byli bardzo aktywni, swój występ opierali na spontaniczności – jaką niewątpliwie się cechują – oraz głębokiej wyobraźni. A działo się wiele: na scenie ubierali się (między innymi w stroje kobiece) i rozbierali, bili, krzyczeli, miażdżyli pomidory i siali destrukcję. Na uwagę zasługują również inteligentne, niekiedy powalające na łopatki dialogi. Wszędzie było ich pełno, dostarczali dużej dawki śmiechu i zarażali swoją pozytywną energią. Każdy z członków kabaretu jest inny, specyficzny i niepowtarzalny, razem tworzą zgrane trio. W ich skeczach istotną rolę odgrywała muzyka, na którą zachwycona publiczność reagowała oklaskami. Twórcy chętnie nawiązywali interakcję z widownią. Pomimo użycia

8

odbiorcy specyfiki kulturowej, z drugiej zaś to dramatyczna i w pewien sposób piękna opowieść o sile filmu, który w odpowiednich rękach może stać się nie tylko formą wypowiedzi, ale również przyczyną zmian. Reżyser w ciągu dwóch lat przy realizacji Niewiernych z Taliwood wielokrotnie ryzykował śmiercią. Przekonał się, że zmiana głęboko zakorzenionej mentalności fanatycznych Talibów, mimo stosowania niekonwencjonalnych metod, nie jest rzeczą wykonalną. Pomimo to udowodnił, że filmy posiadają wielką moc sprawczą, zdolną bawić, poruszać, zmuszać do zastanowienia oraz otwierania się na świat. A to w przypadku mieszkańców tamtych regionów, trzymanych od wielu lat w żelaznym uścisku Talibów, może być iskierką zapalną, która stanie się zaczynem wielkiego wybuchu.

skromnych środków formalnych, zdołali stworzyć niesamowity klimat. Szarpanina prezentowała się świetnie, co było dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Chłopaki bisowali dwukrotnie. Kto nie był, niech żałuje.


Z jak Zatoka

Sylwia Witkowska

Zatoka delfinów Louie Psihoyosa z 2009 roku została nagrodzona na licznych amerykańskich festiwalach, z Oscarem za Najlepszy film dokumentalny na czele. Otrzymanie tak prestiżowej nagrody wywołało zdziwienie Kazutaka Sangena, burmistrza japońskiego miasteczka Taiji. Polityk nie zgadza się z tezą twórcy, iż zabijanie w małej zatoczce corocznie 23 000 delfinów (o czym widzowi natarczy-wie przypomina się w trakcie filmu) jest nie tylko nieludzkie, ale przede wszystkim pozbawione sensu.

braku zrozumienia mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni dla zarzutów amerykańskiego reżysera. Reżyser w połowie filmu porównuje aktywistów (zamierzających zarejestrować ukrytą kamerą haniebną tajemnicę Taiji) do grupy Ocean's Eleven z Rickiem O'Barrym jako prowodyrem misji. Sposób prowadzenia narracji przypomina kino fabularne z pogranicza thrillera oraz filmu sensacyjnego. Wprowadzenie subtelnych żartów sytuacyjnych rozładowuje nieco napięcie, które narasta, aż do ukazania punktu

za sprawą filmu menadżer Hideki Moronuki będzie mieć swojego następcę, choć odrzucenie projektu podawania mięsa delfinów w stołówkach szkolnych całego kraju jest pozytywnym efektem powstałego obrazu. W Japonii Zatoka delfinów była kontrowersyjnym dokumentem (niektóre kina odmówiły wyświetlania filmu, zastraszone przez grupy nacjonalistyczne), zaś w Stanach Zjednoczonych spotkała się z falą zachwytów na festiwalach. Mimo to wątpię, aby tak egzotyczny temat spotkał się choć

Sangen uważa ujęcie tematu za stronnicze, nie-zgodne z prawdą i nieposiadające naukowego uzasadnienia. Jednakże pomija temat niebezpiecznego dla człowieka stężenia rtęci w delfinim mięsie, które, podobnie jak maskotkidelfiny oraz bilety na występy "cyrkowych" sztuczek Butlonosych, można zakupić w Aqua Parkach. O podobną hipokryzję ociera się postępowanie społeczności buddyjskiej (buddyzm wraz z szintoizmem stanowią dominujące religie Japonii), która wierząc w reinkarnację, jest pozbawiona możliwości spożywania zwierząt. Przytoczony zakaz pomija owoce morza oraz ryby, i to jest powodem

kulminacyjnego - masowego mordu delfinów. Towarzysząca zajściu patetyczna muzyka niepotrzebnie potęguje dramatyzm sytuacji, która już w warstwie obrazowej jest przerażająca. W filmie nie brakuje melodramatycznych momentów, które w rażący sposób manipulują widzem. Pomimo świadomości, że jeden dokument nie może zlikwidować całkowicie poruszonego problemu, można uznać, że zakończenie filmu dostarcza względnie satysfakcjonującego happy endu. Misja zostaje zrealizowana, mordowanie delfinów zostaje pokazane światu. Niestety, zdajemy sobie także sprawę, że zwolniony

z namiastką takiego zainteresowania (i poruszenia) w Polsce. Moja hipoteza może znaleźć potwierdzenie w niedzielnym seansie w Gabinecie doktora Caligari. W sali projekcyjnej umieszczono na podłodze gigantyczny materac, który cieszył się zainteresowaniem zwłaszcza najmłodszych. Być może oglądanie jednego z wielu problemów współczesności jest łatwiejsze w pozycji leżącej. W takim momencie puenta reżysera Louie Psihoyosa: “Rzeź delfinów w Taiji będzie powtarzać się co roku. Dopóki jej nie powstrzymamy. Dopóki ty jej nie powstrzymasz” zdaje się nieco naiwna.

