Page 1

01| ▼ R O Z M O W Y ▼ A R C H I T E K T U R A ▼ S Z T U K A ▼ W Y D A R Z E N I A ▼

MIEJ MIEJSCE |WYDANIE NO.01|

| MARCIN POLAK | BŁAŻEJ CIARKOWSKI | KOSMA NYKIEL | ELIZA GAUST | MAŁGORZATA PAWLAK | MACIEJ CHOLEWIŃSKI | MARIA MORZUCH

POLECIEĆ W KOSMOS Z FORTEPIANEM

T

0210

akie pomysły są dla mnie przygodami, które spadają z nieba. Nie wiem, jak te mechanizmy działają i może tylko z takiej niewiedzy te rzeczy mają prawo się wydarzyć. Pomysł na koncert w windach przemysłowych wziął się stąd, że zawsze pragnęłam podróżować z fortepianem. Zazdrościłam pianiście Piotrowi Anderszewskiemu, który podróżuje pociągiem ze swoim instrumentem, przyjmuje tam gości i gra, podczas gdy pociąg pędzi przez kolejne kraje. Kiedy dostałam propozycję realizacji performansu na festiwalu Musica Privata, przyśniło mi się, że lecę z fortepianem w kosmos i wpadłam na pomysł, żeby się z nim przemieszczać nie w poziomie, a w pionie – wystarczy umieścić go w windzie przemysłowej. Okazuje się, że im pomysł wydaje się bardziej dziwaczny, tym bardziej prawdopodobny jest do zrealizowania. Chwilę potem zadzwonił do mnie ktoś z Muzeum Kinematografii z pytaniem, czy jestem tą panią, która zbiera fortepiany. Potwierdziłam, na co usłyszałam, że świetnie się składa, bo mają fortepian, tylko trzeba go od razu zabrać. Instrument znajdował się na strychu muzeum i wyniesienie go stamtąd nie było proste. Pamiętam taki widok: dziesięciu panów ciągnie ten fortepian, jak wielkiego wieloryba, a ja, filmując to, uczestniczę w narodzinach – na początku nie widać, nad czym oni się tak siłują, krzycząc: ciągnij! ciągnij! i stopniowo wyłania się, w towarzystwie ich nadludzkiego trudu, wielki kształt. Udało się, polecieliśmy z fortepianem windą.

POTRAFIŁBYM MIESZKAĆ NIGDZIE INDZIEJ

W

1966 roku Aleksander Zwierko otrzymał najbardziej prestiżowe zlecenie w swojej dotychczasowej karierze. Powierzono mu zaprojektowanie wieżowców w rejonie ulic Głównej, Piotrkowskiej, Roosevelta i Sienkiewicza. Wspólnie z Wacławem Baldem stworzył koncepcję składającą się z czterech punktowców o funkcji biurowej połączonych horyzontalnymi pawilonami -ilonami handlowo-usługowymi. W 1970 roku gotowy był pierwszy gmach, a prasa donosiła, że oto Łodź doczekała się centrum z prawdziwego zdarzenia. W artykule o znamiennym tytule „Łódź odmieniona”, Tadeusz P. Szafer podkreślał, że jest to „pierwsze wielkie miasto, które w sposób zorganizowany przystąpiło do urządzania swego śródmiejskiego centrum”. Równolegle przystąpiono do budowy „nowego centrum” w rejonie dworca Łódź-Fabryczna, gdzie Zwierko zaprojektował dwa bliźniacze, 19-kondygnacyjne wieżowce ”Cetebe” i „Confeximu”.

WIEŻOWCÓW.

E

LIZA GAUST: Zespół Cool Kids of Death istniał przez 10 lat. Imponuje mi, że nie chcieliście odcinać kuponów i skończyliście, kiedy już przestaliście być tymi wkurzonymi chłopakami z butelkami z benzyną i kamieniami. Nie masz czasem pokusy, żeby zrobić, choćby chwilową reaktywację, C.K.O.D., tak z dystansu? KUBA WANDACHOWICZ: Nie i uważam, że to duża wartość, że skończyliśmy wtedy granie. Cały czas dostaję propozycje koncertów od ludzi nieświadomych, że ten zespół już nie istnieje. Podejrzewam, że finansowo opłacałoby nam się istnieć i co jakiś czas grać koncerty, ale wydaje mi się fajne, że zamknęliśmy C.K.O.D. ostatnią płytą „Plan ewakuacji” i koncertem, który odbył się przed premierą drugiego filmu Piotrka Szczepańskiego o nas. Jakoś tak naturalnie wyszło, że to był nasz ostatni koncert i cieszę się z takiego zamknięcia. Gdybyśmy dalej odcinali kupony od tego, co zrobiliśmy na pierwszej, drugiej czy piątej płycie i grali te numery na zamkniętych eventach, pewnie nawet za dobre pieniądze, to bym się z tym bardzo źle czuł. Zespół, którym byliśmy na początku – aktywny, poszukujący, rozumiejący się między sobą – skończył się, więc moglibyśmy funkcjonować tylko na zasadzie atrakcji sprzed lat, a to by się kłóciło z ideą powstania C.K.O.D.

ALEKSANDER ZWIERKO

BUDOWNICZY ŁÓDZKICH

NIE 04

N

ic nie było oczywiste, a prace porozrzucane po kątach. Były i rzeźby, i fotografie, obiekty, słowo pisane i wydrukowane. Wszystkie nastroje: od grozy, przez zaciekawienie, zaskoczenie do rozśmieszenia. Groteska wzmagająca poczucie dezorientacji, pojawiająca się już przy tytule wystawy: „Trash” – „Śmieci”. Jak się okazało – bardzo kokieteryjnym.

TO NIE JEST MARTWY SKANSEN + ZABYTKI I RUDERY KONTRA NOWE

G

dyby wcześniejsze generacje myślały tymi samymi kategoriami co znaczna część dzisiejszych obrońcy zabytków, wzdłuż Piotrkowskiej wciąż stałyby parterowe domy tkaczy kryte spadzistymi dachami. Zaiste, piękny to obraz metropolii! Miasto musi żyć, funkcjonować jak ekosystem, w którym część starych organizmów obumiera, a na ich miejscu wzrastają nowe” -„Gdyby wcześniejsze generacje myślały tymi samymi kategoriami co znaczna część dzisiejszych obrońcy zabytków, wzdłuż Piotrkowskiej wciąż stałyby parterowe domy tkaczy kryte spadzistymi dachami. Zaiste, piękny to obraz metropolii! Miasto musi żyć, funkcjonować jak ekosystem, w którym część starych organizmów obumiera, a na ich miejscu wzrastają nowe”

14BRZASK BBLASK

20.06.2017 | Ł Ó D Ź |


02|

| MIEJ MIEJSCE ▼▼

23.06.2017 |WYDANIE NO.01|

| Ł Ó D Ź |

POLECIEĆ W KOSMOS Z FORTEPIANEM z Aleksandrą Chciuk rozmawia Eliza Gaust ALEKSANDRA CHCIUK W 2015 ukończyła Łódzką Szkołę Filmową w pracowni Józefa Robakowskiego - ponadto jest absolwentką Uniwersytetu Łódzkiego i szkoły muzycznej II stopnia. Zajmuje się sztuką wideo, fotografią i malarstwem. Tworzy krótkie formy filmowe. Przy realizacji swoich performensów często występuje jako pianistka. Chętnie podejmuje tematy zjawisk dźwiękowych i ich wpływu na stan umysłu oraz reakcje ciała. Ważnym aspektem w twórczości artystki jest także natura oraz jej muzyczne i psychologiczne związki z człowiekiem.

Jesteśmy na jedenej galęzi ELIZA GAUST: Na początku chciałabym zapytać o Twoją rodzinę, bo wiem, że macie bardzo ciekawą historię i wspólne muzyczne tradycje… ALEKSANDRA CHCIUK: To jest dla mnie świeże, jeszcze całkiem niedawno nie miałam pojęcia, że w rodzinie są takie tradycje. Ta świadomość przyszła z momentem, kiedy mój tata uwieńczył dzieło – drzewo genealogiczne rodu Chciuków, nad którym pracował przez kilkanaście lat. W dobie Internetu to wybuchło, ludzie zaczęli do niego pisać, dzwonić i mówić: jesteśmy z jednej gałęzi, spotkajmy się. Powstała potrzeba, żeby zorganizować rodzinny zjazd.

Muzyczne inklinacje, obecne w tej rodzinie, biorą się pewnie w dużej mierze z tureckich korzeni. EG: Czego, dzięki poszukiwaniom Twojego taty, dowiedziałaś się o swojej rodzinie? ACH: Rodzina Chciuków wywodzi się z Kotliny Sandomierskiej, dokładnie z Majdanu Zbydniowskiego, położonego 15 km na południowy wschód od Sandomierza. W momencie, kiedy przybył tam Martinus Witkowski, czyli ten, który zapoczątkował ród Chciuków, zastał tam kawał puszczy. To była końcówka XVIII wieku, ok. 1790 roku. Nie wiadomo, skąd się tam wziął, istnieje domniemanie, że hrabia Konopka, który był adiutantem Kościuszki, i z którym Witkowski brał udział w Insurekcji, podarował mu tam ziemię w podzięce za uratowanie życia. Nasz przodek spłodził tam piątkę dzieci i nadał im przydomek Kciuk. To jest moment, kiedy drzewo zaczęło kiełkować. Na Majdanie Zbydniowskim znajdowała się osada turecka. Turcy zostali sprowadzeni tam w związku z wojną turecko-polską i wielką wygraną wiedeńską za czasów króla Jana III Sobieskiego. W naturalny sposób ci osadnicy wiązali się ze sobą w pary, powstawały wielodzietne rodziny i stąd w mojej rodzinie płynie także krew turecka. Muzyczne inklinacje, obecne w tej rodzinie, biorą się pewnie w dużej mierze z tureckich korzeni. Mam wielu kuzynów, grających na instrumentach wschodnich. We mnie też zawsze było szczególne upodobanie do tych rytmów i skal, co uświadomiłam sobie w momencie zetknięcia z wcześniej nieznanymi członkami rodziny.

Ważna jest dla mnie świadomość dzielenia swoich Wtedy jeszcze nie miałam świadopotrzeb z ludźmi, którzy są bliscy. mości ani narzędzi, żeby wyjść poza klasykę. EG: Zjazdy całego rodu odbywają się regularnie?

AH Zjazdy odbywały się co dwa lata w Majdanie Zbydniowskim. Przy naszym pierwszym spotkaniu wybuchła niesamowita eksplozja. Tam była masa ludzi, ponad 200 osób. Każdy złapał, co miał pod ręką i tak graliśmy przez całą noc. To było fantastyczne, ogromne emocje i chęć kontynuacji tych znajomości. Strasznie się cieszyłam, że poznałam tych ludzi i że płynie w nas ta sama krew. To odkrycie nastąpiło wiele lat temu i od tego momentu jesteśmy w stałym kontakcie. Ważna jest dla mnie świadomość dzielenia swoich potrzeb z ludźmi, którzy są bliscy.

To była szkoła muzyczna na Jaracza, której już nie ma. EG: Poza domem, innym ważnym miejscem, które ukształtowało Cię jako artystkę, była szkoła muzyczna, o której opowiadasz jako o miejscu magicznym… ACH: Jako dziecko chadzałam do dwóch szkół – do takiej zwykłej porannej i popołudniowej muzycznej. To była szkoła muzyczna na Jaracza, której już nie ma. Mieściła się w zwykłej starej kamienicy, charakterystycznej o tyle, że były tam niekończące się korytarze, dawne pomieszczenia dla służb, salony. Kiedy wychodziłam z podstawówki i przekraczałam tę bramę, czułam, że wchodzę do lepszego świata. Miałam wrażenie, że jest mi dane uczestniczyć w czymś zupełnie niezwykłym. Bardzo chciałam tam być. Wszyscy mieliśmy względem siebie ogromny szacunek i panowały tam relacje zupełnie inne niż w tradycyjnych szkołach. Chcieliśmy spędzać ze sobą czas także po lekcjach. Przeżywałam tam stan nieustannej radości. Cieszyłam się, że mogę iść korytarzem, spotkać kolegę i z nim poimprowizować. Chciało się tam być i grać. Pamiętam, jak mama przychodziła po mnie około 22., wracałam wykończona, zasypiając na jej ramieniu, ale to było takie szczęśliwe zmęczenie. Czas tam spędzony w znacznej mierze ukształtował moją wrażliwość. Czasem gdzieś się spotykamy – z Łukaszem Lachem czy innymi dawnymi uczniami i wspominamy. Każdy z nas obrał własną drogę, ale szkoła jest w nas ciągle obecna, powraca w snach. Fizycznie już jej nie ma, ale jest nadal żywa.

EG: Zastanawia mnie, kiedy w Twojej edukacji nastąpił moment odkrycia, że można w obszarze muzyki działać inaczej, wyjść poza wyuczone, klasyczne granie i eksperymentować z formą?... ACH: Taka potrzeba zaczęła drzemać we mnie stosunkowo wcześnie, natomiast wtedy jeszcze nie miałam świadomości ani narzędzi, żeby wyjść poza klasykę. Tak naprawdę zaczęło się to na studiach w Szkole Filmowej. Na początku nie było łatwo, studiowałam fotografię, gdzie wszystko było blisko klasycznej fotografii, dokumentu, pracy w ciemni i czułam, że jestem od tego trochę oderwana. Na trzecim roku pojawiły się nowe media i kierunek stał się bardziej interdyscyplinarny. Wówczas poznałam Józefa Robakowskiego i świat eksperymentalnej formy. Zaczęło do mnie docierać, że mogę wydostać na wierzch wszystko to, co we mnie siedziało i spróbować odnaleźć się pomiędzy filmem, muzyką, fotografią. Że to nie są niezależne dziedziny, a wszystkie się ze sobą ściśle łączą. Wtedy podjęłam pierwsze próby, między innymi realizację krótkich form wideo.

Granie na instrumencie wykracza poza to, co słyszalne. EG: We wszystkim, co robisz, przewijają się relacje między dźwiękiem a obrazem, a także możliwość przełożeń tych zjawisk na gest oraz ruch… ACH: To wywodzi się chyba jeszcze z obserwacji, które miałam, uczęszczając do szkoły muzycznej – że granie na instrumencie wykracza poza to, co słyszalne. Relacyjność z instrumentem i to, jaki jest to rodzaj instrumentu, determinuje zachowanie, ale nie w sposób uświadomiony, wtedy uwydatnia się coś, co jest dane autentycznie. Kontakt fizyczny z instrumentem zawsze był dla mnie elementem w niewystarczający sposób zbadanym.


MIEJMIEJSCE.COM

▼ R O Z M O W Y ▼

C H C I U K

G A U S T

Jeden takt powtarza się 150 razy, dążąc do perfekcyjności, która oczywiście jest nieosiągalna

M U Z Y K A

F O R T E P I A N

w poziomie, a w pionie – wystarczy umieścić go w windzie przemysłowej. Okazuje się, że im pomysł wydaje się bardziej dziwaczny, tym bardziej prawdopodobny jest do zrealizowania. Chwilę potem zadzwonił do mnie ktoś z Muzeum Kinematografii z pytaniem, czy jestem tą panią, która zbiera fortepiany. Potwierdziłam, na co usłyszałam, że świetnie się składa, bo mają fortepian, tylko trzeba go od razu zabrać. Instrument znajdował się na strychu muzeum i wyniesienie go stamtąd nie było proste. Pamiętam taki widok: dziesięciu panów ciągnie ten fortepian, jak wielkiego wieloryba, a ja, filmując to, uczestniczę w narodzinach – na początku nie widać, nad czym oni się tak siłują, krzycząc: ciągnij! ciągnij! i stopniowo wyłania się, w towarzystwie ich nadludzkiego trudu, wielki kształt. Udało się, polecieliśmy z fortepianem windą.

EG: Ten wątek podjęłaś w pracy „Variation on Black”… ACH: Ta praca jest bardzo emocjonalna. Jako dziecko dawałam fortepianowi obietnice, że go nigdy nie opuszczę, tak jak inne dzieci swoim zabawkom czy rowerom BMX. Człowiek spędza z instrumentem kilka godzin dziennie i formuła, że to zmierza ku temu, żeby odegrać utwór, wydawała mi się zupełnie niewystarczająca. Dla mnie granie zawsze było związane z narastającym napięciem, emocjami. Jeden takt powtarza się 150 razy, dążąc do perfekcyjności, która oczywiście jest nieosiągalna – może wydarzyć się podczas jednego zagrania, ale potem gra się po raz kolejny i to już nie jest tak doskonałe. W pewnym momencie poczułam, że jestem z tym instrumentem gdzieś dalej, że nie chodzi już tylko o to, żeby zagrać Nokturn Chopina. Próbowałam odnaleźć na płaszczyźnie fizycznej dialog, który byłby spełnieniem relacyjności z instrumentem. To był długi proces, forsowałam tę myśl na wiele sposobów. Aż nagle przyśniło mi się, że wchodzę do fortepianu i wiedziałam, że to jest ten moment. Podjęłam próbę, żeby fortepian preparować sobą, swoim ciałem.

Działam w sposób intuitywny, nieuświadomiony. EG: Z jednej strony pociąga Cię dzikość i surowość łódzkich przestrzeni, ale eksplorujesz też dzikość natury, jak choćby w pracach: „Wstawaj Księżycu” i „Harmony”. Co Ci daje obcowanie z przyrodą? ACH: Kiedy znajduję się z instrumentem w lesie, działam w sposób intuitywny, nieuświadomiony. Próbuję wprowadzić w świat natury elementy wyjęte z kultury miejskiej, na przykład rury PCV, które w tym użyciu zyskują pierwotne, dzikie brzmienie, kojarzące się z naturą. Wprowadzając w przestrzeń lasu obce instrumenty, ku własnemu zaskoczeniu, odnajduję spójność. Staram się w ten sposób dialogować, a moje zachowanie, gesty, ruchy, determinuje przyroda. Wyostrzam słuch i reaguję w zgodzie z tym, co odbieram.

Instrumenty po prostu się pojawiają

FOT. TOMASZ OGRODOWCZYK

EG: Wyszukujesz i gromadzisz różne instrumenty. Nie są one dla Ciebie chyba zwykłymi przedmiotami, ale czymś, co mocno na Ciebie oddziałuje?

Próbowałam odnaleźć na płaszczyźnie fizycznej dialog, który byłby spełnieniem relacyjności z instrumentem.

ACH: Tak, zawsze postrzegałam ten instrument jako żywe, dzikie zwierzę. Praca „Variation on Black” była dla mnie formą okiełznania go i próbą stworzenia czegoś w rodzaju metainstrumentu – spojenia się z nim w jedność i utworzenia obiegu zamkniętego. Kiedy jestem wewnątrz fortepianu i naciskam na struny, to sposób, w jaki preparuję, wpływa na brzmienie instrumentu, a z kolei te dźwięki wprowadzają w drganie struny, co znów oddziałuje na mnie. To było niesamowite przeżycie. Mogłam to wykonać tylko dwa razy, bo potem poczułam, że już zaczynam uczyć się tych ruchów, a nie o to chodzi, nie chciałam zatracić tej autentyczności.

Kiedy jestem wewnątrz

EG: Porównujesz fortepian do wieloryba…

Ta przestrzeń zaczęła wybrzmiewać zupełnie inaczej.

EG: Pracę „Variation on Black” realizowałaś w Muzeum Książki Artystycznej. Nie było żadnych obaw w związku z jej nietypowym charakterem?

Łódź jest miejscem, w którym niemożliwe staje się możliwe, gdzie czuje się otwartość, dzikość i surowość. Być może jest to związane z historią tego miasta, to coś, co wchłania się ze ścian kamienic… Nie czuję się jak mieszkanka Łodzi, jestem przybyszem, dla którego ciągle jest tu coś do odkrycia, to miasto cały czas mnie zaskakuje. Zestawienie przestrzeni pałacowych z chropowatością niszczejących kamienic ma w sobie coś bardzo pociągającego – ścieranie się fakturowości, łączenie w sobie różnych elementów, które aż proszą się o to, aby je eksplorować. Są miejsca, do których ciągle wracam, bo czuję ich niedosyt, mimo że tu żyję.

