Issuu on Google+

Ja, Kotowski

Piotrowska-Breger_Ja Kotowski - 1 1

2010-07-09 07:17:40


Piotrowska-Breger_Ja Kotowski - 2 2

2010-07-09 07:17:41


Krystyna Piotrowska-Breger

Ja, Kotowski

Krak贸w 2010

Piotrowska-Breger_Ja Kotowski - 3 3

2010-07-09 07:17:41


© Copyright by Oficyna Wydawnicza „Impuls”, Kraków 2010

Redakcja wydawnicza: Aleksandra Bylica

Ilustracje: Piotr Olszówka

Projekt okładki: Piotr Olszówka

ISBN 978-83-7587-419-8

Oficyna Wydawnicza „Impuls” 30-619 Kraków, ul. Turniejowa 59/5 tel. (12) 422-41-80, fax (12) 422-59-47 www.impulsoficyna.com.pl, e-mail: impuls@impulsoficyna.com.pl Wydanie I, Kraków 2010

Piotrowska-Breger_Ja Kotowski - 4 4

2010-07-09 07:17:41


Ja... N

igdy nie lubiłem, mało powiedziane, nie znosiłem hałasu. Przerażał mnie. Sądzę, że to mogła być pozostałość z moich, jakby to ująć... kocięcych, tak, to chyba dobre określenie, wspomnień – to jest głuchego a potężnego huku i jak się okazało tragicznego w skutkach. Przechodziliśmy z mamą przez niezbyt o tej porze uczęszczaną jezdnię gdzieś na wsi, gdzie się urodziłem. Było ciemno, ale nam kotom to nie przeszkadza. Po co szliśmy? Dokąd? Nie wiem. Byłem bardzo malutki. Nagle nadjechał samochód i uderzył w moją mamę. Upadła i nie poruszyła się. Nie wiedziałem, co robić. Położyć się obok niej? Iść dalej? Ale gdzie? Tego nie wiedziałem. Byłem przerażony i było mi smutno. Pewnie wydawałem jakieś odgłosy, które naprowadziły człowieka w moją stronę. Wzięto mnie w dłonie. Mieściłem się w nich swobodnie. Czy należały do osoby, przez którą mama się nie poruszała? Tak przynajmniej później opowiadano. Od tego momentu moje życie zmieniło się całkowicie. Przez ten jeden wstrętny huk. Czy na lepsze? Nie wiem, bo skąd. Skończyło się przeciskanie między trawami, czasem bardzo uciążliwe, przywoływanie mamy, gdy się w nich zaplątałem, leżenie w cieple jej futerka, czasem czekanie na nią gdzieś w bezpiecznym, bo przez nią wybranym miejscu. Moje nowe miejsce zamieszkania i rodzaj prowadzonego życia nie miały z tym wszystkim nic wspólnego. Nie chciałem niczego poznawać, nie chciałem żadnych zmian. Chciałem być z mamą, czuć jej zapach, pić mle-

