Issuu on Google+

Kilka słów o Martinie Slivce, człowieku z pasją .............................2 Nie ma księżniczki, ale jest „Książę Kaspian” ........................2 Trzy strony o „Trzech Kumplach”..................3-5 Wywiad z Anną Ferens ...............3 Nie tyle miś, co „Niedźwiadek”...............5

Ińsko, 4. VIII 2008

Czy rzeczywiście istnieje „Niezawodny system”?.......................6 Z wizytą u „Pana Boga w ogródku” ...................7 Animowanie kultury za pomocą animacji.......7-8 Poza tym, prosimy, „Nie kłam, kochanie”!....................8

Ogłaszamy konkurs! Codziennie będziemy zachęcać Was, Drodzy Czytelnicy, do głosowania na wybrany film i wystawienie mu oceny w skali od 1 do 10. Wśród głosujących rozlosujemy bardzo ciekawe nagrody w postaci gadżetów związanych z Łodzią (m.in. koszulki!). Zapraszamy do głosowania! Nazwiska zwycięzców zamieścimy w jutrzejszym numerze gazetki. Urnę znajdziecie przy wyjściu z kina. Dziś głosowanie dotyczy filmu „Sztuczki”, wyświetlanego w Gabinecie doktora Caligari o godzinie 1600.


Człowiek z pasją Najbardziej płodny okres twórczości Martina Slivki przypadł na lata 1963-1969. Tak zwane „złote lata sześćdziesiąte” zaowocowały w Czechosłowacji całą serią udanych debiutów, ale także pozwoliły rozwinąć skrzydła twórcom ze starszego pokolenia. Współdziałanie reżyserów z różnych generacji było szczególnie widoczne w słowackiej dokumentalistyce. Filmy realizowali wówczas Karol Skřipský (1908), Vlado Kubenko (1924), Martin Slivka (1929), Dušan Hanák (1938), Dušan Trančík (1946). Ta sytuacja nie powtórzyła się już więcej; owszem, na Słowacji powstawały znakomite filmy dokumentalne, ale nie doszło ponownie do jednoczesnego pobudzenia aktywności twórców ze wszystkich generacji. Jakie były charakterystyczne cechy dokumentalistyki słowackiej lat sześćdziesiątych? W dziedzinie filmu etnograficznego wzmocniła się tendencja powrotu do autentycznych wartości reprezentowanych poprzez kulturę ludową. Miejsce barwnego folkloryzmu zajęło zainteresowanie wymierającymi tradycjami i zwyczajami, rekonstruowanie zawodów odchodzących w przeszłość. Obok twórczości Karola Skřipskiego to właśnie filmy Martina Slivki stanowią najlepsze przykłady dla zobrazowania tejże tendencji. Co ciekawe, artyści w 1960 połączyli siły, realizując film „Pieśń barw i kształtów”, obrazujący ornamenty ludowych budowli z zachodniej Słowacji. W przypadku Martina Slivky, pasji artysty-reżysera sekundowało zamiłowanie do pracy naukowej i archiwalnej. To właśnie Slivka zajął się zbieraniem i krytycznym komentowaniem spuścizny po Karolu Plicce, pionierze i samouku, który całą swoją aktywność pisarską, pedagogiczną, fotograficzną i filmową skupił na utrwalaniu zwyczajów i tradycji ludu słowackiego. Filmy Pilcki, realizowane ze pomocą kamery Pathé: „Za słowackim ludem” (1928), „Po górach, dolinach” (1929), a przede wszystkim „Ziemia śpiewa” (1933) przyniosły mu wielkie uznanie zarówno jako etnografowi jak i filmowcowi. Ostatni ze wspomnianych tytułów – „Ziemia śpiewa” – wspólnie z filmami „Rzeka” Josefa Rovenskiego, „Ekstaza” Gustáva Machatego, oraz „Burza nad Tatrami” Tomáša Trnki – w 1934 zyskał puchar miasta Wenecji za najlepszą reżyserię. Warto pamiętać, że film Plicki nigdy nie osiągnąłby takiego poziomu artystycznego, gdyby nie współpraca znakomitych artystów: kompozytora Františka Škvora oraz montażysty Alexandra Hackenschmieda (który po wojnie w USA jako

Alexander Hammid realizował filmy z twórczynią kina eksperymentalnego Mayą Deren). Karel Plicka był nauczycielem i mentorem Slivky. Panowie spotkali się w Pradze, gdzie młody Slivka podjął studia na kierunku reżyserii filmu dokumentalnego w Akademii Sztuk Pięknych. Plicka był jednym z założycieli FAMU; Slivka znalazł się w pierwszej generacji absolwentów. To od Plicki Slivka „zaraził się” pasją utrwalania na taśmie zabytków słowackiej kultury materialnej i duchowej. W 1970 roku Slivka poświęcił pamięci swojego mistrza i pedagoga film „Artysta narodowy Karel Plicka”. Jak zauważa Pavel Branko, Martin Slivka nie tylko rozwinął przesłanie Plicki, ale wzniósł je na nowy poziom: od rejestracji zachowanego świata kultury ludowej przeszedł do jego artystycznej interpretacji. W ten sposób jego filmy stały się w większej mierze studiami antropologicznymi niż klasycznymi filmami o sztuce. Przykładu dostarcza „Ballada w drzewie” (1965). W tej poetyckiej opowieści o drewnianej rzeźbie ludowej autor przedstawia dzieła sztuki nie pod kątem ich wartości estetycznych, ale jako zmaterializowane dowody stylu życia i filozofii. Także film dokumentalny „Ľudovít Fulla”, powstały w 1972 roku, wyróżnia się oryginalnością w portretowaniu artysty i jego dzieła. Slivka wybrał trudną i ryzykowną drogę próby rekonstrukcji procesu twórczego. To nie popularnonaukowy wykład z elementami biografii słowackiego malarza, ale pełen metaforyki poemat gry świateł, odblasków i kolorów. Najbardziej znane filmy Slivky: „Ballada w drzewie”, „Ikony” (1966), „Odchodzi człowiek” (1968), „Woda i praca” (1963) to skarbnice wiedzy o ludowej kulturze słowackiej. Filmy te do dzisiaj zachowały świeżość i oryginalność; wyróżnia je nie tylko interesujące ujęcie tematu, ale także wyszukana forma filmowa. Slivka bardzo starannie dobierał swoich współpracowników: pragnął, aby jego filmy były perfekcyjne pod każdym względem. Jednocześnie nie obawiał się eksperymentów. W „Wodzie i pracy” nowatorską muzykę skomponował Ilja Zeljenka; za ścieżkę dźwiękową w „Ikonach” odpowiadał Krzysztof Penderecki; „Ballada w drewnie” zawdzięcza swoje oryginalne brzmienie Jozefowi Malovcowi. Dzięki temu filmy Slivky, podobnie jak twórczość polskiej dokumentalistki Jadwigi Żukowskiej, z biegiem lat wcale się nie starzeją; wręcz przeciwnie: oglądane po latach wydają się zaskakująco świeże.

