Issuu on Google+

2/2013 (72) ISSN 1234-2408


Wydanie 71 72 numeru Gońca Kresowego sfinansowano ze środków Budżetu Miasta Białegostoku

PROJEKT JEST REALIZOWANY PRZY WSPARCIU FINANSOWYM PREZYDENTA MIASTA BIAŁEGOSTOKU

PROJEKT JEST REALIZOWANY PRZY WSPARCIU FINANSOWYM PREZYDENTA MIASTA BIAŁEGOSTOKU

KRS – 0000000291 www.fundacja.sos.pl | www.facebook.com/grodzienszczyzna


Od Redakcji Lato, lato, lato czeka Razem z latem czeka rzeka Razem z rzeką czeka las A tam ciągle nie ma nas. Pamiętacie drodzy Czytelnicy? Śpiewaliśmy tę piosenkę. Jak wyruszaliśmy na obozy harcerskie czy turystyczne szlaki, ona zawsze nam towarzyszyła. A i teraz zna ją młode pokolenie, bowiem jej słowa ciągle są aktualne. Po raz pierwszy usłyszeliśmy ją w latach sześćdziesiątych XX w., kiedy na ekrany naszych kin wszedł film „Szatan z siódmej klasy”. Nie pamiętam kto był jego reżyserem, a także uleciało już mi z pamięci nazwisko kompozytora. Pamiętam natomiast, że wystąpiło w filmie wielu znanych ówczesnych aktorów. A w roli głównej widzieliśmy, uroczą, pełną młodzieńczego wigoru, kochaną przez wielu widzów Polę Raksę. To taka chwila wspomnień. Lato to taka pora roku, na którą czekamy z utęsknieniem przez cały rok. Snujemy plany na wakacje, myślimy kogo z bliskich nam osób odwiedzić, których dawno już nie widzieliśmy. Lato sprzyja takim spotkaniom. Jeszcze nie tak dawno wystarczyły nam pobliska łąka czy rzeka, a jak w ciągu roku uzbieraliśmy trochę grosza, to i do Zakopanego można było pojechać, czy podziwiać Bałtyk z mola w Sopocie lub Międzyzdrojach. A pamiętamy nasze wyjazdy nad Baloton na Węgrzech czy do rumuńskiej Mamaji albo Albeny czy Złotych Piasków w Bułgarii? W tych miejscach wypoczynkowych, aż do późnych dni jesiennych, stale słyszało się język polski. Dziś przed nami mamy otwarty świat i warto z tego skorzystać. Oferty biur podróży, oby tylko nie zbankrutowały, kuszą nas odległymi stronami nie tylko naszego kontynentu, ale Afryki, Azji, a nawet Ameryki Południowej. Indywidualiści, ci odważni młodzi ludzie, wyruszają w głąb czarnego lądu, do Mongolii czy na wyspy Pacyfiku. Drodzy Czytelnicy niezależnie, gdzie wyruszycie latem, zawsze pamiętajcie o „Gońcu Kresowym”, niech on towarzyszy Wam w podróży. Zapoznajcie z nim krewnych i znajomych. W tym numerze, jak zawsze, staraliśmy się zamieścić wiele interesujących publikacji. Wśród ich autorów znana Wam, Liliana Narkowicz, dla której Kresy stanowią niewyczerpaną kopalnię wiedzy, którą dzieli się z nami, już od kilku lat. Wśród nowych autorów witamy serdecznie Annę Bielawską z Muzeum Historycznego w Białymstoku i Martę Pietruszko z zaprzyjaźnionej z nami Galerii im. Sleńdzińskich. Piszą dla nas także Teresa Siedlar-Kołyszko z Krakowa oraz Danuta Kucmin z Suwałk. Gdy ten numer trafi w Wasze ręce będzie już po kolejnym Krajowym Zjeździe naszego Towarzystwa Przyjaciół Grodna i Wilna, który zaplanowano na 15 czerwca br. w Białymstoku – relację przedstawimy w następnym numerze. Cóż tu więcej pisać! Drodzy Czytelnicy życzymy Wam miłych wrażeń z podróży po kraju i świecie, spokojnego wypoczynku, nowych znajomości oraz dużo, dużo słońca, wszędzie tam gdzie będziecie, ale i wiatru, tym Czytelnikom, którzy wybiorą wczasy na Mazurach. Aleksander Miśkiewicz Redaktor naczelny


goniec kresowy 2/2013 (72)

Spis treści

adres: ul. Świętojańska 22 15-277 Białystok, e-mail: tpgiwbial@wp.pl

5 8 12

15 16

dyżury redakcji

Przegląd Prasy

Wieści z Wileńszczyzny

w każdy czwartek pod nr tel. 85 73 23 770 (godz. 10-14)

– Irena Konon

konto tpgiw

500 lat województwa podlaskiego

500 lat województwa podlaskiego, 1513 – 2013

– Anna Bielawska

wydawca, redakcja tekstów i korekta

historia

330 lat zwycięskiej wyprawy króla Jana III w obronie Wiednia. Kronika najważniejszych wydarzeń – Aleksander Miśkiewicz

Towarzystwo Przyjaciół Grodna i Wilna oddział w Białymstoku, Prezes Rafał Cierniak.

redaktor naczelny

wSPOMNIENIA

Z nieludzkiej ziemi do Polski

pko bp s.a. i o/Białystok nr 08 1020 1332 0000 1002 0187 8941

– Klara Rogalska

Na lato

Dawne obyczaje i plażowanie na Litwie – Liliana Narkowicz

Aleksander Miśkiewicz

zastępca redaktora naczelnego Maria Gedymin

sekretarz redakcji Eugeniusz Kopystecki

kolportaż 20 24 26 29

30 34 35 37 38

XIV DNI Kultury Kresowej Białystok’ 2013

XIV DNI Kultury Kresowej relacja – Rafał Cierniak pamięć dla pokoleń

Krystyna Sadolewska

przygotowanie materiałów Marina Bućko, Irina Konon

projekt graficzny pisma

KASZUBIŃCE – Józef Porzecki

Magdalena Szewczuwianiec, Łukasz Słupski

VARIA

Adam Kierzkowski

Stroje Izabeli i Jana Klemensa Branickich w pałacowej bramie – Marta Pietruszko Czterdziestolecie Szkoły Średniej im. Szymona Konarskiego w Wilnie – Aleksander Miśkiewicz Reportaż

„Ani krowy ani kościoła” – Teresa Siedlar-Kołyszko

DTP i przygotowanie do druku ISSN 1234-2408

Wydano dzięki pomocy finansowej Urzędu Miejskiego w Białymstoku i Fundacji na rzecz Pomocy Dzieciom z Grodzieńszczyzny

Książki

Zagłada dworów w województwie białostockim po roku 1939 – Barbara Noworolska O przysmakach z Jurty czyli o tradycyjnej kuchni Tatarów polskich – Aleksander Miśkiewicz od czytelników

Pamięć o kresach – Danuta Kucmin Wpłaty

Redakcja zastrzega sobie prawo do dokonywania zmian i skracania otrzymywanych materiałów. Opinie i poglądy autorów artykułów nie zawsze są zbieżne z opiniami i poglądami Redakcji.

Goniec Kresowy dostępny jest także w wersji online na stronie www.tpgiw.pl

tpgiwbial@wp.pl ul. Świętojańska 22 15-277 Białystok www.tpgiw.pl dyżur telefoniczy: 85 73 23 770 czwartki godz. 10-14


goniec kresowy 2/2013 (72)

PRZEGLĄD PRASY

Przegląd „Tygodnika Wileńszczyzny”

Wieści z Wileńszczyzny 07.02 – 13.02.2013

• Szkolnictwo na Wileńszczyźnie znów znalazło się w centrum uwagi. Tym razem za sprawą Audrone Pitreniene, przewodniczącej sejmowego komitetu oświaty, nauki i kultury, która na czele sejmowo-ministerialnej delegacji 4 lutego br., odwiedziła placówki oświatowe w rejonie wileńskim i solecznickim. W spotkaniu udział wzięli posłowie frakcji Akcji Wyborczej Polaków na Litwie – starosta Rita Tamašuniene, zastępca Wanda Krawczonok, prezes ZPL Michał Mackiewicz, prezes „Macierzy Szkolnej” Józef Kwiatkowski, Zbigniew Jedziński, Leonard Talmont – oraz wiceminister oświaty Edyta Tamošiunaite. Parlamentarzyści AWPL kolejny raz zapewnili, że konsekwentnie będą stać na straży obrony oświaty mniejszości narodowych. • 10 lutego br., w Domu Kultury Polskiej miłośnicy dobrej muzyki mieli okazję do spotkania z Eweliną Saszenko, która po dłuższej przerwie wystąpiła przed rodzimą publicznością z koncertem „Alicja w krainie Wilna”. • Rekordowa liczba miłośników biegów narciarskich – 210 uczestników stanęło na linii startowej XI Międzynarodowego Maratonu Narciarskiego im. Giedymina, który 2 lutego br., tradycyjnie odbył się na trasach w okolicach Bezdan. W maratonie wzięli udział amatorzy białego szaleństwa nie tylko z Litwy, ale też z Polski, Łotwy i Rosji.

14.02 – 20.02.2013

• 9 lutego br. w Domu Kultury Polskiej w Wilnie odbyła się sprawozdawczowyborcza konferencja Stowarzyszenia Nauczycieli Szkół Polskich na Litwie „Polska Macierz Szkolna”. Przybyło na nią 236 delegatów z 92 kół na Wileńszczyźnie. Wieloletni prezes Stowarzyszenia – Józef Kwiatkowski – zachował stanowisko prezesa na kolejną czteroletnią kadencję. Opowiedziało się za tym 182 delegatów (udział w głosowaniu wzięło 189 osób), wstrzymało się od głosu – 7, nikt nie głosował przeciwko. Kwiatkowski był jedynym kandydatem zaproponowanym przez delegatów na prezesa, kieruje nieprzerwanie już 22 lata. Podczas sobotniej konferencji zo-

stał też wybrany nowy zarząd Stowarzyszenia. • Pierwsza połowa lutego br. to okres intensywnych kontaktów polsko-litewskich, którego ostatnim akordem będzie wizyta w Wilnie prezydenta RP Bronisława Komorowskiego w dniu Święta Odrodzenia Litwy. 12 lutego br. w Warszawie gościł premier Litwy Algirdas Butkevičius, a w ubiegłym tygodniu szef MSZ-u Linas Linkevičius. Podczas spotkania premierów Donald Tusk oświadczył, że relacje Polski i Litwy mogą być i powinny być lepsze niż dobre, dodając, że „idzie ku lepszemu”. Z kolei Algirdas Butkevičius poinformował, że w marcu grupa robocza ds. mniejszości ma przedstawić litewskiemu rządowi wnioski ze swoich prac. • Wizyta premiera Litwy Algirdasa Butkevičiusa w Solecznikach, która odbyła się 7 lutego br. stała się wydarzeniem polityczno-medialnym na skalę kraju. Zainteresowanie mediów tematem rozmów premiera z solczanami było przeniknięte problemami nurtującymi polską mniejszość narodową na Litwie oraz poczynaniami nowo wybranego rządu na rzecz ocieplenia stosunków na linii Wilno-Warszawa.

21.02 – 27.02.2013

• Prezydent Polski Bronisław Komorowski 16 lutego br. złożył wizytę w Wilnie z okazji 95. rocznicy Dnia Odrodzenia Państwa Litewskiego. Pomimo deklaracji czołowych polityków litewskich o dążeniu do ocieplenia stosunków między obu krajami, przez gospodynię ceremonii został przyjęty dość chłodno. Zupełnie inna atmosfera panowała podczas spotkania z przedstawicielami społeczności polskiej. • 13 osób z rąk Janusza Skolimowskiego, ambasadora RP na Litwie, otrzymało odznaczenia przyznane przez prezydenta Bronisława Komorowskiego. Uroczystość wręczenia odbyła się 14 lutego, przed Dniem Odrodzenia Państwa Litewskiego. • 14 lutego Uniwersytet im. Witolda Wielkiego w Kownie, świętujący rocznicę założenia, uhonorował tytułami honoris causa czterech naukowców. Wśród wyróżnionych znalazł się profesor nadzwy-

czajny Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II – ks. dr hab. Marek Chmielewski.

28.02 – 06.03.2013

• Litewski Związek Tłumaczy Literatury, każdego roku ogłaszający plebiscyt na najlepsze tłumaczenie literatury obcej, rok 2013 ogłosił Rokiem Literatury Polskiej. Polscy autorzy walczą w tegorocznym plebiscycie m.in. z takimi znanymi na całym świecie autorami jak Haruki Murakami, Orhan Pamuk czy Francoise Sagan.

07.03 – 13.03.2013

• Obwarzanki i lizaki, palmy i koszyki, dzbanki i korale... Zdawałoby się, co roku to samo, ale urok ponad czterechsetletniego wileńskiego Jarmarku Kaziukowego nadal kusi i nie daje spokojnie usiedzieć w domu. Nogi same biegną do straganów, tłumu, gwaru i zapachów, które w pierwszy weekend marca rozchodzą się po głównych ulicach stolicy. Tegorocznemu kiermaszowi przewodzili mieszkańcy Suwalszczyzny. • Od początku roku szkolnego w żłobku-przedszkolu „Kasztan” na Antokolu działają trzy nowe grupy przedszkolne – dwie polskie i jedna rosyjska. Sytuacja na korzyść rodzin mniejszości narodowych, zamieszkujących tę jedną z najstarszych dzielnic Wilna, zmieniła się dzięki inicjatywie radnych Akcji Wyborczej Polaków na Litwie stołecznego samorządu, którzy w ubiegłym roku podjęli decyzję o utworzeniu dodatkowych grup w przedszkolu. • Bolesław Daszkiewicz, dyrektor administracji samorządu rejonu solecznickiego i Kazys Eidukaitis, dyrektor spółki „Ekstra statyba”, w ostatnim dniu lutego podpisali umowę o wykonaniu prac rekonstrukcyjnych pałacu Balińskich w Jaszunach. • K siądz Dariusz Stańczyk został ukarany grzywną w wysokości 500 Lt za zorganizowanie Marszu Wolności ulicami Wilna w 150 rocznicę Powstania Styczniowego, na które nie miał stosownego zezwolenia. Wileński Okręgowy Sąd Administracyjny wyznaczył najniższą możliwą karę, przewidzianą za tego typu wykroczenie. Ukarany za-

5


goniec kresowy 2/2013 (72)

PRZEGLĄD PRASY

pewnił, że nie ma zamiaru składać odwołania.

14.03 – 20.03.2013

• Litewscy uczniowie z 37 szkół adoptują zabytki Powstania Styczniowego w ramach projektu zainicjowanego przez Instytut Polski w Wilnie. • Tradycje wileńskich obchodów Kaziuka promowali w zachodniej Polsce artyści polskiego zespołu folklorystycznego „Solczanie”. W dniach 1 - 5 marca zespół z Solecznik wystąpił w województwach wielkopolskim i zachodniopomorskim. Każdy z koncertów „Solczan” odbywał się w salach koncertowych wypełnionych przez publiczność po brzegi.

21.03 – 27.03.2013

• 19 marca br. w placówkach oświatowych rejonu wileńskiego rozpoczął się cykl imprez poświęcony upamiętnieniu życia kapłana Józefa Obrembskiego. • O wydobyciu gazu łupkowego, energii odnawialnej, rozwoju energetyki rozmawiał minister energetyki Jarosław Niewierowicz w Domu Kultury Polskiej w Wilnie podczas spotkania z przedstawicielami polskich organizacji zrzeszających przedsiębiorców, inżynierów i naukowców Litwy. • Od dziewięciu lat Dom Kultury Polskiej odwiedzają zajączki, misiaczki, biedroneczki, skrzaciki, kotki i pieski... A każde z tych zabawnych stworzonek tańczy, śpiewa, recytuje z takim oddaniem, że mógłby pozazdrościć im nawet zawodowy artysta. Udział w Festiwalu „Rozśpiewane przedszkole” jest dla maluchów, wychowawczyń, kierowników muzycznych i rodziców ogromnym przeżyciem, bo przygotowanie cztero- czy pięciolatka do występu na scenie wymaga ogromnej pracy. Wystarczy tylko spojrzeć na różnorodność i pomysłowość strojów, aby zrozumieć ile trudu i fantazji włożono w ich przygotowanie.

28.03 – 03.04.2013

• Do ciechanowiskich palmiarek na naukę sztuki wicia palm przyjeżdża nie tylko młodzież szkolna, dorośli czy goście z zagranicy. W ubiegłym tygodniu swych sił w wiciu palm w Izbie Palm i Użytku Codziennego w Ciechanowiszkach wypróbowała prezydent Litwy Dalia Grybauskaite.

6

• Dziesięciu finalistów 24 Olimpiady Literatury i Języka Polskiego będzie reprezentowało Litwę na ogólnopolskich zmaganiach polonistycznych w Warszawie. Zdecydowana większość tegorocznych laureatów jest wychowankami polskich szkół w Wilnie. • Średniowieczne monety srebrne, pochodzące z jednego z największych w Europie skarbów, były do obejrzenia w wileńskim Muzeum Sztuki Użytkowej. 21 marca br. została tu otwarta wystawa numizmatyczna „Skarb z Głogowa”.

04.04 – 10.04.2013

• 6 kwietnia br., ejszyski kościół był miejscem niezwykłego koncertu z udziałem dziewięciu zespołów artystycznych z Litwy i Polski. Po raz pierwszy na Litwie wykonano pop-oratorium „Miłosierdzie Boże”, oparte na Orędziu Miłosierdzia Bożego, które Jezus Chrystus przekazał ludzkości poprzez św. s. Faustynę. 7 kwietnia br., artyści pop-oratorium „Miłosierdzia Bożego” wystąpili w wileńskim kościele pw. Ducha Świętego. • Coroczny festiwal-konkurs sztuk pięknych, organizowany przez Wydział Oświaty samorządu rejonu wileńskiego odbywał się w trzech strefach: startował 19 marca w Gimnazjum im. Giedymina w Niemenczynie, po nim – 20 marca – w Szkole Średniej im. ks. Józefa Obrembskiego w Mejszagole, a zakończył się 22 marca w Gimnazjum „Rytas” w Rudominie. Celem imprezy było kształtowanie zdolności artystycznych uczniów, stymulowanie chęci wyrażenia swej osobowości, angażowanie młodzieży do treściwego spędzenia czasu. Uczestniczyły w nim chóry szkolne i gimnazjalne, zespoły folklorystyczne, wokalne i instrumentalne. • Już po raz 18 odbył się w Wilnie międzynarodowy festiwal filmowy „Kino pavasaris” („Wiosna filmowa”). Główna nagroda przypadła reżyserowi z Polski – Sławomirowi Fabickiemu za jego najnowszy film pt. „Miłość”. Twórca najlepszego filmu otrzymał 7 tys. euro oraz statuetkę.

11.04 – 17.04.2013 • 11 kwietnia br. liczne imprezy kultu-

ralne uświetniły 15 rocznicę nawiązania przyjaźni pomiędzy stolicami Litwy i Polski. Zainaugurowało wszystko oficjalne spotkanie mera Wilna Arturasa Zuokasa z panią prezydent Warszawy

Hanną Gronkiewicz-Waltz i podpisanie umowy o współpracy miast partnerskich w stołecznym Ratuszu. Następnie otwarto wystawy prac artystów warszawskich „Warszawa: Nazajutrz...” w galerii „Vartai” i ���Żyd Niemalowany w Ziemi Kanaan” w Centrum Tolerancji (sekcja Państwowego Żydowskiego Muzeum im. Gaona Wileńskiego). Wieczorem w Litewskiej Narodowej Filharmonii odbył się koncert Litewskiej Państwowej Orkiestry Symfonicznej pod batutą Moniki Wolińskiej, solista Tadeusz Domanowski.

18.04 – 24.04.2013

• Ostatnie akordy III Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Sakralnej „Chrystus króluje! Alleluja!” przebrzmiały 14 kwietnia w sali stołecznego Ratusza. Trwający dwa tygodnie festiwal zgromadził setki uczestników – ponad 20 chórów, około 10 zespołów, 15 solistów – z różnych miejscowości Litwy. • Już po raz trzeci najmłodsi uczniowie polskich szkół Wilna stanęli do rywalizacji z języka polskiego. Tegoroczna Mini-Olimpiada Języka Polskiego klas 3-4 odbyła się w dniach 10-12 kwietnia w Szkole Średniej im. Wł. Syrokomli, której nauczycielki klas początkowych są inicjatorkami tego konkursu.

