Issuu on Google+


Gazetka Szkolna Nr 3 (16)

WYDANIE LISTOPADOWE

M

łodość i bunt od zawsze szły w parze. Konflikt pokoleń rozpoczynał każdą nową epokę. Stał się więc miarą postępu. Każde młode pokolenie wyrażało sprzeciw wobec tego, co zastane. Chciało kształtować rzeczywistość według swojej wizji, wytyczało nowe cele i dążyło do ich realizacji. Odcinało się od zdobyczy poprzedniej generacji, wierząc, że akt negacji zrodzi dzieła większej miary. Obalano stereotypy, walczono o oryginalność, prawo do wyrażania siebie, wcielano nowe ideologie. Niemal każdy musiał przejść fa zę buntu, by wkroczyć w dojrzałość. Dzisiaj próżno szukać kontestatorów. Co nie znaczy, że młodzież zrezygnowała z buntu. Wyraża swój sprzeciw wobec wojen, niesprawiedliwości... Ale robi to w sposób niezauważalny wręcz. A wszystko przez pragmatyzm. Młodzi już wiedzą – bunt się nie opłaca. Mimo to wolę wierzyć, że w tej popkulturowej rzeczywistości, znajdę ludzi (młodych), którzy powiedzą: Buntuję się, więc jestem! Izabela Świć 3

Wspomnienie o Danielu - pH & Ricky

4

Ś.P. prof. Tadeusz Semeniuk - wspomnienie - Ania Belniak

5-6

Listopadowe przemyślenia - Michał Zarobkiewicz

7-9

Konferencja naukowa - Elka Kosek

10

Świat karmi się plotką - Martyna Borowik

11

Na zasiłku - Sebastian Bancerz

12

Dyskryminacja wsi - Katarzyna Nowak

13

Radzyń - moje miasto - ?

13

I LO jedną z najlepszych szkół w województwie - Agnieszka Kowalik

14

Dzien z życia N. - Edyta Zając

15-16 Było już dawno po północy - Michał Hawryl 17

Patrząc z innej perspektywy- Paulina Hawryluk

18-19 Nie jesteśmy tacy samotni w tym świecie - Kaja Szymańska

20-21 Teakwondo to pasja- Marta Pieśko i Marta Zielnik 21

1, 2, 3 w co ubierzesz się Ty? - Beata Chromik

22

Reaktywacja drużyny harcerskiej - Justyna Sobocka

22

Recenzje- ?

23

Jesienne smakołyki - Magdalena Łuba

23

Wiersze - Anonim

Adres: Gazetka Szkolna „bezMyślnik” Partyzantów 8, 21-300 Radzyń Podlaski http://www.bezmyslnik.pl facebook.com/bezmyslnik e-mail: kontakt@bezmyslnik.pl Opiekun: Izabela Świć Redaktor naczelna: Paulina Hawryluk Zastępca redaktor naczelnej: Michał Zarobkiewicz Redaktorzy: Agnieszka Kowalik; Anna Odrzygóźdź; Adrian Drożdż; Marta Pieśko; Marta Zielnik; Klaudia Adamska; Beata Chromik; Anna Belniak; Paula Oramus; Magdalena Łuba; Justyna Sobocka ; Joanna Jastrzębska; Martyna Borowik; Klaudia Czeczko; Aleksandra Ładna; Kaja Szymańska; Jakub Ostapiuk; Elka Kosek; Agata Tyczyńska; Katarzyna Nowak Michał Hawrył; Edyta Zając; Sebastian Bancerz Oprawa graficzna, łamanie i skład: Marcin Blicharz Strona internetowa: Marcin Blicharz Michał Zarobkiewicz


Wspomnienie o Danielu O n jest, nie można powiedzieć, że zniknął. Może nie usiądziemy razem w ławce, ale gdzieś w powietrzu czuć go. Jest metafizycznie. Dlaczego? Z nim zawsze było wesoło. Nadal jest, a więc nie mogę powiedzieć, że go nie ma. Gdzie on był, tam była i radość. Gdyby go tu nie było, byłoby smutno. Wszystko zaczyna się bardzo pokrętnie. Tyle nieuporządkowanych słów. Ponoć o zmarłych nie mówi się źle. O nim faktycznie nie można powiedzieć niczego złego. Wad miał bez liku, jak każdy z nas. Mimo to był świetnym kolegą, przesympatycznym, pozytywnym człowiekiem. Takim, który nie bał się mówić wprost o tym, co myśli. Przypomina się nam jego uśmiech, wyjątkowy. Uśmiech, którego do końca życia nie zapomnimy. Daniel, bo o nim przecież mowa, pozostał dzieckiem. Może wiele czynników już na to nie wskazywało, ale jak nazwać kogoś, kto umiera w swoje osiemnaste urodziny… Dla wszystkich był to wstrząs. Wydarzenie wręcz paradoksalne, ciężko było

uwierzyć, że ten dramat dzieje się naprawdę. Pamiętamy, jak bardzo bałyśmy się iść po wakacjach do szkoły, a zwłaszcza tego, że emocje wezmą górę i poleją się łezy. Mieliśmy wszyscy prawie dwa miesiące na przyzwyczajenie się do myśli, że Daniel raczej nie wygrzebie się z wypadku do września, miał też przed sobą „komisa” z matmy. Nawet to, że pod koniec wakacji musi zdawać egzamin poprawkowy nie zburzyło jego optymizmu. W końcu mieliśmy też miesiąc na pogodzenie się z faktem, że czasu nie da się zatrzymać, a ślepy los jest nieubłagany. Tak sobie myślimy, że Daniel tam z góry, specjalnie patrzy na naszą historię w szóstce. To chyba tam najbardziej go brak. Nasza sorka zawsze odpytywała go na punkty, lekcja bez tego była stracona. Tak samo brakuje jego żartów, które uczniowie naszej klasy mieli okazję słyszeć na historii. Wywołane zdjęcia na biurkach, powtarzane powiedzenia Daniela, lampka na cmentarzu. Dziś już tylko tak widzimy go wśród nas. Cza-

sem wydaje się nam, że jesteśmy zbyt młodzi, żeby umierać. Płoniemy bardzo szybko, nasączeni tezą wolności, nieśmiertelności. Przyszło zmierzyć się z samym sobą. Dziś znamy i życie, i śmierć. Nie wiemy, ile oddałybyśmy, aby go spotkać, chociażby po to, by się pożegnać. Nie wiemy, czy warto. Może akurat tak jest mniej bólu, bo nie zrobiliśmy dla niego miejsca? Ciężko było świętować Twoje 18 urodziny, bez Ciebie… Bez naszego Tupika, który opowiadał o nadchodzącej rocznicy tak często. Wielu z nas ma w pamięci wizję tej planowanej przez niego od wielu miesięcy imprezy 18-stkowej. Mieliśmy się spotkać w licznym gronie 6 sierpnia. I spotkaliśmy się po raz ostatni... Do III f przyszedł nowy uczeń. Znów mieliśmy w klasie 31 osób, 7 chłopców. Los zafundował nam lekcję akceptacji, pokazał, że nie ma ludzi niezastąpionych, że musimy pamiętać. pH & Ricky

fot. Agnieszka Zaborek

3


T

adeusz Semeniuk urodził się 13 listopada 1937r. w Wohyniu. Tam, w domu na tzw. łąkach, wychowywał się wraz z czworgiem młodszego rodzeństwa. Dzieciństwo przeżywał w czasach wojny i okupacji. Państwo Semeniukowie byli bardzo życzliwymi ludźmi i w tym trudnym dla Polski okresie pod ich dachem schronienie mogli znaleźć partyzanci, zbiegowie z obozów jenieckich oraz Żydzi. W 1952r. ukończył Szkołę Podstawową w Wohyniu. Następnie uczęszczał do Liceum Ogólnokształcącego w Milanowie, które ukończył w 1956r. ważnym egzaminem dojrzałości – maturą.

Odszedł współczesny autorytet – takimi słowami został pożegnany Ś.P. prof. Tadeusz Semeniuk

Przez wysokie ambicje i dobre wyniki na maturze Tadeusz Semeniuk zapragnął kontynuować naukę, niestety przez chorobę ojca realizacja planów została odsunięta o kilka lat. Odwleczone w czasie rozpoczęcie studiów nie zniechęca go i w 1962r. dostał dyplom magistra filologii polskiej. Studiował na UMCS-ie w Lublinie. Pierwszą jego podjętą pracą po studiach była posada nauczyciela języka polskiego w Zasadniczej Szkole Zawodowej w Radzyniu Podlaskim. Po roku przeniósł się do I Liceum Ogólnokształcącego w Radzyniu Podl., gdzie przepracował 30 lat swojego życia. Przez rok pełnił funkcję nauczyciela-bibliotekarza, a przez następne 29 lat spełniał się zawodowo jako polonista i wychowawca. W szkole był autorytetem zarówno dla

4

uczniów, jak i pozostałych nauczycieli. Rzetelny, skromny, uczciwy pracownik, bezgranicznie poświęcający się uczniom. Tadeusz Semeniuk był człowiekiem bardzo wierzącym, dużo czasu poświęcał na kształtowanie swojej wiary. Codziennie w miarę możliwości uczestniczył w mszach świętych. Był mentalnie związany z parafią Św. Trójcy w Radzyniu Podlaskim, jej dzieje uwieczniał we wszelkiego rodzaju artykułach, zapiskach, kronikach. Z tych wszystkich nagromadzonych informacji w 2006r., przy pomocy Radzyńskiego Towarzystwa Regionalnego, którego był członkiem, została wydana jego pierwsza książka - Kalendarium dziejów Parafii Św. Trójcy w Radzyniu Podlaskim i Dekanatu Radzyńskiego. W ostatnich latach życia pracował nad drugim wydaniem „Kalendarium”, które miało być znacznie poszerzone i uzupełnione. Niestety osobiście nie zdążył go wydać. Jego marzeniem z dzieciństwa była praca w radiu, które spełnił po przejściu na emeryturę. Pod kierunkiem Tadeusza Semeniuka powstało ponad 100 audycji radiowych w Katolickim Radiu Podlasie. Swoje ostatnie miesiące życia, pełne bólu i cierpienia, spędził w Zakładzie Opiekuńczo- Leczniczym w Ustrzeszy. Dwa miesiące przed śmiercią napisał list otwarty, w którym zwrócił się do „wszystkich ludzi dobrej woli” z prośbą, aby zrobili wszystko, co w ich mocy i przydzielili na stałe księdza do ZOL. Prośba oczywiście nie została zignorowana. Od września 2011r. biskup Zbigniew Kiernikowski powołał tam na stałe duszpasterza. Tadeusz Semeniuk odszedł w Wielki Piątek (22 IV 2011r.) o 15:00. 2000 lat temu, umarł na krzyżu Chrystus. Przypadek? Odszedł współczesny autorytet – takimi słowami został pożegnany Ś.P. prof. Tadeusz Semeniuk na mszy żałobnej 28 kwietnia 2011r. o godzinie 11:00 w Parafii Św. Trójcy.

Ania Belniak fot. Internet

Wspomnienie...