9


D jak Delfin Zatoka Delfinów to tegoroczny laureat Oscara w ka-tegorii filmu dokumentalnego i dla części widzów będzie to wystarczający powód, żeby go zobaczyć. Reżyserdebiutant Louise Psihoyos, który do tej pory utrzymywał się z pracy fotografa m.in. dla „National Geographic” w swoim interwencyjnym dokumencie poruszył niewątpliwie ważny temat – tragiczny los, jaki spotyka delfiny z rąk człowieka. Krwawym punktem na mapie świata symbolizującym ludzkie okrucieństwo jest tytułowa zatoka, znajdująca się nieopodal miasteczka Taiji w Japonii – miejsce, w którym rok w rok zabijana jest największa liczba delfinów. Kilkuosobowa grupa aktywistów i obrońców praw zwierząt, w skład której wchodzi reżyser filmu, postawiła przed sobą trudny cel – zdobyć materiał filmowy z „krwawej zatoki” pilnie strzeżonej przez pracujących tam rybaków, miejscowe służby porządkowe i przedstawicieli japońskich organizacji rządowych. Ten filmowy dowód ma im posłużyć jako oręż w walce o poprawę sytuacji delfinów nie tylko na terenie Kraju Kwitnącej Wiśni, ale i w każdym innym miejscu na świecie, gdzie są one zabijane i trzymane w niewoli. Tak szlachetna postawa twórców filmu powoduje, że recenzent ma poniekąd związane ręce, ponieważ każda forma krytyki Zatoki Delfinów może napotkać na szybką ripostę zwolenników utworu, której jądro stanowić będzie argument, iż krytykowi obojętny

Rafał Pniewski jest tragiczny los niewinnych zwierząt. Oddając filmowi to, co najważniejsze – główny temat, z którym ma możliwość zapoznać się światowa opinia publiczna – nie sposób jednak nie zwrócić uwagi na słabe strony produkcji. Pierwszy zarzut dotyczy konwencji zapożyczonej z filmu sensacyjnego, która stanowi szkielet narracji. Przyjęcie jej schematycz-nych wyznaczników sprawiło, że Zatoce Delfinów daleko jest od tak pożądanej w dokumencie

filmowym obiektywności. Pojedyncze jednostki stając do nierównej walki z całym skorumpowanym systemem, treser Szaweł na wskutek „cudu w basenie” przechodzi przemianę w Pawła – największego obrońcę praw delfinów na świecie, a sami członkowie ekipy filmowej podczas przygotowań do misji specjalnej porównują swoje działania do perypetii bohaterów Ocean’s Eleven. Grzech schematyczności nie jest niestety największym, jakiego dopuścili się twórcy filmu. Dużo poważniejszym zarzutem jest jego antyjapońskość, do-

10

prowadzona momentami do granic absurdu. Wedle autorów Zatoki Delfinów, rząd Japonii świadomie zatruwa obywateli swojego państwa zachęcając ich (często wprowadzając w błąd, że mają do czynienia z innym rodzajem mięsa) do spożywania mięsa z delfinów, które zawiera w sobie bardzo szkodliwą dla ludzkiego organizmu rtęć. Wypadałoby zadać pytanie: dlaczego? Film podsuwa jakże satysfakcjonującą odpowiedź – otóż władza w Kraju Kwitnącej Wiśni nie robi tego ani z powodu wątpliwych korzyści ekonomicznych, ani też nie przyświeca tu zapożyczona z Chin polityka społeczna. Postawa ta jest wynikiem potrzeby zaakcentowania za wszelką cenę swojej kulturowej odmienności wobec Zachodu, wynikającej w dużej mierze z tęsknoty za starymi, dobrymi czasami, kiedy to Japonia była mocarstwem i nie musiała się z nikim liczyć. Niewątpliwie trudno jest jednoznacznie ocenić Zatokę Delfinów. Jej na wskroś amerykański charakter, który o ile jeszcze sprowadza się do samej formy filmu (hollywoodzka konwencja) znaleźć może liczne grono zwolenników, to w przypadku wymowy utworu (dobrzy Amerykanie i źli Japończycy) razi propagandowym wydźwiękiem. Może to tylko nadmierna podejrzliwość, ale mam cały czas wątpliwości, czy aby tragiczny los zwierząt po raz kolejny nie został potraktowany instrumentalnie?


