Page 1

36

#

PHANTASM MICHAŁ GACEK HORROR METAL CZĘŚĆ 1 ZAPOMNIANE KSIĘGI CZĘŚĆ 1 WYPOŻYCZALNIA KASET VHS CZĘŚĆ 8 BRACIA SYJAMSCY I INNE ZAGADKI NATURY... SERIA:

WYWIAD:

FILMY: Cień wampira, Demony, Gothic & Lolita Psycho, Poultrygeist: Night of the Chicken Dead, Mgła KSIĄŻKI: Arytmia, Dimiter, Endemia, Marionetki, Miasteczko Nonstead, Punkt wyjścia, Ragnarok 1940, Śliwkowa wyspa, Śmierć demona, Zagadka ulicy Calabria KOMIKS: Plemię cienia GRY: Chiller DOMINIKA GOŁEMBKA „PRZYPADEK CORNELIUSA V.” (OPOWIADANIE) ALEKSANDER HALECKI „KLEPSYDRA” (OPOWIADANIE) PIOTR POCZTAREK „ALFABET SZALEŃCA” (HORROR NA 100 SŁÓW)


Drodzy Czytelnicy, Przez dłuższy czas oszczędzaliśmy Wam czytania wstępniaków, a sobie ich pisania. Zdecydowaliśmy nie zamieszczać ich kiedy akurat nie mamy nic ważnego/ciekawego do przekazania. Dziś nadszedł dzień wstępniaka organizacyjnego. (Oklaski!) Mamy do przekazania kilka informacji dotyczących nadchodzących publikacji Grabarza. (Oklaski!) Kilka razy zabieraliśmy się do wydania 3. tomu papierowej „Antologii Grabarza“ i zawsze jakimś zrządzeniem losu się to nie udawało. Raz zaginęły materiały, później sprawdzona drukarnia upadła, a zanim przenieśliśmy się do nowej, upadła kolejna. Do trzech razy sztuka! Jak nie teraz to nigdy! Nadszedł więc czas publikacji 3. tomu antologii. Będzie on zawierać kolejne numery plus materiały dodatkowe oraz - jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem - niespodziankę, która powinna ucieszyć większość z Was. Więcej informacji o książce zamieścimy niebawem na naszym facebooku (www.facebook.com/GrabarzPolski). Przedsprzedaż będziemy robić przez cały maj a wysyłki mniej więcej w połowie czerwca, tak aby każdy otrzymał swój egzemplarz przed wakacjami. Planujemy także wydanie albumu z utworami nawiązującymi do horroru. Cały projekt jest jeszcze w fazie planowania. Jeśli ktoś z Was chciałby znaleźć się na tym albumie, jest taka możliwość. Wystarczy wysłać plik mp3 na adres wojtek@grabarz.net. Pod tym mailem uzyskacie także wszelkie informacje dotyczące tej publikacji. W maju będziemy ustalać tracklistę. Skontaktujemy się z wybranymi zespołami. Premiera płyty planowana jest również na połowę czerwca. Album będzie dostępny za darmo w formie mp3 oraz na płycie CD. Więcej informacji niebawem na naszym facebooku i w kolejnym numerze. Wkrótce uruchomimy sklep internetowy, w którym będzie można nabyć wszystkie poprzednie antologie i zamówić tę nadchodzącą. Z czasem pojawią się tam także różne horrorowe gadżety. Od najbliższego numeru uruchomimy nowy dział – listy od czytelników. Będzie to na razie eksperyment, mamy nadzieję, że się przyjmie. Zachęcamy do pisania o wszystkim na adres listy@grabarz.net. Najciekawsze z listów oczywiście opublikujemy. Na tym kończymy nasze ogłoszenia duszpasterskie – i zapraszamy do lektury najnowszego, „phantasmowego“ numeru magazynu!


PHANTASM PHANTASM USA 1979 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Don Coscarelli Obsada: Bill Thornbury Michael Baldwin Reggie Bannister Angus Scrimm

X X X X

Text: Łukasz Radecki

X

olbrzymi grabarz po pogrzebie zamiast zakopać trumnę pakuje ją z powrotem do karawanu. Wkrótce okazuje się, że wszystkie zwłoki znikają z cmentarza w tajemniczych okolicznościach, a na głównych bohaterów nastają upiorne karły Fabuła to tak naprawdę pretekst. Otwie- i demoniczny grabarz w niezapomnianej rająca film scena przedstawia parę za- kreacji Angusa Scrimma. bawiającą się na cmentarzu. W pewnym momencie dziewczyna przebija nożem Luk i nieścisłości w dziele Coscarelliego swojego kochanka. Biorąc pod uwagę nie brakuje, można wręcz odnieść wrarok produkcji 1979, to mocny początek. żenie, że scenarzysta miał pomysł na Jest krew, są nagie piersi (w zasadzie kilka scen, które potem postanowił spleść jedna) – wiadomo, horror klasy B. Dwu- w dłuższą fabułę. Paradoksalnie, nie wpłydziestotrzyletni wówczas Don Coscarelli wa to niekorzystnie na całość, wręcz przepełniący funkcję nie tylko reżysera, ale ciwnie, od początku urzeka ona niezwytakże scenarzysty i operatora, według kłym klimatem, na który składa się przede własnych słów starał się co chwilę podno- wszystkim rewelacyjna ścieżka dźwiękosić napięcie. A że kosztem logiki? To już inna sprawa. Oto bowiem przenosimy się na cmentarz gdzie odbywa się pogrzeb pechowego kochanka. Uczestniczy w nim Jodie, przyjaciel denata i Reggie, miejscowy lodziarz. Okażą się oni wkrótce głównymi bohaterami, obok najważniejszego – nastolatka Mike’a, który często śledzi swojego starszego brata Jodiego. Odkrywa on, że

„Phantasm” to jeden z najbardziej niezwykłych horrorów, z jakimi się zetknąłem. W zasadzie wszystko w nim jest nie tak, począwszy od aktorstwa, poprzez wykonanie, na braku logiki kończąc. To jednak tylko przyczynia się do zwiększenia aury niezwykłości, a tym samym fenomenu filmu.

4


oddaniu ich do zakładów pogrzebowych. Najprościej jednak nie zastanawiać się nad czymkolwiek a po prostu chłonąć opowiadaną historię. W końcu, wbrew idiotycznemu tytułowi polskiego dystrybutora, to tylko Fantazm – wytwór wyobraźni, nie posiadający konkretnej logiki czy wiarygodności. Pamiętajcie o tym, nie szukajcie przerażająco-brutalnych moralitetów czy nadętej głębi filozoficznej. To odrealniony i niezwykły film, który wciąż wa (czy raczej motyw przewodni) kojarzą- potrafi oczarować swoim niezapomniacy się mocno z „Suspirią” Goblina, oraz nym klimatem. rewelacyjne zdjęcia. Świetnie wypada choćby scena odjeżdżającej w mrok furgonetki lodziarza, klasyką jest już scena, w której olbrzymi grabarz kroczy w zwolnionym tempie przez miasto, zatrzymuje się wdychając mroźne powietrze i rusza dalej. Te odrealnione ujęcia, klimat cmentarza i domu pogrzebowego wytwarzają niezapomnianą, niezwykle oryginalną aurę, wobec której nie sposób pozostać obojętnym. Dodajmy do tego groteskową scenę zabójstwa latającą kulą, przy której wylewają się hektolitry sztucznej krwi i... uryny, zmutowane karły w habitach oraz kosmiczne ujęcia obcego wymiaru, a możemy być pewni, że to dzieło nietuzinkowe. Można doszukiwać się tutaj lęku przed śmiercią, pytań o życie pozagrobowe, czy wreszcie doznawać dreszczy myśląc o tym co się dzieje z naszymi zmarłymi po

5


PHANTASM II PHANTASM II USA 1988 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Don Coscarelli Obsada: James Le Gros Reggie Bannister Angus Scrimm Paula Irvine

X X X X

Text: Łukasz Radecki

X

Film rozpoczyna się dokładnie w tym samym miejscu gdzie skończyła się pierwsza odsłona i stanie się to znakiem rozpoznawczym serii. Michael zostaje porwany przez upiorne karły i tylko szybka interwencja walecznego Reggie’go ratuje go z opresji. Akcja przenosi się kilka lat do przodu, Michael opuszcza zakład psychiatryczny i wraz z przyjacielem wyrusza w pościg za demonicznym grabarzem – Tall Manem. Bodźcem do działania oka-

zują się wizje, jakich doświadcza poprzez dziewczynę, która również wyczuwa rosnące w siłę zło. Druga odsłona szalonych pomysłów Coscareliego spełnia wszystkie warunki sequela, czyli jest wszystko to co w części pierwszej, tylko „bardziej”. Po pierwsze, o wiele lepiej wypadają karły, których twarze eksponowane są znacznie częściej, a o ich braku urody można pisać poematy w stylu Cannibal Corpse. Efekty gore przygotowane przez Marka Shostroma i Gregory’ego Nicotero robią wrażenie do dziś i czynią tę odsłonę najbardziej krwawą i brutalną. Nie powinno

Musiało minąć aż dziewięć lat nim poznaliśmy dalsze losy bohaterów „Phantasmu”. Jeśli jednak ktoś liczył na konkretne odpowiedzi, bardzo się przeliczył. Jeśli spodziewał się większej ilości dziwactw i brutalności, otrzymał je.

6


to jednak dziwić, skoro odpowiada za nie facet, który był tworzył efekty w trzech częściach „Koszmaru z ulicy Wiązów” czy „Martwym złu II”, a pomagał mu gość od „Dnia żywych trupów”, kolejnych części „Re-animatorów”, „Teksańskich masakr”, „Halloweenów”, „Hostela”, „Transformersów”, „Kill Billa”, „Pulp Fiction” oraz wielu innych sławnych i zawodowo krwawych tytułów. Większy budżet części drugiej pozwolił na zgłębienie tematu Tall Mana i jego karłów. Znów pojawiają się zapadające w pamięć sceny jak wymarłe miasta, rozkopane setki grobów czy spotkanie z księdzem. Nie zabrakło również ataku srebrnych kul, choć tym razem w nieco mniej kontrowersyjnym wydaniu. Coscarelli zadbał też by historia przykuwała uwagę, ale nie dawała jasnych odpowiedzi, nie ukrywajmy, z logiką znów jesteśmy tu na bakier. Ogólnie wbrew

regułom, część druga trzyma poziom, a w niektórych momentach wysuwa się nawet przed poprzednika. Pojawiają się jednak pewne rysy na całości. O ile w pierwszej części akcenty humorystyczne wynikały z budżetu (scena z „muchą”) czy talentu aktorów, to tutaj widać, że ktoś próbuje nawiązać do serii „Martwe zło”. Mamy więc wymyślną broń (podwójna dubeltówka) czy komentarze Reggiego i Michaela. Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, niech zwróci uwagę, że popiół w krematorium pochodzi ze zwłok mężczyzny znanego jako Sam Raimi. Przyznaję, jest to udany ukłon, niemniej zaważa na ostatecznym klimacie filmu. Jest mocno, brutalnie i interesująco, dla niektórych może to być nawet najlepsza odsłona serii. Dla mnie zabrakło tej odrealnionej oniryczności, oryginalnego klimatu, który cechował „Phantasm” i czynił go filmem wyjątkowym.

7


PHANTASM III LORD OF THE DEAD PHANTASM III: LORD OF THE DEAD USA 1994 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Don Coscarelli Obsada: Michael A. Baldwin Reggie Bannister Angus Scrimm Bill Thornburry

X X

Text: Łukasz Radecki

X X X

uśmiercenie. Kolejną niespodzianką jest pojawienie się Jodiego (granego ponownie przez Billy’ego Thornburry’ego), który okazuje się być zaklęty w jedną ze srebrnych kulek grabarza. Ten ostatni porywa natomiast Michaela, co zmusza Reggie’ego do kolejnego pościgu za odwiecznymi wrogami. Po drodze przyłącza się do niego czarnoskóra wojowniczka i dzieciak będący skrzyżowaniem Kevina samego w domu z Rambo.

Jak widać, logiką nie przejmuje się już nikt. Wprawdzie Coscarelli odsłonił kilka sekretów, na przykład wyjaśniając mordercze zapędy srebrnych kulek. Poza tym Klasycznie już, film zaczyna się tam, mnoży jednak nieścisłości, czy wręcz po gdzie skończył się poprzedni i pokazuje nam, że oczywiście, to co widzieliśmy w finale poprzednika nie jest tym, co nam się wydawało. Przede wszystkim Michael jest innym aktorem, konkretnie Jamesa LeGrosa zastąpił Michael A. Baldwin, czyli odtwórca roli Michaela z pierwszej odsłony. Okazuje się też, że Reggiemu jak zwykle nic się nie stało, a Tall Man ma wobec głównych bohaterów konkretne plany i wcale nie należy do nich gwałtowne

Mijają cztery lata i Don Coscarelli zaprasza nas ponownie do świata swych chorych fantazmów, w których panują przetworzone na karły umarli oraz władający nimi wysoki grabarz. No i kulki. Dużo morderczych kulek. I brak logiki. Kompletny. Czyli „Phantasm” po raz trzeci.

8


prostu bzdury. Twórcy za bardzo zawierzyli popularności serii, czyniąc błąd typowy dla wielu ich poprzedników. Uwierzyli, że jeśli pokażą na nowo wszystko co już było (a więc atak kuleczki, okrzyk Tall Mana, strzelbę Reggiego czy inny wymiar z karłami) to przełkniemy idiotycznych bohaterów towarzyszących tym znanym od lat. Przyznaję, zabieg obsadzenia w głównych rolach osób znanych z części pierwszej jest wspaniały, ale dodanie im nowych towarzyszy okazało się kompletnym niewypałem. Głównym zarzutem, jaki mam wobec tej odsłony jest zepchnięcie czeredy Tall Mana i jego samego na drugi plan i wysunięcie na pierwszy kina drogi i akcji, gdzie pierwsze skrzypce gra Reggie Bannister z czarnoskórą Glorią Lynne Henry i młodziutkim Kevinem Connorsem. Co gorsza, Coscarelli eksponuje wątki humorystyczne, a Bannister nie jest Brucem

Campbellemi i choć się stara, nie jest w stanie udźwignąć ciężaru czarnej komedii, szczególnie, że pozostali „aktorzy” wyraźnie mu przeszkadzają. Dodajmy do tego sceny akcji w stylu lat 80. i już mamy obraz całości. A ten trąci myszką i o ile przeszedłby jako coś kultowego w latach 80., to w połowie 90., a tym bardziej obecnie, wypada słabo. Nie mogę jednak powiedzieć, żeby „Phantasm III: Lord of the Dead” był filmem kompletnie złym. Zawiera kilka niezłych scen, praktycznie każde wejście Angusa Scrimma zapada w pamięć, a jako uzupełnienie serii film utrzymuje się jeszcze na powierzchni. Fanatycznych wielbicieli zachęcać nie trzeba, malkontentom przekażę słowa Jodiego padające w jednej z końcowych scen filmu: „Nie wierz w to co widzisz. Oglądanie jest łatwe, na zrozumienie potrzeba więcej czasu”. Ta odsłona wymaga go naprawdę sporo.

9


PHANTASM IV OBLIVION PHANTASM III: OBLIVION USA 1998 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Don Coscarelli Obsada: Michael A. Baldwin Reggie Bannister Angus Scrimm Bill Thornburry

X X X

Text: Łukasz Radecki

X X

Tak, zgadliście, część czwarta zaczyna się w miejscu, gdzie nastąpił finał trzeciej. Michael wyrusza na kolejne starcie z Tall Manem, poszukując w międzyczasie Reggie’ego. Dociera do innego wymiaru, a dzięki pomocy swego zmarłego brata ma możliwość sięgnięcia w przeszłość grabarza. Czy znajomość historii

doktora Jebediaha Morningside’a pomoże mu ostatecznie pokonać Władcę Umarłych? I czy Reggie zdąży dojechać na czas? Zgodnie z podsumowaniem części poprzedniej, wydarzeń z „trójki” mogłoby nie być. Pewne epizody okazują się istotne, ale nie na tyle, by usprawiedliwić zmęczenie materiału i idiotyzmy poprzednika. W tej części Coscarelli wyciągnął wnioski i dał sobie spokój z czerstwym humorem. Znów jest poważnie, znów jest dziwnie, być może dla niektórych za bardzo. Wątek niezniszczalnego, wiecznie podróżującego i podrywającego panienki Reggie’ego został sprowadzony do minimum, dzięki czemu udało się stworzyć kilka scen zapadających w pamięć, jak choćby mocna scena z nagimi piersiami przygarniętej autostopowiczki. Najważniejszy jest jednak Angus Scrimm. Sięgnięcie do przeszłości Tall

Czwarta część kontrowersyjnej serii „Phantasm” pojawiła się zaskakująco szybko, bo zaledwie cztery lata po poprzedniej. I zaskakująco, wywołała najwięcej zamieszania, bo tego co się dzieje w tej odsłonie nie mogli znieść nawet niektórzy najbardziej oddani fani. Inni z kolei zachwycili się oryginalnym podejściem do tematu. Tym samym „Oblivion” bynajmniej nie popada w zapomnienie, wywołując skrajne emocje i dzieląc miłośników serii na dwa obozy po dziś dzień.

10


Mana pozwoliło wyeksponować nowe umiejętności i talent tego charakterystycznego aktora. Przypomina mi to nieco motyw z serii „Hellraiser”, gdy w czwartej (!) odsłonie z 1996 roku poznaliśmy historię kostki LeMarchanda, a w jeszcze wcześniejszej mogliśmy ujrzeć Douga Bradleya bez gwoździ w głowie. Nawet jeśli w „Oblivion” jest to zabieg podpatrzony, należy się cieszyć, że twórca serii stworzył w ten sposób szansę na wyjaśnienie całej historii. Niestety, okazało się to zmyłką, i to dość perfidną,

ostatecznie bowiem tradycyjnie pozostajemy bez konkretnych odpowiedzi. Część czwarta przypomina mocno pierwszą dzięki niezwykłemu klimatowi, odrealnionemu ujęciu tematu i przedziwnym rozwiązaniom fabularnym. Zaskakują także retrospekcje, w których Coscarelli wykorzystał niepublikowane fragmenty oryginalnej części sprzed dwudziestu lat. Dodaje to specyficznego klimatu, szczególnie, że ponownie w obsadzie gościmy wszystkich głównych bohaterów z pierwszego „Phantasmu”. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że doczekamy się kiedyś odsłony piątej, która zepnie wszystkie wątki i zamknie usta tym, którzy serii nie rozumieją. Bo część czwarta, choć zrywa z tandetą poprzedniczki, choć kultywuje znakomite tradycje części pierwszej i posiada rozmach drugiej, wciąż jest pełna niedopowiedzeń. A zbyt dużo niejasności budzi frustracje.

11


Bartłomiej Paszylk : Zacząłem od części drugiej, która potem śniła mi się po nocach. Potem obejrzałem trójkę, która kazała mi zwątpić w sensowność całej serii – i w ogóle w zdrowy rozsądek jej twórcy. A kiedy wreszcie doszedłem do jedynki, momentalnie stałem się zagorzałym wyznawcą „Phantasmu” i teraz nawet niesławną część trzecią darzę nabożną czcią.

Joanna Konik: Jeżeli istnieją filmy, które zapadają głęboko w pamięć i zmieniają myślenie o kinematografii jako takiej - z pewnością cała seria „Phantasm” do nich należy. Łukasz Skura:

Cudowna seria nie siląca się na tani dydaktyzm, ale stawiająca na atmosferę i klimat. Dobrze, że zrozumiał to polski dystrybutor i wprowadził ją na nasz rynek z kongenialnym tytułem, który może zniechęcić prawie każdego. Paradoksalnie to plus! Bo dzięki temu jest to dzieło dla wybranych! Dla miłośników morderczych kuleczek. Dosłownie. Wojciech Jan Pawlik: Dziwadło ekstremalne. Sam pomysł na kosmicznego przedsiębiorcę pogrzebowego wysyłającego zwłoki do innego wymiaru jest już nieźle nawiedzony. Z pewnością nie są to filmy dla każdego. Dla niektórych treść, jak i forma będą niestrawne. Osobiście jestem wielkim fanem Tall Mana i całej Phantasmowej serii. Ale, przyznaję, że nie od zawsze. Za pierwszym razem film mi się zupełnie nie podobał. Za drugim, i każdym kolejnym było coraz lepiej .... aż doszło do tego, że musiałem zafundować sobie kolekcjonerski box z dvd.


Piotr Pocztarek

Tęsknota Absolutny Brak Ciebie Dozgonny Emanujący Fizyczny Groźny Horror Istota Jaką Kochałem Latami Miłość Nie Oddycha Proszę Ratuj Spadam Tonę Utraciłem Wieczne Zbawienie

Wrażliwość Artysta Będzie Cierpiał Dopóki Elitarna Farsa Go Hoduje I Jeśli Kiedykolwiek Liznął Miłość Niech Oślepnie Przeklęty Rani Serce Twoje Upuści Wyrzuci Zabije

Wiara Absolut Boski Czci Demony Ewentualnie Fetysze Gdyby Horror Istniał Jeszcze Kiedy Ludzie Mogą Nie Oddychać Prowadzeni Ręką Szatana To Umarli Wstaliby Zmartwych

Matka Alleluja! Bywa Czujny Duch Edypa Frustracją Goniona Hybryda Inności Jak Kobietę Lubujesz Matkę Na Ostro Pieprzysz Rżniesz Spłoniesz Teraz Usmażony W Zaświatach


Hiena

Wampir

Ależ Boskie Ciało Drze Eliminuje Fantastycznie Gryzie Hiena Ironizuje Jak Klaun Lecz Mięso Nieumarłe Obskubuje Przerywa Rozsmakowuje Się Trawi Uprzejmie Wyrzyguje Zgniliznę

Ach Ból Czysty Doskonały Epatuje Furią Ginę Horror Istotny Jak Klucz Lepi Mrok Na Oczach Patrz Rani Słońce Teraz Uwierz Wreszcie Zginąłem

Fetysz

Bezsilność

Anal Bondage Ciała Dwa Egzystują Fetysz Gubi Hardcore! Inaczej Jak Ktoś Lubi Może Nawet Ordynarną Przemoc Rozwiązły Seks Trzymaj Uprząż Wywołaj Zagładę

Animuszu Brakuje Charyzmy Deficyt Elementy Frustracji Gnają Hamują Identycznie Jak Kopie Larw Much Na Oczach Prawdziwego Ropiejącego Smutkiem Trupa Uparcie Wolę Zgnić

Holocaust

Dla Rafała K.

Amen Bóg Cierpieniem Dopełnił Egzystencję Farsę Gówno Hitlera I Jak Kończą Ludzie Mali? Nijak Okaleczeni Popękani Ranni Sine Twarze Usta Wilgotne Zimnem

Alkohol Buzuje Czuję Dreszcz Ekscytacji Fascynujący Gardłowy Hałas Irytujący Jak Klakson Lezba Macha Nogami Orgazm Pieprz Rurę Ssij! Ty Umierająca Wyuzdana Zdziro


Michał Gacek jest Czytelnikom Grabarza znany nie od dziś: swego czasu dał się poznać udaną, elegancko wydaną „Kroniką koszmarów”, a do tego tu i ówdzie można było natrafić na któreś z jego opowiadań grozy. Teraz, w związku z premierą jego nowej książki pt. „Endemia”, nareszcie udało się nam go porządnie przepytać.

Rozmawiała: Aleksandra Zielińska Foto: Dariusz Czepiel

Debiutowałeś w 2008 „Kroniką kosz- i przeredagować tekst, niż zostawić fragmarów”, wracasz po czterech latach menty z których nie byłbym zadowolony. z „Endemią”. Co robiłeś w tym czasie? Gdzie byłeś, jak Cię nie było? Jak wspominasz swój debiut z perspektywy czasu? Zmieniłbyś coś To prawda, że od książkowego debiutu w „Kronice koszmarów”? Jak na nią minął szmat czasu, ale nie jest tak, że patrzysz po 4 latach? przez ostatnie cztery lata zapomniałem o pisaniu. Realnie dwa lata z tego okre- Bardzo miło wspominam premierowy su to praca nad „Endemią”. Poza tym wieczór, no i pierwsze recenzje. Szczenapisałem kilka opowiadań (m.in. jedno rze mówiąc, nie oczekiwałem, że książka ostatnio opublikowane w antologii „City zostanie aż tak dobrze przyjęta. Do opo2”) i rozwijałem się w innych dziedzinach. wiadań w „Kronice” już nie wracam, choć W przyszłości chciałbym pisać książki o niektórych myślę z dużym sentymenszybciej, z drugiej strony jednak kiedy tem. W tej chwili skupiam się przede już zabieram się za realizację jakiegoś wszystkim na nowych projektach. projektu, lubię mieć poczucie, że wszystko zostało zrobione jak należy i czasami Co możesz powiedzieć naszym Czytelwolę kilka razy gruntownie przemyśleć nikom o „Endemii”?

