Issuu on Google+

22

#

CHRISTINE KOLORY SUSPIRII VERSUS CZĘŚĆ 3 TV NA DVD CZĘŚĆ 3 BLAIR WITCH POCZTAR CZĘŚĆ 10 HORROR NA 100 SŁÓW KINO WŁOSKIE CZĘŚĆ 3 DYSTRYBUTOR Z LUDZKĄ TWARZĄ CZĘŚĆ 2 HITCHCOCK: WCZESNE FILMY MISTRZA CZĘŚĆ 1 FILMY: Apartament, Człowiek widmo, Krzesło diabła, Opętani, The Crazies, Wyspa tajemnic, Zgotuj im piekło, Malone. KSIĄŻKI: Czuję. Zawrót głowy, Dolina szkieletów, Koszmar na miarę, Uciekinier, Urban Fantasy 2008, Wendigo RADOSŁAW TOMALA & MACIEJ ŁUŃSKI „MO” (KOMIKS) WIERSZE NIEPOKOJĄCE - PAWEŁ MATEJA PRZEMEK CORSO „OPĘTANY” (OPOWIADANIE)


THE CRAZIES THE CRAZIES USA 1973 Dystrybucja: Brak Reżyseria: George A. Romero Obsada: Lane Carroll Lynn Lowry Harold Wayne Jones Will MacMillan

X X

Text: Bartosz Czartoryski

X X X

2

„The Crazies”, zrealizowane w 1973, ma podobny punkt wyjścia, co „Noc żywych trupów”, z roku 1968. Ziemię dotyka kolejny kataklizm, a widz znów ogląda jedynie wycinek z apokalipsy. Można się spierać, że filmowy wirus Trixie zainfekował tylko jedno miasteczko, Evans City w Pensylwanii, i nie ma mowy o globalnej zagładzie, lecz finał „The Crazies” wydaje się jednoznaczny – czekają nas o wiele gorsze czasy.

się do wody pitnej, zarażając obywateli mieściny, w której diabeł mówi dobranoc. Pozostający przy zdrowych zmysłach mieszkańcy oblegani są przez bandy obłąkanych rządzą krwi niby-trupów. Romero decyduje się wprowadzić także trzecią stronę konfliktu: armię, rozwiązującą swoje problemy za pomocą karabinów i miotaczy ognia. W „The Crazies” wątek wojskowych próbujących wszelkimi środkami położyć kres epide-

Wykorzystana w „Nocy żywych trupów” formuła sprawdza się wyśmienicie. Rządowy wirus wywołujący niekontrolowane napady morderczego szału przedostaje

Opromieniony sławą „Nocy żywych trupów”, George A. Romero na kilka lat odsunął się od horroru. W roku 1971 zrealizował komedię romantyczną „There’s Always Vanilla”, która okazała się porażką zarówno finansową, jak i artystyczną. Kolejna próba również zakończyła się fiaskiem – „Jack’s Wife” (1972) zaliczył sromotną porażkę kasową. Kierując się sportową maksymą, iż zwycięskiej drużyny się nie zmienia, Romero powrócił do gatunku, który przyniósł mu sukces.


ją wszelkie granice, gdzie humanizm i empatia idą w odstawkę, gdzie zasada „zabij albo zgiń” staję się wartością nadrzędną. Oczywiście opisywany obraz nie odkrywa niezbadanego przez kino obszaru, szczególnie dla widza A.D. 2010, który widział już niejedną apokalipsę i to w o wiele atrakcyjniejszym opakowaniu. „The Crazies”, pomimo wciągającej akmii przeplata się z historią Davida, Clan- cji i dynamicznego tempa, ma problem ka, Judy, Kathie i Artiego, podróżujących z zachowaniem spójności fabularnej w poszukiwaniu bezpiecznego azylu. i stylistycznej, przez co spada napięcie. Może też razić nierówne aktorstwo, które Romero, wyraźnie zaintrygowany możli- stanie się jednym z najpoważniejszych wością totalnej degrengolady moralnej, mankamentów kina Romero. Pomimo w swoich filmach zastanawia się, gdzie że „The Crazies” (aka „Code Name: podzieje się ostatni bastion prawdzi- Trixie”) jest praktycznie zapomniany wie ludzkiej myśli. Niektóre ze scen przez szerszą publiczność, wart jest zo„The Crazies” przywołać na myśl mogą baczenia, choćby jako dokument nastroreportaż ze strefy wojny, gdzie znika- jów społecznych tamtych czasów.

3


UWAGA! Artykuł może zawierać spoilery. Zachęcam do obejrzenia filmu przed przeczytaniem. Kiedy w 1977 roku miała miejsce premiera „Suspirii”, jej reżyser Dario Argento był już znany jako twórca „zwierzęcej trylogii” oraz doskonałego „Profondo Rosso” (w polskim tłumaczeniu „Głęboka Czerwień”). Jego dzieła kontynuowały nurt thrillera kryminalnego, zapoczątkowany w 1963 roku przez Mario Bavę filmem „The Girl Who Knew Too Much” (znanym również jako „The Evil Eye”) oraz mniej znanymi obrazami reżyserów takich jak Robert Hossein („Nuda per un Delitto”, 1964), Roberto Mauri („Night of Violence”, 1965), Antonio Margheriti („Nude... si muore”, 1968), czy Massimo Dallamano („La morte non ha sesso” aka „A Black Veil for Lisa”, 1968). Zainteresowanie takim kinem we Włoszech okazało się ogromne. Pomimo wątpliwej jakości znacznej części ukazujących się filmów sale były pełne. Czym to wytłumaczyć? Bez wątpienia największy wpływ miała popularność ukazującej się od 1929 roku serii powieści kryminalnych znanej jako „Il Giallo Mondadori”. Przystępna cena, prosty, niewyszukany język oraz mrożąca krew w żyłach fabuła sprawiły, że wkrótce gialla (nazwa wzięła się od żółtego tła okładek powieści - giallo to po włosku „żółty”) zagościły na stałe na półkach włoskich domów. Dlatego też kiedy pojawiły się pierwsze filmy zainspirowane „żółtą” literaturą, reakcja Włochów nie mogła być inna. Pełne napięcia obrazy znalazły olbrzymią rzeszę zwolenników,

a światowe kino zyskało nowy gatunek, ochrzczony wzorem książkowego pierwowzoru giallo. Pierwsze filmy Argento wyznaczyły nową jakość we włoskim kinie grozy. Muzyka Ennio Morricone, nastrojowe zdjęcia, oraz specyficzna scenografia nadały giallo charakteru oraz wprowadziły go w złoty okres. Dotychczasowe charakterystyczne dla tego gatunku cechy, jak zawiła intryga, śledztwo z zaskakującym, przewrotnym finałem oraz postać mordercy w czarnym płaszczu i rękawiczkach, zostały wzbogacone o brutalne sceny morderstw często okraszone efektami gore. Z thrillera kryminalnego giallo wyewoluowało w stronę horroru. Po premierze „Profondo Rosso” kierunek, w jakim zmierzał Argento, mógł wydawać się jasny. Jego styl był już w pełni wyklarowany, a publiczność czekała na kolejny krwawy kryminał. Tymczasem reżyser wszystkich zaskoczył. W jego nowym filmie nie było ani rękawiczek, ani samozwańczych detektywów. Argento nakręcił obraz uważany przez wielu krytyków za najwybitniejszy włoski horror, zawierający najbardziej widowiskową dotychczas scenę śmierci oraz najpiękniejszą grę świateł. „Suspirię” można kochać, można ją nienawidzić, ale niewątpliwie jest to film przełomowy. Fabuła sprawia wraże-


magią wiedźmy, a głównym sprawcą „zamieszania” jest postać, która niewątpliwie z człowiekiem od dawna wspólnego nic nie ma. „Dochodzenie” jest tutaj raczej samotną próbą dojścia do prawdy przez bohaterkę i nie ma nic wspólnego z długim detektywistycznym śledztwem znanym z filmów giallo. Jedyne, co może budzić skojarzenia z poprzednimi filmami Argento, to sposób prowadzenia kamery, specyficzne aktorstwo, pewna umowność przedstawionej fabuły oraz współpraca ze znanym już z poprzedniego filmu zespołem „Goblin”. Ale pamiętajmy, że są Wiele czynników wyraźnie odstaje od do- to cechy charakterystyczne dla tego retychczasowego, jak i przyszłego dorobku żysera, a nie dla całego gatunku. giallo. Czy zatem słusznie wiele osób zalicza „Suspirię” do tego gatunku? Otóż Naprawdę nie widzę cech pozwalających moim zdaniem nie. zaklasyfikować „Suspirię” jako giallo. Może jest kilka drobnych podobieństw, Zdaję sobie sprawę, że jest to teza kon- ale brakuje głównej idei: krwawego krytrowersyjna - kłóci się z opiniami wielu minału z dochodzeniem mającym na krytyków, recenzentów. W internecie celu ustalenie tożsamości mordercy oraz pełno jest opisów przedstawiających krwawymi zabójstwami bronią białą (czy „Suspirię” jako „najwybitniejszy przykład wręcz). Giallo szokowało ludzką brutalgiallo”. Otóż pytam się: czemu zaliczać ją nością, wychodziło z założenia, że nawet do tego gatunku? Tylko dlatego, że na- wasz sąsiad mógł być zdolny do zabójkręcił ją Argento? Błędne jest moim zda- stwa, natomiast w „Suspirii” zagrożeniem niem założenie, że wszystko, co tworzył są złe czary i okrutne czarownice. ten reżyser, było giallem. Pamiętajmy, że oprócz takich filmów jak „Profondo W końcu argument, który zostawiłem Rosso”, „Cat O’Nine Tales” czy „Opera” sobie na deser: historia przedstawiona nakręcił również komedię „Le Cinque w „Suspirii” nigdy nie znalazłaby się Giornate”, był współautorem scenariu- w którejś z włoskich żółtych książesza słynnego westernu „C’era una volta czek. Jest to materiał bardziej na zeszyt il West” („Pewnego razu na dzikim Za- „Dylana Doga” czy książkę fantasy/ chodzie”) oraz wyprodukował dwie czę- horror. Dlatego podtrzymam swoją tezę, ści horroru „Demons”. że pomimo wielu kolorów „Suspirii”, żółty na pewno do nich nie należy. Moim zdaniem „Suspiria” to wybitny, przełomowy horror. Ale z giallem nie ma Giallo to nie tylko Argento, a Argento to praktycznie nic wspólnego. Nie ma tu nie tylko giallo. I tymi słowami, zachęcapostaci mordercy - sprawcami zabójstw jąc do własnych przemyśleń, kończę ten i okaleczeń są siły nadprzyrodzone. skromny felietonik (jednocześnie starając Postacią negatywną nie jest tu zwykły, się nie myśleć o planowanym remake’u szary człowiek, tylko władające czarną tego kultowego dzieła).

Text: Tymoteusz Raffinetti

nie chaotycznej, niedopracowanej, ale właśnie w tym tkwi urok tego filmu. Mamy bowiem do czynienia ze współczesną baśnią - tutaj niczego nie możemy brać dosłownie. Niesamowite jest to, w jaki sposób wszystko tu idealnie współgra: genialna ścieżka dźwiękowa w wykonaniu zespołu Goblin, fascynujący obraz pełen intensywnych kolorów tworzących atmosferę grozy i niepokoju oraz naiwna, irracjonalna gra aktorska - wszystko to składa się na niepowtarzalną magię „Suspirii”.


(Running Man)

---------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawca: Albatros 20l0 Tłumaczenie: Robert Lipski Ilość stron: 336

Główny bohater „Uciekiniera”, Ben Richards, jest jednym z obywateli Co-Op City, miasta którego „dominującym zapachem wspaniałego roku 2025 była dusząca woń rozkładu”. Jak większość ludzi jest w trudnej sytuacji, bez pracy, ale za to z chorą na zapalenie płuc 18-miesięczną córką. Elita wysysająca z reszty co się da, utrzymuje biedotę w ryzach posługując się starymi sprawdzonymi metodami: propagandą i igrzyskami, których areną jest telewizja Free Vee i Korporacja Gier. Od własnego podłego życia można się oderwać tylko patrząc na kogoś kto upadla się bardziej. Ludzie chcą krwi, a tę zapewnią teleturnieje takie jak „Prześcignąć krokodyla” czy „Karuzela dolarowa”, ale najpopularniejszym jest „Uciekinier”.

zdiagnozowano raka mózgu. Zmarł pod koniec 1985 roku, niedługo po publikacji swojej kolejnej powieści „Chudszy”. Jednak przyczyną śmierci autora nie był guz, ale dociekliwość jednego z czytelników, który odkrył, że Richard Bachman to alter ego autora horrorów Stephena Kinga. Ten, wielokrotnie pytany o zamieszanie z Bachmanem, nigdy nie podał prostej odpowiedzi. Wiadomo, że pierwsze dwie książki wydane pod pseudonimem napisał jeszcze przed debiutancką powieścią „Carrie”, ale zostały odrzucone przez wydawców. Kiedy znalazł się wydawca chcący wydać „Rage”, zapytano Kinga pod jakim pseudonimem chce wydać książkę. Ten rozejrzał się po pokoju: na biurku leżała książka Richarda Starka, a z magnetofonu leciała piosenka grupy Zasady gry są proste: Ben będzie ucieBachman-Turner Overdrive. Tak narodził kał przed Łowcami, a za każdą godzinę się Richard Bachman. dostanie 100 Nowych Dolarów, za każdego zabitego Łowcę lub funkcjonariusza „Uciekinier” jest doskonałym czytadłem. dodatkową stówę. Jeśli przeżyje 30 dni, Zagłębiając się w mroczny świat rządzowygra wolność i miliard w nowej walucie. ny brutalną rozrywką reżyserowaną przez Ale w sześcioletniej historii programu potężny Koncern zadajemy sobie pytanie nikomu nie udało się przeżyć dłużej niż ile z tego fikcyjnego świata jest w tym natydzień. Uciekając przed Łowcami, Ben szym – realnym. Czy niczym obywatele uczy się czegoś o sobie i ludziach, któ- Co-Op City, chłoniemy tanią rozrywkę i inrych spotyka. Początkowo jest taki, jakim formacyjną papkę zamiast szukać prawdy stworzyło go środowisko, w którym żyje. o świecie? Szybka akcja i zgrabna narraZdystansowany, bez współczucia, trochę cja nie dają się oderwać od książki. egoistyczny. Potem spotyka ludzi, którzy Pisząc o „Uciekinierze” nie można pomipomimo ryzyka narażają się dla niego, nąć filmu z 1987 roku pod tym samym dają mu schronienie i demaskują kłamtytułem, w którym w rolę Richardsa wcielił stwa głoszone przez Free Vee i sam zasię Arnold Schwarzenegger. Chciałbym czyna bardziej zwracać uwagę na to, co wszystkich uspokoić i wyraźnie zaznadzieje się za zasłoną kłamstw. czyć, że film i książka maja niewiele W roku, w którym wydano „Uciekinie- wspólnego, a właściwie to film wywraca ra”, u jego autora, Richarda Bachmana, powieść do góry nogami.

Text: Sebastian Kubańczyk

STEPHEN KING (jako RICHARD BACHMAN) - Uiekinier

7


HOLLOW MAN CZŁOWIEK WIDMO USA 2000 Dystrybucja: Imperial Cinepix Reżyseria: Paul Verhoeven Obsada: Kevin Bacon Elizabeth Shue Josh Brolin Greg Grunberg

X X X X

Text: Piotr Pocztarek

X

brej prasy nie miał, jednak niósł ze sobą przepotężną dawkę czystej, pompującej adrenalinę rozrywki. W tajnym laboratorium Pentagonu toczą się prowadzone przez garstkę ekspertów badania nad niewidzialnością. Po serii udanych eksperymentów na zwierzętach doktor Sebastian Caine (fantastyczny jak zawsze Kevin Bacon!) postanawia wypróbować serum na samym sobie. Transformacja działa, ale tylko w jedną stronę – narcystyczny i lekko szurnięty lekarz zmuszony jest pozostać w stanie niewidzialności. Początkowo spokojny Caine zaczyna tracić nad sobą kontrolę i zatracać się w poczuciu bezkarności. Straszenie dzieci i podglądanie kobiet przeradza się w paradę brutalności i krwawych morderstw. Tylko grupka lekarzy, którzy wraz z Cainem pracowali nad eksperymentem będzie mogła spróbować go powstrzymać, jednak dla wielu z nich próby te skończą się walką o własne życie.

Paul Verhoeven przyzwyczaił nas zarówno do doskonałego kina widowiskowego („Robocop”, „Pamięć absolutna”), jak i niezwykle klimatycznych thrillerów („Nagi instynkt”). Średnio co trzy lata spod ręki reżysera wychodził nowy hit, który albo zyskiwał miano kultowego, jak wyżej wspomniane, albo był miażdżony przez krytykę, jak na przykład „Showgirls”. „Człowiek widmo” specjalnie do- Ta wariacja na temat „Niewidzialnego człowieka” nawet nie próbuje wygłaszać w stronę widza żadnych filozoficznych morałów o braku skrupułów, bezkarności i szaleństwie, stawiając na czystą, bezkompromisową i niezbyt mądrą rozrywkę. Jest to jednak rozrywka najwyższej klasy. Najbardziej oszałamiające są efekty specjalne – w okresie w którym powstał mógł z powodzeniem konkurować z takimi hitami jak „Matrix”. Sceny znikania, czy pojawiania się ciał, sposób przedstawienia

„Człowiek widmo” to jeden z pierwszych horrorów, a w zasadzie thrillerów science-fiction, które miałem przyjemność obejrzeć. Jeszcze za czasów kaset VHS był jednym z moich ulubionych filmów i wywarł na mnie tak duże wrażenie, że oglądałem go kilkanaście razy. Czy zasłużył sobie na takie uwielbienie? I czy po latach dorosły człowiek może spojrzeć na niego w ten sam sposób?

10


widmowego Bacona, sceny pod wodą, czy z ogniem to prawdziwy majstersztyk wizualny. Doznania wzmagają dynamiczne motywy muzyczne i przebojowa gra aktorska takich gwiazd jak Elizabeth Shue, czy Josh Brolin, partnerujących wspaniałemu Kevinowi Baconowi. Mam do tego filmu ogromny sentyment, gdyż to między innymi on zachęcił mnie do zainteresowania się kinem grozy, pomimo, że sam rasowym horrorem nie jest. To zgrabny miszmasz kilku gatunków, trzymający w napięciu thriller, znakomicie wykonany i zagrany. Należy

jednak pamiętać, że patrząc trzeźwym okiem zobaczymy prostą historyjkę o socjopacie opętanym żądzą władzy i zemsty, jakich wiele. Proponuję zatem wyłączyć na chwilę myślenie i zapewnić sobie stuminutową jazdę bez trzymanki, której nie zapomnicie bardzo długo. Teraz film przeszedłby pewnie bez echa, a efekty specjalne nie byłyby już niczym specjalnym. Dziesięć lat temu produkcja potrafiła się jednak wyróżnić. Nawet teraz sprawdza się jednak jeszcze jako adrenalinowa pompa i niezły piątkowy odmóżdżacz. Polecam!

11


Do niedawna paczki z Grabarza z nowymi filmami, czy książkami do recenzji potrafiły mnie przerazić bardziej niż poziom dziennikarstwa mistrzów oceny z filmowego dodatku Gazety Wyborczej. Zdzierając opakowanie z dostarczonej przez rednaczy studni z niespodziankami zawsze zastanawiałem się, co mnie spotka. Znacie to uczucie – drżenie rąk, pocenie się, przepływ adrenaliny z nadnerczy do reszty ciała, drgawki, palpitacja serca, dym z uszu. To loteria. Czy znów dostanę filmy, których oglądanie sprawia przyjemność podobną do włożenia dłoni do miksera, czy może trafi do mnie prawdziwa perełka?

Tym razem czekała mnie prawdziwa niespodzianka, chociaż jeszcze nie wiedziałem co to jest (i w sumie nadal wszystkiego jeszcze nie wiem!). Moim oczom ukazała się pięknie wydana książka Patricka Carmana, zatytułowana „Dolina Szkieletów”. Z foliowej nakładki na okładkę spoglądały na mnie screeny z amatorskich filmików nagrywanych kamerą, przywodzących od razu na myśl Blair Witch Pocz..tzn Project, czy (nie)straszącą ostatnio w kinach Paranormalną Aktywność. Faaaaajnie, pomyślałem sobie i zacząłem wertować książkę. Od razu w oczy rzucił mi się sposób jej wydania – zamiast tradycyjnych, białych stron trzymałem w dłoniach coś na kształt zeszytu w linie, zapisanego równym, ładnym pismem. Na kilku stronach znajdowały się wykonane ołówkiem szkice, rysunki, luźne zapiski, coś przypominającego wlepki, a także… tajemnicze hasła. Całość sprawia wrażenie notatnika zapisanego przez jednego z bohaterów powieści, niejakiego Ryana, który dzieli się z nami swoimi przeżycia-

mi w nawiedzonej przez złe siły dolinie szkieletów. A hasła? Hasła można wklepać na specjalnie przygotowanej stronie internetowej, w zamian za co zostaniemy uraczeni amatorskimi filmikami, których autorką jest Sarah, również występująca w książce. Jednocześnie powieść i film? Podoba mi się ten pomysł! Wprawdzie „Doliny szkieletów” jeszcze nie zdążyłem przeczytać, ale postanowiłem podzielić się z Wami swoim zachwytem nad tym niezwykle prostym, a jednocześnie diablo oryginalnym i wspaniałym pomysłem. Czemu nikt wcześniej na to nie wpadł? Przecież takie projekty mogą zrewolucjonizować współczesną literaturę. Aż szkoda, że jest to powieść dla młodzieży, a nie rasowy horror, który pewnie bardziej zainteresowałby naszą społeczność, aczkolwiek z tego co zauważyłem, filmy są bardzo klimatyczne i potrafią przestraszyć. Co kilkadziesiąt stron dostajemy hasło dostępowe do kolejnego filmu i tak czytanie przeplata się


czy przenośnej konsoli PSP. Na tej ostatniej ukazała się niedawno aplikacja „Hysteria Project”, która dzięki uprzejmości Sony trafiła także niedawno na PlayStation Store, dzięki czemu dumni posiadacze PS3 mogą również stać się jej posiadaczami za zawrotną sumę… 5zł. Nie dalej jak w poprzednim numerze W zamian dostajemy interaktywną grę wspominałem Wam o interaktywnym z prawdziwymi aktorami, w której naszym filmie, w którym widz dostaje od aktora zadaniem będzie uciec przed psychopa-

telefon i decyduje o tym, co ten ma dalej na ekranie zrobić. Ostatnio jednak oczarowały mnie kolejne nowości, jakimi są umieszczone na specjalnych stronach internetowych filmy, w których możemy brać czynny udział. W produkcjach tych biorą oczywiście udział prawdziwi aktorzy, nie ma tu więc mowy o umowności wizualiów. Przykład? Bohater wchodzi do pomieszczenia biurowego, w którym pracuje. Podchodzi do niego kobieta, proponuje wspólne udanie się do pokoju na małe zboczeństwo. Na ekranie pojawia się opcja, a my wybieramy, czy się zgodzimy, czy nie. Najczęściej podejmujemy decyzje o prostych rzeczach – czy skręcimy w lewo, czy w prawo, czy pojedziemy windą, czy wybierzemy schody itp. Oczywiście wiele z tych wyborów może być błędem, co zaowocuje śmiercią delikwenta i będziemy zmuszeni powtarzać kawałek, jednak ta interaktywność pozwala wczuć się w rolę bohatera. Te krótkie, interaktywne fabuły sprzedawane są też jako aplikacje do i-Phone’a,

tycznym mordercą z siekierą, który uwięził nas w starej szopie. Trwająca jakieś 20 minut przygoda pozwala nam wybierać kierunek biegu, a także podejmować decyzje co do następnego kroku naszego antagonisty (np. ukryć się, czy biec dalej?). „Hysteria Project” to jednak przede wszystkim festiwal tzw. Quick Time Events, czyli wciskania wyświetlanych na ekranie guzików na czas. Niepowodzenie kończy się najczęściej brutalną śmiercią, co tylko wzmaga poziom zaangażowania i imersji (a także wkur*****a i chęci rzucenia padem o ścianę). Pomijając ubogość i prostotę, żeby nie powiedzieć prostactwo wspomnianych wyżej propozycji, możemy zobaczyć bardzo pozytywny kierunek, w którym zmierza branża. Kwestią czasu są przecież znacznie bardziej rozbudowane pozycje, w których możliwości jest mnóstwo, a każda decyzja niesie ze sobą daleko idące konsekwencje. Zamiast wybierać „prawo – lewo”, czy „góra – dół” będziemy dokonywali wyborów o charakterze moralnym, być może

Text: Piotr Pocztarek

z oglądaniem, bardzo wzmagając klimat i oddziaływanie na obcującą z projektem osobę. A wszystko to w pełnej, polskiej wersji językowej, stanowiącej praktycznie wierną kopię oryginalnej, angielskiej witryny. Rewelacja!


nawet decydowali o czyimś życiu, a odkąd nie będzie to zlepek pikseli a żywy aktor, którego widzimy na ekranie telewizora, emocje mogą sięgnąć zenitu.

ruje nam znacznie więcej możliwości i uraczy skomplikowaną, oryginalną fabułą. Współpraca wszystkich tych mediów na poziomie widza wydaje się być niezbędna, by zafundować całkiem nowy wymiar wrażeń. Jeśli jeszcze dodamy do tego wszystkiego nadchodzącą erę 3D, możemy ze spokojem patrzeć w przyszłość i cieszyć się, że za kilka lat będziemy przeżywać nasze ukochane horrory w iście realistycznym stylu. Kto wie, może kiedyś filmy, czy gry zapewnią nam survivalowe przeżycie, a książkę odłożymy zlani potem, poranieni, spoceni i brudni od leśnego poszycia, w którym tarzaliśmy się chowając przed psychopatą. Nowe, straszne czasy, jesteśmy gotowi na wasze przybycie!

