Page 1

39. Inskie Lato Filmowe 12 sierpnia 2012 ` 39. Inskie Lato Filmowe

InskiePoint Bezpłatny B e z p ł a t n y cdziennik o d z i e n n i kfestiwalowy festiwalowy

Nr 1 /2012

Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku!

W numerze:

Po raz 39. rusza Ińskie Lato Filmowe i po raz piąty przekazujemy Wam codzienną gazetę festiwalową “Ińskie Point”. Dawni juniorzy recenzowania obecnie są już nestorami korekty. Tymczasem kolejne zastępy członków i członkiń Koła Naukowego Filmoznawców Uniwersytetu Łódzkiego szkolą swój warsztat krytyczno-recenzencki w przyjaznej atmosferze Ińskiego Lata Filmowego. Możecie nas zobaczyć w sali kinowej i w szkolnej sali gimnastycznej, cudownie przetransformowanej w Jaskinię Zagubionych Snów, na spotkaniach z twórcami i krętych korytarzach gościnnej ińskiej szkoły, rzadziej w lokalach gastronomicznych czy na ińskiej plaży; jeśli nawet nas na niej spotkacie, na pewno będziemy żarliwie dyskutować o planowanej zawartości gazety festiwalowej. Niewyspani po nocy spędzonej na korekcie kolejnego numeru, z podkrążonymi oczami, nieułożonymi włosami i pomiętym notatnikiaem w dłoni. Dnie spędzamy przed ekranem kinowym, by nocą, przed ekranami komputerów, recenzować dla Was obejrzane filmy, relacjonować spotkania i wydarzenia towarzyszące, opracowywać wywiady z gośćmi festiwalu... Codziennie pokazujemy Wam rezulataty swojej pracy. Żadnego wydarzenia nie zostawimy bez komentarza. Życzymy wielu filmow ych projekcji owocujących całonocnymi dyskusjami kinofilskimi oraz innych niezapomnianych wakacyjnych wrażeń! Redakcja „Ińskie Point”

Kino Morena ul. Przybrzeżna 1 tel. 91 441 75 00 „Jaskinia zapomnianych snów” ul. Poprzeczna 1

Klub Festiwalowy Restauracja „Srebrna Rybka” (koło Kina Morena)


Bezpłatny dziennik festiwalowy SPIS TREŚCI: W kilku...set słowach wymienię .................................. 2 Czeskie pokusy.............................................................. 3 Lwowskie kanały ......................................................... 4 Agnieszki Holland wykład o Holokauście ...................5 Hollycaust .................................................................... 6 Barwy dzieciństwa ...................................................... 7 Na bruku z dobrych chęci ........................................... 8

Stara, ale jara... trzy paczki dziennie”. Relacja ze spotkania z Marią Czubaszek .................... 9 Poza zasięgiem ........................................................... 10 Uwikłani w system ..................................................... 12 Bóg umarł .................................................................. 13 Polityka to żart .......................................................... 14 Harry Potter i nawiedzony dom, czyli koniec klasyki ..................................................................................... 15

Tomasz Rachwald

W KILKU...SET SŁOWACH WYMIENIĘ

Ruszyło. W dniu inauguracji 39. Ińskiego Lata Filmowego pogoda była, jak nam oznajmiono ze sceny, perfekcyjnie kinowa. To znaczy: padał zimny, lepki, drobny deszcz, zniechęcający do podziwiania okoliczności przyrody. Wobec tego faktycznie najlepszą możliwą rozrywkę stanowiło pójście na film. Sala projekcyjna kina Morena wypełniła się po brzegi – i nie używam tego wyświechtanego frazesu przez grzeczność. Wejście za pięć dziewiętnasta oznaczało konieczność lawirowania w tłumie zajmującym wszystkie fotele, dostawione krzesła, a

Strona 2

nawet solidną część podłogi. Zewsząd słychać było pozdrowienia. Osoba z zewnątrz mogła mieć wrażenie, że trafiła na prywatne spotkanie ludzi od dawna sobie znajomych. Pewnie zresztą na tym polega specyfika tego festiwalu, od lat organizowanego w liczącym dziś dwa tysiące mieszkańców Ińsku, którym kino zaprzestało już jakiś czas temu wyświetlania filmów według normalnego repertuaru. Budynek wykorzystywany jest do innych celów, jednak co roku w sierpniu znów służy pokazywaniu mieszkańcom miasteczka i stałym gościom najciekawszych filmów zeszłego roku, wyselekcjonowanych przez ludzi ze Stowarzyszenia Ińskie Lato Filmowe. Dla pozbawionego kina miejsca festiwal może pełnić rolę podobną do tej, jaką miały kiedyś Konfrontacje. Rozpoczynające imprezę przemówienia były okazją do obowiązkowego wymienienia zaproszonych oficjalnych gości i sponsorów. Długość listy nazwisk, jakiej wysłuchaliśmy, każe podejrzewać, że co najmniej połowa sali była adresatem podziękowań płynących ze sceny. Pokazuje też ona, jak mocno ILF wrosło w życie lokalnej społeczności. W końcu przyszedł czas na wystąpienie dyrektora artystycznego ILF Przemka Lewandowskiego,

odpowiedzialnego za wybór wyświetlanych filmów. Opowiadał on o tym, co dla niego stanowi sedno festiwalu. O filmach sprowadzonych do Ińska specjalnie z zagranicy, niewyświetlanych nigdzie w Polsce. O Synu Babilonu, przedstawicielu kompletnie u nas nieznanego kina irackiego. O cyklu „Za cieśniną Bosfor”, zbierającym kino Turcji i Bliskiego Wschodu. O spotkaniach dyskusyjnych z udziałem polskich twórców i twórczyń filmowych. O osiemdziesięciu filmach z blisko dwudziestu krajów, które będą wyświetlane przez dziesięć dni w dwóch salach i w plenerze. Rozpoczął tym samym wydarzenie o wykształconym przez lata charakterze, bez niezdrowych ambicji konkurowania z molochami z Wrocławia, Bydgoszczy i Gdyni, czy zmieniającego się w modny kurort wypoczynkowy Zwierzyńca. Ińsko pozostaje miejscem, gdzie czas odmierza się spokojnym tykaniem w tempie dwudziestu czterech klatek na sekundę. Bezpretensjonalne spotkanie z kinem.


I n` s k i e P o i n t Edyta Janiak

CZESKIE POKUSY 39. edycję Ińskiego Lata Filmowego rozpoczęła projekcja Damskich pokus w reżyserii Jiřiego Vejdělka. Przemek Lewandowski – dyrektor artystyczny festiwalu – przekonywał podczas uroczystej inauguracji, że to wyjątkowy film i miał rację. Czeska słodko-gorzka komedia podbiła serca widowni zgromadzonej w kinie Morena. Damskie pokusy opowiadają o trudnych relacjach trzech silnych kobiet: babki Vilmy, matki Heleny i córki Laury. Akcja filmu rozpoczyna się, gdy Helena znajduje się na życiowym zakręcie – odkrywa zdradę męża i zostaje sama po 23 latach związku. Mimo że jest terapeutką specjalizującą się właśnie w terapii małżeńskiej, nie potrafi sobie poradzić z własnym życiem. Z pomocą spieszą jej oczywiście Vilma i Laura, co skutkować będzie lawiną niesamowitych i szalonych zdarzeń. Na szczególną uwagę zasługuje sposób kreowania postaci kobiecych. Każda z bohaterek jest charyzmatyczna, wyrazista i niezwykle złożona. Vilma, była diwa i nimfomanka,

jest postacią jednocześnie komiczną i tragiczną. Helena wydaje się zagubiona, a jednak odnajduje w sobie siłę, by stawić czoła przeciwnościom losu, natomiast nastoletnia Laura okazuje się nie tak dobra i kryształowa, jak mogłoby się to z początku wydawać. Mężczyźni w Damskich pokusach stanowią jedynie tło dla odmalowania niezwykłych portretów kobiet, choć same bohaterki traktują ich jak coś niezbędnego, czy wręcz najważniejszego w swoim życiu.

