Page 1

Gazeta Akademicka

1


Rozmowa to podstawa w naszych ludzkich relacjach. Różne są rozmowy – oficjalne, mniej oficjalne, te wyrażane w cichych słowach szeptanych na ucho, ale również te wykrzyczane pod wpływem impulsu. Różne są również środki, którymi się porozumiewamy: telefony, esemesy, wszelkiego rodzaju komunikatory internetowe. Czasem mam wrażenie, że nowe media coraz bardziej wypierają nasze rozmowy „na żywo” w rzeczywistym świecie i choć oczywiście ułatwiają nam kontakt, nie mogą zastąpić bezpośredniego spotkania. Kiedy mam ważną sprawę do mojego przyjaciela, to umawiam się z nim na spotkanie i prowadzę z nim rozmowę wprost, w cztery oczy. Kiedy mam kogoś przeprosić, to największą siłę ma moje słowo „prze-

praszam”, kiedy wypowiadam je, patrząc głęboko w oczy osobie, której zawiniłem. Kiedy ktoś wyświadczył mi przysługę, to pragnę mu podziękować i uścisnąć jego dłoń z wdzięczności. Kiedy wyznaję komuś, że jest dla mnie kimś bardzo ważnym i chcę mu powiedzieć „kocham cię”, to mówię to drżącym głosem, gdzieś w ciszy, na osobności, bo wiem, jaką wartość niosą te słowa, a nie posługuję się licznymi emotikonami, nie uciekam wzrokiem, nie ukrywam się w tłumie. Nic nie zastąpi szczerej rozmowy, która wnosi w nasze życie bardzo wiele. W życiu każdej osoby deklarującej się jako wierząca taką najważniejszą rozmową powinna być modlitwa. To osobiste doświadczenie obecności Pana jest spotkaniem z Nim, podczas którego rozmawiam z moim Zbawicielem. Warto sobie zadać pytanie, czym jest i jaka jest moja modlitwa. Czy to tylko mój monolog skierowany do Boga, w który wlewam moje prośby, czasem przeproszę za jakiś grzech, rzadziej za jakąś łaskę podziękuję? Czy może to dialog, w którym wsłuchuję się w to, co Pan do mnie mówi? Wielcy

mistycy Kościoła właśnie taką modlitwą osiągnęli niebo. W tym numerze „Gazety Akademickiej” tematem przewodnim jest modlitwa. Jakie są modlitwy? Najróżniejsze, z zaskakującą treścią, a prezentuje je Magda Skrok w swoim artykule. W tryptyku intelektualnym odnaleźć można przepis na przeżywanie modlitwy w różnych momentach swojego życia. O swoim doświadczeniu rozmowy z Bogiem opowiedzieli nam studenci. Wywiad z  księdzem Mirosławem Malińskim to tylko zwiastun naszych rekolekcji wielkopostnych – szczegóły w zaproszeniu. Ponadto w numerze: wspomnienie o księdzu profesorze Włodzimierzu Sedlaku; o pobycie we Włoszech pisze Kasia Marciniak, która niedawno wróciła z Erasmusa w Mediolanie; parę relacji z wydarzeń w  naszym Duszpasterstwie Akademickim oraz wiele innych ciekawych artykułów. Zapraszamy! Redaktor prowadzący: Tomasz Motyka motyktomas@op.pl

Nasi Przyjaciele

Gazeta Akademicka

3


Malina, jak Ty mówisz o rodzinie, to od razu szukam męża! Tytuł to reakcja jednej ze studentek na konferencję Maliny (ks. Mirosława Malińskiego), duszpasterza akademickiego z Wrocławia. Malina poprowadzi dla nas wielkopostne rekolekcje akademickie, będzie mówił o miłości, małżeństwie i rodzinie. Wywiad, który zamieszczamy poniżej, to odpowiedzi na pytania zebrane przez studentów z naszego duszpasterstwa. Wszystkich, którym odpowiada ten styl i temat, zapraszamy na rekolekcje. Polecamy również Kazania Ponadczasowe ks. Maliny, które można odnaleźć na YouTube’ie.

nością, a gdy wtłoczy się ją w sztywny gorset suchych zasad, nie może rozwinąć skrzydeł. Kościół nikomu nie może niczego narzucić. Wiary nie można narzucić. Jest ona wolnym wyborem, bo wiąże się z miłością Chrystusa, a kochać może tylko wolny człowiek. Moralność i obyczajowość jest konsekwencją ukochania Chrystusa i wiary, że Jego propozycja rozumienia małżeństwa jest dla nas najlepsza. Tak jak konsekwencją rozpoczęcia studiów są wykłady i sesja. Obecnie bardzo wielu ludzi „wyzwoliło się” z chrześcijań-

wwwTomek: Czy miłość przez Internet jest możliwa? Nie wiem. Nie próbowałem. Jeszcze_nie_heretyk: Czy Bóg nie kocha homoseksualistów? Bóg kocha homoseksualistów. Umarł za nich na krzyżu. Znam homoseksualistów, którzy bardzo tę miłość odwzajemniają. Być homoseksualistą to nie grzech. @Tereska@: Masturbacja jest grzechem, aktywność seksualna przed ślubem też, nawet współżycie małżonków ma ściśle wytyczone granice, jakby Kościół chciał, żeby seksu było po prostu mniej, czy to jakaś obsesja, czy Kościół boi się seksu? skiej obyczajowości. ludzie na potęgę mieszkają i współżyją ze sobą przed ślubem. liczba związków „bez zobowiązań” wciąż rośnie. Zatem w myśl Waszej, Twojej tezy powinno być coraz lepiej. Poziom szczęścia i przyjemności wynikający z wyemancypowania się miłości z okowów suchych zasad powinien odnosić tryumfy. Ale tak niestety nie jest. Z przygodnych związków, ze związków „na próbę” bardzo często ludzie wychodzą niezwykle poranieni. Poradnie rodzinne pękają w szwach. Dzieci z rozbitych rodzin są nieszczęśliwe i często bardzo zdystansowane do możliwości założenia własnej rodziny. @Tereska@: Zatem w czym leży problem?

Jeśli ktoś dużo o czymś mówi i ma na ten temat poglądy, to miałoby znaczyć, że się tego boi? Kościół afirmuje seks, czyli fakt płciowości (seks = płeć) – mężczyzną i kobietą stworzył ich – głosi Biblia. Związek między kobietą i mężczyzną Kościół podniósł do rangi sakramentu życie w celibacie nie jest sakramentem. Nie wiem, skąd to mniemanie, jakoby Kościół chciał zniknięcia płci, żeby „seksu nie było”, choć znam takie postulaty ze zgoła innych stron. Kościół przestrzega tylko, by ze sprawami płciowymi postępować bardzo delikatnie i zawsze zgodnie z naturą. Współżycie między mężczyzną i kobietą ma pomóc im zbudować rodzinę i szczęśliwe małżeństwo. Kościół uczy, jak o nie zadbać, by scalało związek małżeński. Można je bowiem również tak zagospodarować, że staje się w małżeństwie problemem rozsadzającym je od środka. @Tereska@: Ale fatalne jest to, że Kościół narzuca swe poglądy. Do miłości wiedzie droga przez wyzwolenie od skrępowania obyczajowego. Miłość ma być przyjem-

4

W paradygmacie przyjemności. To ona staje się kryterium naszych wyborów. Najważniejsze, żeby było przyjemnie. Mam prawo do przyjemności, nie chodzi tu o szczęście, ale o przyjemność. To jest dla wielu młodych ludzi obecnie klucz, przy pomocy którego podejmują swoje decyzje. Co więcej, wielu

Gazeta Akademicka


nie widzi problemu w tym, że kieruje się w życiu pragnieniem przyjemności. A problem jest. Bo przyjemność i dobro, to często dwie zupełnie różne rzeczy. Kiedy dziecko jest chore i musi wypić gorzki syrop, to nie ma w tym żadnej przyjemności, ale matka je namawia, bo to jest dobre. Co więcej, często rzeczy przyjemne nie są dobre. Dla niektórych zjedzenie dużej ilości krówek czy wypicie dużej ilości piwa to wielka przyjemność, choć to katastrofa dla przewodu pokarmowego. A bywa, że w zaciszu WC delikwent ma pretensje do „złego Boga” za bolesne torsje, a związku między przyczyną i skutkiem nie dostrzega. Nie jesteśmy w stanie poukładać sobie życia, kierując się paradygmatem przyjemności. Musimy zapytać o dobro, czyli o wartości. Co jest dla mnie wartościowe? Co w życiu cenię? Co więcej, musimy zgodzić się na wysiłek. Kiedy widzę twarz Justyny Kowal-

czyk na mecie, dostrzegam ogromny ból, ale i szczęście. Podobnie wyglądają twarze niektórych szczęśliwych małżonków. Kulka_Wodna@: Czy Bóg wie, kto będzie moim mężem, czy to jest jeden konkretny człowiek, który jest  mi „przeznaczony”, czy raczej kilku, spośród których powinnam wybrać? Nie znam żadnego obrzędu, w którym Bóg wskazywałby żonę lub męża. Znam obrzęd, ba, sakrament, w którym Bóg błogosławi małżeństwo, a jednym z warunków tego błogosławieństwa jest wolność małżonków. Muszą oni zakładać rodzinę bez jakiegokolwiek przymusu zewnętrznego. Obraz Boga, który trzyma w ręku ludzkie marionetki i gra teatrzyk pod tytułem „święty Kościół” zawsze był obcy chrześcijaństwu. Jeśli jednak ktoś oczekuje, że Bóg mu wskaże męża, powinien przygotować się na staropanieństwo.

Wiara, więź z Bogiem, to odkrywanie wzorca takiej miłości i szukanie siły u Chrystusa, by taką miłość realizować. To ogromny dar w życiu. Jeśli jednak wraz z odrzuceniem wiary idzie odrzucenie takiego rozumienia miłości, nie będzie można jej oczekiwać w małżeństwie. Jeśli zaś za niewiarą kryje się pragnienie miłości, sądzę, że jest to już początek samej wiary. MAŁA: Czy można „zmusić się do miłości”, czy wierzy Ksiądz w miłość z rozsądku? Tak. Oczywiście. A miłość nieprzyjaciół? Taka miłość nie rodzi się spontanicznie. Chrystus do tego zachęca i pokazuje tę postawę na krzyżu. Miłość z rozsądku to jest miłość woli, która nie jest spontanicznym uczuciem, lecz wypracowaną postawą. Kocham, bo tego chcę. Nie można ślubować uczuć. One wyjęte są spod naszej woli. Często najbardziej nieprzyjemne uczucia wzbudzają w nas osoby, które bardzo kochamy. Ślubować możemy postawy. „Nawet jak mnie wkurzysz, nie przestanę cię kochać!” Przypuszczam, że żadne małżeństwo nie przetrwa, jeśli małżonkowie co jakiś czas nie będą się zmuszali do miłości. Umieć zmuszać się do miłości, to jest sztuka kochania. MAŁA: Co to jest miłość dojrzała, skąd mam wiedzieć, że kocham (jestem kochana) taką miłością? Uważam, że dojrzała miłość możliwa jest tylko w małżeństwie, w pewnym sensie też niesakramentalnym. Osiąga się ją nie na początku małżeństwa, ale wraz z jego trwaniem. Ona się rozwija, aż dochodzi do przestrzeni, którą wyznaczają następujące cechy: • jest na wskroś ludzka, czyli zmysłowa i duchowa, • jest szczególną formą przyjaźni, poprzez którą małżonkowie wielkodusznie dzielą między sobą wszystko, bez niesprawiedliwych wyjątków i egoistycznych rachub, • jest stara – wierna i wyłączna aż do końca życia, tak jak ją rozumieli małżonkowie w tym dniu, w którym, wolni i w pełni świadomi, wiązali się węzłem małżeńskim, • jest płodna – nie wyczerpuje się we wspólnocie małżonków, ale zmierza również ku swemu przedłużeniu i wzbudzeniu nowego życia. A jeśli nie ma takiej możliwości, szuka innego sposobu swej ekspansji. DOKTOR7: Co ceni Ksiądz najbardziej w pracy w Duszpasterstwie Akademickim?

Miska222: Czy można kochać, nie kochając Boga? Czy jeśli mój chłopak jest osobą niewierzącą, to oznacza, że nie będzie dobrym mężem? Czy ktoś będzie dobrym mężem zależy od tego, jakim jest człowiekiem. Bo najpierw jestem człowiekiem, a potem jestem mężem, ojcem, pracownikiem, szefem... Miłość to postawa, która ma swoje cechy: jest cierpliwa, pokorna, nie zazdrości, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego. To napisał święty Paweł.