Przyśniło mi się, że lecę z fortepianem w kosmos EG: Masz lekkość przekładania nawet najbardziej szalonych pomysłów na artystyczne działanie – jak w przypadku „Variation on Black” czy „Pi i Sigma” – koncertu w windach towarowych na dwa fortepiany, który odbył się w ramach festiwalu Musica Privata. Jak pokonujesz bariery, które z pewnością pojawiają się podczas takich realizacji? ACH: Takie pomysły są dla mnie przygodami, które spadają z nieba. Nie wiem, jak te mechanizmy działają i może tylko z takiej niewiedzy te rzeczy mają prawo się wydarzyć. Pomysł na koncert w windach przemysłowych wziął się stąd, że zawsze pragnęłam podróżować z fortepianem. Zazdrościłam pianiście Piotrowi Anderszewskiemu, który podróżuje pociągiem ze swoim instrumentem, przyjmuje tam gości i gra, podczas gdy pociąg pędzi przez kolejne kraje. Kiedy dostałam propozycję realizacji performansu na festiwalu Musica Privata, przyśniło mi się, że lecę z fortepianem w kosmos i wpadłam na pomysł, żeby się z nim przemieszczać nie

W Łodzi niemożliwe staje się możliwe

ACH: Bardzo chciałam, żeby „Variation on Black” zadziało się właśnie tu, bo pamiętam to miejsce z czasów swojego dzieciństwa, kiedy grałam na tym samym fortepianie. Poczułam, że muszę tu wrócić, żeby dać temu miejscu coś od siebie. Przyszłam do państwa Tryznów z prośbą zorganizowania u nich przez dwa dni planu filmowego. I to było tyle, cała rozmowa. Potem, w ramach Nocy Muzeów, film został zaprezentowany w tym miejscu po raz pierwszy i wtedy zostało odkryte, co się tam wydarzyło. Chyba się spodobał, był tu jeszcze później pokazywany.

ACH: Instrumenty po prostu się pojawiają, a potem przychodzi moment, kiedy któryś z nich zostanie wykorzystany. To jest dla mnie wielką niespodzianką. Znajdując instrument, nie zakładam, że będę go potrzebować do konkretnej realizacji. On sam inicjuje późniejsze działania, jest impulsem, nadającym kierunek czemuś, co się wydarza. I na przykład, instrument turecki daff stał się w moim filmie księżycem, a akordeon mołdawski, o zupełnie nieznanej mi skali, odnalazł swoje zastosowanie w performansie „MAX 30’” z Rumorami Orkiestra.

EG: Film, nad którym obecnie pracujesz – „Chamber of Nature”, wydaje mi się nieco inny od Twoich wcześniejszych prac – wykreowany estetycznie, z monumentalnymi kadrami, które przywodzą mi na myśl film „Zeszłego roku w Marienbadzie” Alaina Resnaisa… Te przestrzenie też same do Ciebie przemówiły? ACH: W momencie, gdy Pałac Karola Poznańskiego, gdzie mieści się Akademia Muzyczna, był odrestaurowywany, wszystkie sale, na co dzień zamknięte, w których ludzie ćwiczą i siedzą w odosobnieniu, zostały otwarte i opustoszałe. Nagle ta przestrzeń zaczęła wybrzmiewać zupełnie inaczej. Kiedy tam weszłam, dosłownie zaparło mi dech w piersiach i wiedziałam, że następnego dnia muszę tu być z kamerą i zrobić ujęcia do filmu. Ta sytuacja trwała chwilę, to było wejście na dziko, bez operatora, dźwiękowca, oświetleniowca. Po prostu wchodzę i to jest ten moment, kiedy muszę wszystko maksymalnie skondensować, bo może za chwilę ktoś będzie przechodził i będę musiała udać, że nic się nie dzieje. To ekscytujące – bycie w kilku rolach – jako operator, reżyser i osoba, które staje przed kamerą. Mnie to sprzyja, wyzwala emocję odkrycia – to nie jest wcześniej zaplanowane, w tym miejscu odkrywam nowe możliwości, badam jego parametry. Takie badanie modeluje sposób mojej pracy, cały czas muszę wyostrzać zmysły.

K O S M O S

Dźwięki, podobnie jak zapachy, są kodami pamięci EG: W tym filmie wypowiadasz słowa: „Ciało jest przestrzenią. Przepływ między dźwiękami w ciele przejawia się w jego ruchu. Ruch ciała jest myślą dźwięku”. To też odbicie Twoich osobistych emocji? ACH: To wiąże się ze wspomnieniem szkoły muzycznej, kiedy stawałam w jej bramie, odurzona dochodzącymi stamtąd dźwiękami. Dźwięki, podobnie jak zapachy, są kodami pamięci, przywołują wrażenia i emocje. Ten film jest powrotem do miejsca. Trzonem tej pracy jest pokój 33, w którym przez wiele lat miałam lekcje fortepianu z profesorem Lasockim, wiele się tam wydarzyło. W takim miejscu, jak Akademia, to wszystko: ludzie, przeżycia, doświadczenia, wciąż tętni, żyje w tych murach. „Chamber of Nature” jest wędrówką za chmurami dźwiękowymi miejscami przeszłości, a jednocześnie próbą znalezienia drogi ku przyszłości.

Percepcja przestrzeni odbywała się jedynie poprzez dźwięk i kinetykę EG: Rozmawiałyśmy o doświadczeniu Twoim jako artystki, ale dążysz chyba także do pogłębienia doświadczenia odbiorcy, jak choćby w przypadku „Black of Granule” – performansu przeznaczonego dla jednego słuchacza, realizowanego w zupełnej ciemności… ACH: Ten performance też wziął się z natury. Spacerowaliśmy z Kubą Krzewińskim w nocy brzegiem morza i w pewnym momencie zastała nas ciemność bez granic, wręcz niespotykana w przyrodzie. I wtedy do nas dotarło, że taka totalna ciemność jest w ziarenku piasku, ono stanowi niedostępny kosmos. Chcieliśmy odtworzyć go w pałacowym pokoju. Spędzałam w tej przestrzeni wiele dni i nocy i w pewnym momencie poczułam się tam już bardzo bezpiecznie, przyswoiłam tę ciemność. Natomiast osoba, którą wprowadzałam do zaciemnionego pokoju korytarzem, której zmysł wzroku nagle został odcięty, była tym tak zaabsorbowana, że nie była w stanie dostrzec obecności drugiego człowieka, mimo że byłam tuż obok. Ten pierwszy kontakt, kiedy musiałam do tej osoby podejść i przekonać ją, żeby przebyła ze mną tę drogę, był dla mnie silnym doświadczeniem. Każdy reagował zupełnie inaczej. Wtedy wychodzą nie do końca uświadomione cechy, które w nas drzemią. Przełomowym momentem było przejście przez drzwi, a następnie usadowienie się w fotelu. Słuchacz miał za sobą wzmacniacz tranzystorowy, połączony z głośnikiem basowym i przechodziło na niego każde drganie. Nie wiedział, czy te drgania wywołane są przez jego emocje czy mechanicznie z zewnątrz. Percepcja przestrzeni odbywała się jedynie poprzez dźwięk i kinetykę – ważny był także ruch, choć nie było go widać. Przebieg tego koncertu był ściśle podyktowany naszym kontaktem z odbiorcą i emocjami, jakie wytwarzały się w tym pokoju. Nie zdawaliśmy sobie do końca sprawy, że tak silnie można odbierać obecność drugiego człowieka. Każde wykonanie, każda z granulek, były zupełnie inne, nacechowane wieloma emocjami i poczuciem zależności w ciemnym pokoju. Lubię takie sprzężenia, gdy kreacja schodzi na bok, a zostaje tylko pierwiastek natury, czegoś całkowicie autentycznego.

..udało nam się osiągnąć stan, w którym już się nie myśli. EG: Coś podobnego, w sensie tej autentyczności, wytworzyło się chyba także podczas performansu „MAX 30’”, który realizowaliście jako Rumory Orkiestra… ACH: Wtedy po raz pierwszy przytrafiło mi się coś tak dziwnego z poczuciem czasu. Minęły trzy, może pięć minut, a ja byłam przekonana, że zaszła jakaś pomyłka, że już powinniśmy kończyć. Poczułam wtedy po raz pierwszy, a potem kolejne razy, że nie mam już siły. Ale kiedy dochodzisz do takiej ściany, że już nie możesz, przychodzi jakaś nowa siła, nie wiem skąd, z trzewi… U mnie momentem przejścia było to, że nagle zaczęłam głośno piszczeć i poprzez ten silny bodziec znajdowałam w sobie kolejne pokłady energii. Paweł Cieślak powiedział, że to był bardziej performance wytrzymałościowy niż muzyczny. Dla mnie, poza tym czysto fizycznym aspektem, chodziło o dojście do punktu, w którym pojawia się nieznana nam siła, która nadaje nową jakość. To się wtedy staje czyste, wyzbyte wszelkiego udawania i odbiorca chyba też to wyczuwa. Zatraca się moment, trudny dla każdego artysty, kiedy stoimy obok siebie i analizujemy, jak widz to odbierze. W „MAX 30’” udało nam się osiągnąć stan, w którym już się nie myśli.

▼ ▼

03|


23.06.2017

| MIEJ MIEJSCE ▼▼

| Ł Ó D Ź |

|WYDANIE NO.01|

▼ ▼

04|

.

dwie ścierające się siły zbudowane w organicznej formie.

ścienne instrumenty.

ACH: W swoich pracach opierasz się też na unizmie, wywiedzionym z koncepcji Władysława Strzemińskiego, którą na dźwięk przełożył Zygmunt Krauze. Co Cię w tej idei fascynuje?

EG: Teraz, w ramach otrzymanego stypendium artystycznego, przygotowujesz kontynuację tych prac?

EG: Zamysł zrobienia obrazów, które będą partyturami, zrealizowałam w cyklu „Szpilen”. Zależało mi, aby na obrazie oddać to, co jest istotą w muzyce unistycznej, która z kolei ma takie, a nie inne brzmienie, ponieważ Zygmunt Krauze inspirował się Strzemińskim. Chciałam oddać te cechy w formie czytelnej dla muzyka. Wielką radością było dla mnie, kiedy Zygmunt Krauze spojrzał na te obrazy i powiedział, że mógłby je zagrać. Poza pierwiastkiem intuitywnym, bardzo dla mnie ważnym, chciałam, aby w tych pracach zawierał się także pierwiastek intelektualny. Cykl został skonstruowany w porządku, który wziął się z dwóch sił: męskiej i żeńskiej. Przy jego tworzeniu ważna była dla mnie historia Strzemińskich i chciałam, żeby to było do odnalezienia – dwie ścierające się siły zbudowane w organicznej formie.

ACH: Tak. W ramach projektu „Uni-partytury” podejmę próbę rozwinięcia koncepcji unistycznej w taki sposób, żeby partytury były jednocześnie instrumentami. Bezpośrednio na obrazach każdy będzie mógł zagrać – powstaną ścienne instrumenty.

NIE

POTRAFIŁBYM MIESZKAĆ NIGDZIE INDZIEJ

KUBA WANDACHOWICZ (ur. 27 listopada 1975). Basista, autor tekstów piosenek i kompozytor. Członek zespołów: Cool Kids of Death, TRYP, NOT i Mister D. Współwłaściciel klubu “DOM” w Łodzi. Autor tekstu “Generacja Nic” (“Gazeta Wyborcza”, 5 września 2002), który wywołał szeroką dyskusję o pokoleniu 20-latków urodzonych w połowie lat 70. Mieszka w Łodzi

Z KUBĄ WANDACHOWICZEM ROZMAWIA ELIZA GAUST ELIZA GAUST: Przygotowując się do naszej rozmowy, uświadomiłam sobie, że minęło 15 lat od czasu Twojego tekstu „Generacja Nic”, opublikowanego w Gazecie Wyborczej. Tekstu „o pokoleniu, które przegrało z wolnością”. Możesz się nadal pod nim podpisać? Myślisz, że po piętnastu latach jest to tekst wciąż aktualny dla dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestolatków? KUBA WANDACHOWICZ: W przeciwieństwie do Ciebie, ja ostatnio nie czytałem tego tekstu, właściwie to nie pamiętam, kiedy go czytałem i znam go bardziej z opowiadań, niż z pamięci. Pewnie gdybym pisał go dzisiaj, byłby zupełnie inny. Jestem w stanie się pod nim podpisać jako pod tekstem, który powstał w tamtym czasie, wynikał z moich autentycznych przemyśleń i sytuacji życiowej, w której się wtedy znajdowałem. Nie jestem socjologiem i dziś znajduję się w innym miejscu, niż 15 lat temu, w związku z tym trudno mi to odnieść do współczesności, ale wydaje mi się, że główna diagnoza byłaby taka sama. Wtedy narzekałem na bezideowość mojego pokolenia, a gdybym miał pisać o pokoleniu współczesnych dwudziestolatków, to tu już pojawiają się idee, z tym, że niekoniecznie są one kompatybilne z moją wrażliwością. Chodzi mi głównie o to, że wskrzeszają się ruchy prawicowe, ci wszyscy żołnierze wyklęci… Te rzeczy, o których wiemy i których się boimy, Ty i ja. Wtedy, opisując swoje pokolenie, pisałem o bezideowości i pogonią za pieniądzem, za wyścigiem, który jest z góry skazany na niepowodzenie. Teraz, po piętnastu latach, jesteśmy beneficjentami tej bezideowości. EG: Dla mnie, urodzonej w połowie lat 80., jest w tym tekście sporo rzeczy nadal aktualnych, z którymi mogę się utożsamić. Ale zastanowił mnie fragment, mówiący o „intelektualnej pustce ludzi młodych, którzy nie chcą uczestniczyć w żadnym dyskursie – społecznym, politycznym czy jakimkolwiek innym”. Nie masz wrażenia, że paradoksalnie sytuacja, którą mamy dziś – rząd, wobec którego, przynajmniej w naszym środowisku, jest duży sprzeciw, jakoś nas pokoleniowo spaja i że siłą rzeczy musimy być polityczni? ACH: Ewidentnie jest tak, że pozostawienie odłogiem całej warstwy wartości i skazanie Polaków od 1989 roku władzy wolnego rynku, doprowadziło do zaniedbania pola symbolicznego, bez którego, według mnie, funkcjonowanie nie jest możliwe. Skazani na niewidzialną rękę wolnego rynku i na rządy ekspertów od ekonomii, pozostawieni sami sobie w systemie

który ewidentnie premiuje tych, którzy mają więcej i prowadzi do rozwarstwienia społeczeństwa, teraz nagle musimy stać się polityczni, bo widzimy, że budzą się ideologiczne demony z przeszłości. Znajdujemy się obecnie w smutnej sytuacji, przynajmniej ja tak to odbieram. EG: Zespół Cool Kids of Death istniał przez 10 lat. Imponuje mi, że nie chcieliście odcinać kuponów i skończyliście, kiedy już przestaliście być tymi wkurzonymi chłopakami z butelkami z benzyną i kamieniami. Nie masz czasem pokusy, żeby zrobić, choćby chwilową reaktywację, C.K.O.D., tak z dystansu? ACH: Nie i uważam, że to duża wartość, że skończyliśmy wtedy granie. Cały czas dostaję propozycje koncertów od ludzi nieświadomych, że ten zespół już nie istnieje. Podejrzewam, że finansowo opłacałoby nam się istnieć i co jakiś czas grać koncerty, ale wydaje mi się fajne, że zamknęliśmy C.K.O.D. ostatnią płytą „Plan ewakuacji” i koncertem, który odbył się przed premierą drugiego filmu Piotrka Szczepańskiego o nas. Jakoś tak naturalnie wyszło, że to był nasz ostatni koncert i cieszę się z takiego zamknięcia. Gdybyśmy dalej odcinali kupony od tego, co zrobiliśmy na pierwszej, drugiej czy piątej płycie i grali te numery na zamkniętych eventach, pewnie nawet za dobre pieniądze, to bym się z tym bardzo źle czuł. Zespół, którym byliśmy na początku – aktywny, poszukujący, rozumiejący się między sobą – skończył się, więc moglibyśmy funkcjonować tylko na zasadzie atrakcji sprzed lat, a to by się kłóciło z ideą powstania C.K.O.D. EG: Wspomniałeś o filmach Piotra Szczepańskiego, który najpierw sportretował was w 2004 roku w „Generacji C.K.O.D”, potem w 2013 roku w drugiej części – „Plan ewakuacji”. Początkowo grupka zbuntowanych chłopakówktóra narobiła dużo szumu w przemyśle muzycznym. Po niecałych dziesięciu latach zespół, który rozwala się od środka, który już tak naprawdę nie wie, gdzie chce dalej iść.

Wiem, że zaraz na początku, po pierwszej części, obraziłeś się na Szczepańskiego. Jak dziś patrzysz na te filmy? ACH: W tym pierwszym filmie Piotrek pokazał pewne rzeczy, które nie powinny być pokazane, mimo że prosiłem go, żeby niektóre sceny wywalił. Wtedy to było dla mnie bardzo istotne, ale teraz mam już do tego stosunek kompletnie obojętny. Po pierwszej części nie chodziłem na spotkania autorskie w ramach promocji filmu, odcinałem się od tego, bo to była za duża ingerencja w moją prywatność, ciężko to znosiłem. Później nabrałem dystansu. EG: Na tym się nie skończyło. W październiku 2016 mogliśmy zobaczyć nowy film Piotra Szczepańskiego „DOM / Łódź”. Lubisz ten film? ACH: Teraz już nie przeżywam takich rzeczy jak kiedyś, jestem trochę wycofany. Podobał mi się ten film, kiedy widzieliśmy go na pierwszym pokazie u Piotrka w domu, śmiesznie się to oglądało. Na szczęście mnie jest tam bardzo mało, bo wtedy chorowałem i właściwie nie było mnie w klubie. Ewidentnym bohaterem tego filmu jest Witek, co mu się od życia należy, jak nikomu innemu, bo to jest człowiek z ogromnym talentem aktorskim, a przy okazji jest kompletnie niezorganizowany i nie panuje nad swoimi możliwościami. To najbardziej barwna postać w naszym zestawie i całkiem słusznie jest główną gwiazdą tego filmu.


MIEJMIEJSCE.COM

05|

▼ ROZMOWY▼

W A N D A C H O W I C Z

EG: Piotr Szczepański z jednej strony wraca po latach do bohaterów swoich wcześniejszych filmów – do Ciebie, Wiktora Skoka, z drugiej strony, portretuje fenomen łódzkiego klubu DOM, któremu na początku nikt chyba nie dawał zbyt wielkich szans na przetrwanie... ACH: Ja nigdy, czegokolwiek nie robiąc, nie analizuję tego pod kątem, kto jakie daje mi szanse. Poza tym, wydawało mi się, że mamy właśnie zajebiste szanse, bo zebraliśmy się jako silne osoby, jeśli chodzi o życie kulturalne Łodzi, którym nie mogło się nie udać. I gdybyśmy działali w normalnych warunkach, w innym mieście, gdzie nie ma problemów z tym, żeby ludzie przychodzili na koncerty i gdzie kultura jest wystarczająco dofinansowywana, w takiej na przykład Kopenhadze, to by nam się udawało do potęgi dziesiątej. A my w klubie DOM, mimo że odbieramy nagrody i może to wszystko wygląda bardzo różowo, to mamy mnóstwo problemów i finansowo nie jest też to takie opłacalne, jakby się mogło wydawać komuś z zewnątrz.

EG: Łódź jest trudnym miastem do prowadzenia własnego, w dodatku alternatywnego, biznesu? ACH: Pamiętam czasy, kiedy Łódź była centrum klubowym Polski, czasy Parady Wolności, Węglowej, Forum Fabricum, La Strady, Kaliskiej… Jak wychodziłaś na miasto w piątek, to widziałaś mnóstwo ludzi, których się nie spotykało na co dzień, bo przyjeżdżali na weekend do Łodzi z innych miast. Były koncerty w różnych klubach, wszędzie coś się działo. Pamiętam tamte czasy i gdybyśmy wtedy funkcjonowali, to pewnie nie mielibyśmy żadnych problemów finansowych. A teraz, sama wiesz, przychodzisz na imprezy, są koncerty, na których jest pięć czy dwadzieścia osób…

G A U S T

M U Z Y K A

w Wyborczej artykuł, że coś jest nie tak. Po tym artykule znowu zostaliśmy wezwani do ŁCW i powiedziano nam, że jednak dostaniemy 120 tysięcy na dwa dni festiwalu, czyli dwa razy więcej. Ale to i tak nic w porównaniu z innymi muzycznymi festiwalami, jak OFF Festival, czy Tauron. Obecnie sytuacja wygląda w ten sposób, że mamy podpisaną z miastem umowę na dwie kolejne edycje z tą samą kwotą dofinansowania. To nie wróży festiwalowi dobrze, jeśli chodzi o rozwój, ale i tak będziemy się starać, żeby było jeszcze lepiej, bo uważamy, że Łódź jest miastem, któremu taki festiwal się należy. Czuję się mocno oszukany, bo działamy, wszyscy nas poklepują po plecach, że fajny festiwal, nowa marka, same pozytywne recenzje i staram się podejść do tego ambitnie – przy doborze artystów, oprawie graficznej i wszystkim innym i oczekiwałbym, żeby miasto wspierało takie inicjatywy, oddolne i szczere, na które jest publiczność. A z drugiej strony jest Festival Transatlantyk, na który przychodzi na seanse po kilkanaście osób…

EG: Podoba mi się to, że na DOMOFFON zapraszacie gwiazdy muzyki alternatywnej, duże nazwiska, ale promujecie też łódzkich artystów, jak Alles, Demolka, TRYP. ACH: Na pewno zawsze będą łódzkie akcenty, ale też nie chcemy się w tym zamykać, żeby to nie był festiwal łódzkich artystów dla łódzkiej publiczności. Na przykład na koncert The Fall przyjechali ludzie spoza Łodzi, nawet z zagranicy i przy okazji zobaczyli na przykład Alles. Wartość polega na tym, żeby łączyć gwiazdy, które przyciągną ludzi z artystami stąd i żeby to było spójne. Moim zdaniem to się udało i ludzie to kupili, ale to nie jest festyn z muzyką dla każdego, trudno znaleźć sponsorów i dlatego tak ważna jest pomoc ze strony miasta. Łódź chce mieć status miasta kreatywnego, artystycznego, ale nie idzie za tym realne wsparcie finansowe.