Podoba mi się kierunek, w którym idzie kino, literatura, gaming i Internet. Oczywiście zadów jest nadal więcej niż waletów, ale nowe propozycje, którymi jesteśmy raczeni sprawdzają się wyśmienicie, zwłaszcza w horrorze. Z niecierpliwością czekam na wydawnictwo multimedialne pokroju „Doliny szkieletów” Carmana przeznaczone tylko dla dorosłych odbiorców – klimatycznej książki z gatunku horroru i uzupełniającej ją witryny internetowej pełnej straszliwych filmów, które nakierują naszą wyobraźnię na właściwe tory i pozwolą nam się naprawdę bać. Czekam na kolejne odcinki „Hysteria Do grozobaczenia! Project”, która jak mam nadzieję zaofe-


Link

Rafał Kuleta Kolega wysłał Martwemu link do strony, która - według zapewnień kolegi - powinna go wystraszyć. Martwy wzruszył ramionami, ale kliknął łącze. Ekran pokrył się czernią, która bardzo szybko wypełniła pokój. W środku świecił nieczytelny napis. Martwy rozejrzał się. Stał nadal w swoim pokoju, ale nie było w nim żadnych mebli ani rzeczy, a ściany pokrywała smolista czerń. Podbiegł do wyjścia, które rozgałęziło się na wiele długich korytarzy krzyczących tym samym przerażonym głosem. Aorty i żyły ścian kurczyły się, zgniatając umysł. Martwy ocknął się. Na ekranie pulsował krwistoczerwony napis: „Teraz twoja kolej”. Pod krzesłem uformowała się kałuża moczu na czarnej jak smoła podłodze.

Krzyk

Piotr Pocztarek Otworzył oczy, chociaż nie miało to większego sensu. Ciemność była wszechogarniająca. Duszno. Pierwsza myśl, jaka zaczęła mu się kołatać w nieoświetlonych zakamarkach umysłu dotyczyła uchylenia okna. Następna zapalenia światła, tak by oczy na nowo zaczęły widzieć. Ciemno. Starał się przypomnieć sobie, czy obok niego stoi gdzieś butelka z wodą. Ugasić pragnienie. Próbował wstać, ale uderzył głową o mahoniową pokrywę. Panika. Zaczął krzyczeć, chociaż suche gardło nie było w stanie długo wydzielać takich dźwięków. Krzyk. Sześć stóp pod ziemią nikt go nie usłyszy.

Rocznica

Jagoda Skowrońska-Mazur 11 września Prezydent, jak co roku, wygłaszał orędzie do Narodu. Myślą przewodnią przemówienia było: Naród Amerykański jest w stanie odrodzić się po każdej katastrofie. Przesłanie to wzmacniała obecność Pierwszej Damy w zaawansowanej ciąży. Prezydentowa z uwagą wsłuchiwała się w słowa męża, starając się nie myśleć o tym, co będzie gdy nadejdzie rozwiązanie i wszyscy zobaczą, że potomek w żadnym szczególe nie przypomina głowy narodu. Nagle ciało prezydenckiej małżonki rozdarła eksplozja. Siła wybuchu pozbawiła życia wszystkich stojących w pobliżu. Śledzący transmisję orędzia Mehmed uśmiechnął się z zadowoleniem. Był dobrym Muzułmaninem: udało mu się spłodzić idealnego islamskiego terrorystę.


Rozstanie

Robert Cichowlas Dorota. To była laska! Kochaliśmy się po kilka razy dziennie w najróżniejszych pozycjach. Nigdy nie miałem dość jej ciała i jestem przekonany, że ona również czuła się ze mną wspaniale. Jej gładka skóra, duże, jędrne piersi i diablo długie nogi podniecały mnie tak bar-dzo, iż traciłem nad sobą kontrolę, odpływałem! Nagle wszystko, co piękne się skończyło. Posuwałem ją w zaroślach niedaleko jej marmurowego domku, nie mogąc powstrzymać wydobywających się z mego gardła pojękiwań, kiedy zostałem nakryty, brutalnie skuty w kajdany i wsadzony do pudła na dożywocie. Teraz gniję tu, a ona tam. Najbardziej mi brakuje zapachu jej rozkładającego się ciała.

Poszukiwania Rafał Kuleta

Miał dobrą pracę, mieszkanie. Do szczęścia brakowało mu kobiety. Wybrał najpopularniejszy klub - energetyzujący klimat, piękne dziewczyny. Napalony, wystartował do pierwszej. Jej uśmiech rozszerzył się i przedzielił głowę na pół. Otwarty mózg napęczniał jak balon i rozprzestrzenił się, zmieniając jej ciało w plątaninę zwojów mózgowych. Cofnął się. Spojrzał na drugą dziewczynę, której oczy rozmnożyły się i wysypały na ciele jak ospa. Inna dziewczyna rozsierściła się w wielką kulę włosów. Gdy tylko spoglądał na którąś, widział zlepek rozrośniętych do granic absurdu tkanek. Kiedyś rzucił dziewczynę, która cały czas go kochała, nawet po samobójczej śmierci. To właśnie ją widział w każdej innej kobiecie.

Narodziny Piotr Pocztarek

Usłyszałem własny krzyk. Twarz lekarza nabierała ostrości. Rzucił mnie na stolik, chyba trochę zbyt gwałtownie. Bydlak. Widziałem jak złapał za nożyczki, by odciąć coś co zwisało z mojego brzucha i łączyło mnie z tymi poranionymi zwłokami na stole operacyjnym. Ciach! I po wszystkim. Trochę bolało. Tak bardzo chcę do mamy. Znowu ciach! I znowu. I znowu. I znowu. Nadal słyszałem własny krzyk.


Rozmrożona apokalipsa Ernest Kot

W XXII wieku, głęboko wewnątrz arktycznego lodowca, odnaleziono organizm starszy niż ludzkość. Nowoczesna kriogenika przywróciła do życia monstrualnego humanoida, jednak w jego tkankach lód poczyniły nieodwracalne spustoszenia. Sukces ograniczył się do wegetacji pod aparaturą podtrzymującą życie. Jednakże… Istota była brzemienna. Poprzez rekonstrukcję i stymulację części zwojów nerwowych przywrócono pracę organów rozrodczych oraz wzrost nieuszkodzonego zarodka. Poród przedwiecznej istoty zakończył się pełnym sukcesem. Armia błyskawicznie znalazła zastosowanie dla nowej zabawki. W jego mózg wszczepiono stymulujące elektrody i rozpoczęto trening. Kontrolę utracono już podczas pierwszej misji. Niedługo potem okazało się, że obcy gatunek jest samorodny. To był początek końca ludzkości na ziemi.

Mroczki Jacek Rybak

- No, nareszcie jesteś! - Strasznie boli mnie głowa... - Otwórz oczy do końca, to pogadamy. - Już, tylko mam jakieś mroczki przed oczami... - To nie mroczki, to muchy. - Jak to muchy? Poza tym gdzie ja jestem, w trumnie? Ciasno tu. - Nie w trumnie, w samochodzie. - W moim samochodzie jest wygodnie, a tu... same muchy. - Jak coś gnije, to i muchy są. - ??? - Cztery dni temu wypadłeś z drogi tym swoim autem. Jeszcze Cię nikt nie znalazł. - Jak? Co? Dlaczego? Nikt mnie nie znalazł... A Ty? - Ja to się nie liczę.


Zaproszenie Rafał Kuleta

Tuż przed snem usłyszał, jak ktoś kłóci się w kuchni. Zniekształcone, stłumione głosy dobiegały również z łazienki. Wynurzały się z wszystkich zakamarków. Nawet kiedy już wszystkie ucichły, nie mógł zasnąć. W głowie huczało mu od wrzasków i krzyków. Potępieńczy jazgot doprowadzał go do szału. I wtedy, tuż obok, usłyszał rozmowę. - Mamo, czy tata nas słyszy? - chłopięcy, drżący, niepewny głos. - Na pewno słyszy, bo przecież patrzy w naszą stronę. Przez moment wydawało mu się, że widzi swoje własne odbicie w lustrze na ścianie naprzeciwko. Ale przecież nie miał lustra. - Tata patrzy na nas. Poczuł uścisk na szyi. - Chodź do nas, kochanie.

Nocny koszmar

Jagoda Skowrońska-Mazur - Chcę zobaczyć, co będzie w 2014 roku! I zobaczyła: wielką pustynię z kikutami martwych drzew i ani śladu życia dookoła. Obudziła się przerażona. Chciała jak najszybciej ponownie zasnąć, by zapomnieć o wyśnionych koszmarach. Jednak nawet obecność w łóżku małżonka, zwykle tak kojąca, nie mogła jej uspokoić. Ponieważ noce wciąż jeszcze były ciepłe, wstała, zarzuciła na siebie sukienkę i cicho, by nie budzić ukochanego, wyszła przed dom, zaczerpnąć świeżego powietrza. Rano mąż znalazł pod żywopłotem jej ciało, zmasakrowane tak, że tylko z trudem rozpoznał w nim ukochaną kobietę. To wracający nad ranem sąsiedzi postanowili przedłużyć sobie imprezę.


Ojczym Ernest Kot

Słuchał Claptona, palił francuskie papierosy i patrzył mi głęboko w oczy. Oszalałam na jego punkcie. „To cudownie” odparł na wieść o synku. Ulżyło mi. Bałam się, że nie zechce panny z dzieckiem. Jednak kiedy przychodził kłamałam, że mały jest u dziadków. Wolałam poczekać. Pewnego razu usłyszał dobiegający z góry dziecięcy śmiech. - Dlaczego mi nie ufasz – zapytał – myślisz, że mnie nie zaakceptuje? Zawahałam się. Nie był jeszcze gotowy… ale zaprowadziłam go na strych. Rozczarował mnie. Zaczął się drzeć, gdy zobaczył obgryzione do czysta kości poprzedników i popękaną twarz mojego chłopczyka. Zatrzasnęłam drzwi i zostawiłam ich samych. Mały go nie zaakceptował…

Wodospad krwi Rafał Kuleta

Rzeka dość wartkim nurtem płynęła przez las. Nie zwracała uwagi na kamienie, ani na zwalone drzewa, tylko pędziła przed siebie, jakby chciała uciec od masowych zbrodni popełnionych na jej brzegach. Zaczęło się od samobójstw. Pojedyncze ciała wpadały do rzeki, która niosła je daleko, jak najdalej, do zapomnienia. Później na jej brzegach wykonywano coraz brutalniejsze egzekucje. Kiedy wybuchła wojna, rzeka nieprzerwanie płynęła krwią. Po wojnie ludzie nie przestali się mordować. Dalej prowadzili osobiste wojny przeciwko sobie. Rzeka postanowiła uwolnić się od masakry i skończyć z tym wszystkim. Zmieniła bieg. Skierowała się na skraj lasu. Zleciała ze skały, rozbijając się wodospadem krwi.


Obiad

Piotr Pocztarek Usiedli do obiadu wszyscy razem. Mama, tata i córka napełniali sobie talerze specjałami, kt��re stały na stole. Co jakiś czas rozlegał się brzdęk sztućców i monotonne chlupanie nalewanych do szklanek soków. - Jak tam twój świeżo upieczony małżonek? – zapytał córkę ojciec - Jest dobry. - Działa na ciebie? – dopytała matka - Wczoraj miałam niestrawność. Jedzcie uważnie, może trafić się obrączka.

Wilcze żale Jacek Rybak

Biegł przez las. Ogień w płucach palił z wysiłku, w ustach czuł jeszcze smak krwi. Biegł przez las, jakby go sto demonów goniło. Pędził, a gałęzie smagały jego ciało. Pełny księżyc oświetlał mu drogę. I dopiero na polanie zatrzymał się, bo wiedział, że nie ucieknie. Nie uda mu się umknąć przed tym, co zwiastuje świt. Nie uda mu się, jak wiele razy do tej pory. Nie uda mu się zatrzymać tej wolności i siły. Poranek był bliski. Zaskomlał żałośnie do księżyca i zaczął zmieniać się w człowieka...

Stężenie pośmiertne Robert Cichowlas

- Tato? - Tak, synku? - Co robisz? - Nic takiego... Po prostu mamusia... Była bardzo niegrzeczna. - A co zrobiła? - Nie słuchała tatusia. - A jak ja nie będę słuchać, to co mi zrobisz? - Co? Nie... Nie wiem, kochanie. Zobacz. Ucz się. Widzisz? To się, kurwa, nazywa stężenie pośmiertne!!!


Najszczęśliwszy czas dla każdego z nas Kamil Szpyt

Przesuwam się nieco, wiercę, szukam najwygodniejszej pozycji. Gdy wreszcie ją znajduję, zapadam w rozkoszne otępienie. Czuję delikatny głód, ale wiem, że jeszcze nie pora na jedzonko. Przed posiłkiem, jak zawsze, pochylę głowę nad dobrocią mojej mamy. Karmi mnie. Chroni. Dzięki niej mogę rosnąć bezpieczny, z dala od zagrożeń świata. Tu, gdzie jest ciepło i przytulnie. Wiem, że zrobiłaby dla mnie wszystko. Tak bardzo się troszczy. To najszczęśliwszy czas dla każdego z nas. Nawet, kiedy opuszczę matczyne ciało, na zawsze pozostawię w nim cząstkę siebie. Zasypiając myślę, jakie to szczęście być tasiemcem.

Potwór w szafie Ernest Kot

W mojej szafie mieszka potwór. Zawsze, gdy jest ciemno, uchyla skrzypiące drzwi i na mnie patrzy. Ma świszczący oddech i cuchnie mokrym psem. Chce, żebym podszedł i zajrzał do środka. Czuję to. Kulę się wtedy pod kołdrą i udaję, że mnie nie ma. Kiedy o nim opowiadam, nikt mi nie wierzy. Nawet mój najlepszy kolega mnie wyśmiał. Dzisiaj mama powiedziała, że jestem już za duży, żeby spać przy zapalonej lampce. Rozryczałem się i zacząłem błagać, żeby nie zostawiała mnie z potworem w ciemnościach. Roześmiała się. Weszła do szafy, żeby mi udowodnić, że potwór nie istnieje. Nie wraca już od godziny…

Urodziny Jacek Rybak

Siedziała w swoim domu, bujając się w fotelu, smutna, samotna, stara... Kolana przykryte kocem, okulary na nosie, fotografia syna w dłoniach. Nadchodził zmierzch, kiedy usłyszała pukanie do drzwi, w zasadzie skrobanie. Skrobanie paznokci po drewnie. Wstała z trudem i podeszła do drzwi, by sprawdzić, czy faktycznie ktoś za nimi stoi. Po prostu je otworzyła. Jej oczy rozszerzyły się, usta rozwarły w zdziwieniu, nie wierzyła w to co widzi. Odwiedził ją jej syn, stał teraz w progu i patrzył przed siebie tępym, nieobecnym spojrzeniem, coś mruczał. „Jak on wygląda”, pomyślała. Był cały siny, brzydko pachniał, jeszcze niedawno nowy garnitur i koszula wyglądały jak łachmany. I ten brud za paznokciami, poranione palce. Ale był tu, przyszedł do mamy, pomimo że pochowała go tydzień temu. Przyszedł, bo przecież dziś wypadają jej urodziny. Tak samo jak i jego...


fentezi)

--------------------------------------- Ocena: 4/6 Wydawca: Wydawnictwo EKSMO 2008 Brak Polskiego wydania Ilość stron: 270

Czy wynika to z odmienności kulturowej, czy raczej z ciężkich warunków bytowych znacznej części społeczeństwa nieświętej pamięci ZSRR, trudno stwierdzić. Jak by jednak nie tłumaczyć tego zjawiska, fakt pozostaje faktem – rosyjskojęzyczni miłośnicy literackiego horroru nie są rozpieszczani przez swoich wydawców. Strasznie długo musiałem więc polować na książkę współczesnych pisarzy rosyjskich, która choćby częściowo wpisywałaby się w interesujący nas gatunek. Koniec końców wytrwałość została nagrodzona i tak oto stałem się posiadaczem zbioru „Urban fantasy 2008”. Okładka – poza wymienieniem w większości nic nie mówiących mi nazwisk autorów – odstrasza potencjalnego czytelnika collage’em pasujących do siebie jak pięść do nosa postaci: wojowniczego maga, żołnierza jednostki specjalnej i tajniaka (lub bandyty) w pozie wskazującej na to, że coś mu w życiu nie wyszło.

potrafi na zawołanie zmieniać kolor skóry czy włosów, figurę, rozstaw oczu, kształt nosa czy uszu, astralnych przestępców, przenikających do naszego świata przez bramy luster, żądną krwi tajemniczą mgłę, w której schronienie znalazły dusze umarłych, zwaśnione rody czarnoksiężników, pradawnego władcę czy całkiem współczesnego psychopatę.

Text: Kazimierz Kyrcz Jr

RÓŻNI AUTORZY - Urban Fantasy 2008 (Gorodskaja

Autorzy poszczególnych tekstów wzięli się za bary, na ogół zresztą całkiem udanie, z takimi tematami jak magia voodoo, przy pomocy której można – przynajmniej na jakiś czas – przeciwstawić się śmierci, granice, jakie wytycza sumienie i strach o swe życie, a także gotowość do złożenia ofiary z siebie, by chronić kogoś kogo się kocha… A to jeszcze nie wszystko! W książce nie zabrakło szczypty wyuzdanego seksu, którego nie powstydziłby się sam Masterton, wizji rozciągniętej na pokolenia przyjaźni ludzi i zwierząt, i – co szczególnie bliskie memu sercu – poetycko ujętego rozpadu więzi międzyludzkich.

Nie zrażajmy się jednak. W końcu nie od dziś wiadomo, że nie opakowanie się Jak widać na załączonym obrazku, liczy, a treść. „Urban fantasy 2008” jest istnym tyglem konwencji i pomysłów. Nie sposób Na zawartość antologii składają się trzy odnieść się do wszystkich zawartych nowele i dwanaście opowiadań. Wśród w książce tekstów. Skupię się więc na kilkalejdoskopu najróżniejszych bohate- ku losowo wybranych. Otwierająca zbiór rów, których spotykamy na kartach tomu, nowela – „Siostra mojego brata” najlepwidzimy w akcji łowcę wampirów, który szy ma tytuł. Resztę spokojnie można

23


sobie darować. No, chyba że ktoś lubi typowe erpegowskie klimaty z czarownicami, wojownikami i magami, historie, w których roi się od nieposkromionych mocy, mętnych pseudofilozoficznych rozważań i durnych imion własnych.

„Wrogość” Ludmiły i Aleksandra Biegasz kreuje obraz apokaliptycznej zimy, stanowiącej tło do historii, która zaczyna się nieomal jak relacja z przygotowań do rewolucji październikowej, przekształca się w love story, by skończyć w kompletnie zaskakujący sposób. Ciekawych opowiadań mamy tu zatrzęsienie, że wspomnę choćby o „Odwiedź mnie w mojej samotności” używających pseudonimu Henry Lion Oldi pisarzy Dymitra Gromowa i Olega Ładyżeńskiego, którzy tym właśnie tekstem składają hołd Rogerowi Zelaznemu.

Potem na szczęście jest już znacznie lepiej. „Koralowa wyspa” Kiryła Benediktowa w przekonujący i wciągający sposób pokazuje mentalność nowobogackich Rosjan skonfrontowaną ze staroegipskim mitem. Poza atrakcyjną, przyjazną dla czytelnika formą, nowela ta ma i tę zaletę, że postawiono w niej parę pytań, na które warto sobie samemu odpowie- Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że dzieć. z czasem choć część zawartości „Urban fantasy 2008” zostanie opublikowana i u nas…


[ Przemek Corso - Opętany ]

Przemek Corso Opętany

Dla Davida Haidena.

It’s fuckin’ cool, isn’t it? This time I won a fiver... Obudził się z dziwną świadomością, że właśnie wyśnił czyjeś życie. Czuł to tak samo jak każdej innej nocy. To dziwne otępienie i towarzyszący mu ból głowy. I znowu ktoś tańczy walca, pomyślał. Każdy z jego snów był zbyt rzeczywisty, a co najważniejsze – nigdy nie znajdował w nim odniesienia do swojej osoby. Nigdy. Czytał o tym wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że sny są zazwyczaj odzwierciedleniem wydarzeń, które towarzyszą nam w życiu – czy to rozmowa telefoniczna, czy film, czy przeczytana książka, czy nowo poznana osoba. Wszystko to jest materiałem dla naszego mózgu, który mieli to i przetwarza, tworząc kolejny sen. W założeniu. Wstał z łóżka i zataczając się niezgrabnie, wszedł do łazienki. Tej nocy śniło mu się, że poszedł ze znajomymi, których nigdy osobiście nie widział na oczy, pograć w paintball. Biegał po lesie, uzbrojony w pistolet na farbę, strzelając do ludzi, których nigdy nie poznał. Pamiętał, że miał na głowie kask i ochronne okulary. Pamiętał słowa instruktora, który mówił, że trafienie może boleć. Pamiętał, że podczas przerwy poszedł ze znajomym do samochodu, gdzie mieli kanapki. Pamiętał, że palił papierosa i że śmiał się, słuchając żartów. Ale on nigdy nie palił. Nigdy też nie słyszał tych żartów w rzeczywistości. Kiedy wszedł do łazienki, odkręcił kurek z zimną wodą i opłukał twarz. Znowu otępienie tańczy walca z bólem głowy, powtórzył w myślach i spojrzał na swoje lustrzane odbicie. Ta sama twarz, którą widział w lustrze przez całe swoje życie. Nic się w tej kwestii nie zmieniło, ale... Ta sama twarz, lecz kompletnie inna niż ta, którą widywał w swoich snach, śniąc o goleniu się i poprawianiu włosów. Śniąc o zakładaniu garniturów. Śniąc o chodzeniu do pracy. On przecież nie miał nawet własnego garnituru. Nagle skrzywił się, czując na plecach dziwne pieczenie. Odwrócił się tyłem do lustra i spoglądając przez ramię, zauważył siniaki. Bardzo dużo siniaków. Instruktor od paintballa uprzedzał, że trafienie pociskiem może boleć, przypomniał sobie.

