Issuu on Google+

Mamy konkursy..............2 Dwie strony „Półksiężyca”.............2-3 Mówi Grzegorz Fedorowski....................2 Etiudy z Łodzi ................3 Mistrz Martin Slivka .........................4-5 Dzisiaj będzie „Futro” ..........................6

Ińsko, 6. VIII 2008

„Opium” dla mas .........7 „Zaczarowana” strona ............................7 Najlepsze z najgorszych czyli ”Gamera…” ........8

Ogłaszamy konkurs! Codziennie będziemy zachęcać Was, Drodzy Czytelnicy, do głosowania na wybrany film i wystawienie mu oceny w skali od 1 do 10. Wśród głosujących rozlosujemy bardzo ciekawe nagrody w postaci gadżetów związanych z Łodzią (m.in. koszulki!). Zapraszamy do głosowania! Nazwiska zwycięzców zamieścimy w jutrzejszym numerze gazetki. Urnę znajdziecie przy wyjściu z kina. Dziś głosowanie dotyczy filmu „Niepokorny” wyświetlanego w Gabinecie doktora Caligari o godzinie 19.


Mamy dla Was karnety na Fotofestiwal, Łódź Design i Festiwal Komiksu ufundowane przez Fabrykę Sztuki. Wystarczy napisać tekst na temat: „Dlaczego powinienem pojechać właśnie na ten festiwal”. Takie, swojego rodzaju, listy motywacyjne można przynieść osobiście do redakcji lub wysłać drogą mailową: Pokój 33 Gabinet Dyrektora Gimnazjum ul. Poprzeczna 1 efka123@wp.pl

Rozwiązanie wczorajszego konkursu Mamy przyjemność ogłosić, że widzowie ocenili film „Futro” Tomasza Drozdowicza, przyznając mu średnią ocenę: 7. Spośród głosujących została wylosowana p. Zapraszamy do redakcji po odbiór nagrody (zestaw gadżetów związanych z Łodzią). Redakcja mieści się w pokoju 33, w Gabinecie Dyrektora Gimnazjum, przy ulicy Poprzecznej 1.

Format i objętość tekstu – dowolne. Serdecznie zapraszamy! Jest o co walczyć. Mamy też nagrody pocieszenia: fantastyczne katalogi wymienionych festiwali. Rozwiązanie konkursu nastąpi w niedzielę.

Nie miecz, nie tarcza bronią języka, lecz muzyka Kurdowie są jednym z największych na świecie narodów bez własnego państwa. Tułają się, zamieszkując wiele krajów, głównie Iran, Irak, Syrię, Turcję. Najboleśniejsza w życiu Kurdów nie jest tułaczka, ale niemożność kultywowania wielowiekowych tradycji swoich przodków. Represji podlega przede wszystkim muzyka, a kobiecy śpiew, będący nieodłącznym jej elementem, jest zakazany od czasów irańskiej rewolucji islamskiej z 1979 roku. Wtedy kurdyjskie śpiewaczki zostały odseparowane od społeczeństwa i uznane za zbrodniarki. To właśnie muzyka jest najważniejszym nośnikiem pamięci o tożsamości narodu, dlatego to ona stała się bohaterem ostatniego filmu Bahmana Ghobadiego. „Półksiężyc” to dogłębnie przejmująca opowieść o istocie kurdyjskości, wyprawie życia, ostatniej podróży, pielęgnowaniu swojej kultury, kołaczącej gdzieś na dnie serca, o nieszczęściu i nadziei. Mamo, jednemu z dwóch największych muzyków kurdyjskich, po dłuższych staraniach udaje się uzyskać pozwolenie na wyjazd na koncert do Iraku. Wraz z synami i śpiewaczką, bez której zespół nie byłby kompletny, wyruszają w drogę, by nieść ze sobą muzykę wolnego Kurdystanu, ewokującą miłość, przyjaźń, dobro i wolność.

Reżyser w doskonały sposób pokazuje tragedię tego narodu w wymiarze społecznym i jednostkowym; jego pragnienia, trudy, przeciwności, niepowodzenia i bezładność. Granice – krajów i mentalności – są przeszkodą nie do pokonania. Nawet dziewczyna o złudnym imieniu Półksiężyc (czyli odradzanie) zjawia się za późno. Na oczach widzów odchodzą kolejni członkowie starego pokolenia, które niegdyś mogło z większą swobodą śpiewać swoje pieśni – piękne, przeraźliwie nostalgiczne, pełne melancholii i cierpienia, na wskroś przeszywające ciało i duszę. To skowyt, wielkie zawodzenie wprawiające słuchających w niemy zachwyt. Aż razi w filmie ciągłe przerywanie tej muzyki, której można by słuchać godzinami. Nie dziwi więc tęsknota bohaterów za tym, co najpiękniejsze. Ghobadi oddał w formie treść, a tylko takie dzieło można nazwać majstersztykiem. Długi opis podróży, pełnej przeszkód, bólu i rozgoryczenia, której towarzyszy kojąca Nuta. Czasem prawdziwa, grana na żywo, czasem puszczana z kaset, czasem zupełnie wyobrażona, która niczym magiczny eliksir ożywia zmarłego. Całości dopełniają malownicze, plastyczne zdjęcia bezkresnych stepów i gór. Smutek jest nieodłączną częścią tego krajobrazu. I o tym w szczególnie wrażliwy sposób mówi nam reżyser. To film dla tych, którzy twierdzą, że muzyka jest ich życiem.

Z Grzegorzem Fedorowskim rozmawiała Agnieszka Cytacka.

