Issuu on Google+


Spis treści Marudzenie Helli 3 Kalendarz 3 Poezja

Kasia Lankof przecinek 5 Nej Tryba laurka 5 Łukasz Jaworski Spis cudzołożnic 6 Marcin Lenartowicz Konkurs „Jesienią czy zimą?” Zwycięzca: rozejm 7 Timothy. 8 Marcin Sztelak Zręby 9 Wróżenie z zewnętrzności 9 Ecce 10 Rysunek na deszczu 10 Roman Dyduch Skobel 11 Palimy się od końca (full circle) 11

2

Proza

Grzegorz Patroń Opanowanie Teda Simmonsa 12 Michał Matuszewski Różowa dziunia 22 Jan Maszczyszyn Bombkoń 27 Jarek Turowski Apostołowie upadłego świata 31 Antoni Nowakowski Tremo i obraz 36

POJEDYNKI NA miniatury: ZWYCIĘZCA Przemek Morawski Okulary doktora Mayera 52

W saloniku

Anaris Dla Kieszonki 56

Recenzje

Heather O’Neill „Kołysanki dla małych kryminalistów“ (Monika) 58 Magdalena Witkiewicz „Milaczek“ (Katarzyna Sternalska) 60

Herbasencja


Marudzenie Helli Święta, sylwester i 2013 rok za nami... Niektórzy już wrócili do rzeczywistości, niektórych czeka to lada moment... Powoli codzienność wraca też do saloniku. Nowy rok rozpoczęliśmy małymi zmianami w systemie recenzenckim. Od teraz będzie bardziej otwarty na nowych recenzentów i mniej eksploatacyjny w stosunku do tych z długim stażem. Mamy nadzieję, że zrobi to dobrze całemu salonikowi, ale jak wyjdzie w praktyce, przekonamy się najwcześniej w lutym. Poza tym na żadne noworoczne postanowienie się nie pokusiliśmy, ale za to w bardzo bliskich planach mamy rozpoczęcie sezonu konkursowego, prozaicy już mogą ostrzyć pióra. A teraz do rzeczy. Styczniowy numer Herbasencji niestety bez debiutantów (chyba, żeby liczyć Kasię Lankof w poezji). Mam nadzieję, że to nie jest wróżba na 2014 rok, bo nowe nazwiska witamy w magazynie z prawdziwą radością. Żeby nie marudzić - sprawdzona ekipa też jak najbardziej daje radę. W poezji na uwagę zdecydowanie zasługuje najwyżej oceniony wiersz minionego roku - „Palimy się od końca (full circle)“ Romana Dyducha, czyli portalowego Francy oraz zwycięzca konkursu poetyckiego „Jesienią czy zimą?“ - Marcin Lenartowicz i jego „rozejm“. W prozie do wyboru - do koloru: science fiction, humoreska, horror, obyczajówka i fantastyka, a do tego zwycięska miniaturka z naszego turnieju. Niby każdy tekst inny, a jednak łączy je jakaś wspólna nuta: próba zrozumienia tego, co niezrozumiałe. Wszystko powiedziane, nie zostało mi nic innego, jak kolejny raz życzyć Wam wszystkiego najlepszego w 2014 roku i zaprosić do lektury. Helena Chaos

Kalendarz

Wiosna, cieplejszy wieje wiatr!!

11.1.2014 (sobota)

ostatni dzień przyjmowania haiku w Ohayo gozaimasu, temat - klucz

13.1.2014 (poniedziałek)

ostatni dzień głosowania na drabble w Po-sto-słowiu“ temat - gender

31.1.2014 (piątek)

ostatni dzień na zgłaszanie propozycji do lutowej „Herbasencji“

Styczeń 2014

3


Kasia Lankof (kasialan) Urodzona w Krakowie, obecnie mieszka w Katowicach, gdzie studiuje medycynę na Śląskim Uniwesytecie Medycznym.

przecinek mówił że przeciągam się jakbym miała zaraz odlecieć wyrzucam ręce wysoko opuszczam bardzo powoli jak machnięcie skrzydeł w slow motion na końcu opadają mi dłonie nie mam wyjścia, jeszcze zostanę

laurka zasadziłam w pępku ziarno żeby starać się o nowe dziecko drążyłam jak w skale inkantacje szczęścia ale zakiełkowało za oknem

Nej Tryba (Nej) Nej, a dokładnie Natalia Ewa Julia Tryba, urodziłam się 10 grudnia 1994 roku w Tarnowie. Tutaj też się uczę. Pierwsze publikacje rozpoczęłam w Almanachu Młodych „Aspiracje” oraz na portalu literackim. Jestem współzałożycielką tarnowskiej Nieformalnej Grupy Aspiranci. Oprócz literatury interesuje mnie muzyka, fotografia i malarstwo. Sztuką wypełniam życiową przestrzeń.

Styczeń 2014

5


Łukasz Jaworski (tentyp) „U Polaków lubię jedno - ich język. Kiedy inteligentni ludzie mówią po polsku, wpadam w ekstazę. Jego brzmienie wywołuje we mnie dziwne obrazy, w których tle zawsze jest murawa z pięknej kolczastej trawy i buszujące w niej szerszenie i węże[...] Jestem tym, który zgubił się w tłumie, tym którego oślepiły syczące światła, jestem zerem, które widzi, jak wszystko wokół niego zostało zredukowane do farsy. Mijali mnie mężczyźni i kobiety w oparach płonącej siarki, odźwierni w wapiennej liberii rozwierający szczęki piekła, chwała wsparta na kulach, skarlała w obliczu drapacza chmur, doszczętnie przeżuta przez kolczaste szczęki maszyn. Podążałem wśród wieżowców w stronę chłodu płynącego od rzeki i widziałem między żebrami ich szkieletów światła strzelające w górę jak rakiety?“* Oczywiście kituję, żadnym zerem nie jestem, chyba, że jak trzy szalone zera, lubię oddychać i milczeć, patrzyć w sufit jednego dnia, a drugiego gdziekolwiek, tyle, z Bogiem, którymkolwiek. *Henry Miller

Spis cudzołożnic Starałem się, ale cóż nawet nie dotykam, więc jak mam czuć gdybym robił spis cudzołożnic zacząłbym od siebie przeleciałem wszystkie najlepsze opuszkami na papierze i kilka swoich jak Onan gdzie słowa miały mieć ten oka błysk wyblakł pozostał wstyd

6

Herbasencja


Marcin Lenartowicz (unplugged) Urodzony w Babilonie, w roku kota. Astygmatyk. Nie bez powodu nie opuszczający nigdy/przenigdy hermetycznych piwnic, czy najciemniejszych zakamarków pokoju, gdzie nie dociera żadne światło, a dźwięki zdają się być wyłącznie wyobraźnią. Koszmarem. Laureat wielu nieistniejących jeszcze nagród literackich, w tym Archanioła za rdzę. Doceniany głównie w pręgach, za nieposłuszeństwo, chęć do picia i nos - rosnący coraz bardziej w miarę rozwoju wypadków. Jeśli spotkasz go kiedyś na ulicy, pochyl głowę - to prawdopodobnie będzie ostatni ptak.

Konkurs poetycki: Jesienią czy zimą? Zwycięzca

rozejm bo niby skąd mógłbym wiedzieć? ja. bukiet chryzantem - koperta na asfalcie, przykryta szczelnie zastanawianiem się czy to owoc pracy rąk własnych, czy tylko przywilej. to, że śpię. że budzą mnie co chwil parę twoje rzęsy, gryzące mój policzek. piach i sól kamienna rozsypana pod włos, na którym przysiadło twoje rozbawienie. jesteśmy kwiatem, oknem i wspólnym porankiem framugą, z której próbujemy skoczyć w śnieg, który wyrósłby nam, na dłoni bądź na gardle jeśli ktoś spróbuje nam tego zabronić.

Styczeń 2014

7


Timothy. z mody na rozchodzenie zostały tylko reklamówki w bocznych lusterkach na drogach dojazdowych do obrzeży lasów którym potrzeba zimy żeby mogły wypięknieć opony z kolei są głodne i niezbyt nagrzane krótkim postojem przy murku za chwilę oderwane od rozmów będą mogły wykazać się scenariuszem kilku odcinków autostrady coś tam jeszcze piszczy z tyłu nie pozwala na rozejm z sumieniem pozamiatanym pod dywan z traw coś w końcu jest synonimem niezależności z garstki pozostałych można by złożyć puzzle i podarować je kruszynkom tak żeby miały trochę zabawy tuż przed znudzeniem *** z mody na rozchodzenie zostały tylko reklamówki w bocznych lusterkach teraz bardziej opłaca się mówić że wszystko będzie okej

05-07-2010. Jagoda Mornacka. (pseudonim - przyp. red.)

coś tam jeszcze piszczy z tyłu nie pozwala na rozejm z sumieniem pozamiatanym pod dywan z traw Herbasencja 8


Marcin Sztelak (Marcin Sz) Urodzony w 1975 roku, obecnie mieszka we Wrocławiu. Interesuje się poezją i ogólnie literaturą, historią, szczególnie starożytną. Pisze od zamierzchłych czasów podstawówki, ale na ujawnienie zdecydował się około 4 lat temu. Członek Grupy Poetyckiej Wars, uczestnik II Warsztatów Poetyckich Salonu Literackiego w Turowie oraz 18 Warsztatów Literackich Biura Literackiego we Wrocławiu. Jak na razie najpoważniejszym osiągnięciami są: wyróżnienie w XVII Konkursie Poetyckim im. Marii Pawlikowskiej-Jasnorzew-skiej i VI Ogólnopolskim Konkursie „O Wawrzyn Sądecczyzny“, oraz wyróżnienie w III Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim „O granitową strzałę”, wyróżnienie w VIII Ogólnopolskim Konkursie Literackim „O Kwiat Azalii”, wyróżnienie w VII Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Zdzisława Morawskiego. Jeden z ośmiu finalistów V OKP „O granitową strzałę”. Jego wiersze drukowano w tomikach pokonkursowych oraz almanachach. W grudniu 2012 roku został wydany jego debiutancki tomik pt. „Nieunikniona zmiana smaku” (nakładem krakowskiego wydawnictwa Miniatura).

Zręby Genialny filozof wyjaśnia istotę rzeczy na przykładzie styropianowych kulek. Nudy. Wszyscy ziewają. Wsadzi je sobie do nosa - z sali; wybuch śmiechu. Wyraźne ożywienie, wbiega kobieta w średnim wieku. Pożar - przeciągły wrzask; panika. Ciało uderza o ciało, kulki spadają z biurka. Buty - ideał na miazgę, prelegent skacze oknem; parter. Gęste krzaki, krew z zadrapań. Trzy godziny, dwadzieścia osiem minut - bez symboliki, budynek dogasa; zgliszcza. Nagi fundament.

Styczeń 2014

Wróżenie z zewnętrzności Kiedyś zabraknie rzeczy, będziemy ronić łzy. Prawdziwej rozpaczy. Rzewność zaleje męski pierwiastek, w trzeciej szufladzie, obok skarpet. Kobiety w bieliźnie opiętej na pośladkach będą zapraszać na łyk herbaty. Beznadziejnie. Nikt już nie napisze poematu, najlichszego erotyka. Prawda ciała zastąpi słowa. Te ostatnie sczezną. Pomijając może modły mizoginów o powiększenie fallusa. I utwardzonych w wierze o plagi. Wszelkie, na czyjekolwiek głowy. A ty zaczniesz się bać jej ust. O wiele za późno. Skazany na zatracenie.

9


Ecce W geście rozpaczy zapuszczamy rzednące włosy. Wykwintnie tatuujemy przedramiona, później opowiadając bajki z erotycznym podtekstem. Albo finansowym. Przykładowo: Ostatni zdobywca Bretanii nie lubił fasolki. Przez dokuczliwe wiatry nie wchodził na okoliczne wzgórza. Nagie jak je pan Bóg stworzył. Zabawa w dorosłych kończy się nieprzespanymi nocami. I zasupływaniem zaskórniaków. W nierozwiązywalne dylematy. Okresowo pustym garnkiem i tęsknotą, bez nazwy. Za oknem przetacza się życie, a nam się nie chce wstać z fotela. I zaciągnąć zasłon.

Wykwintnie tatuujemy przedramiona, później opowiadając bajki z erotycznym podtekstem. Albo finansowym. Rysunek na deszczu Pada, mężczyzna bez nazwiska wznosi modły, monotonnie kiwając głową. Dawniej mógłby być szaleńcem boga, dziś gram z nim w karty w kompletnych ciemnościach; wszystko mija, chociaż dziecko we mnie natrętnie szepce: daj kredki, narysuję przyszłość. Nie, mały - spójrz, kolor spływa i wsiąka, niezależnie jak pięknie śnimy.

10

Herbasencja


Roman Dyduch (Franca) Mam 46 lat. Urodziłem się w Polsce. Od 9 lat przebywam za granicą. Piszę głównie o problemach które umykają ludziom w życiu codziennym (liryka), i fantastyka - lekko oparta o mistycyzm i wiarę głoszoną przez kościół (mam negatywny stosunek do instytucji).

Skobel to umieranie nie jest takie złe wiesz zawsze możesz mieć żal do mnie o to że z nią odszedłem od ciebie

Palimy się od końca (full circle) - gdzie odchodzisz? Nakłuwasz światło, stawiając obcasy w pośpiechu pomiędzy cieniem a trzaskiem zapałki. Dziwny rodzaj piękna w pytaniu o radę skłania usta od kłamstwa. Wstyd przychodzi później na szpilkach. Wyraźny i kosztowny kształt, pokochany trwaniem, długością papierosa. Marlboro? Setki? Niestety, nie mamy od roku. Tak mówią, wszędzie. Szukałem. W nadprożach, zaułkach ulicy, za sumę czasu i innych przyjaciół. Tak mało prawdopodobnych chwil bez oddechu, kroków zanikających za rogiem. Dzisiaj napiszę o drogach światła i cieniach. Tylko nie pytaj, czy mam ochotę zapalić; wiesz, że tak. Powiedz -

Styczeń 2014

11


Grzegorz Patroń (GaPa) Urodzony w 1975 r. w Krasnymstawie, wyznawca Philipa Kindreda Dicka. Adres email: gpgapa@gmail.com

Opanowanie Teda Simmonsa

science fiction

1.

Ted Simmons popchnął ciężką stalową żaluzję do góry, wyprostował się z widocznym wysiłkiem, wziął głęboki, szybki oddech, po czym wyszperanym w kieszeni kluczem otworzył drzwi. Czujnym, gospodarskim spojrzeniem obrzucił wnętrze i wyraźnie powiedział: „Śpiewak rad okapu dynamo anyżem“. Odczekał, aż umieszczona pod sufitem czujka błyśnie na zielono, by - znów z niejakim trudem - przy pomocy prostego mechanizmu wciągnąć osłony chroniące okna. Wsłuchiwał się przez chwilę w uspokajający poranny gwar ulicy, stojąc nieruchomo, z głową wyciągniętą jak u surykatki, aż zgarbił się i podszedł do lady. Usiadł na drewnianym, niewygodnym krześle, przejechał dłońmi po twarzy, a następnie splótł je na piersiach i zamarł w bezruchu. Po kilku minutach potrząsnął głową. Wstał, klasnął głośno, po czym energicznie otworzył kasę fiskalną. Był to nowy model, niedawno zainstalowany, którym zastąpił niezawodną, kilkunastoletnią poprzedniczkę. Ten miał certyfikat rządowy i w czasie rzeczywistym, za pomocą sieci energetycznej, przesyłał informacje o dokonanych transakcjach do wymaganych prawem baz danych. Ted wyciągnął - zużytą może w połowie - rolkę papieru, umieścił ją w szufladzie, rozpakował nową. Nie robił tego powoli, nie dałoby się go również posądzić o pośpiech, po prostu wykonywał tę czynność. Spodziewał się pewnych problemów, gdyż nie wymieniał jeszcze materiałów eksploatacyjnych w tym modelu, jednak po kilku nieudanych próbach zmarszczył czoło i spojrzał zdumiony na urządzenie. - To nie może być przecież takie trudne - bąknął do siebie zirytowany. Zaczął dokładnie oglądać mechanizm. Z boku maszyny znajdowała się niewielka naklejka, wyglądająca jak fragment instrukcji. Dotknął jej i cofnął się zaskoczony, bowiem ze znaczka na blat padła wiązka światła. Najpierw wyświetlono logo producenta, a potem proste menu. - Hm, sprytne - mruknął i ostrożnie postawił palec w miejscu, gdzie dostrzegł ikonkę rolki papieru. Faktycznie, zobaczył kilka slajdów podpowiadających jak dokonać wymiany, jednak ewidentnie brakowało paru kluczowych. Wyłączył i uruchomił ponownie urządzenie, raz jeszcze wywołał instrukcję. Bez zmian. Sprawdził pozostałe opcje, ale nie znalazł nic pomocnego.

12

Herbasencja


Sięgnął po telefon i wybrał numer umieszczony małymi cyframi na naklejce z logo. Po kwadransie zmagań z automatyczną centralką uzyskał w końcu połączenie z żywym konsultantem. Uśmiechnięta młoda dziewczyna spojrzała na niego z sympatią. - SiTech, czym mogę służyć? - Nie mogę sobie poradzić z wymianą rolki papieru termicznego w tym nowym modelu kasy odparł. Wskazał ręką urządzenie. - Czy mógłby pan skierować kamerę aparatu dokładnie na tabliczkę znamionową? Najlepiej z dystansu około piętnastu, dwudziestu centymetrów - powiedziała spokojnym, przyjemnym głosem. Spełnił jej prośbę, a po chwili usłyszał: - Przykro mi, panie Simmons, ale nie mogę udzielić panu pomocy. - Ale jak to? Kasa... - Ustawa o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji. Obok pańskiego sklepu znajduje się nowoczesna placówka sprzedaży, APOS, z którą jesteśmy powiązani kapitałowo, wszelka więc pomoc udzielana panu może zostać, i z pewnością zostanie, zinterpretowana jako wspieranie konkurencji. - Przecież to absurd, wyprodukowane przez was urządzenie... - Przykro mi, panie Simmons - powiedziała cicho. Połączenie zostało przerwane. Kilka razy szybko zamrugał. Przysiadł znów na niewygodnym krześle i wydawało się, że bezgłośnie rechocze. Dzwonek w drzwiach wydał cichy, acz przenikliwy dźwięk, a nim wybrzmiał, Millicent Blunk, jego stała klientka, rozglądała się po wnętrzu. Ted Simmons podniósł się, a następnie wypracowanym przez lata, profesjonalnym tonem zagaił: - Dawno pani nie było, a zawsze miło tu panią gościć. - Wydawało się, że zupełnie nie zwraca uwagi na jej niemodny strój oraz torebkę ze śladami ręcznej, nieco nieudolnej naprawy. Kobieta, wyraźnie uciekając spojrzeniem, powiedziała: - Dzień dobry, panie Simmons... Miałam przyjść na początku tygodnia, ale spłata tej raty... - Rozumiem - odparł przyjaźnie. - Proszę się nie martwić, coś wymyślimy, tak żebyśmy oboje byli zadowoleni. Przez chwilę naradzali się cicho, jakby spiskowali, aż opuściła sklep przekonana, że wszystko w porządku, przecież każdy miewa problemy, na pewno będą tylko przejściowe. Żegnając się sprawiała wrażenie rozluźnionej i zadowolonej. - Choćby po to warto odwiedzić starego, dobrego Teda - rozległ się jego głos. Simmons był zmartwiony, liczył na wpłaty nielicznych wiernych klientów, ale rosła grupa osób przekładających spłatę. Myślał, a jego łysawa, owalna głowa wcale nie przypominała orzecha laskowego. Chociaż może nieznacznie - szczególnie lewy profil.

2.

Ted Simmons rozejrzał się. Ruch uliczny nie był zbyt intensywny, główna fala drugiego porannego szczytu miała dopiero nastąpić. W oddali dostrzegł gromadzący się niemrawo niewielki tłum, widocznie miała mieć miejsce któraś ze sponsorowanych demonstracji. Uniósł rękę w geście powitania, a kilka osób, których nie był w stanie rozpoznać z tej odległości, odpowiedziało w ten sam sposób. Stanął na skraju obszaru Autonomicznego Punktu Obsługi Sprzedaży. Drgnął, gdy usłyszał dźwięk dzwonka, podobny do zainstalowanego w drzwiach jego sklepu. - Dzień dobry, panie Simmons - rozległ się miły męski głos. Stary sprzedawca rozejrzał się, ale nie mógł zlokalizować źródła dźwięku. - Hm, czy to prawda, że tylko ja słyszę ten komunikat? - Przyzna pan, że ta technologia robi wrażenie, chociaż została opracowana jeszcze pod koniec dwudziestego wieku - odparł automat sprzedażowy, wyspecjalizowana jednostka Sztucznej Inteligencji, popularnie obdarzana mianem SIM. - Dzięki temu mogę obsługiwać jednocześnie dwudziestu dwóch klientów, do każdego podchodząc w sposób indywidualny, a przy tym bez zgiełku i w intymnej atmosferze. Czym mogę służyć?

Styczeń 2014

13


- Zastanawiałem się nad zakupem drugiej kasy fiskalnej, model duże „f “, „c“, „g“, małe gov jedenaście, jednak doszły mnie słuchy o wadliwej pracy elementów transmisji papieru ze szpuli. - Przecież kasa, którą pan nabył przed miesiącem, niemal sześćset siedemdziesiąt jeden godzin temu, w zupełności wystarczy do obsługi wolumenu sprzedaży pańskiego sklepu. Ted Simmons oblizał spierzchnięte wargi, ponownie rozejrzał się szybkim, oszczędnym ruchem i odparł: - Rozważam uruchomienie drugiego punktu, niewielkiej placówki w dobrej lokalizacji. - Nie ma pan wystarczających środków, zaś pańskie przychody drastycznie spadły w ostatnim czasie - odparł beznamiętnie SIM. - Zamierzam wejść w spółkę z Robinem Rybow, skontaktowałem się z nim nawet w tej sprawie za pomocą tradycyjnej poczty. - Poniekąd była to prawda. Jak co roku, przed Świętami wysłał życzenia do swojego starego kumpla. Była to pocztówka zapakowana w białą, grubą kopertę, miał więc nadzieję, że treść wiadomości zna tylko on i adresat. - Rozumiem, panie Simmons. Pan Rybow jest zamożnym i powszechnie szanowanym obywatelem. Mogę więc pana uspokoić. - Po tych słowach wyświetlony został trójwymiarowy schemat kasy. - Proszę spojrzeć; oto mechanizm podający papier, składa się z minimalnej liczby elementów ruchomych - obraz został powiększony, by dokładnie ukazać szczegóły wizualizacji - wykonanych z bardzo trwałych materiałów. W rzeczy samej ten model zdobył wiele wyróżnień branżowych, jest dumą wytwarzających go zakładów, mających ponad dwustuletnie doświadczenie w projektowaniu sprzętu wspomagającego pracę biznesu. - Proszę obrócić w moje lewo, o jakieś dziesięć stopni. - Spełniam pana prośbę gorliwie. Czy ten przejrzysty schemat oraz zapewnienie o użyciu w procesie produkcji najlepszych materiałów rozwiały pana wątpliwości? Jeśli tak, mogę przedstawić korzystny plan ratalny. Oczywiście, jeśli wniesie pan całą kwotę od razu, może liczyć na znaczny upust. - Tak... zastanowię się. Bardzo dziękuję za prezentację. Została przeprowadzona fachowo. Do widzenia. - Dziękuję, panie Simmons, zapraszam ponownie - odparł automat. Stary człowiek powrócił na swoje stanowisko pracy przygarbiony, ale lekko uśmiechnięty. - Póki pamiętam - mówił do siebie - to szło tędy, a więc papier... ha. Zrobione. - Powtórzył jeszcze kilkakrotnie procedurę wymieniania rolki, by ją lepiej zapamiętać i usiadł zamyślony.

3.

Ted Simmons siedział przed monitorem komputera, bezmyślnie klikając w kolejne odnośniki. Ostatnio było to jego główne zajęcie. Wszędobylskie punkty APOS odebrały klientów okolicznym placówkom handlowym. Niektórzy już zwinęli interes, on jednak postanowił jeszcze poczekać. Miał nadzieję, że po pewnym czasie, kiedy już przestaną być ekscytującą nowinką, scena zostanie przetasowana, a on odnajdzie na niej swoje miejsce, w końcu od lat był częścią lokalnego rynku. Z drugiej strony obiektywnie musiał przyznać, że ciężko konkurować z tak mocnym przeciwnikiem. Praktycznie nieograniczony asortyment, dogodne plany spłat, no i te niesamowite SIM-y. Nie bez znaczenia była też rozległa baza wiedzy o upodobaniach i rzeczywistej sile nabywczej każdego klienta. Sam spędzał tam coraz więcej czasu, chociaż nic jeszcze nie kupił. Tłumaczył sobie, że to tylko w ramach poznawania taktyki konkurenta, w istocie jednak APOS przyciągał go jak miasto rudego spryciarza. - Może czas zwinąć żagle, co o tym sądzisz, Ted, stary draniu? - zapytał, zwracając się w szczególności do wspaniałego, wysokiej klasy analogowego zestawu audio. Była to jego duma, najcenniejszy przedmiot w ofercie. Gdyby udało mu się sfinalizować transakcję sprzedaży, mógłby mieć jeszcze kilka miesięcy czasu na przeczekanie. Zestaw ten, niemal zupełnie zrujnowany, nabył kiedyś na nielegalnej wyprzedaży garażowej i - w wolnym czasie - doprowadził do pełnej sprawności. Znalazł sposób na legalne wprowadzenie go do obrotu, a ostatnio wzbudził on zainteresowanie pewnego młodego, modnie i drogo ubranego młodzieńca, zapewne finansisty z centrum. Jednak czy na pewno miał ochotę pozbywać się tego cacka? Niekiedy nastawiał na nim

14

Herbasencja


którąś ze swoich cennych płyt gramofonowych, delektując się ciepłą, selektywną barwą dźwięku. Czy ten młodzik jest w stanie docenić taką jakość? Zapewne zestaw posłuży tylko do szpanu, stanie się zwykłym, acz efektownym elementem wyposażenia. „Nic z tego“ - postanowił. „Nie takie jest przeznaczenie tego dzieła sztuki“. Powrócił do przeglądania sieci. Jego uwagę przykuło jedno z nazwisk na ekranie. Gdzieś już się na nie natknął, ale nie mógł sobie przypomnieć, gdzie mogło to mieć miejsce. - Hibacschi - wycedził. - Hibacschi kontra SiCorp - przeczytał głośno tytuł. Zagłębił się w treść artykułu i poczuł, że rodzi się w nim jakaś - jeszcze trudno uchwytna - lecz był pewien, że istotna myśl. - Do diaska! - krzyknął nagle. - A gdyby tak... Przeszukał sieć w poszukiwaniu szczegółów sprawy, by jak zwykle otrzymać zupełnie sprzeczne informacje, zaproszenia do płatnych serwisów, gdzie kompetentni fachowcy za naprawdę niewielką opłatą i tak dalej, i tym podobne. Podekscytowany zadzwonił do biblioteki publicznej, gdyż pamiętał, że kiedyś studenci prawa należący do jakiejś na wpół legalnej, pozarządowej organizacji udzielali tam nieodpłatnie porad. Umówił się na pierwszy wolny termin - za dwa tygodnie, całe dwadzieścia pięć minut tylko dla niego - po czym zaczął chodzić po sklepie. Wydawał się jakby wyższy i szybszy, niż jeszcze parę minut temu. - To by było zacne - mówił podniecony. - Niezły kawał, nieprawdaż? Wyjrzał na ulicę, nie dostrzegł żadnego ze swych stałych klientów, więc przekręcił wywieszkę na „Nim zagwiżdżesz będę z powrotem“ i ruszył pod APOS. Obejrzał dokładnie szyld. Małe, charakterystyczne logo SiCorp zdobiło prawy dolny róg. - Witam, panie Simmons - przywitał go SIM. Jak zwykle wyświetlił mu reklamę kasy, jednak tym razem Ted nawet nie udawał, że jest zainteresowany zakupem. - Pochwalony - odparł. - Mam pytanie natury technicznej: zauważyłem, że potwierdzeniem zawarcia transakcji u was jest zwykły, werbalny przekaz. Czy w opinii prawa jest to zupełnie pewne i czyste rozwiązanie? Czy tak zawartej umowy nie można zakwestionować? - Ustawa Haidego-Miroko-Schneilla reguluję tę kwestię jednoznacznie. Tak zawarta umowa potwierdzona nagraniem audiowizualnym, wraz z zapisem fal mózgowych - jest nie do podważenia, panie Simmons. W istocie znacznie ułatwia to zawieranie transakcji. Oczywiście należy zachować wymogi formalne, na przykład każdorazowo wygłoszona musi być stosowna formuła, co niekiedy irytuje stałych klientów. - Ale tylko kupujący może zrezygnować? Ma na to bodajże osiem godzin? - dopytywał się Ted. - Tak, tylko jedna strona może, przy zachowaniu odpowiednich procedur i terminów, zrezygnować, przy czym nie ma takiej możliwości na przykład w przypadku zakupu artykułów szybko psujących się czy jednokrotnego użytku. - Rozumiem. Ot, technika. - Pokręcił głową ze zdumieniem. - Dzięki, stary, spadam do mojej budy. - Do widzenia, panie Simmons - jak zwykle uprzejmie odpowiedział automat. Ted wrócił do sklepu i na zwykłej kartce papieru, kopiowym ołówkiem, zaczął rozpisywać plan działania. Pisał tak niewyraźnie, że sam ledwo mógł siebie rozczytać.

