Issuu on Google+


Autorzy: Uczniowie szkół podstawowych i gimnazjów w Zielonej Górze i Jaśle

Rysunek na okładce: Katarzyna Leśniewska Redakcja: Anna Rubczewska Wydawca: Gimnazjum nr 7 im. UNICEF w Zielonej Górze Skład i projekt okładki: Ewa Szafranowska


Laureaci edycji piątej

W kategorii szkół podstawowych: • I miejsce: Weronika Łukaszewicz „Wyprawa po budyń” • II miejsce: Karolina Colonna-Walewska „Ui i Su” • III miejsce: Martyna Ferencz „200 lat wstecz” W kategorii gimnazjów: • I miejsce: Monika Dobrowolska „Niezwykłe motyle” • II miejsce: Katarzyna Rataj „Bajka o dwóch braciach” • III miejsce Kacper Zieliński „Leniwy Jasiu”

Laureaci edycji szóstej

W kategorii szkół podstawowych: • Patrycja Preston „Drzewo mądrości” • Dominika Wiatrowska „Czarny łabędź” W kategorii gimnazjów: • Weronika Dobrowolska „O tym, co jest w życiu ważne” • Wiktoria Nowakowska „Najpiękniejsza muzyka” • Agata Sobótka „O małym, ale wielkim Fenku” • Barbara Brzezińska „Żyrafa” • Martyna Choinka „O Amelce i lalkach z różnych krańców świata”

Laureaci edycji siódmej

W kategorii szkół podstawowych: • I miejsce: Inga Perzanowska „Księżniczka Lunika” • II miejsce: Olga Olejnik „Magia uśmiechu” W kategorii gimnazjów: • I miejsce: Martyna Choinka „O leśnych podróżach” • II miejsce: Wiktoria Nowakowska, „Najpiękniejszy taniec” • III miejsce: Adela Panek „O pięknej Lidii i Smoku Szczęścia” • III miejsce: Felicja Owieczko „Poszukiwacze niebieskiej kropli”


Spis treści Zamiast wstępu........................................................................ 7 Karolina Colonna-Walewska Ui i Su..................................................................................... 14 Martyna Ferencz 200 lat wstecz......................................................................... 17 Karolina Guźda Baśń o zaklętych zwierzętach................................................ 21 Monika Dobrowolska Niezwykłe motyle................................................................... 25 Weronika Łukaszewicz Wyprawa po budyń................................................................. 32 Katarzyna Rataj Bajka o dwóch braciach......................................................... 38 Kacper Zieliński Leniwy Jasiu.......................................................................... 47 Patryk Niemiec Krasnalek............................................................................... 49 Monika Buba Przygoda w zaczarowanym lesie........................................... 52 Patrycja Preston Drzewo mądrości.................................................................... 55 Dominika Wiatrowska Czarny Łabędź....................................................................... 58 Weronika Dobrowolska O tym co jest w życiu ważne….............................................. 63


Wiktoria Nowakowska Najpiękniejsza muzyka.......................................................... 78 Agata Sobotka O małym, ale wielkim Fenku................................................. 84 Barbara Brzezińska Żyrafa...................................................................................... 87 Martyna Choinka O Amelce i lalkach z różnych krańców świata..................... 88 Kinga Karbowiak Zaczarowany księżyc.............................................................. 92 Felicja Owieczko Ignaś i czarodziejskakraina snu............................................ 98 Katarzyna Kasprzak Przygody Kamili................................................................... 102 Natalia Ładyko Bajka o Nutce i prawdziwej przyjaźni................................. 114 Inga Perzanowska Księżniczka Lunika.............................................................. 117 Olga Olejnik Magia uśmiechu................................................................... 120 Martyna Choinka Bajka o leśnych podróżach................................................... 123 Wiktoria Nowakowska Najpiękniejszy taniec........................................................... 128 Adela Panek Baśń o pięknej Lidiii Smoku Szczęścia............................... 133 Felicja Owieczko Poszukiwaczeniebieskiej kropli........................................... 139


Zamiast wstępu

C

zy zastanawialiście się kiedyś nad tym, skąd się biorą sny? No właśnie. Czasem śnią nam się miłe rzeczy i wtedy aż żal się budzić. Na przykład gdy Mikołaj przynosi nam wymarzony prezent, mimo że gwiazdka będzie dopiero za pół roku. Zdarzają się jednak i  takie sny, że budzimy się gwałtownie i  sprawdzamy, czy aby na pewno nasza ukochana Przytulanka leży obok nas albo idziemy prosto do łóżka mamy, bo obok niej strach szybko mija. I nikt, ale to nikt na świecie, nie wmówi nam, że takie właśnie sny podsuwa nam nasza wyobraźnia. Nikt z nas nie lubi koszmarów, prawda? Otóż właśnie jest ktoś, kto odpowiada za nasze sny. To Onirki. Nie słyszeliście nigdy o  nich? Nic dziwnego, bo ich świat, choć tak bliski naszemu, zasłania szczelnie kurtyna nocy. Gdybyście za nią zajrzeli, zobaczylibyście ich krainę Somnabulię. Nie będziemy dziś tracić czasu na opisywanie, jak ona wygląda, bo oto królowa Fantasmagoria zwołała naradę. Posłuchajmy, skąd to całe zamieszanie. – Kochani – zaczęła serdecznie królowa. – Jak wiecie, od dłuższego czasu coś niedobrego dzieje się w  naszej krainie. Coraz częściej dzieci przesypiają noce bez żadnych snów, nie mówiąc już o tym, jak często śnią im się koszmary. Wiem, że to nie wasza wina, moje pracowite Onirki, bo obserwuję, jak dwoicie się i  troicie, by każdy człowiek budził się nie tylko wyspany, ale też zadowolony. Coś jednak musimy zrobić, by naprawić tę sytuację. Dlatego postanowiłam zwołać naradę. Proszę, abyście wyłonili spośród siebie przedstawicieli. 7


Wybierzcie mądrze tego, kto według was ma najlepszy pomysł na rozwiązanie naszego problemu. Spotkamy się jutro rano zaraz po Raporcie Sennym w  Ogrodzie Rozespania na Poduszkowym Wzgórzu. Liczę na was jak nigdy dotąd, moje kochane Onirki – pożegnała się królowa. Pewnie już domyślacie się, jakie wrażenie na Onirkach zrobiło przemówienie królowej. Oczywiście większość z nich od dawna zastanawiała się nad przyczyną fatalnych wyników Raportu Sennego przedstawianego każdego ranka przez głównego sekretarza Somnabulii. Gdybyście to wy, Drodzy Czytelnicy, mieli powiedzieć, dlaczego niektórym z  Was nie śni się czasami żaden sen lub dlaczego śnią się niezbyt miłe rzeczy, to jaką przyczynę byście wskazali? Hmm, no tak. Na pewno za dużo bajek o wiedźmach chcących wsadzić do pieca nieszczęsne sierotki. No dobrze, zgoda. Co jeszcze? Ależ owszem! Filmy o potworach i toczących z nimi nieustanne boje wojownikach. I za dużo horrorów. To też prawda. W taki też sposób myślały Onirki. Tylko że sytuacja wcale się nie poprawiała, bynajmniej. Było coraz gorzej. Chodźcie ze mną. Oprowadzę Was szybko po Somnabulii nim zapadnie zmrok i  wszyscy ruszą do pracy. Kraina podzielona jest na osiem kręgów. W  każdym z  nich mieszka jedna grupa Onirków wyodrębniona z uwagi na wiek i płeć. W pierwszym mieszkają dziewczynki. Noszą prześliczne różowe sukieneczki z falbankami i mnóstwem kokardek, do tego niezwykle błyszczące białe lakierki i  koronkowe skarpetki. Gwarno tu i beztrosko. Po lewej stronie, obok tej rozłożystej jabłonki siedzi córeczka Fantasmagorii – Iluzja. Wygląda jak wszystkie dziewczynki z tą jednak różnicą, że jej główkę zdobi milion niesfornych loczków opadających wciąż na jej uroczą buźkę. Pewnie nikt z Was nie domyśliłby się, że to królewska córka, bo Iluzja zachowuje się dokładnie tak, jak jej rówieśniczki. Podobnie jak inne Onirki w jej grupie zajmuje się rojeniem marzeń sennych małych dziewczynek. Teraz już wie8


cie, dlaczego tak dużo tutaj lalek, pluszowych misiów, jednorożców, diademów, pierścionków i  małych filiżaneczek. Nikt w całej Somnabulii nie wie lepiej, o czym uwielbiają śnić takie małe księżniczki. Drugi krąg… Tak, słusznie się domyślacie. To terytorium chłopców. No wiem, że widać. Auta, samoloty, roboty, piłki… Tu jest jeszcze głośniej niż u dziewczynek, więc może przejdźmy dalej. Kolejny krąg zamieszkują nastolatki. Nie zaglądam tu zbyt często, bo to szczególnie trudna grupa. Pewnie już wiecie, że w  kręgu czwartym spotkamy samych nastolatków. U  nich z  kolei rządzi deskorolka, piłka, rower oraz różne dziwne narzędzia. Krąg piąty to kobiety. Znacznie tu ciszej i spokojniej. W środku tej części Somnabulii znajduje się pałac królowej. Ona też jest przecież kobietą. Niektóre z kobiet dopiero przygotowują się roli matek, inne już oczekują potomstwa albo już są mamami. Cała ich uwag skupia się więc na radości z macierzyństwa. Spora grupa to Onirki zakochane lub marzące o prawdziwej miłości. One doskonale wiedzą, o czym chcą śnić kobiety. Kolej na krąg szósty – terytorium mężczyzn. Wypatrzycie tu poważnych biznesmenów i beztroskich lekkoduchów, świeżo upieczonych tatusiów i umięśnionych osiłków, zakochanych romantyków i  zatwardziałych kawalerów. Do wyboru do koloru. Na końcu zaś Somnabulii znajdują się dwa ostatnie kręgi – staruszek i  staruszków. To najspokojniejsza okolica. Czas jakby stanął tu w  miejscu. Babcie i  dziadkowie spędzają czas z  wnukami, intelektualiści siedzą w  bujanych fotelach z nosami utkwionymi w opasłych książkach, pobożni wędrują tam i z powrotem do swoich świątyń. Ale nie myślcie, że te wszystkie kręgi są jakimiś więzieniami. Nic bardziej mylnego. Mieszkańcy odwiedzają się wzajemnie, spędzają ze sobą czas do południa, a potem wracają do siebie i przygotowują się do pracy. Dzięki takiej organizacji Somnabulia funkcjonowała wzorowo. Aż do teraz. Pozwólmy teraz Onirkom udać się do pracy, bo zapada już zmrok, a każdy zmęczony człowiek czeka na nadejście miłe9


go, kojącego i regenerującego snu. Wygląda na to, że Onirki wybrały już swoich reprezentantów, więc z  niecierpliwością czekajmy na nastanie poranka. – Witam was, moi drodzy. Usiądźcie, proszę – rozpoczęła naradę królowa następnego dnia. – Nim wysłucham waszych pomysłów na naprawę ludzkich marzeń sennych, wysłuchajmy raportu z ostatniej nocy. – Czcigodna królowo i  szanowni reprezentanci – zaczął główny sekretarz. – Z  przykrością muszę poinformować, że wyniki nie poprawiły się. Ponad połowa dzieci, którymi się opiekujemy, budziła się w  nocy z  płaczem. W  grupie nastolatków utrzymuje się stała tendencja – jedna trzecia z  nich śpi niespokojnie. Znacznie pogorszyła się sytuacja wśród dorosłych – połowa z nich nie ma żadnych snów. Najlepszy wynik obserwujemy u  staruszków, ale pamiętajmy, że oni śpią najmniej, więc i  praca w  kręgu ósmym jest efektywniejsza. Przykro mi królowo, że nie mam lepszych wiadomości – zakończył raport sekretarz. – Jak dobrze rozumiem, największy problem mamy w grupie dzieci i dorosłych? – upewniła się królowa. – Tak, pani. – Czy to nie zastanawiające, że w  obu wyniki prezentują się podobnie? – zapytała Fantasmagoria zgromadzone na naradzie Onirki. – Zwróciłem na to uwagę – odezwał się Ułuda, reprezentant szóstego kręgu – mężczyzn. – Wygląda na to, że istnieje jakaś zależność między tymi dwiema grupami. – Ależ Ułudo, oczywiście, że istnieje. Jest to taka sama zależność jak między wszystkimi innymi grupami Somnabulii – oburzyła się Mara – kuzynka Ułudy zamieszkująca krąg kobiet. – Z całym szacunkiem Maro, wiem o tym doskonale. Ale czy nie dostrzegłaś, że drastyczny spadek wyników naszej ciężkiej pracy objął w takim samym stopniu tylko te dwa kręgi? – odparł Ułuda. 10


Na to Mara już nic nie odpowiedziała i zapadła krępująca cisza. – My się naprawdę bardzo staramy, proszę królowej – przerwał niezręczną ciszę dziewczęcy głosik. Była to Nidra, najserdeczniejsza przyjaciółka Iluzji. – Wiem to doskonale, kochanie – odrzekła ciepło Fantasmagoria. – Nikt nie zamierza was winić. – Tylko że… no… nie wiem, czy powinnam to mówić… – wahała się Nidra – Mów, skarbeńko, mów. Wszystko może być ważne – zachęcała ją królowa. – No bo… Iluzja czasem jest taka smutna i… i czasem mówi, że już nie ma pomysłów… – wyrzuciła z siebie dziewczynka. – A u nas Hipnos czasem pożycza pomysły. Raz nawet mi jeden ukradł, ale nikomu nie mówiłem, bo mnie o to prosił – wtrącił się mały kędzierzawy chłopczyk. – Spokojnie, drogie dzieci – królowa wstała i podeszła bliżej nich. – Dlaczego nie mówiliście o tym wcześniej? – Przecież możemy się dzielić pomysłami, ja lubię się dzielić – zdziwiła się Nidra. – Psze królowej, ja swój honor mam i na skargi nie chodzę. Tylko teraz mi się wydało, że może to ma jakiś związek – obruszył się chłopczyk. Wówczas z  miejsca podniosła się Imaginacja. Była chyba najstarszą Onirką w całej Somnabulii i budziła respekt przed każdym jej mieszkańcem. Ta niepozorna siwa staruszka słynęła głównie z tego, że mówiła mało, a może raczej bardzo mało, ale gdy już się odezwała, wszyscy wytężali uszy, by uchwycić każde jej słowo. – Warkocz i  rower. Oto rozwiązanie – rzekła i  wyszła z sali. Wyobraźcie teraz sobie, jaki zdziwienie ogarnęło pozostałe Onirki. Ciekawe, jak Wy zinterpretowalibyście te słowa… Tymczasem Onirki wspólnie doszły do przekonania, że sta11


ruszka miała na myśli fryzury dziewczynek i sposób spędzania czasu wolnego przez chłopców. Fantasmagoria włożyła mnóstwo wysiłku w to, by zorganizować każdej małej dziewczynce poranne czesanie. Nie było to wcale takie łatwe, tym bardziej, że dziewczynki wcale nie były tym pomysłem zachwycone, a już najmniej Iluzja, która uwielbiała, gdy wiatr rozwiewał jej swobodne loczki. U chłopców też nie dawało się dostrzec entuzjazmu, bo większość z  nich wolała spędzać swój wolny czas na czymś innym. Nic dziwnego, nikt z nas przecież nie lubi, gdy mu się narzuca jakąś zabawę, na którą nie ma ochoty, prawda? Minął w ten sposób cały miesiąc, a sytuacja wcale nie poprawiała się, było wręcz coraz gorzej. Fantasmagoria po raz pierwszy w życiu poczuła się bezradna. Nie wiedząc, co ma zrobić, udała się na spacer do ogrodu. Kontakt z naturą zawsze dawał jej ukojenie, pozwalał spojrzeć na wiele spraw z innej perspektywy, a przy tym uspokajał gonitwę myśli. Gdy tak przechadzała się alejkami, spostrzegła biegające nieopodal małe kocięta. Przysiadła więc na jednej z  ogrodowych ławeczek i  obserwowała niesforne maluchy. Ich kocie wybryki wywoływały na jej stroskanej twarzy ciepły uśmiech. Nietrudno się domyślić, dlaczego. Maluchy właziły na siebie, wywracały się, polowały na swoje i nieswoje ogonki, gryzły się rozkosznie w beztroskiej zabawie. Lecz po chwili pojawiła się ich mama – dostojna kotka, dumnie krocząca ku kociakom. Położyła się obok nich w taki sposób, by maleństwa mogły posilić się jej mlekiem. Rozkoszny to był widok. Fantasmagoria przypomniała sobie siebie samą, gdy urodziła Iluzję i mnóstwo czasu poświęcała na karmienie małej. Po jakimś czasie, gdy kocięta posiliły się i zrobiły się senne, mama zaczęła je lizać po kolei, a one zasypiały spokojne i szczęśliwe. Wtedy dopiero Fantasmagoria zrozumiała sens słów leciwej Imaginacji. Czy domyślacie się już, o co chodziło staruszce? Królowa zerwała się z miejsca i pobiegła wprost do swojej małej córeczki, którą akurat w tym momencie czesała jedna z  nadwornych fryzjerek. Podziękowała kobiecie i  zajęła jej 12


miejsce. Nie miała najmniejszego pojęcia, jak zaplata się warkocz, ale i tak wzięła się do pracy. Efekt był raczej mizerny (no dobrze, bądźmy szczerzy, efekt był straszny), ale Iluzja była uśmiechnięta. Razem pobiegły do kręgu chłopców, bo tam Hipnos pod czujnym okiem swojego taty zgłębiał tajniki jazdy na rowerze. Ileż było śmiechu, gdy obie spostrzegły wielkiego Ułudę na dziecięcym rowerku kiwającym się niebezpiecznie raz w lewo raz w prawo, który za moment upada wprost w różane krzewy. Gdybyście widzieli minę Hipnosa, zrozumielibyście, że to jest chwila, o której marzył bardzo długo. Znacie już sekret Imaginacji? Wcale nie chodziło ani o fryzurę, ani o naukę jazdy na rowerze. Warkocza może zapleść wiele osób, wyszkolić kolarza także niemało, ale zbudować więź, bliskość między rodzicem a dzieckiem może tylko wspólnie spędzony czas. Tego nie zastąpi nikt ani nic. Tak samo jest z  czytaniem książek… Może je poczytać niania, ciekawe historie opowie też odtwarzacz CD głosem sławnego aktora czy aktorki, samo dziecko, które składa już literki przeniesie się w świat fantazji, ale… nie będzie w nim Was, Drodzy Rodzice. Tylko Wy macie tę moc, by uczynić więź z  dzieckiem silną i nierozerwalną. Anna Rubczewska

13


Karolina Colonna-Walewska Szkoła Podstawowa nr 21

Ui i Su

D

awno, dawno temu w  wiosce w głębi lasu żył pewien mały chłopiec. Na imię miał Ui. Był synem jednej z najbiedniejszych rodzin w tej wiosce. Nieraz bywało, że Ui jadł tylko raz dziennie lub biegał po wsi bez butów w jednej koszuli, choć ziąb był na dworze. Nigdy jednak nie narzekał i nie płakał. Był pogodnym i  zdrowym chłopcem, którego rodzice bardzo kochali. Ui czuł się kochany, tego mu rodzice nie musieli odmawiać. Od kiedy pamiętał, matka i ojciec zawsze byli przy nim, opiekowali się i mówili, że jest ich ukochanym synkiem. Mama zawsze miała czas, by go przytulić, gdy było mu ciężko, a tata uczył, jak być dobrym człowiekiem i mężczyzną. Wszyscy bardzo kochali się wzajemnie, to pomagało im przetrwać najcięższe chwile. Gdy Ui miał trzy lata, jego sąsiadom urodziła się córeczka, dali jej na imię Su. Była ona bardzo delikatnym i wrażliwym dzieckiem. Rzadko bawiła się z innymi dziećmi. Często siadała na pieńku przy wejściu do swojego domu i godzinami obserwowała bawiące się dzieci. Rodzice Su byli majętni, ale bardzo zapracowani. Miała również ośmioro rodzeństwa. Rodzice nie poświęcali jej szczególnej uwagi, dbali, by nie była głodna i by była dobrze ubrana. Su jednak czegoś brakowało… W wieku ośmiu lat zaprzyjaźniła się z Ui. To była wielka przyjaźń. Polubili się tak bardzo, że nie potrafili bez siebie wytrzymać. Razem sie bawili, smucili, uczyli, nawet jedli, bo Su dzieliła się wszystkim, co dostała w domu z Ui. Tak mijały lata, a ich przyjaźń przerodziła się w głębokie uczucie. Bardzo chcieli sie pobrać, jednak rodzice Su nie wyrażali zgody na ich ślub. Ui był dla nich zbyt biedny. Młodzi kochali

14


się jednak tak bardzo, że pobrali się w tajemnicy. Rozgniewało to bardzo rodziców Su, którzy oznajmili, że skoro tak postąpili, to teraz niech martwią się o resztę sami. Rodzice Ui z radością przyjęli ich pod swój dach, a Su pocieszała swojego męża, że może być biedna, byle tylko Ui ją kochał i był przy niej. Ui był jednak bardzo ambitny. Nie chciał, aby jego żona cierpiała, tęskniła za rodziną i  żyła w  nędzy. Niepomny na przestrogi rodziców i  płacz żony ruszył w  świat, by znaleźć szczęście dla siebie i Su. Ui szukał owego szczęścia przez dwanaście lat. Z bólem wracał do domu świadom poniesionej porażki. Jednakże w domu czekała na niego tylko rozpacz. Jego kochana mała Su była umierająca. Wiernie czekała przez te wszystkie lata na powrót Ui, co dzień wypatrując, czy nie zobaczy go wracającego z daleka. Su umierała z tęsknoty, była tak chora, że nawet widok Ui nie był już w stanie przywrócić jej zdrowia. Biedny Ui oddałby wszystko, by móc ją uratować. Zmęczony i  zrozpaczony poszedł do pobliskiego lasu, by użalać się nad swoim złym losem. Trzy dni i trzy noce wypłakiwał oczy. Płacz jego i lamenty usłyszał duch lasu Suri – kri. Zrobiło mu się żal młodzieńca. Znał go i wiedział, że zawsze był dobry dla ludzi. Postanowił, że da mu szansę. – Hej, Ui, nie bój się. Jam jest Suri – kri, duch tego lasu. Pomogę Ci, bo zawsze byłeś dobry dla innych. Masz tu magiczny kamień, spełni on twoje każde życzenie, ale tylko jedno i musi dotyczyć ono wyłącznie ciebie. Podał zdumionemu Ui kamień i zniknął. – Hmm i  cóż ja pocznę z  tak wyjątkowym podarunkiem. W jaki sposób mam uratować Su…? Wracał do domu, obmyślając różne możliwości przywrócenia Su zdrowia, lecz nic nie przychodziło mu do głowy. W wiosce spotkał dziwnego człowieka. Osobnik ten powiedział mu, że zna lekarstwo na chorobę Su, ale jest ono głęboko schowane i kosztuje majątek. Jeśli znajdzie na nie pieniądze, on 15


mu powie, gdzie je znaleźć. Ui ma czas na zdobycie tych pieniędzy do świtu, inaczej lekarstwo przepadnie. Młodzieniec odpowiedział, że zdobędzie na nie środki i uradowany pobiegł do domu przekazać dobrą nowinę rodzicom. W domu spotkało go jednak nowe nieszczęście. Matka Ui zmarła ze zgryzoty i żalu, tak bardzo kochała Su. Zrozpaczony Ui nie wiedział, co ma zrobić. Opowiedział ojcu o przygodzie w lesie i o mężczyźnie spotkanym w wiosce. Co ma zrobić, aby uratować Su? Prosić magiczny kamień o bogactwo dla siebie? Kupując lekarstwo dla Su, matki już nie uratuje. Ojciec, patrząc na syna smutnym wzrokiem, rzekł: – Synku, to twoje życie, zawsze mówiłem, abyś słuchał głosu serca. Tym razem również go posłuchaj. Zdziwiony Ui wyszedł z chaty, aby uciszyć gonitwę myśli. Mrok i chłód nocy dawały chłopakowi odrobinę ulgi. W ręce trzymał kamień i wciąż myślał nad słowami ojca. Zaczął wspominać dawne czasy, gdy tak świetnie bawił się z Su, jak dobrze się czuł blisko niej i jak zostawił ją samą. Tak bardzo jej teraz potrzebuje, gdy jest mu źle. W jednej chwili zrozumiał, co musi zrobić. Zrozumiał słowa ojca i Suri – kri. – Chcę się cofnąć do czasu, gdy miałem dwadzieścia lat. Zrobiło się jasno jak w dzień, cały świat wirował wokół, aż wszystko zwolniło i znów stał przed swym domem. Wszedł do środka i  ujrzał zapłakaną Su, mamę oraz tatę pochylonego nad nimi, który starał się je jakoś pocieszyć. Rzucił się pod nogi Su, szlochając i błagając, by mu wybaczyła. – W  biedzie i  w  nieszczęściu kochana ma, nigdy cię nie opuszczę. Zawsze będę przy tobie i zawsze będę cię kochał. Przeżyli swoje życie, będąc zawsze obok siebie, wspierając się i szanując, otaczając siebie i najbliższych wielką miłością, czego i Wam życzę moi kochani….

16


Martyna Ferencz Szkoła Podstawowa nr 10

200 lat wstecz

D

awno, dawno temu, na początku XIX wieku żyła sobie bardzo uboga rodzina. Wynajmowała ona mieszkanie u  bardzo bogatego i  srogiego pana. Ponieważ rodzina nie miała pieniędzy, a za mieszkanie trzeba było jakoś zapłacić, ojciec podjął się pracy u właściciela, ale gdy nie miał już sił, srogi pan bez litości wyrzucił rodzinę z mieszkania. Przygarnęła ich na jakiś czas dobra sąsiadka, ale było u niej bardzo ciasno, więc trzeba było poszukać innego schronienia. Szukając, natrafili na stary opuszczony dom, w którym postanowili zamieszkać, dopóki nie znajdą czegoś innego. Wewnątrz zastali mnóstwo rupieci np. lustro ze złota ramą, zegar, który nie działał oraz cztery łóżka. Rodzina składała się z  pięciu osób, więc siostry Jilly i Anna musiały spać w jednym łóżku. Życie tam nie było łatwe. Nie mieli kołder, więc przykrywali się starymi kocami, nie mieli wody, dlatego chodzili myć się do pobliskiej rzeki. Pewnego dnia Jilly, Anna i ich brat Herbert postanowili dokładniej przeszukać pomieszczenia ich nowego domu. Najpierw poszli do pokoju, gdzie kiedyś była kuchnia. Potem zwiedziły salon, w którym znaleźli pudła ze zniszczonymi zabawkami i ubraniami, a ponieważ nie wzbudziły one ich większego zainteresowania, udali się do małej łazienki, w  której wisiało lustro ze złotą ramą. Dziewczynki chciały się w  nim przejrzeć, więc podeszły i  przetarły je znalezioną gdzieś obok chustką. Żadne z nich nie spodziewało się, że dotknięcie lustra będzie początkiem ich przygód, tym bardziej, że po obejrzeniu swoich lustrzanych odbić, dzieci poszły spać. Dopiero gdy się przebudziły, zorientowały się, że znajdują się 17


w  innej rzeczywistości, sennej, jak myślały. Pierwsze, co ujrzeli, to skaczące po drzewie słońce. Widok był o tyle dziwny, że dzieci zaczęły się śmiać. – Dlaczego się śmiejecie? – zeskoczyło na ziemię i zapytało słońce. Anna nieśmiało spojrzała na nie i powiedziała: – Nigdy nie widzieliśmy słońca, które skacze po drzewach. – Ja nie skaczę, ja pracuję. Myślicie, że skąd się bierze wiosna, lato, jesień i zima? To wszystko moja sprawka! Gdy usłyszał to księżyc, zaraz się pojawił z piosenką: „Nie przypisuj sobie Tego, co ja też robię Ta ta ta ta ta”. – To jest mój przyjaciel, Księżyc, a  ja jestem Słońce, ale tego się już domyśliliście. A wy jak się nazywacie? Dziwoląg, Dziwoląg i Dziabąg? – Ja ma na imię Jilly, to moja siostra Anna, a to nasz brat Herbert – przedstawiła wszystkich Jilly. – Mniejsza z tym – rzekło Słońce. – Chcecie pewnie wrócić do swojego świata, co? – Przecież jesteśmy w swoim świecie, to wy nam się śnicie – zdziwił się Herbert. W tej samej chwili wszyscy usłyszeli trzask pękającego lustra, które roztrysnęło się po całej okolicy. – No nie! – krzyknęło Słońce. – Co się stało? – zapytali wszyscy troje równocześnie. – Nigdy już nie wrócicie do swojego świata. Chyba że… w ciągu 48 godzin znajdziecie wszystkie kawałeczki lustra – orzekło Słońce. – Jest ich tyle, ile godzin w jednej dobie – Aż tyle! To chyba niemożliwe, ale… do roboty! Najpierw poszli do Krainy Plaż. Usiedli na rozłożonym tam ręczniku, a w tym samym momencie ręcznik poruszył się, a potem uniósł nad ziemię. Gdy lecieli, zobaczyli kawałek lustra leżący w pewnej dziupli, zabrali go i na ręczniku polecieli do 18


Rys. Teodora Tasić Dżungli Dzikich Kotów. Tam pożegnali się z ręcznikiem, który jakoś nie chciał lecieć dalej. Gdy szli przez dżunglę, natknęli się na norę jednego z kotów. Zajrzeli do niej i znaleźli kolejny kawałek lustra, ale gdy chcieli go wyciągnąć, rzucił się na nich dziki kot. Pazurami bronił swego terytorium, warcząc: – To mój dom, nie wasz, dziwolągi! – Nie jesteśmy dziwolągami, tylko dziećmi. – Wszystko jedno, idźcie stąd! – Nie pójdziemy, dopóki nie dostaniemy kawałka lustra, który tu wpadł. – Chcecie zabrać moją błyskotkę? Herbert zorientował się, że kot tak łatwo nie odda swej zdobyczy i przypomniał sobie, że ma w kieszeni piórko. Zapropo19


nował wymianę czegoś błyszczącego na coś mięciutkiego. Kot przystał na tę ofertę, więc z kolejnym kawałkiem mogli pójść dalej. Zawędrowali do Krainy Luster, która okazał się obszernym labiryntem. Ciężką mieli tam przeprawę, bowiem znajdowało się w  nim mnóstwo luster mylących im nieustannie drogę. Gdy nastała noc, dzieci traciły już nadzieję na powrót do domu. Jilly zapaliła znalezioną nieopodal świecę i wówczas zorientowała się, że poszukiwane przez nich kawałki luster same błyskają do nich z ciemności. Dzięki temu znaleźli dwadzieścia brakujących kawałków. W Krainie Nocy pomagał im sam Księżyc, więc dość szybko odnaleźli kolejny kawałek. Gdy dotarli do Krainy Dnia, sami już się pewnie domyślacie, kto im pomógł. Wiecie? Tak, samo Słońce ofiarowało im ostatni kawałeczek. Dzieci starannie złożyły wszystkie fragmenty zwierciadła, a nie była to sprawa łatwa. Gdy skończyły, świat zamigotał milionem barw i… Jilly, Anna i Herbert przebudzili się w tym samym czasie, przetarli oczy i tylko spojrzeli na siebie. Wiedzieli już, że cokolwiek się w życiu nie stanie, trzeba się uczyć, myśleć i nie tracić głowy w żadnej sytuacji, bo z każdej, nawet najtrudniejszej jest jakieś wyjście. Trzeba go tylko poszukać…

