Page 1


Spis treści Marudzenie Helli 3 Poezja

Marcin Lenartowicz „kwiaty jak relikwie“ (the.Otyk) 5 Władysław Ryś Rójka 6 Patryk Przybyłowski kazania uliczne (kazanie pomiędzy) 7 Katarzyna Sternalska [podrażnienia] 8 liścik 8 Marcin Sztelak Bajki o stumilowych 9 Studium porównawcze 10 Banalny brak miejsca na marginesach 10 Nowy subtelny styl 11 Zupa z cykuty 11 Krystian Stefanowski łkamgina 12

W saloniku

Laureat konkursu urodzinowego Agnieszka Wasilewska Na wesoło 13

Proza

Tomasz Borkowski Janusz 14 Krzysztof Baranowski Najgorszy bard w mieście 16 Tomasz Zawada Topienie 22 Andrzej Trybuła Polowanie na Fritza Lange 24 Agata Sienkiewicz Przeze mnie droga... 42

Recenzja

Haruki Murakami „Norwegian Wood“ (Katarzyna Sternalska) 57

2


Marudzenie Helli Mam tremę. Naprawdę. Nie co do samego wstępu, ale odnośnie całej Herbasencji. Jak już zauważyliście, uderzyłam w zupełnie inną nutę, czyli urządziłam miesięcznik po swojemu. Może się podobać lub nie, ale, tradycyjnie, odnośnie szaty graficznej akceptuję jedynie pochwały ;) Od tego numeru zrywamy także z ukrywaniem autorów pod pseudonimami. Przecież trafiają tu opowiadania i wiersze, które grono naszych portalowiczów uznała za najbardziej warte przeczytania. Tu nie ma miejsca na wstyd i tajniaczenie. Trzeba z odwagą i godnością stanąć przed lustrem, spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć: Tak, moje teksty podobają się ludziom; nie będę się wstydził do nich przyznać. (To tak na zaś, do tych wszystkich autorów, którzy kiedyś w przyszłosci będą próbowali odmówić publikacji w naszym miesięczniku, ze wzgledu na konieczność przyznania się do autorstwa...). Tak więc przed Wami najlepsze teksty lipca. Na naszych łamach po raz pierwszy Tomasz Zawada, znany w otchłani internetu jako Eferelin Rand oraz Katarzyna Sternalska w roli recenzentki. Nie wątpię, że lektura będzie co najmniej miła, więc życzę dużo czasu i idealnych warunków na czytanie. Helena Chaos

Hella tu była! Kalendarz 20.08.2013 (wtorek)

ostatni dzień zbierania drabbli na Po-sto-słowie, temat „Skandal“ ostatni dzień zbierania haiku na Ohayo Gozaimasu, temat „Czerwony kapturek“

31.08.2013 (piątek)

ostatni dzień zbierania prac w konkursie „Country fantasy, czyli nasza polska fantastyczna wieś!“ ostatni dzień zbierania prac w konkursie „Mistrz i uczeń“ ostatni dzień „Sierpnia dla debiutantów“ ostatni dzień na zgłaszanie propozycji do sierpniowej „Herbasencji“

1.09.2013 (sobota)

rozpoczęcie zapisów do „Limerykowych pojedynków“

3


Marcin Lenartowicz (unplugged) Marcin Lenartowicz - Urodzony w Babilonie, w roku kota. Astygmatyk. Nie bez powodu nie opuszczający nigdy/przenigdy hermetycznych piwnic, czy najciemniejszych zakamarków pokoju, gdzie nie dociera żadne światło, a dźwięki zdają się być wyłącznie wyobraźnią. Koszmarem. Laureat wielu nieistniejących jeszcze nagród literackich, w tym Archanioła za rdzę. Doceniany głównie w pręgach, za nieposłuszeństwo, chęć do picia i nos - rosnący coraz bardziej w miarę rozwoju wypadków. Jeśli spotkasz go kiedyś na ulicy, pochyl głowę - to prawdopodobnie będzie ostatni ptak.

„kwiaty jak relikwie“ (the.Otyk) kwiecistość opada nam na ramiona niepokalana żadnym poczęciem dziś nawet spóźnienia nie są wiarygodne i narażają nas na zgubny wpływ pełń gdybym zdołał chociaż zdmuchnąć piasek spomiędzy włosów litanie brzmiały donośniej wraz z każdym oddechem kierowanym ku wolności wrzasków

*** drzewa na których siedzą oparte ręce przeczesują plażę korzeniami umykając tym samym turystom z aparatami zamiast przegubów obu rąk a my schowani za płaszczem z szyszek odpinamy od gałęzi świetliki

trawy chyliły ku nam swoje oczy klaskając o siebie łapkami w niemym zachwycie nad sprawnością dokonań

możemy wciąż jeszcze zamienić się w dąb

zwierzęta zmierzałyby w przeciwną stronę i szturchały nas pyskami budząc tym samym uśpione zamglenia

08.08.2010 Theoli Liium.

niekończącej się więzi

5


Władysław Ryś (stary krab) Urodził się w Zawadzie k/Nowego Sącza jeszcze przed II. Wojną Światową. Wyrósł w Beskidzie Wyspowym, studia rolnicze skończył w Krakowie, mieszka w Tarnowie. Na emeryturze zamarzył mu się powrót w czasy dzieciństwa, strony rodzinne, górskie krajobrazy. Czyni to pisząc rymowane wiersze, stosowane często w poezji ludowej, mające znamiona użytkowości i okazjonalności. Wiele w nich pogody i prostoty, także wrażliwości na szczegóły topograficzne i kulturowe. Część z nich dedykowana jest konkretnym osobom, członkom rodziny, przyjacielowi, później także poetom, których twórczość jest mu szczególnie bliska. W tym stylu wydaje dwa tomiki wierszy, w 1999 roku „Położę kwiat skromny“, zaś rok później „Mlecz to mniszek, mniszek - maj“. Otwarty na krytykę, publikuje swoje utwory m. in. w „Nieszufladzie“, „Poezji polskiej“, także w „Fabrica Librorum“. W roku 2003 wydaje zbiorek wierszy „Rozpogodzenia“ i wreszcie w 2007 - „Dwugłos“. Jego utwory drukowane były też w czasopismach, jak Akant, Angora, Iskra czy Kozirynek oraz w almanachach konkursowych czy zbiorowych antologiach, firmowanych przez internetowe portale poetyckie i literackie. Najchętniej wkleja jednak swoje wiersze na literackich forach, gdzie spotyka się z podobnymi pasjonatami poezji i innych, krótkich zwłaszcza form literackich.

Jakie etiudy i serenady wyzwolić mogą skrzydła owadzie! Rójka Są mateczniki na plastra skraju, piękne, dorodne, jak z podręcznika. Najstarsze pszczoły przy nich zostają młodsze z królową za chwilę znikną.

Jakie etiudy i serenady wyzwolić mogą skrzydła owadzie! Czarowne dźwięki tej eskapady usłyszeć możesz, gdy jesteś w sadzie.

Zwiad uczyniły, gdzie poszybować, zapasy wzięły z rodzinnych kadzi. Czekają, kiedy stara królowa na nową drogę je poprowadzi.

Na rozwidleniu młodej jabłoni zawisły kłębu czarnym pachnidłem. Mama już biegnie z rojnicą w dłoni, w drugiej okurzacz ma i kropidło.

Nagle z wylotu, w szyku promiennym, tysiąc wektorów tryumfem błyska. Ten wąż gwieździsty, ten smok weselny to pszczela rójka, co właśnie „wyszła“.

Skropiła rójkę i odymiła, i jednym wstrząsem zrzuca do skrzynki. Już pod przykryciem uchodźców trzyma. I pszczele żądła wyjmuje z ręki.

6


Patryk Przybyłowski (Zachary Ann) Lat: 22. Nie lubi: dużych miast, głupoty, gimbazy, etc. Lubi: muzykę, instrumenty, cynamon, K., kłamać, wymyślać i być chłopcem. Od 2010 roku próbuje pisać wiersze. Specjalista od niedokończonych opowiadań. Na Herbatce u Heleny obecny od fazy beta testów.

kazania uliczne (kazanie pomiędzy) po deszczu przychodzi czas na tlące się zapałki przyrzekam stać na straży słów prawdziwego miasta *** nie oddycham. nie ma potrzeby, która kazałaby zmusić się do aktów czysto prozaicznych. podobno to nie miejsce na poezję - przeklinamy coraz więcej słów rażących nas w oczy. patrzymy przed siebie. kradzieże i gwałty w bocznych uliczkach; lepiej unikać odpowiedzialności za trochę więcej. wchodzimy do szkoły. wmawiam: te dziewczyny dorosły już do macierzyństwa, ci chłopcy nie działają pod wpływem chwili. *** kłamstwa w kościele modlitwy za ofiary życia które nie jeżdżą najnowszym AUDI spoczywajmy w biedzie (l)amen(t)

7


Katarzyna Sternalska (eyesOFsoul) Rocznik ‘90. Urodzona w Wadowicach. Z wykształcenia bezrobotny dziennikarz. Zawodowo technik ekonomista i specjalista ds. logistyki. Uzależniona od filmów, książek, kawy i snu. Jej wirtualne narodziny datuje się na październik 2009 roku. Od tamtego czasu buja w obłokach i pisze. Często bezsensu, dlatego w przyszłości planuje wydać… się tylko za mąż. Nazywa siebie aforyżystką (nie mylić z aferzystką), bo na koncie ma około ośmiuset myśli i aforyzmów.

[podrażnienia] patrzysz jakbym była jednym z tych kamieni z pobocza. wytrącone, tak bardzo pragną ugiąć się pod ciężarem. zdusić ból, odciskając ślad na asfalcie. a przecież leżę tylko na podłodze. nocą. czekam aż po mnie przejedziesz. bez bajek. że blizny? to nic. można je wyrzygać. wiesz? i w końcu zapomnieć.

liścik Musisz zobaczyć granat moich paznokci, zatopić się w ich intensywność. K. podpisuje się literą. jakby świat został zepchnięty do inicjału. mówił więcej, skracając strony do kilku linii papilarnych, które chcą pozostawić ciepły ślad na szybie. możesz go dotknąć. wziąć w ramiona. nawet nieść na barkach, jeśli uniesiesz.

a przecież leżę tylko na podłodze. nocą. czekam aż po mnie przejedziesz. bez bajek. 8


Marcin Sztelak (Marcin Sz) Urodzony w 1975 roku, obecnie mieszka we Wrocławiu. Interesuje się poezją i ogólnie literaturą, historią, szczególnie starożytną. Pisze od zamierzchłych czasów podstawówki, ale na ujawnienie zdecydował się około 4 lat temu. Członek Grupy Poetyckiej Wars, uczestnik II Warsztatów Poetyckich Salonu Literackiego w Turowie oraz 18 Warsztatów Literackich Biura Literackiego we Wrocławiu. Jak na razie najpoważniejszym osiągnięciami są: wyróżnienie w XVII Konkursie Poetyckim im. Marii Pawlikowskiej-Jasnorzew-skiej i VI Ogólnopolskim Konkursie „O Wawrzyn Sądecczyzny“, oraz wyróżnienie w III Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim „O granitową strzałę”, wyróżnienie w VIII Ogólnopolskim Konkursie Literackim „O Kwiat Azalii”, wyróżnienie w VII Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Zdzisława Morawskiego. Jeden z ośmiu finalistów V OKP „O granitową strzałę”. Jego wiersze drukowano w tomikach pokonkursowych oraz almanachach. W grudniu 2012 roku został wydany jego debiutancki tomik pt. „Nieunikniona zmiana smaku” (nakładem krakowskiego wydawnictwa Miniatura).

Bajki o stumilowych Bezpańscy święci tańczą menueta na zakrystii. Szulerzy piją kwaśne wino z czereśni, szklane kule pokazują przyszłość - najbliższą. Martwi mężczyźni spożywają zatrute jabłka licząc na zmartwychwstanie w ramionach księżniczki. Ta ostatnia na ziarnku pszenicy wzbudza nieuzasadnioną litość. Myszy zjadły domek z piernika, na deser po Popielu. Głupi Jasiu zrobił graal ze starej miski, smok popełnia samobójstwo, kieliszek po kieliszku.

Na łebku od szpilki siedzą urodzeni w złym humorze, zapisują bajki bez morału. Papier cały w plamach wątrobowych - zniesie wszystko. Można by oddać królestwo za buty i sny o pięknych kobietach, cóż kiedy to tylko ostatni etap opętania. Albo pierwszy konwersji. Na całkiem inną stronę tego, co zwykliśmy nazywać życiem.

Na łebku od szpilki siedzą urodzeni w złym humorze, zapisują bajki bez morału. 9


Studium porównawcze I. Stratygrafie ludów pierwotnych:

II. Elizjum:

Po pierwsze kaligrafia naskalna, niedokończony zbiór znaczków alfabetu. Rozrzucony w drodze.

Idealna broń masowego rażenia w cenie kilku pustych żołądków. Czy kilkunastu milionów. Nie czas sprzeczać się o liczby.

Po drugie ostraki zgarnięte na kupkę, zaschłe liście nienazwanych kalendarzy. Nigdy nieprzeliczone imiona.

Oszczędni w słowa żyją dłużej, na najszczęśliwszym ze światów. Albo łez padole.

Leksyki tkwiące w przekrojach warstwowych.

Semantyka tkwiąca w szczegółach.

Zresztą przeczytałem już siebie do ostatniej linijki, teraz wezmę w cudzysłów. Banalny brak miejsca na marginesach A żaba - pierwsza tajemnica wieczoru. Lektura w wannie, płynne czytanie wznosi ponad poziomy. Później wtórna dysleksja ze współudziałem mopa. Winny. Jak najbardziej - prawie że sąd ostateczny, chciałoby się powiedzieć. Mimowolnie zahaczając o bluźnierstwo, szczególnie jeśli za oknem upływ godzin wyznaczają panie dość lekkich obyczajów.

Do tego bez wiary w klienta, szlifują bruki rutynowym kołysaniem bioder. Gdzieś tam samobójcy spijają łzy nad pierwszą męską decyzją. Nieskutecznie. Zresztą przeczytałem już siebie do ostatniej linijki, teraz wezmę w cudzysłów. Kropka albo gwóźdź programu. Jeszcze tylko znaki niedrukowalne; jakieś osiemdziesiąt procent. Ale nad tym kurtyna milczenia. Ene, due, rabe, połknął bocian - w ostatnim słowie.

10


Nowy subtelny styl O dawco orgazmów - modlą się samotne kobiety unikając wzroku mężczyzn, którzy może by i mogli, jednak bezpretensjonalnie, z butami w pościel, nie mieści się w ramach samopomocy sąsiedzkiej. Więc pozostają ćwiczenia na dwie ręce z poezji, jak najbardziej miłosnej. Bez cienia erotyzmu, aby nikt nie posądził o wyuzdanie. Albo gorszą stronę marzeń.

To takie wulgarne, ale przynajmniej raz w miesiącu, nie musi być dobrze - modlą się samotni mężczyźni, paląc na klatce ostatniego papierosa na dzisiaj. Niedziela, godzina dwudziesta czwarta. Koniec, załóżmy tygodnia.

Czas złych przypadków, nawet jeśli to całe życie, zawsze ma swoje zakończenie. Szczególnie w czterech ścianach. Pomiędzy łóżkiem, butelką wina i wyszywaną serwetką.

Więc pozostają ćwiczenia na dwie ręce z poezji, jak najbardziej miłosnej. Zupa z cykuty Mamuty powymierały - fakt niezbity, w tej sytuacji pozostała perfekcja i harmonia kół. Mimo to Archimedes nie żyje, lub jest ciężko ranny. W Syrakuzach feta - jałowe ziemie urodziły kiść winogron. Sycylijskie odbiera rozum w pełnym słońcu.

Nie jesteśmy gatunkiem zagrożonym - fakt niezbity, w tej sytuacji łatwo uwierzyć w podeszły wiek Pitagorasa. Lecimy w kosmos, tam także sprawdzą się prawa starożytnych. Szczególnie że nie ma, nie było i nie będzie żadnych Marsjan.

Z trzaskiem płoną świątynie, na zgliszczach szaleni filozofowie poszukują Sokratesa, chociaż jego uczniów.

11


Krystian Stefanowski (ks_hp) Znany w internetowym świecie literackim pod pseudonimem ks_hp. Urodzony w 1992 roku w Pyskowicach, obecnie zamieszkały w Krakowie w związku z rozpoczęciem studiów na kierunku informacja naukowa i bibliotekoznawstwo na UJ. Wiązał się z różnymi portalami literackimi. Pisze od paru lat, wyłącznie poezję. Słucha muzyki klasycznej oraz alternatywnej. Czyta powieści filozoficznopsychologiczne bezpośrednio dotykające natury człowieka. Ulubioną prozatorką jest Jeanette Winterson, poetką - Sylvia Plath. Nie uznając żadnych barier, marzy o Nagrodzie Nobla w kategorii literatury.

Zgasły latarnie, świt zapala morską. łkamgina cykl: szklane bomy Obnażam się. Wyjęty z klatki jak nowa Ewa, w gorejące ciernie nocy. Gorsza część mnie - sześć i pół żebra, jabłczywe serce nadgryzione do pestek. Było gorzko, póki nie wyciągnął. Rozwietrzył paroksyzmy w swąd sadonizmów. Nie wiem, jak to jest czuć język Boga w sobie zawsze jedynie wizje, niesmak. Uśmiech, pozostałość po rozciąganiu czaszki w próbie ukojenia świadomości. Wąż uwodzi na podroszenie; zrzuca skórę i zaraz przyobrasta w kolejną. Penetruje jamy. Zacieram ból przyjemnością; będzie trzeba wyssać jad, aż język zdrętwieje. Zrealizować dotyk do dna palców. Migotanie, głęboka czerń przełyku. Zgasły latarnie, świt zapala morską. Potrzebuję jedynie dotrzeć do miejsca, gdzie zasnę z tym prawdziwym bólem na podgardlu. Z myślą,

12


Agnieszka Wasilewska (snowflake) Od dwudziestu lat mieszkam w Melbourne. Moją pasją jest czytanie książek, zwłaszcze autobiografii. W pisaniu dopiero raczkuję. „Na wesoło“ napisałam dla zabawy‚ chciałam opisać jak najwięcej salonikowych użytkowników.

u k i n alo

Ws

Laureat konkursu urodzinowego

Na wesoło W saloniku, przy herbatce siedzi Helena w czarnej halce. głaszcze kota, ściska piąstki -Gdzie są nowe teksty, nowe wątki?

Stary Krab nowy wiersz rymuje. Wujek Julek niespodziankę szykuje. Miki i Snowflake tłuką się po głowie -To ja muszę wygrać po-sto-słowie!

Bury wilk na tronie leży, ze złotym medalem, zęby szczerzy. -Jestem mistrzem - woła od ranka, -Słudzy, przynieście mi baranka!

Zgasło światło, wysadziło korki, to unplugged wyszedł z norki. Gburowaty, żyje w dumie jego słów nikt nie rozumie.

Alice Rossi Helenę szkicuje, Eyes of Soul czasu pilnuje, -Nowy quiz, nowe pytanie muszę znowu wygrać to zadanie.

Wielki Kreator z niebios zstępuje, w skromne progi saloniku wstępuje. -Dziś są nasze pierwsze urodziny miejcie ludzie weselsze miny!

Anaris w kącie lamentuje -Ludzie, „uje“ się nie kreskuje, gdzie są te wszystkie przecinki? W diabły poszły moje zaimki.

Czas muzykę dobrą włączyć i herbatkę smaczną sączyć. Pora Helenie pogratulować wszystkie spory anulować.

13


Tomasz Borkowski (zochanodon) Urodził się w 1965 roku. Z zawodu archeolog. Mieszka we Wrocławiu. Jest autorem opowiadań oraz książek: „Irlandia Jones poszukiwany. Wynurzenia ciała z bagien”, „Trupa” oraz redaktorem książki „Człowiek spotyka psa”.

Janusz

miniatura

W mieście W. przy ulicy P. mieszkał sobie stary zegarmistrz Józef Zwiało, syn Grzegorza i Heleny, zamieszkały we Wrocławiu przy ulicy Piłsudskiego 66/15. Miał mały zakład przy tej samej ulicy. Na jednej z żółtych ścian wisiał tam zakurzony dyplom mistrzowski. Na pozostałych kilka zepsutych zegarów z kukułką. Znajdowało się tam jeszcze biurko - rówieśnik dyplomu i przykręcona do niego lampa z blaszanym abażurem. W szufladzie Józef Zwiało trzymał kilka ręcznych zegarków i różne narzędzia. Jego zakład wyglądał szaro i biednie. Sam właściciel także. Miał coraz mniej zamówień, bo pracował bardzo powoli. Był już tak stary, że widział tylko strasznie małe przedmioty. Bez trudu mógłby znaleźć igłę w stogu siana, pod warunkiem, że ktoś by mu pokazał stóg. Zdarza się jednak często, że żniwa się kończą. Przychodzi jesień. Zaczynają padać zimne deszcze i wiać chłodne wiatry. Większość ptaków wyprawia się wtedy do ciepłych krajów. Lecą stada gęsi podzwaniając kluczami od gniazd, do których powrócą wiosną. Lecą boćki, lecą jaskółki. Odlatują także kukułki. I zdarzyło się owej jesieni, że jedna, na pozór cwana kukułka imieniem Janusz, przelatywała ze znaczną prędkością ulicą Piłsudskiego. Bystry wzrok sprytnego ptaszka padł na wiszące na żółtej ścianie zegary i w jednej chwili w jego głowie zalągł się plan, że co on będzie się męczył i leciał do Afryki, gdzie tylko czyhają krokodyle. Schowa się w jednym z zegarów i przeczeka do wiosny. Dodatkowym bodźcem do podjęcia tej niezwykłej decyzji było to, że z brązowej teczki leżącej na biurku wystawały bardzo apetyczne kanapki z serem. Jak pomyślał, tak zrobił. W zegarze było znacznie ciemniej niż na Czarnym Lądzie. Drewniana kukułka wcale się nie ruszała. Tryby mechanizmu też. Józef Zwiało poświęcał swój czas naprawie ręcznego zegarka „Wostok“ i nawet do głowy mu nie przyszło, że jest obserwowany. Nadeszła zima. Józef Zwiało nadal reperował „Wostoka“. Janusz dużo spał i dużo marzył. Czasem cichaczem wylatywał i wyjadał zegarmistrzowi biały ser z kanapek. Potem wracał do siebie i skakał sobie dla zabawy po trybikach. Czas płynął leniwie, ale Janusz nie nudził się. Wręcz przeciwnie - był bardzo zadowolony, że wpadł na tak genialny pomysł. Przytył i zmężniał. Postanowił, że od tej pory każdą zimę będzie spędzał u zegarmistrza. I myślał, że jest strasznie cwany. Bo kukułki to są niby takie ptaki-cwaniaki. Podrzucają swoje jaja do gniazd innych ptaków i zamiast troszczyć się o pisklęta, mogą sobie całymi dniami kukać. A prawda jest nieco inna - kukułki mają po prostu dwie lewe łapki i są straszne psuje. Zdarza się

14


bardzo rzadko, że próbują zbudować gniazdo. I co z tego wychodzi? Nic, a jeszcze do tego zepsują drzewo. I może to i lepiej, bo gdyby same wychowywały potomstwo, to mogłyby je wykierować na żuli, albo jakichś cholernych lelków kozodojów. Janusz nie był żadną wyjątkową kukułką. Skakał i skakał po trybikach, aż w końcu oczywiście coś zepsuł - cichy dotychczas zegar nagle ożył. Zaczął skrzypieć i zgrzytać. Wahadło się zawahało, kukułka się rozkukała. Ta drewniana, naturalnie. A Januszowi wkręciło w tryby piórko z ogona. Wyrwał się jakoś i uciekł do drugiego zegara, a ten pierwszy chodził jak nakręcony. Józef Zwiało niemało się zdziwił. - Cud! - mruknął do siebie. Ponaciągał szyszki, ustawił wskazówki i powrócił do „Wostoka“. Potem przyszedł klient, zabrał naprawiony - jak się okazało - zegar, zapłacił i odszedł wielce zadowolony. A po miesiącu Janusz napsocił w drugim zegarze. Coś tam nacisnął, coś pociągnął - sam nie wiedział co. I werk zaczął działać. Wtedy uciekł do trzeciego. Józef Zwiało nadal niczego się nie domyślał i w związku z tym zaczął wierzyć w cuda, a jego sława jako wybitnego naprawiacza zegarów z kukułką rosła. Za zarobione pieniądze kupił sobie nawet nowe spodnie. A ludzie przynosili coraz więcej zegarów, Janusz miał więc dokąd uciekać, kiedy znowu coś nabroił. Miał już nawet plan na wypadek gdyby zegarmistrz go przyłapał: zamierzał udawać, że jest z drewna, a gdyby sztuczka się nie udała, chciał się przyznać do wszystkiego i przysięgać, że zrobił to niechcący. To ostatnie było akurat prawdą - niechcący psuł zegary. A że były to zegary zepsute, więc psuł uszkodzenia, czyli w rezultacie naprawiał. Wiosna była jeszcze daleko, na razie żyli więc długo i szczęśliwie.

15


Krzysztof Baranowski (baranek) Znamy się mało… …więc może ja bym powiedział parę słów o sobie… …najpierw. Urodziłem się… …urodziłem się w Mrągowie… …w 1969 roku… …w sierpniu… …znaczy, w połowie sierpnia… …w drugiej połowie sierpnia, właściwie. Dokładnie – 18 sierpnia. No, to tyle może o sobie… …na początek. Do znalezienie na: http://baranekwsieci.blogspot.com/

fantastyka Najgorszy bard w mieście Leluja było miastem. Prawda, że niezbyt wielkim. Prawda, że nieco może zapyziałym. Ale jednak miastem. Miało mury miejskie i aż dwie miejskie bramy. Południową i Tę Od Borów Tamcholskich. Miało również strażnika. Jednego, przy bramie Południowej. Ta Od Borów Tamcholskich była tak zardzewiała, że nie dawała się otworzyć. Nie było więc sensu jej strzec. Miało Rynek i stojący przy nim ratusz, w którym rezydował Burmistrz i Rada Miejska, złożona z żony Burmistrza. Miało budynek sądu i więzienie, z bogato wyposażoną izbą tortur. Brakowało jedynie sędziego i kata. Co w sumie nie stanowiło specjalnego problemu, gdyż i tak wszelkie spory natury prawnej, od stuleci, rozwiązywano za pomocą spontanicznych i barwnych (głównie czerwienią) samosądów. Miało doskonale prosperującą faktorię handlową i „Gospodę“, nie mającą sobie równych w całym kraju. Co nie zawsze i nie przez wszystkich odczytywane było jako komplement. Miało kuźnię, od świtu do zmierzchu tętniącą życiem. Miało łaźnię, która życiem tętniła od zmierzchu do świtania i której pracownice, zwane eufemistycznie „łaziebnymi“, oferowały klientom szeroki wachlarz usług, znacznie wykraczający poza zwyczajowe mycie pleców. Oferowały także równie szeroki wachlarz, bardzo czasami egzotycznych, chorób wenerycznych. Co z kolei dostarczało zajęcia miejscowemu medykowi.