Reżyserowi udało się bezbłędnie ukazać skomplikowanie emocji i relacji pomiędzy trzema pokoleniami kobiet. Intymny nastrój potęguje sposób fotografowania: piękne ujęcia i operowanie ostrością sprawiają, że widz czuje się, jakby zaglądał bohaterkom w głąb duszy. Kolejnym ogromą zaletą Damskich pokus jest cudownie lekki i niewymuszony humor. Zabawne dialogi przeplatające się z sytuacyjnymi pomyłkami sprawiły, że widownia wybuchała raz po raz gromkim śmiechem. Film jednak nie tylko śmieszy, ale też wzrusza i skłania do zadumy. Moim zdaniem wybór Damskich pokus jako dzieła zaczynającego projekcje festiwalowe był strzałem w dziesiątkę. Pozostaje nam tylko czekać na inne filmowe perełki prezentowane podczas tegorocznej edycji Ińskiego Lata Filmowego.

Strona 3


Bezpłatny dziennik festiwalowy Kacper Juszczyk

LWOWSKIE KANAŁY Od pamiętnej nominacji do Oscara dla W ciemności Agnieszki Holland minęło już trochę czasu. Nagroda dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego nie trafiła do Polski. Nie było w tym zresztą żadnej niesprawiedliwości, bowiem nagrodzone Rozstanie Fahradiego jest filmem zwyczajnie lepszym, wręcz ocierającym się o kategorię arcydzieła, czego nie można powiedzieć o realizacji Holland. Oczywiście, W ciemności to świetne kino, zdjęciowo, aktorsko i scenariuszowo stojące na najwyższym, światowym poziomie. By wymienić jakiekolwiek wady musiałbym sięgnąć naprawdę głęboko do krytycznych pokładów swej osobowości. Niemniej arcydzieła nie biorą się tylko z wysokiego poziomu wykonania i braku wad. Filmowi Holland brakuje pewnej niedefiniowalnej cechy, która sprawia, że oglądając arcydzieło wiemy, że właśnie przeżyliśmy coś wyjątkowego. Arcydzieła zostają w nas w zasadzie na zawsze, filmy „tylko” bardzo dobre po jakimś czasie „zacierają się” kolejnymi bardzo dobrymi. Może jednym z czynników, dla którego W ciemności nie wspięło się na filmowe wyżyny, jest silne wyeksploatowanie tematu? Filmów o Holocauście powstało bowiem bez liku i niełatwo jest powiedzieć coś odkrywczego. Wydaje mi się jednak, że nawet jeśli nie możemy mówić w przypadku W ciemności o pełnej oryginalności, to jest coś świeżego w perspektywie i sposobie ukazania problemu. Żydzi, którzy uciekli z lwowskiego getta i z (niebezinteresowną) pomocą kanalarza Sochy (Robert Więckiewicz) ukrywają się w kanałach, nie są jednolitą masą dobrych i szlachet-

Strona 4

nych męczenników. Ujawniają się wśród nich silne podziały, widoczne choćby w momencie, gdy biedniejsi Żydzi mówiący w jidysz wypominają dobrze sytuowanemu żydowskiemu profesorowi, że mówi po niemiecku. Zresztą trudno zachować jedność, gdy ukrywający się postawieni są przed niemożliwym wyborem, jak decyzja o tym, kto przeżyje, a kto zginie. W podziemnym mikroświecie życie toczy się w pewnym sensie jak na powierzchni. Żydzi pomagają sobie, ale też kłócą się, walczą ze sobą i okradają się; ludźmi kierują te same namiętności – miłość, nienawiść, seks. Jak na powierzchni, mąż zdradza żonę, jego kochanka rodzi niechciane dziecko. Kanały nie są więc jakąś inną rzeczywistością, w której wszyscy solidarnie usiłują przeżyć. Wręcz odwrotnie, stanowią jak gdyby rzeczywistość pod lupą, w której jeszcze bardziej wychodzi na jaw to, co w ludziach złe czy skrywane pod powłoką wychowania i kultury.

Jednak to nie Żydzi są głównymi bohaterami tej opowieści. Jest nim kanalarz Leopold Socha – zwykły cwaniak, który w ukrywaniu Żydów w kanałach zwęszył interes, co prawda niebezpieczny, ale przynajmniej początkowo bardzo intratny. Sochę świetnie zagrał Robert Więckiewicz, którego doceniono zarówno w Polsce, jak i za granicą. Nie była to łatwa rola, bowiem Poldek przechodzi w filmie wewnętrzną przemianę. Gdy Żydom kończą się pieniądze, nie zostawia ich. Wręcz przeciwnie, coraz więcej ryzykuje i poświęca, by ich uratować. Dzięki kreacji Więckiewicza przemiana Sochy jest wiarygodna. Czujemy, że Poldek nie jest papierową postacią, ale człowiekiem z krwi i kości. Rola ta była wymagająca także z innych powodów. Wszyscy Polacy mówią w filmie z lwowskim akcentem, językiem pełnym regionalizmów, których już dzisiaj zupełnie nie rozumiemy; z tego powodu gdy bohaterowie mówią po „lwowsku”, na dole ekranu wyświetlane są napisy. Odwzorowanie


I n` s k i e P o i n t językowej rzeczywistości jest według mnie obok roli Więckiewicza i zdjęć Joanny Dylewskiej (za które dostała najważniejsze operatorskie wyróżnienie w Polsce – Złotą Żabę festiwalu Camerimage) jednym z największych plusów tego filmu. Obok pieczołowicie odtworzonego i zagranego „lwowskie-

go” pojawia się przecież jeszcze ukraiński, niemiecki i jidysz. Decyduje to o ogromnym realizmie tego filmu, którego brakuje mi w wielu zagranicznych realizacjach o Holocauście, gdzie wszyscy bohaterowie, niezależnie od tego, czy są Żydami, Polakami czy Niemcami, mówią po angielsku. W fil-

mowy Lwów i jego mieszkańców z W ciemności naprawdę uwierzyłem. Na tyle, że zatapiając się w projekcji zapomniałem, że oglądam jedynie film, co mam nadzieję stanowi najlepszą rekomendacją dla dzieła Holland.

Maja Nowakowska

AGNIESZKI HOLLAND WYKŁAD O HOLOKAUŚCIE W ciemności Agnieszki Holland nie jest, moim zdaniem, filmem specjalnie oryginalnym, co nie oznacza, że reżyserka nie ma nic nowego do przekazania. Osadza ona akcję filmu w czasie II wojny światowej, jednak nawet bez oglądania W ciemności wiemy, iż Holland nie należy do reżyserów wystawiających patetyczne laurki narodowym bohaterom. W filmie mamy do czynienia z całą galerią postaci, które nie są ani jednoznacznie dobre, ani jednoznacznie złe – są zwyczajnymi ludźmi, którzy walczą o przetrwanie. Jednym z wiodących bohaterów jest Leopold Socha, prosty człowiek, który pomaga grupie Żydów uciec z getta. Z początku robi to dla pieniędzy, jak przystało na drobnego cwaniaczka, zastanawia się nawet, czy nie sprzedać biżuterii i nie zatrzymać dla siebie pieniędzy, które zapewniają przetrwanie wspomnianym ludziom, z czasem jednak widoczne stają się jego odwaga i siła charakteru. Żydzi, żyjąc przez dłuższy czas w kanałach, usiłują stworzyć namiastkę życia, jakie dotąd wiedli. Zabijają czas, rozmawiają, bawią się z dziećmi, czasami kłócą ze sobą. Reżyserka określa jednak granice wytrzymałości człowieka żyjącego w ekstremalnych warunkach, w których nie da się przez dłuższy czas funkcjonować. Pokazuje bohaterkę, która zachodzi w ciążę, rodzi, po czym zabija swoje dziecko