Człowiek, który chciał być królem Małoletnia widownia to wyzwanie dla każdego kinomana. Wiadomo nie od dziś, że dzieci w kinie wrzeszczą, brudzą i wydobywają z różnych zakamarków swego ciała substancje świetnie nadające się do produkcji klejących pocisków. Jeśli, mimo wszystko, odważą się Państwo na zmierzenie się z takim percepcyjnym wyzwaniem, to naprawdę polecam drugą część narnijskich opowieści, zatytułowaną „Książe Kaspian”. Po fatalnym „Lwie, Czarownicy i starej szafie”, obraz Adamsa to zaskakująco dobra kontynuacja serii. Od ostatniej wizyty rodzeństwa Pavensie w Narnii minęło trzynaście wieków. Nikt już nie pamięta bohaterskich królów z dawnych er, Ker-Paravel obrócił się w ruinę, a zamieszkujący Narnię ludzie zepchnęli jej rdzennych mieszkańców i dawne wierzenia w otchłań niepamięci i drwin. Kiedy jednak uzurpator chce sięgnąć po koronę narnijskiego władcy, Zuzanna, Łucja,

Edmund i Piotr ruszają do boju. W porównaniu z pierwszą ekranizacją, powstałą w studiu Walta Disney’a, Adamson wzmocnił wątek szekspirowskiej walki o władzę i większy nacisk położył na sekwencje bitewne. Jednak tym razem, w przeciwieństwie do części pierwszej, wydaje się, że duch Lewisa nawiedził i natchnął ekranizację. Pryncypia narnijskiej kroniki wciąż pozostają te same: wiara wbrew nadziei, przyjaźń, honor i miłosierdzie. Piotr, niczym Paweł Apostoł w drodze do Damaszku, przeżyje swój czyściec, a Kaspian zrozumie, jak wielka odpowiedzialność spoczywa na pomazańcu Aslana. „Książę Kaspian” to film idealnie łączący w sobie elementy tradycyjnej baśni, chrześcijańskiego moralitetu, eposu rycerskiego - wzbogacony o najbardziej spektakularne środki, które oferuje dziś przemysł rozrywkowy.


Zbrodnia,

która nie została ukarana Z Anną Ferens, współautorką filmu „Trzech kumpli”, rozmawia Maja Zielińska

Maja Zielińska: Skąd pomysł na realizację filmu o śmierci Stanisława Pyjasa? Czy było to osobiste zainteresowanie tym wydarzeniem, czy też reakcja na aktualność tematu lustracji? Anna Ferens: To było w 2005 roku. Ewa Stankiewicz [współrealizatorka filmu – przyp. red.] przeczytała, że Bronisław Wildstein został wyrzucony z „Rzeczypospolitej” za opublikowanie listy IPN-owskiej, na której byli i tajni współpracownicy, i ofiary SB. Bardzo ją to poruszyło, bo wiadomo było, że w tym samym czasie Lesław Maleszka, który był współpracownikiem [Służby Bezpieczeństwa – przyp. red.] pracował w „Gazecie Wyborczej”. Pomyślała, że to jest niesprawiedliwe, dlatego zaczęła przeszukiwanie archiwów, akt na temat tej sprawy, spotkała się z Wildsteinem. Zadzwoniła do mnie. Chętnie zgodziłam się na pracę przy filmie, bo temat był dla mnie bardzo ciekawy i taki filmowy właśnie: szekspirowski dramat przyjaciela, który zdradził. Poza tym – zbrodnia, która nie została ukarana. Oznacza to przyzwolenie na tę zbrodnię? Ja miałam z tym tematem doświadczenie wcześniej, gdy w 1995 pracowałam przy produkcji „Gier ulicznych” Krzysztofa Krauzego. Wtedy wiadomo było, że ktoś zdradza, ale nie wiadomo było kto. To, że donosicielem był Maleszka, wyszło na jaw w 2001 roku. Zaczęłyśmy drążyć, szukać ludzi, przeglądać akta IPN-owskie i wyroki sądowe, czytać zeznania świadków. Temat sam się prosił o sfilmowanie. Podobno zdołały Panie dotrzeć do ludzi, którzy nigdy w tej sprawie nie byli przesłuchiwani. Jak to się Paniom udało? Tu trzeba być cierpliwym i dociekliwym. Realizacja zajęła nam tyle czasu, ponieważ wszystkie tropy dokładnie sprawdzałyśmy. Jeden człowiek doprowadzał nas do następnego. Często było tak, że musieliśmy tych ludzi szukać. Pytaniem do prokuratorów jest to, dlaczego ludzie, którzy powinni naszym zdaniem być przesłuchiwani w pierwszym, drugim i trzecim śledztwie, przesłuchani nie zostali. Są to ważni świadkowie, którzy byli w stanie wnieść coś do tego, by zagadkę owej nocy wyjaśnić. Czy ludzie, z którymi Panie rozmawiały, chętnie z Paniami współpracowali? Niektórzy tak, niektórzy nie. Spotkały się Panie z wrogim przyjęciem? Tak. Niektórzy esbecy psami nas szczuli… To praca dla detektywa… Tak, to było coś takiego… Praca nad tym filmem musiała przypominać pracę detektywa, ponieważ tu chodzi o prawdziwych ludzi, prawdziwe wydarzenia. Musiałyśmy być ostrożne, żeby nikogo nie skrzywdzić fałszywym oskarżeniem. Dlatego na wszystko, co widać na ekranie, mamy potwierdzenie w aktach, w zeznaniach świadków. Skąd wziął się pomysł na fabularyzację filmu? Właściwie od początku myślałyśmy o tym, żeby zrobić ten film dla młodych ludzi, dla dwudziestolatków, którzy nie pamiętają PRL-u. Gdybyśmy miały tylko nagrania, wywiady z ludźmi, film byłby „gadającymi głowami”. Taka forma, fabularyzacja i zatru-

