Issuu on Google+


NUMER 4/2012 OKŁADKA ZDJĘCIE: Kinky SO WHAT WYDAWCA ABOUT PRESS Kasprzaka 4/4, 60-375 Poznań, POLAND ADRES REDAKCJI HOLE MAG Kasprzaka 4/4, 60-375 Poznań, POLAND redakcja@holemag.pl www.holemag.pl www.facebook.com/holemagpl REDAKTOR NACZELNY Piotr Szpilski STYL Michał Maliszewski KULTURA Paweł Żukowski ILUSTRACJE/GRAFIKA Dorota Dudzik EVENT Marta Marciniak SKŁAD/FOTOEDYCJA Aleksander Majewski KOREKTA/SEKRETARZ REDAKCJI Alicja Kurkowicz AUTORZY NUMERU: Dorota Dudzik, Fetysz, Piotr Kęska, Kinky SO WHAT, Magdalena Kołba, Zuza Krajewskia, Maciej Majzner, Marta Marciniak, Jakub Mróz, Wojtek Nowacki, Marcin Pacho, Marianna Prange, Mateusz Suda, Jakub Konrad Szewczyk, Piotr Szpilski, Bartek Wieczorek, Paweł Żukowski

Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych. Redakcja zastrzega prawo do zmian tytułów i treści przesłanych artykułów. Redakcja zastrzega prawo do odmowy i odwołania publikacji zamówionych i przesłanych artykułów. Wszelkie prawa zastrzeżone, kopiowanie, rozpowszechnianie i udostępnianie bez zgody autorów jest zastrzeżone. 8


SPIS TREŚCI

BEFORE. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . KULTURA. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . BUT I'M AFRAID. WHAT'LL MY PARENTS SAY . . . . . . . TRANSGENDER. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . FILM. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . PEDAŁY W TELEWIZJI. . . . . . . . . . . . . . HOLE. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . KINKY SO WHAT . . . . . . . . . . . . . . . . . . . SPODNIE WIOSNA/LATO 2013. . . . . . JOBJOY. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . MUZYKA. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . I JUST WANT TO SEE THE BOY HAPPY. . . . . . . . . . . . . . . FETYSZ. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . TATTOO. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . KOMIKS. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 10

12 16

22 40 44 48 50 52 84 86 90

96 120 122 126


MODESTEP

Łódź, Wytwórnia, sobota 2 marca Modestep to czteroosobowy zespół grający mieszankę dubstepu z elektronicznym rockiem. Grupa została założona w 2010 roku przez czwórkę przyjaciół z Londynu. W lutym 2011 wydali debiutancki singiel „Feel Good”, który w ciągu zaledwie kilku dni trafił na słynną listę UK Singles Chart. Teledysk do kolejnego utworu „Sunlight” ukazał się na YouTube 3 lipca, osiągając milion odsłon w ciągu czterech dni. Tuż przed przyjazdem artystów do Polski w marcu, ich fanów czeka prawdziwa gratka – kończą się prace nad „Evolution Theory”, który ma być pierwszym albumem długogrającym zespołu!

DISKOVERY PRESENTS: PHILL3 BIRTHDAY BASH WITH HARVEY MCKAY

Warszawa, Jerozolima, piątek 15 lutego

Harvey McKay wyłonił się z undergroundowej sceny klubowej w Glasgow by stać się jedną z najgorętszych perspektyw w dzisiejszej muzyce elektronicznej. Jego najnowsza produkcja „First Strike From Mars” na mocarnym Cocoon Recordings jest wielkim hitem i często sam Sven Vath sięga po nią w swoich ostatnich setach. Od swojego przełomowego kawałka „Nightwalker” wydanego na Soma Records (który szybko zgarnął wielkie poparcie od Richiego Hawtina stając się jego najczęściej granym kawałkiem roku 2011) Harvey nieustannie buduje swoją reputację niepowtarzalnego, zabójczego remixera, którego sety podróżują od pompującego house’u do potężnego techno, ale zawsze z charakterystyczną nutką tajemniczości i mroku.

ELEKTIKA LOVE

Londyn, Queen Of Hoxton, czwartek 14 lutego Elektika Playing to wyśmienita mieszanka deep i tec house’u, future bassu. Poczujcie basową miłość. Na imprezie zagrają m.in. Dove Bombsoda (Via Notte/Elektika), Matt Banga (Ministry of Sound/ Elektika), TJ Hook-A (Elektika), Sevenbreads (Elektika Milan), DJ Sebastian Flow.

14


INTERNATIONAL DAY OFF: OLD FRIEND FROM COCOON 2: FRANK LORBER, JACEK SIENKIEWICZ

Poznań, 8 Bitów, sobota 16 lutego

FRANK LORBER – pochodzący z Frankfurtu dj, producent i jeden z pierwszych artystów współpracujących z legendarnym już dziś Cocoon Recordings. Frank zaczął grać w wieku 16 lat, zaś sławę zdobył na początku lat 90, jako rezydent legendarnego klubu Omen, bez wątpienia stał się integralną częścią frankfurckiej sceny muzycznej w przeciągu ostatnich 20 lat. Wierny płytom winylowym Frank jest obdarzony nieprawdopodobną techniką i umiejętnością konstruowania setów. Od połowy lat 90 tworzy własne produkcje często we współpracy z takimi weteranami sceny jak Anthony Rother, Johannes Heil, Pascal F.E.O.S. czy Toni Rios. JACEK SIENKIEWICZ aka RECOGNITION – jeden z najważniejszych artystów na polskiej scenie muzyki elektronicznej ostatniej dekady, znakomicie rozpoznawany również na światowej scenie, gdzie występował na większości najbardziej prestiżowych wydarzeń muzycznych. Właściciel Recognition Records.

SOAP&SKIN + Ensemble Kraków, Studio, piątek 22 lutego

Anja nazywana jest cudownym dzieckiem muzyki i porównywana jest do takich artystów jak Nico, Björk, Kate Bush, PJ Harvey czy też Johna Cale’a. Swoją debiutancką płytę „Lovetune For Vacuum” wydała mając 17 lat. Album podbił serca i uszy fanów alternatywy otrzymując również doskonałe recenzje krytyków muzycznych. Tym razem artystka promować będzie swoje ostatnie dzieło - album „Narrow”, który uważa się za najlepszy album na awangardowej scenie 2012 roku. Płyta oparta jest na pianinie i minimalistycznej elektronice. Muzyka okraszona jest niesprecyzowanym niepokojem liryki śpiewanej krystalicznym głosem Anji, o starannie zaplanowanej palecie emocji. Te miniaturowe dźwiękowe poematy imponują rozważnym użyciem skromnych środków, składających się na oryginalną i spójną całość.

BRODKA I PAULA&KAROL TOUR Warszawa, Palladium, piątek 1 marca Gdańsk, Parlament, sobota 2 marca Łódź, Wytwórnia, niedziela 3 marca

Po wyprzedanej trasie Brodki wraz z zespołem Paula&Karol zimą 2012, oba bandy wyruszają w dalszą drogę. Trasa promuje najświeższe wydawnictwo Brodki EP “LAX”, a także ostatnią płytę Pauli i Karola “WHOLE AGAIN”. Artyści znają się, lubią i szanują wzajemnie, w naturalny sposób postanowili połączyć siły i wreszcie pograć razem. Możecie spodziewać się totalnej koncertowej energii i spektakularnych finałów.

15


Lech Majewski „Blood of the poet” (2006)

Lech Majewski: TELEMACH Toruń, CSW Znaki Czasu, 25 stycznia – 11 marca

Bez większych dyskusji, Lech Majewski jest jednym z wybitniejszych współczesnych filmowców polskiego pochodzenia. Piszę „polskiego pochodzenia”, bo ostatnio tworzy on i przebywa głównie za granicą naszego uroczego państwa. Na tej wystawie, oprócz cyfrowych szkiców do jego ostatniego dzieła „Młyn i Krzyż” z kolekcji toruńskiego CSW, będzie można zobaczyć multimedialną instalację „Krew Poety”. Cykl ten składa się z 33 niezależnych projekcji, tworzących jedną, wielowątkową opowieść. Jak to u Majewskiego, dużo w niej odwołań do europejskiego klasycznego malarstwa. Na pewno warto to zobaczyć, aż chce się powiedzieć – dobre, bo polskie!

18


Tomasz Niewiadomski: BLUE

Tomek Niewiadomski „BLUE” (2012)

Kraków, Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, 23 stycznia – 3 marca Tytuł projektu „Blue” w kontekście prac zamieszczonych na wystawie przywodzi skojarzenia z kultowym filmem „Wielki Błękit” Luca Bessona. Niewiadomski fotografuje wodę. Możemy obejrzeć zestawienia fotografii nad/i podwodnych. Tytuł „Blue” trochę oszukuje – fotografie te są wykonane w analogowej technice platinium/palladium. Praca o błękicie, którego nie ma. Ale nie mamy poczucia braku, bo fotograf prezentuje nam swoją autorską czarno-białą wersję morskiego lub szerzej – wodnego – błękitu. Dla tych, co w Krakowie, wystawa to obowiązkowy punkt na kulturalnej mapie.

Ondřej Přibyl & Philip Topolovac: Modely světa (Modele świata)

Warszawa, Galeria Starter, 30 stycznia – 24 lutego Typowo fotograficzny projekt w Galerii Starter. Tytułowe „Modele świata” to fotografie przedmiotów, które kiedyś pełniły jakąś określoną funkcję, dziś trudną do odgadnięcia. W przypadku Philipa Topolovaca są to elementy szybów wentylacyjnych, które wyrwane ze swojego pierwotnego kontekstu wyglądają jak architektoniczne modele futurystycznych miast. Z kolei fotografie Ondreja Pribyla skupiają się na pamięci, pokazują moment przemijania miasta, jego odejścia i wspominania. Oba projekty pytają nas o miasto istniejące tu i teraz – i o to, co pozostanie po nas w przyszłości.