Listopadowe przemyślenia P onad miesiąc temu zaczęła się jesień, ostatnio wkroczyliśmy w jej listopadowy odcinek, będący okresem co najmniej nadzwyczajnym, nie wynika to bynajmniej ze świąt pierwszego i jedenastego dnia. W tym wypadku jest wręcz dokładnie odwrotnie. Wyjątkowość listopada zauważyli jako pierwsi prawdopodobnie celtowie, którzy w owych dniach świętowali swoje Samhain, witali zbliżającą się zimę i wspominali zmarłych. Podobnie, jak przed dwoma tysiącami lat mieszkańców wysp Brytyjskich, tak teraz wielu z nas zbiera na wiele głębszych przemyśleń. Skłamać musiałbym jednak twierdząc, że u mnie zaczęło się to dopiero z początkiem listopada. Nie, aura tajemniczości, wieczorne mgły i świecący przez chmury księżyc owe nastroje jedynie we mnie zwielokrotnił. W późnej jesieni bardziej niż kiedykolwiek czuć nieuchronność przemijania i cykliczność. Ludziom XXI wieku wydaje się, że sa niezastąpieni, jedyni i wyjątkowi. W poszukiwaniu swojej niepowtarzalności sięgają po drogie zegarki czy niecodzienne hobby. Niestety jest nas na dzień dzisiejszy w przybliżeniu 7 miliardów i z wielką dozą prawodpodobieństwa można stwierdzić, że gdzieś jest ktoś niemal identyczny pod każdym względem, a jak mamy pecha to takich osób może być nawet kilka. Żyjemy w dobie przeciętności, nie ma już nic nadzwyczajnego w fotografowaniu, graniu na gitarze czy naukowym zajmowaniu się fizyką. Wszystko spowszedniało. Trzeba wreszcie do siebie dopuścić myśl, że dla świata nasze istnienie jest całkiem obojętne. Poza kilkoma najbliższymi osobami, z którymi często na co dzień się gryziemy, nikt by nawet nie zauważył naszego braku. To samo tyczy się wszystkich, zwykłych ludzi, wielkich muzyków i genialnych naukowców. Okazuje się, że są tysiące lub miliony, które mogą zastąpić daną osobistość.

Felieton

Nie ma już niczego, czego ktoś inny by nie robił. Wyrażenie sens życia totalnie straciło na wartości. Co to w ogóle jest? Do niedawna łudziłem się, że chodzi może o coś, co po mnie zostanie. Zastanawiałem się, co zrobić, żeby świat o mnie pamiętał. Teraz już wiem, że nawet ta pamięć nie ma najmniejszego znaczenia. Żyjemy, robiąc coś codziennie, czasem coś poważniejszego, czasem coś bardziej bezsensownego, ale potem umieramy. Wraz z momentem śmierci wszystko, co robiliśmy przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Okazuje się, że życie nie ma sensu, na którego poszukiwaniu zmarnowaliśmy nasze najlepsze lata. Nie znaczy to jednak, że trzeba się zabić lub od razu skazać na bycie nieszcześliwym. Jest jeszcze jednak droga – nieszukanie. Zamiast wiecznie rozglądać się za sensem należy żyć i cieszyć się chwilą. Nie jestem nikim wyjątkowym, jedynie przeciętnym licealistą. Podobnie, jak wiele innych osób, boję się badań i lekarzy – potrafią zrobić chorego ze zdrowego. Ostatnio niestety musiałem przejść kilka badań. Oczywiście „korzystając z okazji” zacząłem zastanawiać się nad przemijaniem. Mam dopiero 18 lat, no już niedługo będzie 19, w odniesieniu do wieku Ziemi – nicosć, w odniesieniu do przeciętnej długości życia w Europie – niewiele. Niestety to nic nie zmienia, jestem tak samo, albo i bardziej, podatny na czynniki śmiertelne. Dzisiaj jestem, rozmawiam ze znajomymi, śmieję się, rozmyślam, płaczę, ale czy będzie dla mnie jutro? Czy robię wszystko to, co chcę i tak jak chcę? Oczywiście, że nie. Nie osiągnąłem nawet małej cząstki tego, co sobie zaplanowałem. Nie miałem prawdziwej wystawy fotograficznej, nie umiem grać na gitarze, nie zrobilem zdjęcia, z którego byłbym dumny, nie mam dyplomu lekarskiego, nie jeździłem Porsche 911, nie widziałem Syberii, nie mam żony,

5


fot. Internet

nie spłodziłem i nie wychowałem dziecka. Moje odejście w chwili obecnej byłoby co najmniej niesprawiedliwe, przy całej bezesensowności życia, nie zostawiłbym nikogo ani niczego, świadczącego o tym, że w ogóle istniałem. Mimo to moja śmierć przeszłaby bez echa. Nie mam myśli samobójczych, chociaż wobec przeciwności losu i codziennych trudności życia byłoby to najprostsze wyjście. Psychicznie jestem zdrowy, a przynajmniej tak mi się wydaje, nikt zresztą tego dotychczas nie podważył. Staram się iść podniesioną głową, ale jak wstanę niewyspany, ze świadomością swojej nicości, niedokonania niczego znaczącego, bezsensowności życia i natłoku nierozwiązanych problemów, nie potrafię... W związku z tym wpasowując się w listopadowe klimaty snuję się bez życia i bez celu, zyskując przydomek flegmatyka, a może to nie ja tylko życie? Wlaśnie, czy ja jeszcze żyję? Czy może już tylko egzystuję...

6

Abstrahując od przygniatającej wizji człowieczeństwa i chodzenia po planecie, zwanej Ziemią... Jest jeszcze jedna bardzo ważna listopadowa kwestia – cmentarze, miejsca, które lubię, chociaż ostatnio zwyczajnie nie mam siły tam pójść... Historia wielu polskich nekropolii sięga wiele lat wstecz, zazwyczaj 100-200. Oznacza to tyle, że znajdują się tam prawdopodobnie stare nagrobki. Łatwo je rozpoznać, są to małe artystyczne arcydzieła, pośród głuszy nowoczesnej tandety. Niestety ku mojemu przerażeniu, nienoramlność tego kraju sięgnęła nawet gruntów grzebalnych... Każdego roku z naszych cmentarzy znikają kolejne zabytkowe pominiki, często przepiękne, tylko po to, żeby ktoś miał lepszą miejscówkę, tuż przy głównym dukcie. Co więcej nasi „kochani” konserwatorzy zabytków, historycy sztuki od siedmiu boleści, nie widzą w tym nic zbieżnego. Są jednak sposoby na zachowanie spuścizny przodków, wystarczy zadbać o stare nagrobki. Od

czasu do czasu każdy wizytuje cmentarz, wystarczy wtedy kupić kilka dodatkowych zniczy i postawić je na tych zapomnianych mogiłach. Niech bezduszni urzędnicy widzą, że ktoś się troszczy o te groby, może wtedy nikt ich nie ruszy.

Carpe diem i chrońmy cmentarną sztukę!

Michał Zarobkiewicz


Konferencja naukowa

Losy Polaków na wschodzie po 17 września 1939

4

listopada w naszej szkole odbyła się konferencja naukowa zatytułowana Losy Polaków na wschodzie po 17 września 1939, podczas której naszemu liceum został przekazany sztandar Związku Sybiraków. Uczniowie wraz z p. prof. Moniką Nowicką przygotowali referaty o naszych rodakach zsyłanych w głąb Rosji i oprawę artystyczną. W konferencji mogło brać udział tylko kilka klas. W związku z tym poproszono mnie, żebym przedstawiła nieobecnym swoją pracę. Oto ona (w skróconej wersji). Mój pradziadek Wacław Wincenty Kosek, syn Jana i Anny z Dereckich urodził się 4 kwietnia 1895 roku w Żołkowie koło Jasła w województwie podkarpackim. Skąd więc moja rodzina znalazła się tutaj, na pograniczu Podlasia i Lubelszczyzny? Rodzina Kosków przez pokolenia była rodziną młynarską. Wacław był budowniczym młynów wodnych. Za pracę w danym młynie rodzina mogła go przez określony czas użytkować. W 1914 roku Wacław Kosek został wcielony do wojska carskiego, skąd uciekł i wstąpił do Legionów Polskich. Z Piłsudskim przeszedł szlak bojowy aż do 1921 roku. W legionach walczył podczas Pierwszej Wojny Światowej i wojny polsko- bolszewickiej. Wielokrotnie podkreślał, że sam Dziadek Piłsudski wręczał mu szablę. Po zakończeniu służby wojskowej, w 1921 roku ożenił się z Bronisławą Barańską i mieli czworo dzieci: Zdzisława, Janinę Marię, Irenę i Mariana. W domu Kosków na honorowym miejscu leżał album pułkowy ze zdjęciami ojca oraz odznaczenia zdobyte w boju. Dzieci wychowywane były w duchu patriotyzmu i miłości do ojczyzny. Nie ulega wątpliwości, że miało to ogromny wpływ na kształtowanie się charakteru i osobowości Zdzisława, drugiego bohatera mojej opowieści. Zdzisław jako trzynastoletni chłopiec stracił matkę, a zaraz potem najmłodszego braciszka. Te traumatyczne przeżycia bardzo wzmocniły jego więź z młodszymi

siostrami i jak pokaże przyszłość, do końca życia będzie się czuł za nie odpowiedzialny.

Nigdy jeden naród nie może rozwijać się za cenę drugiego, za cenę jego uzależnienia, podboju, zniewolenia, za cenę jego dyskryminacji, za cenę jego śmierci

Wrzesień 1939 roku zastaje rodzinę Kosków gospodarujących na czterech młynach: Dębczynie, Przytocznie, Czarnej i Rudzie Murowanej. Młyny te są położone na szlaku ostatniej bitwy kampanii wrześniowej, bitwy stoczonej pod Kockiem przez generała Franciszka Kleeberga. 5 października o godz. 19:30 generał wydał swój ostatni rozkaz. W nocy z 5 na 6 października podpisany został akt kapitulacyjny. Ostatnia bitwa skończyła się. Ale nie skończyła się walka. Nie wszyscy podkomendni gen. Kleeberga poszli za dowódcą. Wielu oficerów było przekonanych, że wojna jeszcze jest do wygrania, broń będzie potrzebna. Zainicjowali oni akcję mającą na celu zebranie jak największej ilości broni i amunicji oraz ukrycie jej w bezpiecznych kryjówkach. Mój dziadek wraz ze swoim ojcem włączyli się w te działania. Do ich młynów furmanka-

mi zwożona była broń i amunicja. Organizowali cywilne ubrania i pomagali rozlokować tychże oficerów i żołnierzy u różnych znajomych. Jedna z pierwszych organizacji podziemnych, utworzona jeszcze we wrześniu Organizacja Wojskowa, która weszła potem w skład ZWZ i AK, chlubiła się tym, iż jej szeregi zasilili żołnierze gen. Kleeberga z Grupy Operacyjnej Polesie. W kraju pod okupacją niemiecką i radziecką powstawały liczne organizacje konspiracyjne. Te inicjatywy najczęściej rodziły się na miejscu, w terenie. Wiele osób podejmujących działalność konspiracyjną nie znało nawet nazwy organizacji, do jakiej wstępowały. Ważna była idea walki z okupantem, dlatego często do jednej grupy należeli ludzie o zupełnie innych poglądach politycznych. Dziadek Zdzisław już w 1939 roku wstąpił do Organizacji Orła Białego. Zwerbował go jego nauczyciel z Przytoczna, Julian Wanat. W tym czasie dziadek opiekował się i pracował w tamtejszym młynie (był tam do 1942 r.), w majątku należącym do Kuszli. Byli to wielcy patrioci. Znajdował się tam punkt kolportażu prasy podziemnej, której rozprowadzaniem zajmował się m.in. mój dziadek. Informacje dotyczące właścicieli majątku Przytoczno znajdują się również w artykule Tomasza Futery, który pisze: Najbardziej ożywiona działalność organizacji niepodległościowych miała miejsce w gminie Łysobyki, w wiosce Przytoczno za sprawą patriotycznie uformowanych właścicieli majątku Przytoczno- Kuszli. We wspomnianym dworku ciągle przebywali goście, najczęściej z Warszawy. Najprawdopodobniej za ich sprawę idee, a następnie zręby organizacyjne polskiego podziemia docierały tu i do gmin sąsiednich. Poza kolportażem prasy w tym czasie dziadek zajmował się również zdobywaniem broni, był łącznikiem z placówkami w powiatach radzyńskim, puławskim i łukowskim. Takie formy działalności umożliwiał fakt, iż rodzina, jak wcześniej