20


Karolina Guźda

Baśń o zaklętych zwierzętach

W

małej wiosce, cichej i zielonej, żył sobie wśród innych ludzi stary szewc o  imieniu Jan. Był to samotny człowiek, którego wszyscy znali we wsi i okolicy. Słynął on z tego, że dobrze naprawiał buty, ale był jeszcze jeden szczegół, otóż szewc Jan był zawsze uśmiechnięty. Jak głosiła wieść, nikt go jeszcze nie widział smutnego i zatroskanego. Jedni mówili, że wynika to z jego pogodnego charakteru, a  inni doszukiwali się w  tym jakieś magicznej tajemnicy. Szewc miał swoich przyjaciół, a  były nimi zwierzęta: kot o imieniu Psot, pies wabiący się Kora i kózka Aniela. Wszystkie zwierzęta Jan codziennie karmił i doglądał, zaś one odpłacały mu się wiernością, a swoją obecnością sprawiały, że nie czuł samotny. W letniej porze szewc odprowadzał swoją gromadę przyjaciół na polanę blisko rzeki, aby tam mogły beztrosko spędzać czas na wolności. Sam udawał się do swojej codziennej pracy, czyli do naprawiania butów. Gdy szewc znikał z pola widzenia, zwierzęta Kora, Psot, Aniela wskakiwały do rzeki i w tym momencie zamieniały się w ludzi. Kora stawała się piękną dziewczyną z długim blond warkoczem, Aniela uroczą dziewczyną o niebieskich oczach, a Psot zmieniał się w  wesołego chłopca. Byli rodzeństwem, które przed wieloma laty okrutna czarownica dla swojego kaprysu zamieniła 21


w zwierzęta. Rozmawiali ze sobą o tym, że muszą odszukać zielony kapelusz czarownicy, który na stałe odwróci zły czar. Woda w rzece tylko na chwilę go zmywała, a po wyjściu z niej dalej wracali do swoich zwierzęcych wcieleń. Rodzeństwo z daleka zauważyło, że na polanę wraca szewc. Dziewczynki i chłopiec wyskoczyli z rzeki i znowu byli kotem, kozą i psem. Szewc Jan czule przywitał się z gromadą zwierząt i zabrał je do domu. Tam zjadły posiłek i odpoczywały w cieniu podwórkowych drzew, a Jan w swoich wielkich okularach oraz w bujanym fotelu na werandzie czytał książki i gazety. Tak w harmonii płynęły sobie słoneczne dni w cichej wsi. Przyszła zima. Zieleń znikła pod białym śniegiem, a bujany fotel z werandy. Jan już nie odprowadzał w zimowe dni zwierząt nad rzekę, a po ciężkiej pracy siedział z nimi przy kominku. Ciepłe mleko i herbata z miodem były dla nich eliksirem szczęścia. Jan rozmawiał ze swoimi zwierzętami i opowiadał historie, które przytrafiły mu się w  ciągu dnia. Zwierzęta szczekały, mruczały i skakały ze szczęścia. Jan głaskał je po ich lśniącej sierści, patrzył im w oczy i czuł, że chcą coś mu powiedzieć, ale do końca nie mógł zrozumieć, co takiego jest w tych tajemniczych oczach jego pupili. Pewnego dnia szewc jak zwykle wrócił po pracy do domu, gdzie czekały na niego zwierzęta. Usiadł przy kominku i zaczął opowiadać o tym, jak dzisiaj do zakładu szewskiego przyszła jedna pani z  dziurawym zielonym butem. Na nosie miała zielone okulary, na głowie zielony kapelusz, a na ramionach zieloną pelerynę. Ubiorem tym zwróciła na siebie uwagę – zwierzęta poruszyły się na te słowa, a szewc dalej opowiadał. – Owa pani prosiła mnie, abym naprawił jej dziurawego buta jak najszybciej. Nie mogłem uczynić tego od ręki i  powiedziałem, żeby przyszła jutro, a wtedy but będzie naprawiony. Była trochę roztargniona, bo oprócz buta zostawiła swój zielony kapelusz, ale jutro jej go oddam wraz z naprawionym butem – powiedział szewc. 22


Na te słowa Psot, Aniela i Kora aż podskoczyły, ale szewc nie wiedział, o co zwierzętom chodzi. Zaczęły chwytać w zęby buty Jana, ciągnęły go za rękaw do kufajki, jakby prosiły, aby wstał i  poszedł za nimi. Szewc był zaskoczony ich zachowaniem, ale pomyślał, że coś niepokoi zwierzęta. „Pójdę tam, gdzie mnie zaprowadzą” pomyślał. Ścieżka była znajoma, prowadziła do jego zakładu szewskiego. Szewc otworzył drzwi i Psot, Aniela oraz Kora wbiegli do środka. Stanęli przy stole, na którym leżał zielony kapelusz i  zielony but. O co chodzi? – zapytał szewc. Zwierzęta wlepiły wzrok w zielony kapelusz. Jan wziął go do ręki i  położył na ziemi. Był ciekawy, co się dalej stanie. Psot pierwszy podszedł do starego zielonego kapelusza, podrzucił go pyszczkiem do góry, po czym podstawił pod niego łebek. I w tej chwili kot Psot zamienił się w chłopca. Szewc przetarł oczy ze zdumienia. Tak samo zrobiła Kora i koza Aniela. Oczom Jana ukazały się dwie dziewczyny. Jan powiedział: – Jak to możliwe? Co to za czary? I wtedy rodzeństwo opowiedziało Janowi swoją niezwykłą historię. Byli sierotami, a wychowywała ich ciotka, która pewnego dnia zaginęła i tak zostali sami. Radzili sobie doskonale i wzajemnie pomagali. Pewnego dnia, będąc w lesie na jagodach, spotkali ubraną całą na zielono nieznajomą, która zamieniła ich w zwierzęta i sprzedała na bazarze. – A  ty, Janie, kupiłeś nas i  dobrze nami się opiekowałeś. Teraz my będziemy pomagać tobie. Szewc Jan nie mógł uwierzyć w to, co widzi i słyszy. Przytulił się do trójki dzieci i  powiedział, że na zawsze będą już razem. – Gdy czarownica przyjdzie do mnie jutro po naprawiony but, to wyleję na nią wiadro zimnej wody, bo czarownice bardzo tego nie lubią, ponieważ woda zamienia je w kamień. Mijały kolejne dni i  tygodnie, a  po zielony but i  kapelusz nikt się nie zgłaszał. Chłopiec pomagał Janowi w codziennej 23


pracy w zakładzie szewskim, dziewczyny Kora i Aniela dbały o dom i ogródek Jana. I tak radośnie płynęły dni w cichej wsi. W  wolnej chwili rodzeństwo i  szewc chodzili na polanę nad rzekę, na której bawiły się jako zwierzęta. I będąc tam, któregoś razu zobaczyli w rzece duży kamień, domyślili się, że jest to czarownica, która wpadła do rzeki i  zamieniła się w kamień.

24


Monika Dobrowolska Gimnazjum nr 6

Niezwykłe motyle

S

zczęście, miłość, przyjaźń to ważne wartości. Jednak czy w pogoni za szczęściem nie zapominamy o rodzinie, najbliższych osobach? Czy szczęście dotyczy tylko własnego świata czy także innych? Kropelki deszczu delikatnie uderzały o grunt, niektóre spływały po szybie, inne podróżowały rynną. Trzeba przyznać, że miasteczko Sunnytown wcale nie należało do słonecznych miejsc. Mieszkańcy narzekali na uciążliwą, deszczową pogodę nieadekwatną do nazwy małego miasta. Mimo męczącego deszczu obywatele byli bardzo wesołymi optymistami. W  Sunnytown żył jednak mężczyzna, który na sam widok przebłysków słońca zakrywał oczy. Na jego twarzy ciągle gościło zdegustowanie, zgorszenie, jednym słowem, grymas. Wydęte w podkowę usta, zmarszczone czoło, posępny wzrok wskazywały na jednostajność jego życia i ciągłe niezadowolenie. Wielu ludzi sądziło, że jest rozkapryszonym dorosłym, który męczy i straszy dzieci swoją osobą. Pewnie dlatego po krótkim czasie zyskał on przydomek gbura, marudy, zrzędy. Walter Lansdale fascynował się światem owadów, a  dokładniej motyli. Od wczesnej młodości obserwował te małe istoty, fotografował i  wklejał zdjęcia różnych gatunków do albumu. Jego oczarowanie owadami nigdy nie słabło. Niezrozumiany przez nikogo odciął się od rodziny i stał się w końcu samotnym starcem. Mieszkańcy Sunnytown wyśmiewali go i uważali za niedojrzałego, niedorzecznego mężczyznę. Pewnie dlatego po krótkim czasie znienawidził swoich sąsiadów, a wszystkich ludzi świata uważał za wrogów. Jego jedynymi przyjaciółmi były motyle, z którymi kochał rozmawiać. 25


Pewnego razu mężczyzna, przechadzając się między uliczkami miasteczka, ujrzał pożywiającego się nektarem kwiatowym Niepylaka Apollo. Delikatnie, aby nie spłoszyć stworzonka, podszedł do niego i zaczął go oglądać. W jego barwnych skrzydełkach dojrzał coś niezwykłego. Przysiągłby, że odzwierciedlały się w  nich jego marzenia. Walter spróbował złapać motyla, ale nie powiodło mu się to. Apollo odleciał wraz z podmuchem wiatru. – Dlaczego uciekasz? – zapytał zrezygnowanym głosem. Wtem usłyszał delikatny, zachrypnięty głosik. – Jestem twoim marzeniem. Znikam, ponieważ nie starasz się mnie spełnić. Początkowo Walter wpadł w  zdumienie, potem zamilkł i  spuścił głowę. Wiedział, że jego marzenia były niezwykle trudne do spełnienia, wręcz nierealne. Przygnębiony wrócił do domu. Po krótkim czasie zasnął. Śniły mu się zarysy pasjonujących przygód i wciąż powtarzane słowa: „Trupy niespełnionych marzeń gniją w naszych wnętrzach” oraz „Niezwykłe rzeczy można znaleźć na ścieżkach prostych ludzi”. Walter nie wiedział, czego dotyczą te niezrozumiałe wypowiedzi. Postanowił nie przejmować się symboliką snów. Następnego dnia mężczyzna ujrzał kilka innych motyli. Zadziwiające było to, że każdy owad mówił o tym samym. Napotkany w parku dostojny Paź Królowej wyrecytował: „Pamiętaj! Musisz wyruszyć w  podróż, aby spełnić swoje marzenie!”. Zauważony na irysie Cytrynek napomknął dziecinnym głosikiem o  trudnym wyborze. Natomiast dwa Modraszki Lazurki opowiedziały starcowi o  niezwykłej symbolice, którą będzie musiał poznać w trakcie swoich przygód. Mężczyzna nie miał zamiaru nigdzie podróżować, zwłaszcza ze swoim bólem kręgosłupa i cukrzycą. Patrzył zdegustowanym wzrokiem na małe motyle. – Czy mam porzucić wszystko na rzecz spełnienia marzeń? – zapytał. 26


Nagle usłyszał delikatny powiew wiatru i  jakiś motyl zatrzepotał skrzydełkami na potwierdzenie. Mężczyzna mógł przysiąc, że był to Kratkowiec. Po chwili zastanowienia Walter postanowił udać się do Papui Nowej Gwinei, aby spełnić swoje największe marzenie. Nie miał jednak wystarczająco dużo pieniędzy na kosztowną podróż, więc postanowił poprosić motyle o  pomoc. Zaczepił Czerwończyka Dukacika, gdy ten posilał się w parku. – Nie wiesz może przypadkiem, jak dostać się do Nowej Gwinei, nie posiadając pieniędzy? Motyl zatrzepotał pięknymi, czerwonymi skrzydełkami i przemówił piskliwym głosikiem. – Jak rodzą się marzenia? Jak należy je spełniać? Ja także jestem twoim marzeniem, marzeniem o posiadaniu rodziny. Mężczyzna otworzył szeroko oczy ze zdumienia. – Jakiej rodziny?! Nikt nie jest mi potrzebny do szczęścia! Nikt, prócz tego motyla do mojej kolekcji, tego owada z Nowej Gwinei! – krzyczał Walter. Spłoszony gwałtowną reakcją mężczyzny malutki motylek odleciał. Po chwili Walter rozpoznał Admirała, który przycupnął na chwilę na łodyżce róży. – Dzień dobry – przywitał się grzecznie. – Panie Admirale, nie wie pan, jak mogę dostać się do Nowej Gwinei? Zaciekawiony Admirał podniósł czułka. Wydawało się, że się zastanawia. – Podróż wyobraźnią! Walter zmarszczył brwi. Owad przypominał mu jego wujka służącego w wojsku. – Czy to możliwe, że Czerwończyk Dukacik jest podobny do mojej siostry lubującej się w  drogiej biżuterii – zapytał sam siebie. – Co to znaczy „wyobraźnią”? – powiedział już na głos. I nagle poczuł, że świat wiruje. Nie mógł złapać oddechu. Kurczowo trzymał się ławki, aby nie upaść na ziemię. Jakaś 27


Rys. Monika Wielińska tajemnicza siła ciągnęła go w  dół. Zdążył tylko powiedzieć: „nie zabrałem bagażu” i  wtem Admirał zniknął. Wiatr delikatnie muskał jego policzki. Nagle mocny podmuch obudził Waltera. – Gdzie ja jestem?! – krzyknął. 28


Niestety, nikt mu nie odpowiedział. Walter ujrzał ukrytego w trawie pięknego i przyjaźnie wyglądającego motyla. – Gdzie ja jestem? Jak się tu dostałem? – pytał zdenerwowanym głosem. Na twarzy Waltera znowu gościł grymas. – Witam. Chętnie pomogę. Lubię pomagać. To moje hobby! – trajkotał motyl, który wydawał się być podobny do córki Waltera. Mężczyzna spojrzał na krajobraz i  zapłakał. Gwałtownie opanował się zgorszony chwilą swojej słabości i  tęsknotą za bliskimi. – Jesteś w Papui Nowej Gwinei. Witam. Będę twoim przewodnikiem. Naprowadzę cię na właściwą ścieżkę marzeń. – Marzeń? Mam tylko jedno marzenie. Chcę, żebyś pokazała mi miejsce, w którym przebywa królowa motyli. – Motyl Królowej Aleksandry jest największym gatunkiem z  rodziny paziowatych. Rozpiętość jego skrzydeł wynosi 30 cm… – Dobrze, dobrze. Pokaż mi to miejsce – warknął Walter. Nagle jego oczom ukazał się obraz ogromnego lasu. Wśród drzew stała duża konstrukcja przypominająca zamek. Mężczyzna podszedł bliżej wejścia do tego budynku, którego pilnowały dwie ogromne Pawice Atlasy. Przewodniczka poprowadziła starca pod ogromne, złote drzwi prowadzące do głównej komnaty. – Teraz działasz ty! – pożegnała go. – Powodzenia, tato! – Tato? Jaki tato? – spytał zdziwiony mężczyzna, ale motyla nigdzie nie było. – Czy mi się to śni? Gdzie jesteś motylu? Motylu?! Walter nie wiedział, co robić. Czuł się bardzo samotny i  przygnębiony mimo tego, że był blisko spełnienia swojego marzenia. Wziął głęboki wdech, pociągnął za klamkę i… jego oczom ukazał się ogromny ogród, który zdawał się nie mieć końca. Mężczyzna słyszał wiele głosów, błądząc po ogrodzie. 29


Czuł, że zachodzi w nim jakaś zmiana, której bardzo się bał. – Muszę odnaleźć tego pięknego motyla. Gdzie jesteś, Wasza Wysokość?! – zawołał. Wtem ujrzał piękny obraz. Na skale obok ogromnego drzewa wygrzewał się najprawdziwszy motyl Królowej Aleksandry. Walter westchnął z zachwytu. Zachowywał się jak dziecko, które ujrzało jakąś wspaniałą zabawkę. W  całym swoim życiu jeszcze nigdy nie widział tak cudownego obrazu, choć… Mężczyzna stał jak sparaliżowany. Nie mógł wykonać najdrobniejszego ruchu, nie mógł powiedzieć motylowi, jak bardzo go kocha, jak ogromnie za nim tęskni, jak bardzo motyl jest dla niego cenny. Walterowi wydawało się, że słońce delikatnie odbija się w skrzydełkach motyla, tworząc poświatę okalającą całe jego ciało. Poświata ta przypominała aureolę, a piękny motyl skąpany w promieniach słońca wyglądał jak anioł. Ogród przypominał raj. Motyl zatrzepotał skrzydełkami. Był taki majestatyczny, a jednocześnie delikatny i kruchy. – Wyglądasz znajomo… Przypominasz mi… Nie, to niemożliwe! To ty? – zapytał cicho Walter, ale nie uzyskał odpowiedzi. Dotknął ręką mokrego od łez policzka. – Niemożliwe. Przecież… Amelia? Jesteś?! – wołał mężczyzna, ale bez skutku. Motyl znów delikatnie zatrzepotał lśniącymi skrzydełkami. Przypominał delikatną, piękną kobietę. Nagle pod wpływem impulsu mężczyzna wziął czapkę i złapał motyla, a później uciekł wraz ze swoim „łupem”. Obudził się i  rozejrzał dokoła. Leżał na kanapie, a  za oknem padał deszcz. – A  więc to jednak sen – westchnął niepocieszony. Nagle spojrzał w bok i aż podskoczył z wrażenia. Jego czapka cała świeciła. Podniósł ją. Siedział pod nią motyl Królowej Aleksandry. – Królewno, a  więc jednak zabrałem cię do siebie. Nie wiem, za sprawą jakich czarów to się stało? – zastanawiał się mężczyzna. Walter nie wiedział, co zrobić z tak wyjątkowym 30


okazem. Z pewnością nie pożyje długo w tych warunkach, bez ulubionego nektaru kwiatowego. Jedynym rozwiązaniem jest śmierć motyla i  za trzymanie zasuszonego okazu – myślał. Jednak nagle motyl przemówił płaczącym głosem. – Ty tego nie chcesz! Nie zabijaj mnie! Posiadanie mnie nie jest twoim prawdziwym marzeniem. Ty pragniesz swojej rodziny. Jesteś samotny. Nie musiałeś mnie szukać, aby tego dowieść. To, co nadzwyczajne, można znaleźć na ścieżkach zwykłych stworzeń! – Dlaczego mam ci wierzyć? – Kochasz swoją rodzinę. W  motylach dostrzegasz podobieństwo do członków swojej rodziny. Każdy z nas jest inny, każdy ma inne usposobienie tak jak ludzie. Kochasz swoją zmarłą żonę, tęsknisz za nią, przywołujesz ją w pamięci. Dostrzegasz ją we mnie. Walter z niedowierzaniem popatrzył na motyla. Otworzył okno, rozwarł dłonie i  pozwolił polecieć motylowi w  stronę nieba. – Pamiętaj o prawdziwym marzeniu! – zawołał motyl przed odlotem. Walter długo patrzył w niebo. Był pełen podziwu dla mądrości owada. Rzeczywiście, przez cały czas bał się przyznać do tego, że czuje się samotny, sądził, że nie potrzebuje ani bliskich, ani przyjaciół, ani rodziny. Okazało się jednak, że czasami do szczęścia brakuje tak niewiele. Wszystko, czego potrzebujemy, znajduje się blisko nas. W pogoni za szczęściem podróżujemy po świecie, choć wystarczy tylko rozejrzeć się dookoła. Mężczyzna sięgnął po telefon. – Halo! Jesteś córko? – zapytał wzruszony. – Wkrótce się zobaczymy…

31


Weronika Łukaszewicz Zespół Edukacyjny nr 3

Wyprawa po budyń Gumo-królisie w Gumo-Krainie mieszkały, gdzie budyń rzeką opływał kraj cały. I nie zgadniecie – miały zajęcie, które doprawdy cieszyło się wzięciem. Produkcją gumek się zajmowały,

Rys. Wiktoria Żybura 32


godny to czyn był i pełen chwały. Budyń w swym nurcie był bardzo słodki, tysiącem smaków płynął. Kotki, myszki i inne stworzenia mogły w nim znaleźć coś do jedzenia. Przy tym był ważny w całej Krainie – z niego robiono gumki w dolinie, a gumka to bardzo ważna rzecz, bo możesz nią zmazać, co tylko chcesz. I każdy uczeń wie to na świecie, gdy robi błędy w swoim kajecie. Życie wioskowe spokojne było, lecz dnia pewnego to się zmieniło. Nikt nie znał prawdy ani przyczyny, dlaczego budyń zniknął z Krainy. Wszyscy płakali, krzyczeli w głos: „Czeka nas bardzo ciężki los! Zło i anarchia powstaną wszędzie! Aż strach pomyśleć, co z nami będzie!” I jeden śmiałek powiedział wtedy: „Musimy szybko skończyć czas biedy! Ruszę w światy nieznane, przyniosę budyń, sławę i chwałę i uratuję kraj mój przed zgubą! „ – a śmiałek zwał się po prostu Kubą. Słów tych słuchała śliczna Malinka, miła, urocza Gumo-Królinka. Ona kochała się w dzielnym Kubie, gdy on ją widział, myślał o ślubie. Znów nastał ranek, Kuba był gotów uwolnić wreszcie swój kraj od kłopotów. Chwycił plecak, porzucił trwogę, po czym niezwłocznie wyruszył w drogę. Szedł nockę całą i dzień już drugi, 33


Rys. Sergiusz Opaliński gdy wreszcie spostrzegł, że chyba się zgubił. Chwat się przestraszył, bo mało miał czasu, gdy nagle coś wyszło do niego z lasu. 34


Był to lis rudy i pełen złości, co zęby zgubił już ze starości. I z miną wrogą rzekł do Kuby: „Powiedz mi miły, czy ty szukasz zguby?” Kuba wygiął się cały w ukłonie, bo chciał skrzyżować z nim swoje dłonie na powitanie jak zwykle się robi, tylko że lis ów był ciągle srogi. Potem zaczął bardzo składnie opowiadać mu dokładnie cel wyprawy oraz powód. Lis rzekła na to: „Dam ci dowód, że ja także miałem powód i zrobiłem to ze złości, bo mam dosyć samotności. Ja zatkałem rzeki źródło, by się w wiosce żyło trudno. Kiedy byłem lisem młodym, wyruszałem na przygody z ojcem twoim, tak mi się zdaje, w oczach twoich to poznaję. Często myślę o twym tacie, gdy samotnie siedzę w chacie”. Kuba słuchał go z uwagą i powiedział tak z powagą: „Drogi lisie, nie bądź zły. Przestań ostrzyć swoje kły. Porzuć swoje rozżalenie, daj mu odejść w zapomnienie. Zostaw chatę oraz troski i wróć ze mną dziś do wioski”. Lis aż zatarł łapy obie: „To ja tobie też pomogę. Nieopodal, pod kamieniem, 35


Rys. Zuzanna Sidorowicz 36


wypływają dwa strumienie. Jeden znasz, budyniu rzeka, a ten drugi – rzeka mleka. ” Odetkali rzeczek źródło, chociaż było bardzo trudno. I od tego dnia w dolinie budyń oraz mleko płynie. Powrót wcale się nie dłużył. Spacer im naprawdę służył. Rozmawiali z sobą wiele, jak to zwykle przyjaciele. W wiosce czekał tłum radosny, było gdzieś około wiosny. Kwitły kwiaty, bito brawa – były tańce i zabawa. Lis zamieszkał w chacie z Kubą, żył szczęśliwie bardzo długo. Kuba myślał: „Nie mam trwogi, padnę przed Malinki nogi i poproszę o jej rączkę, wszak kupiłem już obrączkę”. Ona chętnie się zgodziła na kobierzec ślubny z nim wstąpiła. Jej sukienka była biała – tak się kończy powieść cała. I niczym budyń w tej krainie morał z bajki taki płynie: Gdy przyjaciel się twój złości, daj mu powód do radości. A on także nie zawiedzie, kiedy będziesz w wielkiej biedzie. I pamiętaj: gdzieś z daleka on na ciebie zawsze czeka. 37


Katarzyna Rataj Gimnazjum nr 7

Bajka o dwóch braciach

D

awno temu żyli dwaj bracia – Aron i Tom. Zostali bardzo wcześnie osieroceni przez rodziców, którzy umarli w  wyniku groźnej epidemii. Przygarnęło i  wychowało ich biedne, ale dobre i  uczciwe wiejskie małżeństwo. Pomagali ojczymowi na roli i macosze w domu. Tak minęła im młodość. Gdy Aron osiągnął 23 lata, a Tom 19, zapragnęli czegoś więcej niż uprawa zboża. Podziękowali za wszystko przybranym rodzicom i ruszyli w świat, pragnąc zdobyć mityczne skarby, poślubić piękne księżniczki i odkryć niezbadane lądy. Bracia nie byli do siebie w ogóle podobni. Aron to młodzieniec bardzo wysoki, miał kruczoczarne włosy, szaroniebieskie oczy i nieprzeciętnie bladą cerę. Tom był trochę niższy od brata, ale i tak dość wysoki, miał piwne oczy, kręcone blond włosy i skórę o brzoskwiniowym kolorze. Jednak pomimo tych różnic obydwaj byli bardzo przystojni. Z charakteru Aron był raczej chłodny, nie przepadał za ludźmi. Czas wolał spędzać samotnie. Najbardziej na świecie pragnął zdobyć wielki skarb, poślubić księżniczkę silnego państwa i zwyciężać w wojnach o  nowe terytoria z  sąsiednimi krajami. Tom z  kolei był zabawny i radosny. Lubił rozmawiać z ludźmi o ich przygodach i historiach. Jego marzeniem było podróżowanie, chciał zwiedzić cały świat oraz założyć rodzinę. Obydwaj byli bardzo inteligentni i rozsądni. Wiedzieli, co chcą w życiu osiągnąć i byli zdeterminowani w dążeniu do swoich celów. Podróż do większego miasta zajęła im niecały tydzień. Gdy do niego dotarli, za pieniądze otrzymane od przybranych ro-

38


dziców zatrzymali się w pewnej karczmie. Szybko jednak zaczynało brakować im środków na utrzymanie, więc obaj zaciągnęli się do pracy. Aron jako kowal, a Tom jako szewc. Prędko znudziło ich takie przeciętne życie i zaczęli się zastanawiać, co dalej. Pewnego dnia w drodze do pracy Tom przypadkiem podsłuchał rozmowę kilku przekupek i ich mężów. Wspominano coś o  jakiejś księżniczce, wielkim skarbie i tronie królewskim. Tom pchnięty ciekawością zapytał: – Przepraszam, niechcący usłyszałem waszą rozmowę. Czy moglibyście mi opowiedzieć tę historię? Zdziwieni wtrąceniem się nieznajomego zmierzyli go wzrokiem i nic nie odpowiadali. Tom nieco speszony powiedział: – Przepraszam, nie przedstawiłem się. Jestem Tom, przyjechałem do miasta parę tygodni temu, pracuję jako szewc i  bardzo zaciekawiła mnie wasza opowieść. Czy moglibyście i mnie ją opowiedzieć? – Ależ naturalnie – powiedziała jedna z kobiet. – Przepraszamy za ten nietakt. Bob, opowiedz panu wszystko, co słyszałeś. Głos zabrał troszkę podstarzały mężczyzna z wielkim brzuchem i pulchną twarzą. – Jestem Bob, pracuję na zamku królewskim jako kucharz. Krążą plotki, że księżniczka Rosa oraz jej najwierniejsza służka zostały uprowadzone. Podobno zaraz po urodzeniu bożek Spełnionych Pragnień zapowiedział, że porwie dziewczynkę, ponieważ król zapomniał złożyć mu należytej podzięki za wypełnienie jego prośby. Wiadomo, gdzie przebywa księżniczka, jednak nikomu nie udało się do niej dostać. Zdoła to zrobić tylko odważny, uczciwy i pełen dobroci mąż. Król obiecał wybawcy swojej córki jej rękę i tron królewski, który otrzyma po jego śmierci. Zaintrygowany całą tą opowieścią Tom odpowiedział. – Dziękuję, że zechciał mi pan o tym opowiedzieć. Muszę już iść, miłego dnia. 39


W  rzeczywistości poszedł czym prędzej do Arona opowiedzieć mu o całym tym wydarzeniu. Po usłyszeniu wszystkiego od Toma starszy brat usiadł na krześle i milczał przez chwilę. Po namyśle rzekł: – Nic lepszego nie mogło nam się w  tej chwili przytrafić. To przeznaczenie Tom! To my uratujemy księżniczkę i zrealizujemy nasze marzenia. Wreszcie wyrwiemy się z tej ciasnej karczmy i szarej rzeczywistości. Będziemy żyli jak królowie. Tomowi taka reakcja bardzo odpowiadała. Sam już o tym myślał, gdy tylko usłyszał tę historię od nadwornego kucharza. Nazajutrz bracia udali się do zamku prosić króla o  audiencję. Władca przyjął ich ciepło, gdy tylko dowiedział się, że chcą wyswobodzić jego córkę. – Udostępnię wam wszystko, czego potrzebujecie do wyprawy – zapewnił. – Błagam, uratujcie moje dziecko, a otrzymacie moją dozgonną wdzięczność. Przygotowania zajęły braciom kilka dni, w końcu z dwoma pomocnikami wyruszyli na pięknych koniach. Po kilku dniach podróży dotarli do podnóża wielkiej góry, której wierzchołek był schowany wysoko w chmurach. – To tu – powiedział jeden z pomocników. – Dalej idziecie sami. Musicie wjechać na tę górę. Po jakimś czasie powinniście zauważyć jaskinię. Gdzieś tam przetrzymywana jest księżniczka. Żegnajcie. Życzymy wam szczęścia. Powodzenia. Bracia zaczęli jechać powoli ścieżką w górę, w stronę jaskini. Nie minęła godzina, a zobaczyli wejście do groty. Weszli do niej ostrożnie. Zsiedli z  koni i  zaczęli się rozglądać po wnętrzu. Zauważyli dwie pochodnie i zapalili je krzesiwem, które otrzymali od króla. Wzięli głęboki oddech i zdecydowanie zaczęli podążać w głąb pieczary, choć wiedzieli, że mogą już stamtąd nigdy nie powrócić. Tam powietrze było jakby chłodniejsze i wilgotniejsze. Tylko pochodnie oświetlały im drogę. W pewnym momencie zauważyli piękną białą sowę siedzącą na gałęzi, która wyrosła nie wiadomo jak w  skalnej ścianie. 40