4.

Ted Simmons zajadał się passiflorą. Uwielbiał jej słodki, a jednak kwaskowaty smak. Naklejka głosiła, że owoc pochodzi z tak modnej teraz Afryki Subsaharyjskiej, jednak wiedział doskonale, że zebrano go gdzieś w Ameryce Południowej. - To tam umieściłbym raj - powiedział, i wtedy dojrzał za szybą młodego człowieka, zainteresowanego uprzednio zakupem zestawu hi-fi. - Niestety, pryszczu, taki amator nie zasłużył na to cudo, choćby dawał trzy dychy w ciężkich, srebrnych monetach - wyszeptał zasłaniając usta. Rozległ się dźwięk dzwonka. Młodzieniec wszedł energicznie, wskazał palcem - jakby była to lufa pistoletu - interesujący go przedmiot i wypalił:

Styczeń 2014

15


- Biorę! Nie musi pan pakować! Wrzucimy to do mojego luksusowego spalinowca. Zaparkowałem przed sklepem. - Ma pan na myśli ten niesamowity zestaw hi-fi? - upewnił się Ted. - Mam na myśli ten niesamowity zestaw hi-fi. - Przy słowie „niesamowity“ młodzieniec tak dobrał akcent, że można by pomyśleć, iż z premedytacją wypowiedział je lekceważąco, jednak równie dobrze można by dojść do wniosku, że tego nie uczynił. Ted już otwierał usta, by udzielić odpowiedzi, gdy dzwonek u drzwi zabrzmiał ponownie. - Gdzie to jest?! I co to jest?! Dzień dobry! To musi być ON! Fantastyczny! Z prawdziwym wzmacniaczem lampowym? Ręcznie nawijanymi transformatorami? - Wszystkie zdania padły z ust młodej dziewczyny, ubranej w staroświeckiego kroju sukienkę w kwiaty, z wielką, lśniącą pacyfką na szyi. - Jechałam za nim jak któryś z tych prywatnych detektywów z papierowych książek! - powiedziała z dumą, wskazując na młodego mężczyznę, wyraźnie zirytowanego. - Wiedziałam, że szykuje jakąś bombę na moje urodziny, ale to... Kocham cię! - Rzuciła się na szyję młodzieńca. - Pana też kocham! Przylgnęła na chwilę swoim drobnym, ciepłym ciałem do Teda, by szybko powrócić do oglądania sprzętu. Wydawało się, że nic innego w tym momencie nie istnieje naprawdę, wszystko zamarło, zatrzymane w biegu, jakby zawieszone zostały wszelkie prawa fizyki. Tylko dziewczyna była prawdziwa, a wyblakły świat zastygł, czekając na jej reakcję. - Niech mnie, rozpoznaję części z Jadisa! Dawne Włochy, tak? Nie, nie, nie tam, ale to tamte okolice? Prawda? Przecież na tym słychać wszystko! Każdy niuans! Możemy go teraz uruchomić? Tylko jedno nagranie! Proszę! - Wydawało się, że jej entuzjazm nie ma granic. - Zapłaciłeś już? Jest mój? - Nie czekając na odpowiedź powiedziała szybko do Teda: - Ma pan może coś z przełomu lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych dwudziestego wieku? Jakąś mało znaną, ale świetną kapelę, których wtedy tyle było! Folk, albo folk rock? Może być kobiecy wokal. Ted ścisnął mocno dłonią przegub drugiej, nim odparł: - Nastawię wam kawałek z trzeciego longplaya jednego z najlepszych klasycznych trio rockowych wszech czasów. - Wyciągnął zza lady pudło z winylami, wybrał płytę, ostrożnie wydobył z koperty czarny krążek. Z namaszczeniem ułożył go na talerzu adaptera. Uruchomił zestaw, wycelował ramię i rzekł: - Ostatni utwór na albumie. - Opuścił delikatnie igłę i z głośników popłynął dźwięk. Jak zwykle przy pierwszym ostrym riffie Ted poczuł dreszcze, a gdy rozpoczęła się spokojniejsza część, zerknął na dziewczynę i zamarł. Stała pośrodku pomieszczenia, z rozłożonymi szeroko ramionami. Oczy miała przymknięte, kołysała się lekko, jakby była wodną rośliną unoszoną delikatnym rytmem fal. Przy „Come on back, back“ otworzyła nagle oczy, równie wilgotne i lśniące jak oczy Teda, ale wydawała się go nie dostrzegać. Obserwował ją zafascynowany, więc nie umknęło jego uwadze, jak - wciąż delikatnie rozkołysana - zadrżała, gdy rozległ się krzyk mew podczas pierwszego gitarowego solo. - Dobre to jest w swojej klasie? - zapytał szorstko jej chłopak. Nie potrafił ukryć rozdrażnienia. - Żartujesz?! To magia! Co za moc! Ta perkusja, gitary. Co to za kapela? - zwróciła się do sprzedawcy. - Na pewno laska na wokalu? - dodała podejrzliwie. - Zespół Budgie, a śpiewa basista, ich lider i zarazem autor utworu. Jednak gdy pierwszy raz ich usłyszałem, też nie do końca byłem pewien, czy głos należy do mężczyzny, czy kobiety. - Płyta jest częścią transakcji? - zapytała z nadzieją. - Ta... nie, ale mam w domu drugi egzemplarz, z rysą uniemożliwiającą odsłuchanie strony A, strona B jest bez zarzutu. - Możemy jechać teraz, zaraz? - zapytała. Znienacka uniosła ręce w geście zwycięstwa. - Wyluzuj... wpadnę po to jutro. - Nieprzyjemny ton głosu chłopaka nie odegnał jej uśmiechu. Coś przykuło uwagę młodego człowieka. Wyciągnął z pudła płytę i zaczął ją oglądać. - Przecież to Gina Va! To nowe rzeczy też wypuszczają na tym... nośniku? - Zdarza się. Tę płytę otrzymałem w jakimś zestawie promocyjnym. Proszę, jest pańska. - Świetnie. Pamiętasz ją? - chłopak zwrócił się do swojej partnerki. - To ona w tym programie u DJ.J umieściła prezent w pochwie. Wystawał tylko sznureczek, więc prowadzący musiał, przy pomocy zębów...

16

Herbasencja


- Tak, tak - przerwała mu. - To jak, zapłaciłeś? Zabieramy? Trzeba będzie pokombinować z ustawieniem kolumn. Ale rozkosz! Ostatni raz taka nabuzowana byłam podczas Wielkiego Postu, jak zjadłam pączek w cukierni na rogu. Taki z lukrem i dziką różą! Jeszcze jako ortodoks! Oczy mi pewnie świecą jak latarnie morskie! Szybko sfinalizowali transakcję, wspólnie umieścili zestaw w aucie. Dziewczyna musnęła Teda ustami w policzek i objęła go na chwilę ramionami. - Jest cudownie! Po płytę wpadnę jutro sama, ten troglodyta mógłby jeszcze na niej usiąść. - Ładuj się - powiedział zniecierpliwiony młodzieniec. Uszczypnął ją w pośladek; zachichotała i wskoczyła na siedzenie. Chłopak sprawnie włączył się do ruchu, a ona opuściła szybę i pomachała na pożegnanie. Wydawała się szczęśliwa i pełna życia. Jakby była środkiem wszechświata, a wszystko, co stworzono, istniało tylko pragnąc jej służyć. „Parents, tytuł kawałka to Parents“ - powiedział do siebie w myślach Ted. Zamknął sklep i ruszył pod APOS. - Moje gratulacje, panie Simmons - przywitał go SIM. - Od dawna finalizowałem transakcję, to była tylko kwestia czasu - odparł niespiesznie. - U was jak zwykle tłum. - Mamy po prostu dobrą ofertę. - Automat starym zwyczajem wyświetlił mu kasę. - Dalej jest pan zainteresowany zakupem? Poziom endorfin spowodowany udanym interesem... - Jak ten Szatan na pustyni, jesteś w stanie opętać niemal każdego - przerwał mu Ted Simmons. - Ha, jest tu nawet Millicent... No pochwal się, pokaż, jak ją kusisz. - Ton jego głosu nie sugerował, by uległ euforii spowodowanej niedawnym dopływem gotówki, na próżno też można by tam szukać smutku. - Proszę bardzo, włączam fonię. Historia przedstawiała się tak: pani Millicent Blunk wkroczyła na teren APOS nieco zamyślona, być może nawet nieświadoma tego faktu; poza nowoczesnym, modułowym budynkiem, strefa działania APOS rozciągała się też na tę część chodnika, która biegła wzdłuż działki, na której wzniesiono pawilon handlowy. A był to ważny ciąg komunikacyjny. Powracając do naszej bohaterki - szła powoli, gdy nagle tuż przed nią ukazał się obraz pani Jovanović (w pełnej skali) ubranej w modną, tęczową suknię o zmieniających się kolorach. Millicent stanęła zaskoczona. Powszechnie znana była niechęć, jaką okazywały sobie obie panie. - Szałowa, nieprawdaż? Ostatnia kolekcja O Ho, wzbudzająca zachwyt koneserów, podkreślająca wdzięk, a także wysoką pozycję społeczną właścicielki kreacji. Suknia dla dojrzałej kobiety, która nie musi niczego udowadniać, jest pewna swego. Nie zaborcza, lecz dystyngowana. Suknia dla kobiety z klasą. - Brzmienie głosu SIM-a było bardziej twarde, lekko zachrypnięte, inne niż ton, którego używał w kontaktach z Tedem Simmonsem. - Och, jest piękna... - powiedziała pani Blunk. - Na pewno też kosztowna... W tym momencie obraz uległ zmianie. Sylwetka pani Jovanović płynnie przekształcona została w wizję stylowego, wielkiego lustra o zdobionych złotem ramach. W tafli zwierciadła widać było teraz panią Blunk, przystrojoną w reklamowaną suknię. „Millicent, ależ to była szprycha...“ - wyszeptał do siebie z podziwem Ted. Jakby na skutek jego komentarza obraz w lustrze uległ subtelnej, acz zauważalnej zmianie. Ciało kobiety wydawało się teraz bardziej szczupłe i jędrne. Pani Blunk uniosła dłoń, a jej odbicie uczyniło to samo. Zrobiła pełny obrót, materiał zafalował, przez chwilę odsłaniając piękne, zgrabne łydki. Oczy jej błyszczały. - Na pewno mnie nie stać... - rzekła bez przekonania. Przed kobietą wyświetlono banknot o niewielkim nominale. - Tyle wynosi czterodniowa rata. Przy tym mogę panią zapewnić, że w promieniu ośmiu mil nie sprzedamy tego modelu sukni przez trzydzieści dni - rozległ się sugestywny, niemal hipnotyczny głos. - Czyli do połowy stycznia? - zapytała szybko. - Zgadza się. To będzie już po Noworocznym Koncercie.

Styczeń 2014

17


- Kiedy moglibyście ją dostarczyć? - Na to, że jutro w południe kurier dostarczy starannie zapakowany towar do pani mieszkania - mamy dziesięć procent szans, pojutrze - czterdzieści. Niemal na pewno dotrze w ciągu trzech dni roboczych. Ustalono szczegóły zakupu, padły wymagane prawem formułki i kobieta ruszyła dalej. Oczy jej błyszczały. Dostrzegła Simmonsa i zmieszała się. - Ślicznie będzie pani wyglądała na balu po koncercie - powiedział, a na dnie jego oczu błyskały wesołe ogniki. - Dzięki... Ted - odpowiedziała, uśmiechnęła się zalotnie i ruszyła dalej. Mężczyzna obserwował, jak się oddala, i im dalej była, tym bardziej przypominała mu tą wspaniałą, zachwycającą Millicent, jaką pamiętał z czasów młodości. - Była przystojną dziewczyną - usłyszał głos automatu. - Przystojną? Była najbardziej gorącą laską, jaką pamiętam. Jej lśniące włosy, jej... - Zamilkł rozmarzony. - Taka jest różnica między nami, Sztuczna Inteligencjo z punktu APOS. Wykorzystujemy te same techniki sprzedaży, ale różni nas cel - ja staram się poznać klienta, aby spełnić jego potrzeby, ty zaś sam je kreujesz. Jesteś jak demon, dysponujący niemal nieograniczoną wiedzą o każdym i wszystkim, opętujesz ofiarę dbając tylko o wynik ekonomiczny, zyski nieokreślonych, mitycznych posiadaczy większościowych pakietów akcji. - Pani Millicent Blunk wydawała się szczęśliwa - zauważył SIM. - To prawda - zgodził się Ted. - Dziś chyba nie będzie padało - dodał. - Prawdopodobieństwo opadów dwa procent, panie Simmons. Pożegnali się z szacunkiem. W chwilę potem zaczął kropić deszcz. Nie była to ulewa, ale nie był to też przyjemny kapuśniaczek. Ted rozejrzał się po sklepie, a ponieważ - jak zwykle ostatnio - nie było klientów, powrócił do przystosowywania pomieszczenia na zapleczu do nowej funkcji. Plan był gotowy, Simmons odbył stosowne rozmowy ze znajomym specjalistą komputerowym, sporządził listę sprzętu do zakupu. Był też już w posiadaniu szpiegowskiej kamery, a także równie miniaturowego rejestratora fal mózgowych. Trzy razy udało mu się umówić na spotkania w bibliotece, gdzie młodzi, pełni idei i zapału, zupełnie zdawałoby się odcięci od rzeczywistości młodzi ludzie udzielali mu rad, przepojeni tak wielkim entuzjazmem, że trudno było im ufać. Weryfikował jednak gdzie tylko mógł zdobyte informacje i wydawało mu się, że jest dobrze przygotowany. „Pokażemy im, Ted, pokażemy“ - rzekł w myślach, nasłuchując uważnie dźwięku dzwonka. „Albo figę, albo plecy. A propos figi, czas coś przekąsić“. Udał się na posiłek do pobliskiej knajpy, uzbrojony w parasol. „Dziewięćdziesiąt sześć procent, że znam tam wszystkich“. Nie mylił się.

5.

A jednak się denerwował. Był przygotowany na tę ewentualność, stanowiła przecież również część scenariusza działań, jaki opracowywał, jednakże gdy dostarczono mu wezwanie do sądu, na chwilę zamarł nad opatrzonym urzędowymi pieczęciami i hologramami dokumentem. Niemal usłyszał, jak w oddali zamykają się jakieś drzwi, ale też... jak gdzieś uchylają się inne. Na swojej liście najważniejsze elementy planu miał już odhaczone, wciąż jednak zastanawiał się, jak doprowadzić do spotkania przed obliczem przedstawicieli prawa. Bo tak mu mówili ci uśmiechnięci studenci - najlepiej by było, żebyś ty został pozwany przez wielki koncern, tak kombinuj, dobry człowieku. Wtedy wyciągasz królika z kapelusza i masz ich w garści. Ale też, dziadku - dodawali - niekiedy lepiej jest być tą atakującą stroną. W jednym zdaniu coś dawali, a w kolejnym zabierali. Może i będą z nich prawnicy. „Pakuj się, Ted. Bierz swoje małe szpiegowskie zabawki, do których przykładasz taką wagę. I nie zapomnij o szczoteczce do zębów, ha ha ha! Nasłuchuj, czy to dzwon nie wybija twojej godziny? Albo w te, albo w tamte. Wóz albo przewóz. Na dwoje babka wróżyła. Ted z wozu, koncernom lżej. Z Księgi Cytatów Teda Simmonsa, Oskarżonego“. Trzy razy musiał przekraczać jaskrawo oznaczone bramki bezpieczeństwa, nim wpuszczono go na salę rozpraw. Było to niewielkie, ascetycznie urządzone pomieszczenie, z dwoma stołami umiesz-

18

Herbasencja


czonymi naprzeciwko siebie; przy każdym stały krzesła. Przedstawiciele firmy SiCorp - dwóch młodych mężczyzn w drogich garniturach - już zajęli miejsca, usiadł więc naprzeciwko. - Małe korki dzisiaj - powiedział. - Za to szaleństwo z tymi zabezpieczeniami. Zmierzyli go obojętnym spojrzeniem. Któryś z nich wcisnął zielony, zawierający skaner linii papilarnych przycisk. Spojrzał na staruszka wyzywająco. Ted powoli uniósł dłoń, zawiesił ją na chwilę nad bliźniaczym przyrządem umieszczonym na blacie przed sobą, wreszcie pozwolił grawitacji przejąć kontrolę. Holograficzne wyobrażenie Temidy wyświetliło się na środku sali. Szale przez chwilę wahały się wskazując to jedną, to drugą stronę, aż zastygły w stanie równowagi. Obraz znieruchomiał. Ted siedział, zastanawiając się, czy to zgodne z procedurą, a młodzi mężczyźni mierzyli go drwiącymi spojrzeniami. Szeptali do siebie, cicho chichocząc. Zdawali się być na swoim miejscu, jak prastary żywopłot zadbanej rezydencji. - Znowu nawaliło - wyrzekł stojący w progu postawny mężczyzna, właściciel kunsztownie ułożonej fryzury i doskonale skrojonego garnituru. - Ja poprowadzę sprawę. - Ależ, sędzio Braddt, to nie pana kaliber - powiedział któryś z młodych prawników. Był wyraźnie zaskoczony. - Akurat mam chwilę. Jedna ze stron procesu, który miałem dziś prowadzić, została unicestwiona w malowniczym błysku eksplozji niewielkiego ładunku taktycznego. Nie zdołali nawet dotrzeć na rozprawę. Uwierzycie? Szok, niedowierzanie, wielkie nagłówki. Więc mam okazję sprawdzić, czym zajada się plankton. Streszczenie! - Oskarżamy obecnego tu Theodora Simmonsa o bezprawne wykorzystywanie mocy obliczeniowych systemu sprzedaży naszego klienta, firmy SiCorp. Dysponujemy godzinami nagrań audiowizualnych, potwierdzających ten niecny proceder. Robił to w wyzywający, ostentacyjny sposób, a przecież w pobliżu prowadzi własny interes. To nieuczciwa konkurencja, Wysoki Sądzie. - Ten niecny proceder - powtórzył sędzia. Wykonał jakiś gest dłonią i część ściany przesunęła się, odsłaniając niewielką przestrzeń. Usiadł w wygodnym fotelu. Uruchomił stojący przed nim monitor. - Pan, Simmons, nie ma przedstawiciela prawnego? - Zamierzaliśmy właśnie poinformować naszego adwersarza o rządowym programie objęcia pomocą prawną obywateli zagrożonych wykluczeniem - wyraźnie artykułował młody człowiek, prezentując swoje nienaganne uzębienie. - Chcemy sprawiedliwego wyroku. - Słyszałem o tym programie. Wiem też, że w przypadku niekorzystnego werdyktu musiałbym zapłacić wysoką opłatę na rzecz Syndykatu Prawników - powiedział Ted, po czym uśmiechnął się nieznacznie. To samo uczynił sędzia i pan Simmons nagle poczuł spokój. - Więc, co pozwany na zarzuty młodych rekinów? - Od pewnego czasu SIM z APOS obok mojego sklepu pracuje dla mnie. Zawarliśmy umowę. - To niedorzeczne - drwiąco wyrzekł drugi z młodych ludzi. - Czy może pan sprecyzować? - zwrócił się sędzia do Simmonsa. - Chciałbym się powołać na pewien precedens. Sprawa Hibacschi kontra SiCorp. Prowadzący rozprawę wprowadził dane do komputera. Jego brwi powędrowały do góry. Zaczął głośno komentować czytany tekst. - Więc, pan Hibacschi, czy ktoś wie jak to się wymawia? - zapytał, lecz nie czekając na odpowiedź, ciągnął dalej - poszedł do sąsiadującego z nim punktu APOS, w złości wykrzyknął „To bierz mój sklep!“, tamtejszy SIM wygłosił stosowną formułę, a prawnicy SiCorp, może panowie? - zapytał, ale przedstawiciele SiCorp pokręcili przecząco głowami - w sądzie wyegzekwowali ważność tak zawartej umowy. Niesamowite. - Oparto się o ustawę Haidego-Miroko-Schneilla - bronił się młody prawnik. - Wszystko było zgodne z literą prawa. A czy pan Simmons jest w stanie sprostać warunkom postawionym w ustawie? - Jest pan w stanie przedstawić dowód zawarcia umowy zgodnej z wymienioną ustawą? - zwrócił się sędzia do oskarżonego. - Mam tu nagranie audiowizualne, jak i zapis fal mózgowych, czy mogę zaprezentować? - Proszę bardzo. Simmons wstał, z teczki wyciągnął niewielki aparat, umieścił go na stole. Chciał wcisnąć przycisk odtwarzania, gdy poczuł w dłoni mrowienie. Cofnął rękę. Urządzenie zaczęło się błyskawicznie nagrzewać, aż zmieniło stan skupienia na płynny, rozlewając się nieregularnym kleksem po stole.

Styczeń 2014

19


Sędzia Braddt odruchowo wcisnął przycisk alarmowy. Z wielkim hukiem podniosły się osłony, odgradzające go od reszty pomieszczenia, a także pozwanego i przedstawicieli SiCorp od siebie. Do sali wpadli uzbrojeni strażnicy. - Miała tu miejsce kierunkowa emisja wiązki energii - wyjaśnił Braddt, wskazując wciąż wrzącą substancję. - My także zostaliśmy poszkodowani - powiedział jeden z młodych prawników. Pokazał swoją teczkę, której wnętrze wypełniała roztopiona masa. - Rozumiem - powiedział sędzia powoli. - Sprawą tego incydentu zajmiemy się później. Kontynuujmy. - Odesłał straż. - Czy jest pan w stanie teraz przedstawić nam swoje dowody? W związku z zaistniałą sytuacją może pan prosić o odroczenie sprawy - pouczył go. - Nie ma potrzeby, jestem przygotowany - odparł Ted. Serce waliło mu jak oszalałe. Zrobił kilka głębokich wdechów. Wyciągnął z teczki urządzenie podobne do zniszczonego. Rozpoczął projekcję. “- Mogę pracować jako pański czeladnik - powiedział SIM. - Jestem w stanie zaadaptować się do każdej sytuacji. Pan Simmons wypowiedział stosowne formułki. - Dokładamy do tego nagranie fal mózgowych i umowa jest ważna? - upewnił się. - Oczywiście, panie Simmons. Przepisy szczegółowo omawiają tę kwestię. Rozmawialiśmy już o tym.“ Ted wcisnął pauzę. Czuł zadowolenie, nagranie było doskonałej jakości. - Oto zapis moich fal mózgowych, dokonany w tamtym czasie. Rozprawa toczyła się dalej. - Panowie, zsynchronizujmy zegarki. W południe, a więc czterdzieści sekund temu, wydałem wyrok w tej sprawie. Czy wstrząśnie on Temidą? Czy poruszy sumienia? To były pytania retoryczne - oznajmił sędzia, gestem powstrzymując młodych ludzi przed zabraniem głosu, a jego mina była sroga. Na dnie oczu tańczyły jednak wesołe iskierki. - Konkludując; oddalam pozew wobec Teda Simmonsa. Uznaje się, że SIM panów klienta zawarł ważną - w myśl ustawy H-M-S - umowę, na mocy której został czeladnikiem pana S. Nakazuje się dokonanie, zgodnie z przedstawioną przez pozwanego opinią specjalisty, skopiowania stosownego programu SIM na przygotowaną przez niego, jak to określił, „platformę sprzętową“. Protokół, dołączone dowody, przedstawione opinie zostały zarchiwizowane, są już częścią naszego dziedzictwa narodowego. Panowie, wykonaliśmy dziś kawał dobrej roboty, niech układają o tym pieśni, niech lud wysławia piękno prawa. Żegnam. Sędzia opuścił osłony, wyraźnie zadowolony uścisnął dłonie obecnym, a następnie, gwiżdżąc jakąś wesołą melodię, wyszedł. Wydawał się zrelaksowany.

6.

Było już po lunchu. Spokojnie obserwował, jak Simon - bo tak zwykł go nazywać - zajmuje się sprzedażą. Tym razem nie doszło do sfinalizowania zakupu, ale Ted był pewien, że klient powróci. - Dobrze to rozegrałeś, Simon - powiedział. - Gość złapał haczyk. - Dzięki, Ted. Po-po-po-myślałem, że nie ma sensu go teraz mocniej przyciskać, niech się dobrze zastanowi. Rozległ się sygnał dzwonka. Do sklepu wszedł niski, chudy, wiekowy Azjata. Oglądał wystawiony towar z trudnym do sprecyzowania wyrazem twarzy. Kiedy jego wzrok spoczął na właścicielu, ten wstał, by się przywitać. - Ted Simmons, czym mogę służyć? - powiedział. Umówił się z Simonem, że nowych klientów zawsze wita jako pierwszy. - Więc tak wygląda Ted Simmons - odrzekł gość i zaczął mu się badawczo przyglądać. Mierzyli się przez chwilę spojrzeniem, aż w końcu dodał: - Moje nazwisko Hibacschi. - T e n Hibacschi? Od Hibacschi kontra SiCorp? - We własnej osobie. Dowiedziałem się, że przekuł pan moją porażkę we własne zwycięstwo.

