Page 1

32

#

MILLENNIUM SERIA STRACHY 2.0 CZĘŚĆ 3 HIERONIM BOSCH - OBRAZY GROZYCZĘŚĆ 4 WYWIAD: KAZIMIERZ KYRCZ JR & DAWID KAIN FILMY: 13, Melancholia, Oddział, Oszukać przeznaczenie 5, Polowanie na czarownice KSIĄŻKI: 11 cięć, Bajki pisane krwią, Bezduszna, Bizarro dla początkujących, Czarna bezgwiezdna noc, Czerwone gardło, Córka kata, Druga diagnoza, Jedyne dziecko, Król mieczy, Las zębów i rąk, Lot nocnych jastrzębi, Mały złoty pierścionek, Na emeryturze, Niegodziwcy, Nie ufaj nikomu, Ostatnie rozliczenie, Poszarpane granie, Sanctus, Siła perswazji, Szósta era, Ulica Wiązów 5150, Zimna stal Komiks: Konstrukt 1 & 2 BARTOSZ RYSZOWSKI „KURS PÓŁNOCNY” (OPOWIADANIE)


---------------------------------------- Ocena: 3/6 Wydawca: Albatros 20ll Tłumaczenie: Jerzy Żebrowski Ilość stron: 4l5

Ceniony lekarz ulega wypadkowi samochodowemu. Spośród czwórki jego dzieci jedynie najmłodsza córka jest zainteresowana podtrzymaniem go przy życiu, reszta raczej wolałaby podzielić się spadkiem. Jednocześnie w szpitalu, w którym pracowała ofiara kolizji ginie bogaty pacjent, zaś rekinowi finansowemu reprezentant bliżej nieokreślonej grupy składa propozycję nie do odrzucenia: może pozbyć się konkurentki w zamian za sowite wynagrodzenie. Co łączy sprawę kolizji drogowej i lekarskiego błędu w sztuce? Czy wypadek samochodowy cenionego lekarza był istotnie wypadkiem, nie zamachem? Dlaczego niektóre akta pacjentów trzymane są oddzielnie? To pytania, na które musi odpowiedzieć sobie córka lekarza, jeśli chce nie tylko utrzymać ojca przy życiu, ale też sama uniknąć jego losu. Recepta Palmera na thriller medyczny zdaje się tak prosta, że niemożliwa byłaby jej chybiona realizacja: wystarczy osadzić zgrabną intrygę kryminalną w środowisku high life, inspirowanym „Modą na sukces”, wprowadzić wątek romansowy (wraz z obowiązkową sceną erotyczną), dorzucić kilka mylnych tropów i pozostać poprawnym politycznie. Niestety, w „Drugiej diagnozie” metoda ta się nie sprawdza: postacie nie mówią, lecz przemawiają, wygłaszając pompatyczne tyrady, kilkukrotne podkreślenie homoseksualizmu siostry protagonistki bardziej nuży, niż dodaje pikanterii opowieści, zaś szczegółowe opisy modnych strojów, w jakie odziewają się bohaterowie utworu pozostają nieuzasadnione ani wyzna-

czaniem tempa lektury, ani kontekstem środowiskowym. W istocie, przy drobnych korektach akcji, można byłoby przenieść fabułę z realiów szpitalno-medycznych w dowolne inne (choćby wspomniane środowisko projektantów mody z tasiemcowego serialu). Tym bardziej, iż Palmer nie wykorzystał możliwości tkwiących w ukazaniu egzotyki opisywanego środowiska: akcent medyczny zostaje sprowadzony do użycia kilku(nastu) mniej lub bardziej znanych terminów lekarskich i szczegółowego opisu reakcji alergicznej jednego z pacjentów; jej naturalizm może wprawdzie zachwycać podczas pierwszej lektury szczegółowością opisu, jednak czytelnik rychło dochodzi do wniosku, że sposób, w jaki ją przybliżono nie oddaje ani gwałtowności charakteru tego, co przeżywa bohater, ani nie jest wystarczająco plastyczny, by wyobrazić sobie ową reakcję organizmu. Im dalej zaś, tym gorzej – dreszczowiec przeistacza się w romans spod znaku „Harlequina”, z nieuniknionym szczęśliwym zakończeniem zarówno perypetii kryminalnych, jak i romansowych głównej bohaterki. Niczym w konwencjonalnej baśni dobrzy zostają nagrodzeni, źli ukazani, zaś czytelnik pozostaje z przeświadczeniem, że istnieje wyższa sprawiedliwość i może usatysfakcjonowany jej wyrokami odłożyć książkę na półkę. Jednakże po osobie firmującej swym nazwiskiem powieść, można byłoby spodziewać się innych odczuć towarzyszących lekturze „Drugiej diagnozy”. Do powieści dołączono autowywiad Palmera, w którym pisarz przybliża zespół Aspergera. Po co? Nie wiadomo, nic on bowiem do utworu nie wnosi.

Text: Adam Mazurkiewicz

)

MICHAEL PALMER - Druga diagnoza (Second Opinion

3


„Millennium” to teatr dwóch, skrajnie odmiennych postaci, których działania podyktowane są wspólnym, choć różnie pojmowanym celem. Pierwszą z nich jest

Mikael Blomkvist, ostatni sprawiedliwy wśród szwedzkich dziennikarzy. Mikaela poznajemy, gdy zostaje niesłusznie skazany na trzy miesiące więzienia za zniesławienie Hansa-Erika Wennerstroma, biznesmena oskarżonego o przemyt broni. Choć dziennikarz miał twarde dowody popierające te zarzuty, nie mógł ich wykorzystać w sądzie, bo jego źródła nagle zapadły się pod ziemię, a dokumenty uznano za sfabrykowane. Teraz, by odpocząć od całej afery i poczekać, aż sprawa przycichnie, Mikael przyjmuje zlecenie od mieszkającego na oddalonej od stolicy wyspie wpływowego przemysłowca, który od czterdziestu lat próbuje odnaleźć zaginioną bratanicę.

Text: Grzegorz Fortuna Jr

Trylogia Stiega Larssona z miejsca stała się międzynarodowym bestsellerem. Kiedy tuż po premierze egzemplarze „Millennium” sprzedawały się jak ciepłe bułeczki, a książki tłumaczono na wszystkie możliwe języki świata, od razu wiadomo było, że powstanie ekranizacji jest tylko kwestią czasu. W 2009 roku Szwedzi zrealizowali trzy filmy, z których jedynie „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, pierwsza i najlepsza część trylogii, zagościła w polskich kinach.

5


się na bycie ofiarą” – ta krótka diagnoza znakomicie definiuje Salander i sprawia, że pomimo specyficznych metod, którymi się posługuje, trudno z nią nie sympatyzować.

Drugą najważniejszą postacią „Millennium” jest Lisbeth Salander, objęta sądową kuratelą hakerka, ciężko doświadczona przez życie. Lisbeth to zresztą jedna z najciekawszych postaci kobiecych, jakie pojawiły się ostatnio zarówno w literaturze, jak i w filmie – drobna, niezbyt urodziwa, chowa się za tatuażami, agresywnym makijażem i „metalowym” strojem. Nie ufa ludziom, nie przywiązuje się do nich, potrafi dokonać brutalnej zemsty, kiedy ktoś ją skrzywdzi. Ale to też prawdziwy informatyczny geniusz – jest w stanie włamać się do każdego komputera, zdobyć dowolną informację, a do tego posiada fotograficzną pamięć, co bardzo przydaje się podczas śledztwa. Noomi Rapace, odgrywająca Lisbeth w ekranizacji, słusznie powiedziała o swojej bohaterce: „Ludziom podoba się w postaci Lisbeth to, że nie zgadza

6

Choć „Millennium” to trylogia, fabułę zarówno literackiej, jak i filmowej sagi można podzielić na dwie części. Pierwsza zamyka się w „Mężczyznach…” i jest modelowym, znakomicie poprowadzonym thrillerem, pełnym przemyślanych zwrotów akcji. Intryga pochodzi niejako z zewnątrz, nie dotyczy bezpośrednio głównych bohaterów i kończy się razem z ostatnimi stronami powieści. Na drugą część, o wiele bardziej rozbudowaną i wielowątkową, składa się „Dziewczyna, która igrała z ogniem” i „Zamek z piasku, który runął” – tutaj intryga skupia się na Lisbeth i dotyczy jej przeszłości. Sama historia jest już nie tyle zagadką kryminalną, co opowieścią o próbie odzyskania godności i normalnego życia. W wypadku ekranizacji szwedzkiej sagi podział fabularny idzie niestety w parze z podziałem jakościowym. Pomiędzy „Mężczyznami...”, a „Dziewczyną…” i „Zamkiem…” zieje gigantycznych rozmiarów przepaść. W literackiej wersji


poziom wszystkich tomów jest właściwie równy, kolejne wątki dopełniają wizerunek poszczególnych postaci, inteligentnie go rozwijając, fabuła wciąga i fascynuje. Sztuka ta nie do końca udała się niestety w przypadku ekranizacji. Powodu takiego stanu rzeczy można dopatrywać się w podejściu producentów – pierwotnie jedynie „Mężczyźni...” przeznaczeni byli do dystrybucji kinowej, pozostałe dwie części nakręcone zostały jako miniserial telewizyjny. Dopiero po gigantycznym sukcesie kasowym „Mężczyzn...” producenci zdecydowali się przemontować „Dziewczynę...” i „Zamek...” tak, by można je było pokazywać na dużym ekranie. Efekt ich decyzji jest niestety nieciekawy – o ile „jedynka” to znakomity, rewelacyjnie wyważony, mroczny thriller, o tyle „dwójka” i „trójka” to filmy nakręcone w charakte-

rystycznym dla telewizji stylu zerowym, według którego warstwa realizacyjna ma być niezauważalna, „przezroczysta”, by widz skupił się na samej fabule. Króluje tu wizualna brzydota, kadry są nieciekawe, montaż niechlujny, a skrócenie nakręconego materiału spowodowało, że pewne wątki wydają się być niespójne. Problemem jest także zmiana reżysera – Nielsa Ardena Opleva zastąpił Daniel Alfredson, filmowiec pozbawiony konkretnej wizji, który czasami przynudza, gubi napięcie, nie buduje jednorodnego klimatu. Owszem, siłę „Dziewczyny...” i „Zamku...” nadal stanowi znakomite aktorstwo i wręcz genialna, kryminalna fabuła. Nie jest to złe kino, Alfredsonowi zdarzają się dobre momenty, podczas których widz odczuwa realne emocje, ale poziom ekranizacji znacząco odbiega od poziomu materiału wyjściowego. To, co mi najbardziej przeszkadzało, to brak mroku, wypełniającego literacki pierwowzór i „Mężczyzn...” – opisana przez Stiega Larssona historia ma porażająco ciężką, gęstą atmosferę, a podczas seansu filmów Alfredsona prawie się tego nie czuje.

ABY KUPIĆ RECENZOWANE FILMY, KLIKNIJ NA LOGO (opcja aktywna tylko w Grabarzu Polskim w formacie pdf)

7


W drugiej i trzeciej części filmowej trylogii zanika też gdzieś też tło społeczne, które potęgowało efekt, jaki powieść Larssona wywierała na odbiorcę. Autor „Millennium” przez wiele lat pracował jako dziennikarz i spotykał się z wieloma przykładami przemocy wobec kobiet, która w Szwecji, pomimo panującego tam dostatku, jest problemem drażliwym i jak najbardziej aktualnym. Seria „Millennium” miała być więc nie tylko solidnym kryminałem, ale także utworem zwracającym uwagę na ważne dla całego kraju kwestie. W ekranizacji społeczny wydźwięk nie jest tak istotny, został zepchnięty na drugi plan, skupiono się właściwie na samej kryminalnej intrydze. I choć „Dziewczyna…” i „Zamek…” to nadal filmy całkiem znośne, czułem się zawiedziony ich poziomem, tym bardziej, że „Mężczyźni…” zostali zrealizowani po mistrzowsku.

– Rooney Mara. Zazwyczaj jestem przeciwny remake’om, bo rzadko wnoszą coś nowego, ale w tym wypadku czekam na film z niecierpliwością – na stołku reżysera zasiada wszak prawdziwy specjalista od mrocznego kina, David Fincher. I choć szwedzkie ekranizacje trylogii to niezłe filmy, uważam, że z tej historii można wycisnąć o wiele więcej i jestem niemal pewien, iż Fincherowi się to uda. Sam zwiastun, zbudowany na zasadzie metronomu, zilustrowany sugestywnym kawałkiem Trenta Reznora i Karen O, daje nadzieje na kino jeszcze lepsze i mocniejsze od oryginału. Niestety, na „Dziewczynę z tatuażem” trzeba będzie poczekać aż do początku przyszłego roku.

Niedawno pojawił się zwiastun do „The Girl with a Dragon Tattoo” - amerykańskiej ekranizacji pierwszej części trylogii Stiega Larssona. Mikaela Blomkvista zagra Daniel Craig, a Lisbeth Salander

GRABARZ #33 - 25 PAŹDZIERNIKA 2011


MAN SOM HATAR KVINNOR Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet Szwecja, Dania, Niemcy, Norwegia 2009 Dystrybucja: Monolith

FLICKAN SOM LEKTE MED ELDEN Millennium: Dziewczyna, która igrała z ogniem Szwecja, Dania, Niemcy 2009 Dystrybucja: Monolith

Reżyseria: Niels Arden Oplev

Reżyseria: Daniel Alfredson

Obsada: Michael Nyqvist Noomi Rapace Lena Andre Peter Haber

Obsada: Michael Nyqvist Noomi Rapace Lena Andre Georgi Staykov

X X

X X X X

X X X

X X X X X X

LUFTSLOTTET SOM SPRANGDES Millennium: Zamek z piasku, który runął Szwecja, Dania, Niemcy, 2009 Dystrybucja: Monolith Reżyseria: Daniel Alfredson Obsada: Michael Nyqvist Noomi Rapace Lena Andre Georgi Staykov


Łukasz Skura : Aleksandra Zielińska: Miałam okazję oglądać dwa z trzech filmów z cyklu. Mam wrażenie, że nie trafiły one do zbyt wielkiej rzeszy ludzi - a szkoda, bo to naprawdę kawał dobrego kina. „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” to jeden z najlepszych thrillerów, jakie widziałam. „Dziewczyna, która igrała z ogniem” niestety nie podbija poprzeczki, choć i tak trzyma niezły poziom. Poza tym, jest to kino nieanglojęzyczne, więc ciekawsze, bo pozwala spojrzeć na daną historię w świeży sposób. W związku z tym, nie wiem, po jaką cholerę obecnie robi się hollywoodzki remake.

Część pierwsza - solidnie zrobiony kryminał śledczy, choć czasem nudnawy poprzez zbędne, poboczne wątki. Część druga - dotrwałem do połowy, nie sądziłem, że będzie, aż tak nudno - narracja wlekła się jak słoń, a ja jak kangur przeskoczyłem, by obejrzeć samo zakończenie. Część trzecia - za ciosem (kangura) przeskakuję „trójkę” i wskakuję prosto do kina gdzie będzie wyświetlana nowa wersja Finchera!

Bartłomiej Paszylk: „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” to powiew świeżego skandynawskiego powietrza w świecie mrocznego kina sensacyjno-kryminalnego. Druga część cyklu może się spodobać fanom kina grozy ze względu na odjechaną końcówkę, gdzie zniekształcony szaleniec wspólnie ze zwalistym „Frankensteinem” zamieniają główną bohaterkę w zombie, a trójka już niestety rozczarowuje… choć nawet ją warto obejrzeć dla genialnej Noomi Rapace.


---------------------------------------- Ocena: 4/6 Wydawca: Prószyński i S-ka 20ll Tłumaczenie: Agnieszka Kwiatkowska Ilość stron: 320

Casey Hill to pseudonim literacki małżeństwa Melissy i Kevina Hill. „ Tabu” to pierwsza powieść z serii thrillerów, których główną bohaterką jest Reilly Steel - agentka FBI oddelegowana do Irlandii, by tam wdrażać nowoczesne metody pracy w laboratorium kryminalnym. W tym zadaniu musi zmierzyć się z niechęcią mężczyzn, skostniałymi procedurami i zadufanymi w sobie przełożonymi. Mozolnie buduje zespół, który potrafi dopasować sposób myślenia do działania mordercy. Szansa na sprawdzenie zespołu w praktyce nadarza się bardzo szybko. W luksusowej dzielnicy zostaje znaleziona para młodych ludzi. Wszystko wskazuje na to, że po odbyciu stosunku seksualnego chłopak zabił dziewczynę a potem zastrzelił sam siebie. Ale coś w tej sprawie nie daje spokoju Reilly. Odkrywa, że wszystko było precyzyjnie zaplanowanym morderstwem. Wkrótce dochodzi do kolejnych zbrodni, a morderca łamie wszelkie społeczne tabu. Kolejne zbrodnie są coraz bardziej szokujące, a morderca zdaje się bawić z policją w swoistą ciuciubabkę. Rozwiązanie zagadki okaże się tak niesamowite, że zaręczam, iż nie zgadniecie kto zabił – mimo tego, że autorzy podają nam informacje jak na tacy. „Tabu” to kolejny thriller o seryjnym mordercy. Zdawać by się mogło, że każda kolejna powieść tego typu nie wniesie nic oryginalnego w temacie – i tak też jest z „Tabu”. Mamy tutaj wszystkie typowe dla gatunku chwyty, zagrywki i rozwiązania. Autorzy nie silą się na oryginalność – po prostu snują swoją opowieść, swoją wariację na temat. Jednak z tych elementów

sztampowych potrafią złożyć całkiem sprytną układankę. Powieść - chociaż nie zaskakuje niczym nowym – czyta się dobrze. Liczne retrospekcje z przeszłości bohaterki potrafią zaciekawić i wyjaśniają jej zachowania w życiu dorosłym. Opisy morderstw są na tyle plastyczne, że wzbudzają dreszczyk grozy. Bohaterowie są nakreśleni wyraziście, można ich polubić i zżyć się z nimi – co dobrze wróży kolejnym powieściom cyklu.

Text: Bogdan Ruszkowski

CASEY HILL - Tabu (Taboo)

Żeby jednak tak nie do końca wychwalać autorów powieści powiem, że wyłapałem dużą nielogiczność w dwóch przypadkach – jedno z morderstw zdaje się być niemożliwe do zrealizowania – to pierwsza nielogiczność. Druga to łatwość, z jaką morderca manipuluje wydziałem kryminalnym. Może się czepiam – ciekawe czy ktoś inny również zauważy te niespójności? No i to zakończenie... ciekawe, zaskakujące – jeden element pod koniec powieści wywraca całą naszą wcześniejszą wiedzę o sto osiemdziesiąt stopni – ale mimo wszystko zbyt wydumane. Nie bardzo mogłem w nie uwierzyć, ale ta refleksja przyszła dopiero po zakończeniu lektury. Powieść jest na tyle dobrze napisana, że na takie szczegóły w trakcie czytania nie zwraca się uwagi. To duży plus. Jeśli więc szukacie niezobowiązującej, niezbyt ciężkiej lektury z sympatycznymi bohaterami to „Tabu” doskonale się wpisze w Wasz gust. Taki thriller w wersji „light”. Ostatnio czytam i recenzuję dużo ciężkich, mrocznych thrillerów i po tych przytłaczających klimatach „Tabu” było przyjemną odskocznią. Polecam.

13


SZUKAJ NA

ALLEGRO

BIZARRO — nowy gatu­nek lite­racki, który zbom­bar­duje Twój mózg i stor­pe­duje umysł. Tek­sty czer­piące z tra­dy­cji kultowego kina grozy, sur­re­ali­zmu i kla­syki czar­nego humoru spod znaku Von­ne­guta wpro­wa­dzą Cię w odmienny stan świa­do­mo­ści już po prze­czy­ta­ niu kilku akapitów. Zawarte w tej anto­lo­gii opo­wia­da­nia są jazdą po ban­dzie lite­rac­kich kon­wen­cji i poka­ za­niem środ­ko­wego palca niedowiar­kom: baśń, splat­ter­punk, diler­skie fan­tasy, auto­ero­tyczne science-fiction, shorty o para­no­ikach, awangarda, gro­te­ska i porno-horror.

Naj­bar­dziej popa­prani twórcy w Pol­sce zapra­szają do kró­le­stwa bizarro-fiction. CZY­TAJ ALBO ZGIŃ!


Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie 20ll Tłumaczenie: Anna Dwilewicz Ilość stron: l65

„Ostateczne rozliczenie” jest jedną z licznych książek Rexa Stouta, których bohaterami są Nero Wolfe - ekscentryczny detektyw i jego pracownik, Archie Goodwin, niezły detektyw, a jednocześnie narrator. Tym razem Wolfe zostaje zaangażowany przez panią Altheę Vail, której mąż został porwany. Okup wynosi pół miliona dolarów, a Wolfe dostaje zadanie upewnienia się, że po przekazaniu walizki z zielonymi, Jimmy Vail rzeczywiście wróci do domu, a nie trafi na dno rzeki w betonowym obuwiu. Wolfe normalnie nawet nie popatrzyłby w kierunku takiego zlecenia, ale jako człowiek upośledzony finansowo nie może pozwolić sobie na luksus wybrzydzania. Wolfe błyskawicznie ustala, kto maczał palce w porwaniu, ale zanim wykorzysta tę wiedzę, pada pierwszy trup. W tym momencie dla detektywów zaczynają się kłopoty, gdyż przyjmując zlecenie, zobowiązali się zachować milczenie - a policja bardzo nie lubi, gdy ktoś odmawia składania zeznań. Na tym zakończę streszczanie fabuły, bo to właśnie intryga jest najsilniejszą stroną tej książki i spojlerowanie byłoby co najmniej nieeleganckie.

Jak pisałem, najsilniejszą stroną książki jest intryga. Skonstruowana precyzyjnie, z kilkoma zwrotami akcji, nie jest z rodzaju tych, które czytelnik rozgryza już w połowie powieści. Kolejną zaletą jest narrator - Goodwin jest rzeczowy, ironiczny i cyniczny, jego relacje czyta się przyjemnie i nieraz z uśmiechem. Pomija te elementy historii, które uznaje za nieistotne, co mu się chwali, ale na tle tego postępowania tendencja do szczegółowego opisywania spożywanych potraw sprawia nieco dziwaczne wrażenie. Interesujące są też relacje między Goodwinem i Wolfem - choć narrator nie poświęca im zbyt wielu słów, jasno da się zrozumieć, że choć panowie doskonale się znają i w zasadzie darzą się szacunkiem, to często dochodzi między nimi do pewnych drobnych potyczek. Wolfe to samiec alfa, ale Goodwinowi nie zawsze musi to odpowiadać.

Historia zna różnych detektywów: na przykład geniuszy z zamiłowaniem skrzypiec, albo do napomadowanych wąsików. W każdym razie porządny detektyw powinien mieć jakieś ekscentryczne cechy charakteru i nosić chwytliwe nazwisko. Nero Wolfe spełnia podstawowe warunki: otyły, nieznoszący wychodzenia z domu, uwielbiający doskonałą kuchnię i storczyki, obsesyjnie trzyma się ustalonego planu dnia, a do wykonywania pracy w terenie zatrudnia Goodwina. Jest

Trzeba zaznaczyć, że książka powstała pół wieku temu. To oznacza, że choć trochę sobie żartuję z pewnych jej cech, wcale nie przeszkadzają one w odbiorze, a pozycja jest warta przeczytania. A ocena - no cóż, nie bardzo wiem, jak przyznać punkty, bo to tak, jak oceniać pięćdziesięcioletni samochód. Teraz robi się je inaczej, ale przecież klasyki mają swój niezaprzeczalny urok. Więc lepiej nie sugerować się samą tylko cyferką przy recenzji.

geniuszem. To najwyraźniej wiąże się z wygłaszaniem obowiązkowego monologu w finałowej scenie, wyjaśniającego, kto zabił, dlaczego, jakie popełnił błędy i ogólnie podkreślającego geniusz Wolfe’a.

Text: Bartosz „Najlepszym detektywem był Dirk Gently” Ryszowski

on) REX STOUT - Ostateczne rozliczenie (The Final Deducti -------------------------------------- Ocena: 4/6

15


KONSTRUKT 1 & 2 ............................................................................ Czarna Materia 2011 44 + 44 strony

mie tragicznym - to chyba najsłabszy punkt komiksu - a całość ratuje od strony graficznej chyba tylko świetnie dobrana kolorystyka.

