Issuu on Google+

241 •


Z lat dziecięcych nieć nie zdołam: Przypominam – wszystkiego przypom ja – kogoś wołam. Trawa… Za trawą wszechświat… A anie – Podoba mi się własne w powietrzu woł sianie. w – śpi ce słoń i – a I pachnie macierzank h się marzy? A jeszcze? Co mi jeszcze z lat dawnyc zy – twar i ch omy znaj Ogród, gdzie dużo liści o! ludn i iasto Liśc Same liście i twarze!… mić tak trudno! Śmiech mój w końcu alei. Śmiech stłu w podobłoczach! Biegnę, głowę gmatwając w szumach, ew wierzchołki – w oczach! Oddech nieba mam – w piersi! – Drz rzeką. Kroki moje już dudnią po grobli – nad ko! dale nie cud Tak Słychać je tak daleko! – przez trawę – A teraz – bieg z powrotem do domu stóp wrzawę… I po schodach, co lubią biegnących , łem upa i sną wio I pokój, przepełniony em – ciał m ony łócz rozw ch I tym moim po kąta oszklenie – w nic, w – róż Pod Dotyk szyby – ustami… istnienie! I to czujne, bezbrzeżne z całych sił – Bolesław Leśmian


Serdeczne podziękowania za wielką życzliwość i wsparcie literatury – dla pani Anny Zyguły

Podziękowania za pomoc przy druku książki dla Drukarni Braci Dadyńskich i Tomasza Szafranowskiego


3 •


Projekt okładki przygotowała Alicja Błażyńska Na pierwszej stronie okładki wykorzystano obrazy Aleksandry Kurzawówny Zdjęcie na czwartej stronie okładki zrobił Zbigniew Bujkiewicz Pozostałe zdjęcia w książce pochodzą ze zbiorów prywatnych autora © Copyright by Eugeniusz Kurzawa www.ogrodsztuk.prv.pl e-mail: ogrodsztuk@wp.pl ISBN 978-83-89975-59-1

Wilkanowo – Zbąszyń 2014

Druk: Drukarnia Braci Dadyńskich, Zielona Góra, ul. Prosta 21 tel. 68 326 83 92, www.dadynscy.pl


Córce do sztambucha Teksty, które przedstawiam powstawały w różnych latach i z różnych powodów, jako oddzielne, niezależne publikacje. Stąd być może widoczne pewne różnice w stylu i konwencji zapisów. Niektóre materiały pisałem z  wewnętrznej potrzeby, tylko dla siebie, inne po części na zamówienie, nawet już nie pamiętam czyje. Te ostatnie zostały wydrukowane w pismach lub książkach. Po licznych, niekiedy gruntownych przeróbkach, postanowiłem je zebrać w  książkę autobiograficzną. Dołączyłem to, co miałem w  przysłowiowej szufladzie. Poza jednym, chronologicznie ostatnim, tekstem, żaden z pozostałych opisów nie był świadomie przygotowywany z myślą o druku w książce. Przynajmniej w  chwili tworzenia. Choć przyznam szczerze – mimowolnie „odłożyłem” je w komputerze, już po napisaniu, tak „na wszelki wypadek”. Gdy zauważyłem, że zebrało się sporo publikacji i  dotyczą na dodatek ważnych chwil mojego 60-letniego życia, i w znacznej mierze uzupełniają się wzajemnie, postanowiłem je złożyć w  całość dokumentacyjną i  refleksyjną. Ułożyłem te historie – z grubsza – chronologicznie, bo tak naprawę według kolejności nie da się ich ułożyć. Częstokroć działy się jednocześnie, równolegle. Oddając tę pracę do druku miałem wątpliwości, jak zacząć. Czy lepiej wystartować od miniaturek prozatorskich, bo zaczynają się od moich urodzin, czy pokazać na początek swój życiorys w dość wyczerpującym wywiadzie, nazwałbym go, ideowym, czy też rozpocząć jeszcze inaczej, powiedzmy historycznie, o  Kurzawach. Rozterki przy tworzeniu to jedna z cech ludzi piszących i ta nie opuszczała mnie do końca. Ostatecznie jest jak jest... Poza opisem kilku wybranych wydarzeń, które były istotne dla mojej dotychczasowej drogi, są tutaj także wspomnienia, opisy postaci z wielu względów dla mnie ważnych, przeze mnie cenionych. Jak Andrzej K. Waśkiewicz, Andrzej Strumiłło, Irena Misztal. Było, jest ich kilka zaledwie w moim życiu. Zastanawiałem się jeszcze nad uzupełnieniem tego nurtu o parę kolejnych sylwetek, jak chociażby Jurek Leszin, Wiesiek Kazanecki, Janek Kurowicki, ale ponieważ obudziłem się z tym pomysłem biograficznym trochę późno, nie chciałem pisać uzupełnień na kolanie.


Może, jeśli pożyję jeszcze z 10 lat, wyrzucę z sobie uzupełnienie zebranych tu zapisków. Brak bowiem wielu ważnych wątków. Zupełnie pominięty został okres nauki w podstawówce, zawłaszcza dojazdy pociągiem do technikum w  Świebodzinie, no i  barwne studia w  Zielonej Górze. Może, precyzując, nie tyle studia, co sześć lat studiowania i udzielania się w organizacji studenckiej, SZSP. Wyjazdy na górskie rajdy i spływy kajakowe, uczestnictwo w  obozach dziennikarzy studenckich „Soczewka”, akademickie pismo „Faktor”. Nie ma zbyt wiele o pracy zawodowej w sześciu redakcjach gazet i czasopism, choć wciąż się do tego motywu odnoszę, wracam. Pracę zmieniałem najczęściej w okresie przełomu politycznego w  kraju, niemal co dwa lata, a  później tworzyłem tzw. wolną prasę. Mam też ważny epizod – dwukrotną organizację Ogólnopolskich Konfrontacji Dziennikarzy Pism Regionalnych, rozpoczęcie doktoratu... Także na marginesie tylko przewija się najbliższa rodzina i kolejne domy z łóżkiem do spania. Także na marginesie występuje to, co dla mnie jest może najważniejsze – poezja, literatura. Tu raczej są wybrane opisy życia literackiego. Samą poezję zawarłem w swoich tomikach, a pierwsze próby prozatorskie zamieszczam tutaj pt. „Prózki z pierwszych lat”. Może to wszystko, co pominięte, będzie dopingiem do napisania uzupełnień? A może więcej już nie trzeba... Wiem że dziś taki rodzaj twórczości ma znaczenie głównie dla piszącego, jego rodziny, być może paru przyjaciół, jeśli ich posiada i pewnego kręgu znajomych. W moim przypadku – zakładam bardzo optymistycznie – osób z  rodzinnego miasta, kolegów ze Związku Literatów Polskich, no i ewentualnie dwóch, trzech recenzentów „z urzędu”, gdyż wszak wypada toto odnotować w takim czy innym piśmie (lub internecie). Poza tym książka trafi zapewne do paru bibliotek (do Narodowej i Jagiellonki w ramach egzemplarza obowiązkowego). Znajdzie się tam na półce (w magazynie, oczywiście) bez względu na poziom literacki i  zawartość, stanie się dokumentem czasu. Być może za 10, 15 lub 21 lat znajdzie tę pracę student, już to pochodzący ze Zbąszynia, już to w Zielonej Górze na uniwersytecie grzebiący się w archiwaliach literackich zmuszony do tej czynności przez profesora. Który mu wskaże, że był kiedyś taki – dawno już zapomniany – lokalny literat, ale ciekawy z powodu... (tu trzeba znaleźć odpowiedni aspekt, na przykład – jedyny prezes ZLP w  historii Zbąszynia) i  uzna,


że na tej kanwie można by napisać interesującą rozprawę. Czemu nie, pomyśli student i przypadkowo odkurzy Kurzawę. Choć – ostrzegam – końcówka jest depresyjna. Lecz w takim stanie żyję od paru już lat, uznałem więc, że nie powinienem problemu pomijać i obwijać w bawełnę. To niewychowawcze, wiem, właściwie lektura dla dorosłych. Żaden przykład. Zatem raczej nie dla studentów. Choć po cichu liczę, że być egzemplarz książki przechowa moja córka, Ola, która już jest magistrem, a nawet doktorantem. I będzie to dla niej źródło wiedzy nie tylko o ojcu, ale i jego czasach, zwłaszcza tak chętnie dziś wyśmiewanych lub wręcz opluwanych latach Polski Ludowej. A także o rozterkach i licznych „bitwach” życiowych toczonych gdzieś między Wilkanowem a Wilnem, z których wynikło to, co wynikło. Wilkanowo, 28 XI 2013 r.

Eugeniusz Kurzawa

Ten rysunek, autorstwa Krzysztofa Rutkowskiego, wówczas chyba jeszcze studenta WSP w Zielonej Górze i „nadwornego” rysownika w akademickim piśmie „Faktor”, bardzo spodobał się Andrzejowi K. Waśkiewiczowi. Zawsze wisiał nad jego biurkiem. Jest wymowny, prawda?


Spis treści 5

Córce do sztambucha

9

Prózki z pierwszych lat

47

Rozmowa z Eugeniuszem Kurzawą

71

Dorastanie do korzeni

89

Zbąszyń – Wilkanowo

101

Projekt Waśkiewicz

119

Drawa szkoleniowa

125

Suwałki

143

Jak wprowadzałem stan wojenny

153

Andrzej Strumiłło

161

Białostockie porównania

171

Pani Irena

179

Trafiłem do Wilna

189

„Goniec Kresowy”

195

Notatki z podróży do Korei z komentarzem po ćwierćwieczu

221

Nigdy od ciebie miasto…

231

Brak ołowiu w dupie, czyli list do przyjaciela o przypadłościach inteligenta w późnym wieku

Czas to rozpad 237


Prózki z pierwszych lat Narodziny Ponoć zacząłem się rodzić w sylwestra. Na świat trafiłem trzy dni później. I tę datę mam w dowodzie osobistym. To wieść z pierwszej ręki, bo z ust mamy; mówi, że ją wtedy wymęczyłem. Po latach twierdzi czasami, iż ją „utruję”, ale powód jest inny. Zostałem heretykiem… Lecz to inna bajka. Heretycka.

To zdjęcie zrobił mi na pewno tata podczas spaceru po parku w Zbąszyniu. Używał wówczas francuskiego aparatu fotograficznego „Dehel”; mieszkowego. Jest rok 1955? Siedzę w wózku nazywanym w rodzinie „szportką”. Niedawno dowiedziałem się od mamy, że wózek rodzice kupili w Poznaniu.

Urodziłem się zatem już w nowym roku, 1954. Dlaczego jednak w Kościanie, w którym dopiero 50 lat później, jako poeta, miałem spotkanie w bibliotece? Przedtem nie było okazji, żeby odwiedzić to miasto, ani też mnie specjalnie tam nie ciągnęło. Bo i po co?


Dopiero niedawno naszła mnie myśl, że przecież powinienem się urodzić w Zbąszyniu (i taki wpis w dokumencie dowodzie chętnie bym widział), wszak tam mieszkali rodzice. Skoro bowiem było wiadomo, iż nadchodzi pora rozwiązania, to mama chyba powinna się przygotować do porodu w miejscu zamieszkania, a nie wybierać się w podróż na wieś, jak to zrobiła, oczywiście wraz z tatą. Przecież niedaleko naszego domu, trzy kroki od Rynku, zaraz po wojnie istniał szpitalik, a potem w pałacu Skórzewskiego był ośrodek zdrowia z izbą porodową. Okazuje się jednak, iż rodzice wybrali się na Gwiazdkę – bo chyba nie na sylwestra – do Kamieńca, rodzinnej wioski mamy. – Zawsze to lepiej pierwszy raz rodzić przy rodzinie – stwierdziła po latach mama. Wolała zatem urodzić mnie w wiejskim domu, ale „przy rodzinie”, i zdaje się, że na to psychicznie się nastawiła. – Była zamówiona położna z Konojadu – przypomniała sobie niedawno dodając, iż kilka razy jeżdżono po nią bryczką lub wozem. Mama nie przewidziała tylko – jak zresztą potem wiele razy w życiu – moich zachowań. Że uprę się przychodzić na świat przez trzy, cztery dni. I poród będzie na tyle trudny, że położna nie dałaby rady. Karetka zabrała mamę do szpitala w Grodzisku Wlkp., lecz tam nie znalazło się ani jedno wolne miejsce, więc od razu ruszyła do Kościana. I tak przez przypadek zostałem kościanianinem. Choć za bardzo tego nie uznaję…

Tata w warsztacie Tata w warsztacie, czyli środkowym pokoju. Wtedy jednym z dwóch, bo trzeci powstał później z podziału dużego pokoju. Siedzi po turecku na stole, coś obszywa, fastryguje lub obrzuca. Tak to brzmiało w żargonie krawieckim. Zapamiętałem jeszcze frymek, płat, liniał, szlufki, poza oczywiście banalnymi nazwami jak żelazko, maszyna, nożyczki, zszyć, wyprasować. Zatem tata w warsztacie. Podchodzę do stołu. Patrzę czy sięgam głową do wysuniętego blatu. Chyba spoglądam w górę na ojca, na stół… Tata bierze liniał (czyli linijkę), przykłada do blatu wysuwając parę centymetrów, tuż nad moją głowę. Widzę ile mi jeszcze brakuje, żeby czupryną sięgnąć do wysokości krawieckiego stołu. Ale czy na pewno ojciec wówczas siedział na stole? Pewnie zlewają się różne obrazy… • 10


Zaraz po tym przymierzaniu w warsztacie, już w dużym pokoju, zasuwam na czworakach po wypastowanej podłodze. Skąd to wszystko wiem, dlaczego pamiętam? Konfabulacja? Przecież wygląda na to, że mogłem mieć wówczas najwyżej dwa, góra trzy lata. Ale po głowie coś się kołacze…

Ślub w Kamieńcu Kamieniec. Z kościoła przez wieś po swoim ślubie idą Żarkowscy; jest rok 1959, lato. Tę datę oczywiście wyliczyłem później. Maryla, siostra mamy, w nietypowym jak na owe czasy, modnym stroju – białym kostiumie. Krótka sukienka i skromna marynarka siedzą do dziś w pamięci i tworzą ten obrazek. Właściwie filmik, bo widzę poruszające się postacie nie tylko Żarkowskich, czyli młodszej siostry mamy i jej męża, Franciszka. Orszak ślubny idąc z kościoła do domu Jujów główną ulicą Kamieńca musiał przekroczyć liczne sznurki rozciągnięte od drzew do płotu przy każdej posesji. A każdy sznurek oznaczał poczęstunek dla zatrzymujących; dzieci dostały wtedy cukierki, starszych drużbowie częstowali wódką, którą nieśli ze sobą. Patrzę na to, widzę, pamiętam. Wciąż jeszcze. Wuja Żarkowskiego już dawno nie ma, opowiadam więc przy okazji o tej wzrokowej pamiątce ciotce Maryli. U nas w ogrodzie, pół wieku później.

Śmierć w Przyprostyni 9 września 1959. Zmarła babcia z Przyprostyni (dziwne, ale takie to odlegle, że w ogóle nie używa się – mówiąc o niej – imienia, w domu nie mówi się babcia Jadwiga, babcia Jadzia, nigdy tego nie słyszałem, tylko – babcia z Przyprostyni). Miałem wtedy pięć lat, lecz pamiętam dokładnie, gdy odwiedziliśmy ją (ja z tatą) częściowo sparaliżowaną, jak leżała w domu, w pokoju od strony ogrodu (i dalej: Obry). Ponoć chustę na głowie zawiązywała sobie w chorobie tylko lewą ręką. Zmarła w ciągu tygodnia od momentu, gdy pochylając się nad grządką w ogrodzie upadła i dotknął jej paraliż. Była taka zdrowa, mówiono… A potem oglądałem ją leżącą w trumnie w dniu pogrzebu. Tłum ludzi w małym korytarzyku przyprostyńskiego domku. Trumna 11 •


w pokoju (tam gdzie wcześniej babcia leżała chora), głową do okna. Tata podniósł mnie w tym tłumie nad swoją głowę, żebym zobaczył po raz ostatni babcię i się pożegnał. Chyba przy tym coś takiego o pożegnaniu powiedział (dziś, gdy piszę, już treści jego zdania nie pamiętam, ani nie zapamiętał go tata). Utkwiło mi to wszystko w głowie. I siedzi. Obliczyłem, iż ojciec tracąc swoją matkę miał wówczas tylko 39 lat, nawet niecałe.

Urodziny brata Obudziłem się (był to marcowy ranek 1960 r.). Zobaczyłem „w nogach” tatę, który chwytał moje łóżeczko, a z drugiej strony, „w głowie”, objawiła się postać w bieli. Pielęgniarka-położna (ale która z tych zbąszyńskich? Kubiakowa?). Oboje chwycili łóżeczko i ze mną w środku wynieśli do warsztatu taty, czyli drugiego pokoju. Nie miałem wówczas pojęcia, że za drzwiami w dzień targowy rodzi się mój brat. Okna w dużym pokoju były zasłonięte żółtymi zasłonami, za nimi rozciągał się Rynek i był targ, więc musiał być wtorek lub piątek. Raczej wtorek. Mamy nie widziałem. Siostry też. Chyba zaraz po wyniesieniu zasnąłem, bo dalej nic nie pamiętam z tego dnia, 15 marca. Ale tak urodził się Maryś. Tym zdrobnieniem nazywali brata rodzice i ja do dziś. Jego żona woli – Marian, brzmi dostojniej. Z kolei siostra, Aleksandra, długie lata w domu była Alą, mimo iż powinna być Olą, co też wiele lat później wprowadził jej mąż, a mój imiennik, Genek. Bo na mnie rodzice wołali Geniu i tej (wielkopolskiej?) formy trzymają się wciąż moi dawni koledzy i rodzina znad Błędna.

Jedziemy do Słubic Jedziemy do Słubic. Po co? Nie wiem do dziś, choć latem jakiś czas temu pytałem o mamę. Zdaje się, iż był to wyjazd służbowy pana Konrada, naszego sąsiada z góry, który miał samochód (i krewnych w Niemczech zachodnich, czyli NRF-ie). Trafiły się czasem wolne miejsca w jego samochodzie, widocznie wtedy zabierał na przejażdżkę sąsiadów. Pojechała mama i ja, był też jego • 12


syn, czyli Rysiu. Drogi nie pamiętam, innych szczegółów też. Tuż przed miastem jechaliśmy drogą nad Odrą. I wtedy ktoś w samochodzie powiedział, że za rzeką jest granica, a dalej Niemcy. Wtedy Rysiu zapytał: – A czy Niemcy gryzą? Tyle zostało z egzotycznego dla mnie wyjazdu (choć wówczas to była niebywała atrakcja dla chłopca z małego miasta, może pierwsza przejażdżka samochodem). Jednak łuk drogi przygranicznej, właściwie słubickiej ulicy, przypomniałem sobie wiele lat później będąc tam na obozie studenckim.

Jazda na Rynku Po urodzeniu się Marysia przypadł mi w udziale – bardzo niechętnym – obowiązek wożenia go w wózku po Rynku. Ponieważ „nasza” strona Rynku była po południu zacieniona, mama kazał mi go wozić po przeciwnej. Te spacery na słońcu były katorgą. Nie cierpiałem za to brata, no i samej czynności. Odrywała mnie od zabaw na podwórzu, gry w piłkę czy czegoś tam jeszcze. Ale musiałem… Rozpędzałem się więc z wózkiem gdzieś koło Witów/ Piweckich i gnałem aż do Kołatów. I z powrotem. Okazało się, iż ktoś to zaobserwował. „Kumoszki”, jak mawiał tata o znajomych mamy. Kobiety przybiegły przerażone: – Kurzawowa, przecież ten chłopak zabije ci dziecko. Ono w wózku podskakuje jak piłka… Trafna opinia. Chodniki na Rynku były poprzecinane rowkami, które odprowadzały w czasie deszczów wodę z rynny do rynsztoka na jezdni. Na tychże rowkach podskakiwał rozpędzony wózek z bratem…

Zostałem ministrantem Przypadkowo zostałem ministrantem. Stało się to na początku nauki w podstawówce, gdy z kilkoma kolegami zaplątałem się po wieczornym nabożeństwie, pewnie różańcowym, na zbiórkę ministrantów. Może zresztą to nie był przypadek? W końcu – choć w kraju kwitł socjalizm – mieszkałem w małym katolickim mieście, gdzie zdecydowana większość ludzi chodziła do kościoła i gdzie 13 •


swoistym zaszczytem było zostać ministrantem. Oznaczało to, iż jesteś z porządnej rodziny, cokolwiek miałoby to znaczyć. Zatem wcześniej czy później musiałbym chyba trafić do ministrantów… W każdym razie zapisałem się wówczas, a rodzice na wieść o tym wcale nie protestowali. Było to ciekawe doświadczenie życiowe dla młodego człowieka, ba, rzec można, swoista przygoda. W tym czasie zwykle dzieciaki wstępują do harcerstwa, do różnych organizacji, gdyż mają potrzebę uczestniczenia w zbiorowości. Poza tym łakną rywalizacji i przygody. I to miałem w ministrantach. Natomiast przeżyć duchowych nie pamiętam. Chociaż gdyby poszperać…? Najważniejsze było, że ksiądz – opiekun ministrantów dysponował prawdziwą piłką nożną. Ona przyciągała chłopaków, zwłaszcza na wieczorne nabożeństwa majowe (krótkie, księża rekordziści odstawiali je w 23 minuty, sprawdzaliśmy na zegarku) i letnie msze wieczorne. Zaraz po nich na placu Rybaki przed Domem Katolickim rżnęliśmy do ciemna w „bolkę”. Bywało wysmarowując przy tym nakrochmaloną przez mamę komżę (odłożoną gdzieś na boku, na murku, ale piłka mogła przypadkiem trafić), niszcząc czubki komunijnych butów, brudząc kościołowe ciuchy. Z czasem dowiedziałem się skąd brała się skórzana, prawdziwa piłka nożna „kupiona w Poznaniu”, co się z przejęciem wśród dzieciaków powtarzało. Otóż najlepsi ministranci byli wyznaczani zimą, po Bożym Narodzeniu, na kolędę. Wcześniej, na zasadach w miarę demokratycznych, ustalano z księdzem – opiekunem, ile każdy ministrant oddaje ze swego kolędowego urobku na zakup nowej piłki. Kupowaliśmy zatem sami sobie. Nawiasem mówiąc kolęda dawała dzieciakom prawdziwy zarobek. W drugiej, a może w pierwszej klasie, zachorowałem na grypę, wcześniej chodząc po kolędzie po wioskach. Uciułane (uszporane mówi się w Wielkopolsce) kolędowe 100 zł trzymałem w czasie choroby w puszce w łóżku. Mój pierwszy poważny zarobek w życiu!

Kartka z Gagarinem Kartka należy do archaicznych, choć przecie niezbyt starych. Kiepski szarawy papier, miejsce na adres i obok proste rozwiązanie • 14


graficzne: sierp i młot na tle ziemskiej kuli, i 22 VII 1961 Zielona Góra. Jurij Gagarin na Ziemi Lubuskiej. Kupiłem ją? Dostałem? Nie wiem, stoi sobie od dawna na półce z książkami… Ale to wtedy, jadąc do Zielonej Góry na spotkanie z pierwszym kosmonautą, trafiła do nas, do domu, grupka młodych ludzi. Zdaje się, iż przeczytali na drzwiach kamienicy w Rynku niewielki, ledwie widoczny szyldzik, iż mieszka tu krawiec. Skąd jechali? O to nie śmiałem zapytać. Utkwiło mi tylko w głowie, że w spokojnym, ustabilizowanym mieszczańsko mieszkaniu pojawiła się raptem wesoła, niepokojąca grupka, która chciała, żeby tata uszył jej od ręki czerwone krawaty. Jechali gdzieś z Polski na spotkanie z Gagarinem. Tata zaskoczony, chyba niezbyt przekonany ich spontanicznością, podjął się jednak zadania, a oni siedzieli w jego pokoju-warsztacie i czekali na sfinalizowanie pracy. W końcu poszli, pojechali… Dziwne… Po latach konstatuję, iż nikt nic nie kazał tej młodzieży. Jechali ochoczo, jak dziś na festiwal Woodstock z Jerzym Owsiakiem, chcieli zobaczyć idola tamtych lat. Widzę tę ich radość, śmiech, zachowanie rozsadzające nasze rodzinne ramy.

Wracamy z Kamieńca Wracamy z Kamieńca. Ojciec i ja. Czyżby to było w roku Olimpiady zimowej w Insbrucku? Bo tak mi się wydaje. To prawdopodobne, gdyż będąc u dziadków w Kamieńcu na coś zachorowałem. Leżąc w łóżku w tzw. małym pokoju czytałem w gazetach o olimpiadzie – widzę prasę leżącą na pierzynie. A może słuchałem też radia z magicznym okiem? Gdy wyzdrowiałem z domu dziadków Jujów pojechaliśmy, ja z tatą, wieczorem, wozem na stację Plastowo. Zawiózł nas chyba wuja Józef; bo kto inny…? Stacja trzy kilometry za wsią. Kawał drogi. Ciemno na drogach, bo rzadko gdzieś lampy. Ciemno w pociągu. Gdy przyszedł konduktor, żeby wypisać bilet wypełniał druczek przy karbidówce, która zwisała mu na piersi. Podróżowaliśmy – ale dlaczego to było takie pilne, że wieczorem? Dlaczego tylko ja z tatą? – przez Grodzisk Wlkp., potem Wolsztyn, gdzie była przesiadka. Na końcu nocnej podróży pojawił się wielki napis stacji końcowej „Zbąszyń Przedmieście”. 15 •


W domu się rozpłakałem. – Dlaczego? – pytał w domu ojciec. Sam nie wiedziałem. I wciąż nie wiem. Powiedziałem, że dziadek w Kamieńcu miał przy pożegnaniu taki szorstki, kłujący zarost. Ale chodziło o coś innego. O co?

Radio nocą Słuchanie, przez uchylone drzwi do warsztatu taty, audycji polskich radiostacji zagranicznych. Cóż to mogło być? Chyba nie Radio Wolna Europa, raczej brytyjskie stacje, gdyż głos był w miarę wyraźny, niezbyt zagłuszany. Zwłaszcza w soboty około 22.00 leciała ciekawa audycja, którą rodzice pozwalali mi słuchać przez uchylone drzwi, choć już musiałem być w swoim łóżeczku (takim ze szczebelkami, otwieranym z jednej strony), wykąpany. Początek audycji jeszcze za mną chodzi: „Z dalekiego świata, wiatry zza siedmiu mórz, przynoszą do nas listy od rodaków, którzy osiedlili się w dalekich krajach (tu już nie jestem pewien dalszej treści zapowiedzi czołówkowej), wśród egzotycznej przyrody, dziwnych ludzi i ich obyczajów”. Tak z grubsza brzmiała powtarzająca się czołówka audycji, a w tle dało się słyszeć szum morza, wiatr, chyba muzykę w hawajskim stylu. Wciąż pamiętam z tejże audycji opowieść o Australijczykach, tych prawdziwych, rdzennych, którzy potrafią odczytać ślad człowieka na… wodzie. Codzienne, ale zwłaszcza sobotnie słuchanie radia przez uchylone drzwi to był rytuał dzieciństwa. Swoiste wieczorne święto. Najciekawsze programy leciały po sobotniej kąpieli w cynkowej wannie. Mieliśmy komplet, zdaje się trzech wanien, od najmniejszej do największej (dwie z nich stoją w moim ogrodzie, służą do zbierania deszczówki). Przydawały się do kąpieli w zależności od wieku dzieci, także mamie do prania, ale też w sezonie kiszenia kapusty, gdy w kuchni cięto dziesiątki główek, pociętą kapustę wrzucano do jednej z wanien, żeby potem ubić w beczce. Kiedyś wieczorem, gdy już leżałem w łóżeczku, tata robił coś na tyle ciekawego, że zaintrygowany przyszedłem do warsztatu sprawdzić, co się dzieje. Ojciec podbijał klocki pod nogi jednego ze stołów i coś przy nim jeszcze robił (półkę?). Wcześniej bowiem dowiedział się, iż cech przysyła mu ucznia na naukę. Co było śmieszne i bardzo charakterystyczne dla taty i małego mia• 16


sta, ojciec zupełnie nie miał pojęcia, że od któregoś poniedziałku będzie miał ucznia. Dowiedział się o tym od wszystkowiedzącej ciotki Krysi (żony swego najstarszego brata) dzień wcześniej, w niedzielę, chyba w czasie naszej coniedzielnej wizyty rodzinnej w Przyprostyni. Późniejszy uczeń taty, Bernard, rzeczywiście się pojawił i właśnie dla niego trzeba było przygotować nowy stół do pracy. A może to podbijanie nóg stołowych wiązało się z czymś innym?

Niedziele dzieciństwa Zawsze w niedzielę (albo niemal zawsze) wędrowaliśmy całą rodziną do Przyprostyni, wsi pod Zbąszyniem, niemal części miasta. Tam po południu schodziła się „cała” rodzina. Byli miejscowi, czyli – oprócz dziadków – Matysiakowie (ciotka Helcia i wuja Bronek z dziećmi), przychodzili z ul. Zygmunta Kurzawowie (ciotka Krysia i wuja Janek, z dwoma synami, Wiechem i Jurkiem), czasem wuja Kaziu z ciotką Manią, ale oni mieli najbliżej, więc zjawiali się… najrzadziej. Siedzieliśmy wszyscy na kocach (no, dzieci raczej wszędzie biegały i żubrowały) zwykle na łące nad Obrą, coś się jadło, piło, często wypływaliśmy łódką „na tamę” na Obrze. W każdym razie „się działo”. Tata pokazał mi pewnego razu kulę, która w czasie wojny utkwiła w babcinej szafie. Wyjął ją, podał, a ja ją za chwilę zgubiłem. Czego żałowałem wtedy i to mi zostało do dziś. Że człowiek był taki szupłat i stracił ważną pamiątkę. Wracaliśmy do domów – zazwyczaj z Kurzawami z Zygmunta – nawet wieczorami, przy świetle wszystkich dwóch lamp, które świeciły się w tej części wsi. Jedna wisiała na pewno „koło świętego Jana”. Choć te powroty nigdy nie były zbyt późne. Wszak we wszystkich rodzinach pętały się jeszcze nieletnie dzieci. Raz przed nami szła spleciona w uścisku para młodych ludzi. – Nooooo… To wywoływało komentarze starszych. Niezbyt im się podobało. Ale nawet jak kiedyś ciotka Krysia wzięła energicznie wuja Janka pod pachę i ruszyli ostro do przodu (wszak mieli więcej drogi do pokonania), to moi rodzice „jakoś tak” spojrzeli… Dziwne, że zapamiętałem… 17 •


Także ten dzień, co da się nawet dokładnie określić, gdy wracając z Przyprostyni i przechodząc obok Szkoły Podstawowej nr 1 mama powiedziała (dosłownie tak): – No, to jutro odjazd Wolsztyn… Co oznaczało w mamy żargonie, iż jutro pójdę pierwszy raz do pierwszej klasy podstawówki. Bo choć szkoła mieściła się przy ul. Powstańców Wielkopolskich, to jednak wielu zbąszynian używało nazwy sprzed wojny, ul. Wolsztyńska. „Odjazd Wolsztyn” oznaczał charakterystyczny dla mamy skrót od nazwy ulicy. Tym sposobem utkwiła mi scenka chyba z niedzieli 31 sierpnia 1960 roku.

Gasio Wychowawca miał pseudonim Gasio. Dlaczego? Nie wiem. Wyglądał dziwnie w „postępowej”, socjalistycznej Polsce. Nosił pumpy. Do szkoły jeździł dostojnie rowerem. Nieposłusznych, nieprzygotowanych do zajęć bił po łapach trzcinką. W jego szafie były dwie, grubsza, mniej bolesna, i cieńsza. Ta dopiero zostawiała bolesne ślady! Szafa, zamykana na klucz lub kłódkę, była pełna dziwności. Stawiał też dziwne oceny. Nie tylko 4+, 5–, ale i 4/5, czyli „cztery do pięć”, oznaczało to wyżej niż cztery plus, ale niżej niż pięć minus. Lub wpisywał do zeszytu 3/4, albo 2/3. Było też oczywiście trzy albo cztery na szynach, a może i piątka na szynach. Kilka zeszytów z lat 60. zachowałem… Poza tym był miłośnikiem szkolnych wycieczek, dzięki czemu już w pierwszej klasie znalazłem się na zamku w Łagowie (zachowałem zdjęcie), a w trzeciej w Szczecinie, Świnoujściu i Międzyzdrojach, do których dotarliśmy poduszkowcem, wodolotem. Żebyśmy zbierali pieniądze na wycieczkę Gasio nakazał na założenie książeczek SKO. Poza tym zbierał pieniądze „za papierki”. Jeśli przy mojej ławce leżał papierek – płaciłem do klasowej skarbonki 30 groszy. Ktoś, może dyżurny, notował ten fakt, a uczeń musiał w ciągu paru dni przynieść i wrzucić te grosze, zresztą zawsze przy całej klasie do specjalnej skarbony. Gdy grosze zamieniały się w złotówki na katedrze (biurku nauczyciela) następowało wspólne ich przeliczanie. Zdaje się, iż za 60-70 zł można było w Poznaniu kupić papużkę lub kanarka. W klasie zawsze były papużki i rybki, które każdy dyżurny miał obowiązek karmić. Gabinet wyglądał zatem jak małe zoo, ale • 18


inni nauczyciele przychodząc do nas narzekali, iż ptaki powodują smród, że jest duszno. Mówili to jednak poza oczami Gasia. Ach, Gasio, jak się zezłościł na nas, to używał zwrotu: – wy łotry! Czasem wysyłał któregoś z uczniów po zakupy do taniej jatki. Nie wiedziałem co to jest, ani gdzie, gdyż zakupy u nas w domu robiła mama. A poza tym tania jatka była „daleko” od mojego Rynku, przy ul. Poznańskiej, koło stacji benzynowej.

Dzwony Z okazji wielkich świąt kościelnych kilku chłopaków wyznaczanych przez kościelnego wspinało się na jedną z wież kolegiaty, żeby dzwonić największym dzwonem. Był bardzo ciężki, trzeba było nas kilku nastolatków, żeby ciągnąc za sznur rozkołysać go. A gdy już serce uderzyło, w pobliżu huk był straszliwy. Głuchło się na kilkanaście minut. Wszystko to działo się niemal pod samym dzwonem, gdyż sznur celowo był dość krótki, inaczej pewnie nie dalibyśmy rady rozkołysać potwora. Jednak większą atrakcją, niż dzwon były „klekotki”, które wykorzystywano tylko raz w roku, w wielki piątek i wielką sobotę, kiedy katolicy mają zakaz używania dzwonów. Otóż Anioł Pański w te dwa dni ogłaszano przy kościele właśnie za pomocą klekotek, czyli hałaśliwych urządzeń drewnianych – kołatek, specjalnych „taczek” i innych, których nazw nie pamiętam, a może ich nawet nie miały. Polegało to na tym, że ministranci biegali przez kilka minut wokół kolegiaty waląc jak oszalali w te „instrumenty”. Atrakcja niebywała, bo i bieganie, i tłumy widzów.

Samotność w domu Pewnego razu pod wieczór stwierdziłem z przerażeniem, że jestem w domu sam. Nie pamiętam co było z mamą (w kościele?), utkwił mi brak taty. Ubrałem się i wystraszony poszedłem do Przyprostyni. Do dziadków (nie pamiętam czy wtedy jeszcze żyła babcia, ale na pewno była tam ciotka Helcia, siostra ojca). No i pewnie dom zostawiłem otwarty. W oczach łzy, w głowie strach, bo zginęła rodzina. Szedłem rozżalony, zagubiony. Czy 19 •


sam dotarłem do ciotki, do jej domu, gdzie zwykle w niedziele chodziliśmy rodzinnie na spacery? Zdaje się, iż tata zgarnął mnie po drodze, ale już w Przyprostyni, właśnie blisko domu dziadków. W szarówce wieczoru spotkałem się z tatą na ulicy, który ze mną zapłakanym na chwilę zaszedł do ciotki, pewnie zdziwionej nagłą wizytą. Okazało się, iż tata wyszedł tylko z mieszkania do piwnicy, na co nie wpadłem. Za to ojciec, jakimś dziwnym „węchem” uznał, iż poszedłem do Przyprostyni i tam ruszył mnie szukać. Też chyba musiał się nieźle wystraszyć, choć nic na ten temat nie wspomniał.

Szkolna miłość Moja pierwsza szkolna miłość miała na imię Marysia. Była córką lekarza i podobnie jak ja, mieszkała na Rynku. Okna jej domu widziałem ze swojego okna. Była to, niestety, miłość bez wzajemności, platoniczna, choć przez pewien czas, gdzieś w klasie trzeciej, może czwartej, pisałem do niej listy (ale tylko w czasie lekcji i rzucałem pod jej ławkę), a ona odpisywała. Podpisywałem się zaskakująco: Czarna Błyskawica. Widać byłem po lekturze książki Alfreda Szklarskiego o Tomku i Indianach. Marysia była ładna i najzdolniejsza w klasie, ba, rok wcześniej poszła do szkoły. Po kilku latach lekarz wyprowadził się z miasta i miłość wywietrzała. I nagle… Jest rok 2009. Jadę z żoną do Białegostoku na jubileusz jej szkoły teatralnej. Nocowaliśmy wówczas w Suwałkach, gdzie przydarzył mi się przepiękny sen. Jak mało który w życiu! Rano, gdy się obudziłem, zapisałem na karteczce jedno zdanie ze snu, które brzmiało tak: „Marysiu, pokochaj mnie…”. Zapamiętałem ów sen jako bardzo wyrazisty, pełen cudownie pozytywnych emocji. Rzecz w tym, że uświadomienie sobie snu (i jego późniejszy zapis) przyszło dopiero na jawie. Więc zapamiętałem tę dziewczynę, a właściwie już dojrzałą kobietę, w długiej staromodnej sukni. I siebie. Objąłem ją delikatnie za szyję lewą ręką i wypowiedziałem to zdanie: – Marysiu, pokochaj mnie… Na co ona zaczęła wyjaśniać, że chyba nie bardzo, że jesteśmy dorośli, odpowiedzialni, a ja nawet nie złościłem się, rozumiałem to. Byliśmy już dojrzali, mieliśmy swoje rodziny, które zostały• 20


by nowym związkiem unieszczęśliwione. Został tylko taki smutek, niewyobrażalny żal, z którego nie mogłem się otrząsnąć nawet po przebudzeniu. Ale wyjątkowo postanowiłem ów sen zapisać. Minął tydzień i Marysia nagle wróciła. W śnie nie miałem świadomości, że to ona. Poznałem ją – o dziwo – znów po przebudzeniu. Spotkaliśmy się przed zbąszyńskim kinem „Obra”. Lecz na film szła z jakimś innym facetem. Mimo to rozmawialiśmy, chyba we troje, nawet dość przyjaźnie. Przez cały czas jakby dawała mi do zrozumienia, że z naszego związku nic nie będzie. Bo ona tydzień jest z tym, tydzień z innym. Co mi się wydało, jakimś dziwnym absurdalnym i nieprawdziwym tłumaczeniem. Jedno z najpiękniejszych wrażeń.

Akordeon Stoi do dziś w moim domu. Wciąż stoi, choć jest już mocno zdewastowany. Rozsycha się po prostu. A został zakupiony przez rodziców, którzy – zwłaszcza mama – bardzo chcieli, żebym poszedł do szkoły muzycznej. W małym mieście był to wyznacznik awansu społecznego. Poza tym, jak mawiali rodzice, znajomość gry zawsze może się przydać w wojsku. To było takie myślenie: pójdzie do wojska, załapie się do jakiegoś zespołu, orkiestry, zawsze mu będzie lżej. Poszedłem do szkoły muzycznej, bo takowa akurat istniała, zresztą po latach dopiero dowiedziałem się, że placówka jest rzadkością nawet w Europie. Uczy się tu gry na instrumentach ludowych. Zacząłem naukę po zakończeniu klasy pierwszej lub drugiej podstawówki. Słuch miałem raczej słaby, nadawałem się w sam raz na akordeon. Ale instrument trzeba było kupić. Polskiej produkcji kosztował kilka tysięcy – dwa, trzy – nie mówiąc już o markowych instrumentach, jak np. niemiecki Weltmeister. Skąd wziąć tyle pieniędzy, skoro ojciec wówczas prowadził warsztat krawiecki, a mama tzw. gospodarstwo domowe? Tata „wyciągał” z szycia góra 1,5 tys. zł. Nie wiem, jak uzbierali te pieniądze, ale uzbierali. Jedna scena stoi mi do dziś przed oczyma. Wyglądałem przez przypadek przez okno dużego pokoju na Rynek. Widziałem mamę, która przed szkołą nr 2 zaczepiła chyba żonę kierownika tejże szkoły i przypomniała jej, że zalega (ona czy on) 20 zł z opłatą za jakąś usługę krawiecką wykonaną przez tatę. I dostała 21 •


te pieniądze. Opowiadała później, jak jej głupio było upominać się o te złotówki. Dlatego akordeon Muza, choć już nieco podniszczony, nieużywany wciąż jest w moim domu.

Przesiadki Słynne (i denerwujące) były rodzinne przesiadki w Sątopach na trasie linii kolejowej Poznań-Rzepin, gdy wracaliśmy z wakacji w Kamieńcu. Były to może wakacje dla nas, dzieci, tymczasem mama jechała do brata, jednego, drugiego, zapracować (gotowaniem obiadów, gdyż w pole nie wychodziła ponieważ wiecznie bolała ją głowa) na powrotny worek ziemniaków, wiadro agrestu, porzeczek, jabłek. Dlatego tuż przed powrotem z Kamieńca do Zbąszynia przyjeżdżał na wieś na krótko tata, żeby zapakować te wszystkie „dobra” i pomóc przewieźć do domu. Jechaliśmy więc z Kamieńca do Zbąszynia (dziś to jakieś 50-60 km w linii prostej) autobusem, pociągiem, z przesiadkami, objuczeni nie tylko własnymi bagażami, ile i „dobrami” przez mamę zapracowanymi u braci. Ciężkie produkty spożywcze mieściły się w wiadrach, torbach, jakichś paczkach z dziwnymi rączkami konstruowanymi przez tatę… Autobus z Kamieńca (a dokładnie było tak, że wpierw wsiadało się w Kamieńcu autobus relacji Kościan – Grodzisk Wlkp., żeby w Grodzisku przesiąść się w autobus relacji Grodzisk – Nowy Tomyśl) wyrzucał nas w pobliżu stacji kolejowej Sątopy. To rozwiązanie wymyślił kiedyś tata. Że zamiast jechać z Grodziska do Nowego Tomyśla, gdzie trzeba było iść dość daleko przez miasteczko z przystanku autobusowego na dworzec kolejowy, lepiej wysiąść z autobusu wcześniej, w Sątopach, i tam właśnie na wiejskiej stacji czekać na pociąg do domu. Niestety, droga od przystanku autobusowego na kolejowy też była daleka. Kilometr, może kilometr z hakiem. Na szczęście pociąg odjeżdżał za jakieś dwie, trzy godziny. Więc wlekliśmy się całą rodziną z bagażami, z tobołami, porzeczkami, agrestem z przystanku na stację. Po drodze sto postojów, wbijające się w skórę sznurki. Ciężar! Ta męczarnia tkwi we łbie. Potem w spokoju wiejskiej stacyjki czekało się na pociąg. A w Zbąszyniu znowu był problem, bo z dworca do domu na Rynek było ze dwa, nawet trzy kilometry. Jeśli nie czekała słynna „drynda” pana Dury (a później autobus), to wyrastał problem. Na • 22


taksówkę nie było nas stać. Czasem tata brał te pakunki na rower, a my szliśmy za nim. Rower wcześniej (wyjeżdżając po nas do Kamieńca) zostawiał w przechowalni na dworcu.

Punkty za msze Gdzieś w szóstej, siódmej klasie podstawówki pojawił się w parafii nowy, młody ksiądz, który zorganizował ministrantów jak harcerstwo. Podzielił nas na grupy, z grupowym i zastępcą. Grup było sześć, przydzielonych do służenia przy ołtarzu w każdy dzień tygodnia, poza niedzielą. Zostałem grupowym, a moja grupa miała wyznaczony do służenia czwartek. I tu się dopiero zaczęły emocje i atrakcje. Żeby bowiem zachęcić chłopców do uczestniczenia w mszach, zwłaszcza porannych, ksiądz ustalił punktację, a prowadził ją w zeszycie grupowy, czyli ja. Za mszę o godzinie 6.00 było 120 punktów, za 6.30 – 100 punktów, a za 7.00 tylko 80. Jak punktowano mszę wieczorną o 19.00, a także msze niedzielne – już nie pamiętam. Za to utkwiło mi poranne zimowe wstawanie. Gdy tylko usłyszałem dzwony (kościół stał na Rynku, myśmy też mieszkali na Rynku) leciałem do naszej kolegiaty. Dziś sam w to nie mogę uwierzyć, gdyż

pioruńsko nie lubię wstawać rano. Może wówczas wyczerpałem limit? Takie zachowanie, zdaje się, pobudziło mamę do skrytych marzeń, że a nuż zostanę księdzem. Niestety. Zacytuję wybitnego młodzieńca, który żył w Zbąszyniu jakieś 470 lat przede mną i został potem wybitnym polskim „heretykiem”: „Bo mnie rodzicy za młodu nie chcieli mieć rzemieślnikiem, a zwłaszcza matka, ale księdzem, od czego iż mię Pan Bóg uchować wżdy raczył, iż mię szatanowi srogiemu z paszczęki wyrwał od sprosnego pogańskiego bałwochwalstwa odtargnąwszy”. Napisał Marcin Czechowic. A ja mu podziękowałem proponując w moim mieście ulicę jego imienia. No i jest.

Domowa biblioteczka Od wczesnych lat szkolnych ciągnęło mnie do książek. Z jakich powodów? Nie wiem. Rodzice nawet specjalnie nie zachęcali, ot, jak to bywa gdy się chodzi do szkoły, pytali najwyżej o przeczytane 23 •


lektury. Zdaje się, iż zacząłem od „Potopu”, który był w domu w wydaniu sześciotomowym, ale pierwsze dwa komuś znajomemu pożyczono i nigdy już do nas nie wróciły. Dlatego dzieło to znam na pamięć od słów „Kmicica i Kiemliczów konie szparko niosły ku granicy”. Ku jakiej granicy – nie łapałem. I dlaczego Miller jest „naszym wrogiem” – też. Wszak Millerów, Schuttów, Fisbachów, Wittów, Eichorstów i podobnych nazwisk miałem w swym otoczeniu całe tuziny. W końcu mieszkałem na dawnym pograniczu polsko-niemieckim, w dawnym mieście granicznym… Z czasem zapisałem się do biblioteki miejskiej. Stamtąd wypożyczyłem jedną z bardziej przeżytych książek, „Bajkę o żelaznym wilku”. Już jako dorosły kupiłem ją sobie, żeby zachować pamięć tych pierwszych świadomych lektur. Potem leciały dziesiątki, setki, tysiące pozycji. Wręcz łykanych. O których dyskutowaliśmy w gronie rówieśników. Ja głównie z Jackiem i nieco starszym Bogdanem mieszkającym kilka kamienic dalej.

Powroty taty W moim najgłębszym, a i późniejszym dzieciństwie, tata jest krawcem w własnym, skromnym zakładzie, czyli naszym drugim (lub licząc od wejścia, od korytarza – pierwszym) pokoju. W którym na Boże Narodzenie, Wielkanoc krawiecki stół bywał rozkładany na pełną długość i służył jako stół wigilijny, wielkanocny. Gdzie zwykle odrabiałem lekcje wykorzystując skrawek blatu i odsuwając nieco jakieś szyte właśnie płaszcze, spodnie lub marynarki. Potem ojciec – chyba po naradzie z mamą – uznał, iż w rzemiośle nie ma przyszłości i na krótko zatrudnił się w firmie „Las”, czyli Zakładzie Leśnej Produkcji Niedrzewnej Państwowego Przedsiębiorstwa „Las”, jeśli dobrze odtwarzam nazwę. W mieście mówiło się krótko: „firma Las”. Zbijał tam skrzynki. Po kilku miesiącach znalazł pracę w swoim zawodzie, jako krojczy, oczywiście w dużym, 1.200-osobowym „Romeo”. Gdzie pracował do emerytury. Robotę miał na dwie zmiany, od 6.00 lub od 14.00. Ponieważ do zakładu było dość daleko, tata dojeżdżał – jak niemal „cały Zbąszyń” – rowerem. Bicykl stał zwykle w korytarzu lub na werandzie od strony podwórza i był czujnie strzeżony przez tatę. • 24


Przede mną. Dlatego rzadko miałem okazję pojeździć. Musiałem go czasem podkradać. Albo korzystać, na złodziejskiej zasadzie, z rowerów klientów lub gości taty (zwykle kogoś z rodziny). Taki rower podkradałem na krótko, żeby się przejechać po Rynku i odstawić na miejsce. Z tymże rowerem wiążą się wieczorne powroty taty z pracy do domu. Cała rodzina, łącznie z mamą, kładła się wcześnie do łóżek, ale w ciemności oglądała telewizję. Ekran jednak zawsze wyłączaliśmy tak 20-25 minut po godzinie 22.00, gdy dawało się słyszeć otwieranie drzwi korytarza naszej kamienicy i wprowadzenie roweru. Zgodnie wówczas „zapadaliśmy” w sen, udając przed tatą, iż już dawno zasypiamy. Miał on bowiem, denerwujący (wówczas) zwyczaj otwierania dużego pokoju i zaglądania do nas. Należy sądzić, iż sprawdzał po prostu czy rodzina jest w domu i czy wszystko w porządku. Mam dziś to samo… Lecz wtedy codziennie się powtarzająca maniera była z jakichś tam powodów irytująca…

Mały park Mieszkając w samym sercu miasta, na Rynku, chyba najwięcej czasu w pewnym okresie dzieciństwa i młodości spędzałem poza nim, głównie w małym parku. Nie na podwórzu przy domu, gdyż było za małe na mecze piłkarskie, nie na Rynku, ale właśnie w małym parku. Tak mówiliśmy na niewielki teren nad Obrą, przy ul. Żwirki, między posesją dziadka Śledzia a Szczechowiczów, później pana Dacha. Grunt opadał w kierunku rzeki, rosło kilka dość równo posadzonych drzew, chyba lip i jeden krategus, czyli głóg dwuszypułkowy (to oczywiście wiedza późniejsza). Lipy rosły tak szczęśliwie, że tworzyły słupki (słupy właściwie) bramek. Dlatego tutaj właśnie od rana do wieczora kopało się piłkę, czyli bolkę. Zawsze z przygodami. Główną było to, że piłka często wpadała do Obry. Na szczęście szybko rozgryźliśmy, jak dziwnie krąży w tym miejscu nurt. Jeśli bowiem piłka nie wpadła zbyt daleko od brzegu – a rzeka rozlewa się tu na kilkadziesiąt metrów – to dostawała się w cofkę, w której krążyła, co rusz przepływając stosunkowo blisko linii brzegowej. Zwykle wtedy ktoś z ul. Żwirki biegł na podwórze do dawnego więzienia, gdzie stały tyczki do podtrzymywania wiszącego prania. 25 •


Reszta zaś rzucała inteligentnie kamieniami – za piłkę, żeby małe fale przesuwały ją do brzegu. W końcu ją zdobywaliśmy. Bywało też, że bolka wpadała przez płot do dziadka Śledzia, który straszył, że jak ją złapie to przebije. Trzeba więc było szybko wbiec na jego podwórze i złapać. Mały park był klepiskiem z rzadka porośniętym trawą, przez dziesiątki lat nic tam się nie działo, choć z przedwojennych widokówek wynika, że był to ładny skwer z budką dla łabędzi. Za moich czasów miasto nie miało pomysłu, jak zagospodarować ten świetny skrawek nad rzeką. Dopiero niedawno wycięto „moje” lipy i „mój” głóg, zlikwidowano też źródełko, z którego nieustannie płynęła woda (komu to przeszkadzało?) i postawiono nad brzegiem zupełnie mi obcą figurę w kajaku.

Klienci ojca Do warsztatu krawieckiego ojca przychodzili różni, zazwyczaj poważni ludzie. Raczej starzy, jak dla mnie. Patrzyłem na nich z dystansem, szacunkiem, strachem nawet. Diabli wiedzą co się roiło w głowie dziecka. Niektórych pamiętam. Poplewski – wołał na mnie „piątkarz”, kazał sobie pokazywać zeszyty szkolne, jakieś zapiski i tam stawiał mi piątki. Był Puterczyk, który pomógł ojcu, gdy ten postanowił zrezygnować z własnego zakładu, dostać się do „Romeo”. Kiedyś usiadł na taborecie – świeżo sklejonym przez tatę – i upadł, bo taboret rozpadł się. Bywał też Kromski, szef „stolarni”, jacyś klienci z okolicznych wiosek. Czasem przyjeżdżała rodzina. Najczęściej z Zielonej Góry.

Tajne związki Pewnie pod wpływem książek, mniej filmów, bo wielu naszych sąsiadów, w tym moja rodzina, jeszcze nie miało telewizorów, zakładaliśmy różne „tajne” stowarzyszenia. Głównie w trójkę, Rychu, Jacek i ja. Kolejność i ilość tych tajnych i tajemniczych związków już mi się myli. W jednej z organizacji byłem kapitanem Nemo i miałem dodatkowo zaszyfrowany „tajny” znak, numer NAK2X. N oznaczało Nemo, AK na szczęście nie Armię Krajową tylko An• 26


drzeja Kmicica, bo musiałem jakoś zmieścić w sobie co najmniej dwóch bohaterów. Rychu z  kolei był Old Shatterhandem (szyfr OSZ9), tajnych oznakowań Jacka nie mogę sobie przypomnieć, choć na początku miał coś z „MB” (bo Jacek był zakamuflowany jako… Marlon Brando). Z  czasem założyliśmy ZPP – Związek Poszukiwaczy Przygód. Nie mieliśmy wówczas pojęcia, iż ZPP założyła też wiele lat przez nami Wanda Wasilewska. „Tajne” dokumenty „tajnych” organizacji trzymałem w kuferku na strychu i od czasu do czasu do nich zaglądałem, coś dopisywałem i znów zamykałem. Były tak tajne, że nikt nigdy się o  nich nie dowiedział. Piszę tutaj po raz pierwszy… Istniała też w jakimś okresie „banda Kora”, tym razem oparta na kolegach z klasy w podstawówce. Jeździliśmy po szkole rowerami nad jezioro do Perzyn, gdzie ojciec Tosia był leśniczym. Wokół leśniczówki działała, hmmm, banda Kora, a jej działalność polegała na wykopaniu w lesie ziemianki, jako siedziby bandy. Dzięki chwytom, dziś nazwalibyśmy je socjotechnicznymi, w pewnym momencie zostałem szefem tej bandy. Ale jak to wywalczyłem? Jakimi zagrywkami? Zabijcie, nie pamiętam.

Wyjazdy do Perzyn Częste wiosenne wyjazdy z kolegami szkolnymi do Perzyn miały – poza działalnością w „bandzie Kora”, która chyba dość szybko upadła, bo okazała się niezbyt poważna – czysto praktyczny sens. Był to „męski” wypoczynek kilkunastu chłopaków. Wieś leżała parę kilometrów za miastem, w lesie, nad jeziorem. Istniała tam cegielnia, która po południu była nieczynna. Dlatego w gliniankach – co może dziwne uwzględniwszy, że z domu miałem blisko nad jezioro i  rzekę – uczyłem się pływać. Najpierw w  zupełnie małej gliniance, potem w większej. I bardziej niebezpiecznej, bo na dnie mogły znajdować się różne metalowe urządzenia, porzucone narzędzia, odpady. No, ale tak to bywa z młodymi. Chadzają krętymi ścieżkami. Wyjazdy do Perzyn miały też zabarwienie… erotyczne, gdyż w pewnym momencie zaczęliśmy się – sześciu, ośmiu chłopaków – kąpać nago (właściwie zaczęło się od tego, że wymyśliliśmy sobie zjeżdżanie po mokrej glinie, a że kąpielówki hamowały zjazdy, 27 •


więc je zrzuciliśmy). Potem nago opalaliśmy się. I nie tylko… Miałem później problem, czy z tego należy się spowiadać. To męczyło mnie, zdaje się, przez jakiś czas. Znalazłem w bibliotece miejskiej książkę pt.„Co każdy chłopiec wiedzieć powinien”, która problemu od strony religijnej jednak nie wyjaśniała. Było w niej tylko zdanie, iż „niektórzy uważają onanizm za rzecz grzeszną”. Na trop książki wpadli rodzice i mama mi ją „skonfiskowała”. Potem oddała odbierając jednocześnie przyrzeczenie, że grzecznie oddam w bibliotece.

Pierwszy telewizor Telewizor kupiliśmy we wtorek lub środę. Miesiąca, roku nie pamiętam, pewnie to była połowa lat 60. W środę wieczorem leciał serial „Dr Kildare” z Richardem Chamberlainem. I zaraz tego lub następnego dnia telewizor się zepsuł. Dlatego w czwartek rodzina nie obejrzała swej pierwszej „Kobry”. Zdaje się, że do soboty odbiornik był naprawiany w pobliskim sklepie ZURiT, który powstał na Rynku, gdy do miasta trafiła nowoczesność (mówiło się, że telewizory są „w Zurcie”, dziś tam jest oczywiście bank). Nasz odbiornik, „Zenit”, stanął na stoliku ślubnym rodziców, w rogu dużego pokoju. Antenę, własnoręcznie skonstruowaną, tata zainstalował na strychu. Po każdym programie wieczornym, z nieznanych powodów, ojciec antenę wyłączał, a także „skręcał do zera” jasność, kontrast, głos (do koloru były jeszcze długie lata). Ojciec, zacięty majsterkowicz, znający się na prądzie, dyktował w ten sposób warunki oglądania. Po kilku dniach, wracając ze szkoły, pochwaliłem się na ulicy kolegom, że mamy już „szklany nocnik”. Chciałem zrobić wrażenie… Wcześniej, przez parę lat, chodziłem (chodziło się niekiedy całymi rodzinami) na telewizję do różnych sąsiadów. Nikt się nie przejmował – przynajmniej jeśli idzie o dzieci, młodzież – że może sąsiedzi mają jakieś plany, ktoś choruje, kogoś oczekują. Po prostu się szło i rutynowo pytało np. – czy jest dziś „Robin Hood”? i siadało się na pierwszym wolnym krześle. Czasem jakiś sąsiad już czekał, tak tworzyła się stała, zżyta publika. Zwykle chodziłem do Klorków w gaskę, na „Świętego” do Kosterowej po drugiej • 28


stronie podwórza, czasem na boks do domu Piotra, mojego przyjaciela z klasy. Sąsiadka mieszkająca jeden dom dalej miała kolorową płytę z pleksi wiszącą na ekranie i udającą kolor. Zdaje się, iż przywiózł toto z NRD jej mąż, kolejarz, który miał regularne trasy do Guben. U niej bywałem na „Zorro”, pamiętam też film „Ogniomistrz Kaleń” i mecz bokserski Polska – ZSRR przegrany przez nas 16:4, co było jednym wielkim oszustwem, gdyż przegrał wówczas swą walkę sam Jerzy Kulej. Wyjątkowo w niedzielę, na trzy filmiki z serii „Przygody dziwnego psa Huckelbery” po 5-10 minut każdy, szło się do Wajsów, właścicieli domku i sklepu rzeźniczego. Oni chyba pierwsi na Rynku mieli kolor, lecz głowy nie dam. Gdy i my zostaliśmy szczęśliwymi posiadaczami telewizora, odwiedzał nas tylko starszy pan Pluskota, wdowiec, może ktoś jeszcze, ale niezbyt regularnie.

Sherlock Holmes i smalec Z oglądaniem telewizji wiąże się niepowtarzalny smak i zapach… smalcu. Miałem zwyczaj, jako dorastający już młodzieniec, kłaść się na brzuchu na tapczanie i oglądać w tej pozycji telewizję. Jeśli w  czasie kolacji leciał serial o  Sherlocku Holmesie, to wówczas mama kroiła cienkie skibki chleba, smarowała je smalcem, układała na talerzu i przynosiła mi przed telewizor. Oglądając przygody niezmordowanego detektywa zjadałem wszystko, cały stos niesamowicie pachnącego chleba z smalcem (specjalnie dwukrotnie topionym przez mamę; był to pyszny, bielutki tłuszczyk, jaki lubiłem, nawet bez dużej ilości skwarek). Ponieważ po skończeniu podstawówki do szkoły średniej dojeżdżałem codziennie pociągiem (pobudka 5.08, odjazd pociągu 5.50), wieczorami bywałem padnięty jako robotnik z trzeciej zmiany. Dlatego w tamtym okresie nie obejrzałem „Ptaków” Hitchcoka, chociaż przygotowałem sobie poduszkę pod głowę i usiadłem na tapczanie przed telewizorem. Za to – ku irytacji mamy, bo dość długo spaliśmy wszyscy w dużym pokoju, a było już późno – obejrzałem pamiętny mecz Górnik Zabrze-AS Roma, ostatecznie wygrany przez naszych dzięki… losowaniu. 29 •


Anna Maria Byłem, niestety, dość opóźniony w różnych nowinkach muzycznych, w życiu młodzieżowym. Nie ma się co dziwić. W podstawówce – poza córką lekarza, synem urzędniczki, synem leśniczego – klasę stanowili chłopcy (i dziewczęta) podobni do mnie. Ta sama warstwa społeczna (dzieci robotników), to samo miasteczko, ta sama religia. Wszystko to dość szczelnie mnie otaczało i kształtowało. Dlatego nie bywałem na prywatkach, tylko chodziłem do ministrantów i do kościoła. Dziewczyny podrywało się (wielkie, niepasujące do sytuacji słowo) odprowadzając je po nabożeństwie majowym lub różańcowym. No i kopało się piłkę w małym parku nad Obrą. Pewnego razu z trzema, czterema kolegami popłynąłem w niedzielę łódką na Obrę. Jeden z nich, pamiętam że mieszkał na Garczyńskich, miał radio tranzystorowe. Leciała lista przebojów. Seweryn Krajowski śpiewał „Annę Marię”. – I teraz będą te dzieci… – wtrącał przed refrenem, ze znawstwem, kolega Jerzol. Nie miałem pojęcia o jakie dzieci chodzi i że to taki szlagier.

Chodzenie M. to, zdaje się, nie była „miłość ze szkolnych lat”, jak śpiewała Urszula Sipińska. Szło o  ambicje chłopaków rywalizujących o dziewczynę. Dlaczego właśnie o tę? – Przecież Bożenka jest ładniejsza – sugerowały koleżanki z mojej klasy VIb, które nie mogły się nadziwić tej rywalizacji. M. chodziła do „dwójki”, ja i inni „podrywacze” do „jedynki”. „Chodzenie” młodych ze sobą w katolickiej rzeczywistości Polski Ludowej odbywało się dzięki… nabożeństwom, majowym, różańcowym. Po prostu chłopak i dziewczyna szli do kościoła, zwykle na wieczorne nabożeństwo, mszę, potem on ją odprowadzał pod dom. Z  M. chodził wpierw Witek, kolega z klasy. W ten sposób dowiedziałem się o jej istnieniu. No i zacząłem rywalizować o dziewczynę. Wyglądało to tak, że się dołączałem (chyba nie tylko ja) do odprowadzających ją po kościele. W końcu parę razy udało się odprowadzić ją w pojedynkę, ponadto zaprosić do kina. I nigdy nie pocałować… • 30


Przygoda z milicją Chodzenie z  M. miało jeden przykry moment, aczkolwiek potraktowałem go jako fajną przygodę. Do dziś zresztą nie wiem, co się stało, czy był napad, włamanie, kradzież w magistracie, gdzie mieszkał Witek, a dokładnej – gdzie jego rodzina miała mieszkanie służbowe. W każdym razie w pewnym momencie i jego, i mnie przesłuchiwała milicja, która zjawiła się w  naszej podstawówce przy ul. Powstańców Wlkp. Milicjanci (po cywilnemu, czyli jacyś śledczy) wzywali nas po kolei do gabinetu dyrektora i tam wypytywali. Właśnie o to, kiedy odprowadzaliśmy M., kiedy wracaliśmy do domu i tak dalej. Witek wrócił z tego przesłuchania cały zapłakany, mnie, „bohatera”, jakoś nic nie obeszło. Do tego stopnia, że nawet potem nie dociekałem, dlaczego pojawiła się milicja i  czego (kogo) szukała. Dopiero teraz zacząłem się nad tym zastanawiać. Mógłbym z tego wydarzenia zbudować modny dziś wątek o prześladowaniach od dziecka przez „reżim”. Może nawet zostałbym „kombatantem” i mógłbym się ubiegać i pieniądze od państwa. Gdybym był nawiedzonym styropianowcem...

Letnie wyskoki Na koloniach nie byłem nigdy w życiu. Na wakacje jeździliśmy bowiem na wieś, w rodzinne strony mamy, czyli tam, gdzie było planowane moje urodzenie. Albo spędzałem je w  zbąszyńskich Łazienkach, zresztą wcale tego nie żałując, bo bez przerwy siedziałem w wodzie, a lata były wówczas upalne jak diabli. Innych nie pamiętam. Swój pierwszy samodzielny, acz niedaleki od domu, wyjazd zaliczyłem ukończeniu ósmej klasy podstawówki. Tuż przy brzegu naszego jeziora Błędna, ale od strony Nowej Wsi Zamek, stary autobus przerobiony na czteroosobowy „camping” postawiło „Romeo”, „nasz” miejski zakład odzieżowy. Nie pamiętam czy tata już pracował w „Romeo”, ale wczasy w przerobionym autobusie na pewno załatwił pan Konrad, ojciec Rysia, którego wówczas przezywaliśmy „prezes” (jego rodzina mieszkała jakiś czas nad nami). W jednej połowie autobusu spał Piotr i ja, w drugiej Rysiu i Jacek. Korzystaliśmy z tych luksusów ledwie cztery dni. A i tak odwiedziła nas, chyba kontrolnie, mama Jacka. 31 •


Zaś rok wcześniej zorganizowaliśmy sobie wypad nad jezioro, lecz na drugi brzeg. W Perzynach spaliśmy w namiotach. Akurat wtedy gdy pojazd kosmiczny Stanów Zjednoczonych wylądował na księżycu. Rysiu z Jackiem poszli do wsi, chyba dalszej rodziny tego pierwszego, żeby oglądać w telewizji transmisję. Mnie wisiało. Z owego wypadu nad jezioro pamiętam tylko atakujące nas nieustannie w namiocie komary. I głos prezesa w środku którejś nocy: – Te cholerne bzzzy, bzzzy, bzzzy!

