Issuu on Google+

Thomas Thiemeyer

Miasto PoĹźeraczy Deszczu


Thomas Thiemeyer

Miasto Pożeraczy Deszczu Kroniki poszukiwaczy niezbadanych światów

Dla Rainera


Tytuł oryginału Chroniken der Weltensucher Die Stadt der Regenfresser Copyright © 2009 Loewe Verlag GmbH, Bindlach Copyright © for Polish translation by Wydawnictwo DEBIT sp. j. Wszystkie prawa zastrzeżone Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana ani rozpowszechniana w żaden sposób: elektronicznie, mechanicznie, fotograficznie ani też komputerowo bez uprzedniej pisemnej zgody właścicieli praw autorskich.

Tłumaczenie Joanna Mikołajczyk Redakcja Paulina Kielan, Marta Stasińska Korekta Wiktoria Międzybrodzka

ISBN 978-83-7167-750-2 Wydawnictwo DEBIT sp. j. 43-300 Bielsko-Biała, ul. M. Gorkiego 20 tel. 33 810 08 20

Księgarnia internetowa

www.wydawnictwo-debit.pl


Prolog Styczeń 1893 roku, gdzieś w peruwiańskich Andach…

Mężczyzna oddychał nierówno. Jego skóra połyskiwa-

ła w ciepłym świetle wieczornego słońca. Pot, krew i kurz zostawiły ślady na jego ubraniu. Poplamiony i zmięty materiał kleił się do ciała, wyraźnie zarysowując kształt rąk i nóg. Szeroki kapelusz, który osłaniał go przed południowoamerykańskim słońcem, zgubił przed kilkoma dniami. Tragiczna strata, zważywszy, z jaką mocą potrafi przygrzewać tutejsze słońce. Teraz bezlitosne promienie groziły mu wypaleniem resztek rozsądku. Rzadkie włosy mężczyzny trzepotały w podmuchach wiatru niczym szary dym, gdy powoli sunął naprzód. Ostrożnie, stawiając jedną stopę przed drugą, przesuwał się wzdłuż wąskiego gzymsu, który przed wiekami wewnętrzna siła Ziemi wyłamała ze skalnej ściany. Próbując wymacać palcami szczeliny w nagim granicie, rozpaczliwie walczył z pokusą spojrzenia w dół. Widok bezdennej otchłani miał w sobie niemal hipnotyczną siłę przyciągania. Wiedział o tej zdradzieckiej mocy przepaści. Każdego – nawet tych pozbawionych lęku wysokości – mogła w końcu przywołać do siebie. Krajobraz wokół fascynował i przerażał. Pod stopami wędrowca raz po raz rozstępowały się chmury, odsłaniając widok na jeszcze większe przepaści. Tam, w dole przeświecała ciemna, pełna tajemnic puszcza. Wyglądała niczym szmaragdowa 5


poducha mchu, której wierzch gdzieniegdzie rozświetlały zbłąkane promienie słońca. Mężczyzna zamknął oczy. Jego dłonie jeszcze mocniej przywarły do skały. Nie sposób sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby stracił oparcie. Spadałby pewno całą wieczność. Na szczęście nie należał do ludzi, których wysokość przyprawiała o zawroty głowy. Zdobył już wiele szczytów, wdrapywał się na zwieńczenia murów ruin wysokich jak wieże i przemierzał wiszące mosty, gdzie niejednego z jego kolegów paraliżował strach. Ale tu było inaczej. Tak potężna ściana skalna przekraczała wszelkie wyobrażenia. Nie dało się jej z niczym porównać. Dwa kilometry stromego spadku poniżej i co najmniej kilometr ściany ponad jego głową tworzyło największy pionowy płaskowyż, jaki kiedykolwiek widział człowiek. Cud natury, przy którym nawet Wodospady Wiktorii w Afryce czy Wielki Kanion w Ameryce Północnej wyglądały jak tanie jarmarczne atrakcje. A gdyby tego było mało, natknął się tutaj na tak niezwykłą kulturę, że nikt z rodaków nie dałby mu wiary. A jednak, miał niezbite dowody. To, co niósł w przewieszonej przez ramię skórzanej torbie, było cenniejsze niż wszystko, co miał zgromadzone na koncie w banku. Cenniejsze niż jego dom w New Jersey i domostwo rodziców mieszkających po sąsiedzku razem wzięte. Wartości tego skarbu nie dało się wyrazić liczbami, choćby dlatego, że miał bardziej duchową niż materialną naturę. Był to skarb wiedzy, który na zawsze mógł zmienić życie ludzi. Jedyny problem tkwił w tym, by bez uszczerbku dowieźć go do domu. Tak jak to zwykle bywa ze wszystkimi wielkimi tajemnicami, tu też znalazł się ktoś, komu zależało, by nic z tej tajemnicy nie wyszło na jaw. 6


Mężczyzna miał za sobą już ponad połowę drogi, gdy pozwolił sobie na chwilę wytchnienia. Słońce stało tak nisko, że jego postać rzucała długi cień na złocistą ścianę skalną. Przed sobą widział ścieżkę prowadzącą do wolności. Plątanina zarośli i gęste subtropikalne lasy dawały wystarczająco dużo możliwości schronienia – pod warunkiem że dotrze do nich przed zachodem słońca. Schodzenie w ciemności byłoby zwykłym samobójstwem, a noc w tych szerokościach nadchodziła bardzo szybko. Dwieście pięćdziesiąt metrów dzieliło go od celu. Całe ćwierć kilometra wzdłuż występu niewiele szerszego niż wstążka – bez zabezpieczenia, bez wyjścia i bez możliwości skrótu. Był tu widoczny jak na dłoni. Jak dotąd dopisywało mu szczęście. Najwyraźniej prześladowcy nie spodziewali się, że okaże taką brawurę, by wybrać tę właśnie drogę. Jeśli go szukali, to z pewnością we wszystkich innych możliwych miejscach. Pytanie tylko: jak długo jeszcze? Kiedy wpadną na myśl, że zdecydował się na Szlak Niebios? Czas powoli się kurczył. Zgrzany i słaby podążał naprzód. Dłoń za dłonią, stopa za stopą, krok za krokiem. Wiatr przywiał tu na górę zapach wieczoru. Nad jego głową, na fioletowym firmamencie zaczęły rozbłyskiwać pierwsze gwiazdy. Myślami wciąż powracał do minionych zdarzeń. Przypominał sobie, jak pierwszy raz wkroczył do tej przedziwnej krainy. Wspominał pełne niedowierzania spojrzenia tubylców, gdy uzbrojony w aparat i zapas płytek fotograficznych pokonywał drogę do ukrytego płaskowyżu. Na przekór wszystkim ostrzeżeniom on i jego muł wdrapali się na skałę od strony wąwozu, rozpoczynając przygodę, o jakiej wcześniej nawet mu się nie śniło. 7