Emil Aumbach stracił pamięć i nagrywając wszystkie zdarzenia na taśmie magnetofonowej próbuje dotrzeć do swoich wspomnień. Jednocześnie tajemnicza postać nosząca miano Filip Stix i jeszcze bardziej zagadkowa Mięsna Kobieta zmuszają go do naprawy tajemniczego urządzenia zwanego „stacją kontrolną”. I to nieliczne pewniki, jakie można powiedzieć o fabule pierwszej części „Konstruktu” - nowej serii komiksowej autorstwa Jakuba Kiyuca, wydawanego pod znakiem nowego wydawnictwa o nazwie „Czarna Materia”. Mówiąc szczerze, mam mieszane uczucia dotyczące tego komiksu i nie wiem, jak go jednoznacznie ocenić. Pierwszy zeszyt trochę mnie odrzucił chaotyczną kreską i fatalnym rozrysowaniem niektórych kadrów, przez co stają się one prawie nieczytelne. Jednak momentami rysunek zyskuje przyzwoitą formę i pokazuje, że autor wie, co robi. Liternictwo jest na pozio-

16

Jak więc jest rzeczywiście z „Konstruktem”? Czy to tylko wypadkowa słabej jakości papieru i niskiej jakości druku (mającego przede wszystkim utrzymać niską cenę), czy może niektóre kadry potraktowano po macoszemu, tylko niedbale je szkicując, by wypełnić plansze? Autor twierdzi w wywiadach i komentarzach, że taki wygląd komiksu to zamierzony cel, a samo wydanie było z premedytacją stylizowane na produkt w stylu złotej ery zeszytów komiksowych i mocno przypomina wczesne komiksy TM-SEMIC, bo tak miało być. Faktem jest, że już w drugim zeszycie z serii kreska nieco się poprawia, jest dokładniejsza, a plansze bardziej czytelne. I komiks da się strawić, ale nie jest to rzecz dla tych, którzy tęsknią do starej, artystycznej, europejskiej szkoły komiksu. Podchodzę bardzo ostrożnie do takich graficznych eksperymentów, jak „Konstrukt”, więc ciężko mi było przekonać się do tej lektury. Pomogła w tym fabuła, która niewątpliwie jest


Text: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

najmocniejszą stroną komiksu. Scenariusz - z pozoru chaotyczny i zawikłany - w rzeczywistości jest logiczny i spójny, a każdy kolejny zeszyt odkrywa przed nami kolejne tajemnice i ukazuje nowe elementy układanki. Tajemniczość i grozę samej historii potęguję właśnie ta niedbała kreska, którą na pierwszy rzut oka uznaje się za wadę, a która w tym przypadku działa całkiem nieźle, zmuszając wyobraźnie do pracy i odrealniając komiksową rzeczywistość. Dodatkowo postacie Filipa Stixa czy Mięsnej Kobiety - chyba najbardziej pokręconej postaci w polskim komiksie, z jaką się zetknąłem - oraz mroczna, klaustrofobiczna sceneria tajemniczej stacji kontrolnej potęguje uczucie lęku, jakie towarzyszy lekturze. Tym, którzy jeszcze się z „Konstruktem” nie zetknęli, powiem wprost - trzeba mieć dużo samozaparcia, by przebrnąć przez pierwszy zeszyt, ale już w drugim jest lepiej. Historia zaczyna wciągać, pewne elementy wskakują na właściwe miejsca, całość przestaje być tylko zlepkiem niepasujących do siebie scen i zaczynamy dostrzegać, że „w tym szaleństwie jest metoda”. Co będzie dalej - to zależy już tylko od autora. Wydaje się, że rzeczywiście ma on pomysł na cały komiks i wszystko (a przynajmniej większość działań) jest zamierzone i może z tego powstać przyzwoita seria. Po lekturze dwóch zeszytów i przeczytaniu „Konstruktu” 2,5 w sieci jestem nastawiony sceptycznie, ale jednak z nadzieją na coś interesującego. Sięgnę po kolejne

zeszyty komiksu przede wszystkim, by się przekonać, co z tego wszystkiego wyjdzie. Najbardziej zadowoleni z lektury powinni być fani postapokaliptycznych zajawek – bo to ewidentnie ich klimaty. Wszystko wskazuje na to, że „Konstrukt” to zapowiedź czegoś większego, czego na razie jeszcze nie rozumiemy. Ale w sumie warto poczekać i sprawdzić.

17


-------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawca: Prószyński i S-ka 20ll Tłumaczenie: Janusz Ochab Ilość stron: 464

Bliżej nieokreślona przyszłość. Zmierzch cywilizacji ludzkiej, która funkcjonuje jedynie siłą inercji. Jednym z miejsc, w których pozornie nic się nie zmieniło, jest monumentalna Cytadela – wieża usytuowana w tureckim mieście Ruina. Pewnego dnia z jej szczytu rzuca się mężczyzna. To jednak, co wygląda na akt samobójczej desperacji, w istocie inicjuje ciąg zdarzeń mogących zagrozić ujawnieniem wielowiekowego spisku. Aby zapobiec ujawnieniu prawdy znanej nielicznym, zainteresowani gotowi są – zgodnie z regułą, iż cel uświęca środki – odrzucić wszelkie zasady. Aby zaś ów cel (tj. zachowanie tajemnicy) osiągnąć, mieszkańcy Cytadelę nie zawahają się dokonać zamachu na główna bohaterkę, będącą jedyną osobą mogącą pomóc policji w ustaleniu tożsamości samobójcy. Zamach wprawdzie nie udaje sie, jednak życie protagonistki wciąż jest zagrożone – tym bardziej, iż okazuje się ona nie tylko anonimowym pracownikiem mediów, lecz kimś, kto może mieć wpływ na losy świata. Powieść Toyne’a to pierwsza część cyklu „Sanctus Trilogy”. Autor wykorzystuje ikony pop-kultury znane czytelnikowi z różnych tekstów i mediów. Zostają one sfunkcjonalizowane, podkreślając apokaliptyczny charakter prezentowanej czytelnikowi rzeczywistości. Zarazem jednak odbiorca nie ma podczas lektury „Sanctus” wrażenia wtórności obranych rozwiązań fabularnych. To, co potencjalnie znane, zostaje wykorzystywane w takiej konfiguracji, iż autorowi nie można zarzucić ani wtórności i schematyzmu rozwiązań, ani niewykorzystania atrak-

cyjnego czytelniczo pomysłu. Podczas lektury zwraca uwagę realizm ukazywanego świata, w którego ramach można doszukać się odwołań do współczesności czytelnika (za przykład niech posłuży choćby wątek wymierających pszczół); również zaprezentowana technologia nie sprawia wrażenia zbyt wydumanej. Nie jest też eksponowana w sposób natrętny, raczej stanowi tło dla perypetii protagonistów.

Text: Adam Mazurkiewicz

SIMONE TOYNE - Sanctus (Sanctus)

Kolejna, prócz ukazywanej rzeczywistości, zaleta powieści to przemyślany sposób konstruowania fabuły. Duża ilość zaskakujących zwrotów akcji, wprowadzanie nowych wątków i postaci nie służy maskowaniu mało wyrafinowanej osi intrygi, lecz podkreślaniu chaosu ukazywanej w powieści rzeczywistości. Ponadto zmusza do bardzo uważnego czytania, a niejednokrotnie nawet powracania do minionych wydarzeń, bowiem jedynie w ten sposób można ogarnąć całość intrygi i zrozumieć finezję zakończenia. Posiłkując się poetyką thrillera i powieści detektywistycznej, Toyne pozwala czytelnikowi prowadzić samodzielne „śledztwo”, jednakże nie ułatwia mu tego zadania. Toteż jeśli okazuje się, że czytający potrafił trafnie przewidzieć rozwój fabuły, ma dzięki temu tym większą satysfakcję. Nie jest to jednak zadanie łatwe i wymaga od czytelnika wiele samozaparcia, spostrzegawczości i umiejętności kojarzenia pozornie niełączących się ze sobą faktów. Warto jednakże poświęcić czas na jak najdokładniejsze wniknięcie w świat powieści, bowiem mało jest równie satysfakcjonujących książek, które łączyłyby wartką akcję z wyrafinowaną intrygą.

19


-------------------------------------- Ocena: 6/6 Wydawca: Wydawnictwo Papierowy Księżyc 20ll Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski Ilość stron: 324

Powieści jacka Ketchuma nie należą do łatwych. To historie, które wdzierają ci się do głowy, i sieją spustoszenie w psychice. To książki, które nie mogą się podobać – są zbyt straszne przez to, że są zbyt prawdziwe. Tak jest też z najnowszą powieścią amerykańskiego pisarza, serwowaną nam przez Wydawnictwo Papierowy Księżyc. To opowieść o rodzinnym piekle, które może mieć miejsce obok nas, w sąsiednim domu, w sąsiednim bloku. To historia, która mogła się zdarzyć, która niejednokrotnie dzieje się tuż obok nas. To historia, która zdarzyła się naprawdę. Artur Dense i Lydia Mc Cloud to dwójka ludzi, którym nie udało się stworzyć dobrego, szczęśliwego małżeństwa. Lydia liczyła na raj, poznając przystojnego, zamożnego biznesmena i wychodząc za niego za mąż, jednak kiedy dostrzegła jego prawdziwą twarz, było za późno. Stały się rzeczy nieodwracalne. Kiedy rozwód doszedł do skutku, Lydia prawie poczuła się szczęśliwa, nareszcie odczuwała spokój. W końcu miała pracę jako pielęgniarka – może nie lekką, ale dającą satysfakcję i przyzwoite zarobki, miała gdzie mieszkać i co najważniejsze – miała ośmioletniego syna, który był najważniejszą częścią jej życia. I to właśnie o swojego syna, Roberta, Lydia będzie zmuszona stoczyć prawdziwą walkę. Walkę, z której nikt nie może wyjść zwycięsko... Najnowsza powieść Jacka Ketchuma to historia molestowania dziecka i przemocy domowej, a także walki z bezdusznym systemem sądowniczym, dla którego dobro dziecka jest wirtualnym wyobrażeniem, niewiele mającym wspólnego z rzeczywistością. Powieść szokuje tym bardziej,

że jest w całości oparta na faktach - o czym pisze sam autor - i utrzymana jest po części w konwencji thrillera prawniczego, a po części w formie dramatu obyczajowego. Nie brak tu makabry, nie brak szczegółowych, chłodnych opisów przemocy, mających formę dokumentalnej relacji. Ten brak emocji w przedstawianiu nawet najkoszmarniejszych zakątków ludzkiej duszy szokuje u Ketchuma najbardziej. Autor nie gra na naszych emocjach w sztuczny sposób. On przedstawia fakty takie, jakimi są, a my, czytelnicy, dzięki własnej empatii odczuwamy przerażenie w obliczu tragicznych i makabrycznych zdarzeń z powieści.

Text: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

JACK KETCHUM - Jedyne dziecko (Only Child)

„Jedyne dziecko” nie jest powieścią łatwą. Nie nadaje się na lekką, wakacyjną lekturę. Nie zabierajcie jej na plażę, by czytać dla relaksu. Jednak warto tę książkę przeczytać, warto się z nią zmierzyć. Czemu? Ponieważ pewne historie powinny być opowiedziane. Ponieważ pewnych opowieści powinniśmy wysłuchać, by nie odeszły w niepamięć. „Jedyne dziecko” to zmierzenie się z najgorszymi zakamarkami ludzkiej duszy. To obnażenie najgorszego zła, jakie może kryć sie w człowieku - zła wymierzonego w najbliższych, najbardziej bezbronnych członków rodziny, czyli w dzieci. Ketchum po raz kolejny zrobi więc to, co potrafi najlepiej - wejdzie Wam z butami do głowy i zdepcze wam psychikę. Jego najnowsza powieść jest kwintesencją jego twórczości - tym, co w jego powieściach najlepsze, a co jednocześnie najbardziej w tej prozie przeraża i szokuje. Jak sam autor pisze w posłowiu, kiedy poznał historię Sherry Nance - pierwowzoru powieściowej bohaterki, „wściekł się”; i natychmiast dodaje: „lubię pisać, gdy jestem wkurzony”.

21


13

Wisząca w „sali gier” lampa informuje uczestników, kiedy mają oddać strzał, z każdą rundą liczba partycypantów się zmniejsza, a bogaci hazardziści obserwują show w taki sposób, jakby chodziło o wyścigi konne, a nie o ludzkie życie. Reżyseria: Żądni pieniędzy bohaterowie z zastraszaGela Babluani jącą częstotliwością kończą żywot w plastikowych workach, a ci, którym udaje się Obsada: przeżyć, doprowadzeni zostają na granicę Sam Riley obłędu. „13” to mroczna i brutalna opoJason Statham wieść o chciwości i deprawacji, prowadząMickey Rourke cej do najgorszego. Film rozpoczyna się Ray Winstone sceną z finału gry, w którym udział weźmie już tylko dwóch uczestników - reżyser jest świadomy przewidywalności fabuły i zdaje sobie sprawę, że jego filmowi nijak to nie umniejsza. Bo choć od początku wiadomo, że Vince dotrwa do ostatniego etapu W nadziei na szybki zarobek, Vince krad- rozgrywki, niemal cały czas seansu spęnie z sekretarzyka swojego pracodawcy dza się na krawędzi fotela. Napięcie zotajemniczą kopertę, po czym ślepo wypełnia znalezione w niej instrukcje. Okazuje się, że trop prowadzi do tajemniczej rezydencji, w której główny bohater weźmie udział w morderczej grze, bazującej na zasadach rosyjskiej ruletki. Uczestnikami są desperaci, stawiający na szali własne życie, a ich „opiekunami” – biznesmeni, traktujący tę ekstremalną wersję hazardu jako szansę na powiększenie bogactwa i przy okazji formę chorej rozrywki. 13 USA 2010 Dystrybucja: Monolith

X X X

Text: Grzegorz Fortuna Jr

X X

Głównym bohaterem „13” jest Vince, dwudziestoletni elektryk borykający się z ciężką sytuacją finansową – jego ojciec leży w szpitalu, a matka nie zarabia wystarczająco dużo, przez co rodzina niedługo wyląduje na ulicy.

22


stało tu znakomicie zbudowane, z każdą rundą atmosfera staje się coraz gęstsza. Pod względem fabuły „13” leży bardzo blisko znakomitego, acz nieco zapomnianego „Intacto”, chociaż film Geli Babluaniego jest mniej poetycki, ale za to bardziej realistyczny i wciągający.

zu (pierwowzór był czarno-biały) i miejsca akcji, różnice pomiędzy filmami są raczej niewielkie i dotyczą głównie sposobów wprowadzenia pobocznych bohaterów. Trudno jednoznacznie powiedzieć, która wersja jest lepsza – oryginał zaskakiwał świeżym pomysłem, o co trudno w wypadku remake’u, ale za to wersja amerykań„13” to też popis bardzo dobrego aktor- ska została zdecydowanie lepiej zagrana stwa. W roli głównej zobaczymy znanego i zrealizowana, do czego przyczynił się z „Control” Sama Rileya, na drugim planie oczywiście wysoki budżet. pojawiają się między innymi Mickey Rourke, Jason Statham, Ray Winstone i Ben Mickey Rourke, grający w „13” jedną Gazzara. Moim osobistym faworytem jest z drugoplanowych ról, powiedział o swojej jednak Michael Shannon, który wcielił się najnowszej produkcji: „to film tak koszmartu w prowadzącego całą grę – Shannon ny, że nawet nie znajdzie dystrybutora”. szarżuje aktorsko, dobitnie podkreślając Cóż, bardzo lubię Rourke’a jako aktora, psychopatyczny charakter całej rozgrywki. ale w tym wypadku nie mogę się z nim zgodzić. „13” ma wszystkie cechy porząd„13” jest wysokobudżetowym remakiem nego thrillera: trzyma w napięciu do ostatskromnego francuskiego thrillera pod tytu- niej sceny, bazuje na ciekawym pomyśle łem „13 Tzameti”, ale to remake autorski, wyjściowym, a widzów, którzy nie widzieli nakręcony przez tego samego co oryginał „13 Tzameti” niejednokrotnie zaskoczy. To twórcę, francusko-gruzińskiego reżysera dobre, mocne kino, zdecydowanie warte Gelę Babluaniego. Nie licząc koloru obra- obejrzenia. ABY KUPIĆ RECENZOWANY FILM, KLIKNIJ NA LOGO (opcja aktywna tylko w Grabarzu Polskim w formacie pdf)

23


-------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawca: Prószyński i S-ka 20ll Tłumaczenie: Magdalena Moltzan-Małkowska Ilość stron: 3l8

Wiktoriański Londyn, wampiry, wilkołaki, duchy i szaleni naukowcy – oto główni bohaterowie „Bezdusznej” Gail Carriger. Główna, tytułowa bohaterka, obarczona ułomnością natury metafizycznej, wpada na trop spisku, mogącego zachwiać posadami Imperium Brytyjskiego. Należąc do londyńskiej society ma okazję śledzić rozgrywki osób stojących u szczytów władzy, choć jej ambicją nie jest bynajmniej w owych rozgrywkach uczestniczyć. Jednakże, jak to w powieściach awanturniczych bywa, los i okoliczności zmuszają ją do aktywnego udziału w tropieniu funkcjonujących nielegalnie w społeczeństwie brytyjskim istot nadprzyrodzonych. Protagonistka jest przy tym kobietą wyzwoloną, o fertycznym charakterze, toteż czytelnikowi przyjdzie śledzić jej perypetie, zarówno związane ze spiskiem naukowców dybiących na nadprzyrodzonych, jak i miłosne. Bohaterka namiętnie romansuje z wilkołakiem, pokonuje parasolką wampira dybiącego na jej krew, stanowi zagadkę ontologiczną jako istota pozbawiona duszy, dyskutuje z naukowcem o najnowszych osiągnięciach naukowych a jednocześnie – jako stara panna – walczy z własną rodziną, pragnącą korzystnie wydać ją za mąż. Powieść Carriger, pierwsza z cyklu „Protektorat Parasola”, zachwyca szczegółowością, z jaką skonstruowany został w niej fikcyjny świat. Autorka, osadzając fabułę w XIX–wiecznej Anglii zadbała

o wierne oddanie nie tylko drobiazgów związanych z życiem codziennym i modą, lecz również obyczajowością. Nie jest przy tym – co istotne – wierną naśladowczynią Jane Austen. Wprowadzenie w świat przedstawiony bytów (z perspektywy czytelnika) irracjonalnych, które zostają odarte z aury „skandalu ontologicznego”, wymusza na autorce zaprojektowanie innej, niż u Austen, aksjologii i mentalności. Toteż bliżej Carriger jest nie tyle do XIX–wiecznej pisarki obyczajowej, co raczej do dylogii Kima Newmana „Anno Dracula”. Tym bardziej, że prócz wątków inspirowanych literaturą gotycką pojawiają się postacie charakterystyczne dla steampunku.

Text: Adam Mazurkiewicz

GAIL CARRIGER - Bezduszna (Soulless)

Uroku lekturze dodaje styl przekładu. Tłumacz wykorzystał archaizującą składnię i słownictwo, które wprawdzie wyszło z obiegu, lecz współtworzy klimat opowieści. Temu samemu służą podtytuły kolejnych rozdziałów, streszczające, zgodnie z XIX–wieczną manierą, ich zawartość. Dzięki temu zabiegowi „Bezduszną” czyta sie potoczyście, bez poczucia rozdźwięku między formą narracji a opisywanymi wydarzeniami. Co ciekawe, nie brak w powieści odwołań do współczesności czytelnika, nie rażą one jednak. Tempo akcji, humor, gry językowe sprawiają, iż trudno doczekać się kolejnych części cyklu, które – miejmy nadzieję – będą prezentowały podobnie wysoki poziom rozrywki.

25


-------------------------------------- Ocena: l/6

Wydawca: Książnica 20ll Tłumaczenie: Robert J. Szmidt Ilość stron: 42l

„Zimna stal” to opowieść o śledztwie w sprawie morderstwa w jednym z dublińskich parków. Ofiarą jest nastolatka, córka światowej sławy amerykańskiego chirurga. Z uwagi na status społeczny ofiary oraz powiązania rodziny z kręgami władzy, na prowadzących śledztwo wywierana jest szczególna presja – tym bardziej, iż pomyślne zakończenie śledztwa ma być stopniem w politycznej karierze ministra odpowiedzialnego za zaproszenie amerykańskiego lekarza do Irlandii. Oczywiście działania organów porządkowych – naciskanych zarówno przez polityków, jak i prasę – rychło przynoszą efekty i aresztowany narkoman zdaje się najbardziej odpowiednim kandydatem na kozła ofiarnego, złożonego na ołtarzu opinii publicznej i politycznych ambicji. W finale oba wątki splatają się i mamy oto psychopatycznego polityka, spisek pozbawionych skrupułów lekarzy, handel narkotykami i krytykę społeczną polityków, utożsamiających władzę nie tyle z obowiązkami wobec społeczeństwa, co sposobem na zaspokojenie własnych ambicji i pragnień. Pozornie „Zimna stal” zawiera wszystko, co powinien pomieścić dobrze skonstruowany thriller polityczno-medyczny: tajemnicze zgony, pozbawiony etyki zespół światowej sławy lekarzy, samotnego bohatera nie wahającego się poświęcić własnej kariery dla obnażenia prawdy i w imię obrony życia powierzonych jego opiece pacjentów. Czytelnik wraz z bohaterami obraca się w różnych sferach społeczeństwa. Jednak powieść Carsona nie

potrafi wciągnąć. Być może zawiniło tu nie dość jasne dookreślenie celów, którym ma służyć: autor nie mógł zdecydować się, czy tworzy literaturę popularną, czy społecznie zaangażowaną; czy wzoruje się na amerykańskim „czarnym kryminale”, czy też będzie posługiwać się poetyką XVIII-wiecznej powiastki dydaktycznej, z której przejął manierę dopowiadania losów protagonistów. Nieobce były mu też rozwiązania inspirowane masowymi romansami spod znaku „Harlequina”, umożliwiające szczęśliwe zakończenie: dobrzy zostali nagrodzeni, źli ukarani, a czytelnika pozostawiono w przekonaniu, że sprawiedliwość musi zatriumfować, nawet jeśli chwilowo jej zwycięstwo jest zagrożone.

Text: Adam Mazurkiewicz

PAUL CARSON - Zimna stal (Cold Steel)

Znaczący wpływ na negatywną ocenę powieści ma jej przekład, zachwaszczony licznymi potknięciami stylistycznymi i językowymi. Zauważalny jest braku opanowania przez tłumacza rodzimego języka i wyczucia stylistycznego, koniecznego do tworzenia nastroju zagrożenia, bez którego thriller nie może sie obejść. Powtórzmy: powieść Carsona nie jest wciągająca i nie jest thrillerem. Czym zatem jest? To imitacja dreszczowca, skonstruowana fabularnie w fatalny sposób i równie marnie przełożona. Czy była warta dwudniowej lektury? Nie dla amatorów emocjonujących przeżyć. Pozostałym – zwłaszcza początkującym adeptom sztuki pióra – można polecić ją z czystym sumieniem jako przykład, jak nie należy pisać i przekładać. To chyba jedyny pożytek płynący z lektury „Zimnej stali”.

27


GRZESZNY CZY ŚWIĘTY?

Text: Bogdan Ruszkowski

Artysta, o którym dziś chcę Wam pokrótce opowiedzieć to Hieronim Bosch. Pomyślałem sobie, że opisując współczesnych ilustratorów takich jak Royo czy Achilleos warto wrócić na chwilę do źródeł. Do tych ludzi których twórczość mogła być inspiracją dla współczesnych. Wybór padł na Hieronima Boscha ponieważ jego obrazy bardzo lubię, z niezwykłą siłą przemawiają do mojej wyobraźni. Naprawdę nazywał się Hieronymus Anthoniszoon van Aken. Pochodził z rodziny malarzy van Aken. Urodził się około 1450 roku w Hertogenbosch (ze skrótu nazwy tego miasta którym sygnował swoje obrazy wziął się przydomek Bosch). Zmarł w roku 1516. O jego życiu tak naprawdę niewiele dziś wiadomo. Na pewno jako trzynastoletni chłopiec był świadkiem wielkiego pożaru – to traumatyczne przeżycie wpłynęło na jego twórczość. Z rzeczy, które wiadomo na pewno to fakt, iż w wieku ok. 30 lat poślubił Alyet Goyaerts van der Meervenne – córkę bogatych rodziców która w posagu wniosła w małżeństwo miasteczko Oirschot, którym – mimo konfliktu z rodzicami żony

– sprawnie zarządzał. W przeciwieństwie do wielu innych artystów, Bosch już za życia stał się sławnym malarzem. Jego dzieła takie jak „Sąd Ostateczny” czy „Kuszenie św. Antoniego” znajdowały się w zbiorach Małgorzaty Habsburskiej czy księcia burgundzkiego Filipa Pięknego. Prawdopodobnie – ale to tylko teoria


– Bosch w latach 1500–1504 odwiedził Bosch preferował malarstwo olejne jak Włochy – kilka jego obrazów pojawiło się i rysunek. Ciekawe jest to, że w przeciwieństwie do innych malarzy Hieronim w kolekcjach weneckich. Bosch pozostawiał w swoich dziełach wyBosch nie datował swoich prac, często raźne ślady pędzla. Jako pierwszy w Euteż ich nie sygnował, stąd przypisuje się ropie wprowadził taką właśnie technikę malowania. Kiedy patrzymy na obrazy mu 25 obrazów namalowanych w jego z tamtego okresu widać, że malarze stylu. Po śmierci jego sława zataczała dążyli do wygładzenia warstw farby, jeszcze szersze kręgi. Wielkim miłouczynienia powierzchni obrazu śnikiem jego dzieł był król hiszpański gładką niemal Filip II – stąd dziś największą koleknierzeczywicję obrazów Boscha można zobaczyć w Muzeum Prado w Madrycie. Artysta reprezentuje tzw. „Młodszą generację prymitywistów niderlandzkich”.

29


stą. Tymczasem u Boscha widać niemal każdy pojedynczy włos pędzla. Również w kolorystyce artysta był prekursorem. Nie bał się używania szerokich spektrów barwnych, wielu rożnych tonacji. Jego obrazy do dziś zachwycają szczegółowością, najdrobniejszymi detalami w drugim planie, które są dopieszczone do perfekcji. Mimo, iż Hieronim Bosch tworzył głównie na zlecenie kościoła katolickiego to tematyka jego prac była bardzo różnorodna – od motywów religijnych po obserwacje społeczne i wydarzenia codzienne. Ukoronowaniem jego twórczości był słynny „Ogród ziemskich rozkoszy”. Ten tryptyk przedstawiający raj Adama i Ewy, rozkosze ziemskie i tortury grzeszników, jest dziełem doprawdy niezwykłym – można powiedzieć, że trafionym w gusta nasze – miłośników horrorów. Demonografia prac Boscha jest zaiste imponująca. Tak naprawdę największą zagadką jeśli chodzi o twórczość Hieronima Boscha jest to skąd czerpał źródła inspiracji. Według jednej z teorii, Boscha podejrze-

wa się o to, iż mimo pracy dla kościoła czynnie uprawiał astrologię, alchemię, sympatyzował z heretyckimi ideologiami. Badacze wyznający tę teorię widzą w dziełach Boscha zakamuflowane symbole, krytykę kościoła jako instytucji. Część dzieł Boscha jest identyfikowanych jako malowane dla sekty Wolnego Ducha – pełne symboliki magicznej, judaistycznej czy ludowej. Inna z teorii mówi, że Bosch jako niezwykle wrażliwy artysta o postawie chrześcijańskiej często był zmuszony do walki z pokusami, myślami o grzechu, społeczną degrengoladą. A swoje frustracje i przemyślenia z tym związane zawarł właśnie w swoich obrazach. I faktycznie – wiele obrazów Boscha pokazuje ludzi w bardzo krzywym zwierciadle. Mam nadzieję, że chociaż trochę zachęciłem Was do poznania prac tego niezwykłego Holendra. Warto czasami wrócić do przeszłości, spojrzeć na świat oczami przodków. Okazać się może, że tak naprawdę niewiele różni czasy dawne od współczesnych.


