Issuu on Google+

36 wyższa  szkoła  informatyki  i  zarządzania  w  rzeszowie ▪ GRUDZIEŃ 2009 ▪ ISSN 1644-9711

Wolna prasa made in Russia Wywiad z Jankiem Melą Konkurs fotograficzny rozstrzygnięty „Biała księga” Kultu Jadzia i Dominika z „Mam Talent” Zakazany trunek


3 Spis treści Aktualności 4 Cienie i blaski redakcyjnej pracy 5 XRAII po raz piąty 5 Indeksy odchodzą do lamusa Ciekawostki 6 Chcieć to móc – wywiad z Anną Lizut 8 Z cyklu ciekawi ludzie – wywiad z Jadwigą Peszko i Dominiką Drewniak 9 Wolna prasa made in Russia 11 Zakazany trunek 12 Alicja obojga narodów 14 Jak przełamywać bariery? – wywiad z Jankiem Melą 16 Galeria - Konkurs fotograficzny rozstrzygnięty

Od redakcji Drodzy czytelnicy! Witamy w  36 numerze Waszego Magazynu Studenckiego PRESSJA. Zapraszamy do lektury wielu różnorodnych tematycznie tekstów. Fanów rocka, na pewno zainteresuje rozmowa z Kazikiem Staszewskim i Wiesławem Weissem. Podobnie jak w poprzednim numerze prezentujemy też rozmowę z  rzeszowskimi uczestniczkami Mam Talent. Tym razem będzie to Jadzia Peszko i  Dominika Drewniak. Oprócz tego znajdziecie rozmowy z tak interesującymi personami jak Jasiek Mela – niepełnosprawny globtroter – Barbara Prymakowska – sportsmenka emeryt – czy Artur Hippe – student WSIiZ z nietypowym pomysłem. To oczywiście nie wszystko, co znajdziecie w niniejszym wydaniu PRESSJI. Zapraszamy do lektury! W  bieżącym numerze możecie podziwiać zdjęcia z  konkursu „Fotowakacje” zorganizowanego przez współpracujący z  nami portal STUDENTCAFE. Po lewej stronie znajduje się fotografia Dariusza Piszcza, która zwyciężyła w  konkursie. W  dalszej części numeru znajdziecie kolejne wyróżnione zdjęcia. Korzystając z okazji redakcja PRESSJI chciałaby złożyć wszystkim swoim czytelnikom najlepsze życzenia z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz szczęśliwego Nowego Roku. Oby był jeszcze lepszy niż obecny!

Kultura 18 19 20 23 24 25

Kult i jego „Biała księga” Pilot kulturalny Pressja poleca Księżyc w nowiu This is it Rzeszowski horror – wywiad z Arturem Hippe

4 5

6

Sport 26 Babcia sportsmenka 28 Bikini, pasja i… motocykle

14

Felietony 29 Poza zasięgiem Życiowy maraton 18 Dariusz Piszcz

26


4

5

Aktualności

Aktualności Cienie i blaski

dziennikarskiego życia 24 listopada 2009 roku odbyła się II edycja Warsztatów Dziennikarskich w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania. O wadach i zaletach pracy w redakcji opowiadali Jaromir Kwiatkowski – dziennikarz „Nowin” – i Jarosław Gawlik – redaktor „Super Nowości”.

18 listopada 2009 roku odbyła się piąta edycja XRaii. Tym razem upłynęła ona pod znakiem usability i e-commerce. Jak zwykle, pomysłodawca imprezy, Mateusz Tułecki postarał się o znakomitych gości i ciekawą tematykę.

Goście warsztatów korzystając z własnych, bogatych doświadczeń w ciekawy sposób wprowadzili wszystkich przybyłych w  świat codziennej rutyny dziennikarza. Początkowo obraz zaprezentowany przez dziennikarzy nie był zbyt optymistyczny. Redaktor „Super Nowości” stwierdził, że praca kosztowała go jedno małżeństwo i jedno ojcostwo. Praca dziennikarza to nie zabawa na kilka godzin, lecz poświęcenie i  obowiązek. Jednak w miarę upływu czasu goście zaczęli poruszać bardziej pozytywne zagadnienia. Jaromir Kwiatkowski podkreślał satysfakcję, jaka płynie z  dobrze wykonanej pracy i  opowiedział kilka interesujących anegdot. Po części wykładowej nadeszła pora na warsztaty. Uczestnicy podzieleni na grupy mieli za zadanie z  dostarczonych materiałów stworzyć jedynkę regionalnego dziennika – z  wymyśloną nazwą i  tytułami artykułów. Prace studentów oceniali goście nie szczędząc pochwał i konstruktywnych uwag. Niestety ze względu na niezbyt pojemną salę nie wszyscy chętni mogli się zmieścić. Kolejna edycja Warsztatów Dziennikarskich już w grudniu.

Fot.: Patryk Ogorzałek

Posiadanie indeksu upragnionej uczelni dla wielu studentów jest prestiżem i spełnieniem marzeń. Jednak już niedługo indeksy znikną z dziekanatów Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Zastąpią je “karty okresowych osiągnięć studenta”.

Następny XRaii już w  styczniu. Jak obiecuje Mateusz Tułecki do wakacji 2010 roku spotkamy się minimum pięć razy. A  po wakacjach czeka nas druga edycja najlepszej konferencji dotyczącej zagadnień internetowych, czyli InternetBeta2010.

Dnia 20 listopada 2009 roku Prorektor WSIiZ ds. Nauczania dr Wergiliusz Gołąbek poinformował studentów, że od roku akademickiego 2010/2011 decyzją Władz Uczelni, zostaną zniesione indeksy. Studenci, którzy będą przystępować do egzaminów i zaliczeń na nowych zasadach nie będą zobowiązani do posiadania tradycyjnego indeksu. Dokumentem potwierdzającym uzyskanie zaliczenia przez studenta staną się protokoły sporządzane przez nauczycieli akademickich. Ma to zdecydowanie przyśpieszyć i  ułatwić funkcjonowanie uczelni, jak i  zwolni studentów z obowiązku stania w długich kolejkach do wykładowców po uzyskanie wpisu.

“Wyższa Szkoła Informatyki i  Zarządzania z siedzibą w Rzeszowie znajdzie się w gronie tych uczelni w Polsce, które w sposób prekursorski wprowadzają takie rozwiązania do procesu dydaktycznego. Nasza uczelnia jest również pierwszą na Podkarpaciu, która podjęła decyzję o zniesieniu indeksów” - informuje Prorektor dr  W.  Gołąbek. Dzięki decyzji MNiSzW, Polska dołączy do krajów w  których już dawno zniesiono przymus posiadania papierowego indeksu. “Dla przykładu w  Szwecji zniesiono go już prawie 30 lat temu” - tłumaczą urzędnicy. Krajami, w których wciąż obowiązują papierowe indeksy to m. in. Białoruś, Czechy, Słowacja i Ukraina.

Redaktorzy prowadzący Sylwester Zimon Weronika Kasza Anna Dudzińska Zespół Mateusz Adamiak, Joanna Bolas, Katarzyna Cięciera, Artur Gaweł, Ewa Głuszek, Patrycja Gotfryd, Berenika Haduch, Bartek Konefał, Maciej Kotula, Gabriela Kowalska, Łukasz Mik, Patryk Ogorzałek, Joanna Pawluk, Artur Słupek, Łukasz Woźniak

Redakcja techniczna Valeriy Maksymiv Aleksander Juszyński Opiekun mgr Anna Martens amartens@wsiz.rzeszow.pl Zdjęcie na okładce Aleksander Juszyński Druk RS Druk, Rzeszów

Sylwester Zimon

Patryk Ogorzałek

UWAGA KONKURS - UWAGA KONKURS - UWAGA KONKURS - UWAGA KONKURS Czasopismo elektroniczne

Redakcja ul. Sucharskiego 2 pokój 014 pressja@poczta.wsiz.rzeszow.pl

Gwiazdami piątego XRaii byli Grzegorz Krzemień z  GoldenSubmarine, Jakub Połeć z  Peryskop.pl, Agnieszka Nowak i  Sebastian Nejfeld z  Netizens oraz Marek Kasperski z  ThinkLab. Zaproszeni prelegenci podzielili się swoimi uwagami i  pomysłami na lepsze funkcjonowanie sklepów internetowych.

Znikną indeksy!

Sylwester Zimon

Wydawca Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania ul. Sucharskiego 2 35-225 Rzeszów

Fot.: Patryk Ogorzałek

Piąty już za nami

„BISTRO”

www.bistro.edu.pl zaprasza do wzięcia udziału w

konkursie na dowcipną grafikę.

Grafika, ma mieć charakter rysunkowego felietonu dotyczącego problemów gospodarczych, politycznych lub społecznych. Nagrodą w konkursie jest publikacja zwycięskiej grafiki na łamach „BISTRO” oraz nagroda niespodzianka. Prace prosimy przesyłać na e-mail: adudzinska@wsiz.rzeszow.pl do 31 stycznia 2010 roku.

UWAGA KONKURS - UWAGA KONKURS - UWAGA KONKURS - UWAGA KONKURS


6

Ciekawostki

Chcieć

móc

Anna Lizut – wiecznie uśmiechnięta, ambitna dziewczyna z małego miasteczka położonego w  południowej Polsce. Młoda dziennikarka, udowadnia nam, że niejeden zaczynał od zera. Jak sama przyznaje dopiero raczkuje w dziedzinie zawodowego dziennikarstwa, jednak to jaka jest – odważna, spontaniczna i precyzyjna, jej podróże, zaangażowanie, poświecenie z jakim podchodzi do pracy – wyróżnia ją z pośród innych.

Pressja: Możesz mi wyjawić od czego się zaczęło. Kiedy poczułaś, że dziennikarstwo to właśnie to, co chcesz robić w życiu? Anna Lizut: Od czego się zaczęło? Sama nie wiem, zawsze byłam pełna życia i ciekawa świata, jak tylko mogłam starałam się wyjeżdżać. Jestem wygadana, lecz staram się nie gadać głupot. P: Brzmi znajomo (śmiech) A.L.: No właśnie, w tym być może, jesteśmy podobne.

to

Pisałam od zawsze – pamiętniki i  te, tak zwane, teksty do szuflady. W  końcu się przełamałam i  tak jakoś poszło. Dziennikarstwo okazało się być moją niszą, w której - z trudem, ale i jakże wielką przyjemnością – odnajduję się. P: Dziennikarstwo to chyba nie jedyna Twoja pasja. A.L.: no nie jedyna (śmiech) P: Twoje podróże są imponujące. Wyprawa do Indii, Chin. Jak udało się to zorganizować? A.L.: Dzięki otwartym na świat ludziom z  wydawnictwa Bezdroża.pl wyprawa nigdy by się nie odbyła. Oprócz przewodników –„ Indie Północne, Nepal, Goa”, “Chiny wschodnie” dostałam   ogromną mapę subkontynentu indyjskiego. Rozmiar tego kraju przyprawia o zawrót głowy, więc bez dobrej mapy ani rusz. Wizę załatwiłam właściwie nie ruszając się z miejsca. P: Jak pierwsze wrażenie? Większości z nas Indie kojarzą się dość mistycznie. A.L.: Na miejscu przytłaczał mnie wszechogarniający chaos. Może dlatego,

że Indie przywitały mnie gorączka. Przesyt zapachu, koloru – zły początek. Długa podróż z Mysore do Delhi, a następnie Jaipur. Już nie gorączkując wybrałam się na Main Bazar – sam w  sobie fantastyczny, te barwy, ludzie – wszystko prezentowało się dużo lepiej. Udało mi się zwiedzić również Taj Maral. W  Agarze dookoła brud i ubóstwo, a Taj Maral wydawał się być tak nieskazitelny, polecam! Bywało bajecznie i  niebezpiecznie, jednak z  biegiem czasu wszystko wspominam z wielkim sentymentem. Na pewno tam jeszcze wrócę. P: Jednak na Indiach się nie skończyło, jak znalazłaś się w Pekinie? A.L.: Przyjaciel zaproponował mi wspólny wyjazd właśnie do Pekinu. Roczne ciułanie pieniędzy pozwoliło spełnić nasze marzenie. By móc wyobrazić sobie Pekin trzeba tam być. P: Jakbyś zgadła moje kolejne pytanie (śmiech) A.L.: Szybko upłynniły się nasze oszczędności. Znaleźliśmy pracę w  restauracji, gdzie byliśmy swoista europejską„atrakcją”. Napędzaliśmy klientów,

