Page 1

Ginter Pierończyk

ASTY kasztana czyli opowieści o Śląsku niewymyślonym


Ginter Pierończyk

ASTY KASZTANA czyli opowieści o Śląsku niewymyślonym


Asty Kasztana

Autor: Ginter Pierończyk Korekta i redakcja: Ewa Dereń Typografia i projekt okładki: Henryk Kotlarz Wydawca: Instytut Ślůnskij Godki – Mega Press II 43-143 Lędziny ul. Grunwaldzka 53 www.naszogodka.pl; poczta@naszogodka.pl Druk: Grafmar sp. z o.o. Kolbuszowa Dolna © copyright 2014 Ginter Pierończyk & Mega Press II

ISBN 978-83-927865-2-8


Motto: Jak często myślałem: nim wrócę do miasta, już pewnie listowiem okryje się kasztan, i pąki, sokami wezbrane, wystrzelą, zabłysną, oślepią zielenią i bielą – bo wiosna tak samo jak wolność narasta. Władysław Broniewski, Kasztan

3


Spis treści l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

Spis treści Od autora ................................................................................................................. 5 Tytułem wstępu, czyli słowo o „Śląsku niewymyślonym” ............................. 7 Śląsk i Ślązacy ......................................................................................................... 8 Korzenie babci Wiktorii ...................................................................................... 10 Dojrzewanie ......................................................................................................... 16 Powstania i plebiscyt ........................................................................................... 19 Załęscy komuniści ............................................................................................... 28 Porządkowanie spraw Górnego Śląska ............................................................ 39 Losy powstańców śląskich w II RP ................................................................... 42 Załęże w latach 1922–1939 .................................................................................. 54 A więc wojna ........................................................................................................ 61 Palcówka, volkslista, Wehrmacht ..................................................................... 68 Górnoślązacy na frontach II wojny światowej ................................................. 74 Losy Górnoślązaków po II wojnie światowej .................................................. 79 Epilog .................................................................................................................... 81 Dodatki Koligacje rodzinne Sobczyków .......................................................................... 85 Zmiany nazw wybranych ulic Załęża w latach 2013–1886 ............................ 88

4


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Od autora

Od autora Nie przypuszczałem, że debiut literacki przeżyję dopiero na emeryturze! Okazało się jednak, że życie pisze różne, czasami bardzo zaskakujące scenariusze. Kiedy większość moich kolegów korzystała z zasłużonego statusu dziadka – emeryta, ja postanowiłem „dokopać się” do swoich korzeni i w różnych zakamarkach znalazłem unikatowe dokumenty. Niektóre z nich udało mi się jeszcze uzupełnić opowiadaniami starszych mieszkańców Załęża, którzy czasy II RP znają z autopsji. Musiałem się jednak bardzo spieszyć, ponieważ większość z nich dobiegała już kresu swej ziemskiej wędrówki. Dzięki nieocenionej pomocy pani Lidii Domańskiej udało mi się dotrzeć do pań: Stefanii Piksy – rocznik 1917, Magdaleny Brol – rocznik 1918, Klary Wisman – rocznik 1921, oraz panów: Ericha Kuca – rocznik 1921, Józefa Prause – rocznik 1923, Henryka Króla – rocznik 1928, Tadeusza Brylińskiego – rocznik 1932, Karola Góralczyka – rocznik 1932, Pawła Kańtora – rocznik 1933 i Stanisława Łagodzińskiego – rocznik 1937. Ich opowiadania uzupełniły dane z rodzinnych dokumentów, które otrzymałem od kuzyna Witolda Drytkiewicza, a dzięki uprzejmości Ernesta Fojcika uzupełniłem je jeszcze fragmentami pamiętnika jego ojca Franciszka. W ten sposób zebrałem sporą ilość udokumentowanej wiedzy o najnowszych dziejach Załęża i jego mieszkańcach. W chwili kiedy postanowiłem przelać ją na papier, okazało się, że świat uciekł mi daleko do przodu i do mojej antycznej maszyny do pisania nie produkowano już materiałów eksploatacyjnych. Uprzejmy sprzedawca, chcąc zapewne wybawić mnie z kłopotu, zaoferował kupno laptopa po okazyjnej cenie. W ten, nieco przypadkowy sposób, stałem się posiadaczem nowoczesnej machiny, której nie potrafiłem jeszcze użyć, więc zapisałem się na kurs obsługi komputera. Jednak mimo ukończenia kursu niewiele bym zdziałał bez pomocy szkolnego kolegi Ernesta Gorola. Szczęśliwy, że pokonałem owe trudności, w 2009 r. zabrałem się do pisania. Początkowo szło mi jak po grudzie, ponieważ zapisane strony bawiły się ze mną w ciuciubabkę, chowając się w czeluściach komputera, a kiedy znów skupiłem się na klawiaturze, gubiłem wątek. W tej sytuacji konieczna była pomoc „pokoleniowa” – córki Beaty, zięcia Mirosława oraz wnuka Maćka. Po dwóch latach pisania, w 2011 r., ukończyłem swoją sagę. Wkrótce jednak okazało się, że był to dopiero początek drogi przez mękę, którą zacząłem pokonywać przy pomocy pani profesor Jolanty Stacharskiej–Targosz, dyrektorki chorzowskiego Uniwersytetu Każdego Wieku, w którym odświeżałem swoje

5


Od autora l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

szare komórki. W akcie desperacji napisałem też maila do sekretariatu pani senator Marii Pańczyk, skąd niedługo otrzymałem następującą odpowiedź: Szanowny Panie. Z zainteresowaniem przeczytałam Pana sagę, choć przyznaję, że w pewnym momencie pogubiłam się w rodzinnych koligacjach i powinowactwach. Jest to materiał na scenariusz filmowy o typowych losach śląskich rodzin. Taka opinia znawczyni tematu niezmiernie mnie ucieszyła, jednak sprawy nie posunęła ani o krok. Szukałem więc dalej, aż trafiłem do pana Bogdana Kalusa, dyrektora Młodzieżowego Domu Kultury w Kostuchnie, który doradził mi, abym udał się do Muzeum Historii Katowic, ponieważ moja praca zawiera wiele cennych wątków historycznych. W muzeum przyjęto mnie miło, spisano nawet stosowną umowę, po czym mój rękopis potraktowano jak eksponat muzealny i odłożono na półkę. Wówczas poczułem się jak złodziej, który okradł starszych ludzi z nadziei, że ich wypowiedzi zostaną kiedykolwiek upublicznione. Nie mogłem czekać z założonymi rekami, więc zapisałem się na warsztaty literackie, które w ramach Klubu Twórczego Pisania prowadziła w Bibliotece Śląskiej w Katowicach znana pisarka i poetka Marta Fox. Po kilku spotkaniach wiedziałem już, że znalazłem to, czego szukałem. Wiedziony światłem świeżo nabywanej wiedzy literackiej, podążałem do celu niczym pastuszek za gwiazdą betlejemską. Aż wreszcie, pod fachowym okiem pani Marty, napisałem „Asty kasztana” – i poczułem się niczym himalaista, który wspiął się na najwyższy szczyt globu. Jeszcze tylko parę fachowych uwag pani mgr Danuty Szumilas – i rękopis był gotowy. Wszystkim wyżej wymienionym osobom oraz tym, których przez roztargnienie mogłem w tej wyliczance pominąć, składam gorące podziękowanie za pomoc w pokonywaniu kolejnych przeszkód piętrzących się na mojej, dziewiczej, drodze literackiej. Specjalne podziękowania składam moim ukochanym kobietom, żonie Irenie oraz wnuczce Magdalenie, które nawet w najtrudniejszych momentach nie pozwoliły mi zwątpić w ostateczny sukces. Ginter Pierończyk Katowice 2014

6


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Tytułem wstępu, czyli słowo o „Śląsku niewymyślonym”

Tytułem wstępu, czyli słowo o „Śląsku niewymyślonym” Zastosowałem się do życzenia redaktora Michała Smolorza, wyrażonym we wstępie do książki pt. „Śląsk wymyślony”; z rodzinnego sejfu wydobyłem dokumenty dotyczące Śląska „niewymyślonego”, odhibernowałem je i przywróciłem do życia. Nie znaczy to, że od razu zamierzam być literatem, historykiem czy kronikarzem, chcę tylko kilka dokumentów ocalić od zapomnienia. Oprócz tych dotyczących korzeni mojej rodziny, na szczególną uwagę zasługuje opis szlaku bojowego Kompanii Załęskiej, z którą Maria Sobczyk, siostra mojej babci Wiktorii Pierończyk z domu Sobczyk, w III powstaniu śląskim przeszła od Załęża po Górę św. Anny. Niemniej cenne są notatki z pamiętnika Franciszka Fojcika, dotyczące działalności komunistycznej w Załężu w czasach II RP czy oryginalne dokumenty budowy domu pochodzące z 1895 r. Muszę o nich napisać, ponieważ niezapisane historie giną gdzieś w otchłani czasu, pozostawiając miejsce na różnego rodzaju domysły – tak jak w przypadku mojej babci Wiktorii, która po wojnie zniszczyła wszystkie nagrody ojca, jakie grając w ping–ponga, zdobył podczas okupacji hitlerowskiej. Przyziemnie można by ten czyn zinterpretować jako strach przed odpowiedzialnością, ale patetycznie można go też nazwać patriotyzmem. Łatwo bowiem było być bohaterami tym, którzy na Śląsku przebywali czasowo i wyjeżdżali wraz ze zmianą opcji politycznej. Gorzej tym, którzy w tę ziemię wrośli od pokoleń, tu mają swoich bliskich i groby swoich przodków, tym którzy na Śląsku zdobywali swoje doświadczenie życiowe, będąc obywatelami coraz to innego państwa. Parafrazując fraszkę Jana Sztaudyngera można by powiedzieć: „Ślązak był stały, tylko państwa się zmieniały”. Pisząc tę opowieść, chciałem pokazać, że Śląsk nie jest mityczną krainą, która gdzieś tam wyłoniła się z germańskich ciemności, lecz jest odwieczną małą ojczyzną (czasami zwaną też hajmatem) wieloetnicznej ludności, która przybyła tu za chlebem lub została przywiana wiatrem historii. Chciałem pokazać, że Śląsk ma swoją kulturę i wielowiekowe tradycje, a śląska godka, mimo trwającej latami czechizacji, germanizacji czy polonizacji, w różnych regionalnych odmianach przetrwała do dziś. Chciałem też pokazać, że mamy wspaniałe obiekty poprzemysłowe będące wytworami kunsztu i dużej wiedzy technicznej naszych przodków, które winniśmy zachować dla potomnych, o ile nie w oryginale, to przynajmniej na zdjęciach i w opisie.

7


Śląsk i Ślązacy l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

Śląsk i Ślązacy Patrząc historycznie, Śląsk jako kraina pogranicza należał w przeszłości do Wielkich Moraw, Czech, Polski, powtórnie do Czech, Austrii i Prus. Po III powstaniu śląskim, na mocy traktatu wersalskiego, część Górnego Śląska przydzielono odrodzonej Polsce, a resztę otrzymały Niemcy. Dopiero po II wojnie światowej cały Śląsk, bez części która przypadła ówczesnej Czechosłowacji, przyłączono do Polski. Wynika stąd, że swych przodków mogą Ślązacy szukać zarówno w Czechach, Austrii, Niemczech, jak i w Polsce. Choć sami najczęściej mówili, że są Ślązakami, którym bliżej do Czech i Polski niż do niemieckojęzycznej Austrii czy Prus. W czasach, kiedy chłop był własnością pana, nie miał wpływu na zmianę swojej przynależności państwowej czy religii, a w lenno oddawany był wraz z ziemią, do której był przypisany. Rodziło to powinności obronne wobec nowego władcy, które często doprowadzały później do bratobójczych walk. W wyniku wojen o sukcesję austriacką prowadzonych w latach 1741–1761 Śląsk dostał się pod panowanie pruskie, stąd Ślązacy znaleźli się później w szeregach armii pruskiej, w której walczyli w czasie wojny francusko–pruskiej i w I wojnie światowej. Pod koniec XIX w. na Górny Śląsk zaczęły napływać niemieckie inwestycje finansowane z pieniędzy, które Prusy otrzymały od Francji w ramach reparacji wojennych po przegranej wojnie z 1870 r. Ten krótki okres prosperity gospodarczej do dziś ma swoją legendę, mówiącą o tym, że ludzie wówczas pracowali tylko trzy dni w tygodniu, aby mieć czas na wydawanie pieniędzy, że brakowało miejsc nawet w najlepszych lokalach, w których codziennie od rana przygrywała inna orkiestra. Żony stroiły się w drogie chusty tureckie, a mężom na obiad podawały kawior z wieprzowiną, natomiast młodzi wynajmowali konie u gospodarzy i urządzali gonitwy. Poczynione wówczas inwestycje otworzyły drogę do naturalnych bogactw Górnego Śląska, zalegających dotąd głęboko w ziemi. Szybko postępowała industrializacja, która w krótkim czasie zmieniła charakter tego regionu z rolniczego na przemysłowy, a do nowo budowanych miast napływała ludność z różnych stron kraju i z zagranicy. Nastąpił rozwój szkolnictwa, a nauka w szkołach powszechnych stała się obowiązkowa. Program nauczania rozbudowano o zajęcia z gimnastyki i prac ręcznych. W szkole nauczano w języku niemieckim, natomiast w domu, niezależnie od korzeni, Ślązacy rozmawiali po śląsku. W instytucjach państwowych obowiązywał język niemiecki, a język polski dopuszczono jedynie do nauki religii. Księża wygłaszali kazania zarówno po polsku, jak i po niemiecku. Kler brał też

8


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Śląsk i Ślązacy

czynny udział w polityce, czego najlepszym przykładem był ks. Ludwik Skowronek z Bogucic, który w ramach katolickiej partii Centrum rywalizował o wpływy polityczne na Górnym Śląsku z samym Korfantym. Polityczne zaangażowanie kleru zdezorientowało załęskich katolików, ponieważ ich dobrodziej i budowniczy kościoła, ks. Skowronek, do samego końca agitował za utworzeniem samodzielnej prowincji śląskiej w ramach państwa pruskiego. Po III powstaniu śląskim Górny Śląsk podzielono pomiędzy Polskę i Niemcy, przez co rozłączono wiele śląskich rodzin. Po wytyczeniu granicy po stronie niemieckiej znalazło się również wielu powstańców, którzy przybyli na Śląsk, aby Ślązakom pomóc w powstaniach. Ludzie ci, korzystając z możliwości wyboru miejsca zamieszkania, masowo przenosili się do polskiej części Górnego Śląska, chroniąc się przed niemieckim terrorem. Tymczasem miejscowi powstańcy, z chwilą zakończenia walk, wracali do swoich zakładów pracy, gdzie nie zawsze witano ich jak bohaterów. Najczęściej pytano ich, czy są Niemcami, czy Polakami. Na co oni niezmiennie odpowiadali: „Nie jesteśmy ani Niemcami, ani Polakami – jesteśmy Ślązakami”. Jednak Ślązak dla Niemców zawsze był Polakiem, a dla Polaków – Niemcem. Niemcy określali mowę śląską jako „Wasserpolnisch”, podczas gdy Polacy uważali ją za germański bełkot. Nie do pozazdroszczenia był też zmieniający się los Ślązaków, których – po długoletniej germanizacji – w II RP poddano repolonizacji, a po napaści Niemiec hitlerowskich podzielono ich, według wydumanych kryteriów niemieckich urzędników, na lepszych (II kategoria volkslisty) i gorszych (III kategoria volkslisty) Niemców. W zamyśle Niemców, volkslista miała im pomóc w wyłuskaniu Polaków, którzy po podziale Górnego Śląska przeszli na stronę polską. Jednak akcja nie przyniosła spodziewanych efektów, ponieważ większość Polaków ewakuowała się już ze Śląska, wraz z Wojskiem Polskim. Volkslista nie była też żadnym wybawieniem dla Ślązaków, ponieważ po jej podpisaniu wcielano ich do Wehrmachtu i wysyłano na front. Wielu z nich przypłaciło to życiem, a ich doczesne szczątki do dziś leżą w bagnach Ukrainy lub w innych miejscach kaźni na wschodzie, co w swej trylogii pt. „Duchy wojny” szczegółowo opisuje Alojzy Lysko. Ci, którym udało się zdezerterować, walczyli w Wojsku Polskim lub innych polskich formacjach wojskowych na zachodzie Europy, wnosząc tym swój wkład w wyzwolenie kraju, jednak obecnie jest to postrzegane jako pomoc komunistom. Najbardziej jednak dziwi, że dziś, kiedy od wschodnich do zachodnich krańców Śląska łatwiej można spotkać potomków lwowian niż rdzennych Ślązaków, znowu pojawia się pytanie – kim jest Ślązak?

9


Korzenie babci Wiktorii l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

Korzenie babci Wiktorii Szukając korzeni mojej babci Wiktorii Pierończyk z domu Sobczyk, zgłębiłem dokumenty rodzinne niczym szyb w kopalni, zanim na dnie szuflady, niczym w rząpiu szybowym, odnalazłem dokument potwierdzający, że dziadek babci Wiktorii, a mój prapradziadek Franz Sobczyk, urodził się w 1823 r. w Woszczycach (Woschczytz Kreis Pless), jako syn Antona i Marianny Sobczyk z domu Polo. Jego ojciec był właścicielem tartaku (Bretmiihlenbesitzer), co w ówczesnej hierarchii wioskowej sytuowało go tuż za wójtem i plebanem. W 1848 r. Franz Sobczyk ożenił się z Luizą z domu Geisler i z tego małżeństwa w 1851 r. urodził się Franz junior, ojciec babci Wiktorii, a mój pradziadek. Był to okres, w którym Księstwo Pszczyńskie przeszło z rąk bezpotomnie zmarłego ostatniego księcia z rodu Anhalt–Cothen w ręce bogatego rodu Hochbergów, a od 1850 r. stało się ich własnością dziedziczną, rozpoczynając tym samym dynastię Hochbergów pszczyńskich (Hochberg von Pless). Kiedy w 1870 r. rozpoczęła się wojna francusko–pruska, Franz junior był już w wieku poborowym. Jednak dopiero 4 listopada 1872 r. wcielono go do Szwadronu Królewskiego Drugiego Regimentu Pieszego stacjonującego w Bierutowicach (Bernstadt) koło Oleśnicy. W wojsku przeszedł przeszkolenie wojskowe, potwierdzone świadectwem wydanym w Bierutowicach 12 września 1873 r. (Bernstadt,12 September 1873). Podczas pełnienia służby Franz junior uległ wypadkowi i jako inwalida wojskowy 20 lutego 1873 r. został przeniesiony do rezerwy. Na koszta podróży powrotnej otrzymał 1 talara 13 groszy i 9 fenigów. Dla porównania – za przewóz furmanki rudy z kopalni Kleofas do Królewskiej Huty (Koenigshutte) wozakom płacono w tym czasie 10 fenigów. Niedługo po nim do domu dotarła opinia (Fiihrungs–Attest) wystawiona 12 września 1873 r. w Bierutowicach, podpisana przez dowódcę pułku rotmistrza Lindera, w której zaświadczano, że Franz Sobczyk urodzony 9 października 1851 r., dragon 3. Szwadronu Królewskiego ze Śląskiego Pułku Szturmowego przez okres służby prowadził się dobrze i nigdy nie był karany. Z tą opinią 14 września 1873 r. Franz junior zameldował się w podlegającej pod Mikołów komendzie wojskowej w Gostyniu, skąd 22 grudnia 1874 r. został skierowany przez urzędnika z Mikołowa, nazwiskiem Keler, do komendy w Katowicach. Stamtąd 4 stycznia 1875 r. został przeniesiony do Załęża, gdzie od 1888 r. zamieszkał na stałe, co potwierdza wpis w książeczce wojskowej, dokonany przez urzędnika nazwiskiem Hauer.

10


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Korzenie babci Wiktorii

Kolejnym odnalezionym przeze mnie dokumentem był akt ślubu (Trauungs–Urkunde), jaki 42–letni wdowiec Franz junior Sobczyk zawarł w 1892 r. w bogucickim kościele z 34–letnią Katarzyną Tomecką (Katherina Tometzki), panną z Załęża. Z innych dokumentów wynika, że w dniu ślubu Franz junior był już ojcem pięcioletniego syna z pierwszego małżeństwa, jednak nigdzie nie natrafiłem na akta dotyczące Książeczka wojskowa Franza Sobczyka juniora – 1872 r. jego pierwszej żony. PrzypuszFranz Sobczyk junior, ojciec mojej babci Wiktorii i mój czam więc, że mogła umrzeć pradziadek, brał udział w wojnie francusko–pruskiej 1870– 1872. W 1872 r. wcielono go do Szwadronu Królewskiego przy porodzie, co w tamtych Drugiego Regimentu Pieszego stacjonującego w Bierutowiczasach zdarzało się dość częcach (Bernstadt) koło Oleśnicy. sto. Z małżeństwa Franza juniora z Katheriną w 1893 r. przyszła na świat moja babcia – Wiktoria Sobczyk. W końcu XIX wieku w Załężu przebudowano główną drogę, która po – otrzymaniu twardej nawierzchni – z wiejskiej drogi (Dorfweg) stała się wiejską ulicą (Dorfstrasse). Wkrótce położono na niej tory tramwajowe i zmieniono nazwę na Moltkestrasse. W 1898 r. przejechał tędy pierwszy tramwaj elektryczny, który przez Załęże połączył Katowice z Hajdukami. W 1886 r. w załęskim Dworze wybudowano neoklasycystyczny zamek, w którym spółka spadkobierców Gieschego (Georg von Giesche’s Erben) umieściła dyrekcję swojego oddziału i urządziła mieszkanie dla generalnego dyrektora górniczego, Fryderyka Bernhardiego. Tymczasem wokół budynków gminy i poczty powstawało centrum Załęża, gdzie na rogu obecnej ulicy Gliwickiej i Janasa wybudował swój dom jeden z bogatszych mieszkańców, kupiec Johann Stanislowsky. Kilkadziesiąt metrów dalej w kierunku na wschód znajdowała się parcela, którą ks. Skowronek zakupił pod budowę kościoła. W tym otoczeniu parcelę o numerze ewidencyjnym 311 kupił też Franz junior, który w 1895 r. przystąpił do budowy domu. Nigdzie nie natknąłem się na cenę parceli, jednak już 1 września 1895 r. Franz junior wziął pod jej zastaw 3000 marek pożyczki od Anastasii Schwand z domu Nowatzki; dług

11


Korzenie babci Wiktorii l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

zobowiązał się spłacić w ratach do 1905 r. Najprawdopodobniej parcela była tak droga, że zabrakło mu pieniędzy na kontynuowanie budowy, którą firma „Erich Kall – Maurer & Zimmermeister, Katowitz O/S” prowadziła już od maja 1895 r. Parcela Franza juniora sąsiadowała od południa z parcelą Theodora Wollka, od północy – z parcelą Jahanna Tryby, od zachodu ograniczała ją planowana budowa ulicy Kaiser Wilhelmstrasse, zaś za jej wschodnią granicą rozciągało się pole Alberta Jelonka. Swoje napięte plany budowlane Franz junior zrealizował jedynie dzięki wydatnej pomocy ojca, Franza seniora, który w zamian za mieszkanie w budowanym domu oddał pięć mórg swojego pola Konstantinowi Tyrolowi, za co ten przejął od Franza juniora spłatę długu na rzecz Anastasii Schwand. W ten sposób przed nastaniem zimy wszyscy mieszkali już w nowym domu, w którym były cztery mieszkania, a każde z nich składało się z pokoju i kuchni. Oprócz tego w domu były jeszcze dwa mieszkania jednopokojowe, czyli tzw. ańcle (z niem. Einzeln). Pod domem znajdowała się piwnica, gdzie gromadzono opał i zapasy na zimę. W kuchni, na wprost wejścia, znajdował się solidny ceglany piec węglowy z bratrułą (piekarnikiem), a pokój ogrzewał kachlok (kaflowy piec węglowy). Zima tamtego roku była długa i mroźna, więc już na początku marca wszyscy wyczekiwali nadejścia wiosny. Jednak zamiast niej, w nocy z 3 na 4 marca niebo nad kopalnią Kleofas (Cons Cleophas Grube) rozświetliła łuna pożaru, od której w zachodniej części Załęża zrobiło się jasno jak w dzień. Wyrwani ze snu ludzie tłumnie spieszyli na kopalnię, gdzie pracowali ich najbliżsi, krewni oraz sąsiedzi. Kiedy pierwsi z nich dotarli na miejsce, pożar już dogaszano, ale z każdą chwilą przybywało poszkodowanych. Końcowy bilans był porażający – pod ziemią zginęło 104 górników, a jedynie 40 udało się uratować, była to więc największa tragedia górnicza na Górnym Śląsku. Pogrzeb tragicznie zmarłych górników odbył się w niedzielę 7 marca o godzinie 15.00, kiedy to kolumny wozów z trumnami, w towarzystwie orkiestr górniczych, wyruszyły spod kopalni. Najdłuższa kolumna (42 trumny) skierowała się na cmentarz w Dębie, nieco mniejsza (40 trumien) podążyła na cmentarz bogucicki, a trzecia (13 trumien) udała się na cmentarz w Królewskiej Hucie. Ponieważ załężanie należeli do parafii bogucickiej, Franz junior podążył za drugą kolumną. W monografii „Załęże” Ludwik Musioł tak opisuje to wydarzenie:

12


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Korzenie babci Wiktorii

„Kiedy lud Załęża przy pogrzebie ofiar katastrofy zebrany na cmentarzu w Bogucicach wysłuchał pocieszających słów swego duszpasterza, ks. Skowronka, ten w pewnej chwili złożył uroczyste ślubowanie zbudowania w najkrótszym czasie nowego kościoła w Załężu, poświęconego św. Józefowi, patronowi od szczęśliwej śmierci. Ks. proboszcz wezwał swoich parafian z Załęża, aby słowa uroczystego ślubowania powtarzali głośno za nim, toteż nad mogiłami zabitych górników szczególnie uroczyście i wstrząsająco brzmiało głośne, z podniesionymi rękami wygłaszane ślubowanie ludu tej treści: Dla uczczenia drogiej pamięci naszych kochanych współbraci śp., co poginęli dnia 3.III. rb. na kopalni Kleofas – więcej jeszcze dla przebłagania gniewu boskiego – obiecujemy Panu Bogu najwyższemu stawić kościół w Załężu i na ten cel ofiary według naszej możliwości przynosić, aby kościół służył Panu Bogu na chwałę, nam i drogim zmarłym na korzyść zbawienną. Amen.”. Pod wpływem atmosfery, jaka panowała na cmentarzu, w drodze powrotnej do domu Franz junior wybrał już imię dla swego przyszłego dziecka: dla chłopca Józef, a dla dziewczynki – Maria. Ponieważ 2 lipca 1896 r. urodziła się dziewczynka, takie właśnie otrzymała imię. Jesienią 1896 r. Wiktor rozpoczął naukę w drugiej klasie szkoły powszechnej nr 1 przy Schulstrasse (dziś ul. Zarębskiego), gdzie od nowego roku wprowadzono zajęcia z prac ręcznych obejmujące prace snycerskie i stolarskie. Natomiast ks. Ludwik Skowronek, zgodnie ze złożoną przysięgą, w dniu 15 października 1896 r. powołał komitet budowy kościoła w następującym składzie: 1. ks. Ludwik Skowronek proboszcz parafii w Bogucicach przewodniczący 2. Karol Kowolik naczelnik okręgu członek 3. Józef Wolny naczelnik gminy członek 4. Karol Kałuża mistrz rzeźnicki członek 5. Johann Stanislowsky kupiec członek 6. Herman Friedrich szychtmistrz (Szychtemeister) członek Trzy dni wcześniej wybrano zarząd kościelny: 1. ks. Ludwik Skowronek przewodniczący 2. Karol Kowolik naczelnik okręgu 3. Józef Wolny naczelnik gminy 4. Herman Friedrich szychtmistrz 5. Johann Stanislowsky kupiec 6. Niesłon sztygar 7. Karol Kałuża mistrz rzeźnicki