7


wspomniałam, gospodarowała na kilku młynach rozrzuconych na terenie kilku powiatów. Pracę konspiracyjną prowadzono, wykorzystując system związków trójkowych, wyjątkowo piątkowych, tzn. bezpośrednio znało się tylko trzy lub pięć osób. Jednak nie zawsze udawało się zachować środki ostrożności. Jesienią 1940 r. aresztowani zostali w gminie Łysobyki (obecnie Jeziorzany) m.in. proboszcz parafii ks. Jan Kazimierczak, nauczyciel Julian Wanat i nauczyciel z Krępy Stanisław Zakrzewski. Wszyscy zginęli w obozie koncentracyjnym. Dziadek, w porę ostrzeżony, ukrywa się. Jak wspomina siostra dziadka Zdzisława, Janina Zając, w listopadzie 1940r. gestapowcy otoczyli młyn, by aresztować Zdzicha. Tego jednak nie zastali w domu. Rozpoczęli rewizję. Znaleźli radio, którego posiadanie było wówczas karane śmiercią. Skatowali głowę rodziny- Wacława. Jedynie przytomność umysłu znajomego policjanta biorącego udział w przeszukaniu uratowała mu życie. Ów policjant rozbił lampy w urządzeniu i pouczył pradziadka, by tłumaczył się, że znalazł odbiornik i wziął go do zabawy dla dzieci. Gestapowcy zabrali Wacława, ale po tygodniu przesłuchań (i dzięki pewnej sumie pieniędzy) wypuścili go. W tym czasie Zdzisław musiał ukrywać się w lesie. Wstąpił do ZWZ, a następnie do oddziału dyspozycyjnego Kedywu do komendanta obwodu Ostoi na teren powiatu łukowskiego. Najprawdopodobniej wtedy otrzymał pseudonim Lisek, pod którym potem działał. Brał udział w wielu akcjach, m.in. w wykolejaniu pociągów, atakach na magazyny broni, niszczeniu dokumentów w gminach, zrywaniu łączności, przejęciu poczty, likwidacji konfidentów i gestapowców, w rozbrajaniu Niemców. W 1944 roku Zdzisław Kosek wraz ze swoim oddziałem wyruszył na pomoc Warszawie. Nie zostali dopuszczeni do Warszawy od wschodu, przekroczyli więc Wisłę w okolicach Dęblina i Kozienic, próbowali się dostać do stolicy od zachodu. Nie udało im się. Walcząc z wojskami niemieckimi, wycofywali się na teren Kielecczyzny, a następnie wrócili do siebie. Zdzisław Kosek, chcąc dalej stawiać opór wro-

8

gowi, jesienią 1944 r. zgłasza się do Ludowego Wojska Polskiego. Został skierowany do szkoły podchorążych, która mieściła się na Majdanku w Lublinie. Którejś nocy został wyrwany ze snu przez pełniącego służbę oficera (a był to młody politruk pochodzący z Łodzi), że jest na liście żołnierzy przeznaczonych do aresztowania. Podjął błyskawiczną decyzję o ucieczce. Wraz z dużą grupą innych podchorążych wydostał się z terenu szkoły. Część z nich jakiś czas ukrywała się w młynie w Czarnej.

fot. Internet

W nocy 25 grudnia 1944 roku młyn, w którym Boże Narodzenie spędzała rodzina Kosków, został otoczony przez NKWD. Znowu przyszli po dziadka. I znowu udało mu się uciec. Przez turbinę, do lasu. Sowieci przeprowadzili rewizję. Znaleźli album legionowy, który zabrali ze sobą. W złości pobili Wacława i zaaresztowali. Przez trzy miesiące rodzina nie miała od niego żadnej wiadomości. Nikt nie wiedział, gdzie się podziewa i czy w ogóle żyje. W końcu dostali od lubelskich kolejarzy kartkę, którą wyrzucił z wagonu. Okazało się, że został zesłany na Syberię. W liście prosił również o opiekę nad dziećmi. Dziadek Zdzisław, nie mogąc wrócić do domu, ukrywał się w lasach, został żołnierzem WiN-u. Był dowód-

cą bojówki winowskiej w rejonie Kocka, Przytoczna, Serokomli, Adamowa. Brał udział w wielu akcjach pod dowództwem kpt. Wacława Rejmaka Ostoi ppor. Romana Dawickiego Lonta i por. Mariana Bernaciaka Orlika. Wielokrotnie udawało mu się wyjść obronną ręką z zasadzek i obław. Po niemal dwóch latach na Syberii, jesienią 1946r. roku wrócił ze zsyłki Wacław Kosek. Udało mu się trochę przechytrzyć sowietów. Mianowicie, podając swoje dane osobowe dodał sobie dziesięć lat życia, tzn. zeznał, że urodził się 4 kwienia 1885 roku, a nie jak to było w rzeczywistości, w 1895r. W wyniku tego wybiegu nie dostał się pod ziemię do kopalni, tylko pracował na powierzchni. Jako fachowiec, doskonały budowniczy młynów okazał się bardzo przydatny. Jak mówił, wyremontował jakiś młyn czy wiatrak i jako starik, my u tiebia winu nie widim został uwolniony. Jego córka, Irena Kulik pamięta, że gdy wrócił, miał ze sobą różaniec z czarnego chleba i obrazek Matki Bożej wydrapany na jakiejś blaszce. Wspomina też, ze do końca życia nosił w kieszeniach obierzyny z kartofli. Historię powrotu mojego pradziadka Wacława z Syberii opisuje Wacław Matysek, znajomy z Czarnej: ...pamiętam, jak wrócił z zesłania, mówiono wtedy z Uralu czy zza Uralu. Przyszedł prosto do naszego domu. Był tak wynędzniały i obdarty, w charakterystycznym sowieckim stroju, że go nie poznaliśmy. Z waciaka wypruł bagnet i miał dwie pamiątki: różaniec z chleba czarnego i sznurka oraz Matkę Boską wydrapaną na blaszanej, aluminiowej płytce. Na wieść o powrocie ojca Zdzisław wrócił do domu. Jednak nadzieja, że wszystko się ułoży i razem na pewno dadzą radę przezwyciężyć wszelkie trudności, szybko prysła. W maju 1949 r. UB otoczyło młyn i aresztowało Zdzisława, który już nie miał siły stale uciekać i ukrywać się i nie chciał bez końca narażać swojej rodziny.Był przekonany, że wraz z poddaniem się karze skończą się represje i upokorzenia, którym ulegali jego najbliżsi. Przyszłość pokazała, jak bardzo się mylił. Za swoją działalność w czasie okupacji i po wojnie został skazany na 15 lat pozbawienia wolności. Karodbywał


w więzieniach w Białej Podlaskiej, na Zamku w Lublinie, a potem w Koronowie i Sztumie, które powszechnie uważane były za najcięższe więzienia w kraju. Dziadek wyszedł z więzienia po ośmiu latach, w 1957 roku. Objęła go amnestia z 27 kwietnia 1956 roku, której znaczenie polegało głównie na tym, że na jej podstawie uwolniono tysiące ludzi skazanych za przestępstwa polityczne (tak jak mój dziadek). Po powrocie z więzienia z bezlitosną ostrością jawiła mu się rzeczywistość powojennej Polski. Widział ruiny tego wszystkiego, o co walczył, w co wierzył, czemu poświęcił swoje młode przecież życie. Także życie osobiste i rodzinne. Z większością dawnych przyjaciół nie miał żadnego kontaktu, wielu z nich już nie żyło. Część próbowała rozpocząć nowe życie w innych rejonach kraju i poza jego granicami. Dziadek jednak chciał stawić czoła wszystkiemu, co go czekało w tym nowym trudnym świecie. W Woli Osowińskiej znalazł towarzyszkę swojego dalszego życia- Mariannę ze Skowronów, moją babcię. Wzięli ślub w 1959 roku. Jeszcze tego samego roku na świat przyszedł mój tato- Andrzej, a za dwa lata moja ciocia- Basia. Mimo ciągłych problemów dziadek starał się prowadzić normalne życie. Nie poddawał się. Rodzina stała się najważniejszą wartością. Dzieciom wpajał swoje ideały i swoje credo. Pradziadek Wacław do końca życia starał się o odbudowę młyna. Bezskutecznie. Pobyt na Syberii silnie odcisnął się na jego zdrowiu. Wacław Kosek, nie doczekawszy wolnej Polski zmarł 9 września 1986r. Jego syn miał szczęście doczekać niepodległości Ojczyzny. Zdzisław Kosek zmarł 15 maja 1992 roku. Poznawanie historii swojej rodziny czy małej ojczyzny to wspaniałe doświadczenie. Warto znać swoje korzenie. Często nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego całego dziedzictwa, jakie dostaliśmy w spadku po przodkach. Myślę, że na drzewie genealogicznym każdego z nas jest wiele barwnych, wartych uwagi postaci. Elka Kosek

fot. Internet

Blondynki & brunetki,

czyli odwieczna walka na inteligencję

N

a świecie żyje wiele miliardów kobiet. Każda z nich jest inna, wyjątkowa. Fizjonomię jednak mają podobną, zwłaszcza kolor włosów. Są blondynki, brunetki, rude… Dlaczego to właśnie blondynka najbardziej się wyróżnia? W dzisiejszych czasach, kiedy przeglądamy różne czasopisma, natykamy się na szereg artykułów. Znaleźć też możemy bardzo interesujacą rubrykę- „Dowcipy”, a w niej, jak możemy się domyślić, żarty o blondynkach. Czytając te kawały, wyobrażamy sobie zazwyczaj kobiety o niezwykłej urodzie i oczywiście kontrastującą z tym niską inteligencją. I takie stereotypy przyjęły się. Czy dotyczy to tylko blondynek, czy także innych kobiet? Skąd wzięła się przysłowiowa blondynka, a nie brunetka? Czy jej IQ jest rzeczywiście niższe niż innych kobiet na świecie? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy przenieść się kilkadziesiąt lat wstecz. Cofnijmy się do lat 50., 60. XX wieku, kiedy kino czy telewizja stały się głównym przedmiotem rozrywki. Ludzie chętniej oglądali komedie. W filmach zaczęło grać wielu przystojnych aktorów i pięknych aktorek. Brigitte Bardot- jasnowłosa piękność, przyciągająca spojrzenia widzów

w latach 60. jako słodki kociak z oczami jak u lalki. Jeszcze słynniejsza Marilyn Monroe grająca w tamtych czasach m.in. w filmie ,, Mężczyźni wolą blondynki” stała się jednym z powtarzających sie pierwowzorów zachowań blondynek w filmach. Ludziom taki pogląd kształtował się przez lata aż dotarł do obecnych czasów. Kiedy zaś przyjrzymy się trochę innym filmom, np. bajkom dla dzieci lub sięgniemy do książek, możemy zaobserwować, że blondynki z reguły były przedstawiane jako postacie dobre i mądre, np. wróżki, królewny czy boginie. Brunetki czy też rude stawały się uosobieniem zła i wyobrażane były jako czarownice. Widzimy teraz pewną sprzeczność w przedstawianiu postaci. Jak to się stało, że role się odwróciły? Czy była to może wina zazdrosnych kobiet, które zaczęły obmawiać blondynki, a może to wszystko przez mężczyzn? Odpowiedzi może być wiele, a my możemy się śmiać z powstałych historii i nie przejmować się rzeczywistością, ponieważ każda kobieta jest wartościowa i każdą kobietę trzeba doceniać bez względu na osobowość czy charakter. Monika Wójcik