25.04 – 01.05.2013

• Wystawa z okazji 20-lecia działalności Centrum Kultury Polskiej na Litwie im. Stanisława Moniuszki, odbyła się w Domu Kultury Polskiej w Wilnie 18 kwietnia, zainaugurowała cykl imprez rocznicowych, które jesienią br. uwieńczy uroczysta gala z udziałem 70 polskich zespołów artystycznych z całej Litwy. • 16 kwietnia w Gimnazjum im. św. Rafała Kalinowskiego w Niemieżu odbył się finał konkursu, poświęconego 150 rocznicy Powstania Styczniowego „W imię Boga za naszą i waszą wolność”.

02.05 – 08.05.2013

• W trosce o pamięć 150 rocznicy Powstania Styczniowego multimedialny portal „Wilnoteka” zorganizował pokaz polskiego filmu dokumentalnego pt. „Rok 1863”, który odbył się 26 kwietnia br. w Domu Kultury Polskiej w Wilnie. • 26 kwietnia br., w Solecznikach odbyło się posiedzenie Rady Samorządu rejonu solecznickiego. W toku obrad radni rozpatrzyli 39 kwestii dotyczących polity-


goniec kresowy 2/2013 (72)

ki gospodarczej oraz socjalnej samorządu solecznickiego.

09.05 – 15.05.2013

• Tradycyjnie z okazji Dnia Konstytucji 3 Maja, Polacy spotkali się przy płycie grobu Matki i Serca Syna na wileńskiej Rossie. Składając kwiaty przy grobie, w którym spoczywa serce Marszałka Józefa Piłsudskiego, oddano hołd twórcom Konstytucji. • Około 10 tysięcy Polaków przemaszerowało ulicami wileńskiej Starówki, w ramach obchodów Dnia Polonii i Polaków za Granicą. Przez kilka godzin w grodzie Giedymina dominowały biało-czerwone barwy i śpiewy polskich piosenek, zaś podniosły nastrój i radość z przynależności do wielkiej rodziny narodu polskiego były tego dnia udziałem każdego, kto się stawił na przemarsz, zorganizowany po kilkuletniej przerwie przez Związek Polaków na Litwie.

PRZEGLĄD PRASY

• Pierwsza niedziela maja – dzień poświęcony Matkom – rozbrzmiewała głosami uczestników tradycyjnego już na Wileńszczyźnie Festiwalu Piosenki i Poezji Religijnej „Ciebie, Boże, wysławiamy”. 5 maja sala Domu Kultury Polskiej w Wilnie wypełniła się chórzystami, którzy przybyli z różnych parafii archidiecezji wileńskiej oraz z Polski.

16.05 – 22.05.2013

• Już po raz dziewiąty w Międzynarodowy Dzień Muzeów, obchodzony 18 maja, muzealnicy Europy zapraszają na „Noc muzeów”. Z tej okazji w sobotę sporo się działo również w Wilnie i okolicach. • W niedzielne południe mieszkańcy Niemieża i okolic oraz goście zgromadzili się w miejscowym kościele pw. św. Rafała Kalinowskiego na Eucharystii, której przewodniczył ks. prałat Wacław Wołodkowicz. Było to wyjątkowe nabożeństwo, które zainaugurowało niemieską majówkę. Niedziela bowiem, 12 maja, w Niemie-

Redaktor naczelny: Zygmunt Żdanowicz Zespół redakcyjny: Andrzej Kołosowski (rejon solecznicki) Iwona Klimaszewska Jan Lewicki Irena Mikulewicz Czesława Paczkowska Teresa Strumiło Teresa Worobiej Współpraca: Antoni Pawłowicz - rejon trocki Waleria Tomaszun - rejon szyrwincki Maria Jakubowska - rejon święciański Danuta Danowska Anna Żaworonok

żu przebiegała pod hasłem dobrej zabawy i integracji miejscowej społeczności.

23.05 – 29.05.2013

• W ramach XVIII Festiwalu Folklorystycznego „Pieśń znad Solczy”, który odbył się w Solecznikach 19 maja, miał miejsce jarmark rzemieślniczy oraz prezentacja polskiego, litewskiego i białoruskiego folkloru. W największej imprezie kulturalnej rejonu solecznickiego wzięły udział dorosłe i młodzieżowe zespoły artystyczne z różnych zakątków rejonu. • Goście z Wileńszczyzny, Polski i Niemiec przybyli do Królewskich Miednik, aby wziąć udział w obchodach jubileuszowych miejscowego zespołu „Przepióreczka”, świętującego w tym roku 25-lecie działalności. Irena Konon wybór i opracowanie wiadomości

Redakcja dziękuje Senatowi RP i Fundacji “Pomoc Polakom na Wschodzie” za dofinansowanie wydawania tygodnika Redakcja prowadzi wysyłkową prenumeratę tygodnika za granicę po otrzymaniu potwierdzenia wpłaty 5 dolarów amerykańskich lub ich równowartości w innej walucie za każdy miesiąc (adres: LT-09318 Wilno, ul. Rinktines 50, “Tygodnik Wileńszczyzny”), której można dokonać na konto nr 89 1060 0076 0000 4010 4001 0789 w Banku Przemysłowo-Handlowym BPK SA oddział w Warszawie, adres - ul. Nowogrodzka 50, 00-693 Warszawa, Fundacji Wspierającej Oświatę Polską za Granicą “Samostanowienie” z dopiskiem - “Tygodnik Wileńszczyzny”.

Opracowanie komputerowe: Tadeusz Fedorowicz Sławomir Subotowicz Wydawca: ZSA “Rejspa” Kalvinės 5, Sużany, rejon wileński Adres do korespondencji: LT-09318 Wilno, ul. Rinktinės 50, pokój 501, tel./fax 275-31-66

7


goniec kresowy 2/2013 (72)

500 lat województwa podlaskiego

500 lat województwa podlaskiego, 1513 – 2013 Anna Bielawska

Tworzenie się województwa podlaskiego jest datowane od 1509 r. i związane z decyzją króla Zygmunta I o wyznaczeniu komisarzy do rozgraniczenia Wielkiego Księstwa Litewskiego od Mazowsza. W tymże roku król zezwolił Iwanowi Sapiesze na budowę zamku w Boćkach. Sapieha zbudował zamek w miejscowości Dubno, kilka kilometrów od Bociek. Tam zbiegały się granice ziem ówczesnego Podlasia: drohickiej, brzeskiej, bielskiej, kamienieckiej i mielnickiej1.

Pierwszym wojewodą podlaskim został Iwan Sapieha. 29 sierpnia 1513 r. w Wilnie król wystawił Sapiesze nominację na województwo. Tą datę uznaje się za formalne utworzenie województwa 2 . Jednak już 2 lipca 1513 r. na dokumencie wystawionym przez Zygmunta I Sapieha

1 J. Maroszek, J. Tęgowski, Pogranicze polsko – rusko – litewskie, w: Historia województwa podlaskiego, red. A. Dobroński, Białystok 2010, s. 32.

2 W. Jarmolik, Powstanie województwa podlaskiego, w: „Białostocczyzna” nr 4(16), Białystok 1989, s. 8.

8

wystąpił z tytułem wojewody podlaskiego. Iwan Sapieha zmarł w grudniu 1517 r. na zamku w Dubnie. Przez kilka lat król nie powołał jego następcy. 10 lipca 1520 r. w Toruniu król Zygmunt I ustanowił województwo podlaskie. W akcie nie zastała użyta nazwa, a wymieniono tylko ziemie wchodzące w jego skład: drohicką, bielską, kamieniecką, mielnicką i kobryńską. Janusz Kostewicz został mianowany drugim wojewodą podlaskim. Z racji pełnienia funkcji miał prawo zasiadać w radzie panów zaraz po wojewodzie nowogródzkim. Król uzasadnił utworzenie nowego województwa dużą odległością od siedziby, co niejednokrotnie było przyczyną wielu pomyłek i błędów w zaprowadzeniu sprawiedliwości społecznej, a także


goniec kresowy 2/2013 (72)

utrudnienia podczas organizowania wypraw wojennych 3. W roku 1566 została przeprowadzona reforma administracyjna WKL, w której dokonano nowego podziału na województwa. Województwo podlaskie podzielono na dwie odrębne jednostki: brzesko – litewską (ziemia brzeska, kamieniecka, kobryńska, oraz dołączona pińska) i podlaską (ziemia bielska, drohicka i mielnicka). W pozostałej części Wielkiego Księstwa Litewskiego utworzono duże powiaty z własną hierarchią urzędniczą, z marszałkiem powiatowym na czele. W tym samym roku 1566 powołano też urząd kasztelana podlaskiego, a pierwszym kasztelanem był Grzegorz Tryzna4. 10 stycznia 1569 r. w Lublinie rozpoczął obrady sejm, który miał podstawowe znaczenie dla całej Rzeczypospolitej. Ziemia drohicka, mielnicka i bielska, które z dawna do Polski należały, król Zygmunt August postanowił ponownie przyłączyć do Korony Polskiej. 5 marca 1569 r. posłowie podlascy zasiedli między posłami koronnymi, a korzystając z osłabienia opozycji litewskiej Zygmunt August, przy aprobacie obradującego nadal sejmu polskiego, tego dnia przyłączył Podlasie do Korony. Inkorporowany został również Wołyń. Król argumentując swoją decyzję tłumaczył, że te ziemie jeszcze przed Władysławem Jagiełłą należały do Królestwa Polskiego, a król Kazimierz Jagiellończyk oderwał je od Polski, dlatego zasadnym jest ich ponowne przyłączenie. Ostateczny tekst aktu unii polsko – litewskiej wyklaro3 4

J. Maroszek, J. Tęgowski, dz. cyt., s. 32 W. Jarmolik, dz. cyt., s. 8.

500 lat województwa podlaskiego

wał się pod koniec czerwca 1569 r. 1 lipca zaprzysięgli go senatorowie i posłowie polscy i litewscy, a 4 lipca zatwierdził go król Zygmunt August5. W 1569 r. Grzegorz Chodkiewicz nie złożył przysięgi i należące do niego dobra ziemskie: Gródek, Zabłudów, Dojlidy, Choroszcz, a także uposażenie mnichów (Topilec, Baciuty, Zaczerlany, Fasty, Porosły, Łyski, Bacieczki), a także wsie bojarów chodkiewiczowskich (Krynickie, Ignatki, Tatarowce, Bobrowa, Sobolewo) nie zostały inkorporowane do Korony Polskiej i pozostały w granicach WKL jako część powiatu grodzieńskiego w województwie trockim. Taki stan rzeczy utrzymał się do 1795 r. Podobnie Wasilków aż do 1795 r. pozostał w powiecie grodzieńskim6. Po III rozbiorze Polski ziemie na wschód od Niemna i na północ od Bugu znalazły się w zaborze pruskim, a ustanowiona na Bugu granica państwowa oddzielała panowanie austriackie od pruskiego. Dwa powiaty należące od początku do staropolskiego województwa (sokołowski i węgrowski) zostały odłączone i już nigdy nie wchodziły w skład województwa białostockiego czy dzisiejszego podlaskiego. Bardzo istotnym faktem był awans Białegostoku, prywatnego miasta Branickich, na stolicę departamentu w utworzonej prowincji Prus Nowowschodnich (Nowych Prus Wschodnich). Najwyższą wła5 J. Maroszek, J. Tęgowski, dz. cyt., s. 35 6 Tamże, s. 36; por. J. Maroszek, Dzieje Białegostoku w latach 1547-1692, w: Historia Białegostoku, red. A. C. Dobroński, Białystok 2012, s. 61.

dzę w departamencie stanowiła Kamera Wojny i Domen, na czele której stał prezydent7. Na mocy postanowień traktatu w Tylży zawartego 7 lipca 1807 r. Napoleon podarował carowi Aleksandrowi I obwód białostocki złożony z powiatów: białostockiego, bielskiego, drohiczyńskiego (bez Kuczyna), dąbrowskiego (do Biebrzy), skrawków biebrzańskiego (Goniądz) i części supraskiego (Tykocin). Niemal całe staropolskie województwo podlaskie – bez pasa ziemi na północ od Biebrzy włącznie z Augustowem – dostało się Rosji. Taki stan przetrwał do lata 1915 r.8 Obwód białostocki obejmował 9 tys. km2, co stanowiło trzecią część departamentu białostockiego z czasów pruskich. Obwód podzielono na cztery powiaty: białostocki, bielski, drohicki (od 1843 r. włączony do bielskiego) i sokólski. Były to ziemie staropolskiego województwa podlaskiego, ale i województwa trockiego (powiat sokólski, wschodnia część powiatu białostockiego z Gródkiem, Michałowem, Supraślem i Zabłudowem)9. W grudniu 1842 r. car wydał ukaz o włączeniu tych ziem do guberni grodzieńskiej, jednocześnie likwidując powiat drohiczyński10. Po 1864 r. były obwód białostocki zachował podział na trzy powiaty z trzema 7 A. C. Dobroński, Od rozbiorów do końca lat dwudziestych XIX w., w: Historia województwa podlaskiego, s. 109. 8 Tamże, s. 113. 9 Tamże, s. 115. 10 A. C. Dobroński, Stracone szanse. Utrwalanie podziałów, w: Historia województwa podlaskiego, s. 141.

9


goniec kresowy 2/2013 (72)

500 lat województwa podlaskiego

miastami będącymi siedzibami władz powiatu. Dodatkowo liczył 16 miast nadetatowych i 40 wołosti (gmin)11. W 1915 r. Gubernia Suwalska znalazła się pod okupacją niemiecką i została włączona do tzw. Ober – Ostu (Zarząd Głównodowodzącego Wschodem). Przejściowo jednak Suwalszczyznę zespolono z Okręgiem Wileńskim. 11 sierpnia do Łomży, a dwa dni później do Białegostoku, wkroczyły wojska niemieckie, co zamknęło okres zaborów a rozpoczęło okupację. Gubernia łomżyńska pozostała odrębną jednostką administracyjną, a na wschód został utworzony nowy okręg wojskowy Białystok – Grodno. Okupacja niemiecka utrzymała się w Łomżyńskiem do 11 listopada 1918 r., w Białostockiem do lutego 1919 r., a w Suwalskiem do lata 1919 r.12 W lipcu 1919 r. Rada Ministrów zadecydowała o utworzeniu pięciu województw, w tym białostockiego, z terenów byłego Królestwa Polskiego. Województwo białostockie miało obejmować: byłą gubernię łomżyńską bez powiatu makowskiego i węgrowskiego (były w składzie guberni zaledwie od 1913 r.); trzy powiaty byłej guberni suwalskiej (suwalski, augustowski i sejneński), oraz trzy powiaty byłej guberni grodzieńskiej (białostocki, sokólski i bielski). Procedura została zakończona przyjęciem przez Sejm Ustawodawczy w dniu 2 sierpnia ustawy tymczasowej o organizacji władz administracyjnych II instancji13. Białystok stał się stolicą województwa białostockiego. W ostatnich dziesięcioleciach Białystok zdystansował pod względem rozwoju wszystkie inne ośrodki miejskie w regionie, również te pełniące funkcje administracyjne. Przewyższył je liczbą ludności, potencjałem gospodarczym, a także położeniem na skrzyżowaniu szlaków komunikacyjnych, w tym ważnych linii kolejowych: Brześć – Grajewo (i dalej do Prus Wschodnich), Warszawa – Wilno i Warszawa – Moskwa (przez Wołkowysk i Baranowicze). Cały obszar nowego województwa był jeszcze pod kontrolą władz polskich, a zanim rozpoczął urzędowanie pierwszy wojewoda minęło kilka miesięcy. Naczelnik państwa Józef Piłsudski mianował wojewodą białostockim Stefana Bądzyńskiego 11 Tegoż, Opór przed rusyfikacją. Zmiany gospodarcze i społeczne (1866-1904), w: Historia województwa podlaskiego, s. 155. 12 Tegoż, Ku wolności, w: Historia województwa podlaskiego, s. 180. 13 J. J. Milewski, Województwo białostockie. Zarys dziejów (1919-1975), Białystok 2011, s. 19.

10

19 listopada 1919 r., ale przybył on do miasta dopiero w połowie lutego następnego roku14. Początkowo województwo białostockie liczyło 12 powiatów. Polskie wojska wkroczyły do Wołkowyska już 13 lutego 1919 r., a do Grodna 28 kwietnia, ale te powiaty (a także białowieski) zostały włączone dopiero na mocy ustawy z 4 lutego 1921 r. Do połowy 1920 r. podlegały Zarządowi Cywilnemu Ziem Wschodnich, a następnie Zarządowi Terenów Przyfrontowych i Etapowych. W składzie województwa znalazło się, po Łomży i Suwałkach, trzecie wcześniej gubernialne miasto, czyli Grodno. W 1921 r. województwo liczyło 15 powiatów. Jednak ta liczba w latach następnych się zmieniła, ze względu na likwidację i podział mię14

Tamże, s. 20.

dzy sąsiednie powiatu białowieskiego (1922 r.), sejneńskiego (w 1925 r.) i kolneńskiego (1931 r.). Przybył powiat grodzki Białystok15. Ze względu na powierzchnię (32518 km2) województwo białostockie było drugim, po województwie poleskim, województwem w kraju. Jednak pod względem liczby ludności nie znajdowało się w pierwszej dziesiątce najludniejszych województw. Na podstawie spisu powszechnego z 30 września 1921 r. zamieszkiwało je przeszło 1305 tys. osób16. Po wybuchu II wojny światowej Suwalszczyzna znalazła się pod okupacją niemiecką. Powiat suwalski wszedł w skład wschodniopruskiej rejencji Gumbinnen (Gąbin). W tajnym protokole dołączonym do układu Rib15 16

Tamże, s. 20-21. Tamże, s. 21.


goniec kresowy 2/2013 (72)

500 lat województwa podlaskiego

bentrop – Mołotow z 23 sierpnia 1939 r. rozgraniczono strefę wpływów niemieckich i sowieckich wzdłuż linii rzek Pisa – Narew – Wisła – San. Jeszcze zanim Armia Czerwona 17 września wkroczyła do Polski, wojska niemieckie były daleko na wschód od tej linii. Ostatecznie według układu podpisanego 28 września w Moskwie na północy województwa po stronie niemieckiej pozostał powiat suwalski i północna część powiatu augustowskiego. Granica była na południe od wsi Chomontowo, wzdłuż rzeki Blizna do jeziora Necko, dalej wzdłuż jezior na północ od Augustowa do Czarnego Brodu i dalej Kanałem Augustowskim. Zachodnią granicę strefy sowieckiej wyznaczała rzeka Pisa, dalej biegła Narwią do Bugu pozostawiając Ostrołękę, Ostrów Mazowiecką i Małkinię po stronie nie-

powiatu augustowskiego). 22 października 1939 r. odbyły się wybory do Zgromadzenia Ludowego Zachodniej Białorusi. Zgromadzenie obradowało w Białymstoku 28-30 października 1939 r. Po uchwałach najwyższych władz ZSRR o włączeniu „Białorusi Zachodniej” do ZSRR, 4 grudnia Prezydium Rady Najwyższej ZSRR wydało dekret o utworzeniu obwodu białostockiego. Obwód objął większość przedwojennego województwa białostockiego18. 22 czerwca 1941 r. III Rzesza wypowiedziała wojnę i dokonała zbrojnej agresji na ZSRR. Rozpoczęły się walki na froncie wschodnim. 17 lipca 1941 r. Hitler wydał dekret o utworzeniu na zajętych terenach m.in. okręgu Białystok („Bezirk Bialystok”), który obejmował obszar dawnego obwodu białostockiego z okresu okupa-

mieckiej. Na południu granicę stanowiła rzeka Bug. Teren okupacji niemieckiej na zachodzie został jeszcze podzielony na dwie części. Resztki powiatu ostrowskiego i południowe gminy ostrołęckiego znalazły się w Generalnym Gubernatorstwie, zaś większość powiatu ostrołęckiego została wcielona do Rzeszy i stała się częścią rejencji ciechanowskiej17. W końcu września 1939 r. pod okupacją sowiecką znalazło się prawie całe przedwojenne województwo białostockie (z wyjątkiem powiatu suwalskiego i dwóch gmin

cji sowieckiej, poszerzonego o gminy które w latach 1939 – 1941 włączono do obwodu brzeskiego oraz część powiatów brzeskiego i prużańskiego. Bez zmian pozostała przynależność Suwalszczyzny19. W trakcie ofensywy Armii Czerwonej w styczniu 1945 r. wyparto Niemców z resztek ziem woj. białostockiego. Powstała możliwość przeniesienia różnych władz tworzonych z nadania PKWN na zapleczu frontu. Powiat łomżyński od początku traktowano jako część województwa białostockiego, chociaż formalnie wszedł w jego skład dopiero na mocy dekretu z 7 lipca 1945 r. Do białostockiego włączono także trzy powiaty z okręgu mazurskiego: ełcki, gołdap-

17 Tamże, s. 102. Kwestie związane z okupacją na białostocczyźnie, podziałem stref wpływów oraz politykę władz szczegółowo opisuje w swojej pracy W. Śleszyński, Okupacja sowiecka na białostocczyźnie w latach 1939 – 1941. Propaganda i indoktrynacja, Białystok 2001.