uznając, że nie ma ono szans na przeżycie. W tym samym czasie dziecko Sochy przyjmuje po raz pierwszy Komunię Świętą; zderzenie tych dwóch zdarzeń podkreśla fakt, że Żydzi znajdują się w kanale dokładnie pod tym kościołem. W ciemności trwa ponad dwie godziny, większość scen kręcona jest w kanałach, film jednak nie wywołuje najmniejszego znużenia. Duża w tym zasługa operatorki Jolanty Dylewskiej, bardzo dobrze radzącej sobie w nietypowych warunkach. Sprawnie napisany scenariusz gwarantuje, że widz cały czas trzymany jest w niepewności. Napięcie co chwilę rośnie, by za moment, niczym sinusoida, opaść. Obrazy codziennego funkcjonowania bohaterów przez cały film

przeplatają się z momentami niosącymi zagrożenie ich życiu. Reżyserka nikogo nie wynosi na piedestał i nikogo nie potępia, stara się natomiast ukazać człowieka takiego, jaki jest, z obiektywnego punktu widzenia. Jego dwoistość może symbolizować podkreślone w filmie przyjmowanie Komunii. Ludzkiej istocie przynależą grzech i odkupienie. Określając przekaz reżyserki mniej patetycznie, można pozostać przy twierdzeniu, iż podkreśla ona możliwość przemiany człowieka na lepsze, którą w filmie uosabia Socha. Holland udowodniła, że wciąż można opowiedzieć o II wojnie światowej świeżo i w umiejętnej formie.

Strona 5


Bezpłatny dziennik festiwalowy Marta Madejska

HOLLYCAUST Film Agnieszki Holland z pol-

puje dokładnie w momencie, kiedy

go filmu o Holocauście. Serio, ile

skiej perspektywy może wydawać się

powinna nastąpić, podniosła muzy-

ich już było. Ok, łapiemy, to było

czymś nowym. Jest jednak bardzo

ka oraz chóry odzywają się w chwi-

straszne, ale my żyjemy dalej. Robię

poprawnym obrazem tego, co działo

lach, w których się ich spodziewamy,

to, bo zauważyłam, że jak się zrobi

się podczas II wojny światowej. Po-

bohaterowie topnieją w kolejności,

film o Holocauście, ma się Osca-

prawnym, czyli zgodnym z wyznacz-

której możemy się domyślić. Seks,

ra w kieszeni. Nominowali mnie 4

nikami hollywoodzkiego przemysłu

pokazany czasem jak zwierzęce po-

razy, nigdy nie wygrałam. I cały

filmowego. Jest bardziej realistycz-

żądanie, może szokować jedynie

świat myśli: „Dlaczego Winslet nie

ny od anglojęzycznych poprzedni-

tych, którzy wojnę znają tylko z ro-

wygrała?”. I dlatego to robię. Cho-

ków, bardziej bogaty w szczegóły

dzimych filmów (polskie kino w

lerna „Lista Schindlera”. „Pianista”.

historyczne, regionalne, językowe.

swoim konserwatyzmie kulturowym

Oscary wyłaziły im z tyłków.

Wciąż jednak odnosi się wrażenie

nigdy nie wykracza poza pewne gra-

W przypadku Winslet okazało się

zamkniętej całości, która ani nie

nice). Wystarczy jednak sięgnąć po

to dziwnym proroctwem – niedłu-

wyciąga w odpowiednim stopniu

niektóre wspomnienia wojenne, pa-

go po wystąpieniu w Extras została

wątków, które wciąż jeszcze leżą

miętniki wojskowe czy powstańcze,

nagrodzona Oscarem za rolę w Lek-

poukrywane w naszej historii, ani

żeby wiedzieć, że seks czy masturba-

torze (który co prawda Holocaust

nie stara się przepracować ówcze-

cja były normalnym składnikiem ży-

zahacza od drugiej strony frontu).

snych doświadczeń. Jest poprawną,

cia codziennego, a świadomość i bli-

Holland się już nie udało. Czy to

zamkniętą, prywatyzującą historię

skość śmierci sprzyjała rozluźnieniu

znak, że przemysł filmowy uznał ten

fabularną całością, która z każdą mi-

obyczajowemu. Opisywali to choćby

temat za wyczerpany? Nawet jeżeli,

nutą coraz mniej zaskakuje każdego,

Czesław Miłosz czy Marek Edelman.

nie zniechęci to klientów busików z

kto z takimi całościami miał już na-

Dlatego po obejrzeniu „W ciem-

krakowskiego rynku (tych stojących

ności” czuję niesmak, niedosyt, roz-

obok białych dorożek, żywcem wy-

Docenić trzeba kilka elementów,

czarowanie. Wszystkie uczucia i re-

rwanych z bajek Disney’a), jadących

o które zadbała Holland – pokazanie

fleksje, które ten film ewentualnie

radośnie trasą zwiedzania „Wielicz-

wewnętrznego zróżnicowania (kul-

wywołał, zostały przyćmione przez

ka-Wadowice-Auschwitz”.

turowego, religijnego, ekonomiczne-

ogólne wrażenie kolejnego holly-

Musimy mieć świadomość, że

go, nawet językowego) Żydów, któ-

wodzkiego holocaustowego portreci-

tym właśnie dla niektórych jest pa-

rych jedyną wspólną cechą u zarania

ku. Pierwsze skojarzenie, jakie przy-

mięć o Holocauście – to przemysł

wojny było odgórne uznanie ich za

szło mi na myśl po wyściu z kina, to

kulturowy i turystyczny, sprawiają,

rasę zasługującą na eksterminację.

cytat z brytyjskiego serialu rozryw-

że emocjonalnie, ale bezrefleksyjnie

Początkowa postawa Sochy i jego

kowego Extras. W trzecim odcinku

powtarzamy historię, którą należa-

późniejsza przemiana subtelnie za-

pierwszego sezonu Kate Winslet,

łoby gruntownie przemyśleć, aby ni-

rysowuje polski antysemityzm, który

grająca samą siebie – tzn. sławną

gdy już się nie powtórzyła.

topnieje tylko w osobistym doświad-

aktorkę pokazaną na zapleczu pla-

czeniu, a nie w głębszej refleksji

nu filmowego wyznaje w odpowiedzi

nad bezpodstawnością społecznych

na wyrazy podziwu (że to niezwykłe

uprzedzeń („Moje Żydy” – powta-

– wykorzystanie własnej osoby, by

rza nieustannie bohater). Na tym się

przypomnieć o Holocauście):

zbyt dużo do czynienia.

jednak kończy wyjątkowość filmu na

Boże, nie dlatego to robię. Nie

szerszym tle. Scena miłosna nastę-

uważam, że potrzebujemy kolejne-

Strona 6


I n` s k i e P o i n t Maja Nowakowska

BARWY DZIECIŃSTWA Dorośli wracając myślami do dzieciństwa, mają tendencje do lukrowania swoich wspomnień. Świat małego człowieka powszechnie kojarzy się z beztroską, niewinnością i zabawą. Turecki reżyser, Semih Kaplanoğlu, czyni chłopca bohaterem swojego filmu. Miód nie jest jednak opowieścią o sielankowej krainie dzieciństwa. Yusuf jest chłopcem, który analizuje otaczający go świat. Pozwalając sobie na osobistą dygresję, przyznam, że kilkuletni aktor o uważnym, przyjaznym, trochę ciekawskim spojrzeniu sprawił, że od początku polubiłam tę postać i uwierzyłam w jej autentyczność. Yusuf się jąka, przez co ma problemy w szkole. Dotkliwie odczuwa fakt, że inne dzieci otrzymują nagrody za postępy w nauce, a on nie. Wytwarza sobie azyl od nieprzyjaznej rzeczywistości. Spędzanie czasu z ojcem, Yakupem, daje mu poczucie bezpieczeństwa. Czynności wykonywane z rodzicem mają charakter intymny i mistyczny. Jemu Yusuf może powiedzieć szeptem wszystko, będąc pewnym, że zostanie zrozumiany zgodnie ze swoimi intencjami. Życie na wsi nie jest łatwe, bohater pomagając rodzicom doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Surowe warunki

uczą Yusufa samodzielności i kształtują jego hart ducha. Kiedy ojciec mdleje, dziecko cuci rodzica polewając jego policzki zimną wodą. Chłopiec potrafi również bez problemu przekroić jabłko ostrym nożem. W Miodzie nie ma miejsca na puste słowa. Życie wypełniają codzienne obowiązki, które mogą jednak stać się przyjemnymi rytuałami. Na wsi egzystencja człowieka uzależniona jest od cyklu przyrody. Kaplanoğlu uczy widza doceniać przedstawioną rzeczywistość, wprowadza nas w świat barw, dźwięków, gry świateł. Poznajemy ją oczami chłopca, dla którego wszystko jest niezwykłe i interesujące.