EG: Organizujesz festiwal, jesteś współwłaścicielem klubu. Chce Ci się jeszcze robić muzykę? EG: I to dobre koncerty, zespołów, które specjalnie sprowadzacie spoza Łodzi… ACH: Dokładnie tak. I kiedy przyjeżdża artysta z Berlina czy skądś, a na widowni jest kilkanaście osób, to jest mi po prostu głupio. Ani ja nie jestem wtedy szczęśliwy, ani publiczność, ani wykonawca. Ja już mniej więcej wiem, kiedy organizujemy koncert, kto przyjdzie i że to będzie jakieś 35 osób. Poza tym, to miejsce, czyli OFF Piotrkowska, też się teraz zmienia i nie wiem, co z tego wszystkiego wyjdzie. To, od czego wyszliśmy, czyli Twoja teza, że wiele osób na początku nie dawało nam szans i wieszczyło nasz koniec, być może niedługo się spełni (śmiech).

EG: Oby nie. Póki co jesteście, działacie, zorganizowaliście też dwie edycje dobrze przyjętego festiwalu muzycznego DOMOFFON. Będą kolejne? ACH: Tu też nie jest do końca tak różowo. Do ostatniej edycji sporo dołożyliśmy. Na pierwszą edycję dostaliśmy od miasta 60 tysięcy. To, że tak mało, tłumaczono tym, że za późno się zgłosiliśmy, wtedy dopiero powstawało Łódzkie Centrum Wydarzeń. Pierwsza edycja wypaliła, jak wszyscy stwierdzili, w bardzo dobrym stylu i była obietnica ze strony ŁCW, że skoro udowodniliśmy, że potrafimy, to w przyszłym roku będzie lepiej. Z tą świadomością zaczęliśmy kompletowanie artystów na kolejną edycję, właściwie zaraz po zakończeniu pierwszej i z tymi deklaracjami w głowie zaplanowaliśmy festiwal dwudniowy. I nagle okazało się, że pieniędzy jest tyle samo, co przy pierwszej edycji, a my mamy dwa dni i już wszystko jest poumawiane. Idąc na spotkanie do ŁCW, myślałem sobie, że nie chciałbym, żeby nam dali 100 tysięcy, bo to będzie taka kwota, że za dużo, żebym mógł powiedzieć spokojnie, że odwołuję festiwal, a za mało, żeby go dobrze zrobić. Przychodzę na miejsce i dowiaduję się, że jest 60 tysięcy, czyli tyle samo, co na pierwszą, jednodniową edycję. Nie chcę roztaczać przed Tobą rzewnych wizji, że mam łzy w oczach, ale autentycznie czuję się bardzo chujowo z tą informacją i nie wiem co zrobić. Okazało się, że nie tylko my mamy problemy z dotacją, bo miasto wymyśliło sobie w zeszłym roku, że chce mieć festiwal filmowy i zaprosiło do Łodzi Transatlantyk, któremu obiecało i przyznało gigantyczne dofinansowanie w wysokości 4 milionów złotych z gwarancją na kolejne trzy edycje. Więc wszystkim innym obcięto dofinansowanie, zrobił się mały erment wśród lokalnych aktywistów, Karol Sakosik napisał

ACH: Doświadczenie grania w zespole przy okazji C.K.O.D. było na tyle intensywne i kompletne, łącznie z tym końcem, o którym rozmawialiśmy, że moje ambicje na tym polu zostały zrealizowane. Byliśmy przez pewien czas bardzo popularnym zespołem, wszyscy o nas mówili i moja próżność została zaspokojona. Nie ma co ukrywać, jak człowiek zakłada zespół, to chce być sławny, mieć dużo dziewczyn i pomimo różnych górnolotnych sformułowań, które temu towarzyszą, to jest to w dużej mierze kwestia ego. W tej przestrzeni moje wszystkie potrzeby zostały zaspokojone, dość szybko przyszło rozczarowanie i poczucie, że już nie mam za bardzo ochoty w tym uczestniczyć. Nie myślę już o sobie, jako o artyście, który nagra płytę roku albo będzie na fali, co jest efektem przesytu tamtą sytuacją, ale też rozczarowania rynkiem muzycznym w Polsce. Muzyka offowa może być tutaj robiona tylko z ekstremalnie autotelicznych pobudek, bo na tym nie da się zarobić. Ja jestem w tym momencie kompletnie pozbawiony złudzeń, jeśli chodzi o moją aktywność twórczą, ale to też jest wyzwalające, bo nie mam żadnych terminów, które mnie gonią, nie muszę robić piosenek, które będą puszczane w Trójce. Mam ochotę zrobić płytę, która może teraz będzie kompletnie zapomniana, ale po którą może ktoś kiedyś sięgnie i powie, że to jest zajebisty opis czasów, w których ten człowiek żył.

Z E S P O ŁY

C K O D

EG: Mówisz o graniu w zespole TRYP?… ACH: Z Marcinem Prytem, Piotrkiem Połozem, Robertem Tutą i Pawłem Cieślakiem znamy się od dawna i nic nas nie pogania, przez co sami się poganiamy, bo jednak praca pod przymusem to dobra rzecz, wtedy wychodzą najlepsze rzeczy, jak mawiał Markiz de Sade (śmiech). Artyści z definicji są leniwi, a im są starsi, tym bardziej leniwi. Więc sami ciśniemy, żeby skończyć w tym roku płytę, ale już bez planów, że namieszamy i będzie o nas głośno. Bardziej chodzi o to, żebyśmy sami byli zadowoleni, odsłuchując tę płytę, bez żadnych złudzeń i pozamuzycznych oczekiwań. EG: A co z Mister D., będzie kontynuacja? ACH: To była dla mnie przygoda, teoretycznie zakończyliśmy ten projekt, ale ze znakiem zapytania, że może w przyszłości to się jeszcze obudzi. Ale to zależy od Doroty Masłowskiej, ona zaprosiła nas do swojego projektu, który wymyśliła od a do z, ja miałem swój skromny udział na płycie, na której rapowałem swój tekst. Potem miałem większy wkład przy okazji kawałka „Tęcza”, który wypuściliśmy przy Święcie Niepodległości, a do którego robiliśmy wspólnie z Dorotą muzykę. EG: A NOT? Ten zespół jeszcze istnieje? Będzie reaktywacja? ACH: Z NOT to jest dziwna sprawa, ponieważ mamy nagraną całą nową płytę, tylko w wersji demo. Ta płyta leży i czeka i mam nadzieję, że znajdzie się w tym roku czas, żeby ją dokończyć i wydać. Znam te piosenki i wiem, że niektóre z nich są bardzo fajne, w związku z czym dobrze byłoby je skończyć, zamknąć i wypuścić. EG: Ostatnio grałeś też z Drivealone, przy projekcie „Nowsza Aleksandria” z materiałem z albumu legendarnej Siekiery… ACH: To wyszło spontanicznie, Drivealone zrobił projekt na zeszłoroczny Jarocin, w którym śpiewała Natalia Fiedorczuk, miała śpiewać też Kasia Nosowska, ale przed koncertem miała problemy zdrowotne i zadzwonili do mnie, czy bym nie mógł zaśpiewać. Bardzo ich lubię, więc mówię: no dobra, mogę przyjechać. Było śmiesznie, wszystko się udało, wyszła nawet z tego płyta i klip. Teraz mieliśmy koncert w Puławach, czyli w kolebce Siekiery, gdzie przyszło paru takich ortodoksyjnych punków, którym się nie podobało i chcieli trochę namieszać. To jest niezobowiązujący projekt, być może jeszcze razem zagramy, zobaczymy. EG: Jesteś w Łodzi i konsekwentnie robisz tu różne rzeczy. Masz medialne nazwisko, wszyscy pamiętają C.K.O.D., nie miałeś pokusy, żeby spróbować w Warszawie czy gdzieś indziej? Tam pewnie pod wieloma względami byłoby łatwiej?... ACH: Uwierz mi, że nie miałem. Wiem, że na świecie jest dużo wspaniałych miejsc, bywałem w tych miejscach i byłem nimi zachwycony, ale nie potrafiłbym mieszkać nigdzie indziej. Nie chcę, żeby to zabrzmiało pompatycznie, ale czuję się z tym miejscem związany, pewnie w dużej mierze za sprawą moich dziadków. To miejsce ze świetną historią, dziadek opowiadał mi dużo o wielokulturowości Łodzi, która dziś jest już tylko hasłem reklamowym i festiwalowym, a nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. I mam takie, być może naiwne, ambicje, żeby wpływać na to, co się tu dzieje. Gdybym mieszkał w Berlinie czy w Kopenhadze, to pewnie nie miałbym już tam nic do roboty, a tu jest trudniej. Jak śpiewał Frank Sinatra, jeśli uda ci się tu, to uda ci się wszędzie. Łódź stanowi trudny grunt, ale to miasto ma tak wspaniałą tradycję i taki potencjał, że chcę tu zostać.

.


06|

| MIEJ MIEJSCE ▼▼

E

23.06.2017 |WYDANIE NO.01|

KONCERT JEST ŚWIĘTEM

liza Gaust: Z wykształcenia jesteś muzykiem, ukończyłeś klasę klarnetu w łódzkiej Akademii Muzycznej. Grasz też na klawiszach, fascynują Cię analogowe syntezatory. Instrument to dla Ciebie chyba nie tylko sprawny sprzęt, ale przedmiot z duszą? Paweł Cieślak: Był taki czas, że wyszukiwałem przeróżne instrumenty i bardzo się tym pasjonowałem ale trochę mi przeszło. Rok temu sprzedałem swój sztandarowy instrument – minimooga, z racji tego, że był ciężki i w konsekwencji nadwyrężył mi kręgosłup. Miałem go przez 10 lat i sporo na nim zrobiłem. Z biegiem czasu głowa mi się schłodziła i jeśli chodzi o pasjonowanie się instrumentami, to mam ten etap za sobą. Teraz dużo większą frajdę sprawiają mi rodzinne wyjazdy na mecze polskiej reprezentacji piłkarskiej. Żaden syntezator nie zafundował mi takiej podniety, jak bramka Lewandowskiego w ostatniej sekundzie spotkania z Armenią. Jesteś wyjątkiem wśród producentów muzycznych, jeśli chodzi o pracę na starszym sprzęcie? Jest sporo ludzi w tym fachu, którzy doceniają stary sprzęt. Wydają na niego fortunę, Jest sporo ludzi w tym fachu, którzy doceniają stary sprzęt. Wydają na niego fortunę, bo w gruncie rzeczy takie solidne i klasowe rzeczy są bardzo drogie. Ja mam trochę inny klucz doboru sprzętu, gdzieś pomiędzy najwyższą klasą a tą zupełnie niską. Chociaż w przypadku starych urządzeń nawet tańszy, radziecki czy NRD-owski sprzęt brzmieniowo jest dla mnie przeważnie dużo ciekawszy niż ten przeciętny nowy (co nie oznacza oczywiście, że nie ma nowych ciekawych urządzeń – sam kilka posiadam). Oczywiście to, co mam w studiu, wynika również z moich możliwości finansowych, bo nigdy nie poszedłem w tę stronę, żeby brać kredyty i mieć nie wiadomo co. To co mam, wykorzystuję w 100 procentach, wielu rzeczy pozbyłem się na przestrzeni lat. Nie zapominajmy jednak, że cały ten „złom”, to tylko narzędzia, które same mogą co najwyżej ładnie się prezentować. Skąd wziąłeś pomysł, żeby otworzyć własne niezależne studio? Pomysł pojawił się jeszcze w czasie studiów. Zafascynowało mnie wtedy elektroniczne instrumentarium – zacząłem od procesorów efektowych i syntezatora modularnego. Później trzeba było to jakoś nagrywać, więc kupiłem sobie pierwsze narzędzia do rejestrowania. W ciągu trzech lat miałem już całkiem sporo rupieci i trafiłem tutaj, do piwnicy, w której rozmawiamy. To spotkanie było nieuniknione, Twoje nazwisko przewijało się w rozmowach z prawie wszystkimi muzykami, z którymi wcześniej rozmawiałam. Wyprodukowałeś większość łódzkiej sceny muzycznej: Alles, Demolkę, Bruno Schulza, Zabrockiego, Ted Nemeth, Little White Lies… pewnie i tak nie wymieniłam nawet części. Zastanawiam się, na ile sukces płyty to początkowa koncepcja i surowy materiał zespołu, a na ile praca pro ducenta? Jestem typem producenta, który odciska duże piętno na produkowanych przez siebie rzeczach. Myślę, że może właśnie z tej przyczyny mam tyle pracy – często ułatwiam muzykom proces tworzenia płyty. Taki jestem, nie potrafię przejść obok, zawsze bardzo się angażuję. Postprodukcja to jedno – proces miksu i masteringu, ale największa rola, którą odgrywam w trakcie rejestrowania utworów, to modyfikacja partii, ich wymyślanie, przearanżowywanie utworów, często nawet przekomponowywanie. Właściwie jedyna rzecz, w którą się nie wtrącam, to teksty. Chyba że zauważam niezamierzone błędy językowe. Mam mamę polonistkę i brata polonistę, sam też byłem dobry z polskiego, więc nie odpuszczam w tym względzie. Czy da się z pierwotnie kiepskiego materiału zrobić na późniejszym etapie dobrą rzecz? Trzeba by najpierw zdefiniować, co to jest kiepski materiał, choć ja się tego nie podejmę. Wiadomo, że wyobraźnia, wiedza i doświadczenie zdobyte na przestrzeni lat pomagają nawet z gówna ulepić piękną rzeźbę. Ale w gruncie rzeczy mam takie szczęście, że mimo iż pracuję w piwnicy, to żadna większa kupa mi tu jeszcze nie spłynęła... Choć nie do końca właściwie, bo w pomieszczeniu nagraniowym biegnie pion kanalizacyjny i kilka razy udało mi się zarejestrować razem z partią instrumentalną dźwięk lecącego z impetem stolca wydalonego przez kogoś z wyższych pięter budynku.

Z PAWŁEM CIEŚLAKIEM ROZMAWIA ELIZA GAUST

| Ł Ó D Ź |

Czyli jest to proces, w którym nie zawsze zgadzasz się z muzykami i z tego ścierania się powstaje końcowy produkt? Tak, ale to Tak, ale to właściwie pierwszy etap współpracy. Miałem sytuacje, gdy po pierwszych nagranych partiach zespół poważnie zastanawiał się, czy nie zabrać rzeczy i sobie po prostu nie pójść. Ale nigdy nie miałem przypadku, żeby nie dało się współpracy kontynuować. A największą radością jest dla mnie moment, kiedy po pierwszych spięciach, po takim średnim dniu nagraniowym, muzycy wracają dnia następnego – człowiek wtedy jest wyspany, przetrawił, co się wydarzyło, przemyślał, że może rzeczywiście to, co proponował, nie jest aż takie niesamowite i może by spróbować czego innego… Wtedy dopiero zaczyna się właściwa współpraca. Przerabiałem to już tyle razy… Czasem czuję się, jak w powracającym śnie albo jakbym miał déjà vu. Zespoły, z którymi pracujesz, to różne obszary muzyczne, różne estetyki: muzyka elektroniczna, rock, jazz… Czy jest jakiś obszar, w którym Ty sam czujesz się najlepiej, czy jesteś otwarty na wszystkie gatunki i stylistyki? Moja filozofia życiowa zakłada otwartość na wszystko, niczego nie neguję i staram się nie wartościować. Jedyny mój schemat wartościujący rzeczy polega na tym, że albo coś mi się podoba, albo jest mi obojętne. Staram się nigdy nie mówić, że coś jest złe, bo to, że mi się to w pierwszym odczuciu nie podoba, nie znaczy, że dla kogoś nie jest najwspanialsze na świecie. Wszystko zależy od punktu widzenia. Otwartość głowy sprawia, że próbowanie się w różnych estetykach przynosi mi przyjemność. A w gruncie rzeczy to wszystko aż tak się od siebie nie różni… Najważniejsze, żeby końcowy wytwór był pomysłowy i miał pewną dawkę swojej indywidualności. Absolutnie nie jestem typem człowieka, który ogranicza się do jednego gatunku. Tak naprawdę muzyka, nad którą pracuję na co dzień, nie jest czymś, co mnie szczególnie interesuje. Ja jestem zupełnie z innej bajki.