Gazeta Akademicka

5


Marcin: Przez wiele lat byłem sam, teraz zacząłem się spotykać z dziewczyną, moje codzienne życie radykalnie się zmieniło, a modlitwa raczej nie. Jak powinno zmienić się moje życie modlitewne? Jak w życiu duchowym przeżywać relację, która powoli zmierza do małżeństwa? Warto szukać możliwości wspólnej modlitwy. Trzeba jednak być bardzo delikatnym i pozwolić sobie nawzajem dojrzewać. Najlepiej zacząć od krótkiej modlitwy przed posiłkiem. Dużo daje jakaś ikona, zapalona świeca, miejsce modlitwy, gdzie można uklęknąć. My, ludzie, w odróżnieniu od aniołów, modlimy się ciałem, zatem ważne jest, na co patrzymy, co słyszymy, co wypowiadamy i w jakiej jesteśmy pozycji. Modlitwa nie musi być długa, ale powinna być piękna i bardzo związana z naszą codziennością, i zmysłowa. Mieszkanie ze świeckimi ludźmi. Jestem księdzem świeckim, to znaczy diecezjalnym, i zawsze marzyłem, aby mieszkać z  ludźmi. Kiedy zostałem duszpasterzem, zapytałem kardynała, czy mogę mieszkać w akademiku. On odpowiedział, że zgłupiałem i sam mam sobie wybudować akademik. Udało się. Mieszkamy razem, żyjemy obok siebie i przyjaźnimy się bardzo. DUŻY MAREK: Przygotowuje Ksiądz pary do małżeństwa, zapewne towarzyszy wielu małżonkom w ich drodze, co jest najtrudniejsze w stworzeniu dobrego małżeństwa? Najtrudniejsze jest przełamanie złych doświadczeń życia małżeńskiego znajomych i własnej rodziny. Trudno jest uwierzyć, że im się uda. Tyle związków się rozpada, dlaczego z w ich wypadku miałoby być inaczej? Wszystko się zmienia, kiedy studenci mają kontakt ze szczęśliwymi rodzinami. Bogu dzięki, takich jest wiele w naszym środowisku. Zaczynają wierzyć, że piękne, trwałe małżeństwo jest możliwe. Nie_Palikot: Moi znajomi żyli ze sobą wiele lat bez ślubu, pod presją rodziców zdecydowali się na ślub i dokładnie po roku ich małżeństwo się rozsypało. Czy warto zmuszać do małżeństwa? Nie wolno. Małżeństwo zawarte pod jakimkolwiek przymusem jest nieważne.

6

Marcin: Jak powinni modlić się narzeczeni? Razem i osobno. RAPER_77: Czy katolicka etyka seksualna nie jest zbyt idealistyczna, stając się ciężarem dla ludzi z krwi i ciała? I tak wracamy do początku naszej rozmowy. Kościół uznaje, że poznanie prawdy o Bogu i o człowieku jest możliwe i na straży tej prawdy stoi. W tym wypadku chodzi o prawdę o naturze człowieka. Co w tej etyce jest idealistyczne? Nie wiem. To jest najbardziej ludzka etyka, bo objawiona przez Tego, który bardzo kocha i pragnie naszego szczęścia nie tylko tam, w niebie, ale także tu, na ziemi. On jest szczery: by osiągnąć szczęście, trzeba często przyjąć cierpienie. W moim życiu to już nieraz się sprawdziło. Za tą prawdą stoi też ofiara Jego życia. Na wspinaczce w Alpach odpadłem od ściany. Człowiek, z  którym byłem na linie, ocalił mi życie. Jestem mu bardzo wdzięczny. Ten, który proponuje mi, czym mam się kierować w życiu, by nie zginąć, oddał za mnie życie. To mnie bardzo przekonuje. Pytania zadawali radomscy studenci

Gazeta Akademicka


Odjechane modlitwy Modlitwy wybrała Magdalena Skrok magda.skrok@gmail.com

Modlitwa o dobrą starość

Panie, Ty wiesz lepiej aniżeli ja sam, że się starzeję i pewnego dnia będę stary. Zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Odbierz mi chęć prostowania każdemu jego ścieżek. Uczyń mnie poważnym, lecz nie ponurym, czynnym, lecz nie narzucającym się. Szkoda mi nie spożytkować wielkich zasobów mądrości, jakie posiadam, ale Ty, Panie, wiesz, że chciałbym zachować do końca paru przyjaciół. Wyzwól mój umysł od niekończącego brnięcia w szczegółach i daj mi skrzydeł, bym w lot przechodził do rzeczy. Zamknij mi usta w przedmiocie mych niedomagań i cierpień, w miarę jak ich przybywa, a chęć wyliczania ich staje się z upływem lat coraz słodsza. Nie proszę Cię o łaskę rozkoszowania się opowieściami o cudzych cierpieniach, ale daj mi cierpliwość wysłuchiwania ich. Nie śmiem Cię prosić o lepszą pamięć, ale proszę Cię o większą pokorę i mniej niezachwianą pewność, gdy moje wspomnienia wydają się sprzeczne z cudzymi. Użycz mi chwalebnego poczucia, że czasem mogę się mylić. Zachowaj mnie miłym dla ludzi, choć z niektórymi z nich doprawdy trudno wytrzymać. Nie chcę być świętym, ale zgryźliwi starcy to jeden ze szczytów osiągnięć szatana. Daj mi zdolność dostrzegania dobrych rzeczy w nieoczekiwanych miejscach i niespodziewanych zaletach w ludziach. Daj mi, Panie, łaskę mówienia im o tym (...) Święty Tomasz z Akwinu

zyskać powodzenie, Prosiłem Cię, Panie, o siłę, by abym się nauczył słuchać. a Ty uczyniłeś mnie słabym, ich, bym dokonywał rzeczy wielk Prosiłem Cię, Panie, o zdrowie, pełnił rzeczy lepsze. a otrzymałem chorobę, bym ctwo, żebym był szczęśliwy, Prosiłem Cię, Panie, o boga był mądry. otrzymałem ubóstwo, abym ie zę i znaczenie, aby cenili mn Prosiłem Cię, Panie, o wład . ść, abym czuł potrzebę innych ludzie, otrzymałem zależno żyć samotnie, Prosiłem o przyjaźń, aby nie kochał. a T y dałeś mi serce, abym je mogło napełnić radością mo Prosiłem Cię o wszystko, co . m radował się wszystkim serce, a Ty dałeś mi życie, by łem, czego się w życiu Nie mam nic, o co Cię prosi mnie samemu zostały spodziewałem, jakby wbrew tsze prośby. wysłuchane moje najskry ny ze wszystkich ludzi. Jestem najhojniej obdarzo Gazeta Akademicka

Ty, Boże, wiesz, jak to jest! ...dużo pracy, dużo spotkań... Tak trudno odróżnić to, co pilne, od tego, co ważne. Boże, zwolnij moje tempo. Naucz mnie sztuki tworzenia oraz spokoju, w których mogę dostrzec piękno codziennych rzeczy: chmur, drzew, muzyki. Zachęć mnie do dziękowania Ci za wszystko całym moim sercem. Zwróć moją uwagę na to, że w życiu jest coś więcej do przeżywania niż zapełnianie każdej chwili obowiązkami. Pomóż mi otoczyć się w niektórych momentach mojego dnia ciszą. Proszę, mów do mnie i pomóż mi słuchać, a wtedy napełnię się Twoim pokojem, a mój wewnętrzny bałagan wraz z całym tym pędzącym i raniącym światem pozostawię za sobą. Marion Stroud Panie, kiedy jestem głodny, poślij mi kogoś, kogo mógłbym nakarmić. Kiedy jestem spragniony, poślij mi kogoś, kogo mógłbym napoić. Kiedy jest mi zimno, poślij mi kogoś, kogo mógłbym ogrzać. Kiedy jestem smutny, poślij mi kogoś, kogo mógłbym pocieszyć. Kiedy jestem biedny, poślij mi kogoś jeszcze bardziej ubogiego ode mnie. Kiedy nie mam czasu, poślij mi kogoś, kogo powinienem wysłuchać. Kiedy jestem upokarzany, poślij mi kogoś, kogo mógłbym pochwalić. Kiedy jestem zniechęcony, poślij mi kogoś, komu mógłbym dodać odwagi. Kiedy czuję się niezrozumiany, poślij mi kogoś, kogo mógłbym do siebie przytulić. Kiedy nie czuję się kochany, poślij mi kogoś, kogo powinienem kochać. Błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty

Świeca w moim sercu O wielki Szefie, zapal świecę w moim sercu, abym mogła zobaczyć, co się w nim znajduj e i z miejsca, w którym mieszkasz, wysprzątała śmieci.

Afr ykańska dziewczynka

7


Modlitwa jest dobra na wszystko Co z nami będzie, kiedy znajdziemy się na zakręcie? Pewnie nie jeden z was, słuchając tej piosenki, uśmiecha się pod nosem. Ale co z nami będzie, kiedy znajdziemy się na zakręcie, zakręcie wiary, nadziei czy miłości? Zakręcie będącym kryzysem: w akceptacji samego siebie, w relacjach z drugim człowiekiem czy w spotkaniu z Bogiem? Gdzie wtedy szukać pomocy? Rodzina, przyjaciele, psycholog, wróżka... – dwa ostatnie to najbardziej popularne lekarstwa XXI wieku, czy skuteczne? Czemu w takich chwilach nie zwrócić się o pomoc do Osoby, która sama bezinteresownie wyciąga rękę, by nas ratować z kłopotów?

Zebrała Joanna Woźniak aska_wozniak_@op.pl

I w swoim ucisku wołali do Pana, a On ich uwolnił od trwogi. (Ps 107, 28) Świadectwa przedstawione poniżej są dowodem na to, jak bardzo Bóg umiłował człowieka. Ze zła, trudności, codziennych zmagań potrafi wyciągnąć dobro. W świetle tych historii stajemy oko w oko z prawdą, że dzięki modlitwie wszystko może być łaską, wystarczy jedynie/aż zaufać Ratownikowi. Modlitwa dla mnie zawsze była azylem i rozmową z Kimś, komu mogę wszystko opowiedzieć, bez cenzury, stresu, że nie ma czasu albo za bardzo przejmie się moją sytuacją – w sensie, że będzie bezradny, załamie się lub w nieprzemyślany sposób za wszelka cenę będzie chciał mi pomóc. Modlitwa nie jest trudna. Przychodzi naturalnie, momentalnie, od razu, jak taki odruch bezwarunkowy, choć na początku było zmaganie, dzisiaj już nie. Dziś jest to modlitwa pełna miłości i bez buntu. Kiedy dorastałam była trochę wbrew mnie. Ale w pewnym momencie przychodzi łaska i wtedy taka modlitwa nie jest kłopotem, ciężarem, a ratunkiem, również dla mnie. Z drugiej strony była i jest drogą do szczęścia. Od dawna pamiętam słowa Matki Teresy, która mówiła, że owocem ciszy jest modlitwa, owocem modlitwy – wiara, owocem wiary – miłość, a owocem miłości – szczęście. I mogę potwierdzić, że to prawda. Kiedy wśród wielu burz i zawirowań mojego życia szukałam ciszy, była modlitwa. To z niej narodziła się maleńka wiara i  dalej, jak po sznureczku. Oczywiście to wszystko wymaga jeszcze doskonalenia, ale jest faktem w moim życiu. Agata Modlitwa jest w naszym narzeczeństwie bardzo ważna. Oboje staramy się, by każda chwila naszego życia była modlitwą, jednak prawdziwą jej wartość dostrzegamy dopiero w trudnych dla nas momentach. Jest najlepszym środkiem na problemy nie tylko indywidualne, ale i wspólne. Modlitwa uświadamia nam, że Jezus jest w naszym życiu, że się nami interesuje, że pragnie naszego szczęścia. Niejednokrotnie gdy zapominaliśmy o modlitwie, problemy pojawiały się same i bez końca. Rozbudzenie w sobie świadomości posiadania takiego Przyjaciela zmienia spojrzenie na wydarzenia, siebie nawzajem i swoje potrzeby. Modlitwa nadaje naszemu życiu sens, sprawia, że otaczający nas świat nabiera barw, a oddychać zaczynamy pełną piersią. We wspólnej modlitwie często trwamy przy Jezusie tak po prostu, bez słów i z krzyżem w dłoniach. Za każdym razem niesamowite jest uświadomienie sobie Jego bliskości i tej bezgranicznej miłości, jaką darzy nas, grzeszników. Gosia i Michał (narzeczeni)