16


Miasto posiadało bowiem własnego medyka. Oraz balwierza, rymarza, snycerza i wielu innych zacnych rzemieślników, zrzeszonych w ogólnokrajowych cechach. A nawet czarownicę, która co prawda do żadnego cechu nie należała, ale potrafiła rzucać pierwszorzędne uroki. Tak, tak, można tu było znaleźć wszystko, co niezbędne jest miastu do prawidłowego funkcjonowania. No, powiedzmy po prostu - do funkcjonowania. Ale przede wszystkim Leluja miało swoją Historię. Zawinięta pieczołowicie w miękko wyprawione skóry cielęce, spoczywała w specjalnym kufrze, w domu Burmistrza. Wyciągana przy okazji szczególnie uroczystych świąt (takich jak na przykład rocznica założenia miasta) i odczytywana głośno na rynku, stanowiła chlubę mieszkańców Leluja. I chociaż wszyscy znali ją na pamięć, mogli godzinami słuchać o krwawej Wojnie Magów, czy najeździe okrutnej Dzikiej Hordy. Były to opowieści mroczne i przejmujące grozą. I, przyznać trzeba, nieco podkoloryzowane. Prawdziwa Wojna Magów wybuchła gdy Czarny Alvin oskarżył Mrocznego Alfreda o kradzież wyjątkowo skomplikowanego zaklęcia. Trwała prawie siedem minut i zakończyła się podbitym okiem (Alvin) i krwawieniem z nosa (Alfred) oraz głęboką, wzajemną niechęcią obu przeciwników. Jeśli zaś chodzi o najazd Dzikiej Hordy, to podobno wcale nie była taka dzika, jak mówiono. Do samego końca, mając już stryczek na szyi, zapewniała, że nie miała wcale złych zamiarów, że po prostu zboczyła ze szlaku i chciała jedynie zapytać o drogę. Któż jednak słuchałby wyjaśnień odzianej w skóry i uzbrojonej po zęby Amazonki? Horda zadyndała na rynku, ku przestrodze innym potencjalnym najeźdźcom. Cóż, lelujscy kronikarze poważnie traktowali hasło: „To my, dzisiaj, tworzymy historię“. Tworzyli więc historię jak chcieli i kiedy chcieli. Co, od pewnego czasu, i tak nie miało większego znaczenia. Coraz więcej rzeczy traciło na znaczeniu, w mieście bowiem pojawił się Jeremiasz. *** „już cie nie kocham Konradzie“ krzykła „zbyt wiele nas dzieli“ odeszła, on został w nieładzie i w zmiętej miłościo pościeli *** Kurdesz nie był właściwie złym człowiekiem. Owszem, bywało czasami, że mijał się z prawdą. Jednakże tylko wtedy, gdy coś mówił. Nie przywiązywał również szczególnej wagi do świętego prawa własności. Chyba, że była to jego własność. Zdarzało mu się kopać leżących. Zwłaszcza, gdy byli już nieprzytomni i nic nie wskazywało na to, że szybko się podniosą. Ale kiedy miał kopać, skoro bogowie obdarzyli go wzrostem siedzącego psa i muskulaturą chorego na suchoty wróbla? W bogów zresztą, na dobrą sprawę, też nie wierzył. Tylko nie wypowiadał się głośno na ich temat. Ot tak, na wszelki wypadek. No i oszukiwał przy grze w kości. Niewiele mu to pomagało, zwykle i tak przegrywał, no ale jednak. Tym niemniej, jak już wspomniałem, nie był złym człowiekiem. Nigdy, na przykład, nie miał ochoty nikogo zabić. Dopóki nie usłyszał Jeremiasza. *** i zerkła na niego ckliwie, i serce jej jak nie puknie, a on całuje jom chciwie i wpycha rence pod suknie

17


*** Hufnal Barbarzyńca był... no co tu dużo gadać, był barbarzyńcą z dalekiej północy. Przebywając od czternastu lat w Mieście nabrał co prawda nieco ogłady, ale natury nie da się oszukać. Co z tego, że zaczął nosić sandały i przepaskę biodrową? Co z tego, że nie zabijał każdego napotkanego mężczyzny, nie podpalał każdego mijanego domu i nie gwałcił każdej kobiety w zasięgu, że tak powiem, ręki? Co z tego, że nocami, w zaciszu swojej komnaty, przy słabym świetle migoczącej świecy, z wypiekami na twarzy, czytywał wzruszające powieści Stallowej Danielli? Dalej mówił ze śmiesznym akcentem, pluł na podłogę „Gospody“, żarł jak prosię i pił olbrzymie ilości podłego piwa. Naprawdę olbrzymie, nawet przy założeniu, że połowę rozlewał. Fakt, wielu miejscowych, urodzonych i wychowanych w mieście zachowywało się podobnie. Z tym, że oni robili to w sposób cywilizowany. A Hufnal dzikusem się urodził i dzikusem pozostał. Nawet on sam czuł, że barbarzyńskie instynkty drzemiące gdzieś na dnie jego duszy, w każdej chwili mogą się obudzić. Szczególnie, gdy słuchał Jeremiasza. *** „powiedz czy kochasz mię miła?“ pyta, a na to ta szmata: „szczała miłości chibiła, dziś kocham twojego brata“ *** Kochaś lubił mawiać o sobie, że bogowie stworzyli go do miłości. To samo mówiły wszystkie okoliczne, mało ortodoksyjne, mężatki. No, prawie wszystkie, bo żona kowala, w trakcie wykonywania jednej z wymyślonych przez Kochasia miłosnych akrobacji, zwichnęła szczękę i mówić w ogóle nie mogła. Co zresztą nie przeszkadzało ani jej, ani Kochasiowi. Ani nawet kowalowi, który święcie wierzył, że żona spadła ze schodów, a który po całym dniu spędzonym w kuźni cenił sobie spokój i przede wszystkim ciszę domowego ogniska. Kochaś wszystko co robił, robił z miłości i dla miłości. Bo te parę dukatów, które inkasował od każdej z zadowolonych kobiet, to przecież w dzisiejszych czasach żadne pieniądze. Ostatnio jednak, coraz częściej zdarzało się, że Kochasiowi... Że Kochaś nie stawał na wysokości zadania. Nie pomagały żadne wschodnie techniki, żadne (najczęściej również wschodnie) afrodyzjaki. Na próżno rozczarowane kobiety szeptały do uszu kochanka miłosne zaklęcia. Na próżno potrząsały mieszkami. Pełnymi monet. Kochaś pozostawał nieczuły zarówno na słowa, jak i na brzęk złota. Bowiem w jego uszach wciąż brzmiały dźwięki pieśni Jeremiasza. *** „muszem ci wyznać ma córko“ rzekła łzy lejąc goronce i gapiąc się na podwórko „Hipolit nie jest twym ojcem“ *** Marcjanna była twardą kobietą. Oczywiście, twardość ta nie dotyczyła anatomii Marcjanny. Jako „łaziebna“ posiadała wszelkie, właściwe swej profesji, miękkości. We właściwych miejscach i w dosko-nałych proporcjach. Za to charakter... Nic nie było w stanie go złamać. Żadne przeciwności

18


losu nie były potrafiły zetrzeć uśmiechu ze ślicznej twarzyczki Marcysi. Nawet powszechna, chociaż w przypadku niektórych mężczyzn niezupełnie szczera, pogarda, którą okazywano w mieście pracownicom łaźni. Harowała w pocie czoła i odkładała wszystkie zarobione pieniądze. Wiedziała, że za dwa, najwyżej trzy lata, będzie mogła przestać zajmować się cudzymi interesami i otworzy własny. Wymarzony, upragniony sklepik z egzotycznymi pachnidłami. Nie, nie w Leluja. W samej stolicy. Ta świadomość sprawiała, że Marcjanna była zawsze w doskonałym humorze. Zawsze rozgadana i roześmiana. Nikt nigdy nie widział jej płaczącej. Dopóki nie usłyszała po raz pierwszy pieśni Jeremiasza. *** „znowu płaczesz? dlaczego? powiedz co ci tak ciąży“ „nie kocham już Damazego, a znowu jestem z nim w ciąży“ *** Barnaba był świetnym oberżystą. Niektórzy, patrząc na szyld jego „Gospody“ zarzucali mu brak fantazji. Ale kiedy później porównywali zawartość swoich misek ze starannie wypisanym na ścianie jadłospisem, zmieniali zdanie. Fantazja Barnaby nie miała granic! Bo tylko człowiek o nieograniczonej wyobraźni mógł nazwać brunatną breję o konsystencji i smaku kleju - „Niebiańską Cielęcą Ambrozją“, a podłego, kwaśnego sikacza - „Przednim Tokajem“. Co dziwne, dewiza Barnaby, że ludzie zjedzą i wypiją każde świństwo, jeśli tylko ładnie się nazywa, sprawdzała się w stu procentach. Każdego dnia, tuż po zmierzchu, główna izba „Gospody“ zapełniała się ludźmi. Żuli z trudem „Delikatną Drobiową Niespodziankę Ze Śliwką“, krzywiąc się niemiłosiernie popijali „Złocistą Małmazję Z Dalekiego Wschodu“ i wszyscy, bez wyjątku wpatrywali się w maleńką scenę, na której zatrudniony przez Barbabę Jeremiasz stroił swój instrument. Wszyscy bowiem czekali na dalszy ciąg pieśni. *** on był raczej słabeusz, ona - dziewucha jak rzepa, czemuż, bogowie, ach czemuż, szczała miłości jest ślepa. *** Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy od bramy Tej Od Borów Tamcholskich. Było to praktycznie niemożliwe, ale ludzie uwielbiają opowiadać niestworzone historie. Tak naprawdę nikt nie widział, kiedy Jeremiasz pojawił się w mieście. Zauważono go dopiero wtedy, gdy po raz pierwszy zagrał w „Gospodzie“ Barnaby. To był pamiętny wieczór. Już tydzień wcześniej na drzwiach „Gospody“ pojawił się, wykonany przez samego Barnabę, afisz informujący o występie“najlepszego barda naszych czasów“. Oraz o dwudziestoprocentowej zniżce na wszystkie trunki. Pragnienie przywiodło do „Gospody“ wielu gości. Rzecz dyskusyjna, czy bardziej pragnęli muzyki, czy tanich napitków. Ważne, że przyszli. A później wracali każdego wieczora. I żaden z nich nie potrafił powiedzieć dlaczego. Już pierwsze dźwięki pieśni Jeremiasza wywarły na widzach piorunujące wrażenie. Wpadły w uszy i zmieniły mózgi w pomarańczowy kisiel (nie wiem dlaczego pomarańczowy). Wzrok słu-

19


chaczy zmętniał, a twarze zastygły w grymasie bezgranicznego zdumienia. Tylko szczęki poruszały się rytmicznie, przeżuwając podsuwane wciąż przez Barnabę świństwa. Dziwny ten amok trwał prawie godzinę. Przerwał go sam Jeremiasz, mocniejszym od pozostałych akordem i słowami: „o tem co było dali, dowiecie siem państwo jutro, o ty samy porze“. Kolejny wieczór był podobny. Po nim następny. I jeszcze jeden. I tak to trwało od prawie roku. Aż do kwietniowej Nocy Upiorów. *** aż spadła głowa lelenia, gdy trzasły drzwi ode dworu „dość już mam chędożenia, pójdem se do klasztoru“ *** Noc Upiorów była tradycyjnym lelujskim świętem zmarłych. Nie oznacza to bynajmniej, że mieszkańcy miasta w jakiś szczególny sposób czcili pamięć swoich nieżyjących krewnych i znajomych. To właśnie owi nieżyjący krewni i znajomi świętowali tej nocy. Każdy z nich, jeśli tylko uznał, że ma coś do załatwienia w świecie żywych, mógł wstać z grobu i zakrzątnąć się wokół swoich spraw. Przyznać trzeba, że niewielu korzystało z tej okazji. Śmierć rozleniwia. Jeśli już komuś chciało się ruszać dostojne zwłoki, to przeważnie chodziło o jakieś drobiazgi, w stylu wyjątkowo szpetnego pomnika, czy nie najlepiej dobranego epitafium. Tego jednak roku, pierwszego roku pobytu Jeremiasza w mieście, na lelujskim cmentarzu rojno było i gwarno. Nie wiadomo dlaczego większość bardów ten właśnie cmentarz wybrała sobie na miejsce pochowku. Spoczywali tutaj i Jędrzej Wajdelota, i Krzysztof Zza Nusji. Przybyły z północy skald Olaf, którego z racji niewybrednego humoru jego sag zwano powszechnie Rubaszenką. Tomasz z Bagien, którego pieśni inni bardowie uważali za cokolwiek dziecinne i Stanisław „I Owym“, który swój przydomek zawdzięczał faktowi, iż każdy występ rozpoczynał słowami: „Zaśpiewam wam dziś i o tym, i owym“. Oraz wielu, wielu innych. I wszyscy oni, bez wyjątku, opuścili swoje mogiły i dyskutowali zawzięcie. Prym wiódł, podobnie z resztą jak za życia, Jędrzej Wajdelota. - Nie może to być - mówił. - Nie może to być, by takie beztalencie, przez pomyłkę jeno bardem zwane, bezcześciło pamięć swych wielkich poprzedników. Pamięć prawdziwych artystów. Naszą pamięć. - Słusznie - wtrącił Krzysztof Zza Nusji. - Dochodzi do tego, że ludzie nie chcą już słuchać pieśni przez nas stworzonych. Nie w głowach im nasze dzieła, jeno cały ten, jak mu tam, Jeremiasz. - Wy, Krzysztofie, mieliście czas do tego przywyknąć - zakpił Olaf. - I tak przecież grywaliście przeważnie dla pustej sali. Gorzej, że i moje sagi, tak ongiś popularne, powoli odchodzą w zapomnienie. - Popularne?! - urażony Krzysztof próbował się odgryźć. - Może i były popularne, skoroś zawsze tak schlebiał gustom gawiedzi. Te twoje opowieści „z pazurem“. Co to niby wskazywać miał, obnażać i wyszydzać, a któren okazał się jeno wyszczerbionym paznokciem... - Ale tłoczyli się ludziska, żeby tego posłuchać. - Szkoda tylko, że tym tłoku miejsca dla prawdziwej sztuki nie zostało. Gdzie się podziewała muza poezji, gdyś te swoje sagi bazgrolił? - Jęczała cichutko w samotności, przez was gdzieś po kątach chędożona... - Pax, mości panowie, pax między artysty - Jędrzej Wajdelota postanowił przerwać nabierającą tempa kłótnię. - Nie miejsce na podobne dysputy. A i czasu za wiele nie ma. Chociaż, po prawdzie, z nas wszystkich, ja najwięcej o prawdziwej sztuce powiedzieć mogę. Wszak moim pieśniom ani na artyzmie, ani na popularności nie zbywało... - Boś, sobie jeno znanym sposobem, wszystkich w kraju bakałarzy nakłonił, aby dziatkom niewinnym, pacholętom biednym, słuchać twych pieśni nakazywali - wyrzucił z siebie rozżalony

20


Krzysztof, który zawsze zazdrościł Wajdelocie, a któremu rzeczywiście nie zdarzyło się nigdy grać dla więcej niż pięciu osób równocześnie. - Słuchała ich nie tylko dziatwa szkolna - rzekł Jędrzej pęczniejąc z dumy. - Nawet hen, za oceanem... - Gdzie nikt nie zna naszego języka... - dorzucił Olaf. - Tak, gdzie nikt... - przytaknął odruchowo Wajdelota. Po czym zamilkł jak niepyszny. Milczący dotąd Jerzy, który wiecznie przez pozostałych posturhiwany, rzadko zabierał głos, tupnął nogą. - Dość tego! - wrzasnął. - Dość tych głupich waśni. Czyście zapomnieli, że bard żyje tak długo, jak długo w pamięci ludzkiej żyją jego utwory? Nieważne, udane czy nie. Co stanie się z nami, gdy ludzie, słuchający Jeremiasza, zupełnie zapomną nasze pieśni? Zapadła cisza. Nomen omen - grobowa. - Ktoś w ogóle wie jak się nazywa to, pożalcie się bogowie, „dzieło“. - „Szczały boga miłości trafiajo dzie chco“ - wyrwało się Tomaszowi z Bagien. Pozostali popatrzyli na niego podejrzliwie. Gdyby nie był trupio blady, pewnie zaczerwieniłby się z zakłopotania. - No co? Leżę tu najkrócej. Pół roku zaledwie. Słyszało się to i owo przed śmiercią. - Tak... - Andrzej Wajdelota ponownie przejął inicjatywę. - Jerzy ma rację, trzeba coś zrobić. Zastanawiał się przez chwilę, po czym podjął, ściszając głos: - Myślę, że uczynimy tak... Pozostali pochyli się ku niemu, słuchając uważnie i potakując od czasu do czasu głowami. Po kwadransie, jęcząc i zawodząc upiornie, ruszyli w kierunku „Gospody“. I tylko wlokący się na końcu Tomasz mruczał pod nosem: - Szkoda, cholera, szkoda. Zawsze byłem ciekaw, czy Mateusz dowie się, że January nie jest jego prawdziwym synem. I czy Klarysa odnajdzie zaginioną siostrę - bliźniaczkę. *** Nikt nie wie, co wydarzyło się w komnacie Jeremiasza, na poddaszu „Gospody“. Wiadomo jedynie, że służący Barnaby przez wiele godzin zeskrobywał kawałki „najlepszego barda naszych czasów“ ze ścian, podłogi i sufitu. Sam Barnaba nie brał w tym udziału. Po pierwsze, uważał wszelkie prace porządkowe za niegodne gospodarza. Po drugie, był zajęty. Siedział przy wielkim stole w głównej izbie i przygryzając język, starannie kaligrafował nowy afisz: „DZIŚ WIECZOREM GERWAZY - NAJLEPSZY UCZEŃ JEREMIASZA PRZEDSTAWI PAŃSTWU DALSZE DZIEJE BOHATERÓW JEGO PIEŚNI. Każde trzecie piwo za pół ceny. Orzeszki darmo.“ Bowiem „szczały boga miłości trafiajo dzie chco“. I będą trafiały. Bez końca.

Coraz więcej rzeczy traciło na znaczeniu, w mieście bowiem pojawił się Jeremiasz. 21


Tomasz Zawada (Eferelin Rand) Rocznik 1983. Adwokat. Mieszka w okolicach Rzeszowa. Literaturą, a wszczególności fantastyką, pasjonuje się niemal od zawsze. Jest zapalonym graczem Go. Publikował na łamach magazynów: „Nowa fantastyka“(08/2012), „Qfant“(14/2012) i „Esensja“(08/2006), a także w sieci pod pseudonimem „Eferelin Rand“. W 2012 roku zajął II miejsce w ogólnopolskim konkursie literackim „Horyzonty Wyobraźni“. We wrześniu 2013 r. nakładem wydawnictwa Fabryka Słów ukaże się antologia o tematyce fantastyczno-wojennej, której jest współautorem.

Topienie

fantastyka

Starzec ściągnął grube rękawice i schował je do obszernych kieszeni baraniego kożucha. Chuchnął kilka razy w zgrabiałe z zimna dłonie, a następnie potarł je energicznie o siebie, próbując rozgrzać skostniałe palce. Obłoczek oddechu zamigotał srebrzyście, po czym rozpłynął się w powietrzu. Noc była widna i mroźna. Chociaż z księżyca pozostał zaledwie skrawek, który następnego dnia miał zniknąć zupełnie, to las wyławiało z mroku silne światło gwiazd, odbijające się od leżącego wszędzie śniegu. Starzec przykucnął i ściągnął z ramienia podłużny pakunek. Zabrał się do rozwiązywania konopnego sznurka. Szło mu ciężko. Sterane dłonie już dawno straciły młodzieńczą sprawność. Mógłby po prostu rozedrzeć papier pakowy, ale nie chciał. Traktował walkę ze sznurkiem jako prognozę wydarzeń, które miały dopiero nadejść. Ostatni supeł ustąpił po kilku minutach. Papier rozwinął się, ukazując metalowy kij bejsbolowy. Mężczyzna skrzywił się odruchowo. Przez lata przyzwyczaił się do siekiery, ale ostatnimi czasy musiał zmienić upodobania. Kij był zdecydowanie bardziej poręczny i, w razie czego, nie wywoływał tylu pytań. Nałożył z powrotem rękawice, chwycił mocno stylisko i ruszył dalej w głąb lasu. Nocną ciszę przerywało jedynie skrzypienie śniegu i posapywanie starca. Jak na koniec marca było bardzo zimno. Zima nie chciała odpuścić i wciąż trzymała świat w lodowych okowach. Rankiem tego dnia, gdy wracał ze spaceru, widział rzesze dzieciaków, niosących ze sobą przeróżne kukły, które potem spłynęły rzeką niczym ławica bibułowych ryb. Ofiara została złożona, ale bogini zimy jak zwykle uznała ją za niewystarczającą. - Nic nigdy nie jest takie proste - mruknął pod nosem. O mało nie upadł, gdy stopa natrafiła na ukryty pod śniegiem kamień. Starzec zachwiał się, ale zdołał utrzymać równowagę. Udręczone artretyzmem kolana zaskrzypiały żałośnie. Bogowie, jestem taki stary, a wciąż nie mam następcy - pomyślał.

22


Odpędził ponure myśli. Nie powinien się dekoncentrować. Wolał nie zastanawiać się, co będzie, gdy jego zabraknie. Brzemię, które dźwigał, z upływem czasu wydawało się coraz cięższe. - Wytrzymam, muszę wytrzymać - powiedział, mimowolnie garbiąc się. - Jeszcze tylko ten jeden raz - obiecał sobie po raz kolejny, jak czynił to od wielu, wielu lat. Drzewa przerzedziły się, a po chwili zupełnie ustąpiły miejsca rozległej polanie. Starzec przystanął na skraju i zmrużył oczy, próbując przebić wzrokiem ciemność. Wypatrzył ją dopiero po paru minutach - drobną postać przechadzającą się w śniegu. Choć z oddali nie dało się dostrzec szczegółów, wiedział, że to kobieta o zjawiskowej urodzie. Jak każdy demon. Wyjął z kieszeni paczkę papierosów i zapalił. Nie musiał się już spieszyć. Spokojnie obserwował zbliżającą się istotę. Rzeczywiście była piękna - alabastrowa cera, tak jasna, że zdawała się zlewać ze śniegiem w jedno, delikatne rysy twarzy, długie, jasne, lśniące szronem włosy. Wydawała się lekka i eteryczna niczym zjawa. Spojrzenie pustych białych oczu prześliznęło się beznamiętnie po mężczyźnie. Nie poznała go. Ta niepamięć zawsze zdumiewała starca. Czasami zastanawiał się, czy na pewno ma do czynienia z tą samą istotą. Podejrzewał, że w miejscu, z którego pochodziła, czas płynął inaczej. Wolniej. Być może dla niego mijał zaledwie rok, a dla niej eony. Wiedział, że nigdy się tego nie dowie. Przeszła obok, nie zwróciwszy na niego żadnej uwagi. Pojedynczy człowiek był dla niej równie nieistotny co kamienie czy drzewa. Starzec podążył za nią, czując nagle przypływ sił i energii. Wyjął papierosa z ust i przytknął do ramienia kobiety. Krzyknęła zaskoczona, gdy ognista pieczęć rozkwitła na skórze. - Nie ziemią, nie wodą, nie powietrzem, lecz ogniem przez człowieka stworzonym przykuwam cię do realnego świata, suko - warknął starzec. Wziął zamach i z całej siły uderzył kijem demona w głowę. Kobieta padła na ziemię. Z ostrożności walnął jeszcze kilka razy. Upewnił się, że jest nieprzytomna, po czym związał jej nogi i, ciągnąc za sznur, powlókł w stronę leśnego strumienia. Zanim dotarł na miejsce, zasapał się ciężko. Odczekał długą chwilę, starając się uspokoić świszczący oddech. Z każdym rokiem kosztowało go to coraz więcej. Resztką sił wybił dziurę w lodzie. Chwycił kobietę za włosy i wcisnął jej głowę pod wodę. Natychmiast oprzytomniała. Zaczęła wierzgać i wymachiwać rękami, ale starzec trzymał mocno. Sekundy wlekły się niemiłosiernie wolno. - No zdychaj wreszcie! - wycedził przez zęby. Nagle rozległ się krzyk, a potem świat eksplodował bólem. Starzec padł na ziemię z rozbitą głową. Zanim umarł, zobaczył, jak młody chłopak wyciąga demona ze strumienia. Nie zdołał otworzyć ust, żeby go ostrzec. - Nic ci nie jest? - spytał Kamil drżącym głosem. Serce waliło mu jak oszalałe. Ze wstrętem wyrzucił zakrwawiony kamień. Nieopodal leżał świr z rozwalonym łbem. Nie widzącym wzrokiem wpatrywał się w niebo. Wypływająca z rany krew wydawała się czarna. - Już w porządku, już nic ci nie zrobi - dodał. Zdążył w samą porę. Jeszcze kilka sekund i ten psychol by ją z pewnością utopił. W myślach podziękował losowi, że właśnie tego wieczoru obdarował go natchnieniem. Od paru lat skrycie pisywał wiersze, a najlepiej tworzyło mu się po skręcie wypalonym nocą w pobliskim lesie. W mniemaniu Kamila było to bardzo poetyckie i niezwykłe. Dziewczyna spojrzała na niego dziwnymi, pustymi oczami. Mokre strąki włosów oblepiły jej twarz. - Jak masz na imię? - spytał. - Ja jestem Kamil. Nie odzywała się przez tak długi czas, że zaczął podejrzewać, że nie usłyszała pytania. Kiedy jednak otworzył usta, by przedstawić się jeszcze raz, odpowiedziała - szeptem, przypominającym powiew arktycznego wichru. Marzanna. Z nieba zaczął padać gęsty śnieg.

