Issuu on Google+


PHILIP K. DICK ——————

ucieczka


Kiedy pod koniec długiego, uciążliwego dnia zmęczony Ed Morris wracał na Ziemię, zewsząd dobiegał go ryk silników innych transporterów. Szlaki Ganimedes-Terra kipiały od wyczerpanych biznesmenów o zasępionych obliczach; z uwagi na konflikt między Jowiszem a Ziemią podróż trwała dwie godziny. Co kilka milionów mil potężny strumień zwalniał, by wpuścić na magistralę ciągi sunących od strony Marsa i Saturna pojazdów. – Chryste – mruknął Morris. – Czyż można być bardziej zmęczonym? – Uruchomił sterowanie automatyczne i na chwilę odwrócił się od pulpitu, by zapalić upragnionego papierosa. Drżały mu ręce. Czuł zawroty głowy. Minęła szósta, Sally będzie marudzić, z obiadu nici. Nic nowego. Szarpiąca nerwy podróż, ryk klaksonów, rozdrażnieni kierowcy, którzy przemykali obok jego niedużego pojazdu, wściekle gestykulując, wrzeszcząc i sypiąc przekleństwami... No i reklamy. Głównie o nie chodziło. Był w stanie ścierpieć wszystko prócz reklam towarzyszących mu przez całą drogę z Ganimedesa na Ziemię. Obecni na każdym kroku ziemscy mechaniczni komiwojażerowie byli kroplą przepełniającą czarę goryczy. Przyhamował, aby uniknąć karambolu, w którym uczestniczyło pięćdziesiąt statków. Wokół kłębiły się statki naprawcze usuwające z drogi złom. Usłyszał w głośniku wycie nadlatujących rakiet policyjnych. Morris zwinnie zwiększył wysokość,


—— 10 ——

wcisnął się pomiędzy dwa transporty handlowe, po czym zjechał na nie uczęszczane lewe pasmo drogi i przyspieszył, pozostawiając za sobą karambol. Z tyłu dobiegł go dźwięk klaksonów, lecz nie zwrócił nań najmniejszej uwagi. – Trans-Solar Products wita! – zadudnił mu w uszach grzmiący głos. Morris z jękiem skulił się na siedzeniu. W miarę zbliżania się do Ziemi wzrastała intensywność nadawanych reklam. – Czy codzienne frustracje doprowadziły cię do kresu wytrzymałości nerwowej? Potrzebujesz jednostki Id-Persona. Tak małej, że mieści się tuż za uchem, w pobliżu płatu czołowego... Na szczęście pozostawił ją za sobą. Kiedy przemknął obok, reklama stopniowo ucichła i przygasła. Lecz już zmierzał na spotkanie następnej. – Kierowco! Tysiące ofiar na każdej z międzyplanetarnych tras. Hypno-Motor Control ze sprawdzonego źródła zapewnia wam bezpieczeństwo. Poddaj swoje ciało i ocal życie! – Głos przybrał na sile. – Według opinii ekspertów przemysłowych... Obie należały do typu audio, który najłatwiej było zignorować. Lecz oto na wprost niego formowała się reklama wizualna; skuliwszy się, przymknął oczy, co na niewiele się zdało. – Ludzie! – huknął obłudny głos. – Na zawsze wyeliminujcie przykry zapach pochodzenia wewnętrznego. Usunięcie przewodu pokarmowo-jelitowego za pomocą najnowocześniejszych bezbolesnych metod i zainstalowanie układu zastępczego skutecznie uwolni was od głównej przyczyny społecznego odrzucenia. – Obraz przedstawiał gigantyczną nagą dziewczynę o jasnej burzy włosów, na wpół przymkniętych niebieskich oczach, rozchylonych ustach i przechylonej do tyłu w narkotycznym upojeniu głowie. Naraz lubieżny wyraz na twarzy dziewczyny zniknął. Zastąpił go grymas niesmaku i obrzydzenia, po czym obraz rozpłynął się. – Czy i ty tego doświadczyłeś? – zagrzmiał głos. – Czy podczas erotycznej gry miłosnej obraziłeś swoją partnerkę obecnością procesów gastrycznych, które... Zostawił reklamę za sobą. Odzyskawszy zdolność myślenia, Morris ze złością kopnął przepustnicę, co zakłóciło płynny ruch statku. Ciśnienie wywierane bezpośrednio na audiowizualne regiony jego mózgu opadło poniżej punktu krytycznego. Z jękiem potrząsnął głową, usiłując ją oczyścić. Dokoła niego, niczym duchy odległych stacji wideo, migotały i bełkotały na wpół wyraźne echa reklam. Na każdym kroku czekały nań kolejne reklamy; ze zwinnością zrodzoną ze zwierzęcej desperacji