Philip Topolovac „Airshaft”

19


Oskar Dawicki: Performer

Poznań, Galeria Art Stations, 18 styczeń – 5 maja O wystawie warto napisać chociażby z tego punktu, że rzadko urządza się w naszym kraju tak duże wystawy retrospektywne żyjącym i stosunkowo młodym artystom, a Dawicki to przecież rocznik 1971 i jeszcze żyje. Co w tej wystawie urzeka? Autotematyzm i narcyzm głównego bohatera tego przedsięwzięcia. Oskar Dawicki reżyseruje filmy, w których sam występuje odgrywając w nich główną rolę. To raczej materiał dla psychoanalityka niż dla krytyka sztuki. Dawicki po gombrowiczowsku mógłby napisać w swoim dzienniku JA, JA, JA i jeszcze raz JA. A przy tej wystawie dodałby „i jeszcze kilku artystów”. Bo co tu dużo kryć, najciekawsze na wystawie wydają się być prace autorstwa innych niż Dawicki artystów – można obejrzeć piękną pracę Vanessy Beercroft, interesujący autoportret Jacka Malczewskiego, ciekawe przekrojowe zestawienie autoportretów Romana Opałki, a wszystko to z kolekcji Grażyny Kulczyk (love Grażyna). No i oczywiście projekty nagrobków, które artyści zaprzyjaźnieni z Dawickim zaprojektowali sami sobie (chociaż Sasnal się nie popisał). W każdym bądź razie bez względu na powód wystawę warto zobaczyć, żeby wyrobić sobie własne zdanie na jej temat, no i wstęp jest za darmo. A jeśli się nie spodoba – cóż, zawsze zostają zakupy w Starym Browarze!

Oskar Dawicki „Portret człowieka, który sprzedał kamień nerkowy swojego ojca” (2010) fot. dzięki uprzejmości galerii Raster

Jaka sztuka dziś, taka Polska jutro

Wystawa prac z kolekcji Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie Warszawa, Pałac Prezydencki, 26 stycznia – 21 kwietnia Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie wciąż gnieździ się w tymczasowej siedzibie. Konkurs na jego gmach został unieważniony. Budynek po pawilonie meblowym Emilia, oddany w dzierżawę Muzeum, został sprzedany prywatnemu deweloperowi, który chce wypowiedzieć Muzeum umowę najmu. W tej sytuacji, można by rzec, że Muzeum organizuje wystawę prac ze swojej kolekcji w jedynym dostępnym miejscu, na dodatek łaskawie mu zaproponowanym przez władze. Wystawa sama w sobie zapowiada się ciekawie – prace Aliny Szapocznikow, Wilhelma Sasnala, Pawła Althamera, Artura Żmijewskiego i Piotra Uklańskiego. Niestety, żeby nie było tak różowo (choć różowo wcale nie jest), wystawa jest czynna tylko w niektóre niedziele, w godzinach 11-16. Pamiętajcie o niej podczas niedzielnych spacerów Krakowskim Przedmieściem. Może akurat uda się Wam ją zobaczyć.

20

Piotr Uklański, bez tytułu, 2004


Tomasz Mróz „Kolonia Comming Soon” (2011)

Tomasz Mróz: Bóg się mamo nie pomylił Gdańsk, Galeria Miejska 1, 19 stycznia – 21 lutego 2013

Ciężko napisać coś o wystawie Tomasza Mroza, jeśli się nie widziało jej na żywo (redakcja jak na razie nie widziała). W każdym bądź razie ten artysta tworzy instalacje anektując i wchodząc w dialog z całą przestrzenią przyznanej mu powierzchni galeryjnej. Tym razem w jego obecnej wystawie główną rolę odgrywa małpolud. Stach Szabłowski w tekście towarzyszącym wystawie twierdzi, że mieści się on w dwóch porządkach – jest jednocześnie punktem wyjścia do cywilizacji człowieka, jak i również, w wyniku degeneracji tej cywilizacji, może być jej punktem zejścia. Mróz, gdyby żył i pracował poza Polską, pewnie zrobiłby błyskawiczną światową karierę. A z tego, co na razie redakcji wiadomo, mieszka w Polsce i prawdopodobnie klepie biedę. Zobaczcie tę wystawę. Może artysta dostaje procent od biletów.

21


BUT I'M AFRAID. WHAT'LL MY PARENTS SAY

ZDJĘCIA: Bartek Wieczorek/LAF-AM REKWIZYTY: Dorota Boruń MODELE: Pat/Modelplus, Grzegorz, Mariusz Podziekowania dla Studio Tęcza studiotecza.com


TRANS


SGENDER


TEKST: Magdalena Kołba ILUSTRACJA: Dorota Dudzik

Od kiedy w 1955 roku seksuolog John Money odróżnił płeć biologiczną (sex) od kulturowej/społecznej (gender), pojawiło się wiele koncepcji uniezależniających jedno od drugiego. Ruchy feministyczne w latach 70 zaczęły mówić o gender, jako o sposobie manipulacji kobietami – przez wpojone im w procesie wychowania role społeczne i modele zachowań, stawały się one biernymi i podporządkowanymi mężczyznom członkami społeczeństwa. Pojęcie na temat tego co kobiece, a co męskie uległo przemianie. Judith Butler wprowadziła natomiast model matrycy h et e r o s e k s u a l n e j ( p łeć b i o l o gi c zn a kształtuje płeć kulturową, która z kolei ustanawia heteroseksualne pożądanie płciowe) jako podstawy heteronormatywności współczesnych społeczeństw. Jednostki, które nie wpisują się w matrycę, nie są typowo kobiece, lub typowo męskie, stają się wykluczone (queer). W modelu opisanym przez Butler nie ma miejsca na osoby homoseksualne, transseksualne, aseksualne, czy transpłciowe. Ci, którzy nie są jednoznacznie kobietami, czy mężczyznami (czyli nie realizują wszystkich trzech filarów matrycy), zdaniem społeczeństwa przestają w ogóle mieć płeć. Ich seksualność i tożsamość płciowa stają się w oczach otoczenia pewnym odbieganiem od normy, czymś niepoprawnym, niepokojącym. Poziom, w jakim odmienność tożsamości płciowej od płci biologicznej

jest akceptowana, różni się w znacznym stopniu w zależności od społeczności, którą bierzemy pod uwagę. Nietrudno zauważyć, że jednostki, które nie identyfikują się ani z tożsamością kobiecą, ani męską spychane są na margines społeczeństwa. Wciąż obecny jest dyskurs identyfikujący transgenderyzm z chorobą, zaburzeniem, grzechem, niewłaściwością. Dalecy jesteśmy od zaakceptowania prostego faktu, że tożsamość płciowa nie zawsze musi iść w parze z naszym „rodzajem wrodzonym”, że transseksualizm, transgenderyzm, transwestytyzm, istniały i istnieć będą zawsze, ale nie są tym samym zjawiskiem. Co więcej, a to już przechodzi ludzkie pojęcie, osoba trans niekoniecznie musi mieć orientację homo. Wpajany nam od niemal zawsze skończony podział na dwie płcie jest podziałem ograniczającym i krzywdzącym dla złożoności ludzkiej natury. Nie jest on jednak podziałem naturalnym – świadczą o tym chociażby przykłady społeczeństw, w których osoby o tożsamości płciowej innej niż kobieca czy męska mają swoje miejsce i niekoniecznie traktowane są jak niebezpieczne kurioza. Najbardziej chyba znane, zarówno badaczom, jak i szerszej publiczności, są te z Azji Południowej i Południowo Wschodniej. Ladyboys, czy właściwie kathoey to biologiczni mężczyźni, którzy identyfikują się z kulturową rolą kobiet z Tajlandii i Laosu. W tajskim znajdziemy też na nich takie określenia jak: „drugi rodzaj kobiet”, czy „trzecia płeć”.

42

Pracują tam, gdzie tajskie kobiety, czyli głównie w sklepach, salonach piękności, restauracjach, fabrykach. Wiele z nich znajduje też zatrudnienie w przemyśle rozrywkowym i seksualnym, związanym z bardzo rozwiniętą w Tajlandii seks-turystyką. Ladyboys walczą też w zawodach tajskiego boksu, Muay Thai, występując przeciwko mężczyznom i często pokonują ich dzięki zwinności i „kobiecemu” sprytowi. Są obecni w mediach – jako gwiazdy filmu, piosenki, czy modelingu. Obecność kathoey w codziennych sytuacjach na tajskich ulicach nikogo nie dziwi, stanowią oni naturalny nieodłączny element społeczeństwa. Nie znaczy to jednak, że nie istnieje w nim dyskryminacja osób transpłciowych. W Tajlandii funkcjonuje wierzenie, że bycie kathoey spowodowane jest grzechem w poprzednim życiu i jego obecna tożsamość jest swego rodzaju karą za występki. Powoduje to, że traktuje się ich ze współczuciem, ale i z wyższością. Zgodnie z tajskim prawem, kathoey (a nawet transseksualistki po operacji zmiany płci) funkcjonują jako mężczyźni, więc gdy na przykład popełnią przestępstwo, lądują w męskim więzieniu. Prawo do oddzielnego statusu prawnego, a więc wpisania w dowód płci innej niż męska lub damska, mają za to hijra, transgenderowe osoby, zamieszkujące Indie, Pakistan i Bangladesz. Od 2005 roku w swoich wnioskach paszportowych mogą oznaczyć się jako „E” – od eunuch – osoby właściwie bezpłciowe.