5

Piotrowska-Breger_Ja Kotowski - 5 5

2010-07-09 07:17:41


ko, gdy byłem głodny, którego dostawałem od niej tyle, ile chciałem. Nic z tego. W moim nowym miejscu dostałem dwie miseczki – w jednej była woda, w drugiej jakieś twarde kuleczki. Sporadycznie dostawałem mleko, którego smak wcale nie przypominał maminego. Załatwiać się miałem w przeznaczonym do tego pudle. Z tym zresztą nie miałem żadnego problemu. Przestrzeganie czystości leży w naszej kociej naturze. Dostałem też zabawki, które – muszę przyznać – sprawiały mi radość. Głaskano mnie, brano na ręce, całowano. To wszystko wcale jednak nie zastępowało mi mamy. Zaczynałem rozumieć, że już jej nie zobaczę i to właśnie z powodu tego bum! Czyli hałas jest niebezpieczny, należy na niego uważać, bać się. I tak mi już zostało. Może to śmieszne, ale uciekałem przed nim, nawet jak już byłem dorosły, gdy na przykład gwałtownie odsuwano krzesło czy energicznie strzepnięto plastykowy worek. A odkurzacz, ten diabelski wynalazek! Cóż on dopiero robił za hałas! Najbezpieczniej i najciszej można było przeczekać używanie go pod kołdrą w dostępnym, czyli nieodkurzanym pokoju. Gdy ten potwór wtaczał się na swoich kółeczkach, błyskawicznie przenosiłem się do innego pomieszczenia. Szczęściem dla mnie odkurzanie odbywało się raz na jakiś czas. Nie wiem, czy to z litości dla mnie, czy z innych przyczyn. Inaczej wykończyłoby to mnie kompletnie. Może czułbym się pewniej, gdybym miał kocie towarzystwo, może rodzeństwo. Chyba go nie miałem albo zupełnie nie pamiętam. Może dlatego mój związek z mamą był taki bliski. Mieliśmy siebie na wyłączność. Któregoś dnia do mieszkania, do którego zostałem przywieziony z mojej rodzinnej wsi, przyszła młoda osoba. Nie zwróciłem na nią uwagi, bo tych odwiedzin było trochę. Starałem się, jak mogłem nie brać w nich udziału. Po prostu do niczego nie było mi to potrzebne. Niestety, wbrew mojej woli brano mnie na ręce, często wyciągając z jakiegoś schowka i pokazywano gościom. Pewnie przy takich okazjach podawano moje imię, ale ja go nie pamiętam. Mnie w każdym razie nikt się swoim imieniem nie przedstawiał. Nie potrzebowałem niczyjego towarzystwa. Wystarczała mi pani, która przywiozła mnie ze wsi, i jej, jak się zorientowałem, córka. Dbały o mnie, było mi dobrze. Rosłem. Ta wizyta, czułem to, była odmienna od dotychczasowych. Ta dziewczyna nie tylko chciała mnie zobaczyć, ale wręcz się ze mną zaprzyjaźnić.

6

Piotrowska-Breger_Ja Kotowski - 6 6

2010-07-09 07:17:41


To było dziwne. Okazała nadzwyczajną radość, widząc mnie w pełnej krasie. Wtedy dopiero dowiedziałem się, że jestem czarny. Dlaczego to było dla niej takie ważne? Ludzie mają dziwne pomysły i zachowania. Byłem już starszy, aczkolwiek nadal mówiono o mnie „kociątko”. Byłem obeznany z moim mieszkaniem, miałem w nim ulubione miejsca. Z uwagi na jego niezbyt duże rozmiary nie miałem w nim za wiele bezpiecznych kryjówek. Po przedstawieniu gościowi udałem się do jednej z nich, by przeczekać wizytę. Niestety. Przeżyłem kolejny życiowy szok. Zostałem wyjęty z mojej kryjówki i podany tej dziewczynie, która mnie głaskała, przytulała i nagle... schowała pod swoją kurtkę. Pożegnała się z córką tej pani. Wyszliśmy z mieszkania we trójkę, to znaczy pani i dziewczyna ze mną. Wsiedliśmy do samochodu. Gdzie mnie wiozą? Może zostawią mnie w tych wysokich trawach? Jestem wyższy, więc nie powinienem mieć kłopotów, wędrując między nimi. A może odwożą mnie... do mamy? Nie, chyba jednak nie, bo przychodzący goście zawsze patrzyli na mnie współczująco, delikatnie głaskali. Tak, jestem sierotą. Pytania kłębiły się w moim łebku. Kim jest ta nowa dziewczyna, skądinąd przyjemnie pachnąca? Co się ze mną stanie? Dokąd i po co jadę? Czy nikt nie rozumie, że nie lubię zmian, że co tu dużo mówić, nie jestem zbyt odważny... Wciąż wtulony w tę dziewczynę odbyłem krótką podróż, by się znaleźć całą trójką w innym mieszkaniu. Położony delikatnie na podłodze czmychnąłem „gdzie pieprz rośnie”, tak mówią ludzie, co w moim kocim wydaniu znaczyło: tam, gdzie nikt mnie nie znajdzie. Czyżby szykował się nowy dramat? Czyżby groziło mi coś poważnego? Ale co? Tymczasem docierało do mnie mnóstwo nowych zapachów. Chciałem je sprawdzić, ale się bałem. Wcisnąłem się w jakiś kąt. Przyszła mnie zobaczyć inna pani, jak się potem okazało, była to mama tej nowej dziewczyny, ale tego wieczoru nie miałem żadnego nastroju do wzajemnych przedstawień. Wcześniej już wspomniałem, nigdy za nimi nie przepadałem. Dwie nowe panie i ta moja „stara” pani dość długo rozmawiały, chyba o mnie, co mnie zupełnie nie interesowało do momentu, kiedy usłyszałem, że „stara” pani wychodzi. Nie zabiera mnie ze sobą, nie chce nawet zobaczyć, na jak długo zostawia mnie tutaj. Co to wszystko znaczy? Chciało mi się skorzystać z mojego pudła, ale zrezygnowałem. Musiałbym wyjść z ukrycia, poszukać, a to było ponad moje siły. Zasnąłem.