—— 11 ——

ostrożnie obrał kurs, ale nie był w stanie ominąć wszystkich. Ogarnęła go rozpacz. Na jego oczach kształtował się zarys następnej reklamy. – Ty, panie zarobkowiczu! – W oczy, uszy, nosy i gardła tysięcy znużonych podróżnych wtłoczył się potężny głos. – Masz dość starego zajęcia? Wonder Circus Inc. udoskonaliła cudowny skaner fal myślowych o dalekim zasięgu. Dowiedz się, co myślą i mówią inni. Zdobądź przewagę nad współpracownikami. Poznaj fakty z życia osobistego twojego przełożonego. Odrzuć niepewność! Rozpacz Morrisa sięgnęła zenitu. Maksymalnie zwiększył prędkość; mały statek w podskokach opuścił pasmo trasy i dotarł do rozciągającej się za nim martwej strefy. W zetknięciu zderzaka ze ścianą ochronną rozległ się piskliwy zgrzyt – i reklama pozostała daleko w tyle. Zwolnił, drżąc ze zdenerwowania i zmęczenia. Na wprost niego znajdowała się Ziemia. Wkrótce doleci do domu. Może uda mu się porządnie wyspać. Opuścił dziób statku i przygotował się do lądowania, wykorzystując promień naprowadzający chicagowskiego lotniska. – Najlepszy regulator metabolizmu na rynku – zaskrzeczał mechaniczny komiwojażer. – Gwarantuje utrzymanie idealnej równowagi gruczołowej lub pełny zwrot gotówki. Morris wyminął go z rezygnacją i ruszył chodnikiem w kierunku bloku, gdzie znajdowało się jego mieszkanie. Robot przez chwilę podążał za nim, by niebawem pospieszyć za innym zasępionym podróżnym. Wszystkie informacje na bieżąco – zabrzęczał metaliczny głos. – Zainstaluj sobie siatkówkowy monitor w oku, z którego najmniej korzystasz. Zachowaj kontakt ze światem; nie czekaj na cogodzinne, zdezaktualizowane streszczenia. – Z drogi – mruknął Morris. Robot ustąpił na bok i mężczyzna przeszedł na drugą stronę ulicy wraz z grupą przygarbionych kobiet i mężczyzn. ————

Mechaniczni sprzedawcy byli wszędzie; gdzie tylko się dało, wiercili dziurę w brzuchu potencjalnych klientów przy wtórze okrzyków i zamaszystych gestów. Jeden ruszył za Morrisem, co skłoniło go do przyspieszenia kroku. Niezmordowanie towarzyszył mu aż do bloku, zachwalając swój towar i usiłując zwrócić jego uwagę. Dał za wygraną dopiero wówczas,


—— 12 ——

gdy wyprowadzony z równowagi Morris schylił się, porwał z ziemi kamień i rzucił w niego. Dowlókł się do mieszkania i zatrzasnął za sobą drzwi. Robot zawahał się, po czym popędził za objuczoną pakunkami kobietą, która z mozołem pięła się w górę skarpy. Jej wysiłki, aby uniknąć spotkania z nim, spełzły na niczym. – Kochanie! – krzyknęła Sally. Rozpromieniona i podekscytowana wybiegła z kuchni, wycierając ręce o plastikowe szorty. – Ach, biedactwo! Jakiś ty zmęczony! Morris zdarł z głowy kapelusz, zdjął płaszcz i złożył przelotny pocałunek na nagim ramieniu żony. – Co dzisiaj mamy na kolację? Sally schowała kapelusz i płaszcz do szafy. – Dzikiego bażanta urańskiego; twoje ulubione danie. Ślina nabiegła Morrisowi do ust i w jego znużone ciało wstąpił wątły przypływ energii. – Nie żartuj! A z jakiej to, u licha, okazji? Brązowe oczy jego żony zwilgotniały ze współczucia. – Kochanie, to przecież twoje urodziny, kończysz dziś trzydzieści siedem lat. Zapomniałeś? – Taa. – Morris uśmiechnął się nieznacznie. – Zdaje się, że tak. – Poszedł do kuchni. Stół był nakryty; stały na nim filiżanki z gorącą kawą, masło, biały chleb, tłuczone ziemniaki i groszek. – O raju. To rzeczywiście okazja. Sally wcisnęła guzik na pulpicie kontrolnym pieca i na stół wjechała parująca brytfanna z równo pokrojonym bażantem. – Idź umyj ręce i siadajmy do stołu. Szybciej, żeby nie wystygło. Morris nadstawił dłonie pod otwór myjący, po czym z ulgą zasiadł za stołem. Sally nałożyła na talerze plastry kruchego, aromatycznego mięsa i przystąpili do posiłku. Sally – powiedział Morris, kiedy opróżnił talerz i z wolna popijał kawę – ja już dłużej tego nie wytrzymam. Trzeba coś zrobić. – Masz na myśli przejazd? Marzy mi się, abyś dostał posadę na Marsie, tak jak Bob Young. Może gdybyś porozmawiał z Komisją Zatrudnieniową i wytłumaczył im, jakie to uciążliwe... – Nie chodzi tylko o dojazd. Oni są tuż za drzwiami. Wszędzie. Czekają na mnie. Dzień i noc. – Kto taki, kochanie? – Handlujące roboty. Ledwo zdążę wylądować. Roboty i reklamy wizualne drążące człowiekowi mózg. Snują się za ludźmi jak cienie, dopóki ci nie wyzioną ducha. – Wiem. – Sally ze współczuciem poklepała jego dłoń. – Kiedy wychodzę po zakupy, idzie za mną cała hałastra.