9


Świat karmi się plotką Ś ciany mają uszy. Uszy jednak ścian nie mają i bez najmniejszych problemów chłoną każdą nowinkę wartą naszego zainteresowania. I bynajmniej nie interesują nas informacje, dzięki którym moglibyśmywzbogacić się o jakąkolwiek mądrość. O „starych Polakach” też raczej rozmawiać nie lubimy, za to o wszystkich pozostałych moglibyśmy śmiało pisać encyklopedię i starać się o rekord Guinnessa w kategorii jej gabarytów... O ludziach mówimy nadzwyczaj dużo. Lubimy być dobrze poinformowani. Kto, z kim, jak, dlaczego, ile kosztował jego samochód, co jadł na śniadanie i ile od tego przytył - chcemy wiedzieć wszystko o wszystkich. Taka wiedza przydaje się przecież w życiu. Nie ma o czym rozmawiać? Zawsze można rzucić jakieś chwytliwe nazwisko i nagle całe towarzystwo wpada w słowotok. Gorszy dzień? Zgodnie z zasadą „jak się nie ma, co się lubi, to się nie lubi tych, co mają”, kilka soczystych komentarzy na temat bezguścia koleżanki poprawia humor lepiej niż pudełko czekoladek. Z cza-

sem jednak suche fakty przestają nas satysfakcjonować i nie sprzedają się dobrze. News musi być gorący. Dlatego gdy życzliwie dzielimy się nabytą wiedzą, dbamy o to, by informacja szła po dobrej cenie. Wówczas fakcik rośnie. I rośnie. I rośnie... aż stanie się dużym, soczystym dojrzałym faktem, zaczyna żyć własnym życiem, a obiekt zainteresowania staje się jego ofiarą. Przerażające jest to, z jaką prędkością plotka rozchodzi się po świecie. Załóżmy, że pewna osoba przekaże nowinkę trójce znajomych. Niech każda z tych osób powie, co usłyszała, kolejnej trójce, a ci- następnej - w ciągu trzech cykli przekazywania newsa mamy już grono 40 wtajemniczonych! Jedynym pocieszeniem jest to, że może nie każda z osób, do której dotrze informacja będzie zainteresowana ofiarą obmowy. Skala nie ma znaczenia, interesują nas zarówno newsy lokalne jak i te z wielkiego świata. I my jako społeczeństwo dajemy sobie na to pozwolenie. Usprawiedliwiamy się, że jeżeli wszyscy plotkują, to znaczy, że nie ma w tym nic złego. W przepływie informacji nie ma

już barier, a świat stał się globalną wioską. Z potrzeby rynku prasa zniża się do poziomu brukowców, które idą jak świeże bułeczki. W mediach coraz to nowsze sensacje przekrzykują się wzajemnie, byleby zdobyć jak największe zainteresowanie i stają się głównym tematem serwisów informacyjnych. Portale plotkarskie mnożą się nieustannie, dla części internautów stają się świętością rangi Facebooka - dzień bez sprawdzenia najświeższych ploteczek jest dniem straconym. Kolorowe, ogłupiające gazety dla nastolatek, w rubrykach między „Jak go poderwać?” i „Co zrobić, by wyglądać szałowo?”, uczą młode czytelniczki, jak dyskretnie dzielić się wiedzą. Powoli zaczynamy się uzależniać od zabawy w „podaj dalej”. Co możemy zrobić? Jako jednostka niewiele. Ale warto pamiętać, że im mniej wiesz, tym lepiej śpisz. Martyna Borowik

fot. Internet

10


fot. Internet

Na zasiłku P rzeżyć miesiąc w III RP za 717 zł. To wbrew pozorom nie jest oferta survivalowej szkoły przetrwania dla harcerzy, ale szara rzeczywistość ponad 2mln bezrobotnych, żyjących… Przepraszam, wegetujących nad Wisłą. W życiu każdego ucznia czy studenta bardzo często pojawia się moment, w którym nasze szare komórki odmawiają współpracy z właścicielem, na widok podręczników dostajemy niestrawności, a waga plecaka wydaje się znacząco wykraczać poza wszelkie normy wyznaczone przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Zbawienna okazuje się wtedy pewna utopijna wizja pozwalająca na przeczytanie kilku ostatnich stron lektury czy rozwiązanie zadania z matematyki oznaczonego liczbą gwiazdek do potęgi entej. Na chwilę zamykamy więc oczy i odbywamy podróż w niedaleką przyszłość. Niemal odczuwamy klimat własnego słonecznego gabinetu, do którego z uporem stale wdzierają się kolejne złociste promienie słońca, rzucające światło na połyskujące hebanowe meble. Prawie słyszymy melodyjne pobrzękiwanie kluczyków do naszego krążownika szos, znajdujących się w kieszeni włoskiego garnituru. Wreszcie już w nasze czułe nozdrza wdziera się zapach świeżej kawy wno-

szonej właśnie przez naszą osobistą sekretarkę, rytmicznie uderzającą obcasami butów o starannie wypolerowaną podłogę, gdy nagle budzimy się, słysząc kolejny komunikat o stale wzrastającym bezrobociu-zwłaszcza wśród ludzi młodych. Brr… Według najnowszych statystyk, w Polsce znajduje się 2 052 500 bezrobotnych obywateli, z czego większość to ludzie do 25. roku życia. Wśród nich największą grupę stanowią absolwenci kierunków humanistycznych, którzy albo pracy nie mają w ogóle, albo mogą zdecydować się na zawrotną karierę operatora dźwigni jednostronnej (łopaty) bądź dyplomowanego kierowcy jednokołowego wózka towarowego, kolokwialnie zwanego taczką. Tak więc po długich latach ślęczenia nad teoriami Kanta, Arystotelesa czy Hegla człowiek może już spokojnie usiąść w wygodnym fotelu, przywdziać ciepłe kapcie i ze stoickim spokojem wpatrzony w kablówkę stwierdzić: w tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem. W urzędach pracy jedynie sporadycznie pojawiają się oferty przeznaczone również dla absolwentów kierunków humanistycznych. Najczęściej dotyczą one prac biurowych i wymagają znacznego doświadczenia

zawodowego na podobnych stanowiskach. Jednak młodzi bezrobotni najczęściej właśnie praktyki nie mają, toteż okazuje się, że jedyne, co mogą zrobić młode rekiny dopiero co wypływające na wody wzburzonego oceanu polskiego rynku pracy, to z niego spływać, najlepiej na nieco przyjaźniejsze archipelagi takie jak: Wielka Brytania, Australia lub USA. Powiększające się bezrobocie wpływa przede wszystkim na nastroje społeczeństwa. Wzrost frustracji sprawia, że młodzi częściej sięgają po narkotyki lub wodę ognistą. Tuż ze wzrostem osób niezatrudnionych powiększa się też grono ludzi uprawiających np. wyczynowy rzut krzesłem w policjanta na stadionach, regularnie wzrasta również liczba desperatów oddających głosy na partie polityczne, których nazwy kojarzą się ze zwierzętami domowymi. Co więc wobec problemu robią panowie, panie, a także byli panowie na ulicy Wiejskiej? Niestety nic ponieważ aktualnie zaabsorbowani są innymi tzw. równie istotnymi kwestiami wagi państwowej, z budową prywatnej toalety dla pseudomniejszości seksualnych w sejmie na czele. Sebastian Bancerz

11


Dyskryminacja wsi

P

fot. Internet

12

rzyznajmy się: jesteśmy stereotypowi. Większość z nas potrafi znaleźć nawet najbardziej błahy powód do szykanowania kogoś- bo jest rudy (na pewno wredny!), nie chodzi na wagary (kujon żyjący książkami), nie nosi wyłącznie markowych ubrań (SZOK), nie mieszka w mieście (gorszy, ułomny, ale na pewno obeznany w rasach krów!). Takie społeczeństwo, nie ma co się oszukiwać. Co do ostatniego punktu: sama mieszkam na wsi, na samym jej końcu. Jestem gorsza, bo oddycham codziennie świeżym, leśnym powietrzem, a nie tym dusznym, mieszczańskim, przepełnionym spalinami i gdzie nie spojrzę, widzę przyrodę, a nie zimne, smutne bloki i szarość ulic? Jeszcze wytykajcie nam, niemieszkającym w miastach, że skoro nie chodziliśmy do miastowych szkół (nie wszyscy, ale większość, z tego, co się orientuję), to na pewno nie możemy się pochwalić takim zasobem wiedzy jak Wy, miastowi. Litości! W wielu przypadkach możemy Was zagiąć ilością wiadomości nabytej w naszych małych szkołach. Małe, ale nie próżnujące. A ciekawe czy patrząc na kogoś, potrafilibyście określić: ze wsi czy miastowy? Ostatnio poznana w liceum koleżanka spytała mnie, na jakiej ulicy mieszkam. Z uśmiechem powiedziałam, że na wsi, gdzie mieszkam, raczej nie ma ulic. W całym swoim szesnastoletnim życiu nie widziałam nigdy tak zdziwionej i zdezorientowanej osoby. CO?! Nie jesteś z Radzynia?! A nie wyglądasz, jakbyś mieszkała na wsi… Aha, czyli mam nosić wystającą z butów słomę, żeby było wiadomo, skąd jestem albo jeździć do szkoły traktorem? Tak mieszkańcy małych miejscowości są kojarzeni przez tych‚ miastowych - jako prawdziwi rolnicy z widłami na barku i w gumofilcach, z całym gospodarstwem na głowie. Owszem, ta rolnicza kultura istnieje, ale w o wiele mniejszym stopniu niż jeszcze 10-15 lat temu. Teraz praca rąk zastępowana jest coraz nowocześniejszymi i łatwiej dostępnymi maszynami. Nikt z nas nie mieszka w domu

krytym strzechą, nie uczy się przy blasku świecy, a nawet jeśli dalej by tak było, to co z tego? To, że niektórzy wiedzą, czym jest ciężka praca przy gospodarstwie, nie jest powodem do obelg, niemiłych żartów i kpin. Ciekawe czy byłoby Wam miło, gdybyście teraz przeprowadzili się na wieś do ładnego, zadbanego domku z dużym podwórkiem i automatycznie stali się nowym obiektem drwin, a przecież jeszcze dopiero co mieszkaliście w mieście i sami żartowaliście z tych ‚’gorszych’’! Sama, będąc szkrabem, wyprowadziłam się z rodzicami na wieś. Jeszcze wtedy nie miał kto się ze mnie nabijać, ale kilka lat później wypróbowałam drugą, odwrotną opcję. Kiedy poszłam do gimnazjum w mieście, innego niż moje koleżanki i koledzy z byłej klasy, od razu stałam się miastowa, więc nie pasowałam ani do jednego, ani do drugiego środowiska. W gimnazjum każdy miał już swoich znajomych, a ja byłam całkiem nowa, mieszkałam kawałek za miastem i nie mogłam porozmawiać z nową koleżanką o każdej możliwej porze, chodząc jeszcze na lekcje do szkoły muzycznej kilka razy w tygodniu. Dojeżdżanie do szkoły sprawia jakiś tam mały problem (zwłaszcza zimą), m.in. trzeba wcześniej wstawać (czego nienawidzę...), ale mus to mus, a koleżanki same się znajdą i naprawdę nie trzeba daleko szukać. Wystarczy, że mają na tyle poukładane w głowie, żeby nie dyskryminować nikogo i rozumieć sytuację, a jak się bardzo postarają, to i na wieś wpadną od czasu do czasu. Proponuję Wam, mieszczuchy, abyście zaczęli patrzeć na nas nie przez pryzmat tego, SKĄD jesteśmy i ile mamy, ale JACY jesteśmy i co możemy sobą zaprezentować, a możemy naprawdę duużo. I zagadka: lepsze grille/ogniska są w mieście (grill na balkonie, ognisko na małej działce, albo na odwrót, jak kto tam woli) czy na wsi, gdzie miejsca starczy dla każdego i nie trzeba się stosować aż tak do ciszy nocnej? Katarzyna Nowak


Radzyń -

moje miasto I Liceum Ogólnokształcące

jedną z najlepszych szkół w województwie!

W fot. Internet

T

u się urodziłam, tu mieszkam, tu chodzę do szkoły, bo nauka jest obowiązkowa do ukończenia 18. roku życia, ale co tam- raz się żyje- więc od poniedziałku do piątku, w godzinach od 8:00 do 14:25 jestem niedostępna na Facebooku. Każdego dnia budzę się z myślą, że znowu będę miała szansę zobaczyć tych cudownych ludzi, których nazywam przyjaciółmi, lub po prostu dobrych znajomych, z którymi cudownie się gada. I ta świadomość utrzymuje uśmiech na mojej twarzy i z tą świadomością wchodzę do klasy pisać sprawdzian z fizyki, chociaż niewiele się nauczyłam (przy okazji pozdrowienia dla Sorki). Tak sobie żyję od 1 września... Wiecznie zamyślona, nieogarnięta; mącę spokój innych klas. Razem się śmiejemy, słuchamy ulubionych zespołów, wspominamy niezapomniane radzyńskie koncerty rockowe i... (co jest wręcz wskazane) kłócimy się! Dzięki rozmowom i wspólnej kawie w Kofi&Ti szybko wychodzę z całkiem głębokich dołków, a potem zaczynam tęsknić za ludźmi z LO, choć nasze rozstania trwają kilka godzin, w szczególnym przypadku kilka dni, nie mogę się opanować przed wykonaniem szalonego uścisku, który kiedyś może skończyć się tragicznie...