Know)

-------------------------------------- Ocena: 2/6 Wydawca: Albatros 20ll Tłumaczenie: Anna Kołyszko Ilość stron: 399

Dobrze jest recenzować książkę która w trakcie lektury się podoba. Gorzej kiedy do zrecenzowania dostaję powieść, która ani nie wciąga, ani nie bawi, a jej dokończenie jest obowiązkiem, a nie przyjemnością. Niestety – tak właśnie jest z powieścią „Nie ufaj nikomu”. Kiedyś Stephen King powiedział, że każdy autor ma taką książkę, po przeczytaniu której mówi sobie, że sam by to lepiej napisał... i zaczyna pisać. I to chyba prawdą jest. Zapowiadało się zupełnie nieźle – był pomysł, był niezły początek... Główny bohater – Nick Horrigan wiedzie sobie spokojne życie. Nikomu nie wadzi, nikomu nie przeszkadza. Aż pewnej nocy do jego domu włamują się agenci służb specjalnych i zabierają go ze sobą. Okazuje się, że uzbrojony mężczyzna wdarł się do elektrowni atomowej i grozi jej wysadzeniem. Jego jedyne żądanie to rozmowa właśnie z Nickiem. Uzbrojony jedynie w telefon komórkowy Nick Horrigan spotyka się z terrorystą. Ten sprawia wrażenie, że dobrze zna naszego bohatera. Usiłuje mu o czymś powiedzieć jednak ginie zanim wyjawi Nickowi tajemnicę... Te wydarzenia zdają się wiązać ze sprawą sprzed siedemnastu lat. Wtedy to Nick przyczynił się do śmierci ojczyma – zasłużonego agenta Secret Service. Te wydarzenia

z przeszłości zaciążyły na całym życiu Nicka – a teraz wydaje się, że nic nie jest takie jak się wcześniej wydawało.

Text: Bogdan Ruszkowski

GREGG HURWITZ - Nie ufaj nikomu (Trust No One / We

Zaczyna się dobrze, prawda? Cóż z tego skoro cała ta intryga opisana w książce jest po prostu nieprzekonująca. Już sam początek – łatwość z jaką terrorysta dostał się do elektrowni atomowej, całe nieprawdopodobieństwo akcji antyterrorystów – to wszystko psuje przyjemność z lektury. A dodając do tego fakt, że już po kilkudziesięciu stronach domyślamy się kto jest głównym czarnym charakterem mimo, iż autor próbuje zamotać – zupełnie niezgrabnie – akcję powieści... No cóż, jak mówiłem, dokończenie lektury w tym przypadku to obowiązek, nie przyjemność. Mało przekonujące są dialogi, postaci sztuczne i wydumane. Zakończenie nie wyszło. Słaba to powieść. Tak naprawdę jedyny pożytek z „Nie ufaj nikomu” to fakt, iż może rzeczywiście ktoś tę książkę przeczyta i stwierdzi, że sam lepiej by to napisał – a potem napisze bestseller. Czego sobie i Wam bym życzył. Chętnie wtedy taki bestseller zrecenzuję.

31


Nighthawks)

---------------------------------------- Ocena: 4/6 Wydawca: Rebis 20ll Tłumaczenie: Robert J. Szmidt Ilość stron: 335

„Lot Nocnych Jastrzębi” to opowieść o walce dobra ze złem. Konkretnie: reprezentujące drużynę dobrych Konklawe Ceni zmaga się z szalonym i złym magiem Varenem, który zrobi co w jego mocy, aby na świecie nie rozpętał się pokój i ogólny błogostan. Leso Varen zamierza wykorzystać sektę zabójców - tytułowych Nocnych Jastrzębi - aby pogrążyć w chaosie imperium Kesh. Dobrzy magowie muszą go powstrzymać, gdyż zanosi się na inwazję nieludzkich istot z innego świata, a żeby się przed nimi bronić, potrzebni będą potężni sojusznicy, tacy właśnie, jak imperium. Czytelnik najczęściej będzie towarzyszyć nastoletnim braciom - Tadowi i Zane’owi - którzy są prostymi chłopakami ze wsi, wciągniętymi w walkę Konklawe ze złem. Będzie rzucanie czarów, walki na miecze, szpiegowanie, bohaterowi z mroczną przeszłością i przygody w starym stylu. Powieść stanowi fragment dużo większej całości - jest zarówno pierwszą częścią cyklu, jak i elementem obszernej historii starannie opracowanego świata. Pociąga to za sobą pewne konsekwencje dla czytelnika. Z jednej strony cały czas wyraźnie widać, że autor wszystko zaplanował i nie zmyśla opowieści na bieżąco, z drugiej są chwile, kiedy można odczuć pewien natłok informacji. Chodzi o to, że każdy bohater ma swoją historię i łączą go mniej lub bardziej skomplikowane relacje z innymi bohaterami, każdy miał już swoje przygody i brał udział w wydarzeniach, które rozegrały się przed początkiem tej historii. W tym świecie ciągle coś się dzieje, a w książce jest zaprezentowany tylko jeden z wątków walki ze złem.

Aby czytelnik - zwłaszcza nieznający prozy Feista - totalnie się w tym nie pogubił, ma zapewnionych surogatów w osobach Tada i Zane’a. Niedoświadczonych dzieciaków, przygarniętych przez wytrawnego łowcę, Caleba, który jest synem Puga, bossa Konklawe. To normalne i zrozumiałe. Nieco słabiej wypadają momenty, gdy inni, starsi i doświadczeni bohaterowie są nękani lekkimi atakami sklerozy, wskutek których muszą sobie nawzajem tłumaczyć i przypominać pewne wydarzenia. Widocznie magia ma negatywny wpływ na szarą materię, ale gdyby było inaczej, narzekałbym na to, że nic nie zrozumiałem i utonąłbym wśród imion i wydarzeń, które były dla mnie całkowicie pozbawione kontekstu. Do tego co jakiś pojawiają się bohaterowie, którzy w tej historii wydają się zbędni, mają też miejsce wydarzenia, które nie wywołują wyraźnych konsekwencji - zapewne ci bohaterowi i skutki tych zdarzeń będą mieć swoje pięć minut w ciągu dalszym opowieści, a tutaj są po prostu niczym figury szachowe, zajmujące strategiczne pozycje.

Text: Bartosz „Pamiętacie Betrayal at Krondor?” Ryszowski

RAYMOND E. FEIST - Lot Nocnych Jatrzębi (Flight of the

Książka Feista bardziej przypadłaby mi do gustu, gdyby poza dobrem i złem występowało w niej choć kilka odcieni szarości, gdyby intryga była trochę bardziej pokrętna, wreszcie - gdyby zmalała liczba bohaterów, ale opowieść byłaby na nich bardziej skupiona. Nie zmienia to faktu, że „Lot Nocnych Jastrzębi” to obiecujący wstęp do większej historii, a także wciągająca przygoda, pozwalająca czytelnikowi zanurzyć się w innym, ciekawym świecie.

33


-------------------------------------- Ocena: 5/6

Wydawca: Zysk i S-ka 20ll Tłumaczenie: Jerzy Łoziński Ilość stron: 44l

Główna bohaterka powieści, emerytowana policjantka, przechodzi na drugą stronę prawa i staje się wziętą zawodową zabójczynią. Dorabia sobie w ten sposób do oficjalnych dochodów, jakie przynosi jej cichy pensjonat, prowadzony w urokliwym zakątku Kanady. Jej plany na przyszłość krzyżuje pojawienie się seryjnego zabójcy, którego działalność niekorzystnie wpływa na bezpieczeństwo i komfort pracy innych profesjonalnych morderców (wzmożona aktywność FBI i policji, prewencyjne aresztowania, odświeżanie starych spraw sądowych). Wobec indolencji wymiaru sprawiedliwości grupa zabójców do wynajęcia bierze sprawę w swoje ręce i sama szuka nieobliczalnego konkurenta. Powieść Armstrong została wydana w zasłużonej serii „Klubu Srebrnego Klucza”, gwarantującej od przeszło półwiecza rozrywkę na godziwym poziomie amatorom literatury sensacyjnej i kryminalnej. „Na emeryturze” nie odbiega od poziomu innych utworów, które przez ten czas ukazały się w serii. Interesująco prowadzona narracja pozwala czytelnikowi spojrzeć na powieściowe wydarzenia z dwóch perspektyw: mordercy i tropicieli. Aktorka frapująco wykorzystała możliwości oferowane przez zmienność narracji: dzięki narracji trzecioosobowej działania Heltera Skeltera zostają ukazane z dystansu, przypominając nieco metody psychologii behawioralnej (nurtu dominującego w kreśleniu portretów psychologicznych seryjnych zabójców na podstawie ich zachowań); pierwszoosobowa narracja zastosowana jest przy opisie działań protagonistki, z którą czytelnik się utoż-

samia. Już wybór kobiety na pierwszoplanową bohaterkę powieści sensacyjnej jest decyzją na tyle rzadką, by zwrócić uwagę odbiorcy. Dzięki temu Armstrong przełamała pewien stereotyp, dając przy okazji czytelnikowi okazję wyszukiwania aluzji do dyskursu feministycznego. A bohaterka „Na emeryturze” jest kobietą zarazem nowoczesną i tradycyjną: nie waha się przed podjęciem ryzyka, by następnie ulec urokowi swego mentora; planuje kolejne ruchy w grze z poszukiwanym mordercą, równocześnie marząc o rozbudowie pensjonatu.

Text: Adam Mazurkiewicz

y)

KELLEY ARMSTRONG - Na emeryturze (Exit Strateg

Jednak o tym, iż utwór Armstrong to nie kolejna „awantura w Ameryce”, decyduje nie tylko sposób narracji i postać bohatera. W powieści mamy do czynienia z celowym wykorzystaniem materiału językowego tak, aby szczegóły obyczajowe i drobiazgowy opis pierwszej akcji, w trakcie której poznajemy bohaterkę, nie tylko uwiarygodniał realizm fabuły, lecz również wyznaczał tempo narracji. Stylowi „Na emeryturze” bliżej bowiem do stopniowania napięcia wykorzystywanego np. przez Fredericka Forsytha w „Dniu Szakala” niż do fajerwerkowych akcji spod znaku „Drużyny A”. Dzięki wyborowi Armstrong dostajemy drobiazgowo opisane przygotowania do poszukiwań, a od ich efektu ciekawsze i bardziej pasjonujące zdaje się samo śledztwo. „Na emeryturze” to powieść godna uwagi, sprawnie napisana i przełożona. O jej walorach stanowi przede wszystkim wiarygodność postaci, ich zróżnicowanie językowe i wielowymiarowość.

35


STRACHY 2.0 cz.3 SCP FOUNDATION Archiwum X Internetu

Text: Marek Grzywacz

Gadanie o paranormalnych zjawiskach, straszenie się nawzajem, wymyślanie upiornych historii – co tu dużo mówić, to zawsze jest niezła rozrywka. Wiedzą o tym także w drugim obiegu sieci, na forach 4chan czy Something Awful. Ale co może powstać, jeśli paru maniaków klimatów zapragnie przenieść zabawę na wyższy poziom? Łatwo poznać efekt, bowiem Fundacja SCP udostępnia już od dawna część swoich bezcennych akt.

36

Jeśli trafi się na jeden z fenomenów, które opisywane są w owych aktach, można mieć wrażenie, że znalazło się lakoniczny opis naukowego badania nad czymś… bardzo dziwnym. Przeświadczenie pogłębia odpowiedni język i wykreślone czarnymi krechami fragmenty, zupełnie jak w rządowym tajnym dokumencie. Taka forma jest uzasadniona, ponieważ strona SCP Foundation, oparta na popularnym wiki (forma i narzędzia Web 2.0., oparte na możliwościach łatwej kontrybucji użytkowników – patrz Wikipedia), jest swego rodzaju symulacją tajnej organizacji badającej zjawiska paranormalne. A raczej nie tylko badającej – SCP to skrót od motta to secure, contain and protect: „zabezpieczyć, opanować [w domyśle: odizolować], chronić” – i tym właśnie zajmuje się fikcyjna Organizacja SCP, prezentująca na stronie

swoje akta, na które składa się 999 tajemniczych przedmiotów, obiektów i istot. Skąd wziął się pomysł? Zręby stworzyła grupka anonimowych internautów udzielających się regularnie na /x/, paranormalnym subforum 4chan. W 2007 roku jeden z nich wypuścił jako creepypastę zbiór danych podpisany jako SCP-173 – o ożywionym manekinie, który atakował ludzi, ale tylko gdy znajdował się poza ich bezpośrednim polem widzenia. Jak przyznano, miał być to jednorazowy wybryk, ale zainteresowanie forumowiczów okazało się ogromne. Wkrótce powstały podobne „artykuły”, aż twórcy postanowili zebrać swoje dzieła w stabilniejszej formie, by nie zginęły w otchłani sieci. Tak powstała wiki katalogująca samozwańcze SCP Series. Przeszła ona wiele problemów, jak zmiany domen, trudności z opanowaniem kreatywnego chaosu i dyscy-


pliną wśród użytkowników. W między czasie narodziła się idea „Fundacji”, na której bazie powstał luźny zręb fabularny – koncepcja tajnej organizacji kolekcjonującej dziwne artefakty. Obecnie projekt jest sprawnie zarządzani

i niezwykle rozbudowany, a także zawiera elementy takich sieciowych form aktywności jak fan fiction, ARG czy portal społecznościowy. Jest to też jedno z większych archiwów „historyjek niesamowitych” w sieci.

Desygnację „Keter” otrzymują obiekty, które: (a) wykazują silną, aktywną wrogość wobec ludzkiego życia, cywilizacji i/lub czasoprzestrzeni; (b) są zdolne do spowodowania znaczących zniszczeń w przypadku uwolnienia się z zabezpieczeń. Takie obiekty muszą być katalogowane, odseparowane zgodnie ze specjalnymi procedurami izolacji, i zniszczone, jeśli to możliwe. 1 Sercem strony jest nadal SCP Series, zbiór skatalogowanych, ponumerowanych obiektów (w domyśle ma liczyć 999 artykułów, przy niektórych widnieje jednak podpis „BRAK DOSTĘPU” – te wymagają jeszcze wymyślenia przez użytkowników strony). Co się w nim znajduje? Bardzo różnorodne rzeczy, od typowo horrorowych istot zdolnych zniszczyć ludzkość do uciążliwych, ale niegroźnych artefaktów i naprawdę, ale to naprawdę dziwnych przypadków, niekiedy naprawdę unikalnych. Jako że jest to strona tworzona przez amatorów, jakość pomysłów i wykonania jest różna, podobnie jak stopień powagi w podejściu do tworzenia obiektów (całkowicie parodystyczne są zbierane w odrębnej sekcji „Joke SCP’s” i oznaczane „-J” przy numerze). Wszystkie są jednak opisane w spójnej stylizacji na akta badawcze: z wpisami z dzienników naukowców, raportami z eksperymentów i działań w terenie, transkrypcjami przesłuchań świadków, niekiedy z odpowiednio dobranymi zdjęciami. I pełne skreśleń oraz wpisów „dane wymazane” czy „przeredagowane”. Są też pogru-

powane w trzech kategoriach: „Safe”, która oznacza obiekty zbadane, efektywnie zabezpieczone i w normalnych warunkach niestanowiące zagrożenia; „Eucild”, dotycząca przypadków wykraczających poza naukowe poznanie, świadomych i o nieprzewidywalnym zachowaniu; oraz „Keter”, przypisywana, jak można się domyślić z wyżej przytoczconego cytatu, SCP o znacznej mocy, zdolnym zagrozić ludzkości, wszechświatowi, a nawet rzeczywistości. Aby zaś pokazać, jak różnorodne obiekty znajdują się w kolekcji, pozwolę sobie opisać kilka co ciekawszych i popularnych. Niezniszczalny Gad, czyli SCP-682, to istota inteligentna nieznanego pochodzenia, która nienawidzi wszystkiego, co żyje – bo z jej perspektywy wszystko jest obrzydliwe i nieznośne. SCP-342 przyjmuje z kolei formę biletu transportu miejskiego wyzwalającego w posiadaczu panikę i paranoidalną schizofrenię, uniemożliwiającą mu wyjście z pojazdu, w którym skasował bilet. Niekompletna Kronika, czyli SCP-140, to książka, która w kontakcie z atramentem (lub krwią) gene-


ruje nowe fakty na temat bestialskiej cywilizacji Daevitów… z tym że później archeolodzy znajdują na całym świecie wykopaliska zgodne z tymi opisami. Podejrzewa się, że gdyby obiektowi dano dokończyć dzieła, Daevici pojawiliby się jako dominująca cywilizacja w świecie współczesnym. Ponadwymiarowy Automat, SCP-261, jest maszyną wydającą jedzenie z Japonii, pustą w środku i pracującą nawet po odłączeniu. Z tym że im więcej jenów się w nią wrzuci, tym dziwniejsze i zdecydowanie nie z tego świata przekąski wydaje. Senni Łowcy, SCP-966, to rozpowszechniona rasa humanoidalnych drapieżników, polująca poprzez całkowite pozbawianie ofiar możliwości snu, a po doprowadzeniu do skrajnego wyczerpania zjadająca nieszczęśników. Mechanizm Zegarowy, SCP-914, to chaotyczny zbiór trybów, zębatek i sprężyn, który posiada wejście i wyjście. Każdy przedmiot wprowadzony wejściem, wychodzi

z maszyny „udoskonalony”. Dość powiedzieć, że testy na istotach żywych nie skończyły się dobrze… a SCP-914, choć nieświadomy, potrafi bardzo dobrze grać w szachy. Chcecie dziwniejszych przykładów? SCP-426 to… zwykły toster. No, prawie, bo w tajemniczy sposób sprawia, że można go opisywać tylko w pierwszej osobie, a pracownicy zbyt długo przebywający w kontakcie z nim zaczynają uważać, że… sami są tosterami. SCP-801 to zaś międzywymiarowe przejście do tajemniczego nazistowskiego bunkra, które znalazło się przypadkiem… w nozdrzach pewnej pechowej kobiety. Dobra, chyba czas przystopować, bo artykuł zmienia się w wyliczankę. Poza tym najfajniejsze jest samodzielne buszowanie po archiwum, a można znaleźć w nim niemal wszystko: od nawiedzonych samolotów i pociągów do inkarnacji Kaina i Abla czy… paru domniemanych Bogów.

Sekretna i ogólnoświatowa, Organizacja SCP operuje ponad jurysdykcjami, upoważniona i obdarzona zaufaniem w kwestii przechowywania „przedmiotów, które zagrażają normalności” przez każdy znaczący rząd świata. Obok katalogu drugą niewątpliwą atrakcją witryny jest sama Fundacja SCP. Odkąd użytkownicy i Senior Staff (grupa najbardziej udzielających się osobników) zaczęli się bawić ideą tajnej organizacji, stopniowo przybywało informacji o jej celach i charakterze. Na dzień dzisiejszy materiałów o Fundacji jest tyle, że spokojnie można by na ich podstawie napisać scenariusz do jakiegoś nowego „Z Archiwum X”. Wypada zacząć od personelu organizacji, który

38

składa się głównie z postaci wymyślonych przez SCP-ową elitę (aczkolwiek nie w sensie grania roli, bo elementy roleplaying są obecnie zabronione regulaminem). Dane na temat personelu są równie dziwne i ciekawe, co katalog obiektów – mimo że mają raczej żartobliwy charakter. Mamy na przykład Administratora, pociągającego za sznurki w skali globalnej. Jest Dr Bright, szalony naukowiec skaczący między coraz to nowymi ciałami. Dr Kondraki,


którego ulubionym zajęciem jest robienie psikusów… z użyciem często śmiercionośnych artefaktów. Agent Strelkinov, rosyjski komandos znany z nienawiści do Czeczenów i nieporozumień z mężczyznami wykonującymi zawód pielęgniarki. Emma Ai, agentka i hobbystka ogrodnictwa, tak sprawna w byciu niedostrzegalną, że współpracownicy omyłkowo zamykają ją w pomieszczeniach. I cała masa wszelkiej maści socjopatów o wykręconych życiorysach. Personel pogrupowano w pięć skrupulatnie opisanych „poziomów dostępu”. Warto wspomnieć o tzw. pracownikach klasy D, wynajmowanych i często nieświadomych cywilach, którzy służą organizacji za mięso armatnie. Badacze lubują się w wypróbowywaniu na klasie D działania artefaktów i posyłaniu na spotkanie z groźnymi istotami – za co SCP na pewno nie przysługuje tytuł pracodawcy roku. Oprócz tego organizacja ma dobrze, choć celowo lakonicznie opisaną strukturę. Znajdziemy informacje o miejscach przechowywania obiektów (ze specjalną nomenklaturą), w tym takich cudach, jak baza na Biegunie Północnym czy Egzystencjalna Jednostka Przechowywania, gdzie umieszcza się wyłącznie zagrożenia o charakterze ontologiczno-predeterminacyjnym. Istnieje też zasób wpisów o oddziałach specjalnych (łącznie z kilkoma statkami wojskowymi), wśród których znajdują się między

innymi Omega-7 („Uciszacze”), monitorująca wszelkie próby komunikacji z wnętrza grobów i miejsc pochówków; Rho-5 („Zszywacze Czasu”) – „obecnie gdzieś w okresie wiktoriańskim”; są też, uwaga, Epsilon-8 („Akuszerki”), kontrolująca banki spermy i dawców nasienia, by zapobiec zapłodnieniu nieludzkim DNA. Dane o Organizacji SCP nie kończą się na tym – przeglądając stronę (zwłaszcza działy Biblioteka i Informacje), znajdziemy szczegółowe opisy różnych aspektów jej funkcjonowania, a także krótkie i dłuższe opowiadania, zapisy z misji, skrypty rozmów pomiędzy członkami czy eseje i artykuły personelu – całe godziny materiałów do czytania. Kreacja realiów sięga nawet takich detali jak nalepki ochronne stosowane przy zabezpieczaniu obiektów – od trywialnego ostrzeżenia przed porażeniem prądem do oznaczeń stosowanych przy SCP „świadomych i agresywnych”, „zagrożeniach memetycznych” czy „niestandardowej topografii”. Co ciekawe, opisano także inne „grupy zainteresowane” w biznesie, jak Globalna Koalicja Okultystyczna (Fundacja ich nie lubi, bo niszczą obiekty zamiast przechowywać), Insurekcja Chaosu (grupa, która odłączyła się od Fundacji i eksperymentuje na własną rękę z niebezpiecznymi SCP) czy inne kulty czczące obiekty, pazerne korporacje, komórki rządowe (jest nawet pastisz Archiwum X, czyli biuro UIU w FBI).

Suma całej naszej ludzkiej kondycji; nasza wiedza kulturowa, wychowanie, wspomnienia i osobowość – to czyni nas podatnymi na okazyjny przymus memetyczny. A więc to nie bazaltowy monolit lub dziwne znaki na nim sprawiły, że udusiłeś towarzyszy swoimi własnymi wnętrznościami. Problem leżał cały czas w tobie.


Dlaczego warto zanurzyć się w zbiory Fundacji? Powodów jest kilka. Po pierwsze, to jedyna tak usystematyzowana i bardzo sprawnie wystylizowana strona, gdzie internauci bawią się w wymyślanie strasznych historyjek w obrębie pewnej koncepcji niby-fabularnej. W dodatku mimo że nie wszystko jest tam doskonałe, udanie balansująca między horrorem, opowieściami o tajnych organizacjach i niepokornym, nerdowskim humorem rodem z 4chan (acz mniej wulgarnym i obrazoburczym). Warto się przyjrzeć choćby z ciekawości. Po drugie, jest wyjątkowo przystępna i uregulowana jak na spontanicznie tworzoną oraz otwarta dla chcących się kreatywnie pobawić. Wiki zbudowano przejrzyście, znajdziemy dogłębne wyjaśnienia: jak stworzyć poprawne SCP, jakiego języka używać, czego wymaga się od kontrybutorów, jakiego rodzaju właściwości artefaktów są nadużywane i niemile widziane, co to są memy internetowe itp. Są także organizowane konkursy literackie i inne interaktywne zabawy, można zapoznać się z popularnymi creepypastami spoza strony, aktywni są forumowicze i komentatorzy, w linkach jest nawet fabularyzowana audycja radiowa. Słowem: jest czym się zająć. Po trzecie, niektóre

pomysły zawarte w katalogu dziwności są tak oryginalne, nietypowe i zwyczajnie rajcowne, że warto pogrzebać za perełkami. Wady? Na pewno dużo materiału, zwłaszcza humorystycznego, skierowana jest do stałych bywalców i społeczności skupionej wokół projektu. Sporo jest też wewnętrznej terminologii, która może z początku sprawiać trudności. Trzeba też wiedzieć trochę o popkulturze i Internecie, żeby odczytać nawiązania w opisach SCP (chociażby SCP-582 to trybut dla popularnego straszydła sieci – Slender Mana, a za SCP-4445 kryje się znana strona zajmująca się schematami i toposami popkultury, TV Tropes). Czasem też wybuchają konflikty (flame wars), jakich pełno w Internecie. Nie są to jednak problemy, które uniemożliwiają wciągnięcie się w lekturę. Dla formalności trzeba wspomnieć, że w Internecie pojawiały się inne pomysły na dodanie interesującej otoczki prostym horrorkom krążącym po forach. Najbardziej znanym i rozbudowanym jest projekt The Holders, interaktywna gra dotycząca 538 obiektów, które spowodują koniec świata, gdy znajdą się w jednym miejscu – niejako duchowy poprzednik SCP, choć bliższy prozie.