—— 13 ——

Jeden wchodzi drugiemu w słowo. Istne szaleństwo – człowiek nie rozumie połowy tego, co mówią. – Musimy z tym skończyć. – Skończyć? – zająknęła się Sally. – Co przez to rozumiesz? – Musimy przed nimi uciec. Oni nas niszczą. Morris pogrzebał w kieszeni i wyjął z niej skrawek metalowej folii. Rozwinął go z wielką pieczołowitością, a następnie wygładził na stole. – Popatrz. Krążyła wśród pracowników biura; dotarła do mnie i zachowałem ją. – Co to znaczy? – Sally ze zmarszczonymi brwiami próbowała odszyfrować zapis. – Kochanie, to chyba jedynie fragment. Musi być więcej niż tylko tyle. – Nowy świat – powiedział cicho Morris. – Miejsce, gdzie jeszcze nie dotarli. To daleko stąd, poza Układem Słonecznym. Gdzieś wśród gwiazd. – Proxima? – Dwadzieścia planet. Połowa z nich nadaje się do zamieszkania. Zaledwie kilka tysięcy mieszkańców. Rodziny, robotnicy, naukowcy, kilka przemysłowych ekip badawczych. Wystarczy jedno słowo i ziemia jest nasza. – Ale to takie... – Sally zrobiła minę. – Kochanie, czy to aby w pełni cywilizowane miejsce? Panuje opinia, że mieszkać tam, to jakby cofnąć się do dwudziestego wieku. Toalety ze spłuczkami, wanny, samochody na benzynę... – Zgadza się. – Z powagą na zaciętej twarzy Morris zrolował sfatygowany kawałek metalu. – To jakby cofnąć się o sto lat. Zapomnieć o tym wszystkim. – Gestem ogarnął piec i meble w salonie. – Trzeba będzie obyć się bez tego. Przywyknąć do prostszego życia, jakie znali nasi przodkowie. – Daremnie próbował się uśmiechnąć. – Myślisz, że ci się to spodoba? Żadnych reklam, komiwojażerów, pojazdy jeżdżące z prędkością sześćdziesięciu mil zamiast sześćdziesięciu milionów na godzinę. Moglibyśmy polecieć jednym z dużych, transukładowych statków pasażerskich. Sprzedałbym swoją rakietę... Zapadła cisza pełna wątpliwości i wahania. – Ed – zaczęła Sally. – Sądzę, że powinniśmy to poważnie przemyśleć. A twoja praca? Co byś tam robił? – Coś bym znalazł. – Ale co? Czy zastanowiłeś się nad tym? – W jej głos wkradła się piskliwa nuta irytacji. – Wydaje mi się, że powinieneś sprawę nieco gruntowniej przemyśleć, zanim rzucimy wszystko i tak po prostu... odlecimy.


—— 14 ——

– Jeżeli nie odlecimy – odparł powoli Morris, z trudem panując nad głosem – dostaną nas. Nie zostało wiele czasu. Nie wiem, jak długo jeszcze potrafię ich powstrzymać. – No wiesz co, Ed! Przestań dramatyzować. Skoro masz tak fatalne samopoczucie, dlaczego nie weźmiesz trochę wolnego i nie poddasz się kompletnemu testowi na zahamowania? Oglądałam program, w którym poradzili sobie z człowiekiem będącym w znacznie gorszym stanie psychosomatycznym niż ty. Na dodatek o wiele starszym. Zerwała się na równe nogi. – Chodźmy gdzieś dziś wieczorem i zabawmy się. Dobrze? – Sięgnęła smukłymi palcami do zamka szortów. – Włożę nową plastikową sukienkę, której dotychczas nie miałam odwagi na siebie włożyć. Pobiegła do sypialni, a jej oczy lśniły w podnieceniu. – Wiesz, którą mam na myśli? Kiedy podejdzie się bliżej, jest półprzezroczysta, ale w miarę oddalania się nabiera coraz większej przejrzystości, aż wreszcie... – Wiem – przerwał jej z rezygnacją Morris. – Wracając do domu, widziałem po drodze reklamę. – Powoli podniósł się z miejsca i wszedł do salonu. Stanął na progu sypialni. – Sally... – Słucham? Morris otworzył usta. Chciał znów ją zapytać, porozmawiać o kawałku metalowej folii, który starannie złożył i przywiózł do domu. Chciał opowiedzieć jej o pograniczu. O Proximie Centauri. O bezpowrotnym opuszczeniu Ziemi. Lecz nie zdążył. U drzwi zabrzęczał dzwonek. – Ktoś przyszedł! – wykrzyknęła w podnieceniu Sally. – Prędko zobacz, kto to jest! ————

W wieczornym mroku stała milcząca, nieruchoma sylwetka robota. Zimny wiatr owiewał ją i wpadał do domu. Morris zadrżał i odsunął się od drzwi. – Czego chcesz? – zapytał. Ogarnął go dziwny niepokój. – O co chodzi? Robot przewyższał rozmiarami wszystkie, które do tej pory oglądał. Wysoki i rosły, z ciężkimi metalicznymi chwytnikami i wydłużonymi soczewkami. Górną część ciała, zamiast dotychczasowego stożka, stanowił kwadratowy zbiornik. Spoczywał nie na dwóch, lecz na czterech bieżnikach.


