Issuu on Google+

/ WARSZTATY DRAMATURGICZNE /

2013/2014 SEMESTR ZIMOWY


/ Caspar David Friedrich – „Dwóch mężczyzn kontemplujących księżyc” (lub „Mężczyzna i kobieta kontemplujący księżyc”)

/


Zuzanna Kansy (Po mocno zakrapianym i stosunkowo udanym wieczorze w barze przyjaciele postanowili wrócić do domu piechotą. Obaj potrzebowali chwili na świeżym powietrzu przed spotkaniem z żonami, które nieprzychylnie patrzą na te co piątkowe piwko) Hank: Powiesz Mary o kochance (zapytał, lekko się zataczając)? Harry (nic nie odpowiedział, jak gdyby nie usłyszał pytania. Zatrzymał się przy wielkim dębie i spojrzał na księżyc. Po chwili dołączył do niego Hank i wsparł się na jego ramieniu) Hank: Powiesz jej (zapytał ponownie)? Harry: O czym? O Nanie? To był nic nie znaczący romans. Hank: Skończyłeś to? Harry: Tak (odpowiedział krótko). (Patrząc na księżyc myślał o żonie, o kochance, o swoim parszywym żywocie. Nie jest już tak jak kiedyś, małżeństwo przestało go cieszyć. Mary.. Kiedyś szalał z miłości do niej a teraz już jej nie kocha. Jednak dokonał wyboru - zostanie z nią. Dla dobra dzieci. Przyjaciel wsparł się na jego ramieniu mocniej, wyrywając go z zamyślenia) Hank: Chodźmy już (powiedział, po czym ciągnąc za sobą przyjaciela ruszył z miejsca).


Justyna Przewoźna (Upiorny las, po lewej stronie gęstwiny roślin, pośrodku mężczyzna i opierająca się kobieta. Zwyczajny widok z niezwyczajnego miejsca. Po prawej stronie konar drzewa złamany przez wystający, duży, szaro-zgniłozielony kamień. W tle słychać dzikie zwierzęta – mieszkańcy opustoszałego terenu i ich – dwoje ludzi, witająco-żegnający się:) Martha: I znów cię witam! William: A ja żegnam. Martha:Powitania i pożegnania to jedyne, co nam zostało... William: Jestem przeklętym piratem, który wraca raz na dziesięć lat, do kobiety, którą pokochał Martha: A ona jego. William: Niektórzy ludzie nawet tego nie mają, i żyją jak wraki... Martha: Wraki statku, na który musisz powrócić William: Ale wspomnienia są machiną napędzającą moje serce – by wrócić Martha: Machiną? William: Machiną. Działamy nakręcani wspomnieniami. Ludzie dają i odbierają ale wspomnienia są w nas, i możemy dzięki nim żyć lub zginąć. Martha: Ty będziesz żył wiecznie, boś zaczarowany, ale ja...umrę. Wcześniej albo później. William: Według ciebie, co powinienem zrobić? Martha: Nic. Boś zaczarowany. Zaczarowany po to, aby spisać historię naszego zwycięstwa. William: Zwycięstwa? Martha: Zwycięstwa miłości i wspomnień naszych. Spisz je – niech się cały świat dowie, że można wygrać.