23


Andrzej Trybuła (andrzejtrybula) Rocznik 1970. Absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego. Zawodowo zajmuje się zarządzaniem. Mieszka z rodziną na przedmieściach Opola. Powieściopisarz amator, kochający swoje miasto, co często znajduje odzwierciedlenie w jego twórczości. Zwolennik kawy, świętego spokoju i starej, dobrej fantastyki – najlepiej czytanej zimą, przy kominku. Swoje opowiadania publikuje na portalach: Herbatka u Heleny i Nowa Fantastyka. Obecnie, bardzo zajęty intensywnymi pracami nad swoją drugą powieścią kryminalną zatytułowaną „Majowa pora sucha”. Nie spocznie, dopóki nie zobaczy jej w formie książkowej.

Polowanie na Fritza Lange

fantastyka

O trzeciej trzydzieści nad ranem pozbawiona oznaczeń biała furgonetka wjechała na teren starej hali przemysłowej w mieście Opolu na południu Polski. Gdy wóz stanął, Devonser van Culgenar - znany ze swego ekscentrycznego zachowania holenderski finansista-miliarder a przy tym zapalony myśliwy o wyraźnych skłonnościach do ryzyka, ostatnio wyraźnie stroniący od ludzi i przedstawiający się częściej jako pan Horst - wyprowadzony został z mrocznego wnętrza furgonetki wprost na zimną, betonową posadzkę. Przy czym słowo „wyprowadzony“ w tym przypadku oznaczało brutalne wypchnięcie wprost w objęcia czekającego na zewnątrz draba. - Czy wy przypadkiem nie przesadzacie z tymi środkami bezpieczeństwa!? - wściekły Culgenar, odepchnął gwałtownym ruchem ręce osoby próbującej ściągnąć mu z oczu czarną opaskę. - Co to, kurwa jest!? Co to ma znaczyć? Od dwóch dni wozicie mnie po całym świecie traktując gorzej jak śmiecia. To jakaś paranoja! Za dziesięć miliardów można było oczekiwać chociaż minimum niezbędnego komfortu przysługującego dobrym klientom. Co ja mówię - klientom, przysługującego choćby normalnym ludziom! - Środki bezpieczeństwa są po prostu niezbędne... panie Horst. Sam pan je akceptował a nawet rozszerzył katalog przybierając ten dziwny i zupełnie niepotrzebny pseudonim. - Stojący naprzeciw niego, elegancko ubrany mężczyzna w typie dyplomaty uśmiechnął się rozbrajająco, pokazując przy tym imponujący garnitur prostych, śnieżnobiałych zębów. - Dobrze pan wie, że każdy policjant, łaps, stójkowy, albo zwykły kablujący śmieć jakich pełno we wszystkich zawszonych dziurach na tym świecie zrobiłby przecież wszystko..., być może nawet dałby sobie obciąć rękę i wyciąć obie nerki za odrobinę informacji na temat miejsca ataku Towarzystwa. A przecież nie chce pan stracić szansy na przygodę życia. Prawda? Poza tym, przypominam że nie płaci pan za komfort, ani dobre samopoczucie w podróży. Nasze usługi nie obejmują ubezpieczenia od warunków transportu i guzów na głowie. W ogóle nie obejmują żadnego ze znanych panu rodzajów ubezpieczeń. To, co

24


oferujemy to usługa specjalna. Doznania nadzwyczajne, których doświadczyć może tylko wąska grupa ludzi na ziemi dysponująca odpowiednią motywacją i co ważniejsze wystarczająco wysokim stanem portfela. Za to nam pan płaci... panie Horst, właśnie za to... i tylko za to. - Mam nadzieję Sol. - Przyzwyczajony do traktowania ludzi z góry van Culgenar puknął palcem wskazującym w tors mężczyzny, na krótką chwilę gasząc jego przesłodzony uśmiech z twarzy. - Tylko jak na razie, jedynym doznaniem jakie mam jest dziwne przeczucie, że kupiłem kota w worku. Kota, który na dodatek cholernie drogo kosztował. Nic nie wiem na pewno. Niby macie te swoje referencje. Niby ściga was policja całego świata za akty terroru i kradzież energii na astronomiczną skalę. Niby nikt nic nie wie, ale jak dla mnie to i tak gówno z tego wynika. W dalszym ciągu nie mam żadnej gwarancji, że wasze opowieści nie są wyssaną z palca bajeczką dla bogaczy mającą na celu wycyckanie mnie z kasy i tyle. Do teraz, jakoś trudno mi w to uwierzyć, że ktoś potrafi przechwycić kawałek realnej rzeczywistości i urabiać go jak glinę dla własnych potrzeb. Nawet w dzisiejszych, dość nowoczesnych czasach, w których technika pędzi naprzód jak szalona brzmi to przecież dość absurdalnie, prawie niedorzecznie. Nie sądzisz? - Są na tym świecie rzeczy, o których nie śniło się nawet filozofom. - Dawny uśmiech powrócił na twarz Sola. - Wszystko to, co pan powiedział to oczywiście najczystsza prawda, jednak z jednym wyjątkiem. Nie urabiamy rzeczywistości dla własnych potrzeb, tylko dla potrzeb naszych szanownych klientów. Na dodatek, w tym co robimy jesteśmy nie tylko wyjątkowi, jedyni, niepowtarzalni i perfekcyjni, ale także dość staroświeccy. Hołdujemy starym, sprawdzonym zasadom a naszym mottem przewodnim jest jakże często nadużywane w dzisiejszych czasach hasło „Klient nasz pan“. Zresztą, już za chwilę sam się pan o tym przekona. Masywne, metalowe drzwi dzielące pomieszczenie na pół, rozsunęły się z cichym świstem na bok, wypuszczając ich z części garażowej do wnętrza dużej, jasno oświetlonej hali zasadniczej. Sadząc z rozgardiaszu jaki tam panował, właśnie trwały ostatnie, bardzo intensywne przygotowania do uruchomienia stosu aparatury sięgającej prawie sufitu. - Witamy w Tymczasowej Siedzibie Towarzystwa Złodziei Historii! - Głos Sola zabrzmiał wyjątkowo dumnie i dostojnie. Devonser van Culgenar rozejrzał się uważnie nie podzielając entuzjazmu swego przewodnika. To co zobaczył wyraźnie go rozczarowało. Warknął coś cicho pod nosem krzywiąc usta a jego krytyczny wzrok spoczął na stojącej w samym środku hali instalacji. Nie tak to sobie wyobrażał. Spodziewał się porażającego błysku nowoczesności w sterylnych wnętrzach pachnących czystością. Tymczasem to, co zobaczył, przypominało bardziej chaotycznie ustawioną piramidę złomowanych urządzeń starego typu, połączonych bezładną plątaniną kabli, niż poważną aparaturę techniczną podtrzymującą życie. Jedynym elementem wyraźnie odbiegającym od reszty na plus, była stojąca trochę z boku, lśniąca nowością, elegancka, cylindryczna, przeszklona do połowy kapsuła, która jak słusznie przypuszczał przez najbliższy czas miała zastąpić mu nie tylko dom, ale także cały znany wszechświat. - Czy to jest ta słynna maszyna, o której tyle się nasłuchałem zanim zdeponowałem moje ciężko zdobyte obligacje we wskazanym przez was miejscu? - zapytał złośliwie z premedytacją siląc się na sarkazm. - Oczywiście że nie! Chyba nie sądził pan, że korzystamy ze starych rzęchów? Nie za dziesięć miliardów. To co pan tu widzi to tylko atrapa. Mistyfikacja. Teatr mający na celu zmylenie ścigających nas bez opamiętania organów śledczych całego świata. Maszyna, o której pan mówi jest tu. - Sol podszedł do kapsuły. Sięgnął w głąb małego pojemnika w kształcie walca umieszczonego przy panelu sterowania. Wyciągnął coś ze środka i z zaciśniętą ręką odwrócił się w kierunku swego klienta. Gdy po chwili otworzył dłoń, leżała na niej tylko mała, niepozorna, zielona kulka przypominająca wyglądem ziarenko grochu. - No i co? - zapytał zdezorientowany van Culgenar. - Nic. To jest to! Niepozorne, prawda? - Sol, z uduchowioną miną i groźnym błyskiem w oczach, sprawiał teraz wrażenie fanatyka religijnego, który właśnie spotkał się twarzą w twarz ze swym bogiem. - „Pochłaniacz Światów“ - powiedział, akcentując słowa z wyraźnym uwielbieniem w głosie. - Urządzenie o nieskończonych możliwościach, uzależnionych jedynie od ilości dostępnej energii

25


i inwencji obsługujących go programistów. Swoiste perpetum mobile pobierające energię wprost z otoczenia. Mam nadzieję, że nie ma pan rozrusznika? -Nie!, na miłość boską. - Devonser ścisnął mocno ramię Sola, przez chwilę patrząc mu prosto w oczy. - Mam nadzieję, że nie będzie żadnych ofiar? - Nie wiedziałem, że to pana obchodzi, panie Horst? - Nie obchodzi, ale w tym świecie nie chcę mieć żadnych długów. Rozumiesz Sol!? - Jasne. Tylko żartowałem z tym rozrusznikiem. - Na twarzy przewodnika pojawił się grymas triumfu. - Nasze urządzenie jest jak żywe, ma swoją inteligencje. Lokalizuje i wysysa tylko poważne źródła energii. Nie rusza akumulatorów, baterii i tego typu małych bzdur. Nie będzie żadnych ofiar, co najwyżej ucierpi trochę gospodarka Wschodniej Europy a kilka elektrowni z okolicy będzie miało jutro cholerne problemy z rozruchem. Niezłe, prawda? Proszę sobie wyobrazić co takie urządzenie mogłoby zdziałać gdyby je umieścić w pobliżu słońca. Cała galaktyka poszłaby z dymem. Dlatego nazywamy je „Pochłaniaczem Światów“. - Ale, skąd wy? - zapytał zdziwiony Devonser, który jakoś nie znalazł powodów by nie wierzyć w to, co przed chwilą usłyszał. - To dar... od naszych przyjaciół. Nie jest pochodzenia ziemskiego. Wyraz zdumienia nie opuścił twarzy Devonsera van Culgenar nawet wtedy, gdy leżąc już wygodnie w kapsule powoli tracił kontakt z rzeczywistością, pogrążając się coraz bardziej w chemicznym śnie wywołanym odpowiednią mieszaniną bezwonnych i bezbarwnych substancji wypełniających całą, zamkniętą przestrzeń nad jego głową. *** Gwałtowny wstrząs wywołany wizją zamroczył go na moment, odrzucając do tyłu jak po mocnym uderzeniu pięścią. Gdy minął pierwszy szok zrobił krok w przód i ponownie spojrzał w lustro co pozwoliło mu powrócić do stanu jako takiej równowagi, umożliwiającej przynajmniej zapanowanie nad niekontrolowanym ruchami mięśni. Tym razem, to co tam zobaczył to na pewno była jego twarz. Zdecydowanie! Taka jaką pamiętał i jedyna jaką akceptował jego skołatany umysł. Dojrzała, ostra, budzącą respekt twarz dowódcy. Nie było już tego drugiego, wymuskanego gogusia o łagodnych rysach i zimnym, zwierzęcym spojrzeniu drapieżnika. Wspomnienie którego, za każdym razem przyprawiało go o dreszcze. Nie było też tego wielkiego. Zaciętego. Z ciałem herosa i uduchowioną miną bohatera ludu, jakby żywcem ściągniętą z plakatów Ministerstwa Propagandy. SS-Obersturmfuhrer Georg Humple - doświadczony żołnierz, weteran bitwy o Charków, dowódca trzeciej kompanii, czwartego plutonu grenadierów pancernych, jeszcze do niedawna wchodzącego w skład Korpsgruppe von dem Bach, a teraz oczekującego na uzupełnienie i kolejny przydział frontowy - wzdrygnął się lekko, po czym drżącą ręką odłożył na bok maszynkę do golenia, starając się usilnie by wypadło to jak najbardziej naturalnie. Walcząc ostatkiem sił woli z odruchem pośpiechu, powoli, bardzo powoli sięgnął po przydziałowy ręcznik w kolorze feldgrau przykładając go całą powierzchnią do twarzy. Dopiero teraz, udając ścieranie resztek piany mógł odwrócić się od umywalki i zupełnie otwarcie rozejrzeć po baraku sprawdzając, czy przypadkiem któryś z jego ludzi zajętych przygotowaniami do wyjazdu nie był świadkiem tej chwili słabości. Chwili, która niestety ostatnio przydarzała mu się coraz częściej i którą coraz trudniej przychodziło mu ukrywać. Choroba psychiczna i SS? Nie, te dwie rzeczy zdecydowanie nie dawały się ze sobą pogodzić. Szczególnie u kogoś, kto nie miał pleców w dowództwie i wszystko zawdzięczał samemu sobie, tak jak on. Wstępna lustracja otoczenia wypadła raczej pomyślnie. Na jego twarz zaczął wracać charakterystyczny wyraz nonszalancji, który niestety zgasł szybko na widok stojącego nieopodal sierżanta. Porucznik Humple westchnął opuszczając ramiona w geście rezygnacji. Cholerny, pierdolony sierżant Johan Schultze, prawdziwa podpora każdego dowódcy frontowego. Ucieleśnienie wszystkich cnót żołnierskich. Oprócz setek zalet o charakterze czysto wojskowym miał też i taką, która

26


zdecydowanie wyróżniała go spośród innych żołnierzy. Był wścibski, niesamowicie, aż do przesady. Zawsze musiał wiedzieć wszystko o wszystkich i mało rzeczy umykało jego uwadze. Zasadniczo pomagało to utrzymać porządek w oddziale, ale czasami... Georg doskonale zdawał sobie sprawę, że fakt iż stał on teraz odwrócony do niego tyłem, udając zainteresowanie wiszącym na ścianie zdjęciem świadczył raczej o tym, że w tym przypadku nie było inaczej. Paradoksalnie, świadomość dzielenia tajemnicy z kimś trzecim podziałała na niego kojąco. Uspokojony odłożył ręcznik, poprawił mundur i przybierając służbową minę podszedł do sierżanta. - Dosyć tego barłożenia Schultze, zbieraj ludzi i wypad na dwór. Ciężarówki już pewnie czekają? - warknął rozkazującym tonem. - Panie poruczniku, musimy iść na tą akcję? Idiotyczne pytanie zadane przez rzeczowego sierżanta ponownie wytrąciło go z równowago. Zaskoczony, w pierwszej chwili chciał zrugać go ostrą reprymendą, jednak odpuścił gdy zrozumiał, że ten jawny przejaw niesubordynacji był tak naprawdę próbą wyjścia z twarzą z niezręcznej sytuacji i to próbą dość udaną. - Wykonać! - odpowiedział niezbyt stanowczo, a zaraz dodał jeszcze łagodniej. - Jak dla mnie, to ci idioci z Technische Nothilfe mogą ginąć i tysiącami. Na froncie nie ma z nich żadnego pożytku, ale stary się uparł. Odbiło mu z nudów i postanowił urządzić sobie polowanie, jak, jakiś, kurwa Marszałek Rzeszy w swoich lasach na wschodzie. - A policja... Przecież to zadanie dla ludzi Geibela, my im nie podlegamy? - No właśnie, w tym sęk. Policja już próbowała złapać snajpera ale mieli z tym jakieś problemy. Podobno nawet nieźle oberwali. Podczas ostatniej kolacji doszło do zakładu i oczywiście nasz kochany, honorowy major Lange dał się podpuścić. Wiesz jaki jest jak wypije? I teraz co? Zamiast odpoczywać przed wyjazdem do Rzeszy zostaliśmy zredukowani do roli cholernej nagonki, jak jakieś wiejskie głupki... Bez urazy Schultze. Przy czym stary na odprawie wymyślił to tak, W tym momencie Georg udanie sparodiował minę majora i naśladując górnolotny ton jego wypowiedzi zaczął mówić: „Nasz cel operuje w tym oto kwadracie ulic. - Ręką wskazywał na nieistniejącą mapę, udając, że stuka w nią palcem. - Postępujemy zgodnie z klasycznymi regułami polowania. Jest zwierzyna, nagonka i są myśliwi. Kompanie A, B i C dowodzone przez oficerów Joschke, Fiserbachera i Humple stanowią nagonkę. Ich zadaniem jest wypłoszyć zwierzynę, zacieśniając pierścień okrążenia od północy, zachodu i południa, w ten sposób, aby skierować ją prosto na linię rzeki, gdzie czekamy my, czyli myśliwi. Naszym zadaniem, jest pokierować akcją tak, aby zwierzyna wyszła z lasu prosto na cel“. Czy teraz wszystko jasne Schultze? - zakończył znowu stanowczo. - Jeśli tak, to zabieraj swoją chłopsko-nagonkową dupę i ładuj mi kompanię na wozy. Nikt nie będzie na nas, kurwa czekał. A na pewno nie jaśnie panowie myśliwi. Sierżantowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Już po chwili plac przed barakiem zaroił się od żołnierzy pakujących sprzęt i swoje własne tyłki na ciężarówki. Podoficerowie wrzeszczeli na nielicznych maruderów a oficerowie meldowali majorowi Lange gotowość do wyjazdu. Schultze jako ostatni zajął miejsce w wozie pancernym, tuż obok porucznika. Obaj cierpliwie czekali na odjazd Kolumny. Na dany przez majora znak kawalkada pojazdów złożona z ciężarówek i wozów opancerzonych ruszyła wolno w stronę widniejących w oddali ruin wielkiego miasta. Przed dojazdem do śródmieścia, lub tego co aktualnie z niego zostało, sznur wozów rozdzielił się na cztery mniejsze nitki, z których każda podążyła w innym kierunku. Dopiero gdy zostali sami, porucznik Georg Humple odchylił górny właz i wyjrzał ze swego Sd 251 z zaciekawieniem rozglądając się po okolicy. Zniszczone wojną miasta wszędzie wyglądają tak samo, pomyślał. Dookoła, jak okiem sięgnąć otaczały go tylko zwału gruzów. Monotonny i szary krajobraz złożony ze sczerniałych od ognia kikutów ścian, wypalonych do cna, a niegdyś wspaniałych i wielkich kamienic. Na jednym z lepiej zachowanych dużych kawałków muru zobaczył wreszcie coś, co na chwilę przykuło jego uwagę. Wyrysowany białą farbą dziwny, koślawy znak

27


w kształcie dużej litery P, której nóżka rozdwajała się na końcu tworząc w ten sposób graficzny symbol kotwicy. Obraz, który nic mu nie mówił, ktoś próbował bez rezultatu zamazać czerwoną farbą. Ten sam ktoś, tuż pod nim, wyraźnymi, dużym literami dopisał już bardziej zrozumiałą treść: „WILKOMMEN FESTUNG WARSCHAU“. Georg odwrócił na chwilę głowę. Gdy spojrzał ponownie na ścianę napisu już nie było. Pozostała tylko biała kotwica. Zdenerwowany potarł gwałtownie oczy i napis znów wrócił na swoje miejsce. Cholerne zwidy, pomyślał schodząc na dół i zamykając klapę wozu. *** Od godziny posuwali się tyralierą w kierunku wschodnim, wykonując żmudną robotę polegającą na sukcesywnym przeszukiwaniu miejsca po miejscu, a w zasadzie rumowiska po rumowisku. Porucznik Humple porozstawiał swoich ludzi dwójkami, co pięć metrów każda. Doświadczenie wyniesione z walk na ulicach Charkowa nauczyło go dwóch rzeczy: po pierwsze, zawsze utrzymywać kontakt wzrokowy z sąsiednią parą, a po drugie, nigdy, pod żadnym pozorem nie wchodzić do budynków. Do tego, by wypłoszyć siedzących tam ludzi, w zupełności wystarczała wiązka granatów i seria z karabinu. W ostateczności salwa miotaczem płomieni. Hałas, dym i szalejący wszędzie ogień robiły swoje. Jak do tej pory była to najbardziej niezawodna metody pacyfikacji jaką znał, a znał ich naprawdę wiele. Czujnie rozejrzał się na boki. Wszystko szło zgodnie z planem. Jego żołnierze wykonywali swoje obowiązki szybko i sprawnie. Co jakiś czas, z oddali, do uszu porucznika dochodziły miarowe odgłosy wybuchów świadczące o tym, że pozostałe oddziały także nie próżnowały i pierścień obławy powoli się zacieśnia. Coś za łatwo idzie, pomyślał w przypływie wisielczego humoru i w tym samym momencie przystanął, uświadomiwszy sobie intuicyjnie drobną zmianę w otoczeniu. Jakiś szczegół, niezauważalny dla innych, który jemu jednak wydał się na tyle ważny, że zatrzymał go w miejscu. Wyczulony na tego typu sytuacje zaciśniętą pięścią, dał znać żołnierzom, żeby wstrzymali pochód, po czym uklęknął na jedno kolano i z przygotowaną do ataku bronią zastygł w pozie wyczekiwania. Dopiero po pewnym czasie uświadomił sobie, że tym co zakłóciło jego spokój, była niepokojąca cisza zalegająca na kierunku działania kompani Fiserbachera. Cisza nienaturalna, po której należało spodziewać się wszystkiego najgorszego, a przynajmniej jakiegoś gwałtownego zwrotu sytuacji. Podobnie jak w wielu innych przypadkach tak i tym razem przeczucie go nie zawiodło. Po krótkiej chwili, do uszu wszystkich, doszły wyraźne dźwięki świadczące o toczącej się niedaleko małej, ale dość gwałtownej w przebiegu potyczce, która bardzo szybko się skończyła. Zbyt szybko. - Schultze, do mnie! - rzucił krótką komendę w kierunku klęczącego po drugiej stronie ulicy sierżanta. - Co o tym sądzisz? - zapytał, gdy ten przyklęknął obok. - Dziwne? Poważne starcie. Pierwsza kompania musiała natknąć się na duży i dobrze uzbrojony oddział. Rozpoznanie nic nie mówiło o jakichś grupach operujących w tej okolicy? - Tyle to i ja zdołałem zauważyć. Ty mi powiedz kto, kurwa wygrał? - warknął zirytowany porucznik. Schultze milczał przez chwilę wsłuchany w zalegającą ciszę. - Gdyby wygrali nasi, właśnie kończyliby sprawę dobijając wszystko co się rusza. Już słyszelibyśmy strzały, no i... radio milczy - powiedział wreszcie, cedząc wyraźnie słowa. - I jeszcze coś. Walka trwała zbyt krótko. Wykorzystano element zaskoczenia. To była pułapka! - dodał po chwili z pewnością w głosie. Humple zaklął pod nosem. Przez krótką chwilę trawił w myślach to co usłyszał, po czym podjął decyzję wyrzucając z siebie kilka krótkich komend. - Utworzyć kolumnę! - Wozy pancerne naprzód! - Przemieszczamy się w kierunku ostatniej pozycji Fiserbachera! - Nawiązać kontakt ze sztabem! - Wykonać! - zakończył

28


Po obraniu nowej marszruty posuwali się jeszcze wolniej niż poprzednio. Cały czas w szyku bojowym, zachowując nakazaną przez dowództwo ciszę w eterze. Niemy przewodnik w postaci gęstniejącego z minuty na minutę, czarnego dymu, snującego się nad płonącymi zgliszczami, wskazywał na sukcesywne zbliżanie się w rejon potyczki. Wszyscy zwiększyli czujność w momencie, gdy na drodze pojawiły się pierwsze plamy rozmazanej krwi. - Tu się zaczęło - rzucił krótko Schultze, kończąc oglądać kolejny zakrwawiony kawał betonu. Tu wpadli pod ostrzał snajpera i dali się wciągnąć w pułapkę. Trzymać broń w pogotowiu. Idziemy dalej - zarządził Humple patrząc na swojego sierżanta. Za kolejnym zakrętem krajobraz się zmienił. Wyszli spośród ruin wprost na jasno oświetlony przez słońce, duży plac. Kiedyś mały park, a dziś pustą, zawaloną kupami gruzu przestrzeń owiewaną podmuchami zimnego, jesiennego wiatru. Plac z wszystkich stron otoczony był wysokimi kamienicami, które jak na standardy obecnej Warszawy zachowane były w wyjątkowo dobrym stanie, tak jakby chłopaki z TN specjalnie zostawili je sobie na deser. Warkot wjeżdżających na otwartą przestrzeń pojazdów, zwielokrotniony przez efekt studni spowodował wzbicie się w niebo chmary wron zajmującej wzniesienie na końcu placu. Kołujące w górze ptaki przesłoniły na chwilę słońce rzucając złowróżbny cień na całą okolicę. Mimo wyraźnego rozkazu kolumna zatrzymała się w miejscu. Żołnierze przygarbili się nieco spoglądając to w przód, to znowu na siebie z mieszaniną niedowierzania i strachu w oczach. Widok odsłonięty przez ptaki był przerażający. To co początkowo brali za wzgórze okazało się sięgającym drugiego piętra stosem trupów wtłoczonych pomiędzy dwa doszczętnie rozbite wraki wozów pancernych. Zmasakrowane ciała zbito w jedną masę, tak jakby ktoś ścisnął wszystko przy użyciu gigantycznej prasy. Ledwie można było rozpoznać gdzie kończy się jedno a zaczyna drugie, gdzie głowa, gdzie ręce a gdzie nogi i tułów. Stożkowaty stos z ludzkiego mięsa i szmat poprzecinany był stróżkami zakrzepłej krwi, nadającymi mu wygląd wulkanu tuż po erupcji. Żołnierze byli zdezorientowani. Nie wiedzieli co o tym myśleć. Widzieli już wiele okropieństw, ale z czymś takim zetknęli się po raz pierwszy Przy czym najgorszym, nie był wcale widok zmasakrowanych ciał kolegów. Najgorszą była świadomość, iż całość tej... makabrycznej konstrukcji tworzyła niestety, wcale praktyczny wał ochronny dla znajdującego się za nim budynku. - Co to, kurwa jest? - szepnął ktoś z boku, lecz zaraz urwał skarcony zimnym wzrokiem sierżanta. Schultze gestem nakazał rozproszenie oddziału i zachowanie czujności. Cała kompania przykucnęła z bronią gotową do strzału, kryjąc się za wozami i kawałkami gruzu. Wzrok każdego z nich, podobnie jak lufy karabinów skierowany był teraz w górę, w kierunku ciemnych otworów okiennych, które nagle stały się dla wszystkich mrocznym symbolem niepewności i śmierci. Gdy wiejący dość silnie wiatr uspokoił się nieco, w powietrzu zapanowała złowroga cisza zakłócana jedynie przez złowróżbne skrzeczenie kołujących nad nimi wron. O tym, że coś zaczęło się dziać, świadczyły ledwo zauważalne ruchy żołnierzy, którzy nagle bez żadnego powodu zaczęli padać na ziemię jak ścięci. - Snaaajpeeer!, ognia! - krzyknął głośno Schultze, wskazując palcem jedno z okien. Żołnierze zaczęli strzelać bez opamiętania, z wszystkiego co mieli, w krótkim czasie zasypując znienawidzony, ciemny otwór gradem pocisków, rozbryzgując przy tym pozostałości tynku po całej okolicy. Po takim ostrzale, każdy przeciwnik powinien leżeć martwy z ciałem podziurawionym jak sito, jednak w tym wypadku reguła nie zadziałała. Zamiast martwej ciszy, w odpowiedzi na salwę, kompania Humpla potraktowana została przez przeciwnika ostrzałem z moździerzy wybuchających z siłą, która w sposób znaczący przetrzebiła szeregi atakujących i poskromiła ich zapędy. -Was, zum teufel?“ - zaklął pod nosem Schultze. Dotychczas myślał, że trafili na jakiś znaczny oddział, jednak biorąc pod uwagę kierunek pola rażenia wnioskował, że mają do czynienia z jednym, góra dwoma ludźmi, z tym że tych dwoje dysponowało siłą ognia co najmniej całego batalionu. No i te dziwne pociski bez żadnych odłamków. Coś takiego widział po raz pierwszy. - Ilu ich jest? - Pytanie porucznika wytrąciło go z zamyślenia. - Tylko jeden... lub dwóch - odpowiedział krótko. - Dziwne?

