Issuu on Google+

9/2010

e-czytanie

Katarzyński - Koziarski - Rostkowski


Rozmawianie Siedzą we mnie różne historie Nie lubię gorsetów i konwenansów!

4 8

E- czytanie Czytanie z iPada Książek się nie e-czyta Gdzie się zdarza e-czytanie

12 15 16

Punktowanie TOP10: Najbardziej kontrowersyjne książki w historii Podróże literackie Z VATem pod strzechy Drugie podejście Dwie twarze Llosy Po pierwsze: nie zabijaj - autora Poszukiwanie przeszłości

18 20 23 24 26 29 32

Odsłanianie Niemcy byli bardzo blisko ataku rakietowego na Nowy Jork Kobiety średniowiecza (1): Bertrada de Montfort – królowa-skandalistka

34 38

Oglądanie Arcydzieło w pigułce

42

Polecamy na gwiazdkę Albumy dla dzieci Do słuchania Kropelka optymizmu Książeczki dla najmłodszych

44 45 46 47

Adres redakcji: Wojciech Polak, Magazyn “Czytam”, Pl. Gen. Sikorskiego 2/8, 41-902 Bytom czytam@granice.pl, redakcja@granice.pl, skrempa@granice.pl Wydawca: Redaguje: Wojciech Polak Sławomir Krempa Zespół: Gabriel Augustyn, Magdalena Galiczek, Krzysztof Grudnik, Justyna Gul, Anna Kołodziejska, Mariusz Kołodziejski, Damian Kopeć, Stale współpracują: Katarzyna Chruścicka, Joanna Janowicz, Malwina Szymańska, Agnieszka Żak, Niżej Podpisany, Jan Koźbiel Projekt graficzny, DTP: Tomasz Baran, Sławomir Krempa Reklama: Danuta Bujak, 603 610 667, Patrycja Palion, 666 716 586,

dbujak@granice.pl ppalion@granice.pl


Siedzą we mnie różne historie Zdeklarowany miłośnik książek, broni i podróży, którego ciepło i humor potrafią ogrzać nawet w mroźne dni. Sam o sobie mów „zgniły kapitalista”, choć dziś już na emeryturze może cieszyć się z tego, że nic nie musi. Z Ryszardem Katarzyńskim, autorem „Życiorysów niepoprawnych” i „Domu” i „Goły. Porno w Raju czyli praktyczna instrukcja używania chłopa” rozmawia Justyna Gul. Witam serdecznie. „Życiorysy niepoprawne”, „Dom”, „Goły. Porno w Raju czyli praktyczna instrukcja używania chłopa” – trzy tak różne książki, ale wszystkie je łączy Pana charakterystyczny styl. Ponoć jest Pan gawędziarzem, lub – jak Pan to określa – gadułą. Czy pisanie wzięło się z potrzeby dzielenia się historiami? Jak to się zaczęło? Potrzeba dzielenia się historiami… Pewnie trochę tak… Siedzą we mnie różne historyjki – czasem tylko pomysły na opowiadanko, czasem pomysł na coś większego… W komputerze mam sporo tekstów na różnym etapie zaawansowania. Czasem ten sam motyw w kilku odmiennych wersjach, a nawet – w zupełnie innej historii… I najczęściej jest tak, że te początki, czasem mające ponad sto stron, nie mają kontynuacji, bo łapię się na tym, że nie mam w tym swoim gadulstwie niczego istotnego do powiedzenia… Ani czytelnikowi, ani samemu sobie… Bo te historyjki to opowiadam również sobie. Jak to się zaczęło? Różne historyjki, głównie „przygodowe”, opowiadałem sam sobie zawsze… Nawet „bawiłem się” w te różne Robin Hoody i Sokole Oka. Gdy ma się te dziesięć czy dwanaście lat, jest to w miarę normalne i mało szkodliwe dla otoczenia. Potem pierwsze próby


zapisywania tego w zeszytach, kończące się zawsze najdalej na trzeciej stroniczce… Być takim Sokolim Okiem, tylko po swojemu… Albo jako ciąg dalszy… Chyba inni też coś takiego w latach szkolnych przeżywali. Tylko im minęło, a mnie – nie. A nawet gorzej! Zacząłem próbować te swoje historyjki przeżywać „w realu”! I były tego najzupełniej realne, czasem niemiłe, konsekwencje! Cóż, taka jest cena realizacji swoich pomysłów. Dopiero na emeryturze poczułem tak naprawdę, że siedzą nadal we mnie różne historie… I czasem w takiej historyjce mam coś do powiedzenia. Coś, co uważam za ważne dla siebie, coś, co może być jakoś istotne dla czytającego… Takim impulsem do publikacji, był konkurs na opowiadanie kryminalne w PAL-TWINS. Moje opowiadanko, „Stara sztuczka”, jakoś tam zostało docenione i wydrukowane w zbiorze opowiadań konkursowych. A że pochwaliłem się tym naokoło, to nawet w lokalnej gazecie o mnie napisali! I tak zrobiłem się „Autor”! Skąd Panu przychodzą pomysły na kolejne książki? Sądzę, że źródłem pomysłów, przynajmniej tych, dotąd zrealizowanych, jest to, co mnie otacza, to, co złożyło się na mój dotychczasowy życiorys czy ludzie, których poznałem… Takim klasycznym przykładem było właśnie debiutanckie opowiadanie kryminalne. Pojechałem w góry na spotkanie koleżeńskie mojej klasy… Twarze po latach. Wspomnienia o tych, którym się nie chciało przyjechać. Albo nie mogli. Deszcz październikowy, non stop. Brak zasięgu telefonów komórkowych. Innym razem obiecałem wnukowi, że zabiorę go na pieszą wędrówkę lasami do Słowińskiego Parku Narodowego. Dwudniowa łazęga z namiotem. Pustki nad Łupawą, opuszczone i bez wody, dawne stawy rybne wzdłuż rzeki, kanały, zrujnowane mostki i przepusty. Jelenie wychodzące na łąki o kilkanaście kroków od nas. Spłoszony bóbr, robiący wielkie „chlup” do wody. Koleżeństwo i przyroda stały się aktorami tego jednoaktowego dramatu. Kryminał to jednak dramat.

„Życior y sy niepoprawne” to jednak poważna – w porównaniu z kolejnymi –powieść. Ile w tej historii jest pierwiastka autentyzmu? Łatwiej mi powiedzieć, co jest nieautentyczne. Starałem się maskować prawdziwe nazwiska, miejscowości… Ale i tak w kilka dni po opublikowaniu książki miałem telefon od kogoś z rodziny z podziękowaniem za upamiętnienie historii spotkania się rodziców tej osoby. Nie zawsze maskowanie udaje się do końca. Jeden z czytelników, troszkę młodszy ode mnie, przeczytał „Życiorysy…” przed spotkaniem autorskim. Takie wyjątki się przydarzają. „Tak było…” – to był jego jedyny komentarz. Dla mnie o tyle cenny, że jest to człowiek, który niektóre z opisanych przeze mnie sytuacji z lat 50–70-tych na pewno obserwował osobiście. Pewnie, że czasem jednym życiorysem obdzieliłem dwie osoby, albo na odwrót. Często autentyczna postać występuje tylko w jakimś kluczowym dla narracji fragmencie swojego życiorysu… Ale to właśnie te fragmenty życiorysów są autentyczne. Osobiście znałem „Żurawia”… Znałem „Kazia – ubeka” , knajpa z „kuzynkami” była najzupełniej autentyczna i zasady jej funkcjonowania też. Notatki Ireny mam autentyczne, choć nieuporządkowane. Bronek – harcerz – uczył mnie w dawnych czasach jeździć na nartach… Opowiadanie „Dom” to zajmująca historia o pewnym domu na skraju lasu i jego właścicielu, panu Komaneckim, mężczyźnie jakby niez-tego świata, który lubi sobie pociągnąć solidnego łyka koniaczku. Czy Andrzej Bujwid, nowy właściciel domu, to Pan? Czy historia kupna tej


Nie lubię gorsetów i konwenansów!