MIEJMIEJSCE.COM

07|

▼ ROZ M O W A ▼

PA W E Ł | C I E Ś L A K

M U Z Y K A

K O P Y T A | Z Ł A

D Ź W I Ę K I

Nie pracujesz chyba standardowo, lubisz eksperymentować i poszukiwać. Bliska jest Ci filozofia przypadku w muzyce, w duchu Johna Cage’a. Nie wszystko musi być zaplanowane?... Proces powstawania materiału musi zakładać otwartość. Często spotykam się z sytuacją, że muzycy, którzy współpracują ze mną po raz pierwszy, na początku są bardzo oporni. Wiadomo, że jeśli ktoś sobie coś wymyśli, poukłada i zaaranżuje, to uważa, że to jest już to, co powinno być. Natomiast moja rola polega na tym, żeby w takim momencie pomachać paluszkiem i powiedzieć: nie, nie, kochany, to ma być nie tak, tylko tak. Jestem bardzo uczulony na wszelkie typy sztampy, kalki, próby kopiowania czegoś, czy bezmyślne operowanie pewnymi szablonami. U niektórych wynika to z tego, że ich wiedza i umiejętności muzyczne nie są zbytnio „pogłębione”, to trochę droga na skróty. Coś się zasłyszało, coś się zagra i wydaje się, że to coś świeżego, a ja w tym momencie jestem w stanie puścić tysiąc rzeczy podobnych albo takich samych. I zawsze próbuję gdzieś z takiego układu wymeandrować, zmienić coś na tyle, żeby było co najwyżej echem czegoś innego, ale posiadało też indywidualne cechy. A jeśli chodzi o przypadek w procesie nagraniowym, to zawsze jest przeze mnie przyjmowany z otwartymi ramionami. Jaka to bajka? Jaka muzyka interesuje Ciebie najbardziej? Od jakiegoś czasu najbardziej interesuje mnie cisza, bo mam totalny przesyt dźwięku Za dużo pracuję z dźwiękiem, za dużo myślę o dźwięku. Kiedy jeszcze się edukowałem, bardzo pasjonowałem się zjawiskami awangardy XX wieku i ich pochodnymi. W gruncie rzeczy jestem akademicko wykształconym muzykiem i moje zainteresowania cały czas gdzieś tam pozostają. Wiele rzeczy z tego rodzaju muzyki jest mnie w stanie zachwycić, chociaż nie znaczy to, że nie zachwycają mnie czasem rzeczy, które mam w pracy. Tutaj bardziej polega to na kontakcie z człowiekiem – widzę jego pasję, jak wiele to dla niego znaczy. Świetnie współpracuje mi się na przykład z zespołem Ted Nemeth, bo to są tak oddani temu, co robią, młodzi ludzie, mają tyle energii, którą w to wkładają, że patrzę na nich i się cieszę. I trochę im tego zazdroszczę. Jesteś producentem, ale też muzykiem. To chyba dwie zupełnie różne energie. Lepiej czujesz się tu w piwnicy, pracując z dźwiękiem i nagrywając, czy na scenie, sam go wykonując? Był taki czas, z 8 lat temu, kiedy miałem strasznie dużo muzycznych projektów, byłem członkiem wielu zespołów. W jedne byłem zaangażowany bardzo, w inne mniej. Na przestrzeni kilku lat zagrałem mnóstwo koncertów. Ja w życiu lubię etapowość, nie lubię, gdy coś toczy się cały czas, jest constans i nic się nie zmienia. Teraz był akurat taki etap, że grałem sporo koncertów z Asią Szumacher. To była dla mnie wielka frajda, bo w tym danym momencie wszystko, co wiązało się z Kopytami Zła, było mi artystycznie bardzo bliskie. Ważne, żeby wynosić radość z tego, co się robi i z czym jest się mocno zidentyfikowanym. Jeśli grasz w jakimś zespole przez lat 20, to wiadomo, pojawia się znudzenie materiałem i znużenie estetyczne. Ja jestem typem osoby, która ciągle chce szukać nowych rozwiązań. I dlatego taką radość sprawiało mi teraz granie z Kopytami, bo ten rodzaj kakofonicznego i multiestetycznego słuchowiska-opery-musicalu bardzo mi się podoba. Aczkolwiek po tych kilku ostatnich koncertach odczuwam już pewne znużenie. Najfajniej jest, gdy koncert to święto – czekasz na niego, masz w sobie pewną dozę niepewności i podchodzisz do tego emocjonalnie. A gdy odgrywasz coś po raz kolejny, wkrada się rutyna, te emocje nie są już takie, jak na początku. To jest najlepszy moment, żeby przeskoczyć na inny kwiatek. Ja w ogóle szybko się nudzę. Ogłosiliście na Facebooku koniec Kopyt Zła… W maju zagracie ostatni koncert w Łodzi. Kończymy, bo jest to na tyle niekonwencjonalna rzecz, że nie możemy z tym funkcjonować przez dekady. Może gdybyśmy zarabiali po 20 tysięcy na głowę za jeden koncert, to jeszcze byśmy to pociągnęli przez kilka lat… [śmiech] Joanna przyszła do Ciebie z tym szalonym pomysłem i tekstem opartym o nowelę Edgara Allana Poe. Dałeś się od razu namówić i wiedziałeś, że wyjdzie z tego coś dobrego? Kiedy Asia się do mnie zgłosiła, to właściwie tekstu jeszcze nie było, tylko jakieś pierwsze fragmenty, a pomysł na ścieżkę dźwiękową mocno odbiegał od tego, co powstało finalnie. Bardzo wiele wydarzyło się w trakcie przygotowywania materiału, chociażby to, że wdały się w to wszystko piosenki. Do tego projektu przekonała mnie głównie możliwość współpracy z nową i ciekawą artystycznie osobą – jeśli spotykasz kogoś takiego, to wiesz, że możesz wejść w to w ciemno. Kiedy usłyszałam ten album po raz pierwszy, pomyślałam, że to świetna całość do indywidualnego odsłuchu. Nie wyobrażałam sobie, że tak dobrze sprawdzi się na scenie. Kopyta Zła na żywo to całe widowisko: dźwięk, kostiumy, taniec. Zakładaliście opcję koncertowania od początku? Z założenia to miała być tylko płyta. Po jej wydaniu pojawiły się pierwsze propozycje zagrania koncertów, co nas oczywiście ucieszyło, ale musieliśmy pomyśleć, jak to zrobić na żywo. Jest to twór na tyle kolorowy i nietypowy, że przeniesienie go na scenę, tak, by nie było to tylko odegranie płyty, ale żeby pojawiła się w tym nowa jakość i wartość dodana, było dużym wyzwaniem. W międzyczasie, dzięki Piotrkowi Kaczmarkowi (PIETROFF), narodził się pomysł współpracy z tancerzem, Szymonem Lempkowskim, który też zapalił się do tego projektu. To był strzał w dziesiątkę, bo sami nie wypełnilibyśmy w tym stopniu przestrzeni scenicznej i nie bylibyśmy w stanie zafundować tej dawki zaskoczenia. Asia zrobiła też bardzo fajne wideo pod koncert. Chcieliśmy, żeby było czasem cicho, czasem głośno, ale zawsze kolorowo.

Czy jest szansa, że Kopyta Zła przeewoluują w jakiś inny kolorowy twór? Nie wiem, nie mogę się też wypowiadać za Asię. Z mojej strony mogę tylko powiedzieć, że mam tyle różnych rzeczy zawieszonych w próżni, które od kilku lat bardzo chciałbym zrobić, ale nie mam na to czasu, że w pierwszej kolejności pewnie będę chciał wrócić do nich. Po pierwsze, nowa płyta duetu 11, który tworzymy z Marcinem Prytem. Po drugie, materiał, który nagrywamy z Łukaszem Lachem i Piotrkiem Gwaderą pod nazwą Almost Dead Celebrities. Sporo już zrobiliśmy, ta płyta zawierać będzie nasze wersje piosenek z przełomu XIX i XX w. z udziałem skrzypka ludowego, starszego pana z Łaznowa – Eugeniusza Rebzdy. Zapowiada się przepiękna rzecz i czuję wielkie pokłady energii, żeby się tym zająć, ale nie mam kiedy. Planujemy, że będzie dwa lata temu. [śmiech] A co z projektem Rumory Orkiestra? Jest szansa na reaktywację? N i e mam pojęcia. To było fajne doświadczenie, ale odbierałem to jako jednorazową akcję. Ten projekt nie zakładał powtarzalności w żadnym stopniu, za każdym razem musiało zadziać się coś, co będzie dla nas wyzwaniem i orzeźwiającym bodźcem. Zrobiliśmy audioperformens „MAX 30’”, co było sytuacją tu i teraz i stanowiło bardziej performens wytrzymałościowy, niż wydarzenie muzyczne. To był ciekawy eksperyKiedy ta płyta wyjdzie? ment. Nie chcieliśmy po raz kolejny spotkać się i improwizować, ale mieć ramę, która zmusi nas do czegoś. Poszukiwanie nowych emocji w tym, co się robi, jest dla mnie bardzo ważne. Powiedz jeszcze coś o nowej płycie duetu 11, którą planujecie wydać jesienią… Dążę do tego, żeby za każdym razem opierać się na czymś innym, czy to w warstwie formalnej, czy w instrumentarium. Jeśli chodzi o tę płytę, przyjąłem sobie założenie, że będzie ona operą. Operą w warstwie formalnej, choć być może nie będzie to wcale wyczuwalne podczas słuchania. Czy szykują się jakieś koncerty 11? Będziemy z Marcinem Prytem grać w czerwcu w Łodzi. Do tego czasu nie będzie jeszcze płyty, jej planowany termin też jest na 3 lata temu… Przyjęliśmy sobie w naszym duecie taki regulamin, że przez całe życie możemy zagrać 11 koncertów. Do tej pory zagraliśmy już chyba 4. To jest dla nas, jako muzyków, głębokie wejście w koncepcję święta. Nie chcemy nic powielać i odgrywać jak automaty. Każdy koncert będzie dla nas czymś niecodziennym, takim siwym dymem z komina w Watykanie. Po okresie, kiedy w moim życiu artystycznie działo się dużo wszystkiego, teraz mam czas, kiedy świadomie wybieram o wiele mniej, bo czuję taką wewnętrzną potrzebę. To też ma swój urok – masz w sobie jeszcze ten wewnętrzny ból, że nie możesz zająć się wszystkim, czym chcesz, bo brakuje czasu. To jak oglądać przez szybę coś, co by się bardzo chciało i wiedzieć, że na razie nie dasz rady tej szyby sforsować. Aktualnie szukam młotka, który ją rozbije. Paweł Cieślak (ur. 1981) - absolwent Akademii Muzycznej w Łodzi (klasa klarnetu, dyplom z wyróżnieniem), laureat międzynarodowych i ogólnopolskich konkursów muzycznych (m.in. Nagroda Główna w Konkursie Wykonawstwa Muzyki Współczesnej w Warszawie/Radziejowicach), finalista Międzynarodowego Konkursu Indywidualności Muzycznych im. Aleksandra Tansmana, stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Fundacji Bankowej im. Leopolda Kronenberga. Jest/był członkiem takich zespołów i projektów muzycznych jak: 11, Kopyta Zła, Almost Dead Celebrities, Zabrocki, FONOVEL, TRYP, Blisko Pola, 19 Wiosen, PAUL BISHOP, Ben Zeen, Radiev., Chwasty. Ma na koncie wydawnictwa dla wielu wytwórni, m.in.: GUSSTAFF Rec., Monotype Rec., Requiem Rec., Qulturap, Galeria RASTER, SP Records, KAYAX. Jest także realizatorem i producentem muzycznym działającym w HASSELHOFF STUDIU, którego jest dyrektorem i jedynym pracownikiem. Ma żonę i dwóch synów.

.


08|

| MIEJ MIEJSCE ▼▼

23.06.2017 |WYDANIE NO.01|

| Ł Ó D Ź |

WYŁOWIONE (ZDJĘCIA Z ŁODZI) KACPER SZALECKI MARCIN POLAK

M

arcin Polak: Jesteś najmłodszym fotografem prezentowanym w cyklu WYŁOWIONE (zdjęcia z Łodzi) – studiujesz o dziwo nie fotografię, tylko kulturoznawstwo, wcześniej skończyłeś liceum plastyczne ze specjalnością metaloplastyka... Skąd w takim razie zainteresowanie fotografią? Kacper Szalecki: W liceum nie zastanawiałem się dlaczego interesuje mnie jakieś medium. Po prostu chciałem w tym czasie poznać jak najwięcej technik. Dlatego też wybrałem metaloplastykę, która brzmiała wtedy dla mnie egzotycznie. Jednocześnie dużo czasu poświęcałem grafice warsztatowej i komputerowemu fotomontażowi. W obrębie zainteresowań znalazła się także i fotografia analogowa. Jesteś określany jako „cudowne dziecko” polskiej fotografii, nie przeraża Cię to? Raczej staram się żartować z tego określenia. „Cudowne dziecko” weszło do codziennego wachlarza ironicznych uwag np. moich rodziców. Nie da się traktować tego poważnie Co Cię kręci w fotografii? Twoje zdjęcia wyglądają jak pastisz zdjęć mody, wszystko podlane estetyką lat 90. Fotografujesz małym analogowym aparatem. Stwarza to pewne ograniczenia, z drugiej strony porządkuje kwestie nadprodukcji obrazów, wyboru i późniejszej obróbki zdjęć. Przede wszystkim zależało mi na natychmiastowości, którą daje fotografia. Możliwość szybszego i łatwiejszego uchwycenia tematu, który wcześniej interesował mnie w malarstwie. Dodatkowo do posługiwania się aparatami jednorazowymi, albo kompaktem ze stałym obiektywem i automatyczną lampą nie trzeba mieć specjalistycznej wiedzy, co w jakimś stopniu upodobnia je do łatwych w obsłudze cyfrówek czy smartfonów. Do tego fotografia jest bardzo zróżnicowana, z jednej strony masz skomplikowane procesy chemiczne i fizyczne odbitki, z drugiej pracujesz już tylko na danych, które przekształcasz algorytmami. Ja zdecydowałem się na analogi, które potem skanowałem dlatego że przy robieniu zdjęć stawiały ograniczenia w postaci ilości klatek na filmie, a potem praca na obrazie cyfrowym była dużo łatwiejsza. Estetyka lat 90 o której mówisz może wynikać właśnie z używania tego nieskomplikowanego kompaktu, który był wtedy popularny. W rozmowie z Weroniką Izdebską mówiliśmy o takiej oczywistej oczywistości, że to co robimy wynika z tego kim jesteśmy. A Ty nawet wyglądasz jakbyś się urwał z 92. To też może wynika to z takiego banału, że te ubrania z lumpeksów pochodzą z tamtych czasów. Ja raczej nie mogę świadomie do nich nawiązywać bo ich osobiście nie pamiętam. Bardziej kojarzę je zapośredniczone przez fotografie moich rodziców

Twój najbardziej znany cykl to „Olimpia‘s Diary”. Jak to się zaczęło? Dostałem aparat od mojego kolegi Dastina i stwierdziłem że zacznę robić 36 zdjęć miesięcznie. To był przypadek, że pierwsze zdjęcie z Sasą jako Olimpią powstało akurat w moim pokoju w Elblągu, gdzie nad łóżkiem jest przyklejony do ściany wycinek pracy Kozyry. Stwierdziłem wtedy, że Olimpia stanie się motywem przewodnim bloga. Cykl „Olimpia‘s Diary” przerodził się w wieloosobowy projekt – ludzie fotografują się w pozie Olimpii i przysyłają do Ciebie zdjęcia albo oznaczają hasztagiem #olimpiapose Rzeczywiście projekt przeniósł się na Instagrama, gdzie Olimpiami stają się kolejni autorzy. Postanowiłem go założyć kiedy dostałem kilka póz Olimpii w wiadomości od znajomych. Na początku szło dosyć niemrawo, ale po pewnym czasie zaczęli włączać się zupełnie niaznane mi osoby np z Istambułu. Widziałem zaczyn Twoich nowych projektów, możesz opowiedzieć co to będzie? Równolegle do Olimpii próbuję skończyć projekt, w którym buduję różowo-żółty obraz Polski, no a w sobotę mam nadzieję, że uda się zobaczyć początki projektu „Zakład Karny dla Roślin w Łodzi”. Działacie wspólnie z Tomaszem Armadą, Coco Kate, Sasa Lubińską – inspirujecie się nawzajem czy to raczej wspólny projekt? Każdy z nas działa osobno i na co innego zwraca uwagę, ale mieszkając i przebywając ze sobą wpływamy na siebie. Różne kompetencje także wpływają na to, że jesteśmy w stanie dużo sobie pomóc. Grupa ludzi z różnym aktywnościami, którą można potraktować jako całość? Opowiedz o Waszym nowym projekcie, „Domu Mody Limanka”. Dom Mody Limanka to zbiorcza nazwa tego co robimy wspólnie, w ten weekend będzie galerią w naszym mieszkaniu, być może w przyszłości przyjmie inną formę. Właśnie! W sobotę otwieracie premierową wystawę Domu Mody Limanka - "Nowalijki". Co tam się wydarzy? :) "Nowalijki" będą wystawą i parapetówkowym drugim śniadaniem. Chcemy przedstawić się trochę sąsiadom, zakiełkować w nowym miejscu i pokazać co robimy my i nasi przyjaciele. Prace będą luźno związane z tym co uważamy za wiosenne. Pojawią się wątki erotyczne, metamorfozy, próby ostatecznego odegnania zimy, programy parakulinarne i perwersyjena radość z jedzenia świeżych warzyw. Nowe mieszkanie odkryło przed nami także wiele starych sprzętów, które ożyją na wystawie. Serdecznie zapraszamy.

A'propos Limanki czyli ulicy o wątpliwej reputacji – jesteście dość „malowniczym” towarzystwem, nie macie z tym kłopotu? Limanka, Krawiecka, Jaracza: wybór lokalizacji to jakieś świadome działanie? Jeśli masz na myśli to czy nikt nie był w stosunku do nas agresywny z powodu tego jak wyglądamy to raczej nie. Jeśli chodzi o wybór lokalizacji to jest podyktowany jedynie tanimi kosztami wynajmu i odległością od uczelni. Chcecie jakoś indoktrynować lokalne towarzystwo swoją obecnością? Na pewno zaprosimy sąsiadów na wystawę-parapetówkę, raczej nie będziemy ich indoktrynować. Mam nadzieję, że zostaniemy tu na dłużej i uda się nam zrealizować jeszcze kilka wystaw. Może to zabrzmi śmiesznie, ale czasami mam wrażenie, ze założenie żółtych skarpetek jest jakiś aktem odwagi, idziesz sobie w południe jakąś smutną ulica i co druga osoba patrzy na Ciebie jak na kosmitę. Czy Łódź jest dobrym miejscem dla takich artystów jak Wy? Czy to tylko przystanek na czas studiów, czy zamierzacie zostać tutaj, bo cytując klasyka „Przydałoby się trochę polotu i finezji w tym smutnym jak pi... mieście”? Oczywiście zdarzają się nam sytuacje w których np. kasjerka z Żabki tak bardzo zaczyna się śmiać, że musi wyjść na zaplecze. Nie jest miło być pośmiewiskiem, ale mam wrażenie, że są takie połączenia stroju, które na tyle wymykają się klasyfikacji, że stajesz się „przebierańcem”, czy jak to określiłeś „kosmitą”. Każdy ma inaczej ustawione granice tego, co wizualnie jest dla niego „nie z tego świata”. Ja czuję się w Łodzi mimo wszystko dobrze i może mamy trochę polotu i finezji, żeby coś tu dodać. Niezmiennie dziwi mnie nikłe uczestnictwie młodych ludzi w życiu kulturalnym, rozglądam się na wernisażach i jakoś trudno dostrzec studentów, nawet kierunków artystycznych. W przeciwieństwo do Was i chyba nie tylko dlatego, że trudno Was nie zauważyć. Nie wiem, może jest za mało wina. Jest to jakiś argument. Nie będę Cię zmuszał do wygłaszania komunałów w stylu: "kto chodzi na wernisaże, temu procentuje" i jest zapraszany do pokazywania swojej twórczości w dobrych galeriach, np. Galerii Czynnej podczas Festiwalu Sztuki Współczesnej Blask Brzask, gdzie Dom Mody Limanka zaprezentuje swoje działania ) Dzięki za rozmowę

.

Kacper Szalecki (ur. 1996, Olsztyn) − absolwent Liceum Plastycznego w Gdyni Orłowie, a obecnie student Nowych Mediów i Kultury Cyfrowej na Uniwersytecie Łódzkim. Fotografuje analogowo od lipca 2015 aparatem Premier otrzymanym od kolegi.


MIEJMIEJSCE.COM

09|

▼ ARCHITEKTURA▼

Z W I E R K O

N Y K I E L

C I A R K O W S K I

KOSMA NYKIEL a b s o l w e n t I LO, s t u d e n t k i e r u n k u U rban Planning, Design and Management na University College London, brązowy medalista IX Międzynarodowej Olimpiady Geograficznej iGeo 2 01 2 . Pr y w a t n i e f o to g ra f, m i ł o ś n i k Ło d z i , c z ł o n e k To w a r z y s t w a O p i e k i nad Zabytkami. Interesuje się historią sztuki i urbanistyką.

M O D E R N I Z M

BŁAŻEJ CIARKOWSKI Absolwent architektury na Politechnice Łódzkiej i historii sztuki na Uniwersytecie Łódzkim. Doktor nauk technicznych w specjalności architektura i urbanistyka. Zainteresowania badawcze koncentruje na powojennej architekturze polskiej, wzajemnych relacjach architektury i polityki, konserwacji zabytków i ochronie d z i e d z i c t wa r u c h u m o d e r n i s t y c z n e go.


10|

23.06.2017

| MIEJ MIEJSCE ▼▼

| Ł Ó D Ź |

|WYDANIE NO.01|

ALEKSANDER ZWIERKO – BUDOWNICZY ŁÓDZKICH WIEŻOWCÓW.

BŁAŻEJ CIARKOWSKI

1

9

2

4

A

leksander Zwierko urodził się 27 maja 1924 w Nowogródku w domu Stanisława i Teofili z Tarabickich. Ojciec, były zesłaniec na Sybir, od małego wpajał synowi miłość do ziemi ojczystej. Dopełnieniem wychowania w duchu patriotycznym była edukacja w nowo powstałej Szkole Powszechnej Sióstr Nazaretanek, którą Aleksander ukończył z wyróżnieniem w 1938 roku. Następnie, tuż przed wybuchem II wojny światowej wstąpił do gimnazjum im. A. Mickiewicza w Nowogródku. Wciąż jednak utrzymywał bliskie związki z Nazaretankami pełniąc funkcję ministranta w Białej Farze.