29


- Dziwne, niedziwne, trzeba działać, inaczej wszystkich nas tu wytłuką. Zrobimy tak. My tu zwiążemy przeciwnika ogniem, a ty Schultze, bierz dziesięciu ludzi i zajdź ich od tyłu. Jak już będziesz na miejscu, to nie baw się w ceregiele, tylko załatw sprawę granatami. Odgłos wybuchu będzie dla nas sygnałem do ataku. Wykonać! - zakończył rozkaz Humple. - Tak jest! - rzucił krótko sierżant i już po chwili razem z wybraną dziesiątką zaczął wycofywać się w kierunku bocznej ulicy. Klucząc między ruinami, w ciągu dwudziestu minut dotarli do tylnej ściany budynku. Tam zwolnili tempo i bardzo ostrożnie zaczęli skradać się w stronę wejścia do środka. Obawiając się pułapek, Schultze zdecydował się na ominięcie klatki schodowej. Kilkoma wyuczonymi ruchami rąk dał znać swoim ludziom, że wchodzić będą przez otwór widniejący w ścianie budynku na wysokości pierwszego piętra. Dla doświadczonych żołnierzy sforsowanie takiej przeszkody nie stanowiło jakiegoś specjalnego problemu. Bardzo szybko dwóch najsilniejszych, ustawiło się plecami do ściany, a pozostali w pełnym pędzie wskakiwali na przeszkodę używając rąk swoich kolegów jak trampoliny. Nie minęła nawet minuta, kiedy wszyscy znaleźli się w środku gotowi do dalszej akcji. Teraz przyszedł najbardziej niebezpieczny moment operacji. Z pomieszczenie, w którym się znajdowali musieli wyjść na klatkę schodową. Sierżant Schultze jako pierwszy doszedł do otworu po drzwiach wejściowych i ostrożnie wychylił głowę kierując wzrok na górne piętra. Nie wiedział, co wywołało taką reakcję. Jakiś nagły ruch, czy ledwie dostrzegalne drżenie powietrza. Tknięty nagłym przeczuciem rzucił się impulsywnie przed siebie tylko o włos unikając zetknięcia z cienką, czerwoną strugą światła, szybko przemieszczającą się w głąb pokoju mniej więcej na wysokości ludzkiej piersi. Leżąc już na ziemi Schultze, w ostatnim rozpaczliwym podrygu zdołał przeturlać się w bok, unikając kolejnego promienia. Odwrócony, widział jak krzyżujące się, czerwone promienie, z chirurgiczną precyzją skalpela tną jego ludzi na kawałki, w ułamku sekundy nie zostawiając nikogo przy życiu. Sierżant nie zdążył nawet pomyśleć o tym co się stało, kiedy potężna eksplozja wypełniła wszystko ogniem, a siła wybuchu rzuciła nim o sąsiednią ścianę. - Naaaprzód! - krzyknął głośno porucznik Hample, po tym jak wybuch w budynku, spowodował przerwanie ognia przeciwnika. Nie czekając na innych, jako pierwszy zerwał się na nogi biegnąc szybko w kierunku wolnej przestrzeni miedzy wrakiem wozu pancernego a budynkiem po prawej stronie. Za nim poderwali się pozostali, leżący dotąd w ukryciu żołnierze. Brak ostrzału ze strony przeciwnika mógł oznaczać tylko jedno, że dopadł go Schultze. Nie dobiegł zbyt daleko. Gdy był na wysokość tworzących zaporę wraków wozów pancernych, potężny wybuch wstrząsnął kamienicą z prawej strony, ziemia zadrżała pod nogami a następnie silny podmuch gorącego powietrza miotnął nim na bok, jak kupą szmat, wyrzucając na dobrych kilka metrów w górę. Wylądował na stosie trupów, co najwidoczniej ocaliło mu życie. Po zderzeniu z czymś oślizłym i miękkim zdążył jeszcze zarejestrować dziwny dźwięk, ni to plask, ni to chrzęst, po czym padł zemdlony. Pogrążony w błogiej nieświadomości nie mógł widzieć, jak chwilę po tym zdarzeniu olbrzymia ściana frontowa budynku wali się na ziemię w ułamku sekundy grzebiąc pod gruzami wozy bojowe i większość ludzi z jego oddziału. Ocknął się z nosem wbitym w coś twardego, co okazało się kawałkiem kości śródręcza wystającej z rozszarpanego kikuta dłoni. Wodząc mętnym wzrokiem próbował rozeznać gdzie jest, jednak wszędzie widział jedynie zmasakrowane części ludzkiego ciała, w różnym stanie skupienia i rozkładu. Po chwili jego skołatany, budzący się mózg, prócz obrazów, przetworzył również zapachy, co natychmiast wywołało skutek w postaci torsji. Wymiotując, zgięty w pół, resztką sił odepchnął się do tyłu próbując zaczerpnąć odrobinę powietrza, co okazało się błędem. Gwałtowny ruch spowodował jedynie, że świat ponownie zawirował mu przed oczami potęgując jeszcze bardziej odruch wymiotny. Zamroczony, mimo olbrzymiego wysiłku jaki w to wkładał, cały czas nie mógł przypomnieć sobie kim jest i co robi w tym strasznym miejscu. Przez głowę z prędkością myśli przelatywało mu tysiące mglistych obrazów, których nie tylko nie potrafił rozpoznać, ale

30


nawet nazwać. Wirująca z zawrotną prędkością galeria nieznanych osób, miejsc i zdarzeń, których w ogóle nie pamiętał. Obrazy te co chwilę nakładały się na siebie, mieszały, tworząc w jego mózgu świetlną papkę, wybuchającą ostatecznie w gwałtownym rozbłysku blokującym zmysły. By je odzyskać, po każdym nowym wybuchu światłości musiał odczekać chwilę a następnie przez dłuższy czas, na przemian: zamykać i otwierać powieki. Po kilku takich próbach rozbłyski wreszcie zniknęły na dobre. Od razu poczuł się lepiej, przybyło mu także energii. Sił starczyło na tyle by wreszcie oderwać się od powierzchni na której leżał a przynajmniej podnieść odrobinę głowę do góry i rozejrzeć się na boki. Z wyraźną ulgą zauważył, że widzi w miarę normalnie, choć dobiegające z zewnątrz obrazy rejestrował jakby w zwolnionym tempie. To co zobaczył nie napawało optymizmem. Zarówno z prawej, jak i lewej strony otaczały go sterty gruzu powstałe po zawaleniu się bocznych kamienic przykryte teraz wolno opadającym w dół woalem duszącego pyłu. Złapał go atak kaszlu. Krztusząc się i stękając z wysiłku odwrócił głowę do tyłu lecz i tam nie zobaczył nic nowego. W całym krajobrazie roztaczającym się dookoła dominowały jedynie gruz i zgliszcza, na które teraz spadało z góry coś na kształt złotego deszczu... Złotego deszczu? Dopiero po chwili zorientował się, że to co bierze za opad, zmywający kurz osiadły nalotem na gruzach; To co, w perspektywie spowolnienia jego percepcji wyglądało jak spadające z nieba, duże, deszczowe krople rozpryskujące się z pluskiem na mniejsze przy zetknięciu z twardym podłożem, jest tak naprawdę czymś innym, czymś o wiele groźniejszym. Przestrzeń przed nim była... chyba... ostrzeliwana? Na kawałki cegieł, dużych fragmentów ścian, ludzkich kończyn, zwalonych kominów, luźno leżących kabli, części zbrojenia, ram okiennych, mebli, garnków i wszystkiego co teraz przed nim leżało, spadało dosłownie tysiące pocisków. Na dodatek ten ostrzał śmierci, miarowo i sukcesywnie „przeszukujący“ miejsce po miejscu w morderczym zamiarze wyrugowania z okolicy wszelkich oznak życia, coraz bardziej zbliżał się w jego stronę. Impuls był prawie natychmiastowy. Odwrócił się pragnąc uciekać lecz w tym samym momencie zamarł ponownie, tym razem z przerażenia. Dokładnie naprzeciw, nad czubkiem własnego nosa zobaczył wpatrzone w niego, okrągłe, otwarte oczy. Były jak zwid, jak coś nierealnego. W pierwszej chwili potrafił rozróżnić jedynie wielkie, stalowe i wyraźnie żywe źrenice bez umiejscowienia i oparcia w twarzy lub innej części ciała. Wtłoczony w sprasowaną materię zakrwawionego mięsa, upiorny, samoistny byt, wyciągnięty żywcem z obrazów przedwojennych surrealistów. Dopiero po chwili, gdy ochłonął i przyjrzał się bardziej uważnie, w zbitej masie ciała i tkanki zdołał rozpoznać zarys zniekształconej twarzy z wyraźnym obrysem ust i nosa, co nadało wpatrzonym w niego oczom trochę bardziej ludzki charakter, nie pomniejszając w żadnym stopniu nierealności sytuacji. Głowa - bo była to głowa - wyraźnie żyła. Usta poruszały się rozchylając i zamykając zupełnie tak, jakby coś do niego mówiły. Zbliżył do nich ucho próbując zrozumieć delikatny szept. - Devonser... Devonser... - Odsunął głowę. To słowo coś mu mówiło, brzmiało tak oczywiście i swojsko, jak coś czego nie sposób zapomnieć. Nazwa rodzinnej wsi, lub imię ojca. Drażniło, poruszało w jego umyśle strunę odpowiedzialną za wspomnienia. Co to mogło być? Imię? - Devonser... van Culgenar... - Kolejne, wyszeptane cicho słowa ostatecznie przełamały skruszoną barierę niepamięci. Kurwa! Tak! Devonser... To przecież ja, moje imię! Ale co? Cholera... Sol... kapsuła. Obrazy ustawiły się na właściwych miejscach. Ale..., to nie tak! Radość wywołana euforią przypomnienia zgasła tak szybko jak się pojawiła. Wraz z powrotem pamięci wrócił strach towarzyszący wejściu do kapsuły. Przecież to nie tak, to ja miałem... Kolejne przywołane obrazy nie pasowały do układanki. Jakieś obce wspomnienia z okopów. Śmierć i strach leżący na mokrej ziemi. Przestał myśleć łapiąc się z bólu za głowę i w tym samym momencie kolejna salwa dosięgła podstawy stosu ciał, na których leżał. Krew wytłoczona z tkanki gwałtowną siłą pocisku obryzgała mu buty i nogawki spodni. Ten widok otrzeźwił go na chwilę. Teraz musiał uciekać, walczyć o życie. Odruch był silniejszy od myśli. Szybko odwrócił się brnąc w jedynym bezpiecznym kierunku jaki znał, na górę stosu. Ślizgając się po miękkich, mokrych od krwi i błota ciałach, całą siłą woli starał się nie myśleć, ani o świstających wokół kulach, ani o wszechogarniającym i zatykającym drogi

31


oddechowe odorze zgnilizny, skupiwszy się jedynie na celu, jakim był widniejący przed nim szczyt. Po chwili wspinaczki wreszcie osiągnął cel. Momentalnie przerzucił nogi na drugą stronę i szybko ześliznął się na ziemię, a następnie nie zwalniając tempa dopadł do ściany przed nim i w pełnym pędzie wskoczył do wielkiej dziury, która wyrosła mu przed oczami jak zbawienie. Był w środku budynku i przez moment poczuł się bezpieczny. Odwrócił się by popatrzyć na doskonale widoczny przez dziurę, rozrywany na strzępy pociskami stos ciał, wstrząsany teraz dodatkowo konwulsjami wybuchów. Widok był nierzeczywisty. Już go nie przerażał, wręcz przeciwnie, uspokoił pozwalając skupić myśli. Wydawało się, że w budynku nie było nikogo kto mógłby mu pomóc. Tylko ci, co strzelali, ale na ich pomoc raczej nie mógł liczyć. Musiał radzić sobie sam. Powinien opuścić kamienicę i poszukać jakiegoś bezpieczniejszego miejsca. Niestety na korytarzu czekał go wielki zawód, jedyne wyjście na drugą stronę było całkowicie zasypane gruzem. Zdał sobie sprawę, że tą drogą raczej nie zdoła wydostać się na zewnątrz, że będzie musiał iść w górę, na wyższe pietra. Przez chwilę stał na korytarzu rozmyślając o czekającej go wędrówce, gdy jakaś mocarna ręka złapała go od tyłu, zatykając usta, a znajomo brzmiący głos nakazał zachować ciszę. Przestraszony Devonser odwrócił się gwałtownie, lecz znieruchomiał widząc przed sobą sinobiałą, pokrytą w całości pyłem z tynku twarz jakiegoś żołnierza. Przez moment myślał, że to kolejny martwy jednak po chwili zaczął myśleć bardziej rozsądnie. Pamiętał tą twarz. To Schultze, jego sierżant, a w zasadzie sierżant porucznika SS, którym był jeszcze przed chwilą i którego ciała jeszcze nie opuścił. Ale wróg, czy przyjaciel? Tego jeszcze nie wiedział, musiał się dowiedzieć. Sierżant nie sprawiał wrażenia wrogo nastawionego. Coś pokazywał mu ręką. Devonser popatrzył we wskazanym kierunku, nie od razu i nie bez trudu zauważając wąską na grubość ciała człowieka szczelinę, między podłoga a ścianą mieszkania obok. To mogła być droga ucieczki? Popatrzył na Schultza, potem na otwór i kiwnął głową, że rozumie. Tamten uśmiechnął się a następnie pchnął go do dziury. Gdy byli po drugiej stronie, wstali z podłogi i bez słów ruszyli w kierunku najbliższego okna. Przeszli przez otwór, zsunęli się na ziemię po czym biegiem, skierowali najkrótsza drogą na wschód, w stronę rzeki, tam gdzie czekały na nich ich pozostałe oddziały SS. *** Devonser van Culgenar i jednocześnie porucznik Georg Humple siedział w kącie pomieszczenia piwnicznego jednej z ocalałych kamienic, tymczasowo przerobionej na areszt polowy. Obok niego na podłodze leżał odpoczywający sierżant Schultze. Siedzieli tak już od godziny, od kiedy major Lange postanowił dać upust swojej złości i przykładnie ukarać winnych wytracenia trzech kompanii. Zgodnie z tym co zapowiedział, po powrocie do jednostki czekał ich sąd polowy. Jednak van Culgenar nie myślał w tej chwili o tym co będzie później. Jego myśli zaprzątało rozpamiętywanie tego, co stało się niecałe kilka godzin temu, a co teraz wydawało się jakimś koszmarnym snem. Bo ewidentnie coś było nie tak. Transfer się udał. To było to miejsce w którym chciał się znaleźć. Warszawa, jesień 1944 roku. Zaraz po upadku powstania .Tylko, że pozostałe rzeczy już się nie zgadzały. Program nie przewidywał, że będzie cholernym, niemieckim żołnierzem. Wręcz przeciwnie, to on chciał polować na nazistów z SS, to on miał dysponować super bronią i zabić majora, tylko, że teraz wszystko się pomieszało. Co robić? Co robić?, myślał intensywnie. - Pana umysł jest doprawdy fascynujący? - Czego chcesz Schultze? - warknął, usilnie starając się ukryć swój holenderski akcent. - Mówimy tylko, że pana umysł jest fascynujący panie von Culgenar, a może Horst, jak pan woli. - Sol!? - Devonser zerwał się jak poparzony z podłogi wgapiając się w okrągłe oczy sierżanta. Sol, to ty!? - Nie! To nie jest Sol. Ale jeśli woli pan rozmawiać z Solem, możemy sprawić żeby tu był. - Gówno mnie obchodzi z kim rozmawiam! - warknął Devonser łapiąc w złości sierżanta za kurtkę i mocno nim potrząsając. - Gadaj zaraz, co tu się dzieje bo nie ręczę za siebie.

32


- Proszę zostawić biednego sierżanta w spokoju, jeszcze się panu przyda. Devonser popatrzył uważniej na Schultza. Jego usta co prawda wypowiadały słowa, jednak oczy były zupełnie pozbawione wyrazu. Szklane paciorki. Tępe i nieobecne, jak u lalki. - Co tu się, kurwa dzieje? - stęknął zrezygnowany łapiąc się za głowę. - Najbardziej ogólnie rzecz ujmując, mamy drobną awarię - powiedział ktoś głosem sierżanta Schultze. - Proszę sobie usiąść i posłuchać co mamy do powiedzenia. Jest trochę czasu, spokojnie uda nam się wszystko wyjaśnić. Otępiały Devonser po raz kolejny zajął miejsce w kącie piwnicy, bez entuzjazmu wpatrując się w siedzącą przed nim postać. - Pamięta pan ten moment kiedy wszedł pan do kapsuły? - Doskonale. Czemu miałbym nie pamiętać? To było raptem kilka godzin temu. Nigdy w życiu nie byłem tak przerażony. - No właśnie. Stres, który pan przeżył w tym momencie ujawnił niestety pewną skazę w pana psychice. Skazę, której nie dało się w żaden sposób wykryć podczas wcześniejszych badań. Chodzi o endogenną skłonność do zachowań psychotycznych. - Co? - Schizofrenię. Skłonność do schizofrenii. - Ale ja..., nigdy nie miałem problemów z osobowością - powiedział cicho Devonser - Nie miał pan, ponieważ nigdy nie był pan postawiony w takiej sytuacji jak wtedy, ale mógł pan mieć. Jak zwykle w takich przypadkach decyduje cały ciąg niezależnych od siebie przyczyn. Rozpoczęcie programu zadziałało jak katalizator, dynamiczna relacja adaptacyjna, czyli stres, ujawnił wadę, a chemiczne spowolnienie mechanizmów obronnych mózgu było tylko ostatnim klockiem układanki. W momencie, w którym pan zasnął umysł rozpadł się na dwoje jak niepasujące do siebie części a nasz „Pochłaniacz Światów“ - co za dziwna, nietrafiona nazwa - zadziałał w najbardziej prawidłowy sposób i zrobił coś bardzo nieprzewidywalnego, ale rozsądnego. Przypisał panu dwie postacie. Po jednej dla każdej osobowości. I tak stał się pan herosem bez imienia polującym na brzydkich faszystów i zarazem niemieckim porucznikiem Georgiem Humple z oddziału SS szukającym herosa. Zadziwiające, teoretycznie ta sama osoba po dwóch stronach barykady. Sytuacja prawie paradoksalna. - Ja już nie chcę. Chcę wracać do domu, słyszysz! - Po tym co usłyszał Devonser poczuł się zdruzgotany. - Gdzie pana duch myśliwego..., panie van Culgenar. Nie można się tak rozklejać. Chciał pan przygody i jest przygoda. I to jaka. Rozczulanie się nad sobą w tej sytuacji nic nie pomoże. Jak już zostało powiedziane mamy drobną awarię, a to oznacza, że powrót do punktu wyjścia jest na razie... raczej niemożliwy. - Raczej? - No, tak. Raczej. Musi pan wiedzieć, że rozszczep osobowości był tylko początkiem awarii, potem już zadziałał efekt domina..., motyla, albo entropii, jak kto woli. Program zakładał, że będzie pan przebywać w swoim wyśnionym świecie, aż do momentu gdy zgładzi majora Lange, mamy rację? - Tak było. - Program zakładał również, że jest jeden, pozytywny, główny bohater, który dysponuje nieskończoną liczbą żyć, jak w grach dla dzieci, czyż nie tak? Tym razem nie było odpowiedzi. - No właśnie, tyle, że „Pochłaniacz“ - co za dziwna nazwa - nagle stworzył dwóch głównych bohaterów, dlatego zmuszony był zmodyfikować program. I tu mamy problem. Nie kontrolujemy już gry. Nie wiemy jakim uległa zmianom. Dość powiedzieć, że już... wiele razy zabijał pan, to znaczy heros, bohater pozytywny wiele razy zabijał już majora Lange i... nic, za każdym razem program wraca do punktu wyjścia. Klasyczna pętla. - Ile razy? - Słowa ledwo przechodziły mu przez gardło. - Dokładnie? Sto dwadzieścia trzy tysiące czterysta pięćdziesiąt osiem razy.

33


- Ile! - Devonser ponownie zerwał się na nogi. Na jego twarzy widać było oznaki paniki. - Boże..., ile? Ile to jest...? - Ziemskich lat? O to chodzi? Około trzystu pięćdziesięciu pięciu. Tak myślimy, mniej więcej. Różnie to bywa. Czasami ginie pan po dwóch godzinach, a czasami nawet po kilku dniach. Zresztą, kto by to liczył. - Ciebie to, kurwa śmieszy? - van Culgenar ponownie zbliżył się do osoby sierżanta. W jego oczach pojawiły się złe rozbłyski. - Po co te nerwy? Proszę się uspokoić. Zapewniamy pana, że w tym przypadku czas nie ma żadnego znaczenia. Jest pan pod dobrą opieką i gdy wszystko się skończy wróci pan dokładnie w to miejsce, z którego pan wyruszył. Dla nas to żaden problem. Zapewniam, że wróci pan dokładnie w to... samo... miejsce i w ten... sam... czas! - Co to za bzdury? Kim ty jesteś żeby tak mówić? - Devonser chodził w kółko po pomieszczeniu próbując ochłonąć i zebrać myśli. - Jesteście? Kim jesteście?... Trzeba zadawać właściwe pytania - odpowiedział zagadkowo sierżant. - Jesteśmy świadomością zbiorową, która stworzyła „Pochłaniacz“. Ekscytujące, prawda? Pytanie ponownie trafiło w próżnię. W tym momencie van Culgenar mógł jedynie stać z rozdziawionymi ustami i nic więcej. - Po trzech pierwszych pętlach sytuacja przekroczyła możliwości Ziemi - kontynuowali niezrażeni Obcy. - Przede wszystkim energetyczne. Po każdym przejściu urządzenie musiało się zrestartować pobierając z otoczenia coraz większe ilości energii. Sytuacja stała się tragiczna. Towarzystwo Złodziei Historii poprosiło nas o pomoc a my musieliśmy interweniować i zabrać pana w bezpieczne miejsce. Tak to jest gdy da się małpie elektryczną zabawkę. Może być z tego niezła zabawa. Bez urazy, to tylko przenośnia. Wszechświat nie ma przed nami zbyt wielu tajemnic. Z naszego punktu widzenia jest to wyjątkowo... nudne, dlatego od czasu do czasu podsyłamy młodszym rasom jakąś zabawkę czekając, co z tego wyniknie. W większości wypadków nic z tego nie wynika, ale czasami jest tak jak teraz, no i mamy swoją chwilę ekscytacji. A teraz najlepsze. Jeszcze nam się nie zdarzyło, żebyśmy nie rozwiązali problemu. To tylko kwestia woli, determinacji i cierpliwości. W pana przypadku przyjęliśmy metodę prób i błędów. Celem jest naturalne zakończenie programu, jedyny sposób na to, żeby przywrócić stan sprzed jego uruchomienia, inaczej się nie da. Nasze dzieła przerastają swych twórców. Jak już ruszą nic ich nie powstrzyma, nawet my. Nie możemy zakończyć programu ani zmienić jego głównych założeń, ale możemy go lekko modyfikować szukając metody na wyjście z pętli. Ustaliliśmy już, że zwycięstwo herosa nie kończy gry dlatego szukamy sposobu na zmianę wyniku potyczki. - Ile to może jeszcze potrwać? - przerwał im Devonser. - Jeden raz..., albo biliony razy. Zarówno z naszego jak i pana punktu widzenia to i tak bez znaczenia. Ludzki umysł jest słaby, nie wytrzymuje takich obciążeń. Po kilku pętlach program uwzględnił tą słabość i teraz za każdym przejściem kasuje pamięć bohaterów. Dla pana to zawsze będzie tylko jeden raz, a dla nas: im więcej razy tym lepiej. Ale wróćmy do rzeczy. Po kilku tysiącach pętli doszliśmy do wniosku, że skoro program nie kończy się po śmierci majora Lange, ani po śmierci drugiego bohatera, to być może zakończy się po uśmierceniu herosa. Na razie jest to jedna z hipotez roboczych, którą musimy sprawdzić. Tyle, że jak dotychczas to stale przegrywamy z pana potrzebą asekuranctwa. Tak pan ustawił postać herosa, że bardzo trudno będzie go pokonać: Znacząca przewaga technologiczna, niewyczerpany zapasy broni i amunicji, wszechstronne wyszkolenie bojowe, zdolność do szybszej regeneracji, odporność na ból, brak reakcji na wszelkie znane trucizny, wyjątkowa odporność psychiczna. Jednym słowem osobowość nie do złamania. Swoją drogą gdzie tu dreszczyk emocji, zamiast wykładać miliardy na program trzeba było postrzelać do owiec na hali, na to samo by wyszło. Najpierw próbowaliśmy najprostszej metody. Dotrzeć do herosa, wyjaśnić mu sytuację i spowodować żeby dał się łaskawie zastrzelić, wysadzić w powietrze albo sam strzelił sobie w głowę. Niestety na tym polu ponieśliśmy sromotną klęskę. Za każdym razem uznawał to za próbę manipulacji, na którą jest przecież uodporniony. Wreszcie zrezygnowaliśmy

