Page 1


Spis treści Marudzenie Helli 3 Kalendarz 3 Poezja

Laureaci konkursu „Przepis na Halloween„

BOHDAN WASZKIEWICZ Recydyferatu 36 Niebezpieczne ulice 37 ANNA CHUDY Ścierwo 46 IZABELA KUDASIK Kurz 48

ŁUKASZ JAWORSKI Obiad 5 AGNIESZKA KASPRZYCKA pętlenie 6 kwalifikant 7 KATARZYNA STERNALSKA POJEDYNKI NA miniatury: ktoś między nami 8 MARCIN LENARTOWICZ ZWYCIĘZCY pierwszego ETAPU Perkusbi. 9 Para 1: Baryłka - Władysław Ryś: Majaki i sny MARCIN SZTELAK wolarza 49 Ostatni wiersz 10 Para 2: Przeklinanie - Anna Chudy 50 Instrukcja obsługi wulgaryzmów 11 Para 3: Gwizdanie - Jarosław Sapierzyński: Gdy Wypychacze Zwierząt 11 zagwiżdże kos 51 ANNA CHUDY Para 4: Kanapka - Przemek Morawski: Jing flesz z poza 12 i Jang 53 PATRYK PRZYBYŁOWSKI Para 5: Ucho - Aleksandra Guzik: Kościół beztytuł 4 13 w Auvers 55 Para 6: Zaćmienie - Magdalena Pasik: Zaćmienie POJEDYNKI NA LIMERYKI: mózgu 56

ZWYCIĘZCY drugiego ETAPU

Para 1: Deszczowa piosenka - Anna Chudy 14 W saloniku Para 2: Ziarnko grochu - Przemek Morawski 14 Helena Chaos, Anaris i bury_wilk This is Halloween 58

Proza

RAFAŁ SALA Śmierć w Uchu 16 JAN MASZCZYSZYN Hello!Win! 17 GRZEGORZ PATROŃ Gdy karmisz potwory 21 BOHDAN WASZKIEWICZ Biała nienawiść 28 TOMASZ BORKOWSKI Studnia 39

2

Recenzje

Kevin Hearne - Na psa urok (Magdalena Pasik) 62 Kristyn Kusek Lewis - Szczęściara (Katarzyna Sternalska) 64

Stopka Redakcyjna 67


Marudzenie Helli Przyznaję z ręką na sercu, że nic a nic nie maczałam palców w tym, że przegladany właśnie przez Was numer jest totalnie zdominowany przez horrory i opowieści z dreszczykiem. Samo wyszło. Nawet okładka miała być inna, ciepło jesienna, ale okazało się, że nijak do zawartosci numeru nie pasuje, więc niezawodna jak zawsze Katjusza, niepomna niebezpieczeństw i zasad bhp, w trybie ekspresowym nową fotografię kombinowała, co by straszne historie właściwą oprawę miały. Trochę podejrzewam w tym globalny spisek użytkowników Herbatki. A może po prostu wszystkim udzielił się subtelny klimat Halloween? Mniejsza z tym, najważniejsze, że w razie czego mogę się wykręcić, że Was ostrzegałam. Po chwili namysłu doszłam jednak do wniosku, że palce przyłożyłam, bo błyskawiczny konkurs o tematyce halloweenowej był jak najbardziej moim pomysłem, a że użytkownicy mieli równomiernie podzielone poglądy co do tego, która praca jest najlepsza, to na podium znalazły się aż cztery teksty i wszystkie mozecie w tym numerze przeczytać. Z kwestii konkursowych mamy także zwycięskie miniatury z pierwszego etapu naszego turnieju, które serdecznie polecam, jako że uczestnicy naprawdę spisali się na medal i wisienkę na torcie - limeryki, które dały finał Tjereszkowej i podstuwakowi. Tych, których odstraszają halloweenowe klimaty, zapraszam do poezji. Tutaj spokojnie, nostalgicznie, jesiennie - ze zgraną i sprawdzoną ekipą. Ale, żeby zbyt spokojnie nie było, juz teraz mogę zdradzić, że niedługo w dziale poezji zrobimy trochę szumu. Szykujcie pióra! Helena Chaos

Kalendarz

Ciemno wszędzie..

15.11.2013 (piątek)

ostatni dzień zbierania drabbli na „Po-sto-słowie“, temat „Strona internetowa jest niedostępna“

18.11.2013 (poniedziałek)

ostatni dzień zbierania limeryków w finale „Herbatkowych pojedynków“

24.11.2013 (niedziela)

ostatni dzień zbierania miniatur w finale„Herbatkowych pojedynków“

30.11.2013 (piątek)

ostatni dzień na zgłaszanie propozycji do grudniowej „Herbasencji“

3


Łukasz Jaworski (tentyp) „U Polaków lubię jedno - ich język. Kiedy inteligentni ludzie mówią po polsku, wpadam w ekstazę. Jego brzmienie wywołuje we mnie dziwne obrazy, w których tle zawsze jest murawa z pięknej kolczastej trawy i buszujące w niej szerszenie i węże[...] Jestem tym, który zgubił się w tłumie, tym którego oślepiły syczące światła, jestem zerem, które widzi, jak wszystko wokół niego zostało zredukowane do farsy. Mijali mnie mężczyźni i kobiety w oparach płonącej siarki, odźwierni w wapiennej liberii rozwierający szczęki piekła, chwała wsparta na kulach, skarlała w obliczu drapacza chmur, doszczętnie przeżuta przez kolczaste szczęki maszyn. Podążałem wśród wieżowców w stronę chłodu płynącego od rzeki i widziałem między żebrami ich szkieletów światła strzelające w górę jak rakiety?“* Oczywiście kituję, żadnym zerem nie jestem, chyba, że jak trzy szalone zera, lubię oddychać i milczeć, patrzyć w sufit jednego dnia, a drugiego gdziekolwiek, tyle, z Bogiem, którymkolwiek. *Henry Miller

P at r z ę n a p o l s k i e p o dw ó r k a j a k Isaac Hayes na francuskie blokowiska Obiad Obiad w domu Zapach sosu i siostra Rodzice Kot mruczy jak moje sumienie Bez aparatu by Zjeść smacznie i porozmawiać w altance czując na skroniach zimną polską jesień Krzysztof Komeda Gdzie liście opadają jak wkurwienie po zdradzie

Widząc tylko byt Siateczki, zrywki Z pobliskich marketów Po schodach wchodząc kłaniając się już nie sąsiadom Tylko lokatorom Co znają twój numer X Kochanki, kochanków, babcie i psa I ciebie najlepiej Z drugiej strony lustra

Patrzę na polskie podwórka jak Isaac Hayes na francuskie blokowiska W La Haine

5


Agnieszka Kasprzycka (Tomek i Agatka) Słowem smoczego wstępu… – Ano, łazi czasem takie wczepne drakoństwo za syjamskimi, jeść nie daje, spać nie pozwala, a i władzę w nogach odejmuje – bezradność, bezkrwistość, bezsenność, ups – kartka i grefelek obok poduszki, ale to nieporęt smokcz, a te gargamelskie niesforza tak mają, że wena jak kapryśna panna – wybrzydza i niczem nie daje się przekupić. Zarzuca taki bezwiedny nieporęt wędkę, a ona po długim niewczasie – łups, i oto w tak drobny makcz, więc bierze się ten chłopcz z taką za kark, za wałek i na stolnicę – urabiać, i ani mru mru się wyśmignąć… mizdrzy się taka i w głowie zasadza, a i chytrze oko zapuszcza, chichocząc – głodem bierze, więc nic tylko potulnie i z całym dobrodziejstwem inwentarza, bo obraza majestatu i kwasek cytrynowy na amen. – Wypisz, wymaluj – samyj zrącznyj tomgatek, wypsotnik nie byle skąd, jak tylko z samiuteńskiego Pisza, zdąbski ma się rozumieć, wrzeszcz i bałamutnik, na ten czas akuratnie zwiślny. ;-))

pętlenie

Z urodzinową dedykacją dla Marcina Lenartowicza od smoczysk.

grudka do grudki kiedy ziemia pod stopami pęka w cętki zapadnią szachownicy gdzie rozpostarte dłonie jak drapacze chmur przechodzą z wieżyc w wyciągnięte szyje by zebrać ustami grad tymczasem ze szczodrości nieba hartowana stal dlatego nożycą rozwartą na oścież tnąc przez szkarłaty nabrzmiałych pasm zanim przeciągną szkliste białka przez strugi metalicznych głów byle zachłysnąć się łykiem wrzawy wyłapując ostrze skrzelami karpia tuż za ostatnią granią prosto pod twoje stopy na wszystkie świata zakręcone cztery rogi rozsupłam garście lodowatych kul odłamkiem oczu podbiegniętych pod wiatr

6


kwalifikant destyluję z parą wodną, w alembiku - nie inaczej. niech to pies z kulawą nogą, jeśli tylko się nie sprawdzę. jeśli wyjdzie mi niewypał? lub co gorsza jakaś kicha? jużci - prycham, wiersz - zagrycha, smoczy siekacz, palce lizać! osobiście dopilnuję, nic się dzisiaj nie zmarnuje, mieszam w kotle i czaruję. jazda mi stąd, pisklę kluję! jeszcze zdarzy się odmieniec, lotne piórka będą w cenie, byle tylko odszczepieniec nie pogrążył mnie i nie legł. sypię z garści wiązkę trocin, pod nią barwność płatka róży, czarry marry niech się płodzi, niech jak królik stawia uszy.

byle tylko się potworzył wierszozdatny kwalifikant. do cholery, znowu kicham, to z alergii na aplikant. już w łabędziej szyi cyka, wężownica się przytyka, żadna szmira czy niewypał, kielich wina - wiersz ryzykant! rozpalone wiodą żądze z oczopląsem bańki mydła, zaraz gada w łeb przetrącę, zaraz mu ustawię - śmigła! stanął smok na równe nogi, już mu bucha para z pyska, i jak nagle się nie ściemni, czarny diabeł - dym z ogniska! *** destyluję z parą wodną, zwodną parą w alembiku. jakie licho mnie poniosło wypróbować ten wehikuł?

il. Agnieszka Kasprzycka

7


Katarzyna Sternalska (eyesOFsoul) Rocznik ‘90. Urodzona w Wadowicach. Z wykształcenia bezrobotny dziennikarz. Zawodowo technik ekonomista i specjalista ds. logistyki. Uzależniona od filmów, książek, kawy i snu. Jej wirtualne narodziny datuje się na październik 2009 roku. Od tamtego czasu buja w obłokach i pisze. Często bezsensu, dlatego w przyszłości planuje wydać… się tylko za mąż. Nazywa siebie aforyżystką (nie mylić z aferzystką), bo na koncie ma około ośmiuset myśli i aforyzmów. Lubi ciepło, dlatego zbiera punkty do piekła. Wciąż szuka pomysłu na siebie.

ktoś między nami zastygam od rąk które dotykały innej kobiety tamtej nocy wróciło wszystko o czym nie zdążyłeś zapomnieć pod powieką umiera się przecież od zwykłego odłamka i to boli że jeszcze jest

il. Alice Rossi

8


Marcin Lenartowicz (unplugged) Urodzony w Babilonie, w roku kota. Astygmatyk. Nie bez powodu nie opuszczający nigdy/przenigdy hermetycznych piwnic, czy najciemniejszych zakamarków pokoju, gdzie nie dociera żadne światło, a dźwięki zdają się być wyłącznie wyobraźnią. Koszmarem. Laureat wielu nieistniejących jeszcze nagród literackich, w tym Archanioła za rdzę. Doceniany głównie w pręgach, za nieposłuszeństwo, chęć do picia i nos - rosnący coraz bardziej w miarę rozwoju wypadków. Jeśli spotkasz go kiedyś na ulicy, pochyl głowę - to prawdopodobnie będzie ostatni ptak.

równie dobrze wszystko można by tłumaczyć pozlepianiem Perkusbi. Z cyklu Duża Litera. równie dobrze wszystko można by tłumaczyć pozlepianiem tym że mieszkając między fabrykami udziela nam się hałas maszyn potem musimy go jakoś doświadczyć i dlatego stukamy o szyby palcami nieprzytomnym wzrokiem tkwiąc w korkach

Kaliszewskiej.

fot. Juliusz

9


Marcin Sztelak (Marcin Sz) Urodzony w 1975 roku, obecnie mieszka we Wrocławiu. Interesuje się poezją i ogólnie literaturą, historią, szczególnie starożytną. Pisze od zamierzchłych czasów podstawówki, ale na ujawnienie zdecydował się około 4 lat temu. Członek Grupy Poetyckiej Wars, uczestnik II Warsztatów Poetyckich Salonu Literackiego w Turowie oraz 18 Warsztatów Literackich Biura Literackiego we Wrocławiu. Jak na razie najpoważniejszym osiągnięciami są: wyróżnienie w XVII Konkursie Poetyckim im. Marii Pawlikowskiej-Jasnorzew-skiej i VI Ogólnopolskim Konkursie „O Wawrzyn Sądecczyzny“, oraz wyróżnienie w III Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim „O granitową strzałę”, wyróżnienie w VIII Ogólnopolskim Konkursie Literackim „O Kwiat Azalii”, wyróżnienie w VII Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Zdzisława Morawskiego. Jeden z ośmiu finalistów V OKP „O granitową strzałę”. Jego wiersze drukowano w tomikach pokonkursowych oraz almanachach. W grudniu 2012 roku został wydany jego debiutancki tomik pt. „Nieunikniona zmiana smaku” (nakładem krakowskiego wydawnictwa Miniatura).

Powinien być piękny, genialny. Tymczasem w głowie tylko niedrukowalne. Zestawy znaków ułożone w zgrabne ciągi. Ostatni wiersz Powinien być piękny, genialny. Tymczasem w głowie tylko niedrukowalne. Zestawy znaków ułożone w zgrabne ciągi. Nic nie znaczące. I książki ledwie muśnięte. Jedna z wielu rzeczy nieodżałowania godnych, jednak koniec. I odpowiednia dawka ironii.

10


Instrukcja obsługi wulgaryzmów Krok pierwszy: Zmięta pościel, byle jak zaparzona kawa. Długopis w kieszonce, poszukiwania zapalniczki. (Kurwa, przecież się spieszę) Międzyczas: Kwalifikacja czynów, opłata zgodnie z taryfikatorem. Westchnienie - płytkie, aby nikt nie słyszał. Jakby ktokolwiek zwracał uwagę. (Wkurwiający brak zainteresowania) Prawie że: Brzydkie wyrazy. Dobre chęci; także odwrotnie. Tak naprawdę niewiele do powiedzenia. Tyci - tyci. „Oddychaj oszczędnie, musi wystarczyć“ (Najbardziej popieprzona rada tygodnia) Krok ostatni: Sztuczne oświetlenie, zmięta pościel. Tym razem bez kawy i innych. Salowa informuje drugą o promocji. (Zajebiste epitafium)

Wypychacze Zwierząt Męczące przekonanie, że poezja powinna być odkrywcza. Tymczasem jest spisem umarłych ze sztucznymi wnętrznościami. Szklane oczy doskonale udające głębie. Metafora z wyprawionej skóry, bez najmniejszej nutki rozkładu. Sygnatura producenta i wypalony wiersz: Rzeźnia, numer, dzień przyjęcia, godzina przeróbki.

11


Anna Chudy (Tjereszkowa) Urodziła się w roku Ajatollaha Chomeiniego – przynajmniej tak twierdzi magazyn Time.Mieszka w Opolu, gdzie oddaje się nienawiści do tępych noży. Namiętnie grzebie w akwarium, czasem pisuje prozę. Jest ofiarą spisku, mającego przedstawić ją jako autorkę poezji – co oczywiście jest wierutnym kłamstwem.

flesz z poza Dym wgryza się w tkanki. Wchodzi przez nos i rozchodzi zgodnie z krążeniem. Ponoć trzeba palić wszystkie liście dotknięte chorobą. Coraz mniej ostre kształty odkładane na sumieniu na później, na nigdy. Tak to to tak, pędzi pociąg. Trzeba uszczelnić okna, naprawdę idzie jesień.

ienkiewicz

fot. Agata S

12


Patryk Przybyłowski (Zachary Ann) Lat: 22. Nie lubi: dużych miast, głupoty, gimbazy, etc. Lubi: muzykę, instrumenty, cynamon, K., kłamać, wymyślać i być chłopcem. Od 2010 roku próbuje pisać wiersze. Specjalista od niedokończonych opowiadań. Na Herbatce u Heleny obecny od fazy beta testów.

beztytuł 4 Mówisz, że jestem pierwszym września, kasztanem spadającym na dom twojej babci. Cierpkie słowa wymieszane z pamięcią. Nie odchodzisz od okien jak od zmysłów. Tamten świat ciągle piecze, uwiera, kurczy się w tobie. Nie znika. Tym razem odważnie chwytasz za klamkę. Jej zęby przegryzają najtwardszy orzech twoich myśli. Wiesz - to jeszcze nie czas.

Mówisz, że jestem pierwszym września, kasztanem spadającym na dom twojej babci. Cierpkie słowa 13


Pojedynek na limeryki Zwycięzcy drugiego etapu

Para 1: Deszczowa piosenka

Para 2: Ziarnko grochu

Anna Chudy (Tjereszkowa)

Przemek Morawski (podstuwak) O granicach tolerancji

O pewnej wdówce ze wsi Sucha, mówiono, że pieśni w deszczu słucha. Wszyscy byli zdziwieni, tym faktem poruszeni wszak była kompletnie głucha.

14

Raz z owcą spółkował baca ze wsi Gwarna Sąsiadów to kłuło, jak księżniczkę grochu ziarna Nie to ich trapiło, Że z owcą mu miło, Lecz to, że owca jest czarna


Rafał Sala Rocznik 84. Dobry rocznik 84. Małopolanin z urodzenia. Sopocianin z wyboru. Zakochany w fantastyce i dzięki fantastyce zakochany w kobiecie. Optymista, drabblista, szorcista, leń. Nieposkromiony gitarowy gracz, szachowy przegrywacz, kuchta – pasjonat.

Śmierć w Uchu

miniatura

Grają. Muzyka sączy się z głośników. Wypływa z niespokojnych dusz. Sporo tu takich. Piją. Drinki wciągają przez słomki. Uśmiechają się. Ludzkie truchła. Ucho takie już jest. Ucho w Gdyni. Ucho w każdym innym mieście. Usiadłem tam gdzie zawsze. Z dala od sceny. Prawie pod schodami. W zadymionym cieniu. Wypiłem trochę. Właściwie nie liczę. Taką mam filozofię. Jej zasady nakreśliłem po piątym detoksie. Nieraz wyłamywałem się, ale zawsze w końcu stawałem na nogi, obracając w niwecz, tygodnie, miesiące, czy nawet lata bez wódki. Jestem prawie bohaterem. Mogliby straszyć mną dzieci, ale czy jeszcze jakieś zostały? Spoglądam na Olka. Prawie go widzę. Majacząca postać dwa stoliki dalej. Dwadzieścia lat wcześniej. Morze wódki za mną. Gówniarz. Stara się nadrobić zaległości i byłby dobrym uczniem, gdyby nie brak cierpliwości. Mówi, że to po ojcu. Coś go tam trawi, coś nie pozwala dobiec do mety. Kieliszek, dwa, trzy i w ruch idą pięści. WUchujestwarunkowo.Jednaburdaiwypierdalaj.Olekwyleci.Jużmuwarganabrzmiała.Jużbrwiurosły.Drży. Ciekawe, komu się dostanie. Siedzę w cieniu szklanki. W bursztynowej poświacie trunku. Może Kazik? Kazik jest w sam raz. Gęba aktorska. Bruzdy. Pełnia księżyca imitująca czoło. Sierp ust. Grenlandia oczu. Żyje on, czy życie już się z niego wylało? Nigdy nie pytałem. Nigdy z nim nawet nie rozmawiałem. Czasem uniosę szklankę. Skinę w jego stronę. Też umierasz?, zapytam, a on mi wtedy odskinie, oduniesie szklankę, ododpowie, że też umiera, ale ma kobietę i dzieci. Nie wiem gdzie się ich dorobił. Garbaty Kazik. Z bagażem doświadczeń. Może on dostanie dziś w ryj? Ciekawe. Siedzę już dość długo i Świetliki zdążyły wlecieć na scenę. Marcin jest jakiś przygaszony, ale zaraz odpala papierosa, potem drugiego. Całą baterię papierosów. Całą armadę słów. Wtacza na scenę działo. Grają. Gadają. Weronika postanawia żyć. Marzy o karierze żony. Z przyjemnością zaorałaby hektary małżeńskiego poletka. Ale nadal siedzi. Ma niewielką przestrzeń. Pięćdziesiąt na pięćdziesiąt centymetrów krzesła. Podobnych wymiarów wycinek stołu. Sto mililitrów wódki. Sto mililitrów dziecka w łonie. Skąd ja wiem? Idę do toalety. Unoszę się nad podłogą, chyba przelatuję przez ściany. Pusto wszędzie, głucho wszędzie. Oddaję mocz. Ocieram pot z czoła. Wracam. Torba nadal leży na podłodze. Może modlitwa? W uchu słyszę ten szept. Zasiana wątpliwość kiełkuje i jak trucizna truje. Ojcze nasz... któryś jest w niebie... czemu do nas nie zejdziesz... my tu czekamy na Ciebie. W Uchu. Siedzimy i kończy nam się wódka. Właściwie mi się już skończyła. Oblizuję spierzchnięte wargi. Suchość. Kruchość. Głód. Sięgam do torby. Zebraliśmy się tu aby przeżyć koniec świata, mówię, a z ust ledwie mgiełka słów wypada. Nie jestem godzien, abyś przyszedł po mnie, więc... Wyciągam pistolet. Zimny. Martwy płód. Idę po czerwonym dywanie ku scenie. Marcin dopala papierosa. Celuję. Naciskam spust. Jeb! Śmierć poety, informuję szeptem. Nie patrzę. Scena eksploduje krzykiem. Ktoś mnie trąca. Upadam. Strzelam. Strzelam. Wstaję. Krew tryska z głowy wysokiego mężczyzny. Rozpada się poezja. Magia. Strzelam dopóki nie kończy się magazynek. Nóż! Wyciągam z kieszeni nóż. Ktoś mnie powala. Krzyczy, że mnie zabije. Bronię się. Dźgam na oślep. Na przekór silnym rękom, które biją mnie po twarzy. Duszą. Co teraz?, pytam, ale nikt nie odpowiada. Ból napływa zewsząd. Krew, ślina, uryna. Jak dzieci w piaskownicy. Pobite gary! Leżymy w Uchu. Grają cicho werble. Podłoga staje się twarda, gdy sztywnieją ciała. Przeżywam koniec świata. Przeżywają go też inni. I ten głos w uchu: pięknie... pięknie...

16


Jan Maszczyszyn (jahusz) Urodzony w 1960 roku w Bytomiu. Laureat pierwszego konkursu literackiego ogłoszonego przez miesięcznik „Fantastyka“ (obok Sapkowskiego i Huberatha). Debiutował na łamach „Nowego Wyrazu“ w 1977 roku opowiadaniem „Strażnik“. Swoje teksty publikował w „Fantastyce“, „Politechniku“, „Faktach“, „Merkuriuszu“, „Odgłosach“, w fanzinach: „Somnambul“, „Fikcje“, „Kwazar“, „Feniks“, „Spectrum“, kwartalniku literackim „Matafora” oraz w prasie Polonii Australijskiej. W roku 2013 ukazała się antologia jego opowiadań pt. : „Testimonium”. Kilka opowiadań opublikował w antologiach „Spotkanie w przestworzach” (1977), „ Sposób na wszechświat” (1983), „Pożeracz szarości” (1991), „ Dira necessitas” (1988) i „Bizzaro Bazar” (2013). Był jednym z założycieli pierwszego w Polsce klubu fantastyki „Somnambul”, wydającego periodyk o tej samej nazwie. W 1989 roku wyemigrował do Australii, gdzie mieszka do dzisiaj. Powrócił po latach do pisania SF, publikuje na różnych portalach fantastycznych i w czasopismach.

Hello!Win!

horror

Byliśmy z Suzan trzydzieści lat po ślubie. Nie powiem, żeby to było nudne małżeństwo. Czasem kochaliśmy się do skrajnego wyczerpania, nierzadko nienawidziliśmy do granic bólu. Miała swój piekielny charakter. Potrafiła żądlić słowami, kąśliwie napominać, bądź jak każda kobieta w jej wieku, wynajdywać w pamięci dni, o których nie każdy mąż czy mężczyzna chciałby pamiętać. Była w tym mistrzowsko upierdliwa. - Dom jest mój! - krzyczała. - Gówno prawda! Jest na oba nazwiska! - A ja ci mówię, że mój! Zadzwonię po policję i oskarżę cię o przemoc domową. Tak jak zrobiła Helen od Thomasa. Wypierdolą cię na zbity ryj! W pierwszej chwili zaniemówiłem. Potem mój własny pomysł zmroził mi grzbiet. - Wobec tego, dam im powód. Na jej pytające spojrzenie odpowiedziałem: - Zabiję cię i pójdę na dwadzieścia lat siedzieć! Zarżnę nożem. - Pokazałem wierzchem dłoni jak przecinam gardło. Pusty gest. W każdy sposób mógłbym - tylko nie ten - gdy odpada i zamiera w turlaniu głowa. Wiem, tak nie mówi się do kochanej kobiety, ale my od samego początku byliśmy jacyś... inni? Nie kryłem emocji. Samo wypowiedzenie sekwencji sprawiło mi ogromną satysfakcję. Przy czym uśmiechnąłem się cierpko. - No i zachowałbyś się jak prawdziwy facet - zakończyła z jakimś bolesnym westchnieniem. Oglądaliśmy wtedy serial dokumentalny „Syndykat zbrodni“. Oboje zakochaliśmy się w tym programie. Był to jedyny czas, kiedy przerywaliśmy nasze kłótnie i siadaliśmy przy kawie i ciastku.