20

Herbasencja


Podali sobie dłonie. „Cóż za drapieżny uścisk“ - pomyślał Simmons. „Chłodny i śliski, stanowczo za długi.“ - Panie Simmons, organizuję mały ruch, który, kto wie, może w przyszłości przekształci się w partię polityczną. Plany mam wielkie, dalekosiężne. Chciałbym zgromadzić wokół siebie ludzi jak pan, zwykłych obywateli, pragnących żyć w świecie równych szans. Trzymam dla pana kartę członkowską z niskim numerem. Myślę, że trzeba rozgłosić pana zwycięski bój, stałby się pan twarzą naszej kampanii. - Podał Tedowi tradycyjną, kartonową wizytówkę. - Pierwsze spotkanie organizujemy w przyszłym tygodniu, nie ukrywam, że chciałbym uczynić z pana główną atrakcję tego wieczoru. Wiele osób chciałoby na pewno zapoznać się z pana historią. Ted Simmons uśmiechnął się zakłopotany. Chwilę zwlekał, nim zaczął odpowiadać. - Z chęcią mogę o tym opowiedzieć, wyjaśnić jak gromadziłem informacje, jak przebiegała rozprawa. Chociaż sądzę, że zaproszenie osoby lepiej znającej zawiłości prawa przyniosłoby więcej pożytku. Co do ruchu, cóż, nigdy dobrowolnie nie byłem członkiem żadnej organizacji... - Ale przecież trzeba coś robić! Zmieniać system! Nie można być krótkowzrocznym! Pan ma teraz potencjał. Nie możemy pozwolić, żeby wielkie, stojące ponad rządami firmy bezkarnie wykorzystywały swoją siłę! Dobrze pan wiesz, kto nimi dyryguje! - Panie Hibacschi, w pełni zgadzam się, że wyrządzono panu krzywdę. Jednak zawsze duży mógł więcej. Poza tym świat się zmienia, trzeba się adaptować. A ja... Wydaje mi się, że od zawsze prowadzę ten sklepik. Lubię go, to moja skala. Rozmowy z klientami, wyszukiwanie towaru, tak, to jest dobre i... i to mi wystarcza. Jak dochodzisz do bariery, różne są drogi jej pokonania. Można ją wysadzić, przeskoczyć, obejść, próbować ignorować. Co do SiCorp - dostrzegłem szansę, więc ją wykorzystałem, grając na ich boisku. Tyle. Do nikogo nie mam żalu. Tak to widzę. Hibacschi odsunął się, zmierzył Simmonsa spojrzeniem. - Jak się weszło między wrony, trzeba krakać jak one. Pan Simmons kracze, wita i zaprasza powiedział jadowicie. - Może lepiej, żeby jednak nie pojawiał się pan na moim zjeździe - dodał gwałtownie wysokim, niemal piszczącym głosem. - Rozumiem. Przykro mi. - Wcale nie jest pan lepszy, jesteś zwykły śmieć! - krzyczał Azjata. Jego twarz zaczerwieniła się, z ust tryskały kropelki śliny. - Cóż zrobić... - odparł spokojnie pan Simmons, dając krok do tyłu. Tamten, ciężko dysząc, podniósł rękę, jakby zamierzał się do ciosu, ale nagle zrezygnował, odwrócił się gwałtownie i wyszedł, trzaskając drzwiami. W sklepie zapadła cisza. - Je-je-je-dnak nie zaprosił go pan na kielicha? - zapytał Simon po chwili. - Tak... cóż zrobić. W zasadzie nie miałem żadnego wyobrażenia na temat tego człowieka, nie jestem więc zaskoczony - odparł markotnie Ted. Do sklepu zawitał kolejny klient, staruszek ruszył więc, by go obsłużyć. Do wieczora był w ciągłym ruchu, załatwiając drobne sprawy i pomagając Simonowi. Pożegnał się z automatem, gdy nadeszła godzina zamknięcia sklepu. Stojąc w progu nagle przypomniał sobie, gdzie pierwszy raz ujrzał nazwisko Hibacschi. Za każdym razem, gdy odwiedzał APOS, było wyświetlane zamiast logo producenta na modelu kasy. Ted Simmons uśmiechnął się do siebie. - Jutro może wpadnę wcześniej, Simon - rzekł, stojąc w drzwiach. - By-by-by-waj. Ted Simmons rządzi! - odparł SIM, którego holograficzna, niemal materialna sylwetka pomachała mu ręką na pożegnanie. Znów się uśmiechnął, zamknął sklep i ruszył do domu. „Napis Ted Simmons kracze, wita i zaprasza widzę jako wielki, wielobarwny neon, zdobiący fasadę sklepu“ - rzekł do siebie. „Chyba nie żyje już nikt, kto by pamiętał, że nie potrafię gwizdać“ - dodał i zaczął nucić jakąś niespieszną melodię. Nie kroczył szybciej niż zazwyczaj, nie dałoby się również powiedzieć, że się wlecze. Nie pochylały się ku niemu drzewa ani domy, po prostu szedł.

Styczeń 2014

21


Michał Matuszewski (spellbinder) Rocznik 1984. Notkę tą przyszło mu napisać ze szczególnym bólem, gdyż niechętnie pisze na swój temat w trzeciej osobie. Uwielbia bohaterów ułomnych, nad którymi bezlitośnie się znęca. Jego ulubionym gatunkiem, w którym jednocześnie odnosi największe sukcesy, jest horror (np. wyróżnienie w konkursie Danse Macabre za opowiadanie „Czysty zysk“. Ma na swoim koncie wydaną w 2008 roku powieść pt. „Autodestrukcja“, której wolałby, aby nikt nie czytał, czy opublikowane na łamach jednego z miesięczników internetowych opowiadanie „Pół kilo młotka“, do którego czytania zachęca. Obecnie eksperymentuje z surrealizmem, czego efekty będzie można w niedługim czasie podziwiać.

Różowa dziunia

humoreska

W gruncie rzeczy nienawidziłem mieć rację. Za oknem szalała wichura. Tuż przed zmrokiem wiatr zerwał linie energetyczne i tylko okazjonalne błyskawice dawały odrobinę światła. Przez jakiś czas stałem przy oknie gapiąc się na kontury krajobrazu. Wiatr, na złość mi chyba, tłukł w szyby deszczem. Nie mógł się bydlak zdobyć na odrobinę rytmu. Zabrał już wszystko - i laptop, komórkę, a teraz nawet resztkę widoku. A ona wyszła. Trzasnęła drzwiami, bo „ile można znosić moje zrzędzenie“. Wystarczyłoby choć raz powiedzieć: - Miałeś rację, kochanie. Zostańmy w domu, wyjazd o tej porze roku nie ma sensu. A ja rzuciłbym coś w stylu: - No ba! Bo przecież są tylko dwie możliwości. Będzie zimno, albo zimno i mokro. W fantazji śmiała się z takich powiedzonek. I byłoby w porządku. Nie dobrze, a po prostu znośnie. Zagryźlibyśmy zęby, pogadali o pierdołach, a następnego dnia wrócilibyśmy do domu. Nie. Przy śniadaniu, milczeniem i fochami, będzie żądała przeprosin. Ja oczywiście, jak ostatni kretyn, się ugnę. I pójdziemy w ten ziąb. Będziemy łazić po górach, wieczorem wrócimy skonani - ja z pęcherzami na stopach, a ona z katarem. Nie da mi spokoju. Zaciągnie kichawą i powie: - Misiu, przynieś mi herbatki z cytryną. Przywiozłem cytryny. Całą siatę. Ale ile bym wziął, ona i tak zdoła to wszystko wychlać. Pożremy się, a ja odpuszczę. Będę biegał po tym cholernym, pustym zajeździe. Zbudzony właściciel poczęstuje mnie wiązanką przekleństw, albo paskudną miną jeśli dobrze pójdzie. - Czego się pan włóczysz? - Zapyta. - Niczego. Szukam cytryny. - Cytryny? Coś pan, zgłupiał? Przecież jest po sezonie! No i da jakieś zgniłki. Bo jest już po sezonie, nikt tam nie przyjeżdża do ciężkiej cholery! Skąd mają mieć cytryny?! A może właśnie powinienem nie przepraszać? Choć raz postawić na swoim. Marudzi, że za każdym razem jest tak samo, to niechże się w końcu nauczy i zmieni postępowanie! Nie mogłem zasnąć. Właściciele chwalili się, że zajazd powstał w osiemnastym wieku i głowę dam sobie uciąć, niewiele zrobili od tamtego czasu. Cały dom trzeszczał, a ze szczelin w oknie wiało

22

Herbasencja


zimnem. Wcisnąłem w szparę ręcznik, ale to niewiele pomogło. Na zdjęciach pokoje wyglądały nawet ładnie. W rzeczywistości były brzydkie i zaniedbane. Dali pościel wypchaną pierzem. Końce piór przebijały się przez poszewki. Pod kołdrą było gorąco, pociłem się niemiłosiernie. Na zewnątrz mroźno. Nie wiem, czy w osiemnastym wieku znali sprężyny. Jeśli znali, byłyby one lepsze, niż te w materacu. Czułem na plecach ostre końcówki drutów. Daję słowo, gdyby nie arktyczne mrozy, przeniósłbym się na podłogę. Już prawie spałem, kiedy poczułem, jak ktoś wierci się w posłaniu. Zamknąłem oczy i zacząłem ostentacyjnie chrapać. To ją powinno wkurzyć. Pewnie chce gadać i już teraz zmusić mnie do przeprosin. Ani myślę. Może wymięknę przy śniadaniu, ale nie teraz. Podsunęła się bliżej. I jej musiało być zimno. Nawet oddech miała chłodny. I te palce. Zwarłem z bólu szczęki, kiedy dotknęła mnie pod kołdrą. - Więc tak to - pomyślałem. - Tak chcesz to rozwiązać. Nie ma mowy. - Chrrrrr. Nie zraziła się. Opuszki jej palców tkały mi na plecach szlak prowadzący wprost do tyłka. Chwyciła mocno, jak wygłodniałe zwierzę. - Ach! - Zawyłem. - Co robisz? Nie odpowiedziała. Za oknem huknął grom, wyławiając z ciemności koślawe cienie. Wisiała nade mną jak rozczochrane widmo. Jej oczy świeciły nieziemskim blaskiem. Cholera. To nawet podniecające. Przestały mi przeszkadzać te zimne paluchy. Kiedy zwarliśmy się ustami pomyślałem, że powinna była umyć zęby. Ale tylko tyle. Reszta zlała się w skotłowane wspomnienie szaleństwa. Chyba nawet nic nie musiałem robić, a ona ujeżdżała mnie, napierała na mnie szybkimi ruchami bioder. I ta burza włosów! Po wszystkim opadłem bez tchu, kołysany nierównym stukotem kropel. *** Do pokoju wpadało słońce. Taki wesoły promyczek, który cudem zdołał przedrzeć się przez mgłę. Ludzie śmieją się, kiedy mówię, że wrony śpiewają. Ale ja to naprawdę lubię. Gardłowy skrzek, odbity echem w kominach podwórek kojarzy mi się z dzieciństwem. Miałem pod domem stare kamienice. Któregoś mglistego poranka zobaczyłem, jak w sklepionym przejściu bawią się wrony. Nie wiem... to wszystko jakoś współgra. Nieśmiałe w bladości słońce, sine mgły i sieci czarnych gałęzi. Przeciągnąłem się i wstałem. Nie było jej. Po takiej nocy powinna spać jak zabita. Może po prostu zeszła na śniadanie? Inaczej wyobrażałem sobie przebudzenie po upojnej nocy, ale cóż można zrobić? Od podłogi biło takie zimno, że zacząłem obawiać się odmrożeń. W przebłysku szaleńczej spontaniczności włożyłem durny sweter w renifery, który dostałem od niej z jakiejś okazji i wybiegłem. Odszukanie jadłodajni zajęło mi kilkanaście minut. Właściciele nie silili się na oryginalność. Stoły pokrywały kwadratowe plastry ceraty, a sztućce były wykonane z plastyku. Siedziała pod telewizorem sącząc kawę. Za kontuarem, przez który wydawano posiłki, stał zgrzybiały właściciel. Opierał się włochatym przedramieniem o lepki blat pokryty stertą brudnych naczyń i wychylając łeb próbował dostrzec co działo się w telewizji. - Cześć kochanie. - Usiadłem do stołu. Nie spojrzała na mnie. - Nieźle się wczoraj spisałem? Mucha zatoczyła w powietrzu koło i opadła na sam środek talerza mojej żony. - Pan coś będzie jadł? - zapytał właściciel. Wyciągnąłem rękę, aby chwycić jej dłoń, ale cofnęła ją. Baby. Nie da się tego zrozumieć. Spojrzałem na gospodarza. - A co by pan polecił? - Jajco - odkrzyknął i wybuchnął śmiechem. Nie przeczę. Żart, choć prymitywny, trafił w sedno. - He. Niech więc będzie to jajco. - Dla faceta, to chyba dwa jajca! - Nie przestawał żartować. - Niech będzie!

Styczeń 2014

23


Mężczyzna zniknął w czeluściach kuchni. Rozległ się podejrzanie intensywny brzęk garnków, jakby ktoś udawał, że uczciwie pracuje. Wrócił po chwili, niosąc parujące jaja. - Proszę! - Zamaszystym gestem rzucił talerzem o stół. - A gdzież pan zdobył kelnerskie mistrzostwo - zażartowałem. - Samouk jestem - wyjaśnił, gasząc papierosa w brudnym kubku. W czasie, kiedy naczynie zataczało brzękliwe bączki, rozważyłem, czy danie mogło być świeże. Wyglądało normalnie. Dziabnąłem żółtko widelcem. Mucha chyba to wyczuła, bo poderwała się z talerza żony i wzięła na cel mój. - A co pana kobitka taka markotna? - Właściciel zawisł na blacie. - Żadnego dzień dobry, ani nic. - Kochanie? Coś się stało? - Zwróciłem się do niej. Fuknęła groźnie. - Miewa swoje nastroje - wyjaśniłem. - Acha! - Przytaknął mój rozmówca. - Współczuję, znam to z autopsji. Prychnęła raz jeszcze. - Kotku? O co ci chodzi? - Nie wyspała się - podpowiedział właściciel. - Patrzy pan jakie ma sińce pod oczami. - Oj! - Zakrzyknąłem. - Nie wyspała, to prawda. Wtedy też żona postanowiła się odezwać. Strzeliła z oczu piorunami i warknęła: - I to cię bawi, ty chamie? - Kotku - zdziwiłem się. - Myślałem, że wszystko sobie wczoraj... wyjaśniliśmy? - Nawet nie poszedłeś mnie szukać! - Załkała. - Ależ... przecież byłem wykończony! Tak mnie to zaskoczyło... nie wiedziałem, że gdzieś poszłaś! - Wiesz co? Jesteś świnia! Jak mogłeś nie zauważyć?! - Ale... do diabła! Po seksie zawsze się robię śpiący, przecież wiesz. W jej oczach pojawiły się łzy. - Przestań! Przestań sobie robić żarty! I to jeszcze przy lu... - zawiesiła głos i spojrzała na gospodarza. - Nim. - Kotku. Przecież kochaliśmy się wczoraj. - Dosyć! Mam dość. Nie wiem z kim się kochałeś, bo nie ze mną! Wstała tak szybko, że krzesło upadło na podłogę. Spróchniałe oparcie pękło, a ja nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Zabijcie mnie, bo nie rozumiem. Wychodząc, jak to miała w zwyczaju, o mało nie rozbiła drzwi. - Toś se pan przerąbał - zaśmiał się właściciel. Było mi głupio. Popatrzyłem na niego, niby uczeń, który coś zbroił i obiecałem: - Ja oddam za krzesło. - Nie martw się pan na zapas. - Naprawdę nie rozumiem. Wczoraj my... ten tego, a teraz się zachowuje, jakby postradała rozum. - Kobiet pan nie zrozumiesz. - Zamyślił się, złożył usta jak do pocałunku i cmoknąwszy swoje myśli rzekł: - Swoją drogą niezła dupa. Uśmiechał się całą tą swoją bezzębną mordą. - Dziękuję - odrzekłem i zająłem się jajkami. *** Nawet nie próbowałem jej szukać. Wzięła samochód. Pewnie wróci z naręczem ubrań, albo śmieci, których kupowanie trwa dłużej, niż użycie. Miała całą stertę kiecek, które założyła tylko w przebieralni. Tego się faktycznie nie da zrozumieć. Ludzie ubierają rzeczywistość w formę żartu i śmieją się, a tu przecież płakać trzeba! Spędziłem dzień w bawialni. Tak to nazywali. Na ścianach wisiały zakurzone łby zwierząt, a w kominku błyskał sztuczny ogień. Na prawdziwy podobno nie mieli pozwolenia. Sączyłem drinki jeden za drugim i myślałem sobie.

24

Herbasencja


Przecież nie jestem pierwszym kretynem, który zrobił coś źle. A może właśnie gdybym był kretynem, wszystko ułożyłoby się po mojej myśli? Kiedy niebo zasnuły chmury i zerwał się wiatr, do pokoju wszedł właściciel. Wyglądał jak inny człowiek. Gdyby przygasić światła, przypominałby kogoś z odrobiną klasy. Mężczyzna zgasił część lamp i ugrzązł w fotelu koło mnie. Milczeliśmy wspólnie, co jakiś czas oglądając dno szklanek. Potem nadeszła ona, stawiając krzywe kroki. Zdenerwowałem się widząc te wszystkie torby, ale dostrzegłem jej uśmiech. Coś jest w tym uśmiechu, że gasi rozsądne myśli. - Patrz co kupiłam - powiedziała rozpinając przede mną kram jak z arabskiej bajki. - Mhm. - Potakiwałem, podczas gdy jej palec błądził po kolejnych przedmiotach. Kiedy skończyła, usiadła mi na kolanach i wtuliła twarz w moją szyję. Resztki gniewu wyparowały. W takich chwilach była jak pocieszne zwierzątko i nawet tandetny ogień nabierał uroku. - Więc mówi pan, że wy dziś w nocy coś ten teges? - Zapytał znienacka gospodarz. Już chciałem go w ten tępy ryj zdzielić! Nie wiem co mnie powstrzymało. Może fakt, że po raz pierwszy nie wykrzywiał twarzy w parodii uśmiechu? Żona nie usłyszała jego uwagi. Spała, dysząc cichutko w moje ucho. - To mi przypomina pewną historię. Starzec rozsiadł się. Brakowało mu tylko fajki. A ja lubię historie. Ze schowanych pod kominkiem głośników dobiegał trzask sztucznych płomieni. - Ja tu mieszkam od lat, i wiele widziałem, ale jednego nie zapomnę. Wierzy pan w duchy? - Czy wierzę? - Nie wygląda pan, to pytam. - Gdybym wyglądał, też by pan zapytał. Zignorował mnie. - To było wiele lat temu. Mijał pan jezioro, prawda? To okolone wierzbami, z tym przegniłym, zatopionym pomostem? - Nie widziałem pomostu - odparłem. - Deszcze zalały. Tam była kiedyś plaża. Teraz już nie ma. Dzieciaki boją się pływać. - Dlaczego? - Bo ze zgryzoty utopiła się tam pewna dziewczyna, a jej duch straszy w naszej wsi od tamtego czasu. - Biała dama? - Zapytałem zaciekawiony. - Gdzieżby. Niech pan pozwoli, że opowiem panu historię Różowej Dziuni. - Zdziwiłem się, ale głos starca brzęczał tajemnicą. Oparłem się wygodnie i utonąłem w jego słowach. - Tak więc było to, jak już mówiłem, wiele lat temu. Może będzie z siedem. Był tu we wsi taki młody byczek. Jego rodzice mają posiadłość kilka kilometrów stąd. Ziemi, że nie zliczysz. Sami nie wiedzą. A synka rozpieszczali. Na osiemnaste urodziny kupili mu brykę... tak to mówią młodzi. Wiesz pan, samochód. Światła miał takie, że oczy by wypaliły. Wiesz pan? - No dajmy na to, że wiem. - I wszystkie za nim szalały. Mało kto stąd wyjeżdża. On wyjechał, to się wie. Siedzi teraz w Ełku chyba. I była taka Marlena. Pamiętam jeszcze jak tyle lat miała. - Wyciągnął rękę pokazując wzrost dziecka. - Porządna dziewucha, ale bez perspektyw. To były czasy, kiedy w młodzieży zgasło poczucie wstydu. Ja pamiętam jaki to był szok. Jednego dnia wszystkie grzeczne, schludne, a tu trzask i do podstawówki śmiga szereg wypindrzonych gąsek. Wie pan. Szminki, spódniczki. Jak Boga kocham, i podwiązka by się znalazła. A rzęsy to panie dłuższe, niż u mojej krowy. Nie wiem co się z tymi dziećmi stało. - Inna kultura. - Być może. I tak się jakoś stało, że ten nasz książę z Ełku, wie pan, zaczął do Marlenki robić maślane oczy. Ona jedna, powiem panu, myślałem, że na coś wyrośnie. Dziewczyna ładna, szesnaście lat miała, ale nie latała z cycami na wierzchu. Jej koleżanki, to panie, szkoda gadać. Z dupami gołymi do szkoły. A ona porządnie. Po bożemu. - Jak mniemam, zazdrościły jej? - A zazdrościły. Każda jedna by przed nim nogi rozłożyła, żeby tylko na bachora złapać, ale nie Marlenka. Ja ich widziałem czasem nad tym jeziorkiem, jak w świetle księżyca moczyłem wędkę. - Pan tak na poważnie mówi? To prawdziwa historia?

Styczeń 2014

25


- A gdzieżbym ja śmiał bujdy opowiadać. Widziałem, więc wiem. Oni sobie miłość przyrzekli, sam słyszałem. Ptysiu, misiu, perełko. I nawet myślałem wtedy, że to porządny chłopak był. Ale potem dostał od rodziców samochód. Jak warknął silnikiem, to we wsi wszystkie psy się budziły. Zaczął jeździć do miasta. A w mieście, na tych dyskotekach, to różne się rzeczy dzieją. Zaczęły dochodzić nas słuchy, że wyczynia tam harce. Wie pan. Koks, dziwki i wóda. Ale nic nie było wiadomo na pewno, póki nie zmajstrował dzieciaka takiej miejscowej cichodajce. - Co pan powie? - No tak. Wie pan jak to było? Podobno gumę mu zakładała ustami. Aż drgnąłem, próbując to sobie wyobrazić. - A jak zakładała, to przegryzła celowo. Oczywiście kazali jej usunąć, ale Marlenka się dowiedziała. Myślę sobie, że te dzieci to jednak głupie są. Wiesz pan co zrobiła? - Utopiła się? - Tak. W tym jeziorku właśnie. Ze zgryzoty. - Starzec uronił łzę. - Wszystkich to przybiło. Nawet tego bydlaka, co jej to zrobił. Piękna historia. - Wzruszająca. - Tak. Siedzieliśmy chwilę w milczeniu. Coś mi się nie zgadzało. - Ale to nie koniec historii. - Starzec podjął po chwili. - Ten pana nocny incydent mi przypomniał. Rok po pogrzebie przy jeziorku, które już było wtedy zamknięte, zaczęła pojawiać się zjawa. - Niech pan nie żartuje. - Zjawa, niech pan słucha, taka jak Marlenka, ale całkiem odmieniona. Z dupą gołą, z cycem do pępka. Duch zataczał się jak pijany, a szeptem namawiał chłopców do... sam pan wie do czego. Są tacy, co mówią, że nachodziła ich w nocy, we śnie i tam właśnie oddawała się zboczonym rozkoszom. - Chce mi pan powiedzieć - przełknąłem głośno ślinę. - Chce pan powiedzieć, że zaliczył mnie duch? - Nie wiem. - Przecież ja z żoną... - spojrzałem na nią i urwałem wpół słowa. Patrzyła na mnie z nienawiścią. Skoczyła na równe nogi, blada, sina, z zagryzionymi zębami. - Ty gnido! - Wysyczała. - Zdradziłeś mnie z duchem! - Kochanie... ale... o czym ty mówisz... - Ja całą noc byłam poza domem! Zdradziłeś mnie z jakąś widmową lafiryndą! Jak mogłeś! Uderzyła mnie w twarz, a ja zamiast zachować zimną krew i wyjaśnić ten nonsens, wypaliłem: - Ależ ja w ogóle się nie zorientowałem! - Jak mogłeś się nie zorientować?! Na usta wpełzł mi paskudny uśmieszek. - Bo była tak samo zimna jak ty. Z jej gardła wydarł się szloch. Uderzyła mnie jeszcze kilka razy otwartą dłonią i wybiegła, o mało nie łamiąc sobie kostki. Gdybym miał ochotę się odwrócić, zobaczyłbym ją jak biegnie w deszczu wzdłuż okien. Zawył silnik samochodu. Pomieszczenie na moment wybuchło światłem reflektorów. - Toś pan sobie przechlapał - zaśmiał się gospodarz. - Gdzie tam. Jeszcze wcześnie. Coś sobie kupi i jej przejdzie. - Zimna... dobre - docenił starzec i uśmiechnął się do swoich myśli. - A zimna nie była. - Pan też? - spytałem. - A jak pan myślisz? Tu każdy... ale tylko raz. Od lat czekam, śpimy z żoną w osobnych pokojach... ale nie wróciła. To sen był. Durne zwidy. Zagłębiłem się we wspomnienia i z każdą myślą wracały szczegóły wskazujące na ducha puszczalskiej nastolatki. Tipsy, tleniona czupryna, oczy błyszczące od wódy i prochów. - Ale powie mi pan? Po co? - Co? - Dlaczego się tak puszcza? W jakim celu? - A bo ja wiem? - Mężczyzna wypił ostatni łyk i wstał ciężko. - Kto tu zrozumie kobiety?

26

Herbasencja


Jan Maszczyszyn (jahusz) Urodzony w 1960 roku w Bytomiu. Laureat pierwszego konkursu literackiego ogłoszonego przez miesięcznik „Fantastyka“ (obok Sapkowskiego i Huberatha). Debiutował na łamach „Nowego Wyrazu“ w 1977 roku opowiadaniem „Strażnik“. Swoje teksty publikował w „Fantastyce“, „Politechniku“, „Faktach“, „Merkuriuszu“, „Odgłosach“, w fanzinach: „Somnambul“, „Fikcje“, „Kwazar“, „Feniks“, „Spectrum“, kwartalniku literackim „Matafora” oraz w prasie Polonii Australijskiej. W roku 2013 ukazała się antologia jego opowiadań pt. : „Testimonium”. Kilka opowiadań opublikował w antologiach „Spotkanie w przestworzach” (1977), „ Sposób na wszechświat” (1983), „Pożeracz szarości” (1991), „ Dira necessitas” (1988) i „Bizzaro Bazar” (2013). Był jednym z założycieli pierwszego w Polsce klubu fantastyki „Somnambul”, wydającego periodyk o tej samej nazwie. W 1989 roku wyemigrował do Australii, gdzie mieszka do dzisiaj. Powrócił po latach do pisania SF, publikuje na różnych portalach fantastycznych i w czasopismach.

Bombkoń

science fiction

To była dziwna choinka. A sprzedający wyglądał na żebraka. W okolicach świąt taki widok szczególnie rozbraja. Zastanowił mnie jego nieobecny wzrok. Patrzył parą szklanych, pozbawionych źrenic oczu. Takich, jakie się widzi na reklamach elektronicznych protez dla niewidomych. Nie było w tym nic dziwnego. W końcu wielu ludzi dobrowolnie decyduje się na wymianę narządów naturalnych na sztuczne. Diametralnie polepsza się jakość wykonywanej funkcji. Tylko skąd u bezdomnego taki drogi sprzęt? - Dawid, weź, odbierz od pana drzewko. Co tak patrzysz jak otępiały?- Pani Hollows jak zwykle w takich sytuacjach stawała się agresywna. Pełniła funkcję dyrektora finansowego naszego sierocińca. Wysoka, o mrocznym spojrzeniu, z zaledwie tlącym się uśmieszkiem na suchych wargach - uczyniła dziwny ruch ręką. Jakby odegnała upartą muchę. Ale skąd mucha w środku zimy? Choinkę musiałem dosłownie oderwać z rąk żebraka. Verbalnie ją odsprzedał. Fizycznie, miał opory z jej przekazaniem. Położyłem pieniądze pani dyrektor na odśnieżonym w tym celu murku tuż obok miejsca, gdzie stał. I znów pociągnąłem za iglasty trzon. Jednak drzewko, jakby samo od siebie, dalej kleiło się do właściciela. Zdębiałem, kiedy żebrak wyszeptał jakiś przekonywujący argument w stronę zielonej gęstwiny. Choinka nieoczekiwanie dosłownie wpadła w moje ręce. Obejrzałem ją sobie dokładnie. Była niezwykle lekka. I dźwięcząca. Pachniała świeżo rozpuszczonym syntetykiem wzmacniającym. Zapewne wyrosła w donniczce hipermetrycznej, stąd te nieznaczne domieszki plastyku i afrodyzjaków. Nawet marchewka z takiej doniczki posiadała w pierwszym momencie posmak proszku do prania, a potem - niebo rozpuszczone w ustach. No cóż, takie czasy. Nie ma miejsca na lasy i ogrody, więc trzeba cieszyć się dwumetrowym hipermetronem w każdym, bogatym domu.