13


Korzenie babci Wiktorii l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

8. Błachut właściciel domu 9. Benczek kierownik szkoły 10. Sapa właściciel domu 11. Oleś nadgórnik oraz radę kościelną: 1. Marcin Kopp poborca miejscowy przewodniczący 2. Wilhelm Nabielik magazynier zastępca przewodniczącego 3. Nowakowski oberżysta członek 4. Anderski kamienicznik członek 5. Stańczyk górnik członek 6. Baranek kamienicznik członek 7. Jan Pierończyk kamienicznik członek 8. Przybyła kamienicznik członek 9. Józef Wolny maszynista członek 10. Witta maszynista członek 11. Franz Sobczyk kamienicznik członek 12. Jasiurek kamienicznik członek 13. Skrzypczyk kamienicznik członek 14. Adam Kopp kamienicznik członek 15. Lubina kamienicznik członek 16. Franciszek Wróbel kamienicznik członek 17. Augustyn Michalik kamienicznik członek 18. Zdebel kamienicznik członek 19. Langer kamienicznik członek 20. Klosek kamienicznik członek 21. Wieczorek kamienicznik członek 22. Wieczorek kamienicznik członek 23. Antoni Gacka maszynista członek 24. Widera górnik członek 25. Spyrnol górnik członek 26. Matejczyk maszynista członek 27. Piotr Wieczorek górnik przodowy członek 28. Jan Setnik górnik przodowy członek 29. Mendrysz dozorca maszynowy członek Darczyńcy ofiarowali na rzecz kościoła ołtarze, obrazy czy naczynia liturgiczne, jednak „najgłośniejszym” darem były dzwony na wieżę kościelną, które ufundowali:

14


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Korzenie babci Wiktorii

dzwon św. Antoni 764 kg – Antoni i Paula Tessarzowie dzwon św. Augustyn 435 kg – Augustyn Wagner dzwon św. Jan Chrzciciel 366 kg – Jan i Katarzyna Pierończykowie dzwon św. Józef 224 kg – Józef i Katarzyna Wolny Antoni Tessarz był kupcem, Józef Wolny naczelnikiem gminy, a Jan Pierończyk zwykłym zdunem, mistrzem od stawiania pieców kaflowych. Kościół w Załężu otwarto 8 listopada 1900 r. Było to tak wielkie święto, że dziatwa szkolna otrzymała dwa dni wolnego od zajęć. Na ten dzień z utęsknieniem czekali też Sobczykowie, którym w 1898 r. urodził się syn Sylwester. Schorowany Franz senior ledwo doczekał tych uroczystości, po czym zmarł po dwunastu dniach, 20 listopada 1900 r. Jego pogrzeb był wielkim wydarzeniem, ponieważ jako jednego z pierwszych pochowano go na załęskim cmentarzu. Po pogrzebie wspominano, że jeszcze jesienią tego roku, wspólnie z synem, Franz senior posadził drzewko kasztana przy południowo–wschodnim narożu domu, dla upamiętnienia początku nowego wieku. W tym samym 1900 r. w Załężu przeprowadzono reformę szkolnictwa, przez co Wiktor o rok dłużej uczęszczał do Szkoły Powszechnej nr 1. W 1903 r. naukę w tej samej szkole rozpoczęła jego młodsza siostra Maria, a po dwóch latach dołączył do niej najmłodszy brat Sylwester. Wkrótce w Szkole Powszechnej nr 1 obowiązki dotychczasowego rektora Umerskiego przejął rektor Adamek, który 10 czerwca 1905 r. zorganizował jednodniową wycieczkę szkolną na górę Klimczok pod Bielskiem, na którą pojechało 51 uczniów klas I a i II a. W sfinansowaniu wyprawy pomogła huta Baildon, przekazując na ten cel 100 marek, oraz Spadkobiercy Gieschego – 20 marek. W charakterze gości udział w wycieczce wzięli: pani Hahn, kapłan Kroll, brat nauczyciela Keppera, kupcy Tessarz i Bohne oraz dwie córki rektora. Grupę uzupełnili następujący uczniowie: Franetzki I, Franetzki II, Smolka, Tessarz, Pilarski, Dawid, Wrobel, Bogatsch, Baron, Anderka, Heinzel, Kotz, Lebuda, Mastalierz, Grundter, Wollny, Nowak, Miernietz, Schwalbe, Irisch, Stawik, Grzegowski, Giebel, Woitzik, Kosub, Sobczyk, Matyszek, Goldman, Riechel, Swoboda, Plachetta, Walusch, Pieronczyk I, Pieronczyk II, Emmerich, Hain, Siegmund, Schikora, Schendzielorz, Prause, Watzlawek, Tometzki, Kuhnert, Brylka, Kotara, Metzner, Grober, Fitzek, Pabsh, Scholtyssek, Blaschczyk. Wycieczka dostarczyła uczniom wiele radości, a Sylwester był nią tak zachwycony, że po powrocie do domu jeszcze długo opowiadał, jak pięknie było w Beskidach.

15


Dojrzewanie l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

Dojrzewanie W chwili śmierci ojca Franz junior „dobijał” już do „abrahama” i jak na swój wiek był bardzo żywotny, czasami tylko mocniej doskwierała mu rana, którą odniósł w wojsku. Stale był zajęty pracą w Landwehrze oraz zajęciami w radzie parafialnej, więc wychowanie dzieci zostawił żonie Katherinie. Praca pochłaniała go do tego stopnia, że nawet nie zauważył, kiedy jego mała Wiktoria stała się dorodną panną. 12 września 1911 r., wkrótce po ukończeniu osiemnastu lat, Wiktoria wyszła za Johanna Pieronczyka, który cztery lata wcześniej przyjechał do Załęża z Łabęd koło Gliwic. Po ślubie nowożeńcy zamieszkali w familoku przy ulicy Schaffgottschtrasse 8a (dziś ul. Pokoju), gdzie Johann otrzymał mieszkanie z kopalni Kleofas. W niecały rok później Wiktoria urodziła syna i Franz junior został dziadkiem. Noworodkowi dano na imię Józef, które już od 1896 r. czekało na „zagospodarowanie”. Drugi syn, Franciszek, urodził się 1 sierpnia 1914 r., czyli w dniu, w którym o godzinie 17.30 w Załężu podano komunikat o wypowiedzeniu wojny Rosji. Zaraz potem Wiktor, najstarszy syn Franza juniora, wyjechał do armii pruskiej cesarza Wilhelma, zwanego na Śląsku pieszczotliwie „Wilusiem”, żeby walczyć na froncie afrykańskim. W ten sposób dom rodzinny przy Kaiser Wilhelmstrasse 8 zaczął się systematycznie wyludniać. Po wyprowadzeniu się Wiktorii i wyjeździe Wiktora, obok 64–letniego Franza i jego 56–letniej żony Katheriny pozostali tylko 18–letnia Maria i 16–letni Sylwester. Tymczasem załęskie familoki zaludniały się w szybkim tempie, bo do pracy w kopalni Kleofas zaczęli ściągać ludzie z Wielkopolski, która po rozbiorze Polski znalazła się w granicach Prus. Przeważali młodzi, samotni ludzie, których umieszczano w tzw. Schafhause, czyli kopalnianych domach noclegowych (poprzednikach późniejszych domów górnika). Z braku innych rozrywek, przyjezdni zaczęli okupować miejscowe restauracje, w których coraz częściej dochodziło do bójek. Związki zawodowe organizowały ustawiczne strajki górników, domagając się podwyżki płac i skrócenia godzin pracy. Wystąpienia te stały się jeszcze gwałtowniejsze, kiedy w Załężu dało się odczuć pierwsze skutki wojny z Rosją, w postaci kłopotów z zaopatrzeniem w podstawowe artykuły żywnościowe. A kiedy do Załęża zaczęły docierać z frontu pierwsze wiadomości o rannych i poległych, zamieszki sięgnęły apogeum. Kopalnia, chcąc udobruchać mieszkańców, wybudowała w 1916 r. dwa nowe bloki mieszkaniowe, tzw. Neu Bau i piekarnię osiedlową (Backhaus) na

16


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Dojrzewanie

tzw. Bauplatzu, pomiędzy ulicami Schaffgottstrasse i Halderstrasse (dziś Bocheńskiego). Jednak nic już nie było w stanie uspokoić mieszkańców, demonstracje rozlały się na całe Załęże, doprowadzając do zawieszenia nauki w szkołach. Maria, przerażona takim obrotem spraw, zrezygnowała z uprawiania gimnastyki i za radą proboszcza, ks. Kubisa, zapisała się na kurs sanitariuszek, organizowany przez załęskie gniazdo „Sokoła”. W 1918 r., kiedy Wiktor powrócił z wojny, strajki załęskich górników stały się już codziennością, a oprócz żądań płacowych coraz częściej padały z tłumu hasła polityczne. Po wywalczeniu zrównania stawek z górnikami kopalni Giesche, 11 września 1919 r. rozpoczął się nowy, potężny strajk, wymierzony przeciw zatrudnianiu w śląskich kopalniach i hutach byłych żołnierzy Grenzschutzu. Ponieważ Wiktor miał już wojny powyżej dziurek w nosie, pozrywał wszystkie znajomości i zaszył się w swoim domu. Jedyną osobą, z która jeszcze się kontaktował, był Emil, chłopak z Załęża, z którym razem służył w pruskiej armii. Przed wojskiem Emil pracował na kopalni Kleofas jako wyuczony siedlorz i w 1914 r., razem z innymi 550 pracownikami kopalni, został ściągnięty do „armii Wilusia”. Za postawę na froncie został odznaczony Żelaznym Krzyżem II klasy (Eisernes Kreutz) i awansowany z grenadiera do stopnia podoficera (Unteroffizier). Z odznaczenia syna najbardziej ucieszona była matka Emila, któ- 4. Emil Kroll w armii pruskiej – 1918 r. Emil Kroll, chłopak z Załęża, późniejszy mąż Marii Sobra miała niemieckie korzenie, czyk, uczestniczki powstań śląskich, młodszej siostry natomiast ojciec, o polskich mojej babci Wiktorii

17


Dojrzewanie l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

korzeniach, ostrzegał syna, aby swoim odznaczeniem nie afiszował się w Załężu. Tymczasem Maria, po ukończeniu kursu, pracowała jako pielęgniarka wolontariuszka w różnych zapalnych punktach miasta, dzięki czemu mogła na bieżąco śledzić rozwój sytuacji W domu chętnie dzieliła się swoimi obserwacjami z resztą rodziny, a Emil był ich częstym gościem, ponieważ wspólnie z Wiktorem codziennie przemierzał załęskie ulice w poszukiwaniu pracy. Nie mogąc jej znaleźć w Załężu, Wiktor dotarł do Bytomia, gdzie zatrudnił się w kopalni Rozbark. Początkowo dojeżdżał do pracy tramwajem z Załęża, jednak kiedy w 1919 r. ożenił z bytomianką Helgą Lorek, przeprowadził się do teściów, którzy byli niemieckojęzycznymi Górnoślązakami. Rok później dom rodzinny przy Kajser Wilhelmstrasse opuścił również Sylwester, który ożenił się z Marianną Sobieraj i po ślubie wyprowadził się do Ochojca. Franz junior bardzo przeżywał te wyprowadzki, ponieważ siedlisko Sobczyków wyludniało się coraz bardziej. Po ukończeniu 68 lat Franz mieszkał w swoim domu jedynie z 60–letnią żoną Katheriną i ich 24–letnią córką Marią. Od wyprowadzki Wiktora coraz częściej odwiedzał ich Emil, zasięgając języka na temat sytuacji w mieście. To od Marii Emil dowiedział się, że w Katowicach powstała Centralna Rada Robotnicza i Żołnierska oraz że w lutym 1919 r. w Bytomiu powstała Polska Organizacja Wojskowa.

18


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Powstania i Plebiscyt

Powstania i Plebiscyt W sierpniu 1919 r. Grenzschutz otworzył ogień do tłumu znajdującego się przed kopalnią Mysłowice, czym wywołał spontaniczną reakcję obronną. Ten niekontrolowany gniew tłumu wykorzystał dowódca z ramienia POW, Maksymilian Iksal, który w nocy z 16 na 17 sierpnia 1919 r. wydał rozkaz do powstania. Następnego dnia poparł je Alfons Zgrzebniok i stanął na jego czele. Najcięższe walki toczyły się w okolicy Rybnika i Pszczyny, jednak w Załężu i Dębie też dochodziło do potyczek, po których Maria musiała wraz z powstańcami wycofać się do Sosnowca, gdzie schronili się przed niemieckimi represjami. Tam zetknęła się z Teodorem Dudkiem który, jako założyciel i szef załęskich struktur POW, wprowadził ją do tej organizacji. Po amnestii berlińskiej Maria wróciła do domu i od razu o swoich sosnowieckich przygodach opowiedziała Emilowi. Pochwaliła się też, że wstąpiła do POW w Załężu. Zdziwiony tym faktem Emil zapytał ją tylko, czy uczyniła to z pełną świadomością. Jednak Maria wiedziała jedynie, że wstąpiła do organizacji, która powstała dla ochrony działań powstańczych. Wówczas dopiero Emil uświadomił jej, że wstąpiła do organizacji, którą obóz sanacyjny powołał do kierowania i koordynowania działań powstańczych we współpracy z warszawską centralą wojskową, a wstępując do niej, zamieniła endeckie „Sokoły” na piłsudczykowską POW. Dla Marii był to szok, dotychczas bowiem była mocno związana z kościołem, popierającym endecję i dopiero teraz zdała sobie sprawę, że wstępując do POW, nieświadomie związała się z przeciwnym obozem politycznym. Po tej krótkiej lekcji historii Maria była już o wiele mądrzejsza, ale na zmianę decyzji było już za późno. Po licznych aktach niemieckiego terroru, w nocy z 18 na 19 sierpnia 1920 r. wybuchło II powstanie śląskie, na które powstańcy z Załęża wyruszyli pod własnym sztandarem ufundowanym przez załęski oddział Górników Zjednoczenia Zawodowego Polskiego dla uczczenia pierwszej rocznicy powstania państwa polskiego. Walcząc w okolicach Zaborza, zostali pobici przez przeważające siły wroga i zgubili sztandar, który dopiero po latach odnalazł się na strychu jednego z familoków przy ulicy Pokoju. Przypuszcza się, że został tam schowany przez ludzi z okolic Zaborza, którzy po podziale Górnego Śląska przeszli na polską stronę. Powstanie, choć krótkie, przyniosło konkretne korzyści, zlikwidowano bowiem znienawidzoną policję SIPO i zastąpiono ją mieszaną polsko–niemiecką policją APO oraz wprowadzono język polski do szkół i urzędów.

19


Powstania i Plebiscyt l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

I w tym momencie moja górnicza logika zaczyna się buntować. Jeżeli powstańcy śląscy walczyli o Śląsk, to gdzie podział się język śląski? Dlaczego nie wprowadzono go do urzędów i szkół? Wszak pierwsze zdanie zapisane transkrypcją łacińską w śląskim narzeczu słowiańskim, wypowiedziane przez Czecha Bogwała do jego żony Ślązaczki: „Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj” już w 1270 r. znalazło się w Księdze Henrykowskiej. Wtedy bowiem językiem polskim nazywano wszystkie narzecza słowiańskie, w odróżnieniu od niderlandzkich, które nazywano językiem niemieckim. Z tego narzecza w XIV w. wyodrębnił się język czeski, a na przełomie XV i XVI w. język polski. Gdzie zatem podział się język śląski? Jeżeli przyjmiemy, że w jakimś momencie język śląski też wyodrębnił się z tego narzecza, cytowane zdanie powinno po brzmieć po śląsku mniej więcej tak: „Dej, jo byda brusił, a ty sie lygnij” lub krócej: „Dej, jo pobrusza, a ty lygej”. Może jednak niepotrzebnie wprowadzam to całe zamieszanie? Przecież ekspertem w tej dziedzinie jest profesor Miodek. Zostawmy zatem wątpliwości językowe i podążajmy dalej za historią. Po wprowadzeniu zmian obie strony konfliktu kontynuowały przygotowania do plebiscytu, w którym mieszkańcy Górnego Śląska mieli się opowiedzieć, czy chcą należeć do Polski, czy do Niemiec; innej opcji nie było. Skąd więc wziął się samodzielny i autonomiczny Śląsk? Przy podziale Śląska najwięcej do stracenia mieli sami Ślązacy, a szczególnie dzieci wychowujące się w rodzinach mieszanych, które przy różnicy zdań rodziców musiały wybierać pomiędzy ojcem a matką. Pokolenie, które pamiętało jeszcze zasługi niemieckiego ks. Ludwiga Skowronka (Ludwika Skowronka) przy budowie załęskiego kościoła, sympatyzowało z jego pomysłem utworzenia Republiki Śląskiej w ramach państwa niemieckiego. Młodsi, uwiedzieni erudycją i obietnicami Korfantego, widzieli poprawę sytuacji w przyłączeniu Śląska do Polski. Jednak większość mieszkańców nie dążyła do zmian politycznych, żądając jedynie poprawy warunków pracy i lepszych zarobków. Niewielka grupka ludzi wspominała też coś o komunistach ze „Spartakusa”, którzy nawoływali klasę robotniczą do przejęcia władzy. W tym zamieszaniu najbardziej skołowani byli śląscy katolicy, ponieważ w czasie kiedy jedni księża namawiali z ambon do głosowania za Polską, drudzy agitowali za Niemcami. W części Śląska, która później przypadła Polsce, 30 proboszczów opowiadało się za Niemcami, a tylko 17 za Polską. Oprócz ks. Ludwika Skowronka, za Niemcami optowali m.in. nastę-

20


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Powstania i Plebiscyt

pujący księża: Johannes Globisch – Katowice (św. Apostołów Piotra i Pawła), Alois Reiff – Królewska Huta (św. Barbary), Victor Scholtyssek – Świętochłowice, Oskar Schubert – Dąb, Franz Tylla – Królewska Huta (św. Jadwigi) czy ks. Karl Handy z Woszczyc (Woschczytz Kreis Pless), rodzinnej miejscowości Franza Sobczyka. Natomiast orędownikami Polski byli m.in. księża: Jan Kapica – Tychy, Teodor Kubina – Katowice (parafia mariacka), Paweł Lex – Halemba czy Franciszek Kupilas z Lędzin. Głos w sprawie Górnego Śląska zabrał też biskup wrocławski Adolf Bertram, który w swoim liście pasterskim przestrzegał wiernych, że: „ktokolwiek wspiera ruchy buntownicze, dopuszcza się zbrodni względem świętego prawa i porządku ustanowionego przez Boga”. I w tym miejscu mój górniczy intelekt znowu czegoś nie rozumie! Byłem pewien, że po zwycięskich wojnach w latach 1741–1761 porządek na Śląsku ustanowiły Prusy. Czy wobec tego biskup Bertram chciał powiedzieć, że Bóg im w tym pomagał? No tak, jak mogłem to przeoczyć! Przecież już od 1440 r. Prusom towarzyszyła dewiza wzięta ze Starego Testamentu – „Gott mit uns”, czyli „Bóg jest z nami”. Z perspektywy Bytomia, w którym po ślubie mieszkał teraz Sobczyk Wiktor, przygotowania do plebiscytu wyglądały zupełnie inaczej. Kiedy w lutym 1919 r. w Bytomiu powstała Polska Organizacja Wojskowa Górnego Śląska, Wiktor był już bogatszy o poglądy przewodniczącego Górnośląskiej Katolickiej Partii Ludowej (Katholische Volkspartei) ks. Carla Ulitzki, który postulował wyłączenie prowincji śląskiej z Prus i utworzenie autonomicznego landu na wzór Bawarii czy Saksonii. Ponieważ jego koncepcja niewiele różniła się od znanego pomysłu ks. Ludwika Skowronka, Wiktor skłaniał się raczej ku hasłom Związku Górnoślązaków – Bund der Oberschlesier, który jako jedyny domagał się bezwzględnej niepodległości dla Śląska. Pod koniec 1919 r. w hotelu Lomnitz w Bytomiu rozpoczął pracę Polski Komitet Plebiscytowy na czele z Korfantym, powołanym przez rząd polski na komisarza plebiscytowego. Już na początku jego działalności zaczęły z hotelu wyciekać wieści o złej atmosferze, jaka tam panowała. Z powodów ambicjonalnych kłody pod nogi rzucali Korfantemu zarówno oficerowie POW, jak i oddziału II sztabu głównego, czyli centrali polskiego wywiadu wojskowego w Warszawie. W tej sytuacji Korfanty zaczął otaczać się swoimi ludźmi, sprawdzonymi w czasie działalności w Naczelnej Radzie Ludowej w Poznaniu. Jednym z nich był Józef Alojzy Gawrych, który z polecenia Korfantego został szefem Wydziału Wywiadowczo–Informacyjne-

21


Powstania i Plebiscyt l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

go. Jego nominacja doprowadziła do scysji z innym bliskim współpracownikiem, Teofilem Kupką, a ponieważ Korfanty nie znosił sprzeciwu, w sierpniu 1920 r. zwolnił Kupkę z pracy. Podrażniony w swych ambicjach Kupka z secesji obozu Korfantego założył Związek Górnośląskich Urzędników Plebiscytowych, którego działalność oparł na nucie śląskiego separatyzmu, postulując usamodzielnienie się Śląska w ścisłym związku z Niemcami. Wszystko to działo się w gorącym okresie bitwy warszawskiej, kiedy propaganda niemiecka ogłaszała rychły koniec państwa polskiego. W tych warunkach 15 sierpnia 1920 r. sejm polski uchwalił ustawę konstytucyjną zawierającą statut organizacyjny, w którym powołano autonomiczne „województwo śląskie” z własnym sejmem jako nieodłączną część składową Rzeczpospolitej Polskiej. Czyż nie był to już początek „Śląska wymyślonego”, który Michał Smolorz opisał w swej pracy doktorskiej? Nie dziwię, że Ślązacy mieli kłopoty z wyborem właściwej opcji, gdyż ofert było więcej niż towaru w hipermarketach, a wszystkie konkurowały ze sobą jedynie ceną. Żadna z tych ofert nie liczyła się ze zdaniem samych zainteresowanych, ale to nie jedyny przypadek, kiedy zwycięzcy dzielą świat według własnego uznania. W rzeczywistości nie chodziło o Ślązaków, których kosztem Francja rozgrywała swoją wojenkę z Prusami. Przyszłość Śląska rozegrała się już na poziomie traktatu wersalskiego, a Niemcy i Polska przebijały się tylko ofertami tworzonymi na potrzeby kampanii plebiscytowej. Teofil Kupka też nie oparł się niemieckiej pokusie i za niemieckie pieniądze zaczął wydawać gazetę „Wola Ludu”, w której ostro krytykował działalność Korfantego. Ponieważ doskonale znał mechanizm kampanii przedwyborczej i jej najbardziej tajne sprawy, stał się niebezpieczny dla Polskiego Komitetu Plebiscytowego. 20 listopada 1920 r. do drzwi jego mieszkania w Bytomiu zapukało dwóch mężczyzn, którzy oddali śmiertelne strzały i zniknęli. Przybyła na miejsce zbrodni policja stwierdziła, że ślady prowadzą do hotelu Lomnitz. Śmierć Teofila Kupki wywołała spory rozdźwięk wśród zwolenników Korfantego i długo jeszcze była komentowana przez społeczeństwo. Po latach, na łamach swojej gazety „Polonia”, Korfanty opublikował „Marzenia i zdarzenia”, w których tak wyjaśnia przypadek Kupki: „Bojówki organizacji, nieutrzymane w należytej dyscyplinie i działające na własną rękę, wyrządzały nie tylko polityczne szkody, ale hańbiły imię polskie. Przypomnę sprawę Kupki, sprawę Wojtachy w Radzionkowie,

22


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Powstania i Plebiscyt

sprawę biednych ofiar znalezionych w Józefce, sprawę rzeźnika na Podlaryszu i wiele innych”. Ustosunkował się również do książeczki pt. „Jakim sposobem Polska zagarnąć chce Górny Śląsk”, wydanej przez wrocławską drukarnię J. Knoppa, w której przytaczano ściśle tajne i poufne rozkazy, jakie docierały z Warszawy do sztabu Korfantego, pisząc: „P. Borelowski (Grażyński) wie tak dobrze jak ja, że organizacja została przez Niemców, którzy zabrali jej całe archiwum, zdekonspirowana, co niemało sprawiło nam kłopotów”.

*** W styczniu 1920 r. Wiktorowi urodził się syn Zygfryd i sprawa wyboru opcji w głosowaniu plebiscytowym skomplikowała się jeszcze bardziej. Odtąd nie mógł już działać egoistycznie, lecz musiał brać też pod uwagę dobro swojej rodziny. Plebiscyt spowodował też spore zamieszanie w rodzinie Emila, ponieważ jego matka, o niemieckich korzeniach, i starszy brat, wychowywany na jej modłę, optowali za Niemcami, natomiast ojciec posiadający polskie korzenie oraz Emil z siostrą, wychowani przez ojca w duchu polskim, obstawiali za Polską. Po długim namyśle Wiktor postanowił, że ze względu na dobro swej rodziny zagłosuje za Niemcami. Decyzję podjął z pełną świadomością, że narazi się rodzicom, a szczególnie siostrze Marii, która o Polskę walczyła w szeregach POW Górnego Śląska.

*** Po burzliwej, a czasami wręcz brutalnej kampanii z obu stron, 20 marca 1920 r. przeprowadzono plebiscyt, nad którego prawidłowym przebiegiem czuwała Międzysojusznicza Komisja Rozjemcza. Po podliczeniu okazało się, że 40,4 procent głosów oddano za Polską, a 59,5 procent za Niemcami; w Załężu stosunek ten wynosił 45,6 do 54,4 procent. Wkrótce po plebiscycie do Marii dotarła wiadomość, że Korfanty nie zgodził się z jego wynikami, wywołał powstanie i ogłosił się jego dyktatorem. Dalszy ciąg akcji przedstawiam na podstawie anonimowego opisu szlaku bojowego Kompanii Załęskiej, który odnalazłem w dokumentach Marii Sobczyk, uczestniczki trzech powstań śląskich.