17


Jednego dnia wpadłem na pomysł, aby przynieść i rozłożyć na okolicznościowym stoliku wszystkie nasze noże. Poukładałem je od najmniejszego do największego. Żona parsknęła wesołym śmiechem. Odrzuciła w moją stronę najmniejszy. - To do obierania owoców, ty durniu. - Pochwyciła jeden do krojenia chleba. - Ten się za bardzo wygina, zobacz... - Wygięła ostrze w srebrną tęczę. - Ty też tak o nim myślałaś? Zbyt giętki? - Przełknąłem w podnieceniu ślinę. Spociły mi się nagle dłonie. Gorączkowo zacząłem wycierać noże. Ostrze po ostrzu, próbując co niektóre na krawędzi języka. Po chwili moje wargi zrosiła krew. Były jakby krwiście naszminkowane. - Zaplamisz mi dywan, idioto - wyszeptała ciepło. Spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy. Wiem, niektórzy widzą tylko suche, bez wyrazu, białka i puste źrenice - my grzebaliśmy sobie w duszach niczym w skansenie zakurzonych mebli. Następnego dnia nie zastałem jej po pracy w domu. Podejrzewałem, że nie wróciła jeszcze z zakupów. Zaraz po przyjściu otworzyłem szufladę z kompletem sztućców. Pochwyciłem nóż... Ten nóż. Rzeczywiście, odziedziczony po znajomym hindusie, wybornie nadawał się do krojenia mięsa. Rozejrzałem się wokół. Rękojeść pewnie siedziała w dłoni, tylko gdzie go tu wbić? myślałem zawzięcie. Wiem już... Zdjąłem obraz ze ściany - ten w te zielone, pierdolone abstrakcyjne ciapki - i walnąłem ostrzem z góry, jakbym celował w linię łączącą szyję z tułowiem. Ostrze zapadło się po rękojeść, jak strzała po bełt. Wszedłem do pomieszczenia za ścianą. Tak jak przypuszczałem. Czubek noża wystawał jakieś pięć centymetrów ponad powierzchnię. Ściana po obu stronach była zrobiona z gipsowej płyty, wzmocniona ramą i wypełniona izolacyjną watą. Zupełna tandeta. Ale czemu nie? Przypomniałem sobie sekwencję przedzierania się przez drzwi z siekierą w wykonaniu Jacka Nicholsona. Oh, ten Jack! Moja Suzan uwielbiała ten film. Wyrwałem ostrze. Włożyłem do zlewu i przemyłem ciepłą wodą. Po gipsie nie zostało nawet śladu. Przyszła z zakupami kwadrans później. Zdjęła płaszcz. Wrzuciła parę rzeczy do lodówki. Przygotowałem dwie kawy, gdy tymczasem ona już siedziała przed telewizorem. Słyszałem idącą czołówkę „Morderców“. Prawie oparzyłem się biegnąc z kawą. Nagle coś mnie tknęło. Odłożyłem filiżanki na stół w części jadalnej. Tutaj na ścianie również wisiał obraz. Był znacznie przekrzywiony, jakby ktoś go przedtem zdjął i potem z gorączkowym pośpiechem odwiesił. Zdjąłem go najciszej jak tylko potrafiłem. Jak się domyśliłem wcześniej, cała ściana była podziurawiona ostrym narzędziem . Dźgnięcie przy dźgnięciu - po prostu sito maniakalnych pchnięć. Wbiegłem do pokoju kinowego. - Ukradłaś mi mój pomysł - ryknąłem wzburzony do granic. Nie zdążyłem pomyśleć, gdy trafiła mnie jednym z pozostawionych na okolicznościowym stoliku noży. Ostrze przeszło przez jelito grube. Utknęło zapewne w gównie, bo smród niemal zwalił mnie z nóg. Porwałem pierwszy lepszy nóż i mimo że giął się na boki, wbiłem kilka dobrych centymetrów w drogie mi ciało. Dotarł do mnie wyostrzony wrzask telewizora. Akurat jakiś seryjny morderca, udając pokorę, zwierzał się redaktorowi jak zaszlachtował dzieci swojej siostry, Gdzie wbiłem nóż? Chyba każdy z was w chwili złości patrzy na ukochaną osobę i szuka miejsca dla ciosu? Są takie fragmenty, które się bezwzględnie nadają i takie, które z szacunku dla wspomnień szkoda ruszać. Chciałem przebić okolice wątroby, ale nóż wygiął się jak floret, przesunął po żebrze i... bęc! - trafił zaledwie w lewe płuco. Widziałem przez sekundę te kochające, cudowne oczy. Nogi się pode mną ugięły z rozżalenia. Nie wiem, może mimowolnie uroniłem łzę? Ona tymczasem odbiła się ode mnie rękami jak tańczący ptak. Przebiegła kuchnię, porwała coś ze szczękiem metalu i już, jak baletnica, wspinała się po schodach. Mocniej zacisnąłem dłoń na nożu hindusa. Słaniając się ruszyłem śladem jej ciepłych kropel krwi. Zajrzałem pod tyszert

18


w trupie czaszki. Rana była mała, półokrągła, zadana zapewne nożykiem do obierania ziemniaków. Biedna dziewczyna, chciała sobie zażartować, a ja tak niechcący wypaliłem z grubej rury. Przycisnąłem brzuch. Z wnętrza wypłynęła jakaś półpłynna, żółtawa substancja. Naprawdę gówno? Tak wysoko? Kilka centymetrów wyżej znajdowało się przecież łomoczące serce. Może dlatego tak często ulegało arytmii? Wspiąłem się na schody do sypialni. Słyszałem jak włączyła telewizor przy łóżku. Szedł ten sam program o mordercach, co na dole. Lepszy głośnik zagłuszył jednak dźwięk dochodzący z pokoju kinowego. - Otwieraj! - ryknąłem, kopiąc zamknięte od wewnątrz drzwi. Z wściekłości wbiłem ostrze trzymanego noża w ścianę obok. Bez wątpienia ujrzała ostrze wyłaniające się po przeciwnej stronie. Wpadłem w taką gorączkę, że nie umiałem powstrzymać ręki. Omdlewała, a ja nadal tłukłem gipsową płytę aż do jej całkowitego unicestwienia. Przez dziurę widziałem jej wykrzywione usta. Trudno było wywnioskować z układu warg, co planuje, ale po ich zaciętości mogłem się spodziewać, że coś za chwilę nastąpi. Nagle otwarte drzwi huknęły o futrynę. Wypadła z dwoma srebrnymi ostrzami i dobrała się do mnie jak do półmiska z pieczoną świnią. Nie wiem, ile dostałem ciosów. Jeden uderzył w mostek, ten był gorszy od uderzenia młotkiem w suchą, dębową deskę. Zachwiałem się i nie znajdując oparcia z tyłu runąłem ze wszystkich schodów w dół. Nie mogłem wstać przez dobry kwadrans. Nie przyszła, choć czekałem z gotowymi do duszenia rękami. Przecież kiedyś nie będzie jutra? Czemu nie zabawić się zabawkami, które dostaje się raz i tyko raz na całą wieczność? Nie pozostało mi nic innego, jak wspiąć się po balustradzie. Byłem w połowie tej niewielkiej w końcu klatki schodowej, kiedy straciłem równowagę i runąłem z powrotem. Zgubiłem gdzieś moje narzędzie zbrodni. Przeczołgałem się do kuchni. Nie wiedziałem, że człowiek może mieć w sobie aż tyle krwi. Podłoga lepiła się jak po rozlanym oleju z frytkownicy. Wstałem i trzymając się ściany ponownie dotarłem do balustrady. Dopiero teraz spostrzegłem wystającą z prawego boku rękojeść noża. To był nasz „hindus“, jak nazywaliśmy najlepszy z kompletu w szufladzie. Odrzuciłem dwa trzymane w rękach z zestawu dla gości i prawą, zaciskającą się mocniej i mocniej, dłonią pociągnąłem za czarną rączkę. Musiałem powstrzymywać oddech. W ustach powstawały krwawe bąble. Myślałem, że się od tego zrzygam. Musiałem wyglądać jak żaba na brzegu stawu. Komicznie. Szkoda, że nie widziała mnie Suzan, zajęta przewracaniem z furią mebli na piętrze. Jeszcze trochę - pomyślałem, sam sobie kibicując z entuzjazmem. - Jeszcze! Wyłaź! Wychodził, jakbym był w środku ciaśniejszy od najciaśniejszej cipki. Wysuwał centymetry mokrego ostrza z chrobotem, niby ocierając się o kość, której tam nie powinno być! Rozszarpał ostrym brzegiem przypadkową żyłę. Wreszcie go miałem w całości. Śliski śmiertelnie, jadowity wąż. Płaski jęzor gada. Poczułem jak struga krwi obmywa mi ciało i spływa i dochodzi do kolana. Wdrapałem się na klatkę schodową z impetem rannego łowcy. Dopadłem ją z półprzysiadu, kiedy tak przemykała w drodze z łazienki do sypialni. Tak była delikatna i zwiewna. Niczym cudowny motyl rozebrany do kąpieli w słońcu. Uderzyłem w jej powiewną sylwetkę aż się zatoczyła do gościnnej sypialni. Nóż pozostał w ciele jak rzucona szpada. Odetchnąłem. Koniec zabawy... Dotarł do mnie hałas. Przybywał z innego świata? Telewizor ryczał. Ktoś wyspowiadał znowu swoją zbrodnię. Cywilizacja kłamców i oprawców przewijała się obok jak niekończący się film. Miała swoje codzienne święto mordu i przetykała drogocenne chwile istnienia katastroficznymi relacjami pełnymi zimnych liczb i nieszczęśliwych, porzuconych kalek. -Do diabła z moim zakratowanym życiem! Pierdolcie się wszyscy na waszej wolności! - krzyczał jakiś ekstremalnie natchniony seryjny zabójca dzieci i matek. Powlokłem się za żoną do sypialni dla gości. Stanąłem w plamie październikowego słońca, niedaleko okna. Światło wzmacniały rozblaski nagrzanej szyby. Pulsowały jak ogień. Wyskoczyła nagle z szafy niczym sprężynowy pajac z pudełka. - Hello!Win! - krzyknęła, co w jej interpretacji znaczyło „Hellou zwyciężyłam!“

19


Naprawdę zrobiła to po mistrzowsku. W ciągu kilku sekund zadała mi tym samym nożem od naszego hindusa trzy ciosy w prawe płuco. Ostrze wynurzyło się po stronie pleców, z lekka unosząc mój zaplamiony gównem i krwią tyszert. Potem zwaliła się na mnie całym ciężarem bezwładnego ciała. Zupełnie nie pamiętam ambulansu. Jakiś zafajdany policjant z czarnym notesem w ręku tylko się nachalnie dopytywał przez dziurę w mojej świadomości: - Kto zaczął? Kto jest sprawcą, a kto ofiarą? Cymbał. Psy myślą tylko o jednym. Jak tu kogoś za coś wsadzić. Nie przyjdzie im do durnego łba, że ktoś może się naprawdę dobrze bawić śmiercią? Żyć, kochać i umierać intensywnie? Położyli nas na osobnych łóżkach. Wiem, bo obudziłem się po operacji sam w dwudziestoosobowym pokoju. Zdarłem z ręki kroplówkę. Zsunąłem się z jękiem na podłogę i zacząłem sprawdzać łóżko po łóżku. I tak sześć pokoi, jeden po drugim, chowając się pod meblami i po kątach, gdy w poszukiwaniach przeszkadzała mi przechodząca pielęgniarka. Owszem, w szpitalu zadbano o nastrój. Na stolikach nocnych stały wydrążone dynie, rozświetlone od środka migoczącymi elektronicznymi świeczkami. Fiolet i czerwień były wszechobecne. Gdzieś rozlegał się szatański, mechaniczny śmiech z pudełka. Poczułem ulgę, znajdując jej stopę dyndającą z wysokości łóżka. Wzywała mnie. Machała wielkim palcem, jak tylko ona potrafi. Spojrzałem za siebie. Nikogo tam nie było. Tylko mój czerwony od krwi ślad czołgania złocił się w świetle szpitalnych lamp. Z trudem wdrapałem się na miejsce obok niej. Przytuliłem się do jej chłodniejącego ciała najmocniej jak potrafiłem. Nasze bandaże skleiły się pod pościelą. Ciasny uścisk wytoczył nową krew. Łóżko zrobiło się mokre i na swój sposób słodkie. Jak wypchane skradzionymi owocami usta pękły nasze ciała w strugach malinowego soku. Umieraliśmy w ten radosny, mroczny pierwszo - listopadowy poranek. Byłem jeszcze tylko ciekaw, kto z nas pierwszy przestanie oddychać? Jak zwykle... Ona... musiała być we wszystkim lepsza.

Pochwyciłem nóż... Ten nóż. Rzeczywiście, odziedziczony po znajomym hindusie, wybornie nadawał się do krojenia mięsa. Rozejrzałem się wokół. Rękojeść pewnie siedziała w dłoni, tylko gdzie go tu wbić? - myślałem zawzięcie. 20


Grzegorz Patroń (GaPa) Urodzony w 1975 r. w Krasnymstawie, wyznawca Philipa Kindreda Dicka. Adres email: gpgapa@gmail.com

Gdy karmisz potwory 1 Rodzic samotny

science-fiction

Mężczyzna, który wysiadł z dość wiekowego auta średniej klasy, wydawał się spokojny i zadowolony, chociaż osoby znające go lepiej dostrzegłyby na jego twarzy również oznaki znużenia i spłowiałe echo smutku, barwiące ją stygmatem samotności. Odwrócił się w stronę chodnika, skąd zmierzał ku niemu niepewnym krokiem miejscowy król podwórka, jedyna osoba w zasięgu wzroku. Mężczyzna sięgnął do kieszeni, jakby szukał drobnych, ale się rozmyślił. Ruszył do domu, skinąwszy głową rozkołysanemu dozorcy. Przekraczał właśnie granicę cienia, który rzucał blok mieszkalny, gdy dobiegł go zachrypnięty głos. - Czekaj, sąsiad. Odwrócił się w stronę wołającego i zrobił krok do przodu, by powrócić na teren oświetlany ciepłymi promieniami słońca. Zmrużył oczy i odpowiedział. - Dzień dobry. Co tam słychać? - Ton jego głosu wydawał się wyprany z emocji. - Jaki masz pan telefon? - wychrypiał cieć, chociaż odpowiedź najwyraźniej wcale go nie interesowała. Rozbieganym spojrzeniem omiótł otoczenie i pociągnął zdrowy łyk z butelki, którą z namaszczeniem włożył do kieszeni poplamionej kurtki. Równie magicznym sposobem co uprzednio napój wyciągnął kartkę papieru, którą zaprezentował. Na potłuszczonym papierze drukowane litery układały się w napis: NIE WYŁOŃCZAJ KOMÓRKI! ODŁÓŻ JĄ NA BOK! ROZMOWA MOŻE BYĆ NAGRYWANA. Drugą dłoń przyłożył do ust, nakazując milczenie. Mierzyli się przez chwilę wzrokiem, aż na ponaglający gest mężczyzna odłożył telefon do samochodu, ostentacyjnie aktywował alarm auta i dał się poprowadzić na rozchybotaną ławkę. Usiadł twarzą zwrócony ku południowi i powiedział równie spokojnie co na początku. - Więc co słychać? Co to za tajemnice? Nie wystarczyło wyłączyć telefon? - Nie wiesz pan, że nawet przy wyłączonym mogą podsłuchiwać? Ja wcale nie mam. - Ale po co by mieli... - Do naszego miasteczka przyjeżdżają. Te kreatury - przerwał rozmówca, nie odpowiadając na pytanie. - O, nie słyszałem. To spore wydarzenie, w końcu przedstawiciele innego gatunku. Z innej planety. W naszej peryferyjnej miejscowości. Wydarzenie naprawdę dużej wagi. - Taaa, ufojudki zafajdane - przez pobrużdżoną twarz przemknął wyraz pogardy. - A pan pewnie zaraz polecisz trawę na przywitanie malować. Wiedz pan, że wielu to się nie podoba, to naskakiwanie potworom. A te bestie nas załatwią, a najsampierw takie wymuskane szczypiory.

21


- Zabobony. Po prostu mało ich znamy. Tak samo jest z każdym obcym, z innej wioski, kraju, kontynentu. - Już żeś się pan dał przekabacić, z wami inteligencikami zawsze to samo. Srutki tutki, gadka szmatka. Ale coś wam pokażę. Zakręcił butelką, przytknął ją do ust. Po konsumpcji skrzywił się i splunął głośno. W tej samej chwili, gdy plwocina osiągnęła chodnik, w jego dłoni znalazł się stary odtwarzacz wideo. Uruchomił projekcję, ustawiając aparat tak, by obaj mogli obserwować ekran. Obraz był niewyraźny i rozchybotany. - Z daleka nagrywane - wyjaśnił. - Rządowi mają maszynkę, jakiś sygnał wysyła, że blisko wszystko kasuje. Patrz pan uważnie. W centralnym punkcie kadru siedział mężczyzna. Z jego ust na lśniące płyty podłogi sączył się jakiś płyn, a wokół niego gromadziło się zbiegowisko modnie ubranych przechodniów. Sądząc po torbach, które nieśli i wielkich witrynach w tle był to ekskluzywny ciąg handlowy. Dwóch Plangów przyłożyło niewielki przedmiot do karku siedzącego i ten zwalił się bezwładnie, nie broniąc przed upadkiem. Błyskawicznie pojawili się umundurowani agenci, rozpędzając zbiegowisko. Napój życia raz jeszcze zwilżył gardło ciecia, nim się odezwał. - Widzisz pan, takie są naprawdę. A te skurwysyny w górze nas sprzedali. - No, na pewno da się to jakoś wytłumaczyć - odparł mężczyzna niepewnie. - Taa, rurka w pupsko i po chłopie. I słuchaj, „sąsiad“ - wychrypiał jadowicie cieć - nie lubię was. Nie lubię i już. Ale przez pamięć na waszą żonę, co dobrą i uczciwą kobietą była, i w potrzebie zawsze groszem poratowała, radzę wam się z tymi robalami nie zadawać. Bo wiecie, przebite opony da się zakleić, ale szkoda tych dwóch aniołków, co wam po tej świętej kobiecie zostały. Mały rzadko się pokazuje, ale dziewczynka żywe srebro, wszędzie jej pełno. Udana, a to zawiść budzi. - Pan mi grozi? - Jaki tam pan, „sąsiedzie“. Pomyśl pan, co żeś widział. Oficjalnie nie pokażą tego nigdzie. I o rodzinie pomyśl. To uszanowanie. Jakimś tajemniczym sposobem ściągnął jeszcze łyk wina wstając, po czym oddalił się zdecydowanie lżejszym krokiem, niż przed spotkaniem, czego nie dało się powiedzieć o jego rozmówcy. Rozległ się przenikliwy dźwięk, gdy roztrzęsiony zapomniał rozbroić alarm, zabierając telefon z auta. - Ciemnogród - wyrzekł bez przekonania, gdy udało mu się zapanować nad zgiełkiem. Jednak przed oczami ciągle miał widok tego umęczonego mężczyzny, zwalającego się na posadzkę. A obok dwóch Plangów w szarych uniformach, uwijających się niczym mrówki nad martwym świerszczem.

2 Żywe srebro

Dziewczynka obrzuciła spojrzeniem ruinę budynku. Nad zabitymi deskami drzwiami wisiał kawałek czerwonej tablicy z wyblakłymi literami „SZKO“. Większość okien była pusta. Podeszła bliżej i zadarła głowę. Przez chwilę w szczątkach szyb obserwowała odbicie białych nieregularnych chmur, majestatycznie przemierzających niebo, a potem uklękła i podniosła leżący w trawie odłamek szkła. Na przezroczystej powierzchni znajdował się znieruchomiały owad o malutkim, ale twardym pancerzyku, co sprawdziła, delikatnie naciskając go opuszką palca. Stworzenie wydawało się nieżywe. Przeniosła je na wolny od trawy kawałek ziemi i za pomocą szkła zaczęła kopać dołek. Miała tam umieścić żuka, gdy spostrzegła, że poruszył nóżkami. Wyrzuciła szkło, wzięła leżący obok patyk i wokół stworzonka wyryła fosę. Potem pozbierała kamyki, kawałki plastiku, by wznieść niewielki domek. Pałac Pana Owada, tak go nazwała. Przez cały czas z jej twarzy nie znikał wyraz skupienia. Usłyszała hałas, więc odwróciła głowę. Niewielki asfaltowy placyk otoczony był roślinnością. „A krzak taki zwykły był, badyle jakieś. I takie tam małe kulki na tym rosły. I on tam się czaił! I ja rzucałam kamieniami, ale on mi zagrodził drogę! Naprawdę! I się bałam! Był taki brzydki i śmierdział! I... miał nogi z gówna! Naprawdę! Naprawdę!“

22


Zza krzaka wyszedł Plang. Był tylko trochę wyższy od niej, odwłok obleczony miał w kolorowy, mieniący się kombinezon. Głowę chronił przezroczysty hełm, wyraźnie widziała zwrócone na nią wielkie potrójne oczy. Nogi... Nogi wcale nie były brązowe. Miał ich sześć, były czarne. Przypominały odnóża owada, którym się bawiła. Nawet stąd dostrzegała falujące włoski, które je porastały. Trampki, które miał na stopach, były bardzo podobne do tych, które nosiła. Rzuciła w niego kamieniem, ale trafiła w jedną z butelek, walających się w krzakach. Była gotowa do ucieczki, gdy dobiegł ją dźwięk, wydobywający się ze skrzynki kombinezonu. Tembr był miły w odbiorze, przypominał głos jej brata. - Znam tę zabawę. Młode samce waszego gatunku dość często się tak bawiły. Udokumentowane są przypadki, gdy butelkę holowano na środek niewielkiego akwenu wodnego i samce rywalizowały, kto pierwszy ją zatopi. Rzucały kamieniami z brzegu. Ten, kto przegrał, całował płaza. - Chłopaki bawiły się na dworze? - zdziwiła się dziewczynka. - Tak, chłopaki. Plang uniósł niezgrabnie kamień przednim odnóżem chwytnym, wycelował, ale ten z głuchym odgłosem wylądował w trawie. - Skucha - powiedział. - Skucha? - powtórzyła zaskoczona. - Gdy w czasie zabawy zawodnik wykona błąd, pozostali gracze zobowiązani są powiedzieć „skucha“. W takiej grze w klasy... - Nie ma takiej gry - przerwała mu. Ze skrzynki wydobyło się światło. Na pofalowanym asfalcie rozbłysła figura z połączonych kwadratów z podzielonym na pół okręgiem na górze. - Potrzebna jest kreda albo kawałek cegły - zakomenderował. Dziewczynka zdawała się nie rozumieć. - Potrzebujemy kawałka kamienia, którym moglibyśmy narysować ten kształt na podłożu. Wyruszyła na poszukiwania. Wzięła kilka kamieni, które znalazła koło zrujnowanego budynku. Jednym z nich wyrysowała na popękanym asfalcie szary rysunek. Gdy Plang wytłumaczył jej zasady, spróbowała pokonać planszę. Zaśmiewała się do łez, gdy nie trafiała, a jej partner za każdym razem poważnie wypowiadał słowo „skucha“ i musiała zaczynać od nowa. - A ty? - zapytała w końcu. Wyświetlił dużo bardziej skomplikowaną figurę. - Adaptowaliśmy grę do naszych potrzeb - wyjaśnił. Dziewczynka wyrysowała kształt na asfalcie. Zgrabnie stanął na starcie. - Raz ja, raz ty. Kto wygra ten mistrz! - wykrzyknął i skoczył. - Skucha! - krzyknęła i aż usiadła, tak ją to rozśmieszyło. „Nie kłam! Ludzie już gadają, że cały dzień z tym potworem ganiałaś! A co ja ci mówiłem? Jaki wstyd! Zabraniam ci! Rozumiesz!? Zabraniam! Niech sobie mieszkają w stolicy, od nas wara!“ - To do jutra - rzuciła, gdy zmierzchało. Nawet nie zauważyła, kiedy minął dzień. - Pożegnanie! - odparł Plang. - Będę czekał na placyku. Przyjdź, nudno samemu. Awantura zdawała się nie mieć końca. Nie pamiętała ojca takiego, aż kipiał ze złości. Jego uniesiony głos niósł się poprzez cienkie ściany, powracając stłumionym echem z korytarza. - I nigdzie jutro nie idziesz! Wszystkie fabryki zamykają przez te gnidy, a ty się im wysługujesz! - Ale tato... - Żadnego ale! Marsz do pokoju! Była noc. Mężczyzna ostrożnie wszedł do sypialni dzieci. Górę piętrowego łóżka zajmował chłopiec. Spał spokojnie, w uchu delikatnym światłem pulsowała muszla urządzenia, dzięki któremu miał dostęp do Sieci Rozrywkowej. Dziewczynka zajmowała dolny poziom. Rzucała się niespokojnie na łóżku, oddychając chrapliwie. Pogłaskał ją delikatnie po głowie i oddech przybrał

23


zdrowy, miarowy rytm. Jej nienaładowana muszla leżała na półce. Uśmiechnął się. „Przepraszam, że krzyczałem“, wyszeptał i wyszedł z pokoju. Przesunął dłonią po twarzy. Ujrzał kolorowe plamy, które nie chciały zniknąć. Delikatnie zamknął drzwi, odgradzając Krainy Snów od świata. Był zmęczony, a jutro... Przyszłość wydawała się rozdygotaną panterą, czającą się na pojemniku z odpadkami, a on zmierzał naprzeciw.

