Issuu on Google+

8. VIII. 2010

Numer 1

Dlaczego warto przyjechać do Ińska ........................... 2 Matka Teresa na Dworcu, Vabank na nowe czasy ......... 3 Na przygodę nigdy nie jest za późno .......................... 4 Na północ?..................... 5 Kalabryjski bigos, Dramat uwikłanych w Historię....... 6 Królowa śniegu w wersji queer .......................... 7 Pełnia - sceny z życia prowincji, Na szczęście jest Silvio! ................................. 8 Wielki Berlusconi patrzy... 9 Swojskie wąpierze na mazurskiej ziemi.................. 10 Rozmowa z Januszem Chabiorem ..................11

Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku! Świta. W pokoju majaczą trzy postaci, o wyglądzie niepokojąco zbliżonym do niektórych bohaterów najnowszych polskich produkcji​  filmowych, wpatrując się z uwagą w matryce przenośnych komputerów. Reszta podejrzanej ekipy odpoczywa. Niektórzy  kręcą się jeszcze po krętych korytarzach tutejszej szkoły, inni grzecznie niczym niemowlęta śpią w miękkich łóżkach, jeszcze inni próbują zmierzyć się z wyzwaniami na kolejne dni. Z drżeniem rąk i serc oddajemy w Twoje ręce, Droga Czytelniczko i Drogi Czytelniku, pierwszy numer oficjalnego dziennika festiwalowego „Ińskie Point”. To my – Koło Naukowe Filmoznawców Uniwersytetu Łódzkiego. Przyjechaliśmy rozmaitymi środkami transportu (w tym pociągiem z piętrowymi wagonami), eksplorując różne dworce kolejowe (choćby dworzec w Kutnie), by odmawiać sobie snu i innych luksusów w imię recenzenckiego obowiązku wobec widza. Będziemy dzielić się z Wami naszą wiedzą i opiniami, będziemy dociekać ukrytych sensów i niekoniecznie ważyć słowa, będziemy odpytywać twórców i twórczynie oraz krążyć wśród Was, by zasięgnąć także Waszych opinii. Czekamy na wszelkie dyskusje i polemiki – w razie potrzeby (mniej lub bardziej naglącej) zapraszamy do redakcji, która mieści się w gimnazjalnym skrzydle budynku szkoły.

Biuro Ińskiego Lata Filmowego Kino Morena ul. Przybrzeżna 1 tel. 091 5623084

• Kasa biletowa • katalog 37. ILF-u - 5 zł • książka Gdzie woda czysta... Ińskie Lato Filmowe 1973 2007 - 25 zł

Aktualności: Klub Festiwalowy Restauracja „Srebrna Rybka” ul. Przybrzeżna 1

• g. 13.00, Plastelińsko, szkoła, s. 28 • po filmie Enen spotkanie z reżyserem Feliksem Falkiem • g. 23.00, Koncert Free Acoustic Trio


Dlaczego warto przyjechać do Ińska... Marta Madejska Tu naprawdę nic się nie zmienia – to pierwsza myśl, która przychodzi zaraz po przyjeździe. Ińsko jest kojąco constans. Te same domy, uliczki i księżyc odbity w wodach jeziora. Miasteczko ma swój rytm i swoje zwyczaje. Niewątpliwie należą do nich krótkie i sensowne wstępy. Inauguracje festiwalowe zwykle nie są imprezami zbyt atrakcyjnymi dla ludzi zainteresowanych samą treścią festiwalu. Ilość osobistości, z których każda ma coś do powiedzenia i które nieraz pojawiają się wyłącznie na rozpoczęciu i zakończeniu, splendoru, gratulacji, wyrazów wdzięczności i nadziei – wszystko to jest zwykle trudne do przełknięcia. Na wstępie 37. Ińskiego Lato Filmowe padło słowo od burmistrza. Adam Bortnik, Prezes Stowarzyszenia Stopklatka i Stowarzyszenia Ińskie Lato Filmowe złożył podziękowania sponsorom. Choć ograniczone do niezbędnego minimum, wywołały pewne rozbawienie na sali, bo festiwal filmowy, kulturalna fiesta, a tu budowlańcy, ryby, kopalnie surowców i piekarnia Rogalik... Chciałabym w tym miejscu zaoponować przeciw wszelkim kpiarskim uwagom i ze swojej strony, w imieniu wszystkich próbujących cokolwiek zorganizować, gorąco podziękować sponsorom za wspieranie lokalnej inicjatywy kulturalnej niezwiązanej bezpośrednio z ich branżą. Kolejnym konkretem, jak na wstęp, było niewątpliwie wręczenie nagrody za offowe odkrycie roku, tym razem dla Moniki Kuczynieckiej za animację Ucieczka, (która jest ilustracją do piosenki Ucieczka z wesołego miasteczka w wykonaniu sławnego ostatnio Czesława, który śpiewa).

Krótki film o autorce stanowił z pewnością zachętę do wzięcia udziału w warsztatach plasteliny, które artystka ma poprowadzić podczas festiwalu (zdaje się, że średnia wieku będzie znacznie przekraczać tę przewidzianą przez organizatorów). Przemek Lewandowski (którego fryzura stanowi kolejny z „ińskich constansów”) również zaoszczędził publiczności zbytecznych wywodów, zastosował za to kilka trafnych uników uatrakcyjniających „mowę inauguracyjną”. Dlaczego warto przyjeżdżać do Ińska? Bo tu nie można wpaść pod tramwaj. Jako Dyrektor Artystyczny zapowiedział pozafilmowe atrakcje festiwalowe. W tym roku będzie jeszcze bardziej różnorodnie niż zwykle: muzycznie (koncerty zespołów Alians, Free Acoustic Trio, Unifiction i Braty z Rakemna), teatralnie i kabaretowo (Teatr Uhuru, Arti Grabowski i Kabaret Szarpanina), a także rajdowo – w środę ma się odbyć pierwszy rajd na orientację po Ińskim Parku Krajobrazowym, przygotowany specjalnie dla miłośników kina, z zadaniami dostosowanymi do poziomu ich filmowej wiedzy. Rajd w założeniu jest lądowy, ale liczymy na inwencję organizatorów w razie permanentnych zmian w konsystencji otoczenia. W charakterze inauguracyjnego deseru – bankiet w restauracji Srebrna Rybka. Co prawda tylko dla wybranych, mimo to działający niezwykle integrująco. Trzeba Państwu wiedzieć, że nigdzie się tak nie tańczy makareny, jak na parkiecie festiwalowego klubu!