17


„Endemia” to powieść grozy – fantastyczny horror osadzony we współczesnych realiach. W dużym skrócie można powiedzieć, że książka składa się z kilku wątków koncentrujących się wokół miejscowości o nazwie Kniecieniec. Dochodzi tam do niewytłumaczalnych zjawisk: napady zbiorowej histerii, deszcze żab, dziwaczne deformacje rzeczywistości. Główni bohaterowie, wplątani w niezwykłe zdarzenia, dążą do odkrycia tajemnicy, jaką kryje historia miasteczka. Myślę, że zarówno jeśli chodzi o treść, jak i styl książka wyróżnia się na tle innych polskich propozycji spod znaku horroru. Jest to tekst mocny, ale raczej baśniowy niż brutalnie realistyczny. Język nie jest też potocznie przestylizowany. Pewnie mógłbym jeszcze długo opowiadać o „Endemii”, ale zamiast tego zachęcam do tego, żeby każdy przekonał się osobiście, co tak naprawdę dzieje się w Kniecieńcu.

ale w ciągu najbliższych 2 tygodni wiadomość zostanie ogłoszona na forum serwisu Horror Online. Wszystkie osoby zainteresowane mogą już teraz rezerwować tę datę. Zarówno w przypadku „Kroniki” jak i „Endemii” wydawcą jest Atropos. Jak wspominasz tę współpracę? Współpraca z Atroposem układa mi się bardzo dobrze. Jest to małe wydawnictwo, ale jak już się przekonałem, warunki jakie oferuje są na polskim rynku wydawniczym raczej standardem niż ewenementem. Ważne dla mnie jest to, że w Atroposie pracuję z ludźmi, których znam i do których umiejętności mam zaufanie. Jakość wydań książek z Atroposu jest zawsze wysoka. Przy okazji Endemii po raz pierwszy miałem okazję pracować też z Joasią Miką-Orządałą, która wykonała redakcję tekstu i z tej współpracy także jestem bardzo zadowolony.

Gdzie będzie można nabyć Twoją Czy łatwo było Ci „przesiąść się” nową książkę? z krótkiej formy, jaką jest opowiadanie na powieść? Ze wstępnych rozmów z wydawcą wynika, że książkę będzie można nabyć Na pewno pisanie opowiadań i powieści przede wszystkim w księgarniach sieci to dwie różne bajki. Dłuższa forma wyma„Matras” i „Empikach”. Poza tym na pew- ga lepszego zaplanowania tekstu i wzięno bez problemu będzie można zamówić cia pod uwagę wielu rzeczy, nad którymi książkę przez Internet. nie trzeba się zastanawiać, kiedy pisze się opowiadania. W przypadku Endemii Przypomnijmy, że premiera Endemii największy kłopot sprawiło mi przekonuprzypada na 30 kwietnia. Czy przygo- jące „napisanie” stosunkowo dużej liczby towałeś coś specjalnego dla Czytelni- bohaterów i splecenie wątków w taki spoków z tej okazji? sób, żeby czytelnik nie gubił się w tekście. Tak, 30 kwietnia w Krakowie odbędzie się Zróbmy lekki zwrot w tył: dlaczego spotkanie z okazji premiery. W tej chwili w ogóle literatura, a horror w szczesą jeszcze pewne wątpliwości dotyczące gólności? miejsca, w którym odbędzie się impreza,

18


Nie wiem, czy miałem wybór - już od czasów liceum było tak, że kiedy jakiś pomysł się do mnie „przyczepił”, musiałem go spisać. Wychowałem się głównie na książkach fantastycznych, w tym grozie dostępnej na polskim rynku, Kingu, Mastertonie, Koontzu. Myślałem wtedy, że chciałbym potrafić wzbudzić u czytelnika takie emocje, jak ci autorzy. Na pewno przez te kilkanaście lat wiele zmieniło się w kwestii mojego warsztatu i sposobu pracy nad tekstem, ale nowe pomysły w dalszym ciągu „gryzą” mnie tak jak dawniej i nie dają o sobie zapomnieć.

Ostatnio zastanawiam się, czy polskim filmowcom nie brakuje odwagi do tego, by zrealizować dobry horror. Zdaję sobie też sprawę, że zawsze bardziej opłacalne dla producentów jest wykonanie kolejnej szmiry dla szkolnych wycieczek, niż próbowanie się w gatunku, który jest niszowy i wymaga od twórców nie tylko sprawnego warsztatu, ale i dobrej znajomości konwencji.

Co sądzisz o obecnym stanie na polskim rynku grozy? Dużo nam brakuje do zagranicy czy wręcz przeciwnie – nie mamy się czego wstydzić?

Czasu na czytanie w ostatnich miesiącach rzeczywiście miałem niewiele, więc w kolejce ustawiła się już dość duża liczba książek. W ostatnich latach rzadziej sięgam po fantastykę a częściej po tzw. mainstream lub teksty naukowe i popularnonaukowe. Jeśli książka jest dobra lubię do niej wracać i czytać po kilka razy pewne fragmenty. W tej chwili kończę świetną trylogię mostu Gibsona, a później zabieram się za „Terra nullius” Lindqvista.

Stan polskiej grozy na dzień dzisiejszy napawa optymizmem – jest wielu autorów kojarzonych z gatunkiem, na rynku pojawia się wiele powieści, zbiorów opowiadań i antologii. Myślę, że te najlepsze z polskich tekstów wcale nie odstają poziomem od światowej czołówki. Pewien niepokój wzbudza natomiast fakt, że część autorów ucieka od horroru w stronę głównego nurtu, jak Łukasz Orbitowski lub na przykład w stronę eksperymentalnego bizarro. Oprócz horroru literackiego cenisz też kino grozy? Myślisz, że w Polsce udałoby się nakręcić coś na wysokim poziomie? Zdecydowanie tak. Przykłady horrorów francuskich, takich jak „Inside” czy „Calvaire”, albo hiszpańskich produkcji Jaume Balaguero, pokazują, że wcale nie trzeba dysponować kosmicznym budżetem, żeby nakręcić dobry film grozy.

Czy masz czas na czytanie? Sięgasz chętniej po fantastykę czy mainstream?

W Twoich tekstach często można odczuć fascynację Lovecraftem. To od niego zaczynałeś przygodę z literaturą grozy? Co z E. A. Poe’em, czy też naszym rodzimym Grabińskim? Właściwie przygodę z literaturą grozy zacząłem od książki „Podpalaczka” Kinga. Do dzisiaj pamiętam, jak duże wrażenie zrobiła na mnie ta powieść. Lovecrafta poznałem nieco później dzięki fabularnym RPG-om, a konkretnie systemowi „Zew Cthulhu”. Myślę, że prawdziwą siłą tekstów Lovecrafta jest wizja świata i człowieka kryjąca się za fabułą opowiadań. Wizja, która na pewno jest mi bardzo bliska. E. A. Poe i Grabiński to kolejne in-

19


spiracje, przy czym Grabińskiego pozna- klawiaturze z kubkiem kawy i muzyką łem najpóźniej. Jest to przykre, że autor w tle? ten nie został do tej pory odpowiednio doceniony w Polsce. Piszę w zeszycie. Kawa i muzyka są wskazane. Kiedy część tekstu jest naPosiadasz bardzo charakterystyczny pisana, odkładam go i po kilku dniach styl pisania, mam tu na myśli skupie- przepisuję, poprawiając usterki. Później nie na opisie i rezygnację w dużej mie- drukuję tekst i znowu poprawiam. Zanim rze z dialogów. Skąd to się wzięło? zdecyduje się coś gdzieś wysłać, zwykle zastanawiam się dwadzieścia razy. Pewnie po części z moich własnych literackich upodobań. Im starszy się staję, Czego się boi Michał Gacek? I czy lubi tym bardziej irytują mnie książki, które to uczucie? czyta się w ciągu jednego wieczoru i zapomina nad ranem. Mam wrażenie, że Lubię, tak jak w ogóle lubię silne emocje. dla niektórych osób warsztatowa spraw- Jeśli chodzi o bardziej konkretne lęki, to ność jest synonimem szybkiego i bez- nie ma rzeczy, których bałbym się w tabolesnego przepuszczenia tekstu przez kim stopniu, że na co dzień nie dawałoby czytelnika. O wiele większe wrażenie mi to spokoju. Straszne i wstrętne rzeczy wywierają na mnie książki, które zostają zawsze bardziej mnie fascynowały niż w czytelniku razem z emocjami i obra- odrzucały. zami. Powieści oparte na dialogu często czyta się jak filmowy scenariusz, a od Każdy szanujący się fantasta w dzitego typu skojarzeń chciałbym uciec. siejszych czasach powinien posiadać kota. Tak samo jest w Twoim przypadCzy zawód, jaki wykonujesz pomaga ku? Ci w jakiś sposób w pisaniu? Tak, w momencie kiedy otwieram zeszyt Zawód psychologa opiera się na kontak- i zabieram się do pisania, kot zawsze się cie z ludźmi i wskazywaniu możliwości na nim kładzie i odciska swój ślad. Jest rozwiązywania pewnych problemów. moim ghost writerem. Poczucie, że moja praca wymaga pragmatyzmu pomaga mi utrzymać kontakt Na koniec zdradź nam, jakie masz dalz rzeczywistością. Z drugiej strony tek- sze plany wydawnicze. sty psychologiczne, szczególnie te spod szyldu psychoanalizy, sugerują wiele Najbliższe plany wydawnicze są zwiąinteresujących sposobów spojrzenia zane z tekstami naukowymi, nad któryna psychiczne problemy i ich źródła. mi będę pracował do końca tego roku. W punkcie, w którym teoria łączy się W przyszłym roku zacznie powstawać z praktyką, pojawiają się najciekawsze kolejna powieść, tym razem z mocno pomysły. zarysowanym wątkiem potworo-romantycznym. Pytanie techniczne: jak wygląda Twoje podejście do pisania? Zasiadasz przy Dziękuję za rozmowę.

20


MICHAŁ GACEK - Endemia

-------------------------------------- Ocena: 5/6

Wszystko już było, wszystko już zostało napisane, nie ma się co oszukiwać. Ale często diabeł tkwi w szczegółach i nie kwestia „ile”, a „jak” nabiera większego znaczenia. Po czterech latach milczenia na polski rynek grozy wraca Michał Gacek. Debiutował w 2008 roku zbiorem opowiadań „Kronika koszmarów”. Była to jedna z pierwszych – i jaśniejszych - pozycji, jaka pojawiła się na naszych półkach z horrorem, potem zaczął się boom, który trwa do dziś. Jak wpisuje się w to wszystko najnowsza „Endemia”? Gacek w końcu przesiadł się z krótszej formy na powieść. I jak się okazało, wyszło mu to na dobre.

IU

Wydawca: Atropos 20l2 Ilość stron: ???

WP

OK RZY ŁADK GO TOWA AN

Gacek ma niesamowity talent do budowania klimatu powieści przy użyciu subtelnych środków. Nie szarżuje słowem. Prowadzi narrację precyzyjnie i pewnie. Widać w tym nawet lekką nutkę pedanterii, ale to akurat plus, bo czytelnika nie zaskoczy nigdzie jakieś niepotrzebne deus ex machina. Autor ma charakterystyczny styl, oparty na minimalizmie. Nie ma niepotrzebnych dialogów, którymi pisarze nieraz prowadzą wydarzenia, bo tak jest łatwiej. Tu akcja popycha się sama. W związku z tym lektura „Endemii” wymaga uwagi, ale warto poświęcić chwilę skupienia, żeby poczuć iście lovecraftowski nastrój. Z drugiej stroCiężko określić jednego głównego bo- ny przydługie opisy mogą znudzić. hatera „Endemii”. Gacek prowadzi wiele postaci, ale robi to w sposób tak przemy- Powieść rozbita jest na dwie przestrzenie, ślany, że na końcu wszystko splata się miasto i wieś. Z tym, że nie pada tu żadna w ładną całość. Opowieść podzielona jest nazwa ulicy, sklepu, nic konkretnego, co na trzy części. W pierwszej, nazwanej mogłoby pozwolić czytelnikowi umiejsco„Zaproszeniami”, rzeczywiście poznajemy wić sobie akcję w znanych realiach. Możosoby, które zostały wybrane do udziału na to uznać za wadę lub nie – dzięki temu w dramatycznym finale. Olga, Tamara, powieść zyskała na uniwersalności. Anka, Arkadiusz i inni. Z pozoru przypomina to kalejdoskop, ale wszystkich tych bo- „Endemia” to dobra powieść, a do tego haterów łączy jedno miejsce: tajemniczy taka, jakiej na polskiej scenie grozy jeszKniecieniec, gdzie dochodzi do przedziw- cze nie było. Gacek eksploruje tematy nienych wydarzeń. I deszcz żab, który wita wykorzystane do tej pory przez polskich nas w wiosce to dopiero początek. Powoli autorów. Sięga po środki trudne, które wraz z bohaterami odkrywamy tajemnicę, z pozoru mogą trącić brawurą, ale udaje jaka czai się w zdeformowanej okolicy. mu się przekuć je po swojemu. ZachęJeśli dodać do tego lekko nawiedzonych cam do lektury, choćby z ciekawości, jak mieszkańców, którzy potajemnie oddają też może wyglądać motyw grozy wykocześć nieznanej sile, dochodzimy do jed- rzystany całkowicie w inny sposób. I cóż, nego wniosku: tak naprawdę nikt nie jest wszystko już zostało napisane, ale jak maw Kniecieńcu bezpieczny. Nawet niena- wia S. J. Lec – na szczęście nie wszystko rodzone dzieci. A zwłaszcza one. Wszak zostało jeszcze pomyślane. I dobrze. obłęd dotyka każdego.

Text: Aleksandra Zielińska

* * * * * * * RECENZJA PRZEDPREMIEROWA * * * * * * *

21


„Groza i ciężkie riffy, czyli ujęty w słów kilka mały przewodnik po horror metalu” - Część 1

Text: Wiesław Czajkowski

Jeżeli zastanawiacie się dlaczego tekst ten nie został po prostu zatytułowany „Horror metal: przewodnik po gatunku” to śpieszę Wam donieść, że główny powód jest jeden. Moim zdaniem taki gatunek muzyczny jak horror metal po prostu nie istnieje...

22

Zanim zaczniecie z wymownym gestem pukać się w czoło spróbujcie wymienić kilka muzycznych cech wspólnych dla zespołów, które swoją twórczość opierają na bardzo szeroko rozumianej grozie. No i jak? Nie ma czegoś takiego jak jeden spójny nurt, który można nazwać by horror metalem. Odmienność stylistyczna, która cechuje formacje określane tym właśnie szyldem jest wprost powalająca. Właściwie to każdy podgatunek muzyki metalowej ma swoich przedstawicieli w estetyce horror metalowej. Kluczowym słowem jest tu estetyka, zbiór nie muzycznych cech wspólnych, do których należą częste nawiązania do kultowych filmów grozy, pisanie tekstów opartych na własnych horrorowych koncepcjach, a czasem też produkcja teledysków, które stają się niemal małymi arcydziełami kina grozy. Jeśli miałbym zgodzić się na użycie tego terminu to tylko w kontekście estetyki nigdy natomiast odrębnego gatunku. Wydaje mi się, że czytelnicy Grabarza słuchają bardzo różnych dźwięków dlatego też z niekłamaną przyjemnością chciałbym przedstawić Wam formacje, które moim zdaniem miały największy wpływ na to co możemy rozumieć jako horror metal. Tak jak pisałem wyżej będzie to przegląd subiektywny, być może lekko spaczony przez mój gust muzyczny lecz myślę, że każdy z prezentowanych w tym artykule zespołów zasługuje na uwagę i to by go poznać...

Jednym z pierwszych zespołów, które zaczęły łączyć muzykę metalową z horrorem jest założony w 1977 roku (aktywny co prawda z przerwami, ale do dnia dzisiejszego) włoski Death SS. Formacja od samego początku niezmiennie dowodzona przez charyzmatycznego wokalistę Steve’a Sylvestra muzycznie jest w prostej linii spadkobiercą gigantów glam rocka (Kiss) i klasycznego hard rocka lat 70. Oczywiście w muzyce Death SS nie brakuje też elementów czysto metalowych, ale w przypadku tego zespołu pamiętać należy o tym, że tworzenie czystego heavy czy thrash metalu nigdy nie leżało w zasięgu ich zainteresowań. W ciągu ponad trzech dekad działalności zespół ten przeszedł małą ewolucję od hard and heavy do dźwięków nadal bardzo gitarowych lecz mocno okraszonych elektroniką i obecnie często określa się ich muzykę jako industrial metal. Jeśli chodzi o najbardziej nas interesujące związki Death SS ze światem horroru to nie pozostaje mi nic innego jak stwierdzić, że właściwie na każdym aspekcie działalności tej formacji widoczne piętno odcisnęła groza. Sami muzycy wyglądają jak postaci z horrorów, teksty autorstwa Steve’a to nic innego jak


miniaturowe opowieści z dreszczykiem, nania zespołu to nic innego jak tylko rozwiw których pojawiają się zombie, czarowni- nięcie pomysłów ze wczesnych lat działalce, demony, wampiry... ności dość mocno (w ostatniej dekadzie) podlane elektronicznym sosem, co mnie Dodajmy do tego widowiskowe koncerty osobiście nie do końca odpowiada. Death z ciekawą scenografią i teledyski, które SS to zespół oryginalny i mocno trzymająmimo tego, że mocno się zestarzały to cy się obranej drogi. Zespół dziś już (nie kiedyś mogły nieźle straszyć nastolet- bójmy się tego słowa) kultowy i od zawsze nich fanów metalu i horrorów, a pojawi praktycznie całkowicie zaprzedany horrosię przed nami obraz zespołu, dla które- rowym klimatom. go groza i horror to zdecydowanie coś więcej niż tylko chwilowa fascynacja. Do Lata 80. to czas kiedz największą populardnia dzisiejszego Death SS wydał siedem ność zdobył kolejny z artystów, dla którego albumów długogrających oraz trudną do groza i muzyka metalowa to dwie rzeczy zliczenia ilość demówek, singli i wszelkiej żyjące niemal w symbiozie. Charyzmamaści kompilacji typu „the best of”. Jeśli tyczny wokalista King Diamond, bo o nim miałbym się pokusić o przedstawienie mowa, znany jako lider Mercyful Fate oraz małego rankingu twórczości tej grupy to zdecydowanie bardziej opętanego horrow moim odczuciu najlepszą formę mu- rami King Diamond, swoją muzyczną kazyczną ekipa Steva prezentowała na rierę rozpoczął zainspirowany koncertem trzech pierwszych płytach, czyli: „...In The Alice Coopera. Każdy kto choć raz widział Death of Steve Sylvester”, „Black Mass” Alice i Kinga z pewnością nie odmówi tej oraz „Heavy Demons”. Późniejsze doko- historii prawdopodobieństwa. Celowo

23


pomijam tu pierwsze formacje, w jakich udzielał się King (a właściwie Kim Bendix Petersen) bowiem dopiero Mercyful Fate, a później King Diamond mogą interesować nas ze względu na bardzo mocne związki tych zespołów z grozą. Zajmijmy się drugim ze wspomnianych zespołów bowiem tematy horrorowe pojawiały się w MF dość incydentalnie („Melissa”), a jeśli chodzi o twórczość King Diamond to zdominowały ją niemal całkowicie. Muzycznie zespół ten określić można jako reprezentanta heavy/thrashu. Oczywiście

można się w ich bogatej dyskografii doszukać też elementów speed czy melodyjnego death metalu, ale będą to tylko swoiste „skoki w bok” dzapewniające urozmaicenie, ale bez dużego znaczenia dla obrazu całości. King Diamond grozę do swojej twórczości aplikuje głównie przez świetne autorskie teksty oraz koncerty pełne niezapomnianego show. Zespół ten nawet wspomagając się na koncertach scenografią, pirotechniką (wybuchające zakonnice) i tak pewnie zostałby już zapomniany gdyby za mikrofonem (umieszczonym na statywie z kości zwieńczonym czaszką) stał ktoś inny niż King. To właśnie jego styl śpiewania, charakterystyczne bardzo wysokie partie oraz niesamowita energia, jaką emanuje na koncertach sprawiły, że nie ma dziś chyba fana metalu, który nie słyszałby o tym zespole. Odrębną kwestią są pisane przez Kinga teksty. Moim


zdaniem co najmniej kilka z opowieści przedstawionych na płytach nadaje się na doskonały scenariusz klasycznego horroru, po którym będziemy się budzić w nocy dręczeni przez senne koszmary. „Abigail”, „Conspiracy”, „The Eye” to już dziś klasyka, doskonałe historie i muzyka - pozornie prosta, ale przesiąknięta niesamowitym klimatem. Ostatnia jak do tej pory płyta zespołu „Give Me Your Soul... Please” (wydana w 2007 roku) to nadal stary, dobry King Diamond. Podany w nowoczesnej oprawie brzmieniowej, ale wystarczą tylko pierwsze takty otwierającego album „The Dead” by od razu mieć pewność, że jest to TEN zespół. Pewnych rzeczy podrobić się nie da. Dlatego też King Diamond zawsze będzie dla mnie grupą wyjątkową. Jeżeli komuś należy się tytuł króla horror metalu to bez wątpienia powinien otrzymać go nie kto inny jak King...

cił heavy metal i thrash. Wiele zespołów sięgało wtedy po tematykę żywcem wyjętą z filmów grozy lecz w większości przypadków były to jedynie pojedyncze utwory bądź cała zabawa kończyła się na jednym tylko albumie. Death SS oraz King Diamond pokazały, że metal i horror można połączyć w bardzo udaną całość. Celowo nie będę rozpisywał się o innych formacjach z lat 80., które często są już w tej chwili zapomniane. Death SS i King Diamond to absolutny szczyt jeśli chodzi o estetykę horror metalu w tamtym czasie. Myślę, że odkrywanie muzycznego świata horror metalu powinno się zaczynać od poznania tych właśnie formacji...

Koniec lat 80. przyniósł w muzyce metalowej rewolucję, której echa nie cichną do dziś. Pojawił się nowy, zdecydowanie ekstremalny gatunek muzyczny, czyli death metal. Ale o zespołach deathowych Jeśli chodzi o lata 80. to opisanie dwóch grających horror metal opowiem Wam przytoczonych wyżej zespołów powinno w następnym odcinku... wystarczyć. Był to czas gdy triumfy świę-


-------------------------------------- Ocena: 3/6 Wydawca: Prószyński i S-ka 20l2 Tłumaczenie: Iwona Zimnicka Ilość stron: 476

Thriller medyczny wciąż w Polsce jest kojarzony głównie z osobą Robina Cooka, tym samym pozostaje dla wielu gatunkiem niemal nieznanym. Tym lepiej, że na naszym rynku pojawiły się powieści Anne Holt, nazywanej norweską królową kryminałów. Jeśli dodamy do tego fakt, że autorka ma za sobą karierę prokuratora i ministra sprawiedliwości, a „Arytmię” napisała wraz z bratem, cenionym kardiologiem, wiecie już mniej więcej czego się spodziewać. Wiosna, rok 2010. W krótkim odstępie czasu umierają dwie osoby, którym wcześniej wszczepiono kardiowerter-defibrylator przywracający rytm serca chorującym na arytmię, zwany ICD. Okazuje się, że prawdopodobnie właśnie to urządzenie mające ocalić chorych przyczyniło się do ich śmierci. Fakt ten odkrywa doktor Sara Zuckermann, która wraz ze swym współpracownikiem doktorem Olą Farmenem operowała zmarłe osoby. Lekarze starając się odkryć pochodzenie wirusa wgranego w urządzenie wpadają na trop wielkiej afery. Początek wypada naprawdę imponująco. Zarysowanie problemu i postaci potrafi przykuć uwagę. Zgodnie z zasadami gatunku zostajemy zasypani medycznymi i technicznymi terminami, jednak są one wyjaśnione w sposób jasny i klarowny dla laika. Widać obeznanie w temacie, czuć lekkość pisania, gęsia skórka i napięcie niemalże są w zasięgu ręki. Niestety, rozbudzone na początku nadzieje okazują się płonne, bowiem wszystko co najlepsze otrzymujemy na początku, a potem niewiele się dzieje. W sensie niewiele ciekawego, bowiem wątków, miejsc akcji i nawału

postaci tu nie brak. Gorzej, że niewiele z tego wynika.

Text: Łukasz Radecki

ANNE HOLT, EVEN HOLT - Arytmia (Flimmer)

Główni bohaterowie zostali skonstruowani według bardzo tradycyjnych schematów. Doktor Ola Farmen, to zapracowany lekarz poświęcający się całkowicie pracy, próbujący pogodzić ciężar i odpowiedzialność spoczywającą na nim z wychowaniem piątki (!) dzieci. Do tego dochodzą jeszcze niespełnione ambicje - i mamy wiarygodnego bohatera numer jeden. Bohater numer dwa to doktor Sara Zuckermann, międzynarodowa sława w dziedzinie kardiologii, ordynator szpitala, matka zastępcza nastoletniej dziewczynki. Nic dziwnego, że cechuje ją wysokie mniemanie o sobie. Bohaterem numer trzy jest Otto Schultz, dyrektor generalny koncernu Mercury Medical zajmującego się produkcją ICD. To człowiek, dla którego najważniejsza jest firma i sukces, typowy szwarc-charakter. Trudno tu jednak mówić o złożoności psychologicznej postaci bo wszyscy ci bohaterowie są perfekcyjnie jednowymiarowi. Nie jest to może wielki zarzut, ale w przypadku powieści tego typu, wolałbym jednak zżyć się z którymkolwiek z bohaterów. Tutaj jest to, niestety, niemożliwe. Nie powiem, żeby „Arytmia” była książką złą, bądź żebym żałował czasu jej poświęconego. Problemem jest to, że poza tematyką nie ma w niej nic co wyróżniłoby ją z szeregu innych przeciętnych kryminałów. I nie mam wątpliwości, że za kilka tygodni nie będę z niej wiele pamiętał, bo i nie ma tu nic, czym warto by zaprzątać sobie głowę. Dobre czytadło, ale jak na królową kryminałów zdecydowanie za mało. Tym razem nie pomógł nawet brat.

