Page 1

LIBERTA ADASAA

numer 23 listopad 2012 Pismo uczniów Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych Sióstr Urszulanek SJK w Pniewach


Spis treści Opętanie fanatyzmem ....................................... 3 W pokoju zwierzeń............................................. 7 Nie masz profilu – nie istniejesz! ........................ 8 Staruszko, nie irytuj się ...................................... 9 Internacki kalejdoskop ..................................... 10 Ungewöhnliches Glück .................................... 11 Poezja .............................................................. 12 Szczypta szaleństwa ........................................ 12

Redaktor naczelna: Zuza Stoińska Redakcj@ Anna Kurowska, Celina Jerzyńska, Maciej Stępniak, Weronika Budych, Żaneta Kurowska, Zuzanna Stoińska Nauczyciele: s. Danuta Sakowicz Opieka merytoryczna: p. Ewa Genge-Korpik Skład: p. Kamil Kiereta Wydawca: Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych Sióstr Urszulanek SJK w Pniewach

2

LIBERTA

listopad 2012

Witajcie Drodzy Czytelnicy!


„Oczy widzą, uszy – słyszą, a serce – i tak wie swoje.”

Opętanie fanatyzmem

Fanatycznie, czyli jak?

Fanatykiem się po prostu jest i tyle. Nie można się tego nauczyć, to się po prostu ma. Albo się połknie bakcyla, albo nie. Nie ma stadium pośredniego. To jak z ciążą – nie można być trochę w ciąży, trochę nie. W moim przypadku fanatycznie znaczy skrajnie, bo jak drużyna przegrywa, a w dodatku był to słaby mecz, to pojawia się depresja, czarne wizje o spadku, najgorsze scenariusze. Natomiast wraz z wygraną – taką efektowną i efektywną – przychodzi hurraoptymizm, nagle można góry przenosić, a cała drużyna, każdy piłkarz wydaje się mieć wybitne umiejętności. Fanatycznie znaczy „na dobre i na złe”. Fanatycznie znaczy nieważne, czy świat się wali, czy nie, zawsze do końca, bez względu na wszystko, szczególnie bez względu na komentarze: „Po co tam jedziesz i wydajesz pieniądze? Pewnie i tak przegrają”.

Męski sport? Patrząc od strony aktorów, tj. piłkarzy – definitywnie! Uwierzcie mi, że Panie nie nadają się do gry w piłkę nożną. Nie wierzycie? Sprawdźcie sami! Można mile spędzić czas, oglądając piłkę nożną kobiet i przy okazji poszerzyć horyzonty. Same widowisko jest pełne emocji, mecz jest szybki, akcja goni akcję, z jednej bramki przenosimy się pod drugą. Jednak futbol, podobnie jak każdy inny sport, to gra błędów (a tych w grze kobiet nie brakuje) i to stąd bierze się mecz lekki, łatwy i przyjemny w oglądaniu. Niestety, wraz z atrakcyjnością rozgrywek kobiet łatwo zauważyć również mankamenty. Użyję słowa „amatorstwo” i nie uważam je za zbyt mocne stwierdzenie. Niemniej jednak, futbol w wykonaniu kobiet po prostu nie ma tego „czegoś”. Patrząc od strony kibiców, sprawa wygląda zupełnie inaczej. Bo kto powiedział, że kobieta nie ma prawa interesować się futbolem? Na kobietę-fanatyczkę patrzy się na dwa sposoby:  (tu typowe dla innych kobiet, nieinteresujących się futbolem) – patrzy się jak na dziwaka. Teksty typu: „Jak w ogóle można się takim czymś podniecać? Przecież to tylko kilku facetów, biegających w tę i z powrotem za piłką. Swoją drogą sprytne: pewnie w ogóle nie patrzysz na to, co dzieje się na boisku, tylko podziwiasz wysportowane „ciacha”. Na stadionie też masz wokół siebie samych facetów.” Drogie Panie, pozwólcie, że Was uświadomię – stadion to nie rewia mody i facet nie zwróci na Was uwagi choćby nie wiem co.  (tu typowe dla innych fanatyków-mężczyzn) – kobieta nigdy nie dorówna mężczyźnie. Ona się przecież nie zna. Pewnie nawet nie wie, co to spalony. Jest to sytuacja niezwykle irytująca na co dzień. Jednak, kiedy zaczyna się dyskusja i kobieta zacznie się udzielać, „błyśnie”, mówi z pasją, wtedy miny panów są bezcenne.

Kibol = pseudokibic? Teraz poruszę całą kwestię nazewnictwa, więc pewnie niektórzy powiedzą, że jestem nadgorliwa i przesadzam, ale różnica jest. I to jaka! Kibol – w Wielkopolsce pojęcie niemal od zawsze kojarzone z sympatykami Kolejorza, później skazane na zapomnienie w kontekście panującej komunistycznej cenzury. Obecnie termin „kibol” powrócił i odnosi się nie tylko do fanatyków Lecha Poznań, ale także innych klubów piłkarskich. Pseudokibic – chuligan, dokonujący aktów wandalizmu i przemocy, biorący udział w tzw. ustawkach, często działający jako NIBY-kibic danej drużyny piłkarskiej. Na Wikipedii pod hasłem „chuligan” czytamy: „Czasami atakowani przez chuliganów bywają także zawodnicy drużyny przeciwnej, jednak z reguły chuligani pozostają przy obraźliwych tekstach i przyśpiewkach na jej temat.” Powiem Wam, że nieźle się uśmiałam, czytając to zdanie, bo wynika z niego, że zdecydowana większość osób, będących na meczu jest chuliganami. Podkreślę tylko, że „obraźliwe teksty” wcale nie muszą oznaczać niecenzuralnych słów. Jednak nie ma się co oszukiwać, na stadionie usłyszymy wulgaryzmy, nawet wiele, ale stadion to nie kino czy teatr i to jest fakt, z którym trzeba się pogodzić. Jak komuś to nie odpowiada to ma problem, ale zaznaczę, że dzieci w podstawówce potrafią przeklinać i założę się, że nie są stałymi bywalcami meczów piłkarskich.