23


Powstania i Plebiscyt l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

Zgodnie z rozkazem dowództwa III powstania, komendant załęskiej placówki z ramienia POW Józef Sapa zarządził 2 maja o godzinie 22.00 zbiórkę powstańców w załęskim lesie, w pobliżu restauracji „Gintrów” na Załęskiej Hałdzie. O wyznaczonej godzinie przybyło 80–90 osób, wśród których byli: członkowie zakonspirowanej Polskiej Organizacji Wojskowej, członkowie Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, członkowie Centralnego Związku Zawodowego, członkowie PPS oraz członkowie Związku Zawodowego Górników i Towarzystwa Śpiewu „Halka”. Maria dziwiła się, że choć na zbiórkę przyszło tak mało powstańców, reprezentowali oni tak wiele różnorodnych organizacji, że wyglądało to, jakby każdy z nich przyszedł pilnować interesów swojej własnej. Upoważniony komendant, kol. Szlachta, po krótkim przemówieniu i sprawdzeniu obecnych, przyjął od nich przysięgę, po czym wymaszerowali w szyku bojowym przez las do Radoszowa, gdzie we wczesnych godzinach rannych otrzymali broń. Były to rosyjskie, francuskie i niemieckie karabiny oraz francuskie i niemieckie granaty ręczne. Kilkudziesięciu powstańców załadowano na samochody ciężarowe i podwieziono do Wirku, a pozostali ruszyli marszem za nimi. W Wirku miejscowa kompania powstańcza od godziny drugiej prowadziła już zacięte walki z niemiecką żandarmerią zgromadzoną w oberży hutniczej. Około piątej nad ranem, po przybyciu pierwszego oddziału Kompanii Załęskiej, wycofano kompanię miejscową, wprowadzając do walki powstańców z Załęża, którzy z marszu zaatakowali przeciwnika granatami ręcznymi. Po tym ataku z oberży wywieszono białą flagę, a powstańcy pewnie weszli do środka, gdzie zostali przywitani zdradzieckim ogniem karabinów maszynowych. W wyniku ostrzału zginęli kol. kol. Stefan Ziętek i Edward Pałka, a kilkunastu powstańców zostało rannych. Trafili oni pod opiekę pododdziału sanitarnego, w którym Maria była pielęgniarką. Po wykonaniu zadania, 3 maja 1920 r. kompania wróciła nad ranem do Załęża. W tym samym dniu wymaszerowała ponownie do Wirku, ponieważ tam wyznaczono miejsce zbiórki baonu. W Wirku Kompania Załęska otrzymała nowe uzbrojenie składające się z jednolitych, niemieckich karabinów „Mauser”, lekkich karabinów maszynowych i bagnetów. W Wirku kompania liczyła już 220 ludzi i składała się: z trzech plutonów powstańczych (I i II tworzyli powstańcy z Załęża, a III – z Załęskiej Hałdy), obsługi taborów, dwóch drużyn lekkich karabinów maszynowych oraz orkiestry kopalni Kleofas pod batutą Wicharego. Jednostka została wcielona jako I kompania szturmowa do II baonu I pułku wojsk powstańczych i w dniu 3 maja wymaszerowała z Wirka do Gliwic z zamiarem zdobycia parowozowni i taboru kolejowego, jednak na interwencję Komisji Alianckiej została wycofana do Zabrza.

24


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Powstania i Plebiscyt

4 maja II baon, w składzie którego była załęska kompania, wyruszył do Łabęd i po przybyciu na miejsce rozlokował się w pobliżu dworca. 5 maja baon załadowano na pociąg i przewieziono do stacji Sławęcice. Po wyładowaniu się, baon został w czasie biwaku zaatakowany pomiędzy miejscowościami Blachownia i Modary. Kompania natychmiast ruszyła do ataku i napotkała na ogień zaporowy z kierunku Nowa Wieś – Kędzierzyn, prowadzony przez regularne oddziały wojsk włoskich, oraz zza Kłodnicy, skąd strzelały oddziały niemieckie. Podczas walk, które toczyły się od godziny 8.00 do 15.00, Niemcy rzucili nowe oddziały od strony toru kolejowego Sławęcice – Kędzierzyn. Mimo brawurowych ataków, do czasu zluzowania kompanii nie udało się dotrzeć do Kędzierzyna, chociaż jej działania wspomagały samochody pancerne „Walerusa”, które też nie potrafiły sforsować wspólnych, włosko–niemieckich linii obronnych. Był to pierwszy bój kompanii w otwartym polu i od razu został opłacony śmiercią oficera baonowego, kol. Kłakusa, oraz śmiercią kol. Szopy. Kolejnych 14 powstańców zostało rannych, z których kol. Slupina zmarł na skutek odniesionych ran. Po krótkim odpoczynku i uzupełnieniu stanu przez doświadczonych żołnierzy i byłych hallerczyków z Załęża kompania wyruszyła do Jakobswalde, podczas gdy Maria odwoziła do Załęża rannych i 20 najmłodszych powstańców, których ze względu na wiek odesłano do domu. 7 maja o godzinie 13.00 Kompania Załęska, wraz z kompaniami z Kochłowic, Halemby i Nowej Wsi, zajęła stanowiska wypadowe wzdłuż kolei na Stare Koźle i Kędzierzyn, gdzie mieścił się ważny węzeł kolejowy. O godz. 15.00 rozpoczęła się bitwa, w wyniku której wymienione kompanie, mimo huraganowego ognia erkaemów i lekkiej artylerii niemieckiej, zdobyły Stare Koźle, Pogorzelec, Brzezie i Kędzierzyn od strony południowej, co utworzyło zwarty front od Odry do Kędzierzyna–Januszkowic i pozwoliło nawiązać łączność z oddziałami, które zdobyły Kędzierzyn z prawej strony toru kolejowego i Blachowni. Cały Kędzierzyn został zdobyty w późnych godzinach wieczornych, przy wsparciu pociągu pancernego. Niemcy, opuszczając stanowiska w popłochu, zostawiali broń i amunicję, dzięki czemu powstańcy zdobyli m.in. siedem cekaemów i osiem elkaemów. W „Marzeniach i zdarzeniach”, zamieszczonych na łamach „Polonii”, Korfanty w ten sposób opisuje to wydarzenie: „Po zajęciu przystani kozielskiej oddziały powstańców rzuciły się na znajdujące się tam składy żywności, należące do Komisji Międzysojuszniczej, oraz na wielkie magazyny spirytusu. Apetyt powstańców był tak wielki, że wyrządzone szkody oszacowano na 3 i pół miliona marek niemieckich, z czego 2 miliony musiała pokryć Naczelna Władza powstańcza. Najbardziej obrotny w zmaganiach ze spirytu-

25


Powstania i Plebiscyt l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

sem okazał się drogerzysta z Zabrza, Franciszek Długiewicz, który po podziale Górnego Śląska przeprowadził się do Załęża”. Po jednodniowym postoju w Pogorzelcu, w dniach 11 i 12 maja kompania przejęła pozycje w Kłodnicy, a 13 maja w Koźlu Przystani i wzdłuż brzegu Odry łącznie z mostem kolejowym, na którym zatknięto polski sztandar niesiony z Załęża. Kiedy powstańcy Kompanii Załęskiej pełnili straż na moście i wzdłuż Odry, na jej drugim brzegu znajdowały się oddziały włoskie i niemieckie, z którymi poprzednio walczyli pod Blachownią. Wraz z zajęciem pozycji na Odrze osiągnięto strategiczne cele postawione przez grupę południowo–wschodnią II dywizji wojsk powstańczych. Od 13 do 21 maja kompania pełniła straż nad Odrą. 21 maja I drużyna I plutonu Kompanii Załęskiej otrzymała rozkaż wysadzenia mostu. Jego zaminowanie trwało od godziny trzeciej do szóstej, po czym o zamiarze wysadzenia mostu powiadomiono wojsko włoskie, które wycofało się na oddaloną pozycję za Odrę. Most wysadzono 21 maja o godzinie 6.15. i odtąd oddziały niemieckie nie mogły już przemieszczać się pociągami pancernymi przez Odrę, co miało wielkie znaczenie w czasie ataku na polskie pozycje. Po wykonaniu zadania zarządzono reorganizację wojsk powstańczych, podczas której Kompania Załęska, która dotąd była I kompanią szturmową I pułku, została przemianowana na III kompanię tego samego pułku. W tym samym dniu, tj. 21 maja, kompania opuściła pozycje nad Odrą i pomaszerowała do miejscowości Raszowy–Rokicz, gdzie zakwaterowany był II baon. W następnym dniu kompania przemieściła się do Rozwady, skąd o godzinie 4 rano wymaszerowała, aby powstrzymać natarcie niemieckich oddziałów. Od tego dnia Kompania Załęska walczyła codziennie, gdyż rozpoczęła się wielka ofensywa niemiecka. Najpierw przeszła do kontrataku, po wycofujących się w nieładzie kompaniach V pułku bytomskiego, a następnie przystąpiła do natarcia w kierunku miejscowości Krempa, gdzie wbiła się klinem w front i nawiązała łączność z bocznymi oddziałami wojsk powstańczych. Oddziały niemieckie wyposażone były jak regularne wojsko i miały wsparcie artylerii. Po ciężkiej walce i cofnięciu się prawego skrzydła wojsk powstańczych, Kompania Załęska wycofała się na pozycje Zdzieszowice, Leśnica, Lichynia, Zalesie i Stary Ujazd, gdzie utworzyła linię obronną. W czasie wycofywania się kompania pierwszy raz otrzymała wsparcie polskiej artylerii, co pozwoliło, po ciężkich bojach, odrzucić wroga na nowo utworzonym froncie. W dniach 1 i 2 czerwca Kompania Załęska stoczyła ostatnie walki z Niemcami pod Lechninami, Zalesiem i Sławęcicami. Szczególnie ciężkie boje toczyła o Zalesie, które zdobywała trzy razy w ciągu dnia. 4 czerwca pomiędzy walczące fronty wkroczyły wojska alianckie i kiedy wszelkie walki ustały, Kompania Załęska otrzymała

26


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Powstania i Plebiscyt

rozkaz wycofania się do Rudzieńca, a od 6 czerwca odpoczywała już w Wielkich Hajdukach. Jednak odpoczynek nie trwał długo, ponieważ jeszcze w czerwcu kompania walczyła z niemieckimi oddziałami zamkniętymi w Bytomiu. Demobilizacja Kompanii Załęskiej nastąpiła 10 czerwca 1921 r. Oprócz dzielności, kompania wykazała duże zdyscyplinowanie, ponieważ w całym okresie jej działań nie zanotowano żadnego przestępstwa z udziałem jej członków. W tym miejscu zadam retoryczne pytanie: Czy Kompania Załęska, a szczególnie jej powstańcy, którzy oddali życie w walce o Polskę, nie zasłużyli na trwałe upamiętnienie? Ponieważ w Załężu nie mieszkam już od dłuższego czasu, w dniu 92. rocznicy wybuchu III powstania śląskiego udałem się na poszukiwanie śladów upamiętnienia. Zacząłem od Załęskiej Hałdy (miejsca zbiórki kompanii), gdzie przy Szkole Podstawowej nr 25 znalazłem tablicę pamiątkową poświeconą poległym bohaterom z lat 1939–1945. Na ulicy Bocheńskiego, przy wiadukcie, odnalazłem tablicę poświeconą Teofilowi Patalongowi, komendantowi POW z Załęskiej Hałdy, którego hitlerowcy rozstrzelali w 1939 r. Doszedłem do placu Józefa Londzina i w jego centrum znalazłem jedynie obelisk z tabliczką następującej treści: W hołdzie Polakom, mieszkańcom Górnego Śląska i Zagłębia, prześladowanym, więzionym i deportowanym do pracy niewolniczej. W 56. rocznicę napaści hitlerowskiej na Polskę. Ufundowana w 1995 r. przez Stowarzyszenie Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę w Katowicach. A więc znowu nie to, czego szukałem, jednak miałem jeszcze cichą nadzieję, że może na dziedzińcu kościoła coś znajdę. Wkrótce jednak i ta nadzieja okazała się płonna. Co więc się stało, komu narazili się powstańcy Kompanii Załęskiej, że tak zostali potraktowani? Pisząc te słowa, mam nadzieję, że nadejdzie jeszcze taki dzień, kiedy potomkowie powstańców Kompanii Załęskiej naprawią ewidentną niepamięć historyczną naszych lokalnych władz. Do tego czasu pamięć o bohaterskich powstańcach Kompanii Załęskiej, którzy w III powstaniu śląskim walczyli o przyłączenie Górnego Śląska do Polski, pozostanie przynajmniej na kartach niniejszej książki. Będzie to również hołd dla Marii, młodszej siostry mojej babci Wiktorii, która wraz powstańcami przeszła cały szlak bojowy z Załęża po Górę św. Anny.

27


Załęscy komuniści l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

Załęscy komuniści Pierwsze hasła komunistyczne pojawiły się w Załężu już na początku 1900 r. Nie wiadomo tylko, czy był to jednorazowy wybryk, czy początki ruchu komunistycznego, który po I wojnie światowej rozlewał się już po całej Europie. W Załężu istniały wszelkie dane ku temu, a załogi poszczególnych zakładów pracy, często występujące o podwyżki płac i poprawę warunków pracy, były doskonałym materiałem do tworzenia proletariatu. Ponieważ nie znalazłem niczego w literaturze, zacząłem danych na ten temat poszukiwać na własną rękę, mówiąc po górniczemu, przystąpiłem do „próbnych odwiertów”. Miałem nadzieję, że znajdę jeszcze kogoś, kto pamięta tamte przedwojenne czasy. Los zrządził, że kiedy rozmawiałem o tym z moim kolegą Ernestem, dowiedziałem się, że jego ojciec był przedwojennym załęskim komunistą i pozostawił po sobie pamiętnik. W ten sposób znalazłem kolejną perełkę do mojego „Śląska udokumentowanego”. Ojciec mego sympatycznego kolegi nazywał się Franciszek Fojcik i urodził się w 1902 r. w Hindenburgu (obecnie Zabrze). Jego rodzice byli właścicielami domu przy obecnej ulicy Wolności w Zabrzu. W wieku 15 lat Franciszek rozpoczął edukację komunistyczną w rodzinie słynnych Wieczorków, w czasie, kiedy jeden z nich siedział w więzieniu za odmowę służby w niemieckim wojsku. W środowisku tym nabrał nieco odmiennej od ogólnie panującej na Górnym Śląsku świadomości światopoglądowej, którą pogłębiał w rozmowach z wolnomyślicielami (Freidenker) mieszkającymi w ich domu. Młody Franek mógł zatem codziennie pobierać darmowe lekcje o tym, jak powstawał świat, jak powstawał człowiek, czy wreszcie co stało się z Giordano Bruno i co to jest kler. Po ukończeniu 16 lat Franek podjął pracę w kopalni Ludwik w Hindenburgu, gdzie swoimi poglądami zaraził kolegów, organizując jednocześnie teatr i kółko polskiego śpiewu. Kiedy na kilka dni przed wybuchem III powstania śląskiego zwolniono z pracy jednego z członków klubu, Franek przy poparciu Rady Zakładowej i Komunistycznej Partii Niemiec (KPD) zorganizował strajk w jego obronie, a część wzburzonej załogi, uzbrojona w kilofy i siekiery, ruszyła w kierunku budynku, w którym mieszkał nadsztygar, sprawca zwolnienia kolegi. Przestraszony nadsztygar, widząc nadchodzących górników, zaczął do nich strzelać z pistoletu, zabijając jednego i raniąc trzech. Nie wiadomo, jaki byłby epilog tego zajścia, gdyby nie interwencja francuskiego wojska, które wkroczyło pomiędzy walczących.

28


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Załęscy komuniści

Żołnierze znaleźli wystraszonego nadsztygara na strychu schowanego za beczką, a Franek musiał salwować się ucieczką przez okno, skacząc z pierwszego piętra. Kilka dni później strajk rozlał się już na inne zakłady. W centrum Hindenburga doszło do wymiany ognia pomiędzy robotnikami i policją, w wyniku czego byli zabici i ranni. Dalszej strzelaninie ponownie zapobiegli Francuzi, którzy karabinami maszynowymi obsadzili najwyższe punkty w mieście. Z tej strzelaniny Franek i jego brat wrócili do domu ze zdobytym karabinem, który schowali w piwnicy. Kiedy kilka dni później wybuchło III powstanie śląskie, Franek wstąpił do pierwszej kompanii szturmowej i walczył pod Górą św. Anny, biorąc m.in. udział w ciężkich bojach pod Lichynią i Leśnicą. Po zakończeniu powstania i wytyczeniu granicy, rodzinę Franka wyeksmitowano z Hindenburga, wykupując ich dom. Wówczas Fojcikowie przeprowadzili się do Załęża i zamieszkali przy ulicy Limanowskiego 22. Jednak na skutek szalejącej inflacji pieniądze, które otrzymali za dom, szybko traciły swą wartość. Franek musiał wyjechać za chlebem do Francji. Jest to kolejny przykład śląskiego powstańca, który bił się o Polskę, a później musiał szukać chleba za granicą. We Francji Franek kontynuował swoją działalność, wstępując w szeregi Komunistycznej Partii Francji (KPF). W grudniu 1923 r. został aresztowany za udział w dwóch wielkich strajkach i wydalony z kraju. Następny rok spędził w Belgii, a w 1925 r. powrócił do Polski, gdzie przez znajomego z Hindenburga, Wincentego Wieczorka, został wciągnięty do Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej (KZMP) i zaczął organizować w Załężu trójki młodzieżowe. Ponieważ w tym czasie nie było tu jeszcze żadnej komórki młodzieżowej, na początek poprosił o pomoc tow. Wilka ze Świętochłowic. Działalność Franka znalazła w Załężu podatny grunt i w ciągu roku do KZMP wstąpiło 36 osób. Zaczęło się rozwieszanie sztandarów na drutach wysokiego napięcia, rozlepianie ulotek, tzw. klepsydr, oraz rozpowszechnianie piosenek rewolucyjnych. Za swoją działalność Franek został pod koniec roku aresztowany na pięć tygodni, a w mieszkaniu jego rodziców, mieszczącym się przy obecnej ulicy Ślusarskiej 6, odbywały się co jakiś czas niespodziewane rewizje. W 1926 r. tow. Sikora rekomendował Franka do Komunistycznej Partii Polski (KPP), w której został opiekunem młodzieży i przyjął pseudonim Hary. W dalszej części opowiadania będę więc używał tego pseudonimu.

29


Załęscy komuniści l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

W jednym z mieszkań przy ulicy Długiej w Świętochłowicach zorganizowano dla miejscowej młodzieży tajne kółko marksistowskie. Wkrótce jednak zostało zdekonspirowane, wobec czego całą działalność trzeba było przenieść do załęskiego lasu. Dla lepszej konspiracji powstał w Załężu klub esperanto, który prowadził tow. Filok. W ramach klubu organizowano zabawy i wycieczki oraz szeroką wymianę z młodzieżą ościennych miast, takich jak Katowice czy Dąbrowa Górnicza. W międzyczasie Hary wstąpił do PPS Lewicy, gdzie u przewodniczącego tow. Karola Kani pełnił funkcję sekretarza na terenie Załęża. W 1931 r. załęska organizacja PPS liczyła 280 członków, a zebrania odbywały się regularnie co miesiąc. Na jednym z zebrań, w lokalu Golczyka, przemawiał tow. Aleksander Zawadzki (późniejszy wojewoda śląsko–dąbrowski), który po napaści uzbrojonej bojówki sanacyjnej pod wodzą Franciszka Zagórnika salwował się ucieczką przez okno znajdujące się na zapleczu. W następnym dniu, po zadenuncjowaniu przez Czumę, Harego wyciągnięto z dołu kopalni Kleofas i aresztowano. Na komendzie pouczono go, że PPS Lewica działa nielegalnie i w związku z tym ma natychmiast zaprzestać działalności, po czym wypuszczono go na wolność. Po zdelegalizowaniu PPS Lewicy Hary, tak jak wielu jego kolegów, przeniósł się do Komunistycznej Partii Polski i zaczął na kopalni Kleofas organizować trójki oddziałowe, które co tydzień składały mu raport o nastrojach załogi. Startując z ramienia wolnych związków, został trzykrotnie wybrany przez załogę do siedmioosobowej rady zakładowej, której sześciu członków należało do KPP. Oprócz Harego byli to: przewodniczący Karol Kania oraz członkowie Józef Nieszporek, Jan Malcherczyk, Alfred Piecha i August Janta. Siódmym członkiem był bezpartyjny Paweł Mentel. Kiedy KPP, pod przewodnictwem tow. Julka ze Świętochłowic i jego zastępcy Hermana Janasa z koloni Hugo, powołała zespół radców składający się z przedstawicieli kilku kopalń, Hary został tam oddelegowany jako przedstawiciel Kleofasa. W 1928 r. przygotował na tej kopalni strajk solidarnościowy ze strajkującymi górnikami angielskimi, który miał być zarzewiem wielkiej akcji. Jednak udało się jedynie zorganizować jednodniowy strajk lokalny, ponieważ pozostałe kopalnie nie były do tego gotowe. W 1930 r. Hary wystartował w wyborach do Sejmu Śląskiego z listy Bloku Jedności Robotniczo–Chłopskiej, odpowiadając z ramienia partii za cały okręg katowicki. W tym czasie utrzymywał też kontakt z Józefem Wieczor-

30


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Załęscy komuniści

kiem przebywającym w katowickim więzieniu, któremu na bieżąco przesyłał wiadomości o sytuacji polityczno–społecznej na Górnym Śląsku. Kiedy straż więzienna zorientowała się w poczynaniach Harego, zabroniła mu widzenia i dalsze kontakty z Wieczorkiem mógł utrzymywać jedynie za pomocą grypsów, dostarczanych przez przekupionego felczera więziennego nazwiskiem Tendera. Na Śląsku powstał wtedy zespół agitacyjno–propagandowy, tzw. Agitprop, do którego z Załęża weszli: tow. Emil Wojaszek, Paweł Blusz, Paweł Mazurczyk i Józef Nieszporek. Zadaniem zespołu było zabieranie głosu na wiecach organizowanych przez inne stronnictwa polityczne. Najbardziej burzliwe było zebranie chadeków zorganizowane w lokalu Czupryny w Dębie, na którym oprócz Harego głos zabrali jeszcze tow. Nieszporek i Błachut. Z zamiarem zabrania głosu Hary wraz z Alfredem Pradelą (pseudonim Herclik) wybrali się też na zebranie Polskiej Partii Socjalistycznej. Początkowo chciano ich wyprosić, jednak kiedy sala ujęła się za nimi, przewodniczący Janta musiał ustąpić. Ich wystąpienie zostało gorąco przyjęte, a w czasie dyskusji krytykowano Jantę, że nie chce przystąpić do jednolitego frontu z komunistami. Hary, wraz z Nieszporkiem i Bluszem, przemawiali jeszcze na zebraniu w lokalu Mroncza na Załęskiej Hałdzie, gdzie otrzymali gromkie brawa. Do akcji propagandowej szeroko włączała się też młodzież z Komunistycznego Koła Młodzieży, która nawet agitowała wśród wiernych, wychodzących z kościoła po niedzielnej mszy. Kiedy Hary prowadził akcję przedwyborczą, na jego mieszkanie napadła sanacyjna bojówka na czele z Franciszkiem Zagórnikiem, wybijając szyby w oknach. Spadające odłamki poraniły twarz ciężko chorej matki, która doznała szoku i po dwóch dniach zmarła. W międzyczasie Hary ponownie został napadnięty przez Zagórnika, a sanacyjna bojówka dopuściła się profanacji krzyża wiszącego na jednym z domów przy głównej ulicy, sugerując jednocześnie, że zrobili to komuniści. Jednak mimo tych szykan, 60 procent mieszkańców Załęża głosowało na listę Bloku Jedności Robotniczo– Chłopskiej. W dzień wyborów Hary został kolejny raz napadnięty przez Zagórnika i kilku jego powstańców. Policja, która przybyła na miejsce, zaaresztowała Harego i wsadziła na całą noc do więzienia. Po wyborach wypuszczono na wolność Józefa Wieczorka, który został wybrany posłem do Sejmu Śląskiego; drugim posłem został Komander. Przez kolejny tydzień trwała jeszcze

31


Załęscy komuniści l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

akcja wyborcza do Senatu RP, w której obok młodzieżówki partyjnej udział brała grupa pionierów składająca się z chłopców do 16 lat, którzy rozlepiali ulotki w szkołach i na drzwiach chlewików. W tym czasie Hary był już sekretarzem na dzielnicę Załęże–Dąb i wspólnie z posłem Wieczorkiem omawiał miejsca, w których będą organizowane wiece i masówki pod gołym niebem. Pierwszy taki wiec, w którym udział wzięło około 1000 osób, odbył się na rogu ulic Hutniczej i Gliwickiej. Kiedy na miejscu zjawiła się policja, Wieczorka, Harego i paru innych komunistów odprowadzono z wiecu do restauracji Wismacha (obecnie IMAX) i po wylegitymowaniu posła Wieczorka puszczono wolno, a reszta wylądowała w komisariacie. Następny dzień był dniem wypłaty. Wieczorek wykorzystał zgromadzenie ludzi pod okienkami na cechowni kopalni Kleofas i wygłosił swoje przemówienie. Nad jego bezpieczeństwem czuwał wtedy Franciszek Burek. Żeby przechytrzyć policję, Wieczorek uprawiał tzw. amerykańskie wiece, chodził wolno po ulicy i przemawiał do tłumu, który zbierał się wokół niego. W swej działalności Wieczorek lubił stosować różne niekonwencjonalne metody; jeden z wieców, w którym brała udział cała komunistyczna młodzież Załęża, urządził w bezpośrednim sąsiedztwie niemieckiej granicy w Bytomiu. W czasie kongresu Wolnych Związków Zawodowych odbywającego się w sali hotelu Hospic przy ulicy Jagiellońskiej w Katowicach powstała opozycja, która nie zgadzała się, by związkiem rządzili komuniści. Po referacie tow. Wieczorka opozycjoniści zmienili jednak zdanie i sami nawet głosowali na członków partii. Harego i Zawisłę wytypowano na kongres związkowy do Warszawy, gdzie reprezentowali młodzież śląską, zorganizowaną w lewicowych związkach. Tymczasem na Śląsku wzrastała rewolucyjna fala, a załogi występowały z coraz bardziej radykalnymi postulatami. Widząc, jaki wpływ mają na to komuniści, rząd rozwiązał Sejm Śląski i aresztował tow. Wieczorka, a Komander uciekł do Związku Radzieckiego. W czasie przewożenia tow. Wieczorka pociągiem na rozprawę do Katowic, na dworcu zorganizowano mu udaną ucieczkę i przewieziono do Załęża, skąd po czterech dniach został przez granicę przemycony do Gliwic i wyjechał do Związku Radzieckiego. Kiedy powrócił do Polski, został zatrzymany na dworcu w Poznaniu i na siedem lat osadzony w więzieniu we Wronkach, gdzie powybijano mu wszystkie zęby. Po tym incydencie Hary zorganizował w Załężu zbiórkę pieniężną, która spotkała się z pozytywnym odzewem mieszkańców, ponieważ Wieczorek był przez załężan lubiany.