7

Ciekawostki bowiem wielu z nich przychodziło głównie po to, by się nam przyjrzeć. Niesamowita kultura, obyczaje, można by rzec – wszechobecny harmider ściśle związany z tradycyjną harmonią. Jedyne czego żałuję, to tego, że byłam tam tak krótko i nie zdołałam nauczyć się języka. P: Koniec końców, zdecydowałaś się wrócić do Jarosławia –Twojego rodzinnego miasta. Ciągle starasz się pchać tutejsze życie kulturalne do przodu. Czy nie uważasz jednak, że to tak zwana walka z wiatrakami? A.L.: Co prawda to prawda. Ciężko tu cokolwiek zorganizować. Władze miasta bezradnie rozkładają ręce i  powtarzają jedno wyklepane zdanie – nie mamy pieniędzy. Na sponsorów nie ma co liczyć, jak nie było tak i  nie ma. Jednak widzę w  młodych ludziach ogromny potencjał i  chęć do współpracy. Niedawno otworzyliśmy uczelniane Radio na PWSZ-cie. Powstaje coraz więcej Stowarzyszeń mających na celu promocję miasta i  kultury. Kocham Jarosław, czuję z  nim pewną wieź i  jak na razie jestem tu potrzebna i szczęśliwa. P: Radio? Na jakich falach mogę je odnaleźć ? Kto tam pracuje i  na co przede wszystkim zwracacie uwagę w audycjach? A.L.: No… na razie na średnich. Jesteśmy raczej grupą amatorów – zapaleń-

ców, czasem pomagają nam dziennikarze z lokalnej gazety. Rozmawiamy o wszystkim, o  tym co nas porusza, interesuje a nawet irytuje. Staramy się zapraszać do studia jak najwięcej osób, choć i tu można się spotkać z pewną dozą niechęci. P: Czy możesz mi zdradzić jakąś tajemnicę dziennikarstwa, bądź udzielić rady na przyszłość? A.L.: Dziennikarstwo to dość specyficzny zawód i ciężki kawałek chleba. Dobrym dziennikarzem trzeba się urodzić

– to już 70% sukcesu. Talent plus dobry warsztat musi zaowocować. Zawsze staram się żyć w  zgodzie ze swoim sumieniem – bo jak powtarzał Władysław Bartoszewski – warto być przyzwoitym. Co mogę Ci poradzić? – wzrusza ramionami – jedyne co w tej chwili przychodzi mi do głowy, to, by nie poddawać się, czerpać wiadrami ze studni tematów i pisać. Aleksandra Witek Fotografie: Paweł Osiowy


8

Ciekawostki

Jadwiga Peszko i Dominika Drewniak z Rzeszowa w pięknym stylu awansowały do finału programu „Mam Talent”. Akrobatyczne występy rzeszowianek wzbudziły wzruszenie publiczności oraz podziw surowego jury. Gdyby nie znajomi namawiający dziewczyny do udziału w programie być może nigdy nie poznalibyśmy ich wielkiego talentu. Z Jadzią Peszko i Dominiką Drewniak rozmawiał Artur Słupek. PRESSJA: W  ciągu zaledwie kilku miesięcy ze zwykłych dziewczyn trenujących akrobatykę stałyście się gwiazdami znanymi w  całej Polsce. Czy wasze życie bardzo się zmieniło? Zaczepiają was ludzie na ulicy albo w szkole? Jadwiga Peszko: Na pewno zwiększyła się nasza popularność i  rozpoznawalność. Nie tylko w  szkole ale również na mieście. Ludzie podchodzą do nas i pytają się czy to my jesteśmy tymi dziewczynkami z  „Mam Talent”. Proszą o  autograf czy też wspólne zdjęcie. P: Jak w  ogóle zaczęła się wasza współpraca? Dominika Drewniak: Ponad rok temu pojechałyśmy razem na obóz akrobatyczny. Jadzia wtedy dopiero zaczynała treningi. Potem był jeszcze drugi obóz i  tak jakoś zaczęłyśmy pracować w  duecie. P: Czy trudno jest pogodzić treningi ze szkołą? D.D: Na pewno jest ciężko. Jadzia ma jeszcze trudniej bo jest w liceum.

J.P: Lekko nie jest. Najpierw szkoła potem trening do późnego wieczora i  jeszcze nauka w  domu. Teraz jest jeszcze trudniej, bo przygotowujemy finałowy program i  ciągle gdzieś wyjeżdżamy, więc mam spore zaległości. I tak w kółko. P: A skąd wziął się pomysł na udział w programie „Mam Talent”? D.D: Zaczęło się od tego, że nasz kolega z klubu, w którym trenujemy postanowił wziąć udział w castingu. Trener pytał się czy ktoś chce jeszcze spróbować. My początkowo nie chciałyśmy. Wszyscy zaczęli nas namawiać, aż w  końcu zgodziłyśmy się. P: Co czułyście występując przed sporą widownią, kamerami telewizyjnymi i surowym jury? Był stres czy raczej pewność siebie? D.D: Dla nas stres jest motywujący. Kiedy gdzieś występujemy to skupiamy się tylko na tym aby jak najlepiej wykonać program. P: Tak szczerze. Dociera do was to, że jesteście finalistkami programu „Mam Talent”? D.D: No do mnie tak średnio.

9

Ciekawostki

J.P: Absolutnie nie. To był duży szok i  zaskoczenie. Tym bardziej, że tak jak mówiła Dominika my w ogóle nie chciałyśmy brać udziału w tym programie. P: Czy był w waszym życiu taki moment, że miałyście chwile zwątpienia? Nie chciało wam się trenować, przestałyście wierzyć w swój talent? D.D: Ja już trenuję sześć lat. Przed Jadzią miałam dwie partnerki. Myślę, że takie chwile były. J.P: Zdarzało się. Szczególnie gdy miałam kontuzję naderwania mięśnia. Zastanawiałam się wtedy czy w  ogóle nie zrezygnować z  akrobatyki. Pół roku dochodziłam do siebie. P: Rozumiem, że nie możecie zdradzić choreografii, którą przygotowujecie na finał. Ale czy jest ona trudna do wytrenowania? Trudniejsza niż te poprzednie? D.D: … (chwila ciszy przerwana przez Panią choreograf, która podpowiada dziewczynom aby odpowiedziały, że tak). J.P: Na pewno różnią się od siebie. Są inne trudniejsze ruchy, które trzeba ponawiać. P: A czy myślałyście na co przeznaczycie główną nagrodę programu, jeżeli uda się wam wygrać? J.P: Nie myślałyśmy o  tym. Na razie skupiamy się na tym, aby jak najlepiej przygotować finałowy program. P: Na koniec powiedzcie jak będzie wyglądała wasza przyszłość. Zamierzacie ją związać tylko i wyłącznie z akrobatyką?. J.P: Raczej z  akrobatyką, ale to się jeszcze okaże. Rozmawiał: Artur Słupek

Wolna

prasa

Nie od dziś wiadomo, ze każde państwo wolałoby mieć media po swojej stronie. Wiadomo też, że ambitni dziennikarze czy wyłamujący się od reguły politycy nie są wygodni dla organów rządzących. Ale czasem państwo za wszelką cenę chcę utrzymać w swych ryzach opinię publiczną by nie dopuścić do wzburzenia się społeczeństwa. Niektóre kraje wybrały demokrację i czynny udział społeczeństwa w rządzeniu, inne autorytaryzm dążący do wszelkiego jego ograniczenia. Tę opcję wybrała Rosja.

Czarna lista Putina Żeby mówić o  cenzurze w  Rosji musimy się cofnąć do okresu rządów Piotra I. Bo to on wprowadził ją jako pierwszy. Rok 1804 to rok, w którym ukazały się pierwsze nakazy regulujące cenzurę. Oczywiście przez wszystkie lata nakazy te zmieniały się, wzmacniały się lub słabły. Dziś powiedziałbym, że cenzura w  Rosji dochodzi do punktu krytycznego. Bo żyjemy w świecie cywilizowanym, gdzie każdy ma prawo głosu. Jednak Rosja to kraj Putnia i nikt nie ma zamiaru nawet tupnąć nogą by się sprzeciwić. Bo jak się sprzeciwiać temu co i tak nie ulegnie zmianie. Tak zaczyna swoją wypowiedź jeden z  rosyjskich dziennikarzy, pracujący w  prężnie rozwijającej się gazecie. W Rosji zauważamy „imitację demokracji”, wszystko tworzo-

Źródło: www.plotek.pl

made in Russia

ne jest przez Kreml, który tworzy swój własny wizerunek prasy. Kreml nie chce wprowadzać stalinowskiego terroru, ale sprytnie dąży do breżniewskiej stabilizacji. Wszystko zaczęło się od rządów Władimira Putina, który małymi krokami dążył do zamknięcia rosyjskiej prasy w przyjaznym sobie kręgu. Różne metody zastosowane przez rząd, mające na celu kontrolę prasy przyczyniły się do zniknięcia wielu dziennikarzy ze świata mediów. Było to spowodowane krytycznym spojrzeniem i  niechęcią do cenzury. Cenzura w  Rosji nie jest wprowadzana dosłownie, na pozór wydaje się, że nie istnieje. Jednakże Kreml nie szczędzi swoich środków by zdusić wszelkie zaczątki wolnych mediów. Wszystko po to, by mieć kontrolę nad społeczeństwem. Putin był dobrym prezydentem, bo w końcu Rosja wyszła z cienia i świat zaczął się z nią liczyć. Jednak wraz z chwałą przyszły i ciemne dni, prasa stała się bardziej zamknięta niż dotychczas. Wszystkie informacje przechodziły przez cenzuralne sito. Jeśli jakiś tekst był obrazą prezydenta lub rządów natychmiast został likwidowany. Dziennikarz natomiast musiał się liczyć z odejściem z pracy lub zapłaceniem grzywny. Dla przykładu podam znaną sprawę dziennikarza ukaranego za artykuł „Putin as Russia’s phalic symbol”. Pracował w niezależnej rosyjskiej gazecie, a i tak go dopadli i nie miał szans powrotu. Każdy rosyjski dziennikarz musi się liczyć z tym, że nikogo nie interesuje o czym pisze tylko czy pisze na korzyść prezydenta. Jak donosi International Press Institute, Rosja jest najbardziej niebezpiecznym krajem europejskim dla dziennikarzy. W żadnym innym kraju europejskim wolna prasa nie jest tłamszona przez rządy. Cenzura napędzana jest także przez samych dziennikarzy. Strach powoduje, że milczą i są podatni na to, czego oczekuje

od nich Kreml. Czasem docierają do nas niepokojące informacje o  zniknięciu kilkunastu dziennikarzy. Niektórzy z  nich giną z  niewiadomych przyczyn. Zdarza się, że ich śmierć podpisana jest jako „napad rabunkowy”, a co dziwne – kilka dni przed ich zniknięciem w prasie pojawiają się artykuły niewygodne dla polityki państwa. Tą sprawą od dawna interesuje się ONZ, ale na razie nie odnosi żadnych sukcesów. Od wielu lat mówi się też o  „czarnej liście Putina”. Na tej liście znajdują się wszyscy ci, którzy uznawani są za przeciwników Rosji. Nie są to tylko dziennikarze, ale także urzędnicy, nauczyciele i  sędziowie. Lista ta jest niezwykle istotna, bo przecież trudniej jest manipulować ludźmi, jeśli ktoś ich podburza. Oczywiste jest, że w  pełni poddane społeczeństwo jest łatwe do manipulacji. Rosja kontroluje informacje w  celu zminimalizowania zarzutów pod swoim adresem. W ten sposób tworzy idealny obraz państwa, bo skoro media piszą o państwie w samych superlatywach to znaczy, że tak właśnie jest.