—— 15 ——

Spoglądał na Morrisa z wysokości siedmiu stóp. Miał masywną i solidną konstrukcję. – Dobry wieczór – powiedział spokojnie. Niesiony wiatrem głos zmieszał się z ponurymi odgłosami ulicy, echem ruchu na szosie i dalekim brzęczeniem sygnalizacji. W ciemności przemknęło kilka niewyraźnych kształtów. Zanurzony w mroku świat tchnął wrogością. – Uszanowanie – odmruknął machinalnie Morris. Uświadomił sobie, że drży. – Co masz do zaoferowania? – Chciałbym zaprezentować panu fasrada – oświadczył robot. Oniemiały Morris nie zdobył się na żadną odpowiedź. Co to jest fasrad? Działo się tu coś przywodzącego na myśl połączenie marzenia sennego z koszmarem. Opamiętał się z trudem. – Co zaprezentować? – wydusił. – Fasrada. – Robot nie kwapił się do udzielenia wyjaśnień. Patrzył na niego beznamiętnie, jak gdyby nie poczuwał się do odpowiedzialności wyłuszczenia sprawy. – To potrwa tylko chwilę. – Ja… – zaczął Morris. Cofnął się, aby nie stać w przeciągu. Tymczasem robot bez słowa prześlizgnął się obok niego i wszedł do domu. – Dziękuję – powiedział. Stanął na środku salonu. – Byłby pan łaskaw zawołać żonę? Jej również pragnę zaprezentować fasrada. – Sally – zawołał bezradnie Morris. – Chodź tutaj. Podekscytowana Sally bez tchu wpadła do salonu. – Co się stało? Ach! – Na widok robota zatrzymała się niepewnie. – Ed, zamawiałeś coś? Czy mamy coś kupić? – Dobry wieczór – przywitał ją robot. – Pokażę pani fasrada. Proszę usiąść. Na tapczanie, jeśli łaska. Obydwoje. Sally usadowiła się w oczekiwaniu, z rumieńcem na policzkach i błyskiem zachwytu w oczach. Otępiały Ed zajął – miejsce obok niej. Posłuchaj – mruknął szorstko. – Co to do cholery jest ten fasrad? Co tu jest grane? Nie mam zamiaru niczego kupować! – Jak brzmi pańskie nazwisko? – zapytał go robot. – Morris. – Prawie się zakrztusił. – Ed Morris. Robot zwrócił się do Sally. – Pani Morris. – Wykonał lekki ukłon. – Miło mi państwa poznać, państwo Morris. Jesteście pierwszymi osobami w okolicy, które zobaczą fasrada. To pierwszy pokaz. – Omiótł chłodnym spojrzeniem pokój. – Panie Morris, mnie– mam, że jest pan zatrudniony. Gdzie pan pracuje? Na Ganimedesie – wyrecytowała posłusznie Sally, jak dziecko wyuczoną lekcję. – Dla Terran Metals Development Co.


—— 16 ——

Robot przetrawił tę informację. – Przyda wam się fasrad. – Przeniósł spojrzenie na Sally. – Czym pani się zajmuje? – Transkrybuję taśmy w Instytucie Historyczno-Badawczym. – Fasrad nie przyda się pani w pracy, ale będzie służył pomocą w domu. – Silnymi chwytnikami podniósł stół. – Na przykład, niekiedy atrakcyjny mebel pada ofiarą niezdarności gościa. – Robot zmiażdżył stół na kawałki; na podłogę posypały się drzazgi i odłamki plastiku. – Oto robota dla fasrada. Morris zerwał się z miejsca. Ciążące na nim otępienie nie pozwalało mu powstrzymać biegu wypadków. Robot odrzucił na bok szczątki stołu i wybrał ciężką lampę stojącą. – O rany – wyrwało się Sally. – To moja najlepsza lampa. – Gdy ma się fasrada, nic państwu niestraszne. – Robot chwycił lampę i wygiął ją groteskowo. Podarł abażur, potłukł żarówki, po czym rzucił to, co zostało, na podłogę. – Sytuacja tego rodzaju może nastąpić w wyniku gwałtownej eksplozji, takiej jak wybuch bomby wodorowej. – Na miłość boską – wymamrotał Morris. – My... – Wybuch bomby wodorowej może się nigdy nie zdarzyć – ciągnął robot. – Lecz gdyby tak się stało, fasrad jest niezastąpiony. – Przyklęknął i odłączył od pasa skomplikowaną tubę. Celując nią w podłogę, wypalił dziurę o średnicy pięciu stóp. Odsunął się od ziejącej jamy. – Nie poszerzyłem tego tunelu, ale, jak sami państwo widzą, w razie ataku fasrad ocaliłby wam życie. Słowo atak wywołało w jego metalowym mózgu dalszy ciąg reakcji. – Niekiedy człowiek pada nocą ofiarą ataku bandyty lub chuligana – odjął. Bez ostrzeżenia przebił pięścią ścianę. Zburzony fragment w kłębach pyłu runął na podłogę. – To załatwi bandytę na amen. – Robot wyprostował się i potoczył wzrokiem po pokoju. – Często wieczorem jesteście zbyt zmęczeni, aby regulować przyciski na pulpicie pieca. – Wszedł do kuchni i zaczął przyciskać guziki na piecu; ogromne ilości jedzenia rozprysnęły się na wszystkie strony. – Przestań! – krzyknęła Sally. – Wara od mojego pieca! – Możecie być zbyt zmęczeni, aby napuścić sobie wodę do kąpieli. – Robot pomanewrował regulatorem wody i natychmiast chlusnął potężny strumień. – Albo życzycie sobie od razu położyć się do łóżka. – Wyszarpnął łóżko ze schowka i rzucił je na płask. Na widok zmierzającego ku niej robota Sally cofnęła się trwożliwie. – Innym razem po ciężkim dniu w pracy jesteście zbyt zmęczeni, aby się rozebrać. W takim wypadku...


