Page 1

CZYM INSPIROWALI SIĘ SPIELBERG I LUCAS?

NUMER PIERWSZY PAŹDZIERNIK 2011


SPIS TREŚCI Prekursorzy z Kaczogrodu WDCmaniak

Jeżeli czytacie te słowa, oznacza to, że redakcja dopięła swego i światło dzienne ujrzał pierwszy numer fanzinu Dipol. DiPol - jest to skrót od forum DisneyPolska!, największej w Polsce, niepowiązanej z The Walt Disney Company strony internetowej skupiającej fanów filmów i komiksów tejże wytwórni, gdzie narodził się pomysł stworzenia projektu. Fanzin będzie skupiał się na komiksach, w których możemy zaobserwować dwa przeciwległe bieguny - mysie i kacze uniwersum. Pragniemy zachęcić osoby niezaznajomione z uniwersum disneyowskich historii do sięgnięcia po komiksy opowiadające o losach jego bohaterów. Mamy nadzieję, że lektura naszych artykułów skłoni czytelników do spojrzenia na historyjki komiksowe w nowym świetle. W Polsce powszechna jest opinia, że komiksy są niskiej jakości wytworami kultury i nie zawierają wartościowych treści, a ich poziom estetyczny jest mierny. Zwłaszcza historyjki z kaczkami i myszami w rolach głównych nie cieszą się zbytnią estymą, głównie ze względu na zdominowaną przez komercję formę ich wydawania która, skierowana do dzieci, nadaje im piętno infantylizmu. W naszym piśmie będziemy publikować materiały, w których te barwne uniwersa rozpatrywane będą pod kątem rzeczowej analizy wartości literackich i walorów plastycznych, które twórcy komiksów w pełni świadomie starają się nam przekazać. Historyjki są tak naprawdę prawdziwą sztuką, o niej więc będziemy rozmawiać oraz ją propagować. Pismo tworzymy również z myślą o fanach komiksu disneyowskiego, którym ma ono dostarczyć dobrej rozrywki. Moment premiery jest nieprzypadkowy - będzie miała miejsce podczas 22 Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier rokrocznie odbywającego się w Łodzi na przełomie września i października. Wśród zaproszonych na to wydarzenie gości znalazł się rysownik komiksów Disneya z Finlandii - Kari Korhonen, który zdradził nam, że bardzo wyczekuje wizyty w Polsce. Ciekawe, czy nasz kraj zrobi na nim takie wrażenie jak Kopenhaga czy Paryż, do których rysownik ma spory sentyment. Pamiątką jaką otrzyma od polskich fanów będzie rysunek wykonany przez Ryso, zdobiący również ostatnią stronę fanzinu. W numerze znajdziecie m.in. wywiad z głównym polskim tłumaczem komiksów Disneya, Jackiem Drewnowskim, a także dowiecie się, które popularne pomysły i idee zawdzięczamy kaczym komiksom. Poznacie również odpowiedzi na kilka intrygujących pytań. W tym miejscu nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Wam miłej lektury. Redaktor naczelny Gladstone

R

E

D A

K C

J A

Redaktor naczelny: Gladstone Zespół redakcyjny: WDCmaniak, Ryso Korekta, okładka: Ryso • Logo: Retlaw Kontakt: fanzindipol@gmail.com Specjalne podziękowania dla Scarpomaniaka za skany na str. 9-10

strona 3

Wywiad z Jackiem Drewnowskim WDCmaniak & Gladstone

strona 7

Wyrocznia komiksowa Gladstone & Ryso

strona 11

Recenzje komiksów - Blaggard Castle pahan

strona 14

Recenzje komiksów - Il doppio segreto di Macchia Nera Gladstone

strona 16

Carl Barks poleca - Omelet & Lost in the Andes Gladstone

strona 18

Życie i czasy Dona Rosy, cz. I WDCmaniak

strona 26

Bolesne narodziny WDCMANIAK

strona 30

Uwagi końcowe WDCmaniak

strona 31

Znajdź nas na facebooku >>www.tnij.org/dipolFB Fanzin nie przynosi swoim autorom żadnych korzyści majątkowych, nie jest powiązany z The Walt Disney Company. Całość ani fragmenty nie może być kopiowana ani przetwarzana bez zgody redakcji. Właścicielem obrazków użytych w artykułach oraz w recenzjach jest The Walt Disney Company (o ile nie wskazano inaczej) i zostały tutaj zamieszczone w ramach cytatu, by zilustrować to o czym mowa w tekście. Copyright ©, 2011


PREKURSORZY Z KACZOGRODU o wędrówce idei z Kaczogrodu do świata rzeczywistego

W

Przypadki chodzą po ludziach... i kaczkach

© THE Walt Disney COMPANY, 1944

dzisiejszych czasach komiks uznawany jest za formę sztuki i integralną część współczesnej kultury. Porównać to można do sztuki filmowej, choć odniosła ona niewątpliwie większy sukces w komercyjnym odbiorze. Oba media potrafią wzajemnie się uzupełniać. Z dzieł kinematografii (zazwyczaj w celach promocyjnych) tworzy się adaptacje komiksowe i... na odwrót! Wcześniej to komiks bywał pierwotną inspiracją fabuł filmowych. Zdarza się, że na taśmie filmowej uwiecznia się sceny oparte, a czasem wręcz żywcem wzięte z historyjek obrazkowych. Dotyczy to nawet komiksów disneyowskich, uznawanych za przeznaczone dla dzieci. Na początek postanowiliśmy przybliżyć kilka przykładów odnalezienia w świecie rzeczywistym scenek zamkniętych w kadrach cz terorz ędowej h istor i i rysunkowej. Można zastanawiać się, co w tych przypadkach jest pierwowzorem, a co wtórne.

proces chemiczny, który Kaczor Donald przeprowadza w celu otrzymania dykwamitu, ma sens naukowy. W latach sześćdziesiątych, w artykule branżowym chemików The Spin States of Carbene odnotowano ten fakt pojawienia się CH2 w komiksie z disneyowskim Donaldem. Do Disney Company zaczęły napływać listy od uczonych z prośbami o przesłanie kopii historyjki. Jeden z naukowców, niejaki Richard Greenwald w piśmie z podziękowaniami za dostarczenie kopii dodał: Osoba, która napisała «The Mad Chemist» uprzedziła czas swoimi opisami niezwykłych substancji chemicznych. Jedna z nich została odkryta, jest to CH2 - reagujący związek, zwany karbenem. Ostatnie postępy w dziedzinie chemii poświęcają sporo uwagi tej grupie substancji. Bez wdawania się w szczegóły, powiem tylko, że karbeny można uzyskać, ale nie wyizolować; np. nie można umieścić ich w słoiku i trzymać na półce. Mogą one jednak wchodzić w reakcje z innymi substancjami. Donald wykorzystał je właśnie w ten sposób na wiele lat przed prawdziwymi chemikami.

O geniuszu Carla Barksa Mimo że całe zajście było napisano już wiele. W przezwykłym przypadkiem, wcaciwieństwie do światowego le nie oznacza to, że Duckman uznania, nazwisko jego jest Kaczor Donald „po przejściach”. Puknięty, a jednak nieoczekiwanie racjonalny w swoim zachowaniu spisywał „co popadnie”. Mad znane tylko największym enChemist była dziesięcioplanszową historyjką zasłutuzjastom w polskim środowisku okołokomiksowym. gującą na miano „gagowej”. W końcu pierwotną rolą Na jego barwnych, opartych o rzeczywiste realia histoDonalda, a także jego Siostrzeńców, było rozśmieszanie ryjkach, wychowało się kilka pokoleń ludzi na całym publiki. W późniejszych latach formuła słynnych ten świecie. Wiele pomysłów, które przewinęło się przez -pagerów (dzięsięciostronicówek) zaczęła ewoluować, kadry przygodówek w ciągu dwudziestu pięciu lat kaa twórca rozpoczął rysowanie także dłuższych historii riery komiksowej Barksa, weszło do klasyki gatunku przygodowych. Nierzadko wymagały one poświęcenia i wykorzystywane jest także współcześnie. Umieszczasporej ilości czasu na badania wokół przygotowywając disneyowskich bohaterów w świecie rzeczywistym nych fabuł. twórca sugeruje, że Kaczogród znajduje się „gdzieś w Stanach Zjednoczonych”, w wykreowanym przez niego stanie Kalisota. Tworząc całe środowisko oraz Patenty z miasta Kaczogród tło dla konkretnej przygody, skazany jest na konieczność czerpania wielu wątków z rzeczywistości. Barks Wprowadzenie nowych, autorskich postaci z pewmiał w zwyczaju prowadzić szczegółowe badania wokół nością pomogło poszerzyć horyzonty dziesięciostronitematu lub miejsca akcji historyjki. Oprócz własnych cówek, by powoli wprowadzać je na wyższy poziom kreobserwacji, sięgał po wiedzę z materiałów zawartych atywności i atrakcyjności komiksów. Postać bogatego, w pismach naukowych takich jak National Geographic. a konkretniej, najbogatszego na świecie, wujka SkneJuż w 1944, w jednym ze swoich pierwszych komiksów rusa otworzyła drzwi do niekończączego się rozdziału (Kaczor z guzem na głowie, Kaczor Donald 24/2004 lub potyczek miedzy mądrym, doświadczonym i sprytnym 16/1997) wykorzystał z encyklopedii Britannica losowe McKwaczem a szukającym łatwych dróg, prostoduszwzory chemiczne, tworząc metylen na dwadzieścia lat nym Donaldem. W jednej z historyjek z 1949r. (The przed jego odkryciem! Na dodatek, okazało się, że cały Sunken Yacht - pol. Trudno przyszło, łatwo poszło, DIPOL - NUMER PIERWSZY

3


Odkrycie drugiego zastosowania dla piłeczek pingpongowych, (pomijając oczywisty, sportowy cel) można jednak przypisać lotnikowi Howardowi Hughesowi, lotnikowi, który w 1938 r. odbywając najszybszy lot dookoła świata wypełnił swój samolot właśnie takimi piłeczkami, by w razie niechcianego wodowania, maszyna nie zatonęła. Dylemat pierwszeństwa będzie z pewnością długo zajmował historyków, ale to właśnie Barksowi najczęściej przyznaje się wynalezienie praktycznego i zarazem niecodziennego przeznaczenia piłeczek. Ciekawostką, trochę z „innej beczki” jest popularna anegdota opowiadana przez Garé, żonę Duckmana. Głosi ona, że Barks na emeryturze nauczył się malować cienie na głowach pierzastych Kaczorów uprzednio obserwując światło padające właśnie na piłeczkę pingpongową. Wracając do zagadnienia filmowego, musimy zadać sobie pytanie jakie walory złożyły się na możliwość wykorzystania schematów komiksowych na srebrnym ekranie? Bez dwóch zdań można stwierdzić, że podstawą obu sztuk jest obraz opowiadający interesującą opowieść. Mistrzowsko prowadzona w komiksach narracja była, a właściwie ciągle jest, czynnikiem odpowiedzialnym za utrzymanie czytelnika w atmosferze zaciekawienia, chęci odkrycia, co takiego wydarzy się na następnej stronie. Tuż obok niej plasuje się świetny sposób budowy sekwencji kulminacyjnych, ucinanych w odpowiednim momencie. Wyjątkowo ważną rolę odgrywają 4

DIPOL - NUMER PIERWSZY

ŹRÓDŁO: www.worldwide.espacenet.com

Kaczor Donald 42/2005 lub 10/1994) Donald trafia na szansę szybkiego zarobku, bezpośrednio od wujaszka. Biznesmen nie daje się jednak nabrać na bajońską ofertę wyśpiewaną przez dziób siostrzeńca i postanawia dać mu nauczkę. Szczegółem z tej właśnie opowiastki, który zaintrygował m.in. popularnych Pogromców Mitów z Discovery Channel jest sposób wykonania zlecenia na podniesienie wraku statku. Mianowicie, Kaczory postanowiły użyć... piłeczek pingpongowych! Nie tylko Pogromcom udało udowodnić się, że taki manewr jest wykonywalny. W 1963 roku w Kuwejcie zatonął statek z ładunkiem kilku tysięcy żywych owiec. Zdarzenie miało miejsce w porcie, pojawiło się więc ogromne zagrożenie dla wody pitnej miasta, a co za tym idzie - dla wszystkich jego mieszkańców. Duński wynalazca, Karl Krøyer, wpadł na pomysł podniesienia statku dokładnie tą samą metodą. Do wydobycia wraku na powierzchnię zużyto dwadzieścia siedem milionów plastikowych piłeczek. Toteż, Krøyer postanowił opatentować metodę, złożył wnioski do urzędów patentowych w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Holandii. W pierwszych dwóch państwach obyło się bez problemów. Natomiast w kraju tulipanów aplikację odrzucono. Holenderscy urzędnicy dotarli do komiksu Barksa, co spowodowało, że pomysł Duńczyka nie został uznany za nowy i nie mógł być opatentowany. Sam wynalazca nigdy wcześniej nie czytał tej historyjki. Okazuje się, że ludzie zaczynają zawdzięczać coś Kaczorom...

Szkic patentowy Krøyera

również rysunki - twórca przykładał się do przedstawiania scenek z postaciami w odpowiednio rozplanowanych kadrach, stwarzając wrażenie utożsamiania się z ludzkim okiem. Manipulował również wielkością poszczególnych paneli - te najbardziej spektakularne, mające wywrzeć największe wrażenie często zajmowały nawet pół strony oraz były przepełnione szczegółami. Wszystko zwieńcza ogólna przejrzystość, sprawiająca że historyjkę będzie potrafił na swój sposób zrozumieć niemalże każdy przedstawiciel gatunku homo sapiens z umiejętnością czytania na poziomie podstawowym. Nie sposób nie zacytować w tym miejscu słów samego Roya Disneya, które magicznie (można rzec - disneyowsko) ucinają lwią część wątpliwości sceptyków. Mianowicie, określił on Barksa wynalazcą „wspaniałych scenariuszy w stylu Indiany Jonesa”.

McKwacz Indianą Jonesem, czy Indiana Jones McKwaczem? Do licznego grona „wychowanków” Barksa zaliczają się znani i znakomici filmowcy - Steven Spielberg oraz George Lucas. W swoim filmie Indiana Jones i Poszukiwacze zaginionej Arki umieścili swoisty hołd dla dwóch przygód ze Sknerusem McKwaczem. Lucas, producent i współautor scenariusza, wielokrotnie wspominał, że komiksy z Kaczorami miały bardzo „kinowe”, a także „amerykańskie” właściwości. Zainspirowani Seven Cities of Cibola oraz Prize of Pizzaro, w których Sknerus z rodziną poszukuje kolejno: siedmiu złotych miast Ciboli pełnych kosztowności oraz inkaskich kopalni złota (żaden z tytułów nie został przełożony na język polski) wykorzystali do początkowej sekwencji swojej produkcji z Indianą, pułapki, z którymi zmagali się bohaterowie disneyowscy. Historia zaczyna się podobnie, od znalezienia wyjątkowo cennej statuetki - w przypadku Kaczorów jest to posąg z czystego szmaragdu, u Indiany - posążek z czystego złota. Czujne skautowskie oczy Hyzia, Dyzia i Zyzia zauważają, że podniesienie statuy z piedestału uruchomiłoby pułapkę. Nie odkrywają tego


„okrutni” Bracia Be... W filmie, bohater jest świadomy zagrożenia, do skarbu zbliża się ostrożnie, omijając mechanizmy, niestety, nie udaje mu się jednak uniknąć największej zasadzki... Grota zaczyna się walić. Uciekając, archeolog zmaga się z sidłami z Prize of Pizarro - tunelem harpunów, przez który Kaczorom udaje się przejść bez szwanku dzięki niskiemu wzrostowi. Dwulicowy towarzysz Indiany nie wychodzi z tego cały. Największe wrażenie na widzu robi tocząca się niszczycielska kula ogromnych rozmiarów, będąca połączeniem tej z Seven Cities [...], która doszczętnie zburzyła miasta pełne skarbów, oraz z Pizarro, która z kolei miała bezpośrednio zgładzić Kaczory. Mimo wszystko, przygoda jeszcze się nie kończy - na sam koniec, Lucas funduje Jonesowi potyczkę z tubylcami. U Barksa, Sknerus z rodziną również stawia czoła rdzennym wojownikom.

Doskonale poprowadzone zakończenie historii jest rekompensatą za brak specjalnych „żywych” składników, takich jak postacie poboczne powiązane z przedmiotem fabuły. Rozstrzygnięcie przygody toczące się od odkrycia wspaniałych skarbów, przez zniszczenie ich przez ludzką głupotę i jako wisienka na torcie - po utratę wspomnień wszystkich bohaterów okazało się być idealnym rozwiązaniem na pierwszą tego typu wyprawę McKwacza. Jest ono również całkiem dobrym rodzajem happy endu, którym z logicznego punktu widzenia miało być osiągnięcie pierwotnego celu, czyli przełamania monotonii życia multimilionera. Rozwiązuje także dylemat niestosowności przywłaszczenia sobie historycznych kosztowności. Reasumując, to właśnie fenomenalna końcówka miała w sobie największy potencjał ponownego wykorzystania. Filmowcy wyciągnęli z disneyowskiego komiksu to, co najlepsze. Lucas i Spielberg nie przypisali sobie wszystkich honorów. Otwarcie przyznali się do uwielbienia opowieści Carla Barksa. W latach osiemdziesiątych, kupowali za wysokie sumy jego obrazy z Kaczorami. Nieco wcześniej, bo pod koniec poprzedniej dekady, kolega Lucasa, z którym pracował przy Gwiezdnych Wojnach, Gary © the walt disney company, 1954

© the walt disney company, 1959

Seven Cities of Cibola zajmuje obecnie wysokie, dwudzieste szóste miejsce w rankingu historyjek bazy I.N.D.U.C.K.S. Jest to nadzwyczajnie zadowalający wynik, jak na przygodówkę nietypowej budowy. Większość akcji, w tym opisana powyżej sekwencja z kulą, jest skupiona na trzech ostatnich stronach. Mimo tego, historyjka posiada „niezbędne” elementy, dzięki którym dwadzieścia pięć wcześniejszych plansz przedstawiających tułaczkę zmęczonego „monotonnością życia” Sknerusa nie daje się pod żadnym względem nudzić czytelnikowi. Powtórna, a nawet wielokrotna lektura przynosi dodatkowe wrażenia i odkrycia. Jest to pierwsza opowieść, w której McKwacz wybiera się na poszukiwanie skarbów. Schemat ten jest do dziś nagminnie wykorzystywany przez scenarzystów komiksowych, może z przyczyny swojej prostoty, a konkretniej: prostego i logicznego dopasowywania się potrzeby zdobywania kolejnych skarbów wynikającej z charakteru Sknerusa. Barks, jak już wspominaliśmy wcześniej, w odróżnieniu od większości obecnych twórców, poświęcał sporo czasu na prowadzenie badań tła opowieści - każdy szanujący się kaczkofan powinien wiedzieć o zamiłowaniu wujka Carla do National Geographic. Tym razem, wstępny pomysł na komiks podsunął mu jego przyjaciel Al Koch, dyrektor ośrodka opieki spo-

łecznej w pobliskim mieście. Koch był specjalistą od indiańskich plemion i zabrał małżeństwo Barksów na wycieczkę dawnym szlakiem, który ponoć służył Indianom przez tysiące lat. Prowadził on przez pustynię, rzekę Colorado do Arizony, być może nawet do samych miast Ciboli. W dalszym etapie procesu twórczego, Barksowi zaczęło brakować pomysłów na rozszerzenie historii. Daremne poszukiwanie sensownych epizodów fabuły zakończyła podsłuchana rozmowa w restauracji. Pewien ranczer opowiadał przypadkiem legendę o „zaginionym pustynnym statku”. Nakłoniło to autora do wnikliwych poszukiwań w bibliotece. Jako wyrazy wdzięczności dla inspiratora scenariusza, na etapie rysowania historyjki Duckman umieścił swojego przyjaciela Ala w jednym z kadrów oraz wprowadził do przygody bandę rzemieszków - Braci Be - przez podsłuchanie rozmowy Kaczorów.

