Page 1

Gazeta Akademicka

1


Duchu Święty, przyjdź! W akademiku, w którym kiedyś mieszkałem, wisiała na ścianie reprodukcja „Bitwy pod Grunwaldem” Jana Matejki. Była na tyle duża, że można było zobaczyć plątaninę stłoczonych ciał, przerażanie na twarzach tych, którzy już wiedzieli, że zaraz polegną, i napięte mięśnie tych, którzy jeszcze walczyli. Obraz ten wisiał niemal niezauważony przez lata, aż do momentu, gdy ktoś nagryzmolił pod nim dużymi literami słowo SESJA. Od tej pory obraz stał się kultowy – trafnie odzwierciedlał to, co dwa razy do roku przychodziło nam przeżywać. Po co to wspomnienie z  bardzo dalekiej prze-

szłości? Po to, żeby przypomnieć, że trwa sesja, która ma swoje prawa. Krótki sen, zmęczenie, zredukowanie do minimum wszystkich aktywności poza tymi, które prowadzą do uzyskania kolejnego wpisu w indeksie. Potrzebny jest oddech, najlepiej podczas czytania kolejnego numeru Gazety Akademickiej. Sesja to również wyraźny znak nieuchronnie zbliżających się wakacji, dlatego w  tym numerze przedstawimy wiele letnich propozycji duszpasterstwa akademickiego. Nie jesteśmy ekskluzywną grupą dla „porządnych” i „wtajemniczonych”, a  Ci, którzy przychodzą, odkrywają, „że jest normalnie”, jest czas na zabawę, bycie razem i  na modlitwę, która „nie uwiera” i  nie jest serwowana na siłę. Zapraszamy. W opowiadaniu, które stało się klasyką gatunku opowieści łgarskich, nie-

miecki żołnierz baron Műnchhausen twierdził, że uratował samego siebie z bagna… wyciągając się za włosy. Niestety, przekonanie o posiadaniu cudownych cech barona Műnchhausena – zwłaszcza w  życiu duchowym – podziela wielu współczesnych. My wierzymy w działanie i moc Ducha Świętego, która jest mocą przychodzącą „z zewnątrz”, dlatego to On stał się głównym bohaterem tego wydania Gazety Akademickiej. O  Duchu Świętym można pisać wiele, dużo ważniejsze jest jednak, by w codziennym życiu doświadczać bardzo konkretnych przejawów Jego działania, czego życzymy wszystkim Czytelnikom, bo bez Niego wszystko staje się mdłe, byle jakie i pozbawione smaku. ks. Marek Adamczyk marek.adamczyk@skauci-europy.pl

Obóz Duszpasterstwa Akademickiego Tatry 2011

2

ne kopa a Z 1 sce: 9.201 0 . 3 Miej . 28.08 zł Czas: zt: 250 isy: Kos zap i e j 2.pl rmac ka@o z Info s u _gr anna

Może jesteś miłośnikiem Polskich Tatr? Lubisz wysokogórskie wspinaczki i ten dreszczyk emocji, gdy trzymając się łańcucha nad przepaścią, zdobywasz kolejne szczyty? Uwielbiasz to uczucie, gdy po kilku godzinach mozolnego marszu chwytasz w płuca wiatr na przełęczy? A może po prostu lubisz się zachwycić niesamowitymi i zapierającymi dech w piersiach widokami najpotężniejszych zboczy polskich gór? Może nigdy nie byłeś w  Tatrach i  nie wiesz, co to znaczy cały rok tęsknić za zapachem kosodrzewiny i szumem wody w górskich strumieniach? Może lubisz długie wieczorne rozmowy na tematy błahe i całkiem poważne? A może po prostu przez kilka dni chcesz poczuć się bliżej Nieba? Chcesz odnowić albo umocnić swoją relację z Panem Bogiem? A może jesteś u progu swojej akademickiej przygody i nie wiesz, od czego zacząć? Jeśli na choć jedno z tych pytań odpowiedziałeś twierdząco, ta propozycja jest dla Ciebie! Podtrzymując naszą akademicką tradycję, chcemy po raz kolejny na przełomie sierpnia i  września zaprosić wszystkich studentów na wakacyjny obóz duszpasterstwa akademickiego. Więcej informacji niebawem u księży duszpasterzy i na naszym profilu na Facebooku. Opracowanie: Anna Gruszka anna_gruszka@o2.pl

Gazeta Akademicka


Piesza pielgrzymka na Jasną Górę – grupa akademicka W pierwszej połowie sierpnia serdecznie zapraszamy do pielgrzymowania na Jasną Górę wraz z grupą akademicką. Pielgrzymka jest nie tylko formą efektywnego spędzenia czasu wolnego, ale przede wszystkim jest okazją do spokojnego przyjrzenia się sprawom, które dla każdego z  nas są najważniejsze. Jest to czas, by pobyć chwilę w ciszy, by móc wysłuchać konferencji dotyczących praktycznie każdego obszaru działalności młodych. Dla tych, którzy rozpoczynają studia, to szczególny czas zawierzenia Panu Bogu nowego etapu życia. Dla osób studiujących jest to możliwość podziękowania za rok akademicki i proszenia o dalsze łaski dotyczące przyszłej pracy i  rozpoznania swojego właściwego miejsca w życiu. Dla osób po studiach i pracowników naukowych jest to okazja do wspólnego zastanowienia się nad wykonywaną pracą oraz działalnością społeczną i  naukową. Grupa akademicka otwarta jest również dla licealistów, szczególnie dla tych, którzy w  nadcho-

dzącym roku szkolnym będą przystępowali do matury. Specyfikę pielgrzymowania ze studentami tworzy na pewno to, że jest to grupa namiotowa. Podczas noclegów przebywamy w jednym miejscu. Ułatwia to organizację wieczornych spotkań. W  trakcie drogi każdego dnia są przygotowywane konferencje

lub spotkania z osobami, które swoim przykładem pokazują szczególne zaangażowanie katolików w  życie publiczne. W  ciągu dnia cenimy również ciszę, która jest potrzebna każdemu z nas, by odreagować codzienną gonitwę. Michał Wojutyński michal.wojutynski@gmail.com

Nasi Przyjaciele

Gazeta Akademicka

3


Brunetki i blondynki

Z

perspektywy czasu stwierdzam, że miałam bardzo utrudnioną percepcję papieskiej homilii. Cały czas z głową w dole. Rozgrzana do czerwoności. I  nie widziałam nawet czubka czapki Jana Pawła II. Za to moja mama była zachwycona. Mało nie ogłuchłam od jej oklasków (bo oczywiście musiała trzymać ręce na wysokości mojej głowy). Ale ta kobieta jest w ogóle szalona. W 32. tygodniu ciąży poszła piechotą ze Sportowej na lotnisko wojskowe (Google mówi, że to około 6 km). A tata i ja musieliśmy przecież iść razem z nią. Osobiście w ogóle się tym nie zmęczyłam. Prawdopodobnie dlatego, że 4 czerwca 1991 roku byłam jeszcze wędrującym w brzuchu mamy płodem. Chociaż i tak sporo już wtedy mogłam! Najważniejsze, że słyszałam. Ale mimo tego i 70 tysięcy komórek nerwowych, które zdążyły się wytworzyć w moim mózgu, jak zwykle zrozumiałam piąte przez dziesiąte. 20 lat i miliony komórek później to, co wtedy usłyszałam, a dzisiaj czytam, wydaje mi się niewiele bardziej oczywiste.

Jan Paweł II i ja, 4 lata po urodzeniu

Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni – tym błogosławieństwem Jan Paweł II rozpoczął swoje kazanie. Z różnymi przejawami niesprawiedliwości spotykam się na co dzień – bieda, oceny w szkole, długie nogi kontra moje 160 w kapeluszu… Ale w Polsce, która była na początku przemian ustrojowych, sprawiedliwość miała wymiar społeczny, była potrzebą elementarną. Definicja, jaką dał „pragnieniu sprawiedliwości” papież: z  pewnością oznacza dążenie do przezwyciężenia wszystkiego, co jest niesprawiedliwością i krzywdą, co jest pogwałceniem praw człowieka, jest uniwersalna dla każdej epoki. Różny jest za to obszar jej stosowalności (tak, tak, studiuję psychologię, jest sesja i właśnie uczę się do egzaminu z metodo-

4

logii badań; dla ścisłości – obszar stosowalności to wszystkie aspekty rzeczywistości, do których można odnieść teorię ) W drugiej części homilii, dotyczącej przykazania „nie zabijaj”, Jan Paweł II jeszcze inaczej, bo w jego kontekście, wytłumaczył, co znaczy „pragnąć sprawiedliwości”, mianowicie to znaczy czynić wszystko, aby to prawo było przestrzegane, aby żaden człowiek nie stawał się ofiarą agresji na jego życie czy zdrowie: aby nie był niewinnie zabijany, torturowany, dręczony, zagrożony. Zabójstwa, terroryzm, wojny – co wieczór słyszę o tym w  Faktach. Ale te tragedie są (na szczęście) odległe, a  te potencjalne (podwójnie na szczęście) omijają mnie szerokim łukiem. Jezus musiał wiedzieć, że nie każdy zostanie zamordowany czy zastrzelony w walce. I że większość ludzi nigdy do takiego czynu by się nie posunęła. Dlatego, o czym dowiedziałam się od JP II, Chrystus w Kazaniu na górze rozszerzy jeszcze zasięg piątego przykazania Dekalogu na wszystkie działania przeciw bliźniemu, zrodzone z nienawiści czy mściwości (nawet jeśli nie posuwają się aż do zabójstwa: „Kto się gniewa na brata swego”). No i tutaj miałabym problem z przykładem z życia wziętym, bo mam taką chorobę, że wszystkich lubię (może to i dobrze, bo jak już powiem o kimś coś złego, to wiadomo, że lepiej trzymać się od tego kogoś z daleka). Nie przeszkadza to jednak temu, że obrazić się potrafię. Na chwilę, ale to zawsze coś. No więc czy coś z tego kazania na lotnisku w ogóle wyciągnęłam?! Poruszonego przez papieża wątku aborcji nie dotykam, bo słuchanie o zabijaniu nienarodzonych dzieci było dla mnie, płodu, zbyt traumatyczne. Natomiast wezwanie Jana Pawła II odbudowujmy, bo wiele zostało zrujnowane… zrujnowane w ludziach, w ludzkich sumieniach, w obyczajach, w opinii zbiorowej, w środkach przekazu trochę mnie ruszyło, trochę zmartwiło. 20 lat temu potrzeba było naprawy społeczeństwa, 20 lat przed 20 laty pewnie też. I dzisiaj nie jest pod tym względem inaczej. Obyczaje w naszym katolickim w zasadzie państwie są takie, że seks, wódkę i koks poznaje się w gimnazjum. Ślub bierze się po trzydziestce albo wcale. Do kościoła chodzi się w Wielką Sobotę albo w ogóle. Ruszyło mnie to, bo sama święta nie jestem, wpisuję się we współczesny model życia. Mój cel? Być samicą alfa – kariera, buty na wysokim obcasie… Dzień zaczynam od makijażu, jak nie zapomnę, to się modlę w nocy po jego zmyciu. W weekend albo i w ciągu tygodnia przyświeca mi hasło „my lubimy się na…, młodości nie kupisz ani nie sprzedasz”. Skoro we mnie, która co niedziela, od zawsze, bo przecież jeszcze w brzuchu mamy, chodzę do kościoła, która podobno jestem w miarę rozsądna i wartościowa, a na dodatek piszę do gazety duszpasterstwa, jest sporo do odbudowania, to jak zrujnowany musi być statystyczny nastolatek? Oczywiście że wolałabym żyć w innym świecie, który uchroniłby mnie przed wieloma głupotami, które były moim udziałem i zapewne jeszcze będą. Dlatego dobrze, że są ludzie, którzy nie dali się zwieść nowoczesności, tylko umieją z niej korzystać. Zastosowanie zasad starych jak świat we współczesności to naprawdę nie lada sztuka. Jan Paweł II chciał ją przekazać, pielgrzymując po Polsce z kazaniami, z których każde przypominało jedno z 10 przykazań. Gdy ktoś próbuje nas do czegoś przekonać, coś w nas zmienić, odtrącamy go i odrzucamy jego argumenty. I papież był świadomy tego, że mimo iż jest słuchany, wcale nie oznacza to, że jego nauka, nauka Boga, zostanie przez słuchaczy wcielona w życie. Sam mówił w Radomiu: papież rzuca słowa na wiatr. Istotnie, rzuca słowa na wiatr! Bo wierzy w wiatr. Wierzy w taki potężny wiatr, który kiedyś wstrząsnął ścianami wieczernika w Jerozolimie (…) Wierzy, że słowa rzucane na ten polski wiatr nie zostaną poniesione w niewiadomym kierunku, tylko pójdą tak, jak to słowo Boże, które z wieczernika na wszystkie krańce ziemi pchnął potężny wiatr Ducha Świętego. www.diecezja.radom.pl  zakładka Błogosławiony Jan Paweł II  Jan Paweł II w Radomiu. Doleciało do Was? Marysia Domagała iamthecokegirl@yahoo.com