—— 17 ——

– Wynoś się stąd! – wrzasnął Morris. – Sally, sprowadź gliny. To stworzenie postradało zmysły. Szybciej. Fasrad jest niezbędny we wszystkich nowoczesnych domach – kontynuował robot. – Na przykład, następuje usterka jakiegoś urządzenia. – Chwycił panel klimatyzacji, wyrwał ze ściany przewody, po czym umieścił je z powrotem. – Czasem nie macie ochoty iść do pracy. Fasrad posiada prawne zezwolenie na zajmowanie waszego miejsca w terminie nie przekraczającym dziesięciu dni. Gdyby po upływie tego czasu... – Dobry Boże – powiedział Morris, nagle rozumiejąc, o co chodzi. – To ty jesteś fasradem. – Tak jest – oświadczył robot. – Funkcjonalny Automatyczny Samoregulujący Android (Domowy). Istnieje również fasrab (Budowlany), fasrak (Kierowniczy), fasram (Militarny) oraz fasrau (Urzędniczy). Ja zostałem przeznaczony na użytek domowy. – Ty… – wydusiła Sally. – Ty jesteś na sprzedaż. Sprzedajesz sam siebie. – Demonstruję własne zalety – sprecyzował fasrad. Nie spuszczając z Morrisa beznamiętnego spojrzenia metalowych oczu, mówił dalej. – Jestem przekonany, panie Morris, że chciałby pan mnie mieć. Cena jest rozsądna. Zapewniamy pełną gwarancję. W załączeniu znajdzie pan instrukcję. Odmowa nie wchodzi w rachubę. ————

O wpół do pierwszej Ed Morris nadal siedział na łóżku z jednym butem na nodze, a drugim w ręku. Spoglądał przed siebie pustym wzrokiem. Trwał w uporczywym milczeniu. – Na miłość boską – jęknęła Sally. – Skończ rozwiązywać ten supeł i chodź do łóżka; musisz wstać o piątej trzydzieści. Błądząc daleko myślami, Morris pogmerał przy sznurowadle. Po chwili odłożył jeden but i zajął się drugim. W domu panowały chłód i cisza. Na zewnątrz wiatr smagał cedry rosnące wzdłuż jednej ze ścian budynku. Zwinięta w kłębek Sally leżała z papierosem w ustach pod promieniującą soczewką i na wpół drzemiąc, rozkoszowała się ciepłem. W salonie stał fasrad. Nie opuścił mieszkania. Wciąż tam tkwił, czekając, aż Morris go kupi. – Przestań! – rzuciła ostro Sally. – Co ci jest? Naprawił wszystko, co połamał; po prostu demonstrował swoje umiejętności. – Westchnęła sennie. – Co tu dużo mówić, porządnie mnie wystraszył. Myślałam, że coś mu się pomieszało.


—— 18 ——

Rzeczywiście mieli pomysł z tym wysyłaniem go do ludzi. Morris nie odpowiedział. Sally przewróciła się na brzuch i leniwie zgasiła papierosa. – Przecież nie jest aż tak drogi, prawda? Dziesięć tysięcy złotych jednostek, a jeśli nakłonimy do zakupu kogoś z przyjaciół, udzielą nam pięcioprocentowej prowizji. Musimy jedynie go pokazać. To nie to samo, co sprzedać. On sam się sprzedaje. – Zachichotała. – Zawsze marzyli o produkcie, który sam się sprzedaje, prawda? – Morris rozwiązał sznurowadło. Z powrotem nałożył but i ciasno go zasznurował. Co ty wyprawiasz? – zapytała gniewnie Sally. – Jazda do łóżka! – siadła na brzegu, ze złością patrząc, jak Morris wychodzi z pokoju i powoli idzie przez korytarz. – Dokąd to? Morris zapalił światło w salonie i usiadł naprzeciwko fasrada. – Słyszysz mnie? – zapytał. – Naturalnie – odparł fasrad. – Nigdy nie znajduję się w stanie spoczynku. Czasem w nocy ma miejsce nie cierpiąca zwłoki sytuacja: nagła choroba dziecka lub wypadek. Jeszcze nie macie dzieci, ale w razie... – Zamknij się – przerwał mu Morris. – Nie mam ochoty cię słuchać. – Zadał mi pan pytanie. Samoregulujące się androidy są podłączone do centralnego banku wymiany informacji. Czasem ktoś potrzebuje natychmiastowej odpowiedzi na swoje pytanie; fasrad zawsze gotów jest rozwiązać problem natury teoretycznej bądź praktycznej. Wszystko oprócz kwestii metafizycznych. Morris sięgnął po instrukcję i przekartkował ją. Fasrad posiadał tysiące funkcji; nigdy się nie zużywał; nigdy nie tracił głowy; nie mógł popełnić błędu. Odrzucił książkę na bok. – Nie kupię cię – oznajmił. – Nigdy. Choćby za milion lat. – Ależ tak – poprawił fasrad. – Nie może pan przepuścić takiej okazji. – W jego głosie zabrzmiała nuta łagodnej, metalicznej perswazji. – Nie może pan odrzucić mojej oferty, panie Morris. Fasrad w nowoczesnym domu to absolutna konieczność. – Wynoś się stąd – odparł spokojnie Morris. – Wynoś się z mojego domu i nigdy nie wracaj. – Nie jestem pańskim fasradem na posyłki. Dopóki nie kupi mnie pan za sumę figurującą w cenniku, odpowiadam wyłącznie przed Korporacją Samoregulujących Androidów. Ich polecenie brzmiało wbrew temu, co pan mówi; mam zostać z panem do momentu, kiedy pan mnie kupi. – A gdybym w ogóle cię nie kupił? – podsunął Morris,