8

Z modlitwą jest trochę jak z rozmową z osobą, która cię zachwyca... Niby to tylko rozmowa, ale czujesz, że wasze serca jakoś dziwnie się zbliżają... Może nie jest to do końca trafne porównanie, ale w moim życiu widzę odblaski tej metafory. Jeszcze przed seminarium, kiedy zafascynowałem się Jezusem, słuchając po prostu Ewangelii i próbując tak dla sprawdzenia siebie: że jestem silny żyć tak, jak On podpowiada. To była zwykła rozmowa, w której... No właśnie, czułem, że coś się zmienia. Moja decyzja, czy może lepiej odpowiedź na powołanie, zawierała się w tym niezwykle zwykłym dialogu. Dziś niewiele się zmieniło, rozmawiam z Bogiem jak z przyjacielem, uwielbiam za to, co czyni dla mnie, przepraszam za błędy, proszę o pomoc... Raz wybrawszy, ciągle wybierać muszę... Ten wybór ponawiam właśnie modląc się. Damian (kleryk) Modlitwa jest dla mnie jak codzienny prysznic. Niezależnie od tego, co dzieje się w moim życiu, chcę stanąć przed Bogiem. Kiedy wydarza się coś niezwykle radosnego, wchodzę pod prysznic i śpiewam z radością, a kiedy doświadczam wielkich trudności, topię w nim swoje łzy smutku i zwątpienia. Często napotykam na ograniczenia związane z moją niepełnosprawnością, z tym że prawie nie widzę, i wydają mi się one kompletnie nie do przeskoczenia. W takich chwilach tym bardziej pragnę jak najściślej przylgnąć do Boga, przytulić się do Niego w modlitwie, by mnie pocieszył i dał siły potrzebne do zawierzenia się Mu. Staram się na co dzień pamiętać, by dziękować Bogu za wszystko, co mnie spotyka i uwielbiać Go nawet wtedy, gdy nie daję już rady. Bo wielokrotnie, również gdy trudno było mi się modlić, doświadczałam łaski oczyszczenia i umocnienia. Tak jak codzienny prysznic przynosi mi ulgę, mogę się zrelaksować i „zmyć” z siebie wszystkie problemy, tak jeśli przeznaczam chociaż kilka chwil w ciągu dnia na spotkanie z Bogiem, otrzymuję cudowne ukojenie w bólu, siły do walki i spotęgowane szczęście. Brzmią mi w sercu słowa św. Pawła z 1 listu do Tesaloniczan: Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie. W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was (1 Tes 5, 16-18). ludwika

Gazeta Akademicka


Cud istnienia Joanna Woźniak aska_wozniak_@op.pl Godzina Godzina21:30 21:30 Godzina Godzina21:00 21:00

W jednym z pokoi mają kaplicę, w której adoracja trwa 24 godziny. Jak to jest mieć Boga za ścianą?

Jadę tramwajem, za oknem zupełna noc. Chociaż próbuję cokolwiek dostrzec, jest tylko mrok. Co mnie w ogóle podkusiło, żeby o tej godzinie błąkać się samotnie po takiej okolicy?... Ciekawość – to właściwie przez nią teraz umieram z zimna i trochę ze strachu, ale wiem, że warto. Dzisiaj wreszcie ich poznam, zobaczę, jak żyją, co robią.

Praga Południe – jedna z najniebezpieczniejszych dzielnic Warszawy, waląca się kamienica, a w niej Jezus – zwyczajny, taki jaki przychodzi do mnie w Najświętszym Sakramencie. Nie krzyczy, nie robi nic spektakularnego, szokującego, by zdobyć fanów. W tej ciszy patrzy na mnie i mówi: Kocham.

Wysiadam. Przerażająca cisza, mnóstwo ślepych uliczek, ledwo świecąca się latarnia. Boję się, że zaraz zgaśnie. Gdzie pośród tego mroku szukać Brzeskiej? Jest. W ciemności dostrzegam obskurną, sypiącą się kamienicę – ten widok trochę przeraża. Jest jakieś –15 °C, wieje – wchodzę z myślą, że tam będzie ciepło. Tam bije ciepło z ludzkich serc. Otwiera mężczyzna w średnim wieku, gestem zaprasza do środka. Rozbieram się, dostaję kapcie i wchodzę do kuchni, w  której przy okrągłym stole siedzi jeszcze dwóch. Milion pytań, które miałam w głowie nagle znika. Jest tak cicho, spokojnie, dziwnie bezpiecznie. Widzę, że cieszą się na to spotkanie. Oni po prostu lubią ludzi. Pytam o życie, o pracę, o relacje z ludźmi, o Boga… I z każdym pytaniem zadziwiam się jeszcze bardziej…

Sławek, Paweł i Jacek – to Jego wysłannicy z Brzeskiej. Cisi apostołowie współczesności, którzy pokornie i bezinteresownie swoim życiem dają światu świadectwo, że można żyć na wzór Chrystusa i być prawdziwie szczęśliwym. Podając cegłę, mieszając zaprawę, wymieniając baterię w zegarku, bo to na co dzień robią, w swojej pracy, mówią prosto, prawdziwie o miłości Boga do człowieka. Godzina Godzina23:00 23:00 Jest już późno. Oddając kubek, żartuję: „Pożyczyłam, więc oddaję”, na co Sławek odpowiada: „Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie” – tacy po prostu są. Wychodzę. Sławek zamyka drzwi, za nimi znika jego serdeczny uśmiech, a ja raz jeszcze zatrzymam się i zerknę na tabliczkę z napisem: „Mali bracia Jezusa” i zadziwię się nad cudem istnienia.

„Mali Bracia są wezwani do naśladowania Jezusa z Nazaretu w powołaniu kontemplacyjnym pośród świata. Bracia są wezwani do przeżywania swej zakonnej konsekracji poprzez kontemplację, adorację Chrystusa w Eucharystii, ubóstwo ewangeliczne, pracę ręczną, rzeczywiste uczestnictwo w społecznych warunkach życia ludzi ubogich. Za wzorem Jezusa w Nazarecie bracia pragną uczestniczyć w życiu ludzi prostych i ubogich, w pełni być zależni od ich warunków życia - pracy, mieszkania, środowiska, będąc wśród nich świadkami Bożego Miłosierdzia.”

Gazeta Akademicka

9


Wódki i pacierza nie odmawiam – czyli parę słów o modlitwie Bardzo trudno jest napisać o modlitwie coś uniwersalnego, co będzie odpowiadało każdemu Czytelnikowi „Gazety Akademickiej” i będzie jednocześnie łatwe do zastosowania oraz wprowadzenia w życie. Na pewno nie odważę się w kilkudziesięciu zdaniach przedstawić czegoś, co będzie instrukcją lub podręcznikiem przydatnym podczas modlitwy. Jedyne co mogę opisać, to moje z nią doświadczenia. 1. Bóg nie jest naszym gońcem ani „załatwiaczem” naszych spraw Podczas modlitwy dla mnie najważniejsze jest prosić o otwartość na pełnienie woli Bożej. Dość często może być to sprzeczne z tym, co ja chciałbym rozumieć pod tym pojęciem. Pewnie dlatego, że patrzę z perspektywy tego, co jest dla mnie najwygodniejsze, najłatwiejsze, co sam chciałbym robić. Tylko że robienie w życiu tego, co się chce, jest zwykłym egoizmem i zamyka na relacje z Bogiem i drugim człowiekiem. Na modlitwie najważniejsze jest dla mnie pytanie Boga, co chce On dziś ode mnie. Jak mam to zrobić, jest już w tym wypadku Jego zmartwieniem. 2. Modlitwa nie jest sprawą prostą Musi być regularna i ufna. Z modlitwą jest trochę jak ze studnią. Jeżeli nie korzystamy ze studni, to woda w niej szybko robi się mętna i trzeba się później długo napracować, by móc znów z niej korzystać. Tak samo jest podczas modlitwy. Jeżeli nie zwracam się przez dłuższy czas do Boga, to jest mi się znacznie trudniej przebić przez moje ograniczania, by być znów na Niego otwartym. 3. Na modlitwie trzeba słuchać Kazik Staszewski śpiewa: w końcu raz mnie posłuchaj, a sam przestań gadać. Ten cytat wyrwany z kontekstu bardzo dobrze odzwierciedla kierunek komunikowania się z Bogiem podczas modlitwy. Dla mnie wielkim odkryciem było to, że przychodząc na adorację, nie trzeba być przygotowanym, ze stertą kartek z modlitwami, by wypełnić cały swój czas. Do radomskiego kościoła św. Trójcy albo kaplicy DA na Górniczej można po prostu przyjść w ciągu dnia na adorację i „posiedzieć” przed Bogiem. Jestem przekonany, że On wie, czego nam w  tym momencie potrzeba, a my nie mamy pojęcia, że powinniśmy Go o to prosić. 4. Modlitwa musi być natarczywa Dobrym przykładem z Ewangelii jest wdowa, która ciągle przychodzi do sędziego po to, by ten się za nią wstawił. Ten sędzia nie wstawia się za wdową ze względu na swoją powinność, robi to dlatego, że chce mieć wreszcie spokój. Wysłuchiwanie jej ciągłych próśb zbytnio mu się sprzykrzyło. Jestem przekonany, że tak samo musi być też i z moją modlitwą.

10

5. Modlitwa musi być nieustająca Nie oznacza to, że cały dzień czytam Pismo Święte lub odmawiam różaniec. Ważne jest moje ciągłe pragnienie bycia przy Bogu. Przede wszystkim sercem. 6. Bóg jest realny i istnieje, działa w momencie największego zawirowania w naszym życiu Doświadczył tego między innymi Jakub, który walczył z Bogiem całą noc. I wymógł, by Bóg mu pobłogosławił. Jakub znajdował się wtedy w bezsensownej sytuacji. Musiał uciekać przed swoim teściem tam, gdzie mieszkał jego brat, którego okradł kiedyś z pierworodztwa. Z jednej i drugiej strony groziła mu śmierć. Zawsze jest to moment, kiedy Bóg jest bliżej nas, niż nam się wydaje. Sam też tego doświadczyłem, że Bóg działa w sytuacji krańcowej, gdy wydawało mi się, że nie ma już wyjścia. Wiem też, że takie momenty są niezwykle ważne, by wreszcie dostrzec, że Bóg przychodzi przez różne osoby, które są wokół mnie. Że nie jestem samowystarczalny. Bóg nie jest ideą filozofów, ale realną Osobą, z którą można i trzeba się spierać, której trzeba mówić, co nie podoba mi się w moim życiu. Tylko podczas traktowania Go jako prawdziwej Osoby mamy możliwość, by On prawdziwie był w naszym życiu. 7. W Ewangelii jest wiele przykładów modlitwy. Chrystus modlił się często na osobności, modlił się w nocy. Zalecał, by z modlitwą łączyły się post i jałmużna. Są to też wskazówki dla nas. 8. Niezwykle istotne w modlitwie jest, by wcześniej przebaczyć bliźnim. Osobom, z którymi jestem lub byłem w konflikcie, którym ja coś zawiniłem albo one mnie. Otwarcie na drugiego człowieka otwiera na Boga. 9. Przebaczenie jest możliwe tylko gdy sam też uznaję, że zrobiłem w swoim życiu jakieś głupoty i że nie jestem doskonały. Warto przytoczyć obraz celnika i faryzeusza, którzy w tym samym czasie modlą się do Boga. Usprawiedliwiony wobec Boga jest celnik, bo uznał swoją grzeszność. 10. W tytule zawarte jest nieco prowokacyjne powiedzenie, które obrazuje jedną zasadniczą rzecz. Modlitwa nie może być „odmawianiem”. Jeżeli jest to rozmowa z Bogiem, to nie może być to jakiś „odklepywany” rytuał, który trzeba wypełnić o określonych godzinach dnia, by móc później robić swoje. Nie jest to forma ubezpieczenia i usprawiedliwienia względem Boga (tak na wszelki wypadek, jakby On rzeczywiście istniał i lepiej być przygotowanym też na tę okoliczność). Nie jest to handel wymienny, ale rozmowa ze Stwórcą, której codziennie trzeba się uczyć. Jest ona potrzebna nam, a nie Bogu. Janek, absolvent DA

Gazeta Akademicka


Sztuka mówienia, sztuka słuchania Chyba nie warto zbyt długo uzasadniać, jak ważna jest sztuka komunikacji. Dzięki wymianie informacji możemy budować relacje międzyludzkie, poznawać, uczyć się, zmieniać swój sposób myślenia. Z technicznego punktu widzenia poprawna wymiana informacji wymaga dobrego nadania komunikatu przez nadawcę i poprawnego przyjęcia go przez odbiorcę, wspólnego języka oraz odpowiedniego środka przekazu. Zajmijmy się dwoma pierwszymi elementami. Niestety, wbrew naszym przeświadczeniom umiejętność dobrego mówienia i słuchania wcale nie jest wrodzona, jest raczej kombinacją indywidualnych zdolności i doświadczenia nabywanego przez całe życie. Jedni odnajdują się lepiej w roli słuchacza, inni wolą mówić. W tym miejscu łatwo zauważyć różnice pomiędzy mężczyznami a płcią piękną. Skutki tych różnic czasami bywają zabawne i niewinne, ale potrafią również wzbudzić silne emocje. Szukając materiałów, natknąłem się w Internecie na debatę o wadach kobiet, pytanie skierowane było do panów. Zgadnijcie, kto pierwszy dał odpowiedź?… oczywiście kobieta. Trzeba przyznać, że kobiety zawsze mają coś do powiedzenia. Któż z  nas, panowie, rozmawiając z kobietą, nie przeżył sytuacji, w której próby wyrażenia swojego zdania zostały przerwane monologiem rozmówczyni. Drogie Panie (choć przyznaję, to też mężczyznom się zdarza), na tym przykładzie zauważmy, jak ważną częścią rozmowy jest słuchanie. Zaryzykuję stwierdzenie, że nawet ważniejszą niż mówienie. Jeśli chcemy komuś pomóc, musimy dać mu możliwość wyartykułowania swoich problemów, inaczej ryzykujemy, że nasze „mądre rady” będą nie na temat. Aby przekaz był skuteczny, warto zadbać o jego prostotę. Nic tak nie wpływa na dobrą „współpracę w załodze”, jak klarowność komunikatu. Długo można by pisać o typowo kobiecej zabawie pt. „zgadnij, co mi jest”. Mam nadzieję, że Czytelniczki domyślają się, o co chodzi (facetom tłumaczyć chyba nie muszę). Mężczyzna to esencja prostoty, dlatego myślę, że każdy z nich przyzna mi rację – nieco więcej bezpośredniości przyniosłoby wiele dobrego kontaktom damsko-męskim. Teraz czas na braki męskiej części społeczeństwa dotyczące mówienia i słuchania. Mężczyźni z natury, w przeciwieństwie do kobiet, są lepszymi słuchaczami niż mówcami. Cóż, wydawałoby się zatem na podstawie moich rozważań, że jeżeli panowie są lepszymi słuchaczami, a panie są lepsze w mówieniu, to obie płcie uzupełniają się nawzajem i powinno być idealnie. Otóż nie do końca. Jedna z uczestniczek forum poświęconego komunikacji ujęła to bardzo krótko: nato-