18 19

J. J. Milewski, dz. cyt., s. 106-108. Tamże, s. 127-128.

ski i olecki. Od tak ukształtowanego obszaru województwa odpadły dwa przedwojenne powiaty wschodnie – grodzieński i wołkowyski – przyłączone do BSRR. Wschodnia granica państwa nie przebiegała wzdłuż granic dawnych powiatów. Poza Polską znalazły się cztery gminy z pow. augustowskiego, kilkadziesiąt miejscowości z powiatu sokólskiego (w tym Odelsk) oraz kilkanaście wsi z powiatu bielsko – podlaskiego. W granicach pozostała część gminy Jałówka z powiatu wołkowyskiego oraz Hołynka i Krynki z powiatu grodzieńskiego20. W wyniku przesunięcia granicy na zachód, do rejonu Wysokie Litewskie przyłączono 24 miejscowości należące wcześniej do Polski, natomiast do Polski odeszło 40 miejscowości będących wcześniej częścią rejonów Brzostowica i Szereszew. W kwietniu 1949 r. do Polski przyłączono 19 wsi z rejonu Sopoćkinie, a ostateczne uregulowanie nastąpiło w połowie 1955 r., kiedy z obwodu grodzieńskiego odeszło do województwa białostockiego 26 wsi21. Na mocy ustawy z 28 maja 1975 r. wprowadzony został nowy podział administracyjny w kraju. Dotychczasowe 17 województw podzielono na 49 mniejszych i zlikwidowano powiaty. Województwo białostockie zostało podzielone na trzy małe województwa: białostockie, łomżyńskie i suwalskie. Nowe województwo białostockie składało się z ziem dawnych powiatów: białostockiego, bielskiego, dąbrowskiego, hajnowskiego, łapskiego, monieckiego, siemiatyckiego i sokólskiego22. 1 stycznia 1999 r. weszła w życie ustawa z 24 lipca 1998 r. o wprowadzeniu zasadniczego trójstopniowego podziału terytorialnego państwa, na gminy, powiaty i 16 nowych województw. Powstało nowe województwo podlaskie ze stolicą w Białymstoku. Granice administracyjne obejmowały ziemie byłego województwa białostockiego, łomżyńskiego i suwalskiego, ale bez Ełku, Olecka i Gołdapi. W województwie funkcjonuje 118 gmin, 17 powiatów. Sieć osadniczą stanowi 36 miast i ponad 3,9 tys. wsi23. Od Redakcji: Artykuł ilustrujemy zdjęciami z Parady na 500 lat naszego województwa, która przeszła ulicami Białegostoku 26 kwietnia 2013 roku.

20 Tamże, s. 149. 21 Tamże, s. 149-151. 22 M. Kietliński, Niespełnione nadzieje, w: Historia województwa podlaskiego, s. 282. 23 Tegoż, W suwerennej Polsce, w: Historia województwa podlaskiego, s. 316.

11


historia

goniec kresowy 2/2013 (72)

330 lat zwycięskiej wyprawy króla Jana III w obronie Wiednia. Kronika najważniejszych wydarzeń Aleksander Miśkiewicz

Bitwę pod Wiedniem 12.09.1683 r., podczas której wojska Rzeczypospolitej wraz z posiłkami austriackimi i niemieckimi, dowodzonymi przez Jana III Sobieskiego pokonały armię turecką, oblegającą Wiedeń, porównuje się niekiedy do zwycięstwa wojsk polskich dowodzonych przez Józefa Piłsudskiego, nad bolszewickimi pod Warszawą 13-15.08.1920 r. Obrona Wiednia uchroniła Europę środkowo-wschodnią przed agresją turecką i narzuceniem jej rządów sułtana, bitwa warszawska zaś zatrzymała pochód armii bolszewickiej w kierunku Europy, niearaz już wiodło ożywioną dyskusje wielu historyków i publicystów, zajmujących się historią, tak czy owak, obie te bitwy stały się niepodważalną chwałą oręża polskiego. Największy okres wojen z Turcją przypadł na XVII stulecie, chociaż pierwszy konflikt Polski z Turcją nastąpił za króla Jana Olbrachta, spowodowany w 1497 r. wyprawą wojsk polskich do Mołdawii na prośbę hospodara mołdawskiego Stefana Wielkiego /w skład księstwa mołdawskiego wchodziła Mołdawia i Wołoszczyzna/ celem obrony jego ziem przed Turcją. Wyprawa zakończyła się niepowodzeniem, a hospodar w obawie przed Turcją, przeszedł na jej stronę. Od tego czasu nastąpiła rywalizacja o wspomniane księ-

12

Jan III Sobieski konno, jako triumfator; obraz nieokreślonego artysty z XVII w.


goniec kresowy 2/2013 (72)

stwo między Rzecząpospolitą a Turcją ze względu na sprzyjający teren dla prowadzenia handlu, głównie dla magnatów kresowych. Przez dłuższy czas nie dochodziło z tej racji do konfliktów zbrojnych między obydwoma państwami, a okres panowania Jagiellonów sprzyjał nawet do pokojowego ich współżycia, pomimo najazdów tatarskich na południowo-wschodnie ziemie Rzeczypospolitej i napadów kozackich na bogate miasta czarnomorskie należące do Turcji. Wydarzenia poprzedzające wyprawę wiedeńską. 1587-1632 panowanie króla Zygmunta II Wazy. 1600 początek wojny ze Szwecją o Inflanty. Dowództwo wojsk polskich walczących ze Szwedami przejmuje z rąk Jana Zamoyskiego, Jan Karol Chodkiewicz hetman polny litewski, który odnosi kilka zwycięstw nad wojskami szwedzkimi, w tym największe w bitwie pod Kircholmem 27.09.1605 r. 1609 dalsze zwycięstwa Chodkiewicza w Inflantach. Wojna ze Szwecją przygasa na kilka lat, a obie strony angażują się w konflikt z Rosją. 1610-1612 wojna z Rosją, zwycięstwo Stanisława Żółkiewskiego hetmana wielkiego koronnego pod Kłuszynem 4.07.1610 r. Październik 1620 r. wyprawa hetmana Żółkiewskiego do Mołdawii w celu objęcia wbrew Turcji opieki nad hospodarem Grazzianim. Dalszy ciąg rywalizacji o Mołdawię. Wojska polskie przegrywają bitwę pod

historia

Cecorą i wycofują się z Mołdawii. Podczas odwrotu ginie z rąk tureckich hetman Żółkiewski. 1621 Szwedzi wznawiają wojnę z Polską i zdobywają Rygę 25.09.1621 r. 1621 wyprawa turecka na Polskę. Obrona położonego nad Dniestrem zamku w Chocimiu. Dowodził obroną hetman Chodkiewicz, która umiera podczas oblężenia twierdzy. Jednak dzięki bohaterskiej obrony Chocimia przez oddziały polskie i kozackie atamana Piotra Konaszewicza Sahajdacznego, Turcy przystępują do rozmów. Zawarty pokój ustala granicę na Dniestrze, ale rywalizacja o Mołdawię trwa nadal. 1622 rozejm ze Szwedami na Mitawie. Szwedzi zatrzymują Łotwę i Parnawę. Większa część Inflant pozostaje przy nich. 1626-1629 ponowna wojna ze Szwecją, która dąży do przewagi w handlu morskim u wybrzeży Prus Książęcych i królewskich. Flota polska pokonuje flotę szwedzką w bitwie pod Oliwą w Zatoce Gdańskiej, likwidując blokadę Gdańska, 28.11.1627 r. 1629 rozejm ze Szwecją w Starym Targu /Altmarku/. W rękach szwedzkich pozostaje większa część Inflant oraz wszystkie porty pruskie, poza Gdańskiem, Puckiem i Królewcem. 1632-1648 Panowanie Władysława IV. 12.09.1635 rozejm w Sztumie ze Szwecją, która wycofała swoje wojska z twierdz na wybrzeżu pruskim. 1648-1653 powstanie kozackie na Ukrainie pod wodzą Bohdana Chmielnickiego.

1648-1668 panowanie Jana Kazimierza /abdykował 16.09.1668 r./ 26.05.1648 Przegrana bitwa z Kozakami pod Korsuniem. Sierpień 1649 r. ugoda Zborowska, przyznanie Chmielnickiemu tytułu hetmańskiego. 28-30.06.1651 bitwa pod Beresteczkiem na Wołyniu, wojska polskie pod dowództwem króla Jana Kazimierza zadają klęskę wojskom kozackim. 1651 ugoda z Kozakami w Białej Cerkwi, co jednak nie oznacza zakończenia z nimi wojny. 1653 ugoda z Kozakami w Żwańcu na warunkach ugody Zborowskiej. 1654-1656 wojna polsko-rosyjska, utrata Smoleńska i części Litwy z Wilnem. 1655-1660 wojna polsko-szwedzka. Wojska szwedzkie zajmują duży obszar kraju. Szwedom nie udaje się zdobyć Częstochowę /obrona 19.11-27.12.1655/. 3.05.1660 pokój ze Szwecją w Oliwie, Jan Kazimierz zrzekła się praw do tronu szwedzkiego, Polska zatrzymuje południowo-wschodnią część Inflant z Dyneburgiem. 1660-1661 wznowienie wojny z Moskwą, ale po zwycięstwie wojsk polskich pod Połonką i Cudnowem, wojska rosyjskie wycofały się z Litwy, oddając Wilno. Polska wyszła znacznie osłabiona gospodarczo, szczególnie po wojnie ze Szwecją, tracąc przy tym dobra narodowe kultury, które wywieźli Szwedzi, ograbiając zamki, pałace i dworki szlacheckie, pozbawili także armię polską znacznej części broni i amunicji zabierając ze sobą wyposażenia wielu arsenałów.

Bitwa pod Wiedniem, mal. Stanisław Chlebowski ok. 1883 r. , Muzeum Narodowe w Krakowie

13


goniec kresowy 2/2013 (72)

historia

Wydarzenia związane z odsieczą wiedeńską. 1669-1673 panowanie króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego. 1672 początek wojny z Turcją. Państwo Otomańskie będące stale w konflikcie z Austrią, postanowiło najpierw zdobyć ziemie ukrainne, aby zabezpieczyć się przed atakiem ze strony Rosji, a także Polski, która pozostawała sojusznikiem Austrii. Wojska austriackie posiłkowały wojska polskie podczas wojny ze Szwecją /1655-1660/. 1672 zdobycie przez wojska tureckie twierdzy w Kamieńcu Podolskim. Według układu w Buczaczu Polska utraciła wiele ziem ukrainnych oraz zobowiązała się płacić roczną daninę w wysokości 22 tys. dukatów, jako upominek dla sułtana. Traktat ten nie został ratyfikowany przez sejm, był uważany za wielką plamę na honorze Rzeczypospolitej. Pomimo osłabienia po potopie szwedzkim, sejm szybko podjął uchwałę o podatkach na armię polską, co zostało przyjęte w obawie o los kraju. 1673 zwycięska bitwa wojsk polskich z tureckimi pod Chocimiem, dowodzonych przez Jana Sobieskiego, hetmana wielkiego koronnego. 1674-1696 panowanie Jana III Sobieskiego, obranego jednogłośnie królem podczas elekcji, jako zwycięskiego wodza spod Chocimia. 22.08.1675 zwycięstwo Jana III nad wojskami turecko-tatarskimi pod Lwowem. 1676 bitwa pod Żórawnem, obrona tej twierdzy, którą dowodził Jan III. Zawarcie układu w Żórawnie z Turcją, w wyniku którego 2/3 Ukrainy powróciło do Polski. Po stronie tureckiej pozostał Kamieniec Podolski. Nie było w treści układu o daninie, jako podarku dla sułtana. 1677 wizyta Jana III Sobieskiego w Gdańsku. Niezrealizowana myśl króla odzyskania Prus Książęcych. 1683 wiosną tego roku, w wyniku nadal występującego zagrożenia tureckiego Polska i Austria podpisały układ zaczepno-odporny, który przywidywał sojusz obu państw przeciwko Turcji, szczególnie w jego myśl w razie bezpośredniego zagrożenia Krakowa, z odsieczą przyjdzie Austria, to samo obowiązywało Polskę, wobec zagrożenia Wiednia. 12.09.1683 Wielkie zwycięstwo wojsk sprzymierzonych pod wodzą Jana III pod Wiedniem Echa tego wydarzenia rozeszły się szybko po Europie, przynosząc królowi i Polsce sławę i wielki szacunek. 7-9.10.1683 Dalsze walki z wojskami tureckimi. Brak dobrego rozpoznania okolic twierdzy pod Parkami, przyczynił się nawet do porażki wojsk sprzymierzonych 7.10. W tym też

14

zagrożone zostało życie króla 9.10, Zwycięstwo wojsk sprzymierzonych pod Parkanami, poddanie się twierdzy, dalszy już zwycięski marsz wojsk sprzymierzonych. Wejście do walki wojsk litewskich, które przybyły z dużym opóźnieniem i stoczyły tylko jedną bitwę, stając się udręką dla ludności słowackiej. 1683 powrót Jana III Sobieskiego z częścią wojsk polskich w wigilię tamtego roku do Krakowa. 1684 Polska i Austria nadal kontynuują wojnę z Turcją, następuje przymierze nazywane „Ligą Świętą”, do którego weszły też Watykan i Szwecja. 1686 wyprawa Jana III Sobieskiego na Mołdawię w celu zaszachowania Turcji i zmuszenia jej do opuszczenia Podola i Ukrainy. Wypadła niepomyślnie, jak także druga w 1691 r. 1697-1733 panowanie Augusta II. 26.01.1699 Pokój Austrii i Polski z Turcją w Karłowicach. Polska odzyskała Podole z Kamieńcem i Ukrainę prawobrzeżną. W XVIII stuleciu panował przez cały czas spokój na pograniczu polsko-tureckim, a nad-

graniczny Kamieniec Podolski przekraczały często poselstwa i delegacje przebywające ze Stambułu do Warszawy i podążające w odwrotnym kierunku. Pogranicze to stało się miejscem wielkiej wymiany handlowej. W Polsce rozpowszechniła się moda na orient, tj. naśladowanie wschodniego stylu życia, szczególnie w ubiorze bogatej szlachty, w budownictwie dworów czy wyposażeniu ich wnętrz. W drugiej połowie XVIII w. powszechnie pito kawę nie tylko na dworach szlacheckich, ale także w domach u bogatych mieszczan. Używano nawet jej jako leku na różne dolegliwości, głównie żołądkowe. Przestała być uważana za napój barbarzyński. W XIX w. kiedy Turcja nie uznała rozbiorów Polski to na jej terenie wielu Polaków uzyskało azyl polityczny, wielu służyło w armii tureckiej czy też pracowało, jako lekarze czy inżynierowie. Założona została nawet wieś polska Adampol. Wśród Polaków, którzy znaleźli się wówczas w Turcji było wielu z rodowodem kresowym. Ale o nich w następnym wydaniu „Gońca”.


goniec kresowy 2/2013 (72)

wSPOMNIENIA

Z nieludzkiej ziemi do Polski Klara Rogalska

Rok 1945, ucichły wiadomości o działaniach wojennych Ci, którzy przeżyli front wracali do rodzinnych domów. Dla nas Polaków zabłysło światełko w tunelu. Rozpoczęły się pertraktacje ze Stalinem w sprawie powrotu do Polski. Wyjazdem do Ojczyzny, wydawaniem dokumentów i wszelkimi sprawami zajął się Związek Patriotów Polskich. Władze sowieckie stwarzały różne trudności np. uważały, że dana osoba, która przed wojną mieszkała na Kresach wschodnich, nie była narodowości polskiej lecz białoruskiej. Wreszcie moja rodzina – Ojciec, Mama i ja (2 braci i siostra opuścili „gościnną ziemię” z wojskiem Generała Andersa) po przekroczeniu wszelkich trudności wyjeżdżamy do Polski. Kołchoz w którym przeżyliśmy sześć ciężkich lat opuszczaliśmy jako ostatni, ponieważ Ojciec był przedstawicielem Związku Patriotów Polskich i jego obowiązkiem było dopilnowanie, aby z podległych mu kołchozów wyjechali wszyscy Polacy. Był początek lipca 1946 roku i jak w tę stronę, tak i teraz dojechaliśmy ciężarówką do stacji Pietropawłowsk w północnym Kazachstanie. Razem z nami jechały trzy rodziny. Żegnała nas cała wieś. Trzeba przyznać, że na przestrzeni tych 6 lat zżyliśmy się z tą ludnością, pomagaliśmy sobie wzajemnie, była przecież wojna a mężczyzn w 1939, a potem w 1941 zabrano na front. Jednak tym razem bez konwojentów załadowaliśmy się do towarowych wagonów, nikt nas nie poganiał. Były to te same wagony, którymi w 1940 roku jechaliśmy na zsyłkę. Na drogę otrzymaliśmy trochę konserw rybnych i mięsnych od UNRY (organizacja takich państw jak Ameryka, Anglia czy Indie, która przesyłała jedzenie i odzież dla Polaków na zesłaniu). Po rozlokowaniu się w wagonach ruszyliśmy do Kraju – radość nasza była nie do opisania. Tylko w sercach tych, którzy pozostawili swoich bliskich w kazachskich stepach, pozostał ogromny żal. Wagony podczas postojów były otwarte. Gdy zatrzymaliśmy się za granicami dworców i miast rozpalaliśmy ogniska i wspól-

nie gotowaliśmy jedzenie. Na dworcach dostawaliśmy wodę, dzięki temu mogliśmy się też umyć. Wreszcie przejechaliśmy Ural. Mogliśmy podziwiać piękno i ogrom tych gór. Wjechaliśmy do Europy. Często na postojach podchodzili do nas ludzie i prosili o chleb. Z sąsiednich wagonów dochodziły polskie piosenki patriotyczne i religijne. Widzieliśmy też zniszczenia, jakie pozostawiła po sobie wojna. Naprzeciw nas jechały pociągi wojskowe, to zmęczeni żołnierze wracali po wojnie do ojców, matek, żon, dzieci. Do granicy z Polską towarzyszył nam rosyjski konwój. Dopiero na granicy zasalutowali i krzycząc „praszczajcie” odeszli. Wreszcie byliśmy w upragnionej Ojczyźnie. Nie pamiętam nazwy miasta granicznego, ale wiem, że byliśmy już w Polsce – wielka radość, modlitwa... Zatrzymaliśmy się na jakiejś stacji, otwieramy drzwi i w tym momencie posypały się w naszą stronę kamienie, a ktoś krzyknął „to wracają Żydzi”. Zamknęliśmy wagony i ruszyliśmy w dalszą drogę. Dużo osób wysiadało na Grodzieńszczyźnie, mieli nadzieję że zastaną swoje domostwa tak jak przed wywózką. Niestety rzeczywistość okazała się tragiczna, zamiast domów były tylko ruiny, czasem pozostała stodoła. My jechaliśmy dalej. Wreszcie dotarliśmy do Warszawy. Zatrzymali nasz transport na moście kolejowym, a pod naszym wagonem płynęła Wisła. To co ujrzeliśmy po otwarciu drzwi było przerażające, cała Warszawa w ruinach. Dopiero teraz zdaliśmy sobie sprawę jak ogromne zniszczenia przyniosła ta wojna. Na moście stali żołnierze, podchodzili do nas, rozmawiali, wypytywali skąd i dokąd jedziemy. Jeden z żołnierzy podszedł do naszego wagonu i chciał żebym wysiadła. Miał pod Warszawą dom po rodzicach

Mariewka, Kazachstan, 20.08.1945

i chciał się ze mną ożenić. Mówił, że zawiozą nas na „ziemie odzyskane”. Oczywiście jego propozycji nie przyjęłam, a potraktowałam jako żart... gdy pociąg ruszył zaczęliśmy się zastanawiać, co to są te „ziemie odzyskane”, nie mieliśmy zielonego pojęcia. Dojechaliśmy do Poznania. Tu pociąg wyjątkowo zatrzymał się na dworcu. Ludzie podchodzili do nas podawali jedzenie, picie (lipiec był bardzo gorący). Niektórzy z ciekawskich robili nam zdjęcia. Część wagonów skierowano do Szczecina, nasz zaś pojechał na zachód dojechaliśmy do Myśliborza i tu kierownik pociągu prosił, abyśmy wysiedli, bo to już koniec podróży, dalej już tylko granica niemiecka. Powstał popłoch, płacz jak to dopiero wyrwaliśmy się od Ruskich, a tu Niemcy. Kierownik uspokajał, ludzie z powrotem wsiadali do wagonów. W pewnym momencie mój Ojciec zauważył kobietę i mężczyznę z opaskami czerwonego krzyża. Oni również nas uspokajali i mówili, że tu jest Polska. Ulokowano nas w budynku w ogromnej sali, gdzie w czasie wojny był szpital wojskowy. Na drugi dzień przyszli do nas przedstawiciele PUR-u (Polski Urząd Repatriacyjny). Przywieziono nam żywność, otrzymaliśmy pieniądze i zaczęto przydzielać mieszkania. Rozpoczynaliśmy nowe życie, ale to już inny temat. Do Polski przybyłam w dniu 22 lipca 1946 – w pierwszą rocznicę uchwalenia Manifestu Lipcowego. Pierwsze kroki skierowaliśmy do kościoła, aby podziękować Bogu za szczęśliwy powrót do Ojczyzny z „nieludzkiej ziemi”.