3 Samotny rodzic numer dwa cieniem przesłonięty

Lokal swoje najlepsze lata miał za sobą. Wypełniały go drewniane ławy, niby-to-wyczyszczone stoły i półmrok. Znajome dźwięki rozbrzmiewające w otoczeniu wyblakłych dekoracji, zamiast dać ukojenie, irytowały. Wszystko niosło wspomnienia, podrażniając. Przeszkadzała nawet nacechowana swoistą bezwładnością działań obsługa, z której tyle razy żartowali. Córeczka, jego jedyne dziecko, w milczeniu bawiła się widelcem, nim w końcu zdecydowała się odezwać. - Wiem, czemu nic nie mówisz, tatusiu. Masz żałobę po koledze. - Żałobę? Jestem... smutny. - On jest teraz w niebie? - Chciałbym skarbie, chciałbym... - „żeby było niebo“, dodał w myślach. - Wcinaj fryty, malutka. Dziewczynka była znudzona. Kołysała się delikatnie i mógł sobie wyobrazić jej małe nóżki, wierzgające pod stołem. Panujący w lokalu marazm przełamała umundurowana funkcjonariuszka. Młoda kobieta, której nie znał, próbowała nadać głosowi surowe i pełne autorytetu brzmienie. Stała przy dwóch wyraźnie rozbawionych sytuacją obywatelach. Gdyby nie błękitna bluza w komety, w którą ubrany był jeden z nich, nic nie wyróżniałoby ich z reszty towarzystwa, zajmującego sąsiednie stoliki. - Proszę okazać dokument tożsamości - powtórzyła policjantka. Na policzki wystąpiły jej rumieńce. Ubrany w błękitną bluzę młodzieniec wstał. Wyraźnie górował wzrostem nad dziewczyną. Rozłożył szeroko ręce i przemówił głośno, tak że uwaga wszystkich skupiła się na nim. - Nie mam przy sobie nic, co posłużyłoby do identyfikacji. No, może prócz nasienia - zarechotał. Dziewczyna zareagowała gwałtownie, szarpiąc się z kajdankami, ale wtedy z ubikacji wyszedł drugi funkcjonariusz, popukał się w czoło w kierunku chłopaka i zgarnął zezłoszczoną policjantkę. Fala śmiechu niosła się za nimi, gdy zmierzali ku drzwiom. Uderzyła ze zdwojoną mocą, gdy grający na ustawionych przy wyjściu automatach mężczyzna wykonał obsceniczny gest. Rozległy się gwizdy, ktoś krzyknął „brawo, dajesz!“. Po wyjściu mundurowych obserwował gracza, pokazującego od czasu do czasu nieprzyzwoite znaki, ale zrozumiał dopiero wtedy, gdy facet przeszedł obok niego, zmierzając z pustym kuflem do baru. Mężczyzna miał protezę ręki, robaczywkę, jak nazywano oferowane przez Plangów nielegalnie produkty. Co jakiś czas rozświetlał ją napis „Wpłać ratę“, po czym wykonywała, jak się zdawało niekontrolowany przez właściciela, ruch. Zastanawiał się, jakie jeszcze czynności może podjąć ten produkt, by wymóc zapłatę. Zatopił się w rozważaniach, aż z zaskoczeniem zdał sobie sprawę, że od dłuższego czasu śledzi rozmowę niebieskiego, jak zaczął go nazywać, z kolegą. Obaj byli podekscytowani technologią Plangów, zdawali się też być przyjaźnie nastawieni do obcej rasy. Co za paradoks, pomyślał. Jeden z - zdawałoby się - światlejszych umysłów w miasteczku wczoraj na cały blok robi awanturę dziecku, że bawiło się z małym Plangiem, a tych dwóch lumpów nie widzi problemu w kontaktach z kosmitami. Gdy jeden z nich powiedział „Zobaczysz, każdą chorobę teraz wyleczą“ ze zdumieniem zdał sobie sprawę, że gwałtownie wstał i ruszył do nich, jakby jakaś złowroga siła, nad którą nie panował, przejęła nad nim kontrolę. Przewrócił niemal pełną szklankę piwa. Ciecz rozlała się po stoliku, tworząc na nim bursztynowe fantasmagorie niczym z testów Rorschacha. Niebieski uniósł się powoli, głośno wciągając powietrze. Patrzył na niego groźnie przez chwilę, aż nieoczekiwanie podszedł i objął go. - Widziałem cię wczoraj na pogrzebie. To był wesoły chłopak. Kawał drania rzecz jasna. Weź małą i szoruj się przewietrzyć. Knajpa to nie miejsce dla dzieciaków.

24


Rozpłakał mu się w spoconą klatę i posłuchał rady. Nie dbał o to, co ludzie powiedzą na zaczerwienione, mokre oczy. Równie obojętne słońce osuszyło łzy.

4 Szef oddziału

Przez niedomknięte drzwi sączył się gwar, który niósł się po całym oddziale. Nowi pacjenci, nawoływania pielęgniarek, roszczeniowi pacjenci, prośby o konsultacje, awanturujący się pacjenci, wdzięczni członkowie rodzin, pracujące aparaty tworzyły kolaż dźwiękowy, który aprobował. Tu toczyła się gra o życie, ale też tu wiódł żywot ordynatora i mężczyzny, chociaż niekiedy kolejność się zmieniała. Nie lubił tylko rozwiązywać problemów, których nie rozumiał, wtrącania się w pracę oddziału osób, które o jego funkcjonowaniu nie miały pojęcia, a najbardziej niepotrzebnej biurokracji. Tak jak teraz. Po prostu nie wiedział co zrobić z rachunkiem, który leżał na biurku. Wystawiony przez Plangów opiewał na sporą kwotę, zaś ilość pieczęci, która go zdobiła, nawet na nim robiła wrażenie, co też pewnie było i powodem, dla których się tam znalazły. W telegraficznym skrócie historię można przedstawić tak: miejsce akcji - modne centrum handlowe. Bohaterem jest bezobjawowy tętniak mózgu, prowadzący do krwawienia śródmózgowego. Biały otyły mężczyzna zgina się wpół i zaczyna wymiotować. Prawda jest taka, że gdy pada na ziemię, już nie ma szans na przeżycie. Lekarz wystawia aktu zgonu. Nekrolog, żałoba, przepływ środków pieniężnych. Jednak dwóch Plangów, będących świadkiem sytuacji, zakłóca przebieg wydarzeń. Przy pomocy tajemniczego przedmiotu podejmują błyskawiczną akcję, której jednym ze skutków ubocznych jest to, że rodzina niedoszłego nieboszczyka oszczędza na nekrologu. Nieprzytomny mężczyzna w ich asyście zostaje dostarczony na oddział. Żartują, są spokojni, informują lekarzy, że ci mają jeszcze prawie cztery ziemskie godziny na wnikliwą analizę sytuacji, postawienie diagnozy, wykonanie niezbędnych czynności, a potem, jak to ujmują, z tym swoim uwielbieniem żargonu, „jak się postaracie, piórnik będzie mu niepotrzebny“. Ulatniają się z obietnicą podesłania rachunku. Kurtyna, oklaski. Tak też się stało. MRI, operacja, gość jest uratowany. Dzięki super-ekstra-bonusowi czasowemu. Cztery dodatkowe godziny. Wspaniała technologia, na granicy cudu, która jednak zadziałała, napędzana nieziemską technologią. Bezcenną. Nieosiągalną. Tak załatwiają sprawy. Jak mówią na mieście, „U Planga tylko ryby“. A tyle było nadziei, gdy się pojawili, że ruszymy do gwiazd, uczynimy niebywały postęp, że to, że tamto. Tymczasem przyglądali się nam przez chwilę, a potem uruchomili sprzedaż towarów. Nie technologii, nie wiedzy. Po prostu jakby w pobliżu otwarto kolejny supermarket. Przerwał rozmyślania, gdy drzwi uchyliły się na tyle szeroko, by pomieścić Planga. A więc czas stawić mu czoła. - Strzałeczka - wesoły głos dobiegł od strony skrzynki przymocowanej do kombinezonu kosmity. -Dzieńdobry-odparłspokojnie.Gdywstałnapowitanie,jegooczyznalazłysiętylkonieznaczniepowyżej potrójnych, przenikliwie w niego wpatrzonych owadzich, a jednak tak bardzo podobnych, oczu. Odwłok Planga obleczony był w szary kombinezon, a więc typ biznesmena. Zdarzało mu się już z nimi rozmawiać, nie umiał jednak ocenić, czy z tym konkretnym egzemplarzem. Nie rozróżniał ich zupełnie. - To co, bez gry wstępnej, łapiduchu? - zapytał gość, wskazując na leżący na biurku dokument. - Łapiduch uznawany jest za stwierdzenie, hm, o ambiwalentnym zabarwieniu - odparł machinalnie, starając się zamaskować rozdrażnienie. - Łapserdak, łapiduch. Wyrazy zaczynające się od „łap“ uznawane są za niewskazane w kontaktach oficjalnych? Smakowity kąsek wiedzy o tuziemcach. Bez obrazy, panie doktorze, proszę o wyrozumiałość. Te wszystkie aspekty, niuanse lingwistyczne są porywające, ale bywają zdradliwym lodem - Plang wydawał się zadowolony. - Oczywiście, nie obrażam się. Rozumiem wysiłek, którego... pan dokonał, aby tak sprawnie się porozumiewać. Co do wyrazów na „łap“, coś w tym jest. Taka na przykład łapówka... - powiedział i zamilkł speszony. - Heh, sam pan widzi, lekarzu, niebezpieczny lód. Najważniejsze jednak... - Zgrabnie chwycił w przednie odnóża rachunek. W niesamowitym tempie uformował figurę origami. - Pazurczatka pochwalił się, po czym zniszczył papier. - Nie było sprawy - powiedział miękko.

25


- To, bardzo, khm, dobrze. Dziękuję - odparł. - Życie jest najważniejsze, nagłośnię tę wspaniałą postawę. - O nie, panie doktorze. Niech wiedzą tylko dwa stworzenia, pan i ja. Za to ofiarowuję wyjaśnienie. Ze skrzynki rozbłysło światło, przedstawiając trójwymiarową scenę. Ludzka dziewczynka wraz z małym Plangiem bawiła się na placu zabaw. Obrazowi nie towarzyszył dźwięk, ale wyraźnie widać było, jaką radość sprawiają im wspólne figle. - Dziś świętuję, lekarzu. Pociecha ma wpadł w depresję. Tęsknił za domem, gdzieś w zimnogwiezdnej pustce zostawionym. Lecz karta się odwróciła, gdy spotkał tę oświeconą samiczkę. Cieszy się, raduje, chce poznawać. Więc rachunek, jaki rachunek? A od jutra znowu się liczymy, kto sprytniejszy. Raz ja, raz ty, kto wygra, ten mistrz! - wyrecytował, ukłonił się i opuścił pomieszczenie, zamykając cicho drzwi, przy czym - mężczyzna był tego pewien - najdokładniejszym nawet aparatem nie dałoby się stwierdzić poruszenia stojącej przy wyjściu paproci, o liściach jak posklejane puzzle. Tak jakby Planga wcale tu nie było. Jednak opływający w pieczęcie kwit także znikł z biurka, co przeczyło tej tezie. A może to wszystko omamy? Skutek zbyt długiego wielogodzinnego dyżuru, którego jeszcze nie odespał. Opadł na fotel, drapiąc się po policzku. Ciekawe czy ta mała wie, że jej los splótł się z bladym wielorybem z centrum handlowego? Nie wiedział, gdzie to usłyszał, ale ponoć, jeśli ktoś uratuje czyjeś życie, staje się za nie odpowiedzialny. Czy niewiedza chroni ją przed karmicznymi skutkami beztroskiej zabawy? Tak jak my nie wiemy, jak to było możliwe, że dostaliśmy dodatkowy czas na ratowanie tego pacjenta. Ten rachunek jednak został umorzony. Wyobraził sobie, że każdy ma Specjalne Urządzenie Ratunkowe. Bezcenny gadżet, który na cztery godziny porywa cię gdzieś pomiędzy kruchą rzeczywistość a zaświaty, dając szansę na otrzymanie ratunku. Nie tak urządziliśmy świat, uświadomił sobie. Na każdej sztuce bez trudu wyszukasz logo producenta i cenę. Nagle wyprostował się. A gdyby na metce znalazło się także jego nazwisko? Wejść w układ z Plangami? Pomóc im w uzyskaniu zezwolenia na oficjalną dystrybucję w zamian za niewielki, stały procent. Nie, uświadomił sobie, jestem lekarzem, nie handlowcem. Nigdzie już nie muszę szukać, jestem w miejscu, którego pragnąłem. Skontaktuję się tylko z wyznaczoną jednostką rządową, informując o zdarzeniu. Tu moja rola się kończy. Przeczuwał jednak, że wkrótce w nielegalnych kanałach dystrybucji pojawi się pewien nieoceniony gadżet, tak jak masa innego towaru, który rozprowadzali w ten sposób. Weźmy chociaż ten przyrząd, o wdzięcznej nazwie „Bezkarny głuszec“, dzięki któremu każda kobieta... No tak, ale zapewne istniało też urządzenie o wprost przeciwnym przeznaczeniu, i będą się pojawiać kolejne, udoskonalone modele. Na tym w końcu polega handel, nieprawdaż? „Bezkarny głuszec“... Tor myśli nieuchronnie wiódł go ku drobnej, czarnowłosej kobiecie, która niedawno podjęła pracę na oddziale. Nic o niej nie wiedział. Właśnie to zdawało się być najbardziej ekscytujące. Wyobraził sobie, że ją całuje, a jego dłoń powoli przemierza gładkie plecy, z wektorem kierunku skierowanym zgodnie z siłą ciążenia. Miała zdrowy, miętowy smak. Wtedy uświadomił sobie, że już od paru chwil dziewczyna coś do niego mówi. Weszła niepostrzeżenie, nie zauważył, iż fizycznie jest obecna w pokoju, nie tylko w jego marzeniach, na co miał namacalne dowody. Pocałował ją raz jeszcze. - Ale mój mąż - wyszeptała zmysłowo. Więc obędzie się bez nabijania kabzy Plangom, domyślił się, zamykając drzwi. - Jeśli jest patriotą, zrozumie - odparł. Tym powinniśmy się zająć, pomyślał, gładząc wdzięczną, jędrną pierś. Życiem. Zanurzył się w nim.

5 Nasi dzielni obrońcy

Pikowy król spoczął na walecie i rozgrywka dobiegła końca. Dowódca, który był wyraźnie młodszy, ziewnął i zaczął się przeciągać. - Przerwa? - rzucił przyjaźnie w kierunku swego podwładnego, starego wąsatego wiarusa. Leciutko zaakcentował pytanie, ale nie oczekiwał odpowiedzi, w końcu wojsko to wojsko. Obrzucił spojrzeniem niewielkie, wypełnione sprzętem pomieszczenie. Do końca wachty pozostało jeszcze kilka godzin. Znajdowali się głęboko

26


pod ziemią, w schronie, ale nie stanowiło to dla niego problemu. Oczywiście nie działały komórki, ale potrafili zorganizować sobie czas. Przeszedł do stanowiska komputerowego. Zerknął na monitor i zamarł. - Co do... Przebiegł palcami po klawiaturze, ale bez skutku. System nie reagował. Sięgnął po staroświecki telefon, zapewniający bezpośrednią łączność z dowództwem, lecz w słuchawce nie było sygnału. - Zaczęło się - powiedział z napięciem drugi z mężczyzn, wpatrując się w monitor, na którym wciąż wyświetlane było zdjęcie przedstawiające objęty płomieniami wyglądający na miejsce publiczne budynek, chyba restaurację. W dachu tkwił charakterystyczny, owadzi w swym kształcie, fragment statku Plangów. Na pierwszym planie akcent kolorystyczny stanowił kawałek niebieskiej - w odcieniu widzianej z kosmosu Ziemi - bluzy. Była pokrwawiona. - Nie ma łączności - wyjaśnił dowódca. - System wisi - głos mu się załamał. - Musimy działać. Tak jak nas wyszkolono. Trzeba uzbroić rakiety. - Nie ma rozkazów... Wąsacz potrząsnął nim. - Nie rozumiesz? To nie są ćwiczenia. Nie ma łączności. Może n i c już nie ma. Tylko nas dwóch. Dajemy z wszystkich rur. Młody człowiek ukrył twarz w dłoniach. Nie mógł zebrać myśli. Ściany schronu napierały nieustępliwie, pozbawiając płuca powietrza. Jak przez mgłę docierały do niego słowa podkomendnego. - Co? - spytał, potrząsając głową. Tamten powtórzył, powoli i wyraźnie. - Musimy uzbroić rakiety. - O nie, nie może tak być. Muszę ją ratować - skierował się do śluzy, prowadzącej do windy. - Stój! Tam na górze pewnie jest piekło. Naszą powinnością jest odpowiedzieć na atak. W imieniu całej ludzkości. - Co mnie ludzkość. Muszę ją ratować. - Dobra - stary wiarus usiłował być spokojny. - Uzbroimy system i leć, ratować tą swoją pizdaweczkę. Stanęli przy umieszczonych po przeciwnych stronach pomieszczenia pulpitach. - Na trzy - powiedział dowódca i przeszli przewidziane sytuacją procedury. Światło zmieniło kolor na czerwony. - Wychodzę - wyrzekł, nie patrząc nawet na podwładnego i wcielił słowo w czyn. - Jak opadnie pył, zmiotę do szufelki twoje resztki, dowódco - z pogardą odparł stary żołnierz. Pracował gorączkowo, ustawiając cele. Ze śluzy dobiegł cichy syk i młody żołnierz powrócił. Zdecydowanym ruchem wyłączył system naprowadzania i usiadł przed komputerem. Wykonywał kolejne czynności, nie przestając mówić. Z początku głos miał niepewny, chrapliwy. Jego towarzysz wpatrywał się w niego znieruchomiały, jakby ktoś wcisnął pauzę. - Nerwy, człowieku. Nerwy nas zawiodły. Szybki resecik i proszę, jest łączność. A widzisz, to tylko wypadek. Jest biuletyn. Jakiś przemytnik rąbnął w knajpę w mieścinie na wschodzie. Zresztą, nie oszukujmy się, nasza technika przy ich to jak próba zatrzymania na wielkiej równinie batalionu czołgów przy pomocy procy. Co myśmy chcieli osiągnąć? A nawet jakby coś udało się zniszczyć, wiesz, co by się stało? Nic. Wystawiliby tylko rachunek, który spłacałyby jeszcze nasze wnuki. To dlatego mają tyle oczu, żeby więcej zer się w nich mieściło. Tyle w temacie. Zleciłem sprawdzenie telefonu. Ciekawe jak przełożeni ocenią nasze poczynania. Zgarniemy medale albo pójdziemy pilnować parkingi. Słyszałem, że w tym fachu kluczowy jest dobór odpowiedniego stroju, szczególnie zimą. Może, gdybyśmy się tu powybijali, gdzieś na piątej stronie lokalnego szmatławca pojawiłaby się wzmianka o tym. Może - powtórzył z naciskiem. Zajął miejsce przy stoliku i rozdał karty. - Wspierany wielusetletnią tradycją oręża wychodzę z dwóch dziewiątek. Rutynowo sobie poczynam. Drugi mężczyzna przystąpił do rozgrywki. Odruchowo pogładził wąsy. Ręce mu się trzęsły i czoło płonęło. Kartonowe prostokąty wypływały z dłoni i lądowały na stosie sobie podobnych. Jego myśli skierowały się ku absurdalnym tematom. Jak z rutyna zrobić uryna? Przestawiamy dwa pierwsze znaki, pozbywamy się trzeciego i chyba będzie dobrze. Po czym z ostatniego zdania zostawiamy końcówkę. Powstały slogan „Chyba będzie dobrze“ deponujemy w banku. I te de i te pe. Nie patrzyli sobie w oczy - nie kryło się tam nic, czego nie można wyczytać z chłodnej tafli zwierciadła.

27


Bohdan Waszkiewicz (Bohdan) Urodził się dawno temu, w pierwszej połowie lipca, pomiędzy siedzibą Hitlera a klasztorem w Świętej Lipce, a dokładnie w Kętrzynie. Potem zamieszkał w Gdańsku, a obecnie przebywa we wschodniej Anglii. O czterech lat próbuje wrócić do ojczyzny. Bezskutecznie. Napisał powieść, z której był bardzo dumny. Przeczytał ją po kilku latach, przez co schudł o pięć kilogramów i popadł w depresję. Kiedyś pochłaniał góry książek, dziś zasypia po kilku stronach.

Biała nienawiść

thriller

Brnąłem przez tłumy na Seven Sisters niczym myśliwy pokonujący gęstwinę leśną, z tą różnicą, że na nic nie polowałem. Towarzyszył mi Henry, który sprawnie rozpychał się między płynącą rzeszą ludzi. Mijaliśmy przechodniów i dziesiątki małych sklepików, rozsianych wokół jednej ze stacji londyńskiego metra. Można tu było kupić wszystko: od suszonego mięsa afrykańskich kóz po kolumbijską kokainę, czy nawet gnata - jeśli ktoś się tylko dobrze zakręcił. Wieczorem na placu pojawiały się prostytutki, które przy słabej koniunkturze potrafiły dać dupy za dwadzieścia funtów, a nad ranem czasami za połowę tej kwoty. Dzielnica została rozbudowana i zasiedlona głównie przez przybyszów z Karaibów, ale mieszkali tutaj również Afrykanie, Irlandczycy i emigranci ze Wschodniej Europy oraz Południowej Ameryki. Okolica nie cieszyła się dobrą sławą, choć mnie nigdy nie spotkało tutaj nic złego. Na chwilę odbiegłem myślami w przeszłość; wspominałem przyjazd i niektóre fakty, które wydarzyły się wraz z początkiem pobytu w stolicy Anglii. Dwa lata wcześniej opuściłem ojczyznę i wylądowałem na lotnisku w Stansted. Po przybyciu do Londynu zamieszkałem w niewielkim pokoju, który wynająłem od jakiegoś grubego Żyda. Takiego w dziwacznym wdzianku, z długimi pejsami oraz kipą na środku głowy. - Ja throche mówić i rozumieć po polsku. Moja babhcia mieszkała przed wojna pod Krakowia powiedział zmutowaną polszczyzną, po czym opuścił moje skromne progi. Potem widywałem go raz w miesiącu, kiedy z zapałem przeliczał pieniądze za wynajem. Tydzień później zatrudniłem się jako barman w pubie. Pracowałem blisko mojego mieszkania, co w tak ogromnej metropolii nie było wcale łatwe do zrealizowania. Bardzo mi to odpowiadało, nie tylko ze względu na koszty, ale również dlatego, że wtedy jeszcze dość słabo znałem miasto. Wszelkie bary, puby czy kluby mają to do siebie, że poznaje się tam wielu ludzi. Niektórych spotykasz tylko raz, a innych widzisz niemal codziennie. Do tej drugiej kategorii klientów należał Henry Bang. W gronie znajomych nazywany Big Bang, a to z powodu prawie dwóch metrów wzrostu i sporej nadwagi. Oprócz tego wyróżniała go głowa zawsze ogolona na zero i błyszcząca w słońcu niczym karoseria samochodu, który właśnie wyjechał z myjni. Henry sześć lat temu wyemigrował z Kamerunu. W swojej ojczyźnie ukończył geodezję, a w Londynie pracował jako operator wózka widłowego w jednym z magazynów Tesco.