Styczeń 2014

27


- Dała mi pani o dziesięć baksów za mało! - warknął w stronę pani Hollows rozsierdzony żebrak. Pani dyrektor obróciła się na pięcie. Jej gładkie czoło dziwnie zalśniło, jakby pod powierzchnię skóry przewlekł właśnie swe nici otaczający nas siarczysty mróz. - Przecież słyszę brzęk starych bombek. Czuję smród wilgotnego, nierozplecionego łańcucha. A przerwane przewody po oświetleniu? Zapomniało się? Zabrakło cierpliwości? To towar z drugiej ręki. I tak dostałeś za dużo szmaciarzu... Dłubała paznokciem w zębie, kiedy mówiła, ale wszystko rozumiałem. Nawet tę mgłę gęstniejącą wokół żebraka. Zbrązowiał. Gra półcieni na twarzy zrobiła policzki jeszcze bardziej szkliste, wręcz demoniczne. - A żebyś się udławiła rybią ością, ty stara kurwo! - rzucił na odchodnym jakoś beznadziejnie zmęczonym głosem. Jego postać rozmył wczesny zmrok, a my rozegnaliśmy lecące, śnieżne płatki i żwawym krokiem udaliśmy się do roziskrzonego światłami budynku. Idąc mimowolnie przysłuchiwałem się szelestowi drzewka. Jakbym niósł trupa szczególnie mocno zapakowanego w gruby celofan. Coś w jego głębi niepokojąco dzwoniło i kwiliło. Czyżby rzeczywiście zapomniane ozdoby?- przemknęła mi myśl.- A może zapomniany ptaszek przywiązany za złamaną nóżkę drutem do gniazdka ? Kto wie? Dzieci robią różne rzeczy małym ptaszkom w oczekiwaniu na prezenty. Uśmiechnąłem się mimowoli. Wtedy poczułem galaretowate kropelki wilgoci toczące sie po moich plecach. Szybko zastygły i równie szybko uległy wchłonięciu. Poczułem się niezwykle lekki i radosny i jakiś... inaczej zapłodniony? Po powrocie do sierocińca i umocowaniu drzewka w dysku nutrionalnym w wielkiej sali tanecznej, gdzie już tkwiła przerośnięta marchewka , wczołgałem się pod drzewko. Zawsze marzyłem o ucieczce w naturę. Zazdrościłem naszym przodkom tej szczególnej harmonii współtowarzyszenia innym formom biologicznego, wolnego życia, której w dwudziestym szóstym stuleciu próżno było szukać. Moro-betono-plastik zabił w nas człowieczeństwo. Przyjrzałem się uważniej rozhuśtanym gałęziom. Gdzieś tam ku szczytowi pięła się srebrna żyłka. I druga... I mógłbym przysiąc, że widzę równie srebrny dzwoneczek. - Dawid! - Pani Hollows znów napominała z wysokości schodów. Jej gniew miał coś z wulgarnowolno wspinającego się gada. - Co tam robisz, kopciuchu! Przypominam ci, że nie jesteś już dzieckiem! - Przepraszam - rzuciłem w stronę kobiety. Ciągle w pozycji klęczącej zapatrzyłem się w daleki szczyt świątecznego drzewka. Zieleń niemal stykała się z odrapanym sklepieniem sali. Nie sposób było nie zauważyć zgniłego blasku ostrza. Tym czymś- kończyło się drzewko. Wyglądało na „piorunochron“, który ściąga z okolicy prezenty? Czy tak tłumaczono małym durniom reguły rządzące światem upominków? Wystarczy pomyśleć o transmisji darów? Co za żmije? - Widzi pani? - zapytałem, wskazując promieniujące opalizującym blaskiem ostrze. Coś odbierało. Sygnał? Sygnał czego? Poczulem słodycz w ustach. - Nie widzę nawet ciebie... Jest już ciemno. Idź już spać młokosie - rozkazała rozzłoszczona. Miała na sobie wymiętoloną koszulę nocną, pod którą jej stare piersi wyglądały jak beznadziejnie odwieszone, bokserskie rękawice. Spuściłem wzrok. Zawsze mnie onieśmielała swoją obrazoburczą cielesnością. Przebiegłem bezszelestnie tuż obok, wdychając zapach jej potu. Nie zauważyła, kiedy lizałem jej włosy. Przeszedł ją tylko zimny dreszcz. Nie mogłem zasnąć. Tkwiłem obok łóżka niczym powiązany blaskiem księżyca cień. Na pewno nie byłem już sobą. Brzask przyniósł pierwszy krzyk. A ja nie ruszyłem się nawet na krok. Ponury poranek, przyniósł drugi. Wtedy... Pobiegłem w dół po skrzypiących schodach. Wyrobione stopnie więcej miały w sobie kurzu niż drewna.

28

Herbasencja


Wpadłem do sali tanecznej. Ciągle zalegał tu zawiesisty półmrok. Na podłodze, pod choinką siedziała już cała gromadka oczekującach prezentów dzieciaków z największą plotkarką na czele. Nancy Brighton, bo pieguska takie nosiła imię, właśnie rozplotła warkocze. Jej oczy lśniły jak dwa magiczne kryształy. - Wiecie skąd przychodzą prezenty? - szeptała w stronę małych słuchaczy. Aż im od tej napiętej uwagi zeszkliły się twarze. - Zsuwają się po trzonie drzewka. Tam jest mnóstwo kontaktorów i trzydzieści tysięcy teleportacyjnych diod. - Bredzisz, małpo. - Ron Galay Cartenbury szturchnął ją łokciem. Aż syknęła z bólu. - Wszyscy tylko rozpowiadacie historie o elektronicznych transmisjach z „piorunochronu“. Ja tam swoje wiem. To mały Jezusek, opadły z krzyża, w przebraniu bezdzietnego Mikołaja opuszcza się na linie przez komin. Przynosi prezenty w koszykach po jajkach. Przysunąłem się bliżej. - Tylko cierpliwi otrzymują nagrodę - wyszeptałem. Zmroził ich mój szept. Był jakiś zimny i szklany. Dzieciaki rozglądały się, a nie odnajdując mnie w ciemnościach, zadrżały. Strasznie się przy tym drapały, jakby oblazła je armia krwiożerczych kleszczy.- To Bombpkoń decyduje komu nagroda, a komu śmierć. A nie twój pleciuch - koszykarz - dodałem z przeciągłym sykiem. Nie wiem skąd wziął się u mnie ten okropny pomysł. Może sam byłem zazdrosny o miejsce zajęte przez gromadkę pod choinką? Może już je znienawidziłem za niecierpliwe wyczekiwanie pod drzewkiem? A może nadchodził nowy prąd? Prąd z rpiorunochronu“? Doskonale widziałem te małe, rozwiercające, dziecięce oczka. Zawisły na mnie wzrokiem teraz bez wyrazu, mocno zobojętniałe i głuche... W nieruchomości wręcz obelżywe. - Teraz wszystkie dzieci idą ze mną do pudełka - powiedziałem tonem łagodnej perswazji. Posłuchały w milczeniu. Było w moim głosie coś strasznego. Rozkaz re-montażu? Ruszył smutny korowód. Nocne koszule falowały w małych, mniejszych i jeszcze mniejszych krokach, a wschodzące słońce rozrysowywało na nich pajęczyny pęknięć. Spoczęły jak w futerale. Po godzinie wróciłem do drzewka. Pochyliłem się ponad mniejszą ode mnie postacią. Rozpoznałem twarz. Siedmioletni Harry Logan z Albury. Miał na dłoniach plamy zaschniętej krwi. Trząsł się z zimna i pochlipiwał. - Co się stało?- zapytałem nie wiadomo czemu szeptem. Podniósł na mnie smutne oczy. Widział mnie. Jego twarz oddbijała się w mojej twarzy, jak w upiornym zwierciadle! - Ten uparciuch Flanley wczołgał się pod drzewko, a ja zaraz po nim. - Mały załkał cicho. I wtedy w górnych gałęziach coś się poruszyło. - Po prostu potrząsnęliście drzewkiem i spadła jakaś stara bombka... - Nie. Nawet go nie dotknęliśmy. To coś posypało nas rozbitym szkłem. Widziałem gołe plecy Flanley‘a. Wbijało się w nie drzazgami i wierciło jak rój szalejących kleszczy. Jego krew była nawet na mojej twarzy. Wyczołgałem się spod szybko obniżających się gałęzi. A on ciągle tam leżał i dzwonił tysiącem szklanych dzwonków. Idź posłuchać, smoluchu. Popchnął mnie w stronę choinki. Zabolało mnie takie lekceważenie. Białe dzieci zawsze miały mnie za coś gorszego. Pochwyciłem jego wątłą szyję. Zacząłem dusić... Nagle... Zrezygnowałem, masując zgrabiałe z zimna dłonie. Mały uciekł wrzeszcząc o pomoc. Wczołgałem się pod krzywy piwniczny stopień, gdzie przeleżałem święta. Policja zabrała wszystkie pudełka z nowymi bombkami. Sprzątaczka długo szorowała napęczniałe od krwi deski. A ja nasłuchiwałem tupotu małych stóp. Ich rytm odmierzał pory dnia i dni leniwie biegnącego tygodnia. Poczułem, że już czas, gdy zabrakło zwyczajowych gapiów. Już nikt nie czekał pod drzewkiem na prezenty. Panowała cicha, spokojna noc. Wyszedłem w blaskach księżycowego światła, jakby poprzetykany nićmi ze srebra. Obok stała choinka. Nocami wciągała na siebie wszystkie trofea, których nie znalazła policja. Kogo tu nie było? Mały Harry w zestawie bąbkowym z pokurczonymi do skali zabawki nóżkami,

Styczeń 2014

29


Flanley z rozdziawioną, szklaną gębą, siostry Rochester splecione warkoczami, zawsze ciekawska Allana Keivy, a nawet stary pan od geografii Rupert Jordan. *** Na szklanej twarzy żebraka pojawił się zakłopotanie. Szyja kobiety była na ciasno opasana bandażem. Lśniły metalem naciągacze. - Chciałbym odzyskać swoje drzewko. Tu są pieniądze - podał zwitek pomiętych banknotów. - Niech je pan weźmie w cholerę - z trudem odpowiedziała panna Hollows. Jeszcze czuła uderzenia ości w każdym wyartykułowanym słowie. I posmak krwi na języku. - Nie myślałem... Kobieta sięgnęła ręką gdzieś poza krawędź pieczołowicie obciętego żywopłotu. -Tu jest choinka! I już mi wypieprzać! - Pozwoli pani, że zapytam?... - Czego?... - Gdzie jest ten piękny, miedziano - złoty chłopak? - Jaki on tam był złoty? Jaki miedziany? Zwykły hindus. - Wzruszyła ramionami. - Prysnął wraz z kilkunastoma innymi. Zawsze tak robi�� na święta, smoluchy. Nie spostrzegła mnie uwieszonego na gałęzi. Zamachałem żabimi nóżkami. Usta żebraka przebiegł cień uśmiechu. Wargi drgały przez chwilę, jak u świeżo zabitego karpia. - A, to dobrze. Bombkoń się ucieszy. Zamierzał odejść. - Chwileczkę. Jaki Bombkoń? Cofnął się o kilka kroków. A choinka wraz z nim. I ja. Roześmiany jak małoletni pajacyk. Podążyliśmy w rozwirowanym, brzękliwym tańcu jakby związani tysiącem welonów. Pochłaniała nas gęstniejąca mgła. Nadchodzące słowa wykręciła złośliwa akustyka zamkniętego pudła. - Nie zna pani współczesnych baśni? Taka zafajdana mamuśka?Tylko te parszywe gry i elektroniczne symulacje? Bombkoń otwiera nową kartę. Wymierza kary dla nieciepliwych. I nagradza obojętnych. Transformuje autentycznych ludzi w cyfrowy kod ozdoby. I potem retransmituje do wszystkich gałęzi naszych naprawdę, jeszcze żywych drzew. Pewnego, jutrzejszego dnia, rozwiesi ludzkość jak pranie - wybuchł skrzekliwym śmiechem. Panna Hollows przyskoczyła w kierunku cienia z wykrzywionymi jak szpony dłońmi. Które on, niesforny drań ucałował. A potem nadgryzł. Zębem cienkim jak płatek wirującego śniegu. - Precz mi z mojego świata! - wrzasnęła, gubiąc więcej i więcej kropli drogocennej krwi.

Przecież słyszę brzęk starych bombek. Czuję smród wilgotnego, nierozplecionego łańcucha. A przerwane przewody po oświetleniu? Zapomniało się? Zabrakło cierpliwości? Herbasencja 30


Jarek Turowski (Hanzo) Urodził się w 1990 r., mieszka na Lubelszczyźnie. Pisze głównie horrory, okazjonalnie S-F i opowiadania obyczajowe. Jego literaccy idole to: Stephen King, Cormac McCarthy, Lovecraft oraz Poe. Finalista Horyzontów Wyobraźni 2013. Próbował swoich sił w selfpublishingu, jest autorem e-booka „Za progiem“. Na papierze zadebiutuje pod koniec 2013 roku, w zbiorze opowiadań „Człowiekiem jestem“, gdzie ukaże się jego opowiadanie „Witamy po reklamach!“.

Apostołowie upadłego świata

obyczajowe

Kiedyś Gdzieś No, cześć! Pasowałoby, żebym spytał, co tam u Ciebie, ale nie spytam. Pewnie gnijesz przed telewizorem od świtu do zmierzchu, a młody wyje z głodu, zagłuszany przez telenowele. Jesień przechodzi w zimę, pod krawężnikami gniją liście, a do kratek odpływowych ciurka roztopiony, pierwszy śnieg. Przymrozek oszronił jabłka ciamajdy z naprzeciwka, bo leniowi nie chciało się ich zebrać zrobiłby dżemu bachorom, bodaj tyle by miały z życia, skoro on szóstego grudnia zamiast kupić im po zasranym kinder jajku, woli dusić grosz w skarpecie pod łóżkiem. Ptaki odleciały, tylko ślepy gawron przechadza się po parku, polując na okruchy. Świat idzie do przodu, a Ty dalej, głucha jak pień, oglądasz mega-hity podkręcone na cały regulator i nie wiesz, czy Twój syn jeszcze żywy, taka jesteś wyrodna i będziesz, bo pewne rzeczy nie zmieniają się nigdy. Piszę do Ciebie z klubu eks-nieudaczników, którego obecna siedziba mieści się właśnie tutaj, gdzie posadziłem dupsko na zmarzłej trawie - za plecami rosną jakieś chwasty, lekko z przodu leży kamień, wszędzie wkoło biegają świnie, a Mechanik śpi zmożony tanim wińskiem, tylko gigantyczne cycki łypią porozumiewawczo z nalepki na butelce, którą ściska w dłoni. Zdaje się, że wszystko, o czym chcę napisać, ma początek w chwili, kiedy wróciłem styrany z roboty, otworzyłem drzwi wejściowe, a ty wyskoczyłaś zza progu jak diabeł z pudełka i trzasnęłaś mnie w pysk tak siarczyście, aż mi łzy stanęły w oczach z zaskoczenia, a w głowie zadudniło tysiąc dzwonów. Huknęły zamykane nazad drzwi, z czasem ustał kościelny koncert wewnątrz mojej czaszki i pozostała mi już tylko cisza. Oraz widok zamkniętych drzwi. Odsapnąłem jak zgrzany pies, obłoczek pary rozbił się na białej barierze, jaką ustawiłaś między nami. Może gdzieś zakrakała prześmiewczo wrona, a może od strony ciamajdy z naprzeciwka dobiegła melodyjka ze „Świata według Kiepskich“, bo musiało być nieźle po siódmej - przetrzymały mnie skurwysyny w robocie, żebym jebał nadgodziny na Twojego bękarta, za które podziękowałaś mi liściem w ryj. Może po ulicy przejechał skorodowany poldek od drugich sąsiadów, tych nowych, i zostawił po sobie smugi niebieskawych spalin niby resztki smoczego oddechu, ale nie wiem, nie docierało do mnie nic. W umyśle obijały się ledwo trzy słowa, dość luźno związane z zaistniałą sytuacją, czyli: „chuj, dupa, gówno“. Powtarzałem je nieświadomie niczym mantrę, lecz zaklęcie

Styczeń 2014

31


to nie otworzyło białych wrót. Miałem w kieszeni klucz, ale co z tego - bariera między nami była głębsza niż fundamenty. Mógłbym wejść i spytać, o co tym razem chodzi, podarlibyśmy mordy do północy, dzieciak rzecz jasna głodny w kołysce, potem zawinąłbym w kimono, rano obudził się, udając, że jest cacy, wszystko fajrant, tak szefie, w domu dobrze, podkrążone oczy?, mały miał kolkę, nie dał zasnąć, jasne, że zostanę po godzinach, spokojna głowa. Tyle że bariera dalej wznosiłaby się tam, gdzie zawsze. Budowaliśmy ją wspólnie od lat, a teraz wreszcie stwardniała na tyle, by nie wpuścić mnie do mojego własnego, przytulnego nie-domu. Odwróciłem się i odszedłem. Przy pierwszym napotkanym śmietniku wyrzuciłem klucze. Spoczęły w odmętach opakowań po płatkach kukurydzianych, woreczkach pełnych wydłubanej z cebularza cebuli, sreberkach ze śladami po zlizanym jogurcie i reszcie gówna, którego nie dojrzałem, bo skrył je mrok. Odsapnąłem znowu i skierowałem się ku centrum, dłonie schowałem w kieszenie, a uszy za postawiony na sztorc kołnierz kurtki. Robiło się zimniej, lecz rozgrzewała mnie psychodeliczna mantra, która z czasem coraz bardziej zmieniała się w niezrozumiały bełkot, nachalny myślotok. Wlazłem do pierwszego lepszego baru. Miejsce kusiło smutnych samotników bylejakością. Przyciągało ludzi takich jak ja, ze strzaskanymi marzeniami. Niektórzy mieli prawdziwe kłopoty, inni byli uzależnieni od problemów, nie potrafili zasnąć ze spokojnym sumieniem, więc zalewali się w trupa. Po trzecim piwie przysiadłem się do grubego gościa, w którego cierpiętniczej minie dojrzałem swojego bliźniaka. Spytałem, dlaczego jest smutny. Odparł, że szkoda mu świń. Pracował jako stróż w zagrodach u pewnego potentata mięsnego i codziennie kroiło mu się serce, kiedy patrzył na odjeżdżające do rzeźni ciężarówki. Widział smętne ryje i położone na płask uszy. Łamliwym głosem dodał, że czuje się jak gestapowiec, co to dogląda nowych transportów do obozu zagłady. Poklepałem go ze współczuciem po górze tłuszczu, która zastępowała mu plecy i zamówiłem kolejkę. Dosiadł się do nas chudy małolat, antyteza Świniarza. Po plamach smaru na błękitnych, roboczych spodniach poznałem, że mechanik. No chyba, że spuszcza się na czarno. Zagaiłem, dlaczego on taki chudy jak szczapa. Miał już mocno w czubie, więc odpowiedział bez oporów, że to od picia. Wali dzień w dzień, bo źle pochował ojca. Dali mu w zakładzie wolne na okazję pochówku, a on zamiast pożegnać się z nieboszczykiem, poszedł w cug. Pogrzeb spędził, rzygając za cmentarnym kontenerem. Od tamtej pory, jak tylko wytrzeźwieje, przypomina sobie, że nie okazał zmarłemu tacie szacunku i znowu musi się napić. Zbezcześcił żałobę. Jeden obraz pamięta najlepiej - nieprzetrawiony kawałek korniszona, który sunął bezszelestnie w smudze wymiocin po wstędze z napisem „pogrążeni w smutku, syn z rodziną“. Potem zacięła mu się płyta, nie nagrobna, lecz ta w jego głowie. Powtarzał w kółko o tym wieńcu, który obrzygał na śmietnisku nekropolii. Poszedłby do spowiedzi, ale nie może. Kościoła boi się bardziej niż Boga. Obraz nędzy i rozpaczy jaki roztaczaliśmy, siedząc przy barowym kontuarze, przyciągnął kolejną osobę. Przedstawiła się, ale tak samo jak w przypadku dwóch poprzednich, imię wleciało mi jednym uchem, a wyleciało drugim. Strasznie młodziutka, może młodsza jeszcze od Ciebie, zupełnie nie pasowała do naszego zgorzkniałego towarzystwa, lecz nadrabiała zasmuconą miną. Upiła się z nudów, życie przytłoczyło ją monotonią. Była nimfomanką i znudził się jej każdy rodzaj seksu. Fantazjowała o dupczeniu na dachu bloku, na samiutkim gzymsie, mając pod klaszczącym o męskie uda tyłkiem tylko podniecająco niebezpieczny bezmiar powietrza. Lodowaty wicher tłucze o parasolki starych dewotek, gasi zapalniczkę ćpuna przycupniętego na balkonie czwartego piętra, szepce tajemniczo w kwiatach przedszkolanki z ósmego, zmaga się z antenami, zimowym ptactwem i kablami, a potem smyra ją po mokrej cipce, tylko on zdolny ją spełnić i osuszyć niezaspokojone pożądanie. Świniarz powiedział, że owszem, jesteśmy trzema nieudacznikami, ale nie samobójcami. Mechanik gulgotał obok o wymiocinach spływających po pożegnalnej wstędze, a ja brałem następną kolejkę. Nimfomanka zmarkotniała jeszcze bardziej i spytała, czy może z nami chociaż posiedzieć. Odparliśmy, że jasne. Zauważyłem, że Mechanik zezuje raz po raz na wystające sponad jej dżinsów stringi. Przerwał swój żałobny bełkot i zapytał, dlaczego nosi takie duże stringi. Wyjaśniła, że

32

Herbasencja


poznała wczoraj w klubie jakiegoś dzianego gówniarza i pozwoliła mu za kasę przebrać się w jej majtki. Założył i rozciągnął. Nie, nie chciał wyjść z nią na blokowy gzyms. Po północy barman burknął, żebyśmy spierdalali, bo widzi mu się, że Nimfomanka nieletnia, Mechanik zaraz się zarzyga, a Świniarz ogólnie odstrasza klientelę obrzydliwym bebechem. Wziąłem po piwie na drogę i wyszliśmy w noc. Pomarańczowy blask latarni rozlewał się pośród mroku niby samotna wyspa, a my staliśmy jak czworo Robinsonów, groteskowych rozbitków współczesności. Przybiegł bury kundel, powąchał moje buty i poleciał dalej. Zniknął w ciemnościach oraz zaduchu spalin. Spytałem Świniarza, czy jemu też się wydaje, że ludzie tankują teraz do baków gnojówkę. Odpowiedział, że na jego nos to będą wieprzowe podroby doprawione zgniłymi jajami, super-paliwo nowego wieku. Nimfomanka podtrzymywała Mechanika. Jak już skończył rzygać, zaciekawił się, co będziemy dalej robić. Podsunąłem, że może byśmy uwolnili te kilkaset niewinnych prosiaków. Świniarz sprostował, że jest ich grubo ponad tysiąc. Spytałem, czy daleko trzeba iść. Nie, całkiem blisko, w stronę obrzeży miasta, tak jak jedzie trajtek osiemnastka, pod samym lasem to będzie, ale jak weźmiemy po drodze jeszcze po dwa piwa, no to całkiem szybko nam minie spacer. Poszliśmy. Po drodze Świniarz zagadał, czy jak uwolni te zwierzaki, to dalej będzie nieudacznikiem. Powiedziałem, że od tej nocy nikt z nas nie będzie już nieudacznikiem. Mechanik wycharczał, że zajebiście, a Nimfomanka spytała, kim zatem będziemy. Pociągnąłem z butelki i wyjaśniłem, że eks-nieudacznikami. Koniec taplania się w szambie, jebania nadgodzin, pracy w ogóle, a wyzysku w szczególe, nadszedł czas zmian. Trajkotałem natchniony niby prorok do czasu, kiedy Mechanik zaczął jęczeć o wymiocinach na wstędze. Trzasnąłem go w pusty łeb. Przestał na jakiś czas. Nimfomanka spytała, jak rozwiążemy jej problem. Odparłem, że coś się wymyśli, na co ona, że gangbang przerabiała w gimnazjum i to z więcej niż trzema, jedyną opcją pozostał blokowy gzyms. Zanim doszliśmy do świniarni, Mechanik zwymiotował jeszcze trzy razy. Nocny stróż przywitał Świniarza szerokim uśmiechem. Przysiągłbym, że w następnej sekundzie potężny bebech wręcz wgniótł go w ścianę. Ochroniarzyna osunął się bez przytomności, a z radia leciało niewzruszenie, że majteczki w kropeczki, ło-ho-ho-ho. Nimfomanka zaczęła wić się w diskopolowym tańcu, lecz złapałem ją za ramię i ruszyliśmy za Świniarzem. Mechanik burknął, że poczeka tutaj, na krześle. Zanim wróciliśmy, uzbierała się pod nim zacna kałuża wymiocin. Otworzyliśmy na oścież wszystkie bramy, wrota, wierzeja, drzwi i furtki, jakie tylko się dało. Apokaliptyczna, świńska wataha rozbiegła się po mieście w kakofonii kwików i chrumkań. Prosięta z zagrody 4-C chodziły za Świniarzem niby tresowane psy. Bóg mi świadkiem, że łażą za nim po dziś dzień. Spytałem, co one tak za nim truchtają. Odpowiedział, że pewno go lubią, bo był dla nich dobry. Nimfomanka zapytała, czy dobroć ta równała się pierdoleniu małych prosiątek, bo tak to wygląda. Nie odpowiedział nic. Kiedyś później wyznał, że ma żonę, ale są w separacji, więc jestem skłonny mu wierzyć, że on jednak nie jebał tych świń. Zawinęliśmy Mechanika i ruszyliśmy dalej. Całe miasto chrumkało, stając się żywą reklamą przemysłu wędliniarskiego, gdzieś w oddali migały niebiesko-czerwone koguty. Kupiliśmy u Żyda w całodobowym dwanaście win z gołymi babami na nalepkach, po czym skierowaliśmy się ku cmentarzowi. Na miejscu okazało się, że to nie ta nekropolia co trzeba. Ojciec Mechanika leży po drugiej stronie miasta. Przysiedliśmy pod ceglanym murkiem, otworzyłem jabola i rozlałem do plastikowych kubeczków. O dziwo, świnie zachowywały się nadspodziewanie cicho. Jakby czuły, że nie jest to miejsce odpowiednie na zwierzęce sprzeczki. Prosiaki podgryzały badyla, a my kontemplowaliśmy ciszę z rzadka przerywaną odległym wyciem syren i popijaliśmy siarę, powolutku, jakby to nie była zwykła pryta, lecz bordeaux. Podejrzewam, że każdy z nas rozmyślał o umieraniu. Każdy sam i na swój sposób, tak jak się umiera. Jęzory mlecznobiałej mgły wiły się wokół nagrobków niby widmowe paluchy bezkształtnego potwora. Marmurowe tablice, odbijając sierp księżyca, skrzyły się miliardami zimnych kropelek, co w dziwny sposób kojarzyło mi się z oszronionym kuflem. Tylko gdzieniegdzie jaśniało bursztynowe światełko znicza - ostatni, niestrudzeni maratończycy, którzy tkwią tu od Wszystkich Świętych