Gdy tak wciąż rozmyślał o minionych dniach, jego uszu nagle dobiegł jakiś odgłos. Coś w rodzaju drapania, jakby ktoś pocierał o siebie dwa kawałki drewna. Stanął i nasłuchiwał. Tak. Znów to samo. Najpierw słabo, potem coraz mocniej. Gdzieś ponad nim oderwała się garść kamieni i gruchnęła prosto w przepaść. Narastała w nim panika. Znał ten odgłos. Znał go aż nazbyt dobrze. Odwrócił się i spojrzał do tyłu. Nikogo nie było. Występ skalny był pusty. Rzut oka w dół, potem do góry – i nic. Zdawało mu się tylko? Odczekał parę sekund i właśnie chciał się odwrócić, gdy ten sam odgłos usłyszał ponownie. Tym razem bliżej. Dobiegał z jakiegoś miejsca tuż nad nim. Zaalarmowany wpatrywał się w górę. Nisko wisząca chmura zasłaniała mu widok. Wyciągnięty próbował przebić wzrokiem mgłę. I nagle zobaczył coś. Szybki ruch w chmurze. Coś olbrzymiego. Niemal sparaliżowany strachem, odwrócił się znów do przodu. Zapominając o wszelkiej ostrożności, przyśpieszył kroku. Jeszcze tylko jakieś sto dwadzieścia metrów. Niebieskoszare cierniste zarośla i kaktusy znaczyły koniec Szlaku Niebios. Za nim zaczynał się las. Wiedział, że tam będzie bezpieczny. Ledwie sto metrów, śmieszna odległość dla kogoś z taką kondycją jak on. A jednak jemu brakowało czasu. To coś goniło go i było szybsze. W przeciwieństwie do niego przywykło do życia w pionie. W jednej chwili podjął decyzję. Ściskając pod pachą torbę z cenną zawartością, oderwał dłonie od skały i zaczął biec. Najpierw powoli, potem coraz szybciej i szybciej. Bezdenna przepaść tylko znikała pod jego stopami. Nogi pędziły, wciąż skracając odległość do mety Szlaku Niebios. Sto metrów... siedemdziesiąt pięć... pięćdziesiąt. 8


Zbliżał się już do końca ścieżki, kiedy padł na niego cień prześladowcy. Obezwładniający odór uderzył go w nozdrza. Przypominał mieszankę olejku różanego z czosnkiem. Słyszał odgłos oddechu, poprzedzony sykiem. Poczuł pieczenie na plecach. Wygiął rękę do tyłu, ale jego dłoń nie mogła dosięgnąć bolącego miejsca. Zasyczało raz jeszcze. Tym razem ukłuło go w ramię. Odwróciwszy głowę, dostrzegł kolec, długi i cienki jak chińska pałeczka, który wbił się mu głęboko w rękę. Tracił zmysły. Rośliny znajdujące się już przecież na wyciągnięcie ręki, teraz zdawały się coraz dalsze. Wszystko było jak zaczarowane. Wyglądało tak, jakby gzyms pod jego stopami był z gumy, którą jakaś niewidzialna siła rozciąga w nieskończoność. Opuściła go nadzieja. Zachwiał się niebezpiecznie, tracąc grunt pod nogami. Potykał się, zataczał, trafiał w próżnię. Kamienie obluzowywały się i spadały w przepaść. Próbował utrzymać równowagę, ale było już za późno. Wiosłując wściekle rękami, gorączkowo szukał oparcia. Na próżno. Żadnego kamienia, żadnego konaru, żadnej gałęzi. Wreszcie runął. Z rosnącą prędkością przelatywała obok niego skalna ściana. Nie miała żadnego występu czy zagłębienia, nic, czego można by się uchwycić. Niepowstrzymanie spadał w przepaść. Wiatr nabierał siły orkanu, podczas gdy on leciał coraz szybciej. Huk i grzmot wypełniały przestrzeń, grożąc jego uszom rozsadzeniem. Próbował krzyczeć, ale nie sposób było przebić dudnienia. Obrazy z przeszłości rozbłyskały przed jego wewnętrznym okiem, mieszały się z szalonymi wizjami. Bez wątpienia to efekt trucizny, którą nasączono kolce. A potem z nieodpartą pewnością stało się dla niego jasne, że umrze. To już koniec, szlus. Jego podróż, cała wiedza – wszystko na nic. 9


Co za strata! Kiedy parę minut później wpadł w sieci, był nieprzytomny. Nie poczuł, że kunsztownie utkana sieć zahamowała jego upadek i ostatecznie go złowiła. Nie miał pojęcia ani o tym, że potem zbliżył się wąski, barwnie naznaczony statek powietrzny z nadętymi żaglami, ani o tym, że wysunięto z niego podnośnik, który zabrał go na pokład. Kiedy jego torba wypadała mu spod ramienia i lądowała w szumiącym nisko pod nim strumieniu Cañón del Colca, on w tym czasie zapadał w głęboką nieświadomość.

10


Część 1

Tajemnica ¤

11


1 Berlin, trzy miesiące później...

Jak tylko ujrzał tego mężczyznę, od razu wiedział, że coś

jest nie tak. Powierzchowność nieznajomego natychmiast przykuła uwagę Oskara. Jegomość mierzył jakieś metr dziewięćdziesiąt i był potężny jak szafa, do tego miał na sobie czarny jak smoła skórzany płaszcz, na głowie wysoki, wąski cylinder, a na nogach podkute buty z cholewą. Ale to głównie ta wspaniała spacerowa laska przyciągnęła wzrok Oskara. Jak wszystko w tym człowieku, tak i ona porażała absolutną czernią, zupełnie jakby wessała całe światło. Jedynie gałka w kształcie lwiego łba połyskiwała jasnym, oślepiającym złotem. Twarz mężczyzny skrywał cień. Oskar dostrzegł jednak ostro zarysowany kontur nosa, niewiele różniący się od sokolego dzioba, wąskie okulary i gładko ogolone policzki. Włosy, lekko posiwiałe na skroniach, z tyłu głowy miał splecione w warkocz. Mężczyzna stał skoncentrowany przed witryną sklepu z białą bronią: szpadami, szablami i rapierami. Coś niebezpiecznego owiewało tę postać niczym zimny wiatr. W innym wypadku Oskar ominąłby ją szerokim łukiem, ale jakaś niewytłumaczalna ciekawość nie dawała mu spokoju. Czego szukał ów, z całą pewnością zamożny, jegomość w tej bądź co bądź nieszczególnie ekskluzywnej dzielnicy? Czym mógł się zajmować, i – co najciekawsze – jakie cenne przedmioty miał przy sobie? Z drugiej strony, mężczyzna nie wyglądał na takiego, który pozwoliłby się łatwo oskubać. A może lepiej być ostrożnym? 12