2

***

Pierwszy film, który mogliśmy zobaczyć na 37. Ińskim Lecie Filmowym – Matka Teresa od kotów – był mocnym, intrygującym akcentem na rozpoczęcie festiwalu. Utrzymane w nastroju Dworca Centralnego dzieło Pawła Sala zbiera bardzo rozbieżne oceny. Oto kilka opinii tych, którzy obejrzeli film otwierający 37. Ińskie Lato Filmowe: * Dlaczego jesteśmy narodem, który kocha się dołować? Nie rozumiem tego. Istnieją trzy „nurty” w polskim kinie: kiczowate komedie romantyczne (jak np. Tylko mnie kochaj, Nigdy w życiu), filmy martyrologiczne (Katyń) oraz głęboko dołujące obrazy (np. Symetria). Matka Teresa... niestety wpisuje się w estetykę trzeciego nurtu… ~ Piotrek * Ewa Skibińska według nas nie pasowała do tytułowej roli. Jesteśmy zadowolone z projekcji. Dobrze zrobiony film. Świetna muzyka. ~ Ewa i Ola * Zawiodłem się, bo naczytałem się przed projekcją wielu opinii o filmie. Typowo polskie kino... nie nadaje się do szerokiej dystrybucji. Zbyt „ciężki”, no i te przydługie sceny – standard. Bardzo podobała mi się rola Kościukiewicza. ~ Jędrek * Psychologia postaci była wytłumaczalna. Motyw końcowy wydaje się naciągany. Mimo tego film całkiem niezły. ~ Arek * Spałem… ~ Grzegorz


Matka Teresa na Dworcu Marta Madejska Pierwszy film, który mogliśmy zobaczyć na 37 Ińskim Lecie Filmowym był dość mocnym akcentem, jak na otwarcie festiwalu. Po jego obejrzeniu przestała dziwić uwaga Przemka, że ma nadzieję, iż zdołamy się rozchmurzyć i pobawić na bankiecie. Film nie dotyka jednak tak głęboko, jak wydawałoby się, że dotknie jeszcze po pierwszych 30 minutach seansu. Świeża produkcja, dziewięćdziesiąt pięć minut, o których powstało już równie wiele akapitów, a tworzenie kolejnych nie przyniesie odpowiedzi na druzgocące pytanie stawiane na początku. Film Pawła Sali utrzymany jest w klimacie Dworca Centralnego, który jest tu zresztą jedną z dominujących przestrzeni przedstawianych zdarzeń, a Centralny, wiadomo, ma pewien swoisty urok. Dość intrygujący, miejscami nawet magiczny, nigdy nie wiadomo, co może wyłonić się zza rogu, nigdy nie ma pewności, czy tunel, którym podążamy, w ogóle dokądś zmierza. Jeżeli uważnie się wpatrywać, można w nim odnaleźć i ślady lepszej przyszłości i jakąś zapowiedź trwania. Sfotografowany w odpowiednim świetle może nawet dostarczyć niezwykłych doznań estetycznych. Każdy z napotkanych ludzi ma osobną, nieraz fascynującą historię. Każda z tych historii ma elementy, których nie można wyjaśnić i mechanizmy, których nie można zrozumieć, ani dociec ich przyczyn. Dworzec Centralny, wiadomo, jest miejscem specyficznym i choć nie brak jego miłośników, to nikogo nie można zmusić, by go polubił. Bo Centralny na dłuższą metę zawsze męczy i przygnębia, zarówno w poziomie bezpośredniego doświadczenia, jak i szerszej refleksji na temat polskiej rzeczywistości.

„Starałem się zrekonstruować fakty, które miały wpływ na to, co się stało, uchwycić moment, w którym pojawiło się zło”, tak o koncepcji wypowiadał się sam reżyser. Wiwisekcja psychologiczna, szczegółowe prześledzenie

mechanizmu, nie przynosi rezultatów. Matka Teresa od kotów, choć imponująca wizualnie, aktorsko i reżysersko, pozostawia dojmującą pustkę odpowiedzi. A może odpowiedzią jest jej brak – zło nie ma określonego momentu.

Vabank na nowe czasy Miłosz Michałowski Trick w reżyserii Jana Hryniaka opowiada historię dwóch inteligentów, którzy zostają przypadkiem zamieszani w rządowe malwersacje. Bohater filmu, Marek Kowalewski, utalentowany fałszerz studolarówek i jego przyjaciel z więziennej celi, „profesor” Witek postanawiają zagrać va banque, aby odzyskać wolność i wyrównać stare porachunki. Okazją ku temu jest nieoczekiwana i nieoficjalna propozycja ze strony majora (Andrzej Chyra), który wcześniej Kowalewskiego aresztował. Zadaniem majora jest przekonać Marka, aby ten zgodził się wydrukować sześć milionów dolarów. Pieniądze te potrzebne są polskiemu rządowi na okup za porwanego przez Talibów posła. Marek przyjmuje niecodzienną ofertę w zamian za swoją wolność. Rozpoczyna się wyścig z czasem i pojedynek bohatera z przedstawicielem władzy. Kto kogo przechytrzy? Trick ewidentnie nawiązuje do klasyki kina sensacyjnego. Pobrzmiewają w nim echa Vabanku, czy też Żądła. Trzeba przyznać, że intryga w Tricku jest nie mniej pomysłowa i zapewne bardziej skomplikowana niż w wymienionych wyżej tytułach. Dzieło Jana Hryniaka bardzo stara się być „fajnym” filmem, nie posiada jednak tej lekkości, co choćby Ocean’s Eleven.

3

Realizacyjnie to film na wysokim poziomie; montaż jest dynamiczny, zdjęcia nadają obrazowi nowoczesny wygląd. Aktorzy dobrze wywiązują się ze swoich zadań: Piotr Adamczyk definitywnie wychodzi poza wizerunek „papieża”, przekonujący jest także Andrzej Chyra w roli cynicznego majora, szarej eminencji polskiej władzy. Wszystkich zdecydowanie przebija jednak kreacja Mariana Dziędziela, który jako „profesor” Witek jest klasą samą dla siebie. Pomimo wysiłków i talentu aktorów, ich role zdają się pozbawione życia, są schematyczne, jakby wycięte z kartonu. Wina leży oczywiście po stronie scenariusza (i scenarzysty). Postaci są bowiem stereotypowe, tak jak fabuła, w której złodzieje są w sumie całkiem porządni. Nawet prostacki dresiarz, z którym Marek i Profesor dzielą celę, okazuje się w swoim prostactwie dosyć poczciwy. Z kolei przedstawiciele władzy to cyniczni manipulanci uwikłani w różne niecne interesy. Ale nawet tych „złych” trudno naprawdę nie lubić. Przecież posuwają się do przestępstwa, aby uwolnić polskiego posła z rąk terrorystów (sic!). W tym miejscu nie sposób nie zdobyć się na drobną złośliwość. Mianowicie, okup za rzeczonego posła wynosi sześć milionów dolarów. Czy twórcy