15


goniec kresowy 2/2013 (72)

na lato

Dawne obyczaje i plażowanie na Litwie Liliana Narkowicz

Lato… W tym roku spóźnione, długo wyczekiwane. Najpierw tęskniliśmy za słoneczkiem, teraz uporczywie szukamy cienia, żeby się schować. Opalenizna, mimo przekonań lekarzy, że nie jest zdrowa, ciągle jest modna. Dawniej nakrycie głowy zdradzało status kobiety.

16

Dawniej wyznacznikiem pochodzenia kobiet były nie tylko kapelusze (zdradzały jej status społeczny), blade liczko i dłonie (noszone latem rękawiczki oraz parasolki były nieodłącznym atrybutem garderoby), ale i…zepsute zęby. Zdrowe uzębienie było oznaką niskiego pochodzenia. Ich właścicieli nie stać było ani na cukier, ani na łakocie. Do połowy XIX w. Europa nie wiedziała co to znaczy higiena osobista. Jeszcze u schyłku stulecia osoby przyjmujące kąpiel raz w miesiącu były uważane za wyjątkowych czyścioszków. U schyłku XIX w. z miednicy w bogatych domach korzystano w najlepszym razie raz w tygodniu, w niedzielę. Latem, nawet wśród arystokratów, mycie się uważano za rzecz zbędną, bo i tak wchodziło się przecież do wody (morza, basenu, jeziora). Do I Wojny Światowej mało w jakich pałacach i dworach na Kresach były sanitariaty. W drugiej połowie XIX stulecia w znanych wtedy na Wileńszczyźnie uzdrowiskach letnich, Druskiennikach czy Połądze, drewnianych osobno stojących „budek” było mało. Najpilniejsze potrzeby załatwiało się w gąszczu zieleni. Inna sprawa, że przy willach zamożniejszych pilnował „interesu” służący z wiaderkiem i łopatką, a jeżeli letnicy pokoje wynajmowali, to był to obowiązek gospodarza. Pruderyjny wiek wiktoriański wymagał pełnych kostiumów plażowych. Nie do pomyślenia było nawet w końcu XIX w. odsłonić ręce na plaży. Kolana także musiały być zakryte. Nad Morzem Bałtyckim w okolicach obecnej Połągi wchodzenie do wody dla mężczyzn i kobiet z dziećmi było w różnych godzinach. A i tak nad brzegiem morza stały drewniane budki na czterech kołach służące w charakterze przebieralni dla pań i panienek. Za pomocą trąbki akustycznej dawano sygnał, aby siedzący na koniu w zaprzęgu wciągał te „domki” z piaszczystych wydm do wody. Tam dopiero wychodziły z nich panie w strojach kąpielowych do morza. Po zażytej kąpieli przedstawicielki płci pięknej wchodziły z powrotem do budek, dawały sygnał, a po wciągnięciu z powrotem na wydmę, przebierały się. W tym czasie służący odpinał konia


goniec kresowy 2/2013 (72)

i zaprzęgał do kolejnej budki z klientką. Czy Litwa była pod tym względem w tamtych czasach wyjątkiem? Absolutnie nie. Przed I wojną światową w ogóle mało gdzie w Europie były tolerowane kąpiele w morzu wspólne dla obojga płci. W godzinach popołudniowych, kiedy był zakaz plażowania, nad morzem był tłok od spacerowiczów różnej płci, maści i wieku. Ale do południa, na przykład w królowej belgijskich kurortów, Ostendzie, rozbierano się w dwukołowych zamkniętych kabinach wciąganych przez konia do morza po pas. Schodziło się po schodkach od razu w fale. Kobiety miały prawo zażywać przyjemności do godziny 11-ej. W drodze do wynajmowanych pensjonatów, willi i hoteli panie mijały się z mężczyznami spieszącymi na plażę. Po godz. 14-ej był absolutny zakaz kąpieli. Wyjątek stanowiło włoskie Lido, gdzie wielką miejscową atrakcją, licznie ściągających turystów z zagranicy były wspólne kąpiele i opalanie się na piasku „bez różnicy płci”! A w ośrodkach wczasowych, gdzie nie było kabin i budek na kołach wciąganych przez konie? Tam były nad brzegiem wody stałe budynki służące jako przebieralnie. Z tym, że do morza szło się w długim (do kostek) obszernym płaszczu typu szlafrok. Tuż przed wejściem do morza rzucano je na piasek lub towarzyszącej kąpielowej (w wypadku pań) czy kąpielowemu (w wypadku panów). Bo i taka funkcja służących niegdyś istniała. W XIX w. modne było wyjeżdżanie do francuskich kurortów – Biarritz, Dieppe, Nicea, ale też na skalistą portugalską Maderę, gdzie bardziej od plażowiczów, ze względu na wyjątkowo łagodny klimat, ciągnęło gruźlików i astmatyków. W latach 70-ych tamtego

Stroje kąpielowe z lat 30-tych XX w.

na lato

stulecia powozów konnych, a tym bardziej aut, tam nie znano. Bruku na żadnej z dróg tam też nie było. Każdy przyjeżdżający tu musiał zabezpieczyć sobie na miejscu środek lokomocji. Do wyboru były tylko trzy: a) Sanie na żelaznych płozach ciągnięte przez dwa woły. Woźnica miał dzban wody i ścierkę, więc non stop , w biegu, to z lewej strony, to z prawej podkładał pod płozy mokrą ścierkę, by się nie zagrzały. b) Paniom, niedołężnym starcom i dzieciom proponowano hamak z żaglowego płótna (ze skórzaną poduszką i płócienną kołdrą na nogi), zawieszony na grubym drągu, którego końce na przemian lądowały na plecach dwóch drabów. Chodzili w takt, przerzucając drąg z jednego ramienia na drugi. Przemieszczano się, rzecz jasna, w pozycji leżącej, ale każdy sam trzymał nad sobą parasolkę od słońca, c) Dla odważnych był koń z nieodstępnym stangretem, który nie poganiany poruszał się z szybkością 15 km na godzinę, więc, jak zanotował naoczny świadek „trzymając się za ogon konia wieczorem jechało się tak na jakieś przyjęcie we fraku, lakierkach i zawsze z parasolem”. W Wilnie i na Wileńszczyźnie w latach 20-tych za najwytworniejsze miejsce do kąpieli uważano ryski Strand. Któż by tam jechał do Ostendy czy Lido marnować czas i pieniądze, skoro Ryga była dużo bliżej a do tego tańsza? Najwyżej jakiś snob arystokrata lub przemysłowiec bawiący w okolicy za potrzebą. W ryskim Majornenhofie było wszystko, a i nad morzem również „po cukierniach rankami, na chodnikach w południu siedzą panowie w kąpielowych strojach tylko okryci od niechcenia płaszczami „eponge…” no i panie w takim że chyba aż nadto negliżowym stroju”. A biedniejsi gdzie plażowali? Gdzie było

bliżej – nad Wilią, Niemnem, Jeziorem Trockim, Niewiażą (głównie w okolicach Czerwonego Dworu koło Kowna), Czeremuszką, Kierozią, Sikunią…. Po przejrzeniu prasy wileńskiej okresu międzywojnia nie ulega wątpliwości, że za „morze” ówczesnej szeroko pojętej Wileńszczyzny uznawano jezioro Narocz (obecnie na Białorusi), leżące w dawnym powiecie święciańskim. Był to największy wówczas polski akwen wodny – 82 tys. metrów kwadratowych, a przy tym niezwykle zasobny w ryby. Pięknie położony przy zwartym lesie łączył się z wodami jeziora Miastry i rzeką Narocz, zasilającą Dzisnę i Wilię. Jednak mimo wybudowanego tu schroniska turystycznego i wycieczek (w tym plażowiczów) organizowanych z przewodnikiem, z powodu braku stałej komunikacji, a więc uciążliwego dojazdu, wyjazdy w te strony nigdy nie zdobyły takiej popularności, na jaką to miejsce, wtedy prawie dziewicze, jedyne w swojej krasie, a do tego owiane legendami, zasługiwało. Rzecz jasna, że Kościół II Rzeczypospolitej walczył z plażowiczami i noszonymi kusymi strojami grożąc niedawaniem rozgrzeszenia. Wypominano „nieprzyzwoite tańce” (w modę wchodziły foxtrot i charleston), ganiono „podkasane spódnice i wycięcia zbyt głębokie u szyi”, ale i „ręce całkiem obnażone” tudzież „suknie przejrzyste”. Modę nazywano „pędem owczym”, wątpiąc zresztą „aby kobiety były kiedyś w stanie ją porzucić na czyjkolwiek rozkaz oprócz na rozkaz modystek paryskich i ich żurnalów”. W korespondencji księży pełniących duszpasterstwo na Kresach w latach 20-tych XX w. czytamy: „Niewiasty nasze, jedne ze wzglę-

Sztuczne groty i kaskady nad jeziorem były punktem obowiązkowym w majątkach arystokracji.

17


goniec kresowy 2/2013 (72)

na lato

du na wygodę, inne przez skłonność do małpowania, a jeszcze inne wskutek grubej zmysłowości, nie przestają się ubierać nieskromnie. Nie tylko wystawiają swe członki i skórę, często zresztą szpetne, nieraz w dodatku nadmiernie obmalowane (jeno patrzeć, jak przywieszą sobie na wzór dzikich do nosa i uszu błyszczące ciężarki), ale cynicznie odsłaniają przed światem brudne poruszenie swych dusz, zmysłów i serc. Owszem zdaje się nieraz, że chcą uchodzić za brudniejsze, niż są w rzeczywistości, bo np. te, co się nie ośmielają występować z gołymi łydkami, naciągają pończochy cielistego koloru, aby jednak uchodzić za gołonożne.” Cóż jednak znaczyły te oskarżenia wobec przyjemności plażowania, którą między wojnami uprawiano bez opamiętania? Owszem, wyjazdy po morskich zagranicznych wybrzeżach zdarzały się i w wiekach minionych, ale na to mogli sobie pozwolić tylko wpływowi, dobrze urodzeni i bogaci. A w międzywojniu kąpano się i opalano powszechnie i wszędzie, po całym kraju – nad morzem, jeziorem, rzeką, stawem, sadzawką… Słowem, „byle jaką wodą”. O co właściwie chodziło w tym wszystkim, tłumaczy nam szanowany w Wilnie dziennik „Słowo”: „ Bo chodzi przecie tylko o to, aby nad brzegiem wody byle nieco większej od kałuży po deszczu, tedy nie wysychającej przez lato, było trochę piasku”. Publiczność wileńska tak bardzo polubiła plażowanie, że nawet zaproponowano dyrektorowi bardzo popularnej wtedy cukierni „Czerwonego Sztralla” przy ul. Mickiewiczowskiej, dysponującej salą taneczną, „urządzenie wieczorami w głównej sali zakładu zimowego plażowania”. Po co? W obawie, że „namiętni plażowicze mogą nie przeżyć do następnego lata…”.

Biwak nad jeziorem Narocz.

18

Dlaczego właściwie chodziło głównie o piasek? Odpowiem słowami dziennikarza z epoki: „Jeszcze nie ma u nas plaż bez piasku. Tarzać się w stroju prawie Adamowym… koedukacyjnie, to znaczy w mieszanej kompanii mężczyzn i kobiet po trawie, jakby nie wypada (jeszcze nie wypada). Nie przyjęte. Szok. Natomiast po piasku.. Prosimy bardzo. Ile tylko się zmieści…” W latach międzywojnia w sezonie letnim znaczna część życia towarzyskiego stolicy litewskiej Kowna przenosiła się nad Bałtyk do Połągi. Corocznie odpoczywał z rodziną litewski prezydent Antanas Smetona. Członków korpusu dyplomatycznego (w tym polskiego, urzędującego w Kownie) stać było na urlopy w letniskach nadmorskich koło Rygi na Łotwie oraz zagranicznych uzdrowiskach europejskich, jednak spędzić chociaż parę dni latem w Połądze należało do dobrego tonu. Połąga, znana w XIX w. od Wilna do Kijowa i od Warszawy po Petersburg zawsze była traktowana jako zdrowotny „zabieg hydropatyczny”, gdyż woda była tu przeraźliwie zimna nawet w upalne lipcowe dni. W ostatnich przedwojennych latach nad brzegiem morza była czynna restauracja prowadzona przez hrabinę, wdowę Antoninę Feliksową Tyszkiewiczową, która po okrojonych dobrach w wyniku reformy litewskiej, pomimo przyjęcia przez rodzinę obywatelstwa litewskiego, musiała zarabiać na utrzymanie pałacu. Jedno ze skrzydeł było przeznaczone na pensjonat, a przypałacowy park zawsze otwarty dla wycieczkowiczów i kuracjuszy. Plaża pustoszała przed godziną 17-tą. Automatycznie zapełniały się spacerowiczami uliczki miasta i park. Wieczorami w hrabiowskim kurhauzie przygrywała orkiestra do tańca.

Letnisko nadmorskie i plaża kąpielowa otwarte dla przyjezdnych w II-ej połowie XIX stulecia przez właściciela Połągi – hrabiego Józefa Tyszkiewicza (zm.1892) herbu Leliwa, pana na Landwarowie, Kojranach, Kretyndze, Zatroczu i licznych dobrach na Polesiu, było głównym magnesem ściągającym przed I wojną światową Polaków. Wille, pensjonaty, jadłodajnie, salon – czytelnia połączone z biblioteką, sala taneczna, orkiestry grające w parku, przejażdżki konne, wystawy kwiatowe, przedstawienia teatralne, park atrakcji dla dzieci (w tym przejażdżki na kucykach) sprawiły, że pomimo niewygody pokonywania odległości, zawsze było tu tłumnie. Ściągano tu zewsząd, nawet z Kazania. Oczywiście z końmi, powozami, kucharzem, nianiami i inną służbą. Każdy przywoził to, co uważał za potrzebne na okres pobytu nad morzem, niektórzy nawet meble. Hrabina Helena Ostrowska wspomina: „Do morza było dość daleko po piaszczystej drodze, ciężkiej do przebycia. Wkrótce jednak zrobiono deptak, a jeszcze później ułożono szyny, na których platforma z ławkami ciągnięta przez konie przewoziła na plażę. Można było też dojeżdżać na żmudzkich konikach, na cyrkowych siodłach, na których dwie osoby łatwo mogły się pomieścić.” Drukowaną reklamę Połągi sprzed I Wojny Światowej, w formie osobnej książeczki z planem miasta, wydano w Warszawie pt. „Połąga. Letnisko i kąpiele morskie”. Dowiadujemy się z niej, że wtedy po miasteczku kursował tramwaj. Była poczta, telegraf, policja, apteka, kawiarnie, teatr, kurhauz, hala gimnastyczna, a nawet pobudowano już wtedy „ciepłe łazienki”. Pobyt spacerowiczów uatrakcyjniało molo. Ką-

Takich przewoźników na jeziorach dziś już nie ma.


goniec kresowy 2/2013 (72)

piele pod dachem (zarówno ciepłe i zimne), dzieliły się na I i II klasę. Katolicy mogli pójść do kościoła, prawosławni do cerkwi. Wszystkim było dobrze. Największą popularnością cieszyły się lokalne wyroby ze lnu i bursztynu, już wtedy eksportowanego za granicę, w tym do Niemiec i Turcji. Dojazd nad Bałtyk w tamtych czasach był jednak uciążliwy: pociągiem, statkiem i powozem, bądź wysłanym przez hrabiego z pałacu autem, ale to tylko dla gości szczególnych, z wielką kasą. Jak się spojrzy na zachowane w źródłach nazwiska, to prawie same rody utytułowane, magnaci: Tyszkiewiczowie, Lubomirscy, Czartoryscy, Ogińscy, Dębińscy, Kozieł-Poklewscy, Ostrowscy, Puttkamerowie. Mało było rodzin drobnoszlacheckich z Wileńszczyzny. Tym dużo łatwiej było dotrzeć do Druskiennik. Z korespondencji (połowa XIX w.) zachowanej w archiwum wileńskim wynika, że Druskienniki wybierano na miejsce wypoczynku wówczas, „jak już całkiem bankrutują grzechy młodości”, by „słoną wodą leczyć stare ciała”. Za chorymi i niedomagającymi jechali rodzice i krewni, przyjaciele i przyjaciółki, a „dla ich zabawy” także „artyści, komedianci, szulerzy, marcybelle”. Wiadomo, gdzie duży tłum, tam panie lekkiego prowadzenia się, oszuści i żuliki różnej maści. Kiedy jeden próbował zainteresować starszą damę fikuśną skaczącą małpką lub rzewną piosenką o bezpowrotnych latach młodości, drugi odpinał cenną kolię. Czas wolny upływał tu wszystkim miło. Po godzinach leczniczych organizowano zabawy: pod dachem, jak też na świeżym powietrzu. Były czynne: cukiernie,

na lato

restauracja, księgarnia i kramy. Zjeżdżano się „z różnych stron”. Powozów mnóstwo, wszystkie ostatniego fasonu, co dotyczyło także ubrań. Większość zamożnych pań i panów przyjeżdżało z całym zastępem służby, a nawet całymi taborami, by w wynajętych mieszkaniach nie zabrakło niczego, do czego dotąd nawykli. Kamerdynerzy nosili herbowe liberie. W Druskiennikach, między wojnami ulubionym miejscu kuracji leczniczych Józefa Piłsudskiego, plażę urządzono dopiero w II Rzeczypospolitej. Zaprzyjaźniona z Marszałkiem doktor Eugenia Lewicka kurowała ruchem, wodą i powietrzem. Sport i ćwiczenia ruchowe były tam od lat 20-tych bardzo popularne. Lokalne złoża soli i lasy sosnowe doczekały się należytej uwagi jeszcze za czasów królowej Bony, która zwróciła uwagę na to, że „przebywając w tych stronach lepiej się poczuła”. Przeprowadzono wstępne badania „kopiąc i warząc sól” i zainwestowano w „solanki” – kąpiele mające na celu usunięcie różnych dolegliwości, poczynając od reumatyzmu do rozpowszechnionej wtedy kiły. Pierwsze „sanatoria” były niewybredne. W drewnianych beczkach z ciepłą mocno soloną wodą moczono delikwentów tak długo, jak długo wytrzymali. Wiadomo, że „parzył się” w Druskiennikach król Stanisław August Poniatowski. Kurowali się także literaci – Władysław Syrokomla, Józef Ignacy Kraszewski, Jan Czeczot, Eliza Orzeszkowa. Wypoczywał z rodziną, przy okazji organizując koncerty, również Stanisław Moniuszko. Wieczorami przygrywała muzyka w kilku miejscach. Zapraszała do stolików

karcianych rzęsiście oświetlona Sala Resursowa, gdzie były wieczory wyłącznie męskie, bądź mieszane. Bufet oferował rozmaite przekąski i dużo trunków. Największą popularnością cieszyła się rosyjska czysta, litewska starka i zamorskie likiery. Po zaproszeniu kapelmistrza do tańca w mig ustawiały się „strojne dziewice jak towar na wystawie”. Słowem, przyjemne można było łączyć z pożytecznym. A dla najbiedniejszych z Wilna i okolic zostawały Troki. Zamek do II Wojny Światowej był jeszcze nieodbudowany, więc do dobrego tonu należała przejażdżka łódką w kierunku ruin na wyspie celem odbycia romantycznego spaceru bądź urządzenia tam pikniku. U potomków Karaimów, sprowadzonych jeszcze przez wielkiego księcia litewskiego Witolda (Vytautasa) z Krymu, od wieków trudniących się tu ogrodnictwem, nabywano słynne odmiany gruszek i ogórków. U miejscowych rybaków za grosze kupowano węgorze. Zresztą, dla zwykłej przyjemności, można było samemu posiedzieć nad brzegiem mocząc nogi i pogawędzić z miejscowymi, a czasem i obejrzeć organizowane tu w latach 30-tych XX w. międzynarodowe regaty. Z okresu międzywojnia do dziś przetrwała lokalna opowiastka: Starsze małżeństwo, wczasowicze, spacerują wzdłuż brzegu Jeziora Trockiego. Pani, widząc dwa blisko siebie pływające, co jakiś czas przytulające się łabędzie, rozmarzona mówi : „Franuk, patrzaj, ot jakby nam tak razem na wodzie…” Pan Franciszek, mocno zniesmaczony, odpowiada: „Waruśka, ty co? Cały dzień w wodzie d..a moczyć?.. Ja tak by nie wytrzymawszy”.