Gazeta Akademicka


wspomnienie o wizycie Jana Pawła II w Radomiu Nie pamiętam tego dokładnie… Kojarzę jakieś sceny, kolory, niewyraźne twarze, wszystko jakby osnute mgłą czasu. Trudno się temu dziwić. Gdy papież przyjechał do Radomia w 1991 roku miałam niespełna 2 latka. I choć mam masę wspomnień z tego czasu, wszystkie mają jeden feler – są absolutnie niekompletne. Taki film, który pocięto i wyrzucono z niego część kadrów. I weź tu człowieku poskładaj to co zostało, najlepiej w sposób chronologiczny, logiczny i atrakcyjny dla potencjalnego widza. Zdecydowałam. Nie podejmę się reżyserii tego obrazu sama. Do pomocy w odtworzeniu historii pobytu Jana Pawła II w Radomiu zaprosiłam moją mamę. Jej opowieść sprawiła, że miałam możliwość przeżyć wydarzenia z 1991 roku po raz drugi. Teraz, w tę niesamowitą pielgrzymkę w przeszłość chciałabym zabrać również Was. Startujemy. Lato 1990 roku. Podradomska wieś Piastów. Siedzę w małej piaskownicy i zastanawiam się, czy ten mały pasiasty robaczek nie jest przypadkiem jadalny… Stonka wydaje mi się być idealnym uwieńczeniem przygotowanego przeze mnie piaskowo-kamiennego tortu. W poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie spoglądam na moją mamę. Ta jest jednak całkowicie pochłonięta rozmową z moją babcią. – Mamo, to niemożliwe, żeby papież miał przyjechać do Radomia. Kto ci w ogóle coś takiego powiedział? – w głosie mojej mamy da się wyczuć delikatną nutę zniecierpliwienia. – Jak to kto? Stefka ciotki Kowalczykowej… – Czy to ta sama, która roznosi po wsi wszystkie plotki i twierdzi, że gotowanie w naczyniach aluminiowych jest najczęstszą przyczyną zachorowań na AIDS? – wcześniejsza irytacja w głosie mojej mamy ustępuje teraz miejsca lekkiemu rozbawieniu. – Tak, właśnie ona. I zobaczysz, że nie minie rok, a papież pojawi się w Radomiu… Zasłyszana przeze mnie rozmowa niestety przekonuje mnie, że poważną decyzję dotyczącą stonki będę musiała podjąć sama. Tak to można liczyć na dorosłych, myślę, miażdżąc żółto-brązowego owada, który zastyga nieruchomo na szczycie przygotowanego przeze mnie błotnego ciasta. 4 czerwca 1991 roku. Jest wczesny ranek. Chłodno, wieje silny wiatr. Mnie w sumie nie jest źle. Siedzę sobie w mojej niebieskiej spacerówce, otulona kilkoma kocami, żeby tylko mnie nie przewiało, i patrzę na zebranych na lotnisku ludzi. Widzę ich z dobrej perspektywy. Stoimy w ostatnim sektorze, wiem, że to ze względu na mnie, rodzice nie chcieli wjeżdżać w tłum z małym dzieckiem. Moi bracia są gdzieś z przodu. W swoich bielusieńkich albach, idealnie wykrochmalonych przez moją mamę na tę okazję. Jako ministranci mają specjalnie wyznaczone miejsca. Msza trwa. Słyszę głos papieża, zwielokrotniony echem sztucznego nagłośnienia i zakłócany świstem porywistego wiatru. Ten sam dzień, ale jest już około południa. Siedzę na małym rybackim krzesełku tuż przy metalowej barierce. Ulica Mickiewicza jest bardzo zatłoczona. Czekamy już dobre dwie godziny. Przyglądam się moim czarnym lakierkom. Są piękne, błyszczą w słońcu tak, że ich blask niemal mnie oślepia. Do tego mam na sobie żółty zestaw – spódniczkę i sweterek. Gustowny. Zakupiony jeszcze w NRD. Nagle tłum zaczyna dziwnie falować, słychać okrzyki, wiwaty. Na ulicę padają bukiety kwiatów. Dokoła widzę praktycznie tylko dwa kolory – żółty i biały. Niemal każdy zgromadzony trzyma w ręku choć niewielką replikę papieskiej flagi. Papamobile mija nas powoli. Papież uśmiecha się, błogosławi zebranych. Jego twarz jest lekko zarumieniona, wydaje się nieco zmęczony… 20 lat później. W niedzielny wieczór mama wyciąga z szafy zachowane pamiątki z czerwca 1991. Dwie nieduże żółto-białe flagi. Foliowe,

Gazeta Akademicka

widać, że intensywnie używane tworzywo w wielu miejscach jest pozałamywane. Ktoś musiał naprawdę energicznie nimi machać. Ponoć jedną trzymałam ja, ciekawe skąd miałam tyle siły, żeby doprowadzić ją do takiego stanu. Oprócz flag mama pokazuje mi plik archiwalnych materiałów prasowych. Moją uwagę przykuwa numer specjalny polskiego wydania „L’Osservatore Romano”. Data – sierpień 1991. W całości poświęcony papieskiej pielgrzymce do Ojczyzny. Od razu odnajduję relację z pobytu Ojca Świętego w Radomiu i czytam zamieszczony tam tekst papieskiej homilii z lotniska. Oczy otwierają mi się szeroko ze zdumienia. Papież mówiący o przykazaniu „Nie zabijaj” w pierwszej pielgrzymce po upadku komunizmu w Polsce? Przecież właśnie zwalczono reżim, w którym nie było poszanowania dla ludzkiego życia. O co papieżowi chodzi? Zdezorientowana przekartkowuję magazyn i mój wzrok pada na hasło „Bogu dziękujcie – Ducha nie gaście”. I pojmuję. I jestem pełna podziwu dla jego przenikliwości, dla zdolności wyprzedzenia swoim myśleniem płynącego czasu. Jan Paweł II już wtedy wiedział. Wiedział, że o ile w czasach komunizmu Kościół był siłą opozycyjną, gromadzącą i jednoczącą ludzi w walce z panującym systemem, o tyle nastanie wolności spowoduje, że ludzie zaczną się od Kościoła oddalać. Wolność nie będzie oznaczała jedynie sprawiedliwości i rządów prawa, ale że pojęcie to zostanie przeinaczone i że będziemy do niej próbowali zaliczać hasła, które z wolnością i praworządnością mają niewiele wspólnego. Że człowiek podejmie próbę uzurpowania sobie władzy nad życiem i śmiercią. Wiedział, że takie procedery, jak aborcja czy eutanazja nie będą jednoznacznie klasyfikowane jako złe i godne potępienia, lecz z czasem staną się tematami dyskusyjnymi, elementami spornymi, o  których będą toczyły się debaty, a ostateczne zdanie nie będzie kwestią sumienia czy moralności, lecz tzw. światopoglądu. Dlatego już wtedy papież głośno nazwał aborcję zabójstwem i wzywał wszystkich do roztoczenia opieki nad matkami spodziewającymi się dzieci i nad noworodkami. Poruszające są jego słowa: Wielki cmentarz bezbronnych, których twarzy nie poznała nawet własna matka (…) zabrano im życie, zanim się jeszcze narodzą. A przecież już miały to życie, już były poczęte, rozwijały się pod sercem matki, nie przeczuwając śmiertelnego zagrożenia. (…) Musimy zwiększyć naszą społeczną troskę nie tylko o dziecko poczęte, ale również o jego rodziców, zwłaszcza o jego matkę – jeśli pojawienie się dziecka stawia ich wobec kłopotów i trudności ponad ich siły, przynajmniej tak myślą. Mnie słowa z homilii papieża dały wiele do myślenia. Polecam je do przeczytania każdemu, a zwłaszcza osobom, które utożsamiają się z nauczaniem Jana Pawła II. Warto poznać zdanie papieża w tych obecnie najbardziej kontrowersyjnych kwestiach, przez które Kościół katolicki nazywany jest Ciemnogrodem. Zresztą, może i jest Ciemnogrodem. Ale w związku z tym z Ciemnogrodu był również Jan Paweł II. Błogosławiony. A mnie dzięki temu dużo łatwiej przyznawać się do bycia Ciemnogrodzianką  Ania Sobkiewicz anna.sobkiewicz@gmail.com