Sowa wydawała się patrzyć na nich pytająco swoimi wielkimi, rozumnymi oczami. Nagle bracia usłyszeli słowa: – Czego tu szukacie? Po co przyszliście? Aron i Tom spojrzeli po sobie i nie wiedzieli, czy to ich omamy, czy sowa rzeczywiście przemówiła. Głos rozległ się znowu. – Nie dziwcie się aż tak bardzo, tyle się mówi o smokach i czarownicach, a gdy ludzie widzą mówiącą sowę, to nie mogą uwierzyć. To nie aż takie nadzwyczajne. – Przepraszamy – odezwał się Aron. – To było dla nas lekkie zaskoczenie. Przyszliśmy po księżniczkę. Czy wiesz, gdzie ona jest? – Oczywiście, że wiem. Przecież sam ją tu sprowadziłem. To ja jestem bożkiem Spełnionych Marzeń, mam różne oblicza, ale wam, ludziom, wolę pokazywać się w formie zwierząt. Niestety, nie wyswobodzicie księżniczki, chyba że uda wam się przejść moje trzy próby: uczciwości, mądrości i  dobroci serca. Jeszcze nikomu się to nigdy nie udało. Sprawdźmy, czy będziecie pierwsi. Idźcie dalej przed siebie, po chwili z prawej strony ujrzycie drzwi. Otwórzcie je i przekroczcie. Będziecie musieli znaleźć dwa srebrne klucze. Weźcie tylko je, nic więcej. Gdy je odnajdziecie, niech każdy z was otworzy nimi następne drzwi i może spotkamy się znowu. Wypowiedziawszy te słowa, sowa zniknęła. Bracia bez namysłu ruszyli przed siebie. Od razu zauważyli drzwi, o  których wspomniała sowa. Weszli do pomieszczenia znajdującego się za nimi i  ujrzeli salę wypełnioną po brzegi złotem, srebrem, drogocennymi kamieniami, koronami, monetami, zdobionymi krzesłami, dosłownie wszystkim, co jest wartościowe i  się świeci. Tom nie zważał na te wszystkie bogactwa i  natychmiast zaczął szukać klucza. Aron, zachwycony widokiem takiego majątku, zaczął pakować wszystko, co napotkał na drodze, do kieszeni, aż zrobiły się tak ciężkie, że ledwie mógł ustać. Tom szybko znalazł swój klucz. Zauważywszy, że Aron wciąż go nie ma, pomógł bratu i razem znaleźli drugi. Podeszli 41


do drzwi i jednocześnie je otworzyli za pomocą kluczy. Drzwi Toma otworzyły się od razu, jednak drzwi Arona ani drgnęły. Zamiast tego wokół starszego brata ściany zaczęły się zwężać, jakby chciały go zgnieść. Nie wiedzieli, co robić, byli przerażeni. Tom podbiegł szybko do Arona i zaczął go wypytywać: – Aron, czy wziąłeś coś ze sobą oprócz kluczy? Czy wziąłeś coś jeszcze? – Tak, ale to tylko kilka monet, to na pewno nie przez to. To ta głupia sowa, ona chce mnie po prostu tu uwięzić. Pomóż mi, Tom, nie mogę się ruszyć. – Musisz opróżnić kieszenie, szybko, tylko to może cię uratować. Razem zaczęli w pośpiechu opróżniać kieszenie Arona. Ściany przybliżały się do nich coraz bardziej i bardziej. Czas uciekał nieubłaganie. Ale gdy ostatnia złota moneta wypadła z rąk Arona, wszystko ustało. Drzwi otworzyły się, a oni wyskoczyli przez nie jak z procy, żeby tylko wydostać się z tamtego pokoju. Zmęczeni i  wciąż przerażeni usiedli na ziemi, ciężko dysząc. Ich oczom ukazał się ogromny i majestatyczny szary wilk. – Widzę, że jednak uszliście z  życiem – zaczął. – Chociaż było bardzo blisko. Masz szczęście, że nie przyszedłeś tutaj sam, w  innym przypadku zostałbyś zgnieciony jak robak przez swą chciwość – powiedział do Arona. – Czas na drugą próbę. Próbę mądrości. Zadam wam teraz trzy zagadki. Jeżeli odpowiecie prawidłowo, przejdziecie do ostatniej rundy. Zagadka pierwsza: „Ta rzecz głębokie korzenie miewa, wyższa jest niźli drzewa, ku niebu sięga wyniośle, chociaż ni pędzi, ni rośnie”. No, co to jest? Bracia spojrzeli po sobie, pomyśleli chwilę i  nagle Aron krzyknął: – Góra, chodzi o górę! – Dobrze, udało wam się. Tak, to rzeczywiście góra. Teraz druga zagadka: „Nie ma skrzydeł, a  trzepocze, nie ma ust, a mamrocze, nie ma nóg, a pląsa, nie ma zębów, a kąsa”. 42


Ta zagadka zajęła im już więcej czasu. Mruczeli pod nosami, mówili coś do siebie, w  końcu obaj pokiwali głowami i Tom powiedział: – Uważamy, że chodzi tu o wiatr. Wilk skrzywił się nieco i powiedział: – Istotnie, chodzi tu o  wiatr, a  teraz ostatnia zagadka : „Coś, przed czym w  świecie nic nie uciecze, co gnie żelazo, przegryza miecze, pożera ptaki, zwierzęta, ziela, najtwardszy kamień na mąkę miele, królów nie szczędzi, rozwala mury, poniża nawet najwyższe góry”. – A, to łatwe – krzyknął Tom. – Czas. Z nim wszystko przemija. Nie da się go przechytrzyć. – Brawo. Odpowiedzieliście na wszystkie moje zagadki. Przechodzimy do ostatniego wyzwania. Nagle przenieśli się do zupełnie innego miejsca. Stali na starym, spróchniałym moście. Pod nimi była przepaść, której końca nie było widać. Jednego krańca mostu w ogóle nie było widać, a drugi przylegał do stałego gruntu. Pomimo takiego dziwnego wyglądu otoczenia nadal byli w jaskini. Nagle ponad przepaścią, po każdej stronie mostu, pojawiły się jakby kafelki zawieszone w  powietrzu. Na dwóch najbardziej oddalonych od mostu kafelkach pojawiły się po prawej stronie księżniczka i po lewej jej służka. Na moście zjawił się też dumnie wyglądający jeleń, który przemówił do braci: – Z  dwóch stron mostu umieszczone są kafelki, po których możecie dotrzeć do obu tych dziewczyn. Każdy do jednej z  nich. Jednak ta próba wiąże się również z  poświęceniem. Możecie uratować te dziewczęta, wykazać się niesamowitą odwagą i dobrocią serca, jednak sami polegniecie. Lub możecie uratować tylko siebie, skazując jedną z nich na śmierć. Wybór należy do was. Ich życie spoczywa teraz w waszych rękach. Żaden z braci nie wahał się ani chwili. Natychmiast wkroczyli na niepewnie wyglądające kafelki, by uratować dziewczęta. Aron skakał z jednej płytki na drugą bardzo sprawnie 43


i zwinnie. Gdy została mu już tylko jedna, zawahał się. „Czy warto poświęcić życie za nią? Co z tego, że jest księżniczką? Co będę z tego miał? Ona przeżyje, a ja umrę. Nie, nie warto. Nie mogę tego zrobić. Wolę żyć biednie, ale żyć. Przykro mi. ” Otworzył usta i wypowiedział w kierunku księżniczki tylko jedno słowo – Przepraszam. Zaczął się cofać. Skakał z jednego kafelka na drugi w stronę mostu. W pewnym momencie zachwiał się. Zaczął się kołysać. Próbował złapać równowagę, ale nie dał rady. Jego stopy zsunęły się z płytki i zaczął spadać. Nie wydał z siebie najmniejszego jęku. Był tak przerażony wizją bolesnej śmierci, że odjęło mu mowę. Spadał w czarną otchłań, aż w końcu zniknął w tej ciemności. W tym samym czasie Tom zbliżał się po płytkach do służki i już był tuż obok niej. Zatrzymał się na chwilę. Przez jego głowę przebiegły różne myśli i wątpliwości, ale wiedział, że to, co robi, jest słuszne. Doskoczył do służki, złapał ją za rękę i  nagle znowu przeniosło go do innego pomieszczenia. Znalazł się w białej sali. Wszystko było tu białe – ściany, sufit, meble, podłoga. Chłopak nie dostrzegł żadnych okien, ale to nie było już wnętrze jaskini. Obok niego leżały nieprzytomne księżniczka i jej towarzyszka. A przed nim stał biały lew. – Udało ci się – powiedział lew. – Uratowałeś je dzięki swojej odwadze, poświęceniu i dobroci serca. To był pewien podstęp z  mojej strony. Chciałem sprawdzić wasze intencje. Pragnąłem dowiedzieć się, czy na tym świecie są jeszcze szlachetni ludzie, nie ulegający pokusom bogactwa, mądrzy i  sprawiedliwi oraz potrafiący poświęcić się dla kogoś. Nie zawiodłeś mnie. Niestety, twój brat Aron nie był taki jak ty. Wolał uciec i żyć w hańbie z poczuciem winy, skazać ją na pewną śmierć, to go zgubiło. Przykro mi, że tak skończył, ale dałem mu prawo wyboru. On wybrał źle i poniósł tego konsekwencje. W życiu trzeba być dobrym, nieważne, co nas spotyka. Teraz przeniosę was do zamku. Tom, przepraszam cię za stratę brata i dziękuję, że okazałeś się tym, kim jesteś. Żegnaj. 44


W tym momencie Toma ogarnęła ciemność. Gdy się obudził, był w zamku, w wielkim łożu w królewskiej komnacie. Powoli wstał, bardzo bolała go głowa. Nie wiedział, czy to wszystko, co mu się przydarzyło, było snem czy jawą. Otworzył wielkie drzwi i zobaczył ojca księżniczki. Król podszedł do niego i przytulił go najserdeczniej jak to tylko możliwe. – Dziękuję – powiedział. – Chodź ze mną do sali tronowej, tam porozmawiamy o twojej nagrodzie. Tak też zrobili. Gdy weszli do sali, usiedli na krzesłach i zaczęli rozmawiać. – Zgodnie z umową masz teraz rękę mojej córki, a po mojej śmierci zostaniesz królem – zaczął król. W tej chwili Tom zrozumiał, że to wszystko nie było jego wymysłem, ale najprawdziwszą rzeczywistością i ogarnął go ogromny smutek z powodu śmierci brata. „Już nigdy go nie zobaczę” pomyślał i zwrócił się do króla. – Nie chcę twojego tronu ani ręki twojej córki. Chcę podróżować po świecie i jeżeli pozwolisz, opuszczę twój zamek jak najszybciej się da i wyruszę w nieznane. Król był lekko zbity z tropu, ale zgodził się z wolą Toma. – Skoro nie chcesz poślubić mojej córki ani zasiąść na tronie, to pozwól chociaż, że dam ci pieniądze na twoją wyprawę, a gdy zdecydujesz się gdzieś osiąść na stałe, przyślij mi przez posłańca wiadomość o miejscu twojego pobytu, a będę przysyłał ci do końca życia datki, aby wynagrodzić ci chociaż w pewnym stopniu to, co dla mnie uczyniłeś. Gdybyś kiedykolwiek czegokolwiek potrzebował, pamiętaj, że zawsze ci pomogę, zawsze. Żegnaj przyjacielu. Bądź zdrów i  wiedz, że za każdym razem, gdy zawitasz w moim królestwie, będziesz mile widzianym gościem na moim dworze. W ten sposób się pożegnali. Tom opuścił zamek jeszcze tego samego dnia. Dostał najlepszego konia, jaki znalazł się w królewskiej stajni oraz osła osiodłanego tyloma worami pełnymi złota, że aż trudno to sobie wyobrazić. Zwiedził cały świat tak 45


jak tego pragnął, w jednym z dalekich krajów poznał piękną arystokratkę, w  której się szczęśliwie zakochał. Mieli trójkę dzieci, dwie córki i synka. Dożyli późnej starości w pięknym dworku zakupionym przez Toma. Król rzeczywiście przysyłał mu co miesiąc pokaźne sumy pieniędzy. Tom był bardzo zadowolony z życia. Do końca pamiętał słowa wypowiedziane przez białego lwa o byciu dobrym i tak przez całe życie postępował. Dzięki temu wszystkie jego marzenia się ziściły i opuścił ten świat z uśmiechem na ustach i spełnieniem w duszy.

46


Kacper Zieliński Gimnazjum nr 7

Leniwy Jasiu

D

awno, dawno temu w malutkiej wiosce na skraju lasu żył sobie Jasiu, który był bardzo leniwy. Całymi dniami nic nie robił, tylko siedział w sadzie pod jabłonką i marzył. Przez to, że był leniwy i  nigdzie nie pracował, nie dorobił się niczego. Nie miał domu, a choć czasami bywał głodny, nie przejmował się tym i stwierdził, że podjęcie pracy byłoby dla niego upokorzeniem. Od czasu do czasu ktoś z wioski proponował mu pracę, lecz Jasiu zawsze odmawiał. Wszyscy mieszkańcy uważali go za lenia i nieroba, ale żaden z nich nie mógł zaprzeczyć, że jest on najszczęśliwszym człowiekiem w całej wiosce. Chodził zawsze uśmiechnięty i uradowany. Nigdy na nic nie narzekał. Latem Jasiowi żyło się bardzo łatwo. Kiedy zgłodniał, zrywał w  sadzie owoce i  orzechy albo zajadał się warzywami ukradzionymi z pól pobliskich rolników. Gdy nadeszła sroga zima, nastały też ciężkie chwile dla chłopaka. Życie leniucha stawało się coraz trudniejsze. Dni robiły coraz mroźniejsze, więc nie można już było spać w sadzie. Wtedy Jasiu pukał kolejno do wszystkich drzwi w wiosce. Czasem tylko ktoś się nad nim litował, dając mu coś do zjedzenia i proponując nocleg. Pewnego dnia zaprosił go stary gospodarz. Po kolacji chłopak podziękował, ułożył się na sianie i zasnął. Przyśniło mu się, że jest nad brzegiem rzeki i  łowi ryby. Gdy wyciągnął pierwszą z nich, ta zmieniła się od razu w sztabkę złota. Nazajutrz, gdy się obudził, od razu zaczął szukać złotej sztabki, jednak już po chwili domyślił się, że to był tylko sen. Tego dnia po raz pierwszy w życiu poczuł, że jest nieszczęśliwy. Pomyślał już nawet, że może postradał zmysły. Sen o złotej rybce 47


powtarzał się Jasiowi aż do wiosny. Pewnego dnia pomyślał sobie nawet, że może kiedyś on mu się ziści. Gdy przyszła wiosna, Jaś zrobił wędkę i poszedł nad rzekę. Łowił godzinę, drugą, ale bez skutku. Ani razu nie złowił złotej rybki. Trwało to kilka tygodni. Jednak nie poddał się i  postanowił pójść nad jezioro oddalone o  kilka kilometrów od wioski. Zarzucił wędkę i nagle spławik poruszył się. Jasiu energicznie pociągnął i  jego oczom ukazała się połyskująca złotem rybka, jednak haczyk zerwał się i zdobycz odpłynęła. Radość Jasia trwała krótko. Ale chłopak nie załamał się i wracał nad jezioro codziennie z nadzieją, że wreszcie złowi rybę. Gdy wieśniacy dowiedzieli się o rybackich sukcesach Jasia, oferowali mu jedzenie i nocleg w zamian za ryby. Obiecywali, że do końca życia niczego mu nie zabraknie i będzie żył dostatnio. Z biegiem czasu wszystkim mieszkańcom zaczęło się lepiej powodzić. Jasiu łowił im ryby, a oni w  zamian ofiarowali mu jedzenie i dach nad głową. Jednak Jasiu nadal czekał z utęsknieniem na złowienie złotej rybki. Pewnego dnia do wioski przybył bogaty pan. Dowiedział się o Jasiu, który tak jak on był leniuchem. Zaproponował chłopakowi, żeby zamieszkał z nim w jego pałacu. – Przyjacielu – rzekł. – Nic nie będziesz musiał robić, tylko dotrzymasz mi towarzystwa. Jednak Jasiu po krótkim namyśle odpowiedział: – Drogi panie, kiedyś z wielką przyjemnością przyjąłbym pańską propozycję. Ale teraz nie mogę. Poznałem smak prawdziwej pracy i  wiem, co to żyć marzeniami. Jakże mógłbym wyrzec się przyjemności oczekiwania na złowienie złotej rybki. To dla mnie cenniejsze od największego bogactwa. Pan oddalił się, myśląc, że Jasiu jest szalony, skoro odrzucił taką propozycję. Chłopak nigdy nie wyrzekł się swego marzenia. Spędził resztę życia w szczęściu i dobrobycie. Morał z tej bajki jest taki: Kto pracować się nie leni, zawsze znajdzie grosz w kieszeni. 48


Patryk Niemiec Gimnazjum nr 1 w Jaśle

Krasnalek Jak każdy wie, Wrocław to miasto krasnali. To one dodają uroku miastu i mieszkają w takich zakamarkach, że aż ciężko je znaleźć. Ich główną zaletą jest to, że pomagają. Pomagają bez względu na to, kim się jest, czy to chłopcem, czy dziewczynką. Są bardzo pożyteczne, ale często się ich nie docenia. A przecież kto by się zajmował czyszczeniem dziurek, żeby się klucz nie zacinał, kto zamiata ławki w nocy, kiedy ich nikt nie widzi? Taki jest ich los. Pewnego razu krasnal Życzliwek przechadzał się po mieście, sprawdzając, jak się wiedzie krasnalom. Było ładnie i słonecznie, aż chciało się pośpiewać. Życzliwek zaczął sobie podśpiewywać: – Lalala – śpiewał melodyjnie, a zarazem tak cichutko, że żaden człowiek nie mógł go usłyszeć. Wtem usłyszał płacz dziewczynki. Podbiegł do niej i zaczął szarpać ją za nogawkę. – Co się stało? – pytał stary krasnal. Dziewczynka zdziwiła się bardzo, widząc krasnala i nawet się trochę przestraszyła, ale odrzekła: – Boję się, bo się zgubiłam. – Nie bój się, pomogę ci odnaleźć rodziców. – Dziękuję ci – odparła uradowana. – Zgubiłam się tu, na rynku. Moi rodzice poszli, gdy chciałam oglądnąć wystawę. Gdy już się obejrzałam, nie było ich. – Może gdzieś tu są? – zapytał. – A znasz numer telefonu do rodziców? – Tak, to było chyba 666 880 344. 49


Rys. Gabriela Ziółkowska – Świetnie! – wykrzykną uradowany krasnal. – Tylko jak zadzwonimy? – Widziałam budkę telefoniczną – odpowiedziała krasnalowi dziewczynka. – Gdzie? – spytał z nadzieją Życzliwek. – Tam – pokazała, wskazując ręką w jedną ulicę. – To chyba Świdnicka. – Tak jest, moje dziecko, chodźmy. Więc poszli. Dziewczynka zadzwoniła do mamy i  dowiedziała się, że rodzice są na Ostrowie Tumskim. – Nie martw się, to niedaleko – pocieszył ją krasnoludek. Wyruszyli trasą przez rynek, gdzie zobaczyli jeden z  najpiękniejszych ratuszy w  Europie. Krasnalek przez cały czas opowiadał dziewczynce o Wrocławiu, o krasnalkach i ich ciężkiej pracy, którą rzadko kto doceniał. 50


– Ja zawszę będę Tobie wdzięczna – oznajmiła dziewczynka. Szli jeszcze dziesięć minut, aż dotarli do wielkiego, pięknego gotyckiego budynku. To była katedra. Dziewczynka od razu zauważyła rodziców stojących przy drzwiach do kościoła. Podbiegła do nich wzruszona, zapłakana. Krasnalek miał zamiar już iść, ale dziewczynka wróciła do niego, wzięła go na ręce i zaprowadziła do rodziców. Zdziwieniu rodziców dziewczynki nie było końca. Myśleli, że to jakieś zwidy i że córka robi ich w przysłowiowego balona. Krasnal pomrukiwał przez ten czas, że wiedział, że to kiedyś nastąpi i go wykryją. Kiedy rodzice ochłonęli, postanowili zabrać dziewczynkę i krasnalka na lody. Nadszedł też czas pożegnania. Dziewczynka żałowała, że nie może zamieszkać obok swojego nowego przyjaciela, ale krasnal powiedział, że na pewno niedługo się spotkają. Kiedy dziewczynka wyjechała, Życzliwek wrócił do swoich codziennych obowiązków. I mogło się wydawać, że się nigdy nie spotkają, ale dziewczynka po latach przyjechała na studia właśnie do Wrocławia. Szukała krasnala przez dobrych parę dni, aż wreszcie pewnego pięknego, bezchmurnego dnia siadła na ławce i  przypomniała sobie ten sam dzień, kiedy się zgubiła. Wtedy poczuła, że ktoś szarpie ją za nogawkę. Popatrzyła w dół i zobaczyła Życzliwka, starego dobrego Życzliwka, który jej pomógł odnaleźć rodziców. Ucieszyła się niezmiernie. Przez wiele lat dziewczynka spotykała się z krasnalkiem. To by było już na tyle tej opowieści. Pragnę dodać, że na tej samej kamiennej ławce w rynku stoi pomnik krasnala Życzliwka z wyciągniętym kwiatkiem, który uśmiecha się do każdego i oferuje swoją pomoc, tak jak zaoferował ją dziewczynce.

51


Monika Buba Gimnazjum nr 1 w Jaśle

Przygoda w zaczarowanym lesie

D

awno, dawno temu, a może całkiem niedawno, w pewnej małej wsi mieszkały dwie przyjaciółki – Agata i  Malwina. Przyjaźń ich trwała bardzo długo. Pewnego słonecznego dnia postanowiły wybrać się na wycieczkę do lasu, miały zabrać ze sobą trochę jedzenia i picia. Idąc przez las, podziwiały widoki, słuchały śpiewu ptaków, obserwowały zwierzęta. Kiedy tak szły, nie spostrzegły, że zeszły ze ścieżki. Postanowiły usiąść na chwilę i posilić się, ale okazało się, że nie mają nic do jedzenia, ponieważ Agata zapomniała włożyć przygotowane kanapki do plecaka. Dziewczynki uznały, że pora wracać do domu. Droga powrotna okazała się trudna, ponieważ przyjaciółki zabłądziły w lesie. Zapadał zmrok. Koleżanki, nie mogąc odnaleźć drogi powrotnej, pokłóciły się. Agata zdecydowała się iść w  lewo, a Malwina w  prawo, lecz niestety żadna z dróg nie okazała się prawidłowa. Kiedy zapadła noc, Agata usiadła na kamieniu i zaczęła płakać. Wówczas podszedł do niej Lis, który przemówił ludzkim głosem. Dziewczynka bardzo się zdziwiła. Lis powiedział, by się nie bała i oświadczył, iż trafiła do zaczarowanego lasu, w którym wszystkie zwierzęta mówią tak jak ludzie i są przyjaźnie nastawione. Agata opowiedziała Lisowi swoją historię. Zwierzak stwierdził, że źle zrobiła, kłócąc się z przyjaciółką, bo razem jest zawsze raźniej i łatwiej znaleźć wyjście z sytuacji. Dziewczynka

52


Rys. Dominika Malentowicz 53


zmartwiła się, że już nigdy nie zobaczy Malwiny. Lis prosił ją, żeby nie płakała, lecz szła za nim na Cudowną Polankę. Na niej zbierają się zwierzęta, by radzić w  trudnych sprawach. Kiedy dotarli na miejsce, okazało się, że jest na niej już Malwina z Niedźwiedziem. Przyjaciółki, ujrzawszy się, rzuciły się sobie w objęcia i zaczęły nawzajem przepraszać. Pomimo tego że już dawno w lesie zapadł zmrok, Cudowna Polanka lśniła blaskiem i  wyglądała jak sala balowa w  zamku. Wkrótce dotarli tam wszyscy przedstawiciele zwierząt wezwani przez Niedźwiedzia. Król zwierząt – Lew zażądał, żeby dziewczynki opowiedziały, jak doszło do tego, że tu trafiły. Po wysłuchaniu historii i krótkiej naradzie zwierzęta stwierdziły, iż Agata i Malwina postąpiły bardzo lekkomyślnie, rozdzielając się w nieznanym sobie terenie. Zgodziły się też, że trzeba pomóc wrócić im do domu, zanim jednak to uczynią, dziewczynki muszą powiedzieć, czego nauczyła ich ta przygoda. Przyjaciółki zgodnie przyznały, iż zrozumiały swój błąd i bardzo tego żałują, obiecały też więcej się nie kłócić, bo tylko w jedności tkwi siła. Niedźwiedź z Lisem odprowadzili Malwinę i Agatę na skraj lasu. Dziewczynki czule pożegnały się ze swoimi wybawcami, podziękowały im za pomoc i przyrzekły, że nikomu nie zdradzą tajemnicy zaczarowanego lasu. W  drodze do domu Agata opowiedziała przyjaciółce swoją przygodę, a  Malwina przedstawiła swoją historię o  tym, jak bardzo się przeraziła, gdy zmęczona i spłakana leżała na mchu pod drzewem, a wtedy ujrzała nad sobą ogromnego niedźwiedzia. Przyjaciółki były bardzo szczęśliwe, że znów są razem i że mogą wrócić do domu. Postanowiły, że nigdy więcej nie będą przemądrzałe, bo tylko wspólnymi siłami i rozsądną dyskusją można znaleźć wyjście z każdej trudnej sytuacji. Dziewczynki zrozumiały, że gdyby nie trafiły do zaczarowanego lasu i nie pomogły im zwierzęta, w pojedynkę nie znalazłyby wyjścia i mogłyby nawet zginąć. Morał z tej przygody jest taki, że nie w samolubstwie i zarozumiałości, ale tylko w jedności tkwi siła. 54


Patrycja Preston Szkoła Podstawowa nr 7

Drzewo mądrości

D

awno, dawno temu, gdy jeszcze istoty magiczne były na świecie, żyli sobie dwaj bracia – Jasiek i Leszek. Leszek – starszy brat – był samolubny i podły. Od innych ciągle wymagał, a od siebie nic. Za to Jasiek kochał przyrodę i był bardzo miły nawet dla pyskatych dziewczynek. Zawsze wszystkim pomagał, a dla siebie niczego nie pragnął. Pewnego dnia herod obwieścił całej wiosce, żeksiężniczkaRóża zachorowała na bardzo rzadką chorobę, zwaną epilią. Można ją wyleczyć tylko herbatą z liści Drzewa Mądrości. Rośnie ono na Bajecznym Wzgórzu. Jedyny kłopot to ten „że nikt nie wie, jak ono wygląda. Ten, kto odnajdzie te liście, dostanie połowę królestwa i rękę księżniczki Róży”. Gdy Leszek i  jego brat o  tym się dowiedzieli, postanowili odszukać Drzewo Mądrości. Podczas drogi Jasiek powiedział: – Jeżeli ja odnajdę te liście, to oddam Ci nagrodę, a  sam zamieszkam wraz z ojcem w naszej chatce. – A ja z nikim nie będę się dzielił! – rzekł Leszek. Piątego dnia poszukiwań ujrzeli rozwidlenie i postanowili się rozdzielić. – Ja pójdę drogą prostą, a  ty pod górkę – zdecydował za brata Leszek. – Dobrze – zgodziłsięJasiek. I poszli. Po paru godzinach obaj znowu się spotkali. Było to miejsce niezwykłe. Wszędzie dookoła latały małe i zgrabne motylki, znad jeziora dochodził rechot skocznych i zielonych żabek. Wówczas Jasiek zauważył tęczę. Leszek tylko prychnął pogardliwie. 55


Rys. Julia Kula – To pewnie Bajeczne Wzgórze – domyślił się Jasiek. – Możliwe… – skomentował Leszek. I obaj ruszyli w tym samym kierunku, szukając Drzewa Mądrości. 56


Po paru dniach poszukiwań usłyszeli coś dziwnego. – Pomóżcie mi, proszę, dobrzy ludzie! – wołał tajemniczy głos. – Proszę, pomóżcie! Jasiek pomyślał, że skoro ktoś potrzebuje pomocy, to trzeba spieszyć na ratunek, więc podążył wraz z bratem w stronę, skąd słychać było głos. Gdy podeszli bliżej, okazało się, że to… mówiąca jabłoń! Kiedy drzewko zobaczyło, że się zatrzymują, poprosiło: – Czy moglibyście mi pomóc? – zapytała jabłonka. – Potrzebuję kogoś, kto mógłby mi ściągnąć nadmiar jabłek, a w zamian… – Nie mam czasu na pomaganie jakiemuś kijowi z liśćmi! – przerwał jej Leszek. – Muszę iść szukać Drzewa Mądrości! I poszedł dalej. – Ja Ci pomogę – powiedział Jasiek – i to z chęcią! – Dziękuję! – rzekła szczęśliwa jabłoń. – Jak się nazywasz młodzieńcze? – Wołają na mnie Jasiek. Potem młodszy brat pomógł drzewku. Gdy już miał odchodzić, jabłonka powiedziała, że to ona jest Drzewem Mądrości i  że rzeczywiście herbata z  jej liści ma uzdrowicielską moc. Dała mu ich parę, a Jasiek podziękował i ruszył w stronę zamku. Kiedy przybył do królestwa, przekazał królowi liście. Gdy chciano mu wręczyć nagrodę, powiedział tak: – Nie chcę zamku. Jeżeli księżniczka mnie pokocha, to zostanę jej mężem, a  jeśli nie, to wrócę do ojca i  naszej starej chatki nad jeziorem. I poszedł do pokoju chorej. Podał jej herbatę, a ona ledwie wypiła łyk, od razu poczuła się lepiej. Spojrzeli sobie następnie w oczy i od razu się w sobie zakochali. Minął rok, a Jasiek i Różasą wspaniałymmałżeństwem mającym córeczkę imieniemMarta. Podczas gdy królewska rodzina żyje w spokoju, Leszek błądzi nadal po górach szukając Drzewa Mądrości. 57