Oskar podjął już decyzję – kogo innego wybierze na ofiarę. Wtem jego wzrok wyłowił pewien szczegół. Z kieszeni płaszcza nieznajomego wystawał koniuszek jasnobrązowego skórzanego etui. Jednego z tych, jakie ostatnio tak chętnie importowano z Paryża, a w których przyjęło się nosić pieniądze. Tak zwana portemonnaie. Pokusa była po prostu zbyt wielka. Oskar wcisnął się za pierwszą napotkaną bramę, z teczki wydobył buteleczkę wody kolońskiej i spryskał się, by stłumić nieprzyjemny zapach rynsztoku. Robił to odruchowo. Cały fortel skutecznego rabusia polega na tym, żeby ani nie wyglądać na złodzieja, ani nim nie pachnieć. Wielmożni państwo od niczego innego nie stronią bardziej niż od widoku brudu i nędzy. Ten, kto chce odnieść sukces w swoim fachu, musi zadbać o odpowiedni strój. Spodnie i marynarka z angielskiego tweedu, buty z dobrej skóry cielęcej, wykonane u Hambachera i S-ki, a na głowie filcowy kaszkiet, taki sam, jaki chętnie noszą studenci i uczniowie. Na pierwszy rzut oka Oskara trudno było odróżnić od młodego pracownika biura. Tak zamaskowany, z wciśniętą pod pachę aktówką, podkreślającą rolę posłańca, mógł podejść do swej ofiary bez obaw, że ta z miejsca przejdzie na drugą stronę ulicy z odmalowaną na twarzy odrazą. Oskar szybkim krokiem przeszedł na przeciwległy chodnik, uchodząc tuż przed przejeżdżającym właśnie zaprzęgiem, i zbliżał się do mężczyzny. Lekko naciągając czapkę na oczy, tak by je zacieniała, przybrał pozę szczerze zainteresowanego przedmiotami wystawionymi za sklepową szybą. Kiedy znalazł się na tej samej wysokości co mężczyzna, przystanął. Gwizdnął przez zęby niczym znawca i rzekł: – No, to dopiero nożyki, prawda? Wypolerowane tak, że można się w nich przeglądać. 13


Jegomość przesunął głowę o kilka centymetrów. Zdawało się, że ostro zarysowany nos wprost wciągał zapach roztaczany przez Oskara. – Za każdym razem, kiedy tędy przechodzę, muszę przystanąć i koniecznie je pooglądać – ciągnął Oskar. – Pewnego dnia, gdy już uzbieram odpowiednią sumkę, kupię sobie coś takiego. Ten rapier tam, u góry podoba mi się najbardziej. O tam, po drugiej stronie, widzi pan? – Wskazał palcem na broń z cyzelowanym uchwytem. – Tak, to byłaby moja wymarzona broń. Jestem pewien, że z nią każdego przeciwnika... – Nie masz nic do roboty? – burknął niezadowolony mężczyzna. Jego dłoń chwyciła złotą gałkę laski. – Ach, wie pan, akurat mam przerwę – odparł Oskar. – Muszę jeszcze tylko zanieść te akta do kancelarii i wtedy wsunę jakąś pyszną kanapeczkę. Otwartą dłonią klepnął w aktówkę ściskaną pod ramieniem. W jednej chwili palcem wskazującym poluzował ukryte mocowanie. Plik luźnych dokumentów, prezentujących się niezwykle urzędowo, rozsypał się po trotuarze. – A niech to, do diaska. Schylił się i zaczął zbierać kartki rozrzucone wokół stóp nieznajomego. – Nie mógłbyś bardziej uważać? Mężczyzna chciał odstąpić na bok, ale Oskar uniósł rękę. – Nie, nie. Na Boga, proszę się nie ruszać. Jeszcze stanie pan na któryś z papierów. – Oskar pełzał wokół obcego i zbierał dokumenty na kupkę. – Mógłby pan przytrzymać chwilę? – Podniósł plik kartek i wcisnął go w ręce nieznajomego. – Proszę wybaczyć moją niezręczność. Już zaraz skończę. 14


Zdumiony tym nagłym zamieszaniem jegomość chwycił papiery i zaczął je przeglądać. Dokładnie na to liczył Oskar. Nikt nie mógł się oprzeć pokusie czytania poufnych dokumentów, zwłaszcza gdy były przeznaczone dla kogoś innego. W chwili, gdy wzrok mężczyzny przykuwały kartki, nadszedł moment Oskara. Sprytnym ruchem sięgnął do kieszeni jego płaszcza, wyjął portfel i ukrył go w swojej aktówce. Upewnił się jeszcze, że nikt go nie obserwuje, po czym pośpiesznie zebrał resztę kartek i wstał z kolan. – No, dzięki Bogu – powiedział. – Znów mam wszystkie na miejscu. Całe i zdrowe. Nawet nie chcę myśleć, co by było, gdybym musiał oddać do rąk kierownika kancelarii zbrudzone dokumenty. – Wyglądają dość poważnie – skonstatował mężczyzna i zwrócił Oskarowi papiery. – Lepiej się z tym pośpiesz, zanim jeszcze coś zmajstrujesz. – Tak jest, mój panie – odrzekł Oskar i ukłonił się. – Dziękuję panu. – Robiąc kilka kroków w tył i wciąż się kłaniając, powtórzył: – I proszę mi wybaczyć moją niezręczność. To powiedziawszy, odwrócił się i popędził w kierunku Oranienburger Straße. Nie uszedł zbyt wiele, gdy po raz pierwszy obrócił głowę. To był czysty instynkt. Chciał zobaczyć, czy jego oszustwo pozostało niezauważone. Mężczyzna odwrócił się od sklepowej witryny i podążył za nim. Nie biegł, nie krzyczał, po prostu szedł, i to tym samym tempem co Oskar. Jego podkute buty donośnie stukały na twardym bruku. Czarny płaszcz trzepotał za nim niczym rozpięte krucze skrzydła. Oskara przeszył strach. Czy obcy zauważył kradzież? A jeśli tak, dlaczego nie wzywa pomocy? Jego zachowanie było niezwykłe. 15


„Spokojnie, tylko spokojnie” – napominał się Oskar. Może nieznajomy zupełnie przypadkowo obrał ten sam kierunek. Ostrożności jednak nigdy za wiele. Chłopiec skręcił w prawo, w Oranienburger Straße. Jak zwykle we wtorki ulica była przepełniona prywatnymi powozami, dyliżansami, wozami browarnymi i wagonami Wielkiej Berlińskiej Kolei Konnej. Panował tam ogłuszający gwar. Odcinek między kliniką Charité a giełdą był jedną z najruchliwszych części Berlina. Idealne miejsce, by zmylić śledzącego. Oskar lawirował między przechodniami, przeciął ulicę, pobiegł jeszcze jakieś sto metrów dalej i skręcił w lewo, w Artilleriestraße. Tu było nieco spokojniej. Na rogu przystanął i odważył się spojrzeć daleko za siebie. Specjalnie wił się między możliwie wieloma wozami. W tym tłoku każdy prześladowca straciłby orientację. Mimo to chciał mieć pewność. Spoglądał ponad głowami ludzi, kierując wzrok na wschód. Nie trwało długo, zanim dostrzegł czarny cylinder. Górował nad tłumem niczym komin nad dachami. Wzrok mężczyzny był mocno przykuty do chłopca. Obcy szedł dokładnie z taką samą prędkością jak wcześniej – ani ciut wolniej, ani ciut szybciej. Spokojnie, energicznie i niestrudzenie. Naraz stało się jasne dla Oskara, że to nie żaden przypadek. Był śledzony. Nieprzyjemne uczucie niepokoju zaczęło się przeradzać w panikę. Ściskając teczkę pod pachą, pośpieszył dalej. Gorączkowo szukał w myślach wyjaśnienia, co by to wszystko mogło znaczyć. Ten obcy był niebezpieczny, co do tego nie miał żadnych wątpliwości. Ostatecznie liczyło się to, który z nich okaże się sprytniejszy. Oskar znał tu każdy zakamarek. W ułamku sekundy podjął decyzję. Zaraz na następnym 16