stresującym wysiłkiem. Mam świadomość tego, że z każdą kolejną książką rosną względem autora wymagania i oczekiwania – to jest całkiem normalne i ten, kto tego nie dostrzega, skazuje się jako pisarz na samounicestwienie. W końcu trzeba zadowolić dotychczasowych czytelników - mówi Daniel Koziarski, autor cyklu a jednocześnie – eksperymentować twórczo, książek o perypetiach pewnego soc- rozglądając się za nowym odbiorcą. Samemu jopaty oraz „Klubu samobójców” i procesowi pisania można dać przymiot tego, „Mojego prywatnego Sądu Ostatecz- co trafnie określasz jako pewną wyprawę – wyprawę w głąb siebie i innych. Nie uciekam nego” w rozmowie z Justyną Gul. od białych kołnierzyków, bo nigdy się do nich Ponoć już jako dziecko przejawiałeś talent nie zaliczałem. Garnitur zakładam naprawdę pisarski. W jakim wieku napisałeś swoją sporadycznie, gdyż nie lubię gorsetów i konpierwszą książkę i jak zaczęła się twoja przy- wenansów. goda z rynkiem wydawniczym? Nie wierzę w cudowne dzieci i młodzież z tal- Jak powstają książki Daniela Koziarskiego? entem pisarskim ani w sens wydawania nasto- Rodzą się w bólach? Zaczynasz od jednego letnich „geniuszów”. Powiedziałbym raczej, że wątku który rozwijasz, a może masz już wizję od szkoły podstawowej eksperymentowałem całej powieści w głowie? ze słowem pisanym. Powstały więc setki mniej Dopóki nie wiem, co i w jakim celu chcę lub bardziej żałosnych stron, stanowiących powiedzieć, w ogóle nie siadam do pisania, bo wyraz mojej młodzieńczej fascynacji rozmai- nic dobrego nie wychodzi z założenia, że ktoś tymi literackimi i filmowymi motywami. Po- musi coś napisać, bo tak po prostu czuje. Najpitem odstawiłem to nonszalanckie pisanie erw muszą pojawić się motywy główne i pomysły i zacząłem poważniejsze przedsięwzięcia. Po wyjściowe, składające się na ich realizację, czyli pracy magisterskiej – miałem już wówczas na fundament i zabudowa wstępna. Potem całość koncie między innymi cykl satyryczny w „Gaze- pisania trzeba przyporządkować tej wizji piercie Polskiej” – przyszedł wreszcie czas na na- wotnej, co oczywiście nie wyklucza rozmaitych pisanie pierwszej powieści. Powstały „Kłopoty doświadczeń, jakichś zmian założeń czy twórcto moja specjalność, czyli kroniki socjopaty”, zej zabawy z konwencją. A nad wszystkim musi które odważnie wysłałem do kilku wiodących istnieć wyobrażenie czytelnika, który pochyla wydawnictw. Pozytywna odpowiedź przyszła się nad książką i – słusznie czy niesłusznie – z Prószyńskiego – szefujący mu wówczas Rafał grymasi. Dla mnie to ostatnie jest niezwykle Grupiński i redaktor literatury polskiej Jan ważne, bo to w gruncie rzeczy żenujące, kiedy Koźbiel dali mi szansę debiutu. Ale na wydanie autor mówi, że pisze przede wszystkim dla siebie. książki musiałem trochę poczekać. Czym jest dla Ciebie pisanie? Trudną, ale satysfakcjonującą pracą, wyprawą, która doprowadzić może poza granice kraju, a może alternatywą dla prawa i sposobem na ucieczkę przed wcieleniem w szereg tzw. białych kołnierzyków? Na pewno pozostaje formą autoterapii, choć już nie w takim zakresie, jak jeszcze przed paroma laty. Teraz pisanie jest w dużej mierze

Od Tomka Płachty z bratem-dziwkarzem w domu i kompromitującym przyjacielem u boku, czyli humorystycznej rzeczywistości absurdu, którą stworzyłeś w „Socjopacie”, poprzez zainspirowany ponoć filmem „Babel” „Klub samobójców”, aż do powieści „Mój prywatny Sąd Ostateczny”, poruszającej tematy śmierci, alienacji i zabójstwa, pokonałeś daleką drogę. Udowodniłeś, że jesteś twórcą nieprzewidywalnym. Ta zmienność to wynik


dojrzewania czy po prostu eksperymentujesz? Po dwóch częściach „Socjopaty” postanowiłem napisać coś innego. Miałem kilka różnych pomysłów, ale żaden z nich osobno nie był wystarczający na książkę. Jakoś w tym czasie obejrzałem „Babel” i doszedłem do przekonania, że może warto byłoby połączyć je w jakąś integralną całość. Tak powstał „Klub samobójców”. Zaznaczam, że fakt inspiracji dotyczy tylko formy, bo przecież ich fabuły są zupełnie nieporównywalne. Co do Twojego pytania – jeśli chronologicznie prześledzić moją twórczość – a zaznaczę, że „Mój prywatny Sąd Ostateczny” powstał przed „Przypadkami Tomasza Płachty. Życiem i śmiercią socjopaty”, choć kolejność wydania była inna – to jest ona obrazem postępującego przygnębienia. A zarazem – mam nadzieję – literackiego dojrzewania. Jeżeli zaś chodzi o eksperymentowanie – jeśli ktoś przestaje zaskakiwać, przestaje być interesujący, więc to po prostu absolutna konieczność, nawet jeśli wygodniej jest czasem chodzić wydeptanymi ścieżkami. Dlatego między innymi zadeklarowałem, że trzeci „Socjopata” jest ostatnią odsłoną tego cyklu. Nie chciałem zjeść własnego ogona i się nim zadławić. Zresztą fakt, że wiele osób uważa „Przypadki Tomasza Płachty. Życie i śmierć socjopaty” za część najlepszą, jest dla mnie, paradoksalnie, znakiem, że powinienem wytrwać w tym postanowieniu. Jeden z bohaterów „Klubu samobójców wypowiada taką myśl: „czy świadome marnowanie czasu nie jest też swego rodzaju samobójstwem?”. Podążając tym tropem – czy każdy z nas może stać się członkiem takiego Klubu? Tak, wszyscy jesteśmy członkami „Klubu samobójców”, gdyż wszyscy mamy skłonność do autodestrukcji. Nie musi to zaraz przybierać form fizycznego wyniszczania. Jedną z najgorszych rzeczy jest lęk. Właściwie to „Klub samobójców”

jest w znacznej części opowieścią o lęku. Chyba Mike Oldfield powiedział kiedyś, że boi się tylko dwóch rzeczy – boi się umierać i boi się żyć. Myślę, że są takie momenty, w których każdy z nas podpisałby się pod tym zdaniem. Nie chcę, żeby zajechało tu okołocoelhowskimi klimatami, ale niektórzy, niestety, świadomie wybierają śmierć – swoich marzeń, ideałów, potrzeb. Zabija nas też pragmatyzm, który na dłuższą metę pozbawia uczuć i emocji. Za cenę bycia trybikiem płacimy swoją indywidualnością. „Mój prywatny Sąd Ostateczny” to wynik dalszej obserwacji życia? Mamy tu dojrzałą panią mecenas, młodego chłopaka, poszukującego swojej seksualności, oraz starzejącego się taksówkarza, którego cierpienie pcha do popełniania zbrodni. Czy to typowi reprezentanci naszego społeczeństwa? Tak widzisz rzeczywistość? Każda książka musi być wynikiem obserwacji życia – niezależnie od czasu i miejsca akcji oraz gatunku. Nie czuję potrzeby, by pisać o typowych reprezentantach naszego społeczeństwa, gdyż nie wierzę w postać statystycznego Polaka czy Polki, którą znamy choćby z podobnych do siebie telenowel. Abstrahując tutaj od moralności – po prostu nie wiem i nie chcę decydować, co jest jeszcze normalnością, a co już nie, bo okazuje się, że w zderzeniu z życiem zbyt łatwo się pomylić. Całe życie myślimy na przykład, że ktoś jest nienormalny a potem nagle okazuje się, że tak naprawdę można na tę osobę liczyć bardziej niż na kogoś, kto uchodził w naszych oczach za wzór cnót wszelakich. Jako pisarza interesują mnie indywidualiści, nawet jeśli przez ich historię próbuję wyrazić tak zwany szerszy kontekst czy dotykam kwestii stereotypów. W „Klubie samobójców” sporo jest odniesień do Woody`ego Allena czy „Twin Peaks”. Już wiemy, co Daniel Koziarski ogląda, a co czyta? Który z pisarzy Cię inspiruje? Który denerwu-