Chwile grozy, cenne skarby - Indiana i Sknerus dzielą ze sobą żywioły... (po lewej kadr z „Prize of Pizarro”, po prawej z „Seven Cities of Cibola”)

DIPOL - NUMER PIERWSZY

5


© the walt disney company, 1954

W nogi! Efektowny pomysł przykuł uwagę niejednego czytelnika

Kurtz, jako zagorzały fan Sknerusa McKwacza i komiksów Barksa ubiegał się o odnowienie disneyowskiej licencji na tworzenie wspomnianych obrazów. W 1981 r. wraz z Edwardem Summerem opublikował kolekcjonerski zbiór najważniejszych przygód ze Sknerusem Uncle Scrooge McDuck: His Life and Times z pierwotnie ocenzurowanym i wyciętym materiałem, opatrzony wieloma artykułami (w tym komentarzami samego twórcy), zdjęciami obrazów oraz z litografią najnowszego dzieła. Książka została później zrecenzowana m.in. w The Time i Newsweeku. Nasze rozważania na twórczością Carla Barksa zdają się potwierdzać rozszerzające się we współczesnej kulturze zjawisko przenikania sztuki i powszechności. Ktoś wcześniej już zauważył, że film mówi dialogami ulicy, a chwilę później ulica powtarza filmowe scenki. Odnalezienie motywów z komiksu disneyowskiego w kinie, czy nawet w naszych codziennych zachowaniach nie jest trudne. Nie oznacza to wcale, że zaczerpnięcie fabuły z pierwszego zabawnego komiksu napotkanego w najbliższym kiosku i wykorzystanie jej w produkcji filmowej da dobry efekt. Scenarzysta filmowy musiałby sporo się natrudzić nad dostosowaniem wszystkich części opowieści do potrzeb filmu. Warto pamiętać o historiach starych, acz bardzo pomysłowych, genialnych w swojej prostocie. Okazuje się, że komiksy Barksa spełniają najwięcej warunków „filmowości”. Nieprzypadkowo większość młodych czytelników preferuje właśnie Kaczki nad innymi disneyowskimi protagonistami - są one bardziej ludzkie, a co za tym idzie - bardziej naturalne w zachowaniach, realne i znajome. Dzięki temu, wytwarza się więź z wybranymi charakterami, która 6

DIPOL - NUMER PIERWSZY

jest dodatkowym czynnikiem powodującym powroty do lektury utworów tego gatunku. Barks do dziś jest niedoścignionym wzorcem dla scenarzystów i artystów, a bez jego postaci całe uniwersum dość szybko stałoby się zamknięte i bezbarwne. Wysiłki włożone w prace badawcze urozmaicające komiks skierowany (wolą wydawców) do dzieci owocują sukcesami na dużym ekranie. Inspirując się twórczością uznawaną w Polsce niesłusznie za niszową, można osiągnąć całkiem sporo. Przykład twórczości Carla Barksa jest tego dowodem. WDCmaniak

BIBLIOGRAFIA

Duck Tales: Raiders of the lost bARKs, http://www.dialbforblog.com/archives/429/ aut. nieznany, Donald Duck, Scientist Deluxe, Walt Disney’s Comics and Stories 301 (październik 1965) Carl Barks Conversations, pod red. Donalda Aulta, University Press of Mississippi, 2003: • Donald Ault, Introduction • Carl Barks, Conversation With Carl Barks, rozmowę przepr. Gottfried Helnwein, 1992 Bruce Hamilton, The Science Behind the Stories, Donald Duck Adventures 15, wrzesień 1989 Carl Barks, (The Making of «Seven Cities of Cibola» [tyt. zastepczy]), Uncle Scrooge McDuck: His Life and Times, Celestial Arts, 1981 Geoffrey Blum, Winds from a Dead Galleon, Uncle Scrooge Adventures in Color 7, sierpień 1996 http://www.iusmentis.com/patents/priorart/donaldduck/


WYWIAD Z...

J

acek Drewnowski (ur. 7 grudnia 1974) od ponad dziesięciu lat jest naczelnym tłumaczem komiksów Disneya ukazujących się w pismach Kaczor Donald, MegaGiga oraz Gigant Poleca. Pełni on również funkcję redaktora Star Wars komiks. Jego przekłady charakteryzują się (m.in.) użyciem przystępnego, acz bogatego języka nierzadko wzbogacanego o zapożyczenia ze świata kultury i literatury. Redakcji Dipola udało się przeprowadzić drogą e-mailową wywiad z Panem Jackiem, w którym poznajemy tajniki pracy nad najważniejszą i nieodłączną częścią czasopism. Autorami pytań są WDCmaniak i Gladstone. Zapraszamy do lektury! Jak trafił Pan do Egmontu, do tłumaczenia Gigantów, a później, jak udało się Panu przejąć tłumaczenie Kaczora Donalda? Do Egmontu trafiłem bodaj na drugim roku studiów, w roku 1997. Pisywałem wówczas opowiadania science fiction i teksty publicystyczne o fantastyce, stale współpracowałem z magazynem Fenix. Znałem Tomasza Kołodziejczaka, pisarza SF, a zarazem naczelnego Kaczora Donalda i innych pism komiksowych w Egmoncie. Gdy miałem przeprowadzić z nim wywiad do pewnego fanzinu, spotkaliśmy się u niego w pracy. Na koniec rozmowy powiedział, że potrzebuje ludzi do wymyślania łamigłówek w Kaczorze i że mógłbym spróbować. Umówiliśmy się, że wpadnę w tej sprawie do wydawnictwa. Później trochę z tym zwlekałem, ale na dobre mi to wyszło, gdy bowiem w końcu wybrałem się do Egmontu, okazało się, że powstał wakat na stanowisku redaktora naczelnego Królika Bugsa. Tomek zaproponował, żebym na próbę przygotował jeden numer. Od razu wpadłem więc na głębszą wodę, a że poradziłem sobie nie najgorzej, zostałem tym redaktorem. Później zajmowałem się jeszcze pismem Tom i Jerry, a gdzieś po drodze okazało się, że dotychczasowy tłumacz Kaczora, Michał Wojnarowski, nie da rady przekładać Gigantów, kiedy Kaczor przejdzie na cykl tygodniowy (wcześniej był dwutygodnikiem). Michał miał wiele obowiązków również poza Egmontem. A ja byłem na miejscu i znałem akurat te języki, których potrzeba do przekładania Giganta – angielski i włoski. Dostałem dwie historyjki na próbę, a że moje przekłady zostały dobrze ocenione przez Michała Wojnarowskiego i kilka osób w Egmoncie, zostałem tłumaczem Giganta. W 2000 roku redakcja zaproponowała mi tłumaczenie także Kaczora, a ja się zgodziłem – trudno więc mówić o przejęciu, nie prowadziłem żadnych działań w tym kierunku. Wcześniej zrezygnowałem zresztą z pracy redakcyjnej i zająłem się wyłącznie przekładami, nie tylko komiksów i nie tylko

FOTO: WDCMANIAK

JACKIEM DREWNOWSKIM

Jacek Drewnowski na MFKiG w 2010r.

dla Egmontu. W firmie bywałem już rzadziej. Które zajęcie jest bardziej czasochłonne: tłumaczenie komiksów trzyrzędowych do wydań kieszonkowych, czy „zwykłych” czterorzędówek znanych z KD? A które z kolei sprawia Panu większą przyjemność? Na ogół dłużej trwa oczywiście tłumaczenie jednej planszy do KD, bo więcej kadrów to najczęściej więcej dymków. Historyjki trzyrzędowe mają z kolei więcej stron, więc jeśli mówimy o całej historyjce, te gigantowe są nieco bardziej czasochłonne. Nie umiem jednoznacznie powiedzieć, co sprawia mi większą przyjemność. Praca jest podobna, a historie dobre i słabe zdarzają się i tu, i tu. Uogólniając, wolę chyba większy fabularny rozmach komiksów kieszonkowych. Tłumacząc komiks stara się Pan jak najdosłowniej zachować sens oryginalnego tekstu, czy stara się Pan bardziej swobodnie, ubrać historyjkę we własne słowa? Jak udało się Panu osiągnąć „konsensus”? Akurat w wypadku komiksów disneyowskich ta swoboda jest dość duża. Trudno mówić o konsensie czy złotym środku, bo sens zawsze jest zachowany. Podobnie, zgodnie z „polską szkołą”, tłumaczy się choćby wiele filmów animowanych – dodając drugie dno, jakąś grę cytatem, kontekstem kulturowym. Rzecz w tym, żeby te dodatkowe smaczki nie przeszkadzały w odbiorze osobom, które ich nie rozumieją (na przykład najmłodszym). Ale problem wydaje mi się raczej hipotetyczny. Czasem komiksy zawierają idiomy lub gry słowne które są nieprzetłumaczalne. Który zwrot lub komiks DIPOL - NUMER PIERWSZY

7


dał Panu najbardziej „w kość”? Tłumaczę komiksy o kaczkach i myszach od kilkunastu lat. Przełożyłem tysiące historii i dziesiątki tysięcy stron (wcale nie przesadzam). Naprawdę nie pamiętam zwrotu lub komiksu, który stanowił największe wyzwanie, ale trochę takich wyzwań było.

niem. Przekazano mi go wraz z innymi wytycznymi, gdy zaczynałem przekładać Giganta. Mnie bardzo się to podoba. Kiedy zaczął Pan tworzyć słownik postaci disneyowskich? Jak wygląda pańska praca z bazą INDUCKS? Nie pamiętam, kiedy dokładnie zacząłem tworzyć ten słownik, na pewno co najmniej dziesięć lat temu. Początkowo chodziło po prostu o ułatwienie sobie pracy. Do INDUCKS natomiast zaglądam głównie po to, by sprawdzić jakąś postać, której w moim słowniczku nie ma, albo znaleźć historie, w których dany bohater pojawił się wcześniej (bo np. w słowniczku mam jego imię, ale nie pamiętam nazwy gadżetu, którym się posługuje).

O ile się orientuję, tłumacząc komiks, ma Pan przed sobą jego graficzną wersję, w pliku PDF... Czy kiedykolwiek zdarzyło się Panu pracować na „suchym tekście”? Nie, bo to bardzo zły pomysł. W komiksie tekst współgra z obrazem. Często sam dialog jest skrótowy i odwołuje się do rysunku, bez kontekstu graficznego nie sposób go prawidłowo przełożyć. Jest też wiele słów Przełożyłem tysiące historii Jeszcze na początku obecnego stuwieloznacznych i np. bez pa- i dziesiątki tysięcy stron [...]. lecia, w stopce redakcyjnej KD potrzenia na rysunek nie sposób Naprawdę nie pamiętam jawiał się dopisek „Konsultacja jęstwierdzić, czy mowa o wazie, zykowa: prof. Jerzy Bralczyk”. Czy zwrotu lub komiksu, który czy o wazonie, co bywa klumoże Pan opowiedzieć na jakiej zaczowe dla historyjki. Zdarza stanowił największe wyzwanie, sadzie odbywały się te konsultacje? się, zwłaszcza w wypadku ale trochę takich wyzwań Czy miały one wpływ na późniejszy starszych komiksów, że cen- było. kształt tłumaczeń, po zakończeniu trala przysyła do tłumaczenia współpracy z profesorem ? tylko tekst, ale jednocześnie Z profesorem Bralczykiem spostudio dostaje pliki graficzne z pustymi dymkami do tykał się redaktor, a nie ja. Przekazywał mi od niego późniejszego składu. W takich sytuacjach obrazki dociepłe słowa na temat moich przekładów i było mi barstaję więc od studia. Kiedyś zdarzyło mi się natomiast dzo miło. Pan profesor, choć wielki zwolennik mowy tłumaczyć ścieżkę dialogową filmu bez kopii, mając do potocznej, czasami uznawał, że trochę przesadziłem. dyspozycji tylko tekst. To też bardzo zły pomysł. Mogę więc powiedzieć, że została mi po tej współpracy większa ostrożność w doborze wyrażeń slangowych, Czy kiedykolwiek zdarzyło się, że jakieś tłumaczenie które stosuję w przekładach. poszło „do kosza”? Raz i drugi. Ale to bardzo, bardzo sporadyczne syWiększość wypowiedzi postaci jest zakończona wytuacje, gdy dochodzi do zmian w planie wydawniczym. krzyknikiem. Jednak w KD, jakieś trzy lata temu zaniechano tę praktykę. Co jest przyczyną kończenia Niejednokrotnie przyszło Panu tłumaczyć imiona powypowiedzi kropką? staci (przykłady: Franc Mauer, Diodak Newtoniusz)? Dostałem takie zalecenie od redakcji. Mogę tylko Domyślam się, że wpływ na końcowy kształt takieprzypuszczać, że chodzi o większą płynność lektury. go drobiazgu ma wiele różnych elementów... Co jest Kropki są w wielu sytuacjach naturalniejsze. Tak napunktem odniesienia, pozwalającym na ocenę, czy prawdę wykrzykniki to spuścizna czasów, gdy jakość w polskim tłumaczeniu imienia został odpowiednio druku była gorsza i kropkę nie zawsze było widać, dlaoddany duch oryginalnego? I dalej - skąd przyszedł tego w komiksie każde zdanie kończono wykrzyknipomysł na swoiste odrealnienie uniwersum (np. wykiem. syłanie Kaczorów na Kwaraiby zamiast na Karaiby, nadanie im języka kaczego itp.)? Na potrzeby niemalże wszystkich polskich publikacji Prawdę mówiąc, o oddaniu ducha oryginalnego z komiksami disneyowskimi powstają duble tłumaimienia czy nazwiska na ogół wcale nie myślę. Zaleczeń do reprintów. Nierzadko zdarza się, że przychoży mi bardziej na tym, by pasowało ono do postaci. dzi Panu samemu tłumaczyć jakiś komiks po raz druCzasami także tutaj wprowadzam jakieś kulturowe gi lub trzeci. Czy Egmont nie może ponownie użyć odwołania – wspomniany Franc Mauer to oczywiste tego samego tłumaczenia? W Niemczech taki procenawiązanie do postaci z kultowego polskiego filmu. der jest możliwy, przynajmniej jeśli chodzi o histoWe włoskim oryginale postać ta nazywa się Rock Sasryjki Carla Barksa. A może musi Pan wręcz pilnować, si, co ma sugerować, że jest twardzielem („sasso” to po by tłumaczenie reprintu nie zgadzało się z pierwszą włosku kamień). Odrealnianie uniwersum to pomysł, wersją? który pojawił się jeszcze zanim zająłem się tłumaczeRóżnie to wygląda. Jeśli dany komiks był tłuma-

8

DIPOL - NUMER PIERWSZY


© WALT DISNEY COMPANY, 2007

© WALT DISNEY COMPANY, 1988

Przykłady nawiązań do klasyki w tłumaczeniach: „Skumbrie w tomacie” K. I. Gałczyńskiego...

czony przeze mnie, nie ma problemu z repetą tego samego przekładu, po ewentualnych modyfikacjach (wspomniane kropki, zmiany w zasadach ortografii itp.). Właściwie tylko raz zdarzyło się, że od nowa przekładałem komiks, który już kiedyś przetłumaczyłem. Tekst w postaci elektronicznej zaginął, w wydawnictwie gdzieś zapodział się numer Giganta z tą historią, a komiks trzeba było przetłumaczyć szybko. Sprawa ma się inaczej, gdy przekład pochodzi z czasów wcześniejszych albo jest dziełem kogoś, kto już z wydawnictwem nie współpracuje. W takiej sytuacji bywa, że Egmont nie posiada pełni praw autorskich do tłumaczenia. Wtedy przekłada się daną historię jeszcze raz. Bywa jeszcze inaczej: np. w wypadku Życia i czasów Sknerusa McKwacza przygotowanie nowego tłumaczenia było decyzją wydawnictwa, ponieważ poprzednie bywało krytykowane. Nawet największym zdarzają się błędy. Jak duża ilość krytyki dotyczącej tłumaczeń i języka używanego w komiksach dociera do redakcji, a jaki błąd popełniony przez Pana zasłużył sobie na miano „najbardziej spektakularnego”? Nie wiem, jak wiele takiej krytyki dociera do redakcji. Do mnie bardzo niewiele. Nie sądzę jednak, by redakcja nie przekazywała mi tych uwag, widocznie więc czytelnicy rzadko krytykują ten aspekt komiksów... albo też nie zgłaszają swoich zastrzeżeń do wydawnictwa. Pamiętam dwie spektakularne sytuacje, obie sprzed lat. Jeszcze pod koniec ubiegłego wieku Gazeta Wyborcza wydrukowała list czytelnika, który krytykował język stosowany w Gigancie, podając przykłady potocznych wyrażeń w stylu „kupił tę bajeczkę” i ubolewając, że takiej mowy uczy się dzieci. Odpowiedzieliśmy listem, również opublikowanym w Wyborczej, do którego wyszukałem znacznie bardziej spektakularne i „ostre” wyrażenia potoczne z klasyki polskiej literatury młodzieżowej, głównie z książek Makuszyńskiego i Niziurskiego. Innym razem do redakcji zadzwonił rodzic, oburzony słowem „neptek” w KD. Twierdził, że ten rzeczownik pochodzi z gwary więziennej i uży-