W pierwszej scenie filmu ojciec Yusufa ociera się o śmierć, nieomal spadając z drzewa wraz z uginającą się pod jego ciężarem gałęzią. Trudy codzienności kształcą w rodzinie chłopca postawę wzajemnej wyrozumiałości i zainteresowania. Wszyscy przyjmują z pokorą to, co przynosi każdy dzień. Przywołana scena jest zapowiedzią śmierci Yakupa, która w sposób nieodmienny burzy ład jego rodziny. W ostatniej scenie obserwujemy chłopca śpiącego samotnie w lesie, gdzie zwykł spędzać czas z ojcem. Cieszy mnie, że film otrzymał statuetkę Złotego Niedźwiedzia na festiwalu filmowym w Berlinie. Impreza owa pomaga przebić się właśnie takim filmom, jak produkcja Kaplanoğlu, z pozoru zbyt skromnym i zbyt nudnym, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę ilość bodźców wizualnych, którymi obecnie zarzucają nas media. Jednak właśnie owa prostota czyni Miód filmem o niezwykłej sile wyrazu. Zamiast „nic nie dziania się”, w dziele Kaplanoğlu możemy dostrzec mądre życie ludzi w szacunku do natury i siebie nawzajem.

Strona 7


Bezpłatny dziennik festiwalowy Tomasz Rachwald

NA BRUKU Z DOBRYCH CHĘCI Istnieją filmy pełne ciepła i miłości, robione w dobrej wierze i ku ogólnemu pożytkowi. Uczą tolerancji, przyjaźni i odwagi. Słowem, zawierają wszystko, czego należy oczekiwać po dziełach kręconych z myślą o dzieciach. A jednak niektóre z nich, mimo najlepszych chęci ich autorów, są wzbudzającymi irytację, nieporadnymi gniotami. Niestety, Goryl Śnieżek w Barcelonie jest jednym z nich. Pomysł na film był bardzo dobry. Bohaterami są klasyczne dla młodzieżowego kina i literatury postacie: dwoje młodych odmieńców, niepotrafiących sobie znaleźć miejsca w grupie równieśniczej. Ona jest uzdolnioną piłkarką, której nikt nie chce w swojej drużynie, bo jest dziewczyną. On jest posłusznym mamie, nudnym kujonkiem, wymarzonym celem dla łokci silniejszych kolegów. Twórcy konfrontują tę dwójkę z małym gorylem-albinosem, nowym nabytkiem barcelońskiego zoo, nieakceptowanym przez stado ze względu na kolor sierści. Starania zwierzęcia o uzyskanie akceptacji innych goryli mogą stać się odzwierciedleniem tego, jak dzieci będą sobie radziły ze swoimi problemami. Dodatkowym atrybutem mogło być umieszczenie akcji w roku 1966, co pozwoliło dodać filmowi sentymentalnego smaczku. Niestety, wszystko to rozmazuje się przez niestaranną realizację. Ambitnie próbowano połączyć w Gorylu Śnieżku dwie techniki: filmu aktorskiego i animacji komputerowej, jednak nawet brane z osobna elementy nie funkcjonują jak należy. Barcelona lat 60. jest niewiarygodna z powodu koszmarnego aktorstwa osób, które

Strona 8

nawet nie udają, że udają. Dziecięcy aktorzy, trzeba powiedzieć, równają w dół do swoich dorosłych partnerów. Rodzice głównej bohaterki – ekscentryczny naukowiec i nieco histeryczna mama – grani są z manierą, na którą nie nabrałby się nawet przedszkolak. Przez takich jak oni małe dzieci próbują zdejmować brody świętym Mikołajom, nie dając się nabrać na kiepskie sztuczki. Parze młodych aktorów natomiast ewidentnie zabrakło wprawnej reżyserskiej ręki. W czasach, kiedy standardy wyznaczają dzieci grające w filmach Andrzeja Maleszki, tego typu partactwa należy się wystrzegać. Aktor grający podłego Francuza, chcącego zabić białego goryla, poległ natomiast przez konieczność brania udziału w intrygach, które uznanoby za żenujące nawet w powstającym czterdzieści lat temu Scooby Doo Hanny-Barbery. Lepiej wypadają animowane komputerowo goryle. Tytułowy Śnieżek może wzbudzać sympatię ze względu na swoją determinację i ogromne, pełne naturalnej niewinności, niebieskie oczy. Jego dramat niedostosowania jest dobrze zbudowany, choć nie wszystkim może się spodobać wizja zwierząt występujących na wybiegu w

zoo niczym wesołe, tańczące clowny, ku uciesze ludzkiej gawiedzi. Irytujące jest natomiast stworzenie wybrane przez twórców do roli towarzysza podróży Śnieżka. Panda mała, która chciałaby być panterą, jest niedobrą kalką Osła ze Shreka i Sida z Epoki Lodowcowej. Głupio-mądry zwierzak, mający w zamierzeniu być krynicą zabawnych powiedzonek, w istocie nie wnosi nic, poza denerwującym wątkiem mało rozgarniętej starszej pani mylącej go ze swoim pieskiem. Film, który już jest niedobry, został zupełnie zmasakrowany przez polski dubbing. Autorzy tłumaczenia ewidentnie cierpią na chorobę określoną kiedyś przez Wojciecha Orlińskiego jako „wierzbiętoza”. Charakteryzuje się ona maniackim umieszczaniem w charakterze żartów aluzji do polskiej rzeczywistości. W Gorylu Śnieżku zostało to doprowadzone do absurdu. Oto w Barcelonie w 1966 roku bohaterka komplementuje swojego towarzysza: „Bronisz jak Boruc”, a grupka grających w piłkę chłopców śpiewa „Koko koko Euro spoko”. Goryla Śnieżka ogląda się ciężko, choć dla trzylatków może stanowić jako-taką rozrywkę. Nieciekawie rozpoczął on blok filmów dla dzieci, w którym znaleźć można znacznie bardziej interesujące propozycje.