Czytanie z iPada Piotr Kowalczyk

Minął już czas spektakularnych wideodemonstracji i zapowiedzi przyszłych aplikacji na iPada. Zaczął się czas walki o użytkownika. Po polskiej premierze tego urządzenia, warto przypomnieć sobie, czy i w jaki sposób będzie w stanie zmienić polski rynek e-książek i czy sprawdzi się jako e-czytnik. Po mocnym już osadzeniu się na rynku międzynarodowym, trzeba stwierdzić, że iPad jest urządzeniem zapewniającym dostęp do chyba największych zasobów książkowych. Chodzi nie tylko o liczbę książek, ale również o liczbę źródeł, z których można je ściągać/kupować. Wcale nie byłby do tego potrzebny tak często i gęsto opisywany przez analityków system iBooks (program) / iBookstore (księgarnia). Wystarczyłyby dostępne obecnie w AppStore aplikacje do czytania książek. Oczywiście, nie biorę pod uwagę pojedynczych książek wydanych w formie aplikacji. Są ich tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy. Spośród kilkunastu darmowych programów już teraz wartych przetestowania, wymienię trzy: • Stanza – 100 tysięcy książek, katalogi m.in. Project Gutenberg, Feedbooks, Smashwords, Fictionwise, O’Reilly Media, Munseys • Kindle for iPhone – książki z Kindle Store – prawie 300 tysięcy tytułów dostępnych w Polsce. Amazon umożliwia publikowanie książek także self-publisherom spoza Stanów – również w innych niż angielski językach. ��� B&N Ereader  – książki z Barnes&Noble, co prawda, do kupienia jedynie w Stanach, ale darmowe fragmenty można ściągać do woli.

Od niedawna dostępna jest aplikacja na iPada, umożliwiająca dostęp do zasobów Google eBookstore. Mamy już aplikację umożliwiającą odczyt plików z zabezpieczeniem Adobe DRM. Również polscy wydawcy nie pozostali obojętni wobec premiery iPada w naszym kraju – stworzyli na platformę Apple aplikację Woblink, za pomocą której kupić można e-booki między innymi Znaku, Albatrosa czy Muzy (książki Erica-Emmanuela Schmitta, Carlosa Ruiza Zafona czy bestsellerową trylogię Stiega Larssona) – przyp. redakcji. Przeglądarka Wokół iPada wciąż powstaje cały ekosystem nowych aplikacji. W części dotyczącej książek, nawet jeśli się nie da wprowadzić do AppStore (lub trzeba się będzie stamtąd wyprowadzić), zawsze można postarać się o wyglądającą jak aplikacja stronę internetową, a więc obsługiwaną przez przeglądarkę. Tutaj możliwości powinny być znacznie większe, nie wspominając o wygodnym sposobie płacenia bez wychodzenia ze sklepu. Dobrym przykładem jest strona katalogu z darmowymi e-bookami Manybooks.net. Wystarczy na nią wejść przez Safari i kliknąć w ikonę “iPhone view”. Oczywiście od razu pojawia się pytanie: jak (i czy w ogóle) optymalizować wygląd pod ekran tableta? Pewnie wielu głowi się już nad odpowiedzią. Tak naprawdę nie wiadomo, w jakim trybie powinna być wyświetlana na nim treść: mobilnym, standardowym, czy optymalizowanym? Na razie nie poradził sobie z tą kwestią gigant internetu – Google, zasoby Google eBookstore nie wyświetlają się na razie na mobilnych przeglądarkach poprawnie. Kwestią czasu jest jednak, kiedy to się zmieni. Łatwy dostęp do książek Obojętnie w jakiej konfiguracji, iPad zapewnia bardzo szeroki dostęp do księgozbiorów. Czy to za pomocą aplikacji z AppStore, czy to przez przeglądarkę –można kupować książki z różnych źródeł. Wi-fi będzie w iPadzie standardem, a już narzekamy, że bez 3G się nie obejdzie. Z drugiej strony: wiele czytników nawet wi-fi nie posiada. Co więcej, żeby otworzyć na czytniku książkę spoza sklepu (na przykład darmowe pozycje z Project Gutenberg), trzeba nieźle się natrudzić. Co z tego, że Nook


ma dostęp do miliona książek z Google Books, skoro w ofercie B&N znajduje się ich kilkadziesiąt? Trzeba będzie nauczyć się przegrywać, wgrywać, kopiować, itd. W iPadzie tego problemu nie mamy. Do obsługi każdego sklepu służy inna aplikacja – ot, cała historia.

Oczywiście, kompletowanie książek w jednej formie (jednej aplikacji) będzie niemożliwe. Z mojego doświadczenia: nie jest to żadnym utrudnieniem. Mam ponad sto książek w Stanzie i po kilkanaście w Kindle, Kobo i Wattpad. Nie czuję bólu egzystencjalnego związanego z tym, że książki są porozrzucane w różnych miejscach. To tak, jak w domu – półka tu, półka tam, a większość w regale z książkami (tak, mam regał z książkami).

uaktualniania swojego statusu. Ciągłego i możliwie najszybszego. Urządzenie, które to gwarantuje, ma według mnie dużą przewagę nad jakimkolwiek czytnikiem. Przyjemność czytania Specjalnie użyłem słowa „przyjemność” a nie “komfort”. Komfort czytania to fraza nierozerwalnie związana z e-papierem. Nie męczy oczu. Pewnie, bardzo bym chciał mieć e-papier, a najlepiej kolorowy i żeby nie odświeżał się tak długo jak mój blog w czasach, gdy wpakowałem w niego setkę pluginów. Problem w tym, że taki e-papier jeszcze nie powstał. Zamiast szarego, można powiedzieć: dietetycznego komfortu, pozostaje konsumować życie w pełni, w kolorze (niech zgadnę: konsumpcja mało komu kojarzy się ze zdrowym stylem życia). Niech więc iPod jarzy, ja się nie boję o oczy. Nie oglądam na tyle długo telewizji i nie gram na tyle namiętnie w gry, żeby potem mówić, że absolutnie nie ma mowy, bym wziął do ręki książkę w LCD. Konsumpcja w pełni. To można o iPadzie powiedzieć już teraz. Już parę slajdów w czasie prezentacji Apple pokazało, jak wiele jeszcze można zrobić, by czytanie na ekranie było przyjemne. Kolejne aplikacje dostępne na iPada tylko tę tezę potwierdzają. Żeby było ciekawiej, iBooks wcale nie tworzy jakiegoś nowego standardu w przybliżaniu przyjemności czytania e-booka do przyjemności czytania książki papierowej. Wśród aplikacji jest np. Eucalyptus, który ma wszystko to, co Jobs pokazał o iBooks – półkę z książkami, fakturę papieru, przewracanie stron, piękną szeryfową (i czytelną) czcionkę.