28


- Ale jeszcze kiedyś wrócę do kraju i będę pracował w zawodzie - zarzekał się niejednokrotnie. Po prostu czekam na właściwy moment. - To tak jak ja! - odpowiadałem zazwyczaj w ten sam sposób, po czym rżeliśmy jak konie na widok siana. Któregoś wieczoru Bang wspomniał, że śpiewa w kapeli, którą utworzył wraz z kilkoma Jamajczykami. Ucieszył się, kiedy opowiedziałem o swojej muzycznej przeszłości w zespole reggae. Szczęśliwym zrządzeniem losu brakowało im jednego gitarzysty, bo poprzedni właśnie przeniósł się do Birmingham. Nie mogłem, a przede wszystkim nie chciałem odmówić. I tak od ponad roku grałem w zespole, a i pracę zmieniłem na ciekawszą. Dzięki znajomościom Andy‘ego, naszego perkusisty, otrzymałem etat w sklepie muzycznym na Camden Town. Nie dość, że lepiej zarabiałem, to zajmowałem się tym, co najbardziej lubiłem robić: muzyką. Rzadko graliśmy koncerty, więc praca sprzedawcy stanowiła moje główne źródło utrzymania. - Bob, słyszysz mnie? - Głos Henry‘ego wyrwał mnie z zamyślenia. - Co? Znowu myślisz o niej? Nie tak dawno temu miałem narzeczoną, Martę, którą kochałem jak nikogo innego na świecie. Każdego dnia tęskniłem za nią. W międzyczasie byłem kilka razy w Polsce, żeby zobaczyć moją kobietę, żeby poczuć jej zapach. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, dlaczego odkładała przyjazd do Wielkiej Brytanii. Ciągle słyszałem jakieś wymówki: a to problemy zdrowotne jej ojca, a to szlifowała angielski, a to to, a to tamto. W końcu zakomunikowała mi telefonicznie, że poznała kogoś. Nawet się nie zająknęła, mówiąc mi o tym. Rozryczałem się jak bóbr, prosiłem, błagałem, żeby mnie nie zostawiała. Usłyszałem coś o płaczliwym mięczaku, a potem słowa, które obijały mi się wewnątrz czaszki przez kilka miesięcy: Seks z każdym facetem, z jakim cię zdradziłam, był o wiele lepszy niż z tobą. Zareagowałem wiązanką zmyślnych przekleństw i wyzwisk. Dopiero po kilku minutach zauważyłem, że Marta rozłączyła się dużo wcześniej. Wpadłem w szał i rzuciłem komórką o ścianę mojego pokoju. W ten sposób nowiusieńka nokia dokonała żywota. - Nie, nie myślałem o niej - skłamałem. Swój skromny dobytek - samochód, gitarę wraz z nagłośnieniem oraz szafę płyt kompaktowych i książek - zostawiłem narzeczonej. Olałem to. Po jakimś czasie uczucie miłości zastąpiła nienawiść, co wyraziłem spaleniem kilku fotografii Marty i bluzgami pod jej profilem na Facebooku. Teraz nawet nie wiedziałem, co się z nią działo, bo w kraju nie pojawiłem się od ponad ośmiu miesięcy. Ona z kolei zmieniła numer telefonu i przestała odpowiadać na maile. Henry spojrzał na mnie wymownie. - No, dobra - westchnąłem. - Pomyślałem, że fajnie by było, jakby spadła ze schodów i skręciła sobie kark. To z powodu Marty jechałem przez kilka miesięcy na kokainie, do tego suto zakrapianej alkoholem. Tylko dzięki zamiłowaniu do muzyki i pomocy kolegów z zespołu, a przede wszystkim Henry‘ego, wyszedłem z tego gówna. Od dłuższego czasu nie miałem do czynienia z prochami. No, może nie tak do końca, ale w każdym razie przestałem być niewolnikiem używek. I co najważniejsze, znowu polubiłem życie. - Daj spokój, kolego. - Poklepał mnie po ramieniu wielką jak łopata dłonią. - Jest tyle dziewczyn, tylko popatrz. Weź sobie jakąś, w końcu masz już ponad trzydzieści lat. Rozejrzałem się wokół, i rzeczywiście, zauważyłem sporo kobiet. Jedną grubszą od drugiej. Niezależnie od koloru skóry, wszystkie łączyła wspólna cecha: otyłość. Henry‘emu, jako Afrykaninowi, nie przeszkadzało to w ogóle. - Widzisz, jak laska ma trochę dużo tu i ówdzie, to zdrowe dzieci rodzi - wyjaśniał, lśniąc białymi jak śnieg zębami, które kontrastowały z jego czarną twarzą. - Poza tym przyjemnie jest się do takiego ciała przytulić. Zawsze mu wierzyłem i ufałem, ale w tym jednym przypadku miałem odmienną opinię. Parsknąłem ironicznie, nie komentując słów Henry‘ego. Zresztą nie było takiej potrzeby, bo doskonale znał moje zdanie na ten temat.

29


Jak co czwartek wieczór wracaliśmy z próby. Zawsze docieraliśmy razem do stacji metra, a potem każdy z nas podążał w swoim kierunku: Bang jechał na Wood Green, a ja dreptałem do domu na Stamford Hill. - Ty, Big Bang. Zaczekaj moment - odezwał się ktoś za nami. Zatrzymaliśmy się. W naszym kierunku szedł jakiś czarny mężczyzna. Był o głowę niższy od Henry‘ego, a na jego czuprynie kłębiły się dredy, podobnej długości do moich, tyle tylko, że zupełnie siwe. Sięgały do ramion i częściowo zasłaniały przebiegającą po czole długą bliznę. Miałem trudności z oceną wieku mężczyzny, bo pomimo siwych włosów i twarzy pooranej zmarszczkami, wydawał się muskularny i biła od niego młodzieńcza witalność. Ale w jego wyglądzie najbardziej zwracały uwagę błękitne oczy. Wcześniej nie widziałem czegoś takiego u żadnego czarnego. - W porzo, King Richie? - przywitał się Bang. - Ta. Musimy pogadać - odparł i zmierzył mnie wzrokiem. - Na osobności. - Dobra - zgodził się Henry, po czym rzekł do mnie: - Robert, jak chcesz, to idź. - Zaczekam. - Uspokoiłem go ruchem dłoni. - Nigdzie mi się nie spieszy. Oddalili się o kilka kroków, a ja usiadłem na murku okalającym niewielki trawnik. Obok przechodziło właśnie dwóch moich rodaków; spodnie dresowe adidasa, bluzy lonsdale, głowy ostrzyżone na zero. Kiedy mnie mijali, usłyszałem fragment toczonej przez nich rozmowy. - Widziałeś tego brudasa? To Polak, ale z czarnuchami trzyma - powiedział ściszonym głosem wyższy z nich, znacznie mniej napakowany sterydami od swojego towarzysza. - Żartujesz? Co za chuj - skwitował ten, którego łatwiej było przeskoczyć niż obejść. Nawet nie zrobiło mi się przykro. Przywykłem, bo jak mawiał jeden z moich kolegów, któremu nie udało się uciec przed zasadniczą służbą wojskową: „Pierwsze prawo fali - jebać ziomali“. Chwilę potem wyrósł przede mną Henry. - Nie rozumiem, czemu czekałeś na mnie? Przecież i tak zaraz mam pociąg. - Bo chciałem cię zapytać o tego gościa - odpowiedziałem. - Wydawał się jakiś taki dziwny. Kto to? - King Richie? Stary przyjaciel, kiedyś mieszkaliśmy obok siebie. - Pokazał palcem kierunek. Tam, zaraz za Tesco. - Mieszkałeś na Seven Sisters? - Zdziwiło mnie to. Taki duży i grzeczny chłopiec jak Henry w dzielnicy gangów i dilerów? - Tylko przez rok. Moje początki w Londynie nie należały do łatwych... Jakoś trzeba było sobie radzić. - Na twarzy Banga pojawił się wyraz zakłopotania. - Łapię. - Postanowiłem na razie nie wnikać w przeszłość przyjaciela. - A ten Jamajczyk, to kto? Nie wyglądał na sympatycznego faceta. - Nie jest Jamajczykiem, tylko Haitańczykiem - sprostował. Jego mina błyskawicznie przybrała poważny wyraz. - Zajmuje się magią. Jest kapłanem voodoo. - Henry, mój przyjacielu. - Uśmiechnąłem się pobłażliwie. Takie opowieści traktowałem z przymrużeniem oka. Szczególnie po tym, jak kiedyś usłyszałem od pewnego Kenijczyka, że mężczyzną w jego ojczyźnie stawał się ten, kto gołymi rękami udusił lwa. - Poważnie pytam. - A ja poważnie odpowiadam. - Ton jego głosu świadczył o tym, że nie żartował. - King Richie ma wielką moc. Z jego usług korzysta wielu ludzi z Karaibów i Afryki. Potrafi skutecznie dokonać zemsty na złych ludziach. Sam wiem, bo... - przerwał, po czym zagryzł wargę. Wierzyłem mu. Chciałem zadać jeszcze kilka pytań, ale nie wystarczyło czasu. Pożegnaliśmy się, a czarny wielkolud wkrótce zniknął w podziemiach metra. *** Tej nocy długo nie mogłem zasnąć. Ciągle miałem przed sobą obraz niebieskookiego mężczyzny. Do głowy przyszedł mi pewien pomysł, choć wprowadzenie go w życie mogło być trudne. A na pewno niemożliwe bez pomocy Henry‘ego. W końcu zasnąłem.

30


Śniły mi się przerażające, ciemne postaci. Jakby żywe cienie. Wszystko to przeplatało się z dziwnymi rytuałami, których nie widziałem nigdy wcześniej. Byłem świadkiem śmierci młodego Afrykańczyka, rozszarpanego przez ogromnego lwa. Przyjrzałem się drapieżnikowi: miał niebieskie, ludzkie oczy. Zwierzę jednym kłapnięciem wielkich szczęk odgryzło nieszczęśnikowi głowę, po czym uderzyło w nią łapą. Czerep wolno potoczył się w moją stronę. Po chwili przeniosłem wzrok na leżącą u stóp zakrwawioną głowę. I zamarłem z przerażenia. Obudziłem się zlany zimnym potem. Z objęć Morfeusza wyrwał mnie mój desperacki krzyk. - Kurwa, co za pojebany sen - wymamrotałem ledwie słyszalnie. Głośniej, i do tego w szalonym tempie, waliło moje serce. Przez chwilę myślałem, że przekręcę się na zawał. Zdawałem sobie sprawę, że po takiej ilości dragów, które przyjąłem w przeszłości, moja pompka nie działała już tak sprawnie. W końcu uspokoiłem się, a tętno przestało dościgać mysie. Wytarłem dłonią spoconą twarz, po czym spojrzałem na zegarek: za cztery godziny musiałem wstawać do pracy. Wtuliłem twarz w poduszkę z mocnym postanowieniem szybkiego zaśnięcia. Każdy późniejszy szmer lub inny cichy odgłos dobiegający gdzieś zza okna, powodował, że natychmiast sztywniałem i wytężałem słuch, jednocześnie bojąc się wykonać jakikolwiek ruch. W ten sposób nie zmrużyłem już oka aż do rana. *** Jakoś przetrwałem dzień w pracy, wypijając hektolitry kawy i przemywając regularnie twarz lodowatą wodą. Półprzytomny opuściłem sklep. W drodze do domu postanowiłem zadzwonić do Henry‘ego. Zaproponowałem mu wieczorne spotkanie w pubie, na co, nie kryjąc zaskoczenia, wyraził zgodę. Wiedział, że od kiedy przestałem pracować jako barman, rzadko odwiedzałem takie miejsca w środku tygodnia. Z kolei ja tłumaczyłem to przesytem. Kiedy dotarłem do mieszkania, runąłem jak długi na posłanie. Między drzwiami a łóżkiem udało się zrzucić buty, natomiast reszta ubrań pozostała na moim ciele. Tym razem zasnąłem w mgnieniu oka. *** - No, o co chciałeś zapytać? - zainteresował się Henry po wypiciu kilku łyków stelli. - Gadaj, bo widzę, że się kręcisz, jakbyś miał hemoroidy. Rozejrzałem się. W pubie, prócz nas, było jeszcze tylko trzech klientów i barmanka, która znudzona żuła gumę i obmacywała kolczyk wkłuty w brew. Z głośników dochodził przećpany głos Cobaina śpiewającego „Come as you are“, a za oknem roztaczał się wspaniały widok na zalewaną strugami deszczu jezdnię i stojące w korku samochody. - Wiesz - zacząłem - myślałem o twoim przyjacielu. Jak mu tam? O King Richie. - Tak? A co z nim? - Chciałbym, żeby mi pomógł - wycedziłem ostrożnie, powoli, niemal sylabę po sylabie. - Już rozumiem. - Uśmiechnął się ironicznie, po czym dodał: - Zapomnij o tym. Nie ma takiej możliwości. - Dlaczego? - zapytałem, nie kryjąc zdziwienia. - Tobie też kiedyś pomógł, prawda? - Ale to było co innego. - Bang sprawiał wrażenie zdenerwowanego. - Stare czasy, nie chcę do tego wracać. Poza tym jest jeszcze inna przeszkoda. King Richie nie zechce ci pomóc. Spojrzałem na niego pytająco. - Bo, kurwa, jesteś biały! Zaskoczył mnie. Nie mogłem sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek słyszałem przekleństwo z ust Banga. Odczekałem chwilę, aż się uspokoił. Po czym ponownie podjąłem temat. - I ty mi to mówisz? Ty, piewca antyrasizmu i światowego braterstwa? To po co piszesz te piosenki, skoro to wszystko gówno warte? Tobie pomógł, bo jesteś czarny, a mi nie pomoże, bo jestem biały. Tak?! - Kończąc wypowiedź, niemal krzyknąłem. W każdym razie mimowolnie podniosłem głos.

31


Henry rozdziawił się, chcąc coś powiedzieć. - Do dupy z tym - uprzedziłem go. - Nie chcesz zapytać, to nie. Milczeliśmy przez dobrych kilka minut. Obserwowałem kręcące się śmigło ściennego wentylatora, a mój przyjaciel wlepiał wzrok w wypełnioną do połowy złocistym płynem szklankę. - Dobra. - Niski głos Henry‘ego wreszcie przerwał polsko - kameruńskie zawieszenie stosunków dyplomatycznych. - Pogadam z nim, ale nic nie obiecuję - Dzięki, stary. - Uderzyłem szklanką o jego szklankę. - Na zdrowie. Przebieg rozmowy tak wzmógł nasze pragnienie, że osuszyliśmy naczynia do dna. - Teraz moja kolej - przypomniałem mu, po czym udałem się do baru. Po chwili powróciłem z dwoma piwami w dłoniach. - Aż tak bardzo jej nienawidzisz? - Usłyszałem. - Henry, tak naprawdę to mam jednego wroga. Nazywa się Marta. Pokiwał ze zrozumieniem łysą głową. Tego wieczoru nie wracaliśmy już do poruszonego wcześniej tematu. Wypiliśmy jeszcze następną kolejkę i rozeszliśmy się do domów. *** Minęły trzy dni od naszej ostatniej rozmowy. Skończyliśmy próbę i właśnie szliśmy po wąskim chodniku. Nie przypominałem o obietnicy złożonej przez Henry‘ego, choć świerzbił mnie język. Rozmawialiśmy o muzyce i o przyszłości naszego zespołu: co poprawić, gdzie przydałoby się zagrać jakieś solo i że perkusista grał jak zwykle równiusieńko niczym idealnie zaprogramowana maszyna. Bang kiwał z zadowoleniem głową, aż w końcu odezwał się: - Gadałem z King Richie. Zgodził się. - Co? Tak? - Oczy powiększyły mi się, jak po wciągnięciu grama prochu. Byłem zaskoczony, bo oczekiwałem raczej odmownej odpowiedzi. - Naprawdę? - Dopytywałem jak dziecko, które dowiedziało się, że to nie bocian roznosi wrzeszczące noworodki. - Ta. - Potwierdził skinięciem głowy, niezrażony moim głupawym zachowaniem. - Jestem zaskoczony, że zgodził się tak łatwo. Myślałem, że jak mu powiem... no wiesz - zawahał się - że jesteś biały, to mnie na kopach pogoni. A on się tylko uśmiechnął i zapytał o szczegóły twojej sprawy. No, a potem powiedział, że pomoże. - Czego chce w zamian? - zapytałem. Nawet nie wiedziałem, czy jestem w stanie zapłacić oczekiwaną sumę pieniędzy. - Niczego. On nie może niczego od ciebie żądać. To już twoja sprawa, jak mu zapłacisz. - Jak to? - Według naszych wierzeń kapłan nie może żądać zapłaty, bo utraci przez to swoją moc - wyjaśnił. - Widzisz, ludzie często myślą, że voodoo to religia zła. Coś jak satanizm czy kult Seta. A voodoo to rytuał, który pomaga ludziom o czystych sercach zemścić się na swoich prześladowcach. Stąd zresztą taka popularność voodoo na terenach, gdzie kiedyś kwitło niewolnictwo. Na początku biali nie potrafili znaleźć powodów tajemniczych zgonów brutalnych zarządców. Potem, kiedy domyślili się wszystkiego, każdy czarny podejrzany o zajmowanie się voodoo ginął w strasznych męczarniach. - Rozumiem, że to ja jestem tym kolesiem o czystym sercu? - Jesteś, Bob, jesteś - powiedział, po czym zamilkł, bo po chwili dodać: - Pamiętaj, voodoo to wzmacniacz nienawiści. A nienawiść, podobnie jak miłość, ma ogromną moc. Kapłan tylko przekazuje ją duchom, które dokonują reszty. - Nadal nie wiem, jak mam mu zapłacić? - Zamów mu pizzę z tuńczykiem. Uwielbia ją. - Henry uśmiechnął się. - Tylko jakąś dobrą, najlepiej z rDomino Pizza“. Aha, jeszcze jedno - przypomniał sobie. - Będzie potrzebne jakieś zdjęcie Marty, a ty, zdaje się, wszystkie spaliłeś? - Może jedno się znajdzie. - Odniosłem wrażenie, że moje policzki rozgrzały się do stu stopni Celsjusza. Bang wybuchnął gromkim śmiechem. Poczułem przyjacielskie uderzenie w plecy, które na moment pozbawiło mnie tchu.

32


*** Spotkaliśmy się tydzień później pod wskazanym przez Henry‘ego adresem. Dom stał samotnie, otoczony kilkoma drzewami i wyglądał na bardzo zaniedbany. Odpadał z niego tynk, a szyb w oknach nikt chyba nie mył od wielu lat. Trawnik przed budynkiem pokrywały kilogramy śmieci i niedopałków. Z kolei na podjeździe straszył zardzewiały vauxhall, którego ktoś pozbawił dwóch kół oraz tylnej klapy. Auto prawdopodobnie spełniało rolę kociej kryjówki, o czym świadczył intensywny zapach moczu. - Zapukaj trzy razy - poinstruował Big Bang. - Ja zaczekam tutaj. W rytuale mogą wziąć udział tylko kapłan i rzucający klątwę. Podszedłem do drzwi i wykonałem polecenie przyjaciela. Po chwili usłyszałem kroki, a wkrótce w drzwiach pojawił się niebieskooki. Zaprosił mnie ruchem głowy do środka. Wnętrze domu było ciemne i ponure. Ze ścian odpadała brudna tapeta, a na podłodze spostrzegłem przemykające karaluchy. Kiedy mijałem kuchnię, mój nos zaatakował obrzydliwy fetor. Spojrzałem, szukając źródła smrodu. Zauważyłem w zlewie stos brudnych naczyń, które pięły się niczym biblijna Wieża Babel. Wreszcie dotarliśmy do przestronnego pokoju, oświetlonego dziesiątkami świec. Na środku pomieszczenia stał okrągły stół, a na nim pordzewiała klatka z uwięzionym kogutem oraz metalowa misa. Ściany, sufit oraz podłoga były pokryte mnóstwem nieznanych mi symboli, rysunków i znaków. Okna szczelnie zasłonięto czarnymi płachtami. - Mam dla ciebie pizzę. - Podałem pudełko trzęsącymi się rękami. - Uwielbiam zapach tuńczyka. - Wciągnął głośno nosem powietrze do płuc. Po chwili otworzył karton i poczęstował mnie trójkątem pizzy. - Zjemy po kawałku, a potem zabieramy się do roboty - oznajmił spokojnie. Podczas krótkiego posiłku nie spuszczał mnie z oczu. Czułem, jak jego wzrok wręcz prześwietla mnie niczym promienie rentgenowskie. Kiedy przełknął ostatni kęs, zapytał: - Chcesz rzucić klątwę na kobietę, która cię zraniła? A nie prościej pójść do burdelu? - Prościej, ale co to za kara? - skontrowałem. - A jakiej kary dla niej wymagasz? Śmierci? - Skrzywił usta w szyderczym uśmiechu. - Nie. Po prostu chciałbym, żeby przez rok cierpiała. Tak jak ja. - Rozumiem. - Pokiwał głową, po czym dodał: - Śmierć to żadna kara, to wybawienie. Twój wybór jest jak najbardziej słuszny. - Dzięki, że zgodziłeś się mi pomóc. - Pomagam, bo Big Bang zaręczył za ciebie. A poza tym nigdy nie robiłem tego wspólnie z białasem. - Roześmiał się. - Można to uznać za awans zawodowy. Otworzył skórzaną torbę. Wyjął z niej zakrzywiony sztylet oraz kilka nasion i zasuszonych roślin, a na koniec położył na stole porcelanową szkatułkę. Czarna i pokryta czerwonymi symbolami, była mniej więcej wielkości kostki masła. King Richie uniósł wieczko. Pojemnik zawierał jakąś fosforyzującą zieloną masę, przypominającą konsystencją galaretę. Zanurzył w niej wskazujący palec, a potem naniósł na swoje czoło jakieś znaki lub litery. Następnie zrobił to samo z moją twarzą; poczułem lodowaty chłód zielonej masy oraz delikatny zapach mięty. - Stań tutaj. - Pokazał palcem miejsce obok stołu. - W tym kręgu. I nie wychodź z niego aż do końca rytuału. I daj mi jej zdjęcie. Bez słowa wykonałem polecenie. Kapłan nawet nie spojrzał na fotografię, tylko od razu wrzucił ją do naczynia. - Teraz wystaw rękę. Będzie potrzebna twoja krew. Przez chwilę chciałem zaprotestować, ale zdałem sobie sprawę, że to bez sensu. Kiedy poczułem piekący ból dłoni, syknąłem cicho i bezwiednie zamknąłem oczy. Chwilę potem otworzyłem je i ujrzałem, jak strużka krwi ściekała ze zranionej ręki do miski. King Richie podał mi bandaż, jednocześnie przytknął palec wskazujący do ust, nakazując milczenie. Szybko zrobiłem prowizoryczny opatrunek, nie przerywając uważnej obserwacji tego, co działo się wokół. Kapłan otworzył klatkę, po czym wyciągnął z niej koguta. O dziwo, ptak zachowywał się zupełnie spokojnie. Mężczyzna począł mamrotać coś w nieznanym mi języku. Mówił coraz głośniej i głośniej, aż w końcu jego słowa

33


przerodziły się w krzyk. I wtedy, jednym ruchem ręki, podciął kogutowi gardło. Trzymane za skrzydła zwierzę podskakiwało w śmiertelnym tańcu, a jego krew trafiała nie tylko do naczynia, ale bryzgała również na boki, plamiąc ubranie szamana i brudząc jego twarz. King Richie co jakiś czas dorzucał do misy nasiona lub brązowe liście, nawet na chwilę nie przestając zawodzić, jęczeć i śpiewać dziwacznej pieśni. Za każdym razem, kiedy w naczyniu znalazły się zasuszone rośliny, kapłan mieszał ciemny roztwór pazurami dogorywającego koguta. Straciłem rachubę czasu, a wrzaski zaczęły przyprawiać mnie o ból głowy. King Richie zamilkł i podał mi naczynie, wypełnione do połowy ohydnie wyglądającą breją. - Pij! - wrzasnął, po czym cisnął martwym ptakiem o podłogę. Spojrzałem na niego błagalnym wzrokiem. - Pij! - krzyknął jeszcze głośniej. - Albo dziewczynie nic się nie stanie. Chciałem zaprotestować, powiedzieć, że sram na Martę i chcę już iść do domu. Ale moja duma nie pozwoliła mi na to. Wypiłem wszystko. Największymi haustami jakie byłem w stanie przełknąć, wlałem w siebie gęste świństwo. Zrobiłem to błyskawicznie, dzięki czemu poczułem smak dopiero po ostatnim łyku. Skrzywiłem twarz w grymasie obrzydzenia, bowiem moje kubki smakowe zasygnalizowały połączenie niedogotowanej i nieposolonej czerniny z czymś równie gorzkim jak żółć. Mężczyzna zabrał mi michę i odstawił na blat, po czym począł tupać i tańczyć jakiś chory taniec. Kręcił się wkoło, trzymając ręce skierowane do góry, jakby w geście prośby. Wirował coraz szybciej i szybciej, a ja chwilami nie miałem pewności, czy wciąż widzę kapłana czy kogoś zupełnie innego. Do tego darł się wniebogłosy, jeszcze głośniej niż poprzednio. Jego wrzaski i walenie butami o podłogę przyprawiało mnie o szaleństwo. Żołądek podszedł mi do gardła. Czułem, że za moment zwymiotuję. Wtedy odniosłem wrażenie, że kątem oka widzę jakiś cień, który powoli przybliżał się do mnie. Czarny kształt rósł i rósł, aż w końcu całe pomieszczenie ogarnęła nieprzenikniona ciemność. *** Otworzyłem oczy. Leżałem na łóżku w moim pokoju. Spojrzałem na stojący na szafce obok budzik: było dość wcześnie, a więc musiałem niedawno wrócić do domu. Podniosłem się z posłania, ale natychmiast zaległem z powrotem. - Jezu... - jęknąłem. - Ale mnie bania napierdala. Sięgnąłem do szafki, po czym wyjąłem opakowanie tabletek. Chwilę później połknąłem dwie na raz bez popicia. Po kilkunastu minutach poczułem się na tyle lepiej, że chwiejnym krokiem podszedłem do krzesła i wydobyłem z kieszeni spodni telefon. - W porzo, Henry? - przywitałem się. - Słuchaj, co się dzisiaj stało? Ja nic nie pamiętam. Big Bang był zaskoczony moim pytaniem. Odpowiedział, że jak wyszedłem z mieszkania szamana, to poprosiłem o zamówienie taksówki, bo nie czułem się na siłach wracać pieszo. Nie chciałem też zaczekać na przyjazd autobusu. - Postaliśmy razem, aż przyjechało taxi. I jeszcze starłem ci z twarzy zaklęcie, bo zapomniałeś się umyć. No, a potem wsiadłeś i odjechałeś - relacjonował. - Fakt, nie wyglądałeś zdrowo. Byłeś spocony jak szczur i przerażony. Ale nie dziwię ci się. Wciąż pamiętam, jak ja przeżyłem swój rytuał. Nie pamiętałem ani strzępka zdarzeń, o których mówił Henry. Miałem jednak nadzieję, że powoli pamięć powróci. - Czy wiesz, jak długo będę czekał na wypadek Marty? - King Richie nie powiedział ci? - zdziwił się. - Może i powiedział, ale nic nie pamiętam. - Zaakcentowałem mocniej dwa ostatnie słowa. - Ach, tak. To trwa najwyżej tydzień. Tylko tyle uwolniony duch może przebywać w naszym świecie. Podziękowałem mu za wyjaśnienia, a potem położyłem się do łóżka. I niemal natychmiast zasnąłem. ***