I n` s k i e P o i n t Edyta Janiak

„STARA, ALE JARA... TRZY PACZKI DZIENNIE”. Relacja ze spotkania z Marią Czubaszek

tanie Przemka Lewandowskiego, co w takim razie lubi robić, bez zająknięcia odpowiedziała, że palić papierosy. Podzieliła się z widzami przepisem na swoje ulubione danie (parówka opiekana nad gazem, „lepsza niż z grilla”) i zdradziła, że w hotelach pija kawę rozpuszczalną zalaną ciepłą wodą z kranu. Na niewyraźną minę rozmówcy zareagowała uroczym: „niezdrowe rzeczy mi nie szkodzą”. Artystka dała się również poznać ze swej dość złośliwej strony, gdy rozprawiała o po-

Jednym z ciekawszych wydarzeń tegorocznej edycji Ińskiego Lata Filmowego pozostanie z pewnością spotkanie z Marią Czubaszek. poetką, felietonistką i satyryczką, które miało miejsce drugiego dnia festiwalu w Kinie Morena. Nim oczekiwana gwiazda przybyła, widownia wypełniła salę po brzegi. Zgromadzeni nie zawiedli się ani trochę, ponieważ już od pierwszych minut spotkania Czubaszek wprost tryskała energią i świetnym humorem. Przemek Lewandowski, który prowadził spotkanie, od początku zdawał się przytłoczony barwną osobowością rozmówczyni i stanowił dla artystki, jakże urocze, ale jednak tło. Sama pani Maria niejednokrotnie zachęcała go do większej aktywności w rozmowie („proszę mi przerwać”), czym dodatkowo wzbudzała rozbawienie publiczności. Spotkanie przemieniło się w pewnym momencie w wypełniony anegdotami monolog. Widać było, że Czubaszek na scenie czuje się jak ryba w wodzie, choć chyba przez kokieterię przekonywała, że przed występami solo ma ogromną tremę, a najlepiej czuje się w towarzystwie Artura Andrusa. Postaci słyn-

nego kabareciarza poświęciła zresztą sporą część swojej opowieści, bo, jak się okazało, łączy ich wiele projektów zawodowych (improwizowany serial Spadkobiercy, wydany niedawno w formie książki wywiad-rzeka Każdy szczyt ma swój Czubaszek, czy spotkania autorskie), jak i przyjaźń na gruncie prywatnym. Pani Maria z miejsca zaskarbiła sobie przychylność widzów ogromnym dystansem do swojej osoby i rozbrajającą szczerością. Otwarcie mówiła o tym, że jest w swoim mniemaniu stara i brzydka, ale zupełnie się tym nie przejmuje. Co więcej, z dumą mówiła o tytule „Nie najpiękniejszej Polki 2010” zdobytym w programie Szymona Majewskiego. Przyznała również, że gdy nie pali dłużej niż 30 minut, traci kontakt z rozumem. Opowiadała o początkach swojej kariery w radiu i zasypywała zgromadzonych anegdotami o znanych postaciach: Michniku, Pieczce, Andrusie czy Poniedzielskim. Pisanie, jak wyjaśniała, nie jest jej wielką pasją, a sposobem na zarabianie pieniędzy, zaś pomysły na nowe teksty biorą się z „dwóch albo trzech niezapłaconych rachunków”. Na py-

słance Kempie, Kasi Cichopek (z tabloidów dowiedziała się, że to wielka aktorka), braciach Mroczek, czy o kolorowych pismach, które z racji swojej pracy musi przeglądać. Bardzo bezpośrednio mówiła również o swojej niechęci do dzieci, uściślając przy tym, że nie o same dzieci chodzi, lecz o to, że ona sama zupełnie nie posiada odruchów macierzyńskich czy pedagogicznych. Czubaszek przyznała również, że ma świadomość tego, że jej wypowiedzi są niekiedy kontrowersyjne i przełamują tabu, ale odpowiada na każde, nawet niewygodne pytanie dziennikarzy i nie zamierza się hamować, ponieważ szczerość jest dla niej niezwykle ważna. Mnie najbardziej urzekł sposób, w jaki pani Maria mówiła o zwierzętach. Okazało się bowiem, że nie dość, że angażuje się w akcje społeczne, to jeszcze sama przygarnia psy ze schroniska. Gardzi również ludźmi, którzy znęcają się nad zwierzętami, ponieważ twierdzi, że mało jest w takich ludziach człowieka. Warto byłoby także przytoczyć wypowiedzi Marii Czubaszek na temat kina (wszak jesteśmy na festiwalu fil-

Strona 9


Bezpłatny dziennik festiwalowy mowym). Otóż, jak się okazuje, artystka nie przepada za kinem, przysypia w nim, a chodzeniem do niego „zamęczał” ją pierwszy mąż. Nie lubi kina akcji, woli filmy przegadane – ponoć kobiety są słuchowcami. Ceni sobie dorobek artystyczny i osobę Woody’ego Allena. Jego filmy należą bowiem do nurtu „przegadanych”, a sam twórca ma według pani Marii świetne poczucie humoru i ogromna dozę auto-

ironii, którą gwiazda bardzo podziwia. Spotkanie było dla wszystkich uczestników świetną zabawą i okazją do bliższego poznania jednej z barwniejszych kobiecych postaci w polskim show biznesie. Pani Maria okazała się ciepłą i przemiłą osobą. Gdy po spotkaniu podpisywała książki zebranym fanom, nie omieszkała zamienić z każdym kilku słów i cierpliwie pozowała do zdjęć. Na rzecz rozdawa-

nia autografów zrezygnowała również ze swojego ukochanego papieroska, twierdząc, że nie pozwoli nikomu na siebie czekać ze względu na swoje widzimisię. Jestem przekonana, że nie ma osoby, która wyszła zawiedziona ze spotkania z artystką. Wręcz przeciwnie, przy wyjściu z sali kina dało się słyszeć same superlatywy i wybuchy serdecznego śmiechu.

Aleksandra Lech

POZA ZASIĘGIEM W tym przypadku mężczyznom niemal natychmiast udaje się zakłócić kruchą strukturę miejscowej

Idylliczny krajobraz. Łąka, kilka drzew, pomiędzy którymi leniwie wije się wąska droga. W oddali majaczy zarys lasu. Cisza. Spokój. Słychać śpiew ptaków i bzyczenie owadów. Jedynie trzęsący się obraz zdradza, że zaraz coś się wydarzy. Coś, co nagle i nieodwracalnie zakłóci tę ciszę i  zmąci spokój... I rzeczywiście. Najpierw słyszymy niewyraźną muzykę. Natężenie dźwięku powoli narasta, a po kilku sekundach znamy już jego źródło. Na horyzoncie pojawia się samochód, zaś dochodzące z  niego dźwięki dają się rozpoznać jako muzyka operowa. Samochód z dużą prędkością przesuwa się w kierunku widza. Wzbudza niepokój. Drażni. Nie pasuje do tego

Strona 10

miejsca. Jest obcym ciałem w harmonijnym organizmie nudy i spokoju. W taki sam sposób chwilę później zadziała pojawienie się w niewielkiej wiosce dwóch młodych mężczyzn, podróżników z tego samochodu. Ich obecność w miejscowym barze kłuje w  oczy i  zdecydowanie nie wzbudza pozytywnych emocji wśród mieszkańców wioski. Przeciwnie – raczej wrogość i  nieufność. Hermetyczna społeczność, gdzie wszyscy nie tylko się znają, ale i wiedzą o sobie prawie wszystko, jest niechętnie nastawiona wobec „obcych“. „Obcy“ to zagrożenie ich ładu i wewnętrznego porządku. „Obcy“ wtrącają się w ich układy, próbując je zaburzyć. „Obcy“ mogą poza tym ujawnić to, czego sami nie chcieliby o sobie wiedzieć.

społeczności. Wystarczy, że wspomną o wynagrodzeniu dla wybranego właściciela ziemi, na której miałby stanąć nadajnik sieci komórkowej, a  drobne animozje istniejące między mieszkańcami wsi urastają do rangi otwartej walki. Momentalnie każdy staje się dla każdego rywalem i przeszkodą w zdobyciu, wcale nie małych, pieniędzy. Każdy myśli tylko o sobie i  własnych korzyściach. Są gotowi na wszystko. Ochoczo deklarują gotowość do wykarczowania zagajnika, podeptania trawy, byle tylko nadajnik wybudowano na ich posesji. Ponadto początkowa wrogość wobec „obcych“ zamienia się w mgnieniu oka w udawaną sympatię i nachalną gościnność. Mieszkańcy zaczynają się prześcigać w uprzejmościach, propozycjach noclegów, śniadań, obiadów, kolacji... Lawina, którą wywołał przyjazd „obcych“, nabiera siły i prędkości. Z pozornie normalnych, zwyczajnych ludzi wypełzają potwory pozbawione skrupułów i wstydu. Każdy wedle własnych możliwości stara się zaskarbić przychylność „Panów Inżynierów“. Jedzenie, prezenty, pieniądze, seks. Taka jest waluta w tej grze. Z pozoru nic się jednak nie zmieniło, życie toczy