Łączność ze światem Poprzedni punkt to check-in. Teraz trochę o check-out. Być może się mylę, ale czytanie książek ewoluuje od czynności obliczonej na całkowite odizolowanie do czynności, w czasie której możliwość natychmiastowego kontaktu staje się bardzo ważna. Mówię o sprawdzaniu poczty i nowych komentarzy na blogu. Mówię o parominutowych skokach na Twittera, Facebooka, Blipa. Bardzo możliwe, że przy całej swojej prostocie i widoTakie krótkie przerwy pozwalają wrócić do lektury uspo- wiskowości działania iPad wywoła przychylność radykojonym („nic nie dzieje się beze mnie”). Dlaczego miałbym używać do tego drugiego urządzenia, jak mogę taki przeskok wykonać za pomocą zmiany aplikacji? iPhone to ma. iPad również. Mówię też o możliwości dzielenia się treścią książki w każdej chwili, a nie wtedy, gdy będzie to możliwe. Wysyłanie cytatu na Twittera jest możliwe w Stanzie. Wysyłanie sygnału „czytam książkę” jest możliwe w Wattpad. Czasy social media wywołują w nas potrzebę ciągłego


mamy widok półki, na której pojawiają się zakupione przez nas pozycje lub darmowe fragmenty. W dolnym menu pokazują się katalog, Top 10, przyciski szukaj i info z przejściem do pomocy, czyli… prezentacji z początku. Tekst możemy przewijać za pomocą paska postępu na dole, możemy też ruchami palca przewracać strony (co sama uwielbiam). Mamy też dostęp do spisu treści. Możemy, oczywiście, powiększyć lub zmniejszyć czcionkę, a także zmienić krój pisma – do wyboru jest 6 różnych czcionek. Strony zaznaczamy zakładkami, do których mamy później dostęp przez spis treści. Udostępniono też opcję zmiany jasności tła oraz tryb nocny. Jeśli jakiś fragment czytanej książki przypadnie nam szczególnie do gustu, możemy go zaznaczyć i wysłać e-mailem, a także opublikować na ścianie na Facebooku. I, oczywiście, zrobić notatkę.

Gdzie się zdarza e-czytanie? Agnieszka Żak

30 października wystartował Woblink – aplikacja na iPhone’a tudzież iPada umożliwiająca kupowanie i czytanie polskich książek. Program powstał z inicjatywy Wydawnictwa Otwartego, ale udostępnione miały być książki także z innych wydawnictw. Niestety pierwsze wrażenie nie było zbyt dobre. Woblink zaoferował zaledwie kilkanaście darmowych lektur i jeden komiks. Zapomnijmy jednak o wszelkich utrudnieniach, opóźnieniach i niedotrzymanych terminach – 6 grudnia (akurat na Mikołajki) pojawiła się aktualizacja, dzięki której w końcu otrzymaliśmy dostęp do płatnych treści.

Błędy, błędy, błędy! Część osób narzekała, że Woblink zawiesza się przy ściąganiu i restartuje iPhone’a. Mi z kolei nie chciał otworzyć się katalog – do książek miałam dostęp tylko przez „Top 10”. Też niezbyt długo, bo i ta zakładka zaraz przestała się wczytywać.. Lepsza oferta… Po aktualizacji, która nastąpiła 6 grudnia, większość błędów została naprawiona. Pojawiły się też płatne treści - znajdziemy więc w Woblinku tytuły z wydawnictw Albatros, Czarna Owca, MUZA, Prószyński i S-ka, Otwartego, W.A.B., Znak, Zysk i S-ka. Na razie tylko po kilka książek od każdego wydawcy, nie zabrakło jednak hitów ani nowości i naprawdę nie ma co narzekać na słaby wybór – dostępna jest saga „Milenium” Larssona, „1Q84” Murakamiego, „Książę Mgły” Zafona, „Szeptem” Fitzpatrick, „Bóg. Życie i Twórczość” Hołowni, „Zwyczajny facet” Kalicińskiej.

Aplikacja i jej funkcje Najpierw jednak kilka słów o samej aplikacji. Prezentuje się ona ładnie – podobnie do iBooks. Przy … i lepsze promocje pierwszym uruchomieniu powita nas prezenta- Na początek rzecz najciekawsza, czyli ceny. Jest różcja. Szczerze mówiąc, trochę irytująca. Następnie nie. Najtaniej kupimy tytuły Wydawnictwa Otwartego. Komiksy „Wilq”, „Jeż Jerzy” czy „Funky Koval” Agnieszka „Ag” Żak – Rocznik ’88. Studentka studiów uzupełniających magisterskich na kierunku Informacja Naukowa i Bibliotekoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Całym sercem kocha książki papierowe, zwłaszcza fantastykę, także w formie mangi/anime. Uwielbia Josepha Hellera i Ursulę K. le Guin. Nie przeszkadza jej to żywo interesować się rynkiem książki elektronicznej oraz dystrybucją kultury w Internecie: http://ikarvotumseparatum.wordpress.com/about/


TOP10: Najbardziej kontrowersyjne książki w historii światowej literatury

8. Księga Mormona Po raz pierwszy ukazała się drukiem w 1830 roku, tuż po tym, jak Joseph Smith Jr. doznał objawienia, w którym ukazał mu się „niebiański wysłannik” – anioł imieniem Moroni, wskazując miejsce ukrycia złotych płyt. Na płytach tych spisano dość kontrowersyjne podstawy i prawa obowiązujące w kościele. Tymczasem prawda zwiąŻaden twór ludzkiego umysłu tak bardzo zana z założeniem Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych nie wpłynął na rozwój cywilizacji jak książ- w Dniach Ostatnich okazać się może dość prozaiczna. ka – oprócz koła, oczywiście.  Ten zbiór Otóż ówczesne prawo zakazywało posiadania więcej niż starannie spisanych myśli potrafił pory- jednej żony. Aby ominąć ten przepis, Joseph Smith Jr. wać miliony, kształtować światopogląd wymyślił nową religię, dzięki której miał 49 żon!

całych narodów, wzbudzać odrazę, grozę lub uśmiech, tłumaczyć  zbiorowe mordy lub miłosierne porywy serca. To książki sprawiały, że otaczający nas świat nabierał nowych wymiarów i barw, rozrastał się lub wprost przeciwnie, kurczył się i szarzał. Dziś z serwisem DuzeKa.pl prezentujemy TOP10 najbardziej kontrowersyjnych książek w dziejach światowej literatury, które na stałe odcisnęły się w świadomości całych cywilizacji i wpłynęły na ich rozwój lub stagnację.  10. Kod Leonarda Da Vinci Listę najbardziej kontrowersyjnych książek w historii literatury zamyka pozycja pióra Dana Browna, w której zaprzecza on boskości Jezusa, przypisuje mu związek z Marią Magdaleną i spłodzenie córki, która po wyemigrowaniu na teren obecnej Francji dała początek dynastii Merowingów. 9. Przygody Hucka Dziwne? Wcale! Otóż książka Marka Twaina była i jest zakazywana w szkołach Stanów Zjednoczonych za jedno bardzo niepolityczne słowo – „czarnuch”. Autor używa go na kartach książki kilkaset razy, co mocno przeszkadza wszelakim bojownikom,  choć w czasach współczesnych Twainowi było określeniem używanym w języku codziennym.

7. Buszujący w zbożu Przyznać trzeba, że J.D. Salinger wykazał się niemałą odwagą, wydając w 1951 r. swoje dzieło. Ówczesna Ameryka nie dorosła do użytych w niej wulgaryzmów, opisów scen seksualnych, palenia i picia. Zresztą do dzisiejszego dnia „Buszujący w zbożu” wzbudza wiele emocji. To one spowodowały, że w Stanach Zjednoczonych w 2005 roku pozycja ta znalazła się w pierwszej dziesiątce najbardziej kwestionowanych dzieł literackich. 6. Bóg urojony Richard Dawkins jest antyteistą, czyli sprzeciwia się religiom głoszącym istnienie boga/bogów lub bogiń ingerujących w losy świata, który jest rzekomo ich dziełem. Jego książka to najbardziej radykalny traktat o ateizmie jaki napisano do tej pory, a jednocześnie największy sukces komercyjny wśród książek tego gatunku. 5. If I Did It Książkę (polski tytuł: „Gdybym ja to zrobił”) napisał O. J. Simpson – gwiazda amerykańskiego futbolu, w której opisuje, jak zabiłby swoją żonę, gdyby to rzeczywiście zrobił.  Żona Simpsona, Nicole i jej przyjaciel (kochanek), Ron