—— 19 ——

czując w sercu lodowaty chłód. Na myśl o nieuniknionej odpowiedzi owładnął nim paniczny strach. – Zostanę z panem – odrzekł fasrad. – W końcu pan zdecyduje się na zakup. – Z wazonu stojącego na kominku wyskubał kilka wyschniętych róż i wrzucił je do otworu zsypowego. – Stanie się pan świadkiem sytuacji, w których pomoc fasrada będzie niezastąpiona. Wreszcie zacznie się pan zastanawiać, jakim cudem było możliwe dotychczasowe życie bez niego. – Czy jest coś, czego nie potrafisz zrobić? – Ależ tak; istnieje mnóstwo rzeczy, których nie potrafię zrobić. Ale umiem robić wszystko to, co pan – i to znacznie lepiej. Morris powoli wypuścił powietrze z płuc. – Musiałbym być szalony, aby cię kupić. – Nie ma pan innego wyjścia – odparł beznamiętny głos. Fasrad wydobył wklęsłą rurę i przystąpił do czyszczenia dywanu. – Jestem przydatny w każdej sytuacji. Proszę zwrócić uwagę, jak puszysty i odkurzony jest dywan. – Cofnął rurę i wydobył kolejną. Morris kaszlnął i cofnął się chwiejnie; z rury buchnął obłok białych cząsteczek i ogarnął wszystkie zakamarki pokoju. – Preparat na mole – wyjaśnił fasrad. Biały obłok przybrał brzydki odcień granatu. Pokój ogarnęła złowroga ciemność; widać było niewyraźny zarys krążącego metodycznie na środku fasrada. Wkrótce chmura powędrowała w górę i ukazały się meble. – Rozpyliłem płyn przeciwko szkodliwym bakteriom – powiedział fasrad. Pomalował ściany pokoju i złożył nowe, pasujące do nich meble. Wzmocnił sufit w łazience. Zwiększył liczbę wentylatorów grzewczych pieca. Zamontował nowe przewody elektryczne. Zlikwidował meble w kuchni i zastąpił je bardziej nowoczesnymi. Sprawdził księgi rachunkowe Morrisa i obliczył jego podatek dochodowy na następny rok. Naostrzył wszystkie ołówki; chwycił Morrisa za nadgarstek i stwierdził, że jego wysokie ciśnienie wynika z zakłóceń psychosomatycznych. – Poczuje się pan lepiej, zrzucając na mnie całą odpowiedzialność – wyjaśnił. Wyrzucił resztki starej zupy przechowywanej przez Sally. – Niebezpieczeństwo botulizmu – poinformował Morrisa. – Pańska żona jest atrakcyjna seksualnie, lecz całkowicie niezdolna do przekroczenia pewnych barier intelektualnych. Morris podszedł do szafy i wyjął płaszcz. – Dokąd pan idzie? – zapytał fasrad. – Do biura.


—— 20 ——

– O tej porze? Morris zajrzał w przelocie do sypialni. Sally spała słodko pod promieniującą soczewką. Jej szczupłe, zaróżowione ciało tryskało zdrowiem, a oblicze było wolne od trosk. Zamknął frontowe drzwi i zbiegł po schodach w ciemność. Chłostany wiatrem poszedł na parking. Jego nieduży transporter stał zaparkowany obok setek innych; obdarowany monetą mechaniczny strażnik posłusznie zobowiązał się go przyprowadzić. Nim upłynęło dziesięć minut, znajdował się w drodze na Ganimedesa. ————