... jak również klasyki gatunku disco-polo

wanie go w komiksie dla dzieci to skandal. Tej gwary więziennej nie udało mi się potwierdzić, dotarłem do źródeł sytuujących „neptka” w gwarze miejskiej. Dość, że od tamtej pory „neptka” w komiksach nie ma. Jakie różnice jest Pan w stanie zauważyć między pierwszym przetłumaczonym KD/Gigantem, a najnowszymi numerami? Bilans wychodzi dodatnio, czy ujemnie? Czy kiedykolwiek, np. pod wpływem szeregu złych decyzji, miał Pan ochotę wziąć sprawy we własne ręce i redagować któreś z pism samodzielnie? Jeśli chodzi o Giganta, specjalnych różnic nie widzę. KD zaś jako magazyn oczywiście ewoluuje, zmienia się, ale przynajmniej częściowo znam i rozumiem powody tych zmian. Akurat dobór komiksów na pewno nie jest gorszy niż przed laty. Nigdy natomiast nie miałem ochoty wyręczać redaktorów w pracy. Po pierwsze – wolę zajmować się swoją robotą. Po drugie – to są świetni fachowcy. Czy kontaktuje się Pan bezpośrednio z twórcami komiksów? Przykładowo, Don Rosa często domaga się konsultacji i wglądu w tłumaczenia, kolorowanie, skład wydania (gdy zawiera ono tylko jego komiksy). Czy taki rodzaj kontaktu w ogóle istnieje, czy może wszystkie wątpliwości stara się rozwikłać redakcja duńska? Nie kontaktuję się z twórcami komiksów. Jeśli ktoś się tym zajmuje, to właśnie Duńczycy, ale nie mam pojęcia, jak to wygląda. Podczas ostatnich wizyt rysowników disneyowskich w Polsce (Vicara, Flemminga Andersena, dwukrotnie Ferioliego), znajdował się Pan najbliżej nich, oczywiście w roli tłumacza. Który z nich zrobił na Panu najlepsze wrażenie - albo - może inaczej: z którym z nich znalazł Pan wspólny język? Wszyscy trzej to bardzo sympatyczni ludzie. Z Flemmingiem Andersenem i Feriolim dogadywaliśmy się doskonale i spędzaliśmy miło czas także na prywatnej stopie. Kontakt z Vicarem ograniczył się raczej do sytuacji zawodowych, głównie z racji różnicy wieku. DIPOL - NUMER PIERWSZY

9


© WALT DISNEY COMPANY, 2005 | SKAN: RYSo

© WALT DISNEY COMPANY, 2006

Analogia do „Zakładów 22 lipca, dawniej Wedla”

Przemycenie Inwokacji z „Pana Tadeusza”

Śmiało pokuszę się o stwierdzenie, że jest Pan tłuzaprzeczyć że było ich wiele tysięcy, wiec z pewnośmaczem tej samej - najwyższej - klasy, na równi z dr cią „zaznajomił” się Pan z postaciami i z twórcami, Eriką Fuchs [niemiecką tłumacz komiksów Carla wyrobił Pan sobie jakieś opinie. Co najbardziej boli Barksa - przyp. red.] czy Alberto Becattinim - [włoPana w najnowszych scenariuszach komiksów disneyskim tłumaczem komiksów i Disneyologiem - przyp. owskich? red.]. W dialogach często pojawiają się nawiązania do Uważam, że zawsze były historie lepsze i gorsze. Nie literatury, twórczości kulturalnej (szczególnie częprzepadam za scenariuszami na siłę udziwnionymi, sto do piosenek Jacka Kaczmarskiego), w granicach takich jak oniryczne przemyślenia Mikiego, które czarozsądku. Pańskie przekłady są również gwarantem sami zdarzają się w KD. Chciałbym, by pojawiało się nieobecności popularnych frazesów obiegających więcej komiksów historycznych, osadzonych w jakimś internet (np. „weź się ogarnij”). Czy nie uważa Pan, okresie dziejów. Nie chodzi mi o historie z wehikułem że internet wpływa na docelową grupę odbiorczą czasu, a takie, jak Mleka i igrzysk czy Złapał kozak kaKD/Giganta, podświadomie zawężając poziom ich czorzyna. słownictwa? Czy komiksy mają w sobie jeszcze wystarczająco dużo potencjału, by przemycić w postaci Pytanie o „ulubioną historyjkę” nie byłoby specjal„smaczków” akcenty zachęcające do lektury książek nie wymyślne… Czy ma Pan ulubiony typ historyetc., czy będą raczej zmierzać do jek? Woli Pan prace „klasyków” dostosowania się do poziomu inczy twórców współczesnych? ternetowego? Dwie historie, które wymieniDziękuję za niezwykle miłe [...] cieszyłbym się jeszcze łem w poprzedniej odpowiedzi, słowa i porównanie, które przy- bardziej, gdyby [komiksy] należą z pewnością do moich nosi mi zaszczyt. Zakres słowni- wykształcały w nich ulubionych. Jak wspomniałem, ctwa, stosowanego na co dzień, lubię komiksy historyczne. Co [dzieciach] nawyk czytania, także w sieci, z pewnością ulega do drugiej części pytania... poprowadzący do kolejnych zawężeniu, głównie dlatego, że dział na klasyków i twórców młodzi ludzie coraz mniej czyta- lektur. współczesnych nie jest dla mnie ją. Moim zdaniem przede wszystdo końca jasny. Czy Vicar i Markim właśnie lektury wzbogacają co Rota to klasycy, skoro ciągle język, którym się posługujemy. Byłoby wspaniale, gdyby tworzą? Bardzo ich cenię, podobnie jak wielu innych disneyowskie komiksy przyczyniały się do językowego twórców. Carl Barks był geniuszem, Romano Scarpa rozwoju dzieciaków. Ale cieszyłbym się jeszcze bardziej, był świetny, a Don Rosa to artysta absolutnie niepowtagdyby wykształcały w nich nawyk czytania, prowadząrzalny. To wszystko truizmy... Jeśli zaś chodzi o tych, cy do kolejnych lektur. Zresztą wiem, że takie zjawisko którzy klasykami zostać mogą dopiero w przyszłości – zachodzi, przynajmniej w pojedynczych wypadkach, uwielbiam, po prostu uwielbiam ostry, dynamiczny styl i stanowi to powód do ogromnej satysfakcji. Mam przeFlemminga Andersena. Wystarczy fragment kadru, by świadczenie, że dziecko, które czyta dużo, buduje sobie poznać, że to on. Gdybym miał wskazać jednego uluogromny kapitał na przyszłość, zwłaszcza w czasach, bionego rysownika, byłby to chyba właśnie Andersen. gdy większość rówieśników czyta niewiele. Na koniec: Kaczki czy Myszy? Nawet gdybym chciał zliczyć wszystkie strony przeZdecydowanie kaczki! tłumaczone przez Pana przez te wszystkie lata, wynik byłby z pewnością niedokładny... Ale nie da się

10

DIPOL - NUMER PIERWSZY


WYROCZNIA KOMIKSOWA

często zadawane pytania i rzadko udzielane odpowiedzi

F

ilmy i komiksy z disneyowskimi bohaterami są doskonale znane na całym świecie. Mimo tego, dla wielu odbiorców, niektóre zagadnienia ze świata ich przygód nadal są niezrozumiałe i owiane tajemnicą. W tym dziale pragniemy rozwiewać wszelkie wątpliwości oraz w wyczerpujący sposób odpowiadać na nurtujące czytelników pytania. W tym numerze część z nich została wybrana przez zespół redakcyjny na podstawie długotrwałej obserwacji środowiska fanowskiego toczącego zajadłe dyskusje dotyczące komiksów Disneya. Mamy nadzieję, że przedstawione zagadnienia są interesujące, a udzielone odpowiedzi zaspokoją ciekawość czytelników. Zachęcamy do współredagowania tego działu. Prosimy o nadsyłanie intrygujących pytań i interesujących Was kwestii. Dlaczego koszula Kaczora Donalda jest raz niebieska, a raz czarna? Pierwsze paski komiksowe z Donaldem, rysowane przez Ala Taliaferro, ukazywały się w gazetach i były czarno-białe. Niebieska, marynarska koszula bohatera jest w nich czarna dla uzyskania lepszego kontrastu. Z czasem, gdy komiksy doczekały się własnych czasopism drukowanych w kolorze, postanowiono nie zmieniać dawnego image’u Donalda i jego wdzianko pozostało czarne. Natomiast na okładkach magazynów z komiksami ubranie kaczora jest niebieskie, bowiem wydawca uznał, że większa liczba kolorów może przyciągnąć potencjalnego czytelnika. Dlaczego Myszka Miki nosi rękawiczki? Początkowo Myszon nie nosił rękawiczek. W jego filmowym debiucie widzimy czarne dłonie. Z uwagi na fakt, że nie można było rozpoznać dokładnych konturów palców, Walt Disney zdecydował się zaakcentować wyrazistość dłoni rysując je w białych rękawiczkach. Można więc powiedzieć, że Miki nosi rękawiczki ze względów estetycznych, uzasadnionych względami sztuki filmowej.

Inny sposób oszacowania pojawił się w komiksie Magic Hourglass (w Polsce ukazał się pod tytułem Zaklęta klepsydra i opublikowany został w Kaczorze Donaldzie 02/2009). W wyniku pewnych działań Sknerus traci co minutę milion dolarów. Komentuje to stwierdzeniem, że jak tak dalej pójdzie, zostanie bankrutem za ... 600 lat. 600 lat to 315 576 000 minut, razy milion daje nam 315 000 000 000 000, czyli 315 bilionów dolarów. Musimy jednak pamiętać, że powyższe stwierdzenie stanowiło tylko jeden z gagów w komiksie. Wobec tego jak duży jest skarbiec McKwacza? Czytamy, że zawiera „trzy akry sześcienne gotówki” - czyli ile? Akr to miara powierzchni, nie długości, stąd pojawiły się nawet przypuszczenia, że kaczki żyją w sześciowymiarowej przestrzeni - ale to tylko zabieg Carla, podobnie jak dziwne liczby, mający pokazać ogrom bogactwa starego skąpca. Spróbujmy jednak oszacować, ile pieniędzy może się zmieścić w skarbcu. W komiksach widzimy tę budowlę jako mniej więcej sześcian, możemy też dostrzec wskaźnik głębokości gotówki - 100 stóp (czyli 30 metrów). Możemy więc założyć, że Skarbiec ma objętość około 27 000 m3. Zawiera srebrne ćwierćdolarówki i dziesięciocentówki, niklowe pięciocentówki, miedziane centy oraz banknoty - dodajmy do tego ich wartość historyczną i kolekcjonerską. Dla ułatwienia załóżmy, że cały skarbiec wypełniają jednodolarówki. Jednodolarówka o średnicy 26,5 mm i grubości 2 mm zajmuje ok. 1,1 cm3. W skarbcu o pojemności 27 000 x 100 x 100 x 100 cm3 zmieściłoby się więc ponad 24 545 454 545 monet co daje nam, uwzględniając wolne przestrzenie między monetami, ponad 24 miliardy dolarów.

Odpowiedź na tytułowe pytanie powinna jednak brzmieć: to najbogatszy kaczor na świecie. Posiadacz różnorodnych skarbów i klejnotów, właściciel banków, kopalni, farm, fabryk, kolei, parowców, teatrów, gazet, a także wielu innych przedsiębiors t w - or a z o cz y w i ś c ie słynnego Skarbca. © the walt disney company, 1952

Jak bogaty jest Sknerus? Odpowiedź znajdziemy w komiksach twórcy Sknerusa, Carla Barksa. W historyjce Second Richest Duck (która ukazała się w Polsce pod tytułem O kawałek sznurka w Kaczorze Donaldzie nr 32/2010) czytamy, że łączna wartość jego kopalni, zakładów, skarbców to jeden multiplujillion, dziewięć obsquatumatillionów, 623 dolary i 62 centy. Ta oraz podobnie brzmiące liczby mają jedno zadanie - pokazać, że majątek McKwacza jest niewyobrażalny.

Dlaczego Sknerus potrafi pływać w pieniądzach? Nietypowa zdolność pływania w pieniądzach jest, obok faktu bycia najbogatszym kaczorem na świecie, znakiem rozpoznawczym McKwacza. Jeżeli poszukujemy odpowiedzi na pytanie, jak możliwe jest pławienie się w twardych i ciężkich kawałach metalu, wyjaśnienia udziela nam sam twórca postaci Sknerusa, Carl Barks. DIPOL - NUMER PIERWSZY 11


Pozostaje pytaniem kwestia, dlaczego najbogatszy kaczor świata upodobał sobie tak nietypowe zamiłowanie do pływania w złocie. Sknerus dosłownie pławi się w swojej fortunie, chcąc wyrazić w ten sposób przywiązanie do niej. Wyjaśnia się to w komiksie Barksa Only a Poor Old Man. Kaczor oświadcza, że każda moneta ma dla niego ogromną wartość sentymentalną albowiem posiada własną historię. Pływanie w pieniądzach jest dla niego ponownym przeżywaniem minionych zdarzeń, fantastycznych przygód i licznych wypraw, które odbył dążąc do zdobycia bogactwa. Zapewne właśnie dlatego, u schyłku swojego życia, Sknerus tak bardzo lubi „pływać w pieniądzach jak delfin”, „przekopywać się przez nie jak kret” i „rzucać je sobie na głowę”. W sumie, ta śmieszna przypadłość Sknerusa, która bawi pokolenia fanów jest jeszcze jednym z dowodów, że komiksowe historie Barksa zawierają wiele ukrytych poziomów i głębi. Twórca celnie odtwarza w zachowaniu kaczora charakter ludzkiej natury związanej z przemijaniem. Na starość wielu dawnych bohaterów przeżywa swoje „sny o potędze”. Co stało się z rodzicami siostrzeńców Kaczora Donalda? Większość czytelników komiksów z Kaczorem Donaldem bezrefleksyjnie przyjmuje fakt, że jest on jedynym opiekunem Hyzia, Dyzia i Zyzia. Tworzą rodzinę, wokół której rozgrywa się większość disneyowskich historyjek. Dla osób dociekliwych, nurtującym może być pytanie, dlaczego Kaczor Donald opiekuje się swoimi siostrzeńcami, skoro powinno być to obowiązkiem ich rodziców. Chcąc znaleźć na nie odpowiedź musimy prześledzić historię pojawienia się i dalszych losów Hyzia, Dyzia i Zyzia w komiksach. Interesujące jest, że rodzice siostrzeńców zostają wspomniani już w debiucie kaczorków, pasku niedzielnym autorstwa Ala Taliaferro z 1937 roku. Donald odbiera w nim list od swojej siostry, Delli (w krótkometrażówce opartej o paski Ala, Donald's Nephews pojawia się także imię Dumbella), 12

DIPOL - NUMER PIERWSZY

© the walt disney company, 1937

Kwestia nurkowania w monetach intrygowała fanów już w poprzednich dekadach, dlatego też rysownik postanowił ją ostatecznie rozstrzygnąć. Według Barksa, Sknerus jest jedyną osobą, która posiada umiejętność pływania w pieniądzach z racji niebywałej miłości do zgromadzonego przez siebie majątku. Przez lata kontaktu z cennymi kruszcami, skóra kaczora oraz jego ubrania zaabsorbowały złoty pył, który w kontakcie z monetami działa podobnie jak smar. Właśnie dzięki temu Sknerus może poruszać się w hałdach złotych krążków niczym ryba w wodzie. Okazuje się jednak, że obecność związków metalopochodnych w skórze wywiera negatywny wpływ na organizm bohatera, co zostaje wspomniane w komiksie Mysterious Stone Ray, gdzie McKwacz uskarża się na „poczucie ciężkości i zmęczenia”. Diagnoza lekarska wskazuje jako przyczynę problemów zdrowotnych Sknerusa złoty pył.

która wyjaśnia konieczność wysłania mu pod opiekę „słodkich kacząt”. Przyczyną okazuje się być żart siostrzeńców, polegający na podłożeniu własnemu ojcu petardy pod krzesło, w efekcie czego nieszczęśnik trafił do szpitala. Po paru paskach prezentujących czytelnikowi wybryki siostrzeńców, Donald otrzymuje telegram od ich matki, która prosi o odesłanie synów. Chłopcy wracają do domu, jednak nie na długo. O ile początkowo możemy odnieść wrażenie, że ich obecność jest konsekwencją kolejnych, opłakanych w skutkach, dowcipów, później autor (Taliaferro) wyraźnie daje nam do zrozumienia, że Donald przejął wszystkie obowiązki rodzicielskie. Prawdopodobnie Hyzio, Dyzio i Zyzio mieli być postaciami tzw. „jednego występu”, a ich pobyt u wujka, w pierwotnych zamierzeniach, miał trwać nie dłużej niż kilka pasków. Okazało się jednak, że mali bohaterowie nie tylko dobrze wywiązali się ze swojej gagowej roli, ale także ich obecność otworzyła drogę do wielu nowych rozwiązań fabularnych. Z czasem zapomniano o rodzicach kaczorków, gdyż stwierdzono, że o wiele zabawniej będzie, kiedy wybuchowy i niesforny Donald wcieli się w rolę opiekuna kochających płatać figle dzieciaków. Co dalej działo się z Dellą i jej mężem nie wiadomo. Współcześnie, wydawnictwo Egmont, największy, zewnętrzny twórca komiksów Disneya, uznaje rodziców siostrzeńców za... zmarłych. Jego zdaniem nagłe pojawienie się tych postaci wywołałoby ogromne zamieszanie w kaczym uniwersum, jest ono wystarczająco niespójne. Swego czasu, Don Rosa miał plany stworzenia historyjki opowiadającej o ojcu Hyzia, Dyzia i Zyzia, jednak wydawca odrzucił ten pomysł. Kwestię rodziców siostrzeńców należy zatem podsumować konkluzją, że owiana jest ona tajemnicą i niedopowiedzeniami. Oficjalnie wiemy, że nie żyją, ale okoliczności i przyczyny ich zniknięcia pozostają, z woli władców komiksowych wydawnictw, nieznane. Możemy zatem pozostawić to własnej wyobraźni. Dlaczego Kaczor Donald smaży sobie jajecznice i je na obiad drób? Postaciom antropomorficznym nadaje się ludzkie cechy wyglądu i zachowania. Celem bowiem ma być


© the walt disney company, 1938

© DON ROSA

uczynienie ich podobnymi do ludzi. Taki zabieg sprawia, że odbiorca łatwiej identyfikuje się z uczłowieczonym zwierzakiem, a jego przygody są bardziej zrozumiałe i dostarczają więcej emocji. Scenarzyści pasków oraz animacji z udziałem kaczora patrzyli na swojego bohatera jak na zwyczajnego, amerykańskiego obywatela, a nie ptaka, który posiadł umiejętność mówienia i przejął część z ludzkich nawyków. Twórcy starali się uczynić kaczora jak najbardziej ludzkim, bliskim potencjalnemu odbiorcy, doprowadzając czasami do różnych paradoksów, jak chociażby w przypadku jedzenia jajecznicy i drobiu przez Donalda, co wydaje się być swoistym kanibalizmem. Z pewnością bardziej szokująca byłaby scena, w której kaczor przystępuje do obiadu, a na jego stole znajduje się potrawa przyrządzona z ludzkiego mięsa, brrr! Czytelnicy komiksów postrzegają występujące w nich postaci jako osoby ludzkie, choć o bardzo oryginalnym wyglądzie. Z tego powodu, zaskoczenie wywołała w swoim czasie przedstawiona poniżej okładka autorstwa Dona Rosy przedstawiająca doskonale znanych fanom bohaterów jako najprawdziwsze kaczki. Swoją drogą, kaczory jedzące drób lub też prowadzące hodowlę stanowią pewnego rodzaju abstrakcyjny żart. Znalazł on zastosowanie w późniejszych gagach komiksowych (patrz str. 18, Carl Barks Poleca: Omelet).