5


Wygrane życie

„Cyrk motyli” to krótkometrażowy obraz obsypany kilkunastoma nagrodami filmowymi. Opowiada historię Willa – człowieka bez kończyn, stanowiącego atrakcję objazdowego cyrku. Pokazywany jako dziwadło, wyśmiewany i upokarzany, staje się nieszczęśliwym i rozgoryczonym mężczyzną. Chcąc zmienić swój los, przyłącza się do grupy pana Mendeza zwanej „Cyrkiem motyli”. Wśród tych szczęśliwych ludzi Will rozpoczyna swoją przemianę. Przyświecać będą mu słowa Mendeza: Im trudniejsza jest walka, tym większe będzie zwycięstwo. Stawiając czoła swoim słabościom, odkrywa radość, jaką daje ich pokonywanie. Zrzuca krępujący go kokon ograniczeń, który sam sobie narzucił, i przeistacza się w pięknego motyla. Ten krótki film wywarł na mnie niesamowite wrażenie. Jest pełen ciepła, kolorów i optymizmu. Losy głównego bohatera są przykładem, jak dzięki wsparciu drugiego człowieka i własnej wytrwałości można stać się inspiracją dla innych. W postać Willa wcielił się Nick Vujicic. Ten młody mężczyzna (ma 29 lat) znany jest jako mówca motywacyjny, kaznodzieja, autor książki „Life without limits”. Na filmiki z jego wystąpieniami natrafiłam przypadkowo w sieci. Opowiada w nich o życiu bez rąk i nóg, dzieli się swoim osobistym doświadczeniem, umacnia ludzi w wierze i miłości do Boga. Mimo kalectwa promieniuje radością i chęcią życia. Jego płomienne przemówienia poruszają serce, a co niektórym wyciskają nawet łzy wzruszenia. Jako Will w „Cyrku motyli” jest niezwykle autentyczny i ujmujący. Uwagę przyciąga również postać pana Mendeza. Zagrał go Eduardo Verástegui, którego historia jest nie mniej ciekawa niż Nicka Vujicica. Ten meksykański aktor, piosenkarz i model porzucił karierę w Hollywood i całkowicie zmienił swoje życie. Zrezygnował z przyjemnego i bezproblemowego życia lekkoducha i stał się gorliwym katolikiem broniącym życia poczętego i wartości rodziny. Założył studio filmowe „Metanoia”, które realizuje filmy o pozytywnym przesłaniu. Pierwszym była produkcja „Bella”, w której Verástegui zagrał jedną z głównych ról. W „Cyrku motyli” kreuje postać pana Mendeza – showmana, wrażliwego i dobrego człowieka. On pierwszy dostrzega niezwykłość Willa i akceptuje go takim, jakim jest. Nie chce, by był on jedynie dodatkową atrakcją w jego cyrku. Wymaga od niego o wiele więcej. Pomaga mu uwierzyć w siebie i sprawia, że ten „mały człowieczek” staje się szczęśliwy i może być wzorem dla innych, równie ciężko doświadczonych ludzi. Obaj aktorzy są niezaprzeczalnym atutem tego filmu. Wartości, którymi żyją, przełożyli na grane przez siebie postaci. Dzięki temu uczynili je prawdziwymi. Poparte przez przykład ich życia przesłanie „Cyrku motyli” może oddziaływać na widzów ze szczególną siłą. Warto poświęcić 20 minut na obejrzenie tego krótkiego filmu. Jest on dostępny w dwóch częściach na YouTube’ie. Wśród zalewającej nas masy produkcji o upadku człowieka i rozkładzie podstawowych wartości stanowi on przyjemną odmianę. Podnosi na duchu i zaspokaja potrzebę piękna tkwiącą w każdym z nas. Jestem pod wrażeniem tego, jak w tak skondensowanej formie można zawrzeć tyle ważnych treści i stworzyć prawdziwe dzieło. Po obejrzeniu „Cyrku motyli” porównałam moją sytuację z sytuacją głównego bohatera i nieco się zawstydziłam. Przecież jestem zdrowa, mam wszystko, czego on nie miał, i co? Uświadomiłam sobie, że tak często nie doceniamy tego, co mamy, lub robimy to dopiero, gdy jest już za późno. Film dobiegł końca, a ja miałam ochotę na więcej. Podobno jest szansa, że „Cyrk motyli” stanie się filmem pełnometrażowym. Magdalena Skrok, magda.skrok@gmail.com Film „Cyrk motyli” wywarł na mnie piorunujące wrażenie. Życie głównego bohatera wypełnione było bólem, cierpieniem i odrzuceniem. Jego los radykalnie się odmienił. Dlaczego? Jakie wydarzenia o tym zadecydowały? Jak ułożyły się jego dalsze losy? Zachęcam do obejrzenia filmu. Barbara Madyś, barbie261@wp.pl W tym filmiku urzekło mnie, że człowiek, który nie ma nóg i rąk, potrafi tak wytrwale dążyć do wytyczonego celu i w konsekwencji robi takie rzeczy, których nie potrafią robić w pełni zdrowi ludzie. Im trudniejsza walka, tym większe zwycięstwo. Człowiek bez nóg i rąk może marzyć o tym, by pływać, ale czy naprawdę może to robić? Przekonajcie się o tym, oglądając film. Aneta Wygonna, ananaska@buziaczek.pl Film jest bardzo sugestywną prowokacją kryjącą w sobie zachętę do przemiany życia i sposobu myślenia. Demaskuje ułomności naszego rozumowania, łatwość popadania w schematy, ciągłą tęsknotę za tym, czego nie mamy, która nie pozwala nam cieszyć się życiem tu i teraz. „Cyrk motyli” daje nadzieję, że każdy człowiek – jeśli podejmie walkę – może odmienić swój los i spełnić najskrytsze marzenia. Nic nie dzieje się bez przyczyny, wszystko ma ukryty sens… Renata Włodarczyk, ja-amdullah@wp.pl

6

Gazeta Akademicka


Odkręcanie słoika od środka Sytuacja była absolutnie żenująca, makabryczna, nierzeczywista, przypominająca koszmarny sen kogoś, kto raz na jakiś czas musi publicznie zabrać głos. Na ambonę wychodzi ksiądz, czyta Ewangelię i w  momencie gdy powinny zabrzmieć pierwsze słowa kazania, zapada głębokie milczenie. Cisza staje się krystaliczna, wyostrzona oczekiwaniem, że „coś przecież powinien z  siebie wydusić”, a tu nic, po prostu cisza. Dla wszystkich staje się jasne, że to nie kwestia nagłośnienia, kłopotów z  gardłem, po prostu ksiądz nie wie, co powiedzieć. Cisza narasta, gęstnieje, jest w  niej oczekiwanie i  zdziwienie, bo przecież nie jest dużą sztuką sklecić kilka zdań. Na zakłopotanej twarzy księdza maluje się wysiłek, gorączkowe poszukiwanie w  głowie myśli, która może zostać wypowiedziana, a  tu nic. Sytuacja jak z  dobrze znanej bajki, w której Kubuś Puchatek szukał Prosiaczka w pokoju i im dłużej szukał, tym bardziej Prosiaczka tam nie było. W końcu ksiądz ściszonym głosem wypowiada tylko jedno zdanie: módlcie się do Ducha Świętego, żeby Was nigdy nie opuścił tak jak mnie w  tej chwili, i  schodzi z ambony. Kompromitacja! Tylko że po niej zaczyna się robić ciekawie. Ktoś przychodzi i  pyta: „a jak ten Duch Święty działa?”. „A jak ksiądz mówi kazanie, które przygotował, to Duch Święty działa, czy ksiądz działa?” Ktoś inny pyta o  modlitwę do Ducha Świętego i  proponuje, żeby przed Mszą ją odmawiać, są również pytania o sakrament bierzmowania, grupę modlitewną… Po latach wraca się do tej historii, aby uzasadniać, skąd w tym miejscu wzięło się szczególne nabożeństwo do Ducha Świętego. Zdanie, które wydawało się rozpaczliwym wyrazem bezradności, przynosi większe efekty niż dziesiątki perfekcyjnych kazań. Myślenie wielu współczesnych chrześcijan można opisać w  następu-

Gazeta Akademicka

jący sposób: „powinienem robić to i to, a jeśli nie robię lub nie potrafię, to znaczy, że za mało się staram, że muszę się solidniej zmobilizować, wziąć za siebie, ja działam, a  dopiero w  sytuacjach krytycznych, w których nie daję rady, proszę Boga o  pomoc”. Pobieżna lektura Dziejów Apostolskich pokazuje, że pierwsi chrześcijanie mieli odmienny sposób

myślenia: otworzyć się na działanie Ducha Świętego, dać się prowadzić przez Jego łaskę. Wysiłki człowieka, który chce zdobyć świętość „swoimi rękami”, przypominają próbę odkręcenia słoika przez kogoś, kto tkwi w jego środku. Potrzeba siły działającej z zewnątrz. Każdy, kto poważnie traktuje swoją wiarę, wcześniej czy później odkryje rozmiary swoich ograniczeń i zauważy, że – parafrazując ks. Twardowskiego – to co nas wyzwala, przychodzi spoza nas. Oczywiście z łaską trzeba współpracować, łaska jest darem, który domaga się udziału człowieka, ale to działanie Boga jest ważniejsze. To wszystko może wydać się szalenie abstrakcyjne, ale nic bardziej mylnego – takie myślenie ma swoje konkretne skutki, określa na przykład charakter modlitwy.