Milena Koziołek [Stach, artysta nie mogąc spać chodzi na skarpę oglądać niebo. Nagle zauważa zbliżającą się postać.] Jan: Ej Ty! Co robisz tutaj o tej porze? Czy człowiek, czy zjawa, blady taki. Wystraszyłeś mnie. Choryś? Stach: Janek, Przyjacielu. To ja Cię spytać mogę o to samo. Zachorowałem już dawno temu, lecz teraz dopiero umieram. Nie śpię, nie jem, piję. Zapijam się. Stracę duszę, sprzedam, jeśli nie napiszę czegoś! Muszę, rozumiesz, metabolizować w sobie to całe gówno, które mnie toczy. Nie ma innej drogi dla mnie jak tylko przez sztukę. To nadzieja jedyna, bo umrę. Gdybym ja tylko wiedział, co ze mną zrobią wiersze, trupa bladego wiecznie niewyspanego, nigdy nie zacząłbym pisać. Całe noce do księżyca wyję, do duchów, samotny degenerat. Janek. Ja wiem, ty i tak nie pojmiesz tego.. Jan: Może i nie pojmę, ale czuję się jak ty. Nie śpię, nie jem, piję, zapijam się. Jak ty zachorowałem. Na starość z miłości umieram jak za młodu nigdy. Stach: To ciekawe, opowiadaj, kim ona? Miłość? Odkąd Beatrycze, no wiesz najlepiej, żadnej do siebie dopuścić nie chciałeś. Tyle lat, tyle.. Mów rzesz, opowiadaj bo ciekawość pali. Jan: Wiem, że ty mnie przed nikim nie wydasz, to zwierze się, przyszedłem się zabić. Studia w Padwie kończyliśmy, ona się rodziła. Grzech myśleć.. Kiedy spojrzała mi w oczy, odezwała się i nalała wody, Stach, ja wtedy umarłem, rozum straciłem, i coraz gorzej ze mną.. Nie mogę bez niej i jej nie mogę. Ja, dziad stary, ona z innym, po słowie. Mistrz i Margot, Stach.. Wariat, z bukietem zielska żółtego. W piekle skończę, więc zabij mnie, masz rewolwer, sam nie potrafię, sierota. Powiesz, że ja to zrobiłem. Jużem list pożegnalny do Edwarda spisał. Przyjacielu, to jedyne wyjście. Stach: Piekło? Czy ty wierzysz w te brednie? Nie rozśmieszaj mnie [śmieje się do rozpuku]. Piekło masz tutaj i niebo masz tutaj. Twoja rzecz, co zechcesz. A że młodsza? Czemu z nieba piekło robisz? Od razu poznać można te twoje korzenie.


Zastanów się. Faktycznie Sary z Ciebie dureń. Jan: Za to kpić ze wszystkich norm to artysty cnota. Co Edward na to? Ona w jego wieku. Na życia starcie, ja już metę widzę. Stach: Ocknij się i korzystaj. To jedyne rady. Zaproś ją na wieczorny spacer, tutaj jutro gdzie dziś my siedzimy. Ona da ci życie, jak mi poezja daje. Czego się boisz? Nie każda taka, jak tamta czarownica. Kobiety i sztuka, to najlepsze smaki. Jaka jest, opowiedz mi. Jan: Wdzięczna, urodziwa, odpowiednia zawsze, ozdoba, młodziutka, dostojna zarazem. Wzniosła i dumna, nieśmiała, subtelna. Łączy w sobie wszystkie definicje piękna. I ta tajemnica w niej, te przeklęte oczy. Jakby przewiercić się chciały przez całą moją duszę. Niebo i piekło, rozumiesz? I ona chce ze mną, starym hedonistą. Co poprzyrzekł sobie wszystko brać od życia, wszystko oprócz kobiet. Stach: Zaproś ją tu jutro, mówię ci, zaklinam. Skoro to taka wspaniała dziewczyna, przemyśl sobie wszystko. Jan Racja może, by jeszcze pomyśleć o tem. Pójdę już sobie do domu spowrotem. Ach.. Życie zaskakuje. A ty tu zostaniesz? Stach: Zostanę, inspiracji szukam. Pamiętaj, co ci powiedziałem! [Jan odchodzi, Stach dodaje] Zaproś tu dziewczynkę jutro, ja sobie popatrzę, dawno nie działo się tutaj nic lepszego. Wszyscy wzajemnie sobie pomożemy. Księżycu, tyś świadkiem, poetami znowu będziemy.