Robienie filmów to przyjemność Agnieszka Cytacka: Podczas tegorocznego festiwalu obejrzeliśmy Pana film „Szalom Lejbuszewo”. Jest to reportaż o Żydach, którzy dzieciństwo spędzili w Szczecinie, jednak w roku 1968 musieli wyemigrować z Polski. Teraz, po latach, odwiedzają wraz z rodzinami miasto, w którym się wychowali. Skąd tytuł filmu? Grzegorz Fedorowski: Historia zaczęła się przed paroma laty, kiedy środowisko Żydów, którzy w drugiej połowie lat 40. XX wieku zamieszkiwali dzielnicę Szczecina – Niebuszewo, postanowiło zorganizować „Mini_Reunion '68”. Zajęło się tym Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne Żydów z prezesem ośrodka w Szczecinie, panią Różą Król. Niebuszewo jest obecnie niemal miejscem pielgrzymek, ponieważ po wojnie

stanowiło największe skupisko ludności żydowskiej w Polsce. Często też, głównie przez najstarszych mieszkańców miasta, było nazywane Lejbuszewem, od imienia Lejb. Skąd u Pana zainteresowanie tą tematyką? Pod koniec lat 80. i na początku 90. robiłem cykl „Narody Rzeczpospolitej” o mniejszościach narodowych w Polsce, w ramach mojego programu „Pomerania Ethnica”. Były to reportaże radiowe i telewizyjne. Teraz nakręciłem film, który nie jest związany z moją pracą. Robienie filmów to przyjemność, ale nie zawsze ma się taką możliwość. Na razie też nie planuję nowego przedsięwzięcia.


Autorski. Przez duże „auu ” O czym będzie mowa? O filmie „Półksiężyc”. Kto pisze? Widz, który o kulturze Bliskiego Wschodu wie niewiele. I z tego, między innymi, powodu stoi przed trudnym zadaniem: pokusa, by wyśmiać pęknięcia w konstrukcji scenariusza jest łagodzona podejrzeniem, że mieliśmy do czynienia z historią, która czerpie z arabskiej mitologii, z lokalnych podań, prastarych Ksiąg – słowem: tradycji nieznanych. Bezradność oglądającego zyskuje w ten sposób przyjemne alibi w postaci tzw. różnic kulturowych. Kolejna odsłona cyklu „irańskie kino drogi” zbudowana została na ciekawym pomyśle. Oto grupka Kurdów w średnim wieku wyrusza – pod wodzą dostojnego patriarchy rodu – w podróż z Iranu do północnego Iraku. Początkowo film rozwija się zgodnie ze schematem opowieści podróżniczej: zebranie towarzyszy wędrówki i pokonywanie przeszkód (czytaj: posterunków milicji) na drodze do celu. Ale z czasem opowieść staje się coraz bardziej rozwichrzona – postaci pojawiają się znienacka i znikają niespodziewanie, rekwizyty teleportują się z jednych przestrzeni w inne, czas wije się jak pełzający po rozgrzanym piasku wąż. Widz naiwny będzie zatem grymasił, że historia jest nieczytelna; ktoś inny

gwałtownie zaprotestuje, argumentując, że pęknięcia w narracji dadzą się z łatwością uspójnić – tym mianowicie, że jej większa część jest przedśmiertnym majakiem bohatera (co zdaje się sensowne – problem przemijania rozwijany jest bowiem w filmie na różnych poziomach). Podejrzewam twórców o chłodną kalkulację: „Półksiężyc” balansuje bowiem (skądinąd, całkiem sprawnie – ale też niepokojąco ostentacyjnie) na granicy wyznaczanej przez opozycję „lokalne/globalne”. Etnograficzny zapis – bardzo proszę, ale pod jednym warunkiem: dorzućmy parę scenek do śmiechu (wszak „Borat” sprzedał się tak dobrze!) i kilka ukłonów w stronę zachodniego widza (w scenariuszu odliczają się: BBC, van Gogh i… Kierkegaard), a otrzymamy idealny produkt eksportowy, który ani chybi spodoba się na filmowych festiwalach. Tym samym opisywany ongiś przez Edwarda Saida orientalizm – fascynacja kulturą Bliskiego Wschodu, naznaczona jednak poczuciem wyższości wobec niej – zyskuje osobliwego sojusznika: tak zwane kino artystyczne.

Jak życie w Łodzi studentom szkodzi Etiuda – krótki utwór (miedzy innymi filmowy), mający na celu doskonalenie umiejętności reżyserskich, aktorskich itp. Oto definicja etiudy. Czy jest w niej mowa o obowiązkowej nudzie? Otóż nie. Dlaczegóż więc studenci łódzkiej filmówki od lat nie mogą wyzwolić się od kręcenia filmów, w których nuda wieje z każdego kąta? Martyrologia, ból, biedne dzieci, cierpiący młodzi Werterowie i przysłowiowa „szara rzeczywistość, która przytłacza mnie” – to główne tematy poruszane przez studentów PWSFTviT. Gdzie leży źródło braku poczucia humoru i zaniku pogody ducha studentów? Czyżby to z winy wrednych wykładowców, którzy swoimi metodami pedagogicznymi odbierają młodym ludziom radość życia? A może pofabryczna architektura Łodzi wpływa na nich tak depresyjnie? Kłopoty w zdobyciu dofinansowania projektów sprawiają, że młodzież popada w melancholię? Żarty żartami, ale to jednak zadziwiające, dlaczego łódzcy studenci, w przeciwieństwie do np. adeptów Wydziału Radia i Telewizji w Katowicach, nie potrafią wyrwać się z zaklętego kręgu ciężkich do strawienia (nawet w tak krótkiej formie) tematów. Podczas pierwszego bloku etiud pokazano film „Łódź od zmierzchu do nocy”, składający się z kilku części wyreżyserowanych przez różnych artystów. Wizerunek Łodzi wyłaniający się ze studenckich impresji jest mocno przygnębiający. Brudne ulice, gdzieniegdzie kupki szarawego śniegu, obdrapane kamienice, blokowiska. Słowem – brud, smród i ubóstwo. Wśród bohaterów znaleźli się: chłopiec z ubogiej rodziny, panie strojące się w lumpeksie, kobieta dożywiana przez PCK, dyspozytorzy pogotowia, znudzony fryzjer obserwujący życie miasta przez szybę swojego zakładu. Najwięcej humoru w ten pochmurny i pełen marazmu obrazek wniosła etiuda