Można na modlitwę patrzeć jak na wysiłek człowieka poszukującego Boga lub spełniającego swój obowiązek. W centrum stoi mój wysiłek: ja poświęcam czas, wybieram formę modlitwy, próbuję się skupić, coś wyrazić. Ale można akcenty rozłożyć inaczej. Jan Paweł II odpowiedź na pytanie „w jaki sposób prowadzi na modlitwie dialog z  Chrystusem, jak się do Niego zwraca?” rozpoczął od wyjaśnienia, czym jest modlitwa. Najpowszechniej się mniema, że to jest rozmowa. W  rozmowie zawsze jest „ja” i „ty”, w tym wypadku „Ty” pisane przez duże T. Początkowo doświadczenie modlitwy uczy, że „ja” wydaje się tu wiodące. Potem przekonujemy się, że naprawdę jest inaczej. Wiodące jest „Ty”, w którym bierze początek nasza modlitwa. Tego właśnie uczy św. Paweł w Liście do Rzymian. „Duch przychodzi z  pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w  błaganiach, których nie można wyrazić słowami” (8,26). (…) Tak więc w modlitwie najważniejszy jest Bóg. Najważniejszy jest Chrystus, który stale wyzwala stworzenie z  niewoli zepsucia i  prowadzi ku wolności, ku chwale dzieci Bożych. Najważniejszy jest Duch Święty, który „przychodzi z  pomocą naszej słabości”. Modlitwę zawsze zaczynamy z  myślą, że to jest nasza inicjatywa. Tymczasem jest to zawsze Boża inicjatywa w  nas. (…) Pełnię modlitwy osiąga człowiek nie wtedy, kiedy najbardziej wyraża siebie, ale wtedy, gdy w niej najpełniej staje się obecny sam Bóg. Działanie Ducha Świętego pozostanie – na całe szczęście – tajemnicą, na którą pokornie trzeba się otwierać, prosić, aby On działał, przemieniał, prowadził. Rola, jaką w naszym życiu odgrywa Duch Święty, to coś znacznie więcej niż duchowy couching, to radykalna przemiana życia, to zgoda, by Bóg prowadził nas swoimi ścieżkami. ks. Marek Adamczyk marek.adamczyk@skauci-europy.pl

7


19 pytań Gazety Akademickiej Muzyk i pedagog

Marcin Winiarski 1. W życiu kieruje się… przede wszystkim jestem chrześcijaninem, jestem katolikiem, jestem w  Kościele. Staram się kierować tym, co mówi Ewangelia. 2. Gdy muszę podjąć trudną decyzję to… nie będę wyłączał z tego mojej żony, dlatego że stanowimy jedność jako małżeństwo. Decyzje, które podejmujemy, nawet jeśli dotyczą one tylko jednego z  nas, staramy się jednak podejmować razem. Teraz i  gdy byliśmy w  okresie narzeczeństwa modliliśmy się, żeby wiedzieć, jaka jest wola Boża dotycząca naszego życia. Otwieramy słowo Boże, szukamy odpowiedzi. A co Pan Bóg na to? Jest to dla nas wyzwaniem. Oczywiście rozmawiamy też ze sobą. 3. W  sytuacjach konfliktowych… lecą garnki i  talerze (śmiech). Żartuję. W tych sytuacjach, nawet jeśli ja potrafię wyjść, to żona jako kobieta mówi: Nie dam ci spokoju, musimy rozmawiać. Najważniejszą sprawą jest przebaczenie. Będę tu operował słowem Bożym: Pamiętaj, aby nad twoim gniewem nie zaszło słońce. Kładziesz się spać ze swoim współmałżonkiem i  możesz nie wstać następnego dnia. Jeśli odejdziesz niepojednany, to nie wiadomo, jak będzie. 4. Nastrój poprawia mi… nie zastanawiałem się nad tym. Nie mam takiego odczucia, że coś mnie przytłacza. Nie odczuwam czegoś takiego w  życiu. Oczywiście że mam stres związany z  pracą czy jakieś zakłopotanie dziećmi, ale mam wrażenie, że patrząc na to wszystko przez pryzmat Boży, nie czuję,

8

że musi być coś, co mi poprawi nastrój. Mogę powiedzieć, że dobrze czuję się, gdy chodzę po górach. To mnie ładuje, napędza. Świetnie czuję się na Eucharystii czy w gronie rodzinnym, gdy dogaduję się z dzieciakami. 5. Zawsze wracam do… domu. 6. Zawsze sprawdzam, czy… czegoś nie zapomniałem z domu. I bardzo często jest tak, że żona jest tutaj podporą. Kochanie, nie wziąłeś tego i tego. Nawet ostatnio byliśmy z  żoną na wyjeździe. W Loreto. Nie powiedziałem jeszcze, że właściwie od 20 lat jesteśmy we wspólnocie neokatechumenalnej. To jest miejsce, gdzie szukaliśmy Boga. Jednym z  etapów jest pielgrzymka do Loreto. Piękna sprawa. Powiem krótko. To jest przyjęcie Maryi jako matki. Dla mnie ten tydzień był czymś wielkim. Teraz nie mam skrupułów, żeby mówić: Mamo. Żeby się nie zwracać: Panno Święta, Królowo Aniołów…, ale oczywiście powaga i godność jak najbardziej. Ale to ciepło i  ta czułość matczyna. Oczywiście ja tu nie mówię o  dewocji, ale o świadomym wchodzeniu w misterium tajemnicy istnienia Maryi w życiu Chrystusa i  tym, że Ona wskazuje na Chrystusa. To jest dla mnie kapitalne. To odkrycie tego wyjazdu. To będziemy starać się z  żoną wdrażać w  życie rodzinne. Przychodzi pewien moment na drodze, człowiek do niego dojrzewa, żeby świadomie przyjmować Chrystusa, Kościół, Maryję. To pokazuje, że życie staje się wtedy takie normalne. 7. Chętnie słucham… kogo czy czego? Ostatnim odkryciem są homilie paulina ojca Augustyna Pelanowskiego.

Marcin Winiarski – altowiolista. Przez dwa lata studiował na Wydziale Instrumentalno-Pedagogicznym ówczesnej AM im. Fryderyka Chopina w Warszawie, następnie ukończył edukację w białostockiej filii tej uczelni. Nauczyciel w  ZSM im. Oskara Kolberga w  Radomiu, członek Radomskiej Orkiestry Kameralnej. Mąż i ojciec sześciorga dzieci. Są znakomite. To, w jaki sposób tłumaczy słowo. Myślę, że te homilie bardzo mocno dotykają życia i  są mi pomocne. To, jeśli chodzi o  słuchanie kogoś. A  czego mogę słuchać? Muzyki. Nie staram się ograniczać do gatunku, charakteru. Mam swoich faworytów, coś, co lubię, ale generalnie to oscyluję między muzyką klasyczną i jazzem a folkiem. 8. Zapominam o… wielu rzeczach. Z takich prozaicznych spraw: o kluczykach do samochodu, dokumentach. Jak kiedyś odbierałem dzieci ze szkoły (moja córcia Basia była wtedy w zerówce), poszedłem do świetlicy i  mówię: Basiu, ubierz się, zaraz przyjdę. W  tym czasie poszedłem po bliźniaczki Marysię i Zosię. Oczywiście miałem godzinę na to, żeby odebrać dzieciaki ze szkoły, przywieźć do domu i  iść na zajęcia. Więc zabrałem bliźniaczki, wyszedłem ze szkoły i pojechałem do domu. Moja żona: Kochanie, gdzie jest Basia? Ja w tym momencie przeżyłem szok. Wyobraziłem sobie, że dziecko już wywołałem z klasy, zaprowadziłem do szatni, kazałem się ubrać… Mówię, o Boże, to już jest apogeum chyba (śmiech). Zadzwoniłem do szkoły oczywiście. Przekazano Basi, że tatuś zaraz przyjedzie. No, ale wyszedłem na sklerotyka. Wszyscy się z tego śmieją. Ale to dobrze, to czasem człowieka ustawia. Musi się pilnować. 9. Chętnie czytam… nie mam czasu zająć się jakąś poważną lekturą. Ale ostatnio czytałem świetną książkę. „Chata”. Przepiękna tym bardziej, że dotyka mężczyzny. Dotyka takiej relacji ojcowskiej a  jednocześnie męskiej z  Bogiem. Ona oczywiście nie jest zamknięta dla kobiety, bo ona również tam jest. Nie będę opowiadał. To jest książka, przy której mężczyzna może nawet płakać.

Gazeta Akademicka


10. Dzieciństwo kojarzy mi się z… beztroską. Pamiętam, że w wieku 8-9 lat zacząłem grać. Można by powiedzieć, że to dzieciństwo było mi zabrane. Ale z perspektywy czasu myślę, że to było uczenie się odpowiedzialności. Choć pamiętam, że do szkoły muzycznej nie chciałem chodzić, mimo że zdałem wszystkie egzaminy. Przez trzy lata praktycznie się „bujałem”. Nie było to czymś, co lubiłem. Miałem nieporozumienia z  panią profesor, której teraz jestem wdzięczny za to, że dała mi szansę. W  następnym roku zacząłem na to patrzeć inaczej. Tak naprawdę zacząłem wtedy słuchać muzyki. Wszystko zaczęło się od kapel, które grały bluesa i  jazz. Później przeszedłem różne etapy muzyczne, i heavy metal, i folk. Ale do klasyki dojrzałem dopiero później. Zacząłem od Szymanowskiego i Karłowicza. I to był szok. Szymanowski napisał przepiękny koncert góralski na skrzypce. To był dla mnie wstrząs, że takie rzeczy można grać na skrzypcach.

Gazeta Akademicka

11. Żonę najbardziej kocham za… to jest pytanie, na które nie ma odpowiedzi. Naprawdę. Sorry, ale wydaje mi się głupie. Ja mogę określać, że jest dla mnie najpiękniejsza, mądra. Wiesz, mogę wymienić całą masę jej dobrych cech. I byłaby cała lista, litania. Ale tak naprawdę to wydaje mi się, że byliśmy sobie przeznaczeni. A  to, że ja jestem w niej zakochany, że ją kocham, to dzięki Bogu, że tak się dzieje. Nie mogę powiedzieć, że kocham ją za coś. 12. U  moich dzieci najbardziej podziwiam… na to pytanie też jest mi trudno odpowiedzieć, bo każde jest inne. Najbardziej ogólnie za to, że widzą, jakie problemy są w  rodzinie wielodzietnej, a jednak kochają się. Pomimo jakichś starć czy nieporozumień widzę, że jedno za drugim stoi. To jest piękne. 13. Najczęściej mówię… to nie do mnie pytanie. Nie kontroluję się na tyle.

14. Ranny ptaszek czy nocny marek… to i to. No niestety. Przy dzieciach nie da się inaczej. 15. Ludzie są… w porządku. Serio. 16. Ciekawi mnie… jak to będzie po śmierci. 17. Czekam na… narodziny kolejnego dziecka. 18. Za porażkę uważam… brak kontaktu z dziećmi. To jest porażka rodzicielska. Myślę, że jeśli ten kontakt faktycznie się urywa, nie mamy o czym rozmawiać, co sobie opowiadać, to jest niedobrze. To samo tyczy się relacji małżeńskiej. Ale to jest gdybanie oczywiście. 19. Lubię… góry.