Dominika Wiatrowska Szkoła Podstawowa nr 7

Czarny Łabędź

W

 dawnych, bardzo dawnych czasach, gdy cuda jeszcze się zdarzały, za jedną górą i jednym lasem żył zły karzeł. Miał on bardzo długą, szarą brodę i jeszcze dłuższe, sumiaste wąsy. Nie posiadał domu, więc wędrował po lesie, poszukując jagód, jeżyn lub grzybów, a  gdy docierał do miasta lub wsi, z nieznanych nikomu powodów ranił słowami jej mieszkańców. Gdy pewnego dnia karzeł zatrzymał się nad rzeką, aby zaspokoić pragnienie, z wody wynurzyła się dziwaczna żaba (zapamiętajcie ją sobie, ponieważ wystąpi jeszcze nie raz). Przepowiedziała mu, że niebawem urodzi się księżniczka, która w dniu piętnastych urodzin zyska potężną moc i z pomocą wróżki rzuci urok na niedobrego karła, żeby zaprowadzić pokój na świecie. Nic więc dziwnego, że zły człowieczek zapamiętał dobrze słowa żaby i  w  duchu postanowił, że odnajdzie dziewczynę i nie dopuści do tego, żeby przepowiednia się spełniła. Wędrował czternaście lat zawsze z tym samym cele. W tym czasie w pewnym zamku dorastała zawsze smutna księżniczka. Ani trochę nie cieszyła się życiem i nigdy się nie uśmiechała. Miała na imię Emilia. Jedyną czynnością sprawiającą, że dziewczynka wydawała się trochę radośniejszą, były spacery w  lesie. Ilekroć wchodziła do lasu, napotykała swojego jedynego przyjaciela – jelonka. Nazywała go Antoni. W  przeddzień piętnastych urodzin Emilii do zamku zawitał karzeł. Król wyszedł, aby go powitać i zapytał: – Po co to przybywasz na mój zamek, drogi karle? 58


– Przybyłem tu zapytać cię, wasza wysokość, czy nie znalazłaby się jakaś posada w zamku dla biednego karła? – zapytał gość. Król zastanowił się przez chwilę po czym przemówił: – Właściwie przydałby mi się ktoś, kto zrobiłby tort na piętnaste urodziny mojej córki. – Z wielką chęcią się tym zajmę – odparł karzeł i poszedł za królem do zamkowej kuchni. W dniu urodzin księżniczki w sali balowej zgromadzili się dworzanie, książęta z odległych krain oraz wszyscy znajomi Emilii. Gdy dziewczyna wkroczyła na salę, wszystkim zaparło dech w piersiach, bo pomimo smutnej buzi księżniczki, nikt nie mógł oderwać od niej wzroku. Jej długie, czarne włosy spadały kaskadą, okrywając ciało spowite w turkusową, tak jak oczy, długą do kostek suknię. Uczta rozpoczęła się uroczystym zdmuchnięciem piętnastu świeczek na czteropiętrowym torcie. Podczas uroczystości nikt nie zauważył, jak karzeł dolewa białą miksturę do złotego pucharu księżniczki. Po zjedzeniu kawałka tortu Emilia podniosła w toaście kielich i wypiła jeden łyk. Niestety to wystarczyło, żeby mikstura zadziałała i  nagle księżniczka poczuła, że dzieje się z  nią coś dziwnego – ręce zamieniają się w skrzydła, ciało obrasta w pióra, stopy w płetwy, a jej mały nosek w duży dziób. Chciała krzyknąć, ale z jej ust wydobył się tylko łabędzi syk. Wystraszony czarny łabędź, spłoszony przez uciekających gości, wyfrunął przez otwarte okno. Księżniczka przemieniona w łabędzia, nie wiedząc, co się stało, pofrunęła do lasu. Wylądowała nad brzegiem leśnego jeziorka. Kiedy zobaczyła swoje odbicie w gładkiej tafli wody, po łabędzim dziobie spłynęła perłowa łza. Nie rozumiała tylko, dlaczego jako łabędź jest czarna? – Może to od moich czarnych włosów? – zastanawiała się. Gdy tak rozmyślała, usłyszała za sobą szelest liści. Wystraszyła się, ale zza drzew wyszedł tyko jelonek Antoni. Ponie59


Rys. Dominika Wiatrowska waż Emilia też była teraz zwierzęciem, rozumiała jego język. Opowiedziała mu całą historię. Wtem z wody wynurzyła się niebieska żaba w żółtoróżowe plamki z małymi skrzydełkami i wyrecytowała: „W  trzecim jeziorze na północ od tego miejsca, za wodną kurtyną mieszka dobra wróżka. Zdejmie ona klątwę z księżniczki, jeśli ta wykaże się odwagą. Odpowiedzi na pytanie chętnie udzieli, ufając, że królewska córka podejmie dobrą decyzję”. Wypowiedziawszy te słowa, rozpłynęła się w powietrzu jak poranna mgła. – Co to było? – spytał jelonek. Czarny łabędź, nie odrywając oczu z  miejsca, w  którym parę sekund temu rozpłynęła się żaba, odpowiedział pytaniem na pytanie: – Jak myślisz, czy ta żaba mówiła prawdę? – Myślę, że warto spróbować! – odpowiedział żądny przygód Antoni. I tak rozpoczęła się ich podróż. 60


Łabędź leciał, a Antoni biegł drogą wskazywaną przez jego cień. Gdy zapadł zmrok, zatrzymali się nad pierwszym jeziorem. Zanim zasnęli, rozmawiali jeszcze o wskazówkach żaby. – Myślę, że wróżkę znajdziemy za wodospadem – powiedział łabędź. – Taaak – jelonkowi nie udało się stłumić ziewnięcia i powiedziawszy to, zasnął. Następnego ranka, po śniadaniu złożonym z kilku leśnych jagódek, wyruszyli w dalszą podróż. Do drugiego jeziora dotarli jeszcze przed południem. Usłyszeli coś jakby szamotanie się. Oboje nachylili się nad powierzchnią. W  wodzie ujrzeli małą rybkę próbującą resztkami sił uwolnić się z  dziurawej sieci najwyraźniej pozostawionej przez rybaka. Łabędź, nie zważając na nic, wskoczył do wody, aby ją uratować. Za pomocą dzioba i płetw uwolnił z pułapki biedną rybkę. Gdy wyszedł z wody, rybka przemówiła: – Nigdy nie zapomnę tego, co dla mnie zrobiłaś – powiedziawszy to, odpłynęła. Od początku wyprawy jelonka coś trapiło. Zebrał się w sobie i postanowił porozmawiać z Emilią. – Wiesz, muszę ci coś powiedzieć – stwierdził Antoni. – A co mianowicie? – Emilia była trochę zaskoczona. – Ja tak naprawdę nie jestem jelonkiem – wziął głęboki oddech. – Jestem księciem. – Och, ale jak to… – Za mojego królewskiego życia byłem znany jako książę Antoni Sprawiedliwy. Spotkał mnie ten sam los co ciebie, ale nikt nie wie, dlaczego. – Doskonale cię rozumiem. Tymczasem zły karzeł od początku śledził tych dwoje, ale za każdym razem nie udawało mu się ich złapać. Gdy już ruszyli w stronę trzeciego jeziora, on dotarł dopiero do drugiego. Jelonek i łabędź zatrzymali się nad brzegiem. Zobaczyli, że kilka metrów dalej jest olbrzymi wodospad. Kiedy podeszli 61


bliżej, rozdwoił się niczym wodna kurtyna. Ostrożnie weszli do środka. Znaleźli się w  komnacie wypełnionej dziwacznymi urządzeniami – jedne się świeciły, inne wydawały dźwięki, a niektóre puszczały kłęby pary. Po środku, w dużym fotelu siedziała niska, pulchna wróżka z  tą dziwną żabą na kolanach. – Przepraszam, czy to pani wróżka? – zasyczał w  swoim języku łabędź. Ku jego zdumieniu wróżka odpowiedziała: – Mów do mnie Magnolia, kochana. – Ta żaba powiedziałaze możesz zdjąć ze mnie urok. – A  owszem, rybka wszystko mi opowiedziała o  waszych dobrych sercach. – Emilia ty… – Antoni nie zdążył dokończyć zdania, bo Emilia sama zauważyła – nie była już czarnym, lecz perłowo białym łabędziem i wtedy po raz pierwszy się uśmiechnęła. Widząc uśmiechniętego białego łabędzia, Magnolia machnęła różdżką. W tym momencie Emilia i Antoni zamienili się z powrotem w ludzi. Nagle do komnaty wpadł zdyszany karzeł, ale widząc dwójkę wesołych tańczących w kolo ludzi, zrozumiał, jak dobrze być wesołym. Postanowił wtedy, e spróbuje się zmienić. Gdy usiadł grzecznie koło fotela, wróżka wyjaśniła, że czarny to kolor smutku. Kiedy młodzi wrócili do zamku, odbyło się wesele. Od tej pory księżniczka już nigdy nie była smutna, a niebieska żaba każdemu, kogo spotkała, mówiła, że warto cieszyć się życiem. Para królewska władała dobrze i sprawiedliwie. Książę pomagał zaprzyjaźnionym zwierzętom, księżniczka udzielała rad i pomocy biednym, karzeł stał się doradcą królewskim, a godłem królestwa był i jest do tej pory czarny łabędź.

62


Weronika Dobrowolska Gimnazjum nr 7

O tym co jest w życiu ważne…

P

ewnego razu żył sobie mały, niepozorny chłopiec. Miał na imię Jakub, ale wszyscy nazywali go Kubusiem. Mieszkał sobie w zwykłym domku jednorodzinnym, gdzieś na przedmieściach dużego miasta. Chodził już do szkoły, a uczył się przeciętnie. Mogę śmiało powiedzieć, że na pierwszy rzut oka nie wyróżniał się zbytnio spośród tysiąca podobnych mu dzieci. Chociaż mogłoby Ci się wydawać, mój Drogi Czytelniku, że Kubuś prowadził zupełnie normalne, szczęśliwe życie, to jednak rzeczywistość wyglądała kompletnie inaczej. Ukochana mama chłopca była poważnie chora. Żaden lekarz nie wiedział dokładnie, co jej dolega. Ojciec szukał coraz to nowych sposobów na uratowanie swej małżonki, jednak nic nie mogło jej uleczyć. Obawiano się najgorszego. Tata Kubusia nie chciał go martwić, dlatego nie mówił mu o wszystkim. Czasami dorośli sądzą, że lepiej przemilczeć pewne sprawy. Myślą, że dzieci nie są w stanie ich zrozumieć. Mimo to chłopiec doskonale zdawał sobie sprawę z tragicznej sytuacji swojej mamy. Bardzo chciał jej pomóc, ale nie wiedział, jak. Był jeszcze mały, co mógł zrobić? Zasmucony Kubuś usiadł na krześle w ogrodzie. Do domu przyszedł właśnie nowy doktor. Ojciec poprosił synka, by pobawił się na zewnątrz, ale chłopiec nie miał ochoty na zabawę. Jego myśli wciąż krążyły wokół chorej mamy. Nagle usłyszał hałas w krzakach. Podniósł wzrok. To, co zobaczył, bardzo go 63


zdziwiło. Ujrzał wiewiórkę. Oczywiście, możesz pomyśleć, że w wiewiórkach nie ma nic zaskakującego. Są bardzo urocze, ale i dość zwyczajne. Jednak musisz wiedzieć, Kochany Czytelniku, że to nie była taka pierwsza lepsza wiewiórka. Małe stworzonko było bowiem ubrane w różową sukienkę w koronki, białe rękawiczki i miało zawiązaną na szyi dużą czerwoną kokardę. Kubuś nie mógł oderwać od niej wzroku. Maleństwo upuściło orzech i podniosło na niego swoją rudą główkę. Patrzyli na siebie przez chwilę i… – Czemu mi się tak przyglądasz? – Jaa… – Kubuś nie wiedział, co powiedzieć. Widział w swoim krótkim życiu kilka wiewiórek, ale jeszcze żadna nie mówiła. – Zapomniałeś języka w buzi? Nikt cię nie nauczył, jak się zwracać do ważnej osoby? – Przepraszam – odpowiedział, ponieważ był bardzo dobrze wychowany. – Po prostu jeszcze nigdy nie spotkałem tak szczególnej wiewiórki. Widać było, że te słowa przypadły jej do gustu, gdyż zakryła łapkami pyszczek i pomachała puchatą kitą. Potem powiedziała: – Cóż, skoro przeprosiłeś, to ja, Królewna Cecylia, oficjalnie ci wybaczam. – Och, dziękuję. To bardzo miłe z twojej strony, wasza królewska mość – odrzekła grzecznie Kuba. – Oczywiście – powiedziała zadowolona z siebie. – Jestem przecież ogromnie łaskawa dla mych poddanych. „Chyba lubi, gdy jej się prawi komplementy” – pomyślał Kubuś i na pewno miał rację, w końcu każdy lubi, gdy mówi się o nim dobre rzeczy, prawda? – Czy mógłbym spytać, co wasza królewska mość robi w moim ogrodzie? – A nie widać? Zbieram orzechy! Jest już jesień, trzeba się przygotować! – tym razem się troszeczkę zdenerwowała. 64


Rys. Weronika Dobrowolska 65


– Ależ rozumiem, chcę tylko wiedzieć, dlaczego królewna zbiera je właśnie tutaj. Przecież chyba może ich poszukać w tym… no… w swoim zamku? – Och, ale… – głos jej zadrżał. – Ja nie mogę. Ja… my, my już nie mamy orzechów! – królewna rozpłakała się. Przyłożyła małe łapki do paciorkowatych oczek, skuliła się i cichutko łkała. Kubusiowi zrobiło się głupio. Nie chciał doprowadzić jej do płaczu, przecież nic mu nie zrobiła. Przypomniało mu się, jak kiedyś upadł na ziemię i zranił się mocno w kolano. Bardzo go bolało i też się rozpłakał. Ale królewna Cecylia nie wywróciła się. To słowa Kubusia sprawiły jej przykrość, chociaż właściwie nie powiedział jej nic złego. Czasami możemy nieświadomie kogoś zranić za pomocą nawet jednego zdania, dlatego trzeba uważać na to, co się mówi. Chłopiec nie mógł już patrzeć, jak wiewióreczka cierpi. Przykucnął obok niej i pogłaskał po główce. Podniosła na niego oczy, a on dał jej chusteczkę. – Powiedz mi, dlaczego płaczesz? – spytał z troską. – Oh! – chlipnęła. – To długa historia. – Nie szkodzi, mamy czas. Historia królewny Cecylii i Orzechowego Królestwa – Więc ( pamiętajcie, nigdy nie zaczyna się zdania od „więc”, ale Cecylia jest tylko wiewiórką i  może o  tym nie wiedzieć, dlatego powinniśmy jej wybaczyć ten drobny błąd. ) jak pewnie się już domyśliłeś, jestem księżniczką, a co za tym idzie, posiadam również kraj, którym to mam za zadanie się opiekować. Musisz wiedzieć, że moje Orzechowe Królestwo było kiedyś naprawdę piękną krainą, moi poddani wiedli tam prosty i szczęśliwy żywot. Nikt nigdy nie zaznał tam biedy ni samotności. Wszyscy jesteśmy dla siebie jak rodzina i pomagamy sobie nawzajem. Nigdy nie brakowało nam jedzenia, ponieważ nasze orzechowe drzewa owocowały przez cały rok. 66


– Myślę, że to wspaniałe miejsce – powiedział Kubuś z zachwytem. – Tak, rzeczywiście wspaniałe. Przynajmniej takie było do czasu, gdy zjawił się On. Bo widzisz, w moim pałacu znajdował się cudowny skarb. Był to magiczny, szafirowy żołądź, prezent od Szarej Wiedźmy, który sprawiał, że drzewa i krzewy nigdy nie chorowały i dawały piękne owoce. Niestety, ten fantastyczny dar, on… – chlip. Cecylia wytarła nosek chustką Kubusia. Chłopiec pomyślał, że dla takiej małej istotki zwykła chusteczka równie dobrze mogłaby być peleryną czy nawet spadochronem. Trochę go to rozbawiło. Zakrył jednak usta ręką, by jej nie urazić. Gdyby zobaczyła, że się śmieje, mogłaby się jeszcze bardziej zasmucić, a to by tylko pogorszyło sprawę. W tym samym czasie królewna zdążyła się już pozbierać, wytarła pyszczek i troszkę się uspokoiła. Wiedziała, że komuś z książęcego rodu nie przystoi ciągle płakać. – Cóż, nasz skarb został skradziony – dokończyła z wyraźnym trudem. – Ale jak to skradziony, przez kogo? – Jak to kogo? Przez jednego z najlepszych złodziei naszych czasów. Przez Chochlika. Kubuś z niedowierzaniem przyglądał się wiewióreczce. Cecylia, widząc jego zdziwienie, mówiła dalej: – Pewnej nocy przyszedł do naszego pałacu w  przebraniu. Wyglądał jak jakiś biedak i zrobiło mi się go strasznie szkoda, dlatego nie mogłam go wyrzucić. Zaoferowałam mu nocleg i kolację. Następnego dnia okazało się, że zniknął, a żołądź razem z nim. – królewna była coraz bardziej zdenerwowana. – Przez to drzewa w naszych lasach ciężko zachorowały i dały w tym roku nędzne owoce. Jeśli nie uda nam się zebrać wystarczająco dużo orzechów przed rozpoczęciem zimy, to moich poddanych czeka głód i nie przetrwają do wiosny… Oni mogą um… Umrzeć. – w tym momencie Cecylia wybuchła gorzkim płaczem. 67


Nie ma w tym nic dziwnego, w końcu strasznie martwiła się o swój lud. Kubuś też się martwił. Był zły na Chochlika, który tak podstępnie wykorzystał dobroć królewny. Z drugiej strony doskonale ją rozumiał. Mimo wszelkich starań jego mama była coraz słabsza, nic nie można było zrobić. W chłopcu obudziło się dziwne uczucie. Już wiedział, co należało zrobić. – Nie martw się, wasza królewska mość, pomogę ci! Królewna spojrzała na niego ze zdumieniem. Przestała płakać, wstała i spróbowała wyglądać tak dostojnie jak tylko mogła. – Dobrze, ale musimy się pospieszyć. Przez następne trzy dni Kubuś i królewna zbierali orzechy, nasiona i inne różne rzeczy, które mogą jeść gryzonie. Chłopiec codziennie po szkole spotykał się z wiewióreczką w ogrodzie, a potem razem wyruszali na swe poszukiwania. Prosili sąsiadów i znajomych o jakąś pomoc albo po prostu sami zbierali leśne przysmaki. W ten sposób udało się im uzbierać cztery pełne wory jedzenia. Trzeba przyznać, że dla takiego małego człowieczka i równie małego zwierzątka to duże osiągnięcie. – Myślisz, że wam wystarczy? – spytał Kubuś po skończonej pracy. – Raczej tak, dodając do tego to, co uzbierali moi rycerze, to na pewno starczy. – Ale jak ty to przeniesiesz? To w  końcu cztery wielkie wory. Królewna zamyśliła się. – Hmm? Faktycznie – nagle podniosła główkę i w wymowny sposób spojrzała na swego towarzysza. – Ty to zrobisz!!! – wykrzyknęła z radością. – Ja? – Tak ty, przecież wyraźnie mówię. – Nie jestem w  stanie przenieść SAM tego wszystkiego – zmartwił się Kubuś. Co prawda miał piątkę z WF – u , jednak nie zmieniało to faktu, że wciąż był dzieckiem, a jego patykowate ręce po prostu nie mogły tyle udźwignąć. 68


– Spokojna twoja poczochrana. Poproszę parę osób do pomocy. Kubuś pomyślał o tym, że królewna może poprosić o pomoc jedynie swoich poddanych, a oni przecież też byli wiewiórkami. Na jego szczęście pomylił się co do ich możliwości. Następnego dnia oprócz Cecylii do jego ogrodu przybyło jeszcze sześć innych zwierzątek. Oczywiście, jak zapewne się domyślasz, mój Drogi Czytelniku, to też były wiewiórki, a  raczej duże wiewióry. Były ubrane w  tuniki z  charakterystycznym herbem na piersiach. Ów emblemat przedstawiał szafirowego żołędzia otoczonego liśćmi dębu. – To są moi dzielni rycerze. Wezwałam ich, by przenieśli z nami naszą zdobycz. „Chociaż tyle” – pomyślał chłopiec. Kubuś wziął jeden worek, a wiewióry zajęły się pozostałymi trzema. Podzielili się w pary tak, by we dwóch nieść jeden pakunek. – Czy wasze Orzechowe Królestwo jest daleko? – Ależ skąd, z tego miejsca to tylko parę chwil – odpowiedziała dziarsko Cecylia i poszła przodem, by poprowadzić ten dziwny pochód. Wszyscy ruszyli za nią w głąb ogrodu. Najpierw królewna, potem jej rycerze, a za nimi Kubuś. Minęli rabatkę z bratkami, szklarnię, aż doszli do żywopłotu. Działka, na której stał dom rodzinny chłopczyka, nie była specjalnie ogrodzona. Po prostu w pewnym momencie łączyła się z pobliskim lasem. – Tedy, tędy! – zawołała radośnie wiewióreczka i  weszła w niewielkie przejście między krzakami. Żeby tam wejść, Kubuś musiał się trochę schylić. Szli teraz tunelem stworzonym z  krzewów, drzew i  innych roślin, a wszystko było skąpane w zielonym półmroku. O ile tym małym zwierzątkom marsz przez ten ogromny gąszcz nie sprawiał żadnej trudności, o tyle chłopiec miał już z tym pewien problem. Często wpadał na gałęzie bądź pajęczyny, czasami 69


też się potykał. Dlatego gdy tylko ujrzał światło dochodzące z przeciwległej strony, ucieszył się niezmiernie. „Nareszcie koniec” – pomyślał. – Już jesteśmy!!! – powiedziała radośnie księżniczka i odwróciła się w stronę swoich kompanów. Kubuś odłożył swój worek, odsapnął i rozejrzał się wokół. To, co ujrzał, przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Wszyscy stali na trawiastej polanie pośrodku ogromnej puszczy. Wokół nich rosło wiele drzew, głownie dębów, wszystkie wielkości czteropiętrowego domu. Jednak nie to przykuło uwagę chłopczyka. Jego oczy spoczęły na tym co znajdowało się w samym środku łąki. Był to gigantyczny budynek, a  może raczej zamek, trudno stwierdzić. Owa budowla miała wysokość dziesięciopiętrowego wieżowca. Kubuś nie mógł oderwać od niej wzroku. – To mój Orzechowy Pałac – rzekła Cecylia z dumą. – Chodź, podejdziemy bliżej – powiedziała do niego. – A wy, dzielni rycerze, zajmijcie się naszym dobytkiem. – Oj, poczekaj na mnie!!! – krzyknął Kubuś, gdy królewna ruszyła pędem przed siebie. Pobiegł za nią, mijając polanę. Gdy w końcu ją dogonił, oboje stanęli przed bramą wejściową pałacu. Dopiero teraz chłopiec zdał sobie sprawę z tego, że to wcale nie był zwyczajny budynek. Stał przed nim bowiem ogromny dąb z przyczepionymi do pnia wieżyczkami oraz balkonami, z  wydrążonymi oknami i  korytarzami. Wyglądał jak jeden wielki domek na drzewie. – Nie stój tu tak. Wejdź do środka. Chłopiec posłusznie wkroczył do pomieszczenia, które okazało się przepiękną salą tronową. Przez witrażowe okna wpadało kolorowe światło, które rzucało na kafelkową podłogę tęczowe refleksy. Na ścianach znajdowały się różne płaskorzeźby i obrazy przedstawiające scenki z historii Orzechowego Królestwa. 70


Mogłoby Ci się wydawać, mój Drogi Czytelniku, że oprócz Cecylii i  jej rycerzy nikt już nie mieszka w  tym cudownym pałacu. Otóż byłbyś w okropnym błędzie, ponieważ cała sala została zajęta przez wiewiórki. Siedziały na parapetach, podłodze, małych balkonikach, po prostu wszędzie. A każda wyglądała inaczej. Nie tylko miały różne kolory futerek, ale reprezentowały sobą różne stany społeczne. Były tam dostojne damy w  bufiastych sukniach, uczeni w  czarnych togach, zwykli mieszkańcy w normalnych ubrankach, a nawet błazen w czapeczce z dzwonkami. Kubuś jeszcze w całym swoim życiu nie widział tyle wiewiórek w jednym miejscu. Kiedy już minęło pierwsze zdziwienie, chłopiec uświadomił sobie, że wszystkie paciorkowate oczka obecne na sali patrzą na niego. Poczuł się tym bardzo zakłopotany. Nie lubił zwracać na siebie uwagi, zawsze dostawał w szkole kiepską ocenę z recytacji wierszy przed klasą. Jednak tym razem nie okazał strachu. Wyprostował się i przeszedł na sam środek pomieszczenia. Wbrew pozorom pierwsze wrażenie jest naprawdę ważne, a przecież Kubuś nie chciał, by uważano go za tchórza. Gdy tylko to uczynił, zewsząd usłyszał szepty. Trochę go to speszyło. Jednak na szczęście Cecylia zabrała głos: – Proszę o ciszę! Dziękuję. Moi drodzy poddani, mam dla was dobre wieści. Jak wiecie, nasz magiczny, szafirowy żołądź został skradziony i groziła nam klęska głodu. Jednak dzięki naszej wspólnej pracy i pomocy tego oto chłopca, udało nam się zebrać odpowiednią ilość żywności, by przetrwać nadchodącą zimę. Na te słowa rozległy się głośne okrzyki i oklaski. Całe pomieszczenie wypełniło się radością. Wiewióreczka podniosła łapkę, by uciszyć tłum. – Sądzę, że powinniśmy jakoś uhonorować naszego wybawcę, czyż nie? Uczeni pokiwali zgodnie głowami. Jeden z nich podszedł do królewny i szepnął jej coś do ucha, a ta uradowana klasnęła w dłonie. 71


– Świetny pomysł. Chłopcze, podejdź tu. Kubuś podszedł do podwyższenia, na którym znajdował się tron. Stał wyprostowany i trochę się denerwował. W tym samym czasie do Cecylii podbiegł orzechowy rycerz, niosąc na czerwonej poduszce mały mieczyk. – Uklęknij – powiedziała, a on posłusznie spełnił jej prośbę. – Jak masz na imię, młodzieńcze? Faktycznie, jeśli się teraz nad tym zastanowić, to nasz bohater nigdy się sam nie przedstawił. Ta myśl sprawiła, że poczuł się naprawdę głupio, przecież dobrze wychowane dzieci powinny umieć się przedstawić i to już na początku nawiązania nowej znajomości, pamiętaj o tym, dobrze? – Nazywam się Ku… Jakub, wasza królewska mość. – Zatem ja, Królewna Cecylia, władczyni Orzechowego Królestwa, pasuję ciebie, Jakubie, na Orzechowego Rycerza, na znak mojej wdzięczności dla twych zasług – i delikatnie położyła mieczyk na jego ramieniu. – Nadaję ci przydomek „szlachetny” ze względu na twą dobroć dla innych. Więc Jakubie Szlachetny, jesteś od teraz oficjalnym obywatelem tego królestwa, tym samym nasze bramy są zawsze dla ciebie otwarte. – Ach! Dziękuję, wasza królewska mość. I  właśnie w  ten sposób nasz niepozorny chłopiec stał się rycerzem. Jednak to nie jest koniec naszej historii. Po uroczystym pasowaniu odbyła się wielka uczta, na której puszczano sztuczne ognie, tańczono i śpiewano. To było wspaniałe wydarzenie i jak stwierdził Kubuś, bardzo zabawne, zwłaszcza jeśli zwróci się szczególną uwagę na tańcujące wiewiórki. Tak, to na pewno nie jest powszechny widok. Królewna uznała, że sama odprowadzi nowego rycerza do domu i oboje ruszyli w drogę powrotną. – I jak? Podobało ci się w moim pałacu? – spytała Cecylia, wchodząc do zielonego tunelu. 72


– Tak, i to ogromnie. Nie miałem pojęcia, że coś tak niesamowitego znajduje się tak blisko mojego domu – nagle jego twarz spochmurniała. Przypomniała mu się chora mama, która zapewne właśnie się zamartwiała o swoje kochane dziecko. Nie uszło to uwadze wiewióreczki. – Dlaczego jesteś smutny? Coś się stało? – zaniepokoiła się. Chłopiec spojrzał na nią i głęboko westchnął. Usiadł na pobliskim kamieniu i  opowiedział jej o  nieszczęśliwych losach swojej rodziny. Królewna cały czas patrzyła na niego i słuchała z uwagą. Gdy już skończył, powiedziała: – Rzeczywiście, kiepska sprawa. W  tej samej chwili usłyszeli dziwny hałas. Oboje aż podskoczyli ze strachu. Dźwięk dochodził zza krzaków. Spojrzeli w tamtą stronę. Nagle z liści wyłoniła się żółta czapka z pomponem, a tuż za nią czarna czupryna. Po chwili bezruchu dziwny ktoś wyskoczył z zarośli i z ogromnym łoskotem upadł na ziemię. Kubuś nie wiedział, co się dzieje. Następnie tajemniczy gość wstał i chwiejnym krokiem podszedł do dwójki przyjaciół. Był to niski człowieczek z małymi spiczastymi uszami. Mimo iż wyglądał na o wiele starszego od chłopca, to sięgał mu zaledwie do pasa. Gdy tylko podniósł na nich swoją małą, pucołowatą twarz, Cecylia aż krzyknęła. – To ty! Jak ci nie wstyd tu przychodzić! – Kto to? – spytał zdezorientowany rycerz. – To chyba oczywiste! – odpowiedziała zdenerwowana wiewiórka. – To przecież jest Chochlik! Złodziej uśmiechnął się podle i powiedział: – Oh, czyż mnie oczy nie mylą? Toż to moją ulubiona królewna. – Czego chcesz nikczemniku, lepiej oddaj nam to, co sobie przywłaszczyłeś!!! – warknęła na niego i napuszyła swoje rude futerko. – Nie masz się co martwić, wasza królewska mość, od ciebie nic nie chcę. Przyszedłem tu do niego – wskazał palcem na chłopca. 73