Gazeta Akademicka

miast jeżeli chodzi o słuchanie, to jak rozmawiamy z mężczyznami, to oni nie zawsze z dokładnością słuchają, po prostu przytakują albo najlepiej nic nie robią i jest totalna olewka. Muszę przyznać nieco racji tej wypowiedzi, słuchać słuchamy, ale ciężej bywa… ze zrozumieniem? Warto jednak zauważyć, że kobiety nie zachęcają nas wcale do większego skupienia się nad tym, co do nas mówią. Dlaczego? Otóż ze słowami jest jak z pieniądzem, im więcej go na rynku, tym mniejszą ma wartość. Wiele kobiet ma potrzebę wyrażania swych myśli dużą ilością słów, do faceta natomiast najlepiej dociera komunikat typu „krótko i na temat”, długi, rozbudowany przekaz przyjmujemy w mocno uszczuplonej formie. Innymi wadami męskiej komunikacji jest niechęć mówienia o własnych problemach. A jak tu rozmawiać, skoro rozmowa często zamienia się w monolog? Jest jeszcze jedna rzecz, być może najważniejsza, która nieraz utrudnia mężczyźnie kontakty z kobietami, jest nią słynna męska duma, która nie pozwala mu się przyznać do błędu, okazać słabości czy niewiedzy. Różnice między stylami męskiej i kobiecej komunikacji mogą być tematami żartów, źródłem napięć i konfliktów, ale można na nie spojrzeć z lekkim dystansem jako na efekt uboczny dopełniania się mężczyzny i kobiety. Bez tej różnorodności stracilibyśmy coś naprawdę cennego. Warto na koniec rozważań zatrzymać się nad modlitwą, która też jest formą komunikacji, rozmową z Bogiem. Jeśli z kimś nie rozmawiamy, to trudno powiedzieć, że go znamy. Poznawanie Boga wymaga rozmowy, słuchania (Biblia) i mówienia o swoich problemach i radościach. Im silniejsza więź, tym bogatsze, bardziej różnorodne formy komunikacji. Modlitwa jak każda forma komunikacji wymaga praktyki, a doświadczenie przychodzi z czasem. Paweł Romanowski pawel28031989@o2.pl

11


Stawiam na człowieka

Ksiądz Profesor

Włodzimierz Sedlak

W jednej z książek ksiądz Włodzimierz Sedlak napisał: Stawiam na człowieka. Inaczej nie mogę. Sam nim jestem od czasów odwiecznych, kiedy Bóg postawił na człowieka i na mnie też. Te słowa określają filozofię życiową, którą ksiądz profesor kierował się w pracy duszpasterskiej i naukowej. Sens swojego życia widział on bowiem w służbie Bogu i ludziom. Takim zamysłem kierował się, gdy postanowił zostać kapłanem. Taka myśl przyświecała

12

mu również, gdy zajął się badaniem biolo- niale umie pracować z dziećmi i młodzieżą. Ze swoimi uczniami przygotowywał gicznych podstaw ludzkiego istnienia. inscenizacje dzieł literackich, opracowywał gazetkę szkolną, urządzał wycieczki, Twardy dla siebie, miękki dla innych organizował akcje charytatywne. Z kolei Biografia profesora (1911-1993) jest dowo- w Siennie, dokąd został przeniesiony tuż dem na to, jak wiele można dokonać, jeśli przed wybuchem II wojny światowej, dał się potrafi wyznaczać sobie cele, konse- się poznać jako wielki społecznik i patriota. kwentnie je realizować, a przede wszyst- Nawet po 10 godzin dziennie prowadził kim – wymagać od siebie. A Włodzimierz tajne nauczanie języka polskiego, filozofii, Sedlak już w młodości stawiał sobie biologii, chemii, geografii. niezwykle wysokie wymagania. Kiedy Nigdy nie troszczył się o własne potrzeby był klerykiem seminarium duchownego i wygody. Na pierwszym miejscu był drugi w Sandomierzu, każdą wolną chwilę człowiek, o czym świadczy choćby taka przeznaczał na naukę. Studiował książki historia z okupacyjnych czasów: Jeden z wielu dziedzin, ponieważ uważał, że z  kolegów odwiedził księdza Sedlaka „reprezentant Bożych spraw” powinien i zastał go w zimnym mieszkaniu, ponierozumieć współczesny świat, by radzić waż nie miał on czym napalić w piecu. sobie z wyzwaniami duszpasterskimi. Jako Postanowił więc pomóc i przysłał mu furę prefekt w Ćmielowie pokazał, że wspa- drewna. Gdy po kilku tygodniach przyje-

Gazeta Akademicka


chał ponownie, okazało się, że ksiądz rozdał opał rodzinom, które miały małe dzieci. Dzięki zaangażowaniu księdza Sedlaka wkrótce po wyzwoleniu w Siennie powstały: gimnazjum, liceum i szkoła zawodowa. On też założył hufiec harcerski oraz szkolny teatr. Dla swoich wychowanków stał się duchowym przewodnikiem i autorytetem. Chętnie spotykali się z nim i dyskutowali o ważnych sprawach. Ksiądz rozbudzał ich zainteresowania, pożyczał książki i płyty, a przede wszystkim wpajał przeświadczenie, że wiedza jest jedynym atrybutem prawdziwej wolności. Sam był o tym przekonany, dlatego pomimo że miał już 35 lat, rozpoczął studia na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w lublinie. W ciągu pięciu lat zrobił dwa magisteria (z antropologii i pedagogiki) oraz doktorat. Jestem detektorem Boga i przyrody Jesienią 1952 roku ksiądz Sedlak rozpoczął pracę duszpasterską w kościele pw. Opieki Najświętszej Maryi Panny w Radomiu. Szybko zdobył sobie sympatię i uznanie parafian. Na msze, w czasie których głosił kazania, przychodzili tłumnie nie tylko radomianie, lecz także mieszkańcy okolic, doceniający głębię ukrytej w jego słowach mądrości, ciekawy sposób argumentacji i oryginalny styl. Niektórzy do dziś pamiętają niezwykłe sformułowania kaznodziei, np. Wiara nie może być parasolem, co chroni w życiu przed deszczem, a w pogodę staje się nieznośnym ciężarem; Jak wszystko człowiek sobą wypełni, nie zmieści się już Bóg; Uprawiamy sztukę życia, czyli wielką grę, nie prosząc wcale Boga na reżysera; Szukasz drogi przez życie? Zajrzyj

Gazeta Akademicka

do wademekum chrześcijaństwa – do Ewangelii; Istota wiary wobec Boga – łaska uświęcająca, wobec ludzi – odrobina serca. To wszystko treść, reszta to kwiatek na kapeluszu wiary; Nikt nie wie, jak Boże nożyce kroić będą nasze życie, a więc czas. Ksiądz Sedlak był również cenionym spowiednikiem. Do jego konfesjonału ustawiały się długie kolejki. Podobno nigdy się nie irytował, każdego uważnie słuchał i potrafił zrozumieć poplątane ludzkie losy. On sam tak to tłumaczył: Mnie człowieka zawsze jest żal. I dlatego nieustannie staję po jego stronie. Bliższy mi jest… A Panu Bogu i tak to nie zaszkodzi. Za wielki jest… Do roku 1959 ksiądz Sedlak pracował też jako katecheta w radomskich szkołach, m.in. w liceum Ogólnokształcącym im. M. Konopnickiej. Gruntowna wiedza, talent pedagogiczny, pogoda ducha, życzliwość i skromność sprawały, że uczniowie byli zafascynowani swym prefektem. Często żałowaliśmy, że godzina lekcyjna jest taka krótka – wspomina jedna z uczennic. Pozostawić po sobie błysk światła Mimo wielu obowiązków parafialno-szkolnych intensywnie się dokształcał i prowadził badania naukowe. Jego zainteresowania poznawcze były rozległe, obejmowały takie dyscypliny, jak: antropologia, geologia, paleontologia, paleobiochemia, ochrona środowiska itd. Jednak za swoje największe dokonanie uważał teorię o elektromagnetycznej naturze życia, którą nazwał bioelektroniką. Z niestrudzonym uporem próbował dociec, na czym polega zagadka istnienia, ponieważ chciał, aby jego odkrycia znalazły zastosowanie w medycynie ku pożytkowi ludzi. Prace w tym kierunku prowa-

dził, zakładając pierwszą w Polsce Katedrę Biologii Teoretycznej na Wydziale Filozofii Chrześcijańskiej Katolickiego Uniwersytetu lubelskiego, gdzie przez 31 lat był wykładowcą. Ulubionym miejscem badań geologicznych i paleontologicznych profesora Sedlaka stały się Góry Świętokrzyskie. Spędzał tam każde wakacje. Pewnego razu młody turysta, który chciał zrobić zdjęcie, poprosił księdza, by się odsunął i nie zasłaniał widoku gołoborza. W odpowiedzi usłyszał: Nie mogę. Ja tu pracuję. Na uwagę, że w tej chwili nic nie robi, tylko siedzi na kamieniu, profesor zareagował błyskotliwie: Jestem pracownikiem umysłowym. Wiele takich anegdotycznych historii pokazuje, że ksiądz Sedlak był obdarzony poczuciem humoru. Jego zdaniem śmiech właściwie dawkowany staje się oliwą, która zmniejsza tarcie, wygładza fałdy życia, czyni je łatwiejszym, bardziej zrozumiałym. Wyrazem uznania dla dociekliwości intelektualnej profesora Sedlaka i wieloletniej pracy dydaktycznej są liczne nagrody i odznaczenia. Jednak on wartość swego życia mierzył innymi kategoriami. W jednym z wywiadów wyznał: Jeśli przynajmniej kilku osobom zabrałem cierpienie i wskazałem piękno, którego nie widziały, to już warto było żyć… Albo jeśli u kilku choćby ludzi wyciszyłem niepokój wewnętrzny i odchodzili ode mnie szczęśliwsi, to również coś spełniłem. Żywa wciąż pamięć o Księdzu Profesorze Włodzimierzu Sedlaku i wdzięczność wielu osób świadczą o tym, że cel ten osiągnął i pozostawił cząstkę siebie w sercach przyjaciół, uczniów, studentów, parafian, współpracowników. Małgorzata Ciupińska malgociu@o2.pl