34


z prób dotarcia do herosa koncentrując się na drugiej stronie konfliktu. Na szczęście okazało się to o wiele łatwiejsze. Osobowość Georga Humple odziedziczyła skazę. Wystarczyło trochę napięcia, kontrolowany szok wywołany okolicznościami. No i mamy kontakt. Teraz musi pan tylko zabić herosa. W pomieszczeniu zapadła niezręczna cisza. - Powiemy tak - kontynuowali po chwili Obcy. - Pana obecny bohater, porucznik Georg Humple ma całkiem spore szanse na zwycięstwo w tej potyczce. To doświadczony żołnierz i dowódca, doskonały w walkach w mieście. Mając do dyspozycji sprzęt i oddanych ludzi potrafi być naprawdę groźny. Proszę wykorzystać tą postać. - Ale jak? - zapytał bez przekonania Devonser. - W zasadzie nie trzeba robić nic specjalnego. W tej chwili ma pan dwie osobowości i może pan korzystać z doświadczenia obu z nich. Prawdziwa ironia. Program przypisuje rozszczepionej osobowości dwie postacie a my likwidując skutki tego czynu robimy dokładnie odwrotnie. Łączymy dwie osobowości w jednym ciele. Dlatego wystarczy być sobą. To przychodzi samo, instynktownie, w odpowiednim momencie. Już to sprawdziliśmy. Nie będziemy za bardzo odkrywczy jeśli powiemy, że nie spotykamy się w tej piwnicy po raz pierwszy. Do tej pory radził pan sobie doskonale i teraz też tak będzie. Proszę mi wierzyć, że kilka razy był pan naprawdę blisko celu. - Ale przegrałem. - Za każdym kolejnym razem jest pan coraz bliżej. W końcu musi pan wygrać, to wielce prawdopodobne. - Mam też inne wyjście, mogę siedzieć i czekać na to co się stanie. - To nie jest żadne wyjście. Już pan tak robił. Dokładnie dziewięć tysięcy osiemset pięćdziesiąt cztery razy i za każdym razem wracamy do punktu wyjścia. - Więc... muszę działać? - Tak! Dokładnie! Jeśli chce pan zakończyć program i wrócić do domu to musi pan działać. Trafnie pan to ujął. Musi pan za wszelką cenę chronić majora Fritza Lange a przy tym chronić siebie i w końcu zabić herosa. Nie ma pan innego wyjścia i naprawdę, są na to duże szanse. Obcy spojrzeli mu głęboko w oczy. - To wszystko co mieliśmy do przekazania - powiedzieli. Proszę się jeszcze raz głęboko zastanowić i... działać. Do widzenia. Postać sierżanta Schultze ponownie ułożyła się na podłodze wpatrując w jeden punkt na ścianie. Devonser zorientował się, że został sam i znów musi liczyć tylko na siebie. Nie myślał zbyt długo. Gdyby myśli mogły zabić już byłby trupem. Postanowił podjąć wezwanie i działać. - To nie był żaden diabeł - rzucił przed siebie, nie zważając na holenderski akcent, który jakoś na przekór, akurat w tym momencie nie raczył się pojawić. - Co? -zapytał bezprzytomnie, wyrwany z drzemki sierżant Schultze. - W tym wszystkim nie było nic nadprzyrodzonego! - kontynuował dalej, już jako porucznik Georg Humple. - Była myśl, taktyka, technologia, której jeszcze nie znamy, olbrzymia przewaga ognia, ale na pewno nie było tam nic nadprzyrodzonego. Nie było też żadnej improwizacji. Wszystko od początku do końca przemyślane, tak jakby ktoś planował atak od dawna a potem tylko zrealizował zadanie i to z chirurgiczną precyzją. - Od początku nie mięliśmy żadnych szans! - pociągnął wątek zrezygnowany Schultze. - To cud, że w ogóle żyjemy, chyba że nasze przeżycie też było wcześniej... zaplanowane? - Ty jesteś wierzący Schultze? - tym razem osobą drwiącą z sierżanta był Devonser van Culgenar. - Wierzysz w cuda i inne takie? Wiesz co ja o tym myślę. Myślę, że jeszcze nie przyszedł nasz czas. Że ten ktoś, to nie był żaden diabeł. Że to cholerne komuchy testują na nas swoją nową broń, dla zabawy. A skoro to są ludzie, to można ich podejść i zabić. Trzeba tylko znaleźć jakiś sposób. - Ale jak, panie poruczniku? - w głosie sierżanta wreszcie pojawiła się nutka nadziei. - Trzeba myśleć Schultze, myśleć i działać. Nie pierdolić się z czerwonymi, tylko zabijać. To trzeba robić. Myśleć i działać, ale inaczej, na odwrót, żeby zaskoczyć gnoi i pokonać. - I to jest to! - przerwał mu wyraźnie już podekscytowany Schultze. - Co jest, co? - zapytał Humple.

35


- Czasami siła przeciwnika, może być jego słabością - rozpoczął tajemniczo sierżant. - Słabym punktem naszego wroga wydaje się być jego niechęć, lub też niezdolność do improwizowanych działań i należy to wykorzystać. - Tak, ale jak? - zapytał Humple. - Tak jak pan porucznik mówił. Na odwrót - odpowiedział z szelmowskim uśmiechem na twarzy Schultze. - Jak wszystko mówi żeby atakować, to trzeba stać i czekać. Jak widzimy prostą drogę, to trzeba iść bokiem, choćby przez miny. Jak do budynku jest tylko jedno wejście, to wywalić dziurę z boku i wejść tamtędy. Takie działanie jest kluczem do tego żeby przeżyć - zakończył już poważnie. Obaj przestali mówić wsłuchani w odgłosy strzelaniny na zewnątrz. - Zaczęło się - powiedział Humple. *** Odgłosy walki trwały już od godziny, wyraźnie nasilając się z każdą upływającą chwilą. Obaj byli gotowi do wyjścia w momencie gdy usłyszeli kroki. Po chwili odgłos ciężkich buciorów ucichł i drzwi piwnicy otworzyły się na oścież skrzypiąc przy tym głośno i przeraźliwie. - Humple! Schultze! Do majora! - powiedział ostrym tonem żołnierz, który pojawił się w drzwiach. Nie dyskutując, szybko udali się w stronę wyjścia, eskortowani pod czujnym okiem strażnika. Gdy wyszli na zewnątrz Humple zmrużył oczy pragnąc jak najszybciej przyzwyczaić je do jasnego dziennego światła. Żołnierze prowadził ich w kierunku, znajdującego się niedaleko, zaimprowizowanego punktu dowodzenia, przy którym stało już kilku oficerów. - Panie majorze, przyprowadziłem więźniów! - zameldował przepisowo gdy dotarli na miejsce. Wszystkie pochylone do tej pory nad mapą osoby, podniosły głowy, odwracając się przodem do nich. - Będziecie mieli okazję do rehabilitacji, Humple - rozpoczął obcesowo major Lange, próbując zachować pozory hardości, chociaż w jego oczach nie było już takiej determinacji jak poprzednio. - Nasz oddział - kontynuował - został zaatakowany przez przeważające siły wroga. Już straciliśmy wszystkie wozy, sprzęt i większość ludzi. W tej sytuacji zostaliśmy zmuszeni do taktycznego odwrotu. Potrzebujemy ludzi, dlatego chwilowo przywracam was do służby. Ty i twój człowiek znacie teren i przeciwnika więc poprowadzicie odwrót. Jednak nie myśl sobie, że wymigasz się od sądu. Jeżeli się spiszesz, potraktuję to jako okoliczność łagodzącą. Georg popatrzył na niego bez słów i bez entuzjazmu - A teraz do rzeczy panowie, trzeba opracować plan odwrotu. - Tu major zwrócił się ponownie do wszystkich oficerów, zapraszając ich gestem do pochylenia się nad mapą. - Przeciwnik atakuje z kierunku północno-zachodniego. Ma przewagę w ludziach i uzbrojeniu - rozpoczął, pokazując odpowiednią pozycję na mapie, sierżant sztabowy Knach, przyboczny majora, albo „przydupas“ jak nazywali go po cichu inni. - W tej chwili resztki naszych sił okopały się w tym rejonie i związały przeciwnika w wymianie ognia. Brak nam łączności ze sztabem, a amunicji starczy ledwie na kilka godzin. Proponuję poczekać do zmroku, za jakieś trzy godziny i pod osłoną nocy przebijać się w kierunku południowo-zachodnim, tak aby... - Z całym szacunkiem panie majorze - Devonser-Humple uznał, że nie ma nic do stracenia i przerywał wywód Knacha. - Jak do tej pory, przegrywamy wszystkie dzisiejsze potyczki, ponieważ robimy dokładnie to, czego chce nasz przeciwnik i wpadamy w zastawione przez niego pułapki. Wychodzi na to, że byliśmy zanadto przewidywalni, a plan sierżanta, skądinąd bardzo rozsądny, wpisuje się w ten sam schemat. - Tu Humple spojrzał ukradkiem na Schultze. - Proponuję coś zupełnie innego. Natychmiast przerwać działania wojenne i zamarkować odwrót w kierunku południowym, a następnie, korzystając z osłony budynków cofnąć się wzdłuż linii rzeki do punktu wyjścia i kontynuować odwrót w kierunku północno-zachodnim, prosto na obecne linie wroga. Jestem pewien, że ten manewr pozwoli nam oszukać przeciwnika i zyskać sporo czasu przewagi. Może nawet pozwoli na atak z zaskoczenia i wygranie tej bitwy. - Bzdury - prychnął Knach.

36


- Widziałeś przeciwnika? - zapytał znienacka Humple. - Nno, nie - odpowiedział przyboczny majora. - To skąd wiesz, że mają przewagę liczebną? - To oczywiste. Niby jak...? - My ich widzieliśmy. - Łgał jak z nut Humple, wskazując palcem na sierżanta. - To „Iwan“, mały oddział. Góra kilkanaście osób. Mają jakąś nową broń, szybkostrzelną i bezłuskową. Potężna siła ognia stąd wrażenie, że mają przewagę. - Bzdura! Jak kilkunastu ludzi...? - Panowie, bez kłótni! - tym razem to sam major Lange przerwał Knachowi. - Trzeba przyznać, że w argumentacji porucznika Humple jest jednak pewna logika - dodał. - Jeżeli nikt nie ma nic lepszego do zaproponowania, to trzeba będzie ją poważnie rozważyć. Żaden z oficerów nie odważył się oponować. - Oczywiście wizja ataku na przeciwnika jest całkowicie niemożliwa do zrealizowania. Dysponuje zbyt dużą przewagą... w uzbrojeniu - kontynuował, siląc się na mentorski ton major Lange. - Naszym priorytetem powinno być jak najszybsze dotarcie do linii naszych wojsk, a po przegrupowaniu, atak z użyciem wojsk pancernych i lotnictwa. Wykonać! - zakończył jak zwykle krótko. Grupka kilkunastu żołnierzy przedzierała się przez połyskujące czerwienią promieni nisko zawieszonego nad ziemią słońca, ruiny zniszczonego miasta. Poruszali się jeszcze dość szybko, choć na ich twarzach znać już było poważne zmęczenie. Grupkę prowadziło dwóch żołnierzy, wyraźnie trzymających się z dala od innych. W pewnym momencie jeden z nich pochylił się w kierunku drugiego szepcząc mu coś do ucha. - Niech pan się nie ogląda, panie poruczniku, wydaje się, że od dłuższego czasu jesteśmy obserwowani - powiedział szeptem sierżant Schultze wprost do ucha porucznika Humple. - Prędzej czy później to musiało się stać - odpowiedział Devonser. - Na szczęście zyskaliśmy trochę czasu i pozbawiliśmy przeciwnika elementu zaskoczenia. Teraz nasza kolej. - Humple zatrzymał się, dając znać pozostałym aby uczynili to samo, a następnie odwrócił się i podszedł do majora. - Panie majorze, za jakąś godzinę zajdzie słońce. Nie damy rady iść dalej, musimy odpocząć a to miejsce wydaje się odpowiednie. - Dobrze - odpowiedział łapiąc oddech Lange.- Tylko proszę nie zapominać o odpowiednich środkach bezpieczeństwa. W końcu cały czas jesteśmy na terytorium wroga. Schultze w ciągu pięciu minut wyszukał odpowiednie miejsce na postój. Gdy tam weszli, porucznik Humple z podziwem spojrzał na swego sierżanta doceniając walory obronne schronienia. Znajdowali się w wolno stojącym budynku o grubości ścian zapewniającej przyzwoitą ochronę w razie ataku przy użyciu ciężkiej broni maszynowej, a nawet ostrzału artyleryjskiego. Brak połączenia z innymi budynkami uniemożliwiał atak z góry, a odpowiednia ilość otworów w ścianach pozwalała na odpowiednią penetrację otoczenia i obronę budynku w razie ataku z każdej strony. Przy odpowiednim zabezpieczeniu mogli tu w miarę bezpiecznie przetrwać noc, w razie potrzeby odpierając ataki nawet dużych oddziałów przeciwnika, tyle że Devonser van Culgenar wiedział, że atakuje ich tylko jeden człowiek. Budynek idealnie nadawał się do zastawienia pułapki, i do ucieczki. Do pomieszczenia, w którym przebywali można było wejść jedynie z dwóch stron. Z klatki schodowej oraz przez dziurę w ścianie wychodzącą na zewnątrz budynku. W razie ataku z jednej strony zawsze można było z drugiej strony oskrzydlić przeciwnika, albo po prostu uciec niezauważonym. Porucznik niezwłocznie przydzielił Schultzowi pięciu ludzi z rozkazem spenetrowania i zabezpieczenia terenu. Sam natomiast zajął się rozplanowaniem obrony wewnątrz budynku. Nim minęła godzina, wszystko było już przygotowane. Do stojącego przy jednej ze szczelin w murze porucznika Humple, podszedł wolno Schultze. Przez chwilę obaj wpatrywali się w przestrzeń przed sobą, spoglądając na wyglądające zza gruzowiska ostatnie promienie słoneczne, kończące ten krótki, a zarazem bogaty w wydarzenia, jesi-

37


enny dzień. Po chwili jasność była już tylko wspomnieniem. Władzę nad Warszawą przejęła noc i służący jej mrok, który niczym duch poległych żołnierzy położył się cieniem na gruzach budynków i ulic pogrążając je w całkowitej ciemności. Obaj żołnierze poczuli dreszcz na plecach wyczuwając nieuchronność zbliżającego się niebezpieczeństwa. - Myślisz, że przyjdzie tej nocy? - zapytał retorycznie Humple. - Przyjdzie na pewno - odpowiedział sierżant. - I niech Bóg ma nas wtedy w swojej opiece. - Albo jego - dodał zaciekle Devonser. Major Fritz Lange obudził się w środku nocy tchnięty nagłym przeczuciem. Błędnym wzrokiem rozglądnął się dookoła lecz nie zauważył nic groźnego. Obok niego oparty o ścianę spał jego przyboczny, Knach. Pozostali żołnierze leżeli na podłodze zwinięci w kłębek, przytuleni do siebie w poszukiwaniu odrobiny ciepła. Jego oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności. Dopiero po dłuższej chwili zdołał dojrzeć dwóch stojących na straży wartowników, wypatrujących przez dziury w ścianie jakichkolwiek oznak działalności nieprzyjaciela. W zasadzie nic takiego się nie działo, pomyślał. W Charkowie przeżył ze swoim oddziałem nie jedną taką noc i stawał czoła nie takim niebezpieczeństwom. Chociaż tym razem było zupełnie inaczej. Nigdy wcześniej, morale jego ludzi nie było tak niskie jak teraz, a Fritz za ten stan rzeczy winił przede wszystkim tego krnąbrnego porucznika Humple i jego sierżanta, który nie odstępował go ani na krok. Nawet w tej chwili Lange widział ich stojących razem obok siebie przy wejściu do kryjówki. Nic tak negatywnie nie wpływa na morale jak brak wyraźnego przywództwa i niesubordynacja, a Humple wyraźnie go lekceważył, nie okazując należnego dowódcy szacunku. Niestety w obecnej sytuacji nic na to nie mógł poradzić. Potrzebował każdego człowieka, a niewielu ich pozostało. Ale po powrocie do koszar... W myślach już widział sąd polowy i Humpla stojącego pod ścianą. Przez twarz przeszedł mu grymas przypominający szyderczy uśmiech. W tym samym momencie potężna eksplozja wstrząsnęła górnymi piętrami budynku zasypując wszystkich resztkami przylegającej do sufitu mieszaniny tynku i zaprawy murarskiej. Śpiący do tej pory żołnierze zerwali się natychmiast w pełni gotowi do odparcia ataku wroga, jednak minęła dobra chwila i nic takiego nie nastąpiło. - Stać w pogotowiu na stanowiskach - zatrzymał ich głośno Humple, widząc, że powoli zaczynają tracić cierpliwość. Uczynił to w dobrym momencie. W tej samej chwili druga eksplozja, wstrząsnęła murami od strony podwórza. Tym razem efekt wybuchu był inny. Przed budynkiem zaczęły zapalać się specjalnie przygotowane w tym celu ogniska rozświetlając jasnym blaskiem całą otaczającą ich przestrzeń. Oczom zdumionych żołnierzy ukazała się stojąca, w odległości jakichś pięćdziesięciu metrów od nich, postać. Ubrany na czarno, wysoki i potężnie umięśniony mężczyzna stał z olbrzymim karabinem przewieszonym przez ramię wyraźnie nie wiedząc co robić. Był oszołomiony wybuchem. Stał tylko trąc intensywnie oczy porażone jaskrawym światłem. Wszystko to niestety trwało tylko ułamek sekundy i zanim Schultze zdążył krzyknąć ognia, postać mężczyzny zmieniła się w bezkształtną, spowitą w gęsty dym kulę, która z dużą prędkością zaczęła umykać przemieszczając się w kierunku leżących poza zasięgiem światła ruin budynków. Pierwsze kule dosięgły ją, gdy była już prawie na granicy ciemności. Żołnierze strzelali zawzięcie z wszystkiego co mieli w nadziei zniszczenia raz na zawsze znienawidzonego wroga. Ostrzał był tak intensywny, aż w pewnym momencie uciekająca kula dymu rozbłysła intensywnym światłem i zaczęła płonąć, wyraźnie przy tym wytracając prędkość. Wśród obrońców budynku rozległ się okrzyk radości i zwycięstwa. Przez moment wydawało im się, że wreszcie pokonali wroga. Jednak już po chwili krzyk zmienił się w jęk zawodu, kiedy kula znowu spowiła się dymem, przyspieszyła i po chwili zniknęła z widoku rozpływając się w otaczającej ją ciemności. W budynku zapadła grobowa cisza. Van Culgenar - Humple rozglądnął się dookoła patrząc z wściekłością na obce twarze żołnierzy, których miał przecież zagrzewać do walki. Wszyscy sprawiali wrażenie przygnębionych i zrezygnowanych. W ich oczach zauważył strach. Chciał cos zrobić,

38


powiedzieć, ale zły nastrój dopadł także i jego powodując zamęt w myślach. Dlatego z wdzięcznością przyjął inicjatywę Schultza, który najwidoczniej nie przeżył porażki tak mocno jak on i zachował trochę więcej zimnej krwi. Po chwili wrzasków sierżant przywrócił porządek ustawiając żołnierzy na stanowiskach i ustalając zmiany wart. To wystarczyło, żeby chwilowo przywrócić dyscyplinę w oddziale. Po sprawdzeniu, że wszyscy wrócili na miejsce Schultze podszedł do Humpla. - Zniszczył wszystkie zabezpieczenia - powiedział cicho, tak aby inni go nie usłyszeli. - Pułapka świetlna była naszą największą nadzieją na zwycięstwo, teraz pozostała nam jedynie ucieczka. Wszyscy widzieli, że przeciwnika nie da się zniszczyć. W naszych ludziach nie ma już ducha walki. Musi pan porozmawiać z majorem - zakończył. Humple bez słowa podszedł do Fritza Lange. Po krótkiej ale ostrej wymianie zdań wrócił do Schultza. - Cholerny major nie zgadza się na odwrót w nocy, decyzję podejmie dopiero rano. Musimy czekać i tak nie mamy nic lepszego do roboty. Fritz Lange ponownie siedział skulony w kącie pokoju wtulając się w plecy siedzącego obok adiutanta. Nie zamierzał już spać. Od ostatniej potyczki minęło kilka godzin, a on cały czas nie mógł opanować swojej wściekłości. Jak Humple śmiał, po raz kolejny podważyć jego autorytet, i to przy wszystkich. Gdyby nie był teraz potrzebny, rozkazał by go rozstrzelać na miejscu, bez sądu. Ale po powrocie i tak czeka go śmierć, pomyślał z wyraźną satysfakcją. Należy go powiesić, nie można marnować kul na kogoś takiego jak Humple. Jak Rzesza ma wygrać tą cholerną wojnę kiedy ma takich oficerów? W tym momencie zastygł ponownie. Do uszu wszystkich doszedł cichy świst, przypominający trochę odgłos pary uciekającej z czajnika przez gwizdek. Świst stawał się coraz bardziej doniosły, a po chwili do pomieszczenia, w którym przebywali coś wpadło, wyraźnie stukając o podłogę. A potem wpadło coś jeszcze i... jeszcze coś. Rozwalający bębenki w uszach huk, zwalił ich na podłogę pozbawiając na chwilę kontroli nad zmysłami, a jakby tego było mało, pomieszczenie zaczął wypełniać gęsty, duszący dym. Devonser van Culgenar, a zarazem porucznik Humple leżał na ziemi zakrywając sobie usta kawałkiem munduru. Wybuch ogłuszył go tak jak i pozostałych, jednak doświadczenie nakazywało mu leżeć na miejscu i czekać na rozwój wypadków. W odróżnienie od innych wiedział co go zaatakowało. Ten idiota, „on sam“ użył granatów ogłuszających z gazem i pewnie zaraz zaatakuje. Dopiero gdy brak powietrza stał się nie do zniesienia, postanowił że musi działać. Rozglądnął się dookoła starając rozeznać w sytuacji. Jak przez mgłę zobaczył, że ogłuszeni żołnierze, nie mogąc oddychać, zaczęli w popłochu, instynktownie przemieszczać się w kierunku dziury w ścianie i wyskakiwać na zewnątrz w poszukiwaniu nadającego się do oddychania powietrza. Dochodzące do niego tępe odgłosów wystrzałów i ogniki wybuchów świadczyły o tym, że prócz powietrza znaleźli tam, też i śmierć. W przebłysku przytomności umysłu przypomniał sobie o drugim wyjściu wiodącym przez klatkę schodową. Chciał krzyknąć do żołnierzy aby poszli za nim, jednak gryzący dym nie pozwolił mu nawet otworzyć ust wywołując tylko nagły atak kaszlu. Ostatkiem sił i woli porucznik nakazał swym mięśniom skierować ciało w kierunku wyjścia. Już przy pierwszym kroku potknął się o leżącego obok niego Schultze, którego rozpoznał jedynie po charakterystycznej siwiźnie włosów. Bez wdawania się w zbędne wyjaśnienia złapał go za kurtkę i pociągnął za sobą w kierunku wyjścia. Po chwili tamten zaczął iść samodzielnie. Gdy byli w pobliżu wyjścia, coś złapało go za nogi nie pozwalając mu się poruszać. Porucznik Humple pochylił się i w obłokach dymu zobaczył przerażoną twarz majora. W tym całym zamieszaniu miał trochę szczęścia. Jeszcze nie wszystko stracone, pomyślał łapiąc starego za połę płaszcza. Razem z Schultzem wywlekli go za sobą wyrzucając w kierunku klatki schodowej i upragnionego wyjścia. Gdy wypadli na zewnątrz wszyscy trzej upadli na ziemię z wyczerpania i braku tlenu. Przez chwilę leżeli tak, łapczywie chłonąc powietrze, jednak wyraźnie już otrzeźwiony Schultze nie dał im długo odpoczywać. Jako pierwszy zerwał się na nogi wskazując kierunek ucieczki w ciemność.