– Do mnie?! – Ależ tak. Chcę ubić z tobą interes. Masz coś, czego pragnę, a ja mogę ci dać coś, co może ci się przydać. Chochlik wyciągnął z kieszeni małe zawiniątko, Rozwinął je, a wokół nich zaświecił zielonkawy blask. – Wiesz co to jest, prawda? – spytał i zachichotał chytrze. Jak zapewne się już domyśliłeś, mój Drogi Czytelniku, był to oczywiście magiczny szmaragdowy żołądź (chociaż ściślej był to świecący szmaragd o  wyglądzie żołędzia). Kubuś też to od razu zauważył, ale kompletnie nie rozumiał, co mógłby z niego mieć. Jednak niezrażony tym król złodziei kontynuował. – Królewna na pewno ci wspominała o niesamowitej mocy tego maleństwa. Nie zastanawiałeś się nad tym? Jeżeli za jego pomocą możesz uzdrowić drzewo, dlaczego by nie zrobić tego z ludźmi? – Czego ode mnie chcesz? – Och, pragnę jedynie twojego małego serduszka. Przecież nie jest ci potrzebne, nie używasz go. Jesteś taki zwyczajny. Jeżeli mi je oddasz, nic nie stracisz. To niewielka cena za życie i zdrowie twojej matki. Kubuś poczuł się dziwnie. Kochał mamę najbardziej na świecie, ale z  drugiej strony nie chciał oddać swojego serca takiemu łotrowi jak Chochlik. – Po co ci ono, nie chciałbyś go przecież bez przyczyny. – Potrzebuję go do czegoś, co i tak cię nie zainteresuje. Dobijmy już targu, dobrze? Cecylia przez cały czas stała z boku z łapkami złożonymi na piersi i w milczeniu przyglądała się całej tej scenie. Chłopiec spojrzał na nią. Pomyślał o tym, że jeszcze parę dni temu wymieniłby swoje serce na magiczny żołądź, ale teraz? Na chwilę obecną nie był już tą samą osobą co wcześniej. Ze strachliwego Kubusia zmienił się w odważnego rycerza, Jakuba Szlachetnego, który dzięki swojej dobroci uratował całe Orzechowe 74


Królestwo. Czy ktoś taki robiłby szemrane interesy z jakimś złodziejem? Oczywiście, że: – Nie! – Co proszę? – Nie dostaniesz mojego serca. Oddaj Królewnie jej szmaragdowy żołądź, bo inaczej… – Inaczej co? Nie możesz mi nic zrobić, jesteś tylko dzieckiem. Tu akurat Chochlik miał rację. Pomimo swojego tytułu szlacheckiego i  ogromnej przemianie wewnętrznej nasz bohater pozostawał wciąż małym chłopcem. Nie umniejsza to jednak jego zasług. Nieważne, ile masz lat, dobre uczynki zawsze się liczą. Król złodziei zaczął się histerycznie śmiać, a Królewna i jej rycerz kompletnie nie wiedzieli, co robić. Wydawało się, że zło zatriumfowało. Nagle znikąd dobiegł ich czyjś głos: – Chochliku, co ty wyrabiasz? Pośrodku polany pojawiła się starsza kobieta w szarej sukni. Wyglądała jak miła babcia, która piecze swoim wnukom ciasteczka. – To Szara Wiedźma – szepnęła z zachwytem Cecylia. – Chochliku, oddaj królewnie jej szafirowy żołądź, już. Nikczemnik spojrzał na czarownicę ze strachem w oczach i niechętnie oddał magiczny przedmiot prawowitej właścicielce. – Mówiłam ci, że kradzież czyjegoś serca nie jest sposobem na zyskanie dobroci. Musisz się sam jej nauczyć, jasne? – Chochlik potulnie kiwnął głową. – A teraz przeproś za to, co zrobiłeś i zmykaj do domu. – Przepraszam was, a w szczególności ciebie, królewno, za moje złe uczynki. Już więcej tego nie zrobię – i uciekł jak najszybciej potrafił. – No, myślę, że nie będzie więcej sprawiał kłopotów. A co do ciebie, Cecylio, powinnaś bardziej uważać. 75


– Tak, wiem, ja też bardzo przepraszam – powiedziała wiewiórka ze skruchą i zacisnęła łapki na magicznym kamieniu. Szara Wiedźma chciała już odejść, gdy wtem odezwał się Kubuś. – A co ze mną? Co będzie z moją mamą? Nie uzdrowisz jej? Czarownica spojrzała na niego tak, jakby dopiero go zauważyła. – Ani ja, ani ten żołądź nie mamy takiej mocy, by wyleczyć twoją mamę. Przykro mi, Chochlik cię okłamał. Chłopiec spuścił głowę, naprawdę uwierzył w to, że znalazł jakiś sposób. Cecylia pogłaskała go po dłoni. Wiedźma podeszła do niego i położyła mu rękę na ramieniu. – Jesteś dobrym dzieckiem – powiedziała. – Pomogłeś wielu osobom. Może teraz nie, ale kiedyś w  przyszłości ta dobroć, którą dałeś innym, wróci do ciebie ze zdwojoną siłą. Po prostu dawaj z siebie jak najwięcej, a na pewno ci się to opłaci – uśmiechnęła się. Kubuś podniósł na nią zapłakane oczy. – A  teraz idź do domu, dobrze? Twoi rodzice pewnie się martwią. Mały rycerz kiwnął głową, pożegnał się z królewną i Czarownicą, a  następnie pognał prosto do domu. Kiedy wrócił, jego taty nie było, za to mama siedziała na werandzie. Gdy tylko go zobaczyła, wstała i pobiegła, by przywitać synka, chociaż powinna leżeć w łóżku. Kubusiowi oberwało się za to, że tak późno wrócił do domu. Jednak nie zraziło go to. Postanowił pomagać ludziom i  zawsze dawać z siebie wszystko. Zaczął się lepiej uczyć, zmywał naczynia, sprzątał swój pokój, pożyczał kolegom długopisy, gdy nie mieli własnych i nigdy nie przestawał się uśmiechać. Wciąż przyjaźnił się z królewną Cecylią, ale poznał bliżej wiele innych osób. Za to jego mama z  dnia na dzień wyglądała lepiej. Lekarze nie wiedzieli, co się stało, ale ich pacjentka powoli wracała do zdrowia. 76


Właśnie tak bywa w  życiu. Jeżeli jesteś dobry dla innych i pomagasz im jak umiesz, to te wszystkie pozytywne uczucia, które ofiarowałeś światu, na pewno kiedyś do Ciebie wrócą. Może nie dziś ani nie jutro, ale bądź pewien, że jeśli będziesz postępował w ten sposób, to nigdy nie zostaniesz sam. Zawsze znajdzie się ktoś, kto poda Ci pomocną dłoń, gdy ty będziesz jej potrzebował. Dlatego proszę Cię, mój Drogi Przyjacielu, nie trać nigdy wiary i nadziei, ponieważ jutro może przynieść nam oczekiwane szczęście.

77


Wiktoria Nowakowska Gimnazjum nr 7

Najpiękniejsza muzyka

O

powiem Wam pewną historię. Chcecie? Baśń tę opowiedziała mi moja babcia, a babci prababcia, a prababci praprababcia, a praprababci… ojej! Trochę to skomplikowane, już sama się trochę pogubiłam. W każdym razie opowieść ta jest bardzo stara, ale wydarzyła się naprawdę. Posłuchajcie… W pewnej małej wiosce położonej pomiędzy rzeką i lasem, morzem i  górami, za siedmioma kałużami mieszkała mała, bardzo kochająca się rodzinka – mama, tata i córeczka Marcysia. Rodzice dziewczynki byli bardzo ubodzy, nie mieli dużo pieniędzy, dlatego Marcysia nie miała wiele zabawek i drogich sukienek. Kochali się jednak bardzo mocno. Rodzice dziewczynki pracowali na roli, a Marcysia ciężko pracowała, pomagając im w tej pracy. Dziewczynka nie miała wielu przyjaciół, ponieważ w  sąsiedztwie nie mieszkały żadne dzieci. Jedynie w  pobliskim domku wychowywał się chłopiec o imieniu Marcel. Marcysia z  Marcelem spędzali swój wolny czas na beztroskich zabawach. Bawili się w berka, chowanego, wybudowali nawet ze starych, niepotrzebnych desek szałas, gdzie bawili się w  Indian i różne inne dziecięce zabawy. Niestety, rok temu Marcel ciężko zachorował, rodzice nie mieli pieniędzy na drogie lekarstwa i w wyniku powikłań chłopiec stracił wzrok. Marcysia była z  tego powodu bardzo smutna. Pomimo że często odwiedzała swojego przyjaciela, niestety nie mogła się z nim bawić jak dawniej. Brakowało jej wspólnych wypraw do lasu na jagody, poziomki czy maliny. Często wspominała kąpiele w rzece i łowienie ryb z własnoręcznie zrobionych wędek.

78


Marcysia kochała ptaszki, o które bardzo dbała. Zimą codziennie chodziła do lasu i dokarmiała je, a wiosną chroniła gniazda z  pisklętami przed dzikimi zwierzętami. One za to w dowód wdzięczności wyśpiewywały jej piękne koncerty. Pewnego dnia, kiedy Marcysia razem z rodzicami poszła na targ, by sprzedać jajka i warzywa, spostrzegła leżącą w zaroślach małą skrzynkę. Otworzyła ją i… ku jej zdziwieniu zobaczyła szmacianą lalkę całą w kurzu, pokrytą pajęczynami. Marcysia od razu wyciągnęła ze skrzynki tę skromną lalę. Ucieszyła się, ponieważ była to jej pierwsza zabawka, gdyż jej rodzice nie mogli pozwolić sobie na takie wydatki. Po powrocie do domu dziewczynka nie rozstawała się ze swoją lalą przez cały dzień. Gdy nadeszła noc, Marcysia w  tajemnicy przed rodzicami wzięła lalkę do swojego pokoju na poddaszu. Położyła się spać i była taka szczęśliwa, że aż przytuliła laleczkę do swojego dziecięcego serduszka. Wtem niespodziewanie usłyszała cichutki głosik. Rozejrzała się dookoła, by się upewnić, czy to się jej przypadkiem tylko nie śni. Jednak głos znów się powtórzył. Dziewczynka nie była pewna, kto do niej mówi. „Dziękuję” – usłyszała głos dobiegający od lalki. Dziewczynka aż podskoczyła to z niedowierzania, to ze strachu. – Nie bój się, nic ci nie zrobię – lalka znów powiedziała ludzkim głosem. –Zwykła ze mnie, szmaciana lalka. Nie jestem ani ładna, ani szlachetna. Nagle przerwała, obejrzała się za siebie, by upewnić się, że nie ma nikogo w pobliżu i cichutkim głosikiem powiedziała: – Różnię się tym od innych lalek, że w nocy ożywam. – Co to znaczy? – zapytała z zaciekawieniem Marcysia. – Mogę tańczyć, mówić i cudownie śpiewać. Marcysi zabiło mocno serduszko i  powiedziała z  radością do zabawki: – Nie jesteś zwykłą szmacianą zabawką, tylko najcudowniejszą lalką na świecie! Będziesz moją najlepszą przyjaciółką – i przytuliła ją jeszcze raz bardzo mocno. 79


Po chwili Marcysia zapytała lalkę, jak to możliwe, że taka mała szmaciana laleczka przemawia ludzkim głosem. Szmacianka w tym momencie posmutniała, a z jej błękitnych oczek popłynęły łzy. Zaniepokojona Marcysia zapytała ją: – Czemu płaczesz? Czy powiedziałam coś przykrego? Laleczka przez chwilę milczała, potem powiedziała smutnym głosem: – Nie… ja tylko… przypomniałam sobie o mojej rodzinie, kochanych rodzicach i moich dwóch siostrach. Zdziwiona Marcysia zapytała: – Jak to, masz rodziców i siostry?! Kim jesteś? – Ponieważ zaopiekowałaś się mną, choć nie jestem piękną lalką, myślę, że mogę ci zaufać i zdradzić mój sekret – odpowiedziała tajemniczo laleczka. – Tak naprawdę nazywam się Synkopa i jestem zaczarowaną w lalkę księżniczką, która mieszkała na zamku w Krainie Muzyki. Niestety, zła czarownica, Cisza, która przez całe swoje życie zazdrościła nam szczęścia, dobrego serca, pięknego śpiewu i bogactwa, zamieniła nas w brzydkie szmaciane lalki i  porozrzucała po całym świecie. Moich rodziców pogrążyła w smutku, przez co Królestwo Muzyki zamieniło się w Królestwo Ciszy i  Smutku. Mnie się udało, ponieważ odnalazła mnie taka dobra i wrażliwa dziewczynka jak ty. A moje dwie siostry Pięciolinia i  Gama najprawdopodobniej nadal leżą gdzieś ukryte w  starych skrzyniach i  zastanawiają się, czy chociaż jedna z nas znalazła nowy dom. Laleczka skończyła swą opowieść i  pogrążyła się w  zadumie. Macrysi zrobiło się również bardzo smutno. Pełna współczucia spytała, czy jest jakiś sposób, żeby odwrócić zaklęcie złej czarownicy Ciszy. Laleczka, a właściwie księżniczka Synkopa, odpowiedziała: – Niestety, nikt nam nie może pomóc. Czar czarownicy może odwrócić jedynie dźwięk najpiękniejszej muzyki świata, którą w  dodatku musimy usłyszeć wszystkie trzy w  jednym 80


czasie, a ja przecież nie mam pojęcia, gdzie znajdują się obecnie moje siostry. Marcysia bardzo wzruszona tą smutną historią przytuliła mocno Synkopę i pogrążona w myślach, jak mogłaby pomóc swojej nowej przyjaciółce, powoli zasnęła. Śniło jej się Królestwo Muzyki, zrozpaczone i przerażone siostry Synkopy, które nie miały pojęcia, co się z nimi stanie i zła czarownica Ciszę, która zasiadła na tronie królestwa. We śnie widziała również pogrążonych w smutku rodziców trzech księżniczek. Wcześnie rano, kiedy jeszcze wszyscy spali, dziewczynka leżała w łóżeczku i cały czas myślała, jak można pomóc Synkopie, Gamie i Pięciolinii wrócić do Królestwa Muzyki, które nie byłoby już przepełnione głuchą ciszą. Nagle usłyszała cudowny śpiew ptaków, który budził ją każdego ranka. Zerwała się z łóżka i pobiegła w piżamie do lasu. Przywitała się serdecznie ze swoimi ptasimi przyjaciółmi. Opowiedziała im smutną historię księżniczki Synkopy i poprosiła ptaki o pomoc. One słuchały uważnie i cierpliwie opowieści dziewczynki, a następnie zaćwierkały z radością. – Ty zawsze nam pomagałaś. Zimą budowałaś nam karmniki, dokarmiałaś nas, a latem pomagałaś nam budować nowe gniazda. Teraz kolej na nas, z wielką przyjemnością pomożemy tobie i twojej nowej przyjaciółce. Powiedz tylko, co mamy zrobić? Marcysia zaczęła wyjaśniać ptaszkom, na jaki cudowny pomysł wpadła, gdy usłyszała ich poranny trel. – Śpiew ptaków jest piękny, prawda? Dlatego jeżeli wszystkie ptaki na świecie w  jednym czasie zaśpiewają najpiękniej jak potrafią, będzie to najpiękniejsza muzyka usłyszana w każdym zakątku świata, a  porozrzucane lalki na pewno ją usłyszą. Ptaki radośnie zaświergotały, pokiwały główkami i poleciały przekazać wiadomość dalej, tak żeby rozeszła się po całym świecie. 81


Nazajutrz rano rozbrzmiał najpiękniejszy śpiew świata, jakiego nikt nigdy nie słyszał. Wszystkie ptaszki – małe i duże, kolorowe i szare śpiewały przez dłuższą chwilę najpiękniej jak potrafiły. Wszyscy ludzie z  wielkim zdziwieniem wsłuchiwali się w  ten cudowny śpiew. Tylko jedna Marcysia nie była zdziwiona i uśmiechała się radośnie. W myślach powtarzała: „Musi się udać! To musi się udać!” Nagle pojawiły się przed nią trzy piękne dziewczyny. Od razu poznała, że była to Synkopa, Gama i Pięciolinia. Księżniczki uściskały ją i  podziękowały z  całego serca. Marcysia wiedziała, że w tym momencie straciła najcudowniejszą lalkę, o jakiej marzy każde dziecko. Wiedziała jednak, że Synkopa jest teraz naprawdę szczęśliwa. Siostry przytulały się z wielką radością, a podziękowaniom nie było końca. Po chwili najmłodsza Pięciolinia zwróciła się do Marcysi. – Bardzo nam pomogłaś i w zamian za to możemy spełnić jedno twoje życzenie. Możemy uczynić cię bogatą albo piękną, możemy ofiarować tobie, co tylko zechcesz. Marcysia przez moment zastanawiała się. Jej rodzice byli ubodzy, ale mimo to czuła się szczęśliwa. Poprosiła więc o coś zupełnie innego. – Mój jedyny przyjaciel, Marcel, ciężko zachorował i stracił wzrok. Bardzo bym chciała, żeby znów mógł widzieć jak obłoki fruwają po niebie, jak świeci słońce i jak kwitną kolorowe kwiaty. Księżniczki jeszcze raz z całego serca podziękowały Marcysi i powiedziały, że jeśli tylko będzie chciała je odwiedzić, niech tylko wyśpiewa ich imiona, a przyleci po nią motyl z zawieszonym na srebrnym łańcuszku kluczem wiolinowym i zabierze ją do pięknej, rozśpiewanej krainy muzyki. Trzy księżniczki złapały się za ręce i odpłynęły w świetle słońca. Marcysia jeszcze długo miała ten obraz przed oczami. Następnego dnia usłyszała głośne pukanie. W drzwiach zobaczyła uśmiechniętego od ucha do ucha Marcela. Stał i pa82


trzył na nią swoimi radosnymi oczami. Marcysia wiedziała, co się stało, wyszeptała tylko – Dziękuję. Odtąd Marcysia razem z Marcelem co dzień bawili się i słuchali pięknego śpiewu ptaków. Dziewczynka nigdy nie zapomniała o trzech księżniczkach: Pięciolinii, Gamie i Synkopie oraz o pięknym Królestwie Muzyki, w którym już nigdy więcej nie zapanowała cisza. Na koniec powiem wam coś jeszcze. Księżniczki obdarzyły potajemnie Marcysię darem pięknego głosu. Gdy dorosła, została znaną i przez wszystkich uwielbianą artystką. Marcysia w  duchu domyślała się, kto jej podarował na pamiątkę ten cudowny głos. Po tej pięknej i niesamowitej przygodzie ze światem magii Marcysia zrozumiała, że w życiu nie trzeba wyglądać pięknie, bogato czy szlachetnie, bo nawet szmaciana skromna lalka może kryć swoją tajemnicę i przynieść wiele radości. Dziewczynka zrozumiała również, jaką wartość w życiu ma niesienie bezinteresownej pomocy.

83


Agata Sobotka Gimnazjum nr 3

O małym, ale wielkim Fenku

D

awno, dawno temu było sobie Królestwo Zwierząt – kraina spokojna, słoneczna, w  której wszyscy żyli ze sobą w zgodzie i przyjaźni. Mieszkały tu różne zwierzęta świata. Od stonogi, poprzez żółte wiewiórki, aż po smoki. Wszystkie stworzenia przebywały w  drewnianych chatkach. Skarbem Królestwa było magiczne Źródło Przeznaczenia, które przepływało przez całą krainę. Dawało ono życie i urodzaj. Pewnego dnia stało się coś niedobrego. Na niebie pojawiły się czarne chmury, które nie przepuszczały nawet odrobiny światła słonecznego. Drugiego dnia Źródło wyschło. Pozostało po nim tylko puste koryto. Nikt nie wiedział, co jest przyczyną tego zjawiska. Po tygodniu w Królestwie zapanował głód, wszystkie zapasy się skończyły, a ziemia nie dawała nowych plonów. Niektórzy nawet chorowali. Zrobiło się bardzo smutno. Zwierzęta zbierały się i próbowały znaleźć sposób na uratowanie Źródła. Były świadome, że jeśli nic nie zrobią, nastaną złe czasy. Mały lisek Fenek uważnie przysłuchiwał się naradom. Tak jak jego rodzice, przyjaciele, sąsiedzi i inni mieszkańcy, starał się znaleźć rozwiązanie problemu. W końcu postanowił udać się do podziemi, skąd wypływało Źródło. Uznał, że to jedyny sposób. Nadzieja przezwyciężyła strach i obawę. Rankiem następnego dnia po cichutku wymknął się z domu. Ostrożnie przeszedł obok śpiących strażników i  wszedł do korytarza ukrytego pod starym dębem, uważając, aby nie obudzić starych wilczurów. Szedł wiele godzin, rozświetlając sobie drogę pochodnią, która nie gaśnie nawet podczas desz-

84


Rys. Natalia Sarnecka 85


czu. Przedzierał się przez pajęczyny. Niejednokrotnie potykał się o  wystające korzenie. Raz nawet zgubił się w  labiryncie tunelów. W  końcu lisek dotarł do celu. Niestety, w  miejscu, z  którego wypływało Źródło, było zupełnie sucho. Maluch nie wiedział, co uczynić. Rozpaczliwie rozglądał się po grocie, przemierzał ją wzdłuż i  wszerz. Kiedy miał już wracać, w ciemnym kącie jaskini spostrzegł piękną Różę. – Może ty wiesz, co mam zrobić? – zwrócił się do Róży. – Oczywiście – odrzekł kwiat. – Musisz mnie zerwać i wycisnąć sok z moich płatków do miejsca po źródle, wtedy ono ożyje. – Nie mogę tego zrobić… – odparł lisek. – Tylko ty odważyłeś się tu przyjść. Musisz to zrobić. To jedyna nadzieja. W przeciwnym razie za parę godzin Królestwo zniknie na zawsze z powierzchni świata razem z jego mieszkańcami. – Co będzie z tobą? – spytał lisek. – Nie martw się, płatki wyrosną mi nowe i piękne – wyszeptała. Fenek delikatnie zerwał Różę. Za jej radą podszedł do otworu i  zaczął wyciskać łapkami sok, tak aby kropelki wpadały do miejsca, w  którym było wcześniej źródło. Gdy skończył, wpatrywał się w otwór. Żadnego efektu… Nagle pojawiła się woda! Utworzyła wąski strumyczek mieniący się blaskiem, powoli płynęła ku górze. Uradowany Fenek wrócił na powierzchnię. Pokonał trasę szybciej niż poprzednio. Z  radością opowiedział wszystkim swoją przygodę. Początkowo nikt nie uwierzył liskowi. Mieszkańcy szybko zmienili swoje poglądy, gdy w korycie rzeki pojawiła się woda. Zaczęło świecić słońce, rośliny ożyły. W Królestwie zagościła radość. Następnego dnia nie było już czarnych chmur, panował dostatek i  szczęście. Chorzy wyzdrowieli. Urządzono wielką ucztę, a na cześć liska, który uratował krainę, postawiono pomnik z napisem: „Mały, ale wielki „. 86


Barbara Brzezińska Gimnazjum nr 8

Żyrafa Poszła żyrafa zrobić pranie, chwaląc się wszystkim nieustannie: Ja piękna, ja bogata, ja mądra, ja miła” – taka to z niej samochwała była. Przyszła żaba do żyrafy, prosząc o kawał kiełbachy. Żyrafa jak nie warknie, jak nie tupnie nogą… Żaba przestraszona poszła sobie zasmucona. Przyszedł słoń do żyrafy, prosząc o główkę sałaty. Żyrafa rozzłoszczona, tymi odwiedzinami już zgorszona, Nie była miła i temu też odmówiła. Przyszła myszka do żyrafy, prosząc o małe frykasy. Żyrafa była zła, chociaż miała, nikomu nic nie dała. Nagle żyrafa zachorowała i o tym, że jej nikt nie pomoże, dobrze wiedziała, bo i  sama nikomu nie pomagała. Teraz bardzo tego żałuje, więc jak tylko wyzdrowiała i swoje błędy zrozumiała, popędziła do przyjaciół – pomagała i co miała, rozdawała. A morał z tej bajki taki: z pomagania nie rób draki, Pomagaj wszystkim wokoło, a  będzie się żyło wesoło. Rys. Barbara Brzezińska 87


Martyna Choinka Gimnazjum nr 6

O Amelce i lalkach z różnych krańców świata

D

awno, dawno temu w  pięknym mieście Late żyła mała dziewczynka, która miała na imię Amelka. Pochodziła z bogatej rodziny. Dzieckiem zajmowała się babcia, gdyż jej rodzice, niestety, często do późna przebywali w pracy lub wyjeżdżali w  dalekie podróże. Aby wynagrodzić córce swoją nieobecność, przysyłali jej wielkie paczki z zabawkami. W większości były to lalki, które Amelce się szybko nudziły. Najczęściej po krótkiej zabawie zostawiała je w ogrodzie, gdzie deszcz niszczył ich piękne suknie, czasami z sąsiedztwa przychodził pies, który również nie „oszczędzał” lalek. Widząc ich stan, pan zajmujący się ogrodem, wkładał je do kosza i zanosił na strych. Amelka nie chodziła do szkoły. Rodzice zapewniali jej nauczanie indywidualne. W pobliżu domu dziewczynki nie mieszkały inne dzieci, więc z braku zajęć często prosiła nauczycielkę, aby została po zajęciach i opowiadała o jej rówieśnikach, szkolnych lekcjach, itp. Największe wrażenie na dziewczynce wywarła historia o uczniach, którzy przygotowali spektakl dla rodziców. Uszyli lalki i odegrali fenomenalne przedstawienie. Była to bajka o Kopciuszku, której nigdy wcześniej nikt Amelce nie opowiedział. Pierwszy raz też słyszała, że lalki mogą być również aktorami. Pewnego listopadowego dnia dziewczynka zachorowała. Doktor stwierdził, że musi pozostać w  łóżku, więc nauczycielka nie mogła przychodzić przez jakiś czas. Amelka, mając

88


dużo czasu na przemyślenia, zastanawiała się, czy jest w stanie zrobić przedstawienie przy użyciu swoich lalek. Poprosiła babcię, aby przyniosła jej ze strychu dawniej porzucone zabawki oraz opowiedziała jej kilka najpiękniejszych bajek. Nie zainteresowało to jednak dziewczynki. Ostatnią wyrecytowaną przez staruszkę historią była „Opowieść o  krasnalu Podrzutku”. Dziewczynka nudziła się, więc babcia przyniosła jej karton z zabawkami. Niestety, okazało się, że lalki, które chciała wykorzystać do przedstawienia, są w fatalnym stanie. Widząc smutek w oczach dziecka, staruszka postanowiła pomóc wnuczce i nauczyć ją szyć. Zaproponowała, że wspólnie naprawią lalki i zastanowią się nad scenariuszem. Jak się później okazało, reperowanie wcale nie było takie trudne. Amelka zaprojektowała wiele sukienek, które wyglądały wspaniale. Sprawiało jej to przyjemność i satysfakcję. Dziewczynka czuła się dumna, że tak szybko nauczyła się szyć. Naprawionych sukienek przybywało, a  Amelka czuła się coraz lepiej. Przy ostatniej sukience miała już całe pokaleczone palce, ale fakt wystawienia przedstawienia cieszył ją bardzo. Po zakończeniu ciężkiej pracy ustawiła wszystkie lalki w rzędzie i policzyła. Było ich w sumie 31. Zmęczona dziewczynka poszła spać. Nazajutrz zauważyła, że nie ma jednej lalki, a na jej miejscu pojawiło się ziarenko grochu. Historia powtarzała się przez kilka dni. Zapytała więc babcię, czy wie coś na ten temat. Niestety, nikt nie wiedział, co się stało z zabawkami. Postanowiła schować pod poduszką lampkę i czuwać przez całą noc. Kiedy zaczęła zbliżać się północ, usłyszała cichy odgłos. Szybko zapaliła światło i ku jej zdziwieniu spostrzegła Krasnala Podrzutka. Krasnal stanął jak wryty. Pod pachą trzymał jedną z lalek. – Czy to ty co noc zabierasz moje lalki? – spytała zdziwiona dziewczynka. – Tak… Nie wiem, czy wiesz, ale za tym lasem znajduje się dom małego dziecka. Mieszkają w nim biedne dzieci, które nie 89


Rys. Martyna Choinka mają zabawek – odpowiedział zawstydzony całą tą sytuacją krasnal. Dziewczynka również poczuła się niezręcznie. Zrobiło jej się żal sierot i postanowiła, że po odegraniu spektaklu odda swoje lalki. – Chciałam je wykorzystać do mojego spektaklu… ale po jego odegraniu oddam swoje lalki. Mogę też odegrać przedstawienie w tym domu dziecka. – Krasnal ze wzruszeniem zaproponował, że spełni marzenie dziewczynki oraz zagra w przedstawieniu. Dziewczynka, bardzo z siebie dumna i zadowolona, poprosiła krasnala o to, żeby jej rodzice nie wyjeżdżali już za granicę i spędzali z nią więcej czasu. Podrzutek zgodził się i  wspólnie zaczęli zastanawiać się nad scenariuszem. Zaczęli rozglądać się po pokoju w  poszukiwaniu inspiracji. Nagle krasnal zaproponował, że mogą odegrać przedstawienie pt. „Królewna na ziarnku grochu”. Przez resztę tygodnia, kiedy Amelka dochodziła do zdrowia, wraz z krasnalem, który miał zagrać księcia, ćwiczy90


ła pilnie swoją kwestię. Miło spędzony czas spowodował, że dziewczynka zyskała przyjaciela. Amelka opowiedziała o wszystkim babci i przedstawiła jej krasnala Podrzutka. Babcia była dumna z dojrzałości dziewczynki i  z  wielką przyjemnością zaprowadziła wnuczkę do domu dziecka. Dziewczynka świetnie odegrała swoją rolę. Jej towarzysz również doskonale sobie poradził. Po spektaklu Amelka wszystkie lalki oddała dzieciom. Zyskała w ten sposób kolejnych przyjaciół i uznanie wśród opiekunów. Gdy wróciła do domu, rodzice z wielką radością oznajmili, że postanowili założyć firmę w pobliżu. W związku z tym nie będą wyjeżdżać i zaczną spędzać więcej czasu z dzieckiem. Dziewczynka z uśmiechem spojrzała na babcię i od razu pomyślała sobie o swoim przyjacielu Podrzutku. Morał w tej bajce jest taki, że dobro wraca do ludzi ze zdwojoną siłą i nawet pozornie prosta dla nas rzecz może się dla innych okazać ważna i cenna. W tym przypadku Amelka nie tylko spełniła swoje marzenia, ale również zrobiła coś, co sprawiło radość innym. A to jest w życiu bardzo ważne, żeby nie myśleć tylko o sobie, ale wartościach duchowych, które są ponadczasowe.