LIBERTA listopad 2012

3


Te dwa pojęcia – kibol i pseudokibic – często są stawiane na równi, jednak oznaczają zupełnie co innego. Pytanie: kto na siłę łączy słowo kibol z chuligaństwem? Odpowiedź: większość mediów. Obecnie kibol w języku dziennikarzy znaczy „samo zło”. Kibol to bandyta, wandal, handlarz narkotyków, a sam stadion nie jest miejscem piłkarskiego święta, tylko igrzysk pełnych eskalacji kibolskiej agresji. Pytanie: dlaczego? Na początek przytoczę słowa najpopularniejszego transparentu, wywieszanego na większości polskich stadionów, w reakcji na zeszłoroczną (i wciąż trwającą) rządową kampanię antykibicowską: „Niespełnione rządu obietnice = temat zastępczy kibice.”. Bo wszystko zaczęło się w zeszłym roku, jeszcze przed Euro 2012, gdy w polityce wrzało, kiedy to niekoniecznie wszystko wychodziło z powodzeniem. Tu posłużę się kolejnym cytatem, tym razem z innej oprawy kibicowskiej: „Projekt Euro 2012. Stadiony – przepłacone. Autostrady – nie będzie. Dworce – przypudrowane. Lotniska – prowincjonalne. Zawodnicy – słabi. Temat zastępczy – kibice. Rząd – zadowolony.” O co chodzi? O to, że w obliczu panujących afer i skandali, nieudolności rządu, napierania opozycji, rząd postanowił przenieść niekorzystny akcent na „inne sprawy”. Te „inne sprawy” to nic innego jak społeczność kibiców. Tak więc, w mediach zaczynają pojawiać się informacje o kibolach-bandytach, kibolachantysemitach, kibolach-ksenofobach i inne nieprawdziwe wizerunki kiboli. Coraz więcej Panów policjantów, komisarzy zaczyna się pojawiać w serwisach informacyjnych i opowiadać o zakazach klubowych i stadionowych. Byle, żeby tylko odwrócić uwagę od własnych niepowodzeń i jawić się jako „ojciec narodu”. Przyszło Euro 2012, wydawało się, że cała sytuacja poprawi się po imprezie. Jednak nie. Sytuacja zaostrzyła się. Tymczasem media ucichły. Temat kibiców został odsunięty. Natomiast absurdów przybywa. Ponieważ, będąc na stadionie, za używanie wulgaryzmów można dostać mandat na kwotę kilku tysięcy złotych. Ponieważ za stanie jedną nogą w przejściu można dostać kilkutysięczny mandat i zakaz klubowy. I nie są to pojedyncze przypadki. Te mandaty i zakazy „rozdawane” są na umór, w ogromnych ilościach. Do tego dochodzą absurdalne zarządzenia o fikcyjnych meczach podwyższonego ryzyka, czytaj: kibice się nie lubią i potrzeba więcej służb porządkowych. Są także zamykane albo całe stadiony, albo niektóre trybuny, oczywiście bezpodstawnie. Dlaczego? Już tłumaczę, jak to działa: mamy Pana Premiera, który stoi nad wojewodami; wojewodowie stoją nad komendantami policji; i stąd wychodzą te absurdalne przepisy. Wniosek? Przeanalizujcie sami. Jaki to ma cel? Stadion – kibice – wyrażają swoje niezadowolenie w sposób otwarty – należy wyeliminować. Co na to kibice? W zeszłym roku skończyło się na bojkocie meczów Ekstraklasy – na stadion albo nie przychodziło się w ogóle, albo przychodziło się bez barw klubowych, a na samym obiekcie panowała zupełna cisza, znaczy się brak dopingu. Obecnie sytuacja ma różne oblicza – w jednych regionach sytuacja jest szalona i tam jest całkowity bojkot meczów, w innych lokalizacjach jest jako-tako, a sytuacja wydaje się być w miarę „normalna”. Co na to komentatorzy sportowi? Kibice mają problem. Tak w ogóle to, o co im chodzi? Powinni wspierać drużynę, bo ona tego potrzebuje. Udawanie, że problemu nie ma. Kolejne „pudrowanie”. Cała ta „szopka” ma na celu również wymianę publiki na stadionach. Ludziom wmawia się, że na stadionach jest niebezpiecznie, chodzą tam sami bandyci, wlepia się mandaty i zakazy oraz (tu: pierwszy absurd) zaprasza się „nowy narybek” w postaci panów w garniturach i krawatach oraz szczęśliwych rodzin z dziećmi, bo przecież stadion ma być miejscem przyjaznym, miejscem rozrywki. Do wymiany publiki doszło w Anglii w latach 80. i 90. po zamieszkach w Heysel. Teraz na stadionach jest prowadzony doping, nawet słyszalny, jednak w telewizji widać stoicko spokojną publikę. Tyle, że tam to można spokojnie siedzieć i oglądać mecz, bo jest CO oglądać, bo poziom piłki jest tam o wiele wyższy. Kolejnym absurdem jest to, że w Polsce próbuje się wymienić publikę, a za granicą zazdroszczą nam i podziwiają naszą atmosferę na stadionie. Stadionowa atmosfera to nie tylko doping fanatyków. To także oprawy przygotowane przez Ultrasów, często wspierane racami. Jednak za race dostaje się wysokie kary, zakazy wyjazdowe grup kibicowskich (bo jest to nielegalne), a wszystkim dookoła wmawia się, że jest to niebezpieczne. Kibice ruszyli z akcją „Pirotechnika jest bezpieczna” i chcą legalizacji odpalania materiałów pirotechnicznych. Wszystko, co opisałam, jest poniekąd powiązane z zagadnieniem „modern football”. Przez ten termin określa się piknikową atmosferę na stadionach – kibice nieszkodliwi, zakładający idiotyczne kapelusze i dmuchający ile sił w wuwuzele (rodzaj trąbki), wymalowani jak klauny w barwy klubowe czy narodowe, doping prowadzony przez jakiegoś celebrytę, zupełnie bez polotu, grzecznie, kulturalnie, bezpiecznie, nudno. Plus piłka jako biznes. Plus piłka jako „dobro” konsumenckie, które trzeba pokazywać w odpowiednich godzinach, żeby zysk był jak największy. Równa się? Morderstwo futbolu, tzn. futbolu z wartościami, futbolu wyjątkowego, futbolu-pasji, pełnego fanatyzmu, przywiązania, zabawy w postaci zdzierania gardeł podczas dopingu, skakania, klaskania, odpalania rac, przygotowywania opraw.