filmu chcą nam wmówić, że Polski nie stać na wysupłanie takiej kwoty? Kwoty, która nawet z perspektywy polskiego budżetu, wydaje się „drobnymi na waciki”. Czy rząd musi uciekać się do fałszowania pieniędzy? [Być może, twórcy filmu chcą nam przekazać nieco inną myśl na temat polskiego rządu, ale o tym cicho sza – przyp. red.] Oczywiście, można darować twórcom tę niedorzeczność i dać się porwać opowiadanej historii. Problem jednak w tym, że scenariusz nie pozwala na takie chwile zapomnienia. Opowieść nie ma rytmu, który porwałby widownię. Akcja to przyspiesza, by osiągnąć tempo znane z wideoklipów, to znowu grzęźnie; jak w scenach, w których poznajemy kobiety bohaterów oraz dowiadujemy się o ich rozterkach i tęsknotach. Konstrukcja postaci jest, jak już zostało powiedziane, stereotypowa. Najgorzej, bo wręcz komicznie wypadają postaci negatywne. „Złych” w filmie Hryniaka można bowiem rozpoznać po tym, że palą i spotykają się w nie do końca oświetlonych pomieszczeniach. Papieros jako negatywny element rysu charakterologicznego jest przynajmniej zgodny z najnowszymi trendami pro-zdrowotnymi. Zgodne z trendami jest również przedstawienie władz jako struktur z natury rzeczy nieuczciwych. Reasumując, Trick stara się być komedią sensacyjną. Niestety, nie jest filmem zabawnym, chyba że kogoś śmieszy dresiarz interpretujący łacińską sentencję, ani dobrym kinem sensacyjnym, bowiem afery i przekręty władzy to temat niezbyt oryginalny i niezbyt pomysłowy, a w polskich realiach wręcz oczywisty. Po obejrzeniu Tricku, który był jednym z przebojów tego roku, nasuwa się następujący wniosek: współczesna polska kinematografia nie potrafi nawiązać ani do swoich gatunkowych źródeł, ani do zagranicznych

przebojów. Piotr Adamczyk nie ma wdzięku George’a Clooney’a, a Trick nie ma tak precyzyjnego scenariusza, jak Ocean’s Eleven.

Kolejny raz polska widownia musi się więc raczyć niezbyt udanym fałszerstwem.

Na przygodę nigdy nie jest za późno Marta Madejska Jeśli chodzi o animowane filmy pełnometrażowe, to jestem przypadkiem beznadziejnym. Za swych najlepszych czasów miałam okazję załapać się na znamienite „jedynki” od Króla Lwa po Shreka. Załapałam się, niestety, również na liczne kontynuacje i wariacje, więc widz ze mnie po pierwsze wymagający i wysoko stawiający poprzeczkę, po drugie, cóż, nieco zblazowany... I oto pojawia się Odlot, idę do kina z dużym ładunkiem nadziei i jeszcze większym bagażem rozczarowań. Cóż to będzie? Cóż to jest Odlot? Odlot, w oryginale Up, to dziesiąty – jubileuszowy – pełnometrażowy film Pixara, wyreżyserowany przez weterana wytwórni Pete’a Doctera. Fabuła w zamierzeniu prosta i atrakcyjna: sympatyczny, pulchny i na swój sposób bystry skaut, trafia na ganek pana Fredricksena, który to wraz z resztą domu wkrótce oderwie się od ziemi przy pomocy wielu, naprawdę wielu kolorowych baloników z helem. Potem będzie Puszcza Amazońska, wielki ptak, ogromny zeppelin, gadające psy… Przecież wszystko jest możliwe. Z kampanii promocyjnej i licznych zachwytów pod adresem filmu wiem, że postać staruszka wzorowana miała być ponoć na Spencerze Tracy. Tu pierwsze moje rozczarowanie – pewne podobieństwo, owszem, występuje, ale niewielkie i w dodatku przyćmione przez nadmierne eksploatowanie efek-

4

tów animacji komputerowej. Film rozpoczyna odpowiednio chwytająca za serce sekwencja montażowa, zaś cała pierwsza część właściwej fabuły to głównie manifestacja możliwości technicznych i umiejętności ich wykorzystania przez twórców: każdy detal, każdy ruch mówi tylko „patrz, jaki jestem doskonały, czyż nie zasługuję na Oscara za najlepszą animację?”. Lub też początek jest na tyle mało wciągający, że wyłącznie na tym skupia się widz. Gagi poniżej standardu burleski, żarty w swojej banalności zbliżające się powoli do wywoływania zażenowania (dzieci i psy śmieszą i bez karykaturalnego, kreskówkowego przerysowania). Warto jednak z kina nie wychodzić, bo akcja niespodziewanie (może zresztą i nie tak niespodziewanie, ale ja często bardzo szybko rezygnuję z nadziei, że może być lepiej) przyspiesza, by wreszcie osiągnąć tempo godne starych amerykańskich filmów przygodowych, na których, jak można przypuszczać, wychował się starszy bohater. Wszystko jest oczywiście niewiarygodne, niesamowite i nie „na zdrowy rozsądek”. Przestajemy jednak się nad tym zastanawiać i to nie dlatego, że jest to bajka, wobec której zwyczajowo „zawieszamy wątpienie”, ale ze względu właśnie na to tempo zdarzeń. A bardzo dobrze świadczy o filmie przygodowym, jeżeli przestajemy się zastanawiać. Z drugiej strony niezwykle zafrapowała mnie godna Pięknego


Umysłu interpretacja jednego z użytkowników znanego portalu filmowego (uwaga spoilery!): Bardzo fajna bajeczka, ale co powiecie na taką interpretację: Gdy sanitariusze z domu starości czekali na dziadka ten dostał zawału serca a cała historia to wytwór umierającego umysłu. Co za tym przemawia? 1. Brak baśniowych elementów do czasu “śmierci”. 2. Duża część elementów historii latającego domu została zapożyczona z dotychczasowych przeżyć i obrazów dziadka (nawet Stefan to tylko rysunek z książki jego żony). 3. Postać dziecka, syna, którego nie miał w rzeczywistym życiu. 4. Pod koniec rzeczywistego życia jest już zaawansowanie zniedołężniały - a w części urojonej to prawdziwy superman. Jak widać niektórzy się zastanawiają – a spojrzeć można na tę opowieść zupełnie inaczej! – choć twórcy o tym milczą. Autor zaś zdecydowanie nie docenia możliwości emerytów pod wpływem adrenaliny i odpowiedniej motywacji. W dzisiejszych czasach trudno jest zrobić dobry film animowany, kiedy trzeba dorównać poprzednikom i samemu sobie, zachować w odpowiednim stopniu poprawność polityczną, wleźć producentowi w… gust, sprzedać to czterolatkom, dwunastolatkom i sprawić jeszcze, by rodzice byli zachwyceni. Próbuje się to osiągnąć już nie jak kiedyś przez uniwersalizm historii (chyba, że zgodzić się na wyżej przytoczoną interpretację), ale za pomocą zestawów przeznaczonych dla różnych grup odbiorczych. Odpowiednie złożenie elementów rzadko się udaje, częściej panuje natłok nieprzystających do siebie chwytów. W Odlocie konstrukcja ta jest nienajgorszej jakości, choć brak jej wyważenia. Ostatecznie broni się, jednak coś zgrzyta, nie zawsze sprzęga, nie zawsze bawi, jak powinno. Mimo tego wciąga.

W przypadkach, gdy nadchodzą mnie wątpliwości na temat własnych zdolności oceny, by przekazać choć fragment obiektywnej opinii czytelnikom przyszłej recenzji, rozpoczynam intensywne obserwowanie kinowej publiczności w nadziei na jakiś miarodajny wynik, jakieś odbicie jakości filmu. Reakcje widowni z którą dane mi było oglądać Odlot były niezwykle entuzjastyczne – pełen zachwyt młodocianych odbiorców. Jako kompetentna recenzentka stwierdzić więc muszę, że jest naprawdę dobrze; jako weteranka takich seansów dodam jednak, że mogło być jeszcze lepiej.

Na północ?