Paulina Hupental Rok 1819 spotkanie dwóch dawnych przyjaciół. Oboje stoją jak zahipnotyzowani światłem księżyca, ich ciemne szaty zdają się współgrać z ciemnym i mrocznym pejzażem. Każdy z nich ma w sobie coś posępnego, a zarazem magicznego i fascynującego. Co było przyczyną upadku i kresu ich przyjaźni, dlaczego ich ponowne spotkanie miało miejsce na tym skalistym pustkowiu, w otoczeniu majestatycznej przyrody? Posłuchajmy… - Witaj ojcze, kazałeś mi długo na siebie czekać. - Drogi synu, nie zapomnij, jak wielkim ciężarem mnie obciążyłeś, nim obarczony po raz ostatni, u kresu moich dni dotarłem na szczyt tego zbocza… - Dziękuję, od lat nie doceniałem Twojego wysiłku, przebacz mi ojcze, bom zgrzeszył, wiem, jak wielką przykrość Wam uczyniłem, odchodząc od rodziny i Boga. Swój błąd zrozumiałem… - Czy to, co mówisz jest prawdą? - Spójrz ojcze, nie bez przyczyny prosiłem o spotkaniu w tym miejscu. Widzisz ten wyniszczony dąb z prawej strony? A bujną zieleń po naszej lewej stronie? - Tak, dąb wydaje mi się jakby chylił się ku upadkowi, a zieleń cóż… podobna jest naszej, w Dreźnie. - Masz rację, dąb symbolizuje dawnego mnie, pogańskiego obłudnika i nędznika, wyrwanego z rzeczywistości, spadającego w piekielną otchłań. Dziś jestem inny, odrodzony i proszę nie martw się, już zawsze będę dla Was wsparciem i opoką. - Spójrz na ten księżyc, niech on będzie symbolem Twojego nawrócenia i naszego pojednania, świata, który stworzymy na nowo.


POTOP


Monika Gzella

Supermarket, rzędy półek. Bierze koszyk, mknie, zabiera i zgarnia pod swoje skrzydła. Jakby szykował się na co najmniej miejski kataklizm. Wrzuca do swojej małej plastikowej arki po jednym z każdego gatunku – ketchupy. Pudliszki – łagodny i pikantny. Torteks – łagodny i pikantny. Kotlin – czosnkowy i rosyjski. Hellmans – napoli i mexico. Jak Noe który zabierał zwierzęta, by uchronić je przed potopem, mój mężczyzna przygarnia ketchupy.


Monika Skatuła Noe od zawsze był leniwy. Wiecznie kombinował, jak tu się dorobić, ale nic nie robić. Znalazł sposób - żona z posagiem, to było coś. Tak to żeniąc się bogato, Noe posiadł ziemię, dolary, złoto, po parze z każdego rodzaju zwierząt, a nawet obligacje. Ziemia poszła pod młotek, tak samo stało się również ze złotem i obligacjami. Największe marzenie Noego było coraz bliżej – wybudowanie olbrzyma. Nim spieniężył wszystko, co się dało, jego synowie dorośli już do odpowiedniego wieku, aby móc służyć pomocą. Przygotowania trwały długo, drewno pozyskiwane drogą małych przekrętów piętrzyło się już na dość pokaźnej pryźmie, gdy Noe zdecydował: „Budujemy!” Potwór, przez znajomych zwany zwykłym ,,m2’’, miał być domem dla całej rodziny. Był rzeczywiście pokaźnych wymiarów. Zwierzęta odziedziczone w posagu zmieściły się bez wyjątku. Pech chciał, że z powodów nikomu nieznanych przyszła ulewa. Deszcze lały się miesiącami, Noe nie mógł wychodzić z domu i podziwiać jego walorów z zewnątrz. Jednak po pewnym czasie deszcze ustały i na niebie pojawiło się słońce. Gdy woda opadła, Noe wyszedł na zewnątrz. Jego potężne ,,m2’’ ocaliło całą rodzinę, co ciekawsze, jako jedyni zostali na ziemi. Jaka radość malowała się na twarzy Noego, gdy zdał sobie sprawę z tego, że hektary, które sprzedał, znów należą do niego.


