Issuu on Google+

“Nawet jeśli będę kiedyś płynnie mówił po arabsku czy w jakimkolwiek innym języku, to i tak język polski będzie moją ojczyzną” - mówi Piotr Ibrahim Kalwas, autor powieści “Dom”

1/2010


Na otwarcie W poszukiwaniu domu Rozmowa z Piotrem Ibrahimem Kalwasem

4

Dan Brown czyli co to jest “literatura popularna”?

11

Gdzie publikować? Amazon

14

Dobre i złe praktyki zagadujących czytającego

18

Czy dobra biografia to hagiografia?

20

Zasłyszane, podpatrzone Najlepsze książki na wiosnę

23

Radio pełne kultury

26

Błękitnokrwiści są wśród nas czyli nowa twarz wampirów

28

Wertowanie Powieści obyczajowe

32

Kryminały

36

Książki z różnych stron

40

Literatura piękna

44

Fantastyka

50

Adres redakcji: Wojciech Polak, Magazyn “Czytam”, Pl. Gen. Sikorskiego 2/8, 41-902 Bytom czytam@granice.pl, redakcja@granice.pl, skrempa@granice.pl Wydawca: Redaguje: Wojciech Polak Sławomir Krempa Zespół: Gabriel Augustyn, Magdalena Galiczek, Krzysztof Grudnik, Justyna Gul, Anna Kołodziejska, Mariusz Kołodziejski, Damian Kopeć, Na okładce oraz przy Stale współpracują: składzie wywiadu Joanna Janowicz, Niżej Podpisany z Piotrem Ibrahimem Kalwasem wykorzyProjekt graficzny, DTP: stano projekt Anny M. Tomasz Baran, Sławomir Krempa Koźbiel oraz motywy Reklama: z miniatury z Heratu Danuta Bujak, 603 610 667, dbujak@granice.pl “Ogród różany” Patrycja Palion, 666 716 586, ppalion@granice.pl


W poszukiwaniu domu

Z Piotrem Ibrahimem Kalwasem rozmawia Janina Koźbiel Czy w opisie człowieka ważne jest dla Pana pojęcie tożsamości? Jeśli tak, co ono oznacza? To zależy, czy mówimy o tożsamości jako wizji samego siebie, czy jako roli społecznej. Pewne jest, że ja mam obie tożsamości zachwiane, niejednoznacze i to mnie bardzo cieszy, bo pozwala mi swobodniej poruszać się w świecie. Na moją tożsamość osobistą składa się m. in. pochodzenie rodziny mojego ojca, która przywędrowała do Polski z Hiszpanii po rekonkwiście, a potem weszła w związki z kilkoma jeszcze nacjami europejskimi. Ale przede wszystkim ja żyję ciągle dzieciństwem, przeszłością, to jest mój Eden, nie mogę, nie umiem i nie chcę się od tego odciąć i zapomnieć. Nawet jako młody chłopak wspominałem, chociaż podobno życie przeszłością to oznaka starości. To wieczne patrzenie za siebie mocno utrwaliło we mnie moje własne życie. To jest jak nieustannie puszczany stary film. To powoduje, że piszę. Tożsamość zatem budowana jest przez całe życie? I nie jest czymś stałym, lecz czymś zmiennym? Byt określa tożsamość, że sparafrazuję klasyka. Tożsamość może, ale nie musi być stała, bo byt się zmienia, nieraz bardzo gwałtownie i radykalnie. Czasami trzeba po prostu uciekać, żeby przeżyć i trzeba stać się nagle kimś zupełnie innym, a potem jeszcze innym i jeszcze. Pamięta Pani film „Zelig” z Woody Allenem? To jeden z najlepszych obrazów o ludzkiej tożsamości. Ja dziewięć lat temu przyjąłem islam i to diametralnie zmieniło moją tożsamość. A nie zamknęło Pana w jednym kręgu? Przeciwnie. Wyruszyłem w świat - duchowo i fizycznie. Poznałem ludzi, kultury, zwyczaje, o których przedtem miałem bardzo mgliste, często fałszywe, pojęcie. Przez islam stałem się obywatelem świata. To nowe doświadczenie wypowiada Pan w nowej książce w języku polskim, jak miałam okazję się przekonać. Bo to ważny element mojej zmiennej tożsamości i pozostanie nim na całe życie. Nawet jeśli będę kiedyś płynnie mówił po arabsku czy w jakimkolwiek innym języku, to i tak język polski będzie moją ojczyzną. O języku jako ojczyźnie pięknie mówił Stanisław Lem. To święta prawda. Rozumiem, że wybór Aleksandrii jako miejsca zamieszkania jest deklaracją kosmopolityzmu. Mam nadzieję, że gotów jest Pan przeciwstawić się negatywnej aurze tego słowa? Tak. Bo nie ma nic gorszego niż ksenofobia i nacjonalizm. Prorocy i głosiciele religii nie nawoływali do patriotyzmu tylko do kosmopolityzmu, jakkolwiek dziwacznie by to zabrzmiało. Zresztą dla mnie narody i państwa to trochę ułuda. Proszę popatrzeć na historię świata: przeminęły setki, tysiące narodów i państw. Wiele z nich głosiło buńczucznie swoją „tysiącletnią rzeszę”, a dzisiaj są tylko notką w encyklopedii i skorupą w muzeum. Tożsamość to duchowość, szeroko rozumiana. Coś, co opiera się na nieprzemijalnych, uniwersalnych, prastarych wartościach. Aleksandria, gdzie Pan mieszka, to konkret: kamienie, domy, ahły, nieruchoma mewa na plaży Silsila. Opisuje Pan to wszystko z pietyzmem, czułością. Nie jak materialista jednak, lecz jak kabalista albo plotynista. Co Pan sądzi o zakorzenieniu kultury w religii? To bardzo trudne pytanie, bo najpierw musielibyśmy znowu zdefiniować pojęcie, a to zajęłoby nam strasznie dużo miejsca. To, moim zdaniem, jeden z kardynalnych błędów Zachodu w jego


odwiecznych relacjach z kulturami Afryki i Azji, a islamu w szczególności. Kiedy muzułmanin mówi czy myśli Din, to nie jest to samo, kiedy Europejczyk mówi i myśli „religia”. Pan żyje w obu tych światach, więc tym bardziej ważna jest Pańska opinia na ten temat. Nie chcę absolutnie przypisywać islamowi jakiejś wyjątkowości czy ekskluzywizmu, chodzi mi tylko o podkreślenie inności, odrębności i odmienności w przeżywaniu świata. Najkrócej rzecz ujmując: religia według człowieka Zachodu to jeden z wielu aspektów jego życia, a Din w odczuwaniu muzułmanina to tego życia istota. Myślę, że podobnie odpowie Pani Hindus. A to razem prawie dwa i pół miliarda ludzi, którzy w swoim pojmowaniu rzeczywistości kierują się przede wszystkim tym, co duchowe. Zachód musiałby wyzbyć się swego przywiązania do racjonalizmu, aby to pojąć? To kolejny problem: pojęcie racjonalizmu i irracjonalizmu - rozdzielenie typowo zachodnie. W kulturze islamu jest ono nieporównywalnie mniej widoczne. Tutaj prawie wszystko jest racjonalne. Tak, nie irracjonalne - jak to zarzuca islamowi i innym kulturom afroazjatyckim Zachód - tylko właśnie racjonalne. Bo w Egipcie, gdzie mieszkam, rozmowa o Raju, Bogu, aniołach ma taki sam wymiar normalności i zwykłości, jak rozmowa o zakupach w supermarkecie. Jest czymś absolutnie codziennym i racjonalnym. Co więcej, to właśnie ateizm budzi tutaj szczere zdumienie i jest pojmowany jako coś zupełnie irracjonalnego. Różnica mogłaby być inspirująca, ale wydaje się, że raczej uniemożliwia dialog. Sądząc na podstawie Pana książki, to raczej wina Zachodu? Nie o to chodzi, żeby Zachód się „nawrócił”, ale żeby wreszcie, po tylu wiekach poczucia wyższości nad nie-Zachodem, zrozumiał jego inność, zrozumiał niesamowitą (dla Zachodu tylko), wszechogarniającą sakralizację życia muzułmanów, Hindusów czy afrykańskich animistów, która tutaj, w Afryce czy w Indiach jest traktowana jako coś zupełnie normalnego, codziennego. Tym bardziej, że świat coraz bardziej się „dewesternizuje”, coraz bardziej jego środek ciężkości przesuwa się w kierunku wschodnim i taka wiedza może się kiedyś bardzo przydać. A może trzeba uznać za naturalny opór Zachodu przeciwko „dewesternizacji’? Jako rodzaj samoobrony. Tak, jak najbardziej, nie ma w tym nic dziwnego. Jak ktoś dominuje nad światem przez co najmniej pięć wieków, to nie tak łatwo przychodzi mu przyjąć do wiadomości swój schyłek. Często walczy o przetrwanie wszystkimi dostępnymi siłami i metodami. Ale to złożony, wielki problem o wielowątkowych, skomplikowanych kontekstach historycznych, społecznych i politycznych. Trzeba podchodzić do niego z ostrożnością, a przede wszystkim z wielką wiedzą. „Upadek Zachodu”, to stosunkowo „modny” temat, a ja czuję, że za mało o tym wiem. Jestem pisarzem, nie historykiem czy politologiem. Wiele rzeczy traktuję instynktownie. Kultury powstają, rządzą, popadają w dekadencję albo wywołują wojny i upadają. I zawsze się przenikają. Nie ma kultur stuprocentowo czystych. Wszystko się zawsze mieszało. Kultura arabsko-muzułmańska wiele przejęła chociażby z filozofii greckiej. Kilkaset lat temu była to jedna z najwspanialszych cywilizacji na naszej planecie. Zachód niezmiernie dużo z niej wchłonął i zastąpił ją na pewnym etapie. Teraz punkt ciężkości wyraźnie przesuwa się na Wschód. Powoli, ale systematycznie. Nie bez znaczenia jest tutaj, jak myślę, po prostu biologiczne wymieranie europejskich nacji. Tu się po prostu nie rodzi dzieci, to też jeden z głównych powodów „kurczenia się” Zachodu i jego kultury. Na miejsce tych nienarodzonych Europejczyków przychodzą ludzie innych ras - Afrykanie i Azjaci, których przybywa w zawrotnym tempie. Powolne


starzenie się społeczeństw zachodnich to samounicestwienie. Tego chyba nigdy nie było w historii ludzkości. Może za pięćset lat już mało kto będzie odwoływał się do kanonów i wartości Zachodu, może światem rządzić będą Chińczycy, Hindusi albo ponownie Arabowie. Albo wszyscy razem, tworząc jakąś zupełnie nową cywilizację. Ale co to jest pięćset lat? Staram się jak najczęściej patrzeć na byt sub specie aeternitatis - z punktu widzenia wieczności, jak tego nauczał Spinoza. Z tego punktu widzenia niezmienny jest tylko Duch, jakkolwiek by go pojmować. Na ile dla tożsamości człowieka ważna jest jego płeć? To - obok ekstremizmu religijnego - jeden z najbardziej kontrowersyjnych tematów w dialogu Zachód - islam. Napisano tomy o upokorzeniu i poniżeniu kobiety w islamie, a także w innych kulturach religijnych Afryki i Azji. W księgarniach zawsze jest spory wybór wszelkiej maści pamiętników kobiet Zachodu, które nieopatrznie wyszły za mąż za muzułmanów, w wyniku czego ich życie zamieniło się w piekło. Jeśli to nie oczywiste bzdury, to historie, które nie stanowią o stosunku islamu do kobiet, są tylko mikro-wycinkiem zła, które ma miejsce w każdej kulturze. Nie ulega wątpliwości, że podział ról mężczyzny i kobiety w życiu jest inny w islamie niż w Europie. Inny, powtarzam - ani gorszy, ani lepszy. O tożsamość muzułmanki trzeba zapytać ją samą. Nie przypadkiem pytam Pana, człowieka, który żyje nie gdzie indziej, tylko w Aleksandrii, a na życie patrzy głębiej niż ideologizujący czy politykujący publicyści. Ale mogę wypowiedzieć się na ten temat tylko jako mężczyzna. Z tego, co widzę dookoła mnie w Aleksandrii, czy z tego, co znam z moich wypraw do muzułmańskich krajów, u muzułmanki, tak jak i u muzułmanina, tożsamość religijna i rodzinna jest niesamowicie mocna. To zresztą dosyć częsty przedmiot kpin ze strony ludzi Zachodu. Oprócz obskurantyzmu religijnego Zachód zarzuca społeczeństwom muzułmańskim coś, co nazywa „klanowością” albo „plemiennością”, co samo w sobie ma wydźwięk pejoratywny. Czuć w tym echa orientalizmu i kolonializmu. Kiedyś nieodżałowany, wielki Ryszard Kapuściński zastanawiał się na przykład, dlaczego o czterdziestomilionowej wspólnocie Joruba z Nigerii mówi się na Zachodzie „plemię”, a o czteromilionowej Norwegów mówi się nie inaczej jak „naród”? To niezwykle interesujące spostrzeżenie, nieprawdaż? Przyznaje się Pan do fascynacji Gombrowiczem, choć - jak Pan napisał - jest on „cały z Zachodu”. Można zapytać, jak Pan to godzi? Najbardziej mnie inspiruje jego fascynacja samym sobą. Tak, jego niewiarygodny wręcz egotyzm i egocentryzm, z którego stworzył sztukę, wręcz kult. Ja - mimo iż nie dorastam Gombrowiczowi do pięt - też jestem zafascynowany samym sobą i proszę dobrze mnie zrozumieć, to nie pycha i zarozumialstwo, tylko nieodgadniona, przyprawiająca o dreszcz tajemnica własnego „ja”. Przecież nie ma Niczego beze mnie, prawda? Wszystko to ja. Świat beze mnie ? Przecież to nonsens. To tak niewyobrażalne jak nieskończoność Wszechświata i niewyobrażalność początku Wszystkiego. To tak nieskończone jak struktura źdźbła trawy czy budowa mrówki. Gombrowicz, jak żaden inny polski pisarz, nieustannie pytał: czym to wszystko jest? Dlaczego tak jest? Powiem Pani teraz straszną herezję: Gombrowicz jest dla mnie jednym z najbardziej mistycznych pisarzy, jakich znam. On - zawołany ateista i ateistą obwołany. Jego Kosmos to Księga. On, że zacytuję sam siebie, „cały zbudowany z Zachodu”. W swoim nieustannym filozofowaniu, w swoich ekstazach duchowych nigdy, ani słowem, nie odwołał się do Wed, Popol-Vuh, Awesty, Koranu czy Księgi Dróg i Cnoty Laozi. Nie odwołał się, bo ich nie znał. W kółko tylko Hegel, Kant, Schopenhauer i Heidegger. W sumie też mistycy, prawda? Tylko trochę inni.