Wywiad przeprowadziła Ania Kowalczyk anka7_17@o2.pl

9


Minitest Sprawdź, co wiesz o Duchu Świętym Rozwiązanie testu: 1. Jedynym stygmatykiem Ducha Świętego w historii Kościoła 1. Odpowiedź B Św. Filip Neri, kapłan, założyciel Zgromajest: dzenia Księży Oratorianów/Filipinów, żył w latach 1515–1595 A) św. Franciszek z Asyżu we Włoszech (Rzym). Stygmatem Ducha Świętego było doB) św. Filip Neri świadczenie mistyczne w dniu Zielonych Świąt, które spowoC) św. Elżbieta od Ducha Świętego dowało powiększenie serca do nienaturalnych rozmiarów, ła2. Duch Święty jest: miąc przy tym żebra w taki sposób, by mogło ono dalej funkA) Bogiem, Trzecią Osobą Trójcy Świętej cjonować. B) symbolem obecności zmartwychwstałego Chrystusa 2. Odpowiedź A Przed swoją Paschą Jezus zapowiada zeC) manifestacją stwórczej działalności Boga Ojca słanie „innego Parakleta” (Rzecznika), Ducha Świętego. Duch, 3. Chrzest w Duchu Świętym to: który działa począwszy od stworzenia (Rdz 1, 2), a  niegdyś A) rytualna kąpiel w rzece Jordan „mówił przez proroków”, będzie teraz z  uczniami i  będzie B) ponowny chrzest tych, którzy odstąpili od wiary katolickiej w nich (J 14, 17), aby ich nauczyć wszystkiego (J 14, 26) i proC) charyzmatyczne doświadczenie obecności Ducha Świętego wadzić do całej prawdy (J 16, 13). W ten sposób Duch Święty jest objawiony jako odrębna Osoba Boska w relacji do Jezusa 4. W których sakramentach mówimy o działaniu Ducha Święi do Ojca. tego? 3. Odpowiedź C W  Kościele istnieją grupy chrześcijan, A) w sakramencie chrztu w których powtarza się doświadczenie Kościoła pierwotnego B) w sakramencie bierzmowania (glosolalia – modlitwa różnymi językami, uzdrowienia, chrzest C) w sakramencie święceń w Duchu Świętym, wkładanie rąk). Chrzest w Duchu Świętym D) we wszystkich sakramentach to doświadczenie oznaczające przejście do głębszego przeży5. Zesłanie Świętego Ducha nastąpiło: wania wiary chrześcijańskiej. A) w wieczerniku pięćdziesiąt dni po zmartwychwstaniu Jezusa 4. Odpowiedź D B) w Jerozolimie pięćdziesiąt dni po wniebowstąpieniu Jezusa 5. Odpowiedź A Dz 2 ,1-11 C) w Rzymie pięćdziesiąt dni po wniebowzięciu Maryi 6. Odpowiedź B D) w Jerozolimie trzydzieści dni po śmierci Jezusa 7. Odpowiedź A, B, C, D Opracowanie: 6. Ewangelią Ducha Świętego nazywana jest księga: ks. Zbigniew Kominek A) Ezechiela zkom@interia.pl B) Dziejów Apostolskich C) Apokalipsy św. Jana D) Ewangelii wg św. Łukasza

7. Symbolem Ducha Świętego jest: A) gołębica B) menora C) wiatr D) ogień

Z radością informujemy, że Zbyszek Kominek – współpracujący z Gazetą Akademicką – 28 maja przyjął święcenia kapłańskie. Życzymy wytrwałości i  otwarcia na działanie Ducha Świętego w codziennym posługiwaniu. Niech kapłaństwo będzie radością Twojego życia. Obiecujemy naszą modlitwę. Redakcja Gazety Akademickiej

foto Marcin Kuncewicz

10

Gazeta Akademicka


Radomskie „You Can Too”, czyli „Po prostu tańcz” w Duszpasterstwie Akademickim

W drugim semestrze w Duszpasterstwie Akademickim było bardzo tanecznie, a  to za sprawą pierwszej edycji zajęć tanecznych dla studentów pod nazwą „You Can Too”. Studenci intensywnie trenowali pod okiem instruktora tańca sportowego Marcina Strzeleckiego. Inicjatorem „You Can Too” był ks. Artur Chruślak, który, jak sam mówi, też kiedyś tańczył :) Każde zajęcia taneczne rozpoczynały się wspólną modlitwą i były dobrą okazją do integracji środowiska akademickiego Radomia. W  pierwszej edycji kursu uczestniczyło ponad 15 par. Dodatkową atrakcją zajęć był końcowy turniej wewnętrzny, polegający na zatańczeniu przez tancerzy wszystkich układów, choreografii, które ćwiczyli przez ostatnie miesiące. Jurorzy oceniali styl tańca, technikę, rytm, postawę oraz wybierali tych najlepszych. Zapraszamy do udziału w kolejnej edycji „You Can Too” w przyszłym roku akademickim. Duszpasterstwo Akademickie, ul. Górnicza 2. Marcin Strzelecki, instruktor tańca w DA marcus912@wp.pl

Gazeta Akademicka

11


PODRÓŻE AKADEMICKIE

„Przybądź jako gość, odjedziesz jako przyjaciel” To hasło reklamowe jednego z hoteli w niedalekim od stolicy Narayan Changu, ale myślę, że jest to też trafne hasło reklamowe Nepalu. Kraju położonego na najwyższym paśmie świata, Himalajach, gdzie co roku zmierzają setki tysięcy turystów, aby spróbować swoich sił na najtrudniejszych górskich szlakach. A dla mnie to kraj, w którym, dzięki stypendium Komisji Europejskiej Erasmus Mundus, przez pół roku mogłam poznawać zwyczaje i kulturę hinduską. Pierwsze wrażenia w stolicy Nepalu? Mieszane… Chaos na drodze, serenada klaksonów, mozaika ludzi na ulicy – starsze kobiety ubrane w  tradycyjne sari, młode dziewczyny w  jeansach, a  dzieci w szkolnych mundurkach. Pamiętam, że w drodze do domu Jagadisha, u którego zatrzymałam się przez pierwsze dwa tygodnie, mijałam dzikie wysypisko śmieci, zupełnie normalny obrazek w  Katmandu, i  beztrosko buszujące w  nim… małpy! No tak! W końcu do mnie dotarło – byłam w  Azji! Sześć miesięcy później, gdy wyjeżdżałam z Katmandu, wspominałam m.in. te dzikie małpy na ulicy. Ciekawe, że nigdy więcej ich już nie widziałam w tym miejscu, chociaż wielokrotnie tamtędy przejeżdżałam. Pewnie gdybym spędziła w  Nepalu dwa tygodnie, a  nie cztery miesiące, to właśnie taki miałabym jego obraz – brudny, głośny, dziwnie ubrani ludzie na ulicach i te biegające wszędzie małpy… Ale gdy teraz sięgam pamięcią wstecz, to pierwsze, co widzę, to twarze ludzi, których tam poznałam – gospodyni u  której mieszkałam – Lashmi, znajomych ze studiów, właściciela ulubionej tybetańskiej restauracji… Przez cały mój pobyt w Nepalu mieszkałam u hinduskiej rodziny z najwyższej kasty, gdzie wszystkie prace domowe wykonywały służące. Miałam wiele szczęścia, bo w  Nepalu wynajmowanie pokoi u  rodzin nie jest popularne. Studenci mieszkają w  akademikach, a rodziny, pomimo całej swej otwartości, niechętnie przyjmują obcych na stałe do domu. Co innego rodzina i przyjaciele, ci odwiedzają się nawzajem bardzo często. A że hinduskie rodziny są bardzo liczne, prawie codziennie odwiedzała nas jakaś didi albo daj (dosłownie „starsza siostra” oraz „starszy brat”, używane w  formie grzecznościowej wobec odpowiednio kobiety i mężczyzny).

12

W Nepalu dzień zaczyna się bardzo wcześnie, miasto budzi się do życia około 600. Wtedy słychać dźwięk rogów, dobiegający z prywatnych świątynek znajdujących się w  każdym domu. Oznacza on koniec pudzi, czyli modlitwy ofiarowania dla Bogów, odprawianej obowiązkowo rano, ale również przed posiłkiem czy w  czasie uroczystości. Wielu Nepalczyków uprawia rano jogę lub medytację, co jak wierzą zapewnia im sprawność fizyczną i  duchową oraz chroni przed chorobami. Skoro wstają tak wcześnie nic dziwnego, że życie w  mieście, poza dzielnicą turystyczną Thamel, zamiera po 2000. Złapanie publicznego środka transportu po godzinie 2030 było wyczynem, szczególnie w  zimie. A  sama podróż w  przeludnionych publicznych autobusach, mikrobusach czy tuk-tukach przygodą, która niemal zawsze kończyła się nową znajomością. Pytania – Z jakiego jesteś kraju? Gdzie jest twój mąż? Jak to, sama podróżujesz? Jaki masz numer telefonu? A  dlaczego studiujesz w  Nepalu, czy

w Polsce nie ma Uniwersytetów? – zadawane przez zupełnie nieznajomych – to całkiem normalne. Biała kobieta w  publicznym mikro to prawdziwa atrakcja, bo turyści zawsze wybierają taksówki, a  jeszcze do tego studentka? Gdy pokazywałam legitymację kondaktarowi, musiała ona zawsze okrążyć cały autobus, zanim wróciła do mnie. Wszyscy chcieli zobaczyć na własne oczy, że ta biała, czytaj: b-o-g-a-t-a, przyjechała do Katmandu, żeby studiować, i  na dodatek jeździ autobusem, a nie taksówką! Po czterech miesiącach w  Nepalu pozostałe dwa spędziłam, podróżując po Tybecie, Bangladeszu i  Indiach, ale to Nepal najmocniej zapadł mi w serce. Mam nadzieję, że kiedyś tam wrócę. Gdy żegnałam się z  Lashmi didi, która oczywiście w  bollywoodzkim stylu rzewnie płakała na pożegnanie, powtórzyła mi raz jeszcze to, co tak często słyszałam: Wróć do nas ze swoim mężem, przyjedź do nas na swój miesiąc miodowy, twój pokój będzie na ciebie czekał! Agata Norożnik

Gompa, czyli buddyjski zakon

Gazeta Akademicka


Wejście do największej świątyni w Katmandu, Swayambhu, Buddów na zdjęciu figury trzech

Ulica w Katmandu

Gazeta Akademicka

cy Sadhu, święty mąż siedzą ej ski du hin do przy wejściu świątyni

13


Ksiądz to znaczy kto?