Michał Sobczyński Norweski film Rune Dostanda Langla, otwierający cykl kina skandynawskiego na trzydziestym siódmym festiwalu filmowym w Ińsku, to czyste szaleństwo w pozytywnym sensie tego słowa. Przesycony specyficznym, skandynawskim humorem film opowiada historię człowieka, który wyrusza w podróż na północ Norwegii, próbując za pomocą spirytusu i tabletek uspokajających zmagać się z gnębiącą go od kilku lat depresją. Na swej drodze napotyka osoby równie zagubione i wrażliwe. Przemierzając bezkresne połacie ośnieżonych wzgórz Norwegii, podróżuje do górskiej doliny, aby spotkać się z byłą dziewczyną i synem. Białe szaleństwo można wpisać w konwencję filmu drogi, choć daje się też odczytywać je w odniesieniu do westernu, jako że podróż Jomara, samotnie przemierzającego na swoim skuterze śnieżnym bezkresne przestrzenie górzystej Norwegii przypomina wielką tułaczkę pierwszych osadników Ameryki ze wschodu na zachód kontynentu w poszukiwaniu lepszego miejsca

5

do życia. Co więcej, Jomar spotyka po drodze wielki wigwam zamieszkiwany przez Arlo, starego człowieka, który niczym indiański szaman pogodzony z nadchodzącą śmiercią, zamieszkał na środku oblodzonego jeziora i czeka na nadejście wiosny. W filmie nie brak zabawnych, groteskowych wręcz sytuacji, które były niejako motywowane psychofizycznym stanem bohatera. Reżyser, pomimo zdawkowych dialogów, podołał zadaniu rozbawienia publiczności dzięki zręcznemu wykorzystaniu komizmu sytuacyjnego, towarzyszącego nowo napotkanym postaciom. Przykładem takiego bohatera jest Urlich, traktorzysta o niebanalnym podejściu do spędzania wolnego czasu oraz jego komicznie ukazany lęk przed homoseksualistami. Zarówno zdjęcia górskiego krajobrazu wykonane przez Philipa Odgaarda, jak i muzyka (Ola Kvernberg) łącząca w sobie motywy ludowe oraz country, są doskonałym uzupełnieniem słabo rozbudowanych dialogów oddających stereotypowe myślenie o mieszkańcach Skandynawii.


Kalabryjski bigos

Składniki: Małe, przygraniczne miasteczko; wyprawa na Marsa; ksiądz na wieży; młode harcerki, które bardzo chcą wygrać najbliższe Expo; gorące wdówki; burmistrz, który co prawda w rachunkach jest słaby, ale za to wieszczem w okolicy jest największym; drobiazgowi geodeci; budka telefoniczna; amatorski teatr; krótka wyprawa po czeskie maliny; dojrzała dama, która nie chce być sama i szuka dla siebie kawalera w typie Strasburgera; poziomica; rzeźba z butelek po wódce (twórca jej zmarł w trakcie realizacji swojego życiowego dzieła); kucharz-Latynos; piaskownica; burza i zachowanie, które podczas mszy nie przystoi.

Rafał Pniewski

Sposób przyrządzenia: Dojrzałą damę, która dla prezentera Familiady zrobiłaby prawie wszystko (byleby tylko nie odebrał jej zaangażowania jako narzucanie się – bo to prawdziwej kobiecie nie przystoi) zeswataj z poczciwym burmistrzem. Ona będzie miała z kim oglądać mszę w telewizji, a on znajdzie wiernego odbiorcę dla swojej nieprzeciętnej liryki. Na drodze gorących wdówek postaw równie namiętnego latynoskiego kochanka, który będzie je uczyć, jak przyrządzić ślimaki zebrane w pobliskim lesie. Jak się przekonasz, nie będzie to dla nich żadna filozofia, kiedy tylko odkryją, że należy z nimi (ślimakami oczywiście) postępować tak samo jak z najzwyklejszymi karto

Dramat uwikłanych w Historię Magda Januszkiewicz Desperaci Miklósa Jancsó powstali w złotej erze kina węgierskiego, przypadającej na drugą połowę lat sześćdziesiątych i początek siedemdziesiątych. Byli rewelacją festiwalu w Cannes z roku 1966, nominowaną do Złotej Palmy. W 2000 roku znaleźli się w gronie dwunastu najlepszych węgierskich filmów, wg listy rodzimych krytyków. Desperaci stanowią część trylogii, w skład której wchodzą też: Gwiazdy na czapkach, ukazujące udział Węgrów w wydarzeniach Rewolucji Październikowej (film będzie wyświetlany na festiwalu w niedzielę, 8 sierpnia) oraz Cisza i krzyk, mówiąca o przewrocie z 1919 roku, który doprowadził do powstania Węgierskiej Republiki Rad. Całość opowiada o trzech rewolucjach determinujących los ojczyzny reżysera. Co ważne, w żadnej z części Jancsó nie pokazuje samej walki, zamiast

tego skupiając się na okresie po klęsce. W Desperatach jest to czas po upadku Wiosny Ludów, kiedy powstańcy trafiali do więzień, filmowi daleko jednak do relacjonowania faktów w sposób charakterystyczny dla popularnych filmów historycznych w rodzaju polskich Krzyżaków czy Potopu. Oglądamy grupę powstańców, którzy poddawani są wymyślnym torturom i stają się pionkami w perwersyjnej grze prowadzonej przez strażników. Wszystko to odbywa się w celu wykrycia członków oddziału tajemniczego Sandóra. Jancsó w swoim dziele ukazuje widzom niezwykłą, ascetyczną przestrzeń – więzienie w pustym krajobrazie węgierskiej Puszty, sprawia wrażenie, jakby nie należało do historycznej rzeczywistości. Panuje tu specyficzny bezczas. Akcja toczy się w

6

flami. Aby dodatkowo wzmocnić europejski charakter naszego bigosu, sięgnij po misję na Marsa i krótką wyprawę po czeskie jagody. Pamiętaj, żeby nie zatracić jednak „polskiego smaku”, w czym pomogą ci drobiazgowi geodeci, ksiądz na wieży oraz rzeźba z butelek po wódce. Podawać: O każdej porze dnia i nocy. Możesz być pewien, że po konsumpcji uśmiech na twarzach twoich gości będzie gwarantowany. Największym atutem naszego bigosu jest niespotykana dla tego rodzaju potrawy lekkostrawność, która z pewnością przyczyni się do jej dużej popularności na (nie tylko świątecznych) stołach. ciszy, słyszymy jedynie głosy bohaterów, choć pojawiają się też dźwięki biczy, które, wywołując dyskomfort w uszach widza, podkreślają opresyjność sytuacji, jaka pokazana jest na ekranie. Wszystko to powoduje, że odczuwa się specyficzny, kafkowski klimat Austro-Węgier (chwilami wyraźnie uświadamiamy sobie, że mamy do czynienia z ojczyzną Szwejka). Bohaterowie reprezentują raczej pewne typy niż konkretne osobowości – obserwujemy konflikt pomiędzy jednostką a systemem, zbiorowość przeciwstawioną porządkowi władzy. Zdarzenia mają miejsce w minimalistycznym, wyestetyzowanym wnętrzu więzienia, w którym dominującym elementem wydają się białe ściany, na tle których obserwujemy dramatyczne sceny gnębienia pokonanych powstańców. Długie ujęcia oraz niezwykle pieczołowicie dopracowana choreografia (reżyser przyznaje się do inspiracji sztuką baletu) – szczególnie warto zwrócić uwagę na scenę manewrów wojsk austriackich – sprawiają, iż widz zostaje wciągnięty w starannie