zagranicznej studentki, śledząca kulisy występów striptizerów. Prymitywni, „napakowani” mężczyźni (należący do objazdowej rewi nagich torsów) wdzięczą się przed lustrem, nabłyszczają oliwką i wymieniają niewybredne uwagi na temat pań z publiczności. Łódź w oczach podopiecznych Macieja Dejczera – opiekuna projektu – jest smutna, nudna, brudna i głodna. Znacznie bardziej optymistyczne były etiudy z drugiego bloku, prace absolwentów PWSFTviT pochodzących ze Szczecina. Najciekawszy spośród wyświetlonych filmów to „Jak w raju” Wiesławy Piećko, pełna ciepła i humoru opowieść o ponad siedemdziesięcioletnim małżeństwie, żyjącym w dramatycznych warunkach wraz ze swoimi zwierzętami. Starsi państwo kłócą się, nie potrafią wyrażać swoich emocji inaczej niż poprzez przekomarzanie się. Żona nieustannie obraża męża, on zdaje się to skutecznie ignorować. Pomimo ukazania poniżających warunków bytowych, biedy i monotonii życia starych, schorowanych ludzi, nie ma w tym filmie narzekania, wyrzutów, zwyczajowej martyrologii. Jest za to swego rodzaju radość życia i optymizm. Film mógłby, moim zdaniem, nosić Jarmuschowski tytuł „Inaczej niż w raju”. Nikomu nie życzę takiego raju, ale z pełną odpowiedzialnością polecam ten film uwadze wszystkich widzów. Blok drugi, ku mojej wielkiej radości, był kompletnym zaprzeczeniem marazmu zaprezentowanego w pierwszym zestawie. Czyżby podejście do życia i twórczości istotnie aż tak mocno uwarunkowane było pochodzeniem i środowiskiem, w którym przyszło się nam kształcić? No cóż, zawsze zgadzałam się z twierdzeniem, jakoby to byt kształtował świadomość


Martin Sli ka. Nieznany mistrz dokumentu Przy wyborze filmów warto czasem strzelać w ciemno. Warto iść na projekcję prac twórcy, o którym nigdy wcześniej się nie słyszało, o którym nie ma mowy w telewizji, Internecie, którego nie kojarzą nawet własni rodacy. Warto, ponieważ, gdy trafimy na dobry a nieznany film, zachwyt jest jeszcze większy. Można by go porównać do uczucia, jakie towarzyszy poszukiwaczowi, który z piasku wyciąga maleńką grudkę złota. Tak właśnie czułem się po obejrzeniu retrospektywy dokumentalisty Martina Slivki. Reżyser ten pochodzi ze Słowacji. Dzieła, z którymi mogliśmy zapoznać się na Ińskim Lecie Filmowym, zostały zrealizowane w latach 60. Wszystkie dokumenty łączy format (są to krótkometrażówki), poetycki styl reżysera oraz ogromna rola, jaką odgrywa w nich muzyka. Pierwszym filmem, jaki obejrzeli nielicznie zgromadzeni widzowie kina Morena były „Ikony”. Przez drzwi kościółka stojącego na skraju lasu reżyser wprowadza nas w fantastyczny świat słowackich ikon. Założeniem jest pokazanie ewolucji tejże gałęzi sztuki ludowej. O różnicach i przemianach opowiada głos lektora. Pojawia się raptem kilka razy, „Ikony” nie są bowiem klasycznym filmem edukacyjnym. Kamera bada ikony, skupia się raz na twarzach postaci, raz na detalach, bądź przedstawia obrazy w całej okazałości. Pozwala nam wniknąć w ich treść, przyjrzeć się formie. Nie jesteśmy skazani na interpretację reżysera (lektora), choć to od niego zależy kolejność pojawiających się obrazów. Muzyka jest tu niezmiernie ważna – skomponował ją polski kompozytor Krzysztof Penderecki. Pomysł ścieżki dźwiękowej oparł na wykorzystaniu starych słowackich pieśni religijnych. To one określają oglądany przez nas świat. Przenoszą nas do małych, pachnących wilgotnym drewnem, słowackich kościółków. Głośny śpiew przenika nas na wskroś. Widz czuje się, jakby uczestniczył w starodawnej celebracji świętych obrazów. Wobec potęgi pieśni i wielowiekowych ikon jesteśmy bezradni, niczym oglądający je pięć wieków temu średniowieczny słowacki parobek. Na pomyśle podobnym do „Ikon” opiera się kolejny film z retrospektywy Slivki, „Ballada w drewnie”. Między nimi występują jednak znaczące różnice. Tym razem reżyser poświęca uwagę słowackiej rzeźbie ludowej. Twórca rezygnuje z lektora, znika zatem wymiar, który można by nazwać edukacyjnym. Slivka skupia się na samych dziełach, pełnią one funkcje aktorów, wyrażają ogromne emocje. Są tu Piety, figurki ukrzyżowanego Chrystusa, Chrystusa Zbawiciela. Reżyser układa je w taki sposób, że uzyskuje efekt ciągłego napięcia dramatycznego. Grupa występujących po sobie wizerunków Jezusa na krzyżu budzi silne emocje, pojawiające się następnie Piety wprowadzają pewne wyciszenie. Ogromne wrażenie robią figurki ułomne, Chrystusy bez rąk, ze startymi twarzami. Filmowanie procesu materialnego rozpadu przynosi nowe, głębsze znaczenia. Farba odpada z ciał i szat Zbawiciela, odsłaniając stanowiące pierwotny materiał czerwone drewno: obraz ten przywodzi na myśl ciało odarte ze skóry. Czasem zaskakuje widza niezwykle nowoczesny wygląd niektórych figurek, można odnieść wrażenie, jakby były tworzone przez dwudziestowiecznych artystów.