Rys. Martyna Choinka 91


Kinga Karbowiak Szkoła Podstawowa nr 7

Zaczarowany księżyc

D

awno, dawno temu, kiedy na świecie panował pokój i ludzie byli szczęśliwi, zdarzyła się przedziwna historia. Pewnej nocy z nieba spadł na ziemię księżyc. Zapanowała ciemność. Ludzie tego nie zauważyli, ponieważ spali. Jak zwykle rano wstali i poszli do swoich prac. Nie zdawali sobie sprawy, że na ich ukochanym świecie jest tyle zła i całymi dniami pracowali. Księżyc, widząc, że coś się z nim stało, postanowił poszukać pomocy. Najpierw zapukał do drzwi wielkiego zamku. Wrota otworzyły się. Wyszedł z nich człowiek, który na widok księżyca zbladł i zadał mu pytanie: – Kim pan jest? – Jestem księżycem. – Nie błaznuj młodzieńcze – zaśmiał się starszy człowiek. – Powiedz, kim naprawdę jesteś i czego chcesz. – Jestem księżycem i potrzebuję pomocy, bo spadłem z nieba. Na te słowa starszy człowiek zamknął mu przed nosem drzwi. Księżyc bardzo się zdziwił reakcją starca i jego słowami. Nazywając go przecież młodym człowiekiem. Postanowił pójść nad pobliskie jezioro, aby zobaczyć, jak wygląda. Księżyc przestraszył się swojego odbicia. Zobaczył w jeziorze twarz młodego człowieka o jasnych włosach i bladej twarzy. Przerażony usiadł i zaczął płakać. Niespodziewanie z jeziora wyskoczyła dobra wróżka. Była to młoda dziewczyna o pięknych długich, czarnych włosach, brązowych oczach i anielskim uśmiechu. Księżyc od razu się w  niej zakochał, ale nie wiedział ani tego, kim ona jest, ani tego, czego od niego chce. Dziewczyna

92


przez chwilę przypatrywała się księżycowi. Następnie odezwała się do niego: – Cześć. Jestem wodną wróżką. Na imię mam Łucja. – Cześć – odpowiedział księżyc. – Nie bój się mnie księżycu, wiem, kim jesteś i co się stało. Na te słowa księżyc zbladł jeszcze bardziej. – Jak to? Wiesz, że nie jestem człowiekiem tylko prawdziwym księżycem? – Tak, wiem – odpowiedziała Łucja. – Spadłeś z nieba tej nocy i zostałeś zamieniony w człowieka. – Skąd to wiesz? Czy to twoja sprawka – spytał księżyc, a jego twarz lekko się rozzłościła. – Spokojnie księżycu, przychodzę ci pomóc. Chodź, musimy się gdzieś ukryć w lesie, a wszystko ci opowiem. Dziewczyna wzięła księżyc za rękę i poszła z nim w gęsty las. W tym czasie mocno zaszumiał wiatr i niebo zachmurzyło się. Zaczął padać deszcz i zrobiło się zimno i ponuro. Ludzie przerazili się, ponieważ dawno już nie było tak strasznie. Łucja i księżyc znaleźli schronienie w małej jaskini. Dziewczyna rozpaliła tam ognisko i zaczęła opowiadać. – Widzisz księżycu, spadłeś z nieba, a to nie przypadek. Na świecie obecnie zaczęła panować zła wróżka, która nazywa się Grzmot. Ona jest moją starszą siostrą. Zawsze była bardzo pewna siebie i nie znosiła, gdy ktoś się jej przeciwstawiał. Marzyła tylko o  tym, by rządzić całym światem. Chciała, aby wszyscy ją słuchali, a na świecie panowała ciemność. Do niedawna jej marzenia były nierealne, bo żyła nasza mama, która ją powstrzymywała przed złem. Dziś świat zamieni się w ciemność. W nocy zapanuje strach. Ja i mój tata jesteśmy bezradni. Co gorsza, musimy uciekać. Na te słowa księżyc chwycił Łucję za rękę i nerwowo zapytał: – Zaczekaj! Co ja mam z tym wspólnego i dlaczego wy musicie uciekać. 93


– Widzisz, Grzmot ma wielką moc. Gdy była dzieckiem, uderzył w nią piorun i od tego czasu z dobrej wróżki stała się złą. Chcąc po śmierci mamy spełnić swoje marzenia, strąciła cię z nieba. Do tego zamieniła cię w mężczyznę, aby nikt nie wiedział, że jesteś księżycem. Ludzie będą cię szukali, bo w końcu zrozumieją, co się stało. Nikt jednak nie będzie podejrzewał, że młody mężczyzna to księżyc. Rzuciła na ciebie urok. – Dobrze, wiem, co stało się ze mną, ale ty i twój tata? – Moja siostra wie, że będę się starała pokrzyżować jej plany i pomóc tobie oraz ludziom. Jak dowie się, że cię spotkałam, to będzie bardzo zła. Ma w ręku potężny atut, który pomoże jej w realizacji planów. – Jaki? – zapytał księżyc. – Mojego tatę. Jak się dowie, że ci pomagam, już go nigdy nie zobaczę. – Łucjo, co mogę zrobić? Jestem lub byłem tylko księżycem. Nie nadaję się do życia na ziemi, a do tego nie wiem, co mogę zrobić w tej sytuacji. – Ty jesteś jedyną nadzieją na powrót porządku na świecie. – Łucjo, co mam zrobić? – Czar rzucony na ciebie może być zdjęty, a ty wrócisz na niebo. – Jak mogę to uczynić? – Musisz znaleźć na świecie dom i  ludzi, którzy będą cię dobrze traktowali. Polubią cię i uwierzą, że jesteś księżycem. – To jest niemożliwe, Łucjo. Pukałem już do jednego domu i starzec, który otworzył mi drzwi, potraktował mnie źle. – Wiem, księżycu. To nie będzie prosta sprawa, ale tylko ty możesz nas uratować. Teraz muszę uciekać, bo Grzmot mnie szuka. Boi się, że cię znajdę i będę chciała ci pomóc. – Czekaj, Łucjo, jak cię mogę odnaleźć. Nie chcę cię stracić. – Czas sam nam pokaże wspólną drogę. Do zobaczenia księżycu. 94


– Łucjo, zaczekaj! – krzyknął księżyc, ale ona znikła. Długo siedział w jaskini i przypatrywał się iskrom z ogniska, aż w końcu usnął. Gdy się obudził, było bardzo ciemno. Spojrzał w niebo. Zrozumiał, że jego brak na niebie wróży ludziom tylko same nieszczęścia. Postanowił jak najszybciej udać się w podróż, aby im pomóc. Szedł długo, aż trafił na piękną chatkę, w której mieszkała bardzo bogata kobieta. Miała ona służbę, ale brakowało jej dobrego ogrodnika. Księżyc zapukał do drzwi tej chatki. – Dzień dobry, młody człowieku – odezwała się kobieta, która otworzyła drzwi. – Czego lub kogo szukasz? – Chciałbym dostać pracę, jedzenie oraz nocleg – odpowiedział księżyc. – Dobrze się składa, potrzebuję ogrodnika, a ty wyglądasz mi na zdolnego mężczyznę. Chłopiec ucieszył się i tego samego dnia zaczął pracować. Praca była ciężka. Mijały dni. Dzień robił się coraz krótszy, a w nocy było ponuro i ciemno. Rośliny przestawały rosnąć. Trawa traciła swój zielony kolor. Widać było, że zło się szerzy na świecie. Księżyc postanowił opowiedzieć swojej pani, kim jest i  co musi zrobić, aby uratować świat. Kobieta nie traktowała go dobrze, a co najgorsze, nie dawała mu jeść. Spał na sianie razem ze zwierzętami. Wyglądał coraz gorzej i nie miał już sił. Gdy usłyszała jego historię, wyśmiała go i zamknęła w piwnicy, aby, jak to stwierdziła, zmądrzał. Księżyc był załamany. Nie wiedział, co zrobić. Nad rankiem pewnego dnia do piwnicy wślizgnął się ptaszek trzymający w dziobku klucz do piwnicznych drzwi. Chłopiec zrozumiał, że ten ptaszek to Łucja, która chce mu pomóc. Zabrał klucz, otworzył drzwi i uciekł. Był słaby i bardzo źle się czuł. Tracił wiarę w to, że pomoże ludziom i wróci kiedyś na niebo. Najbardziej jednak przestawał wierzyć, że spotka jeszcze Łucję. 95


Wreszcie doszedł do małej wioski, bał się jednak zapukać do drzwi. Położył się na wycieraczce przy małym domku i usnął. Wycieńczonego rano znalazła starsza kobieta, która zajęła się nim. Położyła go do łóżka i zaczęła leczyć ziołami. Kilka dni księżyc był tak słaby, że nie był wstanie nic powiedzieć. Pewnego dnia, gdy nabrał sił i ciała, opowiedział dobrej kobiecie całą historię. Bał się, że ona pomimo swojej dobroci nie uwierzy mu. Jednak wielka była jego radość, kiedy starsza pani nie dość, że go pokochała, to i uwierzyła w jego historię. Obiecała mu pomóc, ale nie wiedziała, jak. Postanowiła rozgłosić w  wiosce, że ma u  siebie młodego człowieka, który tak naprawdę jest księżycem. Ludzie z wioski uwierzyli i  polubili księżyc, jednocześnie prosząc, żeby wrócił na niebo. W tym momencie zrobiło się ciemno, choć był środek dnia. Przed obliczem księżyca ukazała się kobieta, którą już znał. Była bardzo zła i głośno krzyczała: – Jak mogłeś zabrać mi moje marzenia!!! Ten świat należy do mnie. Ja jestem panią tego świata. Księżyc zauważył, że kobieta, u której wcześniej pracował i która go uwięziła, to Grzmot, starsza siostra Łucji. – Zaczekaj. Twój czas już minął i musisz zdjąć ze mnie czar – powiedział księżyc. – Nic nie muszę! – krzyknęła Grzmot. Nagle z nieba spadła mała gwiazdka, która zaraz zamieniła się w piękną dziewczynę. Była to Łucja. – Moja kochana siostro, twój czas faktycznie już minął. Księżyc zdjął z siebie swój czar i może wracać do nieba. Grzmot mocno zapłakała i zniknęła. Chłopiec zamienił się w księżyc. Uśmiechnął się do ludzi i powiedział: – Nie bójcie się. Wracam do siebie. Będę was pilnował i strzegł. Teraz już będzie dobrze. Ludzie z wioski uśmiechnęli się do niego. Łucja też obdarzyła go wspaniałym uśmiechem i pocałowała. 96


– Łucjo, zabieram cię z  sobą. Będziesz na niebie najpiękniejszą gwiazdą. – Księżycu, moje miejsce jest na ziemi. – Mylisz się, Łucjo. Ludzie potrzebują na niebie nie tylko księżyca, ale i gwiazd. Ja potrzebuję ciebie. Łucja zarumieniła się, a  księżyc mocno ją pocałował. Ludzie zaczęli klaskać i wołać: „Łucjo zgódź się”. I tak Łucja i księżyc zamieszkali na niebie, gdzie w niedługim czasie pojawiło się wraz z nimi coraz więcej gwiazd. Tak kończy się ta przedziwna historia, która daje nam dużo do myślenia. Warto być dobrym, miłym i uczynnym człowiekiem, ponieważ dobro zawsze zwycięża.

97


Felicja Owieczko Gimnazjum nr 7

Ignaś i czarodziejska kraina snu

I

gnaś siedział na dywanie w swojej ulubionej piżamce – niebieskiej z  fioletowymi tygryskami. Przed nim stała wielka budowla z klocków, wspaniałe autostrady, tunele i tuneliki. Właśnie jedna z  ciężarówek utknęła w  tunelu i  trzeba było przeprowadzić szybką akcję ratunkową, wozy policyjne i samochody z  wyciągami, linami, podnośnikami już pędziły na ratunek, gdy nagle zza ściany rozległ się głos mamy: – Ignaś, pora spać, idź do łóżka… Chłopiec wiedział, że bez jego dowodzenia cała akcja ratunkowa się nie uda i ciężarówka zatamuje ruch na bardzo długi czas… – Ignaś, spać – mama była nieubłagana. Cóż było robić? Chłopiec pomaszerował do łóżka i przykrył się kołderką, która dziś wydawała mu się bardzo ciężka. Akcja ratunkowa ciężarówki musiała zostać zawieszona do jutra. Tylko czy tunel nie pęknie w tym czasie? Czy jest na tyle mocny, by… – Ignaś, śpij już – mama przerwała rozmyślanie chłopca i zgasiła światło. W pokoju zrobiło się ciemno i nieprzyjemnie. Bardzo ciemno i  bardzo nieprzyjemnie. Powolutku łzy, jedna po drugiej, zaczęły spływać po policzkach Ignasia i wsiąkać w poduszkę. Tak bardzo chciał, by teraz była obok niego mama, by położyła swoją ciepłą dłoń na jego głowie, by powiedziała, że jutro

98


Rys. Felicja Owieczko znów wstanie jasny dzień, a ciemność zostanie pokonana… Chłopiec właśnie ocierał swoją rączką kolejną słoną kroplę, gdy usłyszał cichutki głosik : – Ignaś, Ignaś… Zdziwiony usiadł na łóżeczku i  zaczął się rozglądać, lecz z  powodu ciemności nikogo nie dostrzegł. Nagle na poręczy łóżeczka, tuż obok mokrej od łez poduszeczki, zrobiło się jasno i  Ignaś zobaczył siedzącego tam krasnoludka, najprawdziwszego krasnoludka – takiego maleńkiego, w  czerwonej 99


czapeczce, kubraczku i  spodenkach, z  pomponami na bucikach. Spod długiej brody Ignaś dostrzegł uśmiech, a czarniutkie oczka krasnoludka wpatrzone były w chłopca. – Ty jesteś prawdziwy, taki z  najprawdziwszej bajki? –spytał Ignaś, który nie mógł uwierzyć w te niezwykłe odwiedziny. – Tak, jestem prawdziwy, ale nie z bajki. Pojawiam się zawsze tam, gdzie z dziecięcych oczek płyną łzy. – I przyszedłeś tu dla mnie? – dopytywał chłopiec. – Tak, ponieważ chcę zabrać cię w podróż do cudownej krainy, gdzie wszystko jest dobre, piękne, jasne i bezpieczne… – A gdzie ona jest? – spytał zaciekawiony chłopiec. – W twoim serduszku. Oczka Ignasia robiły się coraz większe z zaciekawienia. – W moim serduszku? Ale jak tam się dostać? – Połóż główkę na poduszeczce i zamknij oczka, a ja zrobię resztę. Zaufaj mi – rzekł krasnoludek. – A jak będę chciał wrócić do mamy? – dopytywał chłopiec. – Możesz wrócić, kiedy tylko zechcesz. Gdy na niebie zaświeci jasne słoneczko, a ty otworzysz oczka, będziesz zawsze w swoim pokoiku, a mama będzie obok – cierpliwie wyjaśniał krasnoludek. – I tak będzie co wieczór? Zawsze już będziesz przychodził? – Jak długo zechcesz… Ignaś był bardzo ciekawy, co to za kraina i  jak tam jest, więc ułożył główkę na poduszeczce i zamknął oczka, ale znów szybko je otworzył i upewnił się: – Ale będziesz ze mną? – Tak, będę… Ignaś zamknął oczka, a  wtedy zrobiło mu się cieplutko i  przyjemnie. Podążał czarodziejskim tunelem i  faktycznie dotarł do krainy, gdzie było wszystko, o czym tylko kiedykolwiek marzył… A gdy oczka otworzył, wokół było jasno i mama krzątała się po kuchni. 100


I tak było co wieczór – krasnoludek przychodził i zabierał Ignasia do czarodziejskiej krainy. I  prawdą było, że w  niej wszystkie marzenia się spełniały, a ona sama była jasna i piękna… Pewnego dnia Ignaś wyjątkowo nie mógł doczekać się wieczoru i spotkania z krasnoludkiem. Gdy tylko gość przyszedł, Ignaś oznajmił : – Dziękuję Ci, że do mnie przychodzisz i że pokazałeś mi cudowną krainę, ale już sam tam trafię, a dziś w przedszkolu usłyszałem, że Kasia płacze wieczorami. Czy mógłbyś teraz pójść do niej? Ona cię potrzebuje… I tak oto krasnoludek wędruje do dziś do wszystkich dzieci, które tylko go potrzebują…

Rys. Felicja Owieczko 101


Katarzyna Kasprzak Gimnazjum nr 7

Przygody Kamili

W

cale nie tak dawno (bo zaledwie kilka lat temu) i  wcale nie tak daleko (bo za jednym lasem i  rzeką) żyła sobie pewna dziewczynka imieniem Kamila. Mieszkała w  niewielkim mieście z  Mamusią i  Tatusiem, którzy ją bardzo kochali, ale nie mieli dla niej czasu. Dorastała w dużym domu wśród zabawek, kotków i piesków, gdy jej rodzice pracowali. Kamila była nieszczęśliwa, bo całe dnie spędzała sama. Nie miała przyjaciół, bo dzieci śmiały się z jej długich, rudych włosów. Dziewczynka często wychodziła na spacery do lasu, gdzie słuchała śpiewu ptaków i wspinała się na najniższe gałęzie drzew. Pewnego dnia Kamila znalazła w lesie ścieżkę, której jeszcze nigdy nie widziała. Zawsze była ciekawska, więc nie zastanawiając się nad konsekwencjami, poszła nią. Bardzo szybko zabłądziła. Zawróciła i próbowała znaleźć drogę powrotną, ale wszystkie zakręty na leśnej dróżce były do siebie podobne. Kamila stwierdziła, że się zgubiła. Usiadła na pniu drzewa, a z jej oczu leciały łzy. W końcu zasnęła. Kiedy się obudziła, był już środek nocy. Przez liście prześwitywał księżyc. Nagle zobaczyła w  oddali różowe światełko, które wyglądało na lampę. Była pewna, że to światła przy domu, w  którym mieszkała, zapalone specjalnie po to, żeby mogła wrócić do rodziców. Pobiegła w tamtym kierunku, lecz szybko się zorientowała, że lśniących, różowych punkcików jest zbyt dużo, żeby mogły należeć do jednego budynku, nawet dużego. Kamila była bardzo mądrą dziewczynką, więc uznała, że to musi być miasteczko albo wioska. Postanowiła zapytać 102


tam o drogę do domu. Ze zdwojoną energią zaczęła przedzierać się przez chaszcze, brudząc przy tym spódniczkę i buty. Na samym krańcu lasu Kamila zobaczyła kota. Wydało jej się dziwne, że kot siedzi nieruchomo w miejscu, a w dodatku w  lesie. Zawsze myślała, iż o  tej porze kotki leżą na puszystym dywanie i pomrukują z zadowolenia, myśląc o myszach i  o  mleku. W  tym momencie puszysty czworonóg spojrzał na nią. Kamila aż się cofnęła pod najbliższe drzewo. Nawet w  przytłumionym, różowym świetle widziała, że kot ma jasnoniebieskie oczy, jak niebo w śliczny, bezchmurny dzień. – Dzień dobry. Zabłądziłaś, prawda? To się często zdarza. Szczególnie, gdy w oceanach przybywa krewetek i cała kula ziemska przechyla się w lewą stronę – powiedział Kot. Kamila, tak jak już wspomniałam, była mądrą dziewczynką i oczywiście wiedziała, że takie rzeczy są niemożliwe. Jednak zachowała się bardzo miło i tylko kiwnęła głową. – Tak, proszę pana. Ja wciąż śpię, prawda? W prawdziwym świecie koty nie mówią… – Dziewczynko, a kto ci powiedział, że ten świat, w którym żyjesz, jest prawdziwy? – zdziwił się Kot. – Zresztą nieważne. Chodź za mną, zaprowadzę cię do cioci Jadwigi. Ona rozwiąże wszystkie twoje problemy. – Czy jest u niej telefon i będę mogła zadzwonić do domu? Może po prostu mnie tam odprowadzi? – pytała chaotycznie Kamila. Kot popatrzył na nią jak na wariatkę. – Nie, ale ugotuje rosołek i powróży ci z ręki – odparł. Kamila była rozczarowana, ale jednocześnie głodna i zaciekawiona, więc poszła za Kotem. Dotarli do pierwszych chatek i  zatrzymali się przy niebieskim domku z  dużym ogrodem. Okazało się, że każdy kwiatek świeci na różowo. To właśnie kwiaty były tymi tajemniczymi światłami, które Kamila widziała z lasu. Kot zastukał parę razy do drzwi. Otworzyła im kobieta ubrana w różową suknię do samej ziemi. Jej włosy miały pa103


sujący do stroju różowy kolor o odcieniu balonowej gumy do żucia. One także leciutko lśniły, ale o wiele mniej niż kwiaty w ogrodzie. – Witaj Zygfrydzie – zwróciła się do Kota. – Kogo ze sobą przyprowadziłeś? Wiesz, oczekuję gości. – Kobieto, przestań wreszcie nazywać mnie Zygfrydem. Przecież wiesz, że to nie moje imię. Ja natomiast dobrze wiem, że nie oczekujesz żadnych gości. Przyprowadziłem ze sobą… – Kamilę – wtrąciła się dziewczynka ze strachu, by nie nazwano jej przypadkiem Kunegundą. – Właśnie – zgodził się Kot. – Kamila się zgubiła. Twój dom to jedyne miejsce, w  którym będzie chroniona przed złymi krasnalami – dokończył drżącym głosem. – O! Już przyszli! – ucieszyła się ciocia Jadwiga i otworzyła drzwi… powietrzu. – Proszę, zdejmij płaszcz. To dla mnie? Dziękuję! Och, twoja towarzyszka wygląda przepięknie w tym kapeluszu – mówiła. Kamila otworzyła usta, żeby zapytać, czy ciocia Jadwiga jest całkowicie zdrowa psychicznie, ale Kot ruchem głowy nakazał jej milczenie. Wreszcie ciocia Jadwiga poprosiła zmyślonych gości, żeby poczekali w salonie, a sama wróciła do Kamili i Kota. – Dobrze, masz rację Zyg… Jak mam się do ciebie zwracać, skoro nigdy nie chciałeś mi powiedzieć, jak masz na imię? – zdenerwowała się. – Mówiłem, że wystarczy, żebyś mnie nazywała Kotem – powiedział zniecierpliwiony. – Dobrze, dobrze, niech ci będzie. Usiądźcie sobie, zaraz wam naleję rosołu – oznajmiła i poszła do kuchni. Kot zrobił minę mówiącą „a nie mówiłem?”. Później ciocia Jadwiga wróciła z rosołem do saloniku i nalała im go do miseczek. – Dlaczego boicie się krasnoludków? Są przecież bardzo przyjazne – stwierdziła od niechcenia Kamila. Ciocia Jadwiga zakrztusiła się rosołem. 104


– Kiedyś takie były – powiedziała cicho. – Niestety, teraz są pod kontrolą czarownicy Adeli. Chodzą grupkami po wioskach i odbierają ludziom radość i nadzieję. Ofiary są zwykle tak smutne, że idą do czarownicy, a ona ich wciela do swojej armii. Nikt nie wie, dlaczego ich potrzebuje. – To straszne! – wykrzyknęła Kamila. – Czemu mówiliście, że tutaj będę bezpieczna? – Moje kwiaty powstrzymają krasnale. Nikt ze złymi zamiarami nie przejdzie przez ten ogród. Dziecko, daj rękę – zamyśliła się ciocia Jadwiga. Chwyciła dłoń Kamili i wydała z siebie zduszony okrzyk. – Kamilo! Jesteś stworzona do powstrzymania złej czarownicy! Kocie, spójrz tutaj! – wskazała mu coś na jej ręce. – Nie interesują mnie te dziwne kreski na rękach. Może oprócz rosołu masz mleko? – zapytał z nadzieją. – Tak, mam. Dostaniesz je pod warunkiem, że będziesz towarzyszył Kamili w podróży. – Podróży? Jakiej podróży? – zapytała przestraszona dziewczynka. – Tej, w której pokonasz złą czarownicę – wyjaśniła spokojnie ciocia Jadwiga. – Nie jestem gotowa! – jęknęła. – Bzdura! Oczywiście, że jesteś. Poza tym będę twoim przewodnikiem – obiecał Kot. – To jak, dostanę to mleko? – przypomniał. Ciocia Jadwiga wstała od stołu i  przyniosła spodeczek z mlekiem. Kot po kociemu zanurzył w nim języczek i zaczął chłeptać. – Zobaczysz, kiedy przyjdzie czas, będziesz odważniejsza – dorzucił. – No dobrze, spróbuję. To… kiedy wyruszamy? – zapytała Kamila z wahaniem. – Teraz – powiedziała wesoło ciocia Jadwiga. – Tylko pamiętaj: zawsze kieruj się sercem, złotko. 105


Kamila i Kot w ciągu zaledwie kilku minut znaleźli się na dworze z zapasem prowiantu, kocami i tym podobnymi rzeczami potrzebnymi podczas długiej wyprawy. – W którą stronę idziemy? – zapytała dziewczynka. – Ty mi powiedz. Masz kierować się sercem, więc na pewno trafimy do jaskini czarownicy – rzekł spokojnie Kot, przeciągając się. Kamila pomyślała, że lepiej byłoby kierować się mapą lub kompasem, ale nie powiedziała tego głośno. – Ale ja naprawdę nie wiem, w  którą stronę powinniśmy pójść… – szepnęła ze strachem. – No dobrze. Chodźmy w lewo – zaproponował Kot, oplatając kostkę Kamili ogonem, żeby się wreszcie ruszyła. – Moi rodzice będą się martwić. – Dziewczynko, spokojnie. Wiesz, gdzie oni są? – zapytał mądrze. – Nie, nie wiem… – przyznała. – Właśnie. Może idąc do jaskini, znajdziemy jakieś rozwiązanie? – Dobrze, pójdę – jęknęła Kamila i poszła w kierunku wskazanym przez Kota. Była zmęczona i  brudna, ale szła dosyć szybko. Nad ranem jej przewodnik zgodził się, żeby przespali kilka godzin w opuszczonej stodole. Powiedział, że mieszkańcy domu obok stodoły są u czarownicy. Ich też będą musieli uratować. Kamila obudziła się pierwsza. Szturchnęła łokciem Kota, żeby też wstał. W dach stodoły bębnił deszcz. Z jakiegoś powodu Kot skwitował to usatysfakcjonowanym mruknięciem. Kiedy już zjadł mysz, a Kamila kanapkę zrobioną przez ciocię Jadwigę, wytłumaczył jej, dlaczego się cieszy. – Słyszysz? To znaczy, że idziemy w dobrą stronę. Czarownica już wie, że będziemy u niej za tydzień i się nas boi. Dlatego wysłała tutaj deszcz. Na razie to tylko ostrzeżenie, ale przy jej jaskini może być ciężko… 106


Kamila po raz kolejny się przestraszyła i pomyślała, że na jej miejscu powinien być ktoś inny. A jednak to właśnie ona siedziała teraz w stodole z gadającym kotem, za to z dala od rodziców, za którymi pierwszy raz w życiu zaczęła tęsknić. To prawda, nigdy się nią nie zajmowali, ale zawsze byli blisko niej! Dziewczynka wyszła ze stodoły. Popatrzyła bezradnie na Kota. – Jak mamy iść w takim deszczu? – zapytała. Kot spojrzał znacząco na drugą stronę ścieżki. Rosły tam rośliny o  ogromnych liściach mogących służyć za parasolki. Wkrótce szli w stronę jaskini czarownicy, ochraniając się owymi parasolkami. Kamila trzymała swoją w  dłoni, natomiast Kot wybrał liść z zakrzywioną łodygą, żeby mógł go trzymać w pyszczku. Nasi bohaterowie dość szybko się zaprzyjaźnili. Nieraz do późnej nocy rozmawiali przy ognisku, choć pogoda wciąż się pogarszała. W końcu pewnego dnia zaczął wiać tak silny wiatr, że Kamila była zdmuchiwana do tyłu, gdy tylko odrywała nogi od ziemi. Kot musiał ukryć się za drzewem. – Szybko! Pomyśl o  czymś przyjemnym! – zawołał, przekrzykując nawałnicę. Dziewczynka posłusznie zaczęła myśleć o  swoich wyprawach do lasu, które bardzo lubiła. Uśmiechnęła się, a  wiatr osłabł. Zza chmur wyszło też słońce. – Ciocia Jadwiga miała rację. Przyznaję, jestem trochę zdziwiony, bo od pięciu lat nie przewidziała niczego pożytecznego. Ale ty, to co innego. Jesteś stworzona, żeby uratować krasnale i ludzi, a czarownicę usunąć – mruknął Kot. – Zaraz, jak to… usunąć? – Och, to już zależy od ciebie, dziecko. Możesz jej kazać wyjechać daleko, daleko stąd i  nigdy nie wracać, możesz ją zamknąć w jej własnej jaskini. Masz mnóstwo możliwości! – I mam tego dokonać sama? Naprawdę nie dam rady… – przestraszyła się Kamila. 107


– Nie przejmuj się tym. To jest zupełnie inne miejsce. Inny świat. Czy w  twoim świecie też można kontrolować pogodę i przyjmować niewidzialnych gości? – zapytał Kot. Dziewczynka pokręciła głową. – Wydaje mi się, że nie, Kocie. Ciocia Jadwiga naprawdę miała wtedy gości? – Kto wie? Na pewno ma sporo dziwnych znajomości, jak chociażby nimfa znad rzeczki na pustyni. Kiedyś ją poznałem, bardzo miła osoba. Kamila skomentowała to milczeniem. Nagle zauważyła na poboczu małe, zapłakane dziecko, jeszcze młodsze niż ona. Podbiegła do niego. Z bliska okazało się całkiem ładnym, na oko pięcioletnim chłopcem z blond czuprynką. – Jak się nazywasz? Co się stało? Gdzie są twoi rodzice? – Kamila zaatakowała go gradem pytań. – Mam na imię Julek. Moi rodzice nie żyją, a  piesek uciekł. – Biedny chłopiec! Kocie, czy możemy zabrać go ze sobą? – poprosiła. Kot skinął głową. – Chyba nie mamy innego wyjścia. Sam nie dałby sobie rady. Jesteśmy już blisko, zaledwie jeden dzień dzieli nas od jaskini czarownicy. Tyle chyba z nami wytrzyma… Kamila ochoczo wzięła Julka za rękę. Chłopiec bez narzekania przeszedł następne kilka godzin i zaczął się uśmiechać, a nawet żartować. Polubił też Kota, choć bezustannie chciał go głaskać. Wieczorem zjadł jabłko prosto z sadu i położył się przy ognisku. Cała trójka natychmiast zasnęła, nie zastanawiając się, co będzie, kiedy już odnajdą czarownicę Adelę. Pierwszy wstał Julek. Obudził Kamilę i  Kota. Wyruszyli w drogę. Przez jakiś czas nie działo się zupełnie nic. Pierwszy problem pojawił się bardzo blisko celu. – Tutaj jest przepięknie! Dlaczego nigdy nie poprosiłam rodziców, żeby zabrali mnie nad morze! – zachwycała się Kamila. 108