Kiedy otwieram Internet, moje najważniejsze okno na świat, co jakiś czas natykam się na informacje dotyczące księży. Forma tych wypowiedzi jest zróżnicowana – reportaże, głosy na forach internetowych, długie uczone opracowania – niezależnie od formy obraz, jaki wyłania się z większości opracowań jest taki sam. Typowy ksiądz to dewiant seksualny, albo przynajmniej „ktoś kto ma kogoś na boku”, materialista i arogancki prostak żyjący daleko od ludzkich problemów. Trudno dyskutować o tym, jak ktoś postrzega rzeczywistość. W zdumienie wprawia mnie jednak fakt, jak wyraźnie i ostro obraz ten odbiega od moich osobistych doświadczeń. Znam sporo księży, nie jestem naiwny, potrafię zauważyć ich wady i słabości, ale nijak się to ma do „medialnego obrazu”. Prawdopodobnie, w przeciwieństwie do dużej części osób dyskutujących na forach, mój sposób postrzegania księży nie wynika z obiegowych opinii, ale z osobistych kontaktów. Być może – proszę mi wybaczyć sarkazm – wyroki opatrzności sprawiły, że Bóg na mojej drodze stawiał wyłącznie „nietypowych księży”, pieczołowicie usuwając tabuny tych którzy mogli odstraszyć mnie od wiary i Kościoła. Istnieje inne, prostsze rozwiązanie, być może zwyczajnie wizerunek „statystycznego księdza” wszechobecny w Internecie jest mocno nieprawdziwy. Zamiast dyskusji i sprostowań postanowiliśmy zapytać kilka osób o rolę, jaką w ich życiu odegrał ksiądz. Tomek Motyka, t.motyka@nck.x.pl Kim jest dla mnie ksiądz? Myślę, że przede wszystkim tajemnicą. Kimś niezrozumiałym. Człowiekiem wybranym. Szczególnie obdarowanym przez Najwyższego. Na jego słowa, w jego rękach zwykły kawałek chleba przeistacza się w Ciało Boga. Wino w Jego Krew. Pośrednikiem. Mocą Boga odpuszczającą grzechy. Przewodnikiem. Pokazującym drogę do Boga. Ale od szczególnie wybranych i umiłowanych Bóg także wiele wymaga. Już od początku powołania, gdy mówi: Pójdź za mną, mówi też: Odtąd nie będziesz żył dla siebie, ale dla mnie i dla ludzi. 24 godziny na dobę. Nie będziesz miał od tego urlopu ani wakacji. Nie dane ci będzie zaznać ciepła rodzinnego domu, ale za to twoje dzieci będą liczne jak gwiazdy na niebie i piasek na pustyni. W konfesjonale będziesz wysłuchiwał najstraszniejszych uczynków popełnionych przez ludzi, ale moją mocą będziesz je odpuszczał. Będziesz światłem dla ludzi. A światła nie chowa się pod łóżkiem, ale stawia na świeczniku. Ty też będziesz na świeczniku. Będziesz wysłuchiwał ludzkich błędów, ale w oczach ludzi ty nie będziesz mieć prawa do błędu. Nie lękaj się. Pójdź za mną. Anna Wiosna, aniawiosna@wp.pl O księżach wiele się dyskutuje, a zapomina się o jednej a zarazem fundamentalnej prawdzie – księdzem nikt się nie rodzi. Pierwotnym tworzywem bycia księdzem jest zawsze bycie człowiekiem. Wielkość takich kapłanów, jakimi byli Jan Paweł II czy Prymas Wyszyński brała się z wielkości ludzkiej – bycia fenomenalnym człowiekiem. Podobnie bywa w przypadku wszelkich skandali z udziałem księży – nie są one wynikiem ich powołania, ale niedoskonałości czysto ludzkich. Jednak nie powinniśmy patrzeć na księży tylko przez pryzmat tych wielkich, jak i tych kruchych wnętrzem, tak naprawdę bowiem to tylko stereotypy, a najczęściej są one łamane poprzez osobisty kontakt z kapłanami. I tutaj chciałbym przypomnieć o jednym, mianowicie o tym, iż kapłaństwo jest posługą kluczową w chwilach trudnych, i to zarówno w życiu osobistym ludzi, jak i tym społecznym, narodowym. Pod pierwszą częścią tezy podpisałoby się wielu z nas, mówiąc o roli różnych kapłanów, dotyczącej spowiedzi, rozmowy czy też słów, które podnosiły na duchu. A jako przykład roli kapłana w życiu społecznym, szczególnie w chwilach trudnych, chciałbym przytoczyć piękne wspomnienia z czasów po rewolucji bolszewickiej. Na terenach Związku Radzieckiego, gdzie władza karmiła się marksistowskim określeniem religii jako „opium dla ludu”, zamykano kościoły i aresztowano księży. Wówczas wierni pozbawieni możliwości życia sakramentalnego zbierali się w domach, kładli na stole ornat, który miał im symbolizować obecność kapłana, i łamali się chlebem jak pierwsi chrześcijanie. Było to niesamowite świadectwo, o którym powinniśmy pamiętać w świecie, w którym księży także się „aresztuje”, ale nie siłą, lecz złym słowem i obelgami. Marcin Nowak, mnowak16@interia.pl

14

Gazeta Akademicka


SANTO SUBITO! ŚWIĘTY NATYCHMIAST! Od niedzieli 1 maja dopiero Beato Giovanni Paolo II, ale dla nas już Santo. Od 29 kwietnia do 3 maja doświadczaliśmy ogromnego cudu, jakim była nasza wspólnota. Wspólnota osób udających się na beatyfikację Papieża Polaka. Ale po kolei. W czwartek około 2350 prawie wszyscy zgromadziliśmy się w  budynku Duszpasterstwa Akademickiego przy ulicy Górniczej 2 w  Radomiu. Jak na prawdziwych pielgrzymów przystało, każdy z nas uzbrojony był w  karimatę, poduszkę, ogromną torbę, a w niej mnóstwo jedzenia i wody. Naszą pielgrzymkę na beatyfikację Jana Pawła II rozpoczęliśmy wspólną Mszą Świętą, w czasie której prosiliśmy Dobrego Ojca o bezpieczną i szczęśliwą podróż do Włoch oraz o owocne przeżycie tak ważnego dla nas wydarzenia. Około 130 wyruszyliśmy autokarem w kierunku Rzymu. To była długa noc. Przez większą jej część praktycznie każdy z  nas szukał dogodnej pozycji do snu. Dlatego rano, na postoju, większość duszpasterskich pielgrzymów popijała kawę. W  czasie porannych autokarowych modlitw, prowadzonych przez kleryków z naszego seminarium, słuchaliśmy konferencji Jana Pawła II, wygłaszanych w czasie jego spotkań z  młodymi na  Światowych Dniach Młodzieży. Nie zabrakło także Litanii Loretańskiej i  ulubionej modlitwy Papieża Polaka – Koronki do Bożego Miłosierdzia. W  czasie podróży ksiądz Artur Chruślak zadbał także o nasz „rozwój filmowy”. Niestety, większość z filmów po prostu nas uśpiła. Do dzisiaj słyszę głos ojca Artura Lacha: Panie Jacku, tylko my oglądamy, wszystkich uśpiliśmy tym filmem  W czasie dziewiętnastogodzinnej podróży autokarem poznaliśmy najpotrzebniejsze zwroty w  języku włoskim. Były to: permesso, voglio mangiare, buona sera, quanto costa czy per favore. Nam wszystkim najbardziej utkwiło w  pamięci voglio mangiare, czyli „chcę jeść!”. 30 kwietnia rano, po Mszy Świętej w  niewielkim kościele w  Sarzano, wyruszyliśmy w  długą, trwającą aż sześć godzin, drogę do Rzymu. Naszą autokarową podróż zakończyliśmy w  CineCitta, gdzie przesiedliśmy się do metra, które dowiozło nas na stację Flaminio. Stąd piechotą, zwiedzając Rzym, dotarliśmy późnym wieczorem w okolice placu św. Piotra. Planowaliśmy tutaj spędzić noc, wraz z innymi pielgrzymami, na rozłożonych karimatach.

Gazeta Akademicka

Około 2200 nasz wodzirej – kl. Konrad Wróbel – porwał swoją gitarę i zaczęła się zabawa w  rytmie chrześcijańsko-młodzieżowej muzyki. Prym wiodła piosenka „Jezu jetu mita czo”, ale nie zabrakło „Chusteczki rock’n’roll”, „Zorra” czy „Taki mały, taki duży” z repertuaru Arki Noego oraz „Tak, tak, Panie” z repertuaru Siewców Lednicy. Do naszej zabawy przyłączyli się pielgrzymi z Wrocławia, Francji i Hiszpanii. Śpiewy i tańce zakończyliśmy około 2400, by udać się na spoczynek. Nie było nam to jednak dane. Noc przed uroczystą Mszą spędziliśmy, stojąc w  ogromnym tłumie. Wielu z  nas dopadało zwątpienie – czy nie lepiej było zostać w domu i w spokoju obejrzeć relację? Ale może właśnie dzięki tej trudnej nocy bardziej doceniliśmy to, że byliśmy na placu św. Piotra w  czasie beatyfikacji. Na pewno dzięki trudom tej nocy bardziej się  na siebie otworzyliśmy, przede wszystkim – poznaliśmy się. 1 maja chwilę po 900 udało nam się wejść na plac św. Piotra. Przed i w czasie uroczystej Mszy beatyfikacyjnej nie brakowało łez głębokiego wzruszenia i nieukrywanej radości z wyniesienia naszego rodaka na ołtarze oraz wdzięczności za możliwość osobistego uczestniczenia w  tak wielkim wydarzeniu. Moment, w  którym Benedykt  XVI ogłosił Jana Pawła II błogosławionym, wycisnął najwięcej łez i  na

śmy ogromny znaczek stacji. Po godzinie 1600 dotarliśmy do autokaru i około 1700 wyruszyliśmy do Rovigo i  Sarzano. Po drodze odśpiewaliśmy Litanię Loretańską. Część z nas, której jeszcze nie zmorzył sen, odmówiła dodatkowo Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Późnym wieczorem dotarliśmy do miejsca noclegu, gdzie czekała na nas smakowita niespodzianka, a  mianowicie – prawdziwa włoska PIZZA! 2 maja po wspólnej Mszy Świętej opuściliśmy Sarzano i  wyruszyliśmy z  powrotem do  Radomia. Ale po drodze zwiedziliśmy jeszcze Padwę i  Wenecję. Głównym punktem naszego pobytu w  Padwie była bazylika św. Antoniego. Nie zabrakło oczywiście czasu na modlitwę przy grobie świętego. Architekturę Padwy podziwialiśmy w drodze na pociąg, który miał nas zawieźć do Wenecji. Godzina 1600 – nareszcie Wenecja. Jej  zwiedzanie zaczęliśmy od krótkiej modlitwy w kościele. Następnie, wędrując wąziutkimi uliczkami, podziwialiśmy to piękne miasto. I tu też spotkała nas ogromna niespodzianka – ks. Artur zaprosił nas na prawdziwe włoskie lody. Ale wszystko, co dobre, niestety, szybko się kończy. Dlatego późnym wieczorem wróciliśmy do Padwy i udaliśmy się w drogę do Polski. Do Radomia dotarliśmy 3 maja około godziny 1700. Naszą pielgrzymkę zakończyliśmy tak, jak rozpoczęliśmy, wspólną Mszą, w czasie

pewno zostanie w naszej pamięci na całe życie. Szczególną chwilą było także pochylenie sztandarów i flag. Myślę, że słowa wypowiedziane przez papieża Benedykta  XVI do Polaków w  naszym ojczystym języku również nie zostaną zapomniane. Po uroczystości beatyfikacji wyruszyliśmy w  drogę powrotną do CineCitta, gdzie zostawiliśmy nasz autokar. Tutaj też nie zabrakło drobnych przeszkód, trudności. Część z nas zgubiła drogę do metra. Po ponadpółgodzinnym niezaplanowanym zwiedzaniu Rzymu z  radością zauważyli-

której dziękowaliśmy Bogu za dar wspólnoty, za dar, jakim jest błogosławiony Jan Paweł II, oraz za bezpieczną podróż. Dziękuję Bogu dziś, że nas zjednoczyć chciał, w modlitwie mojej radość brzmi – te słowa chyba najbardziej oddają radość ze wspólnego pielgrzymowania. Szczególne podziękowania należą się ks. Arturowi Chruślakowi, za trud, jaki włożył w organizację pielgrzymki, oraz ks. Leszkowi Domagale, za zorganizowanie nam noclegów w Rovigo i Sarzano. Urszula Motyka urszulamotyka@wp.pl

