Issuu on Google+

13

#

WYWIAD Z KEVINEM TENNEYEM NIGHT OF THE DEMONS & WITCHBOARD WYWIAD Z JAKUBEM MAŁECKIM BLAIR WITCH POCZTAR CZĘŚĆ 2 PRZEKLĘTE LATA 50. CZĘŚĆ 5 FILMY: Brain Dead, Pinocchio’s Revenge KSIĄŻKI: Ciało obce, Ciemność płonie, Czarny anioł, Fungus, Przemytnik cudu, Puzzle, Święty Wrocław AUDIOBOOK: Morderca bez twarzy JERZY A. KOZŁOWSKI „STRIPTIZ MACABRE” (OPOWIADANIE) WIERSZE NIEPOKOJĄCE - LEON KIEP


Rozmawiał: Bartłomiej Paszylk

Bądźmy szczerzy: filmy Kevina Tenneya raczej się toleruje niż uwielbia; dobrze smakują z popijanym wieczorem piwem, ale nie opowiada się o nich kumplom przez następne pół roku; wreszcie – powstają już od ponad 20 lat, ale nigdy nie otarły się o prawdziwy sukces finansowy. Wszystko to wydaje mi się trochę niesprawiedliwe. W końcu Tenneyowi udało się stworzyć dwie porządne serie grozy („Noc demonów” i „Witchboard”), nigdy nie bał się ładować w mocno dziwaczne klimaty (jak np. w filmie o zabójczym drewnianym ulubieńcu dzieciaków: „Zemście Pinokia”), zawsze potrafił stworzyć ciekawą atmosferę, a z kamerą lubił sobie poszaleć (pod tym względem nawet dość okropne „Spotkanie 2” robi wrażenie). No i nawet poza formułą horroru zdarzało mu się tworzyć rzeczy urocze, czego najlepszym przykładem pokręcony, pełen humoru thriller „Tik-tak” sprzed dziewięciu lat. Najnowszy horror Tenneya – nieco zmyłkowo zatytułowany „Brain Dead” – to jedno z jego najlepszych dokonań, choć dla tych, którzy lubią jak o żywych trupach opowiada się na poważnie i bez golizny będzie to oczywiście ostre przegięcie...


Nie boisz się, że ludzie będą mylili twój nowy film z tak samo zatytułowanym horrorem Petera Jacksona albo surrealistycznym thrillerem Adama Simona?

podziału na podgatunki kina grozy to rzeczywiście najbliżej “Brain Dead” do filmów o zombie. Ale moim zdaniem to rzeczywiście coś więcej, dodaję tu zupełnie nowe tło, a moje potwory nie zawsze zachowują się tak, jak inne żywe W Stanach film Jacksona wyświetla się trupy. pod tytułem “Dead Alive” więc tu nie będzie problemu. A w innych krajach Efekty specjalne w “Brain Dead” – któnależałoby zmienić tytuł mojego filmu re przygotował Gabe Bartalos (znany na “Dead Alive” i będzie po sprawie chociażby z pracy nad “Darkmanem” (śmiech). Thrillerem Adama Simona i “The Cave”) – są wykorzystywane bym się nie przejmował, myślę, że mało znacznie częściej niż w twoich wcześkto go widział. A poza tym, zrobiłem już niejszych filmach. Miałeś problemy przecież kiedyś „Peacemakera”, a po- z opanowaniem tego wszystkiego? tem “Endangered Species” i z tego co wiem nikt ich nie mylił z bardziej znanymi Podstawowy problem polegał na braku filmami o tych samych tytułach. funduszy – mieliśmy bardzo niski budżet a zaplanowaliśmy ogromną ilość “Brain Dead” jest reklamowany jako niełatwych do uzyskania efektów. Gabe “wymyślny, ostry, krwawy i wywołu- dostał jednak całe cztery miesiące na jący koszmary horror, który kiedyś przygotowanie sobie wszystkiego co zostanie okrzyknięty kultowym”. trzeba, a poza tym bardzo szczegółowo Pięknie. No i brzmi to jakbyś uważał, omówiliśmy każdą sekwencję więc wieże oto nakręciłeś swój najbrutalniej- dział dokładnie w jaki sposób poukrywać szy film... każdą rurkę i każdy sznurek. Poza tym Gabe sam wyreżyserował ostatnio film Zdecydowanie tak! Jest tu jeszcze wię- pt. “Skinned Deep”, co sprawiło, że myśli cej krwi, flaków i golizny niż zazwyczaj. już teraz o każdej scenie z efektami nie Ale jest też sporo humoru. A przy tym jest tylko jako twórca tych efektów, ale taktu scena, w porównaniu z którą słynny że jako reżyser. Wszystko więc wygląda numer ze szminką w „Nocy demonów” pięknie, a do tego zostało bardzo sprawto wesoła dobranocka. No więc tak, nie przez niego przygotowane. powstał „wymyślny, ostry, krwawy i wywołujący koszmary horror, który kiedyś Zawsze przywiązywałeś dużą wagę do zostanie okrzyknięty kultowym”. Czego ścieżki dźwiękowej w swoich filmach. więcej można chcieć od filmu grozy? Jak oceniasz tę do “Brain Dead”? To według ciebie wciąż przede wszystkim film o zombie czy jednak coś więcej? Wymieszałeś w „Brain Dead” mnóstwo horrorowych elementów...

Mam nadzieję, że udało nam się osiągnąć ten sam poziom, co w przypadku ścieżki dźwiękowej do “Witchboard” i “Nocy demonów”. Jej kompozytorem jest mój brat Dennis, który stworzył też Gdyby się trzeba trzymać tradycyjnego oprawę do większości moich wcześniej-


szych filmów, ale wcześniej wspólnie nów”? omawialiśmy cały koncept. Do “Nocy demonów” nie posiadam praw “Witchboard”, “Tajemnicza piwnica” więc nie mam pojęcia co jeszcze czei “Noc demonów” to twoje najsław- ka tę serię (na październik tego roku niejsze filmy z lat 80. Który z nich zaplanowana jest premiera przeróbki sprawdza się według ciebie najlepiej pierwszego filmu w reżyserii Adama jako horror? Gierascha – przyp. BP), ale moja spółka Prodigy Entertainment zakupiła jakiś Myślę, że najstraszniejszy jest “Witchbo- czas temu prawa do serii “Witchboard”, ard” bo najbliżej mu do rzeczywistości, i planujemy stworzenie w najbliższym ale “Noc demonów” jest bardziej krwa- czasie remake’u z wyższym niż wcześwa i więcej się w niej dzieje, a przy tym niej budżetem. też jest w niej coś niepokojącego. „Tajemnicza piwnica” to obciach, absolutna Twoim pierwszym filmem spoza gaporażka, choć moja trzynastoletnia cór- tunku kina grozy był “Peacemaker”, ka uważa, że całkiem dobrze straszy... który po premierze oskarżano o zapoMoże ja się po prostu nie znam? życzanie pomysłów z “Terminatora”, “Ukrytego” czy “Gwiezdnego przybyWyreżyserowałeś “Witchboard” i jego sza”. Faktycznie pożyczyłeś pomysły drugą część, ale “Witchboard III: The z tych filmów czy przez przypadek Possession” zostawiłeś już innemu niektóre sceny wypadły podobnie? reżyserowi mimo, że napisałeś do tego filmu scenariusz. Dlaczego? „Gwiezdny przybysz” to dobry film, ale gdzie tu podobieństwo do „PeacemaWytwórnia Republic Pictures chciała kera”? Wiem, że Joe Bob Briggs porówkręcić “Witchboard III” w Kanadzie, co nywał swego czasu te filmy, ale chyba oznaczało, że musieli też zatrudnić ka- nie robił tego na poważnie, raczej chciał nadyjskiego reżysera. Fakt, napisałem się pośmiać z “filozoficznego przesłania” scenariusz razem z Jonem Ezrinem, ale “Gwiezdnego przybysza”, albo z tego, to był generalnie jego pomysł, nie mój, że brakowało w nim prawdziwej akcji, i moim zdaniem było w nim pełno dziur. jakiejś porządnej rozwałki. Zresztą Joe Ja napisałem pierwszą połowę scenariu- Bob uznał potem “Peacemakera” za sza (do momentu kiedy główny bohater jeden ze swoich dziesięciu ulubionych zostaje opętany), a Jon napisał resztę. filmów 1990 r. A co do “Terminatora”, to Nie wiedząc o tym, jeden z recenzen- podobieństwa tak naprawdę utrudniały tów ocenił pierwszą połowę filmu na trzy mi sprzedanie scenariusza do „Peacegwiazdki, a drugą na jedną gwiazdkę. makera” bo uważano, że faktycznie jest Jeff Geoffray, jeden z producentów, żar- ich zbyt wiele. Z kolei wytwórnia 20th tował potem, że prawdopodobnie to ja Century Fox bardzo pozytywnie oceniła pisałem tę recenzję. mój scenariusz, ale uznała, że za bardzo przypomina “Alien Nation”, który mieli Wrócisz jeszcze kiedyś do serii akurat wypuszczać. Potem pojawił się “Witchboard” albo do “Nocy demo- “Ukryty” i wszyscy porównywali go do


“Terminatora”, ale to nie przeszkodziło Za twój najlepszy film uważa się czępojawianiu się pozytywnych recenzji. sto thriller “Tik-tak” z 2000 roku. Co ty I wtedy dopiero ponownie zainteresowa- o nim myślisz? no się też “Peacemakerem”. Tak, to zdecydowanie mój najlepszy film A więc nie, “Gwiezdny przybysz” mnie i cieszę się, że udało nam się go skońnie zainspirował, w każdym razie nie czyć, choć zabrało mi to siedem lat i muw jakiś oczywisty sposób, a że mój sce- siałem się zgodzić na budżet w wysokonariusz powstał na długo przed premierą ści miliona dolarów. „Ukrytego”, to i on nie mógł być inspiracją. “Terminatora” uwielbiałem więc Na przestrzeni lat pracowałeś z całym pewnie jakoś na mnie wpłynął, ale prze- mnóstwem prawdziwie kultowych de wszystkim szukałem pomysłu, który aktorów, na przykład z Tonym Lo pozwoliłby mi na zrobienie filmu, który Bianco (znanym z “God Told Me To” byłby pełen akcji, a nie wymagałby za- Larry’ego Cohena), Robertem Fortrudniania wielu statystów. Wymyśliłem sterem (“Aligator” Lewisa Teague’a więc dwóch głównych bohaterów, którzy czy “Jackie Brown” Quentina Taranbyli nieśmiertelni i dzięki temu nie mu- tino) albo Johnem Rhysem-Daviesem siałem zanadto rozszerzać obsady. No i (filmy o Indiana Jonesie i „Władca wydawało mi się, że dobrze będzie zmu- pierścieni”). Zdarzyło się kiedyś, sić publiczność do zastanawiania się, że któreś aktorskie ego nie chciało się który obcy jest dobry a który zły. James zmieścić w formacie twojego filmu? Cameron zrobił potem coś podobnego w “Terminatorze 2”, gdzie przez pierwsze Nigdy. Wszyscy aktorzy, których wy40 minut trzeba było zgadywać czy Ar- mieniłeś byli świetni. Rewelacyjnie się nold jest tym razem zły czy dobry. My- z nimi współpracowało i bardzo chętnie ślisz, że mój film go zainspirował? znów bym coś z nimi nakręcił. Zresztą z Robertem Forsterem zaprzyjaźniliSpytam o to Camerona przy najbliż- śmy się i ciągle jesteśmy w kontakcie. szej okazji... A wracając do tematyki W parę lat po nakręceniu „Peacemakescience fiction w twojej filmografii: ra” Robert zaprosił mnie i moją żonę na po „Peacemakerze” zabrałeś się za hollywoodzką premierę “Jackie Brown” „Spotkanie II”. Trudno było nakręcić – świetnie się na niej bawiliśmy. kontynuację lubianego przez fanów gatunku filmu Davida Twohy’ego? Można odnieść wrażenie, że wielu reżyserów nie przepada za nagrywaBudżet Twohy’ego wynosił 22 miliony niem komentarzy do swoich filmów dolarów, a mój – 5 milionów. Więc tak, wydawanych na płytach DVD. Ty było to niełatwe. I nie byłem zadowolo- masz chyba jednak inne podejście? ny z rezultatu. Ale jak się weźmie pod Słuchałem Twojego komentarza do uwagę warunki, na których musieliśmy „Nocy demonów”, gdzie wyraźnie pracować, to myślę, że i tak poszło nam słychać, że cieszysz się mając precałkiem nieźle. tekst do ponownego obejrzenia tego filmu...


Nagrałem jak dotąd dwa komentarze: do filmów “Witchboard” i “Noc demonów”, które wydano z okazji ich 20-lecia. To była świetna zabawa bo ani ja ani producent nie widzieliśmy żadnego z nich od lat. Przypominało to spotkanie ze starymi kumplami ze szkoły i wspominanie pięknych czasów młodości. Pewnie nie o wszystkich filmach rozmawiałoby mi się jednak tak przyjemnie. W przeszłości dość często porównywano cię do Sama Raimiego z okresu kiedy kręcił takie filmy jak „Martwe zło”. Odbierałeś to jako komplement czy denerwowało cię, że ludzie postrzegają cię jako „kopię” innego reżysera? Sam to niesamowity filmowiec, w życiu bym nie pomyślał, żeby się wkurzać kiedy ktoś mnie z nim porównuje. Chciałbym tylko żeby otrzymywane przez nas czeki też były ze sobą porównywalne...

dotąd fani są zazwyczaj zadowoleni z tego, co robię. Wiem, że od pewnego czasu twoja wytwórnia Prodigy Entertainment przymierza się do nakręcenia thrillera pt. “The Board”. Zajmiesz się jego wyreżyserowaniem? Od kiedy kupiliśmy prawa do serii “Witchboard”, na pierwszym planie stawiamy ukończenie przeróbki pierwszego filmu. A “The Board” może się potem ukazać jako sequel tej przeróbki. Napisałem ten scenariusz wiele lat temu i miała to być wówczas kontynuacja oryginalnego “Witchboard”, na tyle jednak różniła się od niego stylem i tonem, że poproszono mnie o napisanie “Witchboard 2”.

O każdym z twoich filmów pisze się, że należą do klasy B. Nie miałeś kiedyś ochoty nakręcenia jakiegoś poważnego filmu należącego do głównego nurtu, choćby tylko po to żeby Twoje filmy zawsze zbierały bardzo udowodnić, że potrafisz to zrobić? mieszane recenzje: fani horroru je chwalili, a krytycy niezwiązani z ga- W college’u napisałem i wyreżyserowatunkiem regularnie się na nich wyży- łem krótki dramat o wojnie w Wietnamie wali. Czy te negatywne recenzje spra- zatytułowany “War Games” i zdobył on wiały ci większą przykrość w latach Nagrodę Emmy. Później, już na studiach, 80., kiedy zaczynałeś kręcić filmy, czy napisałem i wyreżyserowałem mroczną teraz, kiedy jesteś już doświadczo- komedię o ponownym przyjściu Chrynym reżyserem? stusa pt. “The Book of Joe”, co z kolei zapewniło mi trzyfilmowy kontrakt z IvaOczywiście przyjemniej czyta się pozy- nem Reitmanem, twórcą m.in. „Łowców tywne recenzje, ale te złe są czasem duchów” i „Szarż”. Szybko przekonałem bardzo zabawne i nieraz zaśmiewałem się jednak, że nie jestem mistrzem jesię podczas ich lektury, nawet kiedy śli chodzi o zawieranie kompromisów uważałem, że są niesprawiedliwe i obra- i że nie najlepiej pracowałoby mi się nad żają mój film. Ale tak szczerze mówiąc, wysokobudżetowymi projektami w Hollykiedy wiem, że mój film podobał się wood, a więc zostałem skazany na kino grupie wielbicieli, recenzje nie mają aż podziemne. A poza tym, bardzo lubię takiego znaczenia. A na szczęście jak kino klasy B. Ty nie?


Text: Łukasz Radecki

Na początek banał. Filmy dzielą się na dobre, złe i tak złe, że aż dobre. Istnieje jeszcze kategoria najbardziej pojemna, niezwykła i niezrozumiała, w której mogą się zmieścić wszystkie z powyżej wymienionych jak i przeróżne krzyżówki. Wystarczy, że znajdzie się grupka zapaleńców, którzy obejrzą dany film jako jeden z pierwszych w życiu, lub w innym wariancie zobaczą obraz, który wyjątkowo czule potrąci sekretne struny wrażliwości w ich duszy. I tak oto rodzą się filmy kultowe.

8

Filmy kultowe dość często przeradzają się w serie (choć to trochę ciąży na ich kultowości – kult jest zazwyczaj niepowtarzalny). W seriach tym bardziej nie jest istotne kto, po co, na co i z kim. Ważne by nie popsuć schematu, by pokazać ulubionych bohaterów, zrobić wszystko jak najbliżej oryginału i lecieć do kasy po pieniążki, a potem do tłumów rozradowanych wielbicieli. Dobrym przykładem takiego podejścia jest cykl „Night of the Demons”.

Historia zrodziła się w głowie scenarzysty Joego Augustyna, człowieka, który poza tym napisał jedynie scenariusz do sequela i dwóch kiepściutkich filmów „Exit” i „Night Angel”. Udało mu się jednak stworzyć opowieść na tyle interesującą, że przy współpracy z reżyserem Kevinem Tenneyem powstała w 1988 roku pierwsza odsłona. Dziewiątego września po raz pierwszy


poznaliśmy historię przeklętego Hull House. Jest to opuszczony dom pogrzebowy, w którym przed laty doszło do tragedii. Właściciel oszalał i wymordował swoją rodzinę. Takie domy, jak to uczą nas horrory, przyciągają roześmianych nastolatków, którzy radośnie pakują się w problemy. Tak też jest i tutaj. Grupka przyjaciół postanawia w wyjątkowy sposób spędzić Halloween i organizuje sobie imprezę w Hull House. Dla stworzenia odpowiedniego klimatu zapraszają do siebie Angelę, koleżankę o dość specyficznym wyglądzie i upodobaniu do czarnej magii. Zabawa szybko przeradza się w koszmar, gdy młodzież nieopatrznie budzi Zło śpiące w piwnicy. Z krematoryjnego pieca wydobywa się demon, który opętuje kolejnych nastolatków. Zaczyna się zaciekła walka o przetrwanie. Jak widać, nie ma w filmie nic, czego nie odnaleźlibyśmy w innych produkcjach. Pozornie. Wymieszanie grozy z czarnym humorem, specyficzny klimat lat 80., za-

znaczony tu szczególnie dobrze dobraną muzyką, uczyniły z obrazu mieszankę bardzo przyjemną i lekkostrawną. Jeśli dorzucimy do tego niezłe efekty specjalne i udaną charakteryzację możemy już mówić o filmie niezłym w swoim gatunku. Sądzę jednak, że o kultowości „Nocy Demonów” zadecydowała Mimi Kinkade, która brawurowo wcieliła się w rolę mrocznej koleżanki Angeli. Jest to rólka dość przewidywalna, niemniej Mimi potrafi skupić na sobie całą uwagę, niezależnie czy ukrywa się pod maską demonicy, czy też czaruje naturalnym wdziękiem. Film stał się niemal natychmiast kultowym i równie oczywiste w tym momencie stało się nakręcenie kontynuacji. A ten pojawił się w 1994 roku. Scenariusz znów napisał Joe Augustyn, w rolę Angeli ponownie wcieliła się Amelia Kinkade, za kamerą stanął specjalista kina eksploatacji, Brian Trenchard-Smith. To się musiało udać. I teoretycznie tak się stało. Teoretycznie, bowiem cykl został w tym

9


momencie wpędzony w kozi róg. „Night of the Demons 2: Angela’s Revenge” popełnia bowiem wszystkie grzechy sequela. Wszystko jest jak w części pierwszej, tyle że trochę bardziej, a przy tym gubi się gdzieś logika i sens przyczynowoskutkowy. Znów zbliża się Halloween i grupka młodzieży ze szkoły przyklasztornej postanawia spędzić wieczór w wyjątkowy sposób, a więc pijąc i oddając się rozkoszom cielesnym w opuszczonym domu pogrzebowym. Hull House znów objawia swą moc i jeden z uczestników zabawy znika w niejasnych okolicznościach. Przerażenie imprezowicze uciekają z przeklętego domu, niestety, jedna z dziewczyn zabiera ze sobą szminkę, która wystarczy by w ślad za nimi podążyła pałająca żądzą zemsty Angela. Nie wie, że przyjdzie jej się zmierzyć z wyjątkowo waleczną zakonnicą – siostrą Glorią.