34


Wracałem z pubu, gdzie opowiedziałem Henry‘emu przebieg rytuału. A przynajmniej tyle, ile z niego zapamiętałem. Mocno podchmielony szedłem już jakiś czas wzdłuż Turnpike Line. Po chwili zauważyłem, że chodniki były zupełnie opustoszałe. Co prawda o tej porze nie spodziewałem się tłumów, ale bardzo zdziwiła mnie tak wyludniona ulica. Wszystko dokoła wyglądało jak po ataku śmiercionośnej epidemii. Nagle zgasły latarnie. Okolicę przykrył szczelny płaszcz bezgranicznej ciemności. - No, kurwa - zakląłem. - Ciemno, jak w ... - Zachichotałem, kiedy wyobraziłem sobie Henry‘ego wypinającego wielką dupę. Usłyszałem za sobą jakiś trzask. Obejrzałem się. Nie zauważyłem niczego godnego uwagi, szczególnie, że mrok nocy skutecznie przeszkadzał w zobaczeniu czegokolwiek. Po chwili znowu jakiś dźwięk dobiegł moich uszu. Kiedy spojrzałem za siebie, ujrzałem tylko egipskie ciemności. Wkrótce zza pleców dotarło do mnie głośne sapanie. Zatrzymałem się. Momentalnie oblał mnie zimny pot. Byłem przekonany, że coś lub ktoś skrada się za mną. Strach zupełnie mnie sparaliżował. W końcu, powoli, odwróciłem się. I zamarłem. Przede mną stał ogromny lew. Przez chwilę patrzył na mnie świecącymi szkarłatem oczami, po czym wyszczerzył kły. Nagle ryknął tak głośno, że aż zapiszczało mi w uszach. Zerwałem się do szaleńczego biegu. Czułem, że gorący oddech ścigającego jest coraz bliżej. Kiedy mijałem niewielki mostek, coś uderzyło mnie w bok. Przeleciałem nad barierką, po czym spadłem kilka metrów w dół, uderzając plecami o szyny kolejowe. Moje ciało przeszył palący żywym ogniem ból. Straciłem przytomność. *** Usłyszałem regularne pikanie. Coś, co przypominało dźwięk mechanizmu odliczającego wybuch bomby, wdzierało się do mojego mózgu. Otworzyłem oczy. Po krótkiej chwili domyśliłem się, że leżałem na plecach, bo nade mną wisiał biały sufit. Zerknąłem w bok „Dlaczego nie mogę się poruszyć?“ i zauważyłem szafkę, na której stały jakieś urządzenia. Spojrzałem w drugą stronę „Dlaczego nie mogę się poruszyć?“, gdzie zobaczyłem rurki oraz kroplówkę. Teraz miałem pewność „Dlaczego, kurwa, nie mogę się poruszyć!?“, że byłem w szpitalu. Moich uszu dobiegły dwa głosy. Henry rozmawiał z jakąś kobietą. - Jest sparaliżowany - wyjaśniała - i trudno powiedzieć, jak długo pozostanie w takim stanie. Może tydzień, może miesiąc, a może kilka lat? - Pani doktor, ale on wyjdzie z tego? - zapytał Bang. Nie padły żadne słowa. Wyobraziłem sobie, że lekarka wzruszyła bezradnie ramionami. Chwilę później usłyszałem oddalające się kroki. Wiedziałem, że Henry wkrótce odwiedzi mnie ponownie, ale marna to była pociecha. Nawet nie mogłem się rozpłakać. Kiedy tak leżałem i myślałem o swoim żałosnym położeniu, zaskrzypiały drzwi i ktoś wszedł do pokoju. Czułem jego obecność. - Wiem, że mnie słyszysz - odezwał się King Richie. Zrobił kilka kroków, aż w końcu ujrzałem jego twarz. - I wiem, że mnie widzisz. Usiadł na skraju łóżka, po czym rzekł: - Pewnie zastanawiasz się, dlaczego tak się stało? Odpowiedź jest prosta. Tylko czysta nienawiść może dokonać zemsty. Ale jest jeden warunek: pokrzywdzony musi być pewny swoich uczuć, w przeciwnym razie sam staje się ofiarą klątwy. Powstał z pozycji siedzącej i począł grzebać w torbie. - Zapomniałeś tego. Pokazał mi zakrwawioną fotografię. Po chwili postawił ją na szafce, opierając o medyczną aparaturę. - Nie martw się. Twój stan nie potrwa dłużej niż rok. - Jeśli próbował mnie pocieszyć, to raczej mu nie wyszło. - A swoją drogą, to chyba tylko białas nie potrafi odróżnić miłości od nienawiści.

35


Konkurs „Przepis na Halloween“ 1. miejsce Recydyferatu Radek niechcący został wampirem. Podczas ucieczki z więzienia, biegnąc przez cmentarz, spotkał bladego mężczyznę. Postanowił stłuc i okraść chuderlaka, lecz niepozorny człowieczek okazał się silniejszy. Sprał Radka, po czym posmakował jego krwi. Tak Radek stał się recydyferatu. Wkrótce uznał, że nosi niewłaściwe imię dla krwiopijcy. - Co to za imię dla wampira? - narzekał. - Radek, kurwa fa, z fabryki kładek. Po burzy mózgów, trwającej dwa tygodnie i trzy dni, zakrzyknął tryumfalnie: - Jestem, kurwa fa, Rad! *** Wampir Rad był bardzo rad. Podziwiał swoją zdobycz, a w zasadzie nowy dom czyli trumnę. Do tej pory sypiał na cegłach w ruinach dawnego zakonu, ale kiedy reumatyzm zaczął dokuczać, postanowił zaopatrzyć się w coś szykownego i wygodnego. - Buchnąłem sypialnię, kurwa fa, jakiejś nadzianej pycie - tłumaczył szczurom zgromadzonych pod ścianą lochu. - Po co mientkiej fajce taka bajerancka skrzynka, jak śpi w koju? A ja mam tera zajebicho kwadrat. Sprawdzał nogą komfort trumny, kiedy usłyszał ujadanie psa i słowa: - Wyłaź, cwelu. Wiem, że się tam kitrasz. Rusz styję, nie po to po nocy zaginam, żebyś szpenia palił. Rad postanowił spełnić żądania. Wyszedł z ruin i stanął naprzeciw muskularnego mężczyzny, trzymającego na smyczy bullteriera. - Kiler cię wyniuchał, szmato. - Wskazał na psa. - Jebnąłeś z wystawy trumnę i myślisz, cioto, że jest git? - Wąchaj pałę, frajerze. Trzeba było lepiej lukać. - Zaraz, pierdolony pedale, spuszczę Kilera i będzie rzeź. - Dawaj go na buta, a później z dupy ci zrobię kisiel. Napakowany właściciel zakładu pogrzebowego pierwszy zauważył, że rozmowa doskonale się układa: - Grypsujesz? Gdzie garowałeś? Bo ja w Iławie. - W Barczewie, za dziesionę. - Siadaj, ziomuś - zaprosił gestem na leżący fragment muru. - Pobajerzymy trochę. Jestem Waldemar. - A ja Rad - odrzekł wampir, kiedy usadowił się obok rozmówcy. - Skumaj, Rad - tłumaczył. - Ja tu legalny biznes prowadzę. Nie, no gdzieś na boku coś się poszpunci. A to zajumać bryczkę, a to upchnąć szuwaks, wiadomo. Ale robota numer jeden to pogrzeby. Obczajasz?

36


- Obczajam, kurwa fa - przytaknął. - Szmalec jest w porzo, ludziki kopyrtają co rusz. Więc bez zbędnych farmazonów, nalegam o zwrot trumny. Możesz u mnie zarobić. To jak buchnąłeś towar, to klasa, ziomuś. Nawet pies się nie jargnął. Waldemar mówił, ale wampir już go nie słuchał. Był głodny. Patrząc na mężczyznę, widział olbrzymią kaszankę, a leżący obok pies przypominał mu talerz czerniny. Rad zaatakował. *** Waldemar obudził się bardzo głodny. Powstał z trawy i pociągnął za smycz. - Trzeba, Kil, coś wpierdolić - rzekł. Ruszyli do pogrążonego we śnie miasta. - I obczaj, moja ksywa teraz to Wal. Bo co to za imię dla wampira, Waldemar?

Konkurs „Przepis na Halloween“ 1. miejsce Niebezpieczne ulice Marianna Sprzęgło, z zawodu gospodyni domowa, biegła ile sił po nierównym chodniku. Jej spora nadwaga nie pozwalała na rozwinięcie przyzwoitej szybkości, mimo to prześladowca nie potrafił skrócić dzielącego oboje dystansu. Kulał i przebierał nieporadnie nogami, zataczając się jak pracownik budowlany w piątkowe popołudnie. - Brain!!! - wrzeszczał. Na co kobieta przeżegnała się po raz kolejny, piszcząc na całą ulicę: - Ło Jezu, ło Jezu! A czego ten diabeł wcielony ode mnie chce? Ludzie, pomóżta! Nikt nie odpowiadał na jej błagania. Gdyby pani Marianna bardziej interesowała się sprawami miasteczka niż gotowaniem bigosu, to znałaby przyczynę wyludnionej ulicy. Wiedziałaby, że w centrum, na niewielkim ryneczku, kręcą film. Właśnie tam udali się mieszkańcy, chcąc śledzić pracę amerykańskiej ekipy. *** Marianna Sprzęgło powoli traciła dech. Do tego rozbolały ją uda, a serce biło z szybkością młota pneumatycznego. Nie była w stanie dłużej uciekać. W swojej torbie wypełnionej zakupami

37


wypatrzyła butelkę piwa. Energicznym ruchem wyciągnęła przedmiot, po czym stanęła w rozkroku, czekając na zbliżającego się napastnika. - Brain!!! Zombie nadchodził, a nawet eufemistycznie można by rzec, że nadbiegał. Trzymał przed sobą ręce niczym lunatyk, a jego głowę, z której zwisał kosmyk siwych włosów, pokrywały strupy i wrzody. - Brain!!! - ryknął po raz kolejny. - No dawaj! - odpowiedziała pani Marianna, wymachując brązowym orężem. - Tanio mojej skóry nie sprzedam. Rzucona butelka trafiła zombie idealnie w czoło. Ten zatrzymał się, po czym dotknął dłonią krwawiącej rany. Spojrzał zaskoczonym wzrokiem na kobietę. - What the fuck? - wybełkotał. Po chwili runął na plecy, uderzając głową o chodnik. Marianna Sprzęgło tylko na to czekała. Natychmiast ruszyła do powalonego napastnika. Nie szczędziła kopniaków, dodatkowo uderzając torbą z zakupami, a każdy zadany cios przeplatała zmyślnymi inwektywami. Tłukła go, dopóki nie przestał się ruszać. Na koniec, dla pewności, uniosła blaszany kosz na śmieci, który moment potem wylądował na nieprzytomnym prześladowcy. *** - I co ja teraz zrobię? - pytał załamany Steven Spielberg. - Johny idealnie pasował do tej roli. - Pozostanie w szpitalu co najmniej przez miesiąc - tłumaczył agent Johny‘ego Deppa. - Mocno ucierpiał. - Jak to w ogóle się stało? - dociekał reżyser. - Cóż... Johny postanowił poćwiczyć rolę. Wyszedł na ulice w pełnej charakteryzacji i został napadnięty. - Wszędzie na ulicach panoszą się przestępcy. - Spielberg nie krył oburzenia. - Nawet tutaj. - Tak, racja. - Agent głośno przełknął ślinę.

Nie była w stanie dłużej uciekać. W swojej torbie wypełnionej zakupami wypatrzyła butelkę piwa. Energicznym ruchem wyciągnęła przedmiot, po czym stanęła w rozkroku, czekając na zbliżającego się napastnika. 38


Tomasz Borkowski (zochanodon) Urodził się w 1965 roku. Z zawodu archeolog. Mieszka we Wrocławiu. Jest autorem opowiadań oraz książek: „Irlandia Jones poszukiwany. Wynurzenia ciała z bagien”, „Trupa” oraz redaktorem książki „Człowiek spotyka psa”.

Studnia

horror

Był tam wokół, w ciemności. Nie zatrzymały go pionowe ściany, poszarpane szklane tafle, żadne zardzewiałe żelastwa. Nie był szybki. Nie musiał. Sunął nieubłaganie jak olbrzymi, mięsożerny ślimak. Uciekała, ukrywała się, zastawiała pułapki. Wszystko na nic. Owinął ją w końcu, wchłonął i teraz trawił. Czarna, śmierdząca galareta wokół niej dygotała jak poszycie statku na morzu. Polował dalej. Nagle usłyszała jakiś ostry dźwięk. Wbijał się w jej mózg jak długa, srebrna igła. Narastał. Ucichł na chwilę, potem zakłuł znowu, wyraźniejszy. Zapomniała na moment o potworze i wtedy mu się wymknęła. Sunęła szybko w górę jak nurek wynurzający się z mrocznej głębiny. Macki ślizgały się po jej ciele. Nie chciał jej wypuścić. Jeszcze sekunda a chwyci i pociągnie w dół. Otworzyła wreszcie oczy i usta. Ustami zaczerpnęła głęboko chłodnego powietrza, a oczami szarego światła wrześniowego poranka. Pościel była skotłowana i mokra od potu. Ktoś dzwonił do drzwi. Ktokolwiek to był: policja, inkasent, ulotki, Cyganka - był Wybawcą. Odezwała się też komórka na taborecie obok łóżka. - Halo? - rzuciła szybko do słuchawki, wodząc jednocześnie wzrokiem po pustych, jasnych ścianach i suficie wysoko nad głową. Chciała przyczepić się do tego wnętrza jak kot, który postanowił nie wyjść z koszyka u weterynarza. - Meble będą po południu - powiedział Karol. - Ty jeszcze w łóżku? W pośpiechu zakładała dżinsy i bluzkę. - Już dziewiąta, Dominika. - Miałam straszną noc. - Była burza. Słyszałem w radiu. - Burza? O, tak. A jak tam Kasia? - Poszła do przedszkola. Chciała mu jeszcze coś powiedzieć, ale dzwonek odezwał się znowu. - Słuchaj Karol, muszę lecieć, bo się ktoś dobija. - Jasne. Zobaczymy się wieczorem. Cześć. Dzwonienie ustało. Biegnąc pustym korytarzem, słyszała tylko tupot własnych stóp. Dom niedawno odnowiono. W powietrzu unosił się jeszcze słaby zapach farby i gipsu. Ale to wciąż był stary dom o drewnianych podłogach na piętrze, klinkierowej posadzce na parterze i skrzypiących schodach. Był nowo odkrytym starym lądem. Kolonią, którą należało zbadać i zagospodarować. Dominika była pionierem. Otworzyła drzwi - nikogo. „Domofon jest przy furtce“, przypomniała sobie i przebiegła jeszcze kilka metrów żwirową ścieżką do porośniętego bluszczem płotu. Otworzyła bramkę i wpadła

39


wprost na wielkiego mężczyznę w zielonym drelichu. Obok stało dwóch jego zielonych kompanów, a na ulicy lekko obity, brudnobiały bus. Faceci popatrzyli po sobie. - Już mieliśmy jechać - powiedział ten duży, poprawiając bluzę. Był nie tylko największy, ale i najstarszy z całej trójki. Miał siwe wąsy, dużo zmarszczek na ogorzałej twarzy i uśmiech. Typowy Wybawca. - Jestem Eryk Wolicki. Na burcie busa znajdował się czerwony napis rOgrodnik“ i wymalowany rumiany wąchol w słomkowym kapeluszu. Obrazek wyglądał jak młodzieńczy portret Wolickiego, chociaż wszelkie podobieństwo do osób rzeczywistych było raczej przypadkowe. Za samochodem, na lawecie, stała jakaś maszyna, jakby mały spychacz. - Zaspałam. - I co się śniło na nowym miejscu? - zapytał dobrodusznie Wolicki. - Trzeba zapamiętać. Się sprawdza. - Spałam jak kamień. Chodźmy. Ludzie z „Ogrodnika“ byli tam wcześniej. Zrobili projekt. Na komputerze wyglądało to całkiem nieźle. Stare drzewa zostawały, ale ich korony trzeba było przerzedzić. Doświetlony w ten sposób trawnik miały urozmaicać kamienne tarasy. Należało przesunąć sporo ziemi, potem posiać na nowo trawę, posadzić kwiaty i krzewy. Firma miała też wykonać alejki, ławki, altanę, piec do grilla i plac zabaw dla Kasi. Dominika otworzyła fachowcom bramę, żeby mogli wjechać busem. Zaproponowała kawę. Odmówili. „I słusznie“, pomyślała. „Bierzcie się do roboty“. Sama zrobiła sobie mocną czarną. Usiadła przy starym stole w niemal pustej kuchni. Stół zakołysał się, gdy siadała. Parę kropel kawy wylało się z kubka. Wymierzyła w stół palcem. - Dzisiaj stąd wylatujesz! - powiedziała groźnie do nieszczęsnego mebla, który wszedł jej w drogę na swych koślawych nogach. W ogrodzie zawyły silniki spalinowe. Na razie firma „Ogrodnik“ robiła raczej dobre wrażenie. Dominika wykąpała się, uczesała, ubrała. Nadal była zmęczona, jakby nocą przebiegła pięć kilometrów. Twarz miała bladą, oczy podkrążone. - Super! - mruknęła, krzywiąc się do matowego lustra. Kosmetyki trochę poprawiły jej wygląd, ale nie była z siebie zadowolona. Zastanawiała się, czy nie użyć pudru, gdy usłyszała jakiś potężny łomot, potem krzyk. W chwilę później silniki urządzeń w ogrodzie ucichły. Z lustra patrzyły na nią jej własne, niespokojne oczy. - Co? - pytała ta bardziej matowa z drugiej strony. Dominika wyszła z łazienki i szybko przeszła na taras. Otworzyła drzwi. Ogrodnicy ścięli już wiele gałęzi. Złożyli je na kupę przypominającą indiański szałas. Bus stał koło garażu, a obok niego wznosiła się spora hałda wilgotnej ziemi wymieszanej z darnią i liśćmi. Pachniało cudzym pogrzebem. Mały spychacz znajdował się na lewo od tarasu, na krańcu zepchniętej przestrzeni. Z tylnymi kołami w powietrzu, otwartymi drzwiami, przekrzywiony pod dziwnym kątem. Jego dziób niknął gdzieś pod ziemią. Dwóch mężczyzn stało obok maszyny. Podtrzymywali trzeciego, który słaniał się na nogach. Głowę i bluzę miał zalane krwią. Podbiegła do nich. - Co się stało? - Studnia! - ryknął Wolicki. - Przeklęta, jebana studnia! Jakiś kutasina przykrył to kurestwo deskami i zasypał. Skąd mieliśmy wiedzieć? Jakby Bob-cat tam wleciał cały, nigdy byśmy Marka nie wyciągnęli. Za wąsko. Żadnych szans. Kurwa jego pierdolona mać! Dominika puściła mimo uszu ogrodniczą wiązankę okolicznościową. Popatrzyła uważniej tam, gdzie znikał przód maszyny. Widać było coś szarego, jakby kawałek starej, betonowej cembrowiny. I dużo strzępów zbutwiałego drewna wymieszanych z ziemią. „Studnia“, przemknęło jej przez głowę. „Własna studnia“. - Ma pani jakiś bandaż? - zapytał Wolicki. - I wodę utlenioną? - Mam w samochodzie. A może zadzwonić na pogotowie? - Nie trzeba. To tylko łuk brwiowy. Mała ranka, dużo krwi. Zaraz go zawiozę do lekarza.

40


Poklepał młodego po ramieniu i powiedział: - Do wesela się zagoi. - Już było - odparł ranny. Patrzył przytomnie i nawet się trochę uśmiechał. - No to po tobie, chłopie - powiedział Wolicki. Dominika przyniosła apteczkę. Potem usiadła na schodach tarasu i zapaliła papierosa. - Co za dzień! - westchnęła wypuszczając dym nosem. Patrzyła na ogród. Wiedziała, że w przyszłym roku będzie tam pięknie. Tylko trzeba jeszcze popracować nad ogrodzeniem. Na razie była to zwykła stalowa siatka, porośnięta bluszczem i powojem. Posesja od tyłu i z lewej graniczyła z innymi ogrodami. Od frontu i z prawej przylegała do spokojnej uliczki. Dominika pomyślała, że ze wszystkich stron parkan musi być tak wysoki i gęsty, żeby można było tu biegać choćby i na golasa. Teraz widziała ciemną postać jakiegoś starca, który stał nieruchomo przy płocie i patrzył jak Wolicki prowadzi Marka do busa. Ten gapiący się facet nie był jej do niczego potrzebny. I wkrótce zniknie. „Lepiej zacznij odkładać na peryskop, gościu“, pomyślała. Zaciągnęła się papierosem. - Co za dzień - powtórzyła. Poprzez płoty i drzewa widziała sąsiednie domy. Pomyślała, że tak właśnie wyglądają na dziecięcych obrazkach: strome czerwone dachy, okna i kominy z obowiązkowym dymkiem. No i uśmiechnięte słoneczko. Gdzieś niedaleko radio grało hejnał. Popatrzyła znowu w kierunku starca, ale już go nie było. Odezwał się dzwonek przy furtce. „Przywieźli meble, cholera, przecież już południe“. Wyrzuciła papierosa i poszła otworzyć. *** - Szkoda, że nie możemy urządzić przyjęcia w ogrodzie. Leżeli w łóżku. Deszcz cicho bębnił o parapet. Jedynym światłem w sypialni był zielony wyświetlacz wieży stereo, z której płynęła cicha, spokojna muzyka. Dłoń Karola leniwie wędrowała po ciele Dominiki. Tego wieczoru kochali się po raz pierwszy w tym domu. Teraz Karol zasypiał, ale ona lubiła przedłużać stan przyjemności marzeniami. - Śpisz? - zapytała męża, który zaprzestał na chwilę pieszczot. - Tak. - Już za zimno. - Na co? - Na przyjęcie w ogrodzie. - W domu też jest miło. - Ale to nie to samo. - Pewnie. - Wiesz, już się nie mogę doczekać wiosny. Żeby zobaczyć, jak to wszystko kwitnie. - Będzie pięknie. - No i ta studnia. Fajnie, że się znalazła. - Tak. Ładnie ją zrobili. Wyobraziła sobie przyszłą wiosnę. Jabłonki w białym kwieciu, gęsta trawa, z której wyrasta pobielana studnia, przykryta czerwonym daszkiem z ręcznie lepionych dachówek. Jak na Rodos. Tłum eleganckich gości z kieliszkami w dłoniach, promienie słońca przebijające się przez korony drzew, młodzi kelnerzy, stoły, butelki, gwar... Obudziła się o świcie. Nadal było ciemno, ale jakoś inaczej niż wcześniej. Widziała twarz śpiącego męża w zielonej, jakby noktowizyjnej poświacie. Wstała z łóżka i wyszła nago z sypialni. Stanęła w korytarzu. Zawahała się, a potem wolnym krokiem podeszła do schodów. Zieleń i czerń mieszały

41


się, dając obraz mętny i rozmyty. Zeszła na parter. Jej bose stopy dotknęły zimnej posadzki. Stanęła w końcu przed drzwiami na taras i otworzyła je. Wdzierający się do wnętrza jesienny wiatr wydął firanki, rozwiał jej długie włosy i przyniósł ławicę liści, które przemknęły obok jej głowy i zaległy gdzieś wewnątrz. Na dworze siąpił deszcz. Okna sąsiednich domów były ciemne. Na rogu ulicy świeciła samotna latarnia. Jej wierzchołek otaczała kula świetlistej mżawki. Dominika zeszła do ogrodu. Stopy zapadały się głęboko w błocie świeżego trawnika. Podeszła do studni, która jaśniała blado jak jedyny ząb w ustach konającego starucha. Przechyliła się przez cembrowinę i zajrzała w głąb. Z początku nic nie widziała. Słyszała tylko odgłos spadających kropel deszczu i czuła zapach stojącej wody. Ale wkrótce spostrzegła swoje odbicie. Miała wielkie oczy i otwarte usta. Jej włosy unosiły się wokół głowy i lekko, rytmicznie falowały. Najciekawsze było jednak dalej, w głębinie. Najpierw zobaczyła bardzo odległy, błyszczący punkt. Światełko zbliżało się. Albo to ona zbliżała się do niego. Robiło się coraz jaśniej. Po chwili ujrzała zieloną łąkę, potem piec chlebowy i jabłonie z dojrzałymi owocami, a na koniec małą chatkę. - Pani Zima - wyszeptała. - Chcę wytrzepać wszystkie twoje pierzyny. Poczuła się bardzo szczęśliwa. Chichocząc radośnie, zaczęła wspinać się na cembrowinę. Chciała znaleźć się w tym cudownym miejscu. - Nie ty - usłyszała cichy głos. Zatrzymała się. Obok swojego odbicia zobaczyła teraz jeszcze kogoś. Tego starego mężczyznę, którego widziała przy płocie. Jego obraz był tak samo niewyraźny, jak wtedy. Ciemna sylwetka. Ale wiedziała, że to on. - Przyprowadź ją - powiedział. Odwróciła się, ale nikogo obok niej nie było. Kiedy spojrzała ponownie w głąb studni, zobaczyła złotowłosą dziewczynkę w czerwonej sukience. Szła przez łąkę z nieznajomym starcem. Oddalali się. Szli do chatki. Trzymali się za ręce. Stary odwrócił się i uśmiechnął obrzydliwie. W jego dolnej szczęce tkwił tylko jeden, potwornie znajomy, biały ząb... Dominika zaczęła krzyczeć. Budząc się, słyszała jeszcze swój krzyk. Usiadła w pościeli. Dłonie zaciskała na kołdrze. - To tylko sen! - wymamrotała. - To tylko sen! Zerwała się i pobiegła do sypialni Kasi. Łóżeczko było puste. Zatoczyła się i uderzyła ramieniem o futrynę. Opadła na kolana. Usłyszała czyjeś kroki. Po chwili Karol pochylił się nad nią. - Co ci jest? - zapytał. - Gdzie Kasia? - krzyknęła. - Je śniadanie. Co z tobą? Po chwili do niej dotarło. - Śniadanie? - roześmiała się na wpół obłąkańczo. - Płatki. - Je płatki? Muszę ją zobaczyć! - Oczywiście. Tylko się ubierzemy - powiedział jak do dziecka. Dopiero teraz zauważyła, że jest naga. Pomógł jej wstać i zaprowadził do sypialni. Tego jej było trzeba: spokojnego, dużego bruneta. Jego kojące działanie wzmagał niski głos, niebieska koszula, krawat i lekki zapach płynu po goleniu. Założyła szlafrok i klapki. - Mamusiu! - rozległ się z dołu dziecięcy głosik. - Tatusiu! - Idź do niej - powiedziała Dominika takim tonem, że Karol natychmiast poszedł. „Co się ze mną dzieje?“, myślała idąc po schodach. Weszła do kuchni. - Mamusiu! - zawołała Kasia. Siedziała przy stole. Ubrana była w czerwoną sukienkę. Uśmiech szybko znikał z twarzy dziecka, jakby spodziewało się zobaczyć kogoś zupełnie innego. Dominika była blada jak gejsza. Sine