25


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

– Tracę kontrolę – powiedział do pustego mieszkania. Tak bardzo dużo siniaków. Czy można wyśnić czyjeś życie? *** Kolejny dzień przywitał go bólem głowy i rozstrojem żołądka. Wstał z łóżka i dociskając dłonie do skroni, zatoczył się do łazienki. – Kochanie, masz ochotę na jajka? – Usłyszał jej głos dobiegający z kuchni. Ostatnia rzecz, na jaką miał ochotę, to jajka. – Tak, poproszę – krzyknął, siadając na muszli klozetowej. Myślał o tabletkach przeciwbólowych. Te małe i okrągłe z fiolki albo te owalne i słodkie w smaku, lecz skrywające gorycz. Tak się właśnie czuł. Był przepełniony goryczą. Kiedy wyszedł z łazienki, narzucił sobie na plecy białą koszulę, założył bieliznę i wciągnął spodnie wyprasowane w kant. Wszedł do jadalni, zawiązując pod brodą krawat. Żona spojrzała na niego z troską i postawiła na stole dzbanek z kawą. – Kiepsko wyglądasz – stwierdziła. – Znowu miałeś koszmary? Czy miałem koszmary?, zastanowił się, miałem kolejną porcję migawek oderwanych z jakiegokolwiek kontekstu. Tak, można to było określić mianem prawdziwego koszmaru. Seria migawek i rozmów, które nigdy nie miały miejsca. – Mark zostawił ci wczoraj wiadomość na sekretarce – powiedziała, podsuwając mu pod nos talerz z jedzeniem. Dwa jajka sadzone i tosty wycięte w kształt, który miał przypominać uśmiech. – Znowu zwaliłeś się na łóżko i zasnąłeś – dodała po chwili z lekką pretensją. Miała na sobie szlafrok, a mokre włosy zaczesała do tyłu. Najbardziej kochał w niej to, że każdego ranka była przepełniona optymizmem, ale od kilku tygodni po prostu przestało go to cieszyć. Patrzył przez chwile na swój talerz, nalał sobie kawy do porcelanowej filiżanki, której komplet dostali w prezencie od jego matki, i niechętnie ugryzł kawałek tosta. – Późno dzwonił? – zapytał, przeżuwając. – Nie późno, tylko... – Podeszła do niego i pocałowała go w skroń. – Ty od jakiegoś czasu dosłownie tracisz przytomność, przekraczając próg sypialni. Tak naprawdę nie tracił przytomności w sypialni. Czasami z trudem do niej docho-

26


[ Przemek Corso - Opętany ]

dził. Rzucał ubrania w kąt i po prostu zasypiał. – Bierzesz jakieś tabletki na sen? – zapytała po chwili. – Nie, skarbie... – wydukał po chwili, upijając łyk kawy. Specjalnie unikał jej wzroku. – Jestem po prostu przemęczony. – Może pójdziesz do lekarza? – Usiadła po drugiej stronie stołu i wzięła z plecionego koszyka rogalik, który rozerwała w palcach. Kawałek od razu znalazł się w jej ustach. – Do lekarza? – zdziwił się. Już byłem u pieprzonego lekarza, pomyślał. – Nie wydaje mi się, żeby to było konieczne – Uśmiechnął się do niej. – Niedługo dostanę wolne w kancelarii... I pojedziemy gdzieś... Nie patrz tak na mnie, proszę... Naprawdę jestem po prostu zmęczony... Przemęczony... Czy jakkolwiek... – Wymęczony – dodała. – Pamiętaj, że tata cały czas zaprasza nas do siebie, do Denver. Moglibyście pójść razem na ryby. – Czego chciał Mark? – Znowu napił się kawy, zerkając na nadgryziony tost umaczany w żółtku. Skurcz w żołądku. – Nagrał ci się. Westchnął ciężko. – Nie możesz mi po prostu powiedzieć, na miłość boską? – syknął. Zmieszała się. – Nie musisz od razu zachowywać się jak gbur. Tylko dlatego, że masz problem ze spaniem... Chryste... – Zrobiła minę, której nienawidził. Tę pełną obrzydzenia, która sprawiała, że czuł się przy niej jak gówno. – Przepraszam. Możesz mi powiedzieć, co... – Pytał się, kiedy znowu pojedziecie grać w paintball. Mówił, że chłopaki z kancelarii były zachwycone... I takie tam... – Miło z jego strony. – Biorąc pod uwagę, że byłeś cały poturbowany... Pamiętasz, jak wyglądały twoje plecy? – Tak, wiem. – Kocham cię. – Wsadziła do ust kolejny kawałek rogalika i nalała sobie kawy do filiżanki. – Co ci się dzisiaj śniło? – zapytała nagle. Znużenie, pomyślał, praca nocą, rozwożenie paczek, inwentaryzacja, kawa rozpuszczalna i tania pornografia porozwieszana na ścianach. Smak tektury. Znużenie, praca nocą. Znowu inwentaryzacja i znowu paczki w tekturowych pudełkach... Dosłownie czuł ich smak w ustach, a to doprowadzało go do szału.

27


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

– Nic, skarbie... Jakieś strzępy – odparł, ostrożnie dobierając każde słowo. Zmarszczyła brwi. – Naprawdę powinieneś iść do lekarza. – Była wyraźnie zatroskana. Normalnie, by go to rozczuliło, ale czuł tylko irytację. I ten straszny ból głowy. *** – Nie mam zamiaru ukrywać, że ta zasrana paczka jest w strzępach, David. – Jego imię w ustach szefa zabrzmiało jak kpina. To był kolejny bodziec, który skłaniał go do znalezienia nowej pracy. – Paul – zaczął po chwili, ostrożnie dobierając każde słowo. – Nie mam zamiaru ponosić odpowiedzialności za to, że pudełko się rozjebało w trakcie przewozu... – Zamknij się, David! Dobrze ci radzę, nic więcej nie mów... To po prostu ma się więcej nie powtórzyć... – Ale... – Nie wkurwiaj mnie! – Szef pochylił się w jego stronę. David widział wszystkie niedoskonałości jego skóry. Rozszerzone pory na nosie. Niedogolony zarost. Widział nawet włosy w nosie tego dwumetrowego zasrańca. – Kiepsko wyglądasz – dodał po chwili dwumetrowy zasraniec, wsuwając na nos okulary w grubych oprawkach. – Próbowałeś się przespać? David chrząknął. Rozejrzał się po pokoju, lustrując wzrokiem pornograficzne plakaty i rozkładówki. W firmie kurierskiej panował zwyczaj, że każdy nowy pracownik przynosił plakat i zawieszał go na ścianie. Biorąc pod uwagę ilość emigrantów, których zatrudniali, na tych ścianach można było znaleźć wszystkie kolory, kształty i narodowości cycków i rozchylonych... – Kiedy ostatni raz spałeś? – Pytanie szefa zadziałało jak ukłucie szpilki. – Pracuję na nocne zmiany, Paul... – Jesteś, kurwa, idiotą? – Paul przechylił lekko głowę. – Zatraciłeś w sobie umiejętność odpowiadania na proste pytania? – Śpię całymi dniami – wycedził przez zęby. – A wysypiasz się? Nie, pomyślał. – Tak – odpowiedział. – Wysypiam się. Paul milczał przez chwilę i odstąpił kilka kroków. Wziął do ręki dziennik zamówień, który do tej pory leżał na starym biurku, i uśmiechnął się kwaśno.

28


[ Przemek Corso - Opętany ]

– Pamiętaj, żeby przekazać chłopakom, że jak będą jechać do Manchesteru... – Tak? – Żeby zostawili paczki do USA na lotnisku. Niech ich, kurwa, nie wiozą ze sobą do Londynu, bo... znowu... znowu, kurwa, będziemy mieli niepotrzebny dzień opóźnienia. A jak ładują do samochodu za dużo paczek, to później wyglądają jak to gówno tutaj. – Wskazał palcem zniszczone pudełko leżące na podłodze nieopodal. Był wyraźnie zniesmaczony. – Dobrze... – David spojrzał na zegarek. Dochodziła pierwsza w nocy. Dwie pierwsze furgonetki miały wyjechać z Dublina o trzeciej, więc miał jeszcze czas, żeby strzelić sobie kawę – albo coś mocniejszego. Małego drinka. Albo piwko. Albo dwa. – David... – zaczął Paul po chwili. Dwa metry wzrostu, czterdziestka na karku i tysiąc euro na plecach pod postacią białej koszuli i sportowej marynarki, czyli pan skończony dupek. – Możesz sobie cierpieć na jakieś tam choroby... Nie przeszkadza mi to, dopóki wykonujesz swoją prace... Już ci to mówiłem. Po prostu mnie to nie obchodzi... – To narkolepsja, Paul... – przerwał mu. – Dobrze... Mam to w dupie! – warknął wyraźnie poirytowany. – Ale jak się dowiem, że ćpasz... Że urządzasz sobie tutaj jakieś ćpuńskie mega party razem z tymi Polaczkami i pieprzonymi Brazylijczykami, to wierz mi na słowo... Wywalę was wszystkich na zbity pysk! Rozumiesz, co mam na myśli? Wypierdolę ciebie... I cała resztę! – Jestem czysty... Ja... – Nie wyglądasz, jakbyś był... czysty. Od kilku tygodni... – Mam dziwne sny, Paul! – prawie krzyknął. – Śnią mi się jakieś popieprzone rzeczy! Ilekroć zapadam w sen, mam wrażenie, że budzę się w innym miejscu jako ktoś inny... Śnię o jakiś ludziach, których nigdy w życiu nie widziałem... Jestem cały czas zmęczony, Paul! Ostatnio śniło mi się, że grałem z jakimiś ludźmi w... te pieprzone pistolety. – Gestem dłoni pokazał, że trzyma pistolet. – Na farbę, wiesz o co mi chodzi... Jak się obudziłem, na całym ciele miałem siniaki. Rzygałem później jak kot przez pół godziny... Ja... Ja... Mam jakiś problem, ale naprawdę... Paul... Naprawdę, jestem czysty – rzucił błagalnie, momentalnie żałując, że nie ugryzł się w język. Naprawdę mam problem, uświadomił sobie ze smutkiem. Paul patrzył na niego przez chwilę, w milczeniu trawiąc jego słowa. – Ogarnij się, kurwa – mruknął. – Nie wiem co bierzesz... Ale przestań na miłość boską. – Ale... – Nie chcę tego, kurwa, słuchać! Bierz się do roboty... – Wsadził dziennik zamówień

29


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

pod pachę i wyszedł z pokoju, zostawiając go samego. David próbował uporządkować myśli. Próbował liczyć oddechy. Liczyć od dziesięciu wstecz. Próbował się uspokoić. Ukrył twarz w dłoniach i nagle zwalił się z hukiem na podłogę. Dosłownie osunął się, uderzając w nogę od stołu. Światła zgasły. Koniec aktu. Aktorzy schodzą ze sceny. Słychać tylko chrapanie. *** Obudził się gwałtownie w swoim łóżku. – Co za dupek – wybełkotał nie do końca świadom, że cokolwiek wydobywa się z jego ust. Spojrzał na swoją dziewczyną, która spała obok niego, dokładnie otulona pierzyną, i ziewnął przeciągle. Przez pierwszych kilka sekund odnosił wrażenie, że uderzył się głową w ramę łóżka. Czuł, jakby się uderzył. Z trudem podniósł się do pozycji siedzącej, a później wstał i bardzo ostrożnie poszedł do kuchni. Nalał sobie szklankę wody i wypił ją łapczywie. Był podenerwowany zupełnie, jakby przed sekundą się z kimś pokłócił. Pokłócił się, prawda? W swoim śnie? Doszło do ostrej wymiany zdań. Nie pamiętał słów. Pamiętał twarz, który mówiła, że zwolni go z pracy, i plakaty z „Playboyów” na ścianach. Nie. To była pornografia. – Kobiety we wszystkich kolorach i smakach tęczy – wymruczał sam do siebie, opierając się wolną ręką o lodówkę. W drugiej trzymał pustą szklankę. Lekarz mu to tłumaczył. Opowiadał coś o odrzuceniu i o tym, skąd biorą się sny. Pytał mnie o dzieciństwo, przypomniał sobie, tylko że ja miałem dobre dzieciństwo. – Wspaniałe – powiedział sam do siebie. – Być może dlatego śni się panu ktoś, jakaś osoba, niższego statusu niż pan – słowa psychoterapeuty. – Ktoś, kto pracuje fizycznie, w jakimś parszywym miejscu. Ktoś kompletnie inny niż pan... Sam pan powiedział, że nie kontroluje tych snów... Tylko

30


[ Przemek Corso - Opętany ]

je doświadcza, więc... Po chwili sięgnął do szuflady z lekarstwami i wyciągnął z niej paczkę papierosów. Odpalił jednego od dekoracyjnych zapałek, które leżały u nich w domu jeszcze z okresu świąt wielkanocnych, i zaciągnął się głęboko. Szklankę wsadził do zmywarki. Najgorsze było to, że sny znikały. Rozpływały się, jak czekolada, albo topiony plastyk. Jedyne, co zostawało, to ból głowy i nudności. Kiedy skończył palić, wrzucił niedopałek do niszczarki pod zlewem, przepłukał usta płynem do ust w łazience i wrócił do łóżka. Przytulił się do swojej dziewczyny i pocałował ją w czoło. Po chwili znowu zapadł w niespokojny sen. *** Jak smakuje sen? Jak papieros. Zaciągasz się nim głęboko, a później masz niesmak w ustach. Kiedyś było inaczej. Kiedyś nie zasypiał w miejscach publicznych. Tracę kontrolę, pomyślał, czując w głębi duszy, że to prawda. Ktoś jest po drugiej stronie snu i zaczyna wszystko kontrolować. – Miałem siniaki – powiedział po chwili, a później dodał. – I czasami stukam się z jego żoną. Polak parsknął śmiechem, wrzucając kolejną paczkę do furgonetki. – Ładna? – zapytał. Zasób jego słownictwa po angielsku był bardzo mały, ale oprócz tego był fajnym gościem. David podrapał się po głowie. – Nie rzucaj tymi paczkami aż tak, bo Paul znowu się wkurwi... – upomniał go. Polak na dźwięk imienia szefa zrobił gest obciągania. – Tak, wiem, że to lachociąg – powiedział David lekko rozbawiony. – Ale może nas wszystkich wypieprzyć z pracy... A później ty w ta twoja Polska nie mieć pieniądze na dom i rodzina. Rozumieć mnie, ty polski złamasie? Rozumieć, co ja mówić? – Spieprzaj – powiedział Polak, wyciągając w jego stronę środkowy palec. Uśmiechał się od ucha do ucha. – Wiesz, że tam nie wracam... – Spierda-laj – powiedział David, wykorzystując swoje minimalne zasoby polskich zwrotów i unosząc rękę jak do przywitania.

31


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

– Mówisz po polsku lepiej, niż ja – powiedział Polak, podnosząc z ziemi paczkę i wkładając ją do furgonetki. Tym razem był ostrożniejszy. Groźba straty pracy, nawet jeśli była wypowiedziana w formie żartu, nie była miłą perspektywą. – Chciałbym, żeby tak było, ale dochodzę do wniosku, że jedyne, czego potraficie mnie nauczyć, to przeklinanie we wszystkich możliwych językach świata. Polak zatrzymał się na chwilę i wsadził do ust papierosa. David mimo, że pełnił w firmie rolę supervisora, pozwalał wszystkim palić i jeść, kiedy tylko mieli ochotę. Liczył na to, że kiedyś bycie dobrym przełożonym zwróci mu się pod postacią wygranej w Eurolotto, albo przynajmniej jako przysługa, jeżeli będzie takowej kiedyś potrzebował. A tak naprawdę był po prostu za miękki. Nie potrafił być skończonym dupkiem, jak Paul albo jego zastępca Padraig. Był a–dupkiem. Kompletnym przeciwieństwem dupka. – Co z żoną? – zapytał Polak, zaciągając się głęboko. David, widząc tlącą się końcówkę papierosa, poczuł skurcz w żołądku. Skrzywił się. – Czasami ją posuwam. Przynajmniej czuję się, jakbym to robił... – odparł, zerkając na zegarek. Dochodziła czwarta w nocy. – To jest ostro popieprzone... Te sny stają się coraz prawdziwsze... Naprawdę nie pamiętam, żebym śnił o czymś takim, jak byłem mały. Kurwa... Śniły mi się kreskówki i gołe babki, ale... – To dobrze pieprzyć – stwierdził Polak. – Pewnie, że dobrze... Ale za każdym razem, jak zasypiam, mam wrażenie, że wcale nie śpię. Widzisz to? – Wskazał palcem siniaka na skroni. – Straciłem przytomność i przypieprzyłem głową w podłogę... Wiesz, jaki miałem sen? – Jaki? – Że się budzę w sypialni i idę się napić szklankę wody. A później wypalam fajkę... Polak zaciągnął się głęboko. – Ty nie palisz, prawda? – zapytał, wypuszczając dym nosem. – Oczywiście, że nie... ale... Ale.. – Uniósł wskazujący palec, jakby dla podkreślenia swoich słów. – Czuję się wręcz odwrotnie! Wszystko, co robi tamtem frajer... po drugiej stronie... ja dosłownie odczuwam. Nigdy nie paliłem, a mam wrażenie, że jaram jedną paczkę za drugą... Jak ta laska może się w ogóle z nim całować? – On pali. Ma żonę. Ty zaczniesz, też jedną znajdziesz... – Ty palisz, a nie masz żony – zauważył lekko poirytowany tym, że emigrant nie traktuje tego, co powiedział, z należytą powagą. – Dlatego jestem zmęczony... Mam wrażenie, że nigdy nie śpię... Jak zasypiam, budzę się razem z tamtym gościem...

32


[ Przemek Corso - Opętany ]

po drugiej stronie – urwał. Zaczynało do niego dochodzić, że mówi jakieś totalne bzdury do gościa, który i tak pewnie połowy rzeczy z nich nie rozumie. To sprawiło, że posmutniał. Polak wzruszył ramionami. – Takie życie – powiedział. – „Takie życie”? Takie teorie na temat życia możesz sobie wsadzić, gdzie światło nie dochodzi – rzucił cierpko. – Twoje sny – zaczął Polak, gasząc papierosa. – Mówisz prawdę, David? – Przysięgam na wszystkie porno plakaty, które mamy w biurze – odpowiedział z pełną powagą. Polak wrzucił do furgonetki kolejną paczkę. – No to rzeczywiście chujowo – stwierdził. *** – Nie jest aż tak źle – powiedział. Jedli akurat lunch u Doris. Wszyscy w garniturach prosto z pracy. Robert zamówił hamburgera z podsmażaną cebulą. – Jak możesz w ogóle tak mówić? – Jego znajomy spojrzał w jego kierunku. Jako jedny z całego towarzystwa siedzącego przy stoliku nie pracował w kancelarii komorniczej. – Robert? Robert ugasił papierosa w popielniczce i poprawił krawat. Miał podkrążone oczy i wyglądał, jakby nie spał od kilku dni. – Filmy i telewizja robią złą opinię komornikom – zaczął po chwili. – Praca w kancelarii polega głównie na papierkowej robocie... – Ale... – Pozwól mi, kurwa skończyć – syknął Robert przez zęby. Wszyscy przy stoliku nagle spojrzeli w jego kierunku. Zachowywał się inaczej niż zwykle. Coś musiało go dręczyć, a wszyscy mieli do niego setki pytań, tylko że żaden nie odważył się odezwać słowem. Jedna z plotek mówiła nawet o tym, że są z żoną w trakcie separacji. – Nigdy nie było mi żal tych ludzi... Zasługują na to. Robią sobie długi, a później ich nie spłacają. Od tego jesteśmy, żeby ściągać należności. Katalogować je. Wiesz, kogo jest mi tak naprawdę szkoda? – Kogo? Tych staruszek bez emerytur, którym zabieracie telewizor? Ostatni powód, dla którego warto było żyć, trafia do waszych magazynów, a później na aukcje. Ich jest ci szkoda? – kontynuował znajomy spoza towarzystwa komorniczego. Był prawnikiem, a Robert zaczynał być pewny, że musiał dodatkowo przejść jakiś kurs bycia

33


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

upierdliwym. Może w trakcie studiów pojechał na wymianę do Francji? – Nie... To nie o to chodzi. – Robert ukroił kawałek swojego burgera i przez dłuższą chwilę przyglądał mu się, jakby zastanawiał się, co ma z nim zrobić. – Jest mi szkoda tych wszystkich ludzi, którzy poręczają przy zaciąganiu pożyczek. Tych właśnie staruszek, o których wspominałeś... Nawet nie wiesz, ilu wnuków albo synów wyruchało bez mydła swoje babki i matki. Czasami mam ochotę dorwać tych... – A czy przykładowo taka matka albo... ktoś tam... nie może się odwołać? – Jesteś prawnikiem, do cholery, sam dobrze wiesz, że nie! – To chyba zależy od umowy, Robercie. Z całym szacunkiem... – Z całym szacunkiem, naoglądałeś się filmów o złych komornikach i teraz próbujesz nas osądzać – skwitował Robert, biorąc kawałek jedzenia do ust. Przeżuwał bardzo powoli, jakby używanie zębów sprawiało mu ból. Dyskusja została oficjalnie uznana za zakończoną. – Robert jest bojowy – rzucił facet siedzący po jego lewej. Poklepał go po plecach. – Mało ostatnio sypiasz, prawda Robbie? Zaczynamy się o ciebie martwić. Prawnik zmarszczył brwi. – Wszystko w porządku? – zapytał. Odwalcie się, pomyślał Robert, przełykając jedzenie. Wydawało mu się, że z każdym kolejnym dniem działa na coraz wolniejszych obrotach. Nawet myślenie przychodziło mu z trudem. – Muszę iść do toalety – mruknął w odpowiedzi, wycierając usta chusteczką. Każdy kolejny ruch, który wykonywał, był coraz wolniejszy. Wszystko wokół niego buczało i było rozmyte. Znowu otępienie tańczy walca z bólem głowy, pomyślał. Tak powiedział kiedyś ten po drugiej stronie. Użył takiego określenia na ten stan tuż po przebudzeniu. Choć tak naprawdę nie spali. Zamiast wypoczywać doświadczali się nawzajem. – Znowu ktoś tańczy walca – powiedział sam do siebie, oglądając się przez ramię na stolik pełen facetów w garniturach. Przyjaciele? Znajomi? Każdy z nich gówno warty, bo żaden nie potrafi pomóc. Bezużyteczni! BEZUŻYTECZNI! Wszedł do toalety i opłukał twarz zimną wodą. Pomyślał, że może powinien się wysikać, ale wiedział, że nie wydusi z siebie ani kropli. – Jestem, kurwa, opętany – mruknął sam do siebie. – Co się, kurwa, ze mną dzieje!? Nie miał już nawet siły płakać. Robert. Pracownik kancelarii komorniczej. Z dobrej

34


[ Przemek Corso - Opętany ]

rodziny. Z perspektywami. Dwa dni temu zamknął się w schowku w swojej pracy i płakał. Dostał histerii. Napad trwał piętnaście minut. Teraz już na nic nie miał sił. – Opętany – powtórzył, wychodząc z toalety. – Opętany... Podszedł do długiego baru, z którego słynęła knajpa u Doris, i machnięciem ręki zawołał barmankę. – Słucham? – Poproszę kawę... Mocną... Podwójną... – Jaką pan sobie życzy? – Dziewczyna mogła mieć dwadzieścia lat. Mówiła z dziwnym akcentem. Na nosie miała okulary w grubych czarnych oprawkach. – Wstrząśniętą, nie zmieszaną... A jak, kurwa, sądzisz, ty głupia dziwko? – wycedził przez zęby. – Chcę czarną, mocną, podwójną kawę! Dziewczyna cofnęła się o kilka kroków i bojowo wymierzyła w niego wskazujący palec. Chciała coś powiedzieć, ale nie zdążyła... – Jak wypowiesz jedno słowo, ty emigrancka suko, to załatwię ci natychmiastową deportację. – Spojrzał jej głęboko w oczy. – Rozumiesz po angielski, ty cholerna ździro? Opętany, pomyślał, jestem opętany. Kompletnie zwariowałem. To koniec. Koniec. Koniec. Koniec. Werble... i... Dopiero po chwili zorientował się, że w lokalu panuje absolutna cisza. Odwrócił się w kierunku swojego stolika. Wszyscy garniturowcy patrzyli na niego ze zdziwieniem. Wpatrywali się w niego. Reszta klientów również zamarła. Wszyscy się na niego gapili. Co mogli widzieć? – Co tam chłopaki? – zapytał Robert po chwili, postępując kilka kroków w kierunku swojego stolika. – Właśnie zamawiałem kawę... Chcecie coś jeszcze? – Robbie – wydukał jeden z jego znajomych. – Od jutra idziesz na urlop... – Co? – warknął. – Urlop mam dopiero za dwa tygodnie... – Patrz mi na usta, Robbie... Idziesz na jebany urlop. Robert spojrzał po twarzach innych, ale nic nie dostrzegł. Żadnego poparcia. Żadnego zrozumienia. – Masz jakieś osobiste problemy, Robbie... o których nam nie mówisz... o których oczywiście nie musisz nam mówić... – poprawił znajomy, ostrożnie dobierając każde kolejne słowo. – Idziesz na urlop... Ja cię na niego wysyłam, a dobrze wiesz, że mam w tym temacie ostatnie słowo...