4

LIBERTA listopad 2012


Przykre jest to, że wielu ludzi myśli kategoriami stereotypów nawet w stosunku do piłki nożnej. Gorsze jest jednak to, że politycy i media wykorzystują to dla własnych celów. Te stereotypy to właśnie kibic-bandyta i środowisko piłkarskie jako miejsce agresji. Stereotypy te wywodzą się z lat 80. i 90., kiedy rzeczywiście realia kibicowskie tak wyglądały, a sam futbol przesiąknięty był korupcją, jeśli nie był nią w całości. Jednak minęło ponad 20 lat i sprawa wygląda zupełnie inaczej.

Jestem kibolem! Jestem kibolem! Nie jestem chuliganem, nie jestem typem pakera, dresiarza, nie jestem dilerem narkotyków, nie jestem ksenofobem, nie noszę w portfelu zdjęć potencjalnych wrogów w postaci kibiców drużyn przeciwnych (tego ostatniego sobie nie wymyśliłam, przeczytałam tę bzdurę w jakimś tekście mądrej Pani „dziennikarz”). Jestem kibolem! Stadion to miejsce, gdzie tysiące ludzi przychodzi, żeby przede wszystkim obejrzeć wspaniałe widowisko sportowe. Wszyscy mają jedną wspólną cechę: PASJĘ. Na stadionie spotkamy kobiety i mężczyzn, niemowlęta i małe dzieci(!), kobiety w ciąży (też!), dzieci, młodych ludzi, panów z kryzysem wieku średniego, staruszków. Miejsce jest dla każdego: i dla tych, co preferują siedzieć i w spokoju oglądać mecz, i dla zapalonych fanatyków, którzy przez 90 minut bawią się i wspierają ukochaną drużynę. Jest miejsce dla tych, którzy sporadycznie włączają się do dopingu, jest sektor rodzinny dla rodziców z dziećmi. Nadal ktoś myśli, że na stadionie jest niebezpiecznie? Jeśli chodzi o samą działalność kibicowską, przybliżę ją na przykładzie sympatyków Lecha Poznań. Kibole są organizatorami akcji patriotycznych (np. renowacje mogił powstańczych, akcje promujące lokalne wydarzenia historyczne, organizacja rekonstrukcji historycznych, organizacja marszów, opieka nad miejscami pamięci) oraz akcji charytatywnych (zbiórki pieniężne, licytacje, turnieje, aukcje, pomoc niepełnosprawnym, pomoc dla domów dziecka).

Wpadnijmy w piłkoszał?! W kontekście przeżywanego w tym roku Euro 2012 i eliminacji do MŚ 2014 uaktywniło się po raz kolejny bardzo ciekawe zjawisko. Z jednej strony jest to przejaw patriotyzmu, jednak z mojego punktu widzenia – „pseudokibicowanie”. Wielkie imprezy futbolowe spowodowały, że ludzie zaczęli popadać w „piłkoszał”. Zaistniało przekonanie, że mecze polskiej reprezentacji (bo to o nią tu głównie chodzi) trzeba oglądać i koniec. Jak nazwać człowieka, który na co dzień nie interesuje się piłką nożną, a nagle staje się zapalonym fanatykiem? W dodatku wielkim ekspertem! Bo przecież gra polskiej reprezentacji jest do niczego, piłkarze są do niczego i w ogóle wszystko jest do niczego, bo to polska piłka. I potem w strefach kibica gromadziło się tysiące ludzi… przepraszam MIŁOŚNIKÓW, którzy nie wiedząc NIC! o polskim futbolu miało wielkie oczekiwania, pragnienia, nadzieje. Prawdziwi kibice, śledzący tydzień po tygodniu polską Ekstraklasę, siedzieli w domu, spokojnie oglądając mecze, realnie oceniając szanse naszej reprezentacji. Dla nich nie było to tragedią, że nie wyszliśmy z grupy. Ba! Nie było nawet zaskoczeniem! Za to w strefach pseudokibiców, pseudomiłośnicy, pogrążeni w smutku, padali na kolana, padali twarzą do ziemi, ukrywali twarz w dłoniach, rozpaczając, wylewając ocean łez, bo przecież „znowu w życiu mi nie wyszło”. Mój komentarz do Euro? Po ostatnim akapicie pewnie myślicie, że mam do tej całej imprezy negatywny stosunek, ale nie. Było to całkiem niezłe przedsięwzięcie. Okazało się, że jesteśmy otwartym na innych narodem, pełnym sympatii i gościnności. Obalony został stereotyp szarego, przeciętnego, zwykłego Polaka, który ciągle narzeka. Organizacja Euro – tu już sprawa wygląda gorzej. Jednak władzy i tak się „upiekło”, bo w mediach mówiło się tylko o niepowodzeniu sportowym i niedoskonałości organizacyjne zostały przypudrowane wspaniałą atmosferą.