32


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Załęscy komuniści

22 kwietnia 1931 r. Hary ożenił się w Hajdukach, jednak nie zdążył nawet spędzić z żoną nocy poślubnej, ponieważ został aresztowany w czasie akcji profilaktycznego aresztowania komunistów przed dniem 1 maja. Ze względu na wyjątkowe okoliczności został jeszcze tego samego dnia zwolniony, jednak dni 1 i 2 maja spędził na komisariacie. Jeszcze w tym samym roku, za działalność komunistyczną, został z dołu przeniesiony na powierzchnię kopalni. W lutym 1932 r., kiedy planowano zamknąć kopalnię Kleofas, Hary i tow. Piecha zorganizowali strajk okupacyjny, za co obaj zostali aresztowani. Strajk upadł, kopalnię zatrzymano, a bezrobotni górnicy poszli kopać węgiel do biedaszybów. Po zamknięciu kopalni na każdej ulicy Załęża zorganizowano tzw. komórki uliczne, a pracę partyjną przeniesiono na tereny biedaszybów, gdzie m.in. ostrzegano górników przed planowanymi najazdami policji, co w wielu przypadkach ustrzegło biedaszyby przed zniszczeniem. Na terenie biedaszybów samorzutnie i szybko organizowało się nowe życie, które stało się teraz udziałem bezrobotnych, pracujących tu całymi rodzinami. Powstawały tam stragany z żywnością, napojami, papierosami i innymi potrzebnymi towarami. W swoim pamiętniku Hary opisuje też organizację spotkania młodzieży komunistycznej Śląska i Dąbrowy Górniczej w Murckach w czasach, kiedy był sekretarzem komitetu dzielnicowego, a całą akcją na Śląsku kierował Ćwieląg. Wówczas cała komunistyczna młodzież Załęża, Dębu i Załęskiej Hałdy zebrała się w tzw. burlochu, niedaleko kopalni Kleofas i o godzinie 23.30 wyruszyła w trzech grupach pieszo przez las w kierunku Murcek. Tam do młodzieży przemawiał tow. Leon Wańberg, po czym zorganizowano biegi, zawody gimnastyczne i inne atrakcje, które zapewniły młodzieży wiele niezapomnianych przeżyć. W tym czasie do młodzieżowej pracy partyjnej wciągał się już syn Józefa Wieczorka, Eryk, który był aktywnym członkiem Polskiego Związku Młodzieży (PZM). Hary działał też aktywnie na rzecz stworzenia jednolitego frontu KPP z PPS. Pierwsze nieudane spotkanie w tej sprawie odbyło się w mieszkaniu tow. Stańczyka w Dębie. Kiedy wychodzili ze spotkania, przed domem czekała już policja, ponieważ zostali zadenuncjowani. Do porozumienia doszło dopiero w trakcie spotkania na wiecu bezrobotnych w sali restauracji Ebel (Załężanka), gdzie oprócz komunistów przybyli też tow. Janta z PPS i Kowol z SPD. W przepełnionej sali przemawiali: Janta, Blusz, Wojaczek, Piecha, Błachut i Hary, który razem z Szymkowiakiem i Torką wybrani zostali do Komite-

33


Załęscy komuniści l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

tu Bezrobotnych. Komitet, wspólnie z PPS tow. Janty, stworzył jednolity front walki o podwyżkę zasiłków dla bezrobotnych i zwiększenie porcji darmowego chleba, urządzano też marsze głodowe i masówki przy biedaszybach. Do akcji włączyły się kobiety, wśród których tow. Zientkowa i Gawlasowa często maszerowały na czele marszu, za co nieraz były turbowane przez interweniującą policję. Do największej demonstracji w obronie bitych kobiet doszło przy komisariacie w Załężu, gdzie nawet rozbrojono komendanta. Akcja bezrobotnych odniosła skutek, ponieważ od następnego dnia otrzymali dodatkowy zasiłek w kwocie 4 zł, dzienny przydział chleba zwiększono im o jeden urzędowy tzw. manabrołt, a także poprawiła się jakość wydawanych posiłków. Na jednym z posiedzeń u prezydenta miasta Katowice, ob. Kocura, Komitet Bezrobotnych domagał się interwencji w sprawie uruchomienia kopalni Kleofas, jedynej żywicielki większości mieszkańców Załęża. Pan prezydent spisał delegatów i oznajmił, że załatwi im pracę na kopalni. Kiedy odpowiedzieli, że nie przyszli tylko po pracę dla siebie, prezydent ze złością podarł zapisaną kartkę, wyrzucił ją do kosza i wyszedł z sali. Pozostałe sprawy bezrobotni z Załęża załatwiali już z sekretarzem prezydenta, ob. Przystolikiem. Hary nawiązał też kontakt z Chadeckim Związkiem Bezrobotnych i Krótko Pracujących z Rybnika i zaprosił jego sekretarza do Załęża na zebranie bezrobotnych, które zorganizowano w sali Krista. Na zebraniu, na które stawiło się około 300 osób, powołano Związek taki sam jak w Rybniku i wybrano zarząd bezrobotnych w składzie: Stefan Zachód – przewodniczący (bezpartyjny), Alfred Pradela – zastępca przewodniczącego (członek KPP), Wilhelm Kuchera – sekretarz (bezpartyjny, analfabeta). Hary został zastępcą sekretarza, a skarbnikiem wybrano tow. Franciszka Burka. Składki ustalono na pięć groszy na miesiąc, a w ciągu dwóch tygodni organizacja liczyła już 320 członków. Działalność tego związku wykorzystywano też do komunistycznej pracy partyjnej. Tow. Burkowi przydzielono do pomocy jeszcze ośmiu skarbników, którzy chodzili po domach, a przy okazji szukali mieszkań na zebrania partyjne. Po czterech miesiącach policja wpadła na trop związku. Przewodniczącego Stefana Zachoda wezwano na komendę i wytłumaczono mu, jaką wywrotową działalność pod szyldem ich organizacji prowadzi KPP w Załężu, po czym związek rozwiązano. Jego członkowie w większości zasilili szeregi KPP i Komunistycznego Związku Młodzieży (KZM), którym kierował Eryk Wieczorek, syn Józefa.

34


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Załęscy komuniści

Młodzieżówka miała własną orkiestrę i często w załęskim lesie spotykała się na wspólnych śpiewach piosenek rewolucyjnych, do których nieraz przyłączali się młodzi ludzie, którzy szli przez las z kościelną procesją do Panewnik. W młodzieżówce bardzo aktywnie działał Błachut, który za swą działalność został aresztowany razem z młodym studentem Sikorą. Podczas rozprawy sadowej Błachut wziął całą winę na siebie, za co został skazany na pół roku aresztu, a Sikorę zwolniono. W tym samym czasie w Małej Dąbrówce w ręce policji wpadła cała egzekutywa młodzieżówki, wśród której byli Eryk Wieczorek i Gruszka. Później załęską młodzieżówką zajmował się tow. Brauer z Bogucic, który na Załęskiej Hałdzie zorganizował trzy nowe komórki młodzieżowe. Wśród młodzieży, którą opiekował się tow. Bluszcz, szczególną pracowitością wyróżniali się Jaskuła, Bednorz i Mucha. W swym pamiętniku Hary opisuje też pochody pierwszomajowe, które traktuje niczym kradzież pierwszego pocałunku lub niewinną kradzież jabłka z drzewa sąsiada. Trudno nie poddać się temu nastrojowi, skoro udział w pochodzie majowym był w tym czasie czymś w rodzaju sprawdzania swojej sprawności fizycznej i umysłowej w konfrontacji z policją, która już od 20 kwietnia organizowała łapanki komunistów, profilaktycznie zamykanych na ten czas w areszcie. Hary również został cztery razy złapany przez policję przed 1 maja, za co partia mocno go skrytykowała. Zaczął więc bacznie obserwować okolicę, w której mieszkał i zauważył, że jego mieszkanie w Załężu jest pod stałą obserwacją konfidentów, z których najaktywniejszy był Otenburger, sąsiad mieszkający naprzeciwko. Początkowo KPP swoje pochody 1–majowe urządzała wspólnie z PPS, wchodząc wprost z chodnika w ich pochód, po czym wszyscy rozwijali swoje transparenty i wspólnie szli na Bagno, a stamtąd do parku Kościuszki. Ponieważ nie wszystkim PPS–owcom się to podobało, w 1936 r. Hary wspólnie z Pradelą (pseudonim Herclik) zorganizowali własny pochód. Przygotowania trwały już od początku kwietnia, a organizację marszu oparto na komórkach ulicznych, z których każda liczyła przynajmniej 10 osób. Do organizacji pochodu włączyły się też dwie komórki kobiet, które pracowały przy kuchniach dla bezrobotnych. Mając dostęp do szerokich mas bezrobotnych podczas wydawania posiłków, agitowały przyszłych uczestników pochodu. Generalnie chodziło o to, żeby w dniu 1 maja jak największa liczba mieszkańców, w tym szczególnie kobiet i dzieci, wyszła na główną ulicę Załęża. W obawie przed aresztowaniem, od począt-

35


Załęscy komuniści l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

ku kwietnia Hary nie spał już w swoim domu, tylko w Hajdukach. Miejsce zbiórki uczestników pochodu wyznaczono przy krzyżu na skrzyżowaniu ulic Wojciechowskiego (obecnie Gliwicka) i Wilsona (obecnie Wiśniowa). Żeby utrudnić zadanie policji, członkowie KPP rozproszyli swoich ludzi, Budynek załęskiej Gminy – widok dzisiejszy ustawiając ich wzdłuż ulicy głównej i w ulicach bocznych. W takim kamuflażu oczekiwano na kolumnę pochodu PPS, która miała nadejść od strony Hajduk. W momencie, kiedy czoło PPS–owskiego pochodu znajdowało się w odległości około 300 metrów, komuniści wyszli z ukrycia i po paru minutach uformowała się już na tyle duża kolumna, że policja nie była w stanie jej rozbić. Jeden z uczestników pochodu wyjął zza pazuchy czerwony sztandar z napisem „KPP”, przypiął go pinezkami do swojej laski i wystawił ponad głową, aby zaznaczyć, czyj to jest pochód. Kiedy przechodzili obok budynku Gminy, tow. Golenia wskoczył na wóz i w momencie, kiedy zaczął przemawiać, został spacyfikowany przez policję. W pochodzie przez Załęże do Katowic szło około 5000 demonstrantów, których na placu Wolności zaatakowała policja. W rezultacie tylko nieliczni, w rozproszeniu, dotarli na wiec do parku Kościuszki, gdzie przemawiali Stańczyk z PPS i Blusz z KPP, a na zakończenie orkiestra odegrała Międzynarodówkę. Na fali tego entuzjazmu kilka dni później w Załężu zorganizowano marsz głodowy, na czele którego szły kobiety. Kiedy pochód dotarł do ulicy Hutniczej, przyjechały trzy samochody szturmowe i rozbiły go przy użyciu pałek oraz szabel. Niezależnie od tych działań Hary był też organizatorem demonstracji bezrobotnych przy biurze pośrednictwa pracy w Załężu. W tym czasie podjęto ponadto kilka akcji strajkowych w pobliskich kopalniach. Pierwszy strajk włoski miał miejsce w 1932 r. na kopalni Kleofas, którą w ten nieskuteczny, jak się okazało, sposób próbowano uchronić przed zamknięciem. W 1934 r., kiedy Hary pracował w Okręgu, razem z Jerzym

36


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Załęscy komuniści

Malikiem, Janem Gawędą i Alfredem Piechą, na kopalni Eminencja (później Gottwald) zorganizowano strajk włoski, którym kierował przewodniczący rady zakładowej, Bronowski. Kopalnia Eminencja była wtedy w podobnej sytuacji jak Kleofas przed laty, kiedy przeprowadzano masową redukcję załogi przed planowanym zamknięciem. Strajk polegał na tym, że załoga kopalni pozostawała pod ziemią, aby w ten sposób uniemożliwić zamknięcie zakładu. W geście poparcia w Dębie samorzutnie powstał komitet pomocy strajkującym, który przyjmował chleb, kiełbasę czy papierosy ofiarowane górnikom przez właścicieli pobliskich sklepów i przekazywał je potrzebującym. Po 13 dniach strajk zakończył się zwycięstwem załogi, a zwolnieni pracownicy zostali ponownie przyjęci do pracy i wypłacono im zaległe dniówki. W 1936 r. przez siedem dni trwała okupacja kopalni Wujek. Na wieży szybowej wywieszono wtedy czerwony sztandar z trupią czaszką. Kobiety z rodzin górników strajkujących pod ziemią zorganizowały pochód do wojewody Grażyńskiego, który w parku Kościuszki zaatakowała policja konna, raniąc kilka uczestniczek. Pod ziemią przez cały czas odbywały się masówki, na których informowano górników o rozwoju sytuacji i mobilizowano do wytrwania. Kilku górników, którzy rozchorowali się w trakcie trwania strajku, wywieziono na powierzchnię z zawiązanymi oczami, żeby chronić ich wzrok przed nadmiernym światłem, od którego odwykli po tak długim przebywaniu pod ziemią. Po siedmiu dniach do strajkujących zjechał pod ziemię Stańczyk z PPS i wmówił im, że strajk jest wygrany, podobnie jak w kopalni rybnickiej, która już ponownie przystąpiła do pracy. Zmęczona załoga uwierzyła w jego słowa i wyjechała na powierzchnię, gdzie górnicy dowiedzieli się, że Stańczyk celowo wprowadził ich w błąd. W ten sposób siedmiodniowy strajk w kopalni Wujek zakończył się porażką strajkujących. Z ramienia KPP akcję strajkową na kopalni Wujek prowadził bezpośrednio tow. Paweł Blusz, z którym Hary był jedynie w tzw. kontakcie łącznikowym, ponieważ policja obstawiła całą kopalnię. W tym samym czasie na nieczynnej kopalni Kleofas strajkowała 300–osobowa załoga, która pracowała tam przy utrzymaniu wyrobisk. W celu niedopuszczenia do rozprzestrzenienia się strajku, do akcji wprowadzono znaczne oddziały policji, które nie wpuściły na teren kopalni bezrobotnych, chcących wesprzeć strajk swoich kolegów. W 1937 r. KPP w Załężu przeżywała ciężkie czasy. Do partii przedostali się ludzie, którzy denuncjowali swoich towarzyszy, a rewizje i aresztowania stały się odtąd codziennością. Przeprowadzono rewizje u tow.

37


Załęscy komuniści l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

Sientka, Woźniaka, Szczyrby i Gawlasa, w chlewie którego ukryty był powielacz. Kiedy wszystkich aresztowano na kilka tygodni, tow. Krzykała, gnębiony wyrzutami sumienia, przyznał się do zdrady. Po kilku dniach z Warszawy przyszła wiadomość o rozwiązaniu KPP. Jednak aż do wybuchu wojny Hary nadal spotykał się w gronie partyjnych przyjaciół, do którego należeli: Jerzy Malik, Jan Gawenda, Paweł Blusz, Franciszek Pludra, Wilhelm Leopold i Józef Torka. Po wkroczeniu wojsk hitlerowskich Harego wywieziono na roboty przymusowe do Saksonii, gdzie pracował w firmie Herman Goring Werke, w której zatrudnionych było już około 30 Ślązaków. W obozie pracy Hary zaagitował załogę do walki o podwyżkę płac, za co został aresztowany i osadzony w obozie w Zyflingen, z którego zwolniono go po czterech miesiącach i za parę tygodni był już żołnierzem Wehrmachtu. Służąc w kompanii wartowniczej w Brukseli, Hary nawiązał kontakt z cywilami, dzięki czemu mógł słuchać komunikatów z Moskwy i śledzić przebieg działań na froncie. Wkrótce jednak przeniesiono go na Kretę, gdzie nawiązał kontakt z partyzantką grecką i wraz z kolegą dostarczał środki opatrunkowe greckim partyzantom. Podejrzany o wrogą robotę, został skazany przez sąd polowy na 21 dni ścisłego aresztu. Po odsiedzeniu kary otrzymał zaproszenie od dowódcy partyzantów, żeby wraz z kolegą przyszedł do nich w góry. Nie namyślając się długo, Hary przyjął zaproszenie i obaj dołączyli do partyzantów. Wówczas na wyspie rozpętało się piekło, wszędzie pojawiły się listy gończe, a policja wraz z żandarmerią przeczesywała całą wyspę w ich poszukiwaniu. W greckiej partyzantce Hary zajmował się opieką nad rannymi w szpitalu oraz dalej prowadził swoją robotę partyjną. W 1945 r., po zlikwidowaniu partyzantki, Hary został przetransportowany okrętem do Włoch, gdzie zaciągnął się do Wojska Polskiego. W obozie repatriacyjnym wybrano go delegatem 8. kompanii, nawiązał też kontakt z Komunistyczną Partią Włoch. W grudniu 1945 r. przyjechał do Polski i wstąpił do Polskiej Partii Robotniczej (PPR). Ponownie przyjął się do pracy w kopalni Kleofas i z ramienia rady zakładowej został społecznym inspektorem pracy, a w partii był członkiem komitetu miejskiego i członkiem zakładowej organizacji partyjnej. Franciszek Fojcik vel Hary zmarł w Załężu 3 września 1958 r.

38


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Porządkowanie spraw Górnego Śląska

Porządkowanie spraw Górnego Śląska Granica, która podzieliła Górny Śląsk, rozdzieliła też rodzinę Sobczyków. Wiktor, który wraz ze swoją rodziną mieszkał w Bytomiu, znalazł się po niemieckiej stronie Górnego Śląska, natomiast rodzice i reszta rodzeństwa, w jego polskiej części. Granica podzieliła również wiele zakładów pracy, z których niektóre zostały nawet odcięte od źródeł surowców. Dochodziło do tak kuriozalnych sytuacji, że mieszkańcy części niemieckiej swoje ubikacje mieli po polskiej stronie Górnego Śląska. Po wytyczeniu granicy rozpoczęła się też wędrówka ludności, Przebieg granicy – 1925 r. Granica, która podzieliła Górny Śląsk, rozdzieliła też wiele rodzin. Dochodziło nawet do tak kuriozalnych sytuacji, że mieszkańcy części niemieckiej mieli swoje ubikacje po polskiej stronie Górnego Śląska.

korzystającej z możliwości wyboru miejsca zamieszkania zagwarantowanej traktatem wersalskim. W tym czasie do Załęża przybyła spora grupa ludzi z Wielkopolski, którzy przyjechali na Śląsk za Korfantym, a po wytyczeniu granicy znaleźli się po stronie niemieckiej. W odwrotnym kierunku wyjeżdżali Niemcy nieposiadający trwałych związków ze Śląskiem. Zmiana miejsca zamieszkania w więk-

Górny Śląsk po podziale – 1921 r. Przebieg granicy Polski po powstaniach śląskich i plebiscycie

39


Porządkowanie spraw Górnego Śląska l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

szości przypadków wiązała się z ucieczką przed spodziewanymi represjami za działalność w czasie powstań i plebiscytu. Tych obaw nie miał Wiktor, który głęboko wrósł już w bytomskie środowisko. Gdyby nawet chciał wracać, to nie miał już do czego. Zasadnicza różnica pomiędzy autochtonami a tymi, którzy przybyli na Śląsk za Korfantym, polegała na tym, że ci ostatni mieli do wykonania konkretne zadania, za które obiecano im rozmaite korzyści. Kiedy jednak po podziale Górnego Śląska znaleźli się po niemieckiej stronie, mogli się jedynie spodziewać represji. Wprawdzie Korfanty nawoływał do zachowania spokoju i uszanowania wieloetniczności Śląska, lecz sam udał się do Warszawy, zostawiając polski Górny Śląsk i jego mieszkańców na głowie Józefa Rymera, pierwszego wojewody autonomicznego województwa śląskiego. Granica podzieliła też majątek koncernu „Georg von Giesche’s Erben”, który 9 października 1923 r. utworzył dla tej części swego majątku, która znalazła się po polskiej stronie, odrębną spółkę „Georg von Giesche’s Erben A.G. in Katowitz” (Spółka Akcyjna Spadkobierców Jerzego Giesche w Katowicach). 3 września 1924 r. spółka ta zmieniła nazwę na „Giesche S.A.”(Giesche Spółka Akcyjna), a jako aport wniesiono do niej kopalnię Kleofas, w której pracowali mąż Wiktorii Jan oraz jego młodszy brat Józef Pierończyk. W 1926 r. spółka „Giesche S.A.” odstąpiła część swoich akcji amerykańsko–niemieckiemu holdingowi „Silwsian – American Corporation” (SACO) i odtąd 51 procent akcji należało do W.A. Harrimana i „Anaconda Cooper Mining Co”, a 49 procent do spadkobierców Gieschego. Obok kapitału niemieckiego duży udział w śląskim przemyśle miał też kapitał francuski, który – zgodnie z porozumieniami zawartymi w okresie poprzedzającym plebiscyt – został udziałowcem utworzonej w 1922 r. polsko–francuskiej spółki akcyjnej pod nazwą Polskie Kopalnie Skarbowe, czyli tzw. „Skarbofermu”. Pierwszym przewodniczącym rady nadzorczej „Skarbofermu” został Wojciech Korfanty, a jednym z jej członków – niedawny przewodniczący komisji plebiscytowej, generał Le Rond. Kapitał francusko–belgijski przejął też spółkę Śląskich Kopalń i Cynkowni, co oznaczało, że niewiele zmieniło się w dotychczasowym położeniu śląskich robotników. Niedługo okazało się bowiem, że to na ich barki spadły wszystkie niedogodności związane z aktualnymi trudnościami gospodarczymi. Kapitaliści, wykorzystując sytuację kryzysową, próbowali nawet odebrać im wcześniej wywalczone zdobycze socjalne. Na to już jednak nie pozwolili sami robotnicy

40


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Porządkowanie spraw Górnego Śląska

i swoich praw nabytych zaczęli bronić strajkami. Do pierwszego starcia z policją doszło już 9 października 1923 r., natomiast w marcu i kwietniu 1924 r. zastrajkowali górnicy. Dzięki napływowym urzędnikom z Galicji w polskiej części Górnego Śląska stosunkowo szybko zbudowano administrację państwową i samorządową. Przywrócono też, przerwaną we wrześniu 1918 r., naukę w szkołach. W Załężu rok szkolny 1922/23 zainaugurowano 1 września 1922 r. mszą odprawioną w załęskim kościele, w czasie której proboszcz parafii, ks. Kubis, wygłosił kazanie po polsku i po niemiecku, namawiając dzieci i ich rodziców do pilnej nauki języka i kultury polskiej. W Publicznej Szkole Powszechnej nr 20, jak teraz nazywała się dawna szkoła przy Schulstrasse, większość kadry nauczycielskiej rekrutowała się z Małopolski, a jej dyrektorem został Małopolanin Roman Królikowski – emerytowany oficer Wojska Polskiego, który dysponował następującą kadrą nauczycielską: Karol Kazimierski – z Rudnika Małopolskiego Aleksandra Piechota – z Krakowa Janina Płocka – ze Lwowa Stanisława Płocka – ze Lwowa Hanna Mroczkowska – z Krakowa Maryja Cyankiewiczowa – z Wadowic Zofia Schmidtowa – z Kołomyi Małopolskiej Piotr Zboch – z Poznańskiego Zgodnie z zapisami traktatu wersalskiego, w szkole utworzono też klasy niemieckie, w których nauczali: Józef Thomys Antoni Watzlawiczek Alfons Pilch Franciszek Wyleżoł Maria Breucz Janina Nogły Od pierwszych dni nauki rozpoczęła się polonizacja śląskich dzieci, którym w szkole zabroniono używania gwary śląskiej. Dzieci, które dotychczas uczęszczały do szkoły niemieckiej, rozpoczynały naukę o klasę niżej.

41


Losy powstańców śląskich w II RP l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

Losy powstańców śląskich w II RP Po zdemobilizowaniu Kompanii Załęskiej powstańcy wrócili do swoich zakładów pracy, a w rodzinnym domu przy Freiheitstrasse 8 (dawniej Kaiser Wilheimstrasse) na Marię czekali już stęsknieni rodzice. Maria powróciła z bagażem pełnym wrażeń oraz doświadczenia nabytego w warunkach bojowych i czuła potrzebę podyskutowania z kimś bliskim, przed kim bez obawy mogłaby otworzyć duszę. Wybór padł na Wiktorię, którą Maria od dzieciństwa darzyła największym zaufaniem. Ta jednak była już matką czterech chłopaków i miała przy nich tyle roboty, że na babskie klachy nie starczało czasu. Wiktor był teraz po stronie niemieckiej, więc pozostał jej tylko Sylwester, z którym jednak też straciła kontakt. Wkrótce po jej powrocie w domu pojawił się listonosz, przynosząc list od Wiktora. Maria szybko rozdarła kopertę i z ciekawością zabrała się do czytania. Niebawem jej twarz stała się purpurowa, czytała bowiem, że brat obarcza ją całą odpowiedzialnością za rozbicie rodziny. Na poparcie swoich słów Wiktor dołączył do listu książeczkę J. Koppa wydaną w okresie plebiscytowym we Wrocławiu, w której były kopie wszystkich tajnych oraz poufnych rozkazów, jakie centrala przekazywała z Warszawy do obozu Korfantego w Bytomiu. Gdy Maria skończyła czytać, czuła się jak zbity pies. W tym momencie zjawił się Emil i spytał o przyczynę jej wzburzenia. Bez słowa podała mu list. Przeczytawszy go, Emil poprosił jeszcze o książeczkę Koppa, którą dokładnie przestudiował i stwierdził, że wciąż za mało wie na ten temat. Zaproponował Marii, aby wspólnie zgłębili historię Polskiej Organizacji Wojskowej Górnego Śląska. Z dostępnych źródeł dowiedzieli się, że POW Górnego Śląska powstała 19 lutego 1919 r. w Bytomiu jako organizacja konspiracyjna, stanowiąca główną siłę w powstaniach śląskich. Jej czołowymi postaciami byli: Alfons Zgrzebniok, Jan Wyględa, Walenty Fojkis, Karol Grzesik, Stanisław Mastalerz, Adam Kocur, Stanisław Krzyżowski, Alojzy Nikodem, Rudolf Kornke oraz Maksymilian Iksal. Dowiedzieli się również, że wrześniu 1920 r. w Warszawie powołano Centralę Wychowania Fizycznego, która oficjalnie miała zajmować się propagowaniem zdrowego stylu życia i upowszechnianiem sportu, jednak w rzeczywistości była to organizacja podległa Polskiemu Komitetowi Plebiscytowemu na czele z Korfantym i miała swoją delegaturę w hotelu Lomnic w Bytomiu. Na czele CWF stał kpt. M. Paluch, szefem sztabu był kpt. Alfred Zgrzebniok, jego zastępcą kpt. Michał Grażyński

42


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Losy powstańców śląskich w II RP

ps. Borelowski, propagandzista oddziału II sztabu generalnego, zaś przedstawicielstwem CWF w Polsce był warszawski Związek Przyjaciół Górnego Śląska. W styczniu 1921 r. CWF została włączona do nowej, tajnej organizacji wojskowej noszącej nazwę „Dowództwo Ochrony Plebiscytu” (DOP), która z inicjatywy gen. Kazimierza Raszewskiego i Wojciecha Korfantego powstała we Wrocławiu 11 grudnia 1920 r., a od lutego 1921 r. miała swą siedzibę w Sosnowcu. W skład DOP, oprócz CWF, wchodziły: Związek Przyjaciół Górnego Śląska, Związek Byłych Hallerczyków oraz popowstaniowi uchodźcy ze Śląska. Na czele DOP stał płk dr Paweł Chrobok, którego w kwietniu 1921 r. zastąpił ppłk Maciej Mielżyński. W ramach DOP powołano Główny Inspektorat na czele z Karolem Grzesikiem, któremu podlegały kilkuosobowe inspektoraty terenowe. Katowice tworzyły pierwszy inspektorat terenowy, a podlegały mu inspektoraty z Załęża, Zabrza i Chorzowa. Po plebiscycie i niekorzystnych dla Polski propozycjach podziału Górnego Śląska DOP przystąpiło do przygotowania powstania i 3 maja przekształciło się w Naczelną Komendę Wojsk Powstańczych z siedzibą przy ulicy Lwowskiej 2 w Szopienicach. Naczelną Komendę Wojsk Powstańczych zlikwidowano w lipcu 1921 r., po zakończeniu III powstania śląskiego. Teraz dopiero Maria znała całą prawdę o organizacji, do której zwerbowano ją w sierpniu 1919 r. W towarzystwie Emila zapomniała jednak o nieprzyjemnościach wynikających z listu brata i chociaż rozmowy, jakie prowadziła z Emilem, nigdy nie nabrały cech intymnych, Maria instynktownie czuła, że z Emilem łączy ją już coś więcej niż tylko zwykła zażyłość. W obawie, że ich spotkania niedługo się skończą, zaczęła wymyślać kolejne tematy do dyskusji. Emil wprawdzie szybko ją przejrzał, jednak mimo to podjął grę, która 24 października 1921 r. doprowadziła ich przed ołtarz załęskiego kościoła, gdzie ślubu udzielił im proboszcz parafii załęskiej, ks. Kubis. Po ślubie Emil zamienił pracę w kopalni na dobrze płatne zajęcie poborcy podatkowego w Królewskiej Hucie. Jego zarobki były tak wysokie, że wkrótce Maria mogła zaproponować rodzicom odkupienie ich kamienicy na zasadzie odwróconej hipoteki. W tym celu małżonkowie Emil i Maria Kroll razem z Franzem Sobczykiem stawili się 10 czerwca 1922 r. przed notariuszem dr. Bruno Freudem, który w Katowicach reprezentował okręg pruskiego sądu rejonowego, żeby przenieść prawo własności domu i parceli nr 311 znajdującej się w Załężu przy ulicy Freiheitstrasse 8 (dawniej Kaiser Wilhelmstrasse) z dotychczasowego właściciela Franza Sobczyka na córkę Marię Kroll z domu Sobczyk i jej

43


Losy powstańców śląskich w II RP l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

męża Emila Krolla. Wartość przekazanych nieruchomości spisanych w akcie notarialnym nr 785/1922 oszacowano na 60 000 marek. W akcie kupna zapisano, że Franz Sobczyk sprzedaje dom i parcelę swej rodzonej córce Marii Kroll z domu Sobczyk oraz jej mężowi Emilowi Krollowi na równych prawach za uzgodnioną cenę 40 000 marek, z czego 20 000 marek otrzymuje w dniu dzisiejszym w gotówce, a następne 20 000 marek otrzyma do dnia 1 czerwca 1924 r., z kwartalnym oprocentowaniem 5 procent. Ponadto Franz Sobczyk zobowiązał się do spłacenia zastawu 700 marek, który figurował w jego hipotece na rzecz panny Rozalii Śpiewok z Załęża. Oprócz powyższego w cenie sprzedaży kupujący zagwarantowali sprzedającemu Franzowi Sobczykowi i jego żonie Katherinie Sobczyk z domu Tomecki: 1. Mieszkanie na I piętrze po lewej stronie klatki schodowej, składające się z kuchni i pokoju, piwnicę znajdującą się po lewej stronie schodów, chlewik oraz możliwość korzystania ze wspólnego korytarza i pomieszczeń na parterze. 2. Bezpłatne zabezpieczenie światła i wody. 3. Dostarczanie każdego roku 60 cetnarów węgla do chlewika, w partiach po 15 cetnarów co kwartał. 4. Wypłacanie aż do śmierci comiesięcznej renty w wysokości 150 marek. 5. Powyższe przysługuje obojgu lokatorom na równych prawach. W razie śmierci jednego z nich, drugie korzysta z tych samych praw aż do swojej śmierci. W dniu sporządzenia aktu Franz Sobczyk miał 73 lata, a jego żona Katherina 65. Podpisujący się pod aktem wyrazili zgodę na ustanowione warunki i wpisanie ich do księgi gruntowej. W następnym paragrafie zapisano, że małżonkowie mają możliwość w każdej chwili i w dowolnym czasie korzystać z pomocy i opieki ze strony Marii i Emila Krollów, lecz w tym wypadku nie mają już prawa do comiesięcznej wypłaty 150 marek. Rok później w domu kupionym przez Kollów urodziła się ich córka Ernestyna, a niemym świadkiem jej narodzin był kasztan posadzony wspólnie przez ojca i dziadka Marii. Ponieważ drzewo było świadkiem narodzin trzeciego już pokolenia Sobczyków, Maria nazwała go „kasztanem rodowym”.