dnienie młodych aktorów, którzy będą odtwarzać głównych bohaterów, wydawała nam się bardziej atrakcyjna. Mówi się o tym, że młodzi ludzie, obecni studenci, odchodzą od polityki i historii, nie zajmują się tą sferą. Czy sądzi Pani, że takie filmy jak „Trzech kumpli” zmienią ich podejście? Ja też tak myślałam, że ich to nie obchodzi, że ich to nie interesuje, a właśnie po projekcjach – zamknięte pokazy w Krakowie, później w Warszawie, potem emisja w telewizji w skróconej wersji, w zeszłym tygodniu dwa pokazy na festiwalu Era Nowe Horyzonty – było mnóstwo młodych ludzi. Okazało się, że ich to interesuje, oczywiście nie wszystkich, ale jest dużo młodych ludzi, którzy się tym przejmują, chcą to oglądać, chcą to wiedzieć. Dobrze to słyszeć. Ja sama byłam zdumiona. Przedtem też myślałam, że to nikogo nie obchodzi, a jednak jest inaczej! Reakcje w Internecie i rozmowy z widzami po projekcjach uświadomiły mi, że rzeczywiście młodzi ludzie interesują się nie tylko zarabianiem pieniędzy. Czyli uważa Pani, że takie filmy powinny powstawać? Oczywiście, że tak. Nasz film to dwie warstwy – to jest część historii naszego kraju, o której się mało mówi, pewne rzeczy zamiata się pod dywan. Nic dobrego z tego wyniknąć nie może, bo na kłamstwie i przemilczeniu nie da się nic zbudować. A druga warstwa tego filmu, najbardziej emocjonalna, to oczywiście wątek przyjaźni i zdrady, który jest uniwersalny – to się mogło wszędzie wydarzyć, nie tylko w PRL-u. Słyszałam, że początkowo produkcją tego filmu miała się zająć telewizja publiczna. Dlaczego do tego nie doszło? Był taki moment, kiedy szukałyśmy producenta. Wtedy właściwie jedyną telewizją zajmującą się produkcją filmów dokumentalnych była telewizja publiczna. Poprzedni szef redakcji dokumentu mówił, że jest zainteresowany, że materiały mu się podobają, ale jakoś strasznie długo nie mogło dojść do podpisania umowy. Potem szefem telewizji publicznej został Wildstein i to stawiało nas w szalenie niezręcznej sytuacji. W tym czasie TVN otworzył kanał historyczny. Kiedy dyrektor TVN-u dowiedział się, jaki materiał mamy, zaprosił nas do współpracy. Jakie są Pani artystyczne plany na przyszłość? Mam kilka projektów na różnych etapach realizacji. Czeka nas jeszcze z Ewą praca nad materiałami, które robiłyśmy do „Trzech kumpli” – nakręciłyśmy ponad 150 godzin, film ma prawie 2 godziny. Niektóre epizody się nie zmieściły tak, że z tego materiału powstanie jeszcze 7 filmów, które będą rozwijały pewne wątki, które tu były tylko zaznaczone, na przykład o Staszku Pietraszce, który był świadkiem i zginął w dziwnych okolicznościach. Nie on jeden. 5 czy 6 osób związanych z tą sprawą zginęło w dziwnych okolicznościach.


Portret donosiciela. O filmie „Trzech kumpli” Trudno znaleźć właściwy sposób pisania o filmie Anny Ferens i Ewy Stankiewicz. Jest to dzieło poruszające, dotykające w przejmujący sposób spraw bardzo ważnych: przyjaźni, zdrady, odpowiedzialności. Stopień nasilenia odczuwanych emocji domagałby się ich wyrażenia w słowach pełnych ekspresji, mocnych, dobitnych. Jednak waga poruszonych w filmie problemów zasługuje przede wszystkim na spokojną, w miarę możności wnikliwą analizę. Temu zadaniu postaram się poświęcić dalszą część tekstu. Autorki osią filmu uczyniły losy trójki przyjaciół, studiujących w latach siedemdziesiątych polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Za pomocą zestawienia wypowiedzi dwóch z nich, a także słów ich wspólnych przyjaciół, znajomych, funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, nawet przypadkowych przechodniów opowiadana jest historia zwerbowania jednego z nich jako agenta SB i jego kariery informatora, doprowadzona aż do chwili obecnej. Donosiciel, o którego działalności wiadomo już od kilku lat, w momencie kręcenia filmu był pracownikiem ogólnopolskiego dziennika, jedna z jego ofiar jest dziennikarzem, tracącym pracę na skutek opublikowania listy osób opisanych w archiwach SB. Brak głosu trzeciego z grupy przyjaciół – został zamordowany przez Służbę Bezpieczeństwa w 1977 roku. Rodzi się pytanie, dlaczego film skupiający się na wydarzeniach sprzed trzydziestu lat i ich konsekwencjach dla życia kilku osób ma tak dużą siłę oddziaływania? Próbą odpowiedzi na to pytanie może być wskazanie, że wypowiedź autorek daje się umieścić w ramach kilku jednocześnie dyskursów. Może być oczywiście analizowana jako utwór przedstawiający historię grupy przyjaciół. Z tego punktu widzenia jest to rzecz co najmniej dobra. Film jest zrealizowany sprawnie, zaś kolejne etapy uwikłania donosiciela w aparat represji państwowej, których obraz budują pełne emocji słowa uczestników i obserwatorów wydarzeń, śledzi się niczym rasowy thriller. Utwór Anny Ferens i Ewy Stankiewicz jest także głosem w politycznej dyskusji o lustracji, a który toczy się od wielu lat; czasem na peryferiach polskiej polityki, czasem stając się jednym z głównych przedmiotów politycznej batalii. Z tego punktu widzenia film stanowi silny głos za ujawnieniem archiwów policji politycznej – pokazując, że skutki działań czy wyborów moralnych dokonanych w zamierzchłych, wydawałoby się, czasach PRL wywierają wciąż ogromny wpływ na życie niektórych współobywateli, a nierozwikłane przyczyny ludzkich tragedii domagają się wyjaśnienia. Jest wreszcie film „Trzech kumpli” głosem w dyskusji etycznej nad kwestiami winy, wierności, odpowiedzialności. Myślę, że to właśnie zbiegające się echa trzech ważnych dyskursów czynią utwór Anny Ferens i Ewy Stankiewicz tak przejmującym. Widzimy bowiem, że kwestie polityczne są bezpośrednio związane z istotnymi