Zdaniem działaczy na rzecz praw hijra jest to jednak i tak krok naprzód.

południowomeksykańskich miast zobaczyć możemy muxe w kolorowych sukniach.

O fellatio wykonanym przez hijra pisze już Kamasutra. Przedstawiciele „tritiya prakiti” – trzeciej płci – są obecni w hinduskim społeczeństwie od czasów starożytnych. Tradycyjnie pełnią ważną rolę w kulcie niektórych hinduistycznych bogów. W czasie rządów Brytyjczyków spotkali się oni jednak z dyskryminacją i ściganiem w imię moralności, co charakterystyczne dla przedstawicieli światłego Zachodu.

Ciekawa jest kwestia seksualności muxe. Mężczyzna spotykający się z muxe, zdaniem społeczności nie jest gejem, nawet, kiedy t ech n icz n ie upraw ia s e ks z i n n ym mężczyzną. Niektóre z nich zakładają rodziny i pełnią rolę ojca swoich dzieci. Muxe nie spotyka się jednak z inną muxe.

Muxe – to z kolei nazwa trzeciej płci w kulturze Zapoteków, czyli rdzennych mieszkańców Meksyku. Grupa ta zamieszkuje południowe tereny tego kraju, używa języka zapotek, kultywuje dawne zwyczaje i modele społeczne, jeszcze sprzed przybycia Hiszpanów na ich ziemie. Rodziny często cieszą się, że syn rodzi się muxe – oznacza to, że prawdopodobnie nie założy swojej rodziny i będzie wspierał rodziców swoją pracą. Zdaniem niektórych badaczy kobiety są bardziej cenione w społeczeństwie Zapoteków, niż mężczyźni. Dlatego zdarza się, że rodziny podają małym jeszcze synkom żeńskie hormony i wychowują go na muxe. Mimo tego, do niedawna nie mogły one otwarcie manifestować swojej tożsamości – na co dzień musiały ubierać się jak mężczyźni. Od lat 70 XX wieku zaczęły działać grupy, walczące o prawa muxe i od tego czasu, dzięki ich działalności, na ulicach

U rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej, niejasna tożsamość płciowa jest czasami powodem do pozazdroszczenia. Nie-kobiety i nie-mężczyzn nazywa się tam mianem two-spirit, osoby o dwóch duszach – męskiej i żeńskiej. Mogą być to biologiczne kobiety lub biologiczni mężczyźni. W zależności od konkretnej grupy Indian osoby takie pełnią różne role. Mogą być uzdrowicielami, przekazicielami tradycyjnych pieśni i opowieści, swatami, przepowiadać przyszłość, nadawać imiona członkom grupy. U Oglala Lakota obecność osoby o dwóch duszach konieczna jest do odtańczenia Tańca Słońca, ważnego dla życia duchowego grupy. Seksualność two-spirit nie jest jednoznaczna, podobnie jak u muxe. Biologiczne kobiety zwykle żyją z innymi kobietami, biologiczni mężczyźni mogą być mężami i ojcami, lub kolejnymi żonami mężczyzny. Szczególnie, kiedy na barki żon spada dużo fizycznej pracy – kobieta w ciele mężczyzny jest silniejsza, więc wykona jej więcej. Relacja między mężczyzną/kobietą,

43

a osobą two-spirit nie jest traktowana jako homoseksualna, a bardziej heterogenderowa (hetero-gender). Wiąże się to ze sposobem postrzegania płci u Indian Ameryki Północnej – nie decyduje się o niej na podstawie narządów płciowych dziecka, a raczej obserwując, które aktywności bardziej mu odpowiadają – te kulturowo męskie, czy kulturowo kobiece. Dużym poważaniem społecznym cieszą się też osoby należące do trzeciej płci na wyspach Pacyfiku – fa’afafine na Samoa, mahu na Hawajach, czy fakaleiti na Tonga. Dziewice Kanunu (sworn virgins) w Albanii i Serbii to biologiczne kobiety, które funkcjonują w społeczeństwie na prawach mężczyzn i pełnią ich role. Lista miejsc i społeczności, w których transgenderyzm ma swoje dobrze ugruntowane miejsce na tych kilku wymienionych się nie kończy. Czasem, osoby transgenderowe mają u społeczeństwa duży szacunek, czasem są dyskryminowane, mało kto jednak neguje ich tożsamość płciową. Podział na płeć kulturową i społeczną w niektórych społecznościach wydaje się bardziej naturalny, niż w kręgu kultury Zachodu i my możemy mieć tylko nadzieję, że kiedyś wyjdziemy z heteronormatywnego modelu myślenia i znajdzie się w społeczeństwie miejsce dla tych, którzy nie do końca się w niego wpisują.


FILM


Nieznajomy w Paryżu TEKST: Jakub Mróz

„Nieznajomy w Paryżu” to filmowa realizacja pięknego gejowskiego snu. Claude (Yann de Monterno) wraca nad ranem do swojego mieszkania w Paryżu. Tuż przed wejściem zauważa, że na chodniku leży nieprzytomny anioł Brad (25-letni Francuz portugalskiego pochodzenia Kevin Miranda – choćby dla niego warto ten film zobaczyć). Claude zabiera Brada do domu, kładzie go w swoim łóżku, a sam zasypia na kanapie. Brad budzi się pierwszy. Nie wie, gdzie jest. Wchodzi do salonu i dostrzega śpiącego mężczyznę. Delikatnie zsuwa z niego kołdrę i zaczyna lizać jego członka… Jeśli „Nieznajomy w Paryżu” to cudowny sen, to pobudka Clauda jest najpiękniejszym powrotem do rzeczywistości. Sen jednak trwa dalej. Brad zostaje na śniadanie. Potem razem zwiedzają Paryż, spędzają wspólnie kolejne noce i dni. Wszystko dzieje się jak w bajce poza tym, że Brad-anioł ma swoje tajemnice. Unika ludzi, czasami musi odebrać jakiś telefon, od czasu do czasu znika i nie ma z nim kontaktu… „Nieznajomy w Paryżu” to kino zrealizowane przez niezależnego reżysera z USA Todda Verowa. Trochę przypomina zderzenie kultury francuskiej i amerykańskiej przedstawione w filmie „2 dni w Paryżu”. „Nieznajomy…” to jednak obraz typowo gejowski, stworzony przez homoseksualnych twórców, koncentrujący się na męskim ciele i na emocjach między facetami. Czyli to, co lubimy najbardziej. Film „Nieznajomy w Paryżu” (Bad boy Street), USA/Francja, 2012 można zobaczyć w serwisie OutFilm.pl od 26 lutego.

46


47


TEKST: Maciej Majzner ILUSTRACJA: Mateusz Suda

Polska to kraj nienawiści, szablonowego pojmowania zbyt wielu kwestii, uprzedzeń, obrażania i zamknięcia na wszystko co nowe. Generalizowanie jest złe, ale myśląc Prawdziwy Polak, tak właśnie myślę... Pewnie na całym świecie jest masa ludzi szufladkujących wszystko i wszystkich, ale w Polsce ma to momentami wręcz absurdalny wymiar. Czarni, Żydzi, Ruscy, a szczególnie pedały to po prostu zło. Bo prawdziwy Polak jest męski, przeciętny, nie wie co to moda, trendy i ma to w dupie. A jeśli facet wygląda choć trochę modnie to znaczy, że pedał. I tu pojawia się wizerunek Polskiego celebryty – niekoniecznie geja. W massmediach nadal królują prawdziwi Polacy, są jednak wyjątki – faceci związani z modą. Nie myślę o facetach, którzy modą, być może się interesują, ale praca w telewizji wiąże się z tym, że ubiera ich stylista, a więc to jak wyglądają oparte jest głównie na wiedzy i umiejętnościach stylisty właśnie. Myślę o facetach, którzy modą się naprawdę interesują, a co za tym idzie, w branży mody pracują. I ci faceci, czy są gejami, czy nie, kreują w mediach wizerunek Polskiego geja, bo przecież dla prawdziwego Polaka moda, to branża, w której pracują sami geje, a właściwie pedały. Z pewnością każdy w Polsce słyszał o Tomaszu Jacykowie. Stylista, postać medialna. Wykreował się bardzo ciekawie. Cała postać na pewno jest „jakaś”. To, co mówi, jak mówi i jak jest opakowany, mówiąc to, stanowi spójną całość i na pewno nie jest nijakie. Jacykowa się kocha, albo nienawidzi. Polki, które nie wiedzą jak dobrze wyglądać nago, panie oglądające programy śniadaniowe i pewnie bardzo wiele innych osób go uwielbiają. Faceci, ci interesujący się samochodami, nienawidzą i wyśmiewają, że pedał, jak on wygląda. Jacyków pewnie jest z tego zadowolony, bo sądząc po tym jak się wykreował, na pewno nie lubi bylejakości, a wręcz uwielbia być “jakiś”, lubi być “Tym Jacykowem”, o którym każdy w Polsce słyszał i to niekoniecznie

