Page 1

fzp2.indd 1

2012-02-26 21:11:45


Agony Aunt ✖ ABNORMAL NEWSPAPER

fzp2.indd 2

2012-02-26 21:11:47


SPIS ✖ REDAKCJA

fzp2.indd 3

2012-02-26 21:11:47


DOMINIK RITSZEL ✖ NAJGORSZE2010 / CZĘŚĆ1

DOMINIK RITSZEL ✖ NAJGORSZE2010 cz.1 Pojechałem o jedno miasto za daleko. Nad uszami wielki huk, dzwony ze stali. O piątej rano wyrzucono mnie na jakimś dworcu, nie wiem na jakim, nie pamiętam. Pusto i zimno. Lepkie przymrozki. Nie wiem jaki to dworzec, nie ma tu ani autobusów, ani taksówek, ani pociągów. Jest mi bardzo zimno, nic nie wiem. Ten stan niewiedzy wprawia mnie w konwulsje, kompleksy i łzy, aż tracę głowę. Przez cały czas tkwię w dezorientacjii. Mam problemy z koncentracją i podejmowaniem decyzji w nieprzyjaznych warunkach. Czuję się jak na haju, a ja nigdy nie bawię się dobrze na haju. Ale syf, do tego zima niemiłosierna, pizga mi w dziurawe podeszwy. Trzeźwieję, zlizując smarkowaty sopel spod nosa. Nic nie smakuje już jak dawniej. Smak cipy. Śliskie cipy, papierosy i piwo. Rzygam białą pianą, krztusząc się złorzeczeniami. To był anonimowy autobus i było w nim ciepło. Pudełko z kaloryferem, pudełko wypchane kurzą pierzyną, było miło, nie czułem się taki samotny, było prawie jak przy matczynym sutku.

Wsiadłem, zasnąłem, wysiadłem i teraz jestem tu z posmakiem cipy. Wymiotuję po raz kolejny, wyrzucam wszystko na swoje buty. Nie robiłem nic innego, tylko lizałem te cipy, przez całą noc, zmagałem się z dżinsowymi miniówami i sztruksowymi rajstopami. Wtykałem nos w cudze dupska, orałem językiem wysuszone, szorstkie waginy. To był taki cyrk. Ale wszystko przez te pierdolone cipy. Jeśli dzieje się coś złego, to zawsze chodzi o jakąś pierdoloną cipę. Cierpko mi w sercu, czuję jakąś niechęć do wszystkiego i wszystkich; wydaję mi się, że wszyscy są winni tego gdzie jestem, tego jak się czuję, o czym myślę. Będę musiał się zabić jak tak dalej pójdzie. Czekam na jakikolwiek autobus. Zataczam teraz krąg wokół osi, swój symboliczny rytuał. Będąc w środku, zataczam koła i jestem w kole. Jestem prostą formą bytu, kręcącą się w kółko. Jestem cykliczny i nieśmiertelny, dopóki znajduję się w kole, jestem ze wszystkimi jednością. Trwam jako stabilny i solidny substytut. Pławię się w ciągłości, dzięki której nie odczuwam lęku ani trwogi. Żadnych bólów głowy, przymrozków i wiecznego rozczarowania. Jest tak kurewsko zimno. Chciałbym, żeby się ktoś nade mną zlitował. Pierdolone cipy i cała reszta. Czuję silny zawód i odechciewa mi się żyć. To było jakieś idiotyczne garden party – sznycle w bułkach, uśmiechnię-

fzp2.indd 4

2012-02-26 21:11:47


DOMINIK RITSZEL ✖ NAJGORSZE2010 CZĘŚĆ1

te mordy i całusy w zmokniętych kątach. Nie przypuszczałem, że zobaczę to wszystko naraz. Podszczypuję jakieś dupy, plują na mnie i odwracają się tyłem. Wszystkie wydają się czymś zaabsorbowane. Mają tyle planów i intencji wobec tłoczących się w pocie i ścisku atrakcji. Mają rozmarzone, wywrócone do góry oczy. Wykręcają się na swoich baletnicach i dalej kręcą tyłkami. Muszę wyjść. Zatańczę sam, w  skórze byka, z sygnetami z rubinami, różdżką i zasuszonym, psim penisem między nogami, stepując na ubitym śniegu, próbując ogrzać się wydychanym oddechem, wyklinając magicznymi przekleństwami ten pospolity sadyzm. To się czasami zdarza, kiedy rozładuje mi się odtwarzacz mp3. Kiedy stoję w tłumie ludzi i słucham ich rozmów. Poznaję tych, którzy nie boją się mówić głośno pośród reszty pasażerów, nie mających nic innego do roboty, prócz słuchania cudzych myśli. I za każdym razem przemawiający to idioci. To pękające od gazów i dumy pedały, chwalące się swoimi artykułami w sieci, mówiący przez nos, pierdoleni faworyci. To najgłupsze dziewczęta, te niesamowicie słodkie i wesołe. Ich uroda to jednocześnie ich piętno. I zawsze, w  obu przypadkach sytuacja wygląda tak samo. Pedał rozwodzi się nad sobą u boku brzydkiej, krzywonosej niedoróbki, wystękującej co chwilę “łał”, a grupka przygłupawych licealistek-estetek wbiega do środka ze śmiechem przed zamknięciem drzwi i rozpoczynają debatę o tym, co jest ładne, a co nie. Próbują się tego od siebie nawzajem dowiedzieć, ale przez cały czas nie potrafią się otrząsnąć i wytrzeźwieć. Ciągle są czymś podniecone, podnoszą głosy, piszczą i udają płacz. Mówią bez ogródek o sobie, bo bardzo dobrze siebie znają. Znają siebie lepiej, niż ktokolwiek mógłby je kiedyś poznać, zamknięte w swojej osobliwej enigmie nie próbują się zamknąć. I kiedy jedna z nich oświadcza drugiej, że najpierw mówi, a później myśli, po czym wybucha jazgoczącym śmiechem; ja uginam się już miękko na nogach, gotowy wybić szybę i pociąć im twarze. Mam palącą potrzebę zaprotestować przeciwko temu wszystkiemu i wysiąść na pierwszym lepszym przystanku. Zaciskam jednak zęby słuchając dalej zbiorowego monologu, przeszywającego czerstwym żartem skeczu, puszczanego zamiast filmów, zamiast muzyki w radiu, powtarzanego przez innych jako anegdota, jako prawdziwa historia, która robi się coraz bardziej prosta, przewidywalna i przerażająca. Stara baba wierci się przede mną, ocierając siatką wypchaną śląską kiełbasą i salcesonem o moje krocze. Nie mogę nic zrobić, stara baba również, tak samo biedna 16 latka, dyskretnie maltretowana przez kościstego okularnika, tak samo bezdomny włóczęga skazany na nienawiść i pogardę za smród, choroby i epidemie roznoszone wśród pasażerów. Wszyscy jedziemy w jednym pdle

fzp2.indd 5

2012-02-26 21:11:47


DOMINIK RITSZEL ✖ NAJGORSZE2010 CZĘŚĆ1

iz przystanku na przystanek jest nas coraz więcej. Liczby rosną bez limitów. “Trzeba robić więcej. Lepiej więcej niż mniej. Zróbmy sobie dziecko, kilka dzieci, kilka bachorów, każdy będzie mieć własne, tylko jego, tylko moje, moje, moje na własność!”. Co jednak począć kiedy własność to kradzież, a kradzież to własność? JA CHCĘ DZIECKO! DZIEWCZYNKĘ! Blond, niebieskooką (najlepiej dwukolorową, a la husky), odzianą w róż, bogatą, zamężną, broń Boże lesbijkę, to nie wypada. My już jej zaklepiemy miejsce na górze. Już my się nią zajmiemy. Spalimy, żeby nie śmierdziało i wyślemy pośmiertne cv świętym. Życie może być błogie i beztroskie jeśli tylko ma się plan. My mamy plan. Wysiadam i jest gorzej, zimniej, więcej ludzi, mniej autobusów. Snuję się wzdłuż chodnika. Podchodzi do mnie dziewczyna i prosi o ognia. Proszę, wysraj się, nie dziękuj, więcej się nie zobaczymy. Mam na coś dziś ochotę, ale jeszcze nie wiem na co i pewnie nim się zdecyduję, potrzeba minie. Całe moje życie opiera się na zastanawianiu się czy coś zrobić, czy nie. Jesteś brzydka, fuj! Nie mogę na ciebie patrzeć, nie potrzebuję cię. Potrzebuje czegoś więcej niż smutnego autobusu z zaspanymi studentami i ciskającymi się na siedzenia, dyszącymi na przemian, klnącymi, bekającymi babami. Czegoś więcej od mojej pieczary i zdechłego szczura w słoiku i tych pęcherzy po świątecznych karpiach. Nie mam pojęcia po co je tam trzymam. 3 lata tkwią tam nabrzmiałe, pełne ostatniego wdechu. Myślę, że w końcu pękną. Wyobrażam sobie, że jestem karpiem, że noszę w sobie taki pęcherz, że na szyi mam wykrojone skrzela. Czuje teraz, że moja świadomość wykracza poza świadomość karpi tylko o tyle, o ile potrafię łączyć wszystkie sekundowe chwile, potrafię złączyć rozczarowanie dziewczyną pytającą mnie o ogień, kły wbijające się w moje policzki, śpiący autobus, ból głowy i mdłe poranki w ciągłość, która mnie przerasta. Jestem tego wszystkiego świadomy. Wolałbym w końcu oszaleć, bardziej niż tkwić w swojej poklatkowej, sekwencyjnej świadomości. Chciałbym tak bardzo rzucić się na tę starą jędzę i małolatów z krzywymi uśmiechami, parskającymi na widok pierdolących się kundli. Kiedyś wreszcie chwycę nóż i wbiję go sobie w skroń. Kurwa, co za chandra. Wszystko zaczyna się od nich. Przebudzałem się długo i bez skutku. Śnią mi się po dwakroć tej samej nocy, dwa równoległe sny, sen pierworodny i jego remake w tej samej konwencji. Siedziała obok mnie, uwiązana moją długą ręką w pasie. Nie pytając ją o zgodę całowałem kiedy mi się podobało. Miała aparat prostują-

fzp2.indd 6

2012-02-26 21:11:48


cy jej krzywe, ostre, złote zęby. Uśmiechała się słodko, a kiedy dochodziło do pocałunku miałem wrażenie, że całuję bezpośrednio jej zęby. Widziałem wszystko w makro przybliżeniu, cały mechanizm aparatu, połyskujące sztabki złota wrzynające się w purpurowe dziąsła. Wszystko to mieściło się w tym małym uroczym pyszczku. Chichotała i zasłaniała usta kościstą rączką. Za drugim razem nie miała już aparatu i bardzo mi go brakowało. Za drugim razem jej zęby były blade i sztywne. Nie była już tak nieśmiała jak wcześniej. Jeździliśmy jakimś żółtym cadillakiem po suchych zakurzonych ziemiach, było dosyć zimno. Stanęliśmy przy jakimś wraku samochodu i zaczęliśmy się penetrować nawzajem. Była drobna, niewielka i wygodna. Była jak plastikowa zabawka, którą obracałem, miętoliłem w palcach, podrzucałem do góry, łapałem i sadzałem na sobie. Bardzo jej zależało na tym, żeby było idealnie. ISABELA POLARNY ✖

fzp2.indd 7

2012-02-26 21:11:49


Wanda L ✖ HALINA

WANDA L / HALINA Halina Korbas czuje się jak samolot, który może sobie najwyżej pojeździć w tę i we w tę po pasie startowym. O lataniu nie ma mowy. To jej mąż jest tym trefnym lotniskiem. Halina chciałaby wiele. W jej życiu nic jednak nie jest możliwe, odkąd Henryk przeszedł na rentę, a ona wyrabia teraz półtora etatu. Nie chodzi zresztą o pracę. Praca to jej jedyna odskocznia od tego co w domu, to właściwie klasa biznesowa w tym nielatającym samolocie. Halina mogłaby mieć nawet dwa etaty albo mieszkać w szpitalu, byle tylko nie musieć wracać co wieczór do ciasnego mieszkania na osiedlu, w którym nie da się nie spotkać Henryka, którego ekspansywność gwałtownie ostatnio wzrosła i dalej na tendencje zwyżkowe. Nie chodzi nawet o to, że już się z mężem nie kochają, chociaż się nie kochają. Nie chodzi nawet o to, że się nie lubią, choć się nie lubią. Chodzi o to, że Henryk zdziwaczał. Chodzi o to, że ona się go wstydzi. Wstydzi się. Żeby chociaż z domu nie wychodził, już by ona po pracy zrobiła te zakupy, wyniosła śmieci, choć i z tym problem, bo od czasu renty Henryka domowa produkcja śmieci ustała prawie całkowicie. A nie, że on łazi, pokazuje się, ta broda nieogolona, ubrania niezmieniane miesiącami. Wszyscy ich tu znają, w sklepie, sąsiedzi, znajomi z pracy, też z osiedla. A ten łazi rozchełstany, nieogolony, nieumyty i znosi do domu te sterty śmieci. Dawniej zbierał tylko znaczki i monety. Trzymał je w klaserach, na półce, nic nie mówiła. Kolekcjonował wszystkie serie filmów na dvd dodawane do gazet codziennych oraz przewodniki po najpiękniejszych miastach. Sama czasem coś obejrzała, dziecko niech książki czyta. Zbierał narzędzia, ale który mężczyzna ich nie zbiera? Lubił przechowywać butelki po dobrych alkoholach, ale te były dość nawet estetyczne z wyglądu i goście mogli na własne oczy zobaczyć co w domu się pija. Bo jakby otworzyć barek, to zaraz trzeba by częstować. Lubił tez pocztówki i płyty z muzyka poważną i rozrywkową. Miał ciekawą kolekcję ulotek ze szkół języków obcych, ale teraz to już zbiera wszystkie ulotki które dają na ulicy. Halina przecież nic nie mówiła na kolekcje długopisów i podstawek do piwa, ale znoszenie do domu woreczków foliowych i kolekcja biletów oraz paragonów, mogących się niby przydać w razie reklamacji, to już gruba przesada. Chleb chce Henryk reklamować? Masło? Papier toaletowy? Najpierw mu kradła. Podbierała. Trochę tego, trochę tamtego. Wtedy jeszcze kolekcje były niekontrolowane, składowane chaotycznie, w pudełkach i puszkach; ale potem Henryk zbierał też i pudełka i puszki. Poza tym szybko się zorientował i zaczął prowadzić rejestry. Notuje każdy nowy egzemplarz czegokolwiek. Każda kolekcja ma swój własny zeszyt, z czego utworzyła się kolekcja zeszytów. Halina nie wie co on tam w nich bazgrze, ale musi to robić skrupulatnie, bo zaraz wie, gdy czegoś braknie. Najgorsze są egzemplarze premierowe, dla których Henryk nie ma rubryki w swoich rejestrach. Wtedy kupuje nowy zeszyt, wpisuje je i w ten sposób rozpoczyna nową kolekcje. Halina boi się robaków. Boi się, że zalęgną się gdzieś między kubkami po jogurcie, a woreczkami po pieczywie czy ciastkach. Bo co jak nie domył dokładnie? Budzi się czasem w nocy, bo jej się wydaje, że coś dziwnie szura, może to myszy, tu nigdy nie było myszy, najwyżej mole. Budzi się w niej bunt, gdy musi doglądać porządku. Na bałagan nie umie sobie pozwolić. A właściwie na brud, bo jej definicja bałaganu została mocno

fzp2.indd 8

2012-02-26 21:11:49


Wanda L ✖ HALINA

Agony Aunt ✖ susza

zweryfikowana przez porządki Henryka. Jego nieład jest wysoce uporządkowany, najmniejsza interwencja Haliny, jej porządkowanie, wprowadza chaos w panowanie Henryka. Bo trzeba to tak nazwać. W domu Henryk panuje niepodzielnie. Salon jest już jego. Zawarli między sobą milczący pakt, na mocy którego Halina nie interweniuje na terenie dużego pokoju. Nie wchodzi tam w ogóle, wzięła telewizor do sypialni i cześć. Pewnie zostało w salonie sporo jej rzeczy, ale trudno było by dokopać się do nich poprzez wyboistości terenu. Nieważne. Czasami po kilka dni nie widuje męża. Umościł sobie legowisko wśród swoich gratów, które jaskrawo kontrastuje z nieskazitelną sypialnią Haliny. Dostał materac, na którym spała Lodźka, całe łóżko nie weszło. Dookoła materaca leżą stosy tygodników, programów telewizyjnych, gazet codziennych i krzyżówek. Wszystkie posegregowane chronologicznie. Na półce nad materacem stoją słoiki z monetami. Dla monet zagranicznych i nie działających w obiegu ma specjalne kasetki, a w słoikach są zwykłe miedziaki. Każdy zawiera inny nominał. Henryk obiecuje, że jak się zapełnią, zaniesie je do banku i zamieni na banknoty, ale ona w to nie wierzy. Od materaca można wąskim korytarzykiem wczołgać się pod wielki stół pełen kartonów archiwalnych magazynów, opakowań po margarynach, puszek, kapsli, butelek, pudełek po lekach, zużytych baterii, piszących i niepiszących długopisów, wypalonych zapałek, starych doniczek, albumów przyrodniczych, serii płyt z kursami obsługi komputera, uprawy ogródka, encyklopedii zdrowia, seksu, snów, chorób, leksykonów mody, starych modeli samochodów, historii przemysłu kolejowego, lotnictwa, historii broni, umundurowania, medycyny niekonwencjonalnej, są tam też mapy samochodowe, mapy kraju i zagranicy, mapy topograficzne, miejskie, historyczne, plany podziemi i bunkrów, mapy nieba i wnętrza ziemi. Po drugiej stronie stołu, od strony balkonu, Henryk trzyma kartony z niedziałającym sprzętem RTV i AGD, trzy pary nart, które dawniej zwykli rodzinnie zabierać z sobą w góry, jest kilka piłek, wszelkie akcesoria sportowe, przez paletki do badmintona, ping ponga i tenisa, rolki i wrotki, dwie pary łyżew, trzy siatki na motyle, 2 namioty, zestaw do gry w golfa, po dwie maty do ćwiczeń, karton piłeczek pingpongowych, wiatrówkę i bile do gry w bilard, choć nie ma stołu. Jest za to inny stół, jadalny, ten który jest główną kwaterą Henryka, jego siedzibą, centralą przy którym zakotwicza się na długie godziny, by wertować swe księgi, katalogować nowe nabytki, sprawdzać, czy kolekcje są pełne, czy niczego nie brakuje. Rejestrować nowe okazy. I oczywiście ogląda to wszystko wciąż i na nowo. Bywa, że Henryk całymi godzinami nic nie je. Halina przysięgła sobie, że nie będzie zastanawiać się, co z potrzebami naturalnymi, bo on nie bywa w łazience. No, ale ma przecież balkon. Kiedyś jeszcze zanosiła mu resztki po obiedzie czy kolacji, ale z czasem trudno było go znaleźć w jego królestwie. Zbyt wtopił się w krajobraz swego pokoju, stał się elementem kompozycji, jak niezbywalny element, który gdziekolwiek poza swoim środowiskiem naturalnym mógłby wywołać skrajne emocje. Halina czasem słyszy zza ściany ciche pomruki odliczania, mnożenia, pokątnej matematyki, bełkotliwe rezultaty skomplikowanych działań, których wynik jest dla niej zawsze niezadowalający.

fzp2.indd 9

2012-02-26 21:11:49


ANDRZEJ BITELOW ✖ `

Naukowcy z Islandii odkryli, że człowieka kształtuje najbardziej jego tysięczny dzień życia. Nazwali go dniem kształtu, było to kolejne wielkie wydarzenie dla małego człowieka, coś jak

chrzest lub komunia. Około 35% ludzi pamiętało dzień kształtu. Wykorzystał to niezadowolony z życia Wladko

Simr, mieszkający na opawskim squacie. Uznał, że jest figuraninem i stworzył nową religię figuryzm, w którą uwierzyli wszyscy Czesi. Squat w Opawie stał się ich Mekką. Bogiem była wielka figura trapezu - Trapini 6 w trójcy trójkątów równoległych i równobocznych prawdziwa. Czechy zamknęły się przed światem, wykładając w szkołach 2 przedmioty - religię i matematykę. Bogdana Vlaczkova, sprzątaczka z Brna, sprzeciwiła się jako pierwsza nowej religii; zobaczyła w wiadrze z wodą wielkie bóstwo Koło Koło i szybko zdobyła tym popularność w całym Brnie. Przybiła nawet wydruk komputerowy do bramy urzędu, w którym sprzątała. Pisała złym językiem czeskim, robiła błędy językowe i ortograficzne. Była jednak uświęcona przez Koło Koło, bóstwo które żąda ruchu, co stoi jest złe. Chudzi wyznawcy leżeli w uliczkach cichego Brna, nie byli w stanie dalej się poruszać, jedyny słyszalny dźwięk produkowało radio. Zbolały i chudy Honza Viecirek powoli konał w ciszy, przerywanej tylko szumem radia, takim szumem, jaki spotyka się nad morzem, gdy wstaje się z koca, na bardzo pustej, bezludnej plaży.

fzp2.indd 10

2012-02-26 21:11:49


DAWID PIESS / ŚMIECIDWAKOŁADZIEWIĘĆ

dawid piess ŚMIECIDWAKOŁADZIEWIĘĆ

Ktoś stoi w przejściu, ktoś niewyobrażalnie ciemny i zły; ktoś, kogo z miejsca powinno się bać, ale

skakanie nie pozwala się nim zaboleć. Dzianie za bardzo dzieje się tym bezczaśnym późnym latem, ono dzieje się wciąż, kiedy gałkom nie po drodze zwracać się do wewnątrz. Piłki nadal odbijają się od muru mleczarni jak słupki decybeli na tle tarczy zachodzącego sadzonego jajka. Do zarośniętego przesmyku pomiędzy ogrodzeniem a tylną ścianą garaży, po raz kolejny przychodzą ci sami chuje, którzy najpierw tylko chcą pooglądać tę akurat piłkę, gumowy jajnik, a potem każą iść ze sobą, do mieszkania doniczek.