problemami etycznymi. Wybory polityczne i moralne nie są zaś dokonywane w próżni; konsekwencje powziętych decyzji mogą ważyć na losach wielu ludzi; wybór zły może życie człowieka okryć cieniem hańby konfidenta lub nawet przyczynić się do śmierci przyjaciela. „Trzech kumpli” ten trudny splot problemów przedstawia nie w formie abstrakcyjnego dyskursu, ale za pomocą słów ludzi, którzy te problemy przeżywali i którymi nadal żyją. Jest jeszcze jeden fascynujący aspekt tego filmu. Próba odpowiedzi, dlaczego jeden z bohaterów stał się donosicielem. Pytanie o przyczyny donoszenia pada wielokrotnie, w różnych kontekstach i to zarówno pod adresem samego donosiciela, jak i funkcjonariuszy wysłuchujących przekazywanych przez niego tajemnic. Nikt z zapytanych nie chciał udzielić odpowiedzi na to pytanie, sam konfident zdaje się szydzić z rozmówcy kwitując je jednym, powtarzanym wielokrotnie zdaniem „To doskonałe pytanie”. Wydaje się jednak, że taka odpowiedź zostaje w filmie udzielona – nie wprost. Wynika ona z wypowiedzi o tym, jak donosiciel został ujawniony. Już wcześniej wskazywano na niego jako zdrajcę. Brakowało dowodów, on sam się zaś nie przyznawał – właśnie dlatego, że o ich braku wiedział. Prowadzący donosiciela esbek tylko raz mówi o tragedii: „to jest tragedia, że się sam zdekonspirował”. W ich wypowiedziach nie słychać śladów żalu, skruchy, refleksji. Pytanie o powód donoszenia jest z punktu widzenia widza ważkie moralnie. Ale z punktu widzenia zarówno denuncjatora, jak i esbeka jest pytaniem źle postawionym. Dla nich donoszenie nie jest kwestią w ogóle powiązaną z etyką. Z ich punktu widzenia donoszenie wydaje się grą – grą z życiem – o to, aby się nie ujawnić, aby zarobić jak najwięcej pieniędzy za sprzedane informacje, awansować. Prowadzenie takiej gry daje poczucie kontroli nad własnym życiem. Zachowań gracza nigdy nie rozpatruje się jednak z punktu widzenia moralności. Gracz może być skuteczny lub nieskuteczny. Oceniane w kategoriach moralnych zachowania gracza nie mają sensu, mogą być dziwne lub przerażające. Także moralność traci sens z punktu widzenia gracza, może jedynie grę utrudnić. Donosiciel nie działał więc niemoralnie – z jego punktu widzenia. Jego działanie było poza naszą moralnością. Nasze oburzenie, złość czy poruszenie nie mogą go dotknąć. Traktowanie życia jako gry przeciwko społeczeństwu jest strategią częstą także obecnie. Być może to właśnie czyni film „Trzej kumple” tak przerażającym, mimo iż od tragicznych wydarzeń w nim przedstawionych minęło już wiele lat.


Na ty ze zdrajcą O filmie „Trzech kumpli” było głośno na długo przed jego premierą. Obawiałem się, że będzie to kolejna kombatancka opowieść, pełna klisz i kompromisowych wniosków. Tymczasem efekt okazał się nadspodziewanie dobry. Ewa Stankiewicz i Anna Ferens stworzyły jeden z lepszych dokumentów ostatnich lat. Film próbuje rozwikłać tajemnicę śmierci Staszka Pyjasa. Według oficjalnej wersji spadł ze schodów, jednak wiele przesłanek wskazuje na to, że z tragiczną śmiercią studenta miała związek Służba Bezpieczeństwa. O tych samych wydarzeniach traktowały również filmy „Śmierć studenta” Jarmo Jaaskelainena (1977) i „Gry uliczne” Krzysztofa Krauzego (1996) – ale najświeższy dokument analizuje opowiadaną historię bardziej dogłębnie od swych poprzedników. „Trzech kumpli” skupia się na relacjach zaangażowanych w działalność konspiracyjną studentów UJ: Stanisława Pyjasa, Bronisława Wildsteina i Lesława Maleszki. Na szczególną uwagę zasługuje psychologia postaci. Możemy bliżej przyjrzeć się osobie Maleszki, który przez lata zdradzał swoich kolegów, pisząc na nich donosy. Widzimy Bronisława Wildsteina, który przez lata poszukuje prawdy i walczy z niesprawiedliwością