27


THE MIST MGŁA USA 2007 Dystrybucja: Kino Świat Reżyseria: Frank Darabont Obsada: Thomas Jane Marcia Gay Harden Laurie Holden Andre Braugher

X X X

Text: Bogdan Ruszkowski

X X

Frank Darbont, pisząc scenariusz, rozwinął kilka wątków i dopisał zupełnie nowe zakończenie. Miał pełne prawo sądzić, że uda mu się stworzyć hit. Niestety, nie wszystko się tu udało. Zaczyna się jak w opowiadaniu. Po fali upałów nadchodzi potężna burza. David Drayton wraz z rodziną chroni się w piwnicy domu. Rankiem podczas oglądania zniszczeń uwagę Davida przyciąga tajemniczy wał mgły unoszącej się nad jeziorem. Zaaferowany wyprawą do hipermarketu, zapomina o tym zjawisku. Wraz z synem i nielubianym sąsiadem robią zakupy, gdy nadchodzi mgła i spowija wszystko. Wraz z nią nadciągają złowieszcze stwory, dla których ludzie są tylko pokarmem. Pamiętam, że na premierę tego filmu czekałem z wielkimi nadziejami. Kiedy wybrałem się do kina, okazało się, że kopia dostarczona przez dystrybutora jest

niepełna – wyciętych było co najmniej pięć bardzo ważnych scen. Znałem opowiadanie, więc rozumiałem fabułę, ale jeśli ktoś opowiadania nie czytał, to miał prawo się pogubić. Być może dlatego film zebrał tyle złych recenzji. Jednak – przekonajcie się sami – „Mgła” jest obrazem dobrym. Pomysłowym, niosącym niespodzianki, świetnie zrobionym wizualnie (chociażby przez te tajemnicze kształty we mgle niczym z opowiadań H.P. Lovecrafta). Na uwagę zasługuje znakomicie poprowadzony wątek narastającej paranoi, prowadzącej do powstania sekty zgromadzonej wokół pani Carmody (świetna rola Marcii Gay Harden). Ten wątek powoduje, że „Mgłę” można odbierać jako film bardzo

„Szkieletowa załoga” to obok „Nocnej zmiany” najlepszy zbiór opowiadań Kinga. Opowiadaniem otwierającym zbiór jest właśnie „Mgła”: opowieść o ludziach uwięzionych w supermarkecie przez tytułową mgłę; rzecz bardzo sugestywna, pełna napięcia i budząca autentyczny strach.

28


antyreligijny – pani Carmody, głosząca Apokalipsę i żądna ofiary z krwi, jest do bólu prawdziwa i demoniczna, strasząc swą zwyczajnością. Chociaż w kinie oglądałem wersję pociętą, to po jednej z końcowych scen filmu widownia z ulgą zaczęła klaskać. W tym filmie to nie potwory budzą największy strach, lecz właśnie religijny fanatyzm. Gdyby tak zostało, film byłby genialny. Niestety, reżyser nie mógł się zdecydować, czy kręci horror psychologiczny

czy gore, więc jest kilka scen naprawdę krwawych, wzbudzających obrzydzenie i sprawiających wrażenie wciśniętych tam na siłę. Ten film lepiej by się obronił bez nich, bez tej całej krwi tryskającej z ekranu. I to pierwsza wada. Drugą jest gra Thomasa Jane’a w głównej roli – która woła o pomstę do nieba. Tak sztywnego, drewnianego aktorstwa nie widziałem dawno. I właśnie niemożność uwierzenia najważniejszemu aktorowi kładzie ten film. Bo w końcówce filmu nie uwierzyłem, że grany przez niego bohater mógłby zrobić to, co zrobił. No właśnie, niektórzy twierdzą, że ten film warto obejrzeć tylko dla finału. Pomysł na zakończenie jest genialny, a sceny ucieczki z supermarketu – oszałamiające. Przy tym dopełnione niesamowitą muzyką. Polecam „Mgłę” – to naprawdę dobry, zupełnie niedoceniony film, który jest w stanie Was zaskoczyć. Gdyby tylko zmienili głównego aktora, byłby szczyt szczęścia.

29


-------------------------------------- Ocena: 4/6 Wydawca: Prószyński i S-ka 20l2 Ilość stron: 339

Przygotowania do organizowanego we Lwowie międzynarodowy festiwalu teatrów lalkowych zakłóca nie tylko dokuczliwy upał, lecz również makabryczne morderstwo. Wkrótce ginie kolejna osoba, a do rąk Jakuba Sterna, protagonisty kryminałów retro pióra Pawła Jaszczuka, dostaje się pamiętnik zmarłej arystokratki, schowany wewnątrz jednej z marionetek. Co mają wspólnego losy zubożałej hrabiny, perfekcyjnie wykonane lalki i śmierć osób, których łączy jedynie miłość do teatru? Jakub Stern ma niewiele czasu na wyjaśnienie zagadki, tym bardziej, że gazeta, w której pracuje, przeżywa ciężki okres i redaktor naczelny zmuszony jest do redukcji personelu, o ile nie znajdzie atrakcyjnego medialnie tematu, pozwalającego zdobyć kolejnych czytelników. „Marionetki” to - po rewelacyjnej, uhonorowanej Nagrodą Wielkiego Kalibru „Foresta Umbra” i „Planie Sary” - kolejna powieść Pawła Jaszczuka, której akcja rozgrywa się w międzywojennym Lwowie. Czytelnik wędruje po nim wraz ze znanym mu z poprzednich utworów dziennikarzem kryminalnym Jakubem Sternem, by ponownie zanurzyć sie w świat odległy od nostalgicznych wyobrażeń o sielankowości życia w II Rzeczypospolitej, przykazywanych przez odchodzące w przeszłość pokolenie, archiwalne nagrania „Wesołej lwowskiej fali” ze Szczepciem i Tońciem oraz music-halle „Lata dwudzieste, lata trzydzieste” i „Hallo Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy”. Tak jak w chronologicznie wcześniejszych powieściach Jaszczuka, tu też mamy do czynienia z makabrą, duszną atmosferą

i bezsilnością Sterna, bezskutecznie usiłującego nie dopuścić do kolejnego mordu. Pojawiają się też – tak jak w „Foresta Umbra” i „Planie Sary” – genialni zbrodniarze, opętani idee fixe, którzy stawiają się ponad wymiarem sprawiedliwości i moralnością. Czytelnik sekunduje również kolejnym perypetiom rodzinno-zawodowym Sterna, zaś zgrabnie wtrącone aluzje fabularne pozwalają usytuować akcję najnowszego utworu Jaszczuka w kontekście wcześniejszych przygód dziennikarza. Tym, co odróżnia „Marionetki” jest od pozostałych opowieści z lwowskiego cyklu, jest szczególne doznanie współczesnego odbiorcy, świadomego losów zbliżającej się do kolejnej wojny Europy. W kontekście tej wiedzy, wykraczającej poza realia świata przedstawionego, szczególnego znaczenia nabiera sposób organizacji akcji powieści wokół światowego festiwalu teatrów kukiełkowych (to jedno z niewielu odstępstw od realiów w powieści Jaszczuka, podyktowane koniecznością fabularną); marionetkami okazują się nie tylko lalki, lecz również ludzie, niezdolni odwrócić trybów Historii, której nadejście przeczuwają. Bezwolnie, niczym kierowane przez fatum lalki, bohaterowie powieści Jaszczuka są tym bardziej tragiczni, że żyją przeświadczeni o wolności swego wyboru. To – jak dotychczas – najbardziej dojrzała, ale też i najtragiczniejsza powieść cyklu, godna polecenia nie tylko amatorom kryminalnych zagadek, lecz również poszukującym zadumy nad nieuchronnością losu, skazującego ludzkie plany i nadzieje na konfrontację z rzeczywistością.

Text: Adam Mazurkiewicz

PAWEŁ JASZCZUK - Marionetki

31


to produkcja średnich lotów która została wydana jedynie na automaty arcade (oraz na NESa - jednak o tym później) więc nie zdobyła rozgłosu. Chociaż tytuł sam w sobie nie jest wart szerszego opisywania, stanowi on jednak swego rodzaju ciekawostkę, o której na pewno warto wspomnieć.

Kontrowersyjny temat brutalności w grach powraca do nas co jakiś czas. O ile każdy szanujący się gracz-psychopata zna i jest w stanie wymienić takie tytuły jak „Mortal Kombat”, „Manhunt”, „Carmageddon”, tak zauważyłem, iż mało kto pamięta starego „Chillera” z automatów Arcade.

32

Oczywiście nie mam do nikogo pretensji z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, „Chiller” ukazał się w roku 1986, czyli ponad ćwierć wieku temu. Po drugie, była

Przejdźmy jednak do samej gry. Z założenia Chiller jest typowym „celowniczkiem”, w którym do maszyny za pomocą przymocowanego kontrolera w kształcie karabinku strzelamy do różnych obiektów itp. Gwóźdź programu to właśnie tematyka i owe obiekty, którymi są m.in.: torturowani ludzie, odcięte kończyny, zwłoki, różnego rodzaju maszyneria, która okalecza ofiary, duchy, szkielety i tak dalej i dalej… Posoka leje się strumieniami (dosłownie), masakrowane ofiary wrzeszczą, jęczą, z odstrzelonych części ciała wystają kości. Występują tu nawet elementy nagości. Całkiem nieźle jak na 1986 rok prawda?


Text: Mateusz Smoter

Cała gra wydaje się prosta niczym budowa cepa. Do dyspozycji gracza oddano zaledwie 4 statyczne poziomy, jeden bonusowy oraz prostą mini grę. Nie ma tu wysublimowanej fabuły, ot - rzeźnia. Zadaniem gracza jest zestrzelenie określonej ilości obiektów zanim upłynie czas. Każda sekunda oraz celny strzał są odpowiednio punktowane. Grafika w 256 kolorach o rozdziałce 320x240 dziś wzbudza śmiech, jednak w dniu premiery mogła się podobać. Prosty pomysł, proste wykonanie i prosta - w tym negatywnym sensie - gra. Jednak mimo, iż „Chiller” jest zwykłym średniakiem, o którym dziś mało kto pamięta, w latach premiery był swego rodzaju nowum. Pomijamy już kontrowersje dotyczące tematyki. Kto myślał o odstrzeliwaniu kończyn, krwi i flakach, ogólnie całej tej dosadnej (przypominam że to 1986 rok) otoczce, gdy w salonach królował Donkey Kong czy inny Pac-man? Właśnie. Twórcy gry, grupa Exidy, którs miała już na swoim koncie kilka chorych pomysłów po raz kolejny udowodnili, że mają nieźle nawalone w baniaku. Co ciekawe, cztery lata po premierze na automatach gra doczekała się portu na NESa. „Chiller” oczywiście nie dostał licencji od Nintendo (którego pracownicy dostali pewnie zawału), jednak mimo to został wydany przez firmę American Game Cartridges bez sławetnej pieczęci jakości. Wersja na 8-bitowca została nieco zmieniona. Aby zmylić nieco wraże-

nie masakrowania ludzi dopisano prostą fabułę mówiącą o tym, że tak naprawdę gracz morduje różnego rodzaju monstra by odszukać zaginiony talizman. Zredukowano również goliznę, mimo to w tej wersji można strzelić do zakonnicy z wózkiem dziecięcym - groovy! Ponadto zmieniono kolejność leveli i kilka innych drobiazgów. Grafika wygląda jeszcze gorzej a dźwięki brzmią jak pierdy nietoperza. Paradoksalnie, jak na złość twórcom, gra nie sprzedawała się rewelacyjnie, nie zdobywając spodziewanego rozgłosu. Ciężko dziś stwierdzić czy kontrowersyjna tematyka wynikała z chęci zysku czy też z rewolucyjnej wizji pomysłodawców. Fakt jednak pozostaje faktem - przez wiele lat nikt nie mógł przebić poziomu okrucieństwa oraz debilizmu, jaki prezentował „Chiller”.


Listy do Grabarza

Chcesz podzielić się z nami swoją opinią na temat filmu albo książki? Chcesz zasugerować nowy, rewolucyjny dział w naszym magazynie? Pragniesz poznać ceny za kwaterę na pobliskim cmentarzu? Proszę bardzo – specjalnie dla Ciebie otwieramy dział „Listy do Grabarza”, dzięki któremu żadne pytanie nie pozostanie bez odpowiedzi. No, chyba, że będziemy mieć akurat ciężki dzień. Albo za dużo filmów do oglądania. W każdym razie – warto spróbować zadać swoje pytanie naszemu nadwornemu Grabarzowi-psychoanalitykowi, Piotrowi Pocztarkowi, śląc je na adres: listy@grabarz.net z dopiskiem LISTY DO GRABARZA. Omówienia najciekawszych przypadków opublikujemy.


-------------------------------------- Ocena: 4/6 Wydawca: Fabryka Słów 20l2 Ilość stron: 408

„Ragnarok 1940” to powieść Marcina Mortki, wydana nakładem wydawnictwa Fabryka Słów. Autor pokusił się o stworzenie alternatywy dla historii Europy – wszystkie kraje skandynawskie są w rękach Wikingów, II Wojna Światowa w ogóle się nie zaczęła, a układ sił na arenie europejskiej uległ absolutnej zmianie. Chociaż nie jest to szczególnie rewolucyjny zabieg – zwłaszcza ostatnimi czasy pojawiło się na naszym rynku sporo historii alternatywnych rozgrywających się w tym samym okresie – to trzeba przyznać, że pisarzowi udało się wykreować historię zupełnie inną od tej nam znanej, a równocześnie tak samo interesującą i całkiem prawdopodobną. Jeremy Baldwin to korespondent wojenny, pracujący od lat dla angielskiego „The Times”. Poznajemy go w trakcie wyjazdu z ogarniętego wojną Sudanu. Bohater próbuje wrócić do ojczyzny, jednak po drodze trafia na ślad pewnej intrygi, a jego wścibska dziennikarska natura nie pozwala mu przejść obok niej obojętnie. Jak się niestety okaże, cała sprawa jest równie intrygująca co niebezpieczna. Aby przeżyć Jeremy będzie musiał uciekać, a w trakcie tej podróży czytelnicy będą mieli okazję poznać tamtejszą Afrykę, Irlandię, Skandynawię oraz Anglię. Bohaterowi towarzyszyć będą wszechobecne odgłosy wybuchów, wystrzałów i inne efektowne dźwięki, jak na historię osadzoną w realiach wojennych przystało.

oraz ciągła podróż sprawiają, że książka naprawdę wciąga. Natomiast łatwy język oraz logiczne i nieskomplikowane rozwiązania sprawiają, że czyta się ją bardzo szybko. Nie jest to może arcydzieło literatury, ale „Ragnarok 1940” ma w sobie potencjał, który Marcin Mortka wykorzystał w stu procentach.

Text: Żaneta Fuzja Wiśnik

MARCIN MORTKA - Ragnarok l940. Tom l

Główny bohater jest postacią barwną i wzbudzającą sympatię, reszta charakterów także została skonstruowana dosyć wyraźnie i szczegółowo. Autor starał się pokazać całą historię z wielu punktów widzenia, czasem drastycznie skrajnych – jednak właśnie to pozwala na lepsze poznanie problemów, które są tu przedstawione. Jedyne, co mogę zarzucić twórcy to fakt, iż w powieści brak tego specyficznego skandynawskiego klimatu, który powinien przecież pojawić się wraz z Wikingami, nawet tak osobliwymi, jak ci przedstawieni w „Ragnaroku 1940”. Jestem przekonana, że książka Marcina Mortki spodoba się każdemu, kto kocha powieści przygodowe. Ja zostałam wciągnięta w ten alternatywny świat i choć spodziewałam się po nim czegoś innego to nie mogę powiedzieć abym była rozczarowana.

Nie można też zapomnieć o okładce, która jak zwykle sprawia, że oczy zamieniają mi się w dwa małe serduszka, a na twarz wstępuje błogi uśmieszek. Fabryka Słów jak zwykle mnie nie zawiodła, czekam więc Z fantastyką ma to tyle wspólnego co nic, na drugi tom powieści „Ragnarok 1940” za to można powiedzieć, że jest to kawał i mam nadzieję, że autor rozwinie tam wątświetnej powieści szpiegowsko-kryminalki, które porzucił w tomie pierwszym. nej. Wartka fabuła, szybkie zwroty akcji

35


GOSURORI SHOKEININ GOTHIC & LOLITA PSYCHO Japonia 2010 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Gô Ohara Obsada: Rina Akiyama Ruito Aoyagi Asami Yukihide Benny

X X X

Text: Wiesław Czajkowski

X X

filmy Tromy, i muszę przyznać, że jest w tym twierdzeniu sporo racji. „Gosurori Shokeinin” to z założenia film kiepsko zagrany, niemal amatorsko sfilmowany i zmontowany oraz pełen kiczowatych efektów „specjalnych”. Kino dla smakoszy konwencji, bo przeciętny widz nie Film opowiada historię Yuki, która po dotrwa nawet do wyświetlenia na ekratym, jak w brutalny sposób zostaje za- nie tytułowej planszy... mordowana jej matka, przeobraża się w postać tytułowej Gothic Lolity i wy- Film został podzielony na pięć części mierza zabójcom krwawą zemstę... Yuki – pięć egzekucji. Każda z nich rozpoczystara się również rozwiązać tajemnicę na się sekwencją niczym z komputeromotywu zbrodni, której ofiarą padła jej wej gry walki. Zdecydowanie na miejscu matka, ale co to za tajemnica, musicie będzie porównanie do gier z serii „Mortal już dowiedzieć się sami. Kombat”, i to nie tylko ze względu na sposób ukazania samej walki, a głównie Właściwie to dla opisania fabuły filmu wystarczą dwa napisane wyżej zdania. „Gosurori Shokeinin” to modelowy przedstawiciel japońskich filmów B klasy z pogranicza akcji i horroru, gdzie fabuła jest tylko pretekstem do pokazania na ekranie groteskowych i krwawych scen walki podlanych sporą dozą komiksowego przerysowania i absurdalnego humoru. Ktoś powiedział o tych produkcjach, że jest to japońska odpowiedź na

Jeśli lubicie japońskie „śmieciowe” kino klasy B, groteskę oraz brutalny kicz, w którym kochają się widzowie z kraju Kwitnącej Wiśni, to „Gosurori Shokeinin” może być filmem dla Was. W przeciwnym wypadku omijajcie tę produkcję szerokim łukiem...

36


to, jak pojedynki prowadzone przez Yuki się kończą. Gothic Lolita kończy walkę niczym postaci ze wspomnianej gry za pomocą niezwykle krwawego „fatality”. Mordercze zakończenia w wykonaniu Yuki przybierają postać wariacji na temat tego, na ile sposobów można skonstruować broń wyglądającą jak parasolka i na ile sposobów można tym urządzeniem wykończyć później człowieka. Walka za każdym razem kończy się fontannami krwi, urwanymi kończynami ukazanymi w konwencji taniego gore, które bardziej śmieszy, niż straszy czy brzydzi.

cielem uzbrojonym w mopa. Poziomem humoru nie ustępuje jej pojedynek numer 4, w którym przeciwniczka Yuki używa do walki pistoleto-telefono-noża, jednocześnie prowadząc pogawędkę ze swoim chłopakiem. Antybohaterka z tego właśnie pojedynku, czyli Elle, wypowiada również pod adresem koszmarnie tandetnego stroju Yoki takie oto zdanie „Ciekawe, czy jest zażenowana swoim strojem?”, co świadczy o tym, że twórcy filmu potrafią śmiać się również z siebie.

„Gothic...” to również film pełen specyficznego japońskiego poczucia humoru, które choć czasem przekracza wszelkie granice dobrego smaku, to jednak – nie boję się do tego przyznać – kilka razy nieźle mnie rozbawiło. Absurdalnie śmieszna jest scena egzekucji numer 2, gdzie Yuki walczy z latającym nauczy-

37


Syjamscy bracia i inne zagadki natury, czyli jak to było w

„Natura nie lubi normalności. Zawsze będą jakieś mutanty” – taką mądrą sentencją zabłysnął cyrkowy masochista w dwudziestym odcinku drugiego sezonu „Z Archiwum X” pt. „Humbug”. W epizodzie tym dwójka najsłynniejszych agentów FBI badała sprawę makabrycznych morderstw dziejących się w miasteczku cyrkowym. Sprawcą zgonów okazał się zmutowany brat bliźniak jednego z cyrkowców. Dziesięć lat przed tym, jak Chris Carter napisał scenariusz pierwszego odcinka „Z Archiwum X”, miłośnicy mocnych wrażeń mieli okazję poznać inną parę morderczych bliźniaków. Stało się to dzięki Frankowi Henenlotterowi, który nakręcił dotąd osiem filmów, m.in. ciekawą współczesną wariację na temat Frankensteina pt. „Frankenhooker”. Jednak filmem, o którym mowa jest „Wiklinowy koszyk” („Basket Case”). Akcja tej niesłusznie zapomnianej perełki kina grozy rozpoczyna się nocą w Nowym Jorku. Do niewielkiego, obskurnego hotelu wprowadza się młody chłopak, Duane Bradley. Wbrew pozorom nie jest sam – w wiklinowym koszyku ukrywa swojego zdeformowanego brata o imieniu Belial. Narodzili się jako syjamscy bracia, ale ich ojciec

38

uznał, że tylko Duane jest jego synem, więc kazał wyciąć Beliala. Teraz nietypowi bliźniacy szukają zemsty na chirurgach odpowiedzialnych za rozdzielenie... Fabuła wydaje się niedorzeczna, ale taki już urok niskobudżetowych horrorów klasy B, a „Basket Case” na tle innych produkcji z lat 80. wyróżnia się pozytywnie. Największym plusem jest tajemniczy, mroczny klimat i oryginalny, pomysłowy wygląd Beliala (co prawda jego animacja wygląda trochę sztucznie, ale przecież film ma już swoje lata). Jeśli nie liczyć ostatnich minut filmu, akcja ogranicza się do kilku zamkniętych pomieszczeń (wynika to głównie z niskiego budżetu filmu, który zamknął się w kwocie 35 tysięcy dolarów, podczas gdy np. „Halloween” Johna Carpentera kosztowało 320 tysięcy dolarów, „Piątek trzynastego” Seana Cunninghama – 550 tysięcy, a „Koszmar z Ulicy Wiązów” Wesa Cravena


Z pewnością nie jestem jedynym człowiekiem, który entuzjastycznie przyjął dzieło Henenlottera, gdyż osiem lat po pierwszej części powstał sequel – „Basket Case 2”. Po ucieczce ze szpitala zabójcza dwójka trafia do prowadzonego przez „babcię Ruth” domu będącego azylem dla zdeformowanych ludzi. Ich tropem podążają wścibska reporterka i prywatny detektyw. Drugiej odsłonie wyraźnie brak mrocznego, tajemniczego klimatu, który charakteryzował pierwszą część. Możemy za to podziwiać malowniczą galerię różnych przedziwnych stworów rodem z sennych koszmarów lub narkotycznych wizji. Można dojść do wniosku, że ich przesadnie groteskowy, absurdalny wygląd bardziej pasowałby do kolejnej części „Gwiezdnych wojen” lub „Star Treka” niż do mającego przynajmniej w założeniu wzbudzać strach horroru. Należą się jednak twórcom pochwały za bardzo bogatą wyobraźnię oraz za pokazanie czegoś nowego zamiast bezmyślnego kopiowania pierwszej części. Belial poznaje nawet podobną do siebie zdeformowaną kobietę, z którą przeżywa seksualne zbliżenie. Jest to najdziw-

niejsza, najbardziej niesamowita scena erotyczna, jaką widziałem (przyszło mi na myśl, że takiego stężenia turpizmu nie powstydziłby się ani Stanisław Grochowiak, ani David Cronenberg). Cóż, są w filmach rzeczy, o których się „fizjologom” nie śniło.

Text: Damian Suliborski

– 1,8 miliona), co dodatkowo wywołuje klaustrofobiczny efekt osaczenia. Kevin Van Hertenryck (który w 1988 zagrał w innym filmie Henenlottera pt. „Brain Damage”) przekonująco wciela się w postać Duayne’a – rozdartego pomiędzy miłością do brata a pragnieniem normalnego życia. Pozostali aktorzy stanowią jedynie ciekawe tło dla dwóch głównych bohaterów. Nie ma dużo scen gore (nie uważam tego za minus, ponieważ łatwo jest epatować krwawymi efektami, znacznie trudniej jest zbudować mroczny, sugestywny klimat), ale te, które są, zostały wykonane profesjonalnie.