Innego kręgu problemów dotyczy „Człowiek odchodzi”. Martin Slivka udaje się na bułgarską prowincję, by tam filmować tradycyjne obrzędy pogrzebowe. Wioska, do której dociera, znajduje się niemal poza zasięgiem cywilizacji, pośród niezaoranych pól i dziewiczych lasów. Reżyser z niezwykłym wyczuciem portretuje stare chłopki i ich mężów. Bohaterowie filmu wydają się niezwykle naturalni we wszystkim co robią. Sam Slivka nie ingeruje w rejestrowane wydarzenia, choć znajduje się w ich centrum. Tym, co zwraca uwagę już na początku projekcji, jest wszechobecny śpiew. Towarzyszy on z offu wszystkim scenom, śpiew lamentujących nad zmarłym płaczek. Są to, podobnie jak w „Ikonach”, pieśni obrzędowe. Budują nastrój oraz nadają filmowi wymiar metafizyczny. Film ten nie ogranicza się jedynie do przedstawienia wymierającego obrzędu z południowo-wschodniej Europy. Reżyser nadaje swojemu dziełu głębszy, uniwersalny wymiar. Pogrzeb rolnika jest epizodem walki człowieka ze śmiercią. Płaczki oskarżają Boga o to, że zabrał im bliskich, wspominają zmarłych mężów, dzieci, rodzeństwo. Cytaty z Biblii przytaczane przez lektora przypominają wołanie Koheleta: „Marność nad marnościami i wszystko marność”. Wszystko przemija i rodzi się na nowo. Należy umieć pogodzić się z losem: jeden z rolników orze ugór, drugi w powstałe bruzdy sypie ziarno. Właśnie ta warstwa metaforyczna, wyłaniająca się z realistycznego dokumentalnego zapisu, stanowi o niezwykłości tego filmu. Nieco odmienny charakter ma dokument „Woda i praca”, najstarsze z zaprezentowanych dzieł Martina Slipki – opowiada w sposób ekspresyjny o funkcjonowaniu starego młyna rzecznego. Forma filmu jest bardzo nowatorska. Awangardowa muzyka Ilji Zeljenki przywodzi na myśl dzieła twórców współczesnej muzyki elektronicznej, niepokojące piski, jazgoty czy bębny przypominają chociażby dokonania grupy Kraftwerk. Sposób kadrowania, umieszczanie kamery w dziwnych miejscach, wewnątrz lub w pobliżu maszyn, zdaje się przywoływać radzieckiego „Człowieka z kamerą” czy niemiecki „Berlin, symfonię wielkiego miasta”. Kunsztowna, a jednocześnie stabilna konstrukcja filmu kontrastuje z tematem. Młyn nie sprawia wrażenia solidnej konstrukcji. Większość elementów zrobionych jest z drewna, na ścianie widnieje data produkcji: 1876. Widać, że skazany jest na upadek. Filmy Martina Slivki, które mieliśmy okazję zobaczyć na Ińskim Lecie Filmowym to bardzo wartościowe dokumenty, w ciekawy i oryginalny sposób pokazujące zastaną rzeczywistość. Utrwalają na taśmie odchodzące w przeszłość obyczaje, ukazują nieznane nam dzieła kultury. Co jednak najważniejsze, reżyser na tym nie poprzestaje. Stara się nadać historiom oryginalny rys, sięgając po poetyckie metafory, korzystając z intrygującej ścieżki dźwiękowej, bądź też wysmakowanych plastycznie zdjęć. Warto było podjąć ryzyko i pójść na retrospektywę Slivki, gdyż wszystkie jego filmy pokazują, iż jest on świetnym, acz niestety mało znanym twórcą.


Filmowiec i etnograf Niewiele wiemy o twórcach i filmach małych kinematografii – na przykład o kinie słowackim. Niedostatek ten uzupełnia pełnometrażowy dokument Martina Šulíka „Martin Slivka. Człowiek, który sadził drzewa”. Film opowiada historię jednej z ciekawszych postaci słowackiej kinematografii, Martina Slivki. Dokument przedstawia losy reżysera od czasów dzieciństwa aż po ostatnie dni życia. Na pytanie kim był Slivka, starają się dać odpowiedź jego znajomi, rodzina oraz uczniowie. Reżyser wychował się w biednym domu. Rodzice kosztem wielu wyrzeczeń posłali go do szkoły. Slivka skończył studia na praskiej FAMU. Jego największą fascynacją było badanie rdzennej kultury Słowacji. Interesował się nią zarówno jako filmowiec i jako etnograf. Opisywał, utrwalał i propagował wymierające kultury i obyczaje. W sumie nakręcił ponad 100 krótkometrażowych filmów dokumentalnych, z premedytacją unikając stworzenia filmu fabularnego. Martin Šulík przybliża nam postać Slivki, przywołując wiele anegdot i historii uwypuklających nietuzinkowość