„Czego uszy nie słyszą” tego sercu nie żal

Rosyjska prasa to nie tylko obiektywni dziennikarze, to także walecznie broniący mediów pracownicy. Przykładem może być Igor pracujący w jednej z poczytniejszych rosyjskich gazet. Jestem niezwykle zdumiony kiedy słyszę, że w Rosji mamy cenzurę. Jak to możliwe skoro mamy telewizję i prasę, a w dodatku na stronie BBC World mamy radio. Czy kraj, który wprowadziłby cenzurę pozwolił by słyszał to cały świat? Chyba raczej nie. Zdawać by się mogło, że wszystko jest w  jak najlepszym porządku, ale skąd więc tyle restrykcji, zapisów co wol-


JA

no, a czego nie w rosyjskiej prasie. Radio BBC jest tylko trybikiem sprytnej kremlowskiej machiny. Pozwala zagłuszać niepokojące informacje, można by nawet powiedzieć „czego uszy nie słyszą” tego sercu nie żal. Rosja sprytnie zamiata wszystko pod dywan, co gorsza wielu dziennikarzy nawet nie zdaje sobie sprawy, że jest zabawką w  rozgrywkach wielkiego Kremla. Większość regionalnych gazet nawet nie dopuszcza myśli, że coś mogłoby być nie tak, piszą to czego oczekuje od nich redakcja. Powoduje to na pewno nieświadomość jaka szerzona jest wśród tłumu. Oczywiste jest, że jeśli media serwują nam „zafałszowane” informacje, o  których nie mamy pojęcia zaczynamy w nie wierzyć. Poza tym kiedy prezydent mówi o  prawdomówności prasy trudno jest uznać to za kłamstwo. Wszystkie więc argumenty mające na celu złamanie cenzury są bardzo trudne na arenie społecznej. W każdej gazecie dziennikarz może pisać o tym, o czym chce nawet o różowych słoniach. Widomo, że tematy polityczne są trudne, ale czy tylko w  Rosji? Oczywiście, ze nie. Żaden kraj nie lubi, gdy negatyw-

nie pisze się osobach rządzących. Bezsprzeczne jest, że rządy nie lubią być krytykowane, ale w  krajach „cywilizowanych” mówienie prawdy przez media jest tolerowane. Rosja takiej prawdy nie toleruje i uważa, ze jest ona niezgodna z prawem co gorsze karze zbyt przodujących dziennikarzy, gasząc tym samym ich potencjał i możliwość rozwoju. To społeczeństwo domaga się cenzury, której obecnie nie ma. 67% społeczeństwa uważa, że media powinny być ocenzurowane, a Kreml dobrze zarządza rosyjskimi mediami. Każda społeczność „karmiona” kłamstwami i  zamknięta w  swym świecie uznałaby to za konieczność. Należy pamiętać, że Rosja jest niezwykle zamkniętą społecznością. Wszystkie karty są rozdawane wewnątrz kraju, co pozwala im wzmocnić pozycję ocenzurowanej prasy, a tym samym pozycję Kremlu

Młoda Rosja

Zdawać by się mogło, że nic nie jest wstanie zburzyć muru budowanego wokół rosyjskiej prasy, nadzieja jed-

11

Ciekawostki

Ciekawostki nak umiera ostatnia. W ostatnich latach coraz bardziej uwidacznia się buntownicza młoda Rosja. To młodzi rosyjscy studenci wyjeżdżający poza granice swojego kraju, chcąc uczestniczyć w realnych reformach i  w  realnym świecie mediów. Nie chcą być pionkami prezydenta, a tym bardziej pisać pod dyktando Kremla. Irina – studentka z Rzeszowa – nie kryje swojego rozczarowania prasą w Rosji. Oficjalnie cenzury nie ma, ale nieoficjalnie istnieje cały czas. Media są ciągle kontrolowane. Łatwo na przykład jest porównać nasze media z  mediami w  Polsce. U  was panuje wolność i  bez większych konsekwencji możecie pisać to o czym chcecie. W Rosji takie coś nigdy nie ma miejsca. Wszystko za sprawą Kremla, który odkąd przejął kontrolę nad telewizją, prasą i radiem w mediach nie pozwala na obiektywną informację. To wszystko powoduje, że młode, ambitniejsze pokolenie zauważające problemy w  swoim kraju decyduje się na studia zagraniczne. Z pewnością nie jest to ucieczka od restrykcyjnych przepisów, ale walka by świat usłyszał prawdę, która od dawien dawna duszona jest już w  samym zarodku. O  wiele łatwiejsze jest mówienie o  tym w  kraju, w  którym nie ma cenzury niż w  takim, który by osiągnąć swój cel jest gotowy na wszystko. W Rosji dziennikarze są prześladowani za wyrażanie sowich poglądów i niedostosowanie się do pewnych norm. Rosja jest bowiem jednym z  najbardziej niebezpiecznych krajów dla dziennikarzy. Między innymi dlatego przyjechałam studiować do Polski. Mam nadzieję, że dostanę tutaj pracę i nie będę musiała wracać do Rosji. Wiele krajów nauczyło się już na błędach i wie, że prasa jest efektywniejsza kiedy jest wolna. Brak odgórnych obostrzeń powoduje, że prasa staje się jak supermarket, w którym wybieramy tylko to, co jest najlepsze, a  promocjami zagłuszamy sumienia kupujących. Rosja zagłusza wszystko co złe w  rosyjskiej prasie. Nie można tu nawet zauważyć odwiecznie toczonej walki dobra ze złem. Jest tylko Kreml grający pierwsze skrzypce, Miedwiedwiew – prezydent/premier – i  Putin – główny rozgrywający. Pozostaje więc tylko wierzyć, że obecna informacyjna czystka w  Rosji przegra z  wrogiem jakim jest młode pokolenie. KAROLINA MITKA

Imiona bohaterów tekstu zostały zmienione.

Zakazany trunek

Jest wieczór, znajdujemy się w jednej z brytyjskich knajp. Lokal pęka w szwach. Alkohol leje się strumieniami. Przy barze jest tak tłoczno, że nie ma gdzie nogi postawić. Także wszystkie loże i stoliki są pozajmowane. W samym rogu siedzi jakiś stary, niedbale ubrany mężczyzna. Oparty łokciem o ścianę ledwo utrzymuje równowagę. Nie jest jednak odosobnionym przypadkiem. Działanie alkoholu odczuły też na swojej skórze cztery młode kobiety siedzące nieopodal. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nie wyglądały nawet na osiemnaście lat. Wino, wódka, piwo i  szampan. Smak wszystkich tych trunków był znany wspomnianym dziewczynom, które jak się okazało, mają 15 i 16 lat. Nie piją bynajmniej, aby zaspokoić potrzeby podniebienia, nie degustują wyłącznie dla doznań smakowych. Trunki wyskokowe są dla nich czymś całkiem innym. A mianowicie sposobem na oderwanie się od rzeczywistości i związanych z nią kłopotów. Nazywają to „doświadczaniem pozytywnych skutków”. To właśnie popycha nastolatki do sięgania po alkohol, dużo częściej niż chłopców w tym samym wieku. A potem pojawiają się niechciane ciąże u  młodocianych, wywołane współżyciem po spożyciu alkoholu. Picie na umór u  młodzieży w  tym wieku stało się jednak czymś zwyczajnym. „Normalka” – komentują nastolatki. Przy barze tymczasem przechadza się wiele starszych kobiet. W rękach trzymają whisky. Trunek bardziej ekskluzywny i  droższy. Nastolatki na niego nie stać, one szukają przecież odskoczni od kłopotów za cenę swego kieszonkowego. Tymczasem liczba koneserek szkockiej wzrasta w  zastraszającym tempie. Okazuje się, że aż jedna czwarta konsumentów

Fot.: Sylwester Zimoń

10

tego alkoholu w Wielkiej Brytanii to kobiety. A  przecież powszechnym wyobrażeniem jest, że to mężczyzna wraca do domu pijany. Na wyspach ten stereotyp najwidoczniej umiera śmiercią naturalną. Kobietom whisky nie tylko smakuje wyśmienicie, ale zapewnia świetne samopoczucie. Trzeba jednak wiedzieć, jak je pić. W  przypadku whisky ważne jest – mówi jedna z klientek baru – że ma ona wiele różnych smaków i  można ją pić na wiele sposobów. Degustujące szkocką panie w  przeważającej większości są matkami. Dla swoich dzieci są wzorem do naśladowania, które chętnie czerpią inspirację z zachowań rodziców. Nie tylko tych pozytywnych. Okazuje się, że aż 55% dzieci w wieku od 11 do 15 lat przynajmniej raz w życiu napiło się alkoholu. Czy wiedzą o tym matki przesiadujące za barem? Niektórzy rodzice uważają, że nastolatkom można pozwalać pić przy specjalnych okazjach i  na rodzinnych spotkaniach – mówią przedstawiciele rządowej organizacji przeciwdziałającej alkoholizmowi u nieletnich. Dla wielu alkohol powinien

być jednak całkowicie zakazany. Ale tylko w wieku wcześniejszym. Wygląda na to, że z  alkoholizmem u  młodzieży społeczeństwo już się pogodziło. Stanowcze zakazy mogą jedynie wzmóc tendencje do sięgania po alkohol. Czy jednak picie w  tym wieku do reszty nie uzależni tak młodych ludzi? Czy nie sprowadzi ich na manowce? Jeden z  naukowców, profesor White twierdzi, że na takie rzeczy mają wpływ czynniki genetyczne. Osoby, które mogą wypić więcej, nie czując fizycznego wpływu trunku na swój organizm, są bardziej narażone na uzależnienie – stwierdza. Czy ten czynnik ma wpływać na ludzką ignorancję wobec pijanych, zataczających się nastolatek? A może należy się łudzić, że wyrosną z tego? I że nałogowcami zostaną jedynie te, które mają to w genach? Prawda jest taka, że już mało kto reaguje na widok nastolatek przesiadujących w barach i  popijających alkohol. Czy nie czas coś z tym zrobić? Joanna Majowicz


12

ja c ) i a l k A s ( w e a l j a i c M , ( i o l n a A l Alicja obojga narodów k i s W v e : mię: l a i a Mże jestem Litwinką! – mówi en : z o d k o Nie, nigdy nie powiem, z ogniem w oczach Alicja. Po tej zawsze s r i u w z a a uśmiechniętej i łagodnej dziewczynie zupełnie nie spodziewałam się takiej stanowczości. – No t N a d k   o i więc Polką? – pytam nieśmiało. Też nie – odpowiada, moją zaskoczoną minę wybucha ra widzączamieszanie. e c 7 s o 8 j n 9 śmiechem i zaczyna mi tłumaczyć to całe narodowościowe e 1 l i Mi W ń e : i a z i d n u w a r ó w Fiat 126p i zakonnica na g o k a d 7 l r 1 e K m : a rowerze a z i ce an s k j z e s i e M i m a z e e n c o s l j e e i z Mi : u z c o r o m c Kol e i 6 k 7 s 1 Litwo! Ojczyzno moja! w e t: t s i o l r : z o W w t s l te a w y ?? b ? O : ć ś o w o d o Nar Kiedy byłam mała nie miałam żadnych wątpliwości co do swojej polskości. Każdemu mówiłam, że jestem 100% Polką, wiadomo dla dziecka wszystko jest proste. Pamiętam, jak pierwszy raz przyjechałam z  rodzicami do Polski, do Olsztyna, do kuzynki mojego dziadka. Miałam wtedy 8 lat, szłam do komunii. Chyba dlatego w sklepach nie mogłam się napatrzyć na te wszystkie wianuszki, rękawiczki, sukienki. Na Litwie takich cudów jeszcze nie było. Nie było też fiatów 126p, a  tu co drugi samochód wtedy taki jeździł. Ale co najbardziej utkwiło mi w pamięci, to zakonnica na rowerze, jak to osoba duchowna, poważna może na rowerze jeździć? – nie mogłam się nadziwić. To moje pierwsze wspomnienia z Polski i potem jeszcze ta duma, kiedy szłam do komunii i  miałam właśnie z  Polski najpiękniejszy wianek i  rękawiczki w całej klasie. Do Polski jeździłam potem już często, albo z wycieczkami szkolnymi, albo z rodzicami. W Krakowie zakochałam się w IV klasie szkoły podstawowej, taki był jakiś przyjazny, magiczny, w gruncie rzeczy podobny trochę do Wilna. Bo ja jestem Wilniuczką – dodaje po chwili zamyślenia.