44


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Losy powstańców śląskich w II RP

***

Tymczasem los niedawnych powstańców Kompanii Załęskiej, którzy powrócili do kopalni, stał się na tyle trudny, że musieli strajkować w obronie dotychczasowych przywilejów socjalnych, które chciano im odebrać. Trudności mieli też powstańcy zamiejscowi, dla których w Załężu zabrakło mieszkań, nie mówiąc o jakiejkolwiek pracy. Jedni i drudzy oczekiwali od Korfantego spełnienia obietnic, które składał w okresie poprzedzającym plebiscyt. Żeby bronić swoich interesów oraz zaopiekować się wdowami i sierotami po poległych w walce o Polskę, w lutym 1923 r. powstańcy założyli Związek Powstańców Śląskich. Jednak mimo że wielokrotnie zwracali się do władz wojewódzkich i centralnych, znikąd nie otrzymali wsparcia, co przypisywali arogancji rządów koalicji centroprawicowych z lat 1922–1926, do których należała też między innymi śląska chadecja Korfantego i to przeciwko niemu teraz obrócił się ich gniew. Zwolennicy związanego z Piłsudskim obozu belwederskiego rozpoczęli akcję mającą na celu ostateczne skompromitowanie Korfantego, dopuszczając m.in. do ogólnej wiadomości poufne szczegóły dotyczące incydentu związanego z aresztowaniem dowództwa Grupy „Wschód” – Karola Grzesika i Michała Grażyńskiego vel Borelowskiego. Rozpuszczanie tych informacji wydatnie pomagało Grzesikowi, który z dnia na dzień zyskiwał zwolenników i wkrótce przy Korfantym pozostała jedynie garstka wiernych powstańców, za to obóz zwolenników marszałka Piłsudskiego rósł w siłę. Było to tym łatwiejsze, że już w czasie powstań i plebiscytu polska konspiracja wojskowa nie była jednolita i dzieliła się na zwolenników centroprawicy, reprezentowanej przez Korfantego, i obozu belwederskiego. Korfanty zdawał sobie sprawę, że Karol Grzesik dobrze wie, kto utrącił jego kandydaturę na dowódcę powstania po odwołaniu płk. Mielżyńskiego. Kiedy więc Grzesik został prezesem Związku Powstańców Śląskich, Korfanty był pewien, że zacznie sprzyjać Piłsudskiemu i chcąc uprzedzić jego zamiary, dokonał rozłamu w szeregach związku. W 1925 r. zwolennicy Korfantego utworzyli Narodowy Związek Powstańców i Byłych Żołnierzy, rozpoczynając podział, który już do końca będzie brzemienny w skutki i spowoduje, że zwolennicy jednej czy drugiej opcji będą zwalczać się nawzajem, czego ślady widoczne są aż do dziś. Szybko zmieniająca się sytuacja na polskiej części Górnego Śląska uświadomiła Korfantemu, że jeśli teraz nie zacznie działać, to „jego” Śląsk wymknie mu się z rąk.

45


Losy powstańców śląskich w II RP l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

W czasie przewrotu majowego Korfanty był w Katowicach i 15 maja stanowczo wystąpił przeciw zamachowi. Dla poparcia swoich postulatów powołał Centralny Narodowy Komitet Wykonawczy, w skład którego weszli przedstawiciele endecji, chadecji, Narodowej Partii Robotniczej (NPR) oraz Polskiego Stronnictwa Ludowego „Piast”. W wydanej odezwie komitet potępił bunt wojska i opowiedział się za podtrzymaniem prawowitej władzy. Aby nieco przybliżyć atmosferę tamtych lat, przytoczę parę cytatów z artykułu, który „Polonia” zamieściła 16 października 1930 r. 1. Na temat pomocy dla Związku Powstańców Śląskich (Z.P.Śl.) (pisownia oryginalna): „Dzięki wzniosłemu celowi, ówczesny rząd przydzielił związkowi jak najdalej idącego poparcia. Przydzielono mu na Śląsku wszystkie hurtownie tytoniowe, których cały dochód obliczono na kilkadziesiąt tysięcy złotych rocznie. Wystarczał on na koszta utrzymania organizacji, na przysposobienie wojskowe członków i pozostała jeszcze poważna kwota na udzielenie wsparcia uboższym powstańcom, bezrobotnym, wdowom i sierotom. Wiadomo jest, że dochody z tych hurtowni przekazano spółce „Brzask”, której właścicielami byli pp. Karol Grzesik z Hajduk i Rudolf Kornke, będący równocześnie członkami zarządu głównego Z.P.Śl. Za pieniądze Z.P.Śl. kupiono dużą kamienicę w Katowicach wartości przeszło 200 000 zł, lecz nie zapisano jej na Z.P.Śl. jako osoby prawnej, natomiast właścicielem stała się wspomniana firma „Brzask”. Z powodu nieumiejętnej gospodarki firmy „Brzask” cały majątek Z.P.Śl. przepadł, przepadł także ów dom. Dziś jak na ironię Z.P.Śl. zbiera znowu składki na „Dom Powstańca”. 2. Na temat przyczyny rozpadu Z.P.Śl. (pisownia oryginalna): „Związek się rozpadł. Uczciwi i prawdziwi powstańcy stworzyli Narodowy Związek Powstańców i Byłych Żołnierzy oraz Związek Obrony Ojczyzny, wielu jest niezorganizowanych, wielu poszło do innych, uczciwych związków, jak Związek Hallerczyków, „Sokół” itp. Pozostał „rdzeń” firmy „Brzask” i pod możną protekcją zdołał zgromadzić garść ludzi młodych i niedoświadczonych oraz ludzi, których nigdzie nie brak – o ubocznych zamiarach. Tak to Z.P.Śl. działa dziś na Śląsku i godzi swą destrukcyjną robotą w najżywotniejsze interesy państwa, a Śląska w szczególności”.

46


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Losy powstańców śląskich w II RP

3. O bójkach pomiędzy związkami powstańców (pisownia oryginalna): „Przy ostatnich manifestacjach w Katowicach zdołali zebrać 500 ludzi mimo usilnej agitacji i różnych „udogodnień”. Gdyby władze bezpieczeństwa nie były podzieliły demonstrujących na kilka grup i broniły dostępu, nastąpiłaby chyba rozprawa z „rdzeniami”, trochę donioślejsza niż rozprawa w Załężu”. Myślę, że powyższe cytaty rzucą dodatkowe światło na stosunki, jakie panowały w tym czasie pomiędzy Korfantym a Grażyńskim, co dobitnie pokazywały artykuły zamieszczane w ówczesnych gazetach – korfantowskiej „Polonii” i sanacyjnej „Polsce Zachodniej”.

*** Z powodu braku mieszkań w Załężu przybyszów umieszczano w prywatnych domach, nie pytając ich właścicieli o zgodę. W ten sposób posiadacze domów byli podwójnie poszkodowani, ponieważ oprócz nadmiernego zagęszczenia ponosili też koszty pobytu przyjezdnych, jako że większość z nich była bezrobotna i nie posiadała żadnych środków do życia. Najbiedniejszym państwo gwarantowało jedynie ciepłe posiłki i ubrania wydawane w specjalnych punktach. Dokwaterowanie nie ominęło również domu Krollów, w którym przyjezdnych dokwaterowano na strychu i w piwnicy. W ten sposób w czterorodzinnym domu zamieszkało dziesięć rodzin, powodując nieopisaną ciasnotę i znaczny wzrost opłat za media, których nikt nie refundował. W obronie przed takim bezprawiem Emil, wspólnie z innymi właścicielami domów, założył pierwsze w Załężu Stowarzyszenie Prywatnych Właścicieli Kamienic. Była to pierwsza oddolna i w pełni śląska inicjatywa. W imieniu swoich członków stowarzyszenie domagało się od władz poszanowania prywatnej własności oraz bieżącego regulowania czynszów za dokwaterowanych lokatorów. Wkrótce jednak w Załężu ruszyło budownictwo mieszkaniowe. Po wzniesieniu okazałego budynku przy ulicy Zarębskiego 5 oraz wybudowaniu osiedla dwurodzinnych domków przy granicy z Wielkimi Hajdukami, problem mieszkaniowy przestał istnieć. Domki, które zaprojektowali Marsalski i Krzemiński, wybudowano w zachodniej części Załęża na dziewiczym terenie wykupionym od spółki „Giesche S.A.”. Zaznaczono przy tym, że są przeznaczone wyłącznie dla zadeklarowanych Polaków. Otwar-

47


Losy powstańców śląskich w II RP l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

cia osiedla w dniu 2 października 1927 r. dokonał prezydent Mościcki, który przebywał wówczas z wizytą na Śląsku. Dla upamiętnienia tego faktu nazwano je osiedlem Mościckiego. Równolegle z rozwiązywaniem problemów mieszkaniowych przystąpiono do rozprawienia się z problemami bytowymi powstańców zamiejscowych, zasilając nimi szeregi powstałej w 1922 r. policji województwa śląskiego, której komendantem został pułkownik Stanisław Młodnicki. Pozostałych zatrudniono na kolei, w urzędach pocztowych lub innych instytucjach państwowych, a niektórym dano w dzierżawę trafiki, w których sprzedawali polski tytoń. W oknie wystawowym każdej takiej trafiki znajdowała się tabliczka z polskim orłem. W 1922 r., uchodząc z Zabrza przed Niemcami, przyjechał do Załęża Franciszek Długiewicz, uczestnik trzech powstań śląskich (zaopatrywał oddziały powstańcze w środki sanitarne), urodzony w Sulmierzycach (pow. Ostrów Wielkopolski). Drogeria Długiewicza w Załężu Wkrótce po przyjeźW 1922 r. przyjechał z Zabrza do Załęża Franciszek Długiewicz, dzie otworzył przy uliuczestnik trzech powstań śląskich. Wkrótce po przyjeździe otworzył w Załężu przy ul. Wojciechowskiego 74 drogerię św. Barbary. cy Wojciechowskiego 74 drogerię św. Barbary, zatrudniając jako pomocnika innego poznaniaka, Stanisława Mielcarskiego, późniejszego właściciela załęskiej drogerii „Pod Orłem”.

*** Tymczasem działający na terenie województwa śląskiego ludzie marszałka Piłsudskiego szybko doprowadzili do rozpadu komitetu stworzonego przez Korfantego i podważyli zaplecze finansowe przywódcy śląskiej chadecji. Nowy premier, Kazimierz Bartel, odwołał Korfantego ze stanowiska prezesa rady nadzorczej Banku Śląskiego, a wkrótce i z rady „Skarbofermu”.

48


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Losy powstańców śląskich w II RP

W kilka miesięcy po przewrocie majowym środowiska sanacyjne zmusiły też Górnośląski Związek Przemysłowców Górniczo–Hutniczych do zaprzestania subsydiowania gazet Korfantego. Jednak ostatecznym ciosem dla Korfantego było mianowanie Michała Grażyńskiego na stanowisko wojewody śląskiego, co spowodowało, że konflikt, który ciągnął się od III powstania śląskiego, rozgorzał na nowo ze zdwojoną siłą. Kiedy Korfanty starał się podważyć autorytet Grażyńskiego na łamach swoich gazet, ten nie pozostawał mu dłużny na łamach „Polski Zachodniej”. Z tego pojedynku zwycięsko wyszedł Grażyński, który najpierw przejął Związek Powstańców Śląskich (ZPŚl.) i został jego honorowym prezesem, a następnie obsadził wszystkie ważne stanowiska związkowe najaktywniejszymi działaczami ze sztabu Polskiej Organizacji Wojskowej (POW). Kolejnym posunięciem było zweryfikowanie powstańców oraz przyznanie im od dawna oczekiwanej pełni praw kombatanckich, na równi z legionistami i uczestnikami wojny z bolszewikami. W ten sposób Związek Powstańców Śląskich stał się narzędziem w rękach sanacji, a jego dalsze działania wzbudzały coraz więcej kontrowersji w pozostałych środowiskach powstańczych. Mimo że od zakończenia III powstania nie minęło jeszcze 10 lat, powstańcy już byli podzieleni i skłóceni przez wciągnięcie ich do bratobójczej walki. Kiedy dzisiaj uroczyście obchodzimy kolejne rocznice powstań, to tak naprawdę nie wiadomo, o których powstańców chodzi – czy o zweryfikowanych powstańców ze Związku Powstańców Śląskich, czy o tych z Narodowego Związku Powstańców i Byłych Żołnierzy. A co z innymi powstańcami, którzy zniesmaczeni wojenkami na górze, zawiedzeni niespełnionymi obietnicami i wyśmiani przez najbliższych, wstydzili się przyznać, że w ogóle brali udział w powstaniach? Nadszedł już najwyższy czas, aby w imię prawdy zakończyć zakłamywanie historii powstań śląskich, żeby wreszcie potomkowie wszystkich, a nie tylko zweryfikowanych powstańców, mogli być dumni z dokonań swoich przodków! 16 lutego 1929 r. „Polonia” informowała, że Narodowa Partia Robotnicza powołała Związek Obrońców Śląska, którego komitet organizacyjny wydał odezwę zwróconą przeciw Związkowi Powstańców Śląskich, o następującej treści: „Z chlubnej niegdyś organizacji, mającej być obroną dla powstańców, tj. Górnoślązaków i robotników, stała się obecnie kliką hurtowników i geszefciarzy, bojówką partyjną sanacji i organizacją najemników, która z interesami ludności śląskiej nie ma nic wspólnego. ZPŚl. nie służy sprawie społecznej, a interesom kliki i jednostek”.

49


Losy powstańców śląskich w II RP l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

Dalej napisano, że destrukcyjna i szkodliwa działalność ZPŚl. przejawia się w każdej dziedzinie życia publicznego na Górnym Śląsku. ZPŚl. udowodnił to jaskrawo przez swoje wystąpienie przeciw interesom ludności śląskiej w sprawie autonomii, którą każdy Ślązak uczciwie i rozumnie kochający Ojczyznę uważa za rzecz świętą i najskuteczniejszą obronę praw gospodarczych, socjalnych i kulturowych. I dalej cytując odezwę: „Tymczasem przez całą działalność ZPŚl. jak czerwona nić snuje się wyraźnie chęć zlikwidowania autonomii śląskiej, która stoi kością w gardle niektórym elementom z innych dzielnic. Jaskrawym tego zewnętrznym dowodem była manifestacja ZPŚl. na rynku w Katowicach 28 listopada 1926 r., na której w obecności ministra spraw wewnętrznych i wojewody śląskiego – na wniosek inż. Przedpełskiego z Warszawy – kazano uchwalić rezolucję za zniesieniem autonomii Śląska, krzywdząc w ten sposób najżywotniejsze potrzeby ludności śląskiej”. Ta sama „Polonia” 29 kwietnia 1929 r. zamieściła informację, że 28 kwietnia 1929 r. chadecja wspólnie z Narodowym Związkiem Powstańców i Byłych Żołnierzy zorganizowała wielki wiec manifestacyjny w obronie autonomii Śląska w sali Wismacka przy ulicy Wojciechowskiego 7 w Załężu. Do wiecu jednak nie doszło, ponieważ został zakłócony przez przedstawicieli Związku Powstańców Śląskich, których kompania honorowa, na czele z młodym Zagórnikiem i Kulą, szturmem próbowała wziąć salę. Napastnicy zostali odparci, jednak policja nie zezwoliła już na wiec, wobec czego dziesięciotysięczny tłum przeniósł swoje wiecowanie na rynek w Katowicach. W dalszych dniach dochodziło do kolejnych bójek pomiędzy zwolennikami Korfantego a obozem sanacyjnym, w których prowodyrem był Franciszek Długiewicz – załęski drogerzysta rodem z Poznania. Wprawdzie ktoś znający temat powie, że Zagórnik pochodził z Załęża i będzie miał rację, jest to bowiem przykład członka o „ubocznych zamiarach”, który u pana Długiewicza pełnił rolę „kleszczy kowala”. Celowo podaję tak dużo faktów, ponieważ chcę wywiązać się z obietnicy pisania o „Śląsku udokumentowanym”. Zanim więc prześledzimy dalsze losy polskiej części Górnego Śląska, która na potrzeby plebiscytu została autonomicznym województwem śląskim lub krócej – autonomią, przeanalizujmy ponownie sytuację powstańców z rozwiązanej Kompanii Załęskiej. W skład Kompanii Załęskiej wchodziły różne i nieraz bardzo odległe w swych poglądach organizacje: od sanacyjnego POW po endecki „Sokół”, a pośrodku byli jeszcze partyjniacy z PPS, działacze związkowi i Bogu ducha winni orkiestranci i chórzyści. Mimo tej różnorodności wszyscy zgodnie i z wielkim poświęceniem walczyli o przyłączenie Górnego Śląska do Polski.

50


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Losy powstańców śląskich w II RP

Co się więc stało, że po osiągnięciu celu ci sami ludzie zaczęli się zwalczać? Szczególnie nie mogli tego zrozumieć zwolennicy Korfantego, czyli tzw. korfanciorze, dla których była to zupełna nowość. Często pytali, o co właściwie Załęski związek rezerwistów – lata 30. XX w. toczy się ta walka na górze, w której naprzeciw siebie stają niedawni towarzysze broni? Nie bardzo rozumieli znaczenie takich pojęć, jak: „uczciwe związki”, „uczciwi i prawdziwi powstańcy” czy „rdzenie” (obraźliwe określenie powstańców związanych z przeciwnym Korfantemu obozem piłsudczykowskim – przyp. G.P.) albo „ludzie o ubocznych zamiarach”. W ich pojęciu nieuczciwość była zwykłą podłością, którą się zwyczajnie brzydzili. Tymczasem kryzys gospodarczy przybierał coraz większe rozmiary, rozpoczęły się masowe zwolnienia pracowników, zamykano nawet całe zakłady pracy, jak na przykład zamknięcie kopalni Kleofas w 1932 r., w wyniku którego pracę straciło 2500 osób, w tym wielu dawnych powstańców Kompanii Załęskiej. Jakaż to musiała być pokusa, kiedy za jeden podpis powstańcy ci mogli zyskać przywileje, o których dotychczas mogli jedynie pomarzyć. Jednak unieśli się ambicją i nie poddali się weryfikacji. Teraz wiem, dlaczego Maria nie figurowała w spisie powstańców – po prostu nie poddała się Załęscy rezerwiści – 1932 r. weryfikacji!

51


Losy powstańców śląskich w II RP l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

Ponieważ Wojciech Korfanty, uwikłany w wojenki na górze, zapomniał o swoich powstańcach, oni zaczęli kolportować dowcipy na jego temat. Przypominali fragmenty jego płomiennych przemówień, w których zachwalał Polskę, mówiąc, że jest to kraj mlekiem i miodem płynący, w którym nawet byczki będą się cielić. Wypomniano mu też, że każdemu powstańcowi obiecał krowę, a ponieważ skończyło się na obietnicach, „krowami Korfantego” nazywaZbiórka uliczna 1932 r. no popularne na Śląsku kozy. Był to wisielczy humor, ponieważ korfanciorze zrozumieli już, że nikt im nie pomoże i sami będą musieli zadbać o swoje rodziny, a ponieważ znali tylko górnictwo, zaczęli kopać węgiel w biedaszybach, które jak grzyby po deszczu wyrastały w miejscach, gdzie jeszcze niedawno toczyły się walki powstańcze. Wkrótce dla wielu dawnych powstańców biedaszyby stały się nowymi zakładami pracy, w których pracowały całe rodziny. Ojcowie wspólnie z młodzieżą kopali węgiel, a kobiety i dzieci ładowały go na wózki i wiozły do Katowic, gdzie godzinami stały w kolejkach, żeby go sprzedać. W tych trudnych czasach nie próżnowali nawet emeryci; znalezione na przykopalnianych hałdach połamane stojaki drewniane cięli na klocki, które następnie łupali na patyczki i robili z nich wiązki drewna na rozpałkę. Często też zastępowali młodych w kolejce do sprzedaży węgla na ulicach Katowic. Skromne budżety domowe bezrobotnych powstańców zasilały też hodowle prowadzone w przydomowych chlewikach, gdzie hodowano co się

52


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Losy powstańców śląskich w II RP

Emeryci sprzedają węgiel 1932 r. Po zamknięciu kopalni bezrobotni zaczęli kopać węgiel w tzw. biedaszybach, w których pracowały całe rodziny. Kobiety i emeryci sprzedawali później węgiel na ulicach Katowic.

tylko dało, od ptactwa domowego po trzodę chlewną. Ptactwem i drobnymi zwierzętami opiekowały się dzieci, natomiast trzodą chlewną – dorośli. Zwierzęta skarmiano trawą z pobliskich łąk, obierkami oraz resztkami pożywienia zmieszanymi z wodą, która pozostawała po zmywaniu statków, czyli tzw. pomyjami. Na ogródkach działkowych miejsce kwiatów często zajmowały warzywa i owoce. Wkrótce kopacze w biedaszybach doszli do takiej wprawy, że wydobywali tyle samo węgla co niektóre mniejsze kopalnie. Wówczas właściciele kopalń podnieśli larum, że węgiel z biedaszybów wypycha ich z rynku. W obronie ich interesów władza wysyłała policję, która najeżdżała biedaszyby i niszczyła je, prowadząc regularną wojnę z pracującymi tam górnikami (takie sceny Kazimierz Kutz pokazuje w jednym z filmów tzw. „Trylogii śląskiej”). Tak właśnie, w wielkim skrócie, wyglądało wówczas życie zdecydowanej większości mieszkańców załęskich familoków, gdzie jeszcze nie tak dawno żegnano powstańców, którzy wyruszali do walki o polski Śląsk.

53


Załęże w latach 1922–1939 l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

Załęże w latach 1922–1939 22 czerwca 1922 r. od wczesnych godzin rannych na ulicach Załęża panował ożywiony ruch. Kto żyw spieszył w kierunku gminy gdzie, niczym Guliwer, ulicę Wojciechowskiego okraczała potężna brama tryumfalna, na której widniał napis: Żołnierzu polski! Ciebie witamy na ziemi śląskiej, krwią przesiąkniętej. Ojczyźnie i Tobie hołd składamy za czyny Wasze dla sprawy świętej. Gmina Załęże wita! Tłum ciekawskich gęstniał z każdą godziną, sporo też było młodzieży, która przyszła zobaczyć, jak wygląda Wojsko Polskie. Oprócz sympatyków Polski w pobliże bramy przyszli też mieszkańcy, którzy głosowali za Niemcami. Jednak każda z grup stała oddzielnie i nie wchodziła sobie w drogę. Nagle jeden z sympatyków Niemiec zawołał, wskazując jednocześnie na napis: „Przeczytejcie, co łoni tam naszkryflali,… a godali, że w powstaniu niy było polskigo wojska!”. Po tych słowach zapadła głucha cisza, a wszyscy z jego grupy rozglądali się ze strachem w oczach, czy ktoś jeszcze tego nie usłyszał. Spróbujmy więc i my zastanowić się, co go tak w tym napisie zafrapowało. Początek napisu: „Żołnierzu polski” nie daje cienia wątpliwości, do kogo jest on adresowany. „Ciebie witamy na ziemi śląskiej, krwią przesiąkniętej” – ten fragment też niczego nie sugeruje, a całość składa się na całkiem poprawne powitanie. Dalszy tekst: „Ojczyźnie i Tobie hołd składamy” – patriotyczny i bardzo poprawny. Pozostał fragment: „za czyny Wasze dla sprawy świętej” – i to jest chyba ten fragment, o który naszemu załężaninowi chodziło! Mimo kamuflażu zwrot ten bowiem wyraźnie wskazuje, że wojsko udział w powstaniu jednak brało. Tymczasem tłum przy bramie gęstniał z każdą chwilą, przysparzając roboty służbie porządkowej, tym bardziej, że rozwydrzone bachory stroiły sobie żarty i co chwilę wołały: „Baczność! Wojsko nadchodzi”, co powodowało dodatkowy ferment i falowanie tłumu, nad którym i bez tego trudno już było zapanować. Gorącą atmosferę uspokoiło nieco pojawienie się oficjeli. Postronny obserwator z łatwością mógł zauważyć, jak różna była na ich wejście reakcja gapiów. Począwszy od zachwytu sympatyków Polski, przez życzliwą obojętność ludzi o poglądach neutralnych, do cichych pomruków bezsilnych sympatyków Niemiec.