Małe piersi Z. Kiedy po raz pierwszy dotknąłem gołej kobiecej piersi, kiedy „poczułem smak ust”? Doskonale pamiętam okoliczności i  to miejsce nad jeziorem. Ale lata? Swój wiek? Na pewno to było to dość późno, jeśli porównać – co znam z  literatury, z  opowieści kolegów z dużych miast – z podobnymi doświadczeniami rówieśników. Poza tym trzeba pamiętać, że gdy mój dzisiejszy kolega poeta i filozof zapierał się w ziemię – jak pisze w wierszu – brudnymi piętami trzynastolatka, żeby dobrze wejść w koleżankę, ja jeszcze byłem przykładnym ministrantem. No i chyba też idealistą. W pewnym okresie wespół z przyjaciółmi z Rynku zacząłem rok w rok jeździć pod namiot nad nasze Błędno. To były, dziś mógłbym je tak określić, wyjazdy „poznawcze”. Tam poznawaliśmy smak jabola i tam poznałem ów „smak ust”. Zapewne byłem już w szkole średniej. Obok miejsca, gdzie stawialiśmy namiot co roku był stały obóz LOK z Wrocławia, a dalej kompleks domków campingowych skrótowo nazywanych „Bogatynią”. Należał do zakładów bawełnianych z tegoż miasta. Stamtąd i wielu innych miast śląskich przyjeżdżały na wypoczynek zakładowy „dziewczyny do podrywania”, młode pracownice. Z. mieszkała we wsi. Gdy upiliśmy się jabolem zapraszaliśmy na ognisko koło namiotu wiejskie dziewczyny (bo do tych „z Bogatyni” chodziło się pod ich domki campingowe, a do LOK-i pod namioty wojskowe). Nie bardzo chyba wiedzieliśmy, co z nimi zrobić, podobnie pewnie myślały one, młode siksy. Jednej nocy, zamroczony winem, pierwszy raz sięgnąłem ręką za stanik. Pod wielkim drzewem, przy wygasłym ognisku, parę metrów od brzegu jeziora. Ona broniła się… umiarkowanie. Piersi miała małe. • 32


Rozmowy w drzwiach W naszej rodzinie, w okresie zamieszkiwania na Rynku, panował dziwny zwyczaj rozmawiania z gośćmi lub sąsiadami w drzwiach. Raczej nie zapraszano ich dalej. Przynajmniej tak to pamiętam z lat dzieciństwa i młodości, do momentu, gdy i mnie zaczęli odwiedzać goście, a potem bywały też dziewczyny. To samo później dotyczyło znajomych siostry i brata. Z czego ta sytuacja wynikała? Z jakiegoś wstydu rodziców, że mamy tylko kuchnię i dwa pokoje? Z tego, że nie ma w mieszkaniu „nowoczesności”, czyli ubikacji, łazienki, bieżącej wody? A może nie było przybyszów czym poczęstować? Sądzę, iż wszystko to po trochu „pracowało” na ten gest, a kto wie, czy powodem nie był również swoisty wstyd rodziców z powodu ich statusu społecznego. Że prości ludzie… Że inni są lepsi… Choć przecie mieszkaliśmy w otoczeniu takich samych prostych ludzi, jak my. Głównie rodzin rzemieślników, kolejarzy i gospodyń domowych. Zaiste, było to zachowanie niemądre i niepotrzebne, gdyż nie było się czego wstydzić. Mieszkanie musieliśmy wszak – ile o to wybuchało awantur – nieustannie sprzątać (zwłaszcza ze względu na nitki, ścinki z warsztatu krawieckiego taty klejące się do kapci). W soboty mama pastowała podłogi, a mnie przychodziło je „wyświecić”. Dlatego wchodząc do mieszkania należało zdjąć buty, „żeby nie nanosić”. A ja tak tego nie cierpiałem… Jednakże wracające ze sklepu sąsiadki, gdy miały ciekawą wieść o tym co „rzucili na rynek”, i tak nie wchodziły z korytarza do mieszkania dalej, niż na próg kuchni. Nie wchodziły, bo nie były zapraszane (pomijam klientów taty, którzy musieli przejść kuchnię i wejść do warsztatu krawieckiego). I na tym progu, w płaszczu zapiętym pod szyję, z torbą pełną zakupów w ręce, czasem bywało godzinę, stała pani taka czy inna, i gadała z mamą. Nie mogłem tego przełamać. Już jako nieco starszy młodzieniec „robiłem numery” pytając niespodziewanie mamy „kumoszki” (określenie ojca): – A może zrobić kawę? Jednak kobiety tego samego pokroju co mama, tylko się dziwiły temu pytaniu. – Przecież mam swoją w domu – najwyżej odpowiadały zaskoczone dziwną ofertą. Po latach, ba, po dziesiątkach lat, rodzice przyjeżdżają do mnie do domu w Wilkanowie, głównie na wakacje. Siedzą sobie 33 •


w ogrodzie, wypoczywają, przy okazji pilnując domu. Żebym mógł wówczas z całą rodziną spokojnie wyskoczyć na wakacje do Suwałk. Gdy z wiekiem stan ich zdrowia budził obawy, umawiałem się ze znajomymi lekarzami, że „w razie czego” podjadą w trybie awaryjnym do domu ot, „rzucić okiem”. Oczywiście na rodziców, nie na dom. No i tak się kiedyś zdarzyło, że uproszona lekarka z własnej chęci, acz nie zapowiadana, podjechała do domu, zadzwoniła do furtki, żeby sprawdzić, co tam u rodziców. Już nie pamiętam ich opowieści, czy wyszli na spotkanie oboje, czy któreś pojedynczo, w każdym razie podeszli do furtki i gdy usłyszeli o co idzie orzekli wobec lekarki, iż wszystko w porządku i … zawrócili do domu. Wyrzucałem im potem, że przecież ona specjalnie do nich przyjechała, że grzeczność wymaga zaprosić na kawę, herbatę, zamienić dwa zdania, tym bardziej, że nic innego do roboty przecież nie mieli. Niestety, taka argumentacja – nawet po tylu latach – nie dociera. A gdy kiedyś wróciłem do tematu usłyszałem: – Nu przecież nic się nie stało, a w końcu nie znamy kobiety.

Prywatka na ul. Warszawskiej O  prywatkach wiem, że bywały, lecz sam byłem na kilku zaledwie. W  tym jednej, pamiętnej, na ul. Warszawskiej. Chyba chodziłem już do szkoły średniej, a moją miłością była wówczas R., kuzynka kolegi. Kochałem się w niej platonicznie wiele lat. Ale nawet nie zdarzyło mi się jej pocałować. A dotknąć?! Najwyżej w tańcu. U niej kiedyś odbyła się „impreza” na pięć osób chyba. Piosenki leciały z adaptera Bambino, oczywiście żadnego alkoholu – chyba nawet nikomu do głowy to nie przyszło – byliśmy porządną katolicką, małomiasteczkową młodzieżą. Rodzice dziewczyny byli zresztą w domu. Czy z nią tańczyłem wówczas? Nie wiem, nie pamiętam. Prawdopodobnie, bo zdaje się, iż dziewczyn było mało; w  głowie po tej prywatce została mi jeszcze H., koleżanka z  którą chodziłem (dojeżdżałem) do szkoły. W każdym razie owa prywatka pogłębiła tylko stan mojego beznadziejnego zakochania (zawsze bez wzajemności) i pozostawiła na zawsze jedno skojarzenie. Z piosenką Urszuli Sipińskiej „Miłość ze szkolnych lat”. • 34


Rysiu napisał wiersz Była niedziela, ciepło, popołudnie… – Słyszałeś, Rychu napisał wiesz?! – przekazał mi Jacek. Wiersz był biały i tak się właśnie zaczynał. „Była niedziela, ciepło, popołudnie…”, dziwnym trafem zapamiętałem to do dziś. Chyba to dzieło zmobilizowało mnie do napisania później „opowiadania” pt. „Asy”. Natomiast to, do czego nawiązywał Rysiu w swym „utworze poetyckim” dotyczyło sytuacji, gdy po jego namowach wziąłem na łódkę, która stała u dziadków w Przyprostyni, moją kuzynkę. On bowiem się w niej kochał (a potem z nią ożenił) i wciąż chciał mieć z nią jakiś kontakt. Co mnie irytowało i męczyło, że muszę występować w roli pośrednika i przyzwoitki. Poświęcałem się jednak dla kolegi, bo „uderzałem” z kolei do jego kuzynki i liczyłem na rewanż. Płynęliśmy, ja wiosłowałem, bo nikt inny nie potrafił. Pech chciał, że w czasie wiosłowania okazało się, że mam niezapięty rozporek. Przeżywałem straszne katusze, bo zapiąć oznaczało przyznać się… Ale wiersz powstał mimo tego…

Rysiu napisał wiersz II Zaczynał się tak: „Była sobota przyjemnie popołudnie”, a  dalej leciało coś o tym, że na łódce płynęliśmy Obrą. Dla autora najważniejsza w tym wszystkim była obecność Basi, mojej kuzynki, a  jego późniejszej żony. Bo był na tyle uparty, że dopiął swego. Basia mu się kiedyś spodobała tak długo „drążył temat”, że skończyło się to na ślubnym kobiercu. Ale mnie wówczas nie było ani na ślubie i weselu. Dlaczego? Nie wiem. Wiem natomiast, kiedy ją pierwszy raz zobaczył. Weszliśmy – kilku chłopaków – z jakiejś okazji na wieżę kościelną. Bardzo wysoko. I stamtąd oglądaliśmy miasto i okolice przez lornetkę. W pewnym momencie, gdy Rychu dorwał się do lornetki, zauważył na ulicy przed kościołem dziewczynę, która od razu wpadła mu w oko. Może gdybym siedział wtedy cicho, to nie męczyłby mnie potem, w każdym razie na hasło „ładna dziewczyna” wziąłem lornetkę i popatrzyłem. – Przecież to moja kuzynka, oznajmiłem. – Musisz mnie poznać, od razu zażyczył sobie. I potem 35 •


długo robiłem za przyzwoitkę wędrując z nimi po różnych nabożeństwach kościelnych do Przyprostyni. Niestety, nie zrewanżował mi się, gdyż mnie z kolei – choć było to zupełnie przypadkowe – spodobała się jego kuzynka z ul. Warszawskiej. Próbowałem podobnie, po kościele, odprowadzać ją do domu i podrywać. Albo umawiać się do kina lub na spacer. Czy zagadywać rano ok. 5.30 na stacji Zbąszyń Przedmieście, gdy z tłumem uczniów dojeżdżających do szkół średnich czekaliśmy na pociąg. Ona jechała tylko 3 km z Przedmieścia na Główny (czyli Duży, jak u nas mówiono) dworzec. A potem w innym kierunku. Jednak moje zabiegi spełzły na niczym. O tym wierszu powiedział mi Jacek. Było to „wielkie” towarzyskie wydarzenie. Tak się edukowałem.

Codzienne wstawianie o 5.07 Dlaczego poszedłem do technikum mechanicznego? Nie jestem pewien, lecz ukryty wpływ na decyzję – moją, samodzielną – zapewne miały rodzicielskie rozmowy. Ich wielkopolski praktycyzm. Bo najlepiej mieć zawód. Porządny, stateczny, niezbyt rzucający się w oczy. Taki, żeby człowiek zawsze był przydatny. Niezależnie od sytuacji, ustroju, wojny lub pokoju. Tacy byli i tak myśleli o życiu rodzice. Sami też starali się nie rzucać w oczy, nie wyróżniać. Inżynier (obojętnie jakiej specjalności) to dla nich byłoby połączenie małomiasteczkowego prestiżu i  wysokiego statusu społecznego. Pewnie więc ukształtowali moje myślenie. Później brata skierowali na geodetę. Niestety lub na szczęście, po tygodniu, zdaje się, uciekł z poznańskiej szkoły do zwykłego liceum w Wolsztynie. Poszedłem do technikum mechanicznego w myślach rezerwując sobie ostateczną decyzję o przyszłych studiach. W końcu pięć lat nauki w technikum, rozumowałem, kończy się maturą. Po niej mogę wszak zdawać gdziekolwiek zechcę. I faktycznie, pięć lat potem zdawałem na kulturoznawstwo. Bez powodzenia zresztą, co pokazało, iż szkoła nie przygotowała mnie jednak na studia humanistyczne. Ponieważ w Zbąszyniu nie było szkoły średniej nowy etap w życiu oznaczał codzienne dojeżdżanie do szkoły w Świebodzinie. Przez kilka lat wstawałem jak robot o 5.07. A wraz ze mną mama. • 36


Potem tak samo asystowała siostrze i bratu. Śniadanie mogłem sobie zrobić sam, jednak mama nie dawała się przekonać. Codziennie, zwłaszcza zimą, stawiała przede mną talerz ciepłej polewki z mleka i maślanki z dodatkiem pokrojonych kawałków chleba. Prawie śpiący wędrowałem na stację Zbąszyń Przedmieście (skąd było bliżej niż z dużego dworca, jak się w mieście mówiło). 45 minut jazdy pociągiem „tam” zazwyczaj przeznaczałem na sen. W szkole byłem zwykle o 7.10. Dość było czasu, żeby odpisać od kogoś nieodrobione lekcje lub przeczytać zapomniane zadania. Powrót do domu, zawsze o 15.47 wyjazd, to kolejne 45 minut w pociągu, ale wtedy przeznaczane na grę w karty, w kopa. W sumie, pięć lat dojeżdżania. Wiele się zdarzyło. Rozmowy, lektury, awantury. Nowe znajomości. Czytanie „Radaru”.

Szkolne praktyki W technikum (tarcza szkolna na rękawie z literkami TM 52) istniał zwyczaj, że w trzeciej i czwartej klasie szkoła wysyła uczniów na praktyki zawodowe. To była niezwykła atrakcja i życiowa przygoda dla wszystkich chłopaków (dziewczyn w mojej klasie – specjalność: obróbka skrawaniem – nie było). Bo po pierwsze praktyka trwała miesiąc, a po drugie, jako miejsce praktyki można było sobie wybierać dowolny zakład przemysłowy o  profilu mechanicznym w całej zachodniej Polsce. Lista wisiała w szkolnej portierni. Buda załatwiała uczniom nocleg, więc nawet problemu ze spaniem nie było. Płaciliśmy tylko za bilet do miejsca praktyki. Zgadaliśmy się w czwórkę, Edek, Diabeł i chyba ktoś jeszcze, kogo już nie pamiętam i ja, że pojedziemy do Polmo w Szczecinie, zakładu mechanicznego produkującego części do samochodów. Dlaczego akurat tam? Prawdopodobnie powiedziałem chłopakom w klasie, iż w tym mieście mam ciotkę – Genię, ale też powód mógł być inny, przypadkowy. Istotne, iż młodych prowincjuszy kusił świat, a tu na tacy podają wielkie miasto portowe. Zamieszkaliśmy w internacie jakiegoś technikum, niedaleko Odry i Wałów Chrobrego. Był to wysoki, stary narożny budynek. Pierwszego poranka wsiedliśmy do tramwaju, żeby dotrzeć do zakładu. Niestety, w trakcie jazdy szybko namierzył nas kanar. Nastąpiły żenujące sceny, bo prawie dorośli faceci, a nie wiedzieli jak się kasuje bilety. Najśmieszniejsze, że nie 37 •


przyznaliśmy się kontrolerowi tylko coś tam bąkaliśmy, może któryś się zaczerwienił. Chyba gość szybko zauważył naszą „wsiowość”, bo pokazał co to się robi z biletami i nawet nie ukarał. W czasie pobytu zaliczyliśmy film „Seksolatki”, który mnie poruszył, poznałem też w stołówce dziewczynę, która mieszkała piętro wyżej. Rozmawialiśmy później z balkonów. A potem były wieczorne relacje tamtejszych chłopaków o wydarzeniach 1970 r., a w telewizji jakiś zacięty mecz klubów europejskich, z których jeden był na pewno rosyjski i o dziwo wszyscy na stołówce spontanicznie mu kibicowali.

Tramwaj, telefon Nauka korzystania z biletu tramwajowego przypadła mniej więcej na okres nauki posługiwania się telefonem. W naszym mieszkaniu nigdy nie było aparatu. W kamienicy zaś mieli go sąsiedzi nad nami, rodzice „prezesa” Rycha. Bywało, że korzystaliśmy z niego, co znaczy, iż z rzadka odbieraliśmy jakąś bardzo pilną wieść. Pewnego wieczoru przyszedł do nas Kazimierz Zimny, fotograf mieszkający cztery domy dalej, z  informacją, że telefonowano do niego, iż w katastrofie kolejowej zginął wuja Kaziu, taty brat. Akurat my, dzieci, kładliśmy się do spania. Mama wprowadziła zwyczaj wspólnego odmawiania pacierza wieczornego przy łóżkach. Gdy klęczeliśmy przyszedł Zimny. Tata od razu wsiadł na rower i pojechał do Przyprostyni. A któreś z nas, Oleńka albo ja (a może Maryś) podpowiedziało, żeby zmówić „wieczny odpoczynek” za wuja. Gdy tata wrócił okazało się jednak, iż w wypadku kolejowym zginął wuja Bronek Matysiak, ojca szwagier. Nauki telefonowania też biorą się z czasów nauki w technikum. Kiedyś „pan od elektrotechniki” kazał mi iść do sekretariatu i gdzieś zadzwonić; coś miałem mu po prostu sprawdzić. Poprosiłem panią Tereskę, sekretarkę, o pozwolenie skorzystania z telefonu. Wybierałem numer na tarczy, bo widziałem, że tak trzeba, ale jakoś się nigdzie nie dodzwoniłem. I z taką wiadomością wróciłem do klasy. – Nie można się dodzwonić – poinformowałem pana Jagodzińskiego. – Jak to?! – niemal się oburzył. Prawda zaś była taka, iż nie potrafiłem posługiwać się aparatem. Szkolny telefon miał obok tarczy dwa guziki do wciskania, biały i czerwony. Żeby „wyjść na • 38


miasto” trzeba było wpierw wcisnąć czerwony, potem dopiero kręcić numer. O czym, dziecko prowincji, nie miałem pojęcia, a sekretarki wstydziłem się zapytać. Pozostał więc cichy wstyd z powodu nieumiejętności posługiwania się zaawansowaną techniką.

Stancja przy Akacjowej Rok po pierwszej praktyce uczniowskiej w Szczecinie pojechaliśmy w sześciu na praktykę do Wrocławia, do FUM-u. Tym razem nie mieliśmy przygotowanego noclegu. Po prostu już starsi, „doroślejsi”, okłamaliśmy szkołę, która – o ironio – starała się pilnować, żeby uczniowie nie kombinowali i  byli przygotowani do praktyk pod każdym względem, także mieli zagwarantowany nocleg. W  efekcie trójka kolegów znalazł spanie u rodziny jednego z nich, a Kot, Kaziu i ja w… poprawczaku przy ul. Akacjowej. O tej przygodzie napisałem potem opowiadanko pt. „Stancja przy Akacjowej”. Wyjazd do Wrocławia był dla mnie istotny – jak się potem okazało – ze względów światopoglądowych. Chyba po raz pierwszy w niedzielę nie poszedłem do kościoła na mszę. Mama, która do dziś uważa, że mój ateizm jest wynikiem złego wpływu „tego odszczepieńca od wiary” Andrzeja, nie ma pojęcia, iż zaczęło się to właśnie we Wrocławiu, kiedy o AKW nie miałem bladego pojęcia. Nie poszedłem zaś do kościoła ze wstydu. Bo Kaziu i Kot nic o tym nie mówili, nie planowali wyjścia, a mnie było głupio okazać się gorliwym ministrantem…

Omega Szkoła średnia, dojazdy do niej, inne – nieco większe, niż moje, miasto – spowodowały, że trochę podniosłem się pod względem cywilizacyjnym i  kulturowym. W  owym czasie przebojem był utwór „Dziewczyna o  perłowych włosach”, węgierskiego zespołu Omega. Gdy zatem na zakończenie roku – jako działacz samorządu szkolnego – miałem kupić innym nagrody, miałem prawo również kupić coś dla siebie. Kupiłem wówczas szpanerską płytę Omegi w srebrnej, prawie metalowej okładce. I wciąż ją mam. 39 •


Z inwestycji płytowych tamtych lat zachowuję wciąż inny nabytek, zakupiony we Wrocławiu podczas praktyk uczniowskich. Longplay „Urszula Sipińska”. Szczupła blondynka na okładce, a na czarnym krążku w wersji angielskiej, niestety, moja ulubiona „Miłość ze szkolnych lat”. Ale i odkrycie - do dziś lubię tego słuchać – „Urszulka Kochanowska” Bolesława Leśmiana.

Egzamin we Wrocławiu Wpierw próbowałem się dostać na kulturoznawstwo do Wrocławia, na Uniwersytet Wrocławski im. Bolesława Bieruta, jak brzmiała pełna nazwa. Na czas egzaminów zamieszkałem w akademiku „Szkolny Dom” przy pl. Teatralnym, w pokoju – zdaje się – siedmioosobowym. I  co ciekawe, mieszkających wówczas ze mną chłopaków zapamiętałem do dziś; oczywiście coraz bardziej są za mgłą. Dla młodzieńca z małego miasta, bez obycia w wielkim świecie, każdy z nich stanowił ciekawą, atrakcyjną, wartą poznania planetę. Jednemu ojciec, wysoka fisza w wojskach lotniczych, co drugi dzień podrzucał samolotem skarpety, bieliznę, pieniądze. Chłopak był z Warszawy, „światowiec”, ale podwórkowy cwaniak. Inny, co stanowiło ciekawe doświadczenie dla reszty, opowiadał o swojej dziewczynie, jak to spędzają czas ze sobą nago. Zazdrościłem mu i  nie bardzo mogłem sobie wyobrazić siebie, prowincjusza, w takiej roli. Egzaminy oblałem. W czasie gdy męczyłem się na pisemnym z angielskiego – w starym gmachu przy ul. Szewskiej – Polska grała pamiętny mecz z NRF-em na mistrzostwach świata w piłce nożnej. Wyszedłem z sali z poczuciem swojej przegranej, na pięć minut przed końcem meczu. Wrocław wymarł. Tylko na jednym z balkonów, dość wysoko, zauważyłem mężczyznę. – Ile do końca?! Jaki wynik?! – rozdarłem się na całą ulicę. Niestety, odpadliśmy z walki o finał. Ja również…

Węzeł życia Postanowiłem iść do pracy na kolej, do Zbąszynka. Pora najwyższa, bo cóż było robić. Obijać się, czekać aż się wojsko upomni? Wyznaczyłem sobie dzień odwiedzin węzła PKP. Wieczo• 40


rem jeszcze przeglądałem tygodnik „ITD”, leżący w warsztacie taty na stole. Kartkując znalazłem informację o wrześniowych, dodatkowych egzaminach na studia w  Zielonej Górze. Zdecydowałem od ręki – zamiast do Zbąszynka, rano jadę do Zielonej Góry, zawiozę papiery na WSP, może uda się dostać na kierunek wychowanie techniczne. Bo na tych studiach był m.in. przedmiot rysunek techniczny, a tenże, po technikum, miałem w małym palcu. Decyzja o studiowaniu chyba była trafna. Egzaminy zaliczyłem. I  pewnie ten moment ukierunkował mnie na pozostałe życie. Z  niego wszystko potem wynikło. Kolejne kroki życiowe były uwarunkowane tą właśnie wieczorną decyzją podjętą po lekturze „ITD”. Nie miałem zresztą wówczas pojęcia, iż w kilka lat później zwiążę się z tą redakcją, będę publikował na tych łamach, a naczelny pisma (po latach prezydent Polski) zaproponuje mi pracę w  piśmie. Uprzedzając fakty – gdybym przyjął wówczas i tę „prezydencką ofertę”, pewnie jeszcze inaczej wyglądałoby moje życie. Jednak odrzuciłem ją i los potoczył się innym torem.

Heretycy Kiedy to dokładnie było? Można policzyć, ale nie trzeba. Wystarczy metoda opisowa. Zdarzyło się w latach 80., wówczas, gdy nad Obrą skończono budować nową, wielką szkołę. Wciąż jest tak wielka, że mieści podstawówkę na setki uczniów i kilkusetosobowe gimnazjum. Mówiono tajemniczo, iż właściwie to szpital przyfrontowy na wypadek „W”. I dlatego budynek musiał być tak duży. Postawienie go zamknęło pewien ważny okres w  lokalnej oświacie. Zlikwidowano bowiem szkołę nr 1 (moją) i nr 2 (tuż pod moim domem na Rynku). Gdy nowa placówka była gotowa rozpoczęto przymiarki do nadania jej imienia. Bój ideologiczny toczył się między proboszczem, który chciał jakiegoś swego kandydata (ale nie było jeszcze mody na Wojtyłę jako patrona), a chyba zjednoczoną partią lub naczelnikiem miasta. Wówczas, z odległości, bo mieszkałem w Białymstoku, zaproponowałem listownie na patrona najwybitniejszego chyba krajana – Marcina Czechowica, papieża nurzałkowców, jak go w XVI wieku nazywano. Niestety, odpadł, 41 •


a przeszedł zaś – kompromisowy i raczej bezsensowny w przypadku historycznego miasta mającego własnych kandydatów – Arkady Fiedler. Moje próby forsowania Czechowica wsparło wtedy dwóch wybitnych uczonych, prof. Lech Szczucki, autor książki „Marcin Czechowic” i jego kolega z sąsiedniego biurka w PAN – prof. Janusz Tazbir. Napisali (na moją prośbę) list do rady miejskiej, a ja ponadto umieściłem go w tygodniku „ITD”. Niestety, nawet takie autorytety nie wystarczyły. Proboszcz chyba wiedział, że Czechowic był „heretykiem”. I odpowiednio zadziałał. Odegrałem się gdy kilka lat potem wybuchła samorządność lokalna. Zaproponowałem bowiem (wciąż jeszcze żyjąc na wschodzie kraju) nowe nazwy kilkunastu ulic w mieście. Przyjęły się. Wśród nich, na powstającym właśnie osiedlu, wskazałem takie oto miana: ul. Ariańska, Husycka i Marcina Czechowica. Rzec można – zakątek heretycki. Tak udało się, mimo wszystko, wprowadzić w obieg społeczny wybitną postać ze złotego okresu w polskich dziejach. I nawiązać do pięknej i burzliwej przeszłości miasta. Nie dość na tym. Po paru latach na mapie i w rzeczywistości pojawiło się kolejne osiedle z ulicami bez nazw. Ktoś zgłosił się do mnie, żebym coś wymyślił. A że Zbąszyń miał jeszcze z okresu wojen husyckich kilku wybitnych „odszczepieńców” – zaproponowałem ich, jako patronów. Nazwy przeszły w głosowaniu rajców. Są. Mieszkańcy zapewne nie mają pojęcia, pod jakim to „paskudnym, heretyckim” adresem otrzymują listy i rachunki za telefony… W ten sposób podziękowałem moim poprzednikom, „heretykom”, za dramatyczne poświęcenie dla idei (wielu z nich zostało wydanych katolickim biskupom i spalonych na stosie) i wkład w historię mojego miasta, a także moją historię, smętnego lokalnego heretyka…

Powiedzonka mamy Mama miała za naszych domowych czasów zwyczaj używania dziwacznych, chyba nawet dla niej niezrozumiałych słów, które gdzieś mi się od czasu do czasu obijają po mózgu. „Storka”. Co to jest storka? Nie wiem. W kontekście brzmi to jakoś tak, że „jak cię stuknę to ci się przyśni storka”. Ale było też inne bliskie określenie, a  właściwie pytanie zadawane przez mamę wtedy, gdy ją • 42


czymś zezłościłem. „Chcesz chiba?” albo „jak ci dam chiba…”. Chib oznaczał chyba cios, uderzenie, ale najpewniej coś w rodzaju sójki w bok. „Fizmatenta” to różności („były tam różne takie fizmatenta”), ale „rententa” to, zdaje się, gorsza odmiana fizmatentów. A „rasztagi”? Stały tam takie rasztagi. Dokładnie nie wiem, choć wydaje mi się, że to mogło być coś dużego, co przeszkadzało, np. rusztowania. „Krybuny”, cytowane ponoć za babcią z  Kamieńca, to krzyże, te na które czasem cierpimy. „Wyglądasz jak taki dziechciarz”, czyli jesteś wybrudzony – tego długo nie rozumiałem, zresztą mama pewnie też. Doszedłem po latach kojarząc słowa: mamin fonetycznie wymawiany „dziechciarz”, to chyba „dziegciarz”, czy ktoś pracujący przy dziegciu i miodzie. Ale co to za zawód? I czy takowy istniał? Istnieje? „Co ty mnie utrujesz!” – znaczyło, ile ty mnie kosztujesz zdrowia. A nie „mam zmiru” – nie mam cierpliwości. Istniało (istnieje) też określenie „niecyrny”. Czyli taki niewyspany, niepozbierany. Lubi też mama przekręcać słowa, nazwiska, nazwy. Nie wiem czy poprawne zapamiętanie to dla niej jakiś problem, czy raczej szło zawsze o jakieś zabawy, droczenie się z rozmówcą? Do tych powiedzonek dopisuję jeszcze fragment piosenki, chyba z czasów tużpowojennych: „Lecz my nie wiedzieli o tem, że całować jest verboten”. Niemieckie słowo „zakazane” wzięło się chyba stąd, że mama była w czasie II wojny na robotach.

Piosenki taty Podczas prowadzenia zakładu krawieckiego w  domu, zresztą nawet wtedy gdy ojciec zatrudnił się w  „Romeo” i  jeszcze coś szył w  domu, miał zwyczaj podśpiewywania różnych piosenek. Zwykle były to strzępki, fragmenty, refreny nucone pod nosem. Nigdy o nie go nie pytałem, nie dociekałem skąd je zna. Słowem „pomijałem” te melodie, piosenki w ówczesnej domowej rzeczywistości. Jednak minęły lata, a muzyczne urywki zaczęły chodzić za mną. „Nie dbam jaka spadnie kara, mina, Sybir, czy kajdany” – zaczynała się (o czym wtedy nie wiedziałem) znana pieśń filarecka czy filomacka. Był też „Świder-mider kombinajder-obcinajder” co szedł narąbać „chrustu drobnego”. Była „Szara piechota” oraz 43 •


słynna gruzińska „Suliko”. I „Katarynka”, zresztą nie wiem czy taki był tytuł, ale fragment leciał tak: „Nut, nut (to miało być naśladowanie głosu katarynki, może brzmiało to bliżej „nyt, nyt”) katarynka, ojciec Polak, matka Niemka”. Taka mieszanka, ale bez pieśni religijnych. Plus wierszyk „Ecie pecie, gdzie jedziecie, do Torunia kupić kunia”. Dziś, mając 90 lat, ojciec mówi bez żadnego żalu, iż nie pamięta, że to śpiewał. Twierdzi, że pewnie słyszałem w radiu i „rzuciły mi się na uszy”. Po śmierci taty w jego papierach znalazłem teksty piosenek, wydanych być może przed II wojną, a może później. Taki śpiewnik, bez okładki, zaczynający się od strony 49, zachował się tylko spis treści. Wśród piosenek jeszcze jedna śpiewana przez tatę: „O gwiazdeczko coś błyszczała…”. A pod tytułem „Barkarola” jest też „Santa Lucia” nucona czasami przez tatę. Niektóre piosenki z tego kiepskiego śpiewniczka, niestety, nawet niedokładnie przekazują treść. Jakaś amatorszczyzna. Tata też miał powiedzonka, jedno mi utkwiło z prostego powodu. W niedzielę, gdy była okazja pospać dłużej, ojciec (i zostało mu to do samej starości) chodził po mieszkaniu, robił zamieszanie, jakby go denerwowało to, że ktoś jeszcze śpi. I gdy na to jego chodzenie po domu reagowałem irytacją, że chcę jeszcze chwilę pospać padało sakramentalne: „Dużo już tam nie naśpisz”…

Ojciec odchodzi Niespodziewanie – tak, chyba niespodziewanie, bo czyżbym wierzył, że ojciec będzie żył wiecznie? – zmarł tata. 12 Kwietnia 2013 r. Nie doczekał 93 lat. Zdrowie zaczęło mu szwankować po Gwiazdce. Zmarł po Wielkanocy. Wdał się parkinson. W marcu pojechałem posiedzieć z tatą w jedno niedzielne popołudnie. Siedziałem naprzeciw, przy tapczanie, na którym siedział w piżamie i rozmawialiśmy. Podłożyłem sobie pod prawą rękę kartki, wziąłem długopis i  notowałem jego oderwane zwroty. Lewą rękę co jakiś czas podawałem tacie, który chciał się podnieść, poprawić i  wtedy mówił: „Daj rękę, podaj rękę”. Monologi zaś brzmiały tak: „To tak jak mój ojciec, też potem już niczym się nie interesował. Podaj rękę, podaj rękę. Starość jest trudna dla młodości. Młodość jej nie rozumie (siedzi nie może znaleźć dobrej pozycji, • 44


Fotka taty została zrobiona przeze mnie w 2009 r. w Wilkanowie. To był chyba jeden z ostatnich pobytów ojca w moim domu. Wyszedł wówczas do tzw. drugiego ogrodu, a gdy wracał pstryknąłem. Nie jest to arcydzieło fotografii, ale i tak uważam, że zdjęcie jest udane. Bo ważne dla mnie. Z taką smugą cienia…

45 •


tu ciśnie, tam przeszkadza, poduszki, piżama). Nie widzę (patrzy w inną stronę, nie na mnie). Daj mi rękę (trzymam; patrzy gdzieś indziej). Nie mój głos. Może to echo. Z innej strony głos słyszę. Czas, że ona z tej szkoły odeszła (o mojej siostrze). Tak, że więcej się przyda i pomoże. Podaj kubek zimnej wody. Podaj maślankę (pije; mówi powoli, jakby problemy z  wymową). Ola może już jechać (trze oko, szuka guzików, żeby je zapiąć, choć są już zapięte). Tyle u was pobudowali w ogrodzie (bełkotliwie, język bezwładny). To starość. Ty mówisz o mnie? (Nagły atak parkinsona, kilka minut mocnej, zupełnie niezrozumiałej przemowy, potem normalnieje). Zawsze dojadę”…


Rozmowa z Eugeniuszem Kurzawą – Zdaje się, Twoja droga do pisania nie była typowa. Mogłeś do dzisiaj pracować w jakiejś fabryce, stać za tokarką, frezarką, a tu… Od lat pisarz i dziennikarz! – Czy można mówić o typowej drodze do pisania? Każda jest inna, każda wyróżnia się innymi akcentami. Myślę o pisaniu o charakterze twórczym, literackim. Bo moje dziennikarskie, rzemieślnicze „rzeźbienie” zaczęło się typowo, choć wtedy nie absolutnie nie zakładałem, że skończy się tym, w czym siedzę zawodowo od ponad 33 lat. Początki to szkoła średnia. Otóż gazetki, wtedy jeszcze zawieszane na tablicy samorządu i skrobane długopisem na kratkowanym papierze, pisałem już w Technikum Mechanicznym nr 52 w Świebodzinie. Po roku czy dwóch szkoła, a konkretnie chyba pani świetlicowa, dała możliwość robienia gazetki na powielaczu. Jak już wspomniałem panią świetlicową, to wtrącę, że chyba po niej świetlicowym w technikum był Felicjan Andrzejczak, później piosenkarz, wykonawca słynnej „Jolka, Jolka, pamiętasz”. Odbijałem zatem w oparach denaturatu jakieś 50 lub 100 egzemplarzy tej gazetki i prosiłem sklepik szkolny, żeby mi je upłynniał za 1,5 zł. Wcale jednak – powtarzam – nie myśląc o tym, żeby zostać dziennikarzem. Po prostu od dziecka lubiłem i chciałem coś robić. To była jedna z możliwych form aktywności. Notabene pierwszą taką formą aktywności społecznej, jak sobie teraz uzmysławiam, było zostanie… ministrantem. Zadecydował przypadek. Rodzice o tym wcześniej nie wiedzieli, bo decyzję podjąłem nagle, przypadkowo, pewnego dnia, gdy po wieczornej mszy lub po październikowym różańcu dołączyłem do kolegów, którzy szli się zapisać. I, zdaje się, była to jedna z pierwszych poważniejszych decyzji życiowych. Choć właściwie, czy moich? Poszliśmy na zbiórkę grupką chłopaków. I zostałem w tym gronie, bo przynależność do ministrantów pewnie dawała poczucie uczestnictwa w gromadzie, szansę osiągania sukcesu – z czasem zostałem grupowym – no i nie ostatnią sprawą była okazja kopania prawdziwej


skórzanej piłki po mszach i nabożeństwach. Zasiliłem więc szeregi ministrantów w klasie pierwszej podstawówki. I długo w nich tkwiłem. Może za długo. Wracając zaś do pisania. Gdy znalazłem się na studiach – z powodów jak wyżej – zacząłem pisać o życiu uczelni do „Gazety Lubuskiej”, dokładniej na kolumnę „Studenckie Szpalty”, a w dwutygodniku „Nadodrze” ambitniejsze nieco publikacje do wkładki akademickiej „Młoda Myśl”. Tym sposobem po prostu dorabiałem sobie do stypendium. Miałem za co kupować książki i korzystać z przyjemności życia akademickiego. W okolicy czerwca zaś dwulub trzykrotnie zatrudniłem się w biurze prasowym Festiwalu Piosenki Radzieckiej, gdzie tłukłem zadane kawałki o artystach przygotowujących się akurat do występów. Musiałem ich oczywiście wyłapać. Tak poznałem dzisiejsze, nieco już starszawe, gwiazdy polskiej estrady. Mogę wymienić parę nazwisk… Raz byłem nawet na bankiecie z Marylą Rodowicz, Czesławem Niemenem i innymi postaciami. Ja na jednym końcu sali kolumnowej, oni na drugim. Ale, che, che, razem… – Czyli zostałeś dziennikarzem poniekąd z rozpędu. Z nadmiaru aktywności. Ale pewnie i prestiż zawodu Cię pociągał… – Nie pamiętam, lecz i tak to można ująć. Ponieważ pisanie, czyli dorabianie do stypendium weszło mi w krew, poza tym poznałem przy okazji ciekawych, oryginalnych ludzi, kończąc studia nie myślałem już o innym zawodzie, tym bardziej o pracy w zawodzie wykształconym, jeno o dziennikarstwie. Jak powiedziałem, okazał atrakcyjny, pozwalał poznawać niebanalne osobowości, bywać w ciekawych miejscach, dobrze zarabiać, no i nie wymagał wstawania o godzinie 8.00 i siedzenia do 16.00 przy biurku. Ponadto pozwalał przemieszczać się dowoli i niejako przy okazji uczestniczyć w różnych przedsięwzięciach literackich. Dla mnie w sam raz. – Ale to dotyczy minionej już epoki, poprzedniego ustroju. Czy można porównać tamten okres pracy zawodowej z obecnym!? – W tamtych warunkach mogłem rozwijać się twórczo, byłem – za przeproszeniem – kreatywny. I to na własny rachunek. O dziwo, nie miałem z tego powodu konfliktów z kolejnymi pracodawcami, czyli redakcjami w Warszawie, Suwałkach czy Białymstoku. „Ku• 48


powali” tę moją aktywność. Wymyślałem zatem kolumny, arkusze literackie w pismach, w których byłem zatrudniony, różne Akademie Słowa, dodatki kresowe, rzucałem pomysłem Białostoczanina Roku, uruchomiłem klub środowisk twórczych w Suwałkach, dziesiątki podobnych inicjatyw. W środowisku miejskim, regionalnym i na łamach. A najczęściej tu i tu równocześnie. Po prostu: rzucałem pomysł i pisałem o nim nakręcając akcję społeczną i prowadząc spotkania, żeby daną ideę zrealizować. Powołałem tym sposobem do życia Towarzystwo Przyjaciół Grodna i Wilna. Istnieje do dziś. Uruchomiłem pismo „Goniec Kresowy”, wychodzi do dziś. Poruszyłem i powołałem do życia w Białymstoku Towarzystwo Ziemiańskie; oddział nadal działa. Doprowadziłem do powołania oddziału Związku Literatów Polskich w Białymstoku, co wcześniej wszyscy miejscowi literaci uznawali za niemożliwe. Na inaugurację przyjechał, jak pamiętam, Wojciech Żukrowski. Lecz zwłaszcza cenię sobie wielkie, jeśli idzie o wymiar i oprawę naukową, Ogólnopolskie Konfrontacje Pism Regionalnych. Proszę zapytać o to prof. Walerego Pisarka. Jest o Konfrontacjach nawet książka. Roznosiło mnie po prostu, a kolejne moje „zakłady pracy” to akceptowały, bo i szefowie zdobywali przy okazji spore punkty u władzy. Jeździłem też na seminaria literackie po Polsce i – co sympatyczne i symptomatyczne – nikt w redakcjach, w których pracowałem nie miał mi tego za złe. Nawet nie musiałem brać wolnego. Dlatego czułem się wolny! Mogłem też pisywać do różnych tytułów a redakcje, w których pracowałem były – dumne to za duże słowo, może – zadowolone, że dziennikarz się rozwija. Bo publikacja w „Życiu Literackim”, „Kierunkach”, „ITD”, „Sztandarze Młodych”, „Nowych Książkach”, „Zeszytach Prasoznawczych”, w prasie zagranicznej to była nobilitacja i to nie tylko dla autora. – W porządku. Rozumiem. A dziś? – A dziś jest inaczej. Nie ma tego, co było wówczas, nie ma z czym porównywać… – No dobrze, niech będzie tyle o drodze do pisania dziennikarskiego, czyli tego praktycznego, rzemieślniczego, jak mówisz, pozwalającego zarobić na codzienny chleb. A co Cię pchnęło w stronę poezji, literatury? 49 •


– Prawdę mówiąc dotąd o tych powodach nie myślałem. Lecz spróbuję na gorąco określić, bo dla mnie samego odpowiedź może być ciekawa. Powinienem chyba zacząć od szkoły średniej. To był już inny świat niż ten ministrancki, w którym się wcześniej obracałem. I z którym się w końcu gwałtownie pożegnałem. – Gwałtownie, czyli jak? – Pod koniec szkoły średniej zostałem heretykiem. Apostatą. W technikum trafiłem na kolegów z miasta nieco większego niż mój zapyziały Zbąszyń, ze Świebodzina i Międzyrzecza. Obracali się w kręgach, jakich w Zbąszyniu nigdy nie było, gdyż nie powstały ku temu warunki. Nazwijmy tychże kolegów pseudohipisami, bo w przecież wszyscy chodziliśmy do szkoły, więc na prawdziwą komunę hipisowską nie było szans. Ponieważ przyjaźniłem się z kilkoma z nich zainteresowały mnie ich zainteresowania. Przeczytałem wtedy – a po 30 latach kupiłem sobie gdzieś w antykwariacie – sztandarowe dzieło Kazimierza Jankowskiego „Hipisi w poszukiwaniu ziemi obiecanej”, z słynną Desideratą, przeczytałem rozprawę doktorską „Filozofia yogi – próba nowej interpretacji”; wyliczam po tylu latach z pamięci! I pewnie dziesiątki innych prac, z których wielu nie rozumiałem zresztą. Ale dyskutowaliśmy o tym, piliśmy tanie wino patykiem pisane, słuchaliśmy muzyki Jetrothul, Hendrixa, Led Zeppelin i innych płyt, których już nie pamiętam, bo jakoś mi ta muzyka nie leżała. Ale byliśmy braćmi. Mieliśmy swój świat. Nagle koniec szkoły. Kto dał radę dostać się na studia, ten się uratował, kto nie – szedł „w kamasze”. A z mojej klasy tylko cztery osoby poszły na studia! Tragedia dla hipisów, pacyfistów, dla kręgu przyjaciół. Wszystko się nagle rozpadło. Koniec świata. Wydawało się nam, że życie już nie ma sensu. Taki mieliśmy poziom idealizmu! Pisanie moje zrodziło się zatem spontanicznie z napięcia po rozpadzie więzi przyjacielskich wymuszonym przez „samo życie”. Nie miałem żadnego przygotowania do tworzenia. W akademiku „Tekturowiec” na pl. Słowiańskim w Zielonej Górze zacząłem coś płodzić. Szybko wyszło, że płody były raczej poronione, choć wtedy nie dla mnie. Skąd miałem o tym wiedzieć po pięciu latach zajęć z technologii metali, mechaniki, elektrotechniki, po dość słabym języku polskim? Byłem niezłym technikiem mechanikiem specjalność obróbka skrawaniem. Pisałem zatem coś sobie na luźnych kartkach, a potem w ogromnym grubym • 50


zeszycie, który dostałem od Melona, kolegi z roku; było to kilkaset kartek w kratkę oprawionych u introligatora tak, jak książka. Po paru miesiącach przepisałem pierwsze strony tego dziennika na maszynie – a zacząłem go zapełniać w październiku lub grudniu 1974, skończyłem zaś 9 grudnia 2008. Po 34 latach. Nie było już miejsca… Maszynopis zaniosłem poetce Annie Tokarskiej, która dorabiała sobie w tym samym budynku, gdzie był mój DS „Tekturowiec”, jako portierka studentów zaocznych. Przeczytała i odpisała mi. Bardzo delikatnie i rzeczowo. Trzymam ten jej listrecenzję do dziś. Kilkanaście miesięcy później dowiedziałem się, że w redakcji „Nadodrza” pracuje krytyk Waśkiewicz. Poszedłem z „wierszami”, czyli tym samym maszynopisem, który dałem Tokarskiej. To nasze pierwsze spotkanie opisałem już wielokrotnie, więc sobie tutaj daruję. Andrzej jednakże sprowokował mnie do, nazwijmy to nieprecyzyjnie, profesjonalnego wejścia w literaturę. Określenie zresztą wielce umowne, bo nigdy profesjonalistą nie zostałem. Jestem nieustającym samoukiem. Amatorem. Takie były początki mego pisania. – Potem miałeś epizod, dla którego oddaliłeś się z Zielonej Góry po przekątnej południowy zachód – północny wschód. Czy życie i praca na Białostocczyźnie odegrały jakąś ważną dla Ciebie rolę? – Och, to znacznie, znacznie więcej niż epizod! Spory kawał życia! Wpierw jednak muszę uzupełnić fakty: to było życie i praca wpierw na Suwalszczyźnie, a dopiero potem na Białostocczyźnie. Wiem, że z pozycji mieszkańca zachodu Polski to bez znaczenia, ale są to różne krainy, każda z inną historią i odmienną kulturą. Suwalszczyzna ma mniejszość litewską, starowierów lub inaczej starowierców – mniejszość religijną, zaś Białostockie oznacza bardzo silną mniejszość białoruską, Tatarów w Bohonikach i Kruszynianach, a co za tym idzie wyznanie muzułmańskie, no i oczywiście silne białorusko-polskie prawosławie od Białegostoku po południe województwa. Wracając teraz do pytania, tak, to były dla mnie dwa bardzo ważne, zlewające się dziś w jeden, okresy w życiorysie. Temat na książki i setki opowieści. Raz, chociażby z powodów, które wymieniam wyżej. Wyjechałam z niemal homogenicznej Polski – bo jestem Wielkopolaninem – gdzie o mniejszościach nigdy nie 51 •


słyszałem, gdyż ich „pod ręką” nie miałem, a w szkole nie uczyli o tym. Notabene różnych Fischbachów, Schuttów, Lehmanów, czyli sąsiadów ze Zbąszynia, uznawałem za swoich. I jako dziecko zanurzone od zawsze w „Potopie” nie mogłem zrozumieć, dlaczego Miller oblegający Jasną Górę nie jest nasz, czemu to jest szwarzcharakter. Tymczasem na północnym wschodzie trafiłem na barwną różnorodność narodową. I to mnie od razu zaciekawiło. Ten skrawek kraju to są jakby resztki I Rzeczypospolitej, z której ponoć tak jesteśmy dumni jako naród. Tak naprawdę – tylko powierzchownie. Bo nas, Polaków, ale nie mnie osobiście, rajcuje głównie mit o mocarstwowości tamtego państwa. Zapominamy, że tworzyli je Rusini, Litwini, Żydzi, Tatarzy, Karaimi, Ormianie, Niemcy i wiele innych nacji. Że to nie była Polska Polaków, tylko Rzeczpospolita wielu narodów. Drugie ważne doświadczenie tamtego okresu, a mieszkałem na północnym wschodzie od 1980 do 1991 r., z przerwą na roczną służbę wojskową we wrocławskim Zmechu, to moja własna aktywność społeczna, kulturalna i artystyczna. Z niej przez całe późniejsze życie – i do dziś – czerpałem niesamowite korzyści. Muszę powiedzieć, że te, w uproszczeniu, 11 lat, to było nieustanne ładowanie akumulatora. Poznałem ludzi, jakich wciąż mi brakuje po powrocie na zachód kraju. Takich osobowości tutaj nie ma! Pamiętam pierwsze polecenie służbowe, gdy w 1980 r. zatrudniłem się w tygodniku suwalsko-mazurskim „Krajobrazy”. Miałem, nieopierzony żurnalista, przeprowadzić wywiady z Andrzejem Wajdą i Andrzejem Strumiłłą. Ojciec Wajdy służył przed wojną w wojsku w Suwałkach, chyba w ułanach. Po 1989 r. Wajda został posłem czy senatorem z Suwałk i często tam bywał. Prof. Strumiłło zaś jest to postać pomnikowa. Renesansowa. Grafik, rysownik, malarz, fotografik, poeta, podróżnik po całym świecie, hodowca koni arabów. Znamy się od 33 lat z hakiem. Wciąż bywam u niego. Projektował okładki do kilku moich zbiorów wierszy, a ja niedawno redagowałem jego niesamowite dzienniki pt. „Factum est”. Strumiłło był komisarzem corocznych seminariów pn. „Kultura i środowisko” w byłym klasztorze kamedulskim nad Wigrami. Po latach wydaliśmy o tym wydarzeniu wspólnie książkę pod takim tytułem. Na te spotkania – zawsze we wrześniu – zjeżdżała przez 20 lat, od 1977 roku począwszy, elita kulturalna kraju i wielu ludzi z zagranicy. Nie tylko artyści. Uczeni, zwłaszcza ekolodzy, ale i politycy • 52


nowego rzutu, architekci, ekonomiści, pisarze. Mieszkałem z nimi – rok w rok – przez dwa tygodnie w tymże klasztorze, jadałem śniadania, obiady i kolacje, i cały czas dyskutowaliśmy. Bez koturnów i tytułomanii. W przerwach między wykładami i posiłkami. Dodam tylko w formie dygresji, że cały czas byłem wtedy w pracy. Dziś – niewyobrażalne! Tym sposobem poznałem takich artystów jak prof. Adam Myjak, Jan Berdyszak, Bohdan Chmielewski, Gustaw Zemła, którego notabene ściągnąłem wiele lat później na wystawę do gorzowskiego BWA. Bywał prof. Czesław Bobrowski lub Stefan Kozłowski. Tak spotkałem się z bratem noblisty, Andrzejem Miłoszem i jego żoną Grażyną. Setki – dosłownie – wspaniałych postaci. I co jeszcze ważne, nad Wigrami poznałem w 1986 lub 1987 Romka Mieczkowskiego. Przyjechał z Wilna, młody wtedy jak i ja, cichy, może lekko wystraszony, poeta polski spod Ostrej Bramy. Dzięki niemu otworzyła się przede mną kolejna niezwykle barwna karta życiorysu – kontakty z Polakami, z pisarzami polskimi Wileńszczyzny, podróże śladami Mickiewicza, ale w jakimż to towarzystwie! Po paru latach, już w Zielonej Górze w 1995 r., wydałem „Słownik polskich pisarzy współczesnych Wileńszczyzny”. W Wilnie odtąd jestem raz na rok, dwa. Mogę oprowadzać wycieczki po mieście. Ale dla mnie jako poety niezapomniane było odczytanie wierszy w celi Konrada. Ciarki chodziły wtedy po krzyżach… Albo kąpiel w Świtezi… – Rzeczywiście wszystko to bardzo inspirujące. Dlaczego zatem uciekłeś z północnego wschodu, skoro był tak atrakcyjny, inspirujący, skoro tyle twórczych postaci tam spotkałeś? Czy było to konieczne? – Czasem żałuję… Zachowałem jednakże w ówczesnej pamięci wizerunek zachodu kraju, Zielonej Góry, niestety, nazbyt idealny, jak się szybko po powrocie okazało. On jednak przyciągał! Ważnym powodem „ucieczki” ze wschodu w była chęć powrotu do korzeni. Zawsze byłem niepoprawnym lokalnym patriotą swego miasta. Mieszkając w Białymstoku zacząłem w 1989 r. wydawać – na odległość 700 km – pismo obywatelskie „Zbąszynianin”. Wydałem nostalgiczny tomik wierszy „Zapis”. Wymyśliłem, a właściwie odtworzyłem na prośbę kolegów, którzy po 1990 r. zaczęli rządzić Zbąszyniem, dawne, średniowieczne nazwy ulic. Wszystko to mnie ciągnęło nad Obrę i przyciągnęło ostatecznie. 53 •


Ale uciekłem też ze wschodu Polski, bo mi zaczęła doskwierać tamtejsza rozlazłość, niepunktualność, zapatrzenie w nielubianego przeze mnie Piłsudskiego, odradzająca się endecja i nietolerancja dla mniejszości. No i w białostockim „Kurierze Porannym”, nowym dzienniku tzw. niezależnym, którego byłem współzałożycielem, raptem zrobiło się dla mnie za ciasno. Rynek, rywalizacja, wyścig szczurów. A tu, w Zielonej, rodził się pomysł „Gazety Nowej” robionej przez dawnych kolegów ze studiów na WSP, z okresu „Faktora”, Klubu Dziennikarzy Studenckich. Wyglądało, że to coś dla mnie. Notabene właśnie wtedy darzyła się zabawna historia, „Gazeta Nowa” – zanim ostatecznie przyjęła mnie na etat – wpierw mnie uśmierciła… – Jak to uśmierciła? – Zamieściła cudnej urody pośmiertne wspomnienie autorstwa Zenona Łukaszewicza, żem odszedł z tego pięknego świata. Niestety, wycinek ów gdzieś mi się zapodział, ale na pewno jest do odszukania w archiwum lub w bibliotece. Powód tego „uśmiercenia” był następujący. Andrzej Buck, ówczesny naczelny „Gazety Nowej”, zamierzał mnie skaperować do tworzącej się „Gazety Nowej”. On, albo ktoś w jego imieniu, tak często dzwonił na jakiś numer do Białegostoku – niestety, nie był to mój numer – że wkurzony właściciel telefonu za którymś razem powiedział chyba, że poszukiwany Kurzawa nie żyje. Wobec tego w redakcji zlecono panu Zenonowi – krytykowi literackiemu związanemu z „GN” – napisanie wspomnienia. Było piękne. Że odszedł młody obiecujący, w kwiecie wieku i różne takie. To się już nie powtórzy, bo teraz już umrę stary. Szkoda. Durnowatość tej zabawnej historii polegała niestety na tym, że o „mojej śmierci” dowiedzieli się rodzice. A należy tu wtrącić, iż wtedy – był rok chyba 1990 – nie istniały jeszcze komórki, zaś rozmowy telefoniczne zamawiało się przez centralę telefoniczną; piękne czasy… Moi rodzice nie mieli telefonu. Nie mogli do mnie od ręki zadzwonić i sprawdzić co się dzieje. Przyszła zatem do rodziców delegacja władz Zbąszynia, a nowym burmistrzem został akurat mój dawny kolega szkolny, i zaczęła jakoś tak ogródkami zagadywać, chyba w sprawie wieńca, czy terminu pogrzebu. Nie wiem dokładnie, nie było mnie przy tym, znam tę relację z drugiej ręki. W każdym razie tata, jak zawsze, zachował trzeźwy umysł, pokazał delegacji mój list wysłany • 54


z Białegostoku już „po mojej śmierci” i uznał, że to niemożliwe, żebym nie żył skoro piszę listy. Ja sam o swoim „zejściu” długo nie wiedziałem. Dopiero pewnego dnia przyszedł list od Hanki, koleżanki ze studiów mieszkającej w Lubniewicach, adresowany do mojej żony. Z kondolencjami. To było naprawdę piękne. Przeżyć własną śmierć… – Rzeczywiście Twój okres północno-wschodni obfitował w zaskakujące wydarzenia. Nie dziwię się zatem, że traktujesz go jako czas „ładowania akumulatora”. Lecz w końcu wróciłeś na zachód. – W końcu wróciłem, ale jeszcze trochę poczekajmy z tym powrotem. Bo był jeszcze jeden bardzo egzotyczny epizod, który wydarzył się w okresie, gdy przeprowadzałem się z Suwałk do Białymstoku. Wyjazd do Korei Północnej. Odwiedziny u Wielkiego Wodza Kim Ir Sena i wspólne zdjęcie z nim. Pobyt w najbardziej gorącym miejscu na świecie, w Panmundżon, na granicy obu Korei, gdzie zgromadzono najwięcej broni na kilometr kwadratowy. – Serio?! Matko, w jakim celu odwiedzałeś jeden z najostrzejszych reżimów totalitarnych na świecie? – To była nagroda. Wiem, brzmi zaskakująco. Wyjaśnię po kolei. Muszę wrócić do czasów studenckich. Otóż, jak już mówiłem, początkowo byłem dziennikarzem studenckim, redagowaliśmy z kolegami pismo całego środowiska zielonogórskiego – „Faktor”. I z tego powodu pewnego roku, zdaje się 1976, znalazłam się na ogólnopolskim obozie dziennikarzy studenckich „Soczewka”. To od nazwy miejscowości wypoczynkowej pod Płockiem, gdzie Socjalistyczny Związek Studentów Polskich miał swój ośrodek wczasowy. Merytorycznie za dwutygodniowe zgromadzenie ok. 120 najlepszych ponoć młodych dziennikarzy z Polski odpowiadała redakcja tygodnika „ITD”. Żal, że już nie istnieje… Pracowało w nim wtedy wielu dziś uznanych żurnalistów, jak Pietrasik z „Polityki”, Mroziewicz, Andrzej Nierychło, Janek Rurański, Waldek Siwicki, czasem widuję ich w telewizji, czytam gdzieś w gazetach. Poza tym „ITD” przecierało pewne szlaki w prasie polskiej, było nowatorskie. Tam pojawiały się pierwsze kolorowe akty damskie, tam zaczął publikować swe porady słynny seksuolog, wówczas 55 •


doktor – Lew Starowicz. Ale wracam do „Soczewki”. „ITD” wyznaczało ze swej redakcji prowadzącego ów obóz, ten zaś musiał zagwarantować program zgrupowania. Oznaczało to zapraszanie na spotkania z nami, uczestnikami, różnych osobistości ze świata polityki, kultury, ale i dziennikarstwa. Tak poznałem Ryszarda Kapuścińskiego, który przesiedział z nami przy ognisku całą noc. Zanim wydał swe książki, np. o rewolucji w Iranie, opowiedział wszystko ze szczegółami wtedy w nocy. W każdym razie pozostały mi z tych „Soczewek” niepowtarzalne kontakty. Bo odtąd zacząłem jeździć co roku – zawsze w lipcu. A gdy na przełomie lat 1980/1981/1982 zaczął się kryzys społeczny i wiele dawnych instytucji z tradycją zaczęło się sypać, i także „Soczewka” miała nie dojść do skutku, zgłosiłem się do „ITD”, że ja poprowadzę ów obóz. Byłem świeżo po studiach, ale miałem doświadczenie, no i dobre stosunki z redakcją, której naczelnym akurat został mój rówieśnik Aleksander Kwaśniewski. Dlatego jestem z prezydentem „na ty”, choć nie mam od lat okazji, żeby go „tykać”. Olek dał wtedy zgodę i odtąd długie lata prowadziłem „Soczewkę” jako warsztaty dla młodych dziennikarzy, nawet z czasem wymyśliłem „Soczewkę zimową” na północnym biegunie zimna, czyli w Szelmencie za Suwałkami. I teraz dochodzę do sedna tego wątku. Za cały ten wysiłek w ratowanie i prowadzenie „Soczewki”, uznano w SZSP, należy się facetowi nagroda. A „pod ręką” był akurat wyjazd do Korei. Udawała się tam oficjalna delegacja młodzieży polskiej. Włączono mnie. Konkretnie z propozycją wyjazdu zwrócił się młodszy kolega, który w Zarządzie Głównym SZSP odpowiadał za szkolenie dziennikarzy i ogólnie propagandę – Robert Kwiatkowski. Pojechałem. A właściwie – poleciałem. 12 godzin lotu. Po drodze widok na jezioro Bajkał i różne takie… Coś niepowtarzalnego. Trzy tygodnie egzotyki. I szoku. Dlatego, gdy słyszę dziś kretynów mówiących, że w Polsce był totalitaryzm lub inne bzdury o ustroju PRL, to polecam im Koreę Północną. A poznałem ją dość blisko. Ukułem określenie na tamten ustrój, że to skrzyżowanie stalinizmu z Dżingis Chanem. Mam slajdy, pisałem o tym pobycie relacje, pamiętam przed wylotem zgrupowanie pod Warszawą, gdzie pułkownicy z MSW instruowali nas, żeby już na miejscu, w Phenianie, nie wypowiadać się politycznie w pomieszczeniach zamkniętych. I okazało się, że mieli rację. Lecz to już oddzielna opowieść. • 56


– A gdzie to zdjęcie z Wielkim Wodzem? – Mam! Cała nasza delegacja, a było to chyba 120 osób, przez dwa dni ćwiczyła w hotelu przygotowanie do fotografii. Tak, serio! Na ustawionych amfiteatralnie ławkach. W końcu zawieziono nas do pałacu Wielkiego Wodza, ustawiono na identycznych ławach, jak w hotelu, on wyszedł skądś, stanął między nami, pstryk i już. Fotkę dostaliśmy przy wyjeździe. A od syna, czyli Umiłowanego Przywódcy Kim Dzon Ila, mam wazon, obrus i coś tam jeszcze. – Otrząsnąłeś się po tym? – To było ponad ćwierć wieku temu, ale niektóre sceny, sytuacje wciąż mam przed oczyma. Zachowałem dziesiątki slajdów! I jadłospisy. Dodam, że przeżyłem na własnej skórze coś podobnego, co pokazuje słynny film „Defilada” Andrzeja Fidyka. Ryk tłumów na ulicy i my maszerujący środkiem. To budziło wręcz grozę. Nikt nie krzyczał na nas tylko ryk się niósł ulicami, ale pamiętam, że dziewczyny będące w delegacji chwytały nas ze strachu za ręce, chowały się za mężczyzn. To było wstrząsające. – A zaowocowało to może jakoś w Twojej twórczości? W końcu miałeś przeżycie dość silne… – Nie przypominam sobie, żebym bezpośrednio przełożył tamte chwile na wiersze. Może jeszcze kiedyś coś napiszę? Zwłaszcza, że totalitaryzm, ten brunatny, raptem stał się modny w Polsce i trzeba przed nim ostrzegać. Być może trzeba pokazywać, jak to wygląda w różnych wydaniach i do czego prowadzi. Naskrobałem wtedy nieco relacji dziennikarskich, które ukazały się chyba w prasie suwalskiej i białostockiej oraz warszawskiej, gdy zacząłem pracować w Warszawie w „Gazecie Młodych”. Notabene w pewnym okresie dojeżdżałem do pracy w stolicy z Białegostoku. Bagatela, 180 km! Ponieważ był to jeszcze czas cenzury, po ćwierć wieku wróciłem do koreańskiego tematu i opisałem rzecz w nieco poszerzonej wersji w samizdacie własnej produkcji. – O właśnie! Wymyśliłeś i realizowałeś przez lata zupełnie niszowe „Komunikaty 2”. Były specyficzne, funkcjonowały jako „list otwarty” do przyjaciół. Dlaczego już go nie rozsyłasz? 57 •


– Proste – nie stać mnie, nie mam na tę zabawę pieniędzy, choć idzie tylko o kilkaset złotych. Robiłem to bowiem wyłącznie za swoje złotówki. Choć ów „komputerowy list otwarty do przyjaciół” nie był nawet czasopismem, to jednak kserowanie co jakiś czas kilkudziesięciu kartek, wysyłka, koperty, znaczki, papier kosztowały. A zarabiam dziś, po 33 latach pracy zawodowej w tym „prestiżowym zawodzie”, ledwie grosze. Dla porządku dodam, że wcześniej istniały „pierwsze Komunikaty”, ale jako periodyk finansowany przez wydawnictwo, w którym pracowałem. Nawet płaciły za wierszówkę. To się jednak dawno temu skończyło. Nie wiem, dlaczego, zresztą… – Mimo wszystko, nie żal Ci porzuconej inicjatywy? – Jasne, że mi szkoda, gdyż była to jednocześnie autoterapia, zabawa, a i możliwość pisarskiego wyżywania się. Także okazja nieocenzurowanej reakcji na rzeczywistość. Dziką satysfakcję sprawiło mi kiedyś opisanie jednego z miast i wyliczenie wszystkich „niepoprawnych” tamże nazw ulic, od Marchlewskiego i Dzierżyńskiego począwszy, przez 22 Lipca, Armię Czerwoną etc. Całe centrum pewnego miasta na progu XXI wieku nie tknięte przez oszołomów z IPN-u i nawiedzonych „antykomunistów”! Co może być piękniejszego?! Znajomi w Polsce czytając to mieli niezły ubaw. Ta inicjatywa umożliwiała też rozsyłanie wierszy, recenzji i tekstów, które nigdzie indziej by się nie zmieściły. I popieranie literackich przyjaciół, jak choćby sekowanego przez „kręgi wolnościowe” jednego z najwybitniejszych polskich poetów współczesnych, Krzysztofa Gąsiorowskiego. Mogłem pisać to, co chciałem i nie musiałem się przejmować układami środowiskowymi, poprawnymi poglądami lub cenzurą. Mogłem sobie krytykować ostatnie dzieła Mrożka i młodego Lema (syna). Kserowałem zatem ów „list otwarty”, wkładałem do kopert i wysyłałem do znajomych w Polsce, oni odpisywali mi, czasem chwalili i jakoś tak psychicznie wychodziłem na swoje. – Trudno dziś żyje się z lewicowymi przekonaniami? I: czy pisarz po tylu, zwłaszcza polskich doświadczeniach drugiej połowy XX wieku, nie powinien stronić od polityki? – Czy trudno się żyje z lewicowymi przekonaniami? Trzeba zapytać ludzi lewicy. Na moje oko obserwatora życia społecznego – w katolicko-prawicowej i coraz bardziej brunatnej Polsce – chyba • 58


tak, coraz trudniej żyć z sercem po lewej stronie. Może dlatego lewica jest tak wystraszona, że boi się własnego cienia. Szczerze mówiąc te lewicowe poglądy trudno zauważyć i oficjalnie usłyszeć, bo niby gdzie. Empiki, kioski pełne są prawicowej prasy. Słyszałem nawet o takich osobnikach, co chodzą po empikach i dostępnych publicznie regałach z prasą, i co bardziej „liberalne” lub „żydowskie” tytuły zasłaniają katolickimi i „słusznymi” periodykami. W telewizji też sami neofici i apostołowie prawicy. Jest to o tyle smutne, że prawicowy kapitalizm pokazał wyraźnie swoje wredne oblicze, lecz nikt z lewicy – nawet teoretycznie – nie chce z nim walczyć, nawet na poglądy. Dlatego żyjemy w kapitalistycznym gównie bez większej nadziei na bardziej sensowne życie. Stąd wziął się chociażby mój ostatni tomik „Ćwiczenia z rozpaczy”. Lecz politycznie się nie angażuję, bo mi umowa o pracę nie pozwala, a i nie mam temperamentu i ambicji w tym kierunku. Wolę pisać wiersze niż pieprzyć głupoty lub słuchać oszołomów. Natomiast w sprawie polskich doświadczeń… Druga połowa XX wieku to długi okres, właściwie 55 lat, bardzo ciekawy pod względem literackim, pełen dzieł i arcydzieł literatury polskiej, z najwybitniejszym polskim twórcą od czasów Mickiewicza – Tadeuszem Różewiczem. Po doświadczeniach ostatnich dekad, szczególnie po 1981 r. do dziś, można sądzić, że rzeczywiście byłoby lepiej, żeby się pisarze politycznie nie angażowali, bo nic mądrego, nic wielkiego z tego zaangażowania w literaturze dotąd nie powstało. Gnioty. Nie do czytania. Pamiętam utwory stanu wojennego – „słuszna grafomania”. Ale o to zaangażowanie w politykę – lub o konieczność stronienia od niej – należałoby zapytać nie mnie, lecz pisarzy zaangażowanych. A jest ich legion. Chyba wyłącznie na prawicy. Od poety Rymkiewicza poczynając, przez różnych Ziemkiewiczów i takich tam…. To, co uprawiają jest to literatura ideologiczna, „słuszna”, lecz bezwartościowa. Stalinizm a’ rebours. – Próbuję trzymać się chronologii Twego życia. Ostatecznie zatem wróciłeś na zachód, osiadłeś na wsi pod Zieloną Górą. Mieszkasz tutaj już ponad 20 lat. I co? Warto było się przemieszczać kolejny raz? Wracać ze wschodu? – Po osiedleniu się pod Zieloną Górą zdarzyło się wiele dobrego w moim życiu, więc trudno tego powrotu żałować. Mam dom i ogród, a nawet prowadziliśmy z żoną przez lata Ogród sztuk. 59 •