w związku z tym, co zrobił zawodowo, ale bardziej w związku z tym właśnie co dosadnie powiedział, ubrany w firmowe lub nie, ubrania. Ale kreację na pewno można uznać za udaną, skoro wiele osób o tym mówi. Jednak “ten pedał” Jacyków wpływa na ogólny odbiór przez ludzi polskiego pedała, a raczej geja. Jakiś czas temu wiele sensacji wzbudzili Woli&Tysio będący czasem na pokładzie, a czasem pod. Polski fotograf, naprawdę robiący karierę za granicą – Marcin Tyszka i jeden z czołowych projektantów w kraju – Dawid Woliński. Po sukcesie Top Model, w którym, wtedy jeszcze Tyszka i Woliński, jako autorytety w świecie mody, zasiedli w fotelach jurorów, przyszedł czas na program autorski. Przyszedł czas na Woli&Tysio. I to wzbudziło mnóstwo kontrowersji. Panowie przyćmili Jacykowa, gdy biegali w kombinezonach moro i sprzątali kupy w ZOO, a nawet przyszli w tych kombinezonach na pokaz mody. O programie mówili wszyscy, każdy widział choć jeden odcinek, by zobaczyć jak piękni, ubrani w markowe ciuchy panowie, bawią się w przeróżne zabawy, nie przebierając przy tym w słowach i seksistowskich żartach. Ludzie z branży mody zastanawiali się o co chodzi, po co to robią, a ludzie spoza branży zapomnieli o tym jaką wiedzę i dorobek mają Woliński i Tyszka, a widzieli tylko Woli&Tysio. Ktoś, kto nie zna Panów prywatnie, nie wiedział, czy to żart czy serio. Czy to kreacja, bo panowie mają ochotę zrobić show, pobawić się i wymyślili taką właśnie formę, czy bawią się tak naprawdę. Czy nagle, po programie, w którym widać było ich wiedzę i pasję do mody, oszaleli i postanowili pokazać jaką branżą jest moda, że to czasami wręcz „gówniana” robota, dlatego posprzątają końskie gówna. Woliński i Tyszka stali się Woli&Tysio też w sytuacjach stricte związanych ze światem mody, w przebraniach pojawiali się na pokazie mody, więc nie była to kreacja na potrzeby wyłącznie show telewizyjnego. Mówił o tym każdy, czyli kreacja udana.

48

Z tym, że mnóstwo ludzi mówiło: te pedały Woli&Tysio. I znowu miało to wpływ na to jak Polacy patrzą na gejów. Telewizja to show, a postaci pojawiające się w niej, są w różnym stopniu wykreowane. Jak bardzo ktoś się wykreuje, tak zostanie odebrany. Prywatnie może być zupełnie inną osobą. W telewizji, może grać, może podkoloryzowywać, może po prostu bawić się swoim wizerunkiem. Jeśli w przypadku Tomasza Jacykowa kreacja jest już chyba prawdą, tak w przypadku Wolińskiego i Tyszki, postać, jaką był Woli&Tysio to po prostu zabawa. Panowie mieli ochotę poszaleć. Jednak zarówno Jacyków, jak i Woliński i Tyszka, a bardziej Woli&Tysio wpłynęli na wizerunek faceta, pracującego w branży mody. I nie był to dobry wpływ. Ludzie zapominają o tym, że telewizja to właśnie, w najmniejszym chociaż stopniu, kreacja. Mnóstwo ludzi odbiera telewizję w 100% serio i dodatkowo szufladkuje daną osobę, aktora, jako postać, z którą go kojarzy, a często nawet szufladkuje całą grupę ludzi. I tak, facet związany z branżą mody, wykreowany naprawdę, czy na potrzeby show, jest odbierany nie jako gej, ale jako pedał. Postać (użyte jako rola) Tomasza Jacykowa czy Woli&Tysio wykreowała wizerunek pedała wystylizowanego, wymuskanego, przerysowanego, do tego nieprzebierającego w słowa, wyśmiewającego, mówiącego na forum o seksie. A czy tak naprawdę każdy facet przejawiający te cechy jest gejem? Czy heteryk nie może przejawiać tych cech? Czy to prawda, czy kreacja? “Pedały z telewizji”, czy są gejami, czy nie, nie zmienią poglądów społeczeństwa. Kto jest zamknięty i myśli szablonowo, szufladkuje, utwierdził się w przekonaniu, że branża mody, to branża pedałów. Reszta może miała okazję pobawić się z postacią Woli&Tysio, by po programie, nadal robić swoje, robić to dobrze i być sobą, jak Woliński i Tyszka.


49


Piotr Szpilski “Hole” 2013


KINKY SO WHAT .tumblr.com


Z Kinky SO WHAT rozmawiał Paweł Żukowski Paweł Żukowski: Czy możesz powiedzieć naszym czytelnikom parę słów o sobie? Kim jesteś, gdzie żyjesz, czym się zajmujesz w codziennym życiu? Kinky SO WHAT: Urodziłem się

w Buenos Aires w 1988. Wiele lat żyłem poza Argentyną i obecnie mieszkam w Hiszpanii, robię doktorat z ekonomii, ale przede wszystkim jestem pochłonięty moją głęboką obsesją na punkcie fotografii, zwłaszcza od czasu kiedy kilka lat temu rozpocząłem pracę nad projektem „Kinky SO WHAT”, który narodził się po dyskusji ze znajomymi o tym jakie znaczenia noszą w sobie słowa „perwersja”, „perwersyjność”. Ż: Dlaczego mówisz o sobie “najnudniejsza

osoba jaką kiedykolwiek poznałeś”? Czy to prowokacja? K: Tak, sądzę, że to jest prowokacja. Zacząłem równocześnie używać pseudonimu Kinky SO WHAT i tego określenia, co rodzi pytania: co jest perwersyjne? jak perwersyjne? co jest nudne? jak nudne? Ż: Czy jesteś mocno wciągnięty

w fotografię jako sztukę, czy tylko “strzelasz fotki”? K: Jestem mocno pochłonięty fotografią. Ale dopiero kiedy znalazłem zakurzony aparat Nikon z lat 80 na prawdę zakochałem się w całym procesie powstawania fotografii. W wybieraniu obiektu, poznawaniu go i czynieniu go częścią mojej własnej pracy. Ż: Czy inspirujesz się pracami innych

fotografów?

K: Moje inspiracje pochodzą z różnych źródeł. Inspiruje mnie Garry Winogrand i jego kobiety, poczucie wolności Roberta Franka, Andy Warhol i jego New York z lat 60, Roberta Mapplethorpe’a podejście do muskularnego ciała. Inspirują mnie także inni fotografowie, których prace poznaję przez Tumblr, np. Eiki Mori i jego sposób patrzenia na japońskich mężczyzn. Ż: Czy myślisz o swoich pracach

jako o “hipsterskich”, albo gejartowych? K: Na prawdę nie wiem jak określiłbym swoje prace, gdybym został do tego zmuszony. Myślę, że moje prace to mieszanka wielu różnych elementów, które ciągle przetwarzam. Te elementy to tatuaże, włosy, piękno krzywizn, krągłości ciała, prostota. Ż: Kim są modele, których możemy

zobaczyć na prezentowanych w naszym magazynie pracach? Jak opiszesz łączące was relacje? K: Wszyscy modele to atrakcyjni chłopacy, którzy łączą w sobie wymienione przeze mnie wcześniej elementy i chcieli współuczestniczyć w realizacji projektu Kinky SO WHAT. Każdego z nich poznałem inaczej i przypadkowo. Mówiłem Ci, że lubię dokładnie poznać „obiekty”, które fotografuję, dlatego moje relacje z modelami są złożone, wielopoziomowe. To mogą być wspólne rozmowy o filozofii Warhola, czy wspominki o Mapplethorpe przy filiżance herbaty. Ale może to być także popołudnie z aparatem z lat 80, z dosadnością, krągłościami, prostotą i nagimi sutkami. Urocze popołudnie, nieprawdaż?

80

Ż: Owłosieni faceci z brodami...

czy to twój typ urody? K: Uwielbiam owłosionych chłopaków. Kocham brody. Kto ich nie kocha? Nie powiedziałbym od razu, że to „mój typ”, ale mam nieznośną tendencję do poznawania właśnie tych owłosionych i to do poznawania ich w bardzo nieortodoksyjnych pozycjach. Ż: Jeśli chodzi o mężczyzn, to co Cię najbardziej w nich podnieca? K: Zacytuję fragment filmu w reżyserii Adolfo Aristaraina “Martin”: Nie pociąga mnie dobra dupa, gruby kutas... dobrze, bądźmy szczerzy, obie te rzeczy strasznie mnie pociągają. Uwielbiam je. Ale one nie są w stanie mnie uwieść. Uwodzi mnie umysł, inteligencja. Lubię ciała, które pokazują, że jest w nich osobowość warta poznania. Umysł wart poznania, posiadania, zdominowania, podziwiania. Kocham się z umysłem. Prawdziwa przyjemność kryje się w pieprzeniu się z umysłem”. Ż: A co Cię odrzuca? K: Brzydkie umysły. I ogolone ciało. I ludzie, którzy wyglądają nienaturalnie. I mężczyźni po 40. Żartuję. Uwielbiam facetów po 40. Ż: Kiedy możemy spodziewać się jakichś

nowości na Twoim Tumblrze? K: Ostatnio byłem strasznie zajęty, ale cały czas pracuję nad nową serią zdjęć, która będzie opublikowana już wkrótce. Dużo włosów, krągłości i brokatu.