Julek skorzystał z dobrej pogody oraz braku uwagi tymczasowych opiekunów i wszedł do wody aż po dziecięce kolana. Kot wylegiwał się w słońcu i mruczał z zadowolenia, aż w pewnej chwili dostrzegł zasadniczy kłopot. Zawołał do siebie Kamilę. – Dziewczynko, posłuchaj mnie. Nie uważasz, że coś jest nie tak, że czegoś brakuje? – Nie. Jest dokładnie tak, jak powinno być nad morzem. – Kamila, skup się. Nie jesteśmy tutaj w celach wypoczynkowych. Musimy znaleźć jaskinię czarownicy, a jak już zapewne zauważyłaś, tu jaskini nie ma. Powinniśmy być już u celu, pamiętasz, co mówiłem? Znam tą drogę i  wiem, że zajmuje właśnie tyle czasu! – prychnął Kot. Dopiero teraz Kamila zrozumiała, co miał na myśli. – Och. A byłeś już tu kiedyś? – Tak, raz. Wtedy jeszcze był tu klif z  mnóstwem jaskiń. O tu, zaraz za tobą. Kamila sięgnęła ręką za siebie. Zaledwie kilkadziesiąt centymetrów dalej napotkała opór. – Wiesz co? Myślę, że on dalej tu jest – poinformowała. Kot wspiął się łapkami na niewidzialną skałę, która pod wpływem dotyku Kamili stała się widzialna. – Świetnie. Jeden problem z głowy. Teraz musimy znaleźć odpowiednią jaskinię – przypomniał Kot. Na to Kamila też miała rozwiązanie. – Na pewno będzie duża, jeśli ona jest czarownicą. Czarownice lubią mieć dużo przestrzeni. Poza tym musi być do niej łatwe dojście, ale jednocześnie pułapki, żeby pozbyć się nieproszonych gości. – Skąd ty to wszystko wiesz? – zdziwił się Kot. – Z książek – wytłumaczyła prosto Kamila. – Umiesz już czytać? Przecież masz dopiero… ile lat? – Osiem, ale to nie ma znaczenia. Wcale nie jestem za mała. Czytanie jest bardzo ważne i każdy powinien to umieć. Oczywiście rodzice powinni najpierw czytać dzieciom, żeby je za109


ciekawić. Wtedy dzieci same chcą nauczyć się odcyfrowywania tych znaczków na kartce, to znaczy liter. – Czy tobie rodzice czytali książki, kiedy byłaś młodsza? – Nie. Nie mieli dla mnie czasu – zasmuciła się Kamila. – Nauczyłam się sama, bez ich pomocy. Czasami nic nie można na to poradzić, a  moi rodzice kupują mi mnóstwo zabawek. Sądzę, że to będzie ta jaskinia – zmieniła temat. – Myślę, że możesz mieć rację – zgodził się Kot, patrząc na niezbyt wysoko umieszczony otwór w skale, do którego można było się dostać po kamieniach. – Nie traćmy czasu, chodźmy do środka. Kamila zawołała Julka. Ten posłusznie przybiegł. Miał jeszcze spodenki podwinięte do kolan. Wchodził do jaskini boso, trzymając swoje buty w ręku. Wspinaczka nie zajęła im dużo czasu. Kilka minut później stali przed wejściem i zbierali się na odwagę, żeby wejść do środka. – No dobra. Szliśmy tutaj prawie tydzień i nie zamierzam odpuścić. Skoro muszę tu wejść, zrobię to. Wy wejdziecie razem ze mną, bo sama się boję. Julek, jeśli ty też będziesz się bał, chwyć mnie za rękę, dobrze? – powiedziała Kamila. – Mężczyźni się nie boją – powiedział poważnie Julek, ale wsunął swoją łapkę w jej dłoń. Weszli do jaskini. Przez chwilę poruszali się w całkowitych ciemnościach, jednak chwilę później rozbłysły wokół nich elektryczne żarówki. – Trochę mało dramatyczne – zażartowała Kamila. – Zwykle w takich sytuacjach zapalają się świece. – Żarówki są o wiele nowocześniejsze – odparła czarnowłosa kobieta siedząca w fotelu naprzeciwko nich. – Co zrobiłaś z krasnoludkami? – zapytała chłodno Kamila. – Są w bezpiecznym miejscu. – Dlaczego je porwałaś? – nie ustępowała dziewczynka. – Och, przecież wcale ich nie porwałam. Ja tylko chciałam towarzystwa. Później to się potoczyło bardzo szybko. Nie 110


wiem, może źle rzuciłam zaklęcie. W  każdym razie nie potrzebuję tych wszystkich dorosłych, których sprowadzają mi moje kochane krasnale – wyjaśniła czarownica. – Kłamiesz! – zawołał Kot. – Masz nad nimi kontrolę. Gdyby nie ty, ludzie byliby szczęśliwi! – Zaczekaj, Kocie – odezwała się Kamila, ściskając mocniej rękę Julka. – Myślę, że ona nie kłamie. – Oczywiście, że nie kłamię! Jestem czarownicą, a czarownice mają swój honor. W  tej jaskini jestem bardzo samotna. Teraz, kiedy opuściły mnie krasnoludki, jest jeszcze gorzej – pożaliła się. – Nie jestem złą wiedźmą. Czytam książki, sprzątam jaskinię, czasami nawet gotuję. Zrobiłam pyszne babeczki, jeśli chcecie, częstujcie się. Kot był nieufny, ale Kamila i  Julek od razu podbiegli do talerza pełnego czekoladowych babeczek z polewą. – Miała pani rację, przepyszne te babeczki – powiedział grzecznie Julek. Kamila przytaknęła. – A  ty, Kocie, dlaczego nie jesz? Ach tak, zapomniałam. Pewnie wolisz rybę niż babeczki. Mam w lodówce łososia, zaraz ci przyniosę – obiecała i zniknęła za kamienną ścianą. Chwilę później Kot jadł z  gustownego talerzyka rybę, a dzieci zajadały się babeczkami. – Jak już widzicie, nie mam zamiaru nikogo otruć. Po prostu brakuje mi kogoś, z kim mogłabym porozmawiać. – Mogłaby pani rozmawiać ze mną – odezwał się odważnie Julek. Kamila karcąco na niego popatrzyła, ale zdała sobie sprawę z tego, że to najlepsze wyjście. Jeżeli chłopiec nie miał rodziców, przy czarownicy byłby bezpieczny. Ta z  kolei mogłaby oddać ludziom radość i krasnale. Całkiem uczciwy układ. – Na pewno chcesz zostać z czarownicą? – zapytała Kamila, nachylając się nad chłopcem. – Tak! – zdecydował Julek. Przyszła zastępcza matka z radości aż klasnęła w dłonie. 111


– Nie tak szybko! – zaprotestował Kot. – Najpierw odeślij ludzi i każ krasnalom przestać zabierać im szczęście. – No dobrze – zgodziła się. Machnęła różdżką, która pojawiła się w  jej ręce nie wiadomo skąd. Na niebie nie pojawiła się tęcza, nie rozbrzmiała muzyka i nie stało się nic niezwykłego, ale wszyscy od razu poczuli, że jest już dobrze. Na potwierdzenie tego czarownica powiedziała, że pokaże im, co dzieje się na świecie. Kamila sądziła, że wyjmie z szafy czarodziejską szklaną kulę, ale jak już wspomniałam, czarownica była osobą nowoczesną. Włączyła pilotem ekran wiszący na ścianie. Pojawiły się na nim krasnoludki wracające do swoich domów i ludzie, którzy wyglądali, jakby nagle obudzili się z bardzo długiego snu. A wszystko to stało się za jednym machnięciem różdżki. – No dobrze, dotrzymałaś umowy. Julek, kiedy to usłyszał, podbiegł do czarownicy i przytulił się do jej nóg. – Możesz sobie wybrać, czego byś chciał najbardziej na świecie. Wyczaruję ci to – obiecała. Chłopiec nie myślał długo. – Chciałbym swojego pieska! – zawołał. Czarownica znów machnęła różdżką i  po chwili stał przed nią stęskniony piesek Julka, radośnie machający ogonem. Ta część historii zakończyła się w  idealny sposób. Julek został z czarownicą Adelą i swoim pieskiem, a Kamila i Kot w magiczny sposób zostali przeniesieni na skraj lasu tuż przy domu dziewczynki. Rodzice zobaczyli tę dwójkę i rzucili się, żeby wyściskać córkę. – Kamila, gdzie ty byłaś? Nie było cię prawie przez tydzień! Tak się martwiliśmy! – zapewniała mama. – Nic mi nie jest. Pewna starsza pani znalazła mnie w lesie i pozwoliła zostać w swojej chatce. Dopiero dzisiaj was znalazłyśmy. Odprowadziła mnie aż do wyjścia z  lasu – skłamała dziewczynka. 112


Wiedziała, że kłamstwo ma krótkie nogi i że prawda niemal zawsze wychodzi na jaw, ale miała też świadomość, że rodzice nie uwierzyliby w czary. – Gdzie ona jest? Już poszła? Chcieliśmy jej podziękować… Gdyby nie ta starsza pani, mogłabyś nie wrócić do domu! Postanowiliśmy z tatą, że będziemy z tobą spędzać więcej czasu. Przez tę pracę, pogoń za pieniędzmi i chęć osiągnięcia sukcesu kompletnie o tobie zapomnieliśmy, ale zobaczysz, naprawimy ten błąd. Kamila bardzo się z  tego ucieszyła. Spojrzała na Kota, a Kot na nią. Wtedy Kamila przypomniała sobie o jeszcze jednej ważnej sprawie. – Mamo, tato, czy mogłabym zatrzymać tego kotka? Towarzyszył mi przez cały czas i go polubiłam… – poprosiła. – Mamy już dużo kotków i piesków, więc możesz, córeczko. Zatrzymaj go. Kamila wzięła Kota na ręce. Może i mieli dużo kotków i piesków, ale ten był szczególny. Tylko z tym kotem Kamila mogła porozmawiać. Rodzice dziewczynki dotrzymali swojej obietnicy. Spędzali w domu o wiele więcej czasu i bawili się z Kamilą. Cieszyło ją to i niedługo przestała myśleć o przygodzie z czarownicą, choć do końca życia o niej nie zapomniała. Często jednak zastanawiała się, co słychać u  Julka. Poszła też do szkoły i  zdobyła nowych przyjaciół. Była najmądrzejszą dziewczynką w  całej klasie. Mógł mieć w tym zasługę pewien czarny kot z niebieskimi oczami, który codziennie pomagał jej w odrabianiu zadań domowych. Bajki zwykle kończy się zapewnieniem, że wszyscy bohaterowie żyli długo i szczęśliwie. Postaciom z tej opowieści rzeczywiście życie ułożyło się wspaniale, więc z czystym sumieniem mogę napisać: I żyli długo i szczęśliwie.

113


Natalia Ładyko Gimnazjum nr 3

Bajka o Nutce i prawdziwej przyjaźni

D

awno, bardzo dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma morzami, żyła sobie bardzo piękna księżniczka. Na imię miała Nutka i przyznacie, że to bardzo intrygujące imię. Nutka, jak na księżniczki przystało, była bardzo bogata. Jednak w jej życiu wcześnie pojawił się smutek – gdy miała 2 latka, zmarł jej ukochany tatuś. Mama Nutki, niedługo po śmierci męża, poznała przystojnego mężczyznę, z którym postanowiła spędzić resztę życia. Księżniczka nie przepadała za nowym tatusiem, gdy dorastała, zauważała, że w niczym nie przypomina jej ukochanego taty. Nie mogła go zaakceptować. Szukała przyjaciół, z  którymi mogłaby spędzać czas. Niestety, nowi znajomi lubili zupełnie inne życie, nie takie, do jakiego przywykła Nutka. Księżniczka, by im się przypodobać, zaczęła się niechlujnie ubierać, malować oczy i używać brzydkich wyrazów. Makijaż księżniczki, w  niczym nie przypominał makijażu panienki z  książęcego rodu. Zmieniła fryzurę, przestała nosić koronę na głowie, a długie piękne suknie wisiały w szafie. Nutka zmieniła się, nosiła szerokie spodnie, luźne bluzy, dziwaczne fryzury, na uszach wielkie czarne słuchawki, z  których słychać było dźwięki głośnej muzyki. Pewnego dnia wszystko się zmieniło – na świat przyszedł nowy członek rodziny królewskiej. Nutka miała brata! Natychmiast stał się on oczkiem w głowie rodziny królewskiej, prócz niego nikt się nie liczył. Nutka poczuła się odrzucona,

114


Rys. Maria Rychlicka 115


jeszcze więcej czasu spędzała z nowymi przyjaciółmi. Nie byli to jednak prawdziwi przyjaciele, kochali jedynie pieniądze księżniczki, dlatego chętnie spędzali z nią czas. Nagle pewnego pięknego dnia księżniczka spotkała bardzo sympatyczną dziewczynkę. Okazało się, że dziewczyna jest bardzo uboga, ale mimo to szczęśliwa. W rozmowie powiedziała Nutce, że to nie pieniądze są jej bogactwem, ale rodzina. To ona daje ciepło, poczucie bezpieczeństwa – jest największym skarbem. – Czy wierzysz w Boga? – zapytała Nutka popatrzyła uważnie na nieznajomą i odpowiedziała: – Nie. A czy to coś złego? – Powinnaś wierzyć, bo wiara czyni cuda. – A jeśli ja już nie wierzę w cuda? – Powinnaś spróbować. Jeśli zechcesz, pomogę Ci. Wszystko zależy od Ciebie. Każdego dnia uboga dziewczynka pokazywała księżniczce inne życie. Życie, w  którym nie było bogactwa i  przepychu. Nutka zrozumiała, że ci, których nazywała swoimi przyjaciółmi, tak naprawdę nimi nie są. Zdała sobie sprawę z tego, że ją wykorzystywali. Relacje z nowym tatą nie poprawiły się, ale księżniczka miała obok siebie oddaną przyjaciółkę. Potwierdziło się powiedzenie, że pieniądze szczęścia nie dają, a prawdziwi przyjaciele, to ci, którzy są z nami nie dla naszych pieniędzy. Księżniczkę spotkało szczęście – miała przyjaciółkę na dobre i złe, na całe życie. Zrozumiała też, że nie wszystko można kupić, a tego, co najcenniejsze, nie znajdziemy na półkach w sklepie.

116


Inga Perzanowska Szkoła Podstawowa nr 7

Księżniczka Lunika

D

awno, dawno temu w  małym królestwie żyła sobie mała księżniczka o  imieniu Lunika. Pewnego dnia dziewczynka miała bardzo złym humor, na wszystko i wszystkich się obrażała. – Gdzie są moje płatki na śniadanie? Gdzie są moje sukieneczki?! – pyta Lunika. Wciąż niezdecydowana siadała na królewskim drzewie i zaczynała lamentować. – Och… nigdy nie mogę dostać tego, czego naprawdę chcę! – powiedziała księżniczka. Nagle przyfrunął mały wróbelek i zapytał zaciekawiony: – A czego tak naprawdę chcesz? – Chciałabym nową sukieneczkę, złote autko i pięć kolorowych lalek – odpowiedziała Lunika. – A  czy to wszystko jest ci w  ogóle potrzebne do życia? – dociekał wróbelek. – Jeśli nie możesz mi tego dać, to odfruń – powiedziała Lunika. – Mogę ci dać coś o wiele lepszego – po czym wyjął z kieszeni mały srebrny kluczyk i wręczył dziewczynce. – Co to? – zapytała zaciekawiona Lunika, ale odpowiedzi już nie usłyszała, ponieważ mały wróbelek odleciał i  dziewczynka już nigdy go nie zobaczyła. Popatrzyła smętnie na kluczyk i pomyślała, po co w ogóle jej ten podarunek. Potem Lunika nic już nie widziała tylko małe srebrne drzwi i  małą kłódeczkę. Otworzyła je kluczykiem i zobaczyła światło tak mocne, że aż ją przewróciło. 117


Rys. Inga Perzanowska Ujrzała ogromną wieś, w której wszyscy są pracowici. – Yyy… dzień dobry? – zapytała zakłopotana Lunika. – Raczej pracowity – odpowiedział pan, który akurat przechodził drogą i widać było, że się spieszy. Dziewczynka nic z tego nie rozumiała. Starała się znaleźć jakiś pałac do odpoczynku. – Macie mi natychmiast załatwić jakiś pałac!!! – krzyczała na wszystkie strony. W  końcu dziewczynka wylądowała przy małym, zimnym domku i na dodatek jeszcze rozpadał się deszcz. Po kilku minutach gospodyni zauważyła dziewczynkę i  wpuściła ją do środka. – Zanim wejdziesz, proszę cię, moje kochanie, pomóż mi z zakupami – poprosiła ją starsza pani. Lunika nie miała odwagi, żeby się sprzeciwić, ponieważ na dworze było naprawdę zimno i o niczym innym nie myślała jak o ciepłej kołderce i herbatce. – Dobrze – odpowiedziała dziewczynka, po czym pomogła staruszce, a ta z wdzięczności ugościła ją w swoim małym, ale przytulnym domku. – Proszę pani – zaczęła dziewczynka, ale zaraz poczuła, że nie ma serca zamęczać staruszki swoimi problemami. – Tak, moje drogie dziecko? – zapytała miła staruszka. – Chciałabyś może ciepłej herbatki? – Tak, tak, poproszę – odparła Lunika. 118


I  tak w  miłym towarzystwie dziewczynka spędziła wspaniały wieczór. A  kiedy staruszka kładła ją spać, księżniczka poczuła w sobie niezwykłe ciepło. Nigdy jeszcze nie odczuwała w sobie takich emocji. Kobieta podeszła do niej i rzekła: – To dobroć, miłość i radość w jednym. W nocy dziewczynce śniły się wspaniałe sny. Najpierw, że jest królową i sprawia, że wszystkich spotykają cudowne rzeczy, że ludzie doświadczają szczęścia i  radości. Gdy Lunika obudziła się, wyjrzała przez okno i zobaczyła cudowny wschód słońca. – Jeszcze nigdy nie świeciło tak jasno – pomyślała. – Czas na śniadanie – usłyszała głos przemiłej staruszki. Tego dnia dziewczynka była bardzo pracowita. Każde zadanie wykonywała starannie i najlepiej jak umiała, a za ciężką pracę dobra staruszka nagradzała ją drobnymi, ale miłymi podarunkami. Czasem było to zwykłe jabłko, a czasem stara, szmaciana laleczka. Lunice bardzo się podobały podarki. – Dziękuję za ten wspaniały dzień – oznajmiła księżniczka. – Było mi tu bardzo dobrze, ale myślę, że powinnam już wracać do domu. Po czym spakowała się i pożegnała. W momencie, gdy dziewczynka przechodziła obok studni, niespodziewanie wpadł na nią biegnący chłopiec i wytrącił jej z ręki kluczyk, który z pluskiem wpadł do wody. W tym momencie strzelił taki blask, że Lunika, chcąc dojrzeć jego źródło, nachyliła się nad studnią zbyt mocno i wpadła do środka. Ocknęła się na królewski drzewie. Znowu był ten sam dzień, ta sama godzina, pogoda, a nawet wróbelek, który zapytał: – I jak tam we wsi pracowitości? – Było naprawdę świetnie. Teraz wiem, że lepiej jest pracować niż tylko wydawać rozkazy – odpowiedziała księżniczka. Od tego dnia dziewczynka była nie tylko o  wiele lepszą księżniczką, ale i dziewczynką. Pomagała wszystkim, starała się być uczynna. Lubiła pracować i dawać innym radość. I tak właśnie kończy się opowieść o małej księżniczce, która nauczyła się, że za pracę jesteśmy nagradzani, a za lenistwo karani. 119


Olga Olejnik Szkoła Podstawowa nr 7

Magia uśmiechu

D

awno, dawno temu, za górami, lasami i morzami mieszkał faun o  imieniu Kiki. Miał krótkie koślawe nóżki zakończone kopytkami, tułów człowieka, a  na głowie – małe różki. Kiki posiadał swoje zwierzątko – smoka Drago, który wtedy jeszcze był małym smokiem o długości pół kilometra, koloru fioletowego i z kolczastym ogonem. Kraina, w której mieszkali, była wiecznie słoneczna, rosły w niej kwiaty, kwitły drzewa owocowe, latały motyle i ptaki. Życie płynęło miło i  każdy, kto tam przybywał, przekonany był, że nic złego nie może wydarzyć się w  tej ślicznej okolicy. Jednak po sąsiedzku, zaledwie za górą, mieszkał zły król – Trefl. Miał długie czarne włosy, niebieskie jak morze oczy, ubierał się w szaty z czarnych trzylistnych koniczyn. Król ten miał moc, którą wykorzystywał w chwilach złości – wszystko, co go denerwowało, zamieniał w czarną koniczynę. Przez to jego kraina była ciemna i ponura. Nikt, kto ją zamieszkiwał, nie miał ochoty na żarty i radość. Wszystkich, nawet przybyszów, ogarniał czarny jak królewskie koniczyny smutek. Jego poddanymi były karły i skrzaty w długich czapkach, nigdy nie uśmiechnięte, zawsze ponure i chętne do złych uczynków. Pewnego dnia do Króla doszła wieść, że Kiki opowiada przyjaciołom o pięknych, niebieskich oczach władcy kraju położonego za górą. Przekonywał ich, że w tych oczach gdzieś głęboko ukryte jest dobro, a zło i czerń, którymi się otacza to wynik złych czarów. Kiki gotów był nawet założyć się o to, że zły czar pryśnie, jeśli tylko uda się rozbawić złego Króla do łez, a gdy te spłyną na niego, zabarwią koniczyny na piękny zielony kolor.

120


Trefl bardzo się zdenerwował, nie lubił bowiem, gdy ktoś opowiadał o  jego oczach. Bał się, że ktoś może odebrać mu jego władzę i kraj. Odkąd pamiętał, zawsze był nieszczęśliwy. A ponieważ znał tylko czerń i smutek, lubił otaczać się swoimi smutnymi skrzatami, choć nawet w ich towarzystwie nie czuł się spokojny. Pewnego dnia Król zauważył mały kawałek tęczy wystający zza góry dzielącej krainy. Nie przejmował się tym do chwili, gdy zauważył, że tęcza jest coraz większa i  zaczyna rzucać kolorowe światła na treflowe królestwo. Piękny, skrzydlaty, fioletowy stwór każdego dnia rozciągał tęczę coraz bardziej! – Nie pozwolę na to! – krzyknął Trefl i cała armia skrzatów stanęła na jego rozkaz. – Teraz zniszczę cię faunie – krzyknął i  używając swoich czarów, zaczął tworzyć mur z czarnych koniczyn. – Rzucę cień na tęczę. Zniknie kolor, zniknie radość, w  końcu zapanuje czerń i smutek, a ja zdobędę twoją krainę. Budował i  budował, wykorzystał wszystkie swoje siły, ale zawsze jakiś promyk przedostawał się przez szparki pomiędzy koniczynami. Tęcza była już duża i silna, coraz silniejsza. Wystawała ponad mur. Król odwracał oczy od tęczy – Nie poddam się – myślał – jestem silny, jestem zły, mam całą armię złych i  smutnych stworów, które wierzą w moją moc. Zamykał oczy, żeby się nie poddać, ale kolorowe światło było bardzo przyciągające. Jeden z kolorów tęczy był taki sam jak kolor jego oczu! Wezwał do siebie najsilniejszego w czarnej armii ogra i nakazał mu podstępem zniszczyć fauna oraz jego fioletowego smoka. Ogr przybrany dla niepoznaki w liście i kwiaty przedostał się na drugą stronę góry i jednym silnym ruchem koślawej łapy chciał zniszczyć domek fauna. Coś go jednak powstrzymało. Rozejrzał się wokół siebie i z zaskoczeniem stwierdził, że nie ma ochoty siać zniszczenia. Tak dobrze mu było wśród łąk i kwiatów, tak miło wygrzewać się w słońcu. Opowiedział 121


o tym faunowi i jego przyjacielowi. W ten oto sposób zrodził się sprytny plan. Ogr wrócił do Króla Trefla. – Faun zabity, twój rozkaz wykonany. – oznajmił Ogr. – Dobrze się spisałeś – powiedział Trefl. – A teraz idź pomóc skrzatom zalepiać dziury w  murze, zdobędziemy tę ich słoneczną krainę! Ja jestem osłabiony, muszę chwilę odpocząć. Ogr tylko na to czekał. Szybko pobiegł pod mur, ale zamiast go łatać, niszczył, żeby pozwolić tęczy przeniknąć i zalśnić jak najpiękniej, a gdy tak się stało, koniczyny nie tylko zmieniły barwę na zieloną, ale także z trójlistnych stawały się czterolistne. – Królu, królu – zawołał Ogr – chodź, zobacz… Król nie mógł uwierzyć swoim niebieskim oczom. Kolory wdarły się do jego krainy. Zabarwiły koniczyny, sprawiły, że smutne, czarne dotąd skrzaty zaczęły się uśmiechać. Tego było zbyt wiele. Spojrzał na tęczę. Na samym jej wierzchołku stał na jednej nodze filetowy smok, a na jego małym rogu chwiał się roześmiany Faun! Król roześmiał się! Śmiał się długo aż do łez! I stało się tak, jak w przepowiedni. Zaklęcie zniknęło! Król stał się szczęśliwy i uśmiechnięty. Odtąd jego szaty zdobione były pięknymi, czterolistnymi, zielonymi koniczynami. Cały jego kraj się zmienił. Był kolorowy, słoneczny i  kwitnący. Był taki jak za górą – jak kraj fauna Kiki i smoka Drako.

122


Martyna Choinka Gimnazjum nr 6

Bajka o leśnych podróżach

M

ało kto wie, że nawet niedaleko mnie lub Ciebie toczą się wspaniałe historie. Część z nich poznajemy dopiero po wielu latach, a niektóre na zawsze pozostają zagadką. W najgorszym przypadku zostają tajemnicą, więc tą bajką na pewno przybliżę Cię, Drogi Czytelniku, do świata magicznego, a zarazem niezwykłego. Z  początku powinno się poznać bohaterów, więc z  chęcią przedstawię Ci ich. Historia ta opowiada o dwóch chłopcach – Bartku i Dominiku. Wydają się zupełnie inni i rzeczywiście bardzo różnią się od siebie, ale łączy ich wieloletnia przyjaźń (a trzeba pamiętać, że tylko nieliczni i naprawdę wyjątkowi ludzie mogą się poszczycić wiernym i oddanym przyjacielem). To niezwykłe, że nawet w tak młodym wieku, w jakim byli, mogli liczyć na wzajemną pomoc, ale wszystko po kolei. Wracając do przybliżenia choć po części ich charakterów, hmm… Bartek jest bardzo mądrym i dobrym dzieckiem. Sporo czasu poświęca na naukę, a w wolniej chwili jeździ wraz z młodszą siostrą Alą do schroniska. Dziewczynka wręcz uwielbia pieski! Zawsze marzyła, by mieć choć jednego, więc chłopiec, chcąc umożliwić jej kontakt ze zwierzętami, często zabierał ją w tamto miejsce. Podczas gdy bawiła się ze szczeniakami, Bartek wyprowadzał starsze, większe pieski. W  szkole również doskonale dawał sobie radę. Czytał dużo książek i pilnie odrabiał wszystkie zadania domowe. Dominik natomiast pochodzi z  bardzo zamożnej rodziny. Jego rodzice zawsze dbali, by chłopcu niczego nigdy nie brakowało. Szczególnie, jeżeli chodziło o nowinki techniczne. Za123


wsze nosił ze sobą najnowszy model telefonu. Niestety, mama i tata zastępowali wspólnie spędzony czas gadżetami, myśląc, że właśnie tego ich dziecko potrzebuje najbardziej. Choć go kochali, nie poświęcali mu zbyt dużej uwagi, z tego też powodu bohater często zapominał zadania domowego lub był nieprzygotowany do zajęć. Podczas gdy Bartek chodził z dziadkiem po lesie, Dominik grał w gry komputerowe lub oglądał telewizję, co, niestety, ograniczało jego bogatą wyobraźnię. Gdy chciał, potrafił napisać wspaniałe wypracowania, którymi oczarowywał rówieśników i nauczycieli. Rzadko kiedy jednak chciał „poświęcić” swój czas i coś napisać, więc zdarzało się nawet, że tuż przed lekcją wymyślał zadanie „na poczekaniu”. Oczywiście, my wiemy, że taka postawa jest niewłaściwa, ale oprócz złych cech, Dominik posiadał również zalety. Był bardzo szczery i uczciwy. Myślę, że już doskonale znasz, Czytelniku, naszych bohaterów, więc zacznę opowiadać historię. Wszystko zaczęło się w czasie wakacji. W szkole ogłoszono wycieczkę do Niemiec. Jej koszt nie był zbyt wysoki, więc nawet Bartek, którego rodzice nie byli tak bogaci, mógł sobie pozwolić na wyjazd za granicę. Cena nie była zbyt wysoka, ponieważ nocleg był w lesie pod namiotami. Chłopcom od razu pomysł ten przypadł do gustu, nawet Dominik był nim oczarowany, więc nie zwlekając, zaczęli się pakować i  szykować do przeżycia nadchodzących przygód. Obydwaj nie przespali całej nocy w oczekiwaniu na wyjazd. Wszystkie niezbędne rzeczy mieli już przygotowane, w końcu nie mieli spać byle gdzie, tylko w  lesie, co niewątpliwie wymagało sporej odwagi, a  szczególnie u  tak młodych chłopców. Rodzice Dominika zaopatrzyli syna w najnowocześniejsze sprzęty techniczne, by ten miło spędził letni czas. Za to mama i tata Bartka cieszyli się z wyjazdu syna. Ciężko im było pożegnać go i zaprowadzić do szkolnego autokaru. Była to przecież pierwsza wyprawa chłopców bez rodziców! 124


Podróż minęła szybko. Wszyscy wesoło śpiewali, a nasi bohaterowie zawzięcie grali w karty. Po drodze jedli wcześniej przygotowane smakołyki i kanapki. Z niecierpliwością oczekiwali końca wyprawy i dotarcia do celu. Gdy wreszcie autokar był na miejscu, wszyscy zaczęli rozpakowywać swoje bagaże i szykować się do snu. Zmęczeni podróżą szybko posnęli, ale nie wszyscy… Bartek i  Dominik, podekscytowani wyprawą, nie mogli zasnąć. Kiedy zorientowali się, że dookoła wszyscy już posnęli, postanowili wyjść przed namiot. W tym momencie w oddali ujrzeli migające i latające dookoła światełka. Bardzo zainteresowało ich to zjawisko, ponieważ nie był to księżyc, a już na pewno nie ognisko. Postanowili więc podejść bliżej i przekonać się, co jest źródłem światła. Szli i szli, nie wiedząc, dokąd zmierzają. Światełka przed nimi układały się w różne kształty. Czasami w gwiazdy, koła. – Dominik.. To mogą być goście z innej planety. Musimy ich zobaczyć z bliska – rzekł zaintrygowany Bartek. – Może włączę GPS – a. Tylko dokąd my zmierzamy? – zapytał Dominik. – Wpisz „Lądowisko na polanie” – powiedział pewnym głosem Bartek. Ku zdziwieniu chłopców GPS zaalarmował: „Za 200m Domek Rybaka”. Na to Dominik powiedział: – Trochę już zgłodniałem. Może wstąpimy na jakąś Złotą Rybkę? – No, coś ty, pewnie już niedługo dogonimy obcych! Nie ma czasu. Idziemy dalej – odpowiedział Bartek. GPS jednak nie przestawał podawać wskazówek: „Za 300m będzie zakręt i leśna dróżka, a tam domek Królewny Śnieżki i siedmiu Krasnoludków”. – Ale nabrałem ochoty na jabłko… – rozmarzył się zgłodniały chłopiec. – Daj spokój, nie pamiętasz, jak to się skończyło..? Idziemy dalej. 125


Za chwilę GPS powiedział: „Skoro zrezygnowałeś z tej drogi, idź dalej prosto”. W tym momencie poczuli zapach cynamonu. – Co to może być? – zapytał Dominik. – Mnie przypomina to zapach świeżych pierników – odpowiedział Bartek. – Ale zjadłbym jednego. Teraz już naprawdę mocno zgłodniałem. – Oszalałeś? Nie mam zamiaru skończyć jak Jaś i Małgosia. Idźmy dalej. Na pewno Kosmici nie będą tu długo. Pewnie mają krótką misję i zaraz odlecą z powrotem. W  końcu udało im się dogonić światełko, lecz, niestety, jak się okazało, nie byli to obcy. Chłopcy byli świadkami hucznego wesela świetlików. Głupio im było dalej gościć na przyjęciu, nie mając prezentu. W  pewnym momencie GPS się rozładował. – Mam pomysł, Bartek! Dajmy im GPS – a w prezencie. – Ale co im po takim sprzęcie? Przyroda nie potrzebuje techniki. Daje sobie świetnie radę. Lepiej zastanówmy się, jak powrócić, bo nie znamy drogi. – Kiedy mój gadżet przestał działać, nie wiem, co dalej robić – odpowiedział zmartwiony Dominik. – Trzeba kierować się rozsądkiem i duchowymi przeżyciami, jakie mieliśmy po drodze. Pamiętasz zapach pierników? Idźmy w tamtym kierunku. – Ale co dalej? – Poczekaj.. dalej trzeba iść przed siebie. Tam czuć było zapach szarlotki, gdzie znajdował się Domek Krasnoludków. A szarlotka – to dobra atmosfera, ciepło domowego ogniska, miłość i  zgoda, nieprawdaż? Pamiętasz, gdzie nas naprowadził twój GPS na początku? – No.. chyba na rybki? – zapytał niepewnie Dominik. – A widzisz! Już jesteśmy blisko! – Ale zaraz.. gdzie iść dalej? 126


– Nigdzie nie zbaczamy z  drogi, idziemy przed siebie, aż zobaczymy w blasku księżyca sylwetki namiotów – powiedział Bartek. Jak się okazało, miał rację. Wkrótce dotarli na obozowisko. Tam bezszelestnie wsunęli się do swoich śpiworów. – Ale ty jesteś mądry – powiedział Dominik – Nie potrzebowałeś GPS – a, żeby wrócić. Myślałem, że takie przygody są tylko w kinie. A nas tutaj taka spotkała. – Było ciekawie, ale pamiętaj, że nikt nie może się o niej dowiedzieć. Nie wolno nam się oddalać. Jak widzisz, nie wystarczy mieć sprzęty techniczne. One też czasami zawodzą. Należy zawsze kierować się „zdrowym rozsądkiem”, pozytywnymi wartościami i  doświadczeniem. Tylko one nas nie zawodzą i wyprowadzą na właściwą drogę – powiedział Bartek – Masz rację. I  to nieważne, że rano będziemy zmęczeni. Dla takich przygód warto jest się czasami „poświęcić”. Pamiętaj, Drogi Czytelniku, że wynalazki techniczne uzależniają nas od siebie, a  w  momencie, kiedy zawodzą, jesteśmy bezradni. Kiedy„budujemy” coś w oparciu o własne przeżycia i  doświadczenia, kierujemy się emocjami, odczuciami, instynktem. Pozytywne wartości niech będą dla wszystkich drogowskazem, wtedy sami jesteśmy dla siebie sterem, okrętem, żeglarzem….