35


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Robert mlasnął ustami. – Dlatego, że wkurzyła mnie... barmanka? Dlatego, że trochę mnie uniosło... Nie krzyczałem... Chłopaki, przecież nie podniosłem nawet głosu... – Robbie, nie musiałeś... Cisza. – Pojutrze – powiedział Robert po chwili. – Co pojutrze? – Pojutrze idę na urlop. Jutro mam do zamknięcia sprawę tego czarnego gościa... – Wsadził do ust papierosa. – Proszę cię, Jimmy... Mam ciężki okres – załamał mu się głos. – Pojutrze pójdę na urlop, ale... ale... jutro muszę... potrzebuje tego... Skończyli posiłek w milczeniu. *** David był młodszy niż ten ktoś po drugiej stronie snu. Takiego określenia zaczął właśnie używać od kilku dni. Druga strona snu. Miał dwadzieścia osiem lat, kiedy ten ktoś był powyżej trzydziestki. Może trzydzieści pięć? Może więcej? David urodził się w Dublinie. Ten ktoś może w USA, albo Anglii. David wychował się w Dublinie. Ten ktoś po drugiej stronie snu... chuj wie gdzie. David żył w Dublinie. Ten ktoś po drugiej stronie snu... chuj wie gdzie. David prawdopodobnie miał zestarzeć się i umrzeć w Dublinie. Ten ktoś po drugiej stronie niestety chuj wie kiedy i gdzie. Tak. David, swój chłopak. Pan lokalny patriota. Wolał piwo cydrowe niż Guinnesa, ale tak był równym gościem, mimo tego że nigdy nie miał własnego garnituru. David zrozumiał, że jest narkoleptykiem przed dwoma laty, kiedy po raz pierwszy zasnął w miejscu publicznym. Czasami zastanawiał się, czy to Bóg go doświadcza? David nigdy, przenigdy nie brał narkotyków. Nigdy! – Tu mam kilka przyśpieszaczy – powiedział szczupły Brazylijczyk o imieniu Raphael. Uniósł małą torebkę wypełnioną białym proszkiem na wysokość oczu. – W zależności od sposobu podania efekt jest inny... Więc musisz o tym pamiętać... David chrząknął i rozejrzał się po mieszkaniu Raphaela. Siedział tam już pół godziny. Wszystko zaczęło się całkiem niewinnie. Od rozmowy na temat spania...

36


[ Przemek Corso - Opętany ]

...a później poszło z górki. – Jakie są sposoby... eee... podania? – zapytał David po chwili. Cassio, który do tej pory siedział na kanapie i palił skręta, pomachał ręką. David z Raphaelem spojrzeli w jego kierunku. – Można to... podpalić... – zaczął Cassio, wykonując gest wstrzykiwania. – Możesz też do ust... albo nos... – Dotknął swojego nosa. Bardzo obrazowe, pomyślał David, zupełnie jak steward na pokładzie samolotu. Raphael i Cassio przyjechali do Dublina dokładnie dziewięć miesięcy temu. Za pierwszą wypłatę kupili konsolę do gier i trawkę. To było prawdziwe poświęcenie. Dwóch odkrywców na obcym lądzie. Woleli grać i palić niż jeść. Suchy ryż być dobra. David znowu chrząknął, wsadzając do ust papierosa. Raphael wytrzeszczył oczy ze zdziwenia. – Szefie, przecież ty nie palisz – powiedział. David odpalił papierosa. – A fakt... – Zaciągnął się i spojrzał na papierosa, jakby dopiero teraz zorientował się, że trzyma go w ręce. – Masz rację... nie palę... – Wypuścił dym nosem. – Nie mów mojej matce, dobrze? Bo dostanę szlaban. Brazylijczycy zaczęli rechotać, jakby usłyszeli najzabawniejszy żart na świecie. Cassio zaczął przebierać nogami, jak małe dziecko, krzycząc coś po brazylijsku. Kiedy skończyli się śmiać, jakieś pięć minut później, David zdążył już skończyć papierosa i wyjść do toalety. – Czyli jak wezmę to gówno, to nie będę spał? – zapytał, zapinając rozporek i wchodząc z powrotem do pokoju. Raphael oddał skręta Cassiowi. – Jeden dzień i pół – odparł. – Nie ma spania. Nic a nic. – No dobrze... – Zamyślił się. – A jakie to uczucie? – Jakby się szef dopiero co urodził. Takie uczucie. David podniósł ze stolika jedną małą torebkę. Ważył ją przez chwilę w dłoni, a później schował ją do kieszeni swoich jeansów. – Wciągnę to przez nos – poinformował Brazylijczyków. Obydwoje, jak na sygnał, wyciągnęli w jego kierunku uniesione do góry kciuki. – No dobra, cholerne ćpunki... Jesteście rewelacyjni i bardzo pomocni... – Spojrzał na zegarek. – Jest przed północą. Koniec przerwy, chłopaki. Muszę wracać do pracy...

37


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

– Szefie... – zaczął Raphael. – Nie, nie dostaniesz podwyżki. – Ale... – Jak jutro przyjdziecie do roboty... nie ujarajcie się proszę. Bądźcie czyści. – Zmierzył ich wzrokiem. Uniesione do góry kciuki znowu zostały wymierzone w jego kierunku. – No i dobrze... Tak ma być. Kiedy wyszedł z ich mieszkania i znalazł się na ulicy, wsadził rękę do kieszeni spodni i wymacał małą torebkę. Zobaczymy, kto teraz przejmie kontrolę, pomyślał. Półtora dnia bez snu. Półtora dnia bez snów. Kusząca propozycja. Szybkim krokiem ruszył w kierunku pracy. *** Robert nerwowo wierzgnął przez sen i zaczął coś bełkotać. Jego dziewczyna przebudziła się i zaniepokojona dotknęła jego twarzy. – Już dobrze, kochanie. Śpij – wyszeptała i znowu przyłożyła głowę do poduszki. Robert zachowywał się od kilku dni bardzo dziwnie, a ona zaczynała się martwić, że może być na coś chory. Że traci Roberta, którego kocha, na rzecz kogoś kompletnie innego. Nowego i obcego Roberta. – Kocham cię, Robbie – wyszeptała. On mruknął tylko, coś nadal niczego nieświadomy, i spał dalej. *** – Kurwa, piecze! – jęknął David. – Wyżera mi nos od środka! Siedział razem z Polakiem w biurze i próbował się narkotyzować po raz pierwszy w życiu. Jedynymi świadkami całego zdarzenia były nagie kobiety wiszące na ścianach. Żadna nawet nie pisnęła słowem. Żadna nie patrzyła na nich krytycznie. Każda utrwalona w pozycji, która sugerowała, że tak naprawdę jest im wszystko jedno. Polak zaczął się śmiać.

38


[ Przemek Corso - Opętany ]

– Może powinieneś to wymieszać z pepsi? – zapytał po chwili. David, ocierając łzy płynące po twarzy, spojrzał na niego krytycznie. – Czy wy, do diabła, wszyscy dajecie w kanał, oprócz mnie? Wszyscy jesteście, kurwa, wyedukowani, że niech was sczyści! Polak pokręcił głową. Miał na sobie koszulkę z logo firmy transportowej. Właśnie korzystał ze swojej przerwy, próbując pomóc swojemu przełożonemu. Jakkolwiek by to nie brzmiało. – Nie, nie, nie... Ja nigdy nie brałem – zaprzeczył. – Trawka... trzy razy w życiu... Nic więcej. – To skąd wiesz, że można to wypić? – Mam kablówkę. – Dawaj butelkę... Kurwa! – Znowu jęknął. – Dostało mi się trochę do gardła. To jest gorzkie jak skurwysyn! Polak wstał z krzesła i podszedł do półki, z której wziął napoczętą butelkę pepsi bez cukru. Nalał trochę do szklanki i podał ją Davidowi. – Jak się czujesz? – dopytywał się. – Ja na razie w ogóle się nie czuję – odparł David, podsuwając szklankę pod blat biurka. Ręką zgarnął biały proszek i nasypał go do szklanki. Napój zaczął się pienić. Co ja robię?, pomyślał, chyba kompletnie zwariowałem! Odbiło mi! Wyobraził sobie, jak teraz do biura wpada Paul, albo Padraig. Wyobraził sobie, jak traci pracę. – Pieprzyć to – mruknął. Wymieszał napój palcem i przechylił szklankę. Kryształki drapały go w język. Nigdy nie czuł podobnego smaku. Nigdy wcześniej. Nie potrafił go porównać do niczego sensownego. Czuł się, jakby przeżuwał tabletki przeciwbólowe. Z gatunku tych gorzkich i obrzydliwych. Odstawił szklankę i krzywiąc się, ukrył twarz w dłoniach. – Sądzisz, że to dobry pomysł? – zapytał Polak. – Narkolepsa? Czy to może pomóc? – Narkolepsja! – syknął. – Mówi się narkolepsja! To zły, zły, zły, bardzo zły... O Chryste! – Czy to pomoże? David nie odpowiedział. Nie wiedział. Przez chwilę nic nie wiedział. Czuł jednak, jak jego myśli przyśpieszają. Jak samochody na czteropasmowej au-

39


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

tostradzie. Świsty i gwizdy. Jedna za drugą. A później wszystko zrobiło się ostre. Odsłonił twarz i widział ostrzej. – Jak się czujesz? – zapytał Polak. David spojrzał na niego zdziwiony. Uśmiechnął się. – Nie chce mi się spać. Naprawdę. – To dobrze? David przełknął gorycz zalegającą w gardle. – Zajeb... – zająkał się. – Zajebiście. Serce przyśpiesza. Nawet powietrze smakuje inaczej. Raz. Dwa. Trzy. A później było już tylko szybciej i mocniej. *** Robert zapadł w głębszy sen. Jego serce zaczęło zwalniać. Raz. Dwa. Trzy. Oddech stawał się coraz mniej wyraźny. Jego dziewczyna przebudziła się jeszcze tylko na chwilę i spojrzała na budzik. Musiała pamiętać o tym, że Robert musi wstać rano do pracy. Ostatni dzień przed przyśpieszonym urlopem. Mówił jej, że to jakaś wielka sprawa i że musi tam być, a później w końcu odpocznie. Tak mówił. Ostatni dzień, a później wspólnie popracują nad tym, żeby było lepiej. Spojrzała w jego kierunku z czułością. Był taki spokojny. Już nie ma koszmarów, pomyślała przez chwilę i od razu poczuła się lepiej, już jest dobrze. *** David pracował jak wariat. Jedna paczka za drugą. Wszystkie ładnie ułożone w furgonetce. A później drugiej. Raz. Dwa. Trzy. Pięćdziesiąt. – Zabierasz mi pracę – powiedział Polak, śmiejąc się.

40


[ Przemek Corso - Opętany ]

David pracował dwa razy szybciej niż on kiedykolwiek. Siedemnastokilowe paczki trafiały do furgonetek. Jedna za drugą. – Koniec – krzyknął David. – Pół jebanej godziny. To niesamowite. – Jadę to zawieść na wymianę – powiedział Polak, ssąc mały palec. Zaciął się tekturą. – Tak, tak, tak, tak... – rzucił David z pełnym przekonaniem. – Jedziemy, pojedziemy, zajedziemy... Chodź, chodź... – Ale... Ja... To moja praca. – Twoja praca to moja praca, a moja praca... to praca firmy... ! – Zaczął się śmiać. – O stary! Nigdy w życiu nie czułem się lepiej... Wszystko zniknęło... Polak podrapał się nerwowo po czole. – To dobrze... prawda? David nagle doskoczył do niego. – Dobrze, dobrze, dobrze... Pewnie, że dobrze... – Spojrzał Polakowi głęboko w oczy. – Jedziemy, ty polski draniu... Dawaj, dawaj, dawaj... Polak mruknął coś w odpowiedzi. – Pójdę do biura po dowód rejestracyjny. – O nie! – David powstrzymał go wyciągniętą dłonią. – Ja prowadzę. Polak sapnął z dezaprobatą. – Ale... – zaczął. – Ale, ale, wcale a wcale, słuchaj mnie, jeżeli chcesz zarabiać szmalec! – zaintonował David. Z każdym słowem gestykulował coraz bardziej. Chyba wziąłem za dużo, pomyślał, ale ta myśl trwała tylko ułamek sekundy. Za mało, żeby zwrócić na nią jakąkolwiek uwagę. Piętnaście minut później ruszyli pierwszym samochodem w trasę. *** Raz. Dwa. Trzy. Obudziła się, choć tak naprawdę przez całą noc była przełączona na tryb czuwania. Ziewnęła i zaczęła przecierać oczy palcami. Czuła piasek pod powiekami. Na dworze robiło się już szaro. Wiedziała o tym bez odsuwania rolet. Zerknęła na budzik, a później na Roberta. Spał spokojnie. Wyglądał jak dziecko, co bardzo ją rozczuliło. Postanowiła dać mu jeszcze piętnaście minut. Podniosła się z łóżka i poszła do kuchni. Przepłukała twarz w zlewie i włączyła ekspres do kawy, który zagulgotał cicho w odpowiedzi.

41


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Otworzyła lodówkę i wyciągnęła z niej jajka i bekon. Ostatni dzień przed urlopem, pomyślała. *** Minęli Temple Bar i zjechali na dwupasmówkę prowadzącą na lotnisko. *** Był chłodny. Dotknęła jego twarzy i zaczęła się denerwować. – Robbie – powiedziała, a później odrobinę ostrzej. – Wstawaj, kochanie. A po chwili: – Masz dzisiaj to ważne spotkanie. Robbie, obudź się! Nic. Nie ruszał się. Miał płytki oddech i był chłodny. Przeszedł ją dreszcz wzdłuż kręgosłupa. On umarł, pomyślała z przerażeniem, ale od razu przepędziła tę myśl. Przecież oddychał! – Kochanie! – Zaczęła nim lekko potrząsać, ale był tylko zimnym workiem mięsa. Nie reagował. Śpiączka! Zapadł w śpiączkę! – Robert! – krzyknęła, klepiąc go po twarzy coraz mocniej i mocniej. – Robert, obudź się błagam! ROBERT! *** Polak był na początku lekko zaniepokojony, ale widząc Davida za kierownicą, widząc, jak pewnie ją trzyma i z niemym zachwytem ogląda przelatujące za oknami nocne miasto, uspokoił się. Może i był naćpany, ale już dawno nie widział go w tak dobrym humorze. – Ludzie nawet nie wiedzą, jak ważny jest zdrowy sen – powiedział David, zmieniając bieg. – Nie mają pojęcia! Poważnie... Polak parsknął śmiechem. – Ale ty nie śpisz. – Nie śpię. Pieprzony fakt! Czuję się wyśmienicie. Najważniejsze jest to, że nie chce mi się spać. Zupełnie jakbym w końcu wypoczął... Ja pierdole... – Westchnął. – Wiesz, jak się czuję? Jakbym był w pierwszej klasie. Mogę wszystko. Planuję, co

42


[ Przemek Corso - Opętany ]

chcę. Żyję, jak chcę... – Pamiętaj, że będziesz miał... – Zrobił dłonią gest przedstawiający lot koszący. – Będziesz miał w dole. Rozumiesz? – Będę miał zjazd? Wiem, wiem, wiem... Bystrzaku. Wiem. – I co wtedy? – Nie wiem, nie wiem, nie wiem... Nie zastanawiałem się. Prawda, że Dublin nocą jest piękny? Polak wzruszył ramionami i wsadził sobie do ust papierosa. – Odpal mi jednego – poprosił David, zerkając w jego kierunku. Polak znowu wzruszył ramionami i wsadził do ust drugiego papierosa. Odpalił obydwa przy pomocy benzynowej zapalniczki, zaciągnął się i podał mu jednego. – Wiesz, co jest w życiu najważniejsze? – zapytał David po chwili, wypuszczając dym nosem. – Co jest? Rodzina? – Seks, jedzenie i sen. Kurwa... Trzy proste, zdawałoby się najprostsze rzeczy do wykonania. Rodzina to teoria z programów telewizyjnych. W dzisiejszych czasach? Pojebało cię? Jedzenie, pieprzenie i spanie! Rozumiesz? – David... – Zastanowił się przez chwilę. – Zasługujesz na rodzinę. Na lepsze życie niż to gówno. Dobrze to powiedziałem? David zjechał furgonetką na prawy pas i wyminął dwa samochody. – Moje życie jest gówniane. Mam gównianą pracę. Dziewczyna mnie rzuciła, bo wolała pojechać do Kanady. Jestem naćpany po raz pierwszy... Wiesz? Trochę się boję... Trochę się boję, że jest mi teraz za dobrze... Zacząłem trochę świrować przez ostatnie tygodnie... Przez te cholerne sny... A teraz zniknęły... Wziąłem jakieś białe gówno od Raphaela i w końcu ich nie ma! Nie ma senności... – Jak się mówi... kiedy cały czas bierzesz... eee... – Uzależnienie? – Tak. – Powtórz to... Uzależnienie! – Uzależ... kurwa... Uzależnienie. – Masz niezły angielski – rzucił David mimochodem. – Ucz się... bo inaczej skończysz jak reszta tych zasranych emigrantów. Ich nikt nie szanuje, dlatego że nie znają angielskiego... Wiesz o tym? Padraig już dawno chciał wywalić Cassia... – Uzależnienie – powtórzył Polak po chwili. – Boisz się, że będziesz miał uzależnienie? David parsknął.

43


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Bał się, ale w tamtym momencie, siedząc za kierownicą furgonetki, czuł się jak bóg. Mógł zrobić wszystko. Był wszechmocny. – Nie boję się – odparł. – Niczego się nie boję... *** Boję się, pomyślała. Wbiegła do łazienki i nalała szklankę zimnej wody. Zatoczyła się lekko, tracąc na chwilę równowagę i wpadła z powrotem do sypialni. – Robert! – krzyknęła i chlusnęła mu w twarz wodą. – OBUDŹ SIĘ! *** Raz. Dwa. Trzy. David zaciągnął się ostatni raz i wyrzucił niedopałek przez okno. – Znasz ten kawał o czarnym taksówkarzu, który myślał, że jest Irlandczykiem? – zwrócił się do Polaka. – Nie. – To słuchaj. – Zachichotał. – Przylatuje gość z Zimbabwe do Dublina z myślą, że zostanie Irlandczykiem, rozumiesz? – Tak. – Ma nozdrza na pół twarzy. Jest czarny jak pieprzona smoła, OK? – No tak. – A na imię ma Elton. Polak zaczął się śmiać. David również zachichotał. – To nie koniec, ty polski ignorancie. Zamknij się jeszcze na chwilę – urwał i zamrugał oczami. – Przefarbował się na rudo... Coś było nie tak. – Słucham, słucham – odparł Polak. – Murzyn Elton... Co dalej? Cisza. – Co z Murzynem Eltonem... David? Wszystko w porządku? – Był, kurwa, opętany – wydukał z siebie David i nagle puścił kierownicę. Przywalił głową w klakson, który nagle zaczął przeraźliwie wyć... Zanim Polak zdążył zareagować, zarzuciło furgonetką. Zjechała na prawy pas, zderzając się czołowo z nadjeżdżającym z naprzeciwka tirem.

44


[ Przemek Corso - Opętany ]

Ostatnią myślą Polaka, zanim wystrzelił przez przednią szybę... Zanim jego zwłoki zostały zmasakrowane przez samochody na drodze szybkiego ruchu... Zanim umarł, było „Murzyn Elton z Zimbabwe”. Raz. Dwa. Trzy. David zginął na miejscu. Dosłownie stracił głowę, opowiadając kawał Koniec aktu. Aktorzy schodzą. *** Zawył i wierzgnął na łóżku. Z jego nosa i ust trysnęła krew, mieszając się z wodą kapiącą z jego włosów. Rzucał się jak w padaczce przez kilka sekund, a później złapał się za głowę i znowu zaczął wyć. Z jego brody kapała na pościel gęsta, krwista wydzielina. Wyglądał tak, jakby coś rozsadzało go od środka. Jego żona zatoczyła się do tyłu i zaczęła wrzeszczeć. Zabiłam go, pomyślała, chciałam go obudzić, a zamordowałam go! Wszystko było we krwi. Cała pościel. Całe łóżko. Cały Robert. Jak masarnia do uboju krów. Po chwili zapadła absolutna cisza. Robert w pozycji siedzącej, nadal przykryty kołdrą, rozglądał się otępiałym wzrokiem po sypialni. Chwiał się i był trupio blady, a jego oczy błądziły gdzieś bez celu. – Robbie! – krzyknęła do niego. Po jej twarzy spływały łzy. Bała się do niego zbliżyć. Bała się podejść. – Robert! ROBERT! Jak się czujesz? ROBERT! Błagam, powiedz coś... Błagam... Proszę... Robert... Zerknął w jej kierunku, spojrzał na swoje zakrwawione ręce, a później znowu na nią. Siedziała na podłodze w kącie sypialni. Przerażona i zapłakana. – Robbie... Robert, jak się czujesz? – wychrypiała. Od krzyku zdarła sobie gardło. Robert bardzo powoli splunął krwią i przymknął oczy. Próbował uspokoić natłok myśli. – Jak mnie właśnie nazwałaś? 2 września 2009 Legnica PJWC

45


THE CRAZIES OPĘTANI USA 2010 Dystrybucja: Monolith Reżyseria: Breck Eisner

kać długo, nim runą płoty odgradzające zarażonych szaleństwem mieszkańców od zmuszonych walczyć o swoje życie głównych bohaterów: szefa policji Davida, jego żony Judy oraz zastępcy szeryfa Russella.

Oryginalna wersja „The Crazies” korzystała z podobnych rozwiązań dramaturgicznych, co fabularny debiut Romero, jednak nie udało jej się powtórzyć sukcesu „Nocy żywych trupów”. W efekcie film podzielił los wielu innych produkcji nazywanych w Stanach Zjednoczonych, z uwagi na późną porę emisji, „late, late show”. „The Crazies” zasłużył na lepszy los, chociażby ze względu na poruszaną Pech chce, że Trixie dostaje się do sys- tematykę, często zbyt trudną dla horrotemu wody pitnej i rozprzestrzenia bły- ru. Romero, dysponując minimalnym skawicznie. Symptomami choroby są budżetem, osiągnął względny sukces. obłąkany wzrok, nabrzmiałe żyły i przemożna żądza krwi. Jak mówi telewizyjna reklama – „Na APAP jest już za późno”. Okres inkubacyjny wirusa to 72 godziny, więc do końca nie jest wiadome, kto z nami, a kto przeciwko nam. Amerykańskie wojsko znajduje rozwiązanie zdolne pogodzić wszystkich – decyduje się na całkowitą izolację miasteczka i przymusową kwarantannę. Widz nie musi czeObsada: Timothy Olyphant Radha Mitchell Joe Anderson Danielle Panabaker

X

Text: Bartosz Czartoryski

X X X X

Mieścina Ogden Marsh, licząca zaledwie tysiąc dusz z górką, staje się areną lokalnej apokalipsy, gdy w okolicy ulega wypadkowi wojskowy samolot przewożący broń biologiczną.