zakręcie ponownie odbił w lewo. Ziegelstraße była ślepą uliczką, a jej ostatni budynek graniczył z terenem pałacu Monbijou. Właściwie byłaby to pułapka, gdyby nie to prawe piwniczne wejście, nigdy niezamykane. Stąd tajne przejście wyprowadzało wysoko na dachy z powrotem na północ. Oskar często z niego korzystał, gdy chciał czmychnąć szybko i niepostrzeżenie. Taka niezawodna droga ucieczki. Warunek był jeden – należało pozostać niezauważonym. Dał drapaka i pognał na koniec ulicy tak szybko, jak tylko mógł na tych swoich śliskich jak lustro podeszwach. Kiedy dotarł do schodów prowadzących do piwnicy, był mokry jak szczur. Zbiegł kilka stopni, przycupnął i ostatni raz rzucił krótkie spojrzenie przez ramię. Ani śladu po tajemniczym jegomościu. Z impetem otworzył drzwi i zanurkował w mrok. Potrzebował chwili, by przywyknąć do ciemności. Piwnica, od kilku lat porzucona, służyła już tylko za drogę ewakuacji, w razie gdyby z jakichś powodów zablokowały się drzwi wejściowe. Poza kilkoma zakurzonymi regałami, na których leżały puste butelki, nie było tu na dole niczego. Przez wąski szyb sączyła się odrobina światła – akurat tyle, by umożliwić orientację. Oskar energicznie przemierzył pomieszczenie, na przeciwległym krańcu korytarza otworzył drzwi zbite z szerokich łat i pobiegł wzdłuż przejścia, od którego odchodziły inne korytarze, prowadzące do pozostałych piwnic. Zatrzymał się przed ciężkimi dębowymi drzwiami, za którymi wiły się schody. Przez chwilę nasłuchiwał. Wszystko wskazywało na absolutny spokój. Tylko odgłos skrzypiec świadczył, że w domu na pewno był bezrobotny muzyk. Oskar oszacował, że może bezpiecznie pokonać klatkę schodową. Nacisnął na klamkę i z całej siły pchnął masywne drzwi. Rozległ się nieprzyjemny zgrzyt. 17


Zwinnie wskoczył przez szparę i szybko wspiął się po schodach. Przystanął przy witrażowym oknie na pierwszym piętrze i spojrzał w dół na Ziegelstraße. Kilkoro przechodniów przecinało bruk, ale po mężczyźnie w czarnym płaszczu nie było śladu. Może zrezygnował? Oskar, który nie chciał ryzykować zejścia do drzwi głównych – jeszcze by wpadł nieznajomemu prosto w ręce – trzymał się swego planu. Wspiął się na palcach po drewnianych schodach. Stopnie skrzypiały przy każdym kroku. Ta część trasy była najniebezpieczniejsza. Należało zachować najwyższą czujność. W każdej chwili któreś z drzwi mogły się otworzyć i mieszkaniec czy też ktoś ze służby nakryłby intruza. Wtedy jedynym wyjściem byłaby ucieczka. Jak dotąd wszystko szło po myśli Oskara. Przeszedł obok mieszkania muzyka. Jego rzępolenie miało w sobie coś rozpaczliwego, tym bardziej że artysta wciąż zacinał się w tym samym miejscu. Oskar dotarł na czwarte piętro. Tu znajdował się wyłaz prowadzący na strych. Otworzył pokryte białą farbą drzwi i cicho zamknął je za sobą. Jeszcze tylko kilka kroków i już był na strychu, gdzie pozwolił sobie na krótki odpoczynek. Przykucnął przy jednym z niedużych okien dachowych, otworzył teczkę i wyjął jasnobrązowy portfel. Poza drobnym zagłębieniem na spodzie, wyglądał jak nowy. Jego ciężar wskazywał na pokaźną sumkę. Mokrymi od potu dłońmi otworzył etui i zajrzał do środka. Oczy zrobiły mu się duże jak szklane kule. Mieniła się przed nim pełna garść jednomarkówek1. A do tego jeszcze sporo srebrzaków. Przesypał skarby na dłoń i przeliczył je w myśli. Sto pięćdziesiąt marek w złocie i czterdzieści pięć srebrzaków. Oskar cicho 1 Marka niemiecka (niem. Deutsche Mark) – w latach 1873–2002 jednostka monetarna w Niemczech [przyp. tłum.].

18


gwizdnął przez zęby. Nie mógł sobie przypomnieć, by kiedykolwiek widział tyle pieniędzy na raz. Ten mężczyzna musiał być naprawdę bogaty. Instynkt nie zawiódł Oskara. Zastanawiało go tylko, czego taki snob jak ten obcy szukał na Krausnickstraße. Jakoś nie trzymało się to kupy. Ale co tam. Po cóż zaprzątać sobie głowę takimi błahostkami? Pieniądze należały teraz do niego – to wszystko, co się liczyło. Oskar już chciał odłożyć monety na miejsce, gdy dostrzegł między nimi połyskujący kawałek ołowianoszarego metalu. Błyszczał niczym skorodowane żelazo, a jego brzegi były nieco pokrzywione. Chłopiec uniósł go wysoko, obracał i oglądał ze wszystkich stron. Wyglądał jak bezwartościowy kawałek starego metalu. Skąd zatem coś takiego pośród tych wszystkich monet? Oskar nie znalazł wyjaśnienia tej zagadki. Niezależnie, co to było, postanowił zająć się tym później. Wsypał wszystko z powrotem do portfela, zamknął go i wetknął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Potem wstał. Część tych pieniędzy będzie musiał zwrócić lichwiarzowi Behringerowi, ale dzięki temu raz na zawsze pozbędzie się długów. Po takim połowie mógłby wygodnie przeżyć pół roku. Kto wie, może wynająłby nawet niewielki apartament? Prawdziwe małe mieszkanko, a nie taką norę jak to coś, w czym teraz koczował. Oskar otworzył okno i wspiął się na dach. Niebo nad Berlinem zaciągnęło się. Z pojedynczych chmur powstała ciemna ściana, która nadciągała powoli od zachodu. Powiał rześki wiatr niosący zapowiedź deszczu. Zwracając twarz wprost na podmuch, Oskar wciągnął nosem powietrze i ocenił, że za mniej więcej godzinę lunie jak z cebra. Czas, by zanieść łupy do domu. 19


Drogę po dachach Oskar znał na pamięć. Z łatwością przeskakiwał nad przepaściami, trzymał się rynien i balansował na kalenicach, tak jak czynią to kominiarze. Uwielbiał być tu na górze, zostawiać w dole brud i gwar ulicy i obserwować stąd ludzi uwijających się po ulicach jak mrówki. Kochał widok roztaczający się ponad dachami i dźwięk kościelnych dzwonów wprawianych w ruch. Stąd mógł podglądać gołębie całymi stadami wirujące ponad miastem i wyobrażać sobie, jak cudownie byłoby być jednym z nich. Kilka minut później dotarł do swojej mety. Zapyziałego, starego budynku przy Oranienburger Straße, na skos od synagogi. Na zewnątrz wystawało z niego kilka niewielkich kutych balkonów połączonych ze sobą schodami pożarowymi. Po nich można było wygodnie zejść na dół. Jedynie między pierwszym piętrem a chodnikiem brakowało drabinki, dlatego te trzy ostatnie metry należało zjechać po rynnie. Oskar zwinnie jak małpa zbiegł na dół, uczepił się metalowej rury i zjechał wprost na chodnik. Znów znalazł się na ulicy. Pytające spojrzenia kilku przechodniów zwyczajnie zbagate­lizował i z wysoko zadartą głową ruszył w kierunku domu. Nie uszedł nawet dziesięciu metrów, kiedy nagle chwyciła go dłoń odziana w czarną rękawiczkę i wtargała za jedną z bram. – No, mam cię wreszcie! – zagrzmiał niski głos. Oskar uniósł wzrok. Nad nim groźnie górowała ciemna postać mężczyzny w cylindrze. Jego twarz zakrywał cień. Tylko oczy za szkłami okularów błyszczały jak dwa turkusowe kryształy. Oskar próbował się uwolnić z uścisku, ale ręka trzymała jak imadło. – Tak, tak – odezwał się głos. – Pewnie chciałbyś już pójść? W tym momencie obcy uniósł drugą rękę z dłonią zaciśniętą w pięść. Oskar już chciał zamykać oczy, gdy zobaczył, 20