13


PODRÓŻE AKADEMICKIE

Italia, ti amo! W bardzo popularnej włoskiej komedii „Benvenuti al Sud” („Witamy na Południu”) pada zdanie: Gdy jedziesz na południe, płaczesz dwa razy: pierwszy raz, gdy przyjeżdżasz, drugi raz, gdy odjeżdżasz. Chociaż ja swojego Erasmusa spędziłam na północy Włoch, to tę frazę odnieść mogę również do swoich doświadczeń z Italią. Wszystko zaczęło się w październiku 2010, kiedy nagle wszyscy na uczelni zaczęli rozmawiać o Erasmusie. No tak, w końcu studiujemy italianistykę, szczęśliwie – już na drugim roku – a wyjazd to świetna okazja do niezapomnianej przygody i przy okazji ćwiczenia języka! Ja jednak nie byłam przekonana. Bo pół roku to długo, bo nie wiadomo, które miasto wybrać, bo co będzie, jeśli się nie dogadam, bo… Wątpliwości było mnóstwo, a czasu na podjęcie decyzji coraz mniej. W końcu postanowiłam spróbować. Wybrałam Mediolan. Gdy po trzech tygodniach na liście zakwalifikowanych znalazłam swoje nazwisko, nie czułam euforii. Niby wszystko jak chciałam, ale wątpliwości wróciły. No trudno, pomyślałam, raz się żyje. Tak naprawdę najgorsze było dopiero przede mną: załatwianie wszystkich dokumentów, wysyłanie ich na uczelnię we Włoszech, bieganie od biura współpracy z zagranicą do dziekanatu, z dziekanatu do koordynatora itd., to było naprawdę wyczerpujące. Czas mijał, bilet kupiony, przedmioty wybrane – show must go on! Łzy w oczach i coraz większy strach, bo zakwaterowanie na miejscu pewne tylko przez pierwsze trzy doby… No trudno, jakoś to będzie. Spakowałam walizki (oczywiście okazało się, że dozwolone 20 kg bagażu to zdecydowanie za mało) i… poleciałam! Pierwsze trzy dni to był koszmar, ale gdy wreszcie ostatniego dnia pobytu w hostelu udało nam się znaleźć mieszkanie (koniec końców nie tak źle, bo blisko centrum i 15 minut od nowej uczelni), przyszła pora na przekonanie się, czy faktycznie Mediolan jest taki ładny, jak mówią. Pojechałam więc z koleżanką z Belgii na Piazza Duomo zobaczyć pierwszy i najważniejszy zabytek miasta – mediolańską katedrę (ale to nie jedyny ważny obiekt w tym miejscu). Tylko ten jeden raz udało nam się tak idealnie wyjść z metra – dokładnie na wprost przepięknej katedry. Po obowiązkowych pierwszych zdjęciach, dokładnym obejrzeniu katedry z zewnątrz i wejściu do środka (co za witraże!) mogłyśmy przyjrzeć się innym częściom Piazza Duomo, z Palazzo Reale i galerią Wiktora Emanuela II pełną sklepów najpopularniejszych światowych marek – obok sklepów Prady i luisa Vuittona nie mogło zabraknąć oczywiście McDonalda J Kolejne dni przynosiły nowe odkrycia – okazało się, że mieszkam bardzo blisko największego i najpiękniejszego mediolańskiego parku, Parco Sempione, gdzie o każdej porze dnia można

14

było spotkać spacerujących, siedzących na ławkach, biegających lub bawiących się z dziećmi Włochów (w końcu Włosi to bardzo rodzinny naród). Park jest niezwykły, ponieważ zaczyna się zaraz za wybudowanym w XIV wieku Castello Sforzesco (szczególnie piękny nocą, z powodu oświetlenia), dawną siedzibą rodziny Viscontich, a później rodu Sforzów, a kończy przy Arco della Pace – imponującym łuku triumfalnym. Okolica wokół Arco to moje ulubione miejsce w Mediolanie, zachwycało mnie za każdym razem, gdy przechodziłam obok. Być może dlatego, że w pobliżu aż roiło się od malutkich kawiarni, a jedynymi środkami lokomocji w okolicy są rowery i odrestaurowane tramwaje z lat dwudziestych. O wcześniejszych obawach zapomniałam także dzięki nowym znajomościom, które nawiązywałam każdego dnia. Na uczelni spotkałam bardzo wiele życzliwych osób, które zawsze były gotowe pomóc w znalezieniu auli, drogi do biblioteki i chętnie dzieliły się notatkami. Często spotykaliśmy się także między zajęciami, by w pobliskiej kawiarni wypić prawdziwą włoską kawę i poplotkować. Okazało się, że dogadywanie się po włosku idzie mi całkiem nieźle. I to nie tylko przy kawie, ale także w bardziej oficjalnych sytuacjach. Miałam też wiele okazji, by ćwiczyć angielski. W Mediolanie jest kilka uczelni, na które każdego roku przyjeżdża wielu studentów zagranicznych. Na częstych festach można było znaleźć prawdziwą mieszankę kulturową i językową. Spotkałam ludzi z wielu zakątków świata. W takim gronie rozmowy były naprawdę ciekawe! Pobyt w Mediolanie był również świetną okazją do zwiedzenia innych pięknych miast Italii: magicznej Wenecji, romantycznej Werony, przepięknej Florencji, nadmorskiej Genui i wielu innych. Wiedziałam, że Włochy to piękny kraj, ale po tych wszystkich wycieczkach, które odbyłam podczas Erasmusa, mogę śmiało powiedzieć, że jestem zakochana w Italii. Oczywiście piękno miast to nie jedyny powód, są jeszcze inne, na przykład wyśmienita pizza i prawdziwe włoskie cappuccino, tworzące w połączeniu ze słodkim rogalikiem włoskie śniadanie. I nie dam się przekonać, że tak samo dobrą pizzę i kawę można dostać w Polsce. Niestety, wszystko, co dobre, szybko się kończy. Pięć miesięcy na obczyźnie, które półtora roku temu tak mnie przerażały, skończyło się zbyt szybko. Wróciłam do Polski bogatsza o doświadczenia, z lepszą znajomością języków, ogromną ilością zdjęć i wspaniałych wspomnień oraz… mnóstwem papierkowej roboty, która czeka mnie po powrocie na uczelnię. A do Włoch mam zamiar jeszcze wrócić, i to nie raz! Kasia Marciniak k.marcignac@gmail.com

Gazeta Akademicka


Fot. Zbigniew Niemirski „Gość Niedzielny”

Ksiądz Arcybiskup Wacław Depo

ingres Księdza Arcybiskupa sty czy uro się ł by od o eg lut 2 m, Niespełna przed miesiące chowie. dralnej Świętej Rodziny w Często ate hik Arc iki zyl Ba do po De wa Wacła chowskiej w latach 1984-90 sto czę i ezj iec hid arc rz ste Pa wy Warto przypomnieć, ze no ole Inżynierskiej w Radomiu. Szk ej ższ Wy w o eg cki mi de aka a pełnił funkcję duszpasterz elni z dużą ników naukowych radomskich ucz cow pra i w ntó de stu ych wn da Wielu nia z księdzem Wacławem. wdzięcznością wspomina spotka y Księdzu asterstwa akademickiego życzym szp du ka wis do śro o eg cał iu ien W im i Jasnogórskiej Matki. Arcybiskupowi szczególnej opiek

Gazeta Akademicka

15


Każde dziecko to najcenniejszy skarb

Walczcie, aby każdemu człowiekowi przyznano prawo do urodzenia się... Nie zniechęcajcie się trudnościami, sprzeciwami czy niepowodzeniami, jakie możecie spotkać na tej drodze. Chodzi o człowieka i nie można w tej sytuacji zamykać się w biernej rezygnacji. Błogosławiony Jan Paweł II, Rzym, 26.02.1979

W 2006 roku w Polsce, zgodnie z prawem, zabito 340 dzieci w łonie ich matek (246 po badaniach prenatalnych wskazujących na uszkodzenie płodu), w 2010 roku liczba legalnych aborcji w naszym kraju wzrosła już do 641. Szacunkowa liczba aborcji dokonanych w tzw. podziemiu aborcyjnym waha się pomiędzy kilkunastoma tysiącami (wg danych obrońców życia) a prawie 100 000 (wg organizacji feministycznych np. Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny). Warto przy okazji

16

zaznaczyć, że w 2010 roku odnotowano Boga i już w momencie poczęcia jest w Polsce około 418 000 żywych urodzeń. w pełni człowiekiem. W Polsce zgodnie z prawem lekarz może dokonać aborcji w trzech sytuacjach: po pierwsze, gdy istnieje duże prawdopodobieństwo ciężkiego nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu, po drugie, gdy ciąża jest zagrożeniem dla życia lub zdrowia ciężarnej kobiety, po trzecie, gdy ciąża powstała wskutek czynu zabronionego. W pierwszych dwóch przypadkach aborcję można wykonać do momentu osiągnięcia przez płód zdolności do samodzielnego życia poza organizmem matki (obecnie ratuje się dzieci urodzone w 24-28 tygodniu życia), w trzecim przypadku aborcja może być wykonana do 12 tygodnia ciąży. Dla wielu ludzi te statystyki nie mają znaczenia, uważają, że problem aborcji ich nie dotyczy, że nie muszą nic robić. Nie zdają sobie sprawy, jak wiele osób każdego dnia dopuszcza się zbrodni, jaką jest zabicie niewinnego, bezbronnego człowieka. Nawet najwięksi zbrodniarze, zanim zostaną skazani, mają prawo do obrony, a maleńkie dziecko w łonie mamy – nie. Jako katolicy nie możemy pozostawać obojętni, musimy zdawać sobie sprawę, że każde dziecko zostaje powołane do życia przez

A dla tych, którzy może nie do końca są o tym przekonani, kilka faktów. Już w momencie zapłodnienia każdy z  nas został wyposażony w niepowtarzalny, indywidualny garnitur genów i już wtedy było wiadomo, jaki będziemy mieli kolor oczu czy grupę krwi. Co ciekawe: dziecko może mieć inną grupę krwi niż mama, a więc jest oddzielnym organizmem, nie jest częścią kobiety ani jej własnością. Już 21. dnia po zapłodnieniu zaczyna pracować serce maleństwa – to wcześniej niż mama zaczyna się domyślać, że w jej łonie zaczęło rozwijać się nowe życie! Pod koniec 2. miesiąca życia dziecko ma 3 cm długości, przypomina już małego człowieka – ma określoną płeć, ukształtowane podstawowe narządy wewnętrzne – serce bije z częstotliwością 40-80 uderzeń na minutę, pracuje mózg, wątroba, śledziona, żołądek i nerki. W 11. tygodniu dziecko ma 6,5 cm długości i waży 9,5 g. Zaczyna być wrażliwe na dotyk coraz większą powierzchnią ciała. Pod koniec trzeciego miesiąca ciąży „tańczy” w macicy – porusza rękami, nogami, palcami, oczami, kołysze biodrami, robi grymasy. I w tym czasie, kiedy rodzice już raczej wiedzą, że urodzi się dziecko, zaczynają się zastanawiać, czy wszystko jest w porządku. Niektórzy, aby się upewnić, pomiędzy 11 a 14 tygodniem ciąży decydują się na wykonanie badań prenatalnych, podczas których z dużą precyzją można określić ryzyko wystąpienia wad genetycznych płodu

Gazeta Akademicka


(m.in. zespołów Downa, Edwardsa, Patau, Turnera). Gdy dziecko rozwija się prawidłowo, rodzice zaczynają się cieszyć i przygotowywać do jego narodzin, gdy coś jest nie tak, ktoś życzliwy rodzicom a niekoniecznie maleństwu może podpowiedzieć najlepsze, według niego, w tej sytuacji rozwiązanie: aborcję. Nikt nie chce mieć przecież chorego dziecka i problemu na całe życie. I tu paradoks: badania wykonuje się nie po to, aby leczyć, ale aby zabić. Ale wystarczy posłuchać relacji rodzin, które mimo wszystko pozwoliły swojemu maleństwu przyjść na świat i  otoczyły je najczulszą i najlepszą opieką, i miłością i przekonały się, że niepełnosprawne dziecko to nie jest problem, którego należy się pozbyć, to jest największy skarb i największa radość! W 4. i 5. miesiącu dziecko szybko rośnie, w 6. ma już 35 cm długości i waży około 50-70 dag. Porusza się nie rzadziej niż co 10 minut, a w czasie snu około 60% czasu zajmują mu marzenia senne. Od 4. miesiąca dziecko ćwiczy ruchy potrzebne do oddychania, połykania, ssania czy chwytania. W tym też czasie odbiera wszystkie wrażenia zmysłowe – m.in. cała powierzchnia ciała jest wrażliwa na dotyk, reaguje na smak wód płodowych, w 5. miesiącu rozróż-

Gazeta Akademicka

nia smak słodki, który preferuje, unika picia wód, kiedy są gorzkie, kwaśne czy słone. Po 6. miesiącu życia płodowego z każdym kolejnym tygodniem zwiększają się szanse na przeżycie dziecka poza organizmem mamy. W ostatnich trzech miesiącach ciąży dziecko przybiera na wadze, zwiększa się powierzchnia jego kory mózgowej, rozwinięte do tej pory połączenia nerwowe sprawiają, że dziecko rozróżnia bodźce, uczy się, doświadcza pierwotnych emocji, cały czas dojrzewają jego narządy wewnętrzne, a w 8. miesiącu najintensywniej układ oddechowy.

bieństwo, że może urodzić chore dziecko, nie zawahałaby się go zabić. Zadałam jej pytanie: a jak byś się poczuła, gdybyś dowiedziała się, że twoja mama myślała podobnie, gdy ciebie nosiła pod sercem? Że gdyby coś z tobą było nie tak, nie dostałabyś szansy, aby zobaczyć i poznać świat? – Nie no, to zupełnie inna sytuacja – oburzyła się. Jaka inna? W czym każde poczęte maleństwo jest gorsze od nas? Jakim prawem niektórzy ludzie odbierają dzieciom prawo do poznawania świata, do miłości, ciepła, bliskości, do cieszenia się obecnością kogoś bliskiego, do życia?