że dużo się dzieje. I tak jest w istocie. Akcji nie brakuje, nie brak też specyficznego humoru, który w tej części wysunął się trochę bardziej na pierwszy plan. Poza tym zaś mamy dokładnie powtórkę z rozrywki jeśli chodzi o jakość efektów i klimat historii. Nie powiem, to nie jest kiepski film. Pod wieloma względami jest lepszy od oryginału. W jednej ze scen wykorzystano utwór „Rapture” pochodzący z najwybitniejszej płyty będącego wtedy u szczytu sławy death metalowego Morbid Angel. Kult niewątpliwie wzrósł, jednak uczucie niedosytu pozostaje... To wszystko już było, tylko Mimi Kinkade znacznie się posunęła w latach...

Na trzecią część nie czekaliśmy już tak długo. „Night of the Demons 3: Demon House” ukazała się w 1997 roku i każdy wiedział czego się spodziewać. Tym razem za Jak widać scenarzysta nie dbał o to by napisanie fabuły wziął się Kevin Tenney, coś tu się rozgrywało logicznie, ważne, który dotąd miał na koncie tylko jeden

10


scenariusz do udanego filmu „Witchboard”. Za kamerą stanął Jim Kaufman i machina znów ruszyła, Mimi Kinkade jako Amelia ponownie zaprosiła do siebie grupkę rozbawionej młodzieży... No cóż. I to nie jest do końca prawda. Istotnie, poznajemy dwie dziewczyny, które radośnie paradują nago szykując się do imprezy halloweenowej. Nie dane im jest dotrzeć na miejsce za sprawą awarii silnika. Zostają po drodze przygarnięte przez kolejną grupkę podróżującą vanem. Już w czasie ich krótkiej podróży poznajemy wszystkie zażyłości i antagonizmy. Podczas postoju na stacji benzynowej między młodzieżą a sprzedawcą dochodzi do małego nieporozumienia, które szybko przeradza się w strzelaninę, gdy zjawia się przypadkowy patrol policyjny. Niedoszli imprezowicze rzucają się do ucieczki, ale niestety przestrzelony bak przyczynia się do wylewu paliwa. Pech chce, że pojazd zatrzymuje się przy Hull House. I od tego momentu wszyst-

ko jest już po staremu. Angela ochoczo podejmuje gości. Problem w tym, że jakoś ani ona, ani aktorzy nie mają pojęcia co ze sobą zrobić, a efekty trochę trącą myszką. Trzecia odsłona nie może się zdecydować, w którą stronę popchnąć serię, bo ani humor, dotąd nierozerwalnie związany z serią nie rzuca na kolana i pojawia się szczególnie często, nie dotknie nas ani groza, ani żadne krwawe sceny. Film momentami ociera się o kino akcji, momentami o idiotyzm. Może właśnie dzięki temu seria do dnia dzisiejszego seria nie doczekała się kolejnej kontynuacji. Jeśli miałyby zmierzać w tym kierunku co trzecia odsłona, to bardzo dobra decyzja. Hull House to niewątpliwie ciekawe miejsce, ale jeśli chcecie poznać Angelę, to zajrzyjcie lepiej do pierwszych odsłon. Jestem niemal pewien, że nie będą to wizyty jednorazowe, o ile lubicie relaksacyjne kino grozy z dozą czarnego humoru.

11


NOTD

NOTD 2 NIGHT OF THE DEMONS USA 1988 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Kevin S. Tenney Obsada: Amelia Kinkade Linnea Quigley Billy Gallo Don Jeffcoat

X X X

NIGHT OF THE DEMONS 2: Angela’s Revenge USA 1994 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Brian TrenchardSmith Obsada: Amelia Kinkade Cristi Harris Rick Peters Christine Taylor

X X X X X

X X X X X X X

NOTD 3 NIGHT OF THE DEMONS 3: Demon House USA 1997 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Jim Kaufman Obsada: Amelia Kinkade Larry Day Gregory Calpakis Tara Stone


Bartłomiej Paszylk: Z góry przepraszam wszystkich, którzy w kinie grozy cenią sobie tylko arcydzieła klasy hitchcockowskiej, ale seria „Noc demonów” naprawdę dostarcza mi potężnej dawki grzesznej przyjemności. I to nie tylko oryginał Kevina Tenneya, ale także druga część w reżyserii innego He-Mana kina kultowego, Briana Trencharda-Smitha (to on zaprezentował nam swego czasu zwyrodniałą wizję przyszłości w „Polowaniu na indyki”). Trójka to już nie to samo, jasne, choć na szczęście jako taki poziom trzyma, nie ma tu nagłego zjazdu na samo dno.

Piotr Pocztarek: Pierwsza część “Nocy Demonów” to jeden z symboli kina grozy końca lat 80. Kolejne dwie to już odcinanie kuponów, ale mimo wszystko warto zwrócić uwagę na całość serii, gdyż pewien poziom pozostaje utrzymany. Ten “slasher z demonami” ma wszystko co potrzeba, by zapewnić kilka godzin niewymagającej rozrywki: krew, archaiczne efekty specjalne, potęgującą napięcie muzykę, karykaturalne aktorstwo, absurdalne poczucie humoru i durnowatą fabułę. Pierwsza część potrafi przestraszyć, druga rozśmieszyć, a trzecia zażenować do października czekamy na remake. Skura: W dawnych, dobrych czasach widywałem okładkę Nocy demonów w wielu wypożyczalniach... Kiedy wypożyczałem wszystkie horrory na kasetach video, akurat tę pozycję omijałem. Sam nie wiem dlaczego, ale chyba coś nie było nie tak ze zdjęciem... wydawało się zbyt odrzucające i prostackie... Ot, wyuzdana wiedźma-dziwka. Zapewne gdybym wtedy wypożyczył film, dzisiaj wspominałbym “wspaniałe czasy dzieciństwa”. Jakże się cieszę, że dopiero w 2009 roku obejrzałem wyczyny panny z okładki. Powiedzmy sobie szczerze - to SUPER KIEPSKI film. Rozumiem i jednocześnie współczuję wszystkim, którzy darzą go sentymentem, ale kochani czy próbowaliście obejrzeć to dziś?! Przepraszam, ale tego po prostu się nie da oglądać. Nie ma szans bym obejrzał sequel. Dajcie spokój, zapomnijmy o tej wiedźmie. Lepiej porobić przysiady.


-------------------------------------- Ocena: 4/6 Wydawca: Wydawnictwo Literackie 2009 Ilość stron: 300

„Wszyscy wiedzą jak powstał Święty Wrocław. Nie wie nikt”. Początkowo nikt nawet nie zauważył, jak zaczął wyłaniać się z blokowiska na wrocławskiej Polance. Jedynie koty zaczęły się dziwnie zachowywać, a pozostałe zwierzęta nagle znikły z okolicy. Z czasem jednak osiedle zaczęło wywierać coraz większy wpływ zarówno na jego mieszkańców, jak i na mieszkańców reszty miasta, a później i całej Polski. Ktokolwiek tam wszedł, już nie wracał, dlatego też tak naprawdę nikt w mieście nie wiedział, co się działo wewnątrz. Z całego kraju zaczęli ściągać pielgrzymi, nowi wyznawcy Świętego Wrocławia, którzy na pobliskich ogródkach działkowych założyli Czarne Miasteczko. Sam Wrocław, wbrew temu, co mógłby sugerować tytuł, ma w powieści Orbitowskiego drugorzędne znaczenie. Nie jest bohaterem tak jak Breslau u Marka Krajewskiego, czy Poznań u Jakuba Małeckiego. Z równym powodzeniem fabuła mogłaby być osadzona w innym dużym mieście. Nazwy wrocławskich lokali można by zamienić na nazwy poznańskich, czy krakowskich, a Święty Wrocław mógłby być Świętym Poznaniem czy Świętym Krakowem. Bo tak naprawdę liczy się właśnie owo czarne osiedle – mroczne, w tajemniczy sposób oddziałujące na ludzi, przyciągające i podporządkowujące ich sobie, pochłaniające każdego, kto się znajdzie w jego obrębie, a nie miasto, w którym się ono znajduje.

niego zbliżamy, poznając historie i emocje ludzi w różny sposób z nim związanych. Poznajemy historie Małgosi, jej chłopaka - Michała i ojca - Tomasza. Poznajemy historię miłości rozkwitłej w cieniu Świętego Wrocławia, zbyt pięknej i zbyt oderwanej od rzeczywistości, by mogła się dobrze skończyć. Miłości, która sprawi, że po zniknięciu Małgosi Michał i Tomasz przezwyciężą wzajemną, graniczącą z nienawiścią niechęć i połączą siły, wspólnie próbując odnaleźć zaginioną. Poznajemy przyjaciółki: Lucynę i Beatę – bezinteresownie okrutne, niepotrafiące bezczynnie patrzeć na cudze szczęście. Poznajemy też całą galerię postaci, na które czarne osiedle wywarło wpływ: jego wyznawców, proroków i tych, którzy starali się na nim zarobić. Każda z nich przedstawiona jest tak, że wzbudza emocje i nie pozostawia czytelnika obojętnym. A przede wszystkim poznajemy najbardziej tajemniczą i niezwykłą postać - narratora, który stara się ze strzępów swoich i cudzych wspomnień i z opowieści towarzyszących mu zwierząt: psa, dzika i ptaka odtworzyć historię Świętego Wrocławia, przeżywając ją wciąż na nowo.

Choć najnowsza powieść Orbitowskiego jest bardzo przygnębiająca, warto poznać Święty Wrocław wraz z jego tajemnicami i przeżyć emocje ludzi z nim związanych. Warto, bo Święty Wrocław to naprawdę niesamowite osiedle, które potrafi wciągnąć czytelnika tak, jak jego mieszkańców. Warto, bo opowiedziane tu historie urzekają: zarówno jeśli chodzi Jednak nawet sam Święty Wrocław za- o treść, jak i język, jakim są opowiadane, czyna odgrywać istotną rolę dopiero pod a mało kto dziś potrafi tak pięknie i delikoniec powieści. Wcześniej tylko się do katnie pisać o miłości.

Text: Jagoda Skowrońska

ŁUKASZ ORBITOWSKI - Święty Wrocław

15


BRAIN DEAD BRAIN DEAD USA 2007 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Kevin S. Tenney Obsada: Andy Forrest Elizabeth Lambert Jim Wyronski Dennis Michael Tenney

X X X

Text: Wojciech Jan Pawlik

X X

Film otwiera sielska scena: dwóch rybaków łowi ryby nad jeziorem. Nagle jeden z nich upada ugodzony meteorytem w głowę. Nic by się nie stało (no może poza zgonem delikwenta), gdyby nie dziwny czarny glut, niewiadomego pochodzenia znajdujący się w kamieniu. Za jego sprawą Bill, bo tak miał na imię ten nieszczęśnik, natychmiast zamienia się żądnego mózgów zombie. 10 sekund później mamy kolejnego trupa, drugiego rybaka (istne dzieło sztuki). To wszystko ma miejsce w pierwszych 4 minutach filmu. Czyż to nie piękne? Chwilę później poznajemy wszystkich bohaterów. Są nimi dwaj zbiegli kryminaliści (jeden gorszy od drugiego), zboczony pastor i jego sekretareczka (?), dwie studentkiturystki (hetero i les) i blond strażniczka leśna (a po co jeszcze ona? Nikt tego nie wie, twórcy pewnie też).

Tak się przypadkiem złożyło, że wszyscy błądząc po lesie trafiają do odludnej chaty, która okazuje się nie być tak odludną jak się wszystkim na początku wydawało. Do tego wystarczy dodać kilku zombie i mamy “Noc żywych trupów” dla ubogich czyli w wersji iście Tromowej. Krew bryzga na wszystkie strony, po ekranie przewalają się flaki, do tego mamy czarnego gluta z kosmosu opanowującego mózgi przyszłych zombie. Film utrzymany jest w klimacie mocno komediowym więc zmuszeni jesteśmy do słuchania głupkowatych dialogów. Jest tu wszystko co powinno się znaleźć w filmie klasy B. O czymś zapomniałem? A, tak! Cycki też są... i to duże (Cristina Tiberia).

Kevin S. Tenney z pewnością zasłużył sobie na miejsce w horrorowej alei sław, głównie dzięki swoim niezapomnianym “Night of the Demons” czy “Witchboardowi”. Jego najnowszy projekt zatytułowany “Brain Dead” udowadnia, że wciąż można nakręcić fajny niskobudżetowy film stworzony w specyficznym duchu lat 80.

16


Jeśli oczekujecie czegoś innowacyjnego to zapomnijcie o tym. Widz nie znajdzie tu nic odkrywczego. Jest to typowy tani film o zombie: trupy atakują bohaterów zamkniętych w domku. Choć może i dobrze, bo znając manierę współczesnych twórców to lepszy taki - sprawdzony, niż przekombinowany. Mimo, że większość efektów zrobiona jest klasycznie, przy pomocy sztucznej krwi, flaków i najróżniejszych silikonowych części ciała to nie obyło się bez efektów komputerowych. Są słabe, żeby nie powiedzieć - złe. Na całe szczęście nie ma ich za wiele. To co najbardziej mnie zabolało, to charakteryzacja drugiego zombie - policjanta Jimmy Raya. Nie dość, że nie jest to zombie, to wygląda podejrzanie znajomo. Skąd ja go znam? Może widziałem go w “Od zmierzchu do świtu”, a może w jakimś współczesnym wampirzastym filmie czy nawet w “Buffy - postrach

wampirów”? Albo po prostu widziałem tę maskę za 200zł w sklepie z charakteryzacjami filmowymi? Nie da się ukryć ze “Brain Dead” odbiega od poprzednich filmów Tenneya. Ale z drugiej strony, to tak jak oceniać każdą rolę Roberta Englunda przez pryzmat Freddy’ego Kruegera. Przeciez każdy wie, że nic już nie będzie takie samo. Trzeba iść do przodu. A czasem w bok. Ale czy to źle? Oceńcie sami. Według mnie jest to solidny kawał dobrej rozrywki.

17


UWAGA KONKURS!

ROZDAJEMY „SĘPY” Z AUTOGRAFAMI AUTORÓW

szczegóły na WWW.GRABARZ.NET/FORUM


utan ansikte)

----------------------------------------Ocena: 5/6 Wydawca: Biblioteka akustyczna 2008 Tłumaczenie: Anna Marciniakówna Czas trwania: 9:l8:32

Morderca bez twarzy to pierwsza z cyklu 8 powieści o prowincjonalnym szwedzkim policjancie Kurcie Wallanderze. Książka wydana w Szwecji w 1991 roku, u nas ukazała się w wersji drukowanej trzynaście lat po premierze. W roku 2008 została wydana przez „Bibliotekę akustyczną” w formie audiobooka. Seria zyskała uznanie na całym świecie i została przetłumaczona na 25 języków. Autor - Henning Mankell, jest powszechnie znanym pisarzem, dramaturgiem i dziennikarzem zaangażowanym społecznie, a również, jak udowadnia w swoich książkach, świetnym konstruktorem literackiej fikcji. Fabuła rozpoczyna się w momencie odkrycia dokonanego z niezwykłym okrucieństwem, morderstwa. Początkowo wydaje się ono być pozbawione sensu, co dopiero z czasem ulegnie zmianie. Żona zamordowanego mężczyzny, tuż przed własną śmiercią na skutek obrażeń, wymawia słowo „zagraniczny”, co rzuca podejrzenie na obcokrajowców i wprowadza do powieści problem licznych, przebywających wówczas w Szwecji imigrantów oraz tamtejszych środowisk nacjonalistycznych. Obydwa te wątki przeplatane są nieustannie problemami z życia prywatnego Kurta Wallendera, policjanta prowadzącego dochodzenie. Dzięki specyficznej narracji, odbiorca z łatwością utożsamia się z głównym bohaterem, do czego przyczynia się także szczegółowy, choć nienużący opis wydarzeń i wewnętrznych monologów policjanta.

jąc, że czytelnik może niemal znaleźć się wewnątrz powieści. Akcja jest wartka, a odbiorca nie traci czasu na czytanie opisów przyrody, czy innych elementów, mających za zadanie jedynie wypełnienie stron. Sam Wallander choć nie jest typem bohatera charyzmatycznego czy oryginalnego, ma w sobie coś fascynującego a jednocześnie bliskiego każdemu z nas, co sprawia, że razem z nim przeżywamy jego prywatne oraz zawodowe rozterki.

Text: Magdalena Mazur

HENNING MANKELL - Morderca bez twarzy (Mordare

Audiobookowi nie można postawić żadnych zarzutów technicznych. Lektor, Marcin Popczyński, doskonale oddaje lekko ironiczny charakter komisarza. Niestety, czytający który tak dobrze wciela się w postać Wallandera, jednocześnie sprawia, że cała reszta bohaterów wydaje się być bezbarwna, a momentami wręcz na wpół śmieszna, na wpół żenująca. Ponadto Popczyński często robi zbyt długie pauzy i nadmiernie zwalnia tempo toczącej się akcji; zaś jego interpretacja pozbawiona jest emocji i napięcia, nieustannie obecnych u Mankella.