Martin Sli ka

Iński przewodnik po filmach Filmy Martina Slivki łączy pasja i etnograficzne podejście do tematów. Emanuje z nich prawda na temat ludzkiej egzystencji, obyczajowości i kultury ludowej Słowacji. Twórczość reżysera pomaga ocalić od zapomnienia ginący świat, który dzięki pracy Slivki ma szansę przetrwać chociaż na taśmie filmowej. Woda i praca (1963) Utrzymany w stylistyce nurtów awangardowych lat 20. i 30. dokument „Woda i praca” opisuje odchodzący w zapomnienie świat wodnych maszyn i narzędzi. Łączy tradycyjną formę i niecodzienny temat z nowatorską muzyką, skomponowaną przez Jozefa Grussmanna. Niestety, atmosfera niesamowitości brutalnie zburzona została przez organizatorów. Dziesięciominutowy obrazek przerwany został kilkakrotnie z powodu nieśmiertelnych w Ińsku bliżej nieokreślonych „kłopotów technicznych”. Ballada w drewnie (1965) Film Slivki został skonstruowany z przenikających się ujęć, przedstawiających drewniane figury świętych. Krótkometrażowa nastrojowa impresja urzeka sakralną, tajemniczą atmosferą. Aurę niesamowitości wzmaga elektroakustyczna muzyka

reżysera. Poza działalnością etnograficzną, Slivka był również pedagogiem. W filmie możemy wysłuchać relacji jego byłych studentów, obecnie uznanych reżyserów. W dokumencie możemy odnaleźć również akcenty polskie – muzykę do jednego z filmów stworzył Krzysztof Penderecki, odpowiedzialnym za zdjęcia do innego filmu był jeden z czołowych operatorów czarnej serii. Slivka łatwo nawiązywał kontakt z bohaterami swoich filmów: ufali mu i otwierali się przed nim zarówno ludzie prości, jak i osoby wykształcone. Dokument Martina Šulíka umożliwia nam nie tylko poznanie nietuzinkowej postaci i wybitnego filmowca. Daje nam także szansę wniknięcia w świat słowackiej kultury oraz poznania arkan mało znanej kinematografii. Reżyser uświadamia nam również, że można było tworzyć niezależne kino nawet w czasach dominacji socjalistycznej poprawności.

Jozefa Malovca, doskonale harmonizująca z obrazem. W filmie Slivki rzeźbiarski proces twórczy nabiera niemal metafizycznych cech, łączy się w naturalny sposób z głębokimi, religijnymi przeżyciami. Ikony (1966) Za pomocą tego filmu Slivka ukazuje nam swój talent pedagogiczny. Autor przedstawia historię słowackich ikon, ich ewolucję oraz wpływy, jakim ulegały na przestrzeni wieków. „Ikony” cechuje znakomity montaż, niezwykłe oświetlenie oraz doskonałe zdjęcia Ludvika Hajka, dzięki którym trudny, zdawałoby się, temat staje się nawet dla zwykłego widza czytelnym. Mistyczny, podobny do modlitwy ton nadaje „Ikonom” muzyka znakomitego polskiego kompozytora Krzysztofa Pendereckiego. Slivka daje nam możliwość zanurzenia się w hermetycznym świecie, do którego na co dzień mają dostęp jedynie wybrani. Człowiek odchodzi (1968) Śmierć i cierpienie to zagadnienia, o których wolimy nie myśleć. Obraz lamentu, rozpaczy, scen pogrzebów nie są tym, z czym na co dzień chcielibyśmy obcować, dlatego współczesna kultura zachodnia coraz mocniej marginalizuje umieranie i śmierć. Reżyser odważył się jednak poruszyć ten niełatwy temat z iście antropologicznym zacięciem. Z niezwykłym wyczuciem, w poetycki sposób przeniósł ludowe rytuały na ekran. Film kręcony był w jednej z bułgarskich wiosek. Z uwagi na zbyt pesymistyczny i nie korespondujący z ówczesną linią rządu temat film został zakazany. Na szczęście dziś możemy podziwiać go w pełnej okazałości.


Wyliniałe futro ,,Rodzinna komedia katastroficzna” – tymi słowami reklamuje się fabularny debiut Tomasza Drozdowicza ,,Futro”. Katastrofa – jak najbardziej. Film Drozdowicza nie jest jednak „katastroficzny”. „Katastrofalny” – jak najbardziej. Reżyser deklaruje, że zakwalifikowanie realizacji jako komedii jest tylko i wyłącznie wyborem dystrybutora, na który on sam nie miał wpływu. Słusznie bije się w piersi, ponieważ trudno nazwać komedią film, który nie jest w stanie wywołać nawet przelotnego uśmiechu. Z drugiej strony - taka deklaracja może okazać się jedynie kokieterią, ponieważ w większości scen dialogi konstruowane są tak, aby wymusić śmiech na widowni. Cóż może być bowiem zabawniejszego niż ośmiolatek, który upomina mamę, aby nie używała przy nim przekleństw, ponieważ on właśnie odmawia różaniec? Efekt komediowy murowany. Nie mogę zgodzić się z porównaniami do ,,Wesela” Wojtka Smarzowskiego. Oba filmy za punkt wyjścia biorą podobną sytuację: polska rodzina spotyka się w czasie wspólnej biesiady. O ile jednak w filmie Smarzowskiego nie byliśmy zmuszani do zaśmiewania się z przywar naszych rodaków, tak w przypadku ,,Futra” sugeruje się nam takie właśnie zachowanie. Zmienia się też obserwowane środowisko; akcja nie rozgrywa się już w wiejskiej remizie, w której odbywa się ślub córki miejscowego notabla, ale w eleganckiej podwarszawskiej willi, gdzie z okazji komunii spotyka się licznie zgromadzona rodzina. Oglądamy więc tak zwaną nową klasę średnią, która znakomicie odnalazła się w kapitalistycznej rzeczywistości, a wszelkie wzmianki o minionym ustroju przyjmuje z nietłumioną agresją. Spotkanie stanie się pretekstem do zaprezentowania wszelkich możliwych chorób, fobii i uzależnień. Głową