Staram się nie myśleć o tym, co złego mnie jeszcze w życiu spotka, bo wbrew pozorom jedynka z biologii nie jest końcem świata, a spóźnienie na w-f nie przekreśla mojej kariery prawnika- astronauty. Każdy ma jakieś problemy, ale to dzięki tej paczce dobrych, a właściwie najlepszych znajomych zaczynam walczyć i jednocześnie cieszyć się bez opamiętania. Nie przeszkadza im to, że często nie zauważam zamkniętych drzwi, ponosząc tym samym konsekwencje tego zakręcenia...Myślę, że nie traktowaliby mnie tak pobłażliwie, gdyby nie fakt, że jesteśmy do siebie podobni... Nie ma to tamto- kocham Was! A jeśli ktokolwiek powie, że Radzyń Podlaski to zaledwie prowincja, w której nic się nie dzieje, i nie żyją tu ludzie pozytywnie zakręceni, to niech będzie pewien, że go skrzywdzęi to bardzo! Życzę Wam- Drodzy Czytelnicy- takich przyjaciół, jakich ja mam okazję codziennie spotykać... A tak na marginesie- pozdrowienia dla Ib. NN

październiku nasza szkoła została poddana ewaluacji zewnętrznej, którą placówki oświatowe przechodzą raz na 5 lat. I LO w Radzyniu Podlaskim znalazło się w czołówce szkół województwa lubelskiego, równocześnie plasując się na wysokim ogólnopolskim miejscu. Przez kilka tygodni sprawdzano pracę szkoły w czterech obszarach: efektów działalności dydaktycznej, wychowawczej i opiekuńczej, procesów zachodzących w szkole, funkcjonowania szkoły w środowisku lokalnym oraz zarządzania szkołą. W ramach tych obszarów skontrolowano 17 wymagań. Każde z nich jest punktowane literami od E do A, gdzie E to poziom najniższy i niespełniający wymagań, natomiast A to poziom bardzo wysoki. Naszej szkole przyznano 13 ocen na poziomie A oraz 4 oceny na poziomie B. Jest to bardzo dobry wynik, z którego dyrekcja, grono pedagogiczne oraz uczniowie powinni być bardzo dumni. Wyniki te są dowodem prestiżu i wysokiego poziomu, jakim I LO cieszy się od lat. Może na co dzień tego nie doceniamy, ale, Drodzy Uczniowie, miejmy świadomość, że chodzimy do jednej z najlepszych szkół w województwie. Agnieszka Kowalik

13


Dzień z życia N. N. wciąga powietrze do płuc, narkotyzując się zapachem spalin, wpadających przez uchylone okno. Pociąga nosem. Powoli do jego świadomości z rosnącą natrętnością dobija się wysoki, nieprzyjemny dźwięk. N. decyduje się na otwarcie jednego oka. Kieruje źrenicę w prawo, później w lewo, jeszcze nie dostrzegając żadnych niepokojących symptomów. Kiedy jednak czuje, że mokre i ciepłe, bliżej niezidentyfikowane coś, zawładnęło przestrzenią pod jego stopami, jest zmuszony do otwarcia drugiego oka. Przypomniał sobie, że źródło wysokiego i nieprzyjemnego dźwięku należy do jego budzika, który teraz został beztrosko zrzucony na podłogę. Obok niego siedział najzupełniej nieświadomy swoich przewinień kot, urządzając sobie poranną toaletę. N., już całkiem rozbudzony, wyskakuje z łóżka i rejestruje fakt, że jest 7:18 i dokładnie za dwanaście minut odjeżdża jego autobus. Zaczyna maraton z czasem od nałożenia spodni i gorączkowych poszukiwań czystej koszulki. Nie znalazłszy jej, poprzestaje na bluzie, w całkiem jeszcze znośnym stanie. W pośpiechu zwija zasikane prześcieradło i rzuca je do kosza na brudną bieliznę. Wlewa mleko do miski kota, chwyta kromkę chleba, biegnie do łazienki, łapie szczoteczkę, myje zęby i już zbiega po schodach. Na parterze przypomina sobie, że nie zabrał plecaka. Jeszcze tylko sprint na szóste piętro i N. znajduje się na ulicy. Biegnie do autobusu, który już odjeż-

14

dża, i w ostatniej chwili dopada drzwi. Zajmuje wolne miejsce przy oknie i powoli gryzie zabrany z domu chleb. Wkłada słuchawki, włącza muzykę najgłośniej, jak to możliwe, i wbija wzrok w przestrzeń za szybą. Próbuje sobie przypomnieć, który dzisiaj, i nie może. Co gorsza, nie wie nawet, jaki jest dzień tygodnia. Porzuca więc trywialne rozmyślania i zajmuje się sprawami istotnymi. Dlaczego dziewczyna na przejściu nie przechodzi, chociaż ma zielone światło? Stoi przy samej krawędzi jezdni i patrzy przed siebie. Inni przechodnie potrącają ją i patrzą jak na wariatkę. N. ma ochotę wszystkich powystrzelać, objąć nieznajomą i przeprowadzić przez ulicę, jak małe dziecko. Przez jego głowę przebija się myśl, żeby coś krzyknąć, powiedzieć, zrobić cokolwiek. W momencie gdy autobus ruszył, N. dostrzega w oczach dziewczyny łzy, jednak za chwilę znika mu z oczu. Nie zastanawia się, dlaczego płakała. Myśli jedynie, co wstrząsnęło nią na tyle mocno, że porzuciła naturalny mechanizm obronny, jakim jest udawanie, że wszystko w porządku. Szukając odpowiedzi na to pytanie, dociera do szkoły. Zerka na zegarek. 8:09. Puka do pracowni fizycznej, przeprasza za spóźnienie i dostaje nagrodę – darmowa wizyta przy tablicy. W jednej sekundzie przypomina sobie, że dziś poniedziałek. Nie wie, ile czasu spędził na rozpisywaniu stosunku długości dwóch drutów, ale niemal z ulgą przyjął ko-

munikat siadaj, jedynka. Z atrakcji szkolnych na dzisiaj tyle. Po dodatkowych zajęciach i uporządkowaniu wszystkich ważnych i mniej ważnych spraw N. czeka na powrotny autobus do domu. Na przystanku, tuż obok niego, siedzi starsza pani. Ściska w pomarszczonych, usianych ciemnymi plamkami dłoniach czarno-białą fotografię. Co chwila spogląda na zegarek, widać, że jest roztrzęsiona. N. ma ochotę zapytać, na co ona czeka, ale nie robi tego. Patrzy kątem oka na zdjęcie, próbując coś z niego wyczytać. Niestety, drżące palce kobiety, uniemożliwiają mu legalne wścibstwo. Nadjeżdża autobus, nie ten jednak, na który czeka N. Ze środka wychodzi tylko jedna osoba. Jest nią starszy mężczyzna o intensywnie błękitnych oczach, w których widać ogromne wzruszenie. Podchodzi do kobiety, całuje jej dłoń, proponuje swoje ramie i razem odchodzą. Nie pada ani jedno słowo. N. widzi, że po paru krokach zatrzymują się, patrzą sobie w oczy, że on ją przytula. Opanowało go dziwne, bliżej niezidentyfikowane uczucie, które spowodowało ucisk w gardle. Na początku próbował je opanować, ale później przypomniał sobie dziewczynę, którą widział rano. I zadał sobie jedno pytanie, którego wcześniej nie miał odwagi postawić. Czy naprawdę muszę udawać, że nic mnie nie wzrusza? Edyta Zając


Było dawno po północy B yło dawno po północy, księżyc w niewzruszonym uśmiechu górował nad kamiennym zamkiem, owiewanym dymem płonącego podgrodzia. Z baszty rozciągał się przepełniający goryczą widok… Przez gęsty dym przedzierały się strzały ze szmatkami namoczonymi w dziegciu, a gdy wiatr powiał od strony gór, na niebie widać było wielką łunę, widoczną zapewne z wielu kilometrów od miasta. Cały majątek, dzieło życia nie tak starego, co prawda, lorda popielało w ogniu i tonęło w krwi mieszkańców jednego z miast wschodniego pogranicza. Stojące w przystani rzecznej barki kupców, już spustoszone, płonęły, w całym mieście słychać było krzyki tryumfujących najeźdźców i mordowanych, gwałconych lub chociaż bitych mieszkańców. Namiestnik króla Ernesta, przez lud zwanego koronowanym nieudacznikiem, z bólem patrzył na to wszystko, trzymając rękę w skórzanej rękawicy na głowie dziesięcioletniego syna. Co chwilę spoglądał mu w oczy i wiedział, że nie dane będzie mu cieszyć się z wnuków ani nawet wychować własnego dziecka. W podgrodziu kilka żałosnych barykad wciąż stawiało opór atakującym, jednak nawet z wysokości wieży widać było, że lada chwila całe podgrodzie padnie łupem sąsiadów. Przywiezione na barkach trebuszety były już niemal złożone i gotowe do zasypania zamku głazami. Tymczasem kilkunastu jeźdźców, wykorzystując zamieszanie na jednej z kilku niskich barykad, przeleciało nad głowami i berdyszami broniącej się grupki żołnierzy, przebijając kilku z nich lancami, kolejnym, odwracając się w siodłach, posłali po bełcie z kusz, po czym ruszyli dalej zadymionymi ulicami. Nie było litości, rannych zarżnęli idący za kawalerzystami piechurzy. Podobne epizody działy się już niemal na każdej linii obrony. Wszędzie ginęli ludzie, lała się krew. To była wojna na wyniszczenie, nie było w niej grama honoru, tylko bestialstwo i groza.

Kilka minut rzezi i z podgrodzia wyprowadzono kilkuset pozbawionych majątku, czci i wolności mieszkańców z powrozami na szyjach. Ze złupionego i ogarniętego pożarem miasta wycofali się też najeźdźcy. Z barek zdjęto już około pięćdziesięciokilogramowe głazy, które zaraz miały wzlecieć ku zamkowi. Głazy obleczono w siatki z grubych lnianych lin tak, aby można było je przyczepić do ramienia potężnej katapulty. Jeden z żołnierzy przytoczył beczkę smoły, którą otworzono i jej zawartość rozprowadzono po kamieniu. Dowódca przyłożył pochodnię do pocisku i rykiem dał sygnał do uderzenia młotem w przekładkę zwalniającą przeciwwagę machiny. Powietrze przeciął syk jakby gigantycznego kawałka młodej leszczyny. Rozpalający się pocisk wzleciał ku kamiennej twierdzy jak kometa, zostawiając za sobą ogon ognia. Wśród żołnierzy rozległy się śmiechy i entuzjastyczne okrzyki, humor wyraźnie się poprawił na tak niecodzienny widok. Otworzono już kilka beczek zdobytego wina, a obóz ogarnęły zagłuszające płacz śpiewy. Głaz uderzył w kamienne mury zamczyska, zasypując wszystko wokół iskrami. Następny świst katapulty i kolejna kometa roztrzaskała się o ścianę zamku, druzgocąc kamienne mury i jeszcze bardziej dołując będącą na skraju paniki załogę fortecy. Po kilku godzinach ostrzału zamek stal się niemal ruinami, jednak w bramie ruin widać było oświetlone światłem księżyca sylwetki żołnierzy gotowych na śmierć. Śmierć nie kazała im na siebie czekać zbyt długo. W zwarty szyk rycerzy Lorda, wdarła się ciężka konnica w czarnych płaszczach, siejąc niewyobrażalny zamęt wśród kilkuset mężnych, wciąż żyjących wojowników. Podczas gdy część kawalerii wiązała rycerzy, druga horda pędziła już ulicami miasta, by odciąć odwrót do wciąż trzymającej się konstrukcji bramy zamku. Udało im się, miejscy poborowi spanikowali, co tylko przypieczętowało ich los. Atako-