Jestem też bliżej swoich korzeni, swego miasta rodzinnego, choć jest to dziś niestety jałowy wątek. Lecz mimo drobnych radości i drobnych sukcesów od wielu lat – nie powiem, że tak „chwilę po powrocie” – jestem ogromnie rozczarowany. Wschód był piękną przygodą młodości. Ładowaniem akumulatora. Tam poznałem żonę, tam urodziła się córka, która jednak czuje się zielonogórzanką, choć urodzona jest w białostockim Gigancie; to jeden z tamtejszych szpitali. Natomiast tu i teraz ten swój akumulator nieustannie rozładowuję. Brak mi ludzi takich jak Andrzej Strumiłło, jak Sokrat Janowicz zmarły niedawno, Krzysztof Rau, Krzysztof Czyżewski, Stanisław Woś. Plus nazwisk, które – oprócz wymienionych – wylicza w swej ciekawej pozycji „Metafizyka prowincji” białostoczanin Jan Kamiński: Tarasewicz, Pawluczuk. Dorzucę Kazaneckiego, Wołkowa, Redlińskiego, Maksymiuka i inne „wydłubywane” co rusz z puszcz, lasów postacie. To osobowości, na których opiera się kultura tamtych stron. Wybitności na poziomie Europy. Nam takowych brakuje, choć wiem, że łatwo mi zaprzeczyć rzucając nazwiska kilku profesorów uniwersyteckich i lubuskich artystów. Jednak, moim zdaniem, to nie ta półka. Brak tu charyzmy. Owszem, są solidni naukowcy, jest świetne rzemiosło artystyczne. Lecz gdy się siedzi koło Strumiłły to człowiek autentycznie czuje, że musi coś robić, tworzyć. Płyną do ciebie fluidy, w które ja… nie wierzę. Ale czuję je, bo gdy wyjeżdżam po całym dniu z jego Maćkowej Rudy nad Czarną Hańczą to tańczą myśli, chce się pisać, działać, przestawiać bryłę świata. Ziemia Lubuska jest dla mnie rozczarowaniem. Tym bardziej, że po moim przyjeździe tutaj akurat upadł świat, do którego mogłem się odwoływać. Zdegradowały się instytucje, miejsca, pochowali się gdzieś dawni koledzy, właściwie nie mam tu żadnych przyjaciół (sic!), a nowość nie dorównuje tamtym czasom. – Jesteś od wielu kadencji prezesem oddziału ZLP. To jakaś misja?, posługa?, haracz?, katorga?, pasja? Masz temperament działacza? – Zdaje się, że należy potwierdzić wszystkie wymienione przypadki po kolei. Nie chcę ich rozkładać na czynniki pierwsze. A dlaczego tak jest? Dlaczego w tym siedzę? Zostałem członkiem ZLP w latach 80. Jarosław Iwaszkiewicz, długoletni prezes-opoka, już nie żył. Lecz ja żyłem jeszcze mitem elitarnego Związku Iwaszkie• 60


wiczowskiego, myślą, że wchodzę do grona namaszczonych. Tych, o których czytałem w książkach, wspomnieniach, rozprawach. Potem mogłem ich nawet dotknąć. Trzeba pamiętać, iż jestem dzieckiem prowincji katolicko-mieszczańskiej. Wywodzę się z rodziny robotniczo-chłopskiej. Pochodzę z małego miasta w Wielkopolsce. Być może po skończeniu technikum powinienem być tokarzem, zatrudnić się na kolei – to rodzinna tradycja – lub w przemyśle. Bycie dziennikarzem, już nie mówiąc o byciu poetą, pisarzem to nie był horyzont ludzi mieszkających nad Obrą. Skoro już jednak znalazłem się w organizacji pisarzy to uznałem, że trzeba coś robić. Koledzy wypchnęli mnie w 1995 r. na stanowisko prezesa, więc cóż… Nie cierpię bierności. Działam. Poza tym, gdzieś tam od tych czasów szkolnych, studenckich, a zwłaszcza suwalskich, wlecze się za mną konieczność, może wręcz misja: zmieniać świat. Poprawiać go. Na ile mogę i potrafię. Na szczęście to już się powoli we mnie wypala… – Twoje lokalne środowisko pisarskie miało lepsze lata dawniej czy teraz? I jak w ogóle widzisz przyszłość takiego stowarzyszenia jak ZLP? – Nie chciałbym, żeby ów piękny mit ZLP – dziś już wiem, że w znacznej mierze mój subiektywny mit – upadł zupełnie. Mniejsza o samą organizację, patrzę egoistycznie: idzie mi o siebie. Nie chcę oglądać swoich potrzaskanych marzeń. Jednak wiele wskazuje, że do tego dojdzie. Jeśli odejdą „starzy”, z obecnych prezesem ZLP Markiem Wawrzkiewiczem, jest obawa, że na łup rzucą się oszołomy i zrobią z tego prawicowy związek literatów; były już takie podejścia, były próby rozsadzenia ZLP. Wtedy rzucę to wszystko i wystąpię z organizacji. Dziś związek naprawdę nie jest potrzebny do tworzenia, do funkcjonowania w środowisku i życiu literackim. Choć znam wiele osób z nabożeństwem podchodzących do członkowstwa lub z podobnym nabożeństwem oczekujących na nie. To nie jest dziwne. Sam to przeżyłem, więc rozumiem takich ludzi i nie mam zamiaru burzyć ich marzeń. W takich czasach, jak obecne dobrze jednak jest czuć się, choćby nominalnie, wyróżnionym, jeśli nie można inaczej. A czy środowisko zielonogórskie ma czy miało już swe lepsze lata? Nie wiem. Może ktoś z nas jeszcze dostanie Nobla? Trzeba zawsze na to liczyć. Z drugiej strony, jeśli kiedyś do małego 61 •


oddziału ZLP należeli tacy twórcy jak Waśkiewicz, Papusza, Dowgielewicz, Korsak, Trziszka, należy jeszcze z tamtego pokolenia Koniusz, to można się obawiać, że podobny zestaw nazwisk już się nie powtórzy. Choć jest nas dziś 26 w Zielonej Górze i drugie tyle w Gorzowie, a ich razem było… sześciu, przynajmniej w pierwszym rzucie. – Kto, Twoim zdaniem, ze środowiska lubuskiego zostanie w pamięci historycznoliterackiej i kto z młodych ma szansę na sukces? – Zostanie przede wszystkim Papusza. Nie wiem czy w twórczości, ale w pamięci zbiorowej na pewno, wszak szykuje się o niej film, a to pomaga. I wzmaga zainteresowanie twórczością. Zostanie Andrzej K. Waśkiewicz, na pewno najwybitniejszy twórca Ziemi Lubuskiej; skala europejska. Ważne są i będą też takie osobowości jak Kazik Furman, może Zdzisław Morawski. Oraz Mieczysław Warszawski i Czesław Sobkowiak. Nie można zapomnieć o Januszu Koniuszu, który najmocniej spina region i geograficznie, bo jest wszędzie obecny, i pokoleniowo. Natomiast z młodszych dobrze rokują Krzysztof Fedorowicz, którego nagradzałem jako juror w pierwszym Lubuskim Wawrzynie Literackim oraz wszędzie widoczna Beata Patrycja Klary. – A Twoja poezja… Możesz dokonać próby jej autozdefiniowania i ocenić własny sukces lub klęskę? Sny się spełniły? – Hmmm. Nie jestem teoretykiem, nie jestem nawet polonistą, więc wolę próby opisu mojej poezji zostawić innym. Poczytać, co oni w niej znaleźli. Często bywam zaskakiwany. Ale to normalne i dopuszczalne. Moja poezja to różne, sprzeczne ze sobą stany. Nie chcę i nie potrafię być w tym swoim pisaniu klarowny, bo płynę wciąż w ciemnym nurcie destrukcji, rozpaczy, w wiecznej nocy. Co jest pewne – to chyba to, że niemal wciąż zapis był i jest dla mnie absurdalną próbą zatrzymania uciekającego czasu. Jakbym wierzył, że zaczerniona kartka zatrzyma coś umykającego: życie, po prostu życie. Albo chociaż, że z niej będzie można odtworzyć to, co minęło, przywrócić na chwilę stan z przeszłości. Tu i teraz, a także, gdy poety zbraknie. Lecz z drugiej strony nierzadko i bezpośrednio wyrażam niewiarę w ten zabieg. Że to nic nie warte, że • 62


nieskuteczne. Mamy zatem bunt przeciwko przemijaniu i rezygnację. I wokół tych sytuacji wszystko u mnie się kręci. Odpowiadając zaś na drugą część pytania: klęska. Sny się nie spełniły. W moim osobistym wymiarze. Lecz inaczej patrząc, socjologicznie, na pewno tak widział rzecz chociażby Andrzej K. Waśkiewicz, mamy do czynienia z ogromnym awansem społecznym chłopca z małego miasteczka. Byłego ministranta, ucznia technikum, który posługując się słabą polszczyzną został później dziennikarzem prestiżowej w regionie gazety, jest prezesem oddziału Związku Literatów Polskich – o czym, notabene, w jego mieście nikt nie ma do dziś pojęcia – nie mówiąc o innych „awansach”, które opisałem. Zresztą podobnie jak Waśkiewicz mnie ocenia zaprzyjaźniona… księżna Lubomirska. Pewna starsza pani, zielonogórzanka, z którą się znam od czasów studiów. Twierdzi, że mi się w życiu udało. Niestety, ja tego wszystkiego „nie zauważam”, nie traktuję jako sukcesu; jestem prowincjonalnym poetą i dziennikarzem. I tego stanu już nie przeskoczę, nie widzę możliwości rozwoju. Jestem za stary, a lubuskie, ale i krajowokapitalistyczne uwarunkowania są dołujące. Zniechęcające. Poza tym dziś już nie ma – bo to „niesłuszne” – socjologicznych ocen uwzględniający awans społeczny dzieci robotniczo-chłopskich. Ambicja ucznia technikum się nie liczy. Więc nie ma, o czym gadać… Koniec, kropka. Powiedziałeś wcześniej: „jestem nieustającym samoukiem, amatorem”. Myślę jednak, że to tylko Twoja skromność i że mogę zadać Ci pytanie, które zadaję wszystkim moim rozmówcom. Mężczyzna realizuje się na wielu płaszczyznach: zbudowanie domu, spłodzenie potomka, zwłaszcza syna, sukces finansowy, pozycja zawodowa… Czy w tych różnych rolach – rola poety dodaje mężczyźnie wartości, czy może czegoś mu ujmuje? – Wydaje mi się, że generalnie sukces finansowy gryzie się z byciem poetą. Zresztą zależy jak to rozumieć: czy idzie o sukces finansowy w jakimś zawodzie pozaliterackim, czy osiągnięty dzięki pisarstwu? W tym drugim przypadku nie znam osobiście poetów, pisarzy, którzy by go odnieśli. Słyszałem, że Tadeusz Różewicz dostał dom od miasta, od Wrocławia. Czy to sukces finansowy? Czy można uznać zdobycie Nobla za sukces finansowy? No to było u nas dwoje takich w ostatnich dekadach… 63 •


Normą w życiu literackim jest coś odwrotnego: poeta to biedak wiecznie poszukujący szmalu. Kiedyś Andrzej Babiński dostał w nagrodę poetycki medal i od razu na sali, pamiętam, że to było w starych Hybrydach w Warszawie, chciał mi go odsprzedać. Za 30 zł, zresztą. Szkoda, że nie kupiłem, bo wtedy było mnie stać. Ale sam dostałem drugi taki, więc za bardzo mi nie zależało na dwóch. Nieustanną pogoń za pieniądzem znajdujemy w listach, dziennikach znanych twórców. Nie śmierdzieli groszem, a jak mieli szybko przepijali. Lecz wracając do pytania, wyobrażam sobie, że gdyby jakiś biznesmen, finansista, bankier był poetą, to chyba na boku jego najbliższe towarzystwo robiłoby sobie z niego podśmiechujki. Zatem bycie poetą w takim kontekście nie dodałoby tym mężczyznom wartości. Ciągnąc dalej: nie mam pojęcia, czy bycie poetą pomaga w spłodzeniu syna, bo mam córkę. Może nie jestem poetą? Domu też nie zbudowałem, tylko kupiłem, ale bez reklamowania się, że jestem poetą. Nie wiem zresztą, w jaki sposób miałoby mi to pomóc w budowie, kupnie… Potem opisałem dom w wierszach i czasem jeszcze go opisuję. I ogród – ważny element. W budowaniu pozycji zawodowej zwłaszcza w dziennikarstwie – kiedyś, w Polsce Ludowej – owszem bycie poetą mogło pomagać. Prawda jest bowiem prosta. Ongiś, w PRL zwłaszcza, bo wcale nie w II Rzeczypospolitej, poeta, pisarz to był ktoś. To była społecznie uznana rola – czasem, bardzo rzadko, zawód – ciesząca się prestiżem, uznaniem i wpływami. Zatem podnosząca swą obecnością prestiż danej instytucji zatrudniającej pisarza. I jemu w konsekwencji podbijająca ego. No i pewnie panienki za kimś takim szalały, jak dziś za celebrytą znanym z tego, że jest znany. Andrzej Waśkiewicz opowiadał mi, że jak do Szprotawy, gdzie się wówczas uczył, przyjechał w latach 50. Władysław Broniewski, to celebrowały go władze partyjne na szczeblu sekretarza wojewódzkiego. Czy dziś jakiś marszałek, wojewoda pofatygowałby się na spotkanie z poetą? Mnie się na szczęście to nie zdarzyło. I oby tak pozostało. – Byłeś chyba najbliższym przyjacielem Andrzeja K. Waśkiewicza. Opowiedz, skąd się wzięła ta bliskość i dlaczego akurat AKW jest dla Ciebie kimś tak bardzo ważnym? – Szczerze? Nie wiem skąd ta przyjaźń. Nie wiem, nie rozumiem, a nigdy Go o to nie zapytałem. Dlaczego – gdy się poznali• 64


śmy w 1975 r. w Zielonej Górze – facet znany wtedy zwłaszcza jako wybitny polski krytyk, choć i jako poeta, obdarzył mnie przyjaźnią? Byłem biednym studentem, przychodziłem do redakcji „Nadodrza”, gdzie Andrzej pracował i, poza kiepskimi wierszykami, nie miałem nic do zaoferowania. Anim rokował, że zostanę jakąś sławą – i nie zostałem zresztą, anim miał jakieś przemyślenia, które by go powalały celnością. Dorobku żadnego. Nie wiem zatem… Dlaczego zaś Andrzej był dla mnie ważny? Bo znalazłem kogoś, kto nadawał na tych samych falach. Tak było przez 37 lat. I nigdy dotąd nie trafiłem na kogoś podobnego, z kim mógłbym się tak mocno zaprzyjaźnić i tak dobrze rozumieć. Obaj byliśmy racjonalistami, mieliśmy zawsze dystans do rzeczywistości, podobne, ironiczne poczucie humoru, no i zainteresowanie „uzdrawianiem literatury polskiej”, to oczywiście odprysk tej ironii. Bo przez te 30 lat z hakiem nieustannie gadaliśmy o literatach, poezji, wydawnictwach, w które byliśmy zaangażowani. Nie tylko gadaliśmy, zrobiliśmy wiele konkretnych rzeczy, oczywiście Andrzej więcej. Do dziś nie mogę po jego śmierci dojść do siebie. Czuję się tak, jakby mi kto wykopał spod dupy krzesło, na którym siedziałem. Nieustannie dzwoniliśmy do siebie w ciągu tygodnia, więc teraz nieustannie łapię się na tym, że muszę Mu powiedzieć to czy tamto, bo wyszła książka, bo jest lubuski wawrzyn, bo… A tu pustka. – Wydałeś w pół roku po śmierci Andrzeja znakomitą, nietypową książkę – „Andrzej K. Waśkiewicz – miejsca opuszczone”. Nietypowa jest także historia jej powstania. Opowiedz, jak to wszystko wyglądało „od kuchni”? – Czy książka jest znakomita to jeszcze nie wiadomo. Recenzji żadnej jeszcze nie widziałem, więc proponuję ostrożnie z pochwałami. Jury Lubuskiego Wawrzynu Literackiego za 2012 r. – Zadura, Mikołajczak, Sterna-Wachowiak – nawet nie zawiesiło na niej oka. A jak powstała książka? Było tak, że w końcu roku 2006 Andrzej świętował nieco spóźnione 65. urodziny. I jubileusz 45-lecia twórczości. Zostałem wyznaczony przez Hankę, żonę Andrzeja, organizatorkę imprezy żeby – wraz z Leszkiem Żulińskim – wygłosić laudację ku czci jubilata. Wygłosiłem. Powiedziałem wtedy w ratuszu Głównego Miasta, że przyjechałem do Gdańska odzyskiwać Waśkiewicza dla Ziemi Lubuskiej. Bo lata spędzone przez niego w Gdańsku spowodowały, że coraz bardziej eksponuje się związki artysty z porto65 •


wym miastem, a zapomina o korzeniach. A przecież Waśkiewicz nad morzem będzie pośmiertnie miał najwyżej jedną tablicę pamiątkową na Morenie, konkretnie na bloku przy ul. Amundsena 1B. Tymczasem na Ziemi Lubuskiej – prorokowałem – w miejscach, gdzie mieszkał, uczył się i tworzył pojawi się co najmniej kilka pięknych mosiężnych tablic, a może i popiersi z jego nazwiskiem. W miasteczkach i na wsiach oraz oczywiście w Zielonej Górze przy ul. Dzierżyńskiego i na Gwardii Ludowej, gdzie mieszkał najdłużej. Pamiątkowa tablica, a nawet rzeźba powinna się z czasem pojawić na zielonogórskim starym mieście, przy kamienicy, gdzie mieściła się redakcja „Nadodrza”, a dziś króluje oczywiście bank. Andrzej spędził na Ziemi Lubuskiej około 33 lata, w Gdańsku mniej więcej tyle samo. To dzielmy się nim sprawiedliwie, powiedziałem. Pamiętam, że po spotkaniu podszedł Antek Pawlak, żeby mi pogratulować, co oznaczało, że tak zupełnie nie mówiłem od rzeczy. I to był zaczątek. Po czterech latach, podczas wigilii literackiej środowiska ZLP-owskiego w Zielonej Górze, opowiedziałem kolegom o sprawie „odzyskania Waśkiewicza dla Ziemi Lubuskiej”. Test wypadł pozytywnie. Nie pozostało nic innego niż skonsultować rzecz z „przedmiotem badań”, czyli AKW. Zaproponowałem mu odwiedzenie w ciągu paru dni tych miejsc, w których mieszkał i uczył się od czasu przybycia z mamą na Ziemie Odzyskane zaraz po zakończeniu II wojny światowej w 1946 r. W kolejności było to miasteczko Lubsko, zwane wtedy jeszcze Zemsz, potem wieś Stary Zagór koło Krosna Odrzańskiego, Dychów, a następnie Kożuchów, wreszcie Szprotawa i na końcu oczywiście Zielona Góra. Andrzej oczywiście zgodził się na ten pomysł i zaraz zaczął szperać w starych albumach ze zdjęciami, w świadectwach szkolnych, dokumentach. Przygotował się solidnie, co mi potem pomogło przy pracy nad książką. Pomysł objazdu nazwałem „Projekt Waśkiewicz”. Wyruszyliśmy „na szlak” niemal w rocznicę 70. urodzin AKW – w dniach 16, 17, 18 maja 2011 r. Codziennie wyruszaliśmy do miejsc ongiś opuszczonych przez Andrzeja z mojego domu w Wilkanowie. Była z nami jego żona, Anna Sobecka oraz ich syn Marcin ze swoją partnerką Justyną Dzienis. Była też moja żona, Lidia Kurzawowa i przyjaciółka Waśkiewiczów z czasów zielonogórskich Maria Wasik. Oraz dwoje studentów filologii polskiej, żeby dokumentować wyprawę za pomocą aparatu i dyktafonu, Mirosława Szott i Janusz Łastowiecki. Sprawdzili się zresztą znakomicie! • 66


Z moich notatek, z tych zapisów fonograficznych, z odsłuchanych płyt Anki Sobeckiej sporządziłem reportażowe zapisy. Potem, w fazie tworzenia książki, każdy reportaż został wzbogacony o bardzo ważne miniatury autobiograficzne prozą opublikowane przez Andrzeja w różnej prasie literackiej. Były to swoiste komentarze post factum. W pracy są i inne uzupełnienia, szkice, eseje, żeby w pełni pokazać AKW w kontekście tych 33 lat na Ziemi Lubuskiej. O, i tak wygląda książka. – Wspomniałeś nieco ironicznie, że wspólnie z Waśkiewiczem interesowało was „uzdrawianie literatury polskiej”. Na czym to polegało? – Uzdrawianie, poprawianie, zmienianie. I opisanie. Przez kolejne dekady, tak jak zmieniała się nasza rzeczywistość społeczna tak też zmieniała się kultura, z nią zaś literatura i jej uwarunkowania. Ostatnie 20-lecie to było nasze nieustanne zastanawianie się, jak pisarz może sytuować się w nowym, kapitalistycznym, niestety ustroju… – Kapitalizm – niestety? Widzę, że bardzo nie lubisz tego ustroju. – Niestety, bo jak już wcześniej mówiłem, mnie w socjalizmie było lepiej, niż obecnie. A na dodatek byłem piękny i młody… Lecz wracam do wątku. Sytuacja pisarza jest dziś fatalna. Został społecznie zdegradowany, co jest bolesne, jeśli znało się wcześniejszy status literatów. W skali kraju pisarz to postać nieważna. Jeśli nie jest Różewiczem, Szymborską, Miłoszem to w zasadzie, jest nikim ważnym. Żadnym inżynierem dusz. Dziś inżynierem dusz są blondynki z różnych telewizji. Nikogo, szczególnie państwa polskiego, nie obchodzi, co robi, co tworzy taki „nawiedzony literat”, nie ma pomysłu „na zagospodarowanie” go. Może sobie pisać nasz chudy literat odezwy nawet przeciwko państwu, i to też rządzących nie zainteresuje. Chyba, że obraziłby świętego papieża, może Popiełuszkę, czyli wytworzył fakt medialny. Ale nie będzie reakcji państwa z powodu poezji czy prozy. Dla wielu starszych ode mnie kolegów po piórze to wręcz szokujące, jeśli zważy się, iż po napisaniu słynnego – i niewinnego w treści, dodajmy – listu 34 zbierało się chyba Biuro Polityczne KC PZPR. 67 •


Jest też wymiar prywatny tej degradacji. W książce o Waśkiewiczu zamieściłem m.in. dokument, w którym prosi swego dyrektora o urlop w celu pojechania do Kielc po odbiór nagrody literackiej zdobytej w konkursie poetyckim. Prosi potem o urlop na spotkanie młodych pisarzy lub na jakieś szkolenie. I dostaje tę zgodę, nawet na piśmie. Sam to kiedyś przeżywałem pracując w różnych redakcjach. Szefów nie dziwiło, nie stawiali przeszkód, żeby taki literat – ważna dla nich postać, bo uwznioślająca prozaiczne miejsce pracy – brał sobie wolne kiedy jemu pasowało. Teraz tego nie ma i nikogo nie obchodzi, że po nocach skrobiesz durne wierszyki. To moje, z Andrzejem, słownictwo. Wieczorem poeta, a od rana chłopiec na posyłki, którego wolno kopnąć w dupę, jeśli nie spełnia oczekiwań, nie jest dyspozycyjny, co dziś modne. Setki kolegów po piórze to potwierdzą. To, niestety, działa na psychikę, ergo na twórczość. Którą dzięki temu mamy jaką mamy. – Nie uzdrowiliście zatem polskiej literatury… – Jak widać… Oczywiście żartuję z tym uzdrawianiem, bo co można zmienić z pozycji dyskusji w fotelach, przy mocnej herbacie. Jest to jednak smutne w przypadku Waśkiewicza, wybitnego poety, wybitnego krytyka, literaturoznawcy, socjologa życia literackiego, tęgiego umysłu naszej epoki, który miał coś ważnego do powiedzenia. Miał znakomite analizy, weźmy choćby jego szkic „Warunki uprawiania zawodu literackiego w Polsce” z grudnia 2007 roku. Lecz Andrzej nie był i nie chciał być medialny w dzisiejszym znaczeniu, a żeby prezentować swe opinie i wpływać na zmiany nie miał do tego odpowiedniego miejsca. Poza swoim niskonakładowym pismem „Autograf ”. Na telewizje był za mądry. Blondynki nie wiedziałyby, o czym z nim rozmawiać. Choć uważam, że myśl, jak i poezja Andrzejowa i tak przetrwa. – Naprawdę sądzisz, że nie ma dziś gdzie „sprzedać” twórczości? Przecież wychodzą dziesiątki, jeśli nie setki czasopism literackich. Zbiorków wierszy, książek prozatorskich ukazuje się zdecydowanie niż za czasów Polski Ludowej, gdzie nie dość, że była cenzura, to jeszcze reglamentowano papier. Na dodatek mamy do dyspozycji internet, liczne portale literackie, możliwości wydawania tomików na płytach. Tylko korzystać! • 68


– To wszystko prawda. Ale… Ale cóż mi z 200 tytułów literackich, jeśli żaden nie zastąpi dawnej „Kultury”, „Literatury”, „Życia Literackiego” – tygodników ogólnopolskich. Czytanych w każdym zakątku kraju. Recenzja tamże, druk wiersza miały znaczenie. W odróżnieniu od dzisiejszych tytułów. Poza tym można było się czuć członkiem pewnej wspólnoty kulturowej, bo Rzeszów czy Koszalin lub Białystok znały tę samą recenzję, komentowały to samo nazwisko debiutanta, fragment jakiejś prozy. Pamiętam ogólnopolski szał na zakup dzieł Gombrowicza, ze snobizmu oczywiście, albo na dzieła Stachury. Baby w kolejkach o tym gadały. Choć może nie rozumiały, o czym mówią. A jeśli dziś wydrukuję głęboki esej w piśmie „Pro Libris”, to kto go przeczyta poza Zieloną Górą?! Nawet nad Wartą w Gorzowie nikt go nie pozna, bo Gorzów ma swoje periodyki literackie i nie czyta zielonogórskich. Zresztą się nie dziwię. Kiedyś wydając tomik wierszy wysyłałem go – ewentualnie, bo robiły to przede wszystkim wydawnictwa – do trzech, pięciu redakcji licząc na recenzję, ocenę. Obecnie nie jestem przecież w stanie „obsłużyć” 200 tytułów lokalnych, gdzie i tak każde środowisko pisze i żyje dla siebie. Ktoś spoza jest już obcy, nieznany. Poza tym są koterie wydawców, dużych czasopism, a za tym wszystkim stoi wszechobecny… szmal! Mamy wolność, pozornie nie ma cenzury, każdy może kupić papier i – mając złotówki – wydać sobie wiersze. Lecz co z tego wynika dla kultury polskiej? Nic. Państwo polskie z radością odpuściło sobie inwestowanie w kulturę, literaturę zwłaszcza. Gdzie stypendia, twórcze i socjalne, wspieranie ważnych imprez, biednych poetów? Dziś Norwid może śmiało znów umrzeć w przytułku, tym razem w „wolnej” już Polsce, a zakonnice znów przykładnie spalą jego szpargały. Czy to obchodzi ministra kultury?! Posłów? Rząd? Przecież na taki projekt, jak objazd z Waśkiewiczem Ziemi Lubuskiej, udokumentowanie tego wydarzenia, a potem wydanie książki powinienem dostać porządny grant. Bo to ważna rzecz z punktu widzenia kultury polskiej, jak i ze względu na samo nazwisko „przedmiotu badań”. Tymczasem zrobiłem to, z przyjaźni oczywiście, za swoje złotówki. Bo, do kogo miałbym się zwrócić o wsparcie? – Coś optymistycznego na przyszłość? Swoją. Bo rozumiem, że raczej nie powiesz tutaj we wzniosłych słowach nic o przyszłości kultury, literatury polskiej… 69 •


– Za osiem lat, jeśli je przeżyję, będę wypalonym życiowo i twórczo emerytem. Pomnikiem międzynarodówki kapitalistycznej. Napiszę może jeszcze parę wierszyków, które nikogo nie obejdą, może wydam jakąś nieważną książkę. Za swoje lub wyżebrane u tzw. sponsorów złotówki. Uporządkuję domowe archiwum. Może przepiszę na czysto swe dzienniki. Wszystko to wyłącznie z myślą o córce, której to wręczę. Albo oddam do nowego archiwum zielonogórskiego, które właśnie powstaje, jeśli jej nie zainteresują. Kogo bowiem mogą dziś obchodzić literackie wygłupy prowincjusza? Czynności te będą kontynuacją „ćwiczeń z rozpaczy”, już nie w sensie utworów, lecz życia. Bo co innego zostało? Amen. – Nie do końca zgadzam się z przytoczonymi tu ocenami i przyjętymi założeniami, ale przyjmę na chwilę, że są trafne. Narzuca się wówczas pytanie: gdzie, w czym tkwił błąd, że „nie wyszło”, że sny się nie spełniły? – Paradoksalnie – chyba nie było żadnego większego błędu. Tak musiało być. To jest po prostu determinizm. Rozmowa przeprowadzona przez Beatę P. Klary ukaże się w 2014 r. książce pt. „Rozmowy z piórami” (część II) nakładem Wydawnictwa Adam Marszałek w Toruniu.

• 70


Dorastanie do korzeni W mojej najbliższej rodzinie nie przywiązywano wagi do głęboko w czas sięgających tradycji rodowych. Nie odnoszono się we wspominkach dalej niż do – każde z rodziców do swoich – babci, dziadka. Nie występowała – a może się mylę? – jakaś duma z nazwiska, rodowodu. Istniała, istnieje rodzina, ale już coś traktowanego szerzej, jak ród, nie pojawiało się w żadnym kontekście.

Dziadek Stanisław Kurzawa. Tutaj, jako żołnierz Cesarstwa Niemieckiego w okopach I wojny światowej. Wedle legend rodzinnych, dziadek miał walczyć gdzieś na froncie w Belgii. Stamtąd wyniósł (z płonącego domu) drewniany krzyżyk, który obecnie wisi w Wilkanowie.

– Zostaw groby w  spokoju – mówił zwykle ojciec, gdy zaczynałem szperać w  metrykach. Nie wiem, dlaczego rodzice tak to traktowali. Dlaczego nie chcieli poznać swych nieznanych przodków? Czyżby ów brak potrzeby kultywowania i  odnoszenia się do głębszych rodzinnych tradycji był efektem wcześniejszego niż w  innych stronach Polski wejścia kapitalizmu do Wielkopolski? Czy to tylko indywidualna cecha mojej rodziny?


Dziadek Stanisław Kurzawa z Przyprostyni, już w wieku podeszłym. Raz w życiu byłem na rybach, właśnie z dziadkiem, na Obrze. Poza tym kojarzy mi się z… laską, którą zwykle się podpierał i z nią zwykle był portretowany na zdjęciach. Później tę laskę odziedziczył mój ojciec. Dziś, zdaje się, wisi u mnie w domu, w antrejce.

Drugi dziadek, ojciec mamy, Jan Juja z Kamieńca (koło Grodziska Wlkp.). Też w mundurze Cesarstwa Niemieckiego i też w czasie I wojny. Zapewne na przepustce. Dziadek w tej wojnie był, zdaje się, kuczerem, czyli powoził wozami „wojennymi”. Został przysypany, przyduszony wraz z wozem po wybuchu bomby czy granatu.

Ten dziki dziewiętnastowieczny kapitalizm, lub mówiąc elegancko: kapitalizm na naszych ziemiach we wczesnej swej fazie, często rwał stosunki społeczne, przecinał też więzy rodzinne. Wyprowadzał ludzi, bywało, z  ich małej ojczyzny. Za chlebem. U  nas w  rodzinie mówiło się: na saksy; tak samo jak wiek później, w latach osiemdziesiątych XX wieku. Na saksach, ale nie w Saksonii, lecz w Westfalii, poznali się moi dziadkowie ze strony ojca: Stanisław i Jadwiga. Wcześniej opuścili swój dom, swoje strony. Potem wrócili, dokładniej ona. On po ślubie zamieszkał w jej wsi, Przyprostyni. Rodzina Lidki, mojej żony, wywodzi się z pogranicza Mazowsza i Podlasia, Mazur i Suwalszczyzny. Kiedyś byliśmy z wizytą w Średnicy (wsi koło Szepietowa) pod Wyskokiem Mazowieckim; coś mnie zaciekawiło, zapytałem o  historię rodową. – Wołajcie stryka – reakcja była prosta. Przyszedł daleki krewny zwany strykiem, może najstarszy we wsi, a na pewno w rodzinie, i zaczął opowiadać. Po prostu pamiętał najważniejsze fakty, nazwiska, daty, miejsca siedlisk. Chodząca kronika. Używał w  wypowiedziach • 72


precyzyjnego nazewnictwa dotyczącego pokrewieństwa lub powinowactwa. Brat cioteczny, stryjenka, wujenka, stryj, siostrzeniec. To samo usłyszałem pierwszy raz jako dorosły człowiek, gdy w 1980 r. za pracą trafiłem do Suwałk. – Przyjdzie mój brat – powiedziała sekretarka w  redakcji tygodnika suwalsko-mazurskiego ,,Krajobrazy’’, gdzie się zatrudniłem. Na uwagę, że przecież nie ma brata, uzupełniła krótko: – Brat stryjeczny. Oponowałem. Cóż to za brat?! Nieskutecznie. Potem doszedłem do wniosku, że jednak brat stryjeczny jest bliższym określeniem niż kuzyn. Bliższym sercu? W  mojej rodzinie takie określenia były obce. Istniał kuzyn, kuzynka, wuj (wuja – wciąż się mówi), ciotka. I  koniec. Prosto, zwięźle. Żadnych subtelnych dookreśleń, precyzyjniejszego podania pokrewieństwa w  nazewnictwie. Przyszło mi na myśl stwierdzenie, że już tymi nazwami poprzecinano bliższe więzy. Dlaczego? Jakaś potrzeba izolacji, a może indywidualizacji? Nie przesądzałbym. Choć część tych zachowań odrodziła się we mnie po latach. Myślę tu o  wielkopolskiej potrzebie grodzenia posesji, zamykania drzwi (jeśli istnieją, to znaczy, że powinny być zamknięte), nie wchodzenia tam, gdzie napisane, że wstęp zabroniony. Pilnowania swego miejsca pracy. Zauważania i wyodrębniania swojej przestrzeni społecznej niemal w każdym miejscu. Można to także uznać za zwierzęcą potrzebę określenia i posiadania swego terytorium. Jak wilk stepowy. Bo siebie chętnie przypisałbym do powieści Hermanna Hessego. Gdy świadomie wziąłem się za szukanie przodków i dociekanie skąd przychodzimy, było już za późno na bezpośrednie informacje u źródeł. Dziadkowie nie żyli. Z pozostałych członków rodziny mało kto wiedział więcej niż mówiły podstawowe dokumenty czy obiegowe niezbyt pewne rodzinne przekazy. Kim był pradziadek? – Włodarzem – odpowiada bez namysłu ojciec, nie mając jednak na to żadnych dowodów, dokumentów, nie wspominając o autopsji. Nie miał bowiem możliwości spotkania swego dziadka, który zmarł dziesięć lat przed jego urodzeniem. Tymczasem mnie interesowało dotarcie do przodków nie ze snobistycznej chęci, jak mniemano wśród bliższych mi i dalszych osób, ustalenia nazwy i  kształtu herbu lub wydobycia protoplasty w  postaci hetmana lub chociaż pisarza grodzkiego. To było i jest dla mnie zupełnie nieistotne. Z małym technicznym wyjątkiem: łatwiej prowadzić 73 •


poszukiwania genealogiczne wśród herbowych, gdyż ich przeszłość zazwyczaj bywa lepiej udokumentowana. Lecz tutaj ten przypadek nie zachodził. Miałem więc i  mam spore kłopoty w związku z rodzinnymi penetracjami. Najwięcej danych uzyskałem, jak dotąd, drogą korespondencji z Archiwum Archidiecezjalnym w Poznaniu i proboszczem parafii Nowe Miasto nad Wartą. Także dzięki znajomości z  poznańskim, precyzyjniej: zbąszyńskim w  Poznaniu, historykiem uniwersyteckim, Krzysztofem Rzepą, który włączył do poszukiwań nawet swoich studentów. Szło i wciąż idzie mi o dotarcie do przodków, wręcz o dotknięcie ich, jeśli inaczej nie można, to za pomocą dokumentów historycznych. O niemal fizyczne poczucie bycia krwią z ich krwi, bez względu na to kim byli. Owszem, zdarzały mi się czasem takie chwile, lecz bardzo rzadko. Wtedy na przykład, gdy otwierałem kopertę przysłaną z jakiegoś archiwum i dowiadywałem się o kolejnym odszukanym przodku. Lub o pierwszym zapisie nazwiska Kurzawa. Pamiętam, gdy w  Boże Narodzenie 1987 r. od siostry mego taty, ciotki Helci, dostałem rodzinną książeczkę do nabożeństwa z kantyczkami, gdzie na wewnętrznej stronie okładki odręcznie szwabachą napisano: ,,Franz Stroiwąs albo Stroiński’’. Czterysta czterdzieści pięć małych kartek zadrukowanych polskimi pieśniami kościelnymi. Niepowtarzalne uczucie namacalnego kontaktu z kimś nieznanym, ale bliskim. Z tą samą krwią płynącą od pokoleń w żyłach tych, co żyją. Później sprawdziłem i ustaliłem, kiedy to pewną ręką nakreślono ów podpis w śpiewniku. Franz, czyli Franciszek, był ojcem żony mojego pradziadka Andrzeja. Żył w latach 1802 – 1848. Tak więc niebieski atrament wysechł, zdaje się, grubo ponad półtora wieku temu. Jakiś czas temu z tatą odczytywałem dwa ocalone (nie wiem jak) listy, jakie w 1908 r. i w 1913 r. napisała Agnieszka Łuczak, kuzynka dziadka Stanisława Kurzawy. Zostały wysłane z saksów, gdzieś spod Berlina. Bardzo osobiste, przez to tym bardziej prawdziwe, dotykalne. Jak sama autorka, którą starałem się zrozumieć, ba, próbowałem w korespondencji odnaleźć podteksty, których – zdaniem ojca – wcale tam nie ma. Ale kobieta z przełomu wieków pisała te listy jakby nie do kuzyna Stanisława (choć adresuje: „Drogi Kuzynie”), lecz kandydata na męża. Którego wyraźnie w nim chciała widzieć. Pierwszy kończy się takim fragmentem (ortografia wg oryginału): „A teraz wracam się do jeszcze jednego, najpierw hce poznania • 74


się z wami a drugie że się tak wyraziłam z tą Dziewczyną muszę ci się przyznać iż nie lekkomyślnie sobie pozwoliłam do ciebie o niej wspomnieć. To nie moje mażenie ani zachciałki i lekomyślność tylko jakaś nadziemska siła mnie do tego zmusza i niejako woła na mnie że tak powiem ja to bez trudu nie czynie jezdem spracowana radabym spoczena a jednak do mego sumienia coś puka napisz ty do tego człowieka o ty dziewczynie rozważ sobie wcale się nie znamy i ja sobie tyle pozwolić się odważyć musiałam że ci o taki żeczy pisze przyznaję Ci się że nie mam spokoju nigdzie tylko że mam do Ciebie otem pisać i nawet na sen mi przyszło przecież by mnie to nic nie potrzebowało interesować a jednak co to znaczy czy co to jest. taka wola Boża czy co czy jest taka godzina dla Ciebie, ale wyroki Boże są nie zbadane, a mąż i żona od Boga przeznaczona może przeze mnie Bóg hce złączyć co ale korzystajmy niech się dzieje wola Boża”. Drugi list jest już napisany lepszą polszczyzną, z  kropkami i wielkimi literami na początku zdań. Ale też podobnie niejednoznaczny w treści. Droga Kuzynka Agnieszka pyta bowiem Drogiego Kuzyna czy ma żonę (przez tyle lat znajomości listownej nie zdołali ustalić faktów?), a jeśli ma to przekazuje dla niej pozdrowienia. A  jeśli nie? Intrygujące czy Droga Kuzynka występuje w roli swatki, czy sama siebie swata? A może ona właśnie doprowadziła do znajomości dziadka z moją babcią Jadwigą? To się już raczej nie wyjaśni. Być może właśnie dzięki niej 12 września 1918 r. dziadek Stanisław mógł napisać (ładnym, lekko pochylonym charakterem, zdania się pełne, poprawne, ba, używa nawet średników) list do żony, który jako jedyny się zachował. Skąd pisze? Nie jest pewne, może z Niemiec, z Westfalii. Wiadomo, że młodzi byli już dwa lata po ślubie. I wojna światowa dobiegała końca. Ale jeszcze nie wybuchło powstanie wielkopolskie. „Droga Żonko! Pozdrawiam cię najprzód słowem bożem; Niech będzie pochwalony Jezus Hrystus. List twój moje kochanie żem wczoraj odebrał i  bardzo żem się zniego ucieszył, bo żem mógł z  niego dużo miłych słów wyczytać, żal mi cię moje serduszko kochane gdy tak sobie tęsknisz i martwisz, chętnie bem cię rozweselił chociażby tylko na godzinkę ale i to niemożliwe a więc musimy nadal tak cierpieć aż Bóg się niezmiłuje i da lepsze czasy. Donoszę ci moja najmilsza iż dziś odesłałem pieniądze (60 M) a po Młynek żem był w poniedziałek ale niebyło żadnych.” List na końcu nie jest podpisany imieniem tylko dziwnymi skrótami: „f. ć. w. K. Małż.” 75 •


Według taty, dziadek po skończeniu czterooddziałowej szkoły pracował w młynie (zapewne w Klęce). Potem wyjeżdżał na saksy w głąb Niemiec (były tam już trzy jego starsze siostry, nieznane mi z imienia). Brał udział w I wojnie; mam go na zdjęciu gdzieś w okopach pod granicą belgijską lub francuską. Stamtąd też pochodzi, obecnie już mój, drewniany krzyżyk, ponoć wyniesiony przez Stanisława z płonącego belgijskiego domu. W każdym razie w pewnym momencie (zdaje się, iż właśnie w związku ze ślubem) dziadek zamienił służbę w wojsku na pracę w kopalni. Ślub wziął mając 34 lata. Tata twierdzi, iż wtedy dostał urlop, ale już z kopalni. Zatem list może pochodzić z końcowego okresu zatrudnienia pod ziemiw. Bo po wojnie (dokładnie kiedy?) wrócił do Przyprostyni i po krótkim bezrobociu został kolejarzem. Ten zawód stał się potem poniekąd rodzinną tradycją. Kolejarzami zostało bowiem dwóch braci ojca i poniekąd na kolei zatrudnił się jeden z kuzynów, a kuzynka ukończyła Technikum Kolejowe w Poznaniu. Przez moment poczułem też tchnienie rodzinnej historii, gdy w latach osiemdziesiątych XX w. przejeżdżałem z żoną przez Klękę, wieś koło Nowego Miasta nad Wartą, gdzie siedzi wielu Kurzawów i  skąd wywodził się dziadek i  pradziadek, a  może i  inni Kurzawowie. Rodzinna legenda zawsze wspominała o  Kurzawie rządcy (właśnie o włodarzu, jak określił swego dziadka mój tata) w majątku w Klęce. Lidka zrobiła mi wówczas zdjęcie na tle pałacu, a potem pojechaliśmy na cmentarz parafialny w Nowym Mieście. Rzeczywiście, były groby Kurzawów, ale nie te najstarsze. W nich bowiem (z  oszczędności?) pochowano kolejne pokolenia, nieuchronnie przecinając więzy między dawną a bliższą przeszłością. Zginęły tym sposobem tablice nagrobne z datami, zaś biuro parafialne swą dokumentację po 1910 r. przekazało do Archiwum Archidiecezjalnego w Poznaniu. Zresztą i ten miły sercu powiew minionych lat uleciał jakiś czas potem wraz z legendą, którą w miarę szybko zweryfikowałem. Do 1945 r. właścicielami tego majątku byli Niemcy. Co ciekawe, z rodziny jednego z trzech założycieli, twórców Hakaty. Hermann Kennemann miał córkę, która wyszła za Francuza, hugenotę. Posiadali w okolicy Klęki dwadzieścia cztery tysiące hektarów ziemi. Poznański historyk sztuki, który napisał pracę o pałacu i znał na wylot jego historię (przegadaliśmy przez telefon linii Białystok – Poznań chyba godzinę) nie przypominał sobie, żeby w dokumentach histo• 76


rycznych figurował jakiś Kurzawa jako rządca, ekonom, włodarz czy ktoś podobny. Może najwyżej parobek… Zresztą chodziłoby mi i o takie wieści. Że pradziadek lub prapradziadek był parobkiem, fornalem, robotnikiem rolnym. Kimkolwiek, ale żebym to wiedział. I miał na piśmie. Ale o parobkach czy fornalach historia zazwyczaj milczy. Mając choćby skromny zapis o  nich, mógłbym rozpędzić wyobraźnię, zbudować obrazy, dzięki którym ulokowałbym rodzinę, nie – ród właśnie, w wyrazistym kontekście. Niestety… Dziś ci Kurzawowie rozmazują się. Są nieokreśleni, więc poniekąd nieobecni w przeszłości. Nie wiadomo, jak do nich podejść, jak wzbogacić informacje i wieść przekazać następnym pokoleniom. Taką fabularyzowaną historię, ale nie mojej rodziny, lecz przypadkowych ludzi, stworzyliśmy, żona i ja, kilkanaście lat później, mieszkając już na swoim, w  Wilkanowie na Ziemi Lubuskiej. Rzecz dotyczyła niemieckich poprzedników w  miejscu, które zamieszkujemy i powstała na pewno zastępczo, przynajmniej dla mnie. Inspiracją były oryginalne dokumenty z  Archiwum Państwowego (zrobiliśmy sobie kopie), z  których odczytywaliśmy i  uzupełnialiśmy według domysłów bogate dzieje rodu pierwszego osadnika na naszym wilkanowskim gruncie – Bartolomei Dominika. W przypadku Kurzawów to, co już wiem, wiadomości,

Ojciec jako uczeń lub czeladnik w zakładzie krawieckim przy ul. 17 Stycznia w Zbąszyniu. Wtedy zapewne ulica nazywała się inaczej, gdyż była II wojna. Rok – 1942? Zakład był spory, pracowało w nim kilkanaście osób. Właściciel był chyba zagorzałym hitlerowcem, gdyż na innym zdjęciu, przed zakładem, widać szyld NSDAP i jakiś znaczek w jego klapie. Tę fotkę uzyskałem dopiero niedawno od pana Gruszczyńskiego.

77 •


Portret ojca, chyba zrobiony w czasie II wojny, posłużył później do kadrowania i stworzenia m. in. dużego, oprawionego w grube ramki portretu samej tylko twarzy, który wisiał w naszym domu na Rynku.

• 78


jakie zdobyłem, tworzą wprawdzie dość interesujące i  rozbudowane drzewo genealogiczne, ale brak mu liści, owoców. Brak treści, która wypełnia pustkę między jednym nazwiskiem a drugim, między datami urodzin, ślubów i  śmierci. Nie da się na lukach zbudować nawet domniemanej prawdy. Ewentualnie – literaturę. Sądzę zatem, iż ubóstwo faktów, brak dokumentów, niedosyt ustnych przekazów biorą się z  prawdziwej biedy rodzinnej i  to powoduje zastój w  popychaniu przeze mnie koła małej historii. Zapewne owa sytuacja wynika też z  powodu wspomnianego już poprzecinania więzów społecznych i odgradzania się, a co za tym idzie psychicznego zamykania wewnątrz rodziny, a  właściwie w naszej jej gałęzi. Czyżby zatem nawet w wąskim kręgu rodzina nie wytworzyła własnych mitów, przekazów wychodzących poza jedno, dwa pokolenia? Może tak, może nie. Część przytoczonych tutaj argumentów potwierdza tezę o  ubóstwie realnym, a co za tym idzie nie zapisaniu się Kurzawów nawet w najmniejszej historii. O nieistnieniu tradycji. Dowodem, że mogło być inaczej jest bardzo ciekawe podanie, może legenda, która wydaje się być podbudowana prawdziwą treścią, choć nie wywodzi się z mojej rodziny, lecz od innych Kurzawów. W końcu to samo nazwisko… A przy tej okazji wychwytuję szansę na ów wątek literacki. Otóż jakiś czas temu przekazał mi tę opowieść w  liście prof. Zbigniew Kurzawa, chemik z  Poznania (rocznik 1922, już nie żyje), powołując się na swego żyjącego wówczas jeszcze stryja, mieszkającego w  Rudzie Śląskiej, gdzie ponoć było i  jest spore gniazdo Kurzawów. Zacznę jednak od faktów. Z roku 1687 pochodzi pierwszy zapis nazwiska Kurzawa; jego właściciel, Jan, był (i to mi odpowiada, i pasuje jako pisarskie tworzywo) ewangelikiem, rzemieślnikiem, na dodatek należącym do cechowej elity. Do niej na pewno zaliczali się puszkarze, czyli fachowcy posiadający umiejętność odlewania dział. Także miejsce zawiązania się akcji niedoszłej książki, Byczyna, na budzącym moją sympatię Śląsku, jest do przyjęcia. W tym momencie stryj prof. Kurzawy sugeruje, iż wedle jemu znanej tradycji, Kurzawowie to ród wywodzący się z Czech. Poprzez wieki przemieszczał się powoli z południa Europy na północ, aż przez Śląsk dotarł do Wielkopolski, do Poznania. Tu skończyła się historyczna migracja roku. Przekaz ów znajduje potwierdzenie w stanie faktycznym, o czym dalej. 79 •


Rodzice przed ślubem, czyli początek lat 50. Fotkę wykonano w Przyprostyni w ogrodzie, na pewno francuskim aparatem taty. Pewnie pstryknął ktoś z rodziny, może ciotka Helcia. Mama twierdzi, że była to jej pierwsza wizyta w rodzinie ojca. Przyjechała pod pretekstem odwiedzin Antochy, czyli Antoniny Woźnej, swojej starszej kuzynki. Woźna, pochodząca z Kamieńca, ale pracująca jeszcze przed II wojną w szkole w Przyprostyni wyswatała rodziców.

W sprawie przeszłości rodziny mam więc, co widać, luki i odczuwam ubóstwo faktów, ale może kiedyś uda się to rozwinąć w coś więcej niż gawędę… Jana Kurzawę z  1687 r. znalazłem dzięki prof. Kazimierzowi Rymutowi i jego książce „Nazwiska Polaków” (Ossolineum 1991, s. 168). Zwróciłem się o bliższe informacje do autora pracy. Prof. Rymut odpisał mi, iż miano to podał S. Rospond w ,,Słowniku nazwisk śląskich’’(Wrocław 1967, 1973). Idąc tym tropem dotarłem do Archiwum Państwowego w Opolu, skąd bezinteresownie przysłano mi kserokopię pierwszego zapisu nazwiska Kurzawa. Zanotowano go przy okazji urodzenia i  ochrzczenia syna w  ewangelicko-augsburskiej parafii w Byczynie na Śląsku Opolskim. Otóż w księdze parafialnej pod pozycją numer siedemdziesiąt dwa napisane jest niemiecku: ,,Daniel Kurzawa, urodzony 14 listopada o 3 po południu. Ojciec Jan Kurzawa puszkarz, matka Ewa Nickowska. Świadkowie Daniel Sosna, Melchior Kosny, Krzysztof • 80


Tschapke, Barbara Gayka, Regina Rebina’’. Archiwum opolskie przysłało z  dobrej woli kserokopię tego – historycznego dla rodziny, rodu czy dla nazwiska – dokumentu. Otwierając kopertę, w  której znalazłem odręcznie napisane swoje nazwisko w  XVII wieku czułem dreszczyk… W dalszych poszukiwaniach znalazłem inne, podobne konotacje nazwiska, tyle że późniejsze. Na przykład w odmianie żeńskiej ,,Kurzawina’’ zanotowano je w 1867 r., jak i 1748 r. w Landratsamt Rosenberg Steur Cataster Duplikat, a w 1866 r. w formie ,,Kursave’’ w książce adresowej Wrocławia, gdzie również Archiwum Archidiecezjalne w  1840 r. notuje zapis ,,Kursawa’’. Natomiast w 1890 r. w czasopiśmie ,,Nowiny Raciborskie’’ i w 1936 r. w Gliwicach (wówczas Gleiwitz) jako ,,Kurzawa’’, zaś w 1939 r. ,,Kurzawe’’ w Jeleniej Górze (Hirschberg). Językoznawcy uważają, iż nazwisko może się brać również od nazw miejscowych. Istnieje bowiem w powiecie oławskim na Śląsku miejscowość Kurzawa. Mimo tych ciekawych opisów i  przypuszczeń nie znalazłem ciągłości historycznej między pierwszym Janem Kurzawą a moimi i innymi gałęziami rodziny. Luka ma jakieś 200 lat. Za to korespondencja w  tej materii poszerzyła moje kontakty, głównie z różnymi Kurzawami i osobami życzliwymi, które podrzucały co rusz jakieś ciekawe tropy. Na przykład w listopadzie 1991 r. w programie francuskiej telewizji La Sept, w dwuczęściowej audycji o wyprawie w Andy pojawił się tajemniczy Jules Kurzawa. W 1992 r. w Londynie ukazał się nekrolog oficera polskiego B. Kurzawy, który był na emigracji prezesem koła kombatantów w Blackburn w Anglii. Nawiązałem szybko kontakt z jego żoną, wymienialiśmy listy i wysyłaliśmy sobie kartki świąteczne, choć poszukiwań wspólnych korzeni to nie przybliżyło. Wykorzystałem za to „uboczne skutki” tej znajomości. Pani Halina Kurzawa przysłała mi bowiem miesięcznik londyński ,,Orzeł Biały’’, a  potem go dla mnie zaprenumerowała. Po jakimś czasie zacząłem w nim w miarę regularnie publikować, co przyniosło parę prawdziwych angielskich funtów przekazywanych zresztą „z ręki do ręki” w listach, a raz w kopercie od pani w Towarzystwie Polonia (a może już Wspólnota Polska) w Warszawie. Zdobyłem też informację, iż w  czasie okupacji hitlerowskiej w  konspiracji działał kpt. inż. Tadeusz Studziński, który – ciekawostka – używał pseudonimu Kurzawa. Mówi o  tym książka S. M. Jankowskiego ,,Strzały pod więzieniem’’ (Warszawa 1992). 81 •


Przyprostynia. Rok – trudno powiedzieć. Pewnie początek lat 50. W istniejącej do dziś altance przed domem od lewej: ciotka Helcia (siostra taty), wuja Franek (brat taty), babcia Jadwiga i tata.

Skądś dowiedziałem się jeszcze, iż Kurzawa otrzymał ok. 1700 r. szlachectwo; wywodził się z powiatu bielskopodlaskiego i pieczętował herbem własnym. Jednak w  żadnym z  poważnych źródeł heraldycznych nie znalazłem potwierdzenia. Najbardziej łechcącym artystycznie pokrewieństwem byłoby to z  rzeźbiarzem Antonim Kurzawą. Pierwszy raz, jako ciekawostkę, wskazał mi ów fakt mój tata – jeszcze jako dziecku – w swojej przedwojennej Encyklopedii Powszechnej wydawnictwa Gutenberga, tom XIII ,,Polska’’. Tamże jedna z ilustracji mówiąca o polskiej • 82


Wesele rodziców, 30 kwietnia 1952 r. Kamieniec. Klastyczna fotografia ślubna z tamtych czasów. Para młoda oraz same tylko druhny i drużbowie. Jest oczywiście jeszcze „wielka fotografia ślubna”. A także mamy z tatą, również klasyczne, przed domem.

rzeźbie pokazywała ,,projekt na pomnik A. Mickiewicza’’ wykonany przez A. Kurzawę. Potem dowiedziałem się skądinąd, iż tytuł dzieła brzmiał ,,Mickiewicz budzący geniusza poezji’’. Rzeźba została wykonana w Krakowie, na konkurs, po czym artysta zniszczył ją, gdyż jury pracę odrzuciło. Wziąłem się za poszukiwania korzeni artysty. Były wprawdzie, jak moje, na wskroś ludowe, jednak galicyjskie; przyszły rzeźbiarz urodził się w 1842 r. w Turzy koło Gorlic, zmarł w 1898 r. Jego matka została zapisana jako Franciszka Kurzawionka. Ojciec, chyba nieznany, był pasterzem, o ile dobrze pamiętam, i na tym historycy zaprzestali poszukiwań korzeni rodzinnych artysty. Tak więc – jak do tej pory – naprawdę wiem tylko co nieco o istnieniu pokoleń Kurzawów. Prapradziadek z  linii ojca to Franciszek Kurzawa urodzony koło roku 1817, który 9 października 1842 wziął ślub z  Franciszką ,,de Lubrza’’ Adamiak, urodzoną 20 września 1818 r. Jej rodzicami byli Anna i Wojciech Adamiakowie, jego Katarzyna Kurzawska. Narodziny, śluby i zgony odbywały się w  okolicy Jarocina. Pojawia się Klęka koło Nowego Miasta nad Wartą. Prapradziadkowie mieli siedmioro dzieci; trzeci z kolei, Andrzej Kurzawa (9 XI 1857-30 III 1910), tworzy moją linię, bowiem jego najstarszy syn, Stanisław (2 IX 1882-21 XI 1966), to znany już dziadek z Przyprostyni, mój dziadek. 83 •


Mały Kurzawa z mamą. Na podwórzu u dziadków Jujów w Kamieńcu. Potem przez lata przyjeżdżaliśmy tu na wakacje. Ale najciekawszy był komentarz mojej żony, gdy pierwszy raz zobaczyła to zdjęcie: – Ale nogi! Napisałem o tej fotce wiersz.

Andrzej miał z Michaliną Strójwąs albo Stroiwąs, albo Stroińską aż trzynaścioro dzieci. Niestety, nie utrzymuję żadnych kontaktów z ich potomkami, nie znam ich, po prostu. Z kolei dziadek Stanisław, kolejarz, po poznaniu się na saksach z babcią Jadwigą i ślubie przeniósł się spod Jarocina do Zbąszynia; miał pięcioro • 84


dzieci. Mój ojciec, Bronisław (17 X 1920), jest jego drugim z czterech synów. Wszyscy oni (i jedna córka) pozostali już w Zbąszyniu i okolicy. I tak mieszka tam trzecie, czwarte, może już piąte

Moja siostra - Aleksandra i brat - Marian. Oczywiście w zbąszyńskim parku. Autor – tata.

85 •


pokolenie Kurzawów. Raczej ustabilizowane, przywiązane do miejsca. Mnie zaś zwykle nosiło. Jakieś pogranicza, kresy, obrzeża. Tak ogólnie nazwałbym miejsca, gdzie przebywałem przez większość życia. Ile w decyzjach o osiedlaniu się w tych okolicach było oddziaływania mojej psychiki, ile konieczności życiowych, a  ile przypadkowości – nie podejmuję się odpowiedzieć. Jako urodzony mieszkaniec zachodniej Wielkopolski jadąc do szkoły średniej codziennie wjeżdżałem pociągiem na ziemie zachodnie. To był oczywiście przypadek, kwestia istnienia w  Świebodzinie szkoły, której techniczne ukierunkowanie nie budziło zresztą moich większych zainteresowań. Po prostu „tak wyszło”. Mogę jednak sporo o  tej krainie opowiedzieć, choć sam pozostanę nieco obok, na dystans. Kiedyś, pamiętam, wręcz nie akceptowałem gazety (w której dziś pracuję), irytowały zabugolskie zwyczaje tego regionu, jak mawiano w moim rodzinnym mieście. Wytykano pod tym pojęciem np. niechlujstwo w  zabudowaniach wiejskich, brak dbałości o wspólne (w Wielkopolsce w każdą sobotę sprząta się ulice i chodniki przed wiejskimi domami), ogólny bałagan, jak też nierozsądne wydawanie pieniędzy zaraz po wypłacie.

Przytoczna. Wizyta u młodszego brata ojca, Franciszka i jego żony Heli. Stoją sobie moi rodzice, Kurzawowie z Przytocznej i ich dzieci oraz wnuki. Pojechaliśmy tam chyba z moją żoną, żeby poznała rodzinę. I to Lidka zrobiła zdjęcie.

• 86


Takie oceny zapamiętałem jeszcze jako dziecko. Mnie raczej obojętna była mieszanka etniczna środkowego Nadodrza, z którą – zupełnie wtedy nieświadom faktu – siedziałem w klasie. Nie miałem wówczas pojęcia, ile barw chowają w sobie kulturowe różności. Wiedza pogłębiła się, ale tylko trochę, w czasie zielonogórskich studiów, też zresztą przypadkowych, na które dostałem się w drugim terminie, bo Wrocław nie chciał uczynić ze mnie kulturoznawcy. Po sześciu latach upartego studiowania istniałem zatem na zachodzie naskórkowo, powierzchownie, obecny aktywnie tylko w  akademickim getcie. Nie wychodziłem raczej poza dom studenta i kilka ulic w centrum miasta, poza redakcje miejscowych gazet i czasopism. Skutki tej postawy ujawniły się po latach, gdy ostatecznie znalazłem się na wsi pod Zieloną Górą. Wcześniej szukając swego miejsca na osiedlenie, objeżdżając na początku lat dziewięćdziesiątych okoliczne wioski, ze zdziwieniem odnotowywałem, że widzę je po raz pierwszy, albo iż ledwie je pamiętam przez mgłę wspomnień. Za to siebie z tamtych lat mógłbym określić, jako bywalca ogólnopolskiego życia akademickiego i młodoliterackiego. Miasto studiów było mi wtedy bazą wypadową do nawiązywania kontaktów z rówieśnikami i mądrzejszymi od siebie w całym kraju. A także, gdy nadarzały się okazje, za granicą. Bycie studentem miało bowiem wiele plusów i dawało niepowtarzalne szanse. W tym wypadku, akurat, uważam, iż udało mi się je w dużej mierze wykorzystać. Nie wrosłem jednak w latach 70. w zachód, mimo łącznie jedenastu lat związków (szkoła średnia i studia), tymczasowych meldunków, drugich i  trzecich miłości, dalszej rodziny tu osiedlonej, juweniliów literackich i prób dziennikarskich. Nie chciałem wrastać. Dlaczego? Może dlatego, że czułem wciąż pewną obcość tych ziem, ich bliski, niemal na wyciągnięcie ręki sztuczny polski początek. Ten wtóry, oczywiście. Dokładnie zresztą tego nie rozumiałem, ale też specjalnie nie starałem się ogarnąć problemu. Nie było mi to do niczego potrzebne. W Zielonej Górze miałem wielu kolegów, paru przyjaciół, rozpoznawałem niemal całe środowisko twórcze, tu była moja baza wypadów w  góry i  na spływy kajakowe. To wystarczało. Ponadto rodziców i korzenie oraz stały meldunek wciąż miałem w nieodległym (zaledwie 60 km) rodzinnym Zbąszyniu.

87 •


Dom na Rynku. Zdjęcie zrobiłem już po wyprowadzce rodziców. Nasuwa się pytanie, czy to dom rodzinny, skoro od samego początku, gdy zamieszkali tam w 1952 r. rodzice, płaciliśmy czynsz właścicielom? Czyli nie mieszkaliśmy u siebie? No i zajmowaliśmy tylko mieszkanie na parterze, a nie cały budynek. Lecz czy dom rodzinny da się określić w kategoriach własnościowych?

• 88


Zbąszyń – Wilkanowo W  szafie, spełniającej rolę najważniejszego mojego archiwum, trzymam kilkanaście teczek pełnych różnorakich materiałów o Zbąszyniu. Gromadzę je od paru dziesiątek lat, mimo długich pobytów na różnorakich „emigracjach”. Trudno powiedzieć, w jakim celu je trzymam i uzupełniam w miarę upływu czasu. To jest jakby odmiana kolekcjonerstwa. Rodzaj wygodnej mechanicznej pamięci. W trzech teczkach są wycinki prasowe o mieście. W innej zebrałem różnorakie plakaty i afisze zbąszyńskie, w kolejnej są niepowtarzalne koperty, na których nadrukowano czarnym kolorem rysunki budowli municypalnych. Mam też zaproszenia na lokalne zdarzenia. I  parę albumów pełnych fotografii i  widokówek, starych zdjęć, archiwalnych, rodzinnych, od ojca czy skądinąd, a  obok nowych, robionych przeze mnie. Ten sam budynek, ten sam widok z  lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia fotografowałem współcześnie. Żeby uchwycić zmiany (bo długo, długo wydawało mi się, że miasto się w ogóle nie zmienia, zastygło w czasie).W teczce z napisem ,,Historia” zgromadziłem informacje o właścicielach Zbąszynia, wyrysowałem drzewa genealogiczne Zbąskich, Garczyńskich, powypisywałem sobie źródła, gdzie mogę znaleźć dalsze informacje. Znalazł się tam mój autorski spis kasztelanów i  proboszczów oraz burmistrzów, ponadto kilkanaście szkiców historycznych moich i  innych autorów. Ponieważ teczka historyczna spuchła, założyłem kolejną, wyodrębnioną tylko dla map i planów. Są w niej dwie znakomite niemieckie mapy sztabowe okolic Zbąszynia i Zbąszynka z początków wieku (jedna podarowana przez ojca, druga przez stryja Janka), plany miasta, kilka map Regionu Kozła. Teczka ,,Współczesność” zawiera m.in. dokumenty z  lat 80., materiały komitetu obywatelskiego i  ulotki z pierwszych wolnych wyborów samorządowych po II wojnie. Kopie listów do rady miejskiej, gdy mieszkałem w Białymstoku, projekt, a potem uchwałę w sprawie nazewnictwa ulic, które z dobrym skutkiem zaproponowałem rajcom, odbitkę pracy magisterskiej o  koźle weselnym, niepowtarzalnym w  innej części kraju ludowym instrumencie Regionu Kozła. Oddzielnie trzymam unikatowe egzemplarze przedwojennej prasy lokalnej i współczesnej,


Spacer z tatą po mieście. Przyjechałem z Lidką na Wielkanoc w 1988 r. Kartka z mojego albumu fotograficznego. Zgromadziłem przez lata tysiące zdjęć, powklejałem, poukładałem. Właściwie, po co?