7

Piotrowska-Breger_Ja Kotowski - 7 7

2010-07-09 07:17:41


Następnego dnia moje potrzeby okazały się silniejsze od strachu. Wypełzłem spod sterty papierów, pod którymi się schowałem, a które okazały się rysunkami mojej nowej właścicielki. Nie wiem, czy jest to odpowiednie określenie, ale biorąc pod uwagę fakt, że wszystko, co się ze mną dzieje, dzieje się bez mojej woli, to chyba słowo „właścicielka” jest zasadne. Rozejrzałem się ostrożnie wokół. Pomieszczenie okazało się miłe, przestronne. Nie czułem się bezpiecznie, oj nie. Zauważyła mnie ta nowa dziewczyna, ostrożnie do mnie podeszła, wzięła na ręce i zaniosła do bardzo mi potrzebnego miejsca, to jest do pudła. Co za ulga, siusiałem, siusiałem. Pobiegłem znów w stronę sterty papierów, gdzie czułem się bezpieczny. Czułem głód i pragnienie. Przypuszczam, że ta dziewczyna też o tym pomyślała. Ponownie wzięła mnie na ręce i zaniosła do kolejnego pomieszczenia, w którym od tego momentu zaspokajałem głód. W specjalnym kątku stały dwie miseczki – jedna z wodą, druga była napełniona kuleczkami. To jedno nie uległo zmianie, jak na razie. Mleka nie było. Zresztą nadal nie mogłem go pić bez domieszki wody. Nie doszedłem do tego, czy była to wada mojego organizmu, czy też mleka. Tak czy inaczej wodne mleko było raczej mało smaczne. Czasem kusił mnie kolor zawartości miseczki. Po spróbowaniu rezygnowałem. Nie lubię półsmaków, nie lubię półśrodków. Wybierałem więc wodę. Czasem, widząc moje zmagania – wypić czy nie wypić to rozwodnione mleko i pewnie mając nade mną litość (który kot nie lubi mleka) nalewano mi mleko w czystej postaci. Och, jaką miałem wtedy radość, aż z wąsików kapały kropelki mleka. Niestety, radość trwała krótko. Kończyła się biegnięciem do mojego pudła no i... wiadomo. Piłem więc wodę, jadłem kuleczki, które coraz bardziej mi smakowały. Zdecydowanie dostawałem ich za mało i w porcyjkach – rano i wieczorem, jakbym był psem. Z rozmów zorientowałem się, ze jestem pierwszym kotem w tej rodzinie. Poprzednio, wiele lat wstecz był pies. Pewnie więc z braku doświadczenia z kotami, a opierając się na doświadczeniu z psem, byłem w taki sposób odżywiany. Bywało, że w nocy zastawałem miseczkę pustą. Ani Kinia, to było imię tej dziewczyny, ani jej mama nie wzięły pod uwagę, że nam kotom w nocy dopisuje apetyt. Na szczęście, po jakimś czasie to się zmieniło. Miseczka była napełniana kuleczkami do pełna, mogłem więc o każdej porze zaspokoić głód. Dostawałem też kocie konserwy. Tylko niektóre z nich mi smakowały. Inne były obrzydliwe. Już ich zapach powodował, że zrezygnowany,