42


podkowy pod oczami wyglądały jak makijaż lady Makbet, a ciemne włosy przyklejone do czaszki, zdawały się być mokre. Podbiegła do Kasi, podniosła ją z krzesła i mocno przytuliła. - Mamusia źle się czuje - powiedział Karol. - Ale wszystko będzie dobrze. - Źle się czujesz, mamusiu? Dominika posadziła córkę z powrotem i sama usiadła. - Mogę? - zapytała męża, pokazując palcem jego filiżankę z kawą. - Jasne. Napiła się. - Miałam zły sen - powiedziała. - Ale zawsze, kiedy cię widzę, Kasiu, czuję się lepiej. - Chyba, że rozrabia - dorzucił prawie wesoło Karol. - Chyba, że rozrabia. - Ale ja przecież nie rozrabiam - oburzyła się dziewczynka. - Teraz jesteś bardzo grzeczna - przyznał Karol. - Więc, skoro już grzecznie zjadłaś, to chyba teraz pójdziesz grzecznie się ubierać. - Dobrze - powiedziała Kasia i grzecznie poszła. Kiedy tylko dziecko znalazło się za drzwiami, wyraz beztroski zniknął z twarzy Karola. Popatrzył uważnie na żonę. - Co się dzieje? - zapytał. Rozłożyła ręce. - Nie wiem. Czasem mam po prostu okropne sny. - Nigdy nie miałaś okropnych snów. Przysunął się do niej z krzesłem i objął żonę ramieniem. - Nowe miejsce - powiedział. - Pewnie tak. I nowa praca. Nie mogę się doczekać. - To tylko tydzień. Napiła się jeszcze kawy. - Ty to masz fajnie, ta sama firma... Do tego ten dom jest chyba za duży. Nie jestem przyzwyczajona... - Ja też nie. Kiedy byłem mały i zostawałem sam w mieszkaniu, skradałem się z nożem, bo się bałem każdego szmeru. A to były przecież tylko trzy pokoje... - I jeszcze do tego jesień - dorzuciła. - Może łapię deprechę? - Kupić ci jakieś proszki? - Sama sobie kupię. Tu niedaleko jest taka przyjemna apteka. - Ubrałam się - powiedziała Kasia, stojąc w drzwiach kuchni. - Już gotowa? Zuch-dziewczyna. Karol założył marynarkę, wziął teczkę. - Daj mamie buziaka. Dziewczynka podeszła do Dominiki, przyglądając się jej badawczo. Wahała się przez moment, w końcu rzuciła się matce na szyję i przytuliła całym ciałem. - A może chcesz, żebym został dzisiaj? - zapytał jeszcze Karol. Wiedziała, że ma tego dnia coś ważnego. I że jest spóźniony. Zrobiła dzielną minę. - Dam sobie radę. Pojechali. Dom opustoszał. Włączyła głośno radio. Wykąpała się, przebrała, nałożyła na twarz gruby makijaż. Posprzątała po śniadaniu. Starała się skupić na prostych czynnościach i nawet nie patrzyć w stronę ogrodu. Potem założyła kurtkę i wyszła na ulicę. Był ciemny, chłodny dzień. Nocna mżawka zamieniła się w mgłę, której strzępy, poturbowane przez samochody, snuły się grupami jak nudne duchy szarych ludzi. Kupiła w aptece środki uspokajające. Potem w kilku małych sklepikach zrobiła drobne, niepotrzebne sprawunki. W końcu, z niewielką reklamówką w dłoni i gazetą pod pachą, poszła z powrotem. Prawie pod bramą obszczekała ją mała, kudłata suczka.

43


- Sonia nie lubi obcych - powiedziała jej właścicielka, dziarska paniusia pod osiemdziesiątkę. - Ja tu mieszkam - odparła Dominika. - O, tam. - Ale Sonia jeszcze tego nie wie - roześmiała się staruszka. - A kto mieszka w tym domu obok? - zapytała jeszcze Dominika, pokazując budynek, przy którym widziała postać starca. - A ten stoi pusty. Od lat. Pomarli. Wyjechali. Podobno na sprzedaż... Dominika nie słuchała dłużej. Weszła do domu i położyła zakupy na krześle. Postała chwilę. Usiadła. Potem znowu wstała. Zapaliła papierosa, ale zaraz go zgasiła. W końcu podeszła do drzwi od tarasu. Otworzyła je. Powoli zeszła po schodach. Trawa kiełkowała. Brunatne błoto przyszłego trawnika pokrywała jasnozielona, rzadka szczecina. Zapadając się po kostki, dotarła do studni. Serce łomotało jej w piersi. Zajrzała do środka - mętna woda. - Echo! - zawołała. - Echo, echo! - odpowiedziała studnia. Serce zaczęło zwalniać. Zażyje tabletki. Może nawet pójdzie do lekarza. Zdarza się. To tylko, co najwyżej, szajba. Wymierzyła pięścią lekkiego kuksańca pobielanej cembrowinie. - Ty stara kurwo! - powiedziała niemal przyjaźnie. Nagle jej wzrok padł na ziemię. Kucnęła, żeby lepiej widzieć. - Jezu! - szepnęła. Śladu bosej stopy na pewno nie zostawił tam Piętaszek. *** Tabletki leżały przed nią na stole. To był już inny stół. Tamten krzywy wyleciał, zgodnie z obietnicą, razem z resztą starych gratów. Ten się nie kiwał. Za to kiwało się wszystko pozostałe. Dotychczas bała się tylko we śnie. Potem budziła się i strach znikał. Niewyraźny odcisk jej własnej stopy w błocie połączył nocny koszmar i jawę. Nie zdawała sobie dotąd sprawy, że dzieli je zaledwie dwadzieścia jeden centymetrów. Ale teraz wiedziała. Tabletki, już niepotrzebne, leżały na stole. Jak ją niby miały uspokoić? Obok leżały jej ręce. - Zażywasz, przegrywasz - mruknęła. - Zażywasz, przegrywasz. Telekomunikacja Polska. Bliżej. Mgła za oknem gęstniała. Robiło się ciemno. Dominika siedziała przy stole godzinę lub dwie. W końcu wstała. Wyprowadziła Chryslera z garażu. Tabletki w zapieczętowanym pudełku zostały na stole. Włączyła halogeny, ale widoczność sięgała najwyżej dziesięciu metrów. Jechała przed siebie, byle dalej od tego domu. Zadzwoniła do Karola. Nie odbierał. Nagrała mu wiadomość, żeby nie wracał i żeby oddzwonił. Potem zaparkowała koło przedszkola. Była dopiero druga po południu, ale zdawało się, że to już wieczór. Kasia przestraszyła się na widok matki. Brzydka przedszkolanka, zdaje się pani Monika, zapytała, czy Dominika dobrze się czuje. - Grypa mnie bierze. - Najlepiej wziąć rutinoscorbin. I dobrze się wygrzać. - Polopiryna S, dolegliwości kres - zanuciła Dominika. Przedszkolanka odprowadziła ją wzrokiem do wyjścia. Potem wzięła mop i zaczęła ścierać z podłogi brunatne błoto z kiełkami trawy. Dominika wsiadła z dzieckiem do samochodu. - Gdzie jedziemy? - zapytała Kasia. - Na wycieczkę. - Gdzie? - Do taty. - To fajnie. Dominika znalazła drogę w kierunku Poznania. Jechały jakby w siwym, miękkim tunelu. Inne samochody przepływały obok jak U-booty szykujące torpedy. Prędkość rzadko przekraczała

44


trzydzieści kilometrów na godzinę. Nie wiadomo było gdzie zaczyna się pobocze. Nie widać było zakrętów, ani drogowskazów. Droga stawała się coraz gorsza. Z początku Dominice wydawało się, że wie dokąd jedzie. Miała wrażenie, że rozpoznaje mijane wsie. Ale po jakimś czasie już wiedziała, że zupełnie się zgubiła. Do tego zapaliła się kontrolka rezerwy paliwa. Najważniejsze było jednak to, że oddalała się od domu. Kasia marudziła. Żeby ją uspokoić, Dominika opowiadała jej bajkę. O Pani Zimie. Jedyną, jaka mogła jej przyjść do głowy („Tak więc dziewczynka poszła z powrotem do studni, chociaż nie wiedziała, co ma począć. Wreszcie, w całym swoim smutku, wskoczyła do niej, aby wydobyć wrzeciono. W tej samej chwili straciła przytomność, a gdy się obudziła, spostrzegła, że leży na przepięknej łące, na której rosną tysiące barwnych kwiatów“.). Po godzinie przestraszone i zmęczone dziecko usnęło. Karol nie dzwonił. W końcu benzyna się skończyła i silnik zamilkł. Rozpędem zjechała na pobocze pod jakiś płot. Kasia się obudziła. Rozejrzała. - Jesteśmy w domu - powiedziała. W świetle samochodowych reflektorów Dominika ujrzała stalową siatkę porośniętą bluszczem i powojem oraz znajomy kształt bramy. „A jednak ją przyprowadziłam!“, pomyślała. Siedziały długi czas w zamkniętym od wewnątrz samochodzie. - Gdzie jest tatuś? - zapytała płaczliwie Kasia. „Tatuś dałby im radę“, pomyślała Dominika. - Komórka! - zawołała. To była jej ostatnia broń. Zadzwoni na policję, gdziekolwiek. Ktoś im pomoże. Zaczęła szukać telefonu w torebce, ale tam go nie było. Pewnie wyleciał na podłogę. Zaglądała pod fotele, na tylne siedzenie. W końcu przypomniała sobie, że dzwoniła do Karola z samochodu i otworzyła schowek. Komórka uśmiechnęła się do niej diabolicznie napisem: ROZLADOWANA BATERIA. - Telekomunikacja Polska. Bliżej - wymamrotała Dominika. - Gdzie jest tatuś? - zapłakała Kasia. - Dlaczego tu siedzimy? Chcę na łąkę... Dominika zobaczyła w wyobraźni starca, zabierającego dziewczynkę w czerwonej sukience. - Przyprowadź ją - usłyszała cichy głos. Wysiadła z samochodu. - Nigdzie nie wychodź - powiedziała do dziecka. - Chcę na łąkę. Zamknęła auto od zewnątrz. Miała nadzieję, że Kasia nie od razu się wydostanie. - Chcę na łąkę. - Zostań - powiedziała jak do psa. Furtka zaskrzypiała, kiedy przekraczała bramę. Biała, żwirowa alejka wydawała się prowadzić do nikąd. Ale ona wiedziała dokąd idzie. Wkrótce stanęła przy studni. - Przyprowadź ją - usłyszała znowu. Weszła na cembrowinę. - Nie ty! Poczuła, że podjęła słuszną decyzję. Że pokrzyżuje ich plany. - A właśnie, że ja - zasyczała szyderczo. Plusk wchłonęła mgła.

- Pani Zima - wyszeptała. - Chcę wytrzepać wszystkie twoje pierzyny. 45


Anna Chudy (Tjereszkowa) Urodziła się w roku Ajatollaha Chomeiniego – przynajmniej tak twierdzi magazyn Time.Mieszka w Opolu, gdzie oddaje się nienawiści do tępych noży. Namiętnie grzebie w akwarium, czasem pisuje prozę. Jest ofiarą spisku, mającego przedstawić ją jako autorkę poezji – co oczywiście jest wierutnym kłamstwem.

Konkurs „Przepis na Halloween“ 1. miejsce Ścierwo Baraki pracownicze fabryki śrub, gdzieś przy granicy z Białorusią. - Przyj Nadia!- krzyczała Anna, stara akuszerka, próbując przebić się przez wrzaski rodzącej. - Widzę głowę! Przyj! - Słowa zagłuszyło kwilenie, dobywające się z maleńkiej główki, wciąż jeszcze tkwiącej między nogami pierworódki. Zaledwie chwilę później położna fachowo zaopatrzyła noworodka. - Masz córkę krasawicę. Zdrowa... - Akuszerka zamilkła. Patrzyła przerażona na rozdziawioną buźkę dziewczynki. - Ząb - wyszeptała. - Ząb... To strzyga... Mus wam z miasteczka uchodzić! Mus! - Co wy? - łkała Nadia. - Co wy? U dzjidzitaczków czasem zuby od razu, nawet ja to wiem - baba z biełaruskiego sjeła. - Dobrze radzę: idźcie, zanim dziedzic się dowie. - Dzjedzic? Przecież on doktor! Swjatłyj człek, on gusła bieri? - słowa zamarły na ustach kobiety, gdy w otwartych drzwiach, stanął sam Michał Modrolaski - miejscowy lekarz i spadkobierca ogromnej fortuny Modrolaskich i Smądrzyków. Surowe spojrzenie zimnych oczu nie pozostawiło kobiecie złudzeń. - Możesz tu przenocować. A z rana zabieraj to ścierwo i ruszaj. - Drzwi zamknęły się za Modrolaskim cicho. Siedemnaście lat później. Domek kapelana przy siedzibie Zakonu Sióstr Natanek. - Panie Michale, to hojny dar. Dziękuję w imieniu sióstr. Gdyby nie pan, klasztor dawno przestałby istnieć.

46


- Wie pan - ciągnął po chwili wahania ksiądz - różne wieści dochodziły do mnie na przestrzeni lat. Słyszałem o losie kobiet, które w pańskich barakach powiły dzieci martwe lub z deformacjami. Wygnał je pan. A ta Białorusinka z córką... obie zamarzły w pobliskim lesie. - Kapelan zamilkł, wpatrując się w oczy Modrolaskiego. - Boleję nad tym. Sam w zabobony nie wierzę, ale ciemnogród mieszkający w miasteczku... Utopce, strzygi... ludzie się boją. Wolę tego unikać. Wiem, to nie w porządku, ale czynię dobro na inne sposoby. - Cóż, może weźmie pan udział w mszy wieczornej? Zaraz się zaczyna. Godzinę później, kaplica przyklasztorna. - Dziękujmy Panu! - zaśpiewała siostra celebrantka. Zakonnice wstały, formując procesję. Pochód ruszył, a świątynię wypełniły czyste dźwięki. Siostry zatrzymały się przed bogaczem. Nie przerywając śpiewu, prowadząca zdjęła, uformowany w kształt habitu, całun. Na białej twarzy odcinały się czarne jak węgiel oczy. Pomiędzy sinymi wargami lśniły dwa rzędy ostrych sztyletów. - Ktoś ty?- wyszeptał magnat. - Jam dwukrotnie zrodzona, po matce imię moje Nadia - wyrecytowała siostra, wyciągając zakrzywiony pazur. Zza ucha bogacza trysnęła krew. Po chwili, ostry jak brzytwa jęzor rozciął skórę w okolicy obojczyka. - Bierzcie i pijcie z tego wszyscy - zaintonowała strzyga. Zaglądający przez wielkie witraże księżyc, oświetlał kaplicę łagodnym blaskiem.

fot. Agata Sienkiewicz

47


Izabela Kudasik (Izolda Youkali) Od szczęśliwych narodzin pod Giewontem pląta się po południowej Polsce - podstawówkę ukończyła w Zakopanem, LO w Nowym Targu, studia pedagogiczne we Wrocławiu. Z mężem Tomaszem i dwoma synami mieszka w Rzeszowie. Zajmuje się terapią pedagogiczną, współpracuje z Wydawnictwem Harmonia, w którym ukazało się pięć pozycji jej autorstwa z zakresu terapii trudności w czytaniu i pisaniu. W sieci miniatury prozatorskie zostawia z pieczątką Izoldy Youkali.

Kurz

Konkurs „Przepis na Halloween“ 1. miejsce

Lubię biblioteki ze względu na kurz unoszący się w powietrzu, który mimowolnie osiada na wilgotnej skórze i chociaż jest nieodczuwalny, jestem z nim nagle bardziej. Bardziej świadoma, bardziej namacalna, bardziej kobieca... nie, kobieca nie będę już nigdy. Sińce pod oczami i blade wargi psują cały efekt, nie mogę już przeglądać się w lustrze. Tamtego dnia wdychałam kurz, stojąc w słupie światła, który wolno sączył się przez szybę, drobinki pyłków migotały, jakby brokatem chciały mnie ubrać w balową sukienkę. Nagle spokój zakłóciła, przechodząc zamaszystym krokiem i otwierając okno, ta postrzelona bibliotekarka, której zawsze jest duszno. Nic dziwnego, spędza pół życia w oparach kurzu, wzbudzanych ruchem przewracanych w czytelni kartek. Smuga rozpierzchła się, a ja przysiadłam na parapecie i wtedy niespodziewanie do sali wleciał ponad moją głową ptak. Szary gołąb z różowo połyskującymi piórami przeleciał nad stolikami i usiadł na lampce tuż obok ramienia ciemnowłosego mężczyzny. Tamten długo nie myśląc, delikatnie złapał i zamknął gołębia w dłoniach. Rozpoznałam faceta. W pierwszym odruchu przestraszyłam się człowieka, który zna wszystkie moje sekrety, jego widok uczynił mnie zupełnie nagą. Temu barmanowi zwierzałam się co wieczór, nie szczędząc szczegółów poharatanego życia. Był moim ulubionym. Zmierzając w kierunku światła, zrzucił z sąsiedniego stolika stos równo ułożonych książek. Gołąb oswobodzony uleciał w stronę okna i wplątał w moje włosy. Szamotał się, a jego ptasie serce biło coraz mocniej. Żadne próby wyplątania nie skutkowały. Zaczytani oderwali wzrok od swoich lektur i teraz już wszyscy w czytelni obserwowali trzepotanie skrzydeł gołębia. Barman zbladł i wydukał: - Przecież pani... - Do gołębia na pani? - przepchnęła go bibliotekarka, torując sobie drogę do okna. - Człowieku, wracaj na miejsce. „Anną Kareniną“ dała w łeb gołębiowi i z impetem zamknęła okno. Barman ukucnął, gdy wraz z mokrą sukienką przelałam się z parapetu na parkiet. Był pierwszym człowiekiem, który spojrzał mi prosto w oczy. Pierwszym od trzech miesięcy, gdy utopiłam się, skacząc z mostu. Właśnie tak trywialnie, po co wymyślać inaczej, jeśli woda to ulubiony żywioł? Dlaczego to on mnie zobaczył? I dlaczego właśnie dziś? - Żart albo cukierek - powiedział, chwytając moją mokrą, zakurzoną dłoń.

48


Pojedynek na miniatury Zwycięzcy pierwszego etapu

Para 1: Baryłka

Władysław Ryś (stary krab) Majaki i sny wolarza Zaprzągł woły do jarzma, doczepił koleśnicę z pługiem, przeżegnał się prawą, splunął w lewą i mruknął hee, he. Rżysko miał zaorać w skład, więc dociągnąwszy skibę na drugi koniec, zawracał uwrociem w prawo. Bydlęta umiały wykonywać ten manewr, poprawnie reagowały na zawołanie heciaa. Chodzili więc zgodnie i bez pośpiechu - para wołów przodem i Wojciech za pługiem. Skiba się kładła za skibą słychać było tylko brzęczenie sennych much, chropawe kroki wolich racic i beznamiętne nawoływanie wolarza hee, he oraz heciaa. Trudno dociec, o czym myślały nawykłe do pracy woły i czy im się w ogóle chciało o czyś myśleć. Za to Wojciech lubił puszczać wodze fantazji. Jego myśli odbiegały od rżyska, wołowni i czworaków, przekraczały próg karczmy, zanurzały się w ścieżki i bezdroża włościańskich lasów. Niekiedy unosiły się ponad rżyskiem, ponad dworskimi i chłopskimi polami, wirowały wokół przydrożnych figur unosiły z białymi obłokami. Nie pierwszy raz poniosły go kościelną nawą, przyklękał pod olejnym malowidłem na prawej ścianie, gdzie nieznany artysta uwiecznił postać świętego Izydora. Ubrany w jasne lniane portki i niebieski serdak, klęczy oto przed figurką na obu kolanach, spracowane dłonie składa na tyle, na ile pozwalają jego suche ścięgna i dotknięte reumatyzmem członki. Jasne włosy poodrastały, kryją mocno poorany żyłami kark i sięgają do obszywki koszuli. Kędziory zakręcone na skroniach oraz płowe brwi stanowią tło dla zamglonych jakby, jasnych, niebieskich oczu. A oczy te wtopione są oczywiście w pasyjkę Marii Dziewicy, z taką mocą, że nawet bardzo pobożni parafianie, a i chyba sam ksiądz dobrodziej, nie mogą się temu nadziwić. Nieco zaś w prawo, na lekkim skłonie, para wołków z pługiem i dwaj anieli. Przejęli obowiązki oracza Izydora, jeden pogania płowe zwierzęta, drugi zaś pług prowadzi, lekko tak, jakby od niechcenia, jakby dziecię małe za rączkę prowadził. Nigdy się Wojciechowi nie znudziło przypominanie sobie detali pięknego obrazu, medytowanie nad przesłaniem, jakie niewątpliwie on niesie. Jakże żarliwie się modlił do Marii Panienki, do Izydora świętego, ileż wysiłku woli wkładał, żeby pojąć jak można stać się godnym dostąpić takiego luksusu, jakiego dostąpił był Izydor, nim świętym został. Nie ukazali się anieli po rozoraniu pierwszego zagonu, ani drugiego. Zachód słońca oznajmił Wojciechowi, iż czas zjechać na gumno, wyprzęgnąć i nakarmić bydlęta. Sam jednak nie zmierzał ku czworakom, poszedł natomiast do karczmy na kwaterkę trunku. Ożywione rozmowy sprawiły, że szybko poczuł się tu swój. Baryłka z malowanymi na wiśniowo obręczami zawierała złocisty, pachnący napój, którego półkwaterek utaczał mu właśnie szynkarz. Dość prędko wysączył drugi i sprawdził, czy na trzeci starczy jeszcze grosiwa. Przy trzecim nie wiedział już gdzie jest i co się tu dzieje, klęczał jak święty, czuł się Izydorem, jago to spękane pięty obwąchiwała mysz polna, jego wołami orali rżysko anieli.