Available Only at Macy’s and macys.com


SPODNIE

WIOSNA/LATO 2013 TEKST: Jakub Konrad Szewczyk Choć aura typowo zimowa i bliżej nam na Syberię niż do wyczekiwanych wiosennych klimatów, to moda nie śpi. Najwyższy czas zacząć kompletować garderobę na sezon wiosna 2013! Wszystkie uznane marki dawno już zdążyły przedstawić swoje propozycje kolekcji na ten sezon – jest więc z czego wybierać. Zacznijmy od podstaw. I to dość zdradzieckich: spodnie. (Redakcja doradza nie wychodzić bez nich z domu). Wydawać się może, że w kwestii ich wyboru powinno być łatwo. Ale z praktyki wiadomo - okazuje się to nader wyczerpujące zajęcie. Jeśli chodzi o fason, nie należy ślepo kopiować tego

co widać na wybiegach i przyjąć jedną zasadę – spodnie leżą dobrze jeśli sam obejrzałbyś się na ulicy za swoim tyłkiem. W tym sezonie z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie – od luźnych jerseyowych spodni szalonej ikony Wielkiej Brytanii – Vivienne Westwood, przez klasyczne Country Ralpha Laurena do fantastycznych kraciastych Unconditionali, które przewrotnie łączą tradycyjne materiały i precyzję londyńskich krawców z odrobiną „luzu w kroku”. Z dziesiątek modeli wybraliśmy dwunastkę faworytów sezonu.

PAUL SMITH – NAVY FLORAL PRINT TROUSERS

BELSTAFF – TELFORD SLIM-FIT LEATHER BIKER TROUSERS najwyższa jakość wykonania, najlepsze skóry i detale, których nie można pomylić z żadną inną marką

BEAMS PLUS – CAMOUFLAGE-PRINT COTTON TROUSERS

subtelność i nienachalność dość trudnego w noszeniu kwiatowego wzoru

moro dalej jest na topie

PS BY PAUL SMITH – STRAIGHT-LEG COTTON TROUSERS

VIVIENNE WESTWOOD – SWEAT TROUSERS WITH CROWN PRINT

pastelowy róż w prostej formie – tylko dla prawdziwych twardzieli

połączenie jej ikonicznego emblematu z nonszalancją szarego jerseyu

JACK & JONES – VINTAGE DALE TWISTED CHINOS prostota połączona z krojem tworzącym świetne proporcje sylwetki

84


POLO RALPH LAUREN – COUNTRY CORDUROY PANTS bo klasyka sprawdza się zawsze i w każdej okazji

HORACE – TROUSERS WITH ALL OVER PRINT wspaniały autorski print i ciekawa wygodna konstrukcja

J.CREW – 484 SLIM-FIT SELVEDGE DENIM JEANS jasny, kremowy kolor i perfekcyjnie dobrane wykończenie

BROOKLYN WE GO HARD – TIMBA CHINOS nietuzinkowe wykorzystanie etnicznych motywów

UNCONDITIONAL – CHECKED TROUSERS szlachetność wełny i jedwabiu w świeżej formie

RIVER ISLAND – BLUE CONTRAST TURN UP CHINOS chinosy – one zawsze wyglądają świetnie, zarówno w mieście jak i nadmorskim kurorcie

85


Jobjoy – sklep z chłopcami TEKST: Marcin Pacho ILUSTRACJA: Mateusz Suda

Sponsoring wśród homoseksualistów był, jest i będzie. Sponsoring czyli co? Jeśli z jakichś przyczyn poszukiwalibyście przy pomocą Google frazy złożonej ze słów sponsoring i świat gejowski, jednym z pierwszych, jeśli nie pierwszym, wynikiem wyszukiwania byłaby informacja o tym, że pewna sieć hipermarketów zdecydowała się wyłożyć pieniądze na festiwal gejowski, rezygnując tym samym z partnerstwa z organizacją dobroczynną, którą wspierała od 10 lat. Mimo, że temat ma się nijak do istoty artykułu, wiele wskazuje na to, że to tylko pozory, te same, które świętują triumfy w świecie homoprzyjemności za pieniądze. Rola środowiska gejowskiego nieustannie zyskuje na znaczeniu i o dziwo również na prestiżu zyskuje samo określenie. Gej, to brzmi dumnie i niestety drogo. A taka fama zobowiązuje. Daliśmy wpędzić się w pułapkę – nie podobało się być ciotami i pedałami, zapachniało zachodnią wolnością i feerią przyjemności, jakie niczym ogon komety ciągną się w naszym polskim mniemaniu za każdym dumnym gejem. Zapachniało wszystkim, nie tylko miłośnikom aromaterapii socksami i rewolucja stała się faktem. Każdy pedał chciał i chce być „gejem”, tym lepszym, tym wyjątkowym, a to niestety kosztuje. Tylko co to znaczy w praktyce i skąd wziąć pieniądze na tę dumę i prestiż? W pierwszym odcinku czwartej, ostatniej serii amerykańskiego serialu „Glee”, jedna z jego bohaterek w rozmowie z niejakim Kurtem, czołową postacią serii, niedoszłym śpiewakiem na Broadwayu i zdeklarowanym gejem, stwierdza z ironią: „Myślałam, że wszyscy geje to ludzie sukcesu”, czym wprawia chłopaka w zakłopotanie. Bo być gejem i nie odnieść sukcesu to porażka druzgocąca również dla nas w Polsce. Całe szczęście nie musimy płakać, że nie udało nam się zawojować Nowego Jorku, wystarczy, że nie zdobędziemy dobrych ciuchów z Bershki, H&M czy Zary. Piszą nas tak jak nas widzą, skoro więc posiądziemy markowe ubrania, opinie o nas będą

zawsze pochlebne. Czy tylko tyle wystarczy w naszym kraju by być postrzeganym jak gej czyli, inaczej rzecz ujmując, homoseksualista sukcesu? Tylko tyle, czy aż tyle? Niestety odpowiedź nie jest jednoznaczna. Bo i o dumę trudno i o ciuchy tym bardziej, nie mówiąc już o pieniądzach na nocne kluby, w których wypada pokazać się raz na tydzień, czy wyjazdach nad błękitną wodę, gdzieś za granicą. Większości z niedoszłych gejów zachciewa się w pewnym wieku pójść na studia i poświęcać czas nauce, a tymczasem gejostwo puchnie na sklepowych wieszakach i czeka na swoich książąt, których na nie nie stać. Wtedy pojawią się oni, nie na białym rumaku, ale z koniem w dłoni, nie swoim, przynajmniej nie tak często jak podczas dojrzewania. To chłopcy ze sklepu z chłopcami, chłopcy z kokardą, na sprzedaż jak ciasto, do wynajęcia jak samochód. Szukają sponsora, prywatnych inwestorów, jak każdy szanujący się gej, bo prostytuują się tylko pedały. Jak wielu jest ich dookoła nas i jak wielu wśród nas jest ich klientów, tych – trzymając się baśniowej terminologii – dobrych wróży z czarodziejską różdżką? Tego nie wie nikt. Warto jednak próbować się tego dowiadywać, nie tylko po to, by zadośćuczynić statystyce, ale i by poznać rządzące tym procederem zasady. I ja spróbowałem wstąpić w ową krainę sponsoringu. To świat na poły przypominający imaginarium doktora Parnassusa, z przedziwnego filmu Terry’ego Gilliama, a na poły regał ze świeżym towarem, wypiętym do klienta kodem kreskowym. Wszystkie te kody są do siebie podobne, a mimo to wszystkie się różnią. 20/179/70/17, 19/182/65/20, 22/170/66/16 – właśnie jedną z takich kombinacji rozpoczyna się rozmowa w tym dziwnym świecie. Odpowiedzią na hasło są także liczby: 100, 200, 300, 1000. Spoglądając na tak skonstruowaną

86

wymianę informacji trudno odmówić racji tym, którzy z uporem maniaka powtarzają, że matematyka jest królową wszystkich nauk. Ale od początku. Jak wniknąłem do owej monarchii? Bramą stał się portal z anonsami. Na trzy zaaplikowane ogłoszenia, tylko podczas jednego wieczoru, do trzech skrzynek pocztowych złowiłem ponad 80 zgłoszeń, z tymi, jakżeby inaczej, cyframi, niczym kodem otwierającym sejf. Po dwóch dniach zgłoszeń na wszystkich kontach było już ponad 200. Z rozrzewnieniem wspominałem czasy, gdy skrzynki zapychały mi banki i firmy telekomunikacyjne – wiadomości od nich choć dość często, to jednak nie przychodziły w takim tempie jak te gejowskie matematyczne szarady. Zastanawiam się czy każdy uzyskałby podobny wynik i myślę nabierając pewności, że nie wystarczy tylko założyć fikcyjne konto pocztowe, sklecić parę słów i zaaplikować anons tym, którzy tylko na to czekają. Potrzebny jest pomysł i ja ten pomysł miałem, przynajmniej taką mam, nieco pyszną nadzieję. Nie wykorzystam go już nigdy więc z rozkoszą się nim podzielę, świadom, że się z nim rozstaję, bo chyba z chwilą publikacji tekstu straci na ważności. Za każdym z trzech razy byłem mężczyzną około 50 roku życia, elokwentnym, operującym trudnym słownictwem, zwracającym uwagę na przecinki, kropki i nie nadużywającym popularnych skrótów. Swoje ogłoszenie podpinałem pod oferty pracy, sugerując oczywiście między słowami, jaką pracę mam na myśli. Sugestie nie były wyrafinowane, bo nie o to chodziło. Celem takiego zabiegu była możliwość ominięcia regulaminu portalu i zamieszczenia postu ze sponsoringiem w tle w sekcji ogłoszeń zdominowanych przez oferty pracy sensu stricto. Przedział wiekowy zakreśliłem szeroko. Nie chcąc nikogo dyskryminować podkreśliłem, że jestem zainteresowany zarówno 16-latkami, jaki i tymi po 30.