że pięść się otwiera. Biały proszek rozbłysnął na czarnej skórze. Zanim zdążył pomyśleć, cóż to za diabelstwo, nieznajomy całą garścią proszku dmuchnął mu prosto w twarz. Oskar poczuł nieznośne palenie w gardle, oczach i nosie. Dławił się i charczał. Łzy nabiegły mu do oczu. Pył zapierał mu dech w piersiach. Chwycił się za szyję i próbował złapać oddech. Zrozpaczony usiłował wymusić torsje. Trzepał rękami w powietrzu jak tonący, ale nic nie pomagało. Usta mężczyzny wygięły się w szyderczym uśmiechu. Mrocznym głosem szepnął: – Życzę ci kolorowych snów, mój bratku. Przed oczami Oskara zatańczyły gwiazdy, a potem zapadła ciemność.

21


2 Oskar obudził się z głową, która w dotyku była jak pap-

kowata dynia. Promień światła bił go po oczach i wwiercał się w najdalsze zwoje mózgu. Szybko zacisnął powieki z powrotem. Miewał już kaca z nadmiaru piwa, ale nigdy takiego. Jeszcze raz spróbował otworzyć oczy. Tym razem ból nie był tak potężny i postanowił go znieść. Siedział w krześle z oparciem, z kunsztownie rzeźbionymi podłokietnikami i wysokim zagłówkiem. Poza krzesłem w pokoju stało jeszcze łóżko, stół i kilka regałów zapełnionych książkami. Na podłodze leżał kosztowny tkany dywan. Oskar próbował wstać, ale coś go przytrzymało. Nie mógł ruszyć rękoma, tak samo jak dłońmi i stopami. Spojrzał w dół i spostrzegł, że jest przywiązany. Szerokie skórzane taśmy opinały jego przeguby. Udaremniały najmniejszą próbę wyrwania się. Nagle wszystko mu się przypomniało. Kradzież, próba ucieczki, schwytanie i... ten ciemny typ. Te błękitnoniebieskie oczy i ten szyderczy grymas wąskich ust. Oskarowi zrobiło się nieswojo. Złapany i związany w obcym domu – nie trzeba wielkiej fantazji, żeby sobie wyobrazić, iż wpadł w ręce przestępcy. Jakiegoś pomyleńca albo mordercy. Ogarnęła go panika. Musi się stąd zabierać i to czym prędzej. Targał pęta, ale skórzane rzemienie ani drgnęły. Głowa, ręce, stopy – wszystko przywiązane na amen. Z kolei krzesło było zbyt ciężkie, by nim ruszyć. Nagle usłyszał odgłosy. Kroki, które zbliżały się do drzwi. Oskar zaniechał prób uwolnienia się i udał śpiącego. Zamknął oczy, zostawiając malutką szparkę. Obserwował, jak drzwi się 22


otwierają i ktoś wchodzi do środka. W mroku rozpoznał postać, która niosła coś w rękach. Talerz czy tacę. Odstawiła naczynie i przeszła do okna po drugiej stronie. Z zamachem rozsunęła kotary na boki. Jasne światło dnia rozlało się po pokoju. Oskar zauważył, że to nie był jego porywacz, tylko kobieta. Miała na sobie długą, barwnie haftowaną koszulę i taką samą spódnicę. Jej stopy spoczywały w kolorowych sandałach, a na przegubach dłoni pobrzękiwały złote łańcuchy i bransolety. Kobieta miała ciemną skórę i kruczoczarne włosy związane wysoko chustą. Oskar nie mógł sobie przypomnieć, by kiedykolwiek widział takie zjawisko. Wróciła do tacy, nalała trochę herbaty z dzbanka i podeszła do niego. Oskar wciąż udawał, że śpi, ale kobieta zdawała się wyczuwać, że symuluje. – Witaj, mój chłopcze – powiedziała miękkim, niskim głosem. – Przyniosłam ci coś na wzmocnienie. Mówiła z osobliwym akcentem i wibrującym „r”. Stała obok niego tak blisko, że mógł poczuć jej egzotyczny zapach. Udawanie nie miało już więcej sensu. Oskar otworzył oczy. Twarz zwrócona w jego stronę była zarazem piękna i niezwykła. Kobieta musiała mieć około trzydziestu lat – dokładnie nie był w stanie oszacować. Miała wielkie, życzliwe oczy i pełne usta. Jej uszy zdobiły złote kolczyki. Nie wyglądała, jakby chciała mu zrobić krzywdę. – Chcesz spróbować? Jest bardzo smaczna i pomaga na ból głowy. Wykonała kilka zagadkowych gestów nad filiżanką, które przypominały czary. Dziwne, ale czuł, że kobieta niczego złego nie knuje. Oskar przestał panikować. Skinął głową i pozwolił, by napoiła go herbatą. 23


Napar miał mocny smak, gorzki i słodki zarazem, zupełnie inny niż herbata czy kakao serwowane w dobrych gospodach, którymi częstowała Oskara Hannah, ładna pomoc kuchenna w Altes Zollhaus. Napój przywrócił mu ducha i uspokoił zmysły. Skrzętnie wysiorbał filiżankę do dna. Kiedy wypił, ból niemal całkowicie ustąpił, pozostawiając jedynie drobny ucisk. – Dobra robota – powiedziała kobieta i odstawiła filiżankę. – Teraz lepiej? Oskar przytaknął. – Mam na imię Eliza. Mogę? – wskazała na pęta trzymające Oskara. Zanim zdążył odpowiedzieć, rozwiązała rzemienie u rąk, wokół głowy i stóp. Zrobiła to szybko i sprytnie, tak że w okamgnieniu znów był wolny. Poczuł, jak krew uderzyła mu do dłoni i rozmasował stawy. – Jak się nazywasz? Oskar milczał. Jego oczy szukały ucieczki. – Tak, wiem, co myślisz. – Wskazała na pęta. – Muszę cię za to przeprosić. Miały tylko zapewnić ci bezpieczeństwo. – Uśmiechnęła się przepraszająco. – Mój pan bywa czasem niezręczny. Dokładnie mu podałam ilość, ale zapewne podwoił dawkę. Bądź spokojny, ból głowy zaraz minie. – Gdzie ja jestem? Oskar wstał powoli. Nogi lekko mu się trzęsły, ale nadal go nosiły. – W domu mojego pana – odpowiedziała kobieta. – Chcesz go zobaczyć? – Kogo? – Twojego gospodarza. Oskar uszedł parę kroków. 24