49


Para 2: Przeklinanie

Anna Chudy (Tjereszkowa) - Dzień dobry panie kierowniku, kolega przekazał, że mnie pan szukał. - Wysoki mężczyzna niepewnie stanął w drzwiach gabinetu z tabliczką: „KIEROWNIK DZIAŁU KONTROLI BEZPORŚREDNIEJ, MGR ANTONI KUTEWKA“. - A tak, proszę wejść panie Trycki. - Przełożony wskazał ręką krzesło, stojące przed biurkiem. Onieśmielony młodzian zamknął drzwi i usiadł sztywno na wskazanym miejscu. - Panie Adamie - Urzędnik spojrzał w oczy rozmówcy, fachowo składając dłonie „w piramidkę“: - Sprawa jest następująca. Jak pan wie, nasz UKS został włączony w projekt cztery kropka zero dwa, o kryptonimie „Czysta budowa“. - Naczelnik podrapał się po szczycie łysiny, powodując gwałtowne opady łupieżu: - Ktoś wypuszcza na rynek ogromne ilości nieopodatkowanych materiałów budowlanych, zaopatrując kupców w lewe faktury, wystawiane na coraz to inne dane. Nasze działanie ma na celu infiltrację przedsiębiorstw i zebranie jak największej ilości informacji. Dołączy pan do dwunastoosobowego zespołu, który już w tej chwili przygotowuje się do operacji. Każdy zostanie skierowany do innej jednostki. W celu stworzenia doskonałej przykrywki, przy współpracy z Powiatowym Urzędem Pracy, ogłosiliśmy fikcyjny program „Zbuduj swoją przyszłość“. W jego ramach proponujemy wybranym firmom bezpłatną siłę roboczą w postaci stażystów. I tu zaczyna się wasza rola. Pośmiejecie się z robotnikami podczas fajrantu, pogadacie z kierowcami dostawców, posłuchacie narzekań na szefa, żony, dzieci... Macie zdobyć ich zaufanie, zbratać się, a potem... napiszecie raporciki! - Kutewka aż zatarł rączki: - Pewnie zastanawia się pan, dlaczego angażujemy właśnie pana... Otóż - ciągnął kierownik: - praca, jaką będziecie mieli wykonać, wymaga specyficznych metod, metody zaś, narzucają nam konkretne środki... Pan jest młody, postawny, umięśniony... - W szkole średniej trenowałem zapasy - ośmielił się wtrącić Trycki. - No widzi pan - skomentował bez sensu Kutewka, po czym wrócił do swego wywodu: - jak powiedziałem, jest pan umięśniony, to ważne, bo będzie pan aspirował do roli robotnika na budowie. Do tego pański... ekhem wyraz twarzy... no nieważne, nadaje się pan i tyle. To jak, zgadzamy się? Świetnie! Skoro tak - Kutewka udał, że nie widzi rozszerzonych ze strachu oczu Adama: - Proszę lecieć do konferencyjnej, tam już pana zespół rozpoczął szkolenie. Kierownik wstał, dając podwładnemu sygnał, że audiencja skończona. Trycki niezdarnie podniósł się z krzesła, po czym na miękkich nogach ruszył w kierunku drzwi. - Jeszcze jedno - rzucił za nim szef, po czym wstał i podszedł do Adama, wyciągając ku niemu rękę: - Powodzenia. - Co za nieasertywna ciota - powiedział głośno Kutewka, kiedy za Tryckim zamknęły się już drzwi. *** - Nasze szkolenie ma przygotować was do odgrywania roli budowlańców. Mamy mało czasu, a musimy dotrzeć do głębi waszego jestestwa, byście się przekonali, że budowlaniec siedzi w każdym z was. Na potrzeby projektu musicie zmienić sposób postrzegania, sposób myślenia, a nade wszystko sposób komunikowania się. Trzeba brzmieć swojsko, tak, by brygadzista pan Kazik czy pan Czesiek murarz, zechcieli w ogóle z wami gadać. Zapomnijcie o tym, czego uczyła was mamusia. Sięgnijcie do waszych głęboko skrywanych potrzeb, dajcie upust drzemiącej w was energii. Przeklinajcie! Bądźcie naturalni, bądźcie prawdziwi! Nasze badania wykazały, że aby wypowiedź była wiarygodna, trzydzieści do czterdziestu procent muszą zajmować wulgaryzmy. Co więcej, okazuje się, że podczas przeklinania podnosi się tętno, wydziela adrenalina, lepiej znosimy ból, jesteśmy odważniejsi! Od razu zaczynamy od ćwiczeń. Pan z pierwszej ławki: proszę poprosić kolegę o pa-

50


pierosa, stosując się oczywiście do tego, co pan tu usłyszał. - Wywołany wstał, po czym zaczął niepewnie: - Ee, kopsnij szluga - I po krótkim wahaniu dodał: - chuju! *** Co wrażliwsi pracownicy UKSu od tygodnia omijali okolicę sali konferencyjnej. Dochodzące z jej wnętrza odgłosy przyprawiłyby o zawał niejednego. Mgr Rafał Dyma, szef i główny trener firmy szkoleniowej „Treneiro Association“, popijał kawę w gabinecie Kutewki. - Jest pan pewien, że zrobicie coś z tych wymoczków? - zapytał kierownik pomiędzy łykami gorącego naparu. - Oczywiście! - obruszył się Dyma. - Czy oni naprawdę przeklinają cały tydzień? - dopytywał z niedowierzaniem urzędnik. - O tak! To świetna metoda. Wbrew pozorom, przekleństwa są bardzo potrzebne. Dodają siły, pewności siebie... zobaczy pan jaką kursanci przejdą transformację. Nie tylko zrobimy z nich wiarygodnych budowlańców. Będą lepszymi pracownikami, ba, lepszymi ludźmi! -Wierzę panu, ale chciałbym przekonać się na własne oczy. Kazałem zawołać Tryckiego, zobaczymy czy ta ciamajda cokolwiek się zmieniła. - Wywód Kutewki przerwało przybycie wezwanego. - Panie Trycki zaczął kierownik: - czy szkolenie czegoś pana nauczyło, czy tracił pan tylko pieniądze podatników? - Kutewka zaśmiał się rubasznie. Adam ze spokojem popatrzył na Dymę, potem na kierownika. Następnie nadął się, odcharknął siarczyście i fachowo splunął w sam środek dywanu przed biurkiem szefostwa. - A chuj wam w dupę! Idę szukać pracy gdzie indziej, z moją wiedzą, przyjmą mnie w każdej firmie budowlanej. - Po czym, pewnym krokiem ruszył ku wyjściu.

Para 3: Gwizdanie

Jarosław Sapierzyński (bury_wilk) Gdy zagwiżdże kos Wszyscy na miejscach i to czekanie, ta chwila trochę straszna, trochę niepewna, ale i przepełniona najwyższym podnieceniem. Jeszcze moment... Las wokół cichy, spokojny, jakby on też wyczekiwał, jakby bał się tego, co ma za chwilę się wydarzyć. Piękna soczysta zieleń, tętniąca życiem natura. Jakże to nie pasowało do okoliczności, mrocznych, krwawych, pełnych strachu, gwałtu i bólu. Ale to nie nowina. Znali przecież ten stan doskonale. Niby do złego nie można się przyzwyczaić, ale minęło już tyle czasu, że jednak przywykli. Szczególnie ci, którzy mają za sobą dłuższy szlak bojowy. Jak ci z Wykusu, ze Świętokrzyskich. Tamtejszy las był może inny, ale biło w nim to samo serce co tutaj. Serce, które ukochało swoich szarych braci, swoich skrywających się wśród mchów mieszkańców. Ukochało tych, których wygnano z prawdziwych domów, których los zmusił do ukryciu się w leśnych ziemiankach. Ukochało z wzajemnością. Choć był głód, choć śmierć czaiła się wśród korzeni, choć każde jutro jawiło się wielkim znakiem zapytania Ponury i jego chłopcy mieli w tym lesie swój dom. Szum liści, skrzypienie pni, gwizdanie kosa... Na Wykusie kos uratował Ponuremu życie. Alarmujący ptasi gwizd przedwcześnie zdradził zbliżającą się niemiecką obławę. Dzięki temu udało

51


się umknąć, jeszcze raz zagrać okupantom na nosie. Tutejszy kos nie miał aż tyle werwy, gwizdał jakby lekko przygaszony, jakby wieszczył coś złego. Ach, przecież to nie kos, to umówiony sygnał. To już nie Wykus, to już nie zabawa w kotka i myszkę. Teraz sytuacja jest inna, inne miejsce. Jewłasze w nowogródczańskiej puszczy i wszystko powoli się kończy. Trzeba dla Biało Czerwonej oddać jeszcze trochę siebie, ale już z poczuciem, że wszystko idzie ku lepszemu. Ku lepszemu? Na pewno? Gwizdanie kosa powtórzyło się jeszcze raz. Ponury już na nic nie czekał, poderwał swoich ludzi i ruszyli do ataku. Niemiecki posterunek nie dał się zaskoczyć. Splunął skondensowanym ogniem prosto w twarze szturmujących. Może i wojna miała się ku końcowi, ale ci tutaj najwyraźniej nic sobie z tego nie robili. Grad pocisków zasypał szare wojsko, powstrzymał pęd, przygniótł atakujących do ziemi, zmusił, by zapadli po wykrotach, pochowali się za omszałymi pniami. Nie tak to miało wyglądać. Czas grał na niekorzyść. Drogi co prawda obstawione, zabezpieczono się przed ewentualną odsieczą, ale każdy wiedział, że jeśli wrogowie rzucą do boju większe siły, sprawa będzie przegrana. A Ponury zdawał sobie z tego sprawę najlepiej. Posiedzą pochowani jeszcze trochę i zostanie tylko wycofać się z podkulonymi ogonami. Nie po to tu był! - Za mną! Wybuch granatu dał chwilową osłonę, więc z determinacją w oczach znów do szturmu. Wraży bunkier jakby kpiąc sobie z śmiałego ataku odpowiada ogniem. Wybuchy wstrząsają lasem, ostre serie tną, ranią, zabijają. Nie ma już leśnej ciszy, jest tylko straszliwy gniew bogów wojny. Kora odłupuje się z pni, wzniecane kanonadą obłoki kurzawy zasłaniają słońce. Raz, dwa, trzy kolejne eksplozje i wreszcie strzelnica cekaemu milknie. Krzyk dodaje odwagi, z krzykiem na ustach partyzanckie plutony pędzą za swoim dowódcą. Gorący zapał i gorący ból. Jontek klęka obok. - Panie poruczniku... Gdzieś między świstem kul znów słychać gwizdanie kosa. To las się żegna. Czy to znów Wykus? Czy to już wolna Polska? Czy to prawda, że ze wschodu idą chordy barbarzyńców? - Jontek, powiedz żonie i rodzicom, że ich bardzo kochałem, i że umieram jak Polak... I pozdrówcie Góry Świętokrzyskie... Kos zagwizdał jeszcze raz. - Panie poruczniku, Jewłasze zdobyte... *Ponury (Jan Piwnik) 1912-1944 cichociemny, dowódca oddziałów partyzanckich AK, kawaler orderu Virtuti Militari, pośmiertnie awansowany na stopień majora. Po więcej informacji zainteresowanych odsyłam do licznych źródeł.

Tutejszy kos nie miał aż tyle werwy, gwizdał jakby lekko przygaszony, jakby wieszczył coś złego. 52


Para 4: Kanapka

Przemek Morawski (podstuwak) Jing i Jang Schnitte. Samuel poznał go od razu, gdy tylko ten przeszedł przez drzwi hotelu. Przełykany przez portiera kawałek pomarańczy ugrzązł mu w gardle. W jednej chwili wróciły wszystkie spychane w niepamięć wspomnienia. Choć minęło tyle lat, na jego widok znów poczuł strach. Gdy mężczyzna podszedł do lady, Samuel odruchowo schował rękę, choć wytatuowany na niej numer zakryty był teraz rękawem białej koszuli. - Dzień dobry - odezwał się przybysz. - Miałem rezerwację na nazwisko Scheibe. Herman Scheibe. Co za głupiec - pomyślał Samuel. Nawet nie zmienił imienia. W jaki sposób udało mu się ukryć przez cały ten czas? - Czy wszystko w porządku? - zapytał Herman, gdy milczenie portiera przedłużało się. W jego głosie można było wyczuć niepokój. Pewnie i on odczuwał teraz strach. Pewnie bał się tak za każdym razem, kiedy spotykał starego Żyda. Każdy z nich mógł być kiedyś jego więźniem. Każdy z nich mógł go rozpoznać. - Rezerwacja się zgadza - odparł Samuel. - Już wydaję klucze. - Informując gościa o szczegółach pobytu, z uwagą przyglądał się jego twarzy. Zmarszczki i wykwitłe na niej plamy wątrobowe zatarły złowrogi wyraz, jednak oczy wciąż pełne były pogardy i złej woli. Gdy mężczyzna oddalił się w stronę swojego pokoju, Samuel usiadł. Dopiero teraz odczuł, jakie wrażenie wywarło na nim to spotkanie. Podwyższone tętno pulsowało mu w skroniach. Wszystko wokół wirowało, jak w dzikim tańcu. Znów poczuł głód, strach i ból. Zupełnie, jakby nigdy nie opuścił obozu. Jakby znów stał się zależny od woli człowieka, z którym właśnie rozmawiał. Herman Schnitte był Blockführerem. Najgorszym, jakiego Samuel kiedykolwiek spotkał. Trafić pod jego zwierzchnictwo oznaczało trafić do piekła. Tylko nielicznym udało się je przeżyć. Blok Schnittego był miejscem bez Boga i nadziei. Miejscem, w którym śmierć mogła zabrać cię w każdej chwili. Miejscem, w którym śmierć była najlepszą rzeczą, jaka mogła ci się przytrafić. To dlatego Samuel zdecydował się poświęcić wszystko, byleby tylko móc odpłacić Schnittemu za krzywdy własne i swoich współwięźniów. Poświęcić o wiele więcej, niż życie. Jego oprawca jednak nigdy nie zapłacił za swoje winy. Samuel nie czuł się oszukany. To przecież jemu nie udało się zrobić tego, co do niego należało. Kiedy postanowił odprawić rytuał, o którym czytał kiedyś w starych księgach swojego ojca, nie mógł wiedzieć, czego będzie się od niego żądać. Istota, która odpowiedziała na jego wezwanie postawiła tylko jeden warunek - aby zemścić się na diable, Samuel sam musi stać się diabłem. I wyjaśniła mu, co należy zrobić. Okazało się to niewykonalne. Do teraz. Portier spojrzał na zegarek. Jego zmiana dopiero zaczęła się i miała trwać do rana. Schnitte zostanie w hotelu do jutra. Taka szansa już więcej się nie powtórzy. Kiedy Samuel sięgał po telefon, nie był przekonany, czy chce wypełnić instrukcje, jakie przekazał mu demon. Myśl o zemście opuściła go dawno temu. Chwilę trwał z ręką zawieszoną na słuchawce, aż w końcu podniósł ją i przyłożył do ucha. Wystarczyło, że przed oczami stanęły mu obrazy tamtych strasznych dni, by podjął decyzję. Cokolwiek miałyby znaczyć słowa przywołanej istoty, był gotowy spełnić jej żądania. - Czy gość z 213 zamawiał już coś do jedzenia? - spytał, kiedy po drugiej stronie linii odezwał się mężczyzna z obsługi pokoi.

53


- Właśnie szykują dla niego kanapki. A co? - Gdy się meldował pytał mnie o wino, którego nie mamy w karcie. Prosił, by dostarczyć mu je wraz z posiłkiem. Muszę po nie wysłać jednego z bellboii. Podrzućcie te kanapki do mnie. Sam mu je zaniosę, kiedy już dostanę wino. Mężczyzna po drugiej stronie linii westchnął. Jak większość personelu nie lubił, gdy coś odbywało się inaczej niż zwykle. - W porządku - powiedział. - Tylko niech nie trwa to za długo. Jeśli facet będzie się skarżył, to ja dostanę po dupie. - Pewnie - potwierdził Samuel i odłożył słuchawkę. Kanapki zjawiły się za chwilę. Ułożone pod srebrnym przykryciem leżały na małym stoliku z kółkami, obok pustej filiżanki i dzbanka z herbatą. Zaraz przy nich, zawinięte w serwetkę, znajdowały się sztućce. Samuel przesunął stół za ladę, podniósł z niej nóż, którym obierał owoce i udał się do toalety. Gdy zamknął za sobą drzwi podwinął rękaw i długo stał bez ruchu, wpatrując się w swoje odbicie w lustrze. W końcu z kieszeni wyjął piersiówkę, jej zawartością oczyścił nóż i wewnętrzną część przedramienia, po czym przyłożył ostrze do skóry. Ciął szybko, jakby miał w tym wprawę. Nie myślał o bólu. Po chwili trzymał na dłoni prostokątny płat z wypisanym na nim, wyblakłym numerem. Gdy wrócił na swoje stanowisko pracy, z zawieszonej na ścianie apteczki wyjął bandaż i opatrzył ranę. Skórę z numerem pociął na małe plastry i włożył w przygotowane niedawno kanapki. Potem zawiózł je Schnittemu. Nie wiedział, czego powinien oczekiwać. Nie miał pojęcia, co się teraz stanie. Obawiał się, że nie zdarzy się nic. Że w końcu na starość postradał zmysły, jak wielu z tych, którzy dzielili z nim koszmar obozu. Zastanawiał się, czy nie powinien po prostu zabić Schnittego. Czy nie takie właśnie byłoby najprostsze rozwiązanie. Dzisiejszy wieczór zmęczył go. Był już wystarczająco stary, by takie doświadczenia potrafiły go wyczerpać. Choć bronił się, zasnął w końcu, snem słabym i nerwowym. Snem niedającym wypoczynku. Kiedy otworzył oczy było jasno. Wiedział, że nie znajduje się w hotelu. Był gdzieś na zewnątrz, ale nie potrafił określić, co to za miejsce. Palące słońce oślepiało go. Wokół panował rejwach, zmieszany z powolnym turkotem kół pociągu. Powoli zaczął poznawać okolicę. Serce stanęło mu w piersi. Lodowaty dreszcz obezwładnił go. Stał na obozowym placu. Właśnie odbywało się przyjęcie nowego transportu. Wśród lamentów i krzyku, wśród twardych, niemieckich rozkazów, usłyszał nikły, błagalny szept, tuż pod swoimi nogami. Gdy spojrzał w dół, zobaczył nagiego mężczyznę, który ze łzami w oczach prosił go o litość. Samuel rozpoznał go. Twarz mężczyzny znów była młoda. Zniknęły z niej zmarszczki i wątrobowe plamy. Nie było wątpliwości, że to twarz Hermana Schnitte. Dopiero teraz Samuel zdał sobie sprawę z tego, że ma na sobie niemiecki mundur. Z niedowierzaniem wyciągnął przed siebie ręce, oglądając rękawy. Spostrzegł przy tym, że skóra na jego dłoniach jest giętka i elastyczna. Zupełnie, jakby znowu miał dwadzieścia lat. A więc to tak - pomyślał. Żeby zemścić się na diable, samemu trzeba stać się diabłem. Przeraziło go to. Jednak w oczach Schnittego dostrzegł dziwny błysk. Przebijającą się przez strach dezorientację. Z jakiegoś powodu Samuel był pewien, że Herman doskonale wie, co się z nim dzieje. Że równie dobrze, jak on pamięta wczorajszą noc w hotelu. Wieczorny posiłek, po którym udał się na spoczynek i obudził w tym miejscu. Schnitte mógł go nie rozpoznać, ale musiał wiedzieć, że to on za tym stoi. To przesądziło o wszystkim. Samuel był gotów stać się diabłem. Byleby tylko móc zemścić się na tym psie. - Schnella! - krzyknął, kopiąc Hermana w klatkę piersiową. - Schnella! - powtórzył wymierzając mu kolejne kopnięcie.

54


Para 5: Ucho

Aleksandra Guzik (Anaris) Kościół w Auvers Na siedemdziesiąte piąte urodziny dostałam od moich dzieci zmywarkę. Malutką - taką, żeby zmieściła się w niewielkiej kuchni. Nie byłam przekonana, czy na pewno potrzebuję to dziwne, myjące pudło, ale ona powiedziała: - Zobaczysz, babciu, będzie ci z nią o wiele łatwiej. A potem uśmiechnęła się promiennie i pogłaskała po ramieniu. Babcie okrutnie kochają swoje wnuczki, to miłość wręcz chorobliwa. Zmywarka została. Z początku używałam jej mało, bo nie ufałam, że może wymyć moje porcelany tak, jak lubię. Potem wręcz przeciwnie - dużo, bo nowa, błyszcząca i zachęcająco skracała mój czas spędzany w kuchni na nieprzyjemnościach. Dopiero potem nauczyłam się, że niektórych rzeczy nie można tam wkładać. Srebrne sztućce traciły blask, kubki z nadrukiem były poszarzałe, a wyciskarka do czosnku całkowicie zmatowiała. O tak, za późno zorientowałam się, że Van Gogh blaknie. To kubek, który dostałam od niej z okazji Dnia Babci trzy lata temu. Wiedziała, że uwielbiam jego obrazy. Twierdziła, że musiała się bardzo napracować, żeby to zdobyć (chwała Jacobsowi, który wypuścił w obieg serię kubków z jego pracami). Z mojego ukochanego „Kościoła w Auvers“ mogłam już pić herbatę do śniadania, przypatrywać się ciemnemu niebu odbijającemu się w okiennicach i wędrować po ścieżkach rozchodzących się po obu stronach budynku. Ta po prawej prowadziła podobno na cmentarz. Nie wiem, w którym momencie zaczęłam utożsamiać ją z kubkiem. Chyba wtedy, gdy zorientowałam się, że zmywarka mu nie służy, że obraz już nie ma takich wyraźnych kolorów, a cała powierzchnia kościoła pokryta jest dziwnymi zadrapaniami. A ona schudła bardzo. Często słabła, nie miała już takiego zapału do życia co kiedyś. Poszła na badania. Tego dnia przy robieniu śniadania, kiedy szukałam pudełka z Earl Greyem, puszka z kawą wyleciała mi z szafki i spadła na kubek. Przeraziłam się. Doskoczyłam do kubka w mgnieniu oka i z sercem tłukącym się dziko po klatce piersiowej odkryłam, że ucho zostało całkowicie odrąbane, w dodatku jeszcze złamało się na pół. Popołudniu zadzwonił telefon. Badania wykryły raka kości. Pobiegłam do sklepu co sił w starych nogach i kupiłam „8566666666kropelkę“. W moim domu nie było ani kropelki tej paskudnej wszystkoklejki. Najpierw połączyłam z powrotem ucho. Nie wyglądało najgorzej, poprzednie złamanie sugerowała jedynie cienka rysa. Gorzej było z doklejeniem ucha do reszty kubka. Ledwo dało się to zrobić. Konstrukcja nie była zbyt pewna, nie odważyłam się podnieść za ucho, nie ufałam klejom. Wtedy naprawdę uwierzyłam, że niechcący te dwie istoty - moja wnuczka i zwykły kubek zostały połączone. „To siedzi tylko w twojej głowie“ tłumaczę sobie codziennie, nie sprawia to jednak, że jakkolwiek mniej uważam na mój „Kościół w Auvers“. Jest niemal świętością. Nie pijam z niego. Prawdopodobnie powinien stać głęboko w szafce, tam byłby najbezpieczniejszy, ale nie mogę spuścić go z oka. Nawet teraz siedzę i zerkam niepewnie w stronę komódki, gdzie stoi niewinnie z malutkim bukiecikiem sztucznych kwiatów w środku. Jest już naprawdę przerażająco szarawy, w dodatku rzucają się w oczy te okropne rysy po pęknięciu. Gdzieniegdzie widnieją też niewielkie uszczerbki, bo nie odnalazłam wszystkich malutkich części, które rozsypały się po kuchni przy zbiciu ucha. Po niej też widać. Nosi chustki na głowie, żeby przykryć łysinę. I blada jest okropnie, ma zapadnięte policzki i wory pod oczami. Niewiele już zostało z tego zdrowego, wesołego dziecka, jakim zawsze była.

55


Kiedy przychodzi sąsiadka po cukier, jestem zmuszona oderwać myśli od tego całego zła. Może to lepiej. Zapraszam ją do dużego pokoju, mówię, żeby chwilę poczekała, muszę poszukać torebki z cukrem w szafce. Biorę cały kilogram i idę do pokoju, a gdy przechodzę przez próg, ze zgrozą zauważam, że trzyma mój drogocenny kubek, moją zaklętą wnuczkę, o zgrozo, za ucho! - Piękny kubek, gdzież pani taki dostała? - Proszę to odłożyć! - krzyczę strasznym głosem, pchnięta nagłym impulsem. Sąsiadka drży i próbuje przykryć swoją zszokowaną minę pozorną uprzejmością. - Przepraszam, to ważna pamiątka... - reflektuję się, ale nie spuszczam wzroku z kubka. Czekam, aż z powrotem bezpiecznie spocznie na haftowanej serwetce na komódce. Nie ufam temu uchu. Jestem sfiksowaną do reszty starą babą. Sąsiadka grzecznie odwraca się i wyciąga rękę, by odłożyć kubek. W tym dokładnie momencie „kropelka“ już nie „klei, klei“, a części tej drogocennej układanki przestają być całością. Ucho zostaje w drżących rękach kobiety, reszta z cichym pyknięciem ląduje na drewnianym meblu. Zastygam w przerażeniu. - Ojej, tak mi przykro! - Sąsiadka już nie próbuje ukryć zażenowania. Rzucam się do komódki i telepiącymi rękoma podnoszę jakby moją wnuczkę. Czy to już koniec? Czy sąsiadka ją zabiła? Przecież to nie może się tak skończyć! Nie, uff, nic się nie stało. Tylko ucho puściło, wstrętne ucho. To jeszcze nie teraz. Wszystko jest dobrze. To jeszcze nie teraz.