Dlaczego Kaczor Donald nie nosi spodni, a wychodząc spod prysznica jest owinięty ręcznikiem w pasie? To z pewnością najbardziej nurtujące, a także wywołujące kontrowersje pytanie, jeśli chodzi o kacze uniwersum. Świadczą o tym liczne artykuły oraz humorystyczne rysunki i komiksy, od czasu do czasu pojawiające się na popularnych portalach, których autorzy starają się dociec wyjaśnienia. Tak naprawdę, nie da się udzielić na nie pewnej odpowiedzi poza podobną do tej, podanej na pytanie o spożywanie przez kaczki drobiu. Taki był po prostu zamysł twórców. Uczłow ieczenie Donalda wymagało nadania mu ludzkich odruchów, czyli między innymi także owijania się ręcznikiem po wyjściu z kąpieli. Obok tego faktu, istotny jest także aspekt wizualny wyglądu kaczora. Wyobraźmy sobie bohatera w długich, szerokich spodniach, uzyskamy obraz komiczny, zbyt już odległy od postaci, którą odbiorca mógłby zaakceptować bez zdziwienia. Ponadto, kaczora w portkach byłoby o wiele trudniej animować, bo poruszanie się w krępujących płetwy tekstyliach wyglądałoby dość sztucznie. Design Donalda został dokładnie przemyślany przez disneyowskich twórców, jeżeli uznali, że bohater nie potrzebuje dolnej części garderoby, możemy być pewni, że to słuszna decyzja, w końcu podjęli ją artyści pierwszej próby. Nie ma sensu doszukiwać się w tym prostym zabiegu artystycznym jakiegokolwiek szokującego drugiego dna, jak robi to współcześnie wielu. Pytania tego typu zadawane na wielu portalach młodzieżowych nie świadczą o dowcipie i dociekliwości pytających oraz inteligencji żmudnych wyjaśniaczy, ale dowodzą niezrozumienia prostej, w zasadzie, sprawy jaką jest konwencja artystyczna. Twórca ma prawo do kreowania własnej umowności w obrębie swojego dzieła. Można równie sensownie bawić się w dochodzenie dlaczego litery alfabetu wyglądają tak, jak wyglądają. Gladstone & Ryso

DIPOL - NUMER PIERWSZY 13


RECENZJE KOMIKSÓW

Blaggard Castle Scenariusz: Webb Smith Fabuła i rysunki: Floyd Gottfredson Inking: Ted Thwaites Opublikowany w 78 paskach gazetowych w okresie 12.11.1932 - 10.02.1933

Miki otrzymuje tajemnicze zaproszenie do Zamku Blaggard. Profesorowie Ecks, Dublex i Triplex proszą myszona, aby pomógł im udoskonalić wielki wynalazek nad którym właśnie pracują. Mimo podejrzanego charakteru listu, Miki wraz z Horacym udają się do zamku. Jak nietrudno się domyślić, profesorowie okazują się geniuszami zła, a nasi bohaterowie zostają uwięzieni…

A

utorami tej historii są Floyd Gottfredson i Webster Smith. Ten drugi nie odznaczył się na polu komiksowym szczególnymi osiągnięciami. Blaggard Castle to jego debiut, w późniejszym okresie współtworzył tylko kilka pasków. Pracował za to w animacji. Był jednym ze scenarzystów filmów takich jak Królewna Śnieżka, Pinokio, Fantazja, czy choćby krótkometrażówki On Ice. W związku z tym faktem, „filmowość” omawianego komiksu wydaje się uzasadniona. Mamy przykładowo kadr, w którym Miki i Horacy udają się do zamku w ciemną deszczową noc. W pewnym momencie błyskawica rozświetla niebo, ujawniając budowlę w całej, strasznej okazałości. Jest to oczywiście klasyczny chwyt z horrorów, który kojarzy chyba każdy. Trzeba tu dodać, że na lata 30. przypada rozkwit właśnie tego gatunku filmowego (Frankenstein, Mumia, Dracula). Jeśli już mowa o powiązaniu historyjki z filmem, to mnie osobiście kojarzyła się, pod względem tematyki i klimatu, z shortem The Mad Doctor z roku 1933 (co ciekawe, miał on premierę 21 stycznia – Blaggard Castle ciągle wtedy wychodził). Mamy zamek, szalonego doktora, porwanie oraz eksperymenty na bohaterach. Przypadek? W The Mad Doctor naukowiec-psychopata porywa Pluta do swojego zamku, gdzie zamierza… odciąć mu głowę, i przyszyć do tułowia kurczaka. Miki wyrusza na ratunek, lecz - podobnie jak w komiksie – wpada w pułapkę. Jeżeli ktoś jest ciekawy zakończenia, to odsyłam do rzeczonego filmu. Mogę tylko powiedzieć, że rozwinięcie wątku jest dużo ciekawsze na papierze, niż na ekranie (choć i tam są świetne sceny). 14

DIPOL - NUMER PIERWSZY

© the walt disney company, 1932

Powszechnie wiadomo, że komiksów opowiadających o losach disneyowskich bohaterów jest niezliczona ilość. Występuje również olbrzymie zróżnicowanie, jeśli chodzi o poziom historyjek. Owa ilość i jakość powoduje, iż fani powinni dzielić się ze sobą wiedzą na ich temat oraz wymieniać poglądy odnośnie poszczególnych scenariuszy. Wszak nie wszystko warte jest czytania. Nasze pismo pragnie ułatwić wymianę tych informacji, za pomocą działu, do którego każdy czytelnik może nadsyłać recenzje wybranych przez siebie komiksów. Pragniemy, aby w naszych komiksowych debatach brała udział jak największa liczba uczestników. Zapraszamy i czekamy na Wasze teksty.

Zamek Blaggard

Przy fabule tego typu, można zastanawiać się, do kogo właściwie komiks był kierowany. Czy nie był zbyt przerażający dla młodego czytelnika? To dość kontrowersyjna kwestia, i jednoznaczna odpowiedź (o ile w ogóle możliwa) wymagałaby dokładnej znajomości realiów USA lat 30. Moim zdaniem, młodzież pod tym względem nie różniła się zbytnio od tej z następnych pokoleń. Młodzi ludzie zawsze uwielbiali przygodę, strach, suspens – komiksowa/książkowa/filmowa przemoc stanowi od lat niezmiennie wielką frajdę. Biorąc pod uwagę wielką popularność kina i komiksu w omawianym okresie, sądzę, że Blaggard Castle raczej nie wywierał większego wrażenia na dzieciach. Należy również pamiętać, że dorośli też często sięgali po historyjki obrazkowe. Twórcy mieli to na uwadze, stąd właśnie w twórczości np. Gottfredsona i Barksa liczne motywy szpiegowskie oraz kryminalne. Reasumując, była to rozrywka dla wszystkich. Istnieje jednak anegdota, która dowodzi, że nie wszyscy się z tym zgadzali. Ludzie z wydawnictwa King Features Syndicate zakwestionowali „scenę”, podczas której Miki przedostaje się przez pomieszczenie pełne aligatorów. Twierdzili, że gady przerażą kobiety i dzieci (w tym kontekście ciekawe jest, że cenzura nie zwróciła uwagi przykładowo na paski z Horacym w transie). Ponieważ było już za późno na rysowanie nowych kadrów Floyd zwrócił się do samego Walta Disneya. Ten stwierdził, że wszystko jest w porządku i zatelegrafował do wydawnictwa, że nie będzie żadnych zmian. I rzeczywiście nie było. Taką moc sprawczą miał „szef”. I jeszcze trochę historii: lata 30. to czas prezydentury F. D. Roosevelta (od 1933). Jego Nowy Ład położył kres nie tylko Wielkiemu Kryzysowi, ale po części także


epoce społecznego indywidualizmu, która objawiała się „horrorowata” atmosfera, która w połączeniu ze specyw USA m.in. „rządami” gangsterów i baronów zbrodni fiką lat 30. sprawia, że i tak czyta się z przyjemnością. w poprzedniej dekadzie. Roosevelt stosował politykę Do ciekawostek z epoki można zaliczyć koncepcję urząinterwencjonizmu dzenia którym posługują się antagoniści – „Visivox”. p a ń s t w ow e g o . Pozwala ono im widzieć i słyszeć wszystko Oznaczało to na świecie. Założę się, że nie m.in. zasiłki ma wśród nas osoby, która ani dla bezrobotnych, razu nie marzyła o czymś tap omo c p a ń s t w a kim. Syn Floyda przypomina w różnych przedsięwzięsobie sytuację, kiedy ciach, nowe rozwiązania jako dziecko zobaw dziedzinie gospodarczył rysunki „Visivoki, regulację przemyxu”. Zapewniał ojca, że to zbyt słu, rolnictwa, sektora nieprawdopodobne i nikt bankowego… w skrów to nie uwierzy. Jacie – państwo „wtrąkiś czas później rysowc ając się” w wol ny nik pokazał mu podobne © the walt disney company, 2002 rynek stabilizowało urządzenia w działaniu. WyProfesorowie Rubel, Dubel i Bubel w wersji Rodrigueza sytuację gospodarczą kraju. pada dodać, że w tych czasach Było to zupełne przeciwieństwo leseferyzmu - poglądu sam pomysł na coś w rodzaju monitoringu wydawał się który zakładał, że państwo ma być jedynie „nocnym nie z tej ziemi. Gottfredson, jako, że dbał o pewnego stróżem”, i który to pogląd doprowadził do Kryzysu. stopnia realizm w swoich dziełach, dużo czytał na ten Dlaczego o tym piszę? Ponieważ zakończenie Blaggard temat. Przewidywał, że powstanie sprzętu tego typu jest Castle wpisuje się niejako w podobny schemat. U pewtylko kwestią czasu. Oprócz tego, w komiksie na uwagę nych bohaterów można zaobserwować przemianę anazasługuje moment, kiedy możemy podziwiać niesłychalogiczną do tej którą przeszły Stany Zjednoczone. Poną pomysłowość Mikiego. Bez ujawniania szczegółów dobny zabieg był w tym czasie często wykorzystywany powiem jedynie, że „patent”, który wymyślił, pozwala w literaturze i filmie. Miało to symboliczne znaczenie nazwać myszona przodkiem MacGyvera. Do smaczków dla ludzi żyjących w czasach Kryzysu, budziło nadzieję można zaliczyć bezpośrednie nawiązanie do poprzedna lepsze jutro. niej opowieści o Mikim – Mickey Mouse Sails for Treasure Island, które znajdziemy na pierwszej stronie, oraz Zdaję sobie sprawę, że powyższa część akapitu może gag z drugiego paska strony czwartej (dziś już mocno wydawać się odrobinę niejasna, lecz bardzo trudno opioklepany, lecz może kojarzyć się… z pewną sceną filmu sać to zagadnienie, nie zdradzając zakończenia. Monty Python i Święty Graal.). Drugą sprawą o podłożu historyczno-społecznym jest plan czarnych charakterów. Chcą oni rzecz jasna podbić świat, a do tego celu wykorzystują hipnotyczny promień. Klasyczny już dziś motyw miał swoje korzenie w obawach Amerykanów. Kraj opętany Kryzysem doświadczał zamieszek, strajków oraz starć z policją. Politycy bali się, że ludzie, szczególnie robotnicy, mogą zechcieć obalić władzę. Strach przed dominacją surowej, brutalnej siły przejawiał się także w kulturze. Przykład możemy zaczerpnąć z King Konga. Wielki małpiszon na czubku Empire State Building dobitnie to pokazywał. Zupełnie jak Ecks, Dublex i Triplex planujący zamienić ludzi w morderców. Myślę jednak, że czas wrócić do meritum. Historia przedstawiona w tej historyjce nie jest zbyt odkrywcza, nie oszukujmy się. Tym bardziej dla dzisiejszego czytelnika, który podobne motywy „przewałkował” w dziesiątkach filmów, książek czy nawet komiksów. Z tego względu, czytany po takich dziełach jak The Gleam, Editor-In-Grief czy Mickey Mouse joins Foreign Legion, nie robi dużego wrażenia. Atutem jest niemal gotycka,

Rysunki. Komiks pochodzi z dość wczesnego okresu twórczego Floyda Gottfredsona. Są bardzo dobre, jednak jest to jeszcze czas „dojrzewania” stylu Floyda, który apogeum osiągnął dopiero jakieś 7 lat później. Miki jest tu bardziej zbliżony do swojej „formy” z wczesnych kreskówek, jak np. Plane Crazy (1929), co nadaje jeszcze bardziej „oldschoolowego” klimatu. Można pokusić się o stwierdzenie, że Blaggard Castle to jeden z pierwszych przykładów ukazania ponadprzeciętnie inteligentnych człekokształtnych, na dodatek czarnych charakterów (a do Planety małp jeszcze całe 30 lat!). Jesteśmy bowiem świadkami debiutu postaci małpich profesorów – Ecksa, Dublexa i Triplexa (tudzież Bubla, Dubla i Rubla). Przy tworzeniu tych bohaterów, Floyd inspirował się wyglądem Borisa Karloffa w filmie The Old Dark House z 1932 roku. Człekokształtni złoczyńcy pojawili się od tego czasu w kilkunastu komiksach, rysowanych m.in. przez Ferioliego, Rodriqueza, czy Joaquina. Niektóre z nich ukazały się w Polsce, w pismach Kaczor Donald i Gigant Poleca. W 1993 roku powstał natomiast bezpośredni sequel Blaggard DIPOL - NUMER PIERWSZY 15


© the walt disney company, 1933

plan zemsty przestępcy. Czy to streszczenie jakiegoś kryminału? Nie, to opis komiksu Topolino e il doppio segreto di Macchia Nera (Podwójny sekret Fantomena) który ukazał się w 31 numerze polskiego czasopisma MegaGiga. Należy dodać, że historia ta bardzo różni się od współcześnie powstających scenariuszy. Wydaje mi się, że dziś nie przeszłaby przez redaktorskie sito. Daje wgląd w ewolucję komiksowego „ducha” i choćby dlatego jest jedną z historyjek, które naprawdę warto poznać.

Castle zatytułowany The Perils of Mickey z rysunkami Stephena DeStefano do scenariusza Davida Cody’ego Weissa (niestety, nie miałem jeszcze przyjemności się z nim zapoznać). Podsumowując: Jest to komiks jak najbardziej wart przeczytania (jak każdy sygnowany nazwiskiem Gottfredsona), jednak jeżeli ktoś spodziewa się majstersztyku na miarę jego późniejszych prac, może się nieco zawieść. Ja stawiam mu ocenę 7/10 we floydowej skali. PS W związku z tym, że to chyba moja najdłuższa recenzja w życiu, pragnę z tego miejsca podziękować Gladstone’owi i WDCmaniakowi, którzy podesłali mi część materiałów, a także zasugerowali kilka niezbędnych zmian. Pahan

Il Doppio segreto di Macchia Nera

Scenariusz: Guido Martina Rysunki: Romano Scarpa Pierwsza publikacja w Topolino 116-119 (czerwiec-lipiec 1955, Włochy) Wydanie polskie: MegaGiga, t. 31 (kwiecień 2011)

Z

łoczyńca obmyśla plan, który pozwoli mu zemścić się na osobie, przez którą trafił za kratki. Domniemany sprawca, detektyw, zostaje przez niego wplątany w próbę zabójstwa szefa policji (notabene swojego przyjaciela) i trafia do więzienia. Na szczęście do akcji wkracza niezwykły kolega uwięzionego bohatera, który pomaga mu uciec z celi oraz zdemaskować diaboliczny 16

DIPOL - NUMER PIERWSZY

Komiks wywiera olbrzymie wrażenie, zwłaszcza, gdy czyta się go po raz pierwszy. Przyczynia się do tego przede wszystkim scenariusz, za który odpowiedzialny był Guido Martina. Znawca filozofii i literatury (posiadał stopnie naukowe z obu tych dziedzin) znakomicie wywiązał się z powierzonego mu zadania. Historyjka zawiera typowo „gottfredsonowskie” elementy, czyli niebezpieczne sytuacje, mroczną atmosferę, tajemnicę, zaskoczenie i humorystyczne rozstrzygnięcie. Choć późniejsze scenariusze Martiny są dość kontrowersyjne, jak na realia disneyowskie (niepotrzebna przemoc, znaczna zmiana osobowości postaci), trzeba przyznać, że twórca wywarł wielki wpływ na charakter i ducha komiksów Disneya. W jego historyjkach znajdziemy wiele odwołań do filmów oraz literatury (w Doppio © the walt disney company, 1955

Plakat krótkometrażówki „The Mad Doctor”

Komiksy we Włoszech mają bardzo długą tradycję. Już w 1932 roku, czyli zaledwie 4 lata po filmowym debiucie Myszki Miki w krótkometrażówce zatytułowanej Plane Crazy, w Italii pojawił się magazyn Topolino [wł. „myszka”] w formacie gazetowym, zawierający komiksy Disneya. W 1949 czasopismo zaczęto wydawać w formie kieszonkowej, którą to zachowało do dnia dzisiejszego. Gdy na początku lat 50 okazało się, że wydrukowano już wszystkie komiksy Floyda Gottfredsona, głównego rysownika komiksów z Mikim od początku istnienia tej postaci, podjęto decyzję o tworzeniu komiksów Disneya na miejscu, we Włoszech. Wśród zatrudnionych do tego celu rysowników i scenarzystów znaleźli się Romano Scarpa i Guido Martina. W efekcie ich współpracy powstał komiks Topolino e il doppio segreto di Macchia Nera będący bezpośrednią kontynuacją Floydowskiego Mickey Outwits the Phantom Blot.

Miki od strony złoczyńcy nie jest zbyt dobrze znany czytelnikom...