1 Wszystkie cytaty pochodzą z wiki SCP Foundation, tłumaczenie własne.


--------------------------------------

Ocena: 5/6

Wydawca: publikacja własna 20ll Ilość stron: l89

„Bizarro dla początkujących” to antologia opowiadań polskich autorów którzy postanowili się zmierzyć z tematem. Niektórzy z nich to autorzy już znani i uznani, niektórych znamy z łamów chociażby „Grabarza Polskiego” czy portali o tematyce horroru. Czy udało się bizarro po polsku? Otóż posłuchajcie... Pierwsze dwa opowiadania to dzieła Bartka Czartoryskiego. Pierwsze to rzeczywiście typowe bizarro, drugie to raczej czysty horror. Fajne to opowiadania, dobrze się je czyta. Widać, że Bartek ma duży potencjał pisarski. Aleksandra Zielińska zaprezentowała jedno dłuższe opowiadanie. I znowu – mało tu bizarro, więcej raczej dark fantasy – ale opowiadanie jest naprawdę dobre i świat wykreowany przez Olę aż się prosi o rozwinięcie w dłuższej formie bądź serii opowiadań. Rafał Kuleta – polski specjalista w kategorii „stusłówek” - tutaj także znajdziemy krótką formę, ali i dłuższe opowiadanie – bizarro w najczystszej postaci. Jego opowiadanie to chyba jedno z najbardziej zakręconych dzieł w tej antologii. Krzysztof Maciejewski – trzy szorty i jedno opowiadanie – rozśmieszyło mnie do bólu – obrzydliwe, ohydne, a jednocześnie wywołujące salwy śmiechu. Krzysztof T. Dąbrowski – znakomite opowiadanie utrzymane w klimatach Kinga, tylko dużo bardziej okrutne i obrzydliwe. Do tego dwa krótsze pomysłowe szorty. Kazek Kyrcz – trzy krótkie opowiadania dające do myślenia; Kazek więcej pozostawia wyobraźni niż opisuje. Bardzo fajne trzecie opowiadanko – to o lodach... Dawid Kain – dwa opowiadania, w których

Dawid pojechał po bandzie; perfekcyjne bizarro, do tego po mistrzowsku napisane! I jeszcze dwa szorty napisane przez Kazka i Dawida wspólnie – dwa treściwe kawałki, które walą w mózgownicęz siłą wodospadu...

Text: Bogdan Ruszkowski

RÓŻNI AUTORZY - Bizarro dla początkujących. Antologia opowiadań.

Na koniec zostawiłem opowiadanie, które jest moim numerem jeden tej antologii: „Zjedz mnie” Adriana Miśtaka. Powiem Wam, że dawno nic mną tak nie wstrząsnęło jak to właśnie opowiadanie. Znakomity kawałek – ale błagam – nie czytajcie przy jedzeniu! Ja sam ze dwa dni po lekturze bałem się podejść do lodówki, a niektóre fragmenty tego opowiadania będą minie prześladować jeszcze bardzo długo. A jednocześnie jest to najbardziej realistyczne opowiadanie w całej antologii – to rzeczywiście mogłoby sie komuś przytrafić naprawdę... Podsumowując – polscy autorzy poradzili sobie z bizarro w sposób więcej niż satysfakcjonujący. Może niektóre teksty tutaj zebrane nie zawsze da się podciągnąć pod ten gatunek, ale to nadal po prostu dobre utwory. Dostajemy więc do rąk antologię fajnych, wciągających, dobrze napisanych opowiadań. Chociażby dlatego warto „Bizarro dla początkujących” przeczytać. Antologia wymyślona przez Dawida Kaina jest wydaniem, można powiedzieć, hobbystycznym. Dlatego może być problem z dotarciem do tego zbioru. Dystrybucja prowadzona jest tylko poprzez allegro. Spieszcie się zatem, bo naprawdę warto rozpocząć przygodę z bizarro właśnie od tych opowiadań. Gratuluję autorom i czekam na więcej!

41


Nowa powieść mistrza grozy. Kolejne arcydzieło horroru, które poraża i przeraża. Wstrząsające studium zła i zwyrodnienia, przed którym się nie schowasz. Nigdzie. Powieścią „Jedyne dziecko” Jack Ketchum po raz kolejny udowadnia, że jest pisarzem z ekstraklasy światowej grozy. Ta książka przeraża realizmem i bezkompromisowo przypomina o koszmarach dziejących się tuż obok nas. Nie sposób przejść obok niej obojętnie.

Stefan Darda

autor „Domu na wyrębach” i cyklu „Czarny Wygon” Prosta rodzinna historia. On, ona i dziecko. Tylko że on jest potworem, ona pogubiona, a ono ofiarą. Lubicie horrory o zwykłym życiu? Ten będzie waszym ulubionym. Zwali was na łopatki i nie pozwoli się podnieść. Absolutne mistrzostwo.

Robert Ziębiński Newsweek Polska

www.papierowyksiezyc.pl www.jackketchum.pl


de sang)

-------------------------------------- Ocena: 4/6 Wydawca: Albartos 20ll Tłumaczenie: Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak Ilość stron: 399

II połowa XVIII wieku. Na francuskim dworze pojawia się morderca, pozostawiający na miejscu zbrodni czerwoną różę i bajkę Jeana de La Fontaine`a, niekiedy dodając wiersze własnego autorstwa. Zagrożeni czują się przede wszystkim uwikłani w dworskie rozgrywki ministrowie i koterie, jednakże niebezpieczeństwo czyha również na przypadkowych ludzi niższych stanów, o ile zabójca uzna, że mogą zagrozić jego planowi. Tajny agent królewski nie tylko usiłuje zapobiec dalszym zbrodniom, lecz również rozwikłać zagadkę postaci mordercy, podpisującego się jako Bajkarz; rzecz jednak w tym, iż kogoś takiego agent zabił już wiele lat wcześniej... Mamy więc do czynienia z naśladownictwem, mistyfikacją, czy może jeszcze czymś innym? Genologicznie utwór Delalande`a można zaklasyfikować jako syntezę kryminału, powieści historycznej oraz powieści „płaszcza i szpady”. Autor czerpie inspirację nie tylko z klasycznego wzorca kryminału, lecz również tradycji jego odmiany sensacyjno–awanturniczej, żywej zwłaszcza w I połowie XX wieku; nieobce są mu też wpływy Aleksandra Dumasa i kontynuatorów jego poetyki literatury sensacyjno–historycznej (widocznej m.in. w powieściach o przygodach kapitana Alatriste pióra Arturo Pereza–Reverte). Z kolei intertekstualna zabawa, która legła u podstaw intrygi kryminalnej – zbrodnie są ilustracją kolejnych bajek La Fontaine`a – ukierunkowuje uwagę czytelnika na zjawisko, które można określić mianem „kryminału literacko–erudycyjnego” (jego reprezentantami są m.in. Matthew

Pearl, autor „Klubu Dantego”, „Cienia Poego” i „Zagadki Dickensa” oraz Arturo Perez–Reverte jako twórca „Szachownicy flamandzkiej”).

Text: Adam Mazurkiewicz

ARNAUD DELALANDE - Bajki pisane krwią (Les fables

Głównego bohatera utworu – włoskiego szpiega Viravoltę, pozostającego na usługach dworu francuskiego – czytelnik miał już okazję poznać w chronologicznie pierwszej powieści, „Pułapce Dantego”. Oba utwory mają te same zalety i podobne wady; szybkość akcji, jej niespodziewane zwroty, historyczny kostium docenią zapewne miłośnicy „historycznych awantur”. Z kolei poszukiwacze realiów epoki mogą czuć się usatysfakcjonowani bogatym zapleczem naukowym i pragnieniem autora, by dochować wierności szczegółom obyczajowo–kulturowym. Imponująco udało się pisarzowi oddać zwłaszcza atmosferę schyłkowości francuskiego dworu, u zarania rewolucji 1789 roku, a końcowa scena to majstersztyk, na długo pozostający w pamięci czytelnika. Zarazem jednak Delalande wikła się w popularnonaukowe wykłady sprawiające, iż czytelnik może czuć znużenie erudycyjnością utworu; to, co powinno pozostać tajemnicą pracowni pisarza, zostaje wprowadzone w tkankę narracyjną, powodując zbędne – z punktu widzenia odbiorcy – retardacje akcji (są one wprawdzie interesujące jako świadectwo oczytania i wiedzy pisarza o epoce, jednakże można było je dołączyć – na wzór „Dopisków na marginesie „Imienia róży” Umberto Eco – jako odautorskie posłowie).

43


and Teeth)

-------------------------------------- Ocena: 4/6 Wydawca: Papierowy Księżyc 20ll Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski Ilość stron: 345

Z powieścią „Las Zębów i Rąk” mam problem. Nie bardzo wiem, do kogo może być ona skierowana... Do młodzieży? No ale tematyka chyba zbyt poważna, zbyt wiele smaczków do wychwycenia. Do dorosłych? No ale dla starych wyjadaczy horrorowych to będzie za mało krwista lektura. Do miłośników romansów paranormalnych czy wampirycznych? Romans jest, ale wybory i moralne dylematy jakieś takie miałkie, mało prawdziwe. A jednak nie mogę tak od razu skreślić tej książki. Bo „Las Zębów i Rąk” ma w sobie to coś, co sprawia, że bardzo trudno się od lektury oderwać. Historia jest niebanalna i – mimo wcześniejszych zarzutów – niesie w sobie duży potencjał na kolejne tomy (powieść jest pierwszą częścią trylogii). Kilkadziesiąt lat temu na ludzi spadł kataklizm. Plaga zombi była nie do opanowania. Błąd w eksperymencie spowodował, że resztki ludzkości zostały zepchnięte do specjalnie przygotowanych enklaw. Miasteczka, osady, wsie otoczone stalową siatką broniły się przed hordami nieumarłych. Ale to tylko tło właściwej odpowiedzi. My świat takiej wioski otoczonej przez metalową siatkę poznajemy oczami Mary – młodej dziewczyny, której ojciec wcześniej stał się Nieuświęconym (tak mieszkańcy wioski nazywają nieumarłych). Mary marzy o oceanie – który zna jedynie z opowieści matki i z jednego starego zdjęcia, na którym jej prapraprababka stała na jego brzegu. Cała wioska jest chroniona przez Strażników którzy podlegają Siostrzeń-

stwu – z opisu wynika, że ta wioska jest położona wokół klasztoru i Siostrzeństwo to po prostu zakonnice.

Text: Bogdan Ruszkowski

CARRIE RYAN - Las Zębów i Rąk (The Forest of Hands

Religia i wiara w Boga jest bardzo mocną tradycją wioski, a potrzeba utrzymania gatunku jest sprawą priorytetową. To wszystko przekłada się na zależności pomiędzy ludźmi w wiosce, Strażnikami a Siostrami: przejrzysty system praw, nakazów i zakazów (składających się na model zamkniętego społeczeństwa, który mógłby zaistnieć naprawdę). W wyniku nieszczęśliwych okoliczności Mary zostaje sierotą. Siłą zmuszona do wstąpienia do Siostrzeństwa, orientuje się, że nigdy nie będzie nikim więcej jak tylko służącą dla sióstr. Jej niepokorny charakter i marzenia sprawiają, że dziewczyna staje się kimś, komu nie można zaufać. Ale Mary zupełnie niechcący natknie się na jedną z największych tajemnic Siostrzeństwa i Strażników... Jeśli dodamy do tego jeszcze wątek miłosny (ona jedna, a ich dwóch), otrzymamy pobieżny pogląd na schemat „Lasu Zębów i Rąk”. Więcej z fabuły nie zdradzę, by nie psuć lektury – powiem tylko, że warto tę powieść przeczytać. Właśnie dlatego, że postapokaliptyczny świat został tu opisany logicznie, spójnie i wiarygodnie. Mogą denerwować i być niezrozumiałe moralne dylematy bohaterki, jej wybory, zbyt płytki i nie budzący emocji wątek miłosny – jeśli jednak przymknąć na to oko, okaże się, że powieść Carrie Ryan to całkiem ciekawa, wnosząca powiew świeżości lektura.

45


MELANCHOLIA MELANCHOLIA Dania, Szwecja, Francja, Niemcy 2011 Dystrybucja: Gutek Film Reżyseria: Lars von Trier Obsada: Kirsten Dunst Charlotte Gainsbourg Kiefer Sutherland Alexander Skarsgård

X X

Text: Łukasz Skura

X X X

Podobnie Trier owładnięty jest swym manifestem – od czasu spisania zasad Dogmy 95 kurczowo się ich trzyma. O ile formuła pięknych zdjęć z pogranicza wideoartu połączonych z bezlitosnym realizmem świetnie sprawdziła się w „Antychryście”, tutaj zawodzi. Tam sceny piękne, kiczowate wzajemnie uzupełniały się z grozą, krwią i posoką, tworząc najbardziej bezkompromisowy horror ostatnich lat. Tutaj obserwujemy na dużych zbliżeniach szalone „performanse” panny młodej, która przysłowiowy koniec świata może sobie zorganizować biorąc kąpiel, kiedy właśnie podają wielki tort na jej cześć!

W pierwszych scenach widzimy doskonałą wizualizację tytułowej planetoidy Melancholii, która pędzi na zderzenie z Ziemią. Wykreowane w polskim studiu Platige Image spowolnione kosmiczne obrazy kontrastują z surrealistycznymi obrazami z „życia codziennnego”: panna młoda oplatana jest przez żywe pnącza, matka trzyma na rękach swoje dziecko, zapadając się w trawę pola golfowego. W drugiej części Duńczyk skupia się na Czujemy, że zbliża się Katastrofa. I po osobie Claire (Charlote Gainsbourg), któchwili Ziemia uderza w Melancholię. Jesteśmy świadkami pięknego końca świata. Trier jednak dopiero zaczyna swoją opowieść. Po prologu pokazuje już w zupełnie innej konwencji (realistycznej z rozedrganą kamerą) ślub pewnej młodej pary: Justine (nagrodzona w Cannes za tę rolę Kirsten Dunst) i Tima. Justine to przykład osoby owładniętej depresją do tego stopnia, iż jest w stanie zepsuć swoje przyjęcie weselne.

Lars Von Trier zawsze lubił czerpać z różnych gatunków. Na swój sposób reinterpretował musical, serial grozy czy kryminał, a nawet porno w „Idiotach”. Na tegorocznym festiwalu w Cannnes zaskoczył widzów filmem katastroficznym.

46


ra twardo trzymając się rzeczywistości, opiekuje się owładniętą przez depresję (a może melancholię?) siostrą. Teraz już wszyscy wiedzą o zbliżającej się zagładzie. Jednak do końca nie wiadomo, czy wyliczenia naukowców co do trajektorii Melancholii są wiarygodne. W tym znacznie ciekawszym segmencie widzimy skrajne reakcje i różne postawy wobec nieuchronnego końca. Trier pokazuje koniec świata z perspektywy jednej rodziny, zamkniętej w małym dworku, oczekującej na zderzenie z planetą.

gi, dobra intryga. Właściwie Triera to nic nie interesuje oprócz własnego idée fixe. Pierwszej części „Melancholii” jest bliżej do „Wesela” Altmana, a drugiej części bliżej do „2012” czy „Pojutrze”. Mam wrażenie, że tym nowym materiałem można by obdarzyć trzy filmy: remake „Wesela”, kameralny film katastroficzny i sequel „Katedry” Tomasza Bagińskiego. Jeżeli ktoś jest przygotowany na taki dwu i pół godzinny koktajl, być może nie zaśnie w połowie seansu. Ale to przecież Triera i tak nie interesuje!

Już widzę te komentarze Wielkich Krytyków: „Triera nie interesują efekty specjalne rodem z filmów Emmericha, Triera nie interesują pościgi i akcja, Triera interesuje codzienność postawiona naprzeciw zagładzie”. Można by to ciągnąć dalej, już bardziej cynicznie: Triera nie interesuje ani publiczność, ani formuła filmu katastroficznego. Triera nie interesuje wewnętrzna spójność dzieła, ciekawe dialo-

47


---------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawca: Czarne 20ll Tłumaczenie: Sylwia Ochab Ilość stron: 492

Dwójka dzieci znajduje w szkole pięciu powieszonych mężczyzn, których zwłoki zostały okaleczone. Niedługo potem ścięte drzewo miażdży budkę z kiełbaskami, której właściciel leżał wewnątrz martwy. Co łączy obie sprawy? W jaki sposób mogą wiązać się one z narastającą kampanią skierowaną przeciw duńskim pedofilom? To pytania, na które musi odpowiedzieć komisarz Konrad Simonsen – główny bohater powieści. Wydawnictwa Czarne nie trzeba przedstawiać miłośnikom ambitnej prozy współczesnej. Nie dziwi więc publikacja przez tę oficynę debiutanckiej powieści rodzeństwa Hammer. Tym bardziej, iż Skandynawowie mają szczególny talent łączenia gatunków literatury popularnej z krytyką społeczną i poruszaniem istotnych kulturowo kwestii. Tym jednakże, co w powieści Hammerów pozostaje najciekawsze z punktu widzenia polskiego czytelnika, jest panorama społeczeństwa duńskiego, z jego realnymi problemami: wielokulturowością wymuszoną przez imigrantów, zapleczem socjalnym, realistycznym obrazem prowincji, stosunkiem jednostki do władzy. Zwłaszcza ostatnia sprawa zaznaczyła się szczególnie silnie w „Niegodziwcach”; ofiarami są bowiem pedofile, przeciw nim też skierowane zostaje odium społeczne, a jednocześnie „porządni obywatele” usiłują sabotować poczynania policji zmierzającej do wykrycia sprawców makabrycznej zbrodni. W szczególnej sytu-

acji pozostaje też odbiorca: z jednej strony – jako czytelnik powieści detektywistycznej, aprobuje poczynania policji, zmierzającej do przywrócenia ładu świata, zachwianego przez chaos zbrodni; z drugiej – ujęcie sprawców mordu związane byłoby z wymierzeniem im sprawiedliwości. Jednakże ofiary przemocy dopuściły się zbrodni, za którą same powinny ponieść karę. Owo uwikłanie aksjologiczne wywołuje w czytelniku mieszane uczucia. Niczym np. w filmie „Święci z Bostonu” kibicuje on nie tyle wymiarowi sprawiedliwości, co przestępcom, wyręczającym ów wymiar w osądzie jednostek, wobec których społeczeństwo pozostaje bezradne. Stąd wieloznaczność tytułu powieści: niegodziwcami są bowiem nie tylko ci, którzy pozbawili życia szóstkę mężczyzn, lecz również ofiary mordu; nie tylko podżegacze, przyczyniający się – na fali społecznego oburzenia – do eskalacji nienawiści, skutkującej samosądami, ale i pragnący przy tej okazji rozliczyć się z własnymi „demonami dzieciństwa”.

Text: Adam Mazurkiewicz

LOTTE I SOREN HAMMER - Niegodziwcy (Svinehunde)

Bohaterom „Niegodziwców” daleko jest od doskonałości, ale też i dzięki temu zdają się pełnowymiarowymi postaciami, zmagającymi się z realnymi problemami. Może dlatego powieść Hammerów jest tak istotnym głosem w sprawie czytelniczej współczesności (niemała w tym zasługa autorki przekładu, potrafiącej cieniować język postaci i narracji tak, by czytelnik miał wrażenie przestawania z żywymi postaciami).

49


gyllen ring)

---------------------------------------- Ocena: 4/6 Wydawca: Wydawnictwo Czarne 20ll Tłumaczenie: Milena Skoczko Ilość stron: 477

Katrine Bratterud – młoda, piękna kobieta. Ma marzenia, pracę, mieszkanie, chłopaka. Wydawać by się mogło, że nic jej do szczęścia nie potrzeba. Jednak już od pierwszych stron powieści „Mały złoty pierścionek” – kiedy to poznajemy Katrine – wiemy, że coś w jej życiu jest nie tak. Oto do biura podróży, w którym pracuje dziewczyna, wdziera się podstarzały „macho” i grozi jej, używając przemocy. Tylko dzięki pomocy koleżanki z biura napastnika udaje się spacyfikować. Katrine wraca do domu, gdzie czeka na nią jej chłopak – Ole. Pozornie szczęśliwa para okazuje się bardzo niedopasowana. Katrine szykuje się na wieczorną imprezę, w międzyczasie wykonując kilka telefonów – ale do kogo? Tego zazdrosnemu chłopakowi nie chce zdradzić. Impreza w ośrodku odwykowym, gdzie leczyła się Katrine, jest niewypałem... Tak, tak – Katrine była uzależniona od narkotyków i dopiero od trzech lat nie bierze, nie puszcza się za działkę... Świetnie wypada wstęp powieści – autor doskonale pokazuje, jak zwyczajne życie może okazać się grą pozorów. W niedzielę rano po imprezie w ośrodku ciało zgwałconej i pobitej Katrine zostaje znalezione w przydrożnym rowie. Kto zabił? Czy mroczna przeszłość dziewczyny dopadła ją po latach? Czy był to przypadkowy mężczyzna, który zwietrzył łatwą ofiarę? A może zabił ją najbliższy przyjaciel dziewczyny? Odpowiedź na

te pytania muszą znaleźć inspektor Gunnarstrand i jego asystent Frank Frolich. Będziemy świadkami żmudnego śledztwa, przesłuchiwania osób powiązanych z Katrine i jej przeszłością. I bynajmniej nie będzie to nudna lektura.

Text: Bogdan Ruszkowski

KJELL OLA DAHL - Mały złoty pierścionek (En liten

„Mały złoty pierścionek” to kryminał klasyczny – bez całego sztafażu sensacyjnych pogoni i zdarzeń. To spokojna, a jednak wciągająca powieść. Przynajmniej przez czterysta dwadzieścia stron – bowiem na koniec autor popełnił kardynalny błąd. Nie napiszę jaki, bo mimo wszystko powieść warta jest przeczytania i nie chcę psuć lektury – powiem tylko tyle, że po odłożeniu lektury czułem niesmak. Zakończenie powieści zdecydowanie psuje odbiór całości. A szkoda – sposób prowadzenia śledztwa przez bohatera wart był naprawdę innego końca. Potencjał „Małego złotego pierścionka” był duży: dobrze poprowadzeni, mocno psychologicznie umotywowani bohaterowie, świetnie opisana ciągle egzotyczna dla nas sceneria norweskiej prowincji, poważne moralne dylematy ludzi którzy prowadzą ośrodek odwykowy – wszystko to podane naprawdę ciekawie i wiarygodnie. Dlatego – mimo mojego zniesmaczenia z powodu zakończenia – polecam tę książkę. Nie tylko tym, którzy lubią klasyczne kryminały. Ale za skopanie rozwiązania zagadki – dla powieści tylko czwóreczka.

51


THE WARD ODDZIAŁ USA 2010 Dystrybucja: Monolith Reżyseria: John Carpenter Obsada: Amber Heard Lyndsy Fonseca Jared Harris Mika Boorem

X X

Text: Grzegorz Fortuna Jr

X X X

Dzisiaj Carpentera nie postrzega się już jako intrygującego twórcę, którego filmy karmiłyby wyobraźnię fanów horroru, a jedynie jako pustą figurę, wspominaną tylko przy okazji zestawień najbardziej wpływowych dla gatunku reżyserów. „The Ward” takiego stanu rzeczy niestety nie zmieni. I nie chodzi nawet o to, że „Oddział” jest złym filmem. To po prostu horror skrajnie anachroniczny, przestarzały, nieprzystosowany ani do wymagań współczesnego widza, ani – tym bardziej – do wymagań współczesnego miłośnika gatunku. Oglądając najnowszy obraz Carpentera, zrealizowany po długiej reżyserskiej przerwie, ma się wrażenie, że pod względem twórczej mentalności, reżyser ciągle tkwi w latach 80. i nie potrafi odnaleźć się w XXI wieku. Czy to wada? W przypadku „The Ward” niestety tak, bo zastosowane przez reżysera sposoby straszenia były skuteczne trzydzieści lat temu, ale dziś wy-

wołać mogą jedynie lekki uśmiech nostalgii, charakteryzacja jest raczej zabawna, niż przerażająca, a pomysł na rozwiązanie akcji - jakkolwiek zaskakujący - był już wykorzystywany w kinie i literaturze wielokrotnie. To niestety nie koniec wad „Oddziału”: Amber Heard, zatrudniona chyba tylko z powodu nieprzeciętnej urody, nie jest w stanie udźwignąć ciężaru głównej roli, wypowiada poszczególne kwestie z dziwną trudnością, a wykrzesanie z siebie jakichkolwiek emocji (bardziej skomplikowanych od płaczu i krzyku) wyraźnie stanowi dla niej problem nie do przeskoczenia. W samej historii jest z kolei zdecydowanie za dużo biegania, a za mało myślenia, natomiast finałowa sekwencja może

John Carpenter, niegdyś jeden z najważniejszych twórców horrorów i filmów science-fiction, autor takich perełek jak „Coś” czy „Halloween”, po spektakularnej klęsce (zarówno finansowej, jak i artystycznej) „Duchów marsa” w 2001 roku, opuścił fotel reżysera na prawie dziesięć lat.