87


Dodałem kilka ciepłych słów o swojej stabilnej sytuacji zawodowej i chwytliwy zwrot o tym, że „za dobrą pracę mogę dużo zapłacić, bo mam pieniądze i nie zamierzam z tego komfortu nie korzystać, zwłaszcza jeśli chodzi o zaspokajanie przyjemności.” I od razu zrobiło się w poście miło, bo hedonizm, to przecież jeden z ulubionych tematów naszych gejowskich dysput i westchnień. Zaprezentowałem się, jak się później okazało, bo nie było to moją intencją, jako pan własnego losu, zaradny, twardo stąpający po ziemi, rozsądny, męski, z grubym portfelem. W krótkich żołnierskich zdaniach zaznaczyłem, że o szczegółach poinformuję w prywatnej korespondencji. Jak na prawdziwego macho przystało w trakcie wymiany pierwszych maili z zainteresowanymi, wśród których byli zarówno 17-latkowie, jak i mężczyźni wieku 33 lat, uderzyłem też po męsku w stół, co odbiło się głośnym echem. Blatem, na którym spoczęła moja pięść było krótkie szorstkie zdanie o tym, że stawiam jeden, podstawowy, niezbywalny warunek, pięścią, która uderzała była jego treść, mówiąca o tym, że od zainteresowanych wymagam zdjęcia bez ubrania. Swoje żądanie podparłem przekonaniem, że jest ono jak najbardziej fair i nie powinno nikogo dziwić, biorąc pod uwagę charakter ogłoszenia. Wymuszałem umieszczanie na fotografiach kartek ze wskazanymi przeze mnie słowami. W mailu, który miał skłonić do wykonania zdjęć, ostentacyjnie zirytowany brakiem pewności co do tożsamości modela i związanym z tym dyskomfortem żegnałem się z rozmówcą, pisząc, że inwestując tak pokaźne kwoty nie podejmę gry w kłamstwa. Opatrzone wykrzyknikami zdanie kończyły słowa: żegnam i powodzenia. Efekt był natychmiastowy. Posypała się lawina maili. Okazało się, że pisanie o sponsoringu poprzez operowanie płytką metaforą pracy miało swój ciąg dalszy w korespondencji z moimi niedoszłymi „pracownikami”, którzy jeden po drugim tytułując mnie panem wyrażali zainteresowanie ofertą zatrudnienia, dopytując o jej warunki, wymagania i doświadczenie. Przyznam, że było to zabawne, nie tylko dla mnie, ale i dla nich, bo z wiadomości można było wywnioskować, że tak jak ja do nich, tak i oni do mnie puszczają tymi słowami oko i dają znak, że wiedzą o jaką pracę chodzi. Gdyby tylko wiedzieli, że mój żart sięga głębiej, a ja zacząłem się śmiać już o wiele wcześniej… Gra słów niesiona na licznych fotografiach penisów, obowiązkowo w erekcji, i wypiętych ogolonych pośladków była zabawna do czasu aż straciłem oddech. Na skrzynki poczęły spływać wiadomości hybrydy, w których skrupulatnie opracowane życiorysy zawodowe kandydatów, spisane drobną czcionką na czterech

stronach A4 były ilustrowane gołym tyłkiem i penisem sterczącym na tle łazienkowych kafelków. Ukończone szkoły, odbyte staże, lata spędzone na różnych stanowiskach wyglądały kuriozalnie na tle często pozbawionych twarzy fotografii delikwentów i danych osobowych, w których czołowe miejsce zajmowała długość członka, jeden raz wyrażona nawet w milimetrach, oczywiście dla lepszego wrażenia. Przecież trzycyfrowa liczba będzie zawsze prezentować się okazalej niż marna dwucyfrówka. Dziwaczny mariaż treści i wartości przybierał różne oblicza. Kandydaci chcieli podkreślić wszystko, i młodość i doświadczenie i wymiary i poczucie humoru. Powstał galimatias treści i znaczeń, który przerażał. Pracy u mnie poszukiwał zarówno „młody 22-latek”, a więc tak młody, że aż do kwadratu, jak i człowiek, który „szukał zarobku lub sponsora”, zaznaczając chyba nieświadomie fakt, że choć pozornie sponsoring i prostytucja to dwie różne sprawy, obie lądują w tym samym worku, choć nikt głośno się do tego nie przyzna. Inny delikwent proponując w swoim opatrzonym aktem entrée 2000 tysiące złotych za miesięczną współpracę zaznaczył od razu, że z uwagi na fakt, że będę „pierwszym, który w niego wejdzie” (w zależności od ogłoszenia akcentowałem zarówno swoją seksualną aktywność, jak i pasywność – jak szaleć, to szaleć!) nie może wziąć mniej niż 3000 złotych. Cenę rzeczonego „wianka” łatwo wyliczyć – ponownie kłania się królowa matematyka. Kandydat ów, zachowując dobre maniery (wszak starał się o pracę) dodał kurtuazyjne: „niestety muszę” i „jest mi przykro, ale muszę”, co w kontekście tego o czym pisał wyzwoliło we mnie salwę śmiechu. Byłem szczerze wzruszony jego postawą, która jak na kulturalnego młodzieńca przystało, świadczyła o jego głębokiej wierności szacunkowi dla samego siebie. Choćby chciał nie mógł wziąć za swój tyłek mniej, nie był w stanie sprzeniewierzyć się wyznawanej idei swojej wartości. Podobnego wzruszenia dostarczył mi mężczyzna, który deklarując swoją gotowość na podjęcie wyzwania jakie miał nadzieję znaleźć w moim łóżku z frasunkiem, ale i niebywałym rozsądkiem zaznaczył, że może przystać na nieformalną relację jedynie na dwa miesiące. Po tym czasie bowiem życzyłby sobie choćby umowy-zlecenia, gdyż ma nadzieje, że dzięki temu, zwiększy swoją zdolność kredytową. Inny z kolei, chyba jedyny, zyskał mój podziw swoją odwagą. Wysyłając zdjęcie zażądał w odpowiedzi mojego. Bezceremonialnie twierdził, że nie chce być kochankiem „pierwszego lepszego” lub „starego dziada”, podkreślając jednocześnie, że szef musi być miły i elokwentny. Cóż naprawdę starałem się taki być, na przyszłość postaram się

88

bardziej. Nauka nie pójdzie w las, mam nadzieję, że nie tylko w moim przypadku… Kwoty w jakich zamykały się wszystkie propozycje (do czasu zakończenia eksperymentu napłynęło do mnie ponad 500 ofert) nie przekraczały 4000 zł za miesiąc współpracy, w czasie którego mieliśmy spotykać się z częstotliwością około dwóch stosunków tygodniowo. Wynagrodzenie nie mogło być też niższe niż 1500 złotych, co parafrazując jeden z dialogów z „Misia” Stanisława Barei można by skwitować pełnymi uznania słowami: „słuszną linię ma nasza władza”, skoro można dziś zażyczyć sobie tak wiele. Wielokrotnie, między słowami, moi rozmówcy tłumaczyli swoją decyzje o poszukiwaniu sponsora trudną sytuacją finansową, zaraz potem wypytując czy np. lubię zabawy w stylu „dog training”, gdyż właśnie to sprawiłoby im frajdę. I nie wiem czy to z ich strony wyraz bezczelności żądać jednocześnie pieniędzy i przyjemności, czy może nieudolność w znalezieniu innego, niż seks za pieniądze, sposobu na wielki romans? Nie zawsze było łatwo zdobyć akty przyszłych pracowników. Jednak twarde żądanie spełnienia tego warunku w każdym przypadku, prędzej czy później, odnosiło skutek. Niektórym wystarczyło dla zachęty wysłać „własne” zdjęcie, pożyczone z internetu. I nie przeszkadzał im fakt, że nawet słowem nie wspomniałem, że należy ono do mnie. Innym, którzy z lubością przeprowadziliby się do stolicy oferowa��em możliwość wynajęcia przytulnej kawalerki na Żoliborzu (chyba to ta dzielnica jest najbardziej atrakcyjna – sam nie wiem, bo nigdy w Warszawie nie mieszkałem). Szansa na dobry zarobek i metę w stolicy zawsze działała. Ci, którzy w mojej propozycji upatrywali przysłowiowego „chwycenia pana Boga za nogi”, chyba po to, abym nigdy nie przyłapał ich na jakimkolwiek kłamstwie (sic!) dzielili się ze mną trudną prawdą. Jeden z kandydatów przyznał się do posiadania tylko jednego jądra i wyraził nadzieję, że to nie przeszkodzi mu zamieszkać na rzeczonym Żoliborzu. W jego mniemaniu cholerny guz, który kiedyś omal nie odebrał mu życia, teraz chciał się zemścić i zabrać mu jedyną szansę na bycie warszawiakiem, pełna gębą i pełnym tyłkiem. Do swojego defektu przyznał się w mailu, wysłanym tuż przed planowanym spotkaniem face to face. Aby osłodzić trapiący mnie od tej chwili niesmak począł znów zwracać się do mnie per pan, choć wcześniej, wymieniając opinie o znaczeniu pasywnego stosunku do stosunku, byliśmy już w nieco lepszej komitywie. Tym samym uznał chyba, że to najlepszy sposób bym poczuł nad nim ponownie wyższość i, jak wypada z takiej perspektywy, spojrzał na niego