127


Wiktoria Nowakowska Gimnazjum nr 7

Najpiękniejszy taniec

O

powiem Wam pewną historię, która zdarzyła się naprawdę. Nie musicie mi wierzyć, ale tak było, a zaczęła się ona całkiem normalnie, jak każda bajka, po prostu. Dawno, dawno temu, lecz nie za siedmioma górami, lasami i rzekami, ale całkiem niedaleko, w pewnym nie tak małym mieście mieszkała z mamą dziewczynka o imieniu Róża. Niestety, pochodziła ona z biednej rodziny. Jej mama ciężko pracowała w  mieście w  renomowanej szkole baletowej. Całymi dniami sprzątała szkolne korytarze, czyściła i  myła podłogi oraz parkiety, na których codziennie tańczyły rówieśnice Róży z bogatych rodzin. Dziewczynka bardzo często pomagała mamie przy pracy. Przynosiła jej wodę oraz wszystko to, o co mamusia ją poprosiła. Mimo to bardzo lubiła przebywać w szkole. Często prowadziła długie rozmowy z właścicielką i jednocześnie kierowniczką szkoły. Róża spędzała z nią dużo czasu, często piły razem wspólną herbatkę, jadły kruche ciasteczka, a pogodny śmiech Róży umilał te chwile. Dziewczynka darzyła Klarę, bo tak miała ona na imię, ogromną sympatią i wcale nie przeszkadzało jej to, że właścicielka szkoły baletowej jeździ na wózku inwalidzkim i nie tańczy. Klara podzielała jej uczucia. Kiedyś opowiedziała Róży swoją historię. Gdy była młodą dziewczyną, tancerką – baletnicą, uległa ciężkiemu wypadkowi. Pomimo że kochała balet i wiązała z nim przyszłość, nie mogła dalej rozwijać swojej pasji. Postanowiła więc założyć tę szkołę, dzięki której choć w  części realizowałaby swoje marzenia. Róża dobrze to rozumiała, ponieważ sama codziennie przyglądała się z  zachwytem tańczącym baletnicom. Podzi-

128


wiała, z jaką gracją się poruszają i z jaką lekkością wykonują obroty i liczne piruety. Bardzo chciała też tak tańczyć, ale wiedziała, że niestety jest to nierealne, ponieważ w czasach, w których żyje, możliwość realizowania swoich marzeń miały tylko dzieci z bogatych rodzin. Dlatego Róża szybko odganiała marzenia i grzecznie pomagała mamie. Z czasem jednak w szkole zaczęły dziać się dziwne, niewyjaśnione sytuacje. Dziewczynki zaczęły coraz gorzej tańczyć, nie wychodziły im nawet najprostsze figury. Im więcej czasu poświęcały na trening, tym mniej umiały. Po prostu coś złego działo się z talentami. Traciły je! Tętniąca wcześniej życiem szkoła baletowa stawała się smutna i  ponura, a  dzieci ubywało. Róża widywała czasami bardzo smutną i przygnębioną Klarę, która załamanym głosem szeptała tylko: „To wszystko przez tę Nonfrappę. Ja naprawdę nie mogę im pomóc, czuję się taka bezsilna”. Dziewczyna nie miała pojęcia, o  co może chodzić, ale nie miała odwagi zapytać o to właścicielkę szkoły. Pewnego dnia, kiedy po skończonych zajęciach szkoła opustoszała, Róża jak zawsze pomagała swojej ukochanej mamusi. Razem wycierały kurze i  myły podłogi. W  pewnej chwili mama poprosiła dziewczynkę, aby tak przyniosła jej wiaderko znajdujące się obok wielkiej, starej, bardzo tajemniczej i wyglądającej groźnie szafy. Róża zawsze z niewiadomych dla niej przyczyn omijała ją szerokim łukiem. Chyba jej się po prostu bała, ale ponieważ była bardzo grzeczną dziewczynką i  zawsze słuchała mamy, postanowiła, że i tym razem wypełni prośbę mamusi i szybko pobiegła po wiaderko. Kiedy doszła już do szafy, dostrzegła, że bije od niej dziwne, jasne światło. W tym też momencie w miejsce strachu wkradła się niewyjaśniona ciekawość. Promienie stawały się coraz jaśniejsze i wyraźniejsze. Nawet nie zauważyła, dlaczego zbliżyła się do przerażającej ją szafy i otworzyła jej drzwiczki. Ku jej zaskoczeniu mebel był pusty, ale kiedy 129


dokładnie go obejrzała, dostrzegła, że w  rogu na dolnej półce leżą bardzo stare, zniszczone baletki, tzw. pointy. Takie same, w jakich tańczyły dziewczynki uczące się w tej szkole. Niepewnie wyciągnęła je z  szafy i  założyła na swoje drobne stópki. Zdziwiła się, ale baletki pasowały idealnie. Szybciutko pobiegła do znajdującej się obok olbrzymiej sali baletowej, która, co było dziwne, nie miała luster. Dziewczynka obróciła się raz w  prawo, a  potem dwa razy w  stronę serca. I  wtedy niespodziewanie ukazał jej się duch. Róża zamrugała, myśląc, że może upadła i uderzyła się w głowę, a zjawa jest tylko skutkiem wypadku. Jednak duch przemówił delikatnym głosem: – Jestem duchem dawnej baletnicy. Nie bój się mnie. Pozwól, że wyjaśnię Ci wszystko. Na pewno zaobserwowałaś, że w  szkole dzieje się coś niepokojącego. Dziewczynki tracą swoje talenty, choć to nie ich wina. To wszystko z powodu złej czarownicy Nonfrappe. To ona zabiera dziewczynkom ich marzenia i piękną przyszłość związaną z baletem. – Ale dlaczego? – zapytała naprawdę ciekawa Róża. – Nonfrappe pochodzi z mrocznej krainy, która nazywa się Bezwład i pragnie, abyśmy i my pogrążyli się w bezczynności. Na dobry początek swojej niszczycielskiej działalności wybrała właśnie tę szkołę. – To straszne, ale dlaczego mówisz to właśnie mi? – Ponieważ tylko dziewczynka taka jak ty – pełna marzeń i o dobrym, czystym serduszku – może pokonać czar złej czarownicy. – Co mam zrobić? – Zadanie nie jest proste, zaklęcie możesz pokonać tylko wtedy, kiedy zatańczysz najpiękniej jak potrafisz i jednocześnie zobaczysz siebie i swój taniec, nie używając jednak luster. – Ojej, to bardzo trudne zadanie, nie wiem, czy dam radę – powiedziała przepraszająco dziewczynka. – Ja w Ciebie wierzę, Różo, na pewno się uda. A jak dasz radę i czar pryśnie, w nagrodę spełnię Twoje dowolne marze130


nie. Mogę nawet sprawić, że Ty i Twoja mama będziecie mieć więcej pieniędzy i nie będziecie musiały tak ciężko pracować, a Ty będziesz mogła zapisać się do szkoły baletowej, gdzie będziesz spełniać swoje marzenia. – Dobrze. Obiecuję, że się postaram i zrobię, o co prosisz – odparła Róża. Kiedy duch baletnicy zniknął, dziewczynka bardzo się zasmuciła, ponieważ nie miała zielonego pojęcia, jak może jej pomóc. – Różo! Znalazłaś to wiaderko?! – zawołała mama – Muszę umyć tę podłogę na błysk. Nagle dziewczynka wpadła na genialny pomysł. – Już idę mamo! – zawołała i szybko pobiegła. „Już wiem, jak sprawić, aby czar czarownicy prysnął” pomyślała dziewczynka. Szybciutko powróciła do sali treningowej, tym razem ze swoim wiaderkiem wody, kilkoma środkami do czyszczenia podłóg, których razem z mamą zawsze używały do mycia parkietów w salach. Dziewczynka czyściła podłogę niemalże całą noc, upewniając się, czy na pewno widzi w nim swoje odbicie. Taki był jej pomysł. Zatańczy i zobaczy swoje odbicie w lśniącej czystością podłodze. Nad ranem Róża założyła starannie baletki, zacisnęła kciuki i powtarzając w myślach, że to jest świetny pomysł i na pewno się uda, znów obróciła się raz w prawo i dwa razy w  stronę serca. Wirując, spojrzała w  parkiet. Widziała, jak szybko się obraca i jak jej długie złote włosy wirują w powietrzu. Nagle na dworze przestał padać deszcz, wyszło słońce, które mocno zaświeciło, a jego promyki oświetliły buzię wciąż tańczącej Róży. Ptaki zaczęły śpiewać, dzieci radośnie się śmiać, a wszystko jakby stało się piękniejsze. Udało się! Wtedy znów zobaczyła ducha baletnicy, który tym razem radośnie się do niej uśmiechał. Zatrzymała się. – Udało się? – zapytała Róża z nadzieją w głosie. – Tak, udało się! Byłaś wspaniała! – powiedział szczęśliwie duch baletnicy. – Od teraz wszystko wróci do normy. Dziew131


czynki będą tańczyć, a ich talenty będą się wspaniale rozwijać i na pewno wyrosną na niezwykłe baletnice. A teraz, tak jak obiecywałam, mogę spełnić jedno twoje marzenie. Przemyślałaś moją propozycję? – Tak, ale wolałabym inne życzenie. Proszę, abyś sprawiła, żeby moja kochana pani Klara – dyrektorka tej szkoły, znów była zdrowa i mogła tańczyć jak dawniej. Bardzo Ciebie o to proszę, dobry duchu. I tak też się stało. Już następnego dnia Klara przeszczęśliwa wykonywała nieziemskie piruety, które podziwiały uśmiechnięte małe baletnice. Dziewczynki tańczyły jak nigdy dotąd. Odtąd również w szkole panował czar „Dobrego Ducha”. I  to już koniec. Chociaż nie, przepraszam. Zapomniałam zdradzić Wam, co stało się z  naszą bohaterką. Róża została znaną i podziwianą na całym świecie baletnicą. Ponoć „Duch Dawnej Baletnicy” obdarował ją niezwykłym talentem, doceniając jej szlachetność i  wspaniałomyślność, ja jednak uważam, że to los odpłacił jej Dobrem za Dobro.

132


Adela Panek Gimnazjum nr 1

Baśń o pięknej Lidii i Smoku Szczęścia Dawno, dawno temu w odległej krainie, tam, gdzie złocista rzeka płynie, w dolinie zamieszkanej przez Smoki Szczęścia, między wysokimi górami nie do przejścia, leżała wioska drewniana, mała, przez krnąbrnych i złośliwych ludzi zamieszkana. Na wszystkie strony świata z tego była znana, że jej mieszkańcom nie podobała się żadna zmiana. Niegdyś wieśniacy żyli tam w zgodzie, lecz podporządkowali się tamtejszej modzie. W każdego z nich chciwość wstąpiła, a z ich twarzy pazerność biła. Pewnego razu przelatywała tamtędy królowa pszczół, a za nią szeregiem zmęczony rój. Zapachem tamtejszych kwiatów urzeczona miała nadzieję, że zostanie tam ugoszczona. Jak wielkie było królowej zdziwienie, kiedy ujrzała w ich oczach wrogie nastawienie. Wieśniacy nie chcieli podzielić się kawałkiem ogrodu, nie chcieli także pszczelego miodu. Królowa grubiańsko potraktowana została z wioski przez nich wygnana. Odeszła i obiecała zemstę srogą, że jeszcze wróci tą samą drogą. 133


Jak powiedziała, tak też zrobiła. Niesiona wściekłością nasiona rozrzuciła. Z początku sadzonek nie zauważono, kwiaty między nimi posadzono. Dopiero później, gdy nadeszła odpowiednia pora, tajemnicze rośliny opanowały ich pola. Okazały się być niebezpieczne i trujące: zabierały innym roślinom wodę i słońce. Łodygi ich były twarde i długie, gdy je ścinali, znów rosły drugie. W wiosce wybuchła olbrzymia panika, że tej wiosny nic nie włożą do koszyka. Żółtych zamglików ni białych purpunek. Czy ktoś przyjdzie im na ratunek? Zwołali wieśniacy wielkie zebranie. Nieobecność oznaczała do winy się przyznanie. Tak więc wszyscy zasiedli przy jednym stole i długo narzekali na swoją dolę. Aż jeden chłop cel zebrania przypomniał i wnet każdy o swoich przyjaźniach zapomniał. Kłótni przy stole nie było końca, krzyczeli tak aż do zachodu słońca. Szukano kozła ofiarnego, bo każdy chciał znaleźć winnego. Oskarżono więc ogrodniczkę, ponoć zgubiła w ogrodzie rękawiczkę. Wina spadła też na drwala. „Niech go spotka sroga kara!” Gdy tak się kłócili, zastał ich poranek. Karę poniósł biedny, niewinny baranek i na talerzu podany na stole, zakończył swoją ziemską dolę. O trujących roślinach zapomniano, wejście do ogrodu zabudowano. 134


Mieszkańcy ciągle za nim tęsknili i w bohatera swojego wierzyli, który pokonać miał wszystkie rośliny i uszczęśliwić smutne rodziny. Gdy znów nadeszła wiosna, obiegła wszystkich nowina radosna. Na świat przyszło dziecko prześliczne, więc zebrało się grono ludzi liczne. Oglądali i podziwiali małą dziewczynkę, której każdy włos zwijał się w sprężynkę. Jej cera była jak mleko śnieżnobiała, z płomiennymi włosami kontrastowała. Przez hałas się zbudziła. Wielkie oczy otworzyła. Tylko jedna chwila wystarczyła, by w sercach rodziców radość zagościła. Nadano jej imię Lidia. Szybko rozwijała swoje skrzydła. Uczyła się pilnie i wytrwale, uwielbiała smocze legendy stare. Gdy już dorosłą kobietą się stała, wszystkich swą wielką odwagą zadziwiała. Sprytnie podchodząc do każdej sprawy, udzielała każdemu dobrej rady. Bardzo się z wszystkimi wieśniakami zżyła, lecz trochę inna niż oni była. Interesowała się przyrodą i poznawaniem, a nie ciągłym kłótni wszczynaniem. Marzyła, by wyruszyć daleko w nieznane. Wierzyła, że zwiedzić świat będzie jej dane. Jedno dziewczynę bardzo ciekawiło: „Co w tym ogrodzie się wydarzyło? Dlaczego stoi pusty i zamknięty? Czyżby został przez kogoś zaklęty?” 135


Ojciec o wszystkim jej opowiedział, jak ogród stopniowo przez rośliny biedniał. Lidia opowieścią niezwykle przejęta, stała się jeszcze bardziej nieugięta. Na protesty rodziców nie reagowała, na bohatera też nie czekała. Sprawy wzięła w swoje ręce. „Nikt nie będzie tu cierpiał więcej!” Do wioski w tym czasie przybył wróżbita. Lidia miała nadzieję, że do nich zawita. Była ciekawa swojej przyszłości, chciała też poznać wszystkie słabości. Wróżbita na widok rudowłosej dziewczyny, robił jakieś straszne miny. Wyskoczył z chaty jak poparzony i wrócił z księgą jak zwykle zadowolony. Przewracał przez chwilę jej grube strony, aż znalazł fragment dla niego kluczowy. Lidia przez cały czas go słuchała i swoje uszy ku niemu nastawiała. Wróżbita przeczytał jej legendę starą, przez wszystkich wieśniaków już zapomnianą. Mówiła ona o walecznej kobiecie, najodważniejszej na całym świecie, która swój wielki strach pokonała i wszystkich złych ludzi ciągle nawracała. Poszła po radę do złotego smoka, piękna wojowniczka srebrnooka, a gdy już z radą wróciła, dla wioski się poświęciła. Lidia ogromnie zdumiona czuła się jak natchniona. Wielką nadzieją przepełniona, że do tej roli została stworzona. 136


Następnego dnia z samego rana wyruszyła i na północ się udała, by spotkać Złotego Smoka w jaskini, który do otwarcia ogrodu się przyczyni. Trzy dni i trzy noce wędrowała. Na różne stwory natrafiała. Już powoli traciła nadzieję. „Czy złoty smok faktycznie istnieje?” Szczęśliwym trafem zaraz za wielkim drzewem Ujrzała jaskinię pod rozgwieżdżonym niebem. Lidia długo nie myślała, smoka Szczęścia wywołała. W pełnej krasie się ukazał i podejść bliżej jej nakazał. Ona nim oczarowana zapomniała już, co chciała. Lecz smok mrugnął i pamięć jej przywrócił, odsunął swój ogon i do środka ją wpuścił. Gdy o radę go spytała, nasza wojowniczka mała, odparł krótko, bez zastanowienia „Ciężki jest los bohatera. Moja córko, użyj ognia, rozwiązaniem jest pochodnia” Lidia z tą myślą wróciła do domu, o Smoku Szczęścia nie wspomniała nikomu. Późną nocą z palącą się pochodnią zakradła się do ogrodu stroną zachodnią. Wrzuciła pochodnię i pożar wznieciła. Wszystkie trujące rośliny zniszczyła. Jednak plan nie przebiegł tak, jak chciała, następnego dnia zachorowała. Tajemniczy pyłek z kwiatów odebrał jej mowę, dla mieszkańców stała się ona symbolem. 137


Wieśniacy zrozumieli, co złego robili i dlaczego ciągle się kłócili. Każdy powtarzał w wiosce potem: „Mowa jest srebrem, a milczenie złotem”.

Rys. Hanna Tomiak

138


Felicja Owieczko Gimnazjum nr 7

Poszukiwacze niebieskiej kropli

To

był zwykły wtorek. Przynajmniej tak się zapowiadał. Słońce świeciło już na niebie, swoimi promieniami głaszcząc wszystko, czego tylko dosięgło – każde biegające dziecko i  poważnych dorosłych, kota na płocie i  Burka – psa sąsiada, liście na drzewkach i  kwiatki w ogrodzie. Dzieci wesoło bawiły się na podwórku, a ich radosnym okrzykom wtórowały małe i większe ptaki, odśpiewując swoje trele. Wszystko było radosne, cieplutkie i jasne. Prawie wszystko… W mieszkaniu na parterze, na wprost najlepszej na osiedlu huśtawki okna były pozamykane, a rolety jeszcze opuszczone. To wzbudziło zainteresowanie małego wróbelka Kacperka, bo to z tego okna codziennie dostawał porcję świeżych ziarenek i okruszków. To tutaj witała go co rano uśmiechnięta buzia Zuzi. Miała rumiane policzki i  piękne brązowe oczy, a  na długich czarnych włosach zawsze starannie zaplecione warkocze,. Zuzia była już dużą dziewczynką, przynajmniej tak powtarzała jej mama. Miała skończone 8 lat. Wróbelek Kacperek przysiadł na parapecie. Próbował zajrzeć do środka, ale rolety były szczelnie opuszczone. Dzióbkiem zastukał w szybę, lecz nikt nie odpowiedział. Jego malutkie wrażliwe serduszko było mocno zaniepokojone. Nagle dostrzegł, że sąsiednie okno było uchylone i to właśnie przez 139


Rys. Felicja Owieczko nie wleciał do mieszkania, by po chwili dotrzeć do pokoju Zuzi. Dziewczynka leżała w swoim różowym łóżeczku, ale na jej twarzy nie było uśmiechu, tylko smutek. Policzki zamiast rumieńców pokryły się bladością, a  w  zazwyczaj radosnych oczkach widać było lęk. Wróbelek usiadł na poduszeczce obok Zuzi i swym skrzydełkiem delikatnie głaskał ją po policzku, po którym zaczęły spływać łzy. Zuzia, łkając, opowiedziała swojemu skrzydlatemu przyjacielowi o tym, jak rano chciała wstać z łóżeczka, ale nie miała siły, jak boli ją głowa, i jak strasznie się boi, bo rodzice wyszli do pracy. Wróbelek Kacperek zade140


cydował, że trzeba pilnie wezwać rodziców. Ponieważ był już długoletnim przyjacielem Zuzi i w pilnych sprawach wzywał już rodziców z pracy, pofrunął do stolika z telefonem i nacisnął dzióbkiem odpowiedni przycisk, a  natychmiast w  telefonach rodziców wyświetliła się wiadomość „Przyjeżdżajcie. Zuzia”. Pierwsza zjawiła się mama. Weszła do pokoju dziewczynki, spojrzała swoim matczynym wzrokiem i od razu oznajmiła, że trzeba wezwać lekarza. Kiedy wyszła zadzwonić, Zuzia rozpłakała się na dobre. Zasłaniając oczka, próbowała ukryć łzy, ale one wypływały spomiędzy wszystkich paluszków. Wróbelek Kacperek troskliwie zapytał o powód płaczu. Odpowiedź Zuzi była jednoznaczna: – Bo lekarze mają takie straszne igły, którymi robią zastrzyki i pobierają krew, a to bardzo boli. Wróbelek zdziwionym wzrokiem popatrzył na dziewczynkę i z jeszcze większym zdziwieniem w głosie zapytał: – To nie słyszałaś o  poszukiwaniach siedmiu niebieskich kropli? Tym razem to oczka Zuzi zrobiły się duże i okrągłe ze zdziwienia, więc wróbelek kontynuował. – Dawno, dawno temu na świecie nie było chorób, bólu, zarazków i bakterii, wszyscy byli zdrowi i radośni. Rządził wtedy król Niebieska Kropla. Każdemu nowonarodzonemu dziecku wręczał znak rozpoznawczy swego królestwa – niebieską kropelkę krwi. I wszystko było pięknie do czasu, aż nie wiadomo skąd przybył na dwór potężny smok i zabrał cały wielki wór czarodziejskich niebieskich kropli. To od tej chwili rozeszła się po całym świecie służba królewska, szukając swoich poddanych, tych oznaczonych niebieską kropelką krwi. Brakuje jeszcze siedmiu osób, aby król Niebieska Kropla mógł znowu objąć panowanie nad światem – wolnym od chorób i bólu. Służba królewska musi więc dokładnie przebadać każdego człowieka, małego i dużego, w poszukiwaniu kropli. Czasami 141


muszą posłużyć się również igłą, by sprawdzić, czy czarodziejska niebieska kropla nie umieściła się we wnętrzu. Dlatego z czasem służbę królewską zaczęto nazywać lekarzami. Zuzia słuchała opowiadania z  wypiekami na twarzy, a w główce pojawiła się myśl: – Może i we mnie jest ukryta czarodziejska niebieska kropla? Ale zaraz powrócił dawny lęk, który dziewczynka ośmielona obecnością przyjaciela wypowiedziała już głośno: – A  jeśli będzie bolało i  nie uda mi się powstrzymać łez? Przecież jestem już duża i nie powinnam płakać. Wróbelek Kacperek pogłaskał dłoń Zuzi swoim skrzydełkiem i cierpliwie odpowiadał: – Dorośli też płaczą, bo ich czasami też coś bardzo boli. Płacz jest oznaką, że twoje serce jeszcze nie stwardniało i nie wyschło. A to dobrze. Czy będzie boleć? Troszkę tak, ale wtedy pomyśl o poszukiwaniu czarodziejskiej niebieskiej kropli. A  jeśli nie znajdą jej teraz, to może następnym razem. Pamiętaj, że ja będę obok ciebie. Będę dotykał swoim skrzydłem twoich dłoni i jeśli trzeba, ocierał łzy z twoich policzków. Po chwili zadumy Zuzia opowiedziała o  swoim kolejnym lęku: – Czy pan doktor będzie zły, bo ja nie posłuchałam mamy i wczoraj zjadłam loda pomimo jej zakazów? To pewnie dlatego dziś się źle czuję. Wróbelek przecząco pokręcił główką: – Twoje złe samopoczucie już jest konsekwencją nieposłuszeństwa. Dwie kary to za dużo. Lekarz będzie starał ci się pomóc, będzie dążył do tego, aby ból przeszedł, a na twej twarzy znów pojawił się uśmiech. On chce dla ciebie jak najlepiej. A poza tym pamiętaj, że jemu też zależy, aby odnaleźć czarodziejską niebieską kroplę. Zuzia z błyskiem w oczach słuchała odpowiedzi wróbelka, aż w końcu wyrzuciła jednym tchem: 142


Rys. Felicja Owieczko – A jeśli się okaże, że jestem poważnie chora? Tu Kacperek nie miał wątpliwości: – To tym bardziej lekarz musi przebadać cię dzisiaj. Im wcześniej, tym większe szanse, że szybciutko staniesz na nogi. A może okaże się, że to nic poważnego i tylko niepotrzebny lęk zagościł w twoim sercu i twojej głowie. Ledwo wróbelek dokończył to zdanie, a w drzwiach stanęła mama, a zaraz za nią lekarz. „Poszukiwacz czarodziejskiej niebieskiej kropli” – pomyślała Zuzia i delikatny uśmiech pojawił się na jej twarzy. Lekarz zbadał ją dokładnie, a  Zuzia była bardzo dzielna. Na koniec stwierdził, że musi jeszcze pobrać krew… Przed oczami dziewczynki zabłysła wielka srebrna igła, a wtedy zaczęły się one napełniać łzami… ale już obok siedział wróbelek, delikatnie dotykał skrzydełkiem jej dłoni i  szeptał do ucha 143


„Pamiętaj o czarodziejskiej niebieskiej kropli”. Zuzia chciała zerknąć, czy faktycznie nie ma w  niej tej zagubionej kropli, ale lekarz już skończył badanie i chował igłę. Razem z mamą wyszli z pokoju… Wróbelek siedział na poduszeczce Zuzi i patrząc jej prosto w oczy, powiedział : – Jestem z ciebie bardzo dumny. Wiem, że to było trudne, a ty pokonałaś swój lęk. Czarodziejska niebieska kropla była w tobie – była to kropla odwagi. Zmęczona Zuzia ułożyła się wygodnie w  swoim łóżeczku, a wróbelek Kacperek siedział obok niej, dotykając delikatnie skrzydełkiem jej dłoni tak długo, aż zasnęła. A sen jej był już bardzo spokojny… I tak już od wielu lat wróbelek Kacperek wraz ze swoimi siostrami i  braćmi odwiedza wszystkie dzieci, aby dodać im odwagi, kiedy są chore i muszą zmierzyć się z badaniem krwi. Pewnie, że może nie jest ono przyjemne, ale za to bardzo potrzebne. Przy okazji wróbelki szukają brakujących siedmiu niebieskich poddanych króla Niebieskiej Kropli. W towarzystwie tak wiernego przyjaciela najmniejszy cień strachu nie gości długo w serduszku żadnego malucha.

144



Bajubaju 2013