Morderca bez twarzy to bez wątpienia świetny sposób na rozrywkę w domowym zaciszu. Ci, którzy zakosztują prozy Mankella, najprawdopodobniej do niego wrócą, zatęskniwszy za Kurtem Wallanderem. Nie na darmo Los Angeles Times napisał o książce: „majstersztyk, fascynujący głębią i napięciem”. Jeśli jednak macie taką możliwość, sięgnijcie raczej po wersję drukowaną, gdyż wydanie auAutor kreuje świat bardzo obrazowo dio odbiera sporo uroku temu świetnemu i świetnie działa na wyobraźnię, sprawia- kryminałowi.

19


Prawie rok temu, w maju, podczas spaceru po Warszawie, przystanąłem zszokowany przed przystankiem autobusowym i przetarłem oczy ze zdumienia. Z plakatu spoglądała na mnie średnio ładna kobieta. Dodatkowo oszpecała ją wykrzywiona grymasem bólu twarz, zakrwawione zęby(!), podbite oko i podarte ubranie. Z początku pomyślałem, że to kolejna akcja społeczna typu „bo zupa była za słona”, albo „bo sąsiadka ma nowe futro”, ale kiedy przyjrzałem się dokładniej, stwierdziłem, że jest to plakat filmowy, reklamujący nową, francuską produkcję grozy.

Wielki napis w górnej części plakatu głosił „to nie jest film dla normalnych ludzi”, a tagline „przy tym filmie wszystkie Piły to tępe narzędzia”. Doszedłem do wniosku, że marketingowcy musieli zażywać narkotyki, ewentualnie ich żony aktualnie miały okres. Być może nie można odmówić temu hasłu odrobiny geniuszu, w końcu chyba prawie każdy, kto zapozna się z taką reklamą, będzie chciał obadać z jakim tworem mamy tu do czynienia. Co zrobiłem? Obejrzałem „Frontieres”, bo o tym filmie mowa. I podobał mi się.

sobie mam, piszę – PUKNIJCIE SIĘ W ŁEB!

Słówko „Frontieres” oznacza granice. Zostają one w filmie przekroczone niejednokrotnie, ale nie jakoś dużo bardziej niż w uwielbianej „Pile”, czy „Hostelu”. Co więc strzeliło do głowy geniuszom od marketingu, by przygotować plakat w taki sposób? W efekcie film nie odniósł kasowego sukcesu, pomimo, że był jednym z lepszych horrorów, jakie ujrzały światło dzienne w zeszłym roku. Z miejsca nachodzi mnie krótka refleksja – jeśli elementy machiny zwanej dystrybucją Skoro jestem już w pełni nienormalnym podchodzą do tematu w taki debilny spoczłowiekiem, mogę mówić co mi się żyw- sób, to co stanie się z horrorem za jakiś nie podoba. Wariatom jest łatwiej, mogą czas? Quo Vadis, horrorze? pisać co chcą, bez obawy, że jakiś co bardziej wrażliwy polityk naśle na nich Zawsze uważałem się nieskromnie za brygadę antyterrorystyczną. Nie spo- dobrego copywritera – więc spróbujmy: dziewam się także ataku francuskich bojówek, Talibów, ani Uwe Bolla, który jest -Ten film sprawi, że zaczniesz mordoskądinąd całkiem dobrym bokserem. wać zwierzęta! A więc zbierając całą odwagę jaką w


rozpoznawczym kina spod znaku gore, ale nie tylko. To może na każdym plaka-Apogeum fizycznej kastracji podanej cie wprowadźmy specjalnie wydzielone w sosie z flaków, wetkniętej doodbytni- miejsce na podanie ilości ofiar w danym czo w sos z posoki. filmie? W końcu tylko po to chodzimy do kina. No więc właśnie, może coś w ten deseń?. Ja proponuję zrobić z horroru sport Sami dajemy do ręki oręż przeciwnikom dla psychopatów. Zamiast sprzedawać naszego ukochanego gatunku. Pew-

bilety, podawajmy klientom w kinowych kasach kurę i nóż. Po odcięciu główki wypijamy krew, jak powieka nie zadrży, to delikwent się nadaje i może wejść na horror. Dzieci? Proszę bardzo, przecież też mogą być nienormalne, ale im każmy zabijać pisklaki. Wchodzimy do księgarni po nową książkę Mastertona, albo Kinga. Pan za ladą patrzy na nas i próbuje nam wcisnąć nową Grocholę, a do tego butelkę wina spod lady. NIE! Upieramy się przy horrorze. Pan prowadzi nas na zaplecze, gdzie na środku pokoju siedzi przywiązana do krzesła dziewczyna. Wręcza nam tasak, macha książką przed oczyma i mówi „chcesz, to działaj!”. No to działamy, przecież chcemy te książki dla nienormalnych ludzi. Horror zaczyna być promowany na podstawie kretyńskich przesłanek, miarę grozy stanowi ilość przelanej krwi, kilogramy wywalonych jelit i liczba obciętych kończyn. Staje się to znakiem

nych rzeczy nie da się obronić – na przykład polskiej muzyki pop – wystarczy, że wróg złapie za Wiśniewskiego, albo Mandarynę i wojna jest z góry przegrana. Jak więc próbować doszukiwać się w horrorach przesłanek, sensu, alegorii, metafor, ukrytych znaczeń i symboliki, skoro wyjdzie człowiek na ulicę i zobaczy plakat z napisem „to nie jest film dla normalnych ludzi”. A może „To nie jest kraj dla starych ludzi” albo „To nie jest kolejna komedia dla kretynów”? A no tak, to były tytuły filmów i miały jakiś aktualny sens. Nie były wymysłem ćwierćinteligentów z agencji reklamowej. Horror cierpi, choruje, obumiera - z powodu nadmiaru produkcji typu „slasher dla nastolatków”. Jeśli któryś film grozy wymaga chociaż odrobiny wysiłku umysłowego, jest mieszany z błotem i określany jako „przeintelektualizowany”, „przekombinowany” i „pseudoambitny, ale jednak płytki”. Mówię do Was, przeciwnicy horrorów – nie wmówicie mi, że ten gatunek jest dla niedorozwinię-

Text: Piotr Pocztarek

-Przyjdź z rodziną, wyjdź sam!


tych degeneratów!. Horror jest przecież dla inteligentnych degeneratów!. I kilku zboczeńców. I może paru psychopatów. I jednego wyrzutka społeczeństwa. Nauczymy się promować dojrzałe kino, którego przecież tak naprawdę nie brakuje. Horrorom przydał by się taki odpowiednik „Gutek film”, po to by selekcjonować to, co trafia do kin. Jakby zamiast „Piły 14” wypuścić piękne odpicowaną reedycję „Drabiny Jakubowej”, albo przypomnieć widzom „Omen” na dużym ekranie, to może gatunek ten traktowany byłby poważnie i z należytym szacunkiem.

co robicie ma nie tylko wpływ na finansowe wyniki sprowadzanych przez Was filmów, ale także na edukację rynku i społeczności widzów, młodych i starych. Przypomnijcie sobie jak promowany był „Cannibal Holocaust”, którego sloganem było „Ci, którzy nakręcili ten film, zostali pożarci żywcem przez kanibali”. I co? – reżyser musiał pokazywać się z aktorami, bo publika uwierzyła plotkom, ze na planie mordowano żywych ludzi i żywe zwierzęta. Trailer „Rec” z kolei nie pokazywał fragmentów samego filmu, a uwiecznioną przez ukryte kamery reakcję publiczności w kinie na niektóre sceny. To jest marketing z jajem, pomysłem i z sensem.

Na koniec mała wskazówka dla dystrybutorów i marketingowców – spoczywa Do grozobaczenia! na Was spora odpowiedzialność, a to


-------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawca: Fabryka Słów 2008 Ilość stron: 300

Gdy zapada zmrok, Ciemność zagląda w oczy swych wybrańców… i zaczyna płonąć. Jeśli ofiara nie zdoła się schronić, spłonie w Ciemności. Schronienie znaleźć można tylko w jednym miejscu: na katowickim dworcu centralnym, na którego teren – z niewiadomych przyczyn – Ciemność nie ma dostępu. Tego, w jaki sposób Ciemność wybiera swoje ofiary, nie wiedzą nawet sami Wybrani zamieszkujący dworzec. Istnieje jednak amulet zapewniający ochronę. Jest nim tajemnicza moneta z wizerunkiem gmachu katowickiego dworca. Skąd się ona bierze i czym tak naprawdę jest - nie wiadomo. Wiadomo jednak, że jej utrata sprawia, iż dotychczasowy posiadacz staje się Wybranym. Właśnie oddając swoją monetę przypadkowo spotkanemu mężczyźnie, w podzięce za wybawienie jej z trudnej sytuacji, na dworzec trafia Natka – studentka kulturoznawstwa. Jej przybycie sprawia, zmienia się stosunek Wybranych do Ciemności: przestają ograniczać się do prób obrony i próbują walczyć. „Ciemność płonie” to druga, po „Liżąc ostrze” próba zmierzenia się Jakuba Ćwieka z literaturą grozy. Poprzednio wyszło mu sprawnie napisane czytadło, które mimo całkiem sporej ilości makabry raczej nie przerażało. Tutaj Ćwiek nie usiłuje szokować drastycznymi zabójstwami, czy mordercami z piekła rodem. Tym razem napisał pełen niedopowiedzeń i tajemnic horror, skutecznie straszący w oparciu o jeden z podstawowych ludzkich lęków: strach przed ciemnością. Do samego końca powieści trzyma czytelnika w napięciu rozgrywka, jaką prowa-

dzi Ciemność z Wybranymi, wciąż zmieniając zasady gry. Do samego końca nie sposób przewidzieć ostatecznego wyniku tej rozgrywki. Opisy płonącej Ciemności o wiele bardziej skutecznie wywołują ciarki na plecach, niż brutalne gwałty, rozszarpywane ciała i hektolitry posoki.

Text: Jagoda Skowrońska

JAKUB ĆWIEK - Ciemność płonie

Obok Wybranych i Ciemności, jednym z bohaterów swojej powieści uczynił Ćwiek także dworzec centralny PKP w Katowicach: zarówno sam budynek jako miejsce, azyl do którego Ciemność nie ma dostępu, jak i jego społeczność, jako pewną całość, grupę ludzi, których życie jest z dworcem nierozerwalnie związane. Tym samym udało się Ćwiekowi z miejsca znanego przede wszystkim z brudu, smrodu i rzeszy bezdomnych uczynić miejsce magiczne. Miejsce, które daje schronienie i nadzieję na przeżycie. W każdym stałym bywalcu, bez względu na to, czy jest to bezdomny, przedstawiciel miejscowej mafii, policjant czy przechodzona prostytutka widzi Ćwiek przede wszystkim człowieka. Nie każdy z tych ludzi zasługuje na cieplejsze uczucia, ale opisani są w taki sposób, że mimo ich niedoskonałości udaje im się pozyskać sympatię czytelnika. Za takie niebanalne ukazanie niesławnego katowickiego dworca należałaby się autorowi jakaś nagroda od Polskich Kolei Państwowych. „Ciemność płonie” trudno zaliczyć do literatury niosącej jakieś głębsze przesłanie, ale też sam Ćwiek nie usiłuje przekonać czytelnika, że napisał ambitne dzieło. Stworzył po prostu dobry, klimatyczny horror, o co w czasach, w których tryumfy święcą „Piły” i „Hostele” coraz trudniej.

23


PINOCCHIO S REVENGE PINOCCHIO’S REVENGE USA 1996 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Kevin S. Tenney Obsada: Candace McKenzie Rosalind Allen Brittany Alyse Smith Danielle Keaton

X

Text: Maciej Muszalski

X X X X

24

Młoda pani adwokat przez przypadek wchodzi w posiadanie pajaca, którego wystrugał jeden z jej klientów – człowiek podejrzany o zabicie swojego małego synka. Kolejne zrządzenie losu sprawia, że córeczka prawniczki bierze marionetkę za prezent urodzinowy i zaprzyjaźnia się z nią. Wkrótce, ludziom z otoczenia Zoe zaczynają przytrafiać się dziwne rzeczy. Dziewczynka twierdzi, że sprawcą jest Pinokio.

Filmy o morderczych zabawkach dostarczają szerokiego pola do zabawy, autoparodii, czy ironii skierowanej do miłośników horrorów klasy B. Jednak z niewiadomych przyczyn Kevin Tenney postanowił zrobić film w konwencji serio, przez pierwszą godzinę skupiając się na psychologii postaci. W efekcie powstała dziwaczna mieszanka telewizyjnego produkcyjniaka z serii „okruchy życia” (prawniczka samotnie wychowująca dziecko, problemy w szkole z powodu rozwodu rodziców, „nowy kolega” mamy) i żelaznego zestawu ingrediencji prosto z przepisu na przewidywalny i niemal bezkrwawy slasher (nóż przechodzący

Już tak mam, że zabierając się za horror “Zemsta Pinokia” liczyłem na to, że głównym bohaterem będzie Pinokio, a zasadniczym wątkiem fabularnym – jego zemsta. Może więc dlatego film Kevina Tenneya mnie zawiódł.


przez drzwi, bohaterowie straszący się nawzajem, niepotrzebna i przedłużana scena pod prysznicem). Szansa na twórcze przetworzenie klasyki literatury dziecięcej by wyłonić i podkreślić ukrytą grozę (tak jak to zrobił American McGee z „Alicją w Krainie Czarów”) także została zmarnowana. Co prawda od czasu do czasu któremuś z bohaterów przypomina się fragment pierwowzoru i zostajemy o tym poinformowani, ale nie ma to żadnego przełożenia na fabułę. Sam pajac prezentuje się tak samo jak cały film, czyli nieciekawie - nie jest ani śmieszny, ani straszny. Nie wiadomo skąd u dziewczynki tak wielkie uczucie do topornej, wyglądającej na czterdziestolatka kukły, z jakiego powodu chce jej się wciąż taszczyć ją ze sobą oraz dlaczego znany skądinąd Gabe Bartalos podpisał się pod tak kiepskimi efektami

specjalnymi. Konia z rzędem również temu kto rozgryzie za co właściwie Pinokio się tutaj mści. „Pinocchio’s Revenge” może służyć za potwierdzenie tezy, że lata 90. nie były, delikatnie mówiąc, złotym okresem w historii horroru. Ten nijaki film trudno komukolwiek polecić. Na pewno nie jest dobry - brak w nim napięcia, krwawych scen i elementów zaskoczenia, a nachalne zapożyczenia z „Laleczki Chucky” mogą tylko irytować. Nie jest też jednak tak zły (jak, powiedzmy, „Black Devil Doll from Hell”), by móc czerpać przewrotną przyjemność z seansu. To pozycja tylko dla kolekcjonerów killer toys movies, jeden z wielu horrorów, jakie zalegały kiedyś w wypożyczalniach i których baliśmy się jako dzieci. Do obejrzenia i natychmiastowego zapomnienia.

25


---------------------------------------- Ocena: l/6 Wydawca: Lambda 2008 Ilość stron: 356

„(...) zaśmiał się, a ślina pociekła mu z ust jak sok pomarańczowy, gdy oblewa się nimi piersi kobiety, wyłaniające się z płaskiej tafli rozgrzanego betonu, rozjechanego przez koła zębate furmankowego samochodu w kolorze lila-beż i czerwonym.(...)” - to tylko jedno zdanie z „Puzzli”. Zrozumieliście? Bo ja nie. I powiem szczerze - ze znaczną częścią zdań w tej książce miałem ten sam problem. Ale jako że zobligowano mnie do napisania recenzji, to zacytowanie najbardziej bezsensownego zdania z ksiażki nie wystarczy i muszę postarać się o więcej. „Puzzle” to opowieść wymykająca się jednoznacznym kwalifikacjom. Najbliżej jej do powieści psychologicznej, najdalej do horroru. Przypomina w wielu miejscach surealistyczny sen, o zatartych granicach pomiędzy majakiem a jawą – i to jest w pewnym stopniu interesujące – ale w zbyt wielu momentach to bełkotliwy natłok myśli i zlepek przypadkowych słów. Nic w tej książce nie jest takie, jakim wydaje się być na początku, a efekt końcowy nie tyle zaskakuje, co odpycha. To powieść trudna do strawienia, mocno przypominająca podręcznik do psychologii, który z pewnością nie jest najlepszą lekturą na nudne popołudnie. Owszem, zgodny jestem z tezą, że książka musi czasem żądać od czytelnika wysiłku intelektualnego, ale w momencie, kiedy ten intelektualny wysiłek ociera się o mękę i przerasta możliwości wszystkich, za wyjątkiem autora, to chyba ktoś gdzieś popełnił błąd.

ce jest przykładem naszpikowanego neologizmami języka współczesnego, nie stroniącego od wulgaryzmów i karkołomnie przeinaczonych wyrażeń potocznych. Co drugie zdanie autor zmienia szyku wyrazów, by nadać całości wymowę quasi–poetycką. I to jeszcze można by jakoś przeżyć, gdyby nie fakt, iż autor stosuje ją naprzemiennie z przekleństwami i neologizmami zrozumiałymi chyba tylko dla siebie. Na dokładkę co parę stron mamy głęboką, niestrawną dysputę i wykład z dziedziny filozofii, psychologii społecznej albo i neurologii – jak kto woli, bo wszystkiego jest tam po trochę.

Text: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

tych ścieżkach

ADAM GNYCH - Puzzle czyli zagubieni na przetar

Owszem, jest tam kilka fragmentów godnych pochwały (np. opis doznań śmierci klinicznej lub samobójczy skok LeeLoo – zresztą nieprawdziwy, a wyśniony), ale w prawie 400-stu stronicowej książce te parę stron dobrej prozy to za mało. Z trudem mogę dostrzec zamysły autora, z wysiłkiem odnajduje nikłe echa tego, co zapewne chciał nam przekazać, jednak zbyt duży natłok myśli przy nieumiejętności klarownego ich przełożenia na język powieści musi prowadzić – i prowadzi – do niezrozumiałego bełkotu. Gdyby w tej powieści ujednolicić styl literacki, gdyby wykreślić połowę filozoficznych dysput i analiz psychologicznych, gdyby wykroić z tych czterystu stron kilkadziesiąt zdatnych do czytania, to mogłaby to być całkiem interesująca książka. Daję jedną czachę - za świetną okładkę Mateusza Manesa (inspirowaną, jak sądzę, Beksińskim) i wspomniane kilka fragmentów książki, które są przykładem niezłej W znacznej części styl literacki w książprozy – niestety w śladowej ilości.