Maciej Kwiatkowski Nigel uważany był za dziwaka. Już w młodości był przekonany, że nastąpi tzw. „koniec świata”, wydarzenie bez precedensu, które odmieni znany mu świat na zawsze. Rozpatrywał różne scenariusze – od inwazji zombie, przez naturalne katastrofy, aż po wojnę atomową. Przysiągł sobie, że na każdą ewentualność będzie gotowy. Przygotowywanie się na Armagedon stało się niemalże jego obsesją. Skąd „to” się u niego wzięło? Ogromny wpływ na niego z pewnością miały książki i filmy osadzone w realiach postapokaliptycznych. Od dziecka Nigel był ich wielkim fanem, chłonął wszystko… Nie bez znaczenia były też wydarzenia historyczne, takie jak kryzys kubański, kiedy to świat stał na skraju wojny atomowej, oraz katastrofa w Czarnobylu. Kiedy osiągnął pełnoletniość, zaczął realizować swój Plan. Dzięki ogromnemu spadkowi, otrzymanemu w dniu skończenia 21 urodzin, nie musiał martwić się o pieniądze, był multimilionerem. Nie spoczął jednak na laurach, podejmował się różnych prac, które dawały mu potrzebne doświadczenie. Podczas 20 lat realizowania Planu posiadł wiedzę w różnych dziedzinach, m.in. medycyny, biologii, technik survivalu, rzemiosła, mechaniki, budownictwa. Na obszarze całego kraju, w strategicznych miejscach, Nigel rozlokował „kryjówki” – często były to zmodernizowane bunkry z czasów zimnej wojny. Lwią część czasu przygotowań zajęło mu doposażenie kryjówek. W każdej z nich umieścił zapasy pozwalające przeżyć jednemu człowiekowi ok. 25 lat, to jest 40000 litrów wody pitnej, ok. 20 ton żywności (puszki z mięsem, warzywami i owocami, ryż, makaron, kaszę, mąkę), lekarstwa, środki higieniczne, obuwie, ubrania, narzędzia, paliwo do generatorów i pojazdów, broń, amunicję… W wieku 41 lat Nigel mógł wreszcie powiedzieć: „Jestem gotów”. Jego cel został osiągnięty. Przygotowania zakończone. Pozostało mu już tylko czekanie. Nigel zmarł, mając na karku 86 wiosen. Nie doczekał końca świata. Zmarł samotnie, nigdy nie założył rodziny. Zostały po nim bunkry…


Milena Koziołek Mówili, że rok 1647 to był dziwny rok, a rozmaite znaki na niebie i ziemi świadczyły Ja widziałam coś 15. Lipca. Trzy pochodnie na niebie paliły się, raz bardziej, raz mniej, zawracały, znikały i zjawiały się w symetrycznych żartach. Strach i skandal jak lekko płynie odwieczny bieg. Noe –Eon palił się i wtedy, gdy zbierał do próbówek DNA tego świata. Latam i ja. Woda, ogień, ziemia, tlen, to bez przerwy dzieje się wąż swój ogon zjada. Orszak pochodni do przodu i wspak zobaczyłam, uwierzyłam, niewierna Mija.. Coraz niżej i niżej i bliżej mnie pochodnie te iskrzyły się dając znak. Rok 2013 to jest dziwny rok. Ale czy na pewno „Only sky is limit”? Tylko odwieczność jest na pewno kosmos, w którym miesza się dobro i zło. Starożytność – nowożytność to jedno.