46


Udało mu się przekonująco pokazać histerię tłumu w obliczu zagłady reprezentowanej przez ekspansywny militaryzm, gdy wszelakie reguły moralne odchodzą w zapomnienie. W „Opętanych” niewiele zostało z ducha filmu Romero. Eisner koncentruje się na trójce głównych bohaterów próbujących dociec, co wydarzyło się w Ogden Marsh. Mając za przeciwników nie tylko zarażonych, ale i wojsko, które najpierw strzela, potem zadaje pytania, wędrują oni od kry- nych” szaleńcy zazwyczaj atakują pojejówki do kryjówki. dynczo, na czym cierpi atmosfera filmu, mającego w założeniu zbudować duszny Wykorzystany przez Eisnera mecha- klimat. Ogden Marsh ma być pułapką bez nizm „straszący” jest bardzo prosty. wyjścia, opanowaną przez hordy szaleńGdziekolwiek nie znajdą się David, Judy ców, a po mieścinie błąkają się jedynie i Russell, widz może być pewien, że zza pojedynczy zarażeni. Histeria! Panika! węgła wychynie „opętany”, wymachu- Terror! Ale nie tu... Wydaje się, że bolączjąc ostrym (lub tępym) narzędziem. Jak ką twórców remake’ów dzieł Romero jest w komputerowej grze, w każdym ciem- nieustanny problem ze skalą wydarzenia. nym kącie czai się wróg, gotów ode- Zarówno Snyder w „Świcie żywych trubrać ocalonym punkty życia. Inaczej niż pów”, jak i teraz Eisner sprowadzili apow „The Crazies”, gdzie zło czyhało nie- kalipsę do rozmiarów miniatury. mal wszędzie, atakując falą, w „OpętaW półtorej godzinie zmieszczono zadziwiająco mało treści. Płaska psychologia bohaterów sprawia, że ich dramat nie ma szansy stać się dramatem naszym. Idealnie rozegrany choćby w „Coś” Johna Carpentera motyw „zarażonego pośród nas” nie przyspiesza bicia serca, następny dzierżący widły czy strzelbę szaleniec – też nie. „Opętani” stają się kolejnym niepotrzebnym remakiem.

47


-------------------------------------- Ocena: 4/6 Wydawca: Albatros 2007 Tłumaczenie: Jędrzej Ilukowicz Ilość stron: 27l

Jedna z ostatnich powieści Grahama Mastertona nie miała ze mną łatwej przeprawy. Kiedy w 2007 roku po raz pierwszy zapoznałem się z tekstem, uznałem go za typowego przeciętniaka, który nie wyróżnia się kompletnie niczym. Teraz wziąłem się za lekturę jeszcze raz i muszę przyznać, że wrażenia mam w zasadzie zupełnie inne. Jak Masterton poradził sobie z Wendigo – duchem lasu, o którym pisali już zarówno klasycy pokroju Algernona Blackwooda, jak i wyrobnicy w stylu Josepha Citro?

prywatnego detektywa, który z kolei skontaktuje ją z szamanem George’em Żelaznym Piechurem. Szaman to człowiek przebiegły i niebezpieczny, ale obiecuje odnaleźć dzieci w zamian za zwrot świętych ziem zabranych Indianom pod luksusową, komercyjną zabudowę.

Text: Piotr Pocztarek

GRAHAM MASTERTON - Wendigo (Edgewise)

Bohaterka nie ma wyjścia – zgadza się na warunki, chociaż ziemia stanowiąca przedmiot umowy nie jest jej własnością. Indianin wzywa Wendigo – ducha tropiciela, który podąża śladem dzieci, zostawiając za sobą rozerwane ciała każdego, kto stanie mu na drodze. Gdy Lily dowiaduje się, w jaki sposób działa Wendigo, stara się go odwołać. Jest jednak mały problem – przywołanego ducha nie można powstrzymać. Nie mogąca dotrzymać umowy bohaterka ściąga na siebie gniew pradawnego demona i będzie musiała walczyć o swoje życie. A jak powszechnie wiadomo – najlepszą obroną jest atak.

Masterton odkurzył kolejnego demona z indiańskiej mitologii i osadził go, jak to ma w zwyczaju, we współczesnej opowieści. Tym razem padło na Wendigo – tropiciela, drapieżnika, myśliwego, ducha lasów. Ponieważ Graham doskonale czuje się w kulturze Indian, możemy się spodziewać bardzo klimatycznej historii. Niestety, to, co rzuca się w oczy, to brak odpowiedniej historiografii, czyli opisów dawnych legend czy przykładów działań pradawnej magii na przestrzeni wieków. Większa ilość takich Powieść „Wendigo” nie wykracza poza informacji „uwiarygodnia” historię i ułatwia wcześniej rozwinięty i bardzo popularny u Mastertona schemat. Akcja sunie rówczytelnikowi wsiąknięcie w powieść. nym tempem do wydumanego i nieprawJuż na samym początku główna bohater- dopodobnego, ale rozrywkowego finału, ka – Lily Blake, agentka nieruchomości, w którym ostatecznie dobro triumfuje. zostaje we własnym domu zaatakowana A może jednak nie? przez dwóch zamaskowanych mężczyzn. Lily zostaje podpalona żywcem, zwy- „Wendigo” to powieść świetnie napisana, zywana od wiedźm, a jej dzieci zostają wypełniona dobrze nakreślonymi postauprowadzone. Cały terror przypomina tra- ciami, bardzo klimatyczna, chociaż niegizmem i poziomem przerażenia pierwsze, skomplikowana fabularnie. Nie ma w niej koszmarne sceny w „Tengu”. Tym razem jednak za wiele powodów do strachu, więc jednak bohaterce udaje się ujść z życiem. czytelnik może spokojnie połknąć ją w jeRozpoczyna się szeroko zakrojone śledz- den czy dwa wieczory. Jest to po prostu two, a głównym podejrzanym zostaje były solidna książka, która dostarczy trochę mąż Lily. FBI jest jednak bezsilne. Boha- niewymagającej, ale za to jakże przyjemterka zatem na własną rękę wynajmuje nej rozrywki.

49


SHUTTER ISLAND WYSPA TAJEMNIC USA 2010 Dystrybucja: UIP Reżyseria: Martin Scorsese Obsada: Leonardo DiCaprio Mark Ruffalo Ben Kingsley Max von Sydow

X X X X

Text: Piotr Pocztarek

X

50

tego, że odtwarzany przez Leo Teddy Daniels wydaje się zatracać kontakt z rzeczywistością. Policjant zaczyna miewać halucynacje, budzą się w nim koszmary z czasów wojny, do głosu dochodzi także osobista tragedia. Scorsese toczy z widzem koszmarną grę, w której rzeczy„Wyspa tajemnic” jest prawdziwym gawistość miesza się ze snem, a wszystko tunkowym koktajlem, stanowiącym mienieustannie prowadzi do jakiejś tragedii. szankę dramatu, thrillera, filmu psychologicznego, a nawet horroru. Wszystko to Seans „Wyspy tajemnic” przypomina ukłapodane jest w klimatycznej otoczce kina z danie puzzli. Widz musi sam złożyć sobie gatunku noir, aczkolwiek nie do przesady. pełny obraz z podawanych mu kawałeczAkcja osadzona jest w latach 50. w połoków. Podczas wyprawy w mrok ludzkiej żonym na opuszczonej wyspie szpitalu duszy natrafimy na kilka mylących tropów psychiatrycznym dla wyjątkowo ciężkich przypadków. W tym zapomnianym przez Boga miejscu dochodzi do tajemniczego wypadku – z celi znika kobieta, morderczyni trójki swoich dzieci. Do rozwiązania zagadki wezwani zostają dwaj policjanci (Di Caprio i Ruffalo). Niestety śledztwo idzie bardzo opornie, personel wydaje się skrywać jakąś tajemnicę, a lekarze prowadzący ośrodek (Kingsley i Von Sydow) również nie palą się do kooperacji. Seria tajemniczych wydarzeń doprowadza do

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że za ekranizację powieści Dennisa Lehane’a zabiera się Martin Scorsese, nie mogłem przestać piać z zachwytu. Pamiętając fantastyczną filmową wersję „Mystic River” Eastwooda, cieszyłem się, że za kolejną powieść znakomitego pisarza weźmie się kolejny wielki reżyser. A skoro Scorsese, to nie mogło też zabraknąć Leo DiCaprio, a także całej plejady doświadczonych, znanych i lubianych aktorów z pierwszej półki.


i ślepych zaułków, tylko po to, by na końcu zaliczyć szczękoopad. Tutaj nikt, ani nic, nie jest tym, czym się wydaje. Martin Scorsese jest znakomitym fachowcem, a jego najnowszy film oszałamia wizualiami i stylistyką efektów specjalnych. Machinę te napędzają doskonali aktorzy, nie tylko pierwszoplanowi, ale także epizodyczni. Nikt na planie nie znalazł się przypadkowo, a obecność takich aktorów jak Jackie Earle Haley, czy Elias Koteas, chociaż chwilowa, potrafi bardzo ucieszyć widza. Opowieść jako całość jest bardzo mroczna i potrafi trzymać w napięciu, chociaż nie pozbawiona jest wad. Miejscami trudno ocenić, czy film zatracił gdzieś logikę, czy też jest to celowy zabieg reżysera i scenarzysty, by zagmatwać historię poprzez usnucie karkołomnej konstrukcji. Miejscami tempo zwalnia, napięcie opada i pojawiają się nieznaczne dłużyzny. Do tego zakończenie wydaje się być przewidywalne, aczkolwiek mnogość interpretacji, które pojawiły się w przeprowadzonych przez moją skromną osobę

rozmowach z widzami po seansie zdają się wskazywać na to, że dzieło Scorsese na każdego oddziałuje inaczej i zostawia różne, chociaż prawie zawsze bardzo pozytywne wrażenia. Ta schizofreniczna historia wewnętrznego rozpadu psychicznego nie jest może dziełem wybitnym, ale zapewnia ponad dwie godziny wysiłku umysłowego, pomimo, że spod znaku Hollywood. Polecam „Wyspę tajemnic” – wszyscy fani Lyncha, Hitchcocka i wymagającego, nieprzyjemnego kina poczują się na seansie jak w domu.

51


------------------

Wydawca: Nasza Księgarnia 20l0 Tłumaczenie: Anna Studniarek Ilość stron: l92

Panie i Panowie, czapki z głów! Mam nadzieję, że najbliższe lata upłyną pod znakiem „projektów multimedialnych”, bo tym właśnie jest powieść Patricka Carmana. Nagle okazuje się, że za pomocą prostego zabiegu można wywrócić czytanie książek do góry nogami i zachęcić do tego całą rzeszę nowych osób. Oto maleńka rewolucja. Niepozorna książka w foliowej obwolucie, nadającej jej wygląd strony z amatorskimi filmikami trafiła do mnie dość niespodziewanie. Przekartkowałem. Strony w linie wyglądały jak zapisany równymi, zgrabnymi literkami zeszyt do języka polskiego. Zawierały też rysunki, wydruki, skany dokumentów, nadając książce bardzo ładny wygląd graficzny. Krótki research osoby autora nie napawał mnie optymizmem – 44-letni Amerykanin, ekonomista, który został pisarzem po krótkiej karierze impresaria. Do tego znany z książek dla dzieci i młodzieży i to takich najmniej mnie interesujących – o ograch, olbrzymach, podróżach i tajemniczych krainach. Tytuł i opis z tyłu książki zachęcił mnie jednak i dał nadzieję na chociażby minimalną dawkę grozy. Prowadzona w formie dziennika powieść zapoznaje nas z jego autorem - piętnastoletnim Ryanem, który ze złamaną nogą leży w szpitalu. Chłopak mieszka w tytułowej Dolinie Szkieletów – małej miejscowości w Oregonie. Wraz ze swoją przyjaciółką Sarą natrafiają na ślad tajemnicy, którą skrywają mieszkańcy – tajemnicze morderstwo, opuszczona droga, złoto i… duchy! Więcej nie zdradzę, gdyż tekst Carmana jest objętościowo bardziej opowiadaniem

i fabularnie nie grzeszy rozpiętością, dlatego trzeba uważać na spoilery. Dziennik stanowi zapis śledztwa, które Ryan i Sarah przeprowadzają na własną rękę, wbrew wszystkim dookoła. Co jest takiego wyjątkowego w tej książce?

Text: Piotr Pocztarek

PATRICK CARMAN - Dolina szkieletów - Dziennik Ryana (Skeleton Creek. Ryan's Journal) -------------------- Ocena: 5/6

Historia opowiadana jest jednocześnie z dwóch perspektyw, za pomocą dwóch różnych mediów. W dzienniku Ryana znajdujemy tajemnicze hasła, które musimy wpisać na specjalnie przygotowanej, wielojęzycznej stronie (w przypadku wydania polskiego jest to oczywiście www.dolinaszkieletow.pl). W zamian otrzymamy dostęp do filmików amatorskich, kręconych przez Sarah. Na przemian przemierzamy kolejne rozdziały powieści i uzupełniamy je filmami, do których w miarę postępów z lekturą dziennika dostajemy hasła. To czego nie da się opisać, trzeba po prostu zobaczyć! Chociaż poziom grozy porównywalny jest raczej z „Czy boisz się ciemności”, lub „Gęsią skórką”, aniżeli z rasowymi horrorami, historia potrafi przykuć zarówno do książki, jak i ekranu. Ten prosty zabieg łączy ze sobą dwa media, które współpracują ze sobą, tworząc doskonały obraz całości. Jak na opowieść dla nastolatków przystało, „Dolina szkieletów” jest niedługa, nieskomplikowana i zawiera wiele elementów przygodowych. Czekam jednak z niecierpliwością na drugą cześć serii i rozwinięcie tego genialnego pomysłu, który wybija obcowanie z prozą na nowy poziom i zachęca do sięgnięcia po książkę również tych, dla których życie kończy się na ekranie telewizora. Idea godna pochwały – trzymam za nią kciuki!

53


Poznaj grabarzy. Odkrywamy ich tajemni ce. W każdym numerze nowa sylwetka

TECZKA AKT PERSONALNYCH Filip Rauczyński GP: Redaktor Grabarza Polskiego

Redaktor naczelny, publicysta, fotog raf,

grafik

Co cię skłoniło aby zostać grabarzem? Naczelny Grabarza mnie skłonił! Pewnego dnia wpadł do mnie z łopatą i powiedział: „Filip, ludzie potrzebują takich jak my. Potrzebują nas, aby wskazać na nas palcem i powiedz ieć: ‘Oni są ŹLI!’”. W ten właśnie sposób powstał mój pierwszy tekst do nieistniejącego już Czachopisma. Co lubisz w życiu poza grzebaniem zwłok? Nie muszą to być zwłoki, czasem dla sportu zakopuję kogoś żywcem. Potem ludzie myślą, że ten Rauczyński to musi być dobry człowiek, bo żadnych wrogów nie ma. To znaczy… już nie ma…

Jaki film powalił cię ostatnio na cmentarną glebę? „Barbarzyńska nimfomanka w piekle dinozaurów” głównie ze względu na intrygujący tytuł. A z tych poważni ejszych, zdecydowanie „Session 9” - choć przyznam, że dziwnie ogląda się Davida Caruso nie wypowiadającego swoich słynnych życiowych mądrości tuż po założeniu okularów przeciws łonecznych. Ulubiony film rozgrywający się w środowisku grabarz y? O nie, tak łatwo nie będzie. Powiem tylko tyle, że tekst: „Hail to the king, baby” przez wiele lat był moim stałym podrywem. Swoją drogą nie uwierzylibyście, ile panien dało się na to złapać. Największe horrorowe rozczarowanie w ostatnim czasie? Przypadło na grę „AvP”, na którą czekałem aż 9 długich lat. Pograłem, wynudziłem się jak cholera, zrecenzowałem na łamach Grabarza, odinstalowałem i wyrzuciłem przez okno (spoko, spoko, spadło na trawę, jakaś dziewczynka sobie wzięła). Freddy czy Jason? W dzieciństwie najbardziej przerażały mnie trzy rzeczy: Freddy, Crittersy i złowieszcza siostra Ancyla, która ganiała mnie po katolickim przedszkolu wymachując gumową maczugą , kiedy nie chciałem leżakować. A Jason? Też mi coś. Jak chcę sobie popatrzeć na wyrośniętego bezmózgiego cepa w masce, który straszy nastolatków kosą, to wychodzę na osiedle. Co czytujesz kiedy nie trzeba akurat nikogo grzebać? Czytuję etykietki na tanich winach typu XXL cytrynow e czy Kommandos - a jak się skończą, zaczytuję się w Łysiaku, Sawinkowie Littelu czy B.E. Ellisie. Ostatnio też chłonę jak gąbka komiksy z uniwersum AvP (biją filmy na głowę!), zapuszczając się czasem w takie komedie jak „Aliens vs. Predator vs. The Terminator” czy „Batman & Superma n vs. Aliens & Predator”. Co ci ludzie mają w głowach? Przy jakiej muzyce najweselej kopie się groby? Na pewno przy takiej, która nijak ma się do kopania grobów. Mój wybór padłby zatem na j-pop, reggaeton, new romantic bawarską muzykę ludową i piosenki młodej Natalii Kukulsk , iej (ze szczególnym wskazaniem na „Co powie tata?”). A tym, którzy kopią groby po spożyciu alkoholu, polecam Mietka Szcześniaka i jego legendarne: „Jestem luźny, luźny tak” z kawałka „Przed śniadaniem”. Jak często jadasz surowe mięso? Ostatnio wkręciło mi się, że chcę być wegetarianinem - a potem

odstawiłem LSD i wszystko wróciło do normy. Jakie masz najbliższe plany niezwiązane z pracą grabarz a? Na pewno chciałbym zmienić branżę. Ta, w której aktywnie uczestniczę już od dekady, zaczyna mnie powoli dusić i nie daje mi praktycznie żadnych szans na dalszy rozwój (o godziwy m zarobku już nawet nie wspominając). Dlatego też m.in. tak bardzo cenię sobie możliwość pisania dla Grabarza. Podejrze wam, że dla większości z Was to zapewne chleb powszed dla mnie to coś nowego, to swoista ucieczka od gówna, ni w którym tkwię po uszy. Dzięki za uwagę!


GIVE EM HELL MALONE ZGOTUJ IM PIEKŁO, MALONE USA 2009 Dystrybucja: Monolith Reżyseria: Russell Mulcahy Obsada: Thomas Jane Ving Rhames Elsa Pataky French Stewart

X X X

Text: Piotr Pocztarek

X X

Można powiedzieć, że mam słabość do „Odkupienia” z Christopherem Lambertem, a trzecią część „Resident Evil” uważam za najlepszą ze wszystkich. Dlatego też do „Zgotuj im piekło, Malone”, najnowszego dzieła reżysera, podchodziłem z odpowiednią dozą optymizmu, zwłaszcza, że obsada błyszczała charakterystycznymi aktorami, z robiącym coraz większą karierą na małym i dużym ekranie Thomasem Janem na czele.

wprowadza widza w wyjątkowo komiksową stylistykę filmu – mamy tutaj trochę „Sin City”, trochę „Kill Billa” i trochę klasycznego kina noir. Wszystko podane raczej w formie pastiszu i miszmaszu, co z tego, że bohaterowie wyglądają jak wyjęci z lat 40., skoro obsługują komórki i e-maile? Antagoniści to prawdziwe świry rodem z „Batmana”, a dialogi, pomimo, że proste, pokazują czarny humor w najlepszym wydaniu. Fabularnie „Zgotuj im piekło, Malone” nie wyróżnia się niczym szczególnym – ot, typowa historyjka twardziela ze słabością do płci pięknej. Bohater jest tutaj praktycznie niezniszczalny, nie ma więc co się z nim utożsamiać. Jedyne co nam pozostaje to oglądanie widowiskowych walk i strzelanin. Ta umowność fabuły

Znany z takich hitów jak „Punisher”, czy „Mgła” Jane wciela się w rolę prywatnego detektywa Malone’a – twardziela, któremu bandyci zabili całą rodzinę. Zrobili to dość brutalnie i dramatycznie, dlatego też Malone nie ogranicza się w swojej zemście. Jest skuteczny, brutalny, a swoim wrogom funduje tytułowe piekło. Chodzą o nim nawet legendy, że wyrywa serca. Już sam początek filmu pokazuje, że będzie raczej ostro i bardzo krwawo. Dynamiczny montaż scen początkowych

Filmy Russella Mulcahy’ego, pomimo, że średnio oceniane przez krytykę, zawsze do mnie trafiały.

56


wcale jednak nie przeszkadza. Od początku wiemy co nas czeka, chcemy jednak usłyszeć ironiczne komentarze Malone’a, zobaczyć w akcji psychopatów z mieczem albo zapałkami i poczuć zapach prochu. Ten festiwal akcji spełni wszystkie wymagania miłośników komiksowej stylistyki i idealnie spełnia zadanie charakterystyczne dla piątkowego kina popcornowego. Sprawna realizacja, doskonały montaż i zdjęcia, wpadająca w ucho muzyka to tylko połowa sukcesu. Prawdziwym motorem napędowym tego filmu jest doskonała obsada, szczególnie w rolach drugoplanowych. Aktorzy wybrani przez Mulcahy’ego może nie są właścicielami najgorętszych nazwisk w Hollywood, ale są bardzo charakterystyczni i na pewno większość widzów, nawet tych nieobeznanych biegle z kinem, bez trudu rozpozna Harry’ego z „Trzeciej planety od

Słońca”, czy doktora Dubenko z „Ostrego dyżuru”. Pomimo daleko idącej odtwórczości, „Zgotuj im piekło Malone” jest przyjemnym filmem, którego obejrzenia nie żałuje. Być może w kinie nie zrobił by furory, ale wydanie go na DVD przez Monolith było dobrym posunięciem. To mainstream pełną gębą i jeśli właśnie czegoś takiego oczekujecie od seansu – nie zawiedziecie się. Dobre kino mainstreamowe też przecież trzeba umieć robić.

57


„Połączenie Stephena Kinga i Chucka Palahniuka. „INFEKCJA” łączy science fiction z horrorem, tworząc arcydzieło akcji, przerażenia i napięcia. Trzy rady: nie czytajcie tego w nocy, ani tuż po posiłku, albo jeśli nie macie mocnych nerwów. Tylko nie mówcie,że nikt was nie ostrzegał! ” — James Rollins autor bestsellerowych powieści Amazonia i Wirus Judasza „Sigler to Richard Matheson dwudziestego pierwszego wieku.” — Jonathan Maberry zdobywca nagrody Brama Stokera, autor powieści Blues Duchów i Wilkołak „INFEKCJA to arcydzieło stylu, wyobraźni i prawdziwego przerażenia. ” — Lincoln Child autor bestsellerowych powieści Głębia i Taniec Śmierci „Sigler przedstawia szczegóły dotyczące głównego bohatera niczym Stephen King, snuje wątki z rozmachem Clive’a Barkera, i obrazuje sączące się, wstrząsające patologie wprost z filmów Davida Cronenberga.” — Jay Bonansinga autor bestsellerów Shattered i Twisted


-------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawnictwo Grasshopper 20l0 Ilość stron: 365

Może i nie szata zdobi człowieka, jednak na pewno jest wyrazem jego wnętrza. Gdzie wybrać się na zakupy? Do galerii handlowej rzecz jasna. Tylko tu, w jednym tylko miejscu można spełnić wszystkie swoje zachcianki i zaspokoić najbardziej pierwotne instynkty. Uwaga dla Poznaniaków: w Starym Browarze takiej sielanki nie uświadczycie. Kazimierz Kyrcz Jr i Robert Cichowlas to znany i sprawdzony duet pisarzy grozy. Straszą zawsze i wszędzie, zarówno długą formą (wydane w zeszłym roku „Siedlisko”), jak i nie mniej znakomitym zbiorem opowiadań „Twarze szatana”. Panowie nie boją się wykręcania na nowo po wielokroć wałkowanych schematów, jak i nowych pomysłów, pozornie z horrorem niezwiązanych. No bo co jest takiego strasznego w centrum handlowym, poza samym faktem jego zaistnienia? Ano krwawiące garnitury. W Starym Browarze oprócz innych sklepów mieści się ekskluzywny salon z markową odzieżą Roy & Coles, w którym dochodzi do coraz dziwniejszych wypadków. Zaczyna się niewinnie, bo od reklamacji: klient oddaje garnitur, ponieważ ten… krwawi. Wkrótce podobne sytuacje zdarzają się coraz częściej, szargając nerwy załodze sklepu. Oliwy do ognia dolewa kierownik-despota, skrywający mroczną tajemnicę. Narastającej histerii główny bohater, Bartek Lipski, początkowo przygląda się z boku. Po co zresztą zadzierać z szefem, na dodatek w okresie bożonarodzeniowym? Właśnie świąteczne przeceny staną się tłem walki ze złem.

rekwizytów rodem z horroru, ale na szczęście wszystko trafiło na swoje miejsce i współgra, aż strach. Pojawiają się słowiańskie demony, które bynajmniej nie pełnią funkcji dekoracyjnej. Bohaterowie co rusz są atakowani przez straszliwe stwory, nieświadomi, że by przeżyć będą musieli skorzystać z pomocy… Okej, nie zdradzajmy zbyt wiele.