27


Jakub Małecki – urodzony w 1982 roku w Kole, absolwent i doktorant Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. Z zawodu ekonomista, obecnie zatrudniony w jednym z banków. W marcu 2007 r. zadebiutował na łamach miesięcznika Science Fiction, Fantasy i Horror opowiadaniem „Dłonie”. Później w prasie były publikowane kolejne jego opowiadania: w listopadzie 2007 r. – w Nowej Fantastyce „Śmierć szklanego Kazimierza”, a w Magazynie Fantastycznym „Cyryl”; we wrześniu 2008 r. „Oko”, także w Nowej Fantastyce. Z czasem opowiadania Kuby zaczęły pojawiać się także w antologiach: w grudniu 2007 r. w antologii opowiadań grozy wydawnictwa Red Horse „Trupojad. Nie ma ocalenia” została opublikowana „Opowieść oszusta”, w sierpniu 2008 r. w antologii opowiadań fantastycznych wybijających się dopiero twórców „Nowe idzie” wydawnictwa Powergraph, opowiadanie „Każdy umiera za siebie”. W bieżącym roku w jednej z planowanych antologii powinno ukazać się opowiadanie „Nic”. W maju 2008 r. dzięki wydawnictwu Red Horse światło dzienne ujrzały „Błędy” Kuby, czyli jego debiutancka powieść. Jeszcze w grudniu tego samego roku ukazała się druga powieść – „Przemytnik cudu”, także nakładem wydawnictwa Red Horse. Ukończona jest już trzecia powieść „Dżozef”, a w przygotowaniu antologia opowiadań.


Cię powstrzymało przed podaniem szczegółów, tego, jak sam relacjonujesz, dość brutalnego morderstwa? Na Ziemniaka Marcela należy brać poprawkę – to są opowieści pisane dla żartu, tworzone wyłącznie w pracy, a ich odbiorcami było kilku znajomych. Pisałem to w pracy i na pewno nie poświęcałbym czasu wolnego na tworzenie takich dziwadeł. Zresztą, od dawna tego nie piszę, bo od ponad roku nie pracuję już w tej instytucji finansowej, która trochę mnie wykańczała. Wtedy potrzebowałem takiej odskoczni podczas dwunastu godzin w robocie – teraz już nie.

Witam. Libor i marża to składniki oprocentowania kredytu o zmiennej stopie procentowej – każdy kredyt hipoteczny w Polsce opiera się na czymś takim. To był tylko przykład, nie ma to żadnego znaczenia dla tekstu i równie dobrze mogłem użyć jakiegoś innego finansowego Więc nie dowiemy się już, co spotkało zwrotu. Ziemniaka Marcela po tym, jak spotkał Złego Dotyka? Znany jesteś jako powiernik Ziemniaka Marcela. Jak zaczęła się wasza Dowiemy się, ale pewnie nieprędko. znajomość i co sprawiło, że zdecydowałeś się zapoznać szerszą publicz- Czy żywisz równie silne uczucia do ność z tą postacią? pracy w banku jak bohaterowie Twoich powieści? Znajomość z Ziemniakiem Marcelem zaczęła się, kiedy przygotowując obiad, Żywię silne uczucia do kultu sprzedaży. dostrzegłem pewnego niezwykle brzyd- Na świecie jest głód, są wojny i rak, a kiego kartofla turlającego się z siatki za tysiące ludzi w Polsce zżera stres, bo szafkę. Założyłem bloga, ponieważ od- sprzedali w kwietniu o 5% mniej niż czuwałem głęboką potrzebę zrobienia w marcu. w pracy czegoś innego niż rozmawianie z ludźmi o finansach. Czy zdarza Ci się umieszczać w swoich powieściach i opowiadaniach, Napisałeś dwie powieści i kilka opo- swoich realnie istniejących znajowiadań, w których nie stronisz od mych? Może nawet nie kreśląc ich makabrycznych opisów. Jednak gdy sylwetki, ale wykorzystując np. ich relacjonujesz przygody Ziemniaka dane osobowe. Nie pytam o głównych Marcela, wspominasz, że spotkał on bohaterów, raczej mam na myśli role i zabił Najbardziej Doświadczonego epizodyczne. Doradcę Finansowego w Polsce. Co

Rozmawiała: Jagoda Skowrońska

Witam. Na stronie internetowej niejakiego Ziemniaka Marcela możemy przeczytać o Tobie: Jakub Małecki - Bestsellerowy polski pisarz, wielbiciel sektora finansowego i sprzedaży. Jako wielbiciel sektora finansowego, mógłbyś odpowiedzieć na pytanie, z pewnością nurtujące niejednego czytelnika „Opowieści oszusta”: Co znaczy „libor plus marża”?


Tak, czasem umieszczam kogoś w książce. I tak w obydwu wydanych do tej pory powieściach pojawili się moi przyjaciele tacy jak Bachu, Karaś, Adam Sadowski, Marcin Zajder, Janusz Modrzejewski, Mateusz Radkiewicz i inni. Dla bohaterów potrzebuję nazwisk – czasem więc ciekawie jest użyć znajomego dla jakiejś epizodycznej postaci. Przyznam, że spośród wymienionych przez Ciebie postaci najbardziej mnie zaintrygował Marcin Zajder. Pojawia się zarówno w blogu jak i w obu powieściach. Nie miał Ci za złe, że w „Błędach” umieściłeś go między najbardziej znanymi mordercami? Marcin był z tego miejsca między seryjnymi mordercami bardzo zadowolony. Nie mogę zdradzać zbyt wiele, ale on sam także jest osobą o dość mrocznym wnętrzu. Przy okazji, pozdrawiam. Jak koledzy w pracy przyjmują Twoje sukcesy literackie? Próbują doszukać się siebie pośród Twoich bohaterów? Nie mam chyba na razie sukcesów literackich. W obecnej pracy tylko kilka osób wie, że piszę, ale raczej nikt tego nie czyta. Cieszę się z tego. Akcję dotychczas wydanych powieści i opowiadań umieszczasz w Poznaniu. Opisujesz go na tyle konkretnie, że każdy kto tu mieszka bez problemu rozpozna te miejsca. Nie myślałeś, żeby dla tych, którzy nie znają Poznania a są ciekawi opisywanych przez Ciebie miejsc, stworzyć np. na swojej stronie internetowej mapkę Poznania

z zaznaczonymi miejscami z „Błędów” czy „Przemytnika cudu”? Nie myślałem o tym, ale rzeczywiście może jest to dobry pomysł. Z drugiej strony, już nie będę pisał o Poznaniu (przynajmniej na razie) więc chyba nie będzie to konieczne. Myślę, że taki Budomel lepiej będzie wyglądał w Google Earth niż na mapce. Kiedy zaczynasz pisać powieść czy opowiadanie, to od razu masz pomysł na całość? Czy zdarzyło Ci się, że w trakcie pisania tekst zaczął „żyć własnym życiem” i końcówka była inna niż pierwotnie zamierzałeś? Pierwsza powieść powstała na gorąco, konspekt pisałem w trakcie i często go zmieniałem. To było tak, jakbym nagle zrobił dziurkę w ściance akwarium – wszystko się ze mnie wydobyło w lekko niekontrolowany sposób. Wyleciało parę fajnych rybek, ale też trochę szlamu i nieczystości. Podobnie było z pierwszymi opowiadaniami. Teraz piszę najpierw dość szczegółowe konspekty, „Dżozef” powstał w taki sposób i będę pisał tak rzeczy następne. Dobrze jest też stworzyć na początku końcówkę tekstu – żeby mieć cały czas świadomość tego, do jakiego celu się jedzie. Nie uważam natomiast, że pisanie „na gorąco” jest złe – po prostu rzeczy oparte na konspektach są znacznie bardziej kompletne fabularnie. Czasem jednak, tekst pisany w taki sposób pozbawiony jest tego pazura, którym naznaczone są czasem teksty tworzone ot tak, wyłażące z człowieka i żyjące własnym życiem. Dobrze jest znaleźć tu jakiś złoty środek


– obmyślić fabułę, bo przecież chodzi o to, żeby dawać czytelnikowi coś przemyślanego, ale zrobić to miejscami na tyle mało szczegółowo, żeby można było rozhulać własną wyobraźnię podczas pisania. Żeby pazur jednak miał szansę się pojawić. Najczęściej opowiadasz historie dziejące się w znanych Ci miejscach, okolicznościach. I właściwie zawsze dla bohaterów jest jakaś nadzieja. I jednak w większości, oprócz grozy jest też spora dawka humoru. Skąd pomysł na tak różny od większości, chyba najbardziej przygnębiający tekst: „Każdy umiera za siebie”? „Każdy umiera za siebie” jest chyba moim ulubionym tekstem, a o Kursku napisać chciałem od dawna. Tu nie mogłem sobie jednak pozwolić na wiele fikcji, to co opisałem zdarzyło się naprawdę, a moim założeniem było trzymanie się faktów. Dlatego też nie szło zakończyć tego inaczej. Nawet postać Iwana, który jest bohaterem po części negatywnym, sam od A do Z wymyśliłem. Nie chciałem pisać źle o którymś z tamtych chłopaków, dlatego jego jednego stworzyłem na potrzeby opowieści. A jasna część tekstu jest taka, że żyją na świecie ludzie odważni i wspaniali. Że nawet w obliczu śmierci piszą do żony list i kończą go prośbą o to, by po nich nie rozpaczać. To naprawdę piękne i mnie to rusza. Dlatego napisałem tamto opowiadanie i póki co, jestem z tego zadowolony. W swoim blogu podałeś, że Twoja najnowsza powieść „Dżozef” została już

ukończona. Możesz powiedzieć coś więcej o tej powieści? Rzeczywiście, Dżozef jest skończony i czekam teraz na odpowiedź dotyczącą publikacji. Jest to dość obszerna, jak na mnie, powieść opowiadającą o trzech mężczyznach leżących na oddziale laryngologicznym w szpitalu. Jeden z nich, w chwilach, kiedy trawi go wysoka gorączka, zaczyna być przekonany, iż jest Josephem Conradem i w ciągu kilku dni dyktuje pozostałym dwóm pacjentom swoją ostatnią powieść. Podczas gdy poznajemy dramatyczne losy Stacha, w szpitalu zaczynają znikać kolejne sale i korytarze. Ta książka mówi o sile opowieści, o tym jak bardzo może na człowieka wpływać, to co w życiu przeczytał i o tym, że książki mogą zmieniać otaczającą nas rzeczywistość. Chciałem w tej książce odejść od dwóch rzeczy: po pierwsze od Poznania i całej scenerii, która pojawiała się we wcześniejszych tekstach; po drugie zaś od horroru, bo coś mnie ciągnie w stronę powieści obyczajowej. Nie mówię tu o całkowitej rezygnacji z elementów grozy – te przecież nawet i w obyczajówce mogą się pojawiać (i to silniejsze niż w rasowym horrorze), ale o skierowanie się na nieco inne wody. Chciałem napisać tę książkę w taki sposób, aby fragmenty „szpitalne” jak najbardziej różniły się od tych opowiadanych przez Stacha, zarówno stylistycznie jak i ze względu na całą scenerię. I tak, w opowieści dyktowanej przez faceta przekonanego o tym ze jest Conradem, najpierw znajdujemy się na wsi w roku 1965, by w kolejnych częściach, wraz z bohaterem, udać się do miasta Włocławka, a w końcu do


Warszawy. Chyba wystarczy, bo zaraz dodam do zbioru, kierując się tą samą zacznę zdradzać zbyt wiele. ideą co Grzędowicz – żeby nie umarły. Wspominałeś kiedyś o planach wydania zbioru niepublikowanych dotychczas opowiadań. Można się go spodziewać w najbliższym czasie?

Starasz się unikać odpowiedzi na pytania o ulubionych pisarzy, bo jak twierdzisz, jest ich sporo, czyli faktycznie temat sam w sobie na długi wywiad. Ale może chociaż opowiesz Tak, zbiór właśnie kończę, będzie to naj- jaka książka ostatnio Cię zafascynoprawdopodobniej 15 tekstów, z czego wała, skłoniła do refleksji czy zainspi11 nie było nigdzie wcześniej publiko- rowała? wanych. O książkach, które mnie ostatnio zafaBędzie to po prostu zbiór opowiadań, scynowały piszę na swojej stronie www. które powstały w różnych okresach jakubmalecki.pl, natomiast wydaje mi czasu, prezentujący różne oblicza się, że nie unikam odpowiedzi na pyliterackie Jakuba Małeckiego, czy tanie o ulubionych pisarzy. Wśród nich raczej antologia pomyślana jako bar- znajdują się aktualnie: Pilch, Piątek, dziej spójna całość? Orbitowski, Nahacz, Twardoch, Huberath, Żulczyk, Dukaj, Mieville, King, McJa w ogóle mam dosyć szczególny sto- Carthy, Straub, Hill, Savage, Palahniuk sunek do zbiorów opowiadań – więk- i Welsh. szości po prostu nie lubię. Podczas lektury książki lubię mieć tę świadomość, Twój blog jest jeszcze bardzo młody, że napisana została jako całość, a nie jeszcze niewiele książek na nim opijest zlepkiem tekstów przypadkowych, sałeś. Przyznam szczerze, że zadając zupełnie do siebie niepasujących. poprzednie pytanie raczej liczyłam, Z drugiej strony rozumiem takie zabiegi że podzielisz się z czytelnikami Grajak np. w „Wypychaczu zwierząt” Jaro- barza Polskiego refleksjami nad sława Grzędowicza. Książka zawiera książką, która zrobiła na Tobie wrasame stare teksty, każdy pisany z my- żenie w ostatnim czasie, ale zanim ślą o innej antologii i z innym pomysłem zacząłeś prowadzić blog. i zamierzeniem, a jednak jest jakiś sens wydania tego razem – inaczej te teksty Musiałbym się zastanowić… Na pewno zwyczajnie by umarły. „Pałac Ostrogskich” Tomasza Piątka, Mój zbiór będzie spójny tematycznie, jak zresztą każda jego książka, bardzo przynajmniej taką żywię nadzieję. Ro- mi się podobał. Ten facet ma jakiś wyjątboczy tytuł to „Skrzywieni” i jako całość kowy dar do opisywania dziwnych rzebędzie horrorem. Te jedenaście tekstów, czy, jakby ta dziwność wyłaziła wprost których nigdy nigdzie nie opublikowałem, z niego, a nie z postaci, czy wydarzeń, opowiada o różnych ludziach, ale łączy które opisuje. Oprócz tego „Lód” Jacka je klimat i właśnie to skrzywienie boha- Dukaja ze względu na oryginalność i nieterów. Cztery pozostałe, także horrory,


samowity rozmach i „Droga” Cormaca McCarthy’ego ze względu na brak tego rozmachu i skupienie się na uczuciach. W tej chwili czytam „Ulissesa” Jamesa Joyce’a, który jest dziełem wybitnym, ale człowiek strasznie się przy tym męczy. Wymieniłem cztery niezwykłe książki, a ciekawe jest to, że każdą z nich czyta się zupełnie inaczej.

udzieliłem dwóch wywiadów dla radia, więc może przy okazji „Dżozefa” przełamię sam siebie i odezwę się gdzieś publicznie.

Po premierze Błędów, w jednym z wywiadów, zapytany o to, czego życzysz sobie od życia odpowiedziałeś: „Chciałbym, żeby Jan Kulczyk przeczytał „Błędy” i w ataku fascynacji Od jakiegoś czasu wydaniu książki spłacił mój kredyt mieszkaniowy”. towarzyszą liczne akcje promocyjne, Spełniło się? spotkania autora z fanami w księgarniach lub kawiarniach. Czy przy oka- Jeszcze nie, ale nadal czekam. zji np. premiery „Dżozefa” możemy spodziewać się spotkań autorskich W takim razie nie pozostaje mi nic z Jakubem Małeckim? innego, jak życzyć, żeby „Dżozef” wywołał w Janie Kulczyku atak faJa jestem typem mało medialnym, scynacji, jakiego – z zupełnie niezrostrasznie się krępuję mówiąc o swo- zumiałych dla mnie przyczyn – nie ich książkach. Może wynika to z tego, wywołały „Błędy”. Dziękuję za udzieże mam świadomość jak są niedoskona- lenie wywiadu. łe, a może po prostu jestem taki z natury. Ostatnio jednak staram się przemóc: Dziękuję również.

UWAGA! Mamy dla Was dwa, podpisane przez autora, egzemplarze powieści „Przemytnik cudu”. Co zrobić by móc stać się posiadaczem jednego z nich? Zarejestruj się na naszym forum i sprawdź.

www.grabarz.net/forum


-------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawca: Red Horse 2008 Ilość stron: 264

W XIV wieku w Poznaniu dopuszczono się świętokradztwa. Pewna kobieta wyniosła z kościoła hostię i oddała ją trzem mężczyznom, którzy chcieli się przekonać, czy to rzeczywiście ciało Chrystusa. Za to świętokradztwo przyszło im jednak zapłacić… Echa tych wydarzeń powracają w XXI wieku. W Poznaniu zaczynają dziać się dziwne rzeczy: nocnymi liniami autobusowymi jeździ mężczyzna obcinający ludziom stopy, ze studzienek kanalizacyjnych zaczyna wypływać krew, a w jednym z banków pojawiają się duchy dzieci. W wydarzenia te wciągnięty zostaje Hubert – młody, sfrustrowany pracownik banku oraz opiekująca się ciężko chorą matką sprzątaczka Joasia. Oboje spotykają na swej drodze tajemniczego mężczyznę – Bogdana bez imienia, prezesa równie jak on tajemniczej organizacji „Dobro”. „Przemytnik cudu” Jakuba Małeckiego pod wieloma względami przypomina jego debiutanckie „Błędy”. Przede wszystkim zwraca uwagę swoboda, z jaką autor posługuje się językiem. Umiejętnie buduje nastrój grozy, ale też potrafi go rozładować właściwie dawkowanym humorem. Płynnie przechodzi z pozycji narratora wszechwiedzącego, przedstawiając bohaterów, do narracji pierwszoosobowej, pozwalającej czytelnikom wiedzieć rozgrywające się zdarzenia oczyma Huberta i Joasi. Podobnie jak w pierwszej powieści, bohaterowie „Przemytnika” są zagubieni, sfrustrowani, nie radzą sobie z własnym życiem, co sprawia, że dokonują nie zawsze trafnych wyborów. Wyborów, których konsekwencje przyjdzie

im ponieść. W obu powieściach ważną rolę odgrywają też wiara i nadzieja na odkupienie. Zastrzeżenia może budzić zbyt moralizatorskie zakończenie. Jednak, jeśli zapoznać się z większością prac Małeckiego – nie tylko z debiutancką powieścią, ale też z większością opowiadań, a nawet recenzją „Epifanii wikarego Trzaski” Szczepana Twardocha – widać, że jest on konsekwentny, wierny pewnym wartościom i nie usiłuje pisać pod publiczkę. W obu powieściach ważną rolę odgrywa Poznań. Nie jest on jedynie tłem wydarzeń, ale zdaje się być ich bohaterem na równi innymi postaciami. Także legenda, do której odwołuje się „Przemytnik cudu” sprawia, że akcja powieści nie mogłaby się rozgrywać w żadnym innym mieście. Opisywany przez Małeckiego Poznań wywołuje niepokój, ale i fascynuje. Niemal każde opisywane miejsce zdaje się mieć istotne znaczenie dla powieści. Wszystko to sprawia, że poznaniacy bez problemu będą w stanie podążać śladami bohaterów. We mnie natomiast lektura zarówno „Błędów” jak i „Przemytnika cudu” obudziła chęć poznania Poznania, choćby po to, by przekonać się, czy faktycznie ma on tyle magii co na kartach książek. W wywiadach Małecki zaznacza, że nie zamierza zostać „poznańskim Markiem Krajewskim” i chce uciec od tego miasta w swoich kolejnych powieściach. Owszem, jego opowiadanie „Każdy umiera za siebie” dowodzi, że świetnie odnajduje się także poza stolicą Wielkopolski. Mam jednak nadzieję, że dane mi będzie jeszcze zobaczyć Poznań widziany oczyma Kuby Małeckiego.