Przedwojenną atrakcją Trok były przede wszystkim łódki.

19


goniec kresowy 2/2013 (72)

XIV DNI Kultury Kresowej

XIV DNI

KULTURY KRESOWEJ relacja Od lat mam problem z numeracją Dni Kultury Kresowej – przed imprezą zawsze mi się mylą te cyfry – które to już kresowe święto w Białymstoku – i tak naprawdę chyba numer nie jest aż tak bardzo ważny – najważniejsza jest zawartość, to co wymyślimy, kogo zaprosimy, jak to obudujemy. Tegoroczne Dni Kultury Kresowej jeszcze

20

w styczniu zapowiadały się na jedne z najmniej rozbudowanych w swej historii, brak jednej z dotacji, drastyczne obniżenie drugiej postawiły pod znakiem zapytania możliwość przeprowadzenia imprezy w jej dotychczasowej formie. Zabiegi organizatorów pozwoliły jednak, aby kresowa kultura rozbłysła w Białymstoku pełnym blaskiem.

Tradycyjnie rozpoczęliśmy muzycznie – Koncertem Inauguracyjnym. Nasze zaproszenie przyjął Zespół Pieśni i Tańca Świtezianka z Wilna, działający w Szkole Średniej im. Szymona Konarskiego. Zespół przyjechał do Białegostoku z programem przygotowanym na swoje 35-lecie, które obchodzono pod koniec 2012 roku. Program


goniec kresowy 2/2013 (72)

XIV DNI Kultury Kresowej Białystok’ 2013

jubileuszowy pt. Jak ze starej fotografii zabrał widzów w podróż, podróż jakiej białostocka widownia na kresowych koncertach jeszcze nie widziała. Wilno na Kaziuka – wesołe, roztańczone, rubaszne, Wilno i Wileńszczyzna z lat wojny i okupacji – tragedia wywózek, Sybir, nieludzka ziemia, powroty, zmiana granic; Wilno współczesne – stolica Litwy, ale też stolica Polaków z Litwy, trudne współistnienie, ale zawsze z nadzieją na lepsze. Dzieci i młodzież ze Świtezianki w mistrzowski sposób pokazali wszystkie te obrazy w sposób nowatorski, czasem umowny, symboliczny. Autorami widowiska byli Teresa Andruszkiewicz – kierownik grupy tanecznej, Jurgita Jurgaitiene – choreograf, Anna Michajłowska – kierownik chóru, Krzysztof Stankiewicz – szef kapeli. Pierwsza niedziela Dni Kultury Kresowej już tradycyjnie zarezerwowana jest na Kaziuka, czyli Wielki Jarmark Kaziukowy (inny niż wszystkie). Dzięki pomocy Wojewódzkiego Ośrodka Animacji Kultury oraz zaangażowaniu wolontariuszy z Fundacji na rzecz Pomocy Dzieciom z Grodzieńszczyzny i Fundacji Polska Pomoc ta bardzo duża impreza kulturalno-handlowa odbyła się bez większych problemów. Blisko Kaziuki

21


XIV DNI Kultury Kresowej Białystok’ 2013

120 stoisk, sztuka, rękodzieło, jadło, wiosna i Wielkanoc, palmy, palmy, palmy…. Stoiska twórców z Wileńszczyzny, z Grodzieńszczyzny, z Podlasia i wielu innych regionów Polski. Było w czym wybierać, choć pogoda w tym roku nas nie rozpieszczała. 7 marca w siedzibie współorganizatora Dni Kultury Kresowej – Galerii im. Sleńdzińskich (najbardziej kresowej z białostockich placówek kulturalnych) odbyło się spotkanie z prof. Józefem Poklewskim z Toru-

nia, spotkanie poświęcone, jak głosił tytuł, niesłusznie zapomnianemu artyście Antoniemu Wiwulskiemu. Twórca m.in. Trzech Krzyży w Wilnie, kaplicy w Szydłowie czy pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie, dzisiaj jest rzeczywiście zapomniany, nazwiska artysty nie łączy się z jego dziełami. Profesor Poklewski, posiłkując się zdjęciami opowiedział o życiu i twórczości Wiwulskiego, o losach jego dzieł po II wojnie światowej, białostoccy Wilniucy zadawali wiele pytań, wspominali Trzy Krzyże, porównywali ich przed- i powojenny kształt. Spotkanie prowadziła Marta Pietruszko z Galerii im. Sleńdzińskich. Tym razem we współpracy z Zespołem Szkół Gastronomicznych w Białymstoku i w siedzibie szkoły odbyło się drugie spotkanie poświęcone kuchni kresowej – Smaki Kresów. Nauczyciele i uczniowie

Piotr Siwicki ze Związku Piłsudczyków

Smaki Kresów

Prezes TPGiW Rafał Cierniak

prof. J. Poklewski

22

Smaki Kresów

goniec kresowy 2/2013 (72)

Smaki Kresów


goniec kresowy 2/2013 (72)

wraz z gośćmi z Polskiej Macierzy Szkolnej z Grodna przygotowali współczesną wersję kuchni kresowej, potrawy często jadane dzisiaj na Grodzieńszczyźnie. Zupa-krem ze szczawiu z jajkiem, kurczak faszerowany blinami, ciasteczka z serem, warstwowa sałatka, kompot owocowy. Wszystko pięknie podane, dania zachwycały nie tylko smakiem ale i wyglądem, którego mogłaby nam pozazdrościć nawet Magda Gessler . Smaki Kresów przygotowały Irena Zaborowska (Prezes Klubu Kobiet Polka-Grodno), Anna Zaborowska (Grodno), Anna Mironiuk (Grodno), Barbara Sawicka (Wicedyrektor Centrum Kształcenia Praktycznego ZSG Białystok), Agnieszka Januszkiewicz (Kierownik ds. produkcji CKP ZSG Białystok), Irena Konon (TPGiW Białystok). Sobotnie przedpołudnie 16 marca zarezerwowali sobie miłośnicy historii kresów. W Muzeum Wojska w Białymstoku odbyła się sesja popularno-naukowa poświęcona kresowym uczestnikom Powstania Styczniowego. Sesję współorganizowało Towarzystwo Miłośników Sztuki, Kresów i Dziejów Ojczystych, a wykłady wygłosili Józef Waczyński, Edward Ciesnowski i Karol Krajewski. 19 marca – Józefa, Dzień Imienin Marszałka – to tradycyjnie ostatni dzień białostockich Dni Kultury Kresowej. I również tradycyjnie współpraca z białostockim oddziałem Związku Piłsudczyków. Dzień ten rozpoczęliśmy mszą św., po której delegacje złożyły kwiaty pod pomnikiem Marszałka Józefa Piłsudskiego. Ze względu na opady śniegu pozostałe im-

XIV DNI Kultury Kresowej Białystok’ 2013

prezy tego dnia przenieśliśmy do drugiej siedziby Galerii im. Sleńdzińskich, tam o Marszałku opowiedział Piotr Siwicki ze Związku Piłsudczyków, tam też wystąpiły dzieci z Przedszkola nr 27 w Białymstoku i białostockiej szkoły nr 21, obie placówki noszą imię Marszałka. Pieśni i piosenki legionowe w wykonaniu 5-6 latków zachwyciły licznie zebraną publiczność. Ostatnim wydarzeniem tego dnia była promocja książki pt. Przecież tu Polska kiedyś była i spotkanie z jej autorką Teresą Siedlar-Kołyszko z Krakowa. Pani Teresa pięknie opowiadała o swoich spotkaniach z Polakami na Litwie, Białorusi, Ukrainie, ale także w Czechach i Stanach Zjednoczonych. Odpowiadała na pytania, podpisywała swoje książki, dzień wcześniej podobne spotkanie odbyło się w Centrum Kultury w Choroszczy.

I tak oto wyglądały XIV Dni Kultury Kresowej Białystok’ 2013. Patronat Honorowy Prezydenta Miasta Białegostoku. Koncepcja, scenariusz i przeprowadzenie imprezy – Towarzystwo Przyjaciół Grodna i Wilna oddział w Białymstoku i Fundacja na rzecz Pomocy Dzieciom z Grodzieńszczyzny – Marina Bućko, Klara Rogalska, Irena Konon, Katarzyna Smolska, Wanda Leonowicz, Krystyna Sadolewska, Józef Waczyński, Piotr Siwicki, Daniel Przybyłowski, Rafał Cierniak. Zadanie dofinansowane ze środków z budżetu Miasta Białegostoku. Do zobaczenia za rok! Rafał Cierniak

Na pierwszym planie T. Siedlar-Kołyszko

Dzieci z Przedszkola nr 27 w Białymstoku na Imieninach Marszałka

23


goniec kresowy 2/2013 (72)

pamięć dla pokoleń

www.pamiecdlapokolen.pl

KASZUBIŃCE

Rejon grodzieński (32 km na wschód od Grodna). Zespół dworski w dawnym majątku ziemskim. Położony około 5 km na północny zachód od Skidla. Józef Porzecki

W XVIII w. dobra należały do zakonu Jezuitów. Po kasacie zakonu przeszły w posiadanie Chreptowiczów, a potem Dankiewiczów. W okresie Powstania Styczniowego 1863 roku majątek należał do Boczejków. Za ich udział w powstaniu majątek został skonfiskowany przez władze carskie. Według historyka Grzegorza Rąkowskiego w końcu XIX w. właścicielami dóbr byli z kolei Bogatkowie, a później Myślińscy. W okresie międzywojennym córka powstańca Boczejki, Maria Bławdziewicz odzyskała majątek na własność. Jej mąż, Marian Bławdziewicz był senatorem II Rzeczypospolitej. Aktywnie angażował się w działalność społeczną. Był prezesem Społecznego Komitetu Obywatelskiego, wspierającego szereg inicjatyw kulturalno – oświatowych. Wspomagał działalność teatru miejskiego w Grodnie, organizował wycieczki krajoznawcze do miejsc historycznych. Według informacji zawartej w spisie ziemian Rzeczypospolitej Polskiej w roku 1930, majątek Kaszubińce wraz z folwarkiem Kotra liczył 562 hektary ziemi. Zachował się obszerny drewniany dwór, wybudowany w drugiej połowie XIX wieku. Budynek został wzniesiony na planie prostokąta, parterowy, kryty wysokim dachem. W podwyższonej części środkowej usytuowany jest czterokolumnowy portyk zwieńczony trójkątnym szczytem. Kolumny portyku wykonane są z drewna. Wewnątrz dworu od wejścia głównego prowadzą drewniane schody na poddasze. Prawdopodobnie z tego samego okresu pochodzi dobudowana do lewego skrzydła dworu w takim samym stylu i kryta osobnym dachem przybudówka, zwana alkierzem. Niestety brakuje źródeł dotyczących wyposażenia wnętrz dworu.

24

Dawny zespół dworski przypominają zniszczone zabudowania gospodarcze, a także resztki zdziczałego parku krajobrazowego z prowadzącą do dworu malowniczą aleją lipową. W posiadaniu Bławdziewiczów majątek znajdował się do września 1939 r. Następujące wspomnienia o majątku i jego właścicielach zostały spisane przez Wojciecha Szewczaka od mieszkańca Kaszubińców, Mikołaja Korczakowskiego, ojciec którego pracował u Bławdziewiczów: „W ma-

jątku Pana Bławdziewicza można powiedzieć, że raj był. Wszystko było zadbane i bardzo dobrze zagospodarowane…wszyscy go szanowali, parobkom jak i wszystkim, którzy żyli w tym majątku było bardzo dobrze…Tutaj w majątku były czworaki, domy dla parobków, była stajnia, duża stodoła, była swoja mleczarnia, w której robili sery i wozili je do Grodna. Był magazyn, gdzie składano zboże… Była jego też cegielnia…Był młyn swój, wszystko było pięknie ogrodzone, a drogi były brukiem wyłożone. Były tez swoje stawy i wielki sad. Pan interesował się drzewami z zagranicy i nawet szkółka tych drzew była. Kiedy latem zakończył się na polach zbiór zbóż…Pan robił dożynki. Na dożynki zbierali się wszyscy parobki i Pan robił przyjęcie. Wszystko było pięknie przygotowane i ładnie wszystko wyglądało i muzykanci byli. U pana Bławdziewicza była stara gospodyni i kiedy my,


goniec kresowy 2/2013 (72)

małe dzieci przychodziliśmy na dożynki, ona nam dawała podarunki. Było bardzo wesoło, a Pan pozdrawiał wszystkich swoich parobków…U Pana Bławdziewicza była córka i syn. Córka w Warszawie pracowała i była zamężna, a syn jeszcze był chłopakiem. Oni też przyjeżdżali tutaj latem odpocząć, bo tutaj ładnie było, kwiaty na klombach, park i sadzawki, wszystko było pięknie zadbane.

Syn uczył się w Warszawie na lotnika, kiedy przyjeżdżał tutaj chodził na polowanie i mnie brał ze sobą, a ja wtedy mały chłopak był. Nosiłem za nim zające i kuropatwy. Kiedy żenili się chłopcy i dziewczyny za mąż wychodziły, Pan sam przychodził na wesele… zawsze przynosił podarunki i pozdrawiał młodych. Kiedy było Boże Narodzenie wszyscy przychodzili pozdrawiać

Pana Bławdziewicza i my dzieci też przychodziliśmy, a gospodyni która była u Pana, nam też dawała podarunki. Wszystkie dzieci dostawały prezenty. Była tam choinka i przy niej dostawaliśmy te prezenty, było bardzo przyjemnie i miło. Kiedy chłopaki i dziewczyny pozdrawiali Pana Bławdziewicza, on dawał im podarunki i pieniądze. Kiedy w 1939 r. przyszli Ruskie, Pana zabrali. Potem jego przywieźli tutaj i zebrali wszystkich na dziedzińcu i pytali, czy on dobry Pan był. Wszystkie robotniki powiedzieli, że pieniądze zawsze dobrze płacił i że dobry Pan był… i wszyscy podpisali listę, że Pan Bławdziewicz był dobry i jego ruskie puścili i pojechali, a Pan płakał i wszyscy ludzie płakali…” Ze wspomnień M. Korszakowskiego wynika, że jakiś czas Marian Bławdziewicz przebywał u księdza na plebanii, potem pojechał do Białegostoku i jego dalszy los nie jest znany. Natomiast jego żona, Maria zmarła przed wojną, została pochowana na cmentarzu w Kaszubińcach. Po drugiej wojnie światowej zespół dworski został własnością powstałego tam kołchozu. Budynek dworu jest jedną z nielicznych budowli drewnianych tego typu na Grodzieńszczyźnie, która zachowała się do tego czasu. Obecnie kilka pomieszczeń budynku zajmują osiedli tutaj lokatorzy, a większa część dawnego dworu nie jest użytkowana. Zewnątrz i wewnątrz budynek jest w stanie zaniedbanym i niszczejącym.

25


goniec kresowy 2/2013 (72)

VARIA

Stroje Izabeli i Jana Klemensa Branickich w pałacowej bramie Marta Pietruszko

W maju bieżącego roku, wraz z rozpoczęciem sezonu wiosenno-letniego po raz drugi zostało otwarte Multimedialne Centrum Informacji Turystycznej, mieszczące się na przeddziedzińcu pałacu Branickich w Białymstoku, zorganizowane z inicjatywy Biura Promocji Miasta. W studni od ul. Mickiewicza będzie można obejrzeć hologramy postaci z różnych epok opowiadające o życiu miasta, w studni od Legionowej - wykopaliska archeologicznie i projekcje w 3D. W bramie, oprócz ekspozycji zabytkowego zegara pojawią się multimedia, a także rekonstrukcje barokowych strojów: sukni Izabeli Branickiej i kontusza hetmana Jana Klemensa Branickiego. Wykonanie tych strojów powierzone zostało białostockiemu Stowarzyszeniu na rzecz Muzeum Mody i Tekstyliów. Koordynatorem zadania został Wojciech Bokłago de Bof – projektant mody, a głównym projektantem- Zofia de Ines, scenografka teatralna, operowa, baletowa, filmowa i telewizyjna, współpracująca z najważniejszymi polskimi scenami. Stroje wykonała Elżbieta Wysocka- kostiumograf z Teatru Dramtycznego w Białymstoku. Konsultację historyczną zapewniła autorka niniejszego artykułu. Celem projektu było przybliżenie zwiedzającym dwóch kluczowych dla historii Białegostoku postaci, osadzenie ich przybliżonego wyglądu na tle dzieła ich życia – Pałacu Branickich, wkomponowanie w park pałacowy, z powodzeniem rewitalizowany i przybierający swą pierwotną, późnobarokową formę. Rekonstrukcja strojów Branickich była przedsięwzięciem czasochłonnym i wymagającym dość wnikliwych studiów kostiumologicznych i konsultacji naukowych z ogólnopolskimi specjalistami w tej dziedzinie. Szczęśliwie potrzebne do tego celu wykroje znalazły się w nieocenionym podręczniku Marii Gutkowskiej-Rychlewskiej „Historia ubioru”. Rekonstrukcja sukni Izabeli Branickiej odbyła się na podstawie portretu autorstwa Antoniego Tallmana z ok. 1760 r. znajdującego się w kościele p.w. Świętej Trójcy w Tykocinie.