Fasrad wszedł na statek podczas postoju na Marsie, gdzie Morris uzupełniał zapas paliwa. – My się chyba źle zrozumieliśmy – odezwał się fasrad. – Mam za zadanie demonstrować swoje umiejętności dopóty, dopóki pana nie przekonam do kupna. Jeszcze nie jest pan przekonany; w związku z tym konieczna jest dalsza demonstracja. – Wyrównał odczyty wszystkich urządzeń wskaźnikowych i liczników na pulpicie sterowniczym. – Powinien pan częściej bywać w punktach serwisowych. Przeszedł na tył statku, aby sprawdzić silniki. Otępiały Morris dał znak pracownikowi stacji i statek został odłączony od zbiorników z paliwem. Przyspieszył, zostawiając małą, piaszczystą planetę daleko w tyle. Daleko, na wprost nich zamajaczył Jowisz. – Stan silników pozostawia wiele do życzenia – oznajmił fasrad. – Niepokoi mnie to stukanie w głównym układzie hamulcowym. Jak tylko wylądujemy, przeprowadzę gruntowną naprawę. – Czy Korporacja nie ma nic przeciwko temu, abyś wyświadczał mi przysługi? – zapytał Morris z gorzkim sarkazmem w głosie. – Korporacja uważa mnie za pańskiego fasrada. Pod koniec miesiąca otrzyma pan rachunek. – Robot wyjął pióro i notatnik. – Wyjaśnię panu cztery dogodne systemy płatności. Dziesięć tysięcy złotych jednostek w gotówce zapewnia panu trzyprocentowy upust. Dodatkowo w transakcję można włączyć pewną ilość artykułów gospodarstwa domowego, które nie będą już dłużej panu potrzebne. Jeżeli życzy pan sobie podzielić płatność na cztery raty, pierwszą należy uiścić natychmiast, a ostatnią w terminie dziewięćdziesięciu dni.


—— 21 ——

– Zawsze płacę gotówką – mruknął Morris. Z uwagą przestawiał współrzędne trasy na pulpicie sterowniczym. – System dziewięćdziesięciodniowy nie wymaga dodatkowego oprocentowania. System sześciomiesięczny pociąga za sobą sześcioprocentową opłatę roczną, która w sumie wyniesie około... – Urwał. – Zmieniliśmy kurs. – Opuściliśmy oficjalną trasę ruchu. – Fasrad odłożył pióro i notatnik, po czym pospieszył do pulpitu sterowniczego. – Co pan robi? Grozi za to kara dwóch jednostek. Morris nie zwrócił na niego uwagi. Ze spojrzeniem utkwionym w monitorze uparcie trwał przy sterze. Statek gwałtownie nabierał prędkości. Boje ostrzegawcze wyemitowały gniewne buczenie, kiedy przemknął obok nich i wpadł w czarną próżnię rozciągającej się za nimi przestrzeni. W ciągu kilku sekund znaleźli się z dala od głównej trasy ruchu. Samotnie oddalali się od Jowisza, pędząc w głąb przestrzeni kosmicznej. Fasrad obliczył współrzędne. – Oddalamy się od Układu Słonecznego. Zmierzamy w kierunku Centaura. – Zgadłeś. – Czy nie powinien pan zawiadomić żony? Morris odchrząknął i podciągnął wyżej dźwignię steru. Statek bryknął i zakołysał się, po czym wyrównał kurs. Rozległo się złowróżbne wycie silników. Strzałka licznika wskazywała na przegrzanie głównych turbin. Zignorował to i uruchomił awaryjny dopływ paliwa. – Zadzwonię do pani Morris – zaofiarował się fasrad. – Wkrótce znajdziemy się poza zasięgiem. – Nie zawracaj sobie tym głowy. – Będzie niespokojna. – Fasrad ponownie udał się w tył statku i sprawdził stan silników. Przy wtórze alarmującego brzęczenia wpadł z powrotem do kabiny. – Panie Morris, ten statek nie jest przystosowany do podróży międzyukładowych. To czteronapędowy model wyłącznie do użytku domowego. Nie wytrzyma takiej prędkości. – Aby dotrzeć do Proximy – powiedział Morris – potrzebujemy takiej prędkości. Fasrad dołączył do pulpitu swoje przewody energetyczne. – Przejmę część napięcia układu przewodowego. Lecz dopóki nie zmniejszy pan prędkości, nie ręczę za stan silników. – Do diabła z silnikami. Fasrad milczał. Badawczo nasłuchiwał narastającego wycia, które dobiegało spod ich stóp. Cały statek zatrząsł się gwałtownie.