wystylizowaną opowieść-parabolę o upadku wszelkich ruchów rewolucyjnych, gdzie u jednych chęć przeżycia bierze górę nad bohaterstwem, inni zaś próbują ocalić za cenę życia swój honor i ideały. Na ekranie oglądamy prawdziwych desperatów, ludzi, którzy próbują wciąż dokonywać znaczących wyborów. Nie zdają sobie jednak sprawy, że zostali już zmieleni przez młyny Historii. Dodatkowego znaczenia nadaje fakt, że film był realizowany parę lat po krwawo stłumionym powstaniu roku 1956, wciąż żywym w pamięci społeczeństwa węgierskiego, które nie miało problemu z odczytaniem aluzji. Jednak pomimo historycznych kontekstów, jakie niesie za sobą film Jancsó, równie dobrze można go odbierać w kategoriach uniwersalnych, jako pełną metafor opowieść o mechanizmach władzy.

Królowa śniegu w wersji queer Anna Sobolewska

Królowa śniegu to debiut fabularny Macieja Michalskiego, który wcześniej zajmował się realizacją teledysków oraz krótkich metraży. Powstał film niszowy, sfinansowany w całości z oszczędności reżysera, który pomimo braku jakiejkolwiek promocji, dostrzeżony został na Festiwalu Polskich Filmów w Los Angeles. Fabuła skupia się na losach młodego chłopaka, Roberta (Jarosław Sacharski), którego matka (Ewa Kasprzyk) przypadkowo dowiaduje się o jego homoseksualizmie. Stawienie czoła prawdzie o tożsamości seksualnej Roberta sprawia wiele bólu im obojgu. Jednakże kwestia braku akceptacji ze strony matki nie jest jedynym problemem bo-

hatera – głównym wątkiem filmu jest podróż, jaką chłopak odbywa w pogoni za swą miłością, Portugalczykiem Sadimem (w tej roli John Romao). Reżyserowi udało się ukazać związek dwóch mężczyzn, pozbawiony ogólnie przyjętych stereotypów dotyczących związków gejowskich. Jego bohaterowie są zwyczajni, pozbawieni ogranej maniery oraz „przegięcia”. Królową śniegu z utworem Hansa Christiana Andersena łączy nie tylko tytuł. Mamy tu do czynienia z nowoczesną, gejowską reinterpretacją słynnej baśni. Robert jest w istocie męskim wcieleniem andersenowskiej Gerdy, która wyrusza, by odszukać swą miłość. Główny motyw obu historii jest podobny, począwszy od sceny, w której ukochanemu Roberta wpada coś do oka – w domyśle odłamek czarodziejskiego zwierciadła. Reinterpretacji można poddać także sam tytuł filmu, biorąc pod uwagę że snow (ang. śnieg) jest slangowym określeniem kokainy. Można przyjąć, że rzeczywistym, pozamagicznym powodem odejścia i przemiany Sadima jest nałóg (w scenie poprzedzającej jego zniknięcie widzimy, jak przyjmuje tabletkę od nowo poznanego mężczyzny). Tytułowa królowa śniegu ukazuje się bohaterowi, wprowadzając do filmu wątek baśniowości. Pomijając powiązania ze słynną baśnią, Królowa śniegu jest przede wszystkim uniwersalną opowieścią o wzajemnych relacjach między bliskimi – często trudnych i bolesnych, a jednak koniecznych w egzystencji. Zapracowana matka, niemająca czasu dostrzec, kim naprawdę jest jej syn, samotna babka głównego bohatera, borykająca się z chorobą psychiczną (Teresa Lipowska) są najlepszymi przykładami na to, jak kaleki potrafi być stan relacji międzyludzkich we współczesnych czasach. Królowa śniegu jest bardzo osobistym filmem, Maciej Michalski jest reżyserem filmu,

7

a także współautorem scenariusza, dekoracji oraz kompozytorem muzyki (wokalizy w wykonaniu Justyny Steczkowskiej). Twórca nie jest absolwentem żadnej szkoły filmowej, ale Akademii Sztuk Pięknych, co niestety widać w filmie. Kadry są bardzo malarskie, jednak nie sposób pozbyć się wrażenia, że filmowi czegoś brakuje. Jest statyczny, czasem niejasny, wartką akcję zastąpiono w nim dopracowaniem warstwy wizualnej. Kolejnym problemem filmu jest gra aktorów (za wyjątkiem Ewy Kasprzyk), która momentami jest wyjątkowo nieautentyczna. Szczególnie sztuczny wydaje się odtwórca głównej roli oraz aktorka wcielająca się w postać królowej śniegu. Powo-dem są między innymi nienaturalne i pompatyczne dialogi, które obniżają możliwości aktorów. Podsumowując, Królowa śniegu to film całkiem atrakcyjny na płaszczyźnie wizualnej, zawodzi jednak banałem dialogów i błędami w scenariuszu. Myślę jednak, że jak na niskobudżetowy debiut wypada całkiem nieźle. Po projekcji odbyło się spotkanie z twórcami filmu – reżyserem Maciejem Michalskim oraz Ewą Kasprzyk, odtwórczynią roli matki Roberta. Część pytań zadanych przez widzów demaskowała typowo polskie, stereotypowe podejście do tematu homoseksualizmu, m.in. po co właściwie zajmować się tematem tak marginalnym (to pytanie wyraźnie rozeźliło reżysera). Pozostałe pytania dotyczyły przeważnie problematyki orientacji głównego bohatera oraz prywatnego podejścia Ewy Kasprzyk do homoseksualizmu. Pytano również o dotychczasowy dorobek filmowy reżysera i artystyczne plany na przyszłość. Przy okazji na widowni wywiązała się dyskusja o głośnym procesie o nietolerancję. Specyficzną błyskotliwością wykazała się pewna kobieta, pytająca po projekcji, czy film czerpał z baśni Andersena coś więcej niż tytuł.