26

Na portrecie Izabela Branicka ubrana jest w suknię z błękitno zielonkawej tafty ozdobioną haftami na gorsecie i dolnej części od wysokości kolan w dół, o krótkich rękawach zakończonych wolantami (rodzaj rozkloszowanego mankietu), spod których wystają rękawy białej koszu-

Antoni Tallman, Portret Izabeli Branickiej, ok. 1760, fot. Urząd Miejski w Białymstoku

li, również szerokie, zebrane na wysokości łokcia i zakończone podwójnymi koronkowymi angażantami. W głębokim dekolcie sukni widać koronkowe wykończenie koszuli. Przez prawe ramię Izabela ma luźno przerzucony ciemnoniebieski płaszcz z białą podszewką.


goniec kresowy 2/2013 (72)

VARIA

Augustyn Mirys, Portret Jana Klemensa Branickiego, po 1757, fot. Urząd Miejski w Białymstoku

Według konsultacji dr Anny Straszewskiej z Instytutu Sztuki Polskiej Akademii Nauk, specjalizującej się w dziedzinie ubiorów historycznych - suknia z portretu I. Branickiej reprezentuje typ robe ronde zwany inaczej suknią kategorii grande parure. Tego typu suknie były w XVIII w. ubiorem oficjalnym, używanym w czasie największych uroczystości. Ich krój nie odzwierciedlał najnowszych wpływów mody, był raczej konserwatywny i nawiązywał do kroju sukni XVII-wiecznej. Suknia I. Branickiej złożona jest z dwóch oddzielnych części: gorsetu z krótkimi rękawami, z wszytymi w niego fiszbinami oraz spódnicy ułożonej na niezbyt szerokiej rogówce – ażurowym usztywnieniu poszerzającym spódnicę na bokach i spódnicy. Obie części były ze sobą prowizorycznie zszywane po nałożeniu. Suknie typu paradnego szyte były z ciężkiej, sztywnej lamy przetykanej złotą lub srebrną nicią, jak również z jedwabiów, najczęściej broszowanych lub haftowanych. Suknia I. Branickiej pokryta jest prawdopodobnie srebrnym haftem. Dr Straszewska uważa, że sposób zdobienia sukni trudny jest do jednoznacznego rozpoznania, ponieważ malarz potraktował powierzchnię sukni zbyt dekoracyjnie, mało realistycznie. Suknia z tykocińskiego obrazu jest całkowitym przeciwieństwem biało-zielonej sukni noszonej przez naszą bohaterkę na portrecie pędzla Marcelego Bacciarellego z podobnego okresu. Ta druga, choć efektowna, jest suknią nieformalną, noszoną na przechadzki i spotkania w bliskim gronie. Uszyta z leciutkich, białych materiałów, prawdopodobnie stanowi niezwykle modną w owym czasie robe a la francaise – suknię z fałdą – trenem przebiegającym z tyłu od łopatek aż do ziemi. Portret damy w tego typu sukni nie mógłby się znaleźć w kościele. Do rekonstrukcji sukni Izabeli Branickiej użyto francuskiej tafty z naturalnego jedwabiu w kolorze jasnobłękitnym, jaśniejszej niż na obrazie, z przyczyny ograniczonego wyboru tego typu materiałów na polskim rynku. Pani kostiumograf pracę rozpoczęła od uszycia bielizny składającej się z rogówki zwanej też panier, złożonej z dwóch lekkich ażurowych półwałków uformowanych z trzech zagiętych fiszbinów . Półwałki obszyte są płótnem i przyszyte do paska. Po założeniu tworzą wypukłości jedynie na biodrach. Z tego samego płótna powstała sztywna spódnica - halka. Rekonstrukcję sukni rozpoczęto od uszycia gorsetu, w który wszyto ukosem70 fiszbinów. Na gorset został naszyty z zewnątrz materiał sukni - jedwabna tafta. Między bufkami rękawa a wolantami w zmarszczeniu doczepio-

27


goniec kresowy 2/2013 (72)

VARIA

no biżuteryjne metalowe dodatki, podobnie na szpicu gorsetu. Od spodu rękawa doszyto imitacje rękawów koszuli z białego muślinu, do nich angażanty z podwójnej warstwy szerokiej białej koronki. Spódnicę uszyto oddzielnie, układaną w fałdy, z tej samej jedwabnej tafty, co gorset. Niestety nie dało się powtórzyć wielce skomplikowanego haftu, który mógł być również wymysłem malarza, zatem przód gorsetu oraz dół spódnicy ozdobiono koronkami o motywach kwiatowych, haftowanych koralikami.

Rekonstrukcja ubioru hetmana Jana Klemensa Branickiego odbyła się na podstawie portretu autorstwa Augustyna Mirysa z ok. 1750 r. Portretowany jest tam widoczny w ujęciu do bioder, ubrany w kontusz – czechman z czerwonego aksamitu o szerokich przy wszyciu i mocno zwężających się ku dołowi rękawach. Kontusz zapięty jest na metalowe gruszkowate, raczej bogato zdobione guzy. W wycięciu kontusza widoczny jest fragment kremowego lub bladozłotego żupana z trzema widocznymi pasmanteryjnymi owalnymi guzikami w tym samym kolorze. Wyżej widoczny jest mały kołnierzyk białej koszuli spięty okrągłą broszą. Kontusz przewiązany jest pasem ze złotogłowiu. Na ciemnoniebieskiej wstędze widać Order Orła Białego, wzór z 1713 r. Przez prawe ramię przewieszona jest skóra lamparcia spięta broszą i ciemnoniebieski płaszcz. W rękach portretowany trzyma szablę i buławę. W celu zrekonstruowania kontusza i żupana skontaktowano się z Muzeum Narodowym w Krakowie, gdzie znajduje się autentyczny kontusz J.K. Branickiego wyjęty z jego trumny, bardzo podobny do tego na portrecie. Widać nawet na nim ślad po odpruciu gwiazdy Orderu Orła Białego. Obiekt jest depozytem parafii św. Piotra i Pawła w Krakowie, gdzie w krypcie kościelnej znajduje się grób hetmana. Jego fotografię można znaleźć w katalogu wystawy „Ubiór narodowy w dawnej Rzeczypospolitej” Ireny Turnau. Widoczny na portrecie czechman jest odmianą kontusza używaną ok. połowy XVIII w, o szerokich u góry i mocno zwężających się do dołu rękawach. Tym różnił się od tradycyjnego kontusza, że jego rękawy były normalnej dłu-

gości, gdyż nie służyły do odrzucania na plecy. Mogły być nierozcinane, lub lekko rozcięte tylko po to, aby uwidocznić rękawy żupana. Do jego rekonstrukcji użyto czerwonego aksamitu bawełnianego, a na podszewkę satynę w kolorze bladozłotym, ponieważ podszewka kontusza przeważnie odpowiadała kolorem żupanowi. Mimo, że w XVIII wieku często obszywano kontusze sznureczkami po krawędziach, oryginalny kontusz Branickiego z Krakowa nie został nimi obszyty, zatem rekonstrukcja też nie. Guzy do kontusza zakupiono w zakładzie jubilerskim, srebrne, w kształcie orzechów. Jest to wzór rosyjski z przełomu XVII i XVIII w. Niestety żaden złotnik w kraju nie miał w sprzedaży guzów o gruszkowatym, późnobarokowym kształcie. Mimo, że znane są wymiary oryginalnego kontusza, rekonstrukcję uszyto większą z przyczyn ekspozycyjnych. Żupan wykonano z bladozłotej tafty z naturalnego jedwabiu. Szczegóły jego kroju i wykończenia zostały sprecyzowane podczas oglądania kopii żupana Jana Potockiego z podobnego okresu w Muzeum Pałacu w Wilanowie. Żupan podszyto płótnem. Jego kołnierz i poły obszyto jedwabnym sznureczkiem ręcznie wykonanym przez Joannę Grabowską-Danieluk z grupy rekonstrukcji historycznej „Komputowa Chorągiew Stefana Czarnieckiego”. Ponadto wykonała ona owalne guziki pasmanteryjne (tzw. szmuklerskie – oplecione nicią na drewnianej foremce) do zapięcia pod szyją oraz haftki z posrebrzanego drutu do innych zapięć żupana. Pas do kontusza został zakupiony w manufakturze tkackiej przy Łazienkach Królewskich w Warszawie. Kopia Orderu Orła Białego wykonana została z masy plastycznej, pozłocona i wykończona przez autorkę artykułu. Wykonana została na podstawie orderu po Franciszku Stanisławie Kostce Czapskim z Muzeum Narodowego w Krakowie. Bibliografia: Maria Gutkowska-Rychlewska, Historia ubioru, Ossolineum, Warszawa 1968. Elżbieta Kowecka, Dwór najrządniejszego w Polszcze magnata, Warszawa 1991. Irena Turnau, Ubiór narodowy w dawnej Rzeczypospolitej, Warszawa 1991. Beata Biedrońska-Słotowa, Polski ubiór narodowy zwany kontuszowym, Kraków 2005 AnnaDrążkowska,OdzieżgrobowawRzeczypospolitejwXVIIiXVIIIwieku,UMKToruń2008 Ewa Orlińska-Mianowska, Modny świat XVIII wieku. Katalog ubiorów od początku XVIII do początku XIX wieku ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie, Warszawa 2003. Stanisław Czarnowski, Ozdoby złotnicze w męskim stroju polskim, w: „Kwartalnik Historii Kultury Materialnej” nr 3, rok 1986. Małgorzata Możdżyńska-Nawotka, O modach i strojach, Wrocław 2005. Małgorzata Możdżyńska-Nawotka, Od zmierzchu do świtu. Historia mody balowej, Wrocław 2007

28


goniec kresowy 2/2013 (72)

varia

Czterdziestolecie Szkoły Średniej im. Szymona Konarskiego w Wilnie

Aleksander Miśkiewicz

Na tegorocznych „Kaziukach” gościliśmy Zespół „Świtezianka”, który tworzy młodzież ze tytulowej Szkoły w Wilnie. Szkoła ta 25 marca br. obchodziła swoje 40-lecie. Z tej okazji wydany został specjalny folder poświęcony tej polskiej placówce oświatowej w Wilnie. Składam w tym miejscu serdecznie podziękowania p. Krystynie Bogdanowicz, nauczycielce tej szkoły i opiekunce tancerzy ze „Świtezianki” za podarowanie jego naszej redakcji. Na podstawie kroniki zamieszczonej w tym folderze dowiadujemy się, że Szkoła Średnia im. Szymona Konarskiego powstała w latach 1963-1964, decyzją ówczesnego Ministerstwa Oświaty i Wychowania Litwy, będącej jeszcze częścią Związku Sowieckiego. Pierwszym dyrektorem była Katarzyna Palionienie (19631980), drugim dyrektorem Henryk Bukowski (1980-1996), a trzecim, który sprawuje tę funkcję do dziś Teresa Michajłowicz, od 1996 r. Pierwsi absolwenci szkoły opuścili ją w roku szkolnym 1965/66. Szkoła, zanim nastąpiło jej usamodzielnienie się, zmieniała często swoją siedzibę i jako Szkoła nr 29 z litewskim językiem nauczania, przenoszona była do różnych dzielnic Wilna.

Obecnie jako samodzielna placówka oświatowa położona jest w najdalej wysuniętej południowo-zachodniej części Wilna, na byłym niegdyś przedmieściu, Pohulance. Do roku szkolnego 2000/2001 językami nauczania był polski i rosyjski, potem tylko polski. Wielkim wydarzeniem dla kadry pedagogicznej, uczniów i ich rodziców było nadanie Szkole imienia Szymona Konarskiego, 16 czerwca 1993 r. Każdego roku były organizowane na cześć Patrona uroczystości, szczególnym wydarzeniem wśród nich było wręczenie sztandaru Szkole 1-2 marca 1996 r. Pomimo, że jest to Szkoła Średnia, to jednak odbywa się w niej nauka od pierwszej klasy szkoły powszechnej. Odbywają się w niej różne uroczystości jak np.: pasowanie na ucznia, powitanie pierwszoklasistów z elementarzem, Dzień Języków Europejskich, Konkurs „Wieczór Wigilijny” i wspomniane już Dni Patrona. Oczywiście nie może się obejść bez studniówki, organizowanej zawsze w pierwszy piątek lutego. Zabawa, zabawą, ale klasa maturalna występuje na niej w przebraniu, a pomysłów jej uczniów nie sposób tu wymienić. Każda studniówka musi się różnić od poprzednich.

Ale przede wszystkim, na koniec nauki, tj. po maturze, nowo upieczeni absolwenci Szkoły spotykają się na Balu Maturalnym! I jak napisano o nich w folderze, że jak ptaki opuszczają rodzinne gniazdo i lecą za swoją szczęśliwą gwiazdą. Wielka Chwała Dyrekcji Szkoły, za podtrzymywanie tej pięknej tradycji. Osobiście miałem bal maturalny w mojej byłej szkole średniej w Szczecinie – to wielkie przeżycie. Dlaczego później zaniechano balów maturalnych – czyja w tym wina? Powróćmy do naszych Rodaków ze Szkoły im. Konarskiego. Ważnym środkiem wychowawczym są tam zajęcia pozalekcyjne, to dzięki nim poznaliśmy w tym roku Zespół „Świtezianka”, który występował już nie tylko na Wileńszczyźnie, lecz także w Polsce, Białorusi, Łotwie, Rosji, Ukrainie. Obok tego dochodzi sport, a uprawiane są różne jego dyscypliny. Jeśli chodzi o zespół artystyczny, to w pracy choreografów występują trudności, z braku miejsca do zajęć. Jak pisze do mnie, w liście, Krystyna Bogdanowicz, poszerzenie sali gimnastycznej, rozwiązałoby problem, w specjalnej dobudówce do niej miałby gdzie ćwiczyć zespół taneczny. Sam projekt został już zatwierdzony przez odpowiednie władze oświatowe Litwy, pozostaje jeszcze zebranie odpowiedniej gotówki. A może my także pomożemy? Pozostając przy folderze pragnę wymienić jego skład redakcyjny: Lucyna Jaglińska, Barbara Zinkiewicz, Anna Gulbinowicz, Teresa Januszewska i Helena Koszewska. Jak widzimy zawdzięczamy go samym paniom, nauczycielkom tej Szkoły. Autorem fotografii do niego była także pani – Jadwiga Brazdilenie. Wydany został w języku polskim, ze skrótem na początku w języku litewskim. Należy jeszcze dodać, że w 1997 r. objęło patronatem Szkołę Województwo Wrocławskie (dziś Dolnośląskie), w roku szkolnym 1997/1998 nastąpiła wymiana międzyszkolna ze Szkołą Podstawową nr 4 w Kołobrzegu. Obok tego sponsorami Szkoły są pracownicy „Petrobalticu” i litewscy nafciarze z „Geonafty”.

29


goniec kresowy 2/2013 (72)

reportaż

„Ani krowy ani kościoła” Teresa Siedlar-Kołyszko

Po pięknych radosnych i tak bardzo polskich dniach przeżytych w Pińsku na Polesiu, ruszyliśmy w dalszą drogę. To „ruszenie” odbyło się dzięki pińszczaninowi, panu Konstantemu Matuszewiczowi, przeze mnie nazwanego Kościkiem, który zgodził się powieść nas do celu podróży. Tym upragnionym celem była Smolarnia, zaścianek szlachecki ,w którym dzieje się cudowna książka Czarnyszewicza „Naderezyńcy”. Żeby dotrzeć do wymarzonej Smolarni trzeba ją było najpierw znaleźć, a nie było to łatwe, bo Smolarni nie znaleźliśmy na żadnej i to nawet dokładnej białoruskiej mapie. Wiedzieliśmy tylko, że była jakieś czterdzieści kilometrów od Bobrujska i ponad sześćdziesiąt od Mohylewa nad Dnieprem. wiedzieliśmy, że powinna być w lasach i blisko miasteczka Wończa. To była wiedza z książki. Na tej dokładnej białoruskiej mapie nie było ani zaścianka ani miasteczka. I tu przyszła nam z pomocą zupełnie niespodziewanie „komórka”! Tak, nowoczesna „hiper, super” komórka Ryszarda w której były oprócz wszystkich innych najdziwniejszych informacji mapy satelitarne. Na mapie obejmującej Białoruś, Ryszard, trzeba dodać wykazując wielką cierpliwość i samozaparcie, odnalazł ku naszej ogromnej radości SMOLARNIĘ i to nie cyrylicą, a w naszym alfabecie!

Bobrujsk - wejście do kościoła przez biurowiec

30

Wiedząc już gdzie jest Smolarnia jechaliśmy z lżejszym sercem, ale przed nami z Pińska była długa droga najpierw do Bobrujska. Jechaliśmy przez Łuniniec, minąwszy przedwojenną granicę z Sowietami wjechaliśmy na ziemie przedrozbiorowe. Mniej tu było domów, gorzej lub wcale uprawione pola, ale to co rzucało się w oczy przede wszystkim, to zupełny brak na łąkach pasącego się bydła. Całe przestrzenie puste, jakby wymarłe słowem jak w tytule ani krowy, czy bodaj kozy, owieczki, czy barana nie spotkaliśmy na tej kilkaset kilometrów liczącej drodze. No i zupełny brak nie tylko kościołów, ale wszystkich świątyń. Bo nie było też cerkwi już nie mówiąc o synagogach. Ziemia niczyja, ziemia bez Boga. Ostatnia była katedra w Pińsku, a potem dopiero przedziwny z odrąbaną wieżą, kościół w Bobrujsku. Napisałam przedziwny. Bo właściwie trudno go znaleźć. Na samej długiej ulicy nie widać żadnego kościoła. Same bloki, urzędy. A przecież kiedyś: „Kościół był

murowany i okazalszy niż wszystkie gmachy, niż wszystkie świątynie w mieście. Wieża wysoka, że strach z niej spojrzeć w dół. Wnętrze na pięknych filarach, obszerne, przepełnione pamiątkami świętymi, upiększone sztuką. Ołtarz potrójny, ze spiczastymi wieżyczkami, rzeźbiony. Przepiękne drogocenne żyrandole. Las chorągwi i bogatych sztandarów. Wkoło olbrzymie obrazy i posągi święte. Okna w witrażach. Ławki, fotele, trony, konfesjonały kunsztowne. Organ tak potężny, ze ludzie mówili, iż gdyby organista puścił na cały duch, serce by się człowiekowi oderwało. Dzwony, gdy biły, zagłuszały całe miasto”. Więc gdzie ten piękny niegdyś i tak bogato wyposażony kościół? A jest, można powiedzieć jest część kościoła. Wchodzi się do niego przez urząd. Wprawdzie odrąbano wieżę i kruchtę, a nawę główną przyklejono do jednego z urzędów. Nie pasowała do bolszewickiej rzeczywistości strzelista wieża neogotyckiego kościoła, więc odrąbali ją. Na to miejsce postawili blok (w kościele na zapleczu bloku za komunizmu był jakiś skład). I dopiero jak cudem ocaleli tu Polacy, kiedy już było można, upomnieli się o kościół i dotąd prosili, jeździli do władz aż wreszcie oddano im ten magazyn, który znów jest kościołem z „oryginalnym” wejściem przez korytarze państwowej instytucji.

Wnętrze kościoła


goniec kresowy 2/2013 (72)

rOCZNICA POWSTANIA

Boćki nad Berezyną

Poza kościołem w Bobrujsku trudno jest znaleźć cokolwiek co przypominałoby czasy opisane w „Nadberezyńcach” i „Wiciku Żywicy”. A przecież tu, w tym mieście stacjonował, tu tworzył swoje legiony generał Dowbór Muśnicki. „Dowództwo Korpusu mieściło się w jednym z budynków twierdzy. Minąwszy bramę, przeszli parę kwartałów zygzakiem byli u mety. (...) Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, powiedzieli i pokłonili się nisko. Dzień dobry Panom, Panowie do mnie? – Zapytał generał uprzejmie. Tak jest, Wielmożny panie Generale, - ludzie polskie z zaścianku Smolarni...(...) czym mogę Panom służyć? Wielmożny Panie Generale – zaczął Mieczyk, wysunąwszy się naprzód. – Ludzie polskie w zaścianku Smolarni, gminy Wończańskiej, dowiedziawszy się przedwczoraj, że Wielmożny Pan Generał ze swoim „gierojskim” wojskiem wypędził bolszewików z Bobrujska i zaczął w nim Polskę, zwołali natych-

Wieże obcięto na ich miejsce przyklejono do kościoła biurowiec

miast „schod” rozpisali się wszyscy na papierze i wysłali nas pokłonić się Wielmożnemu Panu Generałowi, podziękować za taki uczynek dla naszego narodu i poprosić żeby nas wziął do pomocy, do dalszej z tymi bosiakami walki.(...) Wielmożny panie Generale – ciągnął – Siano nasze, owies nasz, bydło i konie nasze, i my sami, któren tylko do czego zdolny, oddajemy się pod Twoje całkowite rozporządzenie. Rządź nami jak własnymi synami, a dobytkiem naszym jak własnym dobytkiem.” Dziś nie ma twierdzy, w której urzędował wielki generał. Ot kupa gruzów, zwalisk. Kaplica w twierdzy spalona i właściwie rozwalona. Jako tako trzymają się odrapane nędzne budynki szpitala, tego w którym leżeli lecząc się z ran kolejni bohaterowie obu powieści. Nie ocalał też piękny park z cienistymi alejkami na których też wiele się działo, po których nasi bohaterowie często spacerowali. Zarośnięty chwastami, zaśmiecony wszelkimi

śmieciami nie przypomina w ogóle parku i tylko przebłyskująca przez te chaszcze tafla Berezyny, płynącej pod wzgórzem nasuwa myśl, że przecież kiedyś dawniej wszystko inaczej tutaj wyglądało. Nie istnieje nic co przypominałoby, że tu w Bobrujsku kwitło życie odradzającej się Rzeczypospolitej, ze przez prawie dwa lata była tu już wolna Polska z urzędami, wojskiem, policją. Dziś nie istnieje już nawet tak spontanicznie założony w latach dziewięćdziesiątych Związek Polaków. Starsi wymarli, a wśród młodych widać nie ma woli działania. Niestety nie pomaga też Polakom nowy ksiądz proboszcz, który bardzo niechętnie i to tylko raz w tygodniu odprawia mszę po polsku. I choć studiował w Grodnie nawet nie chce rozmawiać po polsku. No cóż, najpewniej kompletnie nie zna historii. Jakże inaczej było w Bobrujsku kiedy tam byłam kilkanaście lat temu za księdza Foksińskiego. Jeszcze msze były po polsku, siostry katechizowały po polsku, a lud Boży, polski lud Boży ocalały z zagłady śpiewał co sił w piersiach polskie pieśni. Wszystko to przepadło. Tak więc jedyne co ocalało to wspaniała majestatyczna Berezyna. Ona już i tylko ona mogłaby nam wiele o dziejach tego miasta, tych stron opowiedzieć. „W kwadrans Bobrujsk ukazał Smolarzanom swe oblicze. Po szerokiej a łagodnej toni Berezyny, przesuwały się parostatki pasażerskie, Berliny towarowe i wycieczkowe łodzie. W lewo o jakie pół wiorsty wisiał most żelazny, wyraz ostatniej techniki. Za rzeką, tuż przy wyjściu mostu pontonowego, którym przechodzili, stała wysoka ceglana basznia. Po jednej i drugiej stronie owej baszni, zielenił się piękny sad klonów, topoli i brzóz, kryjąc w sobie twierdzę.” Tak było wtedy... W ponurym nastroju wyjeżdżałabym z Bobrujska gdyby nie widok z mego hotelo-