Stare przysłowie „do trzech razy sztuka” sprawdziło się w przypadku „Basket Case”, gdy w 1992 roku niesamowite przygody krwawych bliźniaków stały się trylogią. Po wydarzeniach z poprzedniej części Belial oczekuje potomstwa. „Babcia Ruth” postanawia wraz z Belialem i resztą stworów jechać do starego przyjaciela, który pomoże im odebrać poród. Dzięki jego pomocy Belial zostaje tatusiem, zaś Duayne wujkiem dwunastu małych różowych mutantów. Na trop niezwykłej rodzinki wpada dwóch lokalnych policjantów, którzy porywają noworodki, przy okazji zabijając ich matkę. Belial i spółka nie zamierzają puścić tego płazem... W serii „Basket Case” widać taką samą tendencję jak w trylogii „Evil Dead” Sama Raimi. Pierwsza część jest mroczna i ponura, druga to już zdecydowanie lżejsze klimaty, zaś trójka w wielu momentach przypomina bajkę dla dzieci (np. w scenie, gdy potworki jadą autobusem, wesoło przy tym śpiewając – wygląda to bardzo zabawnie),

39


pozazdrościć solidarności, której często brakuje normalnym ludziom.

co jest zresztą dobrą analogią do „Armii ciemności” (czyli trzeciej części „Martwego zła”), będącej mroczną bajką dla dorosłych. Takiego wrażenia dopełniają odrealnione, groteskowe efekty gore niczym z kreskówki, przyprawione czarnym humorem (chociażby w momencie, gdy Belial ściska jednego z policjantów tak mocno, aż temu dosłownie oczy wychodzą na wierzch – podobną scenę mogliśmy zobaczyć w „Waxwork 2: Lost in Time” Anthony’ego Hickoxa z tego samego roku). Można zauważyć fabularną parabolę ze słynnym filmem Toda Browinga pt. „Dziwolągi”. Zarówno dziwolągi z zakazanego przez niemal 30 lat dzieła Browinga (grani przez autentycznych artystów „Freakshow”), jak i zmutowani kumple Beliala mają swoje własne prawa i kodeks honorowy. Jedna z zasad tego kodeksu brzmi: skrzywdzić jednego z nas, to skrzywdzić nas wszystkich (można to łatwo skojarzyć z Dumasowskim „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”). To łączy ich z normalnymi ludźmi (oczywiście jeśli pominie się fakt, że normalność jest względna, co zresztą doskonale obrazuje jedna ze scen „Basket Case 2”) . Przecież prawo powstało przede wszystkim po to, żeby zapewnić ludziom poczucie bezpieczeństwa, sprawiedliwość ma wbrew pozorom znaczenie drugorzędne. Można jednak bohaterom Browninga i Henenlottera

40

Zostawmy jednak rozważania o sprawiedliwości, w końcu piszemy tu o „Basket Case”, a nie o np. „Prawie zemsty” F. Gary’ego Graya. Po raz drugi chylę czoła przed wyobraźnią Henenlottera, który serwuje widzom nowe, niesamowite stwory (z których najbardziej pamiętny jest wieloręki wynalazca), na deser zostawiając nam perwersyjną córkę szeryfa. Tradycyjnie w tej serii jesteśmy zostawieni z mocnym i zaskakującym zakończeniem (którego oczywiście nie zdradzę), pobudzającym apetyt na ciąg dalszy. Niestety, jest to jak dotąd ostatni rozdział historii mściwych braci. Z drugiej strony w ostatnich latach nastąpił istny potop remake’ów starych horrorów, zarówno szlagierów („Teksaskiej masakry piłą mechaniczną” Tobe’a Hoopera oraz wspomnianych wcześniej „Halloween”, „Piątku trzynastego”, „Koszmaru z Ulicy Wiązów”), jak i mniej znanych produkcji („It’s Alive” Larry’ego Cohena, „Krwawych walentynek” George’a Michalki, „Czarnych świąt” Boba Clarka, „Balu maturalnego” Paula Lyncha). Może więc jednak zobaczymy jeszcze grubą, szponiastą łapę wyskakującą z wiklinowego koszyka?


----------------------------------------Ocena: 4/6 Wydawca: Prószyński i S-ka 20ll Tłumaczenie: Iwona Zimnicka Ilość stron: 284

recenzje o głębi psychologicznej powieści, o poruszeniu ważnych społecznie tematów, jak np. ingerencja państwa w wychowanie dzieci, czy odważne spojrzenie na związki partnerskie, spodziewałem się naprawdę nie wiadomo czego. Przynajmniej powieści, po której chociaż kilka minut zastanowię się nad poruszanymi problemami. Niestety nic takiego tutaj nie ma miejsca. Owszem, mamy związek pani komisarz i jej partnerki – partnerka chce mieć dziecko, a pani komisarz nie chce. To cały wątek związku partnerskiego. W książce występuje dom dziecka – domy dziecka są złe. I już, żadnych głębszych myśli. Państwo powinno pomagać osobom, które mają trudności i samotnie wychowują dzieci – nie pomaga... Tyle. Wszystkie te elementy są potraktowane bardzo po łebkach. I od tej strony powieść Anne Holt mnie rozczarowała. Może za dużo sobie po niej obiecywałem, może kryminał to nie miejsce na mówienie o problemach Nie jest to może literatura najwyższych społecznych (chociaż inny skandynawski lotów, ale wątki splecione są ciekawie, kryminał „Nędznicy” długo nie dał mi spoopowieść potrafi wciągnąć i jest zaska- koju moralnego)... kująca. Oto bowiem w trakcie śledztwa wychodzi na jaw wiele mniej lub bardziej Mimo wszystko „Śmierć demona” to mrocznych sekretów, które skrywała dobra powieść – czyta się przyjemnie zabita dyrektorka oraz ludzie z jej naj- i szybko, cała historia zgrabnie jest ujębliższego otoczenia. Samo zakończenie ta w całość... i już. To wszystko. Więc również nie należy do sztampowych, nie dajcie się nabrać na stwierdzenie, chociaż uważny czytelnik domyśli się, że powieść porusza ważne problemy kto był mordercą, na długo przed tym, jak – zaledwie się po nich prześlizguje. Jeśli szukacie dobrego kryminału – polecam. wyjdzie to na jaw. Jeśli jednak szukacie głębokiej psychoNapisałem, że nie jest to literatura naj- logicznej analizy społeczeństwa poprzez wyższych lotów, i rzeczywiście takie pryzmat morderstwa – możecie sobie mam odczucie. Czytając pełne zachwytu „Śmierć demona” odpuścić. Do prowadzonego przez Armię Zbawienia domu dziecka trafia dwunastoletni Olav. Olav jest trudnym dzieckiem – pełnym agresji, złym i nieposłusznym. Strasznie cierpi z powodu tego, iż odebrano go matce. Ma kłopoty z przystosowaniem się do okoliczności i zdawać by się mogło, że darzy zaufaniem tylko jedną wychowawczynię. W drugim wątku powieści czytamy pamiętnik nieznanej kobiety – o tym, jak bardzo męczyła się, gdy urodziła dziecko, o tym, że nikt jej nie pomógł, o strachu przed tym, że dziecko jej odbiorą. Spina to wszystko jeszcze trzeci wątek – oto w domu dziecka zostaje zamordowana dyrektorka. Tej samej nocy z domu dziecka ucieka Olav. Czy chłopiec wie coś o morderstwie? Czy był jego świadkiem? Kim jest tajemnicza kobieta, której pamiętnik czytamy? Do śledztwa przystępuje pani komisarz Hanne Wilhelmsen – bohaterka, którą poznaliśmy w dwóch poprzednich powieściach Anne Holt.

Text: Bogdan Ruszkowski

Anne Holt - Śmierć demona (Demonenes Dod)

41


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Aleksander Halecki Klepsydra Prywatny detektyw Michał Urbański, palił papierosa, patrząc przez okno, na małe strużki wody spływające po szybie. Zastanawiał się, czy w niedzielę dopisze pogoda. Planował wyjazd do swojej samotni, czyli małego domku nad jeziorem. Właśnie zakończył sprawę kradzieży pieniędzy, z domowego sejfu burmistrza i jak na razie, nie miał żadnego zgłoszenia, więc nadarzała się okazja, by wykorzystać wolną chwilę. Trzeba wyrwać się trochę na łono natury. Już, już widział siebie, jak siedzi w swojej drewnianej łódeczce z wędką w dłoni… – kiedy jego rozmyślania przerwał męski głos. – Dzień dobry. Czy mam przyjemność z detektywem Urbańskim? Detektyw otrząsnął się z marzeń. – Tak. Proszę, niech pan wejdzie. W czym mogę pomóc? – Nazywam się Paweł Barczewski. Otóż... – Mężczyzna chrząknął, rozglądając się po schludnym, ale pełnym papierosowego dymu pomieszczeniu. – Trudno mi to powiedzieć, nigdy nie korzystałem z usług prywatnego detektywa. No więc chciałbym, aby zajął się pan śledzeniem mojej żony. – Domyślam się, że chodzi o kochanka? Takich spraw mam najwięcej. Zaznaczam, że czasami są to duże koszty. – Stać mnie na zapłacenie każdej ceny. Pieniądze nie są ważne, ważna jest moja żona, tylko ona. Nic więcej się nie liczy. Wie pan, nie wiem, czy ma kochanka. Wiem tylko, że ostatnio bardzo dziwnie się zachowuje. Od jakiegoś czasu znika na wiele godzin. Kiedy wraca do domu, jest blada, ma podkrążone oczy i nieprzytomny wzrok. Nic nie mówi, tylko od razu idzie spać. Mężczyzna wyjął skórzany portfel. – Proszę, tu jest jej zdjęcie.

42


[ Aleksander Halecki - Klepsydra ]

Detektyw przez kilka chwil patrzył na fotografię młodej, uśmiechniętej kobiety. Długie, proste, ciemne włosy łagodnie spływały na ramiona. Było w jej oczach coś dziwnego, niepokojącego, a zarazem uwodzicielskiego. Takie oczy przyciągają wzrok. Gdybym był młodszy, na pewno nie przeszedłbym obok niej obojętnie – pomyślał. – Proszę mi opowiedzieć o waszym małżeństwie, o znajomych i pracy. – Jestem właścicielem tutejszego zakładu „Stolar” produkującego drzwi i okna. Moja żona nie pracuje. Mamy gosposię, która zajmuje się domem. Od kiedy Monika dowiedziała się, że nie będzie mogła mieć dzieci, stała się smutna, nieobecna. Nic jej nie interesuje, nawet ogród, którym do tej pory, z pasją się zajmowała. Jest naprawdę piękny. Lubi w nim pracować... – Mężczyzna zawiesił głos. – A właściwie lubiła. Ostatnio nawet tym się nie zajmuje. W dzień śpi, a po południu znika. Nie ma jej do drugiej, trzeciej w nocy. Następnego dnia jest znów to samo. Bez względu na dzień tygodnia. Próbowałem sam ją śledzić, ale ślad urywał się w domu niejakiego doktora Miśkiewicza, zajmującego się leczeniem hipnozą. Sprawdziłem go. Okazało się, że nie jest zarejestrowany w krajowym rejestrze lekarskim. Dziwne prawda? – Hmm... Proszę mówić dalej. Czego pan się jeszcze dowiedział? – Otóż, któregoś dnia, kiedy śledziłem ją, a potem próbowałem wejść za nią do budynku, okazało się, że drzwi są zamknięte. Dzwoniłem, pukałem, ale nikt nie otworzył. Nie wiem, co się dzieje. Kiedy pytam, żonę, o co chodzi, milczy. Proszę, niech mi pan pomoże. Bardzo ją kocham i nie chciałbym jej stracić – zakończył drżącym głosem. – Coś jeszcze? – Nie, to już chyba wszystko. Chociaż, ostatnio często zaglądała do takiego małego antykwariatu na Starym Rynku. Przesiadywała tam godzinami, szukając książek o ogrodnictwie. Wie pan, pomyślałem teraz, że to dziwne, bo ten sklep mieści się w tej samej kamienicy, w której mieszka doktor Miśkiewicz. – Na pewno to sprawdzę. Proszę mi powiedzieć, czy żona miała jakieś przyjaciółki, koleżanki? – Nie. Przyjechaliśmy tu rok temu. Spotykamy się czasem z państwem Okulickimi. On jest dyrektorem banku, a jego żona prowadzi aptekę. To takie towarzyskie spotka-

43


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

nia. Przeważnie gramy w brydża. To wszystko. – Dziękuję. Jeszcze chciałbym, by podał mi pan numer telefonu. Mężczyzna wyciągnął elegancką wizytówkę. – Nie mogę niczego obiecać, ale postaram się pomóc. Będę pana informował na bieżąco o efektach swojej pracy. – Ile mam zapłacić? – zapytał Barczewski. – Teraz połowę, a drugą po zakończeniu sprawy. Barczewski podziękował i wyszedł, cicho zamykając drzwi. Urbański wyjął papierową teczkę i starannie wypisał nazwisko klienta. Miał taki zwyczaj, że na każdą, nawet najdrobniejszą sprawę zakładał teczkę. Lubił mieć wszystko zapisane czarno na białym. Zastanawiał się nad tym, co powiedział klient. – Doktor od hipnozy. Ciekawe, dlaczego wisi tam taka tabliczka, skoro nie istnieje lekarz o takiej specjalności? Hipnoza? Bzdury? Choć w sumie, ludzie wierzą w różne dziwne rzeczy – mruczał pod nosem, podziwiając wykonany przez siebie napis. Przypomniał sobie, jak reagowano w latach dziewięćdziesiątych na telewizyjne seanse, niejakiego Kaszpirowskiego. Ilu było fanatyków takiej metody leczenia. Ogromne tłumy ludzi mających nadzieję na cud. Rzesze chorych, którzy odstawiali leki, wierząc, że zostaną uleczeni. Wszyscy ślepo wpatrzeni w cudotwórcę, a właściwie szarlatana, który potrafił omamić tysiące naiwnych ludzi. – Chyba jestem strasznym sceptykiem, ale nikt mnie nie przekona, że można kogoś uzdrowić poprzez dotyk rąk, tym bardziej na odległość. Trzeba bliżej przyjrzeć się temu doktorkowi, ale nie dziś. Dziś zajmę się panią Moniką. Mam czas do wieczora – szepnął do siebie, wyjmując z torby kanapkę owinięta w aluminiową folię. *** Chociaż już od kilku dni obserwował Barczewską, nie dowiedział się wiele. Poznał tylko doktora Antoniego Miśkiewicza. Co prawda widział go z daleka, ale nie podobał mu się ten mężczyzna. Było w nim coś niepokojącego, odpychającego, coś co jego

44


[ Aleksander Halecki - Klepsydra ]

wyostrzona intuicja nazywała smrodkiem. Jak duży to będzie smrodek, okaże się zapewne, za kilka dni. Uważał, że sprawa zaczynała się komplikować. Niby nic złego się nie działo, ale podświadomie czuł, że coś jest nie tak. Zapalił papierosa, głęboko zaciągając się dymem. Bezczynne siedzenie w aucie i obserwowanie domu pogrążonego w ciemnościach było strasznie męczące. Policzył już wszystkie okna w budynkach stojących po obu stronach wąskiej uliczki, przy której zaparkował samochód, a teraz z nudów przyglądał się niebu pokrytemu niezliczoną ilością gwiazd, myślami widząc siebie siedzącego w małej łupince na środku błękitnego jeziora, wpatrującego się w czerwony spławik wędki. Uwielbiał ten dreszczyk emocji, gdy kolorowa pianka, lekko podrygiwała, by potem zanurzyć się w wodzie. Jeden ruch ręki i na końcu wędki połyskiwała szamocząca się bezskutecznie ryba. Z marzeń wyrwało go delikatne skrzypnięcie furtki, oświetlonej niewielką lampką imitującą starą lampę naftową. Z mroku wynurzyła się Monika Barczewska. W tym samym momencie podjechał czarny mercedes, do którego wsiadła obserwowana. – O, dziś mamy inny scenariusz. Ciekawe dlaczego? – szepnął do siebie, ruszając za znikającym za rogiem autem. Zatrzymali się przed budynkiem, w którym znajdował się gabinet doktora. Monika weszła do niego, a samochód wjechał za bramę. Urabański zaparkował fiata, po przeciwnej stronie ulicy, obok ciężarówki. Wysiadł, rozejrzał się i szybko przebiegł jezdnię. Podszedł do drzwi. Nacisnął klamkę, która ustąpiła, i drzwi otworzyły się. – Ooo! – Zdziwił się. – Barczewski mówił, że nie mógł dostać się do środka, a tu, pyk i otwarte. Zatrzymał się przy schodach, nasłuchując. Gdzieś z góry doleciały go przytłumione głosy. Ostrożnie zaczął wchodzić na piętro. Stanął przy drzwiach na końcu korytarza, zza których słychać było kobiecy śmiech. Odczekał chwilę, ale kiedy po drugiej stronie zrobiło się cicho, zawrócił i zszedł na dół. Z samochodu mógł obserwować okna mieszkania, więc usadowił się wygodnie i zapalił papierosa. Kłęby sinego dymu wypełniły wnętrze auta.

45


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

– Cholerny nałóg – zaklął, próbując otworzyć okno, które jak zwykle się zacięło. Czasami miał dość swego auta, ale nie miał serca rozstać się z nim. Służyło mu już dziesięć lat. Oprócz zacinającej się szyby, auto sprawowało się doskonale. – Do godziny drugiej mam spokój. Mogę się zdrzemnąć. Jutro zajrzę do tego mieszkanka. Coś mi tu nie pasuje. Co taka piękna kobieta zobaczyła w tym patykowatym jegomościu? W porównaniu z mężem, ten facet wygląda jak zasuszony nieboszczyk – szepnął do siebie, wygodnie wyciągając się w fotelu, tak by widzieć wejście. *** – Cholera, już czwarta rano, jak mogłem przegapić jej wyjście. Jeszcze nigdy, nie zdarzyło mi się zasnąć przy takiej robocie. Chyba już się starzeję – mruknął. Wygramolił się z auta i nie myśląc o tym, że drzwi mogą być zamknięte, pchnął je i wszedł do środka. Był pewny, że Barczewska opuściła mieszkanie z kochankiem. Przynajmniej tak było do dziś, a on zaplanował, że przeszuka je, kiedy wyjdą. A tu, cholera, jak na złość zaspałem – w myślach karcił siebie za brak rozwagi. Ciężko dysząc, pokonywał kolejne stopnie drewnianych schodów. Na chwilę przystanął na podeście, próbując złapać oddech. Kiedy uspokoił się, ruszył po szarym chodniku, tłumiącym kroki. Po obu stronach długiego, tonącego w półmroku korytarza znajdowały się drzwi. Wszystkie jednakowego koloru. Na małych miedzianych tabliczkach wypisane były numery. Zatrzymał się przy ostatnich. Delikatnie nacisnął klamkę. Zamknięte? Z kieszeni wyjął wytrych. Włożył go w dziurkę od klucza. Po kilku próbach ustąpiły. Ostrożnie wszedł do mieszkania. Dłonią namacał kontakt. Żółte światło rozjaśniło mrok, ukazując zniszczone pomieszczenie. Nasłuchując jakiegoś dźwięku, powoli szedł dalej. Zajrzał do sypialni, kuchni, salonu. Wszędzie to samo. Rozrzucone ubrania, przewrócone meble, pod nogami chrzęściło rozbite szkło. Zauważył na podłodze ciemne plamy. Dotknął dłonią jednej z nich. Była czerwona i lepka. Zastanawiał się, czy to farba czy krew. Wolno ruszył w kierunku jasnego światła, wydobywającego

46


[ Aleksander Halecki - Klepsydra ]

się spod drzwi na końcu korytarza. Przyłożył ucho. Nasłuchiwał. Kiedy nie wychwycił żadnego szmeru, uchylił je. To, co ujrzał, przyprawiło go o mdłości. Żołądek podszedł mu do gardła. Zwymiotował. Stał w progu, na drżących nogach, wycierając chusteczką spoconą twarz. Pomieszczenie oświetlone bocznymi kinkietami tonęło we krwi. Czerwone strugi spłynęły po ścianach, tworząc przy nich kałuże czarnej mazi. Na białej posadzce, leżały krwawe kawałki odartych z mięsa kości. Ostrożnie stawiając stopy, podszedł do wanny. Krople potu pokryły mu czoło, kiedy ujrzał zwoje sinoszarych wnętrzności, a na nich dwie ludzkie głowy ze zwisającymi płatami żółtej skóry, zakrywającymi oczodoły i opuchnięte wargi. Fioletowe żyły jak plastikowe kable wystawały z odciętych szyi. A do tego wszystkiego dochodził, obrzydliwy smród gnijącego mięsa. Poczuł, że robi mu się słabo. Na przeciwległej ścianie zobaczył białe drzwi. Żeby do nich dojść, musiałby przejść po pokrytej krwią podłodze i rozrzuconych kawałkach ciała. Nie odważył się. To było ponad jego siły. Przez te wszystkie lata pracy jako detektyw, nie zetknął się z tak brutalnym mordem. Zastanawiał się, co ma zrobić, dzwonić na policję czy samemu sprawdzić, co kryje się za drzwiami. Czy tam też, są jakieś ciała? – Cholera. Ciekawe, kiedy to się stało? Kto mógł zrobić coś takiego? – szepnął. Wrócił do salonu. Drżącą ręką zapalił papierosa. Suchy, spazmatyczny kaszel targnął jego płucami. – Powinienem rzucić to świństwo – mruknął, przyglądając się, jak smużka niebieskiego dymu wolno pnie się w górę. Wyciągnął pistolet, odbezpieczył go. Podszedł do okna. Cicha, spokojna uliczka, zabudowana starymi dziewiętnastowiecznymi kamieniczkami. Wszędzie cisza i spokój. Wyjął komórkę i wybrał numer policji. Przekazał oficerowi dyżurnemu krótki opis tego, co zastał, i podał adres. Załatwione, za chwilę tutaj będą. To robota dla nich. Nie będę sam babrał się w tym

47


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

gównie... – Rozmyślania przerwał mu szmer, dochodzący z łazienki. Odwrócił głowę. Poczuł, jak serce tłucze się w piersi. Drobne kropelki potu spłynęły po skroni i plecach. Bolały go oczy, od intensywnego wpatrywania się w lekko uchylone drzwi. Trzymając w dłoni pistolet i uważnie stawiając kroki, powoli zbliżył się do nich. Przylgnął plecami do ściany. Stał tak, przez chwilę, nasłuchując, czy szmer się powtórzy. Przed wejściem do pomieszczenia powstrzymywał go strach, zwykły ludzki strach, strach przed tym, kto znajduje się w środku. Czuł, jak trzęsą mu się kolana, pot zalewa oczy, ręka, w której trzymał broń, zaczyna lekko drżeć. Przysunął się bliżej, tak blisko, że wystarczy jeden ruch głowy, a będzie mógł dojrzeć wnętrze. Teraz bardzo wyraźnie słyszał dochodzące dźwięki. Coś ciężkiego sunęło po podłodze, potem zaczęło posapywać i mlaskać. Na moment wszystko ucichło. Stał przyklejony do ściany, niezdolny do żadnego ruchu. Czekał. Muszę coś zrobić? Tylko, co? – Gorączkowo szukał rozwiązania. – Jeżeli tam ktoś jest i jest to morderca, to w każdej chwili może mnie zobaczyć. Nie mogę opuścić tego miejsca bezszelestnie, zbyt dużo szkła na podłodze. Jedyne wyjście to wejść, zaskoczyć niczego niespodziewającego się drania. Znowu dało się słyszeć dziwne mlaskanie, tym razem bliżej. Zdecydował się. Gwałtownie odbił się od ściany i wtargnął do środka. Zaskoczyło go to, co ujrzał. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Na podłodze przy wannie siedziała naga kobieta. Dłońmi grzebała we wnętrznościach bezgłowych zwłok. Po chwili wyciągnęła kawałek wątroby. Jak sęp szarpała go zębami, szybko przeżuwając każdy kęs, jakby w obawie, że ktoś jej to zabierze. Długie, posklejane włosy opadały na twarz pomazaną krwią. Na moment zamarła, wolno odwróciła głowę w kierunku stojącego detektywa. – Nie, to niemożliwe! – jęknął. Spodziewał się wszystkiego, ale nie tego, co zobaczył. To była żona jego klienta.