• 90


do której przykładałem rękę. Mam oczywiście archiwum pisma „Zbąszynianin”, periodyku które zakładałem w 1989 r. wspólnie z Zenkiem Matuszewskim. Obok teczek stoi kilkanaście książek mówiących o  mieście w  okresie przed- i  powojennym, są moje zbiorki wierszy znad Obry i  Błędna, są też książki telefoniczne miasta wydawane w swoim czasie przez Spółdzielnię Telekomunikacyjną oraz periodyk historyczny „Szkice zbąszyńskie”. Poza tym na ścianach w pracowni wiszą rozmaite znaczki, herb w kilku wersjach i różnych materiałach wykonany, w kuchni na półce butelka po niepowtarzalnym piwie białym z dawnego browaru przy ul. Chmielnej, a w garażu wisi wielka flaga miejska. Po co to zbieram i dlaczego o tym opowiadam? Żeby się pochwalić? Niestety, nie. Żeby cenne materiały przekazać pośmiertnie na cele publiczne? Też nie. Miasto nie ma archiwum, żeby ewentualnie przyjąć takie zbiory, a biblioteka mieści się w ciasnym lokalu. Któż by miał się tym zajmować, opiekować? Taki dar stanowiłby tylko problem. Cóż bowiem stało się ze zbiorami wybitnego polskiego sportowca rodem ze Zbąszynia, Staszka Olejniczaka? Jedynego olimpijczyka w historii miasta! Jego kolekcja medali, dyplomów krótko wisiała w prywatnym lokalu na Rynku, a gdy okazało się, że tam przeszkadza lub nie pasuje do wystroju, została oddana miastu. Do regionalnego muzeum, które i tak ma za mało miejsca na ekspozycje. I po kłopocie. Innym smutnym przykładem na brak zainteresowania współczesnych czymś, czym się można pochwalić jest opracowany przeze mnie spis burmistrzów Zbąszynia. Pierwszy burmistrz, jeszcze jako urząd, jest wzmiankowany w 1329 roku. Ile miast w Polsce może się tym pochwalić?! Pierwszy burmistrz z imienia, Jakóbiec, został zapisany w 1440 roku. Dzisiejszy włodarz miasta jest na liście powyżej 50. Tyle nazwisk udało mi się zidentyfikować, choć to zdecydowanie nie wszyscy. Może było ich 70? 80? Jaki problem, żeby taka chlubna lista wisiała w ratuszu na korytarzu? Pod gabinetem obecnego szefa gminy?! Ale nie wisi… Zatem dlaczego gromadzę niepotrzebne nikomu materiały dotyczące Zbąszynia? Głównie po to, żeby ujawnić istnienie idealizmu w  czystej postaci. Niepraktycznego, niepotrzebnego, wręcz konfliktogennego wobec praktycznej i politycznej rzeczywistości. Lecz choć wiem, że to nie ma sensu, pewnie nadal będę gromadził rozmaite szpargały i chował w teczkach. Pamięć w pudełkach? Być może. Jestem – osobnik beznadziejnie zakorzeniony w swojej 91 •


małej ojczyźnie, z własnego nadania strażnik jej tożsamości – obiegiem zamkniętym. Nie mam okazji i powodu, aby o zawartości szafy i swojej głowy pełnej (ongiś) pomysłów komukolwiek opowiedzieć; oczywiście dla dobra miasta, lokalnej społeczności. Wobec czego tę wiedzę, te informacje zatrzymuję w sobie. I w szafie… Taki widać los małych miast i ludzi stamtąd. W minionych latach często rozmawiałem o tych zbąszyńskich niemożnościach z  takim jak ja emigrantem i  buntownikiem w czasach młodości, moim nauczycielem historii ze Szkoły Podstawowej nr 1, Zdzisławem Linkowskim; obecnie mieszkańcem Gorzowa, muzealnikiem. Chcieliśmy to zmienić. Wymyśliliśmy w latach 90. nieformalne stowarzyszenie podobnych nam lokalnych patriotów, które nazwało się Collegium Zbąsinensis. Potem dorzuciliśmy pomysł zjazdów zbąszynian. Z myślą, że ktoś znajdzie sposób, jak wykorzystać potencjał tylu osób beznadziejnie wręcz zakochanych w mieście i okolicy. Kilka zjazdów nawet się odbyło, ale nic nie przyniosły poza rozlewającymi się sentymentami. Powoli więdły, więdły aż zupełnie upadły. Rozmowy o mieście i jego potencjale toczyłem też „od zawsze” z Irkiem Koźlickim, także z Zenkiem Matuszewskim. Z czasem też prof. Zygmuntem Młynarczykiem, prof. Zygfrydem Witkiewiczem i innymi. Gdyby ktoś je podsłuchał, gdyby te rzucane ad hoc pomysły zrealizował!? Ba! Dla nas, „nawiedzonych” lokalnych patriotów, oczywiste było i jest, że oś świata – taxis mundi – przechodzi przez Zbąszyń. I wszystko co ważne w świecie wiąże się z tym miejscem nanizanym na łagodny nurt Obry. Że można wiele niepowtarzalnych pomysłów tutaj zrealizować, a nie tylko pomnik postaci w kajaku. Pokazało się na zjazdach sporo ciekawych osobowości – rozrzuconych po świecie, ale stąd pochodzących – gotowych do służenia wsparciem, pomocą, gotowych do nadania ideom kształtu. Jednak zabrakło „tragarzy”, chętnych do przeniesienia tych pomysłów. Co oznaczało po prostu, że piękne i wielkie idee nie są nad Obrą potrzebne. Przez ponad 20 lat przyjeżdżałem służbowo do swego miasta. Widząc z  daleka charakterystyczne wieże rokokowej kolegiaty czułem, że na sercu robi się jakoś cieplej. Ale, gdy zaczynałem się wgryzać się w  tkankę grodu, szybko pojawiało się zwątpienie. Z roku na rok coraz większe. I refleksja: nie warto. Bo chyba nikomu nie jest to potrzebne: zmiany na lepsze, utrwalenie i udo• 92


kumentowanie przeszłości, walka o awans kulturowy, o miejsce, z którego ongiś historia Zbąszyń wykopała. Po wyjeździe w  1980 r. na wschód, wróciłem w  końcu na zachód kraju w 1991 r. Przez swoje miasto przejechałem wtedy bez zatrzymania. Chleba bym w nim nie znalazł. A zrozumienia tym bardziej; wręcz przeciwnie. Nierzadko zawiść, ba, nienawiść, donosy, niezrozumienie… Zbąszyń nie dopracował się dotąd charyzmatycznych liderów, odważnych trybunów, ludzi z wizją. Choćby takich, jak rajcowie z XIX wieku, którzy zaciągnęli kredyt wysokości czterokrotnego budżetu gminy, żeby w 1871 roku postawić obecny ratusz. Bo powiedziano im (w Berlinie), że w mieście będzie sąd grodzki, jeśli znajdzie się odpowiedni budynek. I  znalazł się. Piorunem został zbudowany. Pół obecnego magistratu zajmował odtąd sąd, pół urząd miejski. A obok było więzienie. Wszystko jak trzeba. Sąd działał chyba do lat 50 XX wieku. Dodajmy, że ów 1871 to był niesamowity rok dla miasta. W 1871 stanął bowiem we wsi Rajewo nowy dworzec kolejowy, a ludzie zyskali połączenie z Berlinem i Poznaniem! Albo weźmy niemieckiego burmistrza Butza, rozsądnego człowieka z okresu przełomu. W mieście kończyła się bowiem II Rzesza, a zaczynała II RP. 17 stycznia 1920 r. oddawał Polsce uporządkowane, zadbane miasto. Wzywał do zachowania spokoju. Zachował się protokół zdawczo-odbiorczy przekazania grodu Rzeczypospolitej. Wcześniej Joachim Butz uczestniczył w rozmowach z powstańcami wielkopolskimi. Czy inna postać – przedwojenny burmistrz (kapitan) Ferfet. Budowniczy ul. Mostowej wraz z mostem, czyli skrótu drogowego dla mieszkańców przedmieścia i okolic. Nie mówię już o Bernardzie Skórzewskim, arystokracie i przedsiębiorcy, który latał samolotami i produkował trzcinowe maty dla holenderskiego Philipsa. Mam wrażenie, że potem już rządzili nad Obrą ludzie bez wizji i  natchnienia. Praktyczni Wielkopolanie? Tak. Zwyczajni, normalni. Czy to ich wina? Czy tu w ogóle można mówić o winie? Po prostu, tak działa chroma, ciężka aura nadobrzańska. Atmosfera szarości, przeciętności, sąsiedzkich i kościelnych zależności, specyficznych układów międzyludzkich. Lokalna społeczność generuje przywódców na swoją miarę. Tego się nie przeskoczy. Dlatego wracając ze wschodu na zachód wybrałem na „miejsce stałego postoju” inny punkt na mapie. Miejsce częściowo już znane, po trosze oswojone wcześniej, w czasach studiów. Gdy zaś 93 •


z perspektywy krótkiego pobytu w „nowej” Zielonej Górze zacząłem się rozglądać wokół siebie za czymś konkretnym, za czymś co można oswoić ,,na wcale” – jak mówią na Suwalszczyźnie – znalazłem skrawek 10 arów ziemi w odległości pięciu kilometrów od centrum Zielonej Góry. Oswajanie zaczęło się od próby określenia wieku wiejskiego domu, który kupiliśmy w środku wsi; bardzo starej, XII-wiecznej, od XIX wieku także górniczej. Dom nie poddawał się osądom i badaniom, choć upierałem się, iżby go dokładnie określić. Nie udało się do dziś. Określiłem za to siebie. Sam budynek pozwolił mi spojrzeć szerzej na historię wioski (dwóch historycznych, sklejonych ze sobą miejscowości, jak się z czasem okazało), a potem znaleźć pomysł na ukorzenienie się. 4 maja 1992 roku nabyliśmy notarialnie, żona i ja, posiadłość w Wilkanowie. Na pojęcie posiadłości, czyli gospodarstwa wiejskiego, składa się w tym przypadku ogród liczący około tysiąca metrów kwadratowych i  zabudowania: dom wraz z  przylepionym doń budynkiem gospodarczym (było to ongiś skrzyżowanie stodoły z chlewikiem, już po wojnie dobudowano drewutnię). W ogrodzie stoi tzw. domek ogrodnika. Byłym polskim gospodarzom służył za kurnik, a pomieszczenia obok, wpuszczone w ziemię, za piwnicę, w której składano buraki i ziemniaki. Po dwóch, trzech latach od osiedlenia zacząłem się interesować naszymi poprzednikami, tymi bezpośrednimi i  wcześniejszymi, Niemcami. Inspiracją stały się bardzo konkretne problemy. Na przykład, rozbijając istniejącą w centralnym punkcie domu wędzarnię musiałem zniszczyć jej niewielkie sklepienie. Miało lekki łuk; cegły tworzące je – co okazało się po rozbiciu – były ukosowane i w efekcie tworzyły zbiór klinów. Ściany wędzarni rozbijało się łatwo, choć mury grube. Wybijając w jednym z pokojów drzwi też zauważyłem, iż po wybiciu pierwszych kilku cegieł pozostałe wychodzą stosunkowo łatwo. Dlaczego? Fachowcy uświadomili mi, że cegły układano na zaprawie gliniano-wapiennej. Tak powstał cały dom. Budynek, w którym mieszkamy, nie ma piwnic, z wyjątkiem małej piwniczki, do której wchodzi się z korytarza podnosząc ciężką klapę. Czemu nie zbudowano więcej piwnic, nie podpiwniczono całego domu? Dowiadując się, kto mieszkał przed nami i  dlaczego tak właśnie stawiano domy w Wilkanowie w rezultacie napisałem – przy • 94


Wilkanowo, początek lat 90. Autor – Leszek Krutulski. Artysta fotografik, nawet docent na wydziale artystycznym uniwersytetu. Ot, tak, pstryknął sobie…

95 •


pomocy zielonogórskich archiwistów i  historyków – krótką historię… Wilkanowa. Przedstawiłem ją za pomocą kilkunastu dat i wywiesiłem w gablocie koło sklepu. Ciągle jednak intrygowali mnie, „nie rozgryzieni”, nasi historyczni gospodarze, poprzednicy, ci którzy zbudowali dom. Próbowałem – powtarzam – określić jego wiek. Nie jest zbyt stary. Przedwojenny, może z  końca lat trzydziestych. Z  dokumentów uzyskanych w  Archiwum Państwowym w Zielonej Górze (filia w Wilkowie koło Świebodzina) wynika, że budynek nie istniał 6 maja 1921 roku ani po 1925 r., ani przed 1937 rokiem. Czy na pewno? Niemiecki dokument z 10 czerwca 1942 r. mówiący o  opłatach podatkowych za grunt nie wspomina o  budynku, ale być może chodziło tylko o  podatek gruntowy. Nie jestem pewien czy dotarłem do wszystkich dokumentów. Nie wydaje się, żeby dom stawiano w czasie wojny. Sposób budowy, wielkość i rodzaj użytych materiałów świadczą, iż właściciele nie byli zbyt zamożni. Konkluzja wynika z prac remontowych i wgryzania się w tkankę tej budowli. Domek ma, licząc też korytarze, antrejkę (celowo używamy tej wielkopolskiej nazwy biorącej się od francuskiego słowa: entreé), kuchnię i inne zakamarki – ponad sto metrów kwadratowych. Układ typowy: wejście (ongiś) od ulicy, korytarz – ze wspomnianą już byłą wędzarnią przerobioną przez nas na kominek – zwężający się w kierunku (zapewne kiedyś) drugich drzwi na podwórze. Na prawo i na lewo wejścia do pokojów i do kuchni. Tak było pierwotnie. Po licznych przebudowach powojennych wnętrze wygląda inaczej. Główne i  jedyne wejście jest od strony podwórza, niektóre drzwi zostały zamurowane, podobnie wszystkie, z jednym wyjątkiem, okna od strony ulicy. Dobudowano też antrejkę, czyli rodzaj ganku od strony podwórzowego wejścia. Połączono (chyba przed wojną, ale pewności nie mam) dom ze stodołą; powstał w  ten sposób dodatkowy pokój łącznikowy. Nasi poprzednicy mieli tam kuchnię, myśmy przenieśli ją do sąsiedniego pokoiku, który pierwotnie był kuchnią. Z łącznika jest wejście do łazienki, która mieści się już w… stodole. Z  czasem wykorzystaliśmy do celów mieszkalnych strych. Mamy tam teraz sypialnię, a  córka swój duży pokój. Z dokumentów wynika, że taki budynek postawili sobie ludzie, których w  kategoriach Polski Ludowej można by nazwać chłoporobotnikami. Chyba nie było ich stać na coś lepszego. 1 mar• 96


ca 1911 r. posesja, na której stoi dom, została sprzedana. Kupił ją bergmann, czyli górnik. Pracował zapewne w pobliskiej kopalni węgla brunatnego, a może w cegielni. Uprawiał trochę ziemi. Domek, ten nasz, był drugim na posesji, postawionym później. Dlaczego? Dla kogo? Właściciel, Franke, pobudował sobie na starość? A może dla dzieci? Bo przecież w tym czasie istniała główna siedziba rodzinna, ów budynek, który górnik kupił w 1911 r. Czy idzie o  obecny dom (fakt, że po generalnym remoncie) naszych sąsiadów, ongiś stojący na jednej z  naszą, wspólnej działce? Nie wiemy… W  archiwalnej teczce Sądu Obwodowego w  Zielonej Górze, noszącej numer 2147, zachowały się akta własności i świadectwa przekształceń własnościowych tego skrawka ziemi, na którym obecnie mieszkam. Teczka Grund-Acten nr 13 in Heinrichau zawiera pierwszy dokument nadania ziemi przez Kaspra Gottlieba von Knobelsdorfa. Posesję oznaczoną nr 13 otrzymał 17 febr. 1789 Bartolomei Dominik. Nie od razu. Wcześniej i  jeszcze później musiał płacić stosowne raty w złotych talarach reńskich. Pierwsza spłata nastąpiła 21 novbr. (17)85 roku. Ostatnia 21 novbr. (17)91. Razem za dwa hektary i  dwadzieścia dwa ary oraz sześćdziesiąt trzy metry kwadratowe ziemi (obszar ten utrzymywał się bardzo długo jako całość i jeszcze teraz czytelny jest w działkach podzielonych między naszych sąsiadów) B. Dominik zapłacił K. G. von Knobelsdorfowi 30 talarów reńskich w złocie. Posiadłością Dominika była ziemia należąca obecnie do trzech właścicieli, łącznie z nami. Siedziba pierwszego osadnika, jak się domyślam, była oczywiście zlokalizowana na historycznej działce nr 13, ale na teraźniejszej posesji naszego sąsiada, pana Stanisława. To, co należy obecnie do nas i  ogród za nami (w  kierunku osiedla Przylesie) było traktowane, tak stanowią późniejsze dokumenty, jako ogród i sad przydomowy. Pierwszy właściciel ponad dwóch hektarów gruntu – Bartolomei Dominik, potem też wpisany jako Bertold Dominik, żonaty był z  Anną Rozyną. Zmarł w  roku 1798. I  ponad 110 lat od momentu posadowienia się Bartolomei Dominika w Henrykowie na działce nr 13 ta posiadłość była zawsze w rękach jednej rodziny. Dopiero 1 marca 1911 roku własność zostaje po raz pierwszy sprzedana. Są na to czytelne dokumenty. Wiadomo, gdzie, kiedy i za ile wszystko sprzedano. Za 1.500 marek całość – od rodziny 97 •


Heppnerów, potomków Dominika – kupuje Gustaw Franke i jego żona Bertha z domu Riedel. On był górnikiem, ona gospodynią domową. Urodziło im się czworo dzieci. Najstarsza Lina (ur. 9 I 1910), potem Otto (19 VIII 1911), Frida (17 VI 1914) i Martha (19 I 1918). Ponoć syn Gustawa Franke był w Wilkanowie po wojnie, ale o bliższych szczegółach wizyty nic nie wiem. Ostatni dokument, który zachował się w  teczce archiwalnej, pochodzi z roku 1942. Można podejrzewać, że mieszkańcy tej posesji przeżyli w swoich dobrach do 1945 r. Dalsze ich losy są nam nieznane. Ale zapewne były typowe, powojenne… Wedle akt meldunkowych i  opowieści sąsiadów żyjących tu niemal od ukończenia wojny, pierwszym Polakiem, który zasiedlił nasz dom, był czapnik z Krakowa, Aleksander Marta (ur. 10 XII 1911) wraz z  żoną Heleną. Mieli oni czworo dzieci. Marta, rzemieślnik pracujący w  zielonogórskiej elektrowni, nie radził sobie z ziemią. Po kilku latach postanowił gospodarstwo oddać. Odbyła się tzw. lustracja z udziałem sołtysa Greli, podczas której odnotowano dom, przybudówkę, stodołę-chlew, drwalkę, chlew i ustęp. Oraz 1 hektar ziemi. 6 czerwca 1954 r. na obecnej posesji rosły trzy jabłonie, sześć śliw, była też pompa i studnia. Już nie ma po tym śladu. Naszym poprzednikiem w  Wilkanowie była rodzina Cecyli i Jerzego Babarinów. Ona przybyła tu w 1945 r. z Wielkopolski, on (ur. 15 IX 1928 r.) kilka lat później. Zdemobilizowany z wojska w 1949 r., przybył na ziemie zachodnie, gdzie poznał Cecylię; wzięli ślub i tu przyszło na świat troje dzieci. Babarinowie – zdaje się – byli jednymi z najdłużej posiadających to gospodarstwo w  jego 200-letniej historii. Ponad trzydzieści lat. Od nich właśnie – po śmierci Jerzego – w 1992 r. kupiliśmy tę posesję. A fakt ów uwieczniliśmy wypisując dokładną datę na świeżej zaprawie cementowej nad drzwiami domku w ogrodzie i na specjalnym cokole stojącym na trawniku. *** Czerpiemy z  siebie, z  przeszłości i  z  wszystkich poprzednich miejsc. Jednym z nich są dla mnie Wigry. Tajemnicze jezioro – „siedem razy proste” – 20 kilometrów od Suwałk. Tamże, w klasztorze pokamedulskim, od 1977 r. toczyły się spotkania twórców, • 98


naukowców, ekologów, administratorów, plastyków i  literatów, które otrzymały nazwę-hasło: „Kultura i  środowisko’’. Brałem w  nich udział od 1980 r. Zastanawiałem się wespół z  innymi. Człowiek. Cząstka natury i element kultury. Jak – tworząc – powinien się zachować wobec środowiska naturalnego? Spotkania, które urwały się po siedemnastu latach z prozaicznych powodów, przyniosły mi niepowtarzalne kontakty, znajomości i przyjaźnie. One, stojący za nimi ludzie i  doświadczenia zatrzymane w  pamięci stopiły się w  pomysł zrealizowany potem na zachodzie kraju, pomysł, który nazwaliśmy Ogród sztuk. Idea zrealizowana została na nowej ziemi, jak widać z  powyższego opisu – wcale nie niczyjej. Przed nami byli tu ludzie z  ciekawą przeszłością. Jednak lata powojenne spowodowały przerwanie wielu więzów, w  tym na pewno łączności między reprezentantami poprzednich mieszkańców wsi a obecnymi jej obywatelami. W naszym gospodarstwie po historycznych gospodarzach nie zostało nic poza ziemią i  murami domu. Żadnych mebli, sprzętów, zdjęć, wspomnień. Nikt nic nie wie o przeszłości i mało kto starał się czegoś dowiadywać. Dlatego tym bardziej chcieliśmy kontynuować to, co zapoczątkowaliśmy w sensie intelektualnym na północnym wschodzie kraju. Nie jest bowiem sztuką wyjechać skądś i zostawić po sobie czarną dziurę, zapomnieć miejsca, przyjaciół, wydarzenia, czyli zostawić gdzieś w  niebycie część siebie. Nie chcieliśmy zrywać z Suwałkami i Białymstokiem. Przynajmniej emocjonalnie. Ostatnim elementem na drodze narodzin idei Ogrodu sztuk było położenie domu: wieś, rzeczywisty ogród, ale i bliskość miasta. I przeczucie, że powinno to przyciągać ludzi, być może nadających i odbierających na podobnych falach. Mogę powiedzieć, że Coś się udało. Na ,,ziemi niczyjej’’ utworzyła się i nadal jest w stanie kształtowania nowa tożsamość: jej i nasza, obywateli dawnej kolonii Henrykowo położonej tuż przy nieistniejącej już granicy Wilkanowa. Pod orzechem, czereśnią, jabłonką, w pobliżu domku ogrodnika, na różanej pergoli od czasu do czasu, na jedno słoneczne popołudnie, pojawiało się kilka prac plastycznych. Tkanina, rzeźby i medale, trzy pastele przy murze porośniętym paprocią. Zjawił się teatr, promował swe wiersze poeta, który tę sytuację w ten sposób opisał: 99 •


*** to są bardzo nieśmiałe jeszcze nitki odrastające od starego korzenia wsuwają się w szczeliny przypadku i czekają lecz dziecko rośnie oswaja cegłę i trawę i drzewo naciąga błękit na nieboskłon i dodaje mi własną ręką najważniejsze punkty: słońce dom psa i ptaki które wrastają w te przypadkowe ramy


Projekt Waśkiewicz Gdańsk, Długi Targ. Nobliwa sala ratusza na Głównym Mieście. Zbliża się koniec roku 2006. Andrzej K. Waśkiewicz świętuje spóźnione o pół roku 65. urodziny. I jubileusz twórczości, czyli tego, co przez 45 lat zapisywał na wszelkie sposoby w książkach i na łamach czasopism. Zostałem wyznaczony – wraz z Leszkiem Żulińskim, znanym krytykiem literackim i poetą z Pruszkowa – żeby wygłosić laudację ku czci jubilata, zarazem poety, krytyka, edytora, animatora kultury… Długo by można wymieniać rozmaite społeczne role. Dla mnie także przyjaciela. Na laudację zdążyłem w  dosłownie w ostatniej chwili, gdyż rozkopany stary Gdańsk, tudzież szybko zapadające ciemności późnej jesieni 2006 r. zupełnie mnie jako kierowcę zdezorientowały. Trzeba jeszcze wyjaśnić, że wyznaczyła mnie do laudacji Ania Sobecka, prywatnie żona jubilata, służbowo – organizatorka uroczystości.

Gdańsk, Morena. 65 urodziny Andrzeja K. Waśkiewicza (na pierwszym planie), mojego przyjaciela. Na drugi dzień, już w mieszkaniu, po uroczystościach w ratuszu. Centralne miejsce zajmuje Marek Graszewicz z Wrocławia, obok synowie-bliźniacy, Adaś i Marcin ze swymi partnerkami oraz Kurzawowie. Wtedy właśnie urodził mi się pomysł książki o Andrzeju.


Waśkiewicz w ozdobnym gdańskim fotelu. Sporo gości. Z Warszawy, z Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich prezes Marek Wawrzkiewicz. Jest znakomity poeta Krzysztof Gąsiorowski. Pojawił się Heniek, czyli Henryk Wojciechowski, ongiś wojewoda gdański, jednocześnie będący rodziną Hanki Sobeckiej. W  pierwszym rzędzie miejscowi honorowi goście z  prezydentem miasta na czele. W  pierwszym rzędzie także Stefan Chwin, który pisze zielonym pelikanem, z  żoną Krystyną w  kapeluszu. Gdańskie Towarzystwo Przyjaciół Sztuk, przyjaciele i  znajomi. Marek Graszewicz z Wrocławia. Poeci miejscowi, Antoni Pawlak, Eugeniusz Kupper, Kazimierz Nowosielski. W ostatnim rzędzie Władysław Zawistowski, kiedyś kolega – poeta, teraz Dyrektor z Urzędu. Słowem sala wypełniona. A na ścianach polscy królowie. W takiej to oprawie przyszło mi wygłaszać mowę „ku czci”. – Przyjechałem do Gdańska odzyskiwać Waśkiewicza dla Ziemi Lubuskiej – zacząłem swoją spontaniczną laudację, bo na kartce miałem tylko parę haseł. – Lata spędzone przez niego nad Bałtykiem spowodowały, że coraz bardziej eksponuje się związki artysty z  portowym miastem, Pomorzem, a  zapomina o  korzeniach. A  przecież Waśkiewicz w  Gdańsku będzie pośmiertnie miał najwyżej jedną tablicę pamiątkową na Morenie, konkretnie na bloku przy ul. Amundsena 1B. Ewentualnie drugą na kamienicy, w  której mieści się siedziba Gdańskiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuki. Tymczasem na Ziemi Lubuskiej – prorokowałem – w miejscach, gdzie mieszkał, uczył się i tworzył pojawi się co najmniej kilka pięknych mosiężnych tablic, a może i popiersi z jego nazwiskiem. W miasteczkach i na wsiach oraz oczywiście w Zielonej Górze przy ul. Dzierżyńskiego i na Gwardii Ludowej (dziś już nieistniejących pod tymi nazwami, gdyż starzy bohaterowie minionej epoki zostali zastąpieni nowymi, aktualnie słusznymi), gdzie mieszkał najdłużej. Pamiątkowa tablica, a  nawet rzeźba powinna się z czasem pojawić na zielonogórskim starym mieście, przy kamienicy, gdzie mieściła się redakcja „Nadodrza”, a dziś króluje oczywiście bank. Tam poeta i redaktor pracował, gdy go poznałem. Był rok 1976. A później, w 1979 roku, niestety pomagałem Waśkiewiczom wyprowadzić się z Zielonej Góry do Gdańska. W  sumie Andrzej spędził na Ziemi Lubuskiej około 33 lat, w  Gdańsku mniej więcej tyle samo. To dzielmy się nim sprawiedliwie, powiedziałem. • 102


Kożuchów, Rynek. Wędrówki z Andrzejem K. Waśkiewiczem w maju 2011 roku. Odwiedziliśmy wtedy całą ekipą badawczo-dokumentacyjną miejscowości, w których ów wybitny poeta i krytyk mieszał w dzieciństwie.

103 •


Po jubileuszu 65-lecia Andrzeja K. Waśkiewicza wróciłem do domu zadowolony przede wszystkim z  tego, co spontanicznie z siebie wyrzuciłem. Bo coś mi już zaczęło świtać. I dojrzewało przez blisko pięć kolejnych lat. Podczas wigilii literackiej środowiska ZLP-owskiego w Zielonej Górze w 2010 roku po raz pierwszy publicznie opowiedziałem o  moim pomyśle „odzyskania Waśkiewicza dla Ziemi Lubuskiej”. Byłem ciekaw jak zareagują koleżanki i koledzy po piórze, znający zresztą Andrzeja doskonale z lat swojej i jego młodości. Test wypadł pozytywnie, wszyscy przyjęli pomysł dobrze, a co istotne, zadeklarowali wsparcie. Nie pozostało nic innego, niż skonsultować rzecz z „przedmiotem badań”, czyli AKW. O co szło? Właśnie o te metaforyczne tablice, które być może rzeczywiście w przyszłości upamiętnią pobyt Waśkiewicza w kilku miejscowościach Ziemi Lubuskiej. Otóż zaproponowałem mu odwiedzenie w  ciągu paru dni tych miejsc, w  których mieszkał i uczył się od czasu przybycia z mamą na Ziemie Odzyskane zaraz po zakończeniu II wojny światowej. W  kolejności było to miasteczko Lubsko, zwane wtedy jeszcze Zemsz, potem wieś Stary Zagór (koło Krosna Odrzańskiego), nieodległy Dychów, pieszo przez rzekę Bóbr ze Starego Zagoru, a  potem Kożuchów, jako miejsce zamieszkania i nauki. Wreszcie Szprotawa i mieszkanie w  internacie Technikum Rolniczego, gdzie się uczył. Na końcu oczywiście Zielona Góra, choć „po drodze” było jeszcze Roczne Studium Bibliotekarskie w Jarocinie. Ale to postanowiłem sobie darować. Andrzej wspominał mi kiedyś, iż w  niektórych z  tych miejscowości nie był nigdy po wyjeździe z zachodu kraju, ba, nawet nie odwiedził ich mieszkając w  latach 60. i  70. w  wojewódzkiej Zielonej Górze. Zatem współczesne wizyty byłyby odwiedzinami po wielu, wielu latach nieobecności. Byłyby powrotem do przeszłości, a w pewnym sensie, patrząc na twórczość AKW, rzec by można, powrotem do korzeni poetyckich. Wyprawa z  założenia miała być udokumentowana (notatki, zdjęcia i nagrania dźwiękowe) i wydana w formie książkowej. Nazwałem rzecz roboczo „Projekt Waśkiewicz”. Andrzej K. Waśkiewicz nie tylko przystał na ów pomysł, ale od razu rozpoczął szperać w swoich archiwach, przeglądać zdjęcia, przygotowywać dokumenty. Zanim wyruszyliśmy „na szlak” • 104


w maju 2011 r. – niemal dokładnie w rocznicę 70. urodzin poety – miałem sporą teczkę z  kserokopiami ważnych akt z  jego życia i fotografii. Siadłem też do lektury wierszy poety, żeby wyłapać i wykorzystać później odnośniki do czasów lubuskich w nich zawarte. Zostałem zaskoczony licznymi nie tylko fragmentami, ale całymi utworami odnoszącymi się do pobytu na środkowym Nadodrzu. Co tu kryć, zwyczajnie wyparowały mi z pamięci, bo przecież czytałem je wielokrotnie, gdy ukazywały się drukiem. Warto podkreślić jednak, iż te poetyckie zapisy dotyczące środkowego Nadodrza pojawiły się w dużym zagęszczeniu przede wszystkim dopiero po roku 1986, czyli po kilku już latach zamieszkiwania na Pomorzu Wschodnim. Dlaczego właśnie wtedy? Sentymenty, nagła nostalgia za krajem lat dziecinnych? Niekoniecznie. Ale zaskakującym katalizatorem dla tej poezji był… Irak. Mirbad. A  Mirbad to festiwal poezji, który odbywał się wówczas w  Iraku. Pojechała nań nieduża delegacja pisarzy polskich, wśród nich A. K. Waśkiewicz. W końcu „Projekt Waśkiewicz” dojrzał do realizacji i w dniach 16, 17, 18 maja 2011 r. codziennie wyruszaliśmy do miejsc ongiś opuszczonych przez Andrzeja. W  podróży sentymentalnej zdecydowała się wziąć udział jego rodzina: żona, Anna Sobecka oraz syn Marcin ze swoją partnerką życiową Justyną Dzienis. Uczestniczyła też moja żona, Lidia Kurzawowa i  przyjaciółka Waśkiewiczów z czasów zielonogórskich Maria Wasik. Duchowo wspierała nas prof. Małgorzata Mikołajczak z Uniwersytetu Zielonogórskiego, która zaproponowała dwojgu studentom filologii polskiej dokumentowanie wyprawy za pomocą aparatu i dyktafonu. Byli to Mirosława Szott i Janusz Łastowiecki. Dokumentację fotograficzno-fonograficzną prowadziła również Ania Sobecka, a Justyna nagrała kilka filmików. Podróżowaliśmy – w zależności od dnia – we dwa, trzy lub cztery samochody. Wszyscy Waśkiewiczowie, całą rodziną, spali u  nas, Kurzawów, w  Wilkanowie, z tym, że dwa pierwsze dni Andrzej z Hanką w domu M. Wasik w Zielonej Górze. Z notatek prowadzonych przeze mnie podczas tych peregrynacji, ze wspomnianych zapisów fonograficznych pracowicie potem przepisanych na białe kartki przez M. Szott i J. Łastowieckiego, z  odsłuchanych płyt Anki Sobeckiej sporządziłem reportażowe zapisy. Dotyczą sześciu miejsc związanych z Andrzejem na różne 105 •


sposoby. Podzieliłem je na rozdziały według chronologii przemieszczania się i  wiązania Waśkiewiczów (mamy i  syna) z  poszczególnymi miejscowościami regionu. Bo od samego początku dokumentacja tej wyprawy miała mi posłużyć jako materiał do książki o  Andrzeju na Ziemi Lubuskiej. Czyli właśnie do tego, o czym mówiłem przed paroma laty w gdańskim ratuszu: do odzyskiwania AKW dla Ziemi Lubuskiej. W fazie tworzenia książki każdy mój reportaż został wzbogacony o bardzo ważne miniatury prozą napisane wcześniej przez Andrzeja, a będące jego swoistymi komentarzami do lat swojej młodości. Tkwiły mi bowiem w głowie drukowane przez niego w różnych czasopismach w kraju felietony, wspominki o lubuskich latach. Uznałem, iż warto zestawić refleksje autorskie powstałe przy biurku w Gdańsku, głównie w  latach 90. i  po roku 2000, z  tym co Andrzej realnie zobaczył w maju 2011 r. Skonfrontowałem zatem jego zapiski i wspomnienia z  rzeczywistością. I  tak powstała książka „Andrzej K. Waśkiewicz. Miejsca opuszczone” w podstawowej części, mówiąca – z licznymi dygresjami – o trzech dniach pobytu Waśkiewicza na Ziemi Lubuskiej. Książka jest zbudowana chronologicznie. Zaczyna się od wywiadu z jej bohaterem, który opowiada nie tyle o sobie, co o rodzicach, o  rodzinie ze strony ojca i  bogatym w  ciekawostki historyczne rodzie swojej mamy, Higersbergerach. Zależało mi na pokazaniu biografii poety na tle rodzinnym, w tym na historycznym ujawnieniu „skąd wziął się Waśkiewicz”, jakiego znamy, jakiego zna polska literatura i nauka. W wywiadzie mówimy sobie o zupełnie nieświadomym wojennego zagrożenia dziecku, przebywającym jeszcze wtedy duchowo i  fizycznie gdzieś w  rodzicielskiej Arkadii. Uzupełniają rozmowę zapisy AKW o  ojcu, babci, o pamiątkach, które mu zostały. Kolejny, niezbędny wydaje się, rozdział pokazujący następny etap życia przyszłego twórcy, to wyłącznie jego autorskie refleksje, bo rzecz dotyczy okresu warszawskiego i łódzkiego, nie zaś lubuskiego. To krótki wojenno-powojenny etap życia, obejmujący lata 1944 – 46, a dotyczący Warszawy, szosy pruszkowskiej, Trzylatkowa i  Łodzi. Uznałem, że nie można tego czasu pominąć chociażby ze względu na fakt, iż konsekwencją tamtych zdarzeń wojennych był przyjazd Waśkiewiczów, matki i syna, na Ziemie Odzyskane, nie wspominając już o konsekwencjach dla Andrzejowej poezji. • 106


Wszystko, o czym wyżej w przedostatnim rozdziale doprowadzam do momentu wyjazdu Andrzeja wraz z rodziną z Zielonej Góry, ale ostatecznie swą pracę uzupełniam zaskakującym może aneksem o… ruinach. To bardzo ważny element w  życiorysie i twórczości Waśkiewicza. Tym bardziej, że ruiny zostały nierozerwalnie powiązane z jego dzieciństwem i Ziemią Lubuską. I oczywiście znalazły odbicie w licznych wierszach i esejach. Wywiadem również – żeby uprzedzić fakty – zamykam tę pozycję. Jest to jednak rozmowa dotycząca lubuskiego środowiska literackiego i  sensu funkcjonowania niewielkich środowisk pisarskich. *** Ale były i inne podróże z  Andrzejem. Nie jestem chyba w  stanie przypomnieć sobie wszystkich wspólnych wyjazdów, przejazdów, czy pobytów w ciągu blisko czterech dekad naszej przyjaźni. Symbolicznie zacząłbym od tego momentu, kiedy w 1979 r. wyprowadzałem, niestety, Waśkiewiczów z  Zielonej Góry. Przygotowując książkę o  AKW usiłowałem przypomnieć sobie, jaki to był miesiąc, jaki dokładnie dzień, kiedy zapakowaliśmy meble i kartony z książkami na ciężarówkę. Niestety, pamięć jest ulotna. Ale pomyślałem, że może będzie coś w naszych listach, gdyż przechowuję wszystkie – ważne i nieważne – listy, gdzieś tak od końca lat 60. do dziś. I okazało się, po przebrnięciu przez teczki, że zachował się list Ani, żony Andrzeja, pisany 5 września 1979 r. „Ponieważ sam się zadeklarowałeś, więc czekamy teraz na Ciebie. Samochód PSK mamy zamówiony na poniedziałek (10.09) na 6.30 rano. Więc jak będziesz mógł, to chyba najlepiej, gdybyś przyjechał na noc, w  niedzielę (odpocząć przed robotą)”. W  pakowaniu ciężarówki pomagał tego dnia, ale z  rana, poeta Mieczysław J. Warszawski, także zaprzyjaźniony z Andrzejem. Ja zaś pojawiłem się pod blokiem przy ul. Gwardii Ludowej po południu, już na gotowe. Wsiadłem do szoferki (Andrzej „na pakę”) i wieczorem ruszyliśmy. Jechaliśmy do Gdańska całą noc. Gdzieś w połowie nocy zamieniliśmy się miejscami. Jazda na pace była straszna, gdyż siedziałem na sprężynujących starych fotelach Waśkiewiczów (kupionych od jakiegoś proboszcza). Za diabła nie mogłem w tych warunkach zasnąć. Rankiem wzięliśmy się za 107 •


rozpakowywanie ciężarówki (która wcześniej, w  okolicy Pruszcza, zepsuła się na dodatek). Kartony z  książkami szły do wózkowni na parterze, część mebli – bo nowe regały zostały dokupione później – windą na szóste piętro. Pomagała nam w tym ekipa techniczna przysłana później z Teatru Wybrzeże przez kolejnego poetę zaprzyjaźnionego z Andrzejem, Władysława Zawistowskiego, wówczas sekretarza literackiego teatru. Pojawił się też do pomocy – i tak się poznaliśmy – Henryk Wojciechowski, krewny ze strony Ani, późniejszy wojewoda gdański z ramienia SLD. Po trzech dniach, gdy w Gdańsku pojawiła się reszta rodziny, czyli Hanka z bliźniakami i Olą oraz mama Andrzeja, wróciłem do domu. Jednak przed tą wyprowadzką był pierwszy znany mi wyjazdowy epizod Waśkiewiczów związany z moim rodzinnym miastem, Zbąszyniem. Otóż oboje (ale czy bez dzieci?) planowali gdzieś wyjechać, żeby odpocząć. Ponieważ Zbąszyń leży nad jeziorem i  rzeką, jest miejscowością turystyczną, oboje prosili o  pomoc w  znalezieniu miejsca. Zarezerwowałem im domek kempingowy. I tam pewnego dnia – bo chyba miałem coś we wrześniu do załatwienia na uczelni i  raczej siedziałem w  Zielonej Górze niż w domu u rodziców – odwiedziłem ich. Było to wieczorem, wypiłem wtedy z Andrzejem bruderschaft. Ania powiedziała, że jak Andrzej się przyzwyczai mówić do mnie po imieniu, to wówczas i ona przejdzie ze mną na „ty”. Nie jestem pewien, czy to wówczas Andrzej wziął na wakacje kilkaset wydań słynnego serialu milicyjnego „Ewa wzywa 07” i  czytając cienkie broszury pisał esej, analizę tego całego materiału, czy coś podobnego (nigdy nie przeczytałem tych jego rozważań). Zdaje się, że wówczas do Zbąszynia jakimś dziwnym trafem przyjechał też Kazik Sobecki, brat Hanki, który w nieplanowy sposób zamierzał ich odwiedzić w Zielonej Górze, lecz oczywiście nikogo nie zastał w domu. Ale jak trafił do Zbąszynia – nie wiem, nie pamiętam! Z  tym epizodem wiąże się jedyna wizyta Waśkiewiczów w moim domu rodzinnym na Rynku. Przyszli chyba następnego dnia po południu. Mama zrobiła herbatę (i poleciała do miasta na zakupy), tata coś tam chyba jak zwykle szył i zajmował się robotą, zatem pogadaliśmy i tyle. Pamiętam tylko, że wychodząc natknęliśmy się na wracającą z zakupów mamę, która przepraszała, „że u nas tak niekulturalnie”. To zapamiętałem dokładnie. • 108


Kolejne wspólne wyjazdy z Andrzejem związane były z ogólnopolskim życiem literackim. Byliśmy na pewno (w 1979 r.?) na Toruńskim Maju Poetyckim, gdzie poznałem obecnego prof. Janusza Kryszaka. Taka historia. Siedzimy we czwórkę w  restauracji na kolacji. Czwartym był poeta Janusz Leppek, który w pewnym momencie rzucił: – Chodźcie chłopaki do pokoju, napijemy się. – Ale pod warunkiem, że nie będziesz czytał wierszy – zripostował Andrzej. – Spierdalaj! – obraził się poeta. I do pokoju nie poszliśmy. Pokój z Andrzejem dzieliłem w 1981 r. na poznańskim Zjeździe Kół Młodych ZLP (może nazwa imprezy była inna, ale szło o koła młodych). Potem pamiętam oczywiście dużo późniejsze zjazdy i spotkania ZLP w Warszawie lub posiedzenia Zarządu Głównego ZLP. Na przykład to w Oborach (za prezesury Piotra Kuncewicza). Wtedy Andrzej naprawdę mocno się upił. Spaliśmy też w hoteliku ZLP nad Domem Literatury albo – to chyba ostatni raz w 2011 r. – w Domu Polonii w Warszawie. Trudno natomiast przypomnieć liczne spotkania, głównie warszawskie lub podwarszawskie „za czasów” Jurka Leszina-Koperskiego. Były związane seminariami, albo z promocją tomików młodych poetów w serii „Pokolenie, które wstępuje”, albo z posiedzeniami redakcji pisma „Integracje”. Wtedy bywało też, że wszyscy razem spaliśmy pokotem na podłodze w mieszkaniu Jurka w bloku na ul. Kartaginy. Z  pozaliterackich wyjazdów należałoby odnotować odwiedziny – oddzielne – Andrzeja i  Ani z  dziećmi w  Suwałkach, gdzie mieszkałem w  latach 1980-86. Anię odbieraliśmy w  Ełku (wraz z moją, wtedy dopiero przyszłą, żoną) naszym maluchem. Przyjechali pociągiem relacji Gdańsk – Białystok, wysiedli w Ełku skąd wieźliśmy ich do Suwałk. Ania zatrzymała się chyba na krótko, potem jechała do Mościchy, do swojej rodziny. Wizytę Andrzeja w  Suwałkach pamiętam tylko z  tego, że nocował u  nas na ul. Szwoleżerów i  z  uznaniem skomentował sporą ilość książek w domu. I druga sprawa, nie spodobał się wtedy mojej przyszłej teściowej, co przekazała mi szczerze. Sprawiał wrażenie zadufanego, jej zdaniem. Parę lat później oboje Waśkiewiczowie byli na naszym ślubie, który odbył się w Suwałkach, choć mieszkaliśmy wówczas już w Białymstoku. Andrzej zresztą był moim świadkiem. Z tego – mojego suwalskiego okresu – brały się niemal coroczne przyjazdy Waśkiewicza na Olecki Czerwiec Poetycki. 30 km od Suwałk. Był tam jurorem i wykładowcą, prelegentem na semina109 •


riach literackich. Został nawet po pewnym czasie, wespół ze mną i  miejscowymi poetami, członkiem założycielem Stowarzyszenia Literackiego z siedzibą w Suwałkach. Co istotne, zebranie założycielskie odbyło się w czasie realizacji pomysłu (chyba Zbigniewa Fałtynowicza i Mirosława Słapika) pod nazwą „Ocalenie przez poezję”, który odbywał się w Gołdapi na Mazurach. Zdaje się, że były to późne lata 80. Tak jak powodem przyjazdów Andrzeja na Suwalszczyznę była w głównej mierze moja tam obecność (skłaniałem go do uczestnictwa, do uświetnienia lokalnych wydarzeń literackich, oczywiście zarabiał w ten sposób na życie), tak też powtórzyło się to w przypadku Ziemi Lubuskiej. Gdy na początku lat 90. przeniosłem się (wróciłem?) do Zielonej Góry zacząłem od razu wciągać Waśkiewicza do różnorakich poczynań lokalnych. Przysyłał swoje teksty/felietony do „Gazety Nowej”, w  której pracowałem niecałe dwa lata, ale przede wszystkim zaczął być jurorem w corocznym wydarzeniu znanym jako Lubuski Wawrzyn Literacki. Pierwsza edycja to był 1994 r. jeszcze bez niego, ale wkrótce potem Andrzej stał się niemal etatowym przewodniczącym jury tego konkursu na najlepszą książkę roku w regionie. Siłą rzeczy musiał przyjeżdżać na posiedzenia jury, niekiedy przy okazji biblioteka wojewódzka organizowała mu spotkania autorskie, a  ja przeprowadzałem dla prasy kolejny wywiad lub wywiadzik. Dwukrotnie też Waśkiewicz przyjechał do Zielonej Góry w związku z jubileuszem oddziału ZLP i w obu przypadkach wygłaszał referaty, brał udział w uroczystościach. Wpierw na 40-lecie ZLP w 2001 roku, ostatnio na 50-lecie ZLP, w 2011 r. Potem był jakże symboliczny przyjazd. Ta historia jest zawarta w mojej książce pt. „Andrzej K. Waśkiewicz. Miejsca opuszczone”, więc nie ma sensu jej opisywać ze szczegółami. Cieszę, że udało się sprawić mu wielką frajdę na 70. urodziny. Ostatni pobyt na Ziemi Lubuskiej to był 24, 25, 26 maja 2012 r. Pierwszy z tych trzech dni, czwartek, spędziliśmy wpierw razem w Warszawie, na posiedzeniu Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich. Po południu wsiedliśmy w  pociąg do Zielonej Góry. Jak zawsze u mnie w domu przegadaliśmy sporą część nocy. W piątek celem naszej podróży był Gorzów Wlkp., gdzie mieliśmy wziąć udział w imprezie pn. „Furmanka”, w panelu poświęconemu Kazimierzowi Furmanowi, zmarłemu ponad dwa lata wcześniej poecie znad Warty. Tego samego dnia wróciliśmy do • 110


Wilkanowa. Wieczorem Andrzej dyskutował z  moją córką o  języku starocerkiewno-słowiańskim, a z żoną o pierogach, czterech sposobach mycia patelni i  innych ciekawostkach; jak zawsze. W sobotę w południe zawiozłem go na dworzec. Wtedy widzieliśmy się po raz ostatni. *** Tego co się zdarzyło wkrótce potem nie przewidziałem. Bo przecież tego nie robi się przyjacielowi… 11 lipca 2012 r. o 3.20 w nocy Andrzej zmarł. Zdążył przeczytać to, co o nim napisałem, co przygotowałem do książki, a jego uwagi przekazała mi później Ania. Tydzień przed śmiercią zdążyłem przekazać mu dobrą wiadomość, że toruński edytor, Adam Marszałek, podjął się wydania książki o nim. Poprosiłem jeszcze, żeby dosłał mi zdjęcia, które wcześniej wybraliśmy do druku. – Zapytaj w wydawnictwie, jaka ma być rozdzielczość – powiedział i dodał: – Poproszę Adasia, żeby zrobił ci skany… I to była nasza ostatnia rozmowa. Pierwsze dni lipca 2012 r. Nagle straciłem jedynego przyjaciela. Cholernie dla mnie ważnego. Dlatego moja świadomość broni się przed przyjęciem wiadomości o odejściu Andrzeja. Ale to samo dotyczy podświadomości… Przykłady? Wycinki. Andrzej zbierał do swej dokumentacji wszelkie, drobne nawet, notki, wzmianki, gdzie pojawiało się jego nazwisko, nie mówiąc oczywiście o większych publikacjach. Jeśli pisano o nim w gazecie, książce prosił o wycinek, ewentualnie w ostatnich latach, gdy technika już na to pozwalała, ksero lub skan. Gdy więc w dniu jego śmierci napisałem do gazety notę o tym smutnym fakcie, pierwszy mój odruch po ujrzeniu tekstu w druku – jak zawsze wyciąć i wysłać Andrzejowi. Znaczki. W  prawej górnej szufladzie biurka gdzieś tak od 30 lat trzymam specjalny skoroszyt, w którym składam znaczki wycięte z  kopert. Zwykłe, pospolite polskie znaczki „na list”. Andrzej zbierał je i prosił o odkładanie, więc przez tyle lat nabrałem odruchu, żeby nie niszczyć kopert, wycinać znaczki i przy okazji mu przekazywać lub wysyłać. Ostatnio zebrało się sporo. Co z nimi zrobić? Nadal wycinam. Gdy mam w ręku kopertę odruchowo łapię nożyczki. Albo telefony. Nieregularnie, ale od czasu, gdy Telekomunikacja Polska wprowadziła różne ulgi na rozmowy, potrafiliśmy 111 •


przegadać w tygodniu dziesiątki minut, czasem godziny. To był zwykły, codzienny odruch. Zadzwonić do Andrzeja, bo właśnie wyszła książka, zadzwonić, bo koledzy ze związku literatów zrobili to czy tamto. Ktoś coś napisał i wydrukował, a wspólny znajomy, 50-letni poeta, znowu wystartował w konkursie literackim z początkującą młodzieżą. Zaś znany powszechne prezes wygłosił następną głupotę, nie mniej znany ojciec oskarżył, podkreślił, zauważył frymaczenie Polską. Było się z  czego podśmiechiwać, o  czym dyskutować. Tematów nie brakowało, choć traktowaliśmy je raczej po łebkach, niezobowiązująco. Ale odruch, żeby zadzwonić do Gdańska, pogadać, bo to, czy tamto się wydarzyło pozostał do dziś. Stąd bolesne, dojmujące, odczucie braku kogoś z tej samej wspólnoty kulturowej, z kim bez wstępów, bez przypominania sobie historii 45 lat Polski Ludowej, można wymienić wszelkie opinie, poglądy. Zacząć rozmowę „od środka”, bo wstęp do wielu konwersacji mieliśmy „w pamięci”, że tak ujmę. Gdy 14 lipca 2012 r. jechałem na pogrzeb odruchowo złapałem słuchawkę, chciałem uprzedzić Andrzeja, że na pewno będę na Cmentarzu Łostowickim i zjawię się około godziny 13.00… A przecież poza telefonem gadaliśmy ze sobą na żywo, twarzą w twarz, od 37 lat! Większą część jego i mojego życia. I nigdy nie znudziliśmy się. Gadaliśmy, z  udziałem Ani, w  ich zielonogórskim domu przy ul. Gwardii Ludowej, potem już w Gdańsku na os. Morena, gdzie wpadałem co jakiś czas. Te rozmowy kiedyś trwały do białego świtu. Niekiedy w trakcie pogawędek robiliśmy – żeby nie tracić czasu – wycinki prasowe artykułów przydatnych Andrzejowi. Lubił długo spać, ja też, więc udawanie się na spoczynek o 6.00 rano nie było niczym zaskakującym. W Gdańsku latami rozmawialiśmy głównie o młodej literaturze, jej uczestnikach, o wydanych książkach, pomysłach środowiskowych, o piśmie „Integracje”. Gdy spotkaliśmy się na imprezach literackich „gdzieś w  Polsce”, czy później na warszawskich posiedzeniach ZLP, zwykle braliśmy wspólny pokój, żeby znowu pogadać. Nie mogę zatem i nawet nie chcę zaakceptować jego zupełnej nieobecności. To niemożliwe, zbyt nieprawdziwe, żeby mogło być realne… Andrzej za mocno siedział i wciąż siedzi w moim życiu. Kartki pamięci nad biurkiem: „wiersze dla AKW”, „pisz kawałki pamiętnikarsko-prozatorskie”, „Andrzej sprawdz. – Adam Marszałek” wciąż wiszą. I wisi nade mną 37 lat tych spotkań, rozmów • 112


i wchodzenia w rodzinę. W końcu jestem wujkiem, choć przyszywanym, dla Oli, dla bliźniaków zaś chrzestnym. Obiecał mi Andrzej w początkach lipca 2012 r., że rzuci okiem na świeżo wydaną przeze mnie książkę. Rozmawialiśmy o  niej kilkakrotnie. Szło o  redagowane przeze mnie wspomnienia mieszkańców jednego z lubuskich miast, Kargowej. O dokument, co Andrzejowi zawsze wydawało się cenne. Bo ludzie odchodzą, a zapis zostaje. Dzieło jest opasłe, nie miał już siły wziąć do ręki. Powiedział, że uczyni to później… Zawsze przykładał wagę do dokładnego odwzorowania rzeczywistości, zapisu – także w  literaturze – realiów, konkretów. Tego szukał nawet w  tomikach poetyckich. Bo jeśli wiersze nie niosły za sobą wielkich problemów, nie miały cech arcydzieła, to istotne, uważał, żeby twórca zawarł w  nich chociaż prawdziwy opis rzeczywistości. Opis mówił bowiem nie tylko o niej samej, ale i  o  świadomości artysty. Badając tego rodzaju prace można było powiedzieć coś istotnego o epoce, znaleźć odbicie myślenia całego społeczeństwa. Jeśli więc zacząłem w pewnym momencie notować – w formie literackich miniatur – swoje wspominki z dzieciństwa, młodości, to Andrzej nie tylko chętnie je drukował w  „Autografie” (choć były dość obszerne), ale zachęcał do kontynuacji. Teraz nie mam już wyjścia, muszę dalej pisać. Atakującą nas nachalnie nowoczesność wykorzystywał wybiórczo i na swój sposób. Nie korzystał z komórki, choć ją miał, natomiast rozmowy – i to bardzo intensywne – z wieloma osobami z kraju prowadził przez telefon stacjonarny. Używał ponadto, jak to określał, urządzenia wielofunkcyjnego. Czyli drukarki, kserokopiarki i  skanera. Nie uciekał od internetu, pisał listy, teksty i  wysyłał pocztą elektroniczną. Jednak jego nową pasją stał się w ostatnich latach portal Allegro. Tam nieustannie zaglądał, założył nawet skromne konto bankowe i brał udział w licytacjach. Niekiedy kupował książki, ale szczególnie bawiło go licytowanie medali, posążków Leninów, Stalinów, Dzierżyńskich. Zebrał skromną kolekcję, która stoi na jednym z regałów jego pracowni. Wielu znajomych nie mogło zrozumieć, na co mu taka kolekcja „zbrodniarzy”, według obecnie używanej nomenklatury. Tymczasem to był tylko odprysk jego zainteresowań, swoisty żart Andrzeja, który już na serio twierdził, że aby poznać i zrozumieć 113 •


współczesną Polskę (w tym literaturę) trzeba odnieść się do okresu stalinizmu. I zrozumieć, co się wówczas zdarzyło. *** Poznaliśmy się w redakcji „Nadodrza” w 1976 r.; tak dotąd wszędzie pisałem. Ale coś mnie tknęło i  zajrzałem do tomiku wierszy Marii Aniśkowicz pt. „Na imię mi Nauzykaa..”. To ważna dla mnie pozycja, gdyż dzięki Marii i jej ówczesnemu przyjacielowi, krytykowi Tadeuszowi J. Żółcińskiemu, poznałem Andrzeja. Zaprosiłem ją – poetkę akurat po debiucie książkowym – na spotkanie autorskie do klubu studenckiego „Raj-Piekiełko” w Zielonej Górze, gdzie byłem kierownikiem. Zgodziła się, ale w liście poprosiła o zorganizowanie spotkania z krytykiem Waśkiewiczem, który pracował w  „Nadodrzu”. Wcześniej nie miałem pojęcia o istnieniu Waśkiewicza. Do tej pory myślałem, że to działo się w 1976 r., ale dedykacja Marii dla mnie na jej tomiku nosi datę 9 grudnia 1975. W swym dzienniku znalazłem też zapis pod datą 19.10.75: „Zaprosiłem Marię Aniśkowicz”. Czyli w  tamtym okresie musiałem poznać Andrzeja, gdzieś jesienią 1975 roku. W miarę upływu czasu, poznawania się, powoli zbliżaliśmy się do siebie. Uważam tak z dzisiejszej perspektywy. Wtedy nie miałem tej świadomości. Ot, cieszyła, może imponowała młodzieńcowi, sympatyczna znajomość z niegłupim facetem. Byłem wszak zwykłym chłopakiem z  małego miasta. Raczej niedouczonym, nieobytym w „wielkim mieście”. Żaden talent, żadna rewelacja, która mogła zbliżyć takiego znawcę i praktyka literatury, jak Andrzej, i mnie, wówczas studenta. Wśród poetów zielonogórskich mojego pokolenia należałem do przeciętnych. W wielu już miejscach drukowałem anegdotkę o pierwszej ocenie moich wierszy przez Andrzeja ( – Do dupy – uznał po prostu), więc nie będę się powtarzał. Co się zatem zdarzyło, że nasze drogi tak mocno się splotły? Że Waśkiewiczowie pewnego razu, gdy Bąble (czyli bliźniaki) miały po dwa latka zaproponowali mi bycie ojcem chrzestnym (cywilnym, nie kościelnym) jednego z nich? Zdaje się, że nigdy o tym nie rozmawialiśmy, albo zapomniałem. Więc do dziś nie wiem… Ale silny splot pozostał. • 114


W moim rodzinnym Zbąszyniu – w czasie wakacji Waśkiewiczów w ośrodku nad jeziorem Błędno w końcówce lat 70. – wypiłem z Andrzejem bruderschaft. Ania powiedziała wtedy, że jak Andrzej się przyzwyczai mówić do mnie po imieniu, to wówczas i ona wypije ze mną. Coraz częściej bywałem w zielonogórskim bloku przy ul. Gwardii Ludowej. Raz, dwa razy w  tygodniu. Nie odbywały się tam wyłącznie rozmowy dorosłych, ale także obowiązkowe zabawy z dziećmi, czytanie im bajek na dobranoc, a wcześniej kąpiel. Cały rytuał. Potem, po mniej więcej trzech latach znajomości w Zielonej Górze, przypadło mi w udziale odwiezienie rodzinki do Gdańska. Dosłowne – odwiezienie. Zapakowaliśmy wszystko na ciężarówkę, do której wsiedliśmy Andrzej i ja, i z meblami, książkami pojechaliśmy nad morze. Reszta rodziny dotarła samochodem osobowym po dwóch lub trzech dniach, gdy jako tako rozpakowaliśmy rzeczy, ustawiliśmy meble i  łóżeczka dzieci w bloku przy ul. Amundsena. Wcześniej przez kilka miesięcy, gdy przychodziłem na Gwardii, pakowaliśmy po parę kartonów książek w jeden wieczór i zwoziliśmy je – gdy Hanka zanotowała w zeszyciku numer kartonu – do piwnicy. Tam czekały na godzinę „0”. Co istotne, ta rozłąka z 1979 r. nie rozłączyła nas. Waśkiewiczowie byli w Gdańsku, ja rok później znalazłem się w Suwałkach, potem w Białymstoku. Ale kontakt utrzymywaliśmy. Odwiedzaliśmy się rodzinnie, z Andrzejem widywaliśmy na „spędach literackich” w kraju. Waśkiewiczowie „w międzyczasie” wzięli udział w moim ślubie w Suwałkach, Andrzej jak świadek, a Kazik Sobecki, brat Ani, jako… fotograf. Potem, gdy po latach suwalskich i  białostockich znów znalazłem się w Zielonej Górze, nasze kontakty stały się jeszcze bardziej intensywne. Za co należy chwalić telekomunikację i pocztę elektroniczną. Ale grały tu także dawne związki Andrzeja z Winnym Grodem. Pisze gdzieś o tym. A może obudziły się też jego sentymenty za czasem i  miejscami młodości? W  każdym razie zaczął w  miarę często – mniej więcej raz w  roku – przyjeżdżać do Zielonej Góry. Wówczas (już nie tak długie) nocne rozmowy prowadziliśmy w  moim domu w  Wilkanowie, gdzie zawsze nocował. Gadaliśmy wciąż o tym samym. Analizowaliśmy i „uzdrawialiśmy” polską literaturę, obśmiewaliśmy polityków. Mówiliśmy o ważnych i nieważnych książkach. Andrzej przyjeżdżał jako 115 •


juror (w  pewnym okresie jako „etatowy” przewodniczący jury) Lubuskiego Wawrzynu Literackiego, publikował też w zielonogórskim piśmie „Pro Libris”, udzielał wywiadów, pisywał szkice o literaturze lubuskiej. Może kiedyś wyjdą w całości drukiem. 37-letni splot różnych okoliczności, wydarzeń spowodował, że Andrzej wraz z  całą rodziną swoją, ale i  Ani (bo wiele lat temu pomagałem bratu Ani, Kazikowi, znaleźć pracę w  Suwałkach i  nawet razem pracowaliśmy w  redakcji „Krajobrazów”), wrósł w moje życie. Stał się jego ważkim, ba, wręcz nieodłącznym elementem. I przyjacielem. Jednakże pomimo 37 lat kontaktów nie zadałem mu wielu istotnych pytań, nie postawiłem najważniejszych problemów poetyckich i życiowych wprost. Uważałem, że mamy czas… Rozmawialiśmy telefonicznie mniej więcej tydzień przed jego śmiercią. Powiedziałem mu – jak już wcześniej wspominałem – że wreszcie znalazłem wydawcę książki o  nim. Rozmowa zeszła na szczegóły. A potem zupełnie w niewaśkiewiczowskim stylu zaczął mówić, że gdy widzi, jak Marcin, starszy z bliźniaków, tworzy z Justyną i ich dzieciaczkiem taką kochającą rodzinę, to czuje się tak fajnie. – I ty też z Lidką tak dobrze się tyle lat trzymacie – ciągnął. Gdy odłożyłem słuchawkę powiedziałem do żony: – Z Waśkiewiczemu musi być kiepsko, bo gada takie pierdoły zupełnie jak nie on… Tymczasem to było nasze pożegnanie. On to wiedział, ja – nie. Teraz staram się zachować, zapisać Andrzeja znanego i oglądanego przeze mnie prywatnie, gdyż dotąd w tej roli w literaturze polskiej raczej nie występował. Dla szerszego grona znawców, specjalistów zawsze był i  jest wybitnym krytykiem, literaturoznawcą, socjologiem literatury, oczywiście znakomitym poetą. Bez problemów mógł być profesorem uniwersyteckim, ale w latach 70. odrzucił niebywałą ofertę prof. Stanisława Jaworskiego z Uniwersytetu Jagiellońskiego obronienia dwóch (gotowych już, napisanych i wydanych) książek, jako doktoratu i habilitacji. Natomiast o  jego pasjach kulinarnych, zbieraniu znaczków (szczególnie Generalne Gubernatorstwo), hodowli rybek, zbieraniu Leninów, codziennym wyprowadzaniu psów, ironicznych opiniach na tematy polityczne i  o  wielu innych sprawach, wie mało kto. Najbliżsi. Nie był bowiem celebrytą, nie występował w  telewizjach, nie budził więc zainteresowania innych mediów. Na szczę• 116


ście. Choć był postacią wybitną! Życie przyjmował ze stoickim spokojem, z  dystansem. Racjonalnie do bólu tłumaczył (co nie znaczy, że akceptował) różne uwarunkowania polityczne, społeczne. Potrafił oddzielić znakomitą twórczość, dajmy na to, poety, od jego wrednej postawy życiowej. Szanował przeciwników, jeśli potrafili zachować się godnie. Uznawał prawo artysty do zmiany postawy. Ale też bez skrupułów wskazywał – jeśli taka sytuacja zaszła – koniunkturalizm tej zmiany. Sam pozostał do końca wierny swoim przekonaniom. Notuję owe bardzo osobiste wspomnienia z  wielkim bólem. Wiem, że słowa brzmią ckliwie i  patetycznie, ale cóż, taka jest prawda. Roztrzaskał się filar, na którym opierałem istotną część budowanej przez siebie konstrukcji. Jak po tym dojść do siebie?

Opuszczone biurko Andrzeja K. Waśkiewicza w jego gdańskiej pracowni. Niepozorny, zdawałoby się, warsztat pisarza.

117 •


Oczekiwania cze żadnych czas już na mnie a nie spełniłem jesz oczekiwań tnie geodetą rodzice widzieli mnie księdzem chę dziły cho jakimś inżynierem takie zawody czasem tym w młodości na rodzinnej giełdzie załem się apostatą oka u nie mam nawet kościelnego ślub wysłałem nie i uni dziecko pokrzywdziłem do kom odzę zaw ie gdz nie sprawdziłem się w zawodzie zapisać go ie dziw praw ciągle nie potrafię oddać życia zajebiste i iste krw właściwie takim jak powinno być ię dziw nie się żona mnie nie rozumie i temu nie spełniam sam siebie nie rozumiem i wiem że ie kostucha stuka rośn swoich oczekiwań a lata lecą garb nie ma jej że ję kosą co rusz w okno na razie uda ieszam się poc i ego wypijam właśnie butelkę czerwon że to wszystko minie z czasem


Drawa szkoleniowa Był to, zdaje się, jeden z  najważniejszych z  moich spływów kajakowych, tzw. Drawa szkoleniowa w  1978 r. Oto szczegóły tej przygody. Istniała tradycja wśród studentów-kajakarzy z lat 70. – ciekawe czy jeszcze trwa – że po zakończonym spływie każdy każdemu wpisywał się „ku pamięci” na dziecięcych książeczkach, takich z bajkami, opowiastkami. Kto to wymyślił? Nie wiem. W każdym razie kupowało się w jakiejś księgarni tyle bajeczek, ilu było uczestników spływu i w ostatnim dniu wszyscy wpisywali sobie złote myśli, sentencje, uwagi do spływu lub też zostawiając swoje adresy. Z takich to właśnie zapisków odtwarzam tamto sympatyczne zdarzenie. Drawa szkoleniowa 1978 roku trwała od 12 do 26 sierpnia. Pamiętam jak dziś pierwsze spotkanie uczestników na pomoście w studenckiej bazie kajakowej SZSP (Socjalistycznego Związku Studentów Polskich) w  Złocieńcu. Każdy miał coś powiedzieć o sobie. Ja wyraziłem to, z grubsza, tak: – Przyjechałem tu ze środowiska zielonogórskiego, które w zorganizowanym kajakarstwie akademickim raczkuje i do dziś nie ma żadnego przodownika turystyki kajakowej. Czworo moich przyjaciół z klubu turystycznego „Belferek”, Juryś, Kirus i dwa Trampki, przybyło na Drawę szkoleniową (chyba rok wcześniej – dokładnie nie pamiętam) w celu zdobycia szlifów przewodnickich, ale wszyscy oblali. Twierdzili zresztą, że ich złośliwie uwalono. Na temat Drawy szkoleniowej mieli jak najgorsze opinie. W związku z tym uniosłem się honorem środowiskowym, a także ambicją osobistą, że mogę w ten sposób zostać historycznym, bo pierwszym przodownikiem kajakowym – zielonogórskim. Dlatego tu jestem – tak powiedziałem komandorowi Krzysiowi Jednaczowi z AKK „Akwa” Olsztyn (do dziś pamiętam jego nazwisko „z głowy”!) i wszystkim zgromadzonym. Co, jak się potem okazało, niektórzy nieźle zapamiętali. Pomocnikiem komandora był na tym turnusie Tomek Piotrowski (skąd? nie pamiętam), zaś pełnomocnikiem Drawy Krzysiek Uracz z Gliwic lub Sosnowca (jaką rolę pełnił pełnomocnik to już zapomniałem, w  każdym razie płynął z  nami, ale chyba nie na całym odcinku, miał raczej pilnować bazy w Złocieńcu).