Obiad to śmierć, terror w puszce. Kolacja to śmierć, barszcz wżera się w talerz, talerz w dżinsy. Coś

wisi w powietrzu, ona chce się wycofać. Przez chwilę myśli o takich jak my dwaj, takich pryszczatych klejach biurowych, oglądających jej rozkrok. Coś chce się wycofać, ona wisi w powietrzu. Pięćsetny dzień trzeźwości, zgłupienie od tych symboli. Coś jej się dzieje, powietrze cofa się w gardle. Złowrogi sentyment, krem i krew, w przejściu stoi nieznana dla niej postać, której zamiary majaczą z częstotliwością pompowania twarzy zza wszystkich pelargonii świata. Jest jakiś zacisk i nie pozwala dopuścić sytuacji do dziania się, przebrnięcia z wewnątrz odwłoku do wewnątrz głowy; jest jakiś niezrównoważony piksel, co skacze z telewizora na lampę, z doniczki na stos gazet przy łóżku, z zegara na przedpokój.

Zatem jest obiad, ale jeszcze nie ma śmierci, która sterowałaby językiem do celu. Byleby do rana, byle

tej nocy nie wyrósł kolejny las do sponiewierania, już za dużo schabu kisi się w beczkach, na zimę przyjdzie go zasadzać w kaflach, by żaden ojciec nie wykopał. Słońce rżnie się za horyzontem, żebym go tylko nie nakrył, tak samo zresztą jak już cały świat spieprza przede mną ze swoim parzeniem się. Trucizna kupiona w sklepie, czy w przejściu podziemnym, to są wszystko jakieś jaja, mi tak styki pociągają za sobą, że cała katedra by na tym jechała przez dekadę; ssaki z gadami, ptaki z rybami, jeden wielki krwioobieg. Z takim zryciem jest tylko jedno remedium na truciznę – stosować się do jej wygięć ze zwielokrotnioną siłą, wyobrażać sobie, że ją pniesz w niewygodne miejsce, tylko przenigdy na widoku. Jest obiad, ale obiad też kiedyś umiera.

Byłam wczoraj z nim po piwnicach, wciągaliśmy martwe żaby, lufy były do niczego, duchy nam psu-

ły wszystko, po dwóch gietach robiliśmy bomby z wody, mąki i opakowań po kinderach. Jutro poszłam z matką i babką do lekarza, było zamieszanie i dużo pytań; potem był obiad, sadzone jajka. Niedotrzymane żółtko rozciało się po całej patelni, nie będzie sadzonej niespodzianki, nie będzie już, czymkolwiek miało być. Boli, że nie mogę już do tych piwnic, chyba nawet tych samych, nad którymi parę pięter wyżej kazali siedzieć cicho. Tam ten mężczyzna ciągle pewnie stoi, niechby już poszedł z tego przejścia. Targaliśmy się wczoraj za warkocze, prawie wydłubałam jej oko. Potem jej lalce wypadło ramię, którego z dobre dwadzieścia minut nie dało się wyszukać, pod wszystkimi szafami i łóżkami, wtedy alergia nie istniała.

fzp2.indd 11

2012-02-26 21:11:49


JOANNA PORĘBA

OPOWIADANIE, KTÓRE POPRAWIAŁAM DWA MILIONY RAZY I DLATEGO PEWNIE SIĘ NA NIC NIE ZDA CZĘŚĆ1

Dwudziesta trzecia w nocy, palimy, siedzimy. I ściemnia zupełnie, pewnie jakiś ył zaaczył o włącz-

nik. Jeju, co bym dała za dzkie dryle, eugeniczi ich zjałych ojców, mam cichą nadzieję, że ta tatywna elitarność odbije się kiedyś jedną wielką gneracją, tak na a masz. W ślepy ułek ewolucji, w przypadkowy chów wsobny eknisi, co pomrą zanim zdążą zrobić znów bezy na posiadywaniu. Ale od czego by mogli? Nie wiem, jak mnie zemliło, to było jakoś, że ół genetyczny, inbriding, oil be back. Że tacy oni jakimiś kanałami się zbierają i dobierają w pary spodenkami w rurki, tak mówiłam. Myślałam. No więc siedzimy, to już było. Palimy świństwa, a ja jestem poważnie zwalona życiem i skopcona tymi świństwami, lat mam dwadzieścia, pracuję w knajpie niedaleko, warunki na uczelni, zalegam z opłatami, do tego moja była, Julisia, przyniosła mi tu tych pacanków i nagle się filmoznawczo. Zatem jestem li zła z tego wszystkiego, te pawie każdym swoim guzikiem pokazują mi jeszcze jak było robić swoje życie na spoko.

Ciekawe jak byście radzili, wyśnione niełęgi z kredek, gdybyście byli z dziesięciu lat wstecz. Zresz-

tą czemu mną to wszystko obraca, ściemniło zupełnie, pewnie żebym nie widziała jak ten mój ostatni przygodny mełtlisa tam teraz tą miedniczkę, dwa i pół metra od moich conversów. Jeszcze dwie godziny temu taki był przeprotliwy i skulony. Może brzmi to całościowo głupawie, ale o kimś przecież muszę myśleć, jak tu znowu sama zamiatam, a on ma pole do wachlowania przed innymi tą młodną. I jak ona sobie jeszcze wzięła i zdjęła ten ramiączek, Justynka, pewnie jajeczkuje jajeczkownica, przy okazji gotując w porach wszystkim biednym zwłokom po kątach. Bo są tu też i tacy, tacy bardziej jak ja, cały Kraków się zmniejszył do mojego mieszkanka, zjonizował mi w głowie razem z hajem. Modnisie, akademiczniki i wszystko moje byłe.

I no właśnie, te mętki ledwo łapią poziom, żeby trafić lufą do buzi, pozamulać, pomarzyć o gnieceniu

jajk. I że niby ten mój były przygodny to jednak potrafi wytrysnąć przed tych biedaków, patrzcie co by mu zazdrościć, niby tej bladzi, głupi jeden. To pewnie mu jeszcze w to graj, że światło poszło, że mu się ta jego zbita, spocona bułka z dłoni gnoma ociera pewnie już o jej garbki. Się gotuj Justynko w najlepsze, czym chata bogata, jazgocz i ciesz. Się ściel Justynko na moich kapciach, gdzieś tu się walają, waruj na swój kwadratowy odleżyn buzi. Jesteś mi najbardziej obojętna w świecie, a jednak zabiłabym cię, bo nie mam co robić; bo jestem zesmucona w przepaść brakiem jakiegokolwiek dziania się mojego ciała.

A na co dzień, oprócz wywijania się z obowiązków, jestem umoczona w zupie z serwisów z pozora-

mi blasków, taki stajl, dzień po dniu świstaka. Ale czasami to lubię i lubię też na przykład takie romanse. Tak

fzp2.indd 12

2012-02-26 21:11:49


JOANNA PORĘBA OPOWIADANIE, KTÓRE POPRAWIAŁAM DWA MILIONY RAZY I DLATEGO PEWNIE SIĘ NA NIC NIE ZDA CZĘŚĆ1

dla zabawy zda mi się czasem marzyć o tych drugich typach, tych nie–was; marzyć mocno zazdrośnie o długodystansowcach, co to już któryś rok razem potrafią z dziewczynami. Że przyklejają wodoszczelnym wiankiem, wodopłodowoszczelnym, twardowodogłowymi buziami. Kiedy myślę, że takich w ogóle nie ma, robi się jakoś rzewnie. Jestem tu bardzo niepodookreślana seksualnie, tak bardzo chcę wszystkich ludzi naraz. I chyba ci Justynko nie zazdroszczę, miałam twoją miejscówkę i nic z tego nie miałam.

Pewnie wydaje ci się, że masz pole. Tym biednym ściemom po kątach, im się liżesz z moim byłym.

Tamtym zarosłym w siebie obupłciowcom nie dałabyś rady, ja zresztą też nie, im znudziło się lepienie w jakieś razemy, klęczkują sobie o sztuce i vimeo, od dzisiaj do zawsze, na niesłuchanie reszty, takich nas. Wszyscy są nieosiągalni, są sobie w metrykach dopięci jakby co, tak naprawdę nie do zniszczenia pierwszym gorszym wybrykiem, którym nie porobią nic między sobą. Wszystko jest szybami, zazwyczaj trochę mętnymi. Świat może wylądować w wannie, byle ktoś miał aparat. W mojej wannie już chyba wylądował, słyszę jakieś cycki.

Ale drugie typy, nie-wy i pochodni. Czasem coś mnie kopnie i zaczynam wyklejać ich sobie za plam-

kami; w przyszłości mieszkam w nich, w takich jak oni, podarta na dwie pary rąk i dwa pępki. Czasem wydaje mi się, że już zjadają się, że płaczą telekinetycznie; że spinają nie kiwając palcem; razem nie wiedzą; razem skaczą od wysp szczęśliwych po wyspy trzustkowe.

A ty i pochodne justynki jesteście od przejściowego takim jak ten mój były i pochodni, frywolnego zmy-

lenia im tej żeli. Ale no, wtedy jesteście, kiedy mnie oni by byli chwilowo jak znalazł. Znaleźli. Już nie wspominam, że cię ze mną zdradzał. Może my wszyscy jesteśmy nimi, może to ja jestem wcielonym dołem, albo i całym społeczeństwem. Więc chyba temu jesteś jednak chwilowo nienawiścią skończoną, od ciebie i pochodnych nie ma zbawienia i światło wywaliło chyba na dobre, coś jest nie tak.

Ktoś poszedł sprawdzić i nie prąduje w całym segmencie – znaczy w kiblu, kuchni i drugim pokoju.

Trzeba udać, że wiem co robić, będzie zabawnie; a do ciebie jeszcze wrócę i nawymyślam trochę więcej, taką mam fazię. Była tu z nami jeszcze taka jedna, o której było tylko troszkę dotychczas, a jest najmożliwiej ważna z całego świata. Taka jedna Julia, co jeszcze niedawno stała w drzwiach, teraz już poszła na te swoje spotkania, z tymi lepszymi, bo my tu sobie życie marnujemy i nic z nas nie. Znowu o niej myślę, wybiła z tych drzwi i teraz być może całuje z jednego kubka z jakimś łukaszem, co ma lepiej.

Ale no, jak na dorosłą przystało, podwijam rękawy i frunę ogarniać z tym światłem, żeby takie jak Ju-

sia nie mogły być po ciemku sobie drapane. Kurna, a fakt, że tu sama jestem z zamieszkałych, naspraszałam krainy z pojarą ze spożywczaka, Jula poszła, a to ona tu dłużej mieszkała i by wiedziała gdzie i do kogo pukać. Ech, dość już myślenia o jej seksie, teraz jesteśmy duże i dajemy radę nad tym domowym, ledwo ich po twarzach. To chyba ci co ostatnio i przedostatnio, albo inni, kto wie kim i skąd, sama sobie jestem sobą być nie mogę, jak te przyprawy sypią po pamięci. No i czemuś poszła Julko, teraz i wtedy, kiedy zgodziłaś się ten jeden jedyny raz ze mną poprzytulać i pocałować, od tamtej pory nie wiem jak się nazywam.

fzp2.indd 13

2012-02-26 21:11:49


Agony Aunt ✖ ABNORMAL NEWSPAPER

fzp2.indd 14

2012-02-26 21:11:51


KAROLINA LIS | A TY

KAROLINA LIS A TY Kiedy uświadomiłem sobie, że to, co doskwiera mi tak mocno od wielu dni, jest zwykłą samotnością, poczułem strach. Szedłem, po raz kolejny, zieloną dolinką swojej jaźni, wprost do łaźni doktora C. Powiedział, żeby usiąść i to z siebie wyrzucić. Siadam więc. Nic jednak ze mnie nie wylatuje. Nawet tagi nie zmieniają się, ani horyzont nie blednie. Tylko drzewa szumią, choć nie płyną. W środę odezwie się pośrednik i przypomni, o czym zapomnieliśmy. Ale teraz już siadam - cisza wokół jest pergaminowa i oparcie uwiera w plecy. Sceneria jest taka, że mamy dworzec, duży, ale niezbyt czysty, taki na pograniczu Warszawy i Katowic, dwóch polskich miast. Przede mną jest stolik przykryty białym obrusikiem, okraszony dzbaneczkiem z kwiateczkiem i filiżanką w niedbałe esyfloresy. W kawie pływają białe nerwowe strzępki mlecznej masy i wiem, że niczego z nich nie wywróżę. Wypiję tylko, bo kosztowały 6 złotych i szkoda by tak było je zmarnować. Matko bolesna. Może i bym wstała, ale nie mam wizji. Nie sposób wejść w przyszłość, której nie da się sobie wyobrazić o ile nie zostanie się w nią siłą wciągniętym. Ale gdzie się podziała ta siła, która ciągnęła. Gdzie się podział kamień, który gniótł.

fzp2.indd 15

2012-02-26 21:11:51


KAROLINA LIS | A TY

Amen. Gdzie. Lampa chwieje się mocno, ziemia drży od przejeżdżających pociągów, powiewa od tunelu. A ja chyba oszalałem od zapachów. Mówię do przeciwległego kąta, że śniło mi się dzisiaj silnie, potliwie i twardo. Aż nadleciały masy i spadły w usta. Niepokojące, chybotliwe fantazje przeszedłszy w real, jęły dławić. xxx a misty biedy twa narodziewiska — w swej igrałacz pierzałunkiełzać wszyca, już dla oddaleki kwiat nieje, co cia cie ciecie jednodnia — niewnieciąga — czarna Już nie siedzę. Leżę przecież. Tutaj mam urodzić, nie ma wyjścia ewakuacyjnego, emigracja lekarzy wyleciała kluczem na południe i już tylko biedny został weterynarz. Chcę umrzeć, tak, takie mam życzenie. Dziękuję za kawę, rachunek spłacony. Teraz tutaj będę leżeć a to, co wypadnie ze środka, wytoczy się i zdrapie szczęśliwie złotą powłokę ze szczęśliwego numerka. ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||| Od braku pola jestem chory. Okna lecą mi ciągle kątem ucha i widzę, jak mijają za nimi pocztówki, gdzieś z Polski. Ale już przecież wylądowałem, już stacjonarnie się mizdrzę do odbiornika. A odbiornik niczego ważnego nie odbiera, tylko resztki sił moich egzystencjalnych, tak, że w środku to właściwie już tylko deszcz pada i wypełnia narządy. Spierdolona materia zdania i kabel od reflektora. Tyle znajduję wzrokiem, leżąc z twarzą bardzo blisko brudnej ziemi. Nie, ja już chyba jednak nie przyjdę. W myślach oddzwaniam na telefony i odpowiadam na pytania. Więc już nie nacisnę zielonej słuchawki. Zaczyna się wielkie wzdęcie, owocowanie będzie wybuchem będzie, nieszczęśliwy będę, o ziemio.

fzp2.indd 16

2012-02-26 21:11:51


KAROLINA LIS | A TY

Zatkanym będę, o zimno. Treska osunie się na ciemię i rzęsa odlepi od gałki, jak siatkówka. Podrapię się i pod paznokciami znajdę krew. Nie wstanę. Kiedy już wyrzucę z siebie śmieci, ciężar spadnie do zera i nic nie zostanie po mnie. Bo to, co ciąży, cieszy. A reszty po prostu nie ma. Bezwiednie surfuję po internecie i znajduję kolejne ślady. Pochylam głowę i wypijam kolejne kałuże. A kiedy świat staje w gardle i śni się ciężko. Mam okres. Płaczę. Nie mam. Płaczę.