Para 6: Zaćmienie

Magdalena Pasik (malawiedzma) Zaćmienie mózgu Czasem zastanawiała się nad tym, jak bardzo świat może oszaleć w przeddzień końca świata. Wszystko było jednak aż nadto typowe. Szaleństwo ogarniało wszystkich powoli, jak najgorsza trucizna, polityczna, społeczna. Podstępna. Bawiło ją to. „Zaćmienie świat cały ogarnąć musi“, stało w Biblii jak byk. I chociaż nie chodziło o błąd ortograficzny, to poczuła drżenie tchórzliwego serduszka, kiedy zobaczyła niepokojąco ciemniejące niebo. Wiedziała, że po nią przyjdą, w ostatnim dniu starego świata. Bo była inna, niepokonana. I właśnie dlatego postanowiła podłożyć bombę na Wiejskiej. Miała wrażenie, że to się Polsce należało, nawet kiedy wokół za kilka dni miały wybuchać nowe pociski, kalecząc stolicę jeszcze bardziej. Wcale, a wcale nie miała z tego powodów wyrzutów sumienia. Wiedziała, że machina została uruchomiona już wtedy, kiedy po raz pierwszy zadzwonił do niej starzec, który zapragnął zniszczyć premiera. Wybuchnęła wtedy śmiechem. Wiedziała, że jej szukali. Pojawienie się intruza, wyrwało ją z zamyślenia. - Dzień dobry - powiedział Nieznajomy, dosiadając się do jej stolika, przy którym sączyła kawę, której w sumie wcale nie potrzebowała. Mocniej zacisnęła dłoń i pękło porcelanowe ucho. *** Po raz pierwszy zobaczyła go we Wrocławiu, przechodząc przez pasy koło Heliosa na Kazimierza Wielkiego. Spieszyła się wtedy, by uniknąć słońca, a on sam był mocno pijany, jednak nie

56


na tyle, by jej nie zainteresował. Miał zielone, mętne oczy i smętny uśmiech, który kojarzył jej się z Romantyzmem i Mickewiczem, którego krew smakowała jej opium. Być może to podobieństwo właśnie spowodowało, że postanowiła zjeść mijanego chłopaka. A że szedł sam - nie było w tym nic trudnego. Wystarczyło za nim iść i po prostu zaciągnąć go do niewielkiego pustostanu przy wejściu na Plac Solny. Podążył za nią, jak Adam za Ewą. Naiwny. Nie sądziła, że przetrwa z nią tak długo, ale jak na człowieka z dwudziestego pierwszego wieku był zadziwiający żywotny. Bogaty, wolny strzelec nie powinien mieć tak zdrowego organizmu, myślała. A chociaż zastanawiało ją to czasem, nie narzekała, racząc się czymś w rodzaju jego osobistego osocza. Nie miała nawet pojęcia, kim był, bo nigdy jakoś nie była tym zainteresowana. Ignorancja zawsze była jej słabą stroną. Chłopak wytrzymał miesiąc. Gdyby była choć trochę zainteresowana otaczającym ją światem, wiedziałaby, że go szukają. Że jest synem premiera, chłopakiem, który lubił sobie zaszaleć. Zawsze wszystkich z jej rasy dziwiło, jak można być tak nonszalanckim i jeszcze żyć. Najgorszym więc, co mogła zrobić, była jego przemiana. Pewnego ranka, oddalając się od łóżka dostrzegła, że nie oddycha. Jak bardzo groteskowo wyglądał na jej krwistoczerwonej pościeli. Taki blady, z zastygłym wyrazem nieokreśloności na twarzy i ręką zwisającą smętnie przez poręcz łóżka. Pomyślała, że przeżyła z nim miłe chwile. Był iskrą życia w jej martwej egzystencji. Trupa wyrzuciła do Odry, nie maskując nawet śladów. W szale na fantastykę miała pewność, że nikt jej nie odnajdzie. A nawet jeśli, to przecież mogła zniknąć w jednej chwili. Wieczorem dostała jednak w swoje ręce poranne wydanie gazety i zauważyła, w jakie gówno wdepnęła. Chociaż być może bardziej uświadomiły łowczyni to inne słowa - „Poszukiwana numer jeden została odnaleziona“. - Na szczęście jesteście idiotami - powiedziała, kiedy próbowali ją skuć. Wszyscy w czarnych uniformach, kojarzących jej się ze strojami z filmów Braci (jeszcze wtedy) Wachowskich. Stały scenariusz. Zaczęła wrzeszczeć, kazała im się zatrzymać, wezwała posiłki. Uciekła. Była żałosna, a przez to zabawna. Jak mało która rzecz w tym stuleciu, gdzie wszystko śmieszy, a mało co bawi. *** Zdawała sobie sprawę, że kiedy już raz zadrze się z władzą, to ta nie przestanie jej nękać. Właśnie dlatego postanowiła zniszczyć sieć układzików, a przecież wystarczyła tylko nacisnąć na czerwony guzik, co też uczyniła. W tym samym momencie zgniła krew z jej przebitego osikowym kołkiem serca, zachlapała pół jej ulubionej kawiarni. Umierała jednak wiedząc, że rozpętała trzecią wojnę światową. Lepiej niż w Korei!

Miała wrażenie, że to się Polsce należało, nawet kiedy wokół za kilka dni miały wybuchać nowe pociski, kalecząc stolicę jeszcze bardziej. 57


Helena Chaos, Anaris i bury_wilk This is Halloween

W SALONIKU

This is Halloween This is Halloween Dźwięki tajemniczej piosenki brzmiały jakby w powietrzu i Helena nie mogła się powstrzymać przed podśpiewywaniem pod nosem. Mimo że był już dosyć późny poranek, to za każdym z salonikowych okien panowała senna, szaroburodeszczowa ciemność. Salonikowe ciemności rozświetlał jedynie ogień w kominku, przed którym głośno chrapało wielkie bure wilczysko, z pyskiem wygodnie opartym na pustej butelce po Jacku Danielsie. Choć przyjemne ciepło panowało w całym pomieszczeniu, to jednak nie uchroniło to Heleny przed potrzebą zakutania się w chustę, koc, mitienki i grube bambosze. No i oczywiście nie obyło się bez kubka gorącej herbaty. Earl Grey. Z cynamonem. I tak, ucharakteryzowana na puchatą Bukę, dreptała sobie po pustym jeszcze saloniku, to podśpiewując, to prowadząc ożywiony dialog z wilczyskiem, które, oczywiście, w owym dialogu wcale się nie udzielało. Boys and girls of every age Wouldn‘t you like to see something strange? - Już za tydzień Halloween, trzeba by coś wymyślić na tą okazję. Ja wiem, że tu jest Halloween trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku, no ale wiesz... No trzeba i już! Słyszysz mnie? - Podeszła do wilka i poszturchała go bamboszem, co oczywiście nie wywołało żadnej reakcji. - Trzeba by dynie zrobić, jakieś dekoracje, ciasteczka jakieś straszne... - Całe twoje gotowanie jest straszne... - wymamrotał wilk przez sen, a Helena, jak zwykle, puściła tą uwagę mimo uszu. - Może urządzić bal przebierańców? No i oczywiście muszą być jakieś straszne teksty. Z duchami, zombie, wampirami, ekspedientkami z ekskluzywnych sklepów... Słyszysz mnie? - Szturch, szturch. - Jakiś konkurs można zrobić nawet. - Tańca na rurze... Helena spojrzała na wilka z pobłażliwością. - Głupiutki Burasek. Nie dałbyś rady zatańczyć na rurze. Nie masz kciuków, a twoje włochate ciałko od razu by się z rury ześlizgiwało. Chyba, że - Helena dala ponieść się fantazji posmarowalibyśmy cię czymś klejącym. Nie, że klejem, bo byś przywarł na amen i by było po konkursie, ale na przykład miodem... Wtedy byś się tak łatwo nie ześlizgiwał, no ale musiałbyś występować na końcu, bo kto by chciał tańczyć na rurze uświnionej miodem i wilczą sierścią? Puk, puk, puk. Rozważania Heleny zostały przerwane akurat w momencie, kiedy wpadła na sto kolejnych pomysłów, jak umożliwić wilkowi spełnienie jego marzenia o uczestnictwie w konkursie tańca na rurze. - A któż to tak z samego rana? *** Zazieleniło, zaszeleściło, zaszumiało i wybuchło pomarańczą. Pierwszym, co wślizgnęło się przez drzwi wejściowe, było bujne, zielone i liściaste, zaraz później duże oczy i dopiero wtedy cała reszta. Anaris wyprostowała się dumnie i nacią niemalże strąciła świecę ze zwisającego z sufitu żyrandolu. Helena przypatrywała jej się dłuższą chwilę, po czym uśmiechnęła się.

58


- Jesteś może dynią? - spytała z nadzieją, mrużąc oczy. Anaris przygarbiła się ze smutkiem. - Niestety, tylko marchewką. Gospodyni zastanowiła się chwilę, potoczyła wzrokiem po saloniku, skrzętnie omijając bure wilczysko, po czym wzruszyła ramionami. - Znajdziemy dla ciebie jakąś fuchę. Bo widzisz, organizujemy Halloween, musi być świetne, najlepsze. Musi być dużo straszności, głów węży i innych przerażających glutów. - Tak! - ucieszyła się marchewka. - Zróbmy konkurs na najlepiej straszny strój! Helena zmierzyła ją spojrzeniem od stóp do głów. - Ale ty nie jesteś straszna... - Chodź no mnie tu. Ja ci buźkę poharatam. - Wilk otworzył jedno oko. - No, no, sądziłam, że od warzyw trzymasz się z daleka - mruknęła Helena, wspominając wszystkie wegetariańskie pyszności, którymi pogardził wilk. - No nic tam. Doda się trochę szarości, kilka szram i na oko litr krwi tu i ówdzie i będzie cacy. Jesteś zdecydowanie zbyt kolorowa na nasze salonikowe realia. - Zastanowiła się jeszcze, bacznie obserwując Anaris. - Gdzie masz okulary? - A, już niepotrzebne! - Marchew machnęła ręką i klasnęła. - No! To co robimy najpierw? *** - Możemy upiec ciasto, na przykład marche...dyniowe. Zapanowała krepująca cisza, w trakcie której Helena intensywnie myślała, jak zatrzeć przykre wrażenie, które właśnie niechcący spowodowała. - To może ja pójdę do kuchni, a ty nakarm nietoperze. - Oooo, jakie cudowne - pisnęła Anaris na widok dwóch acerodonów grzywiastych, zwisających z misternie rzeźbionych drążków dla nietoperzy. - A czym je się karmi? - Wprost uwielbiają marchewkę! Zorientowała się chwilkę za późno. Gigantyczna marchewa lekko przybladła i zaczeła nerwowo spoglądać w stronę drzwi. - To może nakarm je dynią - powiedziała asekuracyjnie Helena, a jej lewe oko nerwowo drgnęło kilka razy, - a ja pójdę zrobić herbatę. Dyniową. *** - O fuck... - Jęknęła Hellene i chcąc uratować oczy przed zdradzieckim i niszczącym atakiem jasności południowego poranka, zakryła głowę czyjąś kurtką, która to kurtka otulała ją podczas błogosławionego snu. Fakt, że zasłonięcie Hellenowej głowy odsłoniło co innego nie uszło uwagi Zacha, ale nim zdołał ciekawy widok przetworzyć na jakieś myśli i niecne pomysły, przypomniała o sobie mieszanka sałatki z kurczaka i absyntu. Bardzo szybko pobiegł do ubikacji. - Ciekawe... - Anaris zaświeciły się oczy. Widać było, że nagość Helleny wzbudza w niej istny cyklon, ale to trwało bardzo krótko. Nim rozpętał się sztorm, znowu usnęła. - Bo pić, to trzeba umić. - Sapnął wilk, chwiejnie podniósł się z futrzaka pod kominkiem, niecnie przy tym wykorzystał przewagę, jaką dawały mu cztery łapy, potem poczłapał do barku. Barek był pusty, więc poszedł do sklepu. Lady Nath ze zdziwieniem obserwowała swoje szpilki, z których każda była z innej pary i na dokładkę żadna nie należała do niej, po czym zaśmiała się nie wiadomo z czego i chlapnęła między rozłożone nogi Małej Wiedźmy. Po chwile obie znów spały. Z pięterka po cichutku, z kocią gracją, zeszła czarna pantera, a chwilę po niej również po kociemu, to znaczy na czterech łapach, przywędrowała She Cat. She poszła do kuwety, a pantera, z miną typu „wiesz, zgrzeszyłam i było fajnie“ przytuliła się do Ithiriell. - Co, z kim? - zbulwersowała się elfka, ale nim przeszła do śledztwa, jej uwagę także przyciągnęła golizna Helleny. I tak obudziła się ciemna strona mocy. Drow ukryty gdzieś na dnie duszy nag-

59


le urósł w siłę, brutalnym kopniakiem pozbył się subtelnej delikatności leśnego pobratymca i na dobre rozgościł w duszy właścicielki czarnej pantery. - No, to wreszcie sobie poszalejemy! Od dziś nazywajcie mnie Gomorra! - Sratatata - mruknął Tomek i jak cień powtórzyła Agatka. - Będzie seks? - spytał obłudnie, nie otwierając zmęczonych oczu, drugi Tomek. - Na Peruna! - zakrzyknął Sven i szybko dołączył do Zacha. - Idę na skręta. Ktoś chętny? - zmienił temat Wujek Julek, poszedł na taras, a za nim reszta przytomnego towarzystwa. Gomorra i nagość Helleny pozostały same ze sobą. - To skończymy Helloween! - Straszliwy śmiech wstrząsnął salonikiem, a potem mroczna elfka wyrwała z ogona kozy trochę włosia i z dziką, sadystyczną radością, połaskotała wystające spod kurtki bose stopy... *** I nagle wszystko się rozmyło, a Bury Wilk utonął w kuble lodowatej wody, którą Hela litościwie nań wylała. - Koniec tych zbereźnych majaków, wilczurze. Pić to trzeba umić - powiedziała, zbierając puste butelki, poustawiane dookoła jego burego pyska i brzęcząc nimi radośnie, ruszyła do salonikowej kuchni nastawić wodę na herbatę. Anaris podpełzła do mokrego Burasa i przyjrzała mu się bacznie. Kroczek za kroczkiem i znalazła się po drugiej stronie jego olbrzymiego cielska. Szybko się zorientowała, że coś jest nie tak i wybuchnęła śmiechem. - Ej, psiaku - zachichotała, podając mu podręczne salonikowe arcylustro. - Zdaje się, że ktoś cię ogolił. Pić to trzeba umić, co racja to racja.

fot. Agata Sienkiewicz

60


61


a j nz

e c Re

Kevin Hearne „Na psa urok“ Dom Wydawniczy Rebis Poznań 2011 przekład: Maria Smulewska

„Atticus O‘Sullivan to gwiazda rockowa wśród magików“ - nie sposób się z tym nie zgodzić, jednak przekonać się o tym możecie, kiedy przeczytacie „Na psa urok“ Kevina Hearne‘a. Jednak czy warto? Myślę, że po moich wywodach okaże się to dla Was jasne. Kevin Hearne, przed napisaniem swojej debiutanckiej powieści, której recenzję właśnie teraz czytacie, nie był osobą znaną. Z wykształcenia nauczyciel języka angielskiego w jednym z liceum w Arizonie. Widać jednak, że z racji wykonywanego zawodu, pojęcie o języku ma. Ale nie tylko o języku, bowiem jak na zwykłego Amerykanina, stereotypowo mało wiedzącego o otaczającym go świecie, jego wiedza o europejskiej kulturze jest znaczna, co widać z resztą w serii „Kroniki Żelaznego Druida“, których pierwszym tomem jest właśnie „Na psa urok“. Głównym bohaterem jest druid Atticus, liczący sobie dwa tysiące lat, a głównym wątkiem - jego ucieczka przed okrutnym, celtyckim (tym z narzecza irlandzkiego) bogiem miłości, Aengusem Og. I tylko swoim pomysłowym wybiegom i przymierzu z Królową Kruków - czyli Morrigan, Atticus zawdzięcza jeszcze życie. I można uznać, że także poczuciu humoru, bowiem to ono również nie-

62


jednokrotnie ratowało mu życie. Jednak tym razem, w miasteczku Tempe w Arizonie, Atticus musi stawić czoła odwiecznemu wrogowi i po niemal dwóch tysiącach lat znowu zawalczyć z mściwym bóstwem, które w żaden sposób nie przypomina greckiego Erosa. I w taki właśnie sposób Atticus wplątuje się w mnóstwo niebezpiecznych przygód i politycznych przeplatanek między panteonami bóstw, starając się nie zostać zepchniętym do roli zwykłego pionka w tych rozgrywkach. To właśnie nowatorskie podejście do tematu mitologicznych postaci i ich kanonicznych przygód czyni tę serię wyjątkową, a zmiany, które mnie, jako mitologicznej purystce, mogłyby przeszkadzać, tutaj nawet pasują. Bogowie - skądinąd bardzo ciekawe przedstawieni - dostosowują się do otaczających ich realiów dwudziestego pierwszego wieku, prowadzą własne interesy, ale nic nie zmienia ich zamiłowania do dorzucania swoich trzech groszy w ludzkie losy. I tak widzimy Morrigan, która jest tak upiorna, jak być powinna, bóstwa greckie i rzymskie, dokładnie tak rozpustne i upojone alkoholem, jak nam się wydawało, zdradzieckiego Kojota z wierzeń indiańskich, a także bóstwa nordyckie, tak dzikie, jak sami wikingowie. Nie zabrakło także miejsca na polski akcent - bowiem w Tempe działa sabat polskich wiedźm, a ich relacje z głównym bohaterem bywają na tyle różnorodne, że nie da się tego wątku w żaden sposób ominąć. Kolejną zaletą całej serii są również główni bohaterowie. I mamy Atticusa, paranoicznego druida, który wygląda jak przystojny, rudy dwudziestojednolatek i prowadzi sklep ezoteryczny, w którym spokojnie może sprzedawać swoje zioła. Jego nieodzownym towarzyszem zaś jest wilczarz irlandzki, Oberon, który kocha bekon i ma własne zdanie na temat wszystkiego, co go otacza, a po jego dialogach z Atticusem można tarzać się ze śmiechu na podłodze i nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. Jest także Granuaile, barmanka, a później nawet ktoś więcej. Postać inteligentna, nadająca całej historii smaczku i kobiecej analizy sytuacji. A także mnóstwo drugoplanowych postaci (wdowa - sąsiadka Atticusa, klienci jego sklepu, Jezus Chrystus), barwnie opisanych, ciekawie wplecionych w krajobraz sennego miasteczka. Wszyscy są okraszeni ogromną dawką humoru, bez którego ta pozycja - i seria, licząca pięć obecnie wydanych w Polsce tomów - nie byłaby taka sama. Narracja pierwszoosobowa, zastosowana w „Na psa urok“, nie nuży, a sprawia, że nawet lepiej zdajemy sobie sprawę z niektórych sytuacji. Wszystkie wątki mitologiczne są także na bieżąco wyjaśniane, dzięki temu mamy więc jasność odbioru, o którą tak ciężko w książkach czerpiących z zagmatwanych mitów. Nie brakuje też magii i innych nierealnych zdarzeń, które przecież idealnie wpisują się w nurt fantasy. A książka Kevina Hearne‘a nie dość, że znacznie wybija się na tle typowego urban fantasy samymi realiami, to jeszcze bawi i edukuje, szczególnie w kwestii mitologi. Pan Hearne ma świetne pióro i bez najmniejszego problemu zabawia czytelnika i sprawia, że ma się ochotę na więcej i - co chyba najważniejsze - z każdą kolejną stroną jesteśmy coraz bardziej zaskoczeni akcją. Logiczną, ale nieprzewidywalną. A to sprawia frajdę, niesamowitą. Do tej serii nie sposób się nie przywiązać. I mimo iż do „Amerykańskich bogów“ wiele tej serii brakuje, to z czystym sumieniem mogłaby ją polecić na wieczór przy kawie i gwarantuję, że będziecie się świetnie bawić. A pomyśleć, że znowu przeszłabym obok tej książki obojętnie... Magdalena Pasik

z każdą kolejną stroną jesteśmy coraz bardziej zaskoczeni akcją 63


a j nz

e c Re

Kristyn Kusek Lewis „Szczęściara“ Wydawnictwo FILIA Poznań 2013

Jak być szczęśliwym? O szczęściu mówiło wielu. John Malkovich pisał, że: „Być szczęśliwym to znaczy być głupcem, ignorantem i ślepcem jednocześnie. Ja nie jestem szczęśliwy.” Albert Schweitzer uważał, że „Szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, jeśli się ją dzieli.” A ja natomiast popieram w tej kwestii myśl Jonathana Carrolla, że: „Nie można wylądować na stałe w jednym punkcie o nazwie [szczęście]. Człowiek nie potrafi bowiem skupić uwagi dłużej niż mucha domowa. Czy znacie wiele much, które osiągnęły wieczne szczęście i siedzą wieczorami w domu?” Zdefiniować pojęcie szczęścia jest trudno. Bo jak sami widzicie, ilu ludzi, tyle definicji. I moglibyśmy o samej istocie szczęścia pisać kilkutomowe księgi, a i tak w ostateczności nie dojdziemy do żadnego wspólnego konsensusu. Szczęście zależy przede wszystkim od hierarchii wartości, jaką się w życiu kierujemy. Dla mnie wystarczającym szczęściem jest kupić sobie książkę, a później ułożyć się w fotelu, przy zapalonej lampce i czytać ją do późna. Dla innych szczęście to rodzina, mąż, dziecko, wygrana w lotto, znalezienie 50 zł na ulicy, a nawet przelotny uśmiech nieznajomego w tramwaju.

64


Ale jedno w życiu jest jednak pewne: każdy chce być szczęśliwy. Tylko, że nigdy nie jest to łatwe. Najpierw szukamy celu. Wielokrotnie zmieniamy drogę. W ostateczności decydujemy się iść boso. A kiedy już ujrzymy kres wędrówki, nagle okazuje się, że to nie było to, czego szukaliśmy. W taką podróż zabrała mnie ostatnio Kristin Kusek Lewis, amerykańska dziennikarka, która napisała poruszającą powieść pt. „Szczęściara”. Jak wiecie, życie często zamiast trochę popchnąć do przodu… stawia przed nami jeszcze większe przeszkody. Których, stojąc z boku, po prostu nie widać. Mamy wrażenie, że nasi znajomi wiodą życie sto razy lepsze od tego naszego. Ale często jest to po prostu pozór. Taka cisza przed burzą. Nie zdążysz domknąć okien przed kolejnym grzmotem. Autorka pisze o problemach, które przez lata były zamiatane pod dywan. Aż w końcu uzbierał się pod nim tak spory kurz, że aż zaczął niebezpiecznie wychodzić na wierzch. Jedną z bohaterek książki jest Kate. Bezpośrednia, szczera, wysoka, szczupła, piękna, z bogatej rodziny. Wyszła za mąż za prawnika, który chce wejść w świat polityki. Obecnie kandyduje na stanowisko gubernatora. Ale kto wie? Może w przyszłości pokusi się również i o fotel prezydencki? Kate nie chciała wieść takiego życia. Odpowiadała jej praca dziennikarki, z której musiała zrezygnować, w czasie trwania kampanii wyborczej. Przytłoczona tempem, w jakim zaczyna żyć jej mąż, jest coraz bardziej nieszczęśliwa. Czy wróci na drogę, która dawała jej spełnienie? Amy jest jedną z osób, których nie potrafię zrozumieć. Ale gdybym była na jej miejscu… Nie. Jednak nie umiem sobie wyobrazić, jak postąpiłabym żyjąc jej życiem. Z jednej strony jest to najżyczliwsza osoba, jaką kiedykolwiek przedstawiono mi w książce. Z drugiej strony skrywa tyle tajemnic, że aż trudno uwierzyć, że osoba, która studiowała psychologię, dała zapędzić się w kozi róg. Nie chcąc robić z jej historii spoilera, mam nadzieję, że Wy będzie umieli zrozumieć decyzje, których dopuściła się Amy… I nasz narrator, czyli Wawerly. Jako jedyna z tej trójki nie wzięła ślubu. Mimo że od 10 lat budzi się i zasypia obok Larrego, nie potrafi być z nim do końca szczera. Mogłabym powiedzieć, że jest trochę jak ja. Samowystarczalna, która woli udzielać pomocy niż o nią prosić. Która boi się, że jeśli powie o tym jedynym uszkodzonym elemencie, to cała konstrukcja nagle zacznie się rozpadać. I później nie zostanie jej nic. Więc brnie w swoje idee sama. Czy zdoła kiedykolwiek zdobyć się na prawdę? Ha, oto jest hamletowskie pytanie. Przyznam, że książka pochłonęła mnie bez reszty. Chociaż początek wydawał się nieco za długi i nużący, przeczytałam ją raptem w dwa dni. Nie jest to u mnie jakiś specjalny wyczyn. Ale z pewnością nie siedziałabym do pierwszej w nocy nad powieścią, która nie trafiałaby w kubki smakowe mojego wrażliwego podniebienia. Chociaż „Szczęściara” przez długi czas ma niewiele wspólnego ze szczęściem, porusza trudne i drażliwe problemy. Sprawia, że zaczynamy się zastanawiać, czy nasze życie faktycznie jest takie puste i nieszczęśliwe, czy też patrzymy na nie po prostu ze złej perspektywy. Bo przecież często tak jest, że stawiamy przed sobą osoby, którym zazdrościmy wszelakich sukcesów i przy których wydajemy się być nic nieznaczącymi mrówkami. Sami sobie stawiamy poprzeczki, które nie przynoszą nam szczęścia, nawet gdy przeskakujemy ponad nimi. Jest takie stare porzekadło: „prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie”. I właśnie o tym przypomina nam ta książka. Że po to są przyjaciele, by w trudnej chwili nie tylko pogłaskać po głowie i powiedzieć: będzie dobrze. Ale i kopnąć jak najmocniej w tyłek, by człowiek mógł się otrząsnąć z własnej głupoty. Katarzyna Sternalska

Przyjaciel jest trochę jak brat, musi Cię w końcu kopnąć w tyłek, byś mógł się otrząsnąć. 65


66


Stopka redakcyjna Profile autorów:

Anaris http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=34 Bohdan http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=50 bury_wilk http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=8 eyesOFsoul http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=167 GaPa http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=86 Helena Chaos http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=2 Izolda Youkali http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=27 jahusz http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=16 malawiedzma http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=78 Marcin Sz http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=70 podstuwak http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=87 Rafał Sala http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=285 stary krab http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=139 tentyp http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=67 Tjereszkowa http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=37 Tomek i Agatka http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=93 unplugged http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=57 Zachary Ann http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=14 zochanodon http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=76

Skład:

Agata Sienkiewicz

Fotografia na okładce: Katarzyna Radziej

Wszystkie teksty zamieszczone w „Herbasencji“ są własnością ich autorów i podlegają ustawie o prawie autorskim. Jeśli chcesz je w jakiś sposób wykorzystać, musisz najpierw poprosić autora o zgodę. „Herbasencja“ jest darmowym magazynem portalu www.herbatkauheleny.pl, możesz go ściągać, rozprowadzać i czytać bez żadnych obaw ;)

www.herbatkauheleny.pl

67


Herbasencja - listopad 2013  

Zbiór najlepszych wierszy i opowiadań z portalu "Herbatka u Heleny", wzbogacony recenzjami książek.

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you