48


[ Aleksander Halecki - Klepsydra ]

Ogromne, ciemne oczy spoglądały na niego z nienawiścią. Wyszczerzyła zęby jak pies, który chce zaatakować ofiarę. Przez kilka sekund patrzyli na siebie. Nagle kobieta zerwała się i błyskawicznie rzuciła się na niego. Uderzony z wielką siła poleciał do tyłu, pociągnął za spust. Rozległ się ogłuszający huk i brzęk spadającego szkła z wiszącego na ścianie dużego lustra. Próbował zrzucić napastniczkę, ale ta mocno go trzymała, próbując zębami rozerwać mu gardło. Szamotali się. Poczuł straszny ból. Przegryzła mu tętnicę, z której trysnęła krew. Tracił siły. Jeszcze chwila i będzie po nim. Wykrwawi się. Z wielkim trudem wbił palce w jej oczy. Zawyła, uderzyła go pięścią w twarz, mocno chwyciła za włosy. Posapując i wyjąc, rytmicznie uderzała jego głową o posadzkę, aż kości czaszki wraz z wypływającym mózgiem rozprysły się dookoła. Ciężko dysząc, zeszła z bezwładnego ciała, kopnęła leżący pistolet i zniknęła za białymi drzwiami, za którymi widniał ciemny korytarz. *** Kiedy się ocknęła, otaczała ją ciemność. Powoli wracająca świadomość sprawiła, że poczuła przeraźliwy chłód. Zastanawiała się, co się stało i co to za miejsce, w którym się znajduje. Z każdą minutą wracała jej pamięć. Tylko czy było to wczoraj, czy dzisiaj? Tego nie wiedziała. Pamięta, że wracała z pracy. Zainteresował ją wielki afisz, wiszący na słupie ogłoszeniowym. Zatrzymała się. Na kolorowym kartonie, wielkimi, zielonymi literami wypisano: „TYLKO DZIŚ WIELKA WYPRZEDAŻ KSIĄŻEK”, niżej podano adres, ul. Spokojna 5. Nie mogła przepuścić takiej okazji. Uwielbiała czytać książki, a szczególnie romanse. Miała już ich niemałą kolekcję. Najbardziej pasjonowały ją opowieści o przygodach miłosnych kobiet z minionych wieków. Zaintrygowana, przeszła na druga stronę ulicy. Za rogiem stała dziewiętnastowieczna kamienica. Od razu zauważyła witrynę z takim samym plakatem. Pchnęła duże przeszkolone drzwi, które lekko zaskrzypiały. W nos uderzył ją zapach kurzu

49


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

i starego papieru. Wewnątrz było chłodno. Ogromne pomieszczenie zastawione regałami pełnymi książek tonęło w półmroku. Wolno przechodziła między nimi, podziwiając równiutko ułożone woluminy Zastanawiające. Mieszkam tu od lat, a nie wiedziałam o istnieniu tego sklepu – pomyślała. – Witam panią, czym mogę służyć? – usłyszała za sobą męski głos. Odwróciła się, odkładając książkę na półkę. – Dzień dobry. Właśnie przechodziłam tędy i zobaczyłam wywieszkę. Pomyślałam, że trudno nie skorzystać z takiej okazji. Ma pan wspaniały księgozbiór. Ale wie pan, mieszkam w Olszówce kilka lat i nie wiedziałam, że jest tu antykwariat. – Nie dziwię się. Otworzyłem go niedawno. Przede wszystkim zajmuję się hipnozą. Pozwoli pani, że się przedstawię. Nazywam się Antoni Miśkiewicz. Gdyby pani chciała kiedyś skorzystać z takiego seansu, to proszę, tu jest moja wizytówka. Antykwariat to bardziej hobby, niż interes. Niestety, nie wiem, czy nie będę go musiał zamknąć. Teraz mało kto czyta książki. Światem zawładnęła telewizja i komputery. Może napijemy się herbaty. Rzadko mam okazję gościć znawcę literatury. – Och, słaby ze mnie znawca. Lubię romanse. Ale czasami czytam też coś z wyższej półki. – Dla mnie każdy, kto kupuje książki, jest swego rodzaju koneserem. To co z tą herbatką? – Dobrze, chętnie się z panem napiję. Może, zaproponuje mi pan jakiś ckliwy romans? – Na pewno coś się znajdzie. Jaką herbatkę? Owocową, miętową, waniliową, a może mieszankę? Mam bardzo dobrą. Znajomy przysłał mi z Indii. – Poproszę owocową. – Momencik – mężczyzna szepnął tajemniczo i zniknął za drzwiami zaplecza. Kobieta wyjmowała opasłe książki. Niektóre z nich miały złocone litery. Fiodor Dostojewski, Antoni Czechow, James Joyce, Giowanni Boccaccio, Jack London, Freud... Wolno przechodziła pomiędzy półkami, z uwagą odczytując tytuły. Nie wszystkie były w dobrym stanie. Obok ładnie wydanych pozycji znajdowały się książki z uszkodzo-

50


[ Aleksander Halecki - Klepsydra ]

nymi okładkami. Wyglądało to, jakby dobro stało obok zła, piękno obok brzydoty. Podskoczyła, kiedy usłyszała brzęk stawianych na stoliku filiżanek. Niewielkie malowane w orientalny deseń naczynia i mały talerzyk z ciastkami stały na białej wykrochmalonej serwecie, obok pięknej klepsydry. Księgarz zauważył, że kobieta uważnie przygląda się temu rzadko spotykanemu zegarowi. Gestem zaprosił ją, by usiadła na jednym z dwóch stojących przy stole brązowych, skórzanych foteli i z uśmiechem powiedział: – Piękna, prawda? – Tak. Nigdy nie spotkałam nikogo, kto by w ten sposób odmierzał czas. – Zapewniam panią, że jest jeszcze wielu sympatyków tego urządzenia. Kupiłem ją w Chinach. Podobno jej obudowa wykonana jest z ludzkich kości, a ten biały piasek to sproszkowany mózg ludzki. Kobieta ze wstrętem spojrzała na klepsydrę. Szklane półkule oplatały finezyjnie wygięte, cienkie paseczki. Proszek wolno przesypywał się z jednej części do drugiej, odmierzając upływające minuty. – Pan oczywiście żartuje? – zapytała z niedowierzaniem. – To nie wygląda na mózg. – A jak wygląda sproszkowany mózg? No właśnie. Chińczycy są mistrzami w preparowaniu żywych organizmów. Zapewne słyszała pani, co robią w tym państwie z więźniami. Pobierają nie tylko organy od żywych więźniów, ale obdzierają ich żywcem ze skóry, która na czarnym rynku ma dużą wartość. Chiny to kraj, w którym życie jednostki nie ma żadnej wartości. A ta klepsydra zrobiona jest z kości niemowląt płci żeńskiej, które zostały pozbawione życia po urodzeniu... – Proszę, niech pan przestanie! – krzyknęła.– Lepiej porozmawiajmy o książkach. – Jak pani sobie życzy. Ale dlaczego nie pije pani herbaty? Nie smakuje? – Och, przepraszam, zupełnie zapomniałam – powiedziała, sięgając po filiżankę. Herbata była ciemna, aromatyczna z lekkim gorzkawym posmakiem. Sprzedawca przyglądał się jej z uśmiechem, ale w jego oczach ujrzała jakieś dziwne, złe błyski. Przestraszyła się. Dalej niczego nie pamięta. Wszystko zasnuła ciemność. Ocknęła się w tym dziwnym pomieszczeniu.

51


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Powoli się podniosła. Dłonie oparła o zimną, śliską ścianę i wolno krok za krokiem posuwała się na drżących nogach. Ostrożnie wchodziła na schody, na których szczycie ujrzała jasne światło i zarys drzwi. Już, już była blisko, bardzo blisko, wystarczyłby jeden ruch ręki, aby je otworzyć, kiedy usłyszała huk i brzęk spadającego szkła. Odruchowo cofnęła się. Nasłuchiwała. Działo się tam coś dziwnego. Usłyszała najpierw głuchy odgłos, a potem zbliżające się ciężkie, człapiące kroki. Przywarła do ściany. Ciemna, postać wolno posuwała się w jej stronę. Bezradnie rozejrzała się za jakąś kryjówką, ale za nią były tylko schody i długi korytarz. Mimo to zaczęła się cofać. Mroczna postać była coraz bliżej i bliżej. Sparaliżował ją strach. Nie miała siły poruszyć się. Czekała, co będzie dalej? W półmroku dostrzegła ogromne, czarne źrenice, patrzące na nią z nienawiścią. Poczuła mocne uderzenie w twarz. Zachwiała się. Ciosy spadały na jej głowę jeden za drugim. Mocne, precyzyjne uderzenia pozbawiały ją świadomości. *** Ostry, przejmujący ból przeszył jej ciało. Powoli otworzyła oczy. Poraziło ją białe światło. Zmrużyła je. To, co zobaczyła, wydało się jej koszmarnym snem. Widziała swoje stopy przywiązane do haka wbitego w sufit. Nagie uda, brzuch, piersi okaleczone długimi nacięciami. Zwisające z nich strzępy skóry ukazywały czerwone mięso z sinymi żyłkami. Chciała krzyczeć, ale z ust nie wydobył się żaden dźwięk. Były zaklejone. Szamotała się, chcąc uwolnić ręce, ale nadgarstki miała związane sznurem. Wisiała do góry nogami, jak prosię przygotowane do wypatroszenia. Przeraziła ją myśl, że jedyne, co ją tu czeka, to śmierć. Rozpaczliwie próbowała się uwolnić, jednak oszałamiający ból ją pokonał. Znieruchomiała. Obserwowała, jak krew powoli spływa z ran, zalewając twarz. Długie, jasne włosy z pasmami czerwonej krwi dotykały posadzki, a serce jak oszalałe tłukło się w piersi. To koniec – pomyślała. Usłyszała szelest. Ktoś cicho zbliżył się do niej. Z wielkim trudem odwróciła głowę, ale nie dostrzegła nikogo. Poczuła tylko lekkie dotknięcie. Czyjeś palce zanurzyły się

52


[ Aleksander Halecki - Klepsydra ]

w jej włosach. Miękka, ciepła dłoń powoli przesunęła się po szyi, piersiach, dotknęła nagiego zakrwawionego brzucha. Spod przymkniętych powiek obserwowała tę dłoń. – Zapewne poznajesz mnie i boisz się, prawda? – szepnął jej do ucha. – To dobrze, bardzo dobrze. Uwielbiam, jak kobiety się boją. Szczególnie piękne. Brzydkie zabijam od razu. Piękne wymagają oprawy. Masz szczęście. Jesteś w moim typie. Typowa blondynka. Piękna i głupia. Szarpnęła się. Zabolało. Łzy pociekły po twarzy. Czuła, że jeszcze kilka chwil i krew rozsadzi jej mózg. – Cierpisz. Boli, strasznie cię boli. Wiem, wiem... Nie martw się, to już niedługo. Jeszcze chwilkę. Masz bardzo delikatną skórę, bez żadnych przebarwień, taką jakiej potrzebuję. Twoja poprzedniczka miała, nie tylko piegowatą na plecach, ale i blizny pooperacyjne na brzuchu. Ohyda. Spokojnie, malutka, wiem, że to boli, ale innego sposobu nie ma. Mówiłem ci już o tym, że skóra musi być zdjęta z żywej osoby, inaczej jest zbyt słaba. Nie nadaje się do przerobu. Za dobrze wyprawioną skórę, płacą niezłe pieniądze. Dzięki temu nie muszę pracować, pieniądze ze sprzedaży wystarczą mi na jakiś czas. A popyt na nią jest bardzo duży. Znowu się szarpnęła. – Spokojnie, mówiłem, że nic ci to nie pomoże. Uwielbiam patrzeć, jak umieracie... O, już jesteś, kochanie? – Zwrócił się do kogoś, kto ciężko stawiając kroki, wszedł do pokoju. Z wielkim trudem otworzyła oczy. Obok sprzedawcy książek, stała naga, wysoka kobieta. Jej ciało było spryskane krwią. Długie, ciemne włosy spływały na ramiona. Czarne oczy patrzyły pustym wzrokiem na wiszącą. Mężczyzna podszedł do kobiety, pogłaskał ją po głowie i cicho szepnął do ucha. – Jak się czujesz? Widzę, że mój specyfik traci swą moc. Poczekaj, zaraz twoje oczy nabiorą blasku. Daj rękę, kochanie. Podała mu ją. Delikatnie ujął jej dłoń. Lekko przytrzymując rękę w zgięciu łokcia, wbił igłę, wolno wypuszczając pod skórę mętny, brunatny płyn. – Grzeczna dziewczynka – powiedział i czule pogłaskał ją po policzku. Odsunął się, by przyjrzeć się reakcji zachodzącej w jej ciele. Nie czekał długo. Mię-

53


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

śnie pod delikatną skórą naprężały się, rosły, tworząc niewielkie wzniesienia. Trwało to kilka sekund, po czym skóra wygładziła się i powróciła do poprzedniego stanu. Przed nim stała kobieta, ale umięśniona jak mężczyzna, która obojętnie spojrzała na wiszącą, potem wzięła ze stołu długi, ostry nóż i podeszła do ofiary. – Dobrze, bardzo dobrze. Mój specyfik działa. Mając taką broń, można zawładnąć światem – ze śmiechem powiedział antykwariusz. – A teraz, moja kochana Moniko, zajmij się swoją pracą. Spokojnie, mamy czas. Ofiara nie ucieknie, nie ma takiej możliwości. Monika sprawnie wykonała nacięcie na plecach. Wolno podcinając, kawałek, po kawałku oddzielała mięso od skóry. Pobudzone bólem nerwy drgały, kobieta jeszcze próbowała walczyć, ale mocne uderzenie w głowę pozbawiło ją przytomności. W skupieniu obserwował, jak wolno i dokładnie oddziela pasma lekko różowej, delikatnej skóry, od czerwonego mięsa, parującego w chłodnym pomieszczeniu. Krew strumykami spływała po ciele ofiary, tworząc kałużę na terakocie. Każdy nerw drgał, mięśnie poruszały się w agonalnych skurczach. – Jeszcze kilka minut i wszystkie procesy życiowe ustaną. Niestety, dla dobra nauki trzeba czasami poświęcić jednostkę. – Westchnął, z uwagą oglądając swoje dłonie, jakby szukał na nich śladów krwi. Od kilkunastu lat, zajmował się badaniami nad reakcjami zachodzącymi w ludzkim mózgu, pod wpływem działania różnych leków zawierających duże ilości środków odurzających i sterydów. To dlatego zbudował to laboratorium. Powiódł oczami po białych ścianach, z dumą podziwiając jego wyposażenie. W rogu pomieszczenia stał stół, nad nim wisiała lampa do oświetlania pola operacyjnego, ograniczająca rzucanie cienia. Obok aparaty monitorujące parametry życiowe, ssaki do odsysania płynów, zestaw narzędzi chirurgicznych i nóż elektryczny. Wszystko sterylne, idealnie poukładane. Odkąd sprowadził się do tego miasteczka, ciągle dokupował nowe urządzenia. Niejedna uczelnia chciałaby takie mieć. A to wszystko dzięki pieniądzom starej ciotki. Wybudował to jeszcze za jej życia. Nawet o tym nie wiedziała. Odpowiednia dawka leków uspokajających i godziła się na wszystko. Nie oponowała przed przepisaniem kamienicy. Cieszył się z tego, że ma

54


[ Aleksander Halecki - Klepsydra ]

gdzie prowadzić badania. Dwanaście lat nie poszło na marne, a już myślał, że nigdy nie ukończy swojej pracy. Oskarżenie go o zabójstwo brata bliźniaka mogło pokrzyżować jego plany. Na szczęście dzisiaj liczą się pieniądze, za nie można kupić wszystko. Co prawda musiał opuścić uczelnię, ale za to mógł poświęcić się całkowicie badaniom, dlatego wybrał to ciche, spokojne miasteczko. Gdy dwadzieścia lat temu zmarli rodzice, przejął opiekę nad swoim bratem bliźniakiem. Byli bardzo podobni do siebie, z tą jedną różnicą, że on był zdrowy, a Marek urodził się z porażeniem mózgowym. Kiedy rozpoczął badania nad stymulacją mózgu, w tajemnicy wypróbowywał je na nim. Początkowo pobudzanie płatów mózgowych substancjami zawierającymi coraz większe dawki narkotyków przynosiło rezultaty. Marek zaczął samodzielnie stawiać pierwsze kroki, próbował mówić. Cieszył się wraz z nim, ale kiedy ten, po kolejnej dawce stracił przytomność, przestraszył się. Jednak nie zrezygnował z eksperymentów. Czuł, że jest coraz bliżej odkrycia leku, który pomoże tysiącom chorych, na tę chorobę. Niestety nie zdążył. Następna zapaść, skończyła się śmiercią Marka. I wtedy coś w nim pękło. Stracił cały zapał do ratowanie ludzi i zmienił kierunek badań. Postanowił stworzyć specyfik, który uczyni z kobiety maszynę do zabijania. Udało mu się. Teraz doprowadzenie doświadczenia do końca, to kwestia kilku miesięcy. Z takim obiektem badawczym jak Monika, o wyniki swojej pracy jest spokojny. Ma gdzie prowadzić eksperymenty i na kim je testować. Podszedł do kobiety, która jak automat odcinała pasma skóry, i cichym, łagodnym głosem powiedział: – Tak, moja kochana Moniko, dobrze. Bardzo dobrze, widzę, że zrobisz wszystko, co ci każę. Zabiłaś nawet własnego męża. Moje badania idą w słusznym kierunku. Istnieje specyfik na zmianę budowy ciała i stymulację mózgu, który wykona to, co mu się powie. Przecież wiadomo, że mózg mężczyzny jest zmaskulinizowanym mózgiem kobiety. Wystarczy odpowiednio zwiększyć dawkę testosteronu, a mózg, sam przejmie kontrolę nad odpowiednimi reakcjami. Moje odkrycie, będzie przełomem w nauce. Nagrody Nobla na pewno nie dostanę. Ważne, że dostanę pieniądze. Sprzedam to Amerykanom, oni kupią wszystko. Jeszcze muszę popracować nad

55


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

efektem końcowym. Mięśnie są już wystarczająco rozbudowane, ale mam problem z przedłużeniem działania specyfiku. – Nikt nie będzie podejrzewał kobiety o taką siłę. Odpowiednia stymulacja mózgu – to jest najważniejsze. Taki człowiek jest w stanie zrobić wszystko. Zabić, pozbyć się ofiary, a nawet ją zjeść – mówił, przyglądając się, jak kobieta sprawnie napina zdjętą skórę na drewnianym prawidle. – Nigdy bym nie pomyślał, że ty będziesz moim królikiem doświadczalnym. Wyniki twojej krwi zaskoczyły mnie. Przebadałem wiele kobiet, ale u żadnej nie znalazłem tak wysokiego poziomu przeciwciał podatnych na powiązanie z innymi związkami nieorganicznymi. Kilka zastrzyków z niewielką dawką narkotyku uzależniło cię ode mnie. Dlatego wracałaś do mnie. Myślałaś, że po seansach hipnotycznych zajdziesz w ciążę. Tak bardzo pragnęłaś dziecka, że ślepo mi zaufałaś. Ale to nie ważne. Ważne są moje badania. Nic więcej się nie liczy. – Tak... Myślę, że wyselekcjonowanie odpowiedniej grupy kobiet nie powinno sprawić kłopotu. Ale to już nie mój problem. – Dobrze, kochanie, kończymy. Na razie nie potrzebuję ciał do doświadczeń. Musisz zrobić porządek z tymi w łazience. Zaczynają śmierdzieć. Ale teraz... – Nie dokończył zdania, wsłuchując się w odgłosy dochodzące zza lekko uchylonych drzwi laboratorium. – Cicho... – Przyłożył palec do ust. Usłyszał kroki. W jasnym prostokącie światła, padającego z otwartych drzwi w głębi korytarza, ujrzał skradające się dwie postacie. – Policja – cicho szepnął do siebie. – Skąd oni się tu wzięli? Nie zastanawiał się dłużej. Otoczył ramieniem kobietę, a ze stojącej na stoliku torby wyjął strzykawkę i wbił w jej przedramię. Obawiał się, że specyfik przestanie działać, a w tej sytuacji była mu potrzebna. – Zabij ich – powiedział półgłosem. To wystarczyło. Odrzuciła prawidło. W jej ręku zabłysło ostrze noża. Ciężkim krokiem ruszyła przez pogrążony w półmroku korytarz. Policjanci nie mieli szans. Widział, jak precyzyjnie zadaje ciosy, nie dając im możliwości obrony. Mocno chwyciła za nogi

56


[ Aleksander Halecki - Klepsydra ]

jednego z nich i przyciągnęła do laboratorium. Potem to samo zrobiła z następnym. – Teraz posprzątaj. Wiesz, co masz robić. Apatycznie kiwnęła głową. Najpierw opuściła ciało kobiety, które z głuchym plaśnięciem opadło na podłogę. Z szafki wyjęła elektryczną piłę. Włączyła ją. Ostry dźwięk rozszedł się po pomieszczeniu. Pochyliła się nad zwłokami i metodycznie zaczęła odcinać kolejne części ciała. Potem podeszła do wiszącej na ścianie szafki. Otworzyła ją. Wewnątrz było kilka przycisków. Nacisnęła jeden z nich. Ściana rozsunęła się, ukazując małe pomieszczenie zastawione plastikowymi beczkami. Wyciągnęła jedną z nich. Włożyła do niej pocięte kawałki. Z dużego kanistra nalała żółtej cieczy i zalała nią ludzkie szczątki. Szczelnie zamknęła pokrywą beczkę. Uszczelniła ją silikonem i wtoczyła do małego pomieszczenia. Ponownie zabrała się za ćwiartowanie i pakowanie do beczek pozostałych zwłok. Doktor spokojnie przyglądał się jej pracy. – Zrób porządek z ciałami w łazience. Potem zmyj pomieszczenie. Ja zaraz wrócę – cicho powiedział do kobiety, która lekko skinęła głową i bez słowa wyszła. Szybko spakował do torby, dyskietki zawierające dokładny opis badań i ruszył przez korytarz. Ominął łazienkę i wszedł na zaplecze sklepu. Przez okno zlustrował otoczenie. Pusto. Już sięgnął dłonią za klamkę, aby wyjść na zewnątrz, kiedy poczuł na ramieniu czyjąś rękę. Zaskoczony odwrócił się. Za nim stała Monika. Jej czarne oczy wpatrywały się w niego z nienawiścią. Chciał powiedzieć kilka słów, aby ją uspokoić, ale nagle poczuł ostry, przeszywający ból. Z niedowierzanie spojrzał w tym kierunku. W jego wnętrznościach siedział wbity po samą rękojeść nóż. Kobieta patrzyła na niego zimnym wzrokiem. Próbował zapytać ją dlaczego, ale w tym momencie, mocno trzymając dłonią nasadę noża, pociągnęła ostrze do góry. Coraz wyżej i wyżej. Kał pomieszany z moczem spłynął mu po nogach. Jeszcze przez chwilę czuł przenikliwy, oszałamiający ból, a w głowie kołatała tylko jedna myśl. Zastrzyk. Zapomniałem zrobić jej zastrzyk... Potem wszystko zasnuła ciemność.

57


-------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawca: Fabryka Słów 20l2 Ilość stron: 305

Może nie wiecie, jak pachnie szkło lub jaki zapach ma słońce, ale przynajmniej połowa z Was wie, jak bardzo intensywnie pachnie strach. Każdy ma gdzieś w środku, ukryte wewnętrzne lęki, którymi nie dzieli się z nikim i nigdy. Niektóre są nierealne, inne całkowicie możliwe do spełnienia, jednak wszystkie sprawiają, że sama myśl o nich paraliżuje nasze ciała. Co, więc stałoby się, gdyby wszystkie nasze lęki nagle zaczęły się ziszczać? Na to pytanie każdy z nas musi odpowiedzieć sobie sam.

przedstawionego. Można odczuć, iż autor już od pierwszych chwil wiedział, jak będzie wyglądała jego powieść i dzięki temu ani na chwilę nie zgubił rytmu, jaki jej nadał, a to duży plus w czasach, kiedy wiele literackich pozycji „dobrze żre, ale zdycha”. „Miasteczko Nonstead” posiada tę specyficzną magię, którą dziś ciężko znaleźć w lekturach. Autor skupił się na każdym elemencie i dopracował go co do słowa, dzięki czemu powieść zyskała odpowiednią głębię.

„Miasteczko Nonstead” Marcina Mortki, to właśnie książka traktująca o takim urzeczywistniającym się strachu. Posiada niesamowity małomiasteczkowy klimat i już od pierwszych stron weń wprowadza, a dzięki temu czytelnik nie ma czasu się nudzić.

Zakończenie mnie lekko rozczarowało, ale nie można powiedzieć, aby nie pasowało do stylu książki. Dzięki tej lekturze, każdy łypiący na mnie spod oka kocur wydaje mi się podejrzany, lasy przerażają mnie jeszcze bardziej niż zazwyczaj, a demony wydają się mieszkać między nami. Ogromnym plusem jest też to, że w zasadzie do ostatniej strony nie wiemy o co tak naprawdę chodzi. Autor w bardzo subtelny sposób odkrywa poszczególne elementy układanki.

Główny bohater jest pisarzem, który postanawia zostawić za sobą swoje dotychczasowe życie i ucieka do jedynego miejsca, z którym wiążą go jakieś dobre wspomnienia. Tytułowe miasteczko Nonstead, to mała mieścina otoczona zewsząd lasem. Mieścina, „w której każdy udaje, że wszystko jest normalne”. Dziewczynka rozmawiająca z demonem, czarny pies pojawiający się tu i ówdzie, przeklęta stara szopa, znajdująca się pośród drzew, to tylko niektóre z rewelacji, jakie serwuje autor w swojej powieści.

Text: Żaneta Fuzja Wiśnik

MARCIN MORTKA - Miasteczko Nonstead

Na dodatek, jak to zwykle z Fabryką Słów bywa, książka jest rewelacyjnie wydana. Twarda oprawa, klimatyczna okładka i dosyć spory druk, to kolejne atuty, sprawiające, że powieść ta jest warta swojej ceny. Tak więc wszystkich zakochanych w tajemniczych opowieściach, wywodzących się z miast i miasteczek, których nazwy mało kto zna, To, co urzekło mnie najbardziej, to za- zachęcam do zapoznania się z „Miadziwiający realizm postaci i świata steczkiem Nonstead”.