ISABELA POLARNY ✖

fzp2.indd 17

2012-02-26 21:11:51


Wanda L ✖ LODZIA

WANDA L / LODZIA Lodzia Korbas. 26 lat, metr 65 wzrostu, kobieta, nieródka. Bezpłodna, mimo oszukańczo dużego biustu. Cera blada, ale dlatego, że nieopalona; włosy blond, ale dlatego, że farbowane. Bałagan w nosie, rzęsy w nieładzie, fizjonomia ogólnie przetrącona. Trzecie piętro kamienicy. Lodzia nie zna się na architekturze, może być przedwojenna albo powojenna. W mieszkaniu kuchnia, łazienka, dwa pokoje, itd., itp., w kuchni stół, przy stole krzesła, na stole cerata w wyblakłe słoneczniki. Cukiernica pełna pozlepianego cukru. W cukiernicy łyżeczka obciążona białą skamieliną. Oprócz tego na stole zapałki, gumka recepturka, 35 groszy. 20stka, 10tka, dwie dwójki i grosz. Grosz jest zmurszały, zielonkawy. Do brzegów wygrawerowanej jedynki przylegają molekuły naskórka wielu osób. Niektóre z nich już pewnie nie żyją, bo moneta pochodzi z 2002 roku, to już seniorka. Lodzia zdejmuje spodnie, kładzie na stół reklamówkę wypchaną produktami z ostatniego chyba w mieście spożywczaka: bułki, świeże jaja, mleko, ćwiartka cytrynówki oraz nowość, która nie będzie miała okazji się zestarzeć ani przeterminować: płatki śniadaniowe Emo, nadmuchiwana pszenica w kształcie żyletek. Gratis doklejana grzywka, do odgarniania z czoła. Lodzia leje olej na tłustą jeszcze od poprzedniego smażenia patelnię, syk gazu, trzask pękającego jajka, skwierczenie ścinającego się białka. Zapach jajecznicy. Bez cebuli, bo nie starczyło jej pieniędzy. Drożyzna. Za oknem słońce, ale słabo się przedziera przez brudne firanki i wciąż zaciągnięte zasłony. Po odsłonięciu wciąż zdaje się Lodzi, jakby zasłony miała powieszone i od zewnętrznej strony okna. Podwójna warstwa zasłon, pomiędzy nimi szyba, okienna kanapka. Czyli coś jest nie tak, jest dużo pyłu. Jest za dużo pyłu. Jest hałas. Rozbierają dom po drugiej stronie ulicy. Dziwne, bo dopiero go postawili. Szkoda cegieł i w ogóle budulca. Może dlatego go rozbierają. Może jeszcze dlatego, że za bardzo odbijał światło. Świecił w oczy jak słońce, strach było przez okno wyjrzeć. No. To dlatego tak zapuściła firanki, zapomniała. Żeby chociaż trochę ulgi było dla oczu, kiedy nie ma rolet. Sonia to ma dobre rolety. Zaciąga i jest noc w ciągu dnia. Zawsze ma je zaciągnięte. Może popsute. Otwiera okno. Chlapie sobie w gardło wódką. To jest piękny poranek. Do kuchni wpadają kilogramy żelaznego hałasu emitowanego przez buldożery i wycofujące się w popłochu żurawie, które ledwo ukończyły pracę. Dźwięk szczelnie wypełnia kuchnię i uszy Lodzi. Do oczu wpada kurz i pył. Śmierdzi gruzem. Lodzia wyjmuje z torby vilię i robi zdjęcie. Pojawia się w niej reporterskie zacięcie. Włosy powiewają jej w kadrze, więc związuje je gumką recepturką ojca, pomna późniejszych zmagań z jej usuwaniem. To co dzieje się w mieście, jest dla Lodzi bardzo inspirujące, wypstrykuje już drugą kliszę. Od wczoraj. Dzwoni komórka polifoniczną wersją zabytkowych telefonów. Lodzia poprawia cytrynówką, by odebrać. Zwłaszcza, że to ojciec. Czyli, że nie ma go w domu, czego nie zauważyła. co? no. nic nie robię, jem, będę jadła. e, nie wiem. wiem, nie mogłam, matki też nie było? jezu, tego nie umiesz napisać? ci podyktuję. właśnie nie wiem, same dziury po sklepach, dziury w chodniku, wybrakowany bruk tak to za oknem burzą tam blok wiem nie wiem i tak przyjadę nie gadałam z nią jak znajdę mówię, że w sklepach

fzp2.indd 18

2012-02-26 21:11:51


Wanda L ✖ LODZIA

brak tak. a matka gdzie? na działkę? no jasne… dzisiaj nocuję u koleżanki. jutro tak. tak, no pa. Zapach przypalonej jajecznicy. Trucht po kuchennym linoleum. Obślizgłe pacnięcie jajek na talerz. Purchawkowaty dźwięk resztek keczupu wytrząsanego z butelki. Zgrzyt sztućców o szkło. Mlaszcząca konfrontacja języka ze ściętym jajkiem. Drażnienie kubków smakowych, ostrych i słonych. Znalazła w końcu jeden otwarty sklep, zaraz przy bramie. Oczywiście w takich to mają drogo, a teraz to jeszcze wszystko podrożało podwójnie. Ale kolejka jakby za darmo rozdawali. Będzie musiała pojechać do ojca na działkę, pożyczyć jakąś kasę. Sobie wymyślił wabik. Albo jak matka wróci z pracy, to się ją poprosi. Nie może znaleźć pracy, po sklepach roznosiłaby cv, ale panuje raczej bezrobocie. Raczej brak punktów handlowo-usługowych. Trzeba się wynieść stąd i od starych też, już czas. Jest zła. Nie najadła się. Rozrywa foliowe opakowanie płatków. Po kuchni niesie się chrupanie kompatybilne z wciąż nieustającym burczeniem w brzuchu. Lodzia Korbas poprawia majtki w świąteczne ozdóbki, podchodzi do brudnej szyby i przymierza dołączoną do płatków grzywkę. Jakość odbicia niska. Ale i tak nieźle. Ciekawe co na to Kroin. Puszcza zalotnie oko, ale umie puszczać tylko tym okiem które zakrywa grzywka, więc nic nie widać. Wzdycha. Bo Lodzia jest zakochana. Tym bardziej więc podchodzi do kredensu, przeszukuje wszystkie szafki, w poszukiwaniu produktów zdatnych do spożycia. Znajduje zaropiałe ananasy w puszce i marynowane ogórki. Pieczywo dietetyczne, programowo czerstwe. No proszę, jest resztka chleba nawet, matka chyba coś wczoraj gotowała, trzeba było od razu zajrzeć do garów. Wszystko niezwłocznie konsumuje. Jest teraz bardzo ciężka, niezdatna do ruchu. Jest zakochana. Podchodzi do okna, żeby jeszcze trochę sobie popatrzeć. Przez zburzoną przednią fasadę zieją jamy klatek schodowych. Po prawej stronie, poprzecinane żebrami podłóg i sufitów w jednym, mieni się pozioma mozaika pokoi. Parter i pierwsze piętro są białe. Dalej ludzie mają więcej fantazji i w całości prezentuje się to jako blado-sino-koperkowy róż. Lodzia opiera czoło o szybę, jedzenie uderza jej do głowy, członki robią się wiotkie, dopada ją omdlewająca niemoc i błogie ciepło biegnące od żołądka. Odbija jej się ananasem. Jednak jeszcze na chwilę przysiądzie, najlepiej w swoim pokoju, a że tam nie ma fotela, to chyba na łóżko. Dawno tam nie była. Wszystko stoi i leży, tak jak zostawiła ostatnio. Oprócz biurka. Tam ojciec rozpoczął panowanie ze swoimi słojami o różnym stopniu zapleśnienia. Nawet fajne to. Ale łóżko posłane, widać matka nie mogła wytrzymać. Lodzia rzuca swym ciężarem o miękką pierzynę. W odpowiedzi witają ją sprężyny i huk walącej się wieży czasopism i kolorowych magazynów, w którą przypadkiem trafiła plecakiem. Jak dobrze. Przez półprzymknięte oczy obserwuje nieregularny deseń tapety w odcieniach na różne sposoby przyrządzonego łososia. Spomiędzy wzorków wyłania się kształt Adriatyku. Przypomina pochylony profil kobiecy z upiętym ogromem włosów. Zauważyła to na globusie, już w dzieciństwie. I teraz to widać na tapecie. Tyle razy już ją oglądała, ale to widzi po raz pierwszy. Potem przychodzi turbulentny sen, pełen sztormów i niepokoju. A potem do pokoju wchodzi matka, wciąż dźwigając wyładowane żarciem siatki. Ciekawe gdzie polowała.

fzp2.indd 19

2012-02-26 21:11:51


ANDRZEJ BITELOW

#

ANDRZEJ BITELOW Policja z dziwnej planety w układzie Hamona chciała złapać małego dilera żelaznych meteorytów na posiadaniu tego nielegalnego środka. Igrali ze sobą w kota i myszkę około 3 lat świetlnych, diler Hulipa był sprytny, ko

pał przed sobą worek z żelaznymi meteorytami. Można go było złapać tylko w chwili dotknięcia stopy z wor-

kiem, wtedy tylko go posiadał. Niestety nogi Hulipy były cholernie szybkie, najszybsze na tej planecie. Sprowadzono posiłki z zaprzyjaźnionej, opóźnionej planety zwanej Ziemią. Władcy ziemscy nie lubili układu Hamona, wiec wysłali najgorszych kryminalistów jako posiłki. Kryminaliści szybko uzależnili się od żelaznych meteorytów i błagali Hulipę żeby codziennie dokopywał im trochę towaru. Policja jednak była sprytniejsza i zaproponowała kryminalistom więcej żelaznych meteorytów, mieli tylko oblać nogę Hulipy klejem z orbity Hlal. Zrobili to pocąc się na głodzie żelaznych meteorytów, a Hulipa został skazany za posiadanie i wysłany na Ziemię. Podobno dorobił się podczas prohibicji w Stanach Zjednoczonych. Sprzedawał dobrą gorzałę, jak kiedyś żelazne meteoryty, sam nie pił, nie lubił ognistego smaku.

ISABELA POLARNY ✖

fzp2.indd 20

2012-02-26 21:11:52


ANDRZEJ BITELOW ✖ *

ANDRZEJ BITELOW Chłopczyk, sierota Villas Futenhaim z Estonii wychowywał się w domu dziecka.

Pani dyrektorka przekazała mu w dniu jego 12 urodzin kasetę, mówiąc, że to jedyna pamiątka po jego rodzicach. Jego rodzice zginęli jako jedyni Ziemianie w tak zwanej Marsjańskiej Jatce, był to międzygalaktyczny konkurs siłowania się na rękę. Były tam jednak takie potwory jak Murbo, który niechcący jednym palcem zabił połowę występujących. Murbo przepraszał na łamach lokalnych estońskich gazet, Villas jednak nie do końca mu wybaczył. Chciał zniszczyć potwora, był na niego tak cięty, że nie można było przy nim nawet wymieniać jego imienia. Raz pobił dwóch sportowców z Łotwy, ponieważ lekko zadrwili z historii o Marsjańskiej Jatce. Villasowi jednak nigdy nie udało się zniszczyć wroga, który postanowił osiedlić się na ziemi i handlować kosiarkami. Co ciekawe, na kasecie Villasa jedynym nagraniem była krótka amerykańska reklama nowej kosiarki. Długimi bezsennymi nocami zastanawiał się, co to może znaczyć. Czy rodzicie przed wyjazdem na Marsjańską Jatkę wiedzieli, że zginą od ręki potężnego Murba? Villas postanowił skonstruować swoją kosiarkę, nazwał ją „Hedonistą Traw”; była to lepsza kosiarka, niż te które sprzedawał Murbo. Konkurowali ze sobą w klasyfikacjach sprzedaży, kosiarki Villasa były nawet eksportowane do zaprzyjaźnionej Łotwy. W końcu powieści następuje pojednanie, Murbo proponuje Villasowi odrabianie pańszczyzny, raz w tygodniu zamyka swój zakład i pracuje za darmo u Villasa. Była to środa, dzień pańszczyzny, Murbo zakasał swoje wielkie rękawy i ruszył rzęsko naprawić kilka zepsutych spalinowców.

fzp2.indd 21

2012-02-26 21:11:52


Wiktor Muszyński

#

ÓSMA

WIKTOR MUSZYŃSKI

óSMA

Wygląda na to, że szczudła całego tego dorosłego życia sypią ci się od zaczynania w kółko. Masz co

jakiś czas takie jazdy na niszczenie swoich własnych inspiracji, klejenie się inną porą. Tego czasu zawsze brakuje, i tak zadłużonego czy pożyczonego. Założonego w zastaw, jak w Monopoly, ty grałeś tylko w podróby. To przeogromne nadużywanie fizyki, cierpliwości i zasobów ziemskiego klocka. A potem i tak jakoś giniesz, coś cię potrąca, nawet za bardzo nie wiesz, kolor raczej ciemny. Na końcu tego wszystkiego giniesz nie spłacając kwitu z wydania się w formacie degradowalnym. Tak się czasem kiepsko dzieje, zostają jakieś wspomnienia, dziewczyny trochę płaczą, nikt nic nie mówi, bo na świeżo; mija parę dni, może miesiąc, i znów tryb świąt, szkoły, jedna po drugiej syreny przestają myśleć o tobie mówić.

Suma sumarum to zatrważające, że najbardziej nawet ekstremalnie desperackim domaganiem się aten-

cji, cięciem, pruciem, kłuciem, biciem i kopaniem, zabiciem, darciem gęby, płaczem, a nawet usilnym radzeniem sobie i nie przepuszczaniem dramatu, nie potrafisz wywołać tej trwałości pustki u całego dookoła. Zresztą nie życzyłbyś jej nikomu; wolałbyś, żeby tak teraz, jak i w czasie już piszącym się bez ciebie, było raczej spoko. Z drugiej strony, to jednak mocno przesterowuje, że zaczyna się twój brak, a świat obojętnieje. I jako system kapitalistyczny, któremu wali zarówno twoja bezczynność, jak i produktywność; i jako system społeczny, który nawet za życia daje ci odczuć, że ma wywalone na twoje bycie lub nie, że są fajniejsi goście, że ładniejsi, to oczywiste. To są bardzo smutne sprawy, a pisząc o nich tak, jak gdybyś na nich leżał, przydajesz im cech bezosobowego bełtu.

Z drugiej strony czytasz codziennie o tych ciałach, w Somalii wojna i klęska głodu, w Austrii nazizm

w domach dziecka, tych ze statku nie chcieli wpuścić do Włoch i poumierali z głodu. I to gdzie, Morze Śródziemne, Europa, kraina Locke’a i Marksa, kraina praw człowieka i angelologii. Ojcowie założyciele twojego myślenia, ojcowie założyciele empatii, znowu płakać chyba, w sumie tylko tyle można. Nawet za bardzo przystać na tych tematach nie sposób, zagłady się jedynie akcentuje. A ty kończysz studia i nic nie wiesz o niczym, masz 25 lat i nic nie ogarnięte, uczysz się, wylatuje, piszesz, nie kończysz, siadasz z pomysłem, żeby załadować w jakąś formę, wychodzi coś innego.

Pytanie jak się pisze takie rzeczy, żeby nie były zbyt ciemne, żeby nieszczelne. Może się jednak nada-

jesz do literatury naukowej, może ją po prostu gnieciesz za bardzo, ale to dlatego, że jest chyba materiałowo ważniejsza, formy w formach albo wszystko jest treścią, razem z formą. A nie ma czasu na cały ten klon wspaniałych tekstów, skoro czas i tak jest pod zastaw. Chciałbyś, żeby ciebie też przeczytali i coś więcej w tobie lubili, żeby ona przeczytała, ona, której wydaje się, że nie o niej piszesz; która to widzi, skleja litery od niechcenia, jakby z obowiązku, a i tak nie ma do niej drogi z niewyparzonością i rudziejącymi włosami.

Otwiera się jakaś opcja możnościowa, hipotetyczna; coś w stylu, że się zabijasz, coś tam sobie robisz,

pokażesz im, że mogli, ale zawalili, twoją taką fajną możliwość wysupłali na lewo. Wiesz, że wszyscy czytają

fzp2.indd 22

2012-02-26 21:11:52


umarłych, przyznaj, że też tak masz, jakbyś już tu normalnie więdł od nieodzewu. Tylko tobie za szybko dzwoni kompresor, sprowadza peak do poziomu, stosunek trzy do jeden, krótki atak i tak dalej. Przychodzą inne strategie, inne radzenia sobie; walisz fejsa, przywracasz, zakładasz bloga, pijesz, długo nie pijesz, wywalasz kompa, zmieniasz koszule, kupujesz sobie jakieś pierdoły, coś tam zapuszczasz, coś golisz, przekłuwasz sobie uszy, robisz tatuaż, jesz dobry obiad, zmieniasz tapetę na pieski, próbujesz wypluwać jakieś pisanie, nic nie kończysz, nie jesz mięsa, łazisz po mieście, przeziębiasz się, idziesz do lekarza, czekasz po tych okropnych korytarzach.

Nie ma nic gorszego na świecie niż te przychodnie. Na stoliku stos zruloniałych gazet, na stoliku jest

jeszcze dwa tysiące szósty; dopiero ujawniają, że Guantanamo, a może to ty tam byłeś, tylko nie pamiętasz, może to ty jesteś Arabem tej Ameryki, jaką jest Polska. Wszystko z panem w porządku, powtarzać, przeczytać, podpisać, plecy trochę krzywe. I te błyszczące ściany, to się chyba nazywa seledyn, gawędki w kolejce, a pani co była za winklem podpiernicza ci gazetę. Akurat o Guantanamo byś poczytał. Idziesz do domu i znów łapiesz się na tym, że chodzisz wszędzie z buta, trampy masz starte jak cyc Julii, przeziębienie wali ci na głowę, znów leżysz w łóżku, lejesz na zajęcia, dzieje ci się wszystko co najzwyklejsze. I dalej próbujesz od nowa z wymyślaniem siebie, jesteś totalnie nieważny, nie czytasz już nic, czekasz aż ona w końcu się popatrzy.

Zdrowiejesz i bierzesz się w garść, znów nowe rzeczy, nowe sklepy, nowe knajpy, stare gry na kompa,

alternatywna odzież, rzeczy z drugiej ręki, tajne skróty, poboczne labirynty, znów jesteś jak kiedyś, od załatwiania, robisz się na maczo, robisz się na pierdołę. Nie zmienia to nic, piszesz, postujesz, jesteś zabawny, jesteś szarmancki, upijasz się, rzygasz, jednym wieczorem robisz syf za całe się staranie. Horyzonty się poszerzają aż do metafizycznej pustki, jesteś tak cholernie lewostronny, tak libertariański, tak obrzydliwie tolerancyjny, aż wzrusza cię naiwna i dziecięca narracja religijna, aż jesteś bezmyślny w swoim guście ideowym, dajesz się bawić atawizmom, pozwalasz znienawidzonej tradycji ci się podobać, bo to takie ładne i normalne i takie już nie wyskokowe. Święta z rodziną, prezenty, telewizja, wyżera, kto z kumpli mniej dostał, ten fajniejszy, klasyka, bądź naturalny, doceniaj byle co, może ona to lubi.

A dalej już tylko śnią się zagłady, za ciemno w tych pięciominutowych snach, nie można się wyspać

od bycia zbyt domowym, powrót idioty, plany na stare lata, żeby okazjonalnie tylko zawracać sobie tyłek. Bo nagle znowu mamy stary rok, nawet się nie najebałeś jakoś specjalnie, leżysz walnięty na różowym kocu, pióra, cekiny, przebrany za byle gówno z makijażem, nigdy nie będziesz na nią patrzył normalnie. Dłużej jak parę godzin musicie przebywać w jednym miejscu i wraca chwianie się, jakieś spadanie, jakieś wizje miejsc bez ratunku. Boli głowa, ale ciągle nie przelicza się na wypite. Kaszlesz mimowolnie, zimno jak twardo, wycierasz nos w gacie. Rozdrapujesz powieki, górnymi zębami drapiesz się po języku, moczysz włosy w podłodze, po staremu najpierw się z nikim nie zgadzasz, a potem wstajesz z ziemi.

fzp2.indd 23

2012-02-26 21:11:53


ISABELA POLARNY ✖

fzp2.indd 24

2012-02-26 21:11:53


DOMINIK RITSZEL ✖ NAJGORSZE2010 CZĘŚĆ2

DOMINIK RITSZEL ✖ NAJGORSZE2010 cz.2

Jest pierwszą, która przechodzi obok mnie. Tylko siedzę na murku i czekam. Nogi kończą się u niej pra-

wie przy pępku, zwężają się i trą w lepkim pocie. Długimi krokami zaciera się pomiędzy udami i mruży oczy. Zaraz po niej nadchodzi nieco niższa, chłopięco niewinna, krótkowłosa z wydętym tyłkiem i dyndającymi piersiami. Jej krzywy nos, zwłaszcza w profilowym ujęciu, czyni twarz beznadziejną. Rzuca szybkie, krótkie cześć. Podoba mi się jej nieśmiały uśmiech, więcej w nim ścierania zębów i obgryzionego języka, niż intonowanej życzliwości. Gnam jeszcze wzrokiem po jej niknących we mgle, luzem puszczonych półdupkach. Najmniejsza z nich wszystkich wchodzi w kadr. Drobna, niewielka, krucha i czysta. Wydaję się przejęta wszystkim co ją otacza. Idzie spięta, śledząc wyryte w chodniku linie i psie kupy. Idę za nimi, jestem czwartym z nich. Na końcu szczurzego ogona. Ich dupy tworzą jakąś muzykę, nadają takt mojej nowej nucie. Ostatnia z nich mnie odurza. Ale chciałbym mieć je wszystkie. Nie potrafię się zdecydować. Kroczę teraz spokojnie, idą równo jak przygłupawe gęsi. “Gdzie idziecie?!” krzyczę. Obraca się ostatnia, niewinna z zagubioną, pełną dezaprobaty miną. Patrzę na nią jak się świeci i lśni. Gwiazdeczka. Cała jest ubita w swoim lateksowym worku. Z buzi wystają jej dwa wielkie kły i dam się jej zjeść, oddam jej swoje udo, policzek, niech wgryzie mi się w pierś. Żryj! Odgryź mi wargi, wysącz krew, spuść ją ze mnie ciurkiem, niech się leje. Próbuję ją rozśmieszyć i znowu spojrzeć w jej dziurę. Jest moją słodką próchnicą. Zgniły mi usta, a policzki wyżarły pijawki. Nosze się z mięsnym uśmiechem na twarzy pełnej euforii i nadziei. Moja piękna epidemia z owocowymi larwami w trzewiach.

