Page 95

Obóz Zagłady Trzeszczał, wrzeszczał, stękał, pękał w szwach, w trzewiach, choć zgładzono prawie wszystkich. W tym chaosie nie pozbywano się ciał. Mogli oczywiście udawać, że się palą, skwierczą na wietrze holocaustu - robili tak niejeden raz. Dzisiaj wcielali inny wariant sytuacyjny. Obdzierali się ze skóry, czyli z mundurów. Autentycznych. W sex-shopach walały się sterty historycznych ubrań i akcesoriów do przebieranek. Musiały zachować aurę realności. Wśród ekstatycznych wyładowań ktoś wpadł na pomysł, by uwiarygodnić igraszki, jeszcze bardziej urzeczywistnić scenki. Partnerzy stali się ofiarami, kochanki oprawczyniami. Historyczne mundury przypomniały sobie dreszcze emocji, drgawki grozy, spazmy strachu. Domagały się jeszcze większej orgii śmierci i orgazmu zniszczenia.

Wulgata wulgarnych warg Porwała go jeszcze żywego jak gazetę, rozdarła na paski, roztarła, rozwarła się, wytarła, wargami obdarła, a potem ruchała struchlałe truchło, truchtem go przeleciała, przejechała, aż zjechała, zjebała, wybiła, wytrzebiła, rozpierdoliła na amen! Dawaj następnego chuja, luja, zbója, oszołoma wygolonego, utnę go, wytnę, zwycinankuję, wykarczuję, rozpruję, wyssę spermę zanim gnida się skuje, struje, zeszczytuje! No już, szybko! Kto następny na mój ołtarz łona? To ten? Kolejny pojeb, zjeb, wyjeb go, rozjeb, zajeb, dojeb tę męską kurwę, wkurwa, mizogina, świnia wyruchana, wyjebana, już ja wam wyjadę, wygarnę, wywłaszczę wyrzygane cele, cwele, fagasowskie pedały, szkoda dla was waszych fujar, rajfurzy, frajerzy, faken fakerzy...!

Fetysze Bez namysłu ładowała w siebie kawałki drzewa, kamienie, kości, plastikowe, gumowe i metalowe akcesoria, klejnoty... W przerwie po chwilowym zaspokojeniu wyjmowała przedmioty jeden po drugim, układała na specjalnym ołtarzu. Każda rzecz wyjęta z łona miała magiczną moc, kumulowaną w jednym celu: zjednać sobie przychylność Bóstw - Jedynych Wcieleń. Włożyła w siebie figurkę: bezkształtną, namaszczoną sokami jej płodności. Figurka rosła, rozrastała się z każdym jej wytryskiem, dojrzewała szybko, aż na koniec wypuściła smoliście czarną, wirującą jak obłędny szalej pępowinę. Wirusowaty pęd trysnął z niej i popędził do innych wyznawczyń, czekających w potrójnym kręgu na swoją kolej. Wiedziały więcej niż tylko o przyjemnościach...

Grabarz Polski - Nr 30  

5 maja 2011

Grabarz Polski - Nr 30  

5 maja 2011

Advertisement