Jakie znaczenie dla Pańskiego odczuwania świata miał PRL? Musiał mieć niemałe, skoro jest on z Panem w Pańskiej Aleksandrii? PRL to moje dzieciństwo, to po prostu mój Raj Utracony, a właściwie zatrzymany w pamięci i nieustannie pobudzany do życia. Czas przeszły reanimowany. Jestem dzieckiem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Dosłownie i w przenośni. To, że w tym raju była stosunkowo mała przestrzeń wolności, nie przeszkadza Panu? Myśli Pani o przestrzeni wolności twórczej? No cóż, gdybym teraz powiedział, że była nieporównywalnie większa niż dziś, to podniósłby się głośny chór, a może nawet wycie etatowych wrogów PRL-u. Ale tak właśnie powiem i niech chór się podnosi. Nie było w niej miejsca m. in. dla Gombrowicza, cenionego przez Pana. I dla wielu innych jeszcze. Powiem nawet, że prawdopodobnie nie byłoby w niej miejsca i dla mnie. To nic nie znaczy. Były wtedy takie a nie inne warunki i układy polityczno-społeczne w całej Europie, a Gombrowicz tworzył na emigracji i tyle. To wyszło tylko na dobre jego literaturze. Perspektywa Polski i polskości widziana zza granicy uczyniła ją - moim zdaniem - bogatszą i barwniejszą. Przecież Gombrowicz wielkim patriotą był. Tęsknota i wygnanie powodują głęboką refleksję? O tak! Wywołują w człowieku gwałtowne emocje, to wpływa dobrze na jego przeżywanie świata i jego twórczość. Budzi dystans, ironię, sarkazm i ból, przyprawy dobrej literatury. Zakazy polityczne PRL-u nie zmieniają faktu, że w tamtej Polsce, oprócz rzeczy i wydarzeń ewidentnie złych, to, co duchowe, liczyło się w stopniu o wiele większym niż teraz. Mam tu na myśli przede wszystkim kulturę i sztukę, które były szeroko dostępne i praktycznie każdy, kto chciał, mógł obcować z dziełami, często za darmo. Inną rzeczą jest fakt, że wielu z tego przywileju nie korzystało. Państwo epatowało wszystkich socjalistyczną propagandą, ale nie propagowało takiego strasznego chlewu, jaki jest obecnie. To, co stało się z kulturą i sztuką polską po 89 r., to jest coś przerażającego. To jest kompletny upadek. Rozumiem... W swojej nowej książce odwołuje się Pan do PRL jako swoistej macierzy, „starej kultury”. Jest w tym coś z prowokacji, ale i wielki sentyment. „Stara kultura” to coś pogrzebanego, zapomnianego, antycznego wręcz. Proszę pamiętać, że kultura Polski Ludowej to także, w znacznym stopniu, spuścizna Polski przedwojennej. Tej, której udało się przetrwać masakrę narodu. I do tej kultury także się odwołuję. Dorobek kulturalny tamtych czasów został zupełnie pogrzebany. To prawda, że w porównaniu z szarością i siermiężnością PRL-u żyjemy teraz w świecie wypucowanym, wychuchanym, pulsującym światłami reklam, olśniewającym kolorami. Ale jednocześnie dziś sztuka to supermarket z trującym, sztucznym, ale pięknie opakowanym jedzeniem. Żyjemy w społeczeństwie pozbawiającym się coraz bardziej człowieczeństwa, humanizmu, w którym głębokie przeżywanie świata zostało wyparte na margines życia. To agresywny, materialny świat, który stacza się w otchłań bezmyślności, pustki i samookłamywania, techno-świat, od którego uciekłem. W PRL-u na każdym rogu była księgarnia czy biblioteka. Teatry i filharmonie nabite ludźmi po brzegi. I to wcale nie tylko zwożonymi z jednostek żołnierzami. Bilety kosztowały śmieszne grosze. Książki też. Wysokość nakładów - często kilkudziesięciotysięcznych - była zawsze podawana. Dzisiaj to rzecz bardzo rzadko spotykana, no chyba że mamy do czynienia z pamiętnikiem znanej piosenkarki albo bzdurami typu fantasy. Ja kupuję czasami starą polską i zagraniczną literaturę na Allegro, płacąc za nią jak za makulaturę. Na wagę wręcz. Niewielu po nią sięga.


W Pana słowach czuję gorycz i lęk... Jakiego człowieka Pan się boi? Z nowej książki wynika, że chama. Tak, chama. Łysego, naćpanego chama w dresie i bogatego chama-decydenta w drogim garniturze. Zresztą ta granica chamstwa powoli się już zaciera. Chama nie było w PRL? Och, oczywiście, że był. Ale masowe chamstwo nie zalewało narodu tak, jak teraz. Dla mnie chamstwo to nie tylko opryskliwe ekspedientki, pijaczki w bramach i brudne ulice. To styl życia, myślenia, zachowania, ubierania się, agresywnego narzucania się innym. Tak, to też kultura. Chamstwo po 89 roku odrodziło się w Polsce jak rak. To nowotwór, który wszystko przenika i zżera. To do niego - chama - pod jego gust i oczekiwania powstaje prawie wszystko. Kultura popularna, ta, która rozlewa się wkoło, niczym ściek, staje się domeną coraz bardziej pustego, prymitywnego człowieka. Człowiekiem, który tak żyje, łatwiej potem manipulować. To jest forma totalitaryzmu kulturalnego. Bardzo skuteczna. Dla tego chama powstają idiotyczne, kretyńskie seriale i programy rozrywkowe o ogromnej, wielomilionowej oglądalności, ale coraz częściej także coś, co udaje sztukę. Pan jednoznacznie negatywnie ocenia to zjawisko? Tak, choć można powiedzieć, że nie jest to kretynizm wprost. A bierze się stąd, że cham chce się odchamić. Nie wystarcza mu już talk-show i Big Brother. W związku z tym, idąc za zapotrzebowaniem rynku, coraz więcej pojawia się kompozytorów, pisarzy (bardzo proszę tutaj o wybaczenie), muzyków, reżyserów teatralnych oraz innych artystów, którzy często łączą te sztuki - bo modne jest zjawisko tzw. Fusion - i udają, że tworzą „sztukę wyższą”. Powstają książki, sztuki teatralne, całe opery, msze, monumentalne requiemy, a także coś, co określa się modnie jako „projekty”, które na pierwszy rzut oka czy ucha wyglądają jak prawdziwe dzieła sztuki, ale okazują się kopiami, replikami sztuki, wyłącznie pustymi kolorowymi opakowaniami. Pana ocena jest gorzka. Obejmuje ona i działania elit? Elity... Jakie elity? Kulturalne? Przecież wszystko musi się sprzedać. Pytając o sztukę i kulturę, powinniśmy więc pytać przede wszystkim o elity finansowe. Oglądalność i sprzedaż to są priorytety.. Czy ktoś powinien temu przeciwdziałać? Najważniejsze, żebyśmy przynajmniej bezpiecznie mogli pójść na spacer do parku, nie bojąc się, że napadną nas łyse chamy, a inne chamy w tym czasie nie obrobią nam mieszkania i samochodu pod domem. Wszystko więc w rękach policji. W dawnych czasach liczył się jeszcze snobizm... O tak, jeśli chodzi o kulturę, cała nadzieja w snobach! Im można od czasu do czasu wtrynić prawdziwą sztukę. Tylko trzeba umiejętnie ją wylansować, żeby stała się modna. Od czasu do czasu decydenci medialni z takich czy innych powodów łaskawie namaszczają swoim błogosławieństwem jakiegoś autentycznie dobrego twórcę, w wyniku czego snob pędzi do empiku, teatru albo filharmonii, aby nie wypaść z mody. Zdarza się więc, że jakiś kompozytor czy pisarz przez krótki czas sprzedaje nagle wiele swoich dzieł, bo snob - skuszony przez media - akurat na to właśnie się snobuje. Martwię się, słuchając Pana... Jeśli człowiek tak otwarty, przenikliwy i wrażliwy jak pisarz ma w sobie tyle negatywnych emocji, kiedy mówi o kulturze masowej, to chyba niemożliwy jest


jakikolwiek dialog... Kiedy słucham ukochanej przez Pana radiowej Dwójki, myślę czasem o hermetyzmie języka elit. Może cham potężnieje, kiedy czuje się odpychany, może właśnie od przedstawicieli kultury wysokiej wymagać można, aby szukali porozumienia mimo wszystko, aby zdobyli się na dialog... Ależ ja absolutnie nie zamierzam prowadzić dialogu z kulturą masową! Twierdzę, że w PRL-u była ona na dużo, dużo wyższym poziomie niż teraz, ale to nie oznacza, że chcę z nią w jakikolwiek sposób obcować. Boję się tylko, że współczesna, chamska kultura masowa pewnego dnia wyłączy nam tę Dwójkę i zastąpi ją dudnieniem udającym muzykę, przeplatanym wrzaskami agresywnych reklam. Zysk daje właśnie to, a nie jakieś intelektualne nudy-na-pudy. Język kulturalnych elit zawsze był mniej lub bardziej hermetyczny i niech tak będzie. Hermetyczna jest filozofia, dobra literatura, wielka muzyka, wielkie kino i takiż teatr. Bez hermetyczności nie powstawałaby wielka myśl ludzka. Nie wszystko jest na sprzedaż. Nie może być. Intelektualiści i artyści zawsze mieli i mają swój hermetyczny język. Niestety zazwyczaj nie są decydentami tej kultury. Dla decydentów, czyli elit finansowych albo ludzi z tymi elitami związanych, czy to jest pizza, poezja, nowy model samochodu czy Lutosławski, nie ma znaczenia - musi się sprzedać i przynieść policzalny zysk. Czym dla człowieka jest, może być rodzina? Pan - jako postać opowiadająca w nowej książce podkreśla, że jest ojcem. Pobyt w Aleksandrii wyzwolił jakąś nową potrzebę w Panu? Rodzina to jest podstawa. Jak nie ma rodziny, to nie ma normalnego społeczeństwa. Jest tylko zbiór ludzi, zatracających się w pracy, rozrywce, hedonizmie i wydawaniu pieniędzy. Kultura zachodnia, jeżeli odejdzie w zapomnienie, to właśnie przez rozpad rodziny. Przez jej degradację, zlekceważenie, a coraz częściej przez jej wyszydzenie. Każda rodzina to mikropaństwo i mikrospołeczeństwo, które stanowią część całości państwowej. W Egipcie rodzina to absolutna świętość. Wszystko, co się dzieje w państwie, każdy aspekt, przejaw życia, jest na nią nakierowane. Rodziny są tutaj wielkie, wielodzietne, wielopokoleniowe. Łączą się z podobnymi im rodzinami. To tworzy społeczeństwo rodzinne, zwarte, skonsolidowane wokół starych i niezmieniających się wartości. To daje ludziom pewność, nadzieję i poczucie siły. Także radość bycia z innymi, radość bycia w grupie przyjaznych, bliskich ludzi. Ja się uczę na nowo rodzinności tutaj. Nie chciałby Pan jako ojciec powielać wzorów swojej polskiej rodziny? Moja rodzina była dobrze sytuowaną rodziną inteligencką Polski Ludowej. Nie chcę rozwodzić się na temat mojego życia w domu rodziców, w dzieciństwie. Było dobre, mimo wielu złych wspomnień. Ale chciałbym, żeby mój syn Hasan do końca życia żył w rodzinie egipskiej. Wielkiej, gwarnej, radosnej i pełnej życia, opartej, jak wszystko tutaj, na wartościach religijnych. To daje ogromną siłę. Razem z żoną wychowujemy naszego syna w islamie. Nie chcemy inaczej, póki jest mały. Na moich regałach stoi i czeka na niego ogromna kolekcja filozofii świata. To też jest drogowskaz. Mamy nadzieję, że Hasan pójdzie za nim. Sądzi Pan, że Gombrowicz odnalazłby się w tym kulcie rodziny? Nie, myślę, że Gombrowicz musiałby zostać tutaj sufim, inaczej by nie wytrzymał. Tu jest mało miejsca na indywidualizm, to czasami męczy, ale w konsekwencji społeczeństwu jako całości przynosi wielkie korzyści. Samotność jest tutaj przeznaczona dla sufich, mnichów koptyjskich i pisarzy. Sufi czy mnich nieustannie świętują, pisarz karmi się też codziennością. Jakie święta są ważne dla Pana? Aleksandrię opisuje Pan tak, że rozmywają się kategorie sacrum i profanum. Ja nie przepadam za świętami. W islamie są tylko dwa święta w roku, które staram się świętować raczej wewnętrznie i to bardzo umiarkowanie. Całe życie jest dla mnie swego rodzaju świę-


tem. A jeśli chodzi o daty, to mam ich swoistą obsesję. Daty to dla mnie dni, które minęły. To przeżywanie przemijania czasu. To mistyczne uczucie. Potrafię czasami wyciągnąć z półki starą „Panoramę Śląską” albo „Przekrój” sprzed 35 lat i pochylony nad tą wyblakłą i postrzępioną gazetą, medytować o dniu, kiedy ta gazeta leżała w moim kiosku Ruchu, koło bloku. To wywołuje u mnie nieopanowany ciąg iluminacji i aktów strzelistych, które owocują pisaniem. Coraz rzadziej już dzielę świat na sacrum i profanum, coraz częściej widzę go jako rozłożoną Księgę. Jak w średniowieczu albo u Plotyna... W takim podejściu do życia nieustannie celebruje się jego tajemniczość? Czy stosunek do tajemnicy jakoś zasadniczo ludzi różnicuje? Ludwig Wittgenstein powiedział kiedyś, że nie jest mistyczne pytanie o to, jaki jest świat, ale o to, że jest. Byt i bycie to tajemnica. Czas i przestrzeń to tajemnica. Każdy przedmiot jest tajemniczy. Ja to tajemnica. Pani pytanie jest tajemnicą i moja odpowiedź także. A czy stosunek do tajemnicy różnicuje ludzi? Tak, to jest właśnie to, o czym już powyżej powiedziałem: świat Afryki i Azji żyje nieustannie tajemnicą, przeżywa ją w każdym przejawie życia, zastanawia się nad nią, medytuje, tkwiąc w codzienności. Na Zachodzie tajemnicą pozostaje cena promocji w sklepie albo w salonie AGD. Mało kto ma tam czas i ochotę na takie dyrdymały. Z tego nie ma pieniędzy. We wszystkich Pańskich książkach czytelne są rozliczne inspiracje filozoficzne. Na ile poznawanie sposobu przeżywania i mentalności przeciętnych ludzi jest w takiej sytuacji ważne? Większość ludzi, z którymi obcuję na co dzień w Aleksandrii, to ludzie zastanawiający się cały czas nad tajemnicą. Filozoficzne, refleksyjne widzenie świata, mimo iż nigdy tego tak nie nazywają, jest ich permanentną cechą. To przeważnie ludzie zwykli i przeciętni, jeżeli w ogóle można tak powiedzieć o ludziach. W spotkaniu z nimi odnajduję myśli i idee zawarte w księgach starych filozofów. Gdyby nagle pojawili się tutaj Plotyn czy Klemens Aleksandryjski, mieliby dużo więcej do przegadania z tymi ludźmi niż z mieszkańcami miast Europy. A to przecież Europa szczyci się przed całym światem swoją wiedzą. Czasem pytam: to jeszcze wiedza czy już tylko super-technika. O niektórych sprawach mówi Pan bardzo podniośle. W Pańskich książkach jest autoironia, ale nigdy nie ma pewnego typu humoru. Dlaczego tak jest? Nie wiem. Niech to, co tutaj powiedziałem, zaświadczy o mnie. Ja nie lubię, nie toleruję, nienawidzę wręcz szeroko rozumianego rasizmu. I każdy humor, który jest z tym związany, dyskwalifikuje u mnie osobę, która się nim posługuje. Straciłem przez to wielu znajomych i jeszcze z pewnością wielu stracę. I dobrze. Nie życzę tego Panu. Dziękuję. Piotr Ibrahim Kalwas (ur. w 1963 w Warszawie) jest autorem czterech książek: „Salam” (2003), „Czas” (2005), „Drzwi” (2006) i „Rasa mystica” (2008). W każdej z nich stwarzał odrębny świat, a kreślił obrazy wyraziste, szczegółowe i niezwykle sugestywne. Ambicje uważnego obserwatora łączył przy tym od początku ze skłonnościami rasowego filozofa, który niczego i nigdy nie recenzuje z wyższością, lecz pragnie rzeczywistość zrozumieć; stawia jej niepokojące pytania, rozbijając stereotypy w myśleniu o Innych i narosłe przez wieki przesądy. Jego najnowsza powieść - „Dom” ukazała się nakładem Wydawnictwa JanKa