I n` s k i e P o i n t się po staremu. Tylko powietrze jakby trochę zgęstniało, a pod powierzchnią zaczyna buzować. Wioska, która mogłaby się przyjezdnemu wydać idyllą, w rzeczywistości jest jak robaczywe jabłko – tylko z wierzchu gładkie, błyszczące i rumiane. Nie mniej zepsuci są sprawcy całego zamieszania. Pierwszy z nich, Filip – prowodyr całej intrygi – na pierwszy rzut oka uprzejmy, elegancki, elokwentny. W rzeczywistości pozbawiony skrupułów i niezwykle cyniczny. Zabawa ludźmi sprawia mu przyjemność („Boże, kochaj mnie tak, jak ja kocham ludzką głupotę!“). Jednocześnie jest przewrażliwiony na własnym punkcie, bez wątpienia cierpi

będzie się na odwagę i głośno powie „nie“, choć wtedy może być już trochę za późno. W całym tym obrazku jest tylko jedna osoba, która ewidentnie odstaje od reszty. Ni to mędrzec, ni to wariat – starszy mężczyzna mieszkający na końcu wsi, samotnik, outsider; jedyny, który nie daje się wciągnąć w przepychanki i nie próbuje przekupić mężczyzn. Z jednej strony wycofany, z drugiej strony sprawia wrażenie, jakby wiedział więcej od innych. Nie chciał w swoim domu prądu, ponieważ jego zdaniem gniazdka elektryczne psują przestrzeń. U niego nawet czas inaczej płynie: zegar tyka jakby w wolniejszym tempie i woda wol-

Co ciekawe, granice te przesuwają się w zastraszająco szybkim tempie. Rośnie też poziom braku wyobraźni i znieczulenia, bo przecież „ludzie potrafią zabić za mniejsze pieniądze“... Paradoksalnie, ten pesymistyczny obraz nie jest jednak przytłaczający. To chyba specyfika czeskiego kina, umiejętność potraktowania nawet najtrudniejszych tematów z pewnym dystansem, a nawet odrobiną humoru. Dziwnie nie potrafimy w pełni potępić bohaterów, mimo że widzimy jak bardzo podle i bezmyślnie się zachowują. Bo w tym wszystkim są bardzo ludzcy. Trochę im współczujemy, trochę jesteśmy wobec nich pobłażliwi. W końcu każdy ma jakiś ważny

na przypadłość zwaną przerośniętym ego. Wzbudzić może jedynie polito-

niej kapie do metalowego kubka. Dla mieszkańców jest dziwakiem, i dlate-

powód. Z tropu zbija szczególnie ostatnia,

wanie, gdy chorobliwie wręcz troszczy się o swoje struny głosowe (bo tak naprawdę marzy o karierze muzycznej). I wstręt, gdy poniża swojego wspólnika, Kája. Drugi z mężczyzn również wzbudza niejednoznaczne emocje. Nie wiedzieć czemu godzi się na wszystko, nie wnosi sprzeciwu, mimo że nie podoba mu się zachowanie Filipa. Nie reaguje nawet po wymierzonym przez współtowarzysza policzku. Bierny, uległy. Wielokrotnie prowokowany, taki pozostaje. Dopiero po długim czasie zdo-

go traktują go z pobłażliwością. Nawet wójt przymyka oko na jego codzienny rytuał, czyli sikanie na miejscowy pomnik. Pozory jednak mylą. I on również okaże się nie taki cnotliwy, za jakiego można byłoby go wziąć. Małe społeczności to taki mikrokosmos, w którym można obserwować ludzkie zachowania i  relacje niczym pod lupą. W filmie Sygnał jak na dłoni widać ludzki egoizm i zawiść. Widać też, jak daleko jest w stanie posunąć się człowiek, albo jak wiele będzie potrafił przemilczeć, aby się wzbogacić.

groteskowa scena. Dzięki zbiegowi okoliczności nie doszło do tragedii, problem sam się rozwiązał i teraz można udawać, że nic się nie stało. Wszyscy mieszkańcy uśmiechnięci. Świętują odsłonięcie nowego pomnika. I znowu idylla. I znowu spokój. Tylko jakiś dziwny niesmak.

Strona 11


Bezpłatny dziennik festiwalowy Agnieszka Piąstka

UWIKŁANI W SYSTEM Dowód osobisty, film nakręcony na motywach powieści Petera Sabacha, to znakomita opowieść o dorastaniu. Jest rok 1974, wydarzenia rozgrywają się w komunistycznej Pradze. Śledzimy losy czterech zaprzyjaźnionych ze sobą chłopców: Petera, który jest narratorem, Mitii – geniusza muzycznego, Aleša – młodego poety oraz Popelky’a, który prawie zawsze nosi ponczo zrobione przez swoją babkę. Chłopcy spędzają ze sobą dużo czasu pijąc dziwaczne trunki własnej roboty, rozmawiając, bawiąc się. Mają różne sytuacje rodzinne, marzenia, plany na przyszłość, perspektywy. Jest wiele rzeczy, które ich łączy: miłość do muzyki, braterstwo, przyjaźń, niezgoda na panującegy ustrój, obrona własnych wartości. Film rozpoczyna się, gdy chłopcy odbierają swoje pierwsze dowody osobiste, czyli w momencie, gdy mają po 15 lat. Podczas jednego ze spotkań wydzierają z nich kawałek piętnastej strony dla przeciwstawienia się Komunistycznej Partii Czechosłowacji. Od tego czasu w ich życiu dzieje się bardzo wiele. Bohaterowie dorastają i dojrzewają. Życie pokazuje im, że bunt przynosi jedynie kłopoty, za wszystko trzeba ponieść konsekwencję. Ale czy to znaczy, że właśnie dlatego należy się godzić na wszystko, udawać, że otaczająca rzeczywistość jest jak różowa pluszowa poduszeczka, do której można się przytulić i zasnąć w nadziei na sen spokojny i bez cienia koszmaru? Chłopcy są odważni, utalentowani, bronią swoich ideałów i ostro za to obrywają. Ich losy toczą się nie tak, jak życzyliby sobie ich opiekunowie, nie tak, jak oni sami by chcieli, ponieważ oczekiwania z możliwościami skutecznie się mijają. Jednak w tym braku wolności decydowania o sobie, stają się wolni przez negacje zasad rzeczywistości, w której żyją. W rezultacie nie wszystkim udaje