39


- Wszyscy zginiemy, wszyscy zginiemy - jęczał leżący na ziemi major Fritz Lange, który najwyraźniej wpadł w jakiś amok i nie mógł się z niego otrząsnąć. Devonser z politowaniem i pogardą spojrzał na niego, na moment odrywając wzrok od dziwnego zjawiska, które przykuwało ich uwagę od dobrej chwili. Zjawisko przypominało trochę zorzę polarną, którą van Culgenar widział już podczas swoich podróży, jednak w tym przypadku, przyczyna zjawiska tkwiła na ziemi, a nie w powietrzu. Wyglądało to trochę tak, jakby ktoś na chwilę rozświetlał całe kwartały miasta jasnym i wyraźnym światłem dającym wrażenie zorzy, po czym gasił światło przenosząc je na kolejny kwartał miasta i tak po kolei. - Szuka nas - skwitował krótko zjawisko Schultze, który już dawno przestał się dziwić czemukolwiek. - I znajdzie prędzej czy później. Dalsza ucieczka nie ma sensu, z czymś takim nie wygramy, ale przynajmniej mamy czas żeby się przygotować do walki - zakończył z zaciętą miną. - Masz rację, ucieczka z powrotem w kierunku rzeki tylko odłożyła w czasie to, co i tak było nieuchronne. Lepiej sprawdźmy jaką bronią dysponujemy - odpowiedział Humple. - A co z nim? Będzie nam tylko przeszkadzał? - Sierżant wskazał znacząco na nóż, który trzymał w ręku. - On musi żyć - zareagował przesadnie van Culgenar - Humple. - Musi żyć! Pamiętaj to ważne - dodał z przejęciem. - Nawet gdyby tobie albo mnie się coś stało. Nawet gdybyśmy byli o włos od śmierci, on musi żyć, rozumiesz! - Dobra - sierżant wzruszył ramionami dopatrując się w zachowaniu dowódcy pierwszych oznak szaleństwa. - Schowam go gdzieś - powiedział Devonser odchodząc na bok z majorem. Gdzieś gdzie nie będzie nam przeszkadzał. Światło było białe i bardzo jasne. Wychodziło z góry i pozwalało na dostrzeżenie każdego szczegółu otoczenia. Wyglądało tak, jakby ktoś zamiast słońca zapalił nad nimi wielką lampę z mleczną żarówką. Schultze czuł przez skórę, że przeciwnik wpadł na ich trop i tylko kwestią czasu było kiedy zlokalizuje ich obecną kryjówkę. Razem z porucznikiem leżeli na ziemi przykryci płaszczem majora Lange w oczekiwaniu na atak. Amunicji starczyłoby im zaledwie na kilka minut potyczki dlatego zdecydowali się wykorzystać ją w całości na pułapki i prowadzić walkę wręcz. Sierżant w jednej ręce ściskał osadzony na drzewcu długi, wojskowy nóż, a w drugiej znaleziony nieopodal żelazny pręt. Delikatny szmer z prawej zwrócił ich uwagę. Jednocześnie popatrzyli w tamtą stronę. Jakieś dwadzieścia metrów dalej, na szczycie niewielkiego wzniesienia zobaczyli samotną postać mężczyzny, którego już raz widzieli tej nocy. Mężczyzna rozglądał się wkoło stojąc obok dziwnej maszyny, z wyglądu przypominającej motocykl tyle, że bez kół. Był dobrze oświetlony, dlatego Schultze mógł mu się dokładnie przyjrzeć. Wysoki i potężnie zbudowany. Miał jakieś dwa metry wysokości i ważył ze sto dwadzieścia kilogramów. Ubrany był teraz w spodnie i kurtkę w barwach ochronnych jednak bez żadnych emblematów i naszywek. Miał solidnie wyglądające buty a na głowie czapkę w kolorze munduru. Z pleców zwisał mu ciężki karabin maszynowy a uzbrojenie uzupełniał długi nóż wystający z kabury zawieszonej na pasie. Sierżant ocenił go jako przeciwnika, poważnego, jednak możliwego do pokonania przez dwóch dobrze wyszkolonych żołnierzy. Na dalsze przemyślenia nie było już czasu. Tamten wsiadł na swój pojazd i skierował go w dół. Prosto w zastawioną przez nich pułapkę. Odgłos wybuchu oznaczał, że pojazd przeciwnika właśnie wjechał na skleconą przez nich naprędce, prowizoryczną minę. Nie marnując czasu zerwali się z ziemi na nogi i podważając wystające pręty, zrzucili na dół, przygotowaną wcześniej stertę gruzu i kamieni całkowicie zasypując wszystko co znajdowało się niżej. Potem rozdzielili się i zaczęli zachodzić przeciwnika z obu stron. Oczekiwali wroga całkowicie unieruchomionego zawałem jednak się mylili. Po opadnięciu kurzu czekało ich wielkie rozczarowanie. Leżące na dole rumowisko, podnoszone jakąś niewidzialną siłą zaczęło unosić się do góry i opadając na boki uwolniło nienaruszony pojazd wraz z jego kierowcą.

40


Porucznik Humple i sierżant Schultze nie czekali na to, co się stanie dalej. Krzyknęli głośno dodając sobie odwagi i z nożami w rękach rzucili się w kierunku przeciwnika. Ten jednak nie zamierzał się bronić. Dotknął tylko pasa i w tym samym momencie jakaś potężna siła zwaliła ich z nóg pozbawiając broni i przytomności. Devonser van Culgenar ocknął się ciągnięty za nogi po ziemi. Miał skrępowane ręce a jego głowa nieprzyjemnie obijała się o nierówności i wystające kawałki cegieł. Podróż nie trwała zbyt długo. Po chwili zatrzymał się, a następnie coś podniosło go w górę i rzuciło na ziemię. Spadł obok leżącego w tym samym miejscu sierżanta Schultze. Od razu próbował ruszyć się z miejsca, ale nie mógł. Jego ciało ogarnęła dziwna niemoc, uniemożliwiająca wykonanie jakiegokolwiek ruchu, nawet wtedy, gdy heros podniósł go do góry patrząc w jego twarz a następnie z wyraźną złością rzucił z powrotem na ziemię. Jakby nie otrzymał tego, czego się spodziewał. Porucznik Humple obserwował kątem oka, jak coraz bardziej zdenerwowany heros ogląda Schultza a następnie daje upust swej złości, kopiąc dość mocno w leżący na ziemi kamień. Rozwścieczony chodzi przez chwilę w kółko mamrocząc coś pod nosem po czym wraca do sierżanta, szybkim ruchem wyciąga wiszący u pasa nóż, pochyla się i jednym cięciem rozrzyna mu gardło. Potem wstaje i odwraca się w jego stronę. Devonser zamknął oczy w oczekiwaniu na zimny dotyk stali lecz zamiast zgrzytu rozcinanej skóry usłyszał wyraźny śmiech. Otworzył oczy. Dziesięć metrów od nich stał major Fritz Lange, który musiał jakoś wyjść z kryjówki. Nie zwracał na nich uwagi, stał tylko śmiejąc się głośno i tupiąc, jak dziecko. Potem zaczął bełkotać coś niezrozumiale zachowując się przy tym tak, jakby prowadził dyskusję lub wygłaszał płomienną mowę. Heros uśmiechnął się pod nosem, odpuścił porucznika i zwrócił się w stronę majora. Teraz jest szansa. Ostatnia, pomyślał Humple. - Hej, ty... Culgenar! - wrzasnął po holendersku, najgłośniej jak potrafił. - Devonser van Culgenar! Culi! Zostaw go! Nie możesz go zabić! Heros zareagował. Odwrócił się zdziwiony. Na jego twarzy pojawił się wyraz niedowierzania. Zaczął wracać w jego kierunku. - Posłuchaj Culi, to.... Dewonser - Humple nie skończył zdania. Przeszkodziła mu szeroka na pięć centymetrów klinga noża, tkwiąca aż po rękojeść w jego gardle. Świat zamarł nagle w bezruchu i pogrążył się w całkowitej nicości. *** Gwałtowny wstrząs wywołany wizją zamroczył go na moment, odrzucając do tyłu jak po mocnym uderzeniu pięścią. Gdy minął pierwszy szok zrobił krok w przód i ponownie spojrzał w lustro co pozwoliło mu powrócić do stanu jako takiej równowagi, umożliwiającej przynajmniej zapanowanie nad niekontrolowanym ruchami mięśni. Tym razem, to co tam zobaczył to na pewno była jego twarz...

„Pochłaniacz Światów“ - powiedział, akcentując słowa z wyraźnym uwielbieniem 41


Agata Sienkiewicz (Helena Chaos) Bibliotekarka z wścieklizną mózgu, objawiającą się ciągłą potrzebą „robienia czegoś“. Inicjatorka portalu „Herbatka u Heleny“ oraz miesięcznika „Herbasencja“. Jednoosobowy dział DTP dwumiesięcznika kryminalno-fantastycznego „Qfant“. Były członek Loży Nowej Fantastyki. W sieci osiagalna pod pseudonimami Oke Mani, Suzuki M. i Helena Chaos. Wielbicielka literatury klasycznej, fantastyki, mang i anime. Zwierzolub z poważną fiksacją w kierunku kotów. Potomek Dżyngis-chana.

Przeze mnie droga..

fantastyka

- Witamy w krainie wyrzutków i marzycieli. Pochylająca się nade mną postać mogła być każdym. Zamglonym wzrokiem dostrzegałem zaledwie zarys sylwetki. Docierający jakby z oddali głos też nie budził żadnych skojarzeń. Wstałem z trudem, przetarłem oczy i strzepnąłem z ubrania rudy pył. Przede mną stała dziewczynka o długich, lśniących, czarnych włosach, z grzywką kończącą się tuż nad powiekami, ubrana w czarną sukienkę bez rękawów, czarne rajstopy i białe buty. Patrzyła czarnymi jak węgiel oczami, z delikatnym uśmiechem na ustach. - Gdzie ja jestem? - Jak to: gdzie? – zapytała zaskoczona. – Tutaj – dodała, zataczając ręką krąg, wskazujący otaczającą nas czerwoną pustynię. Nijak nie rozjaśniło to sytuacji. Spróbowałem inaczej. - A dlaczego tu jestem? - Najwidoczniej chciałeś tu być. – Wzruszyła ramionami. Powiodłem wzrokiem po pustym krajobrazie. - Oprowadzić cię? – usłyszałem z dołu. - Tak, poproszę… Byłem ciekaw, jak też może wyglądać oprowadzanie po pustyni. Dziewczynka odwróciła się, a przestrzeń przed nią pękła, rozcięta przez snop światła. Wkrótce stały przed nami otwarte drzwi. Przekroczyliśmy próg. Na to gotowy nie byłem - moim oczom ukazało się miasto zbudowane przez wariata. Każdy budynek inny. Obok siebie stały nowoczesne drapacze chmur i brudne szałasy, parterowe domki z białymi płotkami i średniowieczne zamki, przyczepy campingowe, altanki, góralskie chatki, kamieniczki i domy ze szkła i stali. Niektóre tętniące życiem, inne popadające w ruinę. Przed większymi stały totemy lub ołtarze. Podchodzili do nich jacyś ludzie, składali kwiaty, wznosili modły, zostawiali ofiary.

42


- Masz imię? – odezwała się niespodziewanie moja przewodniczka. - Imię? - To będziesz Point. - Dlaczego Point? – zapytałem zbity z tropu. - Bo lubię to słowo. Brzmi, jakby się miało w ustach sprężynę. - A ty masz imię? Dziewczynka myślała przez chwilę. - Możesz mi mówić Wera. To będzie nawet zabawne. – Znów uśmiechnęła się prawie niezauważalnie. Zrezygnowałem z dalszych pytań. Chodziliśmy ulicami bez nazw i bez pomysłu, mijaliśmy setki ludzi. Niektórzy kłaniali się przed Werą w pas, bądź pozdrawiali skinieniem dłoni, a niektórzy na jej widok przechodzili na drugą stronę drogi. Miałem wrażenie, jakbyśmy chodzili godzinami, a wszędzie panował ten sam chaos. Dziewczynka jakby odgadła moje myśli. - Wbrew pozorom, panuje tu bardzo prosta logika, kiedyś to dostrzeżesz. Teraz przedstawię cię reszcie. Pokłonisz się i będziesz jednym z nas. - Jak to… Nie zdążyłem skończyć, bo w tym momencie zrobiło się całkowicie ciemno. Zostałem sam. Chyba najbardziej przeraziła mnie kontrastująca z dotychczasowym hałasem cisza. Kiedy ciemność zaczęła rzednąć, zobaczyłem, że wokół zgromadzony jest tłum ludzi. Dziesiątki, może setki, nie wiem, widziałem i tak tylko tych z pierwszych rzędów. Wśród nich zdecydowanie mogłem odróżnić kilku w zielonych, długich szatach. Trzy małe dziewczynki, dwie kobiety, dwóch chłopców i trzech mężczyzn. Patrzyli wyczekująco. „Pokłonisz się i będziesz jednym z nas” - w myślach dudniły mi dopiero co usłyszane słowa. Powoli schyliłem głowę. Po chwili to samo uczyniły postaci w zieleni, a potem pozostali zgromadzeni. - Imię? – rzuciła sucho jedna z dziewczynek. - P… Point… - Dlaczego tu jesteś? - Jestem, bo… bo chciałem tu być? – Nic innego nie przyszło mi do głowy. - Czy przyrzekasz przestrzegać naszych praw? Przyrzekasz szanować wszystkich członków wspólnoty bez wyjątku? Przyrzekasz szanować dzieła ich rąk? Przyrzekasz być szczery i wolny od pochopnych osądów? Przyrzekasz posłuszeństwo naszemu Bogu? - Przyrzekam… - wydukałem niepewnie. Zapadła cisza. Miałem wrażenie, że w tym momencie oczy wszystkich przewiercają mnie na wylot, by sprawdzić wiarygodność moich zapewnień. - Witaj! – powiedziała jakaś kobieta po lewej. - Będzie ci tu dobrze – dorzuciła druga z zielono ubranych dziewczynek. - Bądź pozdrowiony. - Rozgość się. - Witaj w naszych progach… Wkrótce w szumie głosów przestałem odróżniać pojedyncze słowa, choć mógłbym przysiąc, że gdzieś pod tym całym gwarem słyszałem szeptane w kółko „jeden z nas”. Wcale nie poczułem żadnej ulgi. Nagle wszystko ucichło. Tłum z powrotem utonął w ciemności. - Długo będziesz tak stał? Podążyłem wzrokiem za znajomym głosem. Wera stała tuż za mną, otwierając kolejne, jeszcze przed chwilą nieistniejące, drzwi, która zaprowadziły nas z powrotem do miasta. Odwróciłem głowę w stronę, z której przyszliśmy. Stała tam wielka brama, co najmniej pięciokrotnie mnie przewyższająca. Za jej budulec posłużyły ludzkie czaszki. Całe mnóstwo ludzkich czaszek. Niektóre już lekko omszałe, niektóre białe jak śnieg, a niektóre jeszcze pokryte… Nie, wolałem nie myśleć, czym był rudawy osad, zdobiący nieliczne sztuki.

43


- Te… - zacząłem, ale głos mi zadrżał. - Tak, to czaszki tych, którzy się nie pokłonili – odpowiedziała lekko uśmiechając się i mrużąc oczy. Tym razem poprowadziła mnie pełnymi prowizorycznych budowli obrzeżami miasta, aż dotarliśmy do wielkiej łąki, porośniętej soczyście zieloną trawą i gdzieniegdzie polnymi kwiatami. W niedalekim sąsiedztwie stało kilka rozpadających się szałasów. Na niektórych wisiały jeszcze resztki przeżartych płacht, z innych zostały same pale. Dopiero dalej stało kilka murowanych domów, a za nimi większe budowle. Nad wszystkim górowała wysoka i smukła wieża, na szczycie której płonął czerwony ogień. - Tu będziesz mieszkał. - Tu? To znaczy gdzie? Przecież tu nic nie ma! - Każdy zaczyna od zera. Niektórzy bardzo szybko się poddali, jak zresztą widzisz. Swój dom musisz zbudować. - Ale z czego? - Z tego, co znajdziesz. Na twoim miejscu już zaczęłabym szukać, zaczyna się ściemniać. - Ale… Wery już nie było. Spojrzałem po okolicy. Z czego mam zbudować ten dom? Od czego w ogóle zacząć? Stałem chwilę, całkowicie bezradny, nieprzytomnie wpatrując się w wysoką trawę, po czym ruszyłem w stronę jednego z szałasów. Wyrwałem pale, na których był oparty. Na szczęście nie były zbutwiałe. Wkrótce, z resztek dostrzeżonych namiotów, ustawiłem szkielet własnego. Sam dziwiąc się irracjonalności moich działań, z pobliskiego lasku przytargałem kilka jeszcze okrytych liśćmi gałęzi. Zaczęło zmierzchać, kiedy dziury w pokryciu „szałasu” zapychałem mniejszymi gałązkami, niemiłosiernie raniąc przy tym ręce. Robiło się coraz chłodniej i ciemniej. Nie byłem na tyle zdesperowany, żeby wyłożyć posłanie przegniłą płachtą jednego z namiotów, ale przykryłem nią powstały już dach, jakby faktycznie to mogło zapewnić ochronę przed czymkolwiek. Na szczęście trawa wewnątrz była dosyć miękka i nie musiałem spać na gołej ziemi. Co najwyżej groziła mi bliższa znajomość z zamieszkującym glebę robactwem. Dopiero, gdy się położyłem, poczułem, jak bardzo jestem zmęczony. Nie zarejestrowałem momentu, kiedy odpłynąłem, ale musiał nastąpić błyskawicznie. Obudziło mnie jakieś szemranie przy namiocie. - Te gałęzie długo nie wytrzymają, chociaż pomysł jest całkiem całkiem, ale na krótką metę. Całość nie daje schronienia ani przed deszczem, ani wiatrem. I robale mogą do środka wleźć. Kobiecy głos zdecydowanie wyceniał dzieło moich rąk. Otworzyłem oczy. Przez prześwity widziałem, że jest już jasno. Zmarzłem, zdrętwiałem, ale nie odważyłem się poruszyć. - A mi się całkiem podoba – dodał dziecięcy głosik. – Te liście takie zielone. Na swój sposób jest nawet ładny. Z wyobraźnią. Głosy ucichły. Postaci jeszcze chwilę czekały po czym szelest traw, towarzyszący ich krokom, zaczął się oddalać. Kiedy miałem juz pewność, że zostałem sam, spróbowałem rozprostować gnaty. Cały szkielet bolał mnie jak jasna cholera. Odwróciłem się na brzuch, po czym podnosząc na czworaki obróciłem głową w stronę wyjścia. Bardzo ostrożnie, by nie zburzyć delikatnej konstrukcji. Wysunąłem głowę z szałasu i zamarłem. Obok wejścia stał mężczyzna. Wyglądał dosyć niegroźnie w swojej koszulI w kratkę i okularach w grubych oprawkach, ale jego skwaszona mina jakoś nie zwiastowała niczego dobrego. - Amatorszczyzna – rzucił, akcentując „szcz”. – Rozsypie się przy pierwszym lepszym podmuchu wiatru. Do tego liście zaczną usychać i będzie syf. Z takim czymś to długo nie pociągniesz. Pewnie patrzyłem na niego jak debil, z rozdziawionymi ustami i pustką w oczach. Chwilę czekał, prawdopodobnie na odpowiedź, po czym machnął ręką i ruszył dalej. Wyczołgałem się z szałasu i rozejrzałem na wszystkie strony, oczekując kolejnej inwazji, jednak w zasięgu wzroku nie było już nikogo.

44


Spojrzałem z zewnątrz na mój „dom”. Faktycznie, nie wydawał się tak imponujący, za jaki miałem go wczoraj. Liście już podwiędły i część małych gałązek powypadała, płachta nasiąknęła poranną rosą, co wcale nie dodawało uroku. Usiadłem na wilgotnej trawie i zastanawiałem się, po co w ogóle to zrobiłem, aż kątem oka zobaczyłem jakiś ruch po mojej lewej. Odwróciłem głowę. Kilka kroków ode mnie stała młoda kobieta. Słońce igrało w jej jasnych lokach, a delikatny wiatr podwiewał długą, kwiecistą sukienkę. Uśmiechała się przyjaźnie. - Cześć! Znowu wyszedłem na debila, nie wykazując żadnej reakcji, poza bezmyślnym wybałuszaniem oczu. - Widać, że się starałeś – kontynuowała niezrażona – ale jeśli chcesz z nami zostać, to musisz sobie postawić coś solidniejszego. Miasto szybko rozprawia się z tymi, którzy nie robią postępów. Jeśli chcesz, mogę ci pokazać, gdzie szukać materiałów i nauczyć kilku podstawowych zasad. Nierozsądnie byłoby odmówić. Spędziliśmy razem cały dzień. Pokazywała, gdzie szukać cegieł, drewna i innych surowców. Jak je obrabiać i łączyć. Kazała analizować dobrze zbudowane domy i uczyć na ich przykładzie. W końcu zostawiła mnie w środku miasta, z głową napakowaną setkami pomysłów. Szukając drogi powrotnej do szałasu, zauważyłem Werę. Stała przy potężnym pomniku wilka. Nieśmiało patrzyłem, jak stając na palcach stawia na wysokim cokole butelkę z dziwnym, zielonym płynem, po czym rusza w moim kierunku. - Oberwało ci się? – zapytała roześmiana. - Słucham? - Widziałam twój szałas. Kiepściuchno. - Tak… Ale można powiedzieć, że już teoretycznie wiem, o co chodzi… Kłapałem jadaczką z dziwnym przekonaniem, że jak nie opowiem o wszystkich planach, to umkną bezpowrotnie. Ona nic nie mówiła. Szliśmy miastem, a ja, patrząc na kolejne domy, rzucałem pomysł za pomysłem, jak nakręcony. Kiedy zbliżaliśmy się do pomnika, na którego wysokim szczycie przycupnęła sowa, kątem oka zauważyłem, jak spojrzenie mojej towarzyszki w dosyć niepokojący sposób skupia się na jednym punkcie. Podążyłem wzrokiem w tym kierunku. Przy obelisku stał siwy staruszek, przygarbiony, z długą brodą. Patrzył na Werę z mieszanką odrazy i nienawiści. Po chwili zebrał ślinę, splunął na monument i odszedł. Chwilę patrzyłem oniemiały. Za to na ustach dziewczynki zakwitł szeroki uśmiech. Nie wiadomo skąd, pojawił się jeden z zielono ubranych mężczyzn i szmatką starł ślinę. Wyraz twarzy Wery powinien mnie wtedy zastanowić, chociaż zaniepokoić. Byłem jednak zbyt pochłonięty własnymi wizjami. Po chwili przy sowim słupie jakaś kobieta postawiła kolejny wazon kwiatów i wszystko było, jak jeszcze chwilę wcześniej. Ruszyliśmy dalej, ale nie zaszliśmy daleko. Tuż za obeliskiem stał dziwny dom. Przypominał trochę lunaparkowy gabinet strachów, stylizowany na wiktoriański styl. Strzeliste wieżyczki i przemyślane detale, utrzymane w czarno-granatowej tonacji, budziły zarówno zachwyt jak i niepokój. - Tu mieszkam – powiedziała Wera. Opadła mi szczęka. - Sama to zbudowałaś? - Sama samiusieńka. To proste: wystarczy słuchać dobrych rad i próbować do skutku. I, przede wszystkim, nie porywaj się z motyką na słońce. Przynajmniej nie od razu – dodała, puszczając oczko. - Mogę wejść do środka? – zapytałem nieśmiało. Wera lekko drgnęła, a na jej twarzy znów zagościł niepokojący grymas, ale trwało to może sekundę, zanim przybrała swój zwyczajny uśmiech. - Wolałabym nie i, uwierz mi, ty chyba też wolałbyś tego nie oglądać.… Ale za to pozwolę ci wyobrażać sobie wnętrze jak tylko ci się podoba. Czy to nie jest fajniejsze? Uniosłem w zdziwieniu brwi. - Eh, Point… - Pociągnęła mnie za rękaw, żebym się schylił, po czym przysłaniając usta dłonią wyszeptała mi prosto do ucha – Po prostu w środku jest straszny burdel. Nie mogłem się nie zaśmiać.

45


„Słuchaj rad i próbuj do skutku”. Te słowa dźwięczały mi w głowie przez następnych kilka dni. Były to chyba najbardziej pracowite dni w moim życiu. Z zapałem woziłem cegły, mieszałem zaprawę, a gdy brakło chęci, szedłem do miasta i patrzyłem na najpiękniejsze domy. Motywacja wracała, wraz z wizjami własnej posesji równie pięknej jak tamte, z równie imponującym pomnikiem w roli wizytówki. Po kilku dniach morderczej pracy stałem się właścicielem małej, ale całkiem zgrabnej altanki. Znów zobaczyłem mężczyznę ze skwaszoną miną, a po nim wielu innych. - Dużo lepiej, ale… Każdy miał jakieś „ale”. Pamiętając słowa Wery, z pokorą przyjmowałem każdą uwagę i wprowadzałem zalecenia w czyn. Nie wyszedłem na tym źle. Czasem wręcz śmiałem się sam z siebie, że przy budowie nie zauważałem tak istotnych uchybień. Po kolejnych kilku dniach poprawek wreszcie nie usłyszałem żadnego „ale”. Z poczuciem bezgranicznej radości i usatysfakcjonowania położyłem się na łóżku i pozwoliłem sobie na mała drzemkę. - Sąd! - Sąd. - Sąd… Głosy dochodziły jakby ze wszystkich kierunków, z różnym natężeniem, z różnym zabarwieniem. Otrzeźwiałem w trybie natychmiastowym. Wyszedłem z altanki. Tłumy ludzi szły w jednym kierunku. Od razu powziąłem pewne przypuszczenie i nie myliłem się. Szli do wieży. Z ciekawości także podążyłem w tamtą stronę. Wieża była idealnie biała i gładka. Bez żadnej rysy, bez skazy. Jak przystało na dom Boga. Fala tłumu zniosła mnie do środka. Im wyżej, tym większe ciemności ogarniały zgromadzonych. Za to dół wyraźnie oświetlały pochodnie. Wkrótce znalazłem sobie miejsce na jednym z balkonów, z których idealnie można było podziwiać scenę na samym dole. Na niewielkim podwyższeniu stał znany mi już staruszek, naprzeciwko niego zaś dziesięć tronów, obsadzonych przez także znajome postaci w zieleni. Oskarżony, zdenerwowany, dreptał po podwyższeniu, zaciskając pięści i mamrocząc coś pod nosem. Poza tym panowała całkowita cisza i atmosfera nerwowego oczekiwania. - Jesteś oskarżony o działanie na szkodę społeczności, podżeganie do nienawiści i obrażanie pobratymców – przemówiła jedna z kobiet. – Złamałeś przysięgę i zostaniesz za to ukarany zgodnie z wagą przewinienia. Decyzją Boga zostajesz skazany na banicję. - To była prowokacja! – wykrzyknął staruszek, wyciągając przed siebie zaciśniętą w gniewie pięść. – To wszystko wina tej wiedźmy, to ona, ta święta krowa… Ona nosi w sobie piekło!!! Całkowicie stracił nad sobą kontrolę. Krzyczał i pluł, jednak z jego ciałem zaczęło się dziać coś dziwnego. Najpierw stopy, potem kolana i coraz wyżej… Kamieniał. Centymetr po centymetrze. Wkrótce zastygł całkowicie, z wyciągniętą pięścią i otwartymi w krzyku ustami. Zapanowała głucha cisza. Spojrzałem po zgromadzonym tłumie, ale na nikim widowisko nie zrobiło wrażenia. Zanim opuściliśmy wieżę, zauważyłem gdzieś triumfująco radosną twarz Wery, a także kilka osób posyłających jej porozumiewawcze uśmiechy. Znowu zapanował spokój. Wróciłem do swoich zajęć, czyli oglądania obcych domów i rozbudowywania własnego. Zaczęło mi to sprawiać prawdziwą frajdę. Nawet na tyle już znałem miasto, że nie tylko nie gubiłem się w uliczkach, ale i poznawałem coraz więcej tajnych przejść, coraz więcej mieszkańców przestało być anonimowymi, miałem już swoje ulubione domy. Oczywiście pośród nich dom Wery. Ani się obejrzałem, a składałem kwiaty pod pomnikiem sowy. Jednak życie w mieście nie toczyło się tylko wokół budowli, o czym bardzo szybko się przekonałem. Na każdej ulicy można było spotkać co najmniej kilka kawiarenek, pubów czy wielkich sal wykładowych, w których głownie toczyły się zażarte dyskusje. Nie potrzebowałem dużo czasu, by zauważyć, że poszczególne miejsca mają swoich stałych bywalców i określony klimat oraz że nie każdy jest wszędzie mile widziany.