Siedzimy obok siebie i nikt z nas nie oczekuje, że może być lepiej. Kiwa się naga żarówka z dwiema

leniwymi ćmami na kacu. Jest tak romantycznie. Ciągle zastanawiam się czy przywiodła mnie do niej nuda, czy strach. Podtrzymujemy sobie głowy, jakby miały zaraz się odkręcić i odpaść. Wrzynam sobie palce w skronie, pulsuje mi cały mózg, w uszach czuję te samo dudnienie, kiedy zbyt głęboko wsadzam sobie patyczki. Kompletna cisza, uszy zatkane żółtym woskiem. Wszystko zaraz wybuchnie, moja głowa i wszystko dookoła. Ale jeśli by tak się stało, nic nie słyszałem, o niczym nie wiedziałem. Mogliście mi przypominać o tym, ale nie słyszałem was. Nie było już żadnych pisków, wzdychań, pochwał, kawałów o Żydach, nie było Antona Weberna, Gustava Mahlera ani Rachmanidoffa. Pulsuje mi tak w czubie do dzisiaj i jedyne, czego chcę to wielkiego, czerwonego, grzybiastego wybuchu. Razem z nimi. Z dynamitem między uchem, stanąć w kolejce po chleb i wzbić się w różowe tumany kurzu.

fzp2.indd 25

2012-02-26 21:11:53


DOMINIK RITSZEL ✖ NAJGORSZE2010

ISABELA POLARNY ✖

CZĘŚĆ 2

Zawsze wyobrażam sobie najgorsze, bo chcę się miło zaskoczyć. Wyobrażam sobie własną śmierć, śmierć

matki, ojca, brata przejeżdzanego przez tramwaj, psa kopanego w ogródku razem z kartoflami i truskawkami. Mdłości, to samo uczucie bezradności wobec purpurowego, lepkiego, zaropiałego, bezkształtnego ciała. Tych wszystkich nadętych, silikonowych sutków i wygolonych szparek.

Na koncercie Antona Weberna odbywa się muzyczne uśmiercenie orkiestry. Wszyscy zwariowali, roz-

darli struny, wyrwali klawisze, zatkali ustniki. W płaczu czekają tylko, aż się skończy, aż ucichną te zgrzyty, aż wypłynie energia, aż zapali się i spłonie cały podest, pozłacane filary, czerwone dywany, oni sami z czarnymi frakami, prześwitującymi halkami, koronkową bielizną. Aż ich polakierowane włosy zaiskrzą się, topiąc brązowe maseczki, pudrowane noski, wyszminkowane usta, razem z ich utajonymi wągrami i pryszczami, odstającymi uszami, wyrysowanymi brwiami, srebrnymi sygnetami. Widziałem jak płoną i grają. Niech grają. W połowie utworu wyszczerzyła się do mnie ze swoimi wapiennymi zębami; rozciągając wąskie usta, mrużąc powieki, z uniesioną głową i wygiętym torsem, usadawiając dupę na miękkim, siedzeniu. Słodka whisky, paczka marlboro, cztery piwa i frytki zionęły jej z gardła. Wszystko za moje pieniądze, plus bilet. Zbliżyłem się w niepamięci. Poczułem ucisk w klatce piersiowej i wszystko skoncentrowało się na niej. To raczej kolejne stadium, w którym od żalu przeszedłem w lęk i trwogę. To niekończący się, traumatyczny bieg wydarzeń na pochyłej osi czasu, bez dat i wieków, bez wygranych bitew, bez odpadających głów, bez konstytucji i niepodległości, nieustający regres, z bezsensownym układem gwiazd. Nie mam siły się już prosić i dziękować, maczać dłonie w zwietrzałej wodzie ze smalcem i smakować mdłe opłatki. Wstawać, siadać, klękać, kurwa, w nieskończoność przekazywać sobie znak pokoju. I łamać sobie nogi w pozycji lotosu też nie mam ochoty, ani gimnastykować się rano, w południe i w środku nocy. Mogą sobie zmartwychwstawać z urwanymi kończynami, owrzodzonymi jelitami i obgryzionymi paznokciami. Nie chcę trafić w grono napalonych, wysmarowanych olejkami, żywicą, pedofilów, gwałcicieli, metropedałów, samobójców, frustratów, nieudaczków, prezydentów, wypchanych nastolatek, dziurawych dziwek. Nie chcę odżyć w skórze wróbla, gołębia albo pchły. Jeśli wierzę, że za kilka dni znowu wgryzą się we mnie dwa długie kły, to na pewno ze strachu. Niech mnie szarpią. Jeśli szarpać mogą tak, jak szarpie się tłuste udko curry, jak ssie się królicze uszka, obgryza świński ogonek albo rozpłata różowego kraba. Niech szarpią. Tego typu szczęście, które jeszcze mi się nie ziściło, ale trzyma mnie mocno za kark, z metalowymi obcęgami w zębach, to być może jedyne, jakiego potrzebuję. Jeśli dawałoby mi tą pewność, karmiło obietni-

fzp2.indd 26

2012-02-26 21:11:53


DOMINIK RITSZEL ✖ NAJGORSZE2010 CZĘŚĆ 2

cami i czułymi szeptami, mógłbym zagryzać i połykać ten metaliczny posmak, kruszyć sobie zęby. Wierzgałbym i podskakiwał na tylnich nogach, charczał wypluwając w górę gęstą ślinę, prosto w ciebie, ty wredny chuju, wszystko przez ciebie! Mógłbym to robić, mógłbym w to wszystko uwierzyć, o ile nagle o wszystkim nie zapomnę i nie przerazi mnie następny poranek, ciągłość, miałkość spotkania, pękające głowy. Może po prostu do niej zadzwonię, napiszę list na maszynie, wyślę gołębiem, ujadę mustanga i zagalopuję przed jej okno wyśpiewując Ave Maria.

Sekwencja płynie teraz z łososiami. Hemingway wszystkie wyławia. Pożera epileptycznego łososia.

Wyłuskanego, słonego, wilgotnego łososia. Później strzeli sobie w łeb. Myślę dokładnie o tym samym. Powiedziała mi jasnowłosa, skurczona w  pasie dziewczyna, że jest już za późno, że zbyt długo zwlekałem. Cierpię na poważną dolegliwość, która nie daje mi spać po nocach, co więcej, nie daje mi żyć w dzień. Kompleks spóźnionego samobójstwa to po prostu błędy przeszłości, niedokończone sprawy. Coraz częściej znajduję się w sytuacji przewidywalnej i oczywistej, której nic nie jest w stanie zmienić. Rzeczywiście miała rację. Jest już za późno. Miałem się rzucić z okna w drugiej podstawówki, posunąć kuchennym nożem po żyłach lewej ręki. Zawsze jednak ktoś nade mną czuwał. Pojawiał się w fusach po kawie, płatkach, w chmurach, w muszli klozetowej, w zgaszonym telewizorze i w snach. Był wszędzie, z cygarem w brodatych ustach, puszczający do mnie oczko z błyskającą gwiazdką. Już idę, lecę do ciebie! Nic tu dla mnie nie ma. Zobacz, jak siadają na swoich miejscach, będą to robić przez następne 7 lat. Siadać w tych samych ławkach, rozgrzewać drewniane krzesła. Odparowywać swoje gładkie dupki, wyżynać w ławkach kutasy i zakochane poezje. Czekam na jakiś transport, na dorożkę z pegazami albo czarodziejską chmurkę. Koniec z PKSem. Basta.

Kiedy jest już trochę pusto i robi się nudno, gra mi Moonlight Sonata do snu, wpadam w długą śpiączkę.

Śnię sobie wszystkimi siłami o dużych, wygranych walkach z Indianami i o piastowskiej krwi. Nade mną stoi brudny szaman, smaruje mnie maściami i olejkami i pluje mi do ucha o nosorożcach i antylopach. Kiedy myślę o antylopach i nosorożcach, chce mi się płakać. Czemu antylopy uciekają? Wielkie rogi powoli opuszczają się w dół, wrzynając w ziemię. Nie wiadomo co się urodzi. Wszyscy chcieliby jeszcze jednego świętego, ale mi się wydaje, że będzie to kolejna kapusta z niewypałem.

fzp2.indd 27

Gdy się budzę, siadam na krześle i wpatruję w sufit. Lubię ciszę i zduszone dźwięki. Kiedy chce mi

2012-02-26 21:11:53


DOMINIK RITSZEL ✖ NAJGORSZE2010 CZĘŚĆ 2

się sikać, wylewam się w korytarzu, zalewając sąsiadom drzwi. Minuta jest długa i nieprzyjazna. Licząc każdą sekundę, przy trzydziestej siódmej wpadam w lekką depresję. Nie może to trwać aż tak długo. Moja towarzyszka chrapie obok mnie. Obejmuje ją wtedy, nachylam się i wdycham zapach z jej ust. Rano zawsze wstaje pierwsza i robi mi szybko kawę. Chce, żebym szybko się przebudził. Nie przepadam raczej za zapachem kawy, ani jej smakiem, wolę raczej ból wątroby i gwizdanie w płucach. Nigdy nie wstaję od razu. Sporo leżę. Lubię białe sufity. Gdy jest ciemno i wpatruję się w nie wystarczająco długo, na górze zaczynają zbierać się kropeczki, które tworzą później animowane spadające kwiaty o czterech listkach, o białych i różowych odcieniach. Jeśli przykryje się wystarczająco dobrze kołdrą, tak, aby światło nie wpadało do środka, potrafię śnić dalej. Śnią mi się wtedy inne rzeczy. Zapominam o szamanie, nosorożcach i antylopach. Tych snów nigdy nie potrafię sobie przypomnieć. Wytrzymuję tak kilka minut. Zapach pod kołdrą jest nieznośny. To samo dzieje się kiedy podduszam się poduszką. Zawsze jest wilgotna i po tygodniu śmierdzi niedomytą gębą. Jak zawsze wpycha mi kawę do łóżka. Obleje ją kiedyś wrzątkiem i wciągnę do siebie na materac. Będę ją szprycował ryżową herbatą i sucharkami. Na ramieniu osiadł mi biały orzeł, a u stóp czarny kojot. Tak mnie wychowano, wśród bambusowych fletów i oparów palonych świń. Sram na ludzi z wysokich żołędzi i podcieram się herbacianymi różami.

Ten wieczór odchoruję i wyleżę. Muszę się pozbyć tej nieustającej migreny, tego ołowianego implantu.

Wkładam sobie szybko słuchawki do uszu, żeby wszystko uciszyć. Gra Gustav Mahler. Później melodramatyczny Edek Elgar. To czas zmian. Niech się zmienia. Wgryzajcie się we mnie we śnie. Dam się zjeść. Pozbędę się tych marnych 21 gramów.

Odpadam już powoli. Odklejam się od płaskiej ściany, jak pacnięta mucha na szybie, osuwam się na

marmurowy parapet, ciągnąc za sobą żółty szlam. Tonąc nie chwycę się żadnej brzytwy. Utopię się w słonej w wodzie, puszczając pawia nie dosięgnąwszy dna. Wolałbym skakać i lecieć wysoko. Spadać, im dłużej, tym lepiej. Kwintując krwistym plackiem na głównej drodze na Wawel. Dosyć już ratunków. Nie ratują już psychomędrcy w swoich gabinetach, podróże na obczyznę, zakompleksieni przyjaciele, matczyne czułości, ojcowskie lamenty, męskie rozmowy o pochwach, erekcjach i niedojrzałej, przeźroczystej spermie, facebook, martwy pies, telefon babci o 19.00, dźwięk pstrykającej myszki, różowa ściana z mojego okna, śliwkowy tytoń, upierdliwy sąsiad, ani śpiew jego papugi. Wszystko to puszczam przez swój układ trawienny, obracając w miękką papkę, wszystko zakopuję pod stertą chwastów, pozbywam się wszystkiego, co czyni mnie niespokojnym, daje nadzieję, daje niemrawy uśmiech, kopie w dupę, karze czekać, prosi o przysługi, pożyczki, o wierność.

fzp2.indd 28

2012-02-26 21:11:53


KTRZN JNT ✖ KREF

fzp2.indd 29

*

2012-02-26 21:11:57


Wanda L ✖ HENRYK

WANDA L - HENRYK Henryk Korbas urzęduje w dużym pokoju, tak zwanym salonie. Można to tak nazwać, to prawda. Rzadko kto tam wchodzi, żeby mu nie przeszkadzać, ale też trzeba wiedzieć jak do tego pokoju wejść, a to już tylko on wie, stąd rządy absolutne. Nad każdym meblem, krzesłem. Nad stołem. To jest jego największe i najsmutniejsze osiągnięcie. Bo jednak przy stole siadali kiedyś wszyscy. To znaczy oprócz niego też dziewczyny siadały. A teraz Halina w ogóle nie wchodzi do salonu, a Lodzia nawet do domu nie wchodzi. Nawet jak jest, to nie daje po sobie poznać. Kiedyś przychodziła na imieniny, nawet w pokoju siadała z nim, ale teraz nie wyprawia się już imienin, bo nie ma miejsca. Chociaż Henryk co roku z okazji imienin robi sobie tak zwaną sałatkę imieninową. Kiedyś robiła ją Halina, jak jeszcze było dla kogo, jak przychodzili goście. Ale to nie jest trudna rzecz. Henryk tak: kroi to, co ma w lodówce; jak nie ma wystarczająco, to dokupuje warzywa, gotuje i też kroi; wrzuca. Sekretem sałatki jest pół słoika majonezu na koniec i jest: sałatka jarzynowa. Co roku ją robi. Siada przy stole, otoczony przez swoje kolekcje i rytualnie spożywa, życząc sobie wszystkiego najlepszego z okazji imienin. Dookoła niego – na stole – słoiki i gazety. W słoikach hoduje kurz. Nie zaczął tego robić celowo. Po prostu w końcu się zakurzyły. By Halina widziała! Warstewka liczyła sobie około pół milimetra, kiedy Korbas zdecydował się na hodowlę. Po prostu jest ciekaw co będzie dalej. Czy kurz wypełni cały słoik. A jeśli tak, to czy będzie się gromadził też nad słoikiem. I czy zacznie z niego wypadać. I ile czasu na to potrzeba? Ma jeden słoik po ćwikle, który ewidentnie przoduje, dwa milimetry; potem po ogórkach konserwowych jest na drugim miejscu, bo pół; a potem długo, długo nic i wyjątkowo zakurzony jest jeden mały, nie wiadomo po czym. To są takie wyścigi niezobowiązujące. Najchętniej Henryk zaproponowałby Halinie zakłady, takie jakby bukmacherskie, ale nie za pieniądze, tak na czysto, za honor. Żeby obstawiali który słoik wygra. Ale Halina by tego nie zrozumiała, ona by te słoiki w ogóle wyrzuciła. Najgorsze, że – teraz już nie – ale kiedyś to chciała odkurzać. Wchodziła do pokoju z odkurzaczem i chciała go włączać, ale nie dało się nim wjechać, bo nie było miejsca. To Henryk wstrzymywał oddech, bo wtedy gorzej się słyszy; odczekiwał jej krzyki i dalej segregował na przykład gumki. Średnicami. Zaczęło się od tego, że Halina przynosiła gumki recepturki z rynku, na przykład był nimi przewiązany szczypiorek czy co tam. Włoszczyzna. To to się zostawiało, bo może się przydać. A potem okazało się, że takich gumek pełno jest w różnych rozmiarach i kolorach, to Henryk zaczął zbierać jeszcze bardziej niż Halina. Potem ona mu oddała swoje zbiory, albo sam wziął, przestało jej zależeć. Miała ich trochę. Głównie brudne i bardzo stare. Nie z rynku nawet, tylko chyba po swoich rodzicach jeszcze. Henryk lubi układać z nich takie cebulki. Najmniejsza idzie w środek, potem coraz większe i coraz. Nie wie, którą wolałby najbardziej być. Jedną ze środkowych gumek, bo jest raczej towarzyski. Lodzia jest taką pośrodku gumką. A Halina jest ostatnią warstwą gumek, na samym wierzchu. Nieważne jak obszerne zrobiłby cebulki. Halina jest zawsze wierzchnia. Sama się odrywa. Pęka. Nie da się jej zatrzymać.

fzp2.indd 30

2012-02-26 21:11:58


Agony Aunt ✖ Alient

fzp2.indd 31

2012-02-26 21:11:58


fzp2.indd 32

2012-02-26 21:12:02


fzp2.indd 33

2012-02-26 21:12:08


wersja full interakktiv ---------> http://szol.liternet.pl/tekst/ars-electronica-rmx-vol-1

fzp2.indd 34

2012-02-26 21:12:11


JOANNA PORĘBA OPOWIADANIE, KTÓRE POPRAWIAŁAM DWA MILIONY RAZY I DLATEGO PEWNIE SIĘ NA NIC NIE ZDA

JOANNA PORĘBA

CZĘŚĆ2

OPOWIADANIE, KTÓRE POPRAWIAŁAM DWA MILIONY RAZY I DLATEGO PEWNIE SIĘ NA NIC NIE ZDA /// CZĘŚĆ2

Idę, mam misję do piwnicy sprawdzić przełączniki w ścianie, tylko nic się na tym nie wiem. Jeb o fra-

mugę, glut mi poszedł w rękaw, nikt nie zauważył, kolejka do kibla i do tego w ciemnicy, olewam teraz, odpryskam jak wrócę, zresztą co jest, mogłabym wejść przed wszystkimi, przecież u siebie. Trochę mi się jednak chce, zauważam zginając się do klamki, a jeszcze by zjeść co zdało, pójdę potem do osiedlowego, nie znajdę teraz pieniędzy w kolorze czarnym. Abo nie, z osiedlowego nic, dwudziesta trzecia w nocy, na stację co najwyżej. Zawiało z dołu klatki, komórka zipie jakimś minimalnym punktem, trzaskam drzwi, kurtki w sumie zapomniałam, co tam, raz zerknę, jakby co to jakiegoś zwołam na dół, tego mojego przygodnego, co się z nim wzięłam. Albo nie, to trochę biedne będzie, jestem starsza od Jusi, nie wypada mi.

Chyba zjarana jestem w cholerę, o tym jeszcze nie mówiłam. Tak myślę w sumie po co mi to wszystko,

nie wiem po co jestem zazdrosna o cały świat, nie wiem co mam ze sobą począć na całej długości, może po prostu jestem jakaś zła. I jeb, znów przywalam, tym razem w jakiś sunący kształt. Się mieszam, sąsiad z góry, ten skurwysyn, co to z tej góry za młodymi patrzy, choć tam żona w pościeli sama miesza w bigosie, Jula mi o nim mówiła. Taki świr, ni to dres, ni nie wiem, psychol zwykły, przyłażą do niego czasem jakieś jacyś, ale to wszystko nie wygląda na ziomów, bardziej jakby im waflował.

Przepraszam – do niego, on do mnie – że mam uważać. Jak uważać, jak ciemno. No i idziemy razem

do piwnicy, to znaczy ja idę na dół za jego odgłosami; najwyraźniej w całym pionie wywaliło, pionie czy jak to się nazywa. Wyłączam telefon, bo garb z góry ma latarę typu Archiwum X, moim sagemem to bym mogła browara otworzyć co najwyżej, ale nie wzięłam browara. Nic nie wzięłam, z najważniejszych rzeczy to chyba podręcznych rozmówek z garbami na okazję obcowania przez chwilę.

I tak schodzimy nic nie mówiąc, zima tu jak nie wiem, on będzie wiedział gdzie tej całej skrzynki szu-

kać; w sumie trochę strasznie, że tak tylko nasza dwójka, chyba całe klatkowanie śpi już i się śni, że prąd poszedł. Ten otwiera drzwi do piwnicy, skrzypi, ja oczywiście kluczy też nie wzięłam, gratulacje, znów gdzieś zniżamy, ściany z cegieł i jeszcze zimniej. Tu jest trochę jaśniej, od gruntu przesiąkło jakiejś mazi, korytarz się zrobił na przydługawą, niegłęboką kałużę, co odbija jakieś światła z ulicy. Pytam czy spoko, ten milczy, coś tam chwilę drapie, bo już znalazł co i jak i zaraz słychać na powrót kaszel z moich głośników komputerowych. Czyli spoko. Nie wiedziałam, że tak niesie po piętrach, trzeba będzie jakąś lepszą muzę skombinować, bo co te tu wszystkie śpiące dookoła mogą myśleć słysząc kaszle o dwudziestej trzeciej w nocy. Jeszcze się zdurniam

fzp2.indd 35

2012-02-26 21:12:13


JOANNA PORĘBA OPOWIADANIE, KTÓRE POPRAWIAŁAM DWA MILIONY RAZY I DLATEGO PEWNIE SIĘ NA NIC NIE ZDA CZĘŚĆ2

przed sąsiadami, już normalnie wszystko, czego się nie dotknę.