Reprezentacyjny bełkot? Pozwólcie, że Was uświadomię w kwestiach futbolu na poziomie reprezentacji. Gra w reprezentacji narodowej, przynajmniej jeśli chodzi o piłkę nożną, nie jest tym, co kiedyś, niestety. Niestety, bo powołanie do reprezentacji nie jest już wyróżnieniem. Gra z orzełkiem na piersi nie jest zaszczytem. A piłkarzom nie chce się „umierać za ojczyznę” (na boisku oczywiście). Narzekamy na poziom polskiej reprezentacji, jednak trzeba wiedzieć o jednej, ważnej rzeczy. W dzisiejszych czasach piłka to biznes, piłka to pieniądze, niewiarygodnie wysokie pieniądze. Chore jest płacenie za piłkarza kilkunastu milionów euro, bo przecież taki on ma talent, tyle zysku może nam przynieść. Sumy, które obracają się w piłkarskim biznesie są mocno zawyżone. I nie mówię tylko o Zachodzie, bo nawet w Polsce przepłaca się piłkarzy. W kontekście pracy, jaką wykonują, dostają oni zdecydowanie za duże pieniądze. Tu przechodzimy do ideału piłkarza, który w sumie nie istnieje. Bo piłkarz powinien dobrze się odżywiać i nie pić alkoholu. Rozumiem, każdy jest człowiekiem, chce się bawić, są uroczystości rodzinne, ale… coweekendowe

LIBERTA listopad 2012

5


imprezy z litrami alkoholu to lekka przesada. Zresztą, każdy sam sobie wybiera zawód i wie, jakie obowiązki i wyrzeczenia się z tym wiążą. To, że piłkarz powinien mieć ambicje i wolę zwycięstwa jak nikt inny, jest chyba oczywiste. Ciągłe dążenie do doskonałości, pasja, wyznaczanie kolejnych celów – podnoszenie poprzeczki, ofiarność, waleczność to kolejne cechy. Całkowita wierność i poświęcenie własnemu klubowi to jedno, gra w reprezentacji jako osiągnięcie najwyższego pułapu to drugie. Klub jako drugi dom, drużyna jako rodzina. Pasja, która jest ważniejsza od pieniędzy. Niestety to tak nie działa. To nie te czasy, gdy piłkarz był piłkarzem „z pasji”, za grę dostawał ewentualnie małą sumkę, ale na boisku zostawiał serce i wiedział, co to znaczy barwy klubowe. W razie czego zawsze po słabszym występie dostawał przysłowiowego „liścia” i podczas następnego spotkania od razu lepiej chodził. Obecnie jest to niedopuszczalne, jednak ja twierdzę, że byłoby całkiem przydatne. Dzisiaj piłkarze nie wiedzą, co dla kibiców znaczy ukochany klub. Ewentualnie w wywiadzie umieją powiedzieć, że to jest niesamowite, ta cała atmosfera, gdy całe miasto żyje następnym meczem. Niestety, po przegranym meczu „strzelają też focha”, do którego absolutnie nie mają prawa i powinni dostać kopa w cztery litery. Przydałyby im się (jak nie „liść” to chociaż) prelekcje, spotkania z kibicami, żeby wiedzieli, jakie wartości wyznaje kibic, co czuje, czego oczekuje, itp. Bo to przecież kibice są podstawą wszystkiego. Jednak wracając do gry polskiej reprezentacji… Kiedy wiemy już, że w dzisiejszych czasach futbol to biznes, nie dziwmy się, że polska piłka wygląda tak, a nie inaczej. Weźmy np. takiego Lewandowskiego – wielki talent, teraz już gwiazda Bundesligi. Talent to może i on ma, ale nie będzie sobie wypruwał żył na reprezentacyjnym boisku. Piłkarz, który zarabia majątek na niemieckim rynku piłkarskim, nie będzie się poświęcał i ryzykował kontuzji dla gry w reprezentacji. Nie będę oceniać tej sytuacji. Takie zjawisko zachodzi i tyle. Trzeba się z tym pogodzić. A im wcześniej to zrozumiemy, tym mniej będzie nas irytować poziom polskiej reprezentacji.