Podróże literackie Joanna Janowicz

Afrykański równoważnik Budrewicza Budrewiczowska wizja Afryki przypomina wyprawę śladami Stasia i Nel. Choć nie ma cech obiektywnego reportażu, jest dość ciekawą propozycją dla lubiących relacje z podróży o posmaku przygodowym. „Równoleżnik zero” Olgierda Budrewicza powstał w latach 60. po wyprawie do Konga Léopoldville (dziś Demokratyczna Republika Konga / Kongo-Kinszasa), Konga Brazzaville (dziś Republika Konga), Burundi i Rwandy, ledwo wyzwolonych z oków kolonializmu. Polski reporter przygląda się sytuacji gospodarczej i politycznej w Léopoldville, spływa z polskim myśliwym Stachem Hemplem rzeką Ubungi, uczestnicząc w polowaniu na krokodyle, by na koniec spotkać jowialnego Belga i poznać z nim wyjeżdżającego właśnie do kraju belgijskiego ambasadora. Choć przedstawiana jako reportaż, książka zasługuje na miano relacji z wyprawy: odzwierciedla jedynie drogę, jaką przebył autor, a nie generalizujący obraz sytuacji. Fakty i „twarde” informacje są napisane w krótkich zdaniach i ich równoważnikach o encyklopedycznej treści, utrzymanych w klimacie niezadowolenia, nudy i chęci ucieczki. Jakby Budrewicza tak naprawdę nie interesowała sytuacja Afryki tuż po upadku kolonializmu, w momencie zbierania manatek przez ostatnich ambasadorów i tworzenia z bałaganu własnych prób rządów, lecz sama wyprawa, sam krajobraz i mieszkający tam ludzie. O tym, że krajobraz jest ważny dla autora, świadczy również to, że nie mając do swojej dyspozycji żadnych przewodników, posiłkuje się on wiadomościami pozyskany-

mi z lektury „Jądra ciemności” Josepha Conrada – i są to głównie opisy przyrody. Dowodem na zainteresowanie samą drogą (wbrew licznym westchnieniom zmęczenia i krytyce „harcerskich warunków”) jest to, że opowieść nabiera rumieńców, gdy Budrewicz wyrusza w dzikie ostępy Afryki w towarzystwie Stacha Hempla, pochodzącego z Polski słynnego myśliwego. Choć trudno mi obdarzyć tego ostatniego sympatią, bo dla sportu zabił: „3000 krokodyli, 280 bawołów, 19 słoni 15 hipopotamów, 3 lwy, 16 lampartów” / s. 22 nie sposób zaprzeczyć, że pozytywnie stymuluje relacjonującego. Narracja ożywa, rozpędza się, staje się barwna i wciąga. Książka staje się przygodową: są polowania na krokodyle, dzielny i nieustraszony Hempel, przypominający Bosmana z przygód  Tomka Alfreda Szklarskiego, poznanie Pigmejów, marsz przez dżunglę. Liczne zdjęcia okraszają historię i płynie się nią wartko, zgodnie z kierunkiem nadanym przez wiozący bohaterów stateczek. Jednak nawet rozwarte paszcze krokodyli ani ich wielkie cielska, zwalane do statku przez Hempla, nie oderwały myśli Olgierda Budrewicza od Polski i Warszawy, które jawią się jako raj miodem i mlekiem płynący. Co i rusz Afryka nie przypomina ojczyzny autora, to znowu wolta i zakręt rzeki przeistaczają się w jego wyobraźni w ulicę Marszałkowską. Okazuje się, że na każdym kroku w Kongo można spotkać Polaka (liczne wywiady z polskimi lekarzami mieszkającymi tutaj na stałe) i polskie produkty (koszule Wólczanki czy zapałki Made in Poland). Wszystko tu jest pomnożone przez polskie miasto, podzielone przez polską wieś spokojną.

Joanna Janowicz - pierwsze słowa stawiała w wieku trzech lat. Od tej chwili zmienił się charakter jej pisma, narzędzia pracy i zasób słownictwa. Pozostało jednak wciąż to samo zacięcie i pasja w szukaniu wciąż nowych, nieszablonowych form i dalekich od banału wyrażeń. Na ich tropie pozostaje zarówno w sferze zawodowej, jak i prywatnej. W zaciszu domowym celebruje chwile spędzone na lekturze. Działając pod przykrywką recenzentki i felietonistki rozprawia się na łamach blogu z niedociągnięciami w beletrystyce i zachłystuje się pięknem arcydzieł wielkich pisarzy. Uważa, że gdyby nie istniała literatura, świat dawno by z sobą skończył. Prowadzi blog pod adresem: http://direlasua.wordpress.com


się w prawdy objawione). Czyli, na Boga Miłosiernego, wyrugować z nich frazesy o wielkim poecie Słowackim, wymazać z pamięci zachwyty nad trzynastozgłoskowcem w Panu Tadeuszu i Litwą, ojczyzną ukochaną Mickiewicza, wyrwać im z mózgów prozę historyczno-fantastyczną ku pokrzepieniu serc, oduczyć ślinienia się nad Dziennikami starego subiekta i wszelkim innym diabelstwem, które później będą z kretynim uśmiechem na twarzy wkładać do głów wychowankom. Niech zaczną podchodzić do tematu „życiowo”, a mianowicie: niech przedstawiają w sposób skrócony konotacje historyczno-polityczne, dawne mody poetycko-epickie, napięcia między wieszczami, a przede wszystkim – niech przygotują uczniów na to, że się zawiodą, że nie zrozumieją, że trudno będzie się czytało i że najpewniej nic im tego nie wynagrodzi. Wtedy nikt nie będzie ciskał gromów w kierunku pisarza za to, że napisał gniot (przynajmniej wg standardów XXI-wiecznych), ponieważ wszelkie znaki na niebie i ziemi gniot zapowiadały. Gwarantuję, że znajdzie się wtedy rzesza przyjemnie rozczarowanych.

(w razie zawodu) ma zupełne prawo do wyszydzania, lżenia i poniewierania danego „klasyka”. Warto więc nie tylko informować o tym uczniów/studentów, ale także znajomych, którym coś mamy zamiar polecić (oczywiście jeśli nie są to: saga Zmierzch, Dom Nocy, powieści Paula Coelho etc.). Warto też zwrócić uwagę na wiek przyszłego odbiorcy.

Stary ale jary Rzeczywistość bowiem wygląda tak, że konstrukcja umysłu zmienia się wraz z biegiem życia. Mózg nabywa doświadczenia, uczy się, zapamiętuje, a – analizując dużo symboliki – potrafi łatwiej znajdywać dla niej oparcie, co przekłada się na efekty – rozumiemy więcej, lepiej i szybciej, co z kolei wpływa na satysfakcję płynącą z lektury danej powieści, wiersza, sztuki. Można więc przeczytać Szatańskie wersety, Imię róży, Lód, Kompleks Portnoy’a itd. mając lat jedenaście, ale sens w tym żaden (chyba, że jest się młodym geniuszem), ponieważ nasze zrozumienie oscyluje dookoła pustki. Trzeba dać sobie trochę lat na zdobycie większej Drugi sposób to (wspominane na początku) ostrzeże- ilości połączeń neuronalnych, a nie skakać na główkę nia. Do zrozumienia wielu książek obecnych w kanonie do pustego basenu, bo można sobie zrobić mentalną lektur, a także w kanonie ogólnokulturowym, koniecz- krzywdę, która zablokuje nas na amen, odgradzając od ne są… inne książki i czytelnik, sięgając po jakieś owia- utworów pisarzy genialnych. No chyba, że ma się siłę ne sławą dzieło, powinien mieć tego świadomość, i chęci na drugie podejście do kiedyś niezrozumiałych powinien też mieć opcję nadrobienia materiału. Jeśli dzieł, ale (z punktu widzenia zapalonego czytelnika) tego nie zrobi, to jego strata i niech sobie zachowa swe jawi się ta metoda wielce jałową, ponieważ za dużo narzekania dla siebie. Jeśli jednak pozna „zaplecze”, napisano świetnych książek, aby rokrocznie marnotraugryzie materię z każdej możliwej strony, to wówczas wić czas na te same.