rodziny jest snob, który nie przegapi żadnej okazji, aby pochwalić się luksusowym domem; jego dzieci to w większości neurotyczni yuppies, niezbyt skutecznie ukrywający swoje uzależnienia. Jedyny głos rozsądku wśród tej wesołej czeredy należy do pełnej poświęcenia pani Makowieckiej, która jak tylko może stara się ogarnąć narastający chaos. Wszystko to przywodzi na myśl modelowe ,,polskie piekiełko” – zmodyfikowane nieznacznie, aby bliższe było widzowi współczesnemu. Za znaki czasu możemy przyjąć uzależnienie od narkotyków czy nietypowe preferencje seksualne. Osią fabuły staje się wypominanie wzajemnych krzywd i urazów. Drozdowicz nie może się zdecydować, jaka konwencja jest mu bliższa: chcąc się odciąć od najpopularniejszego obecnie nurtu, czyli komedii romantycznej, ciąży w kierunku kameralnego dramatu psychologicznego. Zamierzony tragikomiczny ton rozmywa się wśród schematyczności fabuły. Zamiast dawać do myślenia, nudzi przewidywalnością. Trudno uznać wszelkie scenariuszowe naiwności za grzechy debiutanta. Rozumiem, że reżyser skupia się na obserwacji środowiska, które jest mu bliższe, jednak powierzchowne powielanie najgorszych stereotypów na pewno nie wnosi znaczącego głosu w dyskusji o kondycji polskiego społeczeństwa AD 2008. Autor podczas spotkania z publicznością określił swój film jako kino środka, które nie ma ani ambicji artystycznych, ani chęci przypodobania się masowemu widzowi. Takie tłumaczenie najlepiej określa miałkość i nijakość ,,Futra”, którego twórcy najwyraźniej zapomnieli, że widza należy przede wszystkim zainteresować opowiadaną historią, a dopiero później epatować rzekomą głębią obserwacji.

Śmiechu (nie) warte Zmarnowane fundusze, zmarnowany czas. Brak pomysłu, brak talentu. Samozachwyt reżysera, konsternacja publiczności. Podobno „Futro” to film środka, jednakże cóż to znaczy? Któż odpowiedź zna? My nie. Ale spróbujemy podjąć się trudu zdefiniowania tego pojęcia (z góry przepraszamy za nadużywanie słowa „średnia” oraz „środek”). Akcja filmu środka powinna rozgrywać się w środku, czyli w Warszawie. Bohaterowie środka to ludzi wywodzący się z klasy średniej. Podobnie jak aktorzy, chociaż w ich przypadku była to raczej niższa klasa średnia. Średniacy średniakom zgotowali ten los. Reżyser wraz ze scenarzystką nie wpadli na żaden oryginalny pomysł, mimo to postanowili za wszelką cenę sprostać zadaniu rozśmieszenia widza. Niestety, polegli. Średnio bawi bowiem oszalała kosiarka podgryzająca bohaterkę w kostkę, babka smarkająca w majtki koleżanki wnuczka czy obłąkany sąsiad przyodziany w oficerski mundur. Średniactwo w przypadku „Futra” dotyczy również muzyki, skomponowanej skądinąd przez znakomitych artystów.

Średnie były także reakcje publiczności. Najbardziej dziwi fakt, że ktoś wysiedział 101 minut na komedii, która okazała się już nawet nie średnio, a w ogóle nie śmieszna. Jak przyznał po projekcji sam reżyser (z szacujku pominiemy nazwisko), zaklasyfikowanie jego „dzieła” do kategorii komedii było mocnym nadużyciem. Dał tym samym dowód lekceważącego podejścia do widza i braku szacunku do własnej pracy. Jak widać, formuła „filmu środka” według reżysera nie do końca sprawdza się w polskich warunkach. Czemu więc, ośmielamy się pytać, podjął decyzję o nakręceniu gniota, w zamierzeniach mającego oddać prawdę o tej – średniej – klasie naszego społeczeństwa? Średnio również rozumiemy decyzję PISF o dofinansowaniu tego debiutu, podobnie jak potwornie strasznego horroru „Hiena”, którego nawet średnim nazwać nie można. Ale my w ogóle średnio rozumiemy, nie macie co kierować się naszym średnio wyrobionym gustem (niżej podpisani, student i absolwentka filmoznawstwa UŁ).


W zwierciadle niejasno Fritz Lang w słynnym wywiadzie telewizyjnym wspomniał, że jeżeli reżysera prosi się, by wytłumaczył, co chciał w filmie przekazać, to znaczy, że nie jest on dobrym reżyserem. Jánosowi Szászowi, reżyserowi „Opium – dziennika kobiety chorej umysłowo”, miałabym wiele pytań do zadania. Historia, oparta na prozie Gézy Csátha niewątpliwie zawiera w sobie ogromny potencjał. Opiera się ona na wyrazistym kontraście pary głównych bohaterów. Doktor Brenner, zimny i introwertyczny, ze swoim uzależnieniem od opium i morfiny jest znakiem dekadencji ogarniającej Europę. Gizella – ekstrawertyczna, szalona, wierzy, że chce ją opanować zło. On cierpi na impas twórczy, który próbuje przełamać narkotykami, ona w ciągłym transie, bezustannie pisze. On jej zazdrości, ona go podziwia i bezgranicznie mu ufa, jako pierwszemu, który zainteresował się jej „bazgraniną” i nią samą jako kobietą. Łączą ich skłonności autodestrukcyjne. Nie jest to bynajmniej romantyczna historia o miłości niemożliwej. To opowieść o szaleństwie i cierpieniu. Niestety, cierpi również widz. Mógłby być to niepokojący film o szalonym, ale genialnym umyśle, o pasji tworzenia, która zawsze zawiera w sobie ziarno obłędu, o ekshibicjonizmie fizycznym i mentalnym, o podszytej masochizmem fascynacji neurotycznego psychiatry i jego pacjentki. Mógł być obrazem dokumentującym nieludzkie metody stosowane w zakładach psychiatrycznych jeszcze na początku ubiegłego wieku, nim opanowali je freudyści (do których należy Brenner): eksperymenty, pomiary czaszek, odlewy twarzy histeryczek. Mógłby wreszcie być