W ciągu dziewięciu miesięcy ciąży z jednej zapłodnionej komórki jajowej powstaje organizm, na który składa się 200 mln komórek o bardzo wysokim stopniu specyfikacji, niepowtarzalny, indywidualny, jedyny w swoim rodzaju. I wielu istnieniom nie jest dane przeżyć tego okresu, gdyż zostały powołane do życia przez nieodpowiedzialnych rodziców albo ich ojciec jest przestępcą lub ich rozwój nie przebiega prawidłowo, a mama i tata nie chcą ich pokochać takich, jakimi są. Ale czy to ich wina? Czy to one muszą płacić swoim życiem za błędy i niedojrzałość rodziców? Kiedyś jedna z moich koleżanek powiedziała, że gdyby istniało prawdopodo-

W Wielkim Poście zachęcam do podjęcia Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. To naprawdę niewielki wysiłek, a modlitwa przecież działa cuda! Może warto taką decyzję podjąć w związku ze zbliżającym się Świętem Zwiastowania Pańskiego 25 marca? To dokładnie dziewięć miesięcy przed Bożym Narodzeniem! Więcej informacji na stronie www.duchowaadopcja.com.pl. Polecam również strony www.pro-life.pl oraz www.stopaborcji.pl. Anna Gruszka anna_gruszka@o2.pl

17


Patologia modlitwy

Krótki antypodręcznik życia duchowego Bo na modlitwie też trzeba wiedzieć, co się mówi, bo jak rozdrażniony Bóg dla świętego spokoju bzdur wysłucha, to mogą być problemy i to nie tylko dla tego, kto się modli, ale i dla innych, więc, babciu, nie módl się, żebym się ożenił z Kaśką, bo ona mi się nie podoba, za ojczyznę się módl, za dusze w czyśćcu cierpiące, za rządzących, ale za mnie to niekoniecznie. Ale już jak tak mnie kochasz, że musisz się o moją przyszłość modlić, to może mniej konkretnie, proszę, nie podawaj imion żadnych, zostaw jakieś pole manewru Panu Bogu, no i jak by się dało, ja też chciałbym mieć coś do powiedzenia… Początek felietonu, to „cytat z życia”. Wniosek jest prosty, nie każda modlitwa jest wartościowa i dobra, a to że jest odmawiana autentycznie i z serca, niczego nie gwarantuje. Modlitwa każdego człowieka jest w dużym stopniu odbiciem tego, kim jest. Jeśli w sercu jest pycha, nienawiść, skłonność do instrumentalnego traktowania wszystkich łącznie z Panem Bogiem, to jest zagrożenie, że modlitwa płynąca z serca będzie tym wszystkim wypełniona. Patologii może być wiele. Można modlitwę – zwłaszcza wspólnotową – obciążyć takimi funkcjami dydaktycznymi, że zaczyna pełnić rolę informacyjną, wychowawczą, ale coraz mniej jest tym, czym być powinna, to znaczy rozmową z Bogiem. Znajomy opowiadał, jak wiele lat temu, na niedzielnej Mszy Świętej, zaraz po credo, usłyszał zdanie: „za kilka dni przyjeżdża do naszej ojczyzny papież, a tu w niektórych domach okna nie pomyte. Ciebie prosimy…”. Intryguje mnie, czy wierni, którzy mechanicznie odpowiedzieli „wysłuchaj nas, Panie”, poczuli, że włączenie się do takiej modlitwy zobowiązuje ich, by okna w swoich domach umyć. Ciekawszy od samego wydarzenia jest jego mechanizm, pewien styl myślenia. Mam jakąś swoją wizję – że okna powinny być umyte, gdy noga Jana Pawła II na polskiej ziemi stanie, że córka na medycynę powinna się dostać, że ta partia wygrać powinna, że wszyscy „coś” powinni zrozumieć – potem swoje przekonanie układam w formę modlitwy, i po wszystkim. Kto z modlitwą będzie dyskutował? Raz, że nie wypada, dwa, że bezbożnie J

bożnej pani przemyślane: „bo o niczym nie przesądzam, wszystko zostawiam Bogu, co w tym złego, że chcę, by On to ocenił”, „gdzie tu nienawiść w modlitwie, jeśli proszę tylko, żeby Bóg był sprawiedliwy?”. Spokojnie potakiwałem i zaproponowałem, że odprawię – „w tej samej cenie” – dwie Eucharystie. W tej drugiej będę się modlił za jej ukochaną córkę, z tym że intencja będzie tak samo sformułowana, że „podłość i nikczemność… żeby sprawiedliwie ukarał”. Nie wiem, czemu pobożna pani nie chciała, bym jej latorośl taką modlitwą otoczył. Jest jeszcze jedna pułapka, która czyha zwłaszcza na natury wrażliwe i skupione na sobie. Można na modlitwie rozczulać się nad sobą, smutkiem delektować, wyżalać się na swoją samotność, nieszczęście, zły los, roztrząsać swoją krzywdę i liczne nieszczęścia. Do takiej modlitwy w zasadzie Pan Bóg jest niepotrzebny, jest jedynie pretekstem. Jak to trafnie ujęła św. Teresa, cieszy się diabeł z melancholii. W prawdziwej modlitwie chodzi o coś dokładnie przeciwnego, spotykam się z Bogiem, by poczuć, że jestem kochany, proszę o siły, by zgodzić się na siebie takiego jakim jestem i z pogodą ducha próbować przełamywać przeciwności i trudności, które się pojawiają. W prawdziwej modlitwie pytam o to, co powinienem robić, oddaję się do dyspozycji Bogu, pozwalając, by On mnie prowadził. Na koniec pozostaje wspomnieć o najgorszej patologii, o tyle groźnej, że powszechnej. Najgorszą patologią w życiu modlitewnym jest… brak modlitwy. Dopóki człowiek się modli, lepiej lub gorzej, jest szansa, że niedoskonałą modlitwę Bóg oczyści, że coś w nas poprzestawia, naprostuje, że przebije się przez pancerz zarozumiałości, pychy i obojętności, w który się zakuwamy. Tak jest, dopóki choć próbujemy się modlić. ks. Marek Adamczyk marek.adamczyk@skauci-europy.pl

Pół biedy, jeśli na modlitwie odciśnie się skłonność do układania życia innym ludziom, może się jednak zdarzyć, że gorycz nienawiści noszonej w sercu nie tylko nie złagodnieje na modlitwie, ale samą modlitwę goryczą zatruje. Pewna pobożna pani poprosiła o Mszę Świętą, bardzo precyzyjnie określając jej intencję: „Żeby wszechmogący i  potężny Bóg, który każdą podłość i nikczemność potrafi dostrzec i ocenić, należycie i sprawiedliwie ukarał zło wyrządzone przez wiadomą osobę”. Dyskusja była długa i argumenty po-

18

Gazeta Akademicka


TRyPTyK INTElEKTUAlNy

O modlitwie… po prostu Pisać o modlitwie, mając do dyspozycji zaledwie kilka szpalt, jest przedsięwzięciem co najmniej nieroztropnym. Bo jakże ująć na tak niewielkiej przestrzeni całe bogactwo tego, co przez wieki konstytuowało i racjonalność podejścia do Boga, ku któremu wznoszono rozum, i rozżarzenie serca, które świętej Teresie kazało wyznawać, iż nie zawsze na modlitwie trzeba w i e l e myśleć, ale nieodzowne jest w i e l e kochać. A jak nie wspomnieć o całym spectrum sytuacji pośrednich, gdy mnisi, ludzie oddaleni od świata nie dlatego, że im wystygła miłość doczesna, ale z imperatywu miłości wiecznej, zapatrzeni w ideał Jezusa, uporczywie i z samozaparciem, ale i z radością, wcielali w życie odwieczny styl współbieżności modlitwy i działania. A gdzie miejsce na wskazanie wkładu w tradycję modlitwy tych, którzy w kapłaństwie, hierarchicznym lub powszechnym, zaufawszy biblijnym wezwaniom do nieustannej i poufnej relacji z Bogiem, w duchowej walce, nierzadko ciężkiej, wykuwali zręby tego, czym dziś karmi się i cieszy społeczność wyznawców Chrystusa. Nakładając na to okoliczności pojedynczego życia, widać od razu, iż gruntowna teoria modlitwy jest niezakończona i nigdy taka stać się nie może. Można jedynie próbować uszczknąć, jak chciwiec ze skarbca, coś z doświadczenia innych ludzi dla podbudowania i wzmocnienia – a może dopiero budowy – własnego życia modlitwy. I dlatego właśnie warto zaryzykować refleksję nad modlitwą, mając do dyspozycji choćby tylko kilkadziesiąt wersetów. 1. Modlitwa w troskach i trudzie Mnich z klasztoru kanoników św. Augustyna – załóżmy, że był to Tomasz à Kempis – pisze w okresie późnego Średniowiecza tekst, który popularnością przegrywa, zdaje się, jedynie z Biblią. Niewielka książeczka „O naśladowaniu Chrystusa” trafia nagle w samo centrum ludzkich duchowych potrzeb, bo odpowiada na ich najbardziej żywotne pragnienia, przede wszystkim zaś na pragnienie kontaktu z Bogiem. Kilkadziesiąt niedługich rozdziałów w formie medytacji albo też bezpośredniego dialogu syna z ojcem eksponuje krok po kroku uwarunkowania życia w duchu i w prawdzie, przedstawiane w zgodzie z mentalnością ówczesnego człowieka, ale w treści obiektywnie skutecznej i co do prawdy – niepodważalnej. Jest oczywiste zatem, iż w takim kontekście nie mogło zabraknąć zagadnienia modlitwy, a wśród nich – refleksji o jej rodzajach. Medytacja prowadzona w formie dialogu przeprowadza więc modlącego się – lub przynajmniej chcącego to robić – czytelnika przez meandry relacji z Bogiem ze wszystkimi przeszkodami i trudami, które stawia nie tylko sama modlitewna praktyka, ale też – a może przede wszystkim – uwarunkowania świata, który z gruntu jest jej wrogiem. Trud i troski. Doświadczenie codzienne pokazuje, jak częsty jest to temat naszych

Gazeta Akademicka

modlitw. Nie może to być jednak kategoria interesu i roszczenia, ale ugruntowanej wiary w Bożą opatrzność1. Więcej troszczysz się o mnie – powie zatem Tomasz – niż ja sam mógłbym się troszczyć o siebie. Taka dopiero postawa, uwarunkowana niewzruszoną – a może nawet doświadczoną – ufnością, pozwala w pełni zaufać Bogu i jeszcze powiedzieć Mu o tym na modlitwie, co oznacza ostateczne i wewnętrzne, chociaż, jak uczy doświadczenie, czasami kruche przekonanie. Wejście w taką relację jest zresztą niemal „zdroworozsądkowym” wymogiem, dobrze znanym również współczesnym Tomasza. Zauważono bowiem, iż niezbyt pewny jest ten, kto w Tobie nie złoży całej troski o siebie, przy czym argument za przyjęciem takiej postawy jest zupełnie przedni: Bo wszystko, co mógłbyś ze mną uczynić, może być tylko dobre. Z modlitwy Tomasza wynika, że Bogu zaufać po prostu warto. Tu pojawia się zagadnienie, które mnich z Kempen ukrył pod lapidarnym stwierdzeniem o Bożych możliwościach wobec człowieka. Owo „wszystko” potrafi bowiem wzbudzić grozę, nawet jeżeli tylko w pierwszej chwili. Bóg może bowiem chcieć, abym pozostawał w ciemności lub wyprowadzić mnie na światło, uradować lub zechcieć mojego cierpienia. Po każdym jednak akcie poddania i zgody na wolę Bożą powtarza się, jak refren, aklamacja Tomasza: Bądź pochwalony… Nasz autor nie rozróżnia już więc jakościowych cech doświadczenia i tak samo pragnie przyjmować z Twojej ręki dobro i zło, słodycz i gorycz, radość i smutek i za wszystko (…) Tobie dziękować. Jest to kolejny znak skutków modlitwy – współpraca i uległość wobec Bożych planów. Dlatego też Tomasz, doświadczywszy Bożych możliwości, ale i Jego wiernej pomocy, przechodzi całkowicie na pozycję oddania się Mu i tęsknoty za Jego stałą obecnością. Wyznaje to w języku, który zahacza już o sferę prawdziwej mistyki, gdy pisze: Panie, cóż jest moją ufnością w tym życiu, jakaż jest największa moja pociecha wśród tego, co widzę pod słońcem? Czyż nie Ty to jesteś, Panie, Boże mój? (…) Gdzież było mi dobrze bez Ciebie? Albo kiedyż mogło być źle, gdy Ty byłeś przy mnie? Cały zresztą rozdział to żarliwa modlitwa oddania i uległości, a jego treść może służyć nie tylko jako dowód na poziom życia duchowego Tomasza, ale – i chyba po to zostało to napisane – stanowić umocnienie w ludzkich zachwianiach na płaszczyźnie nadziei. 2. Modlitwa (w) radości Radość w duchowości chrześcijańskiej jest traktowana jak każde inne dobre doświadczenie. Chrześcijańska tradycja życia wewnętrznego włożyła wiele trudu, aby radość prawdziwą, której przypisuje wielki walor duchowy, odróżnić od nieopanowanego śmiechu, wesołkowatości, krzykliwości czy braku skupienia, przypisując tym ostatnim konotacje niedwuznacznie negatywne. Interesujące jest natomiast, że nie zawsze wiąże ją z okolicznościami obiektywnie radosnymi, a czasami wręcz przeciwnie – z tymi, które subiektywnie uchodzą za co najmniej niewygodne i niechciane. Modlitwa w stanie radości lub, jak powiedziałby św. Ignacy loyola, pocieszenia jest łatwa, tak jak łatwe jest przejście ponad dolegliwościami, których akurat nie mamy, aby zagłębić się w wyrafinowaną – i często na modłę ludzką skrojoną – transcendencję. Zupełnie inaczej jednak wygląda sprawa, gdy dolegliwości i strapienia, to znowu 1

Por. O naśladowaniu Chrystusa, III, 17; III, 59.