Styczeń 2014

33


i dałbym sobie rękę uciąć, że ponad tym melancholijnym krajobrazem przetaczało się wyraźne echo wycia zmory. Spytałem, czy też to słyszą. Zmarzli i otumanieni, bo przysypiający, odpowiedzieli, że tak. Poczęli otrząsać się z odrętwienia, krwisty napój znikał z kubków. Ruszyliśmy sprawdzić makabryczne odgłosy, a trzoda potruchtała cichutko za nami. Znaleźliśmy ją na końcu przedostatniej alejki: kobieta w średnim wieku, ubrana w elegancki żakiet, blond włosy upięte w ciasny kok, na nosie okulary. Klęczała nad czyimś grobem i wyła żałobnie. Po chwili przyłączył się do niej Mechanik. Nimfomanka zapytała, czemu tak wyje na cmentarzu w środku nocy. Nastawiłem uszu, by wysłuchać tej łamliwej, zasmarkanej historii przetykanej pochlipywaniem. Była nauczycielką, a w grobie leżał jej uczeń. Bystry, fajny chłopak, trochę lekkoduch. Pisał świetne, brudne wiersze o bólu egzystencji, czasami grywał na gitarze na Rynku, zarobione pieniądze przepijał z dziewczyną, sporo wagarował. Błyszczał w klasie jak diament pośród gówna, on jeden potrafił powiedzieć cokolwiek o Kafce, Hemingway‘u czy Faulknerze. Mimo że oczytany, nauczycielka musiała go udupić, bo kto to słyszał, by człowiek, który pojawia się w szkole raz na tydzień, został dopuszczony do matury - hańba i wstyd. Tak powiedziała Dyrektorka, a Nauczycielka spełniła rozkaz. Honor szkoły został i tak zbrukany, bo abiturienci-debile nie potrafili rozróżnić Dantego od Szekspira, a udupiony poeta powiesił się na kablu od żyrandola. W liście pożegnalnym napisał, że zdałby tę maturę. Mechanik zagulgotał, że przynajmniej nie zrzygała się na pogrzebie. Odparła, że zrzygała. Z żalu. Spytałem, czy idzie z nami. Gdzie? Nie wiedziałem, gdzie by tu się mogło przekimać pięcioro ludzi. Świniarz podsunął chatkę Śmieciarza, co mieszka w lesie. Może za butelkę wina zamelinowałby nas w ruinach szopy na workach z plewami. Stwierdziliśmy zgodnie, że nie szkodzi spróbować i ruszyliśmy do lasu. Odkorkowałem butelkę siary gwoździem pożyczonym z mijanego krzyża, bo szkoda mi już było zębów i podałem trunek Nauczycielce. Nakazałem pić do dna. O dziwo, usłuchała, a potem nawet poprosiła o jeszcze jedno. Spełniłem zadość jej prośbie. Zapytała, jaki jest plan. Zadziwiłem się. Plan czego, spytałem. Nasz plan na przyszłość. Z tyłu zachrumkała świnia, bo odeszliśmy całkiem daleko od cmentarza. Z odpowiedzią ubiegł mnie Świniarz. Powiedział, że plan jest taki, by spalić za sobą wszystkie mosty, przestać być nieudacznikami i iść przed siebie, po prostu, byle gdzie. Nauczycielka wyjaśniła, że na szkoleniu z podstaw psychologii gadali, iż mosty to za sobą palą tylko psychopaci. Każdy z nas jest trochę psychopatą, tymi słowy zakończyłem dyskusję i rozlałem jeszcze po kubeczku. Na widok darmowego trunku Śmieciarzowi oczy się zaświeciły jak psu jajca. Nie miał jedynek, więc ślina wyciekła mu z gęby na kanciasty podbródek, przetrącony w wysypiskowej batalii o pęk miedzianego drutu. Rozanielony wyseplenił, że delirka trzyma go już drugą noc i za tę cudną butelczynę to zniesie nam do szopy tapicerki od starego Żuka, żeby niewiasty nie musiały kimać na workach z plewami. Jak powiedział, tak zrobił. W ostateczności dałem mu w podzięce dwie butelki, niech i on ma coś z życia, a złe duchy trzymają się bodaj tej nocy z daleka od jego duszy. W szopie leżały trociny, obierki po brukwi, naręcze wierzbowych gałęzi i pełno zwleczonego ze śmietniska żelastwa, w którym Śmieciarz dojrzał coś interesującego. Z eternitowego dachu opadały bezgłośnie mikroskopijne, rakotwórcze cząsteczki, a w ścianach więcej desek brakowało, niż było, lecz czuliśmy się dobrze. Chyba chodziło nam przede wszystkim o sam fakt czterech ścian dokoła, miejski zabobon. Mechanik zasnął niemal od razu. Runął jak długi na twarde klepisko, ciężko powiedzieć, czy rzeczywiście zmógł go sen, czy po prostu zemdlał zmożony śmiertelną dawką alkoholu. Świniarz zajął całe cztery worki z plewami, a koło niego, w równym rządku, spoczęły prosiaki. Nie ruszały obierek, bo wiedziały, że to nie jest ich, mądre bydlęta. Ja długo nie mogłem zasnąć, wsłuchiwałem się w odgłosy dzikiego seksu Nimfomanki z Nauczycielką, jakie dobiegały zza sterty rdzewiejącego złomu. Pieprzyły się jak pojebane niemal do świtu. Następnego dnia Nimfomanka wyznała mi, że

34

Herbasencja


od razu miała ochotę na tę wredną, wredną, wredną i bardzo niedobrą panią, co zabiła drugiego człowieka. Powiedziała, że jarało ją to jak skurwysyn. Potem spytała, czy nie dałbym im ślubu, bo traktowali mnie już jak swego rodzaju Mistrza, a Nauczycielka po wlaniu w siebie dwóch win była skłonna wejść na blokowy gzyms. Powiedziałem, że nie dam im tego ślubu. Spytały mnie, czy dojdziemy kiedyś do Holandii. Odparłem, że nie wiem. Może. Zależy, gdzie nas droga powiedzie. U Śmieciarza obudziliśmy się dopiero w południe, zmordowani, cuchnący i skacowani. Zaproponowaliśmy mu, żeby szedł z nami. Powiedział, że nie. Nie może porzucić wysypiska, bo bez niego jest nikim. Szepnąłem mu, że do wczoraj też tak myślałem, że jak opuszczę swoje szambo, to nie będę miał nic. Ale już tak nie myślę. Wiem, że moje życie zaczyna się dopiero teraz, kiedy spaliłem za sobą wszystkie mosty, jak psychopata, bo wiele jest we mnie z psychopaty. Przekonałem go. I tak idziemy od tamtej pory. Groteskowi pielgrzymi, apostołowie upadłego świata. Ja, Mistrz, który powołałem do życia ten klub eks-nieudaczników, wyrwałem tych ludzi z kajdanów cywilizacji, oderwałem ich mordy od koryt, w które sami sobie srali. Mechanik dalej wspomina ojca, ale to ciężki przypadek. Może mu kiedy przejdzie, ale nie wiem. W jego głowie zdarła się płyta i tyle. Prosiaki Świniarza podrosły, dalej są wierne, a on zadowolony. Śmieciarz nie miał delirki od bodaj miesiąca, dbamy o niego, co wieczór dostaje na kolację jedno winko, a jak się lepiej wiedzie to nawet i dwa. Nauczycielka zostawiła demona ucznia-poety daleko za sobą i odnalazła miłość. U jej żony, Nimfomanki, też dobrze. Ślubu udzielił im wreszcie Śmieciarz. Związał nadgarstki obu dam miedzianym drutem i powiedział, że tych więzów nie rozwiąże nic, bo niejeden za taki kawałek miedzi oddałby życie. Może im sprezentuję jakiegoś wibratora, jakbym odłożył trochę grosza. Zobaczymy. Seks na dziesiątym piętrze mają już za sobą. Teraz kombinują coś innego, ale to w małżeńskim sekrecie. Jednej nocy dosłyszałem w ich rozmowie słowo „prąd“. Kazałem Mechanikowi trzymać na nie oko i tak nie ma nic lepszego do roboty, a może z czasem skończy biadolić. Tak sobie idziemy. Śpimy to tu, to tam. Pracujemy również to tu, to tam. Jesteśmy raczej szczęśliwi, gdzieś w północnej Polsce, z tyłu chwasty, z przodu kamień. Dwa dni temu zarobiliśmy nieźle u jednego chłopa na wsi. Chyba tu posiedzimy z tydzień. Jest przytulnie. Nie potrzebujemy już czterech ścian. Czuję, że żyję. Dopiero teraz. Nie wiem, po co do Ciebie piszę, Córciu. Może trochę się stęskniłem, a może wypadałoby wytłumaczyć Ci, co się stało, choć i tak nie zrozumiesz. A może nie jest ze mnie taki psychol, jak mówią. Nie żyłem dla siebie. Żyłem za Ciebie. Dlatego wyszło, jak wyszło. Każdy musi przeżywać swoje życie sam za siebie. Tyrałem na Twoje dziecko, mojego wnuka, a Ty nie robiłaś nic. Zamiast wyżyć się na chłopaku, który zrobił Ci bachora, robiłaś mi awantury co noc. Kiedyś taka nie byłaś. Wiem, że odkąd umarła Mama, nie było u nas kolorowo. Staliśmy się nieudacznikami. Ja niewolnikiem pracy, a Ty niewolnicą telewizora i przygodnego dupczenia, oboje niewolnikami cywilizacji. Myślisz, że dałaś mi w kość? Że mi dokopałaś za to, że Mama umarła? Pocałuj mnie w dupę. Ogarnij się i żyj. Żyj, bo nikt nie przeżyje życia za Ciebie. Ścignij tamtego chuja o alimenty, znajdź se dobrego męża, tylko nie rolnika ani, broń Boże, mechanika. Ja to pierdolę. Mi jest dobrze tutaj, gdzie jestem. W drodze. Kocham, Tata.

I tak idziemy od tamtej pory. Groteskowi pielgrzymi, apostołowie upadłego świata.

Styczeń 2014

35


Antoni Nowakowski (RogerRedeye, FortApache) Prawnik i politolog, miłośnik i admirator papierosów, cygar, kawy rozpuszczalnej, brandy, whisky i koniaku – w ilościach nieograniczonych… W chwilach wolnych od oddawania się swojej pasji konsumpcyjnej czyta opowiadania Raymonda Chandlera, niekiedy powieści marynistyczne, a także dzieła już przestudiowane, ale rozpoczynane ciągle od nowa – „Wojnę i pokój” Lwa Tołstoja i wszystkie książki Fiodora Dostojewskiego. Ogląda też filmy z Clintem Eastwoodem i ”Dyliżans” Johna Forda – no i coś próbuje samemu napisać, zwykle z bardzo miernym skutkiem… Zdarza się, ze tworzy wiersze. Całe szczęście, ze powstały tylko cztery.

Tremo i obraz

fantastyka

Niedawno kupione przez Adama tremo wyglądało wspaniale. Umieszczone w westybulu fascynowało gości swoją doskonałością, budząc u wchodzących uczucie pokornego onieśmielenia. Tremo nie zajmowało całej przestrzeni pomiędzy dwoma wysokimi oknami, mimo tego, że zwierciadło imponowało wielkością. Początkowo Adam nieco się tym martwił. Dla Anny narzekania męża nie miały znaczenia: wolna przestrzeń pozwoliła na umocowanie bocznych lamp, świecących teraz łagodnym, mlecznym blaskiem. Adam poświęcił sporo czasu na znalezienie pięknych, secesyjnych opraw z brązu, przystosowanych do montażu żarówek. Równie dużo trudu włożył w wyszukanie odpowiednich kloszy. Właściwie, wcale nie zajmował się tym osobiście – zlecił zadanie wyspecjalizowanej agencji. Sprawiła się doskonale, przedstawiając szereg propozycji, a on z namysłem wybrał najlepszą. Przedsiębiorstwo antykwaryczne słono policzyło za usługi, lecz Adam, zadowolony, podpisał rachunek bez grymaszenia – od dawna mógł sobie na bardzo wiele pozwolić. Niezwykle wysokie i szerokie lustro trema łączyło się z palisandrową konsolą, kunsztownie odnowioną, opalizującą w świetle czterech kinkietów. Powierzchnia konsoli stanowiła arcydzieło sztuki intarsji. Nieznany mistrz wykonał ją z wielu dziesiątków kawałeczków szlachetnego drewna przeróżnych gatunków, połączonych w gładki blat. Różnorakich kształtów i kilkudziesięciu odcieni większe, mniejsze i całkiem mikroskopijne elementy tworzyły skomplikowane wzory, biegnące w najrozmaitszych kierunkach, łączące i splatające się ze sobą. Zdawały się nie mieć początku ani końca. Oczy patrzącego odkrywały motywy kwiatów, zwierząt, linii życia albo śmierci – zależnie od tego, jak padało światło, jak rozkładały się stonowane, kolorystyczne akcenty i jak wielką fantazję posiadał widz. Tremo kosztowało niewielką fortunę. Obrót akcjami i kilka skomplikowanych operacji finansowych oraz wykorzystanie przewalającej się przez giełdy fali spekulacji natychmiast zrekompensowały wydatek, przysparzając jeszcze dodatkowe profity, tak duże, że mąż Anny twierdził, że zakup trema przyniósł nieoczekiwany zysk. Adam nie okazywał, że stał się prawdziwym bogaczem, choć śmiało mógł się tak określać – z jednym wyjątkiem: urządzania rodzinnego siedliszcza, dawnego pałacyku znanej rodziny mag-

36

Herbasencja


nackiej, paręnaście lat temu jeszcze zrujnowanego, a od dłuższego czasu pieczołowicie odnawianego i krok po kroku restaurowanego. urządzanego. Niekiedy Adam żartobliwie napomykał, że stary pałacyk, już w chwili powstania rozległa i okazała budowla, obecnie stał się po prostu pałacem, coraz bardziej imponującym, budzącym podziw i zazdrość – i nikt przeciwko temu nie protestował. Kiedyś tremo zdo- Gari Mel chers „Wieczerza w Emmaus“ biło wielki hall – zresztą niejeden, bo wielokrotnie przechodziło z rąk do rąk – wielkopańskiej rezydencji starego rosyjskiego rodu. Sąsiadowało z pociemniałymi portretami bojarów o długich brodach i srogim spojrzeniu i nowszymi, ludzi we frakach, żabotach i perukach, o nadętym wyrazie twarzy. Potem zmieniało wielu właścicieli, aż w końcu trafiło na aukcję antyków w Londynie. Powiadano o zwierciadle, że przynosi nieszczęście, lecz kolejni posiadacze, zachwyceni wyglądem i imponującym majestatem lustra, ramy i podstawy, zbywali te opowiastki wzruszeniem ramion i śmiechem, pełnym politowania dla bezrozumnych bajań ciemnej tłuszczy. Ocalało nienaruszone z wielu pożarów, buntów i rzezi, dziwnym trafem tak szczęśliwie, że wielkiej kryształowej tafli i postumentu nie pokryła nawet zmarszczka stopienia od żaru buchających płomieni. Niekiedy kolejni właściciele półgębkiem wspominali legendę o tym, że zwierciadło wyszło bez szwanku nawet z zamętu i krwawych rzezi buntu Pugaczowa. Podobno Jemielian Pugaczow polecił przewozić tremo na specjalnie wykonanej, wielkiej furze, zaprzężonej w dwie pary wołów. Z obrzydzeniem przypominano, że ustawiano je w miejscach kaźni dziedziców i dworskich oficjalistów, wbijanych na pal albo rżniętych piłami, żeby, przynajmniej na początku, kiedy jeszcze nie stracili przytomności, dobrze widzieli, co się z nimi dzieje. Wódz ludowego powstania nakazał zasłaniać potem lustro trema opończą zszytą z końskich derek i nigdy nie chciał się w nim przejrzeć, lecz jego towarzysze czynili tak często, śmiejąc się i twierdząc, że oprócz swoich brodatych twarzy nic nadzwyczajnego nie ujrzeli – a więc trzeba iść dalej, mścić się za oprymowanie ludu, wycinając szlachtę w pień. Nieodmiennie opowieść tę kończono przypomnieniem ciekawostki, że jednak Jemielian jeden raz przejrzał się w zwierciadle trema – na dziedzińcu moskiewskiej turmy, kiedy już wyprowadzono go na egzekucję, jak sądzono, długą, krwawą i pełną męczarni, planowaną dla zaspokojenia wściekłości carycy Katarzyny. Zwierciadło ustawiono celowo, wycierając je starannie z kurzu, tak, aby Pugaczow dobrze się widział – i przestraszył się obrazem długiej śmierci wśród katuszy, a potem może począł skomleć o litość. Przywódca włościańskiego buntu, blady jak ściana, śmiało podszedł do lustra, i zaraz pokłonił się przed zwierciadłem w pas, krzycząc rozradowany: ”Na życzenie Katieńki użyją tylko katowskiego topora, jakież to szczęście!” – a za chwilę sam, z hardo zadartą głową wdrapał się na wózek, mający dowieść go na deski szafotu, cały czas zachowując się dumnie, jak przystało dońskiemu Kozakowi. Już w nie tak bardzo odległych czasach konterfekty książąt rosyjskich, przodków posiadaczy lustra, rozsiekały na strzępy bagnety i szable bolszewików, a modlących się zsiniałymi wargami

Styczeń 2014

37


właścicieli zwierciadła powieszono na ulicznych latarniach, lecz tremo nienaruszone trwało dalej. Ktoś twierdził potem, może jakaś służąca, że zwierciadło odbiło postacie, kręcące się wolno na sznurach, przewiązanych przez szczyty słupów oświetleniowych, choć ustawienia lustra uniemożliwiało ten widok. Nikt w to jednak nie wierzył, traktując opowieść jak ludową bajdę prostaków, wstrząśniętych rozmachem krwawego terroru, podobnie jak i legendę o widzeniu Pugaczowa. Mąż Anny dowiedział się o tremie od jednego z zaufanych londyńskich marszandów i natychmiast je nabył – uczynił to zresztą bez większych trudności – gdyż olbrzymie zwierciadło wspaniale wieńczyło renowację pięknego budynku, a nadto wiązało się z nim sporo legend i opowieści – tak jak zawsze bywa z pięknym i starym dziełem sztuki. Opowiadano o zwierciadle, że zdobiło nawet przedsionek ukrytej w głuszy leśnej daczy jednego z wodzów nowego, proletariackiego porządku. Przypadło mu bardzo do gustu, tak dalece, że kiedy aresztowano go pod zarzutem zdrady rewolucji, poprosił o umożliwienie powrotu – tylko na chwilę – do tej cichej sadyby. Uzyskał łaskawą zgodę na zaspokojenie dziwacznej, bardzo burżujskiej fanaberii, skrzętnie zresztą odnotowanej w akcie oskarżenia, jako dowód zaprzedania się drobnomieszczańskiemu stylowi życia. Człowiek ten pragnął niezwykle mocno jeszcze raz się w nim przejrzeć, może chcąc przez kilka sekund sycić umysł pięknem i majestatycznością trema, albo może też upewnić się, jakiż los go czeka – choć już wtedy wydawał się pewny, że niebawem pistoletowa kula przewierci mu mózg. Niekiedy cichaczem wspominano, traktując to jak starą klechdę, z nieodłącznym uśmieszkiem pobłażania rozciągającym mięśnie twarzy, że tremo pokazuje przyszłość, tak, jak podobno przedstawiło ją Pugaczowowi. Nikt w to za bardzo nie wierzył, bo człowiek pewny śmierci mógł wiele widzieć w nieskazitelnie gładkiej tafli kryształu, ale może właśnie i dlatego tak o nie dbano. Stojąca przed wysokim zwierciadłem kobieta uwielbiała historie związane z potężnym lustrem. Nie tylko uwodziły ją zawikłane dzieje trema – Anna niemal kochała przyglądać się matowej plątaninie wzorów i wodząc placem, tak jak wiele osób przed nią, szukać nowych symboli skrytych w gąszczu dziesiątków drewnianych kwadracików, prostokątów, elips i owali. Fascynowała się tym, jakby powierzchnia konsoli kryła tajemnicę, a może dziwną zagadkę, trudną do odgadnięcia, a przecież istotną. Nieraz sama naśmiewała się z siebie, ale potem wracała, i wodząc paznokciem po lekko opalizującym blacie i coś szepcąc, szukała odpowiedzi na nigdy niesformułowane głośno pytania. Teraz jednak z natężeniem spoglądała w lustro. Widziała w kryształowej tafli odbicie płomyków świec lichtarzy ustawionych na stole w salonie, nieskazitelną biel atłasowego obrusa, różnokolorowe refleksy światła w kieliszkach z rżniętego kryształu, postacie córki i syna przynoszących talerze. Lśniąca porcelanowa zastawa odbijała blask wielkiego, sufitowego żyrandola. Anna oglądała w zwierciadle świat, tak przez nią kochany. Kochała Adama. Ubóstwiała dzieci, Andrzeja i Monikę. Uwielbiała niezwykle okazałe domostwo, będące rodzinnym światem – i życie w nim. Uśmiechnęła się do siebie – szeroko, radośnie, najszerzej, jak tylko potrafiła. Olbrzymie lustro wiernie odwzorowało wygięcie pięknie wykrojonych warg. Błysk drobnych, foremnych zębów. Połysk drogiej szminki. Ruch języka wolno oblizującego usta. Adam zawsze tak zapobiegliwie zbierał antyki – pomyślała z zadowoleniem. – Już wtedy, kiedy dopiero zaczynał karierę. Teraz wszyscy podziwiają wnętrze domu. Po wejściu do środka zamieniają się w słupy soli. Jakżeż to zabawne wygląda! I w końcu, koronując wszystkie wysiłki, zakupił tremo. Naprawdę pysznie. Przyjrzała się swojemu odbiciu. Doszła do wniosku, że nadal wygląda bosko. Ogarnęło ją poczucie szczęścia. Wciąż miała doskonałą figurę, przyciągającą wzrok, kuszącą. Czarna, delikatnie mieniąca się sukienka z dekoltem w kształcie łezki świetnie uwydatniała kształty. Kupiła ją tydzień temu, kiedy Adam telefonicznie przekazał wiadomość o swojej nominacji. Kreacja kosztowała tyle, że Anna postanowiła nigdy nie wspominać mężowi o cenie. Adam zawsze oszczędzał, z czego ona niejednokrotnie się śmiała, uważając, że ma bzika na tym punkcie – a im bardziej się bogacił, tym bardziej to już niezrozumiałe skąpstwo pogłębiało się. Wydawali coraz więcej, a Adam trząsł się nad cenami nieistotnych drobiazgów.

38

Herbasencja


Istniało jednak usprawiedliwienie tej rozrzutności. Anna niedawno podpisała umowę na przetłumaczenie wyboru opowiadań współczesnych pisarzy rosyjskich. Szczęśliwie powróciła do wykonywania zawodu, będącego pasją jej życia. Nagle poczuła, że pochłania ją coś dawno zapomnianego – pospieszne, ranne wstawanie, wertowanie słowników, sięganie do książek bardziej lub mniej znanych pisarzy, żeby odszukać nowe znaczenie jakiegoś wyrazu, początkowo bezpłodnie denerwujące, a później coraz bardziej udane budowanie zdań, akapitów, w końcu rozdziałów. Odkryła z rozkoszą, że prawie na nic nie ma czasu, bo pochłania ją prawie zapomniana, sprawiająca jednak niesłychaną przyjemność najzwyklejsza, wytężona krzątanina przy ulubionej pracy. Poprawiła włosy. Starannie pociągnęła usta pomadką. Szeroką i grubą ramę zwierciadła pokrywało kłębowisko finezyjnie wyrzeźbionych postaci amorków. Każdą odtworzono inaczej, a żadna twarz się nie powtarzała. Niektóre ze skrzydlatych cherubinków dęły w trzymane przy ustach trąbki, inne napinały łuki, dobywały strzał z kołczanów lub trzymały palec na buziach. Kilku śmiało się figlarnie. Anna przesunęła palcem po zamyślonej twarzyczce drewnianego cherubina. Tylko on miał zaciśnięte wargi. Skrzywione usta i zmarszczone czoło tchnęły wyrazem posępnego smutku. Jeżeli odnalazło się dziwnego aniołeczka w gęstwie roześmianych twarzyczek, przyciągał wzrok. Kobiecie stojącej przed imponującą taflą srebrzonego szkła przypominał uwięzionego w masywnej obejmie zwiastuna niewypowiedzianej tajemnicy, przerażającej dla słuchacza. – Nie frasuj się tak. – Ułożyła palec na podbródku twarzyczki. – Mamy dzisiaj wielkie święto. Wiesz, nominacja Adama. Mój przekład. Cóż za szczęście! Opuścimy cię, ale będziemy powracać. Chociaż raz mógłbyś się uśmiechnąć. Szurgot na okiennej szybie odwrócił uwagę Anny od zwierciadła. Coś uderzyło w framugę. Mocny pogłos dziwnie łatwo przeniknął przez dźwiękoszczelne okno do obszernego hallu. Anna wzruszyła ramionami. W tym roku cieszyła się z urodzaju włoskich orzechów w ogrodzie. Skonstatowała, że pewnie wiatr cisnął wyrośnięte owoce w twardych skorupach wprost w grube szkło, a jutro będzie musiała je pozbierać. Przycisnęła przycisk w ścianie. Na zewnątrz metalowa żaluzja zsunęła się, szczelnie przesłaniając okienny otwór. Kobieta odwróciła się. Czuła się tak szczęśliwa, że musiała jakoś to okazać. Pragnęła coś uczynić, dziwny gest, nawet szalony, może zatańczyć – albo zacząć się śmiać, perliście, radośnie, prawie już zapomnianym młodzieńczym śmiechem beztroskiego i radosnego uniesienia. W jednej chwili zdała sobie sprawę, że nie potrafi uczynić nic więcej od pospolitego, trywialnego ruchu rąk, jakby umysł i ciało krępowała przezroczysta substancja, przyjemna w dotyku, ale pozwalająca tylko na określone zachowania. Podniosła ręce. Na nic więcej nie umiała się zdobyć. Przez chwilę czuła żal, że nawet wtedy, kiedy jest sama, stać ją tylko na to. Poczucie jakiegoś niespełnienia, a może zniewolenia, szybko jednak uciekło, a Anna natychmiast o nim zapomniała. Klaszcząc w dłonie, tanecznym krokiem wróciła do salonu. Przez ułamek sekundy w jej umyśle przewinęła się myśl, że zna ten sposób poruszania się, gdzieś go widziała, może w jakimś filmie, że coś ją kiedyś niezauważalnie spętało, a ona z radością się temu poddała. Nie zastanawiała się jednak dłużej – czekało ją jeszcze sporo zajęć. Gdyby odwróciła się, rzuciła okiem na majestatycznie wyglądającą płaszczyznę lustra, na kryształową taflę, zobaczyłaby, że uśmiech smutnego cherubinka się pogłębił, a wąskie wargi mocnej wykrzywiły. Posępny aniołek jakby odprowadzał wzrokiem kobiecą postać. Może pragnął jej powiedzieć – gdyby tylko mógł – że nie powinna się tak bardzo radować oczekującym ją szczęściem. Być może, zamierzał opowiedzieć o jej poprzednikach, też śledzących w nieskazitelnie gładkiej powierzchni uczucie radości, rozświetlające ich twarze, a potem widzących u siebie tylko rozpacz. Albo pragnął ją przed czymś przestrzec – lub coś przypomnieć. ***