© the walt disney company, 1955

segreto mamy chociażby Szalonego Kapetelem Myszogrodu, któremu przytrafiały się niesamolusznika będącego inspiracją z Alicji w Krawite przygody. Ten pierwotny charakter inie Czarów), zawdzięczamy mu rówświetnie uchwycili Guido i Romanież popularną we Włoszech, a także no w swoim komiksie. Miki nie często pojawiającą się w Polsce jest kontrolującym sytuację hew w yda niach torosem, jak przyzwyczaiły nas mikowych postać współczesne narracje, ale jest Superkwęka, czyli ofiarą, usiłującą się niezdarnie bohaterskiego alter wyplątać z niebezpieczeństw, ego Kaczora Donalda. Guido jakie go spotykają. Gdyby nie położył podwaliny pod pomoc przyjaciół, historyjka nie specyficznie „włoskie”, mogłaby mieć szczęśliwego zaodmienne od innych, kończenia. disneyowskie komiksy. W uznaniu dla Kolejny m dowodem Scarpa zaczerpnął z komiksu Gottfredsona nawet oryginalne przebranie Mikiego! jego olbrzymiego na geniusz autorów jest © the walt disney company, 1939, 1955 dorobku, jak również dzięki wszechstronnemu wyprzedstawienie myszy od strony jej przeżyć wewnętrzkształceniu, zyskał przydomek „profesora”. nych, sięgających głębi i mroków duszy. Z komiksowej perspektywy dotykamy próby opisania realnego świata Mimo to, Doppio segreto to przede wszystkim pobliskiemu Szekspira i Dostojewskiego. W którym kopis talentu twórczego Romano Scarpy. Włoski mistrz miksie możemy zobaczyć mysiego detektywa próbująświetnie „wczuł” się w klimat historyjek Gottfredsona. cego popełnić morderstwo? Albo Mikiego z błyskiem Część czytelników była wręcz przekonana, że czyta szaleństwa w oczach? historyjkę zza oceanu. Sposób narracji bardzo przypominał znany z powstających w Stanach historyjek Ciekawie w komiksie prezentuje się Goofy. We emitowanych w gazetach codziennych w formie pawspółczesnych historyjkach, a także filmach animowasków. Romano starał się dodatkowo pogłębić wrażenie nych postrzegany jest jako niezdara o niezbyt lotnym amerykańskiego rodowodu komiksu. W tym celu zaumyśle. Gdybyśmy jednak cofnęli się do jego pierwstosował w historyjce kilka drobnych gagów, takich jak szych występów, odkrylibyśmy, że w rzeczywistości napisy „Goofy” zamiast włoskiego „Pippo” na skrzynce jest on uosobieniem czystego absurdu. Właśnie takiego pocztowej, a także „colonial stores”, „cherry”. UmieśGoofy’ego odnajdujemy w Doppio segreto. Mimo jego cił nawet podpis „Walt Disney” na jednym z kadrów. udziału w akcji, odnosi się wrażenie, że tak naprawdę O zgodę na ten zabieg Scarpa poprosił redaktora nastoi obok głównego nurtu wydarzeń, jest jedynie dodatczelnego Topolino, Mario Gentiliniego, który udzielił kiem ożywiającym historyjkę, czymś w rodzaju komenjej dopiero po konsultacjach z amerykańską komiksową tatora drwiącego z sytuacji i zachowań innych. „centralą”. W tej historyjce rywalem „uszatego” jest Fantomen. Współcześnie często można spotkać się z zarzutem, W swoim debiucie komiksowym (Mickey Outwits the że postać Mikiego jest zbyt idealna, wszystko mu się Phantom Blot) cechuje się charakterystczną dla niego udaje, przez co jest kompletnie nierzeczywisty. Nie zatajemniczością. Kim jest i czego pragnie? W recenzowawsze tak było. U Floyda myszon był zwykłym obywanym komiksie autorzy nie mogli już kontynuować tego wątku, bo wszystko zostało wyjaśnione przez Floyda. Głownie z tego powodu, na swój drugi występ postać ta musiała zaczekać aż 16 lat. Pomysł powrotu i wykorzystanie przez autorów motywu zemsty był strzałem w dziesiątkę. Sprawdził się w tej historyjce, a także otworzył furtkę dla kolejnych komiksów z Fantomenem. Wprawdzie później postać ta przeżywała swoje wzloty i upadki, doczekała się własnego magazynu ale i zaczęła wyglądać, jak „przerośnięta fasola w kiepskim kostiumie na Halloween” (patrz Dipol 0). Natomiast klasyczny Fantomen z Doppio segreto wciąż fascynuje czytelników. Nadal jest najbardziej tajemniczym i najgroźniejszym przeciwnikiem Mikiego. Zachęcam, przekonajcie się o tym sięgając po ten komiks. Gladstone Czyhając na przestępcę...

DIPOL - NUMER PIERWSZY 17


POLECA O

d kiedy zaczęły powstawać komiksy Carla Barksa, fani stanęli przed dylematem, które z jego dzieł jest najlepsze i rozpoczęli na ten temat dyskusję. Przy wyborze mogli kierować się różnymi aspektami, chociażby genialną fabułą, inteligentnymi dialogami, interakcją między postaciami, wciągającym klimatem, techniczną stroną rysunków i wieloma innymi czynnikami. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się być powrót do źródła, zapytanie samego twórcy, które swoje dzieła uważa za najlepsze. Z listów, które pisał oraz wywiadów, których udzielał przez 30 lat, wynika spójna odpowiedź na to pytanie. W tym dziale zajmę się historyjkami, które wymieniał - wyjaśnię ich genezę, a także poddam dokładnej analizie.

Na początku było jajko Każdy zna odwieczny dylemat, co było pierwsze, jajko czy kura? W przypadku kaczek sprawa również nie jest oczywista, ale postanowiłem, że w tej serii artykułów pierwszeństwo będzie przysługiwało jajku - a konkretnie dwóm komiksom powiązanym jajkiem jako motywem przewodnim. Rozpoczynamy od historyjki Omelet oraz arcydzieła Lost In the Andes, według Carla zdecydowanie najlepszej historii, jaką stworzył. Przed dalszą lekturą tekstu radziłbym zapoznać się z omawianymi komiksami. Omelet to 10-stronicowy komiks „z życia Kaczora Donalda”. Dowiadujemy się z niego, w jaki sposób Donald i jego siostrzeńcy mieli wpływ na zmianę nazwy miejscowości, w której za ich sprawą miało miejsce niecodzienne wydarzenie… Historyjka ukazała się w Polsce w Kaczorze Donaldzie 08/1994 pod tytułem Jajecznica Wielka. Na początek oddajmy głos Carlowi: Spośród historyjek 10 stronicowych, najbardziej lubię tę, w której Donald hoduje kury i przechowuje jajka na wzgórzu. Kiedy trzęsienie ziemi wstrząsa okolicą, jajka spadają w dół zalewając miasto leżące w dolinie, przez co musi zostać spalone. Komiks ten powstał w 1952 roku i ukazał się w 146stym numerze Walt Disney Comics and Stories. Co decyduje o wyjątkowości tej historyjki? Nie znajdziemy w niej skomplikowanej akcji, egzotycznych plenerów 18

DIPOL - NUMER PIERWSZY

© the walt disney company, 1952

Carl Barks, osoba która dla komiksów Disneya była tym kim Adam Małysz jest dla polskich skoków narciarskich. Nie był pierwszym z rysowników, ale to głównie jemu kaczogrodzki świat zawdzięcza swój obecny wygląd. To dzięki niemu komiksy Disneya stały się popularne w całych Stanach Zjednoczonych a później podbiły świat i wciąż czytane są przez kolejne pokolenia. Przez lata Barks dostarczał czytelnikom wzruszeń i radości, tytan pracy, wzór do naśladowania dla młodszych kolegów po fachu

czy postaci o rozbudowanych charakterach. Odpowiedź brzmi - humor. Podstawowym zadaniem komiksów „gagowych” jest rozbawienie odbiorcy, z czego Omelet fenomenalnie się wywiązuje. Kto po niego sięgnie, ani przez moment nie będzie się nudzić, ponieważ akcja wypełniona jest sytuacjami wywołującymi uśmiech na twarzy czytelnika. Mamy tu żarty słowne („kurczaków nie pędzi się przez miasto jak bydła”), rysunkowe („łyse” kury), zahaczające o absurd (kaczki hodują kury), niespodziewane (lawina jajek), jak i przewidywalne (pióra i smoła). Warto zauważyć, że zabawne zdarzenia nie są luźno upchnięte, ale często łączą się nadając tempo akcji. Przykładem tego jest sekwencja mikstura Donalda - łyse kury - uznanie pierza za śnieg - smoła. Mocną stroną tego komiksu jest zdecydowanie scenariusz. Współcześnie scenarzyści zalewają czytelników nudnymi, oklepanymi schematami tworzonymi „masowo”. Perełki, zarówno pod względem pomysłów, jak i budowy, trafiają się rzadko. „Perełką” z dawnych czasów jest bez wątpienia Omelet. Cała konstrukcja historyjki ma formę szkatułkową, tzn. opowieść w opowieści. Czytelnik zostaje wciągnięty w fabułę poprzez postawienie pytania - dlaczego kaczory muszą przejeżdżać przez miasteczko incognito oraz przede wszystkim, skąd wzięła się taka dziwna nazwa, czyżby Donald miał z tym coś wspólnego? Mamy tu jeden gag, rozpoczynający się na pierwszej, a kończący na ostatniej stronie historyjki, który stanowi klamrę spinająca całość. Współcześnie scenarzyści nie stosują tej metody, idą raczej na łatwiznę: pierwszy kadr zwykle pokazuje dziwne zdarzenie, nietypową sytuację, a później akcja


źródło: carl barks and the art of the comic book

cofa się w czasie, tłumacząc jak do tego doszło (sam Barks również stosował czasem ten zabieg, np. w Cave of the Winds). Zastosowanie takiego manewru eliminuje potrzebę wymyślania gagu-klamry, który ma zgrabnie łączyć całość. Warto zaznaczyć, że taka budowa i użycie retrospekcji nie sprawdzą się w każdej historyjce. To komiks ma dyktować formę, a nie forma komiks. W przypadku historii z życia Donalda, retrospekcje wypadają dość dobrze, zwłaszcza w tych pokazujących kaczora, który wykonuje różne zawody. Osobną sprawą jest niesamowity pomysł z jajeczną powodzią. Po latach Dom i gospodarstwo rolne w Dolinie San Jacinto. Carl później „skarżył się” że możecie nie pamiętać szczegółów fazapierający dech widok z okna jego studia na pobliskie pasmo górskie kosztował buły wielu komiksów, ale gwarantuję, że go setki roboczogodzin... jajecznej lawiny nie zapomnicie. Barks jako jeden z pierwszych komiksiarzy rysował w swoich Warto zapytać skąd Carl brał pomysły na swoje kodziełach olbrzymie ilości rzeczy czy zwierząt, zwykle na miksy. W przypadku Omelet odpowiedź jest prosta słynnych półstronicowych kadrach. Najczęściej były to - z własnych doświadczeń! Co prawda nie przytrafipieniądze Sknerusa, na przykład w Only Old Poor Man, ła mu się nigdy jajeczna lawina ale przez pewien czas gdzie znajdziemy niesamowity kadr z pękającą tamą. zajmował się… hodowlą kurczaków. Między fanami Przed największym wyzwaniem Carl stanął jednak rypowszechna jest opinia, że postacie, których używał sując komiks The Lemming with the Locket. Właściwie ucieleśniają różne aspekty jego osobowości. Perypecała historia jest zbudowana wokół tego jednego kadru tie Donalda obrazują pierwszą część życia twórcy, tj. - sceny pokazującej masę lemingów zmierzających ku człowieka przenoszącego się z jednej pracy do drugiej, morzu. pełnego dobrych intencji, ale rzadko nagradzanego. Mieliśmy wielką ochotę wyjechać na wakacje, ale muZanim zaczął zarabiać na życie rysowaniem komiksów, siałem skończyć historię. I oczywiście była to ta, która Duckman (jak nazywano czasem Barksa) pracował jako zabierała więcej czasu od innych. Na szczęście Garé robotnik rolny, operator maszyn, zbieracz winogron, [trzecia żona Barksa - przyp. red.] przyszła mi z pomokarykaturzysta, mechanik wagonów, pisarz, pracownik cą i kiedy w końcu skończyliśmy ostatniego, przeklętego tartaku, zbieracz śliwek, stolarz, pomocnik w drukarni, leminga cieszyliśmy się tak bardzo, że aż nasi dobrzy sąwiertacz, pracownik stacji bydła, twórca gagów, malarz, siedzi przybiegli. garbarz, redaktor, pracownik fabryczny, monter grzejników, pastuch, rejestrator, rolnik, scenarzysta i hodowStrony z dużymi kadrami nazywanymi „splash paneca kur. lami”, zajmującymi połowę strony, mimo że wymagały więcej pracy, były tak samo płatne jak pozostałe. W poWiedza, którą zebrał podczas tych wszystkich drobłączeniu z praktyką redaktorów którzy wycinali część nych prac dorywczych okazała się przydatna podczas komiksu, aby zamieścić zamiast nich reklamy (duże późniejszego tworzenia komiksów. Kiedy Barks rysował kadry były na to szczególnie podatne) spowodowało to, Donalda wykonującego różne zawody, wiedział, co robi że Barks stopniowo z nich rezygnował. - sam tak pracował! W komiksie Omelet mamy olbrzymią ilość kur i jajek. Carl wspominał: Pamiętam też olbrzymią liczbę jajek, którą musiałem narysować. Co ciekawe, motyw „lawiny” był przez niego wykorzystywany wielokrotnie: w Volcano Valley narysował miasto zasypane przez popcorn, a w komiksie Tralla La przedstawił deszcz kapsli, który prawie zniszczył rajską dolinę. Barks często wykorzystywał powtórnie swoje pomysły, jednak zawsze nadawał im nowe rysy, przez co otrzymywaliśmy zupełnie nowy komiks.

Rok 1942 był dla Barksa szczególnie niespokojny. Zrezygnował z pewnej i dobrze płatnej pracy dla korporacji Disneya; przeprowadził się na wschód do Hemet w dolinie San Jacinto bez perspektyw nowego zatrudnienia; skończył swoje pierwsze komiksy (Pluto Saves the Ship z 3 innymi artystami oraz Donald Duck finds Pirate Gold współtworzony z Jackiem Hannah); został hodowcą drobiu i ostatecznie nawiązał stałą współpracę z Western Publishing. Dlaczego opuścił Disneya? Mówił o tym w wywiaDIPOL - NUMER PIERWSZY 19


źródło: www.cbarks.dk

łbym na przykład do nabiałowego biznesu, ponieważ on dużo bardziej cię ogranicza. Musisz doić krowy o tej samej godzinie każdego dnia. Kurczaki tez cię ograniczają, ale nie potrzebujesz godzin na zbieranie jajek. Możesz je zostawić i zebrać następnego dnia. Hodowla kur nie wymaga dużej ilości pieniędzy, inne typy hodowli są o wiele droższe. Wywiad z 1993: Opuściłem Studia Disney w listopadzie 1942, ponieważ miałem kiepską kondycję zdrowotną i musiałem odejść. Uznałem, że gorące słońce pustynnego wschodu obszarów Los Angeles wymiecie moje alergie. To było spore ryzyko, by zostawić pensję 100 dolarów na tydzień dla kruchego bezpieczeństwa kurzej farmy, ale miałem nadzieję pracować nad komiksami jako wolny strzelec na dodatkowy etat.

To jedyne ocalałe zdjęcie Barksa z jego kurzej farmy. W rękach trzyma… kaczkę!

dzie z 1997 roku: Musiałem opuścić studio Disneya, ponieważ miałem okropne kłopoty z zatokami i stałbym się inwalidą, gdybym tam pozostał i pracował. Zauważyłem, że przebywając w gorącym, pustynnym słońcu nieopodal San Jacinto czułem się lepiej. Więc opuściłem studio, aby uciec od nieprzyjemnego, klimatyzowanego pomieszczenia, wystawić się na słońce i ugotować wszystkie zarazki, które we mnie siedziały. Zadziałało. Oficjalnie, Barks przeprowadził się do San Jacinto kilka dni przed odejściem ze studia, żeby zacząć hodowlę kur. Kupił ziemię kilka lat wcześniej, ale trzymał to w sekrecie. W liście rezygnacyjnym wspomniał posiadłość jako „pięć akrów rosyjskich chwastów”. W 1972 powiedział: Kiedy opuściłem studio, chciałem przeprowadzić się do suchszego klimatu, ponieważ klimatyzacja nokautowała moje zatoki. Cały czas byłem przeziębiony i miałem katar sienny. Jedyny sposób zarabiania na życie, jaki przyszedł mi do głowy to była hodowla kur lub innych zwierząt. Nie możesz zasadzić sadu i oczekiwać natychmiastowego przychodu, a wiedziałem, że kurzy biznes powinien wypalić. Podczas tych wszystkich lat wojny kraj będzie potrzebował jajek. Wyglądało mi to na szybki sposób w jaki mógłbym zarabiać na życie. Nie zajmowałem się tym długo, ponieważ robiłem tak dużo komiksowych historii, że nie miałem czasu, by troszczyć się o kurczęta. Przynosiły mi niewielki dochód aż uznałem, że nie mogę jednocześnie zajmować się kurczętami oraz pisać scenariuszy i rysować. Komiksy przynosiły mi więcej zysku niż kury. […] Wybór kurcząt był sprawą ekonomii. To znaczy, nie musiałem zbytnio troszczyć się ich hodowlą. Nie wszed20

DIPOL - NUMER PIERWSZY

Carlowi poszczęściło się. W tym samym miesiącu kiedy opuścił Disneya, Western Publishing wprowadziło w życie nową koncepcję serii Walt Disney Comics & Stories - nowy materiał zamiast reprintów starych pasków komiksowych. Wydawnictwo wkrótce skontaktowało się z Barksem. Odtąd zaczęła się jego kariera rysownika komiksów, która zaowocowała powstaniem m.in. komiksu Lost in the Andes.