52


spowodować wybuch niekontrolowanego podpaleniu opuszczonej farmy, potrafi zaśmiechu. interesować, a w paru momentach nawet zaskoczyć – oczywiście jeśli przymkniemy Pomimo to nie określiłbym „The Ward” oko na różnego rodzaju techniczne i scejako film jednoznacznie zły. Nie sposób nariuszowe anachronizmy oraz mało ododmówić Carpenterowi swoistej meto- krywcze rozwiązania fabularne. dyczności i konsekwencji – „Oddział” to pod względem fabuły i stylistyki horror Poza tym, w niedzisiejszości tego filmu spójny, scenariusz nie zawiera większych jest coś rozbrajająco urokliwego – zarówdziur logicznych, przez niecałe półtorej no w kadrach, w muzyce, jak i w charakgodziny seansu nie ma miejsca na nudę. teryzacji. Oczami wyobraźni widzę Johna Historia Kristen, młodej dziewczyny z za- Carpentera, który stoi przed producentami burzeniem tożsamości, która zostaje za- w rozkroku, z założonymi na piersi rękami mknięta w zakładzie psychiatrycznym po i poważną miną, po czym oznajmia: „zrobię film po swojemu”. W „Oddziale” widać specyficzną niezgodę na to, jak kręci się dzisiaj horrory, niezgodę człowieka, który przez lata stanowił ważną część tego gatunku. I choć „The Ward” nikogo nie wystraszy ani nie zapewni Carpenterowi powrotu do hollywoodzkiej czołówki, jest ciekawym filmowym doświadczeniem. A czytelnicy uważający lata 80. za najlepszy okres dla gatunku, śmiało mogą dodać do oceny jeden punkt.

ABY KUPIĆ RECENZOWANY FILM, KLIKNIJ NA LOGO (opcja aktywna tylko w Grabarzu Polskim w formacie pdf)

53


No Stars)

-------------------------------------- Ocena: 6/6 Wydawca: Albatros 20ll Tłumaczenie: Krzysztof Obłucki Ilość stron: 487

Ci, którzy twierdzili, że Stephen King jako pisarz się kończy, byli w błędzie. Udowadnia to najnowsza pozycja wydana w Polsce przez wydawnictwo Albatros „Czarna, bezgwiezdna noc”. Po „Czterech porach roku” i „Czwartej po północy” otrzymujemy kolejny zbiór nowel. Cztery utwory zawarte w „Czarnej, bezgwiezdnej nocy” łączy jeden motyw. W każdym człowieku ukryty jest ktoś inny... mroczny gość zdolny do czynów, o jakie byśmy się nigdy nie podejrzewali. Nowele pokazują co się stanie jeśli pod wpływem różnych czynników władze nad naszymi czynami obejmie ta druga, mroczna połowa. Po raz kolejny King stawia zwykłych ludzi w niecodziennych sytuacjach i pozwala nam się przyglądać jak sobie poradzą. To duża zaleta prozy Kinga – on nie zachwyca się wymyślaniem zdarzeń. Raczej przeprowadza wiwisekcję duszy ludzi takich jak my.

stawionej na pewną śmierć kobiecie udaje się przeżyć. Świetnie pokazana w tej noweli jest desperacja kobiety, a jej przemyślenia czy wyimaginowane rozmowy z kotem czy nawigacją GPS znakomicie pokazują narastającą paranoję i lęk. Wydaje się, iż tylko zabicie gwałciciela przyniesie ukojenie. Ale czy rzeczywiście?

Opowieść trzecia – najkrótsza i najbardziej przewrotna to „Dobry interes”. Dave ma żonę i urocze dzieciaki. Ale ma też raka i zaledwie kilka miesięcy życia przed sobą. Spotyka jednak istotę, która ofiaruje mu piętnaście lat życia. Warunkiem jest wskazanie osoby, której Dave nienawidzi. I ten taką osobę wskazuje.... Zaręczam, że będziecie zaskoczeni tym, kto jest tą osobą. W tym krótkim, przewrotnym opowiadaniu kolejny raz trafiamy do Derry – miasta, w którym przed laty grasował klaun-morderca Pennywise. Czy to on był Pierwsza opowieść pt. „1922” to wspo- istotą która los postawił na drodze Deva? mnienia Wilfreda Lelanda Jamesa – człowieka który zamordował swoją żonę. No i wreszcie czwarta opowieść - „DoA poszło o to, że Wilfred nie chciał sprze- brane małżeństwo”. Kobieta odkrywa, dać swojej ziemi. Doprowadzony do osta- iż jej mąż jest seryjnym mordercą. Czy teczności przekonał czternastoletniego ludzie uwierzą w to, że nie wiedziała syna i razem zabili kobietę. Nie było to o drugim, mrocznym życiu najbliższej jej proste morderstwo... a potem już nic nie osoby? Co zrobi w sytuacji zdawałoby się poszło tak, jak zamierzał Wilfred. Jedna bez wyjścia tak długo oszukiwana żona? chwila, jeden czyn zaważył na życiu ojca, Dobrze samemu poznać odpowiedzi na syna i wielu osób z ich otoczenia, nakrę- te pytania. cając spiralę szaleństwa i zbrodni. Podsumowując – znakomicie napisane W opowieści drugiej - „Wielki kierowca” studium psychologiczne mrocznej natury mamy inną sytuację. Tess Jean, sym- człowieka zawarte w czterech różnych patyczna autorka kryminałów, wracając stylistycznie, narracyjnie i emocjonalnie ze spotkania z czytelnikami zostaje na- utworach. padnięta i brutalnie zgwałcona. Pozo-

Text: Bogdan Ruszkowski

STEPHEN KING - Czarna bezgwiezdna noc (Full Dark,

55


SEASON OF THE WITCH POLOWANIE NA CZAROWNICE USA 2011 Dystrybucja: Monolith Reżyseria: Dominic Sena Obsada: Nicolas Cage Ron Perlman Claire Foy Christopher Lee

X

Text: Grzegorz Fortuna Jr

X X X X

za dezercję, postanawiają podjąć się misji dostarczenia dziewczyny do oddalonego o tysiące kilometrów opactwa, gdzie domniemana wiedźma zostanie osądzona.

Dominic Sena, reżyser „Polowania...”, przedstawia prostą historię w taki sposób, jakby sam nie wierzył w jej sens. Niby akcja ma miejsce w średniowiecznej Europie, a bohaterowie wiozą ponoć czarownicę przez mroczne, nieznane tereny, ale podczas seansu nie czuje się ani klimatu epoki, ani – tym bardziej – grozy związanej z transportem piekielnej kreatury. Zamiast Behmen (Cage) i Felson (Ron Perlman) wykorzystać potencjał opowieści o spotkawalczą ramię w ramię podczas wypraw niu z nieznanym i zrobić użytek z możliwokrzyżowych. Po latach posługi tracą wia- ści, jakie daje reżyserowi sztafaż kina fanrę w czystość intencji kościoła i postanawiają wrócić do Europy. Rodzinny ląd okazuje się być jednak zupełnie inny, niż go zapamiętali: mieszkańców miast i wiosek dziesiątkuje zaraza (której symptomy przypominają raczej ebolę, niż dżumę), a winę za taki stan rzeczy ponosi – według słów granego przez Christophera Lee kardynała – nastoletnia czarownica, przetrzymywana w zamkowych lochach. Zmęczeni tułaczką rycerze, chcąc uniknąć wyroku Patrząc na filmografię Cage’a, występującego ostatnio w co najmniej kilku gniotach rocznie, trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. „Polowanie na czarownice” to niestety kolejna produkcja, w której ceniony niegdyś aktor próbuje ratować rozsypującą się karierę za pomocą cierpiętniczego grymasu.

Nicolas Cage to przykry przypadek aktorskiego upadku – kiedyś otrzymywał najważniejsze nagrody w przemyśle filmowym, dziś dostaje jedynie nominacje do Złotych Malin; przed laty starannie dobierał role, a teraz bierze wszystko, za co mu zapłacą. Roger Ebert napisał o nim, że jest „dobrym aktorem w dobrych filmach i niemal nieodzownym w tych złych”.

56


tasy, Sena pędzi z historią na łeb na szyje, nie zatrzymując się ani na chwilę przy ciemnych lasach i mrocznych zamkach. Kiedy już spowalnia tempo, skupia akcję na rozterkach głównych bohaterów, które zostały zarysowane tak topornie, że lepiej by było, gdyby zostawić je na dalszym planie. Efektem takiego podejścia jest zupełny brak atmosfery i nuda, która z czasem zaczyna się do „Polowania na czarownice” wkradać – obserwujemy bowiem stereotypowych bohaterów, podróżujących przez nieciekawie sfilmowane plenery z misją, której sens można łatwo podważyć.

Miałem cichą nadzieję, że kiedy palmę pierwszeństwa przejmą eksperci od efektów specjalnych, atrakcyjność „Polowania na czarownice” choć odrobinę wzrośnie. Nic bardziej mylnego – CGI prezentuje poziom wczesnych lat dziewięćdziesiątych, a pomysły na zainscenizowanie scen walki są żenująco amatorskie. Do tego dochodzą bardzo słabe, czerstwe dialogi (słowa „Bóg” i „honor” padają w każdej kwestii) i kompletnie nielogiczne zakończenie. Najgorszy w „Polowaniu na czarownice” jest jednak zmarnowany potencjał. Gdyby poprawić scenariusz i zatrudnić reżysera, który odpowiednio „czuje” gatunek, mogłoby z tego wyjść całkiem przyjemne, mroczne fantasy, pozwalające na półtorej godziny solidnej rozrywki. Niestety, film Dominica Seny jest tandetny i niedopracowany, a braki budżetowe widać w co drugiej scenie. Jeżeli już oglądać „Polowanie na czarownice”, to tylko jako swoiste „guilty pleasure”.

ABY KUPIĆ RECENZOWANY FILM, KLIKNIJ NA LOGO (opcja aktywna tylko w Grabarzu Polskim w formacie pdf)

57


Poznaj grabarzy. Odkrywamy ich tajemni ce. W każdym numerze nowa sylwetka

TECZKA AKT PERSONALNYCH Bartosz Ryszowski GP: Redaktor, recenzent

Co cię skłoniło aby zostać grabarzem? Wiara, że bycie grabarzem oznacza fortunę i chwałę. Co lubisz w życiu poza grzebaniem zwłok? Hodowanie roślin owadożernych. Jaki film powalił cię ostatnio na cmentarną glebę? Od „Prestiżu” Nolana jakoś nic nawet nie podcięło mi nóg. Ulubiony film rozgrywający się w środowisku grabar zy? „Coś” Carpentera - choć tam jest więcej improwizowan ych kremacji, niż grzebania jako takiego. Największe horrorowe rozczarowanie w ostatni m czasie? Nie jestem w tej chwili pewien, czy mieści się w dwunas tomiesięcznym limicie, ale i tak zasługuje na wyróżnienie: „Oddział” Carpentera. Freddy czy Jason? Freddy. Co czytujesz kiedy nie trzeba akurat nikogo grzeba ć? Co tylko się nawinie, od książek Sobiesława Zasady, przez Świat Dysku, po Vonneguta. Przy jakiej muzyce najweselej kopie się groby? „Digging in the Dirt” Petera Gabriela. Jak często jadasz surowe mięso? Nigdy. Nie po to kradliśmy ogień bogom, żebym teraz jadał

surowe mięso.

Jakie masz najbliższe plany niezwiązane z pracą grabarza? Założyć konto na Facebooku i przekonać się, co ludzie w tym widzą.


--------------------------------------

Ocena: 5/6

Wydawca: Replika 20ll ski, A. Dąbkowska Tłumaczenie: P. Pocztarek, R. Słociński, B. Czartory Ilość stron: 3l3

„11 cięć” to zbiór opowiadań, otulony okładką dość jednoznacznie sugerującą zawartość. I choć nie należy sądzić książki po okładce, a wydawca w entuzjastycznym wstępie wyraźnie zaznacza, że teksty są różnorodne, to wpadłem w pułapkę i bezwiednie nastawiłem się na to, że wątkiem przewodnim będzie makabra, przemoc, okaleczenia i krwiste ochłapy. Tematyka jest jednak obszerniejsza, choć rzeczywiście, tu i ówdzie poleje się trochę krwi. Po lekturze mogę powiedzieć, że trzy opowiadania były z grubsza takie, jakich się spodziewałem: „Głód” Roberta Cichowlasa, „Powiedz im, że kochasz” Scotta Nicholsona, a także „Futerka” F. Paula Wilsona - tekst, o którym jestem skłonny powiedzieć, że jest moim faworytem w zbiorze, sprawnie skonstruowana opowieść, trzymająca dobre tempo, zakończona rozsądną pointą. Rzecz jasna, teksty Cichowlasa i Nicholsona również bardzo mi się spodobały. Jest kilka drobiazgów, do których można się przyczepić. Na przykład, choć zwykle nie wspominam o literówkach, zwalając je na nietrzeźwość kogoś z redakcji, to w „11 cięciach” jest ich zbyt dużo, aby nie zwracały na siebie uwagi. Do tego jedno z zagranicznych opowiadań albo zostało oryginalnie napisane słabym stylem, z czymś, co wygląda na kilka błędów rzeczowych, albo ucierpiało w tłumaczeniu. Ktoś bardziej złośliwy ode mnie mógłby posunąć się do stwierdzenia, że dobór tekstów do zbioru jest niespójny, że brakuje jakiegoś wątku przewodniego - ja pozostanę przy określeniu „różnorodność”. Tak więc różnorodność tekstów sprawi, że

chyba każdy czytelnik znajdzie jakieś opowiadanie, które nie przypadnie mu do gustu. W moim przypadku najmniej satysfakcjonujący okazał się tekst Mastertona - jak dla mnie zbyt krótki i trochę za prosty. Na szczęście taka różnorodność oznacza też, że każdy znajdzie również coś, co bardzo mu się spodoba. Dla takich jak ja, którzy nie zachwycą się ledwie sześciostronicowym Mastertonem, jest coś z innej beczki: „Amerykański horror”, czyli blisko dziewięćdziesiąt stron prozy Łukasza Orbitowskiego. To historia człowieka, który za dolarem wyjechał do USA i pomalutku odkrywa tajemnicę sukcesu Polonii z Middletown - ten tekst jest niczym lokomotywa, która powoli się rozpędza, ale dysponuje olbrzymią mocą, a z okien przedziałów można podziwiać malownicze widoki. Następną interesującą propozycją jest „Doktor, dziecko i duchy z jeziora”, nastrojowe opowiadanie Morta Castle’a. Warto też wspomnieć o „Wyborze Lucy” Jacka M. Rostockiego. Dla fanów groteski jak znalazł będzie „Radość hetmana” Jakuba Małeckiego. Miłośnicy warzyw powinni poczuć się usatysfakcjonowani „Dyniogłowym” Johna Eversona - tekście w jakże uroczy i subtelny sposób opisującym miłość młodego chłopaka do, zgadliście, dyni.

Text: Bartosz „Już nigdy nie zjem dyni” Ryszowski

RÓŻNI AUTORZY - ll cięć

Podsumowując: wszystkie teksty w zbiorze są co najmniej dobre, a ewentualne rozczarowania mogą wynikać tylko z osobistych upodobań czytelnika i jestem przekonany, że każdy trafi na coś dla siebie. Opowieści o duchach, makabra, groteska, trochę perwersji - wszystko to można znaleźć w „11 cięciach”.

59


---------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawca: Esprit 20ll Tłumaczenie: Edyta Panek Ilość stron: 480

Autor powieści „Córka Kata” jest potomkiem Kuislów – najsłynniejszej dynastii katów z Bawarii. Jak sam pisze w posłowiu do swojej powieści, od dziecka wychowywał się na historiach dziadka, który przybliżał mu zwyczaje, rodzinne opowieści. Tym samym w autorze zasiał ziarno ciekawości jak też naprawdę wyglądała praca kata w dawnych wiekach. Z tej fascynacji zrodziła się powieść „Córka kata”. Od razu powiem – powieść ciekawa, dobrze napisana i bez ogródek pokazująca życie w Bawarii krótko po wojnie trzydziestoletniej. Jest rok 1659. Katem w bawarskim miasteczku Schongau jest Jakub Kuisl. Ten mężczyzna, spadkobierca rodzinnych tradycji jest człowiekiem na wskroś uczciwym. Brzydzi się swoją pracą, ale przecież ktoś musi ją wykonywać, a Jakub dba o to, by wykonywać ją solidnie. Kat ma córkę – Magdalenę – dziewczynę upartą, jak na tamte czasy światłą i wyzwoloną. Trzecim bohaterem jest Simon – młody medyk, który wbrew mieszkańcom Schongau i własnemu ojcu podkochuje się w Magdalenie. Ta trójka już wkrótce będzie musiała zmierzyć sie z bezlitosnym mordercą, który zabija niewinne dzieci. Na ich ciałach zostawia znak, utożsamiany z czarownicami i Szatanem. Podejrzenie pada na Martę – miejscową akuszerkę. Uwięziona kobieta ma zostać poddana torturom by przyznała się do winy. Tymczasem w miasteczku giną inne dzieci. W okolicznych lasach widuje się mężczyznę z ręką kościotrupa – którego ludzie uważają za diabła będącego w zmowie z akuszerką. Jakub Kuisl nie wierzy w winę akuszerki, ale ma coraz

mniej czasu by udowodnić jej niewinność. W prywatnym śledztwie wydatnie pomogą mu Simon i Magdalena. Jednak pytania jakie zadają są niewygodne dla władz miasta i jego mieszkańców. Wkrótce im także przyjdzie zmierzyć się z nieufnoscią i oskarżeniami...

Text: Bogdan Ruszkowski

OLIVER POTZSCH - Córka kata (Die Henkerstochter)

Dobra to powieść. Napisana żywym językiem, rozegrana w dobrym tempie. Zdecydowanie nie koloryzuje wyglądu miast czy zachowań ludzi, którzy potrafią spalić na stosie niewinną kobietę. Wątek morderstw, ich przyczyny i działania władz miejskich są bardzo wiarygodne. Widać, że autor wiele wyniósł z opowieści swego dziadka i sam także posiadł łatwość opowiadania pasjonujących historii. Bardzo ciekawie prezentują się opisy profesji kata – który nie tylko wykonywał egzekucje ale też torturował, sprzątał miasto i zajmował się wieloma innymi rzeczami. Z tej powieści można nauczyć się jak odbierana była ta profesja przez zwykłych ludzi, którzy z jednej strony bali się katów i ich przeklinali, a z drugiej – nie potrafili sobie wyobrazić życia bez nich. Dobrze oddana jest w powieści narastająca atmosfera zaszczucia i narastającej nieufności. Plastyczne opisy tortur czy egzekucji także w „Córce Kata” znajdziemy. Polecam „Córkę Kata” - to dobra, mocna powieść, do tego dobrze napisana. Mam tylko wątpliwość czy prawdziwy Jakub Kuisl naprawdę stanąłby w obronie kobiety oskarżonej o czary. Zresztą – autor w swym posłowiu sam zadaje takie pytanie. Załóżmy jednak, że tak by postąpił – wolę wierzyć, że w ludziach jest jednak trochę dobra...

61


„Chory, chorszy, trup”, najnowsze dzieło Kazimierza Kyrcza Jr. i Dawida Kaina, od niedawna dostępne jest już w księgarniach, w związku z czym prze|pytujemy obu autorów na temat charakteru ich współpracy, wybranej tematyki zbioru oraz planów na przyszłość.


DK: Tym razem wszystko poszło jak z płatka, wydawcę znaleźliśmy w niecały miesiąc od ukończenia zbiorku. Szybkość reakcji zrobiła na nas spore wrażenie, odpowiedź z Wydawnictwa Fu Dawid Kain: Połączył nas nowy po- Kang dostaliśmy już po trzech dniach mysł, na który wpadliśmy w knajpie: od złożenia im propozycji. żeby stworzyć zbiorek, którego motywem przewodnim byłoby szaleństwo W paru tekstach dobitnie przedbohaterów. stawiacie motyw braku akceptacji rzeczywistości przez waszych boKazimierz Kyrcz Jr: Poza pomysłem, haterów. Doskonałym tego przykłaujęło mnie w Dawidzie to, że ma sata- dem może być groteska pod tytułem nistyczne poczucie humoru. To cenny „Transformacja Marcina Franczaka”, dar, ostatnio nader rzadko spotykany. w którym tytułowa postać na skutek Poza tym świetnie nam się gadało… odzyskania wzroku traci poczucie A wiadomo, że bez komunikacji nie ma własnej odrębności. spekulacji. DK: Większość naszych bohaterów nie Kazku, jakimi słowami mógłbyś po- akceptuje rzeczywistości, próbuje wręcz równać współpracę z Robertem i Da- przed nią uciec. To jedna z tych rzeczy, widem? która odróżnia nas od klasycznego horroru. W klasycznym horrorze boKKJ: W niektórych sprawach wyglądało haterowie starają się za wszelką cenę to dość podobnie, w innych różniło się ochronić swój świat przed niebezpiezasadniczo… Mógłbym o tym nawijać czeństwem. U nas jest na odwrót: bohagodzinami, ograniczę się jednak do terowie nienawidzą świata i są w stanie stwierdzenia, że w przypadku pisania zrobić wszystko, byle tylko zmienić swoz Robertem w większym stopniu opiera- ją nieciekawą sytuację egzystencjalną. liśmy się na przygotowanych wcześniej To jest główne źródło grozy w tych konspektach, tworzenie opowiadań tekstach: konflikt między wewnętrznym z Dawidem jest natomiast raczej intu- światem bohaterów a tak zwaną rzeczyicyjne, dzięki czemu ma posmak przy- wistością. gody, wskakiwania do mrocznego i często surrealistycznego świata, w którym KKJ: Wczoraj na zajęciach z pablik przetrwanie wymaga zdolności adapta- relejszyn usłyszałem historię o tym jak cyjnych godnych porucznik Ripley. w Meksyku rząd próbował wśród prostytutek przeprowadzić kampanię reByły jakieś problemy ze znalezieniem klamową dążącą do tego, by nakłonić wydawcy dla waszej książki? je do stosowania prezerwatyw. Hasło przewodnie brzmiało: „Chcę uchro-

Rozmawiał: Daniel Podolak

Wasi czytelnicy z pewnością już zaczęli wątpić w Wasz kolejny duet po „Horrorarium”. Co Was skłoniło do powrotu?

63


nić swoje życie”. Kampania, na którą wydano grube miliony, nie przyniosła żadnych efektów. Czemu? Bo okazało się, że większość z tych kobiet była przymuszona do prostytucji i podświadome kojarzyła śmierć z wolnością. Co zrobiono? Zmieniono jedynie hasło. Odtąd brzmiało ono: „Chcę, żeby moje dziecko było zdrowe”… To wystarczyło do osiągnięcia sukcesu. Dlaczego o tym wspominam? Bo klasyczny horror przestał być straszny. Tym, co naprawdę przeraża, jest beznadzieja, utrata tożsamości, choroby, na rozwój których często nie mamy żadnego wpływu... O tym właśnie traktują nasze teksty. Pomimo sporej dawki brutalności i absurdu, „Chory, chorszy, trup” nie traci poczucia humoru. W opowiadaniu o patologicznym wydźwięku „Mała Miss” zgrabnie parodiujecie pewne społeczne zjawisko. DK: Czarny humor wyjątkowo nam odpowiada i zgrywa się z wymową naszych tekstów. Szczególnie naładowaliśmy nim opowiadanie, o którym wspominasz. Temat małych miss jest moim zdaniem całkiem fajną soczewką, w której skupia się cały ten współczesny pęd za doskonałością i sukcesem. Kiedyś telewizji trafiłem na program „Toddlers & Tiaras”, którego każdy odcinek poświęcony jest innemu konkursowi piękności dla dzieci. Jest to niesamowite zderzenie patologii rodziców, będących w stanie zrobić wszystko, by ich dzieci zwyciężyły, i komicznego zagubienia większości kilkulatków. Groteska w najlepszym wydaniu: trzylet-

64

nia dziewczynka na scenie potyka się o własne nogi, a matka zza kulis wrzeszczy: „Błyszcz! Bądź bardziej zalotna!”. W USA konkursy piękności otoczone są kultem: startują nawet parotygodniowe niemowlaki, które na scenie albo płaczą albo zasypiają. Z drugiej strony są też dziewczynki, które przez konkursy stały się cynicznymi karierowiczkami. Nigdy nie zapomnę wypowiedzi pewnej pięciolatki, która na pytanie, co zrobi z wygraną, odpowiedziała: „wezmę kasę i ucieknę na tropikalną wyspę, gdzie zatrudnię sobie służącą. Matce nie dam ani centa, nie ma mowy.” KKJ: I w taki właśnie sposób życie dogania literaturę. Albo na odwrót. Przy czym – jako młody ojciec – muszę przyznać się do jednego z najdotkliwiej doskwierających mi lęków. Mianowicie, mając świadomość, że sam z najwyższym trudem nadążam za rozbuchaną i pędzącą nie wiedzieć gdzie rzeczywistością, boję się czy dam radę przygotować moje dzieci do stawienia czoła temu najdziwniejszemu ze światów. Czy zasady, jakie staram się im wpoić, naprawdę im w tym pomogą… Wasz zbiorek ukazał się dość niespodziewanie, bo żadne wcześniejsze zapowiedzi z waszej strony go nie obejmowały. Czy to umyślne działanie, mające na celu zrobienie niespodzianki waszym czytelnikom, czy też zarządził tu przypadek? DK: Chcieliśmy zrobić wszystkim niespodziankę. Zresztą, dla nas napisanie „Chorego, chorszego, trupa” też było w dużej


mierze niespodzianką. Pomyśleliśmy: popracujmy nad tym, przygotujmy do druku, a jak się uda, to potem nagle wyskoczymy z tekstem, że książka za miesiąc, po pięciu latach przerwy. Oczywiście tak szybki termin publikacji zawdzięczamy tylko i wyłącznie wydawcy, bo gdzie indziej czekalibyśmy pewnie rok, półtora.