Bezsens wojny i inne nieszczęścia W niedzielę wieczorem mieliśmy okazję obejrzeć kolejny film Miklosa Jancsó, Gwiazdy na czapkach. Opowiada on o wydarzeniach z okresu Rewolucji Październikowej, a mianowicie o likwidacji jednego z oddziałów Brygad zynarodowych przez Białogwardzistów (mam nadzieję, że uważni widzowie zauważyli, iż jednym z nich jest rosyjski zdobywca Oscara, Nikita Michałkow). Co ciekawe, w przeciwieństwie do innych filmów tamtego okresu, nie gloryfikuje wydarzeń prowadzących do powstania Rosji Radzieckiej, ani nie pokazuje obowiązującej wizji rewolucji, zamiast tego koncentrując się na pokazaniu nonsensu działań wojennych. Film jednak, jak to zwykle u Jancsó, nie skupia się na opowiedzeniu historii w tradycyjny sposób. To nie jest taka wojna, jakiej się spodziewamy, to nie jest taka bitwa, to nawet nie jest egzekucja, do jakiej przyzwyczaiły nas inne dzieła (oprócz innych filmów naszego węgierskiego twórcy naturalnie). Oglądamy naprzemiennie wyrzynających się ludzi, których chwilami trudno odróżnić od siebie – wszystkich zajmują wyłącznie dwie kwestie: jak zabić i jak nie zostać zabitym. Wydarzenia rozgrywają się w ciszy (muzyki oprócz jednego epizodu brak, dialogi są ograniczone do minimum), w idyllycznej przestrzeni wzgórz, rzek oraz malowniczej cerkwi, której zrujnowany stan przypomina o kontekście historycznym filmu. Nie mielibyśmy jednak do czynienia z filmem Miklosa Jancsó, gdyby nie charakterystyczne długie ujęcia oraz minimalistyczny styl scenografii, który wywołuje

Magda Januszkiewicz

u widza specyficzne wrażenie pustki. Zostaje ono spotęgowane przez niewyodrębnienie z walczących grup żadnej konkretnej indywidualności – jak w Desperatach mamy do czynienia z dwoma grupami antagonistów skazanych na konflikt prowadzący do unicestwienia jednej z nich. Żaden z walczących nie zostaje nazwany, mamy do czynienia tylko z

człowiekiem (choć często możemy wymienić jego narodowość: Węgier, Tatar, Rosjanin) – przypomina to o bezimienności ofiar wojennych. Jednak oglądając Gwiazdy na czapkach nie potrafimy się przejąć tragiczną śmiercią żadnej z nich, kamera bezlitośnie krąży wokół bohaterów i czeka na wyrok śmierci – który często jednak jest wykonywany poza kadrem, co potęguje wrażenie nieistotności poszczególnych zabójstw. Można mieć wrażenie że ogląda się męczącą grę w rodzaju podchodów czy też biegu na

11

orientację, na którego kolejnych etapach odpadają coraz to inni zawodnicy. Motyw gry, wyraźny w poprzednim filmie Jancsó, tu też pojawia się w swojej upiornej wersji – zwycięzcy i zwyciężeni jednej z potyczek grają o życie. Chciałabym zwrócić uwagę też na mizoginiczne elementy filmu. Bezimienne bohaterki (które nawet nie mają poglądów politycznych, co wydawałoby się, że determinuje postacie z filmu) pojawiają się i znikają z pola akcji, przy czym fabuła wydaje się tylko pretekstem do ukazania nagich pośladków pięknych aktorek. Kobiety mają bronić i chronić bohaterów, którzy zajmują się umieraniem za/przeciw zwycięstwu rewolucji proletariatu, ewentualnie zapewniać im rozrywkę, tańcząc ze sobą nawzajem w lesie, w sukienkach pochodzących prawdopodobnie z szabrownictwa w posiadłościach beneficjentów dawnego systemu. Voyeurystyczne upodobania żołnierzy ujawniają ich chęć posiadania kontroli, której nie posiadają w najważniejszej dla nich dziedzinie, czyli decydowania o własnym życiu. Dzieło Miklosa Jancsó ma niewątpliwie wymowę pacyfistyczną, choć ostatnia scena, kiedy jedyny ocalały z oddziału komunista oddając hołd poległym towarzyszom (według najlepszych ułańskich reguł, z szabelką w dłoni) zdaje się próbować nadać masakrze sens, niepotrzebnie osłabia przesłanie o bezsensie przemocy i uleganiu złudnym, utopijnym hasłom o możliwości wcielenia w życie haseł rewolucji.


„Ińskie Point” wyprodukowało: Koło Naukowe Filmoznawców Uniwersytetu Łódzkiego

Malwina Czajka Michał Dondzik Edyta Janiak Magda Januszkiewicz Arkadiusz Jaworek Marta Madejska Miłosz Michałowski Agnieszka Piąstka Rafał Pniewski Dagmara Rode Michał Sobczyński Anna Sobolewska Martyna Urbańczyk Sylwia Witkowska

Ińskie Point Nr 2  

Bezsens wojny i inne nieszczęścia............11 Hydrozagadka, czyli superbohater w PRL ........... 6 Biuro Ińskiego Lata Filmowego O początk...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you