LOST: Zagubieni (w Andach)

W

zasadzie każdy rodzaj twórczości człowieka, wyjąwszy rzadkie nowatorstwo, ma swój kanon i dąży do osiągnięcia idealnej z nim zgodności. Usiłowania owe mają różny skutek. Nie inaczej jest z komiksami. Pytanie brzmi, jakie elementy powinna zawierać dobra historyjka? Co powoduje, że uznajemy niektóre dzieła za arcydzieła, za klasykę? Aby odpowiedzieć na to pytanie posłużę się najlepszym możliwym przykładem - historyjką Lost in the Andes Carla Barksa, czyli komiksową Mona Lisą. Pierwszą warstwą komiksu, na którą zwracamy uwagę są rysunki. Na samym początku, najczęściej automatycznie, oceniamy czy są estetyczne, zgrabne, czy przeciwnie: niedbałe, brzydkie. Szybko prowadzi nas to do zajęcia stanowiska: podobają nam się lub nie. Bywa, że niektórzy podchodzą do szaty graficznej bezkrytycznie, oceniając rysunki z góry, nie przez ich jakość ale przez pryzmat sympatii do autora. Chciałbym, aby przy najbliższej lekturze jakiegokolwiek komiksu popatrzeć nań krytycznie, zwracając szczególną uwagę na dwa elementy, mianowicie tła i anatomię postaci. Każdy wie jak wygląda Donald czy Sknerus, ale nie każdy zdaje sobie sprawę, że sposób ich rysowania rządzi się określonymi prawami. Przykładowo, wysokość Donalda powinna odpowiadać ok. trzem długościom głowy. Barks konsekwentnie stosował te reguły, przejęte później przez jego kolegów po fachu. Zwróćcie uwagę na pozy, ruchy i gesty postaci, czy wyglądają naturalnie czy sztucznie?


Czy postacie wyglądają na płaskie czy sprawiają wrażenie przestrzennych? Czy pozy kaczorów są symetryczne, podobne do siebie, czy zróżnicowane, ukazujące bohaterów ze wszystkich możliwych kierunków? Czy postacie nie łamią praw fizyki poprzez nadmierne wygięcia różnych części ciała? Dla Barksa znaczenie miał nawet sposób w jaki powinno się przedstawiać biegnące kaczory: niedługo po rozpoczęciu kariery rysownika zaczął konsekwentnie tworzyć poruszające się postacie z wyciągniętą do przodu lewą ręka oraz prawą płetwą lub odwrotnie. Świadczy to o jego perfekcjonizmie i poczuciu, że wszystko co robi, powinno być wykonane jak najlepiej, najdokładniej. Ciekawostką jest, że wydawnictwo nie narzucało Carlowi, jak ma rysować kaczory. Zapytany kiedyś o powody znacznego wydłużenia szyi Donalda w pewnym okresie, a następnie jej skrócenia, tłumaczył, że rysował według własnego uznania. Ktoś, kto widział jego rysunki stwierdził, że szyja kaczora jest, w jego opinii, zbyt krótka, zatem Barks ją wydłużył. Jakiś czas później ktoś inny zwrócił mu uwagę, że jest ona zbyt długa, wrócił więc do poprzedniego stylu. Rysowanie drugiego planu może stanowić dla rysownika problem lub być popisem jego umiejętności. Współcześnie komiksy Disneya często uważa się za przeznaczone wyłącznie dla dzieci, po części przez sposób w jaki rysowane są tła. Mają one schematyczną, prostą formę przedstawiania krajobrazów i przedmiotów. Jeżeli zajrzymy do komiksów Carla, np. do Lost in the Andes odkryjemy, że można rysować w inny sposób. Widzimy pejzaże pokazujące wysokie góry, śmiało mogące ilustrować nie komiks, a książkę opowiadającą o życiu w Andach. Barks przywiązywał olbrzymią wagę do dokładności swoich prac, a jako stały czytelnik magazynu National Geographic posiadał spory zasób materiałów, z których mógł korzystać. Warto odnotować, że Carl nie popadł w przesadną skrajność i jego dzieła nie są przesycone szczegółami. Dzięki temu nie odczuwamy zmęczenia oczu podczas lektury. Artysta znalazł złoty środek umieszczając zabawne detale w jednych miejscach (np. 1 kadr str. 29, zaprezentowany po prawej) a w innych stosując oszczędniejszy styl rysunku, aby

Jednym ze sposobów nadania komiksowi atrakcyjności jest umiejscowienie akcji w egzotycznym zakątku świata. Otwiera to przed rysownikiem multum możliwości. Może on wykazać się kunsztem przy przedstawieniu plenerów, a miejsca niezbadane, trudno dostępne i tajemnicze idealnie nadają się do zaprezentowania fantastycznych postaci. Jeżeli autor dokładnie odwzorowuje nieznane rejony świata, wzbogaca wiedzę najmłodszych czytelników.  Mimowolnie dzieciaki poznawały odległe krainy, a historyjki rozbudzały ich ciekawość i wyobraźnię. Współcześnie, w dobie internetu i telewizji, komiksy nie pełnią takiej roli jak przed laty. Wszystkie cechy stylu twórcy można dostrzec dopiero przy głębszej analizie, jednak nawet bez niej Lost in the Andes wygląda po prostu pięknie. Mimo drobnego błędu kompozycyjnego, w postaci umieszczenia tytułu książki na tylnej stronie okładki (do czego zmusiło Barksa zbyt późne zdecydowanie jak należało przedstawić Donalda) możemy powiedzieć, że każdy kadr jest dokładnie zaplanowany i estetyczny. Jeżeli jesteśmy przy planowaniu komiksu oraz jego kompozycji, trzeba wspomnieć o fabule. Carl sam tworzył scenariusze do większości historyjek i w tym względzie osiągnął mistrzostwo. Miał w zwyczaju dzielenie historii na poszczególne kadry, a następnie zawieszał te opisy na dużej tablicy, zanim przystąpił do rysowania. Dzięki temu, opowiadane przez niego historyjki są pod tym względem bardzo przejrzyste. Ma to istotne znaczenie, bowiem głównym odbiorcą miały być dzieci. Kompozycja Lost in the Andes jest w tym aspekcie szczególna, a najlepiej opowiada o niej sam Barks. Oprócz swojej pomysłowej i przygodowej strony, © the walt disney company, 1949

© the walt disney company, 1949

Podrzędny woźny Donald w Muzeum Kaczogrodzkim przypadkiem odkrywa, że kwadratowa skała z Peru w rzeczywistości jest jajkiem. Natychmiast zostaje wysłany, by zdobyć ich więcej...

w pożądanym momencie czytelnik skupił się na postaci i tym co się z nią dzieje. Geoffrey Blum tak ocenia rysunki w tym komiksie: Jeśli chodzi o rysunki w tym komiksie, Barks chyba nigdy nie narysował tylu detali w żadnej innej historyjce. Tła są wykończone i wyostrzone, szczególnie w Dolinie. Efekty wizualne zamykają nas w kwadracie. Nie ma niczego płaskiego, żadnego pustego miejsca, żadnych niewyraźnych rzeczy. W takim kadrze chyba można by dostać klaustrofobii.

Komiks jest przepełniony żartami, a niektóre z nich są ukryte

DIPOL - NUMER PIERWSZY 21


komiks jest doprawiony bezpośrednimi, psychologicznymi gagami, z czego kilka z nich to żarty powracające (ang. „running gag”), przykładem jest ciągłe żucie gumy przez siostrzeńców Donalda. W studyjnym departamencie scenariuszy uznano za bardzo dobrą sztuczkę wplecenie powracającego gagu w celu połączenia kilku sekwencji. Zobaczcie jak guma do żucia „klei” komiks o Andach. Analizując strukturę opowieści, można dojść do wniosku, że jest zbudowana na krótkich sekwencjach gagowych. Prawie każda strona miała jeden czy dwa chwyty, za pomocą których postacie budowały akcję do pewnego momentu, by przejść do kolejnej niezbyt rozwiniętej akcji i innego punktu kulminacyjnego. Szli cały czas w górę. Wszystkie te sytuacje miały za zadanie przemieszczać ich po głównej osi fabuły. Wspomniałem wcześniej o egzotycznej lokalizacji akcji komiksów, warto zatem zadać pytanie, dlaczego fabuła Lost in the Andes została umieszczona właśnie w Ameryce Południowej. Odpowiedzi udziela sam autor: Kreskówka Saludos Amigos miała pewien wpływ na moją decyzję, by zrobić inkaską historię. Zdałem sobie sprawę z tego, że to popularny temat i że Disney byłby zadowolony z wykorzystania przeze mnie tej lokalizacji. W tym czasie próbowali uzyskać możliwość projekcji swoich filmów w Ameryce Południowej. Podczas wojny stracili cały rynek europejski. Na początku 1941 roku, przed przystąpieniem Stanów Zjednoczonych do II wojny światowej, Departament Stanu zlecił Disneyowi tournee po Ameryce Południowej. Kilka rządów krajów Ameryki Łacińskiej miało ścisłe powiązania z nazistowskimi Niemcami, a rząd USA chciał przeciwdziałać tym więziom. Myszka Miki oraz inne postacie Disneya cieszyły się dużą popularnością na tym kontynencie, a Walt Disney miał pełnić funkcję ambasadora. Efektem wyjazdu był film Saludos Amigos, dokument o życiu mieszkańców Ameryki Południowej, o którym opowiadają disneyowscy bohaterowie. W oryginalnej wersji słowa komiks, zawarta jest istota tego, czym ma być historyjka. „Comic” znaczy komiczny, zabawny, humorystyczny. Sięgając po niego czytelnik nie oczekuje wyciskającego łzy melodramatu, lecz dobrej rozrywki. I pod tym względem Lost in the Andes wiedzie prym. Ilość gagów jest naprawdę olbrzymia. Barks był wytrawnym obserwatorem, a jego ironiczne żarty wyśmiewają zaobserwowane przez niego zjawiska, stereotypy, przywary. Spójrzmy tylko na naukowców ze strony 2-ej, na przedsiębiorczość tubylców ukazaną na stronie 10-tej, na Donalda pracującego jako czwarty asystent dozorcy. Są to trzy kompletnie różne rodzaje  komizmu, rysunkowy, sytuacyjny, słowny, przy czym wszystkie dotyczą realnego świata. W tym komiksie, jak i w innych dziełach Carla znajdziemy masę sytuacji bawiących najmłodszych czytelników, 22

DIPOL - NUMER PIERWSZY

ale też takich, które będą zrozumiałe tylko dla ich rodziców. Warto zaznaczyć, że humor w komiksach Duckmana nie jest wymuszony, ale wypływa w naturalny sposób z akcji. Ponadto, każdy gag jest oryginalny, nie powiela starych schematów, unika tzw. żartów z brodą. Estetyka rysunków oraz humor to absolutne minimum dla każdego komiksu. Niestety, często zdarza się, że brakuje któregoś z tych atrybutów albo, co gorsza, brak obu. Wpływa to bardzo niekorzystnie na kondycję komiksowej społeczności, łatwo jest bowiem zniechęcić czytelnika i umocnić błędny stereotyp komiksu jako trywialnej, infantylnej formy artystycznego wyrazu. Uznanie historyjki wymaga czegoś więcej niż tylko pięknych rysunki i humoru. Niezbędny jest oryginalny pomysł, skandalizujące zamierzenie lub zaskakujący zwrot akcji, które sprawią, że historyjka zapisze się w pamięci czytelników na długo. Wszystko to znajdziemy w „andyjskim” komiksie. Moją najlepszą historią, od strony technicznej, jest najprawdopodobniej ta o kwadratowych jajkach - powiedział Barks w jednym z wywiadów. Dla niego i dla wielu czytelników jest to właśnie komiks „o kwadratowych jajkach”, bo to one stały się znakiem rozpoznawczym tej opowieści. Interesujące, ten najbardziej charakterystyczny element historyjki, nie był autorskim pomysłem Carla. Kwadratowe jajka były żartem wiele lat wcześniej niż pojawiłem się na świecie. Pamiętam z czasów gdy byłem dzieckiem, że słyszałem ludzi mówiących o hodowaniu kurczaków, które znosiłyby kwadratowe jajka będące łatwiejsze do przechowywania - powiedział. Prawdopodobnie ten absurdalny pomysł od wielu lat rozważany był przez wystarczająco szeroki krąg ludzi, że aż prosił się o wykorzystanie go w literaturze. Pierwszym, który to uczynił był Hector Hugh Munro, angielski pisarz i dziennikarz, znany lepiej pod pseudonimem Saki. W latach 1902-1908 był zagranicznym korespondentem The Morning Post. Jednym z miast w jakich przyszło mu pracować była Warszawa. Popularność zyskał dzięki swoim nowelom oraz opowiadaniom utrzymanym w tonie humorystycznym i lekko satyrycznym. Square Eggs, jedna z jego ostatnich prac, opowiada o spotkaniu w ogarniętej wojną Francji brytyjskiego żołnierza z lokalnym oszustem. Kanciarz próbuje wyłudzić od Anglika pieniądze opowieścią o farmie, na której drogą selekcji udało mu się wyhodować kury znoszące kanciaste jajka. Powodziło mu się bardzo dobrze, jednak został wysłany na front, a cały interes przejęła ciotka, która nie chce wysyłać mu należnej części dochodów ze sprzedaży jajek. Naciągacz przekonuje żołnierza, że potrzebuje niewielkiej sumy pieniędzy na prawnika. Pragnie odzyskać to, co mu się należy, a pożyczkodawcę hojnie wynagrodzi. Przezorny Anglik proponuje, że wcześniej uda się do gospodarstwa Francuza, żeby naocznie przekonać się o prawdziwości jego opowieści. Oszust pyta rozmówcę, co zrobi gdy dotrze na farmę


i zastanie wszystko tak, jak mu przedstawił. „Poślubię twoją ciotkę” - pada odpowiedź. Duckman w czasie gdy tworzył swoje dzieło, nie wiedział o Kwadratowych Jajach autorstwa Sakiego. Poznał tę nowelę dopiero, gdy jeden z fanów przesłał mu ją we wczesnych latach siedemdziesiątych.

Chyba najciekawszy błąd rysowniczy Barksa w całej jego karierze wiąże się z opisywanym Lost in the Andes. Chodzi o duży panel, na którym kaczory po raz pierwszy dostrzegają budowle sześciennej doliny. Podczas dłuższego wywiadu z 1983r. Carl został zapytany o fakty, które zaczerpnął z magazynu National Geographic oraz o to jak rysował wspomniany wcześniej duży kadr. Wpłynęła na to stara inkaska metoda kładzenia kamieni, wyjaśnił. Jest tutaj [w National Geographic] artykuł o indiańskich plemionach w Andach. Zaczerpnąłem dużo materiału z Geographic, chociażby sposób, w jaki budowali mosty przez kaniony, jak kaniony miały małe ścieżki wyrzeźbione wzdłuż ich ścian, czy inkaski sposób dopasowywania kamieni do siebie bez użycia zaprawy. (...) Zauważyłem, że trochę sknociłem perspektywę w rysowaniu tego panelu. Powinienem był rozłożyć wszystkie te kwadraty tutaj - powiedział, wskazując palcem na kadr - mierząc w inny sposób, a nie od punktu zbiegu. Zobaczcie jak wykrzywiły się na dole. Kiedy to rysowałem, jakiś sąsiad wpadł do mnie i uparcie siedział, cały czas ze mną rozmawiając, podczas gdy próbowałem narysować ten duży, skomplikowany układ. Musiałem za-

© the walt disney company, 1949

Podczas, gdy Saki wykorzystał jedynie kwadratowe jajka i kury, Barks poszedł o krok dalej i wykreował całą kwadratową dolinę z sześciennymi mieszkańcami. Gdy sięgniemy do archiwów studia Walta Disneya przekonamy się, że i ten pomysł powstał wcześniej. Po przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do II wojny światowej studio Disneya nie pozostało bierne. Rozpoczęło produkcję kreskówek oraz komiksów o wyraźnym zabarwieniu propagandowym. Za przykład może posłużyć komiks Floyda Gottfredsona The Nazi Submarine, czy bijąca rekordy internetowej popularności krótkometrażówka z Donaldem Der Fuehrer’s Face. Projekt jednej z tego typu kreskówek, która ostatecznie nie została wyprodukowana, nosił tytuł Square World i powstał ponad 5 lat przed historyjką Barksa. Czy Carl wiedział o tej kreskówce? Wydaje się, że nie. Stworzył „Okropną dolinę” według własnego, niepowtarzalnego pomysłu, jednak podobnie jak w Square World wykorzystał potoczne znaczenie słowa „square”, (ang. kwadrat, ale i uczciwy) aby wyszydzić konformizm. Wspomniane wcześniej przykłady innych kwadratowych historii są

dobrą ilustracją zjawiska konwergencji. Zdarza się, że w różnym miejscu i czasie, niezależnie od siebie, ludzie wpadają na te same pomysły. Klasycznym tego przykładem są postacie komiksowe, Asterix i Obelix oraz polska wersja, czyli Kajko i Kokosz.