systemu i okrągłostołowych ustaleń. Prawdziwą rewelacją jest ukazanie „drugiej strony”. Możemy podejrzeć, jak wyglądają prowodyrzy wydarzeń sprzed trzydziestu lat. Widzimy uśmiechniętych, doskonale funkcjonujących w nowej rzeczywistości byłych esbeków. Z dumą opowiadają o swoich metodach i osiągnięciach w walce z opozycją. Autorki wzbogacają swoją opowieść licznymi środkami formalnymi – używają zdjęć, nagrań i filmów z epoki, ilustrując nimi rekonstrukcje wydarzeń. Kolejne etapy dochodzenia do prawdy o śmierci Pyjasa pokazywane są na tle zmian politycznych zachodzących w Polsce po przełomie ustrojowym. Szczególnie wstrząsająco prezentuje się brak skruchy ze strony funkcjonariuszy SB i samego Maleszki. Temu ostatniemu w pewnym sensie wsparcia udziela środowisko sprzeciwiające się lustracji. „Trzech kumpli” to bez wątpienia doskonały dokument, dokument śledczy – i z całą pewnością da do myślenia. Nawet osobom, które nigdy wcześniej nie interesowały się postacią Stanisława Pyjasa. Szkoda tylko, że ludzie, którzy wyrządzili innym tyle zła, wciąż chodzą z podniesionymi głowami.

Śpiewając o śliwkach, czyli jak to z niedźwiadkiem było „Niedźwiadek”, kolejny po „Piękności w opałach” film Jana Hřebejka, to historia opisująca życiowe perypetie kilku par, portret znajomych z dzieciństwa, którzy osiągnęli już wiek dojrzały. Są na tym etapie życia, kiedy większość kluczowych decyzji, tych dotyczących wyboru partnera, posiadania dziecka, czy określenia kariery zawodowej została już przez nich podjęta. Życiowa stabilizacja jest jednak pozorna. Początkowa scena ma miejsce podczas otwarcia prywatnej galerii sztuki. Zaproszeni goście, rodzina i znajomi przybywają tłumnie, gratulują, życzą powodzenia, gdy nagle z kąta rozlega się głośny, sarkastyczny śmiech żony Jirki, jednego z głównych bohaterów. Dowiadujemy się, że realizujący swe zawodowe marzenia Jirka ma problemy w domu – jego małżeństwo weszło w fazę uczuciowej stagnacji, a kontakt z żoną ograniczył się do wzajemnego przerzucania się pretensjami. Każdy z pozostałej dwójki męskich bohaterów, przyjaciół Jirki, również przechodzi swego rodzaju kryzys. Poważany lekarz Roman po latach życia w kłamstwie zostaje opuszczony przez żonę i kochankę, a robiący karierę międzynarodowego dyplomaty Ivan cieszy się z narodzin swoich kolejnych dzieci. Tyle tylko, że okazują się one owocami pozamałżeńskiego romansu jego żony. Temu rozchwianemu światu mężczyzn nie do końca dojrzałych emocjonalnie, aczkolwiek męsko solidarnych, przeciwstawiony jest świat kobiet. W obliczu problemów jednoczą się i mobilizują, emanują wewnętrznym spokojem i pokorą, podejmują świadome decyzje. W finale filmu wspólnie otwierają firmę o nazwie Niedźwiadek: cukiernię, w której serwują pyszne wypieki tworzone według domowych receptur. Nowe przedsięwzięcie ma potencjał, by stać się dobrze prosperującą siecią kawiarni.

Historia, niezbyt może oryginalna, została ubrana w dobrze skrojony scenariusz autorstwa Petra Jarchovskiego, stałego współpracownika Hřebejka. Wątki subtelnie się przeplatają, by znaleźć rozwiązanie w scenach zbiorowych, którymi są zazwyczaj uroczystości komunijne lub biesiady grillowe. Kamerany dramat obyczajowy w umiejętny sposób łączy dawkę bolesnych doświadczeń życiowych i oczyszczającego humoru – np. w niezapomnianej scenie, gdy Jirka, Roman i Ivan urządzają sobie męski wieczór i w doskonałych humorach tańczą w rytmie cichnącej stopniowo muzyki. Widzimy trzech mężczyzn w sile wieku, bawiących się niczym nieopierzeni chłopcy. Na uwagę zasługują doskonałe kreacje aktorskie. To twarze znane z filmów Zelenki, Ondřička, Svěráka i Slámy, które obserwatorzy kina czeskiego zdążyli już dobrze poznać i obdarzyć sympatią. Tutaj grają wszyscy razem – i to jak grają! I nie jest przesadą stwierdzenie, że historie bohaterów są także bliskie ich sercu. Prawdopodobnie nie bez przyczyny część aktorów zachowuje w filmie swe prawdziwe imiona. Sam reżyser w jednym z wywiadów powiedział, że temat filmu wyrasta z jego osobistych doświadczeń oraz doświadczeń jego bliskich znajomych. Chińskie przysłowie przytoczone w końcowych napisach („Dobrze jest znać prawdę i głośno o niej śpiewać, ale jeszcze lepiej jest znać prawdę i śpiewać o śliwkach”) jest mottem, pod którym mogliby się podpisać wszyscy twórcy filmu. A także niektórzy jego odbiorcy.