Dan Brown

czyli co to jest „literatura popularna”? Sławomir Krempa

Wszyscy w ostatnim czasie debatujemy nad tym, czy Dan Brown ma talent literacki, czy potrafi budować napięcie, czy jest oryginalny, odkrywczy, czy jego książki to wierutne bzdury czy też wielka literatura. Powiem wprost: przestańmy pieprzyć, mili Państwo! Książki Browna to dobra rozrywka. Przestańmy przykładać do nich miarę odpowiednią dla literatury pięknej. Przestańmy oczekiwać od Browna, że napisze arcydzieło. Literatura rozrywkowa (lub popularna, jak kto woli) rządzi się nieco innymi prawami niż literatura potocznie zwana „ambitną”. Owszem, zdarzają się i wśród literatury popularnej perełki, książki przełamujące bariery gatunkowe, książki zdobywające szerokie rzesze czytelników, utrzymane w konwencji kryminału, które jednak mają o wiele większe ambicje. Mamy tu „Imię róży” Umberto Eco czy ostatni cykl Marcina Świetlickiego. Ale główny nurt, kierunek, nadają tu – i nadawać będą – Deaver, Ludlum, Grisham czy właśnie Brown. I o ile ich książki spełniają parę podstawowych wymagań, nie wolno nam mówić, że są one złe. Nie - nowatorski, tylko - wciągający Trudno więc byłoby nazwać „Zaginiony symbol” książką nowatorską. Dan Brown zastosował w niej po prostu wszystkie chwyty, które sprawdziły się w poprzednich jego powieściach. I choć trudno mówić o wiarygodności wizji autora, o rewolucji czy chociażby gwałtownym zwrocie w twórczości pisarza, jest to po prostu bardzo sprawnie napisany, autentycznie wciągający thriller. Oczekiwany i w gruncie rzeczy – wciągający, tym bardziej, że tak szeroko omawiany w mediach. Uwielbiany przez czytelników bohater Robert Langdon, do którego popularności przyczyniły się ekranizacje “Kodu Leonarda da Vinci” oraz “Aniołów i Demonów”, błyskawicznie przybywa do Kapitolu, by wygłosić jedną ze swoich prelekcji. Na miejscu okazuje się, że zaproszenie na wykład jest tylko pretekstem, by ściągnąć


naukowca do Waszyngtonu, a sam Langdon w ten spo- wówczas będą oni mogli wywierać realny wpływ na sób zostaje wciągnięty w wielką intrygę, mającą na celu rzeczywistość. Nowoczesna nauka czy wierutne bzdury odkrycie pilnie strzeżonego przez setki lat skarbu maso- głoszone przez miłośników New Age? Podejrzewam, że nów, który posiadaczowi dać może nieograniczoną wła- większość naukowców, czytając te rewelacje, uśmiechdzę i tajemną wiedzę. Langdon musi walczyć z czasem nęłaby się tylko z politowaniem. Ale przecież nie od dziś oraz z bogatym, potężnym przeciwnikiem, który zagraża wiemy, że teorie spiskowe i tego rodzaju genialne pomyżyciu jego przyjaciela. sły to nieodłączny element powieści Browna. I zwykle po prostu przechodzimy nad nimi do porządku dziennego. Sprawdzone chwyty Z drugiej strony wypada przypomnieć popularność książki „Sekret” Rhondy Byrne, która od lat nie schodzi Trudno nie zwrócić uwagi na to, że nowa powieść z list bestsellerów, a która opiera się na podobnym stwierBrowna jest skonstruowana w bardzo podobny sposób, dzeniu. Paulo Coelho nawiązuje do tego samego nurtu. co poprzednie jego książki. Przede wszystkim mamy tu Wygląda na to, że współcześnie wszyscy chcemy wiary sprawdzony chwyt polegający na podzieleniu książki na w to, że nasze pragnienia mają jakiś sens, że mają szansę króciutkie rozdziały. Sprzyja to budowaniu napięcia, któ- się spełnić, że możemy kształtować swój los i otaczającą re wzmaga jeszcze fakt, że bardzo długo akcja toczy się nas rzeczywistość. I że możemy to uczynić nie tylko porównolegle – obserwujemy bowiem wyścig z czasem Ro- przez ciężką pracę ale także po prostu poprzez samą myśl, berta Langdona oraz poczynania siostry jego przyjaciela poprzez pozytywne nastawienie. Bzdura? Jasne. Ale to – Katherine Solomon. Znów – podobnie jak w „Aniołach bzdura krzepiąca i w gruncie rzeczy nieszkodliwa. i Demonach” – akcja powieści rozgrywa się w ciągu zaledwie kilku godzin, wydarzenia następują zaś po sobie Schemat, nie brak warsztatu błyskawicznie, choć Dan Brown jak zwykle znajduje miejZnakomity Jan Giemza pisze w serwisie bookhunsce na opis dzieł sztuki, zabytków architektury, przybli- żenie historii masonów czy najważniejszych związanych ters.pl: „To zła książka, którą się bardzo dobrze czyta.” z nimi symboli. A wszystko to czyni pisarz językiem bardzo I dalej: „Wyraźnie widać szwy świadczące o słabym przystępnym, lekkim, zrozumiałym. Oczywiście, Brown warsztacie pisarskim Browna. Prawie cała książka oparmocno upraszcza, trywializuje interpretację czy omówie- ta jest na jednym schemacie: nie dzieł sztuki, czasem też potrafi je mocno „naciągać” na potrzeby założonej z góry tezy, jednak mamy przecież Osoba 1: Słyszałeś o X? świadomość tego, że treść jego powieści to nie histo- Osoba 2: Tak, ale sądziłem, że to tylko mit. ria sztuki w zarysie, lecz po prostu fikcja literacka, nieco wsparta elementami historii. Krótko mówiąc: książka jest Osoba 1 mówi coś Osobie 2. rzeczywiście bardzo, bardzo wciągająca, czego zresztą nikt nigdy Brownowi odmówić nie mógł. Często zdarza Osoba 2 jest w szoku. się autorowi nawiązywać do poprzednich swoich książek, w pewien sposób ustami Langdona odpowiada nawet na Osoba 1 i 2 przenoszą się do kolejnej lokacji, ścigając kogoś lub uciekając przed pościgiem. niektóre zarzuty krytyków. Przeszłość i technologia Jak to już często bywało, Dan Brown usiłuje połączyć historię i sztukę z elementami nowoczesnej technologii czy współczesnej nauki. W powieści „Zaginiony symbol” nowoczesność uwidacznia się w postaci tak zwanej „noetic science” – nauki (a może: „nauki”) badającej możliwości ludzkiego umysłu oraz jego wpływ na kształtowanie fizycznej rzeczywistości. O co chodzi? Myśl czy pragnienie posiadać tu mają również naturę fizyczną, a więc cechuje je również pewna waga. Jako coś, co posiada wagę, myśl czy pragnienie mogą również wytworzyć pewne przyciąganie. Z pragnieniami ma być więc jak z ziarnkiem piasku – jeśli wystarczająco wielu ludzi będzie posiadało takie same pragnienia,

Nagle tajemnica X wyjaśnia się, niechybnie prowadząc do tajemnicy Y. Osoba 1: Słyszałeś o Y? itd. (Powyższy fragment pożyczyłem sobie z recenzji Justina Lee, który zgrabnie ujął moje odczucia co do fabuły.) Dan Brown ma również irytujący zwyczaj kończenia kolejnych rozdziałów jak odcinków serialu akcji klasy B albo telenoweli. „Langdon wszedł do środka, a to, co zobaczył, zaparło mu dech w piersiach.” Co zaparło? O tym dwa rozdziały później. Ciekawy zabieg stylistyczny, ale pod warunkiem, że nie używa się go kilkadziesiąt razy w jednej książce!”


Schematyczność? Tak! Słaby warsztat pisarski? Za przeproszeniem: ni cholery! Bo skoro Dana Browna czyta się tak dobrze (co zresztą recenzent przyznaje), skoro jego książki są tak bardzo wciągające, skoro spełniają podstawową funkcję, jaką wypełniać powinna literatura rozrywkowa: dają nam odpocząć od rzeczywistości, oderwać się od codziennych problemów, pozwalają się zrelaksować i przykuwają uwagę tak bardzo, że nie potrafimy przestać czytać, to czego jeszcze możemy od ich autora wymagać? Tego, że – jak inny recenzent, Michał Otorowski z magazynu „Kultura” – będzie on bawił się z czytelnikami, pozostając między apoteozą a apokolokyntozą (swoją drogą: nie można było poszukać czegoś wśród dalszych liter alfabetu?). Dan Brown się przecież bawi – snując swą „spiskową teorię dziejów”, grając z architekturą, sztuką i historią. Czyni to sprawnie i – przede wszystkim – strawnie. Dla zwykłego, przeciętnego czytelnika. Czego nie można powiedzieć o wielu spośród jego krytyków, próbujących przygotować opinie o „Zaginionym symbolu” na potrzeby prasy. Jak nie pisać o literaturze popularnej? Właśnie – potwornie cięty jestem na wielu recenzentów, w tym zresztą na siebie samego. Opisując bowiem nowe publikacje na rynku, przykładamy do nich – o czym już wspomniałem – zupełnie nieprawidłowe miary. Moja redakcyjna koleżanka pisała kiedyś bardzo wnikliwie i z dużą dozą naukowej terminologii o rymach… w książeczce dla dzieci! Otorowski, z którego tekstem zresztą się w dużym stopniu zgadzam, analizuje pseudofilozoficzne koncepcje Browna. Niektórzy moi przyjaciele znakomicie sprawdzają się w recenzowaniu współczesnej poezji, ale kiedy któryś z nich zaczyna pisać o literaturze popularnej, diabli mnie biorą. Ktoś inny doszukuje się absurdów z zakresu fizyki w kryminale dla nastolatków. Drodzy Państwo, dajmy spokój! Ja też wiem, czym są izotopie dyskursywne zdaniowe z dysjunkcją syntagmatyczną. Ale w tekście skierowanym do szerokiego grona czytelników pisał o tym nie będę. Bo kogo to, u diabła, obchodzi!? Brown z wypiekami na twarzy Wracając zaś do tematu przewodniego, czyli do Bogu (albo szatanowi, jak wolałby Michał Otorowski) ducha winnego Browna: jedno jest pewne: „The Lost

Symbol” to powieść ogromnie wciągająca. Być może należałoby zastanowić się nad tym, na ile jest to zasługą samego pisarza i jego warsztatu, a na ile ogromnie sprawnej akcji marketingowej wokół każdej spośród kolejnych powieści Browna. Może warto by było przemyśleć, czy rzeczywiście interesuje nas to, co dzieje się w powieści, bo jest ona tak ciekawa, czy też dlatego, że zastanawiamy się, czym tym razem Brown chce szokować czytelników. Efekt jednak ma miejsce ten sam – powieść czytamy z wypiekami na twarzach. A że niektórzy z nas podczas lektury będą musieli „wyłączyć myślenie”, skupiając się wyłącznie na wartko płynącej akcji oraz ewentualnie na ciekawostkach historycznych i architektonicznych – to wprawdzie wada, ale również niemal nieodłączny element konwencji.


Gdzie publikować? Amazon Niżej Podpisany

Do tej pory jedynym serwisem, przez który pisarz spoza USA mógł samodzielnie publikować i sprzedawać książki elektroniczne był Smashwords. Gigant, jakim jest Amazon zdawał się nie dbać o resztę świata, ale w chwili, gdy została wprowadzona międzynarodowa wersja Kindle, miałem przeczucie, że kolejnym krokiem będzie udostępnienie możliwości publikowania e-booków również autorom zagranicznym. Mogłoby to doprowadzić do rozwoju lokalnych rynków książki elektronicznej w oparciu o Kindle Store. Nie spodziewałem się jednak, że nastąpi to tak szybko.

Pojemność pamięci 997,2 GB. Ciągle na chodzie, mimo oznak łysienia na płycie głównej. Internetoholik. Uzależnienie pogłębia się mimo 17 zabiegów resetu głównego i codziennych ćwiczeń z restartu metodą B. Gatesa. Od 12 lat poszukuje dyskietki, na której zapisał (lub przynajmniej tak mu się zdawało) swój pierwszy białawy e-wiersz Czas się zawiesić, będący egzystencjalną wędrówką po ciemnych, wilgotnych zakamarkach DOS-u. Miłośnik serwisów aspołecznościowych, żab człekokształtnych, polowań z nagonką na zabłąkane trojany i internetowych winiarni z dostawą po kablu. Nakłada skarpetki w technologii dwuprocesorowej, a w wolnych chwilach pisze opowiadania. Blog prowadzi pod adresem: www.nizejpodpisany.com

dzeniu przenośnym. W przypadku Amazona jest to mobi. Od paru dni w dwóch opcjach: zabezpieczony i niezabezpieczony.W drugim przypadku książki kupione w Amazonie można otworzyć na każdym urządzeniu i/lub za pomocą każdej aplikacji, która czyta tego rodzaju pliki. Dwie swoje książki, które opublikowałem w dwa dni po otwarciu Kindle DTP na autorów zagranicznych, Wszystko odbyło się w ciągu paru styczniowych są wolne od zabezpieczeń, dlatego można je otworzyć dni. Najpierw pojawiła się (dla mnie rewelacyjna) wia- nie tylko na Kindle, ale np. na czytnikach Onyx Boox 60, domość, że Amazon otwiera się na self-publisherów Booken Cybook 3Gen, Hanlin V3 czy Cool-er Classic. z zagranicy. Pięć dni później kolejna informacja: amerykański gigant będzie oferował autorom większy udział Oprócz czytników, książki z Amazona można w zyskach – 70% wartości cennikowej książki. Mimo, że czytać w specjalnej aplikacji na iPhone’a, a niezabezz drugiej możliwości będzie można skorzystać od czerw- pieczone publikacje – za pomocą Mobipocket Reader ca i to jedynie, gdy rezyduje się w USA, te dwie decyzje na innych smartfonach. Robi się z tego pokaźny rynek. świadczą jednoznacznie o tym, że Amazon otwiera swój Co więcej, od paru miesięcy przebąkuje się, że Amazon model biznesowy. Co więcej, a o tym mówiło się już planuje rozszerzyć listę formatów o głównego konkurzadziej, autorzy publikujący poprzez Kindle Digital Text renta mobi, czyli ePub. Być może w tym celu Jeff BezPlatform, będą mogli wybrać, czy chcą książkę zabez- os kupił producenta Stanzy, firmę Lexcycle. Jeśli tak się pieczać DRM-em, czy też nie. Do tej pory wszystkie pu- stanie, Amazon ma szansę przetrwać atak konkurencyjblikacje elektroniczne Amazona były “obłożone” zabez- nych platform, ale nie stanie się to bez wprowadzania pieczeniem, które, taka ciekawostka, zostało niedawno kolejnych udogodnień dla wydawców i autorów. rozpracowane przez hakerów. Książki – publikowanie: Można powiedzieć, że Amazon przygotowuje się na wejście Google Editions oraz na premierę owia- Na początku zaznaczam, że obecnie istnieją nego legendą tabletu Apple, który według wielu anali- dwie możliwości publikowania w Amazonie. Pierwsza – tyków zatrzęsie książką elektroniczną tak mocno, że już za pomocą serwisu Smashwords, który podpisał umonigdy nic nie będzie takie samo. Ja w tym widzę jedynie wy na dostarczanie książek nie tylko do Amazona, ale korzyści dla takich jak ja indies. również do Barnes&Noble, Sony EBooks Store i Kobo. W praktyce jest to o wiele dłuższa droga i niestety ma Książki – forma: się dużo mniejszą kontrolę. Moje książki ze Smashwords jeszcze się w Amazonie nie znalazły, a byłem jednym Cały cykl poświęcam książkom w formie elek- z pierwszych autorów, którzy znaleźli się w Premium Catronicznej, co więcej – w formatach nowej generacji, talog. czyli dających możliwość czytania publikacji na urzą-


Dlatego bez względu na to, czy zdecydujesz się na Smashwords, czy nie, publikowanie bezpośrednio w Amazonie jest w stu procentach uzasadnione. Jeśli chodzi o funkcjonowanie platformy dla wydawców, jest to najbardziej zaawansowane narzędzie jakie znam – a przy okazji dosyć proste w obsłudze. Wystarczy założyć konto w Kindle Digital Text Platform. Można to również zrobić za pomocą konta “czytelniczego”. Proces publikowania książki odbywa się w czterech krokach:

Możliwość sprzedaży: Amazon to samonapędzająca się machina. Recenzje, tagi, listy, grupy, itd. – wszystko to powoduje, że autorzy mają mocno rozbudowanie możliwości promocji swoich książek, i to praktycznie bez opuszczania stron Amazon.com. Nie rozgryzłem jeszcze jak można to efektywnie wykorzystać. Jedno wiem, książek otagowanych jako “absurdist fiction” jest aż 1700! Literatura jaką uprawiam jest niszą w Polsce, ale na pewno nie w Amazonie.