Problem perspektywy do którego odnosił się Barks może zostać optycznie skorygowany jeżeli położy się ten kadr płasko i popatrzy na niego od dołu strony pod kątem 15 stopni

DIPOL - NUMER PIERWSZY 23


stanawiać się i odpowiadać przerywając myśli. Chciałem do diaska narysować tę scenę! Miałem to we krwi. Byłem zdeterminowany, a miałem nad sobą nawijającego sąsiada: gadanie, gadanie, gadanie. Zmagałem się z tym problemem całe życie. Kiedy tylko stawałem naprzeciw czegoś, co wymagało użycia głowy i naprawdę głębokiego myślenia, zawsze ktoś przychodził i chciał o czymś rozmawiać. Nawet obcy człowiek mógł mnie zaczepić i zacząć mówić. Próbowałem wyliczyć sobie te skomplikowane perspektywy. On tylko gapił się na to pustym wzrokiem i gadał dalej. To nie koniec perypetii z tym kadrem. Po przejściu na emeryturę, Carl zaczął malować obrazy olejne przedstawiające różnorakie sytuacje z jego komiksów. Traktował to jako hobby, jednak z czasem okazało się, że obrazy te były bardzo łakomym kąskiem dla kolekcjonerów. Jedną ze scen, która została uwieczniona na płótnie było owe pierwsze spojrzenie kaczorów na „Okropną dolinę”. Aby uatrakcyjnić obraz, na prośbę Bruce’a Hamiltona, umieścił w kadrze również Sknerusa. Powód był prosty, Hamilton uważał, że limitowana liczba obrazów z McKwaczem sprzeda się lepiej niż te bez niego. Następnie poproszono Dona Rosę o stworzenie historyjki która uzasadniałaby umieszczenie centusia na malowidle. Tak powstał Return to Plain Awful (Powrót na Równinę Okropności), który można przeczytać w wydanym w tym roku 3 tomie Komiksów z Kaczogrodu. W ten oto sposób, pomyłka i sława z nią związana, nieoczekiwanie zaowocowała powstaniem nowego komiksu. W kwestii zaskakujących zwrotów akcji odsyłam do lektury komiksu. Czytając ostatnią stronę, przekonajcie się sami, jak można połączyć nieoczekiwane zakończenie z olbrzymią dawką humoru. Jest jeszcze jeden powód, który sprawił, że Lost in the Andes trwale zapisało się w historii komiksu i stale zajmuje pierwsze miejsce w rankingu historyjek serwisu I.N.D.U.C.K.S. Są to treści zawarte „między kadrami”. Jak zauważa Geoffrey Blum, w historii mamy trzy typy różnych cywilizacji, które możemy porównywać do naszego świata i do nas samych. Barks miał taki zamiar i umiejscowił je na trasie podróży Donalda z Kaczogrodu do Peru i z powrotem. Pierwsze środowisko, Kaczogród, to właściwie nasz własny świat - tętniący życiem, z ekspertami oraz urzędnikami. Mamy tu naukowców, którzy wiedzą wszystko oraz „jajogłowych” drobiowych magnatów, którzy, co widać na rysunku globusa podczas zebrania, chcą zmienić świat w jedno gigantyczne jajko. Są przedstawieni jako chciwi, skąpi ludzie, zajęci jajkami w takim stopniu, że sami zaczęli przypominać je swoim wyglądem. Następnie mamy niezbyt rozgarniętych, aczkolwiek równie chciwych farmerów. Rolnicy powinni być związani z naturą, jednak ci chcą tylko wykorzystać ją w celach zarobkowych, hodując kwadratowe kury znoszące 24

DIPOL - NUMER PIERWSZY

jajka, które łatwiej by się pakowało. Każda grupa ma ten sam cel, pieniądze i powodzenie, które zapewni im jajko w kostce. W takim społeczeństwie jeden rządzi drugim, jeden ma wpływ na drugiego, a życiowym dążeniem staje się pokonywanie kolejnych szczebli w drodze na finansowy szczyt. Obserwując tę drabinę, widzimy Donalda na stanowisku czwartego asystenta. Marzy on o awansie na trzeciego, czyli o możliwości wydawania rozkazów, zamiast bycia ostatnim wykonawcą. Ludzie w Kaczogrodzie pracują raczej oddzielnie niż w grupach. Na statku żaden asystent nie smażył omletu samodzielnie, dawał rozkazy swoim podwładnym. W chwili, gdy okazało się, że danie nie nadaje się do konsumpcji, nikt nie chciał wziąć za to odpowiedzialności. W efekcie cała wyprawa kończy się „chorobą żołądkową”, która rozprzestrzenia się w uporządkowany sposób zgodnie z łańcuchem władzy. Drugą opisaną cywilizacją są andyjscy tubylcy, którzy chodzą w tradycyjnych strojach i żyją ze zbierania trzciny. Niestety, tam także dotarły pieniądze i mieszkańcy są gotowi przyjąć każdego centa. Donald oraz siostrzeńcy od razu są postrzegani jako turyści, na których można zarobić. Kiedy miejscowi dowiadują się, że Donald szuka jajek w kostkach, produkują fałszywki z pomocą betoniarki i sześciennych form. Wydają się być zacofani, a jednak korzystają z postępów techniki. W przeciwieństwie do kolumbijskich plemion, które zainspirowały Barksa, nie są to ludzie, którzy wierzą w swoje totemy. Przechowują je tylko na pokaz, naprawdę zaś pragną kaczogrodzkich dóbr oraz pieniędzy. Donald pojawia się w wiosce ze zwitkiem banknotów i przekonaniem, że pieniądze będą otwierać mu każde drzwi. Nie jest wcale lepszy od tubylców, zasługuje zatem na ukaranie jako ofiara oszustwa. Kaczor i miejscowi to dwie strony tego samego, kiepskiego medalu. Barksa nigdy nie proszono o pokazywanie nieprawości amerykańskiego systemu w innych krajach, ale miało to miejsce. W jego historiach możemy znaleźć podróże, poszukiwania skarbów, budowanie imperium, mimowolnie więc obserwujemy efekty kolonializmu i drapieżnego kapitalizmu. Nigdy natomiast autor nie daje bezpośredniego komentarza politycznego. Powiedzieliśmy już o Kaczogrodzianach, skorumpowanych Peruwiańczykach, więc teraz czas na pytanie: Czego możemy oczekiwać od mieszkańców sześciennego miasta? Odcięci od świata przez góry i mgły wydają się społecznością utopijnej szczęśliwości. Wszyscy są przyjaźni, obca im chciwość, okazują „południową gościnność”. Stoi to w wyraźnym kontraście z traktowaniem Donalda w Kaczogrodzie na stanowisku czwartego asystenta. Kaczory są przyjmowane jak wysocy dygnitarze, witane z wielką pompą, można by pomyśleć, że miasto darzy ich bezinteresowną miłością.


© the walt disney company, 1949

Spotkanie Kaczorów to wielkie wydarzenie dla mieszkańców Okropnej Doliny

Prezydent otacza się pseudo-arystokracją, organizując niezrozumiałe, dziwne ceremonie. Nie podejmuje się żadnych konkretnych i celowych działań. W Okropnej Dolinie, według słów prezydenta, są też kamieniołomy ale oczywiście praca w nich nie jest zwykłym zajęciem, lecz karą. Ktoś w końcu musiał zbudować z kamieni to miasto, a nie widzimy żadnych robotników. Trud i pot są poza zainteresowaniem społeczności, są karą dla wyrzutków. Kamieniołomy pokazują nam, jaka naprawdę jest ta cywilizacja. Mamy sztywny system społeczny, na który nikt i nic nie ma wpływu. On nie ma prawa się zmienić. Możemy powiedzieć, że mieszkańcy są w stu procentach wyrzeźbieni przez ten system o czym świadczy ich podobieństwo. Każdy wygląda tak samo i każdy ma identyczny charakter. W Okropnej Dolinie jest tylko jedno prawo - wszystko musi mieć kąty proste. Nawet łóżka są kwadratowe, co bardzo przeszkadza Donaldowi. Niedopuszczalne są jakiekolwiek odstępstwa od przyjętych norm. Nie ma tam także rozróżniania pracy od zabawy, są tylko ceremonie i codzienne zbieranie jajek! Można powiedzieć, że sześcian zastąpił dolara na pozycji wszechmocnego totemu. Jednocześnie, Okropna Dolina nie jest tak całkiem „okropna”. Jej zaletą jest naiwny, ale atrakcyjny nacisk na „dobrą atmosferę”. Priorytetem prezydenta jest szczęście jego ludzi. Wręcza on Donaldowi kompas, będący skarbem narodowym, w zamian za lekcje tańca. Możemy na moment zapomnieć o kamieniołomach i pomyśleć o szczęściu sześciennych ludzi. Biorą ciepło... ze swoich serc mówi Donald na koniec. Mają tak mało wszystkiego, a mimo to są najszczęśliwszymi ludźmi, jakich poznaliśmy. W komiksie pełnym cynizmu, to jest chyba najbardziej szczery i bezpośredni wers. Choć musimy potępić Okropną Dolinę, to w porównaniu z Kaczogrodem, czy wioskami w Andach świeci ona jasnym blaskiem. Wybitny twórca wypracowuje własny, niepowtarzalny styl, tak jak Barks w przypadku Lost in the Andes. Carl jednak stworzył coś więcej. Zawdzięczamy mu swego rodzaju wzorzec kaczych komiksów, obowią-

zujący w dużej mierze do dziś (wyjąwszy historyjki „włoskie”). Całą jego twórczość możemy roboczo podzielić na trzy duże okresy: wczesny, klasyczny, późny oraz okresy przejściowe. Komiksy okresu wczesnego charakteryzują się widocznymi wpływami animacji i kreskówek na fabułę oraz sposób rysowania postaci. W 1947 powstała postać Sknerusa - od tego momentu możemy mówić o okresie klasycznym. Dla większości czytelników jest to najlepszy czas jego twórczości, powstały wtedy jego najznamienitsze historie (w tym Lost In the Andes). Najlepsze zarówno pod względem kunsztu rysowniczego, jak i na poziomie scenariusza. Jak sam powiedział: [...] 1949. To czas, gdy osiągnąłem szczyt możliwości w pisaniu historii. Nie mogę powiedzieć na pewno, czy to był szczyt osiągnięć rysunkowych, ale pamiętam, że czułem w tamtym czasie większe zainteresowanie sztuką. Mam na myśli to, że przykładałem się trochę bardziej i część prac poprawiła się od tamtego czasu. Koniec okresu klasycznego przypada mniej więcej na połowę lat pięćdziesiątych, gdy wydawca zaczął wysyłać Barksowi gorszy papier w który tusz wsiąkał ukośnie, inaczej niż dotychczas, przez co zmienił się wizerunek postaci. Gdy ktoś dochodzi do wniosku, że komiksy Disneya przestają go interesować, niejako „wyrósł z nich”, albo gdy dopiero zaczyna przygodę poznawania kaczego uniwersum - odsyłam go do komiksów Barksa z okresu „klasycznego”. Jednak niech nie stara się ich czytać tak jak do tej pory, lub w drugim przypadku trochę się przygotuje mentalnie na niespodziewane odkrycia. Te dzieła po prostu się chłonie, jeżeli tylko poznaje się je w odpowiedni sposób. Należy zapoznawać się z nimi bez pośpiechu, czytając je nawet po kilka razy i dokładnie analizując i smakując wszystkie ich składniki. Odsłonią wówczas  przed czytelnikiem całe swe bogactwo. Gladstone

BIBLIOGRAFIA Geoffrey Blum, Życie jak w Madrycie czy jak w Okropnej Dolnie?, tłum. WDCmaniak aut. nieznany, A Matter of Perspective Geofrey Blum, The Square Egg Coincidence http://en.wikipedia.org http://cbarks.dk

© the walt disney company, 1949

DIPOL - NUMER PIERWSZY 25


ŻYCIE I CZASY DONA ROSY O

d dwudziestu pięciu lat, czyli od rozpoczęcia kariery Dona Rosy, rozrasta się grono jego wielbicieli, uznających go za najwybitniejszego twórcę komiksów z postaciami firmowanymi przez Walt Disney Company. Jego nazwisko w środowisku fanów, również w Polsce, budzi szacunek i przywołuje dobre wspomnienia czasów dziecięcych wzruszeń. Don Rosa, mimo ogromnej skromności stał się przedmiotem wielu tekstów analizujących jego dzieła oraz filmu dokumentalnego. W roku bieżącym obchodzi sześćdziesiąte urodziny. Z tej okazji, postanowiliśmy podjąć próbę streszczenia życia i twórczości tego słynnego komiksiarza w cyklu artykułów, które przybliżą tę postać naszym czytelnikom. Dwudziesty dziewiąty czerwca 1951r. w Louisville w stanie Kentucky nie był typowym, pogodnym dniem letniej pory w tych okolicach. Średnia temperatura wynosiła 24°C, przelotnie padał deszcz, a około siódmej po południu zaczęło grzmieć. Żadne znaki na niebie i ziemi nie zwiastowały, że właśnie tego dnia, w tym mieście na świat przyjdzie przyszła sława. Tak się jednak stało. Urodził się Gioacchino „Keno” Hugo Don Rosa, drugie dziecko Hugo Rosy i Chilistiny zd. Titiano. Swoje pierwsze imię odziedziczył po dziadku, włoskim imigrancie, który założył w USA firmę Keno Rosa Company specjalizującą się w kafelkarstwie, wyrobach marmurowych i posadzkach.

źródło: HTTP://COMICSPODCAST.BLOGSPOT.COM | © DON ROSA

Pierwszą osobą, która zainspirowała zaangażowanie się Dona w świat komiksu była jego, starsza o jedenaście lat, siostra Deanna. Posiadała ona kolekcję „starszych” czasopism z komiksami, w tym rzecz jasna disneyow-

„Pluto w sklepie” - pierwsza historyjka Dona Rosy, ok. 1956r.

26

DIPOL - NUMER PIERWSZY

FOTO: Håvard Ferstad

część pierwsza - poznać i zrozumieć mistrza

Don Rosa w 2010r.

skimi. Zbiór tych skarbów stał się w krótkim czasie nieodłączną częścią życia dziecka. Mały Don znajdował przyjemność w opowiadaniu własnych historyjek na papierze. W niezapisanych księgach rachunkowych, jakie przynosił do domu ojciec, rysował własne opowiastki obrazkowe z prostymi rysunkami, zwykle zapożyczając lub modyfikując wątki i postacie ze znanych mu opowieści. Te niezwykłe, w tym wieku, próby twórcze bez wątpienia rozwinęły się dzięki lekturze komiksów. Komiksy Disneya w USA osiągały rekordy sprzedaży w latach pięćdziesiątych XX stulecia. Flagowe czasopismo, stworzone w 1940r. Walt Disney’s Comics and Stories stanowiło zbiorek krótszych historyjek o gagowym charakterze. Dłuższe, przygodowe komiksy były drukowane na łamach jednozeszytowych Four Color Comics, a gdy dana postać zdobywała wystarczającą popularność, wydawca mógł zdecydować o utworzeniu dla niej własnego tytułu (tak stało się w 1952r. z Uncle Scrooge, czyli wujkiem Sknerusem). Sztandarowym twórcą historyjek z Kaczorem Donaldem był Carl Barks, którego zasług dla kaczogrodzkiego świata nie sposób przecenić. Komiksy tego twórcy były złożone, wciągające, emocjonujące, oraz zwyczajnie śmieszne, jak przystało na dzieło sygnowane nazwiskiem Disneya. Prawdziwy autor musiał poddawać się tej konwencji. Mimo przymusu zachowania anonimowości, trafiająca do wszystkich przejrzysta narracja oraz finezja w rysunkach stanowiły tak znakomite połączenie, że pozwaliły artyście na szybkie zyskanie popularności. Do Wujka Carla przyrósł przydomek Dobrego Kaczego Artysty [org. The Good Duck Artist]. Obecnie wielu krytyków twierdzi, że Don Rosa jest twórcą, którego kariera i reputacja oparta jest na kopiowaniu osiągnięć artystycznych Barksa. Faktem jest, że Rosa od kołyski miał do czynienia z komiksami wujka


Carla, a gdy udało mu się posiąść umiejętność czytania, stały się jego ulubionymi historyjkami, na czele z przygodami Sknerusa McKwacza, najbogatszego kaczora na świecie (którego stworzył właśnie Barks). Wujek Sknerus i Kaczor Donald byli dla mnie tak samo żywi jak moi rodzice. Oni zawsze istnieli. Może gadam jak nienormalny, ale wiedziałem, że Superman albo Spiderman to postacie z komiksów. Natomiast Wujek Sknerus i Kaczor Donald - w mojej wyobraźni byli żywi. [...] Istnieli tak długo jak znam świat. - wyznaje sam po latach.

© DON ROSA

Don nie był na tyle zainteresowany polityką, aby z przyjemnością wypełniać swoje zadania w Kernelu, choć przyniosło mu to uznanie i nagrodę „najlepszego krajowego rysownika satyrycznego do gazetki uniwersyteckiej”. Odczuwał potrzebę tworzenia czegoś, co lubi, czyli opowieści przygodowych. W 1971r. w Kernelu zaprezentował Pertwillaby Papers, pasek z bohaterem Lancelotem Perwillabym, wcieleniem samego Rosy. Pierwsze sześćdziesiąt pięć odcinków spełniało wymogi redaktora, koncentrując się ciągle na satyrze politycznej w stylu Doonesbury. Kolejne, aż do Z biegiem czasu zamiłowanie Dona do tego 127-ego były historią, która stała się pierwogatunku artystycznego nie zanikło. Mimo wzorem Syna Słońca - pierwszego stworzonepogarszającej się w latach 60-tych jakości kogo przez Dona „zawodowo” komiksu z wujLancelot Pertwillaby miksów Disneya (rozpoczęto reprinty, czołowy kiem Sknerusem. twórca, Barks, odszedł na emeryturę), nastoletni Rosa zaczął zbierać komiksy wszelkiej maści z wielkim zaAnalizując z dzisiejszej perspektywy Perwillaby’ego, pałem, poznając takie tytuły jak komiksy EC z Mad można uznać, że już wówczas Rosa wyróżniał się na Magazine Harveya Kurtzmana i Willa Eldera, Spirit tyle, by uznać go za kogoś nieprzeciętnie twórczego. Willa Eisnera czy Superman Swana i Schaffenbergera. Rysunki nie były jego najmocniejszą stroną, skupiały W jego próbach twórczych „patyczaki” rysowane na się na przedstawieniu szczegółów. Artysta przyznaje każdej możliwej kartce papieru przeobraziły się w doNie interesowałem się rysunkiem, opowiadałem historię. kładne kopie rysunków z kart komiksowych. Na lekZauważamy inspirację Barksem - przygoda nosiła tytuł cjach w katolickim liceum św. Franciszka Ksawerego, Lost in [Alternative Section of] the Andes, który nawiąoprócz wkładu w szkolną gazetkę, zdarzało mu się niezywał do jednego z najbardziej znanych dzieł jego idola jednokrotnie szkicować paski satyryczne na aktualnie (vide Carl Barks poleca, str. 20). Charakterystyczne było omawiane tematy. W 1969r., w wieku 18 lat, Don rozrównież zachowanie wierności i szczegółowości w zobpoczął studia na uniwersytecie w Kentucky, na kierunrazowaniu tła historii, miejsca akcji itp. Don nawet konku inżynieria lądowa. Już pierwszego dnia pobytu na sultował ze swoim profesorem geologii potrzebną mu kampusie, udał się do redakcji uniwersyteckiej gazety w historyjce kwestię, jakie kamienie szlachetne mogły Kentucky Kernel w celu sprawdzenia, czy obsadzone występować na terenie Ameryki Południowej w czasach jest stanowisko naczelnego komiksiarza. Okazało się, prekolumbijskich. że kandytata na ten etat szukano niemalże ze świecą. Świeżo upieczony student dostał szansę i zadebiutował W 1973r. Don uzyskał tytuł Bachelor of Arts, czyli na łamach Kernela w pierwszym numerze nowego roku odpowiednik polskiego licencjatu. Mimo rozpoczęcia akademickiego, przedstawiając pasek z gatunku satyry pracy w rodzinnej firmie, nie porzucił swojego hobby. politycznej. Tworzył indeksy komiksów (m.in. tych z Kaczorem Donaldem i Wujkiem Sknerusem) oraz artykuły i ilustraNa ten sam rok przypada data powstania pierwszego cje do fanzinów, między innymi Rocket’s Blast Comic komiksu Dona z disneyowskimi Kaczkami. W zeszłym Collector, w którym po pewnym czasie przejął rubrykę roku, w trakcie prac nad Don Rosa Collection - pierwszą Information Center z odpowiedziami na pytania o hipełną kolekcją historyjek Dona z postaciami Disneya (która ukaże się już wkrótce nakładem wydawnictwa Egmont w Norwegii, Szwecji, Niemczech oraz Finlandii) udało się odnaleźć i odzyskać niezwykłą dziewięciostronicową opowieść, którą Rosa stworzył amatorsko, dla własnej przyjemności. W historyjce tej (m.in.) Hyzio, Dyzio i Zyzio są hipisami, studiują, zażywają narkotyki, chcą położyć kres kapitalizmowi symbolizowanemu przez postać wujka Sknerusa i jego Skarbiec. Po osiągnięciu pełnoletności, Don rozpoczął współpracę z fanzinami - pierwszym z nich był The Collector Billa Wilsona. Przypuszczalnie, właśnie w tym czasie Donowi zdarzało się rysować m. in. kacze postaci do fanzinów poznał nazwisko swojego ulubionego twórcy... powyżej nagłówek ilustrujący przygotowany przez niego indeks komiksów z Donaldem