Niezawodna k(l)asa Kasyno. Pierwszy dzień miesiąca. Starsza, elegancka kobieta w białych, koronkowych rękawiczkach stawia trzysta złotych na trójkę. Sytuacja powtarza się co miesiąc, zawsze ten sam strój, ta sama kwota, to samo pole. Po przegranej odchodzi z niewzruszoną miną, nie poddaje się emocjom, nie ryzykuje, nie zadłuża się, by po raz kolejny wyzwać szczęście na pojedynek. Ma system. Jak się później okaże, w sprawach życia, śmierci, honoru – niezawodny. Izabela Szylko w swoim debiucie reżyserskim wykreowała serdeczny, ciepły świat, w którym cierpienia nie ranią do głębi. Nie kryje się za nimi ludzka nienawiść, a jedynie słabość woli, która w zestawieniu z brakiem motywacji i rzeczywistego pragnienia w sytuacji absolutnie ostatecznej mogłaby się okazać tragiczna. Jednak to nie następuje, ponieważ istnieje system, który reżyserka utożsamia z silnym charakterem przedwojennej arystokracji. W tamtym świecie przegrywało się cały majątek (tak jak prababka i babka głównej bohaterki), by niespodziewanie znów stać się jego właścicielem. Metoda jest prosta: żeby wygrać, trzeba być przekonanym, że do gry zasiada się po raz ostatni i wiedzieć, że zdobywa się tylko tyle, ile jest niezbędnie potrzebne. Kto nie oprze się pokusie, straci… życie. W filmie „Niezawodny system” koincydencje istnieją obok zaplanowanych realizacji pragnień. Historia z mło-

dości krąży przez lata, jak naszyjnik z brylantami od ukochanego. Ten jubilerski rarytas wiąże akcję, ludzi, czas i przestrzeń; jest skarbem, dla którego warto zrezygnować z części renty odłożonej „na życie”, bowiem to on podtrzymuje we wspomnieniu młodość i chłopca, którego pani Maria (Alina Janowska) pożegnała na wojnie. Po „Pora umierać” to kolejny nostalgiczny portret kobiety z ostatniego pokolenia inteligenckiej tradycji polskiej. Nie ma tu, jak w filmie Doroty Kędzierzawskiej, skontrastowania chwalebnej przeszłości z plugawą współczesnością. U Szylko z tandetnością mebli, które dostrzegamy w mieszkaniu adoratora hazardzistki (Wojciech Siemion), nie idzie w parze wypaczenie charakteru. Sytuacje i okoliczności, w których ujawniają się cechy ludzi, są analogiczne w tych dwu czasoprzestrzeniach, co doskonale pokazuje reżyserka. Nakładając na siebie obrazy z dwóch światów, tworzy czułą opowieść o księżniczkach, ich pragnieniach i utraconych naszyjnikach. Jej wrażliwość w połączeniu z doskonałą obsadą, pełnymi uroku zdjęciami Wojciecha Staronia i lirycznej muzyce Grzegorza Turnaua sprawiła, że powstał jeden z najlepszych polskich filmów ostatnich lat. Jest to kino autentycznie wzruszające, prosto, z klasą i ze smakiem wyreżyserowane.

Starość nie radość? Kino polskie, szczególnie ostatnich kilkunastu lat, to kino młodych bohaterów. Dynamicznych czy zagubionych, ale młodych. W czasach, kiedy dojrzałość przestaje być wartością, ludzie starsi rzadko są głównymi protagonistami filmowych opowieści. Starość kojarzy się z nudą, brakiem zainteresowań i przygód. Gwiazdy polskiej kinematografii, które na ten tytuł pracowały latami, doskonaląc swój kunszt aktorski, zostały przez dzisiejszych reżyserów odłożone – czy wręcz zepchnięte – do lamusa. Talent i doświadczenie ustąpiły miejsca atrakcyjnej powierzchowności. Aktorzy tacy jak Stanisława Celińska czy Witold Pyrkosz dorabiają dziś w serialach. Krystyna Tkacz reklamuje sprzęt AGD w telezakupach. Fakt to przygnębiający, jeśli nie bulwersujący. Czy naprawdę nikt nie potrafi napisać ciekawych ról dla tych osobowości? Dlaczego nie umiemy wykorzystać talentów, które są na wyciągnięcie ręki? Próby zmiany tej sytuacji podjęła się dziennikarka i pisarka Izabela Szylko, której debiut reżyserski „Niezawodny system” mogliśmy oglądać w sobotni wieczór w kinie Morena. Szylko stworzyła zgrabny scenariusz, czyniąc główną bohaterką historii samotną emerytkę. W tej roli zobaczyliśmy Alinę Janowską, której chyba nikomu przedstawiać nie trzeba.

Jak przyznaje sama reżyserka, nazwisko tej wybitnej aktorki przyciągnęło pozostałych aktorów i realizatorów. Starsza Pani okazała się interesującą postacią z ciekawą przeszłością i niebanalną osobowością. Partneruje jej niewiele młodszy Wojciech Siemion, obsadzony w roli podstarzałego, acz niezwykle uroczego amanta. Czyli jednak można! Na podobny pomysł zaangażowania aktora z ogromnym dorobkiem scenicznym i filmowym wpadł reżyser Gilles Renard. Do swojego filmu „Wszystko” zaprosił kolejną gwiazdę – udzielającego się ostatnio w jednym z seriali TVP Mariana Opanię. Aktor wcielił się w rolę emeryta, który, znudzony monotonną codziennością, postanawia zafundować sobie ostatnią w życiu przyjemność – prostytutkę. Przywołane przykłady to niewątpliwe wyjątki. Mam jednak nadzieję, że być może zapoczątkują one nowy trend w polskim kinie. W dobie pogoni za młodością warto na chwilę się zatrzymać i posłuchać historii tych, którzy pomimo zmarszczek na twarzy stale pozostają wewnętrznie młodzi.