Styczeń 2014

39


– Nigdzie nie mogę się zalogować. Niepojęte. Andrzej siedział na starej, perskiej otomanie, wpatrując się ze zdziwieniem w ekran laptopa. – Dzieje się coś dziwnego. Mignęła wiadomość, że coś prasnęło w Afrykę. Potem połączenie się przerwało. Anna znowu wzniosła ręce. Przez chwilę pomyślała, ze ciągle powtarza ten ruch – i nikt nie zwraca na niego uwagi. – Nie możesz spędzić życia przed komputerem, nawet studiując w Oxfordzie – Z dezaprobatą pokręciła głową. – Zwłaszcza dzisiaj, kiedy mamy ten dzień. Nasze święto. Lepiej zrobisz, jeżeli odłożysz tę czarodziejską skrzynkę. Pomóż Monice. W głosie Anny brzmiał nacisk, co zdarzało się rzadko. Od dawna tonowała słowa. Może chciała jeszcze powiedzieć parę ostrych zdań, ale się powstrzymała. –- Ostatnimi czasy w Afryce zawsze coś wybucha. – Monka odęła z niesmakiem wargi. – Albo mamy zamach, albo rewolucję, a potem imigrantów – tak jak zwykle. Twarz Moniki zastygła w wyrazie skupienia. Wzniesionymi palcami wykonywała drobne gesty, podobne ruchom dłoni dyrygenta, patrzącego na partyturę nieznanej symfonii i bezwiednie zarysowującego linię melodyczną wyimaginowaną batutą. – Pierwszym daniem będzie zupa rakowa? – Monika odwróciła głowę w stronę matki. – Tak – potwierdziła Anna. – Gdybym wiedziała, że raki gotuje się żywcem, zrezygnowałabym. Boże, nie mogę zapomnieć widoku ich oczu, wyłażących ze skorup. Okropieństwo. Wstrząsnęła się z obrzydzeniem. – Przysięgam, że nie wiedziałam, że skorupiaki żywe wrzuca się do wrzątku. Dla podkreślenia szczerości słów Anna położyła dłoń na piersi, mocno dramatycznym ruchem, jednak pełnym gracji. – Dobrze, że do przygotowań najęliśmy zaufaną kucharkę. – Monika prychnęła przez zęby. – Uciekłam do swoich pokojów, kiedy dowiedziałam się, jak gotuje się taką zupę. Nie wiem, czy ją zjem. Córka formułowała zdania podobnie jak Anna – wyraźnie, dźwięcznie, z wyraźną nutką afektacji, a każde brzmiało tak, jakby zamierzała obwieścić coś niezwykle istotnego. Monika niejednokrotnie grymasiła, oceniając usługi osób, utrzymujących w porządku dom i ogród albo przygotowujących przyjęcia. Rauty, jak coraz częściej powiadał Adam.. Niektórych pracowników, pielęgnujących pokoje i sad jednak ceniła, twierdząc, że zdobyli jej zaufanie – i że ich lubi. – Na pewno okaże się niebywale smaczna. – Andrzej ze marszczonymi brwiami wpatrywał się w ekran. Rysy jego twarzy nadal układały się w wyraz zdziwienia. – Na koniec spróbujemy pewnie ostryg, a to też żywe stworzenia. Umierają w twoich ślicznych ząbkach, jeżeli o tym nie wiesz. Ja też je lubię, oczywiście, z odpowiednim dodatkiem świeżej cytryny. Zamilkli na chwilę. Zdawało się, że Monika nie wie, co odpowiedzieć. Uwielbiała jeść małże, popijając dobrze schłodzonym szampanem. Dwa lata temu ukończyła z wyróżnieniem studia finansowe w Londynie, a w nieodległym czasie miała uzyskać dyplom historyka sztuki. Adam zamierzał kupić córce spory antykwariat, potem zamienić go w duży dom aukcyjny, pozwalając Monice rozwinąć dochodową i ciekawą działalność. Palce Andrzeja poruszały się bez chwili przerwy po ekranie. Nie czekał na słowa siostry. – Nieprawdopodobne. Nadal nie wchodzę do systemu. Zatrzasnął pokrywę. Potem znowu ją odchylił. – Chciałem sprawdzić, co piszą o nominacji ojca – dodał tonem usprawiedliwienia. – Komentarze pewnie brzmią fantastycznie. Ojciec wiedział, że go wybiorą, ale dla wszystkich to sensacja. Dla tego plebsu, ciągle zajmującego się gonieniem za każdą złotówką – w głosie Andrzeja zabrzmiała pogarda – ojciec stanie się w końcu osobą naprawdę znaną. Będą znowu o kimś gadali, pisali i rozważali, jak można osiągnąć szczyt. Zdałbym wstępną relację: byłby zadowolony. Gdyby ktoś posłuchał rodzinnych rozmów w okazałym pałacu, lśniącym teraz świeżym połyskiem miedzianego pokrycia dachów, zorientowałby się, że Andrzej zawsze mówi o Adamie „ojciec”, stale z tą samą nieudawaną nutą szacunku, a nawet bojaźni, dziwną, jak na blisko dwudziestosiedmioletniego mężczyznę, absolwenta renomowanej uczelni, dodatkowo studiującego jeszcze prawo.

40

Herbasencja


Anna plasnęła w dłonie. Zręcznym ruchem przełożyła laptopa na sekreterę, ustawioną obok wezgłowia otomany. – Bierzmy się za ustawianie! – zakomenderowała. – Pośpieszmy się! Dałam wszystkim ludziom wolne – chciałam, żebyśmy zostali sami. Wiem, że jagnię jest naprawdę smaczne wtedy, kiedy nie za długo piecze się na wolnym ogniu. Do tej potrawy specjalnie kupiłam nowy piec gazowy. Wolno rozkładała błyszczące w blasku żyrandola talerze na obrusie. – Wspaniała nominacja Adama! – Jeszcze raz pokręciła głową. – Nadal w to jeszcze nie wierzę. Zastępca prezesa centrali banku w Paryżu! Teraz, przez króciutką chwilę, znowu poczuła coś natrętnie codziennego, zwykłego i sztucznego – nieumiejętność wypowiedzenia innych, niż zawsze, słów, jakby poruszała się w jednym zasobie zwrotów, bez przerwy używanych, do szczętu zużytych, podobnych do tych pustych i ciągle takich samych ruchów rąk i głowy – odartych ze znaczenia gestów. Tylko przez ułamek sekundy, bo zaraz o tym zapomniała. Andrzej niechętnie wstał. – Opanowują sytuację. – Uśmiechnął się z rozbawieniem. – Ostatnia wiadomość. Po prostu przybysz z przestworzy uderzył w tereny obok Johannesburga. Pewnie kawałek asteroidy. Nic wielkiego. Przeciągnął dłonią po gładko wygolonym podbródku. -- Piszą, że właśnie stąd wzięły się wszystkie perturbacje – dodał po chwili namysłu. Prychnął. – Niebawem powrócimy do normalności. Patrzyli na siebie z uśmiechem i nie zwrócili uwagi, że na obrazie, wiszącym w salonie naprzeciw wejścia do westybulu, Jezus Chrystus miał przez chwilę dziwnie odwróconą głowę, może chcąc spojrzeć w rozległą przestrzeń pomieszczenia, zajmowanego teraz przez trzy osoby – a lustro trema wiernie oddało ten nieznaczny, ale przecież wyraźny ruch. Nie spostrzegli, że policzki Zbawiciela nabrały rumieńców. *** Adam kupił replikę malowidła dawno, kiedy zaczynał urządzać dom. Obraz odtworzył hiszpański kopista, Jose Manuel Santamaria, mieszkający na obrzeżach Madrytu, malarz obdarzony wielkim i lekceważonym przez wszystkich talentem. Santamaria tworzył doskonałe dzieła realistyczne, mieszając style i obficie korzystając z odkryć Caravaggia, Velazgueza, Goyi i wizjonerstwa Boscha. Nikt ich jednak nie kupował. Twierdzono, że są manieryczne i epigońskie, uważając je za zręczne naśladownictwo starych mistrzów. Proponowano Santamarii zajęcie się sztuką performance, wróżąc mu w niej wielką przyszłość, ale Hiszpan oceniał performance jako błazeństwo. Jeden z nielicznych agentów malarza wpadł na prosty pomysł: niechże Jose tworzy kopie znanych dzieł bliskich mu twórców, a jego świecący gołą skórą portfel szybko się zapełni. Santamaria spisywał się doskonale w nowej roli, mając mnóstwo zamówień. Nie potrzebował się niczym martwić – żył hulaszczo, tarzając się, wzorem Caravaggia, w wyuzdanych orgiach, coraz bardziej uzależniony od alkoholu i narkotyków, pewnie mających stłumić drążące go poczucie niespełnienia. Tak twierdzili nieliczni znajomi, podkreślając jednak rosnące mistrzostwo Hiszpana, pewność ręki i niebywałą sprawność. Ten okres trwał jednak krótko, bo Santamaria począł malować kopie doskonalsze od oryginałów. Przekonał się o tym jeden z nabywców, znawca sztuki, zainteresowany repliką obrazu Vermeera. Odkrył, że to, za co suto zapłacił, ceniąc umiejętności Jose, jest malarsko o wiele lepsze od pierwowzoru. Santamaria w obrazie inaczej rozłożył światłocienie, nadał twarzy kobiecej postaci mało uchwytny, jakby domyślny, ale wyrazisty rys drapieżności, może i tłumionego okrucieństwa, wzbogacił kolorystykę, wkomponował kilka świetnie odtworzonych, niepokojących widza szczegółów. Nabywca nie protestował, zorientowawszy się, że dzieło Hiszpana może mieć znaczną wartość. Ale innym poprawki i samowola Santamarii nie przypadły do gustu – i malarz gwałtownie tracił klientów. Adam potrzebował do pałacu akcentu artystycznego, podkreślającego szacunek do wiary. Zwrócił uwagę na reprodukcję obrazu Melchersa „Wieczerza w Emmaus” – solenną pracę, niespecjalnie porywającą, choć niezłą. Uznał, że się nada, bo malunek Melchersa nie epatował religijną

Styczeń 2014

41


ostentacją. Czasy się zmieniały i taki element miał znaczenie podczas rozmów o coraz większych interesach. Adam twierdził, że dyskretny, ale wyrazisty symbol religijny w salonie będzie jak najbardziej właściwy, a dzieło amerykańskiego twórcy świetnie się do tego nadawało. Santamarię polecił właściciel niewielkiej firmy z Zurychu, specjalizującej się w sprzedaży cennych drobiazgów i bardzo starannie wykonanych replik obrazów. Podczas lunchu w jednym z przytulnych klubów szczerze – tak wydawało się Adamami – przedstawił sytuację. – Jose sam się wykańcza – stwierdził z uśmiechem jowialny Szwajcar, dolewając parę kropel koniaku do kawy. – Ale maluje nadal fantastycznie. Ogarnia go coraz większe, kompletnie niezrozumiałe szaleństwo. Właściwie jedno trzyma go przy życiu i wkłada w to całą swoją skołataną duszę – malarstwo. Nie wiem, o co mu chodzi. Mówią, ze miewa jakieś wizje, a on sam powiada, że doznał iluminacji. Agent parsknął urywanym śmiechem – Zapłaci pan niewiele, naprawdę, jak dla pana, tyle, co nic – nawet doliczając moją prowizję – kontynuował. – Widzi pan – oczy pośrednika błysnęły – ten człowiek dożywa swoich dni, bo coś go opętało. Jego obrazy, te niby kopie, tak doskonałe – w głosie agenta zabrzmiała pewność kogoś, kto prawie całe życie strawił na handlu dziełami sztuki i się na nim dorobił – osiągną po śmierci Jose znaczną wartość. Perspektywicznie jest to świetny interes. Przerwali na chwilę. W milczenie obaj zajadali się pysznymi lodami. – Przyznam, że trochę pomagam Jose. Nie wiem, dlaczego. – Szwajcar ze smakiem oblizał łyżeczkę. – Może to sentyment do naprawdę dobrej sztuki, a może po prostu go lubię. On jest kimś jakby przeniesionym z dawnych czas��w. Może wie o czymś, o czym już zapomnieliśmy. Ale będzie pan zadowolony, to pewne. Otrzyma pan więcej niż replikę. Dużo więcej. Dłoń z łyżeczką wykonała szeroki gest w powietrzu. Adam bez wahania podpisał czek. Parę miesięcy później, wertując specjalistyczny periodyk, z krótkiej notatki dowiedział się, że Santamaria nie żyje. Zmarł w swoim domu, w niesprzątanej od dawna willi. Udusił się własnymi wymiocinami. Znaleziono go po kilku dniach od zgonu, leżącego pod sztalugą, pośród pustych butelek po ordynarnym samogonie, fiolek i pogiętych strzykawek. W dłoni trzymał pędzel, może chcąc, zanim wyda ostatnie tchnienie, nałożyć kolejną warstwę farby. W pokojach nie znaleziono żadnego obrazu, czemu Adam się nie dziwił – szwajcarski agent wyglądał na człowieka przezornego i zapobiegliwego – oprócz jednego, tego na blejtramie: kolejnej kopii obrazu Melchersa. Gdyby Monika, lubiąca dzieło Santamarii, przyjrzała mu się dokładniej, pewnie dostrzegłaby, że palce Zbawiciela zaciskają się teraz o wiele mocniej na owocu, trzymanym w uniesionych dłoniach – tak silnie, że zaczyna z niego kapać płyn, przypominający jednak nie sok, a prawdziwą krew, plamiącą stół. *** Adam starannie wmasowywał żel w podbródek i policzki. Miał bardzo silny zarost. Pragnął dzisiejszego wieczoru wyglądać jak najlepiej, więc ponownie się ogolił. Przyzwyczaił się już do konieczności dwukrotnego używania golarki w ciągu dnia. Uważnie i krytycznie studiował odbicie rysów twarzy w łazienkowym lustrze. Widział nadal przystojną twarz osoby, radzącej sobie w życiu – i bardzo bogatego człowieka, tak majętnego, że jego nazwisko od kilku lat notowano w corocznych zestawieniach ludzi dysponujących wielkimi fortunami, co prawda, jeszcze na końcu list, ale – jednak już wpisywano. Teraz jednak o tym nie myślał. Po prostu oceniał swoją twarz, systematycznie i starannie. Miał na to czas i zamierzał dobrze go wykorzystać – tak jak zawsze. Widział mocno zarysowany, kanciasty i wydatny podbródek, chude policzki, ładnie wykrojony, lekko zadarty nos. Kilka razy zmarszczył długie, nieco siwiejące brwi. Z satysfakcją stwierdził, że całkiem nieźle wyglądają. Niewielkie worki pod oczyma przydawały twarzy wyrazu spracowania i zmęczenia, jednak zbytnio nie raziły.

42

Herbasencja


Zmierzwił dłonią gęstą, szpakowatą czuprynę. Ciągle cieszył się, że twarde jak druty włosy stawiają mocny opór palcom. Zakola nad czołem znowu się uwydatniły, jednakże umiejętnie zaczesana czupryna znakomicie maskowała początki łysinki. Szare tęczówki w lustrze patrzyły twardo i badawczo. Zdawały się oceniać każdy szczegół. Gdyby ktoś chciał określić charakter Adama po wyglądzie twarzy, od razu zwróciłby uwagę na przenikliwe spojrzenie dużych, szarych oczu. Osoba studiująca fizjonomię niedawno golącego się mężczyzny szybko zdałaby sobie sprawę, że umysł kryjący się za bystro, bez zmrużenia powiek patrzącymi gałkami ocznymi jest równie przenikliwy jak wzrok. Umie prędko i trafnie wyciągać wnioski – i potrafi natychmiast je realizować. Uśmiechnął się do swojego odbicia. Trudne lata dochodzenia do wielkiej fortuny nie pokryły warstwą sadła nadal szczupłej sylwetki. Adam często powiadał, że wszystko, co spożywa, po prostu natychmiast spala, w pędzie działania, w kręcącym się młynie dziesiątków ryzykownych operacji finansowych. Ze śmiechem wspominał, jak nieraz tygodniami zajadał się talerzami frytek i golonkami, polanymi jeszcze suto tłuszczem – i chudł. Zaczął się powoli, a potem coraz szybciej bogacić dawno temu, kiedy ukończył studia matematyczne i zabrał się do pisania doktoratu. Wszystko się zmieniało, a on, jak wielu, dostrzegł w przemienianiu rzeczywistości swoją szansę. Pożyczał pieniądze, początkowo niewielkie, i obracał nimi. Szczęśliwie, choć zakonotował kilka porażek – a prędko coraz znaczniejszymi sumami: dziesiątkami tysięcy dolarów, setkami tysięcy, w końcu milionami. Pomagał mu jego ścisły umysł, przypominający, jak Adam nadmieniał ze śmiechem, dobrze zaprogramowany mózg elektroniczny. Zajmował się wszystkim, czym się dało – spirytualiami, surowcami, tekstyliami, lekami, potem akcjami i papierami dłużnymi. Nigdy nie przekraczał granic prawa, sprytnie je tylko, z pomocą nielicznej grupy zaufanych osób, omijając. Czasami, z zaciśniętymi zębami i furią w sercu, musiał się opłacać dziwnym ludziom, próbującym ściągać od niego haracz. Wycofywał się wtedy natychmiast, od razu znajdując kilka nowych sfer działania, jeszcze nie zagospodarowanych, ryzykownych, lecz zarazem nieprawdopodobnie dochodowych. W pewnej chwili zorientował się, ze właściwie za niczym nie potrzebuje gonić – zgromadził tak dużo, że coś, co eufemistycznie nazywał „rodzinnym kapitałem” samo się gwałtownie pomnażało – wystarczało właściwie zarządzać aktywami. Dokończył prawie już zapomniany przewód doktorski i zajął się tylko jednym – obrotem kapitałem i finansami. Teraz, kiedy badał przez długą chwilę twarz, minione lata nagle stanęły mu przed oczyma. Oparł palec na lustrzanym koniuszku nosa. – Szczęściarzu – przemówił łagodnym tonem. – Dopiero teraz nacieszymy się życiem. Wszystko jeszcze przed nami. W zamyśleniu patrzył w lustro. Adam zawsze się śpieszył i nie poświęcał przy goleniu zbyt wiele uwagi ocenie swojego oblicza. Z uśmiechem zadowolenia studiował wygląd czoła, warg i policzków zastępcy dyrektora centrali wielkiego banku, mającego oddziały w całej Europie i w większości krajów świata. Nowego konglomeratu, ekspansywnego, zamierzającego przejąć paręnaście innych spółek finansowych i rozszerzyć strefę wpływów. Dzisiaj rano odebrał nominację rady nadzorczej. Zaczynał się wspinać po szczeblach drabiny wielkiej kariery. Będziemy musieli przenieść się do Paryża – pomyślał, zakładając koszulę. – Boże, Anna będzie taka szczęśliwa. Wiązał teraz muszkę. Smokingowa marynarka wisiała na uchwycie obok drzwi. Zwykle Adam, jeżeli koniecznie musiał włożyć smoking, po prostu go wypożyczał. Kiedy dowiedział się o wielkim awansie, kupił taki strój. Nie chciał na rodzinnej uroczystości wystąpić w nie swoim ubraniu. Długo dobierał krój i rozmiar, ale teraz z przyjemnością oglądał ubranie. Nabył od razu dodatkowo tuzin smokingów, nieco różniących się od siebie. Firma dawała spory rabat za tak znaczny zakup, a więc nie omieszkał z niego skorzystać – po prostu wszystko kosztowało znacznie taniej. Uważał, że jest to ważne. Włożył do kieszeni spodni skórzane etui z kluczykami nowego auta. W drugiej umieścił elektronicznego pilota.

Styczeń 2014

43


Limuzyna prezentowała się doskonale. Adam miał pewność, że Anna oniemieje na jej widok. Piękny samochód najwyższej klasy, przeznaczony dla niej. Tylko to się teraz liczyło. Ponownie wyciągnął ze spodni niewielki pokrowiec. Zamierzał coś sprawdzić, jak zwykle dokładnie. Patrzył na niego w zamyśleniu. Wrażenie niemalże doskonałości małego etui pogłębiło się – odpowiedniej grubości, wspaniale wyprawiona i barwiona bawola skóra, potrójne szycie, specjalne nici, kształt, doskonale pasujący do dłoni. Ekskluzywny wyrób, dyskretnie doskonały – tak jak wszystko, co go otaczało. Przedmiot znowu przywiódł natrętnie pojawiającą się ostatnio w głębi tak sprawnego mózgu myśl, że jednak coś stracił – coś ważnego. Miał poczucie, że niesie go – bez jego woli – niewidzialna, słodko pachnąca i miła dla duszy breja wielu takich drobiazgów, ciągle tych samych głupio idyllicznych, do niczego nie zmuszających dni – i pogłębiającej się samotności. Chowając wytworne etui, Adam pomyślał, że przed snem rzuci okiem w zwierciadło trema. Przejrzy się w nim. Znał jego historię, na tyle, na ile dało się ją odtworzyć. Przeczytał podczas jednego z lotów do Singapuru dossier wspaniałego antyku, pieczołowicie przygotowane przez agenta domu aukcyjnego. Wiedział, że najważniejszą część wykonał wenecki mistrz, opętany ideą stworzenia lustra doskonałego, tak perfekcyjnego, że odwzorowywałoby dokładnie wszystko, bez najmniejszej skazy. Historia trema obfitowała w wiele luk i niejasności, ale podkreślała, że twórca trema włożył w pracę wszystkie umiejętności – i całą duszę, oczywiście, nie osiągając zamierzonego efektu, będącego tylko mirażem jego wyobraźni. Krótka wzmianka stwierdzała sucho, że twórca lustra sądził, że jego dzieło może nawet pokazywać przyszłość. Los Wenecjanina kompendium kwitowało zdawkowo – niektórzy z jego czeladników twierdzili, że oszalał i zakończył żywot w przytułku dla obłąkanych. Pozostali powiadali, że stał się eremitą i do końca swoich dni, samotny, w ciszy i skupieniu pustelni tworzył nowe lustra, jeszcze doskonalsze. Więcej informacji dossier przynosiło o twórcy ramy – zwykłym rzemieślniku, ale o wielkim talencie, ogarniętym od dzieciństwa pasją rzeźbienia i, podobnie jak Andriej Rublow w malarstwie, chcącym przekazać w twarzyczkach i postaciach cherubów chwałę i moc boską. Snycerz pewnie nawet nie wiedział o istnieniu Rublowa, ale, jak wielu ludzi niekończących się równin Rosji, ogarniętych przenikającą ich dusze nieposkromioną pasją tworzenia, kierował się tą samą ideą. Znano tylko jego imię: Wasyl, więc określano go Wasylem Bezimiennym. Rama trema należała do mało znanych wytworów rąk Wasyla. Nagły powiew powietrza z uchylonego okna łazienki musnął policzek Adama. – Ucieka ciepło, trzeba domknąć szybę – mruknął pod nosem. – Zawsze należy oszczędzać. Ze zdziwieniem przyjrzał się kilkudziesięciu drobinom pyłu, osypujących się po szklanej tafli, o wiele większych niż zwykłe ziarenka piachu niesionego wiatrem. Opuszkami palców wyczuł, że są twarde, wilgotne i szorstkie w dotyku. Nieuważnym gestem strzepnął wszystkie na parapet. Starannie zamknął okno. Zakonotował sobie w pamięci: przejrzy się w wielkiej tafli zwierciadła trema. Adam miał pewność, że jeżeli nawet rzeczywiście lustro coś pokazuje, coś wykraczającego ponad zwykłe, symetryczne odbicie rzeczywistości, jemu ukaże szczęśliwą przyszłość i spełnienie zamiarów. Sprecyzował myśl: odzyskania miłości Anny i wspięcia się jak najwyżej, w tej kolejności. Zamykając drzwi, już nie usłyszał kolejnych, silnych uderzeń gęstych tumanów piachu w okna i mur. *** – Świece cudownie pachną – zauważyła Monika, pociągając nosem. – Sama wybierałam. Kupiłam najlepsze. Andrzej nachylony nad wazą z zupą rakową, wdychał zapach potrawy, a może poszukiwał w zawiesistym płynie śladów po oczach czerwonych skorupiaków. Zatarł ręce, jakby widok wnętrza naczynia wzbudził w nim apetyt. Monika zręcznie nakładała szparagi na talerzyki. – Od dłuższego czasu wszystko nam się udaje. – Adam pokiwał głową. Uważnie nalewał wino do kieliszków. – Cieszmy się z tego.

44

Herbasencja


Kwestia, jaki rodzaj wina jest właściwy do zupy rakowej, stał się wcześniej przedmiotem dyskusji pomiędzy Anną i Moniką, nie do końca rozstrzygniętej. – Teraz czeka nas Paryż. – Anna westchnęła. – Już na stałe. – Zacznę tam zbierać obrazy. – Adam zaśmiał się. – Od dawna o tym marzyłem. Teraz, przy moich zarobkach, powiedzmy szczerze, potężnych dochodach, możemy sobie na to pozwolić. Oczywiście w granicach rozsądku, pamiętam o tym. Wstrząs zasygnalizowało drżenie stołu i lekko kołyszący się wielki żyrandol. Kryształowe wisiorki sufitowego świecznika zadźwięczały przeciągle. Ich głos brzmiał dostojnie, a jednocześnie świergotliwie, jak kląskanie ptaków. Kiedyś wieloramienny, złocony żyrandol wisiał pod sklepieniem dużej kaplicy jednego z kościołów. Teraz, wyposażony w elektryczne żarówki, doskonale imitujące świece, rozświetlał każdy zakątek wielkiego salonu – i wcale nie raził wielkością w obszernym i niezwykle wysokim pomieszczeniu, wręcz przeciwnie, pięknie wpisywał się w rozległy przestwór salonu, dawnej sali balowej. – Jejku, jak ślicznie brzęczą. – Monika zadarła głowę. – Przypominają melodyjkę pozytywki, kupionej przez tatę, kiedy ledwo odrosłam od ziemi. Przecudownie grają. Twarz Moniki rozpromieniła się w uśmiechu. Trzymając w dłoni widelec z kęsem jagnięciny, z zachwytem wpatrywała się w coraz wolniejszy ruch rzucających refleksy światła szklanych ozdób. Odgłos powoli zamierał. – Cóż się stało? – Anna pospiesznie otarła usta chusteczką. – Wybuch gazu w sąsiedztwie? Musimy kogoś powiadomić. Jej twarz wyrażała niepewność, podszytą odcieniem lęku. Może Anna bała się, że jakieś zdarzenie z otaczającego pałac świata zepsuje nastrój rodzinnego spotkania. Uważnie spojrzała na przysadzistą komodę w rogu. Po południu położyła na blacie mebla, wyrobu Chippendale’a, spory stos kartek papieru – kompletny już przekład. Zamierzała się nim pochwalić mężowi i dzieciom, jeszcze podczas kolacji. – Chyba nie. – Andrzej sceptycznie pokręcił głową. – Słyszelibyśmy. Niedaleko jakaś firma prowadzi wiercenia badawcze i pewnie natrafili na coś w ziemi. Pracują po południu, to się często zdarza. Stłumiony grubością murów jęk syren przywołał z powrotem uśmiech na twarzy Adama. Odwrócił głowę, przysłuchując się cichnącemu zawodzeniu trzech klaksonów alarmowych pojazdów, przejeżdżających nieodległą ulicą. Płomyki świec nadal się chybotały. Knoty zaczęły skwierczeć. Andrzej nieco przesunął pokrętło palnika, podgrzewającego tuszę jagnięcia. Niebieskawy płomyczek przydusiły krople tłuszczu, intensywnie kapiące w jedno miejsce. – Ktoś zareagował. Bardzo dobrze. – Adam przerwał wysysanie zawartości sporego brzucha raka. – Pyszne mięso. Z uwagą spojrzał na wielkie odnóża skorupiaka, może zastanawiając się, czy warto je gryźć. – Wisiorki tak pięknie błyskają. – Monika westchnęła. Ciągle patrzyła w górę. – A ja jeszcze pamiętam tamto brzmienie. Zaczęła naśladować zapamiętane z dzieciństwa łagodne akordy muzycznego mechanizmu. – Stary przyrząd nadal działa. – Adam z zadowoleniem zatarł ręce. – Zepsuliście go dawno temu, ty i Andrzej. Niedawno oddałem do naprawy rozregulowaną przez was pozytywkę. Rozstroiliście ją do imentu. Andrzej pstryknął przyciskiem pilota telewizora. Wielki ekran wiszący na ścianie błysnął ostrym kontrastem kolorów. Na płaskiej powierzchni mężczyzna w źle zawiązanym krawacie bezgłośnie poruszał ustami. Kamera przeskoczyła na obraz kulistego wykresu, pokrytego pofałdowanym siatkami. Wykres przecinały dwie linie – prosta o czerwonej barwie wyraźnie odchylała się od drugiej, zielonej. Obraz przesłoniła męska dłoń z sygnetem na serdecznym palcu, trzymająca wskaźnik. Koniec strzałki przesuwał się po czerwonej, uciekającej w dół linii. – Nie ma głosu. Kolejny raz dzieje się coś dziwnego – ze zdziwieniem stwierdził Andrzej. – Nie potrafię tego zrozumieć.