Pełnia – sceny z życia prowincji Michał Dondzik Iński przegląd twórczości Andrzeja Kondratiuka rozpoczął się dość nietypowo, bo od szóstego w dorobku artysty filmu fabularnego, powstałego w 1979, po sześciu latach przerwy. Odważna koncepcja rezygnacji z chronologicznego przedstawienia filmografii ma z pewnością swoje zalety, będąc również wyzwaniem nawet dla bardziej wyrobionych znawców jego twórczości, gdyż nie ułatwia zrozumienia szczególnej ewolucji, jaka zaszła w twórczości reżysera. Dodajmy, że jest to dzieło niezwykle różnorodne: w dorobku artysty, poza bardziej znanymi filmami, możemy odnaleźć nawet animację i dokument kręcony za pomocą ukrytej kamery. I to właśnie ta rozpiętość i brak możliwości łatwego zaklasyfikowania może stanowić twórcze zadanie dla widzów chcących zmierzyć się ze wszystkimi filmami wybranymi w tegorocznej retrospektywie. Pełnia to obraz stanowiący podsumowanie dotychczasowego dorobku oraz zwiastujący rodzący

się nowy, radykalnie odmienny styl, dzięki któremu Andrzej Kondratiuk razem z Tadeuszem Konwickim i Janem Jakubem Kolskim uznany zostanie za autora kina odrębnego, reżysera kreującego ojczyznę prywatną. Fabuła Pełni to prosta opowieść o intelektualiście, który usiłuje oderwać się od przytłaczającej go miejskiej rzeczywistości i uciec na wieś. Odwieczny konflikt kultury z naturą, prostoty zasad i postaw ludzkich na wsi z konformizmem i wyrachowaniem mieszkańców miasta. I to właśnie życie w zgodzie z naturą, obcowanie z przyrodą i relacje ze zwykłymi ludźmi stanowią dla bohatera najpierw odskocznię, a później realną alternatywę. Żona – znana aktorka i miejski przyjaciel zdają się odlegli, nie pasują do wiejskiej idylli. Przypominają o upływającym czasie i zmarnowanych szansach, sprawach niemających znaczenia w wiejskich realiach. Widzowie znający późniejsze filmy Kondratiuka,

w tym gzowski tryptyk, z łatwością odnajdą obsesje i fascynacje reżysera, w Pełni jeszcze dyskretne, jednak już widoczne i znaczące. O osobistym stosunku świadczy nawet lokalizacja filmu: wieś Łachy, w której rozgrywa się akcja, znajduje się w niewielkiej odległości od Gzowa koło Serocka, czyli miejsca, w które przeniesie się Andrzej Kondratiuk wraz z Igą Cembrzyńską. Tomasz Zaliwski, odtwórca głównej roli, specjalnie na potrzeby realizacji zamieszkał w Łachach, zaprzyjaźnił się z mieszkańcami, a nawet ubierał się w waciak, w którym później grał. Obok niego wybitne kreacje stworzyli Józef Nowak oraz Roman Kłosowski, prawdziwym popisem aktorstwa jest jednak rola Tadeusza Fijewskiego. Atutem Pełni są również charakterystyczne, symetrycznie skomponowane zdjęcia Witolda Leszczyńskiego, dzięki którym film Kondratiuka można odczytywać jako filmowy suplement do Żywotu Mateusza czy Konopielki. I podobnie jak w tych dziełach, autentyzm, prostota i rejestracja wyjątkowego świata, który powoli przemija, powodują, że Pełnia jest filmem godnym polecenia każdemu miłośnikowi kina.

Na szczęście jest Silvio! Malwina Czajka „Nasza polityka, religia, programy informacyjne, sport, oświata i handel zostały przekształcone w przyjemne dodatki do show-businessu, i to przeważnie bez czyichkolwiek protestów czy nawet większego zainteresowania. W efekcie jesteśmy narodem będącym o krok od zabawienia się na śmierć.” Zabawić się na śmierć, Neil Postman Na projekcję wyczekiwaliśmy wpatrzeni w ekran ponad pół godziny, zniecierpliwieni i nieugięci zarazem. Podobnie do nas czekają młodzi Włosi i Włoszki, wszyscy piękni i żądni sławy. Czekają na swoją szansę. Telewizyjna breja oferuje

mityczny świat marzeń pełen celebrytów. Eric Gandini prezentuje nam wizję nowego ustroju politycznego, jakim jest wideokracja, a wręcz tiwikracja, antyutopię zastępując realnie istniejącą Republiką Włoską. Telewizja i władza splotły się w jedno i całkowicie zawładnęły umysłami ludzi. Film sugeruje, że Włochów zalała maniakalna chęć zaistnienia na ekranie. Reżyser ukazuje tylko jeden typ ludzi jako reprezentatywny dla całego włoskiego społeczeństwa, przywołując statystyki świadczące o tym, jakoby dla

8

80% obywateli głównym źródłem informacji była telewizja. Z jednej strony Gandini nie pokazuje nam nic nowego: mediatyzacja współczesności i manipulacja telewidzami obserwowana jest od lat. Znanym przykładem medialnych kreacji, gdzie to szminka i puder zdecydowały o sympatiach wyborców i zdobyciu władzy jest debata prezydencka Kennedy’ego i Nixona. Neil Postman wróżył, że w niedalekiej przyszłości to doskonałość cielesna i wizerunek medialny zdominują dyskurs publiczny. Eric Gandini udowadnia nam, że właśnie doszliśmy do momentu, w którym zabawa zawładnęła każdym as-


pektem życia społecznego. Liczy się sława, ładny uśmiech, doskonała figura, krótkie spodenki i kształtne piersi. Minister ds. równości zostaje jedna z bezustannie uśmiechniętych pań - velin, których zadaniem jest towarzyszyć prezenterom. W oczach reżysera każda młoda Włoszka marzy o byciu roztańczoną atrakcją bez prawa głosu, za to z obowiązkiem wykonania trzydziestosekundowego układu strachetto, będącego żywym przerywnikiem programu. Z drugiej strony w filmie oglądamy władzę nad umysłami w wersji ekstremalnej. Telewizja Berlusconiego pobudza emocje, a nie myślenie. Ludzie się nudzą, przyzwyczajani od lat do rozrywki, szybkiego przekazu. Ich umysły są karmione, wręcz bombardowane obrazami półnagich ciał i bezustannym show, którego każdy pragnie być uczestnikiem. Przeraża szo-winizm świata włoskich mediów, w którym główną atrakcją telewizyjnego spektaklu jest tłum ledwo ubranych młodych dziewczyn. Doskonałe ciało to sposób na męża-piłkarza i dostatnie życie. Szaleństwo dotyczy każdego. Berlusconi „nie dorównuje Mussoliniemu, ale też jest wielki”, jak podsumowuje bliski przyjaciel premiera – Lele Mora i fan byłego dyktatora. Jako przykład uwielbienia dawnego

ustroju, puszcza swój ulubiony motyw muzyczny wykorzystywany niegdyś przez Duce. Zaślepione społeczeństwo dąży do sławy i pieniędzy, które pozwalają na wszystko. Berlusconi, będąc symbolem doskonałego systemu medialnego i politycznego, zbudował labirynt dla gości i wulkan aktywujący się przy pomocy zdalnego sterowania. Inni też chcą móc wiele, tak wiele. Bogactwo oglądają tylko przez szklaną szybę telewizorów i z każdym dniem pragną go bardziej. Przedstawicielem takiego myślenia w filmie jest nowoczesny Robin Hood, jak sam siebie określa Fabrizio Corona. Stylizujący się na Roberta De Niro poluje na celebrytów i ich przejawy niedoskonałości, aby zabrać bogatym i... dać sobie. Bieda to jedynie brak szczęścia i tęsknota, aby znaleźć się po drugiej stro-nie ekranu, wśród blasku kamer i seksistowsko traktowanych ślicznotek. Wideokracja to kolejny po Boskim film goszczący na polskich ekranach, mówiący o władzy we Włoszech. Mimo znaczących różnic, oba opowiadają tę samą historię: silnej, wręcz dyktatorskiej władzy włoskiego premiera, który zarządza wszystkim i wszystkimi. Bez jego wiedzy, zgody, skinięcia ręką, czy wbrew