z pobłażliwością. Jakże mógłbym się oprzeć? Po zaledwie pięciu dniach byłem w posiadaniu tylu życiorysów, danych osobowych poprzekładanych nagimi zdjęciami ich właścicieli, że mógłbym wytapetować nimi nie tylko własne mieszkanie, ale wszystkie kawalerki na Żoliborzu. Co więcej, mógłbym zrobić z nimi znacznie więcej. W zamian moi drodzy interlokutorzy nie dostali nic oprócz kilku kłamliwych informacji o moim wieku, wadze, wykształceniu i pochodzeniu, fałszywe zdjęcia, kilka bajek o zainteresowaniach i kilka dobrze postawionych kropek, przecinków i wykrzykników, które ustawiły ich wszystkich w równy, posłuszny rząd baranów.Myli się ten, kto sądzi, że tym tekstem chcę zakpić z naiwnych ludzi. Moim celem jest wyśmiać proceder, który niezwykle łatwo jest nakręcać, dla zabawy i chorej przyjemności – nie wykluczam bowiem sytuacji, że ktoś tak ja wykorzystuje pewne schematy zachowań po to, by zdobyć fotografie „młodych strzelb” i masturbować się przy nich, podczas gdy właściciel zdjęcia i uwiecznionego na nim przyrodzenia niczego nie świadomy liczy już ile koszulek będzie mógł wkrótce zakupić w najbliższej sieciówce. Czy zatem sponsoring, czasami znany jako „jobjoy”, istnieje w takiej skali w realnym świecie czy tylko w sieci, jako zabawa, gra, w której jedna ze stron jest nieświadoma faktu, że strona druga nie ma zamiaru spełnić swoich deklaracji? Nie sposób odpowiedzieć. Tym tekstem wyśmiewam typy zachowań, bezrefleksyjność i łatwowierność, która zawsze będzie miała różowe a więc i atrakcyjne, zwłaszcza w naszym świecie, barwy. Pośmiejmy się wspólnie nie z tych, ale nad tymi, którzy ulegli mocy mojej argumentacji, mając nadzieje, że nigdy nie będziemy musieli nad nimi płakać, bo szkoda by było. W większości przypadków moi niedoszli zleceniobiorcy to przede wszystkim sympatyczni ludzie, z którymi chętnie wybrałbym się na kawę. Oni zaś z pewnością najchętniej widzieliby mnie dziś popijającego cykutę.

89


Hjaltalín

Please The Trees

wyd. Sena

wyd. Starcastic

Enter 4

A Forest Affair

Everything Everything Arc

wyd. Rock Action Geograficzne pochodzenie bywa czasem brzemieniem, szczególnie w przypadku zespołów pochodzących z Islandii. Hjaltalín nie mają statusu równego największym islandzkim artystom, których nazw i imion nie ma sensu nawet przytaczać. Wrzuceni jednak do jednego, lekko już pretensjonalnego, wulkaniczno-lodowcowego wora, na swych dwóch płytach prezentowali bogatą aranżacyjnie i kompozycyjnie muzykę bliską choćby Arcade Fire. Barokowe rozbuchanie w połączeniu z mocnymi wokalami czasem jednak potrafiło męczyć, najwyraźniej więc pełniący obowiązki głównego wokalisty Högni Egilsson sięgnął po doświadczenia wspólnego z Gus Gus nagrywania albumu „Arabian Horse”. Trzecia płyta Hjaltalín okazuje się zatem z jednej strony bardziej wyciszona i skromniejsza, z drugiej zaś dość mocno podbita elektroniką. W efekcie otrzymujemy chyba ich najciekawsze dokonanie.

Hasło „czeska muzyka” rodzi w Polsce nadal dość jednoznaczne skojarzenia. Helena i Karel to żywe trupy czasów czechosłowackiego komunizmu, a dzisiejsza czeska scena muzyczna jest niezwykle bogata i bardziej nawet interesująca od polskiej. Jednym z zespołów goszczących regularnie w Polsce jest Please The Trees. Dowodzona przez Václava Havelkę III formacja nie jest jednak dla Czech zbyt reprezentatywna, horyzonty Havelki sięgają bowiem wyraźnie Stanów Zjednoczonych. Mieszanina post-rocka, country i folku zaowocowała już trzecim albumem, nagranym przez amerykańskiego producenta „A Forrest Affair”. Płyta dość zróżnicowana, choć mało przebojowa, hołduje fascynacją amerykańskim południem. Czeskości nie uświadczymy tu wcale, co dla jednych może być zaletą, dla innych wadą. Zobaczyć jednak jeden z ich żywiołowych koncertów warto niewątpliwie!

TEKST:

Chaos, szaleństwo i zabawa. Te słowa najlepiej opisywały muzykę formacji Everything Everything na ich debiutanckim albumie „Man Alive”. Całość nie dorównała poziomem doskonałym singlom „MY KZ, YR BF” i „Photoshop Handsome”, EvEv okazali się jednak jednym z najciekawszych młodych zespołów na brytyjskiej scenie. Poczucie humoru, patchworkowa konstrukcja przebojowych piosenek i szaleńcze wokale stały się ich znakiem rozpoznawczym. Już „Cough Cough”, pierwszy singiel zwiastujący drugą płytę, wskazywał czego należy się spodziewać. Zasadniczo tego samego plus sprawy charakterystyczne dla drugiej płyty każdego zespołu, czyli odrobinę większa dojrzałość, pewność siebie i trzymanie szaleństwa w pewniejszych ryzach. Everything Everything mieli (nie)szczęście supportować w naszym kraju Muse. „Arc” potwierdza tylko, że powinno być odwrotnie.

WOJTEK NOWACKI 92


Igor Boxx Dream Logic wyd. Barcode Igor Pudło jako solowy artysta z pewnością nie powtórzy już sukcesu zjawiskowego albumu “Breslau”. Koncepcyjna i duszna opowieść o upadku Wrocławia w 1945 roku samym dźwiękiem dosadniej ukazała bóle historii niż niejedna natchniona i historyzująca płyta rockowych tuzów. Zamiast silić się na kolejny koncept, drugi regularny album wydany pod szyldem Igor Boxx jest po prostu niezobowiązującą płytą z muzyką elektroniczną. „Dream Logic” w zamyśle odwoływać miała się bardziej do prostej, lecz niebanalnej elektroniki lat 90, niż dekadenckiego jazzu, słychać jednak wyraźnie wiele tych samych motywów i patentów co na „Breslau”. Nie ma zatem zaskoczeń, ale też brakuje czegoś co pozwoliłoby się zatrzymać przy tej płycie na dłużej. Drugi filar Skalpela, Marcin Cichy, również pospełniał się solowo jako Meeting By Chance, czekamy zatem zdecydowanie na powrót duetu.

Silver Rocket Supermarket wyd. Revolution 9 Projekt Mariusza Szypury, znanego szerszemu i rockowemu gronu głównie z Happy Pills, w swych początkach był lekko awangardowym eksperymentem, flirtującym z ówczesną laptopową elektroniką. Jednak po uformowaniu koncertowego składu, Silver Rocket już jako grupa zawędrowało w popowe rejony wypełnioną po brzegi gośćmi płytą „Unhappy Song”. Rehabilitacja nastąpiła na bardzo dobrym, choć w dalszym ciągu zespołowym, koncepcyjnym albumie „Tesla”. Szypura tym razem powraca ze ścieżką dźwiękową do thrillera „Supermarket” w reżyserii Macieja Żaka. Ta instrumentalna płyta przypomina duchem najwcześniejsze dokonania Silver Rocket, znalazł się tu nawet utwór „Gaudi”, najlepszy z debiutu. Gitarowym zaś charakterem nawiązuje do wspomnianej „Tesli”, pokazując, że Szypura w dalszym ciągu pozostaje jednym z najciekawszych rodzimych kompozytorów.

James Harries

Voice Memos: A Collection Of Songs I Recorded On My Phone wyd. własne Styczniowa wizyta Jamesa Harriesa na kilka koncertów w Polsce, nie pierwsza zresztą w naszym kraju, pokazała, że nadal istnieje zapotrzebowanie na muzykę z gatunku „smutny chłopiec z gitarą”. Problem z Harriesem polega jednak na tym, że o ile lirycznie jego piosenki faktycznie bywają przytłaczająco smutne, o tyle on sam, niesamowicie energetyczny i bezpośredni, jest człowiekiem bardzo wesołym. Jego gitarowa melancholia jest zatem znacznie bardziej dwuznaczna niż ta w wykonaniu choćby Jose Goznalesa. Jego najnowszy album zaś ukazał się wyłącznie w wersji elektronicznej i to do darmowego pobrania ze strony artysty. Mimo, że zawiera utwory zarejestrowane na telefonie w podróży, ich brzmieniu nic nie brakuje, a dodatkowo ubarwiają je liczne przypadkowe dźwięki tła. Jest to zatem urokliwy zbiór pełnowartościowych piosenek. Do tego, przypominam, zupełnie za darmo.