15


TRYPTYK INTELEKTUALNY

Vide!... Cognosce!... Age!... Nieuchwytność pentekostalnej uroczystości zakotwicza się gdzieś w przekonaniu, iż Duch Święty to Wielki Nieznajomy, ważny, ale tylko przenikający wydarzenia w dziejach świata, bez zostawiania widzialnego w  nich swego śladu, nieuchwytny i  przezroczysty w swym działaniu. Pewnie nieco inne spojrzenie na Ducha mieliby bracia prawosławni, w  których teologii zajmuje On miejsce bardziej postrzegalne. Niemniej jednak, w  pierwszym przybliżeniu, Duch Święty jest Kimś wymykającym się spod prostej ludzkiej recepcji, a że jest w historii świata nieodzowny, stąd i  niepokój człowieka o sposób postrzegania Go i nawiązywania z Nim relacji. Nie inaczej było… ...w Jerozolimie... gdzie wymóg naocznego ujawnienia się urósł do rangi dowodu. Można bowiem zaryzykować stwierdzenie, iż w  historii zbawienia Pięćdziesiątnicę wręcz wymogła sytuacja. Jest bowiem faktem, iż nowość idei chrześcijańskiej w  dużym stopniu nie przystawała do konserwatywnej myśli z  gruntu nacjonalistycznego judaizmu. Z  drugiej strony, świadkowie głoszący ową nowość zostali z  definicji zobligowani do jej nauczania i ekspansji. Sytuacja była więc trudna i sama w sobie sprzeczna, gdyż rozdzierała Apostołów między posłuszeństwem głoszenia a obawą, w najkorzystniejszym wypadku, odrzucenia. Należy pamiętać przecież, że jeszcze kilka dni wcześniej ci ostatni siedzieli zamknięci w obawie przed Żydami (J 20, 19). Uruchomienie mechanizmu świadczenia wymagało więc działań w  najwyższym stopniu radykalnych. A  okoliczności wydawały się sprzyjające, świat semicki bowiem jest szczególnie czuły na fakty, im bardziej zresztą spektakularne, tym mocniej pozostające w pamięci. W ekonomii zbawienia zatem tylko taka ich kategoria miała rację bytu jako swoisty „materiał dowodowy” i  jednocześnie katalizator apostolskiego działania. W  spokojny

16

zatem poranek zaczyna dziać się w Jerozolimie coś niezwykłego. Narastający szum, przekraczający swą mocą miarę zwykłego wiatru, gwałtownie zakłóca spokój domowego zacisza, rujnując swoim hałasem nadzieję na utrzymanie zadowalającego status quo. Co gorsza, temu niezwykłemu zjawisku nie można zaprzeczyć, bo słyszany jest w całym mieście. A  do tego, jakby jeszcze było mało efektów dźwiękowych, dochodzi ogień – płomienne języki bezbłędnie odnajdują drogę do każdego z  Apostołów i  zaczynają działać w  sposób odbiegający od norm przyjętych dla nieco jeszcze sennej porannej jerozolimskiej atmosfery. Wszyscy więc zostają postawieni na równe nogi, bo oto grupka ubogich i wcale niewyglądających na wędrownych retorówpoliglotów eksrybaków z Galilei zaczyna przemawiać językami ludów od Tybru do Eufratu, głosząc sprawy zupełnie nowe. Szum, ogień, ekspansywna przemowa – to działa na wyobraźnię tamtych ludzi, dla których atrybuty burzy, ognia i  głoszonego z  mocą słowa są przecież atrybutami Transcendencji. Ludzie ci mogą jeszcze nie wiedzieć, jak to się dzieje, mają więc jeszcze prawo szukać źródeł elokwencji głosicieli w  przyczynach czysto naturalnych, ale niepokój charakterystyczny dla bliskości nadprzyrodzonego działania pozostał, może dlatego, że w  tym konkretnym momencie nie został jeszcze do końca wyjaśniony. Aby go wyjaśnić należy więc przenieść się …do Kapadocji… gdzie żyje i  działa wielki mąż starożytności chrześcijańskiej, ojciec Kościoła Wschodniego i  jeden z  czterech wielkich doktorów tego Kościoła – św. Bazyli Wielki. Mnich, asceta mający za sobą doświadczenie życia eremickiego, biskup i społecznik, od którego pochodzi idea pierwszych hospicjów, w końcu zaś wielki teolog i obrońca poprawności wiary w ostrych polemikach z arianami i macedonianami. Św. Bazyli oczywiście znał

nowotestamentalny opis Zesłania Ducha Świętego i niepodważalnie wierzył w  Jego działanie. Zdawał sobie jednak sprawę przynajmniej z dwóch rzeczy: po pierwsze – nie wszyscy podzielają jego wiarę, bo niektórzy nie chcą, a niektórzy po prostu nie rozumieją, po drugie zaś, i  ten element jest ważniejszy, skoro wydarzenie zaistniało, to znaczy, że człowiek

ma obowiązek rozważyć je, przynajmniej pod kierunkiem tych, którzy są do tego powołani. Bazyli, jak każdy biskup, czuł się nie tylko teologiem, ale również nauczycielem. Contemplata aliis tradere… W 375 roku Bazyli jako biskup Cezarei Kapadockiej pisze dzieło „O Duchu Świętym”. Pojawienie się tego pisma nie oznacza bynajmniej jednak, iż do tej pory, bądź co bądź przez trzy wielki chrześcijaństwa, nikt o Duchu Świętym nie mówił. Wręcz przeciwnie, mówiono i pisano dużo, natomiast przeważał jeden kontekst – rola Ducha Świętego w historii i recepcja Jego działania w praktyce życia chrześcijańskiego. Nie pisano zaś o  teologicznych problemach natury i  relacji, bo nikt takich problemów nie stawiał – wszyscy przyjmowali przekazywany depozyt wiary, nota bene w  kwestii Ducha Świętego wtedy jeszcze nie całkiem skrystalizowany. Dzieło św. Bazylego powstało więc dopiero wtedy, gdy pewne nurty teologiczne zaczęły podważać naukę dotychczas niewątpliwą. Traktat wyrósł więc w  atmosferze polemiki, natomiast jego podstawowa wartość polega na tym, iż

Gazeta Akademicka


przekraczając jej granice, podał pozytywny wykład, podprowadzając do zrozumienia skądinąd trudnych prawd wiary. Wychodząc z formuły stosowanej przy udzielaniu sakramentu chrztu świętego, Bazyli orzekał o  równości co do natury i godności Osób Boskich. Z drugiej strony jego doksologia, czyli formuła kończąca modlitwy i  wyrażająca uwielbienie, była tak skonstruowana, aby pokazać tychże Osób odrębność. Świętość Osoby Ducha Świętego uzasadniał ostatecznie Jego rolą jako Uświęciciela. Cały traktat, pisany z odwołaniami się do ówczesnej zarówno teologii, jak i  filologii, ostatecznie ustalił poprawną naukę na temat Ducha Świętego. Studiując teologiczne i  w  końcu nie najłatwiejsze rozważania Bazylego, można zadać pytanie, zasadne zresztą tylko częściowo, o ich praktyczną przydatność. Tak postawiony problem, który niewątpliwie ociera się o  intelektualny nietakt, może być rozwiązany jednak tylko w  aspekcie dowodu praktycznego, wziętego z  życia, czyli z  tej przestrzeni, gdzie można napotkać rzeczywiste i  prawdziwe, chciałoby się rzec „namacalne”, działanie Ducha Świętego. W tym celu należy więc wykonać skok o ponad tysiąc pięćset lat

potrzebna każdemu innemu narodowi w każdym innym momencie jego dziejów. Dlatego więc papież, syn tej ziemi, wzywa Ducha Świętego nad tą ziemią. Woła o  uświęcenie, przemienienie, zdynamizowanie, uleczenie…, wzywa zstąpienia. Obecni wówczas na placu pamiętają własne uczucia. Wszyscy byli milczący i  uroczyście poruszeni i  nikt nie miał pojęcia, jaki będzie tego wezwania skutek. Zdaje się, że nikt z wyjątkiem papieża nie docenił mocy zstąpienia wzywanego Ducha Świętego. W tydzień później papież dokonuje wielkiego bierzmowania – umocnienia dziejów Polski, przeszłych i  przyszłych. Nakaz misyjny nazywa wielką tajemnicą dziejów ludzkości, która powoduje, że przemijanie czasu i  związanych z  nim wydarzeń jest tylko akcydentalne, a ważna staje się jedynie droga ku spotkaniu, obcowaniu i zjednoczeniu z Bogiem. Temu

czątku unosi się Duch Święty, umacniający, uświęcający, czuwający… Ta obecność jest w najwyższym stopniu zobowiązująca do wierności, bo współkonstytuowała to, co stworzyło podstawę polskiej tożsamości, której symbolem w  procesie przyjmowania i  umacniania jest osoba świętego Stanisława, biskupa i  męczennika. Papież widzi w nim symbol chrześcijańskiej dojrzałości i mocy, niecofającej się przed ofiarą. Tę dojrzałość i moc nadaje – jak wiadomo – sakrament Ducha Świętego, czyli sakrament bierzmowania. Tak więc, jak każdy bierzmowany, Kościół polski ma z odwagą wyznawać swoją wiarę i  według jej wskazań realizować swoje posłannictwo. Tego wymaga sakrament umocnienia, w swej istocie jedyny i nieodwołalny. Dlatego papież wyraża gorące pragnienie, aby sprawa polska z Ducha Świętego poczęta i narodzona, została na nowo w tym

też celowi ma być podporządkowana cała ludzka działalność i tylko takie nastawienie jest godne, aby je umacniać. Jest to istotne również i dla Polski, ponieważ duchowy kontur dziejów Ojczyzny został zarysowany w  obrębie tych samych słów Chrystusa wypowiedzianych do Apostołów, stąd też nad dziejami Polski od po-

samym Duchu Świętym umocniona. Jest to nakaz działania. Działania ukierunkowanego i mądrego, którego ideę papież sam wskazał w  zakończeniu homilii, wypowiadając słowa zachęty o  pełnym przyjęciu duchowego dziedzictwa, któremu na imię „Polska”. Leszek Wianowski