Wielki Berlusconi patrzy Wideokracja Erika Gandiniego podejmuje próbę ukazania mechanizmów współczesnych włoskich mass mediów, choć mogłoby się zdawać, że temat jest jedynie pretekstem do omówienia sylwetki właściciela sieci kanałów telewizyjnych Mediaset i premiera w jednym – Silvia Berlusconiego. Obie kwestie dopełniają się i pozwalają spojrzeć na sprawę znacznie szerzej, unaoczniając globalny charakter poruszanych problemów. Film rozpoczyna się od fragmentu programu z 1976 roku, w którym telewidzowie dzwonią

Sylwia Witkowska

do studia i odpowiadają na pytania prowadzących. Udzielenie poprawnej odpowiedzi nagradza się zdejmowaniem przez nieznajomą kobietę kolejnych części garderoby na wizji. Ogromny sukces wieczornego show przyczynił się do powstania nowego wzorca. Współcześnie nieodłącznym elementem wielu włoskich programów jest obecność show-girls zwanych Veline. Ich jedynym zadaniem jest wykonanie krótkiego układu tanecznego. Castingi na Veline cieszą się ogromnym zain-

9

jego upodobaniom, we Włoszech nic nie może się wydarzyć. W Boskim premiera wspomagała mafia, w Wideokacji wystarczy obraz telewizyjny. Włoskie ekstremum przywołuje na myśl orwellowski Rok 1984, gdzie każdy obywatel kontrolowanym jest poprzez odbiornik telewizyjny. We współczesnej rzeczywistości jednostki same poddają się magii szklanego ekranu, dążąc do bycia atrakcyjnym towarem. Obrazy rządzą duszami za ich przyzwoleniem. Zanika podział na to, co prywatne i to, co publiczne, gdyż wszyscy dążą do bycia widzialnym. Władza nierozerwalnie wiąże się z wizualną obecnością, bo, jak zauważył Nanni Moretti, „każda telewizja, także prywatna, jest sprawą publiczną”. Wyczekiwanie na projekcje opłaciło się między innymi z powodu niezapomnianego teledysku kampanii wyborczej Berlusconiego w wersji karaoke. Chór śpiewających, szczęśliwych kobiet, obowiązkowo pięknych, o doskonałych sylwetkach, wielbi swojego guru, który sprowadza je do roli przedmiotów – bezcenne, aczkolwiek przerażające.

teresowaniem młodych Włoszek. Nawet tak przelotne pojawienie się na srebrnym ekranie stanowi rodzaj awansu społecznego, dowód sukcesu. Mara Carfagna udzielając się w koncernie Mediaset z Veline zdobyła stanowisko ministra do spraw równouprawnienia w rządzie Berlusconiego. Nikt nie zwraca uwagi na przedmiotowe traktowanie kobiet, skoro same zainteresowane z własnej woli zgłaszają się do pracy w roli półnagich telewizyjnych ozdób. Problem zdaje się nie istnieć. Nawet więcej, Ricky Canevali reprezentujący męską część pre-


tendentów na celebrytę paradoksalnie uważa, że to mężczyźni są dyskryminowani w telewizji. Jego zdaniem kładzie się nacisk na medialną obecność płci pięknej. To właśnie prezentacja kobiecych wdzięków gromadzi publiczność przed telewizorami. Społeczeństwo interesują także skandale znanych i bogatych oraz ich droga do sukcesu, zdaje się dodawać reżyser. Za przykład służy Fabrizio Corona, właściciel agencji fotograficznej, oskarżony o szantażowanie celebrytów pod groźbą opublikowania kompromitujących zdjęć. Jak na ironię, blisko trzy miesiące spędzone w więzieniu przysporzyły mu sporej popularności w mediach. Były więzień kreował się na ofiarę systemu sprawiedliwości, osobę, która mówi prawdę o niemoralnym życiu sław. Wykorzystując zainteresowanie mediów stworzył własną markę „Corona”, wartą miliony euro. Przytaczane osoby oraz tematy dokumentu mają swój wspólny mianownik, którym jest premier. Przywódca rządu jako monopolista medialny jest właścicielem trzech największych ogólnowłoskich kanałów telewizyjnych. W przekornym podtytule filmu Gandiniego (basta apparire – wystarczy spojrzeć) kryje się iro-

niczny komentarz dotyczący mass mediów. Wideokracja wymaga od widza nie tylko dystansu do obejrzanego dokumentu, ale także wnikliwego słuchania i patrzenia, czego nie wymaga telewizja. Gandini niezwykle umiejętnie, między wierszami, nawiązuje do osoby polityka. Komentarze bliskich przyjaciół oraz współpracowników Berlusconiego stanowią jedynie bazę do zrozumienia przekazu twórcy. Dopiero porównanie tego, o czym dowiadujemy się z filmu z tym, co nam się jedynie sygnalizuje, daje spójną całość. Gandini przypomina wydarzenia związane z premierem nierzadko wyłącznie w warstwie obrazowej. Bliska przyjaciółka Berlusconiego Marella Giovannelli jest fotografkąamatorką. Pokazuje nam kilka zdjęć z jego prywatnych przyjęć. Przy tej sposobności widzimy również fotografie Tony’ego Blaira oraz Władimira Putina (kobieta próbuje także odszukać zdjęcie Muammara al-Kaddafiego). Wymienieni politycy nie są przypadkowi. Byłego premiera Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej Berlusconi poparł na stanowisko prezydenta Unii Europejskiej. Z libijskim przywódcą potentat medialny stara się być w jak najlepszych kontaktach

z uwagi na liczne korzyści ekonomiczne. Tymczasem z rosyjskim premierem Berlusconiego od lat łączy prywatna przyjaźń. Kontrowersyjnego przekazu twórcy nie przedstawiono ostentacyjnie. Otrzymujemy jedynie liczne sugestie, porównania, metafory. Temat telewizji staje się zasłoną dymną dla krytyki włoskiego premiera i ukazuje go w nienajlepszym świetle. Niemniej trzeba wskazać, że wysnucie takich wniosków byłoby znacznie trudniejsze bez znajomości działań Berlusconiego. Brak tej wiedzy umożliwia dostrzeżenie przede wszystkim mechanizmów, jakimi posługują się mass media. Mechanizmy te mogą wydawać się dość oczywiste, ponieważ są znane i powszechnie wykorzystywane na całym świecie. Celem Gandiniego jest nie tyle oskarżanie, co przypominanie czy podsumowanie zarówno posunięć znanego polityka, jak również charakterystyki jego komercyjnych kanałów telewizyjnych. Cała sytuacja ociera się o przytoczony przez Marellę ogrodowy labirynt Berlusconiego, z którego jego goście nie mogą znaleźć wyjścia, zaś premier przygląda się temu niczym Wielki Brat, „bawiąc się przy tym wybornie”.

