Page 1

Umberto Eco


Umberto Eco ur. się 5 stycznia 1932 w Alessandrii. Jest włoskim filozofem, mediewistą, pisarzem, felietonistą , eseistą i bibliofilem. Jest profesorem na uniwersytecie we Florencji i Uniwersytecie w Bolonii. Zajmuje się semiotyką/semiologią, procesami komunikacji i estetyką. Jego wielopłaszczyznowe i kunsztownie skonstruowane powieści mają cechy dzieła otwartego, stymulują odbiorcę do własnej interpretacji. Jest także autorem felietonów, pierwotnie publikowanych w mediolańskim tygodniku „L’Espresso”.


Powieści:     

Imię róży Wahadło Foucaulta Wyspa dnia poprzedniego Baudolino Tajemniczy płomień królowej Loany  Cmentarz w Pradze

Prace naukowe i eseje:       

Pejzaż semiotyczny Dzieło otwarte O bibliotece Zapiski na pudełku od zapałek Sztuka i piękno w średniowieczu Gnomy z planety Gnu Historia brzydoty


Streszczenie Listopad 1327 roku. Do znamienitego opactwa benedyktynów w północnych Włoszech przybywa uczony franciszkanin, Wilhelm z Baskerville, któremu towarzyszy uczeń i sekretarz, nowicjusz Adso z Melku. W klasztorze panuje ponury nastrój. Opat zwraca się do Wilhelma z prośbą o pomoc w rozwikłaniu zagadki tajemniczej śmierci jednego z mnichów. Sprawa jest nagląca, gdyż za kilka dni w opactwie ma się odbyć ważna debata teologiczna, w której wezmą udział dostojnicy kościelni, z wielkim inkwizytorem Bernardem Gui na czele. Tymczasem dochodzi do kolejnych morderstw. Przenikliwy Anglik orientuje się, że wyjaśnienia mrocznego sekretu należy szukać w klasztornej bibliotece. Bogaty księgozbiór, w którym nie brak dzieł uważanych za niebezpieczne, mieści się w salach tworzących labirynt. Intruz może tam łatwo zabłądzić, a nawet - jak krążą słuchy - postradać zmysły. Powieść ukazała się po raz pierwszy w 1980 roku. Jej sukces czytelniczy był wielkim zaskoczeniem dla teoretyków i krytyków literatury. Dziś Imię róży zalicza się powszechnie do arcydzieł XX wieku.


Po książkę Umberto Eco "Imię róży" sięgnąłem w liceum, gdyż była to lektura obowiązkowa. Spodziewałem się dość trudnej i męczącej książki, zwłaszcza gdy zobaczyłem, ile ma stron, ale moje obawy okazały się bezpodstawne. Jest to naprawdę wspaniała powieść, która przenosi czytelnika do średniowiecznego klasztoru, który nie jest wolny od intryg i zbrodni.

Otóż do tego tajemniczego klasztoru przybywa franciszkanin wraz ze swym uczniem, gdyż ma się tu odbyć bardzo ważne spotkanie między przedstawicielami papieża i cesarza niemieckiego. Jednak jeszcze przed spotkaniem w klasztorze dochodzi do serii tajemniczych zgonów. W tej sytuacji opat prosi Wilhelma z Baskerville o rozwiązanie tajemnicy. Mnich musi się spieszyć, żeby zdążyć przed zjazdem, który odbędzie się już za parę dni. Czy mu się uda i co wspólnego z tym ma pewna książka (biblioteka odgrywa w tej powieści bardzo dużą rolę), tego już nie zdradzę, gdyż nie chciałbym wam popsuć przyjemności czytania.

Część osób narzeka na zbyt długie opisy, jednak moim zdaniem są one zaletą tej książki, gdyż lepiej oddają obraz sytuacji i czytelnik naprawdę czuje, że bierze udział w tych wydarzeniach. Do tego można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy np. o sektach, które powstały w tamtym czasie, o sytuacji zwykłych ludzi.

Wszystkim gorąco polecam tę książkę, szczególnie na jesienne, długie wieczory.


Streszczenie Jeśli komuś spodobał się "Kod Leonarda da Vinci", powinien koniecznie spróbować zmierzyć się także z tą książką. Druga po "Imieniu Róży" powieść Umberto Eco jest fascynującą intelektualną przygodą, która znacznieprzewyższa "Kod..." pod każdym względem, zarówno językową finezją, jak i bogactwem fabuły oraz erudycją Autora. Akcja rozgrywa się w latach 60. i 70. między Mediolanem i Brazylią. Casaubon, główny bohater i narrator, jest świeżo upieczonym doktorem, a tematem jego rozprawy są Rycerze Świątyni templariusze.Przypadkiem poznaje on redaktorów zwydawnictwa Garamond, którzy tak jak on pasjonują siębadaniem tajemnic historii. Bawią się konstruowaniem "Wielkiego Planu" - spiskowej teorii dziejów, do której dopasowują tajemnicze przekazy sprzed wieków. Ta gra wciąga ich coraz bardziej, aż... pojawiają się osobnicy, którzy uważają się za spadkobierców wymyślonej przez redaktorów tajnej organizacji, a ich samych za zdrajców, pragnących wydrzeć im Tajemnicę.

Napotykamy tutaj wątki znane z "Kodu Leonarda", jednak "Wahadło Foucaulta" ukazało się w roku 1988, a więc znacznie wcześniej, niż powieść Dana Browna. Jednakże to, co w "Kodzie..." stanowi całą fabułę, tutaj jest zaledwie małym elementem całości, która jest o wiele bardziej bogata w różnorodne odniesienia. Powieść Eco jest przy tym pełna charakterystycznej dla swojego autora subtelnej ironii i poczucia humoru. Jest także przesiąknięta atmosferą tajemniczości, co podkreśla jej konstrukcja, oparta na kabalistycznym drzewie sefirot kolejne rozdziały odzwierciedlają charakterystykę każdej z emanacji, odChochmy po Malchut,a ich nazwy stanowią tytuły. Tytułowe wahadłopełni zaśw powieści rolęklamry konstrukcyjnej, pojawiając się na początku i stanowiąc główny element dramatycznego końca. Niezwykła, cudownie przebiegła iwyrafinowana książka.


Tego rodzaju sukces stał się udziałem powszechnie obecnie znanego włoskiego mediewisty( tj. znawcy okresu średniowiecza) – Umberto Eco. Jego brawurowy debiut – „Imię róży” – długo nie opuszczało czołowych miejsc na listach bestsellerów, czemu dodatkowo przysłużyła się jeszcze znakomita ekranizacja z Seanem Connerym w roli głównej. Oczekiwania więc znacznie wzrosły, Włoch zaś milczał i wielu zaczęło wysuwać hipotezy, iż mamy do czynienia ze zjawiskiem strachu przed kontynuacją, który staje się udziałem licznych artystów, którym pierwsze dzieło przynosi wielki sukces i obawiają się oni ewentualnej dalszej klęski. I na takowych dywagacjach upłynęło bez mała osiem lat, aż na rynku pojawiło się „Wahadło Foucaulta”, czyli odpowiedź pisarza na wszelkie wątpliwości. Akcja zaczyna się zaś… końcem. Autor prezentuje nam bowiem głównego bohatera już u kresu historii, jej finalnego rozwiązania, stojącego przy tytułowym wahadle Foucaulta. Od początku dana nam jest wiedza odnośnie losu poszczególnych bohaterów, ocen zdarzeń minionych, niemalże cała opowieść przybiera postać retrospektywnej analizy wypadków, które prowadzą bohatera tam, gdzie go poznajemy.

Czy jednak można powiedzieć, iż nasza wiedza jest wystarczająca? W żadnym razie, włoski twórca nie bez humoru i odrobiny złośliwej ironii droczy się z czytelnikiem, celowo go zwodzi i wręcz zmusza do zarzucenia ledwo co napoczętej teorii. Praktycznie przez ani chwilę nie mamy pewności, czy autor w danej chwili jest poważny, czy też właśnie konstruuje kolejną pułapkę.

O cóż zaś właściwie się rozchodzi? Rzecz tyczy się, a jakże, templariuszy i związanych z nimi całego szeregu legend, mitów i historii, acz nie tylko, trudno bowiem wskazać toposy, po które autor by nie sięgnął – Agartta, Atlantyda, różokrzyżowcy, masoneria, kabała – wyliczać można zaiste w nieskończoność. A wszystko to składające się na wielki spisek, co do którego ani przez chwilę nie możemy być nawet pewni, czy w ogóle ów istnieje. Wszak niełatwy jest los tropiciela zagadek.

Autor ani na chwilę nie pozwala zapomnieć, jak wielkim jest erudytą i znawcą swej ukochanej epoki, acz nie tylko niej. Dlatego też wielkie wrażenie robi rozmach opowieści, bogactwo wątków, zdawałoby się kompletnie się różniących, a w czarodziejskiej przędzalni pióra Włocha wzajem się zapętlających.


Streszczenie W "Wyspie Dnia Poprzedniego" Umberto Eco w typowy dlań sposób łączy przygodową fabułę z dyskursem filozoficznym, nawiązując w treści i formie do takich arcydzieł jak "Podróże Guliwera" czy "Kandyd". Szlachcic z Piemontu, Robert de la Grive, uratowany z katastrofy morskiej, dostaje się na opuszczony statek "Daphne", zakotwiczony w pobliżu nieznanej Wyspy. Na pokładzie i w licznych pomieszczeniach znajduje wiele tajemniczych przyrządów oraz ptaków i roślin. Z czasem się dowiadujemy, że Robert trafił na morze jako tajny wysłannik Mazarina i Colberta, usiłujących odkryć sekret obliczania długości geograficznej. Dziwnym zrządzeniem losu naszemu bohaterowi również na pokładzie "Daphne" przyjdzie się zajmować tą kwestią. Prawdopodobnie statek stoi w pobliżu sto osiemdziesiątego południka, zatem na leżącej po jego drugiej stronie Wyspie - wedle obliczeń XVII-wiecznych geografów powinien być jeszcze dzień poprzedni. Nękany wspomnieniami utraconej miłości i wizją nikczemnego brata-sobowtóra, Robert coraz zapamiętalej pragnie dostać się na Wyspę, gdzie można ponoć ujrzeć Gołębicę Koloru Pomarańczy.


Pewne sprawy są dla nas tak oczywiste, że czasem z trudnością sobie uświadamiamy, iż jeszcze niedawno łamały sobie nad nimi głowy najtęższe umysły. Przecież teraz już w szkole dzieci dowiadują się, że południk zerowy przechodzi przez Greenwich, zaś aby określić położenie geograficzne Warszawy czy Tokio wystarczy umieć posługiwać się atlasem geograficznym. Natomiast osią wydarzeń powieści Umberto Eco staje się to, że jeszcze w XVII wieku nie dość, że mapy obfitowały w białe plamy, to w dodatku problem obliczania długości geograficznej nie był rozwiązany z powodu zawodności wszystkich proponowanych sposobów – szczególnie podczas morskich podróży.

Jednak „Wyspa Dnia Poprzedniego” to nie jest zwykła powieść historyczna, gdyż Eco próbuje ożywić powiastkę filozoficzną - gatunek literacki, po który od czasów Oświecenia rzadko sięgano. Wydaje mi się, że jednak nie był to najszczęśliwszy pomysł – współczesny czytelnik nie oczekuje historii w stylu „Kandyda”, lecz albo powieści, albo zwyczajnego eseju czy książki naukowej. Dlatego też z trudnością przebrnąłem przez „Wyspę Dnia Poprzedniego”, choć nie brak w niej świetnych pomysłów fabularnych, jak choćby przygody głównego bohatera Roberta de la Grive podczas oblężenia Casale czy też jego rywalizacja z wyimaginowanym bratem Ferrante o względy pięknej Lilii, itd. Niektórych fragmentów nie powstydziłby się sam Aleksander Dumas, ale epizody z wyrazistą akcją nikną wśród rozważań nad coraz dziwaczniejszymi metodami obliczania długości geograficznej czy też dysput filozoficzno-religijnych prowadzonych przez Roberta w Casale, Paryżu oraz na pokładzie „Dafne”. W dodatku czytelnik musi zaakceptować umowność przedstawionego świata - na przykład wiele z wydarzeń jest zdeterminowanych przyjęciem za prawdziwy poglądu obecnie oczywiście absurdalnego – iż po obu stronach sto osiemdziesiątego południka są inne doby; stąd też przecież wynika nazwa tytułowej wyspy.

Dla mnie najpoważniejszym mankamentem „Wyspy Dnia Poprzedniego” jest to, że mimo wielowątkowości tej powieści i popisów erudycji Umberto Eco oraz kunsztownych literackich zabaw, brakuje tej książce jakiegoś wyrazistego przesłania – chociaż oczywiście można doszukiwać się wielu myśli przewodnich, jak np. ukazanie niedoskonałości naukowego poznania i złożenie hołdu literackiej wyobraźni... Tyle że skoro powiastka filozoficzna z założenia powinna ilustrować określoną tezę filozoficzną czy moralną, to od autora pamiętnego „Imienia róży” oczekiwałbym jednak bardziej zajmującej akcji oraz wnikliwego i oryginalnego obrazu naszej rzeczywistości czy przeszłości.


Streszczenie Baudolino czternastoletni chłopski syn, obdarzony bystrym umysłem i fantazją, przyprowadza pod rodzicielski dach zabłąkanego wśród mgieł i moczarów rycerza. Nieznajomym gościem okaże się Fryderyk Barbrarossa. Chłopak zdobywa sympatię cesarza, ten zaś zabierze go ze sobą w świat i pokocha jak syna. Baudolino lubi opowiadać i zmyślać, przy czym jakimś cudem wszystko, co wymyślił staje się rzeczywistością. I tak któregoś razu układa legendarny list księdza Jana obiecuje w nim zachodniemu światu bajeczne królestwo na Wschodzie, rządzone przez chrześcijańskiego króla. Fryderyk, wyruszając na wyprawę krzyżową, chce także dotrzeć do cudownego królestwa. Po jego śmierci, niespodziewanej i tajemniczej, Baudolino kontynuuje wędrówkę spotyka najdziwniejsze istoty przezywa przepiękną historię miłosną z najosobliwszą spośród córek Ewy...


Trzynastoletni chłopak, o niesamowicie produktywnej wyobraźni (jak zresztą inaczej można sobie ubarwić życie, prowadząc jednostajną egzystencję w otulonej przez gęstą mgłę wiosce) niespodziewanie dla niego samego ląduje (na skutek zresztą jednej ze swoich naciąganych bajeczek) na dworze Fryderyka Barbarossy. Tam też stawia pierwsze kroki w czytaniu i pisaniu, wszędzie towarzysząc swojemu dobroczyńcy, który traktuje go jak przybranego syna. Baudolino dorastając w najbliższym otoczeniu władcy, ma votum zaufania cesarza jako przedstawiciel prostego ludu, i powoli zaczyna mieć pośrednio decydujący wpływ na kolejne posunięcia Fryderyka. Zresztą prosty chłopak, mający skłonności do fantazjowania i zmyślania zaskarbia sobie szybko przychylność nawet samego surowego pisarza Ottona, od którego po raz pierwszy słyszy o mistycznym królestwie księdza Jana – państwie, które już niedługo stanie się jego manią. Zanim jednak myśl o dotarciu do tajemniczego władztwa prezbitera Johanesa owładnie jego sercem i duszą, Baudolino zakochuje się w świeżo poślubionej małżonce swego dobrodzieja. Wiedziony wyrzutami sumienia wyjeżdża do Paryża, gdzie poznaje studenckie życie (hulaszcze, a jakże ;o)) a zawarte tam znajomości będą towarzyszyć mu niemal do kresu jego podróży. Zresztą, chłopak o dobrym sercu pomaga jak może swoim przyjaciołom w codziennych trudach – Poecie o wątpliwym talencie literackim podsuwa nawet swoje wiersze, które pozwalają zagubionemu chłopakowi awansować do stanowiska osobistego asystenta cesarskiego pisarza. Przygody, jak i fantazja Baudolino, nie mają końca –za jego sprawką dochodzi do kanonizowania Karola Wielkiego, to on tworzy legendę o trzech królach, on ratuje Alexandrię dzięki krowie swego ojca, mnoży święte relikwie w Bizancjum, w końcu odnajduje Gradalis, buduje pałac księdzu Janowi, i wreszcie pisze list – najpierw do niego a potem od niego.

. I oczywiście charakter i wrodzona skromność nie pozwala mu na utrwalenie swego imienia na kartach historii (rzecz już chyba niespotykana w dzisiejszych czasach, choć nawet i w tamtych…) Nareszcie, po kilkudziesięciu latach oczekiwań, smutnej i tajemniczej śmierci Fryderyka, (który umiera dwa razy) oraz zniknięciu Gradalisu, Baudolino i jego jedenastu przyjaciół zaopatrzonych w siedem głów Jana Chrzciciela, ruszają w pościg za Zosimąoszustem, mając na celu jednak ostatecznie dotarcie do królestwa księdza Jana podając się za dwunastu zaginionych magów… O tym wszystkim opowiada zmęczony, rozczarowany i zdezorientowany sześćdziesięcioletni Baudolino w roku pańskim 1203 greckiemu kronikarzowi Niketasowi Choniatesa. Ów bizantyjski dostojnik, któremu Baudolino uratował życie z rąk krwiożerczych łacinników, dewastujących Konstantynopol, rewanżuje mu się spisując, nie bez wielkiego zdziwienia i niedowierzania, opowieści italskiego barbarzyńcy. Co w takim razie spotkało Baudolino w Pndapetzim i czy faktycznie spotkał to, na co czekał całe życie… o tym musicie przeczytać sami. Tak na końcu chciałabym jeszcze wyrazić swój podziw dla tłumacza książki, Adama Szymanowskiego, za niesamowite operowanie językiem. Naprawdę - potrzeba olbrzymiego talentu, aby tak fascynująco i umiejętnie przełożyć kruczki językowe semiotyka Eco, nie popadając jednocześnie w językową pułapkę. Książka jest fascynująca w dużej mierze dzięki panu, panie Adamie!!


Streszczenie Najnowsza powieść Umberto Eco, stała się wydarzeniem literackim na Zachodzie i tradycyjnie zajęła pierwsze miejsca list bestsellerów. Wytrawny antykwariusz w wyniku choroby traci pamięć osobistą (nie wie, jak się nazywa, nie poznaje rodziny) natomiast zachowuje pamięć encyklopedyczną (bez problemu recytuje fragmenty utworów literackich, fakty historyczne). Utraconej pamięci poszukuje w wiejskim domu, gdzie od lat spoczywa archiwum jego rodziny. Z fragmentów ilustrowanych gazet, podręczników szkolnych, ze znalezionych starych płyt odtwarza historię własną, a zarazem historię swojego pokolenia, którego dzieciństwo przypadło na lata faszyzmu we Włoszech. Czytelnik znajdzie w powieści ślady tych poszukiwań, w postacilicznych reprodukcji oraz cytatów z popularnych gazet ilustrowanych, komiksów, a nawet zeszytów szkolnych. Jak pisze włoska krytyka: "Eco zaskoczył nas ponownie. Jego nowa powieść nadaje się już nie tylko do czytania, ale także do oglądania i słuchania".


Nowa książka doskonałego pisarza włoskiego, tym razem napisana chyba najbardziej przystępnym dla wszystkich językiem.

61-letni Giambattista Bodoni, wykształcony antykwariusz z profesji, miłośnik książek z natury (ma ponad 5 tysięcy książek w domu), dobrze sytuowany, ulega wypadkowi, po którym traci częściowo pamięć. Nie pamięta nikogo i niczego, nawet własnych odczuć (np. nie wie, że gorącą herbatą można się poparzyć, odróżnia tylko niektóre kolory). Ma żonę Paolę, dwie córki i trójkę wnuków, o których istnieniu dowiaduje się dopiero od lekarza. Najciekawsze jest jednak to, że pamięta i posiada wiedzę, jaką zdobył przez całe życie dzięki przeczytanym książkom, staje się chodzącą encyklopedią. Jego lekarz określa tę przypadłość jako brak pamięci epizodycznej.

Fascynuje sposób, w jaki Bodoni rozumie i poznaje otaczający go świat, jak przyjmuje rodzinę, znajomych, wiadomości ze świata itd. Cytaty z literatury stają się sposobem na porozumiewanie się z otoczeniem, posługuje się tą swoją nietypową „papierową pamięcią” w sposób perfekcyjny i na ogół zrozumiały dla interlokutorów. Jak sam mówi: „cytuję dla samego cytowania, ale z pewnością jestem Adamem odkrywającym swój rajski ogród”*.

Jako iż sam mam ponad 8 tysięcy książek w domu i też ktoś czasem mnie podobnie pyta, od razu postanowiłem zapamiętać ripostę, jaką Bodoni dawał pytającemu: „Ile ma pan książek! Wszystkie je pan przeczytał? (...) [i odpowiedź:] Nie przeczytałem żadnej, inaczej po co bym je tutaj trzymał, pan przechowuje puste puszki po konserwach? A te pięćdziesiąt tysięcy, które już przeczytałem, ofiarowałem bibliotekom więziennym i szpitalnym. (...) Wtedy dureń chwieje się na nogach...”**. Zdobywanie nowych, własnych doświadczeń dzięki posiadaniu pamięci semantycznej, poznawanie rodziny, rozumienie różnych uczuć i odczuć, smaków, dźwięków jest tak frapujące, że trudno się od książki oderwać. Sam bohater żartuje, że dobrą stroną choroby Alzheimera (do której porównuje swoją sytuację) jest to, że codziennie widzi się tyle nowych twarzy... Pamięć próbuje odbudowywać na różne sposoby. Wizyta w dawnym domu rodzinnym staje się kopalnią wiedzy o jego dzieciństwie, sposobie myślenia dziadka, ojca, daje mu możność powrotu do własnych wypracowań szkolnych, przeglądania ogromnego zasobu książek, gazet, komiksów, starych płyt i innych skarbów (staroci) zgromadzonych na obszernym strychu. Owo tropienie własnej zagubionej osobowości staje się wątkiem niemal kryminalnym. Zderzenia z czasami faszyzmu i rządów Duce, odkrywanie na nowo pierwszych sympatii z czasów dojrzewania.


Streszczenie Antykwariusz z Mediolanu, Giambattista Bodom, zwany Jambo, budzi się ze śpiączki powypadkowej. Nie wie, kim jest, nie poznaje własnej rodziny, za to doskonale pamięta wszystko, co przeczytał, i porozumiewa się z otoczeniem językiem cytatów z arcydzieł światowej literatury. Wykorzystując więc tę "papierową pamięć", usiłuje dowiedzieć się czegokolwiek o swojej przeszłości. Udaje się do rodzinnego domu w Solarze, gdzie odnajduje mnóstwo starych książek, czasopism i płyt. Na ich podstawie próbuje odtworzyć atmosferę dzieciństwa, które przypadło na okres faszystowski. Przed oczami bohatera pojawia się absurdalny obraz czasów Duce - kabaretowe wręcz połączenie kultu siły i wojny z zamiłowaniem do głupiutkiego sentymentalizmu. Faszyzm wszakże upada, a bohater dojrzewa - i oto zarysowuje się kolejny konflikt...


Najnowsza książka Umberto Eco przypomina trochę... "O północy w Paryżu" Woody'ego Allena. Cofamy się w czasie, aby spotkać sławy sprzed kilku pokoleń. Eco jednak, w przeciwieństwie do Allena, swoich odbiorców nie ma zamiaru bawić. Zabawnie jest jedynie na początku, kiedy główny bohater "Cmentarza w Pradze" wspomina o tym kogo nienawidzi i dlaczego. Jego głównym wrogiem są Żydzi, których zna jednak wyłącznie z opowieści swego dziadka. "Zapewnił mnie on, że Żyd - próżny jak Hiszpan, tępy jak Chorwat, chciwy jak Lewantyńczyk, niewdzięczny jak Maltańczyk, bezczelny jak Cygan, brudny jak Anglik, służalczy jak Kałmuk, władczy jak Prusak i oszczerczy jak mieszkaniec Doliny Aosty - oddaje się zapamiętale cudzołóstwu z powodu niepohamowanej żądzy, wywołanej przez pobudzające erekcję obrzezanie".

Na tym jednak nie koniec, bo bohater, którego stworzył Eco nie przepada również za Niemcami. "Niemiec cierpi stale na niestrawność spowodowaną nadmierną konsumpcją piwa i kiełbasy wieprzowej, za którymi przepada (...). Wskutek nadmiernego spożycia piwa Niemcy są całkowicie niezdolni zdać sobie sprawy z własnej wulgarności, której szczytem jest to, że nie wstydzą się być Niemcami" - uważa. Nie lepiej jest z Francuzami: "Francja to jedyny kraj, którego obywatele przez wiele lat zajmowali się wzajemnym ucinaniem sobie głów. Na szczęście Napoleon ukierunkował tę furię na inne narody, ustawił Francuzów w kolumny i wysłał ich, by pustoszyli Europę". Dostaje się również Włochom oraz księżom - "Cywilizacja nie osiągnie doskonałości, póki ostatni kamień z ostatniego kościoła nie spadnie na ostatniego księdza i nie uwolni świata od tej hołoty".

Simonini skończył studia prawnicze i po śmierci dziadka zaczął pracować u notariusza, który nauczył go sztuki fałszowania testamentów i innych ważnych dokumentów. Wkrótce uczeń przerósł mistrza i przejął jego interesy. Zwykłe fałszerstwa mu jednak nie wystarczały, zajął się więc współpracą z oficerami policji oraz służb specjalnych. Wymyślał spiski po to tylko, aby policja mogła odnieść sukces aresztując spiskowców. Za każdym razem posuwał się o krok dalej.

"Cmentarz w Pradze" jest książką inną niż najsłynniejsza powieść Eco - "Imię róży", jednak tych, którzy szukają tajemniczych intryg nie rozczaruje. Autor zostawia nas z nierozwiązaną zagadką. Sprawia, że niewinni do tej pory bohaterowie stają się podejrzani. Tylko czy w świecie nieustających intryg i walki o wpływy ktoś może pozostać rzeczywiście niewinny?


Streszczenie Utwór ten to bardzo ciekawe rozważania samego autora nad istotą odpoczynku. Pisarz przebywa na plaży i oddaje się słodkiemu lenistwu. Nagle uświadamia sobie, że marnuje czas. Chce zabrać się za jakąś pożyteczną pracę, ale przypomina sobie, że musi odpocząć. Jest to jego świętym obowiązkiem.Pogrążony w bezczynności autor, zaczyna rozmyślać nad religijnymi nakazami odpoczynku po tygodniu pracy. Przypomina sobie Biblijna opowieść o stworzeniu świata, gdzie już była mowa o konieczności wytchnienia po ciężkiej pracy.Utwór ten to bardzo ciekawe rozważania samego autora nad istotą odpoczynku. Pisarz przebywa na plaży i oddaje się słodkiemu lenistwu. Nagle uświadamia sobie, że marnuje czas. Chce zabrać się za jakąś pożyteczną pracę, ale przypomina sobie, że musi odpocząć. Jest to jego świętym obowiązkiem.Pogrążony w bezczynności autor, zaczyna rozmyślać nad religijnymi nakazami odpoczynku po tygodniu pracy. Przypomina sobie Biblijna opowieść o stworzeniu świata, gdzie już była mowa o konieczności wytchnienia po ciężkiej pracy.Inaczej sprawa ma się z Katolikami. Chrześcijanie nigdy do końca nie potrafili czcić dnia wolnego od pracy. Wiele osób, z racji wykonywanego przez siebie zawodu, było zwalnianych z obowiązku przestrzegania tego prawa. Z czasem zawodów, których praca okazywała się niezbędna nawet w niedzielę, stawało się coraz więcej.Ale czy pełny wypoczynek jest możliwy? Czy komuś kiedyś udało się wypocząć nie robiąc nic przez cały dzień. Przecież nawet jeżeli chcemy wyjechać i odpocząć na łonie natury, musimy się do tego przygotować. Spakować potrzebne rzeczy, przygotować jedzenie i w jakiś sposób dotrzeć na miejsce. Wypoczynek w domu też nigdy nie jest pełny. Przecież musimy przejść z miejsca w miejsce, zając się oglądaniem telewizji, studiowaniem gazet, czy czytaniem książki. Musimy wstać, wyprowadzić psa, otworzyć okno - wszystko to może zostać uznane za pracę.Człowiek zawsze się czymś zajmie. Jakąś bardziej, lub mniej ważna i ciężką pracą. Nie potrafimy całkowicie pogrążyć się w bezczynności. Nie potrafimy odpoczywać. Może to jest powód, dla którego coraz częściej mówi się o braku wydajności naszej pracy.


Streszczenie Czy Biblia miałaby szansę u współczesnego wydawcy?Pięć pism moralnych to teksty, które - jak pisze Umberto Eco - „mają charakter etyczny, to znaczy dotyczą tego, co należałoby robić, tego, czego robić się nie powinno, bądź wreszcie tego, czego za żadną cenę robić nie wolno”.Autor Imienia róży dotyka najważniejszych zagadnień współczesności, takich jak stałe zagrożenie odradzającym się faszyzmem, tolerancja czy rola mediów.Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie. Tak pisał Kant. Moralność. Etyka. Przedmioty niewyczerpanych dysput i sporów.Kwestie, których nigdy pewnie jednogłośnie się nie przyjmie. Ile już tomów, ile atramentu w piórze czy drukarce poświęcono problemom moralnym. I ciągle mało, bo póki człowiek będzie myślał i odczuwał, będzie posiadał i wątpliwości.Niewielkich rozmiarów książeczka zawierająca 5 okazjonalnych pism - odczytów autorstwa Umberta Eco (znanego chyba wszystkim, chociażby dzięki Imieniu Róży) traktuje o zagadnieniach bardzo różnych, ale o wspólnym mianowniku – szeroko pojętej moralności właśnie. Porusza więc kolejno temat wojny, powracającego faszyzmu, roli prasy, migracji i tolerancji. Wszystkie zagadnienia zatem, wciąż mniej lub bardziej aktualne, mimo że teksty powstawały w różnych odstępach czasu.


Co najbardziej zaznaczyć trzeba i może nawet kilka razy podkreślić czerwonym ołówkiem: teksty pana Eco nijak nie mogą być określone jako proste czy zrozumiałe dla większości odbiorców. Przeciętna gospodyni domowa raczej nie znajdzie w nich recepty na życie i odpowiedzi na egzystencjalne pytania, nie tyle z powodu tego, że takowych pytań miałaby ona sobie nie stawiać, co że odpowiedzi zawarte są w formie trudnej i nieprzystępnej dla prostego zjadacza chleba. Zdania z cyklu: Na czym pewność i imperatywność swego działania moralnego opiera ktoś, kto - usiłując kłaść podwaliny etyki absolutnej - nie zamierza odwoływać się do zasad metafizycznych bądź jakichkolwiek wartości transcendentalnych czy nawet imperatywów kategorycznych powszechnie obowiązujących? nie są co prawda kompletnie nie do pojęcia, ale wymagają poświęcenia im czasu i uwagi.

Inne, co poza językiem sprawia, że o lekturze tej myślę bynajmniej nie jako złej, lecz po prostu trudnej, to odwołania wszystkich tekstów do przede wszystkim włoskich realiów i włoskiej historii. Kto się w tym temacie nie orientuje będzie zmuszony w pewnych momentach albo bezmyślnie kartkować strony albo zadać sobie trud skorzystania z uzupełniających źródeł.

Nie da się podważyć wartości merytorycznej zbioru Pięć pism moralnych, jednak nie umniejsza to faktu, że teksty te docenione zostaną dostatecznie zapewne tylko przez specjalistów z dziedziny etyki, socjologii, historii czy im pokrewnych. Ale, jak w jednym z pism napisał sam autor: niech się Pan nie przejmuje, jeśli ktoś twierdzi, że mówimy zbyt trudnym językiem; może on (…) przywykł do myślenia zbyt łatwego. Niech ludzie przywykną do myślenia trudnego, bo ani oczywistość ani tajemnica nie są łatwe.


Streszczenie Cztery prezentowane tu teksty stały się częścia tej ksążki dlatego, że jestem do nich przywiązany i nie chciałem, by uległy rozproszeniu. Jednak fakt, że spośród rozmaitych tekstów wybrałem właśnie cztery eseje, sugeruje, że coś je ze soba łączy. W pewnym sensie wszystkie traktują o strategiach kłamstwa, przebrania, nadużywania języka i ironicznego odwrócenia tych nadużyć.


Wybitny włoski semiotyk, a zarazem pisarz – autor bestsellerów „Imię róży” i „Baudolino” prezentuje tym razem polskiemu Czytelnikowi 4 eseje, w których demaskuje różne oblicza kłamstwa. Pierwsze ma twarz Józefa Balsamo vel Cagliostro, który – będąc w rzeczywistości drobnym awanturnikiem i łotrzykiem, dzięki własnym maskom i manipulacjom osób, opowiadających jego historię (między innymi przesławnego Aleksandra Dumas) stał się uosobieniem intelektualnego liberalizmu, sprzeciwiającego się ograniczonemu i prymitywnemu klerykalizmowi. Drugie oblicze ujawnia się w języku powieści „Narzeczeni”, autorstwa jednego z największych twórców romantyzmu włoskiego – Alessandro Manzoniego. Jest to utwór, na którego lekturę i analizę poświęca się we włoskich szkołach niemal cały rok nauki, stąd też Eco bardzo swobodnie odwołuje się do najdrobniejszych jego szczegółów. W Polsce „Narzeczonych” nie zna prawie nikt, jednak dla mniej skłonnych do lektury tego dzieła Wydawca zamieścił streszczenie powieści. Włoski badacz ukazuje, jak w tym tekście prezentowana jest rozbieżność między językiem werbalnym – służącym kłamstwu i manipulacji, a znakami naturalnymi, które pozwalają łatwo odróżnić prawdę od fałszu, nawet przez prostych ludzi. Trzeci esej poświęcony jest włoskiemu humoryście – Achillowi Campanillemu. Eco fenomenalnie odsłania jego mechanizmy manipulowania Czytelnikiem, ujawnia źródło komizmu jego powiastek, ukazuje mistrzostwo paradoksów i gier językowych. Campanille wykorzystuje efekt obcości w sposób tak doskonałym, że z Czytelnikiem może dosłownie „zrobić, co chce”. Jaka jest tajemnica jego sukcesu? Ten sekret poznamy po lekturze eseju „Komizm jako efekt obcości”. Ostatnia część książeczki, najkrótsza zresztą, również opowiada o sposobach manipulowania, ale tym razem – przestrzenią geograficzną przez innego pisarza – Hugo Pratta. Włoski semiolog ukazuje, w jaki sposób pobudzać wyobraźnię Czytelnika oraz nią dowolnie sterować. Cztery eseje, cztery oblicza kłamstwa, cztery sposoby manipulacji... Eco, jak zwykle, analizuje sposoby opowiadania, rozmaite techniki i strategie narracyjne, dając tym samym młodym adeptom sztuki pisarskiej fenomenalną szkołę rzemiosła, a Czytelnikom, pragnącym zbliżyć się do modelowej interpretacji – dodatkowe jej narzędzie. Analiza to wnikliwa, a zarazem zaprezentowana w sposób bardzo przystępny i jasny. Stwierdziłbym, że to książeczka idealna zarówno dla naukowców czy studentów filologii, jak i dla przeciętnego Czytelnika, gdyby nie drobny szczegół – autorzy, na których tekstach bazuje semiolog nie są w naszym kraju zbyt popularni, a same ich dzieła – powszechnie dostępne. Warto jednak włożyć nieco wysiłku w to, aby je zdobyć i dzięki badaniom „współczesnego Wilhelma z Baskerville” zrobić kolejny krok w kierunku Prawdy...


„ Grozi nam, że cały dzisiejszy przemysł informatyczny mnożąc informacje nie bedzie dostarczał już żadnej „ wiele osób jest przeciwne tej frazie, jednak są też tacy,którzy się zgadzają z tymi słowami i ja do nich należę. Uważam sformułowanie Umberto Eco za słuszne i zaraz postaram się to udowodnić. Pierwszym argumentem potwierdzającym słuszność jest to, że jeżeli chcemy znaleźć informacje odnośnie jakiegoś problemu internet wyświetla nam mnóstwo stron odnośnie interesującej nas frazy, jednak gdy otworzymy kilka z nich okazuje się, że każda ze stron przedstawia nam inne informacje. Możemy to więc krótko podsumować, ile jest źródeł tyle różnych informacji na ten sam temat. Moim kolejnym argumentem potwierdzającym swierdzenie Umberto Eco jest to, że istnieje wiele stron i for internetowych, na których każdy może zamieszczać informacje. Najlepszym tego przykładem jest WIKIPEDIA. Każdy ma do niej dostęp i niezależnie od wieku może edytować lub dodawać informacje niekoniecznie prawdziwe. Mogą być tam zawarte same kłamstwa. Następnym, już trzecim argumentem jest przeciążenie internetu. Ten niepożądany przez nikogo stan może nastąpić juz za 2 lata, jeśli informacje będą przybywać w takim tempie jak to się obecnie dzieje. Wzrost wydajności łączy internetowych nie nadąża za potrzebami użytkowników. Jeżleli dostawcy usług internetowych nie podwoją inwestycji w rozwój internetu możemy już nie znaleźć żadnej informacji, ani tej prawdziwej, ani tej fałszywej. Podsumowując mój statuś wobec cytatu Umberto Eco, który głosi, że „Grozi nam, że cały dzisiejszy przemysł informatyczny mnożąc informacje nie bedzie dostarczał już żadnej” stwierdzam jego stuprocentową słuszność. Opowiada się za tym wiele argumentów m.in. to, że informacje nie zawsze są prawdziwe, a porównując je ze sobą może się okazać, że są całkowicie przeciwne. Poza tym każdy może takowe informacje opublikować przez co może dość do przeciążenia systemu z powodu ich zbyt dużej ilości.

umberto eco  

umberto eco