Paulina Hupental Rok 1997 jest godnym zapamiętania, ponieważ po raz pierwszy mogłam stać się jedną z ofiar prawdziwego potopu. Jedynym ratunkiem była całkowita mobilizacja społeczeństwa od zwykłego „ja”, po urzędników i przedstawicieli władz oraz służb ratowniczych. Gorączkowo wszczęto przygotowania w razie sytuacji kryzysowej – początkowo każdy według własnych zasad i prawideł. Pakowanie dobytku, który dla każdego oznaczał coś zgoła odmiennego. W takich momentach, jak tamten widocznie zarysowuje się przekrój społeczeństwa, tak dobrze maskowany w codziennych realiach. Handlarze, maklerzy, czy biznesmeni ratowali papiery oraz dokumenty; rodziny ewakuowały swoich bliskich, zabierały wartościowe, choć drobne rzeczy; instytucje dbały o bezpieczeństwo swoich podwładnych, współpracowników, pacjentów; rolnicy ubolewali nad uprawami i terenami polnymi, wywożąc w pośpiechu kolejno zwierzęta hodowlane. Tiry, samochody osobowe, taczki – wszystko służyło jako środek transportu dla bydła, drobiu, ludzi. Ulice były zatłoczone zarówno przejeżdżającymi samochodami, jak i przechodniami, którzy z zatrwożoną miną dźwigali ciężkie worki z piaskiem. Właśnie w budowlach z tych worków i umacnianiu wałów upatrywali ratunku tego, czego nie udało się wywieźć, ewakuować, czy przewieźć w bezpieczne miejsce. A było tego wiele, od najmniejszych, takich jak zwierzęta: psy i koty, zdjęcia, pamiątki, rzeczy codziennego użytku, z którymi wiązaliśmy wspomnienia; po większe jak: domy i zabudowania gospodarcze, pola uprawne oraz pojazdy. Wtedy należało wybierać istotne dla nas rzeczy, rzeczy najważniejsze… Gdyby nie to, każdy powiązałby najmniejszy przedmiot z największym, najważniejszym wspomnieniem… i nie chciał rozstawać. Nikt nie był przygotowany do takich okoliczności, do własnej, małej apokalipsy. Dlatego tym większa wzrastała nadzieja na ocalenie, gdy wszyscy połączyli siły i oddali swoje serce sprawie. Był moment, gdy tylko płomyk nadziei odgrywał kluczową rolę w przygotowaniach, był też mocą napędzającą w walce z wodnym żywiołem. Razem i z osobna budowano własną arkę.


WIDOK Z OKNA


Monika Skatuła Dzieci, którymi trzeba się zająć, dzieci, które trzeba nauczyć życia. Szkoła i przedszkole. Niedaleko przystanek autobusowy – młodzież trzeba dowieźć do miasta. Rodzice tych wszystkich spotykają się po południu na parkingu – czyżby zebranie dorosłych zwane wywiadówką? Miłosne listy słane na poczcie, sercowe problemy rozwiązywane u lekarza w tym samym budynku. Zaś na pokrzepienie serc książki wynoszone stosami z biblioteki. A jak dla ducha to i dla ciała – sklepy spożywcze! Kościół łączący i starych i młodych, obok cmentarz dla… No właśnie, tu się spotkają wszyscy. Jak wiele można zobaczyć patrząc przez jedno okno. Ty Dzieci, którymi musisz się zająć, dzieci, które trzeba nauczyć życia. Widzisz za oknem szkołę i przedszkole. Niedaleko przystanek autobusowy- musisz zawieźć młodzież do miasta. Rodzice tych wszystkich spotykają się po południu na parkingu – czyżby zebranie dorosłych zwane wywiadówką? Ślesz miłosne listy na poczcie, sercowe problemy rozwiązujesz u lekarza w tym samym budynku. Zaś na pokrzepienie serc wynosisz stosami książki z biblioteki. A jak dla ducha to i dla ciała – niedaleko masz sklepy spożywcze! Kościół łączący i starych i młodych, obok cmentarz dla… No właśnie, tu się kiedyś spotkasz ze wszystkimi. Jak wiele możesz zobaczyć patrząc przez jedno okno. Ja Dzieci, którymi muszę się zająć, dzieci, które trzeba nauczyć życia. Widzę za oknem szkołę i przedszkole. Niedaleko przystanek autobusowy- patrzę, jak młodzież jedzie do miasta. Widzę rodziców tych wszystkich spotykających się po południu na parkingu – czyżby zebranie dorosłych zwane wywiadówką? Ślę miłosne listy na poczcie, sercowe problemy rozwiązuję u lekarza w tym samym budynku. Zaś na pokrzepienie serc wynoszę stosami książki z biblioteki. Bo lubię się zagłębić w lekturze i odpłynąć czasami. A jak dla ducha to i dla ciała – niedaleko mam sklepy spożywcze! Kościół łączący i starych i młodych, obok cmentarz dla… No właśnie, tu się spotkam ze wszystkimi. W swoim czasie oczywiście, nie teraz, bo za szybko, bo nie ten moment. Jak wiele mogę zobaczyć patrząc przez jedno okno.