U Pana Boga jest nudno Szedłem na ten film pełen ewangelicznej nadziei i wiary. Przyszedłem, zobaczyłem, jęknąłem. Bromski po 10 latach powraca do Królowego Mostu i perypetii jego mieszkańców. I niby wszystko jest jak w pierwszej części: proboszcz jest brodaty, komendant prymitywny, a organista ma problemy. W miasteczku nadal panuje idylla: kury znoszą jaja, świń nie wolno traktować brutalnie (i słusznie), malwy rosną przy płocie, a nad krytymi eternitem strzechami błyszczy złota iglica kościelnej wieży. Nic jednak nie zastąpi delikatnej, metafizycznobukolicznej aury niewymuszonej świeżości „U Pana Boga za piecem”. Nic dobrego nie wychodzi również z powielania pomysłu o aranżacji małżeństwa. Losy ciamajdowatego policjanta i blondwłosej córki komendanta nie angażują emocjonalnie. Również budowa supermarketu nie wydaje się odpowiednio dobraną intrygą. Kto buduje wielkopowierzchniowy sklep w takiej zabitej na głucho mieścinie? Jedyne naprawdę zabawne epizody to te, w których występuje skruszony gangster

i podkochujący się w brzoskwiniopierśnej barmance emeryt, ojciec komendanta. Mimo tych niedociągnięć trudno uznać „U Pana Boga w ogródku” za obraz całkowicie nieudany. Film broni się znakomitą grą aktorską i ciepłą, słoneczną tonacją zdjęć. Reżyserowi udało się z delikatną ironią przedstawić współczesne zmiany wizerunku nowobogackich dorobkiewiczów. Znany z pierwszej części filmu amator pornografii jest teraz bogobojnym orędownikiem postępu i cywilizacji. Przez wzgląd na rewelacyjną pierwszą część tej opowieści można przymknąć oko na większość grzeszków „U Pana Boga w ogródku”. Uważam jednak, że autor nie powinien już więcej odcinać kuponów od wcześniejszego sukcesu. Zdanie się wyłącznie na powtórki jawi się jako grzech twórczego lenistwa i nie przystoi autorowi, który wcześniej dał się nam poznać jako reżyser filmów zgrabnych, celnych, bezpretensjonalnych.

Animacja po francusku Przegląd z cyklu Etiuda & Anima dał szansę zapoznania się z najciekawszymi francuskimi filmami animowanymi zrealizowanymi w ostatnich latach w dwóch szkołach: Supinfocom Valenciennes i Supinfocom Arles. Obejmował on filmy wykonane wyłącznie techniką animacji komputerowej. To jedyna ich wspólna cecha, bowiem pod względem stylistycznym i tematycznym pokaz był bardzo zróżnicowany. Mieliśmy zatem anegdotę o zepsutej lodówce, groteskowy western okraszony znakomitym czarnym humorem, mroczną baśń luźno nawiązującą do „Czerwonego Kapturka” i alegoryczną opowieść o wojnie. Znakomity „Chili Bucket” (reż. Sarah Dor, Florent Seror, Julien Torres) w przewrotny sposób wykorzystuje konwencje klasycznego westernu. Akcja toczy się w zapomnianej przez Boga i ludzi spelunie, żywcem wyjętej z opowieści o dzielnych rewolwerowcach i paniach do towarzystwa o złotym sercu. Zbieranina typowych postaci, złożona z oszustów karcianych, miejscowych pijaczków, pięknej oberżystki, cwanego barmana i kota, zostaje zaskoczona pojawieniem się równie typowego zbira. Początkowo z przestrzeni pozakadrowej słyszymy dźwięki, nie wiedząc, jakie jest ich źródło. Nie widzimy masakry, jaka niewątpliwie rozgrywa się w saloonie po pojawieniu się rzekomego poszukiwanego. Następuje retrospekcja i widzimy tę samą sytuację z innej perspektywy. Na ekranie sceny jak z serialu „Happy Tree Friends”: groteskowa śmierć dosięga bohaterów z najmniej spodziewanej strony (choć trzeba przyznać, że śmierć postaci w „Chili Bucket” jest dużo lepiej zaaranżowana). Oczywiście – wszystko przez kota. Twórcy animowanych etiud nie oszczędzili baśni – mroczna wersja Czerwonego Kapturka, ściganego przez wilkopodobne cienie, grafiką przypomina najlepszej

jakości grę komputerową. Nie ma tu jednak happy endu. Głębszego przesłania zresztą też nie. Enigmatyczne i bardzo klimatyczne „La Marche Des Sans Nom” (reż. Jean Constantial, Nicolas Laverdure, Lucas Vigroux) porusza temat wojny – tajemnicza postać, skrzyżowanie Szalonego Kapelusznika z Wujem Samem, prowadzi rzeszę identycznych żołnierzy na pewną śmierć. Jeden z nich usiłuje uciec. Bez powodzenia... Na poprawienie nastroju mamy dramat zepsutej lodówki. Sielankowe życie produktów żywnościowych staje przed groźbą globalnej katastrofy, gdy ich twierdza przestaje chłodzić. Widząc nieuchronną zagładę, jaka grozi radosnemu światu, Jajko decyduje się odegrać rolę zbawcy. Przedostaje się do wentylatora i uruchamia go z samopoświęceniem godnym „Małego dzielnego tostera”. Bohater wychodzi z opresji bez skorupki – całe szczęście, że był ugotowany na twardo. Wszyscy marzący o karierze aktorskiej powinni zobaczyć historię smoka Mo. Oszałamiający sukces, pieniądze, sława, dziewczyny w bikini, Oscar… Wszystko to kończy się z chwilą, gdy na horyzoncie pojawia się atrakcyjniejszy konkurent – wielki kurczak. Realizatorom należy się specjalna pochwała za żulerską wersję Myszki Miki – majstersztyk! A Mo? zawsze pozostaje mu „Jak oni śpiewają”. Twórcy etiud ostrzegają także przed zgubnymi skutkami picia napojów energetycznych. Widowiskowy pojedynek zapaśnika i jego niezbyt imponującej postury menedżera sugeruje, że niewinny Red Bull nie tylko dodaje skrzydeł. Oczywiście, zgodnie ze starą szkołą, ładniejszy wygrywa. Etiudy prezentowane na pokazie to przede wszystkim prace studentów. Jakie wnioski nasuwają się po ich obejrzeniu? Francuzi mają czasem zadziwiająco brytyjskie poczucie humoru.