DIPOL - NUMER PIERWSZY 27


storię komiksów. W tym samym magazynie reaktywował również Pertwillaby’ego. Jednocześnie Rosa poszerzył swoje zainteresowanie filmami i telewizją, szybko stając się chodzącą encyklopedią starych komiksów oraz programów telewizyjnych. Pomogły mu w tym jego naturalne zamiłowania archiwistyczne. Jednym z błędów przeszłości, wypominanych sobie do dziś przez Dona, jest pomoc w utworzeniu cennika Overstreet’s Comic Book Price Guide. Rosa dostarczał Bobowi Overstreetowi informacji ze swoich indeksów, nie wiedząc, że człowiek ten doprowadzi do zniszczenia swobodnego handlu magazynami komiksowymi. Duże i małe zbiory, pokaźne kolekcje, w wyniku działania tego cennika, kilkunastokrotnie zwiększyły swoją wartość. Zniszczyło to niepisane zasady sprzedaży używanych komiksów za pół ceny oraz nowych po cenie większej od okładkowej. Rynek komiksowy stał się polem działania biznesmenów i spekulantów poszukujących zysku. Sześć lat po uzyskaniu dyplomu Don poczuł znużenie nieodpłatną pracą nad Pertwillabym, który ciągle ukazywał się w formie przygody. Decyzja o zakończeniu współpracy zbiegła się w czasie z poszukiwaniami komiksiarza do lokalnej gazety Louisville Times, do której pisywał przyjaciel Rosy, Ray Foushee. Redaktorzy czasopisma chcieli by pasek, wielkości takiej jak te wydawane w niedziele, był zabawny i zawierał szybko rozwijającą się akcję. Artysta stanął na wysokości zadania, tworząc Captain Kentucky (dosł. Kapitan Kentucky), jedyny w USA pasek z rzeczywistymi postaciami i miejscami, ukazujący się w znanej gazecie. Tytułowy kapitan jest jednym z superbohaterów, za którymi Rosa osobiście nie przepada, oraz alter-ego Lancelota Pertwillaby’ego. Komiks ukazywał się co tydzień przez trzy lata. W 1980 roku pod palmą kokosową na hawajskiej plaży Don zmienił stan cywilny. Jego towarzyszką życia została Ann Payne, z zawodu nauczycielka. W tym samym czasie sytuacja na rynku komiksowym coraz bardziej się pogarszała. W efekcie, w 1985r., zagorzały kolekcjoner, jakim był Rosa, zaprzestał kupowania pism. Jego deska kreślarska znalazła się w piwnicy już kilkanaście miesięcy wcześniej - Kapitan został uśmiercony w 150-tym epizodzie, który ukazał się drukiem piętnastego sierpnia 1982r. Na tę decyzję złożyło się przekonanie o zbyt dużym wkładzie pracy w stosunku do efektów. Tak naprawdę rysownik nie otrzymywał żadnych recenzji swojego komiksu, na dodatek przygotowanie paska zajmowało mu ponad 12 godzin, a wszystko to za pensję równą wynagrodzeniu felietonisty, który pisał tekst zajmujący miejsce historyjki sześciokrotnie krócej. Komiksy disneyowskie od połowy lat 70. były dystrybuowane właściwie tylko do sklepów z zabawkami, nie 28

DIPOL - NUMER PIERWSZY

były do zdobycia w kioskach i drogeriach. Żaden z zatrudnionych przez wydawcę twórców nie był w stanie osiągnąć poziomu Carla Barksa, dlatego pisma składały się nadal w dużej mierze z reprintów. W 1985r. licencję na wydawanie komiksów z „klasycznymi postaciami” otrzymało wydawnictwo Gladstone stworzone przez grupę fanów i zapaleńców. Siostrzane Another Rainbow od kilku już lat zajmowało się litografiami obrazów olejnych Barksa oraz uzyskało licencję na publikację Carl Barks Library (dosł. Biblioteka Carla Barksa), pierwszej kompletnej kolekcji komiksów mistrza. Prezesem spółek był Bruce Hamilton, którego Don znał z komiksowych konwentów i festiwali. Na okładce pierwszego Uncle Scrooge pod egidą Gladstone znalazł się rysunek Daana Jippesa, a właściwie poprawiony tuszem pomysł Barksa. Rosa był przekonany, że ma do czynienia z nieznanym mu rysunkiem swojego ulubionego twórcy. Niezwłocznie kupił egzemplarz pisma. Nie mógł uwierzyć własnym oczom, okazało się bowiem, że jego najskrytsze marzenia zostały spełnione. Magazyn okazał się pismem z jego ulubionymi postaciami, z historyjkami jego ulubionego twórcy, uzupełniony nowymi treściami, tworzonymi przez fanów. Prawdziwa kariera twórcy komiksów rozpoczęła się dla Rosy telefonem do Byrona Ericksona, redaktora naczelnego disneyowskich tytułów. Don powiedział wówczas, że jest jedynym Amerykaninem urodzonym, by pisać i rysować komiksy o wujku Sknerusie. Tak, robię to [bardziej] jako maniakalny fanboy, ktory kocha to co czytał jako dziecko, raczej niż profesjonalny komiksiarz, który nie jest specjalnie zainteresowany, tym co przeminęło. Ale taki już jestem - napisał dwadzieścia pięć lat po rozpoczęciu kariery, podsumowując swój niezmienny stosunek do kaczek. Rosa nigdy nie krył, że tworzenie obrazkowych historyjek jest jego wymarzoną pracą. Jego siostra wspomina, że zawsze chciał być rysownikiem komiksów ze Sknerusem McKwaczem. Redaktor Erickson, mimo wątpliwości, po zobaczeniu wysłanych pocztą próbnych rysunków z kaczymi postaciami, udzielił Donowi pozwolenia na stworzenie pierwszej opowieści - Son of the Sun (pol. Syn Słońca, vide Kaczogród: Don Rosa). Dwudziestosześcio stronicowa historyjka rodziła się w bólach. Według Johna Clarka, jednego z redaktorów Gladstone, wycięto jedną trzecią dialogów. Wreszcie, udało się! Dzieło ukazało w 219-tym numerze Uncle Scrooge, w kwietniu 1987r. Najlepszym wynagrodzeniem włożonego trudu były reakcje czytelników, w szczególności tych, którzy wychowali się na historyjkach Barksa. Co zdecydowało o ogromnym sukcesie tego komiksu? Przede wszystkim, zachowanie ducha dawnych, klasycznych opowieści. Son of the Sun to


Przykładowe rysunki wysłane przez Rosę do Gladstone

historia o poszukiwaniu skarbów z akcją umiejscowioną w wysokich Andach. Czytając ją, na każdym kroku odczuwa się wielką inspirację twórczością Barksa. Zwłaszcza pod względem klarownej narracji oraz rysunków postaci, bowiem w wielu pierwszych komiksach Donowi zdarzało się kopiować kacze pozy ze starych historyjek. Na pierwszych stronach, których akcja toczy się w Muzeum Kaczogrodzkim, w tle niemalże każdego kadru znajduje się przynajmniej jeden skarb z barksowskich historii ze Sknerusem. Są to trofea McKwacza, między innymi złote runo, korona CzyngisChana, kamień filozoficzny, samorodek zwany gęsim jajem, kwadratowe jajka (vide str. 20)i wiele innych. Rolę negatywnego kreatora kontrdziałań bohaterów, odgrywa „zły charakter”, odwieczny rywal Sknerusa, Granit Forsant. Konsekwentny indywidualista, jakim jest Rosa jako komiksiarz, przywiązuje ogromną wagę do dokładności rysunku i precyzji realnego odwzorowania rzeczywistych miejsc oraz czasów, w których znajdują się fikcyjni bohaterowie. Tworząc każdy komiks poświęca wiele czasu na badania oraz uzyskiwanie niezbędnej wiedzy. Podobnie postępował jego idol, Barks, który korzystał z informacji zdobytych podczas, umilającej czas wolny, lektury National Geographic. Pomoc w przelaniu na papier odpowiednich elementów rysunku stanowiły dla Rosy szablony i kreślarskie przyrządy inżynierskie, bowiem autor nigdy nie opanował umiejętności rysowniczych na tyle, by móc tworzyć bez „wspomagania”. W związku z tym, Don odnosi się z wielkim szacunkiem do swoich kolegów z branży. Zapytany, kto jest jego ulubionym artystą, odpowiedział: Dałbym wszystko co mogę, by rysować tak wspaniale jak Marco Rota!!! Istota rzeczy nie polega jednak, być może, na biegłości rysowniczej. W przypadku Dona Rosy, o jego mistrzostwie komiksowego twórcy decyduje intuicyjne rozumienie ducha tego gatunku i konsekwentne realizowanie odkrycia iż barksowska konwencja jest mu najbliższa. Sukces był błyskotliwy. Son of the Sun został nominowany do, przyznawanej za osiągnięcia komiksowe, nagrody Harveya i cieszy się sławą aż do dziś. Wspomniano wcześniej, że Son of the Sun to „przeróbka” komiksu z Pertwillabym. Autor opowiadał, że od zawsze wyobrażał sobie tę historię z kaczymi postaciami. Ta wersja jest jednak szczególna, jest początkiem nie tylko nowego rozdziału w życiu Rosy, ale rozpoczyna także niekończący się hołd dla Carla Barksa.

W ostatnim kadrze tej opowieści Don umieścił malutki napis - D.U.C.K. Rozwinięciem tego skrótu jest Dedicated to Unca Carl from Keno, co oznacza w języku polskim Dedykowane wujkowi Carlowi od Keno. Rewizorzy z Disneya w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych byli bardzo surowi, nierzadko nakazywali wydawcom cenzurować kontrowersyjne fragmenty. Napis D.U.C.K. został uznany za podpis autora i usunięty. Na szczęście, oryginalna plansza została zachowana i komiks obecnie jest reprintowany bez tej drobnej, acz ważnej zmiany. W późniejszych historyjkach Don zaczął ukrywać dedykacje, by nie zostały one zauważone. Kolejnym aktem uznania i oddania jest przyjęcie, że kaczy bohaterowie nie są nieśmiertelni. Według Rosy, życie Sknerusa zakończyło się w 1967, czyli w momencie przejścia Barksa na emeryturę. Krytycy twierdzą, że ten tok myślenia nie jest czysto disneyowski oraz znacznie ogranicza całe uniwersum, gdyż czas akcji zawęża się do lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX stulecia. Budujący swoją pozycję komiksowego twórcy artysta podjął odważną decyzję. Narysowanie komiksu miało być jednorazowym wyzwaniem i spełnieniem skrytego marzenia. Sukces przedsięwzięcia zdecydował, że Rosa postanowił rozwiązać rodzinną firmę oraz poświęcić się swojej wymarzonej pracy. Podjął ryzyko, kalkulując że zarobi jedną trzecią dotychczasowej pensji za wykonanie historyjki, oraz kolejną jedną trzecią sprzedając rysunki. Plusami nowego zawodu był nielimitowany czas pracy i równie nielimitowana satysfakcja. Czy coś mogło stanąć na drodze do gwiazd twórcy okrzykniętego mianem „następcy Barksa”? CIĄG DALSZY NASTĄPI WDCmaniak

BIBLIOGRAFIA

Sigvald Grøsfjeld jr., Introduc(k)tion to Don Rosa Shawn Hamilton, Index to Don Rosa pre-Disney work Meet Don Rosa - webisode 1 Born into stories Meet Don Rosa - webisode 2 Carl Barks stories Don Rosa interview: before the Ducks, rozm. przepr. Francesco Stajano Don Rosa interview: The dream of a lifetime, rozm. przepr. Francesco Stajano Don Rosa non-Disney comics: Pertwillaby Papers & Captain Kentucky, http://perunamaa.com Fan-interview 2004, http://duckmania.de Don Rosa video interview, rozm. przepr. F.A. Eliott http://www.ess.fi/?category=3280&videoid=202856

DIPOL - NUMER PIERWSZY 29


BOLESNE NARODZINY jak powstawał Dipol

P

omysł utworzenia fanowskiego magazynu okołodisneyowego krążył wśród fanów od wielu lat. Pierwszą osobą, która wyszła z taką inicjatywą był Arcer, obecnie jeden z administratorów forum DisneyPolska! Miało to miejsce w lipcu 2003r., gdy społeczność utrzymywała ze sobą kontakt jeszcze za pośrednictwem listy mailingowej. Po kilku tygodniach wymiana zdań na temat Kwaczego Kuriera (taki był tytuł roboczy pisma) ucichła. Sześć lat później na forum swojej strony internetowej WDCmaniak zaproponował utworzenie fanzinu. Po kilku dniach dyskusja przeniosła się na DisneyPolskę!, gdzie koncept zainteresował kilku użytkowników. Projekt jednak zamarł, czego redaktor dziś, patrząc na ukończonego Dipola, wcale nie żałuje. Pod koniec 2010r. Gladstone wystąpił z propozycją stworzenia przez forowiczów wspólnego komiksu pt. Dipol. Jeden z użytkowników zaproponował przekształcenie Dipola w fanzin. Gladstone podchwycił myśl i w lutym opublikował w Internecie numer 0 składający się głównie z materiałów ogólnodostępnych w sieci, a w szczególności z postów z DisneyPolski! Spotkał się on z pozytywnymi opiniami i całkiem wysoko ustawił poprzeczkę, którą, mamy nadzieję, udało nam się przeskoczyć obecnym wydaniem. W niedługim czasie ogłoszono konkurs na logo, w którym znalazło się sześć propozycji. Na okładce tego numeru widnieje zwycięski projekt przygotowany przez Retlawa. Następnym krokiem w historii zinu było sformowanie redakcji. Stanowią ją: Gladstone - redaktor naczelny, autor inicjatywy, wcześniej współtworzący stronę www. carlbarks.cba.pl, WDCmaniak - założyciel strony www. wdcs.pl, oraz Ryso - początkująca artystka, której prace możecie obejrzeć na stronie www.rysownik.deviantart. com, autorka komiksu Pierścień Nordów. Poza nami w prace nad tym numerem zaangażowało się kilka innych osób, odpowiedzialnych m.in. za napisanie części tekstów, dostarczenie skanów. Od kwietnia większość prac zespołu odbywa się za pośrednictwem Dokumentów Google. Ostatnie etapy produkcji to korekta, odbywająca się pod czujnym okiem Ryso, oraz skład do pliku PDF, za co jest odpowiedzialny, jako autor oprawy, WDCmaniak. Wynik tych bolesnych narodzin oglądacie w tej chwili. Komiksy disneyowskie mają szczególe miejsce w sercach każdego z nas, więc naszej pracy towarzyszy niesamowita siła pasji. Mamy nadzieję, że Dipol spełnia Wasze oczekiwania oraz, że nie zmieni się to w przyszłości. WDCmaniak

Po lewej: jak powstawała okładka (aut. Ryso)

30

DIPOL - NUMER PIERWSZY


UWAGI KOŃCOWE krótki apel do Czytelników

Pragniemy podziękować Wam, drodzy Czytelnicy, za dotarcie do tego miejsca. Mamy nadzieję, że dzięki Dipolowi poznaliście choć trochę ciekawych i nigdzie wcześniej niewspominanych faktów związanych z komiksem disneyowskim. Być może, właśnie ten fanzin będzie wznowieniem kontaktu z Disneyem, w końcu spora część młodzieży uczyła się czytać właśnie na komiksach ukazujących się na łamach czasopisma Kaczor Donald. Nie wahajcie się polecić naszego zinu swoim znajomym! Dla przykładu, możecie zarekomendować naszą stronę na Facebooku - http://tnij.org/dipolFB

© THE Walt Disney COMPANY

Będziemy również wdzięczni za każdy komentarz. Prosimy o wysyłanie opinii oraz uwag na adres e-mail fanzindipol@gmail.com - wybrane listy oraz opinie będą publikowane na ostatnich stronach zinu. Postaramy się odpowiedzieć na każdą wiadomość.

Jeżeli chcecie pomóc naszej redakcji, możecie wypełnić anonimową ankietę dotyczącą pierwszego numeru Dipola, w której można ocenić poszczególne artykuły, jak i inne, równie ważne elementy składające się na całość pracy. W tym celu zapraszamy na stronę http://tnij.org/dipol-ankieta

Dipol jest publikowany w dwóch formach, kserowanej i elektronicznej. Nie zastrzegamy sobie prawa do jego dystrybucji w pierwszej formie. Ze względu na nieodpłatny charakter, docenimy każdą próbę pomocy w postaci kserowania i dostarczania zinu do centrów kultury, szeroko uczęszczanych miejsc publicznych czy też bibliotek. Ponieważ chcielibyśmy, mimo wszystko, zachować choć minimalną kontrolę nad rozpowszechnianiem naszej pracy, prosimy o umieszczanie na dole trzeciej strony kserowanego egzemplarza sygnatury, w której znalazłyby się następujące dane: miejscowość oraz pseudonim dobroczyńcy, oraz wg. uznania ewentualne informacje dodatkowe (przykładowa sygnatura: WDC/LODZ/MFK). Oczywiście, oprócz tego, jeszcze bardziej mile widziane byłoby zgłoszenie swojego daru do redakcji na wyżej wskazany adres e-mail. Jesteśmy otwarci na nowych współpracowników. Osoby pełne energii twórczej, pomysłowe i pracowite prosimy o kontakt emailowy. Nie trzeba wcale znać komiksów Disneya od podszewki - każda ręka może okazać się pomocna, chociażby do sprawdzenia treści pod kątem błędów językowych, czy jako konsultant pomagający zróżnicować tematy. Szczególnie otwarty na nowych tekściarzy jest dział Recenzje komiksów. Do przyczynienia się do kolejnego numeru można również najzwyczajniej w świecie wysłać nurtujące pytanie związane z uniwersum disneyowskich historyjek obrazkowych, na które postaramy się znaleźć odpowiedź. DIPOL - NUMER PIERWSZY 31


Profile for Gladstone

Dipol - numer 1  

Pierwszy polski fanzin o komiksach Disneya

Dipol - numer 1  

Pierwszy polski fanzin o komiksach Disneya

Advertisement