1 :. Informacje o produkcie – oprócz opisu, podaje się tu również słowa kluczowe oraz dodaje książkę do odpowiedniej kategorii w zbiorach Kindle Store. Wśród języków nie ma jeszcze polskiego, ale wkrótce powinno się o zmienić. gdy wprowadzałem swoje książki, a było to 17 stycznia dostępnych było jedynie pięć języków. Teraz jest ich dwadzieścia.

Pisarze, którzy wstydzą się promować swoje własne książki, na pewno nie czytają tego artykułu, więc mogę napisać jeszcze o jednym: warto otworzyć/ zalogować się na konto partnerskie i zacząć zarabiać na sprzedawaniu nie tylko swoich książek. Możliwości jest mnóstwo. Można umieszczać na swoim blogu banery reklamowe lub widgety. Można przesyłać odnośniki do książek do serwisów społecznościowych. Można 2 :. Prawa autorskie – autor potwierdza, że jest właści- otworzyć sklep na swojej stronie. Ja już to zrobiłem i zacielem praw do książki. Na tym etapie wybieramy rów- jęło mi to 1o minut (sprawdź, jak wygląda). W każdym nież, czy książka ma być dostępna na całym świecie, czy przypadku odnotowany zostaje fakt sprzedaży z danego w określonych krajach. odnośnika, a kwota ląduje na twoim koncie. 3 :. Przesyłanie okładki oraz treści – teraz następuje załadowanie książki na serwery. Akceptowane formaty: doc, html i prc. Ja używałem swojego standardowo przygotowanego pliku w formacie rtf, który zamieniłem na html. Im mniej formatowania w pliku tym lepiej. Aby uniknąć niespodzianek polecam zamianę pliku wordowego na txt, a potem niewielkie formatowanie i zapisanie pliku w rtf. Osobiście używam jedynie wcięcia pierwszej linii oraz pogrubienie tytułów. Najlepiej na ekranie wypada czcionka Georgia. Na tym etapie można również zobaczyć symulację wyglądu książki na ekranie czytnika. Wprowadzania książki w formacie doc stanowczo odradzam, takie rzeczy się dzieją, że trudno nawet opisać.

Podsumowanie: Oprócz serwisów opisanych w poprzednich artykułach, opublikowałem książki również w Manybooks, Shortcovers, Goodreads i Wattpad. Opisywanie ich w teraz mija się z celem. Amazon jest dla mnie najlepszym miejscem dla self-publisherów. Muszę się spieszyć, żeby poznać wszystkie jego możliwości. Zanim do gry wkroczą Google Editions i Apple.

+ profesjonalny, rozbudowany i funkcjonalny panel zarządzania kontem + możliwość zarządzania kontem czytelniczym, partnerskim i autorskim z jednego logowania + dostęp do szeregu narzędzi promowania książek 4 :. Ustalenie ceny – autor podaje cenę książki. Przy w Amazon.com obecnym sposobie wynagradzania autor otrzymuje + dostępność książki na całym świecie, na czytniokoło 30-40% ceny. Pamiętajmy, że cena dla odbiorcy ki Kindle, aplikacje na smartfony oraz – w przypadspoza Stanów jest wyższa o kilka dolarów. Tak więc, gdy- ku plików niezabezpieczonych – na każde urządzenia bym swoją książkę kupował z terytorium USA, zapłacił- wspierające format mobi bym tyle, ile podałem jako autor, czyli 4,99 USD. Ale gdy - brak możliwości publikowania po polsku (niedługo kupuję z Polski, płacę już 8 USD. się to zmieni) Książka nie jest publikowana automatycznie, - napiwek “międzynarodowy” – cena wyższa o 3 doa przesłana zostaje do weryfikacji, która trwa od 48 do lary za komfort kupowania w jednym miejscu i ścią72 godzin. W praktyce odbywa się to, jak w przypadku gania w 60 sekund to za dużo. Tę samą książkę można opublikować w Smashwords i ściągnąć bez dodatmoich obu książek, w krótszym czasie. kowych kosztów na całym świecie.


Czytamy od zawsze,

Czytaj z nami!


Dobre i złe praktyki zagadujących czytającego Joanna Janowicz

Onegdaj znajoma zadała mi znienacka proste pytanie: „Fajna ta książka?”. Podniosłam na nią wzrok znad książki i straciłam całą wiarę w siebie.

Żenujące, jak to proste w zamierzeniu i przyjazne pytanie zbiło mnie z pantałyku. A zbiło, ponieważ chodziło o „Chamowo” Białoszewskiego. Fajna? Czy o jakiejkolwiek książce Mirona Białoszewskiego można z lekkim sercem powiedzieć, że fajna? Nie można. Koleżanka czeka. Przygląda mi się uważnie, zmieszanej. Przedstawiać sobą muszę widok komiczny, na proste pytanie odpowiedzi nie udzielając. To proste pytanie nie jest dla mnie proste. Wcale. Dylemat: być konkretną i odpowiedzieć: fajna i wrócić do lektury czy być miłą i objaśnić? Pomijam już ten drażliwy temat zagadywania człowieka, gdy czyta. Nie będę przedstawiać niesmaku przerwanej przyjemności, gdy otwieram, wreszcie, spragniona książkę i ledwo rozpoznaję pierwsze litery, dotąd ignorowana, zostaję zagadnięta o książkę. Fajna? Książka w moim literacko-czytelniczym zafiksowaniu nie może być, w rzeczy samej, fajna. Pytanie jest błędne. Nie czytam kryminałów, nie czytam romansów, nie czytam książek łatwych i przyjemnych, do których pasuje etykietka „fajna”. Dalej, co moje „fajna” czy „niefajna” daje prawie obcej osobie? Nie wiem o znajomej nic, oprócz tego, jak ma na imię. Ale czy wie o Białoszewskim? Kim był i co napisał? Czym jego styl się objawiał? Czy myśli, że „Chamowo” to książka napisana rok temu przez jednego z rówieśników Masłowskiej? Wie zatem czy nie wie? Z jakim czytelnikiem mam do czynienia? Co rozumie przez sformułowanie „fajna książka”? Fajny to może być krawat z Kaczorem Donaldem. Fajny, od biedy, może być Murakami. Ale Białoszewski? Z jego bolączką przenosin, które przeżywa któryś z kolei miesiąc? Wciąż nie mogąc pogodzić się z tym, że już przy Placu Dąbrowskie-

Pierwsze słowa stawiała w wieku trzech lat. Od tej chwili zmienił się charakter jej pisma, narzędzia pracy i zasób słownictwa. Pozostało jednak wciąż to samo zacięcie i pasja w szukaniu wciąż nowych, nieszablonowych form i dalekich od banału wyrażeń. Na ich tropie pozostaje zarówno w sferze zawodowej, jak i prywatnej. W zaciszu domowym celebruje chwile spędzone na lekturze. Działając pod przykrywką recenzentki i felietonistki rozprawia się na łamach blogu z niedociągnięciami w beletrystyce i zachłystuje się pięknem arcydzieł wielkich pisarzy. Uważa, że gdyby nie istniała literatura, świat dawno by z sobą skończył. Prowadzi blog pod adresem: http://direlasua.wordpress.com

go nie mieszka, tylko na 11 piętrze tkwi i ma widok na Wisłę w świetlne kropki? Czy Białoszewski w zbyt ciasnych spodniach z Węgier może być „fajny” w sensie ścisłym? Czy Mironczarnia może być określona tym haniebnie płaskim słowem, które pasuje do wszystkiego? Zarówno do określenia płyty CD, jak i płytek na podłogę do łazienki? Wreszcie po wszystkich tych milisekundowych analizach odpowiadam, jąkając się, silna w moim wahaniu i janowiczarniach, że - To zależy – i czuję katorgę nieprecyzji. W efekcie na dobrych parę minut nie jestem sobą. Zdenerwowana, że na proste (?) pytanie nie dałam jasnej odpowiedzi. Znajoma już odeszła ze wzruszeniem ramion, mojego zafrasowania nie widząc, a tym bardziej nie rozumiejąc. Jak prawdziwy neurotyk, pogrążam się w swoją pętlę wątpiących obsesji. Tracę całą wiarę w siebie (tylko na 5 minut, ale zawsze) i w ludzkość, która takie pytanie mi zadaje. Na szczęście, ledwo (sic!) znów zaczynam czytać, pojawia się inny znajomy. I zadaje dobre pytanie: - A powiedz, o czym jest ta książka?


Czy dobra biografia to hagiografia? GABRIEL AUGUSTYN

Na froncie literackim w Polsce wrze. W każdym niemal gatunku dzieje się coś na tyle ciekawego, że co i rusz zaprząta media oraz umysły czytelników. Tak się stało, że początek roku zgotował nam szum dookoła biografii „Kapuściński non-fction” Artura Domosławskiego. Rozwiązuje się sprawa deficytu w tematyce lesbijskiej (choćby „Ku słońcu” Ingi Iwasiów po części podejmuje ten temat); brak literatury o stanie wojennym także został dostrzeżony i pojawiła się książka („Wroniec” Jacka Dukaja) udowadniająca, że można pisać o nim w sposób niemający nic wspólnego z historycznymi opracowaniami; współczesna poezja (za sprawą NIKE dla Tkaczyszyna-Dyckiego) zyskała odrobinę na popularności, przez co gorętsze są na jej temat rozmowy i wychodzi ona poza ramy uniwersyteckiego analizowania; rodzimi twórcy literatury popularnej przyspieszają, zapełniają listy bestsellerów thrillerami, horrorami bądź kolejnymi odsłonami uznanych sag fantastycznych; pojawiają się też książki kontrowersyjne, które dzielą kraj wzdłuż i wszerz, rozbudzając gorliwe rozmowy. Co ciekawe, wcale nie muszą być one beletrystyką, rzeczywistość bowiem pokazuje, iż każdy gatunek przy odrobinie szczęścia, może taki owoc wydać. Tak się stało, że początek roku zgotował nam szum dookoła biografii „Kapuściński non-fction” Artura Domosławskiego.

Medialna wrzawa, skrajnie spolaryzowane oceny, krytykowanie autora bez znajomości biografii, groźby Alicji Kapuścińskiej względem wydawnictwa „Świat Książki” – to wszystko pokazuje jedno: nie potrafmy, jako naród, rozmawiać o ludziach sławnych, uznanych, wciąż traktujemy ich niemal jak świętych, ślepo ufając, że błędów nie popełniali, że byli doskonali w każdym aspekcie życia. Zweryfikowanie tego daje jednak obraz zgoła odmienny – sławy, złotymi zgłoskami zapisane w dziejach narodu, również mają skazy na swoim życiorysie. Nie ujmuje to jednak ich wielkości, a świadczy jedynie o tym, że byli po prostu ludźmi. W związku z tym pojawia się pewne pytanie. Mianowicie: skąd się w Polakach wzięło przekonanie, że koniecznie trzeba tworzyć hagiografie bohaterów, wieszczów, twórców, niektórych polityków? Czyżbyśmy jako naród byli aż tak naiwni, że bez zastrzeżeń wierzymy w te sterylne portrety? Wina leży częściowo po stronie historii. Jako państwo z doświadczeniem zaborów, jako kraj przez lata walczący o niepodległość, próbujący ponownie zaistnieć na mapie, potrzebowaliśmy osób, które by do walki o to zagrzewały, motywowały. W ten sposób kreowano ludzkie symbole – można powiedzieć, że Amerykanie wyhodowali fikcyjnego Supermana czy Spidermana (oczywiście z innych pobudek), a my realnych Kościuszkę czy Piłsudskiego, którym dodawano atrybuty niekoniecznie prawdzie odpowiadające. Przyjmowano te wizerunki, opiewano je i dzięki nim utrzymywano nadzieję oraz w pewnym sensie – tożsamość narodową. Łatwiej jest przecież walczyć, gdy się ma jakiś ideał, gdy się ma w głowie obrazek postaci wszechmocnego rodaka, ponieważ skoro on był w stanie poświecić się dla kraju, to czemu ja miałbym tego nie robić? Tak to działało, tak w pewnym sensie zagrzewano masy powstańców, bojówkarzy itp. Z jakim skutkiem – nie mnie to oceniać,

Niespełniony pisarzyna, student PAM, w przyszłości preparat do nauki anatomii prawidłowej. Blog prowadzi pod adresem: http://gyero-saski.blog.granice.pl


lecz fakt pozostaje faktem – wystarczyło się wybić, pokazać cechy lepsze niż większość i już gloryfikowano, puszczano w niepamięć przywary. Po odzyskaniu niepodległości powinno się to zmienić, ale z powodu źle opracowanego materiału nauczania doszło do tego, że wśród rosnących pokoleń kreuje się obraz wybielonych bohaterów. A Polacy dają temu w dużej mierze wiarę, bo przecież o tym mówił nauczyciel w szkole, a on nie mógł się mylić, fałszować rzeczywistości. W ten sposób traktujemy Mickiewicza i Słowackiego jak bóstwa, które słowem potrafiły mobilizować rzesze ludzi, które swoją poezją stworzyły podwaliny pod powstania listopadowe i styczniowe. Pomija się skutecznie informację o chorobie psychicznej Słowackiego (wskazują na nią mocno teksty z końcówki życia poety oraz listy do matki), nie mówi się o przynależności Mickiewicza do koła Towiańskiego, o jego tak silnym pociągu do płci przeciwnej, że potrafił rozbijać małżeństwa aby tylko zdobyć upatrzoną białogłowę. Milczy się o alkoholizmie Reymonta, który wolał zapijać się na śmierć, niż pojechać po odbiór Literackiej Nagrody Nobla. Opuszcza się zasłonę milczenia na nieśmiałość Sienkiewicza i jego rasizm widoczny we fragmentach „W pustyni i w puszczy”. Wymazuje się z pamięci socrealistyczne wiersze Szymborskiej. Cicho jest także o mrocznych stronach życia m.in. Kazimierza Wielkiego, Józefa Piłsudskiego, Stanisława Lema i wielu wielu innych. Oczywiście można znaleźć informacje na temat ich przejścia na „ciemną stronę mocy”, jednak nauka w podstawówce, gimnazjum i liceum tego nie ułatwia. Dopiero studia mogą zmienić obraz rzeczy, ale tylko jeśli się wgłębi w tony korespondencji, akt i biografii, które pochowano w archiwach, zbiorach przeróżnych bibliotek. Kto szuka, ten znajdzie, kto tego nie czyni – otrzymuje wersję podstawową z postacią sterylną i podniesioną do miana pomnika. Dlaczego system nie stara się więc tego naprawić? Hipotez może być kilka, ale osobiście skłaniałbym się ku jednej, najprostszej chyba. Po prostu: skoro przez lata uczono w taki sposób, to dlaczego to zmieniać, dlaczego wycofywać utrwalane przez lata święte obrazki? No cóż, właśnie po to, aby nie dochodziło do takich sytuacji, jak po wydaniu książki „Kapuściński non-fiction”. Artur Domosławski dał swoim czytelnikom obraz człowieka, a nie świętego – i za to spadły na niego gromy. Niesłusznie. Gromy powinny lecieć za mankamenty, jakie ta biografia ma w swojej konstrukcji, ale nie za to, że autor na postawie solidnych badań napisał o Ryszardzie Kapuścińskim prawdę, może nie zupełną, totalną, ale jednak. Oczywiście i dla tego krytycyzmu istnieje wytłumaczenie