Tajemnicze, pomarańczowo-zielone Wilno

To cytat z wiersza Gałczyńskiego, bardzo lubię jego poezję. Potrafił jak mało kto opisać w nich magiczną atmosferę Wilna. Bo Wilno to nie Litwa. Wilno jest otwarte, tolerancyjne, wielokulturowe, a Litwa raczej homogeniczna. W Wilnie żyją obok siebie Polacy, Rosjanie, Litwini. Mówimy o sobie, że jesteśmy tutejsi, miejsce pochodzenia się nie liczy, bo tworzymy wspólnotę. Tak mnie wychowano, że czuję się spadkobierczynią Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Moja rodzina to kresowiacy. Mamy nawet herb Jastrzębiec. Na Wschodzie byliśmy od zawsze. Dlatego lubię powtarzać słowa piosenki zespołu Raz Dwa Trzy: „Jestem Polakiem, mam na to papier i cały system zachowań” – nie myślę wte-

dy o Karcie Polaka przyznawanej na 10 lat – dodaje ze śmiechem. Myślę bardziej o takiej dawnej polskiej dumie szlacheckiej z poczucia przynależności do Rzeczpospolitej. Wilno to mój dom, to całe dzieciństwo spędzone na podwórku blokowiska, gdzie królował język rosyjski. To polska szkoła, z  obowiązkowym językiem litewskim, to wreszcie znajomi, którzy podobnie jak ja, nigdzie tak naprawdę nie są u siebie...

No bo, jak tu być u  siebie – dodaje po chwili milczenia – kiedy sami mówimy, że Litwa jest ojczyzną, a Polska macierzą. Polski jest moim językiem ojczystym, ja myślę po polsku, nie po litewsku. Tak prawdę mówiąc, litewski bardzo szybko zapominam. Ostatnio, kiedy współorganizowałam Akademię Polsko-Litewską tutaj w Krakowie, to Litwini zapytali mnie skąd znam litewski, myśleli, że uczę się gdzieś na kursach!!! To był dla mnie dzwonek ostrzegawczy. Bo przecież kocham Litwę, i za jej język i za jej dziedzictwo kulturowe, tak inne od słowiańskiego i za jej przyrodę. Wspólnotę narodową z  Litwinami czuję podczas wydarzeń sportowych, wtedy zawsze krzyczę „my”. Kiedy np. jest mecz Polska – Litwa to zawsze jestem za Litwą, bo mniejsza, słabsza, trudniej jej odnosić sukcesy. Litwa jest też dla mnie testem na ludzi. Jak tu w Polsce ktoś cały czas wypytuje mnie tylko o  Litwę, to znaczy, że jest znajomym i  bardziej interesuje go skąd pochodzę niż ja sama, a  wtedy o  przyjaźni nie ma mowy. Nie lubię, jak traktuje się mnie jak cudzoziemca – denerwuje się nagle – ja przecież jestem stąd – dodaje z mocą.

Tutaj jestem, gdzie byłem, gdzie się urodziłem, tu się wychowałem i tutaj zostałem

To Grzegorz Turnau – wyjaśnia mi z uśmiechem. Te słowa są tak bardzo o mnie. Tak, wyjechałam na studia do Krakowa, do Wilna mam 14 godzin autobusem. Mo-

głam zostać w  domu, tam też dostałam się na studia, też na nauki polityczne, najbardziej prestiżowy kierunek na Uniwersytecie Wileńskim. Wybrałam Kraków, bo dla mnie przyjazd tu, to też w pewnym sensie zostanie u siebie, to nie był żaden wyjazd za granicę, tu też jest mój dom i kocham go tak samo jak Litwę. Dlatego nie lubię, jak mówi się o mnie ta Litwinka, trochę zajęło mi przyjmowanie tego ze spokojem. Na Litwie byłam tą Polką, myślałam, że jak już tu przyjadę to, szufladkowanie wreszcie się skończy. Na szczęście poznałam fantastycznych ludzi, którzy pomogli mi się zaaklimatyzować, dużo już tutaj zbudowałam, chociaż z  drugiej strony... czwarty rok wyjeżdżam z Wilna i za każdym razem czuję się rozdarta na kawałeczki. Przyszłość? – pytam delikatnie. Alicja się zamyśla. Mija długa chwila zanim ponownie się odezwie. Ideał – mówi – to możliwość pracy wiosną w Krakowie, bo wtedy jest najpiękniejszy, a jesienią w Wilnie, bo o tej porze roku nigdzie nie jest tak czarująco. No dobrze – zgadzam się – ale nie samą pracą człowiek żyje... Ale jesteś dociekliwa – śmieje się – no cóż – mówi – trudno mi sobie wyobrazić przyszłość u boku i Litwina, bo zawsze będę dla niego z mniejszości, i Polaka, bo dla niego będę mimo wszystko Litwinką. Najlepszy byłby Wilniuk, który rozumie ten cały mój bagaż kulturowy. Wiem na pewno, że ślub odbyłby się w  kościele Franciszkanów, najpiękniejszym kościele Wilna, a potem cóż, zawiesilibyśmy kłódkę na moście, jak robią wszystkie młode pary i... –zawiesza głos. I – pytam? Może lepiej było, kto by to ocenił. Gdybym rzucił to wszystko, miejsce bycia zmienił. Mogłem jechać, wyjechać i stąd się oddalić. Ale jednak zostałem, z tymi co zostali. [...] Pomyślałem: to samo słonce wszędzie świeci, wiec gdzie byli dziadkowie, będą moje dzieci.

Odpowiada mi ze śmiechem słowami swojej ulubionej piosenki Grzegorza Turnaua. Zofia Sawicka

Justyna Zimny

Ciekawostki )


14

Ciekawostki

Przełamać bariery Na pewno parę lat temu słyszeliście o niepełnosprawnym chłopcu, który razem z Markiem Kamińskim zdobył obydwa bieguny Ziemi. Mowa oczywiście o Jaśku Meli. Dla niego podróż ma całkiem inne znaczenie, nie jest to przygoda, a raczej przełamywanie barier i swoich słabości. Swoimi przeżyciami postanowił podzielić się z redakcją PRESSJI.

PRESSJA: Mimo tak młodego wieku dokonałeś bardzo wiele. Zdobyłeś obydwa bieguny z  Markiem Kamińskim, Kilimandżaro i  w  tym roku Elbrus – najwyższy szczyt Kaukazu. Założyłeś także własną fundację. Co cię motywuje do takiego działania?

Jasiek Mela: Motywują mnie ludzie, którzy mnie otaczają. Z  jednej strony są to osoby, którym naprawdę trzeba pomóc, bo pozostawiono ich samym sobie. Po przeciwnej stronie natomiast stoją mocno zakręceni ludzie, motywujący mnie do jeszcze większego działania. To mnie skłania, żeby zrobić krok w podobnym kierunku jak i oni. P.: Zachwycasz wszystkich swoją determinacją. Po tak ciężkim wypadku nie poddałeś się. Poznajesz nowych ludzi podobnych do siebie, którzy także nie mogą w pełni funkcjonować, a jednak z tym walczą. Nie da się ukryć, że jesteś z  nich wszystkich najmłodszy, jednak to ty stanowisz przykład do naśladowania. Jak to jest? J.M.: Myślę, że każdy człowiek niezależnie od wieku i  swojej sprawności fizycznej ma takie samo prawo do posiadania i  realizowania swoich marzeń. Dlatego, staram się żyć pełnią życia i pokazać innym, że zawsze jest to możliwe.

P.: W  2004 roku zdobyłeś wraz z  Markiem Kamińskim obydwa bieguny, a  miałeś zaledwie 15 lat. Jak wytrzymałeś te wszystkie trudy, pod względem fizycznym, no i mentalnym, bo była to przecież twoja pierwsza podróż? J.M.: Rzeczywiście, sam fakt tego, że ta podróż była pierwsza był bardzo trudny. Zupełnie nie wiedziałem czego mam się spodziewać, jak zareaguje moje ciało na wszystko to, co tam napotkam. Solidnie i skrupulatnie przygotowywaliśmy się do tej podróży przez półtora roku, tak, aby wszystko miało logiczny sens. P.: Idąc dalej tym tropem – najwyższy szczyt Afryki Kilimandżaro zdobyte wraz z  Anną Dymną. Czy przygotowywałeś się w inny sposób? J.M.: Tak. Dlatego, że oprócz treningów kondycyjnych potrzebne jest przygotowanie techniczne czy asekuracyjne na wypadek tego, gdyby w  górach wydarzyło się coś złego. Rzeczywiście są

Ciekawostki to zupełnie inne zakątki świata, niemniej jednak na naszym globie jest tyle miejsc, że w życiu nie zdołamy ich zwiedzić. P.: 30 grudnia ubiegłego roku, z  twojej inicjatywy została założona fundacja „Poza horyzonty”. Czym się w niej zajmujecie? J.M.: Chcę przede wszystkim dawać ludziom nadzieję. Pokazywać, że każde życie ma sens, ale jednocześnie pomagać w  sposób konkretny – zbierać pieniądze na protezy, pomagać w  pierwszej kolejności ludziom po wypadkach. P.: W  tym roku na przełomie lipca i  sierpnia wraz z  Łukaszem Żelichowskim i  Piotrem Pogoniem zdobyliście najwyższy szczyt Kaukazu – Elbrus. Co dalej? Może Mount Everest? J.M.: Tak naprawdę tu nie chodzi o  jakieś kolekcjonowanie szczytów. Jak na razie nie mam w  planach żadnej wielkiej wyprawy. Uważam, że jeśli coś ma być spektakularne tylko po to, żeby coś zdobyć, to nie ma to sensu. Nie chodzę w góry, żeby zdobywać kolejne szczyty, tylko po to, żeby coś pokazać. Dlatego nie mam zamiaru ich kolekcjonować, ale jeśli za daną wyprawą idzie jakieś głębsze przesłanie to i owszem. P.: Przed chwilą wysiadłeś z samolotu – przyleciałeś z  Nowego Jorku, gdzie przebiegłeś maraton. Było to doskonałe doświadczenie dla ciebie, jak się do tego odnosisz? J.M.: To jest tak, że maraton jest takim niesłychanym dystansem, bo przebiegnięcie czterdziestu dwóch kilometrów, jeszcze do niedawna wydawało mi się czymś absolutnie niewykonalnym. Dlatego, że jak mi mówiono wcześniej, od trzydziestego kilometra biegnie się głową, bo całe ciało przekonuje cię, że wymiękasz i  nie masz już siły. Podobnie jest ze wszystkim w  życiu, nasza siła tkwi w głowie. Jeśli jesteśmy przekonani, że damy sobie radę i się nie poddajemy, to możemy osiągnąć cel, jaki sobie postawiliśmy. P.: Co chciałbyś przekazać ludziom, nie tylko takim jak ty, ale i tym w pełni sprawnym? J.M.: Warto w  życiu szukać radości, warto mieć swoje pasje, niezależnie od tego czy jest to malarstwo, czy są to podróże. Trzeba starać się skupiać na rzeczach dobrych, bo w  życiu każdego człowieka są chwile dobre i  złe, ale to tylko od nas zależy, na których chcemy się skupić. Mateusz Adamiak Fot.: www.pozahoryzonty.org

15

Źrdo: www.akwarium.gdynia.pl


16

Galeria

17

Galeria

Adrian Jarosz

Gabriela WoĹşniak

Wojciech Obara

Iwona Denenfeld


Powtórne narodziny Kultu

Po kilku latach ciszy Kult wraca w wielkim stylu. We wrześniu wyszła „Hurra” – premierowa płyta ekipy Kazika Staszewskiego – a w listopadzie książka „Kult. Biała Księga – czyli wszystko o wszystkich piosenkach”. „Biała Księga” to prawie 600stronicowy, bogato ilustrowany album zgłębiający całą historię i twórczość Kultu autorstwa redaktora naczelnego czasopisma „Teraz Rock” Wiesława Weissa. O Kulcie i pracach nad książką z Kazikiem Staszewskim i Wiesławem Weissem rozmawiał Sylwester Zimon.