– Nie wiem... – Ucieszy się na twój widok. – Rzuciła mu spojrzenie dodające otuchy. – Wiem, że to wszystko wydaje ci się dość dziwne, ale nie musisz się obawiać. Po prostu chodź za mną. Dom robił wrażenie. Już sama sala jadalna budziła respekt. U sufitu wisiał kryształowy żyrandol, który wyławiał wpływające do pomieszczenia światło dzienne i rozbijał je na tysiące błysków. Pośrodku rzędów krzeseł, wyglądających na bardzo wygodne, stał stół, przy którym spokojnie mogło zasiąść trzydziestu ludzi. Bogato rzeźbione witryny i stoliki serwisowe świadczyły o wyszukanym smaku gospodarza. Eliza narzuciła szybsze tempo, tak że zabrakło Oskarowi czasu na podziwianie wszystkich tych wspaniałości. Przeszli już do następnego pomieszczenia, zapewne pracowni. Pod ścianami stały regały, które aż po sufit wypełniały książki. Oskar podszedł bliżej i odkrył całe serie starannie oprawionych w skórę dzieł. Słowniki i tym podobne. Obok stały ksią��ki, które z pewnością były atlasami i przewodnikami podróżniczymi, z grzbietami tłoczonymi w róże wiatrów, herby i kontury kontynentów. Dalej kilka tuzinów map rozmaitej wielkości i różnych kształtów. Wielkie, małe, zwinięte w rulony i rozwieszone, mapy świata, krajów, geologiczne i morskie. Oskar zaczął przyzwyczajać się do myśli, że ów jegomość może wcale nie jest szaleńcem, za jakiego go brał. Bezsprzecznie był człowiekiem wykształconym i niezwykle majętnym. Takich skarbów, jak te tu, jeszcze nigdy nie widział, nawet w bibliotece miejskiej. Oskar miał słabość do ciekawych opowieści. Legendy rycerskie, historie pirackie, przygody i obce kraje. Z Karolem Mayem przemierzał w wyobraźni dziki Kurdystan, a z Juliuszem 25


Verne’em płynął okrętem podwodnym dwadzieścia tysięcy mil. Dzięki temu mógł choć na chwilę oderwać się od rzeczywistości drobnego złodziejaszka z berlińskich ulic. Wiele powieści przygodowych ukazywało się w odcinkach w „Berliner Illustrirten Zeitung”, piśmie, które Oskar mógł zawsze poczytać u Hannah w Alten Zollhaus. Czasem inwestował jakąś część łupu w książki, które trzymał w domu w swoich szpargałach. Niektóre oczywiście skubnął, ale zdecydowaną większość zdobył uczciwie. Książki wzbudzały jego szacunek, a nigdzie indziej nie widział ich aż tyle naraz. Nawet jeśli należały do literatury fachowej, to i tak w końcu były przecież książkami. Cóż to za człowiek, który uprowadza chłopca ulicy i ma tyle książek? W pomieszczeniu królował potężny globus w drewnianych ramach. Kula ziemska o tak przytłaczających proporcjach, że jej ciężaru nie sposób było oszacować. Oskar chętnie wprawiłby ją w ruch, ale gosposia poszła dalej i czekała już na niego w hallu. To pomieszczenie najbardziej ze wszystkich zapierało dech w piersiach. Teraz Oskar nie miał już wątpliwości, że znalazł się w domu jakiejś wysoko postawionej osobistości. Ściany były wyłożone boazerią z ciemnego drewna, a w regularnych odstępach wisiały na nich lichtarze. Dwie okazałe, rzeźbione drewniane kolumny dźwigały wypukłe sklepienie, wznoszące się na wysokości co najmniej czterech metrów. Można było rozpoznać na nim przedstawienia natury: góry, wodospady, gęstą dżunglę i rozległe pustynie. Obrazy, jakich Oskar nie potrafiłby sobie wyobrazić nawet w najśmielszych marzeniach. Na ścianach znajdowały się spreparowane łby zwierząt z całego świata. Słonie, nosorożce i tygrysy, ale też drobniejsze zwierzęta, jak antylopy, szakale czy rysie. Wiele z nich Oskar znał z ogrodu zoologicznego, ale o niektórych nigdy nie słyszał. Pełen podziwu 26


stał tak z rozdziawioną buzią i patrzył. Pan tego domu musiał zjeździć cały świat. Oczami wyobraźni zobaczył postać Allana Quatermaina, podróżnika, odkrywcy kopalni króla Salomona. Czy to możliwe, żeby los zaprowadził go prosto w ręce tego poszukiwacza przygód? Oskar oderwał myśli od tych fantazji. Nie powinien teraz tracić czujności. Został ogłuszony, uprowadzony i spętany, i dopóki nie otrzyma jasnego wytłumaczenia, jego główny cel brzmi: ucieczka. Wielkie dębowe schody prowadziły szerokim łukiem na górę. Eliza skinęła na niego ręką. – Chodź, mój chłopcze. Nie każ czekać swojemu gospodarzowi. Wzięła go za rękę i poprowadziła na pierwsze piętro. Na końcu długiego korytarza przystanęli. Eliza zapukała do drzwi i otworzyła je, nie czekając na odpowiedź ze środka. Pomieszczenie było duże i ciepłe. W kominku trzaskał ogień. Przez okna widać było park. Zapadał wieczór i za drzewami zachodziło ognistoczerwone słońce. Za masywnym biurkiem z ciemnego drewna wiśniowego siedział mężczyzna zatopiony w grubej, oprawionej w skórę księdze. Oskar wstrzymał oddech. Te błękitnoniebieskie oczy, krzaczaste brwi i binokle bezspornie należały do jego porywacza. A mimo to wyglądał jakoś inaczej. O ile przy ich pierwszym spotkaniu był okutany w ponurą czerń, o tyle teraz zdecydował się na kombinację znacznie przyjemniejszych barw. Miał na sobie sięgający kolan, bogato haftowany jedwabny żakiet w kolorze czerwonego wina, pod nim wygodne, szerokie materiałowe spodnie i jasnobrązowe buty ze skóry dzikiego zwierzęcia. Jego włosy splecione w warkocz zwisały z lewego ramienia. Zupełnie jak u Chińczyka. 27


Kiedy weszli, mężczyzna uniósł głowę. Z impetem zamknął książkę i odsunął ją na bok. – Wejdź – powiedział tonem, który wciąż brzmiał opryskliwie, ale wyraźnie przyjemniej niż wtedy na ulicy. – Widzę, że znów jesteś w formie? To dobrze. – Chrząknął i podszedł do szafki po drugiej stronie pokoju, w której stało w rzędzie kilka butelek. – Czego się napijesz? Wody? Herbaty? A może wódki? – Rzucił przelotne spojrzenie w stronę Elizy, która stanowczo potrząsnęła głową. – Nie, żadnej wódki. Mleko. Co powiesz na szklankę mleka? Oskar przybrał pokerową minę. Cała ta sytuacja była nad wyraz dziwaczna. Osobliwe uczucie stanowiące mieszaninę przestrachu i fascynacji ogarnęło jego ciało i umysł. Z trudem przychodziło mu zebranie myśli. – Zupełnie nic? Czy będziesz miał coś przeciwko, jeśli pozwolę sobie na jednego? – Mężczyzna wziął do ręki szklankę i wlał do niej odrobinę brązowawej cieczy, prawdopodobnie czegoś z wysokimi procentami. Upił łyk. – Usiądź – powiedział i wskazał szeroką sofę naprzeciw stołu. Oskar spojrzał nieufnie w stronę Elizy. Kiedy dała mu do zrozumienia, że wszystko jest w porządku, spoczął sztywno na miękkiej poduszce. Omal się w nią nie zapadł. – Już lepiej – rzekł jegomość. – Zapewne sam siebie zapytujesz, gdzie jesteś i czego od ciebie oczekuję. Czy mam rację? Dowiesz się, ale najpierw chciałbym się przedstawić. Nazywam się Humboldt. Carl Friedrich Humboldt. A jak ty się nazywasz? – Oskar Wegener. Gospodarz nieznacznie się ukłonił. – Miło mi ciebie poznać, mój chłopcze. Witaj w moim domu. 28