– nawet dwa. Od czasu upadku realnego socjalizmu jest w Polakach tendencja do publicznego szkalowania ludzi, na których ktoś, gdzieś, coś znalazł – czy to w IPN, czy w pochodnej instytucji (trochę to swoją drogą paradoksalne w porównaniu do ogólnonarodowego traktowania biografii). Nie sprawdza się tego rzetelnie, nie stara się zrozumieć pewnych motywów (chodzi głównie o osoby związane z PRL-owskim aparatem państwowym), a od razu pędzi do mediów i ogłasza sensacje. Biorąc pod uwagę, że Domosławski pisze o relacjach Kapuścińskiego z władzami PRL, o jego powiązaniach z wywiadem i przyjaźni z wysoko postawionymi politykami ówczesnej Polski, daje to niejako broń w ręce zagorzałych bojówkarzy tępiących tych, którzy socjalizm popierali. A tego obawiają się wielbiciele Cesarza oraz jego rodzina. Nie chcą, aby twórczość przyćmiło życie i związane z nim kontrowersje. Drugim wytłumaczeniem jest to, że Domosławski przedstawia się jako przyjaciel Kapuścińskiego, a w Polsce istnieje przecież mocna identyfikacja zarówno z rodziną, jak i z osobami z najbliższego grona. Z tego tytułu część ludzi czuje się zniesmaczona faktem, iż często o najintymniejszych i skrywanych przez długie lata sprawach pisze przyjaciel właśnie. I tutaj pojawia się następujące pytanie – a kto je miał opisać: człowiek obcy, który podałby suche informacje bez próby interpretacji? Toć wtedy taka biografia byłaby obrazą dla Kapuścińskiego! A tak otrzymaliśmy do rąk porządnie opisane życie jednego z najwybitniejszych polskich pisarzy oraz interpretację pewnych jego wyborów – interpretację na tyle wiarygodną, że spłaszcza argumenty przeciwników. Czy dobra biografia to hagiografia? Zdecydowanie nie. Lata wpajania pokoleniom świętych obrazków danej postaci zaowocowało tym, że trudno nam zaakceptować to, jacy bohaterowie zbiorowej wyobraźni naprawdę byli. Trudno pogodzić się z tym, że ludzie wielcy popełniali błędy, że byli trawieni przez trywialne czasami lęki. Niemniej, tak się prezentuje prawda i mam nadzieję, że „Kapuściński non-fiction” zacznie zmieniać podejście Polaków do tej materii. Powinniśmy bowiem z fascynacją patrzeć i na te mroczniejsze strony życia ważnych dla historii osób, aby dowiedzieć się, jak z tą ciemnością walczyć, jak ją pokonać (lub przesłonić), wznieść się jak oni na wyższy poziom, wyciskając z egzystencji jak najwięcej.


Zasłyszane, podpatrzone...


Najlepsze książki na wiosnę Oto są! Jury złożone z profesjonalistów oraz ponad 13,700 internautów wybrało Najlepsze książki na wiosnę! 22 marca poznaliśmy laureatów kolejnego konkursu organizowanego przez redakcję wortalu literackiego Granice.pl Konkursu, którego przebieg mogliśmy śledzić na stronie http://ksiazkanawiosne.pl Rozstrzygnięcie konkursu Najlepsza książka na wiosnę oznaczało zarazem zamknięcie pierwszego cyklu cokwartalnego wybierania książek najlepszych na daną porę roku. Kolejne konkursy – wśród nich przede wszystkim konkurs Najlepsza książka na lato, będą organizowane już po raz drugi. Uczta dla miłośników fantastyki Spośród 44 tytułów wybrano zwycięzców w ośmiu kategoriach tematycznych. Ogromny sukces odniosła powieść „Eon. Powrót Lustrzanego Smoka”, którą w kategorii „Fantasy” nagrodziło zarówno jury złożone z profesjonalistów, jak i grono głosujących internautów (książka zdobyła 58% głosów). „Mamy w przypadku powieści Alison Goodman do czynienia ze wszystkim, czego potrzebuje dobre fantasy: z wartką akcją, nietuzinkowymi bohaterami, znakomicie budowanym napięciem, potęgą magii i siłą wyobraźni. Mamy tu nadto zawikłane motywy postępowania i rzadkie w przypadku tego gatunku zmaganie się z własną kobiecością. Mamy przygodę, ale i element refleksji. „Eon…” to więc książka bardzo udana i z pewnością godna polecenia nie tylko miłośnikom gatunku.” – pisał Sławomir Krempa, redaktor naczelny wortalu Granice.pl, w recenzji tej książki.   Wyróżnienie zdobyła powieść „Rzeka bogów” Iana McDonalda opublikowana nakładem wydawnictwa Mag. – To rzecz dla koneserów. Powieść zachwycająca bogactwem opisanego świata, ale i głębią postaci, to prawdziwa uczta dla wyobraźni. Gorąco polecamy ją wszystkim czytelnikom, mając zarazem świadomość, że książka McDonalda zachwyci nade wszystko miłośników gatunku, którzy lubują się w podróżach do światów nieistniejących, a metaforykę, bogactwo języka stawiają ponad bardzo dynamiczną akcją.

Dla młodych miłośników pięknej książki Jednogłośny był również werdykt jurorów i internautów w kategorii książek dla najmłodszych czytelników. Piękne wydanie książki „Potworologia. Wielka księga stworzeń niezwykłych” zachwyciło wszystkich. – To książka, która wzbudzić ma ciekawość świata, bogata w ciekawostki, szczegóły, bardzo dobrze napisana. To książka, której strona wizualna porywa od pierwszej przewróconej strony – podsumowywali jurorzy. Wyróżnienia w tej kategorii otrzymało kolejne wydanie „Najpiękniejszych wierszy” Juliana Tuwima – tym razem przygotowane przez oficynę Ad Oculos, oraz przygoto-


wana specjalnie dla najmłodszych „Moja pierwsza Bi- kolejne rzesze najmłodszych dzięki odmiennej formie blia” w opracowaniu Piotra Krzyżewskiego. książki do słuchania. Piękna literatura

Internauci zdecydowali się przyznać nagrodę główną w tej kategorii bestsellerowej „Katedrze w Bar Ostatnią kate- celonie” Ildefonso Falconesa, wyróżnienie zaś przypagorią, w której po- dło świetnej książce Gilberta Chestertona „Przygody kryły się wybory in- księdza Browna”. ternautów i jurorów, była „Proza obca”. Kryminał – nie tylko napięcie! Tu chciano wyróżnić Ta książka książkę, którą nale- żałoby zaklasyfiko- z pewnością przywać jako literaturę padnie do gustu piękną, przetłuma- miłośnikom mocczoną na język polski niejszych wrażeń. zamieć” w ciągu ostatnich „Nocna Theorina miesięcy. Walorom li- Johana to rzecz znakomita terackim towarzyszyć jednak miały także cechy sprawiające, że po książkę się- – głosi uzasadniegnąć mogłoby szerokie grono czytelników. – Wygrywa nie werdyktu jury. Ben Brown i jego „Złodzieje piasku” – podsumował Sła- - To bardziej thrilmetafizyczny womir Krempa. – Fascynacja, przedziwne umiłowanie ler niż typowy krymiwojny, przyjaźń i zdrada, zemsta i nienawiść oraz znakomite dziennikarstwo, które staje się literaturą. Wszyst- nał. To zarazem ogromnie wciągająca i trzymająca ko to odnajdujemy w tej świetnej książce. Wyróżnienie książka przypadło afrykańskiej powieści z pogranicza rzeczy- w napięciu. To dowód na to, że powieść popularna może wistości i magii, zachwycającej językiem „Lunatycznej z powodzeniem realizować wielkie ambicje autora i zakrainie” oraz poruszającej książce podejmującej temat spokoić oczekiwania krytyki. powojennej historii Niemiec – „Niedopełnionym” Rein Internauci postawili na powieść, która połączyharda Jirgla. ła poruszającą wizję świata przyszłości ze szczególnie Jakiej literatury słuchać? wartką akcją. Książka „Orędzie. Tajemnica przyszłości” zachwyciła ponad połowę głosujących internautów, co Na to pytanie uznać należy za jej wielki sukces. również postarali się odpowiedzieć Wyróżnienie w tej kategorii otrzymała wielozarówno jurorzy, jak krotnie już nagradzana refleksyjna powieść Dawida i internauci. Człon- Wróblewskiego „Historia Edgara” – To debiut w wielkim kowie jury wybrali stylu, którego autor w pełni zasługuje na zdobyte laury. skierowany przede wszystkim do naj- Chwile wzruszeń z dobrą powieścią obyczajową młodszych audiobook zawierający Ta kategoria niezmiennie cieszy się wielkim zaobszerne fragmenty interesowaniem czytelników. Zapewne dlatego rywaliopowieści ze zbioru zacja była tu szczególnie zacięta. Długo wydawało się, „Zeszyt w kratkę” że zwycięży bestsellerowa powieść „Szeptem”, której księdza Jana Twar- autorką jest Becca Fitzpatrick. Tymczasem książce tej dowskiego. Zna przypadło wyróżnienie jury. W głosowaniu internautów tę książkę już kilka zdecydowanie wygrały „Moje rzymskie wakacje”, dziępokoleń Polaków, kilka pokoleń na niej się wychowało ki którym czytelnicy poznają smak słonecznej Italii oraz i wielu czytelników wraz z księdzem Twardowskim wkra- szczęście i radość płynące ze spełnienia marzeń. Jury czało w świat wartości czy wiary. Teraz mogą to czynić z kolei nagrodziło wspaniałą powieść Katarzyny Ener-


lich „Prowincja pełna gwiazd”. -   Lektura „Prowincji pełnej gwiazd” to spotkanie z naszymi emocjami i z samymi sobą oraz bodziec do rozważań nad tym, co tak naprawdę jest dla nas istotne. Dzięki Hance i Ludmile, które wytrwale tropią swoje żydowskie korzenie, uświadamiamy sobie, jak istotne jest nie tylko to, dokąd zmierzamy, ale też – skąd przychodzimy. Wyruszamy z siostrami w sentymentalną podróż śladami minionych pokoleń, odwiedzając między innymi Jedwabne i łącząc się z bohaterkami w bólu tym bardziej dotkliwym, że będącym częścią ich osobistych historii. Poszukiwanie siebie i własnego miejsca pod rozgwieżdżonym niebem jest pełną pasji i nieprzewidzianych zdarzeń przygodą. Katarzyna Enerlich sprawia, że stajemy się częścią tej opowieści, wiążąc się z bohaterami mocniej, niż byśmy przypuszczali. Młodzież – między akcją a refleksją Tego należało się spodziewać. Kilka miesięcy temu wyróżnienie w konkursie „Najlepsza książka na jesiennozimowe wieczory” otrzymała powieść Michaela Granta „Gone: Zniknęli. Faza I: Niepokój”. Zdaniem jurorów jej kontynuacja znacznie przewyższa tom inaugurujący świetny cykl. „Gone: Zniknęli. Faza II: Głód” to nie tylko znakomity thriller dla nastolatków. To dobra powieść współczesna skrojona na miarę oczekiwań dzisiejszej młodzieży. Owszem, wydarzenia toczą się tu błyskawicznie, a napięcie nie opada ani na moment, ale z biegu akcji w sposób najzupełniej naturalny wypływają wnioski dotyczące spraw najważniejszych. Konwencja pogranicza thrillera sciencefiction to tylko kostium – tak naprawdę

chodzi o zupełnie inne sprawy. Ale powiedzmy też wprost: to powieść mocna i odważna, miejscami dość brutalna i przerażająca – Michael Grant kierował ją więc zdecydowanie do starszej młodzieży. Warto o tym pamiętać, gdy będziemy podejmowali decyzję o jej zakupie – pisaliśmy w recenzji.  Wyróżnienie w kategorii książek dla młodzieży otrzymała opowieść o Virginii Woolf autorstwa Beatrice Massini. Ale wielu najbardziej zaskoczył werdykt internautów. Ci tytuł „Najlepszej książki na wiosnę” postanowili przyznać e-bookowi „Zazie na bezludnej wyspie” napisanemu przez Barbarę Faron, a opublikowanemu nakładem wydawnictwa Goneta.net - „Zazie na bezludnej wyspie” jest znakomitym remedium na stres i nudę, a obserwacja zachowań bohaterów zmusza do zastanowienia się nad naszym postępowaniem. Bo czasami my także jesteśmy egoistami, samotnikami, czegoś się boimy i zdarza się nam powiedzieć coś niemądrego. Jeśli jednak mamy przy sobie prawdziwych przyjaciół, to oni wybaczą nam wszelkie potknięcia. Bo przecież przeżywanie przygody w pojedynkę nie jest tak przyjemne, jak z oddaną paczką znajomych – pisała w recenzji książki Justyna Gul. Rzecz dla rodziców Rodzicom – a może po prostu: czytelnikom dojrzałym – jurorzy postanowili polecić świetny poradnik „Uczyć się od mnichów. Benedyktyńska recepta na udane życie”. - Notker Wolf stara się uzmysłowić nam, że można na życie spojrzeć z dystansu. Że nie trzeba być niewolnikiem mód, sztucznie wykreowanych trendów i fałszywie pojętej nowoczesności. Że teraz, tak jak i tysiąc lat wcześniej, potrzebne są cierpliwość, skromność, wytrwałość, chwile samotności, wyciszenia. Że pogłębiona refleksja zawsze rodzi dobre owoce, trzeba tylko się na nią zdecydować, a nie odkładać ją do przysłowiowego jutra – podkreślał Damian Kopeć. Internauci z kolei postanowili polecić czytelnikom dorosłym pięknie wydany album „Warszawa. Ballada o okaleczonym mieście” ukazujący zarówno codzienne życie mieszkańców stolicy w latach powojennych, interesujące elementy jej architektury, jak i absurdy życia w PRL-u. Co ciekawe, wiele z zamieszczonych w tomie zdjęć z powodu cenzury nigdy nie mogło ukazać się drukiem.


Radio pełne kultury „Radio Pryzmat”, działające od listopada 2009 roku w Staromiejskim Centrum Kultury Młodzieży w Krakowie przy ul. H. Wietora 15, ma już wielu wiernych słuchaczy. Przez całą dobę gramy bardzo dobrą muzykę, w godzinach 18.00 – 21.00 zapraszamy do słuchania audycji prowadzonych na żywo. Nasze programy poświęcone są szeroko pojętym zjawiskom kultury, edukacji, samorządności. Wszystkie programy tworzą młodzi ludzie. Zapraszamy osoby zainteresowane dziennikarstwem radiowym do współpracy, a wszystkich – do słuchania za pośrednictwem strony: www.radiopryzmat.pl.

już nieco zapomnianych, ale wciąż aktualnych i staramy się je czytać na nowo. Zajmujemy się interesującymi zjawiskami z kręgu literatury, blogami literackimi, audiobookami, e-bookami czy nietypowymi słownikami języka polskiego. W programie jest ponadto miejsce dla czasopism literackich czy też szerzej – kulturalnych. Naszym celem jest przekonać słuchaczy, że czytanie to nie tylko przykry obowiązek, a pomagają nam w tym goście, których zapraszamy do wspólnej dyskusji. Program prowadzą Joanna Miciak (wydawca) i Aleksandra Bisztyga.