19


św. Ignacy, czają się na wyciągnięcie ręki, złe myśli stanowią podstawową część naszej mentalności, a okoliczności są po prostu wrogie. Biedaczyna z Asyżu nazwał – jeżeli już – obecną wtedy w człowieku radość, radością doskonałą o niepodważalnie Bożej proweniencji. Musi to być jednak duchowo trudne doświadczenie skoro Kościół uznał go za świętego. Taką radość modlitwy w okolicznościach zupełnie nieradosnych można znaleźć również w modlitwach ludzi współczesnych. Jednym z nich jest sługa Boży Stefan kardynał Wyszyński, który w swoich „Zapiskach więziennych”, mimochodem i niejako między wierszami, zostawił ślad obecności takiej modlitwy w jego życiu duchowym. Większość modlitw budowanych i wypowiadanych na podłożu radości można znaleźć w zapiskach z ostatniego okresu uwięzienia, mianowicie z pobytu w Komańczy. Co jednak było podłożem tej radości, łatwo wykrywalnej w modlitwach z tamtego okresu? Ogólna sytuacja bowiem, oprócz rozluźnienia indywidualnej inwigilacji, nie uległa specjalnej zmianie. Prymas dalej nie mógł sprawować posługi eklezjalnej, co napawało go szczególnym bólem, a i ówczesna sytuacja społeczno-polityczna, dotkliwie odciskająca się na życiu Kościoła w Polsce, zostawiała na jego psychice dotkliwe i bolesne piętno. W obiektywnej ocenie nie były to więc okoliczności mogące przysparzać radości. A jednak… W Adwencie 1955 roku Prymas notuje następujące słowa: Bądź wola Twoja, jako w niebie, tak i w Komańczy (…) Wola Twoja jest tak potężna, że skłania mnie do uznania w pełni tego faktu, że zdobywa sobie moją pełną uległość. Czuję nad sobą moc Twoją… korzę się przed nią. Nie chcę opierać się woli Twojej żadnym odruchem. Ty wiesz, Ty wszystko wiesz… Raduję się,

że wola Twoja jest aż tak potężna. Na sobie mam dowód potęgi woli Twojej2. Teologia duchowości wskazuje, że podstawowym zadaniem chrześcijanina jest rozpoznawanie, godzenie się i życie zgodnie z wolą Bożą. Ponieważ zaś stanowi ona zestaw najlepszych możliwych dla człowieka rozwiązań dotyczących jego egzystencji, przede wszystkim w aspekcie wieczności, stąd zgodność życia z jej wymogami jest niewzruszonym fundamentem radości nadprzyrodzonej. Prymas, który w okresie odosobnienia przeżywał chwile walki o zrozumienie wymagań stawianych mu w tym czasie przez Boga, daje niezbity dowód właściwego pojmowania i pogodzenia się z tym, co Bóg dla niego – i całego Kościoła w Polsce – zaplanował. Przytoczona modlitwa ma za podstawę radość, która jest wynikiem duchowego uspokojenia Prymasa, składającego wszystko w ręce Bożej opatrzności. Oto w rupieciarni mego życia znalazłem coś Bożego. Kilkanaście dni wcześniej3 w innej modlitwie pokazuje, w jaki sposób przygotowywał grunt pod postawę radości przeżywanej nawet w tak krytycznej sytuacji, jaką jest uwięzienie. Kardynał wiedział, wynikało to zresztą z całej jego głębokiej formacji duchowej, jak wielką przeszkodą dla życia cnotami nadprzyrodzonymi jest nieuporządkowana miłość własna i hołdowanie jakimkolwiek egocentrycznym zapatrywaniom. Zanim więc osiągnie stan radości, modli się o usunięcie dostrzeganych przeszkód, widząc w Bogu Dawcę i Wspomożyciela w podjętej wal­ce. Spod jego pióra płynie więc modlitwa bardzo osobista: Daj pomoc, Ojcze, by w życiu moim już nic nie było tylko dla mnie, tylko dla mojego upodobania, tylko dla mojego zadowolenia, dla dogodzenia sobie, dla zaspokojenia własnych pragnień. Naucz, jak należy postępować, by od razu dostrzec, że to uczucie jest zbyt osobiste, że z tamtego doznania nikt nie ma korzyści – ani Ty, ani Twoje dzieci, ani nawet… ja. Spraw, abym oszczędzał czasu dla siebie, abym go miał zawsze dla Ciebie i dla Twoich spraw. Wzbudź pragnienie zapomnienia o sobie, o tym, co dogadza mojemu wygodnictwu, zmysłowości, miłości własnej. Nie wiem, czy zdołam to uczynić, ale wiem, że bardzo pragnę. Jest to modlitwa człowieka wprowadzonego do codziennego obcowania z Bogiem i utrzymywania z Nim dziecięcych relacji, niezależnie od zsyłanych przez Niego doświadczeń. Kardynał jest wewnętrznie mocno przekonany, że gdyby Bóg nie miał dla niego nic więcej jak kamień rzucony złośliwą ręką, to pragnę przyjąć go jak największą łaskę. Ostatecznie składa niemal akt oddania i ufności, gdy widzi wszystko, czym z woli Bożej zostaje obdzielony, co z Twego jest dopuszczenia, jako Jego największą łaskę i znak Twojej miłości, zasługujący na zawierzenie Tobie. Ufność i chęć uczczenia Bożej potęgi jest tak wielka, że Prymas nie waha się ofiarować Bogu tego, co ma najcenniejszego i co jest przez niego najbardziej ukochane. Jest bowiem zdecydowany wyznawać Boga w sercu swoim nawet gdybyś zamknął usta moje tak, żebym nie miał możności więcej wyznawać Syna Twego przed ludźmi4. Trudno sobie wyobrazić, aby taki akt składał człowiek pod przymusem lub w rozpaczy, zatem jest to znak nadprzyrodzonej radości, która odbijając się w modlitwach Prymasa, towarzyszyła mu w czasie jego internowania. 3. Modlitwa… na co dzień Na przełomie III i IV wieku na terenie dzisiejszego Środkowego i Dolnego Egiptu pojawił się niezwykły ruch. Historia duchowości nazywa ten czas okresem ojców pustyni. Zjawisko polegało na masowym odchodzeniu, w przytłaczającej większości, mężczyzn na miejsca odosobnione w celu prowadzenia życia ascetycznego na wzór Jezusa, którego poprzez umartwienia i wyrzeczenia chciano naśladować. Surowość warunków życia, w jakich Zapis z 10 XII 1955. Zapis z 20 XI 1955. 4 Zapis z 16 I 1956. 2 3

20

Gazeta Akademicka


przyszło zmagać się pierwszym anachoretom ze swoimi cielesnymi i duchowymi słabościami, przyczyniała się do powstania swoistej duchowości pustyni – prostej w swojej treści, ale głębokiej w swoim wyrazie. Niewielkie ramy artykułu nie pozwalają co prawda na zarysowanie chociażby w skrócie zrębów tej fascynującej duchowości, niemniej o dwóch przeplatających się a konstytuujących ją elementach należy wspomnieć koniecznie. Chodzi o modlitwę połączoną z praktyką pamięci na Bożą obecność i pracę ręczną. Ojcowie pustyni wypracowali zatem model modlitwy powiązanej z życiem codziennym mnicha i ukierunkowującej na prymat zbawienia i spraw duchowych. Tekstem, który co prawda nie jest modlitwą expressis verbis, ale zawiera dla naszego tematu podstawowe wskazania, jest opowiadanie o pierwszym ojcu pustyni i patronie mnichów egipskich, czyli o św. Antonim Pustelniku. Tekst ten otwiera podstawowy zbiór apoftegmatów5 i ma charakter programowy dla zrozumienia idei życia mniszego: Święty Antoni, kiedy mieszkał na pustyni popadł raz w zniechęcenie i wielką ciemność wewnętrzną. I powiedział do Boga: „Panie, chcę się zbawić, ale mi myśli nie pozwalają, co mam robić w tym utrapieniu? Jak się zbawić?”. I chwilę potem, wyszedłszy na zewnątrz, zobaczył Antoni kogoś podobnego do siebie, kto siedział i pracował, potem wstawał od pracy i modlił się, a potem znowu siadał i plótł linę i znów wstawał do modlitwy. A był to anioł Pański, wysłany po to, by go pouczyć i umocnić. I usłyszał Antoni głos anioła: „Tak rób, a będziesz zbawiony”. Gdy to usłyszał, odczuł wielką radość i ufność, a robiąc tak, osiągnął zbawienie6. Przytoczony fragment zawiera wszystkie elementy konstytutywne dla życia eremickiego. Są to więc przede wszystkim doświadczenia cielesne i duchowe pokusy, które atakują mnicha, pragnąc zwieść go z drogi walki o doskonałość. Ilość i natężenie tych doświadczeń często prowadzi do stanów zniechęcenia lub acedii. Ponieważ takie postawy są niebezpieczne dla życia duchowego mnicha, stara się więc je odrzucić, wzywając Boga. Środkowa część apoftegmatu to opis sposobu życia, który Apoftegmat jest to krótkie opowiadanie o życiu sławnego mnicha lub przytoczenie przypisywanego mu aforyzmu albo pouczenia dotyczącego duchowej formacji w celu przekazania innym. 6 Apo 1(1), (Antoni).

Leszek Wianowski Pieter van Huys, „Kuszenie św. Antoniego” (1547)

5

jest optymalny w warunkach pustyni. Polega on na harmonii pracy ręcznej i modlitwy (oraz lektury duchowej), które się wzajemnie przeplatają i uzupełniają tak, że nie powodują monotonii. Mnich, modląc się, wykorzystywał do tego celu przede wszystkim psalmy, ale również krótkie zdania i zwroty, którymi kierował swoją uwagę i nastawienie ku Bogu. Praktyka ta mogła być również kontynuowana podczas pracy, przekształcając się w ten sposób w modlitwę nieustanną, bardzo pożądaną w duchowości pustyni. Jest to skądinąd również wzorzec dla ludzi czasów współczesnych, którzy poszukują jakichś nieabsorbujących (?) form modlitwy. Oczywiście w tym wypadku ojcowie pustyni pewnie nie będą mogli służyć przykładem, gdyż pomimo krótkości i lapidarności formy ich modlitwa była bardzo głęboka i – nierzadko – mistyczna. Wydawałoby się, iż odległy czas dzielący współczesność od okresu pustyni stawia pod znakiem zapytania przydatność jej duchowości, widząc w niej, może nawet czcigodny, ale tylko relikt dawnej duchowej świetności. Pomijając w tym miejscu zupełnie niezwykłe w swym natężeniu zainteresowanie duchowością ojców pustyni, trzeba przyznać, że jej wartość sama w sobie zasadza się na prostocie przekazu idei modlitwy nieustannej i bezkompromisowo skoncentrowanej na Bogu jako Źródle i Ognisku życia duchowego. Dla takiej właśnie modlitwy w codziennych okolicznościach dnia wypracowano wzorce i przykłady wskazujące, że można ją realizować. Jest co prawda oczywiste, że sam fakt zapoznania się z duchem pustyni i formami duchowego życia na niej mnichów „nie załatwi” jakości życia wewnętrznego – trzeba do tego jeszcze nieco chęci i zapału oraz nastawienia, aby odrzucać to, co przeszkadza. Niemniej jednak bez mała dwutysiącletnia tradycja duchowa, ciągle żywa i pociągająca nowych adeptów sztuki modlitwy, nie ostałaby się, gdyby lansowała propozycje nietrafne lub niesprawdzone. Zatem propozycja codziennej zwyczajnej modlitwy jest stale aktualna i żywa, a w razie trudności zawsze można poprosić któregoś z ojców pustyni o słowo, które niesie pouczenie i duchowy spokój.