31


goniec kresowy 2/2013 (72)

rOCZNICA POWSTANIA

To była niegdyś kaplica w twierdzy

wego okna. Hotel był nad Berezyną, jej błękitna wstęga migotała wśród zieleni drzew. Między rzeką, a moim balkonem na wysokim drzewie było gniazdo bocianie, a w nim piękna para boćków szykująca się do założenia rodziny. Dzięki nim z lżejszym sercem ruszyłam w dalszą drogę do Mohylewa. Nazwy mijanych miejscowości, osad, wsi czy miasteczek wydawały mi się znajome, na przykład Popławszczyzna, Michaliszki, Łosza, Lizuny, Szpyrki, Grodzianka brzmiały swojsko i mimo cyrylicy przypominały słowa polskie. Jechaliśmy na północny wschód i odchodziliśmy z każdym kilometrem od Berezyny zbliżając się tym samym do Dniepru. Mohylew duże wojewódzkie miasto leży nad Dnieprem. Nie byłam tu prawie dwadzieścia lat. Wtedy po raz pierwszy jechałam do Mohylewa z Berezyny nad Berezyną. Jechałam by zobaczyć odbudowywaną katedrę w której gospodarzył wtedy ksiądz Blin, obecny biskup witebski. W kościele ludzie modlili się i śpiewali tylko po polsku. Po polsku też katechizowały siostry. Nastrój był radosny i bardzo optymistyczny. Wtedy właśnie w Mohylewie poznałam pana Jerzego Żurawowicza prezesa świeżo powstałego Związku Polaków. Pan Jerzy nie tylko oprowadził mnie po mieście, ale i znalazł schronienie u miłej Polki, pochodzącej jak wszyscy tu nad Dnieprem z jednego z licznych niegdyś zaścianków polskiej szlachty zagrodowej. W czasie wędrówki pan Jerzy pokazał dawne polskie gimnazjum, pokazał sowiecką „Nataszę” na wyniosłym brzegu Dniepru i tablicę obok, która głosiła chwałę i wieczna pamięć czerwonoarmiejcom, którzy tu zginęli w WALCE Z BIAŁOPOLAKAMI !!! Tak!, tu nad Dnieprem jeszcze w dwudziestym roku ubiegłego stu-

32

lecia nasi ojcowie walczyli o kształt i wielkość odradzającej się Polski. Zapewne trudno to sobie uzmysłowić współczesnym Polakom żyjącym w Polsce najmniejszej w całych swoich dziejach. Na jednej z głównych ulic stary dziewiętnastowieczny gmach teatru, pan Jerzy zatrzymuje się i głosem, w którym brzmi duma objaśnia „z tarasu tego teatru, proszę pani, generał Dowbór Muśnicki odbierał defiladę polskiego wojska”. Tak było... W czasie jednej z wędrówek, wtedy przed dwudziestu laty, pan Jerzy wskazał na stary mocno zniszczony budynek i powiedział, wie Pani, marzy mi się by nam dali ten dom i by w nim był Dom Polski. Minęło kilkanaście lat i oto dziś w jednej z wąskich uliczek, blisko katedry, słowem w samym centrum wielkiego Mohylewa przyciąga oczy jasna fasada piętro-

Dawny szpital w twierdzy w którym leżeli nasi bohaterowie(Nadberezyńcy)

wego domu, na nim napis: DOM POLSKI. Pan Jerzy jest jego nie tylko założycielem ale i dyrektorem. Przy wejściu duży napis „Tutaj prosimy mówić tylko po polsku”. Pierwsze spotkanie i już zasiadamy na stylowych kanapach i fotelach i rozmawiamy. Tym razem nie o Domu Polskim, ani o tym co się w nim dzieje, ten ogromny temat zostawiając na osobny reportaż, bo dziś rozmawiamy o Polakach żyjących tu między Dnieprem a Berezyną. Pan Jerzy ożywia się ogromnie, bo przecież mówi o swojej ziemi rodzinnej, o swoich przodkach, którzy też tu w zaściankach polskich żyli dopóki nie zmiażdżył ich i nie unicestwił najazd bolszewickich barbarzyńców ze wschodu. Rozkładamy mapę i „jedziemy” palcem po mapie wzdłuż drogi z Mohylewa do Bobrujska, a pan Jerzy wyszukuje miejsca, gdzie były


goniec kresowy 2/2013 (72)

majątki jego rodziny. „Miejscowości z której pochodził mój dziadek, to znaczy zaścianka Żurawowicze nie ma na tej mapie, ale kiedy czytałem „Nadberezyńców” wciąż myślałem, ze to wszystko tak blisko się działo i, ze najpewniej i mój dziadek ruszył z całą młodzieżą i w ogóle polską ludnością na ten wielki fest do Bobrujska nie tylko na katolicką ale i narodową polską procesję. Bo co to było dla dziadka te trzydzieści czy czterdzieści kilometrów kiedy miał 22 lata. A o tu, widzi Pani, tu był Grzybowiec, majątek skąd pochodziła moja babcia, tam nic nie zostało, zrównali wszystko z ziemią. A w Grzybowcu był kościół katolicki, była szkoła i babcia skończyła kilka klas tej szkoły. Tam było ze sto domów. Okoliczni ludzie z tych nadberezyńskich hutorów przyjeżdżali do kościoła do Grzybowca właśnie. No, teraz tam już nic nie ma. Ja z kolegą, z którym razem pracujemy chodziłem piechotą po terenie tu między Berezyną a Dnieprem, szukałem tych polskich zaścianków, polskich śladów. Moim zamierzeniem było napisać książkę o Polakach, którzy tu dawniej mieszkali. Niestety stanęliśmy z tą pracą bo zabrakło środków. To była mozolna praca i obliczona na dłuższy czas. Słowem trzeba było i czasu i pieniędzy, pytanie skąd wziąć. I na razie stoimy...” Na drugi dzień ruszamy z panem Jerzym szukać naszej upragnionej Smolarni. Czy ją znajdziemy, czy coś w ogóle z niej zostało. Po drodze ma być Wończa, miasteczko najbliższe Smolarni, w której przecież nasz bohater Staś Bałasiewicz, czyli autor książki Florian Czarnyszewicz pobierał w ruskiej szkole nauki. Niestety Wończy na mapie nawet w komórce nie ma. A przecież pisarz opisuje ją dokładnie: „Wończa. Stara ludzka siedziba. Nad samą rzeczką. Teren wysoki, pola spadziste, urodzajne prawie jak słuckie. Za rzeczką lasy nieskończone. Dawniej wieś i dwór.(-) Teraz Wończa to miasteczko. Zwykłe kresowe: budynki drewniane, ulice bez bruku i bez trotuarów; moc Żydów, sklepy, rzemieślnicy, młyn, cerkiew, monopolka, poczta, synagoga i szkoła powszechna, szkoła czterooddziałowa i jedyna na przestrzeni 350 wiorst kwadratowych. Budynek szkoły szczupły, staroświecki, prawie nie różniący się od porządnej gospodarskiej chaty”. W dalszej części książki dowiadujemy się, że w Wończy odbywały się jarmarki i że także w Wończy pobudowali Polacy kaplicę. To na poświecenie tej kaplicy przyjechał do Wończy sam biskup Łoziński, na którego powitanie i spotkanie z wielkim kapłanem przybyły tysiące mieszkańców polskich zaścianków. To do nich, do nadberezyńskich Pola-

reportaż

ków mówił biskup: „Gdy wrócę z objazdu, pojadę do Warszawy i powiem o tym teraźniejszemu Rządowi, jakkolwiek nie wyzwolonej jeszcze Polski. Powiem przed Radą Regencyjną – tam na dalekich kresach, u styku ziem mińsko-mohylewskich mocno żarzy się Polska.” Dziś nie ma Wończy, nie ma więc i kaplicy w niespokojnym czasie wojny i rewolucji pobudowanej. Czyżby nic nie zostało z dużego ludnego miasteczka? Zachodzimy w głowę. Na mapie i przed nami na drodze jest spore miasteczko Kliczew, jak wszystko sowieckie nijakie. Ot, rzędy byle jakich bloków i właściwie nic więcej. Wyjeżdżając z miasteczka w kierunku, w którym po sześciu kilometrach powinna być Smolarnia, tablica z napisem Gończa. Zgadzałoby się miejsce (sześć kilometrów od Smolarni) ta część Kliczewa robi dobre wrażenie, ładne czyste, ukwiecone domy zwykłe drewniane, gospodarskie. W środku wsi Muzeum! Tak, muzeum tej ziemi, ale znów o Wończy nikt, nic, myślę o paniach pracujących w muzeum, nikt nigdy nie słyszał, więc chyba tak musi zostać, nie ma Wończy choć była, nie ma na tej ziemi Rzeczypospolitej choć kilkaset lat też była... Nie pozostaje nam nic innego jak ruszyć do upragnionego celu. Zjeżdżamy na bitą drogę prowadzącą w bok ku Berezynie i między dwoma dosyć odległymi ścianami lasu. Ani śladu wody, rzeczułek, wierzchowodzia o którym tyle pisał Czarnyszewicz. Nie ma pól uprawnych i nie ma też ludzi. Na szczęście na drodze ze strony w której winna być Smolarnia ukazuje się człowiek na motorze, w biegu pytamy czy jedziemy do Smolarni, „Tak to już Smolarnia”. „Minęli czwarty z rzędu bród zalany jak Wończanka wierzchowodziem i wyjechali na smolarskie pole. To pole nazywa się Klinem – rzekł Stach. To już wiesz, jak zmiany pola się nazywają? Zdziwił się ojciec(...) wiem też jak zaścianek stoi. Kościk mi wszystko opowiedział. Po lewej stronie stoją budynki, po prawej sady. Domy kryte gontą, wielkie, po trzy i cztery pokoje mające. Dziedzińce i ulica ogrodzone ostrymi kołami, obsadzone kudłatym drzewem. Za sadami znajdują się ogrody kapuściane, a do ogrodów ta sama puszcza się dotyka; za chlewami są gumna, za gumnami wygon. Za wygonem pole, za polem łąka, za łąką drugi las, ale nie puszcza. Wszystko wiem. W Smolarni jest 22 gospodarki”. Jest słoneczny wiosenny dzień 3 Maja! Dotarłam do Smolarni. Ale jakaż inna ta dzisiejsza Smolarnia. Nie ma zagonów kapusty, nie ma pól, nie ma gumien, nie ma obór słowem nie ma nic. Przecież przez 70 lat były tu

kołchozy, w których pracowali ci, których nie wywieziono lub nie wymordowano. I oto dziś 3 Maja 2012 roku przed nami pośród starych a nawet bardzo starych drzew, kilka chat po obu stronach drogi. Między domami, coś co pozostało po dawnych zabudowaniach, po dawnym domu może naszych bohaterów, resztki cegieł, kamieni, zbutwiałe bale drzewa, a wokół krzewy niegdyś pewnie rosnące przed oknami, a to jaśmin, a to bez czy wreszcie czeremcha. Część stojących jeszcze domów, choć trzyma się dobrze jest już opuszczona. Ale są i zamieszkałe. Świadczy o tym porządek wokół domu w całym obejściu. Zatknięte na płocie do suszenia słoiki i garnki gliniane, wreszcie grządki kwiatowe przed domem z właśnie rozkwitającymi tulipanami. W całym ocalałym zaścianku najlepiej trzymają się drzewa, są stare ogromne. Osłaniały niegdyś domostwa przed wichrami, dawały cień. Pod wielką brzozą stojącą tuż przy płocie jednego z ładnie utrzymanych domów ustawiona fantazyjna ławeczka zrobiona z siedziska dawnej bryczki zapewne. To co najbardziej uderza to wrażenie pustki, nie słychać piania kogutów, nie gdaczą kury, nie beczą owce, ani nie muczą krowy. Nie słychać śmiechu, śpiewu i w ogóle ludzkiego głosu. Martwa cisza słonecznego majowego południa. Ale oto z ostatniego domostwa otoczonego wysokim płotem z bramą zamkniętą na kłódkę słychać szczekanie, zaglądamy przez szpary, prawdziwy burek pilnuje domostwa groźnie poszczekując, a więc i tu ktoś ocalał. Chciałoby się krzyczeć z radości, że są, są jeszcze Żywi Ludzie w Smolarni. Dziś ich nie ma, najpewniej pojechali gdzieś do pracy, bo przecież tu nic już nie ma do roboty, ani bydła oporządzić, ani oplewić zagonów, ani trawy nażąć dla żywiołu. Wrócą najpewniej na sobotę i niedzielę. Wzruszenie ściska za gardło. Ale zaraz przelatuje myśl: a kim są, czyżby ktoś ze Smolarni ocalał? Czy mają jeszcze świadomość swego pochodzenia, wiary? Niestety pora wracać do Polski. Dzisiejszej Polski, 700 kilometrów na zachód! Pozostaje niewiadoma. Wierny swojej ziemi pan Jerzy Żurawowicz zostaje i obiecuje, że kiedyś w sposobnej chwili odwiedzi jeszcze Smolarnię w dzień świąteczny, porozmawia i może uzyska odpowiedź na dręczące nas pytania, które zabieramy ze sobą, ale jeśli ktoś jednak ocalał obiecujemy sobie, ze mimo trudów dalekiej drogi wrócimy do Smolarni by tym żyjącym wręczyć epopeję ich rodu i dziedziny: „Nadberezyńców” Floriana Czarnyszewicza.

33


goniec kresowy 2/2013 (72)

Książki

Z księgarskiej półki Barbara Noworolska

Zagłada dworów w województwie białostockim po roku 1939. Red. Nauk. Dr Ewa Rogalewska, Łukasz Lubicz – Łapiński. Instytut Pamięci Narodowej Oddział w Białymstoku. Białystok 2012 r.

Praca Zagłada dworów w województwie białostockim po roku 1939 to właściwie obszerny katalog towarzyszący wystawie wędrującej po obecnym województwie podlaskim. I wystawa i towarzyszące jej opracowanie charakteryzuje się estetyczną, przemyślaną szatą graficzną. Format książki, dobór kolorów, podział na kolumny tekstu, rozmieszczenie ilustracji świadczą o wysokim poziomie grafiki Studia Navigator i starannej pracy autora projektu Bogdana Supruna. Słowa uznania należą się także za jakość reprodukowanych fotografii. Zdjęcia stare mają to do siebie, że podobnie jak nasza pamięć tracą ostrość i z upływem czasu blakną. Trzeba dużego wysiłku by przywrócić im wyrazistość, a to się udało Białostockim Zakładom Graficznym. Na plus autorom publikacji zaliczyć należy także zamieszczenie w odpowiednich partiach tekstu autentycznych dokumentów, niestety ich jakość jest już słabsza – to wynik oryginałów często sporządzanych niestety starannie. Na szczęście mimo tych niedoskonałości są one jednak czytelne. Dobry jest także wybór fotografii. Pokazują różnorodność siedzib szlacheckich od dworów drewnianych niewiele różniących się od zamożnych chat chłopskich po siedziby murowane i rezydencje typu pałacowego. Oddaje to zróżnicowanie stanu szlacheckiego na wyzna-

34

czonym badaniami terenie. Towarzyszące krótkie biografie rodzin domy te zamieszkujących dotyczące lat1939-1950 wykazują podobieństwo losów niezależnie od ich pozycji materialnej. Potwierdza to tezę o wpływie ówczesnej polityki na losy właścicieli majątków. Publikacja od strony wizualnej jest przemyślana i zostawiająca wrażenie. Niezaprzeczalnie utrwala ślad historii najnowszej na materialnym kształcie zasobu budowli północnego Mazowsza i Podlasia. Teksty merytoryczne ośmiu autorów publikacji tworzą całość edycji – każdy z osobna – nie budzą merytorycznych zastrzeżeń, owszem pochwalić trzeba wkład pracy autorów. A jednak całość rodzi pewne uczucie niedosytu. Może z tej przyczyny, że eksponowane w tytule lata były czasami trudnymi, bardzo różnymi politycznie i ekonomicznie. Inne warunki życia dworów stwarzała okupacja hitlerowska – z czego zdaje sobie sprawę Ewa Rogalewska, o czym świadczy powołanie się na pamiętnik Franciszka Ryszki, opisującego okupacyjną egzystencję majątków kresowych i ich pracowników w czasie zmiennych kolei losów czasu wojny. Oprócz wojsk i administracji hitlerowskiej mieszkańcy dworów i ich majątki podlegały na kresach stalinowskiej władzy, co, zdajemy sobie sprawę, jeszcze nie zostało historycznie opracowane, a co siłą rzeczy musiało

zostać i tu przedstawione tylko szkicowo. Dalszy czas też był różnorodny. Lata 1944 po początek 1946 roku to właściwie ciągle peleryna Związku Radzieckiego nieprzychylnego indywidualnym gospodarstwom rolnym, później czas pewnej odwilży, wreszcie trudne lata początkowe drugiej połowy XX wieku. A lata późniejsze to i kontynuacja, ale i spadek przeszłości i zaskakujące zmiany. Poznałam je, właściwie dotknęłam przypadkiem. Przyjechała na Białostocczyznę do pracy w 1961 roku. Niedługo potem jechałam z kierownikiem Domu Kultury, dawnym nauczycielem, do Kolna. Obok jakiejś bocznej drogi w pobliżu Święcka zobaczyłam dworek drewniany jakby żywcem wyjęty z ilustracji w starym pamiętniku. Zatrzymaliśmy się i urzeczona jego gankiem zdobnym w wole oczka zapragnęłam wejść do środka. Obok małą grządkę okopywała starsza, zgarbiona kobieta w walonkach, fufajce, chustce na głowie. Zapytałam czy można wejść do dworu. Kobieta się wyprostowała, uniosła brodę w górę, zabłysły jej zasmucone oczy. I usłyszałam: - Można jeśli ja zaproszę – Zapraszam. Okazało się, że jedna połowa dworu jest zrujnowana, druga pozbawiona starych sprzętów, zostały tylko przepiękne, intarsjowane, chyba XVIII-wieczne, drzwi od ściennych szaf. – pamiątki dawnej świetności dworu. Równie interesujące


goniec kresowy 2/2013 (72)

były losy właścicielki. Mąż i najstarszy syn zostali rozstrzelani przez Gestapo, młodszy zginął w jakiejś potyczce WIN-u. Majątek miał 39 hektarów, ale w przeciwieństwie do drewnianego dworu, były obszerne, murowane zabudowania gospodarcze, został więc zabrany na mocy Dekretu o reformie rolnej. Dworu do rejestru zabytków nie dało się nam wpisać mimo przyzwoitości ówczesnego konserwatora zabytków, ale mój towarzysz podróży załatwił właścicielce jakąś niską rentę i w samą porę bo do sprzedaży już we dworze nic nie zostało. Tak poznawałam nie z lektur, ale z autopsji fragment historii najnowszej Podlasia. Zaś w końcu lat 60-tych pracowałam w Muzeum Okręgowym i byłam na konferencji muzealnej w Przemyślu. Była to jakaś impreza wysokiego szczebla, bo było na obradach dużo osób z Ministerstwa Kultury, a i jakieś osoby z Komitetu Centralnego PZPR. W czasie spotkania był też bankiet dla luminarzy muzealnictwa. Nie miałam zaproszenia na bankiet – byłam w tym szacownym gronie płotką, ale że wtedy miałam wdzięk i urodę zostałam więc zaproszona przez jednego z dyrektorów Muzeum jako osoba towarzysząca. A że ciekawość jest moją wadą, więc poszłam. Towarzysz mój rychło udał się do znajomych załatwiać jakieś służbowe

książki

sprawy, a ja wędrowałam od grupy do grupy szukając kogoś z kim można porozmawiać. W pewnym miejscu sali pan z podgoloną czupryną na dawnego szlachciurę i z sarmackim wąsem dość głośno wygłaszał swoje poglądy. Stanęłam i słuchałam. Pewne zdania wzbudziły mój sprzeciw więc zawołałam – ależ to demagogia! Zapadła złowroga cisza. Zdałam sobie sprawę, że strzeliłam gafę, ale jej rozmiar poznałam dopiero później. Wiedziałam, że jestem młoda i niebrzydka, więc nie uciekłam tylko się uśmiechnęłam i powiedziałam: Zauroczył mnie Pan wyglądem dostojnego, autentycznego szlachcica i ta Pańska opinia jakoś mi do wyglądu nie pasuje... Przepraszam. I zrobiłam minę skruszoną, ale z iskierkami w oczach... Dygnitarz się uśmiechnął, wziął mnie pod rękę i odprowadził w róg sali – Widzi Pani, - powiedział scenicznym szeptem – nie pani pierwsza zwraca uwagę na mój wygląd, ale o demagogię posadziła mnie pani pierwsza. – Przeprosiłam – powtórzyłam już poważnym tonem. Wtedy usłyszałam: - A ja będę pamiętał tylko Pani komplement. Ledwo zdążyłam powiedzieć – to miło – gdy zostałam odciągnięta od dygnitarza i wyprowadzona z bankietu. Ty wiesz z kim rozmawiałaś? Mój towarzysz uświadamiał mnie nieco zdenerwowany.