Text: Aleksandra Zielińska

r na miarę

ROBERT CICHOWLAS & KAZIMIERZ KYRCZ JR - Koszma

Na uwagę zasługuje barwny język, który pozwala opisom oddać klimat grozy. Krew to krew, nie keczup i lateks. Dzięki temu atmosfera rosnącego zagrożenia udziela się także czytelnikowi. Warto wspomnieć o dialogach, które skrzą się dowcipem, kiedy trzeba. Powieść pisana jest spójnym rytmem, nie sposób odróżnić, który pisarz odpowiada za daną partię tekstu. Jednym słowem, panowie tworzą literacką symbiozę, dając od siebie co najlepsze. Cóż, słowiańskie demony, demonologowie, nawiedzone staruszki, krew i brutalny seks – czy my już tego skądś nie znamy? „Koszmar na miarę” to swoisty hołd złożony Grahamowi Mastertonowi. Czegoś takiego jeszcze w polskim horrorze nie mieliśmy, oto twórcze rozwinięcie tego, gdzie sławny Brytyjczyk się zatrzymał.

Przyczepić się muszę tradycyjnie do jednej rzeczy, czyli zdarzających się niekiedy zbyt łopatologicznych tłumaczeń motywacji bohaterów i ich przemyśleń. Więcej zaufania do czytelnika! Mimo tego, „Koszmar na miarę” można gorąco polecić jako kawał dobrej rozrywki z ambicjami. Każdy znajdzie tu to, czego szuka w horrorze, „Koszmar na miarę” został naprawdę do- na dodatek w wiernie oddanych polskich brze skrojony. Pozszywano razem wiele realiach, o co wcale nie łatwo.

59


KTO DECYDUJE JAKIE FILMY MAMY MOŻLIWOŚĆ OGLĄDAĆ? CZYM SIĘ KIERUJE PRZY WYBORZE? CZEMU JEDNE FILMY ZNAJDUJĄ DYSTRYBUTORÓW, A INNE NIE? POZNAJCIE POLSKICH WYDAWCÓW!

ROZMOWA Z PRZEDSTAWICIELKĄ DREAM FILMS - JOANNĄ LIPIŃSKĄ W jednym z poprzednich numerów Grabarza mieliście okazję poznać Justynę Troszczyńską, która pracuje w jednej z polskich firm dystrybucyjnych, a także zobaczyć cały etap zakupu filmów od „kuchni”. Tym razem zadaliśmy podobne pytania Joannie Lipińskiej z Dream Films. Czy obie firmy pracują podobnie? Macie okazję to sprawdzić!

Wcześniej chodziłam do kina... A tak na poważnie zajmowałam się organizacją i prowadzeniem biznesowych szkoleń językowych. Znajomość angielskiego, pedagogiczne podejście i cierpliwość to moje mocne strony (śmiech).

Na pewno znasz osoby, które zajmują się tym samym w innych firmach dystrybucyjnych na rynku. W końcu spotykacie się na przeróżnych festiwalach tudzież targach filmowych, czy z tego powodu nie dochodzi czasem do wzajemnej niechęci?

Szczerze mówiąc, znam dużo więcej osób z firm zagranicznych niż rodzimych. Może wynika to z faktu, że nie ma pretekstu do spotkań między polskimi dystrybutorami, a przynajmniej nie na tym szczeblu. Targi to czas spotkań głównie ze sprzedawcami. A co do niechęci, bardzo wątpię, że taka Co było głównym powodem, że zdecy- występuje, jeśli potrafi się oddzielić osobę dowałaś się robić akurat to? Podróże, od nazwy firmy, którą ma na wizytówce. poznawanie ciekawych ludzi, pasja związana z kinem? Zatem jaki szereg działań trzeba podjąć, żeby Wasza firma posiadała praO tym akurat zrządził przypadek. Znajoma, wa do wypuszczenia filmu na rynek? pracująca wtedy u dystrybutora, potrzebo- Wyszukaliście sobie tytuł i - co dalej? wała kogoś z biegłym angielskim do działu licencyjnego, do opieki merytorycznej nad Trzeba znaleźć dystrybutora praw, sprawproduktem. Zdecydowałam się głównie ze dzić ich dostępność na rynek polski względu na potrzebę zmiany. Pociągający i ustalić jego cenę i warunki dystrybucji. był również profil firmy, czyli właśnie fil- Ja osobiście zawsze staram się obejrzeć my. Choć nie sądziłam wtedy, że zostanę film przed podjęciem decyzji o zakupie, „specjalistą” od kina grozy (śmiech). ale nie zawsze jest to możliwe. Czasem

Rozmawiał: Sebastian Drabik

Serdecznie Ci dziękuję, że w natłoku obowiązków znalazłaś chwilę, aby ze mną porozmawiać i odsłonić choć w małej części tajniki (śmiech) swojej pracy. Praca w firmie dystrybucyjnej to Twoje pierwsze zajęcie czy zajmowałaś się wcześniej czymś innym?

61


kupuje się filmy na podstawie tylko wstępnych informacji - to zawsze jest trochę gra w ruletkę, zwłaszcza w przypadku filmów w trakcie produkcji. I oczywiście nie wszystkie strzały są trafione. Zresztą fakt, że film zostaje dobrze przyjęty za granicą, nie gwarantuje jego sukcesu u nas. Przychodzi mi tu na myśl „Mavela” pokazana na Horrorfestiwalu. Piotr Mańkowski, dyrektor artystyczny festiwalu, mówił o jej pozytywnym odbiorze na festiwalu w Brukseli, a u nas wywołała falę krytyki.

Zapewne nie za każdym razem łatwo jest nabyć licencję na interesujący Cię tytuł. Zatem musisz pamiętać jakąś ciekawą przygodę z tym związaną. Jest jeden tytuł, za którym „chodziłam” długo, bardzo mi na nim zależało, bo wierzyłam w jego potencjał. Miałam kontakt ze sprzedawcą praw, przez długi czas był nie do kupienia na Polskę, a na koniec okazało się, że wchodzi na nasz rynek jako produkt innej firmy. Zdarza się.

Zdarzyło się kiedyś tak, że podkupił Możesz nam zdradzić tytuł tego filmu? Wam ktoś prawa do filmu? Chodziło o „Paranormal Activity”... Podkupił? Nie przypominam sobie takiej sytuacji. Oczywiście, jeśli filmem intere- Wasza firma ma już całkiem sporo filsuje się kilku nabywców, rozpoczynają się mów w katalogu. Czy zaskoczyła Was negocjacje. Od dystrybutora zagraniczne- spora popularność jakiegoś tytułu bądź go zależy wtedy, komu go sprzeda. odwrotnie - wydawało się Wam, że to murowany hit, a okazał się klapą? Pamiętam, że za czasów kaset VHS, jeśli chciało się kupić licencję na jakiś Dream Films jest młodą firmą, nasz katamega hit, to trzeba było kupić przykła- log nie jest zbyt duży. Prawdą jest jednak, dowo 20 filmów. Czy teraz też spoty- że popularność filmu jest nieprzewidykasz się z takimi przypadkami? walna. Wydaliśmy ostatnio serię „Klasyka Horroru” z wnikliwymi opracowaniami Za czasów płyt DVD wciąż funkcjonuje filmów autorstwa Bartłomieja Paszylka tzw. sprzedaż pakietowa i jest ona często i miałam szczerą nadzieję, że filmy z tej praktyką uzasadnioną. serii znajdą wielu odbiorców. Jeśli taki klasyk jak „Suspiria” Dario Argento nie osiąga Sama możesz decydować o tym, co ku- bardzo dobrego wyniku, to jest to bolesne pisz, czy wkład w to ma dużo większa doświadczenie. ilość ludzi? Czy bierzecie pod uwagę maile od Sama decyduję, co warto byłoby mieć. osób, które Wam przysyłają jakieś proPrzeczesuję Internet, czytam zapowiedzi, pozycje? recenzje, choć jest taki ogrom informacji, że trudno nadążyć. Zakup jest już bardziej Można oczywiście wypowiedzieć swoją skomplikowanym procesem, w który siłą opinię, staram się sprawdzać różne tropy rzeczy włączone są również inne oso- i pomysły. To bardzo miłe, jeśli widz angaby. Decyzję na „tak” warunkują przede żuje się i wypowiada swoje zdanie! Tu jedwszystkim budżet, cena, dostępność nak powraca dylemat chcieć a móc... i warunki kontraktu. Niejednokrotnie staję twarzą w twarz z patową sytuacją: chcieć a móc.

62


Obecnie na rynku jest Wasza kolekcja „Klasyka Horroru”. Jak sama nazwa wskazuje, są to pozycje godne uwagi, lecz nieco wcześniej nakręcone. Czy nie szykujecie czasem kolejnej serii dla widowni, która chce czegoś nowszego spod znaku grozy?

niam grozę, niż ją lubię. Dzięki pracy przy kolekcjach grozy nauczyłam się innego spojrzenia na ten szeroko rozumiany gatunek filmowy, m.in. zwracania uwagi nie na samą treść i posokę, ale też formę podania czy oryginalność podejścia twórców. Podobają mi się zabawy z konwencją, jak w „Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon” Scotta Glossermana czy w „Toporze” Adama Greena. Za niesamowity klimat i piękne zdjęcia cenię hiszpańskie produkcje: „Hypnos” Davida Carrerasa Solègo, „Los Abandonados” Nacho Cerdy czy „Apartament” Jaume Balagueró.

Jak najbardziej! Nie chcemy się zamykać w czasie przeszłym. Choć uważam, że znajomość filmów grozy różnych dekad jest niezwykle istotna, gdy ktoś chce docenić gatunek. Zwłaszcza że nowe produkcje są często przepełnione odwołaniami do „starych” dzieł. Mam zatem szczerą nadzieję, że młodsze siostry „Klasyki”, czyli „Masakra DVD” i „Masakra TV” zostaną Film grozy, który wywarł na Tobie najpozytywnie przyjęte przez widzów. większe wrażenie?

Zdradzisz nam, jakie gatunki filmowe „Dwunastu gniewnych ludzi” z 1957 roku... interesują Cię najbardziej? Wciąż przeraża... Bardzo trudne pytanie dla kogoś, kto nie jest zagorzałym fanem Staram się być otwarta na różne rzeczy, gatunku. Po dziesiątkach horrorów obejmoże oprócz komedii romantycznych rzanych w pracy uznałam w którymś mo(śmiech). Uwielbiam groźne science-fic- mencie, że uodporniłam się już i nie dam tion pokroju „Obcego - ósmego pasażera się zaskoczyć. Tymczasem w kinie zaNostromo” czy „Ukrytego wymiaru”, fan- mykam oczy ze strachu, nawet oglądając tasy w stylu „Miasta zaginionych dzieci”. przewidywalne „Lustra”, a „Martyrs” wywoOdkryłam też dla siebie współczesne kino łało we mnie obrzydzenie i bunt. skandynawskie, a dzięki mojej przyjaciółce - kino nieme. Do kina częściej pójdę Wielkie dzięki za wywiad! Tym razem nie na niszowe kino niezależne, tzw. indie niż muszę sobie życzyć masy horrorów wysuperprodukcje. danych przez Was, bo sam dobrze wiem, że wydacie ich wielką ilość (śmiech). To A co sądzisz o samych horrorach? mnie naturalnie cieszy i sądzę, że spoPrzypomnę, że ten wywiad będą czytać ro fanów grozy jest Wam za to bardzo ludzie, którzy ten gatunek sobie najbar- wdzięczna. Życzę Wam zatem, abyście dziej cenią (śmiech). zostali już na stałe na rynku i co roku wydawali całą masę ciekawych pozy„Uważaj na słowa, bo cię pogrzebią”? cji filmowych. A Tobie osobiście życzę (śmiech). Moja fascynacja grozą skoń- dużo zdrowia i wytrwałości w pracy. czyła się w momencie, kiedy jako 10-latka przeczytałam „Miasteczko Salem” poży- Również dziękuję za wywiad i za życzeczone mi przez kolegę z klasy. Przez pół nia. roku nie byłam w stanie spojrzeć w nocy w okno, mimo że mieszkałam na osiedlu pełnym bloków i ludzi! Ja bardziej doce-

63


-------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawca: Wydawnictwo W.A.B. 20l0 Tłumaczenie: Małgorzata Łukasiewicz Ilość stron: 304

Nie samym horrorem człowiek żyje. Literatura jest tak pełna interesujących opowieści, których nie sposób zaszufladkować w ramy jednego gatunku, że nie warto trzymać się znanych schematów. Czas odrzucić postawę pod tytułem: „o, toż to mainstream, nie czytam”, czy wykręcając kota ogonem: „tej fantastyki to ja ani z daleka nie tknę”. Na czas lektury zostawiamy na wieszaku naszą rzeczywistość i dajemy się prowadzić autorowi według jego zasad, jego ścieżkami. Chciałabym zabronować Ci, Czytelniku wyprawę w świat prozy W. G. Sebalda i proszę, nie zapieraj się rękami i nogami. Chodź, nie pożałujesz. W. G. Sebald to jeden z najwybitniejszych niemieckich prozaików. Przez wielu typowany do Nagrody Nobla, której niestety nigdy nie otrzymał. Mawia się, że mogłoby być inaczej, gdyby nie przedwczesna śmierć w wypadku samochodowym. Sebald większość życia spędził w Anglii, gdzie wykładał literaturę europejską na uniwersytecie w Manchesterze. „Czuję. Zawrót głowy” to jedna z jego pierwszych powieści, jakby przedsmak tego, co autor zaproponował w kolejnych, może nieco bardziej dojrzałych: „Austerlitz”, „Wyjechali” czy „Pierścienie Saturna”. „Czuję. Zawrót głowy” składa się z czterech opowieści, które łączy wspólny motyw wędrówki, ale wędrówki rozumianej wielorako. Zdawałoby się, że ten schemat wykorzystano już tyle razy, że nic świeżego nie da się zeń wycisnąć. A tu niespodzianka. Sebald proponuje całkiem inny

kuest niż te, z którymi najczęściej mamy do czynienia. Tutaj tak naprawdę cel podróży się nie liczy, bo chodzi o sam fakt zmiany. To, że człowiek rusza cztery litery z domu jest już sukcesem; to, że próbuje przy okazji zajrzeć w głąb siebie – mistrzostwem świata.

Text: Aleksandra Zielińska

e)

W. G. SEBALD - Czuję. Zawrót głowy (Schwindel. Gefuhl

Pierwsza opowieść zabiera nas w sam środek głowy Henriego Beyle’a, żołnierza, którego poznajmy w czasie działań wojennych, prowadzonych przez Napoleona. I autor prowadzi nas przez jego życie, przez fascynację operą, miłości: te prawdziwe i zmyślone. W „All’estero” odzywa się już narrator, którego utożsamić można z Sebaldem. Oto pisarz opuszcza Anglię i powraca do Wiednia. Spacer jego ulicami jest niezwykły, bo autor z wyrafinowaniem oddaje widok miasta jego oczami. W trakcie lektury ma się Wiedeń na wyciągnięcie ręki. Kolejna część, „Dr K. na kąpielach w Rivie”, to próba opowiedzenia epizodu z życia Franza Kafki. Książkę kończy „Il ritorno In Patria”, czyli powrót do W., miasta dzieciństwa. Największym atutem Sebalda jest język, za jego odwzorowanie brawa należą się tłumaczce, Małgorzacie Łukasiewicz. Obcujemy z niezwykle wysublimowanym stylem, gdzie każde zdanie to cegiełka, bez której cała konstrukcja może runąć. Ale nie uświadczy się tu zadęcia, Sebald ociera się wręcz o swego rodzaju melancholię. Czuć tęsknotę za tym, co było; za tym, czego drugi raz przeżyć się nie da, np. dzieciństwo. Warto wspomnieć o ciekawej oprawie ksiązki, dopełnieniem historii stają się ilustracje.

65


BAD TO THE BONE

Książka, przez wielu uważana za „najbrzydsze dziecko Kinga”, początkowo miała być jedynie opowiadaniem o samochodzie, którego licznik kilometrów się cofa. Książka, przez wielu uważana za „najbrzydsze dziecko Kinga”, początkowo miała być jedynie opowiadaniem o samochodzie, którego licznik kilometrów się cofa. „Pomyślałem, że napiszę naprawdę zabawną historię o dzieciaku i samochodzie, którego licznik kilometrów się cofa. Samochód sam by się naprawiał, a chłopak stawałby się coraz młodszy, a w kulminacyjnej scenie, kiedy licznik wróciłby do zera, ten samochód, piękny i nowy, rozsypałby się na części” (Fragment wywiadu udzielonego Douglasowi E Winterowi w 1984 roku, tłumaczenie własne). Jednak podczas pisania stało się to samo co przy „Carrie”. Bohater zaczął przejmować kontrolę nad fabułą, a opowiadanie zmieniło się w powieść. Tak narodziła się Christine – miłość outsidera i nieudacznika Arnolda Richarda Cunninghama (nazwanego po postaci granej przez Rona Howarda w serialu „Happy Days” - Richie’go Cunninghama). „Christine” jest w moim rankingu jedną

66

z najlepszych książek Stephena Kinga. Nie była pierwszą, jaką przeczytałem, i nie była ostatnią, ale kiedy ją czytałem, nie mogłem przestać. Pochłonąłem ją w jedna długą noc i już od samego początku zakochałem się w tym samochodzie. King nie po raz pierwszy ożywił martwy przedmiot mechaniczny. Wcześniej zrobił to samo w „Maglownicy”, „Ciężarówkach”, nawet w „Lśnieniu” (scena z ożywającym wężem strażackim), a w „Ciężarówce wuja Otto” inny mściwy pojazd ścigał człowieka, który zabił swojego wspólnika. Plymouth Fury ’58 został wybrany przez Kinga, bo symbolizował to wszystko, co było tak wielbione w latach 50., a już zapomniane u schyłku 70. Nawet ikona tamtych lat, firma Chrysler, producent Plymoutha, znajdowała się u skraju bankructwa. W wywiadzie udzielonym „Washington Post” King powiedział: „To opowieść o samochodach i dziewczynach i chłopakach i o tym, jak w Ameryce samochody stają się dziewczynami. W tym sensie to amerykański fenomen.


Dennis Guilder, który jest narratorem pierwszej części książki, zaczyna swoją opowieść tak: „Mogłoby się wydawać, że to opowieść o trójkącie miłosnym – Arnie Cunningham, Leigh Cabot i, oczywiście, Christine. Musicie jednak wiedzieć, że Christine była pierwsza. Ona była jego pierwszą miłością, a wydaje mi się (…), że także jedyną.” Niezwykle wymowny jest już sam jej podział na części: „Dennis - Piosenki o samochodach”, „Arnie - Piosenki o miłości” i „Christine - Piosenki o śmierci”. Łączy ona najlepsze elementy z literatury Kinga i kultury amerykańskiej. Mamy więc wielką przyjaźń Arnie’ego i Dennisa, obsesję Arnie’ego na punkcie nowego samochodu, pasję, miłość Arnie’ego i Leigh, zazdrość, obsesję... no i wielkie amerykańskie samochody. Ta toksyczna miłość zaczęła się tak niewinnie, jak tylko mogła. Dwaj kumple wracali ze szkoły i całkiem przypadkiem (?) na ich drodze stanęła ona: zdezelowana, zardzewiała i z plamą oleju pod silnikiem - dwudziestoletni wrak. Zawładnęła Arniem, który dla niej po

raz pierwszy przeciwstawił się rodzicom, wydał wszystkie swoje pieniądze i zaczął ulegać przemianie. Początkowo mogłoby się wydawać, że przemiana jest pozytywna, że dla Arnie’ego ten samochód, tak jak dla wielu innych młodych Amerykanów, stał się głównym motorem dorastania. Ale w jego przypadku zmiany nie zatrzymały się, tylko przyspieszały, a Christine stawała się coraz ważniejsza i... młodsza. Ten „zły do ostatniej śruby” (Bad to the Bone) samochód wyciągnął z niego wszystko, co najlepsze, pozbawiając go nawet przyjaciela. A kiedy ten czerwony diabeł już całkowicie posiadł Arnie’ego, za nic nie chciał go oddać, tym bardziej innej dziewczynie. Trzeba przyznać, że Leigh Cabot była jedyną osobą, która mogła go uratować, ale Christine okazała się silniejsza.

Text: Sebastian Kubańczyk

‘Christine’ to horror drogi. Nie mógłby istnieć bez młodzieżowej kultury, która przedstawia samochód jako integralną część procesu dojrzewania” (tłumaczenie własne). Zarówno książka, jak i film Johna Carpentera zrobiły z Plymoutha Fury ‘58 symbol tamtych czasów. Wzoru dla Christine można się doszukiwać w tragicznej historii innego symbolu, James’a Dean’a, który zginął za kierownicą swojego Porshe’a 550 Spydera nazywanego „Little Bastard”. Odrestaurowany samochód podobno przyczynił się do jeszcze kilku zgonów.