Text: Jagoda Skowrońska

JAKUB MAŁECKI - Przemytnik cudu

35


Poznaj grabarzy. Odkrywamy ich tajemni ce. W każdym numerze nowa sylwetka

TECZKA AKT PERSONALNYCH Skura GP: Redaktor Grabarza Polskiego

Pożeracz filmów i muzyki, felietonis

ta

Co cię skłoniło aby zostać grabarzem? Życie, a właściwie śmierć... właściwie życie, a raczej

śmierć itd.

Co lubisz w życiu poza grzebaniem zwłok? Próbuję przynajmniej dorównać Dexterowi. Jaki film powalił cię ostatnio na cmentarną glebę? Oj, nie będę oryginalny – „[Rec]”, ale też „Gran Torino” i „Człowiek na linie”, tylko że to akurat na amerykańską glebę. Ulubiony film rozgrywający się w środowisku grabarzy? „Dellamorte Dellamore” - bo to jedyny jaki znam. Chociaż, ostatnio z kolegami nagraliśmy taki amatorski filmk i wrzucilismy na YouTube - wpiszcie sobie “Jak grzebiemy naczelnego”... Największe horrorowe rozczarowanie w ostatnim czasie? To, że dystrybutorzy nie zdecydowali się na wyświe tlanie „Diary of the Dead” w kinach. Niezależnie od jakości czekałem ponad rok by obejrzeć Pamiętnik na dużym ekranie. Na darmo. Żenada. Freddy czy Jason? Michael (Myers oczywiście). Co czytujesz kiedy nie trzeba akurat nikogo grzebać ? Jako, że muszę być tajemniczy jak moje zdjęcie, rozszufrujcie to sobie: P.K.D., St.K, G.G.M., J.C., J.R.B., i in. Przy jakiej muzyce najweselej kopie się groby? Przy szumie wiatru i krakaniu wron. Jak często jadasz surowe mięso? Jak tylko Dexter nie patrzy. Jakie masz najbliższe plany niezwiązane z pracą grabarza? Zostać Grabarzem Roku.

37


-------------------------------------- Ocena: 3/6 Wydawca: Amber l992 Tłumaczenie: Dariusz Bakałarz Ilość stron: 320

Kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z „Czarnym Aniołem”, będąc jeszcze podlotkiem, zafascynował mnie wykreowany przez Mastertona brutalny horror, który z jednej strony był tak bardzo bliski i ludzki, a z drugiej odległy i nierealny. Po latach, kiedy wróciłem do tej książki, znając niemalże na pamięć całą bibliografię Grahama Mastertona, a także zasady rządzące gatunkiem, musiałem niestety swój pogląd zweryfikować. W tym starciu powieść Grahama Mastertona straciła trochę na wartości.

jak chodzący balon z mięsem w środku…

Text: Piotr Pocztarek

GRAHAM MASTERTON - Czarny Anioł (Black Angel )

U Mastertona, jak u Hitchcocka – historia zaczyna się trzęsieniem ziemi. Potem jednak napięcie zamiast rosnąć – opada. Pierwszy rozdział jest kunsztownym i przerażającym popisem wyobraźni pisarza, który zdaje się znać pierwotne lęki każdego człowieka i opisać je w taki sposób, że w każdej chwili chce się zaprzestać czytania. Niestety, zaraz potem dajemy się zjeść prostej i absurdalnej fabule, w której nawet psychologia postaci trochę szwankuje.

Bohaterem powieści jest policjant z San Francisco, Włoch, Larry Foggia. Szczęśliwy mąż i ojciec prowadzi sprawę brutalnego seryjnego mordercy, który według tajemniczego, rytualnego klucza dopuszcza się coraz bardziej makabrycznych zabójstw na całych rodzinach.

Główny bohater jest niewiarygodny, fanatyczny morderca wydaje się być miły, grzeczny i dobrze wychowany a sama fabuła miejscami jest mało logiczna. Poparte jest to często niespójnymi dialogami, co być może jest po części winą tłumaczenia w tym wydaniu - muszę przyznać, że bardzo ciężko było mi przePrzeznaczeniem Larry’ego jest rozwią- brnąć przez zdania przełożone przez zać zagadkę, stając jednocześnie twa- tłumacza. rzą w twarz ze swoim największym koszmarem. Oczywiście jak to zazwyczaj „Czarnego Anioła” warto przeczytać dla u Mastertona bywa, zanim główny boha- pierwszego rozdziału, a także dla – uwater trafi do celu, spotka się z duchami, ga – zakończenia. Tak, tak, to nie pomyłspirytystami, ekspertami w dziedzinie ka – u Mastertona zdarzyło się solidne, czarnej magii i stworami rodem z piekła. zaskakujące zakończenie, oparte na Co wyróżnia fabułę tej powieści na tle całkiem udanym pomyśle i rozwiązaniu innych? Tym razem owe stwory rodem akcji. Niestety to trochę za mało by przyz piekła są bardziej absurdalne i grote- znać wyższą ocenę kiedy niektóre wydaskowe niż kiedykolwiek wcześniej. Bo rzenia przytoczone w fabule to apogeum jakże inaczej nazwać papugę z na wpół absurdu, a całe rozwinięcie akcji nie ludzką twarzą, czy kobietę wyglądającą straszy i za mało wciąga.

39


Text: Łukasz Radecki

Witchboard to tablica służąca w dawnych czasach do porozumiewania się z duchami. Dzięki przejrzyście rozłożonym literkom i niewielkiej przestrzeni jaką zajmuje zdominowała swego czasu modne seanse spirytystyczne wypierając wielkie stoły i nadęte matrony udające medium. Z czasem stała się elementem rozrywki idealnym do zabaw na Halloween. Twórcy filmowi jednak nie zapomnieli o złowieszczych mocach kryjących się w drewnianej tabliczce, czyniąc ją częstym rekwizytów, a w interesującym nas przypadku głównym bohaterem.

40

Jest to kolejna z serii, które należy obdarzyć mianem kultowych, trudno bowiem uznać ją za wybitne dzieło kinematografii, jeszcze trudniej nie docenić wielu walorów, jakie ona posiada. Analizę tej serii rozpocznijmy chronologicznie, a więc od pierwszej części, która powstała w 1986 roku za sprawą scenarzysty i reżysera Kevina Tenney’a, który największą sławę zyskał dzięki swojemu drugiemu filmowi – „Night of the Demons” (1988). Należy

jednak przyznać, że już debiut twórcy potrafił przykuć uwagę. Chociaż sama historia jest dość banalna, śledzimy jej przebieg z zainteresowaniem, nie od dziś przecież wiadomo, że nieważne jest o czym jest opowieść, tylko kto i jak ją opowiada. Wszystko zaczyna się na pewnym przyjęciu, gdzie Linda Brewster (Tawny Kita-


en) wraz ze swoim przyjacielem, Brandonem Sinclarem (Stephen Nichols) przy pomocy tabliczki Ouija próbuje przywołać ducha. Dla większości z gości jest to po prostu durnowata zabawa, dla niektórych z nich sprawdzian wiary w istnienie drugiej strony. Jedynie Brandon, jako doświadczone medium, zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji i ostrzega chłopaka Tawny, Jima Morara (Tod Allen) przed kpinami i docinkami w trakcie seansu. Jak się można domyślić, Jim nic sobie z tego nie robi, szczególnie, że utrudnia mu to wypity alkohol i dochodzi do zdawać by się mogło niegroźnego incydentu. Zirytowany duch przerywa seans nie kryjąc swojego rozgoryczenia. To jednak dopiero początek tragicznych zdarzeń. Zafascynowana zjawiskiem Tawny, mimo ostrzeżeń Brandona, samotnie próbuje używać tabliczki i nawiązuje kontakt z duchem. Nie wie, że ma do czynienia z istotą niezwykle potężną, która chce ją wykorzystać by powrócić do świata żywych.

„Witchboard” jest dowodem na to, że nie potrzeba wielkiego budżetu by stworzyć interesujący film. Fabuła, choć nie wnosi niczego odkrywczego do gatunku, jest wierna klasykom tegoż, dzięki czemu nawet na drobne logiczne niedociągnięcia możemy spokojnie przymknąć oko. Szczególnie, że pozostałe zadania zostały wykonane nad wyraz dobrze. Napięcie budowane jest stopniowo i choć trudno prawdziwie się przestraszyć w trakcie seansu, uczucie grozy i niepokoju towarzyszy nam przez cały czas. Bardzo duża w tym zasługa klimatycznej i nie wybijającej się zanadto muzyki, która doskonale podkreśla wydarzenia na ekranie, jednocześnie nie sugerując nam momentów „tak, teraz powinieneś się bać”. Równie niebagatelną rolę odegrały ujęcia kamery, która sprawnie prowadzona, w wielu momentach podkreśla niezwykłość i grozę niektórych zdarzeń. Nie można również przemilczeć aktorskich kreacji, które nie zamierzają nawet pretendować do Oskara, niemniej świetnie

41


wpasowują się w całość obrazu, a postacie mimo nierealnych wydarzeń pozostają osobami z krwi i kości, w ich istnienie i motywację można naprawdę uwierzyć. Może tylko czasem zagrania opętanej Tawny wywołają uśmieszek politowania, niemniej w całości przepadają, w pamięci zaś zostaje obraz, który możemy uznać za wzorcowy przykład klasycznego ghost story z lat 80. Bez wątpienia wart obejrzenia.

Niestety „Witchboard 2: The Devil’s Doorway” nie umywa się do swego poprzednika. Druga odsłona nie ma żadnych wspólnych punktów z prequelem poza tabliczką ouija. Młoda dziewczyna, Paige (Ami Dolenz), odnajduje w swoim nowo wynajętym mieszkaniu tytułową tabliczkę i za jej pomocą, w ramach zabawy i ciekawości próbuje połączyć się ze światem zmarłych. Dość szybko udaje jej się nawiązać kontakt z poprzednią mieszkanką jej apartamentu, która jak się okazuje, Z jednej strony nie ma nic dziwnego została brutalnie zamordowana. Dochow tym, że w końcu pojawił się sequel. dzenie jakie zaczyna potajemnie proW końcu, bowiem od premiery pierwszej części minęło aż 7 lat. Nie przestaje mnie jednak dziwić, czemu niektórzy twórcy uparcie odcinają kupony od swojej twórczości, gdy nie udaje im się stworzyć nic wybitnego. Tak jest właśnie w przypadku Kevina Tenneya, który dwa swoje najlepsze filmy nakręcił na początku swej kariery i potem jakoś długo nie mógł się zebrać, postanowił więc zrealizować drugą część swojego pierwszego hitu.

42


wadzić w tej sprawie daje zaskakujące rezultaty. Okazuje się, że nikt nic nie wie o żadnym morderstwie, ba, nawet o istnieniu jakiejkolwiek poprzedniej właścicielki. W tym samym czasie w domu, w którym znajduje się apartament Paige dochodzi do niewyjaśnionych śmiertelnych wypadków. Paige musi odkryć prawdziwą tożsamość ducha, którego przywołała, zanim śmiertelne niebezpieczeństwo dopadnie i ją samą. Choć tak naprawdę nie mam nic do zarzucenia sequelowi, bowiem został zrealizowany poprawnie zarówno pod względem zdjęć, muzyki jak i pewnych rozwiązań fabularnych, to jednak miałem nieodparte wrażenie, że to wszystko już widziałem w nieco innej formie poprzednim razem. Dwa największe zarzuty to jednak takie, że film w ogóle nie straszy, klimat grozy zaś jest tak znikomy, że wręcz niedostrzegalny, oraz że to co uchodziło w latach 80., w 90. już nie musi. To również dobry film. Trochę jednak spóźniony. Naprzeciw czasom wyszła część trzecia w 1995 roku. Kevin Tenney tym razem jedynie współpracował przy tworzeniu scenariusza z Jonem Ezrinem, reżyserią zajął się szerzej wówczas nieznany Peter Svatek. W „Witchboard III: The Possession” nie ma już miejsca na niedomówienia. Dusza Briana (David Nerman) zostaje uwięziona w tabliczce

ouija przez demona (Cedric Smith), który z kolei przejmuje jego postać by zapłodnić jego żonę, Julię (Elizabeth Lambert). Ta gdy odkrywa prawdę staje do walki z demonem. Film odbiega całkowicie od klimatu serii, zanikł gdzieś nastrój, tajemnica jest tylko zasugerowana, bo w istocie żadną nie jest, pojawia się za to nieco gore, odrobina erotyki i gumowy demon na końcu. Całkiem nieźle jak na przeciętny, kiczowaty horror, trochę niewiele jak na kontynuację tej serii. Trudno mi tak naprawdę obiektywnie rozstrzygnąć wady i zalety sagi „Witchboard”. Niewątpliwie ząb czasu nie był dla niej litościwy, niemniej choćby w przypadku pierwszej części wciąż mamy do czynienia z filmem wartym obejrzenia. A jeśli już obejrzymy pierwszy, starczy apetytu na drugi. Czy na trzeci też – to już zależy tylko i wyłącznie od Was.

43


WITCHBOARD WITCHBOARD USA 1986 Dystrybucja: Brak

WITCHBOARD 2 WITCHBOARD 2: The Devil’s Doorway USA 1993 Dystrybucja: Brak

Reżyseria: Kevin S. Tenney

Reżyseria: Kevin S. Tenney

Obsada: Todd Allen Tawny Kitaen Steven Nichols Rose Marie

Obsada: Ami Dolenz Christopher Moore Laraine Newman Todd Allen

X X X X

X X X X X

X X X X X X

WITCHBOARD 3 WITCHBOARD 3: The Possession USA 1995 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Peter Svatek Obsada: David Nerman Elizabeth Lambert Cedric Smith Richard Zeman


Wybierz 5 Twoim zdaniem najlepszych opowiadań Stephena Kinga i prześlij swoje typy na adres bartek@grabarz.net a weźmiesz udział w losowaniu najnowszego zbioru Króla Grozy zatytułowanego „Po zachodzie słońca”! Mile widziane uzasadnienia wyboru takiego a nie innego opowiadania – najciekawsze uzasadnienia opublikujemy w Grabarzu wraz z wynikami konkursu i podsumowaniem Waszego głosowania. Termin nadsyłania list ulubionych opowiadań: do 20 maja 2009 r. Nagrody ufundowało wydawnictwo Albatros, dzięki któremu już 6 maja „Po zachodzie słońca” trafi do księgarń.

ZAPISZ SIE JUZ DZIS NA:

>> WWW.GRABARZ.NET Formularz rejestracyjny dostępny jest na stronie głównej Grabarza pod hasłem >NEWSLETTER< Subskrypcja jest darmowa. Można z niej zrezygnować w każdej chwili.


-------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawca: Phantom Press l985 Tłumaczenie: Jerzy Śmigiel Ilość stron: 225

Na temat Harry’ego Adama Knighta wypowiadałem się już wielokrotnie, trudno jednak przegapić kolejną okazję, szczególnie, gdy nadarza się tak znakomita jak zrecenzowanie powieści „Fungus”, którą uważam osobiście za najwyższe osiągnięcie autora. Na pewno znajdą się osoby skłonne do polemiki, niemniej w klasie B, Harry A. Knight nie miał sobie równych, szczególnie jeśli chodzi o kreowanie w prosty sposób niebanalnych postaci i rzucania ich naprzeciw niepojętym tragediom czy też potworom. Rzadko który autor także potrafił w sposób tak plastyczny i złożony przedstawić wszelkie katastrofy lub też ich skutki. Akcja utworu rozgrywa się w większości w Londynie, tam to bowiem dochodzi do niezwykłego wydarzenia, w skutek którego zarodniki grzybów rozwijają się nad wyraz szybko, rosnąc ponad miarę, dodatkowo asymilując środowisko. W ciągu zaledwie kilku dni tajemniczy wirus opanowuje całe miasto i coraz większe tereny Wielkiej Brytanii. Rząd staje przed obliczem zagłady, sąsiednie państwa w obawie przed wirusem postanawiają zrzucić na kraj bombę atomową. Zostają podjęte działania, w wyniku której zostaje powołana specjalna grupa. Zadaniem jej jest dotarcie do Londynu i odnalezienie najwybitniejszej w kraju specjalistki od spraw grzybów, która być może pomoże rozwiązać problem lub chociaż wyjaśni jego pochodzenie. Oczywiście, nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, by domyślić się kto stoi za tajemniczą i groźną mutacją grzyba. Nie o to jednak chodzi. Najważniejszy jest kli-

mat, jaki udało się wytworzyć autorowi. Już sam fakt kreacji bohatera głównego odbiega od tradycyjnej sztampy, jest nim bowiem Barry Wilson, przeciętny pisarz, który nie ma zielonego pojęcia, ani o grzybach, ani o tajnych misjach, zadaniach specjalnych i walce z mutantami, a do zespołu trafił tylko dlatego, że cała misja tak naprawdę polega na odnalezieniu jego byłej żony. Myli się również ten, kto myśli, że bohater przejdzie swoistą przemianę i stanie się równy wymyślanym przez siebie postacią, które z karabinem w ręku i niewiastą na ramieniu rozgromi całe Zło tocząc Anglię. Harry Adam Knight nigdy nie zapominał, że horror polega na przeciwstawianiu zwykłych ludzi niezwykłym zdarzeniom, a nie tworzeniu herosów, którzy przecież muszą walczyć z potężnym złem, by wyrównać szanse. U niego bohaterowie zawsze byli z krwi i kości (no, z jednym wyjątkiem, ale o tej powieści kiedy indziej), nawet postacie pojawiające się w epizodach potrafiły zainteresować swoją historią, a ich śmierć wcale nie musiała być obojętna. Tak też jest i tutaj, gdy już na samym początku poznajemy kolejne postaci i jesteśmy świadkami ostatnich chwil ich życia. Klimatycznie budowane napięcie i nastrój zagrożenia towarzyszą nam od samego początku i nie opuszczają niemal do samego końca powieści, może z kilkoma wyjątkami, gdy do głosu dochodzi jeden z komandosów, robi się trochę amerykańsko, ale na szczęście nie narzuca się to zbytnio w oczy dzięki kolejnemu z zabiegów, a więc roli kobiety. Oczywiście takowa musiała się pojawić w zespole, niemniej szanse na to, że zdobędzie ją główny bohater wcale nie są tak duże jakby się mogło zdawać.

Text: Łukasz Radecki

HARRY ADAM KNIGHT - Fungus (The Fungus)

47


Przeklete lata So! Text: Skura

Noc Demona !