54


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Załęże w latach 1922–1939

***

Samodzielność Załęża skończyła się 15 lipca 1924 r., kiedy to na mocy uchwały Sejmu Śląskiego gmina Załęże została włączona do Katowic. Dotychczas dużo pisałem o familokach, ale na tym nie kończyło się Załęże, było jeszcze ekskluzywne centrum, osiedle Mościckiego, kolonia Obroki, Załęska Hałda oraz Maroko – osiedle dla bezrobotnych. W każdej z wymienionych enklaw panowała odrębna i bardzo swoista atmosfera. Poszczególne środowiska były tak hermetyczne, że rzadko kiedy dochodziło między nimi do mezaliansów. Ludzi z danych środowisk można było rozróżnić z daleka, wyróżniali się nawet w tych miejscach, w których musieli przebywać razem, na przykład w kościele czy w zakładzie pracy. W kościele wyróżniali się miejscami, jakie zajmowali w ławkach, które niczym abonament regularnie opłacali w kancelarii parafialnej. Osoby o wyższym statusie zajmowały miejsca w pierwszych rzędach ławek, a szczególnie wyróżnione miały nawet własny klęcznik z boku głównego ołtarza. Pamiętam, jak babcia Wiktoria, mimo daleko posuniętej sklerozy, pierwsze kroki po otrzymaniu emerytury kierowała na plebanię, żeby opłacić ławkę w kościele. Dziś może wydaje się to nieco śmieszne, ale w tamtych czasach opłata ławkowa była sprawą niezwykle honorową. W pracy obowiązywała hierarchia służbowa, w której zawsze wyżej plasowali się mieszkańcy „lepszych” enklaw. Jeżeli chodzi o naszych bohaterów, Wiktoria mieszkała w familoku, Maria w domu, który kupiła od rodziców, Sylwester w Ochojcu, a Wiktor z rodziną w Bytomiu, który po podziale Górnego Śląska znalazł się w Niemczech. Aby pozostać w Załężu, pominę zamieszkałych poza nim braci i skupię się na Wiktorii i Marii, których mieszkania oddalone były od siebie zaledwie o jeden przystanek tramwajowy. Mimo tej bliskości, mieszkały po przeciwnych stronach umownej granicy, oddzielającej osiedle familoków Wiktorii od enklawy centralnej, w której znajdował się dom Marii. Granicę tworzyły obiekty „buforowe”, znajdujące się po obu stronach ulicy Wojciechowskiego (dawniej Mickiewicza, Moltkestrasse). Po stronie południowej umowna granica zaczynała się od ulicy Zamułkowej, za którą w kierunku na zachód były już tylko ogródki i park (obecnie plac Londzina, dawniej Gruszka Plac) sięgający do ulicy Piłsudskiego (obecnie Bocheńskiego), tworzący swego rodzaju kordon, za którym, aż do ulicy Wilsona (obecnie Wiśniowa), znajdowały się familoki, zbudowane naprzemiennie z domami prywatnymi. Za ulicą Wilsona, w kierunku zachodnim, znajdował się jeszcze tzw. Dom Kawalera który, współcze-

55


Załęże w latach 1922–1939 l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

śnie z familokami, Johan Wultz wybudował dla samotnych pracowników kopalni ceniących sobie komfort. Dalej, aż do zachodniej granicy Załęża, rozciągały się pola i nieużytki, na których pod koniec lat 20. XX w. wybudowano kolejną załęską enklawę, osiedle Mościckiego. W 1938 r., w wyniku prac interwencyjnych prowadzonych przez bezrobotnych, za Domem Kawalera powstał ogród jordanowski, popularnie zwany „pawilonem”. Natomiast po północnej stronie ulicy Wojciechowskiego owa umowna granica zaczynała się od gospodarstwa Gajdzika, czyli mniej więcej na wysokości ulicy Wolnego, za którym znajdowały się zabudowania Dworu i następne gospodarstwa, będące pozostałością po dawDawny Dom Kawalera w Załężu – widok dzisiejszy nych załęskich siodłaTzw. Dom Kawalera wybudowano w tym samym czasie co osiedle kach. Te zabudowazałęskich familoków, z przeznaczoniem dla pracowników kopalni nieposiadających rodzin i ceniących sobie komfort. W okresie nia sięgały do wysobezrobocia w latach 30. XX w. mieściła się tutaj jedna z załęskich kości ulicy Starej (dawflapsowni. niej Altestrasse), a nawet jeszcze nieco dalej, aż do pierwszych familoków zaprojektowanych przez Zillmanów z Charlotenburga. Na północ od ulicy Wojciechowskiego płynęła rozkapryszona Rawa, która od wieków już zalewała okoliczne łąki i ogródki. Zapytają państwo, dlaczego tylko łąki i ogródki? A co z budynkami? Widząc dzisiejsze powodzie, takie pytanie jest w pełni uzasadnione. Odpowiedź jest jednak banalnie prosta. Dawni budowniczowie nie starali się okpić przyrody i nie stawiali budynków na terenach, o których z góry wiadomo było, że od lat należą do Rawy i jej rozlewisk. Idąc dalej w kierunku zachodnim, aż do ogródków działkowych znajdujących się na wysokości ulicy Wilsona familoki przeplatały się z domami prywatnymi. Widać stąd, że umowna granica z jednej i drugiej strony tworzyła pokaźnych rozmiarów kordon, który oddzielał centralną enklawę Załęża od osiedla górniczych familoków.

56


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Załęże w latach 1922–1939

***

W dniu, w którym Wojsko Polskie wkraczało do Załęża, Wiktoria była w domu i niańczyła najmłodszego syna Maksymiliana, który dopiero przed miesiącem dołączył do czwórki starszych braci: 10–letniego Józefa (Józika), 8–letniego Franciszka (Francika), 6–letniego Pawła (Paulka) i 2–letniego Jerzego (Jorgusia). Na utrzymanie tak licznej rodziny pracował mąż Wiktorii, Jan, który był sztygarem na kopalni Kleofas. Wówczas jeszcze Jan nie przypuszczał, że w 1932 r. każą mu wybrać zaległy urlop i razem z innymi pracownikami, wśród których było wielu powstańców walczących w III powstaniu śląskim w szeregach Kompanii Załęskiej, wyślą go na bezrobocie. W okresie kiedy kopalnia była zamknięta, bez- Flapsownia 1932 r. zamknięto kopalnię Kleofas. Bezrobotni otrzymyrobotni otrzymywali niedu- W wali wówczas darmowe zupy, tzw. flapsy, które wydawano w że wsparcie pieniężne oraz specjalnych punktach, nazywanych flapsowniami. darmowe zupy, tzw. flapsy, wydawane w specjalnych punktach, zwanych flapsowniami. Jedna z załęskich flapsowni znajdowała się w dawnym Domu Kawalera, pieszczotliwie nazywanego hajmem, czyli domem. Z owych flapsów korzystali zazwyczaj ludzie bezdomni i pozostający trwale bez pracy. Nie godziło się natomiast korzystać z nich górnikom chwilowo bezrobotnym i do tego jeszcze byłym powstańcom, ponieważ uwłaczało to ich godności. Był to kolejny policzek dla korfanciorzy, którzy pozostawieni bez opieki głodowali, podczas gdy powstańcy zweryfikowani, popularnie nazywani sanatorami, opływali w dostatki. Zapytacie państwo, dlaczego wobec tego wszyscy nie poddali się weryfikacji? Żeby to zrozumieć, trzeba wrócić do czasu, kiedy w związku powstańczym nastąpił rozłam. Adwersarze, czyli Korfanty i Grażyński, jeszcze raz sięgnęli po powstańców, tworząc z nich „swoje” wojsko. Korfanty, widząc że grunt usuwa mu się spod nóg, utworzył ze swoich zwolenników Narodowy Związek Powstańców i Byłych Żołnierzy, pozostawiając Grażyńskiemu resztę powstańców oraz jego „markę”, czyli nazwę – Związek Powstańców Śląskich, który niewtajemniczonym nadal kojarzył się z tzw. „prawdzi-

57


Załęże w latach 1922–1939 l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

wymi powstańcami”. Po objęciu stanowiska wojewody Grażyński poszedł za ciosem i przeprowadził weryfikację powstańców, pozostawiając w Związku Powstańców Śląskich tylko tych, którzy byli lojalni wobec obozu sanacyjnego, i jako kombatantów obdarował ich przywilejami, na które korfanciorze nie mogli liczyć. Aby je otrzymać, musieliby podpisać weryfikacyjną lojalkę, a to równało się z przejściem do – w ich przekonaniu – obozu wroga. I to jest odpowiedź na to, dlaczego nie wszyscy powstańcy poddali się weryfikacji. Nieugięci korfanciorze, wobec braku pracy na polskiej stronie, coraz częściej zatrudniali się w kopalniach po niemieckiej stronie Górnego Śląska, czego Niemcy nie omieszkali później wykorzystać w swojej propagandzie. Po utracie pracy schorowany Jan wylądował w szpitalu, a Wiktoria, widząc chwilową niemoc swego męża, niczym kapitan na wezbranym morzu chwyciła ster w swoje ręce i tak zmobilizowała rodzinę, że cały okres bezrobocia przeżyli bez jałmużny i darmowych zupek. Pod jej batutą ciężar utrzymania rodziny przejęli 20–letni Józik i 16–letni Paulek, którzy zaczęli handlować w Katowicach towarami legalnie przywożonymi z Polski.

*** Po wielu wystąpieniach i interpelacjach w Sejmie Śląskim w 1938 r. uruchomiono kopalnię Kleofas i Jan na powrót odzyskał swoje stanowisko. Do pracy w kopalni przyjął się również jego syn, 24–letni Francik, który jeszcze w tym samym roku ożenił się z 22–letnią Elżbietą Pisulą z Ligoty. Po ślubie młodzi małżonkowie zamieszkali na drugim piętrze w familoku przy ulicy Pokoju 12 (dawniej Schafschgottstrasse), gdzie Francik otrzymał z kopalni przydział na mieszkanie.

*** W czasie kiedy Wiktoria wraz z rodziną walczyła o przetrwanie, Maria, dzięki bajecznie wysokim zarobkom Emila, wiodła dostatnie życie. Ubierała się w najnowsze kreacje nabywane w renomowanych katowickich salonach mody, chodziła do teatru, często też bywała w ekskluzywnych restauracjach w Katowicach. Wolny czas poświęcała pracy na rzecz załęskiego kościoła, w którym do 1926 r. była członkiem rady kościelnej. W 1926 r. urodziła drugą córkę Różę i odtąd zajęła się wyłącznie wychowaniem dzieci oraz pielęgnowaniem podstarzałych rodziców.

58


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Załęże w latach 1922–1939

Ksiądz Kubis z radą parafialną – 1925 r. Ks. Kubis był proboszczem kościoła pw. św. Józefa w Załężu w okresie I wojny światowej i powstań śląskich. W 1921 r. udzielił ślubu Marii Sobczyk i Emilowi Krollowi.

W 1933 r., po przeżyciu 82 lat, zmarł Franz Sobczyk, ojciec Wiktora, Wiktorii, Marii i Sylwestra. Organizacja pogrzebu spadła na Marię, która miała nadzieję, że będzie to zarazem okazja do pierwszego spotkania rodziny od podziału Górnego Śląska. Szczególnie cieszyła się na spotkanie z Wiktorem, któremu chciała wyjaśnić wiele spraw, które podzieliły ich głębiej niż wspomniana granica. Po odrobieniu lekcji z historii Polskiej Organizacji Wojskowej Górnego Śląska, przeczytaniu „Marzeń i zdarzeń” Wojciecha Korfantego oraz wrocławskiej książeczki Koppa była skłonna przyznać bratu częściową rację. Do spotkania z nim przygotowywała się niczym maturzystka do egzaminu dojrzałości, przypominając sobie również wszystkie szczegóły oskarżycielskiego listu, w którym brat obwiniał ją o to, że sprzymierzając się z POW, przyczyniła się do rozbicia rodziny. Rozbudzone nadzieje Marii zaczęły jednak wkrótce przygasać, ponieważ Wiktor nie zjawił się w rodzinnym domu przed wyprowadzeniem trumny ojca. Jego nieobecność przy tej ceremonii Maria tłumaczyła sobie trudnościami z dotarciem i ciągle jeszcze trzymała się nadziei, że Wiktor się pojawi. Jednak nadzieja zgasła, kiedy do końca pogrzebu Wiktor nie zjawił się na cmentarzu. Okazało się, że nawet pogrzeb ojca nie był w stanie poprawić złych stosunków rodzinnych, jakie powstały po plebiscycie i podziale Górnego Śląska, nad czym szczególnie ubolewała 74–letnia Katherina, któ-

59


Załęże w latach 1922–1939 l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

ra po śmierci męża zamieniła dotychczasowe mieszkanie na piętrze na pojedynczy pokój na parterze, czyli tzw. ańclę. W tym miejscu mam kolejny problem, ponieważ mieszkanie zwolnione przez babcię Katherinę od 1935 r. zajmował najstarszy syn Wiktorii, Józik, czyli Józef Pierończyk, a ja nie potrafiłem dowiedzieć się, jak do tego doszło. Zacząłem więc interpolować dane, jakie miałem na ten temat. Zgodnie z zapisem testamentowym mieszkanie było dożywotnią własnością Franza i Katheriny Sobczyków. Ponieważ w 1935 r. 76–letnia wówczas Katherina była jeszcze w pełni sprawna umysłowo, widzę jedynie następujące możliwości wyjaśnienia tego faktu: 1. Katherina przekazała mieszkanie Józefowi, ponieważ chciała wynagrodzić Wiktorii pominięcie jej przy sprzedaży domu. 2. Katherina dała mieszkanie Józefowi w prezencie ślubnym. 3. Maria wyraziła zgodę na przyjęcie Józefa jako lokatora, gdyż mieszkanie stało puste. Wszystkie przytoczone warianty są wielce prawdopodobne. Tak więc dzieci Józefa Pierończyka wychowywały się w domu rodzinnym Sobczyków znajdującym się przy ulicy, która kilkakrotnie zmieniała już swoją nazwę, począwszy od Kaiser Wilhelmstrasse, przez Freiheitstrasse i Wolności, aż do Janasa 8. Nazwisko zmienili również właściciele domu, Maria i Emil Krollowie. 7 lipca 1937 r. Emil Kroll wystąpił o zmianę pisowni swojego nazwiska na „Król”. Tak więc rodzinny dom Sobczyków, odsprzedany w 1922 r. Marii Kroll (z domu Sobczyk) przez jej rodziców, stał się odtąd domem Królów. Pod koniec 1938 r. zmarł Sylwester, najmłodszy syn Katheriny, który pozostawił żonę i 14–letniego syna Ericha. Jego pogrzeb był bardzo skromny, ponieważ sytuacja w kraju coraz bardziej zmierzała ku wojnie. Tylko „kasztan rodowy” rosnący przy domu ze spokojem obserwował Krollowie z córkami przed kościołem w czwarte już pokolenie Sobczyków, kodując Załężu jego historię w swoich kolejnych słojach.

60


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l A więc wojna!

A więc wojna! Wobec coraz bezczelniejszych wypadów niemieckich bojówek na zakłady przemysłowe w polskiej części Górnego Śląska, 26 sierpnia odbyło się w Katowicach wspólne zebranie władz Związku Powstańców Śląskich i Polskiej Organizacji Wojskowej, na którym zapadła decyzja o włączeniu się tych organizacji w obronę kraju i zorganizowaniu ochotniczych oddziałów powstańczych, składających się z powstańców i młodzieży powstańczej. W Załężu powstały dwie kompanie ochotnicze, których dowódcami byli Leon Bazan i Henryk Tomanek. Miały one za zadanie zabezpieczenie kopalni Kleofas i huty Baildon przed sabotażem oraz ochronę załęskich torów, gazociągów i mostów. W Dębie podobną kompanią dowodził Ryszard Drzyzga, a na Brynowie i Załęskiej Hałdzie Konstanty Woźniczko. Kompania Drzyzgi ochraniała dębską część huty Baildon, a Woźniczki – kopalnię Wujek. Dowództwo nad miejskim batalionem powstańczym sprawował Nikodem Renc, a komendą główną powstańczej obrony miasta, z siedzibą w Domu Powstańca, kierował Rudolf Niemczyk. Kiedy Niemczyka powołano 1 września 1939 r. do służby wojskowej, jego stanowisko objął powstaniec Jan Faska, a Polska Organizacja Wojskowa, która podlegała dowództwu wojskowemu, utworzyła oddzielne grupy szturmowe. Wojna w Katowicach rozpoczęła się wczesnym rankiem w piątek 1 września 1939 r. od nalotu na lotnisko Muchowiec. W dniu następnym, kiedy miasto opuściły już władze i policja, porządku pilnowali członkowie komitetu obywatelskiego, utworzonego przez Baltazara Szaflika, rzemieślnika z Katowic i uczestnika III postania śląskiego oraz Wojciecha Nowakowskiego – restauratora. Członkowie komitetu byli uzbrojeni i na rękawach nosili białe opaski z pieczątką. W tym samym dniu, tj. 2 września, komendant Jan Faska poinformował pełniących służbę w gmachu Domu Powstańca o rozkazie Naczelnego Dowództwa dotyczącym ewakuacji Śląska, na podstawie którego w nocy z 2 na 3 września wymaszerował z Katowic 73. Pułk Piechoty. W sztabie powstańczym rozpoczęła się dyskusja nad celowością obrony miasta w sytuacji, gdy wycofało się z niego wojsko. W jej wyniku rankiem 3 września większość oddziałów powstańczych opuściła Katowice, ewakuowano też urzędy pocztowe. Nieliczni powstańcy, którzy pozostali na miejscu, zaczęli wspólnie z harcerzami przygotowywać się do obrony miasta.

61


A więc wojna! l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

Tymczasem, zgodnie z rozkazem, 3 września około godziny 3.00 nad ranem zaczął wycofywać się batalion kochłowicki mjr. Jana Witkowskiego, w skład którego wchodziła kompania kpt. Mariana Tułaka, która otrzymała rozkaz bezpośredniego marszu do Katowic. Po drodze, w rejonie Dworu w Załężu, kompania miała zabezpieczyć skrzyżowanie dróg Gliwickiej oraz Bocheńskiego i miała tam oczekiwać dalszych rozkazów. Wykonując rozkaz, 11. Kompania Strzelecka kpt. Mariana Tułaka doszła do Dworu i ubezpieczyła się, wysuwając drużyny ckm w kierunku Chorzowa i Kochłowic. W rejonie stanowisk ckm wkrótce pojawili się załęscy powstańcy i harcerze. Oczekujący w Dworze na dalsze rozkazy kapitan Tułak nie miał żadnego kontaktu z innymi oddziałami wojskowymi ani z żadnym z dowódców, gdy tymczasem tylna straż batalionu kochłowickiego, którą stanowił pluton por. Oleksego, dotarła 3 września do Katowic i w rejonie placu Wolności bezskutecznie czekała na kontakt z kompanią kpt. Tułaka. Pierwszy łącznik wysłany do Załęża–Dworu z rozkazem wycofania się nie znalazł kompanii Tułaka, drugi, wysłany przez dowódcę batalionu, zaginął. Do dowództwa nie dotarli również łącznicy wysłani przez kpt. Tułaka, którzy prawdopodobnie zginęli z rąk hitlerowskich dywersantów. Kiedy więc w niedzielę na terenie Chorzowa, Świętochłowic i Hajduk rozgorzały walki pomiędzy oddziałami powstańczymi i Freikorpsem, kpt. Tułak zarządził wypady swoich plutonów, dowodzonych przez Fracha i Kościelniaka, w zagrożone miejsca. Po południu, kiedy strzelanina nabrała szczególnego nasilenia (w Chorzowie niemiecki Selbschutz dowodzony przez Alfonsa Beldę bił się z oddziałami powstańców i grupami młodzieży z chorzowskiego hufca harcerskiego), na pomoc do Chorzowa pojechał pluton Kościelniaka, natomiast ubezpieczenia nadal pozostały na drogach dojazdowych do Załęża. Drogę w kierunku Kochłowic zabezpieczała drużyna kaprala Wilka oraz powstańcy dowodzeni przez Teofila Patalonga, komendanta POW z Załęskiej Hałdy. W tym samym czasie drogą kochłowicką w rejon Katowic podążał niemiecki 68. Pułk Straży Granicznej, od którego odłączył się patrol na motocyklu i na skrzyżowaniu Kochłowickiej z ulicą Bocheńskiego pojechał w stronę Załęża. W rejonie wiaduktu patrol został zlikwidowany przez oddział ubezpieczający. W nocy z 3 na 4 września przeprowadzone przez powstańców rozpoznanie poinformowało kpt. Tułaka, że od Bytomia zbliżają się silne oddziały S.A., Freikorpsu i Grenschutzu, które podążają do Katowic, gdzie 4 wrze-

62


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l A więc wojna!

śnia o godzinie 14.00 mają wziąć udział w defiladzie na ulicach miasta. Po tej informacji kpt. Tułak wycofał się z Załęża, a osamotnieni powstańcy zaprzestali nierównej walki i ukryli się przed Niemcami. Od 4 września do Katowic zaczęły wkraczać wojska niemieckie. W obliczu odwrotu Armii Kraków wielu obrońców zastosowało się do rozkazu i opuściło miasto. A jednak wkraczające wojska niemieckie napotkały opór. W wielu publikacjach fabularnych i historycznych obrona katowickiej wieży spadochronowej we wrześniu 1939 r. wiązana jest z heroiczną postawą harcerzy. Jednak nikomu dotąd nie udało się dotrzeć do bezpośrednich świadków lub też rodzin poległych, a tym samym ustalić tożsamości pokrzywdzonych. Wiadomo tylko, że od 24 sierpnia 1939 r. 12 harcerzy z V MDH im. Stanisława Staszica, którzy podlegali dowództwu 73. Pułku Piechoty, na cztery zmiany pełniło służbę obserwacyjną na wieży spadochronowej w Katowicach. Na wieży zainstalowany był telefon polowy, a za wieżą od strony Mikołowa harcerze ochotnicy i członkowie obrony narodowej kopali rowy strzeleckie. Ponadto żołnierze z pomocą harcerzy wnosili na wieżę skrzynki z amunicją. 3 września we wczesnych godzinach rannych porucznik Kowalski z 73. Pułku Piechoty zarządził ewakuację harcerzy. Opuszczająca wieżę zmiana w osobach: Norbert Persich, Herbert Witkowski i Antoni Kłapsia spotkała w parku harcerzy w różnym wieku oraz powstańców zmierzających w stronę wieży. Na rękawach mundurów harcerze mieli oznaczenia hufców z Lipin, Wirka, Nowej Wsi i Rudy Śląskiej. Większość z nich była uzbrojona; jak twierdzili, broń zdobyli w walkach na pograniczu. Mimo rozkazu ewakuacji w parku pozostało wielu młodych ludzi, wśród nich harcerzy, którzy chcieli bronić miasta. Na niemieckie natarcie oczekiwali w rowach, krzakach i na wieży spadochronowej. 3 września, po ustaleniu, że ostatnie oddziały polskiej dywizji opuściły Katowice, niemiecki 3. Oddział Ochrony Pogranicza otrzymał rozkaz, by nazajutrz zająć obszar przemysłowy i w tym celu został wzmocniony 239. dywizją. Wcześniej oddziały Freikorpsu próbowały wedrzeć się do parku od strony Brynowa, ale bezskutecznie. O godzinie 4.45 generał Neuling opuścił Mikołów, a około godziny 8.00 dotarł do wyznaczonego punktu postoju odległego o trzy kilometry od Katowic. Oficer oddziału zwiadowczego doniósł mu o trwających w mieście walkach z powstańcami oraz o ostrzelaniu wojsk niemieckich z dwóch wieżowców za nasypem kolejowym. Do wsparcia tych działań został wysłany pułk piechoty, a sztab dywizji zatrzymał się na małym pagórku za folwarkiem Brynów,

63


A więc wojna! l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

oddzielonym drogą od parku miejskiego. W pewnym momencie sztab został ostrzelany z wieży spadochronowej z karabinu maszynowego. W odpowiedzi Niemcy ostrzelali wieżę z armaty przeciwpancernej, co wstrzymało ogień. Za to wzdłuż całej drogi w kierunku na Brynów otworzono ogień z karabinów maszynowych. Jeden z karabinów był usytuowany na pagórku w pobliżu dawnej wieży radiostacji. Intensywnie strzelano także z kierunku Załęża i ulicy Karbowej. Opór Polaków, zlokalizowany w południowej części miasta i w okolicach katowickiego dworca kolejowego, stawał się coraz silniejszy. Dopiero użycie ckmów i artylerii przeciwpancernej przełamało tę obronę i pozwoliło oddziałom niemieckim na wkroczenie do miasta. Wróćmy jednak na wieżę spadochronową. Pociski artyleryjskie praktycznie rozerwały metalową burtę okalającą szczyt wieży, a w chwili wybuchu świadkowie widzieli spadające z góry trzy sylwetki ludzkie. W okolicach wieży w walce z żołnierzami niemieckimi zostało zastrzelonych około sześciu obrońców, część została ranna, a część zdołała uciec. Po podejściu oddziałów niemieckich pod wieżę kilku żołnierzy weszło na nią i zrzuciło cztery martwe ciała. Lżej rannych cywilów przewieziono do więzienia przy ul.Mikołowskiej. Wiem, ile silnych emocji wzbudził artykuł Bartosza T. Wielińskiego pt. „Przemycane meldunki” zamieszczony w Gazecie Wyborczej 21 listopada 2003 r. Pod listem potępiającym tak artykuł, jak i samego autora podpisało się wówczas 66 osób, z których wiele posiadało profesorskie tytuły. Z dyskusji tej przytoczę fragment wypowiedzi Henryka Wańka, malarza i pisarza pochodzącego z Katowic, ale od lat mieszkającego w Warszawie i na Dolnym Śląsku, którą zamieszczono w Gazecie Wyborczej 21 listopada 2003 r., oraz Kazimierza Kutza, znanego reżysera, a obecnie senatora RP. W artykule „Prawda, prawda nade wszystko” Henryk Waniek pisze: […] nie sposób zaprzeczyć, że w mieście (Katowice) mieszkali Niemcy oraz ich sympatycy. Proporcja między katowickimi Polakami a Niemcami w pierwszych dniach września 1939 r. przechyliła się na korzyść tych drugich, a to dlatego, że poprzedziła ją gremialna ewakuacja, która w praktyce była chaotyczną ucieczką, a w języku wojskowym zorganizowaną dezercją. Zapewne podobną do tej z końca 1944 r. i początku 1945 r., tym razem w wykonaniu hitlerowców. Ludzie z poczuciem godności, a niemający poczucia winy lub strachu, na ogół nie uciekają. I często ciężko za to płacą: majątkiem, godnością, życiem.

64


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l A więc wojna!

Wśród osób, które ewakuowały się z Katowic we wrześniu 1939 r., w pierwszej kolejności byli naczelnik Związku Harcerstwa Polskiego (w latach 1931–39), pułkownik dr Michał Grażyński–Borelowski, od roku 1926 wojewoda śląski. Od 2 września polskość w Katowicach miały reprezentować osamotnione – wobec wycofującej się nieskładnie kompanii kapitana Tułaka – grupki samoobrony, a wiec harcerzy i uzbrojonych cywilów, zwanych powstańcami, być może za propagandą hitlerowską, która określała ich łącznie nazwą „die Isurgenten”. Właśnie na te grupy złożono cały ciężar działań obronnych. Fragment felietonu Kazimierza Kutza pochodzi z przedruku z Dziennika Zachodniego, który został zamieszczony w Gazecie Wyborczej 28 listopada 2003 r.: Dla mnie obrona Śląska przed Wehrmachtem w wykonaniu dzieci była zawsze sprawą żenującą. I budowanie wokół niej aury patriotycznych uniesień, legend i mitów, a co za tym idzie wzorców zachowań, uważam w płaszczyźnie moralnej za rzecz niestosowną, by nie powiedzieć – żałosną. Zwłaszcza na Górnym Śląsku. Owszem, można by o tym rozmawiać, gdyby wtedy przy śląskich harcerzach był – nadany z urzędu – wojewoda śląski, a jednocześnie od 1931 r. przewodniczący Związku Harcerstwa Polskiego (!!!) Michał Grażyński. Ale on wziął tyłek w troki i gnał na Zaleszczyki. Dziś, po zakończeniu w 2005 r. śledztwa, jakie prowadził katowicki oddział Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, przytoczone opisy obrony Katowic i wieży spadochronowej nie powinny już budzić takich emocji. Na tej samej podstawie można stwierdzić, że w prowadzonej wówczas dyskusji Henryk Waniek i Kazimierz Kutz byli najbliżsi prawdy.