Plymouth Fury ’58 był jedyny w swoim rodzaju - w tym modelu wykorzystywano potężny silnik V8 350 cali (5,7 l), 315 KM z wtryskiem paliwa. Samochód miał niesamowite jak na tamte czasy osiągi, a ze względu na standardową kolorystykę (beżowy ze złotymi pasami) był niczym złota strzała jadąca z prędkością 143 mil na godzinę. Z taśm produkcyjnych zjechało jedynie 3018 egzemplarzy tego rocznika. Pisząc powieść, Stephen King nie ustrzegł się błędów. W książce Fury ‘58 był czterodrzwiowy - a w rzeczywistości ten model był 2-drzwiowy (model 4-drzwiowy był dostępny dopiero od 1959 roku). Kwestia automatycznej skrzyni biegów to kolejna „usterka” - w książce jest to Hydramatic, który był konstrukcji General Motors, ale w modelu ’58 wykorzystywano mechanizm Chryslera zwany TorqueFlite. Inną sporną kwestią jest kolor samochodu i blokada drzwi. Jak wspomniałem, wszystkie Fury były pro-

67


dukowane w kolorystyce beżowo-złotej, a Christine była czerwono-srebrna. Ta kwestia została jednak wytłumaczona, bo w książce Christine była egzemplarzem „na specjalne zamówienie”. Trudno jednak uwierzyć, że specjalnie na zamówienie zamontowano specjalne blokady drzwi. W książce jest scena, w której Leigh siedzi w samochodzie i jedząc hamburgera, krztusi się. Arnie chce jej pomóc, ale nie może dostać się do środka, bo przyciski blokady drzwi się zamykają. I tu jest błąd! Bo aż do 1962 roku samochody tej marki nie miały blokad takiej konstrukcji - drzwi blokuje się, przekręcając wewnętrzny uchwyt otwierania drzwi przeciwnie do ruchów wskazówek zegara. Co więcej, na zdjęciu znajdującym się na tylnej okładce książki, King siedzi na masce modelu Fury ’57, a nie ’58 (pewnie dlatego niektórzy mylą się, twierdząc, że Christine to model z 1957). Kiedy w 1982 roku producent filmowy Richard Kobritz jeszcze przed premierą książki otrzymał kopię Christine, pochłonął ją niemal tak szybko jak ja - w trzy dni. Wykupił opcję sfilmowania za pół miliona dolarów i tak zaczął się proces produkcyjny. „Reżyserem został jego przyjaciel - John Carpneter (znany wtedy z filmów „Halloween” i „Ucieczka z Nowego Jorku”), a scenarzystą Bill Philips. Ekipa stanęła przed dwoma problemami. Pierwszy, techniczny - to samochód. Oryginalny Fury z 1958 roku był dość kosztowny, a wiadomo było, że kilka takich samochodów podczas zdjęć ulegnie całkowitemu zniszczeniu. Samochodów szukano w całych Stanach, dając ogłoszenia w gazetach i przeszukując rejestry samochodowe. Zdecydowano zakupić bliźniacze modele

68

(Belvedere i Savoy) i „ucharakteryzować” je na Christine. W sumie zakupiono 23 samochody (inne źródła podają liczbę 24 lub 27 sztuk) - w tym kilka cennych egzemplarzy Fury ‘58. Do zdjęć wykorzystano z 16 samochodów - resztę przeznaczono na części. W pierwszych scenach filmu widzimy linię produkcyjną i jedyną czerwoną Christine. Ta scena była kręcona na samym początku zdjęć, przed przemianą reszty samochodów w kolejne klony głównej bohaterki. Przyglądając się pozostałym samochodom na linii produkcyjnej, można zauważyć, że ich boczne pasy nie są złote, a chromowane - czyli już przemalowane. Innym problemem był element fabularny. Bo jak pokazać i uwiarygodnić nawiedzony samochód, który żyje? Reżyser robił, co mógł, budował nastrój za pomocą zdjęć, efektów specjalnych i nastrojowej muzyki, której sam był kompozytorem. Za namową Carpentera do filmu zaangażowano nieznanych aktorów, co pozwoliło skupić uwagę na trudnym temacie opętania samochodu, a nie na znanych nazwiskach. W filmie wystąpili Alexandra Paul, Harry Dean Stanton, John Stockwell, Keith Gordon i Robert Prosky. Jak to zwykle bywa, film znacznie różni się od książki. Wszyscy do tego przywykliśmy i nie ma sensu opisywać wszystkich zmian w scenariuszu. Jednak jedną z najważniejszych jest przemiana książkowego Fury z modelu czterodrzwiowego na właściwy dla swojego rocznika model 2-drzwiowy (chociaż w kilku scenach filmu widać, że wykorzystane egzemplarze były 4-drzwiowe, najprawdopodobniej modele Belvedere). Podczas zdjęć nie wykorzystywano zdalnego sterowania. Gdy Christine


była Zła i jeździła sama, jej szyby były zamalowywane na czarno (nocna jazda takim samochodem była prawdziwym wyzwaniem). W ostatnich scenach książki, okazuje się, że Christine może zostać zniszczone tylko przez inny pojazd - potężną ciężarówkę (w filmie buldożer), spersonifikowaną przez nadanie kobiecego imienia - Petunia. Jednak ta nie miała w sobie nic nadnaturalnego, a Christine nie umarła. Zaczęła swoje nowe życie. Książkowa i filmowa Christine zajęła stałe miejsce w amerykańskiej popkulturze. Wiele osób przemalowało swoje Fury na czerwono, a inni przerabiali modele Belvedere w klony Christine. Początkowo twierdzono, że film „przeżyły” trzy samochody, które promowały film, a później zostały sprzedane kolekcjonerom. Oryginalny model Fury ’58, który wykorzystywany był w kampanii promocyjnej filmu, w marcu 2004 roku został sprzedany na aukcji za 167,400

dolarów. Okazało się, że jest czwarty w filmie wykorzystany w scenie zabójstwa Moochie’ego Welcha. Właściciel tego egzemplarza jest członkiem Samochodowego Klub Christine, na którego stronie (christinecarclub.com) można znaleźć historię tego samochodu. Egzemplarz ten w 1999 roku wystąpił w filmie „Americana” zrealizowanym przez grupę The Offspring. Inny członek klubu jest w posiadaniu egzemplarza wykorzystanego w filmie w scenie pościgu za Camaro Buddy’ego Reppertona. Obydwa odrestaurowane samochody nadal są na chodzie. W mojej kolekcji „Christine” zajmuje szczególne miejsce także z powodu pięknego modelu tego samochodu. Model JoyRide firmy ERTL wykonany jest w skali 1:18. Ma otwierane drzwi, maskę i bagażnik. Dodatkowo kierownicę skręcająca koła i świecące reflektory. Model można zakupić w serwisach aukcyjnych i sklepach modelarskich.


HISTORIA WŁOSKIEGO KINA GROZY cz.3

Text: Tymoteusz Raffinetti

Włosi rozkochali się w wampirach i thrillerach kryminalnych. Kolejny rok we włoskim kinie grozy upłynął pod znakiem gotyku i raczkującego giallo. Na ekranach gościła więc Barbara Steele i Christopher Lee, a młode, piękne kobiety uciekały przed tajemniczym mordercą.

Rok 1964

- czyli rozwój giallo i wampirów ciąg dalszy. 8 marca 1964 roku miała miejsce premiera „The Last Man on Earth”, długo oczekiwanej ekranizacji powieści Richarda Mathesona „Jestem legendą”. Reżyserii podjęli się Ubaldo Regona i Sidney Salkow, a w głównej roli wystąpił słynny amerykański aktor Vincent Price. Bohater filmu, dr Robert Morgan, mieszka samotnie w świecie, w którym za sprawą tajemniczej choroby, ludzkość została zamieniona w krwiożercze wampiry. Odporny na działanie wirusa, każdego dnia rusza na poszukiwania wrażliwych na światło słoneczne potworów, aby paląc ich ciała, rozprawić się z nimi raz na zawsze.

Obraz można bez wątpienia określić jako pierwszy włoski postapokaliptyczny horror/s-f. Początkowo nie odniósł sukcesu, ani nie zdobył przychylności amerykańskich krytyków. Zarzucano mu widoczne braki w budżecie oraz fatalny dubbing.

70

Sam Matheson (notabene współautor scenariusza) nie był usatysfakcjonowany efektem końcowym. W wywiadzie dla Williama P. Simmonsa powiedział: „Byłem rozczarowany ‘Ostatnim człowiekiem na Ziemi’, pomimo tego, że był po części wierny mojej książce. Myślę, że Vincent Price, którego kocham za wszystkie obrazy, do których pisałem scenariusz, nie pasował do tej roli. Wydaje mi się również, że reżyseria była kiepska.”1 Pomimo niezadowolenia twórców film okazał się jednym z największych źródeł inspiracji dla nakręconej przez George’a A. Romero „Nocy żywych trupów”, a dziś uważany jest za klasykę gatunku. Niespełna tydzień później we Włoszech ukazał się nowy obraz Mario Bavy. „Sei donne per l’assassino” („Sześć kobiet dla mordercy”), znany za granicą jako „Blood and Black Lace”. Film okazał się jednym z najwybitniejszych osiągnięć reżysera. Produkcja ostatecznie zdefiniowała wszystkie najważniejsze elementy gatunku giallo. Mamy tu krwawe morderstwa


pięknych kobiet, zawiłe policyjne śledztwo oraz zabójcę w płaszczu i czarnych rękawiczkach. Całości dopełniają niesamowite zdjęcia - Bava rozwinął bowiem do perfekcji sztukę panowania nad kolorami i światłem. W rezultacie, wizualnie film bije na głowę wszelkie dotychczas nakręcone horrory i thrillery. Derek Hill w swojej recenzji dla strony internetowej Images, posunął się do stwierdzenia, że „Blood and Black Lace” mógł być prekursorem hollywoodzkich slasherów.2 Inni dziennikarze, m.in. Tim Lucas, uznali dzieło Bavy za jeden z najbardziej wpływowych thrillerów w historii kina.

cjami Hammera. Dzięki dobrej obsadzie i doświadczeniu ekipy filmującej, udało się im stworzyć solidne kino grozy. Miesiąc później ukazał się „Il mostro dell’opera” Renato Polselliego. Film opowiadał o grupie młodych aktorów, wynajmujących stary teatr. Wszystko układało się po ich myśli dopóki nie okazało się, że budynek jest nawiedzony, a jedna ze śpiewaczek zamieniła się w żądnego krwi wampira. Pomimo rozpoznawalnego nazwiska reżysera, obraz okazał się klapą finansową i pozostał niemal niezauważony wśród potencjalnych odbiorców.

Miłośnicy Barbary Steele czekali z utęsknieniem na kolejną produkcję grozy z jej udziałem. W końcu, 29 lipca pojawiła się w „Castle of Blood”. Główny bohater filmu, dziennikarz Alan Foster, poddający w wątpliwość historie spisane przez Edgara Allana Poe, postanawia przyjąć wyzwanie niejakiego Lorda Blackwooda i spędzić noc w rzekomo nawiedzonym zamku. Na miejscu z przerażeniem odkrywa, że wszelkie opowieści o potworach były prawdziwe. W ucieczce przed zjawami pomaga mu zmarła siostra Lorda, Elisabeth (Barbara Steele). Reżyser „Danza Macabra” (pod takim tytułem obraz ukazał się we Włoszech), Antonio Margheriti, postawił na gęstą, przera27 maja na ekrany włoskich kin wraca żającą atmosferę oraz oddziałujące na Christopher Lee. „La cripta e il incubo” („Krypta i koszmar”), którego reżyserii podjął się Camillo Mastrocinque, to klasyczny gotycki horror. Historia zaczerpnięta jest z opowiadania irlandzkiego pisarza Sheridana Le Fanu pt. „Carmilla”. Obraz wyraźnie wzoruje się na dziełach Bavy i Fredy. Widać także inspirację produkPod koniec kwietnia pojawił się thriller kryminalny „24 ore di terrore”. Niestety produkcja okazała się być wyjątkowo nieudana. Gastone Grandi ukrywający się pod pseudonimem Tony Bighouse został dosłownie zmiażdżony przez krytykę. Jeden z redaktorów periodyka filmowego Segnalazioni Cinematografiche tak wypowiedział się o tym obrazie: „Od reżysera, który posiada kiepską, a nawet fatalną wiedzę o sztuce filmowej i od grupy aktorów, wywołujących histeryczny płacz nawet u najmniej utalentowanych amatorów nie mogliśmy dostać niczego innego, jak tylko filmu tonącego w absurdzie.”3

71


wyobraźnię widza odważne sceny morderstw. Świetnie spisał się również operator Riccardo Pallottini – praca kamer idealnie komponuje się i wzmacnia niepokojący klimat filmu. W rezultacie „Castle of Blood” śmiało można porównywać do najlepszych dzieł Mario Bavy. Kilka dni później pojawił się kolejny horror z Christopherem Lee, „Il castello dei morti vivi” („Zamek nieumarłych”) Luciano Ricciego. Obraz od momentu premiery zebrał mnóstwo negatywnych opinii krytyków. Kiepski dubbing i abstrakcyjne role, takie jak Donald Sutherland grający starą wiedźmę, wpłynęły na chłodne przyjęcie filmu przez publiczność.

„Crimine a due” („Zbrodnia dla dwojga”) z września 1964 r. to mało znane giallo Romano Ferrary. W willi zamieszkałej przez małżeństwo i potwornie okaleczonego brata właściciela zostaje popełniona zbrodnia. Kiedy na miejsce przyjeżdża policja w celu aresztowania podejrzanych, przez przypadek wychodzą na jaw nowe, zaskakujące fakty. Film nie należy do wybitnych, lecz pozostaje ciekawą pozycją, będącą inspiracją dla przyszłych twórców thrillerów kryminalnych.

obrazu z kultową już Barbarą Steele. „I lunghi capelli della morte” („Długie włosy śmierci”) Antonio Margheritiego ukazał się w przedostatni dzień grudnia. Była to kolejna opowieść o zemście zza grobu, osadzona mocno w klimacie poprzednich filmów reżysera. Co ciekawe, w jednej z ról wystąpiła aktorka polskiego pocho-

dzenia, Halina Zalewska. Film spotkał się ze skrajnie różniącymi się od siebie opiniami dziennikarzy. Jedni wychwalali jego aspekty psychologiczne, inni zwracali uwagę na wtórność i bazowanie na popularności angielskiej aktorki. Istnieje jednak inne wytłumaczenie dla Twórca „Castle of Blood” postanowił tak częstej współpracy w tym samym roku przygotować dla wi- Margheritiego z Barbarą dzów niespodziankę w postaci kolejnego Steele. Syn reżysera po

72


latach pisze: „W filmie występowała również Barbara Steele, w której, jak myślę, Antonio był zakochany (jak inaczej wytłumaczyć ten osobliwy sposób wpatrywania się w powiększone zdjęcie aktorki, które z zazdrością trzymał w swoim studio), dlatego film ten zajmował zawsze szczególne miejsce w jego pamięci.”4

którego demaskuje sprawcę morderstwa. Ciężko byłoby sklasyfikować tę produkcję jako giallo, ale niewątpliwie posiada jego elementy. Dzięki nietypowemu, lekkiemu podejściu i bardzo dobrej grze aktorskiej, film ogląda się wyjątkowo przyjemnie.

Na koniec chciałbym wspomnieć o „Delitto allo specchio” („Zbrodni w lustrze”). Obraz ten, znany również pod angielskim tytułem „The Death on the Fourposter”, zaczyna się niewinnie, wręcz jak typowy film rozrywkowy dla nastolatków. Dopiero w okolicach połowy, po nieoczekiwanym odnalezieniu ciała martwej dziewczyny, następuje zmiana klimatu. Troje boha- Za miesiąc kolejna część artykułu, terów przeprowadza śledztwo, podczas a w niej horrorowe pozycje z lat 1965-66. 1 2 3 4

http://www.rodserling.com/wsimmons/Richard_Matheson.htm http://www.imagesjournal.com/issue10/reviews/mariobava/ Segnalazioni Cinematografiche, Vol. LXV, 1968 http://www.antoniomargheriti.com/Tutti_i_suoi_Film/Horror/Lunghi%20capelli.htm

ZAPISZ SIE JUZ DZIS NA:

>> WWW.GRABARZ.NET Formularz rejestracyjny dostępny jest na stronie głównej Grabarza pod hasłem >NEWSLETTER< Subskrypcja jest darmowa. Można z niej zrezygnować w każdej chwili.


PARA ENTRAR A VIVIR APARTAMENT Hiszpania 2006 Dystrybucja: Dream Films Reżyseria: Jaume Balagueró Obsada: Macarena Gómez Adriá Collado Nuria González Ruth Díaz

X X X

Text: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

X X

74

Fabuła – jak zaznaczyłem – jest prosta. Mamy dwójkę młodych ludzi (i nie chodzi tu o młodość po amerykańsku - 19-25 lat, tylko po hiszpańsku, – czyli bohaterowie w okolicach trzydziestu – trzydziestu kilku lat), poszukujących mieszkania

na wynajem. Trafiają do mało atrakcyjnej kamienicy na obrzeżach miasta, ale właścicielka zapewnia ich, że już niedługo cały budynek przejdzie gruntowny remont i zostanie mu przywrócona dawna świetność. Kiedy nasi bohaterowie już prawie podjęli decyzję w mieszkaniu znajdują swoje stare, dawno wyrzucone rzeczy osobiste…. Zaczyna się koszmar. Właścicielka okazuje się szaloną psychopatką, planującą uwięzić ich w mieszkaniu i stworzyć „idealną” w jej rozumieniu grupę lokatorów. Zaczyna się walka o przetrwanie i wydostanie się z budynku. Reżyser Jaume Balagueró przyzwyczaił już widownię, że potrafi przerażać. Jego „Rec” jest z pewnością filmem zjawiskowym i to właśnie on otworzył drogę dla hiszpańskiego kina grozy, ale przecież wielu miało z pewnością okazję widzieć świetną „Ciemność” tego reżysera. Ich wspólnym mianownikiem jest eksploatacja ogranego motywu i uczynienie z niego swoistego, niezwykle sugestywnego studium strachu i cierpienia. „Apartament” pokazuje nam walkę o przetrwanie w zderzeniu z obsesją, gdzie stykają się zwykli (choć niekoniecznie zdrowi psychicznie) ludzie. Nie znajdziemy tu potworów pokroju

Operowanie utartymi schematami to niejednokrotnie czyn samobójczy dla artystycznych tworów takich, jak książka, czy film. Jednak, jak mawiał mistrz SF Philip K. Dick, aby napisać dobrą historię trzeba wymyślić albo coś zupełnie nowego, czego wcześniej nie wymyślił nikt, albo to stare ubrać w zupełnie nowe opakowanie. Akurat on słowa te odnosił do SF, ale myślę, że możemy użyć ich w dywagacjach na temat każdej innej dziedziny sztuki.


Jasona, czy Freddy’ego, nie ma tu nawet echa po „Teksańskiej masakrze...”. Głównym napastnikiem jest w tym filmie drobnej postury kobietka w okularach z grubymi szkłami, która bardziej kojarzy sie z ciepłymi kapciami, niż z psychopatą. I to właśnie przeraża najbardziej, gdyż tak sugestywnie, bezpośrednio pokazany obraz sprawia, iż zaczynamy wierzyć, że ktoś taki może być potworem. „Apartament” to produkcja dla tych, którzy chcą się bać, ale nie muszą być zaskakiwani. Realizm i duży poziom prawdopodobieństwa w połączeniu z wysokim poziomem gry aktorskiej to główne atuty tego filmu, i jednocześnie jest to znak, że Hiszpanie z pewnością zastąpią w najbliższym czasie Azjatów na piedestale mistrzów filmowego horroru.

75


„Teleportacja. Kontrola umysłu. Niewidzialność. Plan astralny. Mutacja. Reanimacja. Zjawiska, które istnieją na granicach nauki uwalniają swoją niezbadaną siłę…” – oto część hasła reklamującego serial J.J. Abramsa pt. „Fringe: Na granicy światów”, którego pierwszy sezon właśnie ukazał się na płytach DVD. Czy prawdziwy fan horroru może się nie dać uwieść takiemu opisowi?

Cóż, nawet jeśli ma dość silną wolę, aby z jakichś powodów odmówić sobie oglądania „Fringe”, ja radziłbym jednak żeby się poddał i sprawdził czym pachnie ten serial. Wbrew pozorom nie jest to bowiem ani kolejny mdły „horror młodzieżowy”, ani też łagodny serial sensacyjny wykorzystujący niepokojące hasła wyłącznie po to, aby zwabić spragnionych mocnych wrażeń widzów. Znacznie więcej tu horroru niż w słynnych „Zagubionych”, wcześniejszym serialowym dziecku Abramsa, które tylko rozpoczynało się jak nowoczesna, trzymająca w napięciu opowieść grozy. We „Fringe” nie brak brutalnych, czasem bardzo krwawych momentów, a efektownie budowane napięcie momentami naprawdę nie pozwala oderwać się od ekranu. Podobnie jak w „Zagubionych”, tu też wszystko zaczyna się od samolotu. W pierwszym odcinku jesteśmy świadkami dziwacznego przypadku kiedy to lądujący w Bostonie samolot… całkowicie świeci pustkami. Czy raczej: świeci krwawymi śladami pozostałymi po pasażerach. Szukający rozwiązania tej tajemniczej zagadki agent również wpada w nie lada tarapaty bo kontakcie z nieznanego rodzaju chemikaliami zaczyna… znikać. Misja wyjaśnienia sprawy zostaje powierzona agentce Olivii Dunham (w tej roli urodziwa Anna Torv), którą wspomagać będzie siedzący dotąd w szpitalu psychiatrycznym specjalista od „spraw niewytłumaczalnych”, Walter Bishop (John Noble), a podrywać – młody


Text: Jan Tomkowski

i przystojny syn Bishopa, Peter (Joshua Jackson). W ten sposób poznajemy grupę głównych bohaterów, z którymi przyjdzie nam spędzić wiele następnych godzin.

W przeciwieństwie do wielu innych seriali – w tym także pogmatwanych „Zagubionych” – większość epizodów pierwszej serii „Fringe” można oglądać na wyrywki nie gubiąc się przy tym w spajającej wszystko historii o trzęsącej wszystkimi wydarzeniami ogromnej korporacji. Są to bowiem przede wszystkim spójne pojedyncze historie i tylko w ich tle przewija się od czasu do czasu łączący je temat. Wypada też pochwalić aktorów: Anna Torv świetnie sprawdza się jako urocza twardzielka, uroku nie brak też Joshui Jacksonowi (choć uczucie rodzące się między tymi bohaterami sprawia wrażenie mało ognistego), a John Noble… hmm – jednych bawi, innych denerwuje bo jego geniusz/szaleniec to tak naprawdę nieco mniej udane wcielenie detektywa Monka, przydatne jednak aby od czasu do czasu rozładować nadmiernie tężejącą atmosferę.

Kolejne odcinki nie rozczarowują. Raz bywa bardziej horrorowo, raz – thrillerowo, a jeszcze innym razem – fantastycznie. Mamy więc do czynienia albo z atakami terrorystycznymi, albo z seryjnym zabójcą, albo z takimi atrakcjami, jak mordercze pasożyty, śmiercionośne motyle, potworne efekty eksperymentów genetycznych czy niezidentyfikowane zabójcze substancje. W zasadzie można mieć pretensje do twórców serialu tylko o jedno: serwowane przez nich opowieści na pewno nie należą do wiarygodnych, a przecież reklamowano „Fringe” jako rzecz dziejącą się „na granicy nauki”. Tymczasem nawet największy laik czy naiwniak nie uwierzy przecież w znikającego faceta… Tak czy inaczej, najważniejsze, że przedstawiane tu histo- Pierwszy sezon „Fringe” w wydaniu DVD to rie rzeczywiście trzymają w napięciu i przy- zawodowo wydany box, w który powinien kuwają do ekranu. się zaopatrzyć każdy wielbiciel serialu: oprócz wszystkich 20 odcinków znajdziemy tu też komentarze twórców do trzech epizodów, krótkie ale ciekawe dokumenty z planu telewizyjnego, a także wpadki aktorskie, relację z castingu oraz opowieść o genezie serialu. Całość jest rewelacyjnie zaprojektowana graficznie i opakowana – prawdziwa perła wśród seriali na DVD na polskim rynku. Sezon 1 - Dystrybucja: Galapagos


EDGE OF DARKNESS FURIA (Wielka Brytania, USA 2010) Dystrybucja: ITI Reżyseria: Martin Campbell Obsada: Mel Gibson, Ray Winstone, Danny Huston, Bojana Novakovic

3/6 POCZTAREK VS CZARTORYSKI 4/6 BC: Czym się zawiodłeś? Przecież tak dobrze napisanego filmu sensacyjnego nie było od dawna. Jeśli spodziewałeś się fajerwerków w stylu „Uprowadzonej”, to faktycznie nie dziwię się, że rozczarowanie zagościło w Twoim spragnionym wrażeń serduchu. Mnie uradowały prześwietne dialogi – w rzadko której sensacji z przyjemnością słucha się tego, co do powiedzenia mają bohaterowie. W „Furii” konwersacje wykraczają poza sztampę, kwestie są rozpisane znakomicie. I w tym tkwi siła filmu Campbella! PP: Dialogi? Ja ich nawet nie pamiętam, więc pewnie nie zachwyciły mnie specjalnie. Zapamiętałem tylko te sztywne, jak Mel proszący wszystkich o piwo imbirowe. Nie oczekiwałem może jazdy bez trzymanki, rodem z „24” z Kieferem Sutherlandem, ale liczyłem chociaż na trzymające cały czas w napięciu, mroczne, deszczowe kino. Trailery nastawiły mnie na krwawy dramat policyjny, tymczasem poza otwierającą sceną otrzymałem przegadane, nadmuchane i nudne kino… no właśnie, czego? Bo przecież