wani z dwóch stron rozpierzchli się, szyk złamany, a nadzieję na przeżycie uciekających tłamsiły miecze, topory i strzały, które usłały trupami bruk rynku miejskiego. Lord patrzył na to i z ocalałego kawałka murów i ze swojej kuszy niechybnie strącał z siodeł kolejnych jeźdźców. W towarzystwie kilku łuczników chciał walczyć do końca. Jego syn, który patrzył na to wszystko, hamował płacz. Wychowywano go na dziedzica majątku ojca i na wojownika, mającego choć po części dorównać jego męstwu. W swojej małej kolczudze ściskał łęk łuku, stał wyprostowany, patrząc na ojca. Lord, widząc go, odszedł od blanki, klęknął przy nim i chciał się pożegnać, nie zdążył… Zabłąkana strzała trafiła go w plecy. –Uciekaj… -jęknął i stracił przytomność, oblewając krwią z ust swojego syna, który w panice zaczął wrzeszczeć i biegać w kółko. Biegałby tak, aż jakaś strzała podobnie zakończyłaby i jego żywot, gdyby nie dostał potężnego ciosu w twarz od jednego z rycerzy. –Opanuj się, chłopcze, na pamięć twojego ojca! –Przekrzykiwał bitewną wrzawę rycerz, chowając się za jedną z blanek i napinając kuszę do strzału. Na chwilę się wychylił, strzelił i pobiegł do leżącego lorda, wziął z jego martwych rąk kuszę i wciskając ją przerażonemu i ogłuszonemu chłopcu, wskazał palcem w kierunku rzeki. –Ruszaj natychmiast! Przepłyń na drugi brzeg, abyś znalazł się jak najdalej od miasta i idź, idź, gdzie cię nogi poniosą! Wielki jak dąb rycerz znów przywarł do blanki, chłopiec odwrócił się i już miał biec, gdy ten sam rycerz złapał go za ramię, omal nie przewracając. –Rafael! jeszcze coś! Weź to, dostałem go od twojego ojca, obyś ty nie musiał go nigdy użyć. –Rycerz odpiął pas i dał go chłopcu razem ze zdobionym mieczem o charakterystycznej cienkiej klindze i głowicy w kształcie głowy orła.

15


fot. Internet

Chłopiec otrząsnął się i wziął miecz –Dziękuję… -Nic więcej nie zdołało przecisnąć się przez gardło chłopca, na policzku którego rósł już wielki siniec. Zrzucił z siebie kolczugę i w czarnej koszuli ruszył ku drabinie prowadzącej na wciąż niezdobyty, ale zrujnowany dziedziniec, gdzie zbierała się ostatnia linia obrony, dalej nieświadoma śmierci swego pana. Wszystko, co mogło spłonąć w kamiennym zamku, było już popiołem, na placu tlił się jeden z pocisków, leżały kawałki poszarpanego mięsa trzymającego się kupy chyba tylko dzięki ubraniu. Dziesięcioletni chłopiec biegł, ile sil w nogach po bruku placu zamkowego, na którym jeszcze wczoraj uczył się walki mieczem z ojcem, który leżał teraz w kałuży krwi gdzieś za nim. Wbiegł do stajni. Lubił stajennego, starszego człowieka, który nieraz opowiadał mu historię starożytnej wojny i inne legendy, baśnie czy opowieści; był dobrym człowiekiem. Jednak gdy przeszedł kilka kroków pomiędzy boksami koni, serce zadygotało mu w piersi. Zobaczył martwego starego człowieka z wykrzywioną twarzą… Przypuszczał, że to zawał, jego stare serce nie wytrzymało i umarł. Nie miał czasu na rozczulanie się, a jedno oko, na które jako tako widział, nie było w stanie ronić kolejnych łez.

16

Spojrzał jeszcze raz z żalem na leżącego przy kamiennej ścianie martwego staruszka, którego jego ojciec chyba tylko z sympatii nie wyrzucał z pracy. Nie miał żony, synów, kto miałby go utrzymać? Nie było osiodłanych koni, więc Rafael biegiem wpadł do jednego z boksów, złapał czarnego ogiera za grzywę i poprowadził go ku podziemnemu tunelowi, o którym wiedzieli tylko on i ojciec. Jego architekci i matka chłopca zmarli już dawno. Znowu wyszedł, licząc na świeże powietrze, jednak do płuc dostał się tylko palący dym. Szczęk żelaza był wyraźnie bliższy, a na murach z oddziału jego ojca zostało tylko kilku łuczników, w tym dwóch ciężko rannych. Zza murów dobiegały mrożące krew w żyłach odgłosy trąb i towarzyszącego im ryku szturmującej piechoty. Rafael bez namysłu biegł w stronę podziemnego tunelu, jedynej w miarę optymistycznie rokującej drogi ucieczki. Krył się w jednej z piwnic z winem, chłodne, wilgotne powietrze przyniosło ulgę rwących od dymu płucom. Chłopiec poczuł pragnienie i wziął jedną z butelek, pociągnął kilka łyków pysznego wina, po czym rzucił butelkę za siebie. Doszedł do ślepej ściany. Wziął pochodnię z mosiężnego uchwytu i kopniakiem wybił w niej dziurę, luźne kamienie osypały się,

a on razem z koniem przeszedł przez otwór bez problemu. Sklepienie tunelu było na tyle wysokie, że chłopak wskoczył na czarnego ogiera, przerzucił pas przez ramię, kuszę wziął w lewą rękę i popędził przed siebie, za plecami zostawiając dzieciństwo, ale jak mówił mu ojciec: „każdy koniec jest też początkiem”. Nie wiedział jeszcze czego, ale gorzej już raczej być nie mogło i tym się pocieszał. Pamiętał posła z sąsiedniego księstwa, odgrażał się atakiem na prowincję jego ojca, ale on nie wziął go na poważnie, mówił, że blefuje. Zjadła go pycha, podświadomie wiedział o tym, ale nie pozwalał, by ta myśl wydostała się z jego podświadomości. Znał nawet księcia, który teraz gdzieś nad nim świętuje zwycięstwo, lub dorzyna niedobitków. Spacerował kiedyś z nim i ojcem po ogrodach miasta. Strach w jego sercu mieszał się teraz z dziecięcą złością, ale też uczuciem dojrzalszym i silniejszym… ze szczerą nienawiścią. W duchu wiedział, że go zabije, pragnął tego jak niczego innego na świecie. Pozostawało tylko przeżyć… Przeżyć, by jeśli nie dziś, to zabić go jutro. Rafał Jakubek


Patrząc z innej perspektywy

N

a tematy mniej lub bardziej związane z wiarą, o patriotyzmie i stosunku młodych ludzi do świata porozmawialiśmy z księdzem.

Pan Jezus był patriotą? Najpierw trzeba by było zastanowić się, jak pojmowano wtedy patriotyzm, czy to pojęcie funkcjonowało jak dziś i czy w ogóle funkcjonowało. Jezus kochał swój naród, naród, do którego przyszedł. Rzecz jasna nie zamykał się na innych. Ojczyznę musimy potraktować jako dom rodzinny, miejsce, które nas kształtowało, nadało cechy. Patriotyzm łączy się z chrześcijaństwem? Tak. To znaczy miłować miejsce, w którym żyję. Bez takiego miejsca jesteśmy jak bez korzeni, bez historii, bez tożsamości. Jan Paweł II kochał swoją ojczyznę, zawsze wracał do niej, choć Bóg powołał go do służby na obcej ziemi. Dlaczego żyjemy na pokaz? Odczucia patriotyczne, rozmodlenie, trudno trafić na bezinteresowność. Bo może sami nie wiemy, które oblicze w nas jest tym prawdziwym? Nie wiemy, kim naprawdę jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Myślę, że wbrew wszystkiemu są dziś jeszcze ludzie, którzy robią coś bezinteresownie i z nich trzeba brać przykład. Zło zawsze jest głośne, rzucające się w oczy, dlatego tym piękniejsze jest dobro, które człowiek potrafi z siebie wydobywać w takich warunkach. Niedawno w wyborach odniósł sukces antyklerykał. Jak Ksiądz na to patrzy? Sukces? Gdyby wygrał, to bym się zgodził. Popierający jego program po prostu poszli i oddali głos, czego nie uczyniła spora część Polaków. Dlatego przełożyło się to na taki wynik. Jak na to patrzę? Św. Paweł mówi takie słowa: Wszyscy staniemy przed trybunałem Boga, więc zostawiam to Bogu.

Zdejmiemy krzyż z sali sejmowej. Co wtedy? Bylebyśmy go nie wyrzucili z naszych serc! Ale od czegoś to się zaczyna, może i od sali sejmowej? Aborcja, in vitro. Co komu zależy? Jesteśmy wolni. Róbmy, co chcemy! Wolność to nie swoboda. Moja wolność kończy się na wolności drugiego człowieka. To, co ja chcę, nie zawsze jest dobre. Nie możemy, a raczej nie powinniśmy stawiać siebie w roli Boga i decydować, co dobre, a co złe. Należy też spojrzeć nie tylko na to, co tu i teraz chcemy, ale co będzie dalej, gdzie granica? Kościół w Kościele też jest zagrożeniem. Popularny dziś ks. Natanek ideały ma wielkie, ale jemu coś nie wychodzi. Apostołowie byli różni, m.in. niedowiarek, zdrajca, synowie gromu. Najważniejsze, by ta różnorodność nie dzieliła, ale ubogacała, by szukać chwały Jezusa, a nie realizacji siebie. W kraju, gdzie każde zwycięstwo przypisywane jest Absolutowi coraz mniej jest wiary w Niego. Daj Boże to już tylko przeszłość? Mniej wiary, bo niedowierzamy Jego słowu. Słowo Boże swoją drogą, a życie swoją. Gdzie jest wina? W nas! Boimy się wziąć na serio Słowo Boże, wprowadzić je w życie, bo trzeba by było wiele w tym życiu zmienić, więc wolimy zostawić wszystko tak, jak jest. Przy tym oczekujemy tej zmiany od innych i spotyka nas zawód. Dlatego rezygnujemy z wiary, wymagań. I nie wystarczają nam już regułki z Pierwszej Komunii. Nie ma przejścia z wiary dziecięcej do wiary dojrzałej, w której spotykam Boga osobowego, z którym mogę iść w życie. Mówię my, bo to po części dotyka każdego z nas.

Dlaczego młodzi są albo za, albo zdecydowanie przeciwko Kościołowi? Myślę, że to pytanie jest do młodzieży. Jak było w czasach Księdza młodości? Zawsze istnieli tacy, którzy byli za i przeciw Bogu, Kościołowi. Problem dzisiejszy to nasze zamknięcie na siebie, choć tak wiele dziś sposobów komunikacji, to ile w tym prawdziwej relacji? Ile spotkania człowieka z człowiekiem? Pamiętam, że chodziliśmy całą grupą z naszego osiedla do kościoła, bo to był świetny czas, by pogadać, spotkać się. To była radość ze spotkania.

Zawsze istnieli tacy, którzy byli za i przeciw Bogu, Kościołowi.

Słucha Ksiądz Behemotha? Nie.