Na podstawie wspomnianej książeczki do wpisów (a  jest to Zbigniewa Lengrena „Gałgankowy skarb”) wynotowuję alfabetycznie nazwiska osób płynących wówczas Drawą, a w nawiasie z całego zanotowanego adresu podaję tylko nazwę miasta, którą mi wówczas przekazali; chyba tam studiowali. Potem dorzucam ewentualnie zapisek każdego z kolegów pod moim adresem: * Tadeusz Bałata (Olsztyn – Kortowo) – „Tak Geniu! Skończyła się Drawa mać i Płociczna. Będą następne…” * Witold Bethge „Mixer” (Tychy) – „Kuźwa – Drawa mać” * Katarzyna Bojarska „Katiusza” (Gdańsk) – „Krokodylowi Gienie wpisuję się – Katiusza” * Jolanta Cieśla (Kraków) – „Gienek, wiosłuj, wiosłuj, może zostaniesz kiedyś prezesem” * Teresa Dobrzańska (Lublin) – „Nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy…” * Halina Dziemianko (?) (Nowa Dęba) – „Gieniu, ja skromnie i krótko: wspomnij o mnie czasem” * Jurek Garbacki (Poznań) – „Tak jak po Drawie ciągnąłeś jak burza, Niech ci się szczęście w życiu wynurza” * Krzysztof Jednacz (Olsztyn) – „Gienek, kurde mol, było bardzo fajnie, dziękuję” * Jędrek (?) – „Humor to rzecz cenna nie tylko na Drawie” * Ireneusz Kłabis (?) (Lubliniec) – „Temu co w bezpretensjonalny sposób poruszał się po pretensjonalnych tematach” * Mirosław Kosiorkiewicz (Szczecin) – „Dużo słońca, dobrych kajaków, humoru, nieprzemijającego – kontakt na melinę” * Zbigniew Kurczyński (?) (Szczecin) – „Było miło, było fajnie, ale będzie jeszcze fajniej, gdy jeszcze raz się spotkamy w Pietraszonce u Mixera” * Edward Łabęcki (Kraków) – „Nie straszna Płociczna, Nie straszna jest Drawa, Gdy czeka Cię z rana solidna zaprawa” * Stenia, Kazimierz Mazurowie (?) (Gniezno) – „Geniu, wylecz się z reumatyzmu” * Marek Pietrasiński (Lublin) – „Nie będę tu dużo polemizował” * Tomasz Piotrowski – „Uważaj, uważaj, te piosenki i słówka” * Andrzej Sękowski (Lublin) – „Kto wiosłuje ten jedzie” * Stanisław Strojnowski (Lublin) – „Lublin zaprasza i wita” * Małgorzata Szostak (Warszawa – klub „Habazie”) – „Dziękuję za wszystko, a szczególnie za składak nr 9” • 120


* Krzysztof Uracz (Gliwice/Sosnowiec) – „Nie płacz Gieniu, nie płacz i  uśmiechnijże się. Może gdzieś się spotkamy (np. na Obrze)” * Jacek Wosiński (Kraków) – „Spotkamy się na tamtym świecie (rzeki górskie)” * Anatol Wszotek (Kraków) – „Gienku, humoru jak na Drawie i Płocicznej” Przyznam, że wielu wymienionych tu nazwisk już nie pamiętam, nie kojarzę twarzy, tym bardziej, że chyba nikt nie robił wówczas zdjęć. Szkoda – oddałbym fortunę za papierową odbitkę! Niemniej jednak stworzyliśmy bardzo sympatyczną, choć chwilową społeczność, a trudy Drawy, a zwłaszcza Płocicznej, bardzo nas zbliżyły. Z  całego składu uczestników (choć nie wiem czy wszyscy mi się wpisali – chyba nie, lista jest za krótka) najbardziej zapamiętałem: Mixera i  Jacka Wosińskiego (mieliśmy we trójkę dostać zaliczenie z wyróżnieniem, ale komandorstwo w końcu zrezygnowało z takich „fanaberii”) i Kasię Bojarską, bo należeli do łatwo zauważalnych uczestników. Zapamiętałem też Stasia Strojnowskiego (gitara: „O Lublinie, będzie ta piosenka, o Lublinie, mieście Chopina, mieście, w którym Chopin spotkał Andersena”), Mirka Kosiorkiewicza oraz oczywiście (oczywiście – dla mnie) Teresę Dobrzańską. Staś kiedyś w Barnimiu spacyfikował rozmową w nocy bandziora, który się podkradał do obozu. Z Kasią miałem wspólny dzień na R2, w trakcie którego tak się zeźliłem na współpasażerkę, że z okrzykiem: „Kasia, kurwa, przepraszam” wysiadłem na środku płytkiej akurat w tym miejscu rzeki. Z góry zobaczył to zaczajony w tym miejscu K. Jednacz, który pokładał się tam ze śmiechu. Z Teresą zaś… To piękna historia. I ona, zdaje się, czasem po tylu latach za mną chodzi. Gdy pierwszego dnia, męcząc się niemiłosiernie na kilku zaledwie kilometrach trasy z bazy w Złocieńcu na wyspę, dopływaliśmy na miejsce biwaku Teresa przybiła chyba na końcu. Byłem tuż przed nią, trochę po drodze ją asekurując. Tymczasem większość nieznających się jeszcze kolegów-kajakarzy rozbiła swe namioty i pogrupowała w pary. Zaproponowałem nieznajomej dziewczynie, żebyśmy zamieszkali razem. – Ale żadnych takich – zapowiedziała kategorycznie. – No jasne! – potwierdziłem. I tak już zostało przez cały spływ. Żyliśmy jak stare dobre małżeństwo, sympatycznie traktowani przez 121 •


Spływ kajakowy studentów WSP na Bobrze w okolicy Gorzupi w maju 1980 roku. Siedzę w „jedynce”, jednej z czterech zamówionych przez uczelnię (a faktycznie przeze mnie) dla naszego klubu turystycznego „Belferek”. „Jedynka” była wabikiem mającym przyciągnąć do sekcji kajakowej nowych członków. Zresztą namawiać nie było trzeba. Właśnie demonstruję różne „figury kajakowe” (tu akurat kontry), niestety, nie mam tzw. fartucha i przy poważniejszym przechyle na bok woda nieprzyjemnie wlewała się do środka.

wszystkich. Chyba w końcu chyba jednak się nie sprawdziłem, jako partner. A może zbyt poważnie potraktowałem początkową deklarację…? W każdym razie teraz dopiero (sic! sic!), uświadomiłem sobie (przeglądając po latach książeczkę z zapisami) co mi Teresa wpisała… Już w  trakcie spływu obiecywaliśmy sobie późniejsze spotkanie, przynajmniej jedno, w  schronisku Pietraszonka w  Beskidach. Mam nawet szczegółowy opis na okładce wspomnianej książki dziecięcej, jak dotrzeć do schroniska. Dojechać do Wisły, następnie (z szóstego stanowiska) PKS-em do Istebnej. Jest dalej • 122


Koniaków, Jaworzynki. Potem Kubalonka, skąd czerwonym szlakiem itd. Data została wyznaczona na 28-29 października 1978. Czy spotkanie się odbyło – nie wiem, chyba nie pojechałem. Dlaczego? Też nie wiem.

Ten sam spływ kajakowy na Bobrze. Tu w czasie odprawy. Taki był zwyczaj i zasada, że komandor spływu ustalał najważniejsze sprawy i szyk przed każdym wypłynięciem na szlak. Tego uczyłem moich podopiecznych, jako wówczas jedyny w środowisku (i dumny z siebie) przewodnik turystyki kajakowej PTTK. Większości twarzy już nie pamiętam, ale są wśród nich moi następcy.

Natomiast spotkaliśmy się (w  większości chyba) na pierwszej po spływie wielkiej ogólnopolskiej imprezie kajakarskiej jaką było w owych latach „Powitanie wiosny” – spływ Nidą. Musiało to być w  1979 r., tradycyjnie „w  okolicy” w  1 kwietnia; spływy te były dwudniowe, czasem nawet w  śniegu. Pamiętam, że jakkolwiek każdy z nas przyjechał ze swoim środowiskiem akademickim, to wieczorem usiedliśmy razem, gdzieś na korytarzu i pośpiewaliśmy. Ton, z gitarą oczywiście, nadawał Staś Strojnowski z Lublina. Wszyscy jednak byli ciekawi, wtedy to zauważyłem wyraźnie, co wydarzy się między Teresą a mną. Wszak przez całą Drawę, nie znając się oczywiście wcześniej, zajmowaliśmy wspólny namiot. Niestety, na Nidzie już nie zaiskrzyło. I nawet wówczas, przez te dwa dni, nie płynęliśmy razem w jednym kajaku i nie wiem czy jeszcze rozmawialiśmy (ona była ze swoim środowiskiem, ja ze swoim). Nie pamiętam jak się czułem i zachowywałem. 123 •


Z Kasią Bojarską, w tym samym roku, od 17 do 30 lipca 1979 r. poprowadziliśmy ogólnopolski spływ Łupawą do morza. Płynąłem w wiecznie dziurawej i wciąż na biwakach klejonej „jedynce”. A potem już były tylko pojedyncze spotkania, choć bywałem w latach 70. i na początku lat 80. chyba na każdym „Powitaniu wiosny”. Jednak spotkań poDrawowych z kolegami nie pamiętam. Pewnie już się nie widywaliśmy. Pewnego razu będąc w Lublinie odwiedziłem jeszcze w jej domu moją spływową miłość – Teresę. Bez większych emocji. Powoli wszystko zaczęło zachodzić mgłą. I tego mi żal, więc wywołuję tutaj ducha pięknej kajakarskiej przygody. Komentując natomiast życzenia zapisane w  owej książeczce dziecięcej pod moim, czy uogólniając: naszym (wszystkich spływowiczów) adresem mogę je spuentować tak: – niedługo po tejże Drawie szkoleniowej (po pięciu latach płynąłem nią znowu z kolegami z Zielonej Góry) zostałem pierwszym w  środowisku przodownikiem turystyki kajakowej, nr leg. 25 39; w związku z tym wziąłem się ambitnie na szkolenie młodzieży kajakarskiej. Przede wszystkim „łapałem” ją na „jedynki”, to była atrakcja, która „brała” każdego kajakarza, tak więc wciągnąłem do klubu sporo ludzi, – spełniły się życzenia o prezesurze – sekcji kajakowej w moim ówczesnym klubie AKT „Belferek”, z którego potem wyłonił się samodzielny Akademicki Klub Turystyki Kajakowej „Belfegorek” utworzony już przez moich, hmmm, wychowanków (byłem wtedy już po studiach); do dziś mam znaczek klubowy z numerem „0”, – z  reumatyzmu się częściowo wyleczyłem (trzeba trzymać się ciepło, zimą nosić kalesony), – póki mogłem – parłem przez życie, ale gdy strzeliła mi już 50. skonstatowałem, że dziś, a nawet wczoraj, nie towarzyszy mi już ta energia, z jaką parłem (ponoć) na Drawie; w to miejsce pojawiły się sentymenty i refleksje, i dlatego to wszystko napisałem. Przepłynąłem w  życiu sporo rzek, w  sumie uzbierało się na „małe złoto”. Ale od dłuższego czasu nie biorę udziału w wieloetapowych spływach, nie wiem dlaczego, może z lenistwa, a może z obawy… Gdyby jednak wymienieni przeze mnie odezwali się, zechcieli się spotkać może zrobilibyśmy spływ weteranów? Ahoj! – przewodnik turystyki kajakowej PTTK nr 25 39.


Suwałki Rankiem 30 czerwca 1980 r. wysiadłem pierwszy raz w życiu na końcowej stacji Suwałki. Na gubernianym dworcu, oddalonym kilometr lub dwa od centrum. Na kompletnym zadupiu, jak myślałem. Nie miałem pojęcia, co się zdarzy w  ciągu najbliższych dni i  właściwie planów żadnych nie snułem. Tym bardziej nie mogłem przewidywać, jak ten przyjazd wpłynie na kolejne lata mojego życia. I że w ogóle jakoś wpłynie. Tymczasem wysiadając wówczas na małym, parterowym carskim dworcu zadecydowałem o reszcie swego życia. Ba…! Byłem zaledwie trzy dni po obronie pracy magisterskiej. W głowie kołatało mi się głównie to, żeby popłynąć na – zaklepany już wcześniej z  kolegami ze studiów – letni spływ kajakowy Gwdą, który zresztą miałem poprowadzić. Do Suwałk wziąłem ze sobą tylko tzw. pumkę (tak ów wór uszyty przez ojca został ochrzczony w  akademiku), czyli coś w  rodzaju worka marynarskiego; było toto w  miarę długie, chude, żeby łatwo wchodziło w  dziób lub rufę kajaka. W pumce wiozłem trochę rzeczy i nieco prowiantu. Miałem zamiar zatrzymać się na wschodzie kraju przez tydzień, rozeznać sytuację i zastanowić się, czy warto zawracać sobie głowę tymi całymi Suwałkami. Pamiętam jak dziś, 29 czerwca odjazd pospiesznym relacji Wrocław-Białystok z dworca w Poznaniu o godz. 22.08. Noc na korytarzu w pociągu do Ełku dłużyła się niesamowicie. Rankiem przesiadka w Ełku i przez Olecko, Raczki, wreszcie dojechałem do Suwałk. Od Raczek wyglądałem intensywnie przez okno, zastanawiając się, czy dojeżdżam na kraj świata. Nasłuchałem się anegdot o białych niedźwiedziach, krowach czekających na czerwonych światłach przy jedynym w  mieście skrzyżowaniu i  tak dalej. Modliłem się, żeby w mieście były jakieś ślady ,,normalnej’’ cywilizacji PRL-owskiej, tzn. bloki, osiedla, których zwykle nie cierpiałem, ale w  tym wypadku oznaczałoby, że Suwałki są podobne do reszty Polski. Dziś śmieję się z tych odczuć, ale wówczas naprawdę takie miałem wyobrażenie o mieście. Wysiadłem zatem z  pociągu i  spacerkiem powędrowałem na plac Konopnickiej, gdzie mieściła się redakcja. Szedłem Kolejową, Marksa, skręciłem w Noniewicza. Popatrzyłem raz jeszcze


na tabliczkę; dziwne nazwisko. Parę lat później w Białymstoku poznałem prof. Czesława Noniewicza, z którym współzakładałem Towarzystwo Przyjaciół Grodna i Wilna. Przyjął mnie naczelny, czyli Marek Starczewski. W swoim czasie działacz studencki, tak jak ja, więc szybko znaleźliśmy wspólny język. Obaj jako tzw. spadochroniarze (on z Warszawy) przegadaliśmy potem niejeden wieczór. Zwłaszcza, że dwa miesiące później zastrajkowała cała Polska i wydarzenia potoczyły się jak lawina. Starczewski, ongiś blisko władzy centralnej, znał ludzi, układy ,,na górze’’, potrafił fakty polityczne celnie skomentować, co dla mnie – politycznego wtedy żółtodzioba – miało znaczenie. Nie pamiętam szczegółów pierwszej naszej rozmowy, ale efekt był taki, że zamiast na tydzień próby zostałem w Suwałkach na sześć lat (wliczając służbę wojskową)! Tu znalazłem żonę, a ,,krótki’’ rekonesansowy wyjazd na północny wschód w końcu czerwca 1980 r. zakończyłem dopiero w… styczniu 1991 r., ponownie w Zielonej Górze.

Bale Twórców w klasztorze nad Wigrami. Po paru latach zamieszkiwania w Suwałkach założyłem Klub  Twórców, a potem wymyśliłem doroczne karnawałowe Bale Twórców, które odbywały się w ośrodku  Ministerstwa Kultury i Sztuki nad Wigrami. Z czasem stały się bardzo snobistyczne. 

• 126


Starczewski zaproponował od ręki pokój gościnny przy redakcji. Nie było w nim bieżącej wody i wc. Gdy więc wieczorem nacisnął mnie pęcherz, w piżamie biegałem po podwórkach i pl. Konopnickiej w poszukiwaniu ubikacji. Drugiego dnia z zastępcą Starczewskiego, Banasiakiem, zostaliśmy zaproszeni do Bożeny i Zbyszka Biskupskich; ona była wówczas działaczką ZSMP, on, jak i  ja, został zatrudniony w  niewychodzących jeszcze ,,Krajobrazach’’. Poszliśmy zatem wspólnie na popołudniową herbatę do Biskupskich. Tymczasem minęła godz. 15.00 i ktoś zamknął redakcję na trzy spusty, łącznie z pokojem gościnnym. Nie miałem gdzie spać. Całe szczęście Banasiak przygarnął mnie do swego pokoju w najbardziej luksusowym hotelu w mieście – ,,Hańcza’’. Potem okazało się, iż hotel w okresie tworzenia nowego województwa suwalskiego po 1975 r. spełniał rolę domu dla wielu urzędników z  importu. Najbarwniejsze opowieści z  tego okresu snuł Aleksander Witkowski. Warto żeby je spisał dla potomnych, tym bardziej, iż województwo, niestety, już wiele lat temu zwiędło. Po trzech dniach Starczewski przerzucił mnie do hotelu robotniczego (wówczas chyba należącego do PBRol.) na ul. Armii Czerwonej, gdzie mieszkałem przez najbliższe pół roku, sam w pokoju trzyosobowym. Czasem tylko goszcząc pewne damy (nazwisk, nawet panieńskich, nie będę wymieniał).Tego dnia poznałem następnego z dziennikarzy powstającego tygodnika, Jana Bacewicza, który przez krótki okres, do czasu załatwienia mieszkania spółdzielczego, był moim hotelowym sąsiadem. Życie w hotelu robotniczym przypominało bytowanie w eremie kamedulskim. Nie było się do kogo odezwać. Robotnicy tam mieszkający wstawali coś koło piątej rano, czyli całkiem niedaleko godziny, o  której kładłem się spać. W sali telewizyjnej oglądali tylko filmy po dzienniku i mecze. Nie interesowała ich gorączka polityczna kraju, wystąpienia strajkujących, decyzje, zmiany. Pamiętam celny lokalny żart, że Sierpień 80 zaczął się w Suwałkach już w październiku. Jak wspomniałem, po rozmowie z Markiem Starczewskim, nominalnym redaktorem naczelnym jeszcze nieistniejącego tygodnika suwalsko-mazurskiego „Krajobrazy”, dowiedziałem się, że jestem zatrudniony na pierwszym w życiu etacie. Nie wiem, dlaczego nie odmówiłem. Przecież mogłem. Bo godząc się na takie rozwiązanie znalazłem się raptem 700 km od domu, od kolegów, od znanych stron. Wczoraj jeszcze mieszkałem w akademiku, dziś 127 •


w Wygwizdowie na końcu Polski. Może nie chciało mi się już szukać kolejnej pracy i  wziąłem co było pod ręką? A  może pociągnęła mnie przygoda? Sam wyjazd był jakby drażnieniem losu. Wcześniej bowiem nie dojechałem do redakcji „Ziemi Kaliskiej”, gdzie ponoć mógłbym się zatrudnić, a w drugim przypadku znudziło mnie (lub wkurzyło) zbyt długie czekanie na przyjęcie przez naczelnego „Panoramy Leszczyńskiej” i  taki wkurzony po prostu wyszedłem z sekretariatu redakcji. „Krajobrazy” były trzecie w kolejce. Do trzech razy sztuka? Szczerze mówiąc miałem inne ambicje. Jako dziennikarz studencki rok wcześniej wygrałem konkurs „Czerwonej Róży” na najlepszego dziennikarza studenckiego w  kraju (zająłem drugie miejsce). Na zasadzie umowy między Socjalistycznym Związkiem Studentów Polskich a  RSW „Książka – Prasa – Ruch” miało to mi dawać etat stażowy w  dowolnej redakcji w  kraju, a  potem duże szanse na zatrudnienie w  tejże redakcji. Tymczasem coś się zaczęło sypać, nie wiem do dziś co (czyżby symptomy nadchodzącego Sierpnia 80?). A  może sprawa tego etatu była tylko picem na wodę? Obietnicą bez pokrycia dla studencików? W  każdym razie bywając w  SZSP, na Ordynackiej 9 w  Warszawie, zachodziłem do wydziału propagandy, który tę sprawę pilotował i zaczepiałem jej szefa, Jasia Różdżyńskiego (rodem z Bydgoszczy). Co z moim etatem stażowym? – monitowałem. Nic się jednak nie posuwało do przodu. Za to w pewnym momencie Janek znalazł się na nieodległej ul. Foksal, ale już jako pracownik Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Dopadłem go i tam. Wyszło, iż z etatem w RSW nic nie wyjdzie. Miał jednak dla mnie ofertę po znajomości. Otóż znał się „z ryb” na Mazurach z działaczem harcerskim Krysiukiem, który „wydoroślał”, awansował i właśnie został kimś w KW PZPR w Suwałkach. Gdzie w ramach tworzenia tzw. tygodników trzeciej siatki (jak nazwał to Kazimierz Koźniewski) powstawało pismo, tygodnik wojewódzki. Do którego ponoć szukają ludzi. Janek, pamiętam, w czasie naszej rozmowy na Foksal, złapał za telefon i zadzwonił do Suwałk zanim zdążyłem zaoponować. Na szczęście owego Krysiuka (nigdy go potem nie poznałem) nie było. Powiedziałem Jankowi, iż zwariował, że na zadupie nie pojadę i wyszedłem. Wróciłem do siebie, do akademika. Jednak chyba wziąłem od niego telefon do Suwałk. • 128


Bal Twórców. Wtedy jeszcze miałem ochotę na tańce. Szalone i spokojne. Bawiliśmy się zwykle do białego rana w Domu Królewskim. A rankiem szliśmy całą grupą znajomych ze 3-4 kilometry na przystanek autobusowy w Ryżówce. Czasem nocowaliśmy na Wigrach.

A w powrotnym ekspresie z Warszawy do Zielonej Góry, na mapie Polski przykręconej do ściany na korytarzu wagonu, poszukałem tych Suwałk. Aż mnie odrzuciło, gdy zobaczyłem jak to daleko. Koniec świata! Nigdy w życiu! – pomyślałem. 129 •


No, ale po owych nieudanych wprawach do Leszna i Kalisza, po tym, jak mnie nie chcieli zatrudnić na WSP, ani (wcześniej) w zielonogórskim „Nadodrzu”, w końcu zadzwoniłem do Suwałk… Jeszcze jedna ważna dygresja. Wcześniej chciałem zostać w Zielonej Górze, na swojej uczelni. Lecz Wyższa Szkoła Pedagogiczna jakoś nie chciała mnie. Pamiętam rozmowę z dziekanem, doc. Józefem Jerzakiem, który (może dlatego, że był psychologiem) popierał moje starania o zatrudnienie. Ale, powiedział, nie on zatrudnia, tylko instytuty naukowe, a w Instytucie Pedagogiki są takie opory przeciwko mojej personie, że nie da się tej kandydatury przeforsować. – Szkoda, powiedział, pan ma taką osobowość, że rozsadziłby pan zaskorupiałe struktury uczelniane. Może gdybym się zgłosił na uczelnię po sierpniu 1980 r. rozmowa byłaby inna? Lecz wówczas mieszkałem już w Suwałkach.

Suwałki. Początek lat 80. Wojewoda suwalski wręcza trzy cenne nagrody pod nazwą „Za odwagę w myśleniu i działaniu”. Wystąpiłem, jak zawsze na uroczystościach, w „luźnym” stroju. W tym samym sweterku odbierałem kilka lat później w Warszawie, z rąk ministra ds. młodzieży, Aleksandra Kwaśniewskiego,  Nagrodę Młodych im. Wyspiańskiego. Dziś żona każe mi się tego sweterka pozbyć. Co znaczy, że na  żadne nagrody nie mam już szans. 

Z tym zatrudnianiem się w Zielonej Górze zaraz po studiach wyszła dowcipna historia, którą warto przytoczyć, żeby pokazać atmosferę pierwszych tygodni i miesięcy posierpniowych roku • 130


1980. Znam to wydarzenie z dwóch źródeł; i choć byłem bohaterem tej historii sam o tym nie miałem pojęcia. Pierwszym źródłem był, nieżyjący już Jan J. Dębek, ówczesny dziennikarz „Gazety Lubuskiej”. Pełnił rolę patrona początkujących dziennikarzy, zwłaszcza ze środowiska studenckiego (sam był od nas niewiele starszy). Opowiedział mi tę historię przez telefon, gdy zadzwoniłem w jeden z tych pierwszych pustych suwalskich wieczorów. Po latach potwierdziła (i rozszerzyła) opowieść Eugenia Pawłowska – Żenia, emerytowana dziennikarka, która ponad 20 lat była w  związku partnerskim z  ówczesnym naczelnym „Lubuskiej”, Zdzisławem Olasem. W 1980 r. oczywiście w niej pracowała. Otóż na jakimś zebraniu solidarnościowym (w  środowiskach twórczych na mieście? na spotkaniu w klubie MPiK?), w którym Żenia brała udział jako dziennikarka, podniesiono sprawę „prześladowania” przez „socjalistyczny reżim” E. Kurzawy. Młodego zdolnego dziennikarza, który musiał wyjechać „za pracą” na jakieś suwalskie zadupie, gdyż nie chciano go zatrudnić w „Gazecie Lubuskiej”. – Nie przyjąłeś tego Kurzawy do pracy? – zagadnęła Żenia w domu swego Zdzisława Olasa. – Ano nie przyjąłem – odparł. – No i  czemu? Teraz jest zadyma, „Solidarność” będzie się ciebie czepiać. – Ano temu, że ten cały Kurzawa w ogóle nie zgłosił chęci pracy w „Lubuskiej” – odrzekł zgodnie z prawdą Olas. Prawda bowiem była taka, iż obok ciągot naukowych miałem też chęć pracować w  prasie. Ale nie w  „Gazecie Lubuskiej”, tylko w wychodzącym wówczas w Zielonej Górze dwutygodniku społeczno-kulturalnym „Nadodrze”. Jednak ówczesny red. naczelny Tadeusz Kajan dał mi wyraźnie do zrozumienia, iż nie potrzebuje takich szczunów, jak ja. Z jakiego powodu – nie wiem. Natomiast „Gazeta” mnie w ogóle nie zainteresowała, choć w czasie studiów dorabiałem tam sobie do stypendium, właśnie pod okiem Jasia Dębka. Wracam jednak do Suwałk. Gdy pojawiłem się w mieście tygodnik jeszcze nie wychodził, choć istniała redakcja, jako miejsce i jako zespół 10 – 12 ludzi, w większości początkujących żurnalistów. Dziennikarzami zostali miejscowi działacze, aktywiści młodzieżowi, korespondenci prasy białostockiej, naczelny został przywieziony w  teczce z  Warszawy. Ponieważ nikogo w  mieście nad Czarną Hańczą nie znałem, podobnie jak samych Suwałk, 131 •


okres ten we wspomnieniach jawi mi się jako dość jałowy. Chodziłem często na dworce, kolejowy i  autobusowy, i  z  nostalgią śledziłem odjazdy w kraj pociągów, autokarów. Przyglądałem się również (z podobną nostalgią, ale jako kajakarz) niewielkim bystrzom i progom na Czarnej Hańczy płynącej przez tzw. Arkadię. Na luźnych kartkach pisałem nocami w hotelu ciąg dalszy pamiętnika, który leżał w  domu. Chyba wiersze. Próbowałem zapisać się do biblioteki. Nie chciano mnie przyjąć; nie miałem stałego meldunku. Argument, że jestem dziennikarzem początkowo nie działał, czasopisma nie było jeszcze na rynku, mało kto wiedział, że miasto (i województwo) zyskało po dziesiątkach lat własny tygodnik. W  końcu wziąłem zaświadczenie, że pracuję w  ,,Krajobrazach’’ i w ten sposób miałem co czytać w puste wieczory. Suwałki nie miały zbyt wielu miejsc publicznych, gdzie taka jak ja rzucona na piasek ryba mogłaby złapać oddech. Nie było klubu MPiK, teatru, filharmonii, a tam mógłbym ,,marnotrawić’’ pozostający w  sporym nadmiarze czas. Z  redakcji wychodziłem ostatni myśląc z rozpaczą: dokąd pójść? Pozostawało kino. Raz, drugi poszedłem, zresztą z obawą, że jako obcy dostanę po mordzie. Kawiarnie (dwie!) nie wchodziły w grę, gdyż tam się idzie z kimś, żeby pogadać. Nie znałem w mieście – poza paroma ludźmi z  redakcji – żywego ducha. Owszem, poznałem w  lipcu lub sierpniu 1980 r. panią dyrektor firmy odzieżowej ,,Warmia’’, która wcześniej pracowała w ,,Romeo’’, w moim rodzinnym Zbąszyniu, ale na jednej oficjalnej rozmowie nasze kontakty się skończyły. Choć liiczyłem przynajmniej na prywatne zaproszenie na kawę… Do dziś się zastanawiam, dlaczego wówczas – żyjąc przez kilka miesięcy tą beznadzieją – nie wyjechałem… Po pewnym czasie dowiedziałem się o klubie ,,Suwalszczyzna’’. Wprawdzie niewiele się tam działo, ale od tego miejsca (pamiętając o  swojej samotniczej sytuacji) rozpocząłem jeden z  moich pierwszych prasowych bojów – o  klub MPiK. Nie udało się go ostatecznie powołać, ale zużyta na te kroki energia nie była stracona. Poznałem parę osób i zacząłem im się narzucać z pomysłami. Niektóre zostały kupione. Prowadziłem w ,,Suwalszczyźnie’’ spotkania na temat poezji i współczesnej literatury polskiej. Nie jestem pewien, czy wtedy Tola Wiszniewska ruszyła z DKF-em. Poznałem Ewę Turowską, wówczas w ciąży z Wiktorem, zacięcie dyskutującą na różne tematy. Turowska miała zaś męża Piotra. • 132


Pierwsze sympozjum wigierskie „Kultura i środowisko”, w którym brałem udział – 4-10 września 1980 r. Komisarzem sympozjum był (z lewej) Andrzej Strumiłło, na pierwszym planie prof. Bohdan Urbanowicz.

Uczestniczyli w nim tak znakomici artyści, jak (od lewej) rzeźbiarz Gustaw Zemła i prowadzący spotkania Andrzej Strumiłło.

133 •


Piotr rodziców w Mikaszówce, gdzie potem często razem bywaliśmy. Na spotkania o literaturze przychodzili sympatyczni młodzi ludzie, licealiści, ale nie tylko, którzy parę miesięcy później założyli pismo ,,Ława’’. Z nazwisk kołacze mi się po głowie najaktywniejszy z nich Andrzej Tylęda, była też Jola Hinc, inni gdzieś wyfrunęli tak z mojej głowy, jak i, zdaje się, z Suwałk. Poznałem Marka Gałązkę, który wespół ze Zbyszkiem Terepko na krótko został zatrudniony w Wojewódzkim Domu Kultury. Szybko jednak wrócili do swego Olecka. W noc przed wyjazdem z Zielonej Góry do Suwałk rozmawialiśmy przy tanim winie z kolegami w pokoju w „Tekturowcu”. Jeden z nich, Grzegorz Wadowski z Wrocławia, gdy się dowiedział o mojej wschodniej eskapadzie stwierdził, że gdzieś tam mieszka jego szwagier. W ten właśnie sposób poznałem M. Gałązkę, a za jego pośrednictwem całe lokalne środowisko artystyczne znad Legi. Sporo pisałem potem w  ,,Krajobrazach’’o  AGT, o  grupie muzycznej, o ,,Legarach’’ Marka Borawskiego, Oleckim Czerwcu Poetyckim Wojtka Anuszkiewicza, o całym zjawisku kulturalnego Olecka. Terepko, Borawski, Gałązka. Jeszcze Wacław Klejmont – nietuzinkowy, sprawny satyryk. W  czwartym numerze ,,Krajobrazów’’ zorganizowaliśmy redakcyjną dyskusję o  kulturze pt. ,,Między Gałczyńskim a  dyskoteką’’. Pamiętam to jak dziś, bo namawiałem do tej rozmowy naczelnego. Szło o  zmiany w  jakości życia kulturalnego miasta, regionu, a  niektórzy ludzie mogli to uczynić szybciej, lepiej; mieli bowiem albo władzę, albo wpływ na decyzje. Jednak tego rodzaju sprawy w Suwałkach szły wtedy jak po grudzie. Stereotypy, charakterystyczna zaściankowość, jak i układy były nie do pobicia. Dziś przyjeżdżając latem na wakacje mogę żartować, że niektóre moje postulaty z łamów pisma już po 30 latach zostały zrealizowane. Przykładem deptak na ul. 22 lipca, obecnie (zresztą wówczas powszechnie też tak mówiono) ul. Chłodnej. Sugerowałem zabudowanie go, przedstawiałem pewne rozwiązania. Nie przeszło. Teraz miasto w  końcu ma coś na kształt deptaku, choć Chłodną wyłożono paskudnym polbrukiem. Do udanych bojów zaliczam ten o Klub Twórców. Powstał na parterze ,,Krajobrazów’’ już w nowym miejscu, na ul. Kościuszki 32. Niestety, w latach 90. budynek został przejęty przez lokalną ,,Solidarność’’ ,,w ramach odszkodowań wojennych’’. Nad czym ubolewam, jak • 134


i nad upadkiem sprywatyzowanych ,,Krajobrazów’’, których stare roczniki mam oprawione w płótno i zawsze pod ręką. W roku 1982 lub 83 rzuciłem pomysł przyznawania dorocznej nagrody ,,Krajobrazów’’ pn. Za odwagę w myśleniu i działaniu. Nagroda szybko stała się jedną z najbardziej znaczących w regionie. Uhonorowano nią wszystkie ważne dla województwa postacie. Dlatego było mi bardzo przykro, gdy kiedyś przyjechałem do nowych ,,Krajobrazów’’ (kierowanych przez Bożenę Dunat albo Piotra Laskowskiego, a  może Wojciecha Drażbę) i  oprawione zdjęcia laureatów wiszące ongiś w gabinecie naczelnego znalazłem w byle jakim miejscu. Poczułem się jak gdyby ktoś podeptał moją – durną i chmurną – przeszłość. Lecz wróćmy kolejny raz do początków. „Krajobrazy” powoli dojrzewały, a ja, ledwie co opierzony magister z zielonogórskimi przeżyciami, należałem już do bardziej doświadczonych żurnalistów. Serio! Dały mi to lata praktyki w robieniu studenckiego „Faktora”, pisania do kolumny „Studenckie szpalty” w „Gazecie Lubuskiej”, a  zwłaszcza pisanie i  redagowanie „Młodej Myśli” w  „Nadodrzu” i  kilkuletnie ocieranie się o  ten dwutygodnik. Może dlatego właśnie ja 31 sierpnia 1980 r. zawiozłem do drukarni RSW „Książka – Prasa – Ruch” w  Białymstoku makiety pierwszego numeru „Krajobrazów”? Na noc zatrzymałem się u  dziewczyny (poznanej w  pociągu na trasie Ełk – Poznań; potem przez lata często pokonywałem tę trasę) na ul. Malmeda. Po południu czy pod wieczór oglądałem w telewizji jak wicepremier Jagielski i jakiś wąsaty facet z kabotyńskim długopisem podpisują porozumienie. Padły słowa, jakoś tak, że „Polak z Polakem”, słowem zaobserwowałem naocznie, iż coś w naszej rzeczywistości się zmienia. Nie wiedziałem czy na lepsze, czy na gorsze, ale tak to się zaczęło dla mnie. Gdy moloch zmian ruszył, w redakcji tylko cztery osoby zasiliły „Solidarność”. Ci koledzy namawiali do tej organizacji, ale mnie od samego początku odrzucał jej klerykalizm. Taką opinię im przekazałem. Wszędzie wciskali się księża, wszędzie ich pełno, wszędzie msze, święci pańscy i odradzający się przedwojenny klerykalizm. Do tego populizm. Chwatit, powiedziałem sobie. W  pierwszym dniu pobytu na Suwalszczyźnie rzekłem o czymś: – Tu u was. Wtedy Zbyszek Biskupski, ów nowy kolega z „Krajobrazów’’ poprawił: – Nie u was, odtąd będzie już: u nas. 135 •


I rzeczywiście było. Złapało mnie dość mocno to „u nas”, złapało i wciągnęło. Pewnie ujawniła się wtedy cecha mojego charakteru traktująca każde nowe miejsce jako obszar do zagospodarowania. I przeniosłem do nowego województwa to, co – mimo wszystko, podświadomie – wywiozłem z  Zielonej Góry. Doświadczenia (niekoniecznie osobiste) w  tworzeniu instytucji wojewódzkich. Poczułem się jak pionier. Przez analogię (choć sam tego nie doświadczałem) do sytuacji 25 lat wcześniejszej w Zielonej Górze. Bo Zielona dopiero od 1950 roku wojewódzka, też przeżywała powoływanie instytucji kultury, stowarzyszeń, wymyślała „lubuską drogę do uniwersytetu”. Mechanizmy były zbliżone. Nieświadomie byłem przygotowany do nowej sytuacji życiowej. Na pierwszy plan moich pomysłów (być może po rozmowach z naczelnym „Krajobrazów”) wysuwała się potrzeba społecznego działania o charakterze kulturotwórczym, wprowadzania „cywilizacji” na „zapuszczonym” wschodzie kraju. Wiem, że z dzisiejszej perspektywy wygląda to śmiesznie, nawet dla mnie. Wielkie w tamtych pomysłach i późniejszych poczynaniach były zasoby naiwności i patosu, przesadnej wiary w słowo pisane i pracę u podstaw. Tym nie mniej jako świeżo upieczony student, przypadkiem rzucony na współczesne kresy wschodnie Rzeczypospolitej, zdaje się, że tę misję poważnie w sobie niosłem. I co dziwne, patrząc po latach, widzę, iż nawet kilka z tamtych idei zrealizowałem. Nałożyły się bowiem – to też konstatacja już z perspektywy dziesiątek lat – dwie konieczności, moja prywatna i suwalsko-wojewódzka. Szczęśliwy zbieg okoliczności. Przez cały czas pobytu na północnym wschodzie kraju zależało mi na podniesieniu rangi kulturalnej miasta, na wprowadzeniu do wojewódzkiego ośrodka istotnych znamion wojewódzkości, no i oczywiście na osobistych korzyściach z tychże dobrodziejstw. Miałem zakodowane – może to efektu kulturoznawczego charakteru moich studiów, może studenckich eskapad po całej Polsce – że poważny ośrodek miejski musi mieć to i owo. Tymczasem Suwałkom w 1980 r. brakowało niemal wszystkiego. Śmieszna sprawa – z dzisiejszego punktu widzenia – była tylko jedna księgarnia! Dlaczego nie ma antykwariatu? – pytałem na łamach i czepiałem się kogo można. Po paru latach na pl. Konopnickiej powstał antykwariat prowadzony przez dwie sympatyczne dziewczyny: Marylkę Kłos i Mariannę Rant. I odtąd tu wiodła moja droga z pracy • 136


via obiad w  urzędzie wojewódzkim i  do domu na ul.  Kościuszki 91A/8. Zasiedliłem je po Romanie Łysionku, fotoreporterze ,,Krajobrazów’’, po mnie zaś zamieszkał Kazik Sobecki z  żoną i  dzieckiem. W  styczniu 1981 r. złapało mnie wojsko. Przeszło rok spędziłem we wrocławskim Zmechu. Tam przeżyłem stan wojenny, tam dołożono mi trzy miesiące służby i stopień oficerski oraz Medal za zasługi dla obronności kraju… 13 XII 1981 r. nie ukazała się w „Krajobrazach’’ moja recenzja z pierwszej polskiej książki o Wałęsie, zresztą negatywna. W połowie 1981 r. M. Starczewski wyciągnął mnie z wojska na parodniową przepustkę do Suwałk, żebym, w  gorączce wydarzeń politycznych, podyskutował z  młodzieżą, z  którą odbywałem spotkania literackie jesienią 1980 r. Ostrzyżonego, bez brody, młodzi poznali mnie. Kiedy wróciłem do Suwałk na dobre w  kwietniu 1981 r. trwał jeszcze stan wojenny. Pierwsze dni przenocowałem u Agnieszki Wojtych. W redakcji zabrakło Zygmunta Halickiego i Jana Bacewicza. Nie zostali zweryfikowani pozytywnie. Mnie weryfikacja ominęła. Chyba dzięki wojsku. Pojawiła się za to Bożena Chlabicz-Biskupska, wkrótce Irek Sewastianowicz. Zaś Halicki otworzył zakład stolarski. Zamówiłem u niego szafki, trójkątny regał, a potem regały dla wspólnej – mojej i przyszłej żony – biblioteki domowej. I  tak wrastałem w  życie redakcyjne, miejskie, wojewódzkie. Z  przyjemnością jeździłem w  ramach służbowych wyjazdów na Mazury, zwłaszcza do Olecka, gdzie w  kulturze ciągle coś się działo. Sympatyczna atmosfera była w  piskim w  domu kultury. W Piszu poznałem Tadeusza Pardeja, kierownika drukarni; tam drukowałem później „Gońca Kresowego’’ i pierwsze dwa numery ,,Zbąszynianina’’ (redagowanego już w Białymstoku, a z Pisza wysyłanego pocztą, 600 km, do Zbąszynia!). W Giżycku trafiłem na Iwonę Danowską, którą Wojewódzki Dom Kultury ściągnął po paru latach do Suwałk; po jakimś czasie spotkaliśmy się znowu w Białymstoku. Zdaje się w tym okresie ruszyłem w „Krajobrazach’’ z felietonem ,,Badziewo, Badziewo’’; hasło stało się nawet lokalnym, wieloznacznym zwrotem obiegowym. Nie pamiętam, kto mi podrzucił ten zwrot. Czy to przypadkiem nie był Staszek Woś, artysta fotograficzny importowany z Elbląga? Poznawałem coraz więcej osób, uczestniczyłem w  dziesiątkach imprez. Nie mogę jednak sobie przypomnieć, kiedy poznałem Zbyszka Fałtynowicza. Podejrzewam, że zdarzyło się w  ramach 137 •


Suwalskiego Towarzystwa Kultury, gdzie m.in. współtworzyliśmy Radę Wydawniczo-Naukową. Miała być zaczątkiem wydawnictwa, jak i  towarzystwa naukowego. Z  Fałtynowiczem wiąże się kolejny wątek mojego suwalskiego bytowania: literatura. Nie będę go ruszał, gdyż wymaga zupełnie oddzielnego zapisu. Należy tylko wspomnieć i przypomnieć rolę jaką w kreowaniu lokalnego życia literackiego spełniły ,,Krajobrazy’’. Po długotrwałych sporach z M. Starczewskim, poniekąd na moje ryzyko, ruszyła rubryka pt. „Poczta literacka”, którą prowadziłem podpisując się Karol. Od czasu do czasu dawałem też do druku arkusze poetyckie (jedną kolumnę wierszy), zastępujące – do chwili uruchomienia przez Zbyszka serii poetyckiej w STK – wydawnictwo książkowe. W ,,Krajobrazach’’ debiutowali, a na pewno drukowali wszyscy znaczący poeci, pisarze i twórcy regionu: Wojciech M. Darski, Mirosław Słapik, Józefa Drozdowska, Tadeusz Dawidejt, Marek Borawski, Marek K. Sobczak, Wacław Klejmont. Tak więc – co w tym najistotniejsze – udało się, dzięki tygodnikowi „Krajobrazy” wręcz wykreować środowisko literackie tego regionu, a więc części Mazur i Suwalszczyzny. Znakomity krytyk literacki i mój przyjaciel, Andrzej K. Waśkiewicz, uczestniczący kilka razy w Oleckich Czerwcach Poetyckich, nazwał mnie przez to w jakimś wywiadzie ojcem literatury suwalskiej. Fakt, miałem dobre ku temu warunki, łamy pisma i złamany po długich przekonywaniach opór naczelnego, że warto w  prasie społecznej drukować wiersze, ba, całe arkusze poetyckie. Gdy przybyłem do Suwałk mówiło się, iż w województwie suwalskim jest tylko jeden poeta z tomikiem – Bogusław Falicki w Augustowie; zresztą wyjechał zanim zdołałem go poznać. Gdy już po moim przeniesieniu się z Suwałk do Białegostoku Zbigniew Fałtynowicz (niewątpliwie matka literatury suwalskiej, jeśli istnieje ojciec) wydał katalog wystawy „Czyściec”, o suwalsko-mazurskich ludziach pióra, z  satysfakcją mogłem znaleźć w  nim kilkanaście nazwisk poetów, wśród których nie było niemal nikogo, kto by się wcześniej nie przewinął przez literackie łamy w „Krajobrazach”. Wielu poetów po prasowym debiucie „u mnie” miało gotowe, bądź złożone do druku tomiki. Publikują do dziś, co szczególnie cieszy i daje cichą, nieszkodliwą satysfakcję, że maczałem w tym palce. Na poparcie przytoczę tu fragment wywiadu o  sprawach literackich północno-wschodniego skraju Polski przeprowadzonego z A. K. Waśkiewiczem (ukazał się w 1994 r.). Andrzej mówi tak: • 138


,,Krajobrazy zatrudniły Kurzawę, Kurzawa (…) zaczął organizować środowisko. Gdyby nie było pisma (…), nie byłoby Kurzawy. Nawet gdyby byli ci sami poeci, działaliby w  rozproszeniu, a tak – była stała rubryka, był klub twórców w redakcyjnym lokalu. I była seria poetycka, którą w Suwalskim Towarzystwie Kultury uruchomił Fałtynowicz. Dwa ogniwa: czasopismo i wydawnictwo, to już wystarczyło, by coś się zaczęło dziać…”. O owym dzianiu mógłbym snuć wątek za wątkiem. Wspomnę tylko o jednym, ale ważnym dla mnie odkryciu. W ramach „Poczty literackiej” pewnego razu otrzymałem świeże jak rosa, zaskakujące nowością wiersze. Przeczytałem je dopiero w domu. Natychmiast, mimo późnego wieczoru, pojechałem z nimi na drugi koniec Suwałk do Fałtynowicza, żeby upewnić się czy przeczucia mnie nie mylą. W ten sposób została odkryta dla poezji Małgorzata Dobrowolska z Gołdapi. W 1986 r. wyszedł jej tomik pt. ,,Białe marzenia”, a trochę wcześniej arkusz w tygodniku. Niestety, już gdy czytałem rękopisy poetka nie żyła, zmarła w wieku 21 lat. Nawet się nie dowiedziała o swoim talencie. Wiersze przysłał brat. Cały ten suwalski okres to było niepowtarzalne doświadczenie osobiste, zwłaszcza istotne ze społecznego punktu widzenia. Tworzenie nowych instytucji, reguł gry – zwłaszcza na polu kultury – próby budowania modeli społecznych dla nowego województwa i jego stolicy, szukanie w tym miejsca dla siebie. To wszystko dokonywało się w ramach samorealizacji, spełniania się. Było to też ładowanie akumulatora na resztę życia. Okazało się, iż kolejne etapy mojej egzystencji nigdy nie były już tak aktywne i tak twórcze, przynajmniej w formach zewnętrznych, jak wówczas. Choć można i tak powiedzieć: fakt, rozwijałem skrzydła, byłem zauważany, tworzyłem, ale wszystko to rozgrywało się w prowincjonalnym sosie. Bez rywalizacji, bez konkurencji, zatem bez swoistej autoedukacji. I w tym niedokształceniu, w tej prowincjonalności – z wyboru – zostałem do dziś. Z premedytacją. Dwukrotnie (1980 i gdzieś 1984-5) odrzuciłem propozycje pracy u Olka Kwaśniewskiego w dziale kultury „ITD” (znaliśmy się z ul. Ordynackiej, czyli z  Zarządu Głównego SZSP, potem tygodnika „ITD” i  z  obozów dziennikarskich „Soczewka”), zatem i  przenosin do Warszawy; nigdy nie cierpiałem tego miasta. Patrząc na późniejszy los mego znanego rówieśnika, pewnie też mógłbym swój ułożyć, hmmm, inaczej… 139 •


Jednak, z drugiej strony, los dawał szanse, żeby sprzedawać tę prowincjonalność – i to z nadwyżką – w kraju. Krajowa prasa kulturalna z chęcią kupowała publikacje o Zielonych Płucach Polski i zachwycała się dzikością tego północno-wschodniego skrawka. Wszystko, co tu powstawało, było w dużej mierze jedyne, niepowtarzalne, a więc od razu „dobrze się sprzedające”. Obecnie mówi się – medialne. Tutaj też tworzyło i kształtowało się najbardziej chyba istotne wydarzenie kulturalne tamtych lat – spotkania wigierskie pod nazwą „Kultura i środowisko”. Spotkania w pokamedulskim klasztorze nad Wigrami trwały kilkanaście lat. Uczestniczyłem w nich od 1980 r. do końca ich istnienia. Dzięki temu, że wówczas jako dziennikarz mogłem przez kilkanaście dni mieszkać w wigierskich eremach, spotykać się z twórcami, naukowcami na śniadaniach i  obiadach, poznałem najwybitniejszych plastyków i intelektualistów polskich. Efektem była książka, napisana wspólnie z Andrzejem Strumiłłą pt. „Wigry. Kultura i środowisko. Spotkania 1977 – 1990”. Strumiłło, Bohdan Chmielewski, Zdzisław Jaroszek byli pomysłodawcami „Kultury i środowiska”, dwaj pierwsi w trakcie ich trwania – także komisarzami spotkań, Jaroszek zaś komisarzem organizacyjnym. Okres suwalski został jednak na 15 miesięcy przerwany przymusowymi „wakacjami”, czyli służbą wojskową w Szkole Podchorążych Rezerwy we Wrocławiu. Ledwie zdążyłem się rozgościć w mieście, gdy już w grudniu wiedziałem, że niestety… Do domu, skąd po nowym roku 1981 miałem udać się do owej Szkoły Podchorążych Rezerwy, jechałem w grudniu 1980 r. okrężną drogą. Wpierw z Suwałk do Lublina, żeby na jedną noc odwiedzić Małgosię Bodzak. Znaliśmy się z festiwalu studentów FAKT w Bolesławcu, a potem spotykaliśmy we Wrocławiu, gdzie ona studiowała. Dziś jest w Kanadzie lub USA. Piękna dziewczyna. I noc niezapomniana. Potem w poprzek Polski pojechałem do Wieściszowic koło Kamiennej Góry, do Jacka, który też szedł do woja, tylko parę miesięcy później. I potrzebował wsparcia. Dalej udałem się do Zielonej Góry, żeby próbować się jeszcze wyreklamować z wojska. No i na koniec do domu, na ostatnią w cywilu wigilię. Załatwiłem to wszystko zaledwie w cztery, pięć dni. Miał człowiek energię… Ale do Suwałk wróciłem. Po wojsku na jeszcze cztery lata. Może właśnie po to, żeby dopełniły się te nie przewidywane jesz• 140


cze w 1980 roku zmiany w moim życiu. Pewnego dnia, było to 7 lub 11 lutego 1983 roku – dokładny dzień chyba nigdy nie zostanie ustalony – poszedłem do Wojewódzkiego Domu Kultury. Przy telefonie w sekretariacie siedziała dziewczyna w komplecie indiańskim. Sukienka z jakiegoś zamszu z frędzlami i takaż góra. Lidia Bogdan, okazało się po jakimś czasie, mężatka na dodatek. Dzwoniła do Gdańska, jak usłyszałem. Zapowiadała tam swój przyjazd. Acha, pomyślałem i zapytałem, czy mogłaby przewieźć do Gdańska znaczki pocztowe, które wykupiłem na suwalskiej poczcie dla mojego przyjaciela Andrzeja. Zgodziła się.

141 •


*** stary generał jak rekrut publicznie tłumaczy się kapralom z wojny którą wygrał zą grę ci co na zwycięstwie zyskali prowad wać cyto ą wol y fakt w iż nie wierzą ie ze spłowiałych dokumentów wieczn ia stan pow e gran prze tnie świe żywe klęski przelaną bezowocnie krew ielił się

wytykają frontowca palcami że ośm zniszczyć mit narodowej klęski z którą tak nam do twarzy 2001/styczeń 2002


Jak wprowadzałem stan wojenny W prasie, w telewizji, w okolicy każdego 13 grudnia pojawiają się informacje dziennikarskie, że „uczczono rocznicę stanu wojennego”. Tak dosłownie piszą lub mówią żurnaliści. I słusznie, że tymi słowy prawica czci to wydarzenie (lewica, niestety, w  tym kontekście nie istnieje), wszak jest to fakt bez precedensu w historii Polski. Uratowano kraj od rozlewu krwi. Człowiek, który to uczynił powinien mieć pomnik i pewnie będzie go miał. Tak się złożyło, że w moje urodziny, 3 stycznia 1981 r., znalazłem się w wojsku (mimo, iż wcześniej robiłem podchody, żeby się jakoś wymigać, wyreklamować od służby; poszedłem do WKU w  Zielonej Górze, do kierownictwa organizacji młodzieżowych, ale nic nie zdziałałem, nie miałem bowiem żadnych pleców). Jako facet po studiach humanistycznych trafiłem typowo – do piechoty, czyli na mięso armatnie. Przydzielono mnie do słynnego w owym czasie wrocławskiego Zmechu, Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych, w  ramach Szkoły Podchorążych Rezerwy. Ulokowano nas, mnie i podchorążych uczelni humanistycznych z  całej Polski, w  koszarach przy ul. Obornickiej. Parę lat temu z sentymentem przejechałem tamtędy samochodem. Ech, ileż to już lat… Służba w formacji „bażantów”, czyli w SPR, miała trwać rok, równo 12 miesięcy. Tak się jednak złożyło, że w  „Monie”, jak mówiliśmy skrótem na służbę wojskową, spędziłem 15 miesięcy. Dziś, z perspektywy lat, nie narzekam, zresztą wtedy też zbytnio nie narzekałem na ów „Mon”. Może poza krótkim, trzymiesięcznym okresem tzw. szkółki, kiedy robiłem za zwykłego żołnierza czołganego po poligonie, „przejeżdżanego” czołgiem, uczącego się prowadzić BWP-a. Był to wycisk, rygor (malejący z  dnia na dzień), ale nawet to dało się wytrzymać. Zwłaszcza, że otoczenie (czyli koledzy podchorążowie) to byli humaniści, ludzie po ciekawych nierzadko studiach, choć trafiały się też „młoty”, później niestety awansowane. O  tym, że tak źle nie było niech świadczy fakt, iż pisałem wtedy nie tylko listy do znajomych, rodziny, ale i… wiersze, które ukazały się po moim wyjściu z wojska.


1981 rok, Wyższa Szkoła Oficerska Wojsk Zmechanizowanych, Wrocław. Tutaj zaliczyłem służbę wojskową po studiach. Służyłem Polsce cały 1981 rok, od dnia swoich urodzin, a nawet zostałem trzy miesiące dłużej. Zatrzymał mnie stan wojenny. Dzięki czemu zostałem podporucznikiem i dostałem od gen. Wojciecha Jaruzelskiego medal Za Zasługi dla Obronności Kraju.

• 144


No i przy okazji poznałem różnych ludzi poza koszarami, poznałem lepiej Wrocław. Zaś w ramach Monu udzielałem się kulturalnie w klubie dla podchorążych. To ostatnie chyba zadecydowało, że – o  dziwo – zostałem w Zmechu na tzw. praktyce po skończeniu szkółki. Mimo, iż SPR ukończyłem chyba ze 126 lokatą! Czyli niemal jako oferma batalionowa. No, może trochę przesadzam, w batalionie było gdzieś 250 osób. Ale ów fakt pozostawienia mnie na praktyce w Zmechu, we Wrocławiu, dziwił niepomiernie. I dziwi do dziś. Na praktyce zostawali przecież tylko najlepsi, elita. Koledzy z  „batalionu pułkownika Nitki”, jak ktoś żartował na temat SPR-u  (patrzcie, pamiętam dowódcę), dostali na koniec szkółki przydziały do jednostek „frontowych” gdzieś w  Polsce, ci „trudni” szli do „zielonych garnizonów” rozrzuconych po kraju. Najlepsi mogli wybrać sobie miejsce blisko domu. Mnie i  jeszcze paru kopnął najwyższy zaszczyt – odbycia praktyki wojskowej na miejscu, w Zmechu. Ba, nawet spałem potem w tym samym koszarowcu, na tym samym parterze, co na początku SPR-u. Szoku zatem po zakończeniu pierwszego etapu wojska nie przeżyłem, nie musiałem gdzieś w jednostce zmagać się ze zwykłymi, „ciężkimi” nieraz żołnierzami służby zasadniczej. Co jeszcze było dziwne w tym moim pozostaniu, to fakt, iż oficer polityczny batalionu, mjr Wojdyło (też pamiętam), namawiał mnie wcześniej do wstąpienia do PZPR, a gdy odmówiłem, to sugerował chociaż ZSMP. Również odmówiłem, powiedziałem, że jestem w SZSP – Socjalistycznym Związku Studentów Polskich i  nie wypada należeć do konkurencyjnej organizacji. Myślałem po tym nieudanym namawianiu mnie, że jest już „pozamiatane” i pójdę na praktykę do zielonego garnizonu. Tym większe, powtarzam, okazało się zaskoczenie, iż mimo wszystko zostałem w  Zmechu. Wygrałem na tym sporo! Zostałem kierownikiem klubu! W  ramach kolejnych kursów SPR (zmiany nadal odbywały się co trzy miesiące) pracowałem jako kierownik klubu podchorążych, ale tych po normalnych studiach (bo byli jeszcze „miejscowi” podchorążowie WSOWZ, kształcący się na zawodowych oficerów). Trafiła mi się, jak się okazało po roku służby, najlepsza fucha w SPR-ze! Tym bardziej, że spałem na parterze, a klub był na trzecim piętrze! Wszystko po ręką! Tymczasem koledzy-prymusi po SPR-ze, ci z lokatami od 1 do 6, a może od 1 do 10, którzy 145 •


Wyższa Szkoła Oficerska Wojsk Zmechanizowanych, Wrocław. W czasie pierwszego okresu służby w trzymiesięcznej Szkole Podchorążych Rezerwy trzeba było przejść normalne szkolenie bojowe. Często robiliśmy to z przymrużeniem oka.

• 146


podobnie jak ja zostali w Zmechu, byli przez najbliższe dziewięć miesięcy dowódcami drużyn tych nowych, przychodzących co trzy miesiące roczników podchorążych po wyższych uczelniach. Zasuwali z nimi na poligon, na zajęcia, ustawiali warty. Mnie zaś przypadło… rządzenie klubem. Zatem zajmowanie się czasem wolnym owych zmieniających się co trzy miesiące podchorążych. A przecież byli to tylko nieco młodsi moi koledzy z całej Polski mający dyplom magistra w kieszeni. Dla nich i z nich z każdym nowym poborem zakładałem zespół muzyczny, tworzyłem redakcję radiowęzła i gazetki ściennej. Wyłuskiwałem z tej grupy operatora projektora, a sam jeździłem do miasta po filmy do OPRF-u i wybierałem na sobotnio-niedzielne popołudnia te, których dotąd… nie zaliczyłem prywatnie lub w  czasie zajęć filmowych na studiach. Zawsze też w planie była potańcówka dla podchorążych. Obficie wówczas korzystałem z dużej ilości wolnego czasu, bywałem we wrocławskich kinach, teatrach, zbierałem tzw. bibułę opozycyjną i edukowałem się. Czasem gdzieś jeździłem. M. in. na rajdy górskie, ale i  do Krakowa, gdzie przed wojskiem podjąłem nieśmiałe kroki, żeby napisać doktorat u wybitnego (wtedy i dziś) prasoznawcy prof. Walerego Pisarka. Ponieważ magisterkę robiłem z prasoznawstwa (badałem kulturę w tzw. studenckich jednodniówkach powtarzalnych), w czasie wojska wziąłem się za badanie prasy studentów uczelni wojskowych, bo „były pod ręką”. Namówił mnie do tego spotkany kiedyś na ul. Świdnickiej Lothar Herbst. Wrocławski poeta i  działacz opozycji, dziś nieżyjący. Zajmował się na Uniwersytecie Wrocławskim (ale w  ramach działań PAN) koordynacją badań nad tematem węzłowym 11.1 (kultura polska etc) w zakresie prasy studenckiej. Całość tegoż tematu prowadził prof. Czesław Hernas, uczelniany szef Lothara. – Napisz coś, co tak będziesz leniwie gnił w wojsku ��� powiedział mi kiedyś Lotuś spotkany na ul. Świdnickiej. Gdy wziąłem się za badanie prasy studentów wszystkich polskich uczelni mundurowych (a robiłem to w swoim wojskowym pokoju przy Obornickiej), szybko stanąłem na dywaniku płk. Myszora, zastępcy komendanta WSOWZ ds. politycznych. Namierzyli mnie… Ale wytłumaczyłem mu, że robię badania pod patronatem PAN. Co oczywiście było prawdą! Niestety, za te wyniki do dziś mi PAN nie zapłacił, a wszystko przez stan wojenny. Na szczęście materiały wydrukowałem potem w „Zeszytach Prasoznawczych”, są zatem do wglądu i częściowo opłacone. 147 •


Chyba 11 grudnia 1981 r., cały czas będąc w Monie, pojechałem z Wrocławia do Krakowa na konsultacje z prof. Pisarkiem. Powiedziałem co ostatnio zbadałem (poza przygotowaniami do doktoratu), a ów uczony mąż na to, że powstaje właśnie Raport o stanie prasy polskiej i może dostarczyłbym swe „bezcenne” obserwacje do tegoż raportu. Czemu nie, pomyślałem. Lecz wyniki miałem w moim domu rodzinnym. Do wyjścia z wojska zostało mi bowiem (od 13 XII licząc) dziewięć dni, zapewne więc już zawoziłem swoje szpargały do Zbąszynia, żeby potem się zmieścić w jednej torbie. Mon miałem definitywnie opuścić 22 grudnia. 12 grudnia ok. godz. 22.00 wsiadłem na dworcu Kraków Główny do kuszetki i pojechałem do Poznania. W tzw. międzyczasie wprowadzono stan wojenny, czego nie zauważyłem gdzieś do południa następnego dnia… Po prostu rano obudziłem się zaspany (oczywiście podróżowałem w cywilnych ciuchach) w Poznaniu na dworcu i poszukałem pociągu osobowego w kierunku Rzepina, czyli w kierunku domu. Gdy skład podstawiono na poznański peron wsiadłem i pojechałem dalej. Dopiero w domu brat, otwierając mi gdzieś ok. 12.00 w południe drzwi, powiedział zdziwiony: – A co ty tu robisz, przecież jest wojna! – Wiem, orzekłem, jest od roku, ale za tydzień się kończy. – Nie ta wojna, Jaruzelski od rana nadaje w telewizji, że stan wojenny. Wtedy dopiero siadłem przed telewizor i  posłuchałem o  co generałowi chodzi. Rodziców jednak w domu nie było. Okazało się, iż pojechali na imieniny do mojej siostry, 12 jest Aleksandry. Więc pod wieczór też wsiadłem w pociąg z powrotem w kierunku Poznania i udałem się na imieniny. – Wiesz, wojna, to już moja druga – powiedziała na powitanie mama. Posiedziałem trochę, pogadałem i wsiadłem w kolejny pociąg już do samego Poznania, a stamtąd do Wrocławia. Gdy wysiadłem ok. 2.00 miasto stało. Tramwaje i  autobusy nie kursowały. Nie było jak się dostać z  dworca PKP na odległą Obornicką. Zwykle jeździł tam autobus pospieszny (chyba) nr 164. Ruszyłem piechotą. Co chwila, jako cywila, zatrzymywał mnie groźny patrol w mundurach. Ale rok służby w Monie pobudził we mnie pewnego rodzaju cwaniactwo. Od razu, zamiast żądanego dowodu osobistego, wyciągałem przed patrolem książeczkę wojskową. Uznałem, iż była w tym wypadku ważniejsza, • 148


zwłaszcza, że widniał w niej mój stopień: starszy sierżant podchorąży. Tymczasem żołnierze z patrolu to byli głównie kaprale, plutonowi. Mogłem więc ich „ustawić”, gdyby co…

Zmech, Wrocław. W czasie służby w trzymiesięcznej szkółce przechodziliśmy normalne szkolenie bojowe.  Często robiliśmy to z przymrużeniem oka. Tym bardziej, że znalazło się nas w drużynie aż trzech kolegów  z jednej uczelni. Cała trójka jest na zdjęciu, Adaś, Wiesiek i ja. 

Tym sposobem bez problemów późną nocą dotarłem do koszar. Tutaj się okazało, iż na drugi dzień rano mamy (wszyscy podchorążowie, którzy jak ja mieszkali w tzw. internacie) zebrać się w mundurach. Tymczasem moja dyscyplina wojskowa była już tak nadwyrężona, że chyba nawet nie posiadałem munduru. Rano szybko poleciałem do magazynu, żeby mi wydali jakąś nówkę. Powoli opadało chojrackie uczucie i zachowanie. Rodził się niepokój, może lęk. Pojawiło się coś nieznanego, a więc groźnego. Z drugiej strony „to” było, mimo wszystko, na swój sposób „nasze”, nieco oswojone, bo mundurowe. Jedną z pierwszych trzeźwych myśli było pytanie, czy nas „użyją”. Rozważaliśmy tę możliwość do upadłego dyskutując „na winklu”, czyli na papierosku przy oknie w końcu koszarowego korytarza. Pamiętam również coś w rodzaju testamentu literackiego lub listu, który zostawiłem w szafce wojskowej razem z wierszami. Żeby – gdyby co – te utworki przesłać do Gdańska mojemu przyjacielowi Andrzejowi Waśkiewiczowi. Zależało mi na druku nowego 149 •


tomiku. Debiut książkowy wprawdzie miałem za sobą w 1979 r., ale liczył się też kolejny zbiór. List ten trzymam do dziś. Codziennie wieczorem w koszarach obowiązkowo leciała telewizja, dziennik. Choć nikt nie kazał oglądać, to i tak chcieliśmy wiedzieć do się dzieje w kraju. Pamiętam, jak tuż przed jednym z  dzienników siedzący w  świetlicy młody porucznik uprzedził: dziś padły pierwsze strzały, są zabici. Szło o „Wujka”. Na korytarzu stała choinka. Na niej przed 13 XII wieszaliśmy „falę”; ile dni do wyjścia z Monu. Po 13 XII ktoś ze złości chyba złamał choinkę, a może tylko zerwał „falę”, nie pamiętam. Z  czasem niektórzy mieszkańcy internatu zaczęli się zbliżać do siebie. Ktoś na radyjku tranzystorowym złapał BBC. Inny, anglista, zaczął tłumaczyć co mówią. Gadaliśmy dużo ze sobą, o sobie. Zżywaliśmy się (z Jackiem spotkałem się kilka razy po wojsku), ale i zużywaliśmy. Było napięcie, kłótnie. Wszytko z codziennego wpadania na siebie. Po tygodniach zaczęła dobijać nas w internacie nuda. Z nowym rokiem, 1982, przyszedł nowy, kolejny rocznik wzięty „w kamasze”. Trzeba było się nim zająć. Sytuacja jakby wracała do normy. Jakby. Mogliśmy wychodzić do miasta. Przy czym lepiej było wówczas zakładać mundur, bo nie było legitymowania, wiele zwykłych spraw załatwiało się łatwiej. Mimo stanu wojennego nie zanotowałem wtedy ani jednego aktu agresji wobec mnie w mundurze; nawet słownej. Przeciwnie, spotykałem i  odwiedzałem wrocławskich znajomych, którzy działali w  opozycji i  nie mieli żadnego wstrętu, żeby ze mną rozmawiać. U jednego z działaczy „Solidarności” przesiadywałem często w długie wieczory na dyskusjach i studiowaniu najświeższej „bibuły”. Po prostu wykładał wszystko na biurko i wychodził do drugiego pokoju, żebym mógł spokojnie poczytać. Czytałem więc. Jeszcze jedna ciekawostka „prasowa” z wcześniejszych miesięcy. Miałem sporo przyjaciół, znajomych (nawet dziewczynę) na Uniwersytecie Wrocławskim. Część z  nich należała do NZS-u. Pamiętam, że gdy zbliżały się wakacje 1981 r. nie mieli gdzie zostawić swego „arsenału” prasowego (z perspektywy ćwierćwiecza wygląda to naprawdę zabawnie). Bali się trzymać to na uczelni, bo był to czas różnych agresywnych działań zaczepnych solidarnościowo-rządowych, bali się przechowywać w domach. Ktoś wpadł na pomysł, że może dać mi na przechowanie do koszar, nikt nie będzie szukał pod latarnią. I faktycznie… • 150


Wracam do stanu wojennego. Pamiętam, że wyszedłem pewnego dnia (czy to był jeszcze grudzień?) na ul. Obornicką, gdzie na jezdni stały czołgi tworząc coś w rodzaju rogatki. Raptem ktoś mnie woła. Patrzę – umundurowany Kirus. Dobry kolega z Zielonej Góry, z czasów studenckich, z rajdów, spływów. Okazało się, iż służył w wojsku w Żaganiu. I stamtąd „uderzył” ze swoją dywizją (?) na Wrocław. W  mundurze kontynuowałem dawniejsze peregrynacje po Wrocławiu. Fakt, było to już inne miasto. Ale odwiedzałem znajomych, bywałem tam, gdzie się dało bywać. Kiedyś spotkałem w księgarni aktora, poetę Bogusława Kierca, z którym znaliśmy się z  okresu zielonogórskiego, odwiedzałem plastyka Zbyszka Makarewicza, w  jego galerii w  Jatkach. Nadal organizowałem podchorążym życie kulturalne. Wreszcie, po trzech miesiącach wyszedłem. Zostałem mianowany na pierwszy stopień oficerski, potem, gdy już wróciłem do pracy, dostałem medal „Za zasługi dla obronności kraju”. Wprawdzie w legitymacji tego medalu jest tylko faksymile podpisu, ale zawsze to Jaruzelski. Pamiętam jeszcze zdarzenie, jak już powróciłem do pracy w Suwałkach. Pewnej nocy szedłem od dziewczyny ulicą. Patrzę patrol wojskowy. A  ja już jestem prawdziwy cywil. Raptem czegoś zabrakło. Głównie książeczki wojskowej z adnotacją, że jestem na służbie. Nie pamiętam już jak się wyłgałem… Czekała mnie jeszcze, jak wszystkich zawodowych dziennikarzy, weryfikacja. Nie przeszedłem jej jednak „normalnie”, jak pozostali koledzy z  redakcji, gdyż służyłem wówczas w  Monie. Zatem sam, tylko z moim redaktorem naczelnym, udałem się do KW PZPR na rozmowę do szefa propagandy. Właściwie na rozmowę o niczym szczególnym. Nic z niej nie zapamiętałem, poza jednym. Wróciło pytanie, czy bym się nie zapisał do partii. Na co odezwał się naczelny, Marek, pamiętam to jak dziś i zawsze mogę cytować: – Ty się od niego odpierdol! I tak zakończyła się moja weryfikacja. Jeszcze uwaga ogólna, już nie dotycząca „mojego stanu wojennego”. Nie rozumiem, dlaczego różni politycy, historycy, dziennikarze i  kto tam jeszcze chce, skupili się na udowadnianiu, że istniało lub nie istniało zagrodzenie radzieckie i czy słusznie gen. Jaruzelski wprowadził stan wojenny. Nie rozumiem, co to ma do rzeczy. To jest rzecz marginalna! O stanie wojennym zdecydowała 151 •


jedyna władza, jaka wtedy rządziła Polską, jedyna legalna. Widać miała powody. Zdecydowała i nic nie da dzisiejszym resztkom po tamtej Solidarności orzekanie, że stan wojenny był nielegalny. W ogóle nie ma powodów podejmowania dyskusji w tej sprawie.