Kultura

PRESSJA: Jak wyglądały prace nad „Białą Księgą”? Słyszałem o  jakichś kosmicznych ilościach nagranych wywiadów, które się na nią złożyły. Wiesław Weiss: Nagrań rzeczywiście było sporo. W tej chwili już nie pamiętam dokładnie, ale około dwieście pięćdziesiąt godzin. W zasadzie wszystkie te rozmowy bardzo starannie spisałem. Z  samym Kazikiem rozmawiałem jakieś osiemdziesiąt godzin. Z  Jankiem Grudzińskim czterdzieści godzin. Z Morawcem chyba dziesięć godzin, ale więcej by się chyba nie dało. Oczywiście było to rozłożone na wiele spotkań (śmiech). Różnie to było. Samych muzyków Kultu z różnych składów wychodzi około dwadzieścia osób, a  rozmawiałem też z różnymi innymi osobami: z Jerzym Zalewskim – reżyserem filmu „Tata Kazika” – z  Anią – żoną Kazika – z  realizatorami nagrań czy z  szefami wytwórni płytowych, które wydawały Kult. Jednak nie wszystkich muzyków udało się znaleźć. Nie znalazłem Tadeusza Kisielińskiego – perkusisty jednego z pierwszych składów Kultu.

sty. Piosenka jest do słuchania z muzyką. Zresztą, w miarę wyraźnie śpiewam. Jedna z koleżanek mojej mamy mówiła, że wyraźniej ode mnie śpiewa tylko Michał Bajor. Teksty pojawiły się jeszcze na płytach z  piosenkami mojego ojca, ale to nie jest zwyczaj żebyśmy je drukowali. Ale jeżeli ktoś chce poczytać to odsyłam na naszą półoficjalną stronę staszewski.art.pl gdzie można znaleźć wszystko. P: Ostatnimi czasy było głośno o  wypłynięciu płyty „Hurra” przed premierą do Internetu. Czy wydanie „Białej Księgi”, która kosztuje 150 złotych, jest próba rekompensaty za straty wynikłe z kradzieży płyty? KS: Chciałem dodać, że to właśnie w Rzeszowie nasza płyta poszła w sieć. Książka nie jest żadną rekompensatą, bo mimo tego incydentu płyta Kultu sprzedaje się rewelacyjnie. Firma, z której nagrania wyciekły, poczuła się w  obowiązku zrekompensowania nam wszystkich szkód, jakie wynikły do momentu premiery. Po premierze to już nie kontroluje się podobnych historii. „Biała Księga” jest próbą napisania w pełni skończonego kompendium wiedzy o Kulcie i wyłącznie o to nam chodziło. P: No właśnie. Wydaliście nową płytę. Teraz jest książka, która podsumowuje całą działalność Kultu. Niektórzy mogą się obawiać, że może to być oznaka końca zespołu. KS: Nie. Większość ludzi chwali naszą ostatnią płytę, co mi schlebia. „Biała Księga” to absolutnie fantastyczna pozycja literacka i albumowa. To są jakby nasz powtórne narodziny. To dopiero początek Kultu. Rozmawiał: Sylwester Zimon

Pilot kulturalny KONCERTY:

WYTNIJ I ZACHOWAJ

P: Jak to jest możliwe złożyć tyle materiałów w spójną całość? WW: Ciężko było, ale jakoś się udało (śmiech). Prace nad książką trwały długo, bo jakieś półtora roku. Chociaż z drugiej strony to nie tak wiele, bo Leszek Gnoiński, który napisał ostatnio skromniejszą objętościowo książkę o zespole Myslovitz zwierzył mi się, że pracował nad nią cztery lata. Kazik Staszewski: Chciałbym dodać, że pomysł napisana książki padł ze strony Wieśka w grudniu 2007 roku, więc przejście od pomysłu do przemysłu zajęło nam dwa lata. Od razu podszedłem do „Białej Księgi” z dużym entuzjazmem. Postawiłem tylko jeden warunek, żeby książkę wydało wydawnictwo mojego syna (Kosmos Kosmos – przyp. red.) co się udało. P: Może warto pójść teraz krok dalej i  napisać książkę „Wszystko o wszystkich piosenkach Kazika”? KS: Od razu zaświtał mi w głowie taki pomysł, ale dajmy sobie teraz trochę luzu. Chciałbym, żeby coś takiego nastąpiło w  przyszłości. Musimy poczekać. Tak samo, jak musimy teraz poczekać na jakąkolwiek moją nową płytę. Nagranie „Hurry” kosztowało mnie sporo wysiłku, zwłaszcza, że przyjąłem na siebie wiele obowiązków, w których byłem absolutnym debiutantem (Kazik był producentem płyty – przyp. red.). Z  kolei, mimo, że Wiesiek był główną siłą sprawczą książki, to też przy niej uczestniczyłem. Teraz się trzeba trochę poobijać żeby z  nową energią przystąpić do robienia nowych rzeczy. P: Chciałbym się dowiedzieć, dlaczego na płycie „Hurra” nie pojawiła się książeczka z  tekstami? Czy to znak, że muzyka jest ważniejsza od słów? KS: Stoję na stanowisku, że piosenka to piosenka. To nie jest wiersz wyrwany z  kontekstu muzycznego, który można czytać. Za wyjątkiem płyty „Your eyes”, nad której stroną artystyczną czuwał Marek Kościkiewicz i  Bartek Szałański, który robił okładkę i  zamieścił teksty, na co nie zwróciłem wtedy uwagi. To na żadnej płycie Kultu nie pojawiły się tek-

Fot.: Sylwester Zimoń

Kultura

Fot.: Sylwester Zimoń

18

18.12.2009 godz. 19.00 – Kult – Klub Live, Rzeszów 18.12.09 godz. 20.00 – Marcelle Spirit – Pub Wenecja, Łańcut 19.12.09 – Yank Shippers – Tawerna Żeglarska, Rzeszów 19.12.09 – Donguralesko DGE – Klub Estrada, Krosno 19.12.09 godz. 18.00 – Pampeluna – Klub Szklarnia, Sanok 19.12.09 godz. 20.00 – Tymon & Transistors – Pani K, Sanok 29.12.09 godz. 18.00 – Girls Overcome By Satan, Pan Trup – JazzRock, Stalowa Wola 12.01.2010 – Creative Act Of Music Tour: Virgin Snatch, Thy Disease – Od Zmierzchu Do Świtu, Rzeszów 15.01.10 – Lao Che – Klub Studio, Mielec 16.01.10 godz. 19.00 – Rootwater, Tug Boat, Still Life – Klub Szklarnia, Sanok 23.01.10 godz. 20.00 – Piosenki Marka Grechuty i Jonasza Kofty: Michał Bajor – Samorządowe Centrum Kultury, Mielec 28.01.10 – Maciej Maleńczuk, Psychodancing - Rymanów 29.01.10 godz. 19.00 – The Dreadnoughts, KBTW?, Odloty Starej Cioty – Pod Palmą, Rzeszów 31.01.10 godz. 20.00 – The Cold Existence, Chain Reaction – Rock Klub Iron, Krosno

Filharmonia im. Artura Malawskiego:

1.01.10 godz. 18.00 – Koncert Noworoczny – Orkeistra Filharmonii Rzeszowskiej – Sala Instytutu Muzyki UR 7.01.10 godz. 10.00 i 12.00 – Koncert z cyklu: „Młodzi Miłośnicy Muzycy” – Chór Chłopięco – Męski „Pueri Cantores Resovienses” – Katedra Rzeszowska 8.01.10 godz. 19.00 – „Śpiewamy kolędy z  Filharmonią Rzeszowską” – Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Rzeszowskiej – Kościół Matki Bożej Saletyńskiej w Rzeszowie 15.01.10 godz.19.00 – „Viva la Fiesta” – Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Rzeszowskiej, repertuar: G. Gimenez – La Boda de Lusi Alonso, E. Lalo – Symfonia hiszpańska d–moll op. 21 21, 22.01.10 godz. 19.00 – Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Rzeszowskiej, w  programie: F. Lehar, I. Kalman, J. Offenbach – Sala Instytutu Muzyki UR


Pressja poleca

Pilot kulturalny

Agnieszka Chylińska „Modern rocking” Wyd. EMI, październik 2009

8.01.10 godz. 19.00 – „Pan Tadeusz” – reż. Irena Jun, wyk. Joanna Baran, Robert Chodur 10.01.10 godz. 16.00 – „Moja córka moja miłość” – autor: Jean – Claude Sussfeld, reż. Remigiusz Caban, wyk. Barbara Napieraj, Piotr Napieraj 14.01.10 godz. 19.00 – „Wszystko co wiem o  mężczyznach i  kobietach” – autor: Nadieżda Michajłowna Ptuszkina, reż. Szymon Kuśmider, wyk. Małgorzata Machowska, Beata Zarembianka 17.01.10 godz. 18.30 – „Sługa dwóch panów” – autor: Carlo Goldoni, reż. Waldemar Matuszewski, wyk. Joanna Baran, Anna Demczuk 23.01.10 godz. 16.00 - „ O  dwóch takich co ukardli księżyc” – autor: Kornel Makuszyński, adaptacja i reżyseria: Cezary Domagała 26.01.10 godz. 18.00 - „ Mój boski rozwód” – autor: Geraldine Aron, reżyseria i scenografia: Grzegorz Mrówczyński, obsada: Anna Demczuk

WSIiZ:

15.12.09 – „Day of Iran” – Studenci z Iranu – Klub Uczelniany 14.00-16.00 16.12.09 – „Persowie i Partowie – starożytne potęgi wschodu” – Maciej Milczanowski – sala A-104, 10.30-11.30 17.12.09 – „Wigilia w  międzynarodowym gronie”- Studenci Koła Naukowego IBnC – sala A-53, 17.00-18.30

KINO / PREMIERY: HELIOS:

25.12.09 – „Avatar” – Science-Fiction, prod. USA, czas: 166 min. 1.01.10 – „Artur i zemsta Maltazarda” – animowany, prod. Francja, czas: 94 min. 1.01.10 - „ Raj dla par” – komedia, prod. USA, czas: 113 min. 8.01.10 - „ Ciacho” – komedia, prod. Polska, czas: 100 min.

ZORZA:

25.12.09 – „Avatar” – Science-Fiction, prod. USA, czas: 166 min.