46


Mieliśmy z Werą ulubione, ale i na chybił-trafił zdarzało się nam gdzieś wpaść. By się czegoś nauczyć, by miło spędzić czas lub, po prostu nie mogłem się opędzić od tego wrażenia, by Wera wyrobiła swój dzienny limit irytowania ludzi… Kilka razy byłem świadkiem, jak w skutek jej pyskówek do pomieszczenia wpadali zieloni i rozpędzali całe towarzystwo, a lokal zamykano. Ale było jedno miejsce, gdzie wszechwidzące spojrzenie Boga zdawało się nie docierać. Którejś nocy obudziło mnie pukanie w okno. To była Wera. Niewiele mówiąc wyciągnęła mnie na bardzo długi spacer. Minęliśmy wszystkie zabudowania i długo jeszcze szliśmy po okalającej miasto łące, niemalże w całkowitych ciemnościach. W pewnym momencie poczułem, że wspinamy się po wzgórzu. Po chwili dostrzegłem lekką łunę, bijącą zza niego i usłyszałem coraz głośniejsze hałasy. Jeszcze kilka kroków i miałem przed sobą widok prawie tak samo zaskakujący, jak samo miasto. - Co to jest? - Zakątek Bezprawia! – pisnęła radośnie Wera i zaczęła z niekontrolowaną radością zbiegać ze wzgórza. W dole płonęło wielkie ognisko, oświetlające tłum ludzi, zebranych w mniejszych lub większych grupkach na dosyć rozległej polanie. Panował zdecydowanie radosny nastrój, do moich uszu dotarły nawet jakieś sprośne piosenki. Kątem oka dostrzegłem, jak ktoś zgarnął Werę w biegu i próbował usadzić ze swoim towarzystwem, ale, grzecznie przepraszając, wysunęła się z jego objęć i kontynuowała szaleńczy bieg, by w końcu, lekko wytracając impet, rzucić się na wielkie bure wilczysko, drzemiące samotnie przy ognisku. Wilk zerwał się, zrzucił ją, wyszczerzył kły, ale po chwili znów spokojnie leżał, nie zwracając uwagi na zawadiackie pociągnięcia to za ucho, to za ogon. Nastrój powszechnej hulanki wbrew pozorom lekko mnie wystraszył. Chwilę jeszcze przyglądałem się towarzystwu i, ku własnemu zdziwieniu, dostrzegłem prawie wszystkich zielonych, wmieszanych w różne grupki i zachowujących się równie rubasznie. - Point! – krzyknął ktoś z tłumu. – Nie stój tak, choć do nas! Wyłapałem zapraszający gest ręki, ale dopiero po bliższym przyjrzeniu poznałem osobę. Miałem do wyboru albo przyłączyć się do zabawy, albo ruszyć samotnie w stronę bardzo odległych świateł miasta. Wybór był prosty. Przysiadłem się do grupki, z której większość osób lepiej lub gorzej znałem. Brylował mężczyzna, którego skojarzyłem z kamiennym pająkiem. Od razu podał mi kubek z jakąś ciemną substancją, zaprawioną prądem. Już po kilku łykach byłem całkowicie rozluźniony i bez oporów włączyłem się do żartów, choć zabrakło mi odwagi, by wzorem innych, krzyczeć wredne uwagi w kierunku Wery i pękając ze śmiechu słuchać, jak odgraża się, równie rozbawiona. - Słuchaj, Point – rzucił pajęczak, lekko spoważniawszy – a co sadzisz o motylim pawilonie? Bardzo dobrze widziałem, o czym mówi. Dom z kamiennym motylem należał do moich ulubionych i na bieżąco śledziłem wszystkie zmiany. - Uwielbiam go – powiedziałem, może zbyt wylewnie i niekontrolowanie czknąłem, rozbawiając towarzystwo. – Zwłaszcza te czerwone ornamenty na fasadzie. Nagle w kręgu zapanowała dziwna cisza. - Powiedziałem coś nie tak? – zapytałem niepewnie. - Nie, tylko wiesz – delikatne zaczęła jedna z kapłanek – ona je namalowała własną krwią. I nie kryje się z tym. A nawet lekko afiszuje. W jej głosie pobrzmiewało zniesmaczenie. Już się obawiałem, że zabiłem nastrój, kiedy człowiekpająk z werwą podjął temat. - Daj spokój, każdy z nas to robi. Nie wiem, dlaczego się z tym tak kryjemy i dlaczego powinniśmy się tego wstydzić! Wszyscy wiemy, że dopóki nie oddamy jakiejś części siebie, nasz dom nie będzie miał duszy. - Wiem – odpowiedziała równie gwałtownie kapłanka – ale… - O wilku mowa… - szepnęła jedna z kobiet, szturchając kapłankę łokciem. Znowu zapanowała cisza. Gwarną i chwiejną gromadą zbliżała się właścicielka omawianego domu wraz ze swoją świtą. Gdy mijali naszą grupę, padło kilka zgrzytliwych uprzejmości, po czym towarzystwo ruszyło dalej.

47


Nagle moje spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem oplotkowywanej. Była to szczupła, starsza kobieta, o włosach przywodzących na myśl stóg siana. - Point, złotko, pierwszy raz tutaj? - Jakoś tak się złożyło… - No to zapraszamy do Altany! - Widziałem, jak na to słowo moje towarzystwo wymieniło miedzy sobą porozumiewawcze spojrzenia. – No już, nie bój się – dodała, uśmiechając się szeroko i wyciągając w moją stronę kościstą i pomarszczoną dłoń. - Point! – rozległo się od strony ogniska, zwiastun ratunku. Zerknąłem na kobietę przepraszająco, chyba tylko po to, by wyłapać w jej spojrzeniu cień wzgardy, po czym ruszyłem chwiejnie w stronę Wery. W mojej głowie pulsowało tysiące pytań, których wcześniejszym rozmówcom bałem się zadać. Siedziała już sama, długim patykiem mieszała w ognisku, a potem płonącą końcówką nadpalała suche źdźbła trawy. Przez chwilę miałem wrażenie, że płomienie odbijające się w jej oczach są dziwnie na miejscu. O co zapytać najpierw? - Co to jest Altana? Wera uśmiechnęła się drwiąco i wskazała małe ogniki po prawej stronie, drżące w miejscu, do którego nie docierało już światło ogniska. - To tam. - Ale coś jest niezwykłego w tym miejscu? - Właściwie, to nie. To najzwyklejsza na świecie siedziba snobizmu, zepsucia, rozpusty oraz słodyczy, zachwytów i wzajemnej adoracji. Jak chcesz dołączyć, to droga wolna. Jej mina zwiastowała koniec tematu. Podjąłem więc kolejne zagadnienie. - A tu? Co to za miejsce? - To jest, mój drogi, Zakątek Bezprawia. Robimy tu, co nam się żywnie podoba, a Bóg udaje, że tego nie widzi. - Jak to udaje? To co tu robią kapłani? - To samo, co robili, kiedy byli jeszcze jednymi z nas. Bawią się. Mimo wszystko, na twoim miejscu nie pozwalałabym sobie na zbytnią swobodę w ich obecności. Czasem mylą im się kompetencje. - W jakim sensie? - A w takim, że wydaje im się, że to oni rządzą miastem., a nie Bóg. - A kim tak właściwie jest Bóg? Wera rozejrzała się i dopiero pewna, że nikogo nie ma w pobliżu, odpowiedziała cicho: - Bóg jest stworzycielem. Stworzył ziemię, na której budujemy nasze domy. Stworzył zasady tej ziemi. Teoretycznie to jest jego miasto i teoretycznie on jest najwyższą władzą. Jest mądry i dobry, ale ostatnio mam wrażenie, że jego wzrok już nie śledzi naszych dróg i kroków. Być może nawet nie wie, co dzieje się tu, na dole. Dlatego kapłani robią, co im się podoba, miastem rządzą gangi, a do tego pałęta się tu mnóstwo różnych, dziwnych mętów. Zresztą, jeśli posiedzisz tu trochę dłużej, to sam się przekonasz. - A ty, długo już tu jesteś? - Na palcach rąk mogę policzyć ludzi, którzy są tu dłużej ode mnie. – Wera położyła się, podkładając ręce pod głowę i na chwilę zapatrzyła się w czarne niebo. Dziwnym sposobem, w jej oczach nadal płonął ogień. – Czasem mam wrażenie, że urodziłam się w tym mieście, że to ono mnie stworzyło. Jestem starsza niż obecni kapłani, dlatego nie czuję się w obowiązku okazywać im posłuszeństwa. Mam większy posłuch niż oni, choć nie ja jedna. I jestem absolutną rekordzistką pod względem liczby posiadanych wrogów – dodała cicho, a na jej ustach wykwitł błogi uśmiech. Nocna eskapada do zakątka bezprawia nie zniechęciła mnie do wizyt pod motylim domem. Był jednym z największych w mieście. Klasyczny, stylowy, otoczony dużym, starannie urządzonym ogrodem. Tak bardzo różny od „zamczyska” Wery. Przed bramą wysoko rósł w niebo obelisk, ozdobiony kamiennym motylem. Kobieta zwykła stać przy nim i z dobrotliwym uśmiechem pozdrawiać

48


wszystkich przechodzących obok. A przechodziło ich całkiem dużo. Niektórych zapraszała do środka, niektórym musiało wystarczyć zostawienie kwiatów pod pomnikiem. W okolicy domu zawsze panowała jakaś niepokojąco sielska atmosfera. Podczas jednego ze spacerów zauważyłem poruszenie, właśnie tam. Wmieszałem się w tłum. - Zachwycające! - Poruszające! - Perfekcyjne! Wszędzie było słychać tylko słowa zachwytu. Słomianowłosa stała przy obelisku, ze skromnie opuszczonym wzrokiem wysłuchując komplementów na temat przebudowy jej domu. Nagle, wśród harmonii zabrzmiała fałszywa nuta. - Twoi klakierzy jak zwykle na posterunku. Bez zerkania wiedziałem, do kogo należy ten głos. Za to wszyscy zgromadzeni nie omieszkali obdarzyć Wery pogardliwym spojrzeniem. - Och, drogie Oko Cyklonu, twoje zarzuty są jak zwykle bezpodstawne – odpowiedziała właścicielka domu z jadowitym uśmiechem. – Jeśli chcesz coś udowodnić, możemy się zmierzyć w pojedynku, ale wątpię, byś dała radę pokonać mnie w czymkolwiek – dodała, cedząc słowa przez zęby, a przez dobrotliwe rysy coraz bardziej przebijała dzika wściekłość. - W kupowaniu przychylności i poklasku za słodycze na pewno wiedziesz prym… - PAX! – dyskusję przerwała jedna z zielono ubranych dziewczynek, która pojawiła się znikąd. Na jej widok starsza kobieta odpuściła, bez słowa wracając do domu, posyłając wcześniej pogardliwy uśmiech w stronę oponentki. Kapłanka spojrzała ognistym wzrokiem na Werę. - Zakaz wszelkiego prowokowania. Ty – jesteś – prowokatorką… - powiedziała powoli, akcentując każde słowo. - A – ty – jesteś – wyjątkowo – łysa. – Odpowiedziała Wera, naśladując sposób wypowiedzi i postawę kapłanki. Ta zrobiła naburmuszoną minę i po chwili rozpłynęła się w powietrzu. Podszedłem do Wery. Rozweselona, puściła mi oczko. - Trzymaj się mnie, a nauczę cię drwić z kapłanów. - Ale przysięga… - Nic mi nie będzie. Tłum motylich wielbicieli zerkał na nas wilkiem, szczerząc kły. Po tym incydencie Wera zniknęła na kilka dni. Niepokoiłem się, nawet zajrzałem do Białej Wieży, czy przypadkiem nie stoi tam w formie marmurowego posągu. Kiedy wreszcie stanęła przed moim domem, na jej rękach widać jeszcze było ślady zadrapań i ugryzień. Nie musiałem pytać, skąd pochodzą. - Powinnaś to zgłosić kapłanom. - Point, posłuchaj - powiedziała smutno - ja jestem Prowokatorką. Jestem Podpalaczką. Jestem Chaosem. Jestem nieodłączną częścią tego świata. Nie mogą się mnie pozbyć – dodała dziwnie poważnie. - Ale to wcale nie oznacza, że będą mi pomagać. - Ale… - O, widzę, że zaczynasz gromadzić wyznawców! Zmieniła temat, jasno dając do zrozumienia, że dyskusję uważa za skończoną. Nie od razu pojąłem, o co chodzi, więc wskazała palcem małą glinianą kulę, jakieś dwa metry od drzwi mojego domu. Przy kuli leżał kwiatek. - Co to jest? - Zalążek – odpowiedziała ze śmiechem. – Im lepszy będzie twój dom, im większe wrażenie będziesz robił na pozostałych mieszkańcach, tym większy będzie ten pomnik. Wybuchnąłem śmiechem. - Przyznaj się, postawiłaś to, żeby zrobić mi kawał. Wera skrzywiła się.

49


- Jestem ostatnią osobą, która dla kawału stawiałaby pomniki. Wtedy dostrzegłem, że daleko za plecami mojej rozmówczyni, wśród wysokich łąk, stała dziewczyna, zwiewna i pastelowa, niczym rusałka. Zdecydowanie patrzyła w naszą stronę. To musiała być ona. Wątpliwy związek pomiędzy glinianą kulą i pomnikami niesamowicie mnie intrygował. Wprowadzałem w domu kolejne modyfikacje i ustalenia tylko po to, żeby sprawdzić, czy faktycznie odbije się to jakoś na wielkości kuli. Wypróbowałem nawet sztuczkę z własną krwią. Okazała się zadziwiająco skuteczna. Wraz z kolejnymi trafnymi inwestycjami kula powiększała średnicę, a cokół pod nią rósł coraz wyżej, niczym żywy organizm. Pojawiało się też coraz więcej kwiatów. Pod domem spotykałem ludzi, chcących podyskutować o budownictwie, udzielić kilku rad, lub uszczknąć coś dla siebie. Zaczynałem kochać to miasto. Najczęstszym gościem pod moimi drzwiami była pastelowa rusałka. Z czasem ją polubiłem, nawet bardzo. Szczególnie sposób, w jaki na mnie patrzyła. Mimo, że mieszkała w mieście dłużej niż ja, jej dom prezentował się niezbyt dobrze. Krzywy, chropowaty i pomalowany na pastelowy róż, gdzieniegdzie przetykany złotem lub zwierzęcymi wzorami. Widocznie nie miała szczęścia trafić na pomocną dłoń, jak ja, a przynajmniej tak pomyślałem na początku. Rusałka była bardzo delikatna i wrażliwa, więc spróbowałem na wyrost powiedzieć coś miłego. W odpowiedzi usłyszałem cały wykład światopoglądowo-idealistyczny, który miał mnie oświecić, dlaczego krzywa różowa chatka jest najwspanialszym domem na świecie i dlaczego inni są zbyt głupi, żeby to dostrzec. Faktycznie, to było oświecenie. Od razu zrozumiałem, dlaczego mieszkańcy omijają domek rusałki z daleka. Ale czy za to miałem się też od niej odsunąć? Była jeszcze młoda i tak uroczo głupiutka. Kiedy podniecona rozprawiała o swoich poglądach, bo o żadnej dyskusji nie mogło być mowy, jej policzki nabierały rumieńców, a w oczach błyskały delikatne iskierki. Miła odmiana po chłodnym i zdystansowanym towarzystwie Wery. Następne dni spędzaliśmy razem, albo przy moim, albo przy jej domu. I choć często po kryjomu musiałem zamalowywać koślawe kwiatki i zwierzątka, które rysowała kredkami na fasadzie mojego budynku, zdołałem namówić ją do doprowadzenia swojego domu do przyzwoitego poziomu, co w związku z jej uporem i niezachwianym przekonaniem do słuszności własnych poczynań było nie lada wyczynem Już pal licho kwiatki, serduszka i zwierzątka i resztę kiczu, który wypełniał każdą możliwą przestrzeń. Przynajmniej znalazło się kilkoro zainteresowanych, z podobnym gustem. Rusałka opowiadała im o koncepcji, alegoriach i przesłaniu, a oni tylko potakiwali głowami. Wtedy rzucała mi roześmiane spojrzenia typu – a widzisz, miałam rację. Słodki, śliczny głuptasek. Czułem się winny, kiedy pod moją nieobecność ktoś ocenił fachowo jej pracę, co zaowocowało nie tylko wykładem, ale i ostrą pyskówką i w efekcie – sądem. Na szczęście rusałka dostała drugą szansę, jako że był to pierwszy tego rodzaju wybryk. Długo płakała w moich ramionach, a ja nie miałem innego pomysł, jak tylko przytulać ją jeszcze mocniej. Tak bardzo się wystraszyła. Kończyłem kolejną przebudowę domu. Byłem wyjątkowo dumny, tym bardziej, że rusałka miała przy tym spore zasługi. Tuż przed świtem złożyłem jej propozycję, której nie mógłbym złożyć nikomu innemu. Zgodziła się, choć widziałem w jej oczach tyle samo szczęścia, co strachu. Chwilę potem, na framugach okien malowaliśmy kwiaty naszą wymieszaną krwią. Trema przed wystawieniem wspólnego dzieła do publicznej oceny niemalże zwalała mnie z nóg. W końcu przy bramie pojawił się pierwszy mieszkaniec – jasnowłosa kobieta, która jako pierwsza podała mi pomocną dłoń. Długo oglądała dom w milczeniu, obeszła dookoła, dotknęła kilku fragmentów, aż w końcu wydała werdykt: - Piękny. Padliśmy sobie z rusałką w ramiona. Kolejne pozytywne opinie jeszcze wzmogły naszą euforię. Jedno przez drugie odpowiadaliśmy na pytania zachwyconego tłumu. I wtedy przyszła Wera.

50


Przez cały ten czas w ogóle o niej nie myślałem, całkowicie pochłonięty budową i nowym towa-rzystwem. Uśmiechnęła się lekko, jakby nie chowała żadnej urazy. Ze znawstwem oglądała budynek, obeszła, obejrzała bliżej wybrane elementy, nawet przez okno zajrzała do środka, po czym wytknęła jakieś szczegóły, które jej zdaniem szwankowały. Trochę ich znalazła. Na koniec powiedziała: - Całkiem nieźle, pod warunkiem, że masz zamiar ewoluować w sześcioletnią dziewczynkę. Spojrzała z uśmiechem na ściskającą moje ramię rusałkę. Ja też. Jej twarz była czerwona niczym cegła. To była chwila, moment, nie zdążyłem zareagować. - Wynoś się stąd, wiedźmo! – krzyknęła piskliwym głosikiem. – Nikt cię tu nie chce, nikt cię nie lubi. Wykurzę cię z tego miasta. Sio! Zatkałem jej usta ręką, zanim rzuciła coś gorszego. Wera tylko uniosła wyżej brwi, a potem znowu się uśmiechnęła. Ten uśmiech nie zwiastował niczego dobrego. Odprowadziłem roztrzęsioną rusałkę do jej domu i wróciłem do siebie, pod pretekstem naprawy usterek. Długo myślałem o tym, co powiedziała Wera. Niestety miała rację. Zawsze miała rację. Zabrałem się za naprawianie uchybień. Pracowałem do wieczora, aż w końcu, do granic wycieńczony, padłem na lóżko i od razu zasnąłem. W nocy Wera poszła pod dom rusałki. Nie dałem rady zapobiec temu, co się stało. Obudzony przez dziwny niepokój, od razu pobiegłem pod dom mojej pani. Był pusty. Bardzo, bardzo zły znak. Podświadomie wiedziałem, gdzie jej szukać. Biegłem ile sił. Wokół domu Wery stał pokaźny, milczący tłum. Kwiaty pod pomnikiem były rozrzucone, połamane i podeptane. Usłyszałem dźwięk pękającej szyby. Jeszcze zanim wszystkie kawałki szkła wypadły z ram, rusałka już szukała kolejnego kamienia, by zbić ostatnie całe okno od frontu. - I czyj dom jest teraz koszmarny, co?! – krzyczała. – I czyj dom ma mnóstwo podstawowych błędów?! Wynoś się z miasta, ty jebana suko! Nikt cię tu nie chce!!! Słyszysz, wynoś się! Stałem jak wryty. Nie zrobiłem nawet kroku, kiedy obrzucała kolejnymi kamieniami dom, od czasu do czasu trafiając w którąś z dziur po oknach. Potem, w szale, wyrywała sztachety z płotu. Wtedy przyszli zieloni. Złapali rusałkę i zniknęli. Tłum natychmiast ruszył w stronę Białej Wieży, a ja dalej stałem jak wryty. Dopiero, kiedy zobaczyłem, jak w pustym oknie pojawia się tryumfująco uśmiechnięta twarz Wery, zrozumiałem, gdzie powinienem być. Biegłem szybko. Zatrzymałem się dopiero kilka kroków przed wejściem, co chwilę potrącany przez ludzi tworzących żywą rzekę. Stałem, wpatrzony w czarną paszczę wrót. Przecież przechodziłem tędy setki razy, codziennie podziwiałem majestat Białej Wieży z okien mojego domu. Ba, nie raz już i nie dwa uczestniczyłem w procesach, ale teraz... Kolejne potrącenie. Tylko kątem oka zauważyłem winowajczynię, zanim jej czarna sukienka zniknęła w różnobarwnym, podekscytowanym motłochu. Nabrałem głęboko powietrza i ruszyłem w mroczną otchłań. Jak w bagno. Wszystko odbywało się jak zwykle, z tym, że na podwyższeniu stała ona. Nie patrzyła na postaci w zieleni. Patrzyła dokładnie w jedno miejsce w tłumie, wykrzykując naiwne wyzwiska. Pogróżek też nie szczędziła. Uciszył ją dopiero dźwięk masywnego kostura, z hukiem uderzającego o kamienny podest jednego z tronów. - Jesteś oskarżona o działanie na szkodę społeczności... Zamiast reszty słów słyszałem tylko jednostajny bełkot. Widziałem, jak oskarżonej wraca przytomność, jakby przez ten czas ktoś przejął nad nią kontrolę i dopiero teraz zrozumiała, co się dzieje. Nie prosiła o litość, nie potrafiła stanąć w swojej obronie, a ja mogłem tylko patrzeć, jak w jej oczach rośnie przerażenie, jak w popłochu zaczyna wodzić wzrokiem po zgromadzonym tłumie, aż w końcu trafia na mnie. W tym momencie po jej policzkach spłynęły dwie wielkie łzy, które zastygły w kamień tuż przy podbródku. Niemy, szary posąg patrzył na swoją ostatnią nadzieję. Wyglądał jak pomnik porażki. Pomnik osamotnienia. Pomnik mojego tchórzostwa.

51


Ludzie powoli opuszczali wieżę. Zieloni ustawili kamienną rusałkę w rzędzie kamiennych banitów. Poczekałem, aż wnętrze opustoszeje zupełnie i podszedłem do posągu, który jeszcze przed chwilą był tą, którą powinienem chronić. Pogładziłem kamienną łzę. Była zupełnie zimna. Wtuliłem się całym ciałem w zimny kamień. Gdybym mógł, zastygłbym razem z nią. Wtedy, tuż przy wyjściu, usłyszałem rozbawione kobiece głosy. - Niedługo wieża stanie się twoją osobistą salą trofeów. - Heh, ma się ten talent. Wera. Dopiero wtedy coś we mnie pękło. Rozwścieczony ruszyłem w stronę dźwięków. Wera nie była zdziwiona, jakby cały czas wiedziała, że słucham. Za to towarzysząca jej kobieta w zielonej szacie była wyraźnie zmieszana. Tak samo jak ja. Nagle to wszystko we mnie uderzyło. Więc tak wyglądała tutejsza sprawiedliwość? Tak się tutaj przestrzega reguł?! Po to ta cała szopka z przysięganiem?! Najgorsze jednak było to poczucie bezsilności. Minąłem je bez słowa, zaciskając pięści i zaciskając szczęki. Kilkanaście kroków dalej wciąż czułem na plecach wzrok Wery. Przystanąłem i odwróciłem się. Stała ze swoim uśmieszkiem. Prowokatorka. Podpalaczka. Mała, wredna suka. Stała u wrót domu Boga i wiedziała, że mogę na nią co najwyżej krzywo spojrzeć. Powiodłem wzrokiem w górę Białej Wieży. Ogień na szczycie płonął czerwono, odznaczając się wyraźne na tle błękitnego, bezchmurnego nieba. Ogień. Wtedy dotarło do mnie, że być może jeszcze nie wszystko stracone. Na miękkich nogach ruszyłem z powrotem. Ignorując Werę, stanąłem przed kapłanką. - Chcę rozmawiać z Bogiem. Szedłem w górę wieży całą wieczność, jakby nowe rzędy schodów wyrastały tuż pod moimi stopami. Zanim dotarłem do celu, cały gniew wywietrzał. Kiedy w końcu schody zaczęły ginąć w jasnej poświacie, przystanąłem spokojny i niemalże całkowicie pozbawiony chęci walki. Wziąłem głęboki oddech i zrobiłem krok. Okazało się, że stoję na szczycie wieży. Okrągły, zadaszony taras wykonany był z tego samego kamienia, co reszta budowli. Po wędrówce w mrokach, odbijająca promienie porannego słońca biel niemalże odebrała mi wzrok. Zasłoniłem ręką oczy i tylko przez szpary między palcami zerkałem na panoramę miasta. Kiedy czarne plamki przestały tańczyć przed moimi oczami, spostrzegłem, że nie jestem sam. Na środku ascetycznego tarasu stał wielki, biały tron, na którym siedział mały, jasnowłosy chłopiec, w szacie utkanej z czerwonego płomienia. W jego jasnych oczach i wąskich ustach było coś majestatycznego. Coś, co wymagało bezgranicznego szacunku i oddania. Nie miałem wątpliwości, że nic, co dzieje się w mieście, nie umknie jego wiedzy. Mój język jakby skamieniał. Wszystkimi pozostałymi po morderczej wspinaczce siłami wypowiedziałem swojej kwestię i aż wzdrygnąłem się, gdy usłyszałem chropowaty, jakby obcy głos. - Kara była zbyt wysoka. - Ostrzegaliśmy ją – przemówił Bóg. Dźwięk jego głosu, dziecięcy, lecz spokojny i opanowany, jeszcze bardziej osłabił mój bunt. - Wera ją sprowokowała... - Wera powiedziała jej prawdę, nie naruszając przy tym żadnej z naszych zasad. Miał rację. Ale przecież nie mogłem tego tak po prostu zostawić. Nie mogłem jej tak po prostu stracić... - Daj jej jeszcze jedną szansę. Będę jej pilnował noc i dzień. Jeśli znowu zrobi jakieś głupstwo, to wyślecie na banicję nas oboje... Moje serce waliło, jakby chciało wyrwać się z piersi. Nie miałem nic cenniejszego do rzucenia na szalę, niż własna egzystencja. Bóg patrzył nadal z tym samym wyrazem twarzy. Milczał. - Dobrze – odrzekł po chwili. - Równo za miesiąc znowu otworzymy dla niej drzwi. Jeśli wróci, staniesz się jej aniołem stróżem. Będziesz osobiście odpowiedzialny za wszystkie jej czyny. To moje ostatnie słowo.

52


Czerwony płomień rozjarzył się z takim impetem, że aż mnie odrzuciło i omalże nie spadłem ze schodów. Czyżby moje prośby zostały wysłuchane? To był bardzo długi miesiąc. Czas stał w miejscu, a ja zupełnie nie potrafiłem go niczym ruszyć. Nie miałem ochoty pracować nad domem, nie chciałem też za bardzo wychodzić, żeby nie spotkać Wery. Nasza przyjaźń była definitywnie skończona. A jednak nie mogłem przestać o niej myśleć. Na szczęście ona też nie przejawiała jakiejkolwiek chęci kontynuowania znajomości. Żałowałem tylko jednego: że nie widziałem jej miny, kiedy się dowiedziała, że rusałka wróci. Dzień przed powrotem chodziłem ekstremalnie podniecony, nocy też nie przespałem. Wstałem bladym świtem, nazbierać polnych kwiatów, które tak bardzo lubiła, a gdy tylko pierwszy promień słońca wychynął zza horyzontu, stałem już u wrót wieży. Oglądałem sądy, oglądałem i powroty. Patrzenie, jak posąg zamienia się w żywe ciało było chyba równie fascynujące, jak i nie bardziej. Nagle zimny kamień wciągał głęboko powietrze, jakby wynurzał głowę spod wody, po czym nabierał kolorów, a martwe tkanki na powrót nabierały ciepła i miękkości. Usiadłem więc na ziemi i czekałem na ten spektakl w wykonaniu rusałki. Czas dłużył się niemiłosiernie, ale podejrzewałem, że to jedynie wynik niecierpliwości i tak naprawdę mogło minąć zaledwie kilka minut. Po jakimś czasie kątem oka zauważyłem przemykającego kapłana, ale nie zaszczyciłem go spojrzeniem, on też mnie nie zaczepił. Czasem słyszałem jakieś głosy, ale wieża była otwarta dla wszystkich, więc nie było to niczym nadzwyczajnym. Jednak rosnący na zewnątrz szum budził uporczywy niepokój, że może jednak czas wcale nie stoi w miejscu. Nic się nie działo. Przed sobą miałem wciąż martwy posąg. Radosna ekscytacja już dawno mnie opuściła. Przeszedłem też fazę niepokoju, a zdenerwowanie i poziom agresji rosły wprost proporcjonalnie do postępujących na zewnątrz mroku i ciszy. Rusałka nie wróciła. A może się pomyliłem? Może to nie dzisiaj? Już po chwili pokonywałem kolejne stopnie prowadzące w górę wieży. Tym razem nie straciłem determinacji, a i droga była jakby krótsza. Już po paru minutach owionęło mnie świeże powietrze boskiego tarasu. Sylwetka ubranego w ognistą szatę chłopca rozświetlała przestrzeń w promieniu co najmniej kilkunastu metrów. Patrzył, jakby dobrze wiedział, po co przychodzę. - Czy to nie dzisiaj mieliście ją wpuścić z powrotem? - Dzisiaj. I słowa dotrzymałem. - Nieprawda. Ona nie wróciła. - Wrota stoją przed nią otworem. Skoro ich nie przekroczyła, to tylko i wyłącznie jej wybór. - Ale... - Moje gardło się ścisnęło. Nie byłbym w stanie wypowiedzieć kolejnego słowa. Jednocześnie czułem jak w środku, pod sercem rośnie coś złego. Przybiera na sile z każdą sekundą, pochłania wnętrze i żąda wolności. - Nic nie mogę zrobić. – Bóg zakończył dyskusję i po chwili tron znów płonął gigantycznym czerwonym płomieniem. Wiedziałem, że jest tylko jeden sposób, by pozbyć się czarnej, smolistej mazi, która powoli zżerała moje wnętrzności i podchodziła coraz bliżej przełyku. Tylko jeden sposób. Miasto spało i dom Wery też wydawał się uśpiony. Minąłem cokół i mógłbym przysiąc, że kamienna sowa łypnęła na mnie okiem. Nigdy wcześniej nie byłem tu w nocy. W mroku dom wyglądał inaczej, niż w dzień. Mógł przerażać. Nigdy nie byłem w środku. Tak właściwie, to nigdy nie widziałem też, żeby ktoś tam wchodził lub wychodził. Coś mi mówiło, żebym jeszcze przemyślał plany, ale w końcu i ten głos utonął w powodzi czarnej magmy. Na ścieżce prowadzącej do domu wyraźnie widniały ślady ubłoconych łap jakiegoś wielkiego psa, może wilka, które znikały za drzwiami. Dopiero z bliskiej odległości zauważyłem, że na czarnej framudze wiją się czerwone wzory. „Każdy z nas to robi – mimo woli zadźwięczało w mojej głowie - dopóki nie oddamy jakiejś części siebie, nasz dom nie będzie miał duszy”. Jak mogła wyglądać dusza zbudowana na cząstce Wery?

53


Zapukałem. Na tyle jeszcze byłem opanowany. Cisza. Nie wierzyłem, żeby gospodyni spała, ale mogło jej nie być wewnątrz. Nacisnąłem klamkę, a drzwi rozchyliły się z głośnym skrzypnięciem. W tym samym czasie w mój nos uderzył zapach stęchlizny i mokrej ziemi. Zapach grobu. - Wera? – zawołałem, nieznacznie przekraczając próg. Cisza. Wszedłem do środka. Długi hol był słabo oświetlony nielicznymi świecami w kinkietach. Kiedy zamknąłem za sobą drzwi, poczułem, że w środku jest zdecydowanie zimniej niż na zewnątrz. - Wera? Nadal nic. Ruszyłem w jedynym możliwym kierunku. Szedłem ostrożnie, a jednak drewniana podłoga co rusz skrzypiała pod moimi stopami. Poczułem się obserwowany, ale za jedyne towarzystwo miałem naturalnych rozmiarów postaci z obrazów, rozmieszczonych w równych odstępach na całej długości korytarza: kobieta o płonących palcach, roześmiana kobieta otulona przez tornado, kobieta-wojownik z obnażonym mieczem, kobieta-bestia, z zawiązanymi oczyma, przykuta łańcuchem do ściany... Wszystkie jak żywe. Jakby za chwilę miały zejść z płótna i pokazać, gdzie moje miejsce. Będąc juz w połowie korytarza, usłyszałem niewyraźny szmer. Przyspieszyłem kroku. Hol nagle się skończył, a ja trafiłem do przestronnej sali, oświetlonej jedynie wpadającym przez okno światłem księżyca. To wystarczyło, żeby stwierdzić, że zarówno ściany, sklepienie i podłoga wykonane są z litego kamienia. Tu było jeszcze zimniej, a zapach był jeszcze bardziej intensywny. Miałem tylko jedno skojarzenie. Grobowiec. Znów usłyszałem ciche szuranie. Spojrzałem w dół. Tuż obok mojej nogi sunął olbrzymich rozmiarów wąż. Zamarłem, ale zwierzę nie zwróciło na mnie uwagi. W bezruchu podążałem za nim wzrokiem. Leniwie zmierzał w stronę przeciwległej ściany. Gdyby nie to, niczego bym nie zauważył. Pod ścianą stał wielki, kamienny tron. Skryty w ciemności tak, że dopiero po bliższym przyjrzeniu można było zauważyć jego kontury. Na tronie siedziała kobieta w białym kimonie, z twarzą zasłoniętą długimi, ciemnymi włosami. Wąż wspiął się na jej kolana, owinął niczym szal wokół ramion i spoglądał na mnie, co chwilę wysuwając ruchliwy język. Moja wściekłość i pewność siebie zniknęły niepostrzeżenie. Nieruchoma postać mało miała wspólnego z Werą, którą znałem, ale instynktownie czułem, że to nie może być nikt inny. - Czy w jakikolwiek sposób dałam ci do zrozumienia, że jesteś tu mile widziany? – powiedziała niskim, spokojnym głosem, któremu nie mógłbym odmówić niepokojącej zmysłowości. Wrząca smoła już dawno zastygła, a wszelkie plany wyładowania złości na Werze nagle stały się najzwyczajniej absurdalne. Zwątpiłem, czy w ogóle wyjdę stąd żywy. Zbierając resztkę odwagi wydusiłem słowa, które w moim mniemaniu miały brzmieć oskarżycielsko. - Ona nie wróciła, wiesz? - Wtedy zorientowałem się, że szlocham. Przyszedłem tu jako rozwścieczony samiec alfa, by pomścić swoją ukochaną, a stoję upokorzony przed przyczyną mojego nieszczęścia. I to upokorzony przez samego siebie. Tak nie mogło być. – To twoja wina! Wera parsknęła. Nie odsłaniając twarzy przemawiała uwodzicielskim, mruczącym głosem. - Wina? Raczej zasługa. Zrobiłam to dla jej dobra. To nie jest świat dla niej. W końcu ktoś powiedziałby jej prawdę, lepiej prędzej niż później. Poza tym, ciągnęła w dół też ciebie, a na to już nie mogłam patrzeć spokojnie. - Ciągnęła w dół? – Nie wierzyłem własnym uszom. Gniew powoli przywracał mi siły. – Ja byłem przy niej szczęśliwy! O to chodzi? Nie chciałaś, żebym był szczęśliwy? - Chciałam i nadal chcę. - Ale nie z nią, tak? Zapadła cisza. Trafiłem w czuły punkt, co od razu przywróciło mi pewność siebie. - Jesteś zazdrosną, mściwą, egoistyczną suką – cedziłem przez zęby – i to ty ciągniesz mnie w dół! To ciebie ludzie omijają łukiem i szkalują po kątach! To ty nie pasujesz do tego świata! Ty go niszczysz! Spomiędzy włosów błysnęło czerwienią jedno oko. Powietrze, naładowane elektrycznością, oddawało rosnące napięcie. Jednak jej milczenie dodało mi odwagi.

54


- Kim jesteś, żeby decydować, dla kogo jest ten świat, a dla kogo nie?! Kto ci pozwolił decydować, z kim mam być szczęśliwy?! Za kogo ty się masz?! Za boga?! Wtedy wszystko potoczyło się błyskawicznie. Włosy Wery zafalowały targane jakimś niewidocznym wiatrem. W jej oczodołach płonął czerwony ogień. W jednym momencie stała krok przede mną, cedząc przez zęby: - Ja jestem bogiem! Czerwony płomień uderzył z taką siłą, że zabrakło mi powietrza. Przez chwilę miałem wrażenie, że spłonę i rozsypię się w popiół. A potem zapadła ciemność. Zakrztusiłem się powietrzem, jakbym to robił pierwszy raz w życiu. Leżałem we własnym łóżku. Za oknem świeciło piękne słońce. Jednak wiedziałem, że poprzednia noc nie była snem. Nikomu nie powiedziałem, co widziałem w domu Wery. Jeszcze przez jakiś czas byłem jak zombie. Jednak stopniowo powracała mi chęć do życia. Im bardziej znikał obraz błękitnych oczu rusałki, tym lepiej się czułem. Aż nadszedł ten moment, kiedy zrozumiałem, że tak długo, jak będę rozpamiętywał przeszłość, tak długo nie zrobię ani kroku do przodu. Podwinąłem rękawy i zacząłem remont. Centymetr po centymetrze, z domu znikały wszelkiego rodzaju pamiątki po rusałce. Im więcej ich ubywało, tym mniejszy ciężar czułem na piersi. Kiedy juz wszystkie zniknęły, wiedziałem, że jestem we właściwym punkcie wyjścia. Wtedy praca znowu zaczęła sprawiać mi przyjemność. Całymi dniami coś przybijałem, coś obcinałem, coś dodawałem, coś zabierałem... W przerwach spacerowałem po mieście, podziwiając nowe budowle i podrzucając wskazówki nowym, nieporadnym mieszkańcom. Czasem tylko musiałem przejść na drugą stronę ulicy, gdy na drodze pojaw iała się Wera. Nie wiem, czy minęły dni, tygodnie, miesiące, czy lata, szczęśliwi czasu nie liczą. Nowy dom był skończony, a ja, podniecony jak jakiś szczeniak, niecierpliwie wyczekiwałem pierwszych od bardzo dawna opinii. Rozmiar tłumu mnie bardzo pozytywnie zaskoczył. Zaniedbany monument znowu obłożono kwiatami, a ja z radosnym zakłopotaniem zbierałem gratulacje. Zjawiła się także Wera, jak zwiastun nieszczęścia, - Widzisz, mówiłam, że eliminacja tego różowego paskudztwa wyjdzie ci tylko na dobre... Uderzyłem ją w twarz. Przy tych wszystkich ludziach. Nie miałem nic na swoja obronę, ale i też nikt tej obrony nie wymagał. Niektórzy patrzyli z zaskoczeniem, niektórzy ze źle ukrywaną radością. Wera powoli odwróciła głowę z powrotem w moją stronę. Zastanawiałem się, czy w tym momencie tylko ja widzę, że czarne źrenice są tylko nędzną atrapą, że pod spodem właśnie buzuje czerwony ogień, który powoli przepala białka. Wtedy zrozumiałem, że już po mnie, że nie mam już absolutnie nic do stracenia. Natychmiast pojawił się jeden z zielonych. Ten sam, który kiedyś na moich oczach zgarnął w feralnym momencie rusałkę. Strzeliłem mu z prawego prostego w nos i pognałem w miasto. W biegu zgarniałem kamienie i rzucałem w mijane domy i ludzi. Dźwięk tłuczonego szkła za każdym razem wywoływał niemalże orgazm. Deptałem kwiaty, obrzucałem błotem fasady, tym bardziej radosny, im większy był rozmiar zniszczeń. W końcu jednak mnie dopadli. Rzucili się całą kupą. Błysk i byliśmy w wieży. Nie zdawałem sobie sprawy, że widziane z kamiennego podestu wnętrze budowli wygląda aż tak przerażająco. W górze, na tyle, ile byłem w stanie dostrzec, roiło się od twarzy. Jakby ktoś wykleił całą przestrzeń teatralnymi maskami. Niektóre nawet poznawałem. Za tronami, na których siedzieli kapłani, płonął ogień, przez co widziałem jedynie ich ciemne kontury - Jesteś oskarżony o działanie na szkodę społeczności, jednak mając na uwadze, że jest to twoje pierwsze przewinienie, okażemy ci łaskę. Jednak drugie przewinienie natychmiastowo... Łaskę? - Łaskę? – powtórzyłem pod nosem. – Mam w dupie waszą łaskę! Gówno warta jest wasza łaska i cała wasza sprawiedliwość! Gówno warte jest całe to miasto i jego układy! A wam już wybitnie się w dupach poprzewracało! – krzyczałem z palcem oskarżycielsko wyciągniętym w stronę kapłanów.

55


Pewnie wyglądałem wtedy identycznie, jak wszyscy wcześniejsi oskarżeni: czerwony, zapluty w gniewie, z wybałuszonymi oczyma. Kiedy poczułem kłujący chłód w stopach, nie miałem wątpliwości, co się dzieje. Szybko przeszukiwałem wzrokiem rozedrgane trybuny, chciałem na koniec pokazać Werze, co o niej myślę, ale nie znalazłem jej. Chłód sięgnął gardła, ust, a potem nastała cisza i ciemność *** Dryfowałem w ciemnej pustce. Nie było światła, nie było żadnych dźwięków, pewnie nie było też czasu. Jak za odjęciem ręki zniknął też cały gniew. Wszystko, co przed chwilą, było tak odległe, jakby wydarzyło się milion lat temu. I takie błahe... Nie było mi zimno, nie byłem głodny, ani senny, uczucie całkowitej neutralności, bez żadnych pragnień i marzeń. No, nie całkiem. Jednej rzeczy bardzo pragnąłem. Chciałem jeszcze raz znaleźć się blisko niej. - Wera? – powiedziałem na głos, z próżną nadzieją, że usłyszy. - Tak? Głos gdzieś obok, czy może naokoło lub w środku, był głosem Wery, którą spotkałem w jej domu, jednak pozbawionym szyderczego tonu i drapieżności. Brzmiał miękko i uspokajająco, jak głos matki, kiedy uspokaja dziecko obudzone koszmarem. Byłem tak zaskoczony, że nie wiedziałem nawet, co powiedzieć. - Długo już tu siedzę? - Wystarczająco długo, żeby mieć pewność, że jesteś już wolny. - Wolny? Jestem banitą… - Niczego nie rozumiesz... – przerwała mi, by po krótkiej chwili kontynuować. - To miasto jest jak wielki pasożyt. Powoli nas zjada, wyżera od środka. Zupełnie tego nie zauważyłeś? Czy teraz nie czujesz się o wiele lepiej? - Więc dlaczego ludzie stamtąd nie uciekają? - A czy ty, będąc w środku, chciałeś uciekać? Jeśli nie uciekniesz na samym początku, zapuszczasz korzenie. Wtedy możesz się żegnać z nadzieją. Ci, którzy nie wracają z pustki, są prawdziwymi szczęściarzami. - Skoro o tym wiesz, czemu mnie nie ostrzegłaś? Czemu sama nie uciekniesz? - Trzy razy mnie sądzono i trzy razy zamieniano w kamień! – uniosła się i przez chwilę znowu słyszałem Werę z grobowca, ale po krótkiej pauzie złagodniała. – Dryfowałam w pustce, jak ty teraz, a potem nagle budziłam się z powrotem na kamiennym tronie. To miasto nie pozwala mi odejść. Jakkolwiek nie próbowałabym uciec, ono mnie przywołuje z powrotem. I nie potrzebuje do tego ani Boga, ani jego kapłanów. - Przecież sama jesteś bogiem... Wera zaśmiała się cichutko, po czym dodała szeptem: - Point, zdradzę ci pewien sekret: tak naprawdę, każdy z nas jest bogiem. Każdy z nas może kreować miasta, ba, pewnie nawet światy, a jednak większość, z jakiś absurdalnych powodów, ogranicza się do budowania domów... *** - Witaj w krainie wyrzutków i marzycieli! Kiedy otworzyła oczy, najpierw zobaczyła pochylające się nad nią kwiaty. Jej ulubione. Całe mnóstwo jej ulubionych kwiatów. Leżała na miękkiej, soczystozielonej trawie. Lekki wiatr poruszał łodygami, przynosząc woń wczesnego lata. Całkiem niedaleko szemrał mały strumyk. Raj. Tylko dla nas. Wyciągnąłem dłoń, aby pomóc jej wstać. Rusałka złapała ją i uśmiechnęła się promiennie, ściągając mnie w dół.

56


Haruki Murakami „Norwegian Wood“

Recenzj a

Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA Warszawa 2006, 2007; przełożyły z japońskiego Dorota Marczewska i Anna Zielińska-Elliott

Zapisać znaczy zrozumieć W książce Harukiego Murakamiego „Norwegian Wood” bohater zmaga się z odkryciem na nowo znaczenia takich słów jak „miłość”, „przyjaźń”, „śmierć”, „samotność”, „seks”, „choroba psychiczna”, „starość”, „małżeństwo”. Książka Harukiego Murakami pt. „Norwegian Wood” jest dla mnie utworem ponadczasowym – nie staje się nudna nawet po wielokrotnym przeczytaniu, a wspomnienie losów głównego bohatera towarzyszy mi od wielu lat. Tym, co od razu przykuwa uwagę, jest już sam tytuł książki. Wierny swoim muzycznym pasjom Murakami świadomie wykorzystał motyw utworu „Norwegian Wood” grupy The Beatles, stanowiący symbol lat 60. XX wieku. Tamten okres, kojarzony ze studencką rewoltą i utożsamiany ze społeczno-politycznymi przemianami na świecie, również w Japonii odcisnął swe piętno. W „Norwegian Wood” na każdym kroku napotykamy odniesienia do muzyki będącej tłem dla opowiadanej historii. Owe skojarzenia stają się kanwą, na której została zbudowana interesująca fabuła. Przedstawiona w powieści muzyka stanowi dla głównego bohatera pretekst do wspomnień, jest swoistą układanką elementów, które istnieją tylko dzięki wzajemnym interakcjom.

57


„Norwegian Wood” to opowieść o trudnym dojrzewaniu w niełatwej, japońskiej rzeczywistości. Głównym bohaterem jest student Toru Watanabe, w którego osobie bez trudu rozpoznajemy samego autora. „Norwegian Wood” możemy zatem postrzegać jako autobiografię Murakamiego. Świadczy o tym podobieństwo losów głównego bohatera do biografii pisarza oraz prowadzona w pierwszej osobie narracja, realistycznie nakreślająca ramy powieści, Na pozór wydaje się, że główny wątek opowieści stanowi historia miłosna. W tym wypadku trzeba go jednak traktować jako pretekst narracyjny do ukazania uniwersalnych prawd o życiu. Kiedy głębiej wnikniemy w lekturę „Norwegian Wood”, odnajdziemy tam refleksje o przemijaniu, o zanikaniu wspomnień, o gorącej chęci zatrzymania tego, co w nas ulotne. To także wnikliwa analiza tego, jak młody człowiek radzi sobie z odnajdywaniem siebie w otaczającej go rzeczywistości. Powodem, dla którego główny bohater chce spisać wspomnienia, bo wokół nich toczy się cała powieść, jest – paradoksalnie – ich zanik. Autor wraca pamięcią do ważnych wydarzeń z przeszłości, chce je sobie przypomnieć i zapisać. Aby coś zrozumieć, muszę najpierw spróbować to zapisać – zdradza. Bohater zmaga się z odkryciem na nowo znaczenia takich słów jak miłość, przyjaźń, śmierć, samotność, seks, choroba psychiczna, starość, małżeństwo. W „Norwegian Wood” najbardziej zaskakuje nietypowa dla autora szczegółowość opisów. W dotychczasowych powieściach Haruki Murakami bardzo oszczędnie operował detalami. W tym wypadku narracja została nasycona konkretami, świadczy o tym chociażby skrupulatny opis życia studenckiego w akademiku. Innym atutem powieści wydaje się częste stosowanie retardacji (opóźniania biegu akcji). Murakami doskonale wie, jak opowiadać historię, by zaciekawić czytelnika. W książce Murakamiego nic nie jest powiedziane wprost. Dotyczy to także wspomnianego już wątku miłosnego, ukazanego w sposób wielowymiarowy. Autor niezwykle sprawnie i finezyjnie prowadzi czytelnika przez uczuciowe rozterki bohatera, zmusza nas do zaangażowania się w opowieść, pozostawiając szeroki margines na własną interpretację. Pytania zadawane przez Toru są stawiane w taki sposób, żebyśmy bez trudu mogli się z nimi utożsamić. Mamy poszukiwać własnych odpowiedzi i czytać między wierszami. Katarzyna Sternalska

Książka Harukiego Murakami pt. „Norwegian Wood” jest dla mnie utworem ponadczasowym – nie staje się nudna nawet po wielokrotnym przeczytaniu, a wspomnienie losów głównego bohatera towarzyszy mi od wielu lat. 58


Stopka redakcyjna Profile autorów:

andrzejtrybula http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=59 Baranek http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=89 Eferelin Rand http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=259 eyesOFsoul http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=167 Helena Chaos http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=2 ks_hp http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=95 Marcin Sz http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=70 Oscylator http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=88 snowflake http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=131 stary krab http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=139 unplugged http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=57 Zachary Ann http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=14 Zochanodon http://www.herbatkauheleny.pl/profile.php?lookup=76

Skład:

Agata Sienkiewicz

Grafika na okładce: Oscylator

Ilustracje: Alice Rossi

Wszystkie teksty zamieszczone w „Herbasencji“ są własnością ich autorów i podlegają ustawie o prawie autorskim. Jeśli chcesz je w jakiś sposób wykorzystać, musisz najpierw poprosić autora o zgodę. „Herbasencja“ jest darmowym magazynem portalu www.herbatkauheleny.pl, możesz go ściągać, rozprowadzać i czytać bez żadnych obaw ;)

www.herbatkauheleny.pl

59


Herbasencja - sierpien 2013  

Najlepsze teksty miesiąca z portalu "Herbatka u Heleny"

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you