Wrocław, 1981 rok, Wyższa Szkoła Ofi cerska Wojsk Zmechanizowanych. Po zaliczeniu trzymiesięcznej  tzw. szkółki, czyli Szkoły Podchorążych Rezerwy, zostałem w Zmechu na praktyce, jako kierownik klubu  podchorążych. Organizowałem różne imprezy. Na przykład Dzień Dziecka ofi cerów tejże szkoły.

Warto natomiast przyznać, iż cała operacja to był majstersztyk działania. Przecież wszystko się udało, mimo iż kraj od roku był pogrążony w chaosie. Wojsko zatem mieliśmy sprawne i operacja była praktycznie bezkrwawa przy swoim ogromnie. Warto porównać ją z zamachem Piłsudskiego, który doprowadził do śmierci kilku setek Polaków w bratobójczej bitwie – i widać, że nie ma o czym mówić. No, ale Jaruzelski był zawodowym wojskowym, Piłsudski zaś amatorem mimo, że wciśnięto mu do ręki buławę.


Andrzej Strumiłło Gdy 30 czerwca 1980 roku przyjechałem do Suwałk do pracy, jednym z pierwszych zadań, jakie mi polecił wykonać redaktor naczelny tygodnika „Krajobrazy” Marek Starczewski było przeprowadzenie wywiadów z Andrzejem Wajdą i Andrzejem Strumiłłą. Trochę się wystraszyłem. Pierwszego znałem z widzenia. W telewizji. O drugim nie słyszałem. Okazało się, że obaj mieli związki z Mazurami, Suwalszczyzną i to było powodem zainteresowania redakcji. Wajda urodził się w  Suwałkach. Strumiłło wprawdzie w Wilnie, ale zamierzał osiąść w Suwałkach. A od trzech lat prowadził plenery plastyczne nad jeziorem Wigry. Zadzwoniłem do Warszawy, do mieszkania Strumiłły, przedstawiłem się i porozmawiałem. Nie było wtedy googli, w co może trudno uwierzyć i nie ukazywało nawet polskie wydanie „Who is who”. Moje wiadomości o Strumille czerpałem zatem z wyrywkowych przekazów miejscowych. Wypytywałem go o różne sprawy, w  tym o  II wojnę światową, bo takie padły sugestie w  redakcji. Tekst ukazał się w numerze próbnym „Krajobrazów” pod tytułem „Kim jest Strumiłło?”. Podczas oceny numeru Leszek Sławiński, dziennikarz białostocki i kolega szkolny pana Andrzeja z młodości, z Lidy (dla niego – Jędrka), złapał się za głowę. – Przecież ty z niego zrobiłeś jakiegoś kombatanta! – zawołał. Dlatego zadzwoniłem raz jeszcze do Warszawy, a Strumiłło cierpliwie odpowiadał na pytania nieopierzonego dziennikarza. Tekst w pierwszym numerze nie był jednak wcale taki kombatancki (poczytałem po latach), zaś redakcja dała lepsze zdjęcie, niż w próbnym. Tak wyglądał mój najwcześniejszy kontakt z Andrzejem Strumiłłą. Wkrótce poznaliśmy się osobiście. Już we wrześniu 1980 roku zostałem oddelegowany przez redakcję na prawie dwa tygodnie (dziś taki luksus nie do pomyślenia) na seminarium „Sztuka i środowisko”, który odbywał się od 1977 roku w dawnym klasztorze kamedulskim nad jeziorem Wigry. Wówczas jeszcze mieścił się tam ośrodek pracy twórczej Ministerstwa Kultury i Sztuki. Dziś obiekt – po gruntownym remoncie przez państwo – „odzyskał”, zdaje się, kościół rzymski. Komisarzem seminariów (wymyślonych jako zwykłe plenery plastyczne) był właśnie Andrzej Strumiłło, wtedy chyba także profesor krakowskiej Akademii Sztuk


Pięknych. Przez lata trwania tej imprezy, a  zakończyła żywot w  1997 r., przewinęła się przez klasztor nad Wigrami czołówka polskiej sztuki, ekologii, ale i ekonomii oraz szeroko rozumianej kultury. Przyjeżdżali politycy, architekci, planiści, pisarze, leśnicy. Temat przewodni, który z czasem spowodował zmianę nazwy seminarium na „Kultura i  środowisko”, był zawsze traktowany bardzo szeroko. Wygłaszano referaty, dyskutowano o nich, przygotowywano wystawy i instalacje, jeżdżono po terenie zastanawiając się, jak człowiek powinien znaleźć się w środowisku, żeby go nie zniszczyć. Znakomici planiści, architekci, konserwatorzy podpowiadali miejscowym władzom, jak uchronić piękno klasycystycznej ulicy Kościuszki w Suwałkach, zostawiali swoje szkice do tego i innych tematów, wskazówki na piśmie i papierze. Zwłaszcza w  początkowych latach takie nieformalne lobby ogólnopolskie było istotne, gdyż na Suwalszczyźnie odkryto rudy żelaza i innych metali, i planowano budowę wielkiej kopalni wraz z hutami.

Maćkowa Ruda nad Czarną Hańczą. W domu Andrzeja Strumiłły, jeszcze w początku lat 80., przed jego pełnym zagospodarowaniem. Często jeździliśmy tam na rozmowy o życiu i sztuce. Tym razem przyjechała ze mną Ewa Turowska, wówczas prowadząca galerię sztuki w Suwałkach.

Strumiłło jako wybitna osobowość potrafił przyciągać nad Wigry równie wielkie znakomitości. Ponieważ po latach wydaliśmy wspólnie książkę o tychże seminariach – „Wigry. Kultura i środo• 154


wisko. Spotkania 1977-1990” (Warszawa 1991) – wiem doskonale kto przyjeżdżał. Wiem, bo te postacie są odnotowane w indeksie nazwisk, wiem gdyż często jadałem z nimi śniadania czy kolacje podczas tych wielu lat spotkań. Wiem, bo razem siedzieliśmy w autobusach obwożących uczestników seminarium po całym, rozległym województwie. Mogę powiedzieć, że Strumille zawdzięczam znajomości ważne i rzutujące potem na dalsze moje działania, na późniejsze etapy życia. Na przykład nad Wigrami Strumiłło poznał mnie z Romualdem Mieczkowskim, polskim poetą i dziennikarzem radiowym z Wilna. Pośrednio dzięki temu po latach powstała – ważna jak mi się wydaje – książka, pierwsza o tym charakterze po II wojnie, pt. „Słownik polskich pisarzy współczesnych Wileńszczyzny”. Nie mówiąc już o późniejszym poznaniu Wilna, częstych pobytach tamże, o czytaniu wierszy w celi Konrada. Ale i kontaktach z Litwinami. Nad Wigrami poznałem tak świetnych artystów jak Jan Berdyszak, Bohdan Chmielewski, Ryszard Winiarski, Adam Myjak, Jan Krenz, Gustaw Zemła, spotkałem tam Andrzeja i Grażynę Miłoszów, słuchałem Bohdana Urbanowicza, Czesława Bobrowskiego, Juliusza Bardacha, wreszcie spotkałem osobiście Andrzeja Wajdę (akurat jak kupował wspomnianą książkę), Stefana Kozłowskiego i dziesiątki innych znakomitości. Bywało też wielu gości zagranicznych, przybyłych od Japonii przez Czechosłowację do USA. Na różne sposoby potem te kontakty procentowały. Jak nigdy później w życiu – dodam smętnie. W początku lat 80. Strumiłło wyjechał do Stanów Zjednoczonych, a  dokładniej do ONZ, gdzie dostał posadę „naczelnego plastyka” tej organizacji, mówiąc w uproszczeniu. Przez dwa lata mieszkał w Nowym Jorku, ale wiedział, że wróci na Suwalszczyznę. Miał już upatrzony dom, obejście we wsi Maćkowa Ruda nad samą Czarną Hańczą. I wrócił. Często odwiedzałem go, trochę służbowo, ale i z potrzeby ducha. Zdarzało się bowiem, że w pustym domu siedział sam, nie istniała jeszcze posiadłość w  tym kształcie, jak dziś (stawy, stadnina koni, galeria, ukształtowany ogród), a  jego żona wolała w  Warszawie poczekać na pełne zagospodarowanie. To były sympatyczne wieczory, gdy gadało się o  sztuce, o  wielu lokalnych sprawach, ludziach, słuchało anegdot o  polowaniach, czasem dyskutowało o polityce, bo blisko wszak była granica z Litwą, a czas dojrzewał do przełomu. Piliśmy herbatę, słuchaliśmy np.  murzyńskiej muzyki nagranej w  kościołach nowojorskich 155 •


A to jest jedno z ulubionych zdjęć mojej żony (wtedy jeszcze nie byliśmy oficjalnym małżeństwem) w czasie parzenia herbaty u Andrzeja Strumiłły w Maćkowej Rudzie. Lata 80.

• 156


przez pana Andrzeja, próbowaliśmy jego konfitur. Tak płynęły lata. Odwiedzaliśmy się, realizowaliśmy jakieś wspólne plany, nawet gdy w  1986 r. przeniosłem się z  Suwałk do Białegostoku. A także, gdy ze wschodu przeniosłem się z rodziną na zachód kraju. Może wtedy nawet te kontakty stały się intensywniejsze? Gdzieś tak koło roku 2005 lub 2006 dostałem telefon z Oficyny Wydawniczej „Stopka” w Łomży z propozycją zredagowania pamiętników Strumiłły z  lat 1978 – 2006. Przy czym, jak zaznaczono, była to jego sugestia. Materiał, który otrzymałem do opracowania był ogromny. Parę kilogramów maszynopisu – już przepisanego przez studentki – do tego ilustracje, dopiski, uwagi. Praca zajęła mi ponad dwa lata. Albo i więcej. Było kilka korekt, ale i  tak z  efektów finalnych nie jestem do końca zadowolony. Choć dzieło jest monumentalne. Takich pamiętników, w  takiej formie edytorskiej, nie było chyba dotąd w Polsce! Tytuł dzieła „Factum est”. Duża księga formatu A4, zapis w dwóch szpaltach, między nimi różnorakie ilustracje. Tego dopilnowywał sam profesor. Wiem zaś czego nie byłem w  stanie dopilnować: korekty. Akurat czytywałem w  tym czasie dzienniki Marii Dąbrowskiej. Redakcyjnie nadzorował je prof. Tadeusz Drewnowski z  zespołem – jak podejrzewam – doktorów i studentów. Mógł zająć się redakcją, miał ogląd całości, zaś przypisy, wyjaśnienia powierzając zapewne współpracownikom. Tymczasem na mnie, o  czym nie miałem pojęcia podejmując się redakcji, spadło tyle roboty, ile normalnie przypadłoby całemu zespołowi naukowemu. Stąd w dziennikach Strumiłły brak przypisów (a przydałyby się), stąd irytujące błędy korektorskie wyłapane już po wydrukowaniu, niestety! Żałowałem też, że nie udało się namówić pana Andrzeja na pewne uzupełnienia, a dopiski możliwe jeszcze na etapie korekty. Znam go jednak parę dekad, wiem że jest trudnym i upartym „zawodnikiem”. I tak mogę czuć zadowolenie, iż skorzystał z ważnej sugestii i dopisał – istotny dla czytelnika – wstęp o swojej historii, swojej rodzinie, korzeniach. Stosunkowo niedługo potem miałem przyjemność z kolei promować inne wielkie dzieło A. Strumiłły, pt. „Summa” (Suwałki 2011). Księga licząca ponad 500 stron, także dużego formatu, jest podsumowaniem pracy artystycznej tej wielkiej, renesansowej postaci. Lecz już w dniu promocji, w Suwałkach w lipcu 2011 roku, pan Andrzej napomknął, że to właściwie jeszcze nie jest 157 •


ta prawdziwa summa. I  miał rację. Bo księga zawiera zaledwie fragmenty jego dorobku plastycznego z  różnych epok. Wyimki. A gdzie dokumentacja licznych podróży, zwłaszcza po Azji, gdzie 10.000 zdjęć zrobionych na Manhattanie w  okresie ONZ-towskim? Gdzie opowieść o  domu, a  właściwie posiadłości w  Maćkowiej Rudzie? Musi też być miejsce na konie, na polowania, na rozmaite albumy, na działalność wybitnego ilustratora książek…

Kurzawowie i Strumiłłowie na ganku przed domem w Maćkowej Rudzie. Fotografia została zrobiona w czasie naszego wyjazdu w kwietniu 1996 r. na Wielkanoc w Suwałkach. Ola jakaś naburmuszona.

W tym miejscu koniecznie muszę sprzedać wiadomość, że od tomiku „To wszystko nic”, wydanego w  1990 roku w  warszawskim MAW-ie, okładki wszystkich moich zbiorów wierszy były ilustrowane przez Andrzeja Strumiłłę. Gratis! To istotne podkreślenie, gdyż na pewno nie byłoby mnie stać na opłacenie projektów tak wybitnego artysty. Robił to dla mnie „po znajomości”. Ostatni dotąd wydany tomik pt. „Ćwiczenia z  rozpaczy” ma aż siedem wersji okładki. – Do wyboru – powiedział Strumiłło wręczając mi wszystkie propozycje w swej pracowni nad Czarną Hańczą. Wykorzystałem jeden projekt, inne oprawiłem w ramki lub schowałem. • 158


Kiedyś, był to początek lat 90., gdy Litwa wybijała się na niepodległość, gdy radzieckie czołgi atakowały tłum pod wieżą telewizyjną, a  Sejmas litewski zamknął się oczekując ataku, jako dziennikarz białostockiego „Kuriera Porannego” nawiązałem kontakt z kimś zamkniętym w tymże Sejmie. Nie wiedziałem kto to jest, poza tym, że kobieta, Polka, z otoczenia ówczesnego przywódcy Litwy, Vytautasa Landsbergisa. Telefonowałem do Wilna z Białegostoku za pośrednictwem jakiejś dziwnej linii (komórek wszak nie było), dowiadywałem się, co tam się dzieje i  pisałem w  gazecie. Po miesiącach, a  może i  po roku nawet, gdy sprawy unormowały się, dziewczyna/kobieta z Sejmu przyjechała do Białegostoku. Spotkaliśmy się, rozmawialiśmy. Pech chciał, że tego dnia przyjechał do Białegostoku także A. Strumiłło i  też chciał się ze mną spotkać. Nie mogłem się rozdzielić. Zaproponowałem spotkanie we troje, dwoje wilnian i Wielkopolanin. Siedzieliśmy gdzieś w kawiarni, rozmawialiśmy, potem wypadało moją „korespondentkę wojenną” odprowadzić na pociąg. Odprowadziłem.

Maćkowa Ruda, rok 2009. Być może w kuchni Strumiłły dyskutujemy o promocji jego kolejnej książki.

159 •


– Czułeś tę energię?! – zapytała mnie, gdy czekaliśmy na przyjazd pociągu. Jaką energię, pomyślałem? – Gdy tak siedziałam obok pana profesora to czułam, że aż iskrzyło. Ten człowiek ma niesamowitą energię i potrafi nią naładować innych. Nigdy nie zajmowały mnie kwestie metafizyczne, czy jakaś parapsychologia i  wciąż jestem wobec tych zjawisk sceptyczny. Jednak dziewczyna z  Wilna powiedziała coś na rzeczy. Ile razy bowiem, zwykle po całym dniu spędzonym w Maćkowej Rudzie, wracaliśmy z żoną do domu rozmawiając w samochodzie o minionym dniu, komentując pobyt u Strumiłły, czułem niezwykłą chęć do życia. A może i właśnie coś w rodzaju pozytywnej energii? Tej która popycha. Do życia. Do pomysłów, do realizacji planów. Strumiłło, gdy rozmawialiśmy ostatnio, był człowiekiem liczącym ponad 86 lat. A planów miał, jak mówił, na najbliższe 20 lat. Już po 80., po śmierci pierwszej żony, pani Danusi, ożenił się po raz wtóry z osobą młodszą od swoich dzieci. To też jest pomysł na życie.


Białostockie porównania W  1986 r. przeprowadziłem się z  Suwałk do Białegostoku i  zatrudniłem w rozchwytywanej w mieście popołudniówce „Kurier Podlaski”. Podobnie jak w  wcześniej w  Suwałkach (wygląda, że to chorobliwe) zacząłem od „misji”. Od, wydawało się wtedy niemożliwego, czyli powołania oddziału Związku Literatów Polskich. – To się nie uda – prorokował Waldek Smaszcz, miejscowy krytyk. Bo w Białymstoku ZLP nigdy nie miał dobrej prasy. Smaszcz, nawet już po fakcie nie uwierzył w to, co się stało, gdyż za moich czasów nie przeflancował się z oddziału warszawskiego ZLP do świeżo powołanego białostockiego. I  chyba tak jest do dziś… Ale wyprzedzam fakty. Sytuację literacką zastaną przeze mnie w  1986 r. opisywano wśród podlaskich pisarzy następująco: jeżeli kiedykolwiek chcieli się konsolidować twórcy, to opór szedł z Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Gdy z kolei liberalniejsza (czytaj: przyjezdna) władza dla większego splendoru zgadzała się na powołanie oddziału, to skłóceni byli pisarze, polscy z białoruskimi, czy jakoś tak. Trwało to ze trzy dziesiątki lat. – Niemożliwe, to się nie uda! – powtarzało mi kilka osób z różnych środowisk. A mimo to… Najpierw były rozmowy w domu Wiesia Kazaneckiego i rozpoznanie sytuacji. Potem kolejne dyskusje, rodząca się nikła nadzieja, bo o dziwo nie było, poza Dionizym Sidorskim, zdecydowanych przeciwników oddziału. Pojawił się w  mieście prof. Władysław Serczyk z tym jego krakowskim powiewem i autorytetem historyka z Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale także pisarza i autorytetu środowiskowego. Co zaskakujące, nie było veta ze strony urzędu wojewódzkiego, wręcz odwrotnie, życzliwość ówczesnej dyrektorki „od kultury” Marii Marandy. No i pewnego majowego lub czerwcowego dnia chyba 1987 roku – niestety Wiesiek Kazanecki tego nie doczekał, zmarł w lutym – oddział, w obecności Wojciecha Żukrowskiego, zainaugurował działalność. Dostaliśmy nawet siedzibę w tzw. pałacyku koniuszego, należącym historycznie do kompleksu pałacowego Branickich. „Kapitan Czechowicz melduje wykonanie zadania”, że podsumuję to znanym dowcipem „o naszym człowieku” w Radiu Wolna Europa. Ciekawe, czy czytelnym jeszcze dzisiaj…


Szwendając się służbowo i  literacko po różnych spotkaniach, biorąc udział w dyskusjach nad stanem podlaskiej kultury, tudzież kierując przez jakiś czas działem kultury w „Kurierze Podlaskim” (dziennik ów, niestety, nie istnieje) często bez pardonu (dziś: pardon) wytykałem białostoczanom, szczególnie animatorom kultury, zaściankowość, brak inwencji i wiele innych prawdziwych bądź wyimaginowanych cech. Ma marginesie – niektóre z nich były autentycznymi powodami mojego wyjazdu z miasta na początku lat 90. Miałem dość niesłowności, niesolidności, tego wschodniego rozmamłania, które przefermentowane twórczo owocuje wierszami czy sztukami teatralnymi, ale w  życiu codziennym, społecznym, organizacyjnym jest nie do wytrzymania. Dlatego m.in. po paru latach uznałem, że nic ciekawego już się nad Białką nie zdarzy i trzeba uciekać. A że nikt nie zatrzymywał…

18 kwietnia 1996, galeria Slendzińskich w Białymstoku. Spotkanie autorskie i jednocześnie spotkanie z członkami Towarzystwa Przyjaciół Grodna i Wilna, które zakładałem mieszkając jeszcze w Białymstoku. Miła chwila.

Wytykając podlaskie przywary podawałem przykłady. Patrzcie na zachód kraju. Dwukrotnie mniejsza od Białegostoku Zielona Góra była wtedy i wcześniej (w latach 70.) tyleż samo razy bardziej • 162


od miasta Branickich kulturotwórcza. Lubuski model pokazywałem jako objawienie w Białymstoku, a wcześniej z miną mędrca sprzedawałem go w Suwałkach. Między Suwałkami a Zieloną Górą zachodziły zresztą pewne analogie. Oba miasta na stolice okalających je świeżych województw zostały powołane decyzją polityczną władz, pierwsze w 1950 r., drugie równo 25 lat później, w 1975 r. Jeśli więc wiedziałem, że tzw. zielonogórska droga do uniwersytetu zaczęła się od powołania w 1957 r. Lubuskiego Towarzystwa Kultury, potem Lubuskiego Towarzystwa Naukowego, że z  czasem z owych organizacji wypączkowały inne ciała o  charakterze regionotwórczym, to wystarczyło tylko owe wzorce powielać. Do czego starałem się (mając w Suwałkach łamy tygodnika) przekonywać decydentów suwalskich i co aktywniejszych ludzi. Białystok był w nieco innej sytuacji (województwo miało przedwojenne tradycje), lecz moje „zgorszenie” budziły – przez porównywanie do Zielonej Góry – rozmaite niewykorzystane szanse kulturowe. Na przykład, gdy w 1986 r. z Suwałk przeniosłem się nad Białkę to zielonogórski oddział ZLP obchodził akurat 25-lecie istnienia. Nie rozumiałem więc, dlaczego 270-tysięczne miasto nie potrafi się zmobilizować do nadrobienia zaległości cywilizacyjnych. Wszak oddział ZLP, podobnie jak teatr, filharmonia, rozgłośnia radiowa, wyższe uczelnie, należał do typowego „wyposażenia cywilizacyjnego” ośrodków kulturowych III stopnia, do których zaliczano i Białystok i Zieloną Górę. W każdym razie przy lada publicystycznej okazji kłułem w oczy tą literacką Zieloną Górą, a gdy brakło argumentów dorzucałem Wielkopolskę, skąd pochodzę. Zresztą moje argumenty wcale nie były na wyrost. Zielona Góra (także region lubuski), zwłaszcza w latach 70., miała w kalendarzu sporo ciekawych wydarzeń kulturalnych, także o charakterze ogólnopolskim. Oczywiście nad tym wszystkim wisiał, jak Wawel nad Krakowem, Festiwal Piosenki Radzieckiej. Dla wielu ludzi z zewnątrz była to impreza propagandowa. I była. Lecz dla miasta, województwa – co może kogoś zdziwić – kulturotwórcza. Powstały wówczas amfiteatr z zapleczem służy ludziom do dziś. Odbywał się w nim w ostatnich latach Festiwal Piosenki Zjednoczonej Europy, a  także, o  ile się nie mylę, Festiwal Tańczące Eurydyki (piosenek Anny German). Nie powiem dokładnie, czy nadal wskakuje na sceniczne deski amfiteatru także Międzynarodowy 163 •


Festiwal Folkloru, ale bywał tam. A od jakiegoś czasu festiwal kabaretów, wszak Zielona Góra to kabaretowe zagłębie. I dziesiątki koncertów, imprez. Co istotne, zdarzeniu temu (Festiwalowi Piosenki Radzieckiej) towarzyszyły nie do końca kontrolowane przez cenzurę i władzę plenery plastyków, seminaria literatów, konferencje naukowe i  rozliczne spotkania prywatne przy wódce. Cokolwiek o  nich myśleć i  mówić – mobilizowały miejscowe środowiska twórcze, przynosiły efekty artystyczne. Paradoks: gdy Festiwal Piosenki Radzieckiej w  Zielonej Górze już upadał to „na chwilę”, w  początku lat 90., przeniesiono go do białostockiego Teatru Dramatycznego; akurat byłem przy tym opowiadając znajomym półżartem, że mnie ów festiwal „ściga”… Istniał ponadto w  województwie zielonogórskim jedyny w owym czasie w kraju festiwal filmowy: Lubuskie Lato Filmowe w Łagowie, także spotkania plastyków i teoretyków sztuki Złote Grono miały uznaną rangę w  kraju. Ponadto w  latach 60. i  70. odbyły się w mieście dwa bardzo duże zjazdy pisarzy Ziem Północnych i Zachodnich z udziałem całego niemal środowiska literackiego, od prezesa ZLP Jarosława Iwaszkiewicza poczynając. W tym momencie koniecznie należy też podać, iż w redakcji dwutygodnika „Nadodrze” pracował od lat 60. niemal do końca lat 70. Andrzej K. Waśkiewicz, najważniejszy krytyk towarzysząc mojemu pokoleniu literackiemu – Nowym Rocznikom (Nowej Prywatności). Zatem stąd szły w kraj opinie i werdykty w najistotniejszej dla mnie dziedzinie – poezji. Byłem przy narodzinach niektórych jego książek, tu zostałem wciągnięty w ruch pokoleniowy młodej literatury. Także tutaj drukowane były ważne periodyki, wydawnictwa tamtych lat. Czasem brałem w tym fizyczny udział – odbierając je w zielonogórskiej drukarni i rozsyłając po Polsce. To wszystko miałem zakodowane w pamięci mieszkając i dyskutując z kolegami w Białymstoku. Bo w części zielonogórskich zdarzeń brałem udział, np. w Lubuskim Lecie Filmowym, w Złotym Gronie, zaś na Festiwalu Piosenki Radzieckiej jako student dorabiałem sobie robiąc wywiady z debiutantami, dziś sławnymi estradowcami jak Urszula, Renata Danel i  inni. Miałem zatem przykłady z autopsji. Ów wdrukowany w pamięć wzorzec (naiwnie) wydawał mi się w  Białymstoku czymś dynamicznym, wartym przetworzenia na podlaski grunt, który z kolei niczym wiel• 164


kim nie mógł się wtedy chwalić. Poza Jerzym Maksymiukiem za granicą. Moje gawędy i przytyczki w prasie nie zmieniły jednak miasta Branickich. Na początku lat 90. opuściłem Białystok i  północny wschód kraju. Zdaje się dość pechowo. Teraz z  odległości fizycznej i  czasowej, z  dużą przypadkowością, choć chłonnie, obserwuję, że właśnie wtedy, gdy wyprowadzałem się z  bloku przy ul. Wołodyjowskiego, budziła się kulturowo „ściana wschodnia”. Pomysłów, idei, inicjatyw – nawet jeżeli co piąta dociera do mnie – mogę pozazdrościć. Wcześniej, przez 17 lat, brałem tylko udział w wigierskich spotkaniach interdyscyplinarnych „Kultura i środowisko” i w tym co je „otaczało”, i z nich wynikało. No i w Oleckich Czerwcach Poetyckich. Tymczasem obecnie, od Sejn począwszy, przez Maćkową Rudę, Łubniki, a na Krynkach czy Hajnówce skończywszy, intrygujących pomysłów, inicjatyw na wschodzie jest zatrzęsienie. Wiele pozostałych zaś „wisi” we wschodnim powietrzu jako możliwość, szansa. Nawet telewizja często jak nigdy pokazuje to, co się dzieje na kresach polskiego wschodu. Oczywiście telewizja nie jest tu żadnym wyznacznikiem wartości. To idee tłumione lub nieumiejące się wcześniej wyartykułować teraz pączkują, rosną. Periodyk „Kartki” niezłym przykładem. Świetna książka Jana Kamińskiego „Metafizyka prowincji” też. Nie będą podawał innych egzemplifikacji, bo nawet ich nie znam. Mogę tylko stwierdzić, że w województwie lubuskim, które stanowi kresy zachodnie kraju, nie ma nawet części tych inicjatyw. Choć jest tu bliżej zachodu Europy i teoretycznie bliżej unijnych pieniędzy na wszelkie szalone pomysły. Na pewno waży podglebie. Tutaj gdzie jestem – obce, poniemieckie. Można by je próbować oswoić (jak uczyniła to przykład „Borussia” w Olsztynie, czy wykorzystał literacko Gdańsk). Jednak takie próby na Ziemi Lubuskiej da się policzyć na palcach jednej ręki. U nas, na zachodnich kresach, nie ma takich postaci jak te występujące w świetnym zbiorze wywiadów „Metafizyka prowincji” Kamińskiego (polecam każdemu)! Nie ma zatem posągowych, renesansowych osobowości jak Andrzej Strumiłło, pisarzy rangi Sokrata Janowicza, naukowców jak Włodzimierz Pawluczuk, plastyków jak Ryszard Tarasewicz, czy reporterów 165 •


znanych w  kraju jak (zmarły niedawno) Janusz Niczyporowicz. Dlaczego?!, pytam. Żeby naładować artystyczny, humanistyczny akumulator jadę raz do roku, raz na dwa lata, po starej znajomości do Maćkowej Rudy, do Strumiłły. Ubolewam nad tą i swą sytuacją stukrotnie. Co gorsza, widzę, jak kapcanieję intelektualnie w  tym w  miarę ułożonym organizacyjnie, bliskim Berlina i  Brukseli, ale nijakim kulturowo zachodzie. Jeśli piszę, że autor Kamiński rozmawia w swej książce ze znakomitymi postaciami, to pochlebiam sobie, iż większość z nich znam (lub znałem, bo już zdążyli umrzeć) i z niektórymi przegadałem wiele godzin. Jeśli zaś wspominam o  wigierskich spotkaniach „Kultura i środowisko” to stwierdzam, iż kapitał poznawczy, jaki zyskałem przez kilkanaście lat uczestnictwa w nich procentuje do dziś. Ale i – niestety – wietrzeje. Tylu znakomitości polskiego życia artystycznego, intelektualnego, ile poznałem nad Wigrami nigdy potem już nie miałem okazji poznać. Tutaj gdzie teraz jestem podobnych przygód artystycznych nie zaznałem. Czyżby zatem wszystko co istotne w moim rozwoju artystycznym, intelektualnym miało źródła na wschodzie? Wychodzi na to, że tak. Zielona Góra nie inspiruje. Na tyle na ile mogłem, odciąłem kupony od lat wcześniejszych, suwalsko-mazurskich i białostockich. Przykładowo już w Zielonej Górze wydałem „Słownik polskich pisarzy współczesnych Wileńszczyzny”, co było skutkiem wieloletnich z kontaktów z polską grupą literacką w Wilnie. Do prowadzonego wraz z  żoną Ogrodu sztuk w  Wilkanowie zaprosiliśmy na prezentację kilku artystów „znad Wigier”, m.in. Andrzeja Strumiłłę i  Gustawa Zemłę, Bohdana Chmielewskiego (z jego medalami, nie z pomnikami), Stanisława Wosia. I tu mogłaby się zacząć zupełnie inna, nowa opowieść o ziemi, na której obecnie mieszkam, tzw. odzyskanej (bo mam jeszcze – niedaleko stąd, jakieś 60 km, rodzinne strony, zachodnią, piastowską Wielkopolskę). O niezwykle splątanych losach jej ludzi, rodów, niedużych krain, dawnych księstw, państewek. Tajemnicach i noblistach, których tutaj rodziło się kilku. Lecz zastanawiam się, czy to moja bajka. Porównując swoją sytuację w  Białymstoku z  wyobrażeniami o Zielonej Górze za bardzo wymieszałem czas. Wracam zatem na Podlasie, żeby go uporządkować. Białystok. Też pogranicze, ale inne niż suwalskie. Nowe religie, narodowości, nie wspominając • 166


o  mentalności ludzi, architekturze miast, tradycjach kulturowych. Tutaj po raz pierwszy, gdy ze Wschodu, z zagranicy, powiało pieriestrojką, pojawili się polscy poeci z Wilna, jak i litewscy z Kowna. W ten sposób do mojej biografii i świadomości trafiły te mityczne, ale i  zarazem najprawdziwsze kresy. Na początku chyba przyjąłem je niechętnie, kojarzyły mi się z polskością typu wschodniego, czyli z rozmamłaniem, niedotrzymywaniem słowa, brakiem konkretu. Co zresztą po kilku latach poznawania kresowych Polaków w znacznej mierze się potwierdziło. Kresy jednak wciągnęły, ponieważ wytworzyły we mnie poczucie obowiązku moralnego, jaki ponoć ma w sobie każdy człowiek pióra. Który, zdaniem Borgesa, o  ile dobrze pamiętam, powinien zawsze być po stronie słabszych. Oni, rodacy na Wschodzie, byli wtedy na pewno w takiej sytuacji. Trzeba, uznałem, im pomóc. Tę pomoc potraktowałem zadaniowo, jako wyzwanie. A jak coś robić, to porządnie, z wielkopolską rzetelnością. Zaczęło się wysyłanie książek, akcje prasowe, informowanie o żyjących – głównie na Litwie i Białorusi – rodakach. Wkrótce potem zainicjowałem w Białymstoku, jako drugie w kraju po lwowskim we Wrocławiu, towarzystwo kresowe; istnieje do dziś. Towarzystwo Przyjaciół Grodna i Wilna. Było potrzebne, aby dobrze spełniać przyjęte obowiązki, którym nie mógł podołać jeden człowiek, zaś zadania i pomysły, jakie już widziałem lub przeczuwałem kroiły się na wiele dziesiątek czy setek głów. Dalej, aby skuteczniejsze było stowarzyszenie, przyszedł pomysł utworzenia pisma; zredagowałem, do dnia wyjazdu z  Białegostoku w  1991 r., dwanaście numerów „Gońca Kresowego”; wychodzi nadal, miał już ponad 50 numerów. Paradoksem owego okresu białostockiego było natomiast moje zaangażowanie, prasowe i organizacyjne, w powołanie… Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego. Chyba zaintrygowała mnie nowość tej sprawy, z drugiej strony zaś możliwość pomocy w odrodzeniu fragmentu polskiej przeszłości. Nie wartościowałem wówczas, czy ziemiaństwo ma współcześnie sens, czy nie; po prostu dużo pisałem do prasy i  m.in. tak „nakręciłem” istnienie, jako pierwszego w kraju, białostockiego oddziału towarzystwa, PTZ. Powstał w  pociągu, w  drodze powrotnej ze zjazdu założycielskiego polskich ziemian w  Warszawie. Tym sposobem zaistniał wcześniej niż… Zarząd Główny PTZ. Zacząłem też drukować 167 •


biuletyn ziemiański ,,Herold – bis”. A gdy towarzystwo już okrzepło (oczywiście jako chłop z chłopów nie byłem jego członkiem, błękitni chyba by nie dopuścili, zresztą nie pchałem się), napisałem obszerny i zaskakujący jego członków szkic o tym, że większość tytułów hrabiowskich i baronowskich polskiej szlachty pochodziła z nadań zaborców. Czyli przyjęcie tytułów powinno się traktować jako… zdradę. Czy widać paradoksalność sytuacji? Z jednej strony aktywność społeczna biorąca się z szacunku do tradycji, którą sam mozolnie odtwarzam i buduję w życiu, z drugiej niezgoda na nią w arystokratycznej formie i wręcz atak na jej przedstawicieli. Czyżby odezwały się jak wyrzut sumienia moje chłopskie korzenie? Poczucie dziejowej krzywdy? Wracam na kresy – umownie tu traktowane (bo jak powiedział kiedyś Zbigniew Makarewicz, wrocławski artysta plastyk i kolega: Wilno to centrum, rzeczywiste kresy to Mińszczyzna, Smoleńszczyzna, Zaporoże), które zaczęły trafiać do mnie coraz częściej. Coraz więcej wiedzy o ludziach, zwłaszcza rówieśnikach literackich z Wilna, wpadało mi do głowy i zostawało. Po paru latach, już po przyjeździe na zachód, powstał z tej wiedzy wspomniany już ,,Słownik Polskich Pisarzy Współczesnych Wileńszczyzny”. Natomiast przemieszkiwanie w  Białymstoku, wśród prawosławia, ,,ruskiej” mentalności plus kontakty z Wilnem zaowocowały w 1990 r. zaskakującym tomikiem wierszy zbąszyńskich. Mocne wejście w  kulturę północnego wschodu Polski, również w  kresy, przyniosło skutek w postaci nostalgii i potrzeby powrotu do małej, idealnej ojczyzny. Wobec niemożności (czy zresztą wtedy myślałem o  tym realnie?) powrotu w  rodzinne strony – wróciłem w poezji. Nietypowej jak na moje pisanie, bo rodzajem śpiewów historycznych przypisanych do wyraźnego, choć nigdzie nie określonego w tym zbiorku z nazwy miejsca. Tytuł „Zapis” mówi o wierze w trwałość słowa, pisma. Być może był to także pierwszy, nieczytelny jeszcze dla mnie samego, sygnał chęci powrotu na zachód. Czy wyczerpały się moje wewnętrzne pokłady życzliwości dla nieokreśloności północnego wschodu? Czy przyczyną było to, że wreszcie mój heimat był wolny? Z burmistrzem, radą miejską i  propozycją, abym tam wmurował swoją cegiełkę odtwarzając w 1990 r. stare, średniowieczne niekiedy, nazwy ulic, które należało zmienić, żeby pokazać, iż coś zaczyna się od nowa? • 168


Opowieść o  Białymstoku byłaby niepełna, gdybym pominął najważniejszy fakt. W 1990 r. w Gigancie, bo tak nazywa się w mieście szpital kliniczny, urodziła się córka. Aleksandra Zofia. Mieszkaliśmy wówczas przy ul. Wołodyjowskiego, a  Gigant był za płotem. W odwiedziny do szpitala przechodziłem przez dziurę w tymże płocie, tuż za blokiem. Za pierwszym razem wziąłem ze sobą kamerę Sony, kupioną w Berlinie Zachodnim specjalnie po to, żeby dokumentować życie dziecka. Przemyciłem kamerę na oddział, dałem żonie, która ujęła w obiektywie pierwsze fragmenty z egzystencji przyszłej artystki-malarki… Kto by pomyślał… Gdy już dziecko dorosło, chodziliśmy na spacery do pobliskiego parku i do tzw. Akcentu Zoo. Pewnie zostało nagrane spotkanie z żubrami, czy innymi muflonami. Wspomniany Gigant, Akademia Medyczna, rozbudowane środowisko dawały nam wówczas poczucie bezpieczeństwa. Szpitali w  mieście było (i  jest) zatrzęsienie. Miejski, Wojewódzki, Kliniczny, Dziecięcy, chyba był i Zakaźny, kto wie, ile jeszcze placówek powstało po naszym wyjeździe. Dlatego przyjazd do Zielonej Góry był – przynajmniej w tym wymiarze – szokiem. Tylko jeden szpital? I to nieznanej reputacji? Ale – odpukać – dajemy radę. Oddzielną gawędą – i to raczej żony, niż moją – powinna być opowieść o teatrze lalek „i okolicach”. Czyli o jej szkole teatralnej, o jej pracy w lalkach, którą ostatecznie porzuciła, a wcześniej o niedokończonym projekcie pod nazwą Suwalski Teatr Animacji. Siłą rzeczy zostałem wciągnięty w nurt teatralny, zdaje się, że nawet pisałem recenzje ze spektakli, ba, sztukę o Egli popełniłem (nikt nie chce wystawić). Przyznaję, że wcześniej nigdy w życiu nie byłem w teatrze lalek. No, tak się złożyło, moja podstawówka nie jeździła. A tu raptem jako stary koń zostałem rzucony na widownię najlepszego teatru w Polsce. Prywatnie musiałem dyskutować ze znakomitymi aktorami i aktorkami, kolegami Lidki ze szkoły teatralnej lub pracy w Białostockim Teatrze Lalek. Dziś oglądami ich w hitach filmowych lub telewizyjnych (np. „U Pana Boga w ogródku”, „…za piecem”). Przywykłem powoli do tego, że te ważniejsze premiery w mieście odbywają się „w lalkach”, a nie w  „teatrze węgierskim”, jak mówiono o  Teatrze Dramatycznym im. Węgierski. „Węgierskim”, żartowano, bo nikt nie rozumiał, o  co chodzi w  spektaklach wystawianych w  dramacie. Przywykłem też, że lalki wcale nie muszą być dla dzieci. W  BTL było 169 •


wręcz przeciwnie. Pamiętam, jak w  jakieś sztuce („Wielki teatr świata” Calderona?) Lidka biegała z  gołym biustem po scenie. Pamiętam, że zaczęli próby do „Pantaleona i wizytantek”. A jaki znakomity był „Dekameron” w  reżyserii Jana Wilkowskiego! Tego, którego większość raczej pamięta z telewizyjnej „Uli z Ib”. Widziałem sztukę dwa razy! Dziś, po latach, odzywają mi się czasem białostockie sentymenty. I pewien żal do siebie, że jeżdżąc prawie co roku na wakacje do Suwałk nie odwiedzam przy okazji Białegostoku. Powinienem, bo zostawiłem tam zbyt dużo siebie. Jednak nie mam tej powinności, o co zaczepić. Nie mamy nad Białką rodziny, znajomi się wykruszyli, nawet ulice zmieniły nazwy i przebiegi (no i miasto strasznie sprawiczało). A  przecież ten stosunkowo krótki okres był niesłychanie intensywny. Przypadł na okres przełomu politycznego. W  telewizorze na czwartym piętrze oglądałem Stana Tymińskiego startującego w wyborach prezydenckich. Obserwowałem (i pisałem o tym) rodzący się kapitalizm byłych cinkciarzy spod Peweksu. Z Białegostoku dojeżdżałem chyba przez rok do pracy w  Warszawie, w  „Gazecie Młodych”. Raz, dwa razy w  tygodniu. Ech, ależ tam płacili…! Nie mówiąc już o innych atrakcjach, obozach, wyjazdach, prenumeracie najlepszych polskich tytułów gratis. Potem należałem do założycieli, jednego z pierwszych w  kraju, tzw. niezależnego dziennika „Kurier Poranny”. Była to niesamowita frajda. Przygoda. Po raz kolejny – po suwalskich „Krajobrazach” – tworzyłem od podstaw pismo, periodyk. Mogłem wtedy robić karierę, ale – jak zawsze – podziękowałem za funkcje i splendory. A później, już w Zielonej Górze, sprzedałem za parę złotówek uprzywilejowane akcje „Kuriera Porannego” koncernowi zagranicznemu, który gazetę nabył. Tak skończyła się mniemana niezależność jednego z przedstawicieli „wolnej prasy” w Polsce. A więc było tego dużo. Wydarzeń. Ludzi. Rozczarowań i drobnych radości. Wyjazdów do Litwy. Pisania wierszy. Ech…


Pani Irena W 1987 r., mieszkając w Białymstoku i pracując jako szef działu kultury „Kuriera Podlaskiego”, otrzymałem pierwszy list od Ireny Misztal, emerytowanej nauczycielki z  Ełku. Wkrótce potem wydrukowałem jej wiersz na łamach swej popołudniówki. W ten sposób pani Irena zadebiutowała w prasie mając… 79 lat. Jakiś czas potem wydała tomik wierszy, następny i  następny, łącznie pięć. Pomogłem jej przygotować do druku nowelki, opowiadania, a później zredagować również pięć tomów wspomnień (sfinansowanych przez nią samą). W tym okresie została przyjęta do Związku Literatów Polskich. Żyła bardzo długo. Mając 92 lata i regularnie przysyłała mi listy, a także swoje kolejne próby literackie. Miała kłopoty ze wzrokiem, lecz to jej nie zniechęcało do tworzenia. A mnie było tylko żal, że odkrycia jej talentu dokonałem tak późno. Życiorys Ireny Tamary (Pietuchow – Piotuch) Misztal, córki polskiej szlachcianki i carskiego oficera, to materiał na kilka książek. Co najmniej. *** Pani Irena odeszła niespełna dwa miesiące przed swymi 95 urodzinami. Widać nie miała już cierpliwości, pewnie też stęskniła się za mężem, o czym często wspominała w wierszach, wspomnieniach, a może nie lubiła równych rocznic… Jej odejście nie było wprawdzie dla mnie „gromem z  jasnego nieba”, ale doznanie pustki miałem ogromne. Mocniejsze niż ów grom z jasnego nieba. Po otrzymaniu wiadomości o śmierci zacząłem na gorąco szkicować wiersz. Zaczyna się od słów „myślałem, że jest nieśmiertelna”… Wprawdzie poznaliśmy się późno, pani Irena miała wówczas 78 lat, ale ta znajomość, właśnie dlatego, że poszerzona w czasie dzięki jej pamiętnikom, wydawała mi się znajomością bardzo długą, starą, odwieczną. To tak, jakbyśmy razem przeżywali jej pobyt w  kurlandzkim Kornopolu na początku zeszłego wieku, jakbym uczestniczył w jej harcach z rówieśnikami w okresie szkolnym, czyli w trakcie trwającej wówczas w Rosji rewolucji październikowej lub w  jej naukach w  grodzieńskim seminarium nauczycielskim. Mimowolnie zacząłem się utożsamiać z jej najbliższym otoczeniem,


Pani Irena Misztal. Przepiękna postać. Urodziła się 11 grudnia 1908 roku w Dyneburgu, wówczas w Cesarstwie Rosyjskim. Dziś jest to Daugavpils w Łotwie. W żyłach miała mieszankę krwi polskiej, rosyjskiej, a także gruzińskiej i szwedzkiej. Ojciec był białym oficerem, matka pochodziła z inflanckiego rodu von Zigern-Korn. Typowa siłaczka. Zmarła 22 października 2003 r. Nie poczekała na swoje 95-lecie.

rodziną. I co zaskakujące, rzeczywistość to potwierdziła. Otóż będąc kiedyś w  sanatorium w  Krynicy zacząłem przypadkowemu współoglądaczowi nocnej telewizji opowiadać o pani Irenie. Dlaczego? Nie wiem. Okazało się, iż rozmawiam z (chyba) siostrzeńcem pani Ireny. A gdy po latach opuściłem północno-wschodnie krańce Polski i osiadłem pod Zieloną Górą moim kolegą, sąsiadem ze nieodległej wioski okazał się syn ucznia pani Ireny, a wnuk jej bliskiej koleżanki, którą wspominała w  pamiętnikach. Pewnego razu wieczorem, gdy opracowywałem owe wspomnienia zauważyłem bowiem to samo, znane mi również nazwisko, Greiner. Musiałem natychmiast zatelefonować do kolegi. A ten potem przekazał tę wieść ojcu, który nawiązał kontakt z panią Ireną. Metafizyka? • 172


Irena Misztal była moim odkryciem literackim i  moją miłością. Od moich czasów białostockich obficie korespondowaliśmy. Trzymam grube teczki pełne jej listów, aż do przedostatnich już słabo czytelnych i ostatnich – pisanych przez koleżankę z Ełku, panią Elżbietę Lenczewską. Oddzielne archiwa, które zgromadziłem to materiały do jej książek opracowywanych przeze mnie, maszynopisy wierszy, a zupełnie inną pozycję stanową oprawione powieści, opowiadania i opasły maszynopis pamiętników. Ze wzruszającą dedykacją. Gdy mieszkałem w  Białymstoku były jeszcze okazje do spotkań w  Ełku, ale i  chyba dwukrotnie w  Białymstoku. Starałem się niekiedy jej pomagać, w  sprawie ratowania wzroku (dzięki koledze z Akademii Medycznej udało się skierować panią Irenę do Warszawy po okulary soczewkowe), ale głównie próbowałem „sprzedawać” tę piękną postać kolegom z prasy, radia. Powstało zatem sporo publikacji, audycji, reportaży; pewnie dobrze byłoby, gdyby w  Ełku ktoś naukowo opracował bibliografię prac o  poetce, wznowił jej pisma, choćby te ełckie. Udawało mi się także umieszczać jej twórczość w różnych czasopismach, głównie suwalsko-mazurskich „Krajobrazach”, w  „Gońcu Kresowym”, „Kurierze Podlaskim”, potem nabrała rozpędu i  sama rozsyłała utwory. Aż wreszcie przyszły własne książki autorskie, tomiki wierszy, opowiadania, pamiętniki wydane w  pięciu częściach. Nie mogła tylko do końca odżałować, że nie wyszły drukiem powieści. Po cichu chyba uważała się za pisarkę, poezje być może traktowała trochę jako twórczość drugorzędną. Może to moja wina, że te opasłe tomy maszynopisów powieści leżą u mnie na półkach. Zabrakło mi czasu i trochę cierpliwości, gdyż powieści wymagały olbrzymiej pracy redaktorskiej, edytorskiej, a w końcu – rzecz nie ostatnia – pieniędzy. Do dziś maszynopisy oprawione przez panią Irenę u introligatora patrzą na mnie z półek jak niemy wyrzut. Ale i wspomnienie; przypomnienie pisarki. Tyle lat się znaliśmy, a tak dużo zostało jeszcze do załatwienia… Właśnie dlatego wracając w 2003 r. z wakacji w Suwałkach do domu w Wilkanowie skręciliśmy wraz z żoną do Ełku. Niestety, mieszkanie na ul. Wojska Polskiego 46/14 (adres znałem od lat na pamięć) było zamknięte. Sąsiadki sugerowały, że może pani Irena poszła na spacer, może do pobliskiego kościoła; mimo poszukiwań nie udało się jej odnaleźć. Zostawiłem w  drzwiach kartkę. 173 •


Pojechaliśmy. Wkrótce przyszło wyjaśnienie, iż pani Irena była wówczas w szpitalu. I list od jej koleżanki. A potem ten październikowy telefon od pani Elżbiety Lenczewskiej… Moje pretensje do pana boga, jak napisałem we wstępie do pamiętników I. Misztal, biorą się stąd, że poznał nas tak późno. Wszak w  województwie suwalskim, w  „Krajobrazach” zjawiłem się w  1980 r. Po tej dacie często bywałem w  Ełku, gdzie mieszkała, ba, pamiętam nawet swe regularne odwiedziny księgarni, nad którą miała mieszkanie pani Irena. Ale nasze drogi wówczas się nie przecięły. Nie wiedziałem, że taka postać istnieje. Dopiero wyprowadzka do Białegostoku spowodowała poznanie Ireny Misztal. Wpierw listowane, potem osobiste. Wszystko wzięło się z jej listu i wiersza przysłanego do redakcji nieistniejącej dziś białostockiej popołudniówki „Kurier Podlaski”. Aż dziw, że tak piękna, subtelna, wręcz idealistyczna osobowość zaistniała dzięki gazecie typu bulwarowego, choć nie była to bulwarówka w dzisiejszym, brukowym znaczeniu i kształcie. Tak było, ale mniejsza o ten szczegół. I jak dziecko wciąż cieszę się – mimo jej odejścia – z tego mojego odkrycia, z jednej z najciekawszych w życiu znajomości. Z poznania tak ciekawej osobowości. Również z jej książek, w wydaniu których „maczałem ręce”, jak i z wypchnięcia jej z zacisza blokowego M2 do świata literatury. Teraz bardzo bym chciał, żeby Ełk Jej nie zapomniał! Wystąpiłem oficjalnie z  pismem do władz miasta o  nadanie jakiejś ulicy imienia Ireny Misztal. Zgłosiłem też dyrektorowi centrum kultury gotowość opracowania regulaminu ogólnopolskiego konkursu na małą formę literacką, konkursu który nosiłby jej imię i duchowy patronat. Liczę, że to zostanie kiedyś wprowadzone w życie i jestem gotów o to walczyć. Poprosiłem Elżbietę Lenczewską, przez ostatnie lata i dni opiekunkę Ireny Misztal, o  dokładny zapis ostatnich chwil pisarki. Oto on z moim retuszem. *** Po przebytym 19 lipca 2003 r. udarze mózgu i  pobycie przez 11 dni w szpitalu, próbowałam nakłonić ordynatora oddziału wewnętrznego do położenia Irenki na okres trzech miesięcy na oddziale pielęgnacyjno–opiekuńczym. Obawiałam się bowiem, czy • 174


będę w stanie zaopiekować się chorą całodobowo, a takiej opieki już wymagała. Ordynator stanowczo odradził mi, twierdząc, że w tym wieku człowiek czuje się najlepiej w swoich czterech ścianach, wśród swoich sprzętów, przeżyć, wspomnień. Irenka też nie wyrażała chęci pozostania w  szpitalu, chciała wrócić do domu. Tak się stało. Postanowiłam więc, choć wielu moich znajomych obawiało się i  odradzało, opiekować się Irenką na jak długo mi siły pozwolą. Do pomocy zwerbowałam znajomą, bardzo dobrą, uczciwą, oddaną panią Longinę Stępińską, której córka była przez kilka lat moją uczennicą, a niedawno skończyła studia i jest lekarzem. Obie mieszkamy w blokach obok Irenki, co było dużym ułatwieniem w  sprawowaniu opieki. Pani Longina w  godz. 5.00 – 8.00 i 13.00 – 15.00, ja od 8.00 – 13.00 i od 15.00 do późnych godzin nocnych, dopóki Irenka dobrze nie zasnęła. Po powrocie ze szpitala już nigdzie nie wychodziła. Po mieszkaniu poruszała się sama trzymając mebli. Miała ogromny lęk przed przewróceniem się. Osłabione były też wyraźnie funkcje umysłowe, zwłaszcza pamięć i orientacja; dzień mieszał się z nocą, przeszłość z teraźniejszością. Nadal chętnie przyjmowała gości, ale po krótkiej z nimi rozmowie zasypiała. Ostatnio prawie ciągle spała. Na dwa tygodnie przed śmiercią odwiedził ją Józef Maskalon z  żoną; jej przybrany syn, uczeń tajnej szkółki w  Długopolu. Obecnie mieszka w Zabrzu. Wspomnieniom nie było końca. Pan Józef był synem sołtysa w Długopolu, który pomagał Irence organizować tajną szkółkę podczas okupacji hitlerowskiej. Zginął z  rąk sowietów w  nieznanych okolicznościach. Swojego ucznia nazywała ,,skowroneczkiem’’, on swoją ,,ukochaną mamusią’’. Tydzień przed śmiercią przyjechał do Irenki Tadeusz Dawidejt z Augustowa. Bardzo się lubili, mieli pokrewne poetyckie dusze. Od października następowało stopniowo większe osłabienie, zmniejszenie apetytu, niechęć do chodzenia, ciągła chęć spania. To ostatnie bardzo mnie niepokoiło. Lekarka przepisała wzmacniające zastrzyki, witaminy, Powiedziałam lekarce, że boję się o Irenkę, że mi kiedyś tak zaśnie na zawsze. – To byłaby piękna śmierć – odpowiedziała pani doktor. I nadszedł ten ostatni dzień – wtorek, 21 października. Wszystko było jak zawsze: poranna toaleta, ubieranie się, ścielenie tapczanu, śniadanie z panią Longiną w godz. 5.00 – 8.00. Ja przyszłam 175 •


o 8.00, zmieniłam panią Longinę i zostałam z Irenką. Słuchałyśmy radia (telewizji nie oglądała ze względu na słaby wzrok), ale ponieważ zasypiała, próbowałam zainteresować ją czytając głośno fragmenty opowiadania o ojcu Rafale Kalinowskim z miesięcznika ,,Arka’’. Skupienie uwagi trwało jednak krótko. Znów spała. Około południa obudziła się i  powiedziała: – Wiesz Elu, ja już chyba będę umierać. Ja na to: – Irenko, co ty opowiadasz, zjemy dobrą zupkę, ugotowałam taką jak lubisz. Wstała z tapczanu, usiadła przy stole, spojrzała na talerze i rzekła: – Dlaczego znowu tak mało sobie nalałaś, a mnie tak dużo, nie będziesz miała siły się mną opiekować. Tak jak zawsze była gościnna i myślała o innych. Próbowała jeść, ale łyżka wymykała się jej z  ręki. Nakarmiłam ją. – Dobra zupa – stwierdziła. Po obiedzie około 14.00 przyszła pielęgniarka z drugim zastrzykiem. Zastrzyków miało być pięć, ostatni w  piątek. Po zabiegu Irenka wstała nieco z  trudem i  zażartowała, jak to często robiła:  – Ale ze mnie niedojda Iwanowna. Po odejściu pielęgniarki drzemała siedząc na tapczanie (rzadko się kładła). Po przebudzeniu ok. 16.00 spytała: – Elu, co będziemy teraz robić? – Może ci coś przeczytam ? – Chyba nie, wolałabym pisać. I prosząc by jej dyktować, ręką pisała na sukience leżącej na kolanach, jak na papierze. Dyktowałam zdaniami: „Nazywam się Irena Misztal. Urodziłam się…” itd, itd. Po skończeniu każdego zdania upewniała się: – Już? Kropka? Mów dalej. I tak pisała, pisała i nie zasypiała. Ja już się zmęczyłam dyktowaniem, a doszłam do 1947 roku, kiedy Irenka przyjechała do Ełku, lecz ona jeszcze wyrażała chęć pisania, jak w latach swej największej aktywności pisarskiej. Nawet gdy zaprowadziłam ją do toalety, siedząc na sedesie kreśliła ręką, mówiąc: – Muszę pisać – ale już nie prosiła, żeby dyktować. Na kolację nakarmiłam ją budyniem, na który miała ochotę. Przyjęła swoje witaminy w  tabletkach i  zaprowadziłam ją, jak co wieczór, do łazienki na wieczorną toaletę. Sama umyła zęby (czynności tej nigdy nie opuściła, miała wszystkie swoje żeby, oprócz zębów mądrości) przy mojej pomocy rozebrała się do połowy, umyła. I tak, jak co wieczór założyła piżamę, siatkę na włosy i położyła się spać. Była 20.00. Zaraz zasnęła. Siedziałam cichutko przy niej i czekałam aż się obudzi, jak zwykle ok. 23.00. Tak było i tej nocy. Poszłam z nią do łazienki, wróciłyśmy, położyła się, okryłam ją. – Teraz będę już spała i ty możesz iść spać, dobra• 176


noc. – Dobranoc – odpowiedziałam i gdy dobrze zasnęła, a spała przeważnie do godz. 5.00, mogłam jak co dzień pójść do domu i położyć się na kilka godzin. O 5.00 rano regularnie przychodziła pani Longina. I tak było tego ranka, 22 października 2003 r. Zwykle Irenka słysząc otwieranie drzwi (obie miałyśmy klucze) odzywała się: – Pani Longino, to już pani? Tego ranka nie odezwała się. Przerażona opiekunka zadzwoniła po mnie. Przybiegłam. Irenka spała, ale był to dziwny, cichy sen. Zadzwoniłam do lekarki na komórkę. Przyjechała jak mogła najszybciej. Stwierdziła zgon i powtórzyła, że pani Irenka pięknie odeszła. Spoczęła u  boku męża na ełckim cmentarzu, na Mazurach. Grodnianka, pisarka i poetka, zasłużona działaczka kultury, społecznik, pedagog, kombatant, ppor. Wojska Polskiego. Tak było napisane w nekrologu, taki też będzie napis na nowym pomniku, jaki zostanie postawiony na grobie na wiosnę. *** Tyle E. Lenczewska. Mam nadzieję, że postać pani Ireny pozostanie w  pamięci mieszkańców Mazur i  Suwalszczyzny. Że znajdą się osoby, które utrwalą ją w  nazwie ełckiej ulicy, w  konkursie literackim jej imienia, a dorobek trafi do archiwów, stanie się tematem prac magisterskich lub rozpraw doktorskich. Była i  jest tego godna. Mnie jednak, oprócz pamięci o niej, wciąż prześladuje żal, że odeszła. Czuję się tak, jakby z  mojej drogi, ktoś usunął kamień milowy… Po jakimś czasie znalazłem swoje zapiski, rodzaj komentarza do daty śmierci pani Ireny. Nie pamiętam w związku z czym to napisałem i kiedy. Może po zredagowaniu jej tomu pamiętników, gdzie wspomina o odejściu męża na zawsze? Szło mi o to, że na pewno utkwiły jej w pamięci trudy wykopania mężowskiego grobu, bo było to zimą. Dlatego nie chcąc sprawiać swym opiekunom problemów – odeszła wcześniej, zanim surowy mróz skuł ziemię. Może to był chyba najważniejszy powód, że nie poczekała na swoje 95 urodziny?

177 •


Wilno jest piąta nad ranem czy może w nocy popatrzyłem przez okno o i niespodziewanie zobaczyłem wiln ostatni raz hać pojechałem tam z żoną żeby ją koc jo nyto išga y ulic na cy ieni w starej kam łem aczy zob o okn z prze lecz (...) dziś dalekie wilno i sobie w bezsilności poranków wobec codziennych zmierzchów i o zawisło i nic nie zdarzyło się wówczas wiln nade mną jscu i ten obraz pozostanie już w tym mie owo

25 IV, 15 V 2010, XII 2011 Wilkan


Trafiłem do Wilna Zaczęło się od Romka Mieczkowskiego. Ale trzeba jeszcze wprowadzić tu postać artysty plastyka Andrzeja Strumiłły, który był komisarzem corocznych interdyscyplinarnych spotkań nad Wigrami pn. „Kultura i środowisko”. Zaczęły się w 1977 r. i przetrwały ze 20 lat. Na jednym z nich spotkałem Mieczkowskiego. Podjął wówczas moją przyszłą żonę i mnie w swoim pokoju w wigierskim eremie, poczęstował herbatą, a że nie było w pobliżu cukru, kruszyliśmy do herbaty… czekoladę. Mógł to być rok 1985, a może i 1986 lub 18987, nie pamiętam. Dzięki Romkowi dowiedziałem się o istnieniu licznej mniejszości polskiej na Wileńszczyźnie, w tym grona poetów skupionych w  tzw. kółku literackim przy redakcji dziennika „Czerwony Sztandar” drukowanego po polsku. Potem pojechałem do Wilna, poznałem członków kółka. W efekcie po latach, w 1995 r., wydałem „Słownik polskich pisarzy współczesnych Wileńszczyzny”. Ale to było później. Wtedy, na Wigrach, po raz pierwszy spotkaliśmy się, a  zaowocowało to długoletnimi kontaktami z  całym środowiskiem wileńskim, a  zwłaszcza w  początkowym okresie – pomocą dla Polaków za granicą wschodnią. Dlatego zaproponowałem powołanie w 1988 r. (i dokonałem tego wespół z gronem białostockich znajomych) Towarzystwa Przyjaciół Grodna i Wilna (istnieje do dziś, ma nawet oddziały w  całym kraju) i  zainicjowałem pismo „Goniec Kresowy” (nadal wychodzi). Z pierwszego pobytu w Wilnie przywiozłem, jeśli się nie mylę, parę kilogramów wierszy. Autorami byli nieznani wówczas w Polsce członkowie kółka literackiego. Niektórzy z nich mieli za sobą debiut w wydanej w 1985 r. antologii „Sponad Wilii cichych fal”. Była to pierwsza powojenna polska książka poetycka nie tylko na Litwie, ale w istniejącym jeszcze Związku Radzieckim. Postanowiłem pomóc kolegom po piórze. Przywiezione utwory przepisywałem przez kalkę i  rozsyłałem do redakcji pism literackich i  kulturalnych. Dołączałem szkic, notę, w  zależności od zamówienia redakcji. Pamiętam, że tylko Urszula Kozioł z  „Odry” odmówiła publikacji wierszy, gdyż były po prostu słabe. Większość redakcji i redaktorów (łącznie ze mną) łapała się na hasło


„Wilno-Polacy – poezja” i publikowała te utwory. Wbijając, niestety, przy okazji niektórych twórców wileńskich w dumę z powodu wielkości, a z czasem w próżność, co wcale się nie przekładało na jakość wierszy. Ale takie to były czasy.

Borejkowszczyzna. Idziemy do dworku Syrokomli w Borejkowszczyznie pod Wilnem. Jeden z pierwszych moich kontaktów z grupą polskich poetów skupionych w kółku literackim przy redakcji dziennika „Czerwony Sztandar” (był jedyną polską gazetą w całym, ogromnym ZSRR). Są tutaj najwybitniejsi – do dziś – twórcy wileńscy. Od lewej: Ala Rybałko, z tyłu Romek Mieczkowski, Henryk Mażul, Jerzy Tomaszkiewicz (Gdańsk, już nie żyje), Wojtek Piotrowicz, Jan Leończuk (Białystok), Józek Szostakowski i ja. Piękny portret zbiorowy.

Wówczas mieszkałem w  Suwałkach, potem w  Białymstoku, skąd blisko było nad Wilię i dlatego w miarę często tam jeździłem. Dzięki moim przyjaciołom (wówczas jeszcze nie podzielonym politycznie) i dzięki… Związkowi Radzieckiemu (sic!) pojechałem pierwszy raz na szlak mickiewiczowski. Wyjaśniam: gdy jeszcze istniał ZSRR nie było granic państwowych między Litwą a Białorusią. Bez problemów mogliśmy więc pojechać z Wilna i Jaszun do Bieniakoni, Nowogródka, nad Świteź, do której wszedłem po kolana i  kazałem sobie zrobić zdjęcie na dowód, że byłem. Na plaży wokół opalały się roznegliżowane dziewczyny, zaś na tajemniczej toni jeziora kołysały się… rowery wodne. Podróżowaliśmy 10-osobowym busem (załatwionym u  dyrektora kołochozu, Polaka); pamiętam egzamin, jaki z  twórczości Mickiewicza zrobił po drodze Ryszard Maciejkianiec, pamiętam stary dom Mickiewiczów oraz paskudne zaopatrzenie w  Nowogródku. • 180


W Bieniakoniach poznałem Michała Wołosewicza, stróża miłości Maryli i Adama. Przez cały ten czas podpuszczałem moich przyjaciół poetów, żeby zrzucili z siebie to „jarzmo Mickiewicza”. Nie udało się. Po tej wycieczce zrozumiałam, że pewnie się nigdy nie uda. Wracam jeszcze do momentu, kiedy pierwszy raz przyjechałem do Wilna i istniał jeszcze Związek Radziecki. Były to lata 80. Przyjechałem, z Białegostoku, wraz z Jasiem Leończukiem, na zaproszenie kółka literackiego przy „Czerwonym Sztandarze”. Pamiętam śmieszny epizod w hotelu robotniczym, który koledzy załatwili nam jako miejsce do spania. Gdy portierka, prosta kobieta, spisywała nasze paszporty, potrzebna jej była „obłast”, w  której mieszkamy. Wówczas Jasiu bez namysłu podał: Biełastockij Kraj. I tak wpisała. Co jej była za różnica, w tym ogromnym państwie takich krajów zapewne istniały setki…

Wilno. Cela Konrada. Umowna cela, choć w tym samym klasztorze bazylianów, gdzie byli więzieni filomaci. Czytam swoje wiersze. Miejsce dla każdego polskiego poety niesamowite. Wrażenia też; pamiętam te ciarki chodzące po krzyżu w trakcie recytacji.

W  owym czasie, tak to przynajmniej odbierałam, Polacy litewscy stanowili pewną jedność. Potrafili się dogadać i nie było chyba ważne, iż jeden pracował w  KC KP Litwy, a  inny był nauczycielem, dziennikarzem, śpiewakiem w  zespole „Wilia”, 181 •


wykładowcą lub kierownikiem działu ideologicznego „Czerwonego Sztandaru”, albo jakiś czas potem posłem. Dopiero z czasem wyszło szydło z worka. Zaczęły się podziały ideologiczne, a może bardziej dotyczące interesów i stołków, i napsuły krwi polskiemu środowisku na Litwie jako mniejszości. Z tego co wiem, ale raczej odsuwam tę wiedzę od siebie jako zbędną, spory trwają do dziś. Z tamtych czasów (umownej jedności) pamiętam ciekawe dyskusje w  trakcie powoływania Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego Polaków na Litwie przekształconego potem na zjeździe (w którym brałem udział) w Związek Polaków na Litwie. Wiszący w mojej pracowni proporczyk SSKPL mówi, iż I zjazd stowarzyszenia odbył się 15-16 kwietnia 1988 r. Ale nie pamiętam, czy już wówczas SSKPL przekształcił się w Związek… Chyba nie… W każdym razie siedzi mi wciąż w głowie wiele znakomitości, które z Polski przyjechały na ów zjazd. W przedziale sypialnym pociągu wtaczającego się na wileński dworzec dopytywałem się czy jedzie z nami prof. Kalembka, ówczesny rektor UMK w To-

Wilno. Podwórze domu Adama Mickiewicza; właściwie jednego z domów, w których w czasie studiów mieszkał Adam. Obecnie jest tutaj muzeum poety. I tutaj zwykle przybywają polscy uczestnicy spotkań pod nazwą Maj nad Wilią organizowanych od lat przez Romualda Mieczkowskiego. W tle Romuald Karaś i nieżyjący już Jerzy Tomaszkiewicz.