Gabriel Augustyn - niespełniony pisarzyna, wielbiciel SF, horroru i postmodernizmu, zainteresowany filozofią, medycyną, kosmologią, metafizyką oraz szeregiem innych, trudnych do sprecyzowania dziedzin. W przyszłości preparat do nauki anatomii prawidłowej, ewentualnie splastynowane ciało w wystawie „Cielesne światy” von Hagensa. Blog prowadzi pod adresem: http://gyero-saski.blog.granice.pl Wraz z Agnieszką Kozub prowadzi pod adresem: http://cormacmc.blogspot.com blog poświęcony twórczości Cormaca McCarhy’ego.


Dwa oblicza Llosy Michał Erazmus

Na początku był chaos, jak to kiedyś mówili Grecy. Ale cywilizacja zrobiła mały krok naprzód i dziś naukowcy raczej dowodzą, że wszechświat dąży jedynie do stałego przyrostu stopnia nieuporządkowania. I powiedzieć by się chciało, że literatura czy sztuka też wpisują się w ten rozwojowy trend. Ale to przecież nic nieznaczący banał, a za banały Nobla się nie dostaje. Chaos doskonały – „Zielony dom” Mario Vargas Llosa, peruwiański pisarz, ma na koncie prawdziwie monumentalny kawałek twórczości. I choć jest tegorocznym laureatem Nobla w dziedzinie literatury, to podobno najlepsze jego dzieła to te sprzed dwudziestu, trzydziestu lat. Taką pozycją jest „Zielony dom”, wydany w 1966 roku. Literatura iberoamerykańska niezmiennie stanowi dla Europejczyków przyjemny powiew świeżości, egzotyki, inności. I właśnie tak jest z „Zielonym domem”. Wraz z lekturą poznajemy coraz więcej zwyczajów małego peruwiańskiego miasteczka, coraz mocniej wczuwamy się w krzykliwą i niebezpieczną Amazonię, coraz lepiej rozumiemy mentalność Latynosów.

wpleść kwestie kilku bohaterów razem z opisem ich gestykulacji i otoczenia. Stawia to peruwiańskiego pisarza gdzieś pomiędzy stylistycznymi fetyszystami a geniuszami słowa. A może i w jednej, i w drugiej loży… Cały ten bałagan spajają jednak dwie rzeczy, stanowiące bezbłędne punkty orientacyjne, wtedy gdy (wielokrotnie) gubimy się podczas czytania powieści. Są nimi: postać „ucywilizowanej” Indianki, Bonifacji i tytułowy zielony dom publiczny. Praktycznie w każdym wątku stanowią punkt zwrotny i sprawiają, że na końcu wszystko nie tyle wyjaśnia się, ile – łączy w całość. Bonifacja jest też chyba najciekawszą postacią książki. Co chwila wydaje się zmieniać twarz, przybierając raz maskę indiańskiej femme fatale, by innym razem wystąpić jako nieśmiała, skrzywdzona dziewczynka. To wewnętrzne rozdarcie potwierdzają jej pochodzenie i korzenie. Osobną postacią wydaje się być dżungla. Llosa przedstawia ją na kilku poziomach – raz jako złowrogiego bohatera czy symbol chaosu, a czasami przeciwnie – jako bezpieczny dom. Przy tym wszystkim opisuje ją z niezwykłą barwnością i plastycznością, czarując i urzekając czytelnika.

Komitet Noblowski w uzasadnieniu tegorocznego werdyktu pisze, że peruwiański autor nagrodę otrzymuje za „kartografię struktur władzy oraz wyraziste obrazy W ten sposób poznajemy losy domu publicznego, dwój- oporu, buntu i porażek jednostki”. I dotyczy to także ki oszustów, sióstr, prowadzących szkołę dla młodych, „Zielonego domu”. Na naszych oczach odgrywa się tu porwanych Indianek, paczki przyjaciół, wojskowych „cywilizowana kolonizacja” Amazonii – małe, indiańskie i – oczywiście – wielkiej miłości, w sumie jakieś pięć- dziewczynki porywane są ze swoich rodzinnych plemion, -sześć praktycznie oddzielnych historii. I, co ciekawe, a potem umieszczone zostają u sióstr zakonnych, które wszystkie te wątki, choć nierównoległe czasowo, przed- mają kształcić, wychowywać i wpajać religię. Następstawiane są w powieści jednocześnie. Daje to już pewne nie większość z dziewcząt ląduje w bogatych rodzinach pojęcie o artystycznym ADHD autora. „Zielony dom” – w charakterze służących. Książka Llosy stanowi więc poza „Grą w klasy” – jest chyba najbardziej chaotyczną głos w ciekawej, kontrowersyjnej dyskusji – niestety, książką, jaką mi przyszło czytać. Ale – ku memu zdziwie- w naszej kulturze raczej obcej i przemilczanej. niu – w pozytywnym sensie. Niestety, nie czyni to tej pozycji łatwą w odbiorze, zwłaszcza gdy dodamy specyficzny, skrajnie zmanierowany styl Llosy. Prowadzi on niezwykłą, „wielogłosową” narrację. Potrafi w imponujący sposób w jedno zdanie

Przy czytaniu Noblistów niezmiennie nasuwa mi się pytanie, ile w tym kunsztu tłumacza, a ile geniuszu autora. Kwestia prawdopodobnie nie do rozstrzygnięcia, ale właśnie z tego powodu myślę, że Carlosowi Marrodan Casasowi należą się słowa uznania – nie tylko za prze-


Po pierwsze, nie zabijaj – autora! Paweł Wimmer

wy. Moim zobowiązaniem  jako autora  jest zapewnienie odpowiedniej jakości dostarczanych treści oraz niskich cen. W moim najgłębszym przekonaniu obecne ceny ebooków w Polsce (na świecie również) są zdecydowanie za wysokie. Wynoszą 80-100 procent ceny papierowych odpowiedników, podważając próby rozruszania tego rynku. Nie powinny przekraczać 50 procent i sam zamierzam walczyć o jak najniższe ceny własnych. Chyba dobrą zasadą jest przyjęcie założenia, że 100-stronicowy PDF w typowym formacie B5 powinien kosztować w granicach 8-10 groszy za stronę, zaś powyżej 100 stron powinna następować dalsza, silna degresja ceny (w ten interes włącza się jeszcze państwo z dużym podatkiem VAT).

Aktywne wejście w buty autora ebooków zmusiło mnie do zastanowienia się nad paroma aspektami funkcjonowania tego rynku. Sam siedzę okrakiem na barykadzie – jestem zarówno autorem, jak i aktywnym konsumentem książek elektronicznych, co pozwala mi łatwiej ocenić Po co nam DRM? potrzeby obu stron. Wprawdzie zdecydowana większość obecnych na moim dysku czy w czytniku elektronicznym publikacji to pozycje bezpłatne, jednak mam też szereg zakupionych legalnie w internetowych księgarniach. Istotą tego, co chcę tu powiedzieć, jest apel o wzajemną uczciwość wydawców, księgarni, autorów i czytelników wobec siebie. Wszystkie strony muszą postępować fair, wszystkie mają wobec siebie zobowiązania, jeśli ten rynek ma być w miarę cywilizowany, a przede wszystkim – jeśli ma skutecznie funkcjonować. Nowy początek Zacznę od samego siebie – żywe przykłady najmocniej przemawiają. Gdy kaprysem losu i ludzi pozbawiony zostałem wykonywanej od dwudziestu lat pracy, po pewnym czasie zostałem też zmuszony do dokonania jakiegoś wyboru, do próby ucieczki z równi pochyłej, na której tkwiłem przez kilkanaście miesięcy (z niestabilnego układu, jak powiedziałby fizyk czy matematyk). Tą próbą jest wejście na rynek ebooków w roli autora, ale już nie doraźnie, jak przedtem (moje ebooki są przecież na rynku od pięciu lat), lecz niejako programowo, w jakimś sensie – pełnoetatowo. Próba ta, jeśli się nie powiedzie, dowiedzie ostatecznie, że będę musiał szukać pracy w okienku pocztowym czy w jakimś innym tego rodzaju miejscu, bo tradycyjne dziennikarstwo komputerowe jest już w zasadzie zamknięte, jest w stanie kolapsu – trudno układać tam sobie życie na nowo w wieku 50+, zaczynać niemal od zera mimo dwóch dekad doświadczeń w tej branży, na nowo terminować za naprawdę marne stawki autorskie.