Wali nagle tą latarą o ziemię, chlapie mnie trochę, podchodzi i z całym jebutem łapie za szyję, co się

fakin dzieje, łapy jak kombinery ma wielkie i zaciska kurde, ścina mi te wszystkie przełyki w środku, mocno się krztuszę. Pojebany jakiś, ała, charkam i drapię gnoja, odpycham, ale ręce mam za krótkie, zaczynam kopać i celuję mu w krocze, ale wygina mi głowę i tylko z tego szarpię się na oślep. Trzask jakiś, krew mi chyba idzie do oczu, ból jak jasna cholera ładuje od dołu. Sieknął mi w kolano, stłukł na bank, o ja cię ale impuls, zaczynam drzeć gębę jak tylko potrafię z zaciśniętym wszystkim, ale szybko dostaję po przeponie. Skurwiel dobiera mi się do spodni, wyrwał guzik, a następnym szarpnięciem zdjął też majtki, zawiało mi zimnem, łapię i podciągam do góry, ale dostaję kopniaki w obie ręce, w każdą z przyciężkiego buta.

Znów szarpie w dół i zanim rzucam się do podciągania, on wsadza mi palec między nogi, nie gwał-

townie, ale i tak nie mam jak z niego wyskoczyć, zimny jak cholera, łzy mi ciekną, co się dzieje, on mi włożył paluch do środka, chyba nie do końca dociera mi to, brzmi groźnie jak o tym myślę, ale gdzieś tam, poza odpowiednim reagowaniem. Boże, cztery miesiące kursu karate, nawet spierdalać na górę nie potrafię, już za późno, pęknięta noga, pocę się jak prosiątko, chrystusie znad drzwi wszystkich mieszkań, weź mi tu pomóż no, smarki ześlinione parskają mi na ten jego uścisk, beczę chyba, ale za każde głośniejsze kaszlnięcie dostaję pięścią po brzuchu, szybki jest jak cholera, do tego za silny na mnie, jezu, jeszcze mam jego paluchy w sobie, zaraz chyba padaka mnie zje. Każe mi się nie ruszać, bo wsadzi całą łapę. Mój boże kurwa jak się boję, jestem pewna, że to się dzieje, że nie jestem skuta gdzieś u siebie, to najgorzej realne ze wszystkiego co mi się w życiu przytrafiło i dlatego mamo boska jest tak spychane w nieogarnianie.

Dzieje się, ale jednocześnie błagam się, żeby się śniło, jednocześnie już projektuję wprzód, jak będę

sobie w cieple i pierzynie i psy przyjadą po tego skurwyna, połamią mu ręce przy zakładaniu łańcuchów, glanem wybiją zęby, o jezu, łzy tryskają mi jak z cytryny, on pcha mnie za tę szyję do ściany i przyciska policzkiem do szorstkich cegieł i betonu, z zimna gluty mimowolnie mi lecą po buzi, oko mam na wysokości przerwy między cegłami, drgam jak małe pojebane zwierzątko, warga popiernicza konwulsyjnie we wszystkie strony, choć no staram się nie ruszać, jak kazał. Gnój wyciąga z kieszeni srebrną taśmę jednostronną, skąd on takie rzeczy ma przy sobie, może jeszcze tylko postraszy, boże, żeby tylko nie gwałcił, tyle razy wyśmiewałam te skrzywdzone sierotki z programów publicystycznych, przecież mi nie może się to zdarzyć, już za stara jestem, już to kiedyś wymyśliłam; może tylko zaklei mi usta, kopnie jeszcze parę razy w dupę, wypłaci kilka liści i wróci tłuc żonę; wybełkocze, że brudasy i ćpuny i przypomni sobie, że woli chlać niż robić za obrońcę uciśnionych kaszlącym syfem sąsiadów, bo przecież czego ten cham mógłby innego chcieć.

fzp2.indd 36

I zaraz drętwieję ze strachu, bo przecież on nie wygląda na najebanego, po prostu jest psycholem, chry-

2012-02-26 21:12:14


JOANNA PORĘBA OPOWIADANIE, KTÓRE POPRAWIAŁAM DWA MILIONY RAZY I DLATEGO PEWNIE SIĘ NA NIC NIE ZDA CZĘŚĆ2

ste, cała zaraz będę jak glut z tej niemocy, jak mam takiego ubłagać i czym, muszę mu być posłuszna, jezu mamo, tak bardzo chciałabym stąd wyparować. Tak bardzo się boziu boję i mi zimno, i tak boję się jeszcze niebotycznie, że nikt z tych ode mnie z góry nie zauważył, że mnie nie ma, że prąd znów mają i więcej im nie trzeba; a on bierze i zaczyna odgryzać długie kawałki taśmy, dalej trzymając mnie paluchem w szachu i dalej mówiąc, że jak się ruszę, to mi odgryzie cycki i wsadzi do gęby; to jakiś schizowy sen, ziszczony mityczny stupor, rzygać mi się jeszcze chce od smakowania suchej śliny z dziąsłami. A ten każdym odgryzionym kawałkiem taśmy przykleja moją głowę do muru, powoli i skrupulatnie, od czubka aż po szyję i tak stoję z gaciami w dole, cała spauzowana, taśma mnie drapie po uchu, po policzku, modlę się jakimiś głupimi komunałami, żeby to już był koniec, że to moja nauczka, nauczyłam się już nauczki, a teraz weź daj żyć spowrotem ty psie, chciałabym przecież jeszcze tak dużo, chciałabym zobaczyć Amerykę i plany mieć, jeszcze potrafię znaleźć tyle sensów, mamo, co się nade mną tak nastarałaś, jak mam pozwolić, żeby jakiś brud z trzeciego bił Twoje dziecko.

Jest mi wstyd i znów ryczę na całego, jak ktoś może robić mojej mamie taką krzywdę, robiąc co mu się

żywnie podoba jej córce. Jestem córką, siostrą, mam tożsamość. Myślę o tym co będzie jak już się skończy, myślę o tym, że gdyby nie było tak zimno i gdybym nie była tak spalona – choć to już mniej, bo od strachu mi sporo zeszło – gdybym widziała coś, a nie była przylepiona głową do tej ciężkiej ściany; i gdyby nie ta kałuża, już chrzanić te conversy, ale boję się wpaść w ubłocone siki wszystkim co mi zostało na i po sobie, niech już mi żebra połamie, ale nie chcę ranami upadać do syfu. Taśma ciągle drapie po twarzy, boję się ruszać potłuczonymi rękami, przepona już nie boli tak bardzo, gdyby nie złamał mi nogi, która teraz najbardziej nawala – nie te grabie między nogami, tam mi jeszcze nic nie zepsuł, tam już ostrożnie nawet nie myślę, błagam tylko, żeby wszystko, co jeszcze na swoim miejscu obśluzowało tylko i zamortyzowało – no gdyby nie to wszystko, to bym spieprzała, ale nie mam już jak teraz, teraz słyszę jakiś trzask i błagam się, żeby to nie były drzwi zamykane od wewnątrz.

Czekam chwilę, czekam, czekam, od jakichś dziesięciu sekund nic się nie stało, słyszę tylko swoje łka-

nie, przyspieszony oddech i wypluwane z siebie na chybił trafił błagania, na które sama nie zwracam uwagi, robię mimowolnie. Nie, zostaw mnie, co ci zrobiłam, przestań błagam, nic do ciebie nie mam, wrócę do siebie i nikomu o niczym nie powiem, boję się, nie rób, boli. Lecą kolejne sekundy i orientuję się, że nie wiem kiedy wyjął się ze mnie. Jezu, chyba go nie ma, jak dobrze, krztuszę się ciągle płacząc, już sobie poszedł, pierdolna ulga, przykleił mnie do ściany, nasiąknęłam trochę katarem, wodą z oczu i zupą z makijażu, popatrzył mi w krocze, ale teraz już go nie ma, już go dzięki bogu. Powoli wymacowuję rękami spodnie i zaczynam je podciągać.

fzp2.indd 37

2012-02-26 21:12:14


WANDA l. ✖ początki (nasienie)0001

fzp2.indd 38

2012-02-26 21:12:16


MANTRAX

tefauen tefauen matka zwłoki sosnowiec rutkowski zabiła dziecko tefauen matka tefauen dziecko zwłoki tefauen sosnowiec om szanti szanti om jai guru deva om tefauen om rutkowska om jai zwłoki om sosnowiec deva tory tory zabiła om matka rutkowska tefauen dziecko om sosnowiec tefauen tefauen turbo

fzp2.indd 39

2012-02-26 21:12:18


DOMINIK RITSZEL ✖ NAJGORSZE2010 CZĘŚĆ 3

DOMINIK RITSZEL ✖ NAJGORSZE2010 cz.3

Kroczyła obok mnie ta nudna pizda, która umizga się do mnie od 2 lat i ten obleśny typ z wą-

sami moczonymi bigosem. Nie mogę - chociaż rwie mnie z miejsca - wszystkimi siłami zostawić ich w tyle i podbiec do tej, za którą szaleje jak osa. Tych zębów nie mogę wyrzucić z pamięci. Bo całą jej skórę na twarzy i dupie napinają te zęby. Nie mogę się opanować, gdy się uśmiecha; gdy mówi, kładzie usta na tych kłach. Miota mną w miejscu, wiruje mi w głowie i nie mogę myśleć o niczym innym. Mimo to idę dalej z tą dwójką ciemiężycieli wpatrzony w trampki. I chociaż obracam się jeszcze kilka razy wstecz, nie jestem w stanie wykrzesać z siebie żadnej iskry. Nie ma już nic ważniejszego, choć probuję zająć się dłubaniem w nosie, obcinaniem paznokci i graniem w tetris na komórce. Nic nie pomaga. Mój psychoterapeuta garbi się znużony na fotelu, puszcza sobie śliniane bańki z ust. Nie ma nic gorszego niż nuda. Niż życie, w którym “nie dzieje się”; życie, w którym jest czegoś za dużo, albo za mało, w którym pada deszcz i boli mnie głowa, albo świeci słońce i pocę się i ślepnę.

Zaraz się zabiję. Urwę sobie łeb! Wróć do mnie piękna kurwo, szmato. Kipię tu sam na grudce

ziemi wpatrzony w odlatujące gołębie. I nawet nie chcę słyszeć słowa “życie”, bo się zrzygam. I nie chcę słyszeć kolejny raz czym ono jest, ani do czego jest podobne. Chcę tylko wiedzieć jak coś wziąść nie pytając się, zagrabić, wsadzić do kieszeni, zamknąć w piwnicy razem ze szczurem i pęcherzami karpi. I nie potrzebuję żadnych poradników, tylko kodeksów, wypalonych tatuaży, znamion, blizn, trwałych uszkodzeń. Chcę znać środki, sposoby, skróty, kody i tricki. Zbierać punkty i wygrywać kokosy.

Zaraz na mnie gwizdną, a ja podlecę na czworakach, odegram im taniec szczęścia, przeplatając

się miedzy ich nogami. I wrócę, zajmując najbardziej odpowiedzialną pozycję. Wszyscy bawią się, kopią i gryzą tę gumową maskotkę, a ja stoję tam sam i przeżywam każdy ich ruch, każde groźne zbliżenie pomiędzy mną i tą ociekającą śliną maskotką. I jedyne o czym myślę, to żeby to wszystko rzucić w pi-zdu. Nie chcę żadnych plastikowych pucharów ani czekoladowych medali. Dla mnie nie ma to znaczenia, bo i tak stoję jako ostateczny obrońca i na nikogo nie mogę zrzucić już winy. Napędza mnie tylko lęk przed tą zgraną, toczącą się masą, jednomózgową wspólnotą, z którą jestem w drużynie. Tysiące razy reżyserowałem swoje zgony, to po prostu koniec. Za jakiś czas znowu znajdzie się jakaś płonna iskierka. Znowu będę za nią gonił jak idiota, ze złamanym w pół karkiem i wywrócony-

fzp2.indd 40

2012-02-26 21:12:18


i zakładać nelsona na szyję.

Czuję się przy niej jak na niekończącym się przesłuchaniu. Bez końca nadzorowany i sprawdza-

ny. Każe mi usiąść z rękami ułożonymi prosto na kolanach i odpowiadać na pytania. Topię się w jej wodnym, gumowym fotelu. Każe mi mówić pod groźbą odrzucenia o moich rozterkach, problemach, traumach, przeżyciach, wspomnieniach, sekretach, upokorzeniach, o czarnej przeszłości, o kruchych marzeniach. Nic jej jednak nie odpowiada, przepytuje mnie bez końca, parskając na mnie śliną, przekrzykując moje słowa, racząc mnie swoim “Nie pierdol, Boże, to jest słabe! Dalej, dalej stary, wyduś to z siebie, bo się zesrasz! Tylko tyle?! Żenada, kurwa. Daj mi coś więcej! No! Rozpierdol mnie czymś! Co robiłeś przez ten cały czas? Co robiłeś kiedy mogłeś robić wszystko? Gdzie krew, gdzie policja, wybite szyby, pęknięte czaszki, przekłute żyły, pocięte nadgarstki, cieknące łzy, gdzie są te twoje werterowskie bękarty? Co z domkami na drzewach, pierwszymi miłościami, przyjaciółmi, gdzie twoje ostatnie słowa?!

DOMINIK RITSZEL ✖ NAJGORSZE2010

same siły będą mnie później bić po twarzy, wrzynać pięści w splot słoneczny, wykręcać palce do góry

CZĘŚĆ3

mi oczami, potykał się o psie kupy. I zawsze znajdą się takie siły, które wyciągną mnie z dołka. I te

Gdzieś byłeś, minęły już 23 lata?! Przychodzisz do mnie, pukasz do moich drzwi i gnieździsz się w  tym fotelu. Rzygać mi się chcę jak na ciebie patrzę! Jak to jest egzystować w śpiączce, w stanie spoczynku, jak ciało stałe, jak ciało martwe w zimnym kokonie? Powiedz mi, bo nie rozumiem, jak można wszystko spierdolić, umrzeć za życia, bez śladu? Jak ze sobą wytrzymujesz, jak to się stało, że jeszcze nie wybuchnąłeś, nie ukryłeś się na zawsze, nie chwyciłeś Buddy za kostkę, nie dostałeś drugiej szansy? Nawet w życiu larwy, bakterii albo czegoś innego, równie mikroskopijnego, istnieje rodzaj przeznaczenia, jakiś docelowy punkt, nawet te małe paskudy napędza wmuszona chęć przetrwania. Pewnie, napij się jeszcze, ujeb się do głupiego. Umrzyj. Życzę ci tego, jebańcu”. Żadne tam żegnaj, spierdalaj, tylko szurnięcie butem, mgiełka kurzu i pusty horyzont. To chyba właśnie tak pryska i tryska cały czar, całe moje delirium. Koniec romansu, koniec dzikiej przygody. Krótko i zwięźle. To nic nie zmienia, jest tak samo jak przedtem, albo jeszcze wcześniej, albo jeszcze gorzej. Może było to jakieś przekręcone słowo, lekceważący gest, nieprzyjemny fakt z przeszłości. Może i istnieje ta cała forma miłosnej udręki, bez konstrukcji w środku, oblepiona papierową masą. Może wszystko zależy od pierwszego spojrzenia, w którym wszystko się rozstrzyga. Co jednak znaczą zaciśnięte siekacze, ciosy i łamacze? Dla mnie już nic. Trochę brakuje mi tych prostych żartów o  sfilcowanych olbrzymach, o przydługawych penisach, jej poetyckich wulgaryzmów i całej reszty tego całego gówna. Ostatnich monologów, bez tego ściśniętego gardła, samiczego, gorylego głosu przy kończeniu zdania, tego krzywego, parszywego uśmiechu z wystającym kłem w prawym kąciku ust. Czasami coś po prostu brzydnie i gnije. Nie chcę zgnić przed innymi, więc wrzucam szybko 30 kg kostek lodu do wanny, upijam się winem i biorę ostatnią kąpiel, bo lubię jak jest dramatycznie.

Budzę się jednak następnego dnia, pełnego goryczy, śmiesznego, dziwkarskiego poranka. Ule-

ciały mi z głowy wszystkie pomysły i chyba poleżę jeszcze długo, poczekam na kolejny, lepszy poranek. Bo może będzie lepiej. Chociaż ojciec powtarza mi w mantrze, że będzie gorzej i każdego następnego dnia staje nade mną o 5 rano i szepcze mi do ucha, że tak to jest, że albo się szanujesz, albo kurwisz, albo masz prostatę, albo kamienie w nerkach. Dzięki tato. Idę spać dalej, dalej śnić o kolorowych pigułkach, ziołowych uspokajaczach, granulowanych eliksirach, cudownych uzdrowieniach, przepowiedniach mojej wróżki, o tym jak w końcu rozszarpują mnie te kły, jak padam i nie wstaję.

fzp2.indd 41

2012-02-26 21:12:18


KTRZN JNT ✖ KREF

fzp2.indd 42

*

2012-02-26 21:12:21


WANDA L / ***

Wanda L ✖

***

Dzwonek w kumkanie żaby. Na progu Lodzia, za progiem dom Soni. A tam. Dziewicze mieszkanie nawykłe do obecności jednej tylko, konkretnej osoby, zostaje zgwałcone przez przybycie osobliwego gościa. Mieszkanie nie zostało przygotowane na odwiedziny. Nigdy nie było takiej sytuacji, żeby ktoś obcy tu wchodził. Pokój wpada w popłoch. Ściany nad kaloryferami są okopcone ciemnym rumieńcem wstydu. Wszystko jest zawstydzone. Nikt tu od dawna nie był, oprócz Soni, i ona się teraz wstydzi nawet klamki od drzwi. To znaczy nie, że wstydzi, ale nie jest jej pewna, bo nikt nie mógł jej wcześniej zweryfikować; użytkowaniem potwierdzić, że nadaje się do użytku, więc może to być nienormalna klamka. Lodzia jest zmęczona. Prosto na łóżko. Nie zaścieliłaś. Ja też nie ścielę, matka ścieli. połóż się też. ale fajnie zdjąć buty. rajtuzy. jak się przeciągam i naciągam stopy, to mam skurcz. masz tu jakąś lampę? o kurwa, mogę u ciebie pracować jako sprzątaczka jak chcesz. za darmo. Lodzia jednak wstaje, swędzą ją ręce. Zbiera szklanki, po pięć między palce obu rąk, wynosi do kuchni, potem jeszcze trzy nieparzyste, talerzyki na stosik, choć tych jest mniej. Ale myć jej się nie chce. Nalewa wody z kranu do ostałych w szafce kubków i lokuje się na łóżku obok Soni, patrzącej już tylko na jedno oko, łyp, łyp. Obok niej leży kołtun z rajstop, szczotka do włosów i gazety różnej daty. Lodzia bierze do ręki jedną sprzed miesiąca, ale wciąż nie przeczytaną, bo jeszcze czuć resztki zapachu farby drukarskiej. patrz, osiemdziesięcioprocentowa emigracja. to o nas? mi tam nikogo nie brakuje, poczytaj na głos. wszyscy żołnierze zostali rozbrojeni, narażeni na szykany, wysiłki, by przekonać opornych lub wahających się. ja bym się nie wahała, mi nikt nic nie proponował. przerzucenie tych tysięcy ludzi, jest problemem politycznym i organizacyjnym. w szybkim czasie udało się zebrać środki na pokrycie kosztów transportu. dominują akcenty zgody narodowej, podkreślana jest więź, więzi wiążą, więzią więzy. o jakim to jest kraju? o nas, o nas maleńka. wylegli na ulicę, odprawiono uroczystą mszę, rozruchy na wsiach, coraz śmielsze działania rewolucjonistów. boję się maleńka. Przytula się. Sonia jest ciepła i pulsuje. To znaczy, że ma krew, a jej serce pracuje i boi się przestać. Lodzia głaszcze Sonię, zatapia ręce w jej włosy zmierzwione i nie pierwszej czystości. Policzki ma miękkie i mokre. Sonia. Lodzia przydusza się bliżej. Nie może zasnąć, jeśli z czymś żywym nie styka się czołem. Zwykle to jest matka, bo matka nie śpi już z ojcem, albo czasem termofor. Da się oszukać aż do zaśnięcia. Smutne to oszustwo. Lodzia łapie łapczywie łapą Sonię za ramię. Jej oczy płyną błędnie od ściany do ściany. Ta to jest. Co ona tu wyprawia w tym pokoju. Teraz to widzę. Laboratorium tu ma. Ma szklanki i rurki słomek do picia, łączące probówki butelek, z których ulewa się to do fiolek, puszek, do talerzy z resztkami chyba marchewki i ziemniaczanego puree. Wszystko się przemieszcza, przepływa, nieugięta logika prowadzi tu eksperymenty na własną rękę, na obie ręce, prawą i lewą. Badania ze stadiów dekompozycji pokarmu, testy na zwierzętach, na padlinie, na drobiu z pizzy. Nic nikomu nie mówi, może trzeba by to zgłosić do sanepidu jeśli jeszcze istnieje, zwłaszcza że spomiędzy włókien wykładziny wyłania się chyba łania gatunku preroztoczego, to jest chyba rybik. Kurwa rybik w dywanie, tego nawet ojciec nie ma na działce. A one leżą w ciepłym inkubatorze, na miękkim materacu, na nich nikt nie przeprowadza badań ani eksperymentów, oddychają niemalże czystym powietrzem, popijają zdatną do picia wodę z kranu i wtulone w sploty swoich chudych kończyn bezpiecznie zasypiają.

fzp2.indd 43

2012-02-26 21:12:23


*

ANDRZEJ BITELOW ✖

Mateusz Pokora, dziecko z patologicznej polskiej rodziny, widząc walkę sowy z kotem na brudnym podwórku, postanawia wymyślić system filozoficzny.