Tradycja to jest coś ekstra – środa 20.00 – 21.00

Tytuł, inspirowany cytatem z „Misia” Barei, idealnie oddaje istotę audycji. Basia Derlak przedstawia słuchaczom ciekawostki dotyczące kultury tradycyjnej i odnajduje jej echa, inspiracje czy pozostałości w kulturze współczesności. Podczas godziny spędzonej z Tradycją można zapoznać się z najświeższymi informacjami dotyW labiryncie sztuki – środa 18.00 – 19.00 czącymi wydarzeń folkowych w Krakowie, posłuchać rela Labirynt kojarzy mi się z wielością dróg, zawiłością, cji, dźwięków z całego świata, rozmów na temat muzyki, poszukiwaniem. Labirynt nas wciąga i pasjonuje swoja ta- tańców, świętowania, obyczajów, wierzeń i innych elemenjemnicą. Nazwałam ten cykl audycji „W labiryncie sztuki”, tów składających się na pojęcie „słowiańskiej duszy”. Słubo nie będzie to prosty, chronologiczny wykład o tzw. sztu- chacze mogą aktywnie brać udział w dyskusjach i dzielić kach plastycznych. Każda audycja poświęcona jest innemu się swoimi przemyśleniami. Audycja okraszona wyłącznie artyście, dziełom, zjawiskom w sztuce pozornie od siebie muzyką folkową z najwyższej półki. Zapraszamy także na oderwanym, czasowo odległym. Chciałabym pokazać, jak tradycjaprzezpryzmat.blog.onet.pl ciekawa może być sztuka – nie tylko ta „wielka” ale i ta prowincjonalna, nie zawsze dojrzała, albo czasami po prostu Filmowy pryzmat – czwartek 18.00 – 19.00 nieznana. Prowadząca program – Agnieszka Wozowicz Jest to autorski program, poświęcony szeroko rozumianej kulturze filmowej, przygotowany i prowadzony Program „Lektury nieobowiązkowe” został po- przez Bogusława Skowronka (doktora habilitowanego fimyślany jako cotygodniowa dyskusja o książce. Głównym lologii polskiej, profesora Uniwersytetu Pedagogicznego przedmiotem zainteresowania są nowości wydawnicze, w Krakowie, filmoznawcy, medioznawcy, badacza współstaramy się spośród wielu propozycji wybrać i polecić słu- czesnej kultury audiowizualnej, działacza DKF-ów, autora chaczom te najciekawsze. Zaglądamy więc także do książek wielu publikacji poświęconych edukacji filmowej). Trzon Lektury nieobowiązkowe – poniedziałek 19.00 – 20.00


audycji stanowi prezentacja i recenzja filmów wprowadzanych na krakowskie ekrany oraz związanych z nimi zjawisk kulturowych czy społecznych. Ważnym celem audycji jest również propagowanie elementarnej wiedzy filmowej i medioznawczej. Informacje te dostosowane są do popularyzatorskiego charakteru programu i zawsze integralnie się łączą z omawianymi właśnie tytułami. Ważnym rysem „Filmowego pryzmatu” jest prezentowanie filmowych zjawisk „niszowych”, dalekich od oficjalnego, komercyjnego nurtu współczesnej dystrybucji. Stąd omawianie propozycji kina offowego, rozmaitych przeglądów, festiwali, czy prezentacji w Dyskusyjnych Klubach Filmowych.

My Kulturalni prowadzimy cotygodniowy konkurs „Tydzień w słowach”, na który każdy i zawsze może przysłać swój wiersz. Wydawca – Zofia Wojtusik - Dzięki uczestnictwu w zajęciach w Radiu Pryzmat rozwinęłam swoje umiejętności, oswoiłam się ze studiem radiowym, które do tej pory mnie przerażało, otrzymałam możliwość dzielenia się swoimi zainteresowaniami. Najbardziej lubię spory i kłótnie w sprawie interpretacji różnych wierszy, ciekawa jest konfrontacja mojej opinii ze zdaniem innych, równie zaangażowanych ludzi” - Ewa

- Fascynuje mnie literatura i poezja, zawsze marzyłam, by „Filmowy pryzmat” to swoisty przewodnik dla wiedzę tę powiększyć. Nigdzie jednak nie mogłam znaleźć wszystkich zainteresowanych różnorodnymi zjawiskami odpowiednich dla mnie zajęć, aż w końcu stałam się jedną współczesnego kina. Słuchacze za pośrednictwem „Fil- z prowadzących „Złoty Kubek” i wszystko się zmieniło! Zamowego pryzmatu” mogą kompetentnie „spoglądać” na częłam więcej czytać ,chętniej sięgam po poezję, a nawet współczesne i dawne filmy, zapoznawać się z wartościo- oprócz opowiadań zaczęłam pisać wiersze. Myślę, że tym, wymi tytułami, nabywać umiejętności odbioru, a także którzy fascynują się literaturą czy poezją uczestnictwo w tadokonywać samodzielnych wyborów i ocen. W progra- kich zajęciach wiele da. Audycja „Złoty Kubek” to najlepsze mie rozdawane są również zaproszenia na wybrane filmy; miejsce,w jakim się znalazłam!” - Dobrawa w dodatku słuchacze mogą prezentować swe opinie na antenie. Złoty kubek – wtorek 18.00 – 19.00 „Złoty Kubek” napełniamy poezją i literaturą, która nas inspiruje, intryguje i zachwyca. Rozmawiam o poetach pokornych i zbuntowanych, o wierszach starych i nowych. Zapraszamy wszystkich piszących do nadsyłania nam wierszy – chętnie przeczytamy je na antenie. Wraz z portalem


Błękitnokrwiści są wśród nas Gdy specjalistka od celebrytów i wybryków gwiazd bierze się za temat wampirów, musi być inaczej niż do tej pory. Na pytania o „Błękitnokrwistych”, boom na martwych facetów oraz to, co z niego wynika, odpowiada Melissa de la Cruz, amerykańska pisarka i dziennikarka, korespondentka między innymi „Cosmopolitana” i „Vogue”. Chwała temu, kto wymyślił Internet – choć mnie i Melissę dzieli ocean, możemy pogadać bez zbędnych formalności i zwłoki. Choć zwłoki byłyby pewnie na miejscu…

Jaguar:  Po sieci krążą rozmaite plotki, wyjaśnijmy więc raz na zawsze – ile będzie tomów „Błękitnokrwistych”? Melissa: Od dawna planowałam napisanie serii książek, bo marzyło mi się opowiedzenie dramatycznej, epickiej historii – i teraz mam okazję, by ten plan zrealizować. Nie chcę mówić, że zamierzam napisać tyle, a tyle książek, to byłoby nieszczere. Po prostu nie mam pojęcia, dokąd zaprowadzi mnie historia błękitnokrwistych i jak wiele stron zajmie opisanie całości. „Błękitnokrwistych” właściwie można podzielić na etapy. Pierwsze cztery książki koncentrują się wokół jednego wątku, w piątej zaś pojawia się nowa zagadka, która zostanie częściowo rozwikłana w tomie siódmym. Cóż, naprawdę nie umiem określić, ile książek będzie liczyła CAŁA seria. Mogę tylko obiecać, że koniec kiedyś nastąpi i że wszystkie wydarzenia właśnie do niego prowadzą.

Jaguar: Jesteś dziennikarką ze sporym doświadczeJaguar:  Jesteś autorką wielu poczytnych powieści niem – czy Twoje dotychczasowe perypetie w świedla nastolatek i o nastolatkach. Co zainspirowało cie gwiazd i celebrytów znalazły odzwierciedlenie w „Błękitnokrwistych”? Cię do pisania o wampirach? Melissa: Tak naprawdę zawsze uwielbiałam opowieści o wampirach – w dzieciństwie zaczytywałam się „Miasteczkiem Salem” Stephena Kinga i książkami o Lestacie Anne Rice. Mój wydawca, z którym współpracuję przy serii „Au Pairs”, zapytał któregoś dnia, czy nie miałabym ochoty zmierzyć się z horrorem… Podrzuciłam pomysł „Błękitnokrwistych” – opowieść o należących do elity nastolatkach, które odkrywają, że są wampirami. Zaskakujące, ale pisanie o tym przychodzi mi dość naturalnie. Poza tym, czułam ogromną chęć, by odświeżyć nieco cały gatunek, tak więc – zero trumien, zero kołków i żadnego umierania na słońcu! Jaguar:  Czyli interesowałaś się wampirami, zanim nastąpił cały ten medialny boom na krwiopijców? Melissa:  O tak! Kocham powieści Anne Rice i samą ideę umęczonych, pięknych i tragicznych istot!

Melissa: Celowo umieściłam akcję powieści w świecie, który doskonale znam – w świecie celebrytów, modelek, bogaczy – dzięki temu przy pisaniu mogę swobodnie korzystać z doświadczeń… A tych jest mnóstwo! Jaguar:  Może więc ujawnisz nam, co z realnego świata wyemigrowało do świata wampirów? Melissa: Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to klub, do którego, za czasów collage’u często chodziłyśmy z przyjaciółką. Nazywał się „The Bank” i nie mogłam się powstrzymać, by nie umieścić go już w pierwszym rozdziale. Spędziłam tam mnóstwo czasu i mam wiele miłych wspomnień, więc czemu nie? Jaguar:  W „Błękitnokrwistych” jest wielu bohaterów – wszystkich wymyśliłaś ot tak, po prostu, czy ktoś Cię zainspirował?


Melissa:  Tak naprawdę każdy z bohaterów reprezentuje inny aspekt mojej własnej osobowości. Gdy miałam około piętnastu lat, zachowywałam się podobnie do Schuyler – byłam tak samo wyobcowana i nieśmiała. Mimi to ja około dwudziestki – znacznie bardziej pewna siebie i obyta. Czyli, tak właściwie, wychodzi na to, ze sama się zainspirowałam… Jaguar: A który z bohaterów jest tym ulubionym? Melissa: O nie! Nie ma mowy, nie wskażę ulubionej postaci, nawet nie chcę się nad tym zastanawiać. Wszyscy bohaterowie są mi tak samo bliscy, każdy z nich jest częścią mnie i każdego z nich doskonale rozumiem. 

Jaguar:  Wracając do „Błękitnokrwistych” – skąd wziął się pomysł na osadzenie postaci w historii USA? Purytanie wampirami… Melissa: Któregoś dnia, gdy buszowałam po sieci, natknęłam się na stronę poświęconą genealogii ludzi wywodzących się od pierwszych osadników, którzy przypłynęli do Stanów na pokładzie Mayflower. To fascynujące, że wśród tych, których przodkowie założyli osadę w Plymouth, znaleźli się nie tylko prezydenci USA Goerge Bush i Franklin Roosevelt, ale na przykład Marylin Monroe i Oprah Winfrey! Pomyślałam sobie wtedy – a co by było, gdyby ci wszyscy znani, bogaci i wpływowi ludzie byli znani, bogaci i wpływowi dlatego, że… nie są ludźmi?

Jaguar: A co sądzisz o boomie na wampiry, który ob- Jaguar:  Wspomniałaś, że ludzi zawsze pociągała serwujemy od czasu „Zmierzchu” Stephenie Meyer? pewna perwersyjność w postaci wampira… A jak jest z Mimi i Jackiem? Rodzeństwo, a jednak koMelissa:  Myślę, że ludzie zawsze byli zafascynowa- chankowie. Nie obawiałaś się głosów krytyki? ni wampirami – ich nieśmiertelnością, mocą, tym posmakiem lekkiej perwersji. Teraz stało się to po prostu bardziej widoczne. Sama mam słabość do niektórych krwiopijców, choćby do wspomnianego już Lestata z powieści Anne Rice czy bohater��w serii „Underworld”.  Jaguar: Niektórzy pomstują na nowy typ wampira. Nie czujesz pewnej tęsknoty za tym dawnym krwiopijcą, straszliwym hrabią Draculą? Jak się odnajdujesz w rzeczywistości, w której drapieżniki masowo przechodzą na dietę i świętują Walentynki? Melissa:  O tak, teraz faktycznie nadeszła moda na wampira-chłopaka, milutkiego i seksownego Lestata po wizycie u dentysty i rwaniu kłów! To dość zabawne… Taki krwiopijca to bezpieczna opcja, atrakcyjna zwłaszcza dla nastolatek, dla których niegdysiejszy potwór staje się nagle bliski i kusząco dostępny. Myślę, że to jak ewolucja, po prostu współczesność dodała kolejną warstwę do starego mitu, uwspółcześniła go. Dla mnie Lestat jest tak atrakcyjny, bo de facto JEST potworem, śmiertelnie niebezpiecznym drapieżnikiem – ale może ja jestem ze starej szkoły…

Melissa: Krytycy zawsze się znajdą. Nie jestem zresztą pierwszą osobą, która sięga po temat zakazanego związku. Do moich ulubionych książek należą między innymi “Kwiaty na poddaszu” Virginii C. Andrews, „Tajemna historia” Donny Tartt i cała seria „Pieśń Lodu i Ognia” George’a R. Martina – we wszystkich tych powieściach pojawia się wątek takiej nieakceptowanej, ocierającej się o kazirodczą, miłości. Z jednej strony jest to szokujące, z drugiej zaś – ogromnie fascynujące. A poza tym to bardzo ciekawe pisać na temat tabu! Nie zapominajmy też, że związki pomiędzy blisko spokrewnionymi osobami były usankcjonowane kulturowo, co zresztą wpisuje się w historię „Błękitnokrwistych”. Egipscy faraonowie poślubiali własne siostry, nie inaczej czynili i rzymscy imperatorzy. No i najważniejsze: Jack i Mimi nie są bratem i siostrą w normalnym rozumieniu tego słowa. To w końcu wampiry. I mają inne zasady. Jaguar: Wampiry, anioły, upadłe anioły… A gdzie Lucyfer we własnej osobie? Melissa: Spokojnie! Lucyfer we własnej osobie pojawi się w kolejnych tomach!