59


Jeśli ktoś nie przestraszy się nadzwyczaj kiczowatej okładki (mięśniak ze wzniesionym pistoletem, w obcisłym podkoszulku i na tle księżyca w pełni, stojący w pozie wczesnego Stallone’a) i jednak sięgnie po „Plemię cienia” – na pewno nie poczuje się zawiedziony. Ponieważ 12-odcinkowa seria „Midnight Nation” autorstwa J. Michaela Straczynskiego to jedna z najciekawszych historii komiksowej grozy, jakie miałem okazję czytać. J. Michael Straczynski fanom kina w naszym kraju powinien kojarzyć się z serialem „Babylon 5”, do którego pisał scenariusze. Fani komiksu mogli zetknąć się z jego scenariuszami w serii „Rising Star” lub w odcinkach z serii „Amazing Spider Man”. Serię „Midnight Nation” w Polsce wydała w trzech zbiorczych tomach Mandragora w 2002 roku. Porucznik David Grady staje przed zagadką morderstwa, które pozornie przypomina kolejny rozdział ciągłych porachunków pomiędzy gangami. Jednak nieustraszony porucznik coś przeczuwa, łączy fakty z pozoru ze sobą nie powiązane i dowiaduje się zbyt wiele... Wtedy tak naprawdę zaczyna się akcja, bo nasz główny bohater trafia do innego świata, który koegzystuje równolegle z naszym i określony jest mianem Cienia...

Porucznik Grady to klasyczny do bólu stereotyp twardego, obowiązkowego policjanta, któremu przez poświęcenie dla pracy rozpada się małżeństwo, mimo że nadal kocha swoją piękną żonę... Byłą żonę. Jest sfrustrowany, zgorzkniały, nienawidzi swojej roboty, przez którą traci życie osobiste, ale jego nad wyraz wybujałe poczucie obowiązku zmusza go do dalszego działania, na przekór nawet kolegom z pracy. Grady szuka sprawiedliwości, ale znajduje... sprawiedliwość? Poniekąd. Ale najpierw straci prawie wszystko, wyruszy w najdłuższą drogę swojego życia, by w końcu dokonać najtrudniejszego wyboru. Ciężko nazwać „Plemię cienia” horrorem, choć jest w nim groza, są potwory żywiące się ludzkim mięsem, jest tajemniczy, mroczny świat. Ciężko jest je jednak nazwać tylko horrorem, bo jest czymś więcej. To także opowieść drogi, w czasie której bohater poznaje niezwykłe postaci oraz samego siebie. To jednocześnie okazja dla autora, by pokazać kilka pobocznych historii dla urozmaicenia fabuły oraz wprowadzić interesujące postaci drugoplanowe (jak Łazik), które sprawiają, że świat przedstawiony w komiksie staje się bardziej realny, głębszy. Jednocześnie „Plemię cienia” jest przypowieścią religijną, pytającą o istotę Boga i podważającą sens Jego istnienia i działania. To także nostalgiczna historia o ludziach, którzy znaczą dla innych i dla samych siebie tak niewiele, że trafiają na margines, odrzuceni, odtrąceni, niezauważalni. To jednak wciąż mocna historia, gdzie krew się leje, ludzi rozrywa się dosłownie na strzępy, a nasz bohaterski porucznik zmienia się w potwora...


Wiele w „Plenieniu cenia” z klimatu i realiów „Nigdziebądź” Neila Gaimana. Podobnie jak tam, tu też mamy świat równoległy funkcjonujący zaraz obok, jakby tuż pod powierzchnia świata rzeczywistego. Także tutaj jest wiele niezwykłych .................................................................. postaci, jedne pozytywne, inne tajemnicze, inne z kolei mroczne Mandragora 2002 i przerażające. Tu też zadawa96, 96, 96 stron ne są pytania o istotę świata, o konflikt między złem a dobrem i o równowagę pomiędzy nimi. Podobieństw jest jeszcze kilka. Nie wiadomo, kto się kim inspirował, bo Straczynski twierdzi, iż pomysł na fabułę jego komiksu powstał w czasie jego studiów, a obaj panowie się znają, ponieważ ten drugi współpracował przy produkcji serialu „Babilon 5”. Jednak nie to jest tak naprawdę ważne, kto się kim inspirował. Ważne jest to, że historia opowiedziana jest na tyle zajmująco, że świetnie się ją czyta, a przy wsparciu realistycznych, precyzyjnych rysunków Gary’ego Franka także świetnie ogląda. „Plemię cienia” trafi w gusta tych, którzy cenią sobie komiksową grozę, ale także fantastykę oraz ogólnie dobre historie.

PLEMIĘ CIENIA (#1-3)

Text: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

61


SHADOW OF THE VAMPIRE CIEŃ WAMPIRA Wielka Brytania/USA/Luksemburg 2000 Dystrybucja: Solopan Reżyseria: E. Elias Merhige Obsada: John Malkovich Willem Dafoe Udo Kier Cary Elwes

X X X X

Text: Piotr Pocztarek

X

samemu przejawiając wiele cech wampiryzmu. Aktorzy grają zatem aktorów, którzy grają wampirów. Zakręcone jak ruski termos. Film jest odpowiedzią na legendę, jaką obrosła produkcja Murnaua. Niemiecki reżyser był podobno ogarnięty obsesją stworzenia filmu doskonałego, a Max Schreck (nazwisko z niemieckiego to „strach”, „przerażenie”) podobno spał w trumnie i tak dobrze odwzorowywał wampira, że można się było pomylić. Idealny materiał na film. Wpadł na to nie kto inny jak… Nicolas Cage, który wyprodukował „Cień wampira”.

Produkcja ta jest dość nietypowa, ukazuje bowiem kulisy powstawania jednego z najsłynniejszych filmów grozy na świecie – „Nosferatu – symfonia grozy” z 1922 roku. Na jego planie zaczynają umierać członkowie ekipy, co jest wynikiem niecodziennej relacji pomiędzy reżyserem F.W. Murnauem (Malkovich), a Maxem Schreckiem (Dafoe), aktorem, który wciela się w rolę wampira, jednocześnie

Współcześnie rzadko zdarza się horror, który można określić mianem „uczty” dla kinomana. Jednak kiedy na planie jednej produkcji kina grozy spotykają się John Malkovich, Willem Dafoe i Udo Kier, to wiedz, że coś się dzieje. A jeśli obraz jest niesamowitą wariacją na temat legendarnego horroru, to mamy do czynienia z wydarzeniem bardzo nietuzinkowym.

62


I chwała mu za to – jest to kino stawiające na aktorstwo, bardzo leniwe, artystyczne, zupełnie nie pasujące do swoich czasów. Może dlatego tak rzadko się o nim mówi w kontekście rozwoju kina grozy – to nie kolejny slasher dla nastolatków, tylko powolny, ekspresjonistyczny film, który mógłby równie dobrze powstać w Niemczech w 1922 roku. Rola Willema Dafoe jest kreacją wybitną, za którą otrzymał nominację do Oscara, Złotego Globa i kilku innych znaczących nagród. Malkovich nie pozostaje w tyle. Oglądanie ich to prawdziwa uczta, o której wspomniałem na początku. Każdy fan doskonałego aktorstwa powinien być ukontentowany widząc wydarzenia na ekranie, zwłaszcza, że charakteryzacja Maxa Schrecka przechodzi najśmielsze oczekiwania.

sów, oczywiście w konwencji ekspresjonistycznej, bazujący na powieści „Drakula”. Żeby wypaść naturalnie, zatrudnia do głównej roli… prawdziwego wampira. Chcąc zaoszczędzić na budżecie, obiecuje mu w nagrodę… odtwórczynię wiodącej roli żeńskiej. Paranoja sama się nakręca, kiedy ludzie współtworzący film dostają informację, że Schreck jest po prostu ekscentrycznym aktorem, będzie więc „w pełnej charakteryzacji” przez cały czas, aby nie wypaść z roli. Będzie więc też prowadził nocny tryb życia i pił krew. Przynajmniej, dopóki oswojony wampir nie wymknie się spod kontroli. Wow. Już niejeden raz widzieliśmy na ekranie koncepcję „filmu w filmie”, tym razem jednak jest ona uwypuklona, ze względu na rangę klasyka, jaki „powstaje” na naszych oczach podczas seansu „Cienia wampira”. Zwłaszcza, że film poprzetykany jest oryginalnymi kadrami z filmu prawdziwego Murnaua.

Fabuła przedstawia następujące założenia: Murnau chce zrobić film wszechcza-

63


Text: Bogdan Ruszkowski

NELSON DE MILLE - Śliwkowa Wyspa (Plum Island)

-------------------------------------- Ocena: 3/6 Wydawca: Buchmann 20l2 Tłumaczenie: Andrzej Szulc Ilość stron: 568

John Correy – bohater powieści De Mille - to agent federalny jednostki antyterrorystycznej FBI, który obecnie wypoczywa w małym miasteczku niedaleko Long Island. Może nie tyle wypoczywa, co przechodzi rehabilitację po postrzale, który omal go nie zabił. Monotonię i nudę pobytu na wsi przerywa prośba szefa miejscowej policji o pomoc w śledztwie dotyczącym pary biologów zamordowanych w ich własnym domu. Do śledztwa wkrótce włączy się także FBI i CIA – biolodzy pracowali bowiem na Plum Island, czyli tytułowej Śliwkowej Wyspie, w tajnym ośrodku badań nad chorobami zakaźnymi. Rozwiązanie sprawy zdaje się być narzucone z góry – biolodzy chcieli sprzedać szczepionkę na wirusa i zostali zabici przy przekazywaniu materiału. Ale John nie wierzy w takie rozwiązanie – jego instynkt detektywa podpowiada mu coś innego. Wkrótce dowie się rzeczy, które rzucą cień na całe niby już zakończone śledztwo. Dodajmy do tego jeszcze fakt, że dawno temu właśnie na Plum Island ukrył swój skarb słynny pirat kapitan Kidd i będziemy mieli całą akcję powieści jak na dłoni – akcję, powiedzmy sobie szczerze, bardzo nierówną. Książka zaczyna się powoli, potem się rozkręca, ale tylko po to by przez następnych kilkadziesiąt stron nudzić czytelnika coraz bardziej. To mój największy zarzut co do tej historii. Zaczyna się nudno, wątek wizyty śledczych w laboratorium na Plum Island jest pasjonujący i nie można się od niego oderwać, a potem znowu zaczyna być nudno. Schemat powieści oparty jest na kryminałach retro, a więc: detektyw prze-

64

słuchuje świadków, czegoś się dowie, a potem zbiera wszystkich i oznajmia jak było naprawdę. Ale to, co sprawdzało się u Agaty Christie nie sprawdza się tutaj. Tym bardziej, że każdy myślący czytelnik w połowie powieści domyśli się kto i dlaczego zabił. Tylko jedno rozwiązanie na koniec jest zaskakujące – ale nie jest to główny wątek powieści. Czemu tak wyszło? Dlaczego pisarz cieszący się zasłużoną sławą tutaj się nie popisał? Moim zdaniem chodzi o zbytnie rozproszenie wątków. Nie wiadomo czy jest to kryminał, czy opowieść o zagrożeniu wirusami lub może awanturnicza książka o szukaniu skarbów. A jeśli coś jest o wszystkim to jest o niczym. Szkoda trochę, bo i tematy ciekawe i bohaterowie sympatyczni. Mogła z tego wyjść naprawdę świetna książka - widać to we fragmencie gdy odwiedzamy laboratorium pełne zabójczych wirusów. Napięcie wtedy wręcz kapie z kart powieści. Niestety, tylko fragmenty ocierają się tu o mistrzostwo pisarskie. Reszta to zwykłe rzemiosło, niby niosące w sobie dawkę rozrywki, ale jednak… nudnawe. Żeby jeszcze nie było tak łatwo się domyślić kto zabił. Niestety - w połowie książki mamy ochotę ją odłożyć i wziąć się za czytanie czegoś naprawdę pasjonującego. Jeśli miałbym komuś polecić „Śliwkową Wyspę” to tylko osobom, które dopiero zaczynają swoją przygodę z literaturą sensacyjną. Bo po tej lekturze większość następnych sensacji wyda się ciekawszych i bardziej wciągających.


-------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawca: Oficynka 20l2 Ilość stron: 238

Ostatnimi czasy Dawid Kain szturmuje polską scenę literatury grozy. Po dosyć długiej przerwie od powieści „Prawy, lewy, złamany” (2007) ukazały się kolejne książki: „Makabreski” (2010), „Gęba w niebie” (2010), „Za pięć rewolta” (2011). Warto również pamiętać o dziełach powstałych w duecie z Kazimierzem Kyrczem, jak „Chory, chorszy, trup” (2011). Zatem czy niedługo ogarnie nas strach przed otwarciem lodówki, bo a nuż czai się tam Kain z nową powieścią? Jeśli tak, to bardzo dobrze. Bo akurat w tym przypadku duża ilość wcale nie przekreśla wysokiej jakości. Niech świadczą o tym wysokie oceny czytelników, na przykład w naszym Grabarzowym plebiscycie. Czego można się spodziewać po „Punkcie wyjścia”? To książka, której przynależność gatunkową znów trudno określić. Wymyka się definicjom horroru, groteski czy czystej grozy. Posiada również specyficzną konstrukcję, ale lepiej zbyt wiele nie zdradzać, aby nie umniejszyć przyjemności z lektury i odkrywania, „co też autor miał na myśli”. Można powiedzieć, że mamy do czynienia z opowieścią trzech zgoła różnych postaciach. Pierwsza to Damian, sfrustrowany pisarz, dla którego samo wyjście z domu jawi się jak scena z najgorszego horroru, bo świat wokół jest tak straszny, a co gorsza – bezsensowny. Weltschmerz bije z każdej jego myśli. Kolejna postać to Rafał, lokalny kark, postrach ulic, co to poprzestawia kości, jeśli trzeba. W sumie jeśli nie trzeba, to też. Ostatnim bohaterem jest tajemniczy uzdrowiciel.

Co ich łączy? Biała chata na odludziu, w sercu lasu, gdzie można znaleźć ukojenie od bólu i problemów. Ale za jaką cenę? Wszystkie te wątki Kain splata w zgrabną całość, okrasza zaskakujących twistem, a przede wszystkim zostawia czytelnikowi duża swobodę w interpretacji. Chwała mu za to.

Text: Aleksandra Zielińska

DAWID KAIN - Punkt wyścia

W kwestii technicznej częściowo mamy powtórkę z „Za pięć rewolta” – znów każdy z bohaterów wnosi do narracji specyficzny język, konstrukcja powieści zmienia się w zależności od tego, czyje losy przyjdzie nam śledzić. Cóż, z jednej strony można narzekać, że to już było, ale z drugiej Kainowi udało się wykrzesać z tego schematu coś świeżego. Od czytelnika zależy, czy przystanie do tej gry. Autor nie zawodzi także w kwestii nawiązań do kina i literatury popularnej. Odszukiwanie takich smaczków to niezła frajda. Jak zwykle brawa za język, bo Kain ma niezwykłą lekkość pióra i ucho do dialogów. I umiar – na szczęście udaje mu się unikać sztuki dla sztuki i pustego machania słowem. Wszystko ma tu swoje miejsce i czemuś służy. Zatem co ma zrobić czytelnik, który już wszystkie poprzednie książki autora przeczytał? Ano, nic innego niż iść do księgarni i kupić i tę. Ktoś, kto nie zna żadnej? To samo. Bo warto próbować ugryźć literaturę z każdej strony. Wprawdzie „Punkt wyjścia” ideałem nie jest i ma kilka niedociągnięć – ale jeśli damy się uwieść konwencji i zaufamy autorowi, dostaniemy do rąk kawał dobrej rozrywki.

65


Text: Piotr Pocztarek

66

ność amerykańskiego pisarza na świecie, w tym również w Polsce. Całość liczy 6 książek, z czego dwie: „The Tomb” i „The Touch” można uznać za spin-offy osadzone w świecie znanym z tomów wchodzących w serię podstawową. Co więcej, „The Tomb”, jako jedyny nie wydany dotąd w Polsce tom (nie ma już raczej na to żadnych szans), stał się zalążkiem nowej serii książek, której głównym bohaterem stała się postać Repairman Jacka, drugoplanowego bohatera powieści „Świat mroku”, która wieńczy cykl „The Adversary”. Saga o Jacku w tym momencie liczy już 15 książek, żadna jednak nie ukazała się w naszym kraju, ku rozpaczy fanów pisarza. Trudno jednak się dziwić – wydanie takiego „Twierdza” to pierwszy tom cyklu „The potwora wymagałoby dużych nakładów Adversary”, który ugruntował popular- finansowych, a żaden wydawca nie Na pierwszy ogień pójdzie cykl powieściowy, który uważam za niezwykle ważny dla polskiego odbiorcy. Jest również istotny dla mnie samego – jego pierwsza część była pierwszym horrorem, jaki dostałem w prezencie od swojej sąsiadki, która właśnie miała wynieść na śmietnik worek pełen najróżniejszych książek. To prawdopodobnie wtedy moje serce zostało na zawsze sprzedane gatunkowi, w którym szczerzące się, zakrwawione wampirze pyski na tle ciemnych budowli są na porządku dziennym. To było jak olśnienie. Obok „Manitou” Grahama Mastertona to właśnie F. Paul Wilson przysporzył gatunkowi powieści grozy wiernego fana.


F. Paul Wilson „Dotknięcie” Wydawca: Amber 1994 Tłumaczenie: Roman Kubicki Ilość stron: 352 Ocena 3/6

F. Paul Wilson „Twierdza” Wydawca: Amber 1990 Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa Ilość stron: 368 Ocena 5/6

F. Paul Wilson „Odwet” Wydawca: Amber 1993 Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa Ilość stron: 384 Ocena 6/6

F. Paul Wilson „Odrodzony” Wydawca: Amber 1991 Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa Ilość stron: 352 Ocena 5/6

F. Paul Wilson „Świat mroku” Wydawca: Amber 1993 Tłumaczenie: Małgorzata Fiałkowska Ilość stron: (T.1) 256, (T.2) 240 Ocena 4/6


podejmie ryzyka, nie mając gwarancji, że saga się przyjmie i dobrze sprzeda. Z „Nekroskopem” Lumleya się udało ale w tym przypadku… no cóż, business is business.

światowej premierze. Były to początki słynnej serii „Amber Horror”, w której debiutowali klasycy – Graham Masterton, James Herbert czy Dean Koontz. Ilustrację na okładkę przygotował słynny Steve Crisp, a redaktorem był nie kto inny Aha, byłbym zapomniał. Zanim pokroimy jak… Rafał Ziemkiewicz. Nieźle, co? sobie fabułę książki na kawałki, warto A żeby było jeszcze zabawniej, powieść wspomnieć o jej ekranizacji i wydanym zaczyna się w Polsce, a konkretnie w Polsce… audiobooku. w Warszawie. W 1983 „Twierdza” została dość luźno przeniesiona na ekran, a za kamerą stanął nie kto inny jak Michael Mann, reżyser późniejszych hitów, takich jak „Ostatni Mohikanin”, „Gorączka”, „Informator”, czy „Miami Vice”. W obsadzie również było gorąco – Gabriel Byrne, Ian McKellen, Scott Glenn, a nawet Jurgen Prochnow. W każdym razie było grubo. 6-milionowy budżet, co jak na tamte lata było całkiem niezłym kawałkiem pieniądza, niestety zwrócił się zaledwie w połowie, dlatego też film obecnie został w zasadzie całkowicie zapomniany i próżno go szukać na Blu-Rayach, DVD, czy też w telewizji, przynajmniej u nas. Warto jednak w miarę możliwości spróbować odkopać sobie tę perełkę i zobaczyć, jak wyglądał horror z doborową osadą i znanym nazwiskiem na fotelu reżyserskim.

Stacjonujący w Dystrykcie Warszawskim niemieccy dowódcy otrzymują z Rumunii depeszę: Żądam natychmiastowego przeniesienia. Coś morduje moich ludzi. I rzeczywiście, w kamiennej twierdzy wybudowanej przez nie wiadomo kogo, stojącej na zapomnianej przez Boga i ludzi Przełęczy Dinu w Rumunii, stacjonujący tam Niemcy mają nie lada problem. Ktoś lub coś zaczyna mordować ich jednego po drugim, a ocalałych powoli otacza ciemność i szaleństwo. Coś groźnego i żądnego krwi ukrywa się w mrokach budowli.

Spanikowani Niemcy nie mogą tak po prostu wyjechać, chociaż zachowujący zdrowy rozsądek dowódca, kapitan Woermann, najchętniej tak właśnie by zrobił. Jednak jego przełożeni nie mają zamiaru wziąć pod uwagę treści depeszy i wysyłają na miejsce „jedyne słuszne” rozwiązanie – dwa oddziały SS, pod dowódcą wyjątkowo nieprzyjemnego Drukowaną powieść Amber wydał w Pol- majora Kaempffera. Obaj panowie znają sce w 1990 roku, czyli dziewięć lat po jej się z pola bitwy, gdzie pierwszy z nich Odkrycie audiobooka po polsku było natomiast zaskoczeniem również dla mnie. W 1991 roku Zakład Wydawnictw i Nagrań Polskiego Związku Niewidomych w Warszawie wydał „Twierdzę” w formie czytanej przez Henryka Pijanowskiego. Trwała 13 godzin i 40 minut.

68


wykazał się wyjątkową odwagą, a drugi, no cóż, czymś zgoła przeciwnym. Relacje pomiędzy kapitanem i majorem są przez autora powieści bardzo dobrze zarysowane i idealnie pokazują różnice pomiędzy honorowym żołnierzem armii, a bezwzględnym mordercą SS, który ma w planach wybudowanie w Rumunii obozu koncentracyjnego. Sytuacja się zaostrza, gdy zbudzony przez niesfornych żołnierzy stacjonujących w Twierdzy potwór zaczyna atakować coraz śmielej i bardziej zuchwale, a jedyną osobą mogącą coś na to poradzić jest… żydowski profesor Theodor Cuza wraz z córką Magdą. Chyba już widzicie, że Niemcom nie będzie łatwo poprosić ich o pomoc… To, co zbudziło się w ciemnych korytarzach rumuńskiej budowli, żywi się nie tylko krwią, ale czerpie także siłę z ludzkiego przerażenia. Molasar nie jest zwyczajnym wampirem, chociaż właśnie za niego się podaje. No i rzekomo ma 500 lat. Jest znacznie potężniejszy, ale dokładne wyjaśnienie znajdziecie już w książce. W każdym razie, na jego obudzenie reaguje szybko muskularny, rudowłosy młodzieniec, który natychmiast wyrusza w podróż z Portugalii do Rumunii, by zmierzyć się ze złem. Kim jest i jaki ma cel? To będziecie musieli już odkryć sami. Glaeken, bo tak nazywa się rudowłosy przystojniak, zna się ze złym Molasarem/Rasalomem (nie pytajcie) od wieków. Jeden bez drugiego istnieć nie może, ale przyjaciółmi raczej ciężko ich nazwać – panowie toczą ze sobą klasyczną, odwieczną batalię, jak przystało na dobro i zło. Kiedy Glaeken przybywa do Twierdzy z wielkim mieczem u pasa,

Pan i panna Cuza wertują właśnie stosy książek, starając się znaleźć sposób na powstrzymanie nękającego budowlę zła. Gra jest warta świeczki, wszak chodzi o ich życie. Nie rozumieją jeszcze, że stawka jest znacznie większa i dopiero Glaeken będzie wiedział, co trzeba zrobić. F. Paul Wilson jest mistrzem kreowania klimatu grozy i udaje mu się to przez prawie cały czas. Jest to książka naprawdę przerażająca i aż trudno uwierzyć, że nikt do tej pory jej nie wznowił, na przykład z jeszcze bardziej wypasioną okładką. Rzadko się zdarza, bym czuł prawdziwe napięcie i przerażenie podczas lektury horroru, a w tym przypadku właśnie tak było. Tempo nieco opada, kiedy pogłębiają się relacje Glaekena z Magdą (a jakże!) ale nie wpływa to jakoś bardzo negatywnie na jakość książki, którą czyta się wręcz rewelacyjnie. Co więcej – pierwsza potyczka dobra ze złem na murach Twierdzy to dopiero preludium do wspaniałej sagi, jaką Wilson różnymi metodami kreował w kolejnych tomach. Amerykanin styl ma co najmniej dobry, nawet jeśli czasami nie wychodzi mu dawkowanie napięcia (przez to ocena o jeden punkcik mniejsza, ale naprawdę niewiele brakowało do celującej). Jeśli Wasz okres czytania horrorów nie przypadł na lata 90. i nie udało Wam się trafić na tę pozycję, a w ostatnim okresie nie lataliście po antykwariatach, natychmiast musicie nadrobić zaległości i naprawić swój błąd. To między innymi dzięki tej książce masowy horror narodził się w Polsce w takiej postaci, w jakiej znamy go teraz.