I love Barcelona! Nie. Zdecydowanie nie. Powyższe stwierdzenie miało być wyrazem ironii, ale o tym za chwilę. Naprawdę lubię obejrzeć mecz ligi hiszpańskiej, angielskiej czy niemieckiej, Ligę Mistrzów czy Ligę Europejską. Rozgrywki zagraniczne są na wyższym poziomie, a poza tym są inne, bo są zagraniczne, więc śledząc je, poszerzamy horyzonty. Oglądanie ich jest przyjemnością (ze względu na jakość gry), możemy delektować się kwintesencją futbolu, czyli niezwykłą techniką zagrań, szybkimi, składnymi akcjami, „perełkami”, czyli golami. Jednak spotkania te są całkowicie pozbawione emocji. Dla mnie cała frajda futbolu kryje się właśnie w emocjach, w przywiązaniu do danego klubu, w subiektywizmie. Bo nieważne, co się stało na boisku, co powiedział arbiter – „sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie” – znaczy się: faulu nie było Panie sędzio, nie, nie. Jednak wracając do tytułowego „I love Barcelona”… Śmieszą mnie ludzie, uważający się za wielkich fanów FC Barcelony, Realu Madryt, Manchesteru United, itp. Dlaczego? Ponieważ oglądają tylko co tydzień występ niby-ukochanej drużyny (o ile nie robią tego sporadycznie), o byciu na meczu w ogóle nie wspominam – po prostu nie żyją wydarzeniami klubowymi, „przy prawdziwych sympatykach tego klubu nawet nie leżeli”. No i ekspertami to oni w ogóle są, i to jakimi! W szczególności polskiej E-klasy, której na oczy nie widzieli. Potrafią oglądać tylko nudne, bezpłciowe widowiska hiszpańskie, gdzie każde zagranie jest perfekcyjne, więc czym tu się podniecać? Polska piłka to jest coś! Tu są emocje! Dojdzie do piłki czy nie dojdzie? Strzeli, przestrzeli czy poprzeczka? Najwyżej potknie się o własne nogi… A tak całkiem na serio – „polski grajdołek polskim grajdołkiem”, ale jak się nie znasz to wara od niego. WĘGIER

6

LIBERTA listopad 2012


„Zwierzanie się drugiemu człowiekowi jest w gruncie rzeczy jak gra, w której albo wszystko się przegrywa, albo wygrywa. Ten drugi jest zawsze przeciwnikiem i dokładnie tak należy go traktować. Żaden gracz nie kładzie odkrytych kart na stole. Trzyma je w dłoni i wybiera, które wyrzucić pierwsze, a które zatrzymać do końca.”

W pokoju zwierzeń

Po co komu Facebook? W zasadzie istnieje niezliczona ilość argumentów na „tak”: „mam kontakt ze znajomymi”, „poznaję nowych ludzi”, „otwieram się na innych” i mogę podzielić się wieścią, iż „nie śpię, bo trzymam kredens”. Kiedy już wymienię sobie listę tych zalet, pojawia się pytanie: „co jest ze mną nie tak?” Już dawno powinienem założyć sobie coś takiego. Ale przecież to już było! Wiele osób przebrnęło już przez etap pod znakiem „NK”, ale owe „NK” jest już teraz passé. Dlaczego? Wracając do poprzedniej myśli, Facebook to cud, wymagający jedynie krótkiej rejestracji, podczas której dobrowolnie oddajemy nasze dane osobowe Markowi Zuckerbergowi. „Wielkiemu Markowi”, że tak pozwolę się sobie wyrazić. Należy zaznaczyć, że sprytnie zaznacza on w regulaminie, iż zrzekamy się praw do naszych przemyśleń, zdjęć i innych rzeczy tworzących naszą osobowość, które zamieszczamy na portalu. Ale hej! Bez tego i my nie mielibyśmy tak łatwego wglądu w życie naszych znajomych.

Czym zajmuje się przeciętny facebookowicz? Każdy dzień należy zacząć od celebracji Facebooka. Dlaczego? Otóż, jesteśmy nikim bez naszych znajomych i musimy o nich dbać. Najpierw sprawdzam, czy nie dostałem żadnej zaczepki (ang. poke). Zaczepka zaimplementowana na Facebooku polega na wirtualnym „tryknięciu” innej osoby, która do dziś nie wiadomo, co dostaje. Sprawdzam więc moje tryknięcia i staram się wszystkim innym „odtrykać”. Następnie przechodzę do zakładki z nowymi znajomymi i zaznaczam „tak”, bo przecież czym więcej znajomych, tym lepiej. Zaczynam przeglądać tablice moich znajomych i… O nie! Zapomniałem zrobić zdjęcie swojego obiadu. Pędem więc ruszam pstryknąć fotkę jak gotuję, jak podaję jedzenie, jak jem i jak wygląda talerz po zjedzeniu. Teraz lepiej. Wystarczy jeszcze tylko kliknąć parę razy „lubię to” i ot wizyta zakończona. A jednak nie! Zapomniałem oznaczyć znajomych na zdjęciach z ostatniej imprezy. Zrobione. Napiszę jeszcze tylko, jak bardzo ich kocham. Według zasady „godejcie po naszymu” nie mogę zrobić tego tak zwyczajnie, więc szybko się poprawiam i wpisuję, jak bardzo ich „loffciam”, ewentualnie „koffam”. Fin! Jutro idę na urodziny do kolegi i po jakiś 15 minutach napiszę na „FB” o tym, jak się bawię, więc nie musicie się martwić.

Noir et blanc? Czy takiemu portalowi mówię nie? Nie! Facebook może być wykorzystany jako bardzo dobre narzędzie do kontaktu z innymi, ale bywa, że czasem zapominamy, gdzie kończy się nasza prywatność. Pamiętajmy, że jeśli poświęcamy dziennie 30 minut na FB, tracimy aż 15 godzin w miesiącu. Z taką ilością czasu można zrobić bardzo dużo, na przykład... odwiedzić znajomych w rzeczywistości. ULYSSES

LIBERTA listopad 2012

7


Nie masz profilu – nie istniejesz! Poświęcamy wiele czasu na przeczytanie „Znane są tysiące sposobów zabijania plotek, wysyłanie wiadomości, dyskusje, czasu, ale nikt nie wie, jak go wskrzesić.” czatowanie, szukanie znajomych. Dzielimy się własnymi przeżyciami oraz wymieniamy doświadczeniami. Szukamy odpowiedzi na wiele nurtujących pytań. Zdjęcia, sentencje, informacje, odnośniki do innych stron – to zaledwie kilka propozycji, jakie oferują nam serwisy internetowe.