Wciąga do tego planu siostrę Ele Pokorę i razem ruszają na podbój filozofii. Siedząc przy wieczorynce Mateusz Pokora czuje, że świat za oknem jest tak naprawdę naszym wyobrażeniem o nim, a nie realnym światem. Nie mamy fizycznego z nim kontaktu, jest to ciąg symboli, które wiążą nam się z tą ciemnością za oknem. Ela się zgadza. Mama daje im cukierki i kładzie spać. Mateusz ma tej nocy ciekawe sny, wymyśla największy paradoks świata: „Bokser nie może zbić boksu”. Bokser może zbić wszystko, ale nie swoją dyscyplinę sportu, niektórych rzeczy się nie przeskoczy, kategorie fizyczne i opisowe nie wejdą w wspólną całość. Rzecz nie zbije swojej definicji. Niestety rano zapomina o historii z ciemnością za oknem oraz o największym paradoksie świata. Miał krótką, niedoskonałą pamięć, pamiętał rzeczy jako idee i relacje między nimi; nie pamiętał ich nazw i różnych wydarzeń. Tym razem jednak nic nie pamiętał. Powieść kończy się podczas gry w klasy, Ela wygrywa. Mocne uderzenie trampków o zniszczony asfalt, spazm radości, filozofia pozornych ruchów nóg.

JAKUB SZOŁOWICZ ✖ gtk amrknsk

fzp2.indd 44

2012-02-26 21:12:24


* *******************************

ANDRZEJ BITELOW ✖

Ośmioletni Filip Masłowski doświadczalnie i mikroskopem odkry-

wa Ziemię 2. Doświadczalnie: pokazał Ziemi lustro, a ta niezbyt mądra uznała że to jej kopia-siostra. Przekonanie i prawda Ziemi jest naszą prawdą. Na Ziemię 2 przeprowadzili się tylko Palestyńczycy, Baskowie i Kurdowie. Podzielili ją na 3 części i wreszcie mieli swój kawałek na Ziemi. Kurdystan na przykład miał 56 mln km2 powierzchni, ale Kurdowie korzystali tylko z jednej 100 swojego kraju, reszty nie znali. Niezwykły Kurd Rahi po trzech milionach lat odkrył Baskoland, myśląc, że to jednak Palestyna, więc nazwał Basków Palestyńczykami. I tak już musiało zostać. Kurdowie wykradli złoto, wrócili i czekali kolejne 18 milinów lat, żeby stworzyć jakąś unię i świat pełen harmonii. Po następnych 4 milionach lat lustro pękło, nastąpiło 7 lat nieszczęścia i chyba ziemia obiecana znikła. Lustro tłukło się równomiernie, brzęczyście, z równowagą tłuczonego lustra, ułuda znikała, znikała Ziemia 2.

Agony Aunt ✖ ping

fzp2.indd 45

2012-02-26 21:12:25


Wanda L ✖TRAMWAJ I OKOLICE CZĘŚĆ 1

WANDA L

TRAMWAJ I OKOLICE CZĘŚĆ 1

Tramwaj linii nr 2, wagon drugi, trzecie siedzenie od końca po prawej stronie. Przy oknie. Szyby osmolone brudnymi paluchami dzieci i żelem z włosów przysypiających pasażerów. Kluczem wydrapane, że Marian to konfident i brutal też i jeszcze jakieś literki. Zza szyby nic nie widać, bo jest oblepiona reklamą przeciwgazowego jogurtu. Świat trochę przeziera przez malutkie dziurki maszynowo wykonane w Chinach, ale według niektórych, pewnie tak zwaną techniką manualną, upierdliwie zaznaczając, że przez dzieci. Dziurki te powodują wśród pasażerów dezorientację. Stopniowo następuje ogólny oczopląs optokinetyczny, wszyscy dostają zeza, optozajoba i nie mogą trafić z siedzeń do wyjścia i odwrotnie. Powstaje tak zwany tłok w tramwaju. Zator. Czop. Wszyscy naruszają wszystkim ich nietykalną przestrzeń osobistą. Dotykają się niechcianymi dotykami. Zapachy ciał mieszają się wbrew wszelkim regułom funkcjonującym w przemyśle perfumeryjnym. Mimowolne zapasy starających się utrzymać równowagę ciał sprzyjają napiętej atmosferze. Niektórzy jadą bez trzymanki, podtrzymywani przez tłum. Ich stopy nie dotykają podłoża. Nie ma to nic wspólnego z zaufaniem, za to dużo z brakiem miejsca. Siedzący rezygnują z wysiadki na swoim przystanku, nie będąc w stanie stawić czoła tym, którzy stoją i będą stali, tudzież postawić stopy na podłodze jazgoczącego tramwaju. Do siedzeń przykuwa ich poczucie winy i niemoc. Przynajmniej tak im się wydaje. Nie wiedzą, że i tak są jednym ciałem z resztą pasażerów, z całym tramwajem, że stopy im przyrastają do podłogi, a plecy do siedzeń. Nie zauważyli jak ręce trzymającego się górnego drążka pasażera, zamieniają się w jego przedłużenie, jak wszystko stapia się w jedną całość. Nie słyszeli o tetsuo, ale da się to nadrobić. Wielki kołtun ciał buszuje po tramwaju sczepiony razem, wściekły i gryzący jak esowo-floresowa tapicerka siedzeń mpk. Ciżba wyłupuje sobie nawzajem obcasami oczy. Niektórzy jeszcze trzymają się drążków tramwajowych lub siedzą w fotelach zagazowani przez jogurt, ale większość jednak leży już pod fotelami, zbiera manatki co im powypadały z toreb, ciągnie się za włosy, czołga do drzwi wyjściowych, ale one też zostały zalepione jogurtem aktivia; lekko na haju, lekko w tramwaju, wyjścia nie ma, ale wiedzą to tylko ci, co jeszcze mają oczy. Reszta pyta o drogę, ale zostają skierowani do pojemnika na zużyte bilety i inne papiery, żeby sobie tam pogrzebali i znaleźli raczej gumy do żucia i uwalone chusteczki, żeby sobie to uformowali w kulki i wsadzili sobie jako oczy. Działkowicze z plonami, bagaże sięgające sufitu. Gorąco. Zaskoczyło wszystkich, ale oczywiście najbardziej mnie. I nagle cały tłum pasażerów, zawstydzony swoim nieprzygotowaniem do tak bliskich kontaktów z innymi; nieogolonym ciałem, tłustymi włosami, oblewa się potem zamiast rumieńcem wstydu. Wszyscy są zestresowani, odurzeni tępą ciepłotą uderzającą w nich przez okno spoconego tramwaju. Przyklejeni mokrymi tyłkami do siedzeń, mrużą oczy, łzawią, a strużki brudnego potu zastygają im na policzkach. Czekają aż ciepła breja zaschnie i sama się im wykruszy. Oddychają mętną zawiesiną potu współpasażerów, zmęczonych owadów i smrodem usychających kwiatów, które nawet nie zdążyły jeszcze rozkwitnąć. Wszystko to prowadzi do nieuniknionej klęski, jest po prostu za dużo światła. W końcu ostre cienie ludzi zaczynają ciąć ich samych, tak odwodnionych, jak wykrochmalona pościel. Są jak papierowe ludziki, jak chore origiami, co się samo rozcina i z powrotem składa.

fzp2.indd 46

2012-02-26 21:12:25


Wanda L ✖TRAMWAJ I OKOLICE CZĘŚĆ 1

Te pozostałości z nich – te ścinki, przeterminowane opłatki skórne – zaczynają łączyć się w nowe konfiguracje, wszystko zaczyna mutować się i jełczeć, pod dowództwem spoconego słońca. Postępująca hybrydyzacja wszystkiego roztapia plastikowe siedzenia tramwajowe, puszcza klej spod wszelkich reklam, ogłoszeń drobnych i podeszew butów. Cała grupa działkowiczów – podróżujących w wagonie pierwszym po prawej stronie, lekko już podtopiona we własnych sokach – śmierdzi naftaliną, walerianą i tabletkami przeciwzawałowymi. Wielkie wiertło smrodu wdziera się, to tu, to tam, w różne otwory ciała, fermentując wszystko to, co nie jest szlamem brudnych myśli i kompostem informacji. Tak ogołoconym z danych pasażerom, pozostaje już tylko roztopić się do końca, zlepić razem w tej jednej, obślizgłej masie, jak śmierdząca bomba rumowa uformowana z wszelkich możliwych resztek, z odpadków, niemożliwych do przetrawienia faktów. Nad tym tętnem odpadu furkocze konfetti z nieprzetopionych resztek papierków, świętych obrazków, wysypujących się z portfeli i połamanych paznokci, opadając nań jak ciężkostrawna, sztucznobarwiona posypka, po której na zawsze będzie się wszystkim odbijać. Bywa często, w zatłoczonym tramwaju i to niekoniecznie w lecie, że kiedy wszystkie ciała emanują silną woń wysiłku, stresu i higienicznych zaniedbań; bywa, że na terenie wagonu da się poczuć zapach pasztetu lub przejrzałych bananów, produkcji ludzkiego ciała. Zawiła kwestia etymologii tego zapachu przysparza problemy natury poznawczej jak i estetycznej oraz rzecz jasna ogólnie pojętej ontologii, zwracając jednak uwagę na kwestie skatologiczne. Teraz też poczuć można by ten zapach, gdyby tylko dało się oddychać. Tramwaj zalepiony jest reklamą do tego stopnia, że pozostaje tylko maleńkie okienko wolnej szyby, szczerba wolna od gwałtownych sugestii, przy której tłoczą się wszyscy, by nadzorować w jakim punkcie miasta się znajdują i by nie przegapić swojego przystanku. Ten mały kwadracik okna i tak nic im nie daje i wciąż nie wiedzą gdzie są, bo każdy ułamek krajobrazu miejskiego przepływający im przed oczyma – choć wydaje się znajomy – to jednak trudno go osadzić w topografii miasta bez szerszego kontekstu, ciągu dalszego kamienic, ulic i charakterystycznych punktów usługowych. Gdy w końcu orientują się, że to tu, następuje maraton z przyspieszeniem wprost odwrotnie proporcjonalnym do hamującego właśnie pojazdu. Prędkość pojedynczego pasażera jest nie do obliczenia w tych warunkach, a skoro nie wiadomo, czy uda się wysiąść i czy będzie to tam, gdzie się planowało, to lepiej prewencyjnie tratować współpasażerów. Zwłaszcza tych, którzy w amoku braku danych na temat swego położenia w czasie i przestrzeni – lecz za to poddawszy się presji tłumu – tak samo mocno chcą wysiąść; ale których wiek, sprawność fizyczna albo lokalizacja w pojeździe nie jest tak dogodna jak nasza.

fzp2.indd 47

2012-02-26 21:12:25


Agony Aunt ✖ fudzi

fzp2.indd 48

2012-02-26 21:12:25


KAROLINA LIS ✖ from helena with love

KAROLINA LIS FROM HELENA WITH LOVE Okej, teraz to już chyba naprawdę zdarzyło mi się oszaleć. Wiedziałam, że wlazł chłop w nieszczęście, pogrążył się w nim i zawisł na tej cienkiej nitce pomiędzy śmiercią a zdychaniem. Od kiedy puściłam go z błotem, zalewając wanną bluzgów, których był po stokroć godzien, odczuwałam lekkie kłucie w sercu. Przypominała mi się owłosiona dupa wypięta wprost w niebo i psie oczy zaprzęgnięte w jarzmo pragnienia. Co to było za pragnienie; co to za sflaczałość umysłowa, kląskanie refrenów. Pełganie pod stołem, do stóp jakieś się przytulango. Przypominało mi się to całe klapanie, klapsanie, ciosy puste, prosto w przestrzeń i myślami niosło w miesiące późniejsze, wprost w krew na ścianie w mieszkaniu, innym już zupełnie, do innej osoby przypisanym ale zarazem równie spieklonym i zjebanym od progu. A właściwie to od momentu spotkania lokatora&landlorda. Wszyscy cierpieliśmy na bezsenność, nie było więc innego wyjścia, jak tylko wlec się noga za nogą od drzwi do drzwi i jełczeć u dzwonka o jabłko adama czy inny knykieć-łokieć pachnący obłędem. Od kiedy jednak kilka miesięcy temu poszło szkłem po żyłach, trochę się u wszystkich uspokoiło. fzp2.indd 49

2012-02-26 21:12:25


KAROLINA LIS ✖ from helena with love

Pokornie śmierdzą we własnych mieszkaniach lecząc niedogojone blizny i udary trzewi. Leją im się z wątpii wprost na podłogę niepojęte bełty tysiąca języków. Ale póki co stoję w oknie, właściwie to już na balkonie, wgapiam się w ulicę tysiąca soczystych łydek i łysin i myślę o tym, że on potencjalnie mógłby tamtędy iść. Chwiać się lekko na tych swoich zapiętych w buty po kolana nogach, na których pod osłoną spodni, jasnokabaretowe rajtki i przeświecająca skóra a na skórze blizny takie, jakich chciał się nabawić od szóstego roku życia wzwyż.

tłumaczył, że niektórzy tak mają, niektórzy oni, ci którym natura w genach poskąpiła sentymentów i przywiązania do rodzinnych wartości. ludzie silni, mówił, tak, właśnie oni, mogą czuć więcej i nie zginąć, nie zostać zaciukanymi przez psią sforę ujadaczy węszących na każdym kroku. karać. nagradzać. są proste zasady, mówił wpatrzony w obiektyw wpatrzony w lustro wpatrzone w nas dwoje. umowa była taka, że będziemy trzaskali pączki aż do porzygania, tak jak się zwykle trzepie wódę, przed lustrem, z romantycznymi świeczkami w prześlicznych świecznikach. tylko jego i moje różowe hewtanie, lukrem i balerinkami, nad stajenką koniodajną, złotokrowiem sianeczka i kołysaniem dziczy.

fzp2.indd 50

2012-02-26 21:12:26


KAROLINA LIS ✖ from helena with love

wypowiadał słowa mocne na zmianę z miękkimi, psychologowie twierdzą, że to uspokaja. podniecenie w bezpieczeństwie, akceptacja w nieznośności. w końcu schylił się pierwszy i wprost na moje udo, ciepłym szeptem żołądka, popłynął aż do pięty. odpowiedź nadeszła po chwili i już oboje umazani wszystkim, one man one jar, midnight movies, listen to the radio, już trwaliśmy w niezdrowym jakimś sklejeniu ustnej defekacji szukając pomiędzy zębami odpowiedzi na pytania ostateczne.

Ale w środku było jakoś pusto, tłuszczu z tego nie będzie na udach, ale nie o to chodziło, wewnątrz było jakieś takie zostaw mnie bo zaraz skonam, ale przez cienką błonkę dało się słyszeć pieszczotliwe ssanie i grzechotanie kości. czeka nas trash humping, co będzie potem, modlitwa do słońca i ucieczka w religię, pewnych rzeczy nie można tak po prostu przebyć, przejść do porządku dziennego, trzeba być bezmyślną chujem, nieokrzesanym kurwą. trzymajcie mnie za szmaty, bo tutaj jakiś się howl na światło dzienne świąteczną kolacją wyrywa. w zamku terkocze klucz - jeszcze tylko tego nam brakuje. czyjaś matka z psem i makówkami, a my w pieszczotę bełta odziani patronko święta pewnie jakaś wisisz nad czynnościami fizjologicznymi, pewnie jesteś szafą i podłóżkiem, miejscami, gdzie można się schować -

fzp2.indd 51

2012-02-26 21:12:26


KAROLINA LIS ✖ from helena with love

nie zostawiaj mnie&tego kutasa w sytuacji podchodzącej aż tak do gardła, że aż przelewającej, przebierającej, szalę, szalet, szaleństwo, szalik, załóż szalik - daje się słyszeć zza okna. i już ja wiem, że to tylko listnosz, ten kto furkał a stuknęła skrzynka. wyrywam się z bełta męskiego wprost w łazienkę osłodzoną cifem i szuraniem prania. całuję wręcz połyskującą twarz sedesu i wbiegam kafelkami pod masujący wodą prysznic. mam gorączkę, 300 i pół stopnia. oczy zabite dechami. rzyg gnije w pokoju marszcząc swoje pocieszenie. w łazience ma na szczęście jakieś barachło do wdziania, uciekam więc bez słowa, bo to pierwsze piętro, wprost w bezsenną cimę lata. ohydna uwalana kozami wieś zatacza się od wycia bydła i słyszę jak po kątach wloką się jaszczurki. ucieczka wskazana. w oknie widać zza kawałka odsłoniętej firanii, że blisko już, za chwilę już różowym grzybem atomizuje wprost w dywan potencjalne swoje kurczęta i wymiesza, wydali, czym jest przy tym aborcja, kościelne paszczałachy, co drzecie sobie platfusem grzybielce w hosannach! tam na dywanie giną miliony istnień, padają w objęcia roztoczom, pierdolona armia niepotrzebnych ludzi, którzy i tak umarliby z głodu przez Amerykanów i czuję jak się włącza polityczna łajza, czas wsiadać na rower i pryskać na dzielnię, nic to, że siodeł-

fzp2.indd 52

2012-02-26 21:12:26


KAROLINA LIS ✖ from helena with love

ko wpija się w pośladki, celulit amortyzuje ból, żal, głupotę], brud i tak już nie zejdzie, piłatowe popołudnie dałna, czkanie, czekanie na ukamieniowanie. ale tymczasem rybne stawy szumią wodnistym srebrem, słodyczą rozlewa się letnio-wieczorna pornucha i kłącza wybiegają na chodnik puszystymi ramionami i gumowa opona rowerowa obraca się z prędkością generującą muzykę. muzykę dla moich zmęczonych, zarzyganych uszu. i wracam do domu się uczyć, całować z książkami. stronice mełtać, wzrokiem pełgać, płaszczyć się przed bóstwem. na pewno w zakolanówkach, w uczebnym świątobliwym wdzianku. choć już w tle gdzieś mózg obrasta chujem, grzebie się w tym zakleszczeniu główki, nie może zaradzić. będzie ipsacja letnia burza zgon zejście na niebyt. na moim kwadracie dzieją się rzeczy takie, że stary byś nie uwierzył. nie czuję nawet, że czkam do jakiegoś zapijaczonego franca, co się ścieżyną toczy po kolędzie. - no to lato jest, czy zima, pyta moich obnażonych nóg wysuwając ozór. diabeł, grzechotnik plamisty, syczę mierzwiąc swoje uczesanie. jest lato, szopka była w domu tego tamtego, co mu się plecy pocą kiedy szuka ujścia dla swoich świńskich pociech. ciemna to była żaluzja istnienia, ta oddzielająca nasze kwadraty, co leżały właściwie w sąsiednich, równoległych lasach napęczniałych od utuczonej hipnozą zwierzyny, teraz jeszcze tylko chciałam upiec homosamca na jakiejś patelni z nutką czubrycy, ciecierzem i fikołkiem kołpejskim, byle nie miał wąsa. dość wąsaczy.