“JUŻ OD POCZĄTKU CZASU PISANO, NA PRADAWNYCH KAMIENIACH, ŻE ZŁE, NADPRZYRODZONE STWORZENIA ISTNIEJĄ W ŚWIECIE CIEMNOŚCI. MÓWIONO, ŻE CZŁOWIEK, UŻYWAJĄC MAGICZNYCH MOCY PRADAWNYCH SYMBOLI RUNICZNYCH MOŻE PRZYWOŁAĆ OWE MOCE CIEMNOŚCI, PIEKIELNE DEMONY. PRZEZ WIEKI LUDZIE BALI SIĘ TYCH ISTOT I CZCILI JE. PRAKTYKI MAGICZNE, KULT ZŁA, WSZYSTKO TO PRZETRWAŁO I ISTNIEJE PO DZIŚ DZIEŃ.”

Tymi słowami, wypowiadanymi przez narratora zaczyna się „Noc demona” nakręcona przez Jacquesa Tourneura. Jego dzieła z lat 40.: „Cat People” i „I walked with a Zombie” na trwałe zapisały się w historii horroru. Mistrz nie uległ modzie lat 50. na wielkie krety, krwiożercze, zmutowane słonie czy pełzające kluski... Kontynuuje więc reżyserię tworząc tajemnicę, klimat średniowiecznych wierzeń, czarnoksiężników, wiedźm i demonów. Jednak historie te w filmie pojawiają się tylko na stronicach zakurzonych ksiąg magicznych, a cała akcja dzieje się w ówczesnym świecie. Jedynie na początku pojawia się tytułowy demon z plakatu, jednorazowo... SZKIEŁKO I OKO? Fabuła skupia się na konflikcie dwóch postaci - profesorów. Jeden z nich to sceptyk wobec pradawnych klątw, duchów i innych zjawisk nadprzyrodzonych.

48

Drugi, Julian Karswell jest jego przeciwieństwem. Nie dość, że przebiera się za klowna i na dziecięcych balach, rodem z urodzin w McDonaldzie czaruje dzieciaki, to posiada ogromną wiedzę na temat wszystkiego, czym zajmował się np. Artur C. Clarke. Amerykański niedowiarek, który przylatuje na zjazd do Anglii, chce obalić wszystkie tezy Karswella i udowodnić, że to same bujdy. Mamy więc aktorski pojedynek dwóch charakterów, który pomimo, iż napisany pięćdziesiąt lat temu ciągle chwyta za gardło. Oczywiste, że jest to starcie troszkę archaiczne, w wolniejszym tempie niż w dzisiejszych, błyskawicznych czasach - ale właśnie dlatego uwielbiamy stare kino! W tym starym kinie pojawienie się demona wśród kłębów dymu jest dla widza zagadką. Nie wiemy czy zasugerowany widok jest wytworem nadwerężonej psychiki ofiary rzekomego Demona, czy to rzeczywiście sam Demon stoi przed nami. I do końca seansu będziemy się mogli tylko domyślać czy klątwa rzucona na znanego naukowca jest przejawem hochsztaplerstwa, czy w uniwersum filmu mamy do czynienia z prawdziwymi paranormalnymi zjawiskami. Początkowo widz będzie przyjmował pozycję sceptyczną, ale przechodząc przez kolejne epizody, za każdym razem będzie musiał zweryfikować swoje stanowisko.


Jednak cała przyjemność z oglądania filmu nie płynie z suspensu: klątwa okaże się prawdziwa? Czy profesor John Holden umknie przeznaczeniu i przeżyje? Czy udowodni, że duchy nie istnieją? Cała przyjemność płynie z podróży, niczym w filmie drogi wędrujemy z bohaterem przez mroczne lokacje. Od starych ruin, ciemnych lasów, poprzez stylowy nawiedzony dworek, strych, pustą wieś czy labirynt hotelowych korytarzy. Wydaje się, że każdy z detali tych miejsc jest dopracowany w najmniejszym szczególe. Widoki są wiarygodne bo kręcone są w plenerze. Nie widzimy więc jakiejś dykty imitującej stary dworek, lecz czujemy że jesteśmy gdzieś w Angli, gdzie wraz ze swoją mamą, mieszka Pan Karswell...

PLUSZOWY ZWIERZ Film ten nie pasowałby do tego działu gdyby nie charakterystyczne smaczki z epoki. I tu właściwie mamy jedną cudną perełkę, taką wisienkę na torcie, która właściwie przyozdabia nam ten tort! No bo, produkcja to dosyć poważna, twórcy nie epatują hektolitrami krwi, a próbują stworzyć niepokojący klimat... W scenie kiedy poważny naukowiec, w poszukiwaniu tajemniczej księgi wkrada się do ponurej posiadłości Karswella... jest już w bibliotece, gdzie leży szary kocur, który nagle zamienia się w tygrysa! Lamparta! Hienę! Sam nie wiem właściwie w co, bo zwierzę szybkie jak diabli, w sekundę doskakuje intruzowi do szyi i gryzie! Szarpie! A wszystko to dzięki znakomitym zdolnościom aktora, który trzymając pluszową atrapę tej bestii rzuca się i wije niczym Bruce Campbell w „Evil Dead”! Tylko zamiast opanowanej przez demony ręki, mamy pluszową atrapę.

W podróży towarzyszy nam (i Holdenowi) młoda, piękna dziewczyna. Jesteście zaskoczeni, wiem. Co ciekawe jej rola nie sprowadza się do paru krzyknięć w najmniej oczekiwanych momentach - co było wtedy przecież normą. (Notabene, taki pisk jest w stanie czasem nadal mnie wystraszyć, co również i mnie dziwi. Młoda panna jest jakby przewodniczką i widza i głównego bohatera.) Objaśnia i prowadzi przez pewne wydarzenia. Próbuje też ingerować w przebieg zdarzeń: przekonuje Johna by jednak spróbować klasycznych metod neutralizacji klątwy. Stara się też nakłonić go do zmiany przekonań. Jednym słowem działa, jest w ciągłym ruchu - jak Justyna Steczkowska w swoim nowym teledysku „To jest mój czas”. Zamiast podsumowania, w którym naturalnie bym Was zachęcał do seansu, ciekawostka: pamiętacie piosenkę Kate Bush „Hounds Of Love”? Rozpoczyna się frazą „It’s in the trees! It’s coming!’, wyciętą właśnie z „Nocy demona’. Już po obejrzeniu właściwego filmu polecam krótki miks teledysku z oryginałem, który podobno zainspirował artystkę do napisania tego hitu (do obejrzenia online na: tnij.org/c5d2).

49


-------------------------------------- Ocena: 3/6 Wydawca: Rebis 2009 Tłumaczenie: Maciej Szymański Ilość stron: 406

Wiadomo o co mniej więcej chodzi w przypadku każdej nowej powieści Robina Cooka: jakiś sprytny, czysty jak łza bohater odkrywa morderczy spisek w świecie nowoczesnej medycyny, a następnie bierze głęboki wdech, szybko przypomina sobie parę ważnych informacji, jakie zdobył podczas studiów medycznych i na przestrzeni kilkudziesięciu rozdziałów ratuje świat – albo przynajmniej Stany Zjednoczone – przez rozszerzaniem się jakiejś straszliwej zarazy czy też przed stosowaniem zgubnych procedur jakiegoś medyka-maniaka. No dobra – było parę wyjątków. Na przykład w „Sfinksie” autor rozszalał się w klimatach sensacyjno-przygodowych, a w przypadku takiej „Inwazji” poczuł potrzebę wbicia się w ramy powieści fantastycznej. To jednak drobne, nie mające znaczenia skoki w bok, a „Ciało obce” udowadnia, że Cook wciąż przez większą część czasu stara się być wierny starej, dobrej formule thrillera medycznego. Powinien tylko pamiętać, że także sprawdzoną formułę trzeba starannie zastosować aby uzyskać oczekiwany efekt – bo choć pomysł na tę powieść był całkiem niezły, to czasami można odnieść wrażenie, że nie bardzo chciało się Cookowi ubierać go w słowa. Tym razem autor zabiera nas na wycieczkę do Indii, gdzie spoczywa tytułowe „ciało obce”. Wbrew temu, co sugeruje okładkowa ilustracja, ciało to nie jest wcale narzędziem chirurgiczny zaszytym wewnątrz pacjenta. Termin ten należy w tym wypadku traktować dosłownie: to po prostu zwłoki obcokrajowca, których indyjski szpital chce się jak najszybciej pozbyć.

Tym bardziej, że podobnych zagranicznych truposzy zaczyna niepokojąco szybko przybywać, a wszyscy zmarli pacjenci trzasnęli w kalendarz akurat kiedy wydawało się, że idzie ku dobremu, że jak tylko odpoczną po udanej operacji, będą mogli natychmiast wsiąść w samolot i wrócić do s w o i c h wspaniałych Stanów Zjednoczonych (nie na tyle jednak wspaniałych aby zapewnić obywatelom tanią opiekę medyczną). Wnuczka jednej z nagle zmarłych osób wyczuwa, że cała sprawa cuchnie morderczym przekrętem i zabiera się za węszenie, a do tego odmawia zgody na szybką kremację zwłok i straszy władze szpitala, że będzie się domagała adopcji. No i jest już jasne, że odważna biedula znajdzie się na celowniku hinduskich bandytów będących na usługach medyków-psychopatów, a dodatkowo życie będzie jej utrudniała przekupna miejscowa policja.

Text: Teodor Czank

ROBIN COOK - Ciało obce (Foreign Body)

Bywa w „Ciele obcym” naprawdę ciekawie: Cook całkiem sensownie opisuje parę ciekawych zakątków Indii (a przecież nie od dziś wiemy, że nie jest aż takim zdolniachą w opisywaniu przyrody jak, powiedzmy, Eliza Orzeszkowa), udaje mu się w kilku fragmentach skrzesać trochę napięcia, a wątek „turystyki medycznej” został tu przedstawiony interesująco i do tego daje do myślenia. Trochę natomiast sypnął się autor w końcówce, gdzie potyczka dobrych ze złymi staje się bardzo mało realistyczna, a momentami można wręcz odnieść wrażenie, że ociera się o komedię. Nie bardzo wiem czy akurat tego Cook tu chciał czy tak mu tylko dziwnie wyszło.

51


[ Wiersze niepokojące ]

Wiersze niepokojące Leon Kiep Wiedźma i pies Oddaj mi moje życie, Krążę niespokojny po lesie Nie za daleko, żeby widzieć dym Z tej cholernej chatki Sami przecież wiecie Kiedy byłem wolny biegłem nocą do utraty tchu Albo czaiłem się pod krzakiem Z błyskiem w oku i wyschniętym gardłem Na dywanie mchu Dlaczego chce tylko Ciebie gdy na wielkich łąkach sarny i jelenie I kajam się przed Tobą i liżę po rękach Zamiast gryźć Oddaj - nie mogę przestać wyć Zamknij mnie w klatce Ale nie gwiżdż więcej na mnie Bo przybiegnę na łeb na szyję po swojej godności Skomląc o razy butem i kijem Zdejmij czar Oddaj mi moje życie Wiedźmo Słońce moje i Księżycu

53


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Jerzy A. Kozłowski Striptiz Macabre Kiedy Daniel zobaczył podążających w jego kierunku dwóch łysoli w dresach, pomyślał, że już po nim. Tacy o drogę raczej nie pytają. Nie w środku nocy, w odludnej, źle oświetlonej uliczce. Momentalnie pożałował, że wybrał, wbrew rozsądkowi, drogę na skróty. Powinien był wracać do domu znaną sobie trasą, wprawdzie dłuższą, ale wiodącą jasnymi arteriami miasta. Jeszcze żeby szedł z kimś... Ale nie! Wybrał się na nocną wycieczkę po ciemnych alejkach samotnie. Teraz zaczął panikować. W zasadzie nie miał nawet dokąd uciekać. Od dłuższego czasu błądził, skutkiem czego znalazł się w ślepym zaułku, skąd jedyne wyjście prowadziło właśnie tam, gdzie bardzo nie chciałby się znaleźć. Otaczały go kilkupiętrowe obskurne kamienice, z których sypał się tynk, odsłaniając kruszące się cegły. Dzielnica należała do tych, gdzie ludzie wolą niczego nie widzieć i niczego nie słyszeć. Nawet gdyby zaczął wołać o pomoc, niewiele by to dało. Był zdany tylko na siebie i na mały scyzoryk, który trzymał w kieszeni na wszelki wypadek. Dopadł najbliższych drzwi. Były ciężkie, drewniane i niestety zamknięte. Teraz przestraszył się już nie na żarty. Dwóch dresiarzy zbliżało się, osiągając odległość krytyczną. - Wyskakuj z kasy. I to już! – Łysol zastąpił Danielowi drogę. Drugi, taki sam, tylko jeszcze bardziej napakowany, zaszedł go od tyłu. Daniel rzucił się do ucieczki. Nie zdążył jednak zrobić nawet dwóch kroków, gdy jeden z napastników pchnął go w plecy. Chłopak stracił równowagę i poleciał na ziemię, wprost w kałużę. Zdołał podeprzeć się rękami, lecz w tym samym momencie poczuł kopnięcie w podbrzusze i przetoczywszy się, upadł na plecy. - Ty gnoju! – wrzasnął ten większy – będziesz się stawiał!? To może spróbujesz jeszcze walczyć? Kolejny kopniak, tym razem w klatkę piersiową. Dobrze, że dresiarz miał adidasy, w innym obuwiu niechybnie złamałby mu żebra. Danielowi zabrakło oddechu. - Dawaj kasę! Chyba że chcesz bliżej poznać się z moim butem – Nogą przycisnął do ziemi jego głowę. Daniel poczuł mocny nacisk na żuchwę. - Dobra, już! – krzyknął, bojąc się, że jeszcze trochę, a napastnik zmiażdży mu szczękę. – Zdejmij tę nogę, to ci dam. - No, od razu lepiej – Bandzior zmniejszył nacisk, jednak nadal trzymał but na jego twarzy. – Ruchy, ruchy, nie mamy całej nocy. Daniel, włożywszy dłoń do kieszeni, wymacał portfel. Palce jednak powędrowały dalej - do małego składanego scyzoryka. Spróbował rozłożyć go jedną ręką.

54


[ Jerzy A. Kozłowski - Striptiz Macabre ]

- No co tak długo? – Zniecierpliwił się tamten. - Zaraz, nie mogę wyciągnąć. To nie jest wygodna pozycja – skłamał. - Dawaj to – Dresiarz znów zwiększył nacisk na szczękę. W tym samym momencie chłopak wyciągnął nóż z kieszeni i z impetem wbił go bandziorowi w nogę powyżej kostki. Dresiarz krzyknął z bólu. Na nogawce dresu wykwitła czerwona plama. Daniel gwałtownym ruchem zrzucił z siebie napastnika, tak że tamten upadł wprost na swego zaskoczonego kolegę. Nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, Daniel puścił się pędem przed siebie. Biegł, słysząc przekleństwa i ryk bólu. I nagle ze zgrozą zorientował się, że wyrosła przed nim wysoka ściana kamienicy zagradzająca mu drogę. Pobiegł w złą stronę. Zamiast ku wolności, zapędził się wprost w pułapkę. Łysol i jego ranny kumpel już zmierzali do niego. Wolno - ponieważ krwawiący napastnik musiał podpierać się na ramieniu kolegi - jednak konsekwentnie i nieubłagalnie się zbliżali. Daniel poczuł paraliżujący strach. Spojrzał jeszcze raz na ścianę, w nadziei, że znajdzie tam jakieś drzwi. Nic z tego. Drzwi były, owszem, ale namalowane sprayem. Ledwo widoczne spod pokrywających je graffiti. - Już po tobie! – ryczał wściekły dresiarz, powłócząc skaleczoną nogą. Na twarzy poczerwieniał tak, że sprawiał wrażenie, jakby płonął. Daniel podjął ostatnią, rozpaczliwą próbę ucieczki. Wprawdzie uliczka była wąska, istniała jednak szansa, że uda mu się przebić obok bandziorów. Wtedy pobiegłby przed siebie tak szybko, jakby tylko potrafił. Odbił się od ściany, aby nabrać dodatkowego rozpędu, i puścił się w bieg. W momencie, gdy właśnie miał przebiec obok nich, mniejszy, nie zraniony dresiarz puścił swojego kolegę i z całej siły pchnął Daniela, uderzając prosto w splot słoneczny. Siła rozpędu była tak wielka, że napastnik, odbiwszy się, upadł na ziemię, Daniel natomiast poleciał do tyłu - wprost na mur. Wszystko trwało ułamek sekundy, a jednak w świadomości chłopaka było tak niewiarygodnie zwolnione, iż mógłby przysiąc, że działo się to znacznie, znacznie dłużej. Poczuł mocne uderzenie i chrupnięcie czaszki o ceglaną ścianę. - Ja pierdolę! – Oszołomiony upadkiem łysol zdołał powiedzieć tylko tyle. *** Daniel siedział skołowany pod murem, nie mogąc się poruszyć. Bardziej z szoku, gdyż bólu prawie nie czuł. Musiało go na chwilę zamroczyć, bo gdy powrócił do świadomości, prześladowców nigdzie nie było. Zupełnie jakby rozpłynęli się w powietrzu. Wokół panowała dziwna, przerażająca cisza. Dzwoniło mu w uszach

55


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

i trochę kręciło się we łbie. Dotknął głowy, lecz o dziwo nie wyczuł żadnego śladu uderzenia. Nie było nawet guza, a spodziewał się obfitego krwawienia. Żebra, choć obolałe, zdawały się nie być połamane, to samo z brzuchem i resztą ciała. Był zdrów i cały, a powinien był zginąć. Zastanawiając się, co się u licha stało, przewrócił się najpierw na kolana, a następnie podpierając się ściany, wstał. Wtedy zobaczył rzecz szokującą - na murze nie było żadnych malunków. Czysta, jakby dopiero wybudowana ceglana ściana stała, nie nosząc żadnych oznak dewastacji czy upływającego czasu. - Ciekawe – wydukał z siebie, obmacując ścianę. Wyglądało na to, że znalazł się po drugiej stronie. Ale jak? Nie było żadnej dziury, nie mógł po prostu ot tak przelecieć przez solidne ogrodzenie. Uliczka z pozoru niczym nie różniła się od tej, którą przyszedł. Tak samo ciemna, brudna i śmierdząca. A jednak już po kilku minutach zaczął dostrzegać rozbieżności. Nie było już tak cicho. Gdy otrząsnął się z oszołomienia, zaczęły do niego docierać z oddali odgłosy kroków, rozmów, a nawet - gdy się dobrze wsłuchać dudnienie muzyki, chociaż mogło być to równie dobrze bicie skołatanego serca. Po ziemi pełzła delikatna mgiełka. Ściany budynków, przedtem obdarte z tynku, teraz wyglądały, jakby były odarte ze skóry, z czerwonymi niczym żywe mięso cegłami i wystającymi rurami biegnącymi jak tętnice wzdłuż murów. Domy zdawały się żyć i krwawić z niepołatanych dziur. Mnóstwo sprośnych, wulgarnych i przeraźliwych napisów sugerowało, że nie jest to przyjazna okolica. Kraty w oknach szczerzyły się niczym ogromne stalowe zęby. Po ziemi walały się śmieci, szczury przebiegały z jednej strony na drugą, chowając się przed morderczymi spojrzeniami kotów o błyszczących ślepiach. Ale najgorszy był księżyc. Zauważył go dopiero po czasie, gdy przypadkiem podniósł głowę do góry. Był czerwony i uśmiechał się. Właściwie to drwił. Szydził. A może nie? Może tylko mu się tak wydawało? Księżyc jak księżyc, tyle że czerwony. Wyglądał, jakby chciał go pożreć. Szedł przerażony naprzód, walcząc z pokusą puszczenia się pędem przed siebie, nie zważając zupełnie na nic, i gdyby nie surrealizm sytuacji, zapewne już dawno by tak uczynił. Powstrzymywało go tylko to, że biegnąc, mógłby niepotrzebnie zwrócić na siebie czyjąś uwagę. Mężczyzna pojawił się niespodziewanie. Wyszedł zza rogu, minął go, tak jakby w ogóle go nie zauważył, i poszedł dalej, nucąc pod nosem jakąś melodyjkę. Jak na to miejsce wyglądał zupełnie zwyczajnie. Niski, trochę przygruby, ze starannie zaczesanymi siwymi włosami, które rozdzielał przedziałek po lewej stronie. Miał na sobie rozpiętą marynarkę w szarą kratę, niebieską koszulę, granatowe albo