Katarzyna Gitlar Widok z mojego okna bardzo się zmienił na przestrzeni lat. Posadzone przed blokiem tuje zdążyły wyrosnąć, żwir parkingu zmienić się w równą kostkę, a surowy kamienny murek obrosnąć mchem. Tylko wielkie, kwadratowe, betonowe płyty, ułożone w różowo-szarą szachownicę są takie same, jak dawniej. Mieszkanie na parterze, w bloku, który stoi pod kątem prostym do ruchliwej ulicy, ma swoje wady i zalety. Zaletą było to, że kiedy jako dziecko bawiłam się na podwórku, mama mogła podczas robienia obiadu jednym okiem zerkać, czy aby nic mi się nie stało. Wadą jest fakt, że nawyk zerkania zza firanki pozostał, i czasem sąsiedzi śmieją się dobrodusznie, że jest ich prywatnym monitoringiem. Budynek, który dziś znajduje się naprzeciw mojego okna ma długą historię, o wiele dłuższą niż blok, w którym mieszkam od urodzenia. Nie ma w niej w zasadzie nic ciekawego, więc nikt o tym nie mówi, ale kiedyś usłyszałam, że była tam wielka hala zakładów metalurgicznych, tak zwanych "Łańcuchów". Pozostałościami po tym chlubnym okresie stały się niewielkie kawałki metalowych listew czy rurek, które znajdowaliśmy za dziecka, i które służyły nam jako zardzewiałe nożyki przy zabawie w restaurację. Później budynek niszczał. W końcu jedną jego część zaadaptowano na coś w rodzaju nocnego klubu, takiego z ultrafioletowym światłem i laserami. Druga, wciąż niszczejąca i rozpadająca się część hali stała się naszym ulubionym (bo zabronionym) placem zabaw. Nazywaliśmy ten teren Hangarem. Nie było tam w zasadzie nic ciekawego, ale ogromna pusta przestrzeń, kawałki metalu i powybijane, wielkie okna przyciągały nas jak magnes. Kiedy teraz do tego wracam, zastanawiam się, jak to się stało że nikt z naszej paczki nie zrobił sobie tam krzywdy. Ale wtedy o tym nie myśleliśmy. Potem nadszedł czas wielkich zmian. Nasz Hangar w końcu wyburzono, a z dyskoteki, która już od jakiegoś czasu nie działała, zrobiono supermarket. Dorośli się cieszyli. Nam, dzieciakom z bloku, było smutno. Choć ta zmiana sprawiła, że otoczenie stało się bardziej przyjazne i lepiej zagospodarowane, podwórko straciło część swego niewątpliwego uroku. Nie ma już niebezpiecznego Hangaru, do którego wchodzili tylko ci odważni, nie ma tajemnicy, która kiedyś kryła się za tymi zrujnowanymi murami. Nie ma wmurowanej w ziemię


betonowej platformy, do której przytwierdzone było jedno, samotne ogniwo łańcucha grubego jak ręka. Nigdy nie wiedzieliśmy do czego służyło, i nigdy się już nie dowiemy. Widok z mojego okna bardzo się zmienił na przestrzeni lat. Jednak, kiedy zimowymi popołudniami wracam do domu, lubię siadać na parapecie z kubkiem gorącej herbaty i patrzeć. Wiem, że jest jedna rzecz, która zawsze będzie za oknem, choćby wszystko inne zmieniało się jak w kalejdoskopie. Nocą Wielki Wóz niezmiennie błyszczy nad starym budynkiem.


Justyna Przewoźna Pierwszy rzut oka – jak rzut kamieniem, blisko, naprzeciw i daleko – dla innych ludzi. Kwadratowe, przejrzyste, zawalone szpargałami z dnia życia prawdziwej kobiety, może to bibeloty? Przez nie widać inne okna – sąsiadów, którzy patrzą jak sroka złapana za ogon! Codziennie stoi ktoś na warcie, zamieniają się, kto, komu dostarczy więcej informacji – jak w CBŚ... Ale ja to wszystko widzę...przez okno. Ich markowe auta przyjeżdżające i odjeżdżające...Czy któreś zatrzyma się TU na dłużej?