T

E

R

R

R

O

R

Idylliczny obraz dzieciństwa i młodości zmienił się wraz z wkroczeniem Armii Czerwonej do Nowogródka. Rozpoczęły się masowe deportacje Polaków, które trwały od jesieni 1939 do wiosny 1941 r. Prześladowania nie ominęły także ludzi bliskich Zwierce, a w kazamatach NKWD został zamordowany między innymi dyrektor gimnazjum im. A. Mickiewicza. 6 lipca 1941 roku do Nowogródka wkroczyli Niemcy. Rozpoczął się bezprzykładny terror, który bestialstwem przewyższał nawet działania radzieckich okupantów. Już pod koniec lipca miało miejsce pierwsze masowe aresztowanie, w wyniku którego zatrzymanych, a następnie rozstrzelanych zostaje ponad 60 osób, często wybitnych obywateli Nowogródka. Rok później, w dniach 17-18 lipca 1943 roku Niemcy aresztowali aż 116 osób. Był wśród nich także ojciec Aleksandra, Stanisław Zwierko - człowiek w podeszłym wieku, podupadający na zdrowiu. Początkowo wszyscy mieli zostać rozstrzelani, ale udało im się przeżyć dzięki ofierze Nazaretanek. Siostry zgłosiły się do Gestapo i ofiarowały swoje życie w zamian za życie skazańców. 1 sierpnia zakonnice zostały rozstrzelane, podczas gdy pojmanych mieszkańców Nowogródka skierowano do pracy przymusowej. Aleksander Zwierko nigdy o tym nie zapomniał. W 1989 r. napisał wspomnienia o Ziemi Nowogródzkiej i Siostrach Nazaretankach z lat 1929-1945, które ostatecznie udało mu się wydać czternaście lat później.

Z

N

A

K

W tym czasie Aleksander Zwierko rozpoczął współpracę z lokalnymi strukturami Armii Krajowej, a w 1944 roku wstąpił w jej szeregi przyjmując konspiracyjny pseudonim „Okoń”. Został wcielony do oddziału „Bogdanka” dowodzonego przez porucznika Tadeusza Drobniaka. W czasie jednej z potyczek przyszły architekt został poważnie ranny w głowę. To że przeżył oceniać należy w kategoriach cudu. Został już uznany za martwego i miał być złożony w masowej mogile. W ostatnim przebłysku świadomości uniósł rękę by uczynić znak krzyża przed śmiercią. Ten nieznaczny gest uratował Zwierce życie, bowiem koledzy błyskawicznie zabrali go do szpitala polowego, gdzie lekarz, jedna z legend wileńskiej medycyny, przeprowadził trepanację czaszki młodego żołnierza. Gdy stan zdrowia rekonwalescenta pozwalał na opuszczeniu szpitala, nie wrócił już do lasu, lecz skierował swe kroki prosto do rodzinnego domu w Nowogródku.

S

T

U

D

I

A

Wraz z końcem wojny rodzina Zwierków, podobnie jak tysiące innych Polaków mieszkających na Kresach, została repatriowana do Polski. Osiedlili się w Bydgoszczy, gdzie Aleksander ukończył szkołę średnią. W tym samym roku został przyjęty na studia na Wydziale Architektury Politechniki Wrocławskiej. Wtedy też poznał swoją przyszłą małżonkę, Teresę Mizerską.

1

9

5

1

W 1951 roku Zwierko uzyskał dyplom inżyniera architekta. Na niego i podobnych mu absolwentów Wydziału Architektury czekał ogrom pracy – trzeba było odbudować zniszczone w czasie wojny miasta Dolnego Śląska. Nikt nie zwracał uwagi na młody wiek i nikłe doświadczenie projektantów. Liczyła się każda para rąk zdatnych do pracy! Przez kolejne cztery lata Aleksander Zwierko był zatrudniony w biurach projektów i przedsiębiorstwach wykonawczych odbudowujących dolnośląskie miasta i miasteczka. Aleksander Zwierko współtworzył głównie nowe obiekty, rzadko angażując się w odbudowę zniszczonych zabytków. Gdy w 1979 roku opisywał własne dokonania wspomniał zdawkowo o zaledwie „kilku cennych rekonstruowanych” budynkach we Wrocławiu i województwie wrocławskim. Nie oznaczało to jednak, że młody adept architektury próżnował. Przeciwnie, pracował bez wytchnienia nierzadko spędzając w pracowni nie tylko całe dnie, ale i noce. Efektem były projekty blisko osiemdziesięciu indywidualnych budynków mieszkalnych we Wrocławiu i województwie wrocławskim, a także szereg obiektów przemysłowych. Młoda Polska Ludowa wkraczała na drogę dynamicznego rozwoju, a komunistyczne władze postrzegały przemysł ciężki jako siłę napędową procesów modernizacyjnych. Zwierko spędzał więc długie godziny nad opracowaniami nowych budynków dla Zakładów Górniczo-Hutniczych w Bolesławiu, Zakładów im. F. Dzierżyńskiego w Tarnowie i Zakładów Hutniczych „Chrzanów”. Praca „w przemyśle” w pierwszej połowie lat 50. miała jedną, niepodważalną zaletę – pozwalała ominąć nakaz stosowania odgórnie narzuconej stylistyki realizmu socjalistycznego. W czerwcu 1949 roku Krajowa Partyjna Narada Architektów, stosując się do partyjnych dyrektyw, przyjęła radzieckie wzorce w dziedzinie budownictwa. Odtąd architektura miała być „realistyczna w formie a socjalistyczna w treści”, co w praktyce oznaczało konieczność sięgania do historyzującej, eklektycznej stylistyki, a także przesycanie dekoracji treściami propagandowymi. Wielu uznanych architektów, chcąc uniknąć konieczności nieustannego lawirowania bądź

ulegania naciskom, decydowało się na projektowanie obiektów industrialnych. Tak postąpił chociażby Marek Leykam czy Jerzy Hryniewiecki. W pracowniach projektujących dla przemysłu „nikt nie mówił jak projektować” – wspominał po latach wybitny konstruktor Wacław Zalewski.

1

9

5

5

Gdy w 1955 roku Zwierko został służbowo przeniesiony do Łodzi i opuszczał Dolny Śląsk, w Polsce wyraźnie odczuwalne były już pierwsze powiewy postalinowskiej odwilży. Zmiany dotyczyły także architektury. Projektanci odrzucili socrealistyczne dekoracje na rzecz rozwiązań charakterystycznych dla modernizmu. W nowym środowisku Aleksander Zwierko „powrócił do swoich zainteresowań – budownictwa miejskiego” i „włączył się w nurt pracy nad przebudową i rozbudową miasta”.

Ł

Ó

D

Ź

Wybór Łodzi jako miejsca pracy i życia nie był decyzją oczywistą, jak wspomina najmłodsza z córek architekta, Anna. Ojcu zaproponowano trzy miejsca pracy – biuro w Warszawie, Bydgoszczy i Miastoprojekt-Łódź. Tylko ostatnie z przedsiębiorstw oferowało obok etatu nowe, trzypokojowe mieszkanie. Ten argument okazał się decydujący i wiosną 1955 roku Aleksander Zwierko wraz z brzemienną małżonką, dwiema córkami, pięcioletnią Małgorzatą i trzyletnią Katarzyną oraz matką zamieszkał w Łodzi przy ul. Zachodniej.


MIEJMIEJSCE.COM

11|

▼ARCHITEKTURA▼ W I E Ż O W C E

BETONOWE

Pracę w Miastoprojekcie rozpoczął od skromnego projektu konkursowego gablot ulicznych dla miasta Łodzi, który tworzył pod kierunkiem Jerzego Samujłły. Pierwszym poważną robotą była współpraca przy projekcie Osiedla im. Włady Bytomskiej („Na Dołach”). W 1958 roku zespół kierowany przez Krystynę Krygier stworzył koncepcję zespołu zabudowy mieszkaniowej, które przez wiele lat określane było jako „piękne i nowoczesne”. Zwierce przydzielono projekty punktowców, których strzeliste formy urozmaiciłyby kompozycję osiedla. Wywiązał się ze swego zadania nader dobrze i od tego momentu wieżowce stały się poniekąd jego znakiem rozpoznawczym. Młody architekt nie ustrzegł się jednak błędów, wynikających nie tyle z braku doświadczenia, co specyficznych uwarunkowań PRL-owskiej gospodarki. Mieszkańcy wieżowca przy ul. Spornej przez długi czas narzekali na efektowne, duże okna. Owszem, były bardzo piękne, ale na początku lat 60. kupno tak dużych szyb było praktycznie niemożliwe. Lokatorzy drżeli na samą myśl o możliwość jej stłuczenia i konieczności wymiany.

W I E ŻO W C E

Problemy realizacyjne pojawiły się także w trakcie prac nad powstającymi w tym samym czasie budynkami na osiedlu Kurak. W końcu lat 50. Zwierko projektował bloki wraz z zabudową towarzyszącą. Było to o tyle niezwykłe, iż przeważnie pawilony usługowe były tym elementem struktury osiedli, którego realizację odkładano „na koniec”. W realiach PRL-owskich inwestycji, ów „koniec” niejednokrotnie oznaczał „nigdy”. Tymczasem na Kuraku już w 1964 roku gotowe były nowoczesne pawilony. I to jakie! Zwierko nie zadowolił się zwykłymi powtarzalnymi, modularnymi budami. Chciał aby obiekty usługowe nie tylko realizowały określony program funkcjonalny, ale także stanowiły wartość dodaną dla kompozycji osiedla. Tak powstał „Łamaniec” i „Kapelusz pana Anatola”. Szczególnie interesująco prezentował się drugi z nich- zaprojektowany na planie zbliżonym do okręgu z wewnętrznym patio na którym miało rosnąć drzewo. Całkowicie przeszklone ściany zewnętrzne nadawały bryle lekkości i sprawiały, że żelbetowy dach zdawał się lewitować. Niestety, ogromne witryny stanowiły poważny problem dla wykonawców. Zwierko na łamach prasy dawał upust swej złości i rozżaleniu nieodpowiedzialną, jego zdaniem, postawą ślusarzy, tynkarzy i kierownika budowy. „Wiem, że odpowiedzialnością w tym wypadku łatwo obarczyć projektanta, ale czy o to chodzi? Przecież budowa jest nasza, za nasz wspólny, społeczny gorsz realizowana” – pisał.

ŻYCIOWA

ODMIENIONA

W 1966 roku Aleksander Zwierko otrzymał najbardziej prestiżowe zlecenie w swojej dotychczasowej karierze. Powierzono mu zaprojektowanie wieżowców w rejonie ulic Głównej, Piotrkowskiej, Roosevelta i Sienkiewicza. Wspólnie z Wacławem Baldem stworzył koncepcję składającą się z czterech punktowców o funkcji biurowej połączonych horyzontalnymi pawilonami -ilonami handlowo-usługowymi. W 1970 roku gotowy był pierwszy gmach, a prasa donosiła, że oto Łodź doczekała się centrum z prawdziwego zdarzenia. W artykule o znamiennym tytule „Łódź odmieniona”, Tadeusz P. Szafer podkreślał, że jest to „pierwsze wielkie miasto, które w sposób zorganizowany przystąpiło do urządzania swego śródmiejskiego centrum”. Równolegle przystąpiono do budowy „nowego centrum” w rejonie dworca Łódź-Fabryczna, gdzie Zwierko zaprojektował dwa bliźniacze, 19-kondygnacyjne wieżowce ”Cetebe” i „Confeximu”.

C I A R K O W S K I

M O D E R N I Z M

BRYŁY

Zasługi Aleksandra Zwierki dla rozwoju miasta zaowocowały przyznaną w 1970 roku Nagrodą Miasta Łodzi oraz… kolejnymi zleceniami. W 1972 roku powierzono mu projekt Śródmiejskiej Dzielnicy Mieszkaniowej, który miał stanowić rozwinięcie konkursowej koncepcji Mieczysława Sowy z 1969 roku. Prasa donosiła o postępach w pracach projektowych i przekonywała, że ŚDM to „nie tylko więcej mieszkań”, ale przede wszystkim „główny akcent wielkomiejski w Łodzi”. Jednak gdy pierwszy z wieżowców był gotowy, na autorów spadła fala krytyki. Mieszkańcy narzekali na układ poszczególnych mieszkań oraz brak piwnic. W gazetach pojawiały się ironiczne komentarze sugerujące, że betonowe bryły wyglądem przypominają posągi z Wyspy Wielkanocnej. „Na całym świecie preferuje się w centrach miast formy mocne, zdecydowane” – wyjaśniał Zwierko. Na wadliwe wykonanie oraz niskiej jakości wyposażenie nie był jednak w stanie nic poradzić. Dopiero w kolejnych blokach mógł zaproponować autorskie rozwiązania oraz, rzecz nie do przecenienia, mieszkania większe niż standardowe. Jeszcze w 1980 roku prasa donosiła o problemach mieszkańców „Manhattanu” – jak w „międzyczasie” ochrzcili ŚDM łodzianie. Sam Aleksander Zwierko uważał, ze zrealizowano ok. 50% wstępnych założeń, zaś 20% wartości inwestycji utracono bezpowrotnie z powodu błędów wykonawczych i wadliwego wyposażenia. Pytany o pozostałe 30% mówił, że „zależą już tylko od mieszkańców, od organizacji społecznych. Od ich chęci, zaangażowania i gospodarności”.

P R O B L E M Y

ŁÓDŹ

Z W I E R K O

PASJA

Łódzki „Manhattan” był ostatnią znaczącą realizacją Aleksandra Zwierki. W 1981 roku, korzystając z uprawnień inwalidy wojennego, przeszedł na wcześniejszą emeryturę. W odróżnieniu od wielu kolegów po fachu całkowicie zarzucił projektowania, mimo iż było ono jego życiową pasją. Dużo czytał (głównie klasyków polskiej literatury), malował i szkicował. Zapowiadał, że na emeryturze zrealizuje w końcu swoje artystyczne fascynacje. Plany te zniweczyła w pewnym stopniu choroba, pokłosie ran odniesionych w czasie wojny. Zmarł w lipcu 2003 roku. Kilka lat przed śmiercią napisał „Jako obywatel miasta Łodzi, dla którego pracowałem najdłużej, najwyżej cenię sobie liczne udokumentowane dowody uznania miasta i dzielnicy śródmieście”.

.

Z A N I E D B A N I E /9 KRĘGÓW PIEKIEŁ ARCHITEKTURY MODERNISTYCZNEJ

P

róbowałem niegdyś stworzyć listę architektonicznych grzechów głównych. Efekty owych rozważań, skądinąd dość interesujące, utwierdziły mnie w przekonaniu, że pośród nich wyjątkowe miejsce powinien zajmować grzech zaniechania. Zaniedbanie, rezygnacja z działania, obojętność często prowadzą do degradacji otoczenia, destrukcji jego wartościowych elementów”. Gdy pomyślimy o najnowszej historii łódzkich zabytków, o zburzonych fabrykach czy popadających w ruinę budynkach, możemy z łatwością dojść do wniosku, że w każdym przypadków w pewnym momencie popełniono właśnie grzech zaniechania. Inwestor, służby konserwatorskie, władze miasta, użytkownicy – ktoś z nich nie dopełnił powinności wobec naszego wspólnego dziedzictwa. Wzniesiony według projektu Wiesława Lisowskiego gmach YMCA prez- Tragiczne losy realizacji Lisowskiego entuje wyważone proporcje, ciekawerozpoczęły się w chwili, gdy o budynek rozwiązania formalne oraz mate-upomniała się YMCA. Pomieszczenia zaczęto wynajmować różnym podmiriałowe, typowe dla ruchu nowoczeotom. W modernistycznych wnętrzach snego (nie)wpisanie się w kontekst*. swą siedzibę miało biuro poselskie, szStanowi tym samym jeden z najbardziej koła karate, dyskoteka… Przekształcainteresujących przykładów modern-no wnętrza i elewacje, nie podejmując istycznego gmachu użyteczności pub-się jednocześnie ich kompleksowego licznej w Łodzi. Jednocześnie jest dziśremontu. Efektem nawarstwiających doskonałą ilustracją degradacji dz-się zaniedbań i daleko posuniętej igiedzictwa minionych epok. Lata PRLunorancji są mury pokryte liszajem nie uczyniły w nim takiego spusto-odspajającego się, pokrytego spękaniszenia, jak „wolność” IIIRP. Do połowyami i ubytkami tynku. Obok nich nowi lat 90. w pomieszczeniach gmachunajemcy remontują „swój” kawałek mieścił się Pałac Młodzieży, a samściany – malują go na czarno, zawieszają ogromny banner, wznoszę obiekt wykorzystywany był w sposób przylegający do budynku zadaszony zgodny z pierwotnymi zamierzeniami. ogródek lub stawiają orientalne figury. Pomijam tu ideologiczno-polityczną Właściciel nie musi się obawiać, że zły otoczkę. Tynk i cegła są apolityczne. stan techniczny wpłynie niekorzystnie na jego dochody – lokalizacja sprawia, ze dopóki budynek stoi będzie świetWieloletnia obserwacja architektonicznego pe- nym adresem. A kiedy stopień destrukjzażu Łodzi uodporniła mnie na wiele rzeczy. Przestała cji będzie zbyt duży YMCĘ po prostu mnie dziwić słoneczna żółcień na elewacji Pałacu Ka- się rozbierze. Tak jak szereg budynków rola Poznańskiego przy ul. Gdańskiej (teraz, dzięki których „nie dało się uratować”. Bogu, poddawanemu renowacji zgodnie z regułami *- proszę zwrócić uwagę jak Lisowski potraktował pierzeję ul. Moniuszki… sztuki!). Lekkim uniesieniem brwi skwitowałem pomysł by przesunąć pomnik na Pl. Wolności. Myślałem, że żadna realizacja czy projekt nie są w stanie mnie zaskoczyć. O święta naiwności! Oto przy ul. Pomorskiej 44, w obrębie historycznego centrum miasta, powstał obiekt wyglądający jak hala magazynowa. Pudło pokryte blachą trapezową o grafitowej barwie. Tuż obok zabytkowego gmachu dawnej Żydowskiej Szkoły Rzemieślniczej wzniesiono budynek najzwyczajniej w świecie NIEGODNY istnienia w centrum! Fuck the context? Toż to brutalny gwałt. Gwałt na przestrzeni, dobrym smaku, wizerunku Łodzi. Gwałt który został zaakceptowany przez wojewódzkie służPrzyszłe pokolenia będą nas by konserwatorskie. oceniać na podstawie tego, co stworzyliśmy i tego, czego nie udało nam się zachować. Marnym pocieszeniem wydaje się myśl, że prawdopodobnie „blaszak” przy Pomorskiej nie przetrwa nawet dwóch dekad, skoro równolegle przez zaniedbanie powoli lecz konsekwentnie tracimy obiekty o wyjątkowej wartości. Gdyby pod YMCĄ na Moniuszki zaparkowały buldożery gotowe do prac rozbiórkowych z pewnością wzbudziło by to powszechny sprzeciw. A tak? Budynki „umierają stojąc”. W milczeniu.

.


12|

23.06.2017

| MIEJ MIEJSCE ▼▼

| Ł Ó D Ź |

|WYDANIE NO.01|

Z

bliża się kolejna rocznica śmierci profesora Bolesława Kardaszewskiego (zm. 6 stycznia 2001 r.). Przy tej okazji warto przypomnieć, że popularny Bolek wraz z upływem lat, coraz chętniej wypowiadał się na temat kondycji łódzkiej przestrzeni, przyjmując rolę swoistego „arbiter elegantiarum”. Sięgnijmy zatem archiwalnych egzemplarzy „Gazety Łódzkiej” i wróćmy do dyskusji jaka toczyła się na łamach lokalnej prasy dwie dekady temu. Brali w niej udział ludzie, którzy także teraz decydują o obliczu Łodzi, a sam temat pozostał aktualny do dziś – rewitalizacja ulicy Piotrkowskiej. W momencie, gdy dopiero pierwszy odcinek deptaka został oddany do użytku, Kardaszewski mówił o koniecznośći stworzenia infrastruktury wzdłuż Piotrkowskiej. Mówił o wyjściu poza oś arterii i rewitalizacji kwartałów. Podkreślał wreszcie, że „to nie jest martwy skansen”. „W strefie konserwatorskiej […] wartość elementów materialnych jest różna. Chęć zachowania wszystkiego jest chciejstwem, a nie sztuką czy nauką. […] Ulicę Piotrkowską tworzy suma kontekstów historycznych i współczesnych. Rozdzielenie ich orbit jest niemożliwe. Nieprzyjmowanie do wiadomości faktu, że Piotrkowska nie jest martwym skansenem, lecz kręgosłupem żywego miasta, które podlega i podlegać będzie modernizacji we wszystkich momentach architektonicznego i technicznego wnętrza, jest postawą utopijną.” Postać Czesława Bieleckiego, jakkolwiek kontrowersyjna, budzi mój szacunek. Często nie zgadzam się z jego poglądami i krytycznie patrzę na architektoniczne dokonania, ale żywię uznanie dla konsekwencji z jaką pozostaje o przeczytaniu tekstu mojego reda„Gdyby wcześniejsze genwierny swoim (niemodnym i niepopularnym) kcyjnego kolegi, Błażeja Ciarkowseracje myślały tymi samymi przekonaniom. Tym razem jednak w pełni zgad-

-SEN

SKAN

TO NIE JEST MARTWY

“Chcąc tryumfu miasta, trzeba sensownie ograniczać i dobrze definiować ochronę historycznej spuścizny. Strzec się ekstremów: wszystko albo nic” – pisze. W

zam się z autorem projektu gmachu TVP .

dalszych akapitach cytuje pisarza Pawła Huelle: “Paradoksalnie, to konserwatorzy zabytków, którzy chcą chronić spuściznę przeszłości, zadają - doktrynalnie - największy cios tradycyjnej strukturze miasta. Przestaje być ważna kontynuacja. Najważniejsze, żeby przeszłość była utrwalona sprayem.” Ostro? Obaj panowie nie mówią niczego, czego wiele dekad temu nie powiedzieliby ojcowie-założyciele współczesnej myśli konserwatorskiej: Camillo Boito, Alois Riegl, Max Dvorzak, Walter Frodl. Selekcja! Nie wszystko co powstało ponad 100 lat temu jest warte zachowania. Kryterium wieku nie może być jedynym i nigdy nie jest wystarczającym. Niestety, zbyt często o tym zapominamy, wkładając nieproporcjonalnie duży wysiłek w ratowaniu rzeczy o znikomej wartości (zarówno historycznej, jak i artystycznej czy emocjonalnej).