8

Piotrowska-Breger_Ja Kotowski - 8 8

2010-07-09 07:17:41


głodny odchodziłem od miseczki. Dość szybko nauczyłem Kinię i jej mamę, jak należy interpretować takie moje zachowanie. Dochodziliśmy do porozumienia i podobne paskudztwo nie pojawiało się więcej w mojej miseczce. Uwielbiałem surowe mięso, a zwłaszcza drobiową lub cielęcą wątróbkę. Och, cóż to była za uczta! Odkryłem także wielką przyjemność w smaku ryb, ale nie wszystkich. Dziwiły się moje „dziewczyny”, jak je sobie nazywałem czasem, że nie lubię – i tu wymieniały nazwy ryb, które pewnie według ludzi uchodziły za znakomite. O ile pamiętam były to: pstrąg, łosoś, halibut, może coś jeszcze. A ja po prostu przepadałem za ugotowanym w całości mintajem, którego zjadałem do ostatniego kęsa albo raczej do ostatniej ości. Radziłem sobie z nimi doskonale w aurze podziwu, ale też niepokoju zarówno pani, jak i Kini. Nie bardzo wiem, dlaczego i czego obie się obawiały. Ości były chrupiące i smaczne. Może bały się, że gdzieś mi się wbiją. Nie było takiej możliwości. Moje ząbki doskonale likwidowały tego typu obawę. Już sam zapach gotowanego mintaja sprowadzał mnie do kuchni z najbardziej odległego zakątka mieszkania, wyrywając uprzednio ze snu lub nawet najsympatyczniejszych rozmyślań. Zwykle więc w kuchni czekałem na ten fantastyczny posiłek. Czasem dawałem upust swojej niecierpliwości zwyczajnym miauczeniem.

9

Piotrowska-Breger_Ja Kotowski - 9 9

2010-07-09 07:17:41


Tak, generalnie rzecz biorąc, wyglądała moja dieta. Może byłem wybredny, ale z drugiej strony niezbyt wymagający. Ceniłem sobie stabilność zarówno w jedzeniu, jak i w otoczeniu. Równocześnie zaczynałem z czasem rozumieć, że zmiany są nieuniknione. Pojmowałem to dzięki mojej, co pewnie zabrzmi nieco nieskromnie, wrodzonej inteligencji. Pomogła mi ona także w adaptacji do nowych warunków w nowym mieszkaniu. Cały tydzień zajęło mi jego poznawanie. Było znacznie bardziej przestronne niż moje poprzednie. Bezpiecznie czułem się w pokoju, do którego mnie przyniesiono, a który okazał się sypialnią Kini. Dzieliliśmy ją wspólnie. Spędzałem w nim najwięcej czasu, ale stopniowo moja młodzieńcza ciekawość zwyciężała. Zacząłem się wybierać na coraz to dalsze wędrówki po mieszkaniu. Ileż tam było zakamarków, których penetracja zajmowała mi sporo czasu, ileż zapachów, parapetów, na które oczywiście wskakiwałem i oglądałem zaokienne życie. A było co obserwować – ludzie, drzewa, deszcz, wiatr tarmoszący gałęziami, auta. Dużo aut. Czy wszystkie odbierają małym kotkom mamy?... Wiem, że wracam do tego, ale czuję równocześnie, że obrazy z dzieciństwa właściwie już się zatarły. Już niczego nie pamiętam z wyjątkiem tego huku. Bardzo lubiłem te przezokienne obserwacje, mogłem to robić godzinami. Stopniowo coraz bardziej lubiłem moje nowe mieszkanie. Zacząłem mieć ulubione miejsca. Kinia i jej mama okazywały mi dużo troski, ciepła,

10

Piotrowska-Breger_Ja Kotowski - 10 10

2010-07-09 07:17:41


cierpliwości dla mojej kociej nerwicy. Nerwica to może za dużo powiedziane, może to raczej nadwrażliwość i..., co tu dużo mówić, moje tchórzostwo. Niestety, pomimo tego czasem pokazywały mnie swoim gościom, do czego wciąż nie mogłem się przekonać i czego nie lubiłem. Dlaczego więc to robiły? Może byłem taki nadzwyczajny, że chciały się mną pochwalić, a może przez mój kolor, z powodu którego, jak sądzę, zostałem zabrany z poprzedniego mieszkania. Nie wiem. Dzwonek u drzwi oznaczał dla mnie „ratuj się, kto może” albo „kryć się”. Biegłem wtedy do sypialni pani i chowałem się w jej łóżku. Pokój ten, położony na końcu mieszkania, stanowił zupełnie prywatną część, do której samodzielnie nikt nie miał wstępu, żaden gość. Szybko się w tym zorientowałem. W przypadku jakichś wizyt czułem się tam najlepiej. Leżałem bezpiecznie pod kołdrą i pod narzutą. Często unikałem prezentacji. Obie moje „dziewczyny” lub jedna z nich informowały, że gdzieś się zapodziałem, nie mogą mnie znaleźć. Mogły i wiedziały, więc dlaczego tak postępowały? Może obawiały się, że ktoś mnie ukradnie albo skrzywdzi. Skoro tak, to dlaczego przyjmowały w domu złodziei i złoczyńców? Tak czy inaczej robiły to w moim najlepiej pojętym interesie. Czasem po wyjściu obcych ludzi któraś z moich pań uprzejmie mnie o tym informowała – „Kotosiu, wychodź, jesteś bezpieczny”. To było miłe, czasem jednak zbędne, bo wybudzało mnie z głębokiego snu albo rozmyślań. Czasem takiej informacji towarzyszył okrzyk podziwu lub zdumienie „że też on się nie udusi”. Ogromnie mnie to bawiło. Przecież nie narażałbym się dobrowolnie na śmierć. Miałem swoje sposoby, żeby oddychać, mimo tych wszystkich „pokrywek”. Czasem po prostu mnie głośno przywoływano. Jak? O, to jest osobny temat. Oficjalne imię miałem jedno – Kotowski. Pod takim byłem zapisany u lekarza, do którego mnie czasem zabierano, oczywiście wbrew mojej woli, i takie figurowało w moim paszporcie. Tak, miałem paszport. Od mojego podstawowego imienia zrobiono, a właściwie Kinia była tego autorką, wiele odmian. Oto kilka, których używano – Kotoś, Kotolek, Kotoniu, Kotowszczaczeń (kto to może bez problemu wymówić), Czarna Pieczarka, Czarne Słoneczko, tak, tak, a poza tym Mięciaszek, Mieńciańczeń (znów nie do wymówienia). Jak to wszystko ma się do Kotowskiego? Moim kocim zdaniem, wcale się nie ma. Te „Mięciaszki” były