Monika Gzella Czubki drzew delikatnie drgają dotykane przez wiatr, cienkie gałęzie mkną w dół okna znikając za parapetem. Ucięte. Niedokończone. Spoglądam w dół. Ulica mieni się złotem i żółcią, prawie w całości pokryta jest zużytymi już przez drzewa liśćmi. Gdzieniegdzie miga światło latarni, tysiące małych promyków na nocnym niebie. Noc, ciemność. Niebo tli się granatem i błękitną poświatą miasta. Okno, na szybie – odbicie. Zamazane, ucięte, niedokończone, przeźroczyste. O 20:00 doskonale widać przez nie miasto.


Milena Koziołek, „Widok z okna” Ostrzegam, nigdy nie pisałam pamiętnika, lecz może warto romantycznym żartom złożyć hołd? Zawsze to jakaś forma.

Byłam na zajęciach. Weszłam znudzona, wysłuchałam, wyszłam z inspiracją w kieszeni. W srebrze i zieleni okna dwa: jedno tu

drugie tam. Niby to konwencji gra i antynomii układ przeciwległy

Natura

Kultura.

Mgła i cicho sza czy kolędnicy do knajp zaproszeni? A ja i tu i tam. Ghost World

czy

satyr nad szklanką szkockiej szczura przyzywa?

Magicznego świata

stypa. Na przód marsz! Niech nas krytyki laur nie zniechęci!

Empatia niezbędna jest do odbioru ekspresji

powielanej.

Sztuki DZIŚ zasmarkane objawcie się!! Ja wołam was! Z tych okien dwóch, tak, niech przyjdzie czas, no już! cholera, bo wyskoczę i zabije się. Nie! Dekadenckie brednie.


Zaraz, a wiersze? O miłości zakochanym

pisać nie należy. Treść przepędza I tylko

nabrzmiała emocja. forma

marnego grajka spod okna. Już nie mojego, okna kapitana, którego córka ponoć się puszczała. Puszkinowska fama. Do rzeczy. Warsztat pisania – dramat. Ćwiczenie pierwsze umieściłam między wierszem. Prześwit.


Paulina Hupental Intrygującym, a przez to moim ulubionym, jest widok z okna w sypialni. Okno z białą, plastikową ramą zwrócone jest w kierunku zachodnim, dlatego z zachwytem obserwuję; jesienną porą; ostatnie promienie słońca. Promienie padają na złotoczerwone liście pozostające już tylko w parach na ogołoconych jabłoniach, gruszach i czereśniach. Z okna widzę nie tylko obszerny sad, lecz także mały staw, którego tafla wody migocze i mieni się wieloma kolorami. Zimową porą otoczenie wygląda inaczej. Sad zmienia się w „lodowe muzeum figur”, gdzie zamarznięte konary drzew i ich osłabione gałęzie przypominają „pomniki”. Światło odbijając się od nich, tworzy żywe cienie na oszronionych trawach. Staw zamarza i zamiera, w przeciwieństwie do ptactwa, które z uporem przeczesuje tereny, poszukując pożywienia wraz ze swoim potomstwem. Latem i wiosną widok z okna wzbudza we mnie pozytywne odczucia. Wszystko ponownie powraca do życia i wzrasta. W sadzie obserwuję różnobarwne kwiaty, których pąki zwracają się ku słońcu. Potem zauważam zieleń liści pokrywającą; powyginane z chłodu; gałęzie. Wzrastają trawy, którymi targają ciepłe podmuchy wiatru; kaczki i ich potomstwo ponownie odwiedzają staw, który porastają trzciny i lilie wodne. W ciągu roku obserwuję z tego okna ruchy przyrody: uśpienie, zamarzanie, odżywanie i wzrost. Zupełnie, jakbym była ludzkim, choć niezbędnym elementem tych


KONIEC


Warsztaty dramaturgiczne