• 182


runiu. Okazało się, że całą drogę spał nade mną. Potem przemawiał z  mównicy zjazdowej wspominając, że (zdaje się) mieszkał lub chodził do szkoły o kilka kroków od Bouffałowej Górki, gdzie ów zjazd się odbywał. Wśród gości był też prof. Lipiec (?) z Krakowa, który przekazał pozdrowienia „z pierwszej stolicy Polski”, co mnie jako Wielkopolanina lekko zeźliło i w przerwie podszedłem doń z pytaniem, czy jest pewny, iż Kraków to rzeczywiście pierwsza nasza stolica. Był na tym zjeździe Jerzy Waldorf, z którym o  czymś rozmawiałem w  kuluarach, zachowałem też wizytówkę red. Walednowskiego z zakazanego wówczas jeszcze radia Głos Ameryki (ale jakoś go jednak wpuszczono do Wilna). Pamiętam jeszcze, iż w czasie obrad pomagałem szlifować jakieś ważne oświadczenie lub uchwałę, nad którą w kuluarach m.in. pracowali Romek Mieczkowski i Henryk Mażul. Potem, zdaje się, straciłem zainteresowanie sprawami organizacyjnymi rodaków znad Wilii. Mieli swój związek, mogli oficjalnie działać. Wiem, że z  czasem powstawały tam stowarzyszenia branżowe, np. lekarzy, naukowców, co oznaczało pewnego rodzaju normalizację. Ale jak dziś wiadomo – nie do końca. Wybuchały spory, kłótnie nawet, zaczęły się podziały, co na pewno nie było korzystne dla zwartości mniejszości narodowej. Obserwowałem to z bólem, lecz z doświadczeń polskich wiem, iż było to nieuchronne. Uświadomiłem sobie kiedyś odwiedzając (nieistniejącą już) jedyną polską księgarnię Stanisława Korczyńskiego koło Ostrej Bramy. Pokazał mi księgę wpisów swoich gości. Było tam wiele autografów polskich polityków, którzy przyjeżdżali pod Ostrą Bramę „z misjami dobrej woli”, zdaje się coraz bardziej dzielącymi politycznie wileńskich krajan. Mnie jednak optymizmem napawał właśnie krok Korczyńskiego, czyli pojawienie się polskiej drobnej przedsiębiorczości. Powstała polska kawiarnia „Alina”, oczywiście czasopismo „Znad Wilii”, potem radio „Znad Wilii” i galeria „Znad Wilii”, z którymi kryli się Wanda i Romek Mieczkowscy (potem małżeństwo się rozpadło) i Czesław Okińczyc. Niestety, tych polskich „wyprysków” nie dość, że było (i jest) mało, to jak wiadomo, niektórych już nie ma. Nie istnieje księgarnia ani kawiarni. Szkoda. Na szczęście radio „Znad Wilii” leci nawet w miejskich taksówkach należących do Litwinów czy Rosjan. Prężnie działa za to firma Runmis państwa Runiewiczów: hotele, przedsiębiorstwo turystyczne. 183 •


Mejszagoła na Litwie, połowa maja 1996 roku. Odwiedziny u prałata Józefa Obrębskiego, który zmarł w 2011 roku w wieku 105 lat. W czasie odwiedzin częstował znakomitą ziołową nalewką. Opowiadał też, jak przed swoją śmiercią odwiedził go ksiądz Chomski, prefekt Czesława Miłosza. Przyszedł do niego powiedzieć, że u niego, w Mejszagole umrze. I tak zrobił.

Błąka mi się po głowie opracowanie sprzed lat, z którego wynikało, iż spośród wszystkich narodów zamieszkujących Litwę Polacy mieli – poza Cyganami – najniższy odsetek ludzi z wyższym wykształceniem. Czy to się zmieniło na lepsze? Nie jestem pewien, choć wielu młodych studiuje, wyjeżdża też po naukę do Macierzy. Jako Wielkopolanin z dziada pradziada mam pod ręką przykłady, że dla mniejszości bardzo istotne są działania ekonomiczne, że siła leży w prężnej gospodarce i nauce. Ale czy w tym kierunku idą działania wileńskich Polaków z  ręką na sercu nie jestem w stanie powiedzieć. Z tego pierwszego wyjazdu do Wilna, właśnie z Janem Leończukiem, jako praktycznie myślący Wielkopolanin wyniosłem jedno przekonanie. Trzeba się w Polsce zorganizować, żeby móc • 184


pomagać rodakom za wschodnią granicą. Pracowałem wówczas w  „Kurierze Podlaskim”, bardzo popularnej białostockiej popołudniówce. W  „Kurierze” ogłosiłem propozycję pierwszego spotkania osób związanych z kresami, które chciałyby się stowarzyszyć. Tak zrodziło się Towarzystwo Przyjaciół Grodna i Wilna. W okresie gdy towarzystwo się konstytuowało, gdy już miał swe zręby oddział białostocki TPGiW, jeździłem po północnowschodnim kraju i zakładałem inne oddziały lokalne. Mogę się pochwalić, iż zainspirowałem (uczestnicząc osobiście, bądź wysyłając materiały do inicjatorów) powstanie kilkunastu oddziałów. Jeśli się nie mylę w Piszu, Olecku, Węgorzewie, Ełku, Suwałkach, Giżycku, Augustowie. Nie pomnę już jakim sposobem powstały oddziały w Kole, Słupsku, Koszalinie, Lublinie, ale wiem, że utrzymywałem z  nimi stałą korespondencję. Szczególnie cieszy mnie (do dziś!) oddział w Ełku, gdyż tam właśnie zdecydowaliśmy na zebraniu kilku oddziałów z Polski północno-wschodniej, żeby organizować wspólne święto Kaziuka. Pani prezes Halina Orzechowska (wciąż pamiętam nazwisko) podjęła się tego zadania i chyba ełcki Kaziuk istnieje do dziś. 25 lutego 1989 r. odbył się w  Białymstoku I  Zjazd Krajowy TPGiW, o którym – i o tym co było potem w towarzystwie – chciałbym po prostu zapomnieć, wręcz wymazać z pamięci. Okazało się wówczas, czego w  swej naiwności nie przewidziało zacne grono założycieli, że towarzystwo może zostać wciągnięte w rozgrywki personalne i polityczne, a pierwszy prezes, który się, niestety, dosłownie wcisnął na to miejsce, był osobą zupełnie bezsensowną, przypadkową i  żałosną… Mniejsza zresztą dziś o  to. Żal tylko straconych szans i późniejszego wyprowadzenia Zarządu Krajowego znad Białki do Warszawy. Na szczęście przyszedł mi do głowy pomysł, żeby działalność kresową jakoś opisywać, a przy okazji integrować na swój sposób Towarzystwo. I  tak kwietniu 1989 r. ukazał się pierwszy numer „Gońca Kresowego”. Wydrukowałem go w  drukarni w  Piszu na Mazurach. Ale w  tym miejscu zaczyna się kolejna opowieść, o „Gońcu Kresowym”… Dziś z  przyjemnością spaceruję po Wilnie. Myślę o  mieście obecnym, współczesnym mi, gdyż nie mam doń – bo niby dlaczego i skąd – żadnych przedwojennych sentymentów. Tamto Wilno mnie nie obchodzi. A jeśli już interesuje – to literacko i trochę 185 •


topograficznie. Wyjaśnię na przykładzie. Czytam dzienniki Marii Dąbrowskiej. Nie pamiętam już, w  którym roku wspomina ona wizytę nad Wilią. Przyjazd, noclegi, spotkania. Odnotowuje oceny ludzi, z którymi rozmawiała. Jeśli padają jakieś wileńskie nazwiska znane mi (np. Hulewicz), to mogę – znając ich twórczość, działalność – porównać czy oceniam te postacie podobnie lub inaczej niż autorka „Nocy i  dni”. Jeśli natomiast wymienia instytucje, ulice, gmachy, to z kolei mogę powiedzieć sobie, że też tam byłem. Lub przeciwnie. I to cała moja radość. Na tym emocje wobec dawnego Wilna się kończą. Dzisiejsze miasto odwiedziłem po raz pierwszy, jak piszę wyżej, dawno temu. Odtąd bywam co kilka lat. Gdy ów pierwszy raz jechałem nad Wilię – jeszcze na oficjalne zaproszenie – pociąg podążał z  Białegostoku (gdzie mieszkałem) do Kuźnicy i Grodna, a dopiero stamtąd do Wilna. Przed samym miastem pokonywał, o ile dobrze pamiętam, Góry Ponarskie. Z obecnego punktu widzenia  – przemierzałem Białoruś, żeby trafić na Litwę. Dziś koleją trzeba by chyba przez Sestokai, ale tej trasy jeszcze nie sprawdziłem. W każdym razie ongiś przyjeżdżałem do Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Do Wilna radzieckiego. Dlatego mam porównanie ze współczesnością i  mogę docenić ogrom zmian, jakie się w  nim dokonały. Jeśli bowiem ktoś pierwszy raz przyjechał nad Wilię nawet pięć lat, dziesięć temu, to nie ma szans na wyłapanie zmian. Moim zdaniem, dużych zmian na lepsze. Wilno jest przepięknym, zadbanym, znakomicie odnowionym europejskim ośrodkiem. Przyjemnie przespacerować się zwłaszcza ulicą Zamkową, gdzie co krok hotele, knajpki, artyści śpiewający, wystawiający obrazy, dyskutujący (szkoda tylko, że na uniwersytet wpuszczają za opłatą; to jakieś kuriozum). Nie wiem czy w Polsce znalazłoby się porównywalne, jeśli idzie o wygląd, miasto. Może trochę Kraków, może Toruń. Tymczasem gród Gedymina jest zadbany i niepowtarzalny na obszarze niemal całego starego miasta. A  zmiany wciąż postępują. Widać je co roku na każdym kroku. Ostatnio spodobał mi się ów wileński Montmarte, czyli dzielnica Użupio, Zarzecze. Widać koncepcję, aczkolwiek jeszcze nie do końca zrealizowaną. Mogę jednak mniemać, iż w następnym roku, jak tam wdepnę, to Zarzecze będzie w pełni miało swój styl. • 186


Wilno, w siedzibie Związku Pisarzy Litewskich, a historycznie – w pałacu Ogińskich. Rok 2008. Zakończenie wspólnego polsko-litewsko-białoruskiego projektu literacko-plastycznego. Impreza odbyła się jesienią poprzedniego roku w Nidzie na Mierzei Kurońskiej.

Ujął mnie również pomysł odbudowy dolnego zamku królewskiego, jako siedziby władzy. Gmach przy katedrze już stoi. Postawiono go od nowa, ale na starych fundamentach. Słyszałem o przymiarkach, żeby tam przenieść siedzibę prezydenta. Tymczasem w  Polsce od lat dyskutuje się o  odbudowie zamku królewskiego w Poznaniu. Fakt, że nikt nie wie, jak wyglądał, ale tym większe, uważam, pole do popisu. W każdym razie mnie rajcują takie realizacje. „Wyciąganie” z przeszłości nieistniejących kształtów. Gdy w końcówce lat 80. (zeszłego stulecia; jak to brzmi, prawda?) organizowałem w  Białymstoku – a  potem wszędzie gdzie byli chętni do wstępowania – Towarzystwo Przyjaciół Grodna i  Wilna, sporo osób pytało mnie o  związki z  miastem mającym patronat św. Krzysztofa. A ci co nie pytali, uważali za oczywiste, że mam korzenie kresowe. Tymczasem prawda i moja odpowiedź zawsze brzmiały jednoznacznie: nie mam żadnych kresowych koneksji. Jestem Wielkopolaninam i  nie znam nikogo z  rodziny, czyje korzenie sięgałyby dalej niż do Warty (patrząc od zachodu). Pomijając epizodyczne wygnanie rodziny mojej mamy 187 •


w Lubelskie nad Bug w czasie II wojny, co było dla wszystkich jej członków ogromnym przeżyciem. Bo zobaczyli na własne oczy wschód. Egzotyczne przeżycia dla poznaniaka; oczywiście czas nie był sprzyjający celom poznawczym. Przyznam, iż mało kto chciał uwierzyć w  brak moich związków ze wschodem. To dlaczego pan się tak angażuje w kresy, pytano. Jeśli odpowiadałem szczerze, budziłem rozczarowanie. Nie szło mi bowiem wcale o pobudki patriotyczne. Po prostu, poeta, pisarz powinien być po stronie słabszych. Cytowałem, zdaje się, Borgesa. A że wtedy, gdy otwierały się polskie granice wschodnie, a ja mieszkałem w Białymstoku Polacy na Wileńszczyźnie (przypadkiem) byli obsadzeni w roli słabszych, to należało im pomagać. Zrobiłbym to samo w stosunku do Karaimów, Żydów lub innej słabszej nacji, gdyby nie bariery językowe. Zaś język polski, przez przypadek, znałem. I tak trafiłem do Wilna.


„Goniec Kresowy” Towarzystwo Przyjaciół Grodna i Wilna oraz pismo „Goniec Kresowy” to dla mnie niemal epopeja. Ważna część mego uczestnictwa w życiu społecznym i w ogóle – istotna część życia. Wiem na pewno, że coś podobnego już się nie powtórzy. I  robi się wtedy człowiekowi żal. Ale cóż zrobić… Można tylko powspominać. Zanim jednak zacznę wspominać – dygresja. Mimo wszystko dobrze się stało, iż w pewnym momencie musiałem zostawić Białystok, a wraz z nim towarzystwo i wyjechać z dzisiejszych kresów wschodnich Polski na zachodnie. Wypadło to chyba we właściwym momencie. Zostały mi bowiem po „latach kresowych” raczej miłe, sympatyczne wspomnienia o ludziach i sytuacjach, choć goryczy (o  czym trochę dalej) nie brakowało. Być może, gdybym jeszcze trochę został byłoby gorzej, smutniej, bardziej przykro? Dlaczego tak sądzę? Na podstawie kilku przesłanek. Otóż śledząc wydawane już „po mnie” numery „Gońca Kresowego” wiem, iż nie odpowiada mi ich, w dominującej części, tematyka historyczna, bogoojczyźniana, kościelna i  że tak powiem „grobowa”. Widzę za to brak współczesności, konkretów i  brak wspierania działalności (co było pierwotnym założeniem TPGiW) rodaków za wschodnimi granicami. Mówiąc o  wspieraniu rodaków myślę o  wydawnictwach, wykładach, wspólnych seminariach na konkretne tematy, kursach biznesowych dla nich, praktykach w Polsce, doradztwie typu jak powołać instytucję, małą firmę i  wszelkiej innej aktywności realizowanej z myślą o teraźniejszości i przyszłości. Zatem, sądzę, ważna jest działalność nakierowana na rozwój, wspólną Europę, a nie nieustanne grzebanie się w historii, głównie przedwojennej, zresztą traktowanej bezkrytycznie. Ponadto brakuje mi w „Gońcu” informacji dotyczących dzisiejszej Litwy i Białorusi, a także szukania porozumienia z obecnymi mieszkańcami tych krajów. Z łamów nie dowiaduję się czym oni żyją, jakie mają problemy. Pewnie w  tych wszystkich sprawach, o  których piszę wyżej w końcu zacząłbym się różnić z osobami pozostałymi na miejscu. Ponadto, jak znam życie i widzę nasz kraj, i obserwuję to, co dzieje się na Białostocczyźnie, sądzę, że spięcia ideowe i  polityczne


między nami też pewnie byłyby nieuniknione. A  tak – dzięki upływowi czasu, odległości – na pierwszym miejscu pozostaje sympatia. Zatem do wspomnień. Moja przygoda kresowa zaczęła się następująco… Kiedyś, w  ośrodku pracy twórczej Ministerstwa Kultury nad Wigrami, w trakcie corocznych spotkań pt. „Kultura i środowisko”, poznałem Romualda Mieczkowskiego. Poetę i  dziennikarza z Wilna, mojego rówieśnika. Było to gdzieś w połowie lat 80., mieszkałem i pracowałem wówczas w Suwałkach. Z Romkiem do dziś utrzymujemy kontakty, pisuję felietony do jego pisma „Znad Wilii” (polecam!). To od niego dowiedziałem się o zorganizowanej grupie polskich poetów tworzących nad Wilią od lat… 50., a  istniejących przez cały okres powojenny jako kółko literackie przy redakcji „Czerwonego Sztandaru” (jedynej gazety w języku polskim w ZSRR). Potem tytuł się zmienił w „Kurier Wileński”. Na zaproszenie poetów wileńskich, a także Związku Pisarzy Litwy, pod koniec lat 80. pojechałem na kilka dni do Wilna i Kowna wespół z  Janem Leończukiem, wtedy już z  Białegostoku, dokąd z Suwałk się przeniosłem. Nad Wilię jeżdżę odtąd w miarę często, nawet mieszkając w Zielonej Górze, ale wówczas był to wyjazd jedyny i niepowtarzalny. Jeszcze istniał Związek Radziecki, zatem nie było granic państwowych między Litwą a Białorusią. Dzięki czemu mogliśmy bez problemu, w ramach jednego wyjazdu samochodem, dotrzeć do Lidy, Nowogródka, nad Świteź, zatrzymać się nad Niemnem, żeby upiec kiełbaski i  pośpiewać. Samochód, 10-osobowy busik, załatwił gdzieś w  „polskim” kołchozie Ryszard Maciejkianiec, wtedy jeszcze, o, ile się nie mylę, pracownik KC KP Litwy, potem znany jako prezes Związku Polaków na Litwie. Mógłbym o tej eskapadzie napisać całe opowiadanie. Było pięknie i wzruszająco. Z wyjazdu, jako praktycznie myślący Wielkopolanin, wyniosłem jedno podstawowe przekonanie. Trzeba się w Polsce zorganizować, żeby móc pomagać rodakom za wschodnią granicą. Pracowałem w  „Kurierze Podlaskim”, wtedy bardzo popularnej białostockiej popołudniówce. Dzięki niej mogłem na bieżąco informować białostoczan o tym, co się dzieje nad Wilią i Niemnem, mogłem też organizować różnorakie akcje (np. zbierania książek dla Polaków na Wschodzie). W „Kurierze” ogłosiłem informację o pierwszym spotkaniu osób związanych z kresami, które chciałyby się stowa• 190


rzyszyć. Rozmowy na ten temat przeprowadziłem wcześniej z Ewą Cywińską kierującą Biurem Wystaw Artystycznych (z  tej racji podlegał jej białostocki klub „Arsenał”, gdzie odbyło się pierwsze zebranie kresowian). Tak wspólnie przygotowaliśmy podwaliny pod późniejsze Towarzystwo Przyjaciół Grodna i Wilna. Pamiętam atmosferę tamtego dnia, a  raczej wieczoru, 21 października 1988 r. Nabity po brzegi „Arsenał”, śpiewy „Pierwszej Brygady” w  wykonaniu niektórych osób już na lekkim rauszu. Nie przypuszczaliśmy z panią Ewą, iż pojawi się aż tylu chętnych do utworzenia towarzystwa (drugiego kresowego w Polsce po wrocławskich lwowianach). Przyszło coś 130-140 osób; może gdzieś jeszcze jest robocza lista przybyłych. Szczerze mówiąc chciałem po tym spotkaniu wycofać się z działalności kresowej. Uważałem, że spełniłem już swoją rolę – koła napędowego. Jak to często bywało w moim życiu. Tymczasem okazało się (ale to potem), iż był to dopiero początek mojej „drogi kresowej” (piszę o tym w „Gońcu Kresowym” nr 1 pt. „Jak powstawało Towarzystwo”). Wtedy poznałem prof. Czesława Noniewicza i innych działaczy, którzy na tym spotkaniu stworzyli tzw. piątkę mającą zarejestrować towarzystwo. Do „piątki” poniekąd automatycznie włączono E. Cywińską i mnie, a później Janusza Figurę, ówczesnego dyrektora Muzeum Wojska w Białymstoku. Powstała grupa założycielska, która organizowała stowarzyszenie, wspierana przez panią Barbarę Czarnecką, jej męża i coraz to inne życzliwe osoby. To były szczególnie piękne i  sympatyczne czasy, gdyż pomoc w  zorganizowaniu się kresowian spontanicznie deklarowały osoby z  różnych dziedzin (np. znani białostoccy prawnicy jako eksperci przy rejestracji statutu, ktoś do transportu książek, ktoś oddawał lokal itd.). Mogę napisać, iż na hasło „Wilno” lub „Grodno” czy „kresy” mógłbym w tym czasie załatwić niemal wszystko. Każdy chciał pomagać. Takiej spontaniczności i życzliwości, również dla mojej osoby (poniekąd przy okazji), nie zaznałem potem nigdy w życiu! Także następujący po tym początkowym momencie okres organizowania się stowarzyszenia, spotkania w wąskiej grupie, ale zwłaszcza zebrania ogólne kresowian, były niepowtarzalnymi zdarzeniami. Szkoda, że nikt tego nie zbadał, nie opisał w ramach pracy naukowej. A przecież kręcili się wokół kresowian także naukowcy, pamiętam doc. Elżbietę Feliksiak. Może zatem jednak coś zbadali, opisali? 191 •


Zapamiętałem setki ludzi przychodzących regularnie do sali PAX-u  na ul. Elektrycznej, gdzie decydowały się takie sprawy jak wybór nazwy (Miłośnicy czy Przyjaciele; Wilna i Grodna czy Grodna i Wilna; przeforsowałem mój pomysł, żeby było w kolejności alfabetycznej) i wiele innych. To były i dyskusje, i pokazy slajdów, zdjęć, i  polemiki, umawianie się na rozmowy w  mniejszym gronie, nawiązywanie przyjaźni i znajomości na długie lata. W tym też okresie, gdy towarzystwo się konstytuowało, gdy już miał swe zręby oddział białostocki TPGiW, jeździłem po północno-wschodnim kraju i zakładałem inne oddziały lokalne. Trwało to jeszcze długo potem, ale mogę się pochwalić, iż zainspirowałem (uczestnicząc osobiście, bądź wysyłając materiały do inicjatorów) powstanie kilkunastu oddziałów. Jeśli się nie mylę w Piszu, Olecku, Węgorzewie, Ełku, Suwałkach, Giżycku, Augustowie. Warszawę do powołania oddziału na pewno zainspirował Cz. Noniewicz. 19 stycznia 1989 r. odbyło się walne zebranie oddziału białostockiego TPGiW (pierwszym prezesem został Czesław Noniewicz), zaś 25 lutego 1989 r. I Zjazd Krajowy, o którym – i o tym co było potem w towarzystwie – chciałbym po prostu zapomnieć. Okazało się wówczas, czego w  swej naiwności nie przewidziało grono założycieli, że towarzystwo może zostać wciągnięte w  rozgrywki i personalne, i polityczne, a pierwszy prezes, który się – niestety – dosłownie wcisnął na to miejsce, był osobą zupełnie bezsensowną, przypadkową i  żałosną… Mniejsza zresztą dziś o  to. Kto był przy tym – ten wie o co idzie. Żal straconych szans. Wprawdzie na I Zjeździe zostałem wybrany honorowym członkiem (obok takich postaci jak prof. Aleksander Gieysztor, Tadeusz Konwicki, czy Stanisław Lorenz), ale po trzech latach zrezygnowałem nie tylko z tego tytułu, ale i w ogóle z członkostwa (polecam „Goniec Kresowy” nr 9, z  moim tekstem „Pro domo sua”). Nie było mi lekko, ale nie było też po drodze z takim towarzystwem, a zwłaszcza Zarządem Krajowym wikłającym TPGiW w rozgrywki polityczne prawicy. Frustracja po pierwszym, jak i  po drugim zjeździe, już warszawskim (wtedy nastąpiło przeniesienie Zarządu Krajowego do Warszawy), była spora; zresztą nie tylko moja. Pamiętam tego wspólnego kaca moralnego na drugi dzień po I Zjeździe i wyborze owego nieszczęsnego krajowego prezesa, na którego zgodziła się większość delegatów, gdyż sądziła, iż jest to kandydatura środowiska białostockiego – inicjatora Zjazdu. • 192


Na szczęście przyszedł mi w  tym okresie do głowy pomysł, żeby działalność kresową opisywać, a przy okazji integrować na swój sposób Towarzystwo. Wymyśliłem pismo. Nazwę „Goniec” podsunął kolega z  Suwałk, Ireneusz Sewastianowicz. Pierwszy numer ukazał się w kwietniu 1989 r. Wydrukował go w drukarni w Piszu jej życzliwy kierownik, zarazem później piski prezes oddziału TPGiW – Tadeusz Pardej. Tam też drukowałem pozostałe numery, jeżdżąc po ich odbiór na Mazury swoim maluchem, czasem z żoną i małą wówczas córką. Po drodze w lesie robiliśmy sobie przerwy na śniadanie czy podwieczorek. Tak było do numeru 12 włącznie, kiedy (w tzw. międzyczasie) przeniosłem się z Białegostoku do Zielonej Góry. Ktoś z TPGiW uznał wtedy, iż nie powinienem już dalej – na odległość – pisma redagować. Przyznam, że było to dla mnie bolesne i niezrozumiałe. Znowu okazało się, iż grzeszę naiwnością. Sądziłem, że mam, jako autor i pomysłodawca „Gońca”, jakieś do niego prawo. Ale dla dobra tytułu, który może dlatego wychodzi nadal, zrezygnowałem ze swoich ambicji. Zdecydowały inne ambicje i śmieszna, zaściankowa polityka. Cóż, cokolwiek i jakkolwiek było – minęło. Zmieniły się czasy, ludzie. Było, przepadło. Choć żal, że minęło. To czuję najbardziej. Ze wzruszeniem za to przypominam sobie moje – relatywnie niedawne, gdzieś latach 90. – spotkanie autorskie (jako poety) w białostockiej galerii Ślendzińskich. Uściski pani Klary Rogalskiej i kwiaty od towarzystwa. Zdziwiłem się wówczas bardzo, że mnie ktoś jeszcze w Białymstoku pamięta, że chciało się komuś przyjść na ulicę… (nazwa wyleciała mi z  głowy; Włókienniczą?), gdzie przez jakiś okres miał siedzibę oddział TPGiW. Wrażenie po tym wieczorze pozostało. Atmosfera tamtych wspaniałych (mimo wszystko) „lat założycielskich”, poznanie wielu ciekawych ludzi, zwłaszcza starszych, sympatycznych kresowian, były dla mnie doświadczeniem o niepowtarzalnej wartości. Co smutne, dziś już zacierają mi się w pamięci niektóre osoby, sytuacje, warte przecież utrwalenia. Ale zawsze można sięgnąć do pierwszych numerów „Gońca Kresowego”.

193 •


Kalendarz Nie głaskało mnie życie po głowie

Władysław Broniewski

64 roku kalendarz od kominiarza z 1960 lub azek obr obracam w rękach jak nieznany ryguje patrzę zdziwiony w górę tata coś fast datę siedząc na swoim stole patrzę na taką nową niespotykaną dotąd w naszym mieście zaczynają się lata adnik sześćdziesiąte wkrótce pojawi się czel owe zim m w warsztacie krawieckim ojca pote ą będ wy sanki z nim jakie ciekawe spra do się jeszcze rozwijać tyle przyszłości ręce je swo przeżycia mógłbym ją wziąć w nie albo ł niestety albo się program zawiesi ego tow star ktu potrafię wykorzystać tego pun czy koń nie iąza gdyż nieodmiennie każde rozw się wciąż w tym samym wiecznie przesuwającym się punkcie


Notatki z podróży do Korei z komentarzem po ćwierćwieczu Wróciło to tak… Trafiłem na książkę, która w zasadzie nie powinna aż tak wielkiego wrażenia na mnie zrobić, jak zrobiła. Nie powinna, bo to niby kryminał, na dodatek azjatycki, więc daleki od naszej ulubionej klasyki europejskiej, szczególnie w  stylu „dobrej starej Anglii” lub Georgesa Simenona, czy modnych ostatnio świetnych zresztą kryminałów społecznych powstających w Skandynawii. Autor książki nazywa się James Church, a jego praca nosi tytuł „Śmierć w  Koryo” (Wydawnictwo „Książnica” Katowice 2008). Główny bohater dzieła nazywa się O. Pisarz jest debiutantem, zawodowo zaś był (jest?) szpiegiem USA. Przez parę lat pracował na placówce w Korei Ludowo-Demokratycznej i dlatego właśnie zajął się na łamach powieści tym krajem. Zrobił to chyba dobrze, jak subiektywnie myślę. Nie chcę jednak zajmować się oceną wartości literackich pracy, ani intrygą kryminalną, natomiast to, co mnie poruszyło do głębi to realia pokazane w książce. Bo muszę się tutaj przyznać, iż ćwierć wieku temu z hakiem byłem przez trzy tygodnie w Korei północnej. To było coś niesamowitego, o czym mogę opowiadać i wspominać do dziś! W miarę zagłębiania się w książkę odkrywałem kolejne realia dobrze mi znane. Od samego tytułu poczynając. „Korio” to najbardziej luksusowy hotel w Phenianie i całej Korei. Mieszałem w nim na 22 piętrze w dwuosobowym pokoju. Tymczasem akcja książki toczy się m.in. na tajemniczym piętrze siódmym. Po prostu czytając tę rzecz sprawdzałem automatycznie, co pisarz odnotował, jak to opisał i czy zgadzało się z realiami. Zgadzało się! Nawet telefony w kiblu hotelowym (raz odebrałem siedząc na muszli), winda w  ogromnym pomniku idei Dżucze, znaczki z wielkim wodzem na piersi każdego obywatela, nieustanne podsłuchy etc. Spowodowało to nagły powrót do tamtych wydarzeń, do mojego wyjazdu na KRL-D. Sięgnąłem do notatek, do przywiezio-


nych materiałów. Złożyłem to na biurku, a z teczki wyciągnąłem maszynopis dwuczęściowej relacji o  tamtej wyprawie. Opublikowałem tę rzecz w prasie białostockiej, jeśli dobrze pamiętam, może też suwalskiej, ale – niestety – po cięciach redakcyjnych (ze względu na objętość), cenzuralnych i  autocenzuralnych. Choć określenie „autocenzuralnych” chyba nie jest dobre, gdyż sam siebie nie ciąłem. Po prostu wówczas nie napisałem wszystkiego, bo i  tak nie było szans, że przejedzie przez cenzurę. Przy czym nie ujawniałem żadnych tajemnic wojskowych czy politycznych, a zwykłe fakty. Na przykład: sztuka w tym kraju była hiperrealistyczna. Na wielkim posągu wielkiego wodza widoczny był nawet wzór na jego skarpetkach. Ale nie było guza, który mu rósł z tyłu głowy, gdzieś nad szyją. A tego guza akurat widziałem z bliska, gdyż robiliśmy sobie (wycieczka, z  którą pojechałem do Korei) wspólne zdjęcie. To jak – jest realizm, czy nie, zapytywałem. Nie mówiąc już o ironicznych fragmentach tekstu, gdzie wyśmiewałem dętość i koturny, jak też sztuczność życia społecznego. Mimo wszystko była to najbardziej niezwykła, jak dotąd, wyprawa w moim życiu i dlatego wciąż tkwi w głowie. I dlatego ów kryminał tak mnie poruszył. Wyciągnąłem zatem stary maszynopis, ten w  wersji pełniejszej (właściwie kopia bez skrótów redakcyjnych) i  przepisałem. Bez żadnych zmian, poprawek i upiększania. Zastanawiałem się jednak długo, czy od razu komentować to wszystko z perspektywy czasowej, uzupełniać stary tekst o fakty, których wówczas nie wprowadziłem, czy nie. Tak naprawdę to, co wówczas naskrobałem jest prawdziwe. Ważna informacja. Mój wyjazd odbył się we wrześniu 1986 r. w ramach I Brygady Młodzieży Polskiej im. Kim Dzong Ila. W trakcie naszego pobytu do Korei przyjechał Wojciech Jaruzelski (z  córką Moniką, która wspomina ten fakt w swojej książce autobiograficznej). Uczestniczyliśmy w  jego powitaniu na lotnisku, przejeździe przez miasto (witało go ponad 1 mln ludzi!) i nieprawdopodobnym pokazie przygotowanym przez gospodarzy na stadionie w Phenianie. A także w „skromnym” widowisku w teatrze rządowym. Co dla mnie samego zaskakujące, robiłem przez cały czas odręczne notatki (głównie jednak dotyczące egzotycznego jedzenia), które zachowałem do dziś i z nich korzystam w teraźniejszych komentarzach. • 196


Łuk triumfalny w Phenianie. Pod nim część naszej wycieczki? wyprawy? delegacji? z którą pojechałem do Korei Północnej. To chyba kierownictwo delegacji. Łuk stał w mieście, przy głównej ulicy, na trasie marszu na stadion, gdzie uczestniczyliśmy w niesamowitym widowisku z udziałem Kim Ir Sena i Wojciecha Jaruzelskiego. Tylko czemu daję to zdjęcie, jeśli mnie na nim nie ma?

Tego wyjazdu nie da się skomentować krótko. Mógłbym opowiadać całą noc… W  historię z  moim wyjazdem do Korei północnej „wplątanych” jest wiele znanych (później) nazwisk. Pierwszy to Robert Kwiatkowski, w  tamtym czasie szef propagandy w  Zrzeszeniu Studentów Polskich (SZSP już chyba nie było), potem szef Telewizji Polskiej. Dzięki niemu pojechałem na tę wyprawę. Otóż 197 •


Kaligrafia koreańska. Nie wiem, co ten tekst mówi. Pewnie chwali Wielkiego Wodza, naród koreański, może światły ustrój. Tekst na moją prośbę, w  czasie wizyty w pałacu pionierów, namalował (wykaligrafował) pędzelkiem jeden z uczestników zajęć pozalekcyjnych. Jak myślę...

• 198

w lipcu 1986 r. zapytał mnie, podczas warsztatów dziennikarskich Soczewka, które odbywały się latem w Olsztynie, czy chciałbym pojechać do Korei. Miała to być forma nagrody za wieloletnią aktywność w organizacji studenckiej, a  głównie szkolenie młodych dziennikarzy. Zgodziłem się i machina ruszyła. Po jakimś czasie, w Suwałkach, gdzie wtedy mieszkałem, pewnego ranka obudził mnie porucznik Służby Bezpieczeństwa i zaprosił na rozmowę do „firmy”. Wiedział o szykującym się wyjeździe i usiłował namówić na współpracę, zwłaszcza (mówił) w  kontekście wycieczki i  sytuacji w Korei. Jeśli się nie zgodzę, powiedział, nie pojadę. Trudno, przekazałem mu, nie muszę jechać. Zapytałem tylko, jakim krajem jest Korea. Socjalistycznym, odrzekł. A  Polska, ciągnąłem. Też, odrzekł. To na co wam szpiedzy w zaprzyjaźnionej socjalistycznej Korei?! Po opuszczeniu gmachu milicji uznałem, że nie pojadę. Ale skorzystałem z zaproszenia na trzydniowy obóz kondycyjny do Ryni, pod Warszawą gdzie nas „uczono Korei”. Cały czas byłem zdenerwowany i  chciałem o  tym fakcie straszenia mnie i  agitowania komuś powiedzieć. Do chwili wejścia na pokład samolotu liczyłem, iż mnie „zdejmą” SB-cy. Nie zdjęli. Okazało się, iż… jadą z nami. Andrzej Nierychło, kolega z  czasów tygodnika „ITD” (i jego naczelny chyba po Olku Kwaśniewskim) też leciał do Korei. Już na miejscu, w czasie oczekiwania na zwiedzanie pałacu Kim Ir  Sena, podszedłem do grupki nieznanych mi współpodróżników, gdyż stał tam Nierychło. Andrzej przedstawił mnie wąsatemu. Pan major, powiedział. Eugeniusz Kurzawa, przedstawił mnie. Ach, to pan – uśmiechnął się major na to. Skubaniec!


Czego jeszcze nie napisałem? Jedziemy do hotelu z  lotniska w  Phenianie. Bagaże osobno. Znajdujemy je później rzucone w  hotelowym holu i  nie możemy się połapać, gdzie jest co. Pakunki niechlujnie przetrząśnięto, nie wiadomo po jaką cholerę. Sprawdzili nas! Pamiętam też, że gdy po przylocie z Polski wieziono nas z lotniska do centrum miasta, nasz autobus, a właściwie kolumna autobusów i samochodów osobowych podążała szeroką szosą, która nie miała osi zaznaczonej białą linią. Otóż na środku wyznaczono pomarańczową farbą specjalną jezdnię dla Wielkiego Wodza. Była to szosa trzyjezdniowa. I tak samo też oznaczano ulice w stolicy. W  głębi kraju – różnie bywało, dziś już nie pamiętam. Jednak w Korei raczej było krucho z drogami, zatem przypuszczam, że na wąskich prowincjonalnych szosach raczej nie stosowano takich oznaczeń. Jeśli już jesteśmy przy podróżach, to zdaje się, iż nie można było wówczas przemieszczać się koleją z  miasta do miasta bez ważnej… delegacji. Nie wiem kto ją wystawiał. Zakład pracy? Jakiś naczelnik wsi? Policja? W każdym razie delegacja (ponoć) służyła jako bilet. W ten sposób cały ruch ludności był po kontrolą. Jednak tych informacji nigdzie nie zweryfikowałem, więc nie są do końca pewne. Nie było tego po prostu gdzie weryfikować. Rozmowa z przewodnikiem (po rosyjsku) przebiegała tak, jak on chciał. Jeśli nie zechciał odpowiedzieć (a  raczej nie chciał), to „za Chiny” człowiek nie uzyskał informacji. Oto przykład. Przez parę dni męczyłem pytaniem przewodnika czy przewodniczkę, gdzie mieszka Wielki Wódz. Chodziło mi o wskazanie konkretnego miejsca w  Phenianie. Zawsze nasi cicerone migali się od odpowiedzi. Aż wreszcie jednego dnia uznałem, że okoliczności mi sprzyjają i teraz już na pewno się dowiem. Zwiedzaliśmy pomnik Idei Dżucze. To taka imitacja Statui Wolności. Olbrzymia, 170-metrowej wysokości, tuż nad brzegiem rzeki De Dong Gang. Na samą górę, na taras widokowy wjeżdża się windą. Gdy już moja grupa wjechała na górę i zobaczyła wspaniały widok miasta u stóp, pomyślałem, że stąd na pewno widać chałupę Kim Ir Sena. No i  znów dawaj męczyć przewodnika. – Gdzie mieszka wielki wódz? Pokaż! Tam? Tam? Po kilku moich „atakach” Koreańczyk odrzekł, a  mnie zatkało. – Wielki Wódz mieszka w… sercach wszystkich Koreańczyków. 199 •


Potem wydarzyła się jeszcze – skoro już o służbach specjalnych mowa – dziwna historia. Pod koniec pobytu wielu kolegom zaczęło odbijać. Sam miałem dość trzytygodniowego obozu, nieustannego reżimu i braku informacji. Siedzieliśmy kiedyś nabuzowani w pokoju hotelowym. Ktoś powiedział, iż ma już dość, chce wracać, skończyły się sporty, a tu nawet nie istnieją kioski, gdzie można kupić papierosy. I żeby tę Koreę szlag trafił. Następnego ranka budzimy się, a tu na stolikach hotelowych koło łóżka stoi piramidka ułożona z  paczek papierosów. Szok! Powtórzyliśmy, już celowo, spotkanie. Tym razem mówiliśmy, że brak świeżych owoców i atakuje nas… szkorbut. Następnego dnia w lodówkach pokojowych stały talerze, a na nich ułożone w piramidkę jabłka… Rzadko udawało się nam wyjść do miasta, żeby je pozwiedzać. Kiedyś jednak, pamiętam, szliśmy sobie ulicą z Andrzejem Nierychłą komentując już z  perspektywy dwóch tygodni pobytu absolutnie totalitarny ustrój. Dla mnie to wszystko wygląda jak skrzyżowanie Stalina z Dżingis chanem – powiedziałem. – A ja chciałbym widzieć, jak to wszystko pieprznie – odrzekł Nierychło. Od tej pory minęło ponad ćwierć wieku. I nic.

Czoson: zdziwienia i zaskoczenia We wrześniu 1986 r. poleciałem do Korei. Zostałem włączony jako jeden z siedmiu dziennikarzy do I Brygady Młodzieży Polskiej im. Kim Dzong Ila udającej się w ramach wymiany z młodzieżą koreańską. To efekt inicjatywy przywódców obu krajów, Polski i  Korei północnej. Grupa była liczna – 121 osób – i  reprezentowała przede wszystkim aktywistów naszych organizacji młodzieżowych (ZSMP, harcerstwa, studentów i młodzieży wiejskiej). Przed wyjazdem wszystkich wyjeżdżających zgromadzono w podwarszawskiej miejscowości wypoczynkowej na trzydniowy „obóz kondycyjny” mający w  założeniach przybliżyć nam północną Koreę. Założenia obozu zostały spełnione, powiedziałbym, wobec późniejszego przebiegu wizyty, grubo ponad normę. Po prostu to, czego dowiedziałem się w Ryni musiało wystarczyć na cały pobyt. Koreańczycy raczej nie byli skorzy do wylewności, wiadomości o kraju – jeżeli już udało się z nich wycisnąć – były skąpe. Ale żeby nie uprzedzać faktów… • 200


Czego dowiedziałem się o Korei jeszcze w Polsce? Że przywódca Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej nazywa się rzeczywiście Song Dzu i  urodził się 13 kwietnia 1912 roku we wsi Mangende pod Phenianem (pisownia nazw i  nazwisk koreańskich na moją odpowiedzialność; w Korei stosuje się bowiem różne wersje nazw, nazwisk jako pełnoprawne, np. Kim Ir Sen jest nazywany Kim Il Sung, wynika to z tego, że język koreański bywa transkrybowany m. in. na angielski, rosyjski i z tych języków na inne, w tym polski). Oczywiście mieliśmy okazję zobaczyć i zwiedzić tę wieś, a w zasadzie jedno tylko wypieszczone obejście, gdzie przechodząc między barierkami można podziwiać wnętrze „typowej koreańskiej biednej chaty”. Charakterystyczną cechą życia politycznego Korei było określanie, iż Wielki Wódz Kim Ir Sen (Koreańczycy zawsze używają takiego określenia jego funkcji, czasem – zdaje mi się, iż wobec cudzoziemców – używa się określenia prezydent; z kolei syn, Kim Dzong Il, sekretarz KC i członek Biura Politycznego nazywany bywa Drogim bądź Umiłowanym Przywódcą) przybywając gdziekolwiek „kierował na miejscu” oraz „pouczał”. Czy to rolników, jak sadzić ryż (widziałem o  tym film w  telewizji koreańskiej, swoisty, niepowtarzalny program, rzekłbym poetycko-rolniczy), czy to budowniczych tamy w Nampo, jak ją budować, czy coś tam jeszcze. Tak opowiadali przewodnicy, tak mówią dokumenty w języku polskim i  przetłumaczone z  koreańskiego na język polski (które będę tutaj cytował). Ślady bytności gdziekolwiek Wielkiego Wodza oraz jego syna były każdorazowo uwieczniane czerwonymi tabliczkami z żółtymi napisami. Na tabliczce umieszczonej nad drzwiami pomieszczenia, gdzie przebywał wódz, umieszczano datę jego pobytu. W PGR-ze, w szkole, w domu pionierów, na granicy w  baraku, w  którym podpisywano rozejm między Amerykanami a Koreą północną i wielu innych miejscach widniały owe tabliczki. I to nie nad szkołą, nad budynkiem z zewnątrz, nie, tablice umieszczano nad każdym wejście do pokoju, klasy, sali. Osobno Wielkiemu Wodzowi, osobno synowi. Jeszcze w okresie przygotowawczym do podróży ze spraw, które zwłaszcza mocno interesowały moich współtowarzyszy podróży zapamiętałem, iż jednostką monetarną jest w Korei won. Relacja ze złotówką 1 won = 31,75 zł. Inne waluty: 1 rubel = 1,44 wona, 201 •


l dolar = 1,70 wona, 1 juan = 1,16 wona. Won dzieli się na 100 dzonów (dżonów), a stosowany system podziału monetarnego jest taki: 1 – 10 – 50 – 100. Średni zarobek miesięczny, jak poinformował nas polski naukowiec, ekspert od spraw koreańskich, mieści się w  granicach 80-100 wonów. Wymieniliśmy, kto chciał, maksymalnie 10 tys. złotych, za co otrzymaliśmy 310 wonów, później gospodarze dołożyli w prezencie po 40 wonów kieszonkowego na głowę. Miałem w ten sposób – wymieniając trochę więcej niż jedną trzecią średniego zarobku w Polsce – trzy i pół pensji koerańskiej. Wydawać pieniądze można było tylko w wyznaczonych punktach. Wynikało to z różnego rodzaju wonów, jakie otrzymuje się przyjeżdżając do KRL-D. Goście z  krajów kapitalistycznych – chyba raczej nieliczni – otrzymują tzw. czerwone wony, wymienialne na dolary. My, goście z obozu socjalistycznego dostaliśmy wony niebieskie, zaś sami Koreańczycy w normalnych sklepach kupują za wony zielone. Stąd np. nie można było wejść do pierwszego lepszego sklepu i zakupić coś za niebieskie, ponieważ sprze-

Korea. Obowiązkowa fotka mojej grupy, tzw. studenckiej (chyba nie było w niej żadnego prawdziwego studenta) przed pomnikiem i muzeum Wielkiego Wodza.

• 202


dawca prawdopodobnie (domyślam się tego tylko) nie miałby jak później rozliczyć się. Dla nas i „kapitalistów” były tzw. diplomeksy (w stolicy były trzy). Właśnie w trakcie pobytu otwarto duży, nowy dwupiętrowy magazyn, głównie dla obcokrajowców z placówek dyplomatycznych i nielicznych gości. Jeżeli coś kosztowało np. 18 wonów czerwonych to czasem dało się kupić (oficjalnie oczywiście) za 36 niebieskich. Ale nie wszystko, nie każdy towar. Dlaczego tak – nie zrozumiałem. Na przykład przerobiony w odżywczy i zdrowotny dżemik korzeń insam (czyli popularny u nas żeń-szeń) był do kupienia za niebieskie i czerwone wony, natomiast gdy uparłem się, żeby nabyć jeszcze nie mniej zdrowotny miód dzikich pszczół okazało się, że to jest tylko za czerwone. W trakcie wyjazdów na prowincję zakupy były możliwe w sklepikach hotelowych. Najczęściej istniały dwa stoiska: „papiernicze” i drugie „z resztą”. W pierwszym do nabycia były widokówki, znaczki dzieła Kim Ir Sena, w  drugim popularna „żmijówka” (wódka około 60-procentowa) ze żmiją wewnątrz butelki lub „żeńszeniówka”, wachlarze, obrazy, kilimki, przetwory z insamu. Zatem wyruszamy. Podróż samolotem trwała kilkanaście godzin z międzylądowaniem w Moskwie. Razem było to chyba ponad 11 godzin. Przylatywaliśmy w środku nocy – dla nas, tymczasem w Phenianie było pół godziny po południu i temperatura 22, 23°C (w Polsce zimny wrzesień). Już przywitanie na lotnisku wprowadziło nas w atmosferę, w  jakiej przyszło poruszać się przez blisko trzy tygodnie. Może dlatego właśnie, że nad wizytą wisiała sztampa oficjalności miałem inne spojrzenie od osób, które później relacjonowały w reportażach, opisach swe „odkrywcze” wrażenia. Powitano nas oficjalnie, uściśnięto każdemu dłoń i zgromadzono w jednym miejscu tyłem do samolotu. Dopiero później okazało się, iż są to przygotowania do wspólnego zdjęcia (takich ustawianych zdjęć było kilka, dostałem je potem na pamiątkę). Lektura, a raczej oglądanie prasy, utwierdziło mnie potem w przekonaniu, iż należy to rytualne nieomal fotografowanie do normalnego ceremoniału życia oficjalnego w tym kraju. Już w trakcie pobytu dowiedziałem się, na przykład, iż odbywa się tam spotkanie pisarzy Azji i Afryki (z udziałem delegacji Związku Literatów Polskich). W oficjalnej gazecie z dni tegoż kongresu znalazłem tyleż podobnych fotografii (pisarz, pisarz z małą dziewczynką w stroju chyba 203 •


ludowym), ile delegacji przybyło. Zadrukowano więc niewielkimi fotkami prawie całą kolumnę w tamtejszym organie KC. W następny dzień dodrukowano (chyba) spóźnialskich, a później (chyba) przeoczonych. Bo sprawdzałem codziennie w  miejscowych gazetach rozrzucanych na fotelach w hotelowym holu. Naszą delegację spotkał później zaszczyt spotkania i sfotografowania się z koreańskim przywódcą. Wielkim Wodzem. To oficjalny tytuł marszałka Kim Ir Sena, sekretarza generalnego partii i prezydenta, najczęściej był jednak stosowany, nieomal zlewający się w imię i nazwisko. Zwykle Wielki Wódz prezentował się – na pierwszej stronie gazety lub w dzienniku telewizyjnym – z odwiedzającymi KRL-D głowami zaprzyjaźnionych z  Koreą państw. Myśmy, każdy uczestnik wyprawy do Korei, otrzymali pod koniec wycieczki, w specjalnej kopercie, pamiątkowe zdjęcie z sesji z Kim Ir Senem. Wracam jeszcze do powitania na lotnisku. Po wspólnej fotografii przeszliśmy gęstym szpalerem utworzonym na płycie przez dziewczęta i chłopców wesoło machających sztucznymi kwiatami i krzyczącymi jakieś hasła. Dopytywałem się co oznaczają – wyjaśniono mi, że idzie o pokój i przyjaźń. Szpaler doprowadził nas do autokarów, a te zawiozły do centrum Phenianu. Zamieszkaliśmy w luksusowym hotelu „Korio”. Hotel „Korio” Pyongyang to – oprócz napisu „foto” i chyba czegoś jeszcze – jedyne spotkane przeze mnie napisy w języku obcym w stolicy (w Phenianie lub Pyongyang). Trzeba przyznać, że Koreańczycy są oszczędni w informacje obcojęzyczne. Nawet wewnątrz hotelu, w windzie, jedynie „krzaczki”, jak ktoś z naszej wycieczki nazwał litery pisma koreańskiego. Dlaczego? Zastanawiali się nad tym chyba wszyscy z ekipy wyjazdowej. Ponieważ w delegacji było kilku przedstawicieli instytucji rządowych i partyjnych padło pod ich adresem pytanie o Koreę już niedalekiej przyszłości, kiedy to w  Phenianie ma się odbyć kolejny Festiwal Młodzieży i Studentów z całego świata. Jak oni przyjmą ten wielobarwny tłum młodych, niesztampowych osób, jak zareagują  – dziś sztywni i  „uporządkowani” – na charakterystyczne zabawy, nawet na ulicach, Latynosów, na „luz” wypowiedzi przedstawicieli młodego Zachodu? Tłumaczyliśmy sobie głośno i  w  duchu: Azja, inny kontynent. To oczywiste. Ale jest przecież pewien niezbędny zespół środków – stosowanych przez • 204


każdą dyplomację – rozumiany pod każdą szerokością geograficzną. Wydawało się np. oczywiste, że dostaniemy przewodnika do autobusu (podróżowaliśmy w  kawalkadzie: najpierw mercedesy kierownictwa delegacji, potem cztery eleganckie autobusy – Nissany z członkami). I tenże przewodnik przez luksusowe urządzenia (mikrofon można było włączyć przy każdym fotelu) opowie o kraju, o drodze, którą jedziemy, o mieście – celu podróży tego dnia. Nic z tych rzeczy. Gdy pewnego razu na postoju (leśnym) kategorycznie domagaliśmy się w autokarze, którym jechałem, przewodnika – w chwili ruszania wsiadł młody człowiek, powiedział, że jest dziennikarzem pisma młodzieżowego i rozpoczął śpiewać łamaną polszczyzną, a potem po koreańsku. A następnie oddał mikrofon pierwszemu z brzegu Polakowi … i tak każdy zaśpiewał swoją ulubioną piosenkę. O tym dokąd jedziemy – ani słowa. To właśnie wydawało się niezrozumiałe. Przecież wypadałoby się pochwalić: z prawej to, z lewej tamto. Przyjechaliśmy do miasta liczącego … Nic. Byliśmy w  Kesong. To jakby Kraków. Stolica starego królestwa Korio (dzisiejsza Korea nazywa siebie: Czoson). W mieście grobowce królów koreańskich, liczne zabytki (kupiłem zestaw slajdów w języku rosyjskim i angielskim, stąd wiem). Nie padło jednak żadne słowo o tym! Nawet przy okazji, bo przyjechaliśmy tam tylko przenocować w drodze do granicy, do przejścia w Panmudżon. Słynnej miejscowości, gdzie stoją na samej granicy, na pasie granicznym, baraki służące od połowy lat 50. do rozmów dyplomatycznych. Prowadzą je głównie przedstawiciele czterech misji wojskowych: szwedzkiej, czechosłowackiej, szwajcarskiej i polskiej. Spróbujmy sobie wyobrazić wycieczkę, nawet z najdalszych zakątków świata, przyjeżdżającą np. do Zakopanego czy Katowic, ale nocującą w Krakowie. Po prostu w głowie nie mieści, żeby nie pochwalić się swą starą stolicą. I nie mogło się nam zmieścić. Wjeżdżamy do jakiegoś miasta. Podróż z Phenianu trwała ponad trzy godziny. Pytam jadących z nami młodych ludzi: Kesong? Ci rozglądają się po sobie, wreszcie ustalają: Kesong. – Acha… – ja na to. Ponieważ kiosków „Ruch”-u nigdzie tam nie zauważyłem nie mogłem się zaopatrzyć w  plan Phenianu i  mapę Korei. A  rzecz to chyba normalna kupić sobie zaraz na miejscu jakieś plany, 205 •


informatory. Ale nawet w naszym luksusowym hotelu nie zauważyłem wiszącego na widocznym miejscu planu 2-milionowego miasta, ani też nigdzie nie było szans na mapę Korei. W  trakcie wizyty, która miała oficjalny charakter odwiedzin delegacji młodzieży polskiej, uczestniczyłem we wszystkich (licznych!) bankietach, powitaniach i toastach. Zachowałem z każdego pamiątkowe zaproszenia. Często też bywaliśmy na imprezach, w których brały udział – obok gospodarzy – zespoły polskie, które przybyły z nami, harcerski „Słoneczni” z Katowic i rockowy „Rybie Łości” z  Płocka. Był to chyba pierwszy zespół rockowy na półwyspie. Chłopcy z Płocka wypytywali bowiem swoich skośnookich kolegów o Beatelsów, Presleya i inne gwiazdy muzyki – a ci ich nie znali. Śpiewający harcerze spodobali się. Byli w guście Koreańczyków. Gust ten zresztą ujawniała codziennie telewizja przygotowująca grunt pod przybycie polskiego przywódcy, gen. Wojciecha Jaruzelskiego. A  więc na ekranie hotelowego telewizora dominowało „Mazowsze” lub znakomite, wręcz perfekcyjne naśladownictwo (na naśladownictwie polega sztuka malarska wielu krajów Azji) w wykonaniu artystów miejscowych. Zaobserwowałem też – a był to jakiś przegląd relacjonowany w telewizji – iż przez pół wieczoru na scenę wychodziły standardowe zespoły w składzie: gitara, akordeon, do którego dołączał sopran czy tenor. To, co robili Koreańczycy – robili rzeczywiście perfekcyjnie. Znakomicie ustawione głosy, brzmienie, współpraca z  instrumentami. Naśladowanie „Mazowsza” nie przyszło im więc z trudnością. Gorzej byłoby z rockiem. Na pewno długo jeszcze nie przyjmie się na półwyspie. Nasze „Rybie Łości” wzbudzały (wśród niesamowicie zdyscyplinowanej publiczności!) głośny szum, śmiechy, poruszenie. Tego nigdy nie obserwowaliśmy, podczas żadnego występu. Widzowie byli więc zaszokowani. Po przyjeździe systematycznie pokazywano nam najważniejsze, zdaniem gospodarzy, obiekty, miejsca, tereny, jakie winniśmy zobaczyć. A  więc Mangende – miejsce urodzin Wielkiego Wodza, a  tuż obok duże, pomysłowe wesołe miasteczko, które Wielki Wódz – jak każdy publiczny obiekt – podarował narodowi, a zwłaszcza dzieciom. „Na spotkaniu Komitetu Politycznego przy Komitecie Centralnym Partii Pracy Korei, jakie odbyło się w maju 1972 r., podjęta została decyzja o poważnym obniżeniu cen na wszystkie rodzaje odzieży i butów • 206


dla dzieci. Był to przejaw polityki opartej na planie prezydenta Kim Ir Sena, opracowanym po tym, jak parę dni wcześniej zauważył on kilku psotnych chłopców. Owego dnia prezydent wracał do domu po kierowaniu na miejscu (zwrot „kierował na miejscu”, obok „pouczył” jest jednym z kanonów obyczajowości politycznej w Korei, powtarza się dość często; odnoszony bywa do Kim Ir Sena i Kim Dzong Ila, oznacza to, iż Wielki Wódz wyjechał w teren i tam – tak to sobie zinterpretowałem – kierował „na miejscu” zarówno jakimś zakładem pracy, który odwiedził, jak i oczywiście całym państwem – przyp. E.K.) gospodarstwem rolnym w Phenianie. Miał więc możliwość zaobserwowania przez okno swego samochodu pięcio–, sześcioletnich chłopców bawiących się na drodze. Ich ubrania i twarze były ubłocone. Można było zauważyć, że byli to trochę niegrzeczni chłopcy. Nawet z  okien jadącego samochodu prezydent dobrze przyjrzał się ich ubraniom. Po upływie chwili zwrócił się on do kadr, siedzących razem z nim w samochodzie: „Oni nie zostawią nawet guzika na swoich ubrankach. Z marynarki jednego z chłopców prawie nic nie zostało”. Prezydent zamyślił się dłuższą chwilę i spoglądając przez okno samochodu powiedział nagle, że guziki na niektórych ubrankach stanowią sedno sprawy. „Prawdopodobnie wszyscy oni mieli guziki na swych ubrankach, gdy wychodzili z domu, zatem musieli je z pewnością zgubić, gdy bawili się na zewnątrz. Musimy poddać ostrej krytyce pracowników fabryki szyjącej odzież dla dzieci za to, że nie trzymają się one dostatecznie mocno odzieży, choć zapewne też gdyby nie wiadomo jak mocno były przyszyte, nie utrzymałyby się na ubrankach swawolnych i psotnych chłopców. (…) Prezydent pomyślał o kłopotach i ciężarach, jakie znoszą matki owych psotnych chłopców. Oto dlaczego zwołał Komitet Polityczny i dopilnował, by wyżej wymienione decyzje zostały podjęte.” (to przetłumaczony fragment oryginalnych tekstów koreańskich, jakie uzyskałem od studenckiego koła przyjaciół ONZ, będę je jeszcze cytował). Jedną z oficjalnych wizyt (zresztą nieoficjalnych nie było) mieliśmy w  Szkole Podstawowej nr 1, szkole wzorcowej, znakomicie wyposażonej, jak zdołałem się wypytać, rekrutującej najlepszych uczniów z  całego Phenianu i  Korei. Przywitano nas, jak zawsze uroczyście. Była pionierska orkiestra i szpaler dzieci przed wejściem. Potem mały przewodnik, uczeń mówiący płynnie po rosyjsku, oprowadzał nas wespół z  nauczycielami po szkole. 207 •


Basen, przychodnie lekarskie, obserwatorium astronomiczne, laboratoria językowe (nauka rosyjskiego, angielskiego, Koreańczycy uczą się także chińskiego i japońskiego, ale już później). Pokazano nam salę baletową i występy małych artystek. Niesamowita sprawność fizyczna, efekty wręcz nadludzkie, aż nie chciało się wierzyć, że to można zrobić ze swoim ciałem. Oczywiście komputery. Kilkoro pedagogów z  grupy harcerskiej autorytatywnie twierdziło, że w  Polsce nie ma takiej – nawet jako wzorcowej – placówki szkolnej. Później jeszcze jedno spotkanie z młodzieżą – wizyta w domu pionierów. Wrażenia podobne. Dzieci i  młodzież koreańska ubierają się, w każdym razie w trakcie zajęć, jednolicie: chłopcy ciemne spodnie, białe koszule i czerwone chusty na szyi, dziewczynki oczywiście są w ciemnych sukienkach i białych bluzkach. Studenci, jeśli się nie mylę, zamiast czarnych (spodni, sukienek) noszą ubiory zielone. Natomiast w chwili występów scenicznych młodzież bywa ubrana tak barwnie, jaskrawo, aż do przesytu. Zwiedziliśmy zatem ogromny dom pionierów. Z  salami gimnastycznymi, tanecznymi, gabinetem nauki jazdy samochodem, pracownią malarską, rękodzieła i wieloma innymi. Potem zaprowadzono nas na salę widowiskową, gdzie mali i średni wzrostem artyści dawali pokazy kunsztu. Na przykład wirtuozerskiej gry na akordeonie (pytałem, dlaczego akurat na tym instrumencie, który przecież nie mieści się w muzycznej tradycji Korei), były też pokazy tańców ludowych, baletu, śpiewu. Scenografia tych wydarzeń, podobnie jak jasnoróżowe, zielone, czerwone aksamitne stroje młodzieży, podobnie jaskrawa, dla nas wręcz szokująca. Kurtyna wielobarwna z  mnóstwem wzorów, w tle sceny kwitnące gałęzie drzew (prawdziwe? sztuczne?), obrazki rzucane na ekran tak piękne, że aż kiczowate. Głównie landrynkowe widoki gór, wodospadów, jezior w górach, ponadto nowoczesnych osiedli Phenianu. Potem byliśmy jeszcze w  teatrze (rządowym, jak mówiono) Mansude, gdzie odbyło się widowisko na cześć Wojciecha Jaruzelskiego, który w międzyczasie przyleciał do Korei. Obecny był także Kim Ir Sen. Wcześniej zafundowano nam zwiedzanie tego obiektu. Wszędzie podobne, nawet jeszcze większe spotęgowanie kolorów, niesamowicie barwne kryształowe żyrandole, podświetlane na kolorowo fontanny ze zmiennym strumieniem wody, • 208


wreszcie kolorowe cegiełki ze szkła (przy podświetleniu ściana niesamowicie mieniła się). Zastanawiało to charakterystyczne „ukolorowienie” wszystkiego wokół, wystroju zewnętrznego, barwność scenografii, uszminkowane (nawet!) dzieciaki z przedszkola przyzakładowego, które później zwiedzaliśmy w trakcie wizyty w ichnim PGR-ze. Raczej nie starano się nam pokazywać „staroci”, zabytków. Zdecydowana większość budynków w Phenieanie to bloki, bloki, bloki. Ponoć powstałe po 1953 r. Koreańczycy jakby niechętnie mówili o historii. Lekceważąco wręcz odnosili się nasi przewodnicy do jedynego kompleksu zabytkowego, do którego nas zaprowadzili, grupy świątyń buddyjskich w górach Miochansan. W muzeum sztuki część eksponatów obejmowała jednak okres przedrewolucyjny. I  z  niego właśnie wywnioskowałem, iż dawniejsi malarze (trafniej byłoby rzec rysownicy, szkicownicy może) pracowali najczęściej przy użyciu pędzelka i czarnego tuszu oraz wody. Dzieła kolorowe (powiedzmy tak w uproszczeniu) nigdy nie były zbyt jaskrawe, przekolorowane. Wszystkie znakomicie stonowane, w odpowiednich proporcjach i  barwach. Dlaczego więc tradycyjnie zakonserwowana sztuka Azji, pielęgnująca nieomal przez wieki jeden motyw rysunkowy (np. mężczyzny walczącego z  tygrysem przy użyciu dzidy), jest we współczesnym wydaniu północnokoreańskim taka sztuczna? Tak wygląda socrealizm w sztuce Azji? Jednym z  kolejnych miejsc odwiedzin był cmentarz. Opowie kolejna próbka tamtejszego stylu. „Cmentarz rewolucjonistów, zbudowany w  Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej przykuwa uwagę ludzi i wywołuje podziw. Cmentarz rewolucjonistów na szczycie Czuczżak w  górach Teson to jedno z  najbardziej interesujących miejsc zasługujących na uwagę w okolicach Phenianu. Jego powierzchnia ogólna wynosi 30 ha. Przy wejściu na cmentarz zbudowano wrota w  stylu architektury narodowej wysokości 19 m, długości 56,4 m oraz szerokości 15 m (…) Tutaj znajdują się prochy antyjapońskich rewolucjonistów walczących o wyzwolenie i  wolność Korei. Obok popiersia z  brązu, będącego żywym wyobrażeniem ich oblicza. W tle rozpostarty wielki sztandar z czerwonego granitu (…). Na podeście dla celów wychowawczych stoi pomnik z wykonanym osobiście przez prezydenta Kim Ir Sena napisem. (…) Na podeście tym jest również stela z jednolitego granitu długości 18 m i wysokości 4,2 m (…). 209 •