Oskar zerknął na niego sceptycznie. Jak to, nagle taki miły? – Naprawdę nazywa się pan Humboldt? Tak jak ten słynny odkrywca? – Prawdopodobnie masz na myśli Alexandra von Humboldta, mojego ojca. – Rzucił krótkie spojrzenie Oskarowi znad binokli. – Dokładnie jak on z całą skromnością mogę nazwać siebie badaczem przyrody. Zapewne wiesz, któż to taki? – Ma się rozumieć. – Oskar wyciągnął podbródek. – To ktoś, kto nadziewa motyle na szpilki, a potem zamyka je w gablocie. Mężczyzna zesztywniał. – Taak, hmm. To też, jeśli wymagają tego badania. Przy czym nie należy to raczej do zakresu moich zadań. Jestem przede wszystkim odkrywcą. Podróżuję do miejsc, które jeszcze nigdy nie zostały zbadane, opisuję je i sporządzam mapy, zbieram i obserwuję florę i faunę, a potem przekazuję swoją wiedzę innym ludziom. – Wskazał na ciężką, oprawioną w skórę księgę na stole. – To, co tu widzisz, to pierwszy tom obszernej encyklopedii, nad którą właśnie pracuję i którą pewnego dnia zamierzam opublikować. Ma to być wzorcowe dzieło nowego stulecia. Leksykon dla każdego. Zwięzły, kompleksowy i przystępny. Nie tylko dla intelektualistów na uniwersytetach. Oświecone dzieło dla oświeconych myślicieli. – Wypił do dna i z hukiem odstawił szklankę na stół. – Zanim jednak wydam tę książkę, upłynie jeszcze kilka lat. Świat nie jest jeszcze gotów na takie dzieło. Wciąż zbyt wiele osób najchętniej przeszkodziłoby temu. Zarozumialcy, którzy jeszcze nigdy nie odważyli się uczynić kroku poza własne drzwi lub nie wyściubili nosa poza żywopłot własnego ciasnego podwórka, a jednocześnie mają czelność opowiadać nam o tym, jak funkcjonuje świat. Zamierzam na dobre wytrącić im argumenty z ręki. 29


– A czego chce pan ode mnie? – zapytał Oskar prowokacyjnie. Humboldt uniósł brwi. – Okradłeś mnie. Już zapomniałeś? Oho, kurtuazje się skończyły. Oskar przełknął ślinę. – Rozumiem. Teraz przekaże mnie pan w ręce żandarmerii? – Nie. – Nie?! – Oskar osłupiał. Minęła chwila, aż w końcu zapytał ostrożnie: – I co teraz? Badacz pozwolił sobie na skromny uśmiech. – A gdybyś tak opowiedział mi trochę o sobie. Skąd pochodzisz? Kim są twoi rodzice? I czym się zajmujesz? – Czym się zajmuję, to już pan widział – odparł Oskar. – Jestem posłańcem. Biegam wte i wewte i dostarczam pilne przesyłki. Żadne mi tam szczególne zajęcie, ale można się odkuć. – I stąd przyszło ci na myśl, by ukraść mój portfel. Nie pozostało nic innego, jak wziąć byka za rogi. – Tak, jak pan nosi swój portfel na wierzchu, to tylko kwestia czasu, aż ktoś go panu zwędzi – odparł Oskar i dorzucił jeszcze: – To była najzwyczajniej w świecie prowokacja. Właściwie to ja powinienem się skarżyć. Wodził pan na pokuszenie. To pachnie kryminałem, całe to zachowanie. Przyrodnik roześmiał się. – Możesz mnie zaskarżyć. Pytam się tylko, komu sędzia da wiarę. A teraz na poważnie. Kim są twoi rodzice? Czym się zajmują i gdzie mieszkają? Oczy Oskara się zwęziły. – Moi rodzice nie żyją – odparował. – Mama umarła, kiedy byłem jeszcze całkiem mały, a ojca nigdy nie poznałem. Z pewnością był niezłym włóczęgą. Może marynarzem albo kimś takim. – Przykro mi – powiedział badacz z powagą. – W takim razie od bardzo wczesnych lat musiałeś być zdany wyłącznie na siebie. 30


Oskar lekceważąco machnął ręką. – Większość czasu spędziłem w sierocińcu. W końcu miałem już tego dość. Zniknąłem stamtąd i usamodzielniłem się. Zamiatacz ulic, dostarczyciel paczek, rozmaite służby. Człowiek ima się wszystkiego, jeśli nie wie, co będzie jadł następnego dnia. Ale tego uczucia pan z pewnością nie zna. – Lepiej, niż myślisz – odparł zdawkowo badacz, nie wdając się w szczegóły. Znów uniósł szklankę ze stołu i stwierdził, że jest pusta. Odruchowo okręcał ją w palcach. Oskar przyglądał się mężczyźnie przez chwilę spod ściągniętych brwi. – Proszę pana, niech mnie pan posłucha. Ta rozmowa do niczego nie prowadzi – powiedział. – Załatwmy to szybko. Niech mnie pan przekaże odpowiednim urzędom i zapomni o całej sprawie. Wszyscy na tym skorzystamy. „A ja wreszcie wydostanę się z łap tego szaleńca” – pomyślał Oskar. Żandarmom zbiegł już wystarczająco wiele razy. Wyćwiczył się w tym. Na twarzy Humboldta błądził wąski uśmiech. – Zamknąć cię za kratkami to zbyt proste. Nie byłoby również sprawiedliwe wobec ciebie, bądź co bądź w swoim fachu jesteś naprawdę dobry. Większość drobnych złodziejaszków to absolutni dyletanci. Pożałowania godni kieszonkowcy. Z daleka widać, że coś knują. W przeciwieństwie do nich twój numer z aktówką był wyborny. – Oskar chciał zaprotestować, ale Humboldt podniósł ręce. – Tak, tak, ja wiem, jesteś tylko prostym posłańcem, ale gdybyśmy założyli, że jesteś najzwyklejszym drobnym kieszonkowcem… No dobra, i co ten człowiek zamierza z nim zrobić? Dlaczego nie wezwie żandarmów? 31