Strona 12

się jakoś przetrwać w systemie, którego nienawidzą, co sprawia, że film staje się bardziej wiarygodny. Nie ma łzawych, dramatycznych zakończeń lub słodkich happy endów. Ponieważ jest wiele rzeczy o których nie decydują, ich życie toczy się własnymi, krętymi drogami, ale gdy mogą decydować, to robią to tak, jak uważają za słuszne, mimo że może niezgodne z rozsądkiem i oczekiwaniami innych: władzy, nauczycieli, rodziny. Czasem są to wybory ekstremalne: młody Mitia, inteligentny chłopiec, bardzo uzdolniony muzycznie, z braku wyboru i niemożności spełnienia swoich pragnień o wyjeździe do rodziców i rozpoczęciu kariery muzycznej, popełnił samobójstwo, zamarzając w jeden z zimowych dni. Dowód osobisty ma głęboki, mocny przekaz. Pokazuje mechanizmy funkcjonowania chorego systemu: strach ludzi, wstyd, donosicielstwo, niewykorzystany potencjał, nepotyzm, fałsz, bezsilność ludzką, chorobę. Dowodzi, że nie istnieje coś takiego jak sprawiedliwość, a życie ludzkie i oczekiwania wobec niego to parka dobra w filmach z happy endem. Tutaj może stanowią parę, ale w długotrwałej separacji. Absurdalność, niedorzeczność, groteskowość świata zaskakują. Oglądając ten film czuję się

jak w świecie Kafki. Jednak mimo tego wszystkiego chłopcy cieszą się życiem, ich dzieciństwo jest pełne uroku, magiczne, kochają muzykę i kochają siebie nawzajem. Film chwyta piękno życia w sposób nietuzinkowy, z jego problemami, ale i wieloma urokami, takimi jak braterska przyjaźń, troszczenie się o swoich bliskich, rzucanie kamieniami, picie wina, pisanie wierszy, miłość, tępienie konfidentów. Chłopcy ci mają świadomość, że przyszło im żyć w niewoli chorego ustroju i nie pozwalają wpajać sobie jego zasad, ponieważ mają własne i dyscyplina to jest to, co akurat najmniej ich interesuje. Także pod względem estetycznym Dowód osobisty uwodzi: zdjęcia są udane, dobrze wykadrowane o interesującej kompozycji i delikatnych barwach, miłe dla oka. Zwraca uwagę ścieżka dźwiękowa z utworami takich artystów jak Led Zeppelin, Pink Floyd, Black Sabbath, Deep Purple, Jethro Tull, Frank Zappa – muzyka pasuje idealnie, nadaje odpowiedni klimat i bardzo dobrze podkreśla specyfikę lat 70. Dowód osobisty wzrusza i pozostaje na długo w pamięci. Serdecznie polecam!


I n` s k i e P o i n t Tomasz Rachwald

BÓG UMARŁ Z informacji podawanych przez samego autora filmu, Fausta należy traktować jako finał tetralogii władzy. Składające się na nią dotychczas dzieła: Moloch o Hitlerze, Cielec o umierającym Leninie i Słońce o upadku cesarza Hirohito, brały za cel dwudziestowiecznych władców absolutnych. Faust różni się od tamtych trzech filmów. Doktorowi Heinrichowi daleko do statusu tyrana, nieznane są nam też żadne jego wielkie dokonania. Wyróżnia go jedynie skrajna nędza i Doktor Heinrich Faust dokonuje sekcji zwłok, w wyniku której nie znajduje duszy. Ten cyniczny żart z początku najnowszego filmu Aleksandra Sokurowa bardzo przypomina anegdotę o astronaucie wyniesionym rakietą na orbitę okołoziemską, który informuje przełożonych, że nigdzie po drodze nie mijał Nieba. Postęp technologiczny, szkiełko wdzierające się w każdy zakamarek ludzkiego ciała i przekraczające granice przestworzy, wypiera wiarę z przestrzeni będącej przedtem jej domeną. Bóg przestaje być potrzebny tam, gdzie pewność pochodząca z wiary zastąpiona zostaje empirią. W końcu więc umiera, co ogłosił Nietzsche w 1887 roku, pięćdziesiąt cztery lata po pierwszym wydaniu całości Fausta Goethego. W sokurowowskiej adaptacji dramatu nie ma miejsca na prolog w Niebie. Bóg tu nie istnieje, albo jest bardzo daleko. Swoją obecność za to zaznacza bardzo wyraźnie Szatan, występujący pod postacią lichwiarza. Jego groteskowa figura, tułów rozszerzający się ku dołowi, nienaturalny chód, odpychająco brzydka twarz, upodabniają go do demonicznej pa-

rodii drobnego urzędnika z książek Kafki. Jednak ta szpetota najzupełniej pasuje do tła, na którym prowadzi swoje rozmowy z Faustem. Świat u Sokurowa jest obrzydliwy, w stanie rozkładu. Ciało, które doktor poddaje sekcji, jest blade i napuchnięte, a wyciągane z brzucha jelita lśnią od lepkiej wilgoci. On sam zaś – głodny i bez grosza – upokarza się, prosząc innych o pieniądze. Tu pojawia się jedno z interesujących przesunięć względem oryginału. Faust jest skrajnym materialistą. Bardzo długo nie interesuje go oddanie duszy w zamian za wiedzę – wciąż widzi Mefista przede wszystkim jako handlarza, który w irracjonalnym uporze nie chce przyjąć jego biżuterii. Również wtedy, gdy przychodzi do podpisania cyrografu, nie wgłębia się w treść umowy, zamiast tego – co zostaje ostentacyjnie podkreślone – z irytacją poprawia błędy ortograficzne popełnione przez Szatana. Doktor Heinrich Faust nie boi się o swoją duszę, skoro już dowiódł jej nieistnienia. Z jego perspektywy dokonany biznes daje się porównać z pozyskaniem wyspy Manhattan za garść paciorków. To prototyp nowoczesnego człowieka.

kompleks ojca-genialnego szarlatana. Istnieje w nim jednak pierwiastek, który staje się właśnie w tych czasach kluczowy – analityczny umył. Tym zapewne zwraca na siebie uwagę szpetnego lichwiarza, a Faust przyjmuje jego ofertę w zamian, spłatę odsuwając na wieczne nigdy. A gdy czuje się wystarczająco silny i nie potrzebuje już ani Boga, ani Szatana, dumnie wyprostowany odchodzi, aby podbić lodowe pustkowie. Aleksander Sokurow nie darzy sympatią człowieka nowoczesnego. Najpierw czyni jego prawzorcem Fausta, następnie jednym zgrabnym pociągnięciem ogłasza Hitlera i Lenina duchowymi dziećmi niemieckiego naukowca. Reżyser zdaje się twierdzić, że przekonanie Fausta o braku duszy – jakkolwiek traktowalibyśmy to pojęcie – jest jego wielkim błędem. Bo choć nie pokazuje momentu, w którym lichwiarz żąda zwrotu pożyczki, to nie pozostawia wątpliwości, że ta chwila kiedyś nadejdzie. Faust według Sokurowa jest więc Faustem bez Boga. Nie jest jednak ateistyczny – wyczuwa się w nim fatalizm i poczucie nadchodzącej katastrofy.

Strona 13


Bezpłatny dziennik festiwalowy Aleksandra Lech

POLITYKA TO ŻART

Niech żyją wszelakie rzeczy! Niedźwiedź polarny w miejskim ZOO! Parlament bez narkotyków do 2020 roku! Aż trudno uwierzyć, że takie hasła wyborcze, w połączeniu z parafrazą piosenki Tiny Turner „The Best“ jako przedstawieniem programu, przekonały wyborców i w 2010 roku w wyborach samorządowych w Reykjaviku zwyciężyła Najlepsza Partia, a tym samym jej lider, komik i aktor, Jon Gnarr, został wybrany burmistrzem miasta. A jednak, to, co brzmi jak dowcip, stało się rzeczywistością. Założenie partii miało być żartem, a udział w wyborach świetną zabawą. Gdy okazało się, że w społeczeństwie islandzkim jest zapotrzebowanie na takie zjawisko i poparcie dla Najlepszych ciągle rośnie, Jon Gnarr w pełni zaangażował się w kampanię. Co nie oznacza oczywiście, że stał się poważny. Wręcz

Strona 14

przeciwnie, jego postulaty stawały się coraz bardziej absurdalne i niedorzeczne. Ponadto obiecywał też nie dotrzymywać swoich obietnic wyborczych (sic!). Czym więc zaskarbił sobie serca i głosy mieszkańców Reykjaviku? Najprawdopodobniej nonszalancją i szczerością. Stał się też czymś na kształt odtrutki na kryzys polityczny panujący przez ostatnie kilka lat. Podziałał jak gaz rozweselający. Podobnie działanie wykazuje dokument zrealizowany przez Gaukura