opowieścią o systemach opresji: systemie patriarchalnym (lekarze-mężczyźni zabraniają bohaterce tworzyć, gdyż pisanie uważa się za źródło histerii, o czym przekonała się niegdyś sama Virginia Woolf), zakładzie psychiatrycznym (czyli sposobie społeczeństwa na pozbycie się odmieńców), Kościele (szpital prowadzony jest przez bezduszne zakonnice, wszędzie znajdują się czarne krucyfiksy, które stają się kolejnym przytłaczającym elementem). Mógłby być, ale nie jest. Nie ratuje go niezwykła oprawa wizualna (szczególnie granie kolorem, duże zbliżenia i detale), ani somnambuliczna muzyka. Nie pomaga znakomita, zagraniczna obsada aktorska. Duńczyk Ulrich Thomsen, znany z takich filmów jak „Festen” i „Bracia”, gra zazwyczaj postacie choć odrobinę sympatyczne (taki był nawet faszysta w „Jabłkach Adama”). Tym razem jednak pozbawił swojego bohatera jednoznacznie pozytywnych cech. Doktor Brenner jest niezwykle zimny, sprawia wrażenie jakby brzydził się światem i sobą. Skandynawska aktorka Kristi Stubo została doceniona – może nawet nieco przeceniona – na kilku festiwalach. Jednak napięcie, które między nimi powstaje, u widza nie wywołuje podskórnego niepokoju. Budzi co najwyżej irytację. Jest to niezwykle efektowne opakowanie, w środku jednak puste. Nie powala, nie porusza, nie zostaje w pamięci, choć wszystko wskazuje na to, że powinno. Film ten, jak tytułowe opium działa nasenno-wizyjnie. Wizje wzbudza raczej koszmarne, na szczęście krótkotrwałe. Jedno jest pewne – nie uzależni.

Kopciuszek w Nowym Jorku, czyli wyznania skruszonego Największym grzechem recenzenta i krytyka filmowego jest wcześniejsze negatywne nastawienie się do oglądanego dzieła. Myślałem, że „Zaczarowana” to film dla co najwyżej siedmiolatek wierzących w pastelowe, gadające kucyki. Tymczasem dzieło Kevina Limy to elegancki, lekki i bardzo, bardzo zabawny pastisz „Królewny Śnieżki”, „Kopciuszka” i „Śpiącej Królewny”. Twórcom „Zaczarowanej” jestem winny podziękowania co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, ich film ostrzegł mnie, że nigdy nie wolno czynić takich, pozbawionych jakichkolwiek rozumowych powodów, założeń. Po drugie, przypomnieli mi nieco kiczowate, ale jakże urocze piękno klasycznych Disneyowskich animacji: rozśpiewanych opowieści o potędze miłości. Cały dowcip zasadza się na przeniesieniu bohaterów bajek do świata realnego. Mimika, gestykulacja, nieznający granic optymizm i wodewilowy styl Giselle, jej przyjaźń z ostatnimi niedobitkami nowojorskiej fauny w cynicznym świecie asfaltowej dżungli są nieodparcie śmieszne. Co więcej, bardzo cenna jest końcowa zabawa toposem dzielnego księcia, ratującego damy z opresji. W świecie genderowej tolerancji nic nie stoi na przeszkodzie, by to Cindirella stała się zbrojną w miecz

pogromczynią smoka. Ta zabawa emancypacyjnymi żartami dotyczy także płci brzydkiej: egzaltowany, szlachetny Książę Edward zamienia się w świecie Dużego Jabłka we własną karykaturę, kogoś między futbolistą a Don Kichotem. W tym filmie oddany jest też hołd dziedzictwu amerykańskiego musicalu z „Dźwiękami muzyki” i „Parasolkami z Cherbourga” na czele. Widzimy to nie tylko w wykonywanych co chwila magicznych pieśniach, ale również perfekcyjnych choreograficznie, scenach tanecznych (pląsający w Central Parku Bawarczycy – perła!) Jedyną słabość tego obrazu upatruję w kompletnie niepotrafiącym tańczyć Patricku Dempsey. Znany z „Chirurgów” aktor swoją ruchową indolencją „położył” scenę finałowego balu. Poza tym spisał się całkiem dobrze. „Zaczarowana” pozostaje jedną z najlepszych produkcji kina rodzinnego ostatnich lat. Jest to film zaskakująco zabawny, ciepły i mądry. Starsi odnajdą w nich wspomnienia czasów dzieciństwa, a dzieci podany w nienachalnej formie koncept o sile dobroci.