Swojskie wąpierze na mazurskiej ziemi Martyna Urbańczyk

Jak świat długi i szeroki, wszędzie widoczne są wpływy wampirycznego trendu na popkulturę. Nie dziwi więc fakt, iż nawet w polskim kinie pojawiły się jego echa. W Kołysance, najnowszym filmie Juliusza Machulskiego, poznajemy upiorną niczym kultowi Adamsowie rodzinę Makarewiczów, która przybywa do jednej z mazurskich wsi o uroczej nazwie Odlotowo. Wkrótce w tajemniczych okolicznościach zaczynają znikać zarówno przyjezdni,

jak i mieszkańcy. Niektórzy z zaginionych niespodziewanie pojawiają się ponownie, wprowadzając lokalną policję w coraz większą konsternację. Kołysanka aspiruje do miana polskiej odpowiedzi na popularność wampiryzmu we współczesnej kulturze masowej. Krwiopijcy w krajowym wydaniu nie przypominają Edwarda ze Zmierzchu, ani Billa Comptona z serialu Czysta krew. Bliżej im

10

ra-czej do gotyckich tradycji wyznaczonych przez klasyczne postaci takie jak Drakula. Swojskiego folkloru przedstawionej opowieści dodaje miejsce akcji oraz to, czym zajmują się bohaterowie filmu. By zarobić na życie swoje, teścia i czwórki dzieci (piąte „w drodze”). Juliusz Machulski wraz z Adamem Dobrzyckim, współautorem scenariusza, stworzyli portret wampirzej rodziny na miarę polskich warunków – muszą unikać zwracania na siebie uwagi, by podtrzymać


poczucie bezpieczeństwa, mimo otaczającego ich absurdu polskiej małomiasteczkowej mentalności. Scenariusz tym samym można łatwo odnieść do rzeczywistości, z którą do czynienia na co dzień ma każda wielodzietna i wielopokoleniowa rodzina. Oczywiście, wszystko zostało okraszone dawką szczególnego poczucia humoru reżysera. Zabiegiem dość dziwnym i trochę niepotrzebnym wydaje mi się podział Kołysanki na epizody. Uzasadnienie mówiące, że film pomyślany był początkowo jako serial telewizyjny, który w wyniku pewnych trudności przekształcony został na film pełnometrażowy jest według mnie niewystarczające. Jednak pomimo ich „nadprogramowej” obecności, stylizowane na gotyk sceny rozdzielające kolejne części, w których bohaterowie grają muzyczny leitmotiv, są ciekawym dodatkiem nadającym ton pozostałym momentom Kołysanki. Na uwagę w moim odczuciu zasługują kreacje głównych bohaterów stworzone przez Roberta Więckiewicza i Małgorzatę Buczkowską, którzy w roli wampirzych rodziców sprawują się wzorowo. Dodatkowo szczególnie przykuwającym uwagę bohaterem jest ukryty pod bardzo udaną charakteryzacją, grany przez Janusza Chabiora, zgorzkniały wampir-dziadek. Jego ciągłe narzekanie na pogarszające się zdrowie i sytuację rodziny dodają Kołysance tragikomicznego kolorytu. Spośród dość sztampowych współczesnych przedstawień wampira, Kołysanka wydaje mi się miłym zaskoczeniem, szczególnie, gdy zwrócimy uwagę, jak rzadko na ekranach polskich kin możemy mieć do czynienia z filmem o wątkach fantastycznych, a zwłaszcza z obecnością istot ponadnaturalnych. Być może Kołysanka nie wpisze się w historię kina w równym stopniu jak Seksmisja przed laty, ale

jestem przekonana, że przynajmniej na razie będzie stanowić znakomite wytchnienie dla widzów znudzonych świecącymi w słońcu młodocianymi amantami z młodzieżowych filmów. Polecam dla porównania seans trzeciej części Sagi Zmierzch ostatniego dnia festiwalu.

Spotkanie z Januszem Chabiorem Sylwia Witkowska Sobotnia projekcja Kołysanki Juliusza Machulskiego wiązała się z pewnymi trudnościami. Pierwotny zamysł wyświetlenia filmu w kinie plenerowym nie został zrealizowany ze względu na wyraźnie niesprzyjające warunki pogodowe, które zmusiły organizatorów do przeniesienia seansu do kina Morena. Nie miało to jednak znaczącego wpływu na frekwencję ani na odbiór filmu przez widownię, wyraźnie rozbawioną czarną komedią Machulskiego. W sali kinowej obecny był także odtwórca jednej z głównych ról – Janusz Chabior. Aktor wykazał się niecodziennym z dystansem do samego siebie, zarówno podczas projekcji, zasiadając na podłodze i tym samym dołączając do licznej grupy osób, dla których zabrakło miejsc na fotelach, jak również na spotkaniu umożliwiającym widzom zadawanie pytań odnośnie Kołysanki. Nad przebiegiem rozmów czuwał Dyrektor Artystyczny Festiwalu Przemek Lewandowski. To właśnie on zadał pierwsze pytanie o przygotowanie Chabiora do roli wampira-seniora. Aktor odpowiedział podobnie, jak

11

na większość pytań, żartobliwie mówiąc, że zakładał czarny koc na plecy przed wyjściem z domu w poszukiwaniu potencjalnych „ofiar”. Zapewniał, że nie inspirował się kreacjami aktorskimi z innych filmów o wampirach. Gość wyraził także obawę o swoje walory fizyczne, skoro obsadzono go w roli ojca Roberta Więckiewicza. Widzów najbardziej zainteresowały szczegóły charakteryzacji, za które odpowiedzialni byli Tomasz Matraszek oraz Joanna Chudyk. Janusz Chabior zdradził, że jego charakteryzacja trwała najdłużej z całej obsady (około dwóch godzin) oraz opowiedział anegdotę, jak to zgubił protezę stworzoną z myślą o filmie dla podkreślenia starczego wieku jego postaci. Rekwizyt filmowy odnaleziono (niestety w kontenerze) po trzech godzinach intensywnych poszukiwań, w które zaangażowano całą ekipę. Aktor postanowił też dookreślić postać, poprzez zmianę brzmienia swojego głosu na bardziej zachrypnięty. Zresztą wybór był trafny, ponieważ widownia żywo reagowała na jego kwestie. Ciekawość wzbudziło przeniesienie się rodziny Makarewiczów do Pałacu Prezydenckiego. Dopytywano o sens takiego rozegrania akcji, lecz zaproszony gość odpowiedział wymijająco, dając równocześnie do zrozumienia, że absurdalność puenty była świadomym zamysłem reżysera. Niestety, spotkanie musiało zostać zakończone dość szybko z uwagi na zapowiedziany w programie festiwalu występ Kabaretu Szarpanina. Dla tych, którzy odczuwają niedosyt bądź dla tych, którzy nie mogli w spotkaniu uczestniczyć, mamy cenną informację: następna rozmowa z aktorem odbędzie się we wtorek po projekcji Made in Poland Przemysława Wojcieszka.


„Ińskie Point” wyprodukowało: Koło Naukowe Filmoznawców Uniwersytetu Łódzkiego

Malwina Czajka Michał Dondzik Edyta Janiak Magda Januszkiewicz Arkadiusz Jaworek Marta Madejska Miłosz Michałowski Agnieszka Piąstka Rafał Pniewski Dagmara Rode Michał Sobczyński Anna Sobolewska Martyna Urbańczyk Sylwia Witkowska


Ińskie Point Nr 1