Wszystkie liczące się na świecie platformy ebookowe stosują ochronę za pomocą DRM. Choć o technice Digital Rights Management powiedziano już wiele złego, a wydawnictwa muzyczne zaczynają od niej odchodzić, jest to ciągle jedyna sensowna ochrona (a każdym razie znaczące utrudnienie) przed bezprawnym kopiowaniem publikacji. Ebook jest takim samym towarem jak mleko w sklepie czy jabłka na straganie. Nikomu nie przychodzi przecież do głowy wzięcie tych towarów za darmo, podczas gdy w przypadku produktów elektronicznych dość powszechne jest mniemanie, że jak wezmę piracką kopię, to nic nikomu z tego tytułu się nie stanie, bo nie odbieramy nic autorowi, lecz tylko magicznie powielamy. Stanowczo nie zgadzam się z taką opinią – każda piracka kopia oznacza wzięcie na siebie przynajmniej moralnej odpowiedzialności (prawnej także, nie ukrywajmy) za to, że autor nie zyskuje na niej, że jego praca idzie na marne. Obecność DRM jest sygnałem, że tego nie wolno robić, że gdzieś pojawia się wydawnicze i autorskie non possumus. Przeklęta bariera? Gdyby na ulicznym stoliku leżały gazety, a obok puszka z napisem, że tu należy wrzucić 1,50 zł za wzięty egzemplarz, większość ludzi brałaby gazety za darmo. Gdy jednak najpierw musisz wrzucić 1,50 zł do otworu, a odpowiednie urządzenie dopiero wtedy wysuwa gazetę, to jest to właśnie ten DRM, ta bariera chroniąca interes wydawcy, który ponosi koszty napisania, wydrukowania i rozesłania owej gazety. Wiara w człowieka jest może i wielka, ale nie aż tak wielka, by kłaść stolik i puszkę. Oczywiście, możesz rozwalić całe urządzenie i wyjąć wszystkie gazety ze środka, nie płacąc za nie, ale będzie to już przestępstwo.

Zobowiązania autora Sukces lub porażka będą bezpośrednio zależeć od tego, jak zachowają się obie strony niepisanej umo- Prawo mówi, że nie możesz kraść, zabijać, gwałcić


Niemcy byli bardzo blisko ataku rakietowego na Nowy Jork O tajemnicach Dolnego Śląska czasu II wojny światowej oraz o niemieckiej bombie atomowej Jerzy Rostkowski opowiada serwisowi Histmag.org Łukasz Grzesiczak: Czy nie boi się Pan zarzutu, że nie jest Pan historykiem, a jedynie zwykłym poszukiwaczem sensacji? Jerzy Rostkowski: Nie, ponieważ staram się maksymalnie udokumentować to, o czym piszę. Wielokrotnie próbowano mi zarzucać wprowadzanie elementów wątpliwych do moich książek. Tak było również w przypadku Podziemi III Rzeszy, jest tam bowiem bardzo dużo nowych faktów, rzeczy wręcz nieprawdopodobnych. Zawodowi historycy natomiast często zarzucają mi brak bibliografii. Staram się zatem umieszczać w publikacjach mnóstwo zdjęć, podawać jak najwięcej odniesień do źródeł w postaci dokumentów. Wszystkie relacje, jakie posiadam, są nagrane, bądź spisane, i potwierdzone. Zwykle nie wystarcza mi ogromne prawdopodobieństwo jakiegoś zdarzenia. Muszę mieć jego wyraźne, przynajmniej trzykrotne, potwierdzenie od osób, które się nie znają. Czuje się Pan historykiem? Nie. Czuję się miłośnikiem historii. Na czym polega ta różnica? Nie chciałbym obrazić moich kolegów historyków, akademickich zawodowców, przed którymi chylę czoło. Wydaje mi się jednak, że do pracy prawdziwego historyka można dołożyć coś jeszcze, odrobinę własnej dociekliwości, potwierdzonej badaniami terenowymi, pasję, umiłowanie regionu, o którym się pisze. Chodzi więc o umiłowanie historii, a nie o czyste jej przekazywanie. No i język. Tego suchego języka naukowców nikt, oprócz specjalistów, nie przeczyta. To jak tu mówić o popularyzowaniu regionu? Mówił Pan o umiłowaniu nie tylko historii, ale także rejonu, o którym się pisze. Zapytam więc o tę książkę. „Podziemia III Rzeszy” opowiadają o Wałbrzychu i jego okolicach: skąd zainteresowanie akurat tym obszarem? Proszę również powiedzieć, jak wyglądały badania tam prowadzone? Jakie największe dla Pana


Kobiety średniowiecza (1): Bertrada de Montfort – królowa-skandalistka

Ponurego, hrabiego Andegawenii. Jej mąż miał 46 lat, nieciekawą reputację i trzy porzucone żony na koncie (Bertrada była jego piątą małżonką). Dość powiedzieć, w jakich okolicznościach został hrabią Andegawenii. W 1068 roku obalił i uwięził swojego brata, Gotfryda III Brodatego. Biedny Gotfryd był przetrzymywany w takich warunkach, że dostał obłędu. Fulko zwolnił go dopiero po 28 latach.

Jakim cudem Bertrada wyszła za takiego mężczyznę? W 1089 roku Robert Krótkonogi, książę Normandii, zawarł pokój z hrabią Andegawenii. Ten zażyczył soW 1095 roku na synodzie w Clermont bie ręki pięknej Bertrady, która po śmierci ojca (Szypapież Urban II nie tylko wezwał do wy- mon de Montfort zmarł w 1087 roku) znajdowała prawy krzyżowej, ale też obłożył klątwą się pod opieką wuja, hrabiego Wilhelma d’Evreux, francuskiego króla Filipa I. Przyczyną będącego wasalem księcia Normandii. Kiedy nadeszła matrymonialna propozycja, wuj początkowo była bardzo atrakcyjna dwudziestopię- nie zgadzał się na zamążpójście wychowanicy. Nie cioletnia kobieta – Bertrada de Mont- było to „nie” kategoryczne – w zamian domagał się fort. od Roberta Krótkonogiego kilku posiadłości. Kiedy je otrzymał, zgodził się na ślub siostrzenicy. Jej losy były niezwykłe, ale nie zaskakują tak bardzo, gdy spojrzy się na otoczenie, w jakim wyrastała. Jej O życiu Bertrady, jako hrabiny Andegawenii, wiadoojciec, Szymon I, pochodził z hrabiowskiego rodu mo niewiele. Przypuszczalnie w 1090 roku urodziła władającego zamkiem w Montfort-l’Amaur, zaś mat- syna Fulka, późniejszego króla Jerozolimy. Kronikarz ka, Agnieszka, wywodziła się z dynastii książąt nor- Guibert z Nogent twierdził, że Fulko IV planował mandzkich i była kuzynką samego Wilhelma Zdo- swoją piątą żonę „odesłać jak nierządnicę”. Jeżeli bywcy. Kiedy zachodziła taka potrzeba, przyrodnia nawet tak było, Bertrada uprzedziła ruch męża. siostra Bertrady, Izabela, zakładała kolczugę i walczyła konno. Bigamia do kwadratu W 1092 roku do Tours, w odwiedziny do hrabiego Piąta żona ponurego hrabiego Andegawenii, przybył 32-letni Filip I, władca Francji. W 1089 roku Bertrada została wydana za Fulka IV Był on ciekawą postacią. Miał 7 lat, gdy po śmierci

Michael Morys-Twarowski


Arcydzieło w pigułce Gabriel Augustyn

Viggo Mortensen i Charlize Theron w rolach głównych. Od pierwszych kadrów porażający nastrój opuszczenia, smutku, beznadziei, dopełniany przez muzykę i genialną scenografię. Arcydzieło McCarthy’ego w filmowej pigułce w końcu dostępne na DVD. Premiera nadeszła jednak bez szumnych zapowiedzi, reklam i większej kampanii promocyjnej. Można by nawet powiedzieć, że dystrybutor potraktował ten film jak niechciane dziecko – wypchnął czym prędzej z siebie, robiąc przy tym jak najmniej hałasu, po czym pozbył się w pierwszym lepszym zaułku, niezainteresowany dalszym losem pociechy. Sytuacja niezrozumiała, zarówno dla wielbicieli prozy amerykańskiego pisarza, jak i dla miłośników dobrego kina, którym soczysty trailer spędzał sen z powiek. Sprawa dziwna tym bardziej, że w mediach zachodnich „Droga” zebrała bardzo dobre recenzje, które systematycznie przeciekały do prasy polskiej i były zgodne co do kwestii, że jest to kino na najwyższym poziomie i świetna ekranizacja zarazem.