Gazeta Akademicka

21


Gazeta Akademicka poleca

Na pierwszy rzut oka nie widać, że kocham! „luxtorpeda” to debiutancki album młodego zespołu rockowego o tej samej nazwie. Grupę współtworzy pięciu przyjaciół. Jej inicjatorem jest gitarzysta i wokalista Robert „litza” Friedrich, członek zespołów: Arka Noego, Kazik na Żywo i 2Tm2,3. Wokalnie wspiera go Przemysław „Hans” Frencel, raper znany z duetu Pięć Dwa Dębiec. Na płycie znajduje się dziesięć rockowo-metalowych kawałków. Dodatkowo każdego z nich można posłuchać w wersji instrumentalnej. Utwory przekazują konkretne treści. Muzycy nie boją się poruszać ważnych i trudnych tematów. Usłyszymy teksty o wierze, nadziei i świetle. Płytę promuje singiel „Autystyczny”. Niezwykle energetyczny utwór o mocnym brzmieniu i ciekawym tekście. W pamięci pozostaje charakterystyczny głos i sposób przekazu Hansa, który śpiewa: W krainie nigdzie-nigdzie zaplątany sam w sobie / Trochę egoistycznie siedzę i nic nie robię / Ciało jest obecne, grzeczne i na kanapie / Duch wolny się wyrywa i hula razem z wiatrem. Całości dopełnia refren, którego nie sposób zapomnieć: Na pierwszy rzut oka / nie widać, że kocham! „Autystyczny” przez kilka tygodni okupował pierwsze miejsce na liście Trójki. Szybko zdobył również popularność na youTube’ie, gdzie ma zarejestrowanych ponad milion wyświetleń. Warto również zwrócić uwagę na utwór „Za wolność”. Powstał on w hołdzie ludziom, którzy w każdym pokoleniu oddają swoje cenne życie – za naszą wolność. Przekazuje potężny ładunek emocjonalny tak w sferze tekstowej, jak i muzycznej. Aż chce się krzyczeć razem z Hansem i litzą – Za wolność / męczennicyyy!!! Nieco przekorne „Jestem głupcem” poraża świetnym tekstem, nie mówiąc już o perkusji i gitarach, które „dają czadu”. „luxtorpeda” to płyta, która równie ostro się zaczyna, jak i kończy. Nie ma w niej chwili na oddech czy moment zawahania. Słowa i dźwięki z szybkością światła wbijają się w umysł odbiorcy. Polecam miłośnikom mocnych gitarowych brzmień oraz słów, które coś znaczą. Warto również wybrać się na koncert luxtorpedy. Tam zespół pokazuje pełnię swoich instrumentalnych możliwości. Na razie czekamy na drugi album, „Robaki” – już 9 marca! Magdalena Skrok magda.skrok@gmail.com

22

Połączenie muzyki góralskiej z elektronicznym bitem to odważne posunięcie artystyczne. Mateusz Górny nazywany również Gooralem tworzy rodzaj brzmień zwany ethno elektro, który jest także tytułem jego pierwszego solowego albumu. Unikatowy miraż muzyki góralskiej ze współczesną elektroniką pokazuje muzykę etniczną, która może trafić do młodych ludzi i przy której młodzi ludzie mogą się dobrze bawić. To połączenie emanuje ogromną dawką energii i radości. Album jest również bardzo dobry pod względem tekstowym. Kilka utworów jest śpiewanych góralszczyzną przez Tomka „Jabusko” Łapkę, kilka jest melorecytacją Matusza. W utworach występują wokalnie również Anna Wiosna oraz Jan Mędrala ze swoim nietuzinkowym falsetem. Płytę otwiera utwór instrumentalny „Nadzieję sieje (łąka)”, który jest unikatowym połączeniem fletu z kaskadą bitów. Kolejny utwór to już rozkręcenie projektu i sztandarowy utwór „Karczmareczka”, który robi ogromną furorę na klubowych parkietach. „Karczmareczka” to utwór śpiewany góralszczyzną z biesiadnym przesłaniem – jak to w karczmie bywa. W utworze „Plan” warstwa muzyczna to już dynamiczne zestawienie bitów z epizodycznym, aczkolwiek ważnym, elementem skrzypiec. Bardzo istotna jest tu treść utworu. Tytułowy plan, to plan życia, a jego główne zadanie można by zawrzeć w słowach z utworu: wiarą się uskrzydlam, za niebem gnam. „W moim ogródecku” – utwór do tańca i do różańca. Bezpośrednie zwrócenie się do Matki Bożej z prośbą o opiekę, oczywiście w gwarze góralskiej: Gaździnko góroli Wstawioj sie za nami Niech nas Pan łobdarzy swoimi łaskami w połączeniu z elektronicznymi dźwiękami daje fantastyczny efekt. Utwory: „Zbójnicki”, „Krywaniu”, „Dopad (wysoko górka)”, „Piyrso godzina” i „Gronicek” to tradycyjne pieśni góralskie w aranżacji ethnoelektronicznej, a więc połączeniu tradycyjnych instrumentów (skrzypiec, fletu) z elektronicznym bitem. Na uwagę zasługuję utwór „Krywaniu”, którego tekst pochodzi z wiersza Kazimierza Przerwy-Tetmajera. W albumie możemy znaleźć również trzy tytuły anglojęzyczne. W pierwszym „Who is your god?” jest zawarte pytanie dotyczące tego, co w życiu ważne – jakie masz priorytety? Czy twoim bogiem jest pieniądz, fałsz i pycha? To kolejna piosenka w tym albumie, która odważnie porusza ważne tematy. Kolejny utwór anglojęzyczny to „Traveler”, którego koncepcja muzyczna przenosi nas w podróż. Trzecim utworem jest „Music for a while” w wykonaniu falsetu Jana Mędrali. To jedyna pozycja na płycie, która nijak się ma do całości albumu, więc nie rozumiem, dlaczego została zamieszczona na krążku. Chyba jedynie po to, byśmy usłyszeli nietypowy głos Jana Mędrali. Utworem najlepszym na tej płycie, według mnie, jest „Ja siedzę robie muze”. Po pierwsze: już sam tytuł pokazuje niesamowitą kreatywność twórczą Mateusza Górnego, który wraz z przyjaciółmi stworzył bardzo ciekawy projekt muzyczny. Po drugie: utwór ten zachwycił mnie przede wszystkim tekstem i to już od pierwszych słów: Kochać, kochać, kochać no bo co ma większy sens, Żyć, dostrzegać dobro, które przeca tutaj jest, Wstawać z wiarą po to, żeby w upadku nie żyć, Spieszyć się powoli, żeby czasu nie tracić. Album Goorala to bardzo ciekawa kompozycja muzyczna, z bardzo dobrymi tekstami, i myślę, że ten solowy utwór jest zalążkiem nowego trendu w polskiej muzyce, który będzie nazywał się ethno elektro. Tomasz Motyka t.motyka@nck.xpl.

Gazeta Akademicka


„Towarzysz generał idzie na wojnę”

„Faustyna” „Faustyna” to biografia św. siostry Marii Faustyny Kowalskiej w reżyserii Jerzego Łukaszewicza. Opowiedziana jest z perspektywy zazdrosnej siostry Feliksy. Wstępując do zakonu, siostra Faustyna spotyka się z niezrozumieniem sióstr, przeżywa rozczarowania. Wiara w Pana Boga jest jej jedynym ratunkiem. Pokornie, z pogodą ducha podchodzi do swoich obowiązków klasztornych. Pierwsze widzenie Jezusa nie jest dobrze przyjęte. Towarzyszy mu brak akceptacji przez inne siostry. Dlatego też siostra Faustyna zostaje przeniesiona do zakonu w Wilnie, gdzie znajduje zrozumienie u spowiednika – księdza Sopoćki. Pomaga jej on w spełnieniu polecenia Pana Jezusa. Pracująca w ogrodzie siostra Faustyna podupada na zdrowiu, łapie gruźlicę. Będąc coraz słabsza, nie traci wiary w Pana Boga i żarliwie modli się do Niego. Na prośbę siostry Feliksy wracają do zakonu w Płocku, gdzie siostra Faustyna umiera. Urzekająca rola Doroty Segdy i dająca wytchnienie muzyka Wojciecha Kilara jest tylko dopełnieniem przepięknej opowieści o trudnym, pełnym ufności Panu Bogu życiu św. siostry Faustyny. Urszula Murawska murawska.ula@gmail.com

Film dokumentalny, kontynuacja filmu „Towarzysz generał”, uchylającego kulisy wprowadzenia stanu wojennego oraz roli najwyższych władz PRl w tym wydarzeniu, odkrywający nieznane fakty i ukrywane dokumenty, dotąd niepublikowane, a także pokazujący wypadki poprzedzające instalowanie się nowej władzy, okrągłostołowej. Obywatelki i Obywatele Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, zwracam się dziś do was jako żołnierz i jako szef rządu polskiego, zwracam się do was w sprawach wagi najwyższej – tymi słowami 13 grudnia 1981 roku generał Wojciech Jaruzelski rozpoczął przemówienie, w którym oznajmił Polakom wprowadzenie stanu wojennego. Film godny polecenia zainteresowanym historią, w pewnym sensie kontrowersyjny, w związku z czym polecam obejrzenie pierwszej części – trzyma w napięciu, będziecie zaskoczeni. Do udziału w filmie zaproszeni zostali historycy zajmujący się tym okresem, m.in.: prof. Andrzej Paczkowski, autor książki „Wojna polsko-jaruzelska”, dr lech Kowalski, autor książki „Generał ze skazą”, specjalista od Komitetu Obrony Kraju, prof. Richard Pipes, doradca prezydenta Reagana ds. Europy ŚrodkowoWschodniej, Władymir Bukowski, sowietolog, który zeskanował dokumenty KPZR dotyczące m.in. stanu wojennego, dr Antoni Dudek, dr Grzegorz Majchrzak z Instytutu Pamięci Narodowej, dr Sławomir Cenckiewicz, dr Piotr Gontarczyk z Instytutu Pamięci Narodowej, dr Bogdan Musiał oraz świadkowie wydarzeń, o których opowiada film. Inne godne polecenia filmy w reżyserii Grzegorza Brauna: „Towarzysz generał”, „New Poland”, „Marsz wyzwolicieli”, „Defilada zwycięzców”, „Plusy dodatnie, plusy ujemne”, „Wielka ucieczka cenzora”, „Reakcjonista”, „Eugenika w imię postępu”. Maciej Dzik maciej8143@wp.pl

„Patriotyzm dzisiaj” Drogi Czytelniku, zachęcam Cię do przeczytania książki ojca Jacka Salija – dominikanina, profesora Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. W lekturze pt. „Patriotyzm dzisiaj” znajdziesz refleksje o istocie patriotyzmu i rozważania dotyczące przyczyn jego kryzysu. Ojciec Salij pisze o stosunku współczesnego człowieka do jego ojczyzny, zastanawia się również nad naszym podejściem do przeszłości, miejscem religii w życiu publicznym oraz obecną dechrystianizacją Europy. Główną winę degradacji patriotyzmu, według autora, ponoszą takie postawy, jak indywidualizm i kolektywizm. Czym są i jaki jest na nie lek? Tego można się dowiedzieć właśnie z tej książki.

Autor również trafnie podkreśla, że właściwie pojęty patriotyzm nie prowadzi do żadnej formy narodowego etnocentryzmu, który ukazywałby wyższość naszego narodu nad innymi. Patriotyzm jest skutkiem miłowania własnej odrębności, a to powinno być źródłem akceptacji innych narodów. Autor nie myli się, gdy pisze, że zarówno miłowanie swojej ojczyzny, jak i chrześcijaństwo nie zasługują na marginalizację. Wartości te stanowią źródło tożsamości wielu narodów i dlatego powinniśmy je chronić. Drogi Czytelniku! Spójrz na temat patriotyzmu z innej perspektywy! Spróbuj, a nie pożałujesz! Paweł Romanowski pawel28031989@o2.pl

Wydawca: Diecezjalne Duszpasterstwo Akademickie w Radomiu Siedziba redakcji: ul. Górnicza 2, 26-600 Radom; e-mail: da-radom@wp.pl Redakcja: ks. Marek Adamczyk, ks. Artur Chruślak, Paulina Chrostek, Maria Domagała, Anna Gruszka, Paweł Gruszka, Monika Kowalczyk, Elżbieta Moczoł, Tomasz Motyka, ks. Mirosław Nowak, Joanna Rychel, Paweł Romanowski, Joanna Woźniak, Magda Skrok, leszek Wianowski Korekta: Justyna Domagała Foto: ks. Zbigniew Niemirski („Gość Niedzielny”), Joanna Woźniak, Ula Murawska, ks. Artur Chruślak, Łukasz Kamiński, Archiwum Duszpasterstwa Akademickiego. Opracowanie graficzne: bernatjoanna@gmail.com, mateuszfirlej@gmail.com, pawel.graf@op.pl Gazeta Akademicka Druk: IMD Anna Korba www.drukarnia.po.prostu.pl

23


24

Gazeta Akademicka


GAZETA AKADEMICKA marzec 2012  

Gazeta Akademicka jest pismem wydawanym przez Duszpasterstwo Akademickie w Radomiu. Nasza tematyka to: życie studenckie, wydarzenia i propoz...

Advertisement
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you