– …wówczas to, co zrobiłeś, byłoby świetną robotą. To wszystko, przebranie, akta, a na koniec ucieczka po dachach: merveilleux! Oskar nie wiedział, co znaczyło to ostatnie słowo, ale brzmiało jak pochwała. – Nie było tak całkiem świetnie. Bałem się – wymamrotał. – Cóż, jeśli o to chodzi – oczy Humboldta rozbłysły pełne tajemnicy – właściwie nie miałeś żadnych szans. – Co pan ma na myśli? Zamiast odpowiedzi badacz otworzył szufladę. Wyjął portmonetkę, którą skradł mu Oskar. – Przypominasz sobie? – Jasna sprawa. Badacz wymachiwał portfelem. – Nie zastanawiasz się, jak cię znalazłem? – Pewnie, że tak. Przecież od dawna byłem w domu. Nie było sposobu, żeby mnie widzieć. Skąd pan wiedział, jaki kierunek obrałem? – Spójrz tu. Humboldt otworzył portfel. Wyjął z niego matowy kawałek metalu, który przykuł uwagę Oskara, gdy ten siedział na strychu. Położył przedmiot na stole i pstryknął nim w stronę Oskara. – Włóż do kieszeni. – Co mam zrobić? – Włóż do kieszeni i wstań. Oskar zastanawiał się chwilę, czy nie powinien odmówić. Nie przebywał tu z własnej woli, nie mógł o tym zapominać. Z drugiej strony pożerała go ciekawość. Zrobił więc to, co nakazał mu Humboldt i wstał z krzesła. Badacz sięgnął do kieszeni swoich spodni i wyciągnął z niej 32


przedziwny mały przedmiot. Metalową konstrukcję, w której zawieszone było coś, co przypominało miniaturkę kuli ziemskiej, z tą tylko różnicą, że ta tu spoczywała na dwóch osiach i obracała się w dowolnym kierunku. Na zewnątrz kuli widniało wiele oznaczeń wyglądających jak miary kątowe. Jeden z tych punktów był wyróżniony czerwonym kolorem i wskazywał dokładnie na niego. – A teraz się przejdź. Oskar zrobił krok w bok. Czerwony punkt podążył za nim. Śledził go tak samo, gdy przeszedł w lewo, okrążył stół i wrócił na miejsce. Nawet kiedy wspiął się na krzesło, zeskoczył z niego i kucnął przed stołem, punkt wędrował za nim krok w krok, jakby umiał przewidzieć każdy jego ruch. Zupełnie jak oko. – To jakieś czary – wymamrotał Oskar, nieufnie spoglądając na przedmiot. – W żadnym razie – Humboldt chichotał uradowany. – To magiczne słowo brzmi m a g n e t y z m. Co więcej, to magnesy o szczególnej sile. Z meteorytów, ściśle rzecz biorąc. – Coś jak kompas? – Dokładnie tak, mój młody przyjacielu. Tyle że w tym przypadku magnetyczny biegun północny nie znajduje się w Arktyce, lecz w twojej dłoni. Nieważne dokąd pójdziesz, nieważne jak bardzo się oddalisz, oko zawsze wskaże mi kierunek. – Nawet przez ściany budynków? – Przez ściany budynków, przez całe dzielnice miast, ba, nawet przez góry. Chcesz zobaczyć? Oskar przytaknął i wziął od Humboldta osobliwą małą skrzyneczkę. Ważyła znacznie więcej, niż można było sądzić po jej wyglądzie. Drobna kulka błyskała do niego niczym złośliwe oko. Przypominała mu oczy drewnianych marionetek 33


wyglądających jak żywe, które czasem widywał na jarmarkach. Oskar nie cierpiał marionetek. Metalowa konstrukcja delikatnie drgała. Brzęczała, warczała i łaskotała go w palce. Kiedy próbował ją puścić, poczuł, że w jakiś sposób przywiera do metalu. Z odrazą odstawił przedmiot na stół i obok niego położył jednocześnie wykrzywiony kawałek metalu. Ten natychmiast przylgnął do kuli i na niej pozostał. – Czary – wymamrotał raz jeszcze, po czym skierował wzrok na Humboldta. – No dobrze. Jeśli nie chce mnie pan wsadzić za kratki, to jak? Chyba nie mam co liczyć, że będę mógł od tak sobie pójść. Humboldt potrząsnął głową. – Nie. W każdym razie nie tak od razu. Najpierw chcę, żebyś wysłuchał mojej propozycji. – Propozycji? – Oskar z ironią uniósł brwi. – Co ktoś taki jak pan miałby do zaoferowania komuś takiemu jak ja? – Chcę, żebyś towarzyszył mi w mojej następnej podróży. – Co proszę? – Odkupisz swój postępek ciężką pracą – ciągnął badacz. – Mycie, szorowanie, czyszczenie broni, sprawunki. Potrzebuję pomocnika, który będzie pod ręką i będzie załatwiał codzienne zwykłe sprawy. Młodzieńca, który przywykł do samodzielności i nie traci głowy w krytycznych momentach. Moja ostatnia podróż odbyła się, powiedzmy, pod mało szczęśliwą gwiazdą. – Badacz wymienił spojrzenie z Elizą, która wciąż milcząc, stała w cieniu. – Zostałem obrabowany, a moi słudzy opuścili mnie w potrzebie. Każdy z nich mógł się pochwalić długą listą referencji. Wszyscy pracowali w najwytworniejszych domach berlińskich i wszyscy mnie zawiedli. Kiedy dostrzegli, że nie było ani grosza, zniknęli jak kamfora. Eliza i ja z dnia na dzień zostaliśmy bez personelu. Żadnego sługi, żadnego tragarza, żadnego 34


kierowcy. Musieliśmy bez niczego wrócić do domu. Wtedy to poprzysiągłem sobie, że w kolejną podróż wybiorę się jedynie z niewielką grupą. Z ludźmi, którzy w każdej sytuacji będą sobie pomocni, którzy – jeśli zmusi ich do tego sytuacja – będą potrafili zorganizować sprawy, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. Trwałoby to zbyt długo, gdybym chciał ci od razu wszystko wyjaśnić. Dlatego składam ci propozycję. – Spojrzał badawczo na Oskara. – Pokażę ci moje laboratorium i wyjaśnię, w czym rzecz. Zostaniesz tu na noc, prześpisz się i przemyślisz całą sprawę. Jeśli jutro rano zdecydujesz się odejść, nie będę cię zatrzymywał. Znów będziesz wolnym człowiekiem. Zgadzasz się na taki układ? Oskar przyjrzał mu się sceptycznie. – To jakiś podstęp. Mam rację? – Żaden podstęp. Jedynie otwarta i poważna oferta. „Jasne – pomyślał Oskar. – Otwarta i poważna, koń by się uśmiał. Pewno tak samo poważna jak ten numer z kompasem. Ale z drugiej strony, hmm, jeśli coś w tym jest? Brzmiało to dość zachęcająco”. Nieufnie spoglądał na osobliwą parę, to na jedno, to na drugie. Z braku alternatywy skinął ostrożnie głową. Ostatecznie jutro rano może stąd zniknąć. – Zgoda – powiedział. – Jedna noc. – Wspaniale! – Humboldt zatarł ręce i wstał. – Zatem chodź za mną do laboratorium. Jestem pewien, że ci się spodoba. Och, zapomniałem zapytać. Jesteś głodny? Eliza chętnie przygotuje dla ciebie przekąskę. Wzmocnisz nieco siły, kiedy będę cię oprowadzał.

35


miasto pożeraczy deszczu