WYTNIJ I ZACHOWAJ

Teatr im. Wandy Siemaszkowej:

HEY „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!” Wyd. QL Music, Październik 2009 Nowy album HEY to zupełne zaskoczenie. Ascetyczna okładka, masa elektroniki, zupełnie inny niż zazwyczaj śpiew Kasi Nosowskiej i świetne popowe aranżacje. Pomimo braku gitarowego czadu „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!” to płyta godna uwagi. Ciężko porównać nowe dzieło HEYa do starszych dokonań zespołu, bo to zupełnie inna bajka. Nosowska śpiewa łagodnie i  popowo, przestery w  gitarach zarastają kurzem, a tony elektroniki sprawiają, że nie możemy rozpatrywać tego albumu w  kategorii rocka. „Miłość…” to płyta bliższa solowym dokonaniom Kasi Nosowskiej, choć jest od nich lepsza. Oprócz ambitnego popu, jak zwykle, znajdziemy tutaj dobre, osobiste teksty, do których zespół od dawna nas przyzwyczaił. Ciekawym pomysłem jest nietypowe podejście do kwestii okładki płyty. Każdy może wpłynąć na jej kolorystykę i  odświeżać jej design. Jednak nadużywanie tej możliwości może doprowadzić do rozklejenia digipaku, co mnie – niestety – spotkało. Sylwester Zimon

21

Pressja poleca

Nowa twarz Chylińskiej. Zdecydowanie bardziej modern niż rocking. Można zaryzykować stwierdzenie, że szpony zastąpione zostały tipsami. Agnieszka Chylińska swoim nowym albumem wchodzi na popowe salony, gdzie królowały wcześniej Reni Jusis czy Natalia Kukulska. Już w utworze otwierającym „Modern rocking” Chylińska śpiewając „starej mnie już nie będziesz mieć” daje znać, że rockowe korzenie to – niestety – przeszłość. O.N.A. to rozdział zamknięty na dobre. Nowa Agnieszka śpiewa delikatnie i subtelnie, charakterystyczna chrypa pojawia się w  ilościach śladowych. Nie jest to płyta zła, ale na pewno szokuje. Melodie są nawet niezłe, ale najgorzej na całym albumie wypadają teksty. Miłosne piosenki, w których słowo „kocham” i jego odmiany występują w lawinowych ilościach wywołują u mnie mocno ambiwalentne uczucia. Słuchając „Modern rocking” aż boję się pomyśleć, jaki będzie kolejny album Chylińskiej. Plusem tego albumu jest na pewno ciekawa realizacja, dobry wokal i odkrycie kobiecej strony natury, jednak wolałem starsze dokonania Agnieszki. Sylwester Zimon

Dead To Me „African Elephants” Wyd. Fat Wreck, Listopad 2009 „African Elephants”, drugi album Dead To Me z San Francisco, jest niczym dobra składanka. Rozrzut inspiracji muzyków, jakie da się tu usłyszeć jest bardzo szeroki. Chłopaki zaczynają od reggaeowego duba, później słychać echa Ramones, The Clash, Bad Religion i Alkaline Trio, a płytę zamyka numer w  klimacie starej Nirvany. Dead To Me to dobrzy muzycy i  mają fajne kompozycje, ale niestety niewiele tu oryginalności. Trzynaście kawałków zawartych na „African elephants” to podróż po całej rozciągłości amerykańskiego punk rocka. Nie jest to jednak najbardziej melodyjna odmiana tego typu grania. Dead To Me najwięcej wspólnego mają z  melancholijnymi Alkaline Trio – podobne linie wokalne i  melodykę. Chociaż rockowe wpływy też są tu widoczne. Słychać, że Dead To Me wciąż poszukują swojej drogi, ale ten band może w przyszłości sporo namieszać. Sylwester Zimon

Alain Mabanckou „African psycho” Wyd. Karakter, Wrzesień 2009 Kongijski pisarz Alain Mabanckou jest w  Polsce postacią niezbyt znaną. W zeszłym roku wydano „Kielonka”, a obecnie jego piątą, najgłośniejszą powieść „African psycho”. Jest to zarazem doskonale napisana, zabawna parodia „American psycho”, jak i książka o ponurej, afrykańskiej rzeczywistości.

także elementy ludowych zabobonów i  dziecinną wiarę, że duchy zmarłych wciąż wpływają na codzienne życie. Warto dodać, że nie jest to mroczny thriller o zabijaniu, ale raczej opowieść o  samotności, niespełnionych marzeniach i życiowej beznadziei. „African psycho” to powieść zabawna i  tragiczna zarazem. Jednak lekka konwencja i  styl pisarza sprawiają, że to jedna z tych książek, od których ciężko się oderwać. Sylwester Zimon

Autor przedstawia losy samotnika, Gregoire Nakobomayo, zafascynowanego legendarnym w  jego mieście seryjnym mordercą Angualimą. Gregoire jest jednak nieudacznikiem, który wciąż planuje w  jaki sposób doścignie swojego mistrza i zdobędzie sławę groźnego psychopaty. Los nie jest łaskawy dla kanciastogłowego Murzyna, dla którego nawet najprostszy występek jest zadaniem ponad siły. Mabanckou doskonale portretuje rzeczywistość Afryki. Przedstawia kraj, w którym nędza, alkoholizm, prostytucja, niepokoje społeczne i  zbrodnia są na porządku dziennym. Dodaje do tego


22

Pressja poleca

23

Filmoznawstwo This is it Trzydzieści pięć tysięcy kin w czterdziestu siedmiu krajach świata. Dzień 28-go października 2009 roku, zapisał się w historii muzyki jako globalne święto Michaela Jacksona. Tłumy przed kinami, kolejki przed kasami i temat główny większości dzienników, wszystko za sprawą premiery filmu This is it.

Arundati„Terapia narodu za pomocą seksu grupowego” Wyd. Czarna Owca, Czerwiec 2009 Kontrowersyjny tytuł i autorka ukryta za pseudonimem sprawiają, że czytelnik nie wie czego się spodziewać. Czy to jakiś wyuzdany poradnik czy psychologiczna analiza tematu? Nic z tych rzeczy. Niniejsza książka to zapis bloga, którego autorem jest – podobno – znana osoba ze świata polskiego show-biznesu. Jak możemy się domyślić po tytule, seks jest głównym tematem bloga Arundati. Seks, który przeczy stereotypowemu myśleniu, że niektóre rzeczy zdarzają się tylko w filmach porno. Autorka zaprzecza klasycznemu podejściu do kobiecej seksualności i prezentuje postawę przypisywaną przeważnie mężczyzną – czyste zaliczanie, bez zobowiązań. Co ciekawe, takie podejście do tematu oparte jest na fundamentach filozoficznych. Arundati nie jest jakąś zblazowaną nimfomanką – erudycja i oczytanie skapuje z każdej strony. Poparte jest to także dobrym piórem i talentem. Wydaje mi się jednak, że większa część opisywanych przeżyć to jakaś fantastyka. Gdyby książka wydana była pod prawdziwym nazwiskiem łatwiej byłoby to zaakceptować jako prawdę. Sylwester Zimon

Spike Lee, Aaron Perry-Zucker „Design for Obama. Posters for change” Wyd. Taschen, Listopad 2009 Barack Obama po wygranych wyborach prezydenckich stał się ikoną popkultury. Album „Design for Obama. Posters for change” potwierdza tą tezę. Znajdziemy w  nim dwieście wyselekcjonowanych plakatów popierających jego kandydaturę z USA, Europy, Ameryki Południowej i nie tylko. Wszystkie prace wybrane zostały ze strony designforobama.org wspierającej tego charyzmatycznego polityka Jak możemy się domyślać różni artyści uderzają w  różne nuty i  prezentują różne style. A  kalejdoskop wizerunków prezydenta USA jest wręcz zaskakujący. Znajdziemy tutaj Obamę, jako poważnego ojca narodu, jako wyluzowanego Murzyna z blokowiska, jako gwiazdę rocka, jako koszykarza czy jako czarnoskórego Abrahama Lincolna… Stylowo mamy tu wszystko, od karykatury, przez kolaże aż do graffiti. Nie jest to bardzo poważna i  nobliwa publikacja. Ciężar nastawiony jest tu ra-

czej na design niż politykowanie. Patos miesza się z  humorem i  zabawą formami. Nie da się ukryć, że stoi za tym konkretna opcja polityczna i  jest to album zaangażowany społecznie, ale brak to nachalności. Granice demagogii nie zostały przekroczone. Wybór plakatów poprzedzony został króciutkimi esejami autorów – reżysera i społecznika Spike’a Lee i designera Aarona Perry-Zuckera – oraz designera Stevena Hellera. Teksty przetłumaczono na trzy języki: angielski, francuski i niemiecki. Jednak ich długość sprawia, że nawet osoby niezbyt biegłe w  językach dadzą radę przez to przebrnąć. Warto też dodać, że artyści, których plakaty wykorzystano, nie pozostają anonimowi. Każdy z  nich został przedstawiony w  krótkiej notce na końcu książki. W Polsce podobna publikacja o polityku spotkałaby się raczej ze śmiechem czy z niechęcią. Chociaż gdyby jej bohaterem został Jan Paweł II to byłoby pewnie inaczej. Sylwester Zimon

Już w  dniu premiery film zarobił 2,2 mln dolarów. Widzowie wychodzący z kina bili brawa i rozprawiali o tym, co przed chwilą zobaczyli. Dzięki Kenny’emu Ortedze mogliśmy jeszcze raz przenieść się w świat MJ’a. Świat pełen scenicznej magii, charakterystycznych ruchów tanecznych, błyszczących kostiumów i  jedynego takiego głosu. Dokument ogląda się z zapartym tchem, bo niewiadomo, kiedy próba zostanie przerwana i  jakie ujęcie nastąpi później. Zapis treningów i  prób z  Los Angeles jest zapowiedzią tego, co by czekało na wielbicieli Króla Popu, gdyby koncerty doszły do skutku. Z  pewnością byłyby to jedyne takie w  historii. Długo nie będzie tournee na taką skalę i na takim poziomie, na jakim zapowiadały się koncerty Jacksona. Michael Jackson był profesjonalistą. MJ będzie do tej pory tłumaczył cierpliwie o  co mu chodzi, aby dźwięk był tak długi lub brzmiał tak, a nie inaczej, dopóki nie usłyszy tego, czego pragnął. Każdy gest Jacksona ma swój czas i miejsce. Nie ma tam nic przypadkowego. Każdy detal jest dopracowany, jest precyzyjny, jest dokładny. Staranność Michaela idzie w  parze z  radością, jaką wokalista czerpał z bycia na scenie. Nie było to chełpienie się wiwatami tłumu, ale prawdziwa satysfakcja z tego, co się robi i co się osiągnęło. Ta produkcja z  pewnością przyćmiła na chwilę spekulacje na temat operacji plastycznych artysty czy jego oskarżeń o  pedofilię, które tak skutecznie podburzały karierę. Jak każda gwiazda miał swoje „wyskoki”, przez które jego legenda, zaczynała się rozpadać. Odnosi się wrażenie, że Ortega chciał przez tą produkcję odwrócić uwagę od zniszczonego medialnego wizerunku muzyka i  po śmierci „Jacko” pozostawić to, z  czego

tak naprawdę był znany. I reżyserowi się to udało, bo wychodząc z kina skupiamy się na show, jaki miał się dokonać w  O2 w Londynie. Ale „Jacko” w  akcji już nigdy nie zobaczymy. Poza tym oczywiście, co kiedyś zarejestrowała kamera, u  progu sławy, w  teledyskach, jak i  kilka miesięcy przed śmiercią. Jackson z pewnością byłby dumny z tego, co Ortega wraz z ekipą zmontował z wielogodzinnych, być może czasem nudnych, ale na pewno wyczerpujących treningów. Wieloletnia przyjaciółka MJ, Elizabeth Taylor, po premierze, skwitowała dzieło Ortegi jednym zda-

niem: This is it jest genialne! Na swoim profilu na Twitterze zachwycała się produkcją Ortegi, która według niej pokazywała geniusz Michaela, proces przygotowań do trasy This is it oraz zdolności reżysera. O  zmarłych nie mówi się źle, więc może warto zapamiętać Jacksona jako pierwszego czarnoskórego wokalistę, którego klipy pokazywano regularnie w MTV, tego, który płytą Thriller ustanowił rekord sprzedaży oraz jako Króla Popu, którym przecież niezaprzeczalnie był i pozostanie jeszcze na długo. Weronika Kasza