Złodziej czasu? Portale społecznościowe dają możliwość odnalezienia „starych znajomych” oraz w dużym stopniu ułatwiają nawiązanie nowych relacji. Jest to duża zaleta, ponieważ można być w kontakcie z ludźmi, którzy mieszkają na drugim końcu Polski, a nawet świata. Jednak czy świat wirtualny nie powoduje, że zamykamy się na ludzi z naszego otoczenia? Wolimy pisać krótkie komunikaty typu SMS zamiast umawiać się na spotkania w cztery oczy. Wiele osób ma z tym problem, bo nie potrafi komunikować się z innymi. Internet uzależnia ich do tego stopnia, że łączą świat realny z wirtualnym. Coraz częściej słyszy się stwierdzenie: „jeśli nie masz własnego profilu na portalu społecznościowym to nie istniejesz.” Dlaczego tak się dzieje? Czy jesteśmy tak bardzo przywiązani do dobrodziejstw techniki, że nie potrafimy bez nich żyć? Świat wirtualny odgrywa ważniejszą rolę niż film, plakat, czy dobra książka. Zapominamy o rzeczach przyziemnych, a skupiamy się na trendach, na tym, co nam narzucają inni. Zatracamy swoją oryginalność, by podporządkować się większości ludzi. Próbujemy naśladować wzorce, które niekoniecznie można nazwać autorytetami. Wiele osób przyjmuje każdą informację zawartą na tych portalach i nie zastanawia się, czy jest ona prawdziwa. Portale społecznościowe odgrywają ogromną rolę w kulturze masowej. To raj dla producentów, którzy w szybki, łatwy i tani sposób za wszelką cenę, chcą rozpowszechnić swoje produkty. To idealne miejsce na reklamę i manipulację użytkownikiem. Kilka zachęcających komentarzy i wiadomości roznoszą się po „całym świecie”. W ten sposób zwiększa się ilość potencjalnych klientów, a mu ulegamy wpływom. Można również odnieść wrażenie, że serwisy społecznościowe naruszają w pewien sposób naszą prywatność. Oczywiście rejestracja jest dobrowolna i sami zamieszczamy to, co chcemy. Jednak coraz częściej, żeby odczytać treści niektórych stron, trzeba być zalogowanym na portalu. Jest to pewien sposób wymuszania na nas presji oraz namawiania do rzeczy, których nie mamy zamiaru uczynić. Nie dajmy sobą manipulować! Nie bądźmy biernymi odbiorcami, którzy przyjmują każdą zawartą tam treść. Istnienie tych portali niesie ze sobą wiele pozytywów, ale warto czasem zastanowić się nad negatywnymi stronami. „Wszelka kultura pewnego dnia pokazuje swą smutną prawdę – prawdę przeładowanego, a pustego magazynu” – Karol Irzykowski. A Wy co o tym myślicie? FENIX 8

LIBERTA listopad 2012


Staruszko, nie irytuj się

Kiedy we wrześniu, na początkowych lekcjach w klasach pierwszych policzyłam, że przybyła młodzież jest ode mnie o 28 lat młodsza, lekko zadrżałam. To oznacza, że szkołę (przynajmniej) podstawową rozpoczęły dzieci, które spokojnie mogłyby być moimi wnukami. Z tego płynie kolejny wniosek: mam prawo trochę pozrzędzić i ponarzekać. Zanim zacznę to czynić z mocą i w uniesieniu, chcę nadmienić, że młodzież ma swoje prawa i ze względu przeżywaną burzliwość i bulgotliwość losu, wymaga czułej troski i autentycznej miłości. I to z miłości q młodym dotknę kilku newralgicznych punktów, które mnie tak naprawdę martwią. Zatem:

Młodość to czas buntu I na szczęście. Wyrasta się z dziecinnych mrzonek, konfrontuje się ideały z rzeczywistością, podejmuje się pierwsze poważne decyzje – samodzielnie! Fantastycznie, tylko, że niepokoi mnie, w odróżnieniu od irytuje(!), czego ten bunt dotyczy i jak się wyraża. Naprawdę szkoda sił i zdrowia na próbowanie zdolności organizmu do utrzymania na odpowiednim poziomie metabolizmu w boju z używkami różnego pochodzenia i rodzaju. Jejciu, narażanie się na nieprzytomność, drgawki, wymioty, dreszcze itp. tylko po to, by osiągnąć stan niby euforii, to totalny absurd i niepotrzebne zniszczenie. W młodości się euforię ma i to tak, po prostu! Przecież to czas niezwykłej witalności, energii, dynamiczności, twórczości, po co to wszystko wspomagać jakimikolwiek dopalaczami? Jeśli to ma być ten bunt, to właściwie nie wiem, co powiedzieć… W młodości trzeba wszystkiego spróbować. Spokojnie, spokojnie. Każde działanie ma swój skutek i to najczęściej nieodwracalny. Próbować, próbować, ale na litość, w jakiejś kontrolowanej przestrzeni. I mam tu na myśli granice zarówno fizyczne (np. znaczne przekraczanie dozwolonych prędkości na ‘bezpiecznych’ polskich drogach), jak i moralne (nie wszystko, co przynosi chwilową ulgę i przyjemność jest dobrem dla człowieka). A dlaczego by tak nie spróbować, w ramach przekraczania granic, walki ze swoimi słabościami i wadami. Może to niemodne, ale gwarantuję, przynosi ogromną satysfakcję i na dodatek potwierdza wewnętrzną wartość, która owocuje niezależnością, czytaj: prawdziwą wolnością. A to jest warte spróbowania!