Czy na pewno? Klimat znany z książki uderza widza od pierwszych sekund. Po krótkim wprowadzeniu lądujemy w brudnym, szarym, zapylonym świecie, który nawiedził bliżej nieokreślony kataklizm. Widzimy ojca i syna, ich nędzę, zmarnowanie, zewnętrzne wycieńczenie. Jednocześnie rzuca się w oczy wyjątkowość tej dwójki – oto bowiem ludzie połączeni nierozerwalną więzią, stalową miłością rodzica do dziecka. Wydawałoby się, że wobec głodu i nieustannych lęków takie uczucia nie mają racji bytu, ale jest wręcz przeciwnie – jawi się ono tym silniejsze, im okolica bardziej złowroga, a zapasów – mniej. Jest w nich coś, co stracili niemal wszyscy ludzie dookoła: wewnętrzny ogień dobroci, który pielęgnują i niosą przed siebie. Szarość, szarość, szarość… Teraźniejszość i przeszłość nie rozpieszczają głównych bohaterów. Z jednej strony towarzyszymy im w trudach codziennej wędrówki, a z drugiej obserwujemy, jak zmagają się z bolesnymi wspomnieniami. Szczególnie postać ojca silnie doświadcza tego dualizmu, ponieważ człowiek ów zdaje sobie sprawę z tego, co utracił. Doprowadza to do domniemania, że także przyszłość jawi się w kolorach szarości, co w dużej mierze potwierdzają wydarzenia na ekranie, które z minuty na minutę są coraz bardziej przytłaczające, dosadne, zabarwione brutalnością fizyczną i psychiczną. Pod tym względem ekranizacja „Drogi” to film


Polecamy na Gwiazdkę! Kropelka optymizmu

Goły. Porno w raju Autor: Ryszard Katarzyński / Wydawnictwo: Goneta.net

Poza instrukcją używania świdra ogniowego otrzymujemy tu solidną porcję pieprznej rozrywki doprawionej wątkiem kryminalnym, refleksjami egzystencjalnymi i moralnym przesłaniem. Ej, chciałaby dusza do raju zwłaszcza, gdy jego twórcą jest Ryszard Katarzyński! (JG)

Przepisy na radość Autor: Phil Bosmans / Wydawnictwo Semen

„Przepisy na radość…” to promień słońca wśród chmur, to broń przeciwko smutkowi i ratunek dla maruderów. Na prezent, do domowej biblioteczki i do „kieszonkowego” użycia – ta książka jest dla wszystkich. (JG)

Jak niczego nie rozpętałem Autor: Harosław Jaszek / Wydawnictwo IMG Partner

Pełna inteligentnego humoru opowieść o rocznych perypetiach pewnego magistra w Ludowym Wojsku Polskim. Jak twierdzi wydawnictwo, „nie oznacza to, że książka przemówi jedynie do czytelników pamiętających wyroby czekoladopodobne i noszone na szyi sznurki z papierem toaletowym. Także młodsze pokolenie odnajdzie w niej wiele znajomych, komicznych motywów”.


Książeczki dla najmłodszych

Łatwe piosenki dla dzieci

Łatwe piosenki dla dzieci Autor: Beatrix Podolska / Oficyna WydawniOficyna Wydawnicza Impuls cza Impuls Autor: Beatrix Podolska

„Łatwe piosenki dla dziecka” to znakomita pomoc dla „Łatwe piosenki dla dziecka” to znakomita pomoc dla nauczycieli przedszkolnych i nauczycieli przedszkolnych i klas I do III szkół podstaklas I do III szkół wowych, studentów kierunków pedagogicznych oraz podstawowych, studentów kierunków pedagogicznych oraz rodziców, którzy w każdej rodziców, którzy w każdej chwili mogą zanucić wraz chwili mogą zanucić wraz z z pociechami „Śniegowe gąski” czy „Złą pogodę” na… pociechami „Śniegowe gąski” czy „Złą pogodę” na… poprawę nastroju. (JG) poprawę nastroju. (JG) Seria „Muminki”

Seria „Muminki” Praca zbiorowa Praca zbiorowa / Wydawnictwo: Wilga

Bohaterowie jednej z najfajniejszych dobranocek zapraszają dzieci do zabawy.:Muminki Wydawnictwo Wilga kochają przygody, a dziś całą ich rodzinę czeka mnóstwo wrażeń i świetnej zabawy. W książkach z serii Wydawnictwa Wilga będziemy mogli czytać o ich przygodach, przyklejając Bohaterowie jednej z najfajniejszych dobranocek zapraszają dzieci do zabawy. Muminki wspaniałe naklejki. Dzieci zyskają szansę pokolorowania postaci kochają przygody , a dziś swych ulubionych bohaterów i zobaczyć świat Muminków w zupełnie nowych barwach. Zagrająwrażeń w chowanego, otwierając kolejne całą ich rodzinę czeka mnóstwo i świetnej zabawy . W książkach z serii okienka w poszukiwaniu Małej Mi. Poznają pierwsze słowa i liczby. Wydawnictwa Wilga będziemy Wraz z Muminkiem będą obchodzić urodziny. Kochacie Muminki?

mogli czytać o ich przygodach, przyklejając wspaniałe naklejki. pokolorowania postaci swych ulubionych bohaterów i zobaczyć świat

Bawcie się z nimi!

Dzieci zyskają szansę

Muminków w zupełnie nowych barwach.

Biblia dla milusińskich Małej MVocatio i. Poznają pierwsze słowa i liczby. Autor: Anne de Graaf / Wydawnictwo

Zagrają w chowanego,

otwierając kolejne okienka w poszukiwaniu

Wraz„Biblia z Muminkiem będą wypełniona kolorowymi ilustracjami José dla milusińskich”,

Péreza Montero, przepiękny podarek dla milusińskich, którym obchodzić urodziny . Kto ochacie Muminki ?B awcie się z nimi !

w późniejszym życiu pomoże dokonać wyboru w duchu Boga i zgodz wartościami bliskimi sercu. Gruba okładka, poręczne wymiary milusińskich Biblianiedla książki ułatwią czytanie „do poduszki”, stanowiąc wspaniały wstęp do wspólnej modlitwy.

Autor: Anne de Graaf

Wydawnictwo VocatioSeria „Budowanie charakterów”

Praca zbiorowa / Wydawnictwo Vocatio

Książeczki, obok”,pouczającej z życiailustracjami zwierząt, José Péreza Montero, „Biblia dla milusińskich wypełnionahistorii kolorowymi zawierają przewodnik dla rodziców i wychowawców, to przepiękny podarek dla którymwznajdą Państwo pytania nawiązujące do milusińskichw , którym późniejszym życiu pomoże dokonać wyboru w duchu Boga i tekstu. Zachęcamy rodziców do rozpoczęcia lektury od zgodnie z wartościami bliskimi tychułatwią wskazówek. sercu. Gruba okładka, poręczne wymiary książki czytanie „do poduszki”, stanowiąc wspaniały wstęp do


Czytam 9