Kryterium dawności jest wygodnym argumentem. Trudno polemizować z faktem, że

dana oficyna powstała 120 lat temu. Wprawdzie trudno jest wykazać jakieś jej szczególne wartości, a i mieszkania w oficynach (amfilada z oknami wychodzącymi na jedną stronę – np. północną) nie należą do najwygodniejszych, ale „przecież to historia!” Historią były też rynsztoki, które w pewnych miejscach Łodzi płynęły jeszcze parę lat temu i jakoś nikt nie uważał, że są tak niezbędnym elementem krajobrazu miejskiego by je remontować i zachowywać. ***

W Warszawie obrońcy zabytków protestują przeciwko budowie 7 piętrowego „wieżowca” [sic!] w okolicach Mariensztatu. Argumentują, że zaburzy on panoramę tego kameralnego, socrealistycznego osiedla. I nie mówimy tu o kolejnym Sky Tower, ale o zaledwie 8-kondygnacyjnym budynku! Niech współczesna architektura utrzymuje skalę sąsiednich zabudowań historycznych, powtarza ich formy (przy użyciu „nowoczesnych” środków). Niech na elewacjach pozostaną gzymsy i bonie, pilastry i wykusze. Gdzieś daleko Leon Krier zaciera ręce. Wtóruje mu cichy chichot

Gdyby wcześniejsze generacje myślały tymi samymi kategoriami co znaczna część dzisiejszych obrońcy zabytków, wzdłuż Piotrkowskiej wciąż stałyby parterowe domy tkaczy kryte spadzistymi dachami. Zaiste, piękny to obraz metropolii! Miasto musi żyć, funkcjonować jak ekostytem, w którym część starych organizmów obumiera, a na ich miejscu wzrastają nowe. W imię indywiduKsięcia Walii.

alnych przekonań, nie powinniśmy owego systemu okaleczać i oczerniać tych, którzy przepojeni modernistycznym duchem zmian wnosili wkład własny w budowę jego struktury.

P

kiego, pt. „To nie jest martwy skansen” doszedłem do pewnych wniosków, w pewien sposób chciałbym też rozszerzyć poruszony przez niego temat. Zabytek.

Magiczne słowo. Co jest zabytkiem, co nie jest? W Wielkiej Brytanii jako „listed buildings” klasyfikowane są brutalistyczne budynki z lat 60., a najmłodszy budynek na liście został wpisany po 25 latach istnienia w roku 2011. W Polsce wielkie kontrowersje wzbudził wpis Pałacu Kultury do rejestru zabytków, a łódzka zabudowa socrealistyczna, pozbawiona nadzoru konserwatorskiego, masakrowana jest styropianem i pastelowymi kolorkami.

„Nie wszystko, co powstało ponad 100 lat temu, jest warte zachowania” - bardzo

mądre słowa! Nie będę ukrywać, że nigdy nie przestanę żałować braku realizacji planów dla Bałut z lat 50. - stworzenia tam 6 osiedli mieszkaniowych – pięć z nich miało znajdywać się między ulicami: Wojska Polskiego/Lutomierska – Brzóski – Srebrna/Prusa/ Stefana/Okopowa – Sporna. Szóstym miało być osiedle Staromiejskie. Zrealizowano jedynie dwa spośród nich. Pierwotna zabudowa Bałut dzisiaj ma średnio 120 lat, wtedy miała ledwie połowę tego. Żydowskie biedakamienice, bezplanowo rozrzucone po parcelowanym na potęgę dawnym majątku Zawiszów, budowane byle taniej i szybciej, pozbawione były jakichkolwiek wygód czy dostępu do zieleni, a często także światła dziennego. Mieszkał w nich przede wszystkim polski i żydowski lumpenproletariat, pracujący w łódzkich i bałuckich fabrykach. Ta bezwartościowa (choć przecież historyczna) zabudowa miała zostać doszczętnie zburzona i zastąpiona wielkomiejską, na miarę metropolii, z szerokimi bulwarami, zielenią, usługami, centrami kultury. Bałuty przez niekonsekwencję w skali makro dzielnicą z bałaganem urbanistycznym. Estetyczne, socrealistyczne bloki graniczą z sypiącymi się ruderami do wyburzenia, a zaraz za nimi wyrastają gierkowskiego molochy z wielkiej płyty. Tych zaniedbań nie naprawi się przez najbliższe dziesiątki lat. Gdyby dzisiaj pojawił się podobny projekt, nie żałowałbym ani jednej tamtejszej kamienicy, mimo że sam na Starych Bałutach się wychowałem.

Dlaczego o tym piszę? Łódzkie śródmieście różni się Bałut. Kamienice różni jakość wykonania (która w Łodzi jest bezdyskusyjnie wyższa, choć nie w każdym przypadku) oraz szeroko pojęta estetyka.

Zasadniczym problemem funkcjonalnym jest specyficzny układ oficyn, czyli tzw. podwórko-studnia. Powoduje to słabe doświetlenie mieszkań w oficynach, po drugie często amfiladowy układ mieszkań w oficynie nie jest zbyt komfortowy. W takim wypadku pojawia się dylemat – wygoda, czy historia? Dla

poprawy funkcjonalności łódzkiego śródmieścia logicznym posunięciem byłoby wyburzenie wszystkich oficyn bocznych (tak jak zrobiono to na

Włókienniczej czy Abramowskiego) lub co drugiej (tak, jak planowali to Niemcy w latach 40. i częściowo tego dokonali na odcinku Piotrkowskiej między Narutowicza a Traugutta). Czy warto byłoby rozważyć takie działania przy okazji nadchodzącej rewitalizacji? Na pewno nie na ulicy Piotrkowskiej. Podwórka-studnie to nieodłączny element Łodzi, niespotykany w takiej formie nigdzie indziej. Uważam, że Piotrkowska powinna być w tej kwestii „skansenem”, w którym powinno pozostawić się jak najwięcej XIX-wiecznej autentyczności, a same wąskie podwórka można zaadaptować na sieć klimatycznych uliczek.

KONTRA NOWE

ZABYTKI I RUDERY kategoriami co znaczna część dzisiejszych obrońcy zabytków, wzdłuż Piotrkowskiej wciąż stałyby parterowe domy tkaczy kryte spadzistymi dachami. Zaiste, piękny to obraz metropolii! Miasto musi żyć, funkcjonować jak ekosystem, w którym część starych organizmów obumiera, a na ich miejscu wzrastają nowe” -„Gdyby wcześniejsze generacje myślały tymi samymi kategoriami co znaczna część dzisiejszych obrońcy zabytków, wzdłuż Piotrkowskiej wciąż stałyby parterowe domy tkaczy kryte spadzistymi dachami. Zaiste, piękny to obraz metropolii! Miasto musi żyć, funkcjonować jak ekosystem, w którym część starych organizmów obumiera, a na ich miejscu wzrastają nowe” - i tutaj sprawa nie jest tak do końca

jasna. Jestem przeciwnikiem „unowocześniania” miasta na siłę. Spacerując po londyńskim City, między identycznymi korpobiurowcami, czuję się w jak każdej innej dzielnicy biznesowej na świecie – to miejsce zatraciło w pewien sposób swoją odrębność. Przedwojenne budynki ustępują miejsca bezpłciowym konstrukcjom ze szkła i betonu. Nie chcę takiej przyszłości dla Łodzi. A o to się obawiam, widząc, ile pięknych zabytkowych fabryk i kamienic, nadających klimat i wyjątkowość naszemu miastu, celowo doprowadzanych jest do ruiny przez firmy spekulujące nieruchomościami, takie jak CFI. Idąc którąkolwiek ulicą łódzkiego centrum, naszą uwagę przykuwają bogate detale kamienic. Nowe budynki rzadko są tak efektowne.

W naszym mieście nie brakuje przykładów genialnych adaptacji „zaszczanych ruder do wyburzenia”– chyba najlepszym jest dawny

kombinat włókienniczy Poznańskiego czy dziesiątki innych fabryk, które dzisiaj służą jako biura lub mieszkania. W mieście Łodzi pustych działek pod wszelakie inwestycje w centrum miasta nie brakuje, wcale nie trzeba wyburzać, by zbudować nowe, które nie zawsze jest lepsze. Ile to już kamienic wyburzono w centrum miasta, a puste działki po nich straszną strupami odrapanych ścian szczytowych, a na gruzach urządzone są dziadoparkingi (nazywane czasami ironicznie „najwyższym stadium rozwoju kamienic”) oraz budy z kurczakiem. Czy naprawdę chcemy takiego miasta? Program Mia100 Kamienic pokazuje, że da się uratować

.


MIEJMIEJSCE.COM 13| ▼WYDARZENIA▼ Z W I E R KO ▼ W I EŻO W C E ▼ C I A R KO WS K I ▼ MO D E R N I ZM ▼

CHECK THIS OUT


14|

| MIEJ MIEJSCE ▼▼

23.06.2017 |WYDANIE NO.01|

Marcin Polak: Skąd pomysł na festiwal? Jaka jest wasza filozofia – czy jest to raczej festiwal, czy coś w rodzaju weekendu galerii? Jeśli tak, to czy będzie się różnić od warszawskiej imprezy?

BBLASK BRZASK

Piotr Strzemieczny: Bardzo dobre pytanie, Marcinie, bo sam do końca Katarzyna Stańczak: Pomysł rzeczywiście narodził się w Warszaw-nie wiem, skąd ten pomysł. Idea wyszła od Kasi Stańczak i Asi Szumachie, ale nie podczas trwania gallery weekend, a podczas picia kawy.er na jednym z suto zakrapianych spotkań w Pracowni Portretu, tzw. Powstał dosyć spontanicznie, a jego formuła, która odróżnia sięwernisaży. I na jednym z takich spotkań dziewczyny poinformowały nas od weekendu galerii, rodziła się podczas dopracowywania planu.o tej myśli. Te suto zakrapiane spotkania to oczywiście żart. Nikogo, kto Przede wszystkim chcieliśmy zaprosić do współpracy jak najwięcejrobi sztukę, nie stać na alkohol na wernisażach. Jeśli chodzi o łikend łódzkich inicjatyw oraz instytucji oraz zaproponować w programiegalerii, to do końca nie wiem, co przez to rozumieć. Ja nie odróżniam jak największą różnorodność. Stąd koncerty, wystawy, performance,łikendu galerii od festiwalu. Dla mnie to wszystko to samo. Od warszatargi niezależnych wytwórni płytowych, działania w przestrzeni mie-wskiej imprezy będzie różnić się wszystkim: miejscowością, galeriami, jskiej. Nie chcielibyśmy być porównywani do Warszawy - Łódź jakoktóre biorą udział, zaangażowanymi artystami i organizatorami. Romiasto ma jej kompleks, więc nasze wydarzenie chcielibyśmy wypro-bimy zupełnie inna imprezę i jakiekolwiek porównywanie nie ma sensu. mować jako Festiwal Sztuki, choć samo słowo festiwal też nie jestPorównywanie zostawmy, ha ha, dziennikarzom. tu najlepszym określeniem. Mam nadzieję, że z czasem sama nazwa - BLASK | BRZASK - będzie na tyle nośna, że nie będzie konieczneŁukasz Broda: Zaczęło się od poznania nas wszystkich, dyskusji i chędoprecyzowywanie, czy to weekend, czy festiwal.ci. BLASK | BRZASK jest wspólnym działaniem nas organizatorów, kuratorów, artystów, odbiorców, ale przede wszystkim Łodzi, która jest Maciej Łuczak: Przeszczepienie fantastycznego pomysłu z Warszawymiastem innym od wszystkich. Nazywając innym od wszystkich chcę do Ziemi Łódzkiej jest nie lada wyzwaniem. Ale nie jest to cel którypodkreślić jej wartość jako przestrzeń która nie ma jako takiej idensobie postawiliśmy. Na pewno nie mamy takiego zaplecza jak Stolicatyfikacji z przyczyn historycznych (jest to ośrodek miejski który istPolski. Mamy inne. Mamy wspaniałych twórców, zręcznych kuratorównieje od zaledwie około 200 lat), społecznych, geograficznych ( TAK! i nienasyconą publiczność. Festiwal to bardziej plastyczna forma odUważam że to ma znaczenie). W tym mieście jestem od trzech lat, gdzie weekendu galerii. Wiele z naszych wydarzeń będzie się odbywało niena początku obserwowałem środowisko oraz tkankę miejską. Olbrzyw instytucjach a w wynajętych specjalnie na ten cel przestrzeniach.mim moim zaskoczeniem było to, że zacząłem inaczej patrzeć na to miMam nadzieję że dzięki temu będziemy mogli zbliżyć się do efektu,asto, gdzie na początku gloryfikowałem je wśród znajomych z Poznania, który z takim powodzeniem stosuje Galeria Czynna, odkryjemy nowe,gdzie spędziłem około sześciu lat. Kolejnym zaskoczeniem było dla ciekawe i zaskakujące dla sztuki miejsca. Mamy ambicję by przedst-mnie odkrycie olbrzymiej ilości budynków które są opuszczone, a pod awić aktualny i możliwie szeroki obraz świata sztuki współczesnej.względem architektonicznym czy przestrzennym są wspaniałe że AH AH. Fakt że Łódź jest stolicą awangardy akurat w tym roku brzmi jakOsobiście chciałbym uniknąć nazywania BLASK | BRZASK festiwalem, a kiepski żart. Łódź po prostu jest awangardowa. Awangardowa w sen-zwłaszcza gallery weekendem. A co się tyczy gallery weekend Łódź tym sie bezkompromisowego działania artystycznego. Sztuki dla sztuki. Ibardziej to nie pasuje,. ponieważ założenie gallery weekend w Warszataki również jest sens Blasku Brzasku.wie jest skoncentrowane na rynek sztuki, gdzie w Łodzi w ogóle nie istnieje w tym momencie. Są to dwa różne działania. Dla mnie jest to BLASK Joanna Szumacher: Filozofia była prosta. Impreza miała zjednoczyć| BRZASK. Nie festiwal, nie gallery weekend, tylko BLASK | BRZASK. nas wszystkich we wspólnym działaniu. Czy to się uda? Zobaczymy. To zależy od zaangażowania wszystkich w to przedsięwzięcie, również ciebie. Mam takie wrażenie, że nikt nie wierzy w powodzenie festiwalu, patrząc się na to, co się dzieje na naszym crowdfundingu. Więc chciałabym powiedzieć tak: może uwierzcie, że się da. Warto ze swoim myśleniem jednak wychodzić poza utarte schematy czy przekonania. Inaczej nie idzie się do przodu. Jeśli chodzi o WGW, to formuła tego co robimy, jest inna i tyle. Nie jesteśmy łikendem galerii, co zresztą widać po programie. Jakie macie oczekiwania? Kreowanie sceny artystycznej, rozwój rynku sztuki, a może zainteresowanie sztuką współczesną? Piotr Strzemieczny: Chcemy wyjść na zero. A droga do tego na razie jest daleka. Poza tym zrobić „imprezę” - to słówko imprezęŁukasz Broda: Nie wiem czy oczekiwanie jest dobrym słowem. Chciałbym zapisz, proszę, w cudzysłowie, bo to jednak złe określenie na BLASKdać komunikat do władz miasta, mieszkańców Łodzi i całej Polsce, że | BRZASK – która będzie ciekawym wydarzeniem w Łodzi, wartymjesteśmy i działamy. Nie będziemy czynnie patrzeć jako środowisko , że uwagi miasta, mediów, galerii i osób, które w to nie wierzą. Ja do tegow mieście jest doceniana rozrywka i liczność wydarzeń, które w żaden podchodzę ambicjonalnie, bo gdy coś robisz i pracujesz nad tymsposób nie zmieniają oblicza tego miasta wśród mieszkańców, oraz ponad pół roku, to chcesz, aby zadziwiło i zainteresowało wszyst-wizerunku. O gustach się nie dyskutuje, ale gusta można rozwijać. To kich. Nawet te osoby, dla których fajną muzyką jest Happysad, Or-jest celem tego festiwalu. To co nazywamy strategią miasta jeżeli choganek czy kucowski metal.dzi o kulturę jest bezcelowe. Od momentu kiedy przeprowadziłem się do Łodzi powstało zaledwie DWIE prywatne !! galerie sztuki (mowa o Katarzyna Stańczak: Moją ambicją jest kreowanie - z zawodu jest-Pracowni Portretu i W Y), gdzie w innych miastach w Polsce zauważa się em architektem - ale nie w tym przypadku. Myśląc o Blasku, miałamwysyp młodych galerii sztuki, o których coraz śmielej się mówi i same dużą chęć zarażenia większej ilości osób zjawiskiem, jakim jest sztu-miasta się nimi interesują. Natomiast tutaj co weekend mamy jarmark, ka współczesna. Sama jeszcze kilka lat temu nie miałam stycznościcyrk i działania nastawione tylko i wyłącznie na ludyczność i to jeszcze ani zainteresowania tego typu działaniami. Teraz wiem, jak ważne sąna Piotrkowskiej (!), która miała się stać ulicą reprezentatywną. Zapomone dla wrażliwości i świadomości otaczającej rzeczywistości. Moimniano nawet nie o innych dzielnicach, ale o innych ulicach w tym mieśoczekiwaniem jest więc zainteresowanie sztuką współczesną ludzicie, na których wieje pustką, chyba że akurat w tym miejscu znajduje spoza środowiska.się modna knajpka. Co mnie ostatnio ucieszyło to to, że powstał Dom Mody Limanka i bardzo im kibicuję, ponieważ tak samo jak my stworzyli Maciej Łuczak: Nasz festiwal jest pionierskim przedsięwzięciem. Niegrupę, są osobami z nowego pokolenia twórców i chcą działać. Oczywiświemy, czego się spodziewać. To jest jeden z czynników sprawiają-cie Dom Mody Limanka bierze udział w BLASK | BRZASK. cych, że praca przy jego organizacji jest tak fascynująca. Joanna Szumacher: Nie mam oczekiwań. Chcę żeby wyszło. Do kogo skierowany jest festiwal? Czy tylko do tak zwanego „środowiska”, czy zależy wam na pozyskaniu nowychPiotr Strzemieczny: Tak, marszandów! A tak serio, to kolekcjonerów szodbiorców sztuki? Macie w planach zaproszenie kura-tuki chyba nie będzie, zresztą jeszcze nikt o tym festiwalu za dużo nie torów dużych instytucji kulturalnych i kolekcjonerów sztuki?wie. Mam nadzieję i mam nadzieję, że ty też masz nadzieje, że przyjdzie jak najwięcej osób. Zresztą umówmy się, formuła „darmowe” przyciąga Joanna Szumacher: Ten festiwal jest kierowany do wszystkich, nie ludzi. Nawet wśród naszych wspólnych znajomych. tylko do „środowiska”. Chciałabym, aby przez to, co się zadzieje, pojawiło się dużo nowych osób. Spoza naszej grupy, „środowiska”,Maciej Łuczak: Osią festiwalu są wydarzenia odbywające się na Księżym które jest na każdym wernisażu.Młynie i Piotrkowskiej wraz z jej okolicami. Mamy nadzieję, że to dogodne usytuowanie dla łodzian. Księży Młyn jest jednym z ciekawszych Łukasz Broda: Jak wspomniałem, rynek sztuki w Łodzi nie istnieje,miejsc turystycznych Łodzi, a Piotrkowska to nasz znak rozpoznawczy, nad czym ubolewam i chcemy to zmienić, ale to jest osobny tem-miejsce ikona. Oczywiście liczymy na środowisko artystyczne. To przede at... BLASK | BRZASK skierowany jest dla każdej osoby która poczu-wszystkim z myślą o nim organizujemy to wydarzenie. Ale błyszczeć wa się do obserwacji, wrażliwości oraz to co jest ważne w naszymbędziemy dla wszystkich. byciu, nie koniecznie myśląc w jednym wymiarze. Postrzeganie pracy jednowymiarowo i prosto, jest dla mnie męczące a nawet Katarzyna Stańczak: Myślę, że przy pierwszej edycji będzie trudno o powiedziałbym żenujące. Każda osoba która podejdzie do pracy ściągnięcie na festiwal kuratorów instytucji czy też kolekcjonerów, choć indywidualnie, pozbywając się naleciałości stereotypowych czy też line-up mamy interesujący. Planujemy jednak działania cykliczne kulturowych jest olbrzymią wartością. Twóczość niesie ze sobą ol- także prognozuję, że uda się to przy kolejnych edycjach. brzymi wachlarz możliwości.