11

Piotrowska-Breger_Ja Kotowski - 11 11

2010-07-09 07:17:41


wymawiane czule, miękko, więc może o to szło, że byłem mięciutki. Uważam, że byłem. Dbałem o swoje futerko. Słyszałem też o sobie Korwus, co chyba w jakimś innym niż używany przez moje „dziewczyny” języku znaczyło kruk. To dziwne, bardzo dziwne. Moje inteligencja podpowiada mi, że może chodziło o ten sam kolor – czarny. Tego jakiegoś kruka i mnie. Pewności jednak nie mam. Jak na jednego kota, to chyba spory wachlarz imion. Oczywiście nie od razu zorientowałem się, że te wszystkie imiona odnoszą się do mnie, no bo niby skąd. Ale stopniowo oswajałem się z nimi i reagowałem, gdy usłyszałem któreś z nich. Pomógł mi w tym fakt, że pani do Kini też zwracała się rozmaicie – córeczko, czasem córciu albo jakoś tam podobnie Kinia do swojej mamy, choć najczęściej mówiła do niej – mamuś. Wniosek zatem taki, że te wszelkie Kotosie, Mięciaszki to ja. Tylko naprawdę mądry kot mógł się w tym połapać. Ha, w tym słowie „połapać” jest wyraźnie słyszalne słowo „łapa”. Słyszałem, że ludzie mają ręce i nogi. My zwierzęta zaś łapy. Ale nie ja. Kinia wprowadziła zwyczaj, by w moim przypadku używać ludzkich określeń, a ponieważ te moje części ciała są małe, wiec nazwała przednie łapki rączkami, a tylne – nóżkami. Przekonałem się o tym w czasie tak zwanego manicure’u i pedicure’u. Och, jak ja tego nie lubiłem! Kinia musiała się mocno wkupić w moje łaski, żebym zezwolił na zrobienie tego okropieństwa. Najpierw brała mnie na kolana, głaskała, czule przemawiała, przytulała do siebie, tak że brzuszek miałem na zewnątrz. I ciach, ciach moje pazurki. Robiła to szybko, sprawnie i zanim się zorientowałem, było po wszystkim. Nic nie bolało, ale było to wbrew mojej kociej naturze. Powinienem mieć pazurki naturalnej długości i samodzielnie decydować, czy w ogóle je skracać. To było takie przyjemne zaczepić je o coś, naostrzyć. Nie było niczego twardego, więc używałem kanapy, foteli. Fakt, wyciągałem z nich nitki. No i co z tego? Nakryty na takiej rozkosznej czynności słyszałem: „Co kot robi?!” albo nieco łagodniej: „Kotosiu, nie wolno”. Najgorzej jednak było, gdy niechcący podrapałem którąś z „dziewczyn”. Wtedy na ogół bez większych czułości ze strony Kini moje pazurki były obcinane.

12

Piotrowska-Breger_Ja Kotowski - 12 12

2010-07-09 07:17:41


Ja, Kotowski