fzp2.indd 53

2012-02-26 21:12:26


KAROLINA LIS ✖ from helena with love

wąsacze to chuje. teraz zaproszę takiego pięknego czyściocha do swojego domu ubranego fijołkiem i komżą i małżem go swoim chaps, wprost na ściadanne litanie dziewannie, wyśpiewam. i tęcza będzie nad kominkiem miast ognia w sercu. uch płakać!!!!!! uda drżą zaniepokojone pedałowaniem, las coraz głębszy, ciemniejszy, ale jakże mój, jak roziskrzony, zapachniały jodłą, świerkiem, osiką rozedrgany. zatrzymuję koło, kładę głowę w trawę, podtopórnocy. pnie brązowieją w ciemności i kocham teraz na całego Platona, słodkiem okiem jednego takiego. takiego. nie mam słów. (dobry znak. kiedy braknie zupełnie - będzie miłość). ale póki co przewracam gałami, straszę księżyc likantropijnym ślinieniem rozcięcia, uśmiecham się do niego nawet spod byka patrząc prosto w gejzer. teraz to już mi się na pewno uda. szczytować. wsiadam na rower, siodełko fatalne, coraz większe siniaki, to lubię, proporcjonalne najlepsze. hajle, hatte, hejt, heft, prawie wszystko wypłynęło z głowy, rdzeń jednak przetrwał, pomimo upuszczenia płynu. cała moja miłość niespełniona koncentruje się na świecie. jakie te paprocie bliskie, zielone

fzp2.indd 54

2012-02-26 21:12:26


fzp2.indd 55

2012-02-26 21:12:27


Agony Aunt ✖ ABNORMAL NEWSPAPER

fzp2.indd 56

2012-02-26 21:12:28


JOANNA PORĘBA OPOWIADANIE, KTÓRE POPRAWIAŁAM DWA MILIONY RAZY I DLATEGO PEWNIE SIĘ NA NIC NIE ZDA CZĘŚĆ3

JOANNA PORĘBA

OPOWIADANIE, KTÓRE POPRAWIAŁAM DWA MILIONY RAZY I DLATEGO PEWNIE SIĘ NA NIC NIE ZDA /// CZĘŚĆ3

I nagle czuję pierdutne otępienie, w ustach robi się słodko, przed oczami stają iskierkowe kon-

tury, które dawno temu w przedszkolu lubiliśmy przywoływać trąc powieki. Jestem wykończona, chcę upaść i zasnąć, ale dociera do mnie tylko tyle, że obrywam pięściami po głowie. Krew z nosa wylewa się do mojego małego kasku zrobionego z tej taśmy, którą mnie przylepił do muru, on ładuje na zmianę knykciami i łokciami w mumię mojej głowy, miesza się ta krew ze śliną, łzami i glutami; widzę siebie z zewnątrz, jak ze śliskiej otuliny wokół głowy wyparskują mi tu i ówdzie bąbelki tej drastycznej mieszanki. Dostaję przypierdol za przypierdolem, tak silnie, że nie wiem jak na nie reagować, nigdy nie było mi dane odczuć takiej nawały na sobie, on sobie zrobił ze mnie worek treningowy, skrupulatnie wiosłuje mi między oczy. Czuję, że jestem cała napuchnięta, że pękam twarzą w syntetyczny klej, którym mnie przyparł, zaczynam się miotać, a on znów kopie po rękach i jeszcze po miednicy, trzymając szyję.

Zaczynam wyrywać gwałtownie głową i przy jednym z przywałów natrafiam na cholernie nie-

fortunny kąt; tym już strzałem kant chropowatej cegły naciska mi na powiekę, słyszę płaczące akordy w tle, jakiś chór ubolewa nade mną, klęka w zwolnionym tempie nad moją klęską; mam ciągle przyklejoną twarz do ściany i do tej całej gluty, którą zdążyłam sobie naparskać, a w której teraz umiera moja twarz; czuję, że spod powieki wylewa się niewielkie jajko. Zaczynam jeszcze bardziej łzawić drugim, choć ciągle oszukuję siebie, że coś źle poczułam, wybiłam tylko; to, co teraz zaczyna mi wpadać do nosa, to jedynie mieszanina wydzielin, podpłynęła w moim kasku z taśmy za wysoko. Staram się drzeć ryja, przedzierać się przez tę warstwę płynów, napierdzielam rękami i nogami, szarpię i wyję i momentalnie dostaję takiego bęcka w brzuch, że odrywam się od ściany i upadam mimowolnie w szczynową maź i brud, moja goła dupa zanurza się w syfie i bóg wie czym, mój pęcherz puszcza i dołączam się amoniakiem do zastanego, przy okazji sikam sobie na nogi.

Mieszanka z odklejonego kasku zlewa się z kałużą, kątem uchowanego zauważam swoje dru-

gie-pokrwawione oko, które ześlimaczyło się w dół i łypie na mnie z oderwanej maskotaśmy. Gdy chcę wstawać, dostaję potężne łupy z góry, prosto w płat ciemieniowy. Jestem otępiona, stępiona, posiniaczona, zniszczona i słaba. Po chuj ja tu szłam, już tracę nadzieję, miało się już skończyć, miało już starczyć, a on dalej katuje, boże, już jestem prawie pewna, że mnie tu zarżnie, to trwa tak długo, choć

fzp2.indd 57

2012-02-26 21:12:28


JOANNA PORĘBA OPOWIADANIE, KTÓRE POPRAWIAŁAM DWA MILIONY RAZY I DLATEGO PEWNIE SIĘ NA NIC NIE ZDA

WANDA l. ✖ początki (nasienie)0001

CZĘŚĆ 3

pewnie naprawdę nie więcej niż trzy minuty, jezu, za bardzo mnie już spieprzył, żeby to było kontrolowane. Co u mamy, co u siostry, gdyby mi dał chociaż im powiedzieć przez telefon, że lecę stąd na dobre, wyświetlić się, że jestem i zaraz mnie nie ma, ale już nie potrafię wydawać z siebie dźwięków, krztuszę się tylko, siąkam i osłaniam na chybił rękami.

Moje tępe, wylane oczko patrzy teraz gdzieś indziej, pływa w ziemi, mamo co za zniszczony

dzień, bawi się w kałuży jak w rosole. Potłuczona głowa przywodzi mi na myśl wszystko naraz, zaczynam sobie pływać po ostatnich dniach i miesiącach. Docieram, że byłam wyłącznie niefajna od dłuższego czasu, miałam same śmietnikowe myśli, same jakieś wkurwy, i zasłaniałam się tą nieodporną na stresy osobowością A, podpowiedzianą przez kogoś tam sto lat temu. Gdybym mogła przeżyć dzisiaj od nowa, chryste, niech to będzie ten właśnie dzień świstaka, taki jak te kalkowane dni rauszu, myślałabym od nowa wznioślej, przypomniałabym sobie to co wiem z filozofii, niewiele wiem, ale kiedyś obejrzałam wywiad z dziadkiem co przeżył Auschwitz i przeczytałam parę tomików poezji. To chyba niewiele, ale gdzieś też było jakieś więcej we mnie, jakieś coś wznioślejszego. Tak sobie myślę, gdy ryczę pojebana, że wykończył mnie też mentalnie – właśnie tym, że przed nim konam; tak mi szkoda, że jeszcze tyle bym mogła. Nie wiem czy coś się dalej dzieje, leżę głową w kale tego świata, który wlewa mi się do wszystkich ran świata, chyba czuję jakieś kopania, ale nie rejestruję ich, dawno zerwał mi próg przyjmowania. Skulam się na embrion i już tylko taplam, myślę co jeszcze chciałabym pomyśleć, zanim. Nie pokochałam sobie za bardzo na tym parkiecie, nie za bardzo byłam się do zaoferowania, mogłam Ci Julko pokazać paru ludzi, których znam; mogłam Ci pokazać takie i takie kawałki na kompie,

fzp2.indd 58

2012-02-26 21:12:31


JOANNA PORĘBA OPOWIADANIE, KTÓRE POPRAWIAŁAM DWA MILIONY RAZY I DLATEGO PEWNIE SIĘ NA NIC NIE ZDA CZĘŚĆ 3

coś z klasyki i coś, co sama znalazłam, mogłam Ci przyrządzić jakieś fajne rzeczy, które dałoby się zjeść i mogłabym podwieźć Cię gdzieś czasem, jak by mi mama dała auto. Tańczę sobie teraz w rytm zarabianych butów w brzuch i w głowę, ale równie dobrze mogłabym spotykać Cię teraz w jakimś Twoim typowym miejscu, wypłynęłabyś zza rogu, wpadłyśmy na siebie, wiesz, takie małe gówna, za którymi tęsknimy gdy nikt nie patrzy. I od teraz ubieramy się już tylko razem i umawiamy tylko ze sobą, jesteś piękna i ratujesz mnie od wszystkiego, spieprzamy w zachodzące słońce, wykopujesz temu z półobrotu i jest uzdrowiona dusza moja, i w ogóle zabijasz ich wszystkich, tych wszystkich mężczyzn nienawidzących tych wszystkich fajnych kobiet, tych za fajnych kobiet, co im się napowydawało i zakatarzają złych swoją smukłością. Tych, co chociaż ich pełno nagich po ciemnych serwerach, to jednak obie wiemy, że cierpią najbardziej w świecie. Na codzień uśmiechnięte, smutne kiedy trzeba, potrafią wyrzucić śmieci, zapalić papierosa i pójść spać o szóstej rano. One są spoko, my to wiemy, one nam nigdy nie dadzą o tym zapomnieć. Nieprawdziwe są tylko te, co je katują po piwnicach źle pochytanych snów z nieistniejących domów, nieprawdziwe jak ci mali chłopcy żyjący w szafach na całym świecie, zaszczute strupojadki, które sprzedają na allegro swoje nagie zdjęcia za strzały i łuki do warcrafta. Ja nie istnieję, jestem zakopywana czyimiś przeraźliwie wytrwałymi kośćmi na śmierć z odklejoną półtwarzą w misce żuru; ale modlę się, żeby mnie tu chociaż zostawiono nam do odnalezienia.

Julio, co już mi się nigdy nie przydarzysz, wiem, że zrobiłaś to ze mną ten jeden tylko raz z za-

kładu, że jestem ci zobrzydzona odkąd tylko mogę sobie przypomnieć; to straszne, jak dla tej zawsze najpierw wyglądanej postaci jest się paskudztwem, w które nieopatrznie się wlazło. Wiedziałam, trząsłam się od tego wiele razy na bezkacowym poranku, słyszałam jak zza setek drzew i budynków ktoś wyje ci w dupę z rozkoszy, a Ty syczysz aż do rozprucia, a potem wstajecie i robicie sobie jajka na śniadanie. Ogólnie bardzo kiepsko i niefajnie się w Tobie zakochałam, gównianą linią afrontu, ale co można zrobić, gdy jest się tak wzgardzanym. Próbowałam się odcinać, próbowałam się nie odcinać, nie znalazłam żadnych bezpłatnych solucji na necie, zwaliłam misję i za karę kark z trzeciego piętra, z trzeciego świata, co ma więcej many i charyzmy, kradnie mi wszystko, co zostało z mojego i tak już wyliniałego ciała. Na koniec się pewnie na mnie spuści, ale tego już nie dożyję, schodzę stąd raczej. Nie masz pojęcia jak się przy Tobie spinałam, jak się kichałam ze wszystkimi rzeczami, czy odezwać czy nie, gdy Ty tak pięłaś się i prężyłaś na każdy debilizm tego któregoś to już tam, na jego byle co, na ochłapy spod stołu, pierwsza byłaś do rozpowiadania czego on to nie, co on to tak, jaki on to nie, gdzie on to tak. Zadurniłam się w Tobie, zamotana cholero, a Ty zdupiasz mi gdzieś, węszysz okrutnie za jakimś śmieciarstwem, nie wiem czemu mi to robisz, codziennie w nocy zabija mnie jakiś potwór, choć tak naprawdę to tylko żart, nic mnie nie zabija, nikt mnie nigdy nie uderzył, nie miał kto, żyję sobie jak pączek w maśle i tęsknię do śmierci, mieszkam w domu jednorodzinnym, mieszkam w pornosach stojących po kątach studentów, nie mam żadnych młodych znajomych, kręcę się jak gówno w przeręblu, umieram na raka, wcale nie umieram na raka, w piwnicy panuje mi pandemia niewrażliwości i cynizmu, ja nawet nie mam piwnicy. Dosyć, rozejść się, nic tu nie ma, słabe komety do mety; Justyna, zaraz ci zamkną stację benzynowo.

fzp2.indd 59

2012-02-26 21:12:31


WANDA l. ✖ ecce homo0001

fzp2.indd 60

2012-02-26 21:12:32


DOMINIK RITSZEL ANTYSCENARIUSZ UŚMIECHAJĄ SIĘ OBOJE KOBIETA: Klasa średnia, ładna, nie pociągająca, dzieciata, mężata, futro, ma dwie ręce, w jednej pierścionek, bransoletkę, w drugiej siatkę. Wszystko trzeba jej tłumaczyć. Pragnie masy tkanki mięśniowej z hollywudzką budową czaszki. Ma zadowolony wyraz twarzy, malinka na szyi. MĘŻCZYZNA: Chudy jak przecinek, głupi jak sznurówka, adidasy, płaszcz, wąsy, pryszcze, wągry, jedna nerka, pół twarzy, brak paznokcia w  palcu wskazującym, złamane serce, niewykryty rak mózgu, wiele do powiedzenia, neurotyczna nieśmiałość. SKRYPT Mieli problem. Nie wiedzieli co zrobić. Mogli zrobić wszystko, ale nie robili nic. Myśleli, żeby nie żyć. Czuli do świata to samo, co do siebie. Coś pomiędzy obojętnością i nienawiścią. Miłość nazwali perwersyjnym aktem zgody i akceptacji, brutalnym uprowadzeniem własnej tęczy emocji, spiskiem przeciw sobie samemu i bliźniemu. Świeże umysły, pełne witamin i fizjologicznej giętkości oddawały swą krew i energię w przepychaniu się z sobie podobnymi człowieczymi zjawiskami. Nie czuli zmęczenia ani rozgoryczenia. Wiedzieli, że nie znają wartości niczego. Mogli przekształcać swą formę w  niezliczoną ilość wzorów i  atomów, deformować proporcje, manipulować skalą i objętością. Decydować o intensywności oddziaływania, włączając w to kwestię inwazyjności i destruktywności. Patrzyli na siebie czule. On w  tym celu stosował odpowiedni układ brwi, manipulując rozwartością powiek. Ona skomponowała melodyjny, donośny śmiech, stosując technikę spiętych mięśni; sprawiała wrażenie pogrążonej w euforii. Co pewien czas, synchronicznie dzielili się swoimi wrażeniami. Wzajemne, uroczę wchodzenie sobie w słowo, czasami przechodzące w przekrzykiwanie się dawało im poczucie bliskości oraz małej dawki adrenaliny na płaszczyźnie werbalnej. Nie kłócili się, zamiast tego dyskutowali. Żadne z nich nigdy nie zaatakowało bezpośrednio, czynili zamiast tego podstępy i  pułapki. Bynajmniej nie z powodu gniewu lub nienawiści. Wymyślili sobie własne pojęcie sprawiedliwości, któremu podlegali. Dyscyplina miała dla nich duże znaczenie. PROLOG MĘŻCZYZNA (Budzi się na chodniku, nieruchomy. Nie wiadomo co zaszło. Szybko moglibyśmy uznać go za trupa, gdyby nie jego specyficzne ułożenie ciała. Wygląda dosłownie tak, jakby się tam po prostu położył. Upadł dokładnie tak, jak pospiesznie zrzucona brudna koszula. Jego ciało jest miękkie, wątłe i bezkrwiste. Jego klatka piersiowa nie wznosi się rytmicznie w górę; wręcz przeciwnie, stopniowo zapada się w głąb.) KOBIETA (Potyka się o mężczyznę. Posiadając wyostrzone instynkty macierzyńskie, bez zastanowienia obejmuję leżącego.)

fzp2.indd 61

2012-02-26 21:12:32


MĘŻCZYZNA To takie miłe. Jak w kołderce.

AKT PIERWSZY ŚWIATŁO: Zbliża się koniec, i oboje próbują się tym inspirować. Mężczyzna budzi się w garniturze na sofie. Mieszkanie jest ciasne, nieporządek łatwo rzuca się w oczy. On psuje całą kompozycję. Musi wyjść. Pomimo zirytowania tym faktem poprawia krzywo wiszący obraz. Teraz czuje się jak kapeć. KOBIETA (Nic nie mówi, po prostu słychać szmery, zza zamkniętych drzwi. Tylko dalekie skojarzenia prowadzą przez szorowanie butów, onanizacje i ziewanie.)

MĘŻCZYZNA (Wychodząc, szeptem.) Taka cipa.

AKT DRUGI (Szaroburo. Deszcz, śnieg, cumulusy. Temperatura waha się od -6 do +6. Popularne objawy: puls w skroniach, światłowstręt, instynktowny, sensualny zacisk dłoni na szyi, krew nie płynie, żołądek nie trawi, język cofa się w gardło, wychodzi okiem.)

MĘŻCZYZNA Jesteśmy już zakochani. Co teraz?

KOBIETA Pójdziemy do łóżka.

MĘŻCZYZNA Zdajesz sobie sprawę, że gdyby nie to, w ogóle byśmy ze sobą nie rozmawiali? W ogóle nie rozmawiałbym z kobietami.

KOBIETA Nie mogłabym tego wiedzieć, jestem głupią postacią.

MĘŻCZYZNA Czasami myślę, że rozmowa pomiędzy obiema płciami jest koniecznym kompromisem, pomiędzy seksem i masturbacją/samotnością.

KOBIETA Jestem strasznie głupia, nic nie rozumiem.

AKT TRZECI MĘŻCZYZNA (Przygniatając ciałem kobietę, szarpiąc pukiel włosów. Mówi w zadumie, rzucając spojrzenie w otwarte okno.) Łatwo przychodzi mi nienawidzić i zazdrościć. To silne uczucia, którymi, z jakiegoś powodu bezradnie podlegam. Dlaczego? (Szkliste oczy.)

fzp2.indd 62

2012-02-26 21:12:32


KOBIETA (Mówi cicho, przez zaciśnięte zęby, pomiędzy głębokimi wdechami.) jesteś do niczego, kochanie.

MĘŻCZYZNA Jestem zmęczony.

KOBIETA (Zakleszczając paznokciami tchawice mężczyzny, wyrywa się z uścisku. Leżą obok siebie, nieruchomo, z niejasnymi spojrzeniami.) AKT CZWARTY Ciasne mieszkanie, kompozycja dynamiczna, mężczyzna i  kobieta mają konflikt wewnętrzny.) MĘŻCZYZNA (Szepcze jej coś do ucha, tak szybko i niewyraźnie, że niemalże nadgryza małżowinę.) KOBIETA (Ruch sceniczny - nieznaczny gest dłonią, przypadkowo uderza w jego w twarz. Wylewa się krew. Kobieta skonfundowana, przegryza nerwowo paluszki. Budowa napięcia.) MĘŻCZYZNA (Ruch sceniczny – kopie cipę w  kostkę, trzymając jednocześnie za kołnierz futra. Rzuca ścierwo na niepościeloną sofę.) AKT PIĄTY (Wychodzi tęcza.) MĘŻCZYZNA (Monolog końcowy.) Nie będę już żyć. Żyć nie warto. Nie lubię ludzi, bo są niesprawiedliwi i  sami sobie to pojęcie wymyślili. Umieram. Rejestruję to kamerą HD. Powolne oddalenie od mojego truchła. To pożegnanie. Pokazuję moją dupę, a wy myślicie “Hitchcock”. Spojrzę jeszcze ostatnim skinieniem przez okno. Sklepy, gołębie, policjanci. To teraz już koniec.

fzp2.indd 63

MĘŻCZYZNA (Światło: umiera.)

KOBIETA (Światło: umiera.)

GŁOS (Z Offu.) Na zawsze pozostaną kreaturami, wymykającymi się własnym kciukom.