Etiudy i animacje także dla kumpli Z przyjemnością udałem się do najcieplejszego miejsca w Ińsku, czyli do sali kinowej „Gabinet doktora Caligari”, by obejrzeć kilka animacji nagrodzonych i wyróżnionych na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Etiuda & Anima 2007 w Krakowie. Atmosfera tym razem była odrobinę mniej „gęsta”, a to z powodu niskiej frekwencji. Większość ludzi, przyciągnięta kontrowersyjnym dokumentem „Trzech kumpli”, zrezygnowała z porcji solidnej sztuki animacji. Chociaż filmy nie przedstawiały równego poziomu, wszystkie warte były obejrzenia z różnych przyczyn, o których spieszę donieść wielbicielom politycznohistorycznych kontrowersji. Najciekawszą i najładniejszą była japońska animacja „Wiejski lekarz” (reż. Koji Yamamura) na podstawie opowiadania Franza Kafki. Pierwsze skojarzenia, które przyniósł mi ten film, to rysunki Brunona Schulza. Kreska była fascynująca i bardzo oryginalna. Animacja doskonale oddaje neurotyczny klimat Kafkowskiej prozy. Bardzo podobała mi się także druga z pokazanych animacji, czyli francuski „Biały wilk” (reż Pierre-Luc Granjon), ten z kolei wzbudził u mnie delikatne skojarzenia z malarstwem Chagalla. Film opowiada raczej mało radosną historię, ale ukazuje ją w sposób bardzo ciepły. Kolejny króciutki film, argentyński „Lapsus” (reż. Juan Pablo Zaramella), przyniósł uczestnikom projekcji sporo radości. Animacja o „walce” bogobojnej zakonnicy z ciemnością została oparta na

bardzo zabawnej grze jedynych obecnych w filmie kolorów – czerni i bieli. Z kolei węgierska „Linia życia” (reż. Tomek Ducki) oparta jest na bardzo ciekawym pomyśle (zarówno wizualnym jak i fabularnym) – krótki i tragiczny romans między postaciami zbudowanymi z trybów i kół zamachowych. Formą wyróżniła się „Modyfikacja” (reż. Ian Mackinnon). Film produkcji brytyjskiej opowiada historię za pomocą animacji zarówno poklatkowych, jak i rysunkowych, prezentowanych przez głównego bohatera na wiele wymyślnych sposobów. Jest to bardzo ciekawe dzieło, jednak dość chaotyczne. Pierwszym ze słabszych filmów była portugalska „Tragiczna historia z happy endem” (reż. Regina Pessoa). Film broni się tylko pomysłem na główną bohaterkę – dziewczynkę, której serce bije nadzwyczajnie szybko i głośno. Kolejnym brzydkim, wręcz tandetnym filmem, była indyjska „Wyprawa do krainy tęczy” (reż. Gitanjali Rao). Niezwykle męczące okazały się „Refreny” (reż. Wiola Sowa), jedyny polski film w tym gronie. Nudny i przegadany, choć właściwie bez dialogów! Z filmu tchnął pensjonarski sentymentalizm. Jedyną naprawdę mocną jego stroną była muzyka Leszka Możdżera. Niemniej: większość filmów była ciekawa – więc wszystkim, którzy wybrali Kino Morena radzę poszukać i obejrzeć wyżej opisane tytuły. Życzę dobrej zabawy.

Wyznania łże-recenzentki

naczelne Ewa Ciszewska, Dagmara Rode, korektor Maciej Robert, składacz Tomasz Nowak, fotograf Piotr Ochocki, skrybowie Agnieszka Cytacka, Michał Dondzik, Martyna Gajda, Piotr Klonowski, Krzysztof Kujda, Bartosz Lewandowski, Marta Madejska, Monika Marlicka, Anna Miller, Katarzyna Paszyn, Maciej Rzepecki, Tatiana Wasilewska, Maja Zielińska

Recenzenckie obowiązki wchodzą niekiedy w kolizję z poczuciem dobrego smaku i potrzebą przemilczenia obecności niektórych dzieł w programie festiwalowym. Taka właśnie przykra okoliczność spotkała dziś niżej podpisaną, która najchętniej udałaby, że o fenomenie polskich komedii romantycznych nie wie nic. Uczciwość zawodowa każe jednak nie kłamać – „Nie kłam, kochanie” zostało w charakterze tegorocznego hitu pokazane. I na tym powinno się skończyć. Bo gdyby nie skończyć, trzeba by na przykład streścić szlachetnie prostą fabułę, która wzorcowo wydobywa podwójny standard, stosowany do oceny moralności kobiet i mężczyzn. Mężczyzna może mieć partnerek na pęczki, kobieta zaś powinna być cnotliwa (jeśli nie wręcz dziewicza do ślubu), skromna i czysta, a taka jej postawa, jakże różna od wszystkich wyfiokowanych blondynek na wysokich stanowiskach, sprawi, że plejboj pokocha ją miłością szczerą, zamiast liczyć na spadek po ciotce znajdzie sobie nową pracę, spłaci długi i zacznie mówić do kwiatów. Być może trzeba by omówić konstrukcje postaci, stereotypowych do bólu zębów: nasza cnotliwa i uczciwa bohaterka nie tylko, jak przystało na imaginarium dorastających dziewcząt, miłością dozgonną pokochała bohatera, z którym rozmawiała kilka razy, ale i pracuje w iście „kobiecym” zawodzie, pielęgnując rośliny. W pracy czeka na nią zasadzka w postaci szefa dybiącego na jej wdzięki. Być może trzeba by zwrócić uwagę na namiętne stosowanie makijażu naturalnego, który ma podkreślać „naturalne” piękno cnotliwej wybranki i inne równie „odkrywcze” zabiegi inscenizacyjne. I tak dalej. Cytat z Wybitnego Dzieła filmu nie ratuje – polskie komedie romantyczne potwierdzają najbardziej zapyziałe stereotypy tyczące ról płciowych, a (wcale nie śmieszny) film Wereśniaka nie jest wyjątkiem. To może skończmy.


Ińskie Point 2/2008