93


PRENUMERATA Chcesz otrzymać darmową prenumeratę magazynu do domu? • Wejdź na naszą stronę www.holemag.pl • Wypełnij formularz prenumeraty • W momencie wydania papierowej wersji otrzymasz kolejne numery HOLE za darmo • Prenumerata jest dożywotnia • Liczba dostępnych kopii jest ograniczona • Do momentu wydania wersji papierowej otrzymasz magazyn na email

www.holemag.pl


WSPÓŁPRACA Z MAGAZYNEM Jesteśmy otwarci na nowe talenty i nowych współpracowników. Jeśli chcesz publikować na łamach magazynu Hole prześlij swoje portfolio na adres redakcja@holemag.pl Do współpracy zapraszamy: • Fotografów • Felietonistów • Ilustratorów • Artystów • Osoby chące zdobyć doświadczenie w pracy redakcyjnej Redakcja zastrzega prawo do odpowiedzi na wybrane zgłoszenia.

www.holemag.pl


I JUST WANT TO SEE THE BOY HAPPY

ZUZA KRAJEWSKA BARTEK WIECZOREK


Kacper, Amalia Farm, Backstage stories, Poland 2008


ナ「kasz and Ryszard, Amalia Farm, Backstage stories, Poland 2008


ナ「kasz, Amalia Farm, Backstage stories, Poland 2008


Ryszard, Backstage stories, NY, 2008


ナ「kasz, Amalia Farm, Backstage stories, Poland 2008


Kacper and ナ「kasz, Amalia Farm, Backstage stories, Poland 2008


ナ「kasz, Amalia Farm, Backstage stories, Poland 2008


ナ「kasz, Kacper, Ryszard and wooden pin, Amalia Farm, Backstage stories, Poland 2008


Kacper and Bartek, March Lily, Cape Town, 2007


Bartek, March Lily, Cape Town, 2007


Kacper, March Lily, Cape Town, 2007


Kacper, March Lily, Cape Town, 2007


Kacper, March Lily, Cape Town, 2007


Kacper, March Lily, Cape Town, 2007


Bartek, March Lily, Cape Town, 2007


MIŁOS DESPE TEKST: Fetysz

Nienawidzę Walentynek. Walentynki to taki niedzielny obiad jak za dawnych czasów. Przyjeżdżają babcie, dziadkowie, ciotki, wszyscy wsuwamy rosół, bo to taka odświętna zupa i udajemy, że jest wspaniale, rodzinnie i w ogóle orgazm przy kurczaku i tłuczonych ziemniakach z koprem. To taki McDonald’s dla wieśniaków co przyjeżdżają do miasta ze wsi i robią sobie zdjęcia pod KFC, a potem pokazują rodzinie. Wszystko to zaś jest szpetne, szkaradne i oszukane. Taki dzień, żeby sobie przypomnieć, kto daje Ci dupy i mu za to podziękować. Tak naprawdę Walentynki są dla tych, którzy nie umieją znaleźć darmowego porno online. Dlaczego ja, singiel, który umawia się wiecznie na randki, które jednak nie kończą się wiecznością jak w bajkach, mam czuć się źle w ten dzień? Kto wymyślił to celebrowanie łączących się serc? Troskliwe Misie? Rozumiem wreszcie Złośnicę i Brzydala. Podejrzewam, że gdybym występował w tej bajce, wcielałbym się właśnie w jedną z tych postaci. Może to ze względu na mój nos, a może właśnie ze względu na złość

jaka wzbiera się we mnie kiedy widzę przed sobą dwie liżące się osoby. Ślina ścieka im kącikami ust, CHLAST, MLAST. I nie przeszkadza im, że to autobus, ruchome schody, w ogóle jakikolwiek ruchomy cud. Oni swoje. Zawsze modlę się, żeby ten autobus nagle zahamował, a oni wbili się w siebie szczękami na dobre. I już do końca życia byli nierozłączni. Bracia Mroczki. Czy tam Mroczkowie. Kiepski jestem w odmienianiu. Do restauracji w Walentynki samemu pójść nie wypada. Wszyscy patrzą na Ciebie jak na mutanta. Nawet ostatnio diety układają pod pary. Nie do wiary? Koleżanka wyszperała gdzieś dietę białkową. Że niby ostatni posiłek powinien mieć w sobie dużo białka to wtedy w nocy w trakcie snu jakieś procesy zachodzą i się chudnie. Jak zwykle najlepsze diety układają dla ludzi sparowanych. Z takim stałym partnerem to się można odchudzać. Strzał w usta przed snem codziennie przez miesiąc, buzi, buzi, lulu – po miesiącu jesteś kościotrupem.

120

W ciągu ostatnich dwóch miesięcy umówiłem się na 21 randek. Zostałem randkowiczem nałogowcem. Bawi mnie strasznie wciskanie ludziom kitu. I robiłem sobie z tych randek notatki. Jak komuś coś nie pasowało, to nie powtarzałem tego z kolejnym. I to wcale nie działa! Czyli jednak trzeba na żywioł. Ale do rzeczy. Miałem absztyfikanta. Doprawdy pięknego, takiego wyciętego z żurnala, bo ja na takich lecę, ale trochę przygłupiego zatem postanowiłem, że nie będę się z nim absztyfikantował, choć on bardzo chciał, ale ja nie i tu miał problem. Jakiś czas temu spędził u mnie noc i próbował pozbawić mnie nakryć wierzchnich, co niestety mu się nie udało, bo mimo dużej dawki alkoholu we krwi zostałem przy trzeźwym umyśle i nie pozwoliłem mu na pląsy, co bardzo musiało go rozjuszyć. On półnagi, ja zakryty jak zakonnica i pakuje się na mnie z łapami. To mu kazałem masaż sobie zrobić. Wszak podczas masażu ja jak dziecko zasypiam i pozwala mi to uniknąć jakichkolwiek cielesnych konfrontacji. Budzę się rano i coś mi ciężko, a ten sobie na mnie łapę zarzucił jak niedźwiedź w letargu i śpi


SNY ERAT smacznie myśląc pewnie, że przywłaszczył mnie sobie i od tej pory będziemy nierozłączni, jak bracia, te nowe ciała astralne w polskiej prasie brukowej. Zdziwił się suchym porankiem, suchym powitaniem i jeszcze bardziej suchym pożegnaniem. Że jak to tak? No po prostu. Nie ma chemii, nie ma prania. Zresztą, kiedy leżał obok, ja myślałem o kim innym. Czy to już umysłowa prostytucja? Bo jeśli tak, to co trzeba zrobić, żeby zamieszkać w rezydencji Playboya? Ufarbować się na blond? Jeśli tak, to mam spore szanse. Doszedłem do wniosku, że Rocznik ‘83 to dziwny rocznik. W wieku prawie trzydziestu lat każdy pragnie nagłej stabilizacji. Nawet ja. Tylko patrzeć kiedy przez to pragnienie się pochlastam. Tak naprawdę to ja jestem cheerleaderką walentynek. Tyle horrorów emitują jednego dnia w telewizji jak nigdy w ciągu całego roku. Wspaniałe święto! Garściami je od dzisiaj chłonę, bo horrory uwielbiam od niedawna. Ktoś powiedział mi kiedyś, że w życiu prawdziwą miłość spotyka się tylko raz. Dziś przypomniałem sobie te słowa, po tym, jak ktoś powiedział

mi, że desperacko szukam miłości. Tak, jestem miłosnym desperatem. Pragnę ją wreszcie spotkać, udławić się nią jak własnymi marzeniami, które są tak ogromne, że mnie przerażają. Pragnę wgryzać się w nią jak w świeży chleb i kosztować każdego jej kęsa. Powoli, nie spiesząc się, nie myśląc, że za kilka chwil się skończy, a jej smak pozostanie mi tylko w kącikach ust i na końcu kubków smakowych języka. I kiedyś to nastąpi. Czasami tylko trzeba zajrzeć do wielu domów, aby w końcu zderzyć się z miłością na ulicy, albo w delikatesach zbierając rozsypane drobne. Filmowe? Może. Harleqiunowe? Może też. Ale realne. I ta realność mnie kiedyś dopadnie i rozerwie na strzępy. Doszukuję się w sobie wad, zamiast pielęgnować zalety, wymyślam wciąż sposoby na cudowną sylwetkę pozbawioną grama tłuszczu. Marzę o tym, by wyglądać jak Tic Tac. Tylko 2 kalorie. Albo jak Coca Cola Light. 1 kaloria. Albo nie! Lepiej jak odtłuszczone mleko. Bez kalorii. I tak sobie właśnie myślę, że mam dość takiego myślenia, że czas to zostawić za sobą i pierdolić. Tak, właśnie, tak, pierdolić i umówić się na randkę

121

z samym sobą. Zafundować sobie seans filmowy, dobrą kolację, dobre wino i upoić się sobą, by rozkosznie lekkim i nieco chwiejnym krokiem wrócić do domu mijając szczęśliwie zakochane pary i wtulić się w siebie, po jednodniowym romansie z miastem. I wziąć później gorącą kąpiel. I pójść nago spać. A po przebudzeniu się, uśmiechnąć się do siebie, spojrzeć w lustro i parsknąć śmiechem. “Ty miłosny debilu”. Tak, właśnie tak sobie powiem. I pójdę do pracy. I wszyscy będą pytać, dla kogo tak przecudownie wyglądam, dla kogo się tak uśmiecham. A ja odpowiem, że dla siebie. Popatrzą na mnie jak na kretyna. Niech patrzą. Niech wlepiają te swoje gały jak nic nie robię, jak idę ulicą, jak piję, jak tańczę, jak rzygam konwenansami wtykanymi przez to magazyny, poradniki, znajomych, przez miasto. Że niby być singlem to grzech, że wierzyć w miłość to też grzech, że seks to grzech, że wszystko to grzech i najlepiej iść do kościoła i się wysrać z człowieczeństwa. Sorry, nie noszę moheru. Drapie.


TATTOO JAZZ TATTOO

ul.Zielona 5/4 61-851 Poznań tel. 61 222 49 20 facebook.com/ jazztattoo.poznan TATUTOWAŁ: Piotr Kęska ZDJĘCIA: Marianna Prange

122


123


124


125


126


127

KOMIKS: Dorota Dudzik


YOUAREIN INSIDE JOB - SINCE 2008

YOUAREIN INSIDE JOB

NEED SOLUTION? WWW.YOUAREINSTUDIO.COM


INTERIOR DESIGN STUDIO

NEED SOLUTION? WWW.YOUAREINSTUDIO.COM


| 34 | 36 | 38 | 40 | 42 | 34 | 36 | 38 | 40 | 42 | 34 | 36 | 3

ADHD USE IT IN SELF-DIFFERENCE


38 | 40 | 34 | 36 | 38 | 40 | 42 | 34 | 36 | 38 | 40 | 42 |

FASHION& JEWELRY

WWW.FACEBOOK.COM/ADHD.DESIGN



Hole 04