Autorytety Na każdym etapie życia człowiek potrzebuje mentora. Na początku są to rodzice, później pani w szkole, jeszcze później grupy rówieśnicze, a kto potem? Tu warto dokonać przemyślanego wyboru. Czy warto słuchać kogoś, kto błyska przez kilka chwil, a potem wszelki słuch po nim zanika… Mam tu na myśli celebrytów, gwiazdki z różnych (rozrywkowych, fashionowych, politycznych) aren świata… A przecież tak blisko są ci, którzy dobrze nas znają i, jestem o tym przekonana, dobrze nam życzą. Może warto im zaufać, otworzyć się przed nimi, posłuchać, co mają powiedzenia, podzielenia się, przemyśleć to, skorzystać z tego… Są blisko, a na dodatek w realnym świecie, moim świecie…

Świat trwał, trwa i trwał będzie… Oczywiście, młodzież jest przekonana, że to od niej wszystko się zaczyna. No nie, niestety, ktoś już przedtem coś tam zaprojektował. Może trzeba coś naprawić, coś na nowo puścić w ruch, ale naprawdę wiele zawdzięczamy poprzednim pokoleniom. Warto o tym pamiętać, zanim wszystko wykpimy LIBERTA listopad 2012

9


i obśmiejemy, jako stare, zwietrzałe suchary. Trochę szacunku do tych, co przed nami. Był las nie było nas, będzie las, nie będzie nas. Dobrze mieć to na uwadze, nawet w perspektywie, zapowiadanego po raz n-ty, końca świata. Ale sobie pomiałczałam i pomoralizowałam. Jestem katechetką już, albo też dopiero, 25 lat. Martwię się tym, że w ostatnich latach wytworzyło się przeświadczenie, że ważniejsze są opinie od posiadanej wiedzy. Liczy się: moim zdaniem, mnie się wydaje, według mnie… To się oczywiście przekłada na podejście do nauki w ogóle. Szkoda, że młodzi nie chcą, bo naprawdę nie chcą, poznawać istoty świata, szukać odpowiedzi na pytania o sens, o prawdę, o ostateczność. Daje się to poznać po niechęci do uczenia się, do poszerzania wiedzy. A przecież z poszukiwań mądrości rodzą się niezwykle głębokie i szlachetne pragnienia, które dodają sił do zmagania się o siebie, o siebie w najpiękniejszej wersji. Mówię sobie, nie irytuj się ‘staruszko’, każde pokolenie ma swoją szansę i ufaj, że i to pokolenie w pełni ją wykorzysta… S. DANUTA

„Naprawdę istnieje tylko jedna radość: obcowania z ludźmi.”

Internacki kalejdoskop

Dzień pierwszy to była tragedia. Wyrwana z domowego zacisza przyjechałam dwa dni przed rozpoczęciem roku szkolnego (!) do miejsca ukrytego za murami zakonu, aby spędzić tu bagatela (!) najbliższe trzy lata mojego życia. Po szoku, jaki wywarła na mnie ilość zgromadzonych w jednym miejscu sióstr, była pora na zapoznanie się z koleżankami w podobnej sytuacji co moja. Nie powiem, miałam nadzieję, że zobaczę uśmiechnięte, pełne energii dziewczyny z poczuciem humoru i chyba nie mogłam się bardziej przeliczyć. Przywitał mnie widok przestraszonych młodych osóbek, z nikłymi uśmiechami na ustach i małym natężeniem słownictwa. A w pokoju? Wystarczy powiedzieć, że imię jednej z dziewczyn musiałam przeczytać na kartce na drzwiach, bo nawet się nie przedstawiła. Najgorsze było to, że zostałam z tym wszystkim całkiem sama, ponieważ nawet nie było cichego miejsca, aby chociażby porozmawiać przez telefon i pożalić się komuś najbliższemu. Jednak przeżyłam ten okres „burzy i naporu”. Nie mogę zaprzeczyć, że trochę trwało zanim całkiem oswoiłam się z nową szkołą, nowymi zasadami i przede wszystkim z nowymi ludźmi. Z dnia na dzień coraz bardziej odkrywałam wszystkie aspekty mieszkania w internacie. Udało mi się nawet bardziej poznać bezimienną dziewczynę z mojego pokoju! Mimo, że pierwsze słowo z jej ust, jakie 10