KKJ: Doszło do tego, że zaprzyjaźniona pani w aptece nawet nie wymaga od nas sfałszowanych recept na psychotropy, tylko po prostu pyta: „to co zwykle?”

DK: Na dodatek ja jeszcze muszę jechać w podejrzane dzielnice, żeby te cygara zdobyć, często płacąc za nie cenę najwyższą! A tak na serio: piszemy całkowicie spontanicznie i bez planowania… tylko od czasu do czasu wspomagając się narkotykami, zbrodnią bądź przygodnym seksem. Któryś napisze kawałek, prześle drugiemu, a tamten dopisuje swój ciąg dalszy, wedle uznania. I tak do ostatniego słowa, do usranego końca świata. Wielu muzyków w ten sposób improwizuje na koncertach, zaskakując siebie i słuchaczy. My tak robimy z tekstami, bawiąc się nieźle i z wymiernym efektem.

DK: Ja bym też chętnie zobaczył „Wybierz swoją chorobę”, tylko że tu by były konieczne drogie efekty specjalne, w celu wyprodukowania serii barwnych schiz. Ale jako komiks też by mogło być ciekawie.

Gdyby jedną z waszych prac miało zaadaptować inne medium, np. film lub komiks, to które z nich chcielibyście ujrzeć na ekranie bądź w formie KKJ: Dwa… Trzy… albo nie doczekali- historii obrazkowej? byśmy się w ogóle, bo wcześniej ogłoszono by koniec świata. Na szczęście KKJ: Cholerka, trudne pytanie. WłaściFu Kang robi to co do wydawcy należy: wie nie ma w „Trupie…” opowiadania, wydaje książki, a nie tylko to obiecuje. którego bym nie lubił. Biorąc jednak pod uwagę skalę trudności i budżet konieczWielu ludzi zastanawia jak dwójka pi- ny do realizacji danego obrazu, chyba sarzy łączy swoje siły przy pracy nad najchętniej zobaczyłbym ekranizację jednym dziełem? Wszystkie teksty „Cierni kiełkujących w tobie”. „Matrix” „Chorego, chorszego…” były pisane mógłby się wtedy schować… Jeśli natowspólnie. Jak w takich sytuacjach miast chodzi o komiks, to bardzo ciekaw dzielicie się pracą? byłbym tego jak scenarzysta i rysownik poradzi sobie z „El hombre invisible”. KKJ: Dawid pisze, a ja palę cygara. Ku- No, ale tu już może przemawia przeze bańskie, ma się rozumieć. mnie złośliwość.

Wasze zawody wykonywane na co dzień mogą nieco zdziwić waszych czytelników. Ty, Dawidzie, jesteś z zawodu prawnikiem, natomiast ty, Kazku, policjantem… Czy czerpiecie inspiracje z codziennych zajęć? KKJ: Temat inspiracji, jak zapewne zauważyłeś, jest dla nas niezwykle istotny.

65


Wystarczy pochylić się nad opowiadaniami rozpoczynającymi i kończącymi „Chorego, chorszego, trupa”… Uważam, no i pewnie zawsze będę uważał, że niezależnie od medium, w jakim porusza się twórca, pierwszorzędną sprawą, zaraz po talencie i wytrwałości, jest zaplecze. Czyli – mówiąc po ludzku – trzeba coś przeżyć, by mieć o czym pisać. Przez piętnaście lat pracy w policji co nieco mi się przytrafiło, siłą rzeczy korzystałem z tych doświadczeń, choć niekoniecznie w sposób bezpośredni. Najczęściej przepuszczałem je przez filtr umowności. DK: Piszemy jak najbardziej z życia, ale już niekoniecznie z pracy. Przynajmniej ja nie dałem nigdzie motywu prawnika, być może dlatego, że w tym jakże zacnym zawodzie przepracowałem niecały rok. Wiele innych zajęć również nie odbiło się na mnie na tyle mocno, żebym o nich pisał. Natomiast naprawdę mocno odbija się na mnie szaleństwo świata i pewnie też moje własne. Przez co bohaterowie tego zbioru wydają mi się czymś bliskim, czającym się na każdym rogu: schizofreniczką na kasie w spożywczaku, psychopatycznym sąsiadem, ćwiartującym żonę i dzieci, tuż za ścianą, w takt rubikowego klaskania.

KKJ: To wyraz tego jak sami się czujemy. Cytując jedną z piosenek Elektrycznych Gitar: Co ja tutaj robię, co ja robię tu? DK: To jest sytuacja wzięta trochę z Dicka, a trochę z Kafki. Bohaterowie nie wiedzą, kim są, nie wiedzą, gdzie są, i chcą wybrnąć z tego koszmaru, ale nie wiedzą jak. To są ludzie odklejeni od świata, przerażeni i jednocześnie przerażający. Sprawcy będący ofiarami. Jedni chorzy, drudzy chorsi, a jeszcze inni już zupełnie martwi. KKJ: Właśnie wydrążeni ludzie, którzy jedynie udają żywych, potrafią wyrządzić bliźnim najwięcej zła. Czy w przyszłości planujecie jakieś wspólne projekty? KKJ: Plany mają to do siebie, że najczęściej niewiele – poza frustracją – z nich wynika. Nie mamy jakiegoś sprecyzowanego biznes planu, jednak cały czas piszemy nowe teksty. DK: Im mniej planujemy, tym lepiej nam się pisze. Na razie nie będziemy zdradzać, co się pojawi i kiedy, bo nie chcemy psuć niespodzianek, które nas samych też mają zaskoczyć.

W utworach waszego autorstwa, zwłaszcza w tych, która trafiły do „Cho- KKJ: Oczywiście pozytywnie. rego, chorszego, trupa” dość często spotykamy na samym wstępie historii element rozproszenia, pewnego rodzaju rozbicia personalnego. Wasi bohaterowie czasem wydają się nie wiedzieć, gdzie i po co się znajdują…

66


---------------------------------------Ocena: 6/6 Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie 20l0 Tłumaczenie: Iwona Zimnicka Ilość stron: 423

Listopad 1999 roku. Do Norwegii z wizytą przyjeżdża prezydent Stanów Zjednoczonych. Na trasie przejazdu ochraniają go agenci Secret Service i norweska policja. Koordynatorem działań po stronie Norwegów jest Harry Hole. Kiedy konwój się zbliża, Harry dostrzega w budce na stacji benzynowej postać z bronią. Nie wie czy to zamachowiec czy może agent. Nie ma wiele czasu na zastanowienie się nad tym co zrobić. Działa odruchowo – strzela. Kilka dni później – decyzją polityczną – Harry Hole zostaje przeniesiony do Oddziału Specjalnego policji. Jednak jego praca to rodzaj zsyłki – przegląda raporty, kierując je dalej do wyjaśnienia lub odkładając do akt. Wtedy trafia na notatkę, że oto w lesie nieopodal domków letniskowych w Siljan znaleziono łuski pochodzące z bardzo rzadkiej broni – karabinu snajperskiego Marklin. Nikt do Norwegii takiej broni nie sprowadza więc wniosek nasuwa się sam – karabin został przemycony. Ktoś w Norwegii planuje zamach na dużą skalę... Leningrad – zima 1942 roku. W beznadziejnej wojnie grupka Norwegów współpracuje z Niemcami. Zmarznięci i głodni młodzi norwescy chłopcy starają się jakoś przetrwać w okopach. Narażeni na strzały radzieckich snajperów, pod dowództwem nieopierzonego oficera mają na to jednak niewielką szansę. Ale jeden z nich – niczym dobry duch – czuwa nad morale żołnierzy. To Daniel, zwany Uriaszem: od chwili gdy zastrzelił wrogiego snajpera, a potem poczołgał się do miejsca gdzie leżał trup, pochował go i bezpiecznie

wrócił z czapką zabitego. Ale i Uriasz nie jest nietykalny. W sylwestrową noc chłopak ginie... A przynajmniej tak się wszystkim wydaje...

Text: Bogdan Ruszkowski

JO NESBO - Czerwone gardło (Rodstrupe)

W powieści „Czerwone gardło” te dwa wątki – współczesny i wojenny – przeplatają się cały czas. Współczesne śledztwo Harry’ego Hole’a prowadzi do odkrycia tajemnicy Uriasza, którego losy poznajemy w retrospekcjach wojennych. To naprawdę dobra, mądrze napisana książka. Akcja co i rusz przenosi się z Norwegii do wojennego Leningradu, do RPA i Austrii. Mnóstwo tutaj ciekawych obserwacji współczesnego neonazizmu, dużo cynicznych opisów jak polityka i politycy wpływają na życie zwykłych ludzi. Sam wątek morderstw jest bardzo prawdopodobny, cele i pobudki zamachowca – jasne i jesteśmy się w stanie z nimi zgodzić. Także główny bohater – Harry Hole – genialny śledczy, nie jest postacią na wskroś kryształową. To mężczyzna samotny, nieszczęśliwy, na krawędzi alkoholizmu. W powieści mamy i wątek miłosny, i sporo rozliczeń z wojenną przeszłością, i zupełnie osobiste dramaty. Podglądamy jak Harry próbuje zbudować swoje szczęście, ale tragedia, jakiej jesteśmy świadkami mu to uniemożliwia. „Czerwone gardło” to tylko jedna z powieści całego cyklu o przygodach Harry’ego Hole’a – ale na pewno po jej przeczytaniu będziecie mieli ochotę na więcej. To lektura wciągająca, pasjonująca i naprawdę nie ma się tutaj do czego przyczepić. Tak się właśnie pisze dobre powieści sensacyjne.

67


--------------------------------------

Ocena: 5/6

Wydawca: Replika 20ll Ilość stron: 260

„Szósta era” to historia o azteckich demonach, które zamierzają dokonać krwawej zemsty na bladych twarzach i na celownik biorą Polskę, a dokładniej Poznań. Wydarzenia najczęściej obserwujemy z perspektywy Dawida Galińskiego, nauczyciela biologii. Uczniowie głównego bohatera pewnego dnia zaczynają się dziwnie zachowywać, wkrótce potem następuje seria brutalnych mordów, których ofiarami padają dzieciaki. Galiński nie dość, że staje wobec paranormalnej zagadki, to zaczyna słyszeć tajemniczy głos we własnej głowie, co nigdy nie jest dobrym znakiem. Nauczyciel będzie zajmować się tajemnicą zachowania swoich podopiecznych, jednocześnie walcząc z ogarniającym go obłędem. Do tego w pewnym momencie w Poznaniu pojawi się aztecka piramida schodkowa - i nie zdradzam tu sekretu fabuły, a przynajmniej nie bardziej, niż czyni to Mort Castle we wstępie do powieści. Gdyby kilka miesięcy temu ktoś powiedziałby mi, że powstanie książka, w której schodkowa piramida Azteków wyrośnie w Poznaniu, uznałbym, że to niedorzeczny pomysł. Gdybym następnie usłyszał, że ta książka mi się spodoba - ryknąłbym śmiechem. Punkt pierwszy już z głowy, jak widać po powyższym akapicie. W takim razie, jakie były moje wrażenia? Najpierw wspomnę o tych drobiazgach, które trochę mi przeszkadzają w czytaniu i czasem dają pretekst do obniżenia oceny. Przede wszystkim, spora aktywność chochlików drukarskich. Poza tym, jak dla mnie, czasami coś nie grało w niektórych dialogach - napisane poprawną polszczyzną, ale miałem wrażenie, że gdyby

powiedzieć je na głos, brzmiałyby jak z któregoś z seriali produkcji TVN. Rzuciło mi się to w oczy dlatego, że - dla kontrastu - w innych miejscach rozmowy bohaterów wypadają żywo i naturalnie. A na koniec momenty, w których realizm nie wchodzi w drogę rozwojowi fabuły, jak dajmy na to najłatwiej przekupiony klawisz w całej historii polskiego więziennictwa. Nie zmienia to jednak faktu, że przeczytałem powieść szybko i z przyjemnością. Odpowiadał mi główny bohater i jego perypetie. Galiński jest normalnym, posiadającym zwykłe życie osobiste facetem, który staje wobec czegoś nienormalnego i momentami nie jest pewien kto oszalał, on sam, czy może cały świat. Tempo akcji jest żwawe, opisy mordów plastyczne i krwawe - wszystko to ładnie ze sobą współgra, zapewniając dobrą rozrywkę. Najbardziej jednak urzekł mnie pomysł - azteckie demony i bóstwa w Polsce... Nie dość, że autor odważył się na wykorzystanie idei, która w pierwszej chwili wydała mi się niedorzeczna, to w miarę rozwoju akcji udało mu się to nawet w jakiś sposób uzasadnić. To mi pokazało, że czasem można spuścić wyobraźnię ze smyczy i uzyskać satysfakcjonujący rezultat, a nie - jak się z początku obawiałem - stertę bredni, której nie da się w żaden sposób przełknąć. Tym razem fantazja wyraźnie zatryumfowała.

Text: Bartosz „Zakamuflowana opcja aztecka” Ryszowski

ROBERT CICHOWLAS - Szósta era

„Szósta era” zostawiła mnie z bardzo pozytywnymi wrażeniami, a Robertowi Cichowlasowi udało się zaimportować azteckie demony do Polski w sposób, który zdecydowanie przypadł mi do gustu.

69


-------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawca: Zysk i S-ka 20ll Tłumaczenie: Piotr Kuś Ilość stron: 669

Na początek małe sprostowanie. Wbrew informacji podawanej przez wydawcę, „Król Mieczy” nie jest dalszym ciągiem debiutanckiej powieści Nicka Stone’a „Pan Klarnet”. To raczej prequel tamtej powieści. Czyli można spokojnie przeczytać „Króla Mieczy”, a potem dopiero zabrać się za lekturę „Pana Klarneta”. Tak tylko gwoli ścisłości. A treść książki? Miami, 1980 rok. To miasto nie jest rajem na Ziemi. Przemoc, narkotyki, przestępstwa – wszystko to jest tu na porządku dziennym. Tutaj nic nie jest czarne, nic nie jest białe. Prawo i przestępczość łączą się ze sobą w tańcu pełnym korupcji, zdrady, fałszywych przyjaciół, mentorów. „Król Mieczy” to - przy całej maestrii pisarza, fabule która wciąga od pierwszych stron, wiarygodnych psychologicznie bohaterach - powieść bardzo mroczna, depresyjna i smutna. Historia rozpoczyna się od znalezienia w miejskim zoo trupa mężczyzny. Pochodzący z Haiti człowiek popełnił samobójstwo, ale przedtem wymordował z zimną krwią swoją rodzinę, współpracowników... Sekcja zwłok prowadzi do odkrycia w jego żołądku mieszanki dziwnych nasion, fasoli nieznanego gatunku, ziemi... i pociętej karty tarota – Króla Mieczy właśnie. Do śledztwa zostają przydzieleni Max Mingus i Joe Liston – detektywi Oddziału Specjalnego Policji w Miami. Kiedy niedługo potem dochodzi do strzelaniny w sądzie, a sprawca także ma w żołądku pociętą kartę tarota – sprawa zaczyna nabierać nieoczekiwanego obrotu. Wszystkie ślady prowadzą do Salomona Boukmana – legendarnego władcy przestępczego

świata Miami – który wykorzystując magię voodoo staje się najgroźniejszym przestępcą w mieście. Mozolnie szukając tropów, walcząc z korupcją w swoim oddziale, zmagając się z demonami przeszłości Max i Joe będą musieli rozpocząć śledztwo na własną rękę.

Text: Bogdan Ruszkowski

Nick Stone - Król Mieczy (King of Swords)

Dobra to powieść, precyzyjnie skonstruowana, dobrze napisana. Każdy z bohaterów jest bardzo wiarygodny psychologicznie – nie ma tutaj ani jednej „papierowej postaci”. Magia voodoo jest użyta w powieści bardzo inteligentnie – tutaj wręcz wierzymy w to, że wszystko co opisał autor mogłoby zdarzyć się naprawdę. No i są zombie – żywe trupy w swojej pierwotnej wersji, nie przerobione po hollywoodzku. Nie ma tu prawie wcale wątków nadnaturalnych, a jednak wierzę w magię voodoo taką, jaką opisał Nick Stone. Bardzo ciekawie poprowadzony wątek Tarota – strony o historii tych kart naprawdę potrafią zaciekawić. W ogóle mam wrażenie, że to jeden z lepszych kryminałów, jakie ostatnio czytałem. Wszystkie postacie w tej powieści mają swoją historię, autor potrafi ją opowiedzieć w kilkunastu słowach. Rozbudowanie wątków, opisów – to wszystko sprawia, że „Król Mieczy” naprawdę wciąga i aż chce się czytać co było dalej. Błędów logicznych w powieści nie wychwyciłem. No, może jeden: każda zbrodnia miała jeden element wspólny – i pozostaje on do końca niewyjaśniony. Zostają tylko mroczne domysły... A może to zabieg celowy autora? Ja w każdym razie długo „Króla Mieczy” nie zapomnę.

71


FINAL DESTINATION 5 OSZUKAĆ PRZEZNACZENIE 5 USA 2011 Dystrybucja: Warner Bros Reżyseria: Steven Quale Obsada: Nicholas D’Agosto Emma Bell Miles Fisher Tony Todd

X

Text: Piotr Pocztarek

X X X X

uniknięcie spotkania ze śmiercią, pod warunkiem, że ofierze mającej umrzeć uda się zabić kogoś innego i przejąć tym samym jego pozostałe lata życia. To małe kuriozum jest ciekawe, ale jego potencjał został w filmie nie do końca wykorzystany (zmarnowany?), a jeśli już się pojawia, to za pomocą kretyńskich scen (bez spoilerów, może sami zobaczycie jak skończył jeden z bohaterów, któremu udało się zamienić z kimś miejscami).

Bohaterami „piątki” są pracownicy korporacji, którzy właśnie mają wyjechać na integracyjną wycieczkę. Wśród nich odnajdziemy cały przekrój indywiduów – przystojny pierdoła, brzydula, seksowna laska, napalony nerd czy wreszcie debilowaty szef. Część z nich zginie w wypadku – tym Esencją serii od początku są wymyślne razem zarwie się linowy most pełen samo- sceny śmierci i nie inaczej jest tym razem chodów. Inni przeżyją za sprawą jednego – są one wykonane z obrzydliwą pieczołoz bohaterów, który przewiduje tragiczne wydarzenie i wyciąga swoich przyjaciół z niezłych tarapatów. A w praktyce wciąga ich w jeszcze większe – Pan Śmierć nie lubi, kiedy wyciąga się kogoś z jego objęć i stara się odzyskać to, co mu się należy. Sztywna jak pal Azji formuła nie zmienia się właściwie już od początku. Tym razem jednak zostaje nieco rozbudowana (chwała Bogu!). Mianowicie zasady pozwalają na

Uwielbiam serię „Oszukać przeznaczenie”, cały cykl obejrzałem z przyjemnością. Wieść, że czwarta część, która miała być ostatnią (co potwierdzał tytuł - „THE Final Destination”), jednak będzie miała kontynuację, przyjąłem z umiarkowanym bananem na twarzy. Pomny tego, że każdy kolejny odcinek jest gorszy od poprzedniego (może poza najlepszą dwójką) kołatał mi się po głowie, aż do dnia premiery części piątej i póki co, miejmy nadzieję, ostatniej.

72


Podsumowując, mam szczerą nadzieję, że „Oszukać przeznaczenie 5” to ostatnia część tej niegdyś szanowanej serii, która z każdym kolejnym odcinkiem bardziej schodzi na psy. Najzagorzalsi fani być może obejrzą film ze stosunkowo niewymuszoną przyjemnością, ale będą musieli znieść bardzo wiele. Dla pozostałych film będzie koszmarnie niestrawną papką, której streszczenie można obejrzeć na YouTube – przegląd wszystkich śmierci albo witością i niejednokrotnie można się wzdry- się kiedyś pojawi, albo już tam jest. Omijać. gnąć, widząc zmiażdżone i połamane kości Rest In Pieces, „Final Destination”. oraz siekane ciała. Tym razem jednak niektóre sceny wyzwalają raczej salwy śmiechu aniżeli strach, co jest chyba najgorszą rekomendacją dla filmu mieniącego się horrorem. Pocieszeniem ponownie jest występ kultowego Tony’ego Todda, jednak pojawia się on tu zaledwie na moment. Dialogi zasysają na całej linii, tak bardzo, że żałowałem, że w kinie nie da się wyłączyć fonii. Efekt 3D jest słabiutki i niepotrzebny, dużo lepiej wykorzystany był w czwartej części. Aktorstwo – standardowo, drewniane jak nogi Grzegorza Rasiaka. Niejakim pocieszeniem dla fanów serii może być wyraźne nawiązanie do części pierwszej, objawiające się w zakończeniu. To fajny smaczek, podobnie jak towarzyszący napisom końcowym przegląd „killsów” z poprzednich odcinków. Może komuś uda się dotrwać.

73


Ormes)

-------------------------------------- Ocena: 6/6 Wydawca: Fu Kang 2007 Tłumaczenie: Ewa Pfeifer Ilość stron: 333

Chciałbym napisać, że Patricka Senécala nie trzeba przedstawiać polskim czytelnikom. Niestety, minąłbym się wówczas z prawdą. Na chwilę obecną twórczość tego autora wciąż jest u nas zbyt mało znana. I to pomimo tego, że mamy w czym wybierać; nakładem wydawnictwa Fu Kang ukazały się bowiem cztery jego powieści: „Na progu”, „Pasażer”, „Alicya” i „Ulica wiązów 5150”. Ta ostatnia stanowi zarazem pierwszą w dorobku pisarza, praktycznie jednak pozbawioną wad typowych dla debiutów. Historia, jaka przytrafiła się Yannickowi Berubemu – najzupełniej zwykłemu młodemu mężczyźnie, który przyjechał do obcego miasta, by podjąć studia – zaczyna się nie tyle wypadkiem, co drobną przykrością, niepostrzeżenie przekształcającą się w ciąg koszmarnych wydarzeń, przy czym kiedy wydaje się, że zło zostanie ukarane, autor umiejętnie odwraca kota ogonem, odmawiając czytelnikowi oczekiwanego happy endu, a zamiast niego stawiając kropkę pod dużym znakiem zapytania. Czy raczej kilkoma znakami. Czy naprawdę człowiek ze swej natury jest istotą dobrą? Czy należy stawiać znak równości pomiędzy nieczynieniem zła a byciem dobrym? Czy istnieją granice, po przekroczeniu których każdy nieodwołalnie przechodzi na stronę Ciemności?

„Ulicę wiązów 5150” można postrzegać na różnych płaszczyznach – sprawdza się zarówno jako typowo rozrywkowa pozycja, od której ciężko się oderwać, nim dotrzemy do ostatniej strony, stanowi jednak również ważny głos w dyskusji na temat dezintegracji współczesnej rodziny czy – tak ostatnio nagłaśnianym – zaniku podstawowych więzi społecznych.

Text: Kazimierz Kyrcz Jr

PATRICK SENECAL - Ulica Wiązów 5l50 (5l50, Rue Des

Dla Patricka Senécala nie ma tematów tabu, rzeczy o których nie wolno pisać, które trzeba przemilczeć, zamieść pod dywan. W swej debiutanckiej powieści zawarł kilka wstrząsających scen, od których aż ciarki przechodzą po plecach. Sportretowane przez niego szaleństwo, skrzętnie chowające się pod płaszczykiem normalności, naprawdę przeraża. Szczególnie, gdy uświadomimy sobie, że nawet przysłowiowe „oczy dokoła głowy” mogą nie wystarczyć, by ustrzec się przed nim. Niejako na marginesie przyznam się, że sam dopiero niedawno sięgnąłem po książki Patricka Senécala, z niejakim zdumieniem odkrywając, że ich poziom nie dość, że nie odbiega od dzieł znanych na świecie mistrzów gatunku, to wręcz niejednokrotnie je przewyższa. Jaki wynika z tego morał? Nie traćcie nadziei, Wy, którzy sądzicie, że przeczytaliście już wszystko co warte czytania.