Jaguar: Świetnie, skoro pojawi się Lucyfer, może będzie również film?

biam za to ten moment gdzieś w środku, gdy wszystkie elementy wskakują nagle na właściwe miejsce. A potem trzeba kończyć, związać wszystkie wątki – Melissa:  Cóż, tego obiecać nie mogę. Jesteśmy z tym też mam problem! Poza tym szalenie bawi mnie w tracie rozmów z kilkoma producentami, więc zo- jedna rzecz - moje własne „zdecydowanie”. Często baczymy. Hollywood jest zupełnie nieprzewidywalne. jest tak, że mam jakiś pomysł, do którego się zapaFilmowcy właśnie zaczęli prace nad ekranizacją serii lam, ale, gdy zaczynam pisać, uznaję, że wpadłam na „Au Pairs”, do której prawa zostały sprzedane cztery coś lepszego. Więc poprawiam wszystko, piszę dalej, lata temu. Byłam przekonana, że projekt jest martwy, a potem dochodzę do wniosku, że ten pierwszy zamysł nagle jednak okazało się, że nie tylko nie jest martwy, jednak był lepszy, więc odkręcam to, co poprzednio ale nawet został szczęśliwie reanimowany, wykazuje zakręciłam. Tego zupełnie nie da się przewidzieć! To wszelkie oznaki życia i bardzo możliwe, że film będzie zabawne, że pisząc, wiesz, co chcesz napisać, a jednojuż w przyszłym roku. Więc, kto wie? Już kilka razy cześnie nie jesteś tego do końca świadoma. Historia rozmawialiśmy o ekranizacji „Błękitnokrwistych”, jed- zmienia swój kształt niezależnie od twoich zamiarów nak jeszcze nie udało się nam sfinalizować projektu. i w efekcie wynik nigdy nie odpowiada do końca zaMam tylko nadzieję, że dożyję chwili, gdy filmowcy mierzeniom. Ale to balansowanie pomiędzy tym, co wreszcie wezmą się za moje wampiry! znane, a tym, co jeszcze nieodkryte, jest tak naprawdę bardzo, bardzo fajne.  Jaguar: Musieliby zacząć kręcić w Nowym Jorku, potem przenieść się do Wenecji, a później? Jaguar:  Podejrzewam, że jako dziennikarka i pisarka, nie masz zbyt wiele wolnego czasu… Ale gdy Melissa:  Najpierw do Rio, potem do Paryża… Piąty wyrwiesz chwilę dla siebie, przy czym najlepiej się tom, „Misguided Angel”, rozgrywa się w kraju maka- relaksujesz? ronu i oliwy, we Włoszech. A tak konkretniej, ekipa musiałaby się zabrać do Florencji.  Melissa:  Wstyd się przyznać, ale wydaje mi się, że moim hobby są zakupy. To koszmarne, usiłuję przeJaguar: Abstrahując na koniec od wampirów w ogó- stać, bo naprawdę nie potrzebuję kolejnych ciuchów. le: jak to jest być pisarzem? Co jest w tej pracy naj- Moja szafa i tak pęka w szwach! Niestety, uwielbiam trudniejsze, a co daje najwięcej radości? wszelkie gadżety oraz (nie)zbędne drobiazgi, kocham też modne ubrania i, choć bardzo się staram, rozsąMelissa:  Zdecydowanie najtrudniejszą rzeczą jest dek wciąż przegrywa z zachciankami… rozpoczynanie pracy. Nienawidzę zaczynać! Po prostu nienawidzę, zupełnie nie mogę się zebrać! Uwiel- Jaguar: Dziękuję za rozmowę!


Zapraszamy do konkursu! Wyślijcie odpowiedź na pytanie: Na okładce którego numeru miesięcznika Science Fiction Fantasy i Horror pojawiła się ilustracja okładkowa “Zbieracza Burz t.1” Mai Lidii Kossakowskiej? na adres: slk@granice.pl Do wygrania: - 3 lutowe numery SFFiH (każdy z inna okładką) - po 9 różnych kart Fabryki Słów - kalendarzyki z Wędrowyczem - plakat z “Panem Lodowego Ogrodu” z autografem Grzędowicza - plakat z “Przenajświętszą Rzeczpospolitą”

Science Fiction Fantasy i Horror Najlepsza fantastyka w Polsce! Same premiery! Największe nazwiska polskiej fantastyki! Konkursy z nagrodami!


Powieść obyczajową poleca wydawca


Kup teraz 31,49 zł Klik!

Prowincja pełna gwiazd Katarzyna Enerlich Wydawnictwo MG stron: 432

Refleksyjna opowieść o prowincjonalnej codzienności, której wielkie i małe historie rozgrywają się wśród mazurskich krajobrazów. Zaskakująca historia kobiety, która odbywa swoistą podróż w czasie, podróż do nieznanych korzeni. Odkrywa przeszłość, której nie znała i tajemnice, które niekoniecznie chciała poznać. Czytelnicy spotkali się z bohaterami powieści w książce – „Prowincja pełna marzeń”. Prowincja może być miejscem magicznym, pełnym wydarzeń i emocji, gdzie po prostu chce się żyć. Miejscem, w którym zdarza się tysiące spraw, zgodnie z przemianami tego świata, pokornie poddanym porom roku, biegnącym czasem może trochę wolniej, spokojniej, bez korków na ulicach i laptopów na kawiarnianych stolikach... Nad którym świecą te same gwiazdy, to samo słońce, brodzą w błękicie te same chmury.


Powieści obyczajowe

poleca Justyna Gul


Atlantyda kojarzona jest z mityczną krainą mlekiem i miodem płynącą. Za-

awansowana technologia, rozwinięta nauka i sztuka, z której słynęło Królestwo, znalazły odzwierciedlenie w licznych przekazach i historiach. Znakomitą historię, której kanwę stanowi właśnie opowieść o Atlantydzie, stworzyła Michalina Olszańska. Książka stworzona w klimacie „Baśni z Tysiąca i Jednej Nocy”, „Alicji w Krainie Czarów” i „Opowieści z Narnii” zabiera nas w fascynująca podróż po tej wspaniałej krainie, a dynamiczna akcja, pełne pasji i naturalności dialogi oraz niezwykle opisy przyrody tworzą rzeczywistość w której chce się istnieć. Dołączona na CD pieśń autorstwa Olszańskiej dodatkowo potęguje to wrażenie. „Dziecko Gwiazd Atlantyda” uchyla przed czytelnikiem rąbek tajemnicy swojego istnienia i swojej wielkości, a nam pozostaje tylko wdzięczność, że dzięki Olszańskiej dostąpiliśmy tego zaszczytu. Sekret Atlantydy ukryty jest w książce, a zweryfikować go może tylko historia… Michalina Olszańska “Dziecko gwiazd. Atlantyda”, Albatros

Dobroczynne działanie inteligencji emocjonalnej opisuje w swojej dr David

Servan-Schreiber. Autor, posługując się przypadkami medycznymi ze swojej praktyki lekarskiej, udowadnia, że istnieje szereg metod pozwalających zwalczyć nękające nas kłopoty ze zdrowiem i stanowiących alternatywę dla chirurgicznej ingerencji czy medykamentów. Dr Servan-Schreiber odkrywa przed czytelnikami zaskakujący fakt, iż wysoki poziom wspomnianej inteligencji emocjonalnej zwiększa szansę na osiągniecie życiowego sukcesu, nawet przy niskim ilorazie IQ. Poleca też akupunkturę i odpowiednią dietę oraz (w nieograniczonych ilościach)… miłość. Autor próbuje skłonić nas do nawiązywania kontaktów z innymi ludźmi, doboru właściwych słów i kierowania własną energią. Książka napisana jest w sposób przejrzysty i łatwy do przyswojenia mimo ogromu i wagi problemów, które porusza. Czytelnikowi pozostaje jedynie wytrwale dążyć do doskonałego porozumienia ze sobą oraz z otoczeniem. Jeśli rezultatem ma być szczęście i sukces, to warto podjąć ten wysiłek. David Servan-Schreiber “Zdrowiej! Pokonaj lęk, stres i depresję”, Rebis

Posiadająca swoisty dar empatii Koomson stworzyła skomplikowane charakterologicznie postacie, obarczone sporą dozą życiowych problemów i nękane przez duchy przeszłości. Poznajemy zatem Kendrę, młodą specjalistkę od rekrutacji, której życie już od kilku lat jest ciągłą ucieczką – przed bliskością, przemocą, miłością i poczuciem winy. Kobieta rozpoczyna kolejny etap w wynajętym mieszkaniu Kyle’a, który także boryka się z licznymi kłopotami. Czy wspólna niedola połączy tych życiowych rozbitków? Czy skrzywdzeniu ludzie są w stanie jeszcze zaufać i zakochać się? Na te pytania musicie poszukać odpowiedzi w książce. Jej lektura stanowi tzw. wartość dodaną, gdyż poza samą przyjemnością czytania, czytelnik jest zmuszony do refleksji i samooceny. Postacie wykreowane przez Koomson dojrzewają do pewnych decyzji i uczą się ponoszenia odpowiedzialności za swoje postępowanie, a przy nich rozwijamy się i my. I choć nie wiadomo co przyniesie los, to możemy mieć nadzieje, że przyszłość będzie pełna nie tylko gorzkich ziółek, ale i słodkich ciastek z kremem. Dorothy Koomson “Słodycze na śniadanie”, Albatros


Dobry kryminał poleca wydawca


Kup teraz 31,49 zł Klik!

Ścigając umarłych Tim Weaver Amber stron: 328

Rok temu znaleziono ciało Alexa Towne’a Miesiac temu jego matka widziała go na ulicy. Tydzień temu David Raker zgodził się go odnaleźć. Dziś dałby wszystko, żeby móc cofnąć czas. Detektyw amator David Raker przyjmuje zlecenie – pierwsze od śmierci ukochanej żony. Chce pomóc zrozpaczonej – tak jak on – kobiecie, która straciła syna. Ale w tym śledztwie zagadka goni zagadkę, śmierć ściga śmierć, a Raker wkracza w świat fikcyjnych nazwisk, fałszywych tożsamości i makabrycznego Projektu Kalwaria Ścigając umarłych to debiut literacki młodego brytyjskiego dziennikarza. Znakomity thriller psychologiczny Tima Weavera jest wiodącym tytułem początku roku 2010 w dużym brytyjskim wydawnictwie.


Dobre kryminały

poleca Damian Kopeć


Każda

z dotychczas wydanych powieści Petera Loveseya ma trochę inny charakter. Tym razem trafia w nasze ręce klasyczny kryminał, zbliżony do dzieł Agathy Christie, wprost odwołujący się do motywów znanych z tego typu literatury. W rozwiązaniu zagadek, które stają przed powracającym w szeregi policji w Bath det. Diamondem istotną rolę odgrywa analiza i niestandardowe myślenie. Brakuje bowiem jednoznacznych śladów, jasnych motywów, a zdarzenia wydają się na pierwszy rzut oka zupełnie niewiarygodne. Pochodząca z 1996 roku powieść, czwarta z kolei w serii, została doceniona aż trzema nagrodami. Jej atutami są barwne postaci, doskonały angielski humor, niezwykły klimat, wyrafinowane zagadki i ciekawe rozważania dotyczące istoty kryminałów. Nie jest to powieść dla każdego. Akcja nie jest tu bowiem zbyt dynamiczna, dominują rozmowy i intrygujące gry słowne. Coś dla koneserów. Peter Lovesey “Zagadka zamkniętego pokoju”, Amber

Po klasykę warto sięgać. Jest jak powrót do źródeł. Klasyką powieści krymi-

nalnej jest cykl książek Astrid Lindgren o detektywie Blomkviście. Autorce udała się rzecz trudna: połączenie książki dla młodzieży z historią kryminalną i to nie infantylną. Wydany w 1951 roku Detektyw Blomkvist żyje niebezpiecznie jest drugą częścią cyklu, znacznie dojrzalszą niż wydany pięć lat wcześniej Detektyw Blomkvist. To znakomite studium młodości stykającej się z mrocznymi obszarami świata dorosłych. Kontrastowe, wychodzące poza proste schematy i irytujące uproszczenia. Żyjące beztrosko na pograniczu fantazji i rzeczywistości nastolatki stykają się z prawdziwym zabójstwem. Mają okazję poczuć na własnym ciele grozę zbrodni, swoisty zimny oddech zła. Autorka świetnie łączy ze sobą niewinność dziecięcego świata z mrokiem ponurej rzeczywistości, ciepło i humor z traumatycznymi przeżyciami i stanem realnego zagrożenia. Astrid Lindgren “Detektyw Blomkvist żyje niebezpiecznie”, Nasza Księgarnia

Powieść “Winny niewinny” rozpoczyna cykl “Ślady”, serię kryminałów dla

młodzieży w konwencji s-f. Akcja rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przyszłości na terenie Wielkiej Brytanii. Nacisk nie jest tu położony na szczegółowy opis futurystycznej wizji świata, ale na śledztwa prowadzone przez Luke`a - kilkunastoletniego śledczego. Choć korzysta on z nowoczesnej techniki, która znacząco wspomaga proces dochodzenia do prawdy, to tło wydarzeń, motywacje przestępców są takie same jak zawsze: ludzkie namiętności. Wizja przyszłości tu ukazana jest niepokojąca: państwo totalitarne ingerujące w proces wychowania dzieci, w sprawy prokreacji i prywatnych uczuć. Ciekawa fabuła, wartka akcja, wyraziste postaci - to wszystko składa się na dobrze skrojoną rozrywkę. Nie brakuje w powieści humoru, nagłych zwrotów akcji i rosnącego napięcia. Bohaterami są ludzie z którymi młody czytelnik może się utożsamiać. Rose Malcolm“Ślady. Winny niewinny”, Wilga


Książkę dla młodych czytelników poleca wydawca


Kup teraz 22,49 zł Klik!

Dziewczynka z Szóstego Księżyca Moony Witcher OLESIEJUK stron: 304

Nina jest uczennicą piątej klasy (pomocy ! niedługo egzaminy!), mieszka w Madrycie u swoich cioć. Jej rodzice pracują w Moskwie, więc nie widuje ich zbyt często. Na prawej dłoni ma znamię w kształcie gwiazdy, identycznie jak ukochany dziadek Misza, wielki alchemik z Wenecji.Czy to znak przeznaczenia? “Wybiegła godzina 22 w nocy 2 czerwca. Nina wstała z łóżka, jak zawsze zrzucając przy tym na podłogę biednego Platona, i pobiegła do łazienki. Myjąc ręce, zobaczyła, że znamię zajmuje już cała prawą dłoń. Było czarne jak smoła... To się nigdy wcześniej nie zdarzało.” (fragment) Przygoda Niny dopiero się rozpoczyna! Wkrótce ukażą się następne tomy!


Książki z różnych stron poleca Magdalena Galiczek


„Porzucone ofiary” to powieść idealnie wpasowująca się w kanon publikacji Deavera, książka trzymająca w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, zwieńczona charakterystycznym dla autora zaskakującym zakończeniem. Od „Porzuconych ofiar” nie sposób się oderwać – sięgając po powieść, należy mieć w zanadrzu wolny, długi wieczór. Zarysowana przez Jeffery’ego Deavera fabuła powieści nie jest specjalnie innowacyjna, jednak sposób prowadzenia narracji, kreacje bohaterów i wszechobecne napięcie sprawiają, że z pozornie banalnego pomysłu autor potrafi zbudować niewyobrażalną, wielopłaszczyznową intrygę. Już sam fakt, że wydarzenia jednej nocy opisane zostały na przeszło dwustu sześćdziesięciu z trzystu stron książki, świadczy o niezwykłej wyobraźni autora. Jeffery Deaver wie, jak napisać dobry thriller psychologiczny. Jeffery Deaver „Porzucone ofiary”, Prószyński i S-ka

Autor

książki, czterdziestosiedmioletni profesor informatyki w Carnegie Mellon, dowiaduje się, że cierpi na raka trzustki. Liczne operacje, radioi chemioterapia oraz wyczerpujące leczenie nie przynoszą skutku. Pausch musi pogodzić się z faktem, że zostało mu niewiele czasu: lekarze dają mu najwyżej pół roku. Czytelnik poznaje Randiego Pauscha w momencie, kiedy mężczyzna pogodzony jest już z czekającym go nieuchronnie losem i gdy próbuje przygotować siebie oraz swoich bliskich na czekające ich w niedalekiej przyszłości tragiczne wydarzenia. „Ostatni wykład” to książka wzbudzająca wielkie emocje. Trudno obojętnie przejść obok publikacji, w której autor żegna się z życiem i robi to w sposób ciepły i pełen nadziei. Książka Randiego Pauscha z pewnością wzruszy niejednego czytelnika, pokazując, jak kruchą i cenną wartością jest ludzkie życie. „Ostatni wykład” to jednak także wspaniały zbiór dobrych rad, książka motywująca do działania i osiągania w życiu wytyczonych celów poprzez spełnianie marzeń własnych i pragnień innych ludzi. To także książka skłaniająca do głębokich refleksji oraz przypominająca, że życiowym mottem każdego człowieka powinno być carpe diem. Randy Pausch „Ostatni wykład”, Nowa Proza

Carlo

Frabetti przygotował kolejną niezwykle interesującą i wciągającą publikację dla wszystkich miłośników zagadek logicznych. „Wielka rozgrywka”, kierowana przede wszystkim do młodego czytelnika, to książka, w której zdolności kojarzenia faktów, rozwiązywania matematycznych zadań czy umiejętności szacowania są podstawą do snucia wciągającej opowieści o przygodach nastoletniego Leo. Książka napisana jest prostym językiem, co sprawia, że okazuje się doskonale dostosowana do możliwości jej odbioru przez młodych czytelników, przede wszystkim – przez uczniów szkół podstawowych. „Wielka rozgrywka” to wciągająca historia pochłaniającej, fascynującej i uczącej gry, w którą pewnie niejedno dziecko chciałoby zagrać. W publikacji czytelnik raczej nie dopatrzy się natrętnej dydaktyki, Carlo Frabetti bowiem nie zamierza nikogo uczyć. Autor pokazuje tylko sposoby, dzięki którym dobrze zaplanowana i przemyślana zabawa może okazać się lepszą lekcją niż godziny spędzone w szkolnej ławce. Carlo Frabetti „Wielka rozgrywka”, Nasza Księgarnia


Literaturę piękną poleca wydawca


Kup teraz 11,90 zł Klik!