24

Filmoznawstwo JA

Horror

księżyc w nowiu Hmm… Czy od razu powinnam skwitować film jednym zdaniem? Nie, lepiej zrobię to stopniowo. Twierdząc, że na premierę drugiej części kultowej powieści Stephanie Meyer czekał cały świat, myślę, że nie przesadzę. Im była bliżej, tym głośniej było o niej w mediach. Nic dziwnego, Zmierzch zawojował kino, a kolejne produkcje robione są pod wampiryczne historie. Wiele dni przygotowań, wysiłków by zaspokoić głód wielbicieli romantycznego horroru na dalsze, filmowe losy Edwarda i  Belli. W  Polsce premierę film miał dwudziestego listopada. Gdy wybiła godzina zero, każdy czekał aż wystrzelą fajerwerki, a perypetie niecodziennej pary będą wbijać w fotel. Na oczekiwaniach się skończyło, bo produkcja okazała się niewypałem. A  z  pewnością nie filmem na poziomie. Opisując po krótce fabułę – Edward (Pattison) po wypadku na przyjęciu urodzinowym Belli (Stewart), chcąc chronić ukochaną, porzuca ją. Dziewczyna nie potrafi odnaleźć się w  nowej sytuacji. Z  pomocą przychodzi Indianin Jacob (Lautner). Przyjacielskie więzy zdają się przekształcać i zacieśniać. Na drodze szczęśliwemu duetowi Bella-Jacob staje jednak Edward. W wyniku nieporozumienia, wampir postanawia popełnić samobójstwo, a  Bella musi zdążyć na czas (ze Stanów do Włoch), by nie dopuścić do złamania przez ukochanego zasad świata

wampirów, a co za tym idzie, do wykonania wyroku przez ród Volutri. Fabuła dobra, ale wykonanie gorsze. Za długie przerwy między kolejnymi kwestiami aktorów, trywialne dialogi. Brak napięcia, poza wydarzeniami we Włoszech, które stanowią jakieś dziesięć, może piętnaście minut całej produkcji. Przerysowana charakteryzacja, wręcz karykaturalna. Złote soczewki „wampirów-wegetrian” są widoczne z  daleka, tak, jak i  szkarłatne wampirów żywiących się ludzką krwią, a blada cera wydaje się jeszcze bledsza niż w  poprzedniej części. Pierwsze skrzypce w  tej części grał Jacob. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że posiada gen, dzięki któremu zmienia się w wilka. Racja, fragmenty z wilkami też są dynamiczne. Oprócz nich jednak, nic tak naprawdę się nie dzieje. Bella usiłuje poradzić sobie z  niespodziewanym odejściem Edwarda, ale przeciągające się sceny jej depresji są nużące. Chris Weitz, reżyser, miał najwidoczniej taką wizję tej części sagi. Może nie udało się jej do końca zrealizować albo skupienie się na miłosnym, ale smutnym trójkącie, odwróciło uwagę od tego, co przyciągało przynajmniej w  książce. Nie po raz pierwszy można się przekonać, że książka góruje nad filmem oraz, że sequele to najgorsze części kontynuacji filmów. Twórcy być może chcieli jechać z  górki na napędzanym sławą Zmierzchu wózku. Polegając tylko na sukcesie wcześniejszej części, mogli pozwolić sobie na tak kiepski film, bo i tak ludzie wybiorą się do kina, a  co za tym idzie, film na siebie zarobi. Niektórym na pewno nie przypadnie do gustu moja krytyka, gdyż będą uważać, że film jest dobry. Jasne, każdy ma swoje zdanie.

w Rzeszowie

Na ulicach Rzeszowa coraz częściej słychać o sekcie, która pod przykrywką zabiegów medycznych próbuje zawładnąć umysłami nieświadomych ludzi. Czy należy się bać? Na razie raczej nie, bo to pomysł na film studenta WSIiZ`u – Artura Hippe. O tym, co sądzi o polskim kinie, jego projekcie i planach na przyszłość dowiadywał się Krzysztof Kobylarz.

Dla osób po piętnastym, szesnastym roku życia raczej nie polecałabym Księżyca w nowiu. Wydaje się być stworzony tylko, by wypełnić lukę, którą oczekiwaniem stworzyli fani. Produkcja czysto komercyjna i  skierowana do niedojrzałych emocjonalnie nastolatek zauroczonych Pattisonem czy Lautnerem. Nie sposób nie podziwiać mięśni Jacoba (Lautner), ale epatowanie nimi przez cały film, to przesada. A bladolicy Edward? Wcale nie wygląda by całowanie Belli sprawiało mu przyjemność, gdyż jego miny wskazują raczej na udręczenie. Kwitując – nie ma czego polecać. Lepiej przeczytać drugą część sagi, niż wybrać się na ekranizację. Wydaje się, że własna wyobraźnia może nam zafundować lepsze widowisko niż obraz wyreżyserowany przez Weitza. Weronika Kasza

25

Filmoznawstwo

Pressja: Możesz powiedzieć skąd u Ciebie wzięła się pasja do kina? Artur Hippe: W  sumie wszystko zaczęło się od warsztatów filmowych, chociaż wcześniej zdobywałem „doświadczenie” nagrywając wraz z siostrą film na osiedlu. Był to film science fiction, o zombie. Jednak nigdy nie został ukończony, ze względu na brak czasu i sprzętu. Chęci zabrakło, ponieważ rozpoczął się rok szkolny i nie mieliśmy czasu. P: Masz jakieś doświadczenie na polu reżyserskim? A.H.: Nie, obecny projekt to moja pierwsza prawdziwa próba. Można powiedzieć, że rzuciłem się na głęboką wodę (śmiech). P: Co mógłbyś zatem powiedzieć o tym projekcie? A.H.: Przeczytałem kiedyś o  pewnym plemieniu, swego rodzaju sekcie, która sprawowała kontrolę mentalną nad ludźmi. Chciałbym wprowadzić to we współczesną scenerię, w  której pewna grupa ludzi wykorzystuje zapomniane rytuały, by mieć władzę nad ludźmi. Grupa ta,

miałaby na celu odnowienie swojej religii i zdobycie władzy. Fabuła ma opierać się na istnieniu sekty lunarnej, która pragnie wznowić praktyki słowiańskie. Wierzono we sprawczą moc Księżyca, który jakoby miał władzę nad umysłem ludzi. Jednakże sposób na stworzenie filmu jest dość innowacyjny, ponieważ nie będzie pokazany z  perspektywy zwykłego bohatera, a członków kultu. P: Jak zatem zamierzasz przekonać odbiorców do obejrzenia tego filmu? A.H.: Na początek muszę przekonać aktorów (śmiech). W późniejszym czasie chcę się skoncentrować na promocji filmu i uzyskaniu pieniędzy od sponsorów. Nie ukrywajmy, iż jest to pewna reklama dla miasta i pieniądze na projekt na pewno mogą się znaleźć. P: Czy kontrowersyjny pomysł jest Twoim jedynym sposobem na osiągniecie sukcesu? A.H.: Czy mój pomysł jest kontrowersyjny? Mówimy o sekcie która modyfikuje mózgi ludzi, czy to poprzez zabiegi medyczne, czy poprzez hipnozę. Chciałbym, żeby to był film psychologiczny, a  nie krwista jatka, której jest pełno w dzisiejszych czasach. P.: Gdzie będą kręcone zdjęcia i kiedy? A.H.: Spotkania organizacyjne będą się odbywać dwa, trzy razy w  tygodniu. Myślę o ujęciach na terenie Rzeszowa, jednak nie wykluczam okolic miasta i  Tarnowa. Jednak na razie są problemy z  transportem, ponieważ chcemy minimalizować koszty. P.: Gdzie będzie można zobaczyć Twój film? A.H.: Na pewno w  kinie offowym organizowanym przez WDK. Możliwe, że na różnych tego typu festiwalach. Chciałbym tym filmem trafić do odbiorców, liczących na ambitne, psychologiczne kino.

P.: Jesteś nastawiony bardziej na sukces, czy działanie w  undergroundzie? A.H.: Czas pokaże, bo szczerzę mówiąc nie nastawiam się na nic. Wolę być realistą, niż wierzyć w wielki sukces. To są początki, więc jestem nawet nastawiony na to, że może nic nie wyjść. Należy brać pod uwagę wszystko, zarówno dobre strony, jak i te negatywne. Nie ukrywam, że byłbym bardzo zadowolony, gdyby coś z tego wyszło. Jednak zależy to również od aktorów i ich poświęcenia. P.: Jesteś nie tylko początkującym reżyserem, ale również zajmujesz się muzyką. Gdzie Cię można usłyszeć? A.H.: Można mnie usłyszeć w Internecie ale grałem ostatnio na dniach swojego osiedla. Natomiast na co dzień komponuje w undergroundzie. Tworzę muzykę, bo jest to moja największa pasja. Ostatnio nagrałem swoją pierwszą płytę, która od początku zrobiłem sam od podstaw. Sam stworzyłem okładkę, muzykę, mastering. P.: Zatem reżyseria, czy muzyka? A.H.: Na dzień dzisiejszy na pewno muzyka. W  reżyserii chcę się jedynie sprawdzić. Z  muzyką jestem natomiast związany od dziecka, także tutaj nie ma żadnego porównania. P.: Co sądzisz o polskim kinie? A.H.: Można je podzielić na kicz i  artyzm. Zauważyłem, że współczesne komedie są tak naprawdę identyczne i mówią o tym samym. Każdy film nastawiony na sukces jest, według mnie, niewypałem. Takie kino jest przesiąknięte seksem i wulgarnością. Jednak w  filmach takich jak „Jasminium”, można zauważyć, że jednak prawdziwa sztuka nie umarła w polskim kinie. P.: Twoja dewiza na życie? A.H.: Wystarczy chcieć. Tekst: Krzysztof Kobylarz Fot.: Gabriela Kowalska


26

Akademia WF

żebym nie przebiegła minimum 10 km bez względu na pogodę czy przejechała na rolkach dystans 20 km. Kiedy zaczyna się zima i  pada śnieg przerzucam się na biegówki. Natomiast każdy zimowy weekend spędzam na nartach, bo to jest mój pierwszy sport. Dzień zawsze kończę o 22:00, bo czasami przyznam się, że mogę nie zjeść posiłku, ale sen jest dla mnie najważniejszy. P: Pokonała Pani w  maratonach wiele kilometrów, kiedy i gdzie odbędzie się następny Pani udział w  tego rodzaju imprezie? B.P.: Jeżeli chodzi o  plany na przyszłość, to jeżeli wylosuje mnie komputer, to za równy rok będę brała udział w Maratonie Nowojorskim – będzie to ukoronowanie moich dotychczasowych osiągnięć. W  styczniu będę miała okazję przebiec 70 km, tym razem w biegu narciarskim. Po raz kolejny będę też miała okazję brać udział w  drugiej na świecie pod względem prestiżu imprezie, która nazywa się Marcialonga. P: Pani życiowe motto? B.P.: Carpe diem. Trzeba maksymalnie wyciągnąć z dnia to, co jest dobre i to, co nam sprawia radość. Korzystaj z dnia jakikolwiek by ten dzień nie był.

sportsmenka

PRESSJA: Ma Pani 66 lat i  wciąż siłę na nowe wyzwania, skąd u Pani tyle energii? Barbara Prymakowska: Przede wszystkim połączyłam swój zawód z pasją, czyli ze sportem. Nie da się odpowiedzieć na to pytanie banalnym stwierdzeniem, że ja ten sport kocham, bo kocham każdą formę ruchu. Właściwie nie ma takiego sportu, którego bym nie uprawiała, bo będąc studentką AWF w  Krakowie miałam głównie do czynienia z  narciarstwem, łyżwiarstwem, tenisem, pływaniem, natomiast lekkoatletyki nie lubiłam. Później przyszedł moment, gdzie złapałam bakcyla i  zaczęłam biegać. I teraz bez biegania czuję się tak, jakbym nie umyła zębów. Stało się to moją pasją, a człowiek w życiu musi mieć jakąś

Fot.: Gabriela Kowalska

Babcia

W ciągu ośmiu lat nie raz przebiegła wszystkie maratony, które odbywają się w Polsce. Później przyszedł czas na Europę – Berlin, Londyn, Paryż, Frankfurt, Wiedeń, Lahti. Za każdym razem plasowała się na wysokich pozycjach i zawsze była jedyną reprezentantką naszego kraju w swojej kategorii wiekowej. Jeśli szczęście dopisze, będzie miała okazję biec w jednym z najbardziej znanych maratonów na świecie – Maratonie Nowojorskim. O tym jak sport wypełnia jej całe życie opowiada Barbara Prymakowska – mistrzyni Polski w maratonie weteranów.