Ze względu na przekonania czy typ muzyki? Nigdy go nie słuchałem. Mało słucham muzyki. Swoją drogą nie lubię, gdy piosenki nie da się po prostu zanucić. Muzyka ma uspokajać lub nastrajać do zabawy. Ale nie słuchałem, więc się nie wypowiadam dalej. Co do afery z Biblią… Tak już dziś chyba jest z tym, co należy do chrześcijaństwamożna to bezkarnie niszczyć, opluwać, wyśmiewać itd. To jest teraz w modzie. I nie ma tu mowy o obrazie uczuć religijnych, bo one chrześcijan nie dotyczą. Myślę, że wobec Koranu by tak nie postąpił. Rozmawiała Paulina Hawryluk

17


Nie jesteśmy tacy samotni w tym świecie Od jak dawna Twoje życie jest związane z muzyką? Trudno określić część życia, którą bardziej lub mniej intensywnie związałem z muzyką, szczególnie gdy nie robi się tego profesjonalnie. Od zawsze słuchałem muzyki trochę dla dorosłych, co wcale nie znaczy, że taka grupa wiekowa jej słucha. Spytany o powód takiego stanu rzeczy, nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć. Co uznajesz za swoje największe osiągnięcie artystyczne do tej pory? Na to pytanie po części już odpowiedziałem- nie tworzę profesjonalnie, a więc trudno mi określić jakieś osiągnięcie, które naprawdę by mnie satysfakcjonowało. Jeśli chodzi o konkursy to na razie nic się nie zmieniło - finał OKR we Włocławku, swoją drogą to wybieram się tam w następnym roku, by poprawić wynik.

18

Jak określiłbyś swój charakter? Trudno mówić o sobie. Mój charakter jest raczej pełen przeciwieństw. Często zresztą stałe cechy zagłuszam takim a nie innym samopoczuciem. Myślę, że każdy czuje podobnie. Ile piosenek napisałeś już sam? Lepiej czujesz się w tworzeniu tekstów czy muzyki? Liczba piosenek chyba nie jest ważna, bo jedne grałem publicznie, inne chowałem dla siebie ze względu na osobistość czy po prostu słaby poziom. Jednak do większości czuję głęboki sentyment. W każdym razie nie jest to jakiś ogromny zbiór zapisanych kartek. Na pewno mniejszy od tych spalonych. Wydaje mi się, że łatwiej napisać tekst do muzyki niż odwrotnie.

Z tego, co słyszałam, to piosenki, które grasz i śpiewasz, są raczej mocno depresyjne. To wynik Twojego gustu czy stanu ducha? Wydaje mi się, że każdy człowiek więcej myśli, gdy jest mu źle, smutno itd. Być może dlatego więcej na świecie jest piosenek smutnych i refleksyjnych. Z drugiej strony w moim repertuarze są też pioseneczki uśmiechnięte. I w zależności od okazji znajdują miejsce na gryfie. Próbowałeś pracy w zespole? Lepiej czujesz się jako artysta solowy czy członek zespołu? Zespół to bardzo trudna praca, wymagająca wielu poświęceń i... cierpliwości. Pracy takiej próbowałem - nie wyszło. Chyba przyczyną tej porażki były różnice w naszych gustach muzycznych. Gram jednak od czasu do czasu z różnymi ludźmi, zwykle mądrzejszymi ode mnie, jeśli chodzi o wykształcenie muzyczne i daje mi to wielką frajdę i satysfakcję.


Masz zamiar wyjechać z Radzynia? Jeśli tak, czy chcesz kiedyś tu wrócić? Lubię to miasto, bez względu na jego paranoję polityczno-społeczną. Jestem przecież częścią tej paranoi i wcale nie chcę stąd uciekać. Ale zobaczymy, co będzie... Co Ty, jako młody człowiek, artysta i uczeń, uważasz za atrakcyjne w naszym mieście? Nie można powiedzieć, że w Radzyniu nic się nie dzieje- kto tak mówi, jest po prostu zwykłą marudą. Jeżeli chcesz, znajdziesz coś, co zahacza o twoje zainteresowania, potrzeba tylko chęci. Naszych małych kultur w Radzyniu jest sporo – ROKiR, Klatka etc. Bierz, co chcesz.

Wszyscy jesteśmy podobni, z drugiej strony zupełnie inni Chyba to, że nie jesteśmy tacy samotni w tym świecie. Są gdzieś pokrewne dusze, które umieją kochać tak jak my.

Kto jest Twoim największym autorytetem? Czy jest taka osoba, którą uważasz za wzór godzien naśladowania? Każdy ma swoje słabości i to niestety psuje obraz autorytetu. Trudno mi w tej chwili wymienić konkretną osobę, musiałbym wspomnieć raczej grupę osób, lecz na pewno nie jest nim jakaś postać ogólnie znana z telewizji i gazet. Imponują mi ludzie uczciwi.

Czy uważasz się za buntownika? Podobno buntu się nie wybiera, bunt przychodzi sam. Być może jeszcze rok temu… Ale to wszystko się szybko zmienia.

Jakim słowem określiłbyś rzeczywistość, w której żyjesz? Rzeczywistość jest, jaka jest, z drugiej strony sami ją tworzymy i pewnie dlatego to tak dobija. Chyba nie ma co komentować, bo każdy ma swoje odpowiedzi.

Jesteś raczej pesymistą czy optymistą? Raczej sceptykiem. Jak brzmi przesłanie, które chciałbyś przekazać światu swoją twórczością i talentem? Przesłanie? Wszyscy jesteśmy podobni, z drugiej strony zupełnie inni. Chyba to, że nie jesteśmy tacy samotni w tym świecie. Są gdzieś pokrewne dusze, które umieją kochać tak jak my. Albo i nie. Sam nie wiem. Wywiad przeprowadziła Kaja Szymańska

19


Taekwondo to pasja

miłość, której nie da się z niczym porównać... Natalii Olszak żadnemu Radzyniakowi chyba nie trzeba przedstawiać. Ta osiemnastoletnia dziewczyna ma w domu me-

dale z prawie wszystkich międzynarodowych i polskich imprez. Jest między innymi Mistrzynią Europy w indywidualnych testach siły, technikach specjalnych, V-ce Mistrzynią Świata w Walkach Drużynowych oraz wielokrotną mistrzynią Polski i zdobywczynią Pucharu Polski. Na czarny pas zdała już w 2009 roku, w wieku 16 lat. Mimo osiągnięć, zmiany fizycznej, charakteru jedno się nie zmieniło... Natalia chyba nigdy nie przestanie być uśmiechniętą, wesołą dziewczyną, która nigdy nie odmówi nikomu pomocy. Jak zaczęła się Twoja przygoda z taekwondo? Dziewięć lat temu zaintrygowana tym, jak mogą wyglądać zajęcia, poszłam na pokaz, który odbywał się w kinie. Sportowe wyczyny uczniów akademii zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Wtedy narodziła się chęć dołączenia do tej grupy, byłam żądna przygód i doświadczeń.

Co sądzisz o dopingu, dopalaczach? Czy zdarzają się przypadki dopingu w taekwondo? Nigdy nie słyszałam o takim przypadku. Myślę, że jest to nieuczciwe w stosunku do innych zawodników. Jestem zdecydowanie przeciwko – sportowcy powinni sami pracować na swoją formę, a nie pomagać sobie w nielegalny sposób.

Trenowałaś, bo trenowałaś czy od początku wiedziałaś, że będą sukcesy? Na początku trenowałam, bo to lubiłam, ale nie wiązałam z tym żadnej przyszłości. W tym samym czasie zajęta byłam raczej piłką nożną. To w niej pokładałam nadzieję na dalszą sportową karierę.

Czy przed ważnymi zawodami specjalnie się przygotowujesz? Przed Mistrzostwami Świata w Nowej Zelandii jeździłam 2 tygodnie do Lubartowa, ponieważ w Radzyniu nie było odpowiednich warunków. Rewelacyjnie przygotowałam się tam kondycyjnie i technicznie.

Kiedy był ten przełomowy moment, gdy zrozumiałaś, że to właśnie taekwondo, a nie piłka nożna jest Twoim priorytetem? Nastał czas w moim życiu, kiedy piłka przestała być dla mnie frajdą. Postanowiłam zaprzestać treningów i bardziej przyłożyć się do taekwondo. Co daje Ci taekwondo? Satysfakcję, radość z poznawania nowych przyjaciół, nowych miejsc. Przede wszystkim… spełniam się w tym, co kocham.

20

Masz jakieś sposoby na wyciszenie się przed zawodami? Nie mam. Nie robię w tym kierunku nic specjalnego. Zawsze jestem po prostu pozytywnie nastawiona. Mówię sobie, że bez medalu nie wracam do domu. Przed każdym startem chcę dać z siebie wszystko i wypaść jak najlepiej. Kto jest dla Ciebie największym wsparciem? Wspiera mnie zarówno rodzina, jak i przyjaciele. A nauczyciele…? Nauczyciele są dla mnie wyrozumiali. Dają mi czas, pozwalają nadrobić zaległości. Nie stają mi na drodze do sukcesów. Wręcz przeciwnie, wszyscy trzymają za mnie kciuki i wierzą we mnie.

Rzadko ponosisz porażki, ale kiedy już się zdarzą, jak na Ciebie wpływają? W pierwszej chwili są ciosem, ale jednak dają motywację. Reaguję na nie różnie – potrafię rzucić rękawicą po przegranej walce, ale najczęściej siadam sama w kącie. Potrzebuję kilku chwil samotności, aby przeanalizować wszystko i nie powtórzyć takich błędów następnym razem. A kiedy podczas walki widzisz, że przegrywasz, demotywuje Cię to? Denerwuję się wtedy, ale zachowuję spokój, żeby nie ułatwiać przeciwniczce. Udaje Ci się jeszcze znajdować czas na życie towarzyskie? I to ile… Który medal jest dla Ciebie najważniejszy? Srebro z Mistrzostw Świata z Nowej Zelandii (2011 rok) i podwójne mistrzostwo Europy ze Szwecji (2010) i Słowacji (2011). To niesamowite uczucie, kiedy stoję na najwyższym stopniu podium i słyszę Mazurek Dąbrowskiego. Jaka jest atmosfera w kadrze? Świetna. Nikt nie podkłada nikomu świni. Raczej nie ma między nami rywalizacji. Wiadomo, na treningach traktujemy się jak przeciwników, ale po wyjściu z sali jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi.


Nie miałaś nigdy ochoty zrezygnować z taekwondo? Zająć się czymś innym? Miałam kilka razy. Dawno temu… Ciężko było mi się przełamać, ale z każdym treningiem przekonywałam się, że nie mogę tak po prostu odpuścić sobie rozwijania największej pasji. W tym momencie trenowanie weszło mi już w krew. Nie potrafiłabym żyć bez chociaż jednych zajęć tygodniowo. Stało się to nieodłącznym elementem mojego życia. Jak na Twoje wyjazdy reaguje mama? Mama tęskni, wspiera i przede wszystkim trzyma mocno kciuki. Pytanie, które nurtuje chyba każdego , czy z taekwondo można się utrzymać? Jako zawodnik nie. Tak naprawdę Radzyń nic nie robi dla żadnego ze sportowców, którzy stąd pochodzą. Znam historię z Wrocławia. Chłopak, który został drużynowym mistrzem świata dostał 20 tysięcy złotych nagrody. A w Radzyniu… W takim razie co sądzisz o stosunku miasta do sportu? Powiem na swoim przykładzie. Mimo moich starań i osiągnięć nasze miasto nie zauważa tego, nie docenia. Robi mi się przykro, że reprezentowanie kraju i rodzinnego miasta 20 tysięcy kilometrów od domu nie daje mi nawet cienia zainteresowania i wsparcia samorządu. Jakie są Twoje plany na przyszłość? Szkoła wojskowa. Chciałabym także ciągle realizować swoją pasję, brać udział w zawodach. Może także nauczać w przyszłości taekwondo. Jednak szkoła wojskowa jest bardziej realna. Jakie jest Twoje największe marzenie? Mistrzostwo Świata. Życzymy, aby się spełniło! Dziękujemy za wywiad. Również dziękuję. Wywiad przeprowadziły Marta Pieśko i Marta Zielnik

1,2,3 w co ubierzesz się Ty?