Jedyne, co można zarzucić twórcom tego dokumentu, to jednostronność w przedstawianiu obecnej sytuacji w Islandii. Dokument przypomina laurkę stworzoną specjalnie dla Jona Gnarra. Tak jak on przez swoje zachowanie naśmiewał się ze świata polityki i samych polityków, tak i autorzy dokumentu pokazują cały ten „światek“ jako bandę ludzi nudnych i pozbawionych poczucia humoru. Jon Gnarr jest natomiast bez skazy, nawet jeśli przyznaje się do błędu albo popełnia jakąś

Úlfarssona, będący zapisem kampanii wyborczej Gnarra. Film przypomina też zresztą samą kampanię: jest efektowny niczym skecz komediowy. Dużo w nim fajerwerków i konfetti. Szybki montaż, przyspieszone zdjęcia, głośna muzyka. Na dodatek jeszcze postać głównego bohatera, który sam w sobie jest zjawiskiem. Z wyczuciem typowym dla wprawnego komika żongluje się tu absurdem i  komizmem. Niemal każdy ze sloganów wypowiadanych przez Gnarra wyzwala śmiech na widowni. Przyszły burmistrz z racji swojego dotychczasowego zawodu jest niezwykle świadomy obecności widowni i potrafi to doskonale wykorzystać. Portret obecnego burmistrza Reykjaviku poprzetykany jest gdzieniegdzie ogólniejszą diagnozą całego współczesnego systemu politycznego i rządzących nim mechanizmów. Jak można się domyślać, nie jest to diagnoza optymistyczna. Antidotum na to zepsucie i zakłamanie znalazł rzecz jasna Gnarr wraz ze swoją partią: „Polityka to ogromny dowcip i wielki teatr“, a „komedia to kreatywny sposób rządzenia“.

gafę, czyni to z właściwym dla siebie urokiem i wdziękiem. Można też przypuszczać, że są to zachowania celowe, dopełniające jego wizerunek. Takie potknięcia przysparzają mu raczej dodatkowych zwolenników i wielbicieli. Dla mnie zabrakło natomiast czegoś, co dopełniłoby ten portret: być może drugiej, mniej wystudiowanej twarzy Jona Gnarra. Przez cały czas trwania filmu, poza dwoma momentami, kiedy komik na moment poważnieje, oglądamy jego wygłupy i wysłuchujemy ciętych ripost. Podczas seansu nie opuszczało mnie wrażenie, że to, co widzę na ekranie, to nic więcej, jak tylko fragmenty, które można było obejrzeć w telewizyjnych relacjach z czasu kampanii, sprawnie posegregowane i złożone w spójną całość.


I n` s k i e P o i n t Martyna Urbańczyk

HARRY POTTER I NAWIEDZONY DOM, CZYLI KONIEC KLASYKI

Horror gotycki nie jest obecnie szczególnie popularny – klasyczne motywy ustępują miejsca nowym, w rodzaju mockumentary (filmy fabularne naśladujące styl kina dokumentalnego), takich jak Paranormal Acivity. Oczywiście, zdarzają się wyjątki w rodzaju hiszpańskiego Sierocińca czy amerykańskiego Wilkołaka. Co ciekawe, znakomita większość tego typu filmów rozgrywa się w XIX wieku – najwidoczniej sprzyja to stwarzaniu charakterystycznej atmosfery. Nie inaczej jest w przypadku Kobiety w czerni Jamesa Watkinsa. Daniel Radcliffe, aktor znany wszystkim ze swojej roli w ekranizacjach serii książek o Harrym Potterze, gra młodego londyńskiego prawnika, który zostaje wysłany z misją do odległej wioski. Jego celem jest uporządkowanie spraw urzędowych dotyczących posiadłości zmarłej klientki kancelarii. Po dotarciu na miejsce okazuje się, że jego wizyta jest niemile widziana przez autochtonów, starających się ze wszystkich sił zniechęcić przybysza do pozostania w okolicy. Młodzieniec jednak nie daje się zmanipulować i w końcu trafia do wspomnianej posiadłości, gdzie czeka go konfrontacja ze straszną tajemnicą otaczającą dom i miasteczko.

Kobieta w czerni jest pierwszym od dawna filmem wyprodukowanym przez studio Hammer, które wraca do branży po latach stagnacji. Do tej pory kojarzone było głównie za sprawą klasycznych już teraz produkcji kina klasy B, takich jak Dracula z Peterem Cushingiem i Christopherem Lee czy serie filmów o Mumii i potworze Frankensteina, opartych na motywach wywodzących się z tradycji gotyckich powieści grozy. Film Watkinsa w pewnym stopniu nawiązuje do tradycji wytwórni, której dzieła czerpały w znacznym stopniu z estetyki tego gatunku. O ile warstwa wizualna nie pozostawia wiele do życzenia, spełniając większość wymagań gatunku pozwalających stworzyć mroczną, gotycką atmosferę, o tyle oczekiwania co do fabuły pozostają niespełnione. Co więcej, oryginalność zdecydowanie nie jest mocną stroną tej produkcji. Kobieta w czerni wykorzystuje wszystkie charakterystyczne chwyty znane z filmów o duchach w sposób bardzo klasyczny, tym samym niwelując prawie całkowicie efekt zaskoczenia i eliminując u widza lęk. W rezultacie, zamiast wywołać jakąkolwiek reakcję emocjonalną, wydarzenia ekranowe pozostają dla wielu zlepkiem efektów zaczerpniętych z innych dzieł o tej tematyce.

Odtwórca głównej roli, Daniel Radcliffe, ex-Harry Potter, najwyraźniej stara się ze wszystkich sił zerwać z wizerunkiem, który przylgnął do niego przy okazji roli młodego czarodzieja. Nie da się zaprzeczyć, że jego warsztat aktorski uległ poprawie od czasu pamiętnej serii, jednak wydaje się to nadal zbyt mało, by jego nazwisko przestało być kojarzone wyłącznie z tą jedną rolą. Pozostali aktorzy może i zagrali poprawnie, ale żaden z nich nie zdołał stworzyć na tyle wyraźnego charakteru, by na dłużej pozostać w pamięci. Oczywiście, nie wolno zapominać o przynależności gatunkowej Kobiety w czerni. Jako horror, który z definicji powinien wywoływać u widza strach i/lub pewien stopień wstrętu, tytuł ten nie do końca spełnia pokładane w nim nadzieje. Można się spierać, czy kwestia wywoływania tego typu reakcji jest niezbędna, czy raczej pozostaje w sferze subiektywnej oceny i wrażliwości widza, jednak fani gatunku mogą poczuć się rozczarowani brakiem możliwości odczucia pożądanych emocji. W gruncie rzeczy wiele scen może wręcz wywołać reakcję zupełnie przeciwną od zamierzonej, ze względu na nadmierne wyeksploatowanie pewnych zabiegów w dotychczasowych produkcjach, przynależących do gatunku. Kobieta w czerni była obietnicą dobrego kina dla fanów nieco bardziej klasycznego modelu opowiadania historii. Jednak czasami sama obietnica nie wystarczy – brak logiki w scenariuszu najprawdopodobniej zniweczył znaczną część tego, co studio Hammer mogło w rzeczywistości zaoferować. Miejmy nadzieję, że kolejne tytuły z odradzającej się legendarnej wytwórni okażą się równie obiecujące, a przy tym bardziej udane.

Strona 15


Redakcja w składzie:

Edyta Janiak Kacper Juszczyk Aleksandra Lech Marta Madejska Maja Nowakowska

Agnieszka Piąstka Tomasz Rachwald Dagmara Rode Martyna Urbańczyk

Kontakt do redakcji

(WNIOSKI, ZAŻALENIA, KRYTYKA): INSKIE.POINT@GMAIL.COM

Ińskie Point 1/2012  

Oficjalny dziennik 39. ILF

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you