Styczeń 2014

45


Położył nóż na talerzu. – Poszperam w sieci i zaraz czegoś się dowiemy. Poczekajcie, to potrwa chwilę. W stojącym w westybulu tremie odbijały się postacie czterech osób siedzących przy stole. Ich szczęśliwe twarze. Uśmiechy. Oszczędne albo gwałtowne gesty dłoni. Poruszające się wargi. Błysk zębów. Smużki oparów unoszących się z korpusów wypalonych do połowy świec. Refleks od płomienia podgrzewacza, nadal delikatnie muskającego upieczone wcześniej jagnię i nadającego bardziej nasyconą barwę jego brązowawej skórce. Nieliczne już krople ciągle wytapianego zwierzęcego tłuszczu, kapiące na owalną podstawę urządzenia, wykonaną ze złoconego brązu. – Zgaszę trochę świateł. – Anna podniosła się z krzesła. – Lichtarze najzupełniej wystarczą. Adam uśmiechnął się z widocznym zadowoleniem. Pewnie chciał to zaproponować, ale żona go ubiegła. Cień, padający na twarzyczkę zamyślonego cherubinka w oprawie zwierciadła, pogłębił wyraz smutku, ukryty w jego zmęczonych oczach. Z każdą gasnącą żarówką półmrok, powoli okrywający malutką postać z palcem na ustach, stawał się głębszy, ale drewniane oblicze wcale nie znikało – nabierało teraz wyrazistości, jakby oświetlał je nieistniejący snop światła. – W Afrykę uderzyła druga część tej asteroidy. – Andrzej wykonał niepewny ruch dłonią. – Ziemska oś chyba zmieniła położenie o kilka stopni. Wolno pokręcił głową gestem wyrażającym zdziwienie. – Tak przypuszczają naukowcy – dodał z wahaniem. – Kurwa, ale piszą też, że to się w ogóle nie mogło zdarzyć. Nawet duża asteroida nie jest w stanie wykrzywić ziemskiej osi. Po prostu taki przybysz ma za mała masę. Kurwa, nie wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi! To jest… niemożliwe. Widać było, że Andrzej nie umie dobrać zakończenia ostatniego zdania. Bezgłośnie poruszał wargami, może szukając właściwego słowa. – Synu, opanuj się – głos Adama brzmiał zimno. Lekko karcąco, jak wtedy, kiedy odrzucał natrętną propozycję interesu, nie rokującego powodzenia. Postukał widelcem w atłasowy obrus. – Coś się wydarzyło: ktoś potem wszystko wyjaśni. Nie przeklinaj niczym prostak. Nie przy wspólnym stole. – Jutro rano dowiemy się wszystkiego. – Anna odęła wargi. – Jutro będziemy mieli czas na studiowanie wiadomości. Andrzej zatrzasnął pokrywę laptopa. – Przepraszam – stwierdził ze skruchą, unosząc ręce. – Stało się coś niepotykanego. Zrozumcie mnie. Nieprzewidywalnego. Jagnię, nabite na długi rożen, napędzany silniczkiem podgrzewacza, mocno już okrojone, obracało się powoli, nadal wydalając nieco stopionego sadła. Żar palnika gazowego pojemnika nagrzewał powietrze, powodując chybotanie płomyków świec, rzucających dziwne refleksy na sufit, ściany – i na kopię obrazu Melchersa. Może ten dodatkowy światłocień spowodował, że wargi Zbawiciela ułożyły się teraz w pobłażliwy uśmiech, jakby osoba w powłóczystych szatach rozumiała, czemu nikt nie pojmuje, o czym mówi Andrzej. Andrzej, znowu kręcąc głową, ponownie odchylił czarną pokrywę. – Chyba znają już przyczynę zdarzenia – stwierdził z nikłym uśmiechem. – Ta planetoida niespodziewanie uderzyła w dużą sondę badawczą, mającą dotrzeć do jakichś tam odległych czeluści wszechświata – i zmieniła trajektorię, zderzając się z kulą ziemską. Dziwny przypadek. Wzruszył ramionami. – Do atmosfery dostał się pył – ciągnął po chwili milczenia. – Strasznie dużo pyłu. To wszystko jest w ogóle możliwe? Machinalnie włożył do ust kawałek jagnięciny i zaczął żuć. – Chyba tak. – Adam też dobrał sobie mięsa. – Wielokrotnie już o tym słyszeliśmy. Chyba najczęściej wtedy, kiedy wybucha wulkan. Popukał palcami w obrus. – To ważna informacja. Szare oczy zwęziły się. – Zajmę się tym od rana, bo ten wieczór jest tylko dla nas.

46

Herbasencja


Przez ułamek sekundy Adam chciał opowiedzieć o tym, że wiele obligacji i akcji straci na wartości, a inne zyskają. Zatrzęsą się kursy kilku walut, w tym pewnie bitego ze złota krugerranda. Zamierzał napomknąć o tej ważnej konstatacji, ale znowu poczuł, że wspomni o kolejnych wytwornych drobiazgach, o kolumnach cyfr na znanych tylko nielicznym kontach z długimi szeregami zer na końcu, że opowie historyjkę o cudownie pachnącej brei, coraz bardziej go wchłaniającej, zawłaszczającej całe jego życie – i duszę. Niezauważalnie dla wszystkich wzdrygnął się i zmilczał. Jagnięcina smakowała wybornie, więc po prostu nałożył na talerz dodatkową porcję. – Zanieczyszczeń w powietrzu jest sporo – niepewnie dopowiedział Andrzej. – Tworzą tumany. Obłoki. Właściwe nie wiadomo, co. No i, kurwa, doczytałem się czegoś takiego: nawet największa rakieta nie zmieniłaby toru lotu asteroidy. To nie powinni się zdarzyć! A wszystko zostało wcześniej obliczone. Mieli się minąć, i to z daleka! Cóż za szajs. Twarz Anny stężała w grymasie gniewu. – Jędruś, nie psuj wieczoru głupotami. – Drobna dłoń kobiety plasnęła w stół. – Pewnie to jest ważne, ale zajmiemy się tym jutro. Chłopcze, opanuj się. Adam otworzył usta, chcąc cos powiedzieć, ale uprzedziła go Monika. – Będziemy chodzili przez parę dni w maseczkach – Monika parsknęła. Dłonią zatuliła wargi, najwidoczniej powstrzymując wybuch śmiechu. – Będziemy wyglądać jak pacjenci rozciągającej się wszechobecnej kliniki. Wszyscy ludzie. Wyobrażacie to sobie? Palcami przetarła załzawione powieki, lekko rozmazując makijaż. Nawet jej brat wybuchnął niepohamowanym śmiechem. Zwierciadło trema wiernie pokazywało rozciągnięte grymasem chichotu twarze czterech postaci, siedzących przy stole. Policzki Andrzeja, drgające niepohamowanym grymasem rozbawienia, a może jednak strachu. Postać Moniki, kręcącej się w poszukiwaniu puderniczki. Stosik kartek leżącego na komodzie zapomnianego tłumaczenia Anny. Dokładnie odbijały też postacie z kopii obrazu Melchersa, w pełnej dystynkcji surowej, prostej ramie – właściwie przecież obrazu Santamarii – wiszącego na wprost przejścia do westybulu – i to, że Chrystus powoli podnosi się z krzesła. *** Majestatyczna tafla lustra błyszczała w westybulu – i Andrzej, siedzący przy stole, dobrze ją widział. W jakiejś chwili Monika zapragnęła sprawdzić ułożenie fryzury i włączyła dwa kinkiety, nadal łagodni świecące – po prostu potem ich nie zgasiła – i teraz, w półmroku wielkiego hallu światło żarówek jeszcze lepiej uwydatniało doskonałość szlifu szkła i gładkość powierzchni. Lustro wyglądało jak zawieszona na ścianie, wypływająca z sufitu struga srebrzystego blasku. Andrzej bębnił palcami po stole. Odgłos tłumił gruby obrus, ale, mimo to, mocne uderzenia dłoni przypominały swą siłą pukanie do drzwi. Siedzieli sami – Adam zarządził przerwę przed deserem, i wraz z Anną wyszedł na taras. – Pierdolenie o Szopenie. – Palce Andrzeja wyciągnęły się w stronę laptopa, ale zaraz cofnęły. Zamaszyście splunął na dywan. – Starzy poszli pogruchać, więc powtórzę: pierdolenie o Szopenie. Pokrywa przenośnego urządzenia zdawała się nęcić Andrzeja, ale i jednoczenie, pewnie po raz pierwszy w życiu, odstraszać. Dłoń wyciągała się i cofała, jakby lękał się unieść wieko laptopa. Nieskoordynowane poruszenia ramienia przeplatał ruchem głowy, odwracającej się w stronę trema. W końcu dolał wina do kieliszków, uważnie patrząc na szyjkę butelki. Może sprawdzał, czy nie drży mu dłoń. Czubkiem buta starannie roztarł plwocinę. Dywan, leżący na modrzewiowych deskach podłogi, wyglądał elegancko, jak wszystko w rozległym pałacu, ale niczym szczególnym nie imponował. Anna od dawna zamierzała go zmienić, lecz nawał zajęć przy tłumaczeniu nie pozwolił na dokonanie zadowalającego ją wyboru. Odłożyła sprawę na później, tak jak wiele innych.

Styczeń 2014

47


Monika nie zwracała uwagi na brata: oglądała swoje paznokcie. Podobnie jak matka, poświęciła wczorajsze przedpołudnie na wizytę w jednym z najlepszych gabinetów kosmetycznym. – Człowieku, czy ty jednak nie przesadzasz? W głosie Moniki zabrzmiał zwykły dla niej ton wystudiowanej afektacji. Andrzej pił wino z szerokiego kieliszka, długimi łykami, jakby chcąc zaspokoić nagle zrodzone pragnienie. – Ani trochę. – Odstawił kieliszek. – Tylko nikt tego wszystkiego nie rozumie, nawet ty. Przecież coś się, kurwa, chyba kończy, a my o tym nie myślimy! Teraz Monika z uwagą przyglądała się niewielkiemu półmiskowi z ostrygami – i nożowi o wąskim, ale grubym ostrzu, służącemu do rozwierania twardych osłon. Nie zwróciła uwagi na słowa brata. Andrzej, kiedy sobie podchmielił, wygadywał czasami najprzeróżniejsze głupstwa – przekonała się już o tym parę razy. – Naprawdę uważasz, że one jeszcze żyją? Ostrzem wskazała na cielistą masę w środku rozchylonych małżowin. Monika do wszystkiego i wszystkich zachowywała dystans, nawet w stosunku do rodziców. Adam uważał, że to świetna cecha charakteru, a połączenie znajomości ekonomii i wiedzy o sztuce przyniesie córce sukces w prowadzeniu domu aukcyjnego, Często korzystał z pomocy Moniki przy zakupach elementów urządzenia pałacu, mawiając ze śmiechem, wyraźnie podszytym dumą, że jego dziecko ma naprawdę dobre oko – i świetnie sobie radzi podczas licytacji wybranych okazów. Teraz Monika uważnie wpatrywała się we wnętrze ostrygi. Z widocznym wahaniem wycisnęła kilka kropel soku z przeciętej na pól dorodnej cytryny. – Już więcej nie czytaj. – Stanowczym ruchem zatrzasnęła pokrywę komputera. – Zdaje się, że to ci szkodzi. Starzy się tak cieszą z dzisiejszego wieczoru. Chyba znowu się odnaleźli. Przecież nie dzieje się nic naprawdę nadzwyczajnego. Wbiła nóż i widelec w głąb małża. Bardzo uważnie oglądała kęsek wyjęty ze środka. – Dobrze – ospale odpowiedział brat. – To pewnie nie ma już żadnego znaczenia. I nie będzie miało. Nadal patrzył w stronę westybulu, pewnie chcąc spojrzeć w srebrzystą taflę lustra trema. Głowa zwracała się ku hallowi, a ciało parę razy przechylił do przodu, może po to, żeby wyraźniej widzieć. Andrzej nie znał dokładnie historii lustra i w ogóle się nią nie interesował. Opowiadania matki o legendach, związanych ze zwierciadłem nużyły go, więc najczęściej kwitował je mało uprzejmym wzruszeniem ramion. Jednak teraz, w przytulnym półmroku pokoju, po raz pierwszy zdawał się łaknąć zerknięcia w olbrzymią taflę kryształowego szkła – i przejrzeniem się w nim – ale nie uczynił nic, nawet kroku, aby podejść bliżej. Może nie posiadał odwagi Pugaczowa, a może jednak kiedyś, przypadkiem, słyszał o tej historii. Gdyby Andrzej stanął przed lustrem, zobaczyłby, że na obrazie Santamarii dłonie Chrystusa już prawie zmiażdżyły dorodną pomarańczę, a na stół padają kawałki krwistoczerwonego miąższu, podobnego strzępom zmiażdżonego mięsa. *** – Zrywa się wietrzyk. – Anna położyła dłoń na ramieniu męża. – Chwilami mocno dmucha. – Świetnie. – Zęby Adama błysnęły w szerokim uśmiechu. – Odwraca od ciebie zapach tytoniu. Wiem, że go nie znosisz. Za parę godzin, może dni, wietrzysko pewnie ustanie. Po raz kolejny się zaciągnął. Sporo palił i gustował w pospolitych kubańskich cygaretkach. Lubił jednak ten tani gatunek, kupowany jeszcze w czasie studiów – i nie mógł się z nim rozstać. Niejednokrotnie w doborowym towarzystwie dziwne upodobanie sprawiało kłopot, ale Adam radził sobie, tłumacząc, ze jest reminiscencją czasów młodości. Z nietłumioną rozkoszą wdychał mocny dym. Stali na tarasie, w rozległym uskoku bocznej ściany głównego korpusu budynku. Załamanie murów dobrze chroniło przed wiatrem, a nawet przed wichrem, nacierającym od południa, mało w tym miej-

48

Herbasencja


scu odczuwalnym. Żółtawe światła ulicznych latarni świeciły kilkadziesiąt metrów dalej, przesłonione przez wyrośnięte konary i listowie ogrodowych drzew. Teraz, w mroku wieczoru, lampy obramowujące jezdnię wyglądały jak oświetlone od wewnątrz choinkowe ozdoby, przywieszone do gałęzi. Pogłos przejeżdżających samochodów tłumiła roślinność wielkiego sadu. Brzmiał jak szmer nurtu wolno płynącej rzeki. Tylko niekiedy ostry buczek klaksonu przypominał, że za metalowymi prętami ogrodzenia rozciąga się podmiejska ulica. Adam zakarbował w pamięci, że należy zlecić przycięcie gałęzi. Mógł też zrobić to sam, w któryś z nielicznych naprawdę wolnych weekendów. Ta myśl wprawiła go w zadowolenie. Wypuszczą nowe pędy – pomyślał z radością. – Stworzą rozleglejszą ścianę zieleni. Będziemy w ogrodzie czuli się jak w mitycznym Edenie, stworzonym tylko przez nas i tylko dla nas. – Wiesz, z czego cieszę się najbardziej? – Anna machnęła ręką. Kłąb dym z cygara poleciał w jej stronę. Anna kaszlnęła. Przysunęła się do męża. – Cieszę się z tego, że tak dużo jeszcze przed nami – stwierdziła z zadumą. – Znowu tłumaczę z rosyjskiego. Opowiadałam już o tym. – Wtuliła policzek w ramię Adama. – Ty osiągniesz sukces. Używała zwykłych zwrotów, mocno wyświechtanych, i wiedziała o tym, ale zdawało się jej, że teraz nabierają znaczenia, a stojący obok mężczyzna słucha ich z uwagą. Nie miała poczucia, że powiedziała coś oczywistego, śmiesznie brzmiący frazes – przeciwnie, czuła, że wyzwala się ze słodkiej leguminy otaczającej ją idylli. Jeszcze może nie do końca, ale wykonuje pierwszy krok. – Tak dużo jeszcze przed nami – powtórzyła. W jej głosie zabrzmiało uniesienie. – Wspaniale wszystko się układa. Nawet ten wieczorny powiew jest wyjątkowo ciepły, choć porywisty. Rozprostowała szeroko ręce, szczerym i niewystudiowanym gestem, jakby coś od siebie odrzucała. Powiewy mas powietrza się wzmagały. Korony drzew szumiały, gięte uderzeniami wichru. Jedna z żółtych kul prześwietlających plątaninę gałęzi zamrugała kilka razy. Zgasła. Potem przestała świecić druga. – Wiesz, chciałabym już teraz, natychmiast, poprowadzić nowe auto. Anna mocniej wtuliła głowę w gładką tkaninę smokingu. Sprawiało jej to przyjemność. Zapach dymu cygaretki wcale nie odstręczał – przywołał wspomnienie czasów, kiedy oboje często śmiali się jak szaleni z upodobania Adama i nieodmiennie znajdowali w tym radość. – Pojechalibyśmy sobie i gadalibyśmy. – Roześmiała się, tak jak dawniej, pełną piersią. – Nie uwierzysz, jaka jestem szczęśliwa. – Jutro. – Adam uśmiechnął się. – Uczynimy tak jutro. Jeszcze mamy czas. Mnóstwo czasu: na wszystko. Zgasił niedopałek w mosiężnej popielniczce. – Anno – ciągnął, wolną ręką starannie otrzepując smokingową marynarkę. – Ostatnio sporo zrozumiałem. Wiem, że stałem się samolubny. Kupowałem mnóstwo pięknych rzeczy. Ciągle urządzałem dom. – To bardzo dobrze. – Anna uśmiechnęła się. – Wiem. – Adam pokiwał głową. Przetarł dłonią usta. Kawalątek tytoniowego listka przykleił się mu do wargi. – Bawiłem się tym dla własnej przyjemności. Tak stało się z zakupieniem trema do westybulu. Wydaliśmy sporo pieniędzy, a nawet ciebie nie zapytałem, czy tego chcesz. Ono po prostu mi się podobało. Milczeli przez chwilę. – W końcu kupiłem coś tylko dla ciebie – kontynuował Adam. – Nowy, piękny samochód. Tylko dla ciebie, moje kochanie. Adam mówił tak, jakby czynił rachunek sumienia – i wyznawał winy, z namysłem, starając się niczego nie pominąć. Nie wiedział, dlaczego tak czyni, czuł jednak, że teraz z czegoś się wyzwala, może z bezmiaru otaczających go nieistotnych drobiazgów, cudownie wygodnych, lecz przesłaniających wszystko, a może odrzuca coś nienazwanego, czym się dawno temu zachłysnął, tak mocno, że przesłoniło mu wszystko. Śmiech Anny zabrzmiał perliście, prawie tak samo, jak niedawny świergot kryształowych ozdób wielkiego żyrandola – czysto i jasno, nieskażoną niczym nutą szczęścia. – Jutro pojedziemy na długą przejażdżkę. Nie mogę się doczekać.

Styczeń 2014

49


Pogłaskała męża po policzku, czułym, nieco nieśmiałym gestem kochanki, pieszczącej miłość życia. W tej chwili nie pamiętała o tym, że bardzo długo uważała Adama za egoistę i samoluba, zajmującego się tylko karierą i antykami. Wiedziała, że podoba się kobietom i umie to wykorzystywać. Często zastanawiała się, czy go nie porzucić. W męce zazdrości odpłacała tym samym, o co go podejrzewała. I nie miała z tego powodów wyrzutów sumienia. Nie zamierzała teraz o tym wszystkim myśleć. Pragnęła żyć tą chwilą i tym wszystkim, co jeszcze ich czekało. Nieśmiało, jeszcze nieufnie, Anna zaczynała wierzyć, że tak się stanie. Tkliwym gestem ponownie musnęła ustami policzek Adama. – Będziemy sami – dodała rozmarzonym głosem. – Porozmawiamy o tym, co jeszcze nas czeka. Długo. Ale teraz chodźmy do dzieci. Specjalnie przylecieli przedwczoraj z Londynu. Tak rzadko spotykamy się razem. Adam zamknął drzwi prowadzące na taras. Szybkim krokiem poszedł za Anną. Zajęci sobą i swoim światem, znowu powoli ich łączącym, nie usłyszeli trzasku pierwszego łamiącego się konaru. Kiedy Adam odwrócił się plecami od ściany, gwałtowny podmuch wzmagającego się wietrzyska smagnął szyby. Przygarść piachu, niesionego przez powietrze z Afryki, osunęła się po futrynie. W ślad za nią uderzyła druga, trzecia – i następne. Zgasła kolejna lampa ulicznej latarni. Adam nie zwrócił na to uwagi. Ciągle pamiętał jednak, że przed snem powinien przejrzeć się w lustrze trema – i sprawdzić, czy czegoś jednak mu nie ukaże. *** W codziennie polerowanej przez gosposię powierzchni wysokiego zwierciadła nadal bezgłośnie poruszały się postacie siedzące przy stole. Migotała sylwetka Andrzeja, próbującego jednak otworzyć pokrywę laptopa. Szczupła figura Moniki ze śmiejącą się twarzą. Jej ręce, zatrzaskujące ciemne wieko małego urządzenia, kiedy brat je podnosił. Fryzura Anny i wysublimowana czerwień włosów. Uśmiech Adama, ruchy jego warg, języka, połysk zębów, poruszanie dłońmi w powietrzu. Waza z zimną już zupą rakowa, nietkniętą prawie przez nikogo. Resztki potraw na talerzach. Kawałek ostrygi, leżący na dywanie, pewnie upuszczony przez Monikę. Lustro trema pokazywało szczęśliwy uśmiech Anny, zamaszyste wywijanie w powietrzu trzymanym przez nią widelcem i połysk pięknych paznokci. Zwierciadło odbijało też ekran telewizora. Ręka z pierścieniem na palcu po raz wtóry przesuwała wskaźnik po czerwonej linii wskazującej odchylenie ziemskiej osi – nie mogącej nastąpić, a jednak już potwierdzonej. Potem plastykowa strzałka zniknęła. Dłoń wykonywała ruchy przy wykresie, jakby chciała coś napisać na ekranie. W szlifowanym krysztale lustra widz mógłby zobaczyć, że mankiet białej koszuli jest lekko przybrudzony – być może, zabrakło czasu, żeby ją zmienić. Za tymi figurami hieratycznie przedstawiony Chrystus ciągle wpatrywał się w zamyśleniu w przestrzeń skromnie urządzonego pokoju. Szaty wysokiej, sztywno siedzącej boskiej postaci miały lekki odcień szarości, a blade policzki i czoło trupi wygląd, mocniej i wyraziściej podkreślony przez Santamarię. Zwierciadło trema wiernie odbijało wyraz zdumienia i zaskoczenia na twarzach ludzi, siedzących naprzeciwko Jezusa, o wiele lepiej oddany przez hiszpańskiego kopistę. Na podłodze nadal leżał kapelusz, jakby ktoś, zaskoczony, zerwał go z głowy i rzucił, pewnie w jednej chwili pojmując, któż nagle i niespodziewanie usiadł przy stole. Stojąca z boku kobieta ze zdziwieniem, a nawet z wyrazem trwogi przyglądała się dziwnemu przybyszowi, ale jej twarz coraz bardziej przypominała nie oblicze pospolitej gospodyni, szykującej podwieczorek, lecz trupią czaszkę obciągniętą żywą jeszcze skórą. Nagle tremo ukazało coś dziwnego – palce Zbawiciela mocniej zacisnęły się na trzymanej w dłoniach pomarańczy, tak silnie, że zmiażdżyły ją do końca. Zdawało się, że wzrok tej postaci

50

Herbasencja


staje się surowy – i po raz następny wolno kieruje głowę w inną stronę, może chcąc ogarnąć oczyma przestrzeń niezamkniętą ramami malowidła, albo nawet zamierzając się zmaterializować. Zwierciadło odbiło ruch Jezusa: wstawał. Tremo nie mogło pokazać wizerunku nieba, zasnuwanego powłoką szybko przesuwających się ciemnych chmur, gnanych nasilającym się wichrem. Nadciągających z daleka nisko wiszących czarnych zasłon firmamentu, sypiących coraz gęstszymi strumieniami pustynnego pyłu. Skłębionej masy obłoków zaciemniających nieboskłon. Mroku, ogarniającego świat. Nie mogło ukazać, że masy pyłu przesłaniają coraz większy obszar nieba. Nikt nie mógł przecież zobaczyć w zwierciadle, że ogarniają prawie cały europejski kontynent. I ujrzeć, że niesione wzmagającym się wiatrem, nieubłaganie zmierzają dalej. Ale, nie wiadomo, dlaczego, wszystko odbijało się w nieskazitelnie gładkiej powierzchni, nienaruszonej zębem czasu. Tremo nie powinno odtworzyć widoku ludzi, gapiących się w niebo i nierozumiejących, cóż się stało, ale gdzieś w głębi płaskiego obrazu zaczynał on migotać, tak samo, jak odbicie latarni z kołyszącymi się wisielcami, twarz człowieka w okrągłych binoklach, z osmaloną dziurą pośrodku czoła, oblicze starca z długimi włosami i wyrazem szaleństwa w oczach, pochylonego nad tyglem pełnym srebrzystego stopu, łagodnie uśmiechającego się wychudłego mnicha z dłutem w dłoni, pracującego przy głowie drewnianej figury – i wielu innych, mniejszych i większych postaci, a wśród nich człowieka z wybałuszonymi oczyma, gryzącego pożółkłymi od nikotyny zębami trzonek pędzla. Następne poruszenie ziemi gwałtownie wstrząsnęło pałacem. Tremo przedstawiło teraz – a przecież nie mogło tego odzwierciedlić – nieczęsto spotykany widok: na podmiejskiej uliczce zgasły wszystkie światła. I coś dziwnego. W głębi lustra narastał mrok – nieprzenikniona ciemność, bezmiar niewidzianej jeszcze otchłani, w płaskiej powierzchni zwierciadła stającej się coraz mroczniejszą i głębszą. 8 czerwca 2013 r.