P

ożegnaliśmy upalne dni, ciepłe wieczory i sprzyjające nocnym spacerom noce. Jesień na dobre zawładnęła otaczającą nas przyrodą i pogodą. A co za tym idzie, letnie koszulki, spodenki i buty, ustąpiły miejsca ciepłym jesiennym, a nawet zimowym ubraniom. Przeglądając portale i blogi modowe, natknęłam się na wiele propozycji jesienno-zimowego must-have. Okazuje się, że każda z nas, czy to zwolenniczka uroczych ciuszków w jasnych odcieniach, drapieżna buntowniczka, czy też gotycka dziewczyna, znajdzie w tym sezonie coś dla siebie. Tegoroczny lookbook wielu marek charakteryzuje przede wszystkim błysk. Metaliczne spodnie w kolorze złota lub srebra, to coś, co każda podążająca za trendami dziewczyna powinna mieć w swojej szafie. Jednak na pewno wszystkie z nas będą zwolenniczkami takiego ubrania. Może znajdą się równie odważne dziewczyny, które tej jesieni postawią na czarny wet-look, którego cechą charakterystyczną są skórzane spodnie (najlepiej czarne lub czerwone), spódnice, szorty czy legginsy. Preferując taki look, należy uważać, by nie otrzeć się o granicę kiczu i tandety poprzez nadmiar skórzanych dodatków lub zamianę ich na latex. Zwolenniczki nieco mroczniejszego stylu znajdą coś dla siebie w kolekcjach zanurzonych w aurze gotyku. Ubrania inspirowane wyprawami krzyżowymi i elementami charakterystycznymi dla architektury gotyku: strzelistymi bryłami, pajęczymi motywami i witrażowymi koronkami to również trend tego sezonu. Na twarzach drapieżnych buntowniczek uśmiech wywoła fakt, że zwierzęce motywy: cętki, zeberki, gadzie skóry a także sylwetki pantery i tygrysów nie odejdą do lamusa. To wciąż modny i dobrze postrzegany trend, choć nie jest znośny, gdy stosuje się go w nadmiarze. Romantyczki na pewno zdecydują się na przygarnięcie do swej

szafy plisowanych spódnic, a także chętnie założą bluzkę, koszulę lub sukienkę w stylu pensjonarskim z półokrągłym, najczęściej białym kołnierzykiem. Elegancja o każdej porze roku jest niekwestionowanym elementem stroju każdej kobiety. Zapewni ją nam przyodzianie futra, koniecznie ze sztucznego włosia, klasycznego kożucha czy też stroju w kolorze czerwonego wina, który idealnie komponuje się z czernią oraz wyrazistym kolorem ust i paznokci. Zmarźluchom w zimie nic tak nie przypadnie do gustu jak grube wełniane swetry jako dodatek, znane marki przygotowały torebki z futrzanymi przeszyciami lub całe z futra. W wielu kolekcjach zobaczymy ubrania przeznaczone specjalnie dla dziewczyn, które pragną powrócić do czasów dzieciństwa i znów poczuć się jak bajkowa Pocahontas. Frędzlowate swetry z indiańskimi wzorami, biżuteria z piórami, futrzane kamizelki i azteckie wzory to nieodłączna część garderoby bohaterki bajki Disneya. Chłopczyce i zwolenniczki luźnego stroju w tym sezonie powinny postawić na koszulę w kratę w odcieniach czerwieni, czerni, szarości czy błękitu. Modnym jesiennym dodatkiem, który ochroni naszą fryzurę przed zwichrzeniem, jest kapelusz. Od nas zależy, czy wybierzemy ten z szerokim rondem, z piórami, czy raczej mniejszy, w męskim stylu. Są do kupienia w szerokiej gamie kolorów, od modnych beży poprzez czerwienie, błękity, granaty, fiolety aż do czerni. Zimą zamiast kapelusza proponuję postawić na ciepłą czapkę: wełnianą, sportową, z pomponem czy też w słodszej wersji - z misiową buzią i uszami. Beata Chromik

21


Reaktywacja drużyny RECENZJE

harcerskiej

w I Liceum Ogólnokształcącym

2

8. października 2011r. w sali 23 o godzinie 14:30 odbyła się pierwsza (po kilkudziesięciu latach) oficjalna zbiórka harcerzy poświęcona pamięci druha Mieczysława Stagrowskiego. O założycielu Szczepu Węzeł chętnie opowiadali zaproszeni przez druhnę Annę Zabielską goście: Dyrektor I LO druh Tadeusz Pietras, Dyrektor Radzyńskiego Ośrodka Kultury i Rekreacji druh Zbigniew Wojtaś, druh Jerzy Woźniak, druhna Maria Mańko, druhna Aleksandra Świć oraz druh Grzegorz Kiryluk. Mieczysław Stagrowski był osobą szanowaną i zasłużoną (szczególnie dla naszej szkoły). Urodził się na Zamojszczyźnie. Do Radzynia przybył podczas II wojny światowej. Doprowadził do założenia liceum. Rozpowszechniał także ideę harcerstwa w naszym mieście. Do 1972 roku uczył łaciny, ale przede wszystkim został zapamiętany jako wychowawca i przyjaciel młodzieży. Organizował wyjazdy, obozy wędrowne, biwaki, rajdy młodzieżowe. Zaangażował się

22

również w akcję ekshumacji zwłok harcerzy zamordowanych w lesie koło miejscowości Sitno 5 lipca 1940r. Dzięki niemu ciała tragicznie zmarłych spoczęły na cmentarzu parafialnym. Za jego czasów prężnie rozwijała się działalność harcerstwa. Po przejściu na emeryturę zajął się tworzeniem radzyńskiego oddziału PTTK. Mieliśmy okazję w gronie przyjaciół przywołać w pamięci tę postać i usłyszeć historie związane z jego życiem i pracą. Tego popołudnia, niektórzy opuścili salę szczególnie zadowoleni i dumni, gdyż przy świecowisku dwoje harcerzy złożyło Przyrzeczenie Harcerskie i otrzymało Krzyż Harcerski na pamiątkę złożonej obietnicy. Serdecznie gratulujemy zdobytych odznaczeń, a korzystając z okazji chcielibyśmy również przekazać apel druhny Anny Zabielskiej: Wszystkie osoby, które interesują idee głoszone przez harcmistrza Stagrowskiego zapraszamy do współpracy! Justyna Sobocka

The Shawshank Redemtion/ Skazani na Shawshank 1994 Akcja filmu przenosi nas do więzienia Shawshank o zaostrzonym rygorze, w którym panują bezwzględne zasady walki o przetrwanie. Bankier z Nowej Anglii Andy Dufresne (Tim Robbins) zostaje skazany na dożywocie za zamordowanie żony i jej kochanka. W więzieniu styka się z okrucieństwem, bestialską przemocą i skrajną hipokryzją, ale także z przyjaźnią, niezłomną nadzieją i wiarą, że marzenia mają niepodważalną rację bytu. Frank Darabont, reżyser i scenarzysta filmu niczego nie przerysowuje. Pokazuje rzeczywistość taką, jaka jest – twardą, pozbawioną złudzeń, ale nieprzewidywalną, niejednoznaczną i pełną niespodziewanych zdarzeń. Film warty obejrzenia zarówno dla tych, którzy już się z nim spotkali, jak i tych, którzy o nim nie słyszeli. Kino ambitne i dające do myślenia.

Rubén Gallego Białe na czarnym Jestem bohaterem. To łatwe. Jeśli nie masz rąk albo nóg, jesteś bohaterem albo trupem. Jeśli nie masz rodziców, polegaj na swoich rękach i nogach. I bądź bohaterem. Jeśli nie masz rąk ani nóg, a w dodatku udało ci się zostać sierotą od urodzenia – wszystko już przesądzone. Jesteś skazany na to, że będziesz bohaterem do końca swoich dni. Albo że zdechniesz. Ja jestem bohaterem. Po prostu nie mam innego wyjścia. Tak zaczyna się wstrząsająca autobiografia Rubéna Gallego – urodzonego w Moskwie, syna Wenezuelczyka i Hiszpanki. Okrucieństwo systemu, sowieckie domy dziecka, zdolne, ale upośledzone fizycznie dzieci, piekło choroby – jak przez to przejść i zwyciężyć? Odpowiedź znajdziesz w oszczędnej w słowach i pozbawionej ckliwości książce Białe na czarnym. Edyta Zając


Jesienne smakołyki J esień zagościła u nas na dobre. Wokół pełno różnobarwnych liści, a w powietrzu unosi się specyficzny jesienny zapach. Ludzie porządkują swoje działki, ogrody i przygotowują się na nadejście zimy. Po zakończonej pracy, z jeszcze większym apetytem zjedzą kolację, popijając gorącą, owocową herbatą. W czasie tej pory roku chce nam się więcej jeść niż pić. Nasz organizm pragnie dostać bardziej wartościowe, treściwe potrawy, które dadzą większą ilość energii do działania. Charakterystycznym smakowitym darem, który przynosi ze sobą jesień, są orzechy: włoskie i laskowe. Na samą myśl o tych cudownych, chrupiących prezencikach cieknie mi ślinka! One są po prostu wspaniałe. Nadają się zarówno do ciast, deserów, jak i do sałatek czy mięs.

Orzechy powinny być elementem codziennej zdrowej diety, ponieważ są jednym z najbogatszych źródeł witaminy E, selenu, witaminy B1. Są ponadto dobrym źródłem błonnika, łatwo przyswajalnego białka, które zmniejszają zagrożenie atakiem serca i chorobą naczyń wieńcowych. Dodatkowo te owoce regulują poziom cukru we krwi, pobudzają pracę mózgu i łagodzą stany depresyjne. Także jeśli dopadnie Was jesienna chandra ,wiecie co macie zrobić. Orzechy to wspaniałe lekarstwo i do tego jakie smaczne! Zatem, ludzie, jedzcie orzechy! A oto jeden z przepisów na sałatkę z orzechami włoskimi. Składniki: -20 dag szynki, -1 puszka ananasa, -1 puszka kukurydzy,

-20 dag orzechów włoskich, -1 papryka żółta, -sól, pieprz do smaku, -1 łyżka majonezu, Wykonanie: Szynkę pokroić w kostkę , to samo zrobić z ananasem i papryką. Orzechy rozłupać i lekko porozgniatać nożem. Pokrojone składniki wsypać do miski i dodać łyżkę majonezu. Potem wszystko dokładnie wymieszać(można dodać więcej majonezu, jeżeli ktoś nie lubi „suchej sałatki”). Dodać sól, pieprz i szczyptę ziół. Ponownie wymieszać. Na koniec posypać resztą orzechów włoskich. Smacznego Magdalena Łuba

Początek Wijąc się po świecie jak zżółkły liść, swego życia w ręku trzymam kiść. Idę wciąż dalej, do przodu się pnę, z promieniami Słońca chcę wejść w serce Twe. Może jestem głupi, bo kochać nie potrafię, ale źle zrobię, gdy okazję przegapię. Pragnę, byś kochać mnie nauczyła, i moje starania w końcu doceniła. Moje życie jest pustką bez Ciebie, a przy Tobie czuję się jak w niebie. Kochać Cię pragnę i być przy Tobie, Moja kochana, kocham się w Tobie!

Kocham Kocham Cię tak, jak kwiat wodę, Kocham Cię tak, jak wędrowiec drogę, Kocham Cię jak motyl kwiatuszek, Kocham Cię jak kot swój kłębuszek. Kochać Cię to przeznaczenie, Całować to marzenie. Twój dotyk mnie onieśmiela, Twoje spojrzenie mnie rozwesela. Przywołajmy nasze dawne wspomnienia, razem spełniajmy wspólne marzenia. Po krańce śmierci chcę być przy Tobie, Bo jam jest w pięknej chorobie. Życie z Tobą toczy się jak w bajce, Kocham się w Tobie jak Paweł w Majce.

Pragnienie A kiedy teraz nie ma Cię, umarła cząstka mnie. Kiedy na horyzoncie Słońce zachodzi, ma dusza płacze, serce łzy rodzi. Czegoś mi brak, czegoś pięknego, dotyku ust, uśmiechu Twego, Twych czułych pieszczot Słodkich jak miód. Przeminęła Twoja miłość, Przeminęły piękne dni, Zostało mi tylko zdjęcie, A na zdjęciu MY... Anonim

23



bezMyslnik