69


Twierdzę, że „Twierdzę” po prostu trzeba Pamiętam, że kiedy pierwszy raz czytałem „Odrodzonego”, w oczy rzuciły mi mieć na półce! się podobieństwa do „Dziecka RosemaZresztą kolejne tomy cyklu „The Adver- ry”. Okazuje się bowiem, że to Rasalom, sary”, noszące tytuły: „Odrodzony”, „Od- wcielenie zła, prawie że synonim Szatawet” i „Świat mroku”, również warto do- na, odradza się w ciele Carol, powodułączyć do domowej biblioteczki. Należy jąc szereg niewyjaśnionych wydarzeń. jednak zaznaczyć, że sequele diametral- Być może w tym porównaniu jest trochę nie różnią się od „Twierdzy”. Wszystkie prawdy, jednak trzeba zaznaczyć, że są pozycje łączy natomiast fantastyczny, to dzieła odmienne w swojej wymowie. unikalny, prosty ale porywający styl F. Paula Wilsona i niesamowity klimat No dobrze, Szatan się odradza, a walczyć z nim może tylko grupka wybrańsnutych przez niego historii. ców. Na jej czele staje między innymi Ale po kolei. W „Odrodzonym” Wilson ojciec William Ryan, jezuita, dawniej zostawia za sobą czasy II WŚ i osadza opiekun grupki dzieci w sierocińcu pod fabułę pod koniec szalonych lat 60. Nie- wezwaniem św. Franciszka. Jak później małym szokiem może być to, że w książ- się okaże, ksiądz przejdzie przez prawce prawie nie uświadczymy Glaekena dziwe piekło na Ziemi i stanie się kluczoi Rasaloma, nie odwiedzimy Rumunii, wą postacią w wojnie z Rasalomem. nie zajrzymy też do zrujnowanej Twierdzy. Powieść zaczyna się od katastrofy „Odrodzony” często zbiera u czytelnisamolotu. Zaraz potem poznajemy Jima ków gorsze recenzje niż „Twierdza”, co Stevensa, młodego, porywczego, od- jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe. danego swojej żonie Carol mężczyznę, Być może rozgoryczenia fani pierwszej a przy okazji adoptowanego sierotę części nie potrafili się oswoić ze zmianą i początkującego pisarza. Para stara się klimatu, moim zdaniem jednak różnoo dziecko, jednak bezskutecznie. Ich ży- rodność to właśnie zdecydowany plus cie zmienia się, kiedy Jim otrzymuje gi- sagi „The Adversary”. Na ostateczną gantyczny spadek po zmarłym w wyniku potyczkę z siłami zła przyjdzie jeszcze czas. Na razie bohaterowie dopiero wypadku lotniczego naukowcu. przygotowują się na nadejście AntychryJim nie jest zwykłym człowiekiem, a jego sta. Książka jest pełna niesamowitych egzystencja ma coś wspólnego z ekspe- scen, nie zawsze krwawych, ale oborymentami słynnego nieboszczyka. Oka- wiązkowo klimatycznych. Na pierwszy zuje się, że był on ojcem Jima. No, może plan wybija się wizyta Carol w kościele nie do końca… „Odrodzony” zahacza i jej spotkanie z przyjacielem rodziny o tematy związane z klonowaniem i ge- – właśnie ojcem Ryanem. Bywa naprawnetyką, co w momencie, kiedy powsta- dę elektryzująco! wała powieść (rok 1990), było tematem „Odrodzony” to powieść równie dobra modnym, ciekawym i zagadkowym. co „Twierdza”, jednak prawdziwe pazurki seria pokazuje dopiero przy trzecim

70


tomie. „Odwet” nieco mniej przypomina horror, chociaż klimatu grozy nie sposób mu odmówić. Bohaterem, który wysuwa się tu na pierwszy plan jest znany z „Odrodzonego” ojciec Ryan, jednak spora część akcji dzieje się w środowisku akademickim. Poznajemy Lisl Whitman, pracownika naukowego, genialną matematyczkę, cierpiącą na kompleksy z powodu nadwagi, jednak w głębi duszy bardzo dobrą i ciepłą osobę. Lisl przyjaźni się tylko z ogrodnikiem pracującym na kampusie, niejakim Willem Ryersonem, który okazuje się być właśnie ojcem Billem. Ale dlaczego zmienił on tożsamość i przed kim lub przed czym się ukrywa? Chociaż Will/Bill czuje coś do Lisl, ona jednak zaczyna zatracać się w kimś innym. Na przyjęciu międzywydziałowym kobieta poznaje eleganckiego, młodego, cholernie przystojnego doktoranta. Na pierwszy rzut oka pasują do siebie jak pięść do nosa, jednak Raf Losmara okazuje Lisl trochę uczucia. Zakompleksiona bohaterka myśli, że złapała Pana Boga za nogi, faktem jest, że złapała kogoś zupełnie przeciwnego… Na skutek kontaktów z Losmarą Lisl przechodzi psychiczną przemianę. Następuje proces degeneracji, który zamieni ją w bezwzględną, pozbawioną skrupułów kobietę. Będą ofiary. Fabule „Odwetu” bliżej do „Odrodzonego” niż „Twierdzy”. Próżno tu szukać epickich, wybuchowych starć ze złem, ale wszystkie wydarzenia powoli składają się w jedną całość, prowadzącą do prawdziwego… końca świata. Wilson bawi się swoimi postaciami, miesza wątki, a z każdym kolejnym tomem pozwala

swoim czytelnikom lepiej poznać bohaterów. Ojciec Ryan wyrasta na jedną z najlepszych, pełnokrwistych postaci fikcyjnych, jakie miałem okazję kiedykolwiek poznać na kartach powieści. Jest to bohater dramatyczny, bardzo silny, ale też przechodzący kryzys swojej wiary. No i pomimo paru grzechów na koncie, nadal cechuje się ogromną miłością i szacunkiem dla ludzi. Może właśnie dlatego jest kością w gardzieli Rasaloma. Nie możemy również zapomnieć o Glaekenie, który przewija się w tle drugiego i trzeciego tomu jako Gaston Veilleur, podstarzały facet, który po starciu w „Twierdzy” utracił swoją nieśmiertelność i siły witalne, starzejąc się teraz jak każdy inny. Pełni on rolę mentora, doradcy bohaterów, ale będzie miał jeszcze swoje pięć minut w „Świecie mroku”. No właśnie, „Świat mroku” to jedyna książka z serii, która została w Polsce wydana przez Amber w dwóch tomach. Chociaż ciężko ją teraz zdobyć, warto poświęcić trochę czasu na wyszukanie tej perełki. Oceniłem ją wprawdzie gorzej niż poprzednie części, głównie dlatego, że fabularnie nieco od nich, serwuje nam jednak coś, czego zabrakło wcześniej: PRAWDZIWY HORROR na ogromną skalę. Panie i Panowie, przed Wami Armagedon! Karmiony złem, krzywdami, wojnami, bólem, cierpieniem, rozkładem fizycznym i moralnym Rasalom powraca w pełni sił. Nie jest już dzieckiem jak w „Odrodzonym”, ani też młodzieńcem jak w „Odwecie”. O nie, to jego najsilniejsza forma, przewyższająca nawet tę

71


znaną z „Twierdzy”. Posiada ogromną moc – może sprawić, że nigdy już nie wzejdzie słońce. Pootwierał też na całym świecie ogromne dziury, z których każdej nocy wypełzają różne rodzaje potworów z apetytem na ludzkie mięso. Monstra mogą wprawdzie funkcjonować tylko w nocy, ale co z tego, skoro dzień staje się coraz krótszy… Wilsonowi w jakiś magiczny sposób udaje się w „Świecie mroku” połączyć wszystkie wątki z poprzednich części, na dodatek szew jest na tyle mocny, że cała opowieść nie rozpada się pod ciężarem logicznej analizy. Tutaj liczy się każdy szczegół. Drużyna, która ma stanąć do walki z Rasalomem jest już w komplecie i chociaż nadzieja gaśnie z każdą chwilą, to dzielni bohaterowie nie mają zamiaru się poddać. Pisarz wprowadza do „Świata mroku” kilka nowych postaci. No właśnie, tu zaczynają się schodki. W ostatnim tomie sagi występuje np. Jack Czyściciel, bohater powieści „The Tomb”, który nie został wydany w Polsce. Poznajemy też Alana Bulmera i Sylvię Nash, a także Wietnamczyka Ba. To trio pojawiło się w książce „Dotknięcie”, której omówienie celowo, chociaż wbrew zasadom chronologii zostawiłem na koniec. Kto nie zna angielskiego, albo „Dotknięcie” nie wpadło mu w ręce, będzie nieco zaskoczony posunięciem Wilsona. Ale nawet bez tej wiedzy tajemnej nie sposób się w tej doskonale poukładanej powieści pogubić. Rozmach – to słowo oddaje fabułę „Świata mroku” bardzo dobrze. Epickiej skali wydarzeń nie sposób książce odmówić. Działalność potęgi ciemności sięga tu zenitu, potwory pożerają ludzi

72

coraz brutalniej a na kartach książki wyczuwalna jest atmosfera beznadziei. Szkoda tylko, że ostateczna potyczka dobra ze złem jest dość sztampowa, banalna i patetyczna, ale cóż, doświadczenie pokazuje, że finał epickiej sagi musi po prostu taki być. Na koniec robimy sobie przeniesienie w czasie. „Dotknięcie” powstało w 1986 roku, pięć lat po „Twierdzy”, ale cztery lata przed „Odrodzonym”. Nie ma ona praktycznie nic wspólnego z głównym trzonem cyklu „The Adversary” i jak wspominałem wcześniej, jest bardziej spin-offem niż pełnoprawną częścią serii. W „Dotknięciu” poznamy losy doktora Alana Bulmera, który za sprawą tajemniczej siły zwanej Dat-tay-vao wchodzi w posiadanie uzdrowicielskiej mocy. Ponieważ Bulmer jest człowiekiem prawym, uczciwym i oddanym swoim pacjentom, natychmiast zaczyna wykorzystywać dar na korzyść chorych i umierających. Problem polega na tym, że każde cudowne uzdrowienie wywołuje w jego organizmie nieodwracalne zmiany zagrażające jego życiu. „Dotknięcie” to raczej medyczny thriller, który równie dobrze mógł wyjść spod pióra Robina Cooka. Historia Bulmera oparta jest na ciekawych założeniach, czasem zdarza się jej być nawet całkiem dramatyczną, na przykład w momencie, gdy na scenę wkracza mały Jeffy, autystyczny syn Sylvii Nash, w której nasz doktorek się bardzo mocno podkochuje. Jego uzdrowienie może zakończyć się śmiercią Alana, decyzja będzie więc bardzo trudna. Do tego na Bulmera ktoś rozpoczyna polowanie, by wykorzystać jego dar do własnych celów.


Niestety, ładunek emocji płynący z tej powieści jest zbyt mały, by wywołać w czytelnikach pożądane reakcje. Nie jest to historia ani wzruszająca, ani okraszona wielkim morałem, a kilka rozważań na temat lekarskiej etyki to zdecydowanie za mało, żeby mną wstrząsnąć. Mamy tu i dobro i zło, mamy moralne dylematy, bohaterowie są ludzcy i każdy z nich ma swój własny charakter i motywacje, a jednak czegoś w tym wszystkim mi zabrakło. Prawdopodobnie chodzi o to, że książka bywa po prostu nudna. „Dotknięcie” śmiało można uznać za osobną powieść, niezwiązaną za bardzo z cyklem. W „Świecie mroku” okaże się, że Dat-tay-vao jest jedną z części składowych, niezbędnych do pokonania Molasara, a Alan Bulmer, Sylvia Nash, mały Jeffy i Ba, wietnamski służący i ochroniarz rodziny odegrają w tej książce drugoplanowe role. Podobnie jak Jack Czyściciel i Kolabati, bohaterowie nieodżałowanego „The Tomb”. F. Paul Wilson romansował z medycznymi thrillerami, czego efektem są wydane u nas powieści „Wybrańcy Hipokratesa” czy „Implant”. Nie są one jednak tematem naszej dyskusji. Mogę jedynie dodać, że „Dotknięcie” to najgorsza z powieści zawartych w omawianym powyżej cyklu, chociaż również zjadliwa. Wilson powinien zajmować się horrorem, bo w tym jest prawdziwym mistrzem.

mywała się z całej serii, co znaczy, że wydawnictwo wolało promować książkę jako oddzielną historię. „The Tomb” do tej pory się u nas nie pojawił, nie wspominając już o całej serii „Repairman Jack”, który zapoczątkował. Mam szczerą nadzieję, że któreś z prężnie działających obecnie na horrorowym poletku wydawnictw powróci do tego klasyka, bo leży w nim ogromny potencjał. Opowiadania Wilsona od czasu do czasu pojawiają się w polskich antologiach (vide „11 cięć”, „15 blizn” czy „Jest legendą”) jednak o pełnoprawnych powieściach Amerykanina jak na razie możemy zapomnieć. Marzy mi się reedycja cyklu „The Adversary”, w pięknej szacie graficznej, a zaraz potem wydanie całej sagi o Jacku Czyścicielu. Jestem przekonany, że polscy fani horroru postaraliby się, żeby wydawca, który w F. Paula Wilsona zainwestował, nie żałował swojej decyzji. Obecnie „The Adversary” można znaleźć tylko na Allegro, a i o to wcale nie jest łatwo. To ogromna strata, ponieważ każdy fan książek z gatunku grozy powinien tę sagę znać. Najlepiej na pamięć.

Tak oto kończymy pierwszy odcinek „Zapomnianych ksiąg”. Jak widzicie, nie była to zwykła, standardowa recenzja grabarzowa, a raczej pogadanka o książkach, które każdy horroromaniak znać powinien. Jeśli macie jakieś uwagi, przemyślenia, zdjęcia lub po prostu życzenia odnośnie tego, co chcecie zobaczyć w przyszłości w tym dziaNa koniec pozostaje mi jeszcze wyra- le, to piszcie na pocztar@grabarz.net. zić ubolewanie nad faktem, że Amber swojego czasu odpuścił sobie Wilsona. Do przeczytania za miesiąc! „Dotknięcie” wyszło w zupełnie innym, większym formacie niż pozostałe części cyklu. Szata graficzna również wyła-

73


THE DEVIL INSIDE DEMONY USA 2012 Dystrybucja: UIP Reżyseria: William Brent Bell Obsada: Fernanda Andrade Simon Quarterman Evan Helmuth Suzan Crowley

X X X

Text: Piotr Pocztarek

X X

W Internecie można znaleźć sporo pozytywnych opinii o tym obrazie, a podsłuchane rozmowy po seansie utwierdzają mnie w przekonaniu, że widzowie nie ufają krytykom. Akurat w tym przypadku wyjdzie im to na dobre. W „Demonach” właściwie nie liczy się treść, a forma – więc miejcie to na uwadze, decydując się na seans. Fabuła jest bardzo prosta: młoda kobieta udaje się do Włoch, by poznać prawdę o swojej matce, która w trakcie przeprowadzanego na niej egzorcyzmu zabiła trzy osoby. Od tamtej pory nie znajduje się już w kręgu zainteresowań Watykanu, córka będzie więc musiała wziąć udział w tajnym, „nieautoryzowanym” rytuale,

w czym pomoże jej dwóch młodych, narwanych księży, wygłaszających okazjonalnie frazesy i banały o kondycji kościoła katolickiego. I to właściwie tyle. Jeśli zaś o formę chodzi, to jest ona jak najbardziej poprawna. Rwane ujęcia, trzęsąca się kamera, bardzo dobre efekty specjalne przy ukazaniu egzorcyzmów, do tego bardzo niepokojące sceny (chrzest i wydarzenia, które po nim następują) zapewniają napięcie aż do samego końca filmu. Opętanie nie przez

„Demony” to prawdziwy fenomen. Film został zmiażdżony przez krytykę (3,6/10 na IMDB i 18/100 na Metascorze), a mimo to zdołał zdobyć serca widzów, zarabiając 33 miliony dolarów w weekend otwarcia, a 53 do tej pory, kiedy rozprzestrzeniło się dobre słowo. Przy koszcie produkcji wynoszącym zaledwie milion daje to imponujący rezultat. Widać formuła „found footage” tudzież „archive footage” i tematyka egzorcyzmów nigdy się nie znudzą.

74


jednego, a cztery demony daje pole do popisu dla drobnych niuansów fabularnych i fajnych zwrotów akcji. Leżą natomiast dialogi, co bardzo psuje odbiór, no ale cóż, takie prawa konwencji – skoro „found footage”, to i dialogi „na odwal się”. Z drugiej strony – czy rozmawiając ze sobą na ulicy, używamy języka jak Szekspir?

widzowie parsknęli z niedowierzaniem. Było wprawdzie naturalne i logiczne, wynikało z przedstawionych wcześniej zdarzeń, ale mimo to podzieliło odbiorców na dwa wrogie obozy. Osobiście uważam, że było bardzo dobre. Bez zbędnego pie********.

Dołączam do licznego grona obrońców „Demonów” ponieważ jest to film po proJest jeszcze kwestia gwałtownie urwa- stu niezły. W żadnym razie nie doskonanego zakończenia, które sprawiło, że ły, w wielu momentach niedopracowany (można zobaczyć odbicie członków ekipy w szybie), ale poprawnie zrealizowany, a w paru momentach naprawdę bardzo efektowny. Wielbiciele tej konwencji i tematyki powinni być zachwyceni. Nie jest to może dzieło tak dobre jak „Ostatni egzorcyzm” czy „Rytuał”, ale na pewno nie zasługuje na falę pomyj, które wylewają na niego recenzenci.

75


------

Wydawca: Noir Sur Blanc 20ll Tłumaczenie: Maria Raczkiewicz-Śledziewska Ilość stron: 345

spodziewanie ktoś zaczyna „Zagadka ulicy Calabria” to trzecia grozić jego umiłowanej żonie opowieść o śledztwach inspektora i ukochanemu synkowi, któVictora Rosa. I ponownie fani literych pozostawił w rodzinnym ratury grozy nie powinni przejść Madrycie. Wiadomość, jaką obok niej obojętnie bo Jerónimo ktoś mu chce w ten sposób Tristante umiejętnie łączy tu kryprzekazać jest prosta: „Bierz minalną intrygę z wątkami nadnasię pan jak najszybciej z tej turalnymi. No a w każdym razie przeklętej Barcelony i wracajże sugeruje, że takowe wątki mogą pilnować najbliższych. Albo…” się pojawić – dzielny Ros będzie oczywiście próbował wyjaśnić wszystko w sposób racjonalny, ale wcale nie mamy Co różni tę przygodę Rosa od dwóch poprzednich? Przede wszystkim miejsce gwarancji, że mu się uda… akcji: ze świetnie sobie znanego MadryNo bo popatrzmy jakże piekielnie zawiązuje tu inspektor przenosi się tym razem na się akcja „Zagadki…”: oto pewien ogólnie obcy teren, a że mamy rok 1881, Ros zaś szanowany mieszkaniec Barcelony, don lubi sobie pospacerować po nieznanych Gerardo Borrás, znika w absolutnie niewy- uliczkach, czytelnik obserwuje tym satłumaczalnych okolicznościach, zupełnie mym rozkwit jednego z najpiękniejszych jakby za pomocą jakiejś diabelskiej sztuczki miast świata. Niespodzianką jest również zapadł się pod ziemię. Kiedy zaś powra- paniczna reakcja głównego bohatera na ca do swego domostwa na tytułowej ulicy groźbę uprowadzenia rodziny i następująCalabria, przejawia wszelakie symptomy ca po niej decyzja o porzuceniu śledztwa człeka opętanego: zdaje się jakby odszedł – do tej pory nie kazano mu stawać przed od zmysłów, panicznie lęka się symboli re- tak dramatycznymi wyborami. Wreszcie ligijnych, a do tego jego odzienie subtelnie – bardzo nietypowo poprowadzono drugą zalatuje siarką… Lokalne gazety natych- część powieści, w której na pierwszym plamiast wystosowują dramatyczne nagłówki nie pojawiają się zupełnie nowi bohaterotłumaczące, że nieszczęsny don Gerardo wie, a wiele scen sprawia raczej wrażenie ni mniej, ni więcej tylko powrócił z najgłęb- onirycznego żartu niż rozwinięcia właściszych czeluści piekła. Wówczas do Bar- wej fabuły. celony przybywa zasłużony w podobnych sprawach inspektor Ros, który stawia sobie Świetnie, że Tristante nie bał się zmienić za punkt honoru udowodnienie, iż wszyst- nieco schematu swojej popularnej serii, kie te prasowe rewelacje to bzdury. No ale można się jednak zastanawiać na ile udały fakty pozostają faktami: ofiara wciąż od- mu się wszystkie początkowe założenia chodzi od zmysłów, dostaje szału na widok – bo nietypowy podział powieści, choć krzyża i wszyscy świadkowie się zgadzają, intrygujący, wcale nie prowadzi do jakichś że po powrocie w domowe progi było odeń potężnych zaskoczeń. Ale niezależnie od czuć siarkę. Ros się zamyśla, zakasuje umiarkowanie udanego finału, naprawdę rękawy, robi zasępioną minę i przystępuje miło spędzić parę wieczorów w XIX-wieczdo intensywnego dedukowania. Idzie mu nej Barcelonie. Kto by się przejmował, że nieźle, ale sytuacja się zmienia kiedy nie- w towarzystwie zbrodniarzy i zboczeńców?

Text: Bartłomiej Paszylk

JERÓNIMO TRISTANTE - Zagadka ulicy Calabria (El enigma de la calle Calabria) -------------------------------- Ocena: 4/6

77


Polscy tłumacze dawno oszaleli na punkcie słowa „śmierć”. Dzięki nim mamy, obok „filmów z piekła“, dziesiątki „filmów śmierci“, jak np.: „Roboty śmierci“, „Powiew śmierci“, „40 ton śmierci“, „Telegram śmierci“ no i naszą „Śmierć w miękkim futerku“. Dziękujemy!

Na dzisiejszy seans przygotowałem coś specjalnego. Interesującego przedstawiciela gatunku animal attack, film pod uroczym polskim tytułem „Śmierć w miękkim futerku“

Zastanawialiście się kiedyś skąd biorą się te kuriozalne tłumaczenia? Znakomitym przykładem nieograniczonej fantazji jest będący tematem tego numeru „Phantasm“ – czyli vhs-owe „Mordercze kuleczki“. WTF!? Tłumacze filmowi muszą mieć dostęp do naprawdę dobrych prochów, dużo lepszych niż politycy. Przejdźmy jednak do filmu. Jak już wspomniałem we wstępie, jest on przedstawicielem animal attack – gatunku zacnego i zasłużonego dla horroru. Traktuje on, jak sama nazwa wskazuje, o zwierzętach atakujących

ludzi, lub, jak kto woli, ludziach broniących się przed zwierzętami. Pojawiają się tu prawdziwi drapieżcy – krokodyle, rekiny, niedźwiedzie itd. Swoje miejsce mają tu także mniejsze zwierzaki - węże, psy, szczury... Najmniejsi, co nie znaczy najmniej groźni oprawcy to przykładowo żaby, ślimaki, aż do owadów – pszczoły, mrówki, pająki czy kleszcze. Gatunek na przestrzeni lat został straszliwie wyeksploatowany. Atakowało nas już chyba wszystko i wszędzie. Twórcom jednak nigdy dość. Dziś zmierzymy się z… kotem. Tak, kotem. Ale nie takim zwykłym. Kot to słod-

78


4/6

reż.: Greydon Clark wyst.: Toni Hudson, Eric Larson, Alex Cord, George Kennedy, Clu Gulager, Clare Carey, Rob Estes, Shari Shattuck

kie stworzonko. Tuż obok psa największy ulubieniec człowieka. Czy może być groźny? Oczywiście! Jeśli mamy do czynienia ze wściekłym kotem lub... kotem mutantem. A dokładniej: kotem mutantem zamieszkującym wewnątrz normalnego dachowca. Brzmi okrutnie? Nasz kocur jest zwierzęciem laboratoryjnym. W wyniku eksperymentów dochodzi do dziwacznej mutacji. Efektem czego w jego wnętrzu rozpoczyna egzystencję, powiedzmy, jego „zły brat bliźniak“, który ochrony przed, jak przypuszczają, napaod czasu do czasu opuszcza swojego lonym właścicielem jachtu. Rozsądnie, nieprawdaż? Wypływają. Kocur nie każe żywiciela by pozabijać ludzi dookoła. długo na siebie czekać, już pierwszej Nasz bohater ucieka (oczywiście, siejąc nocy rozpoczyna polowanie. niemałe spustoszenie) z laboratorium. Błąkające się po ulicach zwierzę zostaje Jak widzicie, fabuła nie należy do tych przygarnięte przez dwie młode dziew- skomplikowanych. Smaczku całości doczyny, Suzanne i Bobbie. Udają się one daje fakt, że kocie wydzieliny są toksyczw rejs na Karaiby w towarzystwie milio- ne. W ten oto sprytny sposób scenarzynera Waltera Grahama (jak się później sta, przy pomocy kota, pozbawia załogę jeszcze okazuje – także gangstera), zapasów pożywienia. Teraz nie dość, którego poznały dosłownie chwilę wcze- że nieszczęśnicy zostali sterroryzowani śniej w hotelu. Ku niezadowoleniu go- przez piekielnego mutanta, to także na spodarza zabierają ze sobą wspomnia- otwartym oceanie zaczynają przymierać nego kocura i grupę równie niedawno głodem. Czy ktoś wyjdzie z tego cało? poznanych chłopaków do potencjalnej Jest to produkcja „prosto na vhs“ – czyli taka, która była tworzona tylko z myślą o rynku wideo, z pominięciem kin. Twórcy dysponowali, jak nie trudno się domyślić, bardzo małym budżetem. Na szczęście pieniędzy starczyło na stworzenie kilku pięknych kocich kukiełek, które bawią widza przez cały seans. Kot-mutant to nerwowo potrząsana, nijak nie animowana lalka – dosłownie jak jakiś rozjechany futrzak nabity na patyk.