– to członek egzekutywy KC! Cóż byłam wtedy młoda... Żałowałam, że ledwo spróbowałam wina. Przytaczam tę przygodę na dowód, że stosunek do szlachty ulegał powolnej, ale wyraźnej zmianie i po niechęci nadeszła moda na sygnety, polowania i dacze jako nawiązania do dawnych tradycji szlacheckich. Na herby i familijne drzewa także. Ale to już znacznie wykracza poza ramy czasowe wyznaczone w tytule omawianej pracy. Jest jednak znakiem, że problematyka dworów i familii szlacheckich dobrze znana Ewie Rogalewskiej mimo dotychczasowych opracowań, w których ma ona swój znaczony publikacjami udział, jest ciągle warta uwagi i stanowi interesujące, nie wyeksploatowane do końca pole badawcze. Szczególnie istotne, z przyczyn i osadnictwa i dziejów historycznych terenów północnego Mazowsza, Podlasia i słabo jeszcze rozpracowanych naukowo terenów Prus Wschodnich. Fakt, że problematyka dworów znalazła się pod lupą aż dziewięciu autorów i ukazała się w książce o atrakcyjnej szacie graficznej zasługuje na wyrazy szczerego uznania. Jest bowiem sygnałem, że prace badawcze nad sytuacją historyczną i gospodarczą dworów Mazowsza i Podlasia będą trwały, a ich wyniki będą publikowane.

Aleksander Miśkiewicz

O przysmakach z Jurty czyli o tradycyjnej kuchni Tatarów polskich

Takiej książki nikt jeszcze nie napisał. Były książki o kuchni białoruskiej, litewskiej czy ogólnej kresowej, ale kuchnią tatarską i dotyczącą ziem kresowych,

jak dotąd nikt się nie interesował. Co prawda, znajdujemy przeglądając prasę polską jeszcze sprzed pierwszej wojny światowej i z lat międzywojennych,

publikacje o życiu Tatarów na Kresach, w tym i o ich kuchni, ale były to przeważnie wrażenia osób goszczących u rodzin tatarskich, słynących z gościnno-

35


goniec kresowy 2/2013 (72)

książki

ści, a przy tym wspominających o potrawach jakimi ich częstowano. Niektóre przysmaki z kuchni tatarskiej kresowej poznawali sąsiedzi Tatarów głównie Polacy i Białorusini, z którymi przyjaźniono się i zapraszano się wzajemnie w gościnę na święta, tak chrześcijańskie jak i muzułmańskie. Tak było na Wileńszczyźnie, Nowogródczyźnie i Grodzieńszczyźnie przed wojną, a nawet na tzw. Ziemiach Odzyskanych, gdzie osiedliło się wiele rodzin tatarskich po drugiej wojnie światowej. I tam też poznano gościnność Tatarów polskich m. in. w Gorzowie Wlkp., Szczecinie, Wrocławiu, Trzciance czy Szczecinku. Wróćmy zatem do wspomnianej książki. Jej autorkami są dwie panie Katarzyna Jędrzejczak-Kuliniak i Barbara Pawlic-Miśkiewicz. Zaznaczam z miejsca, że ta druga osoba, to nie jest moja krewna, wystąpiła tylko zbieżność nazwisk. Jej treść zaczyna się od wiersza Selima Chazbijewicza o najbardziej znanej potrawie Tatarów polskich, kołdunach.1 Tatarzy uważają, że jest to ich narodowa potrawa, którą niestety przywłaszczyli sobie Litwini, bardzo są niezadowoleni jeśli w spisie potraw serwowanych w niektórych restauracjach mówi się o kołdunach litewskich. Zasadniczą treść książki poprzedza wstęp, w którym jej autorki nawiązują krótko do początków osadnictwa tatarskiego, od poł. XIV w. na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego, a także piszą o Podlasiu, które w naszych czasach stanowi region wielokulturowy, takim jakim były niegdyś należące do Rzeczypospolitej Kresy. Dalej dowiadujemy się w zarysie o obyczajowości Tatarów polskich wynikających z ich tradycji religijnych. Ciekawe są wszelkie nakazy i zakazy jakie dotyczą wszystkich wyznawców islamu na świecie, a których wielu Tatarów w Polsce nie przestrzega, w tym picia przy różnych okazjach wszelkiego rodzaju trunków, na co zwracał już uwagę w XIX stuleciu Władysław Syrokomla. 2

1 Wiersz ten pochodzi z jego zbioru: „Baśnie, podania i legendy polskich Tatarów”, Białystok 2012, s. 15. Selim Chazbijewicz jest nie tylko poetą, lecz także profesorem, politologiem na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie. 2 W. Syrokomla, Wędrówki po Litwie w promieniach od Wilna, t. I, Wilno 1857, s. 29.

36

Opis potraw tatarskich rozpoczyna się od pieroga zwanego „pierekaczewnikiem”, znanego nie tylko w Polsce, lecz też na Białorusi. Podawany był przeważnie podczas świat muzułmańskich i spotkań rodzinnych. Przygotowywany był w cieście nadziewanym chudą wołowiną, cielęciną lub indykiem. Także była jego wersja na słodko, z serem lub owocami tj. farsz owocowy składał się ze śliwek, rodzynek lub jabłek. Obecnie nie każda rodzina tatarska zna ten rodzaj ciasta. Każdy kto pragnie posmakować pierekaczewnika, powinien, nie tylko w sezonie letnim, udać się do Kruszynian w powiecie sokólskim województwa podlaskiego, do Zajazdu „Jurta Tatarska”, tam znakomicie przyrządzają to ciasto, a także inne potrawy kuchni tatarskiej. Jej mistrzynią jest współwłaścicielka tego zajazdu, Dżenneta Bogdanowicz. Po pierekaczewnikach, jako drugą potrawę, bo jakże mogło być inaczej, są wspomniane już kołduny. Tę potrawę znają wszystkie rodziny tatarskie, a przygotowywane są nie tylko od święta. Są to pierożki nadziewane, najlepiej mięsem wołowym lub baraniną. Podawane są w małej misce w rosole lub jako drugie danie na talerzu a do tego dołącza się filiżankę gorącego rosołu. Wszystko według gustu miłośników kołdunów, do których należą nie tylko Tatarzy. Ich przygotowanie jest bardzo długie, gdyż sporo czasu zabiera robienie ząbków na każdym pierożku. Tutaj potrzebna jest kobieca cierpliwość, inaczej nic by z tego nie wyszło. W dawnych latach mówiono, że gdy dziewczyna potrafi robić ząbki na kołdunach, to znaczyło, ze jest gotowa do zamążpójścia. Panowie przy robieniu kołdunów żonom nie pomagają, to jest robota tylko dla pań, za to lubią je konsumować, chwaląc przy tym swoje małżonki, jako wytrawne gospodynie. A popijają nie tylko rosołem... Dalej opisano bielusz, potrawę mięsną nadziewaną baraniną lub gęsiną, przygotowywaną przede wszystkim w święta. Nie mogło się obyć bez halwy, ciasta miodownika, gdyż miód odgrywa w nim najważniejszą rolę. Halwa związana jest z pamięcią o osobach zmarłych i wykonuje się ją po 40 dniach żałoby, lub w każdą rocznicę odejścia bliskiej osoby. Podobny charakter posiada dżajma, także przygotowywana z miodem. Obok wspomnianych potraw w kuchni tatarskiej występują też potrawy znane

innym mieszkańcom Kresów czy obecnego Podlasia. Są to przypominające kołduny bezduszniki, a poza nimi kartoflaniki, cebulniki, pyzy z mięsem i jakże popularna na całym Podlasiu, babka ziemniaczana. U Tatarów tylko z wołowiny lub gęsiny. Dochodzi do tego jeszcze pilaw, potrawa mięsno-ryżowa, lecz pochodząca z dalekiej Azji Środkowej. I na koniec należy wspomnieć o potrawach słodkich. Należą do nich ciasteczka „Czak-Czak ”, o rodowodzie z Kazachstanu i „laliuniki” nazywane najczęściej pampuszkami serowymi. Są to bułeczki podawane w śmietanie na gorąco, dziś to już potrawa zapomniana przez tatarów. Dobrze, ze przypomniano ją w tej książce. W latach międzywojennych, o czym nie ma w książce, popularna była głównie wśród Tatarów ze Słonimia w województwie nowogródzkim. Po wojnie także w Szczecinku na Pomorzu Zachodnim, gdzie osiedliło się wiele rodzin pochodzących ze Słonimia. Znana była także w okresie powojennym u niektórych rodzin w Szczecinie. Do słodkości Tatarów polskich należą też znane powszechnie serniki, makowniki i drożdżówki. Nie było święta czy spotkania rodzinnego, aby nie znalazły się one na stole rodzin tatarskich. Podobnie jest i obecnie. Książka zawiera także przedrukowane z przedwojennych publikacji wiadomości o kuchni tatarskiej, w tym Alego Ismaiła Woronowicza, Imama Gminy Muzułmańskiej w Warszawie i Stanisława Kryczyńskiego, wybitnego badacza dziejów Tatarów polskich w latach międzywojennych. Uzupełniają ją podziękowania skierowane od autorek książki do wszystkich gospodyń tatarskich, które pomogły im ją napisać. A także wykaz literatury poświęcony najważniejszym pracom o tej grupie etnicznej z lat międzywojennych i po 1945 r. Książka ukazała się w tym roku, z datą 2012, a jej głównym wydawcą był Muzułmański Związek Religijny w Rzeczypospolitej Polskiej, to ten, który Tatarzy powołali w 1925 r. w Wilnie, nie należy mylić go z innymi związkami czy stowarzyszeniami muzułmańskimi, jakie powstały obecnie w Polsce. Wsparcia finansowego udzielił Urząd Marszałkowski Województwa Podlaskiego i Urząd Miasta w Białymstoku. Książka liczy 58 stron i posiada ilustracje.


goniec kresowy 2/2013 (72)

od czytelników

Pamięć o kresach Danuta Kucmin

Grodno, Baranowicze...... nazwy miejscowości z wielkim sentymentem i rozrzewnieniem wspominane wiele lat przez moją mamusię. Można to zrozumieć, gdyż już w XVI w. Grodno za swoją architekturę było wpisane w encyklopedię BRAUNA jako jedno z piękniejszych miast Europy. W końcu XVIII w. przeżywało boleśnie agonię Rzeczypospolitej Polskiej.

tała nas uczennica w pięknym regionalnym stroju i zaprosiła, aby przejść do sali w szkole i spróbować tego chleba maczając w soli. Po zdjęciu wierzchniej garderoby i krótkiej degustacji przeszliśmy do szkolnej świetlicy z estradą. A na trasie, w holu,

Spotkanie opłatkowe TPGiW oddział w Ełku (19.01.2013)

Ja na tej ziemi przyszłam na świat i pięć lat wczesnego dzieciństwa spędziłam. Bardzo wcześnie byłam ciekawa świata i podróżowałam z ukochaną ciocią Polą, aż do wyjazdu „na zachód” tzn. do Ełku w kwietniu 1946 roku. Natomiast ciocię w 1952 roku „wyprawili” z trójką małych dzieci aż do Kazachstanu! Wspomnienia to wracanie do miejsc i ludzi, którzy żyli, byli i odeszli na zawsze. Nadarzająca się sposobność wspólnego – z ełckim chórem „Kontrapunkt” – wyjazdu do Grodna nie mogła być pominięta przeze mnie. Dnia 2 czerwca 2012 roku wczesnym rankiem wyjechaliśmy z Ełku i po kilku godzinach witano nas w Grodnie w szkole średniej nr 3. Tak, witano!! Bardzo uroczyście, chlebem z miodem i przy dźwiękach 5-osobowej orkiestry. Przywi-

przygrywała profesjonalna orkiestra z tej placówki. W świetlicy zaśpiewał dla nas chór dziewcząt z tej szkoły pod batutą Ireny Deikało, akompaniowała Olga Awierkiejewa. Oficjalnie przemową przywitał nas pan dyrektor szkoły Dmitrij Martion. Po tym, nauczycielka Kasia Birukowa odczytała powitalny wiersz autorstwa Anastazji Cielesz. W treści przywoływał on braci Polaków, aby żyć w zgodzie, serdeczności, żyć z miłością, kochać się i bawić wspólnie. Śpiewała też wspaniała Diana Szymanowicz – solistka, uczennica szkoły artystycznej. Rozkoszy dla duszy było dużo, wszystko grało! W dalszej części imprezy wystąpił ełcki „Kontrapunkt” z dyrygentem Rafałem Sulimą wykonując kilka polskich piosenek, m.in. Mazur, Szła dzieweczka, By-

stra woda, przy akompaniamencie gitary. Następnie oba chóry i trio nauczycielek z Grodna zaśpiewały wiązankę pieśni. Na „zakąskę” Diana Szymanowicz zaśpiewała po polsku pieśń „Kasztany”. Przeszliśmy ze świetlicy do specjalnych sal w szkole takich jak: galeria nauczycieli, którzy pracowali, muzeum pamiątek szkolnych – sala pamięci, oraz galeria przodujących absolwentów tej szkoły. Na tym część oficjalną pierwszego dnia zakończyliśmy. Zaproszono na obiad do szkolnej stołówki i poinformowano o kolacji i noclegach w akademiku Wyższej Szkoły Rolniczej. Czas wolny, od godziny 15-ej ja z Elą Obrycką i Henią Kalinowską spędziliśmy z moimi kuzynami – mieszkającymi w Grodnie – udając się w teren po Grodzieńszczyźnie. Odwiedziliśmy cmentarz w: Sopoćkiniach, Adamowiczach i Podłabieniu, oraz dzielnicę Baranowicze – dawniej samodzielna wieś podgrodzieńska – gdzie się urodziłam. Na cmentarzu w Sopoćkiniach zwrócił moją szczególną uwagę rząd białych kamiennych krzyży nagrobkowych z epitafium, też „szczególnym”. Odkąd uczyłam się historii nigdy i nigdzie nikt o tym nie wspominał: co było, co się zdarzyło 22 IX 1939 roku właśnie tam, w okolicy Sopoćkiń. To był temat TABU przez ponad pół wieku. Strzałem „katyńskim” zlikwidowano generała, jego adiutanta i wielu żołnierzy. O tej „tajemnicy” pierwsze opracowanie Józefa Porzeckiego w „Magazynie Polskim” w Grodnie ukazało się w 1993 roku. Na pozostałych cmentarzach odwiedzałyśmy groby rodzinne, naszych przodków, rodzeństwa i bliskich krewnych, a jest tam dużo. Po tak wyczerpującej podróży i przywołującej w pamięci niezatarte wspomnienia z dzieciństwa, moi kuzyni, Ala i jej syn Andrzej /biznesmen/ ugościli sytą kolacją i dobrze po północy odwieźli nas trzy do akademika na nocleg. Miałyśmy pokój 3-osobowy z oddzielnym węzłem sanitarnym oraz małą kuchenkę. Warunki w pełni europejskie. Następnego dnia po śniadaniu w akademickiej stołówce, w grupie, a później indywidualnie zwiedzaliśmy z przewod-

37


goniec kresowy 2/2013 (72)

od czytelników

nikiem miasto oraz oglądałyśmy występy zespołów folklorystycznych z różnych krajów, regionów Rosji, które uczestniczyły w IX Festiwalu Folklorystycznym. Stroje w poszczególnych zespołach były urzekające, powiedziałabym bogate i niezwykle kolorowe. Sporo zespołów otrzymało dyplomy Ministra Kultury. „Kontrapunkt” z Ełku również. Po występach chórów zaprzyjaźnionych – „Kontrapunkt” i „Liryka” – już w godzinach popołudniowych udaliśmy się do szkoły na pożegnalny lunch. Otrzymaliśmy regionalne upominki i po serdecznym pożegnaniu ze śpiewami wyjechaliśmy w drogę powrotną. Przez cały czas pobytu w Grodnie, na ulicach spotykałam Polaków, mówiących po polsku, którzy są tam od urodzenia w I-ej połowie XX wieku. Rozdawali ga-

zety z programem Festiwalu i bardzo chętnie nawiązywali konwersację, opowiadając o swoim życiu i pytali o naszą sytuację w kraju oraz codzienne życie. Ja osobiście czułam się jak u siebie. Tak, bo tak to jest, jak przesiąknie się sentymentem od kolebki, wyssie z mlekiem MATKI dobro w stosunku do ludzi i szacunek do otoczenia. Opłatek TPGiW w Ełku Życie nieubłaganie biegnie do przodu i zmienia nie tylko wokół, ale i nas samych. W Oddziale ełckiego TPGiW z każdym spotkaniem opłatkowym jest coraz mniej obecnych. W tym roku odbyło się ono w dniu 19 stycznia. Nasza prezes Pani Halina Orzechowska jest coraz słabszej kondycji fizycznej i nie ma już dalekosiężnych planów w dzia-

Wpłaty Lista dotyczy wpłat do 30 kwietnia 2013 roku Na budowę kościołów na Białorusi 558 Hubisz Ryszard 559 Szyszko Zdzisław

Kraków

50 zł

Ostrów Wielkopolski

50 zł

561 Makowska Wanda

Szczawno Zdrój

50 zł

563 Żywuszko Halina

Radomsko

20 zł

565 Giedryś Krystyna

Zduńska Wola

50 zł

Milicz

50 zł

Chorzów

20 zł

Pińczów

20 zł

560 Widejko Jerzy Nowy Targ 14 zł 562 Uszkiewicz Janusz Łódź 20 zł 564 Kołban Witold

566 Choiński Marek

567 Błażejewska Apolonia 568 Jamrożek Wiesław

569 Kwapisz Ryszarda

570 Obuchowicz Sławomir 571 Szymańska Wanda

572 Mierzwa Ryszard

Tychy

20 zł

Kraków

20 zł

Poznań

20 zł

Bartoszyce

50 zł

Gdańsk

20 zł

Zarząd białostockiego oddziału TPGiW bardzo dziękuje za przekazane darowizny

38

łaniu. Powspominaliśmy dawne dzieje nasze i naszych Kresowych „korzeni” oraz Pani Maria Konopko rozdała schematy „Ankiety” z prośbą o napisanie i przesłanie na jej adres e-mailowy. Ankieta dotyczy losów polskich rodzin, które po 1945 roku osiedliły się na Ziemiach Odzyskanych, szczególnie w Ełku i okolicy. Dyskutowany był temat obchodów święta Kaziuka, który w Ełku ma się odbywać po raz dwudziesty czwarty w dniach od 1 do 3 marca.

Od Redakcji: Danuta Kucmin – ur. w 1940 r. w Baranowiczach, zamieszkała w Ełku od 1950 r. Jej rodzice byli repatriantami, którzy w 1946 r. najpierw zatrzymali się koło Bargłowa, a później osiedlili się we wsi Mącze koło Ełku. Do Ełku trafiła w roku 1950.


Romantyczne ruiny Zamku Trockiego. (zdjęcie z artykułu str. 16)


rOCZNICA POWSTANIA

40

goniec kresowy 2/2013 (72)


Goniec Kresowy nr 72