56


[ Jerzy A. Kozłowski - Striptiz Macabre ]

czarne spodnie (w świetle lamp ciężko było określić ich kolor) i lakierki, przez co każdy jego krok był dobrze słyszalny i roznosił się echem wzdłuż alejki. Danielowi przeszło przez myśl, że gdzieś już widział tego człowieka. Olśnienie przyszło dopiero, gdy ów zniknął w którejś z odchodzących bocznych uliczek. Mężczyzna wyglądał zupełnie jak prezydent. „Nie, to musiał być po prostu ktoś do niego podobny”, pomyślał. „Co głowa państwa miałaby robić w takim miejscu? I to bez obstawy. Idiotyzm.” Chwilę później potkał dwie pijane lesbijki, tak zajęte sobą, że nawet nie próbował ich zagadywać. - Hej, młody! Pssst – usłyszał za sobą głośny szept. – Podejdź tu. Odwróciwszy się, zobaczył starszego człowieka, z pewnością pijaka, przywołującego go ruchami ręki, w której brakowało dwóch palców. - Chodź, chodź… - Czego pan chce? Zgubiłem się – powiedział Daniel. - Tak… - Cmoknął. Prawie nie miał zębów, a te, które jeszcze mu pozostały, były mocno nadgnite – Xgubiłeś się… Stary Rakim wie, co ci potrzebne. O tak, Rakim wie. - Rakim? Tak pana nazywają? - Rakim wie. Patrz – Wyciągnął spod brudnego ubrania małe zawiniątko i rozłożył je na ziemi – Medaliony. Potrzebne ci będą. Na szaroburej, brudnej szmacie leżało kilkanaście różnokształtnych wisiorków, tak brzydko wykonanych, że każdy szanujący się rękodzielnik cisnąłby je w piec. Z jakichś nieznanych powodów żebrak jednak chciał mu wcisnąć te kawałki żelaza. - Będą ci potrzebne – Dotykał ich czule, jakby to były najwspanialsze jubilerskie wyroby. - Mam też magiczne okulary. Pomogą rozróżnić dobro od zła, kłamstwo od fałszu – Wyciągnął parę plastikowych okularów z kieszeni. – I coś naprawdę cennego... – Pokazał malutką fiolkę – Woda święcona. Prawdziwy skarb. Trudno ją zdobyć. To jak będzie? - Nie mam pieniędzy, poza tym nie są mi potrzebne żadne wisiorki, okulary ani inne pierdoły. - Potrzebne, potrzebne – zapewniał żebrak. – Pieniędzy nie? Ale masz ładny zegarek – Zatarł dłonie. - Idź do diabła! – Zdenerwował się Daniel. – Nie mam na to czasu. Rakim zaniósł się obrzydliwym rechotem. - Jak sobie chcesz. Będziesz tego żałować i błagać o te medaliony, ale wtedy Rakim nie sprzeda ich tak łatwo. Teraz są tanie, potem będą drogie. Bardzo

57


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

drogie. Żebrak nie dał się tak łatwo spławić. Nadal gapił się na Daniela, głaszcząc swoje medaliony. - Może mi pan powie, gdzie właściwie jestem? – spytał Daniel, gdy stało się jasne, że tak łatwo nie pozbędzie się starego. – Czy ja umarłem? „Co za idiotyzm”, pomyślał natychmiast, „oczywiście, że nie umarłem” - Nie – odezwał się Rakim – chłopak nie trup. Raczej szczęściarz. Chcesz wiedzieć, gdzie jesteś? To zapłać. Daniel westchnął. Zdjął z ręki zegarek, który wcale nie był aż tak drogi, i wręczył go żebrakowi. - Masz. Oby mi się to opłacało. - Chodź – Rakim zabrał zegarek i od razu poczłapał w stronę wnęki, której (Daniel był wstanie przysiąc) jeszcze przed sekundą nie było. – Przy ogniu lepiej się gawędzi. Rakim opowie ci czym jest to miejsce. Wnęka okazała się być dość przestronną bramą między kamienicami, prowadzącą z ulicy na podwórze. W środku paliło się ognisko, obok którego rozłożone było legowisko starca. Usiedli na starym zapleśniałym materacu, plecami opierając się o ścianę. Biorąc pod uwagę okoliczności, było nawet przyjemnie. W tym miejscu, nie wiedzieć czemu, Daniel czuł się bezpiecznie. Rakim zaczął opowieść: - Każde miasto ma jakieś tajemnice. Wiele z nich kryje się w mrocznych, niedostępnych zwykłym ludziom miejscach. Takimi właśnie miejscami są ciemne, rzadko odwiedzane zaułki. Ale stają się nimi dopiero po zmroku. Już po pierwszych zdaniach Daniel zorientował się, że żebrak musi być całkiem niezłym gawędziarzem, a może po prostu zna tę opowieść na pamięć i tylko ją recytuje. Może nauczył się jej albo powtarzał to tyle razy, że mimowolnie brzmiała jak cytowana z pamięci. - Do tego czasu są tylko brudnymi uliczkami, gdzie łażą bezdomni, koty rozgrzebują śmietniki, a szczury chowają się przed kotami. Czasami można dostrzec sylwetki przemykające pomiędzy budynkami. Usłyszeć pośpieszne kroki, brzęk toczącej się puszki lub tłuczonego szkła. Ktoś przeklnie ujadającego psa. Na ziemi dopatrzeć się można zaschniętych kropel krwi. Na ścianach pełno wulgarnych napisów. Rakim przerwał opowieść. Charknął, siarczyście spluwając w ogień. Daniel starał się nie zwracać na to uwagi, jednak na twarzy mimowolnie pojawił mu się grymas obrzydzenia. Słuchał cierpliwie. - Miejsca te są niczym cmentarze - regularnie odwiedzane, a jednak opuszczone. Są skazane na zapomnienie i budzące lęk. Jednak, gdy promienie słoneczne

58


[ Jerzy A. Kozłowski - Striptiz Macabre ]

przestają padać na obszczany bruk, a cienie drapieżnie wydłużają się, by utonąć w mroku, wtedy zaułki zmieniają się nie do poznania. Szare, zaniedbane i śmierdzące przeistaczają się w miejsca pełne grozy i tajemnicy. Po zmierzchu zyskują moc przyciągającą najgorsze męty z miasta. Wystarczy stanąć tuż u wylotu uliczki, by poczuć nieprzyjemny dreszcz przebiegający po plecach. Dla większości ludzi niemożliwe jest postawienie kolejnego kroku, a co dopiero zapuszczenie się w głąb. Znów urwał, lecz tym razem wyraźnie coś mu przeszkodziło. Daniel zobaczył, co to było. Żebrak wodził oczami za kręcącym się przy materacu szczurem. Wyciągnął powoli dłoń i zamarł w bezruchu, by w odpowiednim momencie zaatakować jak jastrząb. Błyskawicznie pochwycił szczura i sięgnąwszy po zaostrzony kijek, nabił go niczym kiełbaskę. Piekąc nad ogniem zdychającego jeszcze gryzonia, powrócił do opowieści. - Po zmroku w tych zaułkach i opuszczonych budynkach tętni życie. Szanowani biznesmeni przychodzą tu po pracy, zmieniając się w wyuzdanych ekscentryków, wzorowi mężowie zdradzają żony, klerycy, a nawet księża zaspokajają skrywane żądze. Widywałem tu głowy państw, biskupów, aktorów i reżyserów. Każdy zaułek, gdyby mógł, opowiedziałby ciekawą historię i pochwaliłby się jakąś sławą, która zabawiała się tu, nie musząc obawiać się o reputację, właśnie dlatego że ulice nie mówią i nie zdradzają sekretów. Te magiczne miejsca przyciągają jak magnes, ukazując prawdziwą naturę człowieka, a ci, którzy potrafią, robią na tym pieniądze. I to duże. Obrócił szczura, aby przypiekł się z obu stron. - To jest magiczne miejsce, a przejście do niego znają tylko nieliczni. Ale nie jest tu bezpiecznie. Ludzie mieszają się tu z demonami. Należy bardzo uważać, bo można zostać tu na zawsze. A wtedy masz problem. Ani nie umarłeś, ani nie żyjesz. Jesteś zawieszony pomiędzy i, o ile wiem, a wiem sporo, nikomu jeszcze nie udało się wydostać z tego bagna. - A ty? Co ty tutaj robisz? Starzec ściągnął pieczonego szczura z patyka. Gryzoń wyglądał raczej na spalonego niż upieczonego, ale Rakimowi najwyraźniej to nie przeszkadzało. - Chcesz? – Zaproponował. - Nie, dziękuję – Daniel skrzywił się. - Tak myślałem, ale zapytać wypada – Żebrak wyszczerzył popsute resztki zębów. – Rakim sprzedaje medaliony. I dobrze ci radzi, weź jeden. Ochroni cię. Chyba że chcesz pozostać tu na zawsze. A tutaj wieczność to naprawdę wieczność. Uwierz mi, Rakim wie coś o tym. - Dobra, ile chcesz za ten medalion?

59


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

- O. To jednak masz pieniądze? - Ile? - Rakim da ci go w prezencie. Za miłą rozmowę. Tylko nie zgub go, dobrze ci radzę. Żebrak wręczył chłopakowi wisiorek w kształcie półksiężyca z powybijanymi na nim literkami w nieznanym języku. Daniel schował amulet do kieszeni kurtki. - Dziękuję. A jak się w takim razie stąd wydostać? - Uuuu, ciężka sprawa. Rakim powiedzieć nie może. - Dlaczego? - Bo Rakim tylko sprzedaje medaliony. - Musi być przecież jakiś sposób. - Rakim tylko sprzedaje medaliony – powtórzył – i czasem snuje opowieści. To wszystko. - Ale… - Rakim tylko sprzedaje medaliony – Przerwał mu. - Na mnie chyba już czas. – Daniel doszedł do wniosku, że nie ma sensu dalej dyskutować. Będzie musiał znaleźć jakiś inny sposób. - Powodzenia – Żebrak zabrał się za ucztę, przestając interesować się przybyszem. - Do widzenia. Nie doczekawszy się odpowiedzi, chłopak ruszył przed siebie. Alejka ciągnęła się w nieskończoność. Gdy wreszcie dotarł do małego placyku, do którego zbiegały się ścieżki z czterech stron, stanął, nie mając pojęcia, co zrobić. Plac, który mógłby uchodzić za rynek, był pełen ludzi. Wszyscy się bawili. Istny karnawał. Latarnie rzucały mocne kolorowe światła. Nad głowami raz po raz wybuchały fajerwerki, rozbłyskując setkami barw. Niczym tęczowa mozaika rozpryskiwały się na niebie, by po chwili zniknąć niemal tuż przy ziemi. Nie było ani trochę ponuro. Grała muzyka, jednak w tłumie nie dostrzegł kapeli. Zewsząd dobywały się hipnotyzujące dźwięki bębnów, trąbek i gwizdków. Bongosy nadawały szaleńczy rytm, grzechotki i marakasy oczarowywały. Muzyka zapraszała do tańca, rozpalała dosłownie wszystkich. Biodra same kołysały się w rytm samby, nie trzeba było nic więcej robić, tylko dać porwać się melodii. Ubrane jedynie w cekinową bieliznę kobiety tańczyły, wywijając biodrami. Mężczyźni jak w transie towarzyszyli im, wcale dobrze sobie radząc. Nikomu nie przeszkadzało, że eksponują grube, owłosione brzuchy. Niektóre pary były przebrane w cudaczne stroje, inne zaś niemal nagie. Gdy dobrze przyjrzeć się tłumowi, można było zauważyć zarówno nieziemskie piękności, jak i zupełne szkarady, wysportowanych mężczyzn i dziadków o sflaczałych mięśniach.

60


[ Jerzy A. Kozłowski - Striptiz Macabre ]

Kobiety o figurach bogini Afrodyty, jak i te z obwisłymi piersiami i celulitem tańczyły z jednakowym zapałem. Gdzieś w tłumie przewijały się znajome twarze. Wszystko było jak we śnie. Daniel dał się porwać muzyce. Nie wiedząc nawet kiedy, sam zaczął tańczyć, dołączywszy do grupy bawiących się rówieśników. Nogi same go poniosły. Świat zaczął wirować w rytmie bębnów i marakasów. Poczęstowano go jakimś napojem, po którym zakręciło mu się we łbie. Czymś dużo silniejszym niż alkohol, słodkim jak ambrozja, uderzającym natychmiast do głowy. Coś wspaniałego. Całkowicie stracił poczucie rzeczywistości. Tańczył jak szalony. Jakaś dziewczyna seksownie ocierała się tyłeczkiem o jego biodra. Chwycił ją w pasie, dotykając gładkiej, aksamitnej skóry. Poczuł uwodzicielski zapach perfum. Nieznajoma obróciła się raz i drugi, po czym zniknęła w tłumie. Daniel podążył za nią, lecz szybko stracił ją z oczu. Zauważył natomiast coś, co przykuło jego uwagę. Nad wejściem do jednego z klubów wisiał neonowy napis: Striptiz. Takiej okazji nie mógł przepuścić. *** Wnętrze lokalu wyglądało luksusowo. Klienci z pewnością należeli do tych nadzianych, co to nie zadowalają się piwem za pięć złotych i drinkami za dziesięć. Daniel nie musiał zaglądać w kartę trunków, aby domyślać się, że ceny muszą być tu niebotyczne. Nie bardzo pasował do tego miejsca, ale też nikt nie zamierzał go wyrzucać. - Pańską kurtkę poproszę – Mężczyzna w garniturze wychylił się zza lady szatni. - Co? – Zdziwił się Daniel – A, tak. Już. Zdjął kurtkę i wręczył ją szatniarzowi, odbierając w zamian plastikową kartę z numerkiem. Sale były trzy, jak zdążył się zorientować. Pierwsza z nich była typowo lokalowa - leciała subtelna muzyka, dość głośno, ale nie na tyle, aby nie dało się swobodnie porozmawiać. Po prawej stronie stał bar, przy którym na wysokich stołkach siedzieli ubrani w garnitury mężczyźni ze swoimi kobietami w eleganckich, jednocześnie bardzo wyzywających strojach. Trzech barmanów w białych marynarkach, z muchą pod szyją, uwijało się, serwując klientom najwymyślniejsze drinki. Na półkach obok zwykłych trunków stały alkohole, których nigdy dotąd nie widział. Ich nazwy były tak egzotyczne, że miałby problem z ich odczytaniem. Niektóre z nich dziwnie fosforyzowały na zielono i niebiesko, bądź były czarne jak smoła lub czerwone niczym krew. Te najdziwniejsze płonęły, a barman wlewał

61


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

wprost do szklanki ognisty napój, dodając następnie przeróżne przyprawy i mieszając go z kilkoma innymi alkoholami. Piło się to, gdy stale płonęło. Resztę pomieszczenia zajmowały obite na biało kanapy, pufy oraz szklane stoliki. Nie było parkietu, a jedynie malutka, teraz opustoszała scena. Przy niektórych stolikach stały sheeshe, z których klienci z lubością zaciągali się dymem tytoniowym, tocząc przy tym rozmaite dyskusje. Daniel podejrzewał, że w fajkach wodnych znajdował się nie tylko tytoń. W powietrzu wyczuwał zapach opium i wielu innych substancji, których jednak nie potrafił zidentyfikować. Sama atmosfera pomieszczenia oszołamiała, wprowadzając w stan przyjemnego otępienia. Druga sala, pełniąca rolę dyskotekowej, znajdowała się w piwnicy po lewej stronie. Świetnie wyciszane pomieszczenia nie przepuszczały żadnych dźwięków. Muzyka mieszała się dopiero w połowie schodów, przechodząc w rytmiczne dudnienie, przy którym z zapałem bawili się głównie młodzi, choć również nie brakowało i tych nieco starszych. Całe pomieszczenie drgało od basów. Świecące różnokolorowymi światłami stroboskopy sprawiały wrażenie, że wszystko tu jest spowolnione, jakby ludzie nie poruszali się, a przeskakiwali w przestrzeni z miejsca na miejsce. Tuż nad ziemią unosił się gęsty dym, fosforyzujący w ultrafioletowym świetle. Wszystko, co białe, świeciło się, włącznie z bielizną seksownych dziewczyn. Tu również był barek, ale znacznie mniejszy niż ten na górze, chociaż i tak ilość serwowanych drinków powalała na głowę większość lokali tego typu. Przy ladzie siedziało tylko kilka osób. Reszta bawiła się na parkiecie, który na oko zajmował połowę boiska do piłki nożnej. Muzyka leciała zbyt głośno, aby można było rozmawiać. Aż chciało się razem z innymi skakać w rytm basów i wymachiwać rękami. Jednak Daniel przyszedł tu z innego powodu. Musiał przejść do trzeciej sali. Wrócił do głównego pomieszczenia i zszedł w dół drugimi schodami, tymi po prawej stronie. Tym razem jednak napotkał przeszkodę w postaci dwóch byczków o pomalowanych fosforyzującą farbą twarzach, pilnujących ciężkich stalowych drzwi. Ochroniarze wyglądali jak rasowi mordercy. Nie zdziwiłby się, gdyby pod połami marynarek mieli ukryte spluwy. Obaj byli łysi i napakowani. Spod mankietów rękawów i kołnierzyków wystawały misternie zrobione tatuaże. - Gdzie można dostać bilety? – spytał Daniel, speszony widokiem bramkarzy. Chciał zawrócić, wyjść z klubu i znaleźć drogę do domu, ale ostatecznie uległ pokusie. Nigdy wcześniej nie widział prawdziwego pokazu striptizu. Chęć zobaczenia przedstawienia była silniejsza niż strach. Bramkarze popatrzyli się na siebie i uśmiechnęli się jakoś dziwnie. Nieładnie i drapieżnie. - Pierwszy raz? – spytał jeden z nich