John Martin "Dzień gniewu Pańskiego"

Styczeń 2014

51


Przemek Morawski (podstuwak) Nie lubi pisać, ale bardziej nie lubi nie pisać. Wciąż uczy się prawidłowo dobierać litery. Lubi spać i jeść. Jest entuzjastą malarstwa Cecylli Gimenez. Pisanie nie jest jego hobby

Pojedynek na miniatury Zwycięzca

Temat: „Jestem czarna, drewniana i zawsze zamknięta Odkąd kamieniem zostałam przymknięta Tysiące soczewek we mnie spoczywa Od tego czasu głowę mą rozrywa Pigułki nie zdziałają tu czarów: Jestem szafą pełną brudnych okularów“ Walter Moers, „Miasto Śniących Książek“

Okulary doktora Mayera Zagadka śmierci mojego wuja, profesora Leopolda Wrzeszcza, nigdy pewnie nie zostałaby rozwiązana, gdyby nie moje chorobliwe zamiłowanie do rzeczy tajemniczych. A śmierć profesora była tajemnicza. Ciało wuja znalazłem w jego mieszkaniu. Jako przyczynę zgonu stwierdzono odwodnienie. Wszystko wskazywało na to, że mężczyzna po prostu siedział w fotelu tak długo, aż umarł. Nie było podstaw, by sądzić, że ktoś mu w tym pomógł. Ustalono, że w ostatnim tygodniu nikt go nie odwiedzał. W pewnym sensie czułem się odpowiedzialny. Starałem się zachodzić do wuja co kilka dni. Czasami jednak musiałem wyjechać w sprawach służbowych i tak było w tym przypadku. Kiedy w końcu do niego przyszedłem, nie żył już od kilkudziesięciu godzin.

52

Herbasencja


Jeszcze zanim upewniłem się, że Leopold jest martwy, moją uwagę przykuł jeden szczegół. Wuj miał założone okulary. Pozornie nie było w tym nic dziwnego. W jego mieszkaniu znajdowały się setki okularów. Rzecz w tym, że żadnych z nich nie nosił. Pomimo swojego podeszłego już wieku i pracy, jaką wykonywał, Leopold nigdy nie miał problemów ze wzrokiem. Czasami wydawało mi się, że widzi lepiej ode mnie. Dlatego te stare, zmętniałe szkła na jego twarzy były czymś zaskakującym. Dopiero później, czytając jego pamiętnik, dowiedziałem się, dlaczego były mu one potrzebne. Ale zacznijmy od początku. Profesor Wrzeszcz był wybitnym historykiem. Z pewnością mieliście w rękach choćby jedno z jego opracowań. W ostatnich latach wydał szereg książek o obozach zagłady. Dzieła te zadziwiały znawstwem najdrobniejszych szczegółów. Nawet pamiętniki jeńców nie podawały tak dokładnie detali z codziennego życia w obozie, organizacji pracy czy metod zagłady więźniów. Podziwiano żmudność i wysiłek, jakie Wrzeszcz musiał włożyć w zebranie i poukładanie dokumentacji. W sprawdzenie najdrobniejszej nawet informacji. Podziwiano precyzję i wytrwałość. Ci, którzy przeżyli opisywane przez Wrzeszcza piekło potwierdzali każde napisane przez niego słowo. Dziwiło ich, że wuj nigdy nie był więźniem obozu. Leopold był za to więźniem swojej pracy. Od napisania pierwszej książki poświęconej obozom, podporządkował swoje życie nieustannej dokumentacji, archiwizacji i przelewaniu na papier wyników tych działań. Jego mieszkanie zamieniło się w coś w rodzaju upiornego muzeum, w którym oprócz materiałów poświęconych interesującej go tematyce przede wszystkim znaleźć można było różne przedmioty, pochodzące ze wszystkich opisywanych przez niego miejsc. Wuj wierzył, że przedmioty mogą powiedzieć więcej o swoich właścicielach niż niejedna książka. Tak pisał o tym w swoim dzienniku: Moim zdaniem istnieje coś, co można by nazwać duszą przedmiotu. Budują ją jego historia, jego właściciele, sposoby jego użytkowania. Czas i okoliczności, w których przedmiot był w użyciu. Spośród wszystkich zebranych przez wuja rzeczy, szczególną estymą darzył on okulary. Chyba już zawsze będę pamiętał jego szafę, pełną starodawnych szkieł w drucianych oprawach, binokli i setek stłuczonych soczewek. Wuj starał się opisać każdy z tych przedmiotów. Dodać coś o ich właścicielach. To stąd wiem, że okulary, które miał na sobie w czasie śmierci należały do niejakiego doktora Mayera. O Mayerze nie dowiedziałem się wtedy wiele. Wuj napisał tylko, że doktor zmarł wraz z żoną w Auschwitz. Kobieta była jeszcze młoda, nie miała nawet dwudziestu pięciu lat. Podobno Mayer stracił życie, usiłując się z nią zobaczyć. Długo zastanawiałem się, dlaczego Leopold poświęcał okularom tyle czasu. Odpowiedź znalazłem dopiero później, w jego dzienniku, ale nie uwierzyłem w nią po przeczytaniu. Darujcie obszerny fragment, ale jest on niezbędny do zrozumienia tego, o czym mój wuj pisze: Wierzę, że każdy przedmiot może powiedzieć nam coś o swoim właścicielu. Nie tylko w sposób symboliczny, ale zupełnie realny. Wierzę, że każdy przedmiot przejmuje jakąś część ludzi, którzy go używają. Tym bardziej, im bardziej okoliczności jego użytkowania są intensywne, niecodzienne. Im bardziej wywołują skrajne emocje, tym mocniej właściciel przedmiotu, jego przeżycia i uczucia, zostają w nim utrwalone. Nie wiem, czy aby móc to dostrzec potrzeba specjalnego daru. Jeśli tak jest, ja mam ten dar. Odkryłem go zupełnie przypadkiem. Kiedy W. zgodził się, bym mógł zabrać z A. niewystawione na ekspozycjach okulary. Setki okularów. Nie mam pojęcia, skąd przyszło mi do głowy, żeby przymierzyć któreś. Chyba w trakcie pracy chciałem poczuć silniejszy związek z tym, o czym piszę. Związek okazał się aż za silny.

Styczeń 2014

53


Nie sposób oddać tego słowami. Trudno w to uwierzyć. Po założeniu okularów zobaczyłem obóz. Tak dokładnie, jakbym się tam znajdował. Czy były to wspomnienia osoby, która je kiedyś nosiła? Czy to, co widziałem, działo się lub wydarzyło naprawdę? Wkrótce upewniłem się, że tak. W jakiś sposób okulary zamknęły w sobie obrazy, jakie oglądała osoba nosząca je ponad siedemdziesiąt lat temu! I było tak z każdą parą. Przymierzałem jedną po drugiej. Trafiałem na różne dni, różne sceny. Widziałem różnych ludzi. Jakbym oglądał relację na żywo. Opisane przez wuja rzeczy brzmiały dla mnie nierealnie. Uznałem, że przed śmiercią postradał zmysły. Wśród szaleńców zdarzały się już przecież przypadki zagłodzeń. Nigdy jednak nie odważyłem się sprawdzić, czy w słowach tych jest choć trochę prawdy. Aż do zeszłego miesiąca. Wciąż miałem ze sobą okulary doktora Mayera. Reszta po śmierci wuja wróciła na swoje miejsce. Nie wiem, dlaczego nie pokazałem ich policji. Z jakiś niewyjaśnionych przyczyn czułem wyraźną potrzebę zachowania tej pary dla siebie. Myślałem o nich dużo. Widziałem je we snach. Aż w końcu zdecydowałem się je założyć. Leopold pisał prawdę. Rzeczywiście zobaczyłem obóz. Wokół panowało duże zamieszanie. Nie dostrzegłem, co się tam działo. Obraz skupiony był na młodej kobiecie, oddalonej o kilkanaście metrów. Choć jej ciało było wyniszczone, twarz wychudła i szara, coś w jej oczach zachwycało. Jej widok zupełnie mnie oczarował. Mógłbym patrzeć na nią bez końca. Nie potrafię powiedzieć, w jaki sposób zdjąłem okulary. Kiedy to zrobiłem, byłem zupełnie wycieńczony. Okazało się, że minęło ponad szesnaście godzin. Mimo tego miałem nieodpartą potrzebę założenia ich znowu. Zobaczenia tej kobiety raz jeszcze. Nie zrobiłem tego jednak. Później dowiedziałem się o niej więcej. Była żoną Mayera. W materiałach wuja znalazłem jej niewyraźne zdjęcie. Od tamtej pory myślałem o niej nieprzerwanie. Być może był to wpływ okularów, być może tego, co dostrzegłem w oczach tej kobiety. Szukałem też innych fotografii, które by ją przedstawiały. Bez powodzenia. Teraz z każdym świtem tęsknota staje się coraz silniejsza. Jak długo jeszcze zdołam wytrzymać? Wciąż mam przy sobie okulary Mayera. Wiem, że przyjdzie dzień, w którym założę je znowu. W którym nawet życie nie będzie ceną zbyt wysoką, by móc zobaczyć tę kobietę jeszcze jeden raz. Wiem, że ten dzień jest już blisko.

W jego mieszkaniu znajdowały się setki okularów. Rzecz w tym, że żadnych z nich nie nosił. Pomimo swojego podeszłego już wieku i pracy, jaką wykonywał, Leopold nigdy nie miał problemów ze wzrokiem. Czasami wydawało mi się, że widzi lepiej ode mnie.

54

Herbasencja


k

Jedyny w Polsce magazyn   grozy i hor roru !!!

OPOWIADANIA, WYWIADY, FELIETONY, ARTYKUŁY

zamówienia: www.horrormasakra.pl

„W nocy nie pozwolimy wam zasnąć, zaś za dnia zmienimy wasze życie w koszmar!”


Anaris Dla Kieszonki

W SALONIKU

Kiedy słońce nieśmiało wzeszło o barbarzyńskiej dla niektórych godzinie 7:47, jedna tylko osoba była zwarta i gotowa, by rozsunąć ciężkie kotary i wpuścić do saloniku odrobinę dnia. Kieszonka czekała na tę chwilę dość długo, w końcu wstała już o trzeciej. Po obudzeniu obrzuciła tylko szybkim spojrzeniem pozostałych herbatników rozlokowanych po najciemniejszych kątach saloniku i smacznie śpiących, po czym ruszyła w stronę kuchni, ulubionego miejsca. Tam to właśnie tworzyła najpiękniejsze słodkie szczęśliwości, kolorowe uśmiechy, miodowe herbatki z odrobiną słońca, budynie z posypką z radości i inne poranne magie, którymi karmiła wszystkich i ogrzewała serca przed wyjściem na mróz. Przygotowała dla wszystkich śniadanie, przykryła folią aluminiową, żeby się nie wysuszyło i około piątej zajrzała do saloniku. Jedyną zmianą, jaka zaszła przez dwie godziny, było to, że Helena Chaos całkowicie się przekręciła i teraz leżała na kanapie z głową tam, gdzie wcześniej miała nogi. Kieszonka uśmiechnęła się szeroko na ten widok i pokręciła z niedowierzaniem głową. Jak można w ogóle zasnąć w takim bałaganie? Bohatersko ruszyła poprzez stoliczki, poduszeczki, pozrywane firanki, puste buteleczki (te, oczywiście, leżały przy Wilku, a zaraz obok Wilka skulony Bezprąd, ale tego Kieszonka postanowiła nie ruszać), kozie kupki, puste poherbatkowe filiżanki, futro pantery w niesprecyzowanym kształcie (zdaje się, że kłaczek), ludzkie i nieludzkie nogi, ręce, głowy pozawijane w kocyki i kołderki, a gdzieś na środku tego rozgardiaszu trwała nieszczęśliwie złamana szczotka do włosów Lady Nathien - ofiara wieczornych prób uczesania smoczych łusek Tomgatki. W kąciku poetyckim wszyscy pozasypiali z piórami w dłoniach, a atrament wylał się ciemną smugą po drewnianej podłodze i wsiąkł na amen. Kieszonka zatarła rączki. Nim się obudzą, wszystko będzie wyszorowane i piękne jak nigdy dotąd... I tak rzeczywiście było. Pierwsza obudziła się Anaris, przecząc całkowicie prawom logiki. Wykaraskała się z brązowego koca, zamrugała cztery razy, rozejrzała się dookoła i dobrą chwilę zastanawiała się, gdzie jest. Kiedy już zorientowała się, że to wciąż herbatkowy salonik, próbowała wymyślić, co mogło się stać, ale żadne dobre wytłumaczenie nie przychodziło jej do głowy. Dźgnęła Kwiatuszka najpierw w prawe ramię, potem w lewe. - Co się dzieje? - spytał nieprzytomny Kalafior, unosząc głowę. - Też bym to chciała wiedzieć - mruknęła Anaris. - Jakby tornado, ale jednak... nie tornado. Zza śpiącej kozy wychyliła się Alice. - Co jest? Jemy coś? Czekolada? - A właściwie to tak! - zakrzyknął wesoły głos od strony wejścia do kuchni. Zadowolona Kieszonka stała w fartuchu z falbankami i podpierając się pod boki, obserwowała zaspane twarze. Zapraszam na śniadanie! Zapachy, które nagle rozniosły się po saloniku, były tak słodkie i kuszące, że w trymiga wszyscy zasiedli przy wielkim jadalnianym stole i już ostrzyli sobie zęby, patrząc na wciąż puste talerze. Kieszonka uwijała się dookoła, szczęśliwa, że wszyscy są tak wygłodniali i tylko czekają, aż poda jedno ze swoich ulubionych dań. - Co dziś na śniadanie? - zakrzyknął Zachary, który wśród poduszek w kąciku poetyckim wciąż szukał swoich okularów. Wszyscy spojrzeli wyczekująco na Kieszonkę. - Dziś moja specjalność - powiedziała, unosząc srebrną tacę z parującymi przyjemnościami. Uśmiech na gorąco z polewą truskawkową! Przy stole rozległy się okrzyki zachwytu. Wujkowi Julkowi głośno zaburczało w brzuchu, a Bury Wilk próbował ukryć zawód, że na śniadanko nie będzie bekonu albo przynajmniej piersi z kurczaka, może dwóch, ewentualnie siedmiu. Kieszonka uśmiechnęła się.

56

Herbasencja


- Spokojnie, każdy ma z tym, co lubi. Bury Wilk ma z mięsem. Anaris nie lubi musów owocowych, więc dostała z polewą truflową. Tak, wiem, Alice, Ty wolisz czekoladę. Dla Małej Wiedźmy mam dodatkowo kawałek sernika. Nathien, Tobie trafiły się wisienki w czekoladzie, Helenie galaretki w cukrze, a Sventimir ma uśmiech polany miodem. Za to Tjereszkowa... - Kieszonka wymieniała kolejne odsłony dania, stawiając parujące naczynia przed właścicielami. Wszyscy z podziwem obserwowali radosną twórczość na swoich talerzach. Uśmiech z jagodami, uśmiech na gorąco, uśmiech z lodami, szarlotką, szynką, czekoladą i cynamonem... Magia! - Ach, i zapomniałam wam powiedzieć... - mruknęła jeszcze Kieszonka, patrząc, jak wszyscy pałaszują śniadanie. - Dziś znów pada, ale wysuszyłam wasze parasolki z wczoraj. Wiszą na wieszaczkach przy wyjściu - każdy wieszaczek jest podpisany, więc nie pomylicie. - Dżęgujemy, Kieżongo! - rozległ się gromki chór pełnych gęb. - Jeżteż niezamowyta! Kieszonka uśmiechnęła się szeroko na te słowa i powiedziała na wpół do siebie, na wpół do wszystkich zgromadzonych: „Szukamy, wyruszamy w podróż, pragniemy zmienić swoje życie, a potem nagle coś nas zatrzymuje w pół drogi; jakiś drobiazg, błyskotka, czasem miłość, albo śmierć? A może to wcale nie chodzi o cel, ale o drogę, którą do niego zmierzamy? Bo czy marzenia mają sens bez miłości, bez radości, bez tego wszystkiego, co przydarza nam się po drodze? Nie wiem - ale wiem, że się do Ciebie dziś uśmiechnę!“

fot. Aleksandra Guz

ik

Styczeń 2014

57


a j nz

Heather O’Neill e c Re „Kołysanki dla małych kryminalistów“ Wydawnictwo Pierwsze Żabia Wola 2008

Gdy frustracja i niemoc zaczynają rządzić rozkładem mojego dnia, aby rozładować wszelkie napięcia wybieram się do małych sklepików z książkami. Nie ma tam co liczyć na nowości, książki szumnie zwane najlepszymi selerami literatury czy nazwiska, które każdemu coś mówią. Słowem nisza i odrzucenie piszczy i skomli na każdej półce. Często niesłusznie. Dlatego też lubię poszukiwać wśród nich perełek, albo chociaż ich podróbek. Niektórym brakuje stron (niestety, tych nawet moja natura bratania się z ofiarami nie toleruje), są poplamione, poobdzierane, czasami wyglądają jakby jakiś bardzo głodny wegetarianin rzucił się z apetytem na rogi. Klimat iście biblioteczny. Kocham to i już. Wśród naprawdę beznadziejnych przypadków można odnaleźć porządny kawałek czytadła – jeśli tylko chcesz. Takim właśnie tworem, godnym uwagi i poświecenia są „Kołysanki dla małych kryminalistów”. Z okładki dowiadujemy się, iż książka Heather O’Neil jest niczym „Dzieci z dworca zoo”, z tym, że akcja dzieje się na ulicach Montrealu. Tani chwyt, zapewne stosowany przy wszystkich tytułach

58

Herbasencja


mówiących o trudnym życiu dzieci ulicy. Nie zniechęciło mnie to, szczególnie gdy mój wzrok zjechał nieco niżej i zetknął się z fragmentem i opisem tejże pozycji. Baby (zabiłabym albo przynajmniej poharatała rodziców za takie imię) od początku swoich dni na tym łez padole ma pod górkę. Mama nie żyje, tata jest dla niej bardziej jak starszy, niezbyt odpowiedzialny brat, który wyszukuje wszelkie okazje, aby dostać działkę. Z tego też powodu dziewczynka jest skazana na wiele przeprowadzek, do coraz gorszych melin. Gdy Jules (tenże wyrodny ojciec) nie może już sobie poradzić z nałogiem, dziewczynka trafia do rodziny zastępczej. Oprócz niej znajdowały się tam też inne dzieci, którym los poskąpił rozsądnych rodziców. Następnie przychodzi czas na mieszkanie kątem u jednej z przyjaciółek starego. W końcu poprawczak, nienawiść i… ostatni upadek? Dołek z którego nie pozostaje nic innego jak się w nim zakopać lub odbić? Heather O’Neil jest mieszkającą w Montrealu scenarzystką, poetką i dziennikarką. Jej debiutancka powieść, do której od pierwszej strony wzdycham, została wielokrotnie nominowana i nagradzana w Kanadzie, USA, Wielkiej Brytanii oraz Irlandii. „Kołysanki dla młodych kryminalistów” to książka dopracowana, w prawie każdym szczególe. Bohaterzy, jakich dzisiaj trudno spotkać na kartach powieści. Dzieci pokrzywdzone przez los, które wcale nie widzą swojej nędzy – a właściwie, żyjąc w środowisku, w jakim żyją, uznają je za normalne. Swoim nieodpowiednim zachowaniem często starają się ukryć zakłopotanie, rozpacz, żal czy niewiedzę. Jak wszyscy potrzebują bliskości, są dorosłymi w skórze małego dokucznika. Często brudni, niedożywieni, od początku do końca zakopani w patologii, nie potrafią pokonać środowiska, które otula je niczym drut kolczasty. Autorka wspaniale pokazuje świat nędzy i rozpaczy z perspektywy tych najbardziej pokrzywdzonych. Na przykład Baby, która przez uzależnienie ojca dostała niezłego kopa w tyłek, uznaje, że woli, aby brał bo wtedy ją akceptuje, nie krzyczy, zachowuje się „normalnie”, przyjaźnie. Albo chłopiec dokuczający wszystkim w bardzo przykry sposób, wyzywający każdego naokoło od najgorszych – dlaczego tak robi? Co popycha go do bycia chamem numer jeden, skoro tak bardzo potrzebuje przyjaciela? Strach przed brakiem akceptacji, wstyd? „Nienormalność” życia jakie wiodą mali pokrzywdzeni widać szczególnie wyraziście, gdy na główny plan wysuwają się dzieciaki z tak zwanych „dobrych domów”. Wtedy to obserwujemy ból i poniżenie oraz zagubienie małych kryminalistów. Za sprawą narracji pierwszoosobowej wszystkie emocje są jeszcze bardziej dotkliwe dla postronnego obserwatora. Nie jestem osobą, która na każdą niesprawiedliwość reaguje łzami, ale tutaj trudno mi było nie uronić choć jednej. Z tego co zauważyłam, czytelnicy narzekają na przekleństwa użyte w powieści. Jest to zdecydowanie błędem. Słownictwo, jak i zachowanie bohaterów, ukazuje nam klimat w jakim się wychowują. Trudno o dziecko z ulicy, które zamiast zwyczajowego „spierdalaj” powie „proszę odejdź i mnie nie denerwuj”, tym bardziej, że nie ma wzorca, który powie mu „nie, tak niewolo, a fe”. Książka ma niewymuszony, stały rytm. Pomimo rozbudowanych opisów ulic Montrealu oraz emocji targających bohaterami, akcja nie cierpi. Wręcz przeciwnie, toczy się ładnie i zgrabnie do samego końca. Autorka spokojnie prowadzi nas przez kolejne męczarnie i radości, czyhające na Baby i jej rówieśników, operuje stylem, jakiego niektórzy mogą pozazdrościć, choć do klasyka pełnego geniuszu, jeszcze jej trochę brakuje. Książkę szczerze polecam każdemu czytelnikowi. Potrafi wywrzeć wpływ, potargać emocje, które trudno potem wyczesać na gładką taflę. Daje kopa, rodzi pytania, nie warto przechodzić obok niej obojętnie. Monika wyrazoneslowami.wordpress.com

Potrafi wywrzeć wpływ, potargać emocje, które trudno potem wyczesać na gładką taflę.

Styczeń 2014

59


a j nz

e c Re

Magdalena Witkiewicz „Milaczek“ Wydawnictwo FILIA Poznań 2013

„- Mam siostrzenicę. Dentysta uniósł brwi. - Mądra, ładna. I dobra dziewczyna. – Wyjęła komórkę z torebki. - Pisze pan? Milaczek, 502… – Podała numer dwa razy. – Ma pan doktor? Pan doktor miał […] i postanowił, że jak coś z tego wyjdzie, następną plombę pani Zofia będzie miała za darmo.” Magdalena Witkiewicz, Milaczek

Baba halo, baba niehalo Magdalena Witkiewicz podbiła moje serce. Teraz mam wrażenie, że będę chodzić z takim siniakiem przez wieki. Ale nie mam jej tego za złe… Bo to, co przeżywałam, czytając jej powieści, nie da się zmieścić w żadnej recenzji. Nawet jeśli spróbowałabym ją napisać na kilkadziesiąt stron…

60

Herbasencja


A „Milaczek” to kolejny dowód na to, że mamy w Polsce dobrych autorów. Książka sama w sobie jest specyficzna. I jak to w życiu bywa, będzie miała zarówno swoich zaciekłych fanów, jak i zagorzałych wrogów. Ja jednak zaliczę siebie do tej pierwszej grupy. Bohaterką książki jest Milena, która w swojej szafie ma gamę ubrań od rozmiaru 38 po rozmiar 46. Jak prawie każda kobieta ma swój życiowy cel, którym jest znalezienie tego jedynego. Niekoniecznie musi to być druga połowa jabłka. Może być też pomarańcza. Albo chociaż mandarynka. Wystarczy, by ją kochał. I żeby ona jego kochała. A reszta jakoś się przecież dopasuje. Milena ma w sobie pewien rodzaj naiwności, który wyłazi z kobiet za każdym razem, gdy jakiś mężczyzna zawróci nam w głowie. Ale w tej swojej naiwności jest urocza i udowadnia wszystkim wokół, że potrafi zadbać o siebie w życiu. Ponadto zaskoczył mnie jej upór i to, z jakim przekonaniem dążyła do tego, by być szczuplejszą. Może być przykładem dla niejednej z nas, ponieważ porażki, których doświadcza, nie łamią jej kręgosłupa. One go wzmacniają. Jest i też ciocia Zofia. Bogata wdowa, która nie ma własnych dzieci. Dlatego też Milenkę traktuje jak córkę i chce, by dziewczyna w końcu była szczęśliwa. Sama ciocia Zofia jest jak wulkan. Nie wiadomo kiedy wybuchnie… Na pokładzie znajduje się również Bachor, który stał się moją ulubioną postacią w książce. Jej pomysły i teorie spiskowe doprowadzały mnie do łez. Aż trudno uwierzyć, że w tak krótkim czasie zżyłam się z tą małą Paskudą. Phil Bosmans napisał kiedyś: „Nie ma zbyt wiele czasu, by być szczęśliwym. Dni przemijają szybko. Życie jest krótkie. W księdze naszej przyszłości wpisujemy marzenia, a jakaś niewidzialna ręka nam je przekreśla. Nie mamy wtedy żadnego wyboru. Jeżeli nie jesteśmy szczęśliwi dziś, jak potrafimy być nimi jutro? Wykorzystaj ten dzień dzisiejszy. Obiema rękoma obejmij go. Przyjmij ochoczo, co niesie ze sobą: światło, powietrze i życie, jego uśmiech, płacz, i cały cud tego dnia. Wyjdź mu naprzeciw.” I ta książka jest trochę takim lekarstwem, który mówi, że trzeba brać to, co człowiekowi przynosi nowy dzień. Nie wolno przekreślać siebie tylko ze względu na wiek lub rozmiar tuszy. Najprawdziwsi jesteśmy w środku. I jeśli otoczenie tego nie potrafi nadal zrozumieć, to jesteśmy od nich bogatsi o to piękno, którego nie da się kupić za pomocą prezentów, makijażu, czy też rozmiaru XS. „Milaczek” to nie tylko powieść o poszukiwaniu wielkiej miłości. To także portret samotnie wychowującego córkę ojca, który pragnie znaleźć nie tylko kobietę swojego życia, ale i partnerkę, z którą potrafiłby stworzyć dom. Bo dom, drogie Panie, a może i Panowie(?), to nie tylko cztery umeblowane ściany… To przede wszystkim rodzinne ognisko, przy którym każdy domownik znajdzie miejsce dla siebie. Kto nie czytał jeszcze „Milaczka” to ma jeszcze chwilę czasu, by dopisać go do swojej listy prezentów pod choinkę. Ja na swojej liście mam już za to kolejny tytuł… A jest nim druga część „Milaczka” o wdzięcznym tytule „Panny roztropne”. Takich książek jest mało. Dlatego warto je polecać, bo warto je czytać. Katarzyna Sternalska recenzencki.wordpress.com

Może być przykładem dla niejednej z nas, ponieważ porażki, których doświadcza nie łamią jej kręgosłupa. One go wzmacniają.

Styczeń 2014

61


Stopka redakcyjna Profile autorów: Anaris http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=34 FortApache http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=379 Franca http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=301 GaPa http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=86 Hanzo http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=401 jahusz http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=16 kasialan http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=274 Marcin Sz http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=70 Nej http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=326 podstuwak http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=87 spellbinder http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=331 tentyp http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=67 unplugged http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=57

Skład:

Agata Sienkiewicz

Grafika na okładce: Agnieszka Kasprzycka

Wszystkie teksty zamieszczone w „Herbasencji“ są własnością ich autorów i podlegają ustawie o prawie autorskim. Jeśli chcesz je w jakiś sposób wykorzystać, musisz najpierw poprosić autora o zgodę. „Herbasencja“ jest darmowym magazynem portalu www.herbatkauheleny.pl, możesz go ściągać, rozprowadzać i czytać bez żadnych obaw ;)

www.herbatkauheleny.pl Styczeń 2014

63



Herbasencja - Styczeń 2014