Text: Bartosz Czartoryski, Piotr Pocztarek

PP: Bardzo długo czekałem na powrót Mela Gibsona do aktorstwa. Jako reżyser sprawdza się dobrze, nie mam nic przeciwko niemu, kiedy stoi za kamerą, ale Mel to Mel i nie wyobrażam sobie by gwiazda „Zabójczej broni”, czy „Braveheart” zniknęła na zawsze z ekranów. Wychowałem się na jego filmach, tak samo jak na Willisie, czy Stallonie. Od ostatniej produkcji, w której wystąpił w roli większej, niż epizodyczna, minęło przecież 7 lat! Do kin wchodzi właśnie obraz, w którym Gibson zagrał główną rolę. Mowa tutaj oczywiście o „Furii” Martina Campbella. Muszę przyznać, że dawno nie byłem po seansie równie zawiedziony…


intryga, żywe postaci. Poza tym nie dajmy się zwieść, że w „Furii” akcji nie uświadczymy. Przecież scena napaści na Mela i jego córkę jest mistrzostwem na miarę słynnego strzału do kąpiącej się dziewczyny w „Leonie zawodowcu” Bessona. Końcowe rozliczenie się z bandziorami sprawia, że siedzisz na krawędzi fotela, wszak Gibson to człowiek z krwi i kości, a nie superman Neeson w „Uprowadzonej”. No i świetne pierwsze ujęcie w blanie akcji. Utonąłem w odmętach nudnego sku księżyca! Zapowiedź niesamowitych i przewidywalnego do bólu scenariusza. wrażeń wisi przez cały seans. Po Campbellu spodziewałem się dużo więcej – uwielbiam doskonałe „Casino PP: Zgadzam się, problem polega na Royale”. Już nawet „Maska Zorro” bar- tym, że od tego samego momentu, kiedziej przykuła mnie do ekranu! Wydaję mi dy bandzior zastrzelił biedną Emmę, ja się, że reżyser wpadł w pułapkę autore- wiedziałem już, dlaczego tak się stało. make’u – tak to już jest, jak po 25 latach Ta „przewrotna” fabuła mogła robić wraod nowa kręci się nową wersję własnego żenie 25 lat temu, kiedy Campbell kręcił oryginał. Teraz nabrać się na to dadzą dzieła. chyba tylko osoby, które w życiu nie wiBC: Najwyraźniej wyłączyli napisy działy filmu sensacyjnego. Same założew kinie, skoro dialogi nie zapadły Ci nia są mało realne (nie będziemy wnikać w pamięć, lecz mniejsza z tym. Tak jak w szczegóły, żeby nie robić spoilerów), wspomniałem wcześniej – spodziewałeś śledztwo Mela uproszczone i naiwne, się wartkiej, opartej na efektownych nu- chociaż film miał też swoje plusy, jak merach akcji, a dostałeś mroczny, gęsty wspomniana przez Ciebie scena, a także thriller. Klasyczna dysproporcja pomię- rozwiązanie akcji z Jedburghiem i polidzy oczekiwaniami a rzeczywistością. cjantem (mistrzostwo!), ale to jednak było Ale przecież nie czyni to filmu Campbella za mało, żeby widza nie uśpić. Gibson obiektywnie złym, rozpatrzmy go w odpo- wypada świetnie w roli człowieka, który wiednim kontekście. W swojej klasie jest nie ma nic do stracenia, ale do takiego gigantem – fabuła utkana z najdrobniej- „Człowieka w ogniu” to „Furii” jak stąd na szymi szczegółami, inteligentna, mądra Alaskę. No i ostatnia scena… naprawdę


bez większych wad realizacyjnych, ale za to piekielnie nużące i irytujące brakiem siły przebicia. Zabrakło mi tego „pazura” – czegoś, co sprawiłoby, że szukałbym szczęki na podłodze. Jedyny element zaskoczenia, jaki udało się wywrzeć twórcom była tania sztuczka z samochodem i kobietą w roli świadka (łubudubu zza ekranu). Nie tego oczekuję po współczesnym dramacie kryminalnym. Niestety, srogo zawiodłem się na filmie, co do widz jest aż tak tępy, że trzeba mu wykła- którego miałem ogromne oczekiwania. dać zakończenie w taki sposób? Jedyne co mi pozostaje, to uzbroić się w cierpliwość i wierzyć, że Mel powróci BC: Fabuła nie była przewrotna, mimo jeszcze w jakimś wielkim dziele. wszystko „Furia” siedzi głęboko w swoich ramach gatunkowych, ale co z tego? BC: Nie zgodzę się, że „Furia” to film Decydując się na obejrzenie tego filmu, jakich wiele. Właśnie to, co uważasz za decydujesz się na zderzenie z pewnym wady, wyróżnia ten obraz z tłumu – choschematem. Moim zdaniem, jako fana ciażby rezygnacja z akcji na rzecz fabukina gatunków, nie można winić obrazu larnej złożoności. Do mnie przemawia za to, że reżyser gra zgodnie z odgórnymi ten dramat człowieka podstawionego pod zasadami. Powiem więcej – nie zgodzę ścianą, dla którego nie ma już innego wyjsię z Tobą, że „Furia” nie będzie atrakcyj- ścia, jak przeć naprzód. na dla osoby, która w życiu widziała tysiąc filmów sensacyjnych, wręcz przeciwnie! Sądzę, że właśnie koneser takiego kina będzie w stanie w pełni docenić dzieło Campbella. Jasne, również chciałbym zobaczyć, jak Gibson tacha na plecach kamień milowy gatunku i produkuje się dla wiekopomnego dzieła – zaznaczam, że tak nie jest. Co nie zmienia faktu, że „Furia” to cholernie solidna robota. PP: Powstaje tutaj pewien konflikt interesów i pewnie odwieczny dylemat moralny reżyserów – czy zaproponować widzom perfekcyjne rzemiosło, czy też pokusić się o małą rewolucją w sztywnych ramach gatunkowych. „Furia” jest filmem jakich tysiące, nie wnosi w skostniały schemat absolutnie niczego nowego, a jej jedynym znakiem rozpoznawczym może być iskra talentu Campbella. Dzięki niej dostaliśmy dzieło wykonane poprawnie,


.OWAKSIÂ&#x2013;Â&#x153;KAAUTORAPOWIEyCI a$OMNAWYRĂ&#x2021;BACHq 

â&#x20AC;&#x17E;...Nowa powieĹ&#x203A;Ä&#x2021; Stefana Dardy sprawia, Ĺźe nawet w biaĹ&#x201A;y dzieĹ&#x201E; ciarki chodzÄ&#x2026; po plecach. Autor w piÄ&#x2122;knym stylu przebija sukces doskonaĹ&#x201A;ego Domu na wyrÄ&#x2122;bachâ&#x20AC;?

Andrzej Pilipiuk

WWWVIDEOGRAFPL

WWWSTEFANDARDAPL


Dystrybucja: Printel Studio

„Ptaki”, „Psychoza”, „Północ – północny zachód”, „Zawrót głowy” – to tylko niektóre z nich, te najbardziej znane, do których widz wraca najchętniej. Wszystkie nakręcone w Stanach Zjednoczonych. A przecież korpulentny Anglik, zanim wyjechał za ocean w roku 1939, swoje pierwsze reżyserskie kroki stawiał w oj-

czyźnie. Za swój debiutancki film, pomimo dwóch tytułów na koncie, uznawał „Lokatora” (1926). Historię, silnie inspirowaną słynną sprawą Kuby Rozpruwacza, oparł na powieści autorstwa Marie Belloc Lowndes o tym samym tytule, oraz sztuce teatralnej „Who is he?” („Kim on jest?”). Sama Lowndes czerpała ponoć z anegdoty, której prawdziwość trudno dziś zweryfikować, a która sama w sobie stanowi znakomity opis fabuły Lokatora. Otóż malarz Walter Sickert, wprowadzając się do nowego lokum, został powiadomiony przez właścicielkę mieszkania, że poprzednim mieszkańcem pokoju był ponoć sam Kuba Rozpruwacz. Podobnie dzieje się u Hitchcocka: małżeństwo Buntingów wynajmuje pokój okutanemu w szal, tajemniczemu przybyszowi z ulicy, który przejawia niezdrowe zainteresowanie morderstwami młodych kobiet, dokonywanymi w ostatnim czasie na ulicach Londynu. Córka Buntingów, Daisy, pasuje jak ulał do profilu ofiary zabójcy zwanego

Text: Bartosz Czartoryski

Pukanie się z niedowierzaniem w głowę, gdy francuski magazyn filmowy Cahiers du cinema uznał Alfreda Hitchcocka za jedną z największych postaci kina, nie było reakcją odosobnioną. Wydaje się teraz, że racji krytykom zgromadzonym wokół Andre Bazina trudno było nie przyznać – pamiętać jednak trzeba, że angielski reżyser długo musiał czekać, zanim wyniesiono go na piedestał i doceniono walor artystyczny jego filmów. Za kamerą stał od lat 20., a bezwarunkowa miłość Francoisa Truffaut i jego kolegów wyraziła się na łamach Cahiers dopiero trzy dekady później. Koncepcja kina autorskiego zawładnęła umysłami postępowej części krytyki, co poniosło za sobą rewizję sztuki twórców takich jak Fritz Lang, Howard Hawks czy właśnie Alfred Hitchcock. Nobilitacja, której wówczas dostąpili, okazała się w pełni zasłużona, a sam popularny Hitch zdołał potem nakręcić wiele obrazów wielkich lub o wybitność się ocierających – jakby na potwierdzenie słuszności tezy o własnym geniuszu.


(1929). Prócz wspomnianego chwytu realizatorskiego, „Lokator” odsłania jeden z ważniejszych elementów sztuki Anglika – sensualność, zmysłowość zbrodni. Strategia doboru ofiar Mściciela opiera się przecież na jednym kryterium – kolorze włosów, co jest swoistym fetyszem seksualnym.

Mścicielem – jej włosy są koloru złota, co jest powodem niepokojów jej absztyfikanta, detektywa o imieniu Joe. Podejrzewa, że tytułowy lokator może być tym, kogo szuka policja, a Daisy jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Początkowo reżyser miał zamiar pozostawić decyzję co do tożsamości lokatora widzowi, realizując finał dwuznaczny, nie doprowadzając do wyjaśnienia sprawy. Wersja, którą możemy oglądać, nie pozostawia miejsca na spekulacje, lecz nie umniejsza to w żadnym razie maestrii konstrukcji fabularnej „Lokatora”. W każdym razie, korzystając z dobrodziejstw trzymającej w napięciu historii, mistrz suspensu dokonuje doskonałego zmylenia widza, nie dając od razu jasnej odpowiedzi kim jest lokator i nie precyzując motywów jego działań aż do ostatnich sekund filmu. A nawet, gdy już widz wie, kim rzeczywiście jest lokator grany przez Ivora Novello, nie może być pewien jego losu. Już pierwsze sceny, zrealizowane jako ciąg powiązanych ze sobą zdarzeń, obrazujących proces obiegu informacyjnego (od momentu odkrycia ciała do chwili sprzedaży gazet z sensacyjną wiadomością) charakterystyczne są dla dojrzałego kina Hitchcocka. Podobny zabieg formalny powtórzy zresztą w „Męce milczenia”

W warstwie formalnej „Lokatora” widoczne są również wpływy ekspresjonistycznych reżyserów niemieckich – Hitchcock korzysta z wirażowania, oświetleniem buduje klaustrofobiczny nastrój, podkreślany dodatkowo przez pozycjonowanie kamery. Podtytuł filmu brzmi „A Story of the London Fog” („Historia londyńskiej mgły”) i właśnie mgła stanowi nieodłączny element scenografii złowieszczego Londynu początku wieku. W kolejnych latach działalności, Hitchcock poświęcił się realizacji niezbyt udanych adaptacji sztuk teatralnych i chyba jedynie „Męka milczenia” i „Morderstwo” godne są odnotowania. Oba filmy zachwycały szczególnie wykorzystaniem dźwięku. Mistrz suspensu stworzył w nich podwaliny do przedstawienia monologu wewnętrznego w kinie (głos oderwany był od postaci przedstawionej na ekranie) oraz fenomenalnie operował efektami dźwiękowymi poza scenami dialogowymi. Hitchcock w 1933 podpisał umowę z brytyjskim oddziałem francuskiej firmy Gaumont, dla której pierwszym zrealizowanym obrazem był „Człowiek, który widział za dużo” (1934) – jedyny film, który Hitch zrealizował ponownie w późniejszych latach kariery. Wersję z Doris Day i Jamesem Stewartem z 1956 roku reżyser uznał za lepszą, pierwowzór


oceniając jako „dzieło utalentowanego amatora”. Nie zmienia to faktu, że właśnie w „Człowieku...” wyraźnie zaznaczył się jeden z motywów przewodnich kina Hitchcocka – jednostka zostaje wplątana w aferę kryminalną. Co więcej, owa jednostka nie jest profesjonalnym detektywem czy policjantem, należy do kręgu szarych obywateli. Hitchcock widział w takim zabiegu szansę na zerwanie ze schematem gatunkowym. Osadzenie żółtodzioba jako bohatera śledztwa dawało nowe możliwości fabularne, gdyż bohater nieobeznany ze światem zbrodni, inaczej nań reagował niż doświadczony glina, dokonywał innych wyborów. Sam reżyser określał swoje ówczesne filmy jako melodramaty, których główna oś fabularna opiera się na zbrodni. Gwoli ścisłości, w opisywanym dziele zagubionych jest małżeństwo: Jill i Bob Lawrence. Na wakacjach w Szwajcarii, ich przyjaciel Luis zostaje zastrzelony podczas tańca z Jill. Przed śmiercią zdąży jeszcze przekazać im informacje o miejscu pobytu tajnych planów dotyczących zamachu w Londynie. Aby uciszyć Lawrence’ów, spiskowcy porwą ich córkę. Małżeństwo nie pozostanie bierne w obliczu trudnej sytuacji – Jill i Bob wracają do Londynu, biorą sprawy w swoje ręce. Próbują odszukać Betty i zapobiec morderstwu.

wanie psalmów w kościele, sekwencja u dentysty) choć nie są w stanie odwrócić uwagi od powolnego rytmu narracji, nieco ubogiej w napięcie towarzyszące późniejszym filmom mistrza suspensu. Na „Człowieka...” patrzeć trzeba z pewną dozą wyrozumiałości ze względu na często niefortunne rozwiązania montażowe (zwłaszcza w końcówce) i nierówne aktorstwo. Peter Lorre, aktor obdarzony ogromną charyzmą i talentem, występuje tutaj w swoim pierwszym anglojęzycznym filmie, podczas gdy sam umiał powiedzieć zaledwie kilka słów po angielsku. Przekuwa to jednak na swoją zaletę. Kwestii nauczył się fonetycznie, co w połączeniu z charakterystyczną blizną na twarzy daje piorunujące wrażenie i stwarza niezapomnianą kreację. Lorre z powodzeniem będzie kontynuował swoją karierę już w Hollywood, występując między innymi w „Casablance” i „Sokole Maltańskim” u boku Humphreya Bogarta.

„Człowiek, który wiedział za dużo” jest intrygą szpiegowską w dużej mierze polegającą na efektownych numerach, brakuje jej jednak wewnętrznej harmonii. Hitchcock często opierał swoje filmy na epizodach, swoistych „minifilmach” łączonych w dłuższą całość, spajaną przez główną intrygę. Pojedyncze sceny faktycznie mogą zachwycić (śpie-

Dla Hitchcocka, podobnie jak „Lokator”, „Człowiek, który widział za dużo” okaże się kolejnym sukcesem finansowym, umożliwiającym mu podjęcie nowych wyzwań. Wśród nich znajdzie się „39 kroków”, adaptacja powieści Johna Buchana, drugi obraz zrealizowany dla Gaumont. W nim zaprezentuje bodaj po raz pierwszy koncept MacGuffina.


THE DEVIL S CHAIR KRZESŁO DIABŁA Wielka Brytania 2006 Dystrybucja: Dream Films Reżyseria: Adam Mason Obsada: Andrew Howard Elize Dli Toit Matt Berry David Gant

X X X

Text: Łukasz Radecki

X X

Wszystko zaczyna się, gdy poznajemy Nicka Westa, młodego mężczyznę, który zapowiada nam, że opowie nam historię o ludziach, którzy przez niego zginęli. Chwilę później widzimy wszystkich głównych bohaterów konających w kałuży krwi na podłodze jakiegoś magazynu. A za chwilę mamy się dowiedzieć, jak do tego wszystkiego doszło... Teoretycznie Nick wraz ze swoją dziewczyną Sammy po zażyciu umilających życie plasterków udaje się do opuszczonego szpitala psychiatrycznego Blackwater. Tu znajdują stare krzesło elektryczne, które staje się przyczyną zgonu dziewczyny. Nick zostaje oskarżony o zabójstwo i trafia na cztery lata do zakładu psychiatrycznego - pod opiekę wybitnego psychiatry doktora Willarda, który postanawia zabrać Westa do ruin Blackwater, by tam odnalazł podłoże swojej traumy.

Tu okazuje się, że diabelskie krzesło przenoszące ludzi do innych wymiarów, naprawdę istnieje… Naprawdę? To właśnie może być głównym powodem, dla którego film wywołuje kontrowersje, czy też wręcz staje się powodem niechęci innych. Te dwa słowa spinające poprzedni akapit – „teoretycznie” i „naprawdę”. Co do tego nie możemy mieć żadnej pewności. Historię opowiada nam wariat, który przeżył zbyt wiele, który sam mówi, że nie będzie tu nic, w co moglibyśmy uwierzyć, ale skoro to oglądamy, to na pewno kojarzymy tytuły typu „Hellraiser” i właśnie takich emocji oczekujemy. Mason perfidnie bawi się widzem. Pokazuje różne wydarzenia, buduje stopnio-

Wobec Adama Masona należałoby użyć sformułowania człowiek niezwykły, rzadko kto bowiem potrafi wywołać tak kontrowersyjne i rozbieżne opinie na temat swoich filmów jak właśnie on.

92


wo napięcie, snując mroczną opowieść o demonicznych eksperymentach, jednocześnie pozwalając Nickowi komentować to wszystko spoza planu. Co więcej, komentarze Nicka z czasem stają się coraz bardziej agresywne, także w stosunku do widza i jego inteligencji. Bo też i jak poważnie podejść do przerażających demonów z innego wymiaru goniących za półnagą kobietą i próbującego powstrzymać to wszystko szalonego starca i napakowanego macho? Ocieramy się tutaj o kicz i nikt tego nie ukrywa. Wręcz przeciwnie, Mason ustami Nicka szydzi z konwencji. Pozostaje pytanie - po co? Po to, by na sam koniec pokazać nam prawdę. Która nie jest już ani zabawna, ani groteskowa. Mason pokazuje tym filmem, że potrafi doskonale grać z widzem. Bawi się konwencjami, ujęciami, perfekcyjnie dostosowuje muzykę. Rewelacyjnie wypada świat po drugiej stronie wymiaru, mogący przypominać nieco szpital z „Silent

Hill”. Reżyser potrafi tworzyć napięcie w sposób subtelny, kiedy jednak trzeba, zalewa ekran litrami krwi. Co chwilę jednak puszcza oko do widza, któremu nie zawsze może odpowiadać aż taki mętlik i następujące błyskawicznie zwroty fabularne i gatunkowe. Nie każdy też lubi być oszukiwany, jak to miało na przykład miejsce w filmie „Blady strach”. Tu dodatkowo jesteśmy jeszcze wyśmiani... Dlatego trudno polecić ten obraz każdemu. Na pewno mogę polecić go tym, którzy mają dystans zarówno do horroru, jak i do siebie. Ci mogą być nawet zachwyceni.

93


z całej Polski. Do festiwalowego konkursu przyjęto 13 filmów z 27 zgłoszonych. Oprócz tego zostały zorganizowane warsztaty filmowe z charakteryzacji, montażu o pracy z kamerą – operatorskie. W skład konkursowego juru wchodzili: Krzysztof Spór (redaktor naczelny portalu Stopklatka), Grzegorz Mostowicz–Gerszt (aktor), Sylwester Zdobylak (producent filmowy i muzyczny) oraz Adam Kwiatek (montażysta min. serialu „Naznaczony”). Po obejrzeniu filmów konkursowych jury przyznało: I miejsce ex aequo filmy: SPEKTAKL w reż. Michała Stenzla CAMERA OBSCURA w reż. Krzysztofa Madeja II miejsce JAŚ I MAŁGOSIA w reż. Macieja Łysiaka

W sobotę 10 kwietnia w okolicach budynIII miejsce ków byłego zakładu włókienniczego można ŁOWCA ZOMBIE dostrzec dziwne postaci. Kilka w dziwnych w reż. Pawła Palenicy strojach kilka z poranionymi, ociekającymi krwią twarzami przemykają wzdłuż wyróżnienie budynków. Nie jest ich wiele. Chronią się KRÓLOWA ŚNIEGU w budynku miejscowego kina. Kilkanaście w reż. Dawida Woźnicy osób decyduje się na bezpośrednią konfrontację... Już wiadomo, że za rok kolejny festiwal. Tym razem nie tylko dla amatorów, ale też To przedstawiciele polskiego garnizonu dla twórców niezależnych, posiadających „Legionu 501” popularyzujący filmową se- wykształcenie czy tez zajmujących się prorię STAR WARS. Ubierają się w wykonane dukcja filmową zawodowo. przez siebie stroje, odpowiednie do postaci z filmowej sagi. Wśród nich jest człowiek I tu nasuwa się pytanie. Czy to właśnie pustyni (tusken) z Tatooine wzbudzają- te postacie widział Hanzoiner, Di Filipusem cy chyba największe zainteresowanie ze zwany? Czy to o tym wydarzeniu mówił względu na dziwną fizjonomię. Postacie Naliwko? A może cyfry 4 2 0 1 0 oznaczają z pokiereszowanymi twarzami to uczestni- co innego? cy warsztatów charakteryzacji organizowanych w ramach I Festiwalu Filmów Fanta- Jedno jest pewne, początkiem kwietnia stycznych i Horrorów. w Bielawie na pewno „się działo” i najprawdopodobniej się tak będzie działo przez kilDwudniowa impreza przyciągnęła twórców kanaście lub kilkadziesiąt kolejnych lat…

Artykuł za „Insomnia - Badacze Historii”

Nastał kwiecień. Osoby, które zaznajomiły się z historią mieszkańca Bielawy Zygmunta Naliwko i niemieckiego wizjonera Filipa Hanzoinera, mieszkającego w tym mieście przed wojną, oczekiwały na rozwój wydarzeń. Pierwsze oznaki pojawiły się na słupach ogłoszeniowych. Zdjęcia, przypominające te, znalezione w domu Di Filipusa porozwieszano na słupach w całym mieście. Przypadek czy może jednak zapowiedź zapowiedzianych zdarzeń? Latające talerze nad wieżą kościoła i stojąca na ubitej drodze grupa postaci zmuszała do myślenia. Czy to nie świadomi niczego mieszkańcy, czy może istoty w ludzkich ciałach szykujące się do krwawej inwazji. Coraz więcej dyskutowano o tym „w mieście”. Czy to niefrasobliwość czy może specjalne działanie mające wzmocnić psychozę ogarniającą mieszkańców. Bielawa już wiele widziała i wiele „przeżyła”, ale co będzie teraz??


[ Wiersze niepokojące ]

Wiersze niepokojące Paweł Mateja Szept

gałęzie drzew są suche, szponiaste niebo ciężkie i ciemne się kłoni wejdą przez okno do twego pokoju wrzasną! niechaj już zasnę księżyc z księżyca spuszczono linę w dół po niej schodzi kształt-widmo-licho cicho! coś za plecami trzeszczy i płacze nie patrz, wszak mary są szybsze od wzroku cicho spłyną za szafę znów na chwilę masz spokój nim coś znów wrzaśnie księżyc nie gaśnie, mrok kręci smugi jak dym z fajki pradziada ojcze, tyś tutaj? biada! nie gadaj nic, niech już zasnę

97


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Szept II prowadźcie mnie szepty otwórzcie mi oczy cień spływa skórę moczy pot budzę się jak znikąd wróciłem pod niebo grafit i purpura wezmę kawał sznura, pętle zarzucę może sięgnie nieba do głębi infinitu wspinać mi się trzeba gdzie być pragnę? serce – czemu drżące? prowadźcie mnie szepty pokażcie gdzie kroczyć

98


[ Wiersze niepokojące ]

Szept III popatrz jak ciemno w kącie się kuli coś, co dostrzeżesz tylko w odbiciach nie patrz przez lustro nie wiesz być może pamiętaj, w nocy nie patrz w odbicia nie słuchaj szeptów nie czekaj zmory gdy zaśniesz siądzie ci na kolanach i siedzieć będzie szepcząc do rana nie wychodź z łóżka bez twej pomocy drzwi się przemienią w bramy nie z świata lepiej znów zaśnij i czekaj rana nie wrócisz zamknie się brama

99


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Szept IV

dziadzie, zgubiłeś fajkę? i na złość twarz mi zmieniłeś dusza się w oknie odbija nie poznaję biada! cicho, nie gadaj ciemno i smętno zgubiłeś fajkę, ja siebie szukaj po smudze, jak ja po śladach biada! czemu tak gadasz? i po coś wstawał? było ci wracać do żywych? mnie za martwymi się skradać?

GRABARZ POLSKI Grabarz Polski #22 Korekta: Wojciech Lulek Grafika, skład, łamanie: Tizzastre Bizzalini Reklama, Patronaty i Współpraca: Bartek@grabarz.net | Wojtek@grabarz.net

Chcesz współtworzyć Grabarza? Napisz do nas!

100

www.Grabarz.net | www.Grabarz.net/Forum


Grabarz Polski - Nr 22