…na warszawski plac Zwycięstwa i krakowskie Błonia… gdzie papież, bł. Jan Paweł II pokazał, jak w  przestrzeni wiary nawiązywać relacje z Duchem Świętym i co ostatecznie z tego wynika. Do kontekstu historycznego wydarzenia z 3 czerwca nie ma potrzeby wracać – jest on każdemu dobrze znany, natomiast godne uwagi, a może nawet i  przypomnienia, jest przywołanie transcendentnej otoczki całego faktu. A  więc, miejsce: plac Zwycięstwa przed Grobem Nieznanego Żołnierza; czas: wigilia Zesłania Ducha Świętego w roku 900-lecia męczeńskiej śmierci św. Stanisława Biskupa. Papież obejmuje wtedy całość dziejów Polski i  przez pryzmat swojej pasterskiej posługi wpisuje je w  mandat misyjny, jaki Chrystus udzielił całemu Kościołowi i  wszystkim jego pasterzom. Ponieważ zaś Biskupowi Rzymu zlecił go w sposób szczególny, więc na ten konkretny dzień również – a może przede wszystkim – Polsce jako goszczącej papieża i zaciągającej z  tego powodu szczególne zobowiązanie. To zobowiązanie jest trudne – proszę przypomnieć sobie kontekst społeczno-politycznych dziejów Polski końca lat siedemdziesiątych. Dlatego do realizacji tego zobowiązania jest niezbędna asystencja Ducha Świętego, tak jak zresztą jest ona

Gazeta Akademicka

17


Gazeta Akademicka poleca

KSIĄŻKA Chata

BRAT NASZEGO BOGA W Teatrze Powszechnym w Radomiu od 29 kwietnia 2011 oglądać możemy spektakl oparty na motywach dramatu Karola Wojtyły. „Brat Naszego Boga” to opowieść o  człowieku, który poszukuje swojej życiowej drogi. Stara się naprawiać świat, kierując się przy tym względnie prostymi zasadami – miłością, bezinteresownością, współczuciem. Dobre chęci i altruistyczna postawa w zderzeniu z brutalną rzeczywistością przynoszą jednak efekt odwrotny od zamierzonego, co stopniowo zaczyna rodzić wiele wątpliwości. Świetna kreacja głównego bohatera (w roli brata Alberta Janusz Łagodziński) – każda scena jest precyzyjną projekcją jego wewnętrznych obaw, słabości, nieustannych wahań nastroju. Mimo tego nie brakuje mu niegasnącej nadziei na zmianę i wiary, że zmiana jest możliwa pod warunkiem, że zaczniemy ją od nas samych. Całości dopełnia piękna muzyka i niebanalna scenografia. Serdecznie zapraszam!

PKP ANIELINA Polska muzyka, z polskimi, lekkimi i  romantycznymi tekstami, z  art-rockową (a trochę i jazzową) melodią – tak w skrócie można opisać nową płytę „PKP ANIELINA” zespołu z  Mińska Mazowieckiego zwanego: Muzyka Końca Lata. Trzecia już płyta zespołu to dojrzały materiał pod względem muzycznym – ciekawe kompozycje gitarowe, skrzypce, zdystansowanie się od „harcerskiego” rytmu nadaje płycie tak zwany „smaczek”. Ale nie tylko to. Zespół nadal tworzy teksty „codzienne”, o  otaczającej rzeczywistości, trochę romantyczne, ale nieprzedstawiające „filmowej miłości”. Bardzo sympatyczne i  radosne, same wpadają w ucho. Płyta utrzymana w lekkości i radości, ale z nutą dojrzałości, pokazuje, że polska „młoda” muzyka ma się dobrze. PKP ANIELINA to muzyka, która wyśmienicie nadaje się na wakacyjne wypady poza miasto. Polecam wszystkim, ponieważ płyta pokazuje pop-rock, bez zachodnich inspiracji, ale  świeże brzmienie rodem z Mazowsza.

Książkę podsunęła mi przyjaciółka. Atrakcyjna okładka, liczba stron, która nie zniechęca, książka z pozoru jak każda inna. „Chata” to najbardziej znany utwór kanadyjskiego pisarza Williama P. Younga. Fabuła utworu nie jest przesadnie wyszukana. Przykładny ojciec rodziny Mack zabiera swoje dzieci na camping. Idylla rodzinnego beztroskiego odpoczynku zostaje nagle przerwana, gdy dwoje dzieci zaczyna się topić. Mack bez wahania rusza na ratunek dzieciom, które są najbliżej, pozostawiając najmłodszą córkę samą. Nieszczęśliwy splot wydarzeń doprowadza do tragedii, która na zawsze zmieni rodzinę Macka. W czasie lektury utworu nieuchronnie pojawią się pytania o dobro, sens cierpienia, sprawiedliwość, zło, które przytrafia się dobrym ludziom, o  to jak uporać się z takimi wyzwaniami i gdzie w takich sytuacjach jest Bóg. Choć autor „Chaty” nie ucieka od próby odpowiedzi na te pytania, udaje mu się skutecznie obronić przed tanim moralizowaniem, a  kolejne strony książki to bardziej subtelne zaproszenie do odczytania opisywanych wydarzeń w  pewnym sensownym kluczu niż serwowanie gotowych i prostych rozwiązań. Bóg ukazany w książce Younga to ktoś niezwykle ludzki, bliski człowiekowi, a w pytaniach o sens zła i cierpienia jest miejsce na ukazanie roli samego człowieka i tego, co robi z powierzoną sobie wolnością. Utwór Williama Younga jest godny polecenia, a jego fenomen polega na prostocie. Pisarz nie narzuca nam swojego zdania, opowiada pewną historię – to, co z nią zrobimy, zależy od nas. Ja zapraszam do lektury.

Olga Nawara olga-nawara@wp.pl

Tomasz Motyka t.motyka@nck.x.pl

Ela Moczoł e.moczol@gmail.com

SPEKTAKL

18

PŁYTA

Gazeta Akademicka


FILM CZARNY CZWARTEK

Do projekcji najnowszego filmu Antoniego Krauzego „Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski padł”, jako obrazu długo oczekiwanego przez widownię, zasiadłem z nadziejami na wielką produkcję. Nie było rozczarowania, lecz pozostał pewien niedosyt. Z jednej strony reżyser świetnie potrafił zagrać na emocjach, serwując widzom wspaniałą grę aktorską, natomiast z  drugiej do wielu znakomitych momentów wkradają się jednak pewne niedociągnięcia, dysonanse, które nie pozwalają na umieszczenie tego filmu na najwyższej półce. Krauze pokazał nam wspaniałą lekcję PRL-owskiej historii. To historia nas wszystkich, Polaków, którym przyszło żyć w  czerwonej rzeczywistości. W  grudniu 1970 roku, tuż przed świętami, władze wprowadziły ogromne podwyżki żywności, zapominając o  losie przeciętnych ludzi. Zbuntowani robotnicy ze stoczni w  Gdyni oraz mieszkańcy Gdańska wychodzą na ulice, odmawiają wykonywania pracy, chcąc w ten sposób wywalczyć lepsze warunki dla swoich rodzin. Na tle tych zdarzeń pokazane są trudne losy rodziny Brunona i  Stefanii Drywów. Dzięki nim doskonale poznajemy warunki, w jakich żyli wtedy ludzie w Polsce. Ogromne słowa uznania należą się Jackowi Petryckiemu, autorowi zdjęć.

Oddają klimat, są mroczne, mgliste. Pozwalają oglądać Czarny Czwartek jak doskonały thriller. Rola Piotra Fronczewskiego jako Zenona Kliszki, mimo że była jedynie epizodyczna, zagrana została perfekcyjnie. Na uwagę zasługuje debiutująca `na wielkim ekranie Marta Honzatko – Stefania – która potrafiła poruszyć widza, w dramatyczny sposób ukazując cierpienie żony i matki – kobiety wciągniętej w  wir historii. Minusem filmu jest, w mojej opinii, aktorstwo dziecięce, które stało się tylko tłem dla pozostałych postaci. Momentami irytująca mogła być, aż nazbyt teatralna, gra Wojciecha Pszoniaka (Władysław Gomułka). Ciekawym zabiegiem zastosowanym przez twórców jest połączenie autentycznych materiałów filmowych z  akcją w  filmie, co podnosi realizm dzieła. Na pochwałę zasługują też autorzy muzyki. Jest mocna, lecz bywa nostalgiczna, delikatna. Jest taka, jaka być powinna. Dynamiczna, towarzysząca brutalnej postawie przedstawicieli władzy, znakomicie buduje nastrój. Sam pomysł (udany) na powierzenie „Ballady o Janku Wiśniewskim” Kazikowi, zdawał się kontro-

wersyjny, lecz zadziałał – przykuł uwagę tych, którzy nie poszliby do kina razem ze szkołą ani nie zabraliby tam swoich dzieci w celach edukacyjnych. Minusem może być zbyt długi i nużący epilog. Film byłby równie poruszający, gdyby zakończył się tuż po pogrzebie bohatera. Projekcja godna polecenia każdemu poszukującemu dobrej lekcji historii. „Czarny Czwartek” ogląda się z  przejęciem, choć film nie trzyma ciągle w napięciu. Główny cel, czyli w miarę obiektywne ukazanie tragicznych wydarzeń z  grudnia 1970, został osiągnięty. Do tego świetna gra aktorska Piotra Fron-

czewskiego oraz dobrze zrealizowanie sceny samych zamieszek sprawiają, że filmem zainteresują się nie tylko historycy, ale także osoby mniej fascynujące się przeszłością. Absolutnie niestracony czas!

Paweł Romanowski pawel28031989@o2.pl

Wydawca: Diecezjalne Duszpasterstwo Akademickie w Radomiu

SZ DU

D

A

ADEMICKIE AK

RSTWO STE PA

Siedziba redakcji: ul. Górnicza 2, 26-600 Radom; e-mail: marek.adamczyk@skauci-europy.pl Redakcja: ks. Marek Adamczyk, ks. Artur Chruślak, Maria Domagała, Kinga Dżbik, Anna Gruszka, ks. Zbigniew Gaczyński, Michał Jachimkowski, Monika Kowalczyk, Joanna Marzec, Elżbieta Moczoł, Tomasz Motyka, ks. Mirosław Nowak, Joanna Rychel, Magda Skrok, Anna Sobkiewicz Korekta: Justyna Domagała Foto: ks. Zbigniew Niemirski („Gość Niedzielny”), Marcin Kuncewicz, ks. Artur Chruślak, Łukasz Kamiński, Patrycja Zając, Archiwum Duszpasterstwa Akademickiego Opracowanie graficzne: bernatjoanna@gmail.com, mateuszfirlej@gmail.com Opracowanie wydawnicze: Anna Skrok Druk: Instytut Technologii Eksploatacji – PIB Radom

Gazeta Akademicka

19


20

Gazeta Akademicka

Gazeta Akademicka, czerwiec 2011  

Gazeta Akademicka, czerwiec 2011

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you