62


[ Jerzy A. Kozłowski - Striptiz Macabre ]

Daniel przytaknął. - W takim razie wejście masz za darmo. Musimy cię tylko przeszukać. - Nie mam niczego – odpowiedział Daniel. - Zasady – odparł pierwszy ochroniarz, zabierając się za rewizję Daniela. Kazał mu szeroko rozstawić ręce i nogi. Dokładnie przeszukał każdy cal, sprawdził kieszenie. Otworzył portfel, sprawdzając jego zawartość - Co to jest? – spytał, wyciągając spod koszuli Daniela wisiorek na srebrnym łańcuszku. - To? – Zdziwił się chłopak. – To jest krzyżyk. Zawsze mam go przy sobie. - Tego nie wolno ci wnieść. - Ale przecież to tylko krzyżyk. - Chcesz się kłócić? - Nie. - No to zdejmuj to, oddamy ci, jak wyjdziesz. Daniel posłusznie zdjął medalik z szyi. Dziwne uczucie. Nie rozstawał się z nim nigdy. Wprawdzie nie był przesadnie wierzący, ale wisiorek ów był prezentem od mamy i darzył go sporym sentymentem. - Dobra, wchodź. Pokaz zaraz się zacznie. Ciesz się widokami. Gdy tylko przeszedł przez drzwi, te z hukiem zamknęły się za nim. W pomieszczeniu było ciemno i tylko centralny punkt, gdzie znajdowała się rurka do tańca, był podświetlony. Chłopak musiał przyzwyczaić oczy do ciemności. Powoli zauważał, że nie znajduje się tu sam. Co najmniej kilkadziesiąt osób z niecierpliwością wpatrywało się w puste miejsce. Na scenę wyszła wysoka fioletowowłosa dziewczyna o jasnej cerze i długich zgrabnych nogach. Całe jej ciało mieniło się brokatową posypką, kusa bluzeczka i spódniczka mini ledwo skrywały to, co powinno być zakryte, a czarna wysadzana brylantami kolia na szyi dodawała drapieżnego wdzięku. To była z pewnością najpiękniejsza kobieta, jaką kiedykolwiek widział. Miała jasne, lśniące oczy, z których biła nieokiełznana dzikość. Wodziła językiem po wargach czerwonych i soczystych jak dojrzałe truskawki, czasami przygryzała je leciutko, ukazując śliczne białe ząbki. Długa aksamitna szyja była stworzona do pieszczot. Daniel zauważył mały podniecający pieprzyk na policzku striptizerki. Fioletowa bluzeczka opinała ciasno niezbyt wielkie, ale też nie za małe piersi tak dokładnie, że było widać sterczące sutki. Bluzeczka kończyła się kilka centymetrów pod biustem. Spódniczka była tak ciasna, że dziewczyna musiała chodzić małymi kroczkami, a gdy podniosła tylko lekko do góry nogę, odsłaniała czarne majteczki, które i tak miały niebawem zniknąć. W pępek miała wbity mieniący się kolczyk.

63


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Z sali rozległy się oklaski i pomruki satysfakcji. Dziewczyna stanęła przy rurce i rozejrzawszy się wpierw po zgromadzonych, zaczęła tańczyć w rytm muzyki. Jej ciało wyginało się w sposób doskonały, wręcz niemożliwy. Sprawiała wrażenie pozbawionej kości. Tańczyła, a rozbierany pokaz wydawał się być arcydziełem sztuki. Jakby anioł pokazywał swe wdzięki. Na pierwszy ogień poszła bluzeczka, a zaraz potem spódniczka i kozaczki. Striptizerka została tylko w koronkowym staniku i stringach. Była cudowna. Daniel, który nigdy wcześniej nie widział niczego podobnego (chyba że na filmach), był zachwycony i podniecony do granic możliwości. Gdy dziewczyna została już tylko w majtkach, na scenie pojawiły się dwa nowe punkty świetlne, w których stały dziewczyny tylko w bieliźnie. Teraz wszystkie trzy tańczyły do muzyki. W idealnie zsynchronizowanych ruchach dziewczęta pokazywały wdzięki, od czasu do czasu odkrywając to, co było jeszcze zakryte. Gdy zostały już całkiem nagie, pozwoliły przez chwilę nacieszyć sobą wzrok widowni. Nagle kolor światła zmienił się na czerwony, a na podłogę został wpuszczony kłąb dymu. Zmieniła się także muzyka, na dużo ostrzejszą. Scena zapłonęła na krawędziach. Odgłos trzasku z bicza spowodował, że aż podskoczył. Na widownię wyszły kolejne dwie kobiety. Jedna była wysoką blondynką w czarnym lateksie, z rogami na głowie, które wyglądały tak prawdziwie, że Daniel niemal był przekonany, że to jej własne. Miała także ogon, którym zamiatała podłogę za sobą. Krwiste usta kontrastowały z podkreślonymi na czarno oczami i czarnymi plamami farby na twarzy. Na szyi zapiętą miała kolczastą obrożę, a na nadgarstkach pieszczochy z ćwiekami. Ogromne piersi ledwo mieściły się w obcisłym gorsecie. W ręku trzymała bicz, którym poganiała drugą dziewczynę. Ta z kolei wyglądała zupełnie normalnie. Jakby wzięto ją wprost z ulicy. Jeżeli do tej pory reakcję publiczności można było uznać za entuzjastyczną, to teraz wybuchła prawdziwa euforia. Oklaski zmieniły się w okrzyki radości. Ktoś gwizdał, ktoś inny próbował przepchać się do przodu, by znaleźć się jak najbliżej sceny. Wyglądało na to, że wszyscy ci ludzie czekali właśnie na tę parę. Gwóźdź programu. „Rozbierz ją, rozbierz calutką!” - krzyczano - „Chcemy zobaczyć, co masz pod tą śliczną skorupką!” - Liczy się wnętrze! – Zarechotał obleśny grubas, stojący zaraz obok Daniela. Trzask bicza. Natychmiast zapadła cisza. Nagie dziewczyny, ustawiwszy się równolegle z tyłu wzdłuż sceny, wyciągnęły ręce do góry i chwiały się niczym drzewa na wietrze. Stanowiły tło akcji dziejącej

64


[ Jerzy A. Kozłowski - Striptiz Macabre ]

się na przedzie. Kobieta-diabeł prowadziła na smyczy zniewoloną dziewczynę. Biedactwo było jak zahipnotyzowane lub nafaszerowane narkotykami. Wyglądało na to, że dziewczyna nie zdaje sobie sprawy z tego, że bierze udział w perwersyjnym przedstawieniu, a jednak wyraźnie było widać, że płakała. Trzask bicza. Dziewczyna ulegle spełniała każde polecenie dominy. Tańczyła w nienaturalnym transie, co chwilę gubiąc jakąś cześć ubrania. Daniel, choć zszokowany, bowiem nie spodziewał się czegoś w tym stylu, był jednak pełen podziwu. To naprawdę wyglądało niesamowicie, choć w owych pląsach było coś nienaturalnego, tak jakby ktoś sterował tym pięknym ciałem bez udziału jej woli. „Marionetka na sznurkach”, przyszło do głowy Danielowi. Nawet mu się to podobało. Chwilę potem zobaczył, jak wielki błąd popełnił, ulegając pokusie. Dziewczyna z rozmachem wbiła sobie paznokcie w przedramię, rozcinając skórę. Po ręce popłynęła stróżka krwi, by chwilę później kroplami kapać na podłogę. Na scenie rozgrywała się makabryczna scena. Z wdziękiem rasowej striptizerki ściągała sobie skórę z rąk, zupełnie jakby to były najzwyklejsze rękawiczki. Powoli, pozwalając nacieszyć wzrok widowni każdym odsłoniętym fragmentem mięśni. Krew spływała coraz większymi, gęstymi kroplami, ale tancerka zdawała się nie czuć bólu. Nadal tańczyła i się rozbierała. A raczej obdzierała ze skóry. Pierwsza skórzana rękawiczka poleciała w stronę widowni, wzbudzając jęki zachwytu, druga spadła wprost pod stopy Daniela. Wrzasnął przerażony i natychmiast rzucił się w stronę wyjścia. Błagał w myślach, aby to wszystko okazało się tylko koszmarnym snem. Włożył rękę do kieszeni, by wyjąć podarowany mu przez Rakima medalion. Przecież miał go obronić. I wtedy zorientował się, że zapomniał go wyjąć z kieszeni kurtki. Przeciskając się przez tłum, dopadł do drzwi. Gdy już zaświtała mu iskierka nadziei, że się stąd wydostanie, pobiegnie jak najdalej przed siebie, a potem znajdzie sposób, aby wydostać się z tego popieprzonego miejsca, okazało się, że nie ma klamki. Drzwi otwierają się tylko od zewnątrz. - Wypuście mnie! – Rozpaczliwie walił pięściami w blachę. – Chcę wyjść! Natychmiast! Zamiast wzbudzić spodziewaną reakcję przykuł uwagę publiczności. Babcia, która powinna siedzieć w domu i robić na drutach, uciszyła go, przykładając palec do ust. Nie mógł uwierzyć. Raptem coś uderzyło go w kark, a następnie rąbnął głową o ścianę i osunął się na ziemię. Zamroczyło go. Jak w półśnie widział wpatrujące się w niego z dezaprobatą powykrzywiane twarze. Bez emocji zanotował, że zrobiono mu zastrzyk w szyję. Poczuł tylko malutkie ukłucie, a potem ciało stało się ciężkie jak kamień. Świadomość powróciła, lecz był w stanie poruszać

65


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

jedynie oczami, trochę głową, a gdy spróbował coś powiedzieć, wyszedł z tego niezrozumiały bełkot. Przeciągnięto go do pierwszego rzędu. Daniel mógł tylko patrzeć skamieniały na tańczącą dziewczynę bez skóry rąk, teraz zabierającą się za zdejmowanie niewidzialnych pończoch. Wokół niej uzbierała się już spora kałuża posoki i musiała uważać, żeby się nie pośliznąć. A jednak przedstawienie nadal trwało. Obdarła już skórę z piersi, brzucha, a nawet łona, na samym końcu zdarła także skórę z twarzy, pozostawiając tylko włosy i oczy. I nadal tańczyła. Daniel mógł dokładnie oglądać każdy mięsień poruszającego się ochłapu mięsa, który w niczym nie przypominał już tamtej dziewczyny. Po oczach, które w makabryczny sposób wystawały z mięsistych otworów, widać było, jak strasznie musiała cierpieć. „Niech to się już skończy” – błagał w myślach – „niech się skończy.” To jednak nie był koniec pokazu. Dziewczyna, czy raczej to, co kiedyś nią było, zaczęła rozbierać się także z mięśni, naczyń krwionośnych, ścięgien, tkanki tłuszczowej. Rozrzucała te części po całej sali, wprawiając w prawdziwą euforię zgromadzoną publiczność. Ktoś nie wytrzymał i spuścił się w spodnie. Bielutki kościotrup owijał się wzdłuż metalowej rurki, taplał się w kałuży krwi, wykonywał sprośne ruchy miednicą i tylko oczy, które jakimś cudem jeszcze nie wypadły, błagały o łaskę. Zbawienie nie następowało. Zamiast tego jakiś perwers wylazł na scenę i zaczął całować kościste stopy striptizerki, jednak natychmiast został stamtąd ściągnięty przez ochronę. - Chcemy więcej! Dajcie chłopaka! – krzyknęła jakaś kobieta z tyłu pomieszczenia. Diablica, trzasnąwszy z bicza, wskazała palcem unieruchomionego Daniela. Ochroniarze posłusznie złapali go pod pachy i zawlekli na scenę. Dostał kolejny zastrzyk. Odzyskał czucie w ciele, jednak ku własnemu przerażeniu zorientował się, że stracił nad nim panowanie. Nogi, choć już nie skamieniałe, nie poddawały się jego rozkazom i wbrew woli prowadziły do kobiety z biczem. Stanął twarzą w stronę widowni, na której zapanowała przerażająca cisza. Wszyscy z napięciem wpatrywali się w niego. Dopiero z perspektywy drewnianego podwyższenia zobaczył całą widownię. Dziesiątki fosforyzujących oczu, twarze o lubieżnym grymasie, potwory żądne krwawej zabawy. Dostrzegł swojego sąsiada, który na co dzień był tak spokojny i spolegliwy, że nikt nie podejrzewałby go choćby o trzymanie świerszczyków pod łóżkiem. Sklepikarz, u którego zaopatrywał się w świeże pieczywo, szeptał do ucha nieletniej dziewczynie, obłapując ją po tyłku. Była tu także zakonnica i ksiądz trzymający się za ręce. Ostatnie, co zobaczył, to żebrak. Ten sam, który podarował mu tandetny wisiorek, rzekomo mający uratować mu życie. Więcej nie zdążył już zobaczyć. Usłyszał trzask bicza i poczuł

66


[ Jerzy A. Kozłowski - Striptiz Macabre ]

rozdzierający ból pleców. Przedstawienie rozpoczęło się. *** Daniel obudził się, czując niesamowitą lekkość. Przez chwilę leżał na plecach, patrząc w nieprzebytą otchłań nieba. Obserwował miliony świecących gwiazd oraz księżyc, który wydawał się być tak wielki jak nigdy dotąd. I był czerwony. Minęła długa chwila, zanim odważył się choćby odrobinę poruszyć. Chłód nocy przeszywał kości aż do szpiku. Kości? Przerażony, spojrzał na własne dłonie, ale zamiast spodziewanych ludzkich rąk zobaczył dłonie kościotrupa. Nie wiadomo, jakim cudem mógł nimi poruszać bez mięśni i ścięgien, ale najwyraźniej potrafił. Zachował także zdolność logicznego myślenia. Rozejrzał się dokoła. To, że znajdował się w lesie, nie ulegało wątpliwości. Ale jakim cudem? I dlaczego jeszcze żyje, choć powinien leżeć już jakieś trzy metry pod ziemią, lub przynajmniej przysłonięty chrustem. Przecież tak się robi ze zwłokami. A tymczasem został porzucony niewiadomo gdzie. Czuł się zbezczeszczony. Takie właśnie myśli zaprzątały mu głowę. Oprócz tego czuł się nieźle. Gdyby nie irracjonalność sytuacji, mógłby powiedzieć nawet, że bardzo dobrze. Z oddali dobiegł go cichy dźwięk fletu, wygrywającego całkiem wesołe dźwięki. Wstając, musiał podeprzeć się o drzewo, by nie stracić równowagi. Nowe ciało zachowywało się nieco inaczej niż to, do którego był przyzwyczajony. Przy każdym poruszeniu się stawy, nie będąc ograniczone mięśniami, skrzypiały i wyginały się w różne strony. A jednak trzymały się mocno i już po chwili był w stanie samodzielnie utrzymać się na nogach. Wytężył wzrok, szukając źródła niesamowitych dźwięków. W oddali dostrzegł mały świecący punkt. Tak, to stamtąd musiała pochodzić muzyka. Nie mając specjalnego wyboru, skierował się w stronę jedynego punktu orientacyjnego, jaki miał. Szedł ostrożnie, starając się nie hałasować, jednak nic nie mógł poradzić na skrzypiące przy każdym kroku stawy. Będzie musiał się naoliwić - kolejna cudaczna myśl przeszła mu przez głowę. Zastanawiał się też, czym właściwie myśli. Czaszka wydawała się być nietknięta, więc może zachował chociaż mózg? Póki co wolał jednak nie sprawdzać. W miarę jak zbliżał się do światła, nabrał przekonania, że widzi przed sobą ognisko, a przy nim kilka postaci. Im bliżej się znajdował, tym szedł wolniej, kryjąc się za drzewami, tak by nieznajomi go nie dostrzegli. Wolał najpierw upewnić się, z kim ma do czynienia, i jeśli będzie to konieczne - oddalić się niezauważony.

67


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Będąc już naprawdę blisko, ujrzał pięć szkieletów siedzących przy ognisku, żywo dyskutujących nad jakimś problemem. Obok stał gąsior z winem, a na ognisku piekło się mięso. Jeden z nich, który zachował resztki włosów na głowie, zajęty był poprawianiem własnych żeber. Inny z kolei trzymał w ręku flet, w który od czasu do czasu dmuchał, wydobywając niesamowite dźwięki. Takiej tonacji Daniel nigdy nie słyszał. Było w tej muzyce coś urzekającego. Po chwili zorientował się, że pomimo iż truposzczaki na pozór były zajęte własnymi sprawami, co chwilę spoglądały w jego stronę. Ale nie mogli go przecież widzieć, był ukryty za sporym pniem. Nie poruszał się ani nie oddychał. Nic nie powinno zdradzić jego obecności. A jednak ciekawskie spojrzenia coraz częściej wędrowały w jego stronę. W końcu największy z kościotrupów zaklekotał: - No chodź tu, przecież cię nie zjemy. Daniel ostrożnie wyszedł zza drzewa, nie podchodząc jednak na tyle blisko, by łuna ogniska mogła go oświetlić. Przez chwilę przyglądali się sobie w milczeniu. W końcu Daniel odważył się odezwać: - Gdzie jestem? Kim jesteście i co tu się dzieje? - To są bardzo dobre pytania. Ale zupełnie bez sensu – odpowiedział kościotrup – jak się dowiesz, to nam powiedz. - Nie łam się – zarechotał truposz opatulony w podgnity całun – da się przyzwyczaić. Nie jest tu tak źle. Mamy wszystko, czego nam potrzeba. A ciało? Zapomnij o nim. To tylko niepotrzebna skorupa. Teraz jesteś… Zastanowił się, bo sam właściwie nie wiedział czym. - Teraz jesteś czymś innym. Lepszym. - Chodź, zatańczymy, od razu zrobi ci się lepiej – odezwał się znowu ten duży i nie czekając na reakcję Daniela, zaczął pląsać w rytm muzyki. Reszta kościotrupów poszła w jego ślady. Hipnotyzująca melodia zabrzmiała żywiej. Sześć kościotrupów tańczyło przy ognisku w świetle księżyca. Wlewały w siebie litry wina, które z chlustem wsiąkało w ziemię pod ich stopami. Śmiały się i nie przejmowały niczym. W końcu jakie zmartwienia może mieć trup?

GRABARZ POLSKI Grabarz Polski #13 Korekta: Wojciech Lulek Grafika, skład, łamanie: Tizzastre Bizzalini Reklama, Patronaty i Współpraca: Bartek@grabarz.net | Wojtek@grabarz.net

Chcesz współtworzyć Grabarza? Napisz do nas! www.Grabarz.net | www.Grabarz.net/Forum


Grabarz Polski - Nr 13