Poletko Paweł Gregorowicz Goneta.net stron: 43

Recepta na dobry wiersz zawsze ciężkie są początki, bywa tak również z wierszem. Trzeba wybrać różne wątki, by sklecić słowa pierwsze. Niezbędny będzie atrament, obok położę sokole pióro. Stworzy się pewnie mały zamęt, gdy myśli moje w ruch pójdą. Szczypta wariacji, by na koniec parsknąć śmiechem. Krótkie, zwięzłe wersy, przy czytaniu popisać się bezdechem. Łyżeczką do herbaty, mieszając kilka chwil. Odczekać moment, by widoczny nalot był. Zebrać nalot, który jest niezbędnym składnikiem wiersza. Sens całego utworu, sekret: jego puenta. Proste rymy, przy czytaniu ułatwią zapamiętanie. Wiersz gotowy, dedykowany mamie. Paweł GREGOROWICZ - niepoprawny optymista, czerpiący z życia pełnymi garściami. Początkujący dziennikarz. Na co dzień mieszkający w Lublinie, który jest dla niego miastem niekończących się inspiracji. Od trzech lat piszący wiersze, fraszki i felietony. “Poletko” jest jego debiutem. Autor zapowiada wydanie niebawem tomiku poświęconemu osobie Jana Pawła II.


Literaturę piękną poleca Mariusz Kołodziejski


Obcując z poezją Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, mam przed oczami obraz

czarnego morza, które swoimi wzburzonymi falami raz za razem wyrzuca na brzeg maleńkie bursztyny uniesień, fragmenty kolorowych muszelek, pamiątek i butelek z nienapisanymi jeszcze liścikami. A czasem są to kamienie oszlifowane przez morską słoną wodę. Te przyniesione po nocnej burzy na brzeg skarby porażają nas swoją niecodziennością, magią, przepastną głębią swego wyrazu, a zarazem przejmującą prostotą. Dosłownie, niektóre wiersze są jak ciosane z granitu słowa, w myśl wyznawanej przez autora dewizy, że kto potrzebuje natchnienia, musi się obracać nie tylko „pośród kamieni ale i nieczytelnych inskrypcji”. I takie są właśnie teksty z tomu „Rzeczywiste i nierzeczywiste staje się jednym ciałem. 111 wierszy”. Z poezją Dyckiego ogólnie jest tak, że jeśli już przebrniemy przez pierwszą ciemną nawałnicę słowa, to oto natychmiast uderza w nas kolejna, a za nią następna, nie ma wytchnienia w lekturze, nie ma odpoczynku dla umysłu. Dla wymagającego miłośnika poezji to nie lada gratka. Eugeniusz Tkaczyn-Dycki „Rzeczywiste i nierzeczywiste staje się jednym ciałem. 111 wierszy”, Biuro Literackie

Autor głośnej biografii Boya-Żeleńskiego w swej najnowszej książce two-

rzy coś w rodzaju obrazka rodzajowego, zdjęcia pewnej sfery (nazwijmy ją artystyczną) społeczeństwa polskiego, opisując siedem lat, które nastąpiły po 2000 roku. A ponieważ literatura, co jest znamienne w naszym kraju, nie może obejść się bez polityki, odnajdziemy w niezwykłym raptularzu zarówno bieżące sprawy natury stricte literackiej, artystycznej, jak również wspomnianej polityki i to na najwyższym szczeblu państwowym. Prócz spotkań z przyjaciółmi literatami, aktorami, oglądamy bankiety, wieczory, rauty... Ale najważniejsze są zawsze same opisy, nieraz bardzo szczegółowe. Prócz śmietanki artystycznej, odnajdziemy u autora „Nie boję się bezsennych nocy” trudy codziennej pracy pisarskiej przy tworzeniu trzech książek, powstałych w tym okresie. Jednak jak dla mnie najciekawsze pozostają podróże autora po całym kraju, których opisy aż kipią od trafnej ironii i przekory Hena – bezlitosnego obserwatora i publicysty, który w jednym trafnym stwierdzeniu nazywa rzeczy po imieniu. Józef Hen „Dziennik na nowy wiek”, W.A.B.

Nie jest nowością pomysł, jak ja to nazywam, widokówkowy, z jednym mianownikiem. Kiedyś sprzedawano rozkładane notesiki, składające się z kilku pocztówek z tego samego miasta. Każdy obraz wnosił coś nowego do opisu, ale dotyczył tego samego miejsca, był w pewien sposób dla niego charakterystyczny. Podobnie dzieje się w przypadku najnowszej książki Daniela Koziarskiego zatytułowanej „Mój prywatny sąd ostateczny”, w której mamy trzy zazębiające się ze sobą obrazki, niczym w klasycznym tryptyku. Każda odsłona pokazuje nam innego bohatera i jego życiowe perypetie, ale wszystkie w pewnym momencie się ze sobą spotykają, zarówno w treści fabularnej, jak i tematycznej. Wszystkie trzy mówią o ludzkiej nienawiści i samotności i dzieją się w Warszawie. Pustka – tym słowem można określić powieść Koziarskiego, przedstawioną w trzech odsłonach. Co ciekawe, nim odsłony te się ze sobą zejdą, każda z nich ma swój wewnętrzny wytyczony rytm, dający się opisać kategoriami filmowymi. Pierwsza – filmu familijnego, druga – sensacyjnego, a trzecia – thrillera. Daniel Koziarski „Mój prywatny sąd ostateczny”, Grasshopper


Literaturę piękną poleca Anna Kołodziejska


W „Lektorze”

wykorzystane zostają elementy konwencji Entwicklugsroman. Schemat prozy inicjacyjnej sięga nie tylko wtajemniczenia bohatera w sekrety doświadczenia seksualnego, ale życia w ogóle. Trzydziestokilkuletnia Hanna, kobieta, w której zakochuje się piętnastoletni Michael, bezwiednie bierze udział także w jego edukacji moralnej. Kiedy już jako student prawa zastaje ją w sali sądowej w gronie oskarżonych o zbrodnie strażniczek z obozu koncentracyjnego w Auschwitz, do głosu dochodzą ponadto kwestie dotyczące orientacji w świecie rządzonym przez ekwipolentne siły dobra i zła. Cena, jaką przyjdzie zapłacić mężczyźnie, nie ograniczy się jedynie do wzięcia odpowiedzialności za tę pełną sprzeczności miłość, będzie się ona wiązała również z kalectwem emocjonalnym i uczuciowym wyjałowieniem do końca jego życia. Bernhard Schlink „Lektor”, MUZA

Gunnar Huttunnen to wolny duch patrzący na wszystko przez pryzmat nie-

skrępowanej, dziecięcej wręcz radości, w pełni zharmonizowany z przyrodą i jej zasadami. Przybywając tuż po wojnie do miasteczka, w którym rozgrywa się akcja powieści, początkowo wzbudza wielkie nadzieje w sercach mieszkańców. Odrestaurowanie starego młyna to szansa na ożywienie gospodarki miasteczka. Początkowa akceptacja przeradza się jednak w niechęć. Niekonwencjonalne zachowanie nowoprzybyłego, a także jego awersja do życia wedle reguł, ostatecznie prowadzą go aż po drzwi pobliskiego szpitala psychiatrycznego. Czy w takim miejscu będzie mu dane zakończyć swą banicję? Czy postać wyjącego do księżyca młynarza niczego nie nauczy miejscowych hipokrytów? „Wyjący młynarz” to opowieść o ludzkiej fenomenalności i jej awersie – tym, co kryją mroki przeciętności i stereotypowości w myślach i czynach człowieka. Urzekająca prostotą przekazu książka ma nachylenie paraboliczne, gdyż świat w niej przedstawiony, zredukowany do ilustracji określonych charakterów, skłania odbiorcę do refleksji o prawach rządzących rzeczywistością, jaką się otaczamy w ogóle. Arto Paasilinna „Wyjacy młynarz”, Kojro

Wybór tej pozycji i włączenie jej w korowód książek reprezentujących li-

teraturę piękną nie jest tutaj pomyłką. Choć zawiera eseje i komentarze o profilu teoretycznoliterackim, jest przede wszystkim swoistą antologią tekstów, które odzwierciedlają ideę przyświecającą powstaniu tegoż tomu. Kategoryzowanie na płaszczyźnie literackiej przebiega w dwójnasób. Występuje w wariancie policzalnym – skończonym i nieskończonym. Pierwszy model skrystalizowany zostaje w pierwocinach literatury cywilizacji europejskiej, jaką jest na przykład „Odyseja”. Za egzemplifikację posłużył autorowi opis tarczy Achillesa, zamknięty, skończony. Jemu przeciwstawia twórca „Dzieła otwartego” poetykę „i tak dalej”, a więc wszystko, co nieskończone. Wśród tej literackiej konstelacji, znajdziemy fragmenty pochodzące z utworów literatury powszechnej. Jest to zatem katalog literatury, która sam w sobie wykorzystuje schemat porządkowania, enumeracji. Prócz samych tekstów książka ta stanowi bogate źródło ilustracji, reprodukcji wybitnych dzieł malarstwa i rzeźby światowej, które zarówno pod względem tematycznym, jak i symbolicznym oscylują wokół poetyki listy. Polecana wszystkim, którzy nie tylko cenią punkt widzenia i wartościowania rzeczywistości Eco, ale preferują sposób mówienia, patrzenia i badania literatury i sztuki przez pryzmat wybranego motywu, pojęcia, symbolu. Umberto Eco „Szaleństwo katalogowania”, Rebis


Dobrą fantastykę poleca wydawca


Kup teraz 40,49 zł Klik!

Rzeka Bogów. Seria Uczta Wyobraźni Ian McDonald Wydawnictwo Mag stron: 600

„Rzeka bogów” bez wysiłku bije na głowę dowolną spekulatywną powieść z ostatnich paru lat; to pełen wigoru skok w przyszłość Indii, widziany oczyma dziewięciu zupełnie różnych postaci. Ich historie wikłają się i łączą, podczas gdy McDonald nie tylko snuje rozbuchaną, pełną tajemnicy intrygę, ale także ilustruje przyszłe dylematy ludzkości, przeskakując od jednego odkrycia ku następnemu, prowadząc nas nieubłaganie ku przyszłości, jakiej sami byśmy sobie nie wyobrazili.


DobrÄ… fantastykÄ™

poleca Gabriel Augustyn


Czy można poetycko pisać o transhumaniźmie? Jacek Dukaj w „Extensie” udo-

wadnia, że tak. Przedstawia czytelnikowi obraz świata po zagładzie, w którym kataklizmy sprowadziła rewolucja naukowa. Ludzie na powrót stają się złączeni z Ziemią i naturą, przez co zbliżają się do świata duchowego. Bohater książki to jednak człowiek pragnący więcej - podobnie jak uczeni przed kataklizmem poszukuje wiedzy, a ta zostaje mu dana w domu starego astronoma, gdzie otwiera okno poznania nie tylko otaczającego go świata, ale i kosmosu. „Extensa” to opowieść o autoewolucji, ale i o typowo ludzkich lękach, pragnieniach. Jacek Dukaj z wprawą pisarza najwyższej próby analizuje i przedstawia wybory mogące zaprowadzić nas wprost w otchłań transhumanizmu, a wszystko to okrasza grozą, mistycyzmem i szczyptą swej niezwykłej wyobraźni. Jacek Dukaj „Extensa”, Wydawnictwo Literackie

Świat w powieści mknie do przodu. Nowinki technologiczne notowane są

w ilościach przekraczających narodziny. Dostęp do informacji jest natychmiastowy poprzez nakładki nakorowe, wszczepki oraz wszelkiego rodzaju modyfikacje neuronalne. Osobliwość staje się coraz bardziej rzeczywista, tak samo jak kontakt z obcą, zaawansowaną cywilizacją. Jaki model człowieka jest w stanie taką przyszłość zaakceptować i zaaklimatyzować się w niej? Czy to w ogóle możliwe, czy też dopiero osobowości potransferowe odnajdą się w takim świecie? Autor stara się czytelnikowi częściowo pokazać, kim trzeba być, aby przyjmować te zmiany. Mnoży też scenariusze przyszłości. Wszystko to przedstawia Stross z pasją żarliwego naukowca-futurologa, przez co nawet nazbyt techniczny styl nie zakłóca odbioru, sprawiając, że „Accelerando” staje się prawdziwe satysfakcjonującym wyzwaniem intelektualnym. Charles Stross „Accelerando”, MAG

Mistrz

gatunku ponownie raczy swoich wielbicieli wielostronicowym tomiskiem. Po raz kolejny zresztą opisuje małe miasteczko i jego społeczność, postawioną w sytuacjach rodem z sennego koszmaru. Tym razem trafiamy do miejscowości Chester’s Mill w stanie Maine, gdzie pewnego jesiennego dnia pojawia się pole siłowe, odgradzając je od reszty świata. Bariera sprawia, że dochodzi do katastrof lotniczych, wypadków samochodowych, okaleczeń, a kontakt z mieszkańcami staje się niemożliwy. Ludzie dzielą się na dwie frakcje, które toczą ze sobą coś na kształt biblijnej walki dobra ze złem. Ze strony na stronę pogłębia się odizolowanie i widmo śmierci z braku tlenu. Do czego zdolny jest człowiek w takich warunkach? Stephen King odpowiada na to pytanie i - jak zawsze - czyni to z wprawą doskonałego psychologa, przyprawiając czytelnika niejednokrotnie o dreszcze i szybsze bicie serca… Stephen King „Pod kopułą”, Prószyński i S-ka


Więzień zemsty

„Więzień zemsty” to klasyczny kryminał, przypominający trochę zwartą, pełną akcji, pozbawioną emocji fabułę rodem z filmów hollywoodzkich z Humphreyem Boghartem w roli głównej.

Twardziel Marek Morwin przez całe życie był facetem od brudnej roboRafał Wałęka ty, wykorzystywany wiele lat przez tzw. aparat działaczy komunistyczWydawnictwo Goneta.net nych, gdzie szef tytułował Marka „towarzyszu”. Marek zabijał bez pytań, bez mrugnięcia okiem. W odpowiednim momencie historii Polski stron: 220 objęła go fala odzyskania czwartej demokratycznej niepodległości wraz z Solidarnością. Był wtedy zamknięty w więzieniu, miał dużo czasu na myślenie i zrozumiał całe morze zła, w jakim brał udział. Fabuła książki oparta jest o tzw. Puszkę Pandory. Co to oznaczało w starożytności każdy wie. W „Więźniu zemsty” ma ona podobne znaczenie, ale przybrała bardziej nowoczesne kształty.


Czytam #2