LIBERTA listopad 2012


usłyszałam to było bodajże „dobranoc”, nie zniechęciłam się i coraz bardziej otwierałam się na nią, a ona na mnie. Z tego co zauważyłam, po pewnym czasie ciągłego przebywania ze sobą, w człowieku znika naturalna bariera wobec innych i zachowuje się całkowicie swobodnie przy obecności tych ludzi, z którymi jest na co dzień. Normalnym jest też fakt, że mieszkając ze sobą poznajecie się ze wszystkich możliwych stron. Nie mogę ocenić, czy jest to dobre, czy złe. Jestem pewna, że wiele dziewczyn nie chciałoby wiedzieć niektórych rzeczy o innych, jednak tego nie da się uniknąć. Życie w grupie nie należy do najłatwiejszych. Każda z nas na swój sposób musiała się nauczyć funkcjonować w społeczności internackiej. Trzeba było wielu rzeczy doświadczyć na własnej skórze, co niekoniecznie było przyjemnym przeżyciem. Wystarczy wspomnieć tu o dyżurach, uczeniu się razem na studium, wychodzeniu o konkretnych godzinach, porządkach generalnych i masie innych rzeczy, które zrozumieć może tylko inna mieszkanka naszego „foyer”. Kolejnym problemem jest monotonia. Uwierzcie lub nie, ale jeśli ma się tak doprecyzowany z góry plan dnia, niemożliwe jest, aby rzeczywistość nie zaczęła się rozmywać. Codziennie powtarzający się schemat: ranek, szkoła, czas wolny, studium, wieczór, ranek, szkoła, czas wolny, studium, wieczór, może doprowadzić do szału. I oczywiście na to każda z dziewczyn znajdzie jakiś sposób. Odskocznię można znaleźć nawet w drugiej osobie podczas fascynujących rozmów na temat tego, czy psy mają uczucia. Jednak rozmowy nierzadko schodzą na dużo poważniejsze zagadnienia i zamieniają się w prawdziwą dyskusję. A jak wygląda moje życie po roku? Mieszkanie w internacie, mimo że ma swoje wady, jest dla mnie jedną wielka przygodą. Z moimi współlokatorkami (jak na razie) jeszcze się nie pokłóciłam (co mogę uważać za ogromny sukces). Każda z nas jest inna, lecz nauczyłyśmy się razem funkcjonować. Mimo, że inaczej patrzymy na właściwie wszystkie sprawy (kto nas zna, ten wie jak bardzo), umiemy obrócić wszystko w żart. Uważam, że mieszkanie z nimi bardzo ubogaca moją osobowość i myślę, że każda „internacka” dziewczyna powie dokładnie to samo. Fakt, gdyby nie zmusiła mnie sytuacja to... Najważniejsze, że nie żałuję. Wiem, że te znajomości pozostaną, doświadczenia pomogą w późniejszym życiu, a samodzielność i odpowiedzialność za innych, będą procentować w przyszłości. Cóż powiedzieć na koniec? – zapraszamy do internatu! POULE

Ungewöhnliches Glück Es war einmal eine Katze. Das war eine schöne, kleine Katze. Sie hatte nur ein kleines Problem: Sie war schwarz. Alle Leute in ihrer Umgebung dachten, dass eine schwarze Katze Pech bringt und sie vermieden sie. Aus diesem Grund war die Katze immer trauriger und sie hasste die ganze Welt. Ihr passierten viele unangenehme Situationen, z. B. floh jemand, wenn er diese Katze sah oder andere Katzen amüsierten sich über diese schwarze Katze. Jeden Tag ging sie in den Wald und sie verbrachte die Zeit in der Einsamkeit, und zwar stundenlang. Einmal traf sie einen Jungen. Dieser Junge kannte diesen Aberglauben nicht, dass die schwarzen Katzen angeblich Pech bringen. Da die Katze sehr nett aussah, nahm er sie nach Hause. Er nahm die Katze immer mit, wenn er Angst hatte oder wenn er eine wichtige Prüfung hatte. Die Katze brachte ihm immer Glück! Er bekam immer Einser und Zweier in der Schule und nie mehr hatte er Angst. Übrigens schlossen sie Freundschaft und die Katze war endlich glücklich. Die beiden fanden ihr Glück im Leben und wenn sie nicht gestorben sind, dann leben sie noch heute.

„Życie przewrotnym jest - nigdy nie wiesz kiedy spotkasz kogoś, kto w mgnieniu oka wywróci Twoje egzystowanie do góry nogami i zamieni je choćby na moment w bajkę.”

PARADIESVOGEL

LIBERTA listopad 2012

11


Poezja Ten zespół co nie powstał, a miał być cudem świata W oddali ucieka głos. Przestworza szukają dnia, szukają szczęścia pośród gwiazd. Uciekam ja. Ucieka świat.

***

Niedokończony koniec, niedokończone sny. Uśmiecham się dziś. Odchodzę w niepojednaną dal. W tajemniczy kraj. Tam, gdzie kwiaty nie pachną, a ja przestaję trwać. Dziwny świat. C.

Tramwajowa cisza. Pusta gazeta codzienna. Urokliwa ulica małych sklepików I nieosiągalne wzrokiem westchnienia. Drobne rozmowy, Szelesty wieżowców. Proste ulice wśród tysięcy zakrętów. Rzeczywiste wizje Różnych kolorystów. C.

„Najtrudniej jest odkrywać na nowo to, co i tak już wiemy.”

Szczypta szaleństwa W tej recenzji zabraknie opisu gry aktorskiej i muzyki, która zresztą stoi na bardzo wysokim poziomie. Donnie Darko. Sama nazwa brzmi już mrocznie. A o czym jest ten film? Tak naprawdę nie można tego do końca ustalić. Jest to jeden z tych filmów, który za każdym razem kończy się inaczej. Cała jego onirystyczna koncepcja i podsuwane przez reżysera detale, które tak naprawdę oddalają tylko widza od rzeczywistego dramatu ludzkiego, w jakiś sposób uwodzą i hipnotyzują. Sam zobaczyłem ten film w jeden z tych wieczorów, podczas których leży się w łóżku z zamkniętymi oczyma, ale coś jest nie tak. Później obejrzałem go po raz kolejny i jeszcze jeden raz. Film sam w sobie prowokuje do trudnych refleksji. Donnie Darko przywrócił mi kilka wspomnień, między innymi to, kiedy czułem się nierozumiany przez świat. Fakt ten spowodował, że zacząłem się zastanawiać czym jest szaleństwo. Wiem, szaleniec to osoba postrzegana za szaloną, zwykle odbiega swoim zachowaniem od normalności. Ale czym jest normalność? Człowiek z natury lubi szufladkować, dzielić świat na biały i czarny, a ten sam w sobie nie jest ani taki, ani taki. Jest to jedna z puent, którą wyniosłem z tego filmu. A co odkryjecie Wy? Czy dwumetrowy królik będzie tylko marzeniem sennym, czy przybyszem z przyszłości? Sprawdźcie sami. Polecam. ULYSSES

12

LIBERTA listopad 2012

Liberta 23  

listopad 2012

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you