Najlepsze z najgorszych, odsłona druga. Przeżyłam prawdziwe objawienie. W przypadku niezwykłego dzieła japońskiej kinematografii „Gamera: Atak potworów” prezentowanego w ramach pokazów z cyklu „Najgorsze filmy świata” aż cisną się na usta słowa z wypowiedzi jednego z głównych bohaterów: „Ale czad!”. Jako że obowiązek zawodowy nie pozwala mi ograniczyć się do tak krótkiej recenzji, przystępuję do rzeczy. Tytułowy Gamera to wielki przyjaciel dzieci. Szczególną sympatią darzy małych chłopców. Świadoma dwuznaczności takiego stwierdzenia podkreślam, że sympatia ta wyraża się głównie poprzez ratowanie życia i sadzanie uratowanych chłopców na łapie. Łapie? No właśnie, nie wspomniałam jeszcze, kim/czym jest Gamera, któremu tysiące dzieci są winne dozgonną wdzięczność. Jest on gigantycznym żółwiem z napędem odrzutowym. Kiedy chowa łapy lub/i głowę, z otworów bucha płomień, a sam Gamera zyskuje niewyobrażalną prędkość. Wezwany przez dowolne zagrożone dziecko przybywa, by: a) rozbić wielki meteor, który zbliża się do statku kosmicznego sterowanego przez bezbronne dzieci; b) pokonać potwora, pragnącego pożreć niewinnych chłopców; c) dokonać obu tych rzeczy naraz. Gamera ma talent gimnastyczny: jego popisy na drążku po prostu zwalają z nóg. I przeciwników, i widzów… Film „Gamera: atak potworów” ma trójkę bohaterów dziecięcych: małego geniusza Akio, jego siostrę Tomoko i przyjaciela Toma. Warto chociażby pobieżnie streścić fabułę filmu: na początku dzieci odnajdują pusty statek kosmiczny. Chłopcy wsiadają do niego, a statek rusza. Nikt z dorosłych nie daje wiary opowieści Tomoko, która pozostała na ziemi. Tymczasem Akio i Tom cudem

Ale czad unikają śmierci, gdy na drodze ich statku pojawiają się ogromne meteoryty. Na szczęście dla przybyłego na ratunek Gamery meteoryty to żaden przeciwnik! Gdy nasz dzielny odrzutowy żółw próbuje uporać się z tym problemem, statek z chłopcami zostaje porwany na planetę Terra. Jak twierdzi mały geniusz Akio, jest to bliźniaczka Ziemi. Według chłopca, znajduje się ona w Układzie Słonecznym na orbicie Ziemi, tyle że po przeciwnej stronie. Zasłania ją słońce. Dlatego nikt jej jeszcze nie odkrył. Logiczne, prawda? Terra jest zamieszkana przez dwie piękne kosmitki, które okazują się kanibalkami rozsmakowanymi w mózgach małych chłopców. Gamera będzie miał pełne łapy roboty. Tym bardziej, że na planecie znajdują się jeszcze dwa potwory – Space Gyaos (zaskakująco szybko unieszkodliwiony, gdy jego własna broń, promień laserowy, odcina mu nogę) i Guiron z głową w kształcie wielkiego noża strzelający z czoła shurikenami. Cytując jednego z bohaterów: „Ciekawe, kto wygra w tym pojedynku?” Czy mamy jakiekolwiek wątpliwości? Oglądanie filmu „Gamera: atak potworów” sprawiło mi przyjemność niemal równie wielką, jak początkowe obrazy z cyklu przygód Godzilli, kiedy jaszczur był jeszcze wrogiem ludzkości. Gumowe potwory to jest to! A teraz czas zapolować na statek kosmiczny, który ponoć wylądował w lasach nieopodal Ińska…

Gorszy, czyli właściwie lepszy.

„Gamera...” w oczach widzów Na co dzień w kinach możemy zobaczyć mnóstwo złych filmów. Festiwale – jak powszechnie się uważa – są po to, by w końcu oglądać filmy dobre, ambitne, niszowe itd.,itp. Tuż po seansie zapytaliśmy trzech widzów, dlaczego celowo wybrali się na produkcję z serii „Najgorsze...” i co o niej sądzą. Pani Barbara Gończyk: Oglądanie takich filmów może być kształcące i był to mój świadomy wybór. Prelekcja poprzedzająca film była świetna: ujmowała w ramy nauki coś, co się nie poddaje opisowi. Niezwykle ciekawa jest obserwacja mechanizmów produkcji. Konstrukcja takiego czegoś wymaga szerokiej fantazji, niesamowitej giętkości umysłu, wykraczania poza schematyczne sposoby myślenia. Jest to oczywiście marketing: produkt do kupienia. Zniewalające jest, jak daleko człowiek może zabrnąć w kształtowaniu autentycznych bzdur. Pan Wojtek Smólski: Hmmm... normalnie też zdarza się oglądać takie rzeczy, jest sporo filmów tego typu, takiej klasy, ale tę produkcję potrakto-

wałem z naukowego punktu widzenia. Wszystko było przejawkrawione, można było skupić się na brzydocie i nie ogladać „Gamery...” na poważnie. Wcześniej widziałem „Seks-Maniaka”. Był to film moim zdaniem gorszy, czyli właściwie lepszy. Pan Marcin Makowski: Wybrałem się na ten film, bo tytuł serii był prowokacyjny, był swego rodzaju pułapką. Zawsze o filmach mówi się „dobre”, „wspaniałe”, a tu wprost określenie „najgorsze”. Film miał niesamowity urok. Był zabawny, a kicz w nim zawarty można by rozdzielić na 10 różnych filmów. Na serio potraktowane są rzeczy, o których nie da się myśleć na serio. Seans i prelekcja go poprzedzająca były dla mnie ciekawym doświadczeniem.

naczelne Ewa Ciszewska, Dagmara Rode, korektor Maciej Robert, fotograf Piotr Ochocki ilustrator Bartosz Lewandowski skrybowie Agnieszka Cytacka, Michał Dondzik, Martyna Gajda, Piotr Klonowski, Krzysztof Kujda, Marta Madejska, Monika Marlicka, Anna Miller, Katarzyna Paszyn, Maciej Rzepecki, Tatiana Wasilewska, Maja Zielińska


Ińskie_Point_-_ILF_2008_-_numer_4