—— 22 ——

Posypały się odpryski farby. Od strony podłogi buchał żar wzniecony wzmożoną pracą zgrzytających turbin. Morris nie przestawał cisnąć pedału gazu. Minęli Sol, statek coraz szybciej mknął naprzód. Wykroczyli poza oznaczony teren. Sol malało w oczach. – Za późno, aby skontaktować się z pańską żoną – powiedział fasrad. – Pod rufą znajdują się trzy rakiety awaryjne; jeśli pan chce, wystrzelę je w celu zwrócenia uwagi przelatującego transportu wojskowego. – Po co? – Mogliby odholować nas z powrotem do Układu Słonecznego. Grozi za to grzywna w wysokości sześciuset złotych jednostek, ale w tej sytuacji uważam, że to najlepsze wyjście. Morris odwrócił się do fasrada plecami i z całej siły wdusił pedał gazu. Wycie przeszło w gwałtowny ryk. Przyrządy gięły się i pękały. Wyskakiwały bezpieczniki. Światła zamigotały, zbladły, po czym z ociąganiem znów nabrały ostrości. – Panie Morris – powiedział fasrad. – Musi pan przygotować się na śmierć. Statystyczne prawdopodobieństwo eksplozji turbin wynosi siedemdziesiąt do trzydziestu. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, ale granica bezpieczeństwa została już dawno przekroczona. Morris skierował spojrzenie na monitor. Przez chwilę spoglądał tęsknie na rosnący punkt będący bliźniaczą gwiazdą Centaura. – Wyglądają wspaniale, prawda? Prox jest najważniejsza. Dwadzieścia planet. – Popatrzył na szalejące przyrządy. – Jak trzymają się silniki? Trudno ocenić to na podstawie wskaźników; większość się spaliła. Fasrad zawahał się. Chciał coś powiedzieć, ale zmienił zdanie. – Pójdę do tyłu i sprawdzę – odrzekł, po czym zniknął na rampie prowadzącej w głąb huczącej, wibrującej kabiny silnikowej. Pochyliwszy się, Morris zgasił papierosa. Odczekał chwilę, a następnie wyciągnął rękę i dosunął dźwignie steru maksymalnie do góry. Eksplozja rozdarła statek na dwoje. Dokoła fruwały kawałki kadłuba. Nagłe obniżenie siły grawitacyjnej uniosło Morrisa i rzuciło o pulpit. Posypały się nań odłamki metalu i plastiku. Migające, rozżarzone punkty zamrugały, zbladły, po czym pogrążyły się w ciszy, gdzie nie było nic prócz zimnego pyłu. ————


—— 23 ——

Monotonny szum awaryjnego pompowania powietrza przywrócił mu świadomość. Leżał przygnieciony pulpitem kontrolnym, kuląc pod sobą złamaną rękę. Usiłował poruszyć nogami, ale jego ciało poniżej pasa było doszczętnie pozbawione czucia. Rozszczepiony fragment jego statku wciąż żeglował w kierunku Centaura. System naprawczy kadłuba mozolnie zaklejał powstałe dziury. Automatyczne regulatory temperatury i grawitacji ostatkiem sił czerpały z niezależnych akumulatorów. Widoczne na monitorze gigantyczne, płonące zarysy bliźniaczych słońc nieubłaganie osiągały coraz większe rozmiary. Ogarnęło go zadowolenie. Spoczywał pod stertą odłamków w ciszy zniszczonego statku, z ulgą obserwując zbliżającą się kulę. Przedstawiała piękny widok. Od dawna marzył, by ją zobaczyć. I oto była, z każdą chwilą coraz bliższa. Za dzień lub dwa jej ognisty oddech strawi statek. Lecz ten okres należał niepodzielnie do niego; nic nie mąciło poczucia bezgranicznego szczęścia... Pomyślał o pogrążonej we śnie Sally. Czy spodobałoby jej się na Proximie? Chyba nie. Pewnie chciałaby jak najszybciej wrócić do domu. To było coś, czym miał cieszyć się w samotności. Przeznaczone wyłącznie dla niego. Ogarnął go błogi spokój. Mógł leżeć tak bez ruchu, spoglądając na zbliżającą się płomienistą wspaniałość... Doszedł go jakiś dźwięk. Coś wygrzebywało się spod sterty stopionych fragmentów. W kapryśnym świetle monitora dostrzegł powyginany, nadwerężony kształt. Morris z wysiłkiem odwrócił głowę. Fasrad chwiejnie dźwignął się do pozycji stojącej. Stracił znaczną część tułowia. Zachwiał się, po czym z hukiem runął na podłogę, twarzą w dół. Z wolna podczołgał się w kierunku Morrisa, po czym zamarł w odległości kilku stóp od niego. Rozległ się chrapliwy zgrzyt mechanizmu. W zrujnowanym kadłubie odezwało się odległe echo życia. – Dobry wieczór – zabrzmiał piskliwy, metaliczny głos. Morris krzyknął. Usiłował się poruszyć, lecz zwalone podpory trzymały jego ciało jak w kleszczach. Wył i wrzeszczał, próbując odczołgać się jak najdalej od niego. Pluł, jęczał i zawodził. – Chciałbym zaprezentować panu fasrada – ciągnął metaliczny głos. – Czy byłby pan łaskaw zawołać żonę? Jej również chciałbym zaprezentować fasrada. – Odejdź! – wrzasnął Morris. – Wara ode mnie!


– Dobry wieczór – podjął fasrad, jak zepsuta płyta. – Dobry wieczór. Proszę usiąść. Miło mi państwa poznać. Jak brzmi pańskie nazwisko? Dziękuję. Jesteście pierwszymi osobami w okolicy, które oglądają fasrada. Gdzie pan pracuje? Utkwił w nim puste spojrzenie martwych soczewek. – Proszę usiąść – powtórzył. – To potrwa zaledwie chwilę. Zaledwie chwilę. Demonstracja potrwa zaledwie...


Tytuł oryginału “Sales pitch” Tłumaczenie Jan Karłowski Opracowanie graficzne Ludwika Hawryszuk ISBN 83-7120-589-9 Dom Wydawniczy BEZSENNE NOCE Sp. z o.o. Wydanie I Poznań 2013



Philip K. Dick Ucieczka (Sales pitch)