Text: Wojciech Jan Pawlik

UNINVITED (USA 1988)

79


Natomiast sceny „wyrzygiwania“ mutan- wykonanie, „Śmierć w miękkim futerku“ ta na światło dzienne są bezcenne. Nie to kawał niezłego i wyjątkowo rozrywda się ich opisać . kowego kina klasy B. Film z pewnością Was nie przestraszy, prędzej rozbawi Obsada, podobnie jak sam reżyser, do łez. Ale mimo obecności słodkiego Greydon Clark, są szerszemu widzowi futrzaka nie jest to dobry film, do ogląpraktycznie nieznani. Jedyną rozpozna- dania z dziewczyną na randce. Sprawwalną twarzą jest popularny aktor kina dzi się jednak idealnie w trakcie piwnego klasy B, George Kennedy. wieczoru ze znajomymi. A po seansie oczywiście nie zapomnijcie przewinąć Wbrew temu jak niedorzeczny wydaje kasety. się być sam pomysł i jak tanie jest jego

80


-------------------------------------- Ocena: 6/6 Wydawca: Replika 20ll Tłumaczenie: Michał Madaliński Ilość stron: 288

William Peter Blatty to człowiek, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Autor kultowego „Egzorcysty” i reżyser „Egzorcysty III” powraca z nową powieścią, jak sam twierdzi – bardzo osobistą i najważniejszą w jego karierze.

„Dimiter” to powieść bardzo smutna. Każda z postaci, nawet tych drugoplanowych ma za sobą bardzo smutną historię: utraconej miłości, wypadku, tragedii w rodzinie. Ich ból wylewa się z kart powieści, oddziałując na czytelnika, wywołując emocję i zmuszając do zastanowienia się nad swoim życiem. To niesamowite, że autor potrafił połączyć tak różnorodne wątki jak mistycyzm, religia, poszukiwanie sensu życia i cierpienia czy poczynania reżimu w jedną, logiczną całość. Tytułowy agent Dimiter wcale nie jest jedynym bohaterem – ważną rolę pełnią tu również doktor Mayo i jego przyjaciel, sierżant Meral. To oni, prowadząc półprywatne śledztwo, będą starali się wyjaśnić tajemniczą historię agenta. Nie wszyscy przeżyją tę przygodę.

Text: Piotr Pocztarek

WILLIAM PETER BLATTY - Dimiter (Dimiter)

Mamy tu do czynienia z „thrillerem duchowym”, a przynajmniej tak promowana jest powieść „Dimiter”. Akcja osadzona jest w 1973 roku w Albanii i rok później w Jerozolimie. Blatty snuje historię tajnego agenta wyspecjalizowanego w skrytobójstwach na zlecenie. Kiedy poznajemy go na samym początku książki, wydaje się niemal nadczłowiekiem. Nie czuje bólu, potrafi wpłynąć na otaczających go ludzi w taki sposób, by ci myśleli że rozmawiają z kimś innym, na dodatek z łatwością żongluje swoimi przybranymi tożsamościami. Jednocześnie, bohatera otacza prawie że boska moc, mistyczna „Dimiter” to powieść życia Williama Petera aura, która ma coś wspólnego z jego doBlatty’ego. Chociaż powstawała ona laświadczeniami z pewnej misji. tami, zawsze niknęła w cieniu kultowego Trudno opisać szczegółowo fabułę „Dimite- „Egzorcysty”. Być może na wciągnięcie ra” ponieważ książka posplatana jest z nie- go na piedestał trzeba będzie jeszcze pochronologicznie przedstawionych wątków czekać. Jest szansa, że za kilka lat dziepokazanych z perspektyw kilku różnych ło to obrośnie legendą, a ludzie którzy osób. Blatty myli tropy, stopniowo ujawnia się z nim zetkną, będą polecać je innym. nowe, szokujące fakty, aby pod koniec A warto, naprawdę, bo obcowanie z histozgrabnie spleść wszystko w jedną całość. rią tajemniczego agenta i z innymi bohatePowtarzając za dziennikarzem „BookRe- rami poszukującymi prawdy objawionej, to porter.com”: powieść warto przeczytać wię- przeżycie niemalże mistyczne. Na pewno cej niż raz. Po pierwsze – łatwiej będzie zro- nie spodoba się każdemu – trzeba jej dać zumieć całą historię i docenić zorientowanie coś od siebie. Cierpliwość, otwarty umysł autora na szczegóły. Po drugie – będziemy i wnikliwą obserwację misternie utkanej mogli się skupić na stylu autora, który jest sieci dialogów i opisów. To książka dla ludzi wręcz FENOMENALNY. Kunszt, z jakim inteligentnych i wrażliwych, ale też zmęBlatty buduje zdania i opisy, a także dialogi, czonych i doświadczonych. Mała perełka, cechuje się poziomem nieosiągalnym dla obok której nie można przejść obojętnie. większości współczesnych pisarzy.

81


POULTRYGEIST POULTRYGEIST: NIGHT OF THE CHICKEN DEAD USA 2006 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Lloyd Kaufman Obsada: Daniel Bova Gabriel Friedman Joshua Olatunde Kate Graham

Text: Joanna Konik

X X X X X

sprawą nadnaturalnej siły, duchy Indian wstępują w martwe kurczaki oraz w ludzi, którzy spożyli mięso. W ten sposób kurczęce zombie zaczynają polować na istoty ludzkie.

„Poultrygeist” wydaje się być jednym z najznakomitszych dzieł Lloyda Kaufmana. Po raz kolejny w jego wyśmienitym obrazie widzimy postać chłopaka z mopem, któremu przyszło ocalić świat od zagłady. Arbie jest na tyle dobry i zarazem pokrzywdzony przez los, że widz od razu zaczyna go darzyć sympatią. Co więcej, skonfrontowanie jego postaci ze swoistym echem z przyszłości, czyli „ArHistoria życia bohaterów jest prozaicz- biem za kilkanaście lat” (zagranym przez na. Związek Wendy i Arbie’ego rozpa- samego Lloyda Kaufmana), sprawia, da się. Dziewczyna postanawia zostać lesbijką. Młody chłopak zatrudnia się natomiast w restauracji serwującej dania z kurczaków o szumnej nazwie American Chicken Bunker. Dziwnym zbiegiem okoliczności obiekt zbudowany jest na starym indiańskim cmentarzu oraz na składowisku toksycznych odpadów. Mieszkańcy miasta oczywiście protestują przeciwko temu procederowi , niestety bezskutecznie. Pewnego dnia, za W związku z tym kolejne próby eksplorowania tematu wydają się dobrą zabawą wyłącznie dla fanów tej właśnie grupy stworzeń. Tymczasem Lloyd Kaufman serwuje widzom śpiewające zombie-kurczaki. Tajemne stwory, jak przystało na wyborną produkcję Tromy, zaburzają spokojne życie najpiękniejszego miasta na ziemi jakim jest Tromaville.

Można by pomyśleć, że o zombie powiedziano już praktycznie wszystko. Przeciągnięto je przez większość krajów świata i nakreślono ich sylwetki w znacznej ilości epok historycznych.

82


NIGHT OF THE CHICKEN DEAD

że każdy widz może zobaczyć cząstkę siebie w wystawionym do wiatru i wykorzystywanym w pracy chłopaku. Swoiste zerwanie z gloryfikowaniem superbohaterów, którzy od momentu poczęcia są piękni, zdolni i wybrani przez los, jest dobrze sprawdzającym się zabiegiem w kaufmanowskich filmach. Znane i lubiane motywy z filmów grozy piętrzą się tu w nieskończoność. Ręce zmarłych wynurzające się z ziemi, nowe życie wychodzące z ludzkiego dawcy czy wreszcie człowiek zmielony przez ogromną maszynkę do mięsa – plus jeszcze wiele innych, równie radosnych scen, których nie sposób wymienić. Wszystko to połączone w odpowiedni sposób z podobnie wyrafinowaną dawką humoru oraz idealnie wprowadzonymi piosenkami śpiewanymi przez bohaterów stanowi doskonałą ucztę filmową dla wszystkich tych, którzy cenią sobie w kinie szybkie i zaskakujące zwroty akcji,

niebanalnych bohaterów, odrobinę erotyki, dobro, które zawsze zwycięża, czy w końcu długo wyczekiwany happy end. Połączenie horroru, komedii i musicalu ozdobione postaciami zombie-kurczaków zdecydowanie spełni oczekiwania każdego fana Tromy. Natomiast co do przyszłych fanów lub zdecydowanych przeciwników tromiańskich produkcji, można powiedzieć, że po zapoznaniu się z tym dziełem będą oni pewni swych uczuć co do wyżej wymienionej wytwórni.

83


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Dominika Gołembka Przypadek Corneliusa V. 12.VIII.2xxx Nazywam się Cornelius Vane i postanowiłem prowadzić ten dziennik w razie gdyby kogoś obchodziło kim byłem, co robiłem i co się ze mną stało. W tej chwili mam dwadzieścia pięć lat. Dopiero co skończyłem studia i szukam pracy. W sumie... Mam pracę. Ale nie taką, z której odprowadza się podatek. Właściwie to nie dostaję za nią nawet wynagrodzenia, bo traktowane jest to jako „służba dla kraju”, czy coś w tym rodzaju. Odziedziczyłem fuchę po ojcu... No dobrze, może nie całkiem. Mój ojciec był kimś więcej. Mój ojciec był BOHATEREM. Ja? Ja jestem tylko zwykłym operacyjnym. Drogi czytelniku, zapewne zapytasz o co chodzi? Cóż... Powiedzmy, że demony istnieją, tak samo jak Piekło, i ktoś musi z tym wszystkim walczyć kiedy Bóg ma nas w dupie. Ja, jako operacyjny, jestem od brudnej roboty. Powybijam potworki i utoruję drogę dla strażnika... A strażnik zamknie bramę, przez którą to całe plugastwo przedarło się do naszego świata. Ach, no i zgarnie oklaski. Brzmi jak dziecinna zabawa, nieprawdaż? Mój ojciec był strażnikiem. Wychował mnie na dobrego operacyjnego ciężkimi treningami. Zginął na służbie... Rok temu... Nienawidzę demonów. Tych prawdziwych. To, z czym walczę to nie są demony, to tylko miniony, dusze grzeszników wcielone do armii piekielnej. Te prawdziwe demony rzadko się pojawiają, nie zniżają się do tego, by walczyć ze śmiertelnikami... Zazwyczaj. Rok temu było inaczej...

84


[ Dominika Gołembka - Przypadek Corneliusa V. ]

Nie chcę jednak o tym mówić. Nie chcę pamiętać. Dlatego o tym tutaj nie napiszę... *** 2.IX.2xxx Udało mi się znaleźć pracę w szkole, teraz jestem „operacyjnym w stanie uśpienia”. Ładna nazwa, piękna nazwa, idealnie oddaje mój stan ducha na chwilę obecną. Może wszystko się ułoży? Mam już dość ogni piekielnych na jakiś czas. Chociaż, z drugiej strony... Dzieci są trochę jak miniony. Krzyczą, są wredne i ciężko je spacyfikować. Słuchają tej swojej wrzaskliwej, mainstreamowej muzyki, która jest dosłownie wszędzie. I już nią rzyyygam. Wszystko zostało już zjebane, bo na wszystkim położyła pazury komercja. To jakiś koszmar. Cóż. Mam jednak nadzieję, że wszystko się jednak ułoży. *** 5.IX.2xxx Ja pierdolę, wiedziałem, że nic się nie ułoży. Jest tu ktoś. Ktoś z dawnych czasów. Dlaczego musiał się pojawić akurat TERAZ, kiedy usiłuję wyprostować sobie życie? A.L., osoba, która przypomina mi o wszystkich moich błędach i porażkach. Znaliśmy się z liceum, został nauczycielem historii. Cholerny flegmatyk, skarpety zawsze do pary, krawat perfekcyjnie zawiązany, okulary wyczyszczone. Taa, okulary... Zawsze ciemne. Jest albinosem, razi go światło. Pierdolony wampir. Oczywiście, że musiał pojawić się akurat TERAZ. TU. W TYM MIEJSCU. Zawsze znajdzie sobie sposób by uprzykrzyć mi życie, nawet nieświadomie. Bo on istnieje tylko po to, by mnie niszczyć. Jestem pewien, że wytnie mi jakiś numer, a moje przeczucia zazwyczaj się sprawdzają. To chyba taki dar, bo – wiecie – „mój ojciec był specjalny”. Ja też jestem specjalny, zawsze byłem. I będę. Zostanę tym cholernym strażnikiem.

85


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

*** 21.IX.2xxx Nie jest źle. Jakoś żyję. Nawet uczniowie nie są tacy straszni jak myślałem. Ba. Nawet się z nimi dogaduję. Co prawda, minął dopiero miesiąc, ale... Nie jest źle. Słyszałem jakieś wieści, że niedługo w moim rejonie ma się otworzyć brama i zrobi się nieprzyjemnie. Ale to dobrze, idealnie wręcz. Tym razem zostanie wyłoniony nowy strażnik. Mam nadzieję, że to będę ja. To MUSZĘ być ja. MUSZĘ. BYĆ. JA. *** 12.X.2xxx Minęło już trochę czasu od mojej ostatniej notki... Piszę to ze szpitala. Rękę mam na temblaku, a na głowie wielce stylowe bandaże. Jak w kreskówkach. W kreskówkach bandaże na głowie leczą wszystko. Masz raka? Obwiąż se głowę i, alleluja, jesteś uzdrowiony, bracie. Ech. Czasem żałuję, że życie to nie Cartoon Network. Przejdźmy jednak do sedna. Wylądowałem tutaj, ponieważ brama jednak została otwarta w moim rejonie. Nawet w szkole, w której pracuję. Nawet na lekcji. Oczywiście wtedy kiedy się jej zupełnie, kurwa, nie spodziewałem. Miniony wymordowały uczniów, a ja wymordowałem uczniów przemieniających się w miniony. Przeżyłem tylko ja, A.L. i pewna dziewczyna obeznana w okultyzmie. Dotarliśmy jakoś do bramy. A.L. uciekł gdzieś umysłem... I w sumie nic dziwnego. Wyobraź sobie basen wypełniony gnijącymi zwłokami osób, które lubiłeś i czerwony owal unoszący się nad stosem ciał. I ten owal to nie brama, jeszcze nie. Bo zamykanie bramy jest o wiele bardziej skomplikowane niż myślisz, drogi czytelniku.

86


[ Dominika Gołembka - Przypadek Corneliusa V. ]

Fruwająca czerwień to tylko zmyłka. Ładnie wygląda, wabi, ale zakrywa tę właściwą bramę. W portal trzeba sięgnąć umysłem, niemal dosłownie. Trzeba na niego spojrzeć, myśleć o nim intensywnie, pragnąć go. Niemal erotycznie. To całkiem fajne uczucie. Potem bierzesz głęboki wdech, zamykasz oczy, a kiedy je otwierasz... Jesteś już w zupełnie innym miejscu. O wiele piękniejszym. Ma wrażliwa dusza wielce uradowała się na widok gwiazd i mgławic. Potem jednak ujrzałem bramę właściwą. Wielkie to bydlę, z gębą paskudną... Powiedziałem „gębą”? Tak, bramy mają twarz. Pogódź się z tym, czytelniku. Oczy, usta, zęby... Nosa im brakuje zazwyczaj, ale po co im nos? (W ogóle, po co istnieje nos, same z nim problemy tylko...) Mało tego, one mówią. Paplają wręcz bez przerwy. Temat ich monologów zależy od charakteru demona-otwieracza. (O bogowie, wyobraziłem sobie demoniczny otwieracz do puszek... To chyba tylko świadczy o poziomie mojego poczucia humoru.) Dobra, to nieważne. Ważne jest to, że moja brama bełkotała niezrozumiale. Nic nie mogłem zrozumieć, kompletnie. Jak mam stworzyć klucz bez żadnych wskazówek? Cóż... Nie byłem strażnikiem. Nie jestem nim. Co za dół. Mimo wszystko zaryzykowałem i spróbowałem utworzyć jakiś klucz, bazując na wyglądzie bramy. Z dzikim okrzykiem wsadziłem jej go w zęby, pamiętam nawet co się darłem. „Żryj to, szmato!!!”... (Och, ale ja jestem niedojrzały, wstyyyd...) Ależ wielkie było moje zdziwienie, kiedy nagle pochłonęła mnie ciemność, która dość brutalnie zgwałciła mój mózg. Bardzo brutalnie... Gdyby mój mózg miał dupę, to by go pewnie strasznie bolała. Ocknąłem się nagle na podłodze, nade mną pochylał się zaryczany A.L. i jakoś tak... Nie wiem, dziwnie było. Kiedy go zobaczyłem, moją pierwszą myślą było „Boże, jaki żal”, drugą „Boże, co się stało?”. Wtedy poczułem w ustach smak krwi i nadeszła trzecia myśl: „O KURWA!”. Tak, caps-lockiem... Myślenie capsem jest wielce zabawne, zwłaszcza kiedy twój organ właśnie za myślenie odpowiadający wycieka ci nosem i ustami. Cóż, chciałem powtórzyć moje rendez-vous z bramą, ale A.L. heroicznie mnie powstrzymał. Tak heroicznie, że cały się zapłakał, zasmarkał i zajęczał. „Nieeee, nieee, Corne-

87


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

liuuus! Nie chcę byś umaaarł, kto mnie uratuuuje?!”. Bohater... Potem stwierdził, że sam zamknie bramę. A ja stwierdziłem, że chyba go pojebało! Dopuściłem go jednak do tego, bo zaczęły się pojawiać miniony zwabione moją porażką. Cóż, panu A.L. mogło co najwyżej mózg rozjebać, jego strata. Ale nie... Skądże... A.L. istnieje tylko po to, by rujnować mi życie. Dupek okazał się wybranym strażnikiem. Kiedy on stał i pocił się przy portalu, ja walczyłem z tymi piekielnymi pomiotami, które do tego łoiły mi dupę równo. Nie miałem już siły. Nagle, jeden wgryzł mi się w rękę i ją złamał, drugi użarł w bok. Bolało jak diabli, nadal boli. Straciłem przytomność i obudziłem się dopiero tutaj. Co dziwne, po ranie na boku nie było już ani śladu. Ot, ciekawostka, powinienem był umrzeć. Może jednak istnieje jakiś bóg, który postanowił uratować życie swojego jakże wiernego sługi? (Haha, dobry kawał, nie?...) Jestem zmęczony... *** 18.X.2xxx Chcą mnie przywrócić do służby. Heh. To by było na tyle, jeśli chodzi o „stan uśpienia”. Jakby to powiedziała babka od chemii, jestem teraz w stanie wzbudzonym, ohoho... Jakie to przewybornie suche. Cóż, mam zacząć jak tylko zagoi mi się łapa. Ale nie piszę tej notki po to, by pochwalić się powrotem to cudownej i chwalebnej służby temu krajowi... Od czasu mojego epickiego faila w zabawie w strażnika, mam wrażenie, że do mojej głowy wprowadził się jakiś upierdliwy lokator. Nachodzą mnie dziwne myśli. Takie zupełnie... No... Nie moje. Ojciec kiedyś ostrzegał mnie, że jak jakiś folwarczny kmieć, któremu ubzdura się, że jest strażnikiem spróbuje otworzyć bramę, to może zacząć przemieniać się w miniona, albo...

88


[ Dominika Gołembka - Przypadek Corneliusa V. ]

Użyczyć swojego ciała demonowi... Mam nadzieję, że to tylko, nie wiem, stołówkowe żarcie, albo po prostu moja chora wyobraźnia. Nie chcę stać się potworem. Wystarczy, że jestem sobą. *** 20.IV.2xxx Znów sporo czasu minęło od mojej ostatniej notki. O ile dobrze liczę, to jakieś pół roku? Taaak, pół roku. Mieliśmy wiele przygód, wyciskano ze mnie siódme poty, trenowałem z A.L., nawet zaliczyliśmy kilka wspólnych misji. Przełożeni jednak zauważyli, że w pewnym momencie trochę podejrzanie podchodzę do niego z nożem. Uśmiechnięty od ucha do ucha. Przystawiając mu ostrze do gardła. Zamknęli mnie tutaj, ale przynajmniej zostawili komputer. … Co się ze mną dzieje? Wcale nie chciałem tego zrobić. Nie jestem taki. Nie zabiłbym A.L., nieważne co o nim sądzę. Wiem, wyolbrzymiam wiele rzeczy, ale ja go wcale nie nienawidzę. Nawet gdybym go nienawidził, to nigdy nie życzyłem nikomu śmierci... Czy jednak staję się demonem? Ostatnio musiałem trzasnąć się w twarz, żeby odegnać myśli o morderstwie. Wciąż czuję gniew. Zupełnie bez powodu. Prześladują mnie okropne wizje. Coraz gorsze. Idąc ulicę widzę krew spływającą z drutów wysokiego napięcia. Drzewa obwieszone martwymi płodami, jak w tych niesmacznych kawałach. Psychiatrzy załamują nade mną ręce, przepisują coraz to nowsze leki. Ale one nie pomagają. Tylko pogarszają sytuację. Chyba trzeba mi już tylko egzorcysty, hahaha... … Pomocy. Pewnie kiedy przeczytasz ten wpis, drogi czytelniku, będę spoczywał już raczej sześć stóp pod ziemią... Ale...

89


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Błagam, niech mi ktoś pomoże. *** ?.??.???? zmienili mi znowu leki jeszcze nigdy nie czułem się tak źle ledwo się ruszam boli mnie głowa bardzo mam wrażenie że cienie są pełne oczu malutkich czerwonych oczu one stale mnie obserwują widzą mój grzech ojcze tak bardzo zgrzeszyłem proszę wybacz mi wybacz wybacz mi błagam *** ???, środa Już lepiej się czuję, naprawdę. Każdy musi przeżyć kiedyś jakąś psychozę, prawda? Prawda? Wypuśćcie mnie stąd. Niech mnie ktoś stąd wyrwie już. Ta szpitalna piżama gryzie. Ma straszny kolor. Te ściany też są jakieś rzygliwe. Chcę stąd wyjść. Już mi lepiej. Naprawdę mi lepiej. Boże jak tu ciemno. I te kolory. Są obrzydliwe. Wypuście mnie stąd, chcę stąd wyjść. TERAZ. TERAZ

90


[ Dominika Gołembka - Przypadek Corneliusa V. ]

TERAZ TERAZ *** LIPIEC?SIERPIEŃ?CIERPIEŃ? Straciłem rękę. Sam ją sobie odciąłem, piłą do metalu, w zlewie. Ten skurwiel mi ją zabrał. Odebrał mi kontrolę. Nad moją własną ręką. Nie miałem niestety piły mechanicznej by móc ją zastąpić, heheh... Popierdoliło mnie. Bo to coś, cokolwiek to jest, anioł, demon, jeden pies, przejmuje nade mną kontrolę. Śpię z pistoletem pod poduszką. Parę razy już wsadzałem lufę do ust, oblizywałem ją. To szalenie niehigieniczne. I smakuje smarem. Ohyda. Będę musiał umrzeć... Boże, tak bardzo nie chcę... A.L., jeśli kiedykolwiek to przeczytasz, chciałbym cię przeprosić. Jesteś dobrym człowiekiem, mimo wszystko. Żałuję, że nie może być między nami jak kiedyś. Że już nigdy nie będzie tak fajnie jak byliśmy młodzi. Jestem największym kretynem w całym uniwersum. Pisanie lewą ręką jest do dupy. *** 8768576.3452544067.1234647 to chce zabijać już dłużej nie wytrzymam to koniec koniec ze mną nie mogę już dłużej przepraszam was wszystkich tak bardzo przepraszam NIE POWSTRZYMASZ MNIE IDIOTO NIGDY JA JUŻ JESTEM TOBĄ

91


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

pierdol się ZABIJĘ WSZYSTKICH TWOJĄ RODZINĘ TWOICH PRZYJACIÓŁ TWOJEGO PSA pierdol się ty piekielny pomiocie WIEM ŻE TEGO PRAGNIESZ NIENAWIDZISZ ICH WSZYSTKICH stul kurwa pysk to koniec

***

12.IX.2xxx, sobota Tutaj A.L. Nie mam zamiaru wyjawiać swojego imienia. Cornelius nie żyje, zabiłem go. W sumie... To nie był już Cornelius. Sądząc po ostatnich wpisach, to nie był on już od dłuższego czasu. To coś, co przejęło nad nim kontrolę wybiło połowę naszego oddziału. Dopiero mnie udało się go spacyfikować. Piszę, bo Cornelius chciał byś wiedział co się z nim stało, „drogi czytelniku”. Zamknij ten dziennik. Odejdź, zaparz sobie herbaty, czy cokolwiek... Historia skończona. A.L.

GRABARZ POLSKI Grabarz Polski #36 Korekta: Wojciech Lulek Grafika, skład, łamanie: Wojciech Jan Pawlik Reklama, Patronaty i Współpraca: Bartek@grabarz.net | Wojtek@grabarz.net

Chcesz współtworzyć Grabarza? Napisz do nas! www.Grabarz.net | www.Facebook.com/GrabarzPolski

Grabarz Polski - Nr 36  

3 kwietnia 2012

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you