W  1975 r. w  górach Teson zbudowano cmentarz rewolucjonistów z inicjatywy prezydenta Kim IrSena. W konsekwencji tego Drogi Przywódca, sekretarz Kim Dzon Il wystąpił z  inicjatywą zrekonstruowania i powiększenia tego cmentarza o kilka razy. Wezwał on też naród do realizacji tego dzieła. Budowę rozpoczęto w  październiku 1983 r. i zakończono w październiku 1985 r. W tym okresie Drogi Przywódca, sekretarz Kim Dzon Il niejednokrotnie pracował na miejscu, sprawował kierownictwo prac i udzielał cennych wskazówek. Pewnego razu (…) z ogromną uwagą obejrzawszy popiersia rewolucjonistów zrobione z rozlicznych materiałów powiedział: Według mnie, lepiej byłoby wykonać te popiersia z brązu. (…) Popiersia rewolucjonistów z brązu odznaczają się wspaniałym wyglądem (…), a najważniejsze jest to, że będą wyrażać naszą szczerość i prezentować wspanialej swoje ogromne znaczenie. (…) Drogi Przywódca serdecznie uczył jak należy zabezpieczać trwałość, wspaniałość i znaczenie tych posągów, poświęcał wiele cennych uwag, aby cmentarz został w sposób odzwierciedlający szlachetny jego cel odpowiednio pięknie ozdobiony. (…) W  przekazach utrwalił się również i  taki wzruszający epizod, związany z  postumentem do składania wieńców. W lipcu 1985 r. sekretarz Kim Dzon Il ponownie odwiedził budowę (…) i konkretnie informował się na temat projektu postumentu. Rzeźbiarze chcieli postawić pięcioramienną gwiazdę na postumencie. Dowiedziawszy się o tym pouczał ich, żeby umieścili nie gwiazdę, lecz medal Bohatera Koreańskiej Republiki Ludowo – Demokratycznej, albowiem pochowani na cmentarzu wszyscy bez wyjątku są bohaterami”. Wśród Koreańczyków bardzo silne jest przeżycie nieodległej jeszcze w czasie wojny z lat 50., jak też wcześniejsze walki o wyzwolenie kraju spod okupacji japońskiej. Silne do tego stopnia, że praktycznie historia Korei północnej zdominowana jest przez wydarzenia współczesne. Żyje przecież jeszcze wielu żołnierzy armii partyzanckiej i wojsk republiki ludowej. Wszelkie rozmowy, nawet prywatne, sięgają zatem najdalej tego okresu. Widziałem pojedynczych ludzi, prawdopodobnie prywatne osoby, starsze małżeństwa, jak i młodzież (co już tak nie dziwi) składające anonimowo kwiaty na opisywanym wyżej cmentarzu. Oczywiście – mogę się mylić w tej ocenie. Choć to oczywiste, że wydarzenia wojenne były znaczące dla dziejów młodego państwa. Po ubezwłasnowolnieniu starego państwa, dawnego królestwa Korio, Japończycy w 1910 r. zdecydowa• 210


li się już na obecność stałą na półwyspie, po prostu na okupację. Trwała do 1945 r. Potem nastąpił ten znany podział państwa Czoson wzdłuż 38 równoleżnika i nie mniej sławetna wojna koreańska zakończona rozejmem w 1953 r. Nam, Polakom, brodzącym wręcz chorobliwie po kolana w historii, wydawało się niemożliwe, że tak wspaniałą, bogatą i starszą od naszej kulturę nowi władcy Korei potraktowali tak obcesowo. Przecież naprawdę było się czym chwalić, było co pokazać, lecz tego domyślaliśmy się tylko, gdyż niektórzy przygotowali się wcześniej do wyprawy czytając skąpe materiały o Korio. Nie zobaczyliśmy jednak prawie nic historycznego. Sam Phenian to miasto, jak nam wyjaśniono, całkowicie zbombardowane przez Amerykanów w 1953 r. został zbudowany niemal od zera. Dominuje w nim tzw. nowoczesne budownictwo. Oczywiście to budownictwo może wywoływać też sporą zazdrość. Pheniański Manhattan, czyli dzielnicę wieżowców, w której stał i nasz hotel „Korio” budowano tylko dwa lata! Odpowiednik polskiego szpitala-pomnika im. Matki Polki stawiano symbolicznie dziewięć miesięcy! Stolica ma metro (Warszawa nie ma), jest dobrze rozplanowana, ma bardzo przestrzenny układ, ulice są szerokie (choć raczej puste, samochodów, jak na lekarstwo, ale milicjantka stoi i „kieruje” ruchem), najważniejsze gmachy dobrze zaakcentowane na planie całości. Dużo zieleni, nocą Phenian jarzy się światłami (ale tylko do godz. 0.00). Na wszystkim góruje pomnik idei Dżucze, olbrzymi, 170-metrowej wysokości. Z płomieniem-neonem na szczycie. Wewnątrz pomnika jest winda, którą można się dostać na taras widokowy, skąd roztacza się widok na całą stolicę. Obiekt stoi tuż nad brzegiem rzeki De Dong Gang, z  dna której biją przed pomnikiem wysokie gejzery wody. Pomnik zwiedza codziennie 3 tys. ludzi. Ma on 54.000 metrów kwadratowych, oddano go do użytku w dniu urodzin Wielkiego Wodza, 15 kwietnia 1982 r. Przytaczam niektóre dane w  ślad za informacjami naszych przewodników lubujących się wręcz w  podawaniu różnorakich cyferek, także w  czasie zwiedzania innych budowli, muzeów, zakładów pracy, czy np. rekordowo dużej zapory wodnej na rzece w  Nampo. Wtedy więcej mogłem się dowiedzieć, o  ilości wody przepływającej przez zaporę, tonażu statków, powierzchni pól, które zalano, czy ilości ryżu zebranego z  tego obszaru, niż o  sensie ekonomicznym tegoż przedsięwzięcia. Oczywiście 211 •


wszędzie i zawsze w takich przypadkach cytowano Wielkiego Wodza, pokazywano tabliczki z jego złotymi myślami wmurowanymi tu i ówdzie. Różnych danych podrzucanym nam przez naszych koreańskich opiekunów wypadałoby zapamiętać codziennie bardzo wiele. Jednak nie były nam do niczego potrzebne, więc nie zachowywaliśmy ich nawet na chwilę. Wolelibyśmy usłyszeć chociażby ilu mieszańców liczy zwiedzane miasto i jak się nazywa, jaki dominuje przemysł, co robią ludzie, jak spędza czas młodzież, jakie filmy są grane w kinach… Tymczasem kontaktów z  miejscowymi nie było wcale. Jeśli gdzieś podejmowano nas bankietem, to do każdego „polskiego” stolika dosiadał się milczący Koreańczyk (robotnik, młodzieżowiec), który nie znał nawet języka rosyjskiego. Po przemówieniach przy stole prezydialnym (zawsze takowy był) zjadaliśmy obiad i dalej w drogę lub na nocleg do hotelu. Raz – przy wspomnianej zaporze – zadałem pytanie przewodnikowi. O coś związanego z Wielkim Wodzem (nie pamiętam dokładnie). – Zapora ma 369 metrów, przepływa przez nią tyle wody, tonaż statków… – zaczął recytować. To ja ponownie. O Wielkiego Wodza pytam. – Zapora ma 369 metrów, przepływa przez nią… – gość nadaje. Zrezygnowałem. W  Phenianie mieszkaliśmy w  luksusowym hotelu „Korio”. Dwa razy po 40 pięter, w kształcie litery „H”. Mnie przypadł dwuosobowy pokój na 22 piętrze. Na samym szczycie dwie obrotowe kawiarnie, które pewnego razu ze względu na nas uruchomiono. W ciągu godziny pełny obrót. Na dole jakiś sklep, poczta, basen, sauna. Mogłem później porównywać ten luksus z hotelami w głębi kraju. Zazwyczaj były mniej luksusowe, ale często piękniej położone, zaskakujące jakimiś innościami. Na przykład w Kesong poczuliśmy po raz pierwszy, że grzeją podłogi. Oto fragment koreańskiego materiału na ten temat: „Działo się to o świcie pewnego listopadowego dnia 1955 roku, kiedy budowa wielokondygnacyjnego domu była w pełnym toku w Phenianie, stolicy Korei, gdzie wszystko było obrócone w  popioły i zgliszcza w wyniku wojny koreańskiej. Aby lepiej zrozumieć, jaki rodzaj domu ludzie chcieliby mieć, prezydent Kim Ir Sen złożył wizytę na budowie domu przy ulicy Rjunhwanson. Gospodyni domu gotowała właśnie śniadanie w kuchni. Zaskoczo• 212


na niespodziewaną wizytą w swoim domu, zapomniała wyrazić prostych słów powitania. Usprawiedliwiając się i przepraszając za swoją wizytę Gość przeprowadził z nią rozmowę, podczas gdy członkowie jej rodziny dopiero wstawali. Po uprzejmym zapytaniu, z ilu pokoi składa się jej mieszkanie oraz czy mieszkanie jest ciepłe, gdzie przechowuje węgiel, a gdzie marynaty w piwnicy, zachęcał ją, aby otwarcie opowiedziała o wszystkich niedogodnościach, jeżeli takie występują. Opowiedziała mu o swoich odczuciach, o tym, jak wielce szczęśliwa była, gdy niedawno przenosiła się do pięknego mieszkania z ziemianki. Słuchając jej prezydent dotknął swą ręką ściany chcąc sprawdzić czy jest ciepła. Powiedział: pokój może być zimny, jeśli w piecu nie napalono. I wówczas też dodał: pierwotnie kominki nie były używane w mieszkaniach Koreańczyków. Od najstarszych czasów żyli oni w mieszkaniach o podgrzewanych podłogach, tak więc są przyzwyczajeni do podgrzewanych podłóg. Powinniśmy zatem rozwiązać bezzwłocznie sprawę instalowania system podgrzewanych podłóg w domach mieszkalnych. W historii budownictwa mieszkaniowego było rzeczą bezprecendensową instalowanie podgrzewanych podłóg w  wielokondygnacyjnych domach mieszkalnych i wcześniej nikomu nie przychodziło to do głowy. Tegoż pamiętnego dnia prezydent zwołał naradę konsultacyjną pracowników budownictwa Phenianu i wydał im szczegółowe instrukcje, co do udoskonalenia pracy w dziedzinie budowy domów mieszkalnych, które by odpowiadały wymogom komfortu ich mieszkańców”. Tak ponoć pojawiły się w kraju podgrzewane podłogi. W Kesong, mieście mającym podgrzewane podłogi w hotelu (zapewne w innych też są, ale gdy byłem tam po prostu nie grzały), zatrzymaliśmy się głównie po to, aby podążyć 12 kilometrów dalej, do słynnego Panmundżon. To miejsce, gdzie znajduje się przejście graniczne między Koreą północną a  południową. Według moich obserwacji, wielu z naszych opiekunów, przewodników było w  tym miejscu pierwszy raz! Wobec nich zastosowano inne zabiegi niż wobec Polaków. Nam zabroniono w pierwszej fazie podróży do granicy fotografowania, notowania itd. Im zaś założono na rękawy czerwone opaski. Ponadto wszystkie nasze samochody i autobusy musiały zdjąć zupełnie tablice rejestracyjne. Pierwszy etap to był dojazd do strefy granicznej. Tam, w  budynku z  olbrzymią i  dobrze zrobioną makietą terenu, zapoznaliśmy się z sytuacją. Korea została podzielona w 1945 r. na dwie strefy okupacyjne: amerykańską i radziecką, stało się to zaraz po 213 •


usunięciu wojsk japońskich wcześniej tam stacjonujących, okupujących kraj. Umowna granica wpływów została ustalona wzdłuż 38 równoleżnika. Jednak pięć lat później doszło do wojny północy z południem. Na południu byli jeszcze wciąż Amerykanie stacjonujący pod flagą ONZ, wojska radzieckie wycofały się z północy. Wojna koreańska odbiła się echem na całym świecie, pokazywano nam w muzeum protesty publikowane w prasie na całej kuli ziemskiej. Polska przyjęła wówczas sporo koreańskich dzieci na wychowanie. Stąd na podstawie olbrzymiego, 140 metrowego pomnika idei Dżucze stojącego w  Phenianie wmurowana jest – obok wielu innych, zazwyczaj pamiątkowych – tablica z napisem „Otwock – miasto przyjaźni polsko – koreańskiej”. W 1953 roku podpisano wstępny rozejm, potem rozejm. Traktatu pokojowego natomiast nie podpisano do dziś. Stąd można mówić, iż w Korei dotąd mamy stan wojny. Właśnie na miejsce, gdzie podpisano rozejm, na miejsce, które dziś służy misjom wojskowym: polskiej, szwedzkiej, szwajcarskiej i  czechosłowackiej rozdzielającym i godzącym zwaśnione strony, byliśmy wiezieni. Początkowo – jak nam tłumaczono – strefa, gdzie mieszczą się misje była terenem wspólnym. Jakby takim neutralnym „bąblem” nanizanym na linię granicy. W bąblu, obszarze o średnicy około trzech kilometrów, można było się porozumiewać, kontaktować. Mowa o Amerykanach, Koreańczykach i przedstawicielach czterech misji. Jednak po kolejnym zadrażnieniu na granicy i tę strefę podzielono na dwie części. Zakaz notowania, fotografowania, którym nas objęto dotyczył obszaru od wjazdu do strefy, czyli od domu z  makietą, do centralnego punktu na samej granicy, czyli dużego pawilonu stojącego po stronie koreańskiej (z  tarasem widokowym). Analogiczny, choć nieco inny stylowo budynek stał u południowców. Na samej granicy, poprzecznie do niej, stał szereg siedmiu słynnych siedmiu pawilonów – baraków. Każdy w  połowie na północnej, a  w  połowie na południowej stronie. W tym miejscu można już było robić zdjęcia, chociaż zakazano oddalać się na więcej niż trzy kroki od grupy. Zdarzały się bowiem różne przypadki. Opowiadali Koreańczycy, jak kiedyś radziecki student, który był z całą grupą kolegów, rzucił się w pewnym momencie w stronę amerykańską z  okrzykiem: help me! Z  miejsca rozpętała się makabryczna strzelanina, a żołnierze pogranicznicy tam stoją od• 214


daleni od siebie o trzy, cztery metry. Z powodu głupoty jednego człowieka, pouczyli nam gospodarze, zginęło kilku żołnierzy. Granica to murek wysokości 5 centymetrów i szerokości około dwudziestu, biegnący od baraku do baraku. W tych lukach między pawilonami stoją żołnierze. Z jednej strony trzech chłopów w battle dresach i z typowo jankeskim uśmiechem na gębie żującej wiecznie gumę, z drugiej po trzech umundurowanych wyjściowo żołnierzy Korei północnej. Po tamtej stronie są też południowi Koreańczycy, umundurowani, jak Amerykanie, w przewiewne bluzy. – Zauważcie, że Amerykanie nie pozwalają na kontakt żołnierzy koreańskich z jednej i drugiej strony – mówili nam przewodnicy! I pokazali, „jak to działa”. „Nasz” żołnierz powiedział coś do południowego Koreańczyka, tamten odpowiedział. Ku naszemu zdumieniu, w tym momencie podszedł amerykański dowódca i południowca odesłał poza granicę. – Widzicie! Naród koreański chce się porozumieć, ale uniemożliwiają to Amerykanie i ich marionetki w Seulu – skomentowali „nasi”. Często to jeszcze słyszeliśmy. Do jednego z baraków można było wejść. Wewnątrz stał stół dzielący długi pawilon na dwie części. Na nim mikrofony. Kable mikrofonowe wyznaczają właśnie granicę w  czasie dysput. Mogliśmy ją przekroczyć. Po prostu w czasie takich wycieczkowych wizyt zamyka się drzwi wejściowe w przeciwległej, szczytowej ścianie pawilonu i każdy te 5 – 6 metrów mógł zagościć w Korei południowej. Bez fotek się nie obyło. Także po wyjściu na tle amerykańskich „bojców”. W tym czasie wydarzyła się ciekawa historia. Otóż po drugiej stronie granicy wysiadła wycieczka białych. Podeszli do owych murków granicznych. Dzieliło nas raptem 7 – 8 metrów. Patrzyliśmy na siebie najpierw zaskoczeni, potem zażenowani. Zrobiło się głupio, mimo, że my i oni w grupie, że widzimy się pierwszy i ostatni raz w życiu. Błyskawicznie rodzi się refleksja o bezsensie wojny, nienawiści oddzielającej od siebie ludzi, a nic złego do siebie nie czujących, może nawet życzliwych wobec siebie. Tymczasem ten pas, ta sytuacja i konkluzja, że tam są „oni”, a tu „my”. Gdy to się widzi z bliska – czuje się zupełnie inaczej, niż gdy wypowiada się z mównicy gładkie frazesy o pokoju. Ale rozchodzimy się wreszcie. Nas gości jeszcze wojskowy przewodnik tego terenu, major. Odpowiada na pytania. Okazuje się, iż wbrew miłemu nastrojowi wcale nie jest tu tak sielsko. 215 •


W tym tygodniu, tuż przed naszym wyjazdem, była strzelanina. I tak jest często. – Od chwili zawarcia rozejmu, wzdłuż całej granicy zdarzyło się ponad 80 tysięcy! incydentów zbrojnych, tzn. takich, kiedy padały strzały, a często ludzie – mówi major. Szokuje nas. Na zakończenie otrzymujemy pamiątkowe książeczki i foldery. Otwieram zaraz: na jednym ze zdjęć historyczna sytuacja przed barakami. Smutna, ale ponoć częsta tu uroczystość, żołnierze jednej strony – przy pomocy czterech misji wojskowych – przekazują sobie poległych. Właśnie w jednym z tych 80 tys. incydentów zbrojnych. Przez długi okres w Korei północnej, która uważa się za prawowite państwo koreańskie, za stolicę uważano Seul, dziś 5-milionową metropolię. Tak bowiem wskazywała historia. Dopiero niedawno nastąpiła zmiana w konstytucji KRL-D. Odtąd stolicą jest Phenian. Jadąc po drogach Korei, zwłaszcza zbliżając się do granicy, zauważałem coraz liczniej ustawione wzdłuż szos hasła (prawdopodobnie – bo języka nie znam) o  potrzebie jedności obu państw. Ilustrowały to olbrzymie rysunki symbole: dziewczynka z  północy podaje rękę bratu na południu. Koreańczycy chcą się zjednoczyć. Przeszkodą są jednak wojska amerykańskie, jak często powtarzali nasi gospodarze Wzdłuż granicy liczącej ponad 200 km zgromadzono ponoć najwięcej na świecie środków jądrowych przypadających na kilometr kwadratowy powierzchni. Tymczasem miliony koreańskich rodzin są rozdzielone. Kontakty raczej sporadyczne. Jeżeli już mówić o kontaktach to raczej KRL-D z  obywatelami japońskimi koreańskiego pochodzenia. Spotykaliśmy ich nawet często. Bywało, iż w  trakcie zwiedzania Phenianu nasze drogi się krzyżowały. Zresztą mieszkali także w  hotelu „Korio”. Z  niepewnych informacji uzyskiwanych w hotelowych rozmowach wynikało, że są to często południowcy, którzy nie wydzierżyli w Korei południowej i uciekli do Japonii. Tam żyją, pracują, często prowadzą niezłe interesy, skoro później fundują KRL-D dary do szpitali itp. Poczuwają się do więzi z krajem, ale za takowy uznają ponoć KRL-D. Tak przynajmniej nam tłumaczono. Dzięki tej grupie KRL-D utrzymuje stosunki gospodarcze z  Zachodem. Czyli ze swoimi braćmi z  Japonii (indywidualnie – przemysłowcami), w niektórych wypadkach należałoby chyba rzec, byłymi Koreańczykami południowymi. • 216


Jak widzą południowców ludzie z północy półwyspu? Podobnie jak w wielu innych wypadkach miałem mało okazji, żeby się dowiedzieć czegoś więcej. Informacje uzyskiwało się przypadkowo, w przelocie, bariera językowa, której nie dane mi było pokonać praktycznie niwelowała wszelkie możliwe kontakty osobiste. Powtarzano często propagandowe hasła – myślę tu o przewodnikach, osobach oprowadzających po muzeach, punktach kultu – że zjednoczeniu przeszkadzają Amerykanie, że bracia z południa chętnie połączyliby się z nimi, ale mają nad sobą marionetkową dyktaturę. Pobyt w  Kesong nad granicą obu państw koreańskich dawał jeszcze jedno porównanie, dotyczące otwarcia na świat, choćby na sąsiadów. Otóż mieszkając przez cały czas pobytu najczęściej w  Phenianie, w  hotelu „Korio”, miałem okazję oglądać tamtejszą, jedynie oficjalną telewizję lub słuchać radia. Telewizja miała dwa programy, radio więcej, w  tym program hotelowy. Oprócz wiadomości dziennika, w  których polska grupa często widywała na migawkach filmowych siebie, prezentowano sporo programów publicystycznych, bywały też muzyczne (czyli ludowe pieśni śpiewane operowymi głosami), a także filmy. Ich treścią były najczęściej problemy Północy i  Południa (ambitna dziewczyna z Północy, często policjantka, jakaś aktywistka, przyłapywała na gorącym uczynku szpiega z Południa. „Nawracała go” albo oddawała w ręce władz, czasem jedno i drugie razem), poza tym sprawy bezpieczeństwa wewnętrznego, bumelanctwa. W hotelowym kinie zaprezentowano kiedyś polskiej grupie specjalnie dla niej wybrany film o bohaterskiej obronie strategicznej wyspy. Kompania – zdaje się – żołnierzy broniła tego ważnego punktu przez trzy dni, do chwili, gdy na tyłach nastąpiły przegrupowania. Grupka odpierała ataki lotnictwa amerykańskiego, floty morskiej złożonej z  pancerników i  innych okrętów wojennych, wzięła nawet do niewoli jeńca, który dopiero wówczas „przejrzał na oczy”, zrozumiał, jak niesłuszną wojnę prowadził. Oczywiście zginął. Filmy (ten i  te w  telewizji) przeładowane były propagandą, tanim dydaktyzmem i  realizmem. Unieruchomione obrazy widziane w  kinie miałem możność oglądać w  innych miejscach  – powielane do nadnaturalnej wielkości – stały wzdłuż dróg. Przedstawiały krzyczącego żołnierza idącego do szturmu, uciekających 217 •


imperialistów amerykańskich. Z prezentu – „Przewodnika po Koreańskim Studio Filmowym” w  Phenianie (w  wersji angielskiej i francuskiej) wynika, że tematyka wojenna, ściślej: wojny koreańskiej, dominuje w kinematografii. Zresztą nie tylko w tej dziedzinie sztuki. Oto niektóry tytuły filmów fabularnych: „Gwiazda Korei”, „Morze krwi”, „Nieznani bohaterowi”, „Lojalnie serce”. Wracam do porównania w Kesong. Mieliśmy wówczas okazję oglądać – dzięki bliskości granicy – programy telewizji południowokoreańskiej. Były, zdaje się, trzy koreańskie plus jeden amerykański. I co? Oglądało się je jednak zupełnie inaczej, normalniej, zwłaszcza, że trafiliśmy na zawody sportowe. Południe – być może ze względu na stacjonujące tam wojska amerykańskie, może ze względu na większe otwarcie – stosują np. dwujęzyczne napisy, koreańskie i  angielskie, co pozwala przynajmniej z  grubsza, zorientować się w  treści programów. Akurat pokazywano igrzyska azjatyckie, więc w  tym przypadku podpisy pod sylwetkami

A to jest słynne zdjęcie całej polskiej grupy z Wielkim Wodzem. Żeby wykonać tę fotę musieliśmy brać udział w kilku próbach ustawienia w hotelu. Każdy miał wyznaczone stałe miejsce. Dopiero następnego dnia, a może i kolejnego, pojechaliśmy do tajemniczej siedziby Kim Ir Sena, żeby nam zrobioną tę fotkę. Dostaliśmy ją wszyscy w dużej kopercie w czasie pożegnania z Koreą. Ponieważ nie cierpię krawatów, jako jedyny tuż przed pstryknięciem rozchełstałem się, co zostało utrwalone.

• 218


zawodników oraz uzyskane przez nich wyniki były szczególnie ważne dla widza. Na innym programie pokazywano akurat interesujący film popularnonaukowy o powstawaniu życia i cywilizacji na Ziemi, był w wersji anglojęzycznej. Północna Korea jest pod tym wzglądem – myślę o wszelkiego rodzaju informacji – niesamowicie hermetyczna, istniejąca tylko dla siebie. Rzadkie tablice drogowe przy szosach, nazwy miejscowości, nazwy poszczególnych punktów w  miastach wyłącznie w  języku koreańskim. Podobnie prasa, którą znajdowaliśmy rano rozłożoną na hotelowych stolikach w chwili wyjścia do miasta. Lecz gdzie ją można było nabyć – tego nikt nie powiedział. Oczywiście w hotelu znajdowały się (leżały sobie) ilustrowane czasopisma, nawet po angielsku, francusku, niemiecku, ale były tam „od niepamiętnych czasów” i, można podejrzewać, tylko dla gości hotelowych. Zresztą dotyczy to tylko hotelu „Korio”, w innych nie było żadnej prasy. Ani koreańskiej, ani koreańskiej dla zagranicy. W  czasie przeszło dwóch tygodni pobytu zauważyłem tylko kilka (sic!) napisów w pisowni europejskiej. Hotel „Korio”, sklep „Foto” – to w Phenianie (w windzie hotelowej widniały na przyciskach jedynie „krzaczki”, litery pisma koreańskiego; jak się ratować w razie awarii?) oraz w portowym mieście Nampo aż trzy zewnętrzne szyldy na sklepach z  wyposażeniem marynarskim, w restauracji i gdzieś jeszcze. A więc informacje były – ze strony naszych gospodarzy – skromne, i  to bardzo skromne. Wielu z  naszych przewodników nawet nie przedstawiło się nam, nie wiadomo było jak ich wołać (znali rosyjski, angielski więc można było się porozumiewać od biedy). Kładliśmy to na karb specyfiki tego kraju. No i oczywiście ustroju tylko z nazwy ludowo-demokratycznego. W rzeczywistości chyba najbardziej totalitarnego na świecie. Dla nas są to sprawy mocno niezrozumiałe. Jednorazowy pobyt niezbyt mógł się przyczynić do zrozumienia, do przybliżenia kultury, tym bardziej, że gospodarze nam tego nie ułatwiali. Tasi Hannasida!

219 •


*** kiedyś w moim mieście była milicja ny a drugi bank spółdzielczy apteka jeden czyn e jow kole rce zniszczony kościół dwa dwo wolności ców stań pow targowisko na rynku pomnik a rzek ie płyn księgarnia i płynęła i wciąż enie jest jezioro słowem typowe wyposaż ieczu niow śred w i małego miasta z korzeniam marketów ków ban k apte teraz gdy przejeżdżam obok nawet było przy ł szkó nie ogarniam ich bo i po co nika pom uje brak nie jest sygnalizacja na ulicach czą drep i sam wojtyły tylko ludzie wciąż ci łej niezrozumiale w pajęczynie nietrwa pamięci 2013


Nigdy od ciebie miasto… Obraz mojej miejscowości w  literaturze pięknej. Takie zadanie postawiono przede mną w 2010 roku, przed kolejnym Majem pod Magnolią, jaki odbywa się od lat w Żarach. Wobec czego usiadłem do komputera.. Zaczęło się od literatury historycznej, a  na piękną – jeśli za takową ją uznać – przyszło czekać jeszcze… kilkaset lat. Z 1231 roku pochodzi pierwsza pisana wzmianka o Zbąszyniu. Kasztelan zbąszyński Czcirad (Ciecierad) został wówczas wymieniony jako świadek darowizny kantora gnieźnieńskiego Sędziwoja dla klasztoru we wsi Obra. Na marginesie – cysterski klasztor w  Obrze i wydarzenia z nim związane, czyli pewnego rodzaju bunt zakonników (tyle, że kilkadziesiąt lat po wspomnianej dacie), znalazły się w literaturze polskiej dzięki Teodorowi Parnickiemu. Wykorzystał ciekawe wątki w  erudycyjnym dziele pt. „Tylko Beatrycze” (polecam!). Niestety, nie zechciał „zauważyć” przy tej okazji mojego miasta…

Papież nurzałkowski Pośrednio, dzięki swej osobie, wprowadził Zbąszyń do literatury Marcin Czechowic, wybitny polski arianin, zwany papieżem nurzałkowskim (chodziło mu o chrzest poprzez zanurzenie), syn zbąszyńskiego kościelnego. Książkę monograficzną o  nim, pt. „Marcin Czechowic (1532 – 1613). Studium z dziejów antytrynitaryzmu polskiego XVI wieku” (PWN, Warszawa 1964), napisał i podarował mi prof. Lech Szczucki z PAN. Otóż Czechowic jako pierwszy przełożył na język polski Biblię… wierszem. Nigdy tego tłumaczenia w ręku nie miałem, ale „w ciemno” uznaję i odnotowuję trud krajana. To by oznaczało pierwszy ślad w literaturze polskiej związany z grodem Zbąskich. Jak później i na ile sposobów miasto trafiało do literatury pięknej, tego nie wiem, gdyż nie zajmowałem się tą tematyką, nie badałem jej. Na pewno wciąż było obecne w literaturze historycznej, już to poprzez autorów wywodzących się z  grodu nad Błędnem (słynna „Anatomia Rzeczypospolitej” Stefana Garczyńskiego,


właściciela zamku i  tzw. klucza ziemskiego), już to poprzez monografie z okresu zaborczego i późniejszego (Niemiec O. Jonas „Bentschen. Stadt und schloss”; Bentschen 1909, Józef Krasoń „Zbąszyń do przełomu wieków XVI i  XVII”; Zbąszyń 1935). Lecz w historię nie ma się co zagłębiać, to oddzielny i bardzo obfity wątek, zwłaszcza ciekawy byłyby okres husytyzmu i reformacji, gdyż wyróżniali się na tym polu – i to w skali kraju – pierwsi prywatni właściciele, Zbąscy.

Inferno w Zbąszyniu Trzeba jednak koniecznie odnotować w historycznym szyku oddźwięki (może nawet były literackie) na wydarzenia, jakie dotknęły miasto w 1938 r. Warszawski naukowiec prof. Jerzy Tomaszewski napisał o  tym książkę pt. „Preludium Zagłady” (PWN, Warszawa 1998). Odtąd zdarzenia z 1938 r. zaczęto nazywać w ten właśnie sposób. Co się wówczas stało? III Rzesza postanowiła wydalić ze swego terytorium Żydów z  obywatelstwem polskim. Zebrała ich i  różnymi sposobami, w ciągu dwóch, trzech dni fizycznie wyrzuciła. Zaczęło się 28 października 1938 r. Hitlerowcy dowieźli pociągami, samochodami, doprowadzili pod bagnetami polskich Żydów do granicy i przez nią przegnali. Z  ok. 17 tys. osób wyłapanych na obszarze hitlerowskiego państwa aż 9 tys. trafiło do granicznego wówczas Zbąszynia. Liczące 5 tys. mieszkańców miasteczko w  parę godzin powiększyło swój stan ludności niemal trzykrotnie. Tyle, że nie miało tych ludzi gdzie przyjąć, co z  nimi zrobić; np. 700 osób przebywało w ujeżdżali dawnych koszar wojskowych w nieludzkich warunkach. Edward Mitzner, przedwojenny dziennikarz, socjalista, opisał to w  reportażu pt. „Inferno w  Zbąszyniu”. Inferno czyli piekło. Tekst młodego działacza PPS, jednocześnie redaktora naczelnego „Dziennika Ludowego”, ukazał się w gazecie jeszcze w 1938 r. O tej sytuacji wiele napisano w prasie polskiej i zagranicznej. Czy powstały dzieła literackie lub choć gdzieś w  poezji, prozie wzmiankowano Preludium Zagłady? Wydaje się to niemal pewne, choć nie znam przykładów. Jednakże Zbąszyń – choć na krótko – stał się znany w całym świecie. O mieście wspomniał „New York • 222


Times”, fakty z  granicy odnotowała (gdzie?) Zofia Nałkowska. Materialne pamiątki są w  Muzeum Yad Vashem w  Jerozolimie, a hasło „Zbąszyń” zajmuje wiele miejsca w Encyklopedii Holokaustu. Poprzez Preludium Zagłady, a potem jego skutki („Kryształowa Noc” w III Rzeszy) graniczny ośrodek wszedł do historii Europy. Po latach, w 2012 r. wydał o tym piękną książkę Wojciech Olejniczak – „Do zobaczenia za rok w Jerozolimie”. Ów dramatyczny rok 1938 oznacza też związki ze Zbąszyniem wielu wybitnych i znanych postaci ze świata polityki i literatury. Oto ważniejsze: * wśród wygnańców była rodzina Herszela Grynszpana, wtedy studenta w Paryżu. Na wieść o deportacji najbliższych (otrzymał od ojca kartkę ze Zbąszynia) Herszel zastrzelił radcę ambasady III Rzeszy w Paryżu. Dało to Goebbelsowi pretekst do urządzenia w Niemczech słynnej „Kryształowej Nocy” z 9 na 10 listopada 1938 r.; * po 28 października 1938 r. w  kraju zaczęły się organizować komitety pomocy Żydom „zbąszyńskim”, a do miasta przybył Emanuel Ringelblum, znany później z tego, że stworzył podziemne archiwum getta warszawskiego, uznane potem przez UNESCO za światowe dziedzictwo kultury; * Marek Edelman, ostatni dowódca powstania w getcie warszawskim wspominał, iż w 1938 r. działał w Warszawie w komitecie pomocy rodakom przebywającym w Zbąszyniu; * w grupie Żydów, którzy najwcześniej opuścili miasto był, młody wówczas, Marcel Reich Ranicki, wybitny krytyk literacki, zwany często papieżem niemieckiej krytyki, zmarły niedawno. Warto by kiedyś pójść tymi tropami.

Są wyraźne ślady Dawno temu, w swoim „młodym czasie”, po amatorsku starałem się dokumentować różne fakty, w tym literackie, związane z moim miastem. Sięgam do zakurzonych teczek przewiązanych wstążką i przechowywanych w szafie, w szufladach. I proszę, jest karteczka z odręcznymi notatkami z tamtych lat. Że Jarosław Iwaszkiewicz w „Podróżach do Polski” (Wydawnictwo Alfa 1987, wyd. IV) na s. 135 coś odnotował o  Zbąszyniu (ale co?). Podobnie Adolf 223 •


Rudnicki w  „Krakowskim Przedmieściu pełnym deserów” (Warszawa 1986, PIW; s. 57, 59, 61 i 62 – sporo tego). Dwie wielkie postacie literatury. Może w innych teczkach zapisałem coś jeszcze na karteluszkach, fiszkach, ale nie piszę tu opracowania naukowego tylko snuję swobodne refleksje, więc daruję sobie dalsze szperanie. Zresztą to tylko przypadkowe literackie odpryski dotyczące miasta, których zapewne znalazłoby się dużo więcej, gdyby ktoś systematycznie zbadał każdy zbąszyński ślad w polskiej lub światowej literaturze. Mnie młodemu wpadły pod długopis i  uwagę akurat te strzępki literatury. Marginalne, zachowane nie z powodów naukowych, a  raczej sentymentalno-patriotycznych. Teraz pora na młodych patriotów. Jeśli są… Upłynęło sporo wody w  Obrze. Kilkanaście lat temu „w  ramach rozpoczętego cyklu zdarzeń kulturalnych, dzięki staraniom Barbary Wójcik i Roberta Kamińskiego – dyrektora Zbąszyńskiego Ośrodka Kultury” wydano serię tomików poetyckich napisanych przez miejscowych autorów. Tytuł serii, która pojawiła się w 1996 r. – „12 łabędzich piór”. Każdy zbiorek miał nakład 50 egz., a  całość pomysłowo zamknięto w  czerwonym pudełku. Wśród 13 autorów: Małgorzata Nowak „Biegnąc przed siebie”, Mateusz Maćkowski „Okruchy z  mojego życia”, Aleksandra Maćkowiak „Okno”, Róża Marta Wójcik „Na poduszkach mchów”, Agnieszka Piątkowska „Na schodach późnego popołudnia”, Agnieszka Witkiewicz „Zaczarowane słowa”, Tomasz Szczepański „Krople rosy”, Bogdan Grychta „Droga”, Alina Grychta „Gdyby tak można było”, Waldemar Chwałkowski „Moje wnętrze”, Monika Filipowicz „Samotność”, Katarzyna Trochanowska „Za kwadrans zima”, Anna Zegar „Twój obraz”. Nie były to „porażające” dzieła poetyckie, ale liczyła się inicjatywa. Napisałem i umieściłem gdzieś recenzję tych utworków. Szkoda, że pomysł na tym się urwał. Nie wiem, jakie są dalsze losy nieznanych mi w większości młodych poetów. Raczej już nie tworzą bo bym słyszał coś o tym… Warto jeszcze – poniekąd dla kontrastu wiekowego i warsztatowego – wspomnieć przedwojennego autora, jeśli idzie o rocznik, ale współczesnego, gdy mowa o sprawności pióra. Nie pamiętam już dlaczego przysłał do mnie swój pierwszy list przyszywany wrocławianin Aleksander Koehler. Syn przedwojennego zbąszyń-

• 224


skiego aptekarza, który miał w głowie nie tylko urokliwe wspomnienia (jako tzw. wyższa sfera ówczesnego miasta jego rodzina była zaprzyjaźniona ze wszystkimi znaczącymi rodami, w  tym z hrabią Bernardem Skórzewskim, którego pałac stał ledwie 100200 m od apteki na Rynku; nota bene apteka „Pod Orłem” stała przed wojną i stoi do dziś tak, że zawsze widziałem ją z okien swego mieszkania), ale i potrafił budować świetne, lekkie zdania. Spotkaliśmy się kiedyś u mnie w ogrodzie i spędziliśmy czas na długich, wspaniałych rozmowach. Zaproponowałem mu pisanie literackich gawęd do miesięcznika „Zbąszynianin”, który zresztą w  końcu lat 80. wymyśliłem i  prowadziłem. Z  tego powodu w pewnym momencie na lokalnych łamach zaczęły się pojawiać naprawdę świetne opowiadanka Koehlera. Sugerowałem autorowi wydanie ich w książce. Niestety, już nie sfinalizowaliśmy tego pomysłu… Jakiś czas temu, w antykwariacie lub na wyprzedaży, trafiłem na zaskakującą książkę pt. „Cisza znana tylko piłkarzom”. Rzecz wydana przez „Iskry” w 1985 r. jako pierwsza nagroda w konkursie „Iskier” na debiut prozatorski. Dlaczego zaskakująca? Czemu ją odnotowuję? Na czwartej stronie okładki widnieje zdjęcie autora z wędką. To Stanisław Dzięciołowski urodzony 24 lipca 1934 r. w Zbąszyniu. Próbowałem go odnaleźć – nie udało się. Nie wiem czy jeszcze coś napisał. Zapewne tworzeniem literatury pięknej wśród zbąszyńskich ulic zajmują się jeszcze inni. Widziałem, zdaje się dwie, wystawy wierszy Katarzyny Kutzmann-Solarek. Ale chyba nie wydała swych utworów drukiem. Znam z przyczyn oczywistych jeszcze jedną osobę, która ma spory dorobek literacki, w  tym utwory związane ze Zbąszyniem. Mój brat, Marian Kurzawa, wydał swój pierwszy zbiorek wierszy „Kręcić śrubami przy niebie” prawdopodobnie w latach 80., niestety nie ma w książce roku wydania, a nie chce mi się dzwonić do Konina, żeby zapytać. Potem wyszły tomiki pt. „Zobaczyć śpiącego w rowie diabła” (Konin 1997), „Nawracanie na istnienie” (Konin 2006) i „21 piosenek o Koninie” (Konin 2009). Natomiast w  roku 2000 ukazała się dobrze przyjęta przez krytykę książka prozatorska „Kukła”. Pozytywną recenzję w „Twórczości” wystawił jej Henryk Bereza. W Zbąszyniu chyba nawet nikt o tym nie wie…

225 •


Zaczęło się od legend i historii Tak to ujął, pisząc o  swoim akademickim Wilnie, Czesław Miłosz: „Nigdy od ciebie, miasto, nie mogłem odjechać Długa była mila, ale cofało mnie jak figurę w szachach. Uciekałem po ziemi obracającej się coraz prędzej A zawsze byłem tam” Podobnie i  ja mógłbym napisać o  sobie i  Zbąszyniu. To wciąż jest aktualne w sensie myślenia i zachowania swojej małej ojczyzny w głowie, w pamięci. Mimo, że miasto jak może mnie odpycha… Chcę teraz powiedzieć o  swych inspiracjach literackich związanych z  małą ojczyzną i  moim, prywatnym obrazie miasta zapisanym w  wierszach. W  czasie, gdy od urodzenia mieszkałem w kamienicy na Rynku, długo nie zdarzało się nic, co przełożyłoby się na zapisy literackie. Zapewne chciałem coś naskrobać, ba, pamiętam, że tworzyłem pod wpływem kolegów jakieś uczniowskie, grafomańskie opowiadanka, ale na szczęście nie zostały zachowane… Jeszcze w  podstawówce mój nauczyciel historii, a  potem wychowania obywatelskiego, Zdzisław Linkowski (potem wieloletni dyrektor Muzeum Okręgowego w  Gorzowie Wlkp.) zainicjował wśród uczniów zbieranie zbąszyńskich legend. Kazał wypytywać dziadków, babcie, krewnych, sąsiadów o ciekawe przekazy, notować, a  potem odczytywać je na lekcji. Sam nic specjalnego nie znalazłem, choć pamiętam, że w Przyprostyni z kolegami zaczepialiśmy ludzi na ulicy dopytując o wysadzenie chyba w 1905 r. fundamentów zamku Zbąskich i  Garczyńskich przez ówczesną niemiecką właścicielkę Hedwig von Klitzing. Po latach, już na studiach, postanowiłem ocalić od zapomnienia tamte legendy i poprosiłem Linkowskiego o udostępnienie ich w celu opracowania do druku. Tym sposobem wszedłem w posiadanie szkolnych rękopisów koleżanek i  kolegów z  prawem wykorzystania. To co z nich zrobiłem w pierwszym odruchu nie było jeszcze literaturą. Ważne jednak, że zapisy legend ukazały się w „Kalendarzu zielonogórskim” na 1980 rok, wydanym przez Lubuskie Towarzystwo Kultury w 1979 r. Potem legendy zbąszyńskie, już w poszerzonej, bardziej literackiej wersji, ukazały się w „Szkicach zbąszyńskich” (wydawca: Zbąszyńskie Towarzystwo Naukowo-Kulturalne, Zbą• 226


szyń 1989). O ostatnie wersje legend toczyłem zresztą potem procesy w sądach, gdyż splagiatowano moją ich wersję bez podania nazwiska autora. Kalendarzowe wydanie legend ukazało się poniekąd na moje pożegnanie z  Zieloną Górą, gdyż w  1980 r., po studiach, wyjechałem do pracy na wschód, wpierw do Suwałk, a w 1986 r. przeniosłem się do Białegostoku. Tam, pod koniec lat 80. znalazłem się w  wirze ówczesnych przemian społecznych. Zarówno na wschodzie Europy, jak i  na zachodzie kraju. Stąd z  jednej strony moja działalność w Towarzystwie Przyjaciół Grodna i Wilna, nawiązanie kontaktów z Wilnem, a z drugiej coraz częstsze spoglądanie na to, co dzieje się na zachodzie, głównie w mojej małej ojczyźnie. Dlatego w  Białymstoku, co zakrawa na paradoks, założyłem (wspólnie z kolegą Zenkiem Matuszewskim mieszkającym w Zbąszyniu) pismo obywatelskie „Zbąszynianin”. Pierwszy numer ukazał się z datą „październik 1989”. Chyba przypomniało w latach 90. moim kolegom nad Obrą, że gdzieś istnieję. A objęli oni wówczas w Zbąszyniu ważne role rajców, burmistrza, stali się działaczami obywatelskimi. I szybko zwrócili się do mnie o przygotowanie propozycji zmiany nazw ulic z  „niesłusznych”, na „słuszne”. To był chyba ów pierwszy po latach impuls „z domu”, tak potężny, że spowodował wybuch poezji i późniejszy powrót za wschodu na zachód. Ale po kolei. Nazwami ulic interesowałem się już wcześniej, napisałem o nich do pierwszego numeru „Zbąszynianina”. Być może właśnie to wzbudziło zainteresowanie w kręgach nowej władzy samorządowej i dlatego w pewnym momencie w mieszkaniu w Białymstoku zadzwonił telefon. Padła wręcz oczekiwana przeze mnie oferta kolegów-rajców: przygotuj propozycję nowego nazewnictwa ulic. Siadłem i  przez kilka tygodni, a  może i  miesięcy zaciekle pracowałam, wgryzając się w stare mapy i materię historyczną, dzwoniąc do Linkowskiego. Powstało z tego poważne studium. Nie chodziło mi bowiem o „rzucenie na ulice” modnych patronów, powiedzmy Piłsudskiego czy Wojtyły, ale o systemowe, logiczne odtworzenie średniowiecznego nazewnictwa. I  to się udało. Rada miejska zgodnie „zaklepała” – dziś nie do pomyślenia – kilkadziesiąt propozycji. Tak pojawiła się, a raczej wróciła główna ulica Senatorska, ale i po raz pierwszy od średniowiecza pojawiły się: Zaułek Ramów Sukienniczych, Zaułek Łaziebny, Zaułek Sądowy, ul. Przemieście św. Wojciech. 227 •


Poniekąd na marginesie prac studyjnych (a może było odwrotnie? dziś tego nie pamiętam) urodził się wiersz właśnie o ulicach: *** ktoś Wielką (lub Pospolitą lub Wspólną) zdążał do bramy na Starym Moście inna wyprowadzała do Rajewa na szlak ku Łużycom do Europy kto zostawał tu pragnął kości złożyć nie chciał zobaczyć i poznać Kaffy Konstantynopola złotego Rzymu chodził Kozią Kaczą do łaźni dumniej Kapłańską może do szkoły a w rozrywającym bólu Cmentarną czy Świętomikołajską obok sędziowskiego domu zwykle zaś spieszył Poprzeczną Małą w interesie Ramów Sukienniczych lub Starego Mielcucha w jarmarki ożywał Rynek w niedziele kościół przy nim i kaplica zamkowa i kościoły za rzeką świętego Krzyża albo świętego Mikołaja omijając szpital na Przedmieściu święty Wojciech wychodziło się do Strzyżewa Strzyżewską Wolsztyńską na strzelnicę bractwa Borujską Świętokrzyską Kolesińską do świata świat był tam ale przede wszystkim tu I raptem zaczęły się ze mnie wylewać się falami wiersze, nazwijmy je zbąszyńskie. Pisałem, pisałem, a wszystko to niemal bez poprawek zostawało na papierze. Nie mogę sobie przypomnieć jak długo trwał ów natchniony „zapis” (taki tytuł nosił późniejszy tomik), zdaje się tylko kilkanaście dni. Tematy wierszy dotyczyły historii, ludzi, miejsc, miejscowych heretyków, ale i  oczywiście mnie i moich refleksji. Wiersze zostały utrwalone w  książkach i  w  prasie. Pierwszy zbiorek pt. „Nad Błędnem i Obrą – wiersze zbąszyńskie” ukazał • 228


się (chyba w  styczniu) 1989 r. staraniem wspomnianego kolegi jeszcze z czasów szkolnych, Z. Matuszewskiego. Zdaje się, iż z tym tomikiem pod pachą odbyłem podczas jednej z wizyt w domu rodzinnym spotkanie w  szkole podstawowej lub powstającym liceum. W  tym samym roku ukazały się wspomniane już „Szkice zbąszyńskie” (wydało Zbąszyńskie Towarzystwo Naukowo-Kulturalne, któremu prezesował oczywiście Matuszewski), a  w  nich jako przerywniki kilka z tychże wierszy. Główne wydanie „Zapisu” pochodzi z 1990 r., ukazało się w Białymstoku (nakładem Wojewódzkiego Domu Kultury), ale zawierało sporo błędów i do dziś bardziej mnie wkurza, niż cieszy. Dlatego najbardziej jestem zadowolony z II wydania, poszerzonego, ładnie oprawionego graficznie przez Krzysztofa Rożka, wydanego w 1996 r. w Zbąszyniu dzięki wsparciu innego kolegi z lat szkolnych, Romana Szczepaniaka. Tomik zbąszyński to jedyna moja książka, która miała dwa wydania. Pozostałe 15 zbiorów wierszy i wszelkie inne pozycje książkowe kurzą się w  archiwum po jednym wydaniu. Cóż, taki los poety, autora. Istotne jednak, jak mi się wydaje, jest to, że miejscowość, z której pochodzi pisarz, twórca, może być dla niego inspiracją. Ważne, żeby zechciał wykorzystać płynące z rodzinnych stron fale emocji. Mnie się to udało. Lecz rodzą się pytania. Czy kogoś w małej ojczyźnie poety obchodzi, interesuje to, co „produkuje” poeta? Czy sam poeta jest ważny w miejscu i dla miejsca, które opisuje, ba, opiewa? Odpowiedź jest krótka: w moim przypadku – nie. Wilkanowo – Żary, 13 września 2010 roku

229 •


*** y unieważnił zwyczajnie wkurza mnie świat któr mojego życia tów tyle niepowtarzalnych fragmen twa które cińs dzie z na przykład pożółkłe zdjęcia acji sytu isem zap e są jedynym cennym dla mni u ieńc kam w ku ja z mamą na wiejskim podwór i azk obr e mni ą tymczasem dziś gdy zalewaj mosu z telefonu komputera migawki z kos cia zdję nawet nie chce się pstryknąć w ważnym momencie bo i po co i czy ta chwila jest naprawdę ważna lub czasopisma i książki na półkach mać przecież się tylko kurzą na co je trzy e taki e inn i w domu skoro mam google


Brak ołowiu w dupie, czyli list do przyjaciela o przypadłościach inteligenta w późnym wieku Andrzej, przyjacielu, czytam właśnie esej naszego wspólnego znajomego, profesora Janka Kurowickiego, lecz na marginesie tej lektury czuję wzbierający we mnie lęk. Nie wiem czy jest on tak ważny, że warto go ,,sprzedawać” publicznie, w Twoim piśmie, decyzję zostawiam Tobie. Być może w tym, co chcę Ci przekazać jest coś istotnego, opis jakiejś przypadłości początku XXI wieku dotykającej (niektórych?) ludzi pióra, osobników skazanych na zawodowe poniekąd używanie rozumu, a może nie. W tym drugim przypadku najlepiej potraktuj tę pisaninę jako rzecz prywatną i dołącz do moich listów pisanych do Ciebie od wielu dziesiątków lat. Kurowicki pokazuje w  eseju drukowanym na łamach ,,Autografu” swoją ,,leniwość”; siedzi w piżamie, pije trzecią kawę i od niechcenia ,,wklepuje” do komputera swoje mądrości. To tylko jeden z wielu przykładów jego ,,lenistwa”, znam ich więcej, choć na pewno nie wszystkie. Ogarnąć bowiem trudno kolejne książki, wystąpienia, aktywność kulturową i filozoficzną. Skąd się mu się to bierze? Pomijając inne, z pewnością poważniejsze motywy (lecz dla mnie tu akurat mniej istotne), powodem publicystycznego istnienia Kurowickiego jest – jak mi sam kiedyś zdradził – ,,ołów w  dupie”. Tego mu zazdroszczę, ale też to właśnie budzi mój potężny egzystencjalny niepokój co do intelektualnych losów mnie samego. Żeby uzmysłowić Ci, o  co idzie, zresztą również sobie, przypomnę pewne zaszłości. Ponieważ znasz mnie jeszcze z czasów, gdy byłem studentem, wiesz, iż miałem niemal zawsze pewien rodzaj nadczynności, którą można zakwalifikować jako aktywność o charakterze kulturotwórczym. Życie młodzieńca – jakkolwiek toczyło się (w czasie, gdy się poznaliśmy i potem) w prowincjonalnej nieco Zielonej Górze – miało cechy kształtującej się biografii twórczej. Młodość plus studenckość powodowały, że nie czułem kompleksu prowincji.


Ulokowanie w (kształtującym się dopiero) środowisku akademickim dawało okazję do rozlicznych podróży, uczestnictwa w życiu młodoliterackim pokolenia zwanego Nowymi Rocznikami, czy pokoleniem prywatności. Raczkująca akademicko Zielona Góra stała się dla mnie odskocznią; stąd jeździłem po całym kraju, bywałem tam, gdzie spotykali się i  debatowali młodzi twórcy, i inne niespokojne duchy. Fakt, że jako robotnicze dziecko z małego wielkopolskiego Zbąszynia długo byłem przy nich niczym wtórny analfabeta. Jako nie-polonista wśród literatów, młodych krytyków czułem się niedokształcony, zaś gdy w  teoriach prywatnościowych pojawiał się np. nieznany mi (bo skąd?) Michaił. Bachtin, tym bardziej stawałem się zagubiony. Przykład – dygresja. Pamiętasz zapewne dyskusję pokolenia (jedną z wielu w końcu lat 70.), jaka toczyła się na parterze budynku studenckiej organizacji na ul. Ordynackiej 9 w Warszawie; zapamiętałem, że była stenografowana. Prowadziłeś ją wespół z Jurkiem Leszinem, a potem rzecz miała być drukowana (i była) na łamach tygodnika ,,ITD”. Z  dyskutantów przypominam sobie m.in. Władysława Zawistowskiego, chyba Zbigniewa Joachimiaka, było ich jeszcze kilku. Dyskusja toczyła się długo, ale mój głos w niej i potem w druku pojawił się tylko raz, bardzo krótko. Przeważnie milczało we mnie dziecko prowincji, bo cóż miałem mówić, przygnieciony elokwencją polonistyczną rówieśników. Niestety, moje rodzinne (robotniczo-chłopskie) pochodzenie, małomiasteczkowe korzenie, nie dawały zbyt solidnych podstaw wiedzy, obycia, nie wprowadziły do prawdziwego Salonu Kultury (pojęcie używane przez Janka Kurowickiego). W robotniczo-chłopskim i dodatkowo katolickim domu na półce stała sienkiewiczowska trylogia, ,,Lato leśnych ludzi” Rodziewiczówny, Miłaszewskich ,,Wspominamy” i jeszcze kilka pozycji. Nie pojawił się natomiast w rodzinie żaden mądry stryj, do którego chciałoby się równać (,,równajmy do najlepszych”), czy ekstrawagancki pociotek. Moje, potem siostry, brata, dwóch kuzynów magisteria to były najwyższe osiągnięcia naukowe w  szeroko traktowanej rodzinie małomiasteczkowej. Żadnych ekstrawagancji, ,,wynaturzeń”. Kolejne szkoły też były przyzwoite, ale na pewno nie stanowiły, jak niektóre obecnie, wytwórni laureatów olimpiad. Nie stanął mi na drodze także żaden przypadek zmieniający definitywnie i na mądrzejszy mój los. Wszystkie zmiany, młodzieńcze bunty, odejście od religii, decyzje o kierunku studiów zawdzięczam sobie. • 232


Tak wyglądała sytuacja wyjściowa. Jej „winą” było, jak mi się teraz zdaje, rozbudzenie intelektualne młodego człowieka, rozbudzenie ponad jego możliwości i  przygotowanie edukacyjne. Być może, gdybym nie trafił wówczas na Ciebie w redakcji ,,Nadodrza”, na poetkę Annę Tokarską, na…, na…, to pozostałbym ciekawym świata animatorem kultury. Niestety, „skaziłem się” literaturą, światem literackim i  chyba na ratunek było za późno. A  skutki tego męczą mnie właśnie dziś. I pewnie tak to już pozostanie. Po studiach los mnie rzucił (sam siebie rzuciłem!) na północno-wschodnie kresy Polski, do Suwałk, potem do Białegostoku; podjąłem etatową pracę dziennikarską nie porzucając już pisania wierszy, recenzyjek, uczestnictwa w życiu młodoliterackim kraju. Przypadek związany z zawodem dziennikarskim zadecydował, że w 1980 r. po raz pierwszy znalazłem się na corocznych, wrześniowych, spotkaniach interdyscyplinarnych nad Wigrami pt. ,,Kultura i środowisko”. Po latach wespół z prof. Andrzejem Strumiłłą wydałem jako dokument tamtych zdarzeń książkę pod takim samym tytułem. Spotkania wigierskie dały mi okazję nie tylko przedłużenia wcześniejszego studenckiego uczestnictwa w kulturze, ale pogłębienia, poszerzenia. Poznałem wybitnych polskich artystów, w  większości plastyków, także naukowców, ekologów, polityków, co było i  jest do dziś w  jakiś sposób zapładniające. I, niestety, stanowi kontrast dla artystycznej wegetacji jaka mi się zdarzyła, gdy znowu po paru latach wróciłem na stare śmiecie zielonogórskie. Nie wiem, ile w  tym stanie obecnym jest mojej winy, ile stanowią felery środowiska, brak w  pobliżu wielkich osobowości (zwykle wspomagających intelektualnie), a na ile rzecz wiąże się z ogólną sytuacją kraju i losem ludzi myślących. A w końcu, ile tu ważą te wcześniejsze (wyżej opisane) uwarunkowania związane ze startem do życia kulturalnego, do literatury. W tamtych, „koszmarnych czasach komuny”, jak zapewne Andrzeju wiesz, mimo wymienionych i jeszcze innych ograniczeń starałem się rozwijać, a bariery przełamywać. Na niektórych polach osiągnąłem nawet pewne sukcesy. Przykładowo, byłem jednym z pierwszych w kraju, który dotarł do polskiego środowiska literackiego na Wileńszczyznie. Popularyzowałem (dziś przyznaję, że chyba za bardzo) twórczość moich wówczas świeżo poznanych kolegów po piórze, w  większości rówieśników. W  efekcie po paru latach wydałem 233 •


„Słownik polskich pisarzy współczesnych Wileńszczyzny”. Cały ten okres suwalsko-białostocki (nakładający się z  jednej strony na końcówkę PRL-u, z drugiej na poznawanie i współpracę z osobowościami twórczymi zjeżdżającymi rokrocznie nad Wigry) był dla mnie czasem dużej aktywności pisarskiej i  kulturowej. Sam gdzieś nazwałeś mnie żartobliwie „ojcem literatury suwalskiej”, co było jednym ze skutków animowania życia literackiego w tamtych latach na północnym wschodzie Polski. Gdy przeglądam teczkę swoich publikacji z  poprzednich dekad widzę, że publikowałem w wielu tytułach ogólnopolskich, jak się je wtedy zwało, społeczno-kulturalnych. Bywało, że honoraria trafiające na konto „ratowały” rodzinę „do pierwszego”; były więc znaczące. Swoje przemyślenia, nawet złości wylewałem w stałych rubryczkach, w felietonach, które publikowałem już to w macierzystych pismach, już to w innych (np. nad stanem środowiska dziennikarskiego „znęcałem się” czy „boje” o prasę lokalną prowadziłem w miesięczniku „Prasa Polska”, notabene dziś jest „Press” – znak czasu). Obecnie mam sytuację „ustabilizowaną”. Właściwie od lat nie publikuję nigdzie (poza typową produkcją w gazecie, w której jestem zatrudniony). Zostałem tak uwarunkowany. Kapitalizm nie zezwala na „sprzedawanie’’ towaru tego samego gatunku u konkurencji. Pod groźbą wyrzucenia z pracy. A więc to, co było kiedyś jednym ze stymulatorów rozwoju osobniczego i  działalności ludzi pióra (nie tylko literatów), stało się dziś, paradoksalnie, zagrożeniem dla podstaw ich bytu materialnego, utrzymania rodziny, domu. Kiedy więc czytam o „lenistwie” Kurowickiego mogę pochwalić się swoim własnym. Rzecz jednak w tym, iż jego lenistwo jest natury wolnomyślicielskiej. Moje zaś spowodowała wieloletnia niemożność, niewolność, rzekłbym. Jego „ołów w dupie” owocuje interesującymi tekstami, książkami. Mój przejawia się tylko z obowiązku i tylko na niwie zawodowej (w przeciwnym razie wypadłbym z wyścigu szczurów). Na tyle „skutecznie”, że zabija jakąkolwiek chęć pisania pozagazetowego. Kiedyś kolega-żurnalista wyjaśnił mi, że nie ma zwyczaju odpisywania na listy, gdyż nie lubi pisać za darmo; ma nawyk zarabiania na życie pisaniem. Otóż jestem blisko podobnego zachowania. Dochodzi jeszcze przypadłość częściowego odwyknięcia od form publicystycznych, literackich i paraliterackich. Praca „u kapitalisty” jest zachłanna, samolubna i wyniszczająca. Męcząca produkcyjną jednostajnością, nastawieniem na pisanie o bzdurach. • 234


Wbrew opowieściom o  dobrym kapitalizmie, o  kapitalistycznym wyzysku z tzw. korzyścią dla wyzyskiwanego, o stymulowaniu go dla dobra firmy, nie czuję tego na sobie. To dziwne, na socjalistycznym etacie miałem szansę samorozwoju, możliwość spełniania tego, co mi w duszy grało. Jeden z moich ówczesnych szefów szybko zrozumiał, iż samorealizując się (mimowolnie) wspieram jego karierę, RSW-owskie pismo itd. Nie mówię, że dziś nie ma takich możliwości, egzemplifikacją jest Kurowicki. Widać jednak mnie się nie trafiła podobna szansa. Ponieważ dziś jest ostatni dzień roku, siadłem do komputera i niemal na siłę zacząłem wyrzucać z siebie powyższe zdania. Licząc, iż w ten sposób może otworzy się jakaś klapka, że znajdę wspólnotę „lenistwa” z Kurowickim. Moje lenistwo w ostatnich czasach zaczęło być, jest, proste i diabelnie „owocne”. Nie chce przełamywać schematów. Dostosowuje się do podszeptu muzy wiszącej nad Twoim, Andrzeju, biurkiem. Mówię o rysunku autorstwa Krzysztofa Rutkowskiego. Muza szepce pisarzowi do ucha: przestań, po co ci to, nie warto. Może rzeczywiście nie warto? Ongiś istniał ogólnopolski obieg myśli (vide: tygodniki społeczno-kulturalne), choć nie funkcjonowała poprawność polityczna, która zabrania drukowania pewnych myśli lub autorów; wiem oczywiście, że była urzędowa cenzura. Była to jednak cenzura, jak widać obecnie, prowizoryczna, ograniczona terytorialnie. Dziś poprawność polityczna jest nieograniczona, rozciąga się na cały świat proamerykański, a Polska niestety do niego należy. Nie ma za to paryskiej ani naszej, polskiej „Kultury”, właśnie upadł londyński ,,Orzeł Biały”, gdzie czasem pisywałem, nie istnieje radio Wolna Moskwa, na kształt dawnej Wolnej Europy, słowem ,,wolność, wolność i jeszcze raz globalna wolność’’. Aż do udławienia. Czuję się zdołowany, jak mówi młodzież. Sypią mi się wartości, zdolność krytycznej oceny rzeczywistości powoduje tylko frustracje, których nie mam gdzie upchać. Obezwładnia mi to pióro, nakłada postronki na wolnomyślicielstwo. Uprawiam je już tylko w wobec żony, w domowym zaciszu. Dlaczego to wszytko budzi mój lęk, jak napisałem na początku? Otóż jakkolwiek by to było – głębiej czy płycej, mądrzej lub nie – zostałem jednak uwarunkowany do czynnego uczestnictwa w  kulturze polskiej. To chyba nieodwracalne. Tymczasem zwyczajnie nie widzę dla siebie drogi, którą z tym kulturalnym 235 •


garbem mógłbym podążać. Czy zostawić więc to wszystko w cholerę i  zająć się np. edukowaniem moich wiejskich współmieszkańców tłumacząc im, że warto zbudować kanalizację, założyć gazociąg? Może zostać radnym w  gminie? Albo zatrudnić się w ochronie marketu? Wiem, że jest też praca w Szwajcarii – w gospodarstwie rolnym. Nieźle płatna… Uczepiłem się początkowo myśli, że napiszę do Ciebie list, że może wyjdzie z tego publikacja, słowem: chciałem wyrzucić z siebie dylematy. Obawiam się jednak, iż zabrzmiało to wszystko zbyt patetycznie i narcystycznie. A w końcu, kim u diabła jestem, żeby publicznie sprzedawać swój narcyzm? Pilchem, Miłoszem? Nie wiem też ostatecznie czy rzeczywiście napisałem o tym, co mnie gryzie. Kiedy poznałem Kurowickiego strzeliło mu akurat 50 lat. Z  ukrytą radością cieszyłem się, że mi jeszcze do tego brakuje 10 lat. Tymczasem dziś, gdy kończę właśnie to zdanie mój licznik wskazuje 60. I wciąż nie wiem, gdzie jestem… PS List ów w  pierwotnej formie napisałem 3 stycznia 2002 r. Ukazał się w gdańskim piśmie „Autograf ”, które po śmierci Andrzeja K. Waśkiewicza, redaktora naczelnego, już się nie ukazuje. Skorygowałem go nieznacznie i publikuję, gdyż postawione pytania, problemy wciąż pozostają dla mnie aktualne i nierozwiązane.


Czas to rozpad Czas to zdolność materii do rozpadu. Tak kiedyś, jako student, zapisałem. Za kimś uczonym, filozofem, fizykiem. Świat jest materialny do bólu. I  powoli się zapada w  nicość. Nieustannie to obserwuję. Na każdym kroku. Zwłaszcza w jesiennym ogrodzie. I zapisuję. Na papierze i w myślach przewalających się nieustannie przez płaty mózgowe. Pęknięcia. Rozpad. Systematyczny. Idę ulicą Kościuszki, Żaków, Skłodowskiej. Może przez plac Słowiański. Wracam ze spotkania. Jestem synem krawca. Mam 10 lat, może 12, mieszkam w  małym mieście. Więc co tutaj robię? Zostałem dziennikarzem? Dlaczego tak potoczyły się losy? Skąd ja w  tym mieście? Dokąd idę? I  skąd? Przecież należę do zupełnie innej rzeczywistości. Prostej, zwykłej, szarej. Normalnej. Więc zdziwienie. Powtarzalne zdziwienie. Co kilkanaście lat błysk, strzał. Jak to możliwe, że 60-letni mężczyzna wciąż chodzi do podstawówki na ul. Powstańców Wielkopolskich, zwanej potocznie Wolsztyńską? Został uczniem Technikum Mechanicznego. Właśnie patrzę z ukosa na parapet okna w nowym budynku szkoły przy ul. Żaków 1. Siedzę w gabinecie chemicznym. Dlaczego akurat tutaj, pytam siebie w czasie klasówki. Jestem w auli Tekturowca. Otrzęsiny. Przykucnąłem na wykładzinie podłogowej. Ktoś gra na fortepianie, na perkusji. Pełno studentów wychowania muzycznego. Słucham. Siedzę wśród nich. Naprawdę? Jaką rolę tutaj mam odegrać? Nie znam tej sali, jestem w  niej drugi, może trzeci raz. Nie wiem, kim są młodzi obok mnie wsłuchani w muzykę. Dziwne. Czy powinienem tu być? A może nad Wigrami? Spotkałem tam dziewczynę. Na wcale, powiedziała. Ulica Westerplatte. Przejście dla pieszych. Przecież mam mieszkanie na wschodzie. A jestem pod domem towarowym Centrum na zachodzie. Niemożliwe. Sprawdzam, dotykam. Zgadza się. Nieprawdopodobne, lecz realne. Lecz właściwie jak miało być? Kim miałem zostać? Jakie ścieżki zostały przede mną wytyczone? Sam je wyznaczyłem?! Chłopiec z małego miasta, ministrant. Dojeżdżający uczeń. Z tej perspektywy oceniam życie. Dużo, bardzo dużo osiągnąłem. Patrzę na siebie z niekłamanym podziwem. Mam dom. Kto miał u nas, w mieście nad Obrą, dom?! Ci lepsi! Lepsze państwo, podkreślała mama. Ze sporego, przedwojennego


gospodarstwa rolnego. Ambicja mamy sięgała nauki syna w szkole muzycznej. To może przydać się w wojsku. Będzie lżej… Więc własny dom – w porównaniu z czynszowym mieszkaniem bez kibla, łazienki, ze zlewem jedynie – sukces niewątpliwy. Do tego ogród. Wprawdzie nie warzywniak, bez ziemniaków i  buraków, ale jest. Niech zobaczą. Dobro materialne namacalne. Kilkaset metrów kwadratowych własności. Nie mówiąc o dwóch (starych) samochodach. Rzecz to niewyobrażalna, jeśli w  mieście było kilka pojazdów, w  tym renault, który stał na Rynku, widoczny z okien naszego mieszkania. Telewizory mam chyba cztery. Nie używam, ale mam. Gdy pomyślę, z jakim lękiem i dumą jednocześnie mówiłem w szóstej klasie kolegom, że właśnie kupiliśmy Zenita i postawiliśmy pod oknem dużego pokoju, to wierzyć się nie chce, że tak było. Jak to teraz wytłumaczyć córce? Telefony, telewizory, ludzie, ulice, świat, ba, wielki świat. Stolica. Loty samolotem, uściski dwóch prezydentów. Zawód. Prestiż ponoć, pozycja ponoć. Śmiech. Bzdura… To przecież nie na miarę tego chłopca z Rynku, ze szkoły nr 1 na ul. Wolsztyńskiej. Kopiącego piłkę w  małym parku. Przecież poza te granice nie sięga świat. A wyobraźnia? Nie ma prawa się rozpędzać. Zamyka się w lokalnych obrzeżach. Co się stało z moim światem?

• 238


Kurzawa z medalem Gloria Artis przyznanym przez ministra, którego „jakoś tak nie lubi”. I właściwie za co ten medal? Wiadomo tylko, że wręczono przy okazji 50-lecia Związku Literatów Polskich w Zielonej Górze.

239 •


Mężczyzna po sześćdziesiątce mężczyzna po sześćdziesiątce patrzy na piersi dziewczyny chwilą które zakołysały się pięknie przed zna rze dob ć cho i ą ulic a gdy przechodził i smak ło ciep ich cze jesz ięta te kształty i pam e się oprzeć ale wzrok - co zrozumiałe - nie moż ość wabi a zwłaszcza wyobraźnia bo każda now zy opierając się mężczyzna ma wielu kolegów któr ienili swój los w ten sposób upływowi czasu odm i budując nowe biorąc w ręce młode zdrowe piersi woli marzyć życie jest jednak sceptykiem dlatego w butelkach topiąc coraz częściej współczesność r rewolucji wytrawnego czerwonego jak sztanda zagranicznych i pomstując: żeby szlag trafił moich cze rozpędzone wyzyskiwaczy dorzuca do tego jesz mu być może myśli o emeryturze która pozwoli państwo wybrać się do burdelu z którego jego take polske”) kapitalistyczne do wyrzygania („o li wiedzą ściąga niemoralnie podatki choć diab er czym to się skończy w końcu altzheim końcu w nie pew i nie zien cod się przypomina ętał jak wyglądają dopnie swego żebym chociaż zapami istość mężczyzna kołyszące się piersi zaklina rzeczyw ostatecznie po całej po pięćdziesiątce potem po setce a flaszce 7 - 9 XII 2013, Wilkanowo


• 242


Obrazki prowincjonalne