2012-02-26 21:12:32


WANDA l ✖ noz0001

fzp2.indd 64

2012-02-26 21:12:34


ANDRZEJ BITELOW ✖trójca święta

fzp2.indd 65

2012-02-26 21:12:36


DVD PSS ✖ DYNY WR

DYNY WR Iglisisty gobelin przetoczył się i zafalował nad masztami główni, zestali zaplatani w płot gałęźny, plot, gdzie od drogi w jedną albo i drugą, same siaty drzewiaste, zaporoża, krzyżaki, habazie i wyliczanki, błyskotliwe sofizmaty, najebanki przed snem, teraz będzie pisanie do wiru, pisanie do domu. Psanie do opuszczałych dworzy, szuwasów, szumiałych sytów. To, jakim językiem wymalowałeś pola, polany, grody i ostateczne zwarcia, to, jak blisko siebie spłynęły po dwie, po siedem, treblinki, zerowo niemelodyjne, i jak ktoś spadał z dachu na stos cegieł, z brudnogranatowego dachu do końca natury, od wewnątrz na zajutrz, na zajutrza, na urwanie ryboskłonu i zaspokojenie kłącz, z pewnym darem, od jezusa skwierczałego jak kiełbasa na rożnie, różańcu, do kaźni przeludni i grudniowego żaru. To, jak zaczarowali ich i spotkali potem siebie, jak prądy ciągły, brzęczały brzdęki, dzwonki na kijkach, jak Wisła płynęła szumem i od zabudów strony mijała rowery, na zakręcie orbity, za zaklęcie. Do niczego te wiersze, świętami płynął wał korbowy. Przypominam sobie tylko targowy trakt, z ryb wywzięty i już nie kocham cię za bardzo, nie aż tak bardzo, że cofa się całookazały dzień mój dobry, a chrystus się topi, w Wiśle rożnach, jak plastikowa lalka kiełbasy, polana browarem, polana gobelinami igieł i masztami z lasu, zrobiona na amen.

fzp2.indd 66

2012-02-26 21:12:36


KTRZN JNT ✖ KREF

fzp2.indd 67

*

2012-02-26 21:12:39


Wanda L ✖ TRAMWAJ I OKOLICE CZĘŚĆ 2

WANDA L

TRAMWAJ I OKOLICE

CZĘŚĆ 2

Na to patrzę, siedząc sobie w wagonie drugim, trzecie siedzenie od końca po prawej stronie. Zgroza. Czas ewakuacji. Na chodniku deszcz. Jedna kropla na centymetr kwadratowy, co pięć sekund. Szaruga, breja, chryja, pomyje obśliniły chodniki całego miasta. Ludzie są obrzydliwi, chce się rzygać. Zaburzenia wylewają się nosem i uszami. Udaję, że ich nie mijam. Nie czuję się dobrze, jestem tu tylko dlatego, że nawet nie stoję, ale jestem niesiona przez ludzi po mojej prawej i lewej, którzy idą w odwrotnych kierunkach. To skutkuje tym, że i tak się nie ruszam z miejsca, lewituję ponad poziomem butów. Próbuję płynąć przez tych ludzi, ale to nie zyskuje aprobaty, strzepują mnie z siebie i już leżę plecami na ziemi. Zdzierają ze mnie kurtkę, gdy próbuję wstać, już jej nie złapię, już spłynęła ludźmi do studzienki kanalizacyjnej, już komuś robi za ponton, za namiot na koloniach podziemnych, na kempingu podmiejskim. Rozpycham się łokciami, toruję sobie drogę; mam dosyć cudzego potu na swoim czole, cudzej śliny w swoich ustach i w oczach też. Lecz wtem oto jeden z łokci z przedramieniem gratis zostaje mi odjęty, jeszcze wisi na kości promieniowej, dynda sobie na jednym włókienku mięśnia. Szybko tracę go z oczu, rozpychanie się jednym łokciem idzie mi już znacznie gorzej, znosi mnie na boki, prąd ludzki wypluwa mnie na wszystkie strony, bo już nie jestem jednym kawałkiem. Krzyczę, a oni nagrywają to na komórkę i mi to puszczają w różnych konfiguracjach i tonacjach, a nawet polifonicznie. W końcu muszę upaść, wiadomo było, że tak się to skończy, już prawdę mówiąc nie mogłam się doczekać, żeby sobie odpocząć od tego utracjuszostwa. Teraz tylko jeszcze muszą mnie podeptać, wiem, wiem. Najgorzej jak depczą po głowie, bo jest twarda, jakby nie wystarczyło, że chodnik też jest twardy. I najdłużej się ona rozłupuje, trwa to i trwa. Jak płyn mózgowo-rdzeniowy zaczyna ciec, to już jest z górki, teraz to mogę sobie tutaj tak leżeć. Bo on rozmiękcza wszystko na taką cieplutką papkę, już jest w miarę miękko, jakieś tam chrząstki coś, wiadomo. Szarych komórek nie widać na tle chodnika, inaczej już by je dawno rozkradli, chodliwy towar. No i wkurwiające jest to, że teraz każdy sobie mnie trochę weźmie na podeszwie od buta do domu i trzeba będzie uczestniczyć w tych wszystkich szopkach, wigiliach, seansach domowych i to we wszystkich naraz. Ile się slangów domowych nałykam, ile smrodków kuchennych, a ile obciętych paznokci z dywanu mnie pokłuje. Nasłucham się hymnów narodowych przed obiadem, na obiad zobaczę co je się w tym kraju; spaghetti z nici a la flaga narodowa, do tego drzazgi z jej drzewca, do popicia woda święcona chyłkiem podwędzona z kościoła. Po obiedzie modlitwa, a potem wszyscy tknięci duchem świętym włączają telewizor, ale ja nie widzę ekranu z dywanu, bo jest zbyt gęsty

fzp2.indd 68

2012-02-26 21:12:39


Agony Aunt ✖ lipssss

Wanda L ✖ TRAMWAJ I OKOLICE CZĘŚĆ 2

od syfu, ta ulica jest zbyt gęsta od syfu. Ciężko oddycham, łykam syf, łykam ulice. Będzie mi się przez rok tym odbijać. Byle się nie odbijało pustym żołądkiem. Jeszcze przynależę do wczoraj, chociaż zaczęło się już jutro i także moje mieszkanie nie zapomina mi o tym przypomnieć. Etap pierwszy: kuchnia, tylko jedno życie. Rozwikłanie zagadki pejzażu kuchennego na posadzce od początku sprawia trudności. Zaschnięta skorupa upadłego nań pożywienia, całego jadłospisu sprzed kilku tygodni oraz kocich kup, które nie zmieściły się już do kuwety, więc kot poszerzył swe terytorium zagarniając punkty potrzebne, by dostać się do lodówki. Chyba nie przejdziemy pierwszego etapu. Chyba, że wdepniemy w kupy, co się udaje. Rozpoczęty szturm na lodówkę ogłasza się brzęczeniem tejże, spotęgowanym przez echo pustki, która w niej siedzi. Lodówkowa kakofonia nadaje stary szlagier pt. ”brzęczy, buczy i jęczy”, w zespole na wokalu są muszki owocówki, które dokarmiane nie umierają nigdy i już się nauczyły gdzie szukać żarcia. Otwieram wieko lodówki, wznieca się kurz i pył, wzniecają i podniecają się muszki, księga została otwarta, a tam zapis o upadku, o końcu. Pawłowizm w moim wykonaniu jest zdezorientowany, pomimo głodu Sahara w ustach, dziury w zębach świecą pustkami. W lodówce też owocówki na owocach, które mają tęczowe barwy, są gdzieniegdzie puchate – to chyba wata cukrowa albo pleśń o smaku arbuzowym. Plejada kolorów zmienia się w zależności od szerokości otwarcia lodówki, ich swada zabija niektóre muszki. Barwy dopełniające kłują w oczy, wystarczy chwila, by stopiły się w postępujący monochromatyzm, który rychło zmyje z owocowej krainy wesołe miasteczko grzybów, porostów i płazów. Materiał dobry na plombę. Przy Podniesieniu arbuza, muszki w kościele lodówki, zamiast na kolana, to z ich braku podnoszą się również gęstą i wkurwiającą chmurą; wypełniają lodówkę zgrzytem i jazgotem swych małych dupek nie do końca najedzonych. Udają magnesy na lodówkę. Reszta nieprzerwanie dokonuje ostrej eksploracji arbuza od wewnątrz, odpoczywa, czy też umiera na pestkach, bądź poddaje się z rezygnacją procesowi dekompozycji. Rada nie rada, coś zjeść muszę. Arbuz dalej rozrasta się w zaburzonej fermentacji, w schorowanych wykwitach łapczywego miąższu, mnoży się w oczach, niemalże zasklepia się jak brocząca fetorem rana i staje się prawie zamknięty, prawie świeży, ale jednak nie. Poradzę sobie. Wysiorbuję najpierw posokę z zaropiałego owocu, bakterii beztlenowych dotąd nie miałam w menu. Ciekną mi małe strumyczki przed-

fzp2.indd 69

2012-02-26 21:12:40


Wanda L ✖ TRAMWAJ I OKOLICE CZĘŚĆ 1

ramieniem, za rękawy bluzy. Nawet nie wiem kiedy staję się kozłem ofiarnym swej kuchni i jej mieszkańców, całego pierwszego etapu. Zatrute rzeki na moich rękach robią za dowód, a nawet powód. Cała naprzód, to ona – Wiewiórka Rudaska. Kąsająca szamotanina, muszkom wyrastają zęby i pięści, arbuz wzbogaca kompozycję podłogi kalejdoskopem pstrokacizny. Natychmiastowa ewakuacja, tracisz pierwsze i ostatnie życie, jeszcze się nie zaczęło, a już game over, kurtyna spada z pomrukiem zadowolenia. Ale to jeszcze nie było amen, ani nawet w imię ojca czy syna, droga do łóżka znarowiona, a ta wilgoć to wcale nie, och to nie woda święcona. Czeluście pościeli już od progu pokoju skarżą się swym wywróceniem na nice, w ich chłodnych masach i między poduszkami znaleźć można walający się gdzieniegdzie popcorn, słoną niespodziankę nigdy nie zmienianej pościeli. Poduszki opite zapachem łoju, na ich poszarzałej bieli bielą się delikatne płatki łupieżu czy może są to kawałki nocnych obiadokolacji. Skulone i ściśnięte pod nimi ładunki obsmarkanych chusteczek higienicznych uwierają w głowę przy leżeniu, plamki z zaschniętej śliny o różnokolorowym nasileniu znamionują długość ich żywota na rzeczonych poduszkach, pachnące karmą dla kotów i przeżutym i wyzutym, wyplutym snem. Pochopna decyzja mięśnia abduktora skutkuje nazbyt wygodną pozycją horyzontalną, której efektem jest natychmiastowy reset umysłu, który na niewiele się zdaje, bo między zwojami grasuje wirus, co powoduje, że generują mi się w głowie slajdy, filmy, wizualne empetrójki i się to wyświetla na przeciwległą ścianę; przygody koszałka opałka w wersji hardkor, reklamy przeciwłupieżowe, przeciw opłatkom skórnym, cały ten śmietnik, co go mam pod biurkiem mi się wysypuje do głowy; bilety na tramwaj, co przez nie musiałam zapłacić karę, bo ich nie odbiłam; kawałki z gazet pornograficznych, te najbardziej czerwone i że niby wcale ich nie było w koszu, tylko tak zapamiętałam; gumy do żucia, których nie wyżułam, więc mi teraz nie pachnie z buzi niczym, więc mi teraz ślina ścieka ściekami po brodzie, więc mi to teraz zalega za paznokciami, bo ssę kciuki obiema wargami jak kiedyś; pamiętam, mam to wsadzone we wspomnienia białe, bielusieńkie, tak czyste, jak przyjazd ojca świętego do kraju; mam to w klaserze na znaczku pocztowym, jak go witałam białym kremem, z białej kremówki na białej brodzie, mimo brudu na brodzie brodziłam paluchem w tej breji na brodzie, bo brud był biały, więc nie był brudny, dopiero za paznokciami zszarzał; ale i tak go wyjadłam, komunię świętą przejadłam, mi się zmieszała w brzuchu ze wszystkim, co zjadłam i jednak chociaż to było ciało boże i choć tak bardzo się bardzo starałam, by strawić je całe, żeby niczego nie musieć wydalić z siebie; to mi nie wyszło i zrobiłam coś, co nie wypada i jednak teraz muszę przyklękać nawet przed toaletą, nawet przed toaletą. I teraz też jak klękam to mam twarde te kości w kolanach i kafelki są zimne i twarde. Jak się klęka na kafelkach w łazience, to bolą twarde kolana i jest zimno. Twarde kafelki w łazience są zimne jak się na nich klęka i bolą kolana. Twarde kolana bardzo bolą na zimnych kafelkach. Klękanie na zimnych kafelkach jest bolesne i twarde.

fzp2.indd 70

2012-02-26 21:12:40


JAKUB SZOŁOWICZ ✖ NOWE FORMY PEJZAŻU

fzp2.indd 71

2012-02-26 21:12:43


JAKUB RADOCKI ✖ FINEGANÓW MNIEJSZY

✖ FINEGANÓW MNIEJSZY

JAKUB RADOCKI

słodka niezawiści co klęćniesz po czajkach z czajnikami, czarinami, kszatriach z chrząstkami

od kotheletów słów wypadłych ząb w dąb wydąb wydęb od nich siedem dwaiścia na te trybky z frytoliny i fatakule plwające z zaświaty rożna oświaty. zawsze kiedy smutno, piszę sacze głupotynki na jebniutko i z postrzyżyn słoni wody kaczorów światła portfel wypada z oka planety, o jezuzus mario owario gęgogęłłów i obojczaków - może zaszczucie pokarmowe nada się na. nie nada, bąbl na mięsieniu parskinął, czemu nikt mnie nie rozumie i tak dalej i tak bliżej wewtą, a tak, to taktomierz i tłuste sosy i Süssy i ślimaki drenaży i łasice bólarzy i suszarki tabletek na porost włosów na dziecka dupie i wreszcie panna Jagodzia. cześć, no siema, co tam, no dobrze, że nie widziałaś jak mi bąbl wyskoczył chwilę tamtemu na pendrajwie, mówię ci, jestem wrakiem tak pyzatym, o autokorekta w wordzie się, ale nie ma spiny ani troch. a co się stało, ktoś umarł był kurczę czy jak, nie to tylko ten idiom i jest jakoś pohebany, ż wziął i uwrzył, a my tak na haja, że ten kociół, to nie no co on taki told ju. wychodzi na to, że jest kąś skażoną versją wielgłosu, w ramach arrrbitralnego wywzięcia się wobec dotychczasowej rzepy, podśnieguje w jakieś mamry, niardwy, pyka mu, w mózgostanie jakieś litości, zrytowaliusze.

łpie mu na ryh ąś prozelitą, ona piluje nieziemsko na zjeździe z szybkiego ruchu, co to stoi drze-

wo sztuk jeden oraz grzyb z gatunku chujkowy pod nim zrasta. i las śmas, wieje klawiszami z lasu, hulasz mięknięć poduch przebijających się pinkfloydową szopką gdzieśtam ściorajśtam, lasomorzem, morzolasem, faloigły, liściopiany, wiosła z gałęzi, stoi tam ta uszata uszyta z glanów i miniówy i wiosłuje gałęźmi, runo purchawkuje, grzybunie plechawieją, dzieje się jakiś ściółkowy armageddon, planeta zagładza się od dupy włosnej strony, ziemia nie kwitnie, ziemia się je, gniazda strachów jawią i wieją i wiją i jewią i wiają i jąwią i wiąją i nic już się nie dzieje, ghyzie się jakieś dziwne przedstworze, lamblie, robole ślonzoki, robaki rebuki, na boki macham i chamam żem wzięła i poroniła ropo miła, mi ropiła, piłą roniła, impuls kułwi się po tysiąckilometrowej drodze dokładnie dwa razy, tyle i nie więcej, i co ci do tego, zwichorowany bęcowniku, pewnych mimisków niu daśe szczyrzytowić, zezduny wieją i wiejom i wiąją i jąwią, i kurda, jakę ten niesamowicie zmiętolony motyw wiatru kultury, pilskiej polskiej kultury, dżon urry, tej dobrej po bolskiej wluty, truly madly diply, na litość lilość, u nas zawsze kurpa wiet wiater, wiat jest od wiania, od tego, żebyć był i tak po prolsku haratał obopolskość, bopolskość dla nas i całego świata, mniej miłosierdzie, mniej baczność, miej się chmielu, sieś muzyko po wiślennym hammondzie, na pokładzinie zza baru barowa ma w okę moje glutasy, świat się śmieje, cieszy, woła tak, że fikus wolna europo, wolna od wolności, wolna od bólogłowy, niech cię nie boli, wcale bo po co, co tak wcinasz krepie zlepie.

fzp2.indd 72

2012-02-26 21:12:43


ISABELA POLARNY ✖

JAKUB RADOCKI ✖ FINEGANÓW MNIEJSZY

coś hę poczebałęło trepę z daunowa, miasta żniw i pyciw, siadasz i wulkaniejesz na zbitkach

ikeoskich, co byś nie wypiendział, a ciekawe czy tam dalej jeszcze cisną się te dziwnowe kolory tego niemożliwego, chwila! z jesieni z dulpy średniowiecza, sory kim, już nie zaruchas. pustne smuntki przestrzeni, co uszyta z krowin, wieczne zamęty jakiś dziwnych kartograficznych zbitów, kolebki podzielonkawych zazbytzbrązowień, bebony, tony, masakra, zaczęło ponięcie nabursać ciepłem od klawiatury, od przycisków, jebubut, chrypi się wechświat, cały zbucowiejc, babolino, bibole, najskuwszy parasygnet ścieja się wierzchnią lewą stroną lewej dłoni o otwarty odtwaczacz cdroma, wyjęty, wypięty, wywzięty z zapichwlasu osiek, jakichsz przebłynów jaskurawych z liści zdutu, zezwykłegodrutu, takie czasy były, że liście się robiło z dutu, co ja mam na to pradzić, bywało bowiem i tak też, by bało i gorzel, człowiek rodzi się na jakiejś przenidzie, limitowanej z serwisiem w junajted states of ej. czapka gore, szabadabada amore, o tym wszystkim prąd sobie hasa na drutach, o czym szumią prędy, has has pnie prądzie, dożdik by jeszcze pociurkał piciuteńkę w ramach ej cihej promocji zezygłych pomidrów na rynku; ja i ty, ja i mój ucjusz, ja i ja i mój wąchlik, wszystko s’damy zrobić, a dayby nawet one i zaświety, cieramy do sedna, ciorany chuchunie z pierwsza strzeliwymi, becinglyśbyś byś baś małczer dał ser fał-cziny. peczałnis waczintałs popipipu da fajtachać.

a tu dalej zasklepienia ślazów, zogowaciałe rzędy, podwodne kwilenia szalakiem górskich ka-

bli, wąskotorówki, śluzówki, piecze, pieczki, pieczary, z tego się nie da wydostać, jednostajne wyciurki, wakakacje, alkotyki, narkohole, wszechmetafory mizdrejące się po arystokrackich ościach, nie można kapeluszom wydostań narzucać się nam gustu, nie wolno wydostać, niczego robobić. murzynom się, namrzynom, namnikom, nam grnikom, nie robotnikom, klasie rzędnej, odciętej, naszej klasie, patarzajcie, patafizcie, z jego royale naplita odpadają stupy, jak wiersze klasyków z wielkiego bola absolutu. mi też wiersz odpadł od napliwia, kawał stwadniałej wiójki, sczejniałej mięsy, bawił się w strielki na nebo, na węzły chciał wyskakiwać, na piękne koniugacje znaczeń, zdarzenia znienawidzenia, ziszczenia zwalenia, zelżenia ścierpienia, zwierszenia, zrobocenia, zgrniczenia, jedziemy całą rodziną obok tej zogospodorowonoj kopy kamieni, tam za torami. czas ssie. urywa. dżon urrywa. mam gdzieś jakiś piedny bąbl, na styku policznika i świamości. jest jakieś okno po przeciwlgłej storze asfaltu i ładuje mi do strzechy laserami, mogę napisać wszystko, co ty i tak przewidzisz wpierwej. oczywiście, że wszystko jest. jakaśtam podłość jest. i szczęście. miłość, takie rzeczy. fajnie. fajnie, że o tym się pisze, żeby już nie było tych takich mędzeń, więcej, dalej, grubawiej.

fzp2.indd 73

2012-02-26 21:12:44


fzp2.indd 74

2012-02-26 21:12:47

fzp - fryty z polonem  

26 lutego. Dziś nieoczekiwanie swoją premierę ma zerowy numer zina FZP pod tytułem Fryty Z Polonem. Sporo opowiadań i grafik, screeny, gazet...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you