pasję, aby móc się realizować. P: Jak rozpoczęła się Pani przygoda z bieganiem? B.P.: To było nietypowe lato, ponieważ pogoda nie zezwalała na takie częste pływanie i  odczuwałam niedosyt ruchu. Zaczęłam, więc rekreacyjnie truchtać po okolicy. Biegając po stadionie „Błekitnych” (stadion sportowy w Tarnowie – przy. red.), spotkałam kolegę, który często wyjeżdżał na zawody i namówił mnie do udziału w  Mistrzostwach Polski Weteranów na dystansie 10 km. Z  początku nie wierzyłam we własne możliwości, ale po wygranej nastąpiła euforia i przyszła wiara we własne siły. P: Jaki jest Pani największy sukces? B.P.: Mistrzostwa Świata Weteranów w Lahti. Przywiozłam stamtąd brązowy medal. Byłam dekorowana wysłuchałam Mazurka Dąbrowskiego – była to piękna sportowa przygoda. Drugim takim sukcesem był moment, kiedy uczennica nie widząc

mnie, powiedziała do swoich koleżanek „zazdroszczę wam waszej nauczycielki od wf – ona wszystko potrafi i  uprawia każdy sport” – to stwierdzenie było podziękowaniem za całe moje 36 lat pracy nauczyciela. P: Co Pani daje uprawianie sportu? B.P.: Z  perspektywy czasu mogę powiedzieć, że sport dał mi zdrowie, a  to jest dla mnie sprawa pierwszorzędna. Ponadto uprawianie sportu daje mi ogromną radość, jest dla mnie jednym z sensów życia. Życzę sobie, żeby tkwić w tym biznesie aż do końca swoich dni. Dzięki temu nie odczuwam balastu wiekowego – czuję się bardzo młodo duchem i ciałem. P: Jak wygląda zwyczajny dzień Mistrzyni Świata Weteranów? B.P.: O  6:00 jestem już na pływalni i  przepływam kilka basenów, prowadzę gimnastykę w  wodzie z  kobietami, trzy razy w tygodniu jestem instruktorką dla seniorek w  klubie fitness. Nie ma dnia,

Źródło: www.tarnow.net.pl

27

Akademia WF

Źródło: www.tarnow.net.pl

Rozmawiała Gabriela Kowalska


Akademia WF

Poza zasięgiem

Z  dziewczynami spotkałem się w  rzeszowskim pubie „Od zmierzchu do świtu”, gdzie odbyła się pierwsza impreza klubu Bikini Riders. Na początek drobne rozczarowanie, bo dziewczęta skutecznie przeczą stereotypowemu wizerunkowi klubu motocyklowego – żadnych widocznych tatuaży, mało skórzanej odzieży i  absolutny brak bikini. Klub motocyklowy to prawie to samo, co zwyczajne kółko zainteresowań – stwierdza Dżastin, szefowa Bikini Riders. Pytam się, skąd pomysł na jego założenie? Polacy nie mają świadomości tego, że kobiety tak samo jak mężczyźni jeżdżą na motorach – odpowiada – w świecie motocyklowym jestem już od kilku dobrych lat. W  końcu padł pomysł żeby zrobić coś dla kobiet, zwłaszcza, że wszystkie spotykałyśmy się na zlotach. Niestety kobiety nie są traktowane w  świecie klubów motocyklowych na równych prawach. W  Polsce i  na świecie, nie mogą one stać się pełnoprawnymi członkami żadnego męskiego klubu. Jedyna alternatywa to: albo nie należeć do żadnego, albo zapisać się do jakiegoś przeznaczonego tylko dla kobiet. Nie jest to jednak taka łatwa sprawa, bo w  Polsce działają jedynie trzy: Queens Of Road, Amazons WMC i, od niedawna, Bikini Riders – chociaż pełna legalizacja tego ostatniego jeszcze nie nastąpiła. Dlaczego warto wstąpić do klubu? Daje nam to poczucie wspólnoty – mówi Dżastin –jesteśmy z  różnych miast

Podkarpacia, jesteśmy w  różnym wieku, mamy różne prace, a mimo wszystko coś nas łączy. Klub tworzy między nami pewne więzi. Wiemy, że możemy na siebie liczyć nie tylko na drodze. To nasza pasja. Motocykle to coś, co nadaje naszemu życiu sens, określa jego cel. Pozwala nam też spotykać ludzi, którzy dzielą ją z nami. Pozwala na chwilę zapomnieć o  wyścigu szczurów i  cieszyć się wolnością. Na chwilę obecną Bikini Riders liczy sześć pełnoprawnych członkiń, ale kolejne cztery dziewczyny starają się o  członkostwo. Co ciekawe okres kandydacki trwa aż dwanaście miesięcy. Przez ten czas taka osoba musi nam pokazać, że jej zależy i  że można na nią liczyć – wyjaśnia Iskra – musi wykazać się nie tylko na drodze, ale i w życiu codziennym. Oprócz tego wystarczy mieć ukończone 18 lat, kochać motocykle i – przede wszystkim – na nich jeździć. Rodzaj motocykla nie jest ważny. W klubie Bikini Riders dziewczęta jeżdżą zarówno na chopperach jak i ścigaczach. Na koniec pytam się o  nazwę. Wybrałyśmy Bikini Riders, bo ta nazwa

Fot.: Archiwum Bikini Riders

Bikini, pasja i motocykle Bikini Riders to grupa kobiet z Podkarpacia, których pasją są motocykle. Dziewczęta chcą założyć na wiosnę swój własny klub motocyklowy. Na ten pomysł wpadły mieszkające w Rzeszowie Dżastin i Iskra.

29

Felietonomia

kojarzy się z  kobietami – tłumaczy Iskra – można się z niej śmiać, ale jak ktoś zobaczy nas na drodze to zacznie nas traktować poważnie. Nie jeździmy w  bikini – dodaje Dżastin – propagujemy bezpieczeństwo. Zawsze nosimy pełen kombinezon i  kaski. Ja osobiście mam różowy. Aby skontaktować się z  dziewczynami wystarczy wejść na oficjalne forum Bikini Riders: www.bikini-riders.pl/forum lub znaleźć ich profil na portalu NaszaKlasa. Korzystając z  okazji dziewczyny chciałyby podziękować wszystkim, którzy je wspierają, w  szczególności klubowi Pirates of Roads. Sylwester Zimon

Herbata, szlafrok i telewizor. Reklamy, seriale, filmy. I tak co wieczór. Miał nas relaksować, oszczędzać wysiłku, a został obiektem do codziennych kłótni. Pilot do telewizora. Nie wierzysz? Spróbuj wyrzucić go do kosza. Wykonalne? Hipnotyzer i złodziej czasu. Ile razy odebrałeś telefon od przyjaciela odpowiadając „nie mam czasu”, siedząc przed telewizorem? Włączając pilota, obniżasz aktywność mózgu, wyłączasz się, rozleniwiasz… Można się od niego szybko uzależnić. Przeciętny człowiek ogląda telewizję pięć godzin dziennie. Rzadko kto jest w stanie przyznać się, że nie może żyć bez śpiewających gwiazd

Życiowy maraton Właśnie wróciłam z dłuższego spaceru z przyjacielem. Do głowy przyszła mi pewna myśl... Mianowicie – czy można mieć wszystko? A właściwie czym jest to “wszystko”? Wysokim wykształceniem, dobrą pracą? Wspaniałą rodziną? Całym światem?

Fot.: Archiwum Bikini Riders

czy serwisów informacyjnych. A  to wystarczy żeby stać się telemaniakiem. Ile godzin dziennie patrzysz w niebo? Odpowiedziałabym: godzin? chyba minut. Częściej obserwujemy zachowania bohaterów w M jak miłość niż spędzamy czas z  ukochaną osobą. A  wspólnie spędzony czas z bliskimi to ten przed telewizorem. Teraz mamy inne okno. A  w  nim cudze życie, kto z  kim i  dlaczego. Suche rozmowy bohaterów, którzy nie śpią, nie jedzą i nie piją. Marysiu, kocham Cię. Haniu, wybaczam Ci. A mimo tego przejmujemy się przygodami bohaterów, jak kiedyś losami sąsiadów, plotkujemy o gwiazdach jak o znajomych. Politycy obrzucają się błotem. Przełączasz. Mango reklamuje dziś po raz setny magiczną wyciskarkę do owoców, a  dzwoniąc w  przeciągu 10 minut dostaniesz ekskluzywne pudełko w  orientalnych kolorach. Przełączasz. Kolorowe japońskie stwory wrzeszczą jak opętane w bajkach. Dzieci, które oglądają telewizję od najmłodszych lat, mają problemy z  koncentracją. Zupełnie normalne jest, że dziecko naśladuje, to co widzi i słyszy.

Ale od ciebie zależy jakie dźwięki będzie wydawało na zakupach w  supermarkecie. Szatańskie i  nieludzkie okrzyki czy piosenkę z wieczornej dobranocki… Widz jest jak marionetka. Zmanipulowany przez sztucznie kreowane emocje. Jesteśmy dość wrażliwymi ludźmi, niepotrzebne nam dodatkowe bodźce. Zamiast oglądać z dziećmi Animal Planet, stań na łące i zobacz jak bocian zjada żabę. Trwa to dłużej niż program przyrodniczy, ale jest prawdziwe , bez zbliżeń i powtórzeń. Gwarancję masz taką że dziecko nie powie Ci „nudzi mi się”. Oczywiście, można byłoby się zgodzić, że telewizja miała spełniać rolę edukacyjną, lecz doszło do tego że stała się wyścigiem szczurów. Telewizja podlega prawom rynku i  uczestniczy w walce oglądalności. Nie do końca można uwierzyć, że życie bez telewizji jest prawdopodobne. Z braku jej i wraz z upływem czasu przestaję nam jej brakować . Korzystamy z Internetu, kina. Obracamy się w świeci informacji i bez trudu znajdujemy to co chcemy.

wi. Przyjaciele jak i  rodzina też przecież są dla mnie “wszystkim���. Nie inwestując w związek nie mogę oczekiwać, że będzie on owocny i doskonały. I tak od dawna dokonujemy wyboru. Wybierając jedną drogę musimy zrezygnować z  innej. Ale dlaczego? Skoro tak bardzo pragniemy mieć czy też osiągnąć wszystko. Jest wiele nieograniczonych perspektyw. Czy istnieje możliwość dokonania idealnego wyboru? A  może dano nam za dużo? W  jednym czasie nie możemy zjeść jabłka i  go mieć. Zatem, osiągnięcie wszystkiego wymaga czasu. Często gęsto instynkty decydują o  naszym wyborze. Później szukamy racjonalnego wyjaśnienia, dlaczego skusiliśmy się na ten krok a nie inny, lecąc jak ćmy do światła. A jeśli już zdobędziemy wszystko? Co dalej? Jest możliwe życie bez celu? Nie wyobrażam sobie tego. Jeżeli już schudnę te wymarzone 10 kg, zdobędę księcia z bajki, ukończę uczelnię z wyróżnieniem, będę pracować w  wymarzonej pracy na wymarzonym stanowisku, założę rodzinę, urodzę trójkę wspaniałych dzieci, a mój mężczyzna wybuduje piękny dom.

Co dalej? Konikiem napędzającym nasze działanie i życie jest ciągłe staranie się i dążenie do celu, aby osiągnąć więcej. Czuję się jakbym żyła w machinie. Mając swoją taśmę produkcyjną i pochłaniającą materię codzienności goniła za konkurencją? Byleby osiągnąć i  zdobyć to, co jest możliwe, to czego nie mają inni. A dzielenie się? Mając wiele możemy podarować coś swojego innym. Komuś, kto ma mniej. Cholerne zwierzęce instynkty. Lepiej zbierać wszystko do skarpetki. Jeśli damy komuś coś „naszego”, oddalimy się od posiadania “wszystkiego”. Jakże to prymitywne myślenie steruje ludzkim zachowaniem. Słowo “wszystko” jest jednoznaczne, ale po dodaniu do niego kilku innych wyrażeń nabiera tym samym wielu innych znaczeń i  już nie jest takie proste wyjaśnić sobie samemu, że posiadać wszystko czasem jest równe posiadaniu połowy lub części.

Adrianna Kucab

Fot.: Mateusz Głuszek

28

Od małego powtarzano mi, że mogę być w  przyszłości kim tylko zechcę, ale muszę się poświęcić nauce. Naukę wzbogaca się o doświadczenie, a później wspina się na szczeble kariery zawodowej. Poświęcając się rozwojowi kariery chcąc nie chcąc nie poświęcam za wiele czasu przyjaciołom, rodzinie być może i  chłopako-

Ewa Głuszek


Jaromir Bartman



Pressja