75


-------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawca: Albatros 20ll Tłumaczenie: Paulina Braiter Ilość stron: 479

Kiedy słyszysz nazwisko Lee rzy. Czy chodzi o sprawę Child, już wiesz, o czym będzie z przeszłości? Kim jest Franpowieść. O Jacku Reacherze cis Xavier Quinn – człowiek, – sztandarowym bohaterze poktórego Jack zabił dziesięć lat wieści Childa. Do tej pory tych wcześniej, a który nagle pojapowieści powstało szesnaście wia się w Bostonie? I co łączy – i nie zanosi się na to, by autor Quinna z rodziną mieszkającą kończył już z tym bohaterem. w owej nadmorskiej twierdzy? Czy można napisać szesnaNa te wszystkie pytania odpoście powieści o jednym człowie „Siła perswazji”. wieku i nie popaść przy tym w schematyzm? Otóż okazuje się, że To świetna powieść sensacyjna – dobrze można. Trzeba mieć tylko tak dobry napisana, bardzo dobrze przetłumaczowarsztat pisarski jak Lee Child. na. Możemy tutaj poznać wycinek historii Jacka, dowiedzieć się jeszcze więcej Dla tych, którzy Jacka Reachera nie znają o bohaterze i o tym, dlaczego żyje tak, jak – krótki wstęp. Oto bohater, były żołnierz, żyje. W trakcie lektury miałem nieodparte oficer żandarmerii wojskowej. Człowiek wrażenie, jakbym czytał powieść Alistaira bez przeszłości, bez domu, dokumentów. MacLeana – trochę bardziej brutalną, barPrzemierza Stany wzdłuż i wszerz, a tam, dziej współczesną, ale podobną w duchu. gdzie się zatrzyma na dłużej, pomaga lu- Tutaj także nic nie jest takie, jak się zdaje, dziom w potrzebie. Nic nowego, chciałoby każde działanie bohaterów powieści ma się rzec, ale jak już wspomniałem, Lee drugie dno. Spisek goni spisek, podstęp Child jest na tyle dobrym pisarzem, by wyrasta na podstępie. Wciągająca to hiz takich założeń wycisnąć jak najwięcej. storia i trudno przewidzieć zakończenie. W powieści „Siła perswazji” mamy jednak Poza tym podoba mi się fakt, iż główny zupełnie inną sytuację – Jack bowiem bohater to nie jakiś superheros – dostaje zabija policjanta. Co prawda, przez przy- bęcki, nic nie przychodzi mu łatwo, przepadek, ale bynajmniej nie chce zgłaszać żywa dobre i złe chwile... Jak w życiu. tego faktu policji... Czyżby nasz bohater Takie przedstawienie głównej postaci postracił zdolność odróżniania dobra od zła? wieści na pewno podnosi wiarygodność całej akcji i powoduje, że czytelnicy cały Ale od początku. Jack jest świadkiem czas chętnie wracają do świata wykrepróby porwania młodego chłopaka i za- owanego przez Lee Childa. bija napastników, nieszczęśliwym trafem zabija także policjanta. Z ocalonym mło- „Siła perswazji” to kawałek dobrej pisardym mężczyzną ucieka z miejsca zdarze- skiej roboty, dostarczający porcji gwarannia, po drodze zabija jeszcze ochroniarzy towanej rozrywki. Czego chcieć więcej z uniwersytetu, kradnie samochód... od powieści sensacyjnej? Polecam spoW końcu trafiają do domu chłopaka – do- tkanie z Jackiem Reacherem. Nie jest to skonale strzeżonej twierdzy na brzegu może literatura ambitna, ale jako rozrywmorza. Czemu Jack stanął po stronie zła? ka sprawdza się świetnie. Bez litości zabił ścigających go ochronia-

Text: Bogdan Ruszkowski

LEE CHILD - Siła perswazji (Persuader)

77


-------------------------------------- Ocena: 6/6 Wydawca: Runa 2004 Ilość stron: 298

Czy fantastyka może nas czymś jeszcze zaskoczyć? W chwili obecnej większość książek powiela wcześniej sprawdzone schematy, albo choć trochę próbuje przekuć je na własny sposób. Z różnym skutkiem, jak polski czytelnik zdążył już zapewne zauważyć. I tu pojawia się Wit Szostak, z całkiem nową koncepcją fantastycznego uniwersum, które wnosi powiew świeżości do nieco skostniałego gatunku. No bo czy wcześniej ktoś odważył się opowiadać o góralach w taki sposób? „Poszarpane granie” to historia juhasa Koredy i jego czarta, rozpisana w świecie Smoczogór. Jednak autor nie skupia się tylko na jednym bohaterze, wręcz przeciwnie - rozciąga narrację zarówno w przestrzeni jak i w czasie. Główny wątek przeplata się z opowieściami o innych wioskach czy góralskich rodach. Całość zadziwiająco dobrze ze sobą współgra. Otóż Koreda pewnego dnia natrafił na swego czarta na łące, tuż pod drzewem – scena, która od razu kojarzy się z Leśmianowym „Dusiołkiem”. Utrapienie to nie byle jakie, bo czart przyniósł ze sobą nudę i dalej Koredę męczy: a po ci to, a na co, lepiej odpocznij, aż góral większość swojego czasu zaczyna spędzać na progu domu, wpatrując się z horyzont.

Koreda postanawia w końcu wziąć się za siebie i wyrusza w podróż. Czepia się wszelkich możliwych pogłosek, które mogłyby pomóc w wyzwoleniu Jasionki. Czytelnik dostaje zatem zapis wędrówki przez Smoczogóry, do krainy dziwożon. Czy właśnie tam Koreda znajdzie odpowiedź na pytanie, jak uratować wioskę od katastrofy? Czy przy okazji rozwikła zagadkę swego pochodzenia?

Text: Aleksandra Zielińska

WIT SZOSTAK - Poszarpane granie

Wit Szostak posiada charakterystyczny styl, którego nie da się pomylić z niczyim innym. Posługuje się pięknym językiem, na dodatek narracja biegnie tak gładko, że czytelnik od razu daje się uwieść górskim historiom. W „Poszarpanych graniach” zaklęta jest magia naprawdę dobrej literatury, nareszcie mamy do czynienia z opowieścią, która wciąga i nie pozwala oderwać się od lektury. Innym ważnym elementem jest rola muzyki w uniwersum stworzonym przez Szostaka. Jeszcze wyraźniej odczuwa się to w „Oberkach do końca świata” tegoż autora – niemal słychać dźwięki skrzypiec, towarzyszących Koredzie.

Ostatecznie warto sięgnąć po „Poszarpane granie”, a wręcz należy to zrobić, potem uzupełnić pozostałe braki w lekturze: „Wichry Smoczogór” w podobnym tonie Podobne problemy dotykały również in- i najnowsze „Chochoły”. nych mieszkańców Jasionki. Najgorsza była jednak klątwa zapomnienia – oto Na koniec proszę zwrócić uwagę na wszyscy nagle powoli tracą pamięć, wspo- pierwsze i ostatnie zdanie w powieści – to mnienia związane nie tylko z historią wio- jedna z najpiękniejszych gier słownych, ski, ale i samych siebie. Odtąd w sąsiedz- jakie widziała fantastyka. twie zapanował marazm i otępienie.

79


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Bartosz Ryszowski Kurs północny

Lear jet wreszcie wyrównał lot. Starzec wciąż czuł ucisk w dołku, maszyna nadal się wznosiła, ale teraz przynajmniej nie odczuwał mdłości. Chryste, te odrzutowce są zbyt szybkie. Za jego czasów było normalniej – samolot nabierał wysokości stopniowo, krążąc nad lotniskiem, po czterdziestu minutach od startu dopiero formowano szyk i obierano kurs południowy... Nad Bremę... Nad Kilonię... Nad tych szkopów, których Bomber Command kazało zmieść z powierzchni Ziemi. Jednak musiał przyznać, że przez czterdzieści lat pewne rzeczy zmieniły się na plus. W kabinie było ciepło, lot trwał w sumie o wiele krócej, a przede wszystkim było zadziwiająco cicho. Starzec wprawdzie nie sądził, aby silniki odrzutowe były mniej hałaśliwe niż tłokowe motory marki Rolls-Royce, niemniej przedział pasażerski leara pozostawał komfortowo wyciszony. Siedzący po drugiej stronie przejścia nastoletni dzieciak – jego wnuk, Adam – usiłował wyglądać, jakby start nie wywarł na nim żadnego wrażenia. Niestety, zdradzała go pobladła twarz i zaciśnięte zęby. Oczy miał zamknięte, zdawał się całkowicie pogrążony w swojej muzyce pop brzęczącej z podpiętych do walkmana słuchawek. Starzec przyjrzał się krytycznie swemu wnukowi – podarte dżinsy, skórzana kurtka, krzykliwie ubarwiony podkoszulek, utapirowane włosy – szczeniak miał siedemnaście lat, wyglądał jak typowy, chudy wyjec z MTV, pozował na wielkiego buntownika i udawał, że umie grać na gitarze. Mimo tego całego szpanu i rozrzutności pewnie wciąż nie przespał się z żadną dziewczyną – choć może to i dobrze, do znanego z dawnych czasów trypra dołączyło tajemnicze AIDS, więc ostrożność w sprawach seksualnych na pewno nie mogła zaszkodzić – a gdyby zmusić go do podjęcia decyzji, od której zależałoby czyjeś życie, pewnie by się rozpłakał. Ciekawe czy dzieciak byłby taki sam, gdyby jego dziadek nie zdecydował się ożenić i zostać po wojnie w Wielkiej Brytanii? Gdyby los, ten najbardziej oszukańczy i złośliwy krupier,

80


[ Bartosz Ryszowski - Kurs północny ]

rozdał inne karty... Czy rodzice Adama byliby dumni z syna? Swoją drogą, czy są dumni teraz? Rozpuszczony bachor spędzający wakacje nad Morzem Śródziemnym... Inna sprawa, że dzięki dzieciakowi podróżował teraz wygodnie do domu. Gdyby prywatny lear, lecąc z południowego wybrzeża Francji do Londynu, nie obrał po drodze kursu na Genewę, starzec musiałby wracać do domu lotem rejsowym. Robert – ojciec Adama, a syn starca – dorobił się na giełdzie sporej fortuny, ale miał „tylko” jeden prywatny samolot, a na te wakacje udostępnił go Adamowi. Fakt, nikt nie spodziewał się, że starzec akurat teraz opuści szwajcarską klinikę. Ale skoro dalsze pozostawanie w niej nie miało już żadnego sensu, Robert nalegał, żeby samolot z Adamem na pokładzie zabrał po drodze dziadka do domu. Starzec odpiął pas bezpieczeństwa i ułożył się wygodniej w fotelu. Zapalił papierosa – nawet jeśli tytoń naprawdę jest rakotwórczy, to już i tak nie robi różnicy. Zresztą czy kiedykolwiek robiło? W swojej młodości miał wrażenie, że wielu kolegów na jakimś poziomie świadomości wierzyło we własną nieśmiertelność. Sam nigdy taki nie był. Zbyt wielu umierających rówieśników widział, już wtedy zbyt szybko znikali z jego życia przyjaciele, rodzina i koledzy. Doskonale zdawał sobie sprawę z nieuchronności własnej śmierci. A jednak nie sądził, że będzie to tak wyglądało – starość, ból stawów, problemy z chodzeniem, z pamięcią, ze słuchem, wzrokiem, oddawaniem moczu, do tego siwizna i stopniowe łysienie – nie sądził, że jego własne ciało obróci się przeciw niemu i w dodatku wytoczy ciężką artylerię sprawiającą, że nawet szwajcarscy lekarze mogli tylko bezradnie wzruszyć ramionami. Dawno temu, w innym świecie, przed Elvisem, Beatlesami i tym nowym chłopakiem, jak mu tam, Michaelem Jacksonem, był przekonany, że zginie śmiercią lotniczą. Że w końcu jego bombowiec ulegnie focke-wulffom i messerschmittom, albo zbłąkany szrapnel pocisku przeciwlotniczego rozpruje mu bebechy – w każdym razie był pewien, że odprawią mu pogrzeb wojskowy, a nie cywilny. Z zamyślenia wyrwała go – jak sam dawniej to nazywał – zmiana w rytmie samolotu. Coś subtelnego nagle się zmieniło. W bombowcu potrafił bezbłędnie i natychmiast rozpoznać każdy objaw, ale teraz nie był pewien co takiego zaszło. – Cholera – mruknął Adam. – Co się stało?

81


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

– Baterie padły – odparł kwaśno Adam. Więc o to chodzi, uspokoił się starzec, muzyka w słuchawkach przestała brzęczeć. – Mówiłem ojcu, że powinien zapewnić jakąś rozrywkę na czas lotu, film albo coś, ale jemu wystarczy książka albo gazeta – narzekał wnuk. – Wiesz, dawno temu mieliśmy tajemniczy i najwyraźniej już zapomniany sposób na spędzanie czasu – oznajmił starzec. – Jaki? – Nazywaliśmy go konwersacją. – A o czym dziadek chce rozmawiać? Westchnął. Musiał przyznać, że w gruncie rzeczy nic nie przychodziło mu do głowy. Najpewniej skończy i tak nudzeniem dzieciaka swoimi wspomnieniami. Bez trudu wyobraził sobie, jak wnuk w mniej więcej odpowiednich momentach potakuje i uprzejmie się uśmiecha. – Masz rację – odparł w końcu. – Pewnie i tak nie mamy wspólnych tematów. – Bez przesady. – Adam wyglądał na zakłopotanego. – Przecież podczas wojny latał dziadek w tych okolicach, prawda? – zapytał, rozpaczliwie szukając jakiegoś punktu zaczepienia. – Nie do końca. Szwajcaria była neutralna, ja latałem nad Niemcy i Francję. – Ale przecież na pewno podczas tych lotów zdarzyło się coś, co warto opowiedzieć. – Adam, podczas tych lotów umierali ludzie, samoloty spadały, wybuchały bomby. To był koszmar, ale nie sądzę, żebym umiał go opowiedzieć w ciekawy sposób. – Na pewno stało się coś niezwykłego. Może widzieliście UFO, czy coś? – W sumie... Jest pewna historia, w którą prawie nikt nie wierzył wtedy, a pewnie nie uwierzyłby i dziś. Może lepiej ty też traktuj ją z dystansem. Nie ma w niej twojego UFO, ale... *** Z trzech działających cyclone’ów Wrighta tylko jeden zachowywał się w miarę znośnie. Dwa kichały, przegrzewały się, rzygały olejem, a rozpalone wydechy jarzyły się w mroku wiśniowo – z rzadka padała na nie bryzga oleju, natychmiast stająca

82


[ Bartosz Ryszowski - Kurs północny ]

w płomieniach i równie szybko gasnąca – a ostatni zgasł, jeszcze zanim wyrwali się spod ostrzału artylerii przeciwlotniczej. Kadłub samolotu wibrował nierówno, wręgi zdawały się jęczeć potępieńczo, powietrze świstało wśród dziur w rozszarpanym poszyciu kadłuba i skrzydeł, z których leniwie wyciekało paliwo. Namalowana na nosie B-17 rudowłosa piękność, siedząca okrakiem na spadającej bombie i wznosząca w górę obie dłonie z palcami wyprostowanymi w znak zwycięstwa, w miejscu krągłego biustu miała ziejącą dziurę W słuchawkach interkomu rozbrzmiewały urywane słowa: – O Boże, o Jezu, Matko Przenajświętsza, jak zimno, o Boże, Jezu, kurwa mać... *** – Dziadku, zaraz, ale to dziadek leciał tym samolotem? A tak w ogóle pamiętam, że kiedyś dziadek mówił, że Latające Fortece wysyłano na misje tylko w dzień – wytknął nieufnie Adam. Starzec westchnął. – Zaszły specjalne okoliczności. – No nie, niech dziadek tak nie opowiada. Jakie okoliczności? Skąd leciał ten samolot? – Dobrze, opowiem od początku. Nie chciałem cię tym wszystkim zanudzać, ale skoro sam chcesz... *** To nie była normalna odprawa przed lotem bojowym. Facet z Military Intelligence od razu wyjaśnił, że cała operacja została nagrana w ciągu zaledwie kilkunastu godzin. Wszystko ściśle tajne. Piloci i tak nie dowiedzą się, o co chodzi, na razie musi wystarczać im wiedza, że mają za zadanie zbombardować doki U-bootów w Saint-Nazaire. Na któryś z okrętów załadowano coś, co nie miało prawa opuścić Rzeszy.

83


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

*** – Nowe wunderwaffe? – Zainteresował się Adam. – Lotnicy nie wiedzieli. Nawet teraz pewnie ciężko byłoby to sprawdzić. Alianckie dowództwo, zdaje się, miało zabawny zwyczaj utajniania niektórych dokumentów wojskowych na sto lat. Jak sam będziesz emerytem, może się dowiesz. W każdym razie chodzi o to, że misja została sklecona naprędce. Zebrano wolnych lotników, ale nie udało się skrzyknąć kompletnych, zgranych załóg. Ludzie byli na przepustkach, niektórzy wracali do zdrowia w szpitalach. Załogi to była zbieranina obcych ludzi. Do tego jedyne wolne samoloty, jakie udało się zorganizować, pochodziły z warsztatów trzysta ósmej... – Nie rozumiem, skąd? – Te samoloty to były B-17, Latające Fortece. Amerykanie mieli kilka samolotów, które wróciły znad Rzeszy bardzo poszarpane. Maszyny już w zasadzie były gotowe, choć nikt nie miał czasu porządnie sprawdzić, czy udało się je całkowicie poskładać do kupy i naprawić, co trzeba. Na potrzeby operacji wyznaczono trzy B-17. Wyobrażasz sobie? Tylko trzy samoloty, bez eskorty myśliwców. Bombowce rozklekotane, niesprawdzone, świeżo po prowizorycznych remontach. Jak mówiłem, załogi w sumie się nie znały, ale przynajmniej bombardier z samolotu prowadzącego wzbudzał jakieś szczątkowe zaufanie. Facet umiał doskonale obchodzić się z nordenem... – Dziadku, proszę... Z czym? – Z celownikiem do precyzyjnego bombardowania. Jankes był podobno niezły w swoim fachu, ale niestety jak dotąd latał tylko w dzień, nie miał pojęcia o nocnych nalotach. Wiadomo jak musiało się to skończyć. – To znaczy, że się nie udało? – Oczywiście, że się nie udało. Luftwaffe była wprawdzie zajęta głównymi nalotami, więc samotnym kluczem trzech B-17 dość długo nie zainteresowały się żadne myśliwce. Ale w końcu ich dopadli. Bombowcom udało się strącić jedną 109, ale sami stracili jeden samolot, a dwa pozostałe też trochę oberwały. Na szczęście silniki wciąż ciągnęły, a żaden lotnik nie był ranny. Dopiero nad celem rozpętało się piekło.

84


[ Bartosz Ryszowski - Kurs północny ]

– Artyleria przeciwlotnicza? – O tak, ostatecznie nikt przy zdrowych zmysłach nie zostawiłby bazy okrętów podwodnych bez jakiejkolwiek ochrony... B-17 przetrwały, a bomby trafiły w kryty dok. Szkoda tylko, że go nawet porządnie nie uszkodziły. Jak pech, to do samego końca... Chyba połowa z bomb to były niewypały. Niestety, B-17 mimo swych rozmiarów nie brały na pokład aż tylu bomb co europejskie bombowce... W każdym razie misja zakończyła się niepowodzeniem. Cokolwiek było na tym U-boocie, przetrwało... Ale ostatecznie wcale nie pozwoliło hitlerowcom wygrać wojny. – No dobrze... A gdzie ten motyw z UFO? – Mówiłem, to ciężko uznać za UFO... *** – O Boże, Matko Boska, o Jezu... – Zamknij się, do cholery! B-17, maszyna nosząca nadane przez swą pierwszą załogę imię „Deadly Beauty”, z trudem przedzierała się przez podmuchy wiejącego z północy zimnego wiatru. W kokpicie kapitan z napięciem patrzył na pulsującą podrygiwaniem niemal wszystkich wskazówek tablicę rozdzielczą. Drugi pilot usiłował wywołać pozostałych członków załogi przez interkom, ale jedynym dobiegającym ze słuchawek głosem było rozhisteryzowane łkanie, przerywane wzywaniem po kolei całej Świętej Trójcy. – Przejdź się po tym pudle i zobacz, kto tam tak świruje – rozkazał drugiemu pilotowi zniecierpliwiony kapitan. Z drugim przyjaźnili się od początku służby w dywizjonie, resztę załogi stanowili obcy dla nich ludzie. Znali trzech czy czterech lotników z załogi tej B-17, którą Luftwaffe strąciła, zanim dolecieli nad cel, niejasno kojarzyli dowódcę prowadzącego bombowca... Ale nie znali własnej załogi. Gdzieś tam, w ciemnej głębinie poszarpanego kadłuba znajdowało się ośmiu obcych ludzi – oczywiście jeśli wszyscy wciąż żyli. Nie meldowali się przez interkom, ale to jeszcze nic nie znaczyło. Interkomy psują się jak wszystko inne. Kapitan, ze względu na miejsce swego urodzenia zwany Góralem przez kolegów – prawdziwych kolegów, nie tę przypadkową zbieraninę, z którą przyszło mu lecieć

85


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

tej przeklętej nocy – odpędził od siebie natrętną wizję zagubionego w mroku, umierającego samolotu, w którym z dziesięcioosobowej załogi ocalał tylko on, pierwszy pilot i zarazem dowódca maszyny. Przecież Hammer – drugi pilot – bez wątpienia był wciąż żywy. No i ten histeryk, martwi raczej nie są znani z ataków paniki. Góral, dotąd wsłuchujący się w dźwięk silników, w wibracje i szum kadłuba, cały rytm bombowca, skupił się na tym, co dobiegało ze słuchawek. Nierówny, płytki i szybki oddech, urywane wyrazy... – Boże... Jezu... Boże... I tak w kółko. Jednak... Góral odniósł wrażenie, że tamten przerażony człowiek albo się uspokaja, albo traci siły. Słowa padały coraz rzadziej, stawały się cichsze. Najwyraźniej Hammer już go znalazł i jakoś starał się uspokoić. Góral ponownie skupił się na swej B-17... Tyle że, oczywiście, ta B-17 nie była tak naprawdę „jego”. Owszem, szybko się do niej przyzwyczaił, wręcz ją polubił, musiał też przyznać, że to pudło potrafiło wytrzymać naprawdę wiele z tego, co posłał weń nieprzyjaciel. Z przodu, po lewej, zabłysło światło. Góral przez moment nie był pewien, co to takiego – dopiero po kilku trwających całą wieczność sekundach zrozumiał, że w prowadzącym B-17 wybuchł pożar. Pilot natychmiast rzucił maszynę w przerażającą pikę, poświęcając całą nabraną wysokość, byle tylko pęd powietrza zgasił szalejące w kadłubie płomienie. Rzeczywiście, ogień na chwilę przygasł, ale po chwili – która trwała kolejną wieczność, Góral podczas tego jednego lotu bojowego postarzał się o całe eony – samolot znowu ogarnęły jęzory żarłocznych płomieni. Płonący, wciąż tracący wysokość prowadzący bombowiec zniknął, zasłonięty przez skrzydło „Deadly Beauty”. No i po nim, przemknęło przez myśl Góralowi. Jak on się nazywał, ten pilot? Zresztą nieważne. W tej chwili ważne było co innego – Góral pozostał sam, pojedynczy samolot, okaleczony i wykrwawiający się na śmierć, wciąż nad terytorium wroga. Pilot zwalczył narastające w bebechach przerażenie, zdławił usiłujące wyrwać się z ust słowa – rozpaczliwe, przesiąknięte paniką skomlenie, przerywane gorączkowym wzywaniem milczących dotąd członków załogi. Był dowódcą, a dowódca nie ma prawa się bać. Nie ma prawa tracić głowy. Za to ma zrobić wszystko, aby maszyna wróciła do domu. Mimo to... Rozpaczliwie pragnął wrócić do bazy, do

86


[ Bartosz Ryszowski - Kurs północny ]

domu – do starej, dobrej Anglii, która w ostatnich miesiącach stała się jego prawdziwym domem – ale zamiast napędzać, to pragnienie prawie go obezwładniało... Natychmiast zreflektował się. Ponosił odpowiedzialność za całą dziesięcioosobową załogę i nie mógł sobie pozwolić nawet na chwilę słabości. Nie wiedział, jakim dokładnie kursem powinien lecieć – ze wstydem pomyślał, że wolałby, aby okazało się, iż zginęli wszyscy strzelcy i bombardier, byle tylko nawigator przeżył – więc skierował maszynę dokładnie na północ. Kurs północny prowadził do domu, a o znalezienie odpowiedniego korytarza powietrznego będzie się martwić, gdy pod skrzydła wślizgnie się wybrzeże brytyjskie. Minuty ciągnęły się niemiłosiernie. Do tego musiał nieco zwolnić, aby zaoszczędzić paliwo i dać odetchnąć silnikom. W interkomie słyszał tylko cichy szum. Gdzie, do cholery, był ten Hammer? Cóż, najważniejsze, że maszyna wciąż trzymała się kupy. Nie traciła już wysokości, paliwa raczej wystarczy, a silniki, jeśli tylko ich praca się nie zmieni, powinny dociągnąć do Anglii. Wyobraźnia wciąż podsuwała mu niepokojący obraz: pierwszy pilot spięty niczym sprężyna, pochyla się nad tablicą przyrządów, jego twarz słabo oświetla upiorny blask bijący od zegarów – a puls samolotu staje się słabszy i coraz mniej regularny – podczas gdy gdzieś tam, w ciemnym, szarpanym wibracjami, pełnym zawodzącego wiatru kadłubie, w niedbałych pozach leży dziewięć rozprutych pociskami i szrapnelami martwych ciał... Najgorsze było to, że ten obrazek nie całkiem odbiegał od rzeczywistości. Hammer, niech cię szlag, wracaj! Kątem oka dostrzegł kilka jasnych smug biegnących z góry ku prawemu skrzydłu. Maszyną zatrzęsło. Myśliwiec! Niech to jasna cholera! Rany boskie, co robić? Karabiny B-17 milczały, ale przecież strzelcy nie mogli nie zauważyć ani nie poczuć, co się dzieje. Nasuwał się oczywisty wniosek – na pokładzie nie było już nikogo, kto mógłby strzelać. Fakt, była jeszcze inna możliwość – te karabiny, które wciąż były przez kogoś obsadzone, zacięły się, albo skończyła się im amunicja. Jednak w tej konkretnej chwili najbardziej wiarygodna wydawała się pierwsza opcja.