*** 3 września 1939 r. naczelnik Konstanty Piksa otrzymał rozkaz ewakuacji poczty załęskiej. O jej przebiegu opowiedziała mi żona naczelnika, pani Stefania Piksa (rocznik 1917), z którą rozmawiałem w zakładzie opiekuńczo–leczniczym w Załężu. Oto jej relacja: Na spakowanie rzeczy osobistych mieliśmy kilkadziesiąt minut, po czym razem z dokumentami pocztowymi załadowano nas do pociągu i ruszyliśmy w drogę z Katowic do Tarnowa. Po dojechaniu na miejsce zostaliśmy w pośpiechu odstawieni na boczny tor, ponieważ za chwilę nadleciały niemieckie samoloty i rozpoczęły bombardowanie dworca. Niektóre bomby spadały blisko nas, ponieważ piloci,

65


A więc wojna! l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

zmyleni błyskiem daszków pocztowych czapek, wzięli nas za wojsko. W pewnym momencie nie wytrzymałam nerwowo, oznajmiłam mężowi, że opuszczam pociąg i wracam do Załęża. Mąż długo starał się odwieść mnie od tej decyzji, ponieważ jako naczelnik był odpowiedzialny za dowiezienie poczty do miejsca przeznaczenia i nie mógł towarzyszyć mi w drodze powrotnej. Ja byłam już jednak na tyle zdesperowana, że żadne jego argumenty do mnie nie docierały. Kiedy mąż to zauważył, pożegnał się ze mną czule i do pomocy w drodze powrotnej przydzielił mi pana Piątka, jednego ze swoich najbardziej zaufanych pracowników. Z pociągu zabrałam jedynie podręczny bagaż i trochę gotówki, po czym razem z panem Piątkiem udałam się w kierunku najbliższych zabudowań. Kiedy znajdowaliśmy się już niedaleko, jakby spod ziemi wyrósł przed nami niemiecki oficer, pytając, dokąd idziemy. Ponieważ dobrze znałam niemiecki, odpowiedziałam w jego ojczystym języku, że chcemy dotrzeć do Katowic. Widocznie mój niemiecki, którego nauczyłam się w szkole pielęgniarskiej w Mysłowicach, zrobił na nim wrażenie, gdyż wskazał najbliższe, opuszczone gospodarstwo i powiedział: „Proszę tam pójść, tam jest krowa, napijecie się świeżego mleka”. Podziękowałam mu za informację i ruszyliśmy w kierunku wskazanego gospodarstwa. Zabudowania były puste, lecz sprawiały wrażenie, jakby jeszcze niedawno tętniło w nich życie, porozrzucane w nieładzie sprzęty wskazywały na to, że opuszczono je w pośpiechu. Na chwilę wcieliliśmy się w rolę gospodarzy, pan Piątek znalazł drewniany skopek i wydoił krowę. Mówił, że robi to pierwszy raz w życiu, jednak mnie wydawało się, jakby robił to od dawna, tylko z niewiadomych przyczyn nie chciał się do tego przyznać. Odpoczęliśmy chwilę, racząc się świeżym mlekiem, po czym pieszo udaliśmy się w dalszą drogę. Przez trzy dni podróżowaliśmy czym się tylko dało i kiedy wreszcie dotarliśmy do Załęża, spotkała na nas niemiła niespodzianka, bowiem w naszym domu mieszkali już nowi lokatorzy. Nie miałam gdzie się podziać, więc skorzystałam z uprzejmości pana Piątka i chwilowo zatrzymałam się u niego. Następnego dnia rozpoczęłam walkę o odzyskanie domu, co mi się w końcu udało dzięki dobrej znajomości języka niemieckiego i zasługom mojego ojca z czasów I wojny światowej, na które się powoływałam. W tym samym czasie mąż dotarł z pocztą do Rumunii i zakończył swoją misję. W drodze powrotnej przemierzył wiele krajów Europy, zanim pod koniec wojny dotarł do Załęża. Gdy dowiedział się o mojej przygodzie z domem, nie wiedział jak mi dziękować, a ja byłam dumna, że dzięki swojemu uporowi i podjęciu ryzykownej decyzji ocaliłam nasz dom przy ulicy Gliwickiej 94 w Załężu.

66


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l A więc wojna!

W okresie międzywojennym wielu załęskich donosicieli ukrywało się pod przykrywką oficjalnych niemieckich organizacji, takich jak Bund Deutsche Osten czy Deutsche Volksbund i uaktywnili się dopiero po wkroczeniu wojsk hitlerowskich, stając się głównymi demaskatorami powstańczych kryjówek. Niektórzy z nich donosili, ponieważ liczyli na osiągnięcie korzyści z tego tytułu. Najczęściej donoszono na właścicieli domów, małych zakładów lub sklepików. Jednym z takich donosicieli był sąsiad Królów, Weiss, który doniósł na nich na gestapo, licząc, że zagarnie ich dom. Jego rachuby spaliły jednak na panewce, ponieważ Emil miał „mocne papiery” z czasów I wojny światowej i skrzętnie skrywany dotąd Żelazny Krzyż, co uratowało go przed wywózką do obozu. Po kilkugodzinnych przesłuchaniach uznano go więc za Niemca i puszczono wolno. Jednocześnie otrzymał przeniesienie służbowe do Generalnej Guberni na równorzędne stanowisko poborcy podatkowego. Wyjeżdżając do nowego miejsca pracy Emil, na prośbę siostry, zabrał ze sobą 18–letniego siostrzeńca, Sławomira Jerhla, którego chciano w ten sposób uchronić przed służbą w Wehrmachcie. Pomysł się nie udał, ponieważ po podpisaniu przez siostrę volkslisty jej syn natychmiast otrzymał powołanie i w składzie dywizji zmechanizowanej wysłano go na front wschodni. Kiedy przez dłuższy czas po wyjeździe nie dawał znaku życia, zaniepokojona rodzina wszczęła poszukiwania. Po paru miesiącach Sławka odnaleziono w sowieckim gułagu, z którego, jako jeden z nielicznych, wrócił po wojnie do domu.

67


Palcówka, volkslista, Wehrmacht l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

Palcówka, volkslista, Wehrmacht Kiedy Wojsko Polskie opuściło Katowice, wszelka „amatorska” obrona miasta była z góry skazana na niepowodzenie, natomiast chwilowe bezkrólewie stało się okazją do działania różnego rodzaju niemieckich bojówek, z którymi potykali się miejscowi powstańcy wspomagani przez harcerzy. W działaniach tych grup trudno się było doszukać konkretnego celu, w większości dominowała w nich prymitywna chęć odwetu. Większość mieszkańców Załęża, szczególnie tych, których przywrócono do pracy po okresie bezrobocia, nie zajmowała się polityką, tylko pilnowała roboty. Zaś kolejne zmiany polityczno–społeczne na Górnym Śląsku nakładały się na siebie niczym warstwy tortu. Po latach pruskiej germanizacji, w II RP przystąpiono do intensywnej polonizacji, którą obecnie, w czasach hitlerowskich, zamieniono na powtórną germanizację niedawno spolszczonych Górnoślązaków. Dekretami Hitlera autonomiczne województwo śląskie wcielono do Rzeszy i przystąpiono do realizacji nacjonalistycznej polityki, mającej na celu wynarodowienie mieszkających w nim Polaków. W pierwszej kolejności przystąpiono do masowych aresztowań i egzekucji polskich działaczy i powstańców śląskich z lat 1919–1921 oraz innego, „niebezpiecznego” elementu. Działania te dosięgły też Teofila Patalonga, którego 6 września 1939 r. wyprowadzono z domu na Załęskiej Hałdzie i rozstrzelano w rejonie wiaduktu kolejowego nad ulicą Bocheńskiego. Od listopada 1939 r. w Załężu rozpoczęła się tzw. palcówka, która miała na celu rejestrację ludności i uporządkowanie spraw narodowościowych, co w dalszej perspektywie miało poszerzyć zasoby ludzkie dla niemieckiej armii. Palcówką nazwano dwustronny dokument o charakterze dowodu osobistego, w którym w miejscu przeznaczonym na zdjęcie składano odcisk palca. Treść formularza, wydrukowana w języku polskim i niemieckim, zawierała kilkanaście pozycji. W kontekście planowanego poboru szczególne ważne dla okupanta były takie kwestie, jak: język używany w domu, narodowość, służba w przedwojennym Wojsku Polskim, oraz od kiedy mieszka się na nowym (okupowanym) obszarze Rzeszy. Odcisk palca i własnoręczny podpis na formularzu składało się w obecności funkcjonariusza policji, który potwierdzał to pieczęcią urzędową. Tak wypełnioną palcówkę należało nosić przy sobie, ponieważ pełniła ona rolę dowodu osobistego i stanowiła podstawę do wydawania kartek żywnościowych. Niewypełnienie formularza lub podanie fałszywych danych groziło karą.

68


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Palcówka, volkslista, Wehrmacht

Palcówka Od listopada 1939 r. w Załężu trwała tzw. palcówka, która miała na celu rejestrację ludności i uporządkowanie spraw narodowościowych. Palcówką nazwano dwustronny dokument o charakterze dowodu osobistego, w którym w miejscu przeznaczonym na zdjęcie składano odcisk palca.

Po przejściu tej stresującej procedury mieszkańcy Załęża odetchnęli z ulgą, jednak nie wiedzieli, że w tym samym czasie w Wielkopolsce testowano tzw. volkslistę (DVL), którą dekretem Himmlera wprowadzono w 1941 r. jako przymusową na terenie wszystkich ziem włączonych do Rzeszy. W stosunku do osób odmawiających podpisania volkslisty stosowano różnego rodzaju szykany, jak na przykład zmniejszanie kartek żywnościowych, wyrzucanie z pracy, wywożenie całych rodzin do obozów koncentracyjnych, a w końcowym etapie – rozstrzeliwano. Na podstawie volkslisty (DVL) ludność podzielono na cztery grupy: I grupa (Volksdeutsche): Niemcy, którzy przed wojną brali aktywny udział w działalności niemieckich organizacji w Polsce i posyłali dzieci do niemieckiej szkoły. Osoby zaliczone do tej grupy otrzymywały dowody osobiste koloru niebieskiego.

69


Palcówka, volkslista, Wehrmacht l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

II grupa (Deutschstammige): Niemcy, którzy wprawdzie nie działali w niemieckich organizacjach, ale wykazywali swoją niemieckość, na przykład przez używanie języka niemieckiego. Osoby w tej grupie również otrzymywały niebieskie dowody osobiste. III grupa (Eingedetsche): 1. Spolonizowane osoby o niemieckich korzeniach. 2. Osoby mające za współmałżonka Niemca lub Niemkę. 3. Osoby innej narodowości, jednak „skłaniające się ku niemczyźnie”. Osoby z tej grupy otrzymywały obywatelstwo niemieckie na 10 lat i zielone dowody osobiste. IV grupa (Rickgedeutsche): Osoby pochodzenia niemieckiego całkowicie spolonizowane, działające w polskich organizacjach lub odnoszące się nieprzychylnie do niemczyzny. Osoby te legitymowały się czerwonymi dowodami osobistymi i nie podlegały służbie wojskowej. W ten sposób powstał na Górnym Śląsku kolejny kocioł, w którym strawę zaczęły gotować hitlerowskie Niemcy. Przy tym proszę zauważyć, jak zmieniały się określenia Niemiec: najpierw były kajzerowskie, a teraz hitlerowskie. A gdyby tak podobną nomenklaturę zastosować stosunku do Śląska? Byłby Śląsk kajzerowski, Śląsk polsko–niemiecki i Śląsk hitlerowski. Co na to autonomiści? Śląsk, jako kraina pogranicza, zawsze był traktowany jak piłka, którą swe mecze rozgrywali coraz to inni gracze, tylko co po tych rozgrywkach pozostało Ślązakom? Po obiecującym początku, kiedy nastąpił rozwój przemysłu i miast śląskich, wszystko zepsuł niemiecki faul, czyli I wojna światowa, po której weszła do gry odrodzona Polska i zgłosiła, obok Niemców, swoje aspiracje do Górnego Śląska. Krakowskim targiem podzielono Górny Śląsk na dwie części, z których jedną przyłączono do Niemiec, a z drugiej powstał „Śląsk wymyślony” Michała Smolorza, czyli autonomiczne województwo śląskie. W ten sposób na Górnym Śląsku powstały dwie ligi, polska i niemiecka. Niemiecka niedługo już stała się zbyt monotonna, za to liga polska nabierała rumieńców za sprawą śląskich derbów. Walka w autonomii toczyła się bowiem pomiędzy popieranym przez katolicką chadecję rodowitym Górnoślązakiem Wojciechem Korfantym, a przybyłym z Polski piłsudczykiem, Michałem Grażyńskim. Po ostrej walce, obfitującej w faule z obu

70


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Palcówka, volkslista, Wehrmacht

stron, zwyciężył Grażyński, który nie potrafił jednak obronić swej zdobyczy przed Niemcami hitlerowskimi. Tyle o meczu, a co z zawodnikami? W czasach kajzerowskich mecze rozgrywano pomiędzy Niemcami i Polakami, przy czym obie drużyny pochodziły z Górnego Śląska, czyli w zasadzie był to mecz derbowy pomiędzy Górnoślązakami o polskich i niemieckich korzeniach. Po zakończeniu I wojny światowej na boisku pojawił się nowy gracz – Polacy, którzy pomogli górnośląskim sympatykom Polski wygrać mecz z Niemcami. Jednak miast cieszyć się z odniesionego zwycięstwa, gracze zaczęli kłócić się między sobą, tocząc bratobójcze walki rodem z boisk podwórkowych, w których zwycięzca zabierał wszystko. Jak tylko Niemcy okrzepli, zgłosili chęć rozegrania meczu rewanżowego, w czasie którego, po zastosowaniu równie nieczystych metod, zabrali wszystko z powrotem. Na Górnym Śląsku pozostali jednak skłóceni zawodnicy autonomii, z których nowy zwycięzca starał się teraz wyłuskać polskich graczy, którzy pomagali Górnoślązakom w pierwszym meczu. W tej rozgrywce głównymi przegranymi byli kibice, czyli prości, apolityczni ludzie, tacy jak zdecydowana większość mieszkańców załęskich familoków, zaprawiona w powstańczych bojach i przeżytej biedzie. Ludzie ci na przestrzeni lat stworzyli specyficzną i w miarę apolityczną społeczność, wewnątrz której szanowano prywatne poglądy innych. Nikomu nie przeszkadzało, że część z nich miała proniemieckie, a część propolskie sympatie, do których zresztą przyznawali się na każdym kroku. W okresie międzywojennym ich dzieci uczęszczały jednej szkoły i chodziły do tego samego kościoła, który, rozumiejąc górnośląską złożoność, używał w liturgii zarówno polskiego, jak i niemieckiego języka. Nie dziwiło też, że w czasie, kiedy wielu mieszkańców Załęża odwlekało moment podpisania volkslisty, jako pierwsi podpisywali ją przedstawiciele mniejszości niemieckiej i niemieckojęzyczni Górnoślązacy, którzy w ten sposób chcieli odreagować swoje poniżenia z czasów autonomii. Najdłużej z podpisaniem listy zwlekali starzy mieszkańcy Załęża o propolskich sympatiach oraz ci, którzy przybyli dopiero po podziale Górnego Śląska i nie opuścili go wraz z Grażyńskim na początku września 1939 r. Volkslista mocno skomplikowała życie naszych bohaterów. Uznanie Emila Króla za Niemca w czasie przesłuchania na gestapo skutkowało tym, że całej rodzinie z urzędu przysługiwała teraz co najmniej II grupa DVL. Wiktoria, która jeszcze nie zdążyła otrząsnąć się po zgonie męża, musiała ponownie stanąć na wysokości zadania i udowodnić, że wciąż jest opoką rodziny i zabroniła synom podpisywać volkslistę bez jej zgody. Tymczasem naciski ze

71


Palcówka, volkslista, Wehrmacht l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

strony niemieckich urzędników były coraz bardziej natarczywe i Francik zaczął się już powoli obawiać o swoją pracę w kopalni. Z kłopotu wybawił ich list dopiero pasterski, który został odczytany z ambony załęskiego kościoła podczas niedzielnej mszy. Biskup Stanisław Adamski namawiał w nim Ślązaków do podpisywania volkslisty, w imię uniknięcia wyniszczenia biologicznego. Słowa biskupa zabrzmiały dla katolickich Górnoślązaków niczym dyspensa; od tej chwili akcja podpisywania volkslisty nabrała w Załężu rozmachu. Wiktoria, niczym kwoka pisklęta, zebrała wokół siebie swoich synów i poszła z nimi podpisać volkslistę. Wszyscy, nie wyłączając synów żonatych, otrzymali III grupę DVL. Taką samą, jaką otrzymała seniorka rodu Katherina Sobczyk, matka Wiktora, Wiktorii, Marii oraz nieżyjącego już Sylwestra. Wiktor, jako mieszkaniec Bytomia, nie musiał podpisywać volkslisty, natomiast rodzina Sylwestra również otrzymała III grupę DVL. Po tej operacji, na podstawie wydumanych kryteriów niemieckich, sytuacja narodowościowa w rodzinie Sobczyków przedstawiała się następująco: seniorka rodu Katherina Sobczyk – III grupa pasierb Wiktor – nieklasyfikowany starsza córka Wiktoria – III grupa młodsza córka Maria, uczestniczka powstań śląskich – Niemka rodzina Sylwestra – III grupa W ten sposób, za pomocą volkslisty, odwiecznie śląską rodzinę Sobczyków przekształcono w Niemców różnej kategorii. Jednak nie wszystkim mieszkańcom Załęża poszło tak łatwo. W rozmowie z panem Stanisławem Łagodzińskim (rocznik 1937) dowiedziałem się, że jego rodzicom dwukrotnie odrzucono volkslistę i przed wywózką do obozu koncentracyjnego obroniła ich tylko błyskawiczna ofensywa wojsk sowieckich. Ojciec Stanisława pochodził z Poznańskiego, a matka z Żywca. Do Załęża przybyli po podziale Górnego Śląska i zamieszkali przy ulicy Wojciechowskiego 18, gdzie w 1937 r. urodził się Stanisław. Pierwsze podanie o przyznanie volkslisty Łagodzińscy składali w okresie, kiedy Stanisław uczęszczał już na obowiązkowe przedszkolne nauki religii, które w przykościelnej salce katechetycznej prowadziła siostra Jolanta. W języku niemieckim nazywało się to „Seele sorg Stunde”, natomiast dzieci śląskie mówiły na nie zyjzochstunde. Po odrzuceniu pierwszego podania, w 1943 r. państwo Łagodzińscy złożyli podanie po raz drugi i wówczas Stanisław uczęszczał już do niemieckiej Szkoły Powszechnej nr 23 w Załężu. Przed podjęciem ostatecznej decyzji Stanisła-

72


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Palcówka, volkslista, Wehrmacht

wa wraz z matką skierowano do szpitala przy Ratiborerstrasse (obecnie ulica Świerczewskiego) w Katowicach na badanie czystości rasy. Sytuacja była już bardzo napięta, ponieważ przy ponownym odrzuceniu podania, Łagodzińskim groziła wywózka do obozu koncentracyjnego. Badania przeciągały się tak długo, że zanim zdążono wydać ostateczną decyzję, wojska sowieckie podeszły pod Katowice i Niemcy salwowali się ucieczką. Wkrótce jednak okazało się, że volkslista była tylko uwerturą przed masowym wcielaniem Górnoślązaków do Wehrmachtu. Wiktoria znalazła się w trudnej sytuacji, ponieważ miała pięciu synów, którzy w każdej chwili mogli być powołani do wojska. Na ulgowe traktowanie mógł liczyć jedynie Francik, ponieważ jako pracownik kopalni był Niemcom potrzebny do pracy na miejscu. Na początku 1941 r. przyszły powołania dla Józika i Paulka, których żony były Polkami, a w lipcu 1941 r. podobny los spotkał 21–letniego Jorgusia. Po ich wyjeździe w domu pozostał jedynie 19–letni Maks, który odtąd musiał opiekować się matką oraz doglądać koni swego najstarszego brata, Józika. W 1943 r. przyszła kolej również na niego i zrozpaczona Wiktoria została sama w swoim mieszkaniu przy ulicy Friedenstrasse 8a (dawniej Pokoju). W pobliżu pozostał jedynie Francik, który oprócz pomocy matce musiał też przejąć opiekę nad końmi Józika, którymi do tej pory zajmował się Maks. W międzyczasie Emila oddelegowano do pracy w Generalnej Guberni, więc zarówno biedna Wiktoria, jak i jej bogata siostra Maria jednakowo przeżywały ten trudny okres, w którym zostały bez swoich mężczyzn. Często można je było teraz spotkać na wspólnych modlitwach w załęskim kościele, po których szły do domu Marii przy Freiheitstrasse 8 (obecnie Janasa), siadały w cieniu wiekowego kasztana i razem ze swoją matką, 84–letnią Katheriną, użalały się nad swoim losem. Wspominając stare czasy, Wiktoria przypomniała historię babci Luizy, która po śmierci dziadka Franza Sobczyka seniora też często odwiedzała załęski kościół. Pewnego dnia, po przyjściu z kościoła, powiedziała domownikom w sekrecie, że na wieży kościelnej straszy, gdyż o zmroku migoczą tam jakieś światełka. W domu przyjęto to z życzliwym pobłażaniem, jednak wkrótce sprawa nabrała takiego rozgłosu, że dotarła do samego proboszcza Kubisa, który postanowił sprawdzić obiegową sensację i wraz z kościelnym udał się na wieżę. Jakież było ich zdziwienie, kiedy zamiast diabła znaleźli tam 21–letniego uciekiniera z poprawczaka, niejakiego Floryana Schuberta, a wezwana na miejsce policja znalazła w złodziejskiej kryjówce 15 par skrzypiec, worek kawy, koło obciągnięte elastikiem i dwie beczki zepsutych śledzi.

73


Górnoślązacy na frontach II wojny światowej l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

Górnoślązacy na frontach II wojny światowej Losy synów Wiktorii są tylko drobnym przykładem tego, co działo się z Górnoślązakami po podpisaniu volkslisty, którą wielu, mimo listu biskupa Adamskiego, uważało za akt zdrady. Nasi bohaterowie powrócą z wojny cali i zdrowi, więc będziemy mogli dalej śledzić ich losy. Jednak nie wszyscy mieli tyle szczęścia, o czym w swojej trylogii pt. „Duchy wojny” szeroko pisze Alojzy Lysko. Najtrudniej mieli Józik i Paulek, których skierowano na front wschodni. Więcej szczęścia miał Jorguś, który w Wehrmachcie służył zaledwie 11 miesięcy. Od dalszej służby w niemieckim wojsku ustrzegł go jego talent do gry w ping–ponga, dzięki któremu, za wstawiennictwem dr. Paula Hardena prowadzącego niemiecką drużynę pingpongową, zamieniono mu Wehrmacht na pracę w kopalni. W ten sposób Jorguś stał się mimowolnym kontynuatorem tradycji górniczych swojego ojca i dołączył do stryja Józefa i brata Francika, którzy na kopalni Kleofas pracowali już od lat. Największą przygodę wojenną przeżył Maks, który otrzymał powołanie do Wehrmachtu w okresie, w którym coraz częściej Górnoślązacy podejmowali już ucieczki z jego szeregów. Kiedy po okresie szkoleniowym znalazł się na froncie zachodnim, zabrał się z jedną z takich ucieczek na stronę aliantów i do końca wojny służył już w RAF–ie. Wojna rozrzuciła ludzi po różnych kontynentach i jeszcze długo po jej zakończeniu mieszkańcy Załęża powracali do swoich rodzinnych stron. Wiktoria jako pierwszych powitała w domu Józika i Paulka, natomiast najmłodszy Maks wrócił dopiero pod koniec 1947 r. W 1945 r. z Generalnej Guberni powrócił Emil. W domu czekała na niego wiadomość, że jego starszy brat Sylwester zginął w wypadku w kopalni Wujek, zostawiając żonę z córką i trzech synów, którzy nie wrócili jeszcze z wojny. Mimo że Sylwester wychowany był przez matkę jako zwolennik opcji niemieckiej, do wybuchu wojny jego dzieci uczęszczały do polskiej Szkoły Podstawowej im. Księcia Józefa Poniatowskiego na Katowickiej Hałdzie. Kiedy wybuchła wojna, najstarszy Ferdynand (ur. 1921) był już po maturze i pracował jako ekspedient w sklepie chemicznym przy ulicy Kościuszki w Katowicach. Jego siostra Alicja (ur.1924), która po ukończeniu szkoły podstawowej nie mogła znaleźć pracy, imała się różnych okazjo-

74


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Górnoślązacy na frontach II wojny światowej

nalnych zajęć. W domu byli jeszcze Adolf (ur. 1926) i Henryk (ur.1928), którzy tak jak ich najstarszy brat Ferdynand uczęszczali do polskiej szkoły podstawowej. W dniu wybuchu wojny Adolf ukończył naukę w podstawówce, podczas gdy Henryk skończył dopiero czwartą klasę i musiał szybko uczyć się języka niemieckiego, ponieważ kończył naukę już w niemieckiej Grundschule. Obaj bracia kontynuowali naukę w niemieckiej szkole handlowej (Handelsfach Und Berufschule) przy ulicy Raciborskiej w Katowicach. Uczniowie niemieckiej Grundschule, którzy ukończyli 12 lat, byli automatycznie zapisywani do Hitlerjugend, a młodsi, w wieku 7–12 lat, byli tzw. „Pfimpfami”, czyli przedszkolem Hitlerjugend. Dziewczyny natomiast zapisywano do Związku Niemieckich Dziewcząt (Bund Deutsche Medchen). W 1946 r. jako pierwszy wrócił z wojny najmłodszy bratanek Emila, Henryk, a dopiero rok później zameldował się w domu najstarszy syn Ferdynand. Natomiast trzeci z braci, Adolf, pozostał w Anglii. Bezpośrednio po przyjeździe każdy wzywany był na przesłuchanie do Urzędu Bezpieczeństwa, gdzie wypytywano o najdrobniejsze szczegóły motywów, jakimi kierował się przy powrocie do kraju. Kiedy bratankowie przeszli już wszystkie wymagane procedury, Emil zaprosił ich na pogawędkę do swego domu przy ulicy Janasa 8 (taką nazwę przyjęła po wojnie dawna Freicheitstrasse). Przybyli w piękny, słoneczny dzień, wymarzony wprost do schowania się w cieniu kasztana. Emil wystawił więc pod drzewo stół, na który Maria podała pyszny kołocz własnego wypieku i pachnącą bonkawę. W tak miłej i rodzinnej atmosferze bratankowie rozpoczęli opowieści o swoich wojennych przygodach. Pierwszy zaczął niespełna 20–letni Henryk Król (rocznik 1928), który w dniu wybuchu wojny ukończył cztery klasy polskiej szkoły podstawowej, a dalszą naukę kontynuował już w niemieckiej Grundschule. Mimo początkowych trudności językowych naukę ukończył w terminie, a od 1942 r. rozpoczął edukację we wspomnianej już szkole handlowej (Handelsfach Und Beruffsschule) przy ulicy Raciborskiej w Katowicach. Henryk już od dziecka pasjonował się modelarstwem i brał czynny udział w zajęciach kółka modelarskiego, mieszczącego się przy tzw. Forsztacie, czyli przedmieściu Katowic. Kiedy więc pod koniec 1942 r. w szkole pojawili się agitatorzy wojskowi, poszukujący chętnych do kontynuowania nauki w szkole lotniczej, nie pytając rodziców o pozwolenie, zgłosił się na ochotnika. Na początku wakacji zameldował się w koszarach wojskowych przy dzisiejszej ulicy Strzelców Bytomskich w Chorzowie, gdzie zo-

75


Górnoślązacy na frontach II wojny światowej l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

stał umundurowany i przydzielony do 11. Dywizji Lotnictwa Niemieckiego, skąd skierowano go na 2,5–miesięczną praktykę do 209. Baterii Artylerii Przeciwlotniczej stacjonującej w Świętochłowicach, na tzw. Hugobergu, po której został oddelegowany do Troppau (Opawa). Tam rozpoczął prawdziwą przygodę lotniczą i w ramach ćwiczeń szkolnych latał na samolotach typu Henkel 111 do norweskich fiordów, gdzie stacjonowała niemiecka flota. Po ukończeniu szkolenia otrzymał siedem dni urlopu, na który w pełnym rynsztunku udał się 30 grudnia 1943 r. Urlop spędził u rodziców na Katowickiej Hałdzie, po czym 7 stycznia 1944 r. udał się na dworzec kolejowy w Katowicach, aby pociągiem wrócić do swojej jednostki w Troppau. Na dworcu panowało jakieś dziwne podniecenie, jednak Henryk nie miał czasu dowiadywać się o jego przyczynę, ponieważ akurat nadjechał jego pociąg. W Troppau zameldował się w punkcie dowodzenia frontowego nr 97, skąd skierowano go do zamku Briegx znajdującego się przy granicy czesko–niemieckiej. Po paru dniach, w towarzystwie kolegów żołnierzy, Henryk jechał już pociągiem w kierunku Berlina. Ponieważ nie dostali prowiantu na drogę, w Lipsku zrobili sobie przerwę w podróży, aby w znajdującej się na peronie komendzie miasta (Stadtortkomendantur) pobrać żołd i prowiant. Następny pociąg w kierunku Berlina odjeżdżał dopiero po północy, więc postanowili pójść całą paczką do kasyna wojskowego, oddalonego od dworca o około pół kilometra. Kasyno było schludne i posiadało kilka sal, które o tej porze świeciły pustkami. Koledzy zamówili piwo, a Henryk, ponieważ lubił połasuchować, poprosił o kawę i ciasto z wojskowej Kuchenkarte. Za chwilę w lokalu przygasło na moment światło, po czym znów się zapaliło, by w końcu zgasnąć zupełnie. Kiedy kasyno pogrążyło się w ciemności, za oknami zrobiło się jasno jak w dzień. Zaciekawieni wyszli przed lokal i zobaczyli opadające na spadochronach bomby, oświetlające całą okolicę. Wkrótce dał się słyszeć warkot samolotów nadlatujących od zachodu i po chwili ziemia drżała już od wybuchów bomb zrzucanych na Drezno. Henryk i jego koledzy zabrali swoje rzeczy z lokalu i zaczęli uciekać wzdłuż torów, żeby znaleźć się jak najdalej od miejsca bombardowania. Biegnąc wzdłuż nasypu, dotarli do tunelu, przez który przedostali się na drugą stronę, gdzie znajdowała się dzielnica willowa. Tam przeczekali bombardowanie. Następnie ruszyli pieszo w kierunku Radebeul, do najbliższej stacji kolejowej. Kiedy tylko pokazali się na peronie, zatrzymał ich patrol żandarmerii wojskowej i skierował do niesienia pomocy w zbombardowanym Dreźnie.

76


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Górnoślązacy na frontach II wojny światowej

W mieście zastali makabryczny widok. Jak okiem sięgnąć szalał ogień, który niczym w krematorium trawił ludzkie szczątki porozrzucane w nieładzie pośród kikutów zburzonych domów. Płomień ogarniał wszystko, paliły się ruiny budynków, żelazne konstrukcje mostów, a nawet brukowane nawierzchnie dróg. Robienie czegokolwiek w tych warunkach było bardzo ryzykowne, ponieważ ogień kleił się do rąk i łatwo można było samemu spłonąć. Mimo że temperatura powietrza wynosiła minus 20 stopni, każdy z żołnierzy był już po chwili zlany potem. W tym piekle pracowali przez sześć dni, po czym do książeczek wojskowych wbito im odpowiednie pieczątki i pozwolono kontynuować podróż w kierunku Berlina. Po dotarciu do Koenigwusterchausen pozostałą drogę do wioski Klein Koeris przebyli już w kolumnie marszowej. W wiosce zamieniono im mundury lotnicze na mundury piechoty i zakwaterowano w drewnianych domkach pod lasem. Po trzech dniach, w pełnym uzbrojeniu, Henryk maszerował w 160–osobowej kolumnie chłopców z roczników 1926–27–28 w kierunku na Kostrin (Kostrzyń). Przed Kostrinem rozwinięto ich w tyralierę i prosto z marszu wprowadzono do walki. Oddział posuwał się skokami naprzód, lawirując pomiędzy gradem nieprzyjacielskich pocisków, z których jeden rozerwał się w pobliżu Henryka, a jego odłamek uderzył go w okolicę kręgosłupa. Henryk padł bez przytomności, a kiedy ją znowu odzyskał, znajdował się w polowym szpitalu wojskowym (Hauptferbandplatz), gdzie przygotowywano się do transportu tzw. krowiarkami na leczenie na wyspie Zeeland w Danii. Po kilku dniach wyspę zajęli Brytyjczycy i wszyscy pacjenci oraz personel szpitala zostali internowani. Jako internowany Henryk doczekał na wyspie końca wojny i w 1946 r., via Kopenhaga, powrócił do rodzinnych Katowic. Kiedy Henryk zakończył opowiadanie nastała chwila ciszy, po czym swoją opowieść rozpoczął Ferdynand. On również zaczął od przypomnienia, że w chwili wybuchu wojny był już po maturze, którą zdał w maju 1939 r. i pracował jako ekspedient w sklepie chemicznym przy ulicy Kościuszki w Katowicach. W 1940 r. wcielono go do Wehrmachtu i skierowano do szkoły tłumaczy w Meissen (Miśnia). Po jej ukończeniu został przydzielony do pododdziału wywiadowczego wysłanego na front wschodni z zadaniem łamania i tłumaczenia radzieckich szyfrów. W trakcie prowadzonego nasłuchu Ferdynand przechwycił rozkaz KC KPZR, nakazujący radzieckiemu dowódcy frontu rozbić ugrupowanie gen. Paulusa i na rocznicę rewolucji październikowej zdobyć Berlin. Chwilę później ruszyła radziecka nawała i po-

77


Górnoślązacy na frontach II wojny światowej l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

doddział Ferdynanda otrzymał rozkaz, żeby w rozproszeniu przedostać się na terytorium Węgier. W 1947 r. Ferdynand wrócił do domu w cywilnym ubraniu, a czasie przesłuchania w Urzędzie Bezpieczeństwa w Katowicach podał, że wrócił z przymusowych robót w Niemczech. Ferdynand opowiedział też o przygodach średniego brata, Adolfa, który w chwili wybuchu wojny miał już ukończone trzy klasy szkoły handlowej (Handelsfach Und Beruffschule). Kiedy wojska niemieckie wkroczyły do Katowic, Adolf miał 17 lat i został automatycznie wcielony do tzw. Arbeitsdinstu (służby pomocniczej) skąd, po ukończeniu 18 roku życia, został przeniesiony do Wehrmachtu. W czasie walk we Francji został ranny i dostał się do niewoli, skąd jako jeniec trafił na leczenie do Anglii. W tym czasie w brytyjskich szpitalach pracowało wielu polskich lekarzy i Adolf trafił do jednego z nich, doktora Czaplickiego. W tym samym szpitalu pracowała jako pielęgniarka córka doktora, która opiekowała się Adolfem po operacji. Pod jej opieką szybko wracał do zdrowia, z czego jednak nie był zadowolony, ponieważ zdawał sobie sprawę, że kiedy wyjdzie ze szpitala, kontakt z sympatyczną pielęgniarką się urwie. Żeby więc przedłużyć swój pobyt na wyspach, po zakończeniu leczenia zapisał się na studia na uniwersytecie w Cambridge i pozostał w Anglii.

78


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Losy Górnoślązaków po II wojnie światowej

Losy Górnoślązaków po II wojnie światowej Po przejściu frontu i krótkotrwałej okupacji wojsk sowieckich, 28 stycznia 1945 r. na Górny Śląsk przybył gen. Aleksander Zawadzki, który został pełnomocnikiem na województwo śląskie. Uroczystości powitania polskich władz i Wojska Polskiego w Katowicach rozpoczęła 6 lutego 1945 r. msza odprawiona w kościele pw. św. św. Piotra i Pawła, w której obok gen. Zawadzkiego uczestniczył również ppłk Jerzy Ziętek, uczestnik powstań śląskich i jedyny Ślązak w przybyłej ekipie. 11 marca 1945 r. gen. Zawadzki stanął na czele utworzonego województwa śląsko–dąbrowskiego, a Jerzy Ziętek został I wicewojewodą. Jeszcze w lutym 1945 r., zgodnie z zarządzeniem Jerzego Ziętka, w Załężu przystąpiono do selekcji mieszkańców, przyjmując jako kryterium grupę volkslisty oraz język używany w domu. Założono przy tym, że ludzie posługujący się gwarą należą do narodu polskiego, a ich mowa jest gwarową odmianą języka polskiego. Przy tak mało wyraźnych kryteriach często dochodziło do różnego rodzaju nieporozumień lub nadużyć. Na podstawie tych kryteriów trudno było bowiem jednoznacznie ustalić, kto jest Polakiem, a kto Niemcem. W okresie międzywojennym wielu mieszkańców, którzy w czasie okupacji otrzymali II grupę DVL, uczęszczało do tych samych szkół z tymi, którzy mieli III grupę DVL, przez co nawiązały się nowe znajomości pomiędzy polsko– i niemieckojęzycznymi Górnoślązakami, z których wiele zakończyło się nawet małżeństwami. Tak było w przypadku syna Wiktorii Jorgusia, który w 1943 r. ożenił się z niemieckojęzyczną Ślązaczką Elfrydą, którą w czasach II RP poznał na zawodach sportowych organizowanych przez załęskie ognisko „Sokoła”. Przed ślubem Jorguś miał III, a Elfryda II grupę DVL, natomiast po ślubie zmieniono Elfrydzie II grupę na III, ponieważ w ocenie niemieckich urzędników „zepsuła” niemiecką rasę. Natomiast jej rodzicom pozostawiono II grupę, przez co po wyzwoleniu zostali, jako Niemcy, osadzeni w obozie. Jeszcze gorzej było z Emilem Królem, który podczas wojny, broniąc się przed wywózką do obozu koncentracyjnego, przyznał się, że za zasługi na frontach I wojny światowej otrzymał Eiserne Kreutz (Żelazny Krzyż). Dzięki temu całą rodzinę uznano wówczas za Niemców, nawet pomimo faktu, że żona Emila uczestniczyła w trzech powstaniach ślą-

79


Losy Górnoślązaków po II wojnie światowej l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

skich. Teraz z kolei Maria musiała szukać świadków, którzy potwierdziliby jej udział w powstaniach, ponieważ groziła im deportacja do Niemiec. Taka była dola autochtonów, wśród których było wielu dawnych powstańców śląskich, walczących o Polskę. Ludzie ci musieli udowadniać Niemcom, że nie są Polakami, a Polakom, że nie są Niemcami. W przypadku Marii sprawa była dość skomplikowana, ponieważ w swoim czasie nie poddała się weryfikacji, przez co nie figurowała na liście powstańców zatwierdzonej przez Związek Powstańców Śląskich. W górnośląskim kotle, po hitlerowskich Niemcach, swoją strawę zaczęli teraz gotować polscy komuniści. W 1950 r. powołanie do Ludowego Wojska Polskiego otrzymał 22–letni Henryk Król, bratanek Emila i niedoszły lotnik Luftwaffe, którego przydzielono do 9. Batalionu Marynarki Wojennej w Darłowie. W kwietniu 1950 r. Henryk został skierowany do portu wojennego na Oksywiu (J.W. 2004 – 9 batalion), gdzie spotkał wielu kolegów z Załęża. Byli tam m.in. Ignac Bujak, Edward Słomka, Ginter Szramek i Lasończyk, z którymi w grupie 69 żołnierzy został wysłany do Malborka, Maria Król z mężem w Katowicach usuwać niewypały z lotniska i kanału na Nogacie. Wiosną 1951 r. został ponownie przeniesiony na Oksywie, a od listopada 1952 r. pracował przy budowie betonowych bunkrów w Stogach. W 1953 r. ukończył służbę wojskową i po powrocie do domu podjął pracę w hucie Baildon w Załężu. Kiedy w 1946 r. ogłoszono dekret o nacjonalizacji, dom Królów przejęła Administracja Domów Mieszkalnych (ADM), która odtąd pobierała czynsze od mieszkańców. W ten sposób Królowie zostali zwykłymi lokatorami we własnym domu. Tej przykrej chwili dożyła też 88–letnia Katherina, której mąż, Franz Sobczyk, wybudował ten dom w 1895 r. Z wielkim zdziwieniem przyglądał się temu również wiekowy kasztan, obserwując, jak pod okiem prababci Katheriny na ulicy Janasa w Załężu wychowuje się coraz liczniejsze, piąte już pokolenie Sobczyków.

80


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Epilog

Epilog Po ustabilizowaniu się sytuacji w Załężu, pod koniec 1946 r. Józik przywiózł swoją rodzinę ze wsi, gdzie przebywała przez całą wojnę i przystąpił do odbudowy swojego dawnego interesu. Wiktoria nadal mieszkała z synem Jorgusiem, synową Elfrydą oraz ich małym synkiem Ginterem w swoim dwuizbowym mieszkaniu przy ulicy Pokoju 8a, a w sąsiednim familoku nadal mieszkał jej syn Francik, któremu w 1945 r. urodziła się córka Tereska. Do kompletu brakowało tylko najmłodszego syna Wiktorii, Maksa, który nie wrócił jeszcze z Anglii. W tym czasie babcia Wiktoria, jako pierwsza z całej rodziny Sobczyków, doczekała się już pięciu wnuków i trzech wnuczek. W celu utrzymania dawnych tradycji i spoistości tak różnorodnej rodziny, Wiktoria bardzo często musiała używać swego autorytetu, który wyrobiła sobie u synów w trudnych czasach bezrobocia i wojny. Kiedy więc polskie synowe chciały zaproBabcia Wiktoria w otoczeniu synów – 1949 r. wadzić swoje porządki Na zdjęciu od lewej siedzą: Jorguś, babcia Wiktoria, Maks, Francik. Z i zamiast urodzin obtyłu stoją, od lewej: Józik i Paulek. chodzić imieniny, Wiktoria ostentacyjnie wyprawiała huczne przyjęcia w dniu swoich urodzin, 6 marca, na które obowiązkowo synowie musieli przychodzić z całymi rodzinami. Kiedy w 1947 r. powrócił Maks, mieszkanie przy ulicy Pokoju 8a zrobiło się za ciasne, więc jeszcze w tym samym roku Jorguś z rodziną przeprowadził się w rejon Załęskiej Hałdy, gdzie powstały już pierwsze domki fińskie. W następnym roku Maks ożenił się z Gertrudą i wspólnie mieszkali u matki, Józik założył firmę przewozową, a Paulek wykupił stoisko w katowickiej hali targowej i zajął się handlem. Wkrótce do Józika dołączył Maks, który też założył firmę przewozową. Jedynie Francik z Jorgusiem, pod okiem stryja Józefa, zdobywali kolejne doświadczenia górnicze w kopalni Kleofas. W ten sposób trzech synów Wiktorii pracowało „na swoim”, a dwóch „na

81


Epilog l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

państwowym”, co później pozwoliło dokładnie obserwować przebieg zmian, jakie zachodziły w polityce państwa, kiedy po pierwszych powojennych latach względnej swobody gospodarczej zaczęto systematycznie gnębić prywaciarzy różnymi domiarami.

*** Dla Królów przełomowym okazał się rok 1947, w którym córki Ernestyna i Róża wyszły za mąż i wyprowadziły się z domu. W ten sposób z rodziny Sobczyków pozostali w nim jedynie seniorka rodu – Katherina Sobczyk, Królowie i syn Wiktorii Józik z rodziną. Resztę mieszkań zajmowali niespokrewnieni lokatorzy. Niebawem członków rodziny zostało jeszcze mniej, ponieKatherina Sobczyk – 1950 r. waż w 1950 r., po przeżyciu 92 lat, zmarła Katherina Sobczyk. Czwartym pokoleniem Sobczyków, wychowywanym pod rodowym kasztanem przy Janasa 8, były dzieci Józika Pierończyka oraz wnuki Marii Sobczyk–Król. Jednocześnie powoli wymierało już trzecie pokolenie Sobczyków, kiedy do zmarłego w 1938 r. Sylwestra dołączyła w 1960 r. Wiktoria, a w 1964 r. w Niemczech zmarł Wiktor. Wkrótce potem zmarł Emil Król. Po śmierci męża Maria starała się o kombatanckie wsparcie ze Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, jednak ponownie okazało się, że jej nazwisko nie figuruje w dokumentacji powstańczej. Z opresji wybawił ją jej dawny przełożony Teodor Dudek, który własnoręcznie napisał zaświadczenie następują- Pogrzeb Katheriny Sobczyk – 1950 r. cej treści (pisownia ory- Katherina Sobczyk zmarła w wieku 92 lat, doczekawszy się sporej gromadki prawnuków. ginalna):

82


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Epilog

Zaświadczenie Zaświadczam niniejszym, że Obywatelka Król z domu Sobczyk urodz. dnia 2.7. 1896 r. obecnie zamieszkała w Katowicach w Załężu przy ulicy Janasa nr 8 była czynnym członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej na Górnym Śląsku od lutego 1919 r. do 5 lipca 1921 r. w Załężu. W międzyczasie brała czynny udział w wszystkich trzech Powstaniach Śląskich i w akcji Plebiscytowej. W I – szym powstaniu była czynna od dnia 17 sierpnia 1919 r do listopada 1919 r. i była zmuszona uchodzić do Sosnowca. W drugim powstaniu brała udział dnia 16 sierpnia 1920 r. do 25 sierpnia 1920 r. w Załężu. W trzecim powstaniu brała czynny udział od dnia 2 maja 1921 r. do 5 lipca 1921 r. jako sanitariuszka i łącznik pomiędzy Załężem i Kompanią frontową. Stwierdza się wiarygodność Dudek Teodor własnoręcznego podpisu Były organizator P.O.W. Kat.– Załęże Ob. Dudek Teodor i D–ca III kompanii II baonu I pułku W.P. (podpis nieczytelny) (Fojkisa) członek Zbowidu koła Załęże Nr leg. Członkowskiej 297984 Na podstawie tego zaświadczenia Marię przyjęto do ZBoWiD–u i 25 marca 1969 r. odznaczono ją Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, a 26 kwietnia 1972 r. otrzymała awans na stopień podporucznika, który Odznaczenie Marii (rewers) – 1969 r. oraz legitymacja do odznaczenia. podpisali minister obro- Po śmierci męża Marię przyjęto do ZBoWiD–u, a 25 marca 1969 r. odznaczono ją Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. W ny narodowej gen. broni 1972 r. otrzymała awans na stopień podporucznika. Wojciech Jaruzelski oraz przewodniczący Rady Państwa Henryk Jabłoński. Odznaczona i awansowana, Maria Król z domu Sobczyk zmarła w grudniu 1978 r. jako zwykły lokator w swoim rodzinnym domu, który prawnie był jej własnością. Ten chichot historii nie wymaga chyba dodatkowego komentarza.

83


Epilog l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

Na początku lat 90. XX w. rodzinny dom Sobczyków odzyskały córki Marii. Jednak po 50–letniej eksploatacji bez jakichkolwiek napraw dom nadawał się jedynie do kapitalnego remontu. Spadkobierczyń nie było na to stać, więc postanowiły go sprzedać. Nowy właściciel wyremontował i rozbudował dom, ratując wiekowy zabytek. Żal jedynie, że najwyższą cenę zapłacił za to „rodowy kasztan Sobczyków” który, rosnąc V pokolenie Sobczyków pod kasztanem Potomkowie założyciela rodu, Franza zbyt blisko, musiał ustąpić miejsca rozbudoSobczyka(III pokolenie) przy jego domu wującemu się domowi. Niech więc pamięć przy ul. Janasa 8. (od lewej Bartek i Bogdan – Brodowie, Witold, Gabriela o nim przetrwa na stronnicach tej książki. i Bożena – Drytkiewiczowie, Celina i Zaś potomkowie Sobczyków będą mogli Wiesia – Pierończykowie) jeszcze przez długie lata podziwiać piękno fasady domu, który syn protoplasty załęskiego rodu Sobczyków, Franz Sobczyk junior, wybudował w 1895 r. przy ówczesnej Kaiser Wilhelmstrasse.

Dom Sobczyków ul. Janasa 8 (po rozbudowie) – widok dzisiejszy Kiedy w 1946 r. ogłoszono dekret o nacjonalizacji, dom rodzinny Sobczyków przejęła Administracja Domów Mieszkalnych. Po upadku komunizmu odzyskały go córki Marii Król, a ponieważ nie było stać ich na remont, sprzedały go. Nowy właściciel wyremontował i rozbudował dom, ratując wiekowy zabytek.

84


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Koligacje rodzinne Sobczyków

Koligacje rodzinne Sobczyków I pokolenie Franz Sobczyk senior (1824–1900) w 1848 r. ożenił się z Luizą z d. Geisler II pokolenie Franz Sobczyk junior (1851–1933) – syn Franza seniora i Luizy Sobczyk Żonaty po raz pierwszy ok. 1886 r., (żona?) – z tego małżeństwa urodził się syn Wiktor Powtórnie żonaty w 1892 r. z Katheriną z d. Tomecki (1858–1950) III pokolenie Wiktor Sobczyk (1887– ?) – syn Franza juniora z pierwszego małżeństwa Wiktoria Pierończyk z d. Sobczyk (1893–1960) – córka Franza juniora i Katheriny Maria Kroll (później Król) z d. Sobczyk (1896–1978) – córka Franza juniora i Katheriny Sylwester Sobczyk (1898–1938) – syn Franza juniora i Katheriny IV pokolenie Zygfryd Sobczyk (?–?) – syn Wiktora Sobczyka Józef (Józik) Pierończyk (1912–1973) – syn Jana Pierończyka i Wiktorii z d. Sobczyk Franciszek (Francik) Pierończyk (1914–1985) – syn Jana Pierończyka i Wiktorii z d. Sobczyk Paweł (Paulek) Pierończyk (1916–1967) – syn Jana Pierończyka i Wiktorii z d. Sobczyk Jerzy (Jorguś) Pierończyk (1920–1981) – syn Jana Pierończyka i Wiktorii z d. Sobczyk Maksymilian (Maks) Pierończyk (1922–1972) – syn Jana Pierończyka i Wiktorii z d. Sobczyk Erich Sobczyk(?–?) – syn Sylwestra Sobczyka i Marianny (z d.?) Ernestyna Drytkiewicz z d. Król (1923–2013) – córka Emila Króla i Marii z d. Sobczyk Róża Broda z d. Król (1926–?) – córka Emila Króla i Marii z d. Sobczyk

85


Koligacje rodzinne Sobczyków l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

V pokolenie Dzieci Józefa Pierończyka Ryszard Pierończyk (1937–?) Zdzisław Pierończyk (1939–?) Elżbieta Pierończyk (1941– ) Wiesława Pierończyk (1950– ) Dzieci Franciszka Pierończyka Teresa Pierończyk (1945– ) Dzieci Pawła Pierończyka Roman Pierończyk (1938– ) Krystyna Pierończyk (1940–?) Jan Pierończyk (1943– ) Dzieci Jerzego Pierończyka Ginter Pierończyk(1944– ) Piotr Pierończyk (1951– ) Tadeusz Pierończyk (1954– ) Dzieci Maksymiliana Pierończyka Antoni Pierończyk(1952– ) Dzieci Ericha Sobczyka Piotr Sobczyk(1953– ) Dzieci Ernestyny Drytkiewicz z d. Król Witold Drytkiewicz (1947– ) – syn Czesława Drytkiewicza i Ernestyny z d. Król Gabriela Drytkiewicz (1950– ) – córka Czesława Drytkiewicza i Ernestyny z d. Król Danuta Drytkiewicz (1952– ) – córka Czesława Drytkiewicza i Ernestyny z d. Król Dzieci Róży Broda z d. Król Bogdan Broda (1947– ) – syn Klemensa Brody i Róży z d. Król Bartek Broda (1949– ) – syn Klemensa Brody i Róży z d. Król Bożena Broda (1952– ) – córka Klemensa Brody i róży z d. Król

86


Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA l Koligacje rodzinne Sobczyków

Rodzeństwo Emila Króla Sylwester Król (Kroll) – starszy brat Emila Celestyna Król (Kroll) – siostra Emila Bratankowie Emila Króla Ferdynand Król (1921–?) – najstarszy syn Sylwestra Króla (brata Emila) Alicja Król (1924– ) – córka Sylwestra Króla Adolf Król (1926–2012) – średni syn Sylwestra Króla Henryk Król (1928– ) – najmłodszy syn Sylwestra Króla

87


Zmiany nazw wybranych ulic Załęża w latach 2013–1886 l Ginter Pierończyk ASTY KASZTANA

Zmiany nazw wybranych ulic Załęża w latach 2013–1886 ul. Wiśniowa – Bergmannstrasse – Wilsona – Bernhardistrasse – Reckestrasse ul. Lisa – Qerstrasse – Poprzeczna ul. Wyplera – Wesołowskiego – Limanowskiego – Kolejowa – Bahnstrasse ul. Lelewela – Teichstrasse – M. Focha – Stawowa ul. Jana Kupca – Altenstrasse – Kupca Jana – Stara ul. Wolskiego – Turnstrasse – Gimnastyczna ul. Pokoju – Friedenstrasse – Schaffgottstrasse ul. Bocheńskiego – Kopernikstrasse – Kopernika – Piłsudskiego – Bismarckstrasse – Danzingerstrasse – Zalenzer Halde ul. Janasa – Freicheitstrasse – Wolności – Kaiser Wilhelmstrasse ul. Zarębskiego – Schulstrasse – Szkolna ul. Gliwicka – Bismarckstrasse – Wojciechowskiego – Mickiewicza – Moltkestrasse – Dorfstrasse – Dorfweg

88


Wydawnictwo Instýtut Godki Ślůnskij rekomenduje także: Historia Narodu Śląskiego (autor Dariusz Jerczyński) – jedyna historia Śląska opowiedziana z punktu widzenia śląskiego – a nie polskiego czy niemieckiego - patrioty. Opowiada między innymi o tym, że w średniowieczu istniało niepodległe państwo śląskie i że po I wojnie światowej Ślązacy dobijali się o niepodległość. Wielu Polaków publikacja ta zaszokuje, ale historię należy odkłamywać. Wydanie III, poszerzone. 476 stron formatu A-4. Rýchtig Gryfno Godka (autor Dariusz Dyrda) – to wciąż jedyny podręcznik mowy śląskiej, wraz z dobrze opracowanym słownikiem. A zarazem ciekawe kompendium wiedzy o Śląsku, gdyż każda czytanka opowiada o jakiejś ważnej śląskiej sprawie. Jedna o granicach Górnego Śląska, inna o śląskich noblistach, jeszcze inna o wybitnych śląskich piłkarzach. Każda napisana jest po śląsku i polsku. I to wciąga – czemu trudno się dziwić, bo autor nie jest teoretykiem, tylko pisarzem i dziennikarzem. 228 stron formatu A-5. Ojgenowe ôsprowki (autor Eugeniusz Kosmała) – zbiór wyśmienitych gawęd znanego felietonisty Radia Piekary (Ojgena z Pnioków). Chcesz sprawdzić, czy naprawdę rozumiesz po śląsku? Jeśli czytanie tej książki nie sprawi ci problemu i będziesz zrywał boki z śmiechu – będzie to dowód, że znosz ślůnsko godka! Takiego języka śląskiego, jakiego używa autor, dziś się już niemal nie słyszy. Stron 216 formatu A-5, autor Eugeniusz Kosmała.

Chcesz wiedzieć więcej? www.naszogodka.pl poczta@naszogodka.pl

ISBN 978-83-927865-2-8

Asty kasztana - czyli opowieści o Śląsku niewymyślonym  
Asty kasztana - czyli opowieści o Śląsku niewymyślonym  
Advertisement