0910.06.2017

M a r c i n P o l a k ( u r. 1 9 7 3 ) j e s t absolwentem fotografii w Pa ń s t w o w e j W y ż s z e j S z k o l e Filmowej, Te l e w i z y j n e j i Te a t ra l n e j i m . L . S c h i l l e ra w Ło d z i . A r t y s t a – s p o łe cz n i k . Ta k w s k ró c i e m o ż n a określić jego postawę życiową i twórczą.

| Ł Ó D Ź |

Artyści Festiwalu Blask | Brzask: Zbigniew Olszyna, Katarzyna Borelowska Krystian Daszkowski Wojtek Didkowski Tobiasz Jankowiak Kuba Matuszczak Mateusz Sadowski Marta Stachowska Mikołaj Tkacz Piotr Urbaniec Kuratorki Maria Bitka Anna Gądek Elżbieta Gądek Malwina Mielniczuk Paweł Marcinek Arek Pasożyt Anna Zagrodzka Ewa Sadowska Mikołaj Laskowski Rafał Łuc Maciej Frąckiewicz Karolina Hałatek Nicholas Grafia Mikołaj Sobczak & Galerie (Simon Asencio Adriano Wilfert Jensen) Marta Krześlak Grzegorz Demczuk Szmatrix (Sandra Małgorzata Mikołajczyk Michał Szufla Marta Kortan) Dom Mody Limanka (Coco Kate Kacper Szalecki Sasa Lubińska Tomasz Armada) Wojciech Puś 11 (Paweł Cieślak Marcin Pryt) Wojciech Bąkowski Adrian Kolarczyk Karolina Zajączkowska /DWA ZETA SoundLab (Wiktor Piskorz Maciek Olewniczak Rafał Wawrzyk Oskar Bork) Przemysław Strożek


MIEJMIEJSCE.COM

15|

▼WYDARZENIA▼

B L A S K

B R Z A S K

0 9 -1 0 .0 6 . 2 01 7

G A L E R I E

Staracie się kuratorować festiwal w całości i moderować program galerii czy dajecie wszystkim uczestnikom wolną rękę? Czy zależy Wam na pokazywaniu lokalnych artystów w kontekście większej imprezy, czy raczej posiadając środki na organizację, staracie się sprowadzić artystów z innych ośrodków? Łukasz Broda: Nasza praca kuratorska w BLASK | BRZASK zaczyna się Maciej Łuczak: My, czyli Pracownia Portretu, zaprosiliśmy Zbigniewa Olszynę. Nie wiem,i kończy w galeriach przez nas prowadzonych, tj. Galerii W Y i Praczy to jest już kuratorowanie, staramy się współpracować blisko z zapraszanymi artyst-cowni Portretu. Jesteśmy organizatorami wydarzenia i odpowiadamy ami i tworzyć im takie warunki, by mogli zrealizować swój pomysł na wystawę. W Y, jeśliza całą promocję, szukanie przestrzeni na wystawy, oprawę graficzną, dobrze rozumiem ich pracę, działają podobnie. Nie chcemy niczego narzucać artystom czykontakt z mediami itp. Nie posiadamy biura, ani pracowników którzy zaproszonym kuratorom.nam pomagają, co byłoby na pewno bardzo pomocne, jednak nie posiadamy dostatecznych funduszy na zatrudnienie grafików, Joanna Szumacher: Działamy podobnie, nawet tak samo. Artyści mają wolną rękę w pr-moderatorów itp. Woleliśmy otrzymane pieniądze przeznaczyć dla zygotowaniu swoich prac. Ale dobór artystów jako galerii należy do nas, tak jak dobórartystów i kuratorów, doceniając ich pracę, co wiążę się z dużym artystów do innych wydarzeń zależy od kuratorów i galerii. Chcemy sprowadzać artystówwkładem czasu przez nas, ale podjęliśmy się tego, mając nadzieję, że z innych ośrodków kultury, ale próbujemy łączyć nasze działania z lokalnymi artystami.trud naszej pracy zostanie doceniony w przyszłych edycjach. Każda Tak, aby wszyscy mieli szansę konfrontacji ze swoją sztuką i sztuką innych osób.zaproszony przez nas kurator, galeria, czy też instytucja odpowiada sama za swoją wystawę. Znamy się i wiemy, że nie będzie to kiepskie Katarzyna Stańczak: Z mojej strony staram się działać bardziej organizacyjnie niż kurator-w odbiorze, zwłaszcza że w BLASK / BRZASK biorą udział finaliści sko, jeśli chodzi o festiwal. Nie mniej jednak przy ustalaniu programu zwracaliśmy uwagękonkursów ogólnopolskich i międzynarodowych, którzy są cenieni na to, kto i z jakim działaniem chce wziąć w nim udział. Jeśli chodzi o podział artystów naw swoich dziedzinach i w środowisku. Jedyną pomocą przy organilokalnych i tzw. „sprowadzanych”, to zdaliśmy się tu na kuratorów. Oni przedstawili namzacji, której potrzebujemy to pomoc wolontariuszy więc jeżeli czyswoje propozycje - w rezultacie mamy mix.tając to, chciałbyś pomóc nam i mieć bezpośredni kontakt z artystą , kuratorami, zapraszamy do współpracy :) Do obowiązków wolonPiotr Strzemieczny: Zaprosiliśmy galerie i kuratorów „niezależnych”, których chcieliśmytariuszy będzie należało pomoc przy montażu i demontażu wystaw, zaprosić. Przy tworzeniu line-upu prosiliśmy o przedstawienie swoich wizji, planów.oraz dyżury w miejscach gdzie odbywają się wystawy. Jeżeli ktokolWiesz, żeby to miało ręce i nogi, żeby nie wyszły kwiatki, że ktoś chce zrobić koncert iwiek będzie zainteresowany pomocą, prosimy o kontakt mailowy ściągnie nam zespół machający flagą konfederacji. Jasne, zdarzyły się sytuacje, że ktośpod adresem info@blaskbrzask.pl. Co ciekawe niektóre wystawy nam zaproponował coś, czego nie powiesiłbym nawet w garażu czy coś, co śmieszne jestbędą trwać, więc kto nie zdąży zobaczyć ich 9 i 10 czerwca, będzie tylko w mniemaniu artysty. Każdy jest wybredny i każdy ma swój gust, a robiąc festiwal,miał możliwość zobaczyć je później. Także wystawy dla których musimy też dbać o jego opinię, nawet, a może przede wszystkim, gdy jest to pierwszaspecjalnie wynajmujemy przestrzeń będą czynne jeszcze tydzień :) edycja. Kosztem lubienia nas czy mnie, czy nielubienia. Zresztą – jeśli ktoś się obraża,Zapraszaliśmy lokalnych artystów, ale założeniem od początku było że prosimy o zmianę artysty, bo ma go w planach już na inne działanie roczne, ma na totakże zapraszanie artystów i kuratorów z innych miast. Dzięki temu fundusze, a my mu dajemy też jakiś tam budżet na tę wystawę, to idiotyczne by było pod-zostanie pokazana wystawa video artów kuratorowana przez Wojtka wójne finansowanie. Tak działać chyba nie można. Szanujmy się.Ulmana, który zorganizował podobne pokazy m.in w BWA w Zielonej Górze i Zamku Ujazdowskim w Warszawie. U nas będzie to wystawa, na czym Wojtkowi bardzo zależało. Podczas wystawy zostaną zaprezentowane nowe prace przez artystów, a są to m.in Mateusz Sadowski, Mikołaj Tkacz, Piotr Urbaniec. A’propos finansowania festiwalu – udało wam się pozyskać finansowanie Wydziału Kultury, ale wobec rozmiaru przedsięwzięcia sporo wam jeszcze brakuje, żeby zamknąćPiotr Strzemieczny: Wsparcie Miasta, bo to wsparcie Urzędu Miasta budżet. Zbieracie fundusze za pomocą platformy crowdfundingowej Wspieram Kulturę.Łodzi, a nie tylko Wydziału Kultury, jest dla nas bardzo ważne. Bez tego elementu nie rozmawialibyśmy dziś przy jerba mate o Blask Maciej Łuczak: Tak jest. Zapraszamy za jej pośrednictwem ludzi, którzy mają więcej niż| Brzask, bo po prostu nie byłoby na to pieniędzy. Ale to wsparcie potrzebują do podzielenia się z nami swoimi majątkami. Dzięki ich szczodrości liczymy nato zaledwie procent całego wymaganego budżetu, też stawianego zamknięcie budżetu. Prócz satysfakcji z realizacji wzniosłego ideału, wspierania tworzeniaprzez organizatorów konkursu miejskiego na granty. Bez własnego sceny artystycznej w Łodzi, mogą oni wybrać z szeregu prezentów ufundowanych przezwkładu, którego jeszcze nie mamy, bo umówmy się, wystarczy weartystów biorących bądź niebiorących udział w festiwalu. Zachęcam gorąco do zajrzeniajść na Wspieram Kulturę, żeby zobaczyć, ile nam potrzeba, będziemy na naszą stronę crowdfundingową i wsparcia nas.musieli wyprzedawać nasze mieszkania. Ja już sprzedałem cebulki włosów, zresztą sam widzisz. Wydaje mi się, że chyba warto wesprzeć Joanna Szumacher: Wspierajcie nas na Wspieram Kulturę. Robimy kulturę i robimy to dla ludzi.nas w crowdfundingu. Całe życie odbierałem to jako żebry, zwłaszcza gdy ktoś zbiera na wydanie płyty, swoją fanaberię. Tutaj mamy ciKatarzyna Stańczak: Zbiórka idzie bardzo opornie, choć cały czas się nie poddajemy. Uru-ułanie każdego grosza na zrobienie czegoś dla kogoś. Dla ludzi. Dla chamiając crowdfunding, liczyłam na skalę - aktualnie w przedsięwzięcie zaangażowanychCiebie, dla mnie, dla Galerii Mała Czarna, Andel’s Art, Czynnej, Wikjest ponad 80 osób. Liczyłam na to, że jeśli każdy dorzuci swoją cegiełkę i upowszechnitora Skoka, W Y. Duża część artystów i ludzi tego nie rozumie. Wiesz, prośbę o wsparcie, to jakoś lawinowo to pójdzie. Koncepcja sześciu stopni oddalenia.myślenie, że są pieniążki z miasta, że mamy budżet i robimy sobie Niestety jest inaczej, i nie wiem, czy wynika to z niewiary w powodzenie festiwalu czyfest. To nie jest Open’er, że każde z nas wyciągnie po pięć baniek za niechęci lub zazdrości. Bo przecież nie chodzi o 5 czy 10 złotych, które każdy z nas wydajefestiwal. Każdy może nam pomóc, wpłacając pięć złotych. Jak widzę co tydzień na piwo... Nawiązując jeszcze do finansowania z Wydziału Kultury, finanso-wpłatę dziesięciu złotych, to myślę, że ktoś opił się syropu z szaleju. wanie opiewa wg możliwości konkursu na 60 procent budżetu. Także łatwo policzyć, ile w tej chwili nam jeszcze brakuje. I nie chodzi o to, że porwaliśmy się z motyką na słońce,Łukasz Broda: Posiadamy dość dużo prezentów dla wspierających: liczyliśmy jeszcze na wsparcie Ministerstwa - niestety wyniki odwołań planowane są nakoszulki, plakaty, płyty, dzieła sztuki, obrazy czy też sesja zdjęciowa. okres już po festiwalu.Zebrane fundusze pozwolą nam na pełną realizację projektu, który i tak już musieliśmy ostro zminimalizować przez brak funduszy. Zachęcamy Was do wsparcia nas, każda kwota się liczy. Czy festiwal ma być wydarzeniem cyklicznym? Łukasz Broda: Naszym celem jest stworzenie formuły, która powtarza Piotr Strzemieczny: Mi wystarczy raz do roku.się co rok, i mamy duże ambicje aby BLASK / BRZASK był wydarzeniem na który zjeżdżają osoby z różnych miast, aby mogli odwiedzić Katarzyna Stańczak: W przyszłym roku będziemy bogatsi o wiedzę,Łódź. Oczywiście już rozmawiamy o kolejnej edycji. Mamy dość którą zdobywamy teraz i co w którym momencie musimy załatwić iśmiałe plany i nie boimy się wyzwań :) uruchomić. Także jeśli nawet teraz nie będzie idealnie - w przyszłym roku będzie tylko lepiej.Maciej Łuczak: Mamy taką ambicję. Jeśli pierwsza edycja festiwalu okaże się sukcesem, kolejne naturalnie też nim będą. Joanna Szumacher: Zobaczymy. Na koniec poprosimy o konkrety: jakie czekają nas atrakcje? Jak zaplanować sobie dzień? Katarzyna Stańczak: Program jest na tyle bogaty że odsyłam do Joanna Szumacher: W galerii WY na przykład swoja wystawę otworzy Adrian Kolarczyk, wśledzenia nas na fejsbuku. Zaraz odpalimy też stronę internetową i Parku Źródliska 11 zagra swój pierwszy od trzech lat koncert. Będzie też piękna muzykalada dzień pojawią się mapki festiwalowe z trasami na poszczególnie w Parku Ocalałych.dni. Najlepiej nas śledzić na fejsie. Piotr Strzemieczny: Fajerwerki i kiełbasa z grilla. Królewskie dla leŁukasz Broda: Program już się ukazał, będzie min. performance Wojtkagionistów. Wystarczy przyjść w piątek o 16 do Andel’s Art i podążać Pusia w Szkole FIlmowej; koncert Wojtka Bąkowskiego w 6 dzielnicy.za tłumem. W sobotę wypij energetyka z Fokusem w reklamie i przyjdź na 11 do Małej Czarnej. Maciej Łuczak: Szczegółowy plan festiwalu znajduje się na naszej stronie na facebooku. Czy wydarzenia w poszczególnych miejscach będą trwały cały dzień czy po kolei będą otwierane kolejne wernisaże?Łukasz Broda: Każde wydarzenie otwiera się o określonej porze, gdzie będzie można uczestniczyć w każdym miejscu i zapoznać się Joanna Szumacher: Wydarzenia są organizowane przez kuratorów i toz pracami. Oczywiście, są to godziny otwarcia ułożone przez nas, od nich zależy, ile będą „siedzieć” w swojej galerii.gdzie każda wystawa, czy też wydarzenie rozpoczyna się godzina po godzinie. Będzie dość gęsto, ale przez wyznaczoną porę godzin Piotr Strzemieczny: Nic nie będzie trwało cały dzień, wszyscy pomarlibyotwarcia każdy będzie mógł uczestniczyć w wydarzeniu i miał możz głodu i pragnienia.liwość zobaczenia performance, czy też koncertu, gdzie te działania są niepowtarzalne. Godziny otwarcia i miejsca będą znajdować się Maciej Łuczak: Wernisaże będą otwierane po kolei i trwać będą jeszczena mapkach które udostępnimy w całej Łodzi. przez kilka dni. Z wyjątkiem koncertów i performance.

.

W E E K E N D


16|

ztatową, której czej aktywnośarty na dialog i nie eksplorująlko artysty, ale enie pedagoga.

| MIEJ MIEJSCE ▼▼

W

23.06.2017 |WYDANIE NO.01|

WARSZTAT PRACY

arsztat pracy, obecnie urzędujący w Galerii ASP na Piotrkowskiej 68, to wystawa szczególna. O ile zazwyczaj stwierdzenie tego typu trąci pustosłowiem, w tym wypadku wydaje mi się, że nie używam go na wyrost. Na precedens, z jakim mamy do czynienia, składa się z jednej strony sam dość osobliwy i złożony koncept (jego objaśnianiem zajmę się w dalszej części), z drugiej natomiast fakt, że stanowi ona efekt dwusemestralnej współpracy między Akademią Sztuk Pięknych a Muzeum Sztuki w Łodzi. Chociaż współdziałanie takich jed- nostek jak ASP i MS wydaje się oczywiste i naturalne, wciąż brakuje tego typu praktyk. Cieszy więc, że zrodzony w zeszłym roku koncept (którego ówczesnymi opiekunami byli Łukasz Ogórek, Daniel Muzyczuk i Robert Rumas, zaś owocem wystawa „Kąt padania ≠ kąt odbicia” w Galerii Kobro) doczekał się drugiej edycji i wszystko wskazuje na to, że z powodzeniem kontynuowany będzie w latach następnych. Poza przedstawicielami instytucjonalnej pary w tym roku w projekcie znalazło się miejsce dla dwóch ciał „obcych”: wytyczającego szlaki mistrza ceremonii w postaci artysty Roberta Kuśmirowskiego oraz mnie w roli piszącej, która bardzo szybko jednak, ze względu na otwartość i żyzność gruntu, funkcję biernego pióra porzuciła na rzecz bycia tkanką czynną. Z tego też względu tekst ten stanowić będzie formę relacji z miejsca zdarzenia, zeznania jednoczesnego uczestnika i świadka (tym samym daję sobie przyzwolenie na ewentualne prywaty i zbyt subiektywny ogląd).

Program tegorocznych warsztatów został opracowany przez Łukasza Ogórka (kierownika Pracowni Multimediów ASP), Joannę Sokołowską (kuratorkę Muzeum Sztuki w Łodzi) oraz, rzeczonego już, zaproszonego do współpracy artystę — Roberta Kuśmirowskiego. Idea całości była prosta, ale kompleksowa: najpierw budujemy teoretyczne podwaliny, aby potem pełniej i bardziej świadomie móc wyrażać i konstruować własne wypowiedzi artystyczne. Tym samym przedsięwzięcie, jak w roku ubiegłym, podzielone zostało na dwa bloki. Pierwsza część, składająca się z seminaryjnych spotkań, zapoznawała uczestników ze specyfiką kuratorskich aktywności, sposobami tworzenia wystaw, a także drogami współpracy między artystami, kuratorami i instytucjami sztuki. Swoimi doświadczeniami i metodami pracy podczas obecnej edycji dzielili się Agnieszka Pindera, Joanna Sokołowska, Katarzyna Słoboda, Jarosław Suchan oraz Daniel Muzyczuk. Materiałem dla większości spotkań były tkanki żywe — prowadzący mieli szczęście przeprowadzać wykłady na miejscu kuratorowanych przez siebie wystaw, dzięki czemu nabierały one wielowymiarowego charakteru. To niby drobny szczegół, w rzeczywistości jednak niezwykle ułatwiający sprawę — zamiast suchych wykładów ograniczonych do multimedialnych prezentacji, my, studentki i studenci, mogliśmy na bieżąco porównywać pomysły i tezy z ich namacalnymi rezultatami, zadawać pytania bezpośrednio tyczące się otaczających nas wystaw — czy to pod względem koncepcyjnym, aranżacyjnym, technicznym lub też kolektywnym — wystawy jako wydarzenia wspólnotowego. Teoretyczne rozprawy były jednak tylko rozgrzewką przed częścią warsztatową, której stery w tym roku objął Robert Kuśmirowski — artysta stale głodny twórczej aktywności, lecz do tej konsumpcji zasiadający przy wspólnym stole, zawsze otwarty na dialog i spotkanie z drugim człowiekiem. Przy tym postać wielowymiarowa, uważnie eksplorująca różnorodne techniki i obszary sztuki, łącząca w sobie pierwiastek nie tylko artysty, ale też świadomość kuratora, jak i doświadczenie pedagoga. To on w głównej mierze wyznaczył szlaki dla tegorocznych warsztatów, zachęcił do skoku na główkę. Skoku niełatwego, co potwierdza choćby liczebność uczestników — od pierwszego spotkania w Pracowni Multimediów do ostatecznego montażu wystawy, grupa uczestników zmniejszyła się chyba o połowę. Robert, znany z intensywności i nazywający działalność artystyczną ciągłą orką na ugorze, wymyślił bowiem eksperyment specyficzny. Zadaniem każdego z nas było wykreowanie fikcyjnej instytucji, w której mieliśmy objąć funkcję fikcyjnego kuratora zapraszającego na fikcyjną wystawę pięciu — rzecz jasna fikcyjnych — artystów (reprezentujących różnorakie postawy twórcze), w imieniu których wykonamy już nie tak fikcyjne prace. I tu otworzyło się pole do, często nieoczywistych, eksploracji. Z jednej strony można było podejść do tematu na zasadzie niekoniecznie komfortowej konfrontacji i wymyślić postaci zupełnie odmienne od naszej dotychczasowej praktyki, tworzące prace, wobec których zawsze staliśmy w kontrze. Z drugiej, był to pomysł-marzenie pozwalający wcielić się w kogoś, kim zawsze chcieliśmy się stać, nęcące narzucenie na chwilę cudzej skóry, które umożliwiało podjęcie prób szalonych czy przerysowanych. Autorska metoda Roberta na wstępie była więc w jednym momencie biletem do wesołego miasteczka z nielimitowanym dostępem do wszystkich atrakcji, jak i sprintem na bieżni, która nie chce się zatrzymać i tylko podkręca tempo. Na ile rzeczywiście tę próbę przepracowywania inności udało nam się podjąć? Trudno ocenić. Wychodzenie poza bezpieczne, w miarę oswojone ramy funkcjonowania nigdy nie przychodzi na pstryknięcie palcem. Myślę jednak, że choćby próba wystawienia stopy poza, badanie nawet bliskich, ale jednak marginesów, jest cenną i punktującą na przyszłość penetracją. Nie chodziło też o totalne odrzucenie osobistych metod i przekonań czy zanegowanie naszego ja, ale właśnie o zupełnie beztroskie testowanie. Swobodne, bo przecież pod cudzym imieniem; innym, ale jednak tak bardzo naszym. Marta Krześlak (jedna z uczestniczek) powiedziała, że stworzone przez nas wystawy były bardzo autoportretowe, bo plasteliną do ich modelowania okazały się być w głównej mierze nasze niezrealizowane marzenia. Eksperyment ten stał się szansą na przekroczenie naszych wewnętrznych granic; możliwością zrealizowania prac, które chcieliśmy zrobić, ale do tej pory coś nas przed tym powstrzymywało; wyzwaniem, próbą i śmiałą degustacją, po której nie dostaniemy czkawki, ani nie rozbolą nas brzuchy. Na swoim przykładzie widzę dobitnie, że nie chodziło przecież o skok na główkę tak spektakularny, że aż spuentowany połamaniem karku, ale właśnie przewietrzenie własnej głowy i to w niej szukanie inności, alternatyw naszego ego, mozaikowości, które pozwalają na budowanie, redefiniowanie i tworzenie nowego.

| Ł Ó D Ź |

Fikcyjne koncepcje, które kreowaliśmy, od początku nie były rozpatrywane wyłącznie w formie ideowej waty. Wręcz przeciwnie — miały stać się tworzywem dla książek artystycznych, swego rodzaju katalogów naszych wymyślonych wystaw, które zaprezentować mieliśmy już w prawdziwej przestrzeni galerii na Piotrkowskiej. Książkowa forma wiązała się z dwoma ważnymi aspektami — po pierwsze oferowała fizyczny, materialny nośnik, w spójny i przejrzysty sposób prezentujący odbiorcy nasze fantazje, kreacje i pomysły. Po drugie — obligowała do artykulacji artystycznych koncepcji. Katalogi, poza reprodukcjami czy dokumentacjami prac, miały zawierać bowiem biogramy i teksty odautorskie. Dla mnie, absolwentki twórczego pisania na kulturoznawstwie, słowna żonglerka jest chlebem powszednim, wiem jednak, że werbalizacja to praktyka uciążliwa, a lepka magma interpretacyjna, semantyczna i ideowa prześlizguje się przez palce przy próbach poddania jej dyskursywnej obróbce. Dla studentów uczelni artystycznych, czy wszelkich twórców w ogóle, to jednak praktyka obligatoryjna — można oczywiście pozostawić dzieło samemu sobie albo oddać je we władanie krytyków czy komentatorów; dobrze jednak nauczyć się samemu nakreślać ścieżki interpreta- cyjne. Nawet nie dla odbioru zgodnego z naszym założeniem, ale jako pożywki dla samych siebie. Często bowiem dopiero przy wypowiadaniu pomysłów jesteśmy w stanie dotknąć ich istoty, tym samym testując celowość i rację bytu (czy też ich brak). Poza tym — to artykułowanie nigdy nie jest głosem rzucanym w przestrzeń, który głucho odbija się od ściany, ale rodzajem bumerangu, otwarciem na wymianę poglądów, wspólnotowe przepracowywanie, kolektywne szukanie rozwiązań najcelniejszych. Uczeniem się siebie, ale i uczeniem się innych. Wspólne omawianie projektów zaowocowało też jeszcze jednym unikatowym odkryciem. Kuśmirowski jest bowiem małą encyklopedią techniczną — zna prawdopodobnie każdy materiał, jaki nosi ta planeta. Tym samym, Robert był lepszą wersją wujka Google, jeśli chodzi o znajomość surowców, co często okazywało się pomocne przy projektowaniu poszczególnych realizacji czy samym montażu prac. Pokazywał też zupełnie osobliwe podejście do warsztatu pracy, który zresztą — choć pierwotnie był tylko roboczym hasłem dla naszych dwóch semestrów spotkań — ostatecznie jednak urósł do tytułu finalnego. Może to nasz błąd — wynik braku czasu czy zbyt pobieżnego omawiania poszczególnych koncepcji w grupie w celu wypracowania jakiejś wspólnej drogi. Może to jednak plus, bo kiedy zgromadziliśmy kompletnie różne prace w przestrzeni galerii, realizacje nawet nie jedenastu (zgodnie z liczbą uczestników), ale kilkudziesięciu (i to przecież nigdy nieistniejących jednostek), okazało się — ku zdumieniu wszystkich — że zaczynają one do siebie pasować. Że ta pozornie zupełnie przypadkowa zbieranina posiada punkty styczne; że prace w pewien sposób odbijają się w sobie, dotykają podobnych problemów, wykorzystują bliskie sobie techniki, biegną w tym samym kierunku. Wielu z nas zupełnie niezależnie, ale tym samym idąc pod ramię, na warsztat wzięło choćby stan naszej planety, uwypukliło kozi róg, do którego ludzka działalność zagania naturę. W swoich pracach mówiliśmy o kondycji — człowieka, świata, sztuki. Jako artystów wybieraliśmy nie tylko absolwentów ASP, ale ludzi zupełnie spoza — stoczniowców, rybaków czy fascynatów kolei; za materiał dla naszych prac obieraliśmy przedmioty znalezione, często zupełnie absurdalne. Niezależnie i na różnych poziomach fascynowało nas słowo, jego warstwa foniczna czy powtórzeniowa. Sama ekspozycja nosi w sobie znamiona szkatułkowości. Kiedy oglądający wchodzi do galerii, w pierwszym momencie może nie wyłapać wszystkich powiązań i klucza interpretacyjnego. Zapoznanie się z samymi z pracami nie da pełnego oglądu; myślę jednak, że puzzle te dają się ułożyć. Ową hipotezę potwierdza opiekująca się Galerią pani Małgorzata Zawada. Podobno odwiedzający wystawę zostają rzeczywiście na dłużej, pochłaniają historie z katalogów, próbują wyłuskiwać relacje i dogrzebywać się do źródeł oraz sedna konkretnych realizacji. Oznaczałoby to, że w tym szaleństwie była metoda i choć wciąż podejmuje się problem „szybkiej” sztuki i standardowego (standardowo krótkiego) czasu, jaki odbiorcy poświęcają na kontakt z pojedynczym dziełem, u nas biegnie to swoim rytmem. Więc być może — zupełnie nieświadomie — udało nam się zamiast bloków startowych do sprintu, rozstawić ruchome piaski, w które aż chce się wsiąknąć. Mamy nadzieję. M a ł g o r z a t a Pa w l a k ( ro c z n i k 9 4 ) – a b s o l w e n t k a t w ó rc z e g o p i s a n i a n a Uniwersytecie Łódzkim, obecnie kontynuująca naukę na II stopniu kulturoznawstwa. Zajmuje się tworzeniem kolaży, działaniami interdyscyplinarnymi oraz słowną żonglerką, najczęściej w myśl zasady, że największa i najwspanialsza jest sztuka przerysowania.

.

Uczestniczki/uczestnicy: Mateusz Bidziński, Grzegorz Demczuk, Eliza Gawrjołek, Adrianna Gołębiewska, Witold Gretzyngier, Bogna Juchnowicz, Marta Krześlak, Karolina Lipińska, Małgorzata Pawlak, Katarzyna Pomorska, Agata Gansiniec Opiekunowie projektu: Robert Kuśmirowski, Joanna Sokołowska


MIEJMIEJSCE.COM

17|

rzeźby, obiekty, pisane i kowane. nastroje: wzmagająca – „Śmieci”. Jak

WYSTAWY

WARSZTAT

WSCHODNIA

Na przykład „Projekt pomnika” spoczywający na kawałku wytartej wykładziny. Kupa kości zwierzęcych z resztkami krwi i mięsa. W innym kontekście – kuchni, sklepu rzeźniczego czy nawet samej rzeźni wyglądałyby naturalnie i zwyczajnie. Rzucone w kąt budzą odrazę i wstręt. Przestrzeń staje się nieczysta, wydaje się, że już czuć, już śmierdzi. Chciałoby się zapytać artystę czy nie posunął się za daleko? Czy gest nie jest zbyt prowokacyjny? Czemu właściwie ma służyć? To jakiś protest? Wrzask na kogoś, na jakieś zło? Tyle, że kości są z drewna, a krew i mięso z farby, namalowane. Słowem – to tylko teatr, dekoracja, rekwizyty, które mają widza przekonać, że to co widzi jest prawdziwe, choć przecież wcale tak nie jest. wid-

za, piką ż e t o

s

ą

Wizualnie chyi najmocniejsza z zaprezrzeczy. „Rzeźbą” jest torso nane ze skóry… Najprawdziwszej. kolorze. Pokrytej szczelnie tatsztywnej, bo jakże inaczej? Musi zakonserwowana. Budzi się znów cały ciąg skojarzeń jgorszym, czyli chorymi eksperyców, co to sobie abażury z ludzi strasznie, nieprzyjemnie, chorobto tylko kolejna historia, opowiedniezwykłej konwencji. Jakby artysta grozy, który sięga po środki znane tości i tego, co się czai w mroku. Co strach wywołany u widza jest w O czym jest ta praca? Pr z y z n a m , że bardzo - awanturnikiem, nożem, no t a t uowanego W l u b Być

„Bez przez prostu tytule liwych A z łupi tyt

y

kolejnych pra„przedstawiają-

że autor wystawy przy będzie na próbę. onej w beton i uzupełnionej o mentów), zatytułowanej „Enkltragedię. Człowiek leży na ulicy, to trup. Ofiara walk? Zamieszek? Ubranie jest brudne, jakieś dresy za ciekawie. A jednak… Skąd te wielobarwnych motyli. Czy to je wywołane przez No a sny, choć „Self-Specific. właściWszystkie moje marzenia”? ba najciekawsza entowanych męskie… WykoW cielistym uażami. Trochę być przecież jakoś z pierwszym namentami hitlerowwyrabiali. I znów jest liwie nawet. A przecież ziana z wykorzystaniem wcielił się w reżysera filmów ze świata horrorów, niesamowistraszy, ale nie za bardzo. Gdzie gruncie rzeczy li tylko rozrywką. O wszystkich artysty marzeniach. się zdziwiłem, że chciałby być piratem żeglować, mieć krwawe przygody, władać i dziewczynę w każdym porcie. Treść wykomiksu jest jednoznaczna! cach, nazwijmy je umownie „realistycznymi” cymi”, artysta porusza kolejne problemy.

może w „Idolu”, fotografii przedstawiającej strzelistą kolumnę (wykonaną z „wapienia pińczowskiego”), wokół której macha ogonami psia sfora, zastanawia się nad problemem idolatrii? Czy w pracy tytułu” (wydruk cyfrowy) podejmuje wątek medytacji, trudnych do pojęcia praktyk stosowanych jakichś szamanów albo fakirów, którzy pozwalają zakopać się w ziemi dla kolejnych doznań duchowych? A może oswaja strach przed byciem pogrzebanym żywcem? A może po chciał wykonać dziwaczną fotografię? Czy w przypadku „wyprodukowania” gazety o znamiennym „Nie rozumie” polemizuje ze światem na serio czy tylko stwarza pozory i znów – żartuje z żari zażartych sporów, chwytów retorycznych, przekrzykiwania się i przeklinania. propos – następna praca o tytule łudząco podobnym d o przekleństwa „Fracking Good” to już żart, prawda? Żart ków i tego całego sporu o nasze bogactwa, które leżą lub nie „zakopane” w ziemi lko czekają aby nas uczynić „fracking” bogatymi. W każdym razie pomysł a b y namalować pejzaż, z którego spadają na podłogę poszczególne elemenjest przedni.

Wiem, wiem. Wszystkie przedstawione wyżej interpretacje można bez trudu podważyć i wykazać, że mylę się i plotę. Widząc jednak realne, coś znaczące przedmioty widz ma przynajmniej szansę na spekulacje, odgadnięcie tego, co artysta chciał mu powiedzieć. I wejść z nim w polemikę. Przytaknąć. Oburzyć się. Nie zgodzić. W przypadku prac abstrakcyjnych zostawał sam na sam z… Pustką wszystkiego? Nadmiarem niczego? Dziwna była ceramiczna praca „Black Box” – sześcian zawieszony bez sensu na ścianie, na niej huba inspirowana „czarnym kwadratem” Kazimierza Malewicza. Zwyczajna za to realCarton”, czyli geometryczny obraz z wykorzystaniem barwionego na dwa kolory drewna. Najbardziej tajemnicza była bez wątpienia „rzeźba” zatytułowana „Nie ma i nie było”. Zastana-

choć

ZTUKA

Już po raz trzeci nagroda Muzeum Sztuki polega na czasowej ekspozycji studenckich prac w kontekście stałej kolekcji „Atlas Nowoczesności” w ms2 wśród dzieł znanych artystów. Po ekspozycji na korytarzach gmachu Akademii Sztuk Pięknych powinny spełnić nową rolę i funkcjonować w relacji z dziełami muzealnymi, które często są już ikoniczne, rozpoznawalne i uznane. Tym razem prace studentek eksponowane są w haśle „Emancypacja” pomiędzy obrazem Pauline Boty, wideo – Adriana Paci, Ewy Partum, Angeliki Fojtuch i innych. Irena Zieniewicz tytułem odnosi się do „Teorii Widzenia” Władysława Strzemińskiego. Fragmenty publikacji przetransponowane zostały na język Braille’a na na dyskretnych wizualnie transparentnych płytkach z charakterystycznym widokiem zapisu języka dla niewidomych. Widzący tym razem nie są pewni czy zawierzyć tytułowi sugerującym treść autorstwa Strzemińskiego. Przestali być głównym adresatem i są „w mniejszości”. Można dotknąć kształtów, ale bez znajomości języka Braille’a nic więcej się nie ujawni. Według autorki Ireny Zieniewicz tworzy to napięcie pomiędzy widzeniem i rozumieniem. Jednocześnie wprost przypomina o każdym odbiorcy, o wszystkich grupach publiczności. Marta Krześlak „Wyobraź sobie, że to już” jest zapisem performance , który miał miejsce w Warszawie na ulicy Wareckiej. Z pozoru idylliczny obraz nucącej artystki zajętej konkretną pracą ręczną dotyczy emancypacyjnej historii Indian z połowy XIX w. Ujęty w filmie cytat z listu Wodza plemienia Szwani do prezydenta, który „Pragnie nabyć naszą ziemię, ale jak można kupować lub sprzedawać niebo. Pomysł ten wydaje się nam tak dziwny, jeśli nie mamy na własność świeżości powietrza, ani lśnień na wodzie” jest zapisem aspiracji i marzeń o pełnej tożsamości, które nie zawsze w rzeczywistości mogły się ziścić. I r e n a Z i e n i e w i c z u r o d z o n a 0 9 . 0 3 .1 9 9 3 r o k u w Lublinie. W od 2006 roku uczęszczała do Ogólnokształcącej Szkoły Sztuk Pięknych w Lublinie. W październiku 2012 rozpoczęła ona studia na Akademii Sztuk Pięknych im. Władysława Strzemińskiego w Łodzi na Wydziale Grafiki i Malarstwa, na kierunku malarstwo. W 2015 rozpoczęła równoległe studia na Wydziale Rzeźby i Działań Interaktywnych. W poprzednim roku partycypowała w kilku wystawach zbiorowych prezentujących jej osobiste dokonania. W lutym 2014 otrzymała Stypendium Marszałka Województwa Lubelskiego dla osób zajmujących się twórczością artystyczną, upowszechnianiem kultury i opieką nad zabytkami w roku 2014, następnie otrzymała nagrodę Rektora Akademii Sztuk Pięknych im. W. Strzemińskiego w Łodzi dla najlepszych studentów w roku akademickim 2014/2015, 2015/2016, 2016/2017. Marta Krześlak (1994) studiuje na Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi. W swojej twórczości używa medium video, fotografii, tworzy instalacje w przestrzeni. Eksperymentuje z formą performanc’u i działaniami wokalnymi. W swoich pracach poszukuje nieoczywistości, która pojawia się często w zestawieniu efektów działalności człowieka z siłami natury. Mieszka w Grabinie pod Łodzią. Pracuje w swoim garażu. Brała udział w wystawach zbiorowych m. in. w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, Muzeum Sztuki w Łodzi, Galerii Labirynt w Lublinie, Akademii Sztuki w Szczecinie, Oktogon der HfBK Dresden. Ma za sobą również indywidualne prezentacje własnej twórchości w Pracowni Duży Pokój w Warszawie oraz Galerii Nasza Ściana w Łodzi. Finalistka 16 edycji Artystycznej Podróży Hestii, wyróżniona w konkursie Młode Wilki 15,uczestniczka BiennaleWRO Draft Systems.

. .

jakby wyrosła izacja „Ceci Est Un wiająca,

▼S

tym roku aż dwie studentki Marta Krześlak (IV rok) i Irena Zieniewicz (II rok) zostały nagrodzone przez Muzeum Sztuki w Konkursie W. Strzemińskiego 2017. Jest to interesująca edycja skonstruowana w formule większej śmiałości niż poprzednie, z przekroczeniem skali w rzeźbie, z bardzo dobrymi przykładami wideo, jak i nawet wspólnymi pracami studentek. Całe to spotkanie - również nagradzających z młodymi twórcami ma własną aurę, gdzie zarówno instytucje państwowe, miejskie, jak i prywatne miejsca sztuki stają w szranki by docenić i nagrodzić twórczą społeczność studencką.

ic nie było oczywiste, a prace porozrzucane po kątach. Były i i fotografie, s ło w o wydruWszystkie od grozy, przez zaciekawienie, zaskoczenie do rozśmieszenia. Groteska poczucie dezorientacji, pojawiająca się już przy tytule wystawy: „Trash” się okazało – bardzo kokieteryjnym.

W czarno-białej fotografii (wtokilkanaście kolorowych eleawa” artysta pokazuje ludzpod murem. Można pomyśleć, Wygląda jakby nie miał głowy. z Armii Zbawienia. Nie wygląda motyle? Fruwa nad nim stado duchy alkoholowe? Halucynacnarkotyki? Czy „zwyczajne” przecież każdy wie, że sny wie zawsze nadzwyczajne.

ŚMIECI

W

N

Już sama ta praca powinna ostrzec każdej kolejnej wystawiać go

LA URE ATKI DWIE W MS 2

▼WYDARZENIA▼

zwy-

czajna, zgrzebna - ona jedna zasługuje na określenie „Trash”. Rzecz składała się z dwóch szafek kuchennych w powyłamywanymi drzwiami. Wiszących. Ta z lewej była pusta. Ta z prawej… zalana betonem. Na półkach żadnych szklanek czy talerzy, czy co się tam trzyma w szafkach. „Nie ma i nie było”, oznajmia kategorycznie artysta. Patrząc na wiszące przodem do tyłu i tyłem do przodu szafki miałem przedziwne wrażenie, którego nie potrafię do końca wytłumaczyć – jakbym oglądał wnętrze galerii od strony ściany, stojąc z tyłu mebli, ukryty.


Miej miejsce  
Miej miejsce  
Advertisement