87


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Normalnie w takiej sytuacji pilot przez interkom porozumiewa się ze strzelcami – najczęściej z „ogonowcem” – i tak prowadzi maszynę, aby umożliwić im efektywny ostrzał. Tym razem pilot nie miał z kim współpracować. Góral miał już rzucić maszynę w głęboki skręt, zanurkować, zrobić jakikolwiek unik – gdy przez ryk cyclone’ów i szum wiatru przedarł się nowy dźwięk. Łoskot karabinów maszynowych. Ktoś strzelał do myśliwca! Góral gorączkowo się rozglądał. Gdzie był ten przeklęty szkop? Uniki teraz mogłyby uniemożliwić temu jedynemu strzelcowi pokładowemu oddanie serii w kierunku Niemca. Pewnie i tak nie udałoby się go zestrzelić, ale przy odrobinie szczęścia – a po tej dawce pecha „Deadly Beauty” zasłużyła na nieco szczęścia – jedna czy druga seria mogłaby zniechęcić nazistę. Góral po raz kolejny tej nocy przeklął ciszę w interkomie. Najpewniej karabin był obsługiwany przez Hammera. Można było z dużym prawdopodobieństwem założyć, że cała załoga była martwa bądź ciężko ranna, inaczej ktoś odezwałby się przez interkom, przyszedł do kokpitu albo przynajmniej siedział przy karabinach. Jedyną osobą w samolocie, która z pewnością była w jednym kawałku, pozostał Hammer. Najwyraźniej, gdy zorientował się, że byli atakowani, dopadł do karabinów i odgryzł się myśliwcowi. – Hammer! Hammer! Słyszysz mnie? Odezwij się, Hammer! Bez skutku, w słuchawkach nadal tylko szum. Niemiec wykonał następne podejście. Spadł na nich z tyłu i nieco z boku, siekąc seriami po kadłubie. Przestał strzelać, gdy tylko zrównał się z bombowcem. W tym momencie zadudniły podwójne karabiny górnej wieżyczki. Seria rozpruła kadłub myśliwca. Niemiecki samolot błysnął płomieniem i poleciał ku czarnej ziemi. Góral nie miał czasu, aby odetchnąć z ulgą. Najpierw metodycznie skontrolował wszystkie wskaźniki – ostatecznie oberwali całą serię, coś na pewno musiało ucierpieć. Ku swemu zdziwieniu stwierdził, że stan maszyny chyba jednak się nie pogorszył. Delikatnie poruszył sterem i orczykiem – bombowiec reagował dokładnie tak, jak powinien, zważywszy na awarie silników. Ponownie spróbował wywołać Hammera. Bez odpowiedzi.

88


[ Bartosz Ryszowski - Kurs północny ]

Minęła kolejna wieczność – spędzona w ciemnej, zawodzącej wiatrem i warczącej silnikami samotności – gdy wreszcie wrócił drugi pilot. Niezdarnie zwalił się na swój fotel. Drżącą ręką wcisnął wtyczkę interkomu do gniazdka. – Kurwa, oberwałem – oświadczył łamiącym się głosem. – Ten zasrany szkop pruł po nas, a ja oberwałem. – Jak bardzo? Gdzie? – Góral całą siłą woli tłumił narastającą panikę. Nie wolno mu było teraz stracić głowy. – W nogę... Chyba poszarpało mi jakieś żyły, krwawi jak cholera... Zacisnąłem powyżej... Ale pewnie nie zda się na wiele... – Spokojnie. Zaraz zobaczymy, czy dam radę zacisnąć mocniej. Spokojnie, najwyżej stracisz przytomność. Nic wielkiego. Spokojnie... – Góral zamilkł, zdając sobie sprawę, że zamiast brzmieć kojąco, jego głos zaczyna zdradzać objawy histerii. Nachylił się nad drugim pilotem, upewnił się, że prowizoryczna opaska uciskowa na udzie jest solidnie zaciśnięta, wzdrygnął się, gdy Hammer jęknął z bólu. – Dzięki za tego myśliwca – powiedział Góral, wracając do sterów. – Pomyśl tylko, będziesz chyba pierwszym pilotem bombowca, któremu zaliczą zestrzelenie. – Dodał, siląc się na humor. – To nie ja... Myślałem, że to ktoś od prowadzącego go załatwił... – Prowadzący spadł niedługo po tym, jak poszedłeś... W takim razie ktoś tam w ogonie ma się dobrze, choć interkom mu szlag trafił. – Góral... U nas nie ma już nikogo... – Co?! – Góral... Ten histeryk w słuchawkach... To był strzelec z dolnej wieżyczki. Wykrwawiał się... jak ja teraz, kurwa... A ja nie mogłem się do niego dostać. Ta cholerna wieżyczka, ta... przeklęta kula się zacięła, a on był w niej uwięziony. Cała reszta nie żyje. Nawigator, bombardier, radiota... Ten Kevin, wisiałem mu butelkę whisky... Wszyscy strzelcy, każdego po kolei sprawdziłem... Zostaliśmy tylko my, rozumiesz? A ja pewnie długo nie pociągnę. Góral nie odpowiedział. Po raz pierwszy w dorosłym życiu nie mógł znaleźć słów. Przychodziło mu do głowy tylko jedno pytanie, ale bał się je zadać... Bo był zbyt przerażony tym, jaką odpowiedź mógłby usłyszeć.

89


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Kto strzelał? Kto, na wszystkie świętości, mógł usiąść przy karabinach maszynowych i bezbłędnie zestrzelić szkopa, jeśli w samolocie poza pilotami były same trupy? Rany boskie, lepiej o tym nie myśleć. Nie teraz i nie tutaj. Nie w zagubionym, ostrzelanym bombowcu, nad terytorium wroga. Samolot wciąż rozpruwał nocne niebo. Minuty mijały jedna za drugą, ale maszyna wciąż działała. Najprzyjemniejszą niespodzianką było to, że Hammer jednak nie zemdlał. Miał płytki, urywany oddech, co jakiś czas boleśnie jęczał, ale przynajmniej wciąż był obecny w kokpicie. A w tej chwili Góral najbardziej w świecie doceniał towarzystwo drugiej żywej ludzkiej istoty. *** – No dobrze, dziadku, ale nie uwierzę, że Góral tak spokojnie sobie leciał do domu, jednocześnie podejrzewając, że ma na pokładzie żywe trupy... – Przede wszystkim nie był spokojny. Zachowywał się spokojnie, bo tak ma się zachowywać dowódca samolotu, bez względu na okoliczności. Nie był w stanie zostawić sterów i iść do tyłu, Hammer nie mógł go zastąpić. Poza tym uznał, że Hammer musiał się pomylić, że wziął kogoś nieprzytomnego za nieboszczyka. A ten nieprzytomny strzelec na szczęście otrzeźwiał akurat wtedy, kiedy należało ratować się przed atakiem. – Szczerze mówiąc, sam nie wiem, co bardziej nieprawdopodobne: żywe trupy, czy nieprzytomny facet zestrzeliwujący messerschmitta... – Adam, na pewno łatwiej uwierzyć, że ktoś odzyskał przytomność akurat we właściwym momencie, niż że ktoś wrócił zza grobu, aby posłać celną serię w maszynę nieprzyjaciela. *** Wreszcie ziemia uciekła spod skrzydeł. „Deadly Beauty” wleciała nad morze. Dopiero teraz Góral zaczął się naprawdę martwić maszyną. Co innego wyskoczyć na spadochronie nad terytorium wroga, a co innego wpaść do lodowatej wody.

90


[ Bartosz Ryszowski - Kurs północny ]

Obie opcje były nieprzyjemne, jednak każdy lotnik wolałby znaleźć się na lądzie niż na wzburzonym morzu. Dotąd wyskoczenie z bombowca było realną opcją. Teraz, z rannym Hammerem, Góral nie mógł dopuścić do tego, aby B-17 nie doleciał do Anglii. Zbyt daleko dotarli, aby teraz wszystko miał trafić szlag. – Piekło zacznie się nad wybrzeżem... – wyszeptał Hammer. Góral doskonale o tym wiedział. Lecieli niewłaściwym samolotem – amerykańskim, a amerykanie nie latali w nocy – nie byli w stanie nawiązać kontaktu radiowego, urządzenie IFF, pozwalające na zidentyfikowanie „Deadly Beauty” jako samolotu alianckiego, było w strzępach, nie byli w stanie wejść w odpowiedni korytarz powietrzny ani nawet ustalić swej pozycji, a awaryjne lądowanie na plaży nie wchodziło w grę – w obawie przed desantem na brytyjskich plażach wkopywano najróżniejsze przeszkody, więc próba posadzenia maszyny musiała skończyć się katastrofą. Ogólnie rzecz biorąc, mieli w perspektywie zestrzelenie przez alianckiego nocnego myśliwca. Załoga mosquita mogła ich bez problemu namierzyć pokładowym radarem. Gdy nie odpowiedzą na wywołanie przez radio, a ich zniszczony IFF nie zidentyfikuje „Deadly Beauty” jako jednostki przyjaznej, mosquito podleci bliżej, aby ich sobie obejrzeć. Wtedy zobaczy amerykański samolot, a po kontakcie z kontrolerem naziemnym dowie się, że żadne amerykańskie załogi nie wracają tej nocy znad Rzeszy – ostatecznie operacja była ściśle tajna i sklecona naprędce, więc pewnie tylko tam, gdzie biegła planowana trasa powrotu, ktoś wiedział, że trzy B-17 poleciały zrzucić na coś bomby. Oczywiście załoga „Deadly Beauty” powinna wystrzelić w takiej sytuacji race o odpowiednim kolorze, ale nawet jeśli race przetrwały pandemonium, przez które przeszedł bombowiec, to kto miał je wystrzelić? Tak więc zostaną uznani za samolot, który awaryjnie wylądował na terytorium wroga, został przejęty przez Niemców, a teraz usiłuje prześlizgnąć się nad jakieś niczego niespodziewające się lotnisko i zrzucić na nie bomby. Luftwaffe zdarzyło się już kilka takich samobójczych prób, więc mosquito dostanie krótki rozkaz: Zestrzelić! A nawet gdyby nikt ich nie przechwycił, to wciąż pozostawał problem lądowania. Jak? Nierówno ciągnące silniki nie ułatwiały sprawy, a hydraulika na pewno obe-

91


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

rwała, więc podwozie należało wysunąć ręcznie... A na pokładzie zdecydowanie brakowało rąk do wykonania tej pracy. Góral mógłby próbować posadzić maszynę na brzuchu – ale nie wierzył, że sobie z tym poradzi. No i jeszcze jedno: gdzie? Nie mieli nawigatora, nie mieli pojęcia, gdzie są, gdzie jest najbliższe lotnisko albo chociaż jakiś poligon. Właściwie Góralowi przychodziło do głowy tylko jedno rozwiązanie. Dolecieć do wybrzeża, skierować maszynę równolegle do linii brzegowej i wyskoczyć. B-17 rozbije się na plaży albo wpadnie do morza, a pozostali przy życiu członkowie załogi powinni przeżyć. Problemem był Hammer. Ciężko było go uznać za w pełni przytomnego, a z pewnością nie można było zaryzykować i kazać mu skakać na spadochronie. Gdy na horyzoncie zaczął majaczyć brzeg angielski, Góral wciąż nie wiedział, jak postąpi. Jednego jednak był pewien: nie zostawi Hammera w skazanym na śmierć samolocie. Skok ze spadochronem też nie wchodził w grę – drugi pilot stracił przytomność. Wciąż żył – Góral sprawdził puls, słaby, ale wciąż wyczuwalny – ale nie wyglądało na to, aby był w stanie sam sobie poradzić. Góral zaklął i powziął decyzję. Wodowanie. Podleci jak najbliżej brzegu, ustawi się do niego równolegle, ale zamiast wyskoczyć nad lądem, spróbuje posadzić B-17 na wodzie. Poprawka – nie można podlecieć zbyt blisko brzegu, przybój, falochrony, skały i co tam jeszcze mogą zamienić wodowanie w katastrofę. Potem, gdy samolot zacznie powoli tonąć, będzie musiał przeciągnąć do włazu bezwładnego Hammera, napompować sprężonym gazem małą, gumową łódeczkę – dinghy – wsadzić do niej drugiego pilota i bezpiecznie dopłynąć do brzegu. Nie ma co, błahostka. Spięty, co jakiś czas sprawdzając puls Hammera, prowadził maszynę ku brytyjskiemu wybrzeżu. Już miał nadzieję, że się uda, już przygotowywał się do wodowania... Z tyłu spadł na niego mosquito. Nocny myśliwiec nie atakował, ale najwyraźniej nie zamierzał się oddalić. Prawdopodobnie właśnie usiłował nawiązać kontakt radiowy, jednocześnie porozumiewając się z ziemią.

92


[ Bartosz Ryszowski - Kurs północny ]

Góral powoli pomachał skrzydłami i stopniowo obniżał pułap. Miał nadzieję, że ci faceci w mosquicie – w nocnych myśliwcach latały dwuosobowe załogi – mają dość wyobraźni i rozsądku. Na Boga, myślał z rozpaczą, przecież nie lecę nad żadne lotnisko, nie jestem niebezpieczny, chcę posadzić to pudło na wodzie, gdybym tylko miał jeszcze załogę, kazałbym wszystkim ostentacyjnie wycelować karabiny w dół i wystrzelić race... Mosquito wyprysnął w górę. Góral zamknął oczy – teraz już po wszystkim. Nocny myśliwiec nie zamierzał go eskortować, najwyraźniej wchodził na pozycję dogodną do ataku. W sumie nic zaskakującego – choć cholernie przykre było to, że po przedarciu się przez teren nieprzyjaciela zostaną zestrzeleni przez alianta. Rozległ się łoskot karabinów maszynowych. Góral poczuł ledwie wyczuwalne drganie na sterach – to nie sprawiało wrażenia, jakby Latająca Forteca była rozpruwana seriami z mosquita... To było raczej jakby... Jakby ożyły karabiny „Deadly Beauty”! Uniósł powieki. Wszystkie przyrządy, każdy wskaźnik, przełączniki, dźwignie, ster, orczyk – wszystko oblekała fioletowa, niezwykle delikatna poświata. Gdy wyjrzał na zewnątrz, przekonał się, że elementy kadłuba również jarzą się tajemniczym blaskiem. Wyglądało na to, że wszystkie ubytki w poszyciu zostały wypełnione fioletową poświatą. Silnik, który oddał ducha jeszcze nad Rzeszą, teraz cały wręcz świecił, a co najdziwniejsze – pracował niczym nowy. Gdy Góral spróbował przesunąć dźwignię przepustnicy, napotkał opór. Tak samo gdy chciał poruszyć sterem – niezależnie, ile siły przykładał, nie przesunął go ani o milimetr. W pierwszej chwili pomyślał, że wszystko się zacięło na amen... Ale zaraz poczuł, jak zmieniają się obroty silników – wszystkich czterech cyclone’ów, grających lepiej niż przed startem – jak orczyk nieznacznie się przesuwa... Bombowiec leciał, jakby pilotowany niewzruszoną ręką doświadczonego pilota. Tyle że najwyraźniej leciał sam. Mosquito przeleciał nad nimi od ogona. Nocne niebo przerwały smugi serii z górnej wieżyczki, a po chwili ożyły karabiny zamontowane na nosie maszyny. Góral w pierwszym odruchu pomyślał, że tak powinno być, że dobrze się dzieje, że ten skurwiel, który atakował bezbronny samolot, dostanie dokładnie to, na co

93


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

zasłużył, że skoro jeden samolot ma zostać teraz zestrzelony, to lepiej tamten niż Górala... Dopiero gdy Mosquito zaczął nabierać wysokości do kolejnego ataku, Góral oprzytomniał. Rany boskie, przecież w tym mosquicie siedzieli ludzie, alianci – a on, dowódca bombowca będzie bezpośrednio odpowiedzialny za otwarcie do nich ognia. Court Marshall, degradacja, a może nawet czapa za zdradę... Hammer! Tak jest, Hammer poświadczy, co się właściwie stało! Trzeba tylko go obudzić. Góral obrócił się i rozpaczliwie szarpnął drugiego pilota za ramię. Głowa Hammera opadła bezwładnie. Ramiona nie stawiały oporu. Szyja po dotknięciu okazała się lodowato zimna i całkowicie pozbawiona pulsu. Rany boskie... Maszyna straciła całą załogę, a jej dowódca był rozhisteryzowanym wrakiem człowieka na skraju obłędu. A jednak... „Deadly Beauty” wciąż pruła przed siebie. Zaczęła nabierać wysokości, a po chwili weszła w ostry wiraż. Znowu zagrzechotały karabiny, tym razem, zdaje się, ogonowca. Takie manewry wymagały bezpośredniej komunikacji pilota z tylnym strzelcem. Góral jak zahipnotyzowany przełączył kanał interkomu... *** – I co dalej? Co takiego usłyszał w tym interkomie? Starzec przez dłuższą chwilę wahał się z odpowiedzią. – Nigdy nikomu tego nie zdradził – wyjaśnił w końcu. – Pewnie o mało się od tego nie posrał... Przepraszam. Ale przecież każdy by popuścił, jakby usłyszał jakiś głos z zaświatów, z jakieś strefy mroku... Rany. – Dlaczego sądzisz, że to był jakiś głos z zaświatów? – Starzec zapytał ostrożnie. – No, gdyby usłyszał tylko szum, nie byłoby o czym wspominać. A tak... Coś na pewno usłyszał. Na pewno nic, co zwykle się w takim interkomie słyszy, prawda? Więc skoro do tego manewrowania samolotem pilot i strzelec muszą rozmawiać przez interkom... No, pewnie usłyszał, jak jakiś niesamowity głos daje instrukcje, albo coś w tym stylu.

94


[ Bartosz Ryszowski - Kurs północny ]

– Może i masz rację – mruknął starzec. – Kurczę, to lepsze niż UFO. Niech dziadek opowiada dalej. *** Walka nie trwała długo. Mosquito przy następnym podejściu został rozszarpany. Karabiny „Deadly Beauty” strzelały z nadludzką precyzją. Szczątki nocnego myśliwca pochłonęło bezlitosne morze. Góral „przymarzł”. Tak to nazywali w szkole lotniczej. Na przykład kiedy samolot wpadał w solidny korkociąg, a pilot nie potrafił wykonać właściwych ruchów, nie potrafił się nawet poruszyć, gdy z przerażenia przestawał myśleć, aż instruktor musiał za pomocą drugiego steru wyprowadzić maszynę... Teraz, chyba po raz pierwszy w życiu, a z pewnością po raz pierwszy w samolocie – nigdy nie stracił głowy za sterami, kochał latanie i pewnie zostałby myśliwcem, gdyby akurat dywizjon bombowy nie potrzebował pilotów – Góral znalazł się w stanie szoku. Wciąż rejestrował, co się działo z nim i z samolotem, ale nie potrafił nawet poruszyć dłonią. Przymarzł na amen. Tylko urywany oddech i mruganie, które stopniowo przeistaczało się w ciągłe trzepotanie powiekami, odróżniało go od siedzącego bezwładnie za sąsiednim sterem ciała Hammera. Ciało Hammera... Jakaś ważna myśl usiłowała się przedrzeć do otępiałego umysłu Górala, gdy samolot leżał w głębokim skręcie. Kiedy maszyna wyrównała, lecąc w głąb lądu, owa myśl wreszcie przebiła się przez spowity mgiełką umysł pilota. Hammer umarł. A to oznaczało, że dowódca został sam. Już nie musi się o nikogo martwić. Już skończyła się jego odpowiedzialność. Pora brać nogi za pas. Maszyna wciąż leciała jak po sznurku, ale zaczęła obniżać pułap. Góral nie wiedział, dlaczego tak się działo, ale z pewnością nie zamierzał zostawać na pokładzie, żeby sprawdzić. Nie musiał blokować sterów – „Deadly Beauty” najwyraźniej lepiej sobie radziła, gdy żywi nie usiłowali wtrącać się w jej interesy. Zatem sprawa była prosta.

95


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Spadochron. Skok. Pęd powietrza. Szum nadymającej się czaszy i szarpnięcie. Basowy odgłos oddalających się silników. Ziemia. Góral, jedyny ocalały z załogi chwiejnie stanął na brytyjskiej ziemi. „Deadly Beauty” kontynuowała swój przeklęty lot – bez załogi. *** – No i jak to się skończyło? – „Deadly Beauty” została znaleziona na jednym z lotnisk RAF-u... – Przepraszam, jak to „znaleziona”? – Cóż, nikt nie widział, jak lądowała. Po prostu... W nocy jej jeszcze nie było, nad ranem wszystko utonęło we mgle, a o świcie stała na dispersalu. Poszarpana, ze zniszczonymi silnikami, praktycznie niezdolna do lotu. Na pokładzie znaleziono dziewięć ciał. Nikt nic nie widział, nie słyszał... Dowództwo nie miało pojęcia co z tym fantem zrobić. Ostatecznie przeprowadzili śledztwo, ale nawet jeśli cokolwiek udało im się wyjaśnić, to i tak wszystko utajnili. Samolot rozebrano na kawałki. – A co się stało z Góralem? – Przesłuchiwano go bez końca, chciano oskarżyć, ale w końcu nie postawiono zarzutów... Sprawa była zbyt nienormalna... Starzec urwał. Lear wyraźnie przechylił się na bok i natychmiast zaczął pikować. Przeciążenie wgniotło ich w fotele, na szczęście pilot dość szybko wyprowadził maszynę z tego, co w każdej chwili mogło zmienić się w opętańczy korkociąg. Nim lear wyrównał lot, starzec poderwał się i dopadł do przedziału pilotów. – Co jest, do cholery... – urwał, gdy zobaczył bezwładne ciało drugiego pilota, rękojeść noża sterczącą z jego pleców oraz spryskane krwią wnętrze kabiny i przyrządy. Pierwszy pilot właśnie uruchomił autopilota. Zanim starzec otrząsnął się z szoku, zostawił stery, gwałtownie poderwał się i wyszarpnął spod marynarki pistolet. – Nie rób głupot, staruszku – nakazał, mierząc mu między oczy. Mówił po angielsku z twardym akcentem. – To jest porwanie. Dla okupu, rozumiesz? Więc nie chcę uszkodzić towaru. Nie zmuszaj mnie, żebym strzelił. Starzec nie zawahał się. To było jak za dawnych czasów – stawałeś wobec nie-

96


[ Bartosz Ryszowski - Kurs północny ]

bezpiecznej i zaskakującej sytuacji, ale nie miałeś czasu do namysłu, więc podejmowałeś decyzję, nie wiedząc, czy jest dobra czy błędna. Najważniejsze było utrzymanie bądź przejęcie inicjatywy, a najgorsze, co mogłeś zrobić, to pozostać biernym wobec wydarzeń. Rzucił się naprzód, oburącz starając się odepchnąć lufę w bok. Porywacz dał się zaskoczyć, jednak starzec nie był już tak zwinny, jak mu się wydawało. Pierwszy pocisk trafił w pierś, wysoko po prawej stronie. Przeszyty bólem starzec całym ciężarem uderzył w porywacza, broń wypaliła ponownie, druga kula rozbiła szybę w kokpicie. Kabina natychmiast się rozhermetyzowała. Maszyna zaczęła pikować, kontrolki migały szaleńczo, w kabinie szalał istny huragan, pisk w uszach wywołany zmianą ciśnienia konkurował o pierwszeństwo z niemiłosiernym hukiem przewalającym się po samolocie. W szarpaninie starca z porywaczem broń wypaliła po raz kolejny. Porywacz znieruchomiał. Starzec kurczowo ściskał pistolet, wyrwany przeciwnikowi raczej dzięki ślepemu trafowi, niż własnym wysiłkom. Porywacz stracił połowę twarzy i sporą część mózgu – kula niemal rozsadziła mu czaszkę. Starzec poczuł, że ktoś chwyta go od tyłu za ramiona i próbuje pomóc wstać. Instynktownie zacisnął zęby, oczekując eksplozji bólu, która jednak nie nadeszła. Klatka piersiowa pulsowała tępo, praktycznie nie mógł poruszać rękami – a w dłoni wciąż ściskał broń – ale udało mu się usiąść. Adam puścił swego dziadka, delikatnie wyjął mu z dłoni pistolet, który następnie staranie wsunął do kieszeni – mimo szalejącego w kabinie piekła. – Dziadku! – Chłopak nachylał się tuż nad uchem starca, z trudnością przekrzykując hałas. – Czy dasz radę tym wylądować? Starzec z trudem łapał powietrze, czuł w ustach smak krwi, zdawał sobie sprawę z bulgotliwości oddechu – jakaś część jego umysłu doskonale rozumiała, że oberwał w płuco... w jedyne ZDROWE płuco, do ciężkiej cholery... Jednak nawet ta część nie chciała dopuścić myśli, że nie jest w stanie wylądować. Gdyby był sam na pokładzie, kto wie, pewnie łatwiej byłoby po prostu skulić się na podłodze i czekać na zderzenie z gruntem. Leciał jednak z wnukiem. Czuł, że ponosi za niego odpowiedzialność.

97


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Adam pomógł mu wgramolić się na fotel pierwszego pilota. Ziemia była już potwornie blisko, starzec nie miał pojęcia, jak latać tym samolotem, a nie było czasu na przestudiowanie tablicy przyrządów. Do tego czuł, że krew sączy mu się z ust, zaczynał szarpać go kaszel, a płuca boleśnie domagały się większej ilości powietrza. Rozpaczliwie pragnął dotrzeć bezpiecznie do domu, mimo lodowatej pewności, że mu się tym razem nie uda. Starzec najpierw poczuł, że maszyna wyrównuje. Dopiero po chwili z trudem dostrzegł bladą, fioletową poświatę na wszystkich przyrządach. W dzień wyglądała mało efektownie, trąciła jakąś tandetną sztuczką. Nagle w kabinie przestało szaleć powietrzne inferno. W miejscu przestrzelonej szyby pojawiła się opalizująca, fioletowa tafla. Nie mógł już mówić. Czuł, że umiera – nic melodramatycznego, po prostu miał pełną świadomość, że jego sterany wiekiem i zżerającym tkanki nowotworem, a do tego postrzelony organizm osiągnął kres swych możliwości. Jednak nie musiał się martwić o Adama. Wiedział, że lear bezpiecznie doleci do celu. Umierając, patrzył na obracający się powoli kompas. Mały odrzutowiec płynnie wchodził na kurs północny. To dobry kurs. Prowadził do domu.

GRABARZ POLSKI Grabarz Polski #32 Korekta: Wojciech Lulek Grafika, skład, łamanie: Wojciech Jan Pawlik Reklama, Patronaty i Współpraca: Bartek@grabarz.net | Wojtek@grabarz.net

Chcesz współtworzyć Grabarza? Napisz do nas! www.Grabarz.net | www.Facebook.com/GrabarzPolski